Candomblé / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.3-4

Item

Title
Candomblé / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.3-4
Description
Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.3-4 ; s.77-84
Creator
Rożalski, Maciej
Date
2004
Format
application/pdf
Identifier
oai:cyfrowaetnografia.pl:5023
Language
pol
Publisher
Instytut Sztuki PAN
Relation
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5405
Rights
Licencja PIA
Subject
antropologia religii
podróże - aspekt antropologiczny
Candomblé
Text
MACIEJ ROŻALSKI

Przejezdny, przechodząc obok, nie dostrzega nic
specjalnego. Wiadomo, za każdą z rozsypujących się
ścian tacy sami ludzie, nędza faweli, problemy biedaków brazylijskiego miasta Salvador. Nie zauważa
nawet, że mija właśnie świątynie afrobrazylijskiego
kultu Candomble. Tu nie ma jednak niewtajemniczonych. Okoliczni mieszkańcy wiedzą, że za tymi
szarymi ścianami mieszkają Bogowie. Tu jest świą­
tynia, tu każdy przychodzi, aby podziwiać taniec Bogów i brać nadzieję, która pozwala walczyć z nędzą.

Z

zewnątrz budynek kościoła wygląda jak cały sze-

reg innych, ciągnących się rzędami po obydwu
stronach zakurzonej ulicy. Front niemalże rozpadający się ze starości. Taki sam jak wszędzie wokół odpadający, stary tynk. Kilka skarłowaciałych drzewek
przed wejściem. Duże poniszczone okiennice, bez
wprawionych szyb. Wszystko niepozorne, nie zwraca
uwagi swoją biedną szarością.
Inaczej jednak sprawa przedstawia się, kiedy przekroczymy próg dużych drewnianych drzwi wejściowych. Okazuje się, że to ukryty przed zewnętrznym światem kościół.
Dom składa się z kilku izb. Położone są one wzdłuż schodzą­
cych w poprzek od ulicy schodów. Główne pomieszczenie,
"kościół", to mała sala, licząca może 70 m kw. Dziś cała
przystrojona jest odświętnie. Różowe firanki, kokardy, sufit
pokryty cienkimi wstążkami z krepiny. Na ścianach niewielkie obrazki i zdjęcia przedstawiające obrzęd, wizerunki
bóstw, czarno-białe fotografie ludzi o poważnych, skupionych spojrzeniach. W końcu sali znajduje się przystrojone
kolorowymi kokardami podwyższenie pełniące funkcję oł­
tarza. Dla Europejczyka wszystko wyglądałoby kiczowato,
zbyt kolorowo. Różnica gustu, po prostu w Brazylii kolory są
dużo bardziej intensywne, jaskrawość nie razi.
Dzisiaj wielkie święto. To specjalny dzień poświę­
cony bóstwu Oxum (oszum), bogini wody. Dzisiejszy
obrzęd będzie w całości upływał pod jej znakiem. Jest
to jedno z najważniejszych świąt religijnego roku
w Candomble.

Candomble. Jest ono praktycznie niedostępne dla zwieturystów. Najczęściej można usłyszeć jedynie pogłoski, ukształtowane na podstawie obejrzanych
przedstawień teatralnych, które zostają wyreżYserowane na
bazie prawdziwych obrzędów. Niewielu jednak ludzi ,,z zewnątrz" widziało i wie na CzYTTl w rzeczYwistości polega odprawiany rytuał. Dodatkowego smaku dodaje fakt opętań,
które stanowią właściwy rdzeń obrządku. W efekcie powstaje wiele mitów. Nieraz szkodliwych. Utożsamiających Candomble, podobnie jak haitańskie wudu, z czarną magią,
krwawymi ofiarami i zombie. O ile w wypadku wudu można
mówić o pewnej zgodności niektórych faktów z niektórymi
pogłoskami, to w przypadku Carulomb/e jest zupełnie inaczej.
Pewien stary mistrz capoeiry powiedział kiedyś, że kultura afrobrazYlijska nie ma swoich bibliotek, w żadnych
księgach tak naprawdę nie jest zapisana jej historia. Jedyną taką księgą jest Candomble, które zawsze było schronieniem dla brazYlijskiego ludu, nieformalną instytucją,
dzających BrazYlię

Candomble

która

zbierając

CzYniła

je

stare zwyczaje i tradycje,

wchłaniając

je,

częściami obrządku.

Wchodzimy do przystrojonej kolorową krepiną sali. Pod ścianami ławki, podwyższenie dla bębnów. Wokół krząta się kilka osób zajętych ostatnimi przygotowaniami. Panuje dziwny zapach. Nasuwa się skojarzenie palonego kadzidła o mydlano-owocowym zapachu. To tancerze okadzają siebie i stroje, dokonując
przedrytualnego oczyszczenia.
Decanio, nasz przewodnik i jedna z najbardziej szanowanych osób społeczności, mówi, że trzeba trochę
poczekać, bo uroczystość, jak zwykle w Brazylii, opóź­
nia się. Trwa to jakieś półtorej godziny. To jedna
z wielkich tajemnic tego kraju, że wszystko jest spóź­
nione, a jednak funkcjonuje.
Tak też jest z oczekiwaną ceremonią. Dopiero po
dłuższym czasie coś w końcu zaczyna się dziać. Krząta­
nina przybiera na sile. Pojawia się coraz więcej osób na
sali. W powietrzu zaczyna się unosić zapach jedzenia,
mieszając się z wszechobecnym kadzidłem. Jedzenie
jest jedną z pierwszych i najważniejszych części uroczystości. Ma ono chronić uczestników przed niepowoła­
nym opętaniem, ale też dodać sił na resztę wieczoru.
My także musimy obowiązkowo się posilić. Zostajemy wprowadzeni do sali pełniącej funkcję kuchni i jadalni. Pomieszczenie ma niski strop i grube kamienne
ściany z malutkimi okienkami bez szyb. W środku jest
niewiele miejsca. W panującym półmroku walają się
sterty drewna na opał, starych garnków i mnóstwa innych sprzętów niewiadomego pochodzenia i użytku .
Reszta pomieszczenia zastawiona jest dużą starą kuchnią węglową oraz podłużnym stołem. Siadamy obok
kilku innych posilających się przed uroczystością gości.
Gruba, nachmurzona murzynka podaje nam od razu po
talerzu wypełnionym buchającym parą pożywieniem.
Machinalnie przypominają się legendy o starych kapłankach Candomble przyrządzających potrawę z domieszką krwi dziecięcej. Na szczęście są to tylko opowieści, które można usytuować zaraz obok naszej, rodzimej legendy o czarnej wołdze porywającej ludzi, która
w latach pięćdziesiątych krążyła po polskich wsiach.
Podano mięso przyrządzane na trzy sposoby, ryż,
kilka rodzajów mielonych na papkę warzyw i owoców
morza (tradycyjny sposób obróbki pożywienia w Brazylii), oraz ciasto z korzenia manioku. Znalazła się także
nieśmiertelna farofa. To także korzeń manioky, ale

utarty. Farofy używa się w Brazylii powszechnie, obsypraktycznie każdy nadający się do spożycia
rodzaj jedzenia. Dosyć trudno się do niego przyzwyczaić. Historia brazylijskiej kuchni sięga czasów niewolnictwa, a wówczas jedzono w zasadzie wszystko, co było zdatne do spożycia, zwłaszcza farofę.
W pewnym momencie zwróciłem uwagę na czło­
wieka siedzącego u szczytu stołu i przyglądającego mi
się od dobrych pięciu minut. Był to karzeł, wzrostu
około l ,40 m, o czarnym kolorze skóry, nienaturalnie
wielkiej, bezzębnej głowie i równie wielkim garbie na
plecach. Patrzył się na mnie niezwykle intensywnie,
z uwagą lustrując to nowe dla niego zjawisko. Była
w nim jakaś dziwna siła. Dawało się niemalże wyczuć
energię przyczajoną za taksującym spojrzeniem.
Później okazało się, że to on właśnie jest mistrzem
ceremonii. Swoim jednostajnym, chropowatym gło­
sem wzbudza w tancerzach szał opętania. To on rozmawia z bogami.

lanka wieczornego spotkania meste w sobie drugie
dno, będące pełnym szacunku oczekiwaniem.
Nagle zaczyna się jakieś ożywienie. Pojawiają się
majestatycznie wyglądające kobiety, ubrane w rozłoży­
ste białe suknie i sznury korali. Wszystkie mają obwią­
zane na piersiach chusty. Ktoś daje znak, że to już
czas, że ceremonia się rozpoczyna.
W głównej sali prawie wszystkie miejsca zajęte, zapchane. Jest duszno i panuje gwar. Wokół rozchodzi
się zapach kadzidła. Od razu, przy wejściu następuje
podział widowni na męską i kobiecą część. Zostajemy
rozdzieleni na dwie gromady, które siadają naprzeciwko siebie, po obydwu końcach sali. Jest około 100
osób. Nie wszyscy mają szansę wejść do środka. Jedni
cisną się przy wejściu i pomiędzy ławkami, ci, co zrezygnowali, tłoczą się na zewnątrz, przy dużych, wychodzących na wąskie podwórze oknach. Ta wymarzona
publiczność teatralna, niezdominowana przez władzę
ponumerowanych miejsc i totalitarnych sektorów,
otacza ciasnym, pulsującym kręgiem miejsce, w którym ma spełnić się widowisko.
W jednym końcu sali znajduje się podwyższenie dla
bębnów. Obok miejsce dla tych najbardziej uhonorowanych, mistrza ceremonii i najstarszych członków
społeczności. Między nimi dostrzegamy naszego przyjaciela Decanio, który umożliwił nam uczestnictwo w rytuale. Pomimo, że panuje nieopisany tłok, środek sali
pozostaje wolny. Tu będzie się odbywać ceremonia.
Nagle wszystko przycicha. Na znak prowadzącego
kapłana milkną rozmowy i beztroski gwar. Zaczynają
grać bębny. Po chwili z trzeszczącego głośnika wydobywa się chropowaty głos kapłana. Ni to śpiew, ni to monolog. Kolejne strofy mantrującej modlitwy zaczynają
się wwiercać w moje uszy. Ten potok niezrozumiałych
słów rozpoczyna ceremonię.

pując nią

Czym jest Candomble? Leszek Kolankiewicz w swojej
książce "Samba z bogami" podaje prawdopodobną etymologię słowa Candomble:

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.