http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/2141.pdf

Media

Part of Marginalia / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1991 t.45 z.1

extracted text
Aleksander J a c k o w s k i

MARGINALIA

Widmo krąży po Warszawie. Widmo Pałacu. Tak mógłby się
zacząć Manifest Surrealistyczny w kraju, który wydał Mrożka,
Piotra Skrzyneckiego i Staną Tymińskiego. Pałac gloryfikowany
w pięćdziesiątych latach przez propagandę i wyklinany przez
mieszkańców stolicy wrósł już tak silnie w naszą świadomość, że
gdy ostatnio pojawiła się koncepcja jego przebudowy, wywołała
liczne protesty. Pałac został bowiem „oswojony" i nawet trudno
dziś wyobrazić sobie bez niego centrum Warszawy. Oswojony
został też „największy plac Europy". Miał służyć gigantycznym,
czołobitnym pochodom i defiladom, stał się niechlujnym tar­
gowiskiem, upstrzony setkami budek i kramów z tandetą. W is­
tocie tylko dwa razy zapełnił się tłumem warszawiaków - kiedy
pojawił się na nim w październiku 1956 r. zwolniony z więzienia
Gomułka oraz w czasie mszy sprawowanej przez Papieża, pod­
czas Jego drugiej pielgrzymki do Kraju. Raz jeszcze odegrał plac
znaczącą rolę, znów - o ironio losu! - podobnie jak w poprze­
dnich przypadkach wbrew ideologicznym intencjom jego twór­
ców. Było to w grudniu 1981 r. Zapowiedziano wielką manifesta­
cję ludności Warszawy. Można sobie wyobrazić, jak zaniepokoiło
to władzę. Jeśli zdecydowana była bronić swego istnienia
i „socjalistycznego oblicza" Kraju musiała to uczynić przed tą
manifestacją, i to raczej w dzień świąteczny, gdy robotników nie
będzie w zakładach pracy. Widmo Placu Defilad wypełnionego
po brzegi ludnością stolicy wyznaczyło datę proklamowania
stanu wojennego - niedzielę 13 grudnia.
Ale nie tylko „Plac" zaprzeczył ideom, które miał reprezen­
tować. W Teatrze Dramatycznym (a więc w Pałacu) odbywał się
właśnie, zorganizowany przez „Solidarność" Kongres Kultury.
W niecałe dziesięć lat później można było raz jeszcze stwierdzić,
jak ograniczona jest moc propagandy, jak szybko rewolucja
zmiata narzucone sobie symbole. Obalono pomniki, zmieniono

nazwy ulic, gorliwie przywracając dawne nazwy. Można było
nawet odnieść wrażenie, że symbole są ważniejsze od spraw
materialnych. Wzniecały bowiem emocje, negatywne bądź pozy­
tywne, aktywizując energię społeczną. Czasem, tworząc sferę
zastępczą takiej aktywizacji.
Pałac Kultury i Nauki miał być w swoim założeniu symbolem.
Po to go wymyślono i zbudowano. Symbolem - mówiąc najproś­
ciej - zniewolenia. Symbolem podległości. Ale już nie takiej, jaka
patronowała budowie soboru na Placu Saskim. Wówczas „Prywiślański Kraj" miał zostać na wieki częścią wielkiego imperium
Romanowych. Tym razem wariant miał być inny - kraje podbite
nie powinny były wiedzieć i pamiętać o tym, że są podbite. Miały,
jak planety krążyć wokół swego słońca, poruszając się po ściśle
wyznaczonych orbitach, zachowując pozory samodzielności. Na
jak długo? - tego nikt nie wiedział. Pamiętam rozmowy z Jaku­
bem Bermanem i Zygmuntem Modzelewskim. Napiszę o nich
kiedyś indziej. Tu tylko t y l e - i c h niepokój, jak długo Stalin będzie
chciał rozgrywać wariant satelicki, czy biorąc pod uwagę sytuację
międzynarodową będzie mu się opłacała ta ograniczona samo­
dzielność Polski i innych państw bloku wschodniego.
Było rzeczą oczywistą, że czym większy stopień podległości,
tym silniej należało podkreślać szacunek dla wartości narodo­
wych, dla tradycji. Fałszując je oczywiście, zmieniając, tworząc
nowych bohaterów a przemilczając niewygodnych. Nigdy w na­
szych dziejach słowo nie znaczyło tak wiele, nigdy nie przywiązy­
wano takiej wagi do literatury, publicystyki, dziennikarstwa,
radia, teatru, i - oczywiście - filmu. Wierzono w kreacyjną moc
słowa, w to, że przez nie, przez natarczywość powtarzanych
sloganów i sądów, uda się zmienić świadomość społeczeństwa.
Pałac musiał więc stać się symbolem miłości. Wdzięczności.
Był wszakże darem, a dar prowokuje wdzięczność. Pałac miał być

33

symbolem dozgonnej przyjaźni i wdzięczności dla potężnego
„brata". Miał imponować wielkością, rozmachem, solidnością
wykonania. Powinien był też zaspakajać ambicje obdarowanego,
wyrażając bliskie mu treści emocjonalne. Przynajmniej w założe­
niu. Pałac musiał być „polski", a więc inny niż podobne budynki
wystawione w Moskwie. Miał być socjalistyczny
w treści,
a narodowy w formie. Miał być darem, którego nie sposób było
nie zauważyć i zapomnieć, kto go ufundował. Stalin rozważał trzy
koncepcje DARU. Oczywiście spektakularnego, takiego, który by
na wieki sławił jego imię i świadczył o dobroci i potędze Związku
Republik Radzieckich. Zaproponował więc budowę linii metra,
dzielnicy mieszkaniowej lub Pałacu Kultury. Nasi architekci
radzili wybrać metro, rozsądna wydawała się idea budowy
dzielnicy mieszkaniowej, ale Bierut wybrał - Pałac. Był to wybór
logiczny. Metrem będą jeździli i zapomną, komu je zawdzięczają,
zwłaszcza gdy będzie to tylko jedna linia. Dzielnica też stanie się
szybko jedną z wielu. Nic nadzwyczajnego. A Pałac ... ten będzie
symbolem. Zwłaszcza, gdy stanie w środku miasta, tak że nie
sposób go będzie nie zauważyć.
Do Warszawy przybył twórca moskiewskich monumentów
architekt - Lew Rudniew. Nie tylko, by zlokalizować budynek
i ustalić tryb jego budowy, ale też po to, by poznać nasze zabytki
architektoniczne i uczynić Pałac „narodowym" w formie.
Pracowałem już wtedy w Państwowym Instytucie Sztuki.
Moim szefem był prof. Juliusz Starzyński. Wzywał mnie często do
siebie, więc nie zdziwiłem się, gdy poprosił mnie do gabinetu
i przedstawił - właśnie Rudniewowi. Koledzy mieli zawieźć
dostojnego gościa do Krakowa, Baranowa, Kazimierza i chyba
- do Zamościa, tego już dokładnie nie pamiętam. Mnie poprosił
Starzyński o zaopiekowanie się Rudniewem w Warszawie. Ja?
zdziwiłem się. Stu innych kolegów lepiej znało zabytki miasta, nie
mówiąc już o środowisku architektów, konserwatorów zabyt­
ków. To coś dla Panal zaśmiał się. Nie rozumiałem. Gaspadin
Rudniew chce, aby Pałac był w swej formie syntezą polskości.
Interesuje go sztuka ludowa, motywy ornamentalne, typowe
detale architektoniczne. Starzyński wiedział jak obcy mi był ten
sposób myśleńia - przenoszenie ornamentów i motywów dekoracyjnych z jednej techniki do innej, bez organicznego związku
z konstrukcją. Gdy w niedzielę zameldowałem się w hotelu,
Rudniew pokazał mi poczynione dotychczas szkice. Był, zdaje się
w Zakopanem, w każdym razie zapamiętałem pazdury - drew­
niane sterczyny na góralskiej chałupie. Może dlatego tak dobrze
je pamiętam, że po roku - dwóch odnalazłem je uformowane
w kamieniu na dachu ...Sali Kongresowej. W Krakowskim M u ­
zeum Etnograficznym zachwyciły Rudniewa makaty z Zalipia,
zanotował też wzory hafciarskie. Innych szkicowników nie oglą­
dałem, miał ich kilka. Pojechaliśmy do Wilanowa, potem zwie­
dzaliśmy Warszawę. Zaprowadziłem też mego gościa do Muzeum
Narodowego. Kiedy wychodziliśmy, rozejrzał się po Alejach
i zapytał: A to? Wskazał palcem na budyneczki flankujące Most
Poniatowskiego. I tu zaczyna się moja wina. Może mała, ale wina.
Zamiast odwrócić uwagę Gościa i wrócić z nim do hotelu
- poszliśmy na most. Wyjął natychmiast szkicownik. Był zadowo­
lony. Rysował attyki zdobiące pawilony. Rysował starannie,
z szacunkiem. Te attyki nie trudno dostrzec w zwieńczeniu
bocznych skrzydeł Pałacu.
Czy tylko attyki? Przyjrzyjmy się uważnie. Czy sprawdził się
zamysł Rudniewa dania w dekoracji budynku kwintesencji cech
„polskich"? Mało kto dostrzeże, że szczytowa partia Pałacu
nawiązuje do ... Bramy Floriańskiej w Krakowie. Wręcz klasyczny
przykład na to, że operowanie motywami bez zrozumienia ich
miejsca i roli w całości nie rozwiązuje problemu inspiracji.
Ale na tym nie koniec. Pałac miał być „polski" w swej formie,
a wiadomo, że najłatwiej osiągnąć ten efekt sięgając do ornamen­
tyki ludowej. Sprzyjała temu praktyka stosowana w republikach
radzieckich, sprzyjała i dwuznaczność rosyjskiego pojęcia „narodnosti", łączącego dwa, wyraźnie u nas różne znaczenia: tego, co
narodowe, i tego co ludowe. Pojawiły się więc na stropach sal
i korytarzy, wiodących do Sali Kongresowej, zalipiańskie malo­
wanki. Ściślej mówiąc, wykonane na wzórzalipiańskich. Elemen­
tów ludowych miało być nawet we wnętrzach więcej. Sam
widziałem kartony z projektem kasetonów, w które wpisano
wycinanki rawsko-opoczyńskie. Oczywiście zaprojektowane
i wykonane przez profesjonalistów. Podkreślam to dlatego, że
w atmosferze wyrażanych wówczas haseł malarki z Zalipia,
z Curyłową na czele, poczuły się tym dotknięte. Co więcej,
zaproponowały w liście do Ministerstwa Kultury i Sztuki,; by im
właśnie powierzono dekorację wnętrza Pałacu. Trzeba tu przypo­
mnieć, że prasa w początkach lat pięćdziesiątych wychwalała
ponad wszelką miarę artystów z ludu, amatorów, zwłaszcza
górników. Pisano o nich w superlatywach, trudno się więc

34

dziwić, że brali to na serio. Minister Motyka pokazał mi kiedyś list,
w którym znany wówczas górnik-malarz, Paweł Wróbel, wyrażał
swe zdziwienie, że nie im, amatorom, powierzono dekorację
Pałacu. Zgłaszał też swoją gotowość objęcia funkcji ... rektora
Akademii Sztuk Pięknych. W ludowym Państwie - wierzył - lud
powinien zająć najwyższe stanowiska. Zapewne mógł swe prze­
konanie podbudować nie jednym przykładem z życia. Kursowało
przecież powiedzenie „Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie
oficera".
Otwarcie Pałacu było bardzo uroczyste. Zachwycano się szyb­
kością wind, solidnym wykonaniem. Rzeczywiście stolarka była
znakomita. Ale gdy wprowadzono do wnętrz instytucje, okazało
się że wiele z nich wolałoby pomieszczenie w miejscu mniej
reprezentacyjnym. Powodów po temu było wiele. Dojście do
Pałacu przez plac, po którym hulał wiatr, plac niebezpieczny po
zapadnięciu zmroku (prasa alarmowała o licznych wypadkach
okradzenia i pobicia młodzieży, uczęszczającej na zajęcia w Pała­
cu Młodzieży). Urzędnicy narzekali na to, że w dużych pokojach
jasno jest tylko w pobliżu okien. Rzeczywiście, Pałac jest wyjąt­
kowo nieekonomiczny. To, co mieści na wyższych piętrach
można by ulokować w jednym-dwóch kilkupiętrowych budyn­
kach. Nigdzie nie widziałem równie zakłóconej proporcji między
przestrzenią użytkową a nieużytkową (windy, korytarze).
Starzy profesorowie źle znosili zmianę ciśnienia w szybkich
windach, a właśnie Akademię Nauk umieszczono na wysokich
piętrach. Kiedy prezesem PANu został prof. Tadeusz Kotarbiński,
zainstalowano powolną windę towarową, którą jeździli nestorzy
naszej nauki. Kłopoty miały teatry, umieszczone w skrzydłach
budynku. Musiano przebudowywać zaplecza, architekci nie
pomyśleli o tym, że np. aby ze stolarni wynieść zbudowane
segmenty dekoracji nie wystarczą normalne drzwi. Kłopot był
także z salami wystawowymi. W największej zasłaniały znaczną
część ścian potężne kolumny. Sale były tak efektowne w swym
wystroju, że w istocie mało się nadawały na wystawy. A jednak
trzeba było w nich wystawiać. Pamiętam kłopoty, które mieliśmy,
urządzając w salach IV piętra wystawę sztuki ludowej z okazji
10-lecia PRL. Ekspozycję przygotował prof. Oskar Hansen,
architekt wybitny, światowej sławy. Aby obniżyć wizualnie pułap
i stworzyć kameralne przestrzenie dla niewielkich przecież przed­
miotów, zaproponował podwieszenie między kolumnami, na
nylonowych nitkach, pająków ze słomy i bibułek. Gdy zaczęliśmy
je umieszczać przybiegł zaalarmowany dyrektor Pałacu p. Barszcz
krzycząc - co wy robicie? Chcecie, aby się kolumny zawaliły?
Zatkało mnie. Dotąd myślałem, że kolumny podpierają strop, tu
okazało się, że poza jedną, wszystkie pełniły wyłącznie dekoracyj­
ną rolę. Puste w środku, tylko w jednym punkcie były przymoco­
wane do sufitu. Ich marmurowość i siła były pozorne. Nie marmur
był to bowiem, alestiuk. Zaproponowałem więc min. Motyce, bo
i komuż innemu mogłem, by uwolnić sale od uciążliwego balastu.
Oczywiście - powiedział, trzeba wyrzucić te kolumny, zajmę się
tym. Okazało się jednak, że sprawa była nie do załatwienia. Nie
zgodził się Minister Finansów. Pałac jako dar został wyceniony na
jakąś okrutną ilość milionów, a usuwając kolumny, warte w ó w ­
czas pół miliona każda, uszczuplilibyśmy majątek Państwa!
Wtedy Motyka wpadł na pomysł, aby kolumny ustawić gdzieś
indziej, na przykład przy domu „pod sedesami" na Marszałkows­
kiej. Dwóch robotników wzięło z magazynu Pałacu zapasową
kolumnę i nie męcząc się nadmiernie, zaniosło pod te „sedesy".
Okazało się jednak, że kolumny i sedesy nie pasują do siebie
w żaden sposób. Chodzono więc z tą kolumną po mieście, ale
nigdzie nie pasowała. Trzeba więc było zrezygnować z myśli o ich
usunięciu z sali wystawowej.
Ale nie kolumny spędzały sen z oczu użytkowników Pałacu.
Szybko okazało się, że dar jest niezwykle kosztowny. Było to
prawie tak, jakby ktoś nam ofiarował hipopotama, a względy
natury wyższej uniemożliwiały pozbycia się daru. Deficyt, który
przynosił Pałac przeraził władze. Wprowadzono „zapis" w cen­
zurze, tak, że nie wolno było o tym deficycie pisać. Zresztą
zlikwidowano go jednym pociągnięciem pióra. Prosto i skutecz­
nie. Pałac miał się samofinansować, utrzymywać z czynszów,
każda więc instytucja tam umieszczona musiała płacić bajońskie
sumy za zajmowany metraż. Nie muszę dodawać, że była to
operacja pozorna, po prostu o tyle wzrosła dotacja budżetowa dla
tych instytucji przeznaczona na pokrycie czynszu. W ten sposób
Pałac przestał przynosić deficyt i można było bez przeszkód
rozkoszować się jego widokiem.
Tak było. Jak jest dzisiaj - nie umiem powiedzieć. Odwołuję się
przecież do wspomnień, a nie piszę o perypetiach dnia dzisiej­
szego. I to już wszystko w charakterze suplementu do pięknego
tekstu Zbyszka Benedyktowicza.

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.