Kiedy pan i jego pies słuchają Mozarta/ Barbarzyńca 2009 nr 1 (14)

Item

Title
Kiedy pan i jego pies słuchają Mozarta/ Barbarzyńca 2009 nr 1 (14)
Description
Barbarzyńca - pismo antropologiczne,2009 nr 1 (14), s.57-63
Creator
Bomba, Jacek
Fac-Biedziuk, Katarzyna
Date
2009
Format
application/pdf
Identifier
oai:cyfrowaetnografia.pl:5213
Language
pol.
Publisher
Stowarzyszenie Antropologiczne „Archipelagi Kultury”
Relation
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5607
Rights
Licencja PIA
Text
Kiedy pan i jego pies
słuchają
z Jackiem Bombą

Katarzyna Fac-Biedzm{: ]a\ określiła to Kata­
rzyna Janowska, psychiatra grzebie w ludzkich
duszach, umysłach, a ja przychodzę
rozmawiać
o ciele. . .

Prof. Jacek Bomba: Mój nauczyciel jeszcze
sprzed czasów studiów medycznych, biolog,
farmakolog, profesor Vetulani, wypowiadał się
ostatnio na ten temat w telewizji. Mówił, że
współczesny badacz życia psychicznego, pa­
tologicznego czy nie, właściwie nie ma innego
wyjścia niż przyjąć jedność. Na tym ogólnym
poziomie sprawa jest jasna, na bardziej szcze­
gółowym zaczyna się komplikować. Nie można
dzisiaj myśleć o funkcjonowaniu psychicznym
człowieka w oderwaniu od jego ciała, ale
psy¬
chiatrii przez ciało rozumie się bądź m ó z g

1 (14) P009

BARBARZYŃCA

Mozarta
rozmawia

Katarzyna

Fac - B i e d z i u k

zamknięty w czaszce, bądź pojmowany tak, jak
go rozumiał amerykański neurolog i psychiatra
Damasio - jako całość układu nerwowego, to,
co nami steruje, zarządza żyjącym organizmem.
Jednak j ak rozumiem, to wszystko to nie jest cia­
ło, o którym mowa w fdozofii, psychologii czy
antropologii. Te dyscypliny, mówiąc o ciele, mają
na myśli jego zewnętrzny ogląd - to, co widzimy,
to, co prezentujemy sobą, i to, co postrzegamy
jako nasz wygląd.
Z tym postrzeganiem sprawa jest niezwykle za­
wijana. Ot, choćby z tego powodu, ie pewnych
części własnego ciała nigdy nie widzimy w sposób
bezpośredni, na przykład własne twarz moiemy
ogłądaćgłównie za pośrednictwem lustra.

Katarzyna Fac-Biedziuk

58
Lustro ma jeszcze tę słabość w porównaniu
z portretem malarskim albo rzeźbiarskim, że
jest dwuwymiarowe i płaskie. Malarstwo, przy­
najmniej w tym okresie, w którym korzystało
z perspektywy i budowało przestrzeń dzięki
operowaniu światłocieniem, dawało możliwość
obejrzenia własnej twarzy w przybliżeniu. Istniał
obraz rzeźbiarski, portretowy, ale inne techniki
tego nie umożliwiały. Poza tym zawsze widzimy
odbicie odwrócone. Zawsze zobaczymy twarz
inaczej niż ci, którzy na nas patrzą.
Stojąc przed lustrem, mimowolnie robi się miny.

Patrząc w lustro, widzimy siebie w pewnym
określonym stanie, w pewnej gotowości. Jeśli
wiem, że zaraz spojrzę w lustro, to robię minę.
Nie każdy, przystępując do poznawania, wyma­
zuje swój j u ż wcześniej posiadany obraz całko­
wicie. Może to jest m o ż l i w e . . . Może można się
oczyścić ze wszystkiego jakimiś procedurami.
Nie wiem. Znane jest też zjawisko, że niespo­
dziewane ujrzenie siebie w lustrze wywołuje
szok. Wyobraźmy sobie, że ktoś jest w łazience,
lustro jest zaparowane. W pewnym momencie
pod wpływem ciepła powierzchnia zwierciadła
się odparowuje i nagle ten ktoś, wychodząc spod

P r o f , d r h a b . J a c e k B o m b a - c e n i o n y w kraju i zagranicą lekarz psychiatra, p s y c h o t e r a p e u t a ,
k i e r o w n i k K a t e d r y Psychiatrii W y d z i a ł u Lekarskiego C o l l e g i u m M e d i c u m UJ. Brat udziat w p o ­
w s t a w a n i u Kliniki Psychiatrii D z i e c i i M ł o d z i e ż y - p i e r w s z e j t e g o r o d z a j u placówki w Polsce, o b e c ­
nie k i e r u j e jej działalnością. Jest u c z n i e m l e g e n d a r n y c h postaci polskiej psychiatrii - A n t o n i e g o
Kępińskiego i Marii O r w i d . Z a j m u j e się m i n . b a d a n i e m r o z w o j u i zaburzeń ludzkiej seksualności,
zaburzeń odżywiania, z a g a d n i e n i e m d e p r e s j i i n e r w i c , p r o b l e m a m i d o r a s t a n i a i n i e p r z y s t o s o w a ­
nia społecznego. R ó w n o l e g l e d o badań n a u k o w y c h z a j m u j e się praktyką psychoterapeutyczną,
pracując głównie z młodymi ludźmi. Jest a u t o r e m p o n a d I 5 0 prac n a u k o w y c h , w s p ó ł a u t o r e m
r o z m ó w z D o r o t ą Terakowską

Być rodziną. C z ę s t o z a b i e r a głos w dyskusjach na łamach p i s m

opiniotwórczych. U w a ż a n y jest za a u t o r y t e t w s p r a w a c h dotyczących najaktualniejszych zjawisk
i p r o b l e m ó w środowisk m ł o d z i e ż o w y c h . O s t a t n i o ukazała się k o l e j n a książka w f o r m i e w y w i a ­
d u rzeki

Kim jesteśmy czyli o seksie ( t y m r a z e m pytania zadawała Katarzyna Janowska). Pisze

się o n i m : „ N i e z w y k ł o ś ć Jacka B o m b y j a k o psychiatry p o l e g a na t y m , że potrafi o n , j a k o j e d e n
z n i e w i e l u , połączyć p o z o r n i e niemożliwe d o p o g o d z e n i a p o s t a w y : lekarza wyrastającego z naj­
lepszych tradycji k r a k o w s k i e j szkoły p s y c h o t e r a p i i h u m a n i s t y c z n e j przyjaciela ludzi znającego ich
p r o b l e m y z autopsji
—i 7n,prize m w y b i t n e g o n a u k o w c a t e o r e t y k a nadającego k i e r u n e k r o z w o j u
współczesnej psychiatrii" Z a w s z e m a p r z y s o b i e fajkę

SARBARZVNCA

1 (14)

P009

Kiedy p a n i j e g o pies słuchają Mozarta

prysznica, widzi swoje odbicie i doznaje szo­
ku. To wstrząsające, spojrzeć na siebie, będąc
nieprzygotowanym, i znienacka zarejestrować
swój własny obraz. Nie miała pani takiego do­
świadczenia, że zobaczyła się pani w lustrze, nie
spodziewając się, że ono tam jest?
Miałam.

Inie poznałam siebie.

Mnie też się to zdarzyło i bardzo dobrze to
pamiętam. Stałem w windzie, światło padało
z góry, byłem ocieniony - w kapturze. W pew­
nym momencie odwróciłem głowę. Tam było
lustro, takie szarawe, i nagle zobaczyłem zu­
pełnie innego człowieka. Nie poznałem siebie.
W psychiatrii opisano inne zjawisko związane
z obcością własnego ciała, które nazywa się dysmorfofobią albo depersonalizacją somatyczną.
Polega na poczuciu, że ciało się zmienia, że coś
się dzieje z twarzą, że nos się wydłuża. W nie­
których sytuacjach zdarza się nawet, że człowiek
ma poczucie, iż zmienia się jego płeć, zmieniają
się genitalia. Częściej zresztą mężczyźni mają
poczucie że stają się kobietami n i ż odwrotnie
I weryfikacja w lustrze to potwierdza. Siła zmia
ny wewnętrznego obrazu ciała jest tak duża że
informacia z zewnątrz me iest orzyimowana nie
koryguje tego poczucia zmiany.
Podobnie jest chyba z osobami cierpiącymi na
anore\sję, które widzą w lustrze ogromny brzuch,
zwalistą, ociężałą postać, mimo tego, że drastycz­
nie tracą na wadze.

Trzeba sobie uświadomić, że lustro tu nie
istnieje, ono jest j u ż w głowie. Zaburzenia po­
strzegania ciała są zaburzeniem bardzo ważnej
funkcji. Niezależnie od tego, czy człowiek w i ­
dzi się w lustrze tak, jak widzą go inne osoby,
czy nie, to i tak każdy ma obraz własnego ciała.
Ten obraz nie zawsze jest do końca uświado­
miony i konsekwencją tego są choćby zjawiska
fantomowe: gdy człowiek straci nogę albo rękę,

1 (14) P009

BARBARZYŃCA

59
to może wciąż ją czuć, ponieważ nie została
usunięta z obrazu wraz z amputacją. Obraz
pozostaje. Nie do końca wiemy, gdzie i jak to
się dzieje, ale ten obraz jest.. Bywa, że ulega
zaburzeniu także bez obcięcia ręki czy nogi.
To, o czym pani mówi, obserwuje się zwłaszcza
w zaburzeniach anorektycznych typu restrykcyj­
nego. Osoby wychudzone, nawet wyniszczone,
0 bardzo niskim wskaźniku masy ciała, mają
subiektywne poczucie, że są większe i pełniej­
sze. To można sprawdzać, nie w ten sposób, że
się słucha ich wypowiedzi, gdy obserwują siebie
w lustrze - „O, patrz, jaka jestem gruba!" - ale
prosi, żeby narysowały swoją sylwetkę na ścianie
lub na kartce. Rysują ją o wiele większą, szerszą,
grubszą n i ż ich rzeczywista sylwetka.
Abstrahując od zaburzeń postrzegania własnego
ciała, niekiedy zdarza się tak, że możemy czuć
zdziwienie własnym wyglądem. Patrzę w lustro
1 myślę sobie, że przecież ja wyglądam
inaczej.

zupełnie

Jest tak dlatego, że proces oglądania swoje­
go odbicia czy swojej postaci na fotografii jest
związany z tym, jak ja sobie siebie, mówiąc naj­
ogólniej, wyobrażam. Ale wyobraźnia nie jest
dobrym określeniem, ponieważ wyobraźnia to
coś, czego jestem świadom. Mam jednak jakiś
wewnętrzny obraz siebie i potrafię zidentyfiko­
wać się na zdjęciu albo w lustrzanym odbiciu.
Na ogół jest tak, że kiedy idę do fotografa, by zro­
bić sobie zdjęcie do paszportu, i je odbieram, to
wiem, że to jest moje zdjęcie, lecz nie wydaje mi
się wielce nieprawdopodobne, że ktoś wcisnąłby
mi zdjęcie kogoś innego. A ja przyjąłbym je poJY

&

& •

)

f

1)1

1

)•>f

nieważ wydawałoby mi się, że to zdjęcie musi tak
wyglądać: bo jest zrobione bez retuszu bo musi
być pokazane lewe ucho profil trzy czwarte itd
Na ogół rzadko siebie oglądamy w ten sposób
i nie mamy takiego obrazu. Mogę sobie wyobra
zić sytuacl ze orzyimuie zdiecie mężczyzny
w podobnym wieku i podobnej budowy nie

60
rozróżniłbym tego, podobnie jak mam kłopoty
ze zidentyfikowaniem się na zdjęciach zbioro­
wych. Jeżeli potrafię się wówczas rozpoznać, to
najczęściej po tym, że pamiętam, gdzie stałem,
albo po tym, że rozpoznaję właściwy sobie układ
ciała: stoję lub siedzę w taki czy inny sposób.
Natomiast układ twarzy znam znacznie gorzej.
To inni rozpoznają mnie po twarzy. Kwestia
rozpoznania siebie jest związana z obrazem
wewnętrznym.
I teraz pojawia się drugi problem, który jest już
na pograniczu psychologii i psychiatrii - mamy
obrazy realny i idealny, życzeniowy. Odnosząc
się do obrazu idealnego, jako nie swoje odrzu­
camy zdjęcie, na którym wyglądamy inaczej. W
tym wypadku - tak j ak wyglądamy rzeczywiście.
Malarz namalował mnie zupełnie niepodobnie
nie dlatego, że zrobił obraz kubistyczny czy
w inny sposób odległy od realizmu, tylko dlate­
go, że on nie odpowiada mojemu wyobrażeniu
i mojemu życzeniu. To jest konsekwencja naszej
współczesności kulturowej. Pewna dowolność,
autorstwo własnego obrazu, jest cechą naszej
cywilizacji. Ponowoczesność umożliwia nawet
kompletną, autorską kompozycję tożsamości.
Jest trochę tak, że j esteśmy przekonani od co naj mniej pięćdziesięciu lat, że możemy być wiecz­
nie młodzi, gładcy, niepomarszczeni, że nic nie
będzie się garbiło, nie będzie nic zwisało spod
szyi itd. Proces starzenia się tkanek i wynikające
z tego zmiany aparycji są trudne do przyjęcia.
Pewnie dlatego tak szalenie popularna jest chi­
rurgia plastyczna („estetyczna"), kształtowanie
siebie (body sculpting), dowolność budowania
różnych elementów własnego ciała i tworzenia
swojego wyglądu na nowo. Możemy znaleźć
na świecie przykłady osób, które całkowicie się
konstruują za pomocą chirurgii.
Chodzi tu o dostosowywanie się do jakiegoś
idealnego wyobrażenia. Nie jest to bynajmniej
nowe zjawisko, lecz obecnie ma cechy nurtu,
który, jeśliby go nazwać religijnym, stanowiłby

Katarzyna Fac-Biedziuk

religię bez Boga. Opiera się na założeniu, że
wszystko można osiągnąć: smukłą sylwetkę,
wieczną młodość... Wszystko mogę mieć. Kie­
dyś cechą kultury była zgoda na to, że trzeba
zaakceptować pewne rzeczy i trzeba przyjąć to,
na co się nie ma wpływu, czego się nie zmieni.
Dziś powoduje to frustrację i nie jest częścią po­
wszechnej świadomości.
Interesuje mnie kwestia pana kontaktu z pacjen­
tem. Zapewne pana pacjenci często

doświadczają

stanów, \tóre są trudne i do zwerbalizowania, i do
zrozumienia, również

przez lekarza. Czy ciało

bywa tu pomocne?

Ja nie lubię pojęcia „rozumieć".
Dlaczego?

Pracuję głównie z młodzieżą, a młodzież,
zwłaszcza ta adolescencyjna, u ż y w a pojęcia
„rozumieć" w znaczeniu akceptacji, zaś akcep­
tację pojmuje jako zgodę na wszystko, łącznie
z całością zachowań. To nie zawsze jest moż­
liwe. Staram się być otwarty na dialog, na do­
strzeganie reakcji i sposobu myślenia, percepcji,
przeżywania drugiego człowieka. Bez osądza­
nia, formułowania swoich poglądów, sterowania
sprawą. Natomiast poznanie kogoś innego, także
pacjenta, to niezwykle istotna kwestia. Jaki we
mnie powstaje obraz drugiego człowieka, to jest
sprawa zawsze niezwykle skomplikowana, po­
nieważ moje rozumienie kogoś innego składa się
zawsze w ogromnej mierze z tego, czym ja sam
jestem, co sam do tej relacji wnoszę.
Staram się nie popełniać takich błędów, ja­
kie popełniali pierwsi antropolodzy kulturowi.
Doświadczenie Malinowskiego jest dla mnie
doświadczeniem znaczącym. Gdy Malinowski
siedział na Trobriandach i rozmawiał ze swoimi
informatorami, nie znając dobrze ich języka,
zbudował bardzo interesujące koncepcje, które

BARBARZYŃCA

1 (14) P009

Kiedy p a n i j e g o pies słuchają Mozarta

ja bardzo lubię i często się nimi posługuję. Ale
jestem świadom tego, że on nigdy nie rozstrzy­
gnął problemu, czy jego rozmówcy informowali
go w sposób rzetelny. A przez rzetelność rozu­
miem tu pełnię wiedzy. On miał bardzo małe
możliwości oceny, gdzie jest granica prawdy.
Gdzie jest granica tego, o czym Trobriandczyk
mógł z Polakiem czy Anglikiem rozmawiać.
Są rzeczy, o których nie m o ż n a r o z m a w i a ć
z powodów tabuistycznych. Każdy ma swoje
tabu. Jestem świadom tego, że człowiek, który
wchodzi ze mną w interakcję i przedstawia mi
swoją opowieść, konstruuje ją w sposób wynika­
jący z jego możliwości werbalizacji, rozeznania
własnych stanów, ale także szeregu osobistych
tabu, których nie mogę znać, bo nie mam takiej
możliwości - to jest zawsze indywidualne. Przez
tabu rozumiem zakaz, którego przekroczenie
rozwala konstrukcję niezbędną dla rozumienia
świata. Powinienem o tym wiedzieć i poruszać
się w przestrzeni, którą wyznacza wypowiedź
pacjenta. Rozmowa może przebiegać w rozma­
ity sposób. Bywa, że pacjent j u ż na pierwszym
spotkaniu ma jakiś obraz tego, po co przyszedł,
ma jakąś motywację albo antymotywację: został
nakłoniony albo mama go przyprowadziła, choć
nie chciał, itp. Bywa, że sam zaczyna mówić. Ta
wypowiedź może służyć porozumieniu, przy­
bliżeniu siebie i swoich problemów osobie, do
której się zwraca. Ale bywa i tak, że jest zasłoną.
To też jest informacja, którą mogę wykorzystać
do nawiązania kontaktu, i tak się najczęściej
dzieje.

61
gradowa, tak że wszystko dookoła ciemnieje, to
może być albo wściekły, albo depresyjny, cho­
ciaż o tym nie mówi. Opowiada, że dzisiaj czuje
się znakomicie i wydaje mu się, że jest piękny
dzień. Można zobaczyć też elementy, które są
w pewnym rozdźwięku. Istnieje coś takiego jak
spójność ekspresji i treści - brak takiej spójności
albo pewne szczególne zestawienia też są dla
mnie informacją o stanie psychicznym człowie­
ka, którego badam. Najtrudniej jest wtedy, kie­
dy kontaktu nie ma, kiedy jest to, co psychiatria
nazywa stuporem - człowiek wchodzi, staje jak
słup soli, w ogóle się nie odzywa, nie ma eks­
presji werbalnej, mimicznej, ruchowej i wtedy
badanie jest wyłącznie ograniczone do badania
przedmiotowego. Można poznać sytuację, moż­
na poznać człowieka, można poznać jego stan.
To jest inna jeszcze kwestia psychiatrii: są róż­
nice albo granice, albo wzajemne przeplatanie
się ocen stanu, bo stan trzeba ocenić. Jest tak, że
oczywiście psychiatria ma za zadanie - odwołam
się do terminu, którego użył Kępiński - poznać
chorego. Poznanie jest procesem, który trwa.
Kępiński twierdził, że proces poznania każdego
pacjenta pozwala mu także poznać lepiej siebie.
I ciało też ma w tym oczywiście swój udział.
Kusi mnie, ieby w kontekście tych

rozwaiańporu­

szyć jeszcze jeden wątek- Chodzi o pierwszy człon
nazwy dyscypliny, \tórą pan profesor się zajmuje
- o psyche. Czy dzisiaj w ogóle wypada pytać o du­
szę? Ja\ to wygląda z pańskiej perspektywy? Czy
rzeczywiście jest tak, jak twierdzi M. Geier, że du­
sza jest obecna jedynie jakp etymologiczny siad?

A to, o czym rozmawiać

się nie da?

Jestem wychowany w takiej psychiatrii, która
uważa, że badanie prócz rozmowy zawiera też
to, co się nazywa badaniem przedmiotowym, to
znaczy obserwację zachowania, czyli komuni­
kację pozawerbalną. Zatem biorę pod uwagę, że
gdy ktoś wchodzi do mnie zgarbiony, jak chmura

1 (14) P009

BARBARZYŃCA

To jest bardzo trudne pytanie, nie podejmę się
odpowiedzi. Mogę jedynie rozważać. Nie sądzę,
aby psychiatria miała w tym względzie jedną
odpowiedź. Nieprzypadkowo u ż y w a m terminu
„funkcjonowanie psychiczne" czy „czynności
psychiczne". Robię to, żeby mieć jasne i wyraźne
określenie przedmiotu swoich działań. Chociaż

Katarzyna Fac-Biedziuk

62
i tak, gdy weźmiemy do ręki współczesne pod­
ręczniki, to m o ż n a z a u w a ż y ć , że angielskie
pojęcie mental - większość międzynarodowych
uzgodnień redaguje się w języku angielskim jest tłumaczone na język polski jako „psychicz­
ne", a powinno być „umysłowe". Jeszcze 50 lat
temu różnica w myśleniu pomiędzy północ­
ną szkołą psychiatrii polskiej, reprezentowaną
przez profesora Bilikiewicza, a szkołą południo­
wą, reprezentowaną przez profesora Kępińskie­
go, wyrażała się tym, że klinika psychiatrycz­
na w Gdańsku nazywała się Kliniką Chorób
Umysłowych, a klinika krakowska nazywała się
Kliniką Psychiatryczną - w odwołaniu się do
psyche i tatros- lekarz. Profesor Kępiński zaczy­
nał swoje wykłady od takiego etymologicznego
wyjaśnienia. Natomiast trzeba również zdać
sobie sprawę z tego, że pojęcie duszy w języku
polskim jest tożsame z jednej strony z tym, co
spirytualistycznie czy też religijnie rozumiane
jako część tchnięta przez Boga w akcie stworze­
nia opisanym w Księdze Rodzaju, a z drugiej
strony z czynnościami umysłu, ale także i inny­
mi aspektami mózgu. Chodzi tu o coś, co Freud
nazywał aparatem psychicznym człowieka sto
lat temu. W angielskim i niemieckim jest inny
termin językowy na określenie duszy w rozu­
mieniu spirytualnym, w polskim jest to zatarte.
Angielski jest dziś wszechobecny...

galimatias i zamieszanie. Natomiast psychiatria
wyraźnie ustaliła - co znajduje wyraz w odpo­
wiednim oświadczeniu wydanym przez W H O
- że możemy mówić o czterech wymiarach funk¬
cjonowania człowieka: cielesnym, społecznym,
psychicznym i duchowym. Zastrzega się, że
zdrowie wymaga dobrego funkcjonowania we
wszystkich tych wymiarach bądź też, w innym
ujęciu, wymaga wykorzystania swoich możli­
wości i zaspokojenia potrzeb rozwojowych na
tych czterech płaszczyznach. Traktuje się je na
równi. Myślę, że nie da się uniknąć redukcjonistycznych spojrzeń, lecz dusza nigdy nie znik­
nęła z myślenia całkowicie. To pojęcie mogło
być mniej modne, mogło mniej przebijać się do
pojawiających się publikacji, mniej funkcjono­
wać w książkach będących aktualnie w obiegu,
ale zawsze istniało.
Przeczytałam

niedawno w którymś z pism po­

pularnonaukowych, że neurobiologiczne metody
badania ośrodkowego

układu nerwowego wyka­

zały, iż psychoterapia powoduje takie same zmiany
biologiczne w mózgu i całym ośrodkowym

dzie nerwowym pacjenta jak leki psychotropowe.
Ciekawe...

Co w tym wydaje się pani takie ciekawe?
Dochodzenie do obserwowałnych

zmian w mó­

zgu, w ciełe za pomocą dwóch zupełnie

To jest przyczyną jeszcze większego termi­
nologicznego zagmatwania. Biorąc pod uwagę
poważny wpływ języka angielskiego na polski,
obecnie wszędzie tam, gdzie wcześniej była
mowa o „psychicznym", teraz za angielskim
pojawia się przymiotnik „psychologiczny". No,
to w ogóle nie ma większego sensu. Ponieważ
psychologiczne nie istnieje w naturze, psycho­
logiczne to jest to, co opisuje nauka zwana
psychologią. Natomiast psychic w angielskim
oznacza po prostu szaleństwo. Powstaje słowny

ukła­

odrębnych

dróg. Tu farmakologia, tu rozmowa - specyficzna
co prawda, ale rozmowa. To może moje postrzegan le świata - ajednaki - za pomocą dualistycznych
kategorii.

To, co na ten temat zostało powiedziane,
dotyczy depresji i konkretnie odwołuje się do
określonego konstruktu teoretycznego wyja­
śniającego jej biologiczny mechanizm. Ta kon­
cepcja mówi, że depresja jest wyrazem deficytu
serotoniny w pewnych określonych częściach

BARBARZYŃCA

1 (14) P009

Kiedy p a n i j e g o pies słuchają Mozarta

mózgu i leczenie farmakologiczne jest ewident­
nie nakierowane na to, aby tę ilość serotoniny
podnieść. No i udało się stworzyć takie leki, któ­
re docierają tam gdzie trzeba i wywołują efekt,
który można zobaczyć. M o ż n a wówczas powie­
dzieć, że wiąże się z tym także pewna zmiana
w ogólnym obrazie - depresja się zmniejsza.
Badania, do których się pani odwołuje, są rze­
czywiście ciekawe, bo mówią, że określone
postępowanie psychoterapeutyczne, specjalnie
opracowane do leczenia depresji (psychotera­
pia poznawcza), rzeczywiście nawet szybciej
n i ż leki powoduje wzrost serotoniny w tych
okolicach mózgu. Jednak nadal bez odpowie­
dzi pozostaje pytanie o zależności pomiędzy
przekaźnictwem, (szybkością przekazywania
informacji czy poziomem aktywności ośrodka
mózgowego) a stanem psychicznym i o kie­
runki tej zależności. Może jest to, jak zakłada
podejście systemowe, zależność cyrkularna?
To znaczy nie przyczynowo-skutkowa, jedno­
kierunkowa ani nawet zwrotna - jak w ujęciu
Newtona. Wracamy teraz do ciała. Umysł ludz­
ki z trudem pojmuje cyrkularność; albo nam
wygodniej, albo po prostu mamy taką strukturę
mózgu, że prościej pojmujemy zależność jed­
nokierunkową n i ż złożoną. Byłoby to ograni­
czenie wynikające z naszego ciała.
A gdzie jest dusza?

Nie ma jasnego rozstrzygnięcia z perspek­
tywy nauki - a w każdym razie medycyna nie
powinna zajmować stanowiska w tej sprawie,

1 ( 1 4 ) nn

BARBARZYŃCA

63
bo nie ma dostępu do metod pozwalających zaj­
mować się zagadnieniem - czy życie psychiczne
pozostaje w j akimkolwiek związku z wymiarami
metafizyczno-nadprzyrodzonymi, to znaczy czy
dusza warunkuje istnienie życia psychicznego,
czy nie. Można tylko dowodzić, że życie psy­
chiczne odbywa się za pośrednictwem mózgu
(czyli ciała). I tu zaczyna się robić ciekawie, bo
badania z zakresu tak zwanej neurobiologii rze­
czywiście to potwierdzają. Trzydzieści lat temu
Eccles mówił, że nie da się samoświadomości
wyśledzić za pomocą badań obrazowych czyn­
ności mózgu i można uważać, że jest ona taką
aktywnością, która może być uznana za dowód
na istnienie duszy. Ale badania posunęły się do
przodu i te obserwacje, na które powołuje się
Eccles, są wysuwane dzisiaj jako argument, że
samoświadomość nie ma ośrodka (to znaczy, nie
udaje się znaleźć jąder samoświadomości albo
też układu samoświadomości).
Obrazowy przykład Ecclesa polegał na przed­
stawieniu wyników badań aktywności mózgu psa
i jego pana, kiedy obaj słuchają Mozarta. Można
zidentyfikować wówczas aktywność ośrodków
rejestracji, analizy, przyjemności. Okazuje się,
że są takie same. Nic nie wskazuje na aktywność
ośrodków odpowiadających za - zakładaną tylko
u człowieka - świadomość słuchania Mozarta
i świadomość przeżywanej przy tym przyjem­
ności. To wspiera hipotezę, że samoświadomość
jest wyrazem aktywności zorganizowanej cało­
ści. Mózgu.
Dziękuję

z

a

rozmowę.

Item sets
Barbarzyńca

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.