Recenzje i sprawozdania/ LUD 1946 t.37

Item

Title
Recenzje i sprawozdania/ LUD 1946 t.37
Description
LUD 1946 t.37, s.309-405
Date
1946
Format
application/pdf
Identifier
oai:cyfrowaetnografia.pl:4761
Language
pol
Publisher
Polskie Towarzystwo Ludoznawcze
Relation
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5132
Text
RECENZJE I SPRAWOZDANIA
TADEUSZ MILEWSKI, « Z a r v s
językoznawstwa
o g ó l n e g o * . Część I . Teoria językoznawstwa. Z przedmową Ta­
deusza Lehra-Spławińskiego. Prace Etnologiczne, tom I . Wydaw­
nictwo Towarzystwa Ludoznawczego. Redaktorzy E. Frankowski
i J. Gajek. Lublin—Kraków 1947. Str. YTII+208.
Jest to część I wielkiego zamierzenia naukowego, jakie autor
przedsięwziął jeszcze 1930 r. podczas swoich studiów w Paryżu,
a które stało się potem przez kilkanaście lat głównym i ulubionym
przedmiotem jego badań. Chodzi o syntezę nauk lingwistycznych,
0 uporządkowanie problematyki i materiału, jaki przynoszą ję­
zyki całego świata, o zakres i metodę badań językowych, o okre­
ślenie właściwego miejsca lingwistyki wśród nauk humanistycz­
nych i wzajemnego związku poszczególnych dyscyplin lingwi­
stycznych.
Zagadnienia celów i metod językoznawstwa były szczegól­
nie w ostatnim dziesiątku lat przed wojną żywo dyskutowane
1 w Europie i w Ameryce, na szerokim tle wachlarza języków ca­
łego świata, w oparciu o nowe zdobycze nauk pokrewnych: psy­
chologii, socjologii i przede wszystkim etnologii. Przyniosło to
duże, zasadnicze zmiany poglądów w zakiesie językoznawstwa
ogólnego, a także w zakresie różnych działów gramatyki i stylistyki.
Dzieło T. Milewskiego składa się z trzech części: obecnie oma­
wiana «część I poświęcona jest teorii językoznawstwa, jego hi-

310

storii i systematyce. Część I I przedstawi klasyfikację genetyczną
języków świata oraz ich rozmieszczenie w czasie i przestrzeni.
Część I I I wreszcie ma zanalizować zasadnicze typy budowy języ­
ków, ich cechy wspólne i odrębne. Stanowić ma ona syntezę opartą
z jednej strony na założeniach teoretycznych przedstawionych
w części pierwszej, z drugiej zaś na materiale faktów zestawio­
nych w części drugiej* (Od autora, str. 3).
Część pierwszą swego dzieła ujął autor przejrzyście w cztery
rozdziały. Rozdział I (str. 5—26) omawia badania językoznawcze
po rok 1800. Rozdział I I (str. 27—72) daje charakterystykę języko­
znawstwa XIX wieku od Boppa i Humboldta, głównie młodogramatyków. Rozdział I I I (str. 73—134) przedstawia najnowsze wysiiKi nauki л л wieKu, zapoczątkowanej przez r . cle baussure a
rozwiniętej przez fenologów. Rozdział IV (str. 135—200) jest samo­
dzielnie przemyślaną syntezą Milewskiego.
Przy tak szeroko zakrojonym planie w ciasnych ramach 200
stronicowej książki nie mógł autor wchodzić w szczegóły w dy­
skusje i w historię badań. Daje zasadniczy zarys teorii języko­
znawstwa, wybiera do omówienia autorów najważniejszych, oryginalnych myślicieli, charakterystycznych dla epoki czy kierunku
naukowego, lub stanowiących zwrot zasadniczy w historii badań.
Wszystko inne pomija. Nawet w bibliografii dołączanej na końcu
każdego rozdziału, aczkolwiek obfitej i tak zwanej ^rozumowa­
nej*, daje tylko wybór rzeczy najważniejszych, które przemilczeć
nie sposób.
I tak w r o z d z i a l e I omawiając poglądy na język szkoły
indyjskiej (str. 7—11) wybiera najlepszą gramatykę Paniniego
z IV w. przed Chrystusem, która w cień usunęła wszystkie po­
przednie i stała się wzorem następnych. Tę gramatykę szczegó­
łowo charakteryzuje, podkreślając jej główne zagadnienia: fone­
tykę, słowotwórstwo, alternacje, fleksję. Rozwój językoznawczej
myśli greckiej przedstawia kilkoma uwagami o Platonie, Epiku­
rze, Arystotelesie, a bliżej charakteryzuje Dioniziosa Traka (170—
90 przed Chr.) i Apolloniosa Dyskolosa ( I I w. po Chr.), zwraca­
jąc szczególną uwagę na centralne zagadnienie Greków. I j . leorię

*i

<

ф

311
części mowy. W szkole łacińskiej bliżej informuje o poglądach św.
Augustyna na język, jako o najlepszym w starożytności ujęciu pod­
staw lingwistyki funkcyjnej.
R o z d z i a ł I I omawia językoznawstwo XIX wieku, wyrosłe
z odkrycia sanskrytu, które oprócz badań opisowo-normatycznych,
uprawianych przed 1800 rokiem ma charakter przede wszystkim
porównawczy i to w dwu aspektach: ewolucyjnym i funkcyjnym.
Milewski wybiera tu postacie zasadnicze Boppa i Humboldta dla
kierunku porównawczo-funkcyjnego, zaś Paska i Grimma dla kie­
runku porównawczo-ewolucyjnego, który stał się podstawą zało­
żeń szkoły młodogramatyków. Teorie i metody tej szkoły, założo­
nej głównie przez Schleichera, Rrugmanna, Delbriicka, Paula
J

l . f i l j p l

4

""""-b

"

Ć44ilAnnnl.ifl

П Г 7 У 1 ndllJAZV

ГП Я t p t ' i Я 1 i S t V P 7 n V

ujmuje autor w postaci czterech zasadniczych dla ich badań pro­
blemów: 1) bezwyjątkowość praw głosowych, 2) analogia, 3) skła­
dnia, 4) semantyka. Problem f o n e t y k i historycznej obejmuje
przede wszystkim teorię zmian głosowych, sformułowaną najle­
piej przez Grammonta. Chodzi tu o zmiany: a) niezależne, wywo­
łane głównie obcym substratem i b) zmiany zależne — bezpośre­
dnie, tj. asymilacja, dyferencjacja, interwersja i odpowiednie im
zmiany zależne pośrednie, tj. dylacja, dysymilacja, metateza.
Zmiany te Russelot i Meillet tłumaczą przede wszystkim prawem
najmniejszego wysiłku, które jest hamowane przeciwnym pra­
wem: potrzebą jasności, przy czym za główny warunek zmian
przyjmują przechodzenie języka z pokolenia na pokolenie. A n al o g i ą tłumaczą młodogramatycy większość odstępstw od praw
głosowych, których działanie jest ograniczone w czasie i prze­
strzeni. Są to nowotwory analogiczne typu leksykalnego lub for­
malnego, których warunki powstawania najlepiej zestawił Brćal:
zastępowanie typów skomplikowanych lub rzadkich przez proste
lub bardziej wyraziste, jaśniejsze i częściej używane. S k ł a d n i ę
pojmują młodogramatycy, głównie Delbrućk i Wackernagel, jako
naukę o znaczeniu i ewolucji kategorii gramatycznych, które są
odziedziczone z epoki kształtowania się języka, jako przejaw od­
powiednich kategorii psychicznych. Ewolucja tych kategorii jest

312
uwarunkowana: 1) dążnością do używania szczegółowych wykła­
dników morfologicznych, stąd np. łać. longior zmieniło się we franc.
plus long, także 2) irradiacją, opartą o mechanikę asociacji i 3) absorbeją morfologiczną. S e m a n t y k a u młodogramatyków jest
nauką o podstawowym i okazyjnym znaczeniu wyrazów (Paul),
przy czym zmiany znaczeniowa, jak: rozszerzenie, zwężenie lub
przenoszenie treści zależą (Meillet) od różnych czynników, пр.:
zmiana pokoleń, rozbicie grup wyrazowych, zmechanizowanie uży­
cia wyrazu w zdaniach, zmiany kulturalno-cywilizacyjne i spo­
łeczne w życiu narodu, których wynikiem są różne zabarwienia
w uczuciowej treści wyrazów.
Stanowisko porównawczo-ewolucyjne w badaniach młodo­
gramatyków wyraziło się w dwu symbolicznie ujmowanych teonach: Schleichera Stammbaumtheorie
i Johannesa Schmidta Wellentheorie, która jest konsekwencją poglądów H. Schuchardta
o mieszanym charakterze języków. Badanie języka jednostek lub
małych grup społecznych doprowadziło w wyniku do tzw. geo­
grafii językowej czyli dialektologii, objaśniającej przestrzenny roz­
wój właściwości językowych.
R o z d z i a ł I I I książki Milewskiego przedstawia rozwój teo­
rii językoznawczej XX wieku głównie w okresie międzywojennym.
O ile szeroko rozbudowane badania lingwistyczne młodogramaty­
ków miały charakter ewolucyjny, przyczynowy, indywidualisty­
czny i przyniosły wielkie zdobycze na polu historii i geografii form
językowych, t j . w zakresie fonetyki, morfologii, semantyki i skła­
dni — to myśl językoznawcza XX wieku nawraca znowu do ba­
dań funkcyjnych, celowościowych, społecznych i fenomenologicz­
nych. Jest to do pewnego stopnia nawiązanie do poglądów myśli
greckiej (Epikur), św. Augustyna, a przez stosowanie metody po­
równawczej do Boppa i Humboldta. Punktem wyjścia były wy­
siłki powiązania językoznawstwa z etnologią, psychologią i so­
cjologią, co młodogramatycy na ogół ignorowali. I tak Steinthal do­
wodzi, że język jest jednym z przejawów «duszy zbiorowej* spo­
łeczeństwa. Wundt opiera rozwój językowy o ogólną ewolucję psy­
chiki ludzkiej, przy czym przedmiotem jego zainteresowania nie
są języki poszczególne, lecz język całej ludzkości, co znów Cassi-

313
rer naświetla w duchu filozofii Kanta, pojmując język jako jedną
z form symbolicznych, przez którą duch ludzki uświadamia so­
bie świat i samego siebie. Syntezę etnologiczno-lingwistyczną two­
rzy P. W. Schmidt (1926), dążąc do powiązania rozwoju języków
z rozwojem prakultur totemicznych, matriarchalnych i paster­
skich przez podkreślenie wpływu zmian kultury materialnej i spo­
łecznej na przeobrażenia lingwistyczne.
Z tych szerokich założeń wyrosła synteza genewskiego l i n ­
gwisty Ferdynanda dc Saussure'a (1857—1913), która siała się pod­
stawą nowej sźkoly i wszystkich wysiłków teoretyczno-językowych
okresu międzywojennego. F. de Saussure odróżnia język (la langue) od mówienia (la parole), co razem składa się na mowę (le lanciage). Jezvk iest «cześcia snołeczna mowy, zewnętrzna w stosunku
do jednostki, która sama nie może go ani stworzyć ani zmienić»,
tylko musi się go nauczyć od otoczenia. Jest to «system znaków,
których istotę stanowi związek znaczenia z obrazem akustycznym,
przy czym obie te części znaku są w równej mierze natury psy­
chicznej*. Natomiast mówienie jest częścią indywidualną i chwi­
lową, przypadkową mowy. Badanie języka może być synchroni­
czne, gdy chodzi o przedstawienie systemu języka na podstawie
elementów współczesnych, albo diachroniczne, oświetlające roz­
wój, tj. zmiany i substytucje systemu językowego. Ów system ję­
zykowy de Saussure pojmuje jako wzajemną zależność, przeci­
wieństwa i opozycje poszczególnych elementów języka, tj. fonemów, wyrazów i ich morfemów, a także całych kategorii grama­
tycznych. De Saussure stworzył nową metodologię lingwistyki, co
pozwoliło uczniom jego ująć całość zjawisk lingwistycznych w ra­
my sześciu odrębnych dyscyplin: 1) fonetyka jako gałąź lingwistyki
mówienia i 2) fonologia jako część lingwistyki języka — obie
w zakresie nauki o formie mowy, 3) składnia poświecona mówie­
niu i 4) morfologia badająca stronę językową tej dziedziny — obie
w zakresie nauki o treści intelektualnej mowy, 5) stylistyka lite­
racka, poświęcona mówieniu i 6) stylistyka lingwistyczna jako za­
gadnienie języka — obie w zakresie nauki o treści uczuciowej
mowy.

314
Bliższe określenie charakteru tych sześciu dyscyplin nauko­
wych stanowi główną treść I I I rozdziału książki Milewskiego.
1) Fonetyka, gorliwie uprawiana przez młodogramatyków,
w XX w. dzięki pracom ks. Rousselol i jego uczniów wyspecja­
lizowała swoje metody w osobnych pracowniach eksperymental­
nych; zadaniem jej jest badanie wszystkich właściwości głosek.
2) Fonologia natomiast bada tylko znaczące cechy głosek,
tj. takie, które są podstawą opozycji znaczeniowych. Ten dział
lingwistyki zapoczątkowany jeszcze przez J. Baudouina de Courtenay w 1870 r. został opracowany główmie przez Trubeckiego
i jego współpracowników zgrupowanych w towarzystwo nauko­
we: «Cercie linguistique de Pragę». Trubecki ustala pojęcie fonemu
jako 7psnńł reeh z których każda, istnieje, dzięki onozvcii do cechy
przeciwnej jakiegoś innego fonemu. Ów zwarty system opozycji
akustycznych jest systemem fonologieznym języka. Opozycje fonologiczne mogą być t) jednowymiarowe (p:b), lub wielowymiaro­
we (p:t), 2) proporcjonalne (p:b), lub izolowane (r:), 3) prywa­
ty wne (p:b), gradualne (a:o:u), lub ekwipolentne (p:t), 4) stałe
(r:l) i fakultatywne (p:b). Otóż opozycje jednowymiarowe, propor­
cjonalne, prywatywne i fakultatywne tworzą korelacje lub związki
korelacyj (p:p' — b:b'). Tak sformułowane cechy fonologiczne gru­
pują się na: 1) cechy konsonanlyczne, 2) wokaliczne, np. donio­
słość, wysokość tonu, rezonans nosowy, 3) cechy prozodyczne.
Prócz tego w systemie języka odgrywają rolę pewne sygnały ję­
zykowe, wskazujące granicę między morfemami, wyrazami i zda­
niami, np. akcent wydechowy. Po badaniach systemu fonologicznego języków świata można spodziewać się trwałych wyników
wiedzy ogólnojęzykowej także w zakresie ewolucji języka, która
u fonologów nie ma charakteru mechanicznego, lecz celowościowy.
tełeologiczny.
7

Obok fonologii sformułował Trubecki też zasady morfonologii jako nauki o grupach fonemów zdolnych do wzajemnej wy­
miany w obrębie jednego morfemu.
3) Nowe ujęcie stosunku składni do morfologii dał John Ries,
wyróżniając w składni trzy główne zagadnienia: a) badanie grup
wyrazowych, b) zdań i c) zespołów zdaniowych.

315
4) Przedmiot i zakres badań morfologii ustalił Ludwik
Hjelmslev, jako badanie cząstek wyrazowych: a) semantemów
o treści leksykalnej i b) morfemów określających stosunki, z któ­
rych zbudowany jest system językowy. Podstawowe znaczenie ma
tu badanie kategorii przypadku i części mowy zarówno w każdym
poszczególnym języku (gramatyka idiosynchroniczna), jako też po­
równawczo w zakresie języków świata (gramatyka panchroniczna).
5) Zakres badań stylistyki sprecyzował Bally; chodzi o ję­
zykową ekspresję impulsów emocyjnych i odwrotnie wpływ two­
rów językowych na uczuciowość. Stylistyka lingwistyczna bada
«materię ekspresywmą mowy codziennej, tworzącą część integralna
systemu języka*, i ten dział głównie interesował Bally jako też
Meillet. Stylistyka literacka natomiast analizuje ekspresywność
tekstów wybitnych pisarzy. W nowych czasach powstały tu dwie
szkoły: a) psychologiczna (Croce, Vosler, Spietzer) badająca od­
rębne cechy autora czy epoki, jako wyraz ich właściwości psychi­
cznych; b) szkoła funkcyjna albo formalna bada strukturę samegodzieła jako całości, określa funkcję ekspresywną poszczególnych
jego części, lub elementów językowych, np. wiersza (Winogradów,
Żirmunski, Grammont).
Osobno omówił autor książkę Btilera: «Sprachtheorie. Die
Darstellungsfunktion der Sprache* (1934), opartą zarówno o tra­
dycje szkoły etnopsychologicznej, jak i de Saussure'a, przynoszącą
pełną analizę funkcji znaków mowy, jako elementów systemu ję­
zykowego. Prócz samej analizy znaków mowy, Buler duże znacze­
nie przywiązuje do określenia konsytuacji (Zeigfeld) i kontekstu
(Symbolfeld) jako tla (Umfeld) znaków mowy, które precyzują
znaczenie wyrazów i zdań.
R o z d z i a ł IV książki Milewskiego jest samodzielną kon­
strukcją teorii językoznawstwa. Autor porządkuje przedstawione
w rozdziałach poprzednich doktryny i przedstawia samodzielną
klasyfikację nauk lingwistycznych. Wychodząc z założenia, że lin­
gwistyka jest nauką o znakach mowy, wyróżnia przede wszystkim
lingwistykę zewnętrzną «badającą oddzielnie poszczególne ele­
menty 13'ch znaków i na lingwistykę wewnętrzną, która analizuje

316
związek tych elementów ze sobą, związek formy i treści znaków
mowy. W lingwistyce zewnętrznej wyróżnia autor trzy główne
działy: 1) fonetyka, posługująca się metodami przyrodniczymi
i eksperymentem w badaniu, 2) psychologia mowy badająca pro­
cesy psychiczne zachodzące u mówiącego, a w szczególności od­
chylenia od ustalonych norm językowych, 3) socjologia mowy,
badająca przemiany językowe uwarunkowane kulturą i warun­
kami społecznymi.
O wiele bardziej rozbudowana jest lingwistyka wewnętrzna.
Zależnie od różnorodnej funkcji znaków językowych wyróżnia
autor w ligwistyce wewnętrznej po pierwsze dwa działy: grama­
tykę i stylistykę. Pierwsza bada konwencjonalną stronę znaków,
»

»

*

-— - -

—с

1—:',,

,i,

,—

JV/*\KU Ч\ \ L I I , U l U g d
1U1 i u i l i \ ^ j u u u i u j a i u . i ,
kontekstu i konsytuacji. Po drugie ze względu na obiektywną lub
subiektywną treść znaków, zarówno gramatyka jak stylistyka może
być obiektywna lub subiektywna. Po trzecie w każdym z tych
działów wyróżnia dyscypliny formalne i treściowe, którym przy­
pisuje ustalone tradycyjne nazwy. Więc gramatyka formalna to
fonologia, — treściowa to morfologia, obie mogą być obiektywne
lub subiektywne. Stylistyka formalna obiektywna to onomatopeika, zaś subiektywna to prozodia. Stylistyka treściowa obiekty­
wna to składnia, zaś subiektywna to tropika. Każda z tych dyscy­
plin lingwistyki zewnętrznej — z wyjątkiem chyba stylistyki su­
biektywnej — może w dalszym ciągu być (po czwarte): synchro­
niczna, tj. badać określone systemy, lub diachroniczna, co anali
żuje przyczyny wewnętrzne ewolucji systemów. Wreszcie (po piąte)
dyscypliny te mogą być szczegółowe, tj. dotyczyć jednego języka,
łub ogólne, polegające na porównywaniu faktów z możliwie naj­
większej ilości języków. W ten sposób przez pięciokrotny podział
dychotomiczny w dziale lingwistyki wewnętrznej wyróżnił autor
razem teoretycznie możliwych 30 dyscyplin szczegółowych. Nie
wszystkie jednak są w- dzisiejszym stanie nauki, jako też ze
względu na swój materiał, równie daleko naprzód posunięte. Naj­
lepiej rozpracowana jest w nauce gramatyka obiektywna w dziale
fonologii synchronicznej i szczegółowej. Słabiej znacznie przed­
stawiają się inne działy nauki. Dla ilustracji autor daje analizę
1J.

^JMClil

11U1111

317
sonelów polskich z punktu widzenia stylistyki subiektywnej, więc
ze stanowiska prozodii i tropiki.
Tak wygląda w pobieżnym zestawieniu treść pierwszej czę­
ści książki Milewskiego (teoria językoznawcza). W części drugiej
autor zapowiada bliższe rozwinięcie działu socjologii mowy w zagresie lingwistyki zewnętrznej, t j . głównie problemu ekspansji ję­
zyków. Część trzecia znów ma przynieść bliższe rozwinięcie kilku
działów lingwistyki wewnętrznej, głównie gramatyki, tj. fonolo­
gii i morfologii, także składni i to z punktu widzenia głównie syn­
chronicznego i ogólnego. Centralnym bowiem problemem lingwi­
styki wewnętrznej, wedle autora, jest ustalenie drogą porównaw­
czą różnych typów systemów językowych.

Wysoka wartość książki Milewskiego wynika przede wszyst­
kim stąd, że w sposób przemyślany, ale obiektywny zestawił w ca­
łość harmonijną rozwńj teoretycznej myśli językoznawczej, uła­
twiając czytelnikowi — niespecjaliście w zakresie językoznaw­
stwa ogólnego — zapoznanie się z bogactwem problematyki i me­
todologią tej nauki. Książka ta jest zatem bardzo dobrym podrę­
cznikiem, z którego się można wiele nauczyć. Obiektywizm autora
daje gwarancję bezstronności w ocenie faktów omawianych.
Książka mimo lo nie jest tylko eklektycznym zestawieniem teorii
dotychczasowych, to nie kompilacja, a z drugiej strony autor szczę­
śliwie ustrzegł się ekskluzywnego wartościowania, przeceniania ja­
kiejś jednej wybranej czy modnej teorii. Jest to przemyślane ze­
stawienie dotychczasowych wyników nauki o teorii językoznaw­
czej. Autor wychodzi ze słusznego założenia, że «każda doktryna,
która stała się podstawą pewnej szkoły lingwistycznej i w ten spo­
sób wykazała swą produktywność w zakresie konkretnych badań
naukowych, nie może być ani odrzucona, ani przemilczana, lecz
musi być włączona do systemu dyscyplin bądź lingwistyki, bądź
którejś z nauk pokrewnych* (str. 135).
Samodzielny wkład naukowy autora polega na uporządko­
waniu i sprecyzowaniu celów i metod poszczególnych dyscyplin,
tak bardzo nieraz różniących się między sobą. Trzecią część tekstu

318
książki (rozdz. I V ) poświęcił autor wykładowi własnej konstruk­
cji systemu i definicji poszczególnych gałęzi lingwistycznych. Kla­
syfikacja przedstawiona jest jasno metodą dychotomiczną. Ter­
minologia częściowo tylko nowa, przejrzysta ułatwia orientację
w materiale.
Wydaje mi się, że ujemną cechą książki jest jej przesadna
zwięzłość, co sprawia, że niektóre ujęcia autora trzeba czytać k i l ­
kakrotnie, nie dadzą się już dalej streścić. Ta niewielka ksią­
żeczka wymaga jednak dużo wysiłku od czytelnika. A niektóre
punkty dla laika mogą się wydać wprost enigmatyczne. Szkoda
пр., że autor nie rozwinął od razu szerzej swoich poglądów na
składnię. Nie jest bowiem jasne, dlaczego składnię (jako naukę
o stowotworstwie, semantyce i o grupach wyrazowycn; zanczyi
całkowicie do działu lingwistyki wewnętrznej, w szczególności do
stylistyki obiektywnej. W ogóle większa ilość przykładów ilustru­
jących pewne uogólnienia byłaby bardzo pożądana. Prawdopodob­
nie autor w części I swego dzieła świadomie pewne zagadnienia
potraktował krócej, by wrócić do nich osobno w częściach na­
stępnych. Prof. Tadeusz Lehr-Spławiński w przedmowie dał prze­
gląd polskich prac naukowych z tego zakresu. Niewątpliwie książka
Milewskiego jest wielkim krokiem naprzód, obejmuje bowiem ca­
łość zagadnienia. Byłoby może jednak pożyteczne, gdyby autor
w większej mierze uwzględnił polski dorobek, omawiając poszcze­
gólne problemy, choćby w podobny sposób, jak to zrobił, przed­
stawiając problem dialektologii.
Wreszcie szata graficzna książki jest zasadniczo bardzo schlu­
dna. Wydaje mi się. że byłby pożyteczny indeks nazwisk i ter­
minów na końcu, co ułatwiłoby korzystanie. Prócz tego autor w ca­
łej książce nie skorzystał np. z druku rozstrzelonego, nie wprowa­
dza żadnych podkreśleń w tekście, przez co tekst optycznie wy­
gląda dość monotonnie.
Korekta druku jest bardzo staranna, spostrzegłem tylko ta­
kie niedopatrzenia. Na str. 83 wiersz 15 od góry: «czlonem utoż­
samiający zaś jest rdzeń» — powinno być «członem odróżniają­
cym*; str. 89 wiersz 7 od dołu: wmówienie jest jego częścią» — za­
miast «jest jej częścią*; str. 108 wiersz 18 od góry: «logicznie r ó -

зш

norzędne cech» — zamiast «ró\vnorzędnych cech»; str. 123 wiersz
15/16 od góry: «podczas gdy lingwistyka Шегаска» — zamiast «stylistyka Шегаска»; str. 130 wiersz 10 od dołu: «ich konstytucja* —
zamiast «konstytuacja»; str. 170 wiersz 14 od dołu: «musi pole­
ga* — zamiast «polegać».
Tych kilka uwag, o ile znajdą uznanie u autora, łatwo mo­
żna wprowadzić przy niewątpliwie rychłym drugim wydaniu pod­
ręcznika. W niczym one nie umniejszają jego wielkiej wartości.
Lublin, maj 1947.

Władysław

Kuraszkiewicz

TADEUSZ LEHR-SPLAWINSKI, «О
pochodzeniu
i p r a o j c z y ź n i e S 1 o w i a n». Prace Instytutu Zachodniego.
Nr 2. Poznań. 1946. 8°, str. 237, plansz 7.
Książka prof. Lehra-Spławińskiego jest nową próbą rozwią­
zania tak spornego dotąd zagadnienia praojczyzny Słowian i ich
pochodzenia. Autor, wybitny slawista, wyszedł w swoich rozważa­
niach od danych językoznawczych i one stanowią główny trzon
jego dowodzeń. Zająwszy się naprzód w rozdziale I l - i m stanowi­
skiem języka prasłowiańskiego w indo-europejskiej rodzinie ję­
zykowej, dochodzi do wniosku, że język ten wykazuje o wiele
silniejsze powiązania z grupą języków zachodnioindoeuropejskich
aniżeli wschodnioindoeuropejskich. Stąd też praojczyzny Słowian
szukać należy raczej na zachodzie.
W rozdziale następnym I I I - i m zajął się rozpatrzeniem sze­
regu nazw geograficznych na przestrzeni między Łabą i Wołgą
a na północ od linii Sudetów, Karpat i wybrzeży Morza Czarnego.
Na 112 roztrząsanych nazw (gór, rzek, miejscowości) okazało się
16 indoeuropejskich, których jednak nie dało się zaliczyć do ja­
kiejś bliżej określonej grupy, 11 irańskich, 9 trackich, 17 bał­
tyckich, 14, które autor określa mianem weneckich, 20 słowiań­
skich, 8 germańskich, 16 nieindoeuropejskich, z czego 11 ma na­
wiązania do języków ugrofińskich, 5 zaś prawdopodobnie do ję­
zyka etruskiego.
7

320
W zakończeniu językoznawczych rozważań nad owymi naz­
wami geograficznymi autor stwierdza, że same one nie dają do­
statecznych podstaw do ścisłego określenia zasięgu, a zwłaszcza
chronologii poszczególnych nawarstwień etnicznych, bez czego nie
można się obyć w rozwiązywaniu problemu pochodzenia i pra­
ojczyzny Słowian. Pomoc w tym wypadku znaleźć można jedynie
w wynikach badań prehistorycznych. To też autor próbuje po­
wiązać fakty językoznawcze z faktami prehistorycznymi, poświę­
cając tym zagadnieniom cały obszerny rozdział IV.
Uwagi na marginesie rozdziału
ryczno-etniczne,
str. 92—115.

IV.

Perspektywy

prehisto-

W nawiązaniach orehistoiYCzno-etnicznych cofa się autor
aż do młodszej epoki kamiennej. To stanowisko jest niewątpliwie
słuszne, gdyż w istocie w tej właśnie epoce poczęły się dokonywać
i zarysowywać pierwsze zróżnicowania etniczne, a zatem i ję­
zykowe.
Z kultur (w znaczeniu prehistorycznym) młodszej epoki ka­
miennej na terenach dorzeczy Odry i Wisły autor bierze dwie
przecie wszystkim pod uwagę: prafińską, zwaną inaczej niezbyt
zreszlą słusznie i szczęśliwie kulturą ceramiki grzebykowej, i cykl
kullui wstęgowych. Z obiema kulturami wiąże nazwy nieindoeuropejskie, jakie występują na wymienionym obszarze t j . z kul­
turą ceramiki grzebykowej nazwy o nawiązaniach praugrofińskich. z kulturą zaś wstęgową nazwy o charakterze śródziemno­
morskim względnie etruskim.
Dwie inne kultury neolityczne czasz lejowatych i amfor ku­
listych uważa autor za drobniejsze, nic odgrywające żadnej wy­
bitniejszej roli i nie pozostawiające trwalszych śladów w pra­
dziejach ziem polskich. Szerzej dopiero zajmuje się kulturą cera­
miki sznurowej, łączącej jej rozprzestrzenianie się z inwazją Indoeurope jeżyków, a jej nawarstwienie się na inne miejscowe kultury
z ich indoeuropeizacją.
Decydujące znaczenie w rozwoju stosunków etnicznych ma
wedle autora nawarstwienie się indoeuropejskiej ceramiki sznu­
rowej na podłoże praugrofińskie (kultura ceramiki grzebykowej)
7

321
od Odry poprzez dorzecze średniej i dolnej Wisły wzdłuż Bałtyku
aż do zatoki Fińskiej i dalej na wschód do łuku Wołgi. To na­
warstwienie miało spowodować wytworzenie się zespołu etnicz­
nego prabaltoslowiańskiego czyli, jak go autor określa, protobałtyckiego, który później uległ rozbiciu na odwie odrębne już grupy
prabałtycką i prasłowiańską. Rozbicie zespołu protobałtyckiego
dokonało się już w ciągu epoki brązu.
Zanim zajmiemy się dalszymi losami Praslowian i powią­
zaniami prehistoryczno-etnicznymi wysuwanymi przez autora,
należy naprzód kilka słów poświęcić przedstawionym wyżej wy­
wodom odnoszącym się do młodszej epoki kamiennej na ziemiach
w dorzeczu Odry i Wisły. Otóż stwierdzić należy, że stosunki
kulturowe młodszej epoki kamiennej na ziemiach polskich zo­
stały przez autora zbyt uproszczone. Jest rzeczą oczywistą, że zaj­
mując się faktami rozgrywającymi się w ogromnej, bo około trzy
i pół tysiąca lat liczącej przestrzeni czasu, a przy tym niejako
na marginesie zasadniczych wywodów językoznawczych autor
zmuszony byl przedstawiać zagadnienia w streszczeniu i dotykać
tylko jego zdaniem najważniejszych i zasadniczych momentów.
Jednakże uproszczenia te są może trochę za daleko posunięte,
wskutek czego ważne i dużą rolę w stosunkach neolitu, a także
i późniejszych na ziemiach naszych odgrywające kultury, zostały
zaledwie wspomniane, a niektóre nawet zupełnie pominięte.
Tak np. nie można uznać za słuszne twierdzenia autora
odnoszące się do kultury czasz lejowatych jakoby przedstawiała
ona drobniejszą i bez znaczenia ekspansję na ziemie nasze. Wprost
przeciwnie kultura la jest przecież jednym z zasadniczych skład­
ników neolitu polskiego. Wykazuje ona dużą prężność, zajmuje
cały prawie obszar ziem naszych, wywiera duży wpływ na kul­
tury z cyklu wstęgowych i odwrotnie, a wreszcie rozwija się przez
cały prawie czas trwania młodszej epoki kamiennej.
Pominą] autor zupełnym milczeniem kulturę pucharów
dzwonowatych, która pojawia się u nas pod sam koniec młod­
szej epoki kamiennej i która także wywarła swój wpływ na
kształtowanie się i rozwój późniejszych stosunków kulturalnych
na ziemiach naszych. A z tą właśnie kulturą może byłoby słuszniej
Luil. T. X X X V I I

.

21

322

połączyć owe nazwy nieindoeuropejskie o nawiązaniach nadśródziemnomorskich czy etruskich.
Próba bowiem połączenia ich z kulturą ceramiki wstęgowej,
jak to czyni autor, jest trudna do przyjęcia z tego choćby względu,
że między pojawieniem się Etrusków i ich kultury, a kulturami
z cyklu wstęgowych, istnieje gruba różnica chronologiczna,
a także centra, na których kultury te się rozwijają, są dość od
siebie odległe (Italia i środkowy bieg Dunaju). Co najwyżej
możnaby tylko stwierdzić, że tak jedna jak i druga pochodzą
gdzieś z dalekiego wschodniośródziemnomorskiego źródła, ale i tu
pomijając już różnicę czasową, istnieje jeszcze i inna różnica
a mianowicie, że w powstaniu kultury ceramiki wstęgowej zasad­
niczą rolę odegrał raczej pierwiastek miejscowy, zasiedziały, popaleolityczny, otrzymujący tylko silne podniety kulturowe z ja­
kiegoś ośrodka wschodniośródziemnomorskiego, może z jakąć
małą przymieszką i ludnościową, gdy kultura Etrusków została
w całości przyniesiona z zewnątrz, a później dopiero uległa sil­
nym wpływom greckim z południowej Italii.
Natomiast kultura pucharów dzwonowatych wychodzi z pół­
wyspu pirenejskiego, gdzie wytworzyła się pod wpływami tzw.
kultury Almeria, która jest tu kulturą obcą, przybyłą, jak pewne
dane wskazują, znowu gdzieś z wschodniej części basenu śród­
ziemnomorskiego, skąd przybyli i Etruskowie. Kultura pucharów
dzwonowatych występuje zresztą także na terenie Italii i na wy­
spach zachodniej części morza Śródziemnego. Połączenie więc
nazw o typie etruskim z tą kulturą wydaje się może bardziej
prawdopodobne aniżeli z kulturą ceramiki wstęgowej.
Jeśli już mowa o nazwach typu etruskiego, to nasuwa się
jeszcze jedna możliwość ich wyjaśnienia. Jest rzeczą zastanawia­
jącą, że prawie wszystkie nazwy tego typu grupują się na wschod­
nim Pomorzu w pobliżu ujścia Wisły, na terenie, który jest ośrod­
kiem powstania kultury pomorskiej we wczesnej epoce żelaza, na
terenie, na którym pojawiają się owe zagadkowe popielnice twa­
rzowe. Pojawienie się popielic twarzowych, ze względu na pewne
analogie z terenów italskich (kultura Villanova), nasuwa przypu­
szczenie o jakichś bliżej na razie trudnych do uchwycenia sto-

I

J

323
simkach pomorsko-italskich, które doszły tu może drogą morską.
Czy zatem i owe nazwy nie pochodzą przypadkiem z tego samego
czasu i źródła i czy nie są one jeszcze jednym świadectwem
istnienia ścisłych i żywych kontaktów handlowych (bursztyn)
i innych italsko-pomorskich?
A teraz przejdźmy do kultury prafińskiej (kultury ceramiki
grzebykowej), która w dowodzeniach autora zajmuje miejsce naj­
ważniejsze, najbardziej zasadnicze, na której autor opiera całą
swoją konstrukcję. Otóż, jak już wspomniano, nawarstwienie się
indoeuropejskiej kultury ceramiki sznurowej na podłoże parafińskie (ceram. grzebykowej) i połączona z tym indoeuropeizacją tego
podłoża, miały spowodować powstanie grupy protobałlyckiej czyli
1

л

4-.

1

:

(

i_j



Jednakże pogląd o zasadniczej roli kultury prafińskiej nie
da się powstrzymać. Trzeba bowiem zdać sobie sprawę z charak­
teru tej kultury i jej śladów materialnych i zastanowić się, cz\
tego typu kullura mogła stanowić zasadnicze podłoże, na którym
wytworzyły się i powstały nowe grupy etniczne. Wszak jest to
najuboższa, najnędzniejsza, prymitywna kultura rybacko-myśliw
ska, której przedstawiciele prowadzili koczowniczy żywot, wę­
drując w niewielkich gromadkach po rozległych borach, wzdłuż
rzek i brzegów jezior, zatrzymując się na krótki, chwilowy pobyt
w miejscach suchszych, na wydmach. Ślady owych obozowisk to
kilka kruchych skorup z naczyń niezgrabnych, źle wypalonych
i trochę pogubionych narzędzi krzemiennych. Czyż więc ludność,
która tylko takie ślady po sobie zostawiła, można uważać za za­
sadniczy trzon potężnej grupy Słowian i Bałtów?
Wydaje się to mocno nieprawdopodobne, zwłaszcza jeśli
porównamy ślady ludności parafińskiej ze śladami choćby np.
kultury czasz lejowatych, o której autor powiada, że stanowi
drobną i bez znaczenia ekspansję nie zostawiającą trwalszych śla­
dów na naszym gruncie. A przecież po kulturze czasz lejowatych
pozostały ślady dużych osiedli na lądzie i nawodnych, pozostały
resztki osad obronnych, pozostały "liczne cmentarzyska (gdy np.
grobu kultury prafińskiej z terenu Polski nie znamy dotąd bodaj
ani jednego), pozostały ogromne z wielkim nakładem pracy bu7

21*

324
dowane groby megalityczne (kujawskie) wznoszone widocznie dia
wybitniejszych osób (władców, coby świadczyło o istnieniu ja­
kiejś organizacji politycznej). Ludność kultury czasz lejowatych
uprawiała rozległy handel, stworzyła ośrodki górnicze (Krze­
mionki w pow. opatowskim) i związane z górnictwem ośrodki
przemysłowe, fabrykujące na eksport, miała nawet początki prze­
mysłu metalowego, uprawiała rolnictwo i hodowdę bydła.
To samo a nawet jeszcze w większym stopniu stwierdzić
trzeba odnośnie kultur z cyklu wstęgowych wożeśniej, aniżeli
kultura czasz lejowatych u nas zadomowionych, zasiedziałych,
tak bogatych, utrzymujących ciągłe i rozległe stosunki z połud­
niem i zachodem.
•U7„i,„_ ł„^,„ —...

_ i ,.

„,...i.I...U,....

l.i,;.... w,;,,,!,.,,

tu i rozwijają się przez cały długi kilkusetletni okres trwania
młodszej epoki kamiennej, które tak liczne i bogate ślady po sobie
zostawiły, a przyjmować i decydujące znaczenie przypisywać kul­
turze ubogiej, prymitywnej, zajmującej wyłącznie tereny puszcz
i tylko z rzadka poza nie wychylającej się, po której pozostały
bardzo nikłe i rzadko rozrzucone znaleziska. Wydaje się, że chyba
raczej te pierwsze odegrały rolę znaczniejszą, zasadniczą, a nie
kultura parafińska. Tezę zatem autora o roli kultury prafińskiej
trudno będzie przyjąć i utrzymać.
I jeszcze jedna uwaga, aby już skończyć z zagadnieniami
młodszej epoki kamiennej. Chodzi tu o rolę kultury amfor kuli­
stych, która także nie jest taka mała i bez większego znaczenia
dla naszych stosunków. Ekspansja kultury amfor kulistych, wy­
chodząca z tego samego mniej więcej ośrodka i tylko nieco od
niej późniejszej kultury ceramiki sznurowej, sięgnęła dość da­
leko na wschód, w głąb Rosji i wywarła tam jak i gdzie indziej
dość znaczny wpływ. Istnieją poważne dane, że kultura amfor
kulistych stanowi pierwszą, słabszą falę indoeuropejskiej eks­
pansji, która przygotowała niejako grunt i ułatwiła ekspansję
i szybką asymilację fali indoeuropejskiej następnej, wnet po niej
następującej i dużo potężniejszej a mianowicie kultun ceramiki
sznurowej.
W dalszym ciągu swoich rozważań zajmuje się autor za-

325
gadnieniem rozbicia zespołu prolobałtyckiego tzn. wspólnoty prabałlycko-prasłowiańskiej na dwa odrębne zespoły prabałlycki
i prasłowiański. Należy Lu zaznaczyć, że zdania prehistoryków
zajmujących się tym zagadnieniem były często rozbieżne. Jedni
z nich przyjmowali, że podział ów dokonał się w początkach epoki
brązu z chwilą wyodrębnienia się tzw. kultury łużyckiej (przy
czym kultura łużycka miała być wyrazem wyodrębnionych Prasłowian) inni przypuszczali, że wspólnota Bałto-slowiańska trwała
nadal w postaci właśnie kultury łużyckiej i że dopiero we wcze­
snej epoce żelaza dokonanym został podział pierwotnej w spólnocy
z chwilą powstania tzw. kultury pomorskiej (daw niej zwanej kul­
turą grobów skrzynkowych z urnami twarz owy mi). Z a ga dn i en i e
stawało się jeszcze bardziej sporne i zagmatwane przez upor­
czywe, wbrew oczywistym dowodom, podtrzymywanie przez uczo­
nych niemieckich starej teorii Kossinny o rzekomo illiryjskim po­
chodzeniu kultury łużyckiej.
Prof. Lehr-Spławiński usiłując te rozbieżne poglądy uzgodnić,
wypracował jeszcze jedno odmienne rozwiązanie tego zagadnie­
nia. Mianowicie opierając się na kilku nazwach z pierwiastkiem
wen- występujących na obszarach zajętych w czasach historycz­
nych przez Słowian, Illirów i Celtów przyjmuje, że jest to świa­
dectwem jakiejś wspólnoty trzech tych odłamków indoeuropejskich, której wyrazem materialnym jest początkowo tzw. kultura
unietycka i rzekomo dalszy jej ciąg stanowiąca kultura łużycka.
Temu dość niejasno przedstawiającemu się zespołowi, mającemu
stanowić następną fazę wędrówek indoeuropejskich, wychodzącą
z tego samego mniej więcej ośrodka co ekspansja kultury cera
miki sznurowej, nadaje autor nazwę weneckiego. Nasunięcie się
tej weneckiej fali indouropejskiej na teren protobałtycki miało
spowodować rozdwojenie tego zespołu na Prasłowian i Prabałtów.
Jak więc wynika z przedstawionych wyżej wywodów autora
nie uważa on kultury łużyckiej za prasłowiańską. Idźmy jednak
dalej za jego wywodami. We wczesnej epoce żelaznej wyodręb­
niają się z zespołu łużyckiego dwa nowe zespoły kulturowe tj.
kultura pomorska i kultura tzw. grobów kloszowych, które autor
uważa za twory odrębne. Ze zmieszania się tych dwóch kultur
T

T

7

326
wyrosłych na podłożu łużyckim wytwarza się pod koniec środ­
kowego okresu żelaza kultura grobów jamowych, która jest do­
piero kulturą wyodrębnionych i całkowicie wykrystalizowanych
Prasłowian. Na tym kończą się zasadnicze dowodzenia autora.
Sprawy bowiem dalszego podziału Słowian na grupy wschodnią,
zachodnią i południową już nie próbuje wyjaśniać.
Przedstawione wyżej wywody nie rozwiązują jednak za­
gadnienia Prasłowiańszczyzny w sposób jasny i uzasadniony
w oparciu o fakty prehistoryczne. W wielu bowiem punktach sta­
nowisko autora jest niejasne i bliżej niesprecvzowane.
Niejasną jest przede wszystkim sprawa owego zespołu we­
neckiego, który ma sianowie, jakaś bliżej nieokreślona wspólnotę
słowiańsko-celtycko-illiryjską. .lak wiadomo kultura łużycka jest
potężnym zespołem kulturowym, znanym od środkowej epoki
brązu (około 1300 przed Chr.), którego zasadniczy ośrodek roz­
woju leży w dorzeczach Odry i Wisły. W tym ośrodku rozwija
się ona nieprzerwanie około 1000 lat. Z tego ośrodka wychodzi
jej ekspansja na tereny sąsiednie, a wpływy jej sięgają bardzo
daleko. Trudno się jednak zgodzić by z kultury łużyckiej wywo­
dzić było można lak Celtów, jak i Illirów. Owszem kultura łu­
życka lak na tereny celtyckie, jak i illiryjskie wywiera duży
wpływ, ale podobne wpływy stwierdzić możemy także na tere­
nach np. germańskich (Dania, Skandynawia), dalej bałtyckich,
trackich itd. i na odwrót inne ośrodki kulturowe wywierają rów­
nież swoje wpływy na kulturę łużycką.
Także i połączenie kultury łużyckiej z kulturą unietycką,
która dla pierwszej ma być rzekomo kulturą macierzystą, wydaje
się mocno wątpliwe. Tezę o unietyckim początku kultury łużyc­
kiej ukuł osławiony królewiecki profesor, działający przedtem
na Śląsku Bolko v. Richthofen, którą za nim bezkrytycznie pow­
tarzano. Richtholen rozpatrywał genezę kultury łużyckiej na cia­
snym śląskim podwórku na podstawie nikłych znanych mu wów­
czas materiałów. W świetle zaś nowych znalezisk sprawa genezy
kultury łużyckiej przedstawiać się zaczyna całkiem inaczej i do­
tychczasowe poglądy będą musiały ulec rewizji.

327

Przeciw hipotezie autora, jakoby kultura łużycka była wy­
razem celtycko-ilłiryjsko-słowiańskiej wspólnoty, przemawia cho­
ciażby fakt, że w czasie rozwoju kultury łużyckiej ośrodki zarówno
celtycki, jak i illiryjski są również już najzupełniej wykrystali­
zowane i najzupełniej od kultury łużyckiej różne. Ośrodek celtycki nad górnym Dunajem i górnym Renem już w ciągu starszej
epoki żelaznej rozpoczyna przecież swoją ekspansję we wszyst­
kich kierunkach i nacisk plemion celtyckich i ich kultury jest
także między innymi jednym_ z powodów- przemian, jakie w kul­
turze łużyckiej zachodzą.
Wydaje się rzeczą dość dziwną, dlaczego kultura łużycka,
J

1\УПГ7ара

щ

i

łat-

m v r a m i p

7Qn;grm Qm:
r

brort

l/nltiiTV\wy

т

Я

b v p

W V -

razem czegoś lak nieokreślonego, gdy wszystkie sąsiednie ośrodki
kulturowe są bez większych wątpliwości identyfikowane z róż­
nymi ludami, jak Germanie, Trakowie, Bałtowie, Illirowie, Cel­
towie itd. Czyż nie nasuwa się tu najprostszy sposób rozwiązania,
że są to juiż wyodrębnieni Prasłowianie? Czy nie przemawia bar­
dziej do przekonania wyjaśnienie pewnych łączności językowych
słowiańsko-illiryjskich i celtyckich raczej, jako wyraz wzajem­
nych wpływów, będących wynikiem bliskiego sąsiedztwa. Wszak
nawet owe nazwy z pierwiastkiem -wen, których nie ma znowu
tak dużo, mogą pochodzić jeszcze z okresu praindoeuropejskiej
wspólnoty, jak to zresztą wyjaśniał np. Rudnicki.
Wskutek lego, że autor powiązał Prasłowian dopiero z kul­
turą tzw. grobów jamowych (nazwa także niezbyt słuszna, bo
i tu są obok jamowych groby popielnicowe) nie bardzo wde, co
począć z kulturą pomorską i kulturą grobów kloszowych i z kim
je powiązać. Streszczając swoje wywody przy końcu pracy, uważa
i te kultury za prasłowiańskie, choć jest w tym przecie niekon­
sekwencja. Nie było już jednak możliwości innych powiązań. Należy tu nadmienić, że kulturę grobów kloszowych i pomorską
uważa autor za dwie odrębne kultury, choć z jednego podłoża łu­
życkiego wyrosłe. Wiele danych jednak przemawia, że mamy tu
do czynienia z jedną tylko kulturą, używającą najrozmaitszych
form grobu. Rozstrzygnięcie tego zagadnienia należy zresztą już

328
tylko do piehistoryków i trudno było autorowi językoznawcy te
rzeczy wyjaśnić.
Jeśli chodzi o kulturę grobów jamowych to również zwrócić
należy uwagę na pewne drobne zresztą nieporozumienia. Mówi
bowiem autor raz o kulturze grobów jamowych, to znowu o kul­
turze przeworskiej, to wreszcie o grupie oksywskiej. Tymczasem
trudno mówić o jakiejś kulturze przeworskiej. Jest to tylko połud­
niowa grupa kultury grobów jamowych, jak grupa oksywska
grupą północną tej samej kultury. Może lepiej byłoby nawet uży­
wać takich określeń geograficznych aniżeli odmiejscowyeh, jak
przeworska, oksywska, gdyż uniknęłoby się w ten sposób niepo­
rozumień, które i niektórym prchistorykom się przytrafiają.
Podniesione wyżej wątpliwości wskazują, ze powiązania
autora faktów językowych z faktami prehistorycznymi nie zawsze
są szczęśliwe i bezspornie przyjąć się dające. Niemniej jednak
próba podjęta przez autora wyjaśnienia całokształtu zjawisk po­
siada dużą wartość tym bardziej, że jeśli chodzi nawet o fakty
prehistoryczne została bodaj po raz pierwszy na taką skalę wyko­
nana. A próba to nie łatwa, gdyż stosunki przedhistoryczne na
ziemiach polskich są mocno zagmatwane i trudne do wyjaśnie­
nia. W każdym razie książka prof. Lehr-Spławińskiego stanowić
będzie mocną i dobrą podstawę do podjęcia dalszych prób tego
rodzaju.
Wykazanie zaś, że praojczyzny Słowian szukać musimy na
zachodzie a nie na wschodzie, jak to próbują dość niefortunnie
wykazać uczeni niemieccy i niektórzy, nieliczni słowiańscy, jest
bez wątpienia trwałym dorobkiem autora i nauki polskiej. Wresz­
cie należy tu jeszcze na zakończenie podkreślić, że praca prof.
Т. Lehra-Splawińskiego stanowi dla piehistoryków, zwolenników
tezy autochtonistycznej niemały triumf. Okazuje się bowiem, że
i językoznawca doszedł w rozważaniach swoich do tej samej tezy.
Różnice zaś w zapatrywaniach na szczegóły nie zmieniają w n i ­
czym ostatecznego wyniku.
Stefan

Nosek

329
PIGOŃ STANISŁAW, . G ł ó w n e p r o b l e m y l i t e r a ­
t u r y l u d o w e j * . Kraków 1947. Wyd. L. I . O. K. Biblioteka pi­
sarzy ludowych. Т. I , odb., 8°, str. 21.
Nie tyle treść, co sam tytuł artykułu St. Pigonia zobowiązuje
etnografa do zainteresowania się nim, są to bowiem rozważania
z zakresu socjologii i historii literatury, dociekania nad przedmio­
tem i charakterem oraz celami literatury wiejskiej grupy społecz­
nej. Autor walczy o prawo określania jej mianem literatury ludo­
wej, a więc terminem mającym w etnologii zdefiniowane znacze­
nie. Obok terminu «lileratura ludowa* w sensie etnologicznym,
ujmującego zespół utworów bezimiennych, h e z r z a s o w y r h . opar­
tych o przekaz ustny, wprowadza autor pojęcie literatury ludowej
obejmującej utwory autorów chłopskiego pochodzenia, a więc
określone co do miejsca, czasu a także osoby tworzącej. Dla roz­
różnienia proponuje autor wprowadzenie nazwy «literatura ludowa
nowsza*, uważając za niecelowe określanie jej mianem «literaturv
chłopskiej*, ze względu na wieloznaczność wyrazu «chłopski»
w Polsce.
W określaniu przedmiotu tak pojętej literatury ludowej wy­
klucza autor jako kryteria: 1) tematykę i wątki ludowe, 2) prze­
znaczenie dzieła, a więc twórczość popularyzatorską wsi, 3) spo­
łeczno-polityczną postawę dzieła. Nowsza literatura ludowa po­
wstaje wedle autora «przez lud, jest wytworem jego własnego wy­
siłku twórczego*, lub leż jest jej budowniczym i podmiotem. Po­
nieważ takie określenie nie jest zupełnie jasne, uzupełnia autor
swoje dociekania twierdzeniem, że literaturą ludową jest twór­
czość utalentowanych, autentycznych chłopów, związanych bezpo­
średnio z ziemią-żywicielką.
Drugą charakterystyczną cechą wedle autora ma być jej funk­
cja społeczna na wsi, jej rola «sumienia stanu wieśniaczego* opar­
tego o indywidualne władanie ziemią. Jest ona wytworem i wy­
razem tej grupy społecznej, sprawdzianem zaś jej wartości ma być
«prawda człowieka wiejskiego*.
Ocenę słuszności co do meritum sprawy pozostawiam histo­
rykom i teoretykom literatury, ograniczę się tylko do stwierdzę-

330
nia, że istotnie etnografia i etnologia liczyć się musi z uwielokrotnieniem terminu «literatura ludo\va». Samo zresztą pojęcie «ludu»
jest dostatecznie w mowie potocznej bałamutne, raz jest to stan
wieśniaczy, w innym wypadku «proletariat» (np. «Na barykady
ludu roboczy*), kiedy indziej oznacza cały naród («Rota» Konop­
nickiej), tak że wątpliwy jest zysk w określaniu literatury środo­
wiska wiejskiego mianem literatury ludowej.
Na koniec podkreślić muszę, że definicja autora odnosząca się
do terminu «literatura ludowa* w sensie etnologicznym, nie we
wszystkim oddaje nowoczesne poglądy na tę kwestię, wynika to
jednak z drugoplanowości rozważań nad tym zagadnieniem oraz
z chara.kte.i4i cale.fio artvkutu.
Józef

Gajek

JÓZEF KOSTRZEWSKI, «K u 11 u r a p r a p o l s k a * . Prace
Instytutu Zachodniego, nr t l . Poznań 1947. 8°, str. 605, 261 rycin.
Druk. św. Wojciecha.
0 kulturze prapolskiej, tzn. o kulturze plemion, z których
w zaraniu dziejów wytworzył się naród polski, w okresie czasu od
V wzgl. VI wieku do końca X I wieku wiedziało się do niedawna
niewiele. Wszak jeszcze do dziś bez mała w szerokich warstwach
panują ogólne pojęcia o stanie kultury prapolskiej takiej mniej
więcej, jakie wyrobić sobie można na podstawie «Starej baśni»
J. I . Kraszewskiego, gdzie to przodkowie nasi żyją zaszyci w gęstych
borach, posługując się w większości kamiennymi jeszcze narzę­
dziami i bronią, a jedynie z rzadka tylko przenika z Zachodu od
Niemców znajomość nowych zdobyczy kultury.
1 nie można się dziwić nawet, że podobne pojęcia utrzymy­
wały się tak długo, gdyż i «oficjalna» nauka przez długi czas trak­
towała len okres pradziejów iście po macoszemu. Dopiero w ostat­
nich latach intensywnie prowadzone badania szeregu grodzisk
i osad nieobronnyeh prapolskich przyniosły wiele nowych, bar­
dzo obfitych materiałów, stawiających kulturę prapolską w jakże
odmiennym świetle, aniżeli to dotąd było nam wiadome.

Wynik tych właśnie ostatnich badań prehistorii, jak też i i n ­
nych nauk, zwłaszcza etnografii i językoznawstwa, przynoszących
wydatne uzupełnienia dociekań prehistorycznych, przedstawia
książka prof. J. Kostrzewskiego, dająca po raz pierwszy możliwie
pełny obraz kultury prapolskiej.
Książka składa się z trzech części (działów), na jakie zwykle
kulturę dzielimy, t j . I . Kultura materialna (techniczna). I I . Kul­
tura duchowa (umysłowa) i I I I . Kultura społeczna.
Dział I , kultura materialna, najobszerniejszy, bo zajmujący
przeszło polowe książki, obejmuje 13 rozdziałów , przy czym roz­
działy większe podzielone są jeszcze na szereg mniejszych ustę7

P P "

pńw

*

A

7

n

n

l-ei'3'Ягч

vtTc.bn io

j

n n

nr7air7irctni;ni

i

j

Rn^rl-zioł

1

~

„TTr-n4

' —j

i ludzie» stanowi niejako wstęp do przedstawienia kultury pra­
polskiej. Dopiero od rozdziału 2 rozpoczyna autor omawianie po­
szczególnych działów kultury materialnej.
Rozdział 2 «Gospodarka» jest jednym z najciekawszych i bo­
daj najważniejszych. Zestawione bowiem przez autora wyczerpu­
jąco wyniki badań polskich, a także i niemieckich na prapolskich
grodach pozwalają stwierdzić dziś ponad wszelką wątpliwość, że
ludność prapolska utrzymywała się wyłącznie z rolnictwa i ho­
dowli bydła, łowiectwo zaś i rybołówstwo stanowiło przeważnie
zgoła nieistotny dodatek. Wobec takiego stanu rzeczy, do ostat­
nich czasów utrzymujące się i szeroko popularyzowane poglądy
badaczy niemieckich, jakoby ludność prapolska żyła tylko z ry­
bactwa i myśliwstwa, okazały się zwykłą fantazją i zmyśleniem.
Po rolnictwie, ogrodnictwie i sadownictwie oraz hodowdi
zwierząt domowych omówione jeszcze zostały dalsze działy go­
spodarki jak bartnictwo, rybołówstwo, łowiectwo wreszcie zbie­
ractwo.
Dwa następne rozdziały przedstawiają przejawy osadnictwa
(Rozdział 3) i związanego z nim budownictwa (Rozdział 4 ) , po­
czym omówiwszy sposoby odżywiania się (Rozdział 5) przechodzi
autor z kolei do opisu odzieży (Rozdział 6), ozdób stroju (Roz­
dział 7), wreszcie hygieny (Rozdział 8 ) .
Obszerny rozdział 9 dotyczy jednego z najbardziej interesu­
jących w materialnej kulturze prapolskiej działu, a mianowicie

332
rzemiosła. Znowu bowiem nauka niemiecka głosiła powszechnie,
że rzemiosło na ziemiach polskich rozpowszechniło się i stanęło
na odpowiednim poziomie dopiero po kolonizacji niemieckiej
w X I I wieku. Tymczasem ostatnie badania terenowe przyniosły
ogromne ilości materiału wykopaliskowego, pozwalającego stwier­
dzić, że rozliczne rzemiosła nie tylko znane były ludności pra­
polskiej, ale stały na bardzo wysokim poziomie, a co więcej, że ze
względu na poziom wyrobów, musiały istnieć warstwy specjalistów-rzemieślników, gdyż trudno sobie wyobrazić, by tak dosko­
nałe wyroby wykonywane były przez niespecjalistów.
Jeśli chodzi o rzemiosło, to wymienia autor rzemiosła zwią­
zane z obróbką drzewa, j a k ciesiołka, kołodziejstw^, bednarstwo,
tokarstwo, wreszcie obróbkę kory i koszykarstwo, dalej obróbkę
tkanin i skóry, jak tkactwo, krawiectwo, szewstwo i siodlarstwo,.
wreszcie obróbkę kości i rogu, kamieniarstwo, garncarstwo, od­
lewnictwo i kowalstwo oraz zlotnictwo.
W ostatnich czterech rozdziałach działu kultury material­
nej omawia autor górnictwo i hutnictwo (Rozdział 10), uzbroje­
nie (Rozdział 11), komunikację (Rozdział 12) i wymianę towarów
«handel» (Rozdział 13).
Dwa następne działy kultury, tj. kultura duchowa, i kultura
społeczna, zostały już potraktowane znacznie krócej i stanowią ra­
czej kompilację danych językowych, etnograficznych i historycz­
nych, co zresztą stwierdza we wstępie sam autor. W tych bowiem
działach kultury prehistoria, posługująca się przecież wyłącznie za­
bytkami z trudem tylko i w rzadkich wypadkach pewne zjawiska
rekonstruować może i siłą rzeczy musi w znacznie szerszym za­
kresie oprzeć się na wynikach innych nauk. Z zakresu kultury du­
chowej jedynie tylko obrzędy związane z kultem zmarłych i pewne
działy sztuki może prehistoryk badać na podstawie swoich ma­
teriałów.
Dział I I Kultura duchowa składa się z 7 rozdziałów, w któ­
rych autor zajmuje się po kolei imiennictwem miejscowym (Roz­
dział 14), pogańskimi wierzeniami religijnymi i magią (Roz­
dział 15), początkami chrześcijaństwa (Rozdział 16), lecznictwem
(Rozdział 17), kosmografią, kalendarzem, miarami i wagami (Roz-

333
dział 18), zdobnictwem i sztuką (Rozdział 19), wreszcie gędźbą.
śpiewem, pląsami, grami i zabawami (Rozdział 20). W dziale I I I
(kultura społeczna), najkrótszym, przedstawiono w 5 rozdziałach
następujące zagadnienia: rodzina (Rozdział 21), ustrój społeczny
i państwowy (Rozdział 24) i stosunki kulturowe z innymi ludami
(Rozdział 25).
Uzupełnienie treści książki stanowią obfite przypisy i trzy
skorowidze: rzeczowy, nazw osobowych i nazwy miejscowych, wy­
konane bardzo starannie przez L. J. Łukę, i ułatwiające znako­
micie korzystanie z przebogatej treści książki. Należy wreszcie pod­
kreślić znakomity dobór obfitych rycin pięknie wykonanych, jak
i staranne wydanie książki (dobry papier, duży, wyraźny krój
:

l

i

i i. i

i • i^;

Jak już wspomniano wyżej, najobszerniejszym i najbardziej
oryginalnym jest dział I Kultury materialnej, choć i tu autor obfi­
cie korzysta z danych językoznawczych i etnograficznych (te ostat­
nie dostępne są dzisiaj różnego rodzaju badaczom zjawisk
kultury dzięki znakomitemu dziełu M. Moszyńskiego «Kultura
ludowa Słowian»). Wyzyskuje także wyczerpująco wszelkie
dane, jakich dostarczają badania botaniczne i zoologiczne nad zna­
leziskami szczątków roślin i resztek kostnych zwierząt odkrytych
w osadach prapolskich. Podając poza tym niemal bez reszty ma­
teriał prehistoryczny, jaki z tego okresu znamy (przy czym sporo
tu materiału z własnych badań autora) dal nam autor po raz
pierwszy przedstawienie całokształtu kultury materialnej prapol­
skiej tak obszerne i wyczerpujące.
Także i przedstawienia kultury duchowej i społecznej mimo
tego, że oparte są w przeważającej mierze na wynikach innych
nauk, dokonane zostały w len sposób również po raz pierwszy.
Z tego też powodu, że wyzyskano w książce i zestawiono tak
bogaty materiał z różnych dziedzin wiedzy, korzystać z niej mu­
szą wszyscy interesujący się kulturą polską i lo zarówno prehistoryk i etnograf jak i językoznawca i historyk, nie mówiąc już
o historyku kultury czy sztuki, ba nawet zoolog czy botanik. Ka­
żdy w niej znajdzie źródło obfitych informacji i podniet do dal­
szych badań.

Przedstawienie po raz pierwszy całokształtu kultury prapol­
skiej, jej niesłychanie żywych i bogatych przejawów, podanie wielu
nowych, dotąd nieznanych materiałów, zebranie rozproszonych po
licznych trudno dostępnych czasopismach i publikacjach, uporząd­
kowanie materiałów, jak i podanie wyczerpującej literatury
w przypisach nie tylko uczonym, ale i szerokim warstwom społe­
czeństwa przez jasny i nadzwyczaj przystępnie ujęty wykład, —
oto największe walory książki prof. J. Koslrzewskicgo, wypełnia­
jącej tak dotąd dotkliwą i przykrą lukę w naszej literaturze nau­
kowej.
Stefan

Nosek

PIGOŃ STANISŁAW, «Z К o m b o m i w ś w i a t». Bibioteka dziejów i kultury wsi. Т. X. Kraków 1948. 8°, str. 288.
Pamiętnikarskie wspomnienia młodości St. Pigonia, zrodzone
w swym głównym zrębie w czasach wojny, podczas więziennych
wieczorów wrocławskich, są nie tylko sięgnięciem pamięcią wstecz,
ale i dojrzałym, wnikliwym obrazem ciernistej drogi chłopskiego
dziecka do kultury i nauki. Jest rzeczą jasną, że główny lemat tej
pełnej uroku książki luźno się wiąże z etnografią, nalomiast na­
kreślone w niej tło i dzieje przemian tradycyjnej kultury ludo­
wej tej części Podkarpacia zawierają wiele cennych materiałów
etnograficznych, pokazanych w pełnej dynamice życia. Autorowi
zresztą nie są obojętne problemy etnologiczne, co sam potwierdza
w słowach: «Był to okres bliższych mych zainteresowań się etno­
logią, do których podnietę miałem także z uniwersytetu; nie na
próżno kolegowałem z Franciszkiem Gawełkiem i w Bibliotece Ja­
giellońskiej wertowałem «Lud» lwowski... Chwytałem więc w pa­
mięci i z mojej także wsi obrzędy, a zwłaszcza pieśni ludowe. Ob­
chodziła mnie naturalnie przede wszystkim ich wartość literacka.
Niestety nie zdobyłem się na systematyczne zebranie ich i spisa­
nie* (str. 256—7).
Niemniej pierwsze dwa rozdziały tej książki, a mianowicie:
«Moja wieś» i «Mój скип» wyrównują w części zobowiązania autora

335

wobec kraju lat dziecinnych. Oba rozdziały stanowią wartościową
pozycję etnograficzną, która nie będzie mogła być pominięta
w przyszłych monografiach Podkarpacia.
Rozdział pierwszy zawiera w kolejnym układzie następujące
zagadnienia: topografia wsi, zarys historyczno-osadniczy, rabacja,
tradycje pańszczyźniane, przemiany kulturowe w ostatnim pół­
wieczu w dziedzinie rolnictwa, stroju, budownictwa, pożywienia.
Następnie omawia autor zanikanie zwyczajów, takich jak wspól­
noty pracy, dożynek, rozluźnianie się więzi rodzinno-sąsiedzkiej.
przyczyny tego i skutki, a dalej opisuje hierarchię wiejską, rolę
emigracji zarobkowej, dworu i plebanii jako czynnika postępu,
rolę prądów politycznych, wreszcie rolę szkoły, omawia też stosunki między wsią a miastem, kompleks niższości, typy wiejskie.
W rozdziale drugim porusza autor zagadnienie tradycji i sto­
sunków rodzinnych na wsi, okolicznościowo wspomina o przę­
dzalnictwie. Charakteryzując ojca, omawia ciekawe zagadnienie
społecznej roli kowali i rzemieślników we wsi oraz szereg zagad­
nień z zakresu kultury społecznej i duchowej komborniańskiego
środowiska. Ciekawe również światło rzuca na rolę matki.
Opisy faktów podane są przez autora w ciągłej postępowej
zmienności: «Kombornia dzisiejsza w porównaniu z tą, jaką pa­
miętam w dzieciństwie, przedstawia stadium rozwojowe daleko
posunięte*. W rezultacie zaś tracąc swój kształt staroświecki, two­
rzy powoli nową strukturę, pozbawioną jednak dawnej swoistej
odrębności, toteż autor uważa za najbardziej znamienne zjawi­
sko pękanie więzi rodzinno-społecznych i idące za tym zbytnie
indywidualistyczne rozproszkowanie, obok zaniku auLorytelów mo­
ralnych wsi. «Rozwoju wsi i przemiany oczywiście nic nie po­
wstrzyma, bo nie powstrzyma postępującego naprzód życia», wy­
raża natomiast autor słuszne wątpliwości, czy rewolucyjna linia
rozwojowa zrywająca z dawnymi formami jest dla wsi korzystna,
czy raczej wieś powinna być «organieznym rozrostem podnoszą­
cym i bogacącym swoistą kulturę ludu». Słuszna to i trafna dia­
gnoza przełomu w kulturze ludowej, zastrzeżenia autora warto
wziąć pod rozwagę. Uczą one i etnografa, jak należy patrzeć na
zjawiska kulturowe w chwili przełomu.
Józef Gajelc

DR JULIAN ALEKSANDROWICZ,
«Z
zagadnień
w s p ó ł c z e s n e j b i ok 1 i m a t у к i l e k a r s k i e j» («Wszechświat», 1946, I I I ) .
Astrologia zdewaluowana do niedawna w nauce, tzw. «morowe powietrze*, przeczucia pogody i ludowe wróżby urodzajów
bywają coraz częściej naświetlane przy pomocy nowoczesnego
aparatu badawczego, przy czym uczeni dochodzą do interesujących
wyników. Doc. dr Julian Aleksandrowicz stwierdza, że poznawa­
nie praw kosmicznych uczy szacunku do «dorobku dawnych po­
koleń, których obserwacja zjawisk przyrodniczych równie była by­
stra, jak nasza, jedynie we współczesnym ujęciu zdaje się być za­
mazana przez rysy odległej epoki. Również nie луо1по n a m j ^ r z u cać mądrości zawartej w tradycjach ludowych, jak i ludowej me­
dycynie, będącej wynikiem doświadczeń wielu pokoleń (wiara
w zjawiska przyrodnicze, rokujące przebieg pogody czy urodza­
jów, wiara w złowróżbne komety itp.)». Astrologia, jako próba
unormowania wpływu czynników kosmicznych i atmosferycznych
na ustrój psychofizyczny człowieka, nie była, jak wykazują naj­
nowsze badania, «w głupstwa wywarzona kuźni* — jakby to po­
wiedział Mickiewicz słowami Śniadeckiego — ale jako nauka oparta
na trafnych obserwacjach przyrodniczych, sięgała śmiało po ta­
jemnice, o których wyjaśnienie trudzi się dziś fizjologia i fizyka
oraz meteoropatologia, klimatologia i prawnuczka starożytnej
astrologii, bioklimatyka.
e

T

Doc. dr Aleksandrowicz w badaniu wpływu makrokosmosu
na organizmy żywe opiera się na wynikach prof. Ludomira Kor­
czyńskiego, który dojrzał u niektórych osób wielką wrażliwość na
wpływy atmosferyczne (np. halniak) czyli meteorotropie i badał
jej przejawy. Powołuje się na spostrzeżenia Rettmanna, który za­
uważył, że depresja psychiczna tych ludzi jest zależna od zmian
w naczyńkach włosowatych przed burzą elektryczną. Meteoropa­
tologia liczy się dziś poważnie z tzw. «prawem serii* w zgonach
i nagłych schorzeniach, a dr Aleksandrowicz twierdzi, że przyj­
dzie czas, kiedy rady bicklimatologa zasięgać będzie chirurg, «wyczi-kujący sprzyjającej aury dla zabiegu operacyjnego — niby śre-

337
dniowieczny wódz, pytający astrologa o szczęśliwą konstelację dla
jego zamierzeń. On ostrzeże kardiologa przed niekorzystną sytua­
cją klimatyczną dla jego chorych, dzięki czemu zastosuje zaradcze
środki. On ostrzeże ftizjologa o groźbie krwotoków płucnych. Ta
profilaktyczna jego czynność więcej może przynieść nieraz cho­
rym pożytku, niż najbardziej wyszukane leki».
Dziś uczeni nie lekceważą przedbakteriologicznych wiar
w «morowe powietrze*, a w ślad za angielskim epidemiologiem
w. X V I I Sydenhamem, prof. Kostrzewski nawołuje, by «nie lekce­
ważyć epidemiologicznego rozumowania*. Bakteriologia Pasteura
i wynalazek mikroskopu elektronowego wykrywają zarazki cho­
robotwórcze, ale nie wyjaśniają epidemicznego nasilenia choroby.
r

wicz — równolegle z plamami na słońcu, które znów z drugiej
strony wywierają wpływ na natężenie opadów, to wszystko czyn­
niki powiązane ze sobą korelacyjnie. W nich szukać należy tego
tajemniczego «genius epidemicus* (termin Sydenhama). Wchodzą
tu w grę i «promienie ziemne*, czynne nad podziemnymi źródłami
i potokami, wywierające podobno ujemny wpływ na żywe ustroje,
co eksperymentalnie stwierdzali: Jenny, Oehler, Staufler, Miescher, Schaaf i anatomopatolog Bietzke, posługujący się w swych
badaniach pomocą różdżkarza. Ponadto czynniki kosmiczne. Duell
dopatruje się zależności nasilenia zgonów w dwóch odległych mia­
stach, Zurychu i Koblencji, w pewnych okresach od eleklroinwazji, od rytmicznego zarzucania naszej planety przez cząstki pro­
mieni Alfa i zmian w ziemskim polu elektromagnetycznym — aż
do burz elektromagnetycznych włącznie.
Podobnie ma się sprawa ze współrzędnością stanów długo­
trwałej pogody lub słoty, których współzależność od rytmu nasi­
leń plam słonecznych stwierdził na podstawie materiałów z dwóch
wieków Bruckner, a Edw. Stenz zaryzykował nawet twierdzenie,
że istnieje zależność ruchów rewolucyjnych i wojen od maksymal­
nej plamistości słońca, którą w przeciągu półtora wdeku notowano
w r. 1788, 1830, 1848, 1905, 1917, 1939. Doniosłe znaczenie dla ży­
cia posiadają promienie kosmiczne. Dzięki bowiem własnościom
jonifikacyjnym wywierają one olbrzymi wpływ na organizmy i ich
1

Luil, Т. X X X V I I

22

338
ustrój psychofizyczny. Ujemnie zjonizowane powietrze, jak stwier­
dzili to Dessauer i Czyżewski, «zwalnia ruchy oddechowe, obniża
ciśnienie krwi, zwalnia tętno, powoduje obniżenie podstawowej
przemiany materii, zwiększa zdolność zatrzymywania i odtwarza­
nia wrażeń wzrokowych i słuchowych. U meteoropatów oddycha­
nie ujemnie zjonizowanym powietrzem usuwa migrenę i wpływa
dodatnio na samopoczucie*.
Rozważania doc. dra J. Aleksandrowicza dotyczą nie tylko
nowych horyzontów bioklimatyki lekarskiej. Są one bowiem po­
mocne również w ustalaniu pozytywnych dziedzin kultury ludowej.
T.

Seweryn

ZAJĄCZKOWSKI WŁODZIMIERZ, « P r z y s ł o w i a , po­
w i e d z e n i a i f o r m u ł k i K a r a i m ó w t r o c k i c h . Myśl ka­
raimska. Seria Nowa, tom I I . 1946—1947. Odb. 8", str. 53—65.
Krótka rozprawka W. Zajączkowskiego podaje we wstępie
wyczerpującą bibliografię odnoszącą się do przysłowi ludów tu­
reckich, z uwzględnieniem zbiorów Karaimów krymskich, łuc­
kich i halickich, po czym autor uzupełnia materiały przyczynkiem
własnym, zawierającym 35 przysłowi i 43 powiedzeń Karaimów
trockich. Autor dochodzi do wniosku, że przytoczony materiał
wiąże się ściśle, tak pod względem treści, jak i formy, z dorob­
kiem ludowej literatury tureckiej; świadczy o tym dwudzielność
paralelnie zbudowanych zdań, obecność typowych rymów i aiiteracyj. Zwłaszcza owa dwudzielność zdań jest charakterystyczna
dla starszej poezji ludowej tureckiej, co stwierdzają również bada­
nia T. Kowalskiego. Przytoczone w rozprawce przykłady wyka­
zują duże podobieństwa w treści do przysłowi Karaimów krym­
skich, halickich, łuckich i besarabskich Gagauzów, nawiązują równ.eż do przysłowiowych motywów Turków anatolijskich, azerbejdżańskich, turkeslańskich i Tatarów kazańskich. Nie brak też analogij do przysłowi arabskich i perskich. Kilkakrotnie też zestawia
autor polskie przysłowia z materiałem Karaimów trockich i do7

339
palruje się równań w następujących przykładach: karaim.: «Kto
daje i odbiera, niech pocałuje psa w tyłek», polsk.: «Kto daje i od­
biera, ten się w piekle poniewiera*. Karaim.: «Każdy drapie swój
strup», polsk.: «Każdy ma swego mola, co go gryzie*. Trafniejszą
jednak pod względem formalnym analogię przedstawia przysłowie
podane przez S. Adałberga w «Księdze przysłów* (str. 106): «Każdy
drapie, gdzie go świerzbi*. Obie wersje trudno uznać za pokrewne,
wiąże je jedynie wspólna myśl, brak natomiast wiązań formal.nostylistycznych.
Warto natomiast zestawić kilka przysłowi o identycznej i n ­
tencji i wspólnych symbolach wyobrażeniowych np. karaim
(nr 5): «Ryba od głowy (począwszy) cuchnie, polsk.: «0d głowy
ryba ;u^L..:^ , (3. Aduibcig, j j u J ryba, nr o, sir. ivó).
Karaim, (nr 19): «Zaproszonemu gościowi dużo trzeba*,
polsk.: «Dla proszonego gościa wiele potrzeba*, (S. Adałberg, pod
gość, sir. 155, nr 5 ) . Karaim, (nr 20): «Ręki której nie możesz
ugryźć, ucałuj ją«. polsk.: «Całuj rękę, której ugryźć nie mo­
żesz* (S. Adałberg, str. 106).
Karaim, (nr 23): «Kotka za drzwi, mysz z dziury*, poisk.:
«Kot z domu — myszy na pokój (na stół)*, (S. Adałberg, pod kot,
str. 232, nr 45). Odpowiedniki tego przysłowia istnieją również
w językach łacińskim, francuskim, angielskim i niemieckim, (por.
• I . St. Ryslroń, Przysłowia polskie, str. 18, oraz F. Seiler, Deutsche
Sprichwórterkunde, str. 87).
Karaim, (nr 24): «Dla kotki zabawa, dla myszy śmierć*,
polsk.: «Kolowi żart a myszce śmierć* (S. Adałberg, pod kot,
sir. 232, nr 37). Karaimsk.: «Rozlane mleko i psu i kotu», polsk,
"•Na rozlane mleko pies i świnia lezie*.
Dla trzech ostatnich przysłowi nie znalazł autor odpowiedni­
ków tureckich, natomiast przysłowia nr 5 i 20 posiadają swoje od­
powiedniki w literaturze starotureckiej. W pierwszym wypadku
możnaby się liczyć z wpływami polskimi, w dwu ostatnich jednak
mamy do czynienia z motywami wędrownymi. Rozwiązanie łych
problemów w obecnym stanie wiedzy nie jest możliwe, dopóki
paremiografia nie upora się z systematyką przysłowi, tak jak to
się slalo z innymi gatunkami literatury ludowej opracowanymi
0

9

,

34U

przez Antti Aarneo, Stitha Thomsona, a w Polsce przez J. Krzy­
żanowskiego.
Na koniec należy podkreślić staranne wydanie tekstów ka­
raimskich w fonetycznej transkrypcji oraz tłumaczeń polskich,
które umożliwiają studia porównawcze.
Józef

Gajek

ETNOGRAFIA W PRODUKCJI FILMU POLSKIEGO.
W epoce, kiedy ziemie nasze przemierzał z kosturem wę­
drowca w ręku Zorian Dołęga-Chodakowski poszukując «starożytności słowiańskich*, normalną formą utrwalania zebranego ma­
teriału Lyi opis I rysunek. Za czasów KoILcigd, Iiuiitiukkn,gu,
czy Udzieli do dyspozycji etnografa stanęła kamera fotograficzna,
zrazu ciężka i niezgrabna, która z czasem osiągnęła precyzje i roz­
miary dzisiejszych aparatów małoobrazkowych.
Był to duży postęp w zakresie techniki zbierania materia­
łów ludoznawczych, gdyż klisza oraz soczewka fotograficznego
obiektywu zastąpiła na zawsze wprawną rękę i oko rysownika.
Dziś arsenal środków-, jakim rozporządzać może etnograf,
wzbogacił się wydatnie. Nie ulega jednak wątpliwości, że wśród
nowoczesnych środków, służących do utrwalania etnograficznych
materiałów, na pierwsze miejsce wysuwa się film dźwiękowy.
Dzięki niemu mamy możność pokazania nie tylko, jak dane zja­
wisko «wygląda», ale i jaki ma przebieg.
Nic dziwnego, że wobec kolosalnych możliwości, jakie ma
zastosowanie filmu w dziedzinie wiedzy o kulturze ludowej, oczy
etnografa pilnie śledzą w szelkie próby, wiodące do stworzenia
naukowego filmu etnograficznego.
W Polsce pierwsze kroki w tym zakresie robiono już przed
wojną. Jedna z wytwórni kręciła np. film w Łowickim przy udziale
prof. E. Frankowskiego. Obecnie zanotować wypada nowe próby.
W grudniu ub. r. Film Polski zobowiązał niektórych etnografów
polskich do napisania scenariuszy z różnych dziedzin ludowej kul­
tury, które po nakręceniu miały być wyświetlane w ramach serii
filmów naukowych. Dotychczas zrealizowane zostały trzy scenar

341

riusze: « Wielkanoc w Łowickim*, «Boże Narodzenie u Górali ślą­
skich* oraz «Zwyczaje rolnicze w Krakowskim*. Dzięki uprzej­
mości Dyrekcji Instytutu Filmowego w Krakowie grono etnogra­
fów krakowskich miało możność obejrzenia «Wielkanocy w Ło­
wickim* oraz «Zwyczajów rolniczych w Krakowskim*.
Przed szczegółowym omówieniem obu filmów, należy kilka
słów poświęcić rozważaniom na tematy ogólniejsze, związane
z filmem etnograficznym. Wychodzimy z założenia, że celem na­
ukowego filmu etnograficznego powinno być pokazanie pewnego
szerszego lub węższego wycinka z życia ludu, ilustrującego jego
kulturę tradycyjną, gdyż ta właśnie kultura jest przedmiotem ba­
dań etnograficznych. Wiemy, że wieś polska od wybuchu I wojny
i
o n i u i u

:—
H t j

i
UiCgcł

i t i
i_łcllH\W

• i
1UUI VIII

2

.

—.

:

p i A L U U l d/.CillUlll,

R I U K

»

llllCUZy

i i l -

nymi polegają na zanikaniu treści właściwych tradycyjnej «kulturze ludowej* i uleganiu przemożnym wpływom kultury miej­
skiej.
Film etnograficzny jest dziś w dużej mierze filmem histo­
rycznym. Pokazuje nam zwyczaje, które niejednokrotnie są już
przez lud zapomniane, narzędzia, które wyszły z użycia i stroje,
których się (przynajmniej na codzień) nie nosi. Wobec nauko­
wego filmu etnograficznego musimy stosować te same kryteria,
co wobec filmów historycznych. Musi on więc, poza walorami este­
tycznymi, oddawać wiernie ducha epoki, nie może zawierać ana­
chronizmów, musi dawać pełne złudzenie, że oglądamy rzeczywi­
ste życie z czasów, które minęły. Wymaganiom tym musi spro­
stać i scenarzysta, który daje roboczy projekt filmu, i reżyser,
który ten projekt realizuje, i aktor, a wreszcie i rekwizytor, któ­
rego zadaniem jest nadanie filmowi właściwej «oprawy».
Od scenarzysty wymaga się, żeby opracowywane dla potrzeb
filmu zjawisko podane było w formie możliwie najpełniejszej.
Musi tam być wiernie zachowana kolejność rozgrywającej się
akcji, musi być uwzględniona związana z nią treść obrzędowa
i zwyczajowa. Scenariusz musi, niejako na marginesie głównej
akcji, dać reżyserowi możność pokazania krajobrazu właściwego
danej okolicy, wyglądu wsi, architektury, wnętrza, strojów co­
dziennych i uroczystych, zajęć domowych etc.

342

Rola tła, na jakim rozgrywa sic akcja, stroju, czy jakichś
mało zdawać by się mogło, ważnych rekwizytów, w filmie etno­
graficznym nabiera bardzo dużego znaczenia. Chałupa, czy żarna
do mielenia zboża powinny w filmie «grać» na równi z aktorem.
Niejednokrotnie, niby mimowolne podkreślenie jakiegoś drobnego
szczegółu drugoplanowego, np. otwierania zamku drewnianego
przy drzwiach, czy założenie siekiery między wystające węgły
zrębu, lepiej podkreśla atmosferę właściwą danej wsi, niż, cała
akcja filmu z najstaranniej wyreżyserowaną grą aktorów. Dzięki
umiejętności operowania w filmie architekturą drewnianą, stro­
jem oraz masą drobnych rekwizytów — osiągnąć mogły swą wy­
soką w artość etnograficzną i estetyczną zarazem filmy takie jak
np. «Janosik z frhowej» wyprodukowany przed wojną przez wy­
twórnie czeskie, czy niektóre filmy radzieckie (choćby «Świniarka
i pastuch*). Przy pewnej dozie sumienności i wyczucia stworze­
nie odpowiedniej scenerii dla filmowania przewidzianej w scena­
riuszu akcji nie nasuwa większych trudności. Jeszcze w nawpół
zurbanizowanych, podmiejskich wsiach polskich przy odrobinie
staranności ze strony reżyseia można sfilmować obrazy, dające
złudzenie, że rzecz dzieje się w zapadłej wiosce za siedmiu rzeka­
mi. Tam, gdzie osiągnięcie odpowiedniego efektu nie jest przy po­
mocy środków miejscowych możliwe, nie należy się cofać przed ma­
kietą, czy rekonstrukcją pod warunkiem oczywiście, że sporządzona
zostanie na odpowiednim poziomie. Zagadnienie, kogo należy an­
gażować do gry w filmach etnograficznych, nie jest łatwe do roz­
strzygnięcia. Najprościej byłoby posłużyć się aktorami zawodo­
wymi. Niestety, aktorzy nasi nie umieją należycie wcielić się w po­
stać chłopa, tak że wszelkie znane mi z ekranu sceny wiejskie kwa­
lifikowały się właściwie do usunięcia. Pozostaje więc autentyczny
chłop, który nie potrzebuje «grać», wystarczy, żeby «był sobą».
Nie jest to jednak takie proste. Umiejętność swobodnego porusza­
nia się przed okiem obiektywu w obecności obcych ludzi, którzy
komenderują, każą na zawołanie wykonać pewne czynności, czy
manifestować pewne uczucia nie jest daną każdemu. Na wsi sporo
mamy pierwszorzędnych talentów aktorskich, ale chcąc z nich
korzystać, trzeba je umieć wyłowić spośród stokrotnie większej
7

343
ilości ludzi, którzy przed obiektywem aparatu tracą głowę lub po­
ruszają się jak drewniane manekiny.
Nad całością obrazu czuwa reżyser. Od jego kultury i su­
mienności zależy, czy film etnograficzny będzie arcydziełem (Ja­
nosik z Trhowej), czy tzw. w języku filmowców «szmirą».
Zadaniem reżysera jest filmowa interpretacja scenariusza.
Ze scenariusza naukowego filmu etnograficznego nie wolno reży­
serowi niczego istotnego wyrzucić. Obowiązkiem jego jest zgod­
nie z wymaganiami nauki dać całokształt zagadnienia. Może on
jednak i powinien w czasie realizacji filmu charakterem zdjęć
oraz przemyślanym rozplanowaniem metrażu bardzo wydatnie mo­
delować surowy materiał dostarczony przez scenarzystę.
łości charakter bardziej popularny lub ściślej naukowy, może pe­
wne momenty uwypuklić, inne potraktować pobieżniej lub tylko
zaznaczyć ich istnienie krótką migawką. Musi on dobrać odpo­
wiedni co do charakteru filmu komentarz słowny i dbać o utrzy­
manie równowagi między komentatorem a stroną muzyczną i efek­
tami dźwiękowymi.
W rękach odpowiedniego reżysera tematy z zakresu trady­
cyjnej kultury ludowej stanowią niesłychanie wdzięczne tworzy­
wo. «Naukowy film etnograficzny* mimo swego «dokumentarnego»
charakteru nie musi być koniecznie nudny i niestrawny dla prze­
ciętnego widza kinowego. Wprost przeciwnie. W ręku utalento­
wanego reżysera spoczywają nieograniczone wprost zasoby środ­
ków technicznych, ujęć, efektów , czy wręcz tricków, które pozwa­
lają etnograficznie wierny materiał podać widzowi w sposób i n ­
teresujący.
Przykładem niech będą chociażby filmy popularno-naukowe
z zakresu historii sztuki (film o katedrze w Pradze, czy rzeźbach
Michała Anioła), w których rzecz tak na pozór sucha, jak analiza
dzielą sztuki, bez akcji, bez udziału aktorów przeprowadzona jest
w sposób przykuwający uwagę widza od pierwszej chwili do
ostatniej.
Odbieganie od prawdy i ścisłości dla rzekomego nadania f i l ­
mowi bardziej popularnego charakteru jest błędem podstawowym,
7

344
odbierającym takiemu filmowi wszelką wartość naukową i dy­
daktyczną.
Droga popularyzacji wiedzy przy pomocy filmu prowadzi
tylko poprzez odpowiednie ujęcie, nigdy zaś przez pokazanie «efekcików» stojących w sprzeczności z wymaganiami naukowej pra­
wdy, czy duchem epoki.
Naszkicowane tu po krotce wymagania, stawiane dobremu
filmowi etnograficznemu, nie są bynajmniej «kajdankami», ma­
jącymi krępować twórczą pracę reżysera. Są to postulaty elemen­
tarne, które podczas produkcji filmów naukowych z innych dzie­
dzin wiedzy są już od dawna bez dyskusji realizowane. Cóż po­
wiedzielibyśmy, gdyby tak np. w filmie przedstawiającym cykl
r « ? w f v i o w v tu^Unlta k a r m ^ T t u k a - . - n n l ; n 7 i n n

mntvln—wvktnwnirirarm

się wprost z jajka, gdyby na przepoczwarczenie «brakło rnetrażu»,
a gąsienica zajadałaby ze smakiem korzonek marchwi, gdyż w mo­
mencie filmowania nie było pod ręką listka kapusty?
Podobne braki w filmie etnograficznym spotykają się z na­
szej strony z życzliwą pobłażliwością. Patrzymy na nie przez palce.
Stanowisko takie przynosi w rezultacie dużą szkodę, gdyż dopusz­
cza do utrwalenia się w produkcji filmowej taniej łatwizny, obni­
żającej poziom i wartość naukową filmu etnograficznego.
Przechodząc po tym wstępie do omawiania obydwu wyświe­
tlanych w Krakowie filmów, zastrzegam się, że pomijam celowo
zagadnienia, tyczące się ich walorów estetycznych i momentów
czysto technicznych. Na marginesie niejako pragnę podkreślić, że
strona techniczna zdjęć poza paru niewielkimi usterkami jest bez
zarzutu, zaś szereg obrazów oglądanych na obydwu filmach pod
względem estetycznym stoi na bardzo wysokim poziomie.
Nie da się niestety tych pozytywnych ocen utrzymać, gdy pa­
trzymy na filmy od strony czysto etnograficznej.
Zacznijmy od analizy treser Zarówno film o zwyczajach
wielkanocnych w Łowickim, j a k i o zwyczajach rolniczych w Kra­
kowskim odznaczają się dość przypadkowym doborem sfilmowa­
nych obrazów. W zwyczajach wielkanocnych położono główny na­
cisk na jednakową w całej Polsce, a z punktu etnograficznego

345
mniej ciekawą obrzędowość kościelną Wielkiego Tygodnia, nie
pokazano natomiast robienia pisanek, czy papierowych wycina­
nek, którymi przed Wielkanocą zdobi się izby. W zwyczajach rol­
niczych z Krakowskiego darmo szukalibyśmy wiosennego zwy­
czaju obchodzenia pól, przepędzania chmur gradowych przy po­
mocy dzwonków loretańskich, czy też «opalania» zasiewów przy
pomocy ognia przeniesionego z płonącego na Zielone Świątki stosu
sobótkowego. Z braków tych (których rejestr można by rozsze­
rzyć), trudno jest czynić zarzut scenarzystom. W scenariuszu pun­
kty te były uwzględniane, jedynie w czasie realizacji pominięto
te wszystkie momenty, których sfilmowanie nasuwało by nieco
większe trudności techniczne lub pociągało za sobą wydatki f i ­
nansowe.
Bardzo nierówno w obydwu omawianych filmach wykorzy­
stane zostały elementy, składające się na etnograficzne odrębno­
ści filmowanych regionów. W Łowickim np. szereg scen, zresztą
zupełnie niepotrzebnych, nakręcono na tle pozbawionych wszel­
kiego wyrazu domków z przedmieść Łowicza, nie pokazano nato­
miast jedynej w swoim rodzaju chałupy włościańskiej z ciemnym
zrębem pomalowanym na święta wapnem w białe kwiaty. W Kra­
kowskim architektura wsi uwzględniona została stosunkowo do­
syć szeroko, ale i tam nie widać świadomego posługiwania się
nią w celu uzyskania pewnej zwartej całości kompozycyjnej i wy­
wołania odpowiedniego nastroju.
Stosunek realizatorów filmu do ubiorów ludowych w oby­
dwu filmach odznacza się dużą niefrasobliwością. Aktorzy ubrani
są raz w stroje ludowe, raz w tzw. «miejską tandetę* lub co gor
sza, ani tak ani tak, tylko w jakieś ad hoc skomponowane unifor­
my, przypominające najbardziej ubiory organizacji młodzieżo­
wych (żeńcy w Krakowskim). Wszystkie te ubiory noszone są
w dodatku z rażącą niekonsekwencją. Widzimy więc kobiety przy
żniwach ubrane w kosztowne gorsety, siewców w błyszczących
cholewach, starców ubranych po miejsku, a młodzież w strojach
ludowych itp. Miarą ustosunkowania się realizatorów filmu do
zagadnienia strojów ludowych w naukowym filmie etnograficz­
nym jest fakt, że nakręcono szereg zwyczajów i obrzędów w Lo-

wickim, w których aktorzy ubrani byli... w mundury'ochotniczej
straży pożarnej.
W dziedzinie doboru pozostałych rekwizytów nie widać ani
próby dążenia do trzymania się w ramach kultury tradycyjnej.
Fabryczny żelazny pług, brona, mechaniczny siewnik oraz bla­
szana trąba w dożynkowej kapeli stanowią próbkę, która mówi za
całość.
Gra aktorów jest bardzo nierówna. Widać, że nikt ich nie
selekcjonował, ani poszczególnych scen z nimi należycie nie prze­
pracował. A szkoda. Wspaniała postać starego siewcy (n. b. nie­
potrzebnie wpleciona do filmu o obrzędach wielkanocnych) w Ło­
wickim świadczy najlepiej, jak doskonały materiał aktorski ukry­
wa *'ie У!а V ' i * j — " b^rd?^ Л/,К*а . g r a .mnys>—rerutniflśó—e let v p z n 1
wartość filmu.
Z dwu omawianych filmów na ogół lepszą grę aktorską ma­
my w Łowickim. W filmie z Krakowskiego aktorzy grają raczej
słabo. Ruszają się nieudolnie, bez przekonania i temperamentu.
Nawet w takiej scenie, jak wywracanie dziewek przy sadzeniu
ziemniaków, czy przy wiązaniu gospodarza powrósłami, nie ma
życia. Słabą grę aktorską uwypukla jeszcze pretensjonalna kom­
pozycja scen zbiorowych, które nie mają w sobie nic naturalno­
ści i konsekwentnie «robione są na żywy obraz». W rezultacie
widz zamiast ulegać złudzeniu, że ma przed oczyma wycinek co­
dziennej wiejskiej rzeczywistości, odnosi wrażenie, że przygląda
się sztuce teatralnej, w której podają mu obraz chłopa w formie
przestylizowanej. W niektórych wypadkach nienaturalnością gry
i sztucznością obrazu rywalizować mogą «Zwyezaje rolnicze
w Krakowskim* z «Halką» Moniuszki, nakręconą u nas przed
wojną z Ladisem Kiepurą w roli głównej. Brak znajomości i wy­
czucia wsi ze strony realizatorów spowodował, że nie powstrzy­
mano się nawet od wkładki baletowej w formie typowego kra­
kowiaka estradowego z figurami wprowadzonego w scenie dożynków.
7

e

Ł7

7

7

Gdyby oba omawiane filmy poddać pedantycznej analizie,
przytoczoną listę potknięć i błędów można by pomnożyć wielo­
krotnie. Należy stwierdzić, że nie posiadają one charakteru f i l -

347
mów etnograficznych ani w płaszczyźnie ściśle naukowej ani po­
pularyzatorskiej. Filmów tych nie można w żadnym wypadku
wprowadzać np. do szkól, gdyż od pomocy szkolnych wymagać
musimy naukowego poziomu, którego te filmy nie reprezentują.
Czemu tak się stało, nie trudno wyjaśnić. Produkcja filmów
naukowych jest dziedziną bardzo specjalną. Pracy na tym polu
nie podoła nawet najlepszy reżyser i operator, o ile nie posiadają
gruntownej znajomości danej dziedziny wiedzy.
Film etnograficzny niesłusznie jest w kołach fachowców f i l ­
mowych bagatelizowany, jako rzecz rzekomo łatwa. Wprost prze­
ciwnie, nierównie łatwiej nakręcić jest poprawny film z zakresu
np. mikrobiologii, gdzie wszelkie trudności ograniczają się jedynie
ao strony scisle technicznej, niż stworzyć poprawny film etno­
graficzny, który łączyłby walory estetyczne z naukową ścisłością,
a równocześnie stanowiłby całość interesującą dla widzów, re­
krutujących się z najszerszych sfer społeczeństwa. Ażeby film taki
utrzymał się na poziomie, wymaganym od filmów naukowych,
konieczną jest przede wszystkim współpraca fachowych etnogra­
fów, którzy w czasie realizacji filmu mieliby w zakresie swych
specjalności glos nie doradczy, ale decydujący. Rola reżysera
w naukowym filmie etnograficznym ograniczyć się musi do czu­
wania nad estetyczną i techniczną stroną filmu, zaś strona rze­
czowa spoczywać musi wyłącznie w ręku fachowców .
7

7

Drugi warunek, umożliwiający produkcję filmów naukowych
na należytym poziomie, stanowią środki finansowe. Nie można re­
żysera skazywać na posługiwanie się w filmie etnograficznym
aktorem bezpłatnym, który ochotniczo zgłosił się «do filmu» lub
został przez członków ekipy filmowej zwabiony namową. W ma­
teriale takim nie można dokonać należytego wyboru i nie można
stawiać mu poważniejszych wymagań. Dostarczenie środków f i ­
nansowych w należytej ilości położy też kres kaleczeniu scenariu­
szów, podyktowanemu w wielu wypadkach momentami oszczęd­
nościowymi i wpłynie niewątpliwie na podniesienie «wystawy
filmu», gdyż umożliwi należyty dobór odpowiedniej ilości kostiu­
mów i innych rekwizytów.
T

Wydatek poniesiony przez Film Polski na cele produkcji do-

348
brych, naukowych filmów etnograficznych w krótkim czasie przy­
niesie przedsiębiorstwu poważne zyski. Kopie filmów etnograficz­
nych znajdą życzliwe przyjęcie w szerokotaśmowych kinach oświa­
towych, a zredukowane na taśmę szerokości 16 mm wejdą na
ekran kin szkolnych i świetlicowych.
Ponadto pamiętać należy, że filmy z zakresu folklorystyki
stanowią jeden z najbardziej na rynku międzynarodowym po­
szukiwany artykuł wymiany filmowej.
Roman

Reinfuss

«POLISH PEASANTS COSTUMES*.
Tuż przed samą wojną w r. 1939 ukazało się luksusowe wy­
dawnictwo, formatu dużego folio pt. «Polish Peasants Costumes*.
Publikacja ta wydana przez C. Szwedzickiego w Nicei, jako jedna
z tzw. Editions d'Art, następuje po wydanych poprzednio Sioux
Indian

Painting,

Kiowa

Indian

Art, Pueblo

Indian

Pottery,

— co

nie pozostaje bez specjalnej wymowy.
Książka, o której mowa, stanowi zbiór plansz robionych na
podstawie malowideł i kolorowych rysunków Z o f i i S t r у j e ri­
sk i e j z serii strojów ludowych w Polsce. Zbiór len jest poprze­
dzony przedmową T a d e u s z a S e w e r y n a (przetłumaczoną
na język angielski i francuski), wprowadzającą czytelnika po­
krótce w historię grup kostiumowych w Polsce, z podaniem ich
ogólnej charakterystyki. Tak więc omawiane są stroje góralskie,
krakowskie, śląskie, lubelskie, sieradzkie, łowickie, poleskie, kur­
piowskie, wileńskie, huculskie itd., ilustrowane odpowiednimi
planszami. Barwnemu opisowi odpowiadają kolorowe tempery
Stryjeńskiej, na których stroje i typy ludowe, wybitnie stylizo­
wane, pełne są rozmachu, niepozbawionego groteski. Znane zre­
sztą wszystkim z oryginałów, nie wymagają specjalnego omó­
wienia.
W związku ,z techniczną stroną wydawnictwa, nadmienić
trzeba, iż tablice kolorowe wykonane są wzorowo, z ogromnym
nakładem pracy i doskonale sharmonizowane kolorystycznie. Za-

349
stosowano bowiem dwa typy plansz, z tym że jedne są wykonane
ręcznie, drugie jako zwykłe reprodukcje kolorowe, w których
drobne szczegóły też uzupełnione ręcznie. Plansze malowane ręcz­
nie, mają tło robione techniką prószoną (przez rozpylacz), a na
tym malowane przez patron figury, z uzupełnieniem szczegółów,
wykonanych cienkim pędzelkiem. Dlatego też ogólny nakład wy­
niósł raptem 400 egzemplarzy, stanowiąc przy zastosowaniu tej
techniki, wydawnictwo luksusowe.
Publikacja powyższa nie pretendując do wartości naukowej,
spełnia bardzo dobrze zadanie popularyzacyjne wobec zagranicy,
dla której Polska, to jeszcze ciągle kraj ,z pogranicza Siuksów czy
innych czerwonoskórych.

MICHAŁ JAGŁA, «C h ł o p s к a k u l l u r a — u w a g i n a d
k r z e p n ą c ą k u l l u r a w s i » . Poznań 1938. Wielkopolski Zw.
Młodzieży Wiejskiej.
Stanowisko aulora slreszcza się w zdaniu: «Cały dotychcza­
sowy swój dorobek, oczywiście ten, jaki mu ukazali badacze miej­
scy w tej tzw. «kulturze ludowej*, wziął chłop dzisiaj na szuflę
i począł miotać pod wrota postępu i zdrowo pojętej kultury i . . .
okazało się, że w tej przez panów odchuchanej «kullurze ludowej*
było mnóstwo plew, które poleciały z wiatrem*. Jakież to plewy?
Stroje ludowe, «jaśnie panom pokłony wybijające śpiewki — te
prymitywne na szkle malowane i z drzewa wyrzynane świątki —
te wierzenia, cuchnące ciemnotą, zabobony, gusła — poddańcze
zwyczaje i obrzędy, albo zgoła pogańslwa znamię jeszcze noszące*.
«Wieś się tego «swojego» dorobku wstydzi — wypiera —• bez żalu
go odrzuca*.
Gdy w Nietążkowie na uroczystości nadania imienia Kaspro­
wicza Uniwersytetowi Wiejskiemu zespół uczennic tegoż uniwer­
sytetu wykonał inscenizację sobótek, — padły z tłumu uwagi, że
młodzież «nawraca się do zabobonu*.

350

Aulor zadaje sobie pytanie, co do dziś pozostało z tej, jak
pisze, «kulturki ludowej*. Wylicza więc: mazury, kujawiaki, kra­
kowiaki, obertasy, budownictwo góralskie, wreszcie «zostaną ponie­
które przecudne erotyki tchnące głębią uczucia i ujęciem głębokim,
filozoficznym*. Na dowód słuszności swych twierdzeń przytacza
jedną z takich pieśni:
«Kochanie, kochanie — gorsze nad więzienie,
Z więzienia wyjść możesz — z kochania broń Boże*.
W tych «uwagach» nad krzepnącą(?) kulturą wsi wygłasza­
nych stylem kaznodziejskim, najwięcej dostało się strojowi ludo­
wemu: «Gdy ktoś zachwyca się pięknością wiejskiego stroju, czy
obrzędu, otrzymuje zazwyczaj cierpką odpowiedź: Przecie lo
slare — nan sie oe.woie. z r i a s p r z y s z e d ł n a ś m i e w a ć » , Stroi ludowy
wcale nie jest piękny: to tylko panowie wmawiają w lud, chytrzesobie obiecując, że gdy lud w to uwierzy,
T

«Już nie będzie orłem wzlatał
w górę, w słońce do w olności —
już nie będzie duszy prościł,
że się będzie ino stroić
barwą oczy pańskie koić*.
7

r

Te próbki najoezywistszych bzdur, demagogicznego tupetu
i frazesu bez pokrycia dostatecznie charakteryzują autora.
T. S'.

JAN REYCHMAN, «Z n o w s z e j
g r a f i с z ne j s 1 o-w а с к i e j».

literatury

e l n o-

W okresie ubiegłej wojny literatura etnograficzna słowacka
wzbogaciła się szeregiem nowych prac, które znacznie posunęły
naprzód dorobek etnografii słowackiej. Dotychczas poza kilkoma
pracami, jak Czecha Yaclavika czy Rosjanina Bogatyrewa —
a więc autorów niesłowackich, choć piszących po słowacku —
większość pozycji w etnografii słowackiej obracała się dookoła
przyczynków czy też materiałów gromadzonych na sposób zna-

351

mienny dla X I X wieku i ogłaszanych głównie na łamach «Sbornika Slovenskej Muzealnej Spolećnosti». Obecnie tak pod wzglę­
dem melodycznym jak i wydawniczym nastąpił tu znaczny po­
stęp, który etnografię słowacką podniósł do poziomu nowoczesnego.
Pozostaje to w związku z utworzeniem przy Maticy Slovenskej
Sekcji Etnograficznej i wydawaniem «Narodopisnego Sbornika*
pod redakcją fachową Rudolfa Bednafika i Jana Mjartana. «Narodopisny Sbornik» skupił większość ogłaszanych prac etnograficz­
nych.
Potrzebom metodologicznym ogólnego rysu o etnografii za­
radzono przez przekład wydanej w r. 1928 pracy uczonego radziec­
kiego E. Kagarowa «Ulohy a metody etnografie* (Zadania i meu/uj

minogi

dLiij

u .

i

ui

uhim a i i c t

w

« i \ a i w .

oiJÓi.»

tum

V, n i

1.

Ogólne studium o antropologii Słowaków (i Bułgarów) dał
prof. M. Popów z uniwersytetu w Sofii w tymże zeszycie «Xarod.
Sbornika».
Dużo studiów poświęcono kulturze materialnej. V. Prażak
ogłosił ciekawe studium z zakresu budownictwa ludowego «Problem vzniku jednoposchodoveho domu v G i ć m a n o c h » (Problem po-,
wstania jednopiętrowego domu w Cziczmanach). Dobre studium
porównawcze typologiczne dal A. Polonec analizując «Detskć koHsky» (Kołyski dziecięce). Z teki pośmiertnej P. Sochania ogło­
szono «Vyroba 1'anu a konopi a ich vlastnosli» (Wyrób lnu i ko­
nopi i ich właściwości). Niemiecki profesor Br. Schier wykłada­
jący w czasie wojny na uniwersytecie w Bratysławie dał studium
«U1 ako zdrój narodopisneho vvzkumu», kładąc badanie ula sło­
wackiego na szerokie tlo badań nad kulturą materialną ludów
środkowo-europejskich. Wszystkie te cztery ostatnie prace dru­
kowane były w «Narodop. Shorn.» I . I I .
Dwie rozprawki o sposobie przędzenia nici u Słowaków ogło­
sił etnograf węgierski Bela Gunda (tom V «Narodop. Shorn.»)
P. Kuruc opracował w artykule w I . V «Narodop. Sborn.» warze­
nie żywicy i jej użycie w Wyżnich Łapszach na Spiszu, a Fr. Stefunka opisał «Zbożne jamy» (Jamy na zboże na Zachodniej Sło­
wacji).

352
Z zakresu sztuki ludowej V. Prażak opracował «Talianskć
ornamenty v slovenskej ludovej vyśivće» (1940) (Włoskie orna­
menty w słowackich wyszyciach ludowych), A. Guntherova-Mayerova, «Slovenska keramika», dała pogląd na słowacką ceramikę,
ta sama autorka w opracowaniu zabytków artystycznych Orawy
(«Dejiny a supis vytvarnych pamiatok Oravy» w Sborniku Slov.
Naród. Muzea, XXXVI, V I I , 1943) uwzględniła i pewne zabytki
wiążące się ze sztuką ludową.
r

Z zakresu kultury duchowej wymienić należy obszerne stu­
dium M. Huski «Medzislovenske paralely lenorskeho cyklu»,
w którym autor zajmuje się motywem zmarłego brata względnie
kochanka powracającego z za grobu. Autor analizuje szereg opo­
wiastek i piesm słowackich i kładzie je na szerokie tło ogolnosłowiańskie, uwzględniając przy tym i wpływ tego motywu na
podobne wątki rumuńskie i węgierskie. Studium Huski drukowane
jest w Narodopisnym Sborniku (1943).
W drugim tomie tegoż Narodopisneho Sbornika (1941) A. Melicherćik umieścił fragment swej pracy o funkcji śpiewu wiej­
skiego pt. «Funkcne premeny v dnesnom dedinskom speve». Autor
dzieli śpiew wiejski na dwie grupy: do pierwszej zalicza śpiew
związany z obrzędami, do drugiej pozostały.
Warto przy okazji wspomnieć, że wyszła włoska praca o sło­
wackiej pieśni ludowej, L. Salvini, «Canti popolari slovacchi»,
Rzym 1942. Analizując słowacką pieśń ludową włoski slawista
zwraca uwagę na jej pokrewieństwa z pieśnią czeską, morawską
i polską z jednej, a z pieśnią rumuńską (co wykazał już rumuński
badacz Densusianu) z drugiej.
Poza tymi pracami szereg mniejszych rozpraw z zakresu
etnografii ukazało się w rozmaitych periodykach i tak np. w Sbor­
niku Slovenskej Muzealnej Spolećnosti ukazały się m. in. intere­
sujące rozprawy o kobzie, o flisactwie na Orawie i in., ale z po­
wodu rozproszenia po tych pismach, trudniej są one dostępne do
ewidencji.
W r. 1942 Matica Slovenska ogłosiła konkurs na monografie
etnograficzne wsi. Pierwszą nagrodę uzyskał G. Horak za pracę

353
o wsi Pohorela (jest to zresztą pochodzenia polskiego wieś ukryta
w Niżnich Tatrach). Nagrodzone prace miały być wydane. Nie
mamy jednak wiadomości czy one rzeczywiście ukazały się dru­
kiem.
Jan Reychman

LITERATURA ETNOGRAFICZNA
1939—1944.

WĘGIERSKA Z LAT

Literatura etnograficzna węgierska, aczkolwiek mało dotąd
u nas znana, posiada duże znaczenie dla całej etnografii słowiań—i—^дл

i

:

1 a

i

1—'.—:—•—i-i—• •

'-- -

wpływy w kulturze tak materialnej jak i duchowej czy społecz­
nej są b. silne. Szereg zagadnień w zakresie etnografii ludów sło­
wiańskich sąsiadujących z Węgrami nie da się dziś opracować bez
uwzględnienia literatury węgierskiej. Nie od rzeczy będzie więc
podanie tutaj w krótkim przeglądzie tych dzieł z etnografii wę­
gierskiej z ostatnich lat, to jest z okresu, gdy wzajemna wymiana
wydawnictw czy periodyków między Polską a Węgrami prawie
nie istniała. W szczególności interesują nas zagadnienia, które
wchodzą w zakres etnografii obszaru karpacko-naddunajskiego.
Zagadnienia metodologiczne do zbierania przedmiotów z za­
kresu etnografii opracował Wł. Kovacs w wydanej w czasie wojny
małej broszurze «A neprajzi gyujtćs modszere» (Metoda zbiorów
etnograficznych), Budapeszt b. r. (ok. 1942).
Całość etnografii węgierskiej objęło jeszcze przed wojną wy­
dane, ale niedługo przed wojną ukończone i mało u nas znane, ze
wszechmiar godne uwagi zbiorowe dzieło pod redakcją E. Czako
«Magyarorszag neprajza» (Etnografia Węgier), Budapeszt 1933—
1937. Tom I objął stroje, budownictwo i rzemiosło w opracowa­
niu Batkiego, Gyórffyego i Viskiego, tom I I gospodarstwo, myśliwstwo i sztukę dekoracyjną w opracowaniu Viskiego i Gyórf­
fyego, tom I I I kulturę duchową i poezję ludową w opracowaniu
Berse-Nagy, Gyórgy i Horgana, wreszcie tom I V muzykę, tańce
i obyczaje opracowane przez Barthę, Gyónyeya i Kodalyego.
[.ud, T. X X X V I I

23

354
W czasie wojny w ramach wielkiego zbiorowego wydawnictwa
«A magyar muvelodes tórtenete» (Dzieje kultury węgierskiej) zna­
lazło się i miejsce na kulturę ludową mianowicie w rozdziałach
«A magyar neprajza» (Etnografia Węgier) przez I . Gyórffyego
«Magyar nepmuveszet>> przez K. Viski i «Magyar nepzene» (Mu­
zyka ludowa węgierska) przez L. Laithę (wszystkie Budapeszt
1940).
Ogólny zarys etnografii Węgier dał w krótkim podręczniku
J. Ortitay «Kis Magyar neprajz» (Mała etnografia Węgier), Bu­
dapeszt 1940.
Cały szereg zagadnień z etnografii, przede wszystkim z kul­
tury materialnej ludu węgierskiego znalazło się w wydanych podГ7ЯЧ w r v i n v d w i V b i A m a c h

nAsmiwtftvrh

naiwifjfiiypgn



W

Podział wysp.
2) Polinezyjczycy: Dawny mieszkaniec Polinezji — Szlak
wiodący na Polinezję — Kultura Polinezyjska.
3) Badacze europejscy Pacyfiku: Magelan, Loyase, Saavedra,
Gaelano i inni; Meńdana.
4) Europejskie odkrycia na Polinezji: przez Mendańa, Quiros,
Boenechea, Maurelle le Maire i Schollten, Tasman, Roggeveen,
John Byron, Wallis, Carteret, Bougainville, Cook; późniejsze od­
krycia.
5) Późniejsi pisarze: pierwsi koloniści, misjonarze, kupcy,
urzędnicy, inni pisarze, rodzimi informatorzy, rodzime tubylców
rękopisy, tłumaczenia i objaśnienia, opublikowane teksty rodzime,
towarzystwa etnologiczne na Polinezji.
6) Bishop Museum: jego powstanie: «Bernice Pauahi Bishop
Museum* na Hawai w Honolulu jest pamiątką po księżnej Pauahi
(1831—1884), ostatniej z rodziny Kamehameka, naczelników Ha­
waii. Założone przez jej męża, Karola Reed Bishop (1822—1915),
który przez blisko lat 50 odgrywał dużą rolę w życiu publicznym
tychże wysp. Muzeum to jest poświęcone starożytnościom Poli­
nezji i jej pokrewnym wyspom, etnologii i naukom przyrodni­
czym. Zbiory obejmują głównie Polinezję (z N. Zelandią i Melanezję, N. Gwineę i Australię).
1

378
Dwa okresy posiada w swej historii dotychczasowej «Bishop
Museum*.
I . Od 1889—1919, który jest czasem organizowania muzeum
i gromadzenia materiałów.
I I . Następny okres przynosi tej instytucji sławę międzyna­
rodową. W tym okresie zostaje ono afiliowane do Uniwersytetu
w Yale. Organizuje wyprawy na statku «Tanager» w 1923 — na
okręcie «Whipporwill» 1924, na statku «Kaimiloa» w dalszych la­
lach. W r. 1926 fundacja Rockefellera wzbogaca materialne zasoby
Muzeum.
Wyprawy podjęte ze subsydiów Bishop Museum zbadały
wyspy «Society», Samoa, Cook, Tuamotu, Mangarevan, Mikro­
nezji, Chatham, Niue, Manua, Wschodnie. W r. 1920 nawiązuje
Bishop M. współpracę z Amerykańskim Muzeum Przyrodniczym.
Ustanawia stypendium dla studenta-etnologa, który jako asystent
Muzeum zostaje wysyłany dla badań a r c h e o l o g i c z n y c h na
jedną z wysp Hawaii. Od r. 1920 Bishop Museum pracuje wraz
z Uniwersytetem Hawaii.
Przy poparciu tegoż Muzeum wydano następne cenne dzieła:
«Hawaiin Dictionary* (1921) — «Ancient Hawaiian Music* (1923—
1924) — «The Canoes of Oceania* (1936).
Bishop Museum podjęło zwiedzenie muzeów etnologicznych
w Europie i Ameryce, i sporządziło katalog zdjęć z tychże muzeów.
Publikacje Bishop Museum: do г. 1945, do 31. V I I I . wydało
12 tomów pamiętników, 186 biuletynów, 18 tomów prac okoliczno­
ściowych, 36 specjalnych publikacyj.
7) Literatura o Polinezji:
a) dawne sprawozdania z podróży,
b) ogólne dzieła o Polinezji (67 pozycyj od r. 1803—1943),
c) publikacje Bishop M. (9 pozycyj od r. 1900—1944).
8) Wschodnie wyspy:
a) wstępne uwagi,
b) dawni podróżnicy,
c) inni pisarze (14 pozycyj od r. 1866—1935),

379
•d) Bishop M. publikacje (3 pozycje od r. 1935—1940).
Mangarevan: podobnie jak wyżej schemat a), b), c) inni p i ­
sarze (10 pozycyj, od r. 1835—1938); d) publikacje Bishop
M. (2 pozycje r. 19138 i 1939).
Pitcairnt: a), b), c) 9 pozycyj, od 1817—1936; d) В. M. 1 po­
zycja 1929.
Tuamotus: a), b), c) 7 pozycji od 1874—1940; d) 10 poz. od
1933—1937.
Marquesas: a), b), c) 18 poz. od 1843—1938; d) 8 poz. od
1923—1925.
Wyspy Australijskie i Rapa: a), b), c) 8 poz. od 1829—1933;
d) 5 poz. w 1930 i w rękopisach.
Wy^m^-«Snnipi-у». o) M , n) \Я
?d ISJO—1^44; d) 8 poz.
od 1927—1932.
Cook W. Grupa niższa: a), b), c) 21 poz. od 1866—1940;
d) 5 poz. 1924—1944.
Cook W. Północne: a), b), c) 6 poz. od 1867—1941; d) 7 poz.
od 1932—1938.
Wyspy Kkwatorial: a), b), c) 4 poz. od 1896—1927; d) 3 poz.
od 1925—1934.
Samoa: a), b), c) 17 poz. od 1866—1938; d) 6 poz. od 1921-1941.
Tonga: a), b), c) 11 poz. od 1810—1941; d) 12 poz. od
1922—1940.
Niue: a), b), c) 5 poz. od 1902—1924; d) 1 poz. w 1926.
Tokelau: a), b), c) 4 poz. od 1846—1923; d) 1 poz. w 1937.
Futuna i Alofi: a), b), c) 7 poz. od 1838—1915; d) 2 poz.
w 1936 i 1945.
Uvea: a), b), c) 6 poz. od 1838—1932; d) 2 poz. 1937 i 1945.
Wyspy Ellice: a), b), c) 9 poz. od 1871—1931.
Hawaii: a), b), c) 65 poz. od 1816—1944; d) 49 naz. od
1899—1943.
Wyspy Chatham: a), b), c) 3 poz. od 1893—1942; d) 2 poz.
w 1923 i 1928.
Nowa Zelandia: a), bV c) 112 poz. od 1835—1943.

380
Wpływy Polinezji na Wyspach Melanezji: a), b), ć) 26 poz.
od 1891—1943.
9) W n i o s k i : o kullurze materialnej — o organizacji spo­
łecznej — o religii — o antropologii fizycznej — o muzyce —
o wpływach polinezyjskich na zewnątrz — o metodzie historycz­
nej — o metodzie funkcjonalnej i psychologicznej — o przyległościach kulturalnych — studia topiczne.
Warto zapoznać się z oceną etnologa wybitnego, tym cen­
niejszą, że przystępuje on do badania krajów egzotycznych be/
zakładania okularów Europejczyka czy Amerykanina, ale bezpo­
średnio oczyma tubylca patrzy i osądza kulturę swoich stron ro­
dzimych.
IT D 7 Л ' Г 1
E. Bulanda

1. J.

ALFRED METRAUX, « E a s t e r I s l a n d , From the Smith­
sonian Report for 1944 with 4 plates. Washington 1945.
Bezdrzewna, wulkaniczna skała, zaledwie 13 mil ang. długa,
a 7 szeroka, pomału pożerana przez fale i zagubiona w wielkich
pustkowiach Oceanu Spokojnego — odległa o 2 tys. mil do wy­
brzeży Chile i 1500 mil od najbliższego archipelagu Polinezji —
to jest Wyspa Wielkanocna, najbardziej osamotnione miejsce kie­
dykolwiek zamieszkałe przez człowieka. Dziś żyje na niej garstka
tubylców (450 ludzi), przeważnie metysów, w większości trędowa
tych, pod rządami Chile. Są to jedyni potomkowie ludu, który po­
zostawił po sobie ślady jednej z najbardziej oryginalnych cywili­
zacji świata.
Wyspa została odkryta w r. 1722 w niedzielę Wielkanocną
przez Holendrów, którzy roznieśli po świecie tajemnicze opowie­
ści o opuszczonej wyspie, strzeżonej przez olbrzymie posągi ka­
mienne, zbyt ciężkie i wielkie, aby mogły być wykonane garstką
żyjących tam tubylców. Wszystkich następnych badaczy uderzał
tak samo kontrast pomiędzy starożytną wspaniałością a nędzą
i opuszczeniem teraźniejszym. W pierwszej połowie XIX w. przed­
siębiorczy łowcy wielorybów uprowadzili z wyspy część mieszkań-

381
с ów, со na długie lata utrudniło białym dostęp do niej, ale przy­
wieźli także ciekawe okazy sztuki, które znajdują się w muzeach
w Cambridge i Salem. Poza różnymi rzeźbami w drzewie i ka­
mieniu są dwie postacie wykonane z kory wypchanej trzciną, po­
kryte malowanymi wzorami, bardzo pięknie i precyzyjnie wyko­
nanymi, które przedstawiają tatuowanie używane jeszcze sto lat
temu. Są to zabytki skądinąd nie znane, a mogące się równać je­
dynie ze sztuką Markezańczyków.
W r. 1859 Peruwiańczycy napadli na wyspę, porwali króla,
wielu kapłanów i wiele setek członków wyższych i niższych klas,
których wywieźli jako niewolników na wyspy peruwiańskie. Więk­
szość z nich w krótkim czasie wymarła, a pięciu pozostałych przy
życiu, wróciło na francuskim statku, przywiozło ze sobą zarazki
ospy i gruźlicy, które w krótkim czasie zdziesiątkowały mieszkań­
ców tak, że łączność pomiędzy dawnymi i nowszymi czasami zo­
stała zupełnie zerwana.
Tajemnica Wyspy Wielkanocnej pogłębiła się jeszcze gdy
w r. 1864 dotarli tam pierwsi francuscy katoliccy misjonarze. Na
pytania o pochodzeniu tajemniczych posągów dostawali tylko nie­
jasne odpowiedzi, świadczące o bardzo słabej tradycji wiążącej
ich z przeszłością. Obecna nędza i nieświadomość tubylców pod­
kreśliła jeszcze zagadkę minionej cywilizacji, której niemymi
świadkami zostały tylko olbrzymie posągi, mauzolea i inne piękne
zabytki.
W tedy ludzie nauki rozpoczęli badania. Ale jak dotąd nie
znaleziono odpowiedzi na pytanie, kto i kiedy stworzył te zabytki,
jaki potężny lud zamieszkiwał dawniej wyspę i co lak nagle prze­
rwało prace zakrojone na lak wielką skałę?
Symbolem tajemnicy są posągi i one to uczyniły wyspę sła­
wną na całym świecie. Lecz może jeszcze bardziej zagadkowe są
drewniane tabliczki, pokryte drobnymi wycinanymi znakami, zna­
lezione u tubylców w polowie zeszłego wieku. Powstaje pytanie czy
są to hieroglify, które zawierają opisy przeszłości? Wszystkie próby
rozszyfrowania tych znaków zawodzą. Parę lat temu węgierski ję­
zykoznawca odkrył pewne podobieńslwo pomiędzy tymi znakami
a nieodczytanymi jeszcze hieroglifami, pochodzącymi z doliny Indu
7

7

T

382
sprzed 5 tysięcy lat. Gdyby rzeczywiście oba pisma były spokre­
wnione, nowe światło padłoby na mroczną przeszłość Pacyfiku.
Rządy francuski i belgijski zorganizowały ekspedycję nau­
kową na Wyspę Wielkanocną i po śmierci pierwszego jej kierow­
nika autor zajął to stanowisko. Opisuje on swoje pierwsze wraże­
nia gdy statek zarzucił kotwicę w stolicy wyspy, która przypom­
niała mu żywo rybackie wioski na wybrzeżach Bałtyku. Z waha­
niem używa słowa «tubylcy*, gdyż od pierwszego wejrzenia nie
miał wątpliwości, że w ich żyłach płynie krew Europejczyków. Je­
dni wyglądali na Francuzów, inni na mieszkańców Hamburga lub
Londynu, lecz zarazem było coś egzotycznego w tych postaciach
0 czarnych, kędzierzawych włosach, żywych oczach i wysokich
czołach. Późniejsze badania wykazały, że tylko jedna trzecia obec­
nych mieszkańców może się р« г.сл\ cić polinezyjskim pochodze­
niem i to nie zawsze stwierdzonym. Należy stanowczo, według
autora, rozwiać teorię, jakoby obecni mieszkańcy byli zdegenerowani i nie mieli nic wspólnego z ludem, który rzeźbił posągi i rytowal tabliczki, — przeciwnie są oni nawet pod pewnym wzglę­
dem zdolni. W ciągu 6 miesięcy spędzonych na wyspie autor po­
dziwiał ich niezwykłe zdolności asymilowania i polem dostoso­
wywania zdobytych wiadomości do zmiennego trybu życia, jest to
jeden z czynników, dla których stara kultura szybko zanika. Cho­
ciaż są oni najbardziej odosobnionymi ludźmi na świecie, miesz­
kańcy Wyspy Wielkanocnej wciąż poszukują nowych pojęć, no­
wych zwyczajów, ale także i nowych występków. Gdy tylko się spo­
strzegli, że cudzoziemcy interesują się małymi, rzeźbionymi
w drzewie figurkami, które dowodzą wielkiego artyzmu przodków,
1 płacą za nie mydłem lub ubraniem, zaczęli podrabiać je setkami
bardzo niedbale, twierdząc, że to zupełnie wystarcza, gdyż i tak
otrzymają swoją zapłatę, a o to tylko im chodzi. Ten instynkt han­
dlowy przyczynił się do utrzymania przy życiu kilku starożytnych
przemysłów. Poza tym są oni nadzwyczaj sprytnymi złodziejami,
tak na mniejszą jak na większą skale. Rząd angielski, który wy­
dzierżawi! od Chile wyspę dla hodowli owiec, ma z tym złodziej­
stwem nieustanne kłopoty, a taka jest solidarność rodowa, że
o wykryciu złodzieja nie ma mowy. Obok lego jest to lud spokojny,
Э

383'
żyjący z płodów ziemi bujnie rosnących na żyznej wulkanicznej
glebie. Nie mogą jedynie wyprodukować ani mydła, ani ubrania.
Chociaż nie można zdobyć żadnych danych co do przeszłości tego
ludu, folklor jest tu bogaty. Legendy i opowieści wspominają tu
o ludożerstwie. Nie odkryto jednakże nic, co by świadczyło o kul­
turze wcześniejszej niż polinezyjska, język jest czysto polinezyj­
ski, bez żadnych domieszek.
Zwalczając teorię, że wyspa jest pozostałością jakiegoś za­
ginionego kontynentu, autor stwierdza, że ma ona wyraźne pocho­
dzenie wulkaniczne i to nie zbyt dawne. Co prawda, wybrzeża jej
są stale zmywane falami oceanu i nawet w ostatnich dziesiątkach
lat, dzięki temu podmywaniu kilka posągów, które stały na wy­
sokiej skale, wpadły do .mnr.ia . },ąci-gdyby ten napór był rzeczy­
wiście tak silny, to świątynie wzniesione na samym wybrzeżu nie
byłyby się doczekały czasów dzisiejszych. Utrzymywała się też le­
genda o triumfalnej drodze, wiodącej w ocean, do, być może, ukry­
tych tam wspaniałych zamków (Atlantyda), przy bliższym bada­
niu okazało się jednak, że jest to szeroka struga lawy, która wpły­
nęła do morza. Te wszystkie legendy nie znalazły naukowego*
potwierdzenia. Tajemniczym pozostaje nadal fakt, że tak ma­
leńka wysepka jest pokryta wielkimi posągami, z których nie­
jedne mają 30 do 40 stóp wysokości i ważą po kilka ton. Mimo
całego swego sceptycyzmu autor przyznaje, że gdy je po raz pierw­
szy zobaczy], opanowało go uczucie bezbrzeżnego zachwytu i zdzi­
wienia. Mało jest widoków na świecie, mówi, robiących większe
wrażenie niż widok, można by powiedzieć, kamieniołomu posą­
gów na stokach wulkanu Ranoraraku. Miejsce o nastroju złowro­
gim. Na poły skruszały wulkan, olbrzymie skały wznoszące się
wprost z morza, ponad nimi śliczne zielone pastwiska, a blisko
wulkanu, jakby strzegąca kamieniołomu cała armia olbrzymich
kamiennych posągów, rozrzuconych w malowniczym nieładzie.
Większość ich stoi dumnie, inne są częściowo za'sypane usuwa­
jącym się gruntem. Widoczne są tylko głowy jakby jakiegoś prze­
klętego ludu, żywcem zakopanego przez lotne piaski. Za rzędami
stojących posągów, na stokach wulkanu jest 150 posągów niewy­
kończonych. Gdziekolwiek rzucić okiem, wszędzie wzrok spoczywa

384
na niewykończonych rzeźbach. Górskim wyniosłościom nadano
ludzkie kształty. Otworzono jaskinie, w których spoczywają po­
sągi, jak średniowieczne sarkofagi w kryptach katedralnych. Dłuto
artystów w gorączce wykorzystania miękkiego, górskiego «tufu» nie
oszczędziło prawie żadnego miejsca. Jest coś niesamowitego w tym
opuszczonym warsztacie pracy z rozrzuconymi nieżywymi olbrzy­
mami. Na każdym kroku przechodzień potyka się o zniszczone ka­
mienne młoty. Wydaje się, że robotnicy opuścili kamieniołomy na
święto tylko, jakby mieli jutro powrócić do pracy. Zdaniem autora
najbardziej zagadkowym jest problem nagłego przerwania tak gi­
gantycznej pracy. Nasuwa się natychmiast myśl jakiejś nieprze­
widzianej katastrofy, jakiegoś nadzwyczajnego zdarzenia, które
nagle zburzyło pracowite życie mieszkańców. W umysłach tubyl­
ców utrzymuje się przekonanie, że przyczyną tego były czary.
Istnieją legendy na ten temat. Autor wątpi w możliwość rozświe­
tlenia kiedykolwiek tej tajemnicy. Niewykończone posągi są ol­
brzymie, jeden ma 60 stóp wysokości. Niektóre umieszczone były
w takich miejscach, skąd niemożliwością było je wydobyć. A może
te olbrzymy miały na zawsze pozostać w swych grobach?
Dwa są rodzaje posągów: jedne, które jeszcze stoją przy kra­
terze lub u stóp wulkanu Ranoraraku, i te, które wznosiły się na
«ahu» czyli cmentarzu. Chociaż jedne i drugie są wykonane z tego
samego kamienia i mają ten sam typ, warto jednakże podkreślić
pewne różnice. Cmentarzyska znajdowały się w określonych od­
stępach wzdłuż wybrzeży, okalając wyspę. Były to olbrzymie bu­
dowle o dziwnym planie. Niekształtne w zasadzie kupy kamieni
tych wielkich mauzoleów nabrały pewnych form przez okalający
je mur, zwrócony zawsze frontem do morza, zbudowany z regu­
larnych bloków skalnych, starannie dopasowanych i pięknie wy­
gładzonych. Za tymi murami jest równa przestrzeń i skłon zasy­
pany rumowiskiem. Na centralnej części fasady stały rzędy po­
sągów, zwrócone twarzami do wewnątrz, a na skłonie grzebano
zmarłych. Posągi te przedstawiają olbrzymie popiersia o nieproporcjonalnie wielkich głowach w stosunku do reszty ciała. Tyl
głowy jest zupełnie plaski, co z pionową linią uszu nadaje głowie
plaski kształt. Brwi wyraźnie zaznaczone sterczą ponad owalnymi

385
oczodołami. Nos długi, koniec lekko zadarty, szerokie nozdrza, wą­
skie wargi wydęte jakby w pogardliwym uśmiechu, ramiona lekko
zgięte, ręce przylegają do piersi, a poniżej brzucha posąg jest ucięty.
Tamte posągi, w głębi wyspy, mają te same rysy, lecz bez oczo­
dołów, jak w nowoczesnych rzeźbach, na których jest tylko zarys
brwi i spłaszczone policzki. Te posągi są zakończone olbrzymimi
kołkami, które były wpuszczane w ziemię.
Na innych wyspach Polinezji znajdują się podobne posągi
i mauzolea, lecz Wyspy Wielkanocne należy postawić na pierw­
szym miejscu co do ilości jak i wielkości.
Na wyspie znajdują się posągi wszędzie, nawet w miejscach
prawie niedostępnych. Nie znaleziono odpowiedzi na pytanie,
w

iaki

O

L

Item sets
Lud

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.