http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/3479.pdf
Media
Part of 50-lecie "Kontekstów. Polskiej Sztuki Ludowej" / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1997 t.51 z.1-2
- extracted text
-
50-lecie „Kontekstów. Polskiej Sztuki Ludowej"
„Konteksty" były zawsze azylem dla INNOŚCI. Były
miejscem wspólnym dla tych, którzy przychodzili tu z różnych
stron, różnych środowisk, dyscyplin naukowych i kręgów
towarzyskich. Spotykały się tu, i spotykają, najświetniejsze
nazwiska naszej humanistyki.
Przychodzenie tutaj nie wymagało zachowania jakichkol
wiek pozorów. Ceremoniały, naukową grzeczność i rutynę
zostawiało się przed progiem redakcji. Wypadało tu raczej
przynosić odrobinę własnego szaleństwa, niepokorności wo
bec autorytetów.
Atmosfera „Kontekstów" czyniła nas po trosze „odmieńcami". Ci, którzy tu przychodzili, stawali się „innymi" także
wobec siebie, nawet jeśli wywodzili się z tej samej formacji
umysłowej, czy nawet z tej samej pracowni czy szkoły
artystycznej.
Fantazje akademików miały tu szanse spotkać się z fantaz
jami genialnych analfabetów, czy twórców zwanych naiw
nymi. Oddano tu również głos tym INNYM, którym kiedyś
administracyjnie ten głos zabrano. Chciałbym tylko przypo
mnieć rezonans, jaki wywołały monograficzne numery „Kon
tekstów" poświęcone kulturze Żydów polskich, kulturze
Łemków, Litwinów, a dziś także Ukraińców.
Dominowało tu spojrzenie z peryferii. Zrazu, redakcja
„Polskiej Sztuki Ludowej" była na te peryferie skazana, ale
rychło też owo skazanie stało się wyborem. Można stąd b^yło
widzieć więcej i inaczej. Dokonywało się swego rodzaju
przesunięcie punktów obserwacyjnych, odsłanianie innych
światów, tu - nad Wisłą.
Intuicje te dało się odczytać m.in. w artykule Andrzeja
Wajdy, który pisał na łamach PSL, w roku 1956, o ekranach
odpustowych fotografów. A najradykalniej sformułował je
Ludwik Stomma w roku 1989. Pisząc o niedostatkach badań
nad polską kulturą stwierdzał, iż dominuje w tych badaniach
„swoista pruderia skłaniająca do dyskwalifikowania tematów
'nieeleganckich', czyli 'niestosownych'. (...) W badaniach
kultury wsi kręci się nadal polska etnografia w roztańczonym
do skretynienia świecie Kolberga" i pytał dalej: „czy - cho
ciaż wieki mijają - świat ma być nadal 'spokojny i wesoły'?
Tak czy owak, by zrozumieć nagły, dławiących strach, który
ogarnia nas w ciemnej parczewskiej uliczce, nie warto sięgać
do dorobku polskiej etnografii. Nie będzie tam ani cienia
poszlaki".
Na łamach „Kontekstów", oficjalna, szeleszcząca wykrochmalonym strojem ludowość musiała zderzyć się z owym
„dławiącym strachem w ciemnej parczewskiej uliczce".
Ludność odświętna musiała przegrać z tym, co dzieje się na
gościńcu codziennej egzystencji. Szczęśliwie się stało, że
redaktorzy „Kontekstów" wierzyli w kreatywną moc parado
ksów, poznawczą wartość metafory. Bywali ironistami.
Wówczas fantazje, z którymi przychodziło się do „Konteks
tów", nie groziły naukowym samobójstwem, a poczucie
humoru Aleksandra Jackowskiego spełniło tu nie jeden raz
funkcje regulacyjne. Ośmielało, ale i przywracało realne
miary przedsięwzięciom.
W „Kontekstach" uderzała charakterystyczna bezintereso
wność w uprawianiu humanistyki, bezinteresowność w po
szukiwaniu „nowego". A przecież, strzeż nas Panie Boże od
tych, którzy systematycznie, zawodowo, i przeważnie za
cudze pieniądze, czynią „dobro", bądź czynią „nowe".
Przyjmowano w „Kontekstach" gorąco albo zimno. Nigdy
letnio. Zawsze trzeba się tu było mieć na baczności, nie można
było stanąć pewnie, czyli stanąć, w miejscu, gdyż pojawiały
się jakieś ambiwalencje, jakieś „nowe słowniki"; wchodziło
się w jakąś dwurzeczywistość.
Przy lekturze „Kontekstów" można było też stwierdzić, że
jeśli jakieś pomysły redakcyjne trafiały niezupełnie w cel, to
zawsze mierzyły ponad cel, nigdy obok.
Mamy oto półstulecie „Kontekstów". Nie słyszę jednak,
aby ich redaktorzy kuli w spiżu swoją stopkę redakcyjną.
17 I 1997 r.
Roch Sulima
Zbigniew Benedyktowicz, Aleksander Jackowski; w pozie Stańczyka - Sławomir Sikora
197
