Tkactwo na Kurpiach / ETNOGRAFIA POLSKA 1968 t.12

Item

Title
Tkactwo na Kurpiach / ETNOGRAFIA POLSKA 1968 t.12
Description
ETNOGRAFIA POLSKA 1968 t.12, s.188-198
Creator
Chętnik, Adam
Date
1968
Format
application/pdf
application/pdf
Identifier
oai:cyfrowaetnografia.pl:581
Language
pol.
Publisher
Instytut Archeologii i Etnologii PAN, Instytut Historii Kultury Materialnej PAN
Relation
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:633
Text
A D A M CHĘTNIK

TKACTWO N A KURPIACH
Z teki pośmiertnej

Adama

Chątnika

W dniu 29 maja 1967 r. zmarł w Warszawie docent dr Adam Chętnik, zasłużony
etnograj-regionalista,
badacz kultury ludu
kurpiow­
skiego. Urodzony w Nowogrodzie nad Narwią 20 XII 1885 r. w rodzinie
chłopskiej, od dawna zamieszkałej
na terenie regionu kurpiowskiego *,
z regionem tym związał całą swoją bogatą twórczość naukową.
Lud­
ności tej ziemi poświęcił również wiele lat działalności
oświatowej
i wychowawczej jako nauczyciel tajnych szkół w okresie okupacji ro­
syjskiej
przed I wojną światową,
następnie
działacz społeczny
oraz
twórca i współorganizator
miejscowych muzeów regionalnych:
skanse­
nowskiego muzeum w Nowogrodzie (w 1927 r. i ponownie po II wojnie)
i muzeum w Łomży (1910 r. i 1947 г.). Obok licznych prac drukowa­
nych od 1913 r. jako samodzielne pozycje książkowe **, artykuły
publi­
cystyczne i opracowania naukowe (drukowane w okresie ostatnich lat
także w „Etnografii
Polskiej",
„Ludzie", „Polskiej Sztuce
Ludowej",
Bibliotece
Etnografii
Polskiej
i innych)
Adam Chętnik
pozostawił
w rękopisie dużą pracę o życiu leśnym Kurpiów oraz artykuły
pisane
w różnych okresach życia, omawiające wybrane dziedziny życia i pracy
tradycyjnej
wsi
kurpiowskiej.
Redakcja „Etnografii Polskiej" chcąc uczcić pamięć Zmarłego
za­
mieszcza poniżej jeden z artykułów,
stanowiący
ważny
przyczynek
źródłowy do znajomości kultury tej wsi, a zarazem
charakteryzujący
sylwetkę
naukową i metodologiczne założenia pracy Adama
Chętnika.
Artykuł
zamieszczamy bez zmian redakcyjnych
w formie dostarczonej
nam przez Autora na kilka miesięcy przed Jego
śmiercią.
Redakcja
* Por. A. C h ę t n i k , Mój życiorys,
„Polska Sztuka Ludowa", R. 18: 1964
nr 3, s. 179—180.
** Bibliografię drukowanych prac Adama Chętnika podaje M. P o k r o p e k
w artykule poświęconym omówieniu jego działalności naukowej w „Roczniku
Białostockim", t. 6: 1966, s. 11—25.

TKACTWO

MA

KURPIACH

189

Mieszkając w lasach i puszczach lud kurpiowski musiał — jak
i wszędzie na świecie — korzystać z ciepłych skór i futer upolowanych
zwierząt leśnych. Nie było wtedy specjalnego kroju ani obmyślonej
przez kobiety mody. Aby okryć górną delikatniejszą część ciała, to
i dosyć! Na nogach wystarczyły też byle łapcie. Ludność przez setki
lat żyła tu z wszelkiego zbieractwa, łowiectwa i w ogóle z puszczy,
miejscowe płody leśne musiały wystarczyć na wszystko. Do dziś o t y m
wiemy z opowieści starych ludzi i ze starej literatury opisowej czy
pamiętnikowej.
Ale przyszły czasy, kiedy bór czy las nie dał rady już wyżywić
rozrastającej się i przybywającej nowej ludności puszczańskiej. Za­
brakło i skór na okrycie. Zaczęto myśleć o sposobach nowych zaradze­
nia biedzie. Ale szło to opornie i niełatwo, bo nie było ani stałej
hodowli owiec, ani ziemi ornej na sianie lnu i konopi. To przyszło
z czasem, ale w X V I I w., kiedy ludność „na polach" czy też „na r o l i "
ubierała się już w tkaniny swego wyrobu, to tu w puszczy, jak czyta­
my z wiarygodnych opisów, mężczyźni chodzili często w łachmanach,
a ich „dzieci i nawet starsza młódź obojga płci łażą nadzy bez żadnego
wstydu. Sprawia to ich wielka bieda" .
Z powyższego krótkiego opisu widzimy, że musiały to być dla K u r ­
piów czasy przejściowe, kończyło się życie leśne, a. nie zaczęło żadne
inne, bo inaczej dzieci chodziłyby chociaż w lichych parcianych płótniakach, a i starsi nie nosiliby łachmanów.
Te łachmany musiały być nie miejscowe, zdobywali je pewnie K u r ­
pie od zamożniejszych sąsiadów z pól, którzy przez życzliwość czy drogą
zamiany wyzbywali się na rzecz biedaków kurpiowskich różnej sta­
rzyzny i lichych niedodzierków. Nie wszędzie na puszczy była taka
bieda, tylko pewnie w głębi lasów — wśród łowców, Smolarzy, w ę ­
glarzy itp. mających nędzną pracę i liche widać zarobki.
W wieku X V I I I w lasach Puszczy Zielonej (nad środkową Narwią)
zaczęły już powstawać stałe osiedla i wioski, na pół rolniczo-bartnicze.
Ale i w t y m czasie ludność miała większe dochody z barci niż z roli,
chociaż los ich znacznie się już polepszył . Życie na pół cygańskie
też zanikało. Na początku X V I I I w. Kurpie walczą już ze Szwedami
jako zwarte bractwo kurpiowskich strzelców, w wcale zgrabnych ubio­
rach i barwach, a w czasie wyświęcenia nowego kościółka w Kadzidle,
i

2

1

Podług ks. Łukasza Kościesza-Załuskiego, misjonarza z 1650 г., odbywającego
misje w Puszczy Kurpiowskiej (I. B a r a n o w s k i , Najstarszy opis Puszczy
Kur­
piowskiej, „Ziemia", t. 2: 1911, s. 278—279).
O czym dalej przy strzelcach.
2

190

ADAM

CHĘTNIK

w roku 1783 w tych barwach strzelali już na wiwat z rusznic i moździeży .
Wpierw niż z włóknem roślinnym mieli Kurpiowie do czynienia
z wełną z własnych owiec, hodowanych masowo na paśnikach między
borami i na smugach nadrzecznych. Hodowano owce na wełnę, na
kożuchy i na mięso, o które w puszczy nie zawsze było łatwo. Życie
pasterskie kwitło tu dość wcześnie, o wiele wcześniej niż rolnicze —
może na paręset lat. Wełnę strzyżoną czesano na włókno do przędzenia
za pomocą ręcznych kolczastych szczotek od gręplowania, wyrabianych
po wsiach , a jeszcze przedtem kolczastych owoców koliboku rosnącego
na pustkowiach. O t y m wiedzieli od swych rodziców starsi puszczanie,
jeszcze przed paru dziesiątkami lat.
Mając przędzę wełnianą, a z czasem i lnianą, nauczyły się kobiety
tkać sukno i płótno na własną potrzebę. Krosien jednak — jak współ­
czesne — nie było, prawdopodobnie więc kobiety tkały pierwsze sztuki
sukna grubego czy płótna na ścianach swych niewielkich chat — od
wewnątrz, a częściej pewnie od zewnątrz, jak to do ostatnich niemal
czasów wyrabiano szale i ciepłe narzutki na głowę w niektórych miej­
scowościach starej Kurpiowszczyzny. Na ścianę skromnej wówczas
chatki namotaly nici z wełny (postaw) i robili tkaninę przy użyciu
wątku. Z czasów tego prymitywnego tkactwa pozostała tylko nazwa
miary tkanin spod krosien teraźniejszych pod nazwą ściany. Ściana
sukna, ściana płótna — tak się mówi kupującym przy sprzedaży domo­
wych tkanin, a taka „ściana" na dzisiejszą miarę to 6 m bieżących
tkaniny, z normalnych wiejskich wąskich krosien.
O rozwiniętym już dobrze tkactwie kurpiowskim czytamy dokładne
wzmianki na początku zeszłego stulecia. Gawarecki podaje w 1928 г.,
że Kurpie „wiele t u płótna wyrabiają" \ a w innym miejscu pisze,
że na wszystkie potrzeby miejscowe „płótno i sukno wyrabiają same
Kurpianki" .
W 1888 г., kiedy to w Warszawie urządzono wystawę tkactwa
ludowego (w salach przy Muzeum Przemysłu i Rolnictwa), Kurpianki
z okolic Kadzidła i Lipnik, które wystawiły swoje wyroby, okrzyczane
były za jedne ze zdolniejszych tkaczek w Polsce i otrzymały odznacze­
nia i nagrody za swoje wyroby .
3

4

6

7

3

L . K r z y w i c k i , Kurpie, „Biblioteka Warszawska", R. 52: 1892, t. 3, s. 527—
558; t. 4, s. 61—97, 349—385.
B y ł y takie w Muzeum Kurpiowskim w Nowogrodzie pod Łomżą do 1939 r.
(pochodziły z X V I I I w.).
H. Gawarecki,
Przywileje, nadania i swobody udzielone miastom woje­
wództwa
płockiego, Warszawa 1928.
H . G a w a r e c k i , Pamiętnik
historyczny płocki,
t. 2, Warszawa
1930.
A. C h ę t n i k , Warunki gospodarczo-kulturalne
na pograniczu
kurpiowsko-mazurskim, Łomża 1927, s. 80.
4

5

6

7

TKACTWO

NA

KURPIACH

191

Aż do ostatnich czasów i lat tkactwo kurpiowskie stoi na odpowied­
n i m poziomie. Wprawdzie nie znajdziemy już w każdej chałupie krosien
tkackich, ale tam, gdzie one są, gospodynie kurpiowskie wyrabiają
płótno, dywany i sukno pierwszorzędnej jakości. Przed I I wojną wy­
roby z rozwiniętych spółdzielczo warsztatów tkackich w Myszyńcu
i Lipnikach miały zbyt za granicą, szły do Ameryki Północnej i w inne
kraje.
Obecnie tkactwo podupadło z wielu przyczyn, a jedną z nich jest,
że ludność w dziedzinie ubioru i stroju nie stara się już być — jak
dawniej — samowystarczalna, zadowala się wyrobami
fabrycznymi,
a Kurpianki coraz częściej przekładają miejską i fabryczną tandetę nad
swoje własne wartościowe wyroby. Również zamiana hurtowa lnu
i gotowego włókna na gotowe z fabryk dostarczane płócienka i perkaliki robi poważne spustoszenie, Kurpiankom „nie brak" już ślęczeć
całą zimę i dłużej nad krosnami, a t y m bardziej tracić całe długie
wieczory jesienne i zimowe przy kołowrotkach.
Wreszcie otrzymywane masowo paczki z zagranicy od krewnych,
często z gotowym ubraniem, modne suknie, koronki i jedwabie do
reszty niweluje starą kulturę w dziedzinie tkackiej. Tkactwo — nie
tylko jako trudna praca rękodzielnicza, ale nieraz i jako prawdziwa
sztuka ludowa w tej dziedzinie — zaczyna być niepotrzebne. Jeszcze
tu i ówdzie po ziemiach polskich spotykamy Kurpiów i Kurpianki
z wałkami samodziałowego płótna, chodnikami itp., które wyroby swoje
lub członków rodziny rozwożą na sprzedaż, ale i na to przychodzi
koniec.
Tkactwo kurpiowskie przechodzi dotkliwy kryzys, którego skutki nie
wiadomo jakie w tej dziedzinie przyniosą rozwiązanie. Raczej ujemne.
B a r w i e n i e s a m o d z i a ł ó w . Barwienie, czyli farbowanie (jak
tu mówią), samodziałów na ulubione kolory przechodziło różne fazy
swego rozwoju i upadku, w jakim znalazło się w czasy obecne. Daw­
nymi laty płócien samodziałowych nie farbowano.
Gdy kobieta narobiła płótna lnianego, to naszyła z niego wszyst­
kim domownikom bielizny (kosiul) i ubrania. Wszyscy chodzili prze­
ważnie na biało. Ale jak chłopak usiedział koszulę na mokrej trawie
przed chałupą i ją uzielenił, a dziewczyna zbierając jagody czarne
w lesie zrobiła to samo przypadkowo na jagodach, zafarbowawszy ją
na granatowo czy modro i niebiesko — to już i były pierwsze zapocząt­
kowane kolory! Przy innych podobnych czy innych wypadkach kolory
były inne — i tak uzbierało się samo to, co potrzebne do k o l o r ó w .
8

8

Od F . Pijanowskiego (lat 90) ze wsi Kuzie, pow. Kolno, w 1910 г.; od
M. Sobiechowej (lat 85) w 1947 г.; od J . Krasycnej (lat 80) z Brzozówki ok. 1932 r.
i in.

ADAM

192

CHĘTNIK

Zaczęto wtedy lniane i wełniane farbować, płótno białe zaczęto prze­
tykać modrymi nićmi czy pasemkami i tak powstały płócienka w ta­
kież paseczki; taka płótniana dotychczasowa z tymi paseczkami była
już strojem od święta.
Używając barwników roślinnych do przędzy lnianej, przy wyrobie
np. pościeli na łóżka w pasy i kraty, Kurpianki używały następujących
barwników:
1. Na kolor chabrowy (modroniebieski) gotowano nici w leśnych
jagodach czarnych (czernicach).
2. Na kolor brunatnoczarny i czarny — w odwarze z olszowej kory
z lnianym siemieniem.
3. Na kolor czerwony — leśne krzaczki podobne do czernic pod
jesień (mają czerwone łodygi i pestki).
4. Na kolor żółty — brzozowe liście i kora z dodatkiem koperwansu.
5. Na kolor zielony — specjalna trawa wodna, długa dająca po
ściśnięciu miazgę. Nadrzeczanie nazywają ją „muzga". Nici gotowano
w odwarze z tej t r a w y .
Były i różne sposoby farbowania nici, nie wszystkie dochowały się
do naszych czasów, bo przez parę ostatnich pokoleń używano barwni­
ków przeważnie chemicznych.
Często farbowane były tylko nici na osnową (szczególnie przy w y ­
robie kilimów i dywanów), wtedy kręcone lniane nici do osnowy, grub­
sze i mocne, nazywano cięciwami, dawano je pod przędzę wełnianą.
Len siał zawsze gospodarz, a czyściła go z chwastów, rwała, suszyła,
otłukała z nasienia i t d . i t d . aż do sporządzenia w piękne i cienkie
włókno — sama gospodyni. Jedna z nich opowiadała m i , że chcąc otrzy­
mać z lnu koszulę, trzeba przy n i m odbyć aż pięćdziesiąt różnych pra­
cowitych czynności!
Wyroby ze l n u były na Kurpiach najwięcej lubiane i popularne,
szczególnie latem. Prócz białych koszul farbowano w paski spódnice
(kitle), fartuchy (zapaski i do nakrycia), chusteczki na głowę, a dla
mężczyzn prócz koszul portki letnie, parcianki i onuczki w chodaki.
Sukno grube na sukmany bartników czy strzelców farbowano nie­
kiedy na kolor bury; gotowano je wtedy w olszowej korze z lnianym
siemieniem.
Najczęściej jednak robiono kolor sposobem naturalnym. W t y m celu
do sukman dawnych (ciemnobrązowych) dobierano od razu wełnę ruda9

9

Wiadomości
z 1949 r. i in.

od A . Kordeckiej z Myszyńca

i M. Sobiechowej

z

Kadzidła

TKACTWO

NA

193

KURPIACH

wą, która dawała przędzę i sukno potrzebnego koloru. Jeżeli kolor był
za siwy (za jasny), to wełnę czy przędzę wystawiano latem na upalne
słońce przez dłuższy czas, aż nabrało potrzebnej barwy. W dawne lata
tak tylko robiono, nie inaczej, komu tylko było pilno przed zimą,
a słońca już gorącego nie było, ten szukał farby olszowej .
10

Do pewnego rodzaju sztuki tkackiej należało wyrabianie barwnych
i ozdobnie wykonanych pasków do fartuchów; wyrabiano je z bawełny
kolorowej i lnu na specjalnych tzw. „klockach". Niektóre były bardzo
artystyczne i była ich wielka rozmaitość. Wyrób ich skończył się już
przed kilku dziesiątkami lat.
W i e j s c y k r a w c y . O krawcach tych pisałem w książce Strój
ludoiuy Puszczy Zielonej . Dodam tylko, że krawcy wiejscy (ludowi)
rekrutowali się spośród ludności miejscowej, wiejskiej. Żadnych do tego
szkół czy kursów nie było. Taki krawiec latem pilnował lichego swego
gospodarstwa, a zimą obszywał rodzinę lub wieś. Czasami miał i pomoc.
Szyto ręcznie, a maszyny do szycia pokazały się tu ok. 1900 r. (z Ame­
r y k i na raty, firma Singer). Krawcy żyli sobie na ogół dostatnio,
a który miał więcej gustu i nowych pomysłów w „przystrojach", to
o przyszłość materialną mógł się nie martwić. Każdy z nich miał swój
dom i inwentarz. Co do krawców żydów (w ostatnich lat dziesiątkach
przed wojnami), to ci pracowali w miastach i osadach miasteczkowych,
na zimę jeździli po wsiach („wędrowni"), zadomowili się gdzie u gos­
podarza, obszyli mu całą rodzinę, potem szli do innego itd. Za pracę
otrzymywali gotówkę i kolądą w naturze do domu. Po wsiach gotowali
sobie w swoich naczyniach (nasze były trefne), a produkty otrzymywali
od gospodarzy. Krawcy szyli stroje wiejskie, regionalne, a czasem miej­
skie, wsoółczesne.
B i e l e n i e p ł ó c i e n l n i a n y c h na Kurpiach i w ogóle nad
Narwią znane jest powszechnie. Przy każdej chałupie, dawniej w ogród­
kach zabezpieczonych przed inwentarzem, były specjalne placyki równe,
z piękną murawą, zwane bielnikami. Sama nazwa wskazuje, że służyły
do bielenia. W niektórych wioskach czy osadach nadrzecznych były
bielniki do wspólnego użytku, wydzielone przez zebrania gromadzkie
dla całej wsi, dobrze ogrodzone.
Początkowo pewnie płócien nie bielono, na koszule czy też portki
itp. używano surowego partu, zwanego tu jeszcze płótnem szarym lub
pacześnym.
Ale pewnie ten sam deszcz, co przy praniu, nauczył ludzi
11

i» Wiadomości od I. Jesionkowskiego i M . Swiderskiej z Nowogrodu
Łomżą z 1931 r.
А. С h ę t n i k, Strój kurpiowski Puszczy Zielonej, Wrocław 1961.
11

13 — E t n o g r a f i a P o l s k a , t. X I I

pod

194

ADAM

CHĘTNIK

i bielić płótna, które bielały same na karkach ludzkich, od deszczu
i słońca. A że płótno wybielone jak śnieg mogło być pięknym strojem
odświętnym, pewnie więc na ten strój odświętny, uroczysty, obrzędowy
itp. zaczęto bielić płótna specjalnie.
Robiono bielenie w ten sposób. Sztukę płótna z krosien rozciągano
na murawie, przygważdżano do ziemi specjalnymi kołkami na pozosta­
wiane w t y m celu pętelki (lub z braku tych — przytłaczano po bokach
w y m y t y m i kamieniami). W słoneczną pogodę płótno polewały wodą
czystą przez sita polewaczki raz wraz po każdym wyschnięciu prze­
ważnie kobiety i młode dziewczęta. Nieraz dziesiątki razy dziennie,
dlatego bielniki są zawsze blisko wody. Po paru tygodniach bielenia —
czego oczywiście dokonywa słońce letnie — płótno zwijają na wałki
i zabierają do użytku. Tak samo trzeba zbierać płótno z bielników na
noc i przed każdą burzą, pilnować przed wędrownymi złodziejami,
również by kura czy nierogacizną nie dobrała się na bielnik i nie
zrobiła nieporządku, szkodliwego dla płótna w czasie bielenia.
Takie bielniki i bielenie można często spotkać i dziś, na ogół jednak
gospodynie sobie upraszczają bielenie w domu, gotując sztuki płótna
w specjalnie spreparowanym ługu z palonych łęcin łubinu, a dawniej
z jałowca itp.
Bielone płótna kurpiowskie cieszą się wielkim popytem na miejscu
i dalej w Polsce od stu kilkudziesięciu blisko lat.
F o l o w a n i e s u k n a . Sukno zaraz z krosien nie nadaje się do
krawca, jest rzadkie, rozciągliwe i kurczy się od wilgoci i deszczu.
Ubranie uszyte z takiego sukna po pierwszej ulewie skurczyłoby się
niepomiernie i trudno by je nałożyć na siebie. Tak pewnie w dawniej­
sze czasy przytrafiało się niejednemu elegantowi puszczańskiemu, i to
zmoknięcie właśnie ze skurczeniem się gwałtownym sukna naprowa­
dziło zapewne tkaczów na pomysł zbicia sukna na gęstsze, więcej nie­
przepuszczalne i nierozciągliwe. Folowanie sukna — bo tak nazywa się
cała ta manipulacja utrwalenia, zbicia i ujednostajnienia rozciągliwości
włókien —• odbywa się od niepamiętnych przez ludzi lat, na całym
terenie, gdzie znane jest tkactwo z wełny. Do folowania służy specjal­
ny przyrząd-warsztat, zwany foluszem, a będący właściwie długim
(około 3—4 m) korytem, dłubanym z grubego pnia drzewnego, z wol­
nymi wylotami w obu końcach i dość wysokimi bokami. Do koryta
dorobiony jest specjalny długi i dość cienki smyk z kołkami do rąk.
Do smyka trzeba 6, 8 i więcej nieraz ludzi.
Zwykle folusz ustawiony jest na kołach wbitych w ziemię (słup­
kach), przed oknami chałupy, przez które przechodzi światło lampowe
na zewnątrz przez szyby, żeby pracujący mieli widno. Praca rozpoczyna
się o zmierzchu, zwykle w czasie adwentowym (w grudniu), do której

TKACTWO

NA

KURPIACH

195

zaprasza się sąsiedzkich chłopców dorosłych na cały wieczór. Jeżeli
sukna jest mało w jednej chałupie, to kilka gospodarstw razem znosi
sukno na wspólne folowanie, dość pracowite i kłopotliwe.
Sukno naparzone ukropem, rozciągnięte w foluszu (korycie) chłop­
cy międlą, gniotą i przewracają smykiem, ciągając nim gromadnie
w obie strony wzdłuż. Z kobiet domowych co chwila któraś leje wrzą­
tek z dużego sagana na sukno, a po k i l k u godzinach, gdy znawcy za­
wyrokują, że sukno gotowe — zbite i ścisłe, pracę się przerywa. Sukno
mokre naciągają, prostują, nawijają na wałki, suszą i oddają po t y m
do krawca. J u ż mu żaden deszcz nie zaszkodzi ani zmiana pogody.
Chłopcy po ciężkiej do potu pracy przy suknie otrzymują zasłużoną
dobrą kolację, folusz pożyczany jest dalej po wsi, bo nieraz i kilka
razy różne sukna w ciągu grudnia doprowadzone są do stanu używal­
ności.
Do reszty biorą je w obroty wędrowni krawcy.
W ostatnich latach, bliżej miast fabrycznych, sukno takie dają nie­
którzy do specjalnych fabryk do wyrównania jednej strony, prawej,
przez maszynowe postrzyżenie włosia, ale większość poprzestaje na tym,
jakie wyszło z warsztatów wiejskich.
Sukno takie służy dziesiątki lat, ubranie z niego „nie do zdercia" —
jak mówią, a przy t y m na zimowe mrozy i zawieje ciepłe i wygodne
w ubraniu. Ma też wzięcie na Kurpiach do ostatnich lat, a na jarmar­
kach czy targach w Myszyńcu można go nabyć odpowiednio wymierzo­
ne sztuczki na krótkie sukmanki.
P r a n i e s a m o d z i a ł ó w . Pierwotnie nie prano bielizny (która
w lato była jednocześnie i strojem), nie znano tej potrzeby, i nie
względy higieniczne, tylko pewnie estetyczne wpłynęły na wynalazek
prania.
Pierwszą praczką bielizny czy płóciennego stroju był prawdopodob­
nie niejeden ulewny, letni deszcz, który, gdy był z silną falą, t j . wia­
trem, nie tylko strzepał i sprał skórę będącym w podróży czy gdzieś
przy rybołówstwie puszczakom, ale to samo zrobił z płóciennym stro­
jem, będącym jednocześnie bielizną, trzepiąc je z całą pasją wprost
na człowieku. Gdy człowiek wysechł, zauważył pewnie, że jego strój
czy bielizna jest ładniejsza, coraz bielsza i bez brudu. Dziewczyna
w pięknej bieliźnie, bielutkiej, zaczęła się prędzej podobać chłopakom,
co podrażniło pewnie ich ambicję w kierunku częstszego moknięcia na
deszczu, który je prał bezinteresownie a skutecznie. Jeszcze przed paru
dziesiątkami lat dziewczyny umyślnie mokły na majowym deszczu,
żeby i m włosy długie rosły (wtedy jeszcze nie strzyżono włosów). Taki
musiał być początek prania.
Zaczęto też z czasem — nie czekając deszczu — prać bieliznę w wo-

196

ADAM

CHĘTNIK

dzie bieżącej, trzepiąc ją ręką, dłonią, a z czasem podobną do tego
kijanką z płaskiej szczapy czy ułamanej gałęzi.
Prawdopodobnie z przyrodzonego lenistwa człowiekowi nie chciało
się urządzać prania zbyt często, ale bądź co bądź trzeba powiedzieć na
korzyść ludności tutejszej puszczy, że nie czekano tu aż płótno rozleci
się na człowieku w strzępy (jak to się zdarza po świecie) od znoszenia,
ale je prano, co nastąpiło pewnie już w wiekach X V I I i X V I I I . Wtedy
już nie deszcze, ale kobiety prały bieliznę.
Również warto zaznaczyć, że zmarłych domowników nie chowano
w bieliźnie brudnej, ale ją starano się wyprać, wybielić, by nieboszczyk
w dobrej formie mógł się zaprezentować w zaświatach. To mówią naj­
starsi tu ludzie, a pozostałość po t y m zwyczaju jest taka, że starsze
lub schorowane Kurpianki oczekując już śmierci, gdy jeszcze mogą pra­
cować, przygotowują sobie na śmierć swój strój, a w nim czysto-śnieżna
kosiula odgrywa pierwszorzędną rolę.
Bądź co bądź, że na początku X I X stulecia bieliznę już nie tylko
prano w wodzie, ale starano się wynaleźć ku temu odpowiednie mydliki-sposoby, ułatwiające otrzymanie możliwie czystej bielizny.
Ze sposobów tych znane były następujące:
1. Woda stojąca, miękka, wygrzana na słońcu, w pierwszym lepszym
dole czy kanale lub jeziorku. Moczono w niej bieliznę na całą dobę,
specjalnie w błocie lub ile, na drugi dzień spierano rozmiękły brud
w wodzie czystej bieżącej, wykręcano z nadmiaru wilgoci i suszono na
słońcu i wietrze, niekiedy od razu na sobie, żeby nabrała odpowiedniego
fasonu.
2. Ił rzeczny (mazisty i tłustawy muł gliniasto-marglowy), nad brze­
giem w niektórych miejscach rzek i strumieni. Szorowano w nim brud
zastarzały, a potem wysiastano w wodzie bieżącej, czystej i ogrzanej.
(Z takiego mułu Niemcy robili nam kartkowe mydło w czasie I i I I
wojny).
3. Zaparzanie bielizny w nawozie końskim, który — jak wiadomo —
przefermentowany, zawiera w sobie dużo ciepła, odbywało się jeszcze
na początku X I X wieku. Bieliznę z zastarzałym brudem zakopywano
głębiej w nawóz koński w stajni, żeby się tam dobrze zagrzała. Na drugi
czy trzeci dzień bieliznę wydobywano i prano w ciepłej wodzie z ługiem
gotowanym z popiołu. Spłukiwano w ogrzanej wodzie, czystej i bieżącej.
4. Gotowanie w ługu brudnej bielizny odbywało się jeszcze po­
wszechnie ok. 1900 r. Ług wygotowywano z popiołu drzew liściastych,
posiadający w sobie potaż zastępujący ludziom mydło. Wyługowany
potaż szedł znad Narwi na handel (dawnymi czasy) w dalszy świat.
Bieliznę z ługu prano w czystej wodzie ciepłej i miękkiej, najlepiej
w strugach i rzekach.

TKACTWO

NA

KURPIACH

197

5. Owczy ług. Była to na pozór brudna woda pozostała po myciu
owiec przed strzyżeniem. Woda taka była mętna i jakby tłustawa.
W wodzie takiej prano dawniej koszule płócienne, spierając do reszty
z brudu w wodzie czystej, bieżącej. Od lat 60—80 sposobu tego prawie
nie używają.
6. Dębowy ług. Palono w piecach dębową korę, odsiewano na sitach
i wygotowywano ług. Ług taki przez szereg dziesiątków lat uważano
za najlepszy i gotowano czy też prano w nim bieliznę. W końcu czysta
woda spłukiwała do reszty, co niepotrzebne .
Co do sukna i sukman, to praniem ich mało kto się interesował,
wystarczał deszcz i śnieg; dla „odnowienia" sukna wycierano je rękami
miękkim śniegiem.
Tak więc sobie radzili Kurpiowie, a właściwie Kurpianki z praniem
bielizny. Tylko na tratwach spławnicy drzewa (miejscowi oryle) musieli
prać sobie bieliznę w gratunach
gdzie indziej robiły to zawsze kobiety
i dziewczęta. Praczkami zawodowymi też są kobiety. W dawniejsze lata
na Starych Kurpiach zdolny kawaler rzeźbił ładną kijankę w kwiaty
i różne wzory i robił z niej prezent przedślubny swojej upatrzonej
dziewczynie. Przywiązywał widać do kijanki znaczną uwagę, a i dziew­
czyna nie obraziła się za to .
M a g l o w a n i e t k a n i n . Płótno spod krosien czy w ogóle tkaniny,
jest zawsze trochę pomięte, nierówne, pogurbanione, jak tu nazywają,
wyrównują je nakręcając na wałki, wyciągając za oba brzegi, roz­
płaszczając mokre na bielniku itp. W wypadkach koniecznych mniejsze
sztuki płótna maglują
na szerokiej ławie, na wierzchnim nakryciu
szlabana (łóżka służącego na dzień za kanapę do siedzenia) itp. Do ma­
glowania służy ręczna maglownica, zwana tu wałkownicą, i wałek dłu­
gości ok. 1 łokcia (50—60 cm). Czynność ta znana jest prawie wszędzie
po kraju, więc jej nie opisuję. Dodam tylko, że żadnych maglów zme­
chanizowanych na Kurpiach prawie nie ma, prostowanie wszelkiej bie­
lizny po praniu i wysuszeniu, jak ręczników, obrusów, koszul, far­
tuchów itp., odbywa się ręcznie przez kobiety podanymi powyżej na­
rzędziami.
Wałkownicą
— z płaskiego drzewa brzozowego czy klonowego lub
jesionowego, posiada do prawej ręki okrągły trzonek, a do lewej za­
krzywioną rączkę u przodu narzędzia. Spód wałkownicy
nacinany jest
12

1 3

u

1 2

Wiadomości od S. Chętnikowej (lat 91) z Nowogrodu, 1949 г.; M. Sobiechowej (lat 87) z Kadzidła, 1949 г.; od A. Kordeckiej (lat 55) z Myszyńca, 1949 r.
i in.
Gratuny są to duże szpary między klocami w płynących pasach drzewa.
Takie kijanki można oglądać w Łomży, w Muzeum. Stare Kurpie to od­
cinek dawnej Kurpiowszczyzny z lewej strony Narwi od Nowogrodu do Ostrołęki.
13

1 4

198

ADAM

CHĘTNIK

w karby, który przy toczeniu wałka z bielizną naciąga ją coraz mocniej
na wałek, wyrównując wszelkie fałdy i nierówności. Wspominam o walkownicy jeszcze i dlatego, że jest ona u każdej starannej gospodyni
i często jest ozdobiona pracowitymi motywami sztuki ludowej, robotą
rzeźbiarską . Bielizna czy fartuch po praniu nie maglowany wygląda
tak ,,jak psu wyciągnięty z gardzieli". Żelazka do prasowania od paru
dziesiątków lat są w użyciu u miejscowych krawców, ogół wiejski
dopiero zaczyna je lepiej poznawać.
15

1 5

Jak to widzimy np. w Muzeum w Łomży.

Item sets
Etnografia Polska

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.