-
Title
-
Gesty nadziei / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1991 t.45 z.1
-
Description
-
Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1991 t.45 z.1, s.35-46
-
Creator
-
Olędzki, Jacek
-
Date
-
1991
-
Format
-
application/pdf
-
Identifier
-
oai:cyfrowaetnografia.pl:2142
-
Language
-
pol.
-
Publisher
-
Polski Instytut Sztuki
-
Relation
-
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2309
-
Text
-
II. 1 P r z e p o j o n e pełnią zaufania dziękczynienie k i e r o w a n e do b o g a przez M a s a j a w c z a s i e w y ł a d o w a ń a t m o s f e r y c z n y c h , które w A f r y c e r ó w n i k o w e j nie grożą porażeniem gromem
Jacek Olędzki
GESTY NADZIEI
Gest Kozakiewicza, zacieranie rąk, „ f i g a "
Określenie użyte w tytule pojawiło się w mowie potocznej
latem 1980 roku. Nastąpiło to wnet po sukcesie polskiego
tyczkarza na Olimpiadzie w Moskwie. Bez precedensu na tej rangi
zawodach gest sportowca uzyskał w kraju powszechną aprobatę
i niebawem, w ponurych latach stanu wojennego, stanowił jeden
z elementów ludowo-plebejskiej terapii narodowej, niczym po
rzekadło „wrona orła nie pokona". Eufemizm - „pokaż gest
Kozakiewicza" (w zamian „wała" lub „takiego") - służył po
prawie samopoczucia, sprzyjał zachowaniu godności, a ostatecz
nie - ośmielam się to powiedzieć - pomagał ochraniać tożsamość
zbiorową. Na gest Kozakiewicza, skądinąd nieprzyzwoity i jak
najbardziej wulgarny, nie krępowały się w tych czasach powoły
wać albo do tego gestu odwoływać osoby wybredne, wrażliwe
i delikatne (chociażby niektóre pracowniczki IS PAN).
Upłynęło 10 lat i proszę sobie wyobrazić, studenci etnologii
UW, to znów synowie i córki bojowników czasu minionego,
słysząc nasze określenie, wydawałoby się funkcjonujące w mo
wie niczym termin ścisły, nie wiedzą o co chodzi i z rozbrajającą
szczerością zapytują: „jaki gest", „ o czym się mówi". Zatem
należy powrócić na chwilę do owego, historycznego (sic!) dnia,
kiedy nasz tyczkarz ustanowił nie tylko rekord świata ale również
przedstawił „świadectwo ideowo-moralnej postawy" w olimpij
skich zmaganiach. Jak wiadomo, uznane one zostały na świecie
za niegodne miana olimpijskich, albowiem ZSRR „udzielił pomo
cy" Afganistanowi... USA Olimpiadę w Moskwie zbojkotowały.
PRL bojkotu oczywiście nie podzielała i poprzez wszelkie moż
liwe środki przekazu sławiono u nas zbrojną interwencję (nazy
waną „braterską pomocą") w „zacofanym kraju", który stał się
„areną walki zbrodniczych sił imperialistycznych" z „postępowy
mi dokonaniami afgańskiej rewolucji socjalistycznej."
Płyciznę argumentacji i zarazem jej zwodniczość najpełniej
mógł ocenić tylko etnolog, który - jako jedynie kompetentny
badacz kultur plemiennych - doskonale orientował się z jednej
strony w rzeczywistym obrazie tkwiących w nich archaizmów,
a z drugiej w bezmiarze szkód czynionych w strukturach tych
kultur przez aroganckich wyznawców wszelkiego postępu. Ale
nie trzeba było nawet wiedzy etnologicznej, aby przy odrobinie
uczciwości i współczucia rozumieć sens i konsekwencje zbrojnej
interwencji w kraju, którego naród zechciał się zbuntować
i walczyć o swą wolność. Musiałem te komunały napisać,
albowiem pozwalają zrozumieć dzisiaj to, co dzięki zachowaniu
Władysława Kozakiewicza w Moskwie, zrodziło się nagle i nie
spodziewanie w naszej współczesnej kulturze. Ujawnię też od
razu swoje stanowisko - zaznaczam - w kwestii zasadniczej.
Uważam, że gest Kozakiewicza miał pewien wpływ na determina
cję i najważniejsze, o d w a g ę gdańskich stoczniowców w 1980
roku! Zdarzenia rozdziela trochę więcej niż dwa tygodnie, akurat
w sam raz tyle, aby najżarliwsi kibice sportowi jakimi są robotnicy,
docenili podwójny, niesłychany wyczyn swego bohatera-idola
(Kozakiewicz należał wówczas do zawodników pochodzących
z Wybrzeża, z Gdyni).
1
Wracajmy jednak do miejsca skąd wyszliśmy, do stadionów
Olimpiady w Moskwie. Oto na jednym z nich 30 lipca 1980 roku
po południu, przy osiemdziesięciotysięcznej widowni odbywały
się jedne z najbardziej spektakularnych w zawodach lekkoat
letycznych zmagania; skoki o tyczce (należy dodać, fajberglas35
II. 2 - 4 . Trzy spośród s i e d m i u g e s t ó w pięciokrotnie w ciągu dnia o d m a w i a n e j modlitwy przez p o b o ż n e g o m u z u ł m a n i n a z Dakaru
sowej! - a wiadomo co to znaczy). To nie rzut dyskiem lub
oszczepem (co tak doskonale wymyślili i umieli czynić staroży
tni), to również nie rzut młotem lub kulą, ale sobą... Nie w dal czy
wzwyż, lecz w górę. Wreszcie, to nie przeskakiwanie mokradła
albo płotu (skoki o tyczce wywodzą się z ludowych sposobów
komunikacyjnych i dopiero w 2 poł. XIX w. zostały zauważone
i uznane za dyscyplinę sportową), ale „stawienie czoła" doboro
wej widowni radzieckiej (50 tys. gwiżdżących przeraźliwie osób)
dopingujących rodaka Wołkowa. Nasza telewizja z prawdziwym
namaszczeniem celebrowała każde sprawozdanie z Moskwy.
Dzięki temu - o paradoksie okrutny, lecz jakże sprawiedliwy
- mogliśmy zobaczyć w tejże serwilistycznej do cna instytucji
przekaz autentyczny (transmisja na żywo, bezpośrednia!),
a w nim tak nas interesujący gest Kozakiewicza. W tych stra
sznych latach hołubienia u nas najordynarniejszych rozrywek
zwanych oficjalnie „widowiskami sportowymi", ja unikający TV
jak ognia, kupiłem jakiś telewizor za cenę symboliczną i z wyłą
czonym całkiem dźwiękiem oglądałem transmisję z wielkiego
Kraju Rad. I oto nagle zobaczyłem coś doprawdy niebywałego.
Jakiś (mnie oczywiście nie znany) zawodnik (tyczkarz) po
wspaniałym przejściu (przefrunięciu) ponad poprzeczką i wylą
dowaniu zgrabnie na macie, zamiast skakać z radości z uniesiony
mi w górę ramionami, pokazuje ostentacyjnie wszem i wobec
„gdzie się zgina ręka". Czynił to z głową uniesioną, triumfalnie.
Kiedy dowiedziałem się, o co chodzi, włączając dźwięk w odbior
niku, długo nie opuszczała mnie zuchwała radość. Jak wielka
radość i nadzieja pojawiła się wówczas u nieprzypadkowych
widzów, autentycznych kibiców i, najważniejsze, mieszkańców
Trójmiasta. Pierwszy złoty medal, no i ten niewiarygodny w swej
odwadze gest.
36
2
31 lipiec 1980 rok:
„NIEBOTYCZNY REKORD ŚWIATA
5,78! NA KOZAKA NIE MA SIŁY
Moskwa, 30.7 (tel. wł.). Wszystko zbladło, wszystko zeszło
tego środowego popołudnia na dalszy plan - liczył się tylko skok
o tyczce, liczył się przede wszystkim Władysław Kozakiewicz (...)
pierwszy człowiek, który przeszedł niebotyczną wysokość
5,78!!!" Dzięki Kozakiewiczowi Polska awansowała z 22 miejsca
na 16, po Szwajcarii, Brazylii, Finlandii, Danii, Australii, Kubie,
Szwecji, Francji, W. Brytanii, Węgrach, Włochach, NRD i ZSRR
(62 złote medale, a Polska pierwszy)."
Na zakończenie igrzysk durnowaty emblemat Miszki, ułożony
z pionierów, stosownie przebranych i poruszających się, „ronił
łzy" na trybunach olimpijskiego stadionu w Moskwie. Z ckliwością donosił o tym „Przegląd Sportowy" i wszelkie inne gazety.
0 łzach w Afganistanie i geście Kozakiewicza, oczywiście mil
czano. Tymczasem stało się coś doprawdy niezwykłego. Prosta
cki gest nieuległości, funkcjonujący głównie w porachunkach
szumowin, awansujący najwyżej do przekazu między kimś,
a nieakceptowanymi osobami, jakąś grupą ludzi, w wydaniu
zwycięskiego zawodnika i to na międzynarodowej imprezie,
uzyskał sens nowy, symboliczny WZGARDY, przeciwstawienia
się totalitarnej tromtadracji (bombastic display of patriotism),
totalitarnemu fałszowi, KŁAMSTWU tout court. Ponieważ po
przedzony został fascynującym wyczynem (w najbardziej nie
sprzyjających warunkach, nachalne dopingowanie Wołkowa
przez radziecką publiczność), podziw dla samego mistrzostwa
1 determinacji musiał rzutować na ekstrawagancję zawodnika.
Zachwyt oswajał ekstrawagancję, pozwalał ją akceptować.
W mgnieniu oka wywoływał konstatację, że Kozakiewicz ma
absolutne prawo powiedzenia co myśli, i że jego gest okazuje się
sposobem jedynym, niezastąpionym pod względem ekspresji.
W kontekście stereotypowych, nazwijmy je pokornych, uzna
nych, sportowych gestów głoszących zwycięstwo (jak chociażby
wzniesione do góry ramiona), wszelako zabarwionych często
obłudą, to znów rodzących najgorsze skojarzenia, ów niepokorny
gest Kozakiewicza, w innych sytuacjach wulgarny i nieprzy
zwoity, okazał się szlachetnym, uzasadnionym etycznie! Stąd
- niewątpliwie - zrodziła się natychmiastowa reakcja społecz
nego uznania. Nadania mu nowego znaczenia, szerszego niż miał
on dotąd.
Minęło 10 lat i „niebotyczny rekord świata" stał się wzruszają
cym wspomnieniem (w redakcji „Przeglądu Sportowego" do
wiedziałem się, że „Rusek, Bubka, skacze dziś powyżej 6 m").
Dowiedziałem się również w tym miejscu, skądinąd miarodajnym,
że nasz bohater przestał już być naszym („teraz Niemcem jest.
Sprzedać się i to do Niemców, to nie być człowiekiem.").
Wracajmy jednak do rzeczy. Trzeba było czekać również blisko 10
lat, aby w polskiej prasie mógł ukazać się wywiad z Kozakiewi
czem i abyśmy się mogli dowiedzieć od samego zawodnika, jak to
było naprawdę owego środowego popołudnia na olimpijskim
stadionie w Moskwie. I tu rozpoczyna się najważniejsza część
mego elaboratu, mówiąca już nie tylko o paradoksach zdarzeń
historycznych, lecz o figlach, a może nawet szyderstwie historii:
z Władysławem Kozakiewiczem w Wedemarku pod Hanowerem,
rozmawia Grzegorz Wasylkowski:
„- (...). Dlaczego Pan wyjechał z Polski? W powszechnej
świadomości funkcjonował pogląd, że kto jak kto ale Władysław
Kozakiewicz naprawdę nie ma powodów, by opuszczać ten kraj.
Piękny dom w Gdyni, pokaźne konto, zachodnie
samochody,
prestiż społeczny, sława, mit olimpijskiego zwycięstwa i ten
niezapomniany 'gest
Kozakiewicza'
(podkr. JO), który
wtedy, 9 lat temu, był dła nas wszystkich jakąś
zbiorową
terapią
(podkr. JO) w czasach zniewolenia. Może nie! Zacznij
my od tego gestu. Co się stało wtedy, na stadionie olimpijskim
w Moskwie ?
- To był istny obłęd. Sam nie pamiętam, kiedy to zrobiłem.
Dopiero po konkursie powiedziano mi, że pokazałem widowni
zaciśniętą pięść po skokach na wysokość 5.70 i 5.75, dwukrotnie.
Moja niechęć do tłumu rosła z próby na próbę. Za każdym razem
kiedy tylko pojawiłem się na rozbiegu słyszałem gwizd 50 tysięcy
ludzi. Na trybunach zasiadło wówczas 80 tysięcy, może więc pan
sobie wyobrazić, co znaczy gdy 50 tysięcy ludzi gwiżdże. A potem
był bieg, wybicie, narastający jazgot. Oni mieli swojego Wołkowa
i chcieli mnie zagwizdać na śmierć. A ja byłem coraz bardziej
rozjuszony. Nienawidziłem tego tłumu. Naprawdę, sam nie wiem
kiedy pokazałem im zaciśniętą pięść. Kiedy następnego dnia
fotoreporter francuski wręczył mi zdjęcia, gdy dwa dni później na
pierwszej kolumnie „L'Equipe" ujrzałem całostronicowy foto
gram swojej sylwetki w grymasie rewanżu - odtworzyłem sobie
wszystko.
- Ale przeszło panu na sucho...
- Na sucho? Niech pan nie żartuje, już kilka dni po powrocie
do kraju Marian Renke dostał telex z Moskwy, od Aristowa, by
pozbawić mnie złotego medalu olimpijskiego, i odebrać rekord
świata, a wie pan za co?
- Za brak powściągliwości w wyrażaniu uczuć?
- Nie, za obrazę narodu radzieckiego, dokładnie tak brzmiał ten
telegram.
- I co na to Renke?
- A co on biedny mógł więcej zrobić niż powiedzieć, że mnie
tego dnia bolała ręka i po skoku kurczyłem ją z bólu. Wszystko to
śmieszne i smutne."
Rzeczywiście, w historii gestu Kozakiewicza jest coś smutnego
3
37
i śmiesznego, chociaż również wzniosłego, mimo że owej wznio
słości - j a k się okazuje - sam bohater nawet przez chwilę sobie nie
zamierzył, że nie był też jej świadomy. Wyjazd z kraju Kozakiewi
cza, to już akt świadomej r e z y g n a c j i . Skłania to do zadumy,
widzenia osoby sportowca, jego decyzji w kategoriach myślenia,
bliższego uniwersalizmowi filozofii Dalekiego Wschodu, aniżeli
rodzimemu mędrkowaniu w stylu przedstawionych już ocen,
jakie usłyszałem w gmachu prasy przy Alejach Jerozolimskich.
„Nie należy mylić taoistycznego odosobnienia z buddyjską
rezygnacją. Buddysta wycofuje się z żalu nad cierpieniami, które
niesie życie, i czyni to z ciężkim sercem. Taoista oddala się
z pogardy dla wszystkiego, lecz jest to pogarda bez goryczy,
odejście w nastroju pogodnym. Pierwszy jest uosobieniem Po
wagi, przytłoczony, śmiertelnie poważny, pełen patosu i tragicz
nych przeczuć. Drugi jest Usamowolnieniem dokonanym przez
wirujący taniec i aromatyczne wino. Taoistyczne wróżki są
bowiem nieśmiertelnymi o zwinnych stopkach, co na wzór
ptaków stąpają po falującej powierzchni płynących chmur, co się
śmieją radośnie przy każdym skoku, z rękawami rozdętymi
wiatrem, beztroskie, nonszalanckie i całkowicie n i e ś w i a d o
me (podkr. JO) roju ludzkiego, który uwija się mozolnie pod
nimi."'
ZACIERANIE RĄK
Poznaliśmy na przykładzie jednego gestu przemianę jego
znaczenia w ciągu zaledwie dnia i dokonaną przez pojedynczą,
konkretną osobę. Wydaje się, że w dziejach niezwerbalizowanego systemu informowania się ludzi nie jest to - przy całej swej
wyjątkowości - fakt odosobniony. Wystarczy przypomnieć pod
niosły moment wzniesienia dwóch rozchylonych palców przez
Winstona S. Churchilla w dramatycznych dniach obrony Anglii.
Jak wiadomo, gest ten połączony został przez wielkiego męża
stanu z przyrzeczeniem zwycięstwa i do dzisiaj jest na całym
świecie jego znakiem. Należy jednak przyjąć, że gesty z reguły
powstają anonimowo, że wiele z nich należy do prastarych, być
38
może nawet przedwerbalnych sposobów informowania się. Sta
nowią komponent zawsze tej samej, powszechnej u ludzi motory czności, zarazem niezwykle ściśle określonej od czasów narodzin
(nie mając ogonów nie możemy nimi merdać czy je podwijać).
Należą do repertuaru reakcji naturalnych (chociaż nie zawsze),
wprost organicznych (jak szerokie otwieranie ust, kiedy z za
chwytu coś zapiera dech; „rozdziawił gębę, jak wół na malowane
wrota", jak wysuwanie języka przy mdłościach i wymiotach).
Zatem gesty są raczej rezultatem zbiorowych a nie indywidual
nych dokonań. No i niestety, dokonania te rozpływają się
w nieznanych nam - pod względem miejsca i czasu - odmętach
procesów dziejowych. Zająć więc nas może jedynie to, co jest
możliwe do opisania i nazwania, osobliwa uroda i ekspresja
gestu, jako znaku, jego kontekst, wreszcie jego jedyność, feno
menologiczna niepowtarzalność.
Gest, który nas dłużej zainteresował, w Iraku (szczególnie'
w Bagdadzie) nazywa się kitab (list, pismo, książka) i oczywiście
należy do jak najbardziej przyzwoitych. Dziś często z niego
korzystają petenci w urzędach, aby zasygnalizować właściwemu
urzędnikowi, kiedy jest ich wielu w sali, że ma się już gotową
(poświadczoną odpowiednimi papierzyskami) sprawę do załat
wienia. Iracki gest kitab ma się wywodzić z czasów, kiedy do
urzędnika przynoszono pismo lub pisma w postaci zwojów
przewieszanych na przedramieniu. Rytmiczne poruszanie ręką ze
zwojami stanowiło i stanowi niezły sposób wyprowadzenia
urzędnika z jego, zawodowego letargu.
5
W Nigrze lud Bororo i w północnej Nigerii lud Nupe przy
pozdrowieniach korzystają z pięści (pierwsi wysoko ją wznosząc,
drudzy opuszczając, nieraz obydwu rąk). Afrykańskie pięści nie
symbolizują bynajmniej gniewu lub woli walki. Mają związek
z uległością, z pokorą, niczym mea culpa i uderzanie się pięścią
we własną pierś. Początkiem gestu nigryckiego i nigeryjskiego
było wbijanie przed pozdrawianym włóczni (na znak uległości,
dobrych zamiarów, pokoju) trzymanej w mocno zaciśniętej
garści. Nupijczycy wzmacniają wymowę swych gestów uznania
i szacunku (w zwykłych, na co dzień czynionych pozdrowie6
II. 5. G e s t y m o d l i t e w n e m n i c h ó w b u d d y j s k i c h ( ł a m ó w ) z klasztoru G a n d a n w Mongolii: 1 a - l Ь - przywołanie boga; 2 - p o w i t a n i e w o d ą ( o b m y c i e n ó g ) ; 3 - p o w i t a n i e k w i a t a m i
lotosu; 4 - o w i a n i e w o n i ą kadzidła; 5 - p o w i t a n i e światłem; 6 - n a m a s z c z e n i e w o n n y m i ojekami; 7 - u g o s z c z e n i e ; 8 a - 8 b - obdarzenie muzyką.
niach) wobec drugiej osoby, łącząc nieraz pozdrowienie z przy
klękiem (obowiązkowo w stosunku do starszych, którzy parok
rotnie odwiedzili Mekkę) i głębokim pochyleniem się. Najbardziej
jednak zdumiewa fason tych ich gestów, by nie powiedzieć
mądrość i powaga, kiedy czynione są nie face to face, lecz po
minięciu pozdrawianego, za jego plecami.
U Wolof w Senegalu, ale zapewne również u innych ludów
Zachodniego Wybrzeża Afryki, czcigodny nasz gest zafrasowania
i zadumy (podparcie twarzy dłonią) traktowany jest niczym
garbienie się dzieci przy stole albo dłubanie przez nie paluchem
w nosie. Nasz gest u tych afrykańskich dzieci jest surowo karany,
a to dlatego, aby w życiu dorosłym nie ulegały presji zmartwienia,
aby nie truchlały przed niepowodzeniami, aby zawsze były
pogodne, wesołe i nigdy - broń Boże - nie przypominały
Tubabów, ludzi z czerwonymi uszami, czyli nas, białych. Dodam,
że tak wychowane dzieci, wiedzą jak dokuczyć nam najbardziej;
przedrzeźniają nasze zafrasowanie głupawym wykrzywieniem
ust, wytrzeszczem oczu ku niebu i cierpiętniczym dociśnięciem
dłoni do brody lub policzka.
7
8
W Chinach gest wysuwania (pokazywania) języka (na przy
kład przez dzieci w szkole) nie dotyczy kogoś, lecz raczej siebie...,
albowiem sygnalizuje zawstydzenie (na przykład z powodu
udzielenia błędnej odpowiedzi na pytanie nauczyciela).
Zatrzymajmy się na chwilę przy tym mnożeniu przykładów,
bowiem nasz rejestr wieloznaczności, a właściwie sprzecznych
znaczeń tych samych gestów, można by prowadzić w nieskoń
czoność. Natomiast istotnym jest uzyskanie w miarę pełnego
w danej kulturze czy środowisku zestawu funkcjonujących
gestów, uporządkowanych według uzasadnionego kryterium.
Wydaje się, że jednym z ważniejszych, może być opozycja między
afirmacją i negacją, a pośrednio życzliwością i niechęcią, co
w ostatecznym rozrachunku sprowadza się do ustalenia sposo
bów wyrażania i chronienia swej tożsamości. Stosowanie tego
9
kryterium odnaleźć można w znaczących analizach gestu. Przy
okazji należy przypomnieć, że gest stanowi - jak wiadomo
- cząstkę (ważną, jeśli nie najważniejszą) tego, co blisko sześć
dziesiąt lat temu Marcel Mauss nazwał sposobami posługiwania
się ciałem. W etnologii polskiej jest to dziedzina wciąż pomijana
w badaniach. Niechaj zatem mój tekst będzie jakąś zachętą do
poczynań, które zapewniam, dostarczają wiele radości i satysfak
cji. Niekiedy jednak skłaniają do, niestety, gorzkiej zadumy.
Ustalenia z Murzynowa i okolic, aż po rodzinne strony Lecha
Wałęsy (dawna Ziemia Dobrzyńska) pozwalają stwierdzić, że
badana społeczność korzysta zaledwie z kilku lub kilkunastu (w
zależności od wzorca osobowego badanej osoby) gestów, połą
czonych z powiedzeniami, mającymi sens afirmatywny (demons
trującymi życzliwość czy przyjaźń). Gesty te czynione są z reguły
zdawkowo, tylko w szczególnych sytuacjach - na przykład po
pijanemu - wylewnie. Natomiast ta sama społeczność korzysta
z około trzydziestu gestów, połączonych z powiedzeniami, a nie
które z grubymi przekleństwami lub pojedynczymi, ordynarnymi
wyrazami (demonstrującymi nieżyczliwość, zdecydowaną nie
chęć, wrogość, aż po nienawiść). D w u - a nieraz trzykrotną
przewagę gestów rodzaju drugiego nad pierwszymi należałoby
jeszcze powiększyć, albowiem pierwsze są czynione z rzadka
(zdawkowo, automatycznie), gdy drugie znacznie częściej i, co
jest istotne, poświęcając im uwagę, nie szczędząc uczuć i emocji.
Nowy gest afirmatywny, mający sens życzliwości, przyjaźni itd.,
czyniony po mszy w kościele jest również zdawkowo.
Pierwszy rodzaj gestów ma tendencję zanikania (jak gest
odkrywania głowy i wypowiadanie „szczęść Boże"), kiedy dru
gie wciąż zaskakują swą żywotnością. Przejawia się to między
innymi w tym, że przybywa sporo nowych słów, a nawet
kunsztownych zwrotów („nie twoja brocha, odp... się", „pole
czyć musisz sobie sufit, ty ch...", „k... mać, ty mnie żelowałeś'"
- przy ramionach wyrzuconych w stronę nieba, itd.).
10
11
12
39
Opracowanie dla poszczególnych kultur podobnych metryk
gestycznych, stanowiłoby - jak sądzę - pożyteczną i chyba
sensowną diagnozę, wzbogacającą naszą samowiedzę. Stąd
bezwzględna konieczność przeprowadzania działań komparatystycznych. Spróbujmy zatem nasze polskie dane odnieść do
danych pochodzących z miejsca, szczególnego w dziejach ges
tów indoeuropejskich. Tym miejscem są oczywiście Indie. Jak
wiadomo, to właśnie w Indiach powstało zjawisko tak wyjątkowe
i niezwykłe zarazem, jak modlitwa gestyczna, dynamicznie i eks
presyjnie odmawiane (a właściwie pokazywane, czynione) dłoń
mi przez buddyjskich mnichów powitalno-adoracyjne litanie oraz
bezsłowna, gestyczno-mimiczno-taneczna gra aktorów, swobo
dnie radzących sobie z najzawilszymi kwestiami (chociażby
rozstrzygającymi problem walki dobra ze złem w nieprawdopo
dobnie powikłanych dramaturgicznie, zdarzeniach mitycz
nych). W Keralii, aktorzy przedstawień kathakali, inspirowanych
Ramajaną, Mahabharatą i Bhagawatgitą, korzystają z 240-270
gestów. Ta znaczna wszelako liczba nie jest bynajmniej pełna.
Podlega ona bowiem przemnożeniu przez 24 odrębne kombina
cje, które czynią ją odpowiednikiem całkiem obszernego zasobu
słów i zwrotów językowych. Dodajmy, że artykułowane są one
z niezwykłym wdziękiem, kunsztownością. Pozwala na to tylko
taka elastyczność dłoni, w której palce jednakowo swobodnie
wyginają się, tak do środka, jak i na zewnątrz. Ludy, które
legitymują się takimi zdolnościami, mające zdumiewająco wyrafi
nowane formy gestu artystycznego (nigdy „teatralnego", chociaż
stanowiącego język przekazu dramaturgicznego w teatrze) i reli
gijnego, mogą - jak się wydaje - z całą, uzasadnioną nonszalan
cją, korzystać z powściągliwości w gestach na co dzień. Byłby to
umiar w nadmiarze, jeden z zasadniczych rysów charakteryzują
cych kultury Dalekiego Wschodu (a nie nadmiar w umiarze,
o którym się myśli w przypadku kultury europejskiej) ? Chyba tak.
13
II. 6. Pasterz z p l e m i e n i a G u d ż a ( I n d i e ) w ę d r u j ą c y d o m i e j s c ś w i ę t y c h . Przekłuty spinką
język jest g w a r a n c j ą dopełnienia pokuty milczenia
Do tego przekonania skłonić się możemy korzystając z bezcen
nych danych zawartych w twórczości translatorskiej Juljusza
Parnowskiego, pierwszego u nas i dotąd niezastąpionego znaw
cy języka hindi."
Bohaterowie tłumaczonych przez Parnowskiego powieści,
nowel i opowiadań - zawsze Indusi - wywodzący się ze średnich
warstw społeczności miejskich a także z środowiska wiejskiego
(chłopi):
NIE WYGRAŻAJĄ PIĘŚCIĄ
NIE GROŻĄ PALCEM
NIE POKAZUJĄ, ŻE RĘKA ZGINA SIĘ W ŁOKCIU
NIE WALĄ PIĘŚCIĄ W STÓŁ
NIE WZNOSZĄ RAMION DO NIEBA (błagając o pomstę)
NIE TUPIĄ
NIE PLUJĄ PO TRZYKROĆ NA ZIEMIĘ
NIE STUKAJĄ SIĘ PALCEM W CZOŁO
NIE ROZKŁADAJĄ RĄK (w geście „obiektywnej" bezradno
ści, jak nasi urzędnicy, względnie działacze)
NIE DEMONSTRUJĄ ZAFRASOWANIA W NAJBANAL
NIEJSZY SPOSÓB (podpieranie twarzy dłonią)
ponadto:
NIE KŁUJĄ PALCAMI W OCZY
i nie rozdziawiają ust w zachwycie, nie śmieją się półgębkiem
oraz nie marszczą czoła (na znak powagi, dając świadectwo
zaprzątnięcia, myślenia).
Natomiast:
Z A C I E R A J Ą R Ę C E (hath masalna) ZNAK ZMARTWIE
NIA, ZATROSKANIA, ZAFRASOWANIA!!!
SKŁADAJĄ DŁONIE (hath jorna) gest jednakowo kierowany
do bogów i ludzi godnych szacunku
ZADZIERAJĄ GŁOWĘ (sir asman par hai), dosłownie, głowa
jest na niebo, wewnętrzna akceptacja
ZE ZDUMIENIA MILKNĄ (muh sukhna), dosłownie, usta
wyschnąć
WZDYCHAJĄ (sans lena), dosłownie, oddech brać, tylko
w sytuacjach trudnych, nigdy w rzewnych
ponadto:
WZNOSZĄ PALEC WSKAZUJĄCY DO GÓRY, wskazując
winowajcę
POKAZUJĄ KCIUK, „figę", (thenga)
WKŁADAJĄ PALCE DO UST (mężczyźni ze zdumienia - wsty
du)
WKŁADAJĄ RĄBEK SARI DO UST (kobiety ze zdumienia
- wstydu)
BIJĄ SIĘ KUŁAKAMI PO CIELE (przy nieakceptowaniu sie
bie)
WYRYWAJĄ WŁOSY Z GŁOWY (tylko w przypadku roz
paczy)
PŁACZĄ (tylko z żalu, lecz nie z radości).
Przy tych naprawdę stosunkowo nielicznych gestach o charak
terze negującym (przy tym jest charakterystyczne, pozostających
w równowadze między nie akceptowaniem siebie i kogoś) Indusi
całkiem miernie przeklinają, podobnie jak inne ludy azjatyckie
(Mongołowie na przykład w ogóle nie wykorzystują możliwości
nazywania kogoś świnią, krową, kobyłą, osłem itd.). Znają jakiś
odpowiednik naszego sk..., lecz jego obecność w potocznym
języku w niczym się nie ma do naszych k..., jako spójników
i apostrof językowych. Okrzyki w stylu o Jezusie, Maryjo i Józefie
święty, tudzież olaboga, o Boże mój, oraz krucafuks i pierunie,
pieruna (co według Wł. Antoniewicza jest pozostałością kultu
Peruna) mogą jedynie znajdywać jakiś niedoskonały odpowied
nik w chłopskich Ram, Ram. Nasze ojej, oj, ojoj czy ach, znajduje
w Indiach swój odpowiednik ware (skierowanym do mężczyzny)
i ari (adresowanym do kobiety). Szczególną powściągliwością
- tak jak u wielu rozumnych narodów - nie jest objęte bekanie
(dakarna), a nawet puszczanie bąków (padną). Bohaterom
utworów literackich wypada to naturalnie czynić, tak jak wy
trzeszczać oczy w gniewie (ale nie z podziwu, jak to bywa
u nuworyszów, arywistów i neofitów), tudzież splunąć komuś
w twarz jeśli na to solennie zasłużył.
40
II. 7. G e s t y k i e r o w c ó w : a - „ m i a ł e m j e d n e g o o j c a " ( M a r o k o ) ; b - „ z l u z o w a n i a d ł o ń " ( H o n o l u l u , H a w a j e )
Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy unikaniu grożenia czy
wymachiwania pięścią, a także przy szczególnym dla naszych
rozważań geście zacierania rąk. Napisałem unikaniu, bowiem
znane jest hinduskie przysłowie: po któtnipięścią się nie macha!
Może to świadczyć, że gest wygrażania pięścią jest Indusom
doskonale znany. Natomiast nie korzystanie z niego wskazuje na
dojrzałość i rozumność w obowiązującym obyczaju, etykiecie
towarzyskiej (nie podleganie rozdwojeniu i hipokryzji w tym
stopniu, jak nam, Europejczykom, często się zdarza). Samo zaś
przysłowie (odpowiednik naszej przestrogi i niehonorowości
powracania poniewczasie do czyichś przewinień, „zła to zupa po
kisielu"), świadczy o rozumieniu, w najlepszym tego słowa
znaczeniu, godności.
Wreszcie spójrzmy na nasz gest zacierania rąk. Wiadomo, że
jest to czynność motoryczna, naturalna wśród ssaków dwunoż
nych, związana ze sposobieniem się, z czynieniem czegoś. Zatem,
jeśli tą czynnością o znamionach mobilizacyjnych wyraża się
zafrasowanie, czy po prostu smutek, żal, to możemy mówić
o rozmyślnym (skutecznym) sposobie nie poddawania się złym
nastrojom, podobnie jak to czynią w najlepszej wierze Murzyni,
tropiąc i karając u dzieci gest zafrasowania. Ktoś może tu dostrzec
elementy magii, działań apotropeicznych. Mnie wystarcza wyłą
cznie analiza, odwołująca się do wiedzy o ludzkich skłonnoś
ciach, w pełni racjonalne wyjaśnienie roli (niekorzystnej) wma
wiania sobie zmartwień, nieszczęść itp., oraz (korzystnego dla
ogólnego samopoczucia) wmawiania sobie bez ironii „JEST
DOBRZE".
Hinduskie tak (ha), wypowiadane w sposób zbliżony do hąąą
(długie nosówkowe a), trudno byłoby uznać za akceptację
skwapliwą czy nawet jednoznaczną. Towarzyszy ha skłon głowy
na lewo ku ramieniu. Ktoś z bardzo spostrzegawczych i dociek
liwych Polaków, kto mówił mi o swych wrażeniach z Indii,
charakteryzował owo hinduskie tak (zaobserwowane na przykład
na bazarach wśród handlarzy) jako zbliżone do „bo ja wiem",
„może"? Dla Europejczyka przywykłego do szybkich, skutecz
nych działań w stylu rachuciachu, zachowanie Hindusów wypo
wiadających po swojemu (z namysłem) tak, może oczywiście
denerwować. Wszelako, rzetelniejsza jest akceptacja wyrażona
z namysłem, aniżeli skwapliwa, pochopna. Mój nieoceniony
przewodnik po Indiach - Juliusz Parnowski - zwraca uwagę, że
jego literaccy bohaterowie nigdy nie zwielokratniają h i , na modłę
przypominającą nasze taktaktak. A zatem, nie mieliby ci roztropni
ludzie swych potakiewiczów, obrzydliwych nadgorliwców?
Przeczenie wyraża słowo na. Kilku moich rozmówców nie
mogło sobie w żaden sposób przypomnieć gestu towarzyszącego
temu na. I chyba świadczy to o czymś dobitnie. Mianowicie o nie
rzucaniu się przybyszowi w oczy (trwaniu w ukryciu) gestycznej
negacji.
Nie muszę mówić o dobroczynnym znaczeniu
- w kształtowaniu spolegliwych więzi międzyludzkich - unikania
zaprzeczeń, nie demostrowania ich wyraźnie gestem głowy
a nieraz również ręki.
Stwierdzane tutaj walory i niezwykłości niezwerbalizowanego
systemu informacji w kulturze indyjskiej, rodzą pytanie o charak
terze zasadniczym, jakie czynniki odegrały rolę w tym procesie
differentia specifica. Otóż, wskazuje się na znaczenie kastowego
porządku społecznego, obowiązującego w Indiach, który ma
stanowić gwarancję uznawanych norm etycznych, zasad współ
życia itd. Mówi się też o znaczeniu oddziaływania sacrum na co
dzień (na profanum), funkcjonowaniu w codziennym życiu
prawd religijnych wywodzących się z hinduizmu, buddyzmu,
także z islamu; w ogóle z filozofii indyjskiej. Wydaje się, że to
oddziaływanie następowało na różnych poziomach, przy wyko
rzystaniu form skuteczniejszych (dojrzalszych), niż znane nam
ztradycji chrześcijańskiej. Oto Manu Swajambhuwa, MANUSMRYTI (Traktat o Zacności, czyli rodzaj szczególowego poradnika
dotyczącego zasad życia godziwego, a wykorzystywany chyba
już od początku naszej ery) oraz Watsjajana MaWanqa, KAMASUTRA (Traktat o Miłowaniu). W Polsce możemy z tymi bezcen
nymi prawdami zapoznawać się dopiero od 1985 r . l
Posłuchajmy jednej z porad-zaleceń, jakże aktualnych w kraju,
gdzie zdarza się nawet wykształconym ludziom, że telefonując do
kogoś - nim się sami przedstawią - zapytują (twardo i nieustęp
liwie) o nazwisko rozmówcy:
15
18
Lepszy bramin, który jeno
Zna Gajatri i panuje
Nad zmysłami, od takiego.
Co trojaką poznał Wedę,
Lecz nad sobą nie panuje,
Gotów wszystko zjeść czy sprzedać.
Niech na łożu lub siedzisku
Zwykle przez się zajmowanym
Nie spoczywa w towarzystwie
Tego, który go przewyższa.
A gdy spoczął, niechaj wprzódy
Podniósłszy się cześć mu odda.
41
II. 8. P r z e k a z y w a n i e s o b i e złych w i a d o m o ś c i przed kościołem w Jedlińsku koło R a d o m i a
FIGA
Kiedy starszy doń się zbliża,
U młodego siły życia
W górę uciec wnet próbują.
Przez powstanie, czci oddanie
On je w sobie zatrzymuje.
19
20
Kto oddaje cześć i zawsze
Starszym usłużyć się stara,
Ten pomnaża w sobie czwórkę:
Wiek i wiedzę, sławę, siłę.
Bramin, który cześć oddaje
Temu, kto przewyższa jego,
Niech onego pozdrowiwszy,
'Oto tak mnie zowią'Tymi słowy się przedstawi.
21
Kiedy ten, kto się przedstawi.
Widzi, że ktoś nie rozumie
Słów takiego powitania.
Niech mu mądry: 'Jam jest ..." powie.
Białogłowa wszelkim także
Niech podobnie się przedstawia."
W czas witania po imieniu
Swoim, niechaj 'bho' - zawoła.
Bo w myśl tego, co chcą wieszcze,
'Bho' jest kształtem wszystkich imion.
Bramin, gdy mu cześć oddają,
Odrzec winien: 'Żyjcie długo,
O łaskawi', i ostatnią
Samogłoskę w ich imieniu
Winien długo akcentować.
18
42
„Figę komu pokazać, co znaczy wydrwić, ośmieszyć." Gest
ten znany jest u nas od początku XVII w. . Odnajdujemy go we
wszystkich chyba krajach Europy, znany jest, jak już wiemy,
w Azji, a także w Afryce. Poprzez kraje i kontynenty, ten
wyjątkowo sympatyczny sposób korzystania z zaciśniętej dłoni,
z której wysuwa się przez szparę między palcami czubek kciuka,
mimo lokalnych, odmiennych znaczeń, posiada zawsze sens
podobny, służy samoobronie (poprawia samopoczucie), zabez
piecza tożsamość osobie. Gest ten, niczym ze srebra wykuta
rączka Fatimy (kraje Mahrebu) albo dłoń ze sterczącym kciukiem
i małym palcem (Hawaje, il. 7b), dziś produkowany masowo
z czarnego plastiku jako breloczek, jest amuletem szoferów,
wszelkich kierowców samochodów, gwarantującym jazdę spo
kojną bez złorzeczeń i przekleństw. Natomiast sportowcy, obok
szoferów, najważniejsi ludzie naszych czasów - chociaż mogliby
- raczej z niego nie korzystają. Korzystają zaś z wielu innych
gestów ochronnych, mobilizujących oraz DZIĘKCZYNNYCH.
Właśnie, d z i ę k c z y n n y c h i t r i u m f a l n y c h . „Oblicze nieba
umiecie rozpoznawać, a znamion czasu nie potraficie?" (Mat.,
16, 3-4). Signum temporis.
Ponieważ rozpoczęliśmy nasze rozważania od gestu spor
towego, wypada na „gestach sportowych" skończyć. Nieza
stąpioną okazję do poznania istniejących dziś na świecie różnic
(etosowych, kulturowych, etcetera) dostarczają międzynarodo
we mistrzostwa, szczególnie takie, jak Mondiale'90 w piłce
nożnej. Śledziłem więc z uwagą (przy skasowanym dźwięku
telewizora) zachowania szczęśliwych strzelców bramek, albo
wiem zwykli oni po takim strzale demonstrować swoje zdolności
w kreowaniu figur, szczególnie dziś nośnego języka na świecie
- gestów piłkarskich, futbolowych. Przypatrzmy się temu:
18 czerwiec
trybunach i wyraźnie komuś konkretnemu przesyła dłonią całusa.
Mówi tym gestem wyraźnie TO DZIĘKI TOBIE.
D, PR
Argentyna - Rumunia ( 1 : 1 )
Argentyńczyk po celnym strzale rzuca się na kolana i wznosi do
nieba twarz oraz ramiona. Dłonie ma złożone płasko, modlitew
nie. PR (pokora-radość)
Rumun po golu wyrównującym z twarzą wyrażającą złość (a
nawet gniew wściekły) grozi wskazującym palcem, gwałtownie
wyciągniętej ręki w stronę bramki (bramkarza?) przeciwnika. GN
(gniew, niepokorność)
Obaj zawodnicy zwrócili się wyraźnie do swych gestycznych
adresatów. Pierwszy, jakby mówił DZIĘKI Cl DOBRY I LITOŚ
CIWY BOŻE, natomiast drugi JESZCZE Cl POKAŻĘ!, albo
CZEKAJ DRANIU. I w ogóle masz mieć wobec mnie respekt.
To dla naszych celów najważniejszy mecz, klucz do poznania
namiętności (emocji) oswojonych. Występujących w habitusie
zdobytych doświadczeń w swoich środowiskach kulturowych.
Abraham Maslow doświadczenia takie (zdobyty gol) nazwałby
zapewne szczytowymi (Being) i niewątpliwie włączyłby je do
kardynalnych kategorii ISTNIENIA.
Tego samego dnia
Kostaryka-Szwecja ( 2 : 1 )
Kostarykańczyk po celnym strzale pada na kolana, twarz
i rozchylone ramiona wznosi do nieba. Odczytuję to, jako DZIĘKI
Cl BOŻE, ZWYCIĘSTWO! Nie cieszy się jednak nim, nawet przez
chwilę, bo padają nań miłośnie współbracia, gniotąc się wzajem
nie przy ziemi.
D, PR
Co było dalej nie wiem. Przyszły dwie dziewuszki w roli
inkasenta spisywać stan licznika elektryczności zużytej.
23 czerwiec
22
Kamerun-Kolumbia ( 2 : 1 )
POKORA - RADOŚĆ
GNIEW - NIEPOKORA
W meczu tym nastąpiło zdarzenie, które przyćmiło wszelkie
inne (nawet wyeliminowanie przez Kamerun ZSRR). Oto Kameruńczyk Roger (Artur) Milla (Miller), lat38, nazywany Matuzalemem wśród napastników piłkarskich, po celnym strzale, wznosi
charakterystycznie nad sobą ramiona (porównaj il. 1), nie wznosi
jednak głowy do nieba (patrzy przed siebie z szerokim uśmie
chem), następnie pędzi do słupka na kornerze, zatrzymuje się
przed nim i mając już opuszczone dłonie do podbrzusza, rusza
gwałtownie biodrami po trzykroć, jakby kończył siusianie...
Czytaj, szanowny czytelniku, ten gest tak jak odczytuje się
zachowania nosorożców, piesków i innych jeszcze rozumnych
stworzeń, zaznaczających swoje terytorium w najprostszy spo
sób. OD TEJ CHWILI BOISKO JEST MOJE! Powiedział Milla
tym gestem.
W meczu Argentyna-Rumunia spotkały się w najczystszej
postaci te dwie zasadnicze postawy (manifestowane po skutecz
nym strzale). Pierwszą możemy łączyć z DZIĘKCZYNIENIEM,
drugą z TRIUMFOWANIEM. W innych meczach (szczególnie
drużyn zachodnioeuropejskich) takiej, wyrazistej opozycji nie
dostrzeżemy. Zaobserwujemy jednak radość gniewną (dwie
pięści wzniesione do góry) R G , pokorę niepokorną (na kolanach,
lecz z pięściami, a nie z dłońmi złożonymi lub splecionymi) PN,
tudzież fascynujące kombinacje, jak w przypadku Kameruńczyka
Rogera Milla. Ponadto, niedziękczynienie, triumf (zadufanie)
może być całkiem sympatyczne (w wydaniu zadufka) i zdecydo
wanie antypatyczne (w wydaniu zadufańca). Zatem spotkamy się
z Ufkami i Ańcami, z U i A, jako wyrazicielami nie D (dzięk
czynienia) tylko T (triumfowania).
D oraz TU
Brazylia-Szkocja (1 : 0)
Gol drugiego Kameruńczyka wieńczy również gest dziękczy
nienia.
D, PR
Nastrój karnawałowy, dzięki tańczącym, śpiewającym i grają
cym kibicom brazylijskim.
Brazylijczyk po celnym strzale zwraca się do rodaków na
Kolumbijczyk po celnym strzale pada na kolana i wznosi do
nieba twarz i splecione dłonie.
D, PR
20 czerwiec
i
»
1
H
- -
II. 9. M i c h a i ł G o r b a c z o w z Anatolijem Ł u k j a n o w e m
43
Tego samego dnia
Czechosłowacja-Kostaryka ( 4 : 1 )
Pierwszy Czech, po celnym strzale, pada na kolana i wznosi
pięść do góry.
TU
i objąć go nogami w pasie. ZWYCIĘSTWO! I M A M CIĘ OD
TERAZ.
TU
Tegoż dnia
Irlandia-Rumunia (karne 5 : 4)
Drugi Czech, po celnym strzale, biega jak oszalały po stadionie
wznosząc do góry palec wskazujący.
TA
Strzelił Rumun, trafił i nic po tym nie uczynił.
0
Strzelił Irlandczyk, trafił i wzniósł ramiona do góry.
24 czerwiec
RFN-Holandia ( 2 : 1 )
W drugiej części meczu Niemiec strzela pierwszego gola. Po
strzale podskakuje radośnie i podrzuca rytmicznie do góry ramio
na. Postępuje tak, jak zwykły cieszyć się dzieci pogodne.
R
Pod koniec, również Irlandczycy przestali po celnym strzale
cokolwiek czynić. SMĘTNI CA.
0
26 czerwca
25 czerwiec
Anglia-Holandia (1 : 0)
Włochy-Urugwaj (2 : 0)
W drugiej części spotkania Salvatore Schillaci wreszcie strzelił
celnego gola. Nie zdołał po tym czegokolwiek uczynić, bowiem
zwalili się na niego szczęśliwi koledzy, tworząc „kupę".
0
Aldo Serena strzela drugiego gola. Po strzale biega z rozpostar
tymi ramionami, aby niespodziewanie wskoczyć na przyjaciela
Nudy na pudy. W drugiej dogrywce Platt strzela gola, a następ
nie pędzi - niczym na kraniec świata - uśmiechnięty od ucha do
ucha z ramionami wzniesionymi wysoko do góry. Na drodze staje
mu przyjaciel więc skacze na niego aby objąć go nogami w pasie.
Do tej radującej się pary dobiegają pozostali Anglicy, aby Platta
objąć serdecznie, lub tylko czubkami palców dotknąć go ponad
głowami kolegów. CHWAŁA, UDAŁO SIĘ!
TU
I
II, 1 0 . Obraz Erica S c o t a , Moc
44
fallicznego
szturchnięcia,
1 9 7 6 r.
Tegoż dnia
Wkrótce po tym Włoch celnie strzela karnego. Biegnie, aby
przytulić się najpierw do jednego, a po chwili do drugiego kolegi.
chyba D i PR
Jugosławia-Hiszpania (1 : 2)
Po długiej grze, ciągnącej się jak flaki w oleju, przy nie
wykorzystywaniu „pełnej przestrzeni murawy" z powodu 40°
ciepła, Jugosłowianin Dragan celnie strzela i postrzale biegnie do
współtowarzyszy (oni biegną do niego), ginie w ich ramionach.
TU
W drugiej części meczu Hiszpan strzela wyrównującego gola.
Chwytają go koledzy i podrzucają do góry.
Pod koniec meczu Utragenio zdobywa dla swej drużyny
drugiego gola. Po strzale fika koziołka, ląduje na kolanach, sunie
na nich ok. 3 metrów, dzierżąc nad sobą dwie zaciśnięte pięści.
NIE MA NA NAS MOCNYCH!
PN i TU
4 lipiec
Anglia-Niemcy ( 1 : 1 )
Rezultat ze strzałów karnych po bezbramkowych dogrywkach.
Wiele niecelnych strzałów. Wreszcie (i u jednych i u drugich)
unoszenie ramion do góry, bratanie się z kolegami, ponadto
cierpiętnicze podawanie ręki kapitanowi drużyny.
j . j
7 lipiec
Anglia-Włochy (1 : 2)
Mecz o trzecie miejsce. W drugiej części Włoch strzela gola za
plecami legendarnego bramkarza Anglii (41 lat). Dzielny Włoch
niczego postrzale nie zdołał uczynić. Obłapiony został z czułością
przez kolegów.
q
Platt z trudniejszej o wiele pozycji i z większym swym udziałem
wyrównuje rezultat. Następnie z iście agnielską flegmą, jakby
z ulgą, spokojnie unosi prosto do góry ramiona (nie rozchyla ich
w kształcie V!)
_..
8 lipiec (niedziela)
RFN-Argentyna (1 : 0)
Do meczu tego Argentyńczycy „trafili drzwiami od zakrystii"
- powiedział sam Zbigniew Boniek (przegrali bowiem z Kameruńczykami). Na trybunach, samych Niemców 30 tysięcy.
Pierre Littbarski po nieudanym strzale otwiera szeroko usta,
wznosi wzrok do nieba i rozkłada ręce. Niektórzy, podobnie się
zachowują po sfaulowaniu przeciwnika. Maradona po niecelnym
strzale ukazuje rząd górnych zębów. W drugiej części meczu,
Thomas Berthold po chybieniu pada na wznak, robi „orła",
a następnie wstaje i chwyta się oburącz za głowę. Rudi Voeller
również po niecelnym strzale pada na wznak, ale przedtem sunie
kilka metrów na siedzeniu. Andreas Brehme kiedy nie trafia,
przesuwa dłońmi po twarzy jakby ocierał łzy... Oto pełny rejestr
gestów rozpaczy. Wreszcie Brehme strzela celnie karnego. I zaraz
zostaje zagnieciony przez kolegów. Niczego nie zdołał pokazać.
0
I tak wraz z zwycięstwem drużyny niemieckiej wysunął się na
czoło banalny, kolektywny gest T. Sczezł całkowicie indywidual
ny gest D. Nowoczesna, w wydaniu zachodnioeuropejskim
drużyna futbolowa, nie pozwala swemu zawodnikowi cieszyć się
osobno. Ale mimo tych tendencji uniformizacyjnych, albo dzięki
nim, zachowania takie jak Kameruńczyka Milla lub Hiszpana
Utragenio uznane zostają za czarujące i wzruszające.
Białoczerwoni do mistrzostw we Włoszech się nie zakwalifiko
wali. Wcześniej w spotkaniach z Kostarykańczykami i Szwedami,
można powiedzieć, pokazano naszym „figę". Nie mogli więc nasi
niczego pokazać na Mondiale'90. Pozostaje zatem rzewnie
wspominać gest pewnego zawodnika warszawskiej Legii
który potrafił na oczach wygwizdujących go kibiców ściągnąć
spodenki i pokazać d...
23
PRZYPISY
1
Władysław Kozakiewicz należał do Klubu Sportowego „Bał
tyk" w Gdyni. Od 1971 roku reprezentant kadry narodowej!
Urodził się 8 grudnia 1953 roku w Sołecznikach pod Wilnem.
Wychowując się w rodzinie repatriantów zachował do końca
swego pobytu w Polsce skłonność do „śledzikowania" (charak
terystyczne zaciąganie w mowie kresowiaków). Rodzina Koza
kiewiczów należała w Gdyni do najbiedniejszych z biednych,
ojciec dozorca w porcie, matka sprzątaczka. Władysław ma
starszego o 5 lat brata oraz młodszą od siebie siostrę. W1975 roku
zdobył w Nicei rekord Europy w skoku o tyczce. Absolwent AWF.
Żywiołowy, otwarty, skory do uciech i zabawy, lecz podporząd
kowujący się surowej dyscyplinie, narzucanej mu przez trenera.
187 cm wzrostu i 82 kg wagi w czasie Olimpiady w Moskwie.
Dane te zawdzięczam panom: trenerowi Ryszardowi Tomaszew
skiemu, fotoreporterowi Leszkowi Fidusiewiczowi („Razem")
oraz redaktorowi „Przeglądu Sportowego" Maciejowi Petruczenko.
Strona tytułowa „Przeglądu Sportowego", nr 148 (7706)
z 31 lipca 1980 roku.
„Sportowiec", nr 1 (2022) z 5 stycznia 1990 roku. Z wywia
du Grzegorza Wasylkowskiego dowiadujemy się ponadto, że
Władysław Kozakiewicz wykonał w życiu ok. 25 tysięcy skoków,
połamał 26 tyczek, pozostawił w kraju (bez możliwości zabrania
ze sobą za granicę) 150 pucharów i 30 kg. medali! „ W latach
siedemdziesiątych bez wątpienia należałem do elity kraju. Ale
polityką nigdy nie interesowałem się. Byłem sportowcem, miałem
skakać, moje życie ograniczało się do treningu, startu, spania..."
Jednakże, chcąc, nie chcąc wciągnięty został w sprawy polityki.
KW PZPR roztoczył nad mistrzem opiekę. Najpierw zniszczono
mu spychaczem samochód, potem (ok. 30 razy), sekretarz KW
prosił poszkodowanego na „rozmowy" ... Na zdjęciach Leszka
2
3
Fidusiewicza, Kozakiewicz pokazując pięść na stadionie w Mosk
wie, ma twarz UŚMIECHNIĘTĄ, RADOSNĄ! Jednak po latach,
jakby swojego sukcesu nie chciał w ogóle pamiętać." - Proszę
powiedzieć - mówi Wasylkowski - o najprzyjemniejszym mome
ncie w karierze-Może zdziwię pana, a l e n i e M o s k w a (podkr.
JO). Przed rokiem, w Barcelonie, skacząc miernie (a było to
9 grudnia, dzień po moich urodzinach), usłyszałem raptem
z głośników swoje nazwisko a potem 15 tysięcy ludzi wstało
i śpiewało Happy Birthday. Dopiero ktoś mi wytłumaczył, że
śpiewają dla mnie. Był wspaniały tort, feta, gratulacje, uściski. Nic
nie zwojowałem, skakałem miernie, a jednak nie przeszkodziło to
organizatorom zaskoczyć mnie."
Lin Tung-Chi, Umysłowość chińska:Jej taoistyczne podłoże.
(w.) Taoizm, „Biblioteka Pisma Literacko-Artystycznego",
przekł. Roman Czarny, Kraków 1988, s. 12
Wiadomości zawdzięczam dr Andrzejowi Goryńskiemu, wy
kładowcy na Uniwersytecie w Bagdadzie na początku lat osiem
dziesiątych.
Na podstawie własnych badań w 1973 roku.
Jak wyżej.
Na podstawie własnych badań w latach 1976/77
• Wiadomość zawdzięczam pani Hu Pej Fang.
Por. Rene Descartes, Człowiek. Opis ciała ludzkiego, przekł.
Andrzej Bednarczyk, PWN Warszawa 1989; Marcel Mauss,
Socjologia i antropologia (rozdz. Sposoby posługiwania się
ciałem, tłum. Marcin Król), s. 533-562, PWN, Warszawa 1973.
Ale przede wszystkim, współczesnego autorytetu w znajomości
gestów Desmonda Morrisa, Manwatching. A Field Guide to
Human Behaviour, London 1977. Autor podaje obszerną biblio
grafię usystematyzowaną, a w niej: R. Jakobson, Motor signs for
'Yes' and 'No', „Language Social", t. I, 1972, s. 91-96; W.
4
5
6
7
8
10
45
r
Tomkins, Indian Sign Language, New York, 1969; I.E. Cody,
Indian Talk, London, 1972; T. Brun, The International Dictionary
of Sign Language, London, 1969;D. Moris, Gesture Maps,
London, 1978; M. Critchley, Silent Language, London, 1975;
R.L.. Birdwhistell, Kinesics and Context. Essays on body motion
communication, Philadelphia, 1970; M. Argyle, Bodily Com
munication, London, 1975; M.R. Key, Para/anguage and Kine
sics. Nonverbal communication, (65 ss. bibliografii), J . Metuchen, 1975; J . Ruesch i W. Kees, Nonverbal
Communication,
Berkeley, Los Angeles, 1969; R.L. Saitz i E.C. Cervenka, Handbo
ok of Gestures, Colobia and The Unitet States, 1972; L. Meri, The
Gesture Language of the Hindu Dance. Blom, New York, 1964
Na początku lat siedemdziesiątych rozpoczął u nas badania
nad gestem T.M. Ciołek. Ostatecznie w 1977 roku obronił na
AN U w Canberze pracę doktorską: Configuration and Context
- A study of spatial patterns in social encounters.
Wspomnieć też należy, że od kilkunastu lat, tak jak w całej
Polsce, w rokickim kościele (do parafii w Rokiciu należy Murzynowo) wymieniany jest pod koniec mszy świętej gest przymierza
(zwany też gestem pokoju). Wierni demonstrują ten gest (podo
bnie jak w kościołach warszawskich) bez większego przekona
nia, często się zdarza, że czynią go niechętnie... Ten sam gest
obserwowałem i doświadczałem na sobie w kościołach Senegalu
(podawanie ręki obcym i obowiązkowo szczery, przyjazny
uśmiech; obejmowanie się przez bliskich czy tylko znajomych).
Podobne, szalenie spontanicznie czynione gesty przyjaźni prak
tykowane były w autokefalicznym kościele etiopskim na długo
przed oficjalnym uchwaleniem gestu przymierza przez sobór
papieski. Całowanie w obydwie ręce starszych mężczyzn należy
w Etiopii do zwyczaju przestrzeganego nawet poza kościołem.
Znaczenia i mocy oddziaływania gestu kościelnego na życie
codzienne trudno byłoby nie doceniać, jeśli się zważy, że
ceremoniał japoński picia herbaty (staranność wycierania mise
czki, klękanie przed nią oraz zaklinanie naczynia przed i po samym
piciu) łączony jest z ... obecnością w XVI—XVII w. w Nagasaki,
portugalskich misji jezuickich. Misterium dokonywane przez
kapłana z kielichem na ołtarzu miało zainspirować Japończyków
do niezwykłego zupełnie celebrowania powszedniej czynności
gaszenia pragnienia.
Por. L. Meri, The Gesture Language of the Hidu Dance.
Blom, New York; Henry W. Wells, The Classical Drama of the
Orient. London 1965
Por. Premczand, Pańska studnia, z języka hindi tłumaczyli
Juliusz Parnowski oraz Krzysztof Byrski, Alicja Karlikowska,
Andrzej Ługowski, Tatiana Rutkowska, Czytelnik, Warszawa
1971; Sandały, współczesne opowiadania hindi, tłum. z języka
hindi Juliusz Parnowski, Czytelnik, Warszawa 1976; W Merigandżu w zwykłej wiosce, tłum. z języka hindi Juliusz Parnowski,
Czytelnik, Warszawa 1983; ponadto około dwudziestu tłuma
czeń opowiadań drukowanych w czasopismach naukowych
i społeczno-kulturalnych.
11
12
13
14
15
Mateusz Wierciński, uczestnik dwóch wypraw etnologicznych do Indii, tak charakteryzuje interesujące nas gesty: stosun
kowo szybki ruch głową w stronę lewego ramienia, a po tym,
ramienia prawego (memu rozmówcy kojarzy się to z ruchem
„wańki wstańki"), wyraża TAK. Natomiast kiwanie głową w dół
i w górę, waraża NIE. Maria Krzysztof Byrski akceptuje charak
terystykę gestu TAK, natomiast gest NIE uznaje za identyczny
z naszym, z tym, że często towarzyszy mu ruch ręką (wy
kluczający) od siebie w stronę rozmówcy, lub dłonią (wahad
łowo) z lewa na prawo i na lewo.
Manu Swajambhuwa, Manusmryti, czyli traktat o Zacności
Watsjajana Mallanaga, Kamasutra, czyli traktat o Miłowaniu,
przełożył z oryginału sanskryckiego, wstępem, przedmową, przy
pisami i słowniczkiem opatrzył Maria Krzysztof Byrski, PIW,
Warszawa, 1985
W Murzynowie często się zdarza, dziś w 1990 roku, że gość
wita się tylko z mężczyznami!
Manusmryti, op. cit. s. 60-61
Nowa Księga Przysłów i wyrażeń przysłowiowych
Polskich,
w oparciu o dzieło Samuela Ada/berga opracował zespół pod
kierunkiem Juliana Krzyżanowskiego, PIW, Warszawa 1969, t. I,
s. 563-564
Tamże.
W krajach Afryki równikowej, głównie w południowej części
Nigerii i Kamerunu, rozzłoszczeni (w naszym rozumieniu tego
słowa) kierowcy nie wrzeszczą i nie przeklinają innych użytkow
ników drogi. Jeśli już doszło do czegoś, co wymaga „zdrowej,
męskiej reakcji", pokazują z pogodną twarzą (sic!) wyciągniętą
przez okienko dłoń z rozczapierzonymi palcami. Ma to oznaczać,
że przeciwnik miał... pięciu ojców! W czasie blisko dwuletniego
pobytu w Dakarze, często jeżdżąc motocyklem po mieście, byłem
świadkiem tylko jednej kłótni kierowców z użyciem stosownych
wyrazów. Kłóciło się w niedzielę na opustoszałej całkowicie ulicy,
przy skrzyżowaniu, dwóch ... Francuzów.
Abraham H. Maslow, W stronę psychologii istnienia, przeło
żyła Irena Wyrzykowska, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa
1986
Do niedawna jeszcze dosyć popularny na wsi polskiej gest
unoszenia przez kobiety spódnicy, połączony z okrzykiem „poca
łuj mnie w d...", bohaterom opowiadań, tłumaczonych przez
Parnowskiego z języka hindi, nie jest znany! Również M.K. Byrski
nie znajduje przekonywujących dowodów, aby Indusi odwoły
wali się do gestu czy zwrotu językowego, związanego z cało
waniem D... Warto natomiast zwrócić uwagę, że plebejski (ludo
wy?) gest „pocałuj... MNIE lub SIĘ" itd., funkcjonuje do dziś
- chociaż tylko w postaci zwrotu językowego, powiedzenia, np.
szeptanego do ucha - wśród wysoko utytułowanych pań na UW.
Stąd
nasze rozdarcie - mówi znany pisarz - Nigdy nie wiemy,
kiedy przyjdzie nam ją w rękę, a kiedy w d... całować."
16
17
18
19
2 0
21
2 2
2 3
Fot.: il. 1 - 4 , 6 - 8 oraz rys. - il. 5 - J a c e k Olędzki
46