Dzienniki 1908-1913 / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.2

Item

Title
Dzienniki 1908-1913 / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.2
Description
Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.2, s.103-111
Creator
Malinowski, Bronisław
Date
1998
Format
application/pdf
Identifier
oai:cyfrowaetnografia.pl:2489
Language
pol.
Publisher
Instytut Sztuki PAN
Relation
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2676
Text
Bronisław Malinowski,
D z i e n n i k i 1908-1913

Po powrocie z Wysp Kanaryjskich, w jesieni 1908 roku święcił Malinowski swój tryumf naukowy, mianowicie otrzyma! zgodę na
promocję „sub auspiciis Imperatoris", czyli pod auspicjami Cesarza. Było to najwyższe wyróżnienie dla doktoranta, a Senat Uniwer­
sytetu Jagiellońskiego mógł w ciągu roku występować z jednym wnioskiem o taką promocję. Zgodę na nią wyrażał osobiście Franci­
szek Józef I . Z prywatnej kasy cesarza pokrywano wszelkie opłaty z tytułu rygorozów i dyplomu oraz fundowano pierścień , który kan­
dydat otrzymywał podczas uroczystości. A oto jak ona wyglądała: „Program promocyi sub auspiciis Imperatoris BRONISŁAWA M A ­
LINOWSKIEGO na doktora filozofii, dnia 7 listopada 1908 roku, o godzinie 12 w południe.
1) O godzinie wpół do 12-tej przed południem zbiorą się Członkowie Senatu Akademickiego, oraz profesorowie Uniwersytetu Ja­
giellońskiego w sali posiedzeń Senatu Akad., zkąd, poprzedzeni berłami rektorskiemi i wydziałowemi, udadzą się do Auli (...), - wre­
szcie
Rector Magnificus.
(Tuż za Rektorem niesione będą berła rektorskie, berła wydziałowe zaś rozpoczną cały pochód)
Przyszedłszy na salę zajmą wszyscy miejsca dla nich przygotowane.
(Członkowie Senatu zajmą fotele z napisami dla nich przeznaczone po prawej stronie JWP Delegata; Profesorowie i docenci z wydzia­
łu teologicznego i lekarskiego krzesła po lewej, Profesorowie i docenci z wydziału prawniczego i filozoficznego krzesła po prawej stro­
nie katedry)
2) Za nadejściem JW. Pana Delegata, wyjdą na jego spotkanie do drzwi sali Rektor Magnf. i Dziekan wydziału filozoficznego po­
przedzeni berłami rektorskiemi. JW. Pan Delegat zajmie wraz z towarzyszącym mu urzędnikiem c.k. Starostwa przygotowane dla nich
miejsca.
3) W chwili gdy Rektor Magnf. wyjdzie na powitanie JW. Pana Delegata, udadzą się dwa berła po kandydata i wprowadzą go rów­
nocześnie do sali. (Muzyka fanfary).
4) Dziekan Wydziału filozoficznego w krótkiem przemówieniu przedstawi następnie kandydata JW. Panu Delegatowi, Rektorowi
i Senatowi akademickiemu oraz zgromadzonym Profesorom Uniwersytetu i zaprosi Rektora, aby wydał polecenie do odbycia promo­
cyi.
5) Przemówienie Rektora - kończące się trzykrotnym okrzykiem na cześć NPana. Muzyka odegra „Hymn ludowy", którego wszy­
scy obecni wysłuchają stojąc.
6) Przemówienie kandydata kończące się prośbą o promocyę.
7) Pozwolenie Rektora na promocyę z wezwaniem do Promotora, by jej dokonał.
1

103

8) Promotor odczytuję rotę. Podczas przysięgi wszyscy z miejsc powstają; bedele skrzyżują berła. Przy ostatnich słowach wręczy
Promotor kandydatowi dyplom i po stosownem przemówieniu przedstawi go następnie JW. Panu Delegatowi jako nowo kreowanego
Doktorafilozofii.(Muzyka fanfary).
9) Przemówienie JW. Pana Delegata i wręczenie upominku od Jego ces. i król. Apost. Mości.
10) Poczem kandydat zbliży się naprzód do Magnificencyi Rektora, następnie do Dziekana i Promotora, oraz do innych Profeso­
rów dla odebrania gratulacyj.
11) Zakończenie uroczystości podpisaniem aktu promocyi przez JW. Pana Delegata, Magnf. Rektora, Dziekana i Promotora.
12) Odchodzącego JW. Pana Delegata pożegna Rektor Magnf. i Dziekan Wydziału filozoficznego, odprowadzając go z berłami, po­
czem w tym samym porządku jak przy rozpoczęciu opuszczą wszyscy salę. Zaraz za berłami wydziałowemi postępować będzie JP. Dr.
2

Bronisław Malinowski."

I jak Krakowianie mają nie kochać Franciszka Józefa, skoro z całego tego splendoru zostały nam tylko berła? Sam Malinowski
wszakże nie wydawał się, przynajmniej sądząc z lektury dziennika, zbytnio przejęty tą nadzwyczajną uroczystością. Tym co rzeczywi­
ście zaprzątało jego uwagę był niezbyt szczęśliwy romans z Felicją Ciszewską, żoną pianisty i dyrygenta Karola Szustera, postaci zna­
nej i popularnej w kołach krakowskich i warszawskich. Na trop tego romansu natrafiłam w pamiętniku Heleny Czerwijowskiej, mło­
dej osoby rodem z Podola, która wtedy rozpoczynała studia w Krakowie. Przebywając w kręgach artystycznych, zaprzyjaźniła się ze
Stanisławem Ignacym Witkiewiczem, którego obdarzy później głębszym uczuciem. Nieobojętny jej stanie się i Malinowski. Na razie
jednak w swym pamiętniku pisze: „Dużo się uczę w tym okresie, chodzę na wykłady, niezupełnie sobie daję radę ze swą pracą, w czym
zaproponował mi pomoc jeden z młodych, wyjątkowo zdolnych filozofów. Propozycję przyjęłam z wdzięcznością. Po paru wizytach
młodego filozofa zauważyłam, że cel jego pomocy w mej pracy leży w młodej i pięknej żonie muzyka, którą u mnie widuje (...) Mło­
dy filozof jest tak nieszczęśliwy i z taką szczerością przyznaje się do wszystkiego, że nie mogę się zdobyć na odejście od tych ludzi,
a przy tym wiele rzeczy nie rozumiem i dla filozofa zaczynam mieć sympatię dużą. Na szczęście tak się złożyło, że piękna dama mu­
siała wyjechać do Warszawy, a filozof na dalsze studia do Lipska" . Musieli jednak ze sobą korespondować, gdyż na odwrocie następ­
nego zeszytu swojego dziennika Malinowski zanotował jej adres .
Po uroczystej promocji nowy doktor wydał wspaniałe przyjęcie, na które zaproszeni byli min. jego przyjaciele. Jeden z nich - Wit­
kacy, zdaniem znawczyni jego twórczości Anny Micińskiej , opisał je w swej młodzieńczej powieści 622 upadki Bunga. Oprócz same­
go Malinowskiego (książę Edgar Nevermore) i jego matki (księżna), odnajdujemy tam także: Tadeusza Szymberskiego (Tymbeusz),
Tadeusza Miciriskiego (Mag Childeryk), Tadeusza Nalepińskiego (Teodor Buchaj), Helenę Czerwijowską (księżniczka Keszkeszydze)
oraz Karola Szustera z żoną Felicją (muzyk Bałwanów z żoną Fenixana). Skorzystajmy więc z tej niezwykłej sposobności i popatrz­
my się na to środowisko i na tę sytuację oczami Witkacego:
„ - Mój Bungusiu - rzekł książę wesoło i spiesznie, ale z pewnym zdenerwowaniem - cudownie się składa, żeś dziś przyjechał. Mo­
ja mama daje dziś bal, na którym będzie takie towarzystwo, jakiego pałac Birnam, od czasu jak stoi, nie widział. Dostałem carte blan­
che od księżnej mamy na wprowadzenie gości. - Książę był jakiś dziwnie podniecony. Stracił trochę dawną maskę i zdawał się być
z lekka podpity.(...)
Kiedy wchodził, gości było jeszcze niewiele. W salonie, przylegającym do wielkiej sali, siedziała na kanapie księżna będąca typem
wielkiej damy i matrony polskiej. Usta miała podobne do Edgara, tylko dolna warga, bardziej wysunięta naprzód, wyrażała niezmier­
ną pogardę i lekceważenie. Za młodu musiała być podobna do którejś z córek Filipa IV. Poza tym miała w sobie pewną specjalną do­
stojność i smutek kobiet, które przeżyły rok sześćdziesiąty trzeci.(...)
Oprócz księżnej znajdował się w salonie Bałwanów, znakomity pianista i kompozytor, z żoną Fenixana; gruzińska księżniczka Ke­
szkeszydze; Tymbeusz w pożyczonym od Tengera fraku o za krótkich spodniach; (...) Edgar promieniejący uśmiechem, podczas gdy
oczy miał tak złe, że sam Belzebub nie znósłby jego spojrzenia. Kilku dość jeszcze szczeniakowatych bubków z najwyższej arystokra­
cji błąkało się po salonie, obmyślając plan dzisiejszej kampanii. Tymbeusz bawił z zupełną swobodą księżnę, która słuchała go uważ­
nie, mówiąc od czasu do czasu: 'tak', mimo że nie rozumiała literalnie ani słowa. Edgar rozmawiał na uboczu z Fenixana. Księżna rzu­
cała na nich od czasu do czasu badawcze spojrzenie, ale au fond pewna była syna, bo wracała zaraz do zgłębiania Tymbeuszowych ta­
jemnic. Gruzińska księżniczka siedziała obok księżnej przysłuchując się wykładowi Tymbeusza. (...) Bałwanów tłomaczył coś jedne­
mu z bubków, włażąc nań formalnie całym ciałem. Był to człowiek gruby, ale kształtny. Miał byczy kark i głowę rzymskiego cezara.
Twarz jego była syntezą kilku niemieckich muzyków z osiemnastego wieku. (...)
Poloneza prowadził z księżną Mag Childeryk, który nadszedł w ostatniej chwili przed początkiem balu. Przy kolacji Edgar, podpi­
ty już porządnie, bo od samego rana, i wściekły, że musi siedzieć obok jakiejś starej hrabiny, syknął do Bunga siedzącego naprzeciw
z Fenixana:
- Mój stosunek do ciebie komplikuje się coraz bardziej, drogi Bungo. (...)
Ale Fenixana była roztargniona i z niepokojem patrzyła na męża, który pod wpływem zazdrości i alkoholu zaczynał przechodzić
powoli w kolor siny. Pod koniec balu, o godzinie szóstej rano, kiedy orkiestra urżnęła się tak, że niezdolna już była do dalszego funk­
cjonowania, uproszono Bałwanowa, aby wykonał w szkicu fortepianowym swój symfoniczny poemat pt. Książa niezłomny. Po czym
księżna poprosiła go jeszcze o walca. Bałwanów nie mógł odmówić i zgrzytając zębami zaczął grać walca z Rozwódki. (...)
Na kanapie siedział Bałwanów bez kołnierzyka i pił chartreuse, trącając się kieliszkiem z Buchajem. Właśnie wypili bruderszaft.
- Bo wi pan, panie Teodorze, Wagner nie rozumiał znaczenia waltorni dla... - zaczął Bałwanów.
- Mów mi 'ty', ty stary Bałwanie - przerwał Buhaj. - Twoja żona jest kułtyzana, tu jest tłójkąt. Ja muszę moje bebechy otworzyć,
jak się upiję. Ja jestem szczeły chłop, ty stały skułczybyku - mówił coraz czulszym głosem, opierając głowę o wygorsowaną pierś Bał­
wanowa.
- Tak, panie Buchaj, ale pańskie bebechy śmierdzą - przerwał mu Nevermore, który zajęty dotąd rozmową z Fenixana w drugim
końcu salonu, posłyszał był ostatnie zdanie. Pierwszy raz w życiu Edgar użył tak okropnego słowa. Fenixana wzdrygnęła się całym
ciałem i spojrzała na księcia z uwielbieniem. Lubiła bowiem wyrazy proste a dobitne. Tak skończył się pierwszy i ostatni bal wszechstanów w pałacu Birnam" .
Po dwóch tygodniach od tych wydarzeń, czyli około 20.XI.1908 r. był już Malinowski w Lipsku, gdzie kontynuował swe zaintere­
sowania naukami ścisłymi: fizyką i chemią, koncentrując się wszakże na termodynamice. Studiował także inne dziedziny, np. psycho­
logię u Wilhelma Wundta i ekonomię u Karla Biichera. Chodził na wykłady, pracował w laboratorium i bibliotece. Jednak, co ciągle
3

4

5

6

104

sam podkres'la, brak mu systematyczności i rzetelnos'ci. Można odnieść wrażenie, że mimo swego w tym względzie przekonania, nie
znalazł jeszcze dziedziny nauki, której by się bez reszty poświęcił.
Na wiosnę 1909 roku poznaje Malinowski kobietę, która wywarła wielki wpływ na jego życie, nie tyle może swymi walorami in­
dywidualnymi, co faktem, że to za nią właśnie pojechał do Londynu, zaczął studiować socjologię i w efekcie z Anglią związał swoje
życie i karierę naukową . „Była to panna Annie Brunton z Afryki Południowej, znacznie od niego starsza, bez wyższego wykształce­
nia, pianistka, która przebywała w Lipsku dla dalszych studiów" .
Annie pewnie także stymulowała wcześniejsze zainteresowania Malinowskiego muzyką i sztuką. Dziennik daje świadectwo jego
stosunku do tych form wypowiedzi artystycznej. Nie traktował ich jak zwykły widz czy słuchacz, jako źródło doznań estetycznych, ale
jak krytyk lub raczej teoretyk, ktoś kto słucha i ogląda zawodowo. Na koncerty przychodził z partyturą i zamiast słuchać muzyki, śle­
dził jej treść. Było w tym sporo snobizmu, do czego się sam przyznawał, ale i pogłębiony, bardziej wymagający stosunek do sztuki,
podejście intelektualne, szukanie „praw harmonii formy oraz rytmu".
Dziennik ten był pisany już po przyjeździe do Lipska choć odwołuje się do wydarzeń, które miały miejsce wcześniej, w Krakowie.
Jak w poprzednim odcinku zachowano oryginalną pisownię autora.
7

8

Grażyna Kubica-Heller

Z E S Z Y T I I (13.XII.1908-20.V.1909)
13.ХП.
Cała sprawa krakowska była fizjologiczną narością na
moim życiu. B e z p o ś r e d n i o ] do osiągnięcia pchały mnie mo­
tywy miłości własnej - lepiej specyficzne potrzeby „osiąga­
nia"; stąd gorączkowe podniecenie przed samem dojściem
do mety. Nic ostrożności. Potem zupełne, patologiczne za­
tracenie (atrofia) odpornorności indywidualnej. Zgadzam się
na przyjazd do Lipska et c. (Swoją drogą postawiłem to tak,
że au fond [franc, w gruncie rzeczy] byłem zupełnie zabez­
pieczony i w ó w c z a s wyrzucałem sobie małostkowe Kriimergefiihl! [niem. skrzywione uczucie]). Fakty: Spotkanie
u Bork[owskich ]. U Sauera idę oświadcza mi się; moja atti­
tude: złośliwa chęć nabierania mnie aby w y d a ć na łup mężo­
w i . Nie umiem pojąć naiwności. Wawel. Oświadczenia
formfalne] i przyrzeczenia u Bizanca. - Opowiem to sobie
ze St[asiem] W i t k i e w i c z e m ] . Duma nie pozwala mi uzależ­
niać się od takich powodzeń. - U Staszewskich (ciągle nie
ufam) Wieczór. Na drugi dzień u Heli [Heleny Czerwijowskiej] po południu w hotelu wieczór burzliwy (z Tymbeuszem [Tadeuszem Szymberskim]). Na drugi dzień z Helą
ich szukam znajduję u Sauera ze Stasiem - pokłócenie (Bor­
kowski: każdy po jednym sztosie) Poobiedzie u mnie
i u Kwietniewskiego. Choroba i 2 sztosy u nich. Promocja,
biby, znużenie; ostatni po promocji na drugi dzień. Psychicz­
nie czuję nie jest niczem dla mnie a że jej pożądam; przykro
mi to.
9

7.1.
M[ama] przyjechała. Reforma trybu życia. Już przed paru
dniami podziałem się. Afera w sumie. Absorbowała mnie.
Wprost histeria. Wczoraj zerwałem. - Muszę zacząć życie
wewn[ętrzne]. Pragnę wypowiedzieć się. Pokładam pewne
nadzieje w [?]. Być m o ż e będę mógł przed nim się formuło­
wać. - Wstąpić znów na arenę rozpoczętą roku zeszłego.
Dbać o warunki niezbędne do pracy: Nastrój spokoju i sku­
pienia. Poczucie że nie będę się giął i [?] pod każdym razem:
objektywna wytrzymałość.
20.П.
Powodzenie! Istotne, rozwój siebie. Stawianie problemu
„samego siebie" czyż jest tylko zewnętrznem pobudzaniem
się do pracy? Czy źródła wewnętrzne wyschły? Nie. Ja mu­
szę teraz wypłynąć na dno wypłynąć na własną głębię. M u ­
szę znowuż zrobić zasadniczy wysiłek. Eliminuję: Pył ze­
wnętrzny i sentymentalizm (wraz z rozkładową muzyką). Za­

uważyłem, że straciłem zdolność pracowania, wypracowywa­
nia, wydobywania z duszy, mozolnego, długiego dokopywania się. Jeżeli nie mogę [??] postawić problem i powracać.
Koniecznie ułożyć program i system pracy: stałe protokóły
tego co robię. Dziennik.
21.11.
Wczoraj. W łóżku podniecony ogólnie, opanowuję się
i zasypiam porządnie. Śnię o przystawianiu się do p. Baliszeckiej, Tadzio Smol. i St[aś] Witkfiewicz] - koncert kame­
ralny Beethfovena]. Słuchamy analitycznie]: brak rozróżnia­
nia interw[ałów] i harmonii. Gramy bardziej bezpośrednio
ale nie [??] oktetu kulmin., bajeczna rzecz! Dalej słabiej.
O p a n o w u j ę się: w e w n [ ę t r z n e ] powodzenie rzeczywiste
(a propos powiedzenia] Nalep[ińskiego ] [poprzez rozmo­
wę z M[amą] o tem czy straciłem szwung do pracy}. Po K r u gem też widzę że obecnie nie wpracowuje się w siebie. Na
semfinarium] problem sztuki. „ W początkach sztuki musimy
przyjąć czynnik specyficzny], który j a wyrażam [???]" Nie­
potrzebna rozmowa z Rustieem o Serbii.
1()

Motetty. Złoty, promienny koloryt Palestyny. Bach ro­
mantyczny i wyrazisty. Fizyka porządnie. Chemja. Rano nie­
godnie l a m b i n u j ę " . Na dziś. P r z e d p o ł u d n i e m ] Fizykę w y l i ­
czyć i p r z e p r o w a d z i ć d o ś w i a d c z e n i e ] . Połączyć to
z ewent[ualną] teorją wrażeń umysł[owych]. Chemja opisać
rezultaty ostatnich erazów.
12. Ш .
Czas ten przeżyłem nienajgorzej; pracowałem z pewnem
zainteresowaniem. Absorbowały mnie listy do Annie [Branton]. Jeszcze się z tego całkiem nie wyzwoliłem. Za to straci­
łem kontrolę nad sobą; pracę nad utrwalaniem zdobyczy na­
ukowych; poczucie własnej osobliwości i wyższych wyma­
gań od siebie. Dziś poruszyło mnie twierdzenie że dawniej
chciałem być dzielnym a obecnie nie. Nie miałem dość czy­
stego sumienia, aby temu wręcz zaprzeczyć. Czułem, że nie
mam kontroli, i że mnie absorbują rzeczy peryferyczne i [?]
(tęsknota czułostkowa, pożądania, apetyty, chandra). Posta­
nowienia: 1° anachoretyzm od jedzenia, palenia i picia (nie
absolutny: upić się tylko tem co warte), 2°. Uporządkowanie
życia. 3°. Dziennik (wewn[ętrzne] u p o r z ą d k o w a n i e ] ) . 4 ° .
Nastrój spokoju i równowagi.
13. Ш.
Wstałem. Gimnfastyka]. Całe p r z e d p o ł u d n i e robiłem
(grzebałem się) w mechanice. Fatalnie szły rachunkowe za­
dania. Mało cierpliwości z o ł ó w k i e m . Jutro muszę sobie

105

w y m a l o w a ć wszystko ab ovo. Pod kołdrą kojarzenia. Annie
ciągle wyłazi. Ciągle jeszcze to uczuciowe zabarwienie
wlecze mnie przez życie. Zaliż to twierdzeniem: to co m i
wypełnia głód życia jako marzenie nie wypełniałoby jako
spełnienie. Motety słabo. Po obiedzie, straszne zmęczenie
i niezdolność do pracy (ból głowy) a j e d n a k o w o ż bierna ro­
bota nie jest bezużyteczna w takich chwilach! D z i ś skorzy­
stałem dosyć. I d ę na spacer. Nie jestem na wysokości. Albo
o d p o c z y w a ć (szlachentnie, jak dziecko [?]) albo być w na­
pięciu. W i e c z ó r kąpiel i psychologia. Teraz czuję się znów
pełen sił. - Na jutro: Rano uważać na odrętwienie, pod koł­
drą nie puszczać wodzy. Brać rzeczy (mechanikę) ze strony
subjfektywnego] zainteresowania (z „żywej strony") to jest
przecież jedyna p ł o d n a metoda! Z drugiej strony niezbędne
też jest cierpliwe malowanie i kucie wzorów. W k a ż d y m ra­
zie robić bez „heroicznego natężenia i wypięcia". Patos
przenieść w dziedzinę „rzeczy istotnych", t.zn. za żadną ce­
nę nie pozwolić sobie na upadlające marzenia (np. z A[nnie]
B[ranton] w [?] i t.p.) Moje marzenia o przyszłości powin­
ny się raczej odnosić do wewnętrznego postępu niż do czy­
sto zewn[ętrznychj zdarzeń.

15.111.
Wczoraj; w s t a ł e m dobrze i zewnętrznie z a c h o w a ł e m
regime: gimnastyka i subjekt[ywne] r o z w a ż a n i e aż do
śniadania: Potem muzyka; piszę m e c h a n i k ę , termodynami­
kę. Z a m a ł o jeszcze się skupiam. Lada bodziec rozpoczyna,
p o c i ą g a nowy ł a ń c u c h kojarzeń idących w rozmaitych kie­
runkach, g ł ó w n i e ku niej. O ile praca moja nie jest ujęta
w j a k i e ś z e w n ę t r z n e ramy, robię b[ardzo] kiepsko. O ile
ujmę j ą w ramy zawsze mam to uczucie: dlaczego mam
wlec to niepotrzebne [?]towanie, lepiej przecie zrobić to
w s p o s ó b najbezpośredniejszy, przez spontaniczną apercepcję. Otóż m u s z ę n a u c z y ć się p r a c o w a ć porządnie w ra­
mach (praca w y k ł a d o w a , labor, bibliot[eka] i t.p.) a także
w y r o b i ć sobie wysokie poczucie o b o w i ą z k u wobec siebie.
Po obiedzie jestem silnie podniecony ([???]). Franio prze­
szkadza. I d ę na spacer; s a m o t n o ś ć . W i e c z ó r fatalnie i do­
staję uderzenia k r w i do głowy, podniecenie nerwowe. Po­
tem nie pozostaje m i nic jako odcisk faktów na duszy t.zn.
że w ł a ś c i w i e tego nie p r z e ż y ł e m . A l e nie mam jeszcze
dość brutalnej odporności i wielkopańskiej nonszalancji
ażeby i g n o r o w a ć nastrój innych (t[ak] j [ a k ] np. Staś). Je­
żeli się n u d z ę i innych n u d z ę potrafię przez głupią chęć na­

gięcia się p r z e ł a m a ć [??] i n d y w i d u a l n o ś c i (poczucie sie­
bie) i w p a ś ć w stado.

16.111.
Dziś pracowałem cały dzień. Chwile rozpaczliwego łama­
nia się myśli nad matematyką. Pokonuję to i kuję spokojnie
dalej. Mechanika, termodyn[amikaj. List do Nalep[ińskiegoj.
Uczucia z Wundta: Wszystko to nie osobliwie, ale dostatecz­
niej. Przed i po ob[iedzie] podniecenie i lekka kongestja.
Ogólny regime: jedzenie skąpe, robi m i doskonale. Muzyka:
klim[?]. Na spacerze (w Albert-parku) nawiedza mnie chwi­
lami skrystalizowana tęsknota i sentymentalizm. Za miłością,
za wrażeniami fizycznemi (sportem). Chwila niezróżniczkowanej tęsknoty za nieujętem: nad drzewami parku łuna mia­
sta i skrawek gasnącej zorzy. Formułuję: rozpacz że nic no­
wego z siebie nie wydobędę. Wstręt do tego co j u ż było, do
zamkniętego koła, do bezpłodnej szarpaniny. Byle się posu­
wać naprzód. Wyłania się postanowienie. W mojem obecnem
życiu tylko chwile samotności i przestawania samemu z sobą
maja wyższą treść życiową dla mnie. Życia tylko w tej mie­
rze wolno używać dopóki nie zatraca się poczucia samego
siebie. Dwojaki instynkt pcha nas od samotności do życia:
chęć opanowywania (dostarczania żeru j a samotniczemu)
chęć poddawania się, rozpraszania (żer dla j a stadowego).
Otóż zahamować instynkty życia podczas obkuwania się. Nie
pozwolić kongestyi mózgu rozniecać całego szeregu ognisk
jątrzących instynktów i apetytu. Do analizy uczuć: idąc na
Grassistrfasse], Vorstellung [niem. wyobrażenie] tej ulicy był
silnie zabarw[iony] uczuciowo. Zobaczyłem tą [sic] ulicę tak
jakbym j ą był widział zaraz po przyjeździe; spojrzałem na nią
okiem obojętnej nienawiści, jako na c o ś bezwzględnie mar­
twego z czego nigdy nic nie wydobędę, w co się nigdy nie
wżyję. Takiemi oczami negatywnej tęsknoty patrzałem na
miasto w pierwszych dniach. B y ć m o ż e kryła się po za tem
już nadzieja i potrzeba czegoś nowego; faktem jest że poezja
tamtego nastroju oświeca tylko to co potem się stało. {Wie­
czór u Franka; nie zastaję go idę powoli do Simona, potem
u Reika, idę w potworny deszcz do Franka, spotykam ich.
Nazajutrz w Alberthalle. Potem na koncercie M e l v i l k i . Potem
u Annie. Potem imieniny Franka; Afera z Paulą i t.d.} Posta­
nawiam: Akcent życia postawić na samotniczem wnikaniu
w siebie (co dzień 2 godziny sam[otnego] spaceru). Obkuwam się obojętnie. Poza tem apercepcyjne. Wyeliminować
(jak w Breńa baja) nudę i „nic się nie dzieje".

Lipsk. Stary Ratusz

106

Sobota 2 0 . Ш .
Przez te parę dni pracowałem nieźle. Jadam mało czuję się
dość podniecony. Kiepsko zasypiam. Wogól[e] trochę się
„ździczam". Trzeba to będzie uregulować. Ale się nie cofam
i nie cofnę i jak dotąd nie powstają jeszcze siły rozpraszające
czy centryfugiczne. Co do ujęcia życia to obecnie nie siedzę
na dnie, na głębi. Te chwile które spędzam sam z sobą muszę
poświęcić kompl[etnemu] odpoczynkowi, tak się czuję zmę­
czony. Wczoraj szedłem po lewej ręce, wzdłuż Plejsy naoko­
ło Reunbahn. laskiem do Schleussig [przedmieście Lipska]
i cały czas pod wrażeniem ostatniego listu od n . Chwilami
zupełnie absorbuje i wypełnia wszystkie moje życiowe aspi­
racje myśl o pracy nauk[owej] i wewn[ętrznym] rozwoju.
Ambicja i ciekawość. Wczoraj byłem w b[ardzoj wodnistym
nastroju z powodu ucięcia tej nadziei. Czy dla mnie byłoby
dobrze mieć tembre przez rok przy sobie - tego nie m o g ę
wiedzieć. W k a ż d y m razie czuję się b[ardzo] silnie przywią­
zanym. Dziwne: przewiduję szczegółowo wszystko co przyj­
dzie. Początek smutny pełen złych przeczuć. [??] nowe pędy
szczęścia. Potem upojenie (może trochę nudy: przesytu z mo­
jej strony? [??]). Potem niemożność oderwania się od niej,
tchórzostwo; ostatnie chwile; przygnębienie tępe, ból istotny
wyprowadzający z dziedziny fikcyi w życie: złamanie. Powo­
li rany się goją; mądra analiza zaczyna z piołunów destylo­
wać upajający narkotyk; życie ustępuje; znów tylko scena
i widz. - Jakżesz jestem ciekaw tego co będzie! Nie wiem czy
bardziej się boję i nie chcę czy b[ardziej] jestem pociągany
(dopóki mnie koło zębate nie wciągnie!) - Wczoraj praco­
w a ł e m ] intenzywnie całe p r z e d p o ł u d n i e ] ; po połfuniu] b[ardzo] zmęczony i skongestjonowany słucham Helmholtza; na
spacerze myślę tylko o akt. czytam list koło Rennbahn. W la­
sku rozmyślam: pająk wpadający w twoje sieci. Zbliżenie
głodu przeżyć z olbrz[ymią] [?]śliwością i z pewną dozą [?]
i Ehrlichkeit. Potrzeba pogłębienia, którego życie mi odma­
wia. Czy właściwie ona nadaje się do pogłębiania? Czy są w i ­
doki rozwoju duchowego dla mnie? Ja zawsze siebie biorę
w stos[unku] do tych rzeczy intelektualnie. Ale jak dalece ona
reaguje na to i pobudza mnie? Czy motywy [?] są duchowej
natury? Przedwczoraj: pracowałem również nieźle; spacer
w Alb[ert] P[ark] durch die Normę; koło baru wracam do do­
mu. Wieczorem nie piszę ale bezsenność i liczne kojarzenia
nieuporządkowane. We Środę: Stem i Franek przyłażą i prze­
szkadzają; potem idę na spacer (koło Bismarcka) wspomnie­
nia na ławce (w ogóle żyję tylko uczuciowo-wspomnieniową
treścią otoczenia). I m bardziej szare jest otoczenie tern ła­
n

twiej wkładamy w e ń spont[aniczie] uczuciową treść. Wieczo­
rem idę do Znamierowskich , prze[?] słucham [?]; w domu
nic nie robię. Dziś rano po wyspaniu pragnę się opanować
i wejść w pracę.
13

Wtorek 23.
Pewna apatja. Wykolejenie. Życie intelektualne: W Nie­
dzielę (po sobotnim odpoczynku) idę Albert Alee: powinie­
nem mieć silne, określone dogmaty życiowe; z których łatwo
i szybko dedukować konkretne wnioski. Życie bowiem sta­
wia nas w ciągłych ewentualnościach i zawsze zaskoczeni
znienacka nieraz zaniedbujemy okazję lub napróżno na mar­
ne czas tracimy. Konkretnie: dotkniecie ambicyi (spotkanie
ludzi elegantszych, sławniejszych, p i ę k n i e j s z y c h i t.p.
w ogóle przewyższających mnie zewnętrznemi danemi)
z tern łączy się problem Einschiichterung [niem. onieśmiele­
nie]. Absolutna nonszalancja. O ile wiem o co m i chodzi po­
trafię zawsze wybrnąć o ile nic mnie nie łączy bezwzględnie
pozostawać obojętnym, niezaczepnym. W ogóle w stosunku
do ludzi najb[ardziej] zewn[ętrznych] z a s t o s o w y w a ć postę­
powanie wynikające z najb[ardziej] zasadniczego odnosze­
nia się do [?] dotkniecie strony awanturniczej życia. O ile
mnie to nie będzie zbytnio kosztowało to przyjąć. Nigdy nie
„zdobywać się". W ogóle i tu przetopić wielkie „nic się nie
dzieje" na konkretne wartości. Pozatem trzymać się zasady
różniczkowej [?] życiowego: lepiej wiele małych ruchów niż
jakiś wielki wysiłek. - W ó w c z a s sformułowałem: jeżeli bę­
dę mógł wierzyć w siebie, oprzeć się na c z e m ś pewnem,
wartościowem w sobie to będę miał siłę do pokonania tam­
tych rzeczy. Właściwie te wszystkie „strachy" polegają tylko
na zbytecznej z a l e ż n o ś c i od m a ł y c h i n d y w i d u a l n o ś c i .
W Niedz[ielę] i wczoraj pracowałem nieźle; w sobotę odpo­
czywałem. Fatalnie, że w Sobotę i wczoraj nie poszedłem na
spacer; tylko rozpraszałem się na wizytach, u Kinachen
i u Hildy.
26.Ш.
Życie sentymentalne]: Pomimo postanowień zawsze ży­
j ę w tej sferze. Uczucia „ i n t e l e k t u a l n e ] " i artystyczne] po­
zostają zawsze dla mnie tylko formami życia. Treścią uczu­
cia żywe. Muzyka wprost popycha mnie do życia (?)[oryg.]
Czy myśl ma wartość tylko jako komunikowanie się z ludź­
mi i środek ambicyi. Lub jako [?], opanowanie życia? [?]
oscyluje w stosfunku] do n. W Piątek dostaję list. Uznanie
szlachetności S. - Nie m o g ę tego strawić. Obcina m i to je-

107

szcze j e d n ą stronę: możność usprawiedliwienia się estetycz­
nego. Wyłazi „śmierdząca" strona tej sprawy. W Sobotę wie­
czorem dochodzę do maximum: [???]. Pragnę żądać aby się
zdecydowała aut, aut. Żeby powiedziała mu wszystko lojal­
nie i pour ainsi dire [?] m i . W Poniedziałek abs. reakcja.
Z m ę c z o n y idę ku [?]. Pociąga mnie awanturnicza] strona
życia. Pogarda dla siebie. Obojętność kompletna. List (Po­
niedziałek rano) zostawia mnie na boku. Obrzydzenie (den­
tysta). Chłód: M [ ? ] na obrazku. Wtorek 9=ta symf[onia].
Środa: męczy mnie F[?] Spacer: potworne zwątpienia; wrzu­
cam list do niej. Nie czuję jednak potrzeby pisania: pewne
dobrowolne okrucieństwo. Wczoraj 9=ta symf[onia]. Słu­
cham z pełnią skupienia. Potem spacer. Powinienem być sta­
le opanowanym i z w r ó c o n y m ku sobie. Warunkiem tego jest
aby życie nie p r z e p ł y w a n o ] przeze mnie, lecz aby rozwijało
się i rozrastało organicznie. Pisać dziennik! Wszystko co
przezemnie przejdzie musi zostawić trwały osad. Obecnie
j a d ę do Berlina. Przez zetknięcie się z ludźmi często nastę­
puje zmiana w sposobie brania życia. Posiadam niezmierną
ruchomość projektów. To co myślę co sobie obiecuję powin­
no mieć zawsze tę samą podstawę: tę na której opierane
ogólne wartościowanie życia i jego praktyczne ujęcie. Moje
postępowanie musi być w zgodzie z ideałami. Jeżeli nie mo­
gę czegoś dosięgnąć, wyrzec się tego. Ciągła czujność i pa­
nowanie nad sobą, powiązanie najmniejszego poruszenia
myśli i instynktu w wielką organiczną całość, podporządko­
wanie tego najgłębiej dosięgniętym [?] indywidualności, cią­
głe poczucie tego czem się jest: na jakim szczeblu własnej
skali wartości się stoi; wszystko to jest szalenie męczącem;
kładzie ciężar nieznośny. Napróżno szukam wytchnienia;
ścigają mnie nieubłaganie dziwne mroki; na jakiej kolwiek
wartości chcę położyć ciężar mojego ja_wszystkie się uchy­
lają: potworny ciężar, zbyt czuła waga; opadam w przepaść
bez dna. Tchu mi braknie; stoję na samej granicy: lepiej j u ż
i przejść lepiej ... jeszcze trochę a nie uniosę ciężaru; szaleń­
stwo? Najlżejszy przedmiot mnie przygniata (chwila na
montafia de los Vinas kiedy upadłem prawie bezprzytomny
na [?]) wstałem i nie śmiejąc spojrzeć oko w oko morzu, zie­
mi, drzewom, chyłkiem uciekałem sam przed sobą pośród
winnic. W mrokach wieczoru starałem się stracić, zagubić
dławiącą mnie zdobycz: prawdę nie do [?]gnięcia. - Nirwa­
na jedyny pewny punkt oparcia. Konieczność dla intenzywnie żyjących, pełnych ludzi.
O stylu. Słowo jest stworzone do oddania myśli. Dusza
- j a k a ś nieujęta, nieograniczona przestrzeń; to co się w niej
dzieje doznajemy w formie bezkształtnych, dynamicznych
o d ł a m ó w rzeczywistości. M y ś l oddaje ostateczny stan rów­
nowagi. N i e s k o ń c z e n i e zmiennego, ciągłego przewijania
się rzeczywistości nie m o ż n a ująć słowem, bezpośrednio.
Styl powinien być objektywnym odmalowaniem tego co się
dzieje. Styl posługując się słowem, udaniem i myślą musi
być nieadekwatnem w y r a ż e n i e m . Chodzi o to aby w jaknajprostszy sposób p r z y p o m n i e ć i utrwalić to co minęło i aby
zbyt tego nie uprościć. Jest wprost niebezpiecznem podcią­
gać swoje przeżycia pod utarte kategorje, wyrażać je konwencjonalnemi frazesami. Tern gorzej jeżeli konwencja jest
z samem sobą. I n d y w i d u a l n o ś ć pewnej chwili jest właśnie
tern co nadaje jej istotną wartość. Nie ma bardziej bezna­
dziejnego hasła jak: „wyczerpałeś różnorodność życia".
Popęd do szukania ciągle nowych ludzi. Nieraz c h c i a ł b y m
wtargnąć w c u d z ą d u s z ę - zaproszony ciekawem spojrze­
niem.
Pogłębianie rzeczy dawnych, j u ż wypowiedzianych.

108

Berlin. Poniedziałek.
Przyjechałem w Sobotę o 3=ciej. P i e c h o t ą idę (z kuzy­
nami) do Kromayera. Dzień pochmurny, chłodny. Idziemy
do Potsdamer Platz; potem Podstam[er] str[asse] Jakiemiś.[??] Tiergarten, Reichsf?] b a n d ę . R o z l e g ł e , masywne
kamieniem w y ś c i e ł a n e p e j z a ż e . P e ł n e wielkomiejskiej
brzydoty. Na c h w a ł ę potęgi, która je w y s t a w i ł a i blaskiem
swoim oślepia tłum. Ja podpadam odrazu pod zły urok te­
go blasku i m u s z ę się przewlec przez całą skalę reakcji
wartościowań i n a k ł a d a m na siebie potworny ciężar. Myśl,
czysta, która otwarła d r o g ę p o ż ą d a n i o m zrzuciła na mnie
ten ciężar; myśl powinna go zdjąć. - Nastrój cudowny: cie­
płe, pogodne dni marcowe. Powietrze b[ardzo] czyste.
B[ardzo] silnie rysowała się sylwetka greckiego budynku
na tle nieba. G ł ó w n i e wbiły m i się plac przed zamkiem.
Muzea, Lindy. Wielkie miasto to jest p i ę k n o [??]. W Sobo­
tę wieczór variete: fatanie wpadam w ekspanzywny nastrój;
potrzeba udzielania s i ę . Nastroje
internacjonalne!!
(Frank?) Hiszpanja! [?] ochota do m ó w i e n i a oboma j ę z y k a ­
m i ; do epatowania otoczenia. To samo wczoraj na Carmen.
Chwilami u w a ż a m (wysłuchuję) chwilami wpadam w blagiersko-kabotyński ton bez talentu i nieinteligentnie bo
sam się daję nabierać. Rezultaty w y s ł u c h i w a n i a : drzewo
rozróżniam słabo. Analiza „tutti" co wychodzi. Do proble­
mu „Umfang d. Beweistseins" [niem. rozległość przeko­
n a ń ] . Nie m o ż n a r ó w n o c z e ś n i e d o z n a w a ć większej ilości
doznań jak jedno - to jedno m o ż e być rozmaitego stopnia
złożoności. Koncert w filh[armonii], zmęczony, snobizm
partyturowy. Chcę się pokazać jako ten który wobec [?]
w ogóle nieźle, chociaż jeszcze trochę zbyt mało się „ d u c kuję" np. właśnie na koncercie. Brahmsa nic nie kapuję, bo
słucham z partyturą. Swoją d r o g ą to m i rozszerza horyzon­
ty. Otóż: kompletne ignorowanie zmiany miejsca, otocze­
nia; pozy przed znajomymi.
14

Dziś w galeryi: B ó c k l i n . Rzucająca się w oczy intenzywność barw; poezja tematu. W ogóle analiza wstępna mu­
si doprowadzić do tego punktu w którym stanie się [?] warto­
ściowaniu artystycznemu. Odpowiada to zresztą zupełnie
ostatecznej funkcji badacza eksperymentalnego. Metoda
Lampechta wyszukiwanie linii przewodnich. Właściwie nie
historyczna daje nam bardzo poważny orjentacyjny punkt za­
czepienia - nie mniej jednak są to często powierzchowne
związki nie biegnące równolegle z istotnym rozwojowym
momentem.
Sobota 3 Kwietnia.
Wskrzesić dawne wysiłki i system mający na celu osią­
gnięcie maximum wydajności pracy; dalej pogłębianie świa­
topoglądu; niezbędne zalety indywidualne jak spokój i pogo­
da, pewna dzielność, rzutkość. Dalej wprowadzić w życie sy­
stem notowania wszystkich myśli i charakteryzowania,
utrwalania przeżyć. Aktualnie: pracuję w sposób b[ardzo]
niewydajny. a), praca skupiona (w łóżku) ciągle odbiegam
myślą; nie dosyć wnikam w subj[ektywną] istotę rzeczy. (3).
pomimo postanowień nie pracuję z ołówkiem w ręku t. zn.
nie daję sobie ostatecznej próby wyuczenia się przedmiotu.
0 ile m i się zdaje głównym brakiem umysłu jest [nie] zdol­
ność wnikania w szczegóły (jak np. rozwiązywanie zadań
z fizyki i matematyki; przegląd poszczególnych reakcji
w chemii) powinienem każde ogólne twierdzenie ukonkretnić
1 przerobić na licznych przykładach. Koniecznie zapisywać
w specjalnych zeszytach wszystko co przemyślałem ażeby to
mieć na przyszłość.

A d . 16-23 robiłem nieźle; jadałem mało; odbywałem samot­
ne spacery po parku; nabrałem pewnej wiary w siebie bo po­
stępowałem w kapowaniu termodynamiki, Helmoltza i uczuć.
Widywałem się ze Znamierowskim. Wykoleiła mnie oscyla­
cja Piątkowa w stos[unku] do n. Przygnębiła [??] z Frankiem
B. Potem Berlin dość kiepsko ale mogło być gorzej. Pod ko­
niec epoki pracy miałem wyraźne symptomata przepracowa­
nia: podniecenie, kongestja. Nie tyle czułem siły centryfugalne, ile rozpraszające i bajeczne przygnębienie: czarny ciężar
tak dobrze znany m i z Bren~a baja. „Nie mógłbym tego wy­
razić inaczej: dawniej rzeczywistość była dla mnie wypukłą,
raczej miała 3 wymiary. Czułem że coś się poza m n ą dzieje,
wyczuwałem j a k ą ś tajemniczą miąższość, coś mnie nęciło
i napawało trwogą. M o g ł e m wypuszczać niewidzialne macki;
obejmowałem niemi rzeczywistość i ciągnąłem z niej soki.
Dziś mam przed sobą tylko płaską, szarą szmatę. O to co się
naokoło mnie dzieje rozbijam się jak o twarde, nieprzenikliwe ściany więzienia. Wszystko rzucone na płaszczyznę: z tej
strony j a z tamtej pustka. We mnie pustka i pozamną bezmier­
na nicość. Rzeczywistość jest tylko niezmiernie cienką prze­
grodą dzielącą pustkę od nicości. To mówił mi szum fal i za­
pach gnijących porostów morskich. - Plan do systemu noto­
wania.
Niedziela 4=tego.
Rano pracuję z forsatzem, żeby nie odbiegać - ale nietę­
go. Po południu piszę wreszcie termodynamikę niezgorzej.
Spacer: księżyc, po lasku; silne zmęczenie serca. O zdobywa­
niu techniki, po prostu sposobu wyrażania się np. matemfatyka]. Ja muszę szukać takich pól, gdzie odstęp między ideą
a jej ucieleśnieniem nie jest taki wielki. Postanawiam dalej
pracować nad techniką pracy, nad rzeczami istotnymi. Wzbudzić całkiem bezpośrednie zainteresowanie się nauką,
naiwne jak je odczuwałem dawniej. Dlaczego biorę pracę tak
ciężko? Sztuka w tem ażeby podejmować rzeczy ciężkie bez
wysiłku. To znaczy wytyczyć drogę bez względu na towarzy­
szące trudności ale nie wyszukiwać trudnych wertepów. Wie­
czorem rozmowa z Frankiem B . Lekka kongestia; tak jak
w ogóle przy podnieceniu intelektualnem. Potem opanowuję
się. Lekka tęsknota do n.
5.IV.
Dziś pracowałem spokojnie, bez gwałtownych wysiłków,
ale ciągle i mile. Namyślanie było trochę mniej przerywane.
Pisałem termodyn[amikęj. Pozatem starałem się aby ześrodkować zainteresowanie właśnie na tem czem się zajmowa­
łem. Unikam też rozgorączkowania. Spacer; w muzyce posta­
rać się raczej o podwyższanie i pogłębianie bezpośredniego
artystycznego doznania, z drugiej strony czysto poznawczo
wartościowe pytania związane z mojem zagadnieniem estety­
k i . A więc: jakie są prawa harmonii formy, oraz rytmu. Jak
dalece z tych praw da się postawić objektywna ocena. Jaki
jest stopień wyrażalności nastrojów w muzyce. Co do osobi­
stego [??] muzycznej: branie muzyki zależy od usposobienia;
wyrobić sobie to usposobienie. Przeniesienie się w [?] stan.
Stosunek tego stanu do „rozumienia" muzyki. „Roz[umienie]" zabija czerpanie, wchłanianie pełną piersią muzyki.
Każda muzyka bezpośrednio natchniona jest dobra i trwała.
W każdym razie powinienem się strzec ażeby nie pracować
nad wyrobieniem sobie „Taschenspielerkiinste" [niem. kuglarskich umiejętności] muzycznych. - Księżyc świeci, wie­
czór chłodny, suchy. Wiatr szczypie i kurzu dużo. - Mało sen­
tymentalnie. Idę nad kanałem, śliczne efekty. Chwilę czuję

się potwornie zgnębiony; zmęczenie, ból w sercu. Umysł nie
odpowiada, wyczerpanie [?]. Czarny ciężar. Podnosi [?].
Łódki na kanale. W lasku śpiewy. Myślę o elektrolizie. Wra­
cam; czytam Biichera.
6.IV.
Rano. Wczoraj z n o w u ż c h ł o p c z y k i i b i b k i . Trzeba
z tem zrobić ostateczny rachunek. Absolutnie nigdy nie [?]
w to samo co sobie [?]. Sny: 1°. Przychodzi do mnie [?]
n w [?]; 2° pokoje j a k i e ś , drzwi w w i ę k s z y m na prawo [?]
jestem [??]. Czas (o 1 ma w y j e c h a ć ) . C i ą g ł y strach żeby
„ o n " nie wrócił (S?) [???]. Czy ten fakt że jestem znudzo­
ny i nie wiem co z nią zrobić jest symptomem upadku
uczuć? - Hotel „ M e t r o p o l " w Berlinie: westibul marmurowany; napisy: [??] w c h o d z ę na piętro (3?) , pokój zapeł­
niony [?]. W i e ż a z widokiem; z a w r ó t g ł o w y przy wchodze­
niu ([??]). [?] W i e ż a zamienia się w imperial i zaczyna p ę ­
d z i ć . - Stacja kolejowa. Spacer po torze; gdzie [?]
(ona?).[?] Resztę dnia spędzić ze s o b ą i z m u z y k ą Bacha.
Wczoraj b y ł e m z m ę c z o n y i s ł u c h a ł e m [z] w y s i ł k i e m ale
miałem poczucie że ta w ł a ś n i e muzyka odpowiada moje­
mu ideałowi sztuki, b e z p o ś r e d n i o w z b o g a c a j ą c e j życie.
Pozatem r z e c z y w i ś c i e chwilami w n i k a ł a we mnie spokoj­
na potęga bachowskiej muzyki. S a m o t n o ś ć po t y m koncer­
cie byłaby dla mnie b[ardzo] p ł o d n a . B y ł b y m się był mo­
że znalazł oko w oko z j a k ą ś n o w ą p u s t k ą , czy czeluścią
duszy. [...] Z bezdennych czeluści duszy często s p o g l ą d a
na nas przenikliwa pustka. - S z e d ł e m z H ó s s e n ; nie b y ł e m
sam. Warunkiem do tego ażeby b y ć samym wśród ludzi
jest aby się niemi i n t e r e s o w a ć . C z ł o w i e k który się nie i n ­
teresuje ludźmi, nie m o ż e b y ć sam pośród nich; idzie t y l ­
ko ażeby siebie stracić. Wielka Sobota.
Wczoraj niestety nie skupiłem się (jak zamierzałem) i nie wysłuchałem hedonicznie Metthe [niem. jutrznia] in P.
Poszedłem w stanie niezwykle chwiejnej równowagi i gada­
nie z obrzydliwym Moskalem kompletnie mnie wyprowadzi­
ło z równowagi. - Po słuchaniu muzyki muszę z wielkim w y ­
siłkiem panować nad sobą ażeby módz pracować. Czuję się
w pełni sił. A więc skupić się niezmiernie, (zagrodzić drogę)
silnem postanowieniem otoczyć j a k tamą wzbierającą i prze­
lewającą energję życiową i skierować j ą ku pracy produktyw­
nej. Nadwyżkę siły zużytkować właśnie na to opanowanie
się. Popołuniu robić: 1 godzinę Frazera . 1. Helmholtza
i Chemję. - Określenie mojego obecnego stanu: do Czwartku
byłem skupiony; zaabsorbowany nauką; pracowałem spokoj­
nie, systematycznie, bez wyczerpania. Po Czwartkowej mu­
zyce: charakterystyczne obłędne „świerzbienie" w tylnej czę­
ści mózgu i w nerwach. Nie jestem zmęczony: ergo miałbym
dosyć siły ażeby się opanować. Wczoraj daję sobie wakacje;
ale jakoś fatalnie się układa. Dziś myślę całą godzinę o Kociu Ziel. Wczoraj wieczór chłopczyki; o mały włos nie wpa­
dłem w bibl[ijny] nastrój, ale się opanowałem. Myślę też czę­
ściej o n. Ze mnie wyobrażenia nie płyną spontanicznie - p ę ­
dzone przedsię uczuciami. Ja sam wodzę ciągle wzrokiem po
widnokręgu.
15

Środa 14.IV.
Rozmowa z p. Muszkatem. Pobudza mnie. Staje
przedemną dawna sprawa ostatecznych wartości. Są pewne
prawa, pewne twierdzenia niewypowiedziane istniejące czę­
sto w formie nieujętych zarysów. Niemniej wpływają zasa109

dniczo na bieg życia. Z nich wypływają nasze postanowienia
strona [?]tatywna życia. Stanowią one jakby sklepienie
astrologicznego nieba. Niestety nie one same kierują naszym
losem. W ścieraniu się tych 2 potęg, z których j e d n ą usuwa­
my jako c o ś narzuconego, c o ś co pcha nas czy ciągnie z ze­
wnątrz, drugą zaś tworzymy sami - mieści się wewnętrzny
tragizm życia twórczego, życia które zostało oparte na odpo­
wiedzialności własnej. B y ć może przez uświadamianie sobie
sprężyn ukrytych i podziemnych źródeł m o ż e m y podnieść
ich wydajność. Czasami mam wrażenie jakgdyby taka rzecz
wywleczona z pod ziemi na powierzchnię i obejrzana przy
świetle dziennym traciła swoją moc która wypływała z jej ta­
jemniczej, niedookreślonej pozycyi. - Czasem znów zdaje
mi się ż e gdybym sobie całkiem jasno uświadomił cały ten
nexus [niem. spojenie, związek] to prędzej czy później mu­
siałbym się stać jednolitym i żyć tylko tern życiem. - Chcę
zebrać materjały. - Chcę zdobywać dalej zdolność wypowia­
dania. Zupełna utrata władzy nad słowem byłaby dla mnie
wprost zabójcza. - A więc: b[ardzo] długie chwile w życiu
ostatnich czasów przeżyłem zupełnie bez tej wyższej świa­
domości. Gdzie jej szukać? Jakie są te najgłębsze cysterny
„wody żywej"? Gdzie są ukryte sprężyny? Przychodzę do te­
go problemu zawsze z tej strony: czy to w rozmowie z ludź­
mi wygłaszam i słyszę pewne sądy wartościowe które dzia­
łają na mnie jako bezpośrednie prawdy. Czy to zdąża mi się
dowiedzieć się o k i m ś j a k a ś historja; czy widzę kogoś
w pewnem świetle w pewnej pozie. W każdym razie dozna­
j ę uczucia jakby mnie c o ś przyciągało. Entuzjazm, pietyczna fascynacja; jakby siły sprężyste reaguje na to parcie z ze­
wnątrz w mej duszy postanowienie. W ó w c z a s oglądam się
wokoło: kto mnie widzi? przed k i m gram komedję? Czy to
jest [?] j a k i e g o ś b e z p o ś r e d n i e g o ] rodzimego parcia? dlacze­
go przychodzi ono zawsze z zewn[ątrz]? Nie ono leży głębo­
ko w mojej naturze. Wszak tylko wtenczas żyję w t y m ogniu,
kiedy czyje w sobie moc prawodawcy, kiedy sam kieruję bie­
giem mej pracy i życia czuję się szczęśliwy mam poczucie
własnej wartości. Jestem stworzony ażeby iść wbrew prądo­
w i . Trzymaj się tego! [??] - Obecnie czuję się silnym, zim­
nym i spokojnym nic się nie dzieje poza obietnicą i linią roz­
woju. O gdybym mógł widzieć jej rozwój; gdybym był pew­
nym że pójdę dalej! Więcej siły, więcej brutalności i poczu­
cia obowiązku. - Ten nastrój nie da się zachować poprzez
życie. Zawsze będę musiał być rozdwojonym wchodzić
i wychodzić z życia. A l e praca, spokój i pogoda zimna za­
wsze będą dla mnie pewnym portem. Pozatem praca powin­
na m i wejść w nałóg. - Ująć cały ten problem: kompl[etnej]
samotności; wyższej świadomfości] stosunku do ludzi; twór­
czości i przeżywania bezpośredniego w ścisłe ramy. Obecnie
jestem kompletnie zimny; cała sprawa n nic mnie nie obcho­
dzi, jestem odległy; przyszłość zarysowuje m i się bez zabar­
wienia.
A d artem. 1). Elem[enty] myślowe 2). Elem[enty] ag. poezyi. Specyf. da się znaleść we wszystkich sztukach (Schu­
mann, Boecklin) czy to jest „uczucie" w przeciwstawieniu]
do myśli i do umysłów które są źródłem, 3). elemfenty] czy­
ste artystycznie] - Sztuka daje nam stany psych[iczne] nie­
zmiernie zróżniczkowane. Każde wrażenie artystyczne] to
nowe indyw. psych, w przeciwstawieniu do ujęcia myślowe­
go, ujęcie artyst. indywidualizuje, nadaje danemu wyobraże­
niu czy komplexowi wyobrażeń wyczuć piętno czegoś cał­
kiem osobliwego. Wrażenie artystyczne nie jest asymilacją
rzeczy j u ż znanej czy utartej, jest zawsze odczuwane jako akt
twórczy. Chodzi tu o retrospekcję. To zn. że twierdzenia od­
110

noszą się do naszego własnego ujęcia, „tak mnie się wydaje"
„tak doznaję tego".
Dziennik. W tych dniach wstaję dość późno i pracuję dużo
ale nie intenzywnie. Przedwczoraj (Poniedziałek) postanowi­
łem znowu iść z „podniesionym k u ń c z u g i e m " ale bez skutku
konkretnego. Obecnie postanawiam: jutro się zerwać i wziąść
porządnie do roboty bez lambinowania.
Poniedziałek 19.IV.
Pierwszy dzień. Idę z b[ardzo] dobremi zamiarami „zain­
stalowania się" w chem[icznym] i fiz[ycznym] instytucie.
W chem[icznym] spotykam Deiselbauma. [?] W c h o d z ę w na­
strój gawędy z asystentami. Nie idę do fiz. napróżno lecę do
uniwersytetu. Wielka doza i rozprężliwość „soków żywot­
nych". Staram się to zgnębić. Skupiam się w domu. W ogóle
jeszcze zbyt mało prostej linii w postępowaniu.
20. V.
Pracowałem nieźle.
[...]
I . dzień R. zaokrąglony [?] droga prowadzi wzdłuż, po
prawej stronie wysokopienny las świerkowy. Cudowny za­
pach żywicy. Na lewo pomiędzy pniami b u k ó w dużych, sta­
rych, prześwieca widok na dalekie niziny. Ziemia przemokła
od wczoraj mięko ugina się pod stopami.
Do Eisenach. Kolej: koło Lipska ładne w e s o ł e łąki, mo­
kradła, zagajniki (chwila odbiega w przeszłość, jakby czas
przesuwał się wstecz). Naumburg nad Saalą. Ładny teraz
obsadzony w i l l a m i . Miasta: Weimar, Erfurt itp. przesuwają
się szybko. Wszystko ładne [?] porządne. Przeszkadzają mi
Niemcy [?] na ludnością. - Eisenach: Platz i Luters denkmal
[niem. pomnik Lutra]; wąska uliczka ze sklepami; Markt,
piszę kartki; dom Lutra. Villenviertel: widok na W[artburg]
od Hainteich. Śliczna droga na W[artbu]rg. W[artburg] na
wysokiej górze, stromo spadającej na wszystkie strony. Le­
siste pagórki o ładnym, p o d ł u ż n y m profilu. Na zachód
u stóp [?] w łagodnym skręcie. Na poł[udnie] [?] łańcuch.
Vermberg. Potem idę laskiem; zewsząd ładne widoki na
W[artbu]rg.
- A więc znów wziąść się porządnie do pracy. Nastawić
znów aparat który [?] powoli posuwał się pod górę. Wejść
w ciemny, ciasny, długi korytarz na którego końcu nie widzi
żadnego światła? Nie poczucie samego siebie.
- Szukam (ew. w kobiecie) wartości indywidualnych].
Powinieneś, w imię tego, sam pracować nad sobą, żeby módz
zapłacić [?] za wartość. Wszak wszystko inne jest fikcją. Na
dnie tkwi pewna nieufność w istnienie takiej wartości. Strach
przed [??] życia, kobiety i ch[?] tchórzostwo.
- Zupełne oderwanie (niezależność) od ludzi. Druga stro­
na płaszczyzny. Nie potrzebuję formułować dowcipnie, inte­
ligentnie subjektywnie swoich przeżyć. A więc odpada epikurejska filozofiia] (A. France). Potrzeba [?] i linii w życiu.
Otoczenia odczuwającego i inteligentnego. Za to radość spo­
glądania na dojrzewanie ducha. Na toczący się pod górę śro­
dek ciężkości Na dzieło (choćby pokrewieństwa chem.) A k ­
tualny przykład: cieszyłem się na przyjazd n i c o ś będzie się
działo. Tymczasem beznadziejna pustka. Nie mogę j ą wcią­
gnąć w mój taniec ducha. Rozpuszczam sam wobec siebie
moją wielomówność, szukam [?] u Sand. Jestem wobec nie­
go ,,intelig[entny]" w specyficzny] sposób.
Po powrocie wezmę się porz[ądnie] do roboty. Nie bądź
tchórzem. Postaw sobie program konkrfetny]. Wyspecjalizuj
się. I próbuj postępować naprzód. Jeżeli nie możesz szybko,

idź

powoli; byle naprzód. W i d z ę jasno jak

strasznie

nie

w y m stanem leży punkt r ó w n o w a g i . Do tego punktu prowa­

umiem jeszcze p r a c o w a ć . Koncentrować się na jednej rzeczy.

dzą dwie drogi.

Z drugiej strony jak bardzo zwątpiłem w zdolność czerpania

[...]

z w e w n [ ę t r z n e g o ] natchnienia i bodźca do pracy. Dawniej
m y ś l a ł e m że wystarczy mi go na hypernudne zakuwanie się

Niedziela 20.

matmą. Teraz nawet idąc we w ł a s n y m kier[unku] przestałem
wierzyć.
Affinitats

Bez

żadnych dalszych w s t ę p ó w jasno stawiam problem:

obrobić porządnie chemję teoret[yczną] p r a c o w a ć z n ó w w la­
pokrewień­

b o r a t o r i u m ] , prowadzić życie b[ardzo] ascetfyczne]. Bez­

stwa]. Dla całego szeregu przebiegających reakcyi obliczyć

bestimmungen

względnie unikać marzeń, s e n t y m e n t a l i z m ó w ; Schlamperei

wszelkiemi

[niem. niedbalstwa].

możliwemi

[niem. definicje

sposobami wartości

swobfodnej]

energii. M a m y form: [formuła chem.] pomiędzy lewym i pra­

transkrypcja i opracowanie Grażyna Kubica-Heller

PRZYPISY
1

Jak pisała Helena Wayne, córka Malinowskiego: „W 1908 w czasie
imponującej ceremonii na swą cześć otrzymał złoty pierścień z brylan­
tem od cesarza Franciszka Józefa; mój ojciec dał ten pierścień przerobić
na broszkę, lecz niestety moja matka zgubiła ją w latach dwudziestych",
H. Wayne, Wptyw kobiet na życie i dzieło Bronisława Malinowskiego,
„Konteksty" 1997, nr 1-2, s.160.
2

Oryginał tego programu, a także inne dokumenty znajdują się
w Muzeum UJ, opracowane przez A. Flisa w: Krakowski doktorat Broni­
sława Malinowskiego, w: M. Flis, A.K. Paluch (eds.), Antropologia spo­
łeczna Bronisława Malinowskiego, Warszawa 1985.
Patrz Listy Stanisława Ignacego Witkiewicza do Heleny Czerwijowskiej, opr. przez B. Danek-Wojnowską, „Twórczość" 1971, nr 9, s. 46.
„Fela Szuster, u p. Ciszewskiej, Wilcza 62, m.2", zapewne w War­
szawie.
Jej także zawdzięczamy odnalezienie osobowych wzorców dla po­
szczególnych bohaterów Bunga, Patrz A. Micińska, Wstąp, w: S I . Wit­
kiewicz, 622 upadki Bunga, albo demoniczna kobieta, Warszawa 1972,
s.24-25.
S.I. Witkiewicz, 622 upadki Bunga, albo demoniczna kobieta. War­
szawa 1972, s.141-145.
Patrz list Malinowskiego do Anieli Zagórskiej w poprzednim tomie
„Kontekstów".
H. Wayne, Wpływ kobiet... „Konteksty" 1997, nr 1-2, s.154.
Eugenia i Władysław Dunin-Borkowscy, małżeństwo zaprzyjaźnio­
ne z Witkacym od czasu jego studiów na Akademii Sztuk Pięknych. Eu­
3

4

5

6

1

8

9

genia miała za sobą studia dramatyczne. Ze względu na swe liczne talenta i inteligencję skupiała wokół siebie rozlegle środowisko artystyczne
Krakowa i Zakopanego.
Tadeusz Nalepiński (1885-1918) - poeta, dramaturg i pisarz.
Obracając się w kręgu Tadeusza Micińskiego, zaprzyjaźnił się z rodziną
Witkiewiczów i Malinowskim.
" „Lambinować" nie figuruje w żadnym ze współczesnych słowni­
ków, a szkoda bo to bardzo przydatne stówo, szczególnie na oznaczenie
tego co robią tzw. intelektualiści przed południem. „Lambinować" znala­
złam dopiero w Słowniku Języka Polskiego pod red. J. Karłowicza i in.,
Warszawa 1900: „ślęczeć nad czymś, męczyć się objaśnianiem czegoś,
co nie potrzebuje właściwie objas'nienia; w drobnostki i niepotrzebne
szczególiki się wdawać".
10

12

Malinowski od tej chwili przez lata używa znaczka n w kółeczku
jak @ na określenie Annie Branton. Znaczek n kursywą stosuję za redak­
torem A Diary in the Strict sense of the term.
Czesław Znamierowski (1888-1967) prawnik, teoretyk państwa
i prawa, filozof i socjolog, prof, prawa na uniw. w Poznaniu.
Arnold Bócklin (1827-1901) - szwajcarski malarz i rzeźbiarz. Po­
czątkowo malował nastrojowe pejzaże a później kompozycje figuralne
o znaczeniu symbolicznym.
Pierwszy raz w dziennikach pojawia się jakaś antropologiczna lek­
tura, choć skądinąd wiadomo, że Malinowski czytał Frazera jeszcze w cza­
sie studiów w Krakowie, co wspominał w 1925 roku w przemówieniu wy­
głoszonym ku czci sir Jamesa Frazera na Uniwersytecie w Liverpoolu.
13

14

15

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.