http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/2258.pdf

Media

Part of Przeżycie obrzędu / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1993 t.47 z.2

extracted text
Przeżywanie obrzędu
Wanda Drabik

Uczucia towarzyszące obrzędom są w etnograficznych
opracowaniach traktowane marginalnie. Pomijają je kwes­
tionariusze, a jeśli nawet odnotowują, opatrzone są pełnym
dystansu komentarzem. Do wyjątków należy tekst Jana
Dormana', w którym obserwacje, zapiski rozmów, stapiają się
z osobistymi odczuciami autora. Na taką poetycką wizję mógł
sobie pozwolić artysta. Etnograf, choć poruszony i przeczuwa­
jący, że wizja taka trafniej oddaje sens obrzędu, niż drobiaz­
gowe wyliczanie elementów, szukanie mitologicznych czy
pragmatycznych uzasadnień, cofnie się przed nią wstydliwie.
W przeświadczeniu, że tego się nie da udowodnić, zignoruje
zwierzenia swoich rozmówców, nie dopuści by w nim samym
wywołały żywszy rezonans. To mój przypadek. Od lat zajmuję
się obrzędami i nieraz byłam świadkiem wzruszeń, które
pośpiesznie przerywałam, wracając „do rzeczy". Dopiero
ostatnio, podczas zaawansowanych już badań na Podlasiu, od
czasu do czasu rezygnowałam z planowego prowadzenia
wywiadu, nie skracałam ani nie porządkowałam wypowiedzi.
Rozmowa przebiegała wtedy inaczej, ale bynajmniej nie była
chaotyczna. Informatorzy obszernie mówili o uczuciach po­
przedzających obrzęd, powstających w trakcie i po jego
dopełnieniu. Co więcej, wprowadzenie w nastrój, wywołanie
odpowiednich dla rytuału reakcji emocjonalnych (śmiechu,
płaczu, strachu czy wstydu) uważali za „obowiązkowe", czyli
znaczące i warunkujące powodzenie.
W obrzędowym kontekście indywidualne przeżycia wyraża­
no w przyjęty dla danej społeczności sposób, zależnie od płci,
wieku, stanu, a także odgrywanej w rytuale roli. Pod­
dawano je etycznym i estetycznym ocenom. Należało je oka­
zywać „ładnie", co nie wszędzie znaczyło to samo. We wsiach
szlacheckich ceni się powściągliwość, nawet na pogrzebie nie
wypada głośno płakać, wszelka ostentacja jest „chamska" lub,
co gorsza, „pogańska". We wsiach chłopskich „ładnie" równa
się „szczerze", a więc wyraziście, choć i tam przesada jest źle
widziana. Bariery spontaniczności stawia nie tylko obyczaj,
ale obrzędowe zakazy i nakazy. To one przypominały komu,
gdzie, kiedy i co przystoi, pod groźbą nadprzyrodzonych
sankcji. Niektóre obowiązywały lokalnie, np. młoda para
w okolicy Radzynia nie śmieje się na weselu, żeby nie mieć
„głupich dzieci". Inne były szeroko rozpowszechnione, jak ten
zabraniający matce płakać po zmarłym dziecku, by nie
utrudnić mu drogi do nieba. Nie należało też przedłużać żalu
po innych zmarłych, bo nieboszczyk mógł się przyśnić lub
przywidzieć z wiadrami pełnymi łez, które dźwiga, by je wylać
w Zaduszki. Jednak okresy żałobnego wspominania różnią się
znacznie w blisko nawet położonych wsiach: „Tu po pogrzebie
i dzień po pogrzebie, i 8 dnia, ale gdzie indziej to na 7 dzień albo
na 9, albo na 14 i na 30 dzień" (Suchodolina k. Sokółki).
W tych dniach pozwalano jeszcze płakać, ale tylko kobietom,
rodzina zaś nie pracowała w polu, bo „robota się psuła". Złych
skutków spodziewano się dopiero po świadomym naruszeniu
zakazu.
Jeśli uczestnik nie odczuwał tego, czego oczekiwano, bywało
że posuwał się do symulacji. Liczył się przy tym nie tyle z opinią
współmieszkańców, co z karą sił nadprzyrodzonych. Panna
Młoda, która nie zapłakała przy powtarzających się kilka­
krotnie na weselu pożegnaniach - „potem będzie płakać".
Skoro nie rozrzewniły jej smętne śpiewy, używała cebuli. Jest
nawet przyśpiewka:

72

Daj ty mołoduczy, cybuli w oczy,
Kab zapłakała do swykruchy iduczy
(Wyryki

P o ł ó d k. W ł o d a w y )

Płakać powinna też matka młodej, ale innym uczestnikom,
zwłaszcza świekrze, płaczu zabraniano - bo „sprowadzi co
złego". Przeciwnie, wypadało się wiele śmiać, a koniecznie
w kulminacyjnych momentach wesela (po powrocie ze ślubu,
przy oczepinach, pokładzinach), żeby młodzi mieli „lekkie
i wesołe" życie. „Kiedyś śmiechem, żartami i głupstwo za­
śpiewali, i płakali (...) a teraz, to ni w pięć ni w dziewięć"
(Siedliszcze k. Włodawy). Na zachowanie i wyraz twarzy
młodej pary zwracano baczną uwagę przy swatach i podczas
wesela, wróżąc stąd o przyszłym pożyciu. Sądzono więc, że
gdyby dziewczyna nie okazywała zawstydzenia, nie broniła się
przed frywolnymi zaczepkami, nie bała się, kiedy ją straszono
- nie będzie „dobrą żoną" albo „ona będzie panować" (nad
mężem). Z kolei kawaler miał być śmiały i z poczuciem
humoru. Od zdolności rozbawiania ludzi, umiejętności im­
prowizacji, zależało powierzenie mu roli starszego drużby albo
np. „Dziada", „Żyda" czy „Cygana".
Zmarłego trzeba było opłakać, inaczej „chodził po śmierci",
a nawet wyrządzał szkody. Do rodziny należało „użalić się"
nad zmarłym, ale nierzadko wspomagały ją w tym doświad­
czone kobiety, po które specjalnie posyłano. We wsiach
prawosławnych, prawie każda starsza kobieta umie zwracać
się do zmarłego oraz pobudzić do płaczu jego krewnych. Toteż
często proszono je, by przyszły „płakać" w katolickim domu.
U katolików takie specjalistki zdarzają się sporadycznie.
O skuteczności ich praktyk przekonałam się osobiście, gdy
jedna z nich zechciała je przy mnie odtworzyć. Wpierw jednak
spytała o bliskich mi zmarłych, wspomniała swoich, wzdycha­
jąc i cieniutko zawodząc. Dalej, zawodzenie przeszło w płacz,
w który wplatała zdania wypowiadane w moim imieniu.
Niestety, niczego nie zapisałam, bo już płakałam wraz z nią.
Wyraźnie ją to ucieszyło, pogłaskała mnie po ręce, uśmiech­
nęła się i wróciła do rozmowy (Nowodziel k. Kuźnicy Biało­
stockiej). Od niej i od innych kobiet wiem, że żal się najpierw
potęguje, przywołując dobrodziejstwa zmarłego, nieodwracal­
ność jego odejścia, obraz osamotnienia, żeby gdy już smutek
osiągnie kulminacyjny poziom, stopniowo go łagodzić opisem
raju i nadzieją ponownego tam spotkania.
Podobny schemat powtarzają pieśni religijne, a raczej pełny
ich zestaw, śpiewane przy tej okazji. Od Już idę do grobu
ciemnego, smutnego... po Jezu w Ogrójcu mdlejący... lub temu
podobne. W Mińsku, dzięki uprzejmości tamtejszych folk­
lorystów, słuchałam taśmy z nagraniem pogrzebu, podczas
którego matka opłakuje córkę. Uderzyła mnie niezwykła
uroda tego lamentu; melodyjny płacz, poetyckie metafory.
Doprawdy, trudno przecenić możliwość wyrażania bólu w tak
pięknej formie. Moja podlaska rozmówczyni pokazała mi
jeszcze, jak postępuje się w przypadku zesztywnienia zwłok,
zanim je przyodziano do trumny. „Przeszłego roku człowiek
zmarł i dowiedzieli się o tym na drugi dzień i był cały sztywny.
Była to osoba dla niej obca, ale zwracała się doń jak do
krewnego, łagodnym i proszącym głosem: «Och Boże. ach
bratoczek ty mój, ja ciebie wyprawlu w daleku drogu. A Stasieńku, ja ciebie na wieczność odzieju (...) » Ta stał jak żywy,
zmiękł i popuściło go". Wielokrotnie, od naocznych świad­
ków, słyszałam potwierdzenie efektów takiego działaniaSmutek i powaga obowiązuje do końca pogrzebu, ale już na

żałobnym „obiedzie" wspomina się wesołe momenty z życia
nieboszczyka, dopuszczalne są żarty, a nie brak ich podczas
późniejszych „wspominek".
Przy chrzcie albo po powrocie ze chrztu, zapłakać i to
głośno, powinno dziecko. Jeśli tego nie zrobiło, pomagano mu
klapsem - „żeby było mocne" lub „żeby odgoniło złego".
Przewlekły płacz był jednak niepomyślną wróżbą, toteż dziec­
ko jak najszybciej uciszano. Od pozostałych uczestników
oczekiwano wesołości i śmiechu, wzbudzanego dowcipnymi
przyśpiewkami i „zbytkami" robionymi zwłaszcza kumom.
W obrzędach dorocznych śmiech przeważnie bywał dopeł­
niany strachem, czasem bólem lub inną przykrością, co
manifestowano krzykiem i piskami, byle nie płaczem, który nie
był dobrze widziany. Postraszyć można było każdego, ale
dzieci i panny „obowiązkowo", co im ponoć wychodziło „na
zdrowie" i wpływało na posłuszeństwo. Straszyli je wszyscy
przebierańcy, „ale nie za bardzo, bo człowiek ma pojęcie, żeby
życia nie pozbyć" (Tuczna k. Białej). Dzieci, zanim „Mikołaj"
dał im podarki, były przez niego straszone, niekiedy i bite.
W Niedzielę Palmową dzieci bito wierzbowymi gałązkami, ale
było i tak, że to dzieci biły dorosłych, czy też kawalerowie
panny, rzadziej nawzajem. Bito mocno, aż do zranienia,
a koniecznie do krzyku, i to również „na zdrowie". Jednocześ­
nie nadmierną strachliwość uważano za niepożądaną. Lęk­
liwych ludzi nakłaniano do nocnego czuwania przy zmarłym,
żeby potem „nie bał się niczego". Dzieciom, po poświęceniu
gromnicy, opalano z czterech stron włosy, co chroniło od
pioruna, ale też od lęku przed nim. Okadzano je wianuszkami
święconymi w oktawę Bożego Ciała lub w dniu św. Jana - „od
przelęku". Robiły to profilaktycznie matki, gdy jednak wcześ­
niej stwierdziły niepokojące objawy: „Jak dziecko chude,
marudzi, nie wie czego chce, to on przelęknięty", wtedy „Woła
się kobietę, co nie kwitnie, przekwitła. Jak jest w ciąży, to nie
może być w ciąży, bo (jej) dziecko umrze". Ta kobieta
wybierała z wianeczków zioła, również zwane przelękiem
- „Biały przelęk, to dla dziewczynków; czerwony przelęk, to
dla chłopców" i kruszyła na rozżarzone na patelni węgielki.
Wylewała na wodę wosk, a to, co się ulało, wyobrażało powód
przelęku i również było kruszone na ogień. Trzymając oburącz
patelnię, obchodziła stojące na środku izby dziecko „trzy razy
ze słonkiem". Wszyscy przy tym obecni trwali w milczeniu
i bezruchu. Potem dziecko ściskali i było uzdrowione (Chrobo­
ty k. Knyszyna). Na całym Podlasiu zapewniano mnie o nieza­
wodnym działaniu podobnych zabiegów, stosowanych czasem
i u dorosłych, gdy inne formy leczenia zawiodły.
Nastrój obrzędu starano się zestroić z porą roku, którą
odbierano jako „wesołą" czy „smutną", „lekką" czy „ciężką".
Czas „wesoły" przychodził wiosną, choć lokalnie już w Nowy
Rok lub jeszcze wcześniej - od Bożego Narodzenia. Z jego
nastaniem wszyscy powinni się bawić i cieszyć, toteż „obowiąz­
kowo" urządzano wtedy wspólne uczty i zabawy (czasem
osobno dla młodzieży, osobno dla kobiet i mężczyzn) a to na
dobre plony i żeby „sporzyła robota" w polu. „Na zagowia,
trzeba było dobrze popić, dobrze zjeść, to z panienkom się
pokochać, to mówią - dobrze zagowiał" (Klewianka k.
Moniek). W Boże Narodzenie albo w Nowy Rok, zapusty czy
Wielkanoc, zgodnie z miejscowym terminarzem, obchodziły
wieś grupy młodzieży męskiej lub żeńskiej, ze śpiewem i życze­
niami, ze scenami odgrywanymi przez przebierańców, a zanim
Weszły w dom pytały, пр.:
2

3

Panie gospodarzu, pani gospodyni,
Pozwólcie swój dom poweselić,
Boskim słowem pocieszyć,
Aby dom był wesoły.
Czy weselić, czy nie?
( K a l i n ó w k a k. Moniek)

Inne grupy, wtedy lub w odrębnym terminie, wpadały do
domów nie czekając na pozwolenie. Atakowały domowników,
kradły, robiły nieporządek, wyprawiały „psoty", „zbytki", co

również kwitowano śmiechem, a dotkliwe nawet szkody nie
budziły gniewu ani obrazy. W Wielkim Poście i w Adwencie ze
względów religijnych zachowywano powagę, ale i w tych
okresach były okazje do „stypy" (stypa, stypny - znaczy na
Podlasiu: dowcipny, żatobliwy, śmieszny) w trakcie rytuałów
spełnianych na pólpoście, w Niedzielę Palmową, w Wielkim
Tygodniu, czy podczas adwentowych prządek. To także
wiązano z urodzajem i pomyślnym kojarzeniem małżeństw.
Radość, od niepamiętnych czasów (o czym świadczą naj­
starsze źródła historyczne) była wpisana w obrzędy, a nie, jak
się obecnie przypuszcza, pojawiła się wraz ze zmianą ich
funkcji sakralnych na „zabawowe". Była i pozostała w sferze
sacrum. Wszak „weseliło się" słońce na Zwiastowanie, Wiel­
kanoc lub św. Jana i chodzono o wschodzie oglądać, jak „igra"
czy „skacze". „Na św. Jana igra na różne kolory, jak tęcza"
(Kożuchów k. Sokołowa) albo „...tańcuje nad zachodem,
tańcuje ślicznie, chodzi jak przepiórka" (Jedlanka k. Łukowa).
„Wesołe i pachniące" były zielone pola, które obchodzono na
św. Jerzego lub św. Trójcę albo w innym wiosenno-letnim
terminie. „Radowały się" przylatujące ptaki, a „smutno"
odlatywały jesienią. „Wesoły" jest „majowy deszczyk", a w lis­
topadzie „deszcz smutny". Scenariusze rozpoczynania i koń­
czenia pracy z reguły zawierają postulat wesołości. Dla wielu
moich rozmówców, rytualne działania jak np. przewracanie na
ziemię, oblewanie wodą znienacka, obciąganie za nogi wokół
ostatnich kłosów, podpalanie kądzieli przędącym, zachowały
jedno tylko uzasadnienie - „dla żartów". Żarty te jednak były
dość brutalne, a spowodowany nimi śmiech niekoniecznie
wynikał z rozbawienia. Był raczej odreagowaniem momentu
zaskoczenia, wstydu, nierzadko i bólu. „Kobieta ubiera
przepiórkę, a kośnik stoi i patrzy się, a ona się boi, bo on złapie
ją za nogi i obciągnie gołym tyłkiem po rżysku" (Narojki k.
Siemiatycz). Można przypuszczać, że podobną funkcję - roz­
ładowania napięcia - pełniły żarty urządzane młodej parze
przed pokładzinami. Strach (wstyd, ból) i następujący po nim
śmiech, nieodmiennie kojarzone są z płodnością. Wskazują na
to i komentarze, i przewidywane rezultaty, i czasem towarzy­
szące rytuałom teksty.
Emocjonalne względy zdają się lokalnie decydować o wybo­
rze pełni wiosny na porę wesel. „Wesele przeważnie w maju
najlepi, w lecie taki ten czas majowy, zieleń, to taki wesoły"
(Pawły k. Bielska). Z tej wypowiedzi da się wyczytać ślad
dawnego podziału roku na dwie tylko części: lato, którego
początek sytuowano w maju, oraz zima zaczynająca się
w listopadzie. W obu miesiącach wyróżniano daty dla speł­
niania obrzędów. Prawosławni na ogół 6-7 maja (św. Jerzego)
i 8-9 listopada (św. Dymitra). Katolicy 1-15 maja (św. Zofii)
lub ruchome Zielone Świątki oraz 11-25-30 listopada (św.
Marcina, św. Katarzyny, św. Andrzeja). Jak każdy czas
początku i te stwarzały pomyślne szanse, a zarazem ryzyko
w realizacji podjętych wtedy działań. Jednak wybór tej, a nie
innej pory, wiązał się z jej tylko właściwymi cechami, przynosił
zróżnicowane korzyści i zagrożenia. Dla większości Podlasian,
niebezpieczeństwa związane z majem przeważały nad pożyt­
kami. Toteż obrzędy spełniano częściej w intencji ochrony, niż
pomnożenia plonów, dobytku i rodziny, chociaż oba motywy
mogły być z sobą splecione. W maju uaktywniały się czarow­
nice i bliżej nieokreślone duchy. Niemal jak w latach Kolberga
„...jest tu cały świat niewidomy, podniebny, lubiący światło
dzienne, promienie słońca, czyste niebo, powietrze ciche..." .
Natomiast o pospolitych wtedy rusałkach - „Rusałki na
Podlasiu są dwojakiego rodzaju: jedne szkaradne stare baby,
drugie młode, prześliczne dziewczęta" - zachowały się nikłe
wspomnienia. Dzisiaj, do dziewczyny z rozpuszczonymi wło­
sami mówi się: „chodzisz jak rusałka", straszy się dzieci
rusałką, by nie deptały zboża, przestrzega się mężczyzn przed
samotnymi wędrówkami po lesie, by nie zbłądzili zwiedzeni
śmiechem czy śpiewem niewidzialnych istot.
W maju, gospodarze obchodzili z modlitwą i śpiewem
podrosłe zboża. Dziewczęta (w okolicy Moniek, Tykocina,
4

5

73

Sokółki) po polach „wodziły Królewnę". Pasterze pierwszy
raz wyganiali bydło na pastwiska. „Cała wiosna w maju... to
cała wieś goniła (bydło) i wianki ubierali" (Dołhobrody
k. Włodawy). „Bydło wypędzało się 1 maja na paszę. Gos­
podarz wyganiał do bramy i palmą żegnał..." (Zahorów k.
Białej). „Każdego bydlaka trzeba uderzyć, to będzie tłusty,
dobrze się chował i jego piorun nie uderzy" (Klewianka k.
Moniek). Na Zielone Świątki lub św. Trójcę, sporadycznie na
św. Jana, przypadało „święto" albo „wesele" bydła. Pasterze
maili rogi krów wiankami z lipy, brzozy, bzu (...) i przyganiali
do zagród, także wtedy umajonych tymi samymi roślinami.
Dostawali za to majówkę, czyli podarki lub pieniądze, zwykle
przeznaczane na wieczorną zabawę. Jeszcze po I I wojnie było
to szeroko praktykowane, choć w skromniejszej oprawie, niż
opisane przez Glogera „...tak zwane wołowe lub końskie
wesele, obrzęd około Tykocina i Bielska zachowywany (...)
Wól przestraszony tern wszystkiem, więc zaledwie go do wsi
przywiodą: biega, skacze i rzuca się na wszystkie strony,
usiłując pozbyć się niezwykłych straszydeł, co wśród zebranej
gromady wiejskiej, sprawia śmiech i wrzawę." Z rzadka słyszy
się jeszcze o bocianim albo wilczym „weselu", o weselnikach
zamienionych w wilki lub innych związkach wilka z weselem
пр.: „Stary człowiek podsłuchał w Wigilię, jak Pan Bóg dzielił
dostatki. Podzielił wszystkie zwierzęta, a na koniec przyszedł
kulawy wilk, a Bóg mówi: co ty sie tak spóźnił? No, to tobie
będzie ten, co tam siedzi (tu wskazał kryjówkę podsłuchujące­
go). On uciekł do wsi, ale wiosną córkę wydawał i jak ją
predany przewozili, to ojciec się bojał jechać przez las. To go
do kuferka wsadzili. Jadą przez las, a tu kulawa panna idzie,
nie było jej gdzie zabrać, to i ją do kuferka wsadzili. Śmiechu
było! Przyjeżdżają do domu, otwierają kufer, a stamtąd wilk
wyskakuje" (Żurobice k. Siemiatycz). Notabene kulawość
(huśtanie, zataczanie i inne przejawy zachwiania równowagi),
odpowiada obrzędowej zmianie czasu, stanu, momentowi
wahania pomiędzy starym a nowym. W kontekście wesela jest
to bezpośrednio skojarzone z seksem. Stąd rozpowszechnione
na Podlasiu rytuały po oczepinach, gdy panna młoda utyka
w tańcu, drużbowie kradną jej pantofelek i oddają młodemu
po złożeniu „wykupu", pojawia się kulejący przebieraniec,
który straszy i napastuje, co naturalnie wywołuje śmiech.
Strach i śmiech powoduje także obrzędowe huśtanie panien
i kawalerów, często zakazywane z powodu licznych wypad­
ków, jako że huśtawki były wysokie i huśtano się „do nieba",
czego jednak do seksu nie odnoszono, a „na pamiątkę"
Wielkanocy, Zielonych Świątek albo „że to maj". Maj, aż do
czerwcowych sianokosów, był najczęściej wymienianym okre­
sem, kiedy to zwierzęta i ludzie łączą się w pary, bo „Bóg
zestawił wszystko po parze" (Dobryń Mały k. Białej). Od­
bywały się wtedy majówki, zwykle rozpoczynane nabożeńst­
wem maryjnym, a potem do późnej nocy młodzi spacerowali,
śpiewali pieśni miłosne, zalecali się do siebie - także we wsiach
szlacheckich. „Przez cały maj zabawy, huśtawki, chłopcy
z dziewczynami się wodzą, palili ogniska... w lesie dziewczyny
się bawiły i nie było tyle dzieci wcześniej urodzonych"
(Borowskie k. Białegostoku).
6

7

Jesienią, gdy opustoszały pola, odleciały ptaki, nastawał
czas „smutny", „ciężki", a nawet „straszny". Szczególnie
listopad, miesiąc powszechnie uważany za nieodpowiedni na
wesela „...w listopadzie nie biorą ślubu, bo to ciężki miesiąc, to
tam wierzą w te zabobony" (Wyhalew k. Białej). W lis­
topadzie, tak katolicy jak prawosławni, obchodzą Zaduszki
(dla prawosławnych „Dmitrówka" jest jednym z kilku dorocz­
nych terminów zadusznych). Od ich daty zaczyna się okres
obrzędowego straszenia, trwa przez całą zimę, a lokalnie do
Wielkanocy. Koło Moniek w same Zaduszki, a bliżej Sokółki
i Hajnówki na św. Marcina lub w trakcie adwentowych
prządek, chodzili nocą po wsi chłopcy owinięci w prześcieradła
albo kożuchy. Nosili na tyczce wydrążoną i podświetloną

74

dynię z wyciętymi oczami, nosem i ustami - „To strachy i sie
zdaje, że to duchy chodzą" (Klewianka k. Moniek). W tejże
okolicy, na św. Andrzeja, kawalerowie mazali panny sadzą,
czasem przy tym drapali je do krwi i bili. Przeważnie jednak
takie i podobne działania miały miejsce w noc noworoczną,
zapusty lub śródpoście. Dopóki nie wmieszały się w to władze,
nakładając kary na sprawców. Moi rozmówcy z niesmakiem
wspominali tych, co zamiast się „ośmiać", składali skargi
w urzędzie. Reakcje strachu czy bólu mogły się oczywiście
pojawiać i w później spełnianych obrzędach, nie były jednak
świadomie prowokowane. Wyjątkiem były wesela, na których
bójki, straszenie, były rozmyślnie wywoływane, ale przecież
wesela najczęściej wyprawiano w karnawale. Obrzędy końca
karnawału lub połowy Wielkiego Postu, zwykle dawały okazję
publicznego wytykania i wyśmiewania wad, piętnowania
młodych ociągających się z zawarciem małżeństwa. Krytykę,
wprost lub w zawoalowanej formie, przyjmowano wtedy bez
urazy.
Pogodę ducha, życzliwe nastawienie do bliźnich, a nawet do
zwierząt, roślin i przedmiotów, uważano za nieodzowny
warunek powodzenia obrzędu. „Jak w Wigilię, tak cały rok
- jak plączesz, będziesz cały rok płakać. Tak się starali, żeby
w zgodzie, ludzie byli takie pogodniejsze" (Chroboły
k. Knyszyna). „W Nowy Rok, jeżeli ktoś gniewa się rano, to
cały rok będzie niedobry, gniewliwy" (Zahorów k. Białej). „W
Wielkanoc wszyscy mają być uprzejmi i życzliwi, bo tak będzie
cały rok" (Dołhobrody k. Włodawy). Cokolwiek się w takim
dniu robiło, należało robić starannie i „bez złości", a zwłaszcza
przygotowanie potraw i rekwizytów obrzędowych. Złorzecze­
nie, przekleństwo, popędliwy gest, natychmiast lub w bliskiej
przyszłości przynosiły nieszczęście. Unikano narażenia się
komuś, unikano ludzi dotkniętych żałobą, chorych, poszko­
dowanych - spotkanie ich jako pierwszych przechodzących,
było złą wróżbą. Szczególnie wystrzegały się kobiety w ciąży,
które zresztą przez cały czas jej trwania starały się „...patrzyć
na wszystko dobre, na dobre i na zdrowe" (Chroboły k.
Knyszyna). Równocześnie wierzono, że dobre czy złe życzenie
wypowiedziane lub tylko pomyślane przez ciężarną, niechyb­
nie się spełni. Podobna moc przysługiwała życzeniom dzieci,
starców, żebraków i obcych, ale tylko w okresie obrzędowym.
Był to zarazem czas, gdy najłatwiej było zyskać coś cudzym
kosztem, jednak złoczyńca właśnie wtedy byl odsłonięty
i prostymi sposobami można go było rozpoznać i ukarać,
a właściwie odwrócić zło w jego stronę. Cały szereg zakazów
i nakazów dotyczy odwiedzanych i odwiedzających w ob­
rzędowej porze, również spotykających się na drodze, na
miedzy czy pod kościołem. Zachowanie etykiety (różniącej się
szczególnie w poszczególnych wsiach), przekonuje o dobrych
intencjach obu stron. Wszędzie zaczynano od pozdrowienia
Boga i złożenia życzeń, a jeśli ktoś specjalnie w tym celu
przychodził, należało go ugościć i obdarować. Bywało, że to
przychodzący składali dar (odwiedziny położnicy, początek
żniw...), a odchodzili żegnani życzeniami, bądź też życzono
i obdarzano się wzajemnie. Kto poskąpił lub zwlekał, narażał
się na kpiny, a nawet przekleństwa, nie wspominając o nad­
przyrodzonych konsekwencjach.
Przygotowania do obrzędu niejednokrotnie obejmow
naprawienie krzywd, oddanie długów, poniechania urazy.
Słowem, pozybcia się tego, co związane z przeszłością, ciążyło­
by na przyszłości. Rzadko miało to formę rozwiniętego
rytuału. W Waniewie nad Narwią, przepraszają się „na czarną
kurkę": przepraszający bierze pod (dowolną) pachę czarna
kurę, idzie do domu przepraszanego, mówi - „nie gniewaj się
i kurę zabiera z powrotem. Pozwalało to uniknąć kłopotliwych
usprawiedliwień, wysłuchiwania pretensji czy dociekania winy
- zło przechodziło na kurę. W okolicach Włodawy znają j
tylko zwrot „przeprasza na czarną kurę" i odnoszą go do tych,
co się ociągają z przeprosinami. Młoda para, zapraszając na
u z

wesele, wstępowała do każdej chaty (formalnym zaproszeniem
były dopiero powtórne odwiedziny), a skłaniając się głęboko
przed każdym domownikiem, prosiła o wybaczenie i błogo­
sławieństwo na „nowe życie". Rytuał miał kilka wariantów
i różne nazwy, w tym najczęściej „ukłony". Bywał powtarzany
przed wyjazdem do ślubu, przed przenosinami, a kłaniano się
także wszystkim spotykanym po drodze. Przed pogrzebem
w imieniu zmarłego przeprasza rodzina, bierze też na siebie
jego zobowiązania, żeby go „wyzwolić". Czasem odbywa się
to dopiero przy granicznym krzyżu (okolice Sokółki, Knyszy­
na i Białegostoku), dokąd trumnę odprowadza "cała wieś",
a dalej idą sami bliscy. Nad otwartą po raz ostatni trumną,
prowadzący pogrzeb wygłasza formułkę albo kobiety z rodzi­
ny obchodzą pozostałe kobiety, kłaniają się i szepczą „nie
gniewaj się", to samo robią mężczyźni z rodziny wobec innych
mężczyzn.
Do przeżycia obrzędu przygotowują także posty, które
oczyszczają ciała i dusze, czynią je „lekkimi", podatniejszymi
na dobre wpływy. Starsi ludzie, pomimo złagodzenia rygorów
religijnych, nadal skrupulatnie ich przestrzegają, uważając, że
bez postu „to nie święta". Poza postami zachowywanymi ze
względów religijnych, są i takie, dla których nie znajdują
religijnego uzysadnienia np. w dniu św. Marka (katolicy na
pn.-wsch. Podlasiu), stąd przysłowie: „Na święty Marka, nie
rzucaj do zupy skwarka". Koresponduje z nimi drugie:
„Deszcz na św. Marek, to ziemia jak skwarek" - czyli susza
w maju-czerwcu. Św. Marek (24IV) był jednym z kilku
wyróżnianych patronów wiosny i deszczu, wyznaczał też
ostatni możliwy termin Wielkanocy: „Jak Wielkanoc wypad­
nie na Marka, to nie będzie na świecie niedowiarka". Podobnie
granicznym terminem (zimy, Adwentu) był św. Andrzej,
a pościły wtedy zwłaszcza panny, zanim przystąpiły do
matrymonialnych wróżb. Post zachowywały rodziny przed
rocznicową ucztą dla uczczenia zmarłego, a prawosławni
przed wszystkimi zadusznymi „wspominkami". U prawosław­
nych pościli także państwo młodzi w przeddzień wesela
i dopiero po powrocie od ślubu matka wprowadzała ich do
komory, sadzała przy stole, na którym stała jajecznica,
korowaj, chleb i wódka. Był to ich pierwszy wspólny posiłek,
spożywany w odosobnieniu, z jednego talerza. Goście zebrani
w izbie weselnej mówili: „Na jajesznie poszły młody, z jednego
tarełka jedzą" (Pawły k. Bielska). Zastanawiające, że krótko­
trwałym postom poddawane były również zwierzęta, zanim
gospodarze „poczęstowali" je resztkami rytualnych potraw.
Z reguły, wybrane gatunki zwierząt były przy tym pominięte,
ale nie wszędzie te same. Przeważnie pomijano świnie, psy,
koty, rzadziej konie. Tłumaczono to ich „nieczystością",
kontaktami z diabłem, odmową pomocy Matce Boskiej lub
innym świętym albo
a koniowi nie, bo koń przed Panem
Jezusem nie klęknie i wygląda jak bolszewik" (Mokobody k.
Węgrowa). Analogicznie, tylko niektóre rośliny były przed­
miotem, a nawet podmiotem (dialogi z jabłonią czy gruszą przy
ich obwiązywaniu) rytuałów, inne np. osikę - „bo się trzęsie",
olchę - bo ma „czerwoną" (jak krew) korę z zasady wykluczano
przy sporządzaniu rekwizytów, zdobieniu domów itp.

Obok znaczenia, jakie przypisywano elementom obrzędo­
wym, liczył się też ich estetyczny aspekt: np. do przynoszonej
do domu po żniwach równianki
dodawano „... kwiaty do
ładności, żeby było ładne" (Klewianka k. Moniek). Po I wojnie
„Herody" wyparły dawniejsze formy obrzędowe przebierań­
ców, bo uznano je za „najweselsze", „najbogatsze", „najład­
niejsze" oraz, o dziwo, dlatego że wymagały najdłuższych
przygotowań i najwięcej kosztowały. Stały się więc spraw­
dzianem możliwości wiejskich kawalerów, a inne mniej atrak­
cyjne występy, pozostawiono wyrostkom. „Herody" były
chętnie przyjmowane i we wsiach szlacheckich, i w prawosław­
nych, a w latach 50. prawosławni zaczęli je sami wystawiać.
Nieobca moim rozmówcom była chęć pokazania się, ważne
więc było, żeby dom, nakryty stół czy palma wielkanocna, były
nie tylko „ładne", ale „najładniejsze".
Uroda, jak każda inna cecha w stopniu skrajnym, jest
znakiem wyróżnienia, przychylnością sił nadprzyrodzonych.
Posiadające ją osoby czy przedmioty, zostają tym samym
przeciwstawione pozostałym. Jeśli role w rytuale są wartoś­
ciowane pod względem ważności, to z zasady prowadzenie
przejmują osoby o cechach wyjątkowych albo wskazane
losem: pierwsze napotkane, zwyciężające w zawodach itd.
Przysługuje im też najwięcej szczęścia - kto pierwszy przy­
biegnie po Pasterce (po Rezurekcji...) do domu, ten pierwszy
zakończy żniwa - mogą jednak podzielić się nim z innymi, np.
wstępując do ich domów z życzeniami. Preferowanie skrajno­
ści, symbolicznie odpowiada ostatniemu - pierwszemu dniu
w roku (sezonie), najstarszemu - najmłodszemu członkowi
rodziny (zbiorowości), mitycznemu obrazowi nieustannie wy­
czerpującego się i odnawiającego się czasu, zamierającego
i odradzającego się życia.
Przeżycie obrzędu to również pełne nadziei i obaw oczeki­
wanie. Przyjęcie i poznanie swojej roli oraz ról współuczest­
ników. To wypełnianie warunków wstępnych, dotyczących
ciała i duszy,- a także otoczenia, spełniającej obrzęd osoby.
Wreszcie udział w tajemniczym misterium zamykania prze­
szłości i wchodzenia w przyszłość, którą tylko t e r a z
można podglądnąć i nią sterować. Wszystko staje się niezwyk­
łe. Każdy detal staje się ważny i wypełniony treścią, np. strój,
kontakt z rekwizytem, założenie maski bądź spotkanie z osobą
zamaskowaną. Przekraczanie codziennych norm współżycia
i poddanie się normom (zakazy i nakazy), które na co dzień nie
obowiązują. Widziałam, jak niezbyt, wydawało się, rozgar­
nięte wyrostki stawały się zręcznymi, tryskającymi siłą i humo­
rem bohaterami. Jak skromna kobieta, która nieśmiało za­
prosiła mnie na wesele, witała mnie później z godnością
i pewnością siebie starościny. Wesele było inscenizowane, ale
publiczność stopniowo wchodziła w role weselnych gości;
komentowała nie „grę", a zachowanie postaci, wstawała
w kulminacyjnych momentach, wzruszała się, a nawet czynnie
włączała w akcję.
Dla moich rozmówców, uczestnictwo w obrzędzie, choćby
odległe, było mocnym i różnym od innych życiowych doświad­
czeń, doznaniem łączności z Nadprzyrodzonym. Przeżyciem,
za którym się tęskni i długo przechowuje w pamięci.

P R Z Y P I S Y
1

J. Dorman, Moje uwagi i spostrzeżenia

na marginesie imprezy

..Herody",

..Polska Sztuka Ludowa" 1971, nr 4, s. 217-230
Rozluźnieniu nadal sprzyjała też wódka, mimo powtarzanych od ubiegtego stulecia zakazów kościelnych, obficie podawana. „Niektórzy z Pusz<2aków utrzymują, że dla ulżenia duszy cierpiącej zmarłego, sąsiedzi pozostali
koniecznie dobrze pić muszą", Dzieła wszystkie Oskara Kolberga (dalej
W O K ) , t. 28, s. 123
„Zagówki", „zagowia" nazwa ostatnich dni przed Wielkim Postem,
Umywana w okolicy Moniek i Sokółki (por. bułgarskie - „zagowezni").
Kolberg przytacza list korespondenta z Suwałk: „Zapusty, rozpusty - tak lud
D

wiejski nazywa Ostatki - a chociaż w tej dykcyi zawiera się niby-to satyra na
dnie bachusowe, przecież jest przysłowie które przekonywa, że rozpusta tych
czasów za wielki grzech nie uchodzi..." DWOK, t. 28, s. 79
A.P...łowicz z ok. Narwi, „Gazeta Warszawska" 1854, wg DWOK, t. 28,
s. 367
j.w.
DWOK, t. 28, s. 88
4

5

6

7

Por. A. Lebeuf, Les boiteries rituelles de printemps,
(w:)
lication de I'Observatoire
Astronomiąue
de Strasbourg,
Nr 2,

Pub­
1988,

s. 81-94

75

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.