http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/2145.pdf

Media

Part of Antoni Taborowicz / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1991 t.45 z.1

extracted text
Aleksander J a c k o w s k i

ANTONI TOBOROWICZ
Mówią, że jest „ludowy". Rzeźbił figurki w drewnie - więc
zgoda - jest ludowy. Ale czy tylko? A jak nazwać dowcipne,
wspaniałe „djabły", wywodzące się z urzeczenia Hasiorem.
Ludowe? Amatorskie? A drzeworyty?
Porzućmy określenia, które nawet nie porządkują, a tylko
odwracają uwagę od osobowości artysty, jego dzieła i jego
świadomych wyborów. Gdybym miał określić go najkrócej,
powiedziałbym: artysta, człowiek o wyjątkowej wrażliwości i to
nie tylko estetycznej, samotnik wychylony ku ludziom, mądrze
i pięknie reagujący na niesprawiedliwość, kłamstwo, bezmyśl­
ność. Wycinał drzeworyty, przeważnie o tematyce religijnej,
eksponujące pierwiastek ekspresyjny. Gdyby to słowo nie było
tak skompromitowane - powiedziałbym - zaangażowane, wynik­
łe z przeżycia ewangelicznych treści. Gdy ogłoszono stan wojen­
ny zareagował natychmiast. Jak mógł i umiał - serią grafik,
celnych w swym sarkazmie, ostrych w krytyce nienawistnego
systemu, znakomitych. Czy się bał? Pewnie, ale uważał, że
rozsyłając do różnych osób odbitki tych drzeworytów, robi to, co
może. Co mu dyktuje sumienie.
Później zauważył, że wśród kamieni, z których wybudowano
podwórze w Żarnowcu są fragmenty macew, nagrobków ka­
miennych z pobliskiego cmentarza żydowskiego. Nagrobków,
których nie miał już kto ocalić, obronić, uszanować. Zrobił to więc
on. Wykopał z drogi, oczyścił, zachował - i przed kilkoma
miesiącami widziałem je w Krakowie, wyeksponowane w piękny
i wzruszający sposób na wystawie poświęconej pamięci Żydów
i ich kulturyZnalazłem wśród nich kamienny krąg z wyborowaną w środku dziurą, służący jakiemuś gospodarzowi za osełkę.
Toborowicz odkupił ją, przywiózł do Krakowa. Pokazał na
wystawie także swoje rzeźby - figurki Żydów. Takie właśnie
„ludowe".
Ten przykład wskazuje na świadomość artysty, który gdy tego
chce - posługuje się formą ludowo-podobną, ale potrafi też
połączyć hubę, korę, wiklinową plecionkę z drewnem, by stwo­
rzyć cykle rzeźb bliższych z ducha Szkole Kenara niż wiejskiej
tradycji. Cykl religijnych rzeźb artysty wystawiono w kościele
przy ul. Żytniej w Warszawie. Zajęły całą salę.
Powiedzmy teraz, kim jest Toborowicz. Urodził się 1 grudnia
1941 r. w Woli Libertowskiej, w rodzinie chłopskiej. Mieszka na
wsi, i jest to wybór świadomy, podjęty po latach wędrówek
i poszukiwań. Różni się od otoczenia i nawet wtedy, gdy
postanawiał sobie, że będzie twórcą ludowym, była to decyzja
artysty, który zmęczony zgiełkiem i brudem tego świata chce
wrócić do źródeł. Odrzucił życie w mieście, luksusy cywilizacji.
„Współczesne wytwory ludzkie są nieludzkie - pisał. Ludzie
upodobniają się do rzeczy i stają się coraz gorsi. Konieczne jest
stworzenie sobie własnego świata". Stwarza go. W rzeźbach,
obrazach na szkle, drzeworytach, w stylu życia, wyborze warto­
ści. Otoczenie może w nim najbardziej drażnić właśnie to, że jest
inny, że nie dąży do robienia pieniędzy, że w rzeźbach widzi nie
towar do sprzedania, ale cząstkę siebie. Te, które lubi, zachowuje.
„Wiem, pisał w liście, że nie są doskonałe, jest w nich jednak coś,
może wsłuchanie się w przyrodę?"
Ważne jest dla niego to, co prawdziwe, co wynika z własnych
przemyśleń i emocji. Nie fascynują go wzory, nawet najlepsze,
lecz właśnie poszukiwania w kontakcie z przyrodą, ze śladami
przeszłości. Nie ucieka jednak od ludzi, od problemów tego
świata. Z daleka lepiej widać - mówi.
Droga twórcza Toborowicza nie była prosta. Kiedy coś osiągał,
odchodził - aby szukać gdzie indziej. Jest to przy tym droga
trudna. Żyje przecież z rzeźb, które sprzedaje, a status jego
bynajmniej nie jest jednoznaczny. W istocie jest rzeźbiarzem

2

profesjonalnym, ale łatwiej mu działać jako twórcy ludowemu.
Przeżył fazy inspiracji ludowymi świątkami, ale także ikoną
bizantyjską, snycerką łemkowską, sztuką sakralną, współczesną,
murzyńską, meksykańską. Przeżył fascynacje przyrodą bieszcza­
dzką, śladami kultury Łemków. Mieszkał przez rok w Biesz­
czadach, próbował nawet stworzyć „styl bieszczadzki", ale gdy
miał już ciekawe osiągnięcia zauważył, że wpada w rutynę.
Zwrócił się więc w inną stronę. Zawsze czegoś szukał.
Zdolności plastyczne przejawiał już jako dziecko, strugał w dre­
wnie, rzeźbił w marglu. Widząc zamiłowanie chłopca rodzice
wysłali go po ukończeniu szkoły podstawowej do Technikum
Przemysłu Kamieniarskiego i Budowlanego w Krakowie, lecz
uczelnia ta nie odpowiadała mu, przez 2 1/2 roku uczęszczał do
Zasadniczej Szkoły Metalowo-Drzewnej w Krynicy, ale naukę
przerwał, nie interesowało go bowiem robienie kasetek, lasek
i piórników. Nie chciał być rzemieślnikiem, jak o tym marzyli jego
rodzice. Zaczął malować pejzaże i portrety, w których dążył do
możliwie wiernego odtworzenia stanu psychicznego modela.
Znów szukał. Rok przebywał w Seminarium Duchownym, tam
poznał ikonografię sakralną. Próbował dostać się w Bielsku do
Liceum Plastycznego, a gdy się to nie udało zaczął malować
w Ognisku Plastycznym.
Cały czas musiał zarabiać, wykonywał więc różne prace.
W 1960 r. przeniósł się do Katowic, został górnikiem w kopalni
węgla. W tym czasie ukończył korespondencyjne liceum ogól­
nokształcące. Miał różne projekty - studiów na ASP w Krakowie,
pójścia na Wydział Matematyczny. W końcu ożenił się, pojechał
do Chwałowic gdzie otrzymał pracę instruktora kulturalno-oświatowego w Domu Górnika.
Zaczął rzeźbić w węglu. Nawiązała z nim wówczas kontakt
Cepelia i do niej dostarczał swoje rzeźbki z węgla. Miękkie
tworzywo nie dawało jednak satysfakcji, wolał rzeźbić w drewnie.
Zwrócił się ku sztuce ludowej i to z kilku powodów: świątki
najlepiej „szły", struganie ich dawało mu uspokojenie i satysfak­
cję, a przy tym sztuka ludowa była mu coraz bliższa emocjonalnie
57

Antoni Toborowicz, Djabeł, z cyklu „Djabty bieszczadzkie" wykonywanych w latach 1969-1970. Rzeźby ustawiane były w ogrodzie artysty
58

i artystycznie. Zauważył jednak, że się powtarza, zerwał więc
z Cepelią, wyjechał ze Śląska, wtedy to miał miejsce wspomniany
już epizod bieszczadzki, wtedy powstały pierwsze rzeźby monu­
mentalne.
Później postanowił być, z wyboru „twórcą ludowym", wrócił
więc do rodzinnej wsi, osiadł na gospodarce i odtąd rzeźbi,
pracując jednocześnie na roli. „Urządza na nowo mieszkanie,
pisał w 1971 r. Andrzej Krasnowolski , stawia piece z polnych
kamieni, usuwa zakupione dawniej meble „na wysoki połysk"
3

i zastępuje je meblami wyrabianymi własnoręcznie, o oryginalnej,
przemyślanej formie". Stworzył otoczenie na miarę swoich po­
trzeb. Tam, na wsi, rzeźbi eksperymentując, ale też i musi zarabiać
sprzedając ludowo-podobne figurki. Jego dorobek wciąż się
powiększa. Powstają monumentalne diabły, figury, które stawia
na polu, powstają cykle drzeworytów, których ukoronowaniem
jest grafika stanu wojennego. Powstają także obrazy. Artysta
ciągle tworzy, nie wystarcza mu to, czego dokonał. Tworzy, wciąż
mało znany , gdzieś na marginesie sztuki wielkiej, ludowej,
nieprofesjonalnej. Na marginesie?
4

PRZYPISY
1

Chevra, Galeria Camelot (Weroniki Łodzińskiej) kwiecień
- m a j 1990 r. Wystawa w ramach II Festiwalu Kultury Żydowskiej.
Projekt environement: Andrzej Majewski, wstęp do katalogu: A.
Jackowski, Rzeźba: A. Toborowicz, A. Zegadło, J. Zganiacz,
malarstwo: A. Słowiński.
Etnograf, który odwiedził go przed laty w sezonie turystycz­
nym, opowiadał że przed domem zastał dzieci, brudne, w byle
jakich ubrankach. Jak się chce być ludowym, mówił, to trzeba
odpowiadać wyobrażeniu, jakie turyści mają o „ludowym artyś­
cie". Toborowicz, kiedy się go widzi po raz pierwszy, przy
zajęciach gospodarskich, wyobrażenie takie zda się potwierdzać.
A. Krasnowolski, Antoni Toborowicz a sztuka ludowa, „Pol­
ska Sztuka Ludowa", 1971 nr 4
Toborowicz miał wystawy indywidualne w Baligrodzie
2

3

4

(1970), Olkuszu (1970), Warszawie (1971 - Galeria Uniwer­
sytetu Warszawskiego), Wrocławiu (1972 - Klub Związków
Twórczych), Sanoku (1970, 1975), Krakowie (1975, 1989,
1990), Katowicach (1989 - Muzeum Śląskie).
Prace jego wystawiono w okresie stanu wojennego w koś­
ciołach (m.in. w Warszawie, w kościele przy ul. Żytniej w 1982 г.).
Uczestniczył w wystawach zbiorowych, m.in. w blisko 30
organizowanych w kraju i zagranicą przez Muzeum Etnograficzne
w Toruniu, w I Triennale Plastyki Nieprofesjonalnej, Szczecin
1976.
Kolekcje rzeźb artysty zakupiły Muzeum Śląskie w Katowicach
oraz Muzeum Etnograficzne w Toruniu. Rzeźby i drzeworyty
w wielu kolekcjach prywatnych (zwł. Jacka Łodzińskiego w Kra­
kowie).

Fragment listu Antoniego Toborowicza z 23 września 1990
[...] Stan wojenny - co miesiąc spotkania na Żytniej. Dużo
modlitwy. Diabły wszystkie wywiezione z domu do Łęczycy na
konkurs i do sprzedania, by ich już w domu nie było. W rzeźbie
przeważnie temat Maryjny albo Ukrzyżowanie. Do kościoła na
Żytniej projekty konfesjonałów, ławek, klęczników, ołtarza. Co on
tu szuka? To dobre, ale do kościoła na wieś. Z wystawy na Żytniej
zostały rzeźby, których nie rozkradli. Jak je odebrać?
1

Łodziński wiele razy ratował mnie w biedzie. Wyremontował
samochód, pożyczył namiot. Pojechaliśmy na wakacje z dziećmi
pod namiot. Przyjechał na komunię córki, robił zdjęcia. Z tej jego
dobroci powstał cykl „Żydzi".
W sąsiedniej wsi Porębie Dzierżnej walił się stary drewniany
dworek w otoczeniu pięknych drzew i stawów. Starania o naby­
cie dworku idą początkowo pomyślnie. Kupuję materiał budow­
lany. Dworek bierze jednak prawowita właścicielka a ja z kupio­
nego materiału buduję dom: bielony, kryty gontami . Niedaleko
szlak turystyczny, będą noclegi dla turystów. Córki jak ukończą
ASP będą mieć pracownie. Przedsięwzięcie okazało się za
kosztowne. Prace trwają całe lato 89 do późnej jesieni. Sam
muruję z kamieni polnych, do roboty zaprzągnięta cała rodzina.
Mści się to, czego nigdy nie zauważałem, a co widział etnograf
- „dzieci brudne, ubrane w byle co". Odchodzą - jedna, a potem
druga - najstarsze córki.
W 1990 drożyzna. Na budowie zostaję sam, bo nie ma
2

pieniędzy na majstrów. Już prawie miesiąc leje. Leje więc można
by coś zarobić rzeźbami, ale to się nie da na zawołanie. Chciałoby
się z tego koszmaru obudzić. Ale może jutro będzie cieplej. Może
przybędzie sił.
Ostatnie moje fascynacje to baśnie. Wierzę, że to wszystko się
odmieni, stanie się jakiś cud. Na budowę przylatują różne ptaszki,
nietoperze, przychodzą koty i myszy. W nocy pełno straszydeł.
Kilka z nich wyrzeźbiłem. Nie podobają się ludziom, ale mnie są
bardzo bliskie.
Leżę w łóżku chory, bo w deszczu zbierałem ziemniaki.
Pasowało by je sprzedać. Boję się handlarzy, bo się ze mnie
wyśmiewają. Przeważnie pijani, jacyś groźni.
Pies Łapa żałośnie na mnie patrzy i chciałby powiedzieć - oj
ciężkie to życie. Takie już jest. Pasowałoby się ubrać, pojeść
sobie, czasem posprzątać a na to nie ma czasu, bo wiecznie coś
ważniejszego. Dzieci, te młodsze, takie miłe. Już tak dawno im nic
nie kupiłem. Tego lata nigdzie z nimi nie byłem. Już drugi rok
budowa i budowa.
Nie jest to tak szlachetnie jak Pan pisze , bardziej obłąkanie
i żałośnie.
Jak jest trochę ludzkiego ciepła i sprzyjającej pory to powstają
rzeźby, ale to się dzieje samo.
Życzę Panu dużo zdrowia i wszystkiego dobrego
Antoni Toborowicz
3

4

PRZYPISY
1

Jacek Łodziński, kolekcjoner krakowski, mecenas sztuki,
właściciel kramu, także ze sztuką ludową w Sukiennicach.
Zorganizował w okresie II Festiwalu Kultury Żydowskiej wystawę
„Chevra" w galerii „Camelot" przy ul. Św. Jana. Znalazły się na
niej m.in. rzeźby w drzewie Toborowicza oraz wykopane przez
niego macewy żydowskie. W scenerii Andrzeja Majewskiego,
obok jego obrazów i „Wozu Żyda-Wiecznego Tułacza" stanowiły
przejmujący symbol losu zamordowanego narodu.
Jacek Łodziński zorganizował w 1977 r. w krakowskim M u ­
zeum Etnograficznym wystawę obrazów Katarzyny Gawłowej,
którą się przez wiele lat opiekował. Wernisaż wystawy był
wydarzeniem artystycznym w Krakowie, najpiękniejszą prezenta­
cją twórcy i jego dzieła, jakie zdarzyło mi się widzieć. Ostatnio, 15
grudnia rozstrzygnięto w Krakowie I Ogólnopolski Konkurs

Szopek Ludowych. Zorganizował go, jak i wystawę w Sukien­
nicach, Jacek Łodziński. On też ufundował nagrody, a w okresie
świątecznym zapraszał do Krakowa zespoły Kolędnicze. Zamówił
też u Józefa Zganiacza z Fałkowa wielkie figury szopkowe, które
ustawiono na Rynku w specjalnie zbudowanej z drewna kaplicy.
Dom jest piękny w proporcjach, niekonwencjonalny, za­
projektowany przez Toborowicza. Architekt rozwinął i skon­
kretyzował myśl twórcy i zarazem wykonawcy. Gdy byłem
u Toborowicza, wraz z ekipą filmową, w październiku 1990 г.,
stawiał krokwie.
Łapa jest dobrym, szlachetnym psem, kocha dzieci, nie wie,
że ludzie mogą być źli. Na to, że obroni - nie można liczyć.
Swój tekst posłałem Toborowiczowi z prośbą o uzupełnienie
dat i weryfikację. Odesłał mi wraz z listem, którego część ogólną
przytaczam.
2

3

4

59

4
60

5

61

62

Fragment listu z grudnia:
(...) Przyswajanie sobie zdobyczy technik szło mi zawsze opornie. Nigdy nie lubiłem robić koło
motoru, samochodu a nawet roweru. Jestem za słaby by żyć tak jak dawniej ludzie żyli.
W dawnych czasach widzę wiele piękna i dobroci. Współczesne wytwory ludzkie są
nieludzkie, nieprzyjazne, śmierdzą, są trujące. Ludzie upodabniają się do rzeczy i stają się coraz
gorsi. Konieczne jest stworzenie sobie własnego świata, oazy w której można się skryć przed
ludźmi, którzy mnie nie cierpią za to, że widzę rzeczy nie takimi jak inni, że słyszę dziwną muzykę.
Mam nadzieję, że kiedyś swoją robotą przekonam ludzi, że najgłośniejszy jest pokorny zachwyt
nad światem, że zachwycę swoją robotą, a oglądać moje rzeźby będzie bardzo przyjemnie.
Ciekawe jest stałe odkrywanie świata. Przyroda w swym corocznym rytmie pokazuje tyle
różności, że można godzinami zachwyconym stać, z gębą rozdziawioną.
To zapatrzenie i ten pokorny zachwyt należy się tylko przyrodzie. Wytwory ludzkie mniej mnie
obchodzą, mimo biegłości rzemieślniczej i przeżyć osobistych, które nie zawsze możemy
zrozumieć. Są to sprawy bardzo osobiste, dlatego nie wolno się wzorować na nikim. Popełniło
się w życiu trochę błędów i zapatrzeń na byle kogo. Dziś wstydzę się za rzeźby zrobione „pod
wpływem" (bardzo tych rzeźb nie lubię).
Powoli nabieram pewności siebie. Coraz rzadziej wzoruję się na czyjejś robocie. Tylko gdy
mnie czasem coś zachwyci u kogoś, uważam że robię to jeszcze lepiej.
Najleoszym wzorem jest przyroda, kształty kwiatów, kłosów, gałęzi, grzybów, zbocza Doliny
Kościeliskiej, pagórki koło Zagórza. Stare kapliczki, świątki, chałupy, narzędzia drewniane
rzeźbione przez artystę i przez czas.
Wiele piękna jest w ludziach i ich opowieściach. Rozmawiając z nimi można się tak naładować,
że jest co robić przez wiele dni. Rozmawiając z ludźmi o swej robocie nie pytam ich jak mam
robić. Jak — to ja sam pomyślę, w tym cała przyjemność. Chodzi o to, co robić. Obawiam się, że
i tego mi nikt nie powie. Pewnie to tylko tęsknota do ludzi.
Zarzucają mi, że wszystko co robię jest od Sasa do łasa. Dlaczego to nie ma stylu, jest takie
różnorodne? Chwytanie wszystkich srok za ogony, meble, świątki, drzeworyty i pszczoły, szafki
i owce, płaskorzeźby, maski i zwierzaki, malarstwo na szkle i ule rzeźbione, kapliczki i laski, piece
i co tam jeszcze. Wszystko to jest jednak podobne do siebie i podobnie robione. Podobny jest ul
rzeźbiony i kapliczka, szafka i kominek, meble i zwierzaki, kompozycja rzeźby i drzeworytu.
Rzeźby moje nabierają wartości w miarę upływu czasu. Nie można określić na czym polega ich
wartość. Pozornie mają tyle błędów i niby łatwo udowodnić, że są mało warte. Jest w nich jednak
coś, może wsłuchanie się w przyrodę? Są nie jak żywe, ale są żywe. Żyją sobie na strychu. Gdy mi
jest smutno albo źle wychodzę na górę i tam nie ważne są sprawy doczesne. Niekonieczne są
pieniądze, ubranie, czy żarcie.
Antoni Toborowicz

Fot.: Andrzej Krasnowolski —

il. 2; J a n Swiderski —

3 do 9

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.