-
Title
-
Budlewo / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.1-2
-
Description
-
Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.1-2; s.209-212
-
Creator
-
Jackowski, Aleksander
-
Date
-
2004
-
Format
-
application/pdf
-
Identifier
-
oai:cyfrowaetnografia.pl:5008
-
Language
-
pol
-
Publisher
-
Instytut Sztuki PAN
-
Relation
-
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5388
-
Rights
-
Licencja PIA
-
Text
-
ALEKSANDER JACKOWSKI
Budlewo
Myślę ze smutkiem o sztuce ludowej, wykreowali
śmy taki piękny mit jej doskonałości, więzi z rodzimy
mi tradycjami, że serce się kraje, kiedy obserwujemy
jak ginie w rodzimym środowisku, pozostawiając po
sobie pamiątki w najlepszym rodzaju, cepeliowskie.
A le proces przemian w kulturze wsi jest nieuchronny
i zrozumiały. Zrozumiałe są też wysiłki, by ten proces
osłabić, zachować co się da z um iejętności przekazy
wanych w tradycji lokalnej z pokolenia na pokolenie,
zachować pamięć zwyczajów, obrzędów. Żywe są one
jeszcze tam, gdzie istnieją sprzyjające bodźce społecz
ne i religijne, ambicja środowiska. Nie przypadkiem
strój, obyczaj, folklor najsilniej są zachowane na Pod
halu, w którym od czasów Chałubińskiego i W itkiew i
cza szczególnie m ocna jest świadomość odrębności
i wartości swej kultury. Kiedy mnie ktoś zapyta - kim
jesteś? - nie wpadnie mi na myśl powiedzieć Mazowszaninem, czy nawet warszawiakiem. A le góral bez wa
hania odpowie, i to z dumą, iż jest góralem. Ponieważ
to go wyróżnia. Zrozumiałe jest więc przywiązanie gó
rali do swej gwary, stroju, nawet wtedy gdy jest on n o
szony tylko w święta lub w szczególnych okoliczno
ściach. Strój wciąż jeszcze wyróżnia, określa. Kiedy
w czasie swej wizyty w kraju papież miał przyjechać na
Podhale górale chcieli go powitać w całej gali. N a wie
le miesięcy wcześniej sprowadzono z Czechosłowacji
białe sukno, krawcy i hafciarki pracowali bez wy
tchnienia zdobiąc portki parzenicami, a także gorsety
i serdaki. M otywacja patriotyczna wiązała się z religij
ną. Istniały więc powody by podtrzymać tradycję.
Ważne. Powód taki, związany z ambicjami parafialnej
społeczności, istnieje też w Spicymierzu. Strój regio
nalny zanikł, ale pozostał zwyczaj sypania kwiatowych
kobierców, po których kroczy procesja. Kobierców,
w których każda rodzina stara się ułożyć najładniejszy
motyw. A m bicja parafii wiąże się z rywalizacją rodzin
ną. Motyw rywalizacji wsi występuje w procesji z koro
wodem w ieńców dożynkowych w Krasnobrodzie,
musztrach Straży Grobowych w Gródku czy Radomy
ślu. Zwyczaje te wyróżniają, stanowią przedmiot dumy,
satysfakcji, podtrzymywanej przyjazdem gości, ogląda
jących i filmujących imprezy, reportażami w koloro
wych magazynach.
Rola księdza proboszcza jest w tych sytuacjach nie
do przecenienia, ale jego intencje tylko wtedy są po
dejmowane przez wiernych, kiedy wiążą się z am bicja
mi, rywalizacją, dumą lokalną. Tam jednak, gdzie nie
238
ma takich bodźców, a dominuje kultura seriali, telewi
zyjnej tandety, nawet najbardziej szlachetne inicjaty
wy kończą się fiaskiem. Po wojnie ksiądz Mieszko
w Kadzidle nie mógł powstrzymać zaniku stroju kur
piowskiego, choć żądał by pary nowożeńców były tak
odziane, jak dawniej zwyczaj nakazywał. Pół wieku
później minister kultury Zdzisław Podkański ufundo
wał z własnej kiesy, kostiumy regionalne dla młodej
pary biorącej ślub. Bardzo się martwił, że jego inicjaty
wy nie podjęto
Nieraz mnie pytają, co robić by nie znikła sztuka
ludowa, jak ją podtrzymywać. Jest, czy jej nie ma? Co
robić? W łaśnie na to pytanie chciałbym odpowiedzieć
relacjonując wydarzenie, które miało miejsce w Budlewie, wsi podlaskiej leżącej między Łapami a Brań
skiem, w pobliżu Białej Podlaskiej. Tam właśnie znaj
duje się dom państwa Formanowiczów. Prawdziwy ich
dom, taki z którym się identyfikują. Ukochany,
w pięknej przestrzeni, nieopodal siedziby m atki pani
Anny. To jest jej rodzinne miejsce, ale znalazł w niej
też swą “małą ojczyznę” także pan M aciej, urodzony
we wsi wielkopolskiej. Tu w Budlewie, państwo Formanowiczowie, odpoczywają po całej pracy w O stro
wie Mazowieckim. Dom, który tam mają, jest by tak
rzec, roboczy. Pan M aciej bowiem tutaj pracuje,
z Ostrowa włada swoimi fabrykami mebli (“Forte”)
w kraju, a także na Ukrainie i w Rosji. Tu leczy ludzi
i kieruje swoją kliniką osteoporozy pani A nna, tu ist
nieje założona przez nich fundacja AMF, świadcząca
pom oc miejscowej młodzieży. Dzięki fundacji dzieci
z Ostrowa wyjeżdżają na wakacje, grupa potrzebującej
młodzieży dostaje stypendia, ułatwiające naukę (waru
nek - dobre oceny). Fundacja zaprasza na spotkania
interesujące osoby, np. poetę Ks. Jana Twardowskiego.
Fundacja zamierza stworzyć w Budlewie D om Spokoj
nej Starości, dla twórców ludowych. W łaśnie ta przy
czyna stała się zaczątkiem naszej znajomości. Na po
czątku byłem nieufny, cóż ja mogę mieć wspólnego
z kapitalistami? A le szybko zmieniłem zdanie, zaczą
łem państwa Formanowiczów cenić jako ludzi mą
drych, wrażliwych, autentycznych. Są bowiem sobą,
nie ukrywają, że urodzili się na wsi, że to jest miejsce,
które szanują i kochają. Bliska jest im sztuka, daje rze
czywistą satysfakcję. M ają piękne obrazy (Boznańska,
Ruszczyc), które są im bliskie. Sztukę współczesną re
prezentuje obraz Zdzisława Beksińskiego. Chodzą do
opery, na koncerty (ulubiony B eethoven). Ale to, co
ujęło mnie szczególnie, kiedy poznałem ich dom, to
brak ludowego chłamu, miernych rzeźb, cepeliow
skich wyrobów. M ają jednak bardzo przez nich cenio
nego Rom ana Śledzia. Kilkanaście rzeźb dobrych, kil
ka znakomitych. To mnie do nich bardzo zbliżyło.
Rzeźby Śledzia stały, gdy przyjechałem do Budlewa na
parapetach okien, na kominku.
Budlewo zachwyciło mnie. Z okien domu - jak
z latarni morskiej - roztaczał się widok na łąki, pola,
las majaczący z dala. Trudno nie poddać się urokowi
Jacek Olędzki ♦ CICHO I GŁOŚNO
tego miejsca, urodzie każdego szczegółu, pięknu drzew,
krzewów, kwietnych rabatów.
Jesienią 2003 roku otrzymałem zaproszenie:
“ Szanowni Państwo! O d wielu lat moja żona A n
na i ja staramy się stworzyć w Budlewie miejsce, które
będzie przypominać pradziadków, dziadków i rodziców
pracujących na roli. M iejsce, które pozwoli nam wró
cić pamięcią do czasów dzieciństwa, i jeżeli nie czasów
dzieciństwa, to przynajmniej spędzonych tu wakacji,
a naszym dzieciom, wnukom pozwoli poznać często już
zapomniany klimat i charakter domu ich przodków,
pozwoli na chwilę refleksji.
Dziś mamy nadzieję, że przyszła pora przedstawić
efekty tej pracy. Chcemy pokazać zabudowania stare
go gospodarstwa, w którym cały szereg elementów po
chodzi z naszych rodzinnych zagród, w tym również
starą kuźnię, w której kowal będzie kuł podkówki na
szczęście. Centralnym punktem będzie otwarcie wy
stawy pt. Len w naturze i sztuce. Przygotowaliśmy
również drugą wystawę o tematyce blisko związanej
z podlaską wsią. (...) Bardzo się będziemy cieszyć, jeże
li przyjedziecie Państwo w stroju ludowym, charakte
rystycznym dla bliskiemu Waszemu sercu, regionu. To
oczywiście pewna trudność, więc może choć elem ent
tego stroju?
Cała impreza odbywać się będzie na wolnym po
wietrzu i pod namiotami. Prosimy, pam iętajcie pań
stwo o zabraniu cieplejszego okrycia i parasola.
A nia i M aciej Formanowiczowie”
Uwaga była słuszna, dzień od świtu był okropny,
deszcz, wiatr, co i raz wzmagający się. Zerwał dekora
cje ze sceny, szarpał płachtą wielkiego namiotu, tak że
siedząc w nim czuliśmy się jak na żaglówce miotanej
wiatrem. O dziwo, mimo tak złej pogody goście przy
jechali. Blisko 35 0 osób. Z Ostrowa, Białej Podlaskiej,
Warszawy, a nawet z Poznania. Byli też miejscowi,
wszyscy ubrani, jak na ślub, w czarnych garniturach.
Poważni, ale bez żon. N atom iast goście z miasta wyglą
dali jakby ich przywieziono z planu filmowego. Koloro
wi, wielu z nich w strojach wypożyczonych z muzeów,
teatrów, zespołów pieśni i tańca a może i własnych, za
chowanych na pamiątkę. Elita środowiska medyczne
go stolicy wyglądała zachwycająco. Panie z gracją no
siły gorsety, wyglądały piękniej niż w miejskich kre
acjach. Przynajmniej setka przybyłych wystąpiła w lu
dowych kostiumach, inni nosili kolorowe szarfy, wrę
czane przy wejściu. Gospodarz, solidnej postury, wy
glądał fantastycznie w stroju szamotulskim. Nosił go
zawadiacko, przechylając czerwoną “krakuskę” na gło
wie. Pani A nn a miała oczywiście strój podlaski, ale jej
matka, poważna, wzruszona kobieta, ani myślała się
przebierać. Stroje, których się bardzo obawiałem (ludomania!) wyglądały znakomicie. Widziałem w nich
wyraz serdecznej pamięci, zabawy, a może i sentym en
tu. To było święto gospodarzy, ich pokłon przeszłości,
tradycji, a przede wszystkim rodzinie. Było pięknie,
serdecznie, tak, że nawet nie przeszkadzała pogoda,
239
ani występy artystów. Grała na “mazowszański” sposób
ludowa kapela. Kulminacją stało się otwarcie skanse
nu, wystaw. Zebrano się przed wielką stodołą. W niej
znajdowała się najważniejsza wystawa, przedstawiają
ca proces produkcji lnu. Dźwierze były zamknięte,
lniana szarfa czekała na przecięcie. Nadbiegł ksiądz,
wielkim kropidłem pom achał nad naszymi głowami
i stanął gotów do dalszych działań. Zbliżali się powoli
matka pani Anny w otoczeniu równie jak ona wieko
wych kobiet. Podszedł ojciec Gospodarza, który przy
jech ał z rodziną na tę uroczystość - oni, rodzice byli
bohaterami. Wszystko było im dedykowane. To było
wzruszające, łzy, nie tylko mnie pociekły po policz
kach, gdy matka pani A n i przecięła nożycami wstęgę.
Len był kiedyś rozpowszechniony w Budlewie.
A m bicją pani doktor jest przywrócić jego produkcję,
ale to nie takie proste... zaczęła od pokazania procesu
wyrobu tkanin lnianych. W drugiej stodole czy oborze
wystawiono wełniane i lniane tkaniny dwuosnowowe,
pożyczone ze zbiorów muzealnych. Z satysfakcją za
uważyłem prace młodych tkaczek z Wasilkówki, które
otrzymały kilka tygodni wcześniej nagrody na konkur
sie sztuki ludowej w Częstochowie. W kuźni kuto podkówki, w wybudowanym domu oglądaliśmy izby z tra
dycyjnym wyposażeniem, charakterystyczny ogródek.
Na środku placu, przed gankiem znajdowała się stud
nia z żurawiem, wspartym o konary żywego drzewa.
Ale dla mnie szczególnie atrakcyjny był świrunek, m a
ły budynek, w którym urządzono wystawę rzeźb R o
mana Śledzia. Ale jak urządzono! Znakomicie oświe
tlona, profesjonalnie, jak w najlepszych kolekcjach
sztuki, czterdzieści rzeźb ustawionych na brązowych
słupkach takiej wysokości, by każda rzeźba miała swój
właściwy horyzont. Nigdy nie widziałem tak dobrze
eksponowanych rzeźb, w żadnym muzeum. Napatrzyć
się nie mogłem. Śledź, który przyjechał na tę uroczy
stość był zachwycony. Powiedział mi, że po raz pierw
szy zobaczył swoje rzeźby właściwie pokazane. O nim
samym nie chcę wiele mówić, dodam tylko, że wciąż
porusza mnie ładunek em ocjonalny jego rzeźb. Pyta
nia: ludowy? nieludowy? wydają się bezzasadne. To po
prostu znakomity rzeźbiarz., w swoim rodzaju i abso
lutnie profesjonalny
Opisuję imprezę, ponieważ znajduję w niej to, co
wydaje mi się najważniejsze w stosunku do sztuki lu
dowej, do ludowej kultury, do tradycji. Jak to w skró
cie wyrazić? Bardzo prosto: szacunek i pamięć. Szacu
nek dla przeszłości, dla kultury, z której wyrosła więk
szość naszego społeczeństwa. Szacunek dla rodziców.
Szacunek dla prac jeszcze dziś powstających, warto
ściowych, autentycznych. Pamięć tego, czym była
dawna kultura chłopska, obszar jej duchowości, uroda
obrzędów, zwyczajów, świąt.