-
Title
-
Pacierze Szczypawki / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1976 t.30 z.1
-
Description
-
Polska Sztuka Ludowa 1976 t.30 z.1; s.29-42
-
Creator
-
Olędzki, Jacek
-
Date
-
1976
-
Format
-
application/pdf
-
Identifier
-
oai:cyfrowaetnografia.pl:4102
-
Language
-
pol
-
Publisher
-
Instytut Sztuki PAN
-
Relation
-
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:4409
-
Subject
-
estetyka ludowa
-
Szczypawka-Ptaszyńska,Helena - rzeźbiarka ludowa
-
Text
-
I I . 1, 2. Helena Szczypawka-Ptaszyńska, Maluszyn woj. płockie.
Jacek Olędzki
PACIERZE SZCZYPAWKI
UWAGI O Z A L E Ż N O Ś C I
D Z I E Ł A SZTUKI O D P O G L Ą D Ó W
ESTETYCZNYCH I ETYCZNYCH ARTYSTY
...wiele się nie zadawać,
nie Irza wierzyć
dzisiaj ludziom, bo prawdy nie chcą,
powiedzieć,
powiedzą
inaczej i robią inaczej, w błąd człowieka
wprowadzą...
Mnie tam już mało to interesuje, jak inne robią i czynią...
Rzeźby siedemdziesięciodziewięcioletniej Heleny Szezypawki-Ptaszyńskiej z Maluszyna koło Gójska w Sierpeckiem — już
od dawna spotykają się z zainteresowaniem. Sie jest ono jednak
zbyt wielkie i na pewno nie odpowiada znaczeniu i powadze
twórczości tej artystki. W jednym tylko przypadku można
mówić, że dzieło to zostało w pełni docenione. Otóż na wystawie
„Sztuka ludowa w trzydziestoleciu P R L " autorzy ekspozycji
ukazali rzeźby Ptaszyńskiej na samym początku sali, wyróżniając
je tym sposobem z ogromnej ilości prac żyjących i nieżyjących
już artystów. Rzeźby te usytuowane zostały w lewym od wejścia
szeregu, przed pracami Soboty i Herodka. Przykuwają one
uwagę widza wartościami zdecydowanie artystycznymi. I to, że
jest Helena Ptaszyńska artystką wielką, nie ulega dla piszącego
te słowa najmniejszej wątpliwości.
1
Od dawna interesowały mnie w sztuce związki między dzie
lem a twórcą, jego wrażliwością estetyczną, światopoglądem
i etyką. Interesowało mnie — jakim normom moralnym hołdują
twórcy. I jaki zachodzi związek między wrażliwością etyczną
artysty a jego spełnianiem się w działaniu artystycznym. Jakie są
te związki — wprost proporcjonalne, odwrotnie proporcjonalno
czy jeszcze,inno ?
Poznałem Helenę Ptaszyńska po raz pierwszy w połowic
czerwca 1975 r. Rozmawialiśmy parę godzin, do zmroku. Tuż
poza samym obejściem, nad brzegiem stawu — mokradła. Obejście
jest starannie odgrodzone od dróg dojazdowych. Nie można przed
dom zajechać wozem czy motocyklem. Aby dostać się do środka,
trzeba się schylić albo pod żerdziami, albo pod drutami okalają
cymi przylegające do budynków pastwisko. O wejściu obcego
29
alarmują nie psy, lecz indyki. Gospodarstwo-kolonia położona
z dala od innych należy do małżeństwa Syskich. Helena Ptaszyńska zamieszkuje u nich od 4 lat. Po czterokrotnym owdo
wieniu, tu szukała i znalazła wybrane przez siebie schronienie.
Rozmawiamy — jak powiedziałem — nad brzegiem stawu,
w miejscu, gdzio od dłuższego czasu przesiaduje popołudniami.
Siada na szczeblu drabiny opartej o strzechę. Przed sobą ma
widok na staw pełen zieleni, wierzby, horyzont, gdzie zachodzi
słońce, widok w kierunku nie opodal położonego Gójska, na
kościół w tej miejscowości oraz na wieś Mościska, w której się uro
dziła, przez wiele lat żyła i którą opuściła, przychodząc tu — do
gospodarzy Syskich w Maluszynie.
Na stawie wśród zieleni żółcieją mieczyki. Pytam więc o nie
na początku rozmowy. — A tak, tam coś rośnie — odpowiada ...
Urodziła się wyjątkowo mała, jako jedno z ostatnich dzieci
gospodarzy małorolnych, którzy mieli dzieci siedmioro. Rodziców
pamięta jako bardzo dobrych ludzi. W odróżnieniu od innych
w wiosce, hodowali z największym zamiłowaniem nie konie,
krowy czy owce, lecz świnie. I nazywano ich świnopasami. B y l i
biedni, chociaż zamożni, hodując dużo świń... Oto relacja prze
pisana wiernie z nagrania na taśmie magnetofonowej :
Przebieg życia
— Matka moja nazywała się Ziółkowska. Wyszła za mąż za
Kwiatkowiaka. Ale używali nazwiska Kwiatkowscy.
Najpierw, jak rodzice tam w Mościskach nastali, to mieli
26 morgów. Tam była słaba ziemia, kartofle rodziły się malutkie.
Moje rodzice to takie byli dobre, że jak zabili świniaka, to
już ludzie wiedzieli o niem i wszyscy przyśli i rozebrali. A lojciec
pożyczył. Mama, powiada, je chowała, a ludzie poŻ3'Czką roze
brali... A ci ludzie to tak mówili — nie umią uchować, ani nie
umią zjeść na niego. To takie ludzie dzisiaj.
Nas było dzieci pięć, a wszystkich to siedem, bo były i łojczyno... Mama przód umarła, ojciec później... Ja nie mogłam
chodzić wcale, ja na te angelską chorobę chorowała, ciężko.
Ale teraz wyleciało z głowy... Z elementa nauczyłam się też
czytać. Elementy kupił brat... A, o, b, c, d, e, f, g, o już wszystko.
Rozjechali się do Ameryki, inne się pożeniły. Zostałam sama
z rodzicami. Jak powiadam — nie mogłam chodzić wcale, ja na
te angelską chorobę chorowała ciężko. Nogi miałam pokrzywione
i nie mogłam wcale chodzić. I mój dziadek przyszedł do moich
rodziców i pojechali do Skępygo ze mną na ofiarę. Jak poszłam
i obeszłam tam w koło tego krzyżyka na tem cudownym miejscu
w Skępem, na takiej górce, taka górka wielka. I tam ludzie
ofiarę obchodzą koło tego krzyżyka. I mówi dziadek, trzy razy
trza obejść z tu dziewuszku, to ona może odzyska moc chodzenia.
Może Matka Najświętsza wyzwoli. Obnieśli mnie. A drugi raz
już zem sama na swoich nogach chodziła. To tyle widziałam.
Miałam już lata, zobym do Skępygo przyszła. Było u mnie
tyle lat, że dziecko już chodzi, a nie chodzi.
Drugie takie cudowne wydarzenie to miałam, że Matka
Boska m r u g a ł a (z satysfakcją). W Skępym! Oczami! Mru
gała! W wielkim ołtarzu! O, było to pare lat temu, jak chodziłam
piechotą. To było na Matki Boskiej Siwnej. To było kawałek
czasu, paro już lat... Jakom patrzała, to zupełnie mrugała Matka
Boska.
Ja miałam wyjść na zakonnicę. Ale moje ojcy mnie tylko
mieli, a to ci, to wszyscy się rozlecieli. No i elito ich mial do
chować ?
A to tak było :
Przyjechała zakonnica do Klasztoru do Skępygo i opowiedziała
mi wszystko, jak zakonnice żyją i jakie szczęście u Boga mogą
sobie wyrobić. I mnie się to spodobało. I chciałam wstąpić do
Franciszkanów.
A lojco moje, to byli dobrzy ludzie. Oj, dobrzy.
Ktoś i nie miał z nimi żyć. Nie chcieli ze żadnymi żyć, jak
zo mną. I ja ich posłuchałam. Mówią, droższe są łojcy. Męża
można nadrobić i drugiego, a łojców już człowiek drugich nie ma.
30
Ja już niemłoda była, miałam dwadzieścia i coś, kiedym się
ożeniła. Miałam śtyrech chłopów. No, już sam Pon Bóg dał.
Ten ostatni to był niedobry. Był niedobry, bo był niegospodarz
(zdecydowanie), mnie nie słuchał i nie szanował. Za moje dobre,
to mi złem odpłacał. Ja to jestem dla kożdego dobra (z pewnym
rozrzewnieniem). Ostatni się nazywał Ptaszyński. I ja się tak
muszę nazywać, bo tak wychodzi. Pierwszy to był znowu Macie
jewski.
Adam Maciejewski ... to taki był, że słuchał ludzi, nie mnie.
Jak go kto nastroił, taki był. I drugi był dobry, mądry i trzeci
dobry. Jak bym mu s e r c a oddała! Chyba nie ma człowieka,
który by powiedział, że ja byłam niedobra dla kogo.
Jeden po drugim umierali m ę ż a . . . Jak jeden umarł, to
trzeba było brać drugiego, bo miałam gospodarkę, to sama nie
dam rady, są krowy, są świnie: szkoda tego zmarnować.
Maciejewski to taki był, że ludzi słuchał. Jak ludzie kazali
wziąć i palić papierosy, to palił, jak w karty grać, to grał. To co to
za chłop ?!
Drugi znowu się nazywał Gołębiewski. To był Gołębioski
(wstydliwie, z zażenowaniem). No, Gołębiewski się nazywał ...
Trzeci się nazywał Szczypawka ..., a to był taki chłop
gruby i tłusty! Nie myślał umierać, i ja nie myślała, że on jesce
umrze ... A jego zawiało. Pracował tam u sonsiada, bo ten sonsiad
maszynowa! zbożo i jego zawiało. Taki przeciąg był ... I już od
tej pory musioł umrzeć. Ja już poszłam do Gójska, zadzwoniłam
po lekarza i po księża w tej nocy i wszyśko.
... Jak brat poszedł do Ameryki, to ja sama w kunie robiłam
i na kuniu jeździłam, bom się napracowała. Wsiadałam na kunia,
talii dobry był, i przywoził mnie do domu ...
Mój brat nim pojechał do Ameryki, kupił sobie samouczek
polsko-angielski i nauczył się po angielsku. Nawet i ja nauczy
łam się dużo słów angielskich: mało dziecko — charli litło, okno —
fauwildeoch.
Z tego powodu musiałam zaopiekować się swoimi rodzicami,
a przede wszystkim gospodarstwem, które opuścili moi bracia
i siostry. Zajęłam się hodowaniem świń, bo była to podstawa —
wcześniej już było mówiono — że hodowaliśmy świnie, dla świń
to trzeba było kupować. Kupowałam im jedzenie. O mój Boże!
U mnio świń było dużo, ja chowałam dużo świń — proszę pana —
ja chowałam trzy maciory. Ja im kupowałam jedzenie, kartofle,
bo tam była — jak mówiłam — słaba ziemia — to się na niej
mało urodziło, tam kartofle przeważnie były malutkie. Jo, to tyż
świniakom wiele ich nie można było dać, bo mało było i musiałam
je hodować. To było moje ulubienie ... Jak śtyry karmiki zapro
wadziłam, to miałam z pięćdziesiąt świń, oj, to moje ulubienie!
Jak one żarły trawkę. Nieraz aż pod Gójsk poszły. Bo mówię,
to szkoda, niech one idą pomalutku, to lepiej niech sobio źrą
trawkę, to l e p i e j . Ale jak zaszły za daleko, to ja idę za nimi,
biere kawałek chleba i one wracają za mną. L e l u t k i , bose,
m a l u t k i e . . . to pogłaskałam je i idą za mną. L e l u t k i ]
Na świnie to się wola, malutkie, maluńkie, malutkie (z wy
ciszeniem), jak te, co ma, to znów mówi się dzieoiulki! dzieciulki!
A jak potem duże, to libusie, libusie (najczulej), na koniec, to
znów woła się kiziulek (już nie tak czule).
A na krowy, to laleczka, a na owce, to piekuchna, piekuchna
się woła.
Mieszkałam po śmierci Ptaszyńskiego u Kozaków we wsi
Modrzew. (Po spaleniu się rodzinnego obejścia w Mościskacłi —
J. O.). Ja tam byłam sześć lat na Modrzewie, to krótko ...
Potem mieszkałam u Dudów, to przodem przed Kozakami miesz
kałam ... Nie, później to już w Maluszynie.
Mnio się dlatego nie podobało u Dudów, że uni takie byli,
miałam taką maciorę dużą, i ta maciora — mów i% — będzie
wam lęgła prosiaczki, bo była prośna, będzie lęgła to prosiaczki,
ja nie spałam parę nocy przy tych prosiaczkach, żeby im się aby
chowały, no i jem, że jeich będą prosiaki te, alo daję jedzenie
świni, bo świnia moja! A oni potom powiadają, że za moją świnię,
to mi dadzą takiego prosiaczka małego. I powiadają, pani to
urośnie ... (wypowiada to słowa bez żalu). Mówię, mój Boże,
to mówię, ja już nie wytrzymam, toć jak nie śpię i wam wycho
wam, i na tych świniach wyglęże, toć nie gadajcie tego, co mówicie.
Ale moja maciora pięciu średniaków im dala. Jednak i tego
było mało ... Takie ludzie są! To u Kozaków tak było i u Dudów
tak było.
Obecnie mieszkam u rodziny Syskieh w Maluszynie i chwalę
sobie to miejsce...
Syscy troskliwie opiekują się rzeźbiarką, która mieszka
u nich w komórce przy chlewie, żywią ją, i co ważne — pomagają
w realizacji rzeźb, których sama już nie może wykonywać ze
względu na stan zdrowia i podeszły wiek. Ale wróćmy do relacji
artystki.
— Moje zdrowie to liche ... Czasem to śpię dobrze, a czasem
to nie mogę spać. Dzisiaj to takiem spała, że byłam nieżywa.
Nic nie wiedziałam o świecie. Akem odeschłam, już dzień
wtedy, to dla mnie najlepiej jak usnę. Już człowiekowi dosyć ...
Szczypawka znów wraca do swego życiorysu:
— Mój pierwszy mąż, Maciejewski, to żeby m n i e słuchał,
a nie ludzi, to by żył dłużej. Ale słuchał ludzi, no to dlatego
złumarł. Bp się zaziębił. Bo poszedł to wsłużyć. Jak miał w domu
dobrze, to mu kazali służyć, że tam pszenne placki zje, pieką,
dają papierosy, wódkę piją. I on się na to umarł ... Ode mnie
nic nie był starszy. On był jeszcze młodszy. Trochę młodszy,
już nie pamiętam ...
Modlę się za swoich zmarłych mężów. O, tak! I za wszyst
kich jednakowo, bo i tamten, co niedobry był, tyż może nie
wiedział, co on robi. J u ż mu trza darować. Jak mu już Pan Bóg
sam z mojej strony nie pamięta..
Pierwszy umarł. Drugi umarł. Każdy umarł we wieku.
A ten trzeci, to był stary, już stary. I czwarty tyż umarł.
W trzy lata, jak się ożeniłam, urodziło się jedno, ale umarło.
To było z pierwszym mężem. (Czy próbowali mieć dzieci?)
0, tak! Ale już nie, już zdrowia nie było do tego.
Nie modliłam się o dzieci przez Skępską. Ja nie pragnęłam,
bo ja się przyjrzałam u ludzi, że są dzieci niedobre. Mówię, Pan
Bóg da mi opiekę i tak jak będę żyła. J a k ą opiekę mam, to bardzo
dobrą.
Toć zdarzają się dzieci dobre, ale próbować na dobre, a mieć
ich z pół mendla? (ze śmiechem). To już nie tak dobrze.
Jak ojcy dobre, to i dzieci powinny być dobre. A tak nie
jest ...
Nie modlę się za to zmarłe dziecko. Bo ksiądz mówił, że
za takich nie brak się nawet modlić, ani nigda. Bo une są szczęśliwemi. Bo przyszło na świat i zaraz zmarłoż. Nic nie było na
świecie. Mówi ksiądz, że takie dzieci idą prosto do nieba. I trzeba
w to wierzyć, nasza wiara nas tak uczy.
Modlę się do Matki Boskiej i do Pana Jezusa ...
Do Matki Boskiej, żeby wyprosiła mi zdrowie, łaskę u Boga,
bo una ma laskę u Pana Boga, taką jak nikt ni ma. To w takiej
intencji.
Modlę się tyż do Pana Jezusa. On udziela wszystkich łask.
Do Ducha Przenajświętszego — a do Pana Boga Ojca — ba, tyż!
Boże Ojcze, my Twe dzieci
płaczem, żebrzem lepszej doli.
Bok po roku marnie leci,
my w niewoli, my w niewoli ...
A czy to prawda panie — pan tyż nie wie — że jak człowiek
umrze, to podobno jego dusza jest pomiędzy temi ludziami
To dusze pomiędzy żywymi chodzą ... Jeżeli mają ducha nie
śmiertelnego, to może tak jest ?
Jak przeznaczony do czyszczą, to odpokutuje, a jak dc
nieba, to krótko mieszka w czyszczu. I pójdzie do nieba. A jaa
do piekła, to n a w i e k i podobno ...
O mój Boże, daj Boże, żebym poszła do nieba (żarliwie)
Daj Boże, o mój Boże ... Rada bym, żeby moja pani tyż poszła
Bo je dobra.
W Gójsku w ołtarzu jest Serce Jezusa, a w bocznych —
Matka Boska, Pan Jezus i Święty Józef. Zawsze się do nich modlę
Modlę się ja najwięcej na wieczór. Rano, jak mnie zacznie
dusić ta astma, tak mnie zmęczy, to już nie otworzę pyska nawet
Bo jak mnie weźmie kasiel (kaszle), nie mogę skończyć.
Odmawiam pacierze do Serca Pana Jezusa, do Matki Boskiej
Opieki, rozmaite.
Mówię nieraz:
Wszystkie nasze dzienne sprawy
Przyjmij litość Boże Prawy
A gdy będziem zasypiali
Niech się nawet syn nasz chwali.
Pan Bóg ma więcej niż rozdał. I mnio będzie wiedział, jaj
wynagrodzić.
Największa Radość Moja? J u ż nie będę mogła mówić ...j
Już muszę płakać ...
Żeby się dostać do n i e b a !
Trudno byłoby orzec, czy Helena Szczypawka (tak ją nazy
wam, ponieważ jest to nazwisko trzeciego męża, którego uznała)
ma lub miała swoje obsesje męskie czy „seksualne". Oto jej od-
I I . 3. Świnie i pasterz, drewno lipow-e, malowane, wym. od 10x16 cm do 15 X 20 em.
32
powiedź na pytanie „testowo" — K t o bywa lepszy, kobieta czy
mężczyzna ?:
— To zależy, jaki człowiek — baba dobra i chłop dobry, ale
jak który ...
No, ale kodeks moralny Szezypawki jest bogatszy. Oto pod
stawowe stwierdzenia etyczne w t y m kodeksie.
Pojęcia etyczne
— W Zaszczytowem jest Kościół pod wezwaniem Świętego
Wawrzyńca Męczennika, żywcem oprawianego, tam do niego
się modliłam. Teraz chciałabym do Gójska mieć zamiar pójść,
może odpocznę, może pogoda będzie. Rada byłabym wyspo
wiadać się, bo nieszczęście było, na Wielkanoc była wielka słota.
Spróbuję się tam udać.
Wiele się nie zadawać z ludźmi. Wiele nie trza dzisiaj mówić
ludziom, bo prawdy nie powiedzą. Powiedzą inaczej i robią
inaczej, w błąd człowieka wprowadzą ...
Ci co mnie okradli, to nie są dobrzy. Raz tacy pożyczyli,
a przyrzekali, że oddadzą, że wynagrodzą, a teraz nawet nie
przyjdą powiedzieć, żeby poczekać. Jednemu pożyczyłam dwa
tysiące, drugiemu stery, trzeciemu pięć tysięcy, bo ja miałam
pieniądze. Świnie chowałam, później rzeźbiłam. To już będzie
parę lat, jak pożyczyłam, a tera nie chcą oddać. Przeszły lata
i nie oddają ...
W kodeksie moralnym Heleny Szezypawki trzy wartości
uznano zostały przez nią jako najważniejsze:
— Honor mieć, uszanowanie u ludzi i sławę. To je najważ
niejsze. Sława, to znaczy, żeby ludzie dobrze o człowieku mówili,
sprawiedliwie. A honor? Przecież jest „Honor Marija" ... Żeby
człowiek był czysty, żeby był wysławiony od ludzi, że to dobra
dusza ...
Rzeźb swoich to ja nie wykonywałam dla sławy! Nad któ
rymi pomyślałam, to zrobiłam ...
Robić im, ludziom znaczy, dobrze! Liświacza to ja nie lubię
szanować. So takie, t u z a p a l i , t u z a g a s i . Liświacz, to
taki f a r y z e u s z , to on się samochwali, a nigdy nie przyjdzi,
jak mówi. To taki człowiek! To łun wodę pije. Tak. Nie lubię
tych faryzeuszów, wolałabym nie patrzeć na takiego człowieka.
To, żeby człowiek miał poważanie, to jest ważne. Jak czło
wiekowi odbierzesz honor, to odbierzesz mu życie ...
Jakby co gadał na mnie, że ja tam ... łajdacze, tak nie tak,
to mnie to nie obchodzi, bo ja tego nie robię. Jakby kłamał, to
mnie to nie obchodzi ... Za nic ni mam tego człowieka, że kłamie,
ale ci gniewać się na niego nie wolno. Pan Jezus nie kazał się
gniewać ...
So dziś dzieciaki bez wychowania ... Trzeba wiedzieć, oni
chodzą do szkoły, ale Bóg broni od szkoły takiej. Co uważa Pan?
Przyjdzie taki i przymierzy mnie do siebie i powiada — o, jaka
malutka wyrosła. Mój Boże, to ja winna, żem malutka. Mój
Boże, ni za wielki nie winien sobie i malutki nie winien, jaki go
Bóg dał i wyrośnie, i jo. I trzeba Bogu dziękować i tylko honor
swój postawić, żeby być c z ł o w i e k i e m , nie osiustem i nie
kłamcą. Toto powinno człowieka sławić.
Spróbujmy poznać jeszcze odczucia estetyczne Heleny
Szezypawki. Odczucia te ściśle się wiążą z jej wyobrażeniami
religijnymi i etycznymi. W t y m , co mówi, powtarza się często
słowo ładny, jak mi się wydaje, jest ono dla Szezypawki jedno
znaczne ze słowami — dobre i dobro.
I I . 4. Świnie, drewno malowane, wym. od 7 X 10 cm do 15 X 20 cm.
1
33
Pojęcia estetyczno
— Ładne to są topole, grube już ładne, lata musiały rosnąć ...
(rozmowa w czasie spaceru) ...
O, jakie ładne te jarząbki, zakwitły, z togo owocu robią
takie smory czy cuś na smarowidła jakieś do chleba ...
Najbardziej podobają mi się róże. Dlatego, że są ładne.
Te kwiaty, co rosną na łąkach, też ładne (bez przekonania).
Rozmaite. Ale już nie są tak ładne jak róże. Nie!
Różowo, czerwone, to najpiękniejsze kolory, ale 'i niebieski.
— Dlaczego niebieski ? — Bo ładny. — A żółty kolor ? — Też
ładny.
— Dlaczego babcia maluje jeźdźców na czarno.
— Czasem, jak ta farba nadaje się na czarno, to tyż maluję
na czarno.
(O krajobrazie:) — Górzysto, to mi się nie podoba. Dlatego,
że to już nie je tak ładnie, bo na dole już nic nie widać za górą. —
— No, ale można na górę wejść i z góry popatrzeć. — Nuu, alo
to ciężko wejść, to ja już tam nie chcę wchodzić i oglądać ...
O, jak widzi wszystko daleko, o, jak tu, tam — Gójsk widać,
o, to ładnie.
Z drzew to mi się podoba lipa. Dlatego, że ona ma swoje
kwiaty takie, co nawet dobre są na herbatę.
Brzoza? Tyż dobra (niezdecydowanie). Ładna i choina,
i jeglija. Las łubie jak są jagody, bo jagody to lubię zbierać.
Najpiękniejszy to jest m a j . Dlatego to, że wiosna idzie piękna.
A zimy nie lubię, bo zimno. Nie, togo nie wytrzymuje.
(O szronie na oknach:) — Prawie że niektóre nawet i ładne.
Nawet ładne te kwiaty, taki rys ładny mają. Ale to jest jednak
niedobre, bo to zima ...
— Czemu nie popatrzę, popatrzę ... Nuu, i mówię se, żeby
takie wyrobić ładne kwiatki ...
Człowiek jak jest taki średni to ładny! Żeby był podług
wysokości kształtny i grubości szeroki. Mnie się podoba jak jest
wszystko takie podług siebie. A jak już są takie niekształtne,
to mi się nie p o d o b a ! Za szczupłe nieładne i za grube nie
ładne ! Tylko takie ś r e d n i e ! ... Tak, jak moja (mowa o Syskowej, która obecnie opiekuje się artystką), to ł a d n e ! No i żeby
byli trochę rumiane (Syskowa ma bladą cerę), jak takieś blade,
to już nie wydają się ładne ...
— Pyta pan o zielone oczy. Odpowiem od razu: to takie
k o c i e oczy — zdradliwe. To niedobre oczy, to takie naprawdę
zdradliwe (mówi to jednak ze śmiechem, z właściwą sobie weso
łością). O, niebieskie oczki, to ł a d n e ! Tak, ładne są oczki
niebieskie ... I ... czy ja wiem, takie, jakie mam ja (wesoło).
Inni tyż mają takie ł a d n e , niebieskie oczki.
— A jakie oczy ma babcia ?
— Ja tam mam piwne (mówiąc to, przygląda się moim
oczom).
— Piwne?
— Ko, j o !
— E, przecież są b ł ę k i t n e .
— Tak?
— Tam!
— Nu, m o ż e ? ? ?
I wpatruje się w moje oczy, które nie są nawet szare
saj
właśnie piwne i przekrwione. Osłaniają je ponadto przyćmiona
okulary ...
A jakie mają oczy krowy ? One mają — odpowiada Szcza
pawka — oczy m ą d r e , one widzą wszystko. One rozumieją
jak oczy baranów i świń, wszystko, co spotkać je może od czło
wieka. Oczy krowy rozumieją więcej niż oczy barana. Bo krowi
doi się parę razy na dzień ... A barana zarzyna raz do roku . I
Krowa to jest bardzo myślące stworzenie. Ona w i d z i i rozumie
zamiary człowieka. Tylko ona, żadne inne zwierzę. Nawet ko
tak jak krowa nie zrozumiał zamysłów człowieka... Tyłki
krowa potrafi przyglądać się człowiekowi. I o n a go widzi i stalą
obserwuje. Właśnie krowa! To stworzenie, które nazywają
bydle, chociaż cenią je bardziej niż dzieci. A stratę krowy opla*
kują mocniej niż bliskiego człowieka. Ja to rozumiem, ale i sil
zadziwiam: bo po co mówią na krowę — bydle ?.
Piękna krowa, to wiadomo, ma wymię pod sobą d u ż ej
Cycki jej są zdatne i miętkie do dojenia ... U niej różki powinny;
być ł a d n e . No, żoby była ł a d n a !
Zaś konik, żeby był ł a d n y , musi być p ł a s k i , k r ó t
k i e g o łba, a karczek musi nosić w g ó r z e . Powinien byd
maści gniadej. Jest wtedy naprawdę ł a d n y ! No, kasztan tyż
ł a d n y ! Oj, ł a d n y . . . — A koń biały? — Nie. Nie!—Dla-1
czego ? — Bo już ono t a k ą grykę mają na sobio (gryka w kułturzo
chłopskiej jest symbolem nędzy i niedostatku). W pańszczyźnia
nych czasach i później chłopi wypiekali chleb nie z żyta, lecz:
z gryki. Nie opodal Sierpockiogo na białego konia mówią wprost — j
ŚMIERĆ ...
— Grykę mają — powtarza artystka. —• Takie placuszk
mają na sobie białe jak kwiatki gryki, s ą t e k o n i e n i e
ł a d n e ! ... Bida (czyli takie konie) schodzi się z nędzą
A p ie
n i ą d z e t o s i e s c h o d z ą z r o z k o s z ą . — Koń jest
przedmiotem największej fascynacji artystki, zwłaszcza koA
z jeźdźcem. Wydaje się to zaskakujące dla mieszkańców miasta,
lecz na wsi nie jest odosobnione, spotykane zwłaszcza u rzeźbiarzy
zamieszkałych w różnych częściach kraju .
2
A oto co artystka mówi o innych stworzeniach. — GĘSIAKI
. . . t o ł a d n e b a r d z o stworzenia. Są ł a d n e z a w s z e !
Jak one umieją ze m n ą rozmawiać. One mi wszystko powiedzą.
One m i nawet powiedzą, jak gęś wysiadywała je. Jak z nimi
r o z m a w i a ł a . A poza t y m są to stworzenia, które umieją się
nakarmić s a m e . Une potrafią pokazać, jak matka na gnieździ
głową ruszała ... Jak myślała o tych małych gęsiakach ... W cza
sie rozmowy przywołuje do siebie chodzące w pobliżu stadi
— Doprawdy ?
— Ja panu powiem, może rzeczywiście Pan Jezus zwraca
uwagę i na takiego bocianka. Czy ja wiem ? Wiem jedno, że gnia
Kieruję rozmowę na temat ptaków. Oczywiście zapytuję,
zdo bocianowi należy wiązać, a nie zbijać żelaznymi gwoździami.
co myśli o skowronku.
Można go umieścić na bronie laskowej (jak wiadomo bez gwoździ
— Skowronek, to ł a d n e stworzenie. O n tak ładnie się
żelaznych), można wreszcie zrobić mu gniazdo na kole od wozu,
krąży. I ... Wyśpiewuje. A jak skrzydełkami robi, to i w y
usuwając z koła obręcz i tuleję z piasty ... Wtedy w gniazdo
sp i e w u j o. Taki to jest un skowronek.
grom nio uderzy! Tyle to ja wiem ... A żeby był gwóźdź żelazny
Zaś jastrząb, o, to p a s k u d n o s t w o r z e n i e . — Dla
w jego gniazdku, to on mówi — (że grom) trzaśnie! A więc
czego ? — Jak to dlaczego ? — On dusi gęsiaki i kurczaki. — Czy bocian wie, iż gdy będzie żelazo — grom trzaśnio. Jego możli
mimo to jastrząb jest ptakiem wyglądającym ładnie (szykow
wości opiekuńczo uzależnione są więc od zachowania ludzi, którzy
nie). — NIE!!! Natomiast boeianek to jest stworzenie ł a d n e .
oczekują jego „mistycznej" opieki. Na ten temat napisano wiele,
Dlaczego ? — Bo on jest ł a d n y . — Dlaczego ? — Bo przy a i ja dałem się w to wciągnąć. Życzliwego czytelnika odsyłam
chodzi już wiosną i k l e k o c z e !
do mego tekstu na temat ofiar z bocianich łap składanych na
— Prawdą jest (zapytuję), że bocian chroni zagrodę, dom,
drzewach strzegących chłopskich gospodarstw .
obejście od g r o m u ?
Ale artystka nasza inny ma stosunek do bociana niż etno
gąsiąt i z każdym rozmawia po swojemu, w sposób nie do prze
kazania.
3
— Tego to ja nio wiem! Nic o t y m nie wiem.
grafowie śledzący relikty dawnych pogańskich wierzeń — do mi35
tycznego „Wojtka". Traktuje bociana tak jak się na wsi traktuje
mysz czy kota.
Artystka — mimo że rzeźbi chętnie bociana — ustawia go
w hierarchii wartości związanych ze zwierzętami poniżej konia, kro
wy,nawet kury lub gęsi, nie mówiąo już o świni, którą ceni najwyżej.
Właśnie świnie w hierarchii wyznawanych przez nią wartości
estetyczno-etycznych (bynajmniej nie utylitarnych) zajmują
naczelne miejsce. Najwyższą pozycję, punkt odniesienia dla
oceny otaczającego ją świata.
Znając niejednego artystę, w szczególności chłopskiego,
przyznaję, po raz pierwszy spotkałem się z tak kategorycznym
i odbiegającym od ogólnie obowiązujących norm — wyznaniem
szczególnej postawy estetycznej i zarazem e t y c z n e j . Taka
ocena świni, której nadaje się u nas tyle znaczeń o charakterze
oszczerczo-pejoratywnym, jest prawdziwym ewenementem kul
turowym, jest czymś wyjątkowym, niebywałym. Postaram się
dalej wykazać związek między tą postawą artystki a jej d z i e
ł e m rzeźbiarskim.
Wróćmy jednak do opinii artystki na temat stworzeń.
Zgodnie ze stosowanym wcześniej kwestionariuszem, pytam
artystkę o najwiotsze i najbarwniejsze stworzenia, o motyle
i ważki.
•— A co to takiego te ważki ? Obecna przy rozmowie dziew
czynka, chodząca do szkoły i znająca dobrze ważki, podpowiada
babci o co chodzi. Ale jest to daremne. Szczypawka odpowiada:
nie interesowały mnie te w a ż k i ! Ani motyle. To szkodniki
i już. Chociaż mają, mają takie oczka, takie graniaste. Ale te
białe — chociaż największe z nich szkodniki, bo zżerają kapustę —
one są ł a d n i e j s z e . . .
J e ż ! O t o n i ! One p o d o b n e s ą do d i a b l a
My go nazywamy złym duchem (ale mówi to pogodnie, be
złości). To zły duch, taki jeż. To marne toto! P a s k u d n i
— Za to są k o s y ładne! ... One tak ładnie śpiewają.
No, i z a j ą c z e k też jest ł a d n y ...
Ale artystka najczulej, z całą tkliwością zwraca się do zwii
rząt z najbliższego otoczenia — gospodarczych.
Dzieciulki chodźta, chodźta moje z b a w i e n i e — móii
to do gąsiaków, które w czasie rozmowy kręcą się gromadni
wokół nas. — Taki gąsiak, to pokaże nawet, jak kwoka na jajk
pożywała. Pokaże, jak łebkiem otrząsała, jak się martwiła ii
jajkach ... Wszystko m i taki gąsiak pokaże. I to tak rozumj
łajdak (mówi to z ogromną czułością).
Na gęsi woła się buchny, libuchny, l i b u o h n y , l i b u l
k i , d z i e c i u l k i (bardziej niż czule).
Pieki, pieki, piekulki ... Tak woła się na owce i barany. A ii
indyki woła się gulusie. G u l u s i e ! A na kaczki, to tasiuchn
t a s i u c h n y . . . No i na kury cipulki, cipulki, dzieciul
dzidziusie...
Wróćmy jeszcze do poglądów artystki na temat jej stosunM
do świń. — Jakem młoda była, najlepiej podobały m i się Świna
żeby je chować ... Mnie świnie to się słuchały. Jak ja jem po
wiedziałam
jak było brak je zająć, to ja poszłam i mówił
m a t u 1 k i chodźta! Wzienam kawałek chleba, dałam im ta
kawałek chleba i one p o s z ł y z a m n ą . . . Ojej, hodowała!
ich dużo i mnie rozumiały. Wszystko rozumiały.
Jakem poszła do miasta, to jakem przyszła, to przyniosłaj
im paczkę cukierków. I poklękały wszystkie na próg. Bo to bj
ten punkt od izby do tej jeich szopni. A ja i m dawała i tak gryzłj
I tak g r y z ł y . Tak lubiłam się im przyglądać, jak g r y z ł j
U. 7—9. H . Szczypawka przy dopiero co wyrzeźbionym koniu z drewna topolowego, wym. 105 X 100 cm.
36
To były i są moje najulubieńsze stworzenia. Ja już lubię tylko
toto i gąsiaki.
Nie żywego nie mam swojego. Ba! Będę komu przeszkadzać ?
W kontekście tego, co było mówione poprzednio o stosunku
artystki do zwierząt, Czytelnik czuje, jaką ma to pełną goryczy
wymowę.
— Nawet nie ma pani kota ?
— Jak ? Tchy, tchy! Żeby m i pod łóżko nasrał ... Zryć mu
jednak dam, bo przychodzi. Skwarków mu dam i , i , i wygnam
go precz na dwór!!!
Nic nie mieć swojego. Być za wszelką cenę sobą. Być, a nie
mieć. Być i tylko być. Może słowa te określają w jakiś sposób
wymiar osobowości Heleny Szozypawki, jej poglądów etyczno•estetycznych, wiążących się integralnie ze sobą.
Posłuchajmy jeszcze o doznaniach artystki, o jakich nie
często ma się okazję usłyszeć.
— Lubię patrzeć czy słońce zaszło na pogodę, czy na deszcz.
Kiedy na deszcz, to się s m o l i punkt nad zachodem, a na po
godę to zachodzi jasno ... Ja widziałam już, że niebo było całe
w z ł e j k r w i. Rano same bumby na świecie byli — tak panie
było. I budziłam swoich łudzi, żeby zobaczyli to rano. I zobaczyli,
co się dzieje. Świat trząsł się cały i we krwi był cały. K r e w
c a l k i o m b y ł a ! I j a widziałam to! Same bumby, sama krew,
aż strach było na to spojrzeć! — Artystka miała wizję tę kilka
lat tomu w czasach pokojowych.
Dzieło
— Lubiłam to, świneczkę zrobić. A i gęsiaki. Pełen koszyk
zabrała ich „Kultura". I koszyczek zrobiłam taki i m ładny
i włożyłam im pełno w ten koszyczek i zabrali!!!
Ja to mam wrodzone ... Miałam dwanaście lat, to ja już
konika odrobiłam, co jechał ... I krowy odrabiałam ... To już ja
miałam takie wrodzenie!
Ci, oo jadą na tych koniach, to dragony, żołnierze, kozaki.
Te kozaki mieli takie małe koniki, niskie, a te dragony, to wy
sokie kunie i oienki*.
Szczypawka, kiedy była dziewczyną, robiła wozy i naj
trudniejszą rzecz — koła ze szprychami, dzwonami i piastą.
— Mój łojciec to robił, a ja się temu przyglądałam, a potem
już umiałam robić to sama (do dziś potwierdzają ten fakt męż
czyźni z okolicznych wiosek). Łojcieo robił tyż kubełki z klepek,
co jest jeszcze trudniejsze ... No to i ja nauczyłam się robić
kubełki. Z klepek je robiłam, tak jak to bednarze robią i klepki
ściskają obręczami ... Te obręcze zamawiałam gotowe u bed
narzy i kowali.
W rejestrze umiejętności artystki znajduje się również
zdolność wypłatania zgrabnych i misternych kapeluszy, chro
niących żniwiarzy przed słońcem, a także plecenie koszy i wy
konywanie odzieży bez korzystania z usług krawców. Ale
Szczypawka mimo swych wyjątkowych umiejętności i aspiracji
artystycznych (a może właśnie dlatego) — nie przywiązuje
większego znaczenia ani do wykorzystywanych narzędzi, a t y m
bardziej do „preparowania" tworzywa (doboru i suszenia drewna,
wyboru farb oraz dodatków przystrajających jej dzieło).
— Robię — uważa pan — jak jakie drzewo popadnę. Co kto
ma, to od niego wezmę i kupię, i zrobię ... Wystarczy mi, jeśli
drewno przez pół roku poma"u wyschnie (inni rzeźbiarze prze
znaczają na to nieraz i więcej niż dwa lata, mało tego, drewno
na powierzchni kory systematycznie nacinają, aby schło umiar
kowanie, wreszcie kryją je w plewach, które jeszcze bardziej
opóźniają właściwy procos schnięcia).
Ambicje Szozypawki nie wiążą się z technologią, w rzeźbach
zdarzają się pęknięcia, malatura kładziona jest niestarannie
(głównie lakiery podłogowe, czarna farba do malowania wozów
i biała do okien i drzwi) i to też sprawia, że jej dzieło fascynuje
surowością, prostotą i szczerością.
— Najchętniej rzeźbię w drewnie lipowym albo kasztano
wym — to się nadaje do robienia (rzeźbiarze chłopscy bardzo
rzadko posługują się drewnem kasztanowym). Brzoza to już
twardzizna. Jak jest suchawa, to pomału się w niej coś zrobi
i nie popęka okrutnie.
37
Helena Szezypawka wszystkie swoje narzędzia trzyma pod
łóżkiem w pomieszczeniu w pobliżu chlewa. Tam, wśród gwoździ
ma siekierkę, nóż składany z dodatkowym trójkątnym ostrzem,
pilnik do ostrzenia siekiery oraz jedno zdarto, płaskie dłutko.
Chciałaby bardzo mieć nowe, przyzwoite dłuta, prawdopodobnie
0 wklęsłych ostrzach.
— Dłuta by mi się przydały, żebym mogła lepiej rzeźbić.
— Rzeźbię tak jakbym musiała, tęsknię do tej roboty i sama
muszę, muszę (pogodnie), muszę zrobić (wesoło). Rzeźbię no
żykiem, potem resztę się zrobi, bo tak to siekierką, łonśniczkiern,
dłutkiem ... Mam siekierkę, niedużą, ale i niemałą ... To złe
dusze przychodzą. I k r e w piją. Komary to też zle dusze.
Bo k r e w piją.
— Rzeźbię jak już chłodno, po południu. Rano to tak,
jeszcze się nie dośpię, bo mnie kasiel zmęczy bez noc. To później,
to mi pani przyniesie trochę pożywienia, to trochę zjem. Ba,
a jak trochę zjem, no, to m i się spać zachce, to muszę się prze
spać. To paciorek mówię, to tak. I przespać się. Jak się prześpię,
to później wyliżę na dwór. To gęsiaki trzeba popaść, no (apa
tycznie). No, tam sporządzę kartofle, bo same to się boją.
1 tam taki „par ładny". To tak się w y ź r ą. A ja na to lubię
patrzeć, jak tak się wyźra ... Joj, noj ... to nie moje ... (z westchnie
niem i przekonaniem). Jak je nakarmię, to kłusa lecą do wody.
A jak tam ni ma wody, to przyjdą do domu i się napiją, a ja
za nimi ... później spać idę.
Rzeźbię po południu (niezdecydowanie). Na obiad jem, co
je czasem, czasem ryżu ugotują, sukrem posypią, czasem pla
cuszków upieką, bo się chlebek naprzykrzy, a czasem kartofel
ków, jak dobre. A tera ich ni majo ...
Po obiedzie rzeźbić mi się nie chce .... J u ż nie mogę ... Na
drugi dzień, albo wcale tego dnia ... O trzeciej zacznie się, o piuntej czasem ... Ja tam trochę podziabię. Podziabię i cóż — mówię —
do tej pory człowiek męczył się, to już nie warto się tera męczyć ...
Ja może — mówię — dziś albo jutro się skończę, już ten, już tego,
go nima ... Mam już 78 lat (rozmowa miała miejsce w 1975 r.).
To są już lata. Ja mówię, nie potrzeba się męczyć ta.k długo.
Czasom to śpię dobrze, a czasom to nie mogę spać. Dzisi,
aj, to takem przespała, że byłam nieżywa chyba. Nic nie wie
działam o świecie. Akem odeschłam, to już był dzień ... Wtedy
to dla mnie najlepiej, jak ja tak usnę ... To już człowiekowi
dosyć.
Humor, żeby człowiek miał i sławę, żeby nie przeskrobał
jakiego ... i miał uszanowanie ... Staram się być sławną, tak
jak ja to lubię.
Mnie tam już mało interesuje jak inne robią ... Wójcik
(Wł. Wójcik z Osówki) to podobno takie cóś odrabia, to na cały
świat się rozchodzi. Podobno umie odrobić. Ale nie wiem, czy to
prawda ... Wójcik żyje t u niedaleko i un tyż rzeźbi ... Razem
widziała jak niósł na wystawę. To był świniak i ptaszki, takie
rozmaite. Świniak mi się podobał. Ładnie wyrobiony, tak jak
żywy! Krowy tyż wyrabia, takie leżące — czy podobały się —
tak, tak (lekceważąco) ... Widziałam tyż, jak taki Rośkowski
(M. Ruszkowski) rzeźbił z Sierpca — może go pa.n znał — już
dawno nie żyje. On rozmaite rzeźbił, czasem to m i się nawet
spodobało ...
•
Ale rzeźbić krowy to nieważno ... Rzeźbić trzeba to, co się
chce i uważa. Jeżeli jest taka rzeźba, że m i się podoba i uważa,
że się ludziom mądrym spodoba, to mnie cieszy ...
Podejmijmy wreszcie próbę analizy dzieła Heleny Szczy-i
pawki.
Analizę tę pragnąłbym rozpocząć od rozpatrzenia dzieła
wyjątkowego, które wykonała na mój powtórny przyjazd do niej,
w dniu 22 lipca 1975 roku. Jest to figura konia bez jeźdźca,
wyjątkowo duża jak na artystkę. Ma ona bowiem 110 cm wy
sokości a 105 cm długości, podczas gdy Szezypawka ma 155 cm
wzrostu.
Tułów tego konia, jakby dotykał monolitycznie zbudowa
nego torsu, który stanowi wraz z przednimi nogami jedną zwartą
całość. Głowa jest montowana, wpasowana przy pomocy czopu!
i dwóch gwoździ, które zarazem wyobrażają oczy, czaszkę
wieńczą przybite do karku uszy. Wspiera się zaś przód tego
konia na potężnym tułowiu, obłym bloku. Natomiast od tyluf
tułów ten wspierają nogi wpasowane z zastosowaniem techniki
ciesielskiej, takiej jak przy - łączeniu belek przy konstruowaniu
budynków mieszkalnych. Do nóg konia domontowane są płaskie
drewienka — kopyta. K o ń ten ma ogon z naturalnego włosia.;
Jest to kita zawiązana na supeł. I jest pierwszym przejawom
odejścia artystki od dotychczasowego zwyczaju dorabiania ko
niom k i t zwisających. W rzeźbie tej posługiwała się artyrstkaj
od początku do końca materiałem obrabianym narzędziami, nie"
korzystając z form naturalnych, takich jakie można zaadoptowa
z odpowiednio dobranych form pnia z odroślami — gałęziami
(z takiej techniki korzystała przy rzeźbieniu przede wszystkim
bocianów, a także jeźdźców — „dragonów, kozaków, żołnierzy").
r
Słusznie pisano o Szczypawce, że rzeźbi posługując się
siekierą, ale nie wyczerpuje to rejestru używanych przez niaj
narzędzi. Korzysta bowiem z dłuta, a nawet ze świdra (o śred-1
nicy 2 cm), którym wierci otwory na ogony wykonane z koń-j
skiego włosia. Ewenementem w wiejskiej twórczości rzeźbiarskiej j
jest świadomy dobór przez Szczypawkę narzędzi w zależności:
od celu, jaki sobie stawia. W niektórych przypadkach wykorzy
stuje formę naturalną — np. rzeźbiąc bociany czy postacie \
I I . 10—13. H . Szezypawka pokazuje wyrzeźbione przez siebie ptaki: gąsię, skowronka, bociana i słowika. Rzeźby w drewnie lipowym,
malowane, wyk. w latach siedemdziesiątych.
38
jeźdźców (tuiów rzeźbi w pniu, natomiast rozgałęzienie konarów
wykorzystuje jako nogi postaci) — w innych przypadkach po
dejmuje skomplikowane i wymagające wyjątkowego kunsztu
technicznego działania konstrukcyjne (jak choćby w budowie
bryły konia).
Przypadkowego widza najbardziej intrygują w rzeźbach
koni ogony z naturalnego włosia. Geneza takiego rozwiązania
wiąże się zapewne z powszechnie spotykanym zwyczajem docze
piania ogonów i grzyw z sierści zabawkom — konikom,' sprzeda
wanym do dziś na jarmarkach, szczególnio południowej Polski.
Jak twierdzi artystka, zaczynała rzeźbić od koni i im jest
wierna do końca. Wynikało to z pragnienia posiadania tego,
co w ozasach jej młodości było „zabawką", największą atrakcją
jarmarków. Ale donioślejszą bez porównania sprawą jest to,
że Helena Szczypawka należy w Polsce do zupełnie wyjątko
wych twórców, którzy uznali za najważniejszy dla siebie temat
zwierzęoia. Artystka szczególną rolę wyznaczjda t u świni.
Niestety, kuratela najrozmaitszych oficjalnych mecenasów
sztuki ludowej spowodowała, że artystka musiała zrezygnować
z rzeźbienia świń i rozpocząć pracę nad całkiem obcym dla niej
tematem — łabędzi. Ale nawet i w t y m obojętnym dla niej
temaoie zdobyła się na własne, ciekawe rozwiązania.
Na ogół rzeźbi ptaki jako monolite bryły, pozornie „wyjąt
kowo niestarannie". Od tej rzeźbiarskiej zasady odchodzi tylko
czasami. Ptakom, które nie są jej bliskie (jak np. łabędzie),
stara się nadać ohociażby kolorystyczną formę zgodną z życze
niami klienteli. W swoim czasie zarządano również od niej, aby
zaozęła rzeźbie gołębie. I były to pierwsze ptaki, którym posta
nowiła przyprawić skrzydła. („Tamte ptaki, co zaczęłam robić,
to gołumbki frugające, a te inne to sobie siedzą i dlatego nie
mają żadnych skrzydeł.").
O ile wcześniejsze rzeźby Szczypawki były wykonane z drew
na odpowiednio dobranego i przysposobionego, to obecnie, pod
koniec swego życia robi je ze swoistą „nonszalancją", na skutek
czego pękają w najbardziej nieoczekiwanych miejscach ...
Głęboko to wzruszający moment w jej życiu. Twórczość,
która stała się Jej najważniejszą sprawą. Twórczość artystki,
która prosi Boga, aby mogła rychło umrzeć.
O jej twórczych uniesieniach mówią i wspomagają ją ko
lejno wybierani przez nią opiekunowie (aktualnie rodzina Syskich
w Maluszynie). I oni też w głównej m-erze przesądzają o t y m ,
że artystka Szczypawka może nadal tworzyć.
Prawdziwą ozdobą twórczości artystki są obok postaci
zwierząt — rzeźby kapłanów. Rzeźby te pochodzą z lat pięć
dziesiątych i sześćdziesiątych. W t y m to czasie artystka rzeźbiła
oprócz świń figury już nie mężozyzn z sumiastymi wąsami,
zawsze podkręconymi do góry (wspominanych dragonów, koza
ków, żołnierzy), lecz właśnie księży. Są to figury monolityczne,
zwarte, samoistne. Żadni jeźdźcy na koniach ...
W prywatnej kolekcji Aleksandra Jackowskiego miałem
możność poznania dwóch wizerunków księży, jakie wykonała
Szczypawka. Jednym z nich jest postać (wys. 35 om) z opuszczo
nymi dłońmi, przylegającymi ściśle do ciała. Rzeźba ta została
pomalowana na biało. „Zdobi" ją tylko czarno pomalowany
biret. Twarz prawie nieoznakowana, zagubiona, nijaka. Stopy
niewidoczne. Jest to wizerunek kapłana w komży, kapłana peł
niącego swoje liturgiczne role. Druga zaś rzeźba jest poprzedniej
zaprzeczeniem, jest zasadniczo inna. Ręce ma umocowane ru
chomo, stopy obute, wyraźnie zaznaczone. Twarz pomalowana
z lekkim zaczerwienieniem policzków, oczy, uszy, podbródek
i nos wyraźnie wyodrębnione i zaznaczone. Cały tułów zamalo
wany jest na ciemno, ma więc kolor bliski barwie sutanny i jest
to niewątpliwie wizerunek księdza widzianego na co dzień.
Obok „świątków", „świętuchów" — są to tematy, które
ściśle nawiązują do pojęć religijno-etycznych artystki. W dzie
łach tych zawarta jest kodyfikacja jej prostej, żarliwej i kon
sekwentnej postawy moralnej. Zachodzi t u bliska, jeśli nie bez
pośrednia więź między dostojeństwem jej „pacierzy" a sterylną,
w pełni konsekwentną formą rzeźb, zwłaszcza wspomnianych
dwóch kapłanów.
Na zdjęciach widzimy artystkę okutaną w chustkę i spódnicę
własnego kroju i szycia. Wygląda bardziej niż ubogo, wręcz
biednie. Ale na innych zdjęciach, w lekkiej kretonowoj sukience
wydaje się znacznie schludniejsza. Tę sukienkę założyła na
22 lipca 1975 r. Tegoż ranka — mimo trudnych warunków —
umyła się po raz pierwszy od roku. Fakt ten zbiegł się z ponow
nym moim przyjazdem do artystki.
Nie piszę o tym, by kokietować czytelnika intymnymi
szczegółami z życia artystki, lecz by zwrócić uwagę na więzi,
jakie istnieją dziś między współczesną twórczością „ludową"
a bodźcami pochodzącymi z zewnątrz, nie z własnego środowiska.
W przypadku naszej artystki krąg ludzi rozumiejących i doce
niających jej twórczość sięga po Nowy Jork, mały natomiast
rezonans budzi wśród miejscowej społeczności. Helena Szczy
pawka zdaje się rozumieć to, lecz nie do końca jest przekonana,
że istotnie znają jej rzeźby i cenią gdzieś w USA czy Belgii.
Pyta, czy to rzeczywiście możliwe. W ostatniej rozmowie sta
ram się ją o t y m przekonać.
Fascynuje mnie zarówno biografia Heleny Szczypawki,
której udało się przełamać najsurowsze restrykcje konformizmu
życia w społeczności wiejskiej, ale jeszcze bardziej zadziwia jej
mądrość i inteligencja, sprawiające, że nie rezygnując w niczym
ze swych etycznych przekonań, chroniąc z całym samozaparciem
wartości moralne — dostosowuje się do warunków, jakie jej
narzuca współczesne życie.
Żegnając się ze mną, Helena Szczypawka wypowiada nastę
pujące słowa:
— Jeszcze chciałabym zrobić jednego konia. Nio. Nie jed
nego, ale wiele! — Nie wiadomo, jak m i tam zdrowie pozwoli ...
Jak bym była zdrowa, to lubię straśnie robić! Ale jak bym nie
zdrowa, to ... — A potem dodała, i były to już ostatnie słowa,
jakie od niej usłyszałem:
Tylko z Bogiem przez życie ... Tylko w i a r a człowieka
uszczęśliwia, a nie żaden majątek.
*
Chciałbym jeszcze powiedzieć, że dzieło — szczególnie tak
zwane współczesne, nawiązujące do „modnych kierunków" roz
woju sztuki — może być wątpliwe, budzące sprzeciw czy po
prostu mierne. Jak wiadomo, nasze sposoby pomiaru jogo rzeczy
wistych wartości formalno-ideowych bardzo często zawodzą.
Ileż to „dzieł" chwalono, a w ostateczności historia uznała je
za koszmar zaśmiecający, i tak dostatecznie zbrudzoną procesami
cywilizacyjnymi, współczesną rzeczywistość. W świetle tych
uwag wydaje mi się, że wartości etyczne, świadomie i z całym
naciskiem przez swoje życie dokumentowane — jak w przy
padku Heleny Szczypawdd — związek tych wartości z samą
twórczością•— są n i e z a w o d n y m , i jak sądzę, nie zawsze
dostatecznie docenianym ostatecznym kryterium oceny dzieła.
PRZYPISY
1
Wystawa odbyła się w Państwowym Muzeum Etno
graficznym w Warszawie od stycznia do lipca 1975 r. Por. A .
Kunczyńska-Iracka, Wystawa „Sztuka ludowa w
XXX-leciu
PRL", „Pol. Szt. lud.", R. X X I X , 1975, nr 3.
Pierwszy zwrócił uwagę na Helenę Szezypawkę Marian
Przedpełski — wielki miłośnik ziemi sierpeckiej. Por.: Współ
cześni rzeźbiarze ludowi powiatu sierpeckiego, „Pol. Szt. lud.",
R. X V I , 1962, nr 2, s. 101—105. Autor walnie przyczynił się
40
do rozkwitu twórczości zapoznanej całkiem artystki. Później
pisał o rzeźbiarce Marek Arpad Kowalski w art. Sierpecki ośrodek
rzeźby ludowej, „Pol. Szt. lud.", R. X I X , 1965, nr 3, s. 147—156
i w książce Śladami świątków, Warszawa 1971, s. 79, 109, 124,
126, 128. Przykro jednak, że nie wspomniał w tej książce o swym
prekursorze, choć uczynił to przedtem w artykule. Szezypawkę
wymienia również Antoni Lorenc, Rzeźbiarze powiatu sierpeckiego,
katalog wystawy, Sierpc 1974 r. W katalogu t y m odnajdujemy
I I . 15. Ktiądz, drewno lipowe, malowane, wys. 32 om, ręce ruchome. Wyk. ok. 1965
I I . 16. K u r y , drewno lipowe, malowane czerwosą farbą do podłóg, wym. 5 X 15 cm i 4x 13 cm.
najpełniejszy rejestr działających w Sierpeckiem ponad trzy
dziestu artystów rzeźbiarzy.
Rzeźba Heleny Szczypawki zwróciła również uwagę dzien
nikarzy. Por.: Krystyna Siemiatycka, Smutne ptaszki babci
Heleny, „Kobieta i Życie", 1975, nr 30, s. 3.
Zdumiewające jest, jak zbieżne są poglądy estetyczne
artystów ludowych. Poglądy Heleny Szczypawki nio odbiegają
w przypadku takich zwierząt, jak jeż, czy owadów, jak motyle
i ważki od opinii wyrażanych przez artystów działających na
drugim krańcu Mazowsza, pośród Kurpiów. Por. wypowiedzi
Golana i Skrodzkiej, które drukowałem w następujących po
zycjach: Jacek Olędzki, Rzeźba w drewnie z północnej Kurpiow
szczyzny, „Pol. Szt. lud.", R. X V I I I , 1964, nr 3, s. 154—158;
tegoż, Tradycyjne poglądy im piękno przyrody w wypowiedziach
chłopów kurpiowskich, „Pol. Szt. lud.", 1963, nr 2, s. 102—111.
W podtekstach wymienionych tekstów pojawiają się również
wypowiedzi o charakterze zdecydowanie etycznym, jak choeiażby
Szczypawki — cytowana jako motto artykułu. Autorami po
dobnych wypowiedzi na terenie Kurpiowszczyzny byli artyści
tej miary, co rzeźbiarze Jan Sęk, wspomniany Franciszek Golan
2
(wyjątkowo ostro oceniający najbliższe otoczenie), a także
Konstanty Chrostek, Bolesław Polak, w szczególności wybitna
artystka-wycinankarka Rozalia Skrodzka (która powiadała
wprost o motylach: „... jest tego a jest. Nie chcę już sobie o nich
wspominać!"). Albo wypowiedź nie mniej znanej i cenionej
artystki: „O matko moja, jakie są rozmaite robaki (chodzi
0 ważki i motyle — J. O.). Na każdego bym pantofla zdjęła
1 zabiła."
W świetle tych wypowiedzi wielokrotnie przeze mnie cyto
wanych poglądy Heleny Szczypawki zaliczyć należy do naj
bardziej umiarkowanych, szczególnie powściągliwych. Ale nie
można tego odnieść do całości poglądów estetyczno-etycznych
interesującej nas artystki.
3
Inne zasadniczo rozumienia roli bociana w życiu zagrody
wiejskiej stwierdza się już na Podlasiu. Por.: J. Olędzki, Doroczne
pieczywo obrzędowe północno-wschodniej Polski, „Pol. Szt. lud.",
R. X V , 1961, nr 1, s. 18—19. Chodzi o składanie tak zwanych
busłowych (bocianich) łap — jako dar-ofiarę na gniazdach bo
cianów z nastaniem wuosny z dniem Zwiastowania.
Fot.: M. Browarskl, T . Listopadzki — ¡1. 5, 0,16; J . Olędzki il. 1—4,
7—15