Gesty życzliwości / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.1

Item

Title
Gesty życzliwości / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.1
Description
Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.1, s.76-79
Creator
Olędzki, Jacek
Date
1995
Format
application/pdf
Identifier
oai:cyfrowaetnografia.pl:2770
Language
pol.
Publisher
Instytut Sztuki PAN
Relation
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2966
Text
Gesty życzliwości
Jacek Olędzki

Jeśli nic cię nie pociesza
załóż glany, skop depesza
(przystanek autobusowy
przed Hotelem Europejskim)
- Cztery dni pana żywiłam! O tym niezwykłym fakcie dowiedzia­
łem się wkrótce po pamiętnym dla polskich kibiców piłki nożnej
dniu... klęski. Wyznanie o żywieniu mnie, wypowiedziane z prze­
chwałką i zarazem wyrzutem przed gromadką słuchaczy, pochodziło
od jednej z młodych dam Murzynowa zaangażowanej ze swym
mężem w budowę własnego domu. Istotnie, ku memu zadziwieniu
w dniach poprzedzających w 1992 roku historyczny mecz Hiszpania-Polska, przynoszono mi w kaneczce prawdziwe smakołyki.
Pomiętnego dnia dostałem aż kilkanaście oładków z jabłkami. Nie
trzeba było zbytniej dociekliwości, aby się zorientować, że przed
decydującą konfrontacją, a przypominam, chodziło o medale, złoty
i srebrny dla dwóch najlepszych drużyn, panowie murarze jeść
oładków lub siorbać zupy, po prostu nie mogli. Ich duchowa więź
z biało-czerwonymi w dalekiej Hiszpanii paraliżowała normalną
funkcję żołądków. I stąd moje niebywałe szczęście, jakiego wcześ­
niej, przez piętnaście lat w tej wsi nie zaznałem.
Oczarowany niezwykłym gestem życzliwości, zapytałem chłopa­
ka, który przyniesionym plackom towarzyszył, jaki przewiduje
rezultat spotkania naszych z Hiszpanami, usłyszałem: ZWYCIĘŻY­
MY. Moja uwaga, że przeciwnikom będzie sprzyjał tłum ich rodaków
z królem na czele, w niczym nie osłabiła wiary w dzielność naszych
zawodników, z którą mój rozmówca - zapewne - pragnął się
identyfikować, tak jak się identyfikują liczni z sukcesami zawod­
ników umiłowanych drużyn.
Na drugi dzień dowiedziałem się, że po nocnej transmisji TV
z Hiszpanii, chłopak z którym rozmawiałem dnia poprzedniego,
w bardzo ciężkim stanie znajduje się w szpitalu w Płocku. Co się
wydarzyło owej nocy upiornych fascynacji licznych Polaków?
Transmisję TV z Hiszpanii oglądał ojciec z synem. Można
przypuszczać, że narastało w nich wzburzenie uwieńczone do­
jmującym stanem bliskim rozpaczy z powodu nie spełnienia się tego
w co tak święcie wierzyli. Srebrny medal, to stanowczo za mało!
Rozczarowani, przygnębieni poszli spać. Ale w środku nocy obudził
się ojciec, niespodziewanie chwycił młotek i z okrzykami, nie
będziesz mi tu smrodził, nie będziesz mi tu paskudził (relacja którejś
z kobiet w rodzinie) zaczął tłuc syna po głowie.
Wzburzenie sprawcy pobicia młotkiem własnego syna nie wygasło
z nastaniem dnia. Przeciwnie, przeobraziło się w dniach następnych
w pasmo zachowań iście szaleńczych. Najbardziej bulwersującym
otoczenie było wybijanie przez gospodarza swoich niezbyt licznych
kur i kaczek...
Oto, Szanowny Czytelniku, szczere świadectwo poważnego i głę­
boko uczuciowego traktowania meczów piłki nożnej; łączenia z nimi
słusznie wzniosłych stanów ducha, bycia ponad sprawy przyziemne
i pospolite. Mecze piłkarskie między reprezentacjami narodowymi to
przecież misteria, najbardziej fascynujące widowiska naszych cza­
sów. Widowiska wywołujące znane emocje pod wpływem zarówno
wrażeń wzrokowych, dotykowo-cielesnych (bycia blisko w tłumie
z innymi), jak też słuchowych, jeśli nie bezpośrednich, to konkuren­
cyjnych, nieraz donioślejszych, pośrednich, jakimi są relacje nieoce­
nionych sprawozdawców sportowych.
Uwzględniając to wszystko, uznać należy podarowane mi placki
z jabłkami za szczególny gest życzliwości, a może nawet za coś
więcej: dobroci. Mogli wszak entuzjaści piłki nożnej dać te placki
trzodzie, albo po prostu wyrzucić. Ponadto, towarzyszył plackom
ktoś, kto jeść ich nie mógł z powodu swych uczuć - trzeba to śmiało
powiedzieć - patriotycznych. I który na koniec stał się ich ofiarą.
Wreszcie otrzymane placki z jabłkami to przedłużona pamięć o tym
czym onegdaj słynęły takie wsie jak Murzynowo w Ziemi Dobrzyńs-

76

kiej. Otóż słynęły z sadów. Zupą wigilijną był gruszczak, a jedną
z potraw tej świętej wieczerzy znane już placki. Sady żywiły,
radowały i kształtowały obyczaj. Oto sprzedawcy śliwek z Murzyno­
wa po całodniowym sterczeniu ze swym towarem za rzeką, w Dunino­
wie, mieli wieczorem jakieś nie sprzedane resztki. Zwoływano
wówczas miejscowe kobiety, aby z pewną ostentacją wsypywać im za
darmo w fartuchy to, co pozostało. Ale był też wśród sprzedawców
Trojak, który pochodził z Więcławie, wsi fornalskiej, który się do
Murzynowa wżenił. Człowiek o bardzo pogodnym usposobieniu,
znany na okolicę dowcipniś. I on babom śliwek w fartuchy nie
wsypywał. To czego nie sprzedał rozrzucał na piasku, po czym,
zagrzebywał w nim owoce. - Niech szukają, niech sobie szukają
i sobie radzą. Oczywiście, przeklęte śliwki zagrzebywał w piasku nie
rękoma, lecz nogą.
Nie brudzenie

sobie rąk

Dość tej liryki. Wracajmy do naszych podstawowych zaintereso­
wań, które sygnalizuje przyjęte motto. Nie ukrywam, że raz tylko
w życiu i to niedorosłym byłem na meczu piłki nożnej. Nawet nie
znalazłem się w obrębie stadionu. Z podobnymi sobie, zawieszony na
siatce drucianej, oglądałem widowisko, zapewne przejmujące. Działo
się to u podnóża Jasnej Góry. I fakt ten solennie mnie obliguje do
pisania o czymś, na czym się nie znam i co najgorsze, znać się wcale
nie chcę. Tak to już jest panie profesorze! Dziś wołami nie
zaciągniętoby mnie na mecz piłki nożnej. I taką samą torturą byłoby
dla mnie znalezienie się w szeregach pochodu albo procesji, choćby
broniły spraw najbliższych memu sercu, a raczej wątrobie. I niewątp­
liwie bardzo słusznie stwierdza Ludwik Stomma, powołując się na
mego ukochanego Jacka M . Bocheńskiego, że są... ludzie i ludziska.'
To co jednych szczerze raduje, innych smuci, a nawet przeraża.
Pewnym osobom nie wygasły ciągoty stadne, a innym wygasły. Ktoś
siedzenie na twardej ławce przez dwie godziny śpiewając lub
gwiżdżąc i tupiąc, skandując jakieś jedno słowo uzna za sytuację
bliską rajskiej, natomiast mój przyjaciel tłumacz literatury współczes­
nej pisanej w hindi, syn trenerki sportu szkolnego, tak wyobraża sobie
epizod w scenerii piekła.
W przywołanym, znakomitym eseju Ludwika Stommy, praw­
dziwego znawcy i admiratora footballu - za co Go więcej niż
podziwiam - odnajdujemy odkrywcze stwierdzenia o lekceważeniu
i „odwracaniu sensu uświęconych reguł dnia codziennego", przy
których pragnąłbym się nieco dłużej zatrzymać. Otóż czytamy:
To ostatnie (odwracanie sensu... JO) tłumaczy zapewne szczególną
popularność piłki nożnej, której sam już regulamin wspiera i ilustruje
zasadę karnawału. Podstawą jest tu wszakże rezygnacja z po­
sługiwania się w walce rękoma. Rzecz jednoznacznie i rażąco
sprzeczna z naturą. Po francusku 'poznaje się rękę' artysty w jego
dziele, 'wyrabia się rękę', czyli uczy profesjonalnego działania,
'pożycza rękę' czyli wspomaga kogoś, atakuje się nie 'martwą ręką'
ale 'ręką zbrojną' względnie 'silną', chwyta się sytuację 'w rękę',
umiejąc wiele rzeczy ma się 'wiele rąk' etc. Po polsku podobnie:
załamuje się ręce, umywa je, leci przez nie, nosi na nich, lub patrzy na
nie, zostawia się wolną rękę, przychodzi z rękami pustymi lub pełnymi,
idzie się komuś na rękę, ma się rękę szczęśliwą lub dwie lewe, trzyma
się rękę na pulsie, przykłada się ją do czegoś, bierze sprawę w swoje
ręce, podnosi się ręce na znak kapitulacji, 'tymi ręcami' buduje się
szklane domy... Pozbawiony rąk może być godnym litości kaleką lub
przewrotnym kpiarzem. Jeśli jednak postrzegany nie jest na żaden
z tych sposobów, świadczy to, iż znajdujemy się w kontekście ogólnego
odwrócenia porządku świata, bo w ten dopiero wpisuje się logicznie
wojownik dobrowolnie wyrzekający się instrumentu rąk.
A przecież nie jedyna to inwersja w piłce nożnej. Drużyny walczą
zaciekle o opanowanie piłki. Celem ostatecznym tej walki jest
jednak... zwrot zdobyczy do bramki przeciwnika, przekazanie jej
w samo serce okupowanego przezeń terenu.
2

Szanowny Czytelnik zwrócił niewątpliwie uwagę, że w niezwykle
sumiennym wyliczeniu przez Stommę zwrotów ze słowem ręka, ręce,
zabrakło dosyć popularnego nie brudzenia sobie rąk. NIE BĘDĘ
SOBIE BRUDZIŁ RĄK. Sens tego zwrotu - jak wiadomo - może być
bardzo ogólny, na przykład, wskazujący na niechęć do czegoś lub
kogoś, względnie całkiem konkretny, iście taki, o jakim mówi
Stomma, zwracając uwagę na inwersję występującą w footballu, grze
pozbawiającej zawodnika najważniejszego instrumentu walki - rąk.
Czyżby tak dociekliwy i nieprawdopodobnie sumienny autor celowo
zrezygnował z tego intrygującego i często w języku polskim używane­
go powiedzenia? Dodajmy, że pod względem swego kulturowego
znaczenia, informacyjnej rangi jest znacznie ważniejsze od 'lecenia
przez ręce' i paru innych. Nie wiemy co spowodowało nieobecność
interesującego mnie powiedzenia w cytowanym rejestrze. Może
przypadek?
Najprawdopodobniej jednak zwroty językowe dotyczące czystych
rąk w rozważaniach nad footballem nie są istotne.
Niezły znawca treści łączonych z karnawałem, Ryszard Ciarka,
który z uznaniem wypowiada się o przedstawionej przez Ludwika
Stommę interpretacji odkrytych w footballu wątków mitycznych, tak
mniej więcej rozwija kwestię nie używania poza bramkarzami rąk
w zawodach piłkarskich: Ręce mamy do pracy, które niech od­
poczywają, kiedy nastaje święto. Możemy wtedy spacerować z ręka­
mi w kieszeniach, a na drodze spaceru co się da trzeba kopnąć ku
radości...
3

Nic nie wiadomo, p i ł k a jest

okrągła

Jest to - jak wiadomo - uwaga często wypowiadana przez polskich
kibiców, kiedy przychodzi im ustalać rezultat meczu, szczególnie
w sytuacjach okrutnych zmagań piłkarzy do ostatka próbujących
wykorzystać szansę zwycięstwa. Piłka jest okrągła... Ta banalna
konstatacja, uzupełniana jest jak najbardziej filozoficznym stwier­
dzeniem, że NIC NIE WIADOMO. Bardzo mi się to podoba. Ale
przyznam się, że między jednym i drugim, związku logicznego nie
postrzegam i to też mi się podoba. Nawet, jeszcze bardziej. Wy­
czuwam tu rodzaj myślenia magiczno-symbolicznego. W myśleniu
tym jakby zakładało się z góry istnienie dobra i zła, dobrego i złego
trafu, a na koniec ślepego losu. Czyżby jego upostaciowieniem
(symbolem) była właśnie piłka? Temu złu - które się aplikuje
w bramkę przeciwnika - użyczać, fundować, podawać ręki, w takiej
czy innej przenośni, nie należy. Nie należy tym złem skalać sobie rąk.
Temu złu, jak powalonemu, którego należy s k o p a ć , p r z e k o ­
p a ć , itd. nie brudząc sobie rąk, (działanie na wilka, z glana itp.)
przynależny status i również rola pognębienia, stłamszenia i co tam
jeszcze, zbrukania, poniżenia, wyeliminowania, aby nie rzec ukat­
rupienia. Powiedziałem, również rola, bowiem wydaje mi się, że dla
pewnego typu świadomości z tego co dzieje się na stadionach dociera
przesłanie, sprowadzające się do swego rodzaju gloryfikacji czynno­
ści fizycznie dosyć bolesnych i okrutnych wykonywanych nogą.
Czynności, z którymi łączone są ewidentne wartości etyczne, kulturo­
we, plasujące się zdecydowanie po stronie przemocy, dosyć charak­
terystycznie artykułowanej, bez użycia rąk! Dopuścić wypada mnie­
manie, że za tym co jest nazywane szlachetną rywalizacją „na
murawie" kryją się... niecne żądze.
„Wojownik" szlachetnej rywalizacji „dobrowolnie" rezygnujący
z „instrumentu rąk", to niewątpliwie odwrotność zacnego szwajcara,
portiera, który za stosunkowo skromne datki zwane napiwkami,
wspomaga a nie eliminuje bliźniego. Nosi mu ciężary, ale najważniej­
sze tytularnie użycza obcemu szacunek, uznanie, cześć. Ów szwajcar
to postać szczególna - rzecznik gestów życzliwości spełnianych
fachowo, profesjonalnie. W naszym rodzimym systemie wartoś­
ciowania raczej nie znajdujący szerszego uznania; stąd owa kpiąca
konotacja w słowie szwajcar. Napisałem to na okoliczność wyna­
grodzeń, jakie w mistrzostwach USA 94, otrzymują zawodnicy
Szwajcarii (80 tys. dolarów oraz najnowszy model mercedesa;
z komentarza TV w czasie transmisji z Detroit meczu Szwajcaria-Rumunia, 4:0, 22 czerwca 1994).
Gest
Walka piłkarzy na stadionie pozornie tylko ogranicza się do
korzystania z nóg, tułowia bez rąk, chociaż z... głową; rozumianą nie
tylko cieleśnie. Gesty czynione głównie rękoma, dłońmi, w połącze­
niu z wyrazem twarzy, pozycją ciała oraz - jak to się często zdarza

- artykulacją słowną, to również szalenie istotny element zmagania
sportowego. Gest z reguły błyskawicznie czyniony, przede wszystkim
ręką, niczym zaklęcie, szydercza metafora, czy wręcz kalambur,
puentuje dramaturgię meczu, czyniąc go rzeczywiście widowiskiem,
możliwym do zaakceptowania nawet w kategoriach artystycznych.
Gdyby pozbawić zawodników możliwości gestycznego wyrażania
swych emocji, ich zachowania w najlepszym przypadku (gry na
wysokim technicznym poziomie) kojarzyłyby się z pewnego rodzaju
baletem, spowitym chłodem. Gesty ujawniają namiętności, postawy
duchowe piłkarzy. I dzięki nim, gapiąc się w telewizor można zaznać
nieco radości, a nie skonać z nudów.
Zacności Ludwik Stomma chwacko donosi: „Jacek Olędzki nie­
wiele wie o footballu i może lepiej, żeby o nim nie pisał. Jeżeli już
jednak musi, to niech przyjmie do wiadomości, że Roger Milla tańczył
po bramce motyw z n a r o d o w e g o (podkreślenie moje JO) tańca
kameruńskiego ".
Miło i elegencko powiedziane... To już prawie, jak z g 1 a n a...
Wielce Szanowny Ludwiku, wydaje mi się, że dostatecznie dużo
mamy znawców footballu abym nie musiał zasilać swą osobą tej
zacnej rzeszy. Ponieważ jednak interesuję się gestem, szczególnie
nadziei, ufności, zaufania i życzliwości - chcąc nie chcąc - spróbowa­
łem przyjrzeć się zachowaniom piłkarzy, a ponieważ nadarzyła się
szczególna okazja, mistrzostwa świata, przyjrzeniu temu towarzyszył
dodatkowy zamiar - k o m p a r a t y s t y c z n y . Kierowałem się
przy tym - jak się okazuje - płochym założeniem, że zainteresowania
na przykład gestami kierowców sławnych lor afrykańskich, nie
wymagają wysokiego stopnia wiedzy automobilistycznej, wiedzy
o sposobach prowadzenia, na bezdrożach tego kontynentu wielce
osobliwych ciężarówek.
Natomiast, co się tyczy udzielonego mi pouczenia, że zachowanie
w 1990 roku Rogera Milla nie miało w sobie nic tajemniczego, bo było
tylko „motywem narodowego tańca kameruńskiego", przyprawia
- niestety, ku memu głębokiemu żalowi - o mdłości. Jeśli z biedą
można w Europie się posługiwać terminem narodowy, to w Afryce
jest to całkowicie bez sensu!
Oto skutki Ludwiku twego niezdyscyplinowania na zajęciach ze
sztuki, które prowadzić miałem onegdaj zaszczyt. Zasłaniałeś się
„Trybuną Ludu", pilnie studjując, ostatnią stronę, na której znaj­
dywałeś wiadomości o ligach piłkarskich. I stąd ta żenująca niewie­
dza, ale co gorsze, duch czytanej gazety jakby się Ci udzielił i trwał
w Tobie do dzisiaj. A kysz!
Afryka, w szczególności Czarna, a więc ta która obejmuje między
innymi Nigerię, Kamerun i Zair - skąd pochodzą sławne już drużyny
piłkarskie - chociaż niebywale roztańczona (gdzie przetrwały dawne
tańce obrzędowe, inicjacyjne a także władania sobą - rites de
possession) nie ma jakichś tańców narodowych. Na tym kontynencie
osobliwie pokrojonym i ciemiężonym przez kolonialistów nie ma
kultur narodowych, jako też narodowych tańców właśnie, ale też
narodowej muzyki, sztuki czy literatury. Zjawiska artystyczne z Af­
ryki, jeśli już wymagają jakiegoś terminu pomocniczego, to się odnosi
do plemienia, a nie narodu.
Znacznie lepiej już brzmi - jak się mi wydaje - określenie: „taniec
radości", którym posługują się często sprawozdawcy i komentatorzy
sportowi. Ale niestety, owe osobliwe zachowania w 1990 roku Rogera
Milla, a obecnie w 1994 r w USA Nigeryjczyków Rashida Yekini,
Emanuela Amunike oraz Daniela Amokachi nie są tańcami, chociaż
elementy taneczne w nich występują. Zdaje się, że najbliższe im są
owe obrządki władania sobą . Wszelako są to zachowania par
excellence piłkarskie, kryjące zagadkowe treści, nie zbadane intencje.
Radość, drwinę lub wręcz szyderstwo daje się w nich dostrzec, lecz na
tym nie koniec. Oto jeden z trzech wymienionych Nigeryjczyków
(mecz Nigeria-Szwecja 20.VI.1994) po udanym strzale biegnie jak
onegdaj Roger Milla do narożnika boiska, staje przed słupkiem
zwrócony twarzą na zewnątrz; stoi na rozkraczonych nogach, porusza
biodrami, aby nagle... upaść do tyłu do góry brzuchem!
Wiadomo, że walka piłkarzy na stadionie to rezultat żmudnego,
nieraz morderczego szkolenia. Trenerzy drużyn piłkarskich prze­
ścigają się w wypracowaniu najskuteczniejszych sposobów prowa­
dzenia gry; poznania mocnych i słabych stron w grze przeciwników.
Na szczęście gesty piłkarskie nie są rezultatem szkolenia i nie
znajdują się na razie w polu zainteresowań fachowców w rodzaju,
wymienianego tu już wybitnego znawcy footbollu. I dzięki temu owe
gesty tworzą materię odrębną, w której silnie wyrażają się in­
dywidualne predyspozycje emocjonalne zawodników, tudzież ich
status w zespole drużyny. Najważniejsze jednak, że gesty piłkarzy
4

5

77

stały się przekazem aprobowanych, lokalnych czy środowiskowych
doświadczeń kulturowych (sposobów wyrażania emocji, nastrojów
itd.). Piłka nożna wykształciła już gesty, które uznać należy za
całkiem jej własne. Wydaje mi się, że należy do nich łapa w łapę,
charakterystyczne, szybkie czy też gwałtowne uderzenie się dwóch
osób otwartymi dłońmi na wysokości czoła. Ten wielce sympatyczny
gest przyjaźni, życzliwości trafił ze stadionów piłki nożnej do
zachowań powszednich, wspomagając kształtowanie się więzi towa­
rzyskich, rodzinnych, przyjacielskich. Ale - jako osoba, która mało
wie o footballu - mogę się oczywiście mylić!
Gest zachwyca, jeśli jest oryginalny i spontaniczny. Istnieje już
sporo gestycznych zachowań piłkarskich, które nużą swą sztampą
tudzież banałem. Dotyczy to szczególnie drużyn z lig zachodnio­
europejskich, w których football ma najstarsze tradycje, sięgające
drugiej połowy X I X w., nie mówiąc o znacznie odleglejszych
doświadczeniach rzutnokopnych ludów średniowiecznej Angli, Fran­
cji, Włoch. Stąd takie żywe zainteresowanie grą piłkarzy z młodych
drużyn, przede wszystkim z Afryki.
Dopóki gesty piłkarskie pozostają poza kontrolą FIFA (Między­
narodowa Federacja Piłkarska) i umykają uwadze szkoleniowców
(ładna nazwa, no nie!), będą intrygowały takich jak ja profanów
etnologicznych; piszących zamiast BUTRAGUENO Utragenio (2
razy!). To niestety skutek nie tylko własnej ignorancji... Długo będę
pamiętał, że Kazimierz DEYNA jako DEJNA był w jakiejś telewi­
zyjnej relacji - gdy się zawodnik dopiero objawił - Deżą. NEWERLEGO nazywano Niuerlajem. Mnie los zaszczyca wielokrotnie
Łolejskim, w kraju i za granicą, z czego się Ludwiku wielce cieszę.
Wracajmy jednak do BUTRAGUENO. Mondiale '90, mecz
Jugosławia-Hiszpania (1:2). Drugiego gola dla Hiszpanii strzela ów
Butragueno. „Po strzale fika koziołka, ląduje na kolanach, sunie na
nich około 3 metry, dzierżąc nad sobą dwie zaciśnięte pięści."
Zachwycający, uroczy ten przypadek, mimo drętwej przygany,
napawa otuchą, że również europejskie drużyny stać na to, by ich
zachowania podziwiać, cieszyć się z ich charakterem, niebanalnym,
niesztampowym, najważniejsze nie przesłodzonym potrzebą demons­
trowania woli zwycięstwa i więzi z resztą zawodników po udnym
strzale.
W tekście sprzed czterech laty próbowałem uporządkować sobie
wyobrażenia własne o postawach emocjonalnych zawodników po
udanych i nieudanych strzałach na bramkę. Przyjąłem, że gesty
piłkarzy w tych decydujących dla meczu momentach ujawniają
z jednej strony całkiem indywidualne cechy jakiegoś zawodnika,
a z drugiej reprezentowany przez niego wzorzec kulturowy, który
wart jest zainteresowania większego, aniżeli uczynić to potrafią
komentatorzy i sprawozdawcy sportowi. Opozycje:
POKORA - NIEPOKORA (dziękczynienie - triumfowanie nieszydzenie - szydzenie)
GNIEW - RADOŚĆ (konwencjonalność - niekonwencjonalność)
i inne
to swego rodzaju klucze do pełniejszej percepcji widowisk piłkars­
kich, które wtargnęły brutalnie w nasze życie codzienne. Pisanie
0 tym Ludwiku, to ratunek przed utonięciem w otmęcie masowych
fascynacji, to godna uznania chęć zachowania człowieczeństwa.
1 dlatego należy się takim ignorantom jak ja nieco pobłażania,
wyrozumiałości i ciepła. Chyba przyznasz, że się należy.
Przyglądając się w czasie upalnych nocy, kiedy sen nie przychodzi,
zachowaniom co niektórych zawodników - wyrażanych ekspresyjnie,
gestycznie - postrzegam groźbę, szyderczo z jawną drwiną przekazy­
waną. To jakiś czas trwa, chociaż króciutko i jest odegrane wielce
dynamicznie. Na koniec, czy w innym nieco rozumieniu, przestawiam
znaczenie wymienionych pojęć, które się narzucają. Oto drwina,
szyderstwo spowite groźbą albo tylko pewnością siebie, staje się
jawnym zlekceważeniem przeciwnika, co w kontekście walki na
jedno wychodzi. Chociaż, owa groźba (zwykłe straszenie) przeradza
się czasem w wyzwanie, w którym kogoś z góry uznaje się za
pokonanego. To szczególny rodzaj sportowego zaklęcia.
Można przyjąć, że jeśli gonitwy za piłką i z nią, kopanie jej, nic już
nie mówiąc o wzajemnym faulowaniu się zawodników, służy osłabie­
niu (lubo zdruzgotaniu) fizyczno-intelektualno-psychicznym prze­
ciwnika, to gesty skierowane są - czy sobie to piłkarze oraz ich
opiekunowie uświadamiają, czy nie - na psychiczną stronę jego
kondycji. Piłkarskie gesty - nie wiadomo w jakiej mierze - ale nawet,
niechby w całkiem znikomej, zapewne jednych duchowo wzmac­
niają, a tych do których są skierowane - osłabiają; mogą obniżać wolę
zwycięstwa, dezorientować, mamić itp. Wielu bramkarzy pewnie lżej
6

78

zniesie przepuszczenie piłki do swej bramki, aniżeli wpuszczenie tej
piłki, uzupełnione wymownym gestem napastnika, dobrotliwie grożą­
cego palcem przed nosem ofiary. Albo inny wstrząsający przykład:
Rashidi Yekini, Nigeryjczyk, wpada z piłką do bramki Bułgara
i pokazuje, że bramka jest... dziurawa. Demonstruje to wkładaniem
pięści w oka siatki i z wyszczerzonymi zębami głosi swoje - jemu
tylko znane zaklęcie (mecz w Dallas 22 czerwca 1994, Nigeria-Bułgaria, 3 :0).
Przykłady wykorzystywania przez piłkarzy gestów do poprawiania,
wzmacniania swej kondycji, zarazem do osłabiania morale przeciw­
nika, mnożyć można w nieskończoność. Celują w tym interesującym
mnie procederze, oczywiście, Murzyni, kiedy występują w swych
rodzimych drużynach. Bo Murzyn, jako jedyny czarny w zespole
szwedzkim, to istota zupełnie inna. W meczu 20 czerwca, Kamerun-Szwecja, 2: 2, udało się owemu szwedzkiemi Murzynowi (ojciec
jego z Zielonego Przylądka) strzelić gola. I co? I nic! Czarny
zawodnik po strzeleniu gola stanął w bezruchu. Jakby zażenowany
tym co przed chwilą zrobił stoi sobie skromnie. Czeka? Chyba tak.
Oto przebiegają przed nim szwedzcy koledzy. Jeden go pogłaszcze po
głowie i zaraz odbiegnie, drugi tylko klepnie go w tyłek i też zaraz
odbiegnie a inny w podobny sposób wnet odbiegając użyczy
bohaterowi kuksańca.
Upłynie 13 dni i ten sam Martin Dahlin w meczu z Arabią
Saudyjską zachowa się jak na Murzyna przystało. Już w 6 minucie
pięknym strzałem głową zdobywa gola. Po tym udanym strzale
biegnie przed siebie radośnie z rozprostartymi do góry ramionami,
aby nagle wskoczyć okrakiem na biodra szwedzkiego kolegi!
Skupiłem się poprzednio, ale i też obecnie na gestach, towarzyszą­
cym udanym i nieudanym strzałom na bramkę, albowiem bywają one
najbardziej sugestywne, rozbudowane, znaczące itd. Brazylijczyk
Romario, król strzelców, po chybieniu pada zrozpaczony na kolana
i tłucze zaciekle murawę pięściami (20.VI. 1994, mecz Brazylia-Rosja). Ileż tu żalu, złości i gniewu, ale nade wszystko, woli
odegrania się - zwycięstwa.
Pewnie nadejdzie czas, że takie zachowanie będzie karane żółtą
kartką i zawodnikowi pozostanie swoje niepowodzenie wyrażać tylko
cierpkim grymasem, ewentualnie ukrytym machnięciem ręki. W me­
czu 2 L V I . 1994, Arabia Saudyjska-Holandia, jeden z Holendrów,
kiedy zmarnował szansę dołożenia Arabom, raczył zaledwie skrzywić
usta! Zaraza inercji gestycznej zaatakowała już Koreańczyków,
znanych dotąd z żywiołowości i wyrazistej teatralizacji swych
zachowań. 27.VI. 1994, Dallas, mecz Niemcy-Korea Południowa. Do
przerwy Niemcy prowadzą 3:0. Po każdym golu, Koreańczycy
zamiast cierpieć, chodzą sobie na luzie, niektórzy z zawodników
dalekowschodniej drużyny nawet się uśmiechają! Niebywałe. W dru­
giej części meczu strzelą Koreańczycy dwa gole. Koreańczyk, który
strzelił pierwszego gola - jak Murzyn szwedzki nie kwapi się
cokolwiek czynić. Zmierza tylko spokojnie do środka boiska. Po
drodze, chyba również tylko jeden z kolegów, trąci go po przyjaciels­
ku dłonią w tył głowy...
Zatem należy korzystać - a nuż z ostatniej szansy - notowania,
choćby w pamięci, tych nieformalnych, nie szkolonych zachowań,
które tak serce radują.
Międzynarodowe mistrzostwa piłkarskie stwarzają świetną okazję
do prezentacji rozmaitości i bogactwa gestów już od momentu grania
hymnów aż po schodzenie z boiska, wymianę koszulek. Jedni,
całkiem zamerykanizowani, jak zawodnicy Korei Płd„ słuchają
swego hymnu godnie z ręką na sercu. I milczą! Inni stoją jak oflagi, ze
zwieszonymi rękami i pod nosem mamroczą niektóre słowa (pewnie
które zapamiętali) tekstu świętego (Brazylia). Szwedzi też mamroczą
słowa swego hymnu. Ponadto, stoją w rozkroku. Natomiast ręce
trzymają za sobą, a dłonie mają skrzyżowane nad siedzeniami...
Zamienić się koszulkami jedni chcą, a inni nie chcą i w związku
z tym gonią czym prędzej do garderoby, aby uniknąć wątpliwego
zbratania.
Faule, to osobna, przepastna zupełnie dziedzina, w której gest
piłkarski się objawia. I znowu, jedni się do faulowania przeciwnika
przyznają „przepraszając" ofiarę, a inni udają Greka czmychając, lub
niewiniątka, rozkładając ręce. Jest to najżałośniejsza strona zawodów
footballowych. Nie mam najmniejszych złudzeń (kontemplując graf­
fiti w mym mieście po kolejnych występach Legii), że przez
młodocianych kibiców, te beznadziejne zachowania i towarzyszące
im gesty przyjmowane są z aprobatą i żyją potem własnym życiem
w chuligańskich manierach po z glana, na wilka i na sikora?
Oto wraca kulejąc na boisko sfaulowany wcześniej Boliwijczyk,

chyba wyniesiono go na noszach. Nieopodal linii bocznej czycha na
kulejącego Koreańczyk. Boliwijczyk omija go bojaźliwie. Ale Kore­
ańczyk podbiega do nieszczęsnego Latynosa, aby go po przyjacielsku
lepnąć w plecy... Mecz 24.VI.1994, Korea Płd.-Boliwia.
Egzekwowanie strzałów wolnych z tworzeniem muru przez zawod­
ników karanych przed własną bramką, to dla obojętnego widza,
szczególnie wesołe akcenty w dramaturii meczu - misterium. Oto
różnej postury mężczyźni, przed chwilą jeszcze bojowi i groźni, stają
w rządku pokornie i . . . kładąc dłoń na dłoni opuszczają ręce poniżej
swych pępków.
Zapytałem wybitnego znawcę zachowań subkulturowych, dlacze­
go użycie ręki w zawodach piłki nożnej jest karane? Znawca się
obruszył i powiedział: Jak to, przecież co i raz, trzymają się rękoma za
jaja. Uczony ten wygłosił swój pogląd prywatnie, przez telefon, ale
przy obecności małoletnich córek!
Oto jak profani widzą bohaterów misteriów naszych czasów!
Jeśli nic cię nie pociesza
Kiedyś na zabawach w okolicy Murzynowa (w samym Murzyno­
wie zabaw nie organizowano, chociaż urządzano... bale), jeśli
dochodziło do bójki, to walczono przede wszystkim rękoma, a szta­
cheta wyrwana z płotu była najczęstszym narzędziem walki. Odkąd
w każdym gospodarskim domu jest telewizor, obowiązkowo koloro­
wy, a płoty drewniane zastąpiono siatkami drucianymi, tradycja bicia
kogoś po głowie sztachetą stała się nie do utrzymania.
Mężczyźni poza transmisjami z meczów piłki nożnej, nic więcej
w swych telewizorach nie pragną zobaczyć. Telewizory jednakże są
włączone, aby każdy, kto zajdzie wiedział, że nie mieszkają w tym
domu „ciemne burki ze w s i " . Transmisje z meczów piłki nożnej,
których kobiety nie oglądają, pozwalają mężczyznom na spokojne
nagromadzenie cennych wrażeń. Bywa, że stają się one bodźcem czy
inspiracją do rychłych czynów, wymagających stanowczości i zdecy­
dowania...
Otóż nowy, chociaż już nie taki nowy, styl bijatyk na zabawach to
zastąpienie rąk nogami. Słusznie rozwija Ryszard Ciarka myśli
Ludwika Stommy o inwersyjności footballu, powiadając, że „w dniu
świątecznym ręce powinny odpocząć". I też odpoczywają. Po
wypiciu z kolegami połówki na ryzyk, (zawsze należy działać
w zabezpieczeniu, zespołowo, jak na stadionie) można upatrzyć sobie
denata. Po wyselekcjonowaniu napastnika, następuje akcja.
Napastnik podchodzi do przeciwnika i go zagaduje. Zagadywać tak
należy, aby pojawił się powód, okoliczność, spina, czyli dostatecznie
silny bodziec, do poczucia się wnerwionym, wkur... itd. Można na
denata napierać brzuchem, raz i drugi, ale też można, podstawiając mu
nogę, pchnąć go z lekka, aby się przewrócił. Bardziej doświadczeni,
żonaci, ojcowie, mający gospodarkę albo dobrą pracę, winni się
wykazać czymś więcej. Na przykład umiejętnością schwytania denata
nagle za przegub ręki (lewej) i przerzucenia go sobie przez ramię na
ziemię, względnie podłogę. Ale to już ostateczność. Pod dachem nie
należy... I też - jeśli pod dachem się akcja rozpoczęła - napastnik
powinien powiedzieć: WYJDZIEMY. Rozumniejsi albo strachliwsi
robią co mogą, aby nie wychodzić...
Powalonego dobrze jest przekopać czy skopać po nerach, po ryju,
po kałdunie albo wątrobie... Czynności tej winny też towarzyszyć
stosowne okrzyki w rodzaju: ty alkoholiku, ty ch..., ty k..., ty
schizofreniku, ty ch... za... Nie będziesz mi szczał do szafy! Nie
będziesz mi denerwował żony!
Jeśli akcja się nie rozwija (przeciwnik nie znalazł w nikim
wsparcia) obrońcy napastnika odrywają go od jego ofiary. Napastnik
czerwony na twarzy, z wytrzeszczem oczu długo nie może przyjść do
siebie. Uspakaja się przeklinając i z trudem formułuje uzasadnienie
swego gniewu. Na drugi dzień idzie do kościoła (zabawy najczęściej
odbywają się w sobotę), ale nie po to aby dokonać aktu skruchy
i żałować swego czynu. Nigdy też nie będzie się z niego spowiadał
(nie zdarzyło się w Murzynowie i wsiach sąsiednich, aby napastnik
z bójki na zabawie, czy w ogóle bójki, próbował przepraszać
przeciwnika). Natomiast chyba będzie go gryzło sumienie i wówczas
podejmie niejedno staranie aby swej ofierze użyczyć gestu... życz­
liwości, nie różniącego się wiele od tego zafałszowania, jakie
mieliśmy okazję poznać, przywołując sytuację z meczu Korea
Południowa-Boiiwia (klepnięcie przez Koreańczyka po plecach
Boliwijczyka, powracającego po sfaulowaniu na boisko).
Dla części, niezbyt dojrzałej duchowo społeczności kibiców,
mecze piłki nożnej stanowią nie wyczerpany rezerwuar, niezwykle

sugestywnie rozstrzyganych starć - wzorców zachowań. Czy są one
rozstrzygane szlachetnie? Honorowo? Uczciwie? Przyzwoicie? God­
nie? I tak dalej. Nie mnie - ignorantowi footballowemu - odpowiadać
na te rozkoszne pytania.
W czasie meczów krążą po boiskach osobnicy, korzystający
z tytułu pan, i oni tych, którzy mają tylko nazwisko i numer na
plecach... osądzają. Ale czy ktoś, kto nie ma imienia, ponadto nie jest
panem, może być osądzany?
Żywa twórczość

ludowa

Przez 15 lat obcowania z mieszkańcami Murzynowa, ich gośćmi
z Polski oraz sąsiadami, miałem sporo okazji do poznania rymowanek-powiedzeń, cieszących się wśród części kwiecia tamtejszego
ludu uznaniem. Oto wybrane rymowanki spośród zbioru liczącego
kilkadziesiąt pozycji:
NIE MOŻNA KOPAĆ STOJĄCEGO
BO MOŻE COŚ ZALEŻEĆ OD NIEGO
*

KOP LEŻĄCEGO! NIC NIE ZALEŻY OD NIEGO
UFAJ BLIŹNIEMU SWEMU
CIĘ ZEMŚCI I SKOPIE DO MARTWEGO
PO WYPICIU GŁĘBSZEGO
UFAJ BLIŹNIEMU SWEMU
SKOPIE CIĘ PO WYPICIU GŁĘBSZEGO
GDY SIĘ O SOBIE DOWIE CZEGOŚ
NIEPRZYJEMNEGO
OBOWIĄZKIEM JEST KAŻDEGO
SPONIEWIERAĆ BLIŹNIEGO SWEGO
P... BLIŹNIEGO SWEGO
AŻ KOSZULA SPADNIE Z NIEGO

NIECH NIE PODSKAKUJE!
BO GO SKOPIĘ, A PRZEDTEM
W MORDĘ NAPLUJĘ!
*
SKOPAŁEM GO
BO CHODZI CHORY
NIECH SPIERDALA
DO SWEJ NORY
NIECH SIĘ ROZWIJA UMYSŁOWO
SKOPIĘ GO I O MUR WALNĘ GO GŁOWO
SKOPAŁ GO W DYDU
BEZ WSTYDU
*
JAKA TO DLA NAS UCIECHA
SKOPAĆ DRUGIEGO
DLA ŚMIECHA
Europa, jak żadna inna strona na świecie, jest wylęgarnią fał­
szywych gestów życzliwości, skromności i pokory, natomiast całkiem
niefałszywych buty i pychy. Niegdyś poprzez swych konkwistadorów
i misjonarzy, a dziś już tylko poprzez kogoś takiego, jak zawodnik
footballu, użycza tych gestów reszcie świata.
Wszyscy Europejczycy pozdrawiają się w jednakowy sposób,
mówiąc jeden drugiemu dzień dobry. Żadnej z nacji europejskiej nie
starczyło wyobraźni, albo na tyle dobrej woli, aby pozdrawiać - jak
Chińczycy - pytaniem: jadłeś? Natomiast, kiedy stajemy wobec
„niebezpieczeństwa" poczęstowania gościa jakimś napitkiem, nie
zapominamy zapytać, czego chciałby się napić. Oczywiście są i tacy,

79

którzy w ogóle nie pytają, bo nie zamierzają częstować, by nie sprawić
przykrości drugiej osobie. Oto w Murzynowie, częstowany bez
pytania herbatą lub kawą, wzbrania się przed jej wypiciem. Zapytany
dlaczego się wzbrania, odpowiada: - Nie chcę, bo to tak jakbym dług
zaciągnął.
W Afryce czy Azji ludy tamtejsze nigdy cię nie pytają, czy byś się

czego napił. To co mają - bez obłudnego pytania - stawiają ci przed
nosem. Ludy koczownicze, ludy obydwu tych kontynentów, ludy
stepów i pustyń - gdzie woda jest prawdziwym skarbem - to kapłani
ceremonii życzyliwości. Nawet jeśliś niczym sobie nie zasłużył,
filiżankę lub czarkę herbaty otrzymasz podaną dwoma rękami na tacy
albo wstędze błękitnego jedwabiu...

PRZY PISY
' Por. Ludwik Stomma, / : 0 Czyli ludzie jak bogowie, „ K o n l c k s l y " , Rok X L V : 1991, nr 3-4
(214-2155), s. 141-142
Tenże, s. 142
Rozmowa w drodze na Powązki w dniu 23 czerwca 1994 roku
Ludwik Stomma, op. cit., s. 142
Miałem okazję bliżej się tym zabiegom terapeutycznym przyjrzeć w czasie dwuletniego
pobytu w Dakarze, jako stażysta w s ł a w n y m Institut Foundamcnlal d'Afrique Noire.
Charakterystyczne, że obrządki władania sobą przeniknęły do nowoczesnych osiedli Dakaru.Co
jakiś czas w takim osiedlu gromadzą się pod w i e c z ó r ludzie przy piaskownicy. Dlatego przy
piaskownicy, p o n i e w a ż jednym z e l e m e n t ó w zbiorowego transu będzie padanie na piasek
plecami oraz tarzanie się w nim...
' Jacek Olędzki. Gesty nadziei, „ K o n t e k s t y " , Rok X L V : 1991. nr 1 (212), s. 45
W gwarze złodziejskiej sikor = zegarek, wilk = przyrodzenie, glan, glony - buty.
2

3

4

1

P.S. Przez długie lala wielkim mym pragnieniem było, aby etnografowie nic ograniczali się do
analizy cudzych filmów lecz - korzystając ze swej oryginalnej i słabo spopularyzowanej wiedzy
- robili swoje własne. Wreszcie, aby filmujący clnografowie nie ograniczali się do surowych
zapisów, trafiających do a r c h i w ó w muzealnych, ale ż e b y zaistnieli, przede wszystkim
w telewizji. Jeśli się to udawało w latach sześćdziesiątych, dlaczego nic m o g ł o b y nowe,
scmiotyczno-strukturalislycznc, czy fenomenologiczne m y ś l e n i e filmowe zaistnieć w latach
w i ę k s z y c h s w o b ó d i lepszych m o ż l i w o ś c i technicznych? C z y musimy być niewolnikami złych
g u s t ó w i wątpliwych zainteresowań masowego odbiorcy, który w części męskiej - jak
w Murzynowie - interesuje s i ę tylko meczami piłki nożnej, boksem i transmisjami ze świąt? No
i wreszcie d o ż y ł e m chwili satysfakcji i prawdziwej radości. Przyjmij Ludwiku - proszę - słowa
podziękowania i gratulacje za fascynujące, rewelacyjne formalnie i intelektualnie Historie
o historii Brawo!

7

Jackowi Olędzkiemu w odpowiedzi
Ludwik Stomma
Brawo Jacku! - Z jakąż łatwością wywiodłeś bezpośredni związek
między piłką nożną a glanowaniem bliźnich lub biciem syna
młotkiem po głowie (acz w drugim tym przypadku chodzić powinno
raczej, chyba że ojciec trzymał narzędzie chwytnymi palcami
kończyn dolnych, o piłkę ręczną). Nie będę się rewanżował przy­
kładem tatusia, który po obejrzeniu przegranego przez „naszych"
meczu, zrozumiał znikomość swych zachcianek, zrobił rachunek
sumienia i tegoż wieczora, po raz pierwszy od lat wykąpał bobasa
i ucałował żonę. Nie chcę bowiem licytować się w trywialności.
Niepotrzebnie Jacku napracowałeś się nad tak długim tekstem.
Wszystkie jego tezy zawierają się wszakże w dwóch twoich zdaniach:
„Pewnym osobom nie wygasły ciągoty stadne a innym wygasły. Ktoś
siedzenie na twardej ławce przez dwie godziny śpiewając lub
gwiżdżąc i tupiąc, skandując jakieś jedno słowo uzna za sytuację
bliską rajskiej, natomiast mój przyjaciel, tłumacz literatury współ­
czesnej pisanej w hindi, syn trenerki sportu szkolnego, tak wyobraża
sobie epizod w scenerii piekła." - Jest tu już wszystko: i deter­
minujące wnioski opozycje i opis.
Zacznijmy od opozycji. Nikogo Jacku nie obchodzi, i wiesz od tym
doskonale, że jest twój przyjaciel tłumaczem z hidi, czy też synem
trenerki. Jeżeli umieszczasz te informacje, to znaczy, że mają
znaczenie. Ciąg logiczny jest tu taki: Przyjaciel wywodzi się ze
środowiska sportowego więc „wie w czym rzecz''. „Wiedząc w czym
rzecz", a więc z pozycji kompetencji uważa mecz piłki za „epizod
w scenerii piekła". Jednocześnie jest człowiekiem wyrafinowanym
(literatura + współczesność i egzotyczne języki), czyli po polsku
mówiąc „kulturalnym". Tu swoją kulturę przeciwstawia (a raczej ty
dając go za przykład przeciwstawiasz), wciąż „wiedząc w czym
rzecz" chamstwu oglądaczy piłki. Ową opozycję prymitywizm
- prawdziwa cywilizacja wzmacnia rozróżnienie ewolucyjne między
neandertalami, którym „ciągoty stadne nie wygasły" (znamiennie
darwinowskie pojęcia: „stado" i „wygasły") a homo sapiensami,
którzy są już na wyższym etapie, a do których należysz ty i tłumacze
literatury hindi. W tym momencie i tak wszystko jest już przesądzone.
Następuje jednak ilustracyjny opis, o tyle tylko nie powalający
przeciwników na kolana, iż: 1. fałszywy, 2. nieuczciwy.:
Ad. 1. a. „Twarde ławki" - na stadionach, które oglądałeś w TV
(wnoszę po cytowanych meczach) nie ma żadnych twardych ławek,
tylko plastikowe, wygodne krzesełka, w droższych rzędach miękko
wyściełane.
b. „Skandując jakieś jedno słowo" - w ten sam sposób można by
o twórcach ludowych: „bazgrząc jakieś bohomazy". Folklor kibiców
to dzisiaj rozbudowany system obejmujący strój, muzykę, rytuał,
muzealnictwo, kolekcjonerstwo, swoistą literaturę etc. etc.
c. „Gwiżdżąc i tupiąc'' - jak wyżej, lecz dodajmy jeszcze, że pobyt
na meczu wiąże się również z konsumpcją (nieraz wielodaniowych
obiadów), występami tancerek, pokazami sztucznych ogni, spot­
kaniami przyjacielskimi etc. etc.

80

Ad. 2. Wszystko to Jacku doskonale widziałeś, pomijanie więc
wszelkich owych aspektów i redukcja interakcji społecznych na
meczu do twojego „opisu" musi być niestety odebrana, jako
naginanie z góry rzeczywistości do twojego a priori. Tym gorzej dla
prawdy.
Zapewnianie, że nie masz pojęcia o przedmiocie swojej pracy,
istotne dla ciebie, gdyż pozwalające ci na dowolnie beztroskie
wrzucanie „faktów" do worków „prymitywizmu" lub „prawdziwej
cywilizacji", jest o tyle smutne, że całkowicie odpowiada prawdzie.
Gest ma też swój kulturowy kontekst, bez znajomości którego ani
rusz. Jeden tylko, jedyny przykład:
Piszesz o Koreańczyku, który nie okazał radości strzeliwszy
Niemcom gola. Otóż strzelił go on przy stanie 0:3, radości
okazywać więc po prostu nie mógł, gdyż w oczach publiczności,
jak i kolegów z drużyny odebrane by to zostało jako defetyzm.
Wystarcza oto 1 :3 do uciechy... W przeciwieństwie do Ciebie
oglądam mecze setkami i NIGDY nie widziałem uciechy po
strzeleniu bramki, która nie zmieniałaby merytorycznie faktu
beznadziejnej sytuacji zespołu (chyba, że w dobroczynnej
pokazówce lub konfrontacji III-ligowca z mistrzem, gdzie tylko
o honor chodzi, a zwycięstwo jest poza najśmielszymi ambic­
jami). Tak więc, co dla ciebie jest „komparatystyczną" ciekawo­
stką wynika najbanalniej z międzynarodowej litery rytuału.
Elementarne mój Watsonie!
A dlaczego jeden tylko przykład? Bo przecież i tak groch o ścianę.
Masz Jacku na to co ci wygodne i niewygodne dwie odrębne miary.
Gdy ja, przez przejęzyczenie, zamiast „plemienny" (gdyż tak! Milla
odtańczył element ZNANEGO tańca) piszę „narodowy" poświęcasz
temu pięć oburzonych akapitów, sugerujących nawet „glanowanie".
Gdy ty natomiast przekręcasz dowolnie słynne nazwisko, rzecz to
śmiechu, a nawet kpiny godne, bo mawiają na cię „Łolejski". Może
i mawiają, ale nie piszą tak w naukowych pracach, bo i siebie by
kompromitowali i nikt by nie zrozumiał.
Ale dość o detalach. Smutne jest jeszcze, że do interpretacji
zjawiska o zasięgu światowym, swoistego signum temporis naszych
czasów, wystarczy delirka chłopa z Murzynowa i paradoks uroczego
skądinąd Ryszarda Ciarki. Doprawdy nie jest dobrym przykładem dla
studentów (może dlatego czytałem na twoich zajęciach gazetę, acz
wtedy nie była to jeszcze - acz doceniam subtelność aluzji - „Trybuna
Ludu") mówienie: nie znam się na sprawie, ale i tak ją rozwikłam, bo
tezę założę z góry, jak żyletką po oczach. Wtedy bowiem zaczynają
nam cywilizację zakładać kosmici, kształt dachów pagód udowadnia
związki Chin ze starożytnym Egiptem, Jezus przeżywa i poprzez
Templariuszy zakłada masonerię...
Być może, tego zanegować nie mogę, świat jawi się wtedy
łatwiejszy. Ale czy to my właśnie mamy sprowadzać do trywialności?

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.