http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/5925.pdf

Media

Part of Stara historia Nowej Jerozolimy / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2007 t.61 z.1

extracted text
25_CHMIELEWSKA.ps - 4/25/2007 2:16 PM

JUSTYNA CHMIELEWSKA

W

szystko zaczęło się na długo przed wojną,
w czasach gdy ziemie zachodniej Białorusi
i Ukrainy znajdowały się pod polskim pa­
nowaniem, w początkach lat 30. Choć Bóg jest jeden
- wiar wiele, jak mawiają. Byli więc w okolicy Koso­
wa1 prawosławni, katolicy, żydzi, baptyści... Dzwony
cerkwi konkurowały z kościelnymi, idąc do synagogi,
mijało się chatę, w której swe modlitwy odmawiali zie­
lonoświątkowcy. Skąd się wzięli syjoniści? Mało kto
potrafi dziś na to pytanie odpowiedzieć.
Ludzie pamiętają - któregoś dnia Iwan Muraszko,
po kolejnej przedłużającej się nieobecności, wrócił do
rodzinnej wsi Razmierki i zaczął wołać ludzi na modli­
twę. Przyszli baptyści, którzy już wcześniej chodzili na
organizowane przez Iwana nabożeństwa zielonoświąt­
kowców. Wokół chaty zebrali się krewni i ciekawscy
sąsiedzi. Iwan krzyknął do matki, by nagotowała zupy
dla wszystkich, żeby każdy mógł się posilić przy wspól­
nym stole.
Ludzie już się przyzwyczaili - Muraszko, odkąd pa­
rę lat wcześniej wrócił z pierwszej wyprawy do Amery­
ki, całą duszą oddał się dziełu nawracania ludzkich
myśli ku sprawom Bożym. Chodził po okolicy, nama­
wiał do przyjęcia zielonoświątkowej wiary, nauczał.
Początkowo odnoszono się do niego niechętnie, stop­
niowo jednak kolejni ulegali namowom i przystępowa­
li do nowej wspólnoty wiernych. Iwan szybko awanso­
wał na prezbitera zielonoświątkowców, stał się wśród
nich znaczącą postacią. Potrafił przemawiać, przycią­
gać wątpiących - ludzie słuchali go chętnie, wielu po­
szło za nim. W odległych o pięć kilometrów Stajkach
przeznaczono nawet jeden z domów specjalnie na mo­
dlitwy. N a nabożeństwach spotykało się rodzinę Iwa­
na, sąsiadów i grono jego najbliższych pomocników,
którzy wraz z nim nakłaniali ludzi do przyjęcia wiary
zza oceanu. Ten wychowany w prawosławnej chłop­
skiej rodzinie kaznodzieja, którego los - jak wielu mu
podobnych - rzucił po pierwszej wojnie do Ameryki,
miał dar przekonywania ludzi do słuszności głoszonych
słów. Wielu przypisuje mu zapoczątkowanie ruchu zie­
lonoświątkowego w okolicach Kosowa. Jednak dziś
piatidziesiatniki odżegnują się od tych powiązań - prze­
konamy się niebawem dlaczego.
Tym razem, jakoś około 1933 roku, czuło się, że
coś się zmieniło - Iwan, zachęcając do udziału w na­
bożeństwie, mówił rzeczy nowe, niezwykłe. Jego słowa
różniły się od dawnych kazań, gdy przekonywał do
przystąpienia do zielonoświątkowców. Opowiadał te­
raz o Królestwie Bożym, które ma się stać udziałem
tych, którzy pójdą za nim, tu - na ziemi. Siebie same­
go nazywał prorokiem Ilią, który przyszedł, żeby przy­
gotować maluczkich na planowane przez Boga zmia­
ny. Grzmiał, potępiając upadek obyczajów krewnych
i sąsiadów.
Był odmieniony - długa, gęsta broda nadała jego
twarzy wyraz groźny i poważny, podkreślając jeszcze

Stara historia Nowej
Jerozolimy
Rzecz o Świętych Chrześcijanach
Syjonistach - Muraszkowcach
mocniej czarne, magnetyczne oczy. Ludzie mówią, że
potrafił zahipnotyzować - kto dłużej w nie spoglądał,
ulegał woli dziwnego, strasznego Iwana.
I tak chodził po wsiach - zachęcał i kusił, ganił
i krzyczał. W Stajkach baptystów - swych dawnych
podopiecznych, którzy teraz nie chcieli zgodzić się na
głoszone przez niego nowości - tłukł Biblią po głowie.
A nowe przykazania, które kazał ludziom wypełniać,
nie należały do lekkich.
Aby osiągnąć zbawienie, należało przestać jeść
wieprzowinę, świętować w sobotę i niedzielę, wieść ży­
cie skromne i bogobojne, we wszystkim kierować się
Pismem Świętym. Chłopi mieli zapuścić brody, kobie­
ty na znak pokory powinny okrywać głowę chustką,
na spódnicę zaś zakładać fartuch. Wszyscy mieli ocze­
kiwać rychłego nadejścia Królestwa Bożego; dnia,
w którym ziści się Nowa Jerozolima.
Opowieści Iwana ciekawiły słuchaczy; nie na tyle
jednak, by skłonić do przejścia na nową wiarę. Bo jak
tu nie jeść słoniny, która od pokoleń była w domu jed­
nym z najważniejszych produktów? Jak poświęcić aż
dwa dni w tygodniu na modlitwę, gdy trzeba wykarmić
dzieci i zająć się gospodarstwem? Dlaczego wierzyć śle­
po temu, który jeszcze parę miesięcy wcześniej zachę­
cał do przystąpienia do zielonoświątkowców, teraz zaś
potępia ich wyznanie?
Iwan nie ustawał w swych wysiłkach. Choć rzadko
zjawiał się w okolicy, ilekroć przyjeżdżał, spotykał się
z ludźmi, modlił się z nimi, głosił kazania, nakłaniał do
przyjęcia nowej wiary, mówiąc o Syjonie, który stanie
się udziałem tych, którzy go posłuchają. Różne rzeczy
ludzie opowiadają o tych muraszkowych nabożeń­
stwach - a to, że po zakończeniu modlitwy ludzie zrzu­
cali ubrania i robili to, czego nawet mąż wstydziłby się
wobec żony; a to, że w nabożnej ekstazie wybiegali na
pole i wymachując rękami, próbowali lecieć na niebio­
sa. Gadają, że w Stajkach pewnego dnia wierni wdra­
pali się na dach chaty, by stamtąd wznieść się do Bo­
ga. Rezultat był podobno mizerny - pierwszy śmiałek
złamał nogę, spadając ze strzechy, inni zaś rozeszli się
do domów. Ludzie z uśmiechem wspominają, że ich
modlitwy przypominały bardziej gdakanie indyka niż

171

25_CHMIELEWSKA.ps

4/25/2007 2:16 PM

Justyna Chmielewska • STARA HISTORIA NOWEJ JEROZOLIMY

Iwan Muraszko, przez syjonistów zwany prorokiem Ilią
i Ojcem Syjonu, lata 30.

nabożną prośbę - niezrozumiałe słowa i dziwne gesty
dalekie były od skupienia i powagi towarzyszących ko­
ścielnej mszy czy służbie w cerkwi.
Cokolwiek by o zwolennikach proroka Iwana po
wsiach mówiono, jedno nie ulega wątpliwości: byli
niezwykli. Dostojni brodacze unikali towarzystwa mirskich ludziej - światowych ludzi, jak nazywali wszyst­
kich spoza własnego kręgu - prawosławnych sąsiadów,
Zydów handlujących w swych sklepikach, gromadzą­
cych się w kościele katolików. Potępiali ich rozwią­
złość, odejście od zasad wyznaczonych w Piśmie Świę­
tym; to, że poszli „na łatwiznę” w sprawach wiary,
zapomnieli najważniejsze wskazówki płynące z Pisma,
dali się zwieść popom i księżom.
Sami poplecznicy Iwana Muraszki prowadzili ży­
wot srogi, surowy. Pościli często, już w piątek po za­
chodzie słońca zamykali się w chatach, by modlić się
przez całą sobotę. Zyskali tym sobie wśród ludzi prze­
zwisko - subotniki. Niekiedy nazywano ich po prostu
brodaczami. Oni sami zaś woleli mówić o sobie syjoni­
sty. Byli bowiem przekonani, że wiara pomoże im zbu­
dować na przedwojennej białoruskiej ziemi Nowy Sy­
jon - na podobieństwo biblijnej, pierwotnej wspólnoty
wiernych. N a urzeczywistnienie tej wizji nie musieli
długo czekać. Nie uprzedzajmy jednak zdarzeń i po­
wróćmy do historii proroka z Razmierek.
W okolicach Kosowa Iwan zgromadził niebawem
grupę kilkunastu, może dwudziestu paru wiernych, go­
towych przestrzegać głoszonych przez niego zasad, go­
towych rzucić wszystko na jedno jego skinienie. Wielu
spośród nich wcześniej już zetknęło się z Muraszką, gdy
prowadził nabożeństwa zielonoświątkowców; inni
przechodzili na nową wiarę bezpośrednio z prawosła­
wia. Kaznodzieja nie ustawał w wysiłkach, by przeko­
nać jak najwięcej wątpiących - chodził po wsiach i sam
nawracał lub posyłał z podobną misją swych pomocni­
ków. Zwracał się przede wszystkim do najbiedniejszych
- w większości Poleszuków. Obiecywał im życie bliskie
Bogu, we wspólnocie, w której wszyscy będą równi.

I tak przyjeżdżał do rodzinnych Razmierek, by ry­
chło znów ruszyć w drogę. Ojciec złościł się, że Iwan
włóczy się po całym świecie, zamiast - jak inni bracia
- uprawiać ziemię, założyć rodzinę, żyć jak inni. Gdzie
bywał? Mówią, że jeździł do Ameryki, inni - że na
Wołyń. Podobno właśnie tam, na ziemiach dzisiejszej
zachodniej Ukrainy, wszystko się zaczęło. Cofnijmy się
zatem o parę miesięcy.
Podczas zjazdu prezbiterów ruchu zielonoświątko­
wego, gdzieś około 1933 roku, Iwan spotkał kobietę,
która od tego czasu towarzyszyła mu aż do śmierci Olgę Kirylczuk-Korniejczuk. Urodziła się na Ukrainie,
w chłopskiej rodzinie, była od niego sporo starsza.
Miała szóstkę dzieci i męża, który nie stronił od kie­
liszka. Choć stała wysoko w hierarchii piatidziesiatników, od pewnego czasu głosiła zasady sprzeczne z ogól­
nie przyjętymi. Mówiła, że przemawia przez nią Duch
Święty, lecz nikt nie chciał jej słuchać.
T a samozwańcza prorokini od dziecka była blisko
Bożych spraw. Powiadają, że już jako dziewczynka czę­
sto na piechotę chodziła się modlić w Ławrze Poczajowskiej. Prawosławie nie spełniło jej oczekiwań - przystą­
piła więc do zielonoświątkowców, wśród których
osiągnęła rangę prezbitera. Prowadziła nabożeństwa,
nakłaniała ludzi do konwersji, stała się autorytetem
w kwestiach religijnych. Jednak swe powołanie proroc­
kie odkryła już jako dorosła kobieta, żona i matka.
Wierni tłumaczą, że pewnego dnia Bóg przemówił
do niej, objawiając, że niebawem zabierze ją do Siebie.
Olga padła na kolana i zaczęła się modlić, w pełni pod­
dając się Bożej Woli. Wówczas w domu, w którym prze­
bywała z mężem, dziećmi i pomocnicą, wybuchł pożar błyskawicznie zajął się kryty strzechą dach, płonąć za­
częły ściany. Pijany mąż salwował się ucieczką, Olga
jednak nakazała dzieciom i towarzyszce trwać przy so­
bie, na kolanach, w modlitwie. Cała wieś zbiegła się, by
gasić ogień, ale ich wysiłki były daremne - zdawało się,
że z chaty nikt już nie ujdzie z życiem. Stało się jednak
inaczej - Bóg, widząc u Olgi gotowość do pełnego po­
święcenia, wyjawił jej Swe plany - miała pójść w świat,
głosić Nowy Syjon, budować nową wiarę, utorować
drogę mającemu zstąpić na ziemię Chrystusowi...
Pożar, jak powiadają muraszkowcy, w cudowny
sposób sam ucichł, prorokini zaś bezpiecznie wypro­
wadziła dzieci ze zgliszcz. Ku zdumieniu zgromadzo­
nych wokół chaty sąsiadów od ocalonych nie czuć by­
ło nawet zapachu dymu. Po tym zdarzeniu Olga
ruszyła w świat głosić Słowo Boże, nazywając siebie
odtąd Ofiarą Chrystusową - bowiem tak jak Zbawiciel
gotowa była do największego poświęcenia.
Niebawem - podczas owego wołyńskiego zjazdu,
w 1933 roku - objawione jej zostało, że Pan Bóg przy­
szykował dla niej lepszy los niż ten dotychczas będący
jej udziałem. Miała rzucić dawne życie, zostawić męża
pijaka i rozpocząć nowy etap u boku mężczyzny - pro­
roka, który pomoże jej zrealizować Boży plan.

172

25_CHMIELEWSKA.ps - 4/25/2007 2:16 PM

Justyna Chmielewska • STARA HISTORIA NOWEJ JEROZOLIMY

Wybrańcem tym okazał się aktywnie działający
wśród zielonoświątkowców kaznodzieja, postać rów­
nież nienależąca do przeciętnych - nasz prorok.
W okresie zjazdu Iwan Muraszko był niemy; wierni
powiadają, że to Bóg odebrał mu mowę. Jedni twier­
dzą, że nie wypowiedział ani słowa przez pięć lat
i osiem miesięcy poprzedzających spotkanie z Olgą, in­
ni przeczą tej wersji. Jak wspominają niektórzy, Pan
Bóg pozwalał mimo wszystko swemu słudze odprawiać
zielonoświątkowe nabożeństwa - na czas kazania
i modlitwy Iwan odzyskiwał głos, by zaraz po tym po­
nownie zaniemówić. Jakikolwiek charakter by miała
niemota Muraszki - kary czy postu, próby czy świado­
mego wysiłku - w jednym świadkowie są zgodni: pod­
czas wołyńskiego zjazdu zielonoświątkowców Iwan był
niemy, z otoczeniem zaś porozumiewał się, zapisując
swe słowa na noszonej na piersiach tabliczce.
Olga nie wahała się długo - kazała przyprowadzić
do siebie niemego Iwana Muraszkę i w zwięzłych sło­
wach wyłożyła mu swoje zamiary: miał zostać jej mę­
żem i jako prorok Ilia wraz z nią szerzyć po świecie no­
wą wiarę; wiarę prawdziwą, bo płynącą wprost od
Ducha Świętego poprzez usta prorokini.
Do przekonania Iwana posłużyły mocne środki by dowieść prawdziwości swego proroctwa, Muraszce
na trzy dni odebrane zostały pozostałe zmysły - leżał
na ziemi skulony, pozbawiony wzroku, słuchu i mowy;
jak niemowlę, powiadają syjoniści. Od tego czasu zwać
się począł prorokiem Ilią.

I tak dwójka heretyków, wykluczona z zielono­
świątkowej wspólnoty, rozpoczęła swe dzieło. Para ka­
znodziejów, w której on pełnił funkcję organizatora
i mentora, ona zaś uduchowionej pośredniczki między
Niebem a Ziemią, Bogiem i ludźmi. On mienił się od­
tąd Ojcem i prorokiem Eliaszem (ros. Ilia), ona Matką
Syjonu i Ofiarą Chrystusową. Dzieło ich miało być do­
niosłe: szerzenie nowej wiary, doskonalszej od wszyst­
kich poprzednich; wiary, na łono której Chrystus po­
wróci w swym ponownym przyjściu na Ziemię; wiary,
której wyznawcy na Ziemi urzeczywistnią ideę Króle­
stwa Bożego i własnymi rękami zbudują Nową Jerozo­
limę.
Prorocy zaczęli swą tułaczkę. Po pierwszych, sa­
motnych wizytach w rodzinnej wsi, kiedy to - można
by rzec - przygotowywał grunt dla nowej wiary, Muraszko przywiózł niebawem Olgę do Razmierek. Jakież
musiało być zdziwienie ludzi - Iwanowi, dotąd cenio­
nemu kaznodziei zielonoświątkowców, towarzyszyła
o wiele starsza kobieta twierdząca, że przemawia przez
nią Duch Święty, negująca dawne nauki Muraszki;
matka, która porzuciła własne dzieci, by wieść wę­
drowne życie z obcym mężczyzną...
Nowe nauki Iwana nie spotkały się z życzliwym
przyjęciem - wielu wspomina, że zwyczajnie wymagał
zbyt dużo. Zakaz jedzenia wieprzowiny i golenia brody,
rytualny ubój bydła, surowe zasady dotyczące sobotnie­
go kultu, obowiązek skromnego, pełnego wyrzeczeń ży­
cia... Dodajmy do tego ostre potępienie Cerkwi Prawo-

Nowa Jerozolima 2005. Wołyń, okolice Dubrowicy.

173

25_CHMIELEWSKA.ps - 4/25/2007 2:16 PM

Justyna Chmielewska • STARA HISTORIA NOWEJ JEROZOLIMY

Olga Kirylczuk-Korniejczuk, Matka Syjonu (na piersi rana
pozostała po obrzędzie zdjęcia pieczęci), lata 30.

sławnej, mającej najsilniejszy wpływ na religijność oto­
czenia. Muraszko kazał odrzucić jako bałwochwalczy
kult ikon, uderzając tym samym w najważniejsze miej­
sce w chacie - święty kąt, gdzie wyobrażenia Chrystu­
sa i świętych od dziada pradziada ozdabiane były pięk­
nie haftowanymi Tucznikami.
Mówił, że dusza po śmierci nie idzie - jak po­
wszechnie wierzono - do Raju czy Piekła, ale przecho­
dzi w inne ciało. W zależności od bilansu uczynków dusza dobrego człowieka wcieli się w jeszcze zacniejsze­
go, grzesznik zaś może spodziewać się, że karą za jego
grzechy będzie odrodzenie w postaci kaleki, złoczyńcy
czy zwierzęcia. Muraszko obarczał tym samym wierne­
go odpowiedzialnością za czyny - twierdził, że każdy
sam pracuje na swój przyszły los, a zatem dla własnego
dobra powinien jak najskrupulatniej wypełniać to, co
Pan objawił w Piśmie i przez usta Olgi. Ludzie nie
chcieli słuchać - jakże mogli uwierzyć, że ich własna
dusza może trafić w przyszłości do ciała psa czy krowy?
Lecz i to nie koniec niespodzianek, jakie czekały
otoczenie proroka. Po pierwszych, skromnych nabożeń­
stwach, gdy Iwan zgromadził już wokół siebie grupę za­
ufanych wiernych - syjonistów, przyszła kolej na rozbu­
dowę rytuału. Dotychczas składały się nań wspólne
modlitwy, zbliżone do spotkań zielonoświątkowców pod przewodnictwem kaznodziei wspólnie czytano Pi­
smo, modlono się, śpiewano pieśni. Modlitwy te bywa­
ły tak żarliwe, że niemal ekstatyczne - sąsiedzi podśmie­
wali się między sobą z dziwacznego zachowania
muraszkowców, ale nie reagowali negatywnie. Opowia­
dają, że syjoniści, modląc się, podrygiwali rytmicznie,
wykonywali coś na kształt tańca, wypowiadając niezro­
zumiałe słowa. Mówią, że jeden z apostołów Syjonu,
gdy myślami zwracał się ku Bogu, zapominał o całym
świecie, chodził w kółko i gwizdał, dostarczając rozryw­
ki całej wsi. Powróćmy jednak do historii proroków.

Olga pewnego dnia doznała objawienia, w którym
Duch Święty nakazywał Bożym wysłannikom przepro­
wadzić obrzęd zdjęcia pieczęci. Muraszkowcy wierzyli,
że krew prorokini - jak przed wiekami krew Chrystu­
sa - ma moc odkupicielską. Ludzie w okolicy do dziś
wspominają, jak to nazywają, rezanie baby - dni owych
uroczystych, niezwykłych nabożeństw syjonistów.
Iwan posyłał wówczas po fotografa, zapraszał księdza
i batiuszkę pobliskiej cerkwi - by na własne oczy prze­
konali się o wyjątkowym posłannictwie Olgi; by nikt
już nie wątpił, że ma do czynienia z prorokinią i wiarą
prawdziwą.
Wierni gromadzili się w te uroczyste dni w jednej
chacie i modlili długo, zanim dokonało się najważniej­
sze - Matka Syjonu zdejmowała koszulę i wskazywała
Iwanowi miejsca, z których ma zostać pobrana święta
krew. Prorok przystępował do dzieła z obcęgami i brzy­
twą - naciągał skórę i robił na piersi towarzyszki serię
nacięć. Bywało, że ran było sześć, bywało, że dwana­
ście - obrzędem kierowała Olga, znając scenariusz
z objawień woli Ducha Świętego. Wierni, skupieni na
modlitwie, w napiętym milczeniu obserwowali, jak
Muraszko przecina skórę chudej, starszej kobiety, któ­
rą oni sami nazywali Matką. Widzieli spokój Olgi,
brak jakiejkolwiek reakcji na ból, gotowość poświęce­
nia własnego ciała dla ratowania dusz grzeszników.
Pomocnicy zbierali płynącą z ran krew do talerzy,
by następnie przelać ją do zawczasu przygotowanych
butelek. Krew ta, zmieszana prawdopodobnie z wi­
nem, używana była potem do święcenia rzek, jezior,
studni, źródeł. Wielu wspomina także, że służyła pod­
czas muraszkowskich komunii, kończących ważniejsze
nabożeństwa i wraz z chlebem podawana była wier­
nym, przypominając spotkanie Mistrza i uczniów
w wieczerniku. A wszystko to na oczach świata - są­
siadów, fotografa, ciekawskich.
Co na to świat? Mirskije ludzie nie znaleźli w ser­
cach zrozumienia dla muraszkowskich misteriów. Iwa­
na do dziś wielu postrzega jako oprawcę, znęcającego
się nad Bogu ducha winną kobietą. Olgę mają tyle za
oszustkę, ile za szaloną. Dziwią się niektórzy, że wy­
trzymywała ból bez najmniejszego grymasu, nie skarży­
ła się, sama wskazywała, w których miejscach ciąć.
Wielu widzi w prorokach dobrych aktorów, sugerując,
że rany i krew nie były prawdziwe, że kaznodzieje uży­
wali magicznych sztuczek, obserwatorzy zaś dawali się
im zwodzić. Niektórzy tłumaczą, że Muraszko hipno­
tyzował zgromadzonych w izbie wiernych tak, iż zda­
wało im się, że widzą rzeczy, które nie miały w rzeczy­
wistości miejsca. Inni burzą się, nazywając Iwana
dręczycielem, Olgę zaś przedstawiając jako słabą,
w pełni mu podporządkowaną ofiarę.
Zgoła inne jednak historie usłyszymy od syjoni­
stów, którzy w obrzędach zdjęcia pieczęci widzieli je­
den z najdonioślejszych przejawów proroczego daru
Olgi. W niej samej niektórzy upatrują wcielenia

174

25_CHMIELEWSKA.ps - 4/25/2007 2:16 PM

Justyna Chmielewska • STARA HISTORIA NOWEJ JEROZOLIMY

Chrystusa, który w swym powtórnym przyjściu na Zie­
mię miał ponownie odkupić grzechy ludzi. Daty oraz
sposób przeprowadzenia obrzędu prorocy poznawali
dzięki objawieniom; wówczas też odkrywany był cel
poszczególnych nabożeństw - poświęcenie wody, ja­
dła, czy wreszcie najważniejszy - odkupienie grzechu
Adamowego.
Matka Syjonu doznawała objawień często - świad­
kowie relacjonują, że zapadała wówczas w rodzaj
transu, wypowiadając zmienionym głosem słowa pro­
roctwa. Dotyczyły one interpretacji Pisma Świętego,
zawierały nowe modlitwy, niekiedy służyły rozwiąza­
niu bieżących problemów nękających wspólnotę. Lu­
dzie powiadają, że prosta Ukrainka nagle zaczynała
wówczas przemawiać językiem uczonym, niezwykłym,
pomocnicy zaś skrupulatnie zapisywali święte dla nich
słowa.
Dar ten przejawiał się podobno także podczas
wspólnych modlitw, kiedy to wierni zaczynali mówić
w językach, których nie mogli znać - niektóre ze spi­
sanych podczas takich ekstatycznych nabożeństw tek­
stów do dziś pozostają niezrozumiałe. Tę nadzwyczaj­
ną umiejętność muraszkowcy przypisują łasce Ducha
Świętego, który udzielał wiernym daru języków - tak
jak Apostołom podczas Pięćdziesiątnicy. Podobnie
wyglądają do dziś nabożeństwa niektórych odłamów
ruchu zielonoświątkowego.
Wróćmy jednak do spraw bardziej przyziemnych.
W obrzędach zdjęcia pieczęci uczestniczyli syjoniści
i opłacony przez nich fotograf, ale zdarzali się i goście
mniej serdecznie witani. N a jedno z takich nabo­

żeństw przyjechali polscy policjanci, chcąc aresztować
proroka Iwana za krzywdy wyrządzane Oldze. Akcja
nie doszła podobno do skutku - niektórzy twierdzą, że
przedstawiciele władzy jakby skamienieli, nie mogąc
przestąpić progu izby, w której odbywała się uroczy­
stość. Dostrzegają w tym Boską ingerencję i ochronę,
mającą dowodzić autentyczności proroczego daru.
Jednak ci bardziej krytyczni wspominają, że gdy poli­
cjanci podeszli do leżącej i broczącej krwią Olgi i po­
grozili jej karabinem, kobieta czym prędzej poderwała
się i uciekła z chaty, funkcjonariusze zaś odjechali,
prześmiawszy proroków. Obserwatorzy niezwiązani
z muraszkowcami widzą w tym dowód nieprawdziwo­
ści obrzędu, Iwana i Olgę nazywając fałszywymi proro­
kami, czy też - mocniej - oszustami.
Trzeba przyznać, że sąsiedzi nie żywili do syjoni­
stów najcieplejszych uczuć. Jeszcze dziś wspominają
jak - będąc dziećmi - chodzili podglądać przez okna
muraszkowskie misteria, jak rzucali w nich kamienia­
mi, jak uciekali potem przed razami rozsierdzonego
Iwana. Opowiadają z rozbawieniem, że gdy tylko uda­
wało im się dorwać któreś z muraszkowskich dziecia­
ków, smarowali im twarze słoniną, tak surowo zakaza­
ną wiernym jako nieczysta.
Te animozje doprowadziły z czasem do izolacji
„brodaczy”. Zamknęli się we własnym kręgu, zerwali
niemal zupełnie kontakty z otoczeniem, które ich od­
rzuciło; ale i zostało przez nich odrzucone - jako ob­
szar działania Szatana, świat zepsucia i upadku. Jeden
z pomocników proroka Ilii przestał posyłać swe dzieci
do szkoły, trzymając trzech synów pod kluczem... Inna

Syjoniści z okolic Kosowa (Białoruś zachodnia), lata 30.

175

25_CHMIELEWSKA.ps

4/25/2007 2:16 PM

Justyna Chmielewska • STARA HISTORIA NOWEJ JEROZOLIMY

Syjoniści w Nowej Jerozolimie, z lewej Iwan Muraszko.

Eljasz ze św. Sjonistami, orka 1936 r.

Widok obozu św. Sjonistów - Iwan Muraszko z pierwszymi osadnikami
w Nowej Jerozolimie. Wołyń, lata 30.

176

25_CHMIELEWSKA.ps - 4/25/2007 2:16 PM

Justyna Chmielewska • STARA HISTORIA NOWEJ JEROZOLIMY

Zdięcie pieczęci św. Prorok Eljasza, lata 30.

Olga po obrzędzie zdjęcia pieczęci.

Obrzęd zdjęcia pieczęci.

Obrzęd zdjęcia pieczęci.

177

25_CHMIELEWSKA.ps - 4/25/2007 2:16 PM

Justyna Chmielewska • STARA HISTORIA NOWEJ JEROZOLIMY

wierna nie pozwalała córce chodzić na wiejskie zaba­
wy i spotykać się z rówieśnikami, co doprowadziło do
buntu młodej dziewczyny i ucieczki w małżeństwo
z mirskim chłopakiem... W sobotę muraszkowcy ryglo­
wali drzwi, nie wpuszczając nikogo do chaty, by móc
spokojnie oddać się modlitwie. Prawosławni w więk­
szości sąsiedzi burzyli się, widząc, jak brodaci syjoniści
na pokaz rąbią w niedzielę drwa i na oczach wszyst­
kich wykonują najcięższe prace, bezczeszcząc Dzień
Pański... Obserwowali z przestrachem krwawe obrzę­
dy, które przecież odbywały się tuż za płotem... Jak
można sobie wyobrazić, nie sprzyjało to utrzymaniu
przyjacielskich stosunków z otoczeniem.
Historie te przez lata krążyły z ust do ust, mieszały
się z opowieściami o innych barwnych postaciach
z okolicy, osiągając niekiedy zaskakujące formy. Dziś
ciężko jest ocenić, ile z nich ma cokolwiek wspólnego
z prawdą. Pamięć zawodzi, sceny zmieniają aktorów
w zależności od opowiadającego, wątki splatają się,
niektóre gubią zupełnie.
Muraszkowcy funkcjonowali na marginesie spo­
łecznego i religijnego życia okolic przedwojennego
Kosowa. Wierzyli inaczej, jedli inaczej, ubierali się
inaczej niż wszyscy. Ich dzieci nosiły dziwne, niespoty­
kane imiona - Safir, Jakim, Jeroma... Obracali się we
własnym kręgu, nie szukali kontaktu z prawosławnym
otoczeniem - jeśli zwracali się do mirskich ludziej, to po
to, by nakłonić ich do wstąpienia w swe szeregi.
Również prorocy, postaci wyraziste i niezwykłe, od­
biegali od przyjętych na białoruskich ziemiach wzor­
ców kobiety i mężczyzny, czy może - kapłana i kapłan­

ki. Odrzucili życie „wśród swoich”, wybierając tułacz­
kę. On nigdy nie założył rodziny, ona swoją porzuciła.
Żyli razem, ale bez ślubu - młody jeszcze i silny Iwan
i o wiele od niego starsza, drobniutka Olga. Ona po­
dobno potrafiła przepowiedzieć przygodnie spotkanej
osobie, co spotka ją w przyszłości. On dał się poznać
raczej jako organizator życia wspólnoty wiernych i ja­
ko krytyk ówczesnej obyczajowości - nie bał się otwar­
cie występować przeciwko Cerkwi i Kościołowi, potę­
piać moralność swych bliskich. Byli charyzmatyczni,
potrafili poruszać ludzi, przekonać do porzucenia całe­
go dotychczasowego życia.
Relacje z otoczeniem były napięte, prorocy zaś
wciąż myśleli o realizacji misji powierzonej Oldze pod­
czas pierwszych objawień. Do dzieła przystąpili w roku
1936, wzywając wiernych do przybycia na Wołyń,
gdzie wspólnie budować mieli Królestwo Boże. Tam
to, nieopodal miasta Sarny, Iwan za zebrane od wier­
nych pieniądze kupił paręnaście hektarów ziemi z do­
mem i trzema stajniami. Miejsce to na ponad trzy lata
stało się scenerią zdarzeń niezwykłych.
Prorocy przystąpili bowiem wówczas do wprowa­
dzania w życie największego i - z punktu widzenia muraszkowskiej teologii - najdonioślejszego przedsięwzię­
cia: budowy ziemskiej Nowej Jerozolimy. Miała to być
wspólnota na wzór biblijnej - zgromadzenie wiernych,
w którym wszyscy będą równi i w tej równości będą
wieść życie bliskie Bogu, w dystansie do spraw ziem­
skich, przygotowując się na przyjęcie Chrystusa. Wier­
ni mówią wręcz o Królestwie Bożym na Ziemi, wspo­
minając wołyński Nowyj Jerusalim.

Prorocy i wierni na wzgórzu ofiarnym w Nowej Jerozolimie. Wołyń, 1937-38.

178

25_CHMIELEWSKA.ps - 4/25/2007 2:16 PM

Justyna Chmielewska • STARA HISTORIA NOWEJ JEROZOLIMY

Wierni w Nowej Jerozolimie, 1938 r.

Syjoniści ściągali tu z całych dawnych Kresów zewsząd, gdzie prorok Ilia i Matka Syjonu zasiali ziar­
no nowej wiary. Chłopi sprzedawali cały dobytek, by
uzyskane w ten sposób środki oddać do dyspozycji
Muraszki. Zony porzucały mężów, by iść za swym ka­
znodzieją i budować Królestwo Boże. W niedługim
czasie w Zareczycy pod Sarnami zgromadziło się po­
nad 700 osób. Przeważnie byli to najbiedniejsi - Poleszucy, białoruscy i ukraińscy chłopi. Muraszko ape­
lował do maluczkich, ci bowiem mieli być Bogu
najbliżsi. Oni też mieli najmniej do stracenia - żyło
się wówczas biednie, niejeden głodował. Prorok Ilia
proponował zaś nowe życie, świat bez podziałów na
bogatych i biednych. Wszyscy bowiem mieli być rów­
nymi przed obliczem Ojca. Sprzedawali wszystko, co
mieli, zostawiając przy sobie jedynie krowy i konie,
które mogły przydać się w Nowym Syjonie; ruszali
w drogę, na Wołyń, za prorokami, w oczekiwaniu
lepszego losu.
Ci, którzy żyli w Nowej Jerozolimie, wspominają
dziś ten okres ze wzruszeniem, rysując obraz życia
trudnego, srogiego i surowego, ale pięknego. Całkowi­
te skupienie na sprawach Bożych nadawało nawet
najcięższej pracy sens i głębszy wymiar. Choć nie było
łatwo, wierni nie doznali zawodu: budowali swą nową
rzeczywistość w pocie czoła, lecz z przekonaniem, że
uczestniczą w dziele wielkim.
Niebawem wśród ludzi najbliższych Matce i Ojcu
Syjonu ukształtowała się hierarchia na wzór biblijnej prorocy wyznaczyli 12 apostołów pomagających im
ogarnąć 700-osobową wspólnotę. Ponad nimi stał Mi­

chaił Dikon, który był głównym pomocnikiem Iwana
i Olgi. On sam określał się niekiedy również mianem
Archanioła Michała - mówił, że gdy nadejdzie oczeki­
wany Dzień Sądu, zadmie w trąby, by obwieścić to ca­
łemu światu. Powołano także rzeźników zajmujących
się rytualnym ubojem bydła - by spożywane przez
wiernych mięso było czyste. Wymagało to specjalnych
modlitw, znanych tylko nielicznym. Reszta wiernych
zajmowała się przeważnie pracą na roli, wielu też wy­
syłanych było z misją nawracania chłopów z okolicz­
nych wsi.
A roboty nie brakowało - żeby uprawiać ziemię,
należało najpierw wykarczować las, zaorać nieużytki,
znaleźć pastwiska dla przygnanego z własnych gospo­
darstw bydła. Ale wszyscy pracowali razem, razem
opadali z sił, razem jedli i razem się modlili. Dzieci ba­
wiły się w dużych grupach, pod opieką wyznaczonych
do tego celu kobiet. Szczególnie podkreślanym wyra­
zem owej równości była wspólnota stołu - wszyscy jed­
nocześnie zasiadali w wykopanych naprzeciw siebie
długich rowach, pomiędzy którymi, bezpośrednio na
ziemi, stawiane były skromne potrawy. Prorocy często,
dla odkupienia grzechów lub w ramach kary, nakazy­
wali wiernym posty - zwykle żywieniowe, niekiedy
i nieme.
Mieszkali w ciężkich warunkach - każda rodzina
dostawała małą klitkę w jednej ze stajni, płócienną za­
słoną oddzieloną od reszty. Ludzie opowiadają, że po­
mieszczenia te znajdowały się na trzech poziomach, że
wewnątrz panował niezwykły, ciężki do zniesienia
ścisk. Nawet entuzjaści wspominają, że z zatłoczonych

179

25_CHMIELEWSKA.ps - 4/25/2007 2:16 PM

Justyna Chmielewska • STARA HISTORIA NOWEJ JEROZOLIMY

Pogrzeb syjonisty, lata 50.

budynków bił silny odór. Po pewnym czasie Nową Je­
rozolimę ogarnęła epidemia ospy - umierały przede
wszystkim dzieci. Wielu wiernych opuściło wtedy
wspólnotę, pojawiły się ostre głosy krytyczne.
Rzeczywistość musiała chyba odbiegać nieco od
wzruszających opisów syjonistów, skoro prorocy miesz­
kali w osobnym, wygodnym domu, przed którym dzień
i noc czuwały straże. Wierni wspominają bowiem, że
Szatan, chcąc pomieszać szyki Bożym wysłannikom,
wszedł w ciała złych ludzi i parokrotnie próbował ode­
brać Oldze i Iwanowi życie. Również z władzą - a W o­
łyń znajdował się wówczas w granicach Polski - sto­
sunki nie układały się najlepiej. Ludzie opowiadają, że
policja wielokrotnie odwiedzała Nową Jerozolimę, zwy­
kle kontentując się stwierdzeniem fatalnych warun­
ków sanitarnych i nie podejmując poważniejszych kro­
ków. Jednak w 1939 roku zapadła ostateczna decyzja
o rozprawieniu się z muraszkowcami - wspólnota zo­
stała rozwiązana, wierni zaś rozpędzeni do domów.
Wielu jako powód wskazuje podejrzenie o sympatie
komunistyczne - grupa, której naczelnik głosi zasadę
równości, oparta na wspólnocie ziemi i majątku, nie
budziła u polskich urzędników pozytywnych uczuć,
zważywszy na sytuację międzynarodową i grożące ze
wschodu widmo ZSRR. Inni motywują likwidację
wspólnoty obawą o dalsze rozprzestrzenianie się epide­
mii ospy (rzeczywiście, wierni powracający z Nowej Je­
rozolimy przywieźli tę chorobę także w okolice Koso­
wa). Dodajmy jedynie, że już we wcześniejszych latach
Iwan Muraszko wielokrotnie był przez policję zatrzy­
mywany i przesłuchiwany.
1939 rok stanowi dla syjonistów datę graniczną po rozpadzie Nowej Jerozolimy do dziś nie udało się im
osiągnąć podobnej wspólnoty - dalsze lata naznaczo­
ne są piętnem tułaczki i prześladowań ze strony komu­
nistycznej władzy. Wierni - wśród których wielu spę­
dziło w wołyńskim Królestwie Bożym kilka lat musieli uciekać. Dokąd, skoro przed wyjazdem sprze­
dali wszystko, co posiadali?
Wielu wróciło w rodzinne strony, starało się ułożyć

życie na nowo pośród wojennej zawieruchy. Część po­
została na Wołyniu, osiadając w pobliskich wioskach
- w ten sposób powstały mniejsze muraszkowskie en­
klawy w okolicach wołyńskiego miasta Sarny. Byli też
i tacy, którzy - rozczarowani niechlubnym upadkiem
Nowego Syjonu - odstąpili od wiary proroków, usiłu­
jąc wrócić do dawnego życia, z powrotem wtopić się
w prawosławne otoczenie.
Duża część wiernych, pod przewodnictwem aposto­
łów i pomocników Iwana, rozpoczęła wędrówkę - po
terenach obecnej Białorusi, Ukrainy, Rosji, a wreszcie
- odległej Azji Centralnej. Niektórzy mieszkają tam do
dziś - na dalekiej, kazachskiej ziemi funkcjonują obec­
nie dwie małe wspólnoty - pod Kustanajem i Dżambulem. Ci, których los rzucił do Uzbekistanu, podjęli
w latach 70. próbę powrotu w rodzinne strony, osiada­
jąc ostatecznie w oddalonym o 50 kilometrów od Ode­
ssy miasteczku Kominternowo. Dziś mieszka tam 350
syjonistów, tworząc zwartą, sprawnie funkcjonującą,
rozwijającą się wspólnotę. Nieliczne grupy wiernych
przez długi czas mieszkały w Mołdawii - obecnie więk­
szość z nich dołączyła do odeskiego odłamu ruchu,
skupionego wokół żyjących do dziś wnuczek prorokini
Olgi - Liuby i Marii.
Lata powojenne były dla syjonistów szczególnie
ciężką próbą - zaczęły się aresztowania trwające aż do
śmierci Stalina w 1953 roku. W ich wyniku większość
z tych, którzy wrócili do podkosowskich wsi, trafiła do
więzień. Michaił Dikon, pomocnik proroka Ilii, dostał
15 lat wyroku. Kostia Szupienik i jego żona Sara, daw­
na pomocnica Olgi, która wraz z prorokinią była
w płonącej chacie podczas pierwszego objawienia, za
kratkami spędzili po 10 lat. Muraszkowcy na długi
czas zniknęli z mapy okolicy. Ci, którzy wrócili i pozo­
stali przy syjońskiej wierze, porównywali sami siebie do
cierpiącego męki i upokorzenia Chrystusa, wskazując
na religijny, głęboki sens próby, której zostali poddani.
Po powrocie z więzienia ich wiara stała się niemal
fanatyczna, jak podkreślają prawosławni sąsiedzi - Kostia, Dikon, Ustina i inni żyli jak asceci, wciąż po-

Wnuczki Olgi - Liuba i Marusia z wiernymi, lata 50.

180

25_CHMIELEWSKA.ps - 4/25/2007 2:16 PM

Justyna Chmielewska • STARA HISTORIA NOWEJ JEROZOLIMY

Liuba i Marusia, Kominternowo 2005.

szcząc, spędzając czas na modlitwie i czytaniu Pisma.
Zerwali kontakty z otoczeniem, w sobotę ryglowali
drzwi chaty, by świętować w skupienu. Czekali Dnia
Sądu, który, jak się spodziewali, miał nadejść nieba­
wem. Wniosek ten wyciągali ze znaków, odczytywa­
nych z codziennych zdarzeń, uważnej lektury Biblii
i reinterpretacji Pisma. Odmawiali sobie wszelkich
udogodnień w codziennym życiu; Dikon, który zmarł
w 1989 roku, do dnia śmierci nie używał elektryczno­
ści ani gazu, otaczając się jedynie niezbędnymi sprzę­
tami. Otoczenie zdążyło już przywyknąć do muraszkowskich dziwactw - niektórzy dziś mówią wręcz, że
z perspektywy czasu podziwiają hart ducha i surowość
życia następców proroka Ilii i Matki Syjonu.
Co stało się z prorokami? W chwili rozpędzenia
przez polską policję wołyńskiej Nowej Jerozolimy orze­
kli, że ich rola w Bożym planie na tym się kończy - że
dopełnili tego, co było im przeznaczone, budując wspól­
notę wiernych i wskazując im drogę postępowania.
Iwan musiał ponadto uciekać przed policją, która tym
razem miała już wobec niego całkiem poważne zarzuty.
Ilia i Olga spakowali więc pośpiesznie teksty obja­
wień i parę niezbędnych w podróży przedmiotów, po­
żegnali wiernych i ruszyli w drogę. Dokąd pojechali?
Którędy? Dlaczego tak daleko? N a te, i wiele innych
pytań, nie znalazłam zadowalającej odpowiedzi.
Grunt, że gdy nastała wojna, Ojciec i Matka Syjonu
byli za oceanem, tysiące kilometrów od swych wier­
nych i Nowej Jerozolimy - w argentyńskim Buenos
Aires. Ludzie mówią, że przyjęli ich tam dawni znajo­
mi, być może jeszcze z czasów zielonoświątkowych.
Złośliwcy nie omieszkają dodać, że podróż za Wielką
Wodę pochłonęła wszystkie wspólne środki, oddawa­

ne w ciągu ostatnich trzech lat przez przybywających
do Nowego Syjonu wiernych; Muraszkę wielu nazywa
złodziejem.
Początkowo prorocy wymieniali listy z najbliższymi
współpracownikami - pisali, że żyje im się ciężko
i biednie, pytali o sytuację tych, którzy zostali w oj­
czyźnie. Pozostawali jednak bierni - stracili kontrolę
nad wspólnotą, wycofali się z roli przywódców. Funk­
cję tę na miejscu przejęło kilku dawnych pomocników
i apostołów - ci najbardziej charyzmatyczni, najmoc­
niej przywiązani do głoszonych przez proroków idei.
W Argentynie Olga przestała doznawać objawień,
skończyła się też działalność misjonarska - syjoniści
nie wiedzą nic na temat tamtejszych konwertytów.
Wydaje się, że prorocy - być może złamani faktem
upadku wymarzonej, upragnionej, z takim trudem bu­
dowanej Nowej Jerozolimy - skupili się na codzien­
nym, doczesnym, nastręczającym wiele trudności ży­
ciu w nieznanym kraju. Z listów wynika, że nie wiodło
im się najlepiej, kontakt z ojczyzną stopniowo się roz­
luźniał. Wierni wspominają, że w listach z ostatnich
lat przeważa wątek szaleństwa Iwana - z bólem opo­
wiadają, że ich Ojciec, ich prorok Ilia i przywódca pod
koniec życia stracił poczucie rzeczywistości, bawiąc się
w piasku i śpiewając piosenki z dzieciństwa...
Iwan Muraszko i Olga Kirylczuk-Korniejczuk zmar­
li w 1959 roku - niemal jednocześnie, pomimo znacz­
nej różnicy wieku. Pochowali ich miejscowi. Nikt
z wiernych nie uczestniczył w pogrzebie; prorocy doko­
nali życia w osamotnieniu, być może w nędzy. Syjoni­
ści tłumaczą, że w 1939 roku zakończyła się ich misja wykonali bowiem to, co przeznaczył im Bóg, nadając
rzeczywistą postać temu, co idealne.
Nowa Jerozolima jawi się podczas rozmów z wier­
nymi jako miejsce uświęcone, niezwykłe, przesiąknię­
te ideą dążenia do Boga. Być może w pamięci to, co
złe, ulega zatarciu - jednak dla syjonistów te parę hek­
tarów słabej ziemi z domkiem i trzema stajniami stało
się na trzy lata przestrzenią świętą i jako takie są wciąż
przywoływane.
Święta przestrzeń, święty czas, święci ludzie - tak
widzą Nową Jerozolimę muraszkowcy. Sukces proro­
ków, według ich teologii, nie był jednak pełen - nie
udało im się powstrzymać zła, nadciągających szatań­
skich mocy, uosobionych w syjońskich tekstach a to
przez Piłsudskiego, a to armie okupantów. Wierni
przyznają, że prorocy, pomimo obrzędów i misteriów,
mających na celu powstrzymanie rozprzestrzeniania
się zła, nie zdołali ochronić bożego ludu przed okru­
cieństwami kolejnych lat - wojny i komunizmu.
Wskazują jednocześnie religijny wymiar cierpienia do­
świadczanego przez kontynuatorów dzieł proroków interpretują je jako próbę, której syjoniści zostali pod­
dani przez Boga, zanim przyjdzie im znaleźć się w Jero­
zolimie Niebieskiej, przeprowadzając analogię z po­
kornie znoszącym męki Chrystusem.

181

25_CHMIELEWSKA.ps - 4/25/2007 2:16 PM

Justyna Chmielewska • STARA HISTORIA NOWEJ JEROZOLIMY

Gdy słuchałam historii proroków i wiernych, zdu­
mienie mieszało się z fascynacją, niekiedy ciężko było
powstrzymać uśmiech. Sami syjoniści tworzą hagiograficzną, odrealnioną, świętą opowieść o swym Ojcu
i Matce Syjonu - cudotwórcach, uzdrowicielach, bo­
haterach, mistrzach; opowiadają o wspaniałym - choć
niełatwym - życiu w wołyńskiej Nowej Jerozolimie,
gdzie to, co duchowe, przeważało nad tym, co docze­
sne; gdzie codzienne życie zyskiwało głęboki sens.
Mirskije ludzie nie boją się otwarcie krytykować,
a niekiedy i wyśmiewać muraszkowców - ich komicz­
ne modlitwy, dziwne obyczaje, niezrozumiałe obrzędy
stały się tematem plotek i żartów. Wielu potępia dzia­
łania Iwana i Olgi - opisują je raz w kategoriach od­
stąpienia od prawdziwej, prawosławnej wiary, raz
w kontekście życia zwykłego człowieka - jako złodziei,
oszustów, szarlatanów.
Nie ma jednej historii muraszkowców - wersji ist­
nieje tak wiele, że niekiedy wydają się wręcz nie do po­
godzenia. Komu zaufać, by maksymalnie zbliżyć się do
prawdy? Sąsiadom Iwana, którzy znali go w dzieciń­
stwie, obserwowali na przestrzeni dziesiątków lat; czy
może wiernym, spośród których wielu nigdy się z pro­
rokami nie zetknęło, a przekazywane im przez star­
szych opowieści są przy każdym powtórzeniu „wybiela­
ne”, cechuje je jednak głęboka wiara w Palec Boży
powodujący tymi niezwykłymi ludźmi? Opowieść
0 białoruskich prorokach i ich Królestwie Bożym na­
brała cech legendy, w której fantazja miesza się z rze­
czywistością, Pan Bóg kieruje ręką proroka-szaleńca,
a Józef Piłsudski staje się wysłannikiem Szatana.
Nie ma jednej historii muraszkowców - bo i dziś
nie tworzą oni jednolitej grupy. Osobne, rozbudowane
1 równie ciekawe opowieści można by snuć o każdej
spośród żyjących w diasporze wspólnot - syjonistach
odeskich, którzy we wnuczkach prorokini Olgi widzą
dziedziczki szczególnej, danej od Ducha Świętego mo­
cy; wiernych z Kazachstanu - tych skupionych wokół
Mirolieta Tajnarana, którzy wierzą, że Chrystus, W ło­
dzimierz Lenin i Tadeusz Kościuszko to wcielenia jed­
nej i tej samej duszy, i tych spod Dżambula, gdzie ko­
biety i mężczyźni mieszkają w osobnych osadach,
prowadząc życie na wzór zakonnego.
Historia syjonistów, tak bogata i wielowątkowa,
nie stanowi zamkniętego rozdziału. Grupa zmienia
swój charakter, w jednych ośrodkach rozwija się, w in­
nych zamiera. Dziś w okolicach pierwotnego centrum
ruchu - w podkosowskich wsiach na zachodniej Bia­
łorusi - pozostał tylko jeden wierny, który zresztą nie
pamięta proroków, a opowieści z ich życia zna jedynie
z przekazu tych, którzy uczestniczyli w tworzeniu
pierwszej wspólnoty. Większość towarzyszy Muraszki
z czasów przedwojennych umarła w latach 80., ich

dzieci zaś odstąpiły od wiary ojców, wtapiając się
w prawosławne otoczenie.
Obecnie najprężniej rozwija się grupa skupiona
w Kominternowie pod Odessą (Ukraina) - liczy po­
nad 350 osób i z każdym rokiem rośnie w siłę. Przewo­
dzą jej Liuba i Maria - dziś już ponad 60-letnie wnucz­
ki Olgi Kirylczuk-Korniejczuk. Swiatyje chrestijanie
syjonisty, jak sami się określają, tworzą zamknięty krąg,
nie przyjmując w swe szeregi mirskich ludziej. Wierni
w większości trudnią się ciesielstwem, pracując w du­
żych grupach, zwykle rodzinami. Taki wybór profesji
niektórzy próbują motywować podążaniem śladami
Świętej Rodziny - nawiązują w swych opowieściach do
Józefa - prostego biblijnego cieśli. Olbrzymią wagę
przykładają do życia rodzinnego - ponieważ śluby za­
wierane są w bardzo młodym wieku, rodzice i dziadko­
wie pomagają wychowywać powiększającą się gromad­
kę dzieci, wielopokoleniowe rodziny mieszkają razem,
w jednym domu. Mężczyźni wyjeżdżają zazwyczaj na
cały tydzień na budowę, kobiety zaś zostają na gospo­
darstwie, troszcząc się o codzienne sprawy.
Religijna działalność odeskich syjonistów bardziej
przypomina dziś zgromadzenia zielonoświątkowców
niż mistycyzm Iwana i Olgi, choć wierni w modlitwach
wciąż odwołują się do tekstów objawień. Prowadzą ży­
cie proste, lecz dostatnie, w codziennych zmaganiach
kierując się Pismem i wskazówkami proroków.
*

*

*

Iwan Muraszko i Olga Kirylczuk-Korniejczuk byli
w ciągu ostatnich 70 lat wyklinani i ubóstwiani, prześmiewani i podziwiani. Są to postaci niezwykłe; takie,
których ramy przedwojennej białoruskiej czy ukraiń­
skiej wsi pomieścić wręcz nie mogły. Ich działania pro­
wokowały do skrajnych sądów, stąd tak czarno-biała
jest historia kresowej utopii. Jednak, mimo że pełna
niejasności i sprzeczności, legenda proroków żyje
wciąż w umysłach ludzi, prowokuje do dyskusji, wywo­
łuje żywe komentarze. Kolejna efemeryda na religijnej
mapie okolicy czy prawdziwa droga do zbawienia?
Niech oceni to sam czytelnik...

Przypis

182

1

Kosowo, w przedwojennym nazewnictwie polskim Kosów Pole­
ski - miasto na zachodniej Białorusi, w ohłasti brzeskiej. Tam po
raz pierwszy natknęłam się na muraszkowców, stamtąd też po­
chodził prorok Iwan Muraszko. Moje badania, prowadzone w la­
tach 2002-06, objęły obszar wspomnianych wyżej okolic Kosowa
na Białorusi (wsie Razmierki, Stajki, Starożowszczyna) oraz wsie
otaczające miasto Sarny na zachodniej Ukrainie (okolice Nowej
Jerozolimy - Bereżnica, Berestie). Wiedzę o współczesnym funk­
cjonowaniu grupy czerpię z wywiadów prowadzonych wśród sy­
jonistów w Kominternowie (50 km od Odessy).

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.