Recenzje / ETNOGRAFIA POLSKA 1963 t.7

Item

Title
Recenzje / ETNOGRAFIA POLSKA 1963 t.7
Description
ETNOGRAFIA POLSKA 1963 t.7, s.503-554
Date
1963
Format
application/pdf
application/pdf
Identifier
oai:cyfrowaetnografia.pl:484
Language
pol.
Publisher
Instytut Archeologii i Etnologii PAN, Instytut Historii Kultury Materialnej PAN
Relation
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:530
Text
R

E

C

E

C L A U D E L É V I - S T R A U S S , La pensée

N

Z

J

E

sauvage, Paris 1962, ss. 295, i l . 24.

Najnowsza praca znanego profesora College de France, Claude Lévi-Straussa,
o którym — pozostający pod urokiem jego autorytetu naukowcy i organizatorzy ży­
cia społecznego różnych narodowości — wyrażają się z ogromnym uznaniem jako
o „sztandarze" nauki francuskiej, a tylko nieliczni przeciwnicy naukowi odmawiają
mu prawa do formułowania teorii socjologicznych, powinna i tym razem — jak
wiele prac dawniejszych — w y w o ł a ć ż y w ą dyskusję i wiele sprzecznych ocen.
Autor konsekwentnie podtrzymuje stanowisko, które zajął już w pierwszej swej
największej pracy (drukowanej w 1949 r.) o podstawowych strukturach pokrewień­
stwa, rozciągając swoje poglądy o bogactwie i zróżnicowaniu m i ę d z y g r u p o w y m pier­
wotnych, wrodzonych człowiekowi form działania na całą dziedzinę kultury umysło­
wej. W podobny przy tym sposób, jak recenzowane poniżej studium o totemizmie (po­
zostające zresztą w bardzo ścisłym związku z obecną pracą), rzuca autor wyzwa­
nie wielu dawniejszym (i do dziś uznawanym) poglądom naukowym różnych szkół
etnologicznych, usiłujących rozwiązać zagadnienie pierwotnej kultury i poziomu
u m y s ł o w e g o pierwotnego społeczeństwa, zgodnie z przyjętymi a priori założeniami
teorii rozwoju.
Jednym z ostatnich autorów, który podjął ten właśnie temat, był bliski w s p ó ł ­
pracownik Emila Durkheima, a w i ę c przedstawiciel szkoły socjologicznej francu­
skiej, do której i Lévi-Strauss n a w i ą z u j e w swych pracach i której przypisuje
ogromny w p ł y w na całą naukę światową, Lucien Levy-Brühl. Jego prace o duszy
pierwotnej i o myśli prelogicznej człowieka pierwotnego odbiły się szerokim echem
w literaturze naukowej lat trzydziestych X X w. Teoria Levy-Brühla (z której on
sam po pewnym czasie prawie się wycofał) przeciwstawiająca podstawy logiczne
współczesnej myśli naukowej brakom logiki rozumowania, charakterystycznym dla
działalności człowieka pierwotnego, nie znalazła uznania u współczesnych autorowi
historyków-ewolucjonistów 1 pol. X X w. W Polsce zwalczał ją m.in. na semina­
riach swych Kazimierz Moszyński. Podkreślał on w y s t ę p o w a n i e przesłanek logicz­
nych we wszystkich opisywanych przez Levy-Brühla przykładach działania ludzi
„pierwotnych", opóźnionych w rozwoju gospodarczym i poziomie wiedzy. LéviStrauss tylko pozornie kontynuuje do pewnego stopnia m y ś l swego poprzednika.
Uznaje, że „pierwotna" myśl jest inna niż nasza współczesna. Nie podtrzymuje
jednak tezy L e v y - B r ü h l a o prelogiczności myślenia pierwotnego, a w i ę c jego niż­
szym etapie rozwoju. Wprost przeciwnie — jak gdyby na przekór zasadzie, przy­
jętej zarówno w ewolucjonizmie, jak i w innych kierunkach historycznych, roz­
woju od form prymitywniejszych ku bardziej rozwiniętym, wysoko wartościuje
on w ł a ś n i e tę myśl pierwotną, „dziką", której ślad jakiś tkwi w nas po dzień dzi-

504

RECENZJE

siejszy, ale której w ł a ś c i w ą domeną działania są przede wszystkim izolowane spo­
łeczeństwa prymitywne.
Myśl „dziką" przeciwstawia Lévi-Strauss w swej pracy myśli „obłaskawionej"
czy „udomowionej" (domestiquée), to znaczy temu systemowi rozumowania, który
wykształciliśmy jako produkt naszej kultury. Na dnie jednakże naszego myślenia
współczesnego tkwi również zawarta w podświadomości m y ś l pierwotna, naturalna,
„dzika". Nie zawsze dopuszczamy ją dzisiaj do głosu, jest bowiem przytłoczona
tym wszystkim, co zrobiliśmy, aby ją ująć w ramy świadomości budowane w opar­
ciu o narastający wciąż bagaż kulturalny. Jest jednakże wartością stałą, która bu­
dzi nasze zrozumiałe zainteresowanie naukowe. Jej poznanie nie tylko może się
przyczynić do wzbogacenia wiedzy historycznej o początkach naszej „inteligencji" —
jak wyjaśnia Lévi-Strauss w specjalnym wywiadzie, jakiego na temat swej najnow­
szej pracy udzielił przedstawicielowi czasopisma „Arts" (nr 871: 1962, s. 5) — lecz
przede wszystkim zbliżać nas powinno do zrozumienia naturalnych praw przyrody.
To zasadnicze przeciwstawienie pierwotnej natury i z niej emanującej nadbu­
dowy (jakbyśmy określili używając przyjętej u nas terminologii nauk społecznych)
systemowi pojęć, wykształconemu w procesie historycznym rozwoju kultury (a więc
będącemu w g ł ó w n y m zrębie również emanacją naturalnej, wrodzonej inteligencji
człowieka), jest oczywiście jako podstawowa teza robocza warsztatu naukowego
Claude Lévi-Straussa, etnologa, antropologa i filozofa kultury w jednej osobie,
motywem przewodnim w omawianej pracy. Zadaniem pracy jest analiza struktu­
ralna śladów podstawowych systemów myśli pierwotnej w ich całym bogactwie
i zróżnicowaniu grupowym i przestrzennym, co jest zdaniem autora jednym z w a ż ­
niejszych zadań antropologii społecznej i etnologii, uznanych przez niego za nauki
ścisłe (utożsamiane przy tym z psychologią).
Jaka jest pierwotna, „dzika" myśl człowieka? Aby móc to określić autor sięga
do XIX-wiecznych opisów kultury różnych izolowanych społeczności prymityw­
nych. Mimo niedoskonałości tych wszystkich opisów, w y m a g a j ą c y c h ostrożnego z nich
korzystania, autor czerpie w pracy pełną garścią z olbrzymiej kartoteki w y p i s ó w
z literatury etnograficznej całego świata, jaka w formie kopii archiwum, groma­
dzonego od szeregu lat w uniwersytecie w Yale w Stanach Zjednoczonych, znaj­
duje się w Paryżu w kierowanym przez Lévi-Straussa Laboratorium Antropologii
Społecznej. Na cytowanych z tych źródeł przykładach wykazuje autor, że m y ś l
pierwotna jest przede wszystkim „wiedzą o konkrecie" (rozdz. I). Nie jest to jed­
nak wiedza wynikająca, jak chce Bronisław Malinowski i wielu innych, przede
wszystkim z potrzeb praktycznych. Jest to natomiast wrodzone człowiekowi dąże­
nie do porządku i z tego wynikające klasyfikowanie i przeciwstawianie sobie
przedmiotów i zjawisk, tworzenie systematyki — co zdaniem niektórych cytowa­
nych przez Lévi-Straussa autorów, z którymi on się zasadniczo zgadza, jest rów­
noznaczne z budowaniem teorii naukowych. Zainteresowania teoretyczne są wcze­
śniejsze od zainteresowań praktycznych. Trzeba na przykład poznać rośliny lecz­
nicze i ich właściwości, by móc potem dopiero stosować je w medycynie i znachorstwie. Różne mogą być jednak kryteria wprowadzania porządku w pojęcia.
Może to być pierwotnie przy podziale na gatunki roślin, np. kryterium w y g l ą d u
zewnętrznego, estetyczne itp. Wyborem tych kryteriów różni się myśl pierwotna,
zwana też nieraz magiczną, od naszej współczesnej myśli naukowej.
Charakterystyczna dla postawy naukowej Lévi-Straussa opozycja wobec zało­
żeń badawczych kierunku funkcjonalnego (który na przekór jego twórcom i wy­
znawcom uważa za kierunek dający przede wszystkim w k ł a d w historię, a nie teo­
rię natury), wyrażająca się w ucieczce od teorii potrzeb podstawowych jako naj-

RECENZJE

505

bardziej prymitywnego motoru działalności ludzkiej, tłumaczy się jego niechęcią
do budowania w n i o s k ó w zbyt ogólnych, dotyczących właściwości natury ludzkiej,
łączących między sobą wszystkie społeczeństwa. Tego rodzaju uogólnienia są po
największej mierze truizmami. Zubożają one nasze spojrzenie naukowe o niedo­
strzeganie ogromnego bogactwa i zróżnicowania kultury — w wypadku omawianej
pracy — pierwotnej wrodzonej, kultury u m y s ł o w e j i wiedzy o przyrodzie. Zamiast
więc iść śladami Malinowskiego i szukać tego, co łączy odległe od siebie społecz­
ności, Lévi-Strauss woli doszukiwać się przeciwieństw. Jest to nie tylko, jak sam
podkreśla, zastosowanie zapożyczonej od językoznawców metody analizy struktu­
ralnej, czy też w p ł y w Marksa, którego pracami entuzjazmował się w młodości
i którego teorie chciałby uzupełnić na interesującym go odcinku badań empirycz­
nych i w n i o s k ó w dotyczących związków wszechrzeczy (superstructures),
lecz w du­
żej mierze logiczne rozwinięcie wskazań i stwierdzeń metodologicznych zawartych
we wcześniejszych pracach E . Durkheima, M. Maussa, F . Boasa, a także A. R a d cliffe-Browna. O nich wszystkich wspomina Lévi-Strauss w tej pracy. Cytuje rów­
nież J . J . Rousseau i H. Balzaka. Dedykuje pracę pamięci nieżyjącego M. MerleauPonty, z którym dyskusję na te właśnie tematy rozpoczął w 1930 r. W ostatnim
rozdz'a'e (IX), zatytułowanym „Hisioire et dialectique", przeprowadza poienrukę
z w y d a n ą przed dwoma laty Critique de la raison dialectique J . P. Sartre'a. Praca
jest więc zarówno próbą charakterystyki myśli pierwotnej (po jej uprzednim orygina^ym zdefiniowaniu), przeprowadzoną w sposób zaskakujący w stosunku do
ustalonych do tego czasu opinii uczonych w oparciu o bogaty materiał przykładów,
jak w równej niemal mierze w y k ł a d e m metody i określeniem własnej drogi nauko­
wej w nawiązaniu do poprzedników i — w mniejszym stopniu — opozycjonistów.
Wśród tych ostatnich trzeba jeszcze dodać profesora Sorbony, socjologa prawa
(ucznia Polaka Leona Petrażyckiego przebywającego długie lata w Rosji), Georges
Gurwitcha. Dyskusja z zarzutami G . Gurwitcha zajmuje szereg kart recenzowanej
pracy Lévi-Straussa.
Jakie są konsekwencje tych wszystkich dyskusji i wnioski, które w y c i ą g a autor
z zastosowania zbudowanego przez siebie i, mimo oparcia o wspomniane wzory,
w pełni oryginalnego w tym zastosowaniu warsztatu badawczego? Są też oryginalne
i zaskakujące. Myśl pierwotna, „dzika", jest bogata, systematyzująca i teoretyzu­
jąca. Jest już na stopniu magii myślą n a u k o w ą (a w i ę c logiczną, wbrew twierdze­
niu Levy-Brühla), różniącą się od naszej myśli naukowej niemożliwością (i to nie
zawsze) jej wykorzystania w praktyce, kształtującą się jednakże w analogiczny
sposób, lecz w ściślejszym związku z intuicją, działaniem podświadomym natury
ludzkiej. Jej mechanizm działania polega na klasyfikacji przedmiotów i pojęć
przez ich przeciwstawianie (pary przeciwieństw) oraz ustalaniu s y s t e m ó w powią­
zań (przejść) pomiędzy kategoriami i grupami społecznymi („Logika klasyfikacji
totemicznych", rozdz. I I , „Systemy transformacji" rozdz. I I I , „Totem i kasta"
rozdz. I V ) , na wyróżnianiu kategorii, e l e m e n t ó w i liczb (rozdz. V), na uogólnia­
niu i dzieleniu (rozdz. V I ) , na przeciwstawieniu jednostki rodzajowi (rozdz.
VII). Myśl „dzika" jest ponadczasowa. Wyraża się systemem symboli i zna­
k ó w (nazw), tworzy uproszczone (zmniejszone) modele rzeczywistości, aby le­
piej zrozumieć jej funkcjonowanie. Już D ü r k h e i m i Mauss w dawnych swoich
pracach wskazali, że jest ona myślą wartościującą, jakkolwiek niewątpliwie jest
w swoich początkach niejednokrotnie prowadzącą na manowce. Nie można jednak
nie docenić wkładu, jaki od czasów wielkiej rewolucji okresu neolitu (której wiel­
kość porównać można tylko z naszą współczesną rewolucją przemysłową) wniosła
w kierunku tłumaczenia (wyobrażenia) przyrody i jej wykorzystania w budowaniu

506

RECENZJE

cywilizacji. Nie można również nie uznać roli, jaką ma do odegrania w skrzyżo­
waniu z współczesną m y ś l ą naukową, posuwającą s i ę po drodze przeciwstawnej —
od wyobrażeń umysłu ludzkiego ku zrozumieniu niezależnego od tego u m y s ł u świata
fizycznego.
Anna

C L A U D E LÉVI-STRAUSS,
de France, Paris 1962.

L e totemisme

aujourd'hui,

Kutrzeba-Pojnarowa

Presses

Universitaires

Ostatnio na warsztacie Claude Lévi-Straussa znalazł się cały kompleks pro­
b l e m ó w związanych z zagadnieniem totemizmu. Nie ulega wątpliwości, że jako
były profesor École Pratique des Hautes Études, gdzie miał katedrę porównawczą
religii l u d ó w nie posiadających pisma, i jako obecny profesor College de France,
wykładający zasady antropologii społecznej, jest on ogólnie uznanym autorytetem
w dziedzinie zagadnień religioznawczych i społecznych, które predestynowały go
do zabrania głosu w tak poważnej sprawie.
Założeniem autora było w tej małej pracy przekazać wszystkie uwagi krytycz­
ne pod adresem tych uczonych, którzy kiedykolwiek zabierali głos na temat tote­
mizmu. B y ł o to zadanie, w e d ł u g autora, o tyle ważne, ż e jeśli współczesna antro­
pologia społeczna czy etnologia ogólna ma kiedykolwiek stanąć w szeregu nauk
znajdujących się w stanie rozkwitu, to może to uczynić jedynie pod warunkiem
uwolnienia się od nienaukowych teorii poprzedniego stulecia, które w y t w o r z y ł o
Wiele m i t ó w ciążących na o g ó l n y m rozwoju omawianych nauk.
Do takich w ł a ś n i e tematów należał problem totemizmu, który śmiało można by
nazwać jednym z najpopularniejszych zagadnień, nie tylko X I X , ale i X X w.
Ilość prac poświęcona temu zagadnieniu stworzyłaby wcale obfitą bibliotekę. Nie­
stety odkrywczość myśli etnologicznej w tej dziedzinie nie przyniosła największych
i najbardziej rewelacyjnych osiągnięć. Wszelkie dotychczasowe próby rozwiązania
tego problemu natrafiały na nie dające się pokonać trudności. Przyczynę takiego
stanu rzeczy widzi Claude Lévi-Strauss w tym, że już samo założenie problemu
totemizmu zawierało w sobie fałsz, co z kolei nie pozwoliło uczonym na rzeczy­
wiście naukowe podejście do tej sprawy.
Pierwsze relacje dotyczące problemu totemizmu pojawiają się w literaturze
o charakterze etnograficznym pod koniec X V I I I w. Z kolei rozkwit spekulacji na
ten temat przypada na koniec X I X i X X w. I tak od pierwszego pseudonaukowego
postawienia zagadnienia przez J . F . Mc Lennana w 1869 r. do roku 1920, w którym
ukazała się syntetyzująca praca A . Van Gennepa, naliczono 41 teorii wyjaśniania
tego zjawiska kulturowego, a przecież praca Gennepa bynajmniej nie stanowiła
ostatniej publikacji na ten temat. Naturalnie wartość naukowa tych prac była
bardzo różna. Szereg z nich spełniło w a ż n ą rolę jako przyczynki materiałowe po­
zwalające na w y j a ś n i e n i e pewnych fragmentów omawianego zagadnienia, niemniej
tak manifestacyjne zajmowanie się tym zagadnieniem nie służyło lepszemu roz­
wojowi etnografii i religioznawstwa. B y nie popełniać tego samego błędu, Claude
Lévi-Strauss powziął zamiar zlikwidowania jeszcze jednego mitu teoretycznego
etnologii, jakim był mit totemiczny. Co prawda sam przy okazji zauważa, że „ak­
ceptacja jako tematu do dyskusji, kategorii, którą uważa za fałszywą, stanowi
zawsze pewne ryzyko, gdyż poprzez uwagę, jaką się do niej przywiązuje, stwarza
się pewne iluzje dotyczące jej realnego istnienia. Dyskusja jest w i ę c niejako hoł-

RECENZJE

507

dem dla tego pojęcia. B y ć m o ż e lepiej by było takie pojęcia pozostawić w zapo­
mnieniu. Z drugiej strony, jak m ó w i Arkell, historia nie stwarza faktów bezużytecz­
nych. Sam fakt, że utrzymywało się to pojęcie, świadczy o ludziach, którzy się
nim posługiwali. Po to, by pójść nową drogą, warto zapoznać się ze starą, aby
nie popełnić identycznych błędów". T a k w i ę c w omawianej pracy Claude LéviStrauss przytacza s ł o w o totemizm jedynie jako cytat, a nie jako pojęcie realne.
Cała praca pomyślana jest jako przegląd najważniejszych teorii pochodzenia
i znaczenia totemizmu w życiu ludów prymitywnych. W przeglądzie tym autor
nie krępuje się ramami chronologicznymi, rezygnując z tego systemu na rzecz
zgrupowania pewnych teorii i hipotez w e d ł u g zasad, jakie uczeni przyjmowali
w celu w y j a ś n i e n i a przyczyn powstania tego zjawiska kulturowego. Już sam spis
rozdziałów wprowadza nas w ten podział. Tak w i ę c po wstępie, w którym Claude
Lévi-Strauss wyjaśnia potrzebę krytycznego ustosunkowania się do problemu tote­
micznego, następuje rozdział pierwszy poświęcony omówieniu iluzyjności samego
terminu totemizm. B y nie wprowadzać niejasności autor podkreśla, że chodzi mu
przede wszystkim o zdefiniowanie zjawiska poddanego badaniu jako stosunku m i ę ­
dzy dwoma lub wieloma określeniami realnymi lub teoretycznymi,
następnie
o skonstruowanie tablicy możliwych zamienności tych terminów oraz wzięcie tej
tablicy za g ł ó w n y obiekt analizy. Jest to niezbędne ze względu na fakt, że termin
totemizm obejmuje idealnie z a r y s o w y w u j ą c e się stosunki między dwoma światami:
ś w i a t e m przyrody i ś w i a t e m kultury. Świat przyrody składa się z kategorii i jed­
nostek, zaś świat kultury z grup i z osób. "Wszystkie te określenia zostały wy­
brane arbitralnie w celu wyróżnienia w każdym z tych dwóch ś w i a t ó w dwu ro­
dzajów egzystencji: kolektywnego i indywidualnego, których me należy ze sobą
mieszać.
"Według autora te cztery terminy dadzą się połączyć w następujący sposób:
1
1

Przyroda

j

o

3

4

Kategoria

Kategoria

Jednostka

Jednostka

Grupa

Osoba

Osoba

Grupa

i

Kultura

i

Każdej z tych czterech kombinacji odpowiadają zjawiska dające się za­
obserwować u jednego lub kilku ludów, a przez szereg uczonych włączane do
kompleksu zjawisk, zwanych totemizmem. Ma to miejsce szczególnie w wypadku
dwu pierwszych, gdyż dwie drugie włączone zostały do totemizmu jedynie pośred­
nio, jedna jako zarys, druga zaś jako ślad totemizmu. „Tak więc iluzja totemicz­
na — zdaniem Claude Lévi-Straussa —• polega przede wszystkim na wykrzywieniu
pola semantycznego, na które składają się zjawiska tego samego typu. Pewne
aspekty tego pola zostały uprzywilejowane kosztem pozostałych, w celu przypisania
im oryginalności i egzotyczności, która wcale nie jest im właściwa. Jak z tego w i ­
dać, totemizm wynika z wadliwego podziału rzeczywistości".
Rozdział drugi został poświęcony omówieniu nominalizmu australijskiego. Rze­
czą powszechnie znaną jest fakt, że w budowaniu większości hipotez na temat tote­
mizmu szczególne miejsce zajmował bogaty materiał australijski. Na szczególną
u w a g ę autora omawianej pracy zasłużyła teoria A. P. Elkina, który do jej wypra­
cowania doszedł dzięki zastosowaniu metody empirycznej i opisowej oraz zasad
analizy ustalonych przez Radcliffe-Browna. Dzięki swym studiom opartym na m a -

508

RECENZJE

teriale australijskim Elkin doszedł do wniosku, że „egzogamia jest wynikiem, a za­
razem celem, połączenia ze sobą pewnych konkretnych społeczeństw, które bez
tego nie w e s z ł y b y ze sobą w kontakt. Instytucja ta służy w i ę c wzmocnieniu spój­
ni, nie tyle między członkami klanu, co różnych k l a n ó w z całym społeczeństwem".
E l k i n proponuje trzy kryteria dla zdefiniowania systemu totemicznego: f o r ­
ín ę, czyli sposób, w jaki totemy są rozdzielone między jednostki i grupy, z n a ­
c z e n i e , w e d ł u g roli, jaką gra totem dla jednostki (towarzysz, opiekun itd.),
i f u n k c j ę , która odpowiada roli systemu totemicznego, jaką odgrywa w grupie.
Poza tym Elkin wyodrębnia w Australii istnienie kilku rodzajów totemizmu,
z których najważniejsze są totemizmy indywidualny (dzielący się na seksualny,
dualistyczny, sekcyjny, podsekcyjny i klanowy) i kultowy (patrylinearny i tzw.
koncepcyjny). Jak z tego wynika, koncepcja Elkina występuje przeciwko zbytnie­
mu generalizowaniu pojęcia totemizm, i to na pewno było pewnym krokiem na­
przód. Takie nastawienie badacza miało na celu udowodnienie słuszności tezy, że
totemizm jako problem etnologiczny ma jak najlepszą podstawę do egzystencji
teoretycznej i krytykując zbyt pochopne generalizacje zagadnienia, poprzez bogaty
materiał i sumienną klasyfikację odmian totemizmu, pragnął przekonać specjalistów
o tym, że zagadnienie to jest jeszcze bardziej skomplikowane, niż to się dotych­
czas wszystkim etnologom w y d a w a ł o . Jednakże Claude Lévi-Strauss bardzo słusznie
zauważa, że hołdowanie tego rodzaju poglądom mogłoby zawęzić etnologię do ram
nauki kolekcjonującej miliony heterogenicznych faktów kulturowych, których nie
byłaby w stanie zintegrować w ramach jakiegoś ogólnego poglądu na kulturę. Na­
turalne chyba i zrozumiałe jest w tym wypadku powołanie się autora na w ł a s n e
osiągnięcia w dziedzinie teoretycznych syntez objętych mianem strukturalizmu,
który — zdaniem Lévi-Straussa — byłby w stanie wykorzystać zebrane przez E l k i ­
na materiały do stworzenia obiektywnego modelu kulturowego odpowiadającego
realnie istniejącej kulturze australijskiej.
Wiele więcej miejsca poświęca autor na analizę tzw. totemizmów funkcjonalistycznych. W rozdziale specjalnie temu problemowi poświęconym Lévi-Strauss roz­
patruje kolejno teorie Malinowskiego, Durkheima i tzw. pierwszą teorię RadcliffeBrowna opublikowaną przez niego w 1929 r. Malinowski, w e d ł u g autora, uznał
realność totemizmu i bronił go poprzez uproszczenie schematu d jego integralne
widzenie. Interpretacja tego zjawiska nosi u niego charakter naturalistyczny, uty­
litarny i afektywny. Tak więc Malinowski sięga do elementów bardziej biologicz­
nych i psychologicznych niż czysto etnologicznych. Na główny problem, dlaczego
totemizm odwołuje się przede wszystkim do zwierząt i roślin, odpowiada Mali­
nowski w sposób bardzo prosty, mianowicie dlatego, że stanowią one dla człowieka
podstawową bazę w y ż y w i e n i o w ą . Charakter kultowy totemizmu zrodził się z tego,
że człowiek zawsze pragnął mieć kontrolę nad gatunkami, w celu zapewnienia so­
bie ich jadalności lub użyteczności. „Totemizm — pisze Malinowski — przedstawia
się nam jako błogosławieństwo dane przez religię człowiekowi prymitywnemu w je­
go wysiłku, by uzyskać od przyrody to, co może być jemu przydatne, oraz w jego
walce o życie". W ten sposób problem totemizmu jest podwójnie przedstawiony:
totemizm nie jest już więc zjawiskiem kulturowym, lecz naturalnym wynikiem
konkretnych warunków. Pochodzenie i jego przejawy znajdują swoje podstawy
w biologii i psychologii, a nie etnologii. Nie chodzi o to, dlaczego totemizm istnieje
tam, gdzie istnieje, chodzi tu raczej o to, dlaczego totemizm nie istnieje wszędzie.
Przy takim postawieniu zagadnienia problem ten przestaje być problemem etnologicznym.
W nieco inny sposób podszedł do totemizmu Radcliffe-Brown w 1929 г., którego

RECENZJE

509

poglądy na te sprawy zbiegały się w ó w c z a s nieco ze zdaniem F . Boasa. Zapropo­
nował on mianowicie, by termin totemizm zawęzić do szczególnego wypadku w i ę ­
zów między człowiekiem a gatunkiem przyrodniczym, jakie przedstawiają mity
i obrzędy. Dotychczas bowiem, zdaniem Radcliffe-Browna, terminem -totemizm obej­
mowano zbyt wiele elementów. Wielką zasługą tego uczonego było stwierdzenie,
że wszystkie systemy totemiczne łączy ogólna tendencja do charakteryzowania
działów społeczeństwa przez połączenie każdego z nich z jakimś gatunkiem przy­
rodniczym lub z jakąś częścią natury. P o s t a w ę metodologiczną tego uczonego można
określić jako próbę zastosowania metody indukcyjnej, wziętej z nauk przyrodni­
czych, do konkretnych badań historycznych. Dzięki takiej postawie można było za­
stanawiać się, czy totemizm nie jest szczególną formą pewnego uniwersalnego zja­
wiska charakterystycznego dla społeczeństwa ludzkiego i że w wyniku tego po­
jawia się on we wszystkich kulturach, lecz pod różnymi formami. Pierwsze tego
rodzaju sugestie w y s z ł y spod pióra Durkheima, ale wadliwa analiza materiałów
dokonana przez tego uczonego uniemożliwiła mu konsekwentne przeprowadzenie
dowodu tej tezy. Według Durkheima dla podtrzymania porządku społecznego
trzeba zabezpieczyć ciągłość, a solidarność może opierać się jedynie na odczuciach
indywidualnych, które mogą s i ę manifestować tylko w postaci kolektywnej skiero­
wanej ku konkretnym obiektom. Tok rozumowania można by przedstawić w na­
stępującym schemacie: indywidualne odczucia przywiązania prowadzą do wytwo­
rzenia się postaw kolektywnych o charakterze obrzędowym, a te z kolei dopro­
wadzają do wyłonienia się obiektów reprezentujących grupę. T y m właśnie dałoby
się m.in. wytłumaczyć słabość współczesnych społeczeństw do symboli (np. sztan­
dary, hymny itd.). Według Durkheima obiekty te muszą mieć charakter popularny,
oczywisty i mobilizujący. Te proste symbole przedstawiane początkowo w postaci
nieskomplikowanych rysunków zostały następnie zinterpretowane jako przedsta­
wienia zwierząt i roślin, na które przeniesiono cały dotychczasowy stosunek do
symbolu. W krytyce tej hipotezy Radcliffe-Brown podkreśla fakt, że stosunek
człowieka do zwierzęcia przekracza w sposób bardzo widoczny ramy totemizmu,
który w nim musiał się wykształtować. Przecież szeregu społeczeństw, jak najbar­
dziej związanych z gospodarką zwierzęcą, nie można zaliczyć do społeczeństw totemistycznych. Pozostaje w i ę c pytanie, dlaczego większość ludów prymitywnych
przyjmuje w swych zwyczajach i mitach p o s t a w ę rytualną w z g l ę d e m zwierząt
i innych gatunków przyrodniczych. Według Radcliffe-Browna obiektem kultu ry­
tualnego staje się wszystko, co ma możność poprawy bytu materialnego. Jeśli do
podziału społecznego wprowadza się nazwy gatunków zwierzęcych, to oznacza to,
że przed powstaniem totemizmu zwierzęta były już obiektem rytualnym. Następuje
w tym przypadku niejako włączenie natury w konkretny system społeczny. Jak
z przytoczonych faktów wynika, teoria Radcliffe-Browna ma wiele wspólnego
z teorią Durkheima, z którą łączy ją przede wszystkim teza, że zwierzę staje się
„totemiczne", ponieważ jest jadalne.
W krytyce tych teorii autor Le totemísme
aujourďhui
na pierwsze miejsce
wysuwa argument, że w przypadku słuszności tezy obu uczonych hierarchia t o t e m ó w
musiałaby opierać się na hierachii przydatności konkretnych zwierząt totemowych.
A bynajmniej wcale tak nie jest, gdyż hierarchia totemów ma charakter socjolo­
giczny, to znaczy, że miejsce totemu w hierarchii wynika z ważności grupy, jaką
totem reprezentuje. Poza tym znamy wiele totemów, których nie można nazwać
ani jadalnymi, ani pożytecznymi. Do tych ostatnich należeć będą między innymi
wszystkie zjawiska atmosferyczne, które przyjmowane są u niektórych l u d ó w za
totemy. Poza tym większość prób wykazywania jadalności lub użyteczności paszcze-

510

RECENZJE

gólnych totemów zakończyła się niepowodzeniem, wobec czego Claude Lévi-Strauss
stwierdza, że nie tu należy szukać rozwiązania.
B y rozszerzyć punkt widzenia i zintegrować zagadnienie totemizmu z innymi
problemami kultury duchowej i społecznej l u d ó w prymitywnych, autor poświęcił
parę stron na o m ó w i e n i e magii i jej miejsca w życiu tych ludów. Było to również
podyktowane faktem, że referując poglądy Malinowskiego wyjaśniające rolę tote­
mizmu musiał on przedstawić i tę problematykę, która w pracach Malinowskiego
łączy się z totemizmem, a więc i magię. Dla Malinowskiego — zdaniem autora
omawianej książki — magia, a raczej jej istnienie, da się wytłumaczyć dzięki
danym z zakresu psychologii ogólnej. Jest ona potrzebna tam, gdzie nie ma pew­
ności, jaki będzie wynik podjętego trudu. Magia miałaby więc zastosowanie prak­
tyczne i afektywne.
Ale dla Lévi-Straussa postulowana przez Malinowskiego korelacja między
magią a ryzykiem nie jest bynajmniej tak oczywista. W rzeczywistości każde przed­
sięwzięcie nosi w sobie elementy ryzyka. Poza tym jak ściśle naukowo określić,
które z przedsięwzięć są ryzykowne, a które nie? Dodatkowym kontrargumentem
jest jeszcze fakt, że u wielu społeczeństw szereg ryzykownych akcji nie ma nic
wspólnego z magią, mimo że — według poglądów Malinowskiego — powinny im
towarzyszyć czynności magiczne. J u ż Radcliffe-Browne omawiając te tezy Mali­
nowskiego wykazał, ż e podobne postawienie zagadnienia upoważniałoby do zbu­
dowania odwrotnego sylogizmu myślowego, który by afirmował, że n i e w y s t ę p o w a n i e
obrzędów i związanych z tym wierzeń w p ł y w a ł o b y na n i e w y s t ę p o w a n i e u jednostki
o b j a w ó w niepokoju. Stąd niedaleko już do twierdzenia, iż obrzęd istnieje po to,
by w y w o ł a ć efekt niepewności i niebezpieczeństwa. „Jeśli więc jakaś teoria etnologiczna afirmuje, że magia i religia zapewnia człowiekowi bezpieczeństwo i dobre
samopoczucie, to równie dobrze można by powiedzieć, że w y w o ł u j ą one u niego
występowanie'- strachu i stanów lękowych, od których w przeciwnym wypadku
byłby wolny". T a k w i ę c nie dlatego, że sytuacja jest niebezpieczna, przywołuje się
środki magiczne, lecz dlatego, że posługując się magią, wytwarza się niebezpieczne
sytuacje.
Ta argumentacja przytoczona przez Lévi-Straussa służy mu jednocześnie do
wykazania, że jej autor, Radcliffe-Browne, daleko odszedł od swych pierwotnych
założeń teoretycznych, zawartych w tak zwanej pierwszej teorii totemizmu.
Tego typu rozważania w y w o ł a ł y u autora omawianej książki refleksje na temat
początków organizowania się życia społecznego. Można by przecież sądzić, ż e
w owych czasach, a nawet jeszcze dziś, jednostki szczególnie podatne na niepokój
przybrały postawy kompulsywne, podobne do tych, jakie dają się zaobserwować
u psychopatów. Z tej wielkiej liczby wariacji jednostkowych w y t w o r z y ł b y się
pewien rodzaj selekcji społecznej, która chroniłaby i utrwalała tylko przydatne
dla przetrwania i utrzymania porządku społecznego grupy, eliminując całkowicie
pozostałe. Lecz hipoteza ta, zdaniem jej autora, trudno sprawdzalna w czasach
obecnych i całkowicie niesprawdzalna w odniesieniu do czasu przeszłego, nie
przydaje пдс nowego do stwierdzenia, że obrzędy rodzą się i zanikają w sposób
nieregularny.
Reasumując te psychologiczne aspekty zagadnienia Lévi-Strauss stwierdza,
że psychiatria, na którą powołuje się Malinowski, uczy, iż postawy chorych są
symboliczne i że ich interpretacja wymaga pewnej gramatyki, tzn. pewnego kodu,
który — jak każdy kod — jest ze swej natury pozajednostkowy. Postawom tym
mogą towarzyszyć niepokoje, ale nSe można twierdzić, że niepokój je stwarza.

RECENZJE

511

Zasadniczą w i ę c w a d ą tezy Malinowskiego jest branie za .przyczynę tego, co w naj­
lepszym przypadku jest tylko konsekwencją.
Generalnie rzecz biorąc, o d w o ł y w a n i e się szeregu uczonych do afektywności
działania człowieka pierwotnego jest jedynie tłumaczeniem ignotum per ignotum,
ponieważ jest to najsłabiej zbadana dziedzina działalności człowieka.
P r z y k ł a d e m tego rodzaju prób jest teoria Freuda, przedstawiona przez niego
w Totem und Tabu. Sugestiom tym uległ również i Dürkheim, który jednakże
w swych późniejszych pracach oddzielił zjawiska społeczne od działań efektyw­
nych. Dla niego totemizm w y t w o r z y ł się w wyniku „intensywnej tendencji", która
prowadzi „Ludzi o niższej kulturze [...] zjednoczonych we w s p ó l n y m życiu do ma­
lowania i rytowania tego, co przypomina im tę wspólnotę istnienia", a więc przed­
stawienia zwierząt.
Kończąc rozdział „Totemizmy funkcjonalistyczne" Lévi-Strauss zupełnie wy­
raźnie stwierdza, że „w rzeczywistości impulsy i emocje nie wyjaśniają niczego,
gdyż są one wynikiem bądź siły ciała, bądź słabości ducha. W obu przypadkach
są one wynikami, nigdy zaś przyczynami. Tych ostatnich można jedynie szukać
w organizmie, jak tylko to czynić potrafi biologia, lub w intelekcie, co jest jedyną
drogą dostępną dla psychologii i etnologii".
Już to jedno zdanie wprowadza nas w tok rozumowania przyjęty przez Claude
Lévi-Straussa, który zasiadając do pisania omawianej pracy miał gotową kon­
cepcję mitu totemicznego. Przy przedstawianiu tej koncepcji autor przyjął zasadę,
że dojść do obiektywnej prawdy można jedynie drogą konsekwentnego odrzucania
ze wszystkich dotychczasowych teorii totemistycznych tego, co było tylko fałszywą
interpretacją faktów. W ten sposób, likwidując kolejne odchylenia od — jego zda­
niem — słusznej linii rozumowania, dochodzi do sedna sprawy, które uważa za
istotne i jedynie słuszne. Przy takim ustawieniu zagadnienia uzyskuje autor cie­
kawy efekt polegający na tym, że w końcowej partii książki, poświęconej o m ó ­
wieniu naprawdę naukowej teorii mitu totemicznego, czytelnik przekonuje się,
że jest to od dawna reprezentowany przez autora pogląd na tę sprawę. Trudno
zaprzeczyć sugestywności podobnego układu rzeczy. Ale przecież na dzieło naukowe
składa się nie tylko materiał i reprezentowane poglądy, lecz również styl i sposób
przedstawienia w ł a s n y c h osiągnięć.
Ale od tej efektownej klamry dzieli nas jeszcze cały rozdział zatytułowany
„W stronę intelektu". Już sam tytuł sugeruje, że od tłumaczeń typu utylitarnego
lub afektywnego autor pragnie przejść do omówienia teorii totemizmu opartych
na przekonaniu, ż e totemizm jest tylko koncepcją ludów prymitywnych w y n i k ł ą
z wnikliwej obserwacji przyrody i z tendencji integrowania w swej myśli świata
przyrody ze ś w i a t e m kultury. Mamy tu w i ę c przejście od świata potrzeb mate­
rialnych do potrzeb typu intelektualnego. Mit totemiczny odpowiadałby więc po­
trzebom światopoglądowym.
Na podstawie badań M. Fortesa nad Tallensi stwierdzono, ż e zwierzęta tote­
miczne nie stanowią klasy ani w sensie zoologicznym, ani utylitarnym, ani nawet
magicznym. J a k z tego wynika, tłumaczenie funkcjonalne, tak jak chciał to wi­
dzieć Malinowski, nie wystarcza do zrozumienia wierzeń i zakazów totemicznych.
Nadal pozostaje pytanie: skąd ta dziwna predylekcja do zwierząt, która nawet nie
da się w y j a ś n i ć utylitarnie.
Zdaniem Fortesa, c a ł y system totemiczny służy człowiekowi do lepszego orien­
towania się w strukturze społecznej grupy, do której konkretna jednostka należy.
Jako członek jakiegoś klanu człowiek posiada przodków w s p ó l n y c h i chronolo­
gicznie bardzo dalekich, symbolizowanych przez święte zwierzęta; jako członek

512

RECENZJE

jednej linii rodzinnej ma on przodków bardziej bliskich symbolizowanych przez
totemy; w końcu jako jednostka poszczycić się on może w ł a s n y m i przodkami,
którzy w jakiś sposób decydują o jego osobistym losie i którzy mogą się objawiać
w postaci zwierzęcia domowego lub jakiejś innej zwierzyny. Ponieważ nigdy nie
można było przewidzieć postępowania przodków, tak jak nie można było odgadnąć
zamiarów drapieżników, stąd więc przez analogię najczęściej zwierzętami totemowymi u Tallensi są te w ł a ś n i e zwierzęta. Tego rodzaju tłumaczenie, zdaniem Lévi-Straussa, ma tę wyższość nad rozumowaniem Malinowskiego, że nie jest ani tak
oczywiste, ani tak arbitralne. Na przykładzie tej tezy widać kolejną próbę wy­
jaśnienia mitu totemicznego, który opierałby się teraz na zdolności do percepcji
i osądu, czyli na domniemanym podobieństwie między zwierzętami a przodkami
ludzi.
Słabością tej tezy jest jednak to, że może ona być stosowana jedynie w od­
niesieniu do ludów, które oddzielają serie totemiczne od serii genealogicznych,
a przecież na przykład Australijczycy wyraźnie wiążą je razem. Poza tym chodzi
tu tylko o zwierzęta, a jak wyjaśnić przypadki, w których totemami są rośliny
lub zjawiska atmosferyczne? Mamy tu w i ę c do czynienia z niedoskonałą próbą,
która wskazała jednak prawidłowy kierunek dalszych poszukiwań.
Snując dalej ten tok rozumowania Lévi-Strauss zwraca u w a g ę na fakt, że
w przypadku cytowanym przez Fortesa, to nie podobieństwa, lecz różnice upo­
dabniają się. Następuje tu porównanie dwu światów: zwierzęcego i przodków (re­
prezentujących w tym przypadku ludzi), z których każdy posiada s w ą strukturę,
czyli własne w e w n ę t r z n e zróżnicowanie. „Podobieństwa, jakie sugerują przed­
stawienia zwane totemicznymi, dotyczą podobieństwa między tymi dwoma syste­
mami różnic". By dojść do naukowego wyjaśnienia całego problemu, nie można
jednak zatrzymać się na etapie analogii zewnętrznej, lecz należy uczynić następny
krok, czyli przejść od analogii zewnętrznej do homologii wewnętrznej — konklu­
duje autor.
Na drodze tej znalazł się w pewnym momencie Evans-Pritchard, pisząc swoje
dzieło o religii Nuerów. Przytaczając przykład, w którym bliźniaki pod względem
nomenklatury zajmują pozycję pośrednią między ludźmi a duchami reprezento­
wanymi przez ptaki, dochodzi do wniosku, że stosunek między ludźmi a ś w i a t e m
zwierzęcym ma charakter metaforyczny (poetic methafors). Ciekawy jest fakt, że
u N u e r ó w nawet zwierzęta są podzielone na działy wzorowane na działach spo­
łecznych. Stąd płynie teza Evans-Pritcharda, że „istota totemizmu nie może być
wyjaśniona naturą totemu, lecz asocjacjami, jakie w y w o ł u j e w umyśle".
Na szczególną jednak u w a g ę zasługuje, zdaniem autora omawianej książki,
tzw. druga teoria Radcliffe-Browna z 1951 г., która nie tylko przyczyniła się do
likwidacji problemu totemizmu, lecz postawiła problem na zupełnie innej płasz­
czyźnie i w dziedzinie zupełnie odmiennej terminologii. Całe zagadnienie sprowa­
dza się do odgadnięcia, dlaczego grupy społeczne lub części składowe tego spo­
łeczeństwa są wyróżniane jedne od drugich poprzez łączenie każdego z nich z kon­
kretnym gatunkiem przyrodniczym. Ten problem z kolei zawiera w sobie dwa
inne: jak każde społeczeństwo pojmuje stosunek między istotami ludzkimi a innymi
gatunkami przyrodniczymi i jak, z drugiej strony, grupy społeczne dochodzą do
tego, że są identyfikowane za pomocą emblematów, symboli lub przedmiotów
o charakterze emblematycznym lub symbolicznym. Takie postawienie zagadnienia
rozszerza ramy totemizmu, i to jest w ł a ś n i e silną stroną teorii Radcliffe-Browna.
Odtąd uczony ten zastanawia się nie nad tym, po co ludzie przywołują te wszyst­
kie gatunki przyrodnicze, lecz dlaczego te właśnie, a nie inne. Takie ujęcie jest,

RECENZJE

513

w e d ł u g Lévi-Straussa, szczególnie płodne, „gdyż reintegruje ono treść z formą
i otwiera w ten sposób drogę do prawdziwej analizy strukturalnej, równie od­
ległej od formalizmu co i od funkcjonalizmu".
Po rozpatrzeniu szeregu m i t ó w australijskich Radcliffe-Brown stwierdził, że
mają one wiele wspólnego. Przede wszystkim podobieństwa i różnice są tam przed­
stawiane w terminach przyjaźni lufo konfliktu, solidarności lub opozycji. „Inaczej
mówiąc, całość życia zwierzęcego jest przedstawiona w formie stosunków społecz­
nych, takich, jakie rządzą społeczeństwem Judzkim". Nic w i ę c dziwnego, że gatunki
przyrodnicze są podzielone na przeciwstawne pary, a jest to możliwe jedynie w wy­
padkach wyboru gatunków, które posiadają co najmniej jedną cechę wspólną
pozwalającą na porównanie ich. Tak w i ę c te przeciwstawne pary przedstawiają
się jako „typ bardzo częstego wyjaśnienia pewnej zasady strukturalnej", polegającej
na połączeniu t e r m i n ó w przeciwstawnych. Przy użyciu specjalnej nomenklatury
uformowanej z terminów zwierzęcych i roślinnych totemizm wyraża jedynie na
swój sposób korelacje i przeciwieństwa, które mogą być sformułowane inaczej
(np. niebo—ziemia, pokój—wojna itd.). Totemizm sprowadza się w i ę c do specjal­
nego sposobu formułowania ogólnego problemu: czynić coś takiego, co opozycję
zamieniałoby z przeszkody do integracji na czynnik ją ułatwiający". Tak więc
zwierzęta nie zostały wybrane dlatego, że „są dobre do jedzenia", lecz dlatego,
że „są dobre do m y ś l e n i a ' .
Lévi-Strauss zastanawiając się nad ewolucją poglądów Radcliffe-Browna, który
w końcu odkrył w ł a ś c i w y mechanizm funkcjonowania totemizmu, śpieszy wyjaśnić,
że to właśnie w ciągu dziesięciu lat poprzedzających ogłoszenie owej drugiej teorii
miało miejsce zasadnicze zbliżenie się antropologii i lingwistyki strukturalnej, która
pierwsza wprowadziła do słownika nauk społecznych pojęcia opozycji i korelacji.
Jak z tego wynika, główna idea, że cechą uniwersalną myśli ludzkiej jest s k ł o n ­
ność do operowania parami przeciwieństw, jest — zdaniem autora książki —
niczym innym, jak zastosowaniem odkryć lingwistyki strukturalnej w dziedzinie
antropologii społecznej.
To w ł a ś n i e zdanie jest w Le totemisme aujourďhui
pierwszym akordem finału
całkowicie poświęconego strukturalizmowi, jego osiągnięciom i zadaniom. Natural­
nie referowanie tych zagadnień nie stanowi wyraźnie oddzielnej partii, lecz prze­
prowadzone jest niejako na marginesie ocen teorii Radcliffe-Browna. Charakte­
rystyczną cechą tych uwag są niezbyt jeszcze jasne sformułowania, świadczące
o tym, że strukturalizm reprezentowany przez Lévi-Straussa nie jest systemem
całkowicie skrystalizowanym i że sam ich autor nie jest całkowicie przekonany
o słuszności swych tez. Taka postawa, dość rzadko spotykana w podobnych pra­
cach teoretycznych, wskazuje na oryginalność i obiektywizm naukowy, a nawet
raczej na szerokość myślenia Lévi-Straussa, któremu obcy jest dogmatyzm i w u l garyzacja.
Przechodząc do meritum sprawy najlepiej będzie zacytować omawianą pracę,
gdzie czytamy: „Prawdą jest, że konsekwencją, zresztą jeszcze niezbyt jasno stwier­
dzoną, strukturalizmu nowoczesnego powinno być wydobycie psychologii asocja­
cyjnej z utraty zaufania, w jaką popadła. Asocjacjonizrn miał w i e l k ą zasługę na­
kreślając kontury tej elementarnej logiki, która jest jakby najmniejszym wspól­
nym mianownikiem całej myśli, i brakowało mu tylko rozpoznania, że chodzi tu
o logikę oryginalną, czyli bezpośrednie wyrażenie struktury myśli (a za myślą
bezsprzecznie i mózgu), a nie jakiegoś pasywnego wyniku w p ł y w u środowiska na
świadomość typu amorficznego". Jeśli ten stopień generalizacji miałby ogarnąć
całość procesu myślenia systemem asocjacyjnym, musi on wzbogacić się jeszcze
33 - Etnografia Polska T. VTI

RECENZJE

514

0 elementy strukturalistyczne, które — zdaniem Lévi-Straussa — miałyby charak­
ter przypominający algebrę Boola, czyli pewien kod logiczny.
Z dalszych w y w o d ó w wynika, że dla autora omawianego dzieła forma jest
nieodłącznym atrybutem treści, dla której nie stanowi powłoki zewnętrznej, lecz
jej zasadnicze wnętrze. Tam więc, gdzie mamy do czynienia z analizą struktu­
ralną, badania nad formą nie stanowią środka do poznania rzeczywistości, ale do­
piero poznanie rzeczywistości prowadzi do zgłębienia formy.
W podobnym rozumieniu nietrudno dopatrzyć się e l e m e n t ó w dialektyki,
z czym zresztą autor się nie kryje. Omawiając m e t o d ę Radcliffe-Browna Lévi-Strauss całkowicie zgadza się z jego pojmowaniem rzeczywistości społecznej, która
składa się z nawzajem przenikających się poziomów. Poznanie jednego poziomu
jest w i ę c niezbędnym dopełnieniem, którego brak uniemożliwiałby zrozumienie
innych poziomów, a co za tym idzie i rzeczywistości społecznej. Zwyczaje wiodą
do wierzeń, te z kolei do technik, lecz poziomy te nie występują oddzielnie, należy
w i ę c je poznać we wzajemnych relacjach opozycyjnych i korelatywnych: i n s t y ­
t u c j e , r e p r e z e n t a c j e i s y t u a c j e . W każdej z tych praktycznych prób
antropologia wykazuje więc jedynie homologię struktury m i ę d z y myślą ludzką
w działaniu a obiektem ludzkim, w odniesieniu do którego ją się stosuje.
Wszystkie te uwagi upoważniły autora omawianej książki do wysnucia bardzo
ważnego stwierdzenia, że „integracja metodologiczna
głębi i formy w p ł y w a
w swoisty sposób na integrację bardziej zasadniczą: integrację metody i rzeczy­
wistości". Jest to koronna teza wojującego strukturalizmu, w e d ł u g którego wyab­
strahowana forma zaczyna żyć życiem rzeczywistym i na tę rzeczywistość oddziaływającym.
Po zakończeniu na sylwetce Radcliffe-Browna przeglądu teorii totemizmu i po
w y ł u s k a n i u przysłowiowego ziarna prawdy w omawianej kwestii Lévi-Strauss raz
jeszcze rzuca okiem wstecz, by dojść do wniosku, że najbliżej tej prawdy byli
w swoim czasie nie etnolog Bergson i nie etnolog Rousseau. Pierwszy z nich
mimo szeregu wadliwych tez zdawał sobie jednak sprawę z tego, że istota tote­
mizmu polega na jakimś dualizmie łączącym zwierzęta z człowiekiem. Dla tego
filozofa gatunek zwierzęcy poznawał człowiek przez jednostkę, która stawała się
dla niego symbolem gatunku. I b y ł tu rzeczywiście na tropie prowadzącym do
prawidłowego pojmowania totemizmu, gdyż z tego stwierdzenia mogły w y p ł y n ą ć
pozostałe sugerowane przez autora tezy. Na pytanie, w jaki sposób ten filozof
ruchu doszedł do podobnych rozwiązań, autor odpowiada w sposób bardzo zaska­
kujący, lecz i bardzo prawdopodobny, zwracając u w a g ę , że elementy filozofii
kosmogenicznej Bergsona, zasadzające się na rozróżnianiu dwóch aspektów rzeczy­
wistości: ciągłego (continu) i nieciągłego {discontinu),
b y ć może pochodzą z pod­
świadomego przejęcia przez tego uczonego znanych mu zasad kosmogonii Indian
Ameryki Północnej, dla których oba te aspekty rzeczywistości stanowiły uzupeł­
niające się perspektywy spojrzenia na świat. T a k w i ę c totemizm sprowadzałby
się w tym wypadku do szczególnej próby uniwersalnego pogodzenia o p o z y c j i
1 integracji.
Drugim uczonym, który rozumiał omawiany problem, i to w czasie, gdy nikt
go jeszcze nie zasygnalizował, był J . J . Rousseau. W swoim dziele, Discours sur
l'origine et

les fondements

de

Vinegalité

parmí

les

hommes

(zdaniem L é v i - S t r a u s s a

jest to pierwsze dzieło z zakresu antropologii społecznej), dał on wyraz poglądowi,
że pogodzenie przez człowieka „specyficznej" struktury świata zwierzęcego i ro­
ślinnego stanowiło źródło pierwszych operacji logicznych, a następnie źródło dyferencjacji społecznej, do której m o g ł o dojść jedynie pod warunkiem uprzedniego

RECENZJE

515

zdania sobie z niej sprawy. Mamy tu więc pierwszą teorię przejścia człowieka
od stanu natury do kultury. Mogło ono nastąpić tylko pod warunkiem wzrostu
zaludnienia, gdyż ten czynnik zmusił ówczesną ludzkość do podzielenia się i do
zapoznania z odmiennymi środowiskami przyrodniczymi. To z kolei doprowadziło
do zróżnicowania trybu życia, czyli do zwielokrotnienia kontaktów z przyrodą.
Lecz po to, by to zróżnicowanie i zwielokrotnienie mogło posunąć naprzód rozwój
zmian technicznych i społecznych, musiało ono najpierw stać się dla człowieka
obiektem
i s p o s o b e m myślenia. Czy to ostatnie sformułowanie nie przy­
pomina nam w y ż e j już przytaczanej tezy struktualizmu przypisywanej Claude
Lévi-Straussowi? J a k z tego widać, tezy tego uczonego nie zrodziły się w wyniku
eksplozji genialnych p o m y s ł ó w jednego człowieka, lecz są renesansem wielkich hu­
manistycznych myśli epoki Oświecenia. Niedaleko stąd do stwierdzenia, że pozo­
staje przed nami jeszcze wiele do odkrycia w dziedzinie interpretacji słów dawnych
mistrzów. Lévi-Strauss świetnie sobie z tego zdaje sprawę, i to stanowi jego siłę
we w s p ó ł c z e s n y m świecie antropologii społecznej. J a k wynika z tego małego
tomiku, źródło wielu nieporozumień w dziedzinie etnologii nie leży w braku ma­
teriałów czy w niezdolności do tworzenia syntez, lecz w zbytnim przywiązywaniu
znaczenia do pochopnych interpretacji i w gubieniu zasadniczych e l e m e n t ó w
w morzu drobnych i nie najważniejszych faktów kulturowych.
Krzysztof

CLAUDE
s. 4 5 6 + X X X I I .

LÉVI-STRAUSS,

Smutek

tropików,

Makulski

P W N , Warszawa 1960,

Książka tak pełna nowych myśli, oryginalnych p u n k t ó w widzenia i wreszcie
tak różnorodnego materiału faktograficznego, s ł o w e m tak wielowarstwowa, nastrę­
cza duże trudności recenzentowi.
Nie jest to po prostu reportaż z podróży, jakkolwiek do tego gatunku najprę­
dzej można by ją było zaliczyć. Opisy przyrody, kraju, stosunków osadniczych,
gospodarczych, politycznych, różnorodnych w y d a r z e ń z podróży zajmują n i e w ą t ­
pliwie bardzo dużo miejsca. Książka ma jednak równocześnie charakter pamięt­
nikarski — dowiadujemy się z niej wiele o kolejach życia autora, o cechach jego
osobowości, o typie jego wykształcenia, o drodze, jaką doszedł do zainteresowań
etnologicznych. Praca ta dotyczy bowiem również etnologii, w dużej części przede
wszystkim etnologii (4 rozdziały poświęcone opisom prymitywnych kultur brazy­
lijskich). A wszystkim tym zagadnieniom towarzyszą zawsze refleksje filozoficzne
bardzo ogólnej natury, które być może stanowią najistotniejszą treść tej książki.
Zatrzymamy się zgodnie z naszymi zainteresowaniami na problemach ściśle
etnologicznych.
Aby zdać sobie sprawę ze specyfiki opisów etnograficznych zawartych w książce
Lévi-Straussa, konieczne jest choćby pobieżne naszkicowanie sylwetki autora jako
uczonego i drogi, jaką doszedł do etnografii. Trudno bowiem chyba o bardziej
w y r a ź n y przykład rzutowania osobowości badacza na sposób ujęcia i interpretację
badanej rzeczywistości społecznej. Dla Claude Lévi-Straussa etnografia stała się
W pewnym momencie jego życia antidotum przeciwko filozofii. Stała się dla niego
deską ratunku w momencie, gdy po 5 latach filozoficznych studiów na Sorbonie,
które „ćwiczyły inteligencję, wysuszając umysł", i po późniejszym, niedługim
zresztą okresie pracy pedagogicznej w tej dziedzinie — spostrzegł, że jego wiedza
o rzeczywistości nie wzbogaciła się prawie zupełnie od chwili, gdy miał 15 lat,
a poglądy n a świat pozostały niemal tak samo naiwne. Wszystko, czego nauczył się

516

RECENZJE

w tym okresie, stanowiło jedynie wartość instrumentalną, rzemiosło, którego zna­
jomość dawała możność udowodnienia zgodnie z zasadami logiki każdej, nawet
absurdalnej tezy, ale rzemiosło to przesłaniało prawdę i dążenie do niej.
B y ł y też i bardziej osobiste przyczyny tego nagłego zwrotu do etnologii.
Leżały mianowicie w specyfice umysłowości autora. Polegała ona, jak sam twierdzi,
na niemożności powtórnego skoncentrowania się na tym samym przedmiocie. Wy­
głaszanie rokrocznie tych samych wykładów, powtarzanie tych samych pytań
egzaminacyjnych stało się po pewnym czasie dla niego nie do zniesienia: „Było
to tak, jakby tematy ulegały rozkładowi w moich oczach przez sam fakt, że kiedyś
zastanawiałem się nad nimi". Między tą specyficzną cechą umysłowości a c y w i ­
lizacjami będącymi przedmiotem etnologii istnieje w jego mniemaniu jakieś po­
krewieństwo. B y ć może tu leżała przyczyna jego nieuświadomionej skłonności do
tej nauki. „Brak mi zdolności do rozsądnego uprawiania terenu, z którego rok­
rocznie m ó g ł b y m zbierać plony. Mam inteligencję neolityczną. Na kształt pożaru
w dżungli obejmuje ona p ł o m i e n i e m obszary często nie zbadane, zapładnia je być
może po to, aby pospiesznie zebrać żniwo i pozostawić po sobie teren spusto­
szony" (s. 51).
Etnografia była dla niego nie tylko ucieczką od dawnych zainteresowań, które
uległy wyjałowieniu i przestały już wystarczać, ale zapewniła mu również nie­
wyczerpany przedmiot, bo dostarczający wciąż nowych przejawów rzeczywistości,
stawiający w obliczu coraz to nowych form życia. Etnografia pozwoliła mu wciąż
posuwać się dalej bez nieustannego powracania do tego samego: „Pogodziła m ó j
charakter z moim życiem".

We wszystkich przytoczonych tam opisach kultur prymitywnych zarówno nie
widać skłonności do bardzo gruntownego i szczegółowego badania, a tym samym
weryfikowania hipotez (niezwykle śmiałych, zaskakujących niejednokrotnie), jakie
objawiają mu się stosunkowo szybko w niedługim procesie badawczym, jak też
zarysowuje się wyraźnie, i tu może wbrew intencjom autora, owo „rzemiosło"
filozoficzne, przed którym tak pragnął uciec. Lévi-Strauss nie przedstawia się nam
tutaj jako w y t r w a ł y , systematyczny i metodyczny badacz terenowy. Nie przyta­
cza dokładnego i drobiazgowego rejestru detali, z których potem w sposób niejako
samorzutny wyłaniają się powiązania i prawidłowości ukazujące mechanizm funk­
cjonowania danego zwyczaju czy badanej kultury. Sięga od razu do hipotez i uogól­
nień, nieuprawnionych często w świetle uzyskanego materiału (na pewno jednak
uprawnionych w tego typu książce), jakże jednak p o m y s ł o w y c h i inspirujących.
Jest rzeczywiście jak pożar w dżungli, który niszcząc wiele na swej drodze użyźnia
jednak glebę.
Kultury pierwotne są dla niego okazją do refleksji bardzo ogólnej natury,
mających na celu zrozumienie człowieka w ogóle, a nie tylko przedstawiciela kon­
kretnej kultury. Postulat. ten w y r a ż a najlepiej w następujących słowach: „Nie
wyłączając się ze społeczeństwa etnograf stara się zarazem poznać i osądzić
człowieka z punktu widzenia dostatecznie wyniosłego i oddalonego, aby uczynić
to w oderwaniu od cech przypadkowych, związanych z określanym społeczeń­
stwem lub z określoną cywilizacją". To sprowadzanie do wspólnego ogólnoludz­
kiego mianownika zaznacza się szczególnie wyraźnie w omawianej pracy, a zasłu­
guje zwłaszcza na podkreślenie jako jeden z zasadniczych rysów etnologioznej
koncepcji Lévi-Straussa.

RECENZJE

517

Przytoczmy obecnie kilka wybranych hipotez autora dotyczących badanych
kultur pierwotnych. Część piątą książki poświęca on brazylijskim Indianom K a diueo. Dziwaczna ta i zaskakująca kultura, o niezwykle oryginalnej i pięknej
sztuce, wbrew pozorom nie może b y ć niezrozumiała i obca dla nas. Wprawdzie
całokształt obyczajów każdego społeczeństwa tworzy pewien system o określonym
odrębnym stylu, ale systemy te nie istnieją w nieograniczonej ilości. Istnieje pe­
wien ograniczony „repertuar", nazwijmy go „kulturowym" (tak, jak istnieje ściśle
określona tabela pierwiastków chemicznych), z którego czerpią wszystkie społe­
czeństwa, stosując tylko różnego rodzaju kombinacje. W każdej kulturze jest w i ę c
zawsze ooś, co nie jest nam obce, choćby przejawiało się tylko w naszych snach
i marzeniach. I tak np. cywilizacja brazylijskich Indian Kadiueo przypomina
w y i m a g i n o w a n ą przez nas w tradycyjnej grze w karty. Nie wchodząc w szczegóły
tego porównania podkreślę tylko rolę, jaką odgrywa zasada symetrii i asymetrii
zarówno w grze w karty: każda figura karciana odpowiada d w ó m wymaganiom —
symetrii związanej z jej funkcją (służy w dialogu) i asymetrii odpowiadającej jej
roli (jest przedmiotem, częścią całości), jak też we w s p a n i a ł e j sztuce zdobniczej
Kadiueo, której rola i znaczenie w społeczeństwie tubylczym zwróciły szczególną
u w a g ę autora.
Indianie Kadiueo pokrywają sobie twarz i całe ciało pięknymi ornamentami
0 niezwykle bogatej skali m o t y w ó w : esy, spirale, krzyże, romby, woluty. Czym była
dla nich ta sztuka i w czym leży tajemnica jej oryginalności?
W dawnych czasach była ona przede wszystkim elementem wyróżniającym
społecznie. Podzielone na endogamiczne kasty społeczeństwo (arystokracja, rycerze,
plebs) uzewnętrzniało s w ą •hierarchię i segregację w odmiennych kompozycjach
1 stylu malowideł pokrywających ciała przedstawicieli różnych kast. Sztuka też
była dla nich sposobem podkreślania człowieczeństwa — człowiek nie pomalowany
nie różnił się od zwierzęcia. Ornamenty na ciele nadawały mu godność istoty
ludzkiej. W ten sposób społeczeństwo Kadiueo wyrażało s w ó j wstręt do natury.
Wreszcie zachowanie do dziś malowania twarzy u kobiet można tłumaczyć w z g l ę ­
dami erotycznymi i estetycznymi.
Ustalenie tego nie wystarcza jednak, aby zdać sobie sprawę z oryginalnych
cech sztuki tubylczej. Polegają one, zdaniem autora, na szczególnym sposobie
kompozycji m o t y w ó w podstawowych. Metody kompozycji są tak wyrafinowane
i pomysłowe, że znacznie przewyższają jakiekolwiek wzory europejskie, źródeł
należy w i ę c szukać w specyficznych warunkach indiańskich.
Sztukę Kadiueo charakteryzuje przejawiający s i ę na wielu płaszczyznach dua­
lizm: mężczyźni s ą rzeźbiarzami (sztuka przedstawiająca), kobiety — malarkami
(sztuka zdobnicza, nieprzedstawiająca), kobiety uprawiają obok stylu kanciastego
i geometrycznego także krzywolinijny i swobodny, dbając równocześnie o r ó w ­
n o w a g ę między motywem a tłem, które zawsze zajmują taką samą przestrzeń,
wreszcie — co najistotniejsze — stosują w swych kompozycjach jednocześnie z a ­
sadę symetrii i asymetrii: przeciwstawianie rejestrów przeciętych na ogół ukośnie
w jedną lub w drugą stronę.
Jakie głębsze przyczyny kryje w sobie ten dualizm? Sięgnijmy jeszcze raz do
struktury społeczeństwa Kadiueo: trzy hierarchiczne, a w i ę c asymetryczne, endo­
gamiczne kasty. Społeczeństwo zagrożone segregacją, aby zapobiec stałemu zmniej­
szaniu się liczby ludności, a równocześnie groźbie mezaliansu — ucieka się do
adaptowania w r o g ó w i obcych, utrzymując w ten sposób na r ó w n y m poziomie
s w ó j status ludnościowy. Żadnych klas czy grup, które ukonstytuowane byłyby
na zasadzie symetrii i wzajemnego współdziałania. A przecież w każdym spo-

518

RECENZJE

łeczeństwie obok tendencji do przeciwstawiania się i wyodrębniania istnieje ten­
dencja przeciwna: do współdziałania i wzajemności. T a druga tendencja nie znalazła
jednak swego wyrazu w strukturze społecznej Kadiueo, w przeciwieństwie np. do
pobliskich Indian Bororo, którzy podzielili całe swoje również kastowe społe­
czeństwo na dwie symetryczne połowy. Podczas gdy małżeństwa pomiędzy kastami
były zabronione, w odniesieniu do obu połów istniało zobowiązanie odwrotne: m ę ż ­
czyzna z jednej p o ł o w y musiał się żenić z kobietą z drugiej. W strukturze spo­
łecznej Bororo znalazły więc wyraz zarówno zasada hierarchii, jak i wzajemności.
Kadiueo nie rozwiązali swych sprzeczności przy pomocy sztucznych instytucji,
jakimi są u Bororo dwie symetryczne współdziałające ze sobą połowy. Problem
ten nie przestał ich jednak nurtować podświadomie — nie rozwiązawszy go
W życiu dali mu wyraz w swej sztuce, gdzie dualizm, asymetria w połączeniu
z symetrią, jest podstawową zasadą kompozycji. Sztuka kompensuje w i ę c nie­
jako braki struktury społecznej. Jest wizją społeczeństwa lepszego i doskonal­
szego, jakie Kadiueo mogliby posiadać, gdyby nie przeszkadzał temu ich fana­
tyzm i przesądy kastowe: „Zachwycająca cywilizacja, której królowe kreślą marze­
nia s w ą szminką: hieroglifami opisują nieosiągalny wiek złoty i czczą go ozdo­
bami, odsłaniając zarazem jego tajemnicę i s w ą własną nagość".
Hipoteza jak widać zaskakująca. Wobec niezwykłej śmiałości takiego ujęcia
pytanie, „czy słuszna?" wydaje się w pierwszej chwili niemal nie na miejscu.
Ale jednak pobudza do myślenia, budzi w nas zainteresowanie nie tylko dla spo­
łeczeństwa Kadiueo, ale dla tajemnic sztuki w ogóle, skierowując nasze rozwa­
żania w dziedzinę filozofii sztuki.
Indianie Bororo mają niezwykle rozbudowaną i skomplikowaną strukturę spo­
łeczną. Wieś podzielona jest na dwie egzogamiczne połowy wzdłuż osi wschód—za­
chód, drugi podział, którego znaczenia nie udało się dotychczas odkryć, dzieli
w i e ś również na dwie części wzdłuż osi północ — południe. Niezależnie od tych
symetrycznych podziałów Istnieje podział na klany, z których każdy dzieli się na
endogamiczne stopnie: w y ż s z y , średni i niższy. Ponadto każdy klan dzieli się jeszcze
na dwie podgrupy dziedziczne w linii żeńskiej, mianowicie rodziny „czerwone"
i „czarne". Funkcja tego podziału nie jest również dokładnie wyjaśniona. Wreszcie
klany dzielą się także na bogate i biedne, a ściślej: bardziej i mniej uprzywilejo­
wane, bo o bogactwie nie decydują dobra materialne, lecz kapitał mitów, tradycji,
tańców, funkcji społecznych i religijnych. Mity te z kolei stanowią podstawę do
różnorodnych przywilejów technicznych, związanych ze zdobnictwem najrozmait­
szych przedmiotów. Z tego punktu widzenia zaznaczają s i ę ogromne różnice po­
między klanami — jedne są pełne przepychu i wyrafinowania, inne bezbarwne
i ubogie.
Ta bardzo skomplikowana struktura dzieląca społeczeństwo na wiele mniej­
szych i większych części, określa wzajemne zachowanie ludzi, ustala ich przywi­
leje i obowiązki w z g l ę d e m siebie, wyznacza bieg ich życia, panuje nad nimi wszech­
władnie. To tkwi w świadomości Indian Bororo — w ich przekonaniach zaznacza
się durkheimowski socjologizm: „człowiek nie jest dla nich jednostką, lecz osobą.
Stanowi część świata socjologicznego: wsi", a „wsi nie tworzy ani ziemia, ani
chaty, ale jej struktura społeczna". Lévi-Strauss nazywa ich socjologami bardziej
zdecydowanymi niż Comte czy Dürkheim.
I znowu sprowadzenie do wspólnego mianownika. U podłoża tej dziwacznie
poszatkowanej struktury leży znany nam pogląd na społeczeństwo. Wśród dzikich
l u d ó w Brazylii spotykamy durkheimistów.
W przeciwieństwie do rozbudowanej struktury społecznej Bororo, u Indian

RECENZJE

519

Nambikwara organizacja społeczna jest niezwykle wątła i efemeryczna. Nie ma tu
ściśle określonych grup społecznych o trwałej strukturze. Skład poszczególnych
gromad jest niezwykle p ł y n n y — obserwuje się nader częste przechodzenie od
jednej grupy do drugiej, oddzielanie się jednostek czy całych rodzin. Władza po­
lityczna u Nambikwara nie jest ani dziedziczna, ani autokratyczna.
Sondowanie opinii publicznej • poprzedza zawsze ostateczną decyzję wyboru
naczelnika. Bowiem jest on tym, który konstytuuje grupę, który ją dopiero tworzy,
od jego osobistego talentu i umiejętności organizacyjnych zależy mniej lub bar­
dziej trwały charakter grupy. Spoczywa na nim bardzo wiele obowiązków: orga­
nizacja wymarszu, ustalenie drogi, etapów, czasu trwania postojów. W okresie,
gdy grupa prowadzi osiadły tryb życia — ustala on miejsce na uprawę i kieruje
ogrodnictwem. Musi dbać o w y ż y w i e n i e członków całej grupy, musi b y ć szczodrobliwy, p o m y s ł o w y , zręczny, pełen inicjatywy, musi umieć w odpowiednim momen­
cie zabawić wszystkich. W stosunku do jego dynamizmu gromada wydaje się być
całkowicie bierna, zdana w y ł ą c z n i e na niego. W zamian ma tylko przywilej poli­
gamii, nieekwiwalentny w stosunku do ciążących na nim obowiązków. Czemu więc
podejmuje się naczelnictwa? Lévi-Strauss szuka przyczyn w predyspozycjach psy­
chicznych: „ w każdej grupie ludzkiej znajdują się ludzie, którzy w odróżnieniu
od innych lubią prestiż dla niego samego, których pociąga odpowiedzialność
i którym samo zajmowanie się sprawami publicznymi daje zadowolenie" (s. 3 3 9 ) .
A w i ę c ludzie są zróżnicowani nawet w społeczeństwach pierwotnych, które
uważa się często za tak przytłoczone wszechmocną tradycją, że nie pozostawia ona
już miejsca na różnice indywidualne. Tymczasem różnice te są równie w y r a ź n e
i „tak samo starannie wyzyskiwane, jak w naszej cywilizacji, zwanej indywiduali­
styczną".
Organizacja społeczna Nambikwara jest chyba jedną z najuboższych i n a j ­
prostszych na świecie. Wobec jej ubóstwa autor dotarł do czystego surowego ma­
teriału psychologicznego, który leży u podłoża wszelkich stosunków społecznych.
„Poszukiwałem społeczeństwa sprowadzającego się do najprostszego wyrazu. Spo­
łeczeństwo Nambikwara było nim do tego stopnia, że znalazłem w nim tylko ludzi".
Czasem jedno drobne wydarzenie skłania autora do tak dalekosiężnych reflek­
sji, jak np. funkcja pisma w aspekcie ogólnodziejowym. Zaprzyjaźniony z autorem
w ó d z jednej z grup Nambikwara zorganizował specjalnie dla niego spotkanie
z sąsiednimi i spokrewnionymi gromadami. Pragnąc zadziwić towarzyszy znajo­
mością jednej z najosobliwszych tajemnic białego człowieka — pisma, w y c i ą g n ą ł
pokrytą krętymi liniami kartkę i zaczął udawać, że odczytuje listę podarunków,
jakie jego biały przyjaciel ofiaruje każdemu z nich w zamian za najrozmaitsze
przedmioty ich codziennego użytku. Incydent ten nie tylko nie wzbudził zadowo­
lenia w ś r ó d tubylców, ale wręcz przeciwnie, wprowadził ich w zdenerwowanie,
spowodował brak zaufania, co w sumie niezbyt przyjemnie skończyło się dla sa­
mego autora, jak też naczelnika, który został opuszczony przez większość swych
ludzi. Tubylcy zachowali się w ten sposób, jakby niejasno przeczuwali jakieś
istotne niebezpieczeństwo wiążące się z pismem.
Wypadek ten skłonił Lévi-Straussa do głębszego zastanowienia się nad rolą
pisma w dziejach ludzkości. Przyjmowana na ogół teoria, że wynalezienie pisma
było najpotężniejszym czynnikiem przejścia od barbarzyństwa do cywilizacji, ż e
pozwoliło na akumulację wiedzy i doświadczeń w stopniu dotychczas nieosiągal­
nym, umożliwiając tym samym szybki rozwój cywilizacji — nie zadowoliła go
zupełnie. Pismo nie było jedynym czynnikiem w tej dziedzinie i rola jego nie
jest tu aż tak decydująca. Wszakże największej rewolucji w dziejach ludzkości —

520

RECENZJE

rewolucji neolitycznej, której co do skutków może s i ę równać tylko rewolucja
przemysłowa — dokonały społeczeństwa nie znające w ogóle pisma. Podając jeszcze
szereg podobnych przykładów autor zmierza do udowodnienia tezy, że zasadnicza
funkcja; pisma polega na wzmożeniu prestiżu tych grup, które go posiadają,
i ustalenia władzy jednych nad drugimi. „Jeśli pismo nie wystarczyło do skonsoli­
dowania wiedzy, było może konieczne do utrwalenia panowania". T a k w i ę c wódz
Namibifcwara przeczuł niejako korzyści, jakie w jego przewodnictwie może odnieść
znajomość pisma, tak jak jego towarzysze przeczuli związane z nim niebezpie­
czeństwo przemocy.
W podobny sposób Lévi-Strauss dotyka niemal wszystkich stron życia i kul­
tury. Porusza się swobodnie w obrębie ogromnej skali zagadnień, zadziwiając prze­
skokami i n i e z w y k ł y m i skojarzeniami, przemierza bez przeszkód przestrzenie, różne
kultury i cywilizacje, odmienne epoki i style. Ukazuje nam kalejdoskop życia w nie
znanych nam dotychczas i pięknych barwach, gdzie każdy fakt jest godny uwagi,
każde pojedyncze wydarzenie zawiera w sobie coś z ogólnych prawidłowości i skła­
nia do refleksji.
Wciągnięci w tajniki niezliczonych przejawów ludzkiego życia, pochłonięci
ich kontemplacją i próbą zrozumienia, z pewnym zaskoczeniem przyjmujemy osta­
teczne już, k o ń c o w e uogólnienie autora. Jest to spojrzenie na świat z tak wiel­
kiego dystansu, że niemal wszystko, o czym dotychczas była mowa, traci nagle
swój sens. „Świat zaczął isię bez człowieka i skończy się bez niego. Instytucje,
obyczaje i zwyczaje na spisywaniu i poznawaniu których strawię życie, są przej­
ś c i o w y m wykwitem istniejącego świata i nie mają w stosunku do niego żadnego
sensu, chyba ż e sens ten polega na tym, aby zezwolić ludzkości na odegranie
w nim swej roli. Lecz rola ta nie wyznacza człowiekowi niezależnego stanowi­
ska!.." Bo człowiek ma, zdaniem Lévi-Straussa, ściśle określoną rolę do spełnienia,
integralnie związaną z o g ó l n y m kierunkiem, w jakim posuwa się świat, zmierza­
jącym ku powszechnej zagładzie.
Wszystkie społeczeństwa w sposób konieczny i wbrew sobie zmierzają do
ostatecznej dezintegracji swych struktur, popychając tym samym „potężnie zorga­
nizowaną materię ku ustawicznie powiększającej s i ę bezwładności". Wszystko, co
człowiek tworzy, wbrew pozorom konstruktywności i postępującej integracji,
wiedzie ludzkość do całkowitej inercji, zawiera w sobie coś samounicestwiającego.
Mimo naszych usilnych dążeń nie uda się odwrócić dziejowej konieczności.
Ostatecznie jednak nie pozostawia nas autor całkowicie ogarniętych pesy­
mizmem tego kosmicznego fatalizmu. Bo jest jednak jakaś szansa wyzwolenia się
z tej nieuchronnej konieczności; jest nią mianowicie kontemplacja istoty własnego
gatunku, próba zrozumienia, „czym ten gatunek był i czym jeszcze jest". „To jego
wytchnienie, przyjemność, odpoczynek i wolność, szansa konieczna dla życia,
szansa wyzwolenia się (żegnajcie dzicy i podróże)..."
Uświadomienie sobie tego fatalizmu nie jest też równoznaczne z przyjęciem
passywnej postawy wobec spraw ludzkich i społeczeństwa: „...aby dojść do kresu
jestem ustawicznie p o w o ł y w a n y do przeżywania sytuacji, z których każda czegoś
ode mnie wymaga, muszę się oddać ludziom tak, j a k m u s z ę się oddać poznawaniu.
Historia, polityka, ś w i a t ekonomiczny i społeczny, świat fizyczny i nawet niebo
otaczają mnie koncentrycznymi kołami, z których nie m o g ę uciec m y ś l ą nie udzie­
lając każdemu cząsteczki mojej osoby. J a k kamień, który uderzając o powierzchnię
wody w y w o ł u j e na niej kręgi, zanim wpadnie w głąb, by osiągnąć dno, trzeba,
abym najprzód rzucił s i ę do wody".
Autor, który ucieczki od filozofii szukał w terenie, który przemierzył

tysiące

RECENZJE

521

kilometrów dżungli brazylijskiej w poszukiwaniu antidotum przeciw niej, na ko­
niec znów do tej filozofii powraca. Naturam expellas jorca...
Barbara
B A S I L D A V I D S O N , Afryka
odkryta (Warszawa 1961).

Olszewska-Dyoniziak

budzi się (Warszawa 1957); Stara Afryka

na nowo

Wzrost zainteresowań Afryką w Polsce w y w o ł a ł wielkie zapotrzebowanie na
książki, których tematem byłby ten właśnie kontynent. Wydawnictwa polskie, pró­
bując sprostać temu zadaniu, w y d a ł y ostatnio kilkadziesiąt pozycji o różnej war­
tości i różnym przeznaczeniu. Każda z tych pozycji spełnia jakąś konkretną rolę
bądź to jako zbiór informacji, bądź też jako środek sygnalizujący pewne problemy
czy kwestie, albo jako element kształtujący nasze s ą d y o procesach, jakie prze­
biegają lub niegdyś miały miejsce w Afryce. Dzięki takiej popularyzacji zagad­
nienia afrykańskie przestały nam być dalekie i nieznane, a są coraz lepiej rozu­
miane i bezpośrednio nas interesujące. Zjawisko to jest czynnikiem wtórnie w p ł y ­
w a j ą c y m na kształtowanie s i ę potrzeb czytelniczych z zakresu literatury o Afryce.
Nie wystarczają już pozycje omawiające ogólnie problematykę kontynentu, minął
już okres publikacji tylko o charakterze informacyjnym. Coraz częściej obznajomiony już z zasadniczymi problemami czytelnik polski sięga po książkę pogłębia­
jącą zakres jego wiedzy z wybranej przez siebie dziedziny życia Afryki.
Sądzę, ż e takim zapotrzebowaniom odpowiadają obie omawiane prace angiel­
skiego dziennikarza Basila Davidsona. Mądrość tych książek nie w y p ł y w a jedynie
z faktu, że ich autor zwiedził całą niemal Afrykę w czasach, kiedy był korespon­
dentem i członkiem redakcji „The Times", lecz z głębi przemyśleń i wnikliwości
obserwacji oraz pewnej wrażliwości na wszelkie problemy społeczne, na wszelkie
powikłania w stosunkach między ludźmi. Wyrazem tej pasji badawczej jest przed
paru laty wydana książka pt. Afryka budzi się. Jest ona całkowicie poświęcona
kwestiom społecznym Czarnego Lądu. Już sam tytuł brzmi jak hasło, którego
znaczenie było o tyle jeszcze bardziej aktualne, ż e zabrzmiało kilka lat temu,
kiedy wyzwolone dziś państwa afrykańskie wkraczały na drogę ruchów i walk
narodowowyzwoleńczych, których wynik nie był tak łatwy do przewidzenia. Ś w i a d ­
czy to tylko o tym, że Davidson dzięki wnikliwości swego spojrzenia na zagad­
nienia społeczne i polityczne Afryki był w stanie przewidzieć przebieg kolejnych
wydarzeń w ciągu najbliższych lat.
Ale nie polityczny aspekt tej książki najbardziej nas interesuje, jej zasad­
nicza wartość dla etnografa polega bowiem na dostarczeniu mu ciekawych i boga­
tych materiałów dotyczących zagadnień przemian 'społecznych zachodzących na
terenie Afryki Środkowej, a dokładniej w b y ł y m Kongu Belgijskim i Francuskim
oraz w Angoli. Gdyby nie fragmenty opisowe tej książki i niekiedy pewien lekki
styl, zdradzający profesję autora, można by sądzić, że Afryka budzi się napisana
jest przez etnografa lub socjologa. Zjawisko podobne należy do niezwykle rzad­
kich, ponieważ uchwycić najistotniejsze elementy układu społecznego na terenach
tak pod tym w z g l ę d e m Skomplikowanych jest niezwykle trudno dla zawodowego
etnografa, a cóż dopiero dla człowieka, który odkrywa te zagadnienia dla siebie
po raz pierwszy. Pozostaje do wyjaśnienia kwestia, w jaki sposób udało się to
Davidsonowi. Wydaje się, że rzecz leży w doborze odpowiednich informatorów,
którymi byli najczęściej działacze polityczni i gospodarczy tych terenów, dyrekto­
rzy koncernów przemysłowych regulujących rozwój przemysłu kongijskiego, admi­
nistratorzy, misjonarze, wreszcie szeregi anonimowych rozmówców pochodzących

522

RECENZJE

1

z różnych grup społecznych Konga. Wszystkie dane uzyskane w ten sposób autor
uzupełnił wieloma dokumentami historycznymi i w ł a s n y m i obserwacjami, dzięki
czemu mógł on obok rysu historycznego Konga zanalizować dokładnie ówczesną
sytuację tej belgijskiej kolonii oraz pokusić się o p e w n ą próbę odpowiedzi na py­
tanie, jaka będzie przyszłość tych terenów. Takie ujecie awansowało tę książkę
do szczególnej pozycji, albowiem nikt przed tym nie zdołał zebrać tylu materiałów
i poddać ich tak dokładnej analizie. Nikt również nie potrafił poddać tak bezkom­
promisowej krytyce postępowania belgijskich kolonizatorów w z g l ę d e m proletariatu
kongijskiego, jak i stanąć w obronie traktowanych przez Portugalczyków jak nie­
wolnicy mieszkańców Angoli.
By lepiej zrozumieć współczesną sytuację Konga Davidson wraca myślą do
czasów, kiedy państwo to rządzone przez w ł a s n ą dynastię królewską, której prze­
szłość sięgała czasów europejskiego średniowiecza, przeżywało okres rozkwitu, jaki
mu na tym etapie zabezpieczał feudalny system organizacji społecznej. Dobrze zor­
ganizowany handel, życiodajność uprawnych pól i poszanowanie prawa zwycza­
jowego regulującego życie społeczne Królewstwa Kongijskiego doprowadziło do
ustabilizowania się prosperity gospodarczej, która pozwoliła na rozwój oryginalnej
kultury ludów wchodzących w skład tego wieloplemiennego państwa. Najlepszym
dowodem rozkwitu gospodarczego i kulturalnego Konga w X V w. są pierwsze
wiadomości notowane przez Portugalczyków, którzy wylądowali tam na swoich
okrętach w ostatnich latach tego stulecia. Zaskoczenie Portugalczyków tym stanem
rzeczy było tak wielkie, że nie śmieli oni podjąć żadnych kroków bez uprzedniego
porozumienia się z w ł a s n y m królem, który niecierpliwie oczekiwał w y n i k ó w tej wy­
prawy. Ponieważ w okresie tym Europejczycy nie zdążyli jeszcze nabrać przekona­
nia o własnej wyższości kulturalnej nad innymi rasami i ludami, więc też pierw­
sze stosunki między Portugalią a Kongiem miały charakter przymierza i partner­
stwa gospodarczego podbudowanego handlem wymiennym i wzajemną kurtuazją
dyplomatyczną.
Niestety podobna sytuacja nie mogła trwać dłużej niż kilkadziesiąt lat. Rosnące
apetyty portugalskie coraz trudniej było zaspokajać Kongijczykom bez naruszenia
w ł a s n y c h interesów. Oto i źródło konfliktów. Ówczesny król Konga, Affonso I ,
rozumiejąc wytworzoną sytuację próbuje realizować politykę poszerzania horyzon­
t ó w poprzez wiązanie s i ę z Europą i szukanie pomocy u innych potęg. Dlatego też
nie przeciwstawia s i ę akcji chrystianizacji arystokracji kongijskiej mając nadzieję,
że zdobywszy w ten sposób prawo obywatelstwa w ó w c z e s n y m świecie wzmocni
swą pozycję w obronie przed kolonizatorskimi zapędami przybyszów. Nie znał on
jednak na tyle stosunków europejskich, by zrozumieć, że konflikt między jego
krajem a Portugalią jest konfliktem między słabym, który posiada nieprzebrane
bogactwa, a silnym i uzbrojonym, który na to bogactwo czyha. Wynik jest z góry
przesądzony. Co prawda agonia Królestwa Kongijskiego trwała jeszcze ponad
sto lat, ale w X V I I w. Portugalczycy, korzystając ze śmierci króla Alvareza I X ,
narzucili własnego kandydata zdobywając w p ł y w na wszystkie dziedziny życia go­
spodarczego tego kraju. Chodziło tu głównie o możność w y w o ż e n i a złota i pro­
duktów, a przede wszystkim niewolników. Byli oni w y w o ż e n i dziesiątkami tysięcy
w ciągu roku. Na przestrzeni kilkuset lat panowania portugalskiego na kongijskich
wybrzeżach Atlantyku wywieziono setki tysięcy, a nawet miliony czarnych nie­
w o l n i k ó w początkowo skierowywanych do Portugalii, a potem do Ameryki P o ł u ­
dniowej i Północnej. Kres temu haniebnemu wyniszczaniu ludności Czarnego Lądu
kładzie dopiero nowa ekspansja europejska z końca X I X w., kiedy to Kongiem
zaczyna się interesować Anglia, a w szczególności Belgia.

RECENZJE

523

Człowiekiem, który odkrył Kongo dla kapitalistycznej Europy, b y ł Stanley. Jego
rola nie polegała jedynie na zasygnalizowaniu istnienia bogatej krainy, której
wnętrze sam dobrze poznał w czasie dwuletnich wędrówek, lecz również na opra­
cowaniu planu jej ekonomicznego wyzysku. Zachęcony perspektywą milionowych
zysków król belgijski, Leopold I I , zakłada Międzynarodowe Towarzystwo Afrykań­
skie, na czele którego staje osobiście. Stanley, tym razem jako tajny w y s ł a n n i k
tego Towarzystwa, wraca do Konga, by spenetrować je pod k ą t e m organizacji
eksploatacji. Od tego momentu Kongo wchodzi w nowy etap eksploatacji już nie
tylko dóbr naturalnych, ale d siły roboczej. Najpierw polegało to na półniewolniczym systemie zbierania kauczuku przez ludność kongijską. Wyznaczono w ó w c z a s
p e w n ą normę dla każdego mieszkańca wszystkich wiosek. Niedostarczenie odpo­
wiedniej ilości kauczuku w ciągu roku było karane chłostą lub ucięciem ręki. Przy
tym systemie eksploatacji rosły szybko zyski Towarzystwa i proporcjonalnie do
tego malała aktywność gospodarcza mieszkańców Konga. Proces ten pogłębił się
szczególnie po roku 1885, kiedy to na Kongresie Berlińskim dokonano pierwszego
podziału imperialistycznego Afryki. Mocą postanowień tego Kongresu Kongo zostało
w y ł ą c z n ą własnością Międzynarodowego Stowarzyszenia Afrykańskiego, które fak­
tycznie było jedynie sztucznym tworem maskującym stan rzeczywisty, a miano­
wicie to, że w y ł ą c z n y m właścicielem tego olbrzymiego terenu był Leopold I I .
Wspomniany wyżej system eksploatacji Konga wzbudził z biegiem czasu protest
światowej opinii publicznej, a przede wszystkim burżuazji belgijskiej, która nie­
chętnie patrzyła na w y ł ą c z n y wyzysk Konga przez Koronę. W wyniku burzliwej
dyskusji na forum parlamentu kongijskiego w roku 1908 uchwalono formalną
aneksję Konga przez Belgię, otwierając w ten sposób następny etap historii tych
terenów, polegający na ekspansji kapitału belgijskiego do Konga, na tworzeniu
przemysłu i eksploatacji taniej siły roboczej, jaką stanowili czarni mieszkańcy
tego kraju.
Omówieniu procesu proletaryzaeji pewnego odłamu ludności kongijskiej i z a ­
gadnień wiążących s i ę z tym procesem poświęcił Davidson najlepsze — moim zda­
niem — stronice swojej książki. Obeznany dobrze z formami wyzysku kapitali­
stycznego w Anglii, autor śledzi to samo zjawisko w Kongu, zdając sobie jednak
dobrze sprawę z podobieństw, jakie mogą zachodzić, i z różnic, jakie w y p ł y w a j ą
z odmiennej rzeczywistości społecznej. Industrializacja, a w ślad za nią i urbaniza­
cja byłego Konga Belgijskiego, początkowo powolna, zaczęła nabierać rozpędu w cza­
sach poprzedzających I I w o j n ę ś w i a t o w ą po to, by osiągnąć swe szczyty w okre­
sie, w którym Davidson odwiedzał te tereny. Powstawanie szeregu dużych ośrod­
k ó w przemysłowych i kopalnianych wytworzyło charakterystyczny popyt na siłę
roboczą. Mógł b y ć on zaspokajany jedynie drogą dopływu ludności z okolic, gdzie
istniała n a d w y ż k a rąk do pracy, czyli z głębi kraju. Na pierwszym etapie było to
zjawisko dość pomyślne, bo uwalniało w i e ś kongijską od nadmiernego ciężaru.
Co prawda los robotników kontraktowanych najczęściej na długi termin b y ł nie­
zwykle ciężki, gdyż w zasadzie płaca była tak niska, że z ledwością starczało na
chleb. A z pożywieniem było coraz trudniej. Zgrupowanie wielkiej ilości robotni­
k ó w w jednym mieście wprowadzało automatycznie trudności w aprowizacji, którą
przejęli w swoje ręce biali, ciągnąc z tego ogromne zyski. Niemniej sam fakt zetknię­
cia się z innym światem, w którym przy dużym w y s i ł k u można było się czegoś
nauczyć, co potem z kolei mogło wpłynąć dodatnio na choć znikome, ale zawsze
widoczne polepszenie w a r u n k ó w materialnych, b y ł pierwszym krokiem na ,drodze
szybkiej ewolucji społeczeństwa kongijskiego. Rozpoczął się proces migracji lud­
ności wiejskiej do centrów przemysłowych. Najpierw przełamano bariery prawa

524

RECENZJE

zabraniającego sprowadzania przez zatrudnionych w przemyśle robotników człon­
k ó w rodziny. Potem do miasta zaczęli ciągnąć młodzi a silni mężczyźni, na k t ó ­
rych spadł zbyt duży ciężar prowadzenia gospodarstwa, w którym brakowało rąk
do pracy. W ten sposób zaczęły wyludniać się całe wioski, co podcięło strukturę
gospodarczą kraju. Próbowano zaradzić temu przez szybsze w y s y ł a n i e z powrotem
na w i e ś jednostek starszych, nie mogących już wydajnie pracować w przemyśle.
Naturalnie było to rozwiązanie połowiczne, ale odciążało w znacznym stopniu prze­
m y s ł , pozwalając mu na zatrudnianie jak najwydajniejszych roczników. Dzięki
wszystkim tym posunięciom przemysł miał zabezpieczoną bardzo tanią siłę roboczą
i mógł s i ę rozwijać niezwykle dynamicznie. Naturalnie wszelkie zyski były wywo­
żone przez właścicieli do Belgii, tak że w Kongu nie pozostawała nawet naj­
drobniejsza część dochodu.
Wszystkie te przemiany o charakterze gospodarczym miały wielkie znaczenie
w dziedzinie społecznej. Wprowadzenie przemysłu i powstanie zalążka klasy robot­
niczej — może nie tak typowej, jak w Europie, ale dość licznej — w p ł y n ę ł o na
zmianę tradycyjnej struktury społecznej, opartej na rodowym lub feudalnym sy­
stemie organizacji. Wyludnianie s i ę wsi doprowadziło do zmian w zakresie orga­
nizacji gospodarki. Poznanie nowych w a r u n k ó w panujących w mieście i zetknięcie
się z cywilizacją europejską, a przede wszystkim z osiągnięciami techniki, które
coraz częściej były wyzyskiwane również i w głębi kraju, w p ł y n ę ł o w sposób za­
sadniczy na załamanie się tradycyjnego poglądu na świat, a co za tym idzie
upadek tradycyjnego
systemu
autorytetów społecznych. U w y d a t n i a ł o się to
szczególnie w y r a ź n i e w zmniejszeniu się znaczenia czarowników i kapłanów, k t ó ­
rzy zaczęli być anachronizmem w nowych warunkach. Pośrednio zachwiało to r ó w ­
nież władzą k a c y k ó w i innych zwierzchników plemiennych, na których opierali
się kolonizatorzy w swoim systemie pośredniego rządzenia. Polegał on na tym, że
administracja kolonialna utrzymywała k a c y k ó w na ich stanowiskach wykorzy­
stując ich do realizowania w ł a s n y c h rozporządzeń, często sprzecznych z interesami
poszczególnych plemion. Sprzeczności te stały się siłą motoryczną rozwoju u ś w i a ­
domienia społecznego mieszkańców Konga. Zresztą w razie wyraźnie pogarszającej
się sytuacji na terenie własnej wsi można było szukać wyjścia drogą emigracji do
najbliższego ośrodka przemysłowego. Doprowadziło to do stanu, że zasadnicze
centrum przemysłowe otoczone było przez namioty tych, którzy poszukiwali pracy.
O ile emigracja naruszała w p o w a ż n y sposób tradycyjną strukturę społeczną
Konga, o tyle można by mieć nadzieję, ż e centrum przemysłowe lub miejskie sku­
piające nowo przybyły element powinno być czynnikiem formującym jakąś inną
strukturę zastępującą starą. I tu wchodzimy — zdaniem autora — w cały gąszcz
zagadnień, które bynajmniej nie przedstawiają się tak jasno. Przede wszystkim
n a l e ż y się zastanowić nad polityką administracji belgijskiej, która mogłaby ten
proces przyśpieszyć lub opóźnić. W konkretnym przypadku Konga mamy tu do
czynienia z konsekwentnym hamowaniem wszelkiego rozwoju społecznego czy prób
doskonalenia s i ę w zawodzie albo w jakiejkolwiek pracy. Davidson, zastanawiając
się nad przyczynami takiego ustosunkowania się do tych zagadnień, stwierdza zu­
pełnie jasno, że polityka belgijska w Kongu oparta była na zasadach paternali­
stycznych, uznających Kongijczyków za duże dzieci, których nie można wtajem­
niczać w rzeczy, z którymi na pewno nie dadzą sobie rady. Oczywiście sam autor
ś w i e t n i e zdaje sobie sprawę z tego, że jest to tylko pokrywka dla polityki odcina­
jącej tubylców od możliwości zdobycia umiejętności technicznych, które wraz
z w y ż s z y m i płacami zarezerwowane b y ł y dla białych. Identycznie rzecz się miała
z oświatą i szkolnictwem wyższym. Młodzież kongijska, nawet najzdolniejsza, nigdy

RECENZJE

525

nie miała możliwości kontynuowania nauki poza szkołami misyjnymi, stąd w y p ł y ­
nęła okoliczność, że w chwili uzyskania niepodległości przez Kongo liczba K o n ­
gijczyków z ukończonymi w y ż s z y m i studiami nie sięgała nawet kilku dziesiątków.
Ł a t w o się w i ę c zorientować, że celem polityki belgijskiej było u t r z y m y w a ć społe­
czeństwo kongijskie w jak n a j w i ę k s z y m zacofaniu społecznym, by tym łatwiej b y ł o
udowodnić ś w i a t u niezbędność opieki nad tym terenem.
Nie oznacza to bynajmniej, że społeczeństwo kongijskie nie ewoluowało. Sam
fakt zgromadzenia w miastach tak wielkiej ilości ludzi pochodzących z różnych
terenów Konga, reprezentujących odmienne systemy społeczne i zetknięcie s i ę tych
ludzi z administracją europejską, a przede wszystkim z nowym systemem organi­
zacji społecznej wprowadzonej z przyczyn technicznych w przemyśle, był przyczyną
wytworzenia s i ę nowej sytuacji społecznej, odmiennej od dotychczasowej. Proces
ten b y ł dla Davidsona bardzo widoczny i jego opisaniu 'poświęcił on niejedną
stronicę, zwracając szczególną u w a g ę na rodzenie się nowych potrzeb społecznych
u sproletaryzowanych Kongijczyków w a l c z ą c y c h o prawo do kształcenia się zawo­
dowego, i nie tylko zawodowego, w dążności do nowych form rekresacji, w poczuciu
własnej przebytej przez siebie ewolucji. Wszystkie te czynniki doprowadziły do
tego, że Belgowie nie byli w stanie u t r z y m y w a ć dawnego systemu i że musieli iść
na ustępstwa. Ustępstwa te nie były ustępstwami na rzecz samych Kongijczyków,
w y n i k a ł y one po prostu z uwzględnienia w ł a s n y c h interesów. Paternalistyczny sy­
stem rządów nie zdawał egzaminu. Trzeba go było zastąpić czymś innym, ale no­
wych form w momencie pobytu Davidsona Belgowie jeszcze nie wytworzyli. Dla­
tego też niedwuznacznym wnioskiem w całej omawianej pracy tego angielskiego
dziennikarza jest stwierdzenie, że albo Belgowie zmienią system, albo stracą Kongo,
a z nim i wszystkie dochody. J a k wiemy, stało s i ę tak, j a k przewidywał Davidson,
ale chyba on sam nie p r z e w i d y w a ł , że stanie s i ę to tak szybko.
Ale nie na ten aspekt „jasnowidztwa" chciałem zwrócić uwagę. Świadczy to
o logiczności rozumowania autora i o bystrości jego spostrzeżeń, ale w książce
Afryka budzi się znajdujemy pierwiastki jeszcze dla nas cenniejsze, mianowicie
nutkę zadumy nad człowiekiem, którego kultura przybrała różną postać, co dało
w pewnym okresie rozwoju ludzkości asumpt do dzielenia ich na w y ż s z e i na niż­
sze, przy czym te pierwsze, z racji takiego układu rzeczy, uznały za konieczne
rozciągnąć
swe niszczycielskie o p i e k u ń s t w o nad drugimi. Właśnie tego rodzaju
refleksje natchnęły Davidsona do napisania rozdziału zatytułowanego „Koniec szla­
chetnego dzikusa". Kwintesencja tych refleksji polega na stwierdzeniu, że mimo,
iż pojawienie s i ę Europejczyków w Kongu stało się przyczyną wyginięcia setek
tysięcy ludzi, zniszczeniem setek wiosek, rozbiciem tradycyjnej struktury społecz­
nej, wyzysku i pauperyzacji ludności tubylczej, niemniej stało s i ę również przy­
czyną postępu społecznego, co prawda drogo okupionego, ale bez którego społe­
c z e ń s t w o to e w o l u o w a ł o b y swym zwolnionym rytmem, stając s i ę przez to samo
coraz bardziej zacofane w stosunku do pozostałych społeczeństw świata. Za po­
stęp, zdaniem Davidsona, płaci s i ę drogo, ale cena jest niczym w porównaniu
ze skutkami. Od siebie dodać możemy, że Kongo płacić będzie jeszcze dużo, ale
jednocześnie w bardzo szybkim tempie zdobywać będzie swoje miejsce w świecie,
aktywizując swoje życie gospodarcze i społeczne. T a k w i ę c książka Davidsona
jest b y ć może nawet nie m i m o w o l n ą ilustracją prawa dialektyki mówiącego, ż e
walka sprzeczności jest motorem postępu.
O ile tematem książki Afryka budzi się były zagadnienia współczesnych prze­
mian społecznych Afryki, a ściślej m ó w i ą c Konga i Angoli, o tyle g ł ó w n y m pro­
blemem drugiej pozycji Basila Davidsona stały s i ę kwestie dotyczące przeszłości

526

RECENZJE

tego kontynentu. W czasie swoich długich w ę d r ó w e k po różnych regionach Afryki,
w ę d r ó w e k mających charakter systematycznych studiów regionalnych, autor stykał
się wielokrotnie z uczonymi badającymi zamierzchłe dzieje poszczególnych tere­
nów, którzy próbowali odtworzyć je bądź drogą studiowania dawnych dokumen­
t ó w historycznych, bądź poprzez wykopaliska archeologiczne. Ostatnie, rewela­
cyjne wprost wyniki tych wykopalisk stały się dla Davidsona podstawą do próby
przedstawienia ich szerszemu ogółowi czytelników, którzy pragnęliby s i ę o nich
dowiedzieć przed u p ł y w e m czasu potrzebnego na ich dokładne i ścisłe naukowe
opracowanie, trwające niekiedy latami. W związku z tym zrealizowano pomysł
napisania książki omawiającej historię Afryki przez głęboko rozumiejącego tę pro­
blematykę amatora, który nie musiałby brać odpowiedzialności za wszystkie suge­
rowane hipotezy oparte na niekompletnym jeszcze materiale. Niemniej, wychodząc
z tego założenia, autor miał nadzieję dać jednak jak najwierniejszy obraz dotych­
czasowych zdobyczy dorzucając do nich w ł a s n e refleksje i uwagi, co do których
zarzeka s i ę zresztą, ż e nie muszą s i ę one pokrywać z tym, co za lat kilka powiedzą
uczeni.
Niezależnie od tego, jak w y p a d ł a ta próba, trzeba podkreślić przede wszyst­
kim jej pionierskość i bogactwo cytowanych materiałów. Własne obserwacje i wia­
domości zdobyte w terenie autor uzupełnia danymi zaczerpniętymi z szeregu dzieł
naukowych, jakie zostały opublikowane w ostatnim dziesięcioleciu. Cały w ten
sposób zebrany materiał posłużył do nakreślenia obrazu przemian historycznych,
jakie zachodziły na kontynencie afrykańskim od najdawniejszych czasów, aż do
momentu przybycia Europejczyków. Od razu trzeba jednak zwrócić u w a g ę na fakt,
że Davidson rozpoczynając pisanie tej książki miał już własną koncepcję historii
Afryki, którą zilustrował tylko odpowiednimi materiałami. Polegała ona na prze­
śledzeniu roli pojawienia się żelaza i znajomości jego obróbki w przyśpieszeniu
rozwoju kulturowego poszczególnych regionów i ludów afrykańskich. Kolejne roz­
działy omawiają ten proces w porządku geograficznym i chronologicznym.
Punktem w y j ś c i o w y m dla omówienia tych kwestii stał się dla Davidsona pro­
blem zaludnienia Afryki. Nie można bowiem m ó w i ć o kulturze bez uprzed­
niego zapoznania się z charakterystyką ludów tę kulturę wytwarzających. Najdaw­
niejsze znaleziska archeologiczne świadczące o istnieniu w Afryce form praludzkich datowane są przez najostrożniejszych uczonych na okres około 600 000 lat p.n.e.
Ostatnio odkrycia L . Leakeya potwierdzają tę tezę dodając do niej znak zapyta­
nia, czy nie mamy tu do czynienia z formami jeszcze starszymi. W każdym bądź
razie można z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, ż e znajdywane na terenie
Afryki narzędzia kamienne mogą należeć do najstarszych tego rodzajów wytwo­
rów na świecie. Rzutuje to jednocześnie na zagadnienia dawności rodzaju ludz­
kiego na tym kontynencie, a co za tym idzie i na długość procesów historycz­
nych, jakie na nim przebiegały.
Ponieważ w całej pracy Davidson wiele miejsca poświęca najdawniejszym eta­
pom historii Afryki, mieliśmy nadzieję, ż e nie ominie on choćby pobieżnego o m ó ­
wienia zagadnień najstarszych etapów rozwoju kultury ludzkiej na tym kontynen­
cie. Mamy tu na myśli przede wszystkim bardzo długi okres trwania kultur k a ­
miennych, znanych już archeologom na podstawie zebranych przez ostatnie trzy­
dzieści lat materiałów archeologicznych z całej niemal Afryki. W ciągu pięciuset
kilkudziesięciu tysięcy lat poprzedzających pojawienie się w dolinie Nilu cywili­
zacji egipskiej na terenie Afryki żyło wiele ludów, które pozostawiły po sobie je­
dynie narzędzia kamienne i rzadkie pochówki. Systematyczne przekopywanie jaskiń
i śmietnisk muszlowych, jak też wiele narzędzi znalezionych na powierzchni ziemi

RECENZJE

527

pozwoliło archeologom europejskim i afrykańskim na ustalenie pewnych ram
chronologicznych i typologicznych, które wprowadzają nas w historią długiej ewo­
lucji kulturowej poszczególnych regionów. Właśnie ta ewolucja jest najorygi­
nalniejszym podłożem kształtowania s i ę kultury następnych pokoleń, z k t ó ­
rych z biegiem czasu pod w p ł y w e m grup przybyłych spoza kontynentu afrykań­
skiego w y e w o l u o w a ł a ta kultura, jaką znamy z opisów historyków i etnografów.
Niestety być może autor nie miał czasu lub możliwości zapoznać się z bogatą lite­
raturą dotyczącą tej problematyki, w i ę c wolał nie zabierać głosu w tej sprawie.
Niemniej sądząc po tytule czytelnik miał prawo oczekiwać naświetlenia tej kwe­
stii i nadaremnie jej będzie szukać w omawianej książce. Jest to mankament tym
dotkliwszy dla polskiego czytelnika, że niestety poza kilkoma uwagami zamieszczo­
nymi w skrypcie Włodzimierza Antoniewicza pt. Historia sztuki
najdawniejszych
społeczeństw,
gdzie znajdujemy o m ó w i e n i e niektórych kultur archeologicznych
Afryki, w literaturze naukowej naszego kraju nie znajdujemy ani jednej pozycji,
w której omówiona zostałaby interesująca nas tutaj problematyka. Jest to dział
jeszcze zupełnie u nas nie tknięty.
Przechodząc do okresów nieco późniejszych autor zastanawia się nad przebie­
giem migracji, które ukształtowały współczesny obraz etniczny Afryki. Rozróżnia
on trzy główne etapy zaludnienia tego kontynentu. Na od dawna zamieszkały
element autochtoniczny Afryki, którym — zdaniem Davidsona — mogli być
Brabuszmeni, nałożyły s i ę kolejne fale migracji, najpierw Murzynów, a potem
Chamitów i Semitów. J a k twierdzą archeologowie, antropologiczny typ murzyński
pojawia się w Afryce w piątym tysiącleciu przed naszą erą, a typ chamicki odpo­
wiednio później. Nie wchodząc w szczegóły tego bardzo generalnego wprowadze­
nia warto jedynie podkreślić kwestię dla autora najważniejszą, którą sam David­
son sumuje w następujących słowach: „Źródłem ewolucji i postępu w Afryce, jak
wszędzie na świecie, są nie okoliczności rasowe, lecz środowiskowe i nic nie wska­
zuje na to, że Murzyni, gdyby żyli w Afryce Północnej zamiast w Centralnej, nie
osiągnęliby r ó w n i e dużo — albo równie mało — co chamiccy Egipcjanie czy Ber­
berowie w dolinie Nilu lub nad Morzem Śródziemnym". Trudno nie zgodzić się
z tą sugestią, która choć może nie nosi piętna zbyt naukowego sformułowania, nie­
mniej oddaje istotę zagadnienia, przeciwstawiając się pewnym założeniom rasi­
stowskim od kilkudziesięciu już lat pokutującym w nauce o człowieku, a szcze­
gólnie w literaturze o Afryce i jej ludności.
Po krótkim zapoznaniu czytelnika z ostatnimi odkryciami malowideł skalnych
na Saharze, które stanowią rodzaj historii ikonograficznej tych terenów w ostat­
nich tysiącleciach przed naszą erą, Davidson przechodzi do dokładniejszego o m ó w i e ­
nia w y n i k ó w wykopalisk archeologicznych na terenie niegdyś potężnego państwa
Meroe, leżącego na południe od starożytnego Egiptu. Teren ten jest chyba najbo­
gatszym terenem wykopaliskowym Afryki, a nawet świata. Niestety w tej chwili
zaledwie jedna dziesiąta jego powierzchni jest w przybliżeniu znana archeologom.
Reszta zaś pozostaje jeszcze do zbadania. Mamy tu w i ę c do czynienia z terenem,
który niemal sam przez swoją specyfikę i wielkość narzuca ideę kompleksowych
badań archeologicznych, w których mogłyby, wziąć udział ekipy wielu krajów.
Niezależnie od tego, co można zrobić tam na podstawie tego, co już tam uczyniono,
można sądzić, że Meroe odegrało znaczną rolę w rozwoju kultury ludów zamiesz­
kujących te tereny, a nawet poprzez utrzymywanie licznych kontaktów z nieraz
bardzo odległymi krajami Afryki Zachodniej w p ł y n ę ł o również na przyśpieszenie
rozwoju kultury i na tamtych terenach. Żywotność tego ośrodka i jego znaczenie
cywilizacyjne polegało na tym, że był to obszar, gdzie krzyżowały się w p ł y w y Azji

528

BECENZJE

Przedniej, starożytnego Egiptu, a nawet Chin, z którymi Meroe utrzymywało ż y w e
kontakty handlowe. Tutaj też, jak można sądzić po zwałach szlaki, rozwinęła się
produkcja i obróbka żelaza, którego część na pewno musiała być eksportowana
do innych regionów Afryki. Tak w i ę c obok Egiptu Meroe stało się drugim cen­
trum rozprzestrzenienia się żelaza w Afryce.
Następny rozdział książki Stara Afryka na nowo odkryta poświęcony został
o m ó w i e n i u kultur Zachodniego Sudanu. Na terenie tym koniec kultur kamiennych
przypada na okres między I X w. p.n.e. a rokiem 200 n.e. Zasadnicze zmiany za­
szły tu dopiero w wyniku ekspansji arabskiej, która przypada na V I I w. Do cie­
kawszych odkryć archeologicznych dokonanych na tych terenach zaliczyć trzeba
badania nad kulturą Nok, charakteryzującą się dokładnie opracowaną ceramiką
i ciekawą sztuką. J a k się okazuje, niektóre elementy w s k a z y w a ł y b y na to, że
twórcami kultury Nok byli przodkowie pewnych plemion współcześnie żyjących
w Afryce Zachodniej. Daje to asumpt Davidsonowi do szeregu uogólnień na temat
historii tej części Afryki. Opiera się ona głównie na źródłach arabskich. J a k z nich
wynika, od dawna istniały już więzy handlowe między doliną Nilu a doliną Nigru.
Ta stała wymiana handlowa, a za nią i kulturowa odegrała bardzo w a ż n ą rolę
w rozwoju Afryki Zachodniej, nic w i ę c dziwnego, że wielu etnografów wskazuje
na szereg e l e m e n t ó w kultury duchowej l u d ó w sudańskich podobnych do swych
egipskich odpowiedników. Podobne stanowisko reprezentował swego czasu Leo
Frobenius snując dość trudno sprawdzalne hipotezy na temat wspólnoty tych dwu
k o m p l e k s ó w kulturowych. W tej chwili trudno jest powiedzieć coś konkretnego na
temat tego rodzaju poglądów, ale nie sposób zaprzeczyć, że istnieją pewne podsta­
wy do podobnego traktowania tego zagadnienia. Naturalnie nie oznacza to, by D a ­
vidson miał ochotę r e a k t y w o w a ć wszystkie poglądy tego uczonego, których chyba
nawet w całości nie poznał, ale pisząc podobne słowa w swojej książce mimo­
wolnie zwraca naszą u w a g ę na prace, które od kilkunastu już lat zaliczone zostały
jedynie do historii zagadnienia. Pozostaje w i ę c problem ewentualnej rewizji poglą­
d ó w w tym zakresie po to, by raz na zawsze definitywnie rozwiązać kwestię przy­
datności materiałów zebranych przez tego wielkiego przedstawiciela poważnie się
Afryką interesującej szkoły kulturowo-historycznej.
Skoro jesteśmy już przy materiałach, na których można oprzeć badania nad
przeszłością kultury zachodnioafrykańskiej, to warto podkreślić p o z y t y w n ą stronę
omawianej przez nas książki, która przynosi szereg bardzo cennych danych za­
czerpniętych z kronik i opisów arabskich. O ile wiedza europejska o Afryce,
a zwłaszcza o jej wnętrzu, sięga co najwyżej X V w., o tyle wiedza arabska ma
tradycję znacznie dawniejszą. Nie zapomnijmy, że pierwsze opisy Afryki publiko­
wane w Europie są niczym innym, jak wyzyskaniem z a p i s ó w arabskich, które róż­
nymi drogami dostały się w posiadanie ówczesnych d w o r ó w królewskich, szcze­
gólnie zainteresowanych w rozwijaniu handlu z bogatą w ó w c z a s Afryką. Są to
wiadomości dosyć słabo znane w Polsce, stąd pionierska w tym zakresie rola
książki Stara Afryka na nowo odkryta.
Zakreślając ogólne ramy historii Afryki Zachodniej Davidson stwierdza: ,,Ale
ważniejsze dla rozwoju społeczeństwa w krajach położonych na południe od pustyni
były prawdopodobnie sposoby użytkowania metalu, a już obróbka żelaza odegrała
na pewno rolę najważniejszą. Ludy Afryki Zachodniej poznały żelazo i jego
obróbkę zapewne na przełomie er albo dzięki północy (ludy berberyjskie), albo
wschodowi (Meroe). Z końcem pierwszych w i e k ó w ery chrześcijańskiej znajomość
żelaza rozprzestrzeniła się na południe daleko poza brzeg lasów. Daty te posiadają
ogromną w a g ę : oznaczają początek współczesnej Afryki". Niestety ta właśnie

RECENZJE

529

„współczesna Afryka'' stała się obiektem kolonizacji europejskiej, przed którą nie
uchroniła jej ani znajomość, ani obróbka żelaza. Snując dalej tę refleksję mia­
łoby się chęć podjąć dyskusję nad oczywistością faktu, że żelazo było czynnikiem,
któremu danym było a w a n s o w a ć kultury ludów Afryki w hierarchii rozwoju aż
do rangi kultur współczesnych, ale takie postawienie sprawy w y l e w a ł o b y przy­
s ł o w i o w e dziecko wraz z kąpielą. Niemniej zbyt częste podkreślanie roli żelaza
w rozwoju kultury afrykańskiej nie może zaciemniać faktu, że współczesność tej
kultury nie jest wyłącznie wynikiem tego przełomu, o którym m ó w i Davidson,
lecz również — a chyba i przede wszystkim — wynikiem konfrontacji tradycyjnej
kultury kontynentu z kulturą i osiągnięciami technicznymi kolonizatorów, którzy
wprowadzając nowe porządki sami przyśpieszyli ewolucję społeczeństw afrykań­
skich w kierunku osiągnięcia podobnego poziomu kulturowego, jakiego model
przynieśli z sobą. T ę oczywistą prawdę Davidson uczynił m y ś l ą przewodnią swej
pierwszej książki Afryka budzi się, a następnie usunął na plan drugi w swej
kolejnej pracy Stara Afryka na nowo odkryta. Naturalnie zawsze można polemi­
zować, że tematem tej drugiej pozycji jest daleka przeszłość kontynentu, a nie jej
ostatnie wieki, niemniej czytelnik, który ma okazję poznać jedynie tę ostatnią,
może być narażony na pewne zniekształcenie poglądów w tym zakresie. Tak w i ę c
zbyt słabo chyba Davidson podkreśla fakt, że poznanie żelaza było p r z e ł o m o w y m
etapem, ale w przeszłości, i że dla współczesności decydującego znaczenia mieć nie
mogło.
Następne stronice omawianej książki poświęcone są historii kolejno pojawia­
jących się i rozpadających się państw Afryki Zachodniej, jak Ghana, Mali, Kanem,
czyli B o m u i Songhaj. Trudno jest ze w z g l ę d u na rozmiary tej recenzji anali­
zować dokładnie treść tych rozdziałów, raczej warto tu tylko zasygnalizować, że
są to strony pełne barwnych opisów życia kwitnącego w tych państwach, życia
opartego na dobrze zorganizowanym handlu i licznych podbojach. Właśnie te
aspekty historii AEryki doprowadziły autora do pewnych refleksji na temat eko
nomiki tych krajów. Trzeba z całą satysfakcją przyznać, że uwagi Davidsona n;>
ten temat są drugim bardzo pozytywnym elementem jego książki.
Ten ekonomiczny podtekst czujemy odtąd we wszystkich kolejnych rozdziałach
omawianej książki Davidsona. Dotyczy to głównie zarysu historii kolejnych państw
Afryki Zachodniej, a w następnej partii pracy i p a ń s t w Afryki Wschodniej i Po­
łudniowej. Najważniejszym elementem tych studiów jest zwrócenie uwagi na dwa
g ł ó w n e zagadnienia: roli niewolnictwa w zahamowaniu rytmu przemian kulturo­
wych na interesujących nas terenach oraz roli więzi handlowych, jakie łączyły
wschodnie wybrzeża Afryki z kontynentem azjatyckim. Chodzi tu przede wszystkim
0 handel arabski i chiński. Liczne znaleziska, których pochodzenie wskazuje na
Arabię, P ó ł w y s e p Hinduski i Chiny, dowodzą, że kontakty te musiały być ż y w e
1 korzystne dla obu stron. Jak możemy się domyślać, na handlu tym opierało się bo­
gactwo państw wschodnioafrykańskich, ponieważ owe importowane przedmioty nie
zostawały na wybrzeżu, lecz w ę d r o w a ł y daleko w głąb kontynentu afrykańskiego
przynosząc niezłe dochody pośrednikom i kupcom tych terenów. T a sprawnie zorga­
nizowana sieć handlowa świetnie funkcjonowała do okresu pojawienia się Europej­
czyków, którzy zamiast w k o m p o n o w a ć się w ten system, jak czynili to na początku,
swą rabunkową polityką doprowadzili do całkowitej jego likwidacji, na czym sami
sporo stracili. W tym przypadku miraże szybkiego wzbogacenia się kolonizatorów
przysłoniły im możliwości zorganizowania o wiele wydajniejszego systemu eksploa­
tacji opartego na równomiernie rozłożonych podatkach i cłach. Ale o tym swoim
U — Etnografia Polska T . v u

530

RECENZJE

błędzie przekonali się dopiero Europejczycy w momencie, gdy kwitnące kraje
Afryki Wschodniej zamieniły się w podupadłe faktorie.
Zanik handlu z Azją doprowadził do dużych zmian gospodarczych nie tylko
w krajach położonych na wybrzeżach Afryki Wschodniej, lecz pośrednio przy­
czynił się również do zachwiania r ó w n o w a g i ekonomicznej organizmów p a ń s t w o ­
wych z wnętrza kontynentu. Wiele z nich opierało s w o j ą egzystencję na zyskach
w y p ł y w a j ą c y c h z pośrednictwa handlowego, więc z c h w i l ą zaniku handlu musiały
podzielić losy państw wschodnioafrykańskich. Niestety Europejczycy niszcząc starą,
tradycyjną strukturę ekonomiczną podbitych krajów afrykańskich nie narzucali im
żadnej innej, krępując jednocześnie wszystkie inicjatywy w kierunku stworzenia
nowego modus vivendi. W zasadzie ówczesną politykę europejską w Afryce można
określić jako rabunkową eksploatację bez perspektyw, która miała na celu w jak
najkrótszym czasie wzbogacić niezbyt zamożne metropolie na starym kontynencie.
Naturalnie tego rodzaju postępowanie doprowadziło jedynie do szybkiego wy­
eksploatowania omawianych krajów i do ogólnego zubożenia Afryki, która w ś r ó d
zainteresowań kolonialnych spadła w związku z tym na dalszy plan. I trzeba przy­
znać, ż e okres X V I I i X V I I I w. jest okresem osłabienia eksploatacji kolonialnej
w Afryce, która odrodziła się dopiero z początkiem X I X w., a więc w epoce roz­
wijającego się kapitalizmu, szukającego nowych złoży surowcowych i nowych ryn­
k ó w zbytu.
Jeśli chodzi o niewolnictwo, którego rozkwit przypada w Afryce na wieki od
X V do X I X , to stało się ono czynnikiem poważnie hamującym dalszy postęp kul­
tury afrykańskiej. Zdobycie niewolników w celu ich sprzedania Europejczykom
nie stanowiło dla szeregu plemion afrykańskich najmniejszych trudności. Wystar­
czyło umiejętnie zorganizować w y p r a w ę wojenną, z której przyprowadzano dzie­
siątki, jeśli nie setki mężczyzn czy kobiet. Z ich przekazaniem do najbliższego
portu także nie było specjalnych kłopotów, ponieważ zawsze mogli zająć się tym
Arabowie, ciągnący bajeczne zyski z pośrednictwa w handlu niewolnikami. Tak
w i ę c łatwość, z jaką przychodziły zyski ze zdobywania niewolników, stała się
główną przyczyną rozkwitu niewolnictwa w Afryce. Nastąpił okres demoralizacji
plemion i ludów wnętrza Afryki, które w pogoni za ł a t w y m zyskiem wyniszczały
plemiona sąsiednie, zagrażając nawet dalszym. Wynikiem tego było p o w a ż n e naru­
szenie tradycyjnej struktury plemiennej, co natychmiast, znalazło odbicie w zaostrze­
niu się s t o s u n k ó w między poszczególnymi ludami. Ten permanentny stan wojny
domowej lub zagrożenia wojennego doprowadził do ruiny handlu i w ogóle
każdego konsekwentnego systemu gospodarczego. Poza tym wprowadził do psy­
chiki ludów afrykańskich nie znane im dotąd elementy drapieżności, których n a j ­
lepszym przykładem będą cytowane przez Davidsona opisy Beninu. Okres niewol­
nictwa b y ł więc dla Afryki podwójnie druzgocący, albowiem zniszczył nie tylko
tradycyjną ekonomikę, lecz też w p o w a ż n y m stopniu naruszył i r ó w n o w a g ę mo­
ralną, jeśli można tu użyć tego niedoskonałego wyrażenia. To w ł a ś n i e okres nie­
wolnictwa przyczynił się głównie do tego, że Afryka ma w tej chwili tak wiele
do odrobienia.
Mimo tych wszystkich ujemnych w p ł y w ó w cywilizacji europejskiej kultura
ludów Afryki zachowała wszystkie najważniejsze składniki, które umożliwiają jej
rozkwit w czasach obecnych charakteryzujących się podjęciem dawnych tradycji
zsynchronizowanych z potrzebami nowoczesnego życia i kultury. Podobny układ
rzeczy możliwy jest tylko dzięki faktowi, że tradycyjna kultura afrykańska nie
była kulturą prymitywną, jak próbowano nas o tym przekonać jeszcze kilka­
naście lat temu, ale posiadała w ł a s n ą postać i d y n a m i k ę rozwoju, opartą jedynie

RECENZJE

531

na innych podstawach niż kultura ludów europejskich. Właśnie temu problemowi
poświęcił autor ostatnie rozdziały swojej książki. W tytule Stara Afryka na nowo
odkryta zawarta jest aluzja nie tylko do w y n i k ó w ostatnich wykopalisk archeolo­
gicznych, a!e również do nowej sytuacji kulturowej kontynentu, który odkrywa
w ł a s n ą tradycję i historię, by czerpać z niej jak ze skarbca w okresie budowy
nowej gospodarki i nowej kultury. Przykładem niech będzie Ghana, która celowo
przyjęła n a z w ę starożytnego państwa Afryki Zachodniej, chcąc w ten sposób oddać
hołd osiągnięciom swych przodków i podjąć ich trud budowy naprawdę niezależ­
nego państwa.
Okrycie tej prawdy i jej podbudowanie materiałem dowodowym jest chyba
największą zasługą Basila Davidsona i dlatego jego pozycje są tak cenne dla
tych, którzy chcą zapoznać się z najistotniejszymi problemami nurtującymi współ­
czesną Afrykę.
Krzysztof
Makulski

12. R. L E A C H , Pul Eliya
Kinship, London 1961.

— A Village in Ceylon, A Study of Land Tenure and

Północna część Centralnej Prowincji Cejlonu (North Central Province) była
ogniskiem poważnej cywilizacji, która kwitła pomiędzy I I I w. p.n.e. a X I I w. n.e.
Obszar ten jest położony na suchej płaszczyźnie i uprawa roślin jest tam możliwa
tylko przy pomocy systemu irygacji; wsie obecnie tam egzystujące stosują tę samą
technikę irygacji, co dawne antyczne.
Książka Leacha poświęcona jest szczegółowej analizie, w jaki sposób w czasach
obecnych ziemia uprawna w tym kraju, w jednej z tamtejszych wsi (Pul Eliya),
staje się przedmiotem własności, jak jest użytkowana i dziedziczona przez kolejne
generacje. Książka ma charakter monografii, w której główna uwaga jest poło­
żona na zagadnienia związku pomiędzy stosunkami pokrewieństwa a własnością
i zasadami użytkowania ziemi; jest ona również przyczynkiem do teorii i metodyki
współczesnej „social anthropology".
Pul Eliya jest w s i ą leżącą na terenie powiatu (District) Nuvarakalaviya,
ок. 12 mil na północ od miejscowości Anuradhapura, dawniej centrum królestwa
syngaleskiego. Ludność m ó w i językiem syngaleskim i należy do kasty Goyigama;
w okolicy większość wsi posługuje się językiem syngaleskim, lecz na południowym
zachodzie u ż y w a n y jest język Tamil, a mieszkańcy tamtych wsi są Koslem
(marskkal — to przynależność religijna), zaś na północnym zachodzie są wsie Hindu
Tamil. Cały ten obszar jest niesłychanie bogaty w zabytki archeologiczne, lecz
badanie historii jest utrudnione ze względu na brak pisemnych przekazów. Wielka
świetność dawnej przeszłości nie ma kontynuacji w teraźniejszości. Klasyczne kró­
lestwo syngaleskie było charakterystycznym przykładem cywilizacji, którą można
nazwać hydrauliczną (jak to określa Wittfogel) przez to, że region z natury biedny,
dzięki zastosowaniu skomplikowanej inżynierii irygacyjnej, przerodzony został
w kraj kwitnący bogactwem. W X I I I w. nastąpił upadek tej cywilizacji.
Obecni mieszkańcy wsi są przekonani, że system ich organizacji pozostał nie­
tknięty od najdawniejszych czasów. Tej opinii nie można jednak potwierdzić doku­
mentacją historyczną, ponieważ nie wiadomo nic o organizacji życia wsi w okresie
antycznej cywilizacji syngaleskiej. Wiadomo natomiast, że — jak w starożytności —
współcześnie stosowane prace nawadniające dzielą się na dwa rodzaje: lokalne
w obrębie poszczególnych wsi (małe zbiorniki) i wielkie centralne związane kana­
łami, pod nadzorem centralnych władz. W ekonomice tego kraju jest bardziej

532

RECENZJE

istotny brak wody niż brak ziemi i ten fakt odbija się wyraźnie w stosunkach
społecznych.
Zarówno bezpośrednie otoczenie wsi P u l Eiiya, jak i cały obszar North
Central Province jest bardzo zróżnicowany pod w z g l ę d e m j ę z y k o w y m , religijnym
i kastowym. Lecz w obrębie poszczególnych wsi populacja jest jednorodna. To jest
cechą charakterystyczną tej części Cejlonu. System kastowy wyraża się w przy­
należności do tzw. variga (związek, rodzaj — ang. kind, variety). Variga dotyczy
kategorii zarówno lingwistycznych, jak religijnych czy socjalnych lub kulturowo^rasowych: Tamil tworzą variga w oparciu o język; Moslem tworzą variga na
podstawie przynależności religijnej; „Pracze" i „Pośrednicy" to variga kategorii
socjalnej; Vedda — variga kategorii kulturowo-rasowej.
Prawowici mieszkańcy jednej wsi są członkami tej samej variga. Tylko variga
mają prawo do korzystania ze zbiornika wodnego należącego do danej wsi.
Istotną cechą tego systemu kastowego jest endogamia w obrębie poszcze­
gólnych variga, a więc w obrębie jednej wsi. Małżeństwa z członkami innych
variga są surowo zakazane. Konsekwencją tego jest wzajemne p o k r e w i e ń s t w o
wszystkich mieszkańców danej wsi.
Pul Eliya jest zamieszkana przez członków variga Goyigama (uprawiających
rolę), kasty syngaleskiej, którzy stale podkreślają s w ą ekskluzywność, nawet
W odniesieniu do innych syngaleskich variga, tym niemniej obecnie członkowie
tych innych grup regularnie uczestniczą w rytuałach Pul Eliya i biorą udział
w uprawie pól w Pul Eliya. Ten intervariga kontakt jest bardzo specyficznym
fenomenem w stosunkach kastowych. System kastowy ma bowiem jako całość
dwa zasadnicze aspekty: z jednej strony jest to zasada endogamii, której rezul­
tatem jest tworzenie małych ekskluzywnych lokalnych grup, których członkowie
posiadają to samo socjalne znaczenie jako przynależni do variga, z drugiej zaś
strony członków jednej kasty wiążą rytualne związki i tradycje służebne powin­
ności. W tym drugim przypadku stosunki więzi obejmują sferę ekonomii, religii
i polityki —• z wykluczeniem jednak pokrewieństwa. Tradycja i rytuał ma swoje
odpowiedniki w nazwaniach poszczególnych syngaleskich grup. „Goyigama", „Pra­
cze", „Pośrednicy", „Tancerze" — są w gruncie rzeczy wszyscy rolnikami. Tak
było w przeszłości, tak jest i teraz. W dawnej feudalnej hierarchii jednak po­
szczególne te grupy były obowiązane do wykonywania pewnych służebnych czyn­
ności przy różnych okazjach i jednocześnie z tego tytułu przywiązane były do
określonego kawałka ziemi. Była to w ł a ś c i w i e zasada pańszczyzny. Obecnie „Pra­
cze" są tylko rytualnymi praczami, „Tancerze" tylko rytualnymi tancerzami itp.
W pracy swojej Leach obrazuje fakty z życia P u l Eliya na podstawie stanu
zaobserwowanego w czasie badań z 1954 r. Cała populacja wsi w tym czasie
wynosiła 146 osób, a całość pól znajdujących się pod irygacyjną uprawą równała
się ok. 135 akrom (1 akr = ok. 4000 m ). Autor stwierdza, ż e jest to w i e ś na ogół
podobna do innych wsi w jej sąsiedztwie, zastrzega się jednak przed sugestią,
jakoby miała to być jakaś wieś typowa albo w jakimś sensie statystycznie prze­
ciętna. Autor jest przeciwnikiem używania tego rodzaju terminologii.
Pracę Leacha można uznać za nowatorską od strony metody. Sam autor przed­
stawia ją jako traktującą w nowy sposób sprawy, które — w odniesieniu do
Cejlonu czy nawet do tej części kraju — były poruszane już przez poprzednich
tutejszych badaczy. Te poprzednie prace były przede wszystkim w j a k i m ś stopniu
syntetyczne.
2

Praca Leversa (1899) to sprawozdanie oparte częściowo na terenowych obser­
wacjach, lecz głównie na raportach angielskich administracji, odnoszących się do

RECENZJE

533

dekady 1870—1880, i chociaż Levers — zdaniem Leacha — wykazuje w niektórych
partiach niezrozumienie własnych źródeł, to sprawozdanie ma wartość, jeżeli od­
niesiemy je generalnie do wsi tamtego czasu.
Codrington (1838) interesował się więcej przeszłością niż współczesnością, trochę
w ł a s n y c h obserwacji robił około 1909 г., a źródłami sięga aż po I X w. n.e.
Pieris (1956) opiera się głównie na Leversie i Codringtonie i chociaż dodaje
dużo dokumentarnego materiału — jego praca jest tego samego rodzaju co po­
przednia.
Odmienna jest praca Ryana (1953). W tym studium nad syngaleską kastą
poświęca Ryan parę dziesiątek stron na opisanie wsi, którą nazywa pseudonimem
„Vanniaveva" — mówiąc o niej, że jest podobna w swojej ekologii i społecznej
strukturze do setek innych skupisk wiejskich na północnym zachodzie i północy
Centralnej Prowincji. Ryan nie przeanalizował jednak dokładnie stosunków pokre­
w i e ń s t w a i stosuje w swej książce uproszczenia zniekształcające zupełnie rzeczy­
wisty stan rzeczy.
Leach jest zdania, że jego studium nad Pul Eliya nie daje się porównać
z żadną ze wspomnianych prac, gdyż jego główną troską jest nie przedstawianie
generalnej charakterystyki, lecz pokazanie w szczegółowy sposób mechanizmu dzia­
łania społecznego systemu, na konkretnym przykładzie jednej wsi.
Leach podkreśla — co jego zdaniem jest często zapominane — że takty spo­
łeczne, które są przedmiotem zainteresowania socjologów, rozpadają s i ę na dwie
różne klasy, w y m a g a j ą c e różnych technik badawczych. Po pierwsze są to fakty
statystyczne, tu się zawiera to, co jest związane ze studiami ekonomistów i demo­
grafów (będą to w i ę c stosunki urodzin, zgonów, stosunki produkcji, konsumpcji,
cen, standartów życia itd.), gdzie technika wymierzania i statystyczna generalizacja są podstawowe. N i e w ą t p l i w i * jest całkiem nienaukowe robienie w takim
wypadku studiów nad jedną w s i ą , by potem na podstawie szczegółowych f a k t ó w
przedstawić jakieś generalne wnioski. To może być niekiedy stosowane tylko dla
jakichś administracyjnych praktycznych celów. I wtedy określanie tą drogą
f a k t ó w jako przeciętnych czy typowych może nawet nie być fałszem. Ale generalizo­
wanie na podstawie wielu porównań zawsze będzie miało naukowy sens. Jest
jednak druga klasa faktów, gdzie dzieje się inaczej, gdzie decydują szczegóły.
Na przykład w dziedzinie prawa generalne reguły są zawsze ważne, ale decydu­
jące są interpretacje w szczegółowych instancjach. Zwykle stwierdzenie istnienia
jakiejś reguły, obstawanie przy tym, że „jest taki i taki obyczaj" — m ó w i nam
o tym problemie w n a j w y ż s z y m stopniu za mało; my chcemy zaobserwować,
m ó w i Leach, w szczegółach zastosowanie reguły, przejawianie się obyczaju.
Dlatego to, co dali w swoich pracach Levers, Codrington, Pieris — to opisy
jakiegoś idealnego typu organizacji wsi. Dali bardzo kompetentne opisy o b o w i ą ­
zujących zasad we wsiach północnej części Central Province, lecz żadna z tych
prac nie ukazuje rzeczywistego obrazu faktów. Leach w swojej książce o P u l E l i y a
stara się zastosować oba wspomniane typy analizy.
Ewidencja f a k t ó w jest tu potraktowana bardzo drobiazgowo, ale jednocześnie
ze w z g l ę d u na to, że ekologiczne tło P u l E l i y a m o ż e mieć paralele w innych
częściach świata — niektóre aspekty tej analizy mają, zdaniem autora, znaczenie
ogólne.
Pozornie „nadmierną" drobiazgowość autor tłumaczy tym, że poprzez nią ma
na celu ustalenie, jak dalece antropologiczne koncepcje struktucy społecznej mają
się do empirycznych faktów. Oto ogólne założenie teoretyczne tej pracy.
Generalną tezę autor formuje w ten sposób: „chcę stwierdzić, że w syngale-

534

RECENZJE

akiej W i s i Pul Eliya zasada terytorialna (locality) bardziej aniżeli zasada pocho­
dzenia (descent) jest tym, co tworzy p o d s t a w ę do w i ą z a n i a się w zrzeszone grupy
(the basis o í corporate grouping)".
W latach 1935, 1954 prace o zasadniczej wartości w brytyjskiej antropologii
dotyczyły problemu unilinearnych grup pochodzenia (unilineal descent groups).
Zdaniem autora Pul Eliya w tym czasie powiększyło się tylko niezrozumienie
istoty i znaczenia unilinearnych grup pochodzenia. Pochodzi to bezpośrednio z serii
teoretycznych dzieł- z tego zakresu Radcliffe-Browna i wiąże się z w p ł y w e m
Evans-Pritcharda. Jednak, jak wszystkie zwycięskie teorie, także teoria „of uni­
lineal descent groups" stworzyć musiała swoje antytezy. Poprzez wszystkie prace
Radcliffe-Browna wyraża s i ę jego przesada w ujmowaniu znaczenia systemu
unilinearnego jako przeciwieństwa do systemu bilateralnego (kognatycznego, tzn.
obustronnego) w odniesieniu do dziedziczenia. Podkreśla on również nadmiernie
prawne aspekty stosunków pokrewieństwa, przejawiające się w zasadach dziedzi­
czenia i spadku — w przeciwieństwie do ekonomicznych aspektów przejawiają­
cych się we współdziałaniu przy pracy. Rodowód, a nie rodzina, są w centrum
uwagi Radcliffe-Browna.
Pokrewieństwo u Radcliffe-Browna występuje jako rzecz sama w sobie. Leach
jest zdecydowanym przeciwnikiem takiego ujęcia. Społeczeństwo Pul Eliya rządzi
się co prawda ustalonymi regułami prawnymi, lecz również przede wszystkim
egzystuje w określonym środowisku ekologicznym stworzonym przez człowieka.
Układ terenu, klimat, warunki naturalne, ale i to, co stworzył sam człowiek —
domy, drogi, pola wytyczone pod uprawę, zbiorniki wody, zasoby kapitału — oto
co najbardziej determinuje, w jaki sposób odbywać się będzie interpretacja
idealnych s y s t e m ó w prawnych. Nie można nigdy zapominać, że przymus ekono­
miczny jest wcześniejszy niż przymus norm moralnych i praw. Pokrewieństwo nie
jest więc jakąś samą rzeczą w sobie. Koncepcja pochodzenia i spowinowacenia jest
w Pul Eliya wyrazem stosunków własności. Małżeństwo wiąże, dziedzictwo dzieli —
ale własność trwa. System pochodzenia jest oświetleniem procesu dziedziczenia
własności. Jaka jest różnica pomiędzy prawnymi a ekonomicznymi stosunkami
więzi —• to drugi problem, który Leach stawia w swej pracy.
Leach informuje na w s t ę p i e swej pracy, że stosuje w niej metodę „case-history".
Metoda ta, praktykowana przez Malinowskiego i jego przeciwników, jest w ostat­
nich latach modna. Jej wartość bezsporna polega na tym, że opis faktów sam
przez s i ę daje obiektywny obraz. Zwykle jest tak, że antropolog kierując się w ł a s n ą
intuicją stawia pewne hipotezy ogólne, a potem ilustruje je szczegółowymi przy­
padkami. Minusem tej metody jest niemożność uniknięcia subiektywizmu w przed­
stawieniu faktów. Interpretacja dokumentacji staje się w gruncie rzeczy interpre­
tacją autora. Leach zdaje sobie sprawę, że ma to miejsce i w jego książce. U w a ż a
jednak za właściwe, żeby fakty m ó w i ł y same za siebie, a kwalifikowanie materiału
pozostawić należy czytelnikowi.
Jadwiga

K A R L A. W I T T F O G E L , Oriental despotism.
Power, Yale University Press, New-Haven 1957.

A Comparative

Kowalik

Study

oj

Total

„Szczęśliwy wiek. Wiek optymizmu. Z ufnością czekał, kiedy wschodzące
słońce cywilizacji'rozproszy ostatnie mgły despotyzmu, które przesłaniają ścieżkę
postępu" — pisze o X I X stuleciu K a r l A . Wittfogel. Wtedy to — jak twierdzi —
oszołomieni wolnościami konstytucyjnymi europejscy socjologowie i historycy

RECENZJE

535

zrezygnowali na ogół z analizy zjawiska despotyzmu. Absolutyzm, obalony nie­
dawno w Europie zachodniej, przestał być interesujący. I to nie tylko absolutyzm
zachodnioeuropejski, lecz również ten, który panował w innych częściach naszego
globu. Świetnie zapowiadające się XVIII-wieczne studia nad szczególnie złośliwą
formą samowładzy, wschodnim despotyzmem — przerwano lub zaniedbano. Co
w i ę c e j , sporo uczonych badających dzieje społeczeństw pozaeuropejskich zaczęło
się w nich mechanicznie doszukiwać schematów rozwojowych opartych na historii
zachodniej Europy. Tego rodzaju metody badawcze ostro krytykuje Wittfogel
w swym dziele Orientalny despotyzm. Studium porównawcze
totalnego mocarstwa.
Autor, uczony niemieckiego pochodzenia, były więzień jednego z hitlerowskich
obozów koncentracyjnych, jest obecnie profesorem na uniwersytecie w Waszyngto­
nie, gdzie w y k ł a d a historię Chin. Omawiane tu dzieło traktuje Wittfogel jako
swego rodzaju prolog do badań nad istotą nowoczesnej dyktatury totalnej. Napi­
sanie Orientalnego despotyzmu poprzedziły 30-letnie studia nad tym zagadnieniem.
W ich efekcie powstało dzieło liczące 556 stron, zawierające setki przypisów
i pozycji bibliograficznych i analizujące szczegółowo istotę starożytnego despo­
tyzmu.
Czymże jest bowiem ów „orientalny" despotyzm? We w s t ę p i e Wittfogel w y ­
jaśnia, że tym terminem określano tradycyjny, najbezwzględniejszy i wszech­
obecny ucisk despotyczny. Niesłusznie natomiast — ciągnie dalej — w i ą z a n o go
tylko z krajami Wschodu. Prawda, że tu w ł a ś n i e , w Mezopotamii, Egipcie, Indiach
czy Chinach, istniało najwięcej tego rodzaju ustrojów s p o ł e c z n o - p a ń s t w o w y c h . Ale
takie same w zasadzie systemy znamy również ze Środkowo-Wschodniej Afryki,
z dawnego Peru, Jukatanu, Meksyku, basenu Rio Grande, a także z H a w a j ó w .
O c z y w i ś c i e poziom zaawansowania cywilizacyjnego był różny, ale zasadnicze
cechy te same. I w ł a ś n i e z uwagi na te w s p ó l n e cechy wprowadza Wittfogel nowy
termin „despotyzmu hydraulicznego". Ażeby ten termin wytłumaczyć, musimy
w skrócie zapoznać się z teorią autora.
P o c z ą t k ó w omawianego przez siebie ustroju doszukuje się Wittfogel w epoce
neolitu, w której część ludzkości porzuciła zbieraczo-myśliwską, w ę d r o w n ą gospo­
darkę i podjęła uprawę roślin. Bez przesady można powiedzieć, ż e ten wynalazek
był błogosławiony w skutkach, dając pierwotnym rolnikom i kopieniaczom nie­
z w y k ł e m o ż l i w o ś c i rozwoju gospodarczego i demograficznego. Człowiek zaczął się
uniezależniać od k a p r y s ó w przyrody. Osady rolnicze rosły w liczbę mieszkańców.
Wzrastało też zapotrzebowanie na coraz to nowe tereny pod uprawę. Ale do tej
uprawy potrzebny był szereg czynników, jak odpowiednia gleba, klimat i na­
wodnienie. Jedne obszary obfitowały w liczne rzeki i strumienie, miały klimat
wilgotny, o znacznej ilości opadów. B y ł y jednak i inne, w których d e s z c e padały
niezmiernie rzadko, a życiodajne wody nielicznych rzek nasycały w i l g o c i ą za­
ledwie w ą s k i pas ziemi wzdłuż obu brzegów. I w ł a ś n i e tego w ą s k i e g o , urodzaj­
nego pasa czepiały się dziesiątki osiedli ludzkich. Nie zrażały ich nawet groźne,
okresowe powodzie, których przyczyn nie znano, a s k u t k ó w — przynajmniej
początkowo — nie potrafiono unikać. Ale o krok dalej, w głębi lądu, gdzie nie
sięgała w i l g o ć rzek, rozciągały się puste, suche obszary. Ich gleba jednak była
częstokroć równie żyzna, jak nad brzegami w ó d . Brakło jej tylko wilgoci. I tu,
w krajach o ciepłym, p ó ł p u s t y n n y m klimacie i żyznych potencjalnie glebach, rodzi
się wynalazek sztucznego nawodnienia. Wynika on z dążenia do powiększenia
uprawnego obszaru, a więc chęci ekspansji i zysku, oraz z lęku przed okreso­
wymi powodziami życiodajnych wprawdzie, lecz „dzikich" rzek. W niektórych
krajach, takich jak np. Chiny czy Syjam, chodzi obok zapobiegania powodziom

536

RECENZJE

nie o nawodnienie suchych terenów, lecz o rozszerzenie uprawy ryżu, w z r a s t a j ą ­
cego d o s ł o w n i e w wodzie. To w ł a ś n i e bowiem w o d ą , spośród szeregu nieodzow­
nych do uprawy roślin czynników naturalnych, można było najłatwiej operować
mimo prymitywnych środków technicznych.
Decydując się na b u d o w ę systemu tam i k a n a ł ó w pierwotni rolnicy Egiptu,
Mezopotamii, Indii czy Chin pragnęli polepszenia swych w a r u n k ó w życiowych.
Ale w y b ó r gospodarki irygacyjnej, jakiego dokonała ta część — i tylko część •—
uprawiającej rośliny ludzkości, posiadał swe dalsze konsekwencje. Rychło zorien­
towano się, że gospodarka irygacyjna uprawiana w obrębie jednej rodziny czy
grupy sąsiadów daje stosunkowo niewielkie wyniki. W każdym razie o wiele bar­
dziej imponujące efekty osiąga się przez m a s o w ą współpracę w skali powiedzmy
szczepu czy nawet całej grupy szczepów. Szczególnie w y r a ź n i e wystąpiło to
w czasie okresowych w y l e w ó w . T u Wittfogel doszukuje s i ę genezy ustroju
hydraulicznego despotyzmu. Na razie w tych prymitywnych społecznościach
szczepowych despotyzm oczywiście nie istnieje. Ale zasadą działania staje s i ę już
zorganizowana akcja masowa i podział czynności. Tak w i ę c obok indywidual­
nej uprawy roślin na w ł a s n y c h polach co pewien czas cała społeczność wiejska
podejmuje w s p ó l n e prace typu przygotowawczego, jak irygacje, i ochronnego,
zmierzające do kontrolowania okresowych powodzi. Wspólne te roboty zsynchro­
nizowane są z podobną akcją przeprowadzaną przez mieszkańców innych wsi
na całym obszarze. Kiedy jednak dziesiątki, setki, a potem i tysiące ludzi mają
kopać przemyślny system k a n a ł ó w , wznosić tamy - i sypać ochronne groble, jest
rzeczą jasną, ż e muszą oni działać w e d ł u g szczegółowego, jednolicie opracowa­
nego planu. Powstaje w i ę c sprężyste kierownictwo robót z wodzem i sztabem
inżynieryjnym oraz z hierarchią nadzorców utrzymujących dyscyplinę i odpowie­
dzialnych za każdy odcinek robót. Scentralizowany sztab f a c h o w c ó w rozwija stop­
niowo badania nad okresowością w y l e w ó w . Układa kalendarz robót przygotowaw­
czych i ochronnych, rozwijając takie nauki, jak astronomia i matematyka. Rzecz
charakterystyczna, że wiedza ścisła kapłanów egipskich czy babilońskich m a g ó w
Kniewiele m i a ł a w s p ó l n e g o z uprawianymi nieraz w Europie „czysto naukowymi"
rozważaniami. Przeciwnie, były to dociekania utylitarne, a z wartości ich prak­
tycznej zdawano sobie na ogół s p r a w ę doskonale. Toteż w miarę rosnącego
dystansu między wodzem i sztabem jego pomocników z jednej strony, a resztą
społeczeństwa z drugiej zdobyte wiadomości naukowe pilnie strzeżono przed
pospólstwem, widząc w nich jeden z i n s t r u m e n t ó w władzy.
Struktura powstającego społeczeństwa hydraulicznego zmienia s i ę radykalnie.
Rozpada się dawny ustrój szczepowy. Masowe prace podporządkowane jednolitym
planom i jednemu kierownictwu p o w o d u j ą integrację szczepów i plemion. Władza
dawnego szczepowego wodza wzrasta ogromnie. Inni szczepowi przywódcy albo
tracą c a ł k o w i c i e znaczenie, albo też stają się tylko funkcjonariuszami aparatu
nadzorczego władzy. P a ń s t w o hydrauliczne opiera s w ą gospodarkę na rolnictwie.
Okresowe mobilizacje wszystkich dorosłych m ę ż c z y z n przeprowadza s i ę w celu
wykonania robót o znaczeniu o g ó l n o p a ń s t w o w y m . Tylko że teraz o rodzaju pracy,
czasie, miejscu i wysokości ewentualnej zapłaty decyduje władca za pośrednic­
twem swoich urzędników. Do takich robót hydraulicznych monarcha woli użyć
przymusowo swych wolnych poddanych niż n i e w o l n i k ó w . W rezultacie jest to
o wiele tańsze, jeżeli w e ź m i e m y pod u w a g ę częste uchylanie się od zapłaty lub
traktowanie jej dość symbolicznie. A ż e b y jednak m ó c dobrze planować, władca
musi znać szczegółowo możliwości ludzkie i m a t e r i a ł o w e swego kraju. Stąd też
zarówno w Egipcie i Chinach, jak również w państwie I n k ó w prowadzi s i ę

RECENZJE

537

ścisłą e w i d e n c j ę m i e s z k a ń c ó w i wszelkich zasobów. To z kolei umożliwia opodat­
kowanie każdego członka hydraulicznej społeczności. Aparat nadzorujący okre­
sowe roboty p a ń s t w o w e zostaje przystosowany do nadzoru podatkowego. I nie
tylko podatkowego. W starożytnych Chinach czy Indiach każdy ojciec rodziny
jest wobec niej reprezentantem samego w ł a d c y , odpowiedzialnym za lojalność
swej żony i dziecii Każdy w ó j t odpowiada za posłuszeństwo chłopów swej wioski.
Podobny system spotykamy w dawnym Peru.
Dotychczas omawiane prace p a ń s t w o w e dotyczyły zabezpieczenia elementar­
nych potrzeb ż y c i o w y c h całego społeczeństwa hydraulicznego i polepszenia jego
gospodarki. Ale jak wiemy, angażowano do nich setki i tysiące, a później nawet
setki tysięcy ludzi. D y s p o n u j ą c tak liczną i tanią siłą roboczą w ł a d c y hydrauliczni
raz po raz zaprzęgają ją do coraz to innych zadań. P o w s t a j ą w i ę c olbrzymie
miasta-stolice, akwedukty i rezerwuary wody do picia, kanały żeglugowe, drogi.
Rosnące bogactwo hydraulicznego państwa budzi nieraz chciwość ościennych
barbarzyńców. Toteż hydrauliczni królowie rzucają setki przymusowych najmi­
tów do budowy m u r ó w i fortec. Operując systemem totalnej mobilizacji z ł a t w o ­
ścią formują krociowe armie, które wprawdzie duchem bojowym i wyszkoleniem
stoją niżej od w o j o w n i k ó w np. starożytnej Grecji czy feudalnych armii ś r e d n i o ­
wiecza lub japońskich samurajów, ale liczbą, dyscypliną i sprężystością dowo­
dzenia biją ich często na głowę. To w ł a ś n i e hydrauliczne Chiny s t w o r z y ł y
doktrynę w o j s k o w ą , którą później wykorzysta D ż y n g i s - c h a n . W miarę wzrostu
w ł a d z y rosną ambicje hydraulicznych d e s p o t ó w i służącej im kasty urzędniczej.
Stąd więc znów tysiące poddanych wznosi „cyklopie pałace" i grobowce. Władca
spokrewniony jest teraz ściśle z bogami. Czasem jest po prostu jednym z nich.
A zatem budowa ogromnych ś w i ą t y ń to też przejaw jego prestiżu. Przepych
i monumentalizm to cechy ustroju hydraulicznego. Są one nie tylko m i ł y m dla
warstwy rządzącej luksusem, lecz również instrumentem w ł a d z y . Mają budzić
podziw, przestrach, bezradność. Mają obezwładniać każdą m y ś l targnięcia się na
potęgę, która je wzniosła.
Rzecz jasna, że taką dyscyplinę totalnej pracy i totalnego opodatkowania, nie­
raz bardzo wysokiego, m ó g ł narzucić tylko ustrój, w którym p a ń s t w o było silniej­
sze od społeczeństwa. Aby to osiągnąć, hydrauliczny despota opierał s w ą w ł a d z ę
na c a ł k o w i c i e od siebie uzależnionym biurokratycznym aparacie. W hydraulicz­
nym mocarstwie nawet najpotężniejszy urzędnik w każdej chwili utracić m ó g ł
wszystko wraz z życiem. Celowo utrzymywana atmosfera n i e p e w n o ś c i jutra
jeszcze bardziej uzależniała od władcy i skłaniała do posłuchu. Zresztą miarą
wartości mieszkańca Egiptu, Persji, Chin czy Peru była przede wszystkim jego
przydatność dla króla. Jedną z żelaznych zasad hydraulicznych despotów było nie­
dopuszczanie do uzyskiwania w i ę k s z e j niezależności gospodarczej przez jakiekol­
wiek ugrupowania społeczne. Władca kontrolował lub brał bezpośrednio udział
we wszystkich w a ż n i e j s z y c h przedsięwzięciach gospodarczych. Tylko wybrani
przez w ł a d c ę kupcy i przedsiębiorcy otrzymywali koncesje. Seniorzy lokalnych
zrzeszeń i spółek kupieckich stawali się automatycznie funkcjonariuszami aparatu
urzędniczego, odpowiedzialnymi za lojalność swych k o l e g ó w po fachu. Podobnie
traktowano i rzemieślników. R ó w n i e ż i wielka własność ziemska nie miała w tych
rolniczych państwach w i ę k s z e g o znaczenia politycznego, gdyż stan posiadania
wiązał się dla każdego posiadacza z piastowanym urzędem p a ń s t w o w y m . Z chwilą
jego utraty następowała nierzadko konfiskata majątku. W ogóle w ł a d c y hydrau­
liczni chętnie posługiwali się metodą konfiskaty majątku wobec zbyt zamożnych,
a tym samym niebezpiecznych poddanych. Oczywiście ten system bynajmniej nie

538

RECENZJE

wykluczał dziedziczenia majątku, a nawet i stanowiska w hierarchii urzędniczej.
Jednakże to nie posiadanie bogactwa, lecz w ł a ś n i e urząd, służba w ł a d c y były
źródłem dobrobytu i znaczenia hydraulicznych warstw rządzących. Ażeby dobit­
niej w y k a z a ć powiązania w ł a s n o i c i prywatnej z aparatem p a ń s t w o w y m despoty,
Wittfogel wprowadza terminy „biurokratycznego kupiectwa" i „biurokratycznego
ziemiaństwa". Nie trzeba chyba dodawać, że szerokie rzesze pospólstwa w mia­
stach i na wsi nie miały w tych państwach żadnego znaczenia politycznego.
Kluczem do struktury społecznej imperium hydraulicznego jest stosunek
każdego mieszkańca do aparatu p a ń s t w o w e g o . Widzimy tu w i ę c po jednej stronie
w ł a d c ę z jego dworem, w a r s t w ę w y ż s z y c h urzędników uzależnionych wprawdzie
od k a p r y s ó w tyrana, lecz tymczasem ciesząca ch się znacznymi dochodami, przywi­
lejami i władzą, oraz szeregowych funkcjonariuszy, poborców podatkowych, nad­
zorców, szpicli, żandarmów itp. C i ostatni, wyzyskiwani i pomiatani przez
dygnitarzy, przecież jednak cieszą się tym minimum p r z y w i l e j ó w i władzy, jaką
mają nad p o s p ó l s t w e m . Dlatego i ich zalicza Wittfogel do klasy rządzącej. Po
drugiej stronie sto;'ą rządzeni, „wolny" poddany nie pełniący żadnych funkcji
urzędniczych i niewolnik, którego rola w gospodarce hydraulicznej jest stosun­
kowo niewielka. W społeczeństwie tym roi się od antagonizmów. Władca chętnie
widzi te antagonizmy, zwłaszcza jeśli istnieją między jednostkami czy gru­
pami jednostek. Rozbijając jednak społeczeństwo despota stara się nie dopuścić
do żadnych poważniejszych rozruchów czy konfliktów. Stagnacja — to jego cel.
W społeczeństwie hydraulicznym a w a n s o w a ć można w y ł ą c z n i e z łaski w ł a d c y ,
a zwrócić na siebie przychylne oko króla czy jego urzędnika tylko jedną zaletą —
służalczością. Jest rzeczą charakterystyczną, że hydrauliczni despoci chętnie ota­
czali się eunuchami, wszelkiego rodzaju zaufanymi niewolnikami i w y z w o l e ń ­
cami. Tego typu ludzie, których kariera całkowicie zależała od łaski króla, pia­
stowali nieraz n a j w y ż s z e funkcje p a ń s t w o w e . Budzili najmniej obaw despoty,
gdyż nie byli potencjalnymi pretendentami do tronu. Za znienawidzonymi przez
urzędniczą kastę faworytami nie stał nikt.
Cbck fizycznych metod całkowitego podporządkowania sobie społeczeństwa
w ciągu tysięcy lat istnienia wypracowano w monarchiach hydraulic-nych odpo­
wiednie metody oddziaływania psychologicznego. Do nich należał terror. Hydrau­
liczni despoci n'e ufali nikomu. Zakładali, że tylko strach wstrzymuje ich w s p ó ł ­
rodaków od zawładnięcia tronem i bogactwami króla. Otaczano się w i ę c nimbem
groźnej tajemnicy, stosowano skomplikowany
system
szpiegostwa.
Publiczne
egzekucje i tortury uzupełniano celowo rozsiewanymi w i a d o m o ś c i a m i o okrop­
nościach k r ó l e w s k i c h więzień. Poddany, który narażał się na niełaskę władcy,
był w tym społeczeństwie momentalnie osamotniony. Opowiada o tym szeroko
jeden ze starodawnych h i s t o r y k ó w chińskich, Su-ma Czien. On sam miał to
nieszczęście, że znalazł się w rękach cesarskiego wymiaru sprawiedliwości. Nikt
nie ośmielał s i ę mu nie tj lko pomóc, lecz nawet współczuć w l ę k u o w ł a s n ą
głowę. Ofiara w poczuciu całkowitego osamotnienia
stawała przed obliczem
władcy, który był jej oskarżycielem i sędzią zarazem.
Inną metodą psychologicznego obezwładnienia był mit dobrego despoty,
rozumnego tyrana, mądrego samodzierżcy. Miał on odległy rodowód. W ciągu
w i e k ó w oszukał on wielu pobieżnych obserwatorów hydraulicznych społeczeństw.
Ale nie dla cudzoziemców ro~s:ewano go uporczywie, lecz z m y ś l ą o w ł a s n y c h
poddanych. I rzeczywiście wielu hydrauliczn} eh myślicieli i filozofów w i e r z y ł o
w e ń , nic wyobrażając sobie lepszego ustroju. Taki na przykład Konfucjusz
kreśli w dobrej wierze obraz mądrego cesarza i rozsądnych biurokratów, spra-

RECENZJE

539

wiedliwie kierujących (!) losami prostaczków. Krytyka hydraulicznych pisarzy
nie godziła w podstawy ustrojowe. Chcieli tylko propagować wśród warstw rzą­
dzących zasady rozsądnego umiaru. Tymczasem hydrauliczni autokraci rządzili za
pośrednictwem swoich urzędników nie krępując się żadnymi ograniczeniami kon­
stytucyjnymi, religijnymi — prawie zawsze piastowali najwyższe godności reli­
gijne — ani tzw. prawami natury. To oni i ich urzędnicy mieszkali we wspania­
łych rezydencjach. Ich armie i orszaki m a s z e r o w a ł y ś w i e t n y m i drogami. Znako­
mity system poczt, tak często opisywany przez cudzoziemców, służył także w ł a d c y ,
wprzągnięty w jego system wywiadu i kontrwywiadu. Olśniewające dwory orien­
talne byiy w istocie jaskrawym przykładem, kto jest „użytkownikiem" cudownie
działającej machiny p a ń s t w o w e j i w ;'akim kierunku obraca się jej g ł ó w n y w y ­
siłek.
Istniejący w ciągu tysięcy lat na różnych kontynentach hydrauliczny despotyzm
przejawiał zadziwiającą stagnację, mimo że niekiedy pod naciskiem sił zewnętrz­
nych cofał się, a innym znów razem ekspandował. Ekspandowały jednak przede
wszystkim wypracowane w hydraulizmie zasady koncentracji władzy i środków,
a nie formy irygacyjnej uprawy roli. Niejednokrotnie pasterskie ludy „barbarzyń­
skie", o pierwotnie szczepowym ustroju, podbijając p a ń s t w o hydrauliczne przejmo­
w a ł y jego despotyczne formy władzy i rozprzestrzeniały je później w innych re­
gionach. Tak np. było w przypadku czterech inwazji koczowników z północy, któ­
rym uległy Chiny. Innego rodzaju przykładem ekspansji ustroju hydraulicznego
było „zarażenie się" nim imperium rzymskiego po podboju hellenistycznego Wscho­
du. Rzymianie zresztą podzielili w tym przypadku los Greków i Macedończyków.
Model tradycyjnego despotyzmu przejęli również pasterscy Mongołowie, Arabowie
i Turcy. Istnieją poszlaki, że dominował on w starożytnych kulturach minojskiej
i mykeńskiej i dopiero w czasach historycznej Grecji cofnął się na Bliski Wschód.
Ale obalenie hydraulizmu następowało :z reguły dopiero pod w p ł y w e m sił zewnętrz­
nych. Pozostawiony bowiem we w z g l ę d n y m spokoju, trwał on dziesiątki w i e k ó w
przeżywając tylko od czasu do czasu przewroty pałacowe czy najazdy barbarzyń­
ców. Wstrząsy te jednak powodowały tylko zmiany dynastii i personelu urzęd­
niczego, niejako odnawiając i wzmacniając państwo. Zasada ustrojowa pozosta­
wała ta sama.
Tezy Wittfogela w y w o ł y w a ł y i w y w o ł u j ą nadal sporo dyskusji naukowych.
Problem analizy despotyzmu nie jest przecież nowy. Szczególnie wielu oponentów
znajduje Wittfogel w swych teoriach nowoczesnej dyktatury. Nas jednak winna
zainteresować nakreślona pi zez tego uczonego teoria rozwoju starożytnych rol­
niczych cywilizacji i pólcywilizacji, w których wzrosła kultura ogromnej ilości
ludów zamieszkujących Ziemię. Hydrauliczny model władzy to coś chyba odręb­
nego od wypracowanych schematów na podstawie historii społeczeństw zachodnio­
europejskich. Trudno negować rolę, jaką odegrał on w kształtowaniu się kultury
setek milionów mieszkańców naszego globu. Dlatego też orientalny
despotyzm
niewątpliwie zaciekawi każdego, kto bada dzieje społeczeństw i ewolucję ich
kultury.
Leszek

Dzięgiel

R A Y M O N D F I R T H , We, the Tikopia (London 1957, s. X X I I + 605, George Allen
& Unwin Ltd.); Social Change in Tikopia (London 1959, s. 360, George Allen
& Unwin Ltd.).

z

Badania nad organizacją pokrewieństwa u ludów pierwotnych były jednym
zasadniczych przedmiotów brytyjskiej etnografii czy antropologii
społecznej

540

RECENZJE

od samych jej początków. Wystarczy wymienić tu nazwiska Taylora i Mac L e n nana. Oczywiście w ich pracach, podobnie jak i u Morgana, analiza systemu po­
k r e w i e ń s t w a była raczej narzędziem służącym rekonstrukcji czy też konstrukcji
odpowiedniego obrazu kultury, stanowiła punkt wyjścia dla szerszych koncepcji
rozwojowych. Zainteresowanie problemem pozostało jednakże i w późniejszych l a ­
tach, w ó w c z a s gdy powstały nowe prądy teoretyczne badań nad społeczeństwami
pierwotnymi. System pokrewieństwa przykuwał u w a g ę najpoważniejszych antro­
pologów, niezależnie od roli, jaką nadawali mu oni w ogólnym obrazie kultury
czy organizacji społecznej.
Antropologia społeczna, kładąc akcent na badanie struktury społecznej wy­
warła bardzo poważny w p ł y w na dalszy rozwój antropologii angielskiej prawie
niezależnie od afiliacji teoretycznych jej przedstawicieli. Atrakcji konstruowania
z e s t a w ó w lub w z o r ó w zachowań międzyjednostkowych i międzygrupowych u ludów
pierwotnych jako zadania docelowego ulegli tak Malinowski i Radcliffe-Brown,
Evans-Pritchard, jak też inni zbliżeni do nich uczeni. Wówczas również system
pokrewieństwa pozostał chyba najpopularniejszym z badanych aspektów struktury
społecznej. Wyjaśnić to można tym, że pokrewieństwo czy też wyobrażenia o tym,
jak ono powinno funkcjonować, w połączeniu z jego odpowiednikami semantycz­
nymi stanowiły najłatwiejszy w obserwacji zespół reguł spośród tych, które etno­
graf chciał widzieć jako kierujące życiem społecznym badanego ludu. Na dodatek
inne kryteria wyodrębnienia prawidłowości w stosunkach społecznych, jak płeć,
wspólnota terytorialna, pozycja społeczna itp., były w bliski sposób powiązane
właśnie z pokrewieństwem, jako jedną z pierwotnych podstaw zrzeszania się jed­
nostek w grupy społeczne.
Mechanizm działania pokrewieństwa, czy raczej zachowania ludzkie, których
przyczynę można widzieć w postulatach wynikających z określonego systemu po­
krewieństwa, stały się przedmiotem pracy Firtha. W kręgu jego zainteresowań
znajdowała się przede wszystkim Oceania, gdzie przed 33 laty — na wyspie Tiko­
pia — przeprowadził badania tegoż zagadnienia. Podtytuł wydanej po raz pierwszy
w 1936 r. książki (stanowiącej prezentację rezultatów tych badań) We, the Tikopia
brzmi: Socjologiczne
studium pokrewieństwa
w prymitywnej
Polinezji.
Zawarta
jest w nim reakcja na dotychczasowe metody badań problemu, sprowadzające się
do uabstrakcyjniania pokrewieństwa, poszukiwania reguł organizacji i ich genezy.
Podtytuł uzasadniony jest faktem, że autor przedstawia analityczne studium dzia­
łań ludzkich dla wykrycia wzajemnych relacji między członkami rodziny oraz
w szerszym aspekcie: między grupami społecznymi i między jednostkami a gru­
pami. Jak bowiem twierdzi Firth, pokrewieństwo jest „reinterpretacją, w termi­
nach społecznych, faktów prokreacji i regularnego związku płciowego''. Płynie stąd
przekonanie, że „naukowa definicja w i ę z ó w pokrewieństwa pomiędzy jednostkami
oznacza nie tylko specyfikację genealogicznej więzi między nimi oraz terminów
językowych użytych dla nazwania tych więzi, lecz także klasyfikację ich zacho­
wania w wielu aspektach życia" (s. 577).
W części wstępnej autor przedstawia metody badań pokrewieństwa. T a k w i ę c
wymienia podejścia: 1. rezydencjonalne — przez związki przestrzenne do poznania
więzi p o k r e w i e ń s t w a ; 2. alimentárně — analiza wzajemnych świadczeń w sferze
pomocy materialnej, pracy produkcyjnej, rytuału itp.; 3. poprzez kulturę mate­
rialną — badanie więzi ekonomicznych i produkcyjnych, zasad systemu własności,
dziedziczenia, reguł obiegu i użycia dóbr materialnych w obrębie grupy krewnych;
4. lingwistyczne — analiza nazewnictwa jako punktu w y j ś c i o w e g o do określenia
zasad wzajemnego postępowania w grupie krewnych; 5. biograficzne — k o n č e n -

RECENZJE

541

trujące się na tej części procesu socjalizacji jednostki, która polega na adaptacji
do określonych reguł zachowania obowiązujących w grupie krewnych. Siłą rzeczy
nie są i nie mogą to być podejścia wyłączające się, a jedynie punkty wyjścia
kierunkujące dalszą interpretację na wybranym materiale źródłowym. Autor, jak
twierdzi, wybrał pierwszą z wymienionych metod, chociaż nie ogranicza się tylko
do niej jednej. Firth chciał stwierdzić, jak przestrzenne zgrupowanie Tikopia w do­
mach i wsiach jest skorelowane z ich związkami pokrewieństwa. Jako źródła
służyły mu, w w i ę k s z y m lub mniejszym stopniu, plany domów i wsi, plany dy­
strybucji ziemi, genealogie i podania historyczne, terminy pokrewieństwa i roz­
mowy pomiędzy krewnymi, obserwacje i relacje z życia gospodarczego, rytual­
nego itp.
Wyjściowe pytanie badawcze brzmiało: w jakich grupach żyją Tikopia, jakie
są podstawowe zasady ich lokalnego grupowania się? Celem jego było m.in. wy­
izolowanie „podstawowej jednostki pokrewieństwa"', którą jest zgodnie z wnio­
skiem Firtha rodzina elementarna zamieszkująca w s p ó l n y dom rodowy. Wniosek
ten, identyczny zresztą z wnioskami z prac terenowych Malinowskiego i Radcliffe-Browna, doprowadził później autora do przekonania o odwieczności tej formy
rodziny. Dalsze badania poszły w kierunku poznania stosunków pomiędzy człon­
kami rodziny a członkami innych grup krewnych. Celem ich było wykazanie
związku pomiędzy konkretnymi więzami genealogicznymi a zachowaniami w życiu
codziennym — od strefy produkcyjnej aż po sytuacje zabawowe. Na marginesie
warto zwrócić u w a g ę na interpretację często w Oceanii spotykanego zjawiska
awunkulatu. Firth wyjaśnia go jako manifestację tendencji zwiększającej bezpie­
czeństwo kobiety w małżeństwie, specjalne zaś obowiązki wuja mają konserwo­
w a ć więzy dzieci z grupą matki, ponieważ umacnianie w i ę z ó w pokrewieństwa ma
swoją konkretną funkcję służenia dobrobytowi społecznemu. Kolejnym zagadnie­
niem interesującym autora są stosunki między grupami krewnych (lineaże, klany)
widziane poprzez pryzmat zachowań się ich przedstawicieli. Grupa rodowa u Tiko­
pia nie zawsze stanowi grupę lokalną. Można zatem o b s e r w o w a ć zjawisko rozpadu
organizacji rodowej. Firth stwierdza, że wskutek małżeństw m i ę d z y k l a n o w y c h
wyrasta współpraca gospodarcza i społeczna, która czyni wiezie wspólnoty teryto­
rialnej silniejszymi od więzi pokrewieństwa. Na koniec analizuje się stosunek
jednostek i grup do podstawy gospodarczej ich bytu, mianowicie ziemi, ich reak­
cje na biologiczny aspekt płci. stosunek do wydarzeń o wartości ogólnogrupowej
(małżeństwo, inicjacja).
Firth skupił w i ę c swoją u w a g ę na działaniach członków społeczeństwa, na ich
korelacji z innymi działaniami oraz na stopniu ich dostosowania do w y m o g ó w
systemu pokrewieństwa (w tym ostatnim wypadku często stwierdza postępowania
nonkonformistyczne, czego unikał Malinowski). Takie ustawienie badanego proble­
mu, porzucenie interpretacji instytucji rozumianych jako teoretyczne potrzeby ludz­
kie — o których można przecież wnioskować na podstawie obserwacji działań
człowieka, nazwane zostało przez Daryll Forde'a funkcjonalizmem empirycznym.
Firth stwierdza w konkluzji, że Tikopia wyraźnie opierają się na w i ę z a c h po­
krewieństwa dla wyjaśnienia określonych stosunków pomiędzy ludźmi, a także
stosunku ludzi do rzeczy (tworzenie grup terytorialnych, stosunek do gerontów
i wodzów, zasady władania ziemią itp.). Ten stan rzeczy służyć ma konformizacji
do obowiązujących reguł życia społecznego. Jest to teza będąca wnioskiem logicznie
w y p ł y w a j ą c y m z zaobserwowanej sytuacji, że tak organizacja terytorialna Tikopia,
jak też organizacja życia gospodarczego oparte są w p o w a ż n y m stopniu (choć nie
całkowicie) na kryterium pochodzenia rodowego. Autor zdaje sobie sprawę z tego,

542

RECENZJE

że oprócz poczucia wspólnoty krwi stabilność organizacji społecznej broniona jest
także przez inne zespoły idei reprezentowanych w społeczeństwie, np. system wie­
rzeń religijnych i magicznych, organizacja polityczna. Ograniczenie się więc do
pokrewieństwa czy obowiązków przezeń nakładanych jako motywu działań w róż­
nych sferach życia, jeśli niekiedy nie prowadzi do symplifikacji obrazu życia spo­
łecznego, to zawsze pozostaje analizą jednego tylko jego aspektu. Firth widzi także
równoległe działanie innych elementów struktury społecznej, co w p ł y w a na sposób
sformułowania jednego z k o ń c o w y c h wniosków. Stwierdza on, że wiezie pokrewień­
stwa u Tikopia „służą jako kanały do komunikowania się członków społeczeństwa,
jako ramy współpracy gospodarczej i społecznej oraz jako czynnik stabilności
przerzucający most pomiędzy przeciwstawnymi interesami materialnymi" (s. 578).
Ogólność tego wniosku, trudność w zrelatywizowaniu roli pokrewieństwa w speł­
nianiu wymienionych funkcji w stosunku do innych czynników, które je również
pełnią, ogranicza możliwość zrozumienia stopnia i zakresu funkcjonowania pokre­
w i e ń s t w a jako regulatora stosunków społecznych. Stąd konieczność użycia nie­
ostrych pojęć przy formułowaniu wniosku. T y m niemniej studium Firtha jest
interesujące jako reakcja na niekiedy zbyt formalne traktowanie pokrewieństwa
w historii badań etnograficznych i demonstracja zdyscyplinowanego postępowania
naukowego.
Przekonanie Firtha, że system społeczny posiada swój termostat regulujący
wszelkie odchylenia i utrzymujący stan stabilizacji (jak np. pokrewieństwo u T i ­
kopia), uległo zachwianiu po jego drugiej wizycie na wyspie w 1952 r. Zasada
samoregulacji, jak i znane twierdzenie Malinowskiego o stosunku wzajemności
mogły być podane w wątpliwość przez jego ucznia dopiero, gdy ten podjął się
badania przemian społecznych u Tikopia w y w o ł a n y c h zderzeniem z kulturą euro­
pejską. Rezultaty tych badań przedstawił w drugiej recenzowanej pracy, której
podtytuł brzmi: Ponowne studium społeczności
polinezyjskiej po upływie
generacji.
Przez zmiany społeczne pod w p ł y w e m zderzenia kultur rozumie się zmiany
w strukturze społecznej. Bowiem niedopasowanie do niej zachowań jednostkowych
nie stanowi jeszcze zmiany rozumianej jako „social change", a jest jedynie wskaź­
nikiem jej nadejścia. Dopiero wprowadzenie i zinternalizowanie przez większość
społeczeństwa nowych zasad zachowania się wobec ludzi i rzeczy oznacza taką
zmianę. Jest nią np. przekształcenie się podstawowej grupy społecznej opartej
na pokrewieństwie z wielkiej rodziny w elementarną. Nie znaczy to jednak, że
sam termin może być rozumiany jednoznacznie. Przybiera on tak różne konotacje,
jak wiele jest definicji struktury społecznej.
Publikacja w y n i k ó w drugich z kolei badań terenowych wśród Tikopia nie
stanowi zasadniczej zmiany zainteresowań autora w porównaniu z poprzednią. Z a ­
interesowanie aktywnością społeczną ludzi nie ustąpiło tu miejsca analizie struk­
tury. Stało się to dzięki położeniu przez Firtha akcentu na zdefiniowanym przez
siebie aspekcie „social change", mianowicie „przemieszczeniu społecznym" (social
movement), które związane jest nie tyle ze zmianą struktury, ile organizacji spo­
łeczeństwa (w znaczeniu, jakie tym terminom nadaje sam Firth). „Przemieszczenie
społeczne" obejmuje dwa zagadnienia — ekologię społeczną i kadry ludzkie speł­
niające pewne role społeczne. Tak więc Firth badając zmiany w rozsiedleniu ludzi
stwierdza przestrzenną ekspansję rodu, jego dezintegrację w wyniku oddzielnej
rezydencji młodych małżeństw. Taki stan rzeczy (którego przyczyny są w książce
problemem marginesowym) powiększa społeczną odległość pomiędzy składowymi
grupy stanowiącej dawniej całość gospodarczo-obrzędową. Z drugiej strony wskutek
„naturalnej sukcesji" następuje zamiana osób wypełniających pewne zinstytucjo-

RECENZJE

543

nalizowane funkcje bez zmiany ich samych. Nie jest to jednakże, jak się wydaje,
tylko wymiana personelu, gdyż np. nowy przywódca — zastępując starego — wpro­
wadza w ł a s n e koncepcje stosunków społecznych. Te koncepcje wyrosły w warun­
kach zmieniającego się systemu wartości wskutek ożywienia kontaktów ze ś w i a t e m
zewnętrznym. W omawianym przypadku autor usuwa w cień te kontakty twierdząc,
że proces „przemieszczenia społecznego" jest wynikiem działania sił w e w n ę t r z n y c h .
Toteż wyodrębnienie go jako oddzielnego aspektu „social change", być może po­
żyteczne z punktu widzenia metody badań, zaciemnia w gruncie rzeczy obraz prze­
mian społecznych w y n i k ł y c h ze „zderzenia kultur".
Firth dał porównanie podobieństw i różnic dla dwu punktów czasowych w hi­
storii społecznej Tikopia. Jest to zatem studium dwusynchroniczne raczej, a nie
diachroniczne. Tak więc kierunki rozwoju społecznego w okresie dzielącym badania
mogą być jedynie odgadywane. Książka w gruncie rzeczy daje inwentaryzację
indywidualnych faktów oraz ich porównanie ze stanem poprzednim. Co prawda
fakty te ilustrują stopniowe internalizowanie przez członków społeczeństwa nowych
zasad zachowania się, co jest fragmentem zjawiska zmiany, tym niemniej pozostają
one tylko ilustracją procesu, który musi jeszcze otrzymać swoją specyfikację. Dla
okresu dzielącego badania terenowe autor nie dał bardzo potrzebnego zestawu wy­
darzeń historycznych, dotyczących bezpośrednio życia Tikopia i ich kontaktów
zewnętrznych. Mogłyby one posłużyć za podstawę do wykrycia regularności pro­
cesu zmian, który zachodził w tym czasie.
Zanotowane przez Firtha wydarzenia wskazują jednakże na to, że organizacja
społeczna Tikopia ulega pewnym powolnym i — w okresie pomiędzy ekspedy­
cjami — stale trwającym przekształceniom. Przede wszystkim w i ę c daje się
zauważyć utratę kontroli rodu nad w s p ó l n ą ziemią. Indywidualizacja interesów
ekonomicznych prowadzi do stratyfikacji społecznej opartej o posiadany areał
uprawy. Proces rozwarstwiania społecznego, jak można się z materiału zoriento­
wać, jest skomplikowany, lecz niedostatecznie wyjaśniony. Wiadomo jedynie, że
część przywódców rodowych znalazła się w grupie uprzywilejowanej. Status spo­
łeczny jednostek zaczyna być mierzony w e d ł u g ich stanu posiadania. Wprowadzenie
administracji kolonialnej sprawiło, że instytucja przywództwa powoli traci swoje
sankcje tradycyjne, zastępując je sankcjami administracji. Ekspansja pieniądza
narusza dotychczasowy system wymiennej gospodarki towarowej. Autor jednakże
nie daje odpowiedzi na to, w jakim stopniu to zaszło i jak się ten proces odbywa.
Zajmuje się natomiast behawiorystyczną obserwacją stosunku Tikopia do pie­
niędzy, ich trudnościami w ocenie wartości monet, wreszcie samą czynnością k u ­
powania. Firth sygnalizuje też tendencje do rozszerzenia produkcji, eksportu towa­
rów i siły roboczej oraz ilościowy i asortymentowy wzrost popytu na dobra kon­
sumpcyjne. Nadal jednak są to zjawiska, które notuje się jako fakty społeczne
równoważne pozostałym.
Na zakończenie pracy w sposób w ł a ś c i w y antropologii stosowanej autor punk­
tuje najważniejsze zmiany, jakie były sygnalizowane na innych terenach przez
podobne wydarzenia jak te, które stwierdził u Tikopia. Sformułowane one są
w sposób użytkowy dla praktyków kolonialnych.
Zjawisko „social change" jest niczym innym, jak procesem społecznym. I jako
taki (jeśli się go widzi w kategoriach historycznych) ma swoje przyczyny, prze­
bieg oraz obserwowalne czy przypuszczalne rezultaty. Firth ograniczył się w za­
sadzie do analizy niektórych aspektów środkowego etapu tego procesu. B y ł o b y
to do przyjęcia z metodologicznego punktu widzenia, gdyby traktował ten etap
jako zjawisko ciągłe, produkujące swoje skutki, będące z kolei zaczynem nowych

544

RECENZJE

zjawisk. Jeżeli jednakże — jak w przypadku recenzowanej pracy — analiza do­
tyczy zamkniętego okresu historycznego, który był w i d o w n i ą zmian strukturalnych,
organizacyjnych i ideowych, nie można unikać opisu historycznego lub mówiąc
innymi słowy — dynamicznego. Formy stosunków między ludźmi nie są trwałe
(na tym przecież polega zjawisko zmiany), a zatem wszelkie zachowania się jedno­
stek, jeśli mamy je uważać za fakty społeczne podlegające analizie naukowej, muszą
być relatywizowane do konkretnie istniejącej sytuacji historycznej. Niewystarczające
jest powiedzenie, że zmiany następują jako rezultat „westernizacji", co w tym kon­
kretnym wypadku zawiera w sobie także pojęcie chrystianizacji. Polski termin
„zderzenie kultur" już sam przez się narzuca konieczność postawienia sobie pyta­
nia: przed jakimi nowymi, nie znanymi sobie zjawiskami postawiona została spo­
łeczność pierwotna; w jaki sposób te zjawiska weszły w kontakt z kulturą tra­
dycyjną? „Westernizacja" to w ł a ś n i e rezultat kontaktu z tymi zjawiskami, z eko­
nomicznymi, politycznymi i religijnymi ideałami i celami obcej kultury. Jeśli nie
znamy formy tych kontaktów, również znaczenie terminu „westernizacja" w tym
szczególnym wypadku pozostanie dla nas niezrozumiałe. Nie tylko chodzi tu o kon­
takty. Zetknięcie się dwu s y s t e m ó w wartości tworzy konflikty. Zanim system
ekonomicznie lub politycznie słabszy ulegnie, uruchamia i wprowadza do walki
cały zespół tradycyjnych sił społecznych, które w tym wypadku m o ż e m y nazwać
siłami konserwatywnymi. Firth przytoczył kilka przykładów konserwatywnej reak­
cji na wprowadzane zmiany, nie dostrzegł jednakże zjawiska walki, która — można
to założyć — miała na pewno miejsce.
Podobne do powyższych zarzuty stawiano już funkcjonalistom niejednokrotnie.
T y m niemniej znaczna ich część pozostaje nadal aktualna, jeśli badając kulturę
społeczeństw ludzkich patrzymy na jednostkę przede wszystkim jako na część
składową społeczności rozwijającej się w zasadzie zgodnie z prawami historycz­
nymi. Rezygnując jednak z postulatu, aby przedstawiciele tej szkoły porzucili swój
sposób widzenia społeczeństwa jako przedmiotu badań, uznać należy, że obie prace
Firtha stanowią cenny merytorycznie i interesujący metodologicznie wkład do
wiedzy o roli systemu pokrewieństwa w organizacji i funkcjonowaniu grup spo­
łecznych.
Sławoj

Szynkiewicz

I . I . P O T I E C H I N : Formirowanije
nacjonalnoj
obszcznosti
jużnoafrykańskich
Bantu, „Trudy Instituía Etnografii im. N. N. Mikłucho-Makłaja". Nowaja Sierija,
Moskwa 1955, t. 39.
Praca
ta powstała w związku ze wzrostem zainteresowań problemami
afrykańskimi w etnografii radzieckiej, niejako na marginesie redagowania t o m ó w
„Narody Afriki". Stanowi ona próbę wykorzystania dotychczas opublikowanych
materiałów dotyczących Unii Południowej Afryki oraz protektoratów Suazi, Basuto
i Beczuana i ustawienia ich w myśl założeń marksistowskich.
Problem wysunięty przez autora: kształtowanie się jednolitego narodu bantuańskiego w procesie przemian gospodarczo-ustrojowych, jakim podlegała Po­
łudniowa Afryka, jest szczególnie skomplikowany. Terytorium to stanowi bowiem
mozaikę nie tylko rasową, ale i etniozno-językową. Uprzemysłowione p a ń s t w o kapi­
talistyczne o rozwiniętym systemie administracyjnym spotyka się tu z pozostało­
ściami organizacji plemiennej, a wielkie obszary ziemi będące własnością planta­
torów niejednokrotnie sąsiadują z ziemiami będącymi we w s p ó l n y m użytkowaniu
miejscowych plemion.

RECENZJE

545

P o d s t a w ą teoretyczną, na której oparł Potiechin swoje rozważania, jest stali­
nowska definicja narodu. W myśl tej definicji naród wyznaczają cztery najistot­
niejsze czynniki: wspólnota terytorium, życia ekonomicznego, języka i tzw. składu
psychicznego, przejawiającego się w specyfice cech kultury narodowej. Jedynie k a ­
pitalizm stwarza warunki dla rozwoju wszystkich tych c z y n n i k ó w jednocześnie
i stąd zgodnie z teorią marksistowską naród kształtuje się w okresie rozwoju stosun­
k ó w kapitalistycznych. Definicja ta — wyrosła z analizy stosunków europejskich —
posłużyła autorowi za punkt wyjścia w analizowaniu zjawisk związanych z kształto­
waniem się narodu w specyficznych warunkach kapitalizmu kolonialnego. Omó­
wieniu tej specyfiki poświęca autor obszerne stronice. Kapitalizm w swojej wy­
kładni kolonialnej nie jest wynikiem organicznego rozwoju społeczeństwa miej­
scowego, lecz zjawiskiem sztucznym, narzuconym przez kolonistów europejskich
W celu uzyskania nowych źródeł surowców, r y n k ó w zbytu i taniej siły roboczej.
Nie musi też zdaniem autora u każdego z ludów podległych wykształcić poczucia
świadomości narodowej. Należy więc każdorazowo poznać specyfikę w a r u n k ó w
miejscowych.
Analiza procesu kształtowania się świadomości narodowej wśród Bantu za­
mieszkujących Unię Afryki Południowej i sąsiednie protektoraty brytyjskie poprze­
dzona została kilkoma ważnymi rozdziałami wprowadzającymi do kwestii formowa­
nia się narodowości w ś r ó d poszczególnych plemion oraz charakterystyki społeczno- gospodarczej omawianego terytorium.
Do pierwszej p o ł o w y X I X w. wśród plemion Bantu proces rozkładu w s p ó l n o t y
pierwotnej i zróżnicowania społecznego poczynił już znaczne postępy. Można więc za­
obserwować wzbogacenie się w o d z ó w i starszyzny rodowej, początki zależności feu­
dalnej, wreszcie rozpad w s p ó l n o t y plemiennej na rzecz organizacji terytorialnej
i tworzenie się w ł a d z y scentralizowanej. Dowodzą tego reformy podjęte przez wodza
Zulusów, Czaki, oraz podboje zuluskie, które znacznie w p ł y n ę ł y na rozbicie jed­
ności plemiennej, mieszanie się plemion i języków, a w następstwie doprowadziłyby
zapewne do wytworzenia się scentralizowanego państwa Zulusów. Proces ten za­
hamowała kolonizacja bursko-angielska w początkach X I X w., która zapoczątko­
w a ł a w ś r ó d plemion miejscowych długotrwały okres walk o niepodległość zakoń­
czony ich całkowitą klęską. Rugowanie Bantu przez kolonizatorów z ich ziem,
masowe przemieszczania ludności, rozbicie dotychczasowych terytoriów plemien­
nych przez wielkie plantacje przyspieszyły rozkład pierwotnej jednolitości plemion.
Część ludności zatrudnionej na plantacjach, fermach i w kopalniach utraciła wiezie
ze swoimi plemionami. W rezultacie przemian X I X w., stworzenia granic kolonial­
nych i rozpadu wspólnoty plemiennej wykształciły się wśród Bantu zamieszku­
jących Południową Afrykę następujące narodowości o różnym zresztą stopniu skon­
solidowania: Zulu, Ksosa, Basuto, Beczuana i Pedi. Charakter stosunków społecznych
panujących wśród tych plemion określa Potiechin jako feudalny, a poszczególne
rezerwaty jako księstewka feudalne, których wodzowie stali się urzędnikami i pod­
ległymi reżymowi kolonialnemu. R e ż y m ten stworzył trudne i przeciwstawne m o ż ­
liwości dla dalszego rozwoju etnicznego Bantu.
Ekonomiczno-Społeczną analizę Unii Afryki Południowej przeprowadza autor
w oparciu o szczegółowe informacje statystyczne oraz ilustruje ją licznymi mapami
i diagramami. Podkreśla rolę Anglo-Afrykanderów jako dwóch rządzących naro­
d ó w (posiadających w swoim ręku większość najurodzajniejszych ziem, przemysł,
górnictwo, cały system handlu zagranicznego i w e w n ę t r z n e g o , transport), które
mimo wzajemnych antagonizmów okazują absolutną zgodę w polityce rasowej
dyskryminacji. Ludność tubylcza zgromadzona w rezerwatach, odczuwająca ogrom33 - Etnografia Polska T. V I I

546

RECENZJE

ny brak ziemi masowo szuka pracy przede wszystkim w kopalniach i na planta­
cjach. Dyskryminacja Bantu uznana ustawowo przeniknęła we wszystkie dzie­
dziny życia publicznego i ma za zadanie ścisłe odgraniczenie czarnych od białych
zarówno społecznie, jak i terytorialnie. Omawiając kolejno różne grupy etniczne
zamieszkujące Unię Afryki Południowej {Anglików, Afrykanderów, tzw. koloro­
wych, tj. Hotentotów, Buszmenów, Hindusów, wreszcie Murzynów Bantu), autor
każdorazowo stara s i ę nie tylko zobrazować ich wzajemny układ hierarchiczny, ale
również podział społeczny w ramach każdej z grup oddzielnie.
Opartą na powyższych podstawach dalszą analizę kształtowania się narodu
wśród Bantu ustawia autor konsekwentnie na definicji stalinowskiej, rozpatrując
kolejno każdy z jej członów.
Stwierdza więc istnienie pewnego określonego terytorium Bantu, którego pro­
cent zaludnienia przez Murzynów jest największy na obszarach północnych i za­
chodnich omawianego terytorium. Pomimo znacznego przemieszania się różnych
plemion łatwo wyodrębnić można określone terytoria etniczne Zulu, Ksosa, B a suto, Beczuana i Pedi. Wiele z tych terytoriów rozdzielają granice między Unią
a protektoratami.
Wspólnota ekonomiczna, następująca w ślad za wspólnotą terytorialną, jest
w myśl teorii marksistowskiej czynnikiem decydującym o formowaniu się narodu.
Wspólnota ekonomiczna tworzy się w procesie jednoczenia się r y n k ó w miejscowych
we w s p ó l n y rynek narodowy, co w dalszym rozwoju pociąga za sobą specjalizację
gospodarczą poszczególnych regionów, podział na w i e ś i miasto, wysoki rozwój
gospodarki towarowej oraz stworzenie sieci komunikacyjnej, scalającej różne
obszary kraju.
Ilustrując powyższe zagadnienia konkretnymi danymi, autor udowadnia wspól­
notę ekonomiczną całego p a ń s t w a — Unii Afryki Południowej. Wszystkie terytoria
etniczne łącznie z protektoratami znajdują się w stanie trwałej więzi ekonomicz­
nej i razem składają się na kapitalistyczny system gospodarczy. Specyfikę miej­
scowej sytuacji stanowi fakt, że system ten stworzyła nie miejscowa burżuazja
bantuańska — nieliczna i bez w p ł y w ó w , lecz burżuazja należąca do zupełnie innej
grupy rasowej i narodowościowej niż podstawowa masa robotników.
Istnienie oddzielnych języków literackich każdej z grup narodowościowych
nie prowadzi n a razie k u wytworzeniu się jednolitego bantuańskiego języka lite­
rackiego. Niemniej przewaga języków angielskiego i afrikaans jako j ę z y k ó w urzę­
dowych, nauczania itp. nie sprzyja również rozwojowi literatury w językach miej­
scowych, oo związane jest z małą liczebnością miejscowej inteligencji. Bliskie
kontakty między przedstawicielami różnych narodowości w ośrodkach przemysło­
wych wskazują na to, że dalszy rozwój języków Bantu następuje raczej w kie­
runku ich zbliżenia niż oddalenia.
Problem w s p ó l n o t y kulturalnej, tak istotny jako w y k ł a d n i a ideologiczna dla
każdego formującego się narodu, został przez Potiechina potraktowany raczej
w postaci zasygnalizowania niektórych problemów niż ich analizy. Wspólna kul­
tura narodowa zarówno dla wszystkich Bantu, jak i oddzielnych ich grup nie
istnieje. Można jedynie zaobserwować w s p ó l n o t ę wielu cech kultury tradycyjnej,
wyrosłej z gospodarki pastersko-kopieniaczej. W omówieniu w s p ó l n y c h cech kul­
tury tradycyjnej autor ogranicza s i ę jedynie do podania kilku najważniejszych
zjawisk z zakresu kultury materialnej. W p ł y w y współczesnej kultury burżuazyjnej
silne w ośrodkach miejskich przenikają stopniowo i do rezerwatów. Kultura w s p ó ł ­
czesnych Bantu przeplata w i ę c elementy współczesnej cywilizacji z przeżytkami

RECENZJE

547

przeszłości. Autor sygnalizuje również proces tworzenia się w ośrodkach przemy­
s ł o w y c h specyficznej kultury robotniczej.
Rozdział dotyczący świadomości narodowej wykracza poza podstawę teore­
tyczną niniejszego studium i świadczy o zrozumieniu przez Potiechina, że naród
to nie tylko grupa powiązana w s p ó l n y m terytorium, systemem ekonomicznym,
językiem, kulturą, ale przede wszystkim świadomie deklarująca swoją przyna­
leżność narodową.
Świadomość narodowa Bantu, rozwijana głównie przez miejscową inteligencję
i drobną burżuazję, kształtuje się przede wszystkim w walce z białymi o równość
społeczną i prawa polityczne, a co za tym idzie również o swobodę działalności
ekonomicznej. Dążeniom tym przewodzą organizacje miejscowe, jak Afrykański K o n ­
gres Narodowy (zał. w 1912 г.), Związek P r z e m y s ł o w c ó w Handlowych (1919), Liga
Praw Afrykańczyków (1929), wreszcie Komunistyczna Partia Afryki. Działalność
tych organizacji w c i ą g a stopniowo pewne rzesze robotników. Odgrywają one do­
niosłą rolę unifikującą, gdyż w y s t ę p u j ą w imieniu wszystkich Bantu. Niestety
autor nie jest w stanie odpowiedzieć na najważniejsze dla studium o kształto­
waniu się narodowości pytanie: w jakim stopniu poczucie wspólnoty wszystkich
Bantu przeniknęło do szerokich mas ludowych. Sugeruje on, że odrębność naro­
dowościowa w rezerwatach sprzyja separatyzmowi regionalnemu. Ideologia w s p ó l ­
noty rozprzestrzenia się, brak jednak d o w o d ó w na to, że stała się ona własnością
ogólną.
Wnioski k o ń c o w e prowadzą ku n a s t ę p u j ą c y m stwierdzeniom: Współczesną spo­
łeczność Bantu stanowi społeczeństwo burżuazyjne z charakterystyczną dla struk­
tury społecznej krajów kolonialnych liczną klasą robotniczą i słabą burżuazja,
przy w s p ó ł w y s t ę p o w a n i u przeżytków feudalizmu i ustroju rodowo-plemiennego.
W ramach państwowości Unii Afryki Południowej nie ma żadnych danych ku
temu, by utworzył się jeden naród złożony z Anglo-Afrykanderów, tzw. koloro­
wych i Murzynów Bantu. Normalny rozwój narodowości Bantu utrudnia dyskry­
minacja rasowa, odgórna polityka zachowywania dawnych form struktury spo­
łecznej oraz istnienie granic protektoratów rozdzielających jednolite terytoria
etniczne.
Czynnikami przemawiającymi za utworzeniem się jednolitego narodu bantuańskiego s ą : w s p ó l n e terytorium powiązane ekonomicznie w jedną całość, podobień­
stwa j ę z y k ó w i tradycji kulturalnych. Względy j ę z y k o w e mogą s i ę jednak przyczy­
nić do wyodrębnienia dwóch narodów — jednego mówiącego językiem suto (Basuto, Beczuana i Pedi) oraz drugiego m ó w i ą c e g o językami nguni (Zulu i Ksosa).
Dotychczas w i ę c Bantu nie wykształcili jednolitego narodu. Łączy ich głównie
wspólnota interesów w walce o równouprawnienie.
Wyżej o m ó w i o n e studium łączy w sobie wady i zalety pracy powstałej w wy­
niku przestudiowania dużej ilości literatury oraz od charakteru tej literatury za­
leżnej. Stopień jej wykorzystania łączy się też ściśle, z założeniami teoretycznymi
pracy. Rzuca s i ę w oczy szczegółowe opracowanie zagadnień ekonomicznych, przede
wszystkim gospodarki p a ń s t w o w e j Unii Afryki Południowej, kapitalistycznego wy­
zysku różnych grup narodowościowych, systemu dyskryminacji rasowej.
O wiele skromniej, zarówno w zakresie poruszanych w nich zagadnień, jak
i materiału dowodowego przedstawiają się rozdziały poświęcone kulturze Bantu
oraz ich wewnętrznej strukturze społecznej. Ogromna rola miasta i środowiska
robotniczego jako bezpośrednio przejmującego tzw. kulturę burżuazyjną jest nie­
wątpliwa. Nasuwa s i ę jednak szereg pytań: w jakiej skali robotnicy murzyńscy
są w stanie przyswoić elementy tej kultury, jak intensywne są kontakty m i ę d z y

548

RECENZJE

ludnością wiejską a miejską, jak w p ł y w a na to gęstość zaludnienia, system komu­
nikacyjny, w jakim stopniu żywotne i dominujące są elementy tradycyjnej kultury
i struktury społecznej, w jakim stopniu kultura Bantu jest kulturą bierną, jaki
charakter ma proces uniformizacji kultury, wreszcie jak przejawia sie a k t y w n o ś ć
kulturalna i społeczna inteligencji bantuańskiej? Jedynie odpowiedź na te pytania
może bliżej wyjaśnić, czy można mówić o kształtowaniu się jednolitej kultury
Bantu i w jakim kierunku proces ten przebiega. Szczegółowszych badań wymaga
również problem kształtowania się świadomości narodowej. Stosunkowo mała ilość
współczesnych studiów nad ludami Bantu, krytyczny stosunek autora do osiąg­
nięć naukowych szkoły funkcjonalnej w p ł y n ę ł y na to, że pomimo szerokiego
wachlarza poruszonych w niej zagadnień praca ma charakter spojrzenia niejako
„od zewnątrz" na szereg problemów, bez możliwości głębszego wniknięcia w ich
istotę.
Praca niniejsza zawiera w sobie również ciekawy problem teoretyczny, po­
stawiony przez autora na początku, a nie znajdujący swojej konkluzji we wnio-.
skach końcowych: czy stosunki kapitalistyczne zawsze prowadzą do kształtowania
się narodu? Według tez stalinowskich wspólnota ekonomiczna odróżnia naród od
narodowości. Na omawianym terytorium występują narodowości powiązane ze
sobą wspólnotą ekonomiczną w ramach jednego państwa. Nie wykształciły się
w rezultacie ani jednolity naród, ani też kilka narodów bantuańskich. Przytoczony
przez autora materiał jasno dowodzi, że prawa rządzące rozwojem społeczeństw
europejskich mają odmienny charakter w wypadku społeczeństw kolonialnych.
Jedynie uwzględnienie materiałów p o r ó w n a w c z y c h prowadzić może do bardziej
generalnych w n i o s k ó w teoretycznych. Praca Potiechina jest ciekawym i cennym
przyczynkiem do problemu kształtowania się narodu u współczesnych l u d ó w Afryki.
Joanna

Maciejewska

N I E O P U B L I K O W A N Y M A N U S K R Y P T P R O F . К. MOSZYŃSKIEGO
Kiedy w roku 1951 nakładem P a ń s t w o w e g o Wydawnictwa Naukowego ukazał
się skrypt prof. Kazimierza Moszyńskiego, Ludy zbieracza-łowieckie,
a stosunkowo
w niedługim czasie potem wydano następny, poświęcony pasterzom, oczekiwaliśmy
z niecierpliwością ostatniego z serii, omawiającego kulturę ludów uprawiających
rośliny. M ó w i ę tu przede wszystkim o słuchaczach Studium Historii Kultury Ma­
terialnej U J , którzy w ó w c z a s zetknęli się z tymi zagadnieniami na w y k ł a d a c h
i seminariach profesora. Niestety oczekiwana trzecia część serii skryptów nie uka­
zała się nigdy. Złożyło się na to szereg przyczyn, a wśród nich najważniejsza •—
śmierć prof. Moszyńskiego. Ponieważ na kilka lat przed zgonem prof. Moszyński
zlecił mi opracowanie redakcyjne owej trzeciej części skryptu, czuję się zobowią­
zany do napisania notatki informacyjnej na ten temat.
Planowano opublikowanie 4 monograficznych opisów kultur egzotycznych z róż­
nych części świata. Miały one ilustrować rozmaite fazy rozwojowe tego stanu
kultury, w którym człowiek przestał być koczownikiem i osiadłszy na jednym
miejscu czerpie zasoby życiowe z uprawy roślin. Widzimy tu więc bardzo stosun­
kowo prymitywnych Indian z puszcz dorzecza Xingu, których gospodarka w dużej
mierze jeszcze opiera się — obok kopieniactwa — na rybołówstwie i myślistwie.
N i e w ą t p l i w i e w y ż s z e stadium stanowi szeroko rozbudowana i skomplikowana, choć
oczywiście pierwotna kultura izolowanych w górzystej dżungli Papuasów. Dalej
autor daje opis życia górali Assamu, plemion Naga, których wysokogórska kultura

RECENZJE

549

ulegała nieraz, w p ł y w o m cywilizacji Indii i Burmy. Na koniec mamy wreszcie
obszerną monografię tradycyjnej kultury Murzynów Ewe i ich sąsiadów, żyjących
od w i e k ó w pod przemożnym w p ł y w e m murzyńskich półcywilizacji Afryki Zachod­
niej. Monografie te oraz szereg podobnych, lecz dotyczących pierwotnych łowców,
zbieraczy i pasterzy, miały niegdyś w e j ś ć w skład przygotowywanego przez prof.
Moszyńskiego obszernego dzieła, omawiającego prymitywne kultury l u d ó w róż­
nych kontynentów. Wskutek wielu niezależnych od autora przyczyn w całościowej
formie ukazał się jedynie wstęp, pt. Człowiek.
Wspomniane na początku skrypty
dotyczące zbieraczy, ł o w c ó w i pasterzy zawierają materiał przy krojony do ó w ­
czesnych programów Studium Historii Kultury Materialnej, a w i ę c pozbawiony
większości rozważań na temat kultury społecznej i duchowej opisywanych prymi­
t y w ó w . T a reszta materiału pozostała w rękopisach nie wykorzystana. Pominięto
też z konieczności ogromny materiał bibliograficzny.
Inaczej jednak miało być z monografiami pierwotnych rolników i kopieniaczy.
T u projektowano opublikowanie pełnego materiału zawartego w rękopisach łącznie
z przypisami, uwzględniając wszystkie działy kultury. Każda z czterech prac u ł o ­
żona została w e d ł u g systematyki Kultury ludowej Słowian. Dzielą się więc one na
trzy zasadnicze części: kulturę materialną, społeczną i duchową. Każdą z mono­
grafii otwiera w s t ę p , z reguły omawiający stan dotychczasowych badań nad daną
kulturą i literaturą etnograficzną, wykorzystaną przez autora. Dalej następują
ogólne charakterystyki środowiska geograficznego, stosunków językowych, antro­
pologicznych itp. omawianego obszaru.
Najszczuplejsza objętościowo jest praca na temat kultury Indian z dorzecza
Xingu w Ameryce Południowej. Pisząc ją autor w pierwszym rzędzie oparł się na
dziele Karola von dem S t e i n e n a, Unter den Naturvoelkern
Zentral-Brasiliens,
wydanym w roku 1894, oraz M. S c h m i d t a , Indianer Studien in
Zentralbrasilien,
z roku 1905. O wiele obszerniejsza od poprzednich jest monografia kultury Papua­
sów. Omawia ona jedynie mieszkańców dawnych posiadłości niemieckich na tej
wyspie oraz tereny należące do Australii. Do najważniejszych dzieł, na których
oparł s i ę autor pisząc swe studium, należą: O. R e с h e g o, Der Kaiserin Augusta
Fluss, wydane w roku 1913, rozprawa R. T h u r n w a l d a ,
Die Gemeinde
der
Banaro, z lat 1920—1921, H . D e t z n e r a , Vier Jahre unter Kannibalen, z roku
1921, dalej W. B e h r m a n n a , Im Stromgebiet des Sepik, z roku 1922, P. W i r z a,
Daemonen und Wilde in Neuguinea, z roku 1928, rozprawy H . N e v e r m a n n a ,
wydane w latach 1939—1941, Die Kanumirebe und ihre Nachbarn i Die Sohur,
a w pierwszym rzędzie monografia H . A u f e n a n g e r a i G. H o e t k e r a , Die
Gende in Zentralguinea. Vom beben und Denken eines Papua-Stammes im Bis­
marck-Gebirge,
wydana w roku 1940. Monografia P a p u a s ó w daje m. in. szereg
niezmiernie ciekawych przykładów bogatego życia psychicznego tych ludów pry­
mitywnych, żyjących do ostatnich czasów w stadiach neolitycznej kultury. Z uwagi
na ich olbrzymią izolację kultura P a p u a s ó w dostarcza szczególnie interesujących
analogii dla archeologów. R ó w n i e interesujących analogii dostarcza trzecia z kolei
monografia dotycząca kultury N a g ó w z Assamu. M. in. rzuca ona światło na
genezę tzw. kultur megalitycznych. T u autor przede wszystkim wykorzystał prace
austriackiego uczonego i podróżnika Chr. von Fuerer-Haimendorfa, zwłaszcza zaś
jego książkę Die nackten Nagas, w y d a n ą w roku 1939, oraz szereg rozpraw Szwaj­
cara H . E . Kaufmanna, publikowanych w latach 1935, 1938 i 1939 w numerach
„Zeltschrift für Ethnologie".
Całość jest objętościowo nieco szczuplejsza od Papuasów.
Największa ze wszyst­
kich jest monografia kultury M u r z y n ó w Ewe i ich sąsiadów. Posiada ona znacz-

550

RECENZJE

nie rozszerzony wstęp. Autor zawarł w nim bowiem ogólne rozważania etnologiczne
na temat stanu badań afrykanistycznych oraz typów kultur i półcywilizacji Czar­
nego Lądu. Zresztą również w czasie szczegółowego opisu kultury E w ó w wielo­
krotnie spotykamy nawiązania do dawnych p a ń s t w murzyńskich, jak Aszanti, Joruba, Benen czy Dahomej. Literatura, z której korzystał autor, jest szczególnie
obszerna. Wymienię tylko parę najczęściej cytowanych dzieł. A w i ę c mamy tu
książkę misjonarza J . S p i e t h a , w y d a n ą w roku 1906, Die Ewees. Schilderung von
Land und Leuten in Deutsch-Togo, opracowane przez D. W e s t e r m a n n a życio­
rysy pięciu Murzynów z Togo i Beninu, Afrikaner erzählen
ihr Leben, wydane
w roku 1939 Togo-Erinnerungen
R. К ü a s a, Togo R. B ü t t n e r a, D. W e s t e r ­
m a n n a Züge aus der Geschichte des Reiches Dahome, z roku 1941, Heeresge­
schichte der Voelker Afrikas und Amerikas A. von P a w l i k o w s k i e g o - C h o 1 e w y i wiele innych.
W dobie dzisiejszej, kiedy ilość prac etnograficznych dotyczących różnych lu­
d ó w świata z roku na rok g w a ł t o w n i e s i ę powiększa, nie wydawane przez szereg
lat prace niejednokrotnie „starzeją się". Prof. Moszyński zdawał sobie sprawę, że
jego monografie napisane w latach czterdziestych w y m a g a ł y rozszerzenia i uzupeł­
nienia. Nie mogąc tego uczynić wskutek obiektywnych trudności, postanowił je
opublikować w formie materiałowych skryptów. Jestem przekonany, że skrypt taki,
z uwagi na starannie zebrany, usystematyzowany i naukowo naświetlony materiał
przykładowy, miałby i dziś wielką wartość, w pierwszym rzędzie dla studentów
etnografii i archeologii. Trudno bowiem o zrozumienie mechanizmu kultury bez
znajomości podstawowego materiału faktycznego. Dostarczają go naturalnie etno­
grafowi i archeologowi mniej lub bardziej prymitywne kultury ludów egzotycz­
nych i tzw. tradycyjne kultury ludowe społeczeństw europejskich. Dobrze, jeżeli
ó w materiał podstawowy potrzebny nam w danej chwili znajdujemy w jednym
lub kilku opisach. Na ogół jednak rozsiany jest on w dziesiątkach monografii, arty­
kułów, rozpraw i notatek, w różnojęzycznej literaturze etnograficznej. Niejedno­
krotnie wyszukanie odpowiednich informacji wymaga nie tylko znajomości języ­
ków, lecz również — i to przede wszystkim — znacznej orientacji i wprawy.
Umiejętności te student dopiero stopniowo opanowuje. Tymczasem omawiane tu
monografie s t a n o w i ą ś w i e t n y zbiór materiałów zebranych z bardzo rozległej lite­
ratury. Gdyby doczekały s i ę wydania w formie skryptu, p o w s t a ł b y podręcznik b y ć
może nieefektowny, „nienowoczesny", ale w rzeczywistości pożyteczny, a dla tych,
którzy stawiają pierwsze kroki w dziedzinie etnografii i archeologii — ze wszech
miar potrzebny.
Leszek

Dzięgiel

É T U D E S R U R A L E S (revue trimestrielle ďhistoire, géographie, sociologie et
économie des campagnes), Paris 1961, nr 1—3 (École Pratique des Hautes Etudes,
Sjxiěme Section).
Wśród wielu francuskich czasopism naukowych, które omawiają problemy inte­
resujące etnografów, należy zwrócić u w a g ę n a stosunkowo młode wydawnictwo
(od 1961 r.) „Études Rurales", podjęte przez V I S e k c j ę École Pratique des Hautes
Études paryskiej Sorbony, poświęcone historii, geografii, socjologii i ekonomii wsi.
W skład Komitetu redakcyjnego czasopisma wchodzą znani w Polsce naukowcy
francuscy: M. J . Berque, M . J . Brunhes-Delamarre, R . Boutrouches, F . Braudel,
P. Coutin, R. Dumont, E . Julliard, J . Klaitzmann,M. Maget, A. Saurv, historycy,
ekonomiści, etnografowie. Redaktorami czasopisma są profesorowie u n i w e r s y t e t ó w

RECENZJE

551

w Aix-en-Provenee i w Tuluzie, Georges Duby i Daniel Faucher. Sekretarzem
redakcji jest bliski współpracownik znanego w Polsce antropologa i etnologa, pro­
fesora College de France, Claude LévinStraussa, kierownik prac w École Pratique,
Isaac Chiva. W rozmowach z naukowcami polskimi zgłaszał on gotowość poświę­
cenia jednego lub nawet dwóch n u m e r ó w czasopisma zagadnieniom wsi polskiej.
Z założeniami czasopisma i jego profilem zapoznajemy się we wstępie do
pierwszego zeszytu, podpisanym przez obu redaktorów. Wysuwają oni przyjętą
dziś również przez naukę polską zasadę badań kompleksowych. Czasopismo ape­
luje w i ę c do historyków, geografów, ekonomistów, socjologów, psychologów i do
agronomów o połączenie w y s i ł k ó w poświęconych studium wsi, grup społecznych
żyjących bezpośrednio lub pośrednio z pracy na roli. Redaktorzy nie zamierzają
ograniczać tematyki „Études" do zagadnień wsi francuskiej, zamierzają udostęp­
nić ł a m y czasopisma naukowcom Europy Zachodniej, krajów śródziemnomorskich
i w miarę możliwości rozszerzać grono swych autorów na dalsze kraje. Czasopismo
ma b y ć organem dyskusji i spotkań n a u k o w c ó w francuskich z zagranicznymi ce­
lem skonfrontowania metod pracy i materiałów. Ma ono uwzględnić w swym programie wydawniczym zarówno t e m a t y k ę historyczną, współczesną, jak i wnioski
perspektywiczne. Redakcja uwzględnia w swych założeniach jak najobszerniejszą
bibliografię krytyczną i materiały informacyjne, zamierza inspirować nowe tematy
badań i w s k a z y w a ć na środki ich realizacji.
Z artykułów zawartych w 3 pierwszych zeszytach kwartalnika z 1961 r. zainte­
resować mogą etnografów artykuły następujące:
E. J u 11 i a r d, Urbanizacja wsi w Europie
pagnes en Europe occidentale), z. 1.

Zachodniej

(L'urbanisation

des

cam-

M. M o s c o v i с i, Osobowość
dziecka i środowisko
rolnicze (Personnalité
de 1'enfant
et milieu rural), z. 1.
M. D a u m a s, Gospodarstwo pasterskie we wschodnim Wysokim Aragonie (Le re­
gime pastoral du Haut-Aragon oriental), z. 3.
P. I d i a r t, Dzierżawa
i ustrój rolny w okręgu Faguibine (Métayage
et regimes
fonciers dans la region du Faguibine), z, 2—3.
Wymienienie tych artykułów nie wyczerpuje zagadnień interesujących etnografa-historyka wsi zawartych w pozostałych artykułach wydawnictwa. Wymie­
niam je jedynie z uwagi na ich ogólny charakter i materiał p o r ó w n a w c z y z za­
kresu metodologii badań.
E . Julliard, jeden z najlepszych w tej chwili na terenie Francji specjalistów
zagadnień osadnictwa wiejskiego, profesor tzw. géographie humaine na uniwersy­
tecie w Strasburgu, podjął się oświetlenia palącego problemu urbanizacji wsi, wska­
zania najwłaściwszych dróg, na jakie powinna ona wkroczyć dla zapewnienia roz­
woju rolnictwa. W tym celu przeprowadza zaraz na w s t ę p i e swego artykułu klasy­
fikację t y p ó w ewolucji stosunków między miastem a wsią. Wyróżnia przykładowo
trzy: 1. miasto żyjące z dochodów z ziemi, charakterystyczne dla południowej F r a n ­
cji, dla zachodniej Nadrenii i przede wszystkim dla nizinnej Langwedocji; 2. mia­
sto „wyspowe" bez przedmieść, jak współczesna Ankara czy starożytny Rzym, jak
również miasta Ameryki Południowej nie m a j ą c e żadnego w p ł y w u na rozwój ich
zaplecza terytorialnego; 3. miasta „urbanizujące" stanowiące centrum i źródło im­
pulsów gospodarczych i społecznych dla okolicznych wsi. Tylko ten trzeci typ
urbanizacji charakterystyczny np. dla Szwajcarii stwarza system trwałych p o w i ą ­
zań pomiędzy urbanizuj ącymi s i ę osadami wiejskimi i najlepiej prowadzi do po­
stępu gospodarczego, do odzyskania w nowych warunkach gospodarczych i społecz­
nych zachwianego systemu równowagi pomiędzy różnymi ośrodkami miejskimi

552

RECENZJE

a urbanizującą się wsią. Muszą być jednak zachowane dwa warunki: 1. istnienie
silnego ośrodka dyspozycyjnego w stolicy regionu dla przekazywania do całego
regionu najrozmaitszych usług; 2. przyjęcie dzięki takiemu układowi stosunków
przez ludność wsi ogólnej kultury i zawodu, który układa 'Stosunki między tą lud­
nością a ludnością miasta na zasadzie równości.
W przyswojeniu nowego stylu życia może przyjść z pomocą odpowiednia poli­
tyka ekonomiczna, poprzedzona szczegółową analizą sytuacji procesu przemian. T u ­
taj geograf może odegrać swoją rolę.
M. Moscovici porusza się w kręgu zagadnień bardzo charakterystycznych dla
zainteresowań nauki zachodniej. Są to zainteresowania problemem kształtowania
się osobowości i jej powiązań z życiem środowiska społecznego i obrazem jego
kultury. Zagadnienia te w y s t ę p u j ą c e od dawna w literaturze antropologicznej (tzw.
antropologii społecznej i kulturalnej), zwłaszcza w nauce amerykańskiej, nie są
obce również nauce francuskiej. W popularnych w tej chwili dla wielu dziedzin
nauki francuskiej (etnografia, antropologia społeczna i kulturalna, tzw. géographie humaine) monografiach terenowych wsi i miasteczek rozmaitych regionów
bardzo często prócz etnografa bierze udział przede wszystkim psycholog. W Polsce
brak nam w tej chwili tak ścisłych powiązań pomiędzy etnografią a psychologią.
O wychowaniu dziecka w środowisku wiejskim pisano u nas stosunkowo częściej
w okresie międzywojennym. M. Moscovici n a w i ą z u j e do prac podjętych w Stanach
Zjednoczonych A. P. na temat tzw. persannalité de base w stosunku przede wszyst­
kim do społeczeństw prymitywnych i do niektórych prac monograficznych francu­
skich, w tym zwłaszcza monografii L . Bernot i R. Blanehard poświęconej wsi
francuskiej, Neuville. Przedstawia zagadnienia stosunku dziecka i środowiska spo­
łecznego, w jakim wzrasta w okresie pierwszych lat życia, okresie przedszkolnym,
szkolnym — szkicując w bardzo ogólnych zarysach sytuację istniejącą we F r a n ­
cji, omawia również kilka przykładów szczegółowych i wysuwa postulat podjęcia
studiów w tym właśnie zakresie.
Artykuł M. Daumas wprowadza w metody pracy nad zagadnieniem specjalnie
żywo interesującym w tej chwili środowisko naukowe polskie — pasterstwa gór­
skiego, zachowanego do dziś na terenie części Pirenejów. Interesują go zagadnie­
nia praw własności pastwisk (samorządowe, prywatne), rola organizacji pasterskich
na terenie dolin oraz specjalny system powiązania rytmu uprawy położonych w gó­
rach pól ;z pasterstwem.
Ostatnia z wymienionych prac umieszczona w dwu kolejnych zeszytach (arty­
kuł P. Idiart) dotyczy charakterystycznych dla niektórych okręgów rolniczych Su­
danu, a obcych innym terenom Afryki, starych s y s t e m ó w dzierżawy roli przynie­
sionych zapewne tutaj wraz z islamem. Jest przykładem jednego z kierunków,
w jakim idą francuskie studia afrykanistyczne starające się odtworzyć istniejący
stan prawny posiadania ziemi i strukturę społeczną wsi afrykańskiej (opartą m.in.
również na zwyczajach różnych grup etnicznych) w przededniu zaplanowanego
zagospodarowania opisywanych regionów.
Pozostałe, nie omówione tutaj artykuły, zamieszczone w 3 zeszytach „Études
Rurales" przedstawiają dużą mozaikę tematów, związanych z historią wsi różnych
okresów historycznych i różnych regionów. Artykuły tego typu zamieszczone w z. 1:
D. F a u с h e r, L'assolement triennal en France, P. de S a i n t - J a c o b ,
Mutations
économiques
et sociales dans les campagnes bourguignonnes
á la fin du XVI s„
o m ó w i o n e zostały w recenzji J . Leskiewiczowej w „Kwartalniku H K M " (R. 10:
1962, n r 1—2, s. 209—211), podobnie jak dwa artykuły poświęcone zagadnieniom
metodyki pracy, granicom stosowalności kalkulacji ekonomicznej do rolnictwa i fo-

RECENZJE

553

tografii lotniczej (J. K l a t z m a n n , Les limites du calcul économique
en agricul­
ture i R. C h e v a l l i e r , Un document fundamental pour l'histoire et la
géographie
agraires: la Photographie aérienne).
Zeszyt 2 przynosi artykuł G . D u b y dotyczą­
cy terenu poł. Alp w X I V w. (La seigneurie et l'économie paysanne. Alpes du Sud,
1938), J . A n n a e r t charakterystykę stosunków we współczesnym rolnictwie Belgii,
nawiązującą zresztą do stosunków dawniejszych od X V I I w. (Repartition
géographiąue des modes de faire — valoir en Belgique) oraz I. С. G . C l o s s - A r c e d u c
o niszczeniu gajów (Sur la destruction du boccage). W z. 3 autorzy cofają się do
problemów kolonizacji rzymskiej, R. C h e v a l l i e r , La centuration et les proble­
mes de la colonisation romaine, R. B o y e r , Un habitat rural gallo-romain ä SaintHermentaire (Commune de Draguignan, Var), m ó w i o uprawie oliwki na wsi Tunisu
(G. G a l y , L e paysan et la technique en agriculture sěche: l'olivette de Sfax) i zno­
wu fotografii lotniczej w zastosowaniu do konkretnych studiów (na przykładzie
bagna —• R. d ' H o l l a n d e r , Le marais poitevin). Uzupełniają rocznik ciekawe
recenzje, noty bibliograficzne i informacje o działalności różnych ośrodków badań
nad wsią (m.in. socjologii i ekonomii wsi holenderskiej i etnografii rolniczej w Nie­
mieckiej Republice Demokratycznej).
Anastazja

Kojdecka

Item sets
Etnografia Polska

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.