http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/4761.pdf

Media

Part of Recenzje i sprawozdania/ LUD 1946 t.37

extracted text
RECENZJE I SPRAWOZDANIA
TADEUSZ MILEWSKI, « Z a r v s
językoznawstwa
o g ó l n e g o * . Część I . Teoria językoznawstwa. Z przedmową Ta­
deusza Lehra-Spławińskiego. Prace Etnologiczne, tom I . Wydaw­
nictwo Towarzystwa Ludoznawczego. Redaktorzy E. Frankowski
i J. Gajek. Lublin—Kraków 1947. Str. YTII+208.
Jest to część I wielkiego zamierzenia naukowego, jakie autor
przedsięwziął jeszcze 1930 r. podczas swoich studiów w Paryżu,
a które stało się potem przez kilkanaście lat głównym i ulubionym
przedmiotem jego badań. Chodzi o syntezę nauk lingwistycznych,
0 uporządkowanie problematyki i materiału, jaki przynoszą ję­
zyki całego świata, o zakres i metodę badań językowych, o okre­
ślenie właściwego miejsca lingwistyki wśród nauk humanistycz­
nych i wzajemnego związku poszczególnych dyscyplin lingwi­
stycznych.
Zagadnienia celów i metod językoznawstwa były szczegól­
nie w ostatnim dziesiątku lat przed wojną żywo dyskutowane
1 w Europie i w Ameryce, na szerokim tle wachlarza języków ca­
łego świata, w oparciu o nowe zdobycze nauk pokrewnych: psy­
chologii, socjologii i przede wszystkim etnologii. Przyniosło to
duże, zasadnicze zmiany poglądów w zakiesie językoznawstwa
ogólnego, a także w zakresie różnych działów gramatyki i stylistyki.
Dzieło T. Milewskiego składa się z trzech części: obecnie oma­
wiana «część I poświęcona jest teorii językoznawstwa, jego hi-

310

storii i systematyce. Część I I przedstawi klasyfikację genetyczną
języków świata oraz ich rozmieszczenie w czasie i przestrzeni.
Część I I I wreszcie ma zanalizować zasadnicze typy budowy języ­
ków, ich cechy wspólne i odrębne. Stanowić ma ona syntezę opartą
z jednej strony na założeniach teoretycznych przedstawionych
w części pierwszej, z drugiej zaś na materiale faktów zestawio­
nych w części drugiej* (Od autora, str. 3).
Część pierwszą swego dzieła ujął autor przejrzyście w cztery
rozdziały. Rozdział I (str. 5—26) omawia badania językoznawcze
po rok 1800. Rozdział I I (str. 27—72) daje charakterystykę języko­
znawstwa XIX wieku od Boppa i Humboldta, głównie młodogramatyków. Rozdział I I I (str. 73—134) przedstawia najnowsze wysiiKi nauki л л wieKu, zapoczątkowanej przez r . cle baussure a
rozwiniętej przez fenologów. Rozdział IV (str. 135—200) jest samo­
dzielnie przemyślaną syntezą Milewskiego.
Przy tak szeroko zakrojonym planie w ciasnych ramach 200
stronicowej książki nie mógł autor wchodzić w szczegóły w dy­
skusje i w historię badań. Daje zasadniczy zarys teorii języko­
znawstwa, wybiera do omówienia autorów najważniejszych, oryginalnych myślicieli, charakterystycznych dla epoki czy kierunku
naukowego, lub stanowiących zwrot zasadniczy w historii badań.
Wszystko inne pomija. Nawet w bibliografii dołączanej na końcu
każdego rozdziału, aczkolwiek obfitej i tak zwanej ^rozumowa­
nej*, daje tylko wybór rzeczy najważniejszych, które przemilczeć
nie sposób.
I tak w r o z d z i a l e I omawiając poglądy na język szkoły
indyjskiej (str. 7—11) wybiera najlepszą gramatykę Paniniego
z IV w. przed Chrystusem, która w cień usunęła wszystkie po­
przednie i stała się wzorem następnych. Tę gramatykę szczegó­
łowo charakteryzuje, podkreślając jej główne zagadnienia: fone­
tykę, słowotwórstwo, alternacje, fleksję. Rozwój językoznawczej
myśli greckiej przedstawia kilkoma uwagami o Platonie, Epiku­
rze, Arystotelesie, a bliżej charakteryzuje Dioniziosa Traka (170—
90 przed Chr.) i Apolloniosa Dyskolosa ( I I w. po Chr.), zwraca­
jąc szczególną uwagę na centralne zagadnienie Greków. I j . leorię

*i

<

ф

311
części mowy. W szkole łacińskiej bliżej informuje o poglądach św.
Augustyna na język, jako o najlepszym w starożytności ujęciu pod­
staw lingwistyki funkcyjnej.
R o z d z i a ł I I omawia językoznawstwo XIX wieku, wyrosłe
z odkrycia sanskrytu, które oprócz badań opisowo-normatycznych,
uprawianych przed 1800 rokiem ma charakter przede wszystkim
porównawczy i to w dwu aspektach: ewolucyjnym i funkcyjnym.
Milewski wybiera tu postacie zasadnicze Boppa i Humboldta dla
kierunku porównawczo-funkcyjnego, zaś Paska i Grimma dla kie­
runku porównawczo-ewolucyjnego, który stał się podstawą zało­
żeń szkoły młodogramatyków. Teorie i metody tej szkoły, założo­
nej głównie przez Schleichera, Rrugmanna, Delbriicka, Paula
J

l . f i l j p l

4

""""-b

"

Ć44ilAnnnl.ifl

П Г 7 У 1 ndllJAZV

ГП Я t p t ' i Я 1 i S t V P 7 n V

ujmuje autor w postaci czterech zasadniczych dla ich badań pro­
blemów: 1) bezwyjątkowość praw głosowych, 2) analogia, 3) skła­
dnia, 4) semantyka. Problem f o n e t y k i historycznej obejmuje
przede wszystkim teorię zmian głosowych, sformułowaną najle­
piej przez Grammonta. Chodzi tu o zmiany: a) niezależne, wywo­
łane głównie obcym substratem i b) zmiany zależne — bezpośre­
dnie, tj. asymilacja, dyferencjacja, interwersja i odpowiednie im
zmiany zależne pośrednie, tj. dylacja, dysymilacja, metateza.
Zmiany te Russelot i Meillet tłumaczą przede wszystkim prawem
najmniejszego wysiłku, które jest hamowane przeciwnym pra­
wem: potrzebą jasności, przy czym za główny warunek zmian
przyjmują przechodzenie języka z pokolenia na pokolenie. A n al o g i ą tłumaczą młodogramatycy większość odstępstw od praw
głosowych, których działanie jest ograniczone w czasie i prze­
strzeni. Są to nowotwory analogiczne typu leksykalnego lub for­
malnego, których warunki powstawania najlepiej zestawił Brćal:
zastępowanie typów skomplikowanych lub rzadkich przez proste
lub bardziej wyraziste, jaśniejsze i częściej używane. S k ł a d n i ę
pojmują młodogramatycy, głównie Delbrućk i Wackernagel, jako
naukę o znaczeniu i ewolucji kategorii gramatycznych, które są
odziedziczone z epoki kształtowania się języka, jako przejaw od­
powiednich kategorii psychicznych. Ewolucja tych kategorii jest

312
uwarunkowana: 1) dążnością do używania szczegółowych wykła­
dników morfologicznych, stąd np. łać. longior zmieniło się we franc.
plus long, także 2) irradiacją, opartą o mechanikę asociacji i 3) absorbeją morfologiczną. S e m a n t y k a u młodogramatyków jest
nauką o podstawowym i okazyjnym znaczeniu wyrazów (Paul),
przy czym zmiany znaczeniowa, jak: rozszerzenie, zwężenie lub
przenoszenie treści zależą (Meillet) od różnych czynników, пр.:
zmiana pokoleń, rozbicie grup wyrazowych, zmechanizowanie uży­
cia wyrazu w zdaniach, zmiany kulturalno-cywilizacyjne i spo­
łeczne w życiu narodu, których wynikiem są różne zabarwienia
w uczuciowej treści wyrazów.
Stanowisko porównawczo-ewolucyjne w badaniach młodo­
gramatyków wyraziło się w dwu symbolicznie ujmowanych teonach: Schleichera Stammbaumtheorie
i Johannesa Schmidta Wellentheorie, która jest konsekwencją poglądów H. Schuchardta
o mieszanym charakterze języków. Badanie języka jednostek lub
małych grup społecznych doprowadziło w wyniku do tzw. geo­
grafii językowej czyli dialektologii, objaśniającej przestrzenny roz­
wój właściwości językowych.
R o z d z i a ł I I I książki Milewskiego przedstawia rozwój teo­
rii językoznawczej XX wieku głównie w okresie międzywojennym.
O ile szeroko rozbudowane badania lingwistyczne młodogramaty­
ków miały charakter ewolucyjny, przyczynowy, indywidualisty­
czny i przyniosły wielkie zdobycze na polu historii i geografii form
językowych, t j . w zakresie fonetyki, morfologii, semantyki i skła­
dni — to myśl językoznawcza XX wieku nawraca znowu do ba­
dań funkcyjnych, celowościowych, społecznych i fenomenologicz­
nych. Jest to do pewnego stopnia nawiązanie do poglądów myśli
greckiej (Epikur), św. Augustyna, a przez stosowanie metody po­
równawczej do Boppa i Humboldta. Punktem wyjścia były wy­
siłki powiązania językoznawstwa z etnologią, psychologią i so­
cjologią, co młodogramatycy na ogół ignorowali. I tak Steinthal do­
wodzi, że język jest jednym z przejawów «duszy zbiorowej* spo­
łeczeństwa. Wundt opiera rozwój językowy o ogólną ewolucję psy­
chiki ludzkiej, przy czym przedmiotem jego zainteresowania nie
są języki poszczególne, lecz język całej ludzkości, co znów Cassi-

313
rer naświetla w duchu filozofii Kanta, pojmując język jako jedną
z form symbolicznych, przez którą duch ludzki uświadamia so­
bie świat i samego siebie. Syntezę etnologiczno-lingwistyczną two­
rzy P. W. Schmidt (1926), dążąc do powiązania rozwoju języków
z rozwojem prakultur totemicznych, matriarchalnych i paster­
skich przez podkreślenie wpływu zmian kultury materialnej i spo­
łecznej na przeobrażenia lingwistyczne.
Z tych szerokich założeń wyrosła synteza genewskiego l i n ­
gwisty Ferdynanda dc Saussure'a (1857—1913), która siała się pod­
stawą nowej sźkoly i wszystkich wysiłków teoretyczno-językowych
okresu międzywojennego. F. de Saussure odróżnia język (la langue) od mówienia (la parole), co razem składa się na mowę (le lanciage). Jezvk iest «cześcia snołeczna mowy, zewnętrzna w stosunku
do jednostki, która sama nie może go ani stworzyć ani zmienić»,
tylko musi się go nauczyć od otoczenia. Jest to «system znaków,
których istotę stanowi związek znaczenia z obrazem akustycznym,
przy czym obie te części znaku są w równej mierze natury psy­
chicznej*. Natomiast mówienie jest częścią indywidualną i chwi­
lową, przypadkową mowy. Badanie języka może być synchroni­
czne, gdy chodzi o przedstawienie systemu języka na podstawie
elementów współczesnych, albo diachroniczne, oświetlające roz­
wój, tj. zmiany i substytucje systemu językowego. Ów system ję­
zykowy de Saussure pojmuje jako wzajemną zależność, przeci­
wieństwa i opozycje poszczególnych elementów języka, tj. fonemów, wyrazów i ich morfemów, a także całych kategorii grama­
tycznych. De Saussure stworzył nową metodologię lingwistyki, co
pozwoliło uczniom jego ująć całość zjawisk lingwistycznych w ra­
my sześciu odrębnych dyscyplin: 1) fonetyka jako gałąź lingwistyki
mówienia i 2) fonologia jako część lingwistyki języka — obie
w zakresie nauki o formie mowy, 3) składnia poświecona mówie­
niu i 4) morfologia badająca stronę językową tej dziedziny — obie
w zakresie nauki o treści intelektualnej mowy, 5) stylistyka lite­
racka, poświęcona mówieniu i 6) stylistyka lingwistyczna jako za­
gadnienie języka — obie w zakresie nauki o treści uczuciowej
mowy.

314
Bliższe określenie charakteru tych sześciu dyscyplin nauko­
wych stanowi główną treść I I I rozdziału książki Milewskiego.
1) Fonetyka, gorliwie uprawiana przez młodogramatyków,
w XX w. dzięki pracom ks. Rousselol i jego uczniów wyspecja­
lizowała swoje metody w osobnych pracowniach eksperymental­
nych; zadaniem jej jest badanie wszystkich właściwości głosek.
2) Fonologia natomiast bada tylko znaczące cechy głosek,
tj. takie, które są podstawą opozycji znaczeniowych. Ten dział
lingwistyki zapoczątkowany jeszcze przez J. Baudouina de Courtenay w 1870 r. został opracowany główmie przez Trubeckiego
i jego współpracowników zgrupowanych w towarzystwo nauko­
we: «Cercie linguistique de Pragę». Trubecki ustala pojęcie fonemu
jako 7psnńł reeh z których każda, istnieje, dzięki onozvcii do cechy
przeciwnej jakiegoś innego fonemu. Ów zwarty system opozycji
akustycznych jest systemem fonologieznym języka. Opozycje fonologiczne mogą być t) jednowymiarowe (p:b), lub wielowymiaro­
we (p:t), 2) proporcjonalne (p:b), lub izolowane (r:), 3) prywa­
ty wne (p:b), gradualne (a:o:u), lub ekwipolentne (p:t), 4) stałe
(r:l) i fakultatywne (p:b). Otóż opozycje jednowymiarowe, propor­
cjonalne, prywatywne i fakultatywne tworzą korelacje lub związki
korelacyj (p:p' — b:b'). Tak sformułowane cechy fonologiczne gru­
pują się na: 1) cechy konsonanlyczne, 2) wokaliczne, np. donio­
słość, wysokość tonu, rezonans nosowy, 3) cechy prozodyczne.
Prócz tego w systemie języka odgrywają rolę pewne sygnały ję­
zykowe, wskazujące granicę między morfemami, wyrazami i zda­
niami, np. akcent wydechowy. Po badaniach systemu fonologicznego języków świata można spodziewać się trwałych wyników
wiedzy ogólnojęzykowej także w zakresie ewolucji języka, która
u fonologów nie ma charakteru mechanicznego, lecz celowościowy.
tełeologiczny.
7

Obok fonologii sformułował Trubecki też zasady morfonologii jako nauki o grupach fonemów zdolnych do wzajemnej wy­
miany w obrębie jednego morfemu.
3) Nowe ujęcie stosunku składni do morfologii dał John Ries,
wyróżniając w składni trzy główne zagadnienia: a) badanie grup
wyrazowych, b) zdań i c) zespołów zdaniowych.

315
4) Przedmiot i zakres badań morfologii ustalił Ludwik
Hjelmslev, jako badanie cząstek wyrazowych: a) semantemów
o treści leksykalnej i b) morfemów określających stosunki, z któ­
rych zbudowany jest system językowy. Podstawowe znaczenie ma
tu badanie kategorii przypadku i części mowy zarówno w każdym
poszczególnym języku (gramatyka idiosynchroniczna), jako też po­
równawczo w zakresie języków świata (gramatyka panchroniczna).
5) Zakres badań stylistyki sprecyzował Bally; chodzi o ję­
zykową ekspresję impulsów emocyjnych i odwrotnie wpływ two­
rów językowych na uczuciowość. Stylistyka lingwistyczna bada
«materię ekspresywmą mowy codziennej, tworzącą część integralna
systemu języka*, i ten dział głównie interesował Bally jako też
Meillet. Stylistyka literacka natomiast analizuje ekspresywność
tekstów wybitnych pisarzy. W nowych czasach powstały tu dwie
szkoły: a) psychologiczna (Croce, Vosler, Spietzer) badająca od­
rębne cechy autora czy epoki, jako wyraz ich właściwości psychi­
cznych; b) szkoła funkcyjna albo formalna bada strukturę samegodzieła jako całości, określa funkcję ekspresywną poszczególnych
jego części, lub elementów językowych, np. wiersza (Winogradów,
Żirmunski, Grammont).
Osobno omówił autor książkę Btilera: «Sprachtheorie. Die
Darstellungsfunktion der Sprache* (1934), opartą zarówno o tra­
dycje szkoły etnopsychologicznej, jak i de Saussure'a, przynoszącą
pełną analizę funkcji znaków mowy, jako elementów systemu ję­
zykowego. Prócz samej analizy znaków mowy, Buler duże znacze­
nie przywiązuje do określenia konsytuacji (Zeigfeld) i kontekstu
(Symbolfeld) jako tla (Umfeld) znaków mowy, które precyzują
znaczenie wyrazów i zdań.
R o z d z i a ł IV książki Milewskiego jest samodzielną kon­
strukcją teorii językoznawstwa. Autor porządkuje przedstawione
w rozdziałach poprzednich doktryny i przedstawia samodzielną
klasyfikację nauk lingwistycznych. Wychodząc z założenia, że lin­
gwistyka jest nauką o znakach mowy, wyróżnia przede wszystkim
lingwistykę zewnętrzną «badającą oddzielnie poszczególne ele­
menty 13'ch znaków i na lingwistykę wewnętrzną, która analizuje

316
związek tych elementów ze sobą, związek formy i treści znaków
mowy. W lingwistyce zewnętrznej wyróżnia autor trzy główne
działy: 1) fonetyka, posługująca się metodami przyrodniczymi
i eksperymentem w badaniu, 2) psychologia mowy badająca pro­
cesy psychiczne zachodzące u mówiącego, a w szczególności od­
chylenia od ustalonych norm językowych, 3) socjologia mowy,
badająca przemiany językowe uwarunkowane kulturą i warun­
kami społecznymi.
O wiele bardziej rozbudowana jest lingwistyka wewnętrzna.
Zależnie od różnorodnej funkcji znaków językowych wyróżnia
autor w ligwistyce wewnętrznej po pierwsze dwa działy: grama­
tykę i stylistykę. Pierwsza bada konwencjonalną stronę znaków,
»

»

*

-— - -

—с

1—:',,

,i,

,—

JV/*\KU Ч\ \ L I I , U l U g d
1U1 i u i l i \ ^ j u u u i u j a i u . i ,
kontekstu i konsytuacji. Po drugie ze względu na obiektywną lub
subiektywną treść znaków, zarówno gramatyka jak stylistyka może
być obiektywna lub subiektywna. Po trzecie w każdym z tych
działów wyróżnia dyscypliny formalne i treściowe, którym przy­
pisuje ustalone tradycyjne nazwy. Więc gramatyka formalna to
fonologia, — treściowa to morfologia, obie mogą być obiektywne
lub subiektywne. Stylistyka formalna obiektywna to onomatopeika, zaś subiektywna to prozodia. Stylistyka treściowa obiekty­
wna to składnia, zaś subiektywna to tropika. Każda z tych dyscy­
plin lingwistyki zewnętrznej — z wyjątkiem chyba stylistyki su­
biektywnej — może w dalszym ciągu być (po czwarte): synchro­
niczna, tj. badać określone systemy, lub diachroniczna, co anali
żuje przyczyny wewnętrzne ewolucji systemów. Wreszcie (po piąte)
dyscypliny te mogą być szczegółowe, tj. dotyczyć jednego języka,
łub ogólne, polegające na porównywaniu faktów z możliwie naj­
większej ilości języków. W ten sposób przez pięciokrotny podział
dychotomiczny w dziale lingwistyki wewnętrznej wyróżnił autor
razem teoretycznie możliwych 30 dyscyplin szczegółowych. Nie
wszystkie jednak są w- dzisiejszym stanie nauki, jako też ze
względu na swój materiał, równie daleko naprzód posunięte. Naj­
lepiej rozpracowana jest w nauce gramatyka obiektywna w dziale
fonologii synchronicznej i szczegółowej. Słabiej znacznie przed­
stawiają się inne działy nauki. Dla ilustracji autor daje analizę
1J.

^JMClil

11U1111

317
sonelów polskich z punktu widzenia stylistyki subiektywnej, więc
ze stanowiska prozodii i tropiki.
Tak wygląda w pobieżnym zestawieniu treść pierwszej czę­
ści książki Milewskiego (teoria językoznawcza). W części drugiej
autor zapowiada bliższe rozwinięcie działu socjologii mowy w zagresie lingwistyki zewnętrznej, t j . głównie problemu ekspansji ję­
zyków. Część trzecia znów ma przynieść bliższe rozwinięcie kilku
działów lingwistyki wewnętrznej, głównie gramatyki, tj. fonolo­
gii i morfologii, także składni i to z punktu widzenia głównie syn­
chronicznego i ogólnego. Centralnym bowiem problemem lingwi­
styki wewnętrznej, wedle autora, jest ustalenie drogą porównaw­
czą różnych typów systemów językowych.

Wysoka wartość książki Milewskiego wynika przede wszyst­
kim stąd, że w sposób przemyślany, ale obiektywny zestawił w ca­
łość harmonijną rozwńj teoretycznej myśli językoznawczej, uła­
twiając czytelnikowi — niespecjaliście w zakresie językoznaw­
stwa ogólnego — zapoznanie się z bogactwem problematyki i me­
todologią tej nauki. Książka ta jest zatem bardzo dobrym podrę­
cznikiem, z którego się można wiele nauczyć. Obiektywizm autora
daje gwarancję bezstronności w ocenie faktów omawianych.
Książka mimo lo nie jest tylko eklektycznym zestawieniem teorii
dotychczasowych, to nie kompilacja, a z drugiej strony autor szczę­
śliwie ustrzegł się ekskluzywnego wartościowania, przeceniania ja­
kiejś jednej wybranej czy modnej teorii. Jest to przemyślane ze­
stawienie dotychczasowych wyników nauki o teorii językoznaw­
czej. Autor wychodzi ze słusznego założenia, że «każda doktryna,
która stała się podstawą pewnej szkoły lingwistycznej i w ten spo­
sób wykazała swą produktywność w zakresie konkretnych badań
naukowych, nie może być ani odrzucona, ani przemilczana, lecz
musi być włączona do systemu dyscyplin bądź lingwistyki, bądź
którejś z nauk pokrewnych* (str. 135).
Samodzielny wkład naukowy autora polega na uporządko­
waniu i sprecyzowaniu celów i metod poszczególnych dyscyplin,
tak bardzo nieraz różniących się między sobą. Trzecią część tekstu

318
książki (rozdz. I V ) poświęcił autor wykładowi własnej konstruk­
cji systemu i definicji poszczególnych gałęzi lingwistycznych. Kla­
syfikacja przedstawiona jest jasno metodą dychotomiczną. Ter­
minologia częściowo tylko nowa, przejrzysta ułatwia orientację
w materiale.
Wydaje mi się, że ujemną cechą książki jest jej przesadna
zwięzłość, co sprawia, że niektóre ujęcia autora trzeba czytać k i l ­
kakrotnie, nie dadzą się już dalej streścić. Ta niewielka ksią­
żeczka wymaga jednak dużo wysiłku od czytelnika. A niektóre
punkty dla laika mogą się wydać wprost enigmatyczne. Szkoda
пр., że autor nie rozwinął od razu szerzej swoich poglądów na
składnię. Nie jest bowiem jasne, dlaczego składnię (jako naukę
o stowotworstwie, semantyce i o grupach wyrazowycn; zanczyi
całkowicie do działu lingwistyki wewnętrznej, w szczególności do
stylistyki obiektywnej. W ogóle większa ilość przykładów ilustru­
jących pewne uogólnienia byłaby bardzo pożądana. Prawdopodob­
nie autor w części I swego dzieła świadomie pewne zagadnienia
potraktował krócej, by wrócić do nich osobno w częściach na­
stępnych. Prof. Tadeusz Lehr-Spławiński w przedmowie dał prze­
gląd polskich prac naukowych z tego zakresu. Niewątpliwie książka
Milewskiego jest wielkim krokiem naprzód, obejmuje bowiem ca­
łość zagadnienia. Byłoby może jednak pożyteczne, gdyby autor
w większej mierze uwzględnił polski dorobek, omawiając poszcze­
gólne problemy, choćby w podobny sposób, jak to zrobił, przed­
stawiając problem dialektologii.
Wreszcie szata graficzna książki jest zasadniczo bardzo schlu­
dna. Wydaje mi się. że byłby pożyteczny indeks nazwisk i ter­
minów na końcu, co ułatwiłoby korzystanie. Prócz tego autor w ca­
łej książce nie skorzystał np. z druku rozstrzelonego, nie wprowa­
dza żadnych podkreśleń w tekście, przez co tekst optycznie wy­
gląda dość monotonnie.
Korekta druku jest bardzo staranna, spostrzegłem tylko ta­
kie niedopatrzenia. Na str. 83 wiersz 15 od góry: «czlonem utoż­
samiający zaś jest rdzeń» — powinno być «członem odróżniają­
cym*; str. 89 wiersz 7 od dołu: wmówienie jest jego częścią» — za­
miast «jest jej częścią*; str. 108 wiersz 18 od góry: «logicznie r ó -

зш

norzędne cech» — zamiast «ró\vnorzędnych cech»; str. 123 wiersz
15/16 od góry: «podczas gdy lingwistyka Шегаска» — zamiast «stylistyka Шегаска»; str. 130 wiersz 10 od dołu: «ich konstytucja* —
zamiast «konstytuacja»; str. 170 wiersz 14 od dołu: «musi pole­
ga* — zamiast «polegać».
Tych kilka uwag, o ile znajdą uznanie u autora, łatwo mo­
żna wprowadzić przy niewątpliwie rychłym drugim wydaniu pod­
ręcznika. W niczym one nie umniejszają jego wielkiej wartości.
Lublin, maj 1947.

Władysław

Kuraszkiewicz

TADEUSZ LEHR-SPLAWINSKI, «О
pochodzeniu
i p r a o j c z y ź n i e S 1 o w i a n». Prace Instytutu Zachodniego.
Nr 2. Poznań. 1946. 8°, str. 237, plansz 7.
Książka prof. Lehra-Spławińskiego jest nową próbą rozwią­
zania tak spornego dotąd zagadnienia praojczyzny Słowian i ich
pochodzenia. Autor, wybitny slawista, wyszedł w swoich rozważa­
niach od danych językoznawczych i one stanowią główny trzon
jego dowodzeń. Zająwszy się naprzód w rozdziale I l - i m stanowi­
skiem języka prasłowiańskiego w indo-europejskiej rodzinie ję­
zykowej, dochodzi do wniosku, że język ten wykazuje o wiele
silniejsze powiązania z grupą języków zachodnioindoeuropejskich
aniżeli wschodnioindoeuropejskich. Stąd też praojczyzny Słowian
szukać należy raczej na zachodzie.
W rozdziale następnym I I I - i m zajął się rozpatrzeniem sze­
regu nazw geograficznych na przestrzeni między Łabą i Wołgą
a na północ od linii Sudetów, Karpat i wybrzeży Morza Czarnego.
Na 112 roztrząsanych nazw (gór, rzek, miejscowości) okazało się
16 indoeuropejskich, których jednak nie dało się zaliczyć do ja­
kiejś bliżej określonej grupy, 11 irańskich, 9 trackich, 17 bał­
tyckich, 14, które autor określa mianem weneckich, 20 słowiań­
skich, 8 germańskich, 16 nieindoeuropejskich, z czego 11 ma na­
wiązania do języków ugrofińskich, 5 zaś prawdopodobnie do ję­
zyka etruskiego.
7

320
W zakończeniu językoznawczych rozważań nad owymi naz­
wami geograficznymi autor stwierdza, że same one nie dają do­
statecznych podstaw do ścisłego określenia zasięgu, a zwłaszcza
chronologii poszczególnych nawarstwień etnicznych, bez czego nie
można się obyć w rozwiązywaniu problemu pochodzenia i pra­
ojczyzny Słowian. Pomoc w tym wypadku znaleźć można jedynie
w wynikach badań prehistorycznych. To też autor próbuje po­
wiązać fakty językoznawcze z faktami prehistorycznymi, poświę­
cając tym zagadnieniom cały obszerny rozdział IV.
Uwagi na marginesie rozdziału
ryczno-etniczne,
str. 92—115.

IV.

Perspektywy

prehisto-

W nawiązaniach orehistoiYCzno-etnicznych cofa się autor
aż do młodszej epoki kamiennej. To stanowisko jest niewątpliwie
słuszne, gdyż w istocie w tej właśnie epoce poczęły się dokonywać
i zarysowywać pierwsze zróżnicowania etniczne, a zatem i ję­
zykowe.
Z kultur (w znaczeniu prehistorycznym) młodszej epoki ka­
miennej na terenach dorzeczy Odry i Wisły autor bierze dwie
przecie wszystkim pod uwagę: prafińską, zwaną inaczej niezbyt
zreszlą słusznie i szczęśliwie kulturą ceramiki grzebykowej, i cykl
kullui wstęgowych. Z obiema kulturami wiąże nazwy nieindoeuropejskie, jakie występują na wymienionym obszarze t j . z kul­
turą ceramiki grzebykowej nazwy o nawiązaniach praugrofińskich. z kulturą zaś wstęgową nazwy o charakterze śródziemno­
morskim względnie etruskim.
Dwie inne kultury neolityczne czasz lejowatych i amfor ku­
listych uważa autor za drobniejsze, nic odgrywające żadnej wy­
bitniejszej roli i nie pozostawiające trwalszych śladów w pra­
dziejach ziem polskich. Szerzej dopiero zajmuje się kulturą cera­
miki sznurowej, łączącej jej rozprzestrzenianie się z inwazją Indoeurope jeżyków, a jej nawarstwienie się na inne miejscowe kultury
z ich indoeuropeizacją.
Decydujące znaczenie w rozwoju stosunków etnicznych ma
wedle autora nawarstwienie się indoeuropejskiej ceramiki sznu­
rowej na podłoże praugrofińskie (kultura ceramiki grzebykowej)
7

321
od Odry poprzez dorzecze średniej i dolnej Wisły wzdłuż Bałtyku
aż do zatoki Fińskiej i dalej na wschód do łuku Wołgi. To na­
warstwienie miało spowodować wytworzenie się zespołu etnicz­
nego prabaltoslowiańskiego czyli, jak go autor określa, protobałtyckiego, który później uległ rozbiciu na odwie odrębne już grupy
prabałtycką i prasłowiańską. Rozbicie zespołu protobałtyckiego
dokonało się już w ciągu epoki brązu.
Zanim zajmiemy się dalszymi losami Praslowian i powią­
zaniami prehistoryczno-etnicznymi wysuwanymi przez autora,
należy naprzód kilka słów poświęcić przedstawionym wyżej wy­
wodom odnoszącym się do młodszej epoki kamiennej na ziemiach
w dorzeczu Odry i Wisły. Otóż stwierdzić należy, że stosunki
kulturowe młodszej epoki kamiennej na ziemiach polskich zo­
stały przez autora zbyt uproszczone. Jest rzeczą oczywistą, że zaj­
mując się faktami rozgrywającymi się w ogromnej, bo około trzy
i pół tysiąca lat liczącej przestrzeni czasu, a przy tym niejako
na marginesie zasadniczych wywodów językoznawczych autor
zmuszony byl przedstawiać zagadnienia w streszczeniu i dotykać
tylko jego zdaniem najważniejszych i zasadniczych momentów.
Jednakże uproszczenia te są może trochę za daleko posunięte,
wskutek czego ważne i dużą rolę w stosunkach neolitu, a także
i późniejszych na ziemiach naszych odgrywające kultury, zostały
zaledwie wspomniane, a niektóre nawet zupełnie pominięte.
Tak np. nie można uznać za słuszne twierdzenia autora
odnoszące się do kultury czasz lejowatych jakoby przedstawiała
ona drobniejszą i bez znaczenia ekspansję na ziemie nasze. Wprost
przeciwnie kultura la jest przecież jednym z zasadniczych skład­
ników neolitu polskiego. Wykazuje ona dużą prężność, zajmuje
cały prawie obszar ziem naszych, wywiera duży wpływ na kul­
tury z cyklu wstęgowych i odwrotnie, a wreszcie rozwija się przez
cały prawie czas trwania młodszej epoki kamiennej.
Pominą] autor zupełnym milczeniem kulturę pucharów
dzwonowatych, która pojawia się u nas pod sam koniec młod­
szej epoki kamiennej i która także wywarła swój wpływ na
kształtowanie się i rozwój późniejszych stosunków kulturalnych
na ziemiach naszych. A z tą właśnie kulturą może byłoby słuszniej
Luil. T. X X X V I I

.

21

322

połączyć owe nazwy nieindoeuropejskie o nawiązaniach nadśródziemnomorskich czy etruskich.
Próba bowiem połączenia ich z kulturą ceramiki wstęgowej,
jak to czyni autor, jest trudna do przyjęcia z tego choćby względu,
że między pojawieniem się Etrusków i ich kultury, a kulturami
z cyklu wstęgowych, istnieje gruba różnica chronologiczna,
a także centra, na których kultury te się rozwijają, są dość od
siebie odległe (Italia i środkowy bieg Dunaju). Co najwyżej
możnaby tylko stwierdzić, że tak jedna jak i druga pochodzą
gdzieś z dalekiego wschodniośródziemnomorskiego źródła, ale i tu
pomijając już różnicę czasową, istnieje jeszcze i inna różnica
a mianowicie, że w powstaniu kultury ceramiki wstęgowej zasad­
niczą rolę odegrał raczej pierwiastek miejscowy, zasiedziały, popaleolityczny, otrzymujący tylko silne podniety kulturowe z ja­
kiegoś ośrodka wschodniośródziemnomorskiego, może z jakąć
małą przymieszką i ludnościową, gdy kultura Etrusków została
w całości przyniesiona z zewnątrz, a później dopiero uległa sil­
nym wpływom greckim z południowej Italii.
Natomiast kultura pucharów dzwonowatych wychodzi z pół­
wyspu pirenejskiego, gdzie wytworzyła się pod wpływami tzw.
kultury Almeria, która jest tu kulturą obcą, przybyłą, jak pewne
dane wskazują, znowu gdzieś z wschodniej części basenu śród­
ziemnomorskiego, skąd przybyli i Etruskowie. Kultura pucharów
dzwonowatych występuje zresztą także na terenie Italii i na wy­
spach zachodniej części morza Śródziemnego. Połączenie więc
nazw o typie etruskim z tą kulturą wydaje się może bardziej
prawdopodobne aniżeli z kulturą ceramiki wstęgowej.
Jeśli już mowa o nazwach typu etruskiego, to nasuwa się
jeszcze jedna możliwość ich wyjaśnienia. Jest rzeczą zastanawia­
jącą, że prawie wszystkie nazwy tego typu grupują się na wschod­
nim Pomorzu w pobliżu ujścia Wisły, na terenie, który jest ośrod­
kiem powstania kultury pomorskiej we wczesnej epoce żelaza, na
terenie, na którym pojawiają się owe zagadkowe popielnice twa­
rzowe. Pojawienie się popielic twarzowych, ze względu na pewne
analogie z terenów italskich (kultura Villanova), nasuwa przypu­
szczenie o jakichś bliżej na razie trudnych do uchwycenia sto-

I

J

323
simkach pomorsko-italskich, które doszły tu może drogą morską.
Czy zatem i owe nazwy nie pochodzą przypadkiem z tego samego
czasu i źródła i czy nie są one jeszcze jednym świadectwem
istnienia ścisłych i żywych kontaktów handlowych (bursztyn)
i innych italsko-pomorskich?
A teraz przejdźmy do kultury prafińskiej (kultury ceramiki
grzebykowej), która w dowodzeniach autora zajmuje miejsce naj­
ważniejsze, najbardziej zasadnicze, na której autor opiera całą
swoją konstrukcję. Otóż, jak już wspomniano, nawarstwienie się
indoeuropejskiej kultury ceramiki sznurowej na podłoże parafińskie (ceram. grzebykowej) i połączona z tym indoeuropeizacją tego
podłoża, miały spowodować powstanie grupy protobałlyckiej czyli
1

л

4-.

1

:

(

i_j



Jednakże pogląd o zasadniczej roli kultury prafińskiej nie
da się powstrzymać. Trzeba bowiem zdać sobie sprawę z charak­
teru tej kultury i jej śladów materialnych i zastanowić się, cz\
tego typu kullura mogła stanowić zasadnicze podłoże, na którym
wytworzyły się i powstały nowe grupy etniczne. Wszak jest to
najuboższa, najnędzniejsza, prymitywna kultura rybacko-myśliw
ska, której przedstawiciele prowadzili koczowniczy żywot, wę­
drując w niewielkich gromadkach po rozległych borach, wzdłuż
rzek i brzegów jezior, zatrzymując się na krótki, chwilowy pobyt
w miejscach suchszych, na wydmach. Ślady owych obozowisk to
kilka kruchych skorup z naczyń niezgrabnych, źle wypalonych
i trochę pogubionych narzędzi krzemiennych. Czyż więc ludność,
która tylko takie ślady po sobie zostawiła, można uważać za za­
sadniczy trzon potężnej grupy Słowian i Bałtów?
Wydaje się to mocno nieprawdopodobne, zwłaszcza jeśli
porównamy ślady ludności parafińskiej ze śladami choćby np.
kultury czasz lejowatych, o której autor powiada, że stanowi
drobną i bez znaczenia ekspansję nie zostawiającą trwalszych śla­
dów na naszym gruncie. A przecież po kulturze czasz lejowatych
pozostały ślady dużych osiedli na lądzie i nawodnych, pozostały
resztki osad obronnych, pozostały "liczne cmentarzyska (gdy np.
grobu kultury prafińskiej z terenu Polski nie znamy dotąd bodaj
ani jednego), pozostały ogromne z wielkim nakładem pracy bu7

21*

324
dowane groby megalityczne (kujawskie) wznoszone widocznie dia
wybitniejszych osób (władców, coby świadczyło o istnieniu ja­
kiejś organizacji politycznej). Ludność kultury czasz lejowatych
uprawiała rozległy handel, stworzyła ośrodki górnicze (Krze­
mionki w pow. opatowskim) i związane z górnictwem ośrodki
przemysłowe, fabrykujące na eksport, miała nawet początki prze­
mysłu metalowego, uprawiała rolnictwo i hodowdę bydła.
To samo a nawet jeszcze w większym stopniu stwierdzić
trzeba odnośnie kultur z cyklu wstęgowych wożeśniej, aniżeli
kultura czasz lejowatych u nas zadomowionych, zasiedziałych,
tak bogatych, utrzymujących ciągłe i rozległe stosunki z połud­
niem i zachodem.
•U7„i,„_ ł„^,„ —...

_ i ,.

„,...i.I...U,....

l.i,;.... w,;,,,!,.,,

tu i rozwijają się przez cały długi kilkusetletni okres trwania
młodszej epoki kamiennej, które tak liczne i bogate ślady po sobie
zostawiły, a przyjmować i decydujące znaczenie przypisywać kul­
turze ubogiej, prymitywnej, zajmującej wyłącznie tereny puszcz
i tylko z rzadka poza nie wychylającej się, po której pozostały
bardzo nikłe i rzadko rozrzucone znaleziska. Wydaje się, że chyba
raczej te pierwsze odegrały rolę znaczniejszą, zasadniczą, a nie
kultura parafińska. Tezę zatem autora o roli kultury prafińskiej
trudno będzie przyjąć i utrzymać.
I jeszcze jedna uwaga, aby już skończyć z zagadnieniami
młodszej epoki kamiennej. Chodzi tu o rolę kultury amfor kuli­
stych, która także nie jest taka mała i bez większego znaczenia
dla naszych stosunków. Ekspansja kultury amfor kulistych, wy­
chodząca z tego samego mniej więcej ośrodka i tylko nieco od
niej późniejszej kultury ceramiki sznurowej, sięgnęła dość da­
leko na wschód, w głąb Rosji i wywarła tam jak i gdzie indziej
dość znaczny wpływ. Istnieją poważne dane, że kultura amfor
kulistych stanowi pierwszą, słabszą falę indoeuropejskiej eks­
pansji, która przygotowała niejako grunt i ułatwiła ekspansję
i szybką asymilację fali indoeuropejskiej następnej, wnet po niej
następującej i dużo potężniejszej a mianowicie kultun ceramiki
sznurowej.
W dalszym ciągu swoich rozważań zajmuje się autor za-

325
gadnieniem rozbicia zespołu prolobałtyckiego tzn. wspólnoty prabałlycko-prasłowiańskiej na dwa odrębne zespoły prabałlycki
i prasłowiański. Należy Lu zaznaczyć, że zdania prehistoryków
zajmujących się tym zagadnieniem były często rozbieżne. Jedni
z nich przyjmowali, że podział ów dokonał się w początkach epoki
brązu z chwilą wyodrębnienia się tzw. kultury łużyckiej (przy
czym kultura łużycka miała być wyrazem wyodrębnionych Prasłowian) inni przypuszczali, że wspólnota Bałto-slowiańska trwała
nadal w postaci właśnie kultury łużyckiej i że dopiero we wcze­
snej epoce żelaza dokonanym został podział pierwotnej w spólnocy
z chwilą powstania tzw. kultury pomorskiej (daw niej zwanej kul­
turą grobów skrzynkowych z urnami twarz owy mi). Z a ga dn i en i e
stawało się jeszcze bardziej sporne i zagmatwane przez upor­
czywe, wbrew oczywistym dowodom, podtrzymywanie przez uczo­
nych niemieckich starej teorii Kossinny o rzekomo illiryjskim po­
chodzeniu kultury łużyckiej.
Prof. Lehr-Spławiński usiłując te rozbieżne poglądy uzgodnić,
wypracował jeszcze jedno odmienne rozwiązanie tego zagadnie­
nia. Mianowicie opierając się na kilku nazwach z pierwiastkiem
wen- występujących na obszarach zajętych w czasach historycz­
nych przez Słowian, Illirów i Celtów przyjmuje, że jest to świa­
dectwem jakiejś wspólnoty trzech tych odłamków indoeuropejskich, której wyrazem materialnym jest początkowo tzw. kultura
unietycka i rzekomo dalszy jej ciąg stanowiąca kultura łużycka.
Temu dość niejasno przedstawiającemu się zespołowi, mającemu
stanowić następną fazę wędrówek indoeuropejskich, wychodzącą
z tego samego mniej więcej ośrodka co ekspansja kultury cera
miki sznurowej, nadaje autor nazwę weneckiego. Nasunięcie się
tej weneckiej fali indouropejskiej na teren protobałtycki miało
spowodować rozdwojenie tego zespołu na Prasłowian i Prabałtów.
Jak więc wynika z przedstawionych wyżej wywodów autora
nie uważa on kultury łużyckiej za prasłowiańską. Idźmy jednak
dalej za jego wywodami. We wczesnej epoce żelaznej wyodręb­
niają się z zespołu łużyckiego dwa nowe zespoły kulturowe tj.
kultura pomorska i kultura tzw. grobów kloszowych, które autor
uważa za twory odrębne. Ze zmieszania się tych dwóch kultur
T

T

7

326
wyrosłych na podłożu łużyckim wytwarza się pod koniec środ­
kowego okresu żelaza kultura grobów jamowych, która jest do­
piero kulturą wyodrębnionych i całkowicie wykrystalizowanych
Prasłowian. Na tym kończą się zasadnicze dowodzenia autora.
Sprawy bowiem dalszego podziału Słowian na grupy wschodnią,
zachodnią i południową już nie próbuje wyjaśniać.
Przedstawione wyżej wywody nie rozwiązują jednak za­
gadnienia Prasłowiańszczyzny w sposób jasny i uzasadniony
w oparciu o fakty prehistoryczne. W wielu bowiem punktach sta­
nowisko autora jest niejasne i bliżej niesprecvzowane.
Niejasną jest przede wszystkim sprawa owego zespołu we­
neckiego, który ma sianowie, jakaś bliżej nieokreślona wspólnotę
słowiańsko-celtycko-illiryjską. .lak wiadomo kultura łużycka jest
potężnym zespołem kulturowym, znanym od środkowej epoki
brązu (około 1300 przed Chr.), którego zasadniczy ośrodek roz­
woju leży w dorzeczach Odry i Wisły. W tym ośrodku rozwija
się ona nieprzerwanie około 1000 lat. Z tego ośrodka wychodzi
jej ekspansja na tereny sąsiednie, a wpływy jej sięgają bardzo
daleko. Trudno się jednak zgodzić by z kultury łużyckiej wywo­
dzić było można lak Celtów, jak i Illirów. Owszem kultura łu­
życka lak na tereny celtyckie, jak i illiryjskie wywiera duży
wpływ, ale podobne wpływy stwierdzić możemy także na tere­
nach np. germańskich (Dania, Skandynawia), dalej bałtyckich,
trackich itd. i na odwrót inne ośrodki kulturowe wywierają rów­
nież swoje wpływy na kulturę łużycką.
Także i połączenie kultury łużyckiej z kulturą unietycką,
która dla pierwszej ma być rzekomo kulturą macierzystą, wydaje
się mocno wątpliwe. Tezę o unietyckim początku kultury łużyc­
kiej ukuł osławiony królewiecki profesor, działający przedtem
na Śląsku Bolko v. Richthofen, którą za nim bezkrytycznie pow­
tarzano. Richtholen rozpatrywał genezę kultury łużyckiej na cia­
snym śląskim podwórku na podstawie nikłych znanych mu wów­
czas materiałów. W świetle zaś nowych znalezisk sprawa genezy
kultury łużyckiej przedstawiać się zaczyna całkiem inaczej i do­
tychczasowe poglądy będą musiały ulec rewizji.

327

Przeciw hipotezie autora, jakoby kultura łużycka była wy­
razem celtycko-ilłiryjsko-słowiańskiej wspólnoty, przemawia cho­
ciażby fakt, że w czasie rozwoju kultury łużyckiej ośrodki zarówno
celtycki, jak i illiryjski są również już najzupełniej wykrystali­
zowane i najzupełniej od kultury łużyckiej różne. Ośrodek celtycki nad górnym Dunajem i górnym Renem już w ciągu starszej
epoki żelaznej rozpoczyna przecież swoją ekspansję we wszyst­
kich kierunkach i nacisk plemion celtyckich i ich kultury jest
także między innymi jednym_ z powodów- przemian, jakie w kul­
turze łużyckiej zachodzą.
Wydaje się rzeczą dość dziwną, dlaczego kultura łużycka,
J

1\УПГ7ара

щ

i

łat-

m v r a m i p

7Qn;grm Qm:
r

brort

l/nltiiTV\wy

т

Я

b v p

W V -

razem czegoś lak nieokreślonego, gdy wszystkie sąsiednie ośrodki
kulturowe są bez większych wątpliwości identyfikowane z róż­
nymi ludami, jak Germanie, Trakowie, Bałtowie, Illirowie, Cel­
towie itd. Czyż nie nasuwa się tu najprostszy sposób rozwiązania,
że są to juiż wyodrębnieni Prasłowianie? Czy nie przemawia bar­
dziej do przekonania wyjaśnienie pewnych łączności językowych
słowiańsko-illiryjskich i celtyckich raczej, jako wyraz wzajem­
nych wpływów, będących wynikiem bliskiego sąsiedztwa. Wszak
nawet owe nazwy z pierwiastkiem -wen, których nie ma znowu
tak dużo, mogą pochodzić jeszcze z okresu praindoeuropejskiej
wspólnoty, jak to zresztą wyjaśniał np. Rudnicki.
Wskutek lego, że autor powiązał Prasłowian dopiero z kul­
turą tzw. grobów jamowych (nazwa także niezbyt słuszna, bo
i tu są obok jamowych groby popielnicowe) nie bardzo wde, co
począć z kulturą pomorską i kulturą grobów kloszowych i z kim
je powiązać. Streszczając swoje wywody przy końcu pracy, uważa
i te kultury za prasłowiańskie, choć jest w tym przecie niekon­
sekwencja. Nie było już jednak możliwości innych powiązań. Należy tu nadmienić, że kulturę grobów kloszowych i pomorską
uważa autor za dwie odrębne kultury, choć z jednego podłoża łu­
życkiego wyrosłe. Wiele danych jednak przemawia, że mamy tu
do czynienia z jedną tylko kulturą, używającą najrozmaitszych
form grobu. Rozstrzygnięcie tego zagadnienia należy zresztą już

328
tylko do piehistoryków i trudno było autorowi językoznawcy te
rzeczy wyjaśnić.
Jeśli chodzi o kulturę grobów jamowych to również zwrócić
należy uwagę na pewne drobne zresztą nieporozumienia. Mówi
bowiem autor raz o kulturze grobów jamowych, to znowu o kul­
turze przeworskiej, to wreszcie o grupie oksywskiej. Tymczasem
trudno mówić o jakiejś kulturze przeworskiej. Jest to tylko połud­
niowa grupa kultury grobów jamowych, jak grupa oksywska
grupą północną tej samej kultury. Może lepiej byłoby nawet uży­
wać takich określeń geograficznych aniżeli odmiejscowyeh, jak
przeworska, oksywska, gdyż uniknęłoby się w ten sposób niepo­
rozumień, które i niektórym prchistorykom się przytrafiają.
Podniesione wyżej wątpliwości wskazują, ze powiązania
autora faktów językowych z faktami prehistorycznymi nie zawsze
są szczęśliwe i bezspornie przyjąć się dające. Niemniej jednak
próba podjęta przez autora wyjaśnienia całokształtu zjawisk po­
siada dużą wartość tym bardziej, że jeśli chodzi nawet o fakty
prehistoryczne została bodaj po raz pierwszy na taką skalę wyko­
nana. A próba to nie łatwa, gdyż stosunki przedhistoryczne na
ziemiach polskich są mocno zagmatwane i trudne do wyjaśnie­
nia. W każdym razie książka prof. Lehr-Spławińskiego stanowić
będzie mocną i dobrą podstawę do podjęcia dalszych prób tego
rodzaju.
Wykazanie zaś, że praojczyzny Słowian szukać musimy na
zachodzie a nie na wschodzie, jak to próbują dość niefortunnie
wykazać uczeni niemieccy i niektórzy, nieliczni słowiańscy, jest
bez wątpienia trwałym dorobkiem autora i nauki polskiej. Wresz­
cie należy tu jeszcze na zakończenie podkreślić, że praca prof.
Т. Lehra-Splawińskiego stanowi dla piehistoryków, zwolenników
tezy autochtonistycznej niemały triumf. Okazuje się bowiem, że
i językoznawca doszedł w rozważaniach swoich do tej samej tezy.
Różnice zaś w zapatrywaniach na szczegóły nie zmieniają w n i ­
czym ostatecznego wyniku.
Stefan

Nosek

329
PIGOŃ STANISŁAW, . G ł ó w n e p r o b l e m y l i t e r a ­
t u r y l u d o w e j * . Kraków 1947. Wyd. L. I . O. K. Biblioteka pi­
sarzy ludowych. Т. I , odb., 8°, str. 21.
Nie tyle treść, co sam tytuł artykułu St. Pigonia zobowiązuje
etnografa do zainteresowania się nim, są to bowiem rozważania
z zakresu socjologii i historii literatury, dociekania nad przedmio­
tem i charakterem oraz celami literatury wiejskiej grupy społecz­
nej. Autor walczy o prawo określania jej mianem literatury ludo­
wej, a więc terminem mającym w etnologii zdefiniowane znacze­
nie. Obok terminu «lileratura ludowa* w sensie etnologicznym,
ujmującego zespół utworów bezimiennych, h e z r z a s o w y r h . opar­
tych o przekaz ustny, wprowadza autor pojęcie literatury ludowej
obejmującej utwory autorów chłopskiego pochodzenia, a więc
określone co do miejsca, czasu a także osoby tworzącej. Dla roz­
różnienia proponuje autor wprowadzenie nazwy «literatura ludowa
nowsza*, uważając za niecelowe określanie jej mianem «literaturv
chłopskiej*, ze względu na wieloznaczność wyrazu «chłopski»
w Polsce.
W określaniu przedmiotu tak pojętej literatury ludowej wy­
klucza autor jako kryteria: 1) tematykę i wątki ludowe, 2) prze­
znaczenie dzieła, a więc twórczość popularyzatorską wsi, 3) spo­
łeczno-polityczną postawę dzieła. Nowsza literatura ludowa po­
wstaje wedle autora «przez lud, jest wytworem jego własnego wy­
siłku twórczego*, lub leż jest jej budowniczym i podmiotem. Po­
nieważ takie określenie nie jest zupełnie jasne, uzupełnia autor
swoje dociekania twierdzeniem, że literaturą ludową jest twór­
czość utalentowanych, autentycznych chłopów, związanych bezpo­
średnio z ziemią-żywicielką.
Drugą charakterystyczną cechą wedle autora ma być jej funk­
cja społeczna na wsi, jej rola «sumienia stanu wieśniaczego* opar­
tego o indywidualne władanie ziemią. Jest ona wytworem i wy­
razem tej grupy społecznej, sprawdzianem zaś jej wartości ma być
«prawda człowieka wiejskiego*.
Ocenę słuszności co do meritum sprawy pozostawiam histo­
rykom i teoretykom literatury, ograniczę się tylko do stwierdzę-

330
nia, że istotnie etnografia i etnologia liczyć się musi z uwielokrotnieniem terminu «literatura ludo\va». Samo zresztą pojęcie «ludu»
jest dostatecznie w mowie potocznej bałamutne, raz jest to stan
wieśniaczy, w innym wypadku «proletariat» (np. «Na barykady
ludu roboczy*), kiedy indziej oznacza cały naród («Rota» Konop­
nickiej), tak że wątpliwy jest zysk w określaniu literatury środo­
wiska wiejskiego mianem literatury ludowej.
Na koniec podkreślić muszę, że definicja autora odnosząca się
do terminu «literatura ludowa* w sensie etnologicznym, nie we
wszystkim oddaje nowoczesne poglądy na tę kwestię, wynika to
jednak z drugoplanowości rozważań nad tym zagadnieniem oraz
z chara.kte.i4i cale.fio artvkutu.
Józef

Gajek

JÓZEF KOSTRZEWSKI, «K u 11 u r a p r a p o l s k a * . Prace
Instytutu Zachodniego, nr t l . Poznań 1947. 8°, str. 605, 261 rycin.
Druk. św. Wojciecha.
0 kulturze prapolskiej, tzn. o kulturze plemion, z których
w zaraniu dziejów wytworzył się naród polski, w okresie czasu od
V wzgl. VI wieku do końca X I wieku wiedziało się do niedawna
niewiele. Wszak jeszcze do dziś bez mała w szerokich warstwach
panują ogólne pojęcia o stanie kultury prapolskiej takiej mniej
więcej, jakie wyrobić sobie można na podstawie «Starej baśni»
J. I . Kraszewskiego, gdzie to przodkowie nasi żyją zaszyci w gęstych
borach, posługując się w większości kamiennymi jeszcze narzę­
dziami i bronią, a jedynie z rzadka tylko przenika z Zachodu od
Niemców znajomość nowych zdobyczy kultury.
1 nie można się dziwić nawet, że podobne pojęcia utrzymy­
wały się tak długo, gdyż i «oficjalna» nauka przez długi czas trak­
towała len okres pradziejów iście po macoszemu. Dopiero w ostat­
nich latach intensywnie prowadzone badania szeregu grodzisk
i osad nieobronnyeh prapolskich przyniosły wiele nowych, bar­
dzo obfitych materiałów, stawiających kulturę prapolską w jakże
odmiennym świetle, aniżeli to dotąd było nam wiadome.

Wynik tych właśnie ostatnich badań prehistorii, jak też i i n ­
nych nauk, zwłaszcza etnografii i językoznawstwa, przynoszących
wydatne uzupełnienia dociekań prehistorycznych, przedstawia
książka prof. J. Kostrzewskiego, dająca po raz pierwszy możliwie
pełny obraz kultury prapolskiej.
Książka składa się z trzech części (działów), na jakie zwykle
kulturę dzielimy, t j . I . Kultura materialna (techniczna). I I . Kul­
tura duchowa (umysłowa) i I I I . Kultura społeczna.
Dział I , kultura materialna, najobszerniejszy, bo zajmujący
przeszło polowe książki, obejmuje 13 rozdziałów , przy czym roz­
działy większe podzielone są jeszcze na szereg mniejszych ustę7

P P "

pńw

*

A

7

n

n

l-ei'3'Ягч

vtTc.bn io

j

n n

nr7air7irctni;ni

i

j

Rn^rl-zioł

1

„TTr-n4

~

' —j

i ludzie» stanowi niejako wstęp do przedstawienia kultury pra­
polskiej. Dopiero od rozdziału 2 rozpoczyna autor omawianie po­
szczególnych działów kultury materialnej.
Rozdział 2 «Gospodarka» jest jednym z najciekawszych i bo­
daj najważniejszych. Zestawione bowiem przez autora wyczerpu­
jąco wyniki badań polskich, a także i niemieckich na prapolskich
grodach pozwalają stwierdzić dziś ponad wszelką wątpliwość, że
ludność prapolska utrzymywała się wyłącznie z rolnictwa i ho­
dowli bydła, łowiectwo zaś i rybołówstwo stanowiło przeważnie
zgoła nieistotny dodatek. Wobec takiego stanu rzeczy, do ostat­
nich czasów utrzymujące się i szeroko popularyzowane poglądy
badaczy niemieckich, jakoby ludność prapolska żyła tylko z ry­
bactwa i myśliwstwa, okazały się zwykłą fantazją i zmyśleniem.
Po rolnictwie, ogrodnictwie i sadownictwie oraz hodowdi
zwierząt domowych omówione jeszcze zostały dalsze działy go­
spodarki jak bartnictwo, rybołówstwo, łowiectwo wreszcie zbie­
ractwo.
Dwa następne rozdziały przedstawiają przejawy osadnictwa
(Rozdział 3) i związanego z nim budownictwa (Rozdział 4 ) , po­
czym omówiwszy sposoby odżywiania się (Rozdział 5) przechodzi
autor z kolei do opisu odzieży (Rozdział 6), ozdób stroju (Roz­
dział 7), wreszcie hygieny (Rozdział 8 ) .
Obszerny rozdział 9 dotyczy jednego z najbardziej interesu­
jących w materialnej kulturze prapolskiej działu, a mianowicie

332
rzemiosła. Znowu bowiem nauka niemiecka głosiła powszechnie,
że rzemiosło na ziemiach polskich rozpowszechniło się i stanęło
na odpowiednim poziomie dopiero po kolonizacji niemieckiej
w X I I wieku. Tymczasem ostatnie badania terenowe przyniosły
ogromne ilości materiału wykopaliskowego, pozwalającego stwier­
dzić, że rozliczne rzemiosła nie tylko znane były ludności pra­
polskiej, ale stały na bardzo wysokim poziomie, a co więcej, że ze
względu na poziom wyrobów, musiały istnieć warstwy specjalistów-rzemieślników, gdyż trudno sobie wyobrazić, by tak dosko­
nałe wyroby wykonywane były przez niespecjalistów.
Jeśli chodzi o rzemiosło, to wymienia autor rzemiosła zwią­
zane z obróbką drzewa, j a k ciesiołka, kołodziejstw^, bednarstwo,
tokarstwo, wreszcie obróbkę kory i koszykarstwo, dalej obróbkę
tkanin i skóry, jak tkactwo, krawiectwo, szewstwo i siodlarstwo,.
wreszcie obróbkę kości i rogu, kamieniarstwo, garncarstwo, od­
lewnictwo i kowalstwo oraz zlotnictwo.
W ostatnich czterech rozdziałach działu kultury material­
nej omawia autor górnictwo i hutnictwo (Rozdział 10), uzbroje­
nie (Rozdział 11), komunikację (Rozdział 12) i wymianę towarów
«handel» (Rozdział 13).
Dwa następne działy kultury, tj. kultura duchowa, i kultura
społeczna, zostały już potraktowane znacznie krócej i stanowią ra­
czej kompilację danych językowych, etnograficznych i historycz­
nych, co zresztą stwierdza we wstępie sam autor. W tych bowiem
działach kultury prehistoria, posługująca się przecież wyłącznie za­
bytkami z trudem tylko i w rzadkich wypadkach pewne zjawiska
rekonstruować może i siłą rzeczy musi w znacznie szerszym za­
kresie oprzeć się na wynikach innych nauk. Z zakresu kultury du­
chowej jedynie tylko obrzędy związane z kultem zmarłych i pewne
działy sztuki może prehistoryk badać na podstawie swoich ma­
teriałów.
Dział I I Kultura duchowa składa się z 7 rozdziałów, w któ­
rych autor zajmuje się po kolei imiennictwem miejscowym (Roz­
dział 14), pogańskimi wierzeniami religijnymi i magią (Roz­
dział 15), początkami chrześcijaństwa (Rozdział 16), lecznictwem
(Rozdział 17), kosmografią, kalendarzem, miarami i wagami (Roz-

333
dział 18), zdobnictwem i sztuką (Rozdział 19), wreszcie gędźbą.
śpiewem, pląsami, grami i zabawami (Rozdział 20). W dziale I I I
(kultura społeczna), najkrótszym, przedstawiono w 5 rozdziałach
następujące zagadnienia: rodzina (Rozdział 21), ustrój społeczny
i państwowy (Rozdział 24) i stosunki kulturowe z innymi ludami
(Rozdział 25).
Uzupełnienie treści książki stanowią obfite przypisy i trzy
skorowidze: rzeczowy, nazw osobowych i nazwy miejscowych, wy­
konane bardzo starannie przez L. J. Łukę, i ułatwiające znako­
micie korzystanie z przebogatej treści książki. Należy wreszcie pod­
kreślić znakomity dobór obfitych rycin pięknie wykonanych, jak
i staranne wydanie książki (dobry papier, duży, wyraźny krój
:

l

i

i i. i

i • i^;

Jak już wspomniano wyżej, najobszerniejszym i najbardziej
oryginalnym jest dział I Kultury materialnej, choć i tu autor obfi­
cie korzysta z danych językoznawczych i etnograficznych (te ostat­
nie dostępne są dzisiaj różnego rodzaju badaczom zjawisk
kultury dzięki znakomitemu dziełu M. Moszyńskiego «Kultura
ludowa Słowian»). Wyzyskuje także wyczerpująco wszelkie
dane, jakich dostarczają badania botaniczne i zoologiczne nad zna­
leziskami szczątków roślin i resztek kostnych zwierząt odkrytych
w osadach prapolskich. Podając poza tym niemal bez reszty ma­
teriał prehistoryczny, jaki z tego okresu znamy (przy czym sporo
tu materiału z własnych badań autora) dal nam autor po raz
pierwszy przedstawienie całokształtu kultury materialnej prapol­
skiej tak obszerne i wyczerpujące.
Także i przedstawienia kultury duchowej i społecznej mimo
tego, że oparte są w przeważającej mierze na wynikach innych
nauk, dokonane zostały w len sposób również po raz pierwszy.
Z tego też powodu, że wyzyskano w książce i zestawiono tak
bogaty materiał z różnych dziedzin wiedzy, korzystać z niej mu­
szą wszyscy interesujący się kulturą polską i lo zarówno prehistoryk i etnograf jak i językoznawca i historyk, nie mówiąc już
o historyku kultury czy sztuki, ba nawet zoolog czy botanik. Ka­
żdy w niej znajdzie źródło obfitych informacji i podniet do dal­
szych badań.

Przedstawienie po raz pierwszy całokształtu kultury prapol­
skiej, jej niesłychanie żywych i bogatych przejawów, podanie wielu
nowych, dotąd nieznanych materiałów, zebranie rozproszonych po
licznych trudno dostępnych czasopismach i publikacjach, uporząd­
kowanie materiałów, jak i podanie wyczerpującej literatury
w przypisach nie tylko uczonym, ale i szerokim warstwom społe­
czeństwa przez jasny i nadzwyczaj przystępnie ujęty wykład, —
oto największe walory książki prof. J. Koslrzewskicgo, wypełnia­
jącej tak dotąd dotkliwą i przykrą lukę w naszej literaturze nau­
kowej.
Stefan

Nosek

PIGOŃ STANISŁAW, «Z К o m b o m i w ś w i a t». Bibioteka dziejów i kultury wsi. Т. X. Kraków 1948. 8°, str. 288.
Pamiętnikarskie wspomnienia młodości St. Pigonia, zrodzone
w swym głównym zrębie w czasach wojny, podczas więziennych
wieczorów wrocławskich, są nie tylko sięgnięciem pamięcią wstecz,
ale i dojrzałym, wnikliwym obrazem ciernistej drogi chłopskiego
dziecka do kultury i nauki. Jest rzeczą jasną, że główny lemat tej
pełnej uroku książki luźno się wiąże z etnografią, nalomiast na­
kreślone w niej tło i dzieje przemian tradycyjnej kultury ludo­
wej tej części Podkarpacia zawierają wiele cennych materiałów
etnograficznych, pokazanych w pełnej dynamice życia. Autorowi
zresztą nie są obojętne problemy etnologiczne, co sam potwierdza
w słowach: «Był to okres bliższych mych zainteresowań się etno­
logią, do których podnietę miałem także z uniwersytetu; nie na
próżno kolegowałem z Franciszkiem Gawełkiem i w Bibliotece Ja­
giellońskiej wertowałem «Lud» lwowski... Chwytałem więc w pa­
mięci i z mojej także wsi obrzędy, a zwłaszcza pieśni ludowe. Ob­
chodziła mnie naturalnie przede wszystkim ich wartość literacka.
Niestety nie zdobyłem się na systematyczne zebranie ich i spisa­
nie* (str. 256—7).
Niemniej pierwsze dwa rozdziały tej książki, a mianowicie:
«Moja wieś» i «Mój скип» wyrównują w części zobowiązania autora

335

wobec kraju lat dziecinnych. Oba rozdziały stanowią wartościową
pozycję etnograficzną, która nie będzie mogła być pominięta
w przyszłych monografiach Podkarpacia.
Rozdział pierwszy zawiera w kolejnym układzie następujące
zagadnienia: topografia wsi, zarys historyczno-osadniczy, rabacja,
tradycje pańszczyźniane, przemiany kulturowe w ostatnim pół­
wieczu w dziedzinie rolnictwa, stroju, budownictwa, pożywienia.
Następnie omawia autor zanikanie zwyczajów, takich jak wspól­
noty pracy, dożynek, rozluźnianie się więzi rodzinno-sąsiedzkiej.
przyczyny tego i skutki, a dalej opisuje hierarchię wiejską, rolę
emigracji zarobkowej, dworu i plebanii jako czynnika postępu,
rolę prądów politycznych, wreszcie rolę szkoły, omawia też stosunki między wsią a miastem, kompleks niższości, typy wiejskie.
W rozdziale drugim porusza autor zagadnienie tradycji i sto­
sunków rodzinnych na wsi, okolicznościowo wspomina o przę­
dzalnictwie. Charakteryzując ojca, omawia ciekawe zagadnienie
społecznej roli kowali i rzemieślników we wsi oraz szereg zagad­
nień z zakresu kultury społecznej i duchowej komborniańskiego
środowiska. Ciekawe również światło rzuca na rolę matki.
Opisy faktów podane są przez autora w ciągłej postępowej
zmienności: «Kombornia dzisiejsza w porównaniu z tą, jaką pa­
miętam w dzieciństwie, przedstawia stadium rozwojowe daleko
posunięte*. W rezultacie zaś tracąc swój kształt staroświecki, two­
rzy powoli nową strukturę, pozbawioną jednak dawnej swoistej
odrębności, toteż autor uważa za najbardziej znamienne zjawi­
sko pękanie więzi rodzinno-społecznych i idące za tym zbytnie
indywidualistyczne rozproszkowanie, obok zaniku auLorytelów mo­
ralnych wsi. «Rozwoju wsi i przemiany oczywiście nic nie po­
wstrzyma, bo nie powstrzyma postępującego naprzód życia», wy­
raża natomiast autor słuszne wątpliwości, czy rewolucyjna linia
rozwojowa zrywająca z dawnymi formami jest dla wsi korzystna,
czy raczej wieś powinna być «organieznym rozrostem podnoszą­
cym i bogacącym swoistą kulturę ludu». Słuszna to i trafna dia­
gnoza przełomu w kulturze ludowej, zastrzeżenia autora warto
wziąć pod rozwagę. Uczą one i etnografa, jak należy patrzeć na
zjawiska kulturowe w chwili przełomu.
Józef Gajelc

DR JULIAN ALEKSANDROWICZ,
«Z
zagadnień
w s p ó ł c z e s n e j b i ok 1 i m a t у к i l e k a r s k i e j» («Wszechświat», 1946, I I I ) .
Astrologia zdewaluowana do niedawna w nauce, tzw. «morowe powietrze*, przeczucia pogody i ludowe wróżby urodzajów
bywają coraz częściej naświetlane przy pomocy nowoczesnego
aparatu badawczego, przy czym uczeni dochodzą do interesujących
wyników. Doc. dr Julian Aleksandrowicz stwierdza, że poznawa­
nie praw kosmicznych uczy szacunku do «dorobku dawnych po­
koleń, których obserwacja zjawisk przyrodniczych równie była by­
stra, jak nasza, jedynie we współczesnym ujęciu zdaje się być za­
mazana przez rysy odległej epoki. Również nie луо1по n a m j ^ r z u cać mądrości zawartej w tradycjach ludowych, jak i ludowej me­
dycynie, będącej wynikiem doświadczeń wielu pokoleń (wiara
w zjawiska przyrodnicze, rokujące przebieg pogody czy urodza­
jów, wiara w złowróżbne komety itp.)». Astrologia, jako próba
unormowania wpływu czynników kosmicznych i atmosferycznych
na ustrój psychofizyczny człowieka, nie była, jak wykazują naj­
nowsze badania, «w głupstwa wywarzona kuźni* — jakby to po­
wiedział Mickiewicz słowami Śniadeckiego — ale jako nauka oparta
na trafnych obserwacjach przyrodniczych, sięgała śmiało po ta­
jemnice, o których wyjaśnienie trudzi się dziś fizjologia i fizyka
oraz meteoropatologia, klimatologia i prawnuczka starożytnej
astrologii, bioklimatyka.
e

T

Doc. dr Aleksandrowicz w badaniu wpływu makrokosmosu
na organizmy żywe opiera się na wynikach prof. Ludomira Kor­
czyńskiego, który dojrzał u niektórych osób wielką wrażliwość na
wpływy atmosferyczne (np. halniak) czyli meteorotropie i badał
jej przejawy. Powołuje się na spostrzeżenia Rettmanna, który za­
uważył, że depresja psychiczna tych ludzi jest zależna od zmian
w naczyńkach włosowatych przed burzą elektryczną. Meteoropa­
tologia liczy się dziś poważnie z tzw. «prawem serii* w zgonach
i nagłych schorzeniach, a dr Aleksandrowicz twierdzi, że przyj­
dzie czas, kiedy rady bicklimatologa zasięgać będzie chirurg, «wyczi-kujący sprzyjającej aury dla zabiegu operacyjnego — niby śre-

337
dniowieczny wódz, pytający astrologa o szczęśliwą konstelację dla
jego zamierzeń. On ostrzeże kardiologa przed niekorzystną sytua­
cją klimatyczną dla jego chorych, dzięki czemu zastosuje zaradcze
środki. On ostrzeże ftizjologa o groźbie krwotoków płucnych. Ta
profilaktyczna jego czynność więcej może przynieść nieraz cho­
rym pożytku, niż najbardziej wyszukane leki».
Dziś uczeni nie lekceważą przedbakteriologicznych wiar
w «morowe powietrze*, a w ślad za angielskim epidemiologiem
w. X V I I Sydenhamem, prof. Kostrzewski nawołuje, by «nie lekce­
ważyć epidemiologicznego rozumowania*. Bakteriologia Pasteura
i wynalazek mikroskopu elektronowego wykrywają zarazki cho­
robotwórcze, ale nie wyjaśniają epidemicznego nasilenia choroby.
r

wicz — równolegle z plamami na słońcu, które znów z drugiej
strony wywierają wpływ na natężenie opadów, to wszystko czyn­
niki powiązane ze sobą korelacyjnie. W nich szukać należy tego
tajemniczego «genius epidemicus* (termin Sydenhama). Wchodzą
tu w grę i «promienie ziemne*, czynne nad podziemnymi źródłami
i potokami, wywierające podobno ujemny wpływ na żywe ustroje,
co eksperymentalnie stwierdzali: Jenny, Oehler, Staufler, Miescher, Schaaf i anatomopatolog Bietzke, posługujący się w swych
badaniach pomocą różdżkarza. Ponadto czynniki kosmiczne. Duell
dopatruje się zależności nasilenia zgonów w dwóch odległych mia­
stach, Zurychu i Koblencji, w pewnych okresach od eleklroinwazji, od rytmicznego zarzucania naszej planety przez cząstki pro­
mieni Alfa i zmian w ziemskim polu elektromagnetycznym — aż
do burz elektromagnetycznych włącznie.
Podobnie ma się sprawa ze współrzędnością stanów długo­
trwałej pogody lub słoty, których współzależność od rytmu nasi­
leń plam słonecznych stwierdził na podstawie materiałów z dwóch
wieków Bruckner, a Edw. Stenz zaryzykował nawet twierdzenie,
że istnieje zależność ruchów rewolucyjnych i wojen od maksymal­
nej plamistości słońca, którą w przeciągu półtora wdeku notowano
w r. 1788, 1830, 1848, 1905, 1917, 1939. Doniosłe znaczenie dla ży­
cia posiadają promienie kosmiczne. Dzięki bowiem własnościom
jonifikacyjnym wywierają one olbrzymi wpływ na organizmy i ich
1

Luil, Т. X X X V I I

22

338
ustrój psychofizyczny. Ujemnie zjonizowane powietrze, jak stwier­
dzili to Dessauer i Czyżewski, «zwalnia ruchy oddechowe, obniża
ciśnienie krwi, zwalnia tętno, powoduje obniżenie podstawowej
przemiany materii, zwiększa zdolność zatrzymywania i odtwarza­
nia wrażeń wzrokowych i słuchowych. U meteoropatów oddycha­
nie ujemnie zjonizowanym powietrzem usuwa migrenę i wpływa
dodatnio na samopoczucie*.
Rozważania doc. dra J. Aleksandrowicza dotyczą nie tylko
nowych horyzontów bioklimatyki lekarskiej. Są one bowiem po­
mocne również w ustalaniu pozytywnych dziedzin kultury ludowej.
T.

Seweryn

ZAJĄCZKOWSKI WŁODZIMIERZ, « P r z y s ł o w i a , po­
w i e d z e n i a i f o r m u ł k i K a r a i m ó w t r o c k i c h . Myśl ka­
raimska. Seria Nowa, tom I I . 1946—1947. Odb. 8", str. 53—65.
Krótka rozprawka W. Zajączkowskiego podaje we wstępie
wyczerpującą bibliografię odnoszącą się do przysłowi ludów tu­
reckich, z uwzględnieniem zbiorów Karaimów krymskich, łuc­
kich i halickich, po czym autor uzupełnia materiały przyczynkiem
własnym, zawierającym 35 przysłowi i 43 powiedzeń Karaimów
trockich. Autor dochodzi do wniosku, że przytoczony materiał
wiąże się ściśle, tak pod względem treści, jak i formy, z dorob­
kiem ludowej literatury tureckiej; świadczy o tym dwudzielność
paralelnie zbudowanych zdań, obecność typowych rymów i aiiteracyj. Zwłaszcza owa dwudzielność zdań jest charakterystyczna
dla starszej poezji ludowej tureckiej, co stwierdzają również bada­
nia T. Kowalskiego. Przytoczone w rozprawce przykłady wyka­
zują duże podobieństwa w treści do przysłowi Karaimów krym­
skich, halickich, łuckich i besarabskich Gagauzów, nawiązują równ.eż do przysłowiowych motywów Turków anatolijskich, azerbejdżańskich, turkeslańskich i Tatarów kazańskich. Nie brak też analogij do przysłowi arabskich i perskich. Kilkakrotnie też zestawia
autor polskie przysłowia z materiałem Karaimów trockich i do7

339
palruje się równań w następujących przykładach: karaim.: «Kto
daje i odbiera, niech pocałuje psa w tyłek», polsk.: «Kto daje i od­
biera, ten się w piekle poniewiera*. Karaim.: «Każdy drapie swój
strup», polsk.: «Każdy ma swego mola, co go gryzie*. Trafniejszą
jednak pod względem formalnym analogię przedstawia przysłowie
podane przez S. Adałberga w «Księdze przysłów* (str. 106): «Każdy
drapie, gdzie go świerzbi*. Obie wersje trudno uznać za pokrewne,
wiąże je jedynie wspólna myśl, brak natomiast wiązań formal.nostylistycznych.
Warto natomiast zestawić kilka przysłowi o identycznej i n ­
tencji i wspólnych symbolach wyobrażeniowych np. karaim
(nr 5): «Ryba od głowy (począwszy) cuchnie, polsk.: «0d głowy
ryba ;u^L..:^ , (3. Aduibcig, j j u J ryba, nr o, sir. ivó).
Karaim, (nr 19): «Zaproszonemu gościowi dużo trzeba*,
polsk.: «Dla proszonego gościa wiele potrzeba*, (S. Adałberg, pod
gość, sir. 155, nr 5 ) . Karaim, (nr 20): «Ręki której nie możesz
ugryźć, ucałuj ją«. polsk.: «Całuj rękę, której ugryźć nie mo­
żesz* (S. Adałberg, str. 106).
Karaim, (nr 23): «Kotka za drzwi, mysz z dziury*, poisk.:
«Kot z domu — myszy na pokój (na stół)*, (S. Adałberg, pod kot,
str. 232, nr 45). Odpowiedniki tego przysłowia istnieją również
w językach łacińskim, francuskim, angielskim i niemieckim, (por.
• I . St. Ryslroń, Przysłowia polskie, str. 18, oraz F. Seiler, Deutsche
Sprichwórterkunde, str. 87).
Karaim, (nr 24): «Dla kotki zabawa, dla myszy śmierć*,
polsk.: «Kolowi żart a myszce śmierć* (S. Adałberg, pod kot,
sir. 232, nr 37). Karaimsk.: «Rozlane mleko i psu i kotu», polsk,
"•Na rozlane mleko pies i świnia lezie*.
Dla trzech ostatnich przysłowi nie znalazł autor odpowiedni­
ków tureckich, natomiast przysłowia nr 5 i 20 posiadają swoje od­
powiedniki w literaturze starotureckiej. W pierwszym wypadku
możnaby się liczyć z wpływami polskimi, w dwu ostatnich jednak
mamy do czynienia z motywami wędrownymi. Rozwiązanie łych
problemów w obecnym stanie wiedzy nie jest możliwe, dopóki
paremiografia nie upora się z systematyką przysłowi, tak jak to
się slalo z innymi gatunkami literatury ludowej opracowanymi
0

9

,

34U

przez Antti Aarneo, Stitha Thomsona, a w Polsce przez J. Krzy­
żanowskiego.
Na koniec należy podkreślić staranne wydanie tekstów ka­
raimskich w fonetycznej transkrypcji oraz tłumaczeń polskich,
które umożliwiają studia porównawcze.
Józef

Gajek

ETNOGRAFIA W PRODUKCJI FILMU POLSKIEGO.
W epoce, kiedy ziemie nasze przemierzał z kosturem wę­
drowca w ręku Zorian Dołęga-Chodakowski poszukując «starożytności słowiańskich*, normalną formą utrwalania zebranego ma­
teriału Lyi opis I rysunek. Za czasów KoILcigd, Iiuiitiukkn,gu,
czy Udzieli do dyspozycji etnografa stanęła kamera fotograficzna,
zrazu ciężka i niezgrabna, która z czasem osiągnęła precyzje i roz­
miary dzisiejszych aparatów małoobrazkowych.
Był to duży postęp w zakresie techniki zbierania materia­
łów ludoznawczych, gdyż klisza oraz soczewka fotograficznego
obiektywu zastąpiła na zawsze wprawną rękę i oko rysownika.
Dziś arsenal środków-, jakim rozporządzać może etnograf,
wzbogacił się wydatnie. Nie ulega jednak wątpliwości, że wśród
nowoczesnych środków, służących do utrwalania etnograficznych
materiałów, na pierwsze miejsce wysuwa się film dźwiękowy.
Dzięki niemu mamy możność pokazania nie tylko, jak dane zja­
wisko «wygląda», ale i jaki ma przebieg.
Nic dziwnego, że wobec kolosalnych możliwości, jakie ma
zastosowanie filmu w dziedzinie wiedzy o kulturze ludowej, oczy
etnografa pilnie śledzą w szelkie próby, wiodące do stworzenia
naukowego filmu etnograficznego.
W Polsce pierwsze kroki w tym zakresie robiono już przed
wojną. Jedna z wytwórni kręciła np. film w Łowickim przy udziale
prof. E. Frankowskiego. Obecnie zanotować wypada nowe próby.
W grudniu ub. r. Film Polski zobowiązał niektórych etnografów
polskich do napisania scenariuszy z różnych dziedzin ludowej kul­
tury, które po nakręceniu miały być wyświetlane w ramach serii
filmów naukowych. Dotychczas zrealizowane zostały trzy scenar

341

riusze: « Wielkanoc w Łowickim*, «Boże Narodzenie u Górali ślą­
skich* oraz «Zwyczaje rolnicze w Krakowskim*. Dzięki uprzej­
mości Dyrekcji Instytutu Filmowego w Krakowie grono etnogra­
fów krakowskich miało możność obejrzenia «Wielkanocy w Ło­
wickim* oraz «Zwyczajów rolniczych w Krakowskim*.
Przed szczegółowym omówieniem obu filmów, należy kilka
słów poświęcić rozważaniom na tematy ogólniejsze, związane
z filmem etnograficznym. Wychodzimy z założenia, że celem na­
ukowego filmu etnograficznego powinno być pokazanie pewnego
szerszego lub węższego wycinka z życia ludu, ilustrującego jego
kulturę tradycyjną, gdyż ta właśnie kultura jest przedmiotem ba­
dań etnograficznych. Wiemy, że wieś polska od wybuchu I wojny
i
o n i u i u

:—
H t j

i
UiCgcł

i t i

• i

i_łcllH\W

1UUI VIII

2

.

—.

:

p i A L U U l d/.CillUlll,

R I U K

»

llllCUZy

i i l -

nymi polegają na zanikaniu treści właściwych tradycyjnej «kulturze ludowej* i uleganiu przemożnym wpływom kultury miej­
skiej.
Film etnograficzny jest dziś w dużej mierze filmem histo­
rycznym. Pokazuje nam zwyczaje, które niejednokrotnie są już
przez lud zapomniane, narzędzia, które wyszły z użycia i stroje,
których się (przynajmniej na codzień) nie nosi. Wobec nauko­
wego filmu etnograficznego musimy stosować te same kryteria,
co wobec filmów historycznych. Musi on więc, poza walorami este­
tycznymi, oddawać wiernie ducha epoki, nie może zawierać ana­
chronizmów, musi dawać pełne złudzenie, że oglądamy rzeczywi­
ste życie z czasów, które minęły. Wymaganiom tym musi spro­
stać i scenarzysta, który daje roboczy projekt filmu, i reżyser,
który ten projekt realizuje, i aktor, a wreszcie i rekwizytor, któ­
rego zadaniem jest nadanie filmowi właściwej «oprawy».
Od scenarzysty wymaga się, żeby opracowywane dla potrzeb
filmu zjawisko podane było w formie możliwie najpełniejszej.
Musi tam być wiernie zachowana kolejność rozgrywającej się
akcji, musi być uwzględniona związana z nią treść obrzędowa
i zwyczajowa. Scenariusz musi, niejako na marginesie głównej
akcji, dać reżyserowi możność pokazania krajobrazu właściwego
danej okolicy, wyglądu wsi, architektury, wnętrza, strojów co­
dziennych i uroczystych, zajęć domowych etc.

342

Rola tła, na jakim rozgrywa sic akcja, stroju, czy jakichś
mało zdawać by się mogło, ważnych rekwizytów, w filmie etno­
graficznym nabiera bardzo dużego znaczenia. Chałupa, czy żarna
do mielenia zboża powinny w filmie «grać» na równi z aktorem.
Niejednokrotnie, niby mimowolne podkreślenie jakiegoś drobnego
szczegółu drugoplanowego, np. otwierania zamku drewnianego
przy drzwiach, czy założenie siekiery między wystające węgły
zrębu, lepiej podkreśla atmosferę właściwą danej wsi, niż, cała
akcja filmu z najstaranniej wyreżyserowaną grą aktorów. Dzięki
umiejętności operowania w filmie architekturą drewnianą, stro­
jem oraz masą drobnych rekwizytów — osiągnąć mogły swą wy­
soką w artość etnograficzną i estetyczną zarazem filmy takie jak
np. «Janosik z frhowej» wyprodukowany przed wojną przez wy­
twórnie czeskie, czy niektóre filmy radzieckie (choćby «Świniarka
i pastuch*). Przy pewnej dozie sumienności i wyczucia stworze­
nie odpowiedniej scenerii dla filmowania przewidzianej w scena­
riuszu akcji nie nasuwa większych trudności. Jeszcze w nawpół
zurbanizowanych, podmiejskich wsiach polskich przy odrobinie
staranności ze strony reżyseia można sfilmować obrazy, dające
złudzenie, że rzecz dzieje się w zapadłej wiosce za siedmiu rzeka­
mi. Tam, gdzie osiągnięcie odpowiedniego efektu nie jest przy po­
mocy środków miejscowych możliwe, nie należy się cofać przed ma­
kietą, czy rekonstrukcją pod warunkiem oczywiście, że sporządzona
zostanie na odpowiednim poziomie. Zagadnienie, kogo należy an­
gażować do gry w filmach etnograficznych, nie jest łatwe do roz­
strzygnięcia. Najprościej byłoby posłużyć się aktorami zawodo­
wymi. Niestety, aktorzy nasi nie umieją należycie wcielić się w po­
stać chłopa, tak że wszelkie znane mi z ekranu sceny wiejskie kwa­
lifikowały się właściwie do usunięcia. Pozostaje więc autentyczny
chłop, który nie potrzebuje «grać», wystarczy, żeby «był sobą».
Nie jest to jednak takie proste. Umiejętność swobodnego porusza­
nia się przed okiem obiektywu w obecności obcych ludzi, którzy
komenderują, każą na zawołanie wykonać pewne czynności, czy
manifestować pewne uczucia nie jest daną każdemu. Na wsi sporo
mamy pierwszorzędnych talentów aktorskich, ale chcąc z nich
korzystać, trzeba je umieć wyłowić spośród stokrotnie większej
7

343
ilości ludzi, którzy przed obiektywem aparatu tracą głowę lub po­
ruszają się jak drewniane manekiny.
Nad całością obrazu czuwa reżyser. Od jego kultury i su­
mienności zależy, czy film etnograficzny będzie arcydziełem (Ja­
nosik z Trhowej), czy tzw. w języku filmowców «szmirą».
Zadaniem reżysera jest filmowa interpretacja scenariusza.
Ze scenariusza naukowego filmu etnograficznego nie wolno reży­
serowi niczego istotnego wyrzucić. Obowiązkiem jego jest zgod­
nie z wymaganiami nauki dać całokształt zagadnienia. Może on
jednak i powinien w czasie realizacji filmu charakterem zdjęć
oraz przemyślanym rozplanowaniem metrażu bardzo wydatnie mo­
delować surowy materiał dostarczony przez scenarzystę.
łości charakter bardziej popularny lub ściślej naukowy, może pe­
wne momenty uwypuklić, inne potraktować pobieżniej lub tylko
zaznaczyć ich istnienie krótką migawką. Musi on dobrać odpo­
wiedni co do charakteru filmu komentarz słowny i dbać o utrzy­
manie równowagi między komentatorem a stroną muzyczną i efek­
tami dźwiękowymi.
W rękach odpowiedniego reżysera tematy z zakresu trady­
cyjnej kultury ludowej stanowią niesłychanie wdzięczne tworzy­
wo. «Naukowy film etnograficzny* mimo swego «dokumentarnego»
charakteru nie musi być koniecznie nudny i niestrawny dla prze­
ciętnego widza kinowego. Wprost przeciwnie. W ręku utalento­
wanego reżysera spoczywają nieograniczone wprost zasoby środ­
ków technicznych, ujęć, efektów , czy wręcz tricków, które pozwa­
lają etnograficznie wierny materiał podać widzowi w sposób i n ­
teresujący.
Przykładem niech będą chociażby filmy popularno-naukowe
z zakresu historii sztuki (film o katedrze w Pradze, czy rzeźbach
Michała Anioła), w których rzecz tak na pozór sucha, jak analiza
dzielą sztuki, bez akcji, bez udziału aktorów przeprowadzona jest
w sposób przykuwający uwagę widza od pierwszej chwili do
ostatniej.
Odbieganie od prawdy i ścisłości dla rzekomego nadania f i l ­
mowi bardziej popularnego charakteru jest błędem podstawowym,
7

344
odbierającym takiemu filmowi wszelką wartość naukową i dy­
daktyczną.
Droga popularyzacji wiedzy przy pomocy filmu prowadzi
tylko poprzez odpowiednie ujęcie, nigdy zaś przez pokazanie «efekcików» stojących w sprzeczności z wymaganiami naukowej pra­
wdy, czy duchem epoki.
Naszkicowane tu po krotce wymagania, stawiane dobremu
filmowi etnograficznemu, nie są bynajmniej «kajdankami», ma­
jącymi krępować twórczą pracę reżysera. Są to postulaty elemen­
tarne, które podczas produkcji filmów naukowych z innych dzie­
dzin wiedzy są już od dawna bez dyskusji realizowane. Cóż po­
wiedzielibyśmy, gdyby tak np. w filmie przedstawiającym cykl
r « ? w f v i o w v tu^Unlta k a r m ^ T t u k a - . - n n l ; n 7 i n n

mntvln—wvktnwnirirarm

się wprost z jajka, gdyby na przepoczwarczenie «brakło rnetrażu»,
a gąsienica zajadałaby ze smakiem korzonek marchwi, gdyż w mo­
mencie filmowania nie było pod ręką listka kapusty?
Podobne braki w filmie etnograficznym spotykają się z na­
szej strony z życzliwą pobłażliwością. Patrzymy na nie przez palce.
Stanowisko takie przynosi w rezultacie dużą szkodę, gdyż dopusz­
cza do utrwalenia się w produkcji filmowej taniej łatwizny, obni­
żającej poziom i wartość naukową filmu etnograficznego.
Przechodząc po tym wstępie do omawiania obydwu wyświe­
tlanych w Krakowie filmów, zastrzegam się, że pomijam celowo
zagadnienia, tyczące się ich walorów estetycznych i momentów
czysto technicznych. Na marginesie niejako pragnę podkreślić, że
strona techniczna zdjęć poza paru niewielkimi usterkami jest bez
zarzutu, zaś szereg obrazów oglądanych na obydwu filmach pod
względem estetycznym stoi na bardzo wysokim poziomie.
Nie da się niestety tych pozytywnych ocen utrzymać, gdy pa­
trzymy na filmy od strony czysto etnograficznej.
Zacznijmy od analizy treser Zarówno film o zwyczajach
wielkanocnych w Łowickim, j a k i o zwyczajach rolniczych w Kra­
kowskim odznaczają się dość przypadkowym doborem sfilmowa­
nych obrazów. W zwyczajach wielkanocnych położono główny na­
cisk na jednakową w całej Polsce, a z punktu etnograficznego

345
mniej ciekawą obrzędowość kościelną Wielkiego Tygodnia, nie
pokazano natomiast robienia pisanek, czy papierowych wycina­
nek, którymi przed Wielkanocą zdobi się izby. W zwyczajach rol­
niczych z Krakowskiego darmo szukalibyśmy wiosennego zwy­
czaju obchodzenia pól, przepędzania chmur gradowych przy po­
mocy dzwonków loretańskich, czy też «opalania» zasiewów przy
pomocy ognia przeniesionego z płonącego na Zielone Świątki stosu
sobótkowego. Z braków tych (których rejestr można by rozsze­
rzyć), trudno jest czynić zarzut scenarzystom. W scenariuszu pun­
kty te były uwzględniane, jedynie w czasie realizacji pominięto
te wszystkie momenty, których sfilmowanie nasuwało by nieco
większe trudności techniczne lub pociągało za sobą wydatki f i ­
nansowe.
Bardzo nierówno w obydwu omawianych filmach wykorzy­
stane zostały elementy, składające się na etnograficzne odrębno­
ści filmowanych regionów. W Łowickim np. szereg scen, zresztą
zupełnie niepotrzebnych, nakręcono na tle pozbawionych wszel­
kiego wyrazu domków z przedmieść Łowicza, nie pokazano nato­
miast jedynej w swoim rodzaju chałupy włościańskiej z ciemnym
zrębem pomalowanym na święta wapnem w białe kwiaty. W Kra­
kowskim architektura wsi uwzględniona została stosunkowo do­
syć szeroko, ale i tam nie widać świadomego posługiwania się
nią w celu uzyskania pewnej zwartej całości kompozycyjnej i wy­
wołania odpowiedniego nastroju.
Stosunek realizatorów filmu do ubiorów ludowych w oby­
dwu filmach odznacza się dużą niefrasobliwością. Aktorzy ubrani
są raz w stroje ludowe, raz w tzw. «miejską tandetę* lub co gor
sza, ani tak ani tak, tylko w jakieś ad hoc skomponowane unifor­
my, przypominające najbardziej ubiory organizacji młodzieżo­
wych (żeńcy w Krakowskim). Wszystkie te ubiory noszone są
w dodatku z rażącą niekonsekwencją. Widzimy więc kobiety przy
żniwach ubrane w kosztowne gorsety, siewców w błyszczących
cholewach, starców ubranych po miejsku, a młodzież w strojach
ludowych itp. Miarą ustosunkowania się realizatorów filmu do
zagadnienia strojów ludowych w naukowym filmie etnograficz­
nym jest fakt, że nakręcono szereg zwyczajów i obrzędów w Lo-

wickim, w których aktorzy ubrani byli... w mundury'ochotniczej
straży pożarnej.
W dziedzinie doboru pozostałych rekwizytów nie widać ani
próby dążenia do trzymania się w ramach kultury tradycyjnej.
Fabryczny żelazny pług, brona, mechaniczny siewnik oraz bla­
szana trąba w dożynkowej kapeli stanowią próbkę, która mówi za
całość.
Gra aktorów jest bardzo nierówna. Widać, że nikt ich nie
selekcjonował, ani poszczególnych scen z nimi należycie nie prze­
pracował. A szkoda. Wspaniała postać starego siewcy (n. b. nie­
potrzebnie wpleciona do filmu o obrzędach wielkanocnych) w Ło­
wickim świadczy najlepiej, jak doskonały materiał aktorski ukry­
wa *'ie У!а V ' i * j — " b^rd?^ Л/,К*а . g r a .mnys>—rerutniflśó—e let v p z n 1
wartość filmu.
Z dwu omawianych filmów na ogół lepszą grę aktorską ma­
my w Łowickim. W filmie z Krakowskiego aktorzy grają raczej
słabo. Ruszają się nieudolnie, bez przekonania i temperamentu.
Nawet w takiej scenie, jak wywracanie dziewek przy sadzeniu
ziemniaków, czy przy wiązaniu gospodarza powrósłami, nie ma
życia. Słabą grę aktorską uwypukla jeszcze pretensjonalna kom­
pozycja scen zbiorowych, które nie mają w sobie nic naturalno­
ści i konsekwentnie «robione są na żywy obraz». W rezultacie
widz zamiast ulegać złudzeniu, że ma przed oczyma wycinek co­
dziennej wiejskiej rzeczywistości, odnosi wrażenie, że przygląda
się sztuce teatralnej, w której podają mu obraz chłopa w formie
przestylizowanej. W niektórych wypadkach nienaturalnością gry
i sztucznością obrazu rywalizować mogą «Zwyezaje rolnicze
w Krakowskim* z «Halką» Moniuszki, nakręconą u nas przed
wojną z Ladisem Kiepurą w roli głównej. Brak znajomości i wy­
czucia wsi ze strony realizatorów spowodował, że nie powstrzy­
mano się nawet od wkładki baletowej w formie typowego kra­
kowiaka estradowego z figurami wprowadzonego w scenie dożynków.
7

e

Ł7

7

7

Gdyby oba omawiane filmy poddać pedantycznej analizie,
przytoczoną listę potknięć i błędów można by pomnożyć wielo­
krotnie. Należy stwierdzić, że nie posiadają one charakteru f i l -

347
mów etnograficznych ani w płaszczyźnie ściśle naukowej ani po­
pularyzatorskiej. Filmów tych nie można w żadnym wypadku
wprowadzać np. do szkól, gdyż od pomocy szkolnych wymagać
musimy naukowego poziomu, którego te filmy nie reprezentują.
Czemu tak się stało, nie trudno wyjaśnić. Produkcja filmów
naukowych jest dziedziną bardzo specjalną. Pracy na tym polu
nie podoła nawet najlepszy reżyser i operator, o ile nie posiadają
gruntownej znajomości danej dziedziny wiedzy.
Film etnograficzny niesłusznie jest w kołach fachowców f i l ­
mowych bagatelizowany, jako rzecz rzekomo łatwa. Wprost prze­
ciwnie, nierównie łatwiej nakręcić jest poprawny film z zakresu
np. mikrobiologii, gdzie wszelkie trudności ograniczają się jedynie
ao strony scisle technicznej, niż stworzyć poprawny film etno­
graficzny, który łączyłby walory estetyczne z naukową ścisłością,
a równocześnie stanowiłby całość interesującą dla widzów, re­
krutujących się z najszerszych sfer społeczeństwa. Ażeby film taki
utrzymał się na poziomie, wymaganym od filmów naukowych,
konieczną jest przede wszystkim współpraca fachowych etnogra­
fów, którzy w czasie realizacji filmu mieliby w zakresie swych
specjalności glos nie doradczy, ale decydujący. Rola reżysera
w naukowym filmie etnograficznym ograniczyć się musi do czu­
wania nad estetyczną i techniczną stroną filmu, zaś strona rze­
czowa spoczywać musi wyłącznie w ręku fachowców .
7

7

Drugi warunek, umożliwiający produkcję filmów naukowych
na należytym poziomie, stanowią środki finansowe. Nie można re­
żysera skazywać na posługiwanie się w filmie etnograficznym
aktorem bezpłatnym, który ochotniczo zgłosił się «do filmu» lub
został przez członków ekipy filmowej zwabiony namową. W ma­
teriale takim nie można dokonać należytego wyboru i nie można
stawiać mu poważniejszych wymagań. Dostarczenie środków f i ­
nansowych w należytej ilości położy też kres kaleczeniu scenariu­
szów, podyktowanemu w wielu wypadkach momentami oszczęd­
nościowymi i wpłynie niewątpliwie na podniesienie «wystawy
filmu», gdyż umożliwi należyty dobór odpowiedniej ilości kostiu­
mów i innych rekwizytów.
T

Wydatek poniesiony przez Film Polski na cele produkcji do-

348
brych, naukowych filmów etnograficznych w krótkim czasie przy­
niesie przedsiębiorstwu poważne zyski. Kopie filmów etnograficz­
nych znajdą życzliwe przyjęcie w szerokotaśmowych kinach oświa­
towych, a zredukowane na taśmę szerokości 16 mm wejdą na
ekran kin szkolnych i świetlicowych.
Ponadto pamiętać należy, że filmy z zakresu folklorystyki
stanowią jeden z najbardziej na rynku międzynarodowym po­
szukiwany artykuł wymiany filmowej.
Roman

Reinfuss

«POLISH PEASANTS COSTUMES*.
Tuż przed samą wojną w r. 1939 ukazało się luksusowe wy­
dawnictwo, formatu dużego folio pt. «Polish Peasants Costumes*.
Publikacja ta wydana przez C. Szwedzickiego w Nicei, jako jedna
z tzw. Editions d'Art, następuje po wydanych poprzednio Sioux
Indian

Painting,

Kiowa

Indian

Art, Pueblo

Indian

Pottery,

— co

nie pozostaje bez specjalnej wymowy.
Książka, o której mowa, stanowi zbiór plansz robionych na
podstawie malowideł i kolorowych rysunków Z o f i i S t r у j e ri­
sk i e j z serii strojów ludowych w Polsce. Zbiór len jest poprze­
dzony przedmową T a d e u s z a S e w e r y n a (przetłumaczoną
na język angielski i francuski), wprowadzającą czytelnika po­
krótce w historię grup kostiumowych w Polsce, z podaniem ich
ogólnej charakterystyki. Tak więc omawiane są stroje góralskie,
krakowskie, śląskie, lubelskie, sieradzkie, łowickie, poleskie, kur­
piowskie, wileńskie, huculskie itd., ilustrowane odpowiednimi
planszami. Barwnemu opisowi odpowiadają kolorowe tempery
Stryjeńskiej, na których stroje i typy ludowe, wybitnie stylizo­
wane, pełne są rozmachu, niepozbawionego groteski. Znane zre­
sztą wszystkim z oryginałów, nie wymagają specjalnego omó­
wienia.
W związku ,z techniczną stroną wydawnictwa, nadmienić
trzeba, iż tablice kolorowe wykonane są wzorowo, z ogromnym
nakładem pracy i doskonale sharmonizowane kolorystycznie. Za-

349
stosowano bowiem dwa typy plansz, z tym że jedne są wykonane
ręcznie, drugie jako zwykłe reprodukcje kolorowe, w których
drobne szczegóły też uzupełnione ręcznie. Plansze malowane ręcz­
nie, mają tło robione techniką prószoną (przez rozpylacz), a na
tym malowane przez patron figury, z uzupełnieniem szczegółów,
wykonanych cienkim pędzelkiem. Dlatego też ogólny nakład wy­
niósł raptem 400 egzemplarzy, stanowiąc przy zastosowaniu tej
techniki, wydawnictwo luksusowe.
Publikacja powyższa nie pretendując do wartości naukowej,
spełnia bardzo dobrze zadanie popularyzacyjne wobec zagranicy,
dla której Polska, to jeszcze ciągle kraj ,z pogranicza Siuksów czy
innych czerwonoskórych.

MICHAŁ JAGŁA, «C h ł o p s к a k u l l u r a — u w a g i n a d
k r z e p n ą c ą k u l l u r a w s i » . Poznań 1938. Wielkopolski Zw.
Młodzieży Wiejskiej.
Stanowisko aulora slreszcza się w zdaniu: «Cały dotychcza­
sowy swój dorobek, oczywiście ten, jaki mu ukazali badacze miej­
scy w tej tzw. «kulturze ludowej*, wziął chłop dzisiaj na szuflę
i począł miotać pod wrota postępu i zdrowo pojętej kultury i . . .
okazało się, że w tej przez panów odchuchanej «kullurze ludowej*
było mnóstwo plew, które poleciały z wiatrem*. Jakież to plewy?
Stroje ludowe, «jaśnie panom pokłony wybijające śpiewki — te
prymitywne na szkle malowane i z drzewa wyrzynane świątki —
te wierzenia, cuchnące ciemnotą, zabobony, gusła — poddańcze
zwyczaje i obrzędy, albo zgoła pogańslwa znamię jeszcze noszące*.
«Wieś się tego «swojego» dorobku wstydzi — wypiera —• bez żalu
go odrzuca*.
Gdy w Nietążkowie na uroczystości nadania imienia Kaspro­
wicza Uniwersytetowi Wiejskiemu zespół uczennic tegoż uniwer­
sytetu wykonał inscenizację sobótek, — padły z tłumu uwagi, że
młodzież «nawraca się do zabobonu*.

350

Aulor zadaje sobie pytanie, co do dziś pozostało z tej, jak
pisze, «kulturki ludowej*. Wylicza więc: mazury, kujawiaki, kra­
kowiaki, obertasy, budownictwo góralskie, wreszcie «zostaną ponie­
które przecudne erotyki tchnące głębią uczucia i ujęciem głębokim,
filozoficznym*. Na dowód słuszności swych twierdzeń przytacza
jedną z takich pieśni:
«Kochanie, kochanie — gorsze nad więzienie,
Z więzienia wyjść możesz — z kochania broń Boże*.
W tych «uwagach» nad krzepnącą(?) kulturą wsi wygłasza­
nych stylem kaznodziejskim, najwięcej dostało się strojowi ludo­
wemu: «Gdy ktoś zachwyca się pięknością wiejskiego stroju, czy
obrzędu, otrzymuje zazwyczaj cierpką odpowiedź: Przecie lo
slare — nan sie oe.woie. z r i a s p r z y s z e d ł n a ś m i e w a ć » , Stroi ludowy
wcale nie jest piękny: to tylko panowie wmawiają w lud, chytrzesobie obiecując, że gdy lud w to uwierzy,
T

«Już nie będzie orłem wzlatał
w górę, w słońce do w olności —
już nie będzie duszy prościł,
że się będzie ino stroić
barwą oczy pańskie koić*.
7

r

Te próbki najoezywistszych bzdur, demagogicznego tupetu
i frazesu bez pokrycia dostatecznie charakteryzują autora.
T. S'.

JAN REYCHMAN, «Z n o w s z e j
g r a f i с z ne j s 1 o-w а с к i e j».

literatury

e l n o-

W okresie ubiegłej wojny literatura etnograficzna słowacka
wzbogaciła się szeregiem nowych prac, które znacznie posunęły
naprzód dorobek etnografii słowackiej. Dotychczas poza kilkoma
pracami, jak Czecha Yaclavika czy Rosjanina Bogatyrewa —
a więc autorów niesłowackich, choć piszących po słowacku —
większość pozycji w etnografii słowackiej obracała się dookoła
przyczynków czy też materiałów gromadzonych na sposób zna-

351

mienny dla X I X wieku i ogłaszanych głównie na łamach «Sbornika Slovenskej Muzealnej Spolećnosti». Obecnie tak pod wzglę­
dem melodycznym jak i wydawniczym nastąpił tu znaczny po­
stęp, który etnografię słowacką podniósł do poziomu nowoczesnego.
Pozostaje to w związku z utworzeniem przy Maticy Slovenskej
Sekcji Etnograficznej i wydawaniem «Narodopisnego Sbornika*
pod redakcją fachową Rudolfa Bednafika i Jana Mjartana. «Narodopisny Sbornik» skupił większość ogłaszanych prac etnograficz­
nych.
Potrzebom metodologicznym ogólnego rysu o etnografii za­
radzono przez przekład wydanej w r. 1928 pracy uczonego radziec­
kiego E. Kagarowa «Ulohy a metody etnografie* (Zadania i meu/uj

minogi

dLiij

u .

i

u i uhim a i i c t

w

« i \ a i w .

oiJÓi.»

tum

V, n i

1.

Ogólne studium o antropologii Słowaków (i Bułgarów) dał
prof. M. Popów z uniwersytetu w Sofii w tymże zeszycie «Xarod.
Sbornika».
Dużo studiów poświęcono kulturze materialnej. V. Prażak
ogłosił ciekawe studium z zakresu budownictwa ludowego «Problem vzniku jednoposchodoveho domu v G i ć m a n o c h » (Problem po-,
wstania jednopiętrowego domu w Cziczmanach). Dobre studium
porównawcze typologiczne dal A. Polonec analizując «Detskć koHsky» (Kołyski dziecięce). Z teki pośmiertnej P. Sochania ogło­
szono «Vyroba 1'anu a konopi a ich vlastnosli» (Wyrób lnu i ko­
nopi i ich właściwości). Niemiecki profesor Br. Schier wykłada­
jący w czasie wojny na uniwersytecie w Bratysławie dał studium
«U1 ako zdrój narodopisneho vvzkumu», kładąc badanie ula sło­
wackiego na szerokie tlo badań nad kulturą materialną ludów
środkowo-europejskich. Wszystkie te cztery ostatnie prace dru­
kowane były w «Narodop. Shorn.» I . I I .
Dwie rozprawki o sposobie przędzenia nici u Słowaków ogło­
sił etnograf węgierski Bela Gunda (tom V «Narodop. Shorn.»)
P. Kuruc opracował w artykule w I . V «Narodop. Sborn.» warze­
nie żywicy i jej użycie w Wyżnich Łapszach na Spiszu, a Fr. Stefunka opisał «Zbożne jamy» (Jamy na zboże na Zachodniej Sło­
wacji).

352
Z zakresu sztuki ludowej V. Prażak opracował «Talianskć
ornamenty v slovenskej ludovej vyśivće» (1940) (Włoskie orna­
menty w słowackich wyszyciach ludowych), A. Guntherova-Mayerova, «Slovenska keramika», dała pogląd na słowacką ceramikę,
ta sama autorka w opracowaniu zabytków artystycznych Orawy
(«Dejiny a supis vytvarnych pamiatok Oravy» w Sborniku Slov.
Naród. Muzea, XXXVI, V I I , 1943) uwzględniła i pewne zabytki
wiążące się ze sztuką ludową.
r

Z zakresu kultury duchowej wymienić należy obszerne stu­
dium M. Huski «Medzislovenske paralely lenorskeho cyklu»,
w którym autor zajmuje się motywem zmarłego brata względnie
kochanka powracającego z za grobu. Autor analizuje szereg opo­
wiastek i piesm słowackich i kładzie je na szerokie tło ogolnosłowiańskie, uwzględniając przy tym i wpływ tego motywu na
podobne wątki rumuńskie i węgierskie. Studium Huski drukowane
jest w Narodopisnym Sborniku (1943).
W drugim tomie tegoż Narodopisneho Sbornika (1941) A. Melicherćik umieścił fragment swej pracy o funkcji śpiewu wiej­
skiego pt. «Funkcne premeny v dnesnom dedinskom speve». Autor
dzieli śpiew wiejski na dwie grupy: do pierwszej zalicza śpiew
związany z obrzędami, do drugiej pozostały.
Warto przy okazji wspomnieć, że wyszła włoska praca o sło­
wackiej pieśni ludowej, L. Salvini, «Canti popolari slovacchi»,
Rzym 1942. Analizując słowacką pieśń ludową włoski slawista
zwraca uwagę na jej pokrewieństwa z pieśnią czeską, morawską
i polską z jednej, a z pieśnią rumuńską (co wykazał już rumuński
badacz Densusianu) z drugiej.
Poza tymi pracami szereg mniejszych rozpraw z zakresu
etnografii ukazało się w rozmaitych periodykach i tak np. w Sbor­
niku Slovenskej Muzealnej Spolećnosti ukazały się m. in. intere­
sujące rozprawy o kobzie, o flisactwie na Orawie i in., ale z po­
wodu rozproszenia po tych pismach, trudniej są one dostępne do
ewidencji.
W r. 1942 Matica Slovenska ogłosiła konkurs na monografie
etnograficzne wsi. Pierwszą nagrodę uzyskał G. Horak za pracę

353
o wsi Pohorela (jest to zresztą pochodzenia polskiego wieś ukryta
w Niżnich Tatrach). Nagrodzone prace miały być wydane. Nie
mamy jednak wiadomości czy one rzeczywiście ukazały się dru­
kiem.
Jan Reychman

LITERATURA ETNOGRAFICZNA
1939—1944.

WĘGIERSKA Z LAT

Literatura etnograficzna węgierska, aczkolwiek mało dotąd
u nas znana, posiada duże znaczenie dla całej etnografii słowiań—i—^дл

i

:

1 a

i

1—'.—:—•—i-i—• •

'-- -

wpływy w kulturze tak materialnej jak i duchowej czy społecz­
nej są b. silne. Szereg zagadnień w zakresie etnografii ludów sło­
wiańskich sąsiadujących z Węgrami nie da się dziś opracować bez
uwzględnienia literatury węgierskiej. Nie od rzeczy będzie więc
podanie tutaj w krótkim przeglądzie tych dzieł z etnografii wę­
gierskiej z ostatnich lat, to jest z okresu, gdy wzajemna wymiana
wydawnictw czy periodyków między Polską a Węgrami prawie
nie istniała. W szczególności interesują nas zagadnienia, które
wchodzą w zakres etnografii obszaru karpacko-naddunajskiego.
Zagadnienia metodologiczne do zbierania przedmiotów z za­
kresu etnografii opracował Wł. Kovacs w wydanej w czasie wojny
małej broszurze «A neprajzi gyujtćs modszere» (Metoda zbiorów
etnograficznych), Budapeszt b. r. (ok. 1942).
Całość etnografii węgierskiej objęło jeszcze przed wojną wy­
dane, ale niedługo przed wojną ukończone i mało u nas znane, ze
wszechmiar godne uwagi zbiorowe dzieło pod redakcją E. Czako
«Magyarorszag neprajza» (Etnografia Węgier), Budapeszt 1933—
1937. Tom I objął stroje, budownictwo i rzemiosło w opracowa­
niu Batkiego, Gyórffyego i Viskiego, tom I I gospodarstwo, myśliwstwo i sztukę dekoracyjną w opracowaniu Viskiego i Gyórf­
fyego, tom I I I kulturę duchową i poezję ludową w opracowaniu
Berse-Nagy, Gyórgy i Horgana, wreszcie tom I V muzykę, tańce
i obyczaje opracowane przez Barthę, Gyónyeya i Kodalyego.
[.ud, T. X X X V I I

23

354
W czasie wojny w ramach wielkiego zbiorowego wydawnictwa
«A magyar muvelodes tórtenete» (Dzieje kultury węgierskiej) zna­
lazło się i miejsce na kulturę ludową mianowicie w rozdziałach
«A magyar neprajza» (Etnografia Węgier) przez I . Gyórffyego
«Magyar nepmuveszet>> przez K. Viski i «Magyar nepzene» (Mu­
zyka ludowa węgierska) przez L. Laithę (wszystkie Budapeszt
1940).
Ogólny zarys etnografii Węgier dał w krótkim podręczniku
J. Ortitay «Kis Magyar neprajz» (Mała etnografia Węgier), Bu­
dapeszt 1940.
Cały szereg zagadnień z etnografii, przede wszystkim z kul­
tury materialnej ludu węgierskiego znalazło się w wydanych podГ7ЯЧ w r v i n v d w i V b i A m a c h

nAsmiwtftvrh

naiwifjfiiypgn

<atnn—

grafa węgierskiego I . Gyóffyego: «Magyar пёр — magyar fóld»
(Budapeszt 1941) i «Magyar falu — magyar haz» (Budapeszt
1943). Jest to cały szereg rozpraw o osadnictwie, budownictwie,
strojach, zwyczajach, ugrupowaniach etnicznych ludu węgier­
skiego, o targach, starych drogach, o tzw. «tanya» (osiedlach od­
rębnych na Alfóldzie), formach pasterskich, ze szczególnym
uwzględnieniem najbardziej typowego obszaru węgierskiego, lo jest
tzw. Alfóldu.
Sztuce ludowej węgierskiej poświęcone jest dużo, bogato za­
opatrzone w ilustracje i w obfitą a dla nas cenną bibliografię
dzieło J. Ortutaya «Magyar nepmuveszet» (Sztuka ludowa węgier­
ska), 2 tomy, Budapeszt 1942. Szereg zagadnień z zakresu sztuki
ludowej, zdobnictwa, form zdobniczych zawiera nieco szeroko po­
myślana praca G, Luko «A magyar lelek formab (Formy ducha
węgierskiego), Budapeszt 1942. Tenże Luko opracował dzieje zdob­
nictwa haftowego «A magyar himzomuveszet tórtćnete» (Buda­
peszt 1939) (O zastosowaniu tego wyszycia na kożuchach trak­
tuje ważna ze względu na ewentualne pokrewieństwa z na­
szymi haftami, wyszyciami, parzenicami itd., praca Gyórffyego
«A ciffraszur», Budapeszt 1930). O stroju ludowym wyszła popu­
larna broszurka Szentivanyiego «Magyar mosoIy» (1942). O ele­
mentach tureckich w haftach węgierskich jest nowa rozprawa
G. Palotay wydana i z tekstem francuskim: «Les elements turco-

355
ottomanes des broderies hongroises» (Budapeszt 1940); autorka
stara się wykazać, że większość wzorów kwiatowych ornamen­
tyki haftowej pochodzi z okresu późnego kontaktu Węgrów z Tur­
kami, to jest z czasów panowania Turków na Węgrzech w X V I
i X V I I w., uważa je zresztą za zapożyczone od innych ludów, z B i ­
zancjum, Persji, Egiptu, a nie rdzennie osmańsko-tureckie.
O meblach ludowych wyszła nowa rozprawka J. Domanovszkyego «Magyar parasztbutor» (Budapeszt b. r. ok. 1942).
Instytut Hungarystyczny przy Uniwersytecie budapeszteń­
skim wznowił w r. 1940 stare wydawnictwo zbioru poezji ludo­
wej pod nowym tytułem «Uj Magyar nepkóltćsi gyujtemeny». Bal­
ladę ludową opracowała E. Danos «A magyar nepballada» (Bui l a r u ł s z i .Ш2Ш

Onmvimiri

l'^m™

z

Riiransza / n n l u r l n .

Wpprv^

zebrane są przez St. Lano «Baranyai nepmesek», 1941. O pieśni
ludowej węgierskiej jest mała nowa przeglądowa rozprawka w ję­
zyku niemieckim J. Petnekiego «Das ungarische Volkslied» (Bu­
dapeszt 1943) zaopatrzona w nuty wielu melodyj ludowych.
Z zakresu muzyki ludowej godna uwagi w tym okresie jest
rozprawka L. Laithy «Ujra megtalat magyar nepdalstilus» (Od­
naleziony styl węgierskiej pieśni ludowej*) w księdze zbiorowej
ku czci Z. Kodalego pod red. B. Bundy «Emlekkónyv Kodaly Zol­
tan hatvanadik sziiletesnapjara», Budapeszt (1943).
Materiały do. humoru ludowego zawierają ostatnio wyszłe
Ortutaya «Trefaszavu Magyarok» (Budapeszt 1942) i A. Orboka
«Erdely mosolya» (1942). Gry i zabawy opracowane zostały przez
A. Lajosa «A magyar пёр jatekai* (Gry ludu węgierskiego), Bu­
dapeszt 1940. Zabobonom i lecznictwu ludowemu poświęcił ksią­
żeczkę L. Gyórgy «Nepi babonak ćs gyógymódok» (Budapeszt 1941).
Całość znaczenia tradycji ludowej dla kultury narodowej
ujęta jest w małej, ale treściwej rozprawce Gyórffyego «A ma­
gyar nephagyomany es a nemzeti muvelodes» (Węgierska trady­
cja ludowa a kultura narodowa), I I I wyd., Budapeszt 1939.
Interesujące nas specjalnie związki etnografii węgierskiej
ze słowiańską ujął w .małej rozprawce B. Gunda «Magyar szlav
neprajzi kapcsolatok» (Związki etnograficzne węgiersko-słowiań­
skie) w zbiorowym dziele pod redakcją G. Szekfii «A magyarsag
23'

356
es a szlavok* (Węgrzy i Słowianie), Budapeszt 1942. Podstawą
tych związków były z jednej strony tysiącletnie stosunki Węgrów
ze Słowianami, poczynając od czasów gdy jeszcze nad Wołgą sty­
kali się Węgrzy z ludami słowiańskimi aż po współżycie ze sło­
wiańskimi sąsiadami na równinie panońskiej, z drugiej zaś strony
ciągłe wędrówki różnych Słowian, ich przenikanie na terytorium
rdzennie węgierskie oraz takie same wędrówki rozmaitych innych
elementów przenoszących pierwiastki słowiańskie (o tych wędrów­
kach pisze osobno autor w osobnej, bardzo dla nas ciekawej rozpra­
wie « Wanderers of Carpathian Еигора» w wydawanym w języku
angielskim kwartalniku Hungarian Quaterly V I , 1940). A więc
Słoweńcy z komitatu Zalla nosili płótno na targi do Nagykani7

T

S7Q

SUnwQrv

7 Crnrnvrh

-Wpffi^r p h r u i z i l i

rux ^alvfh-

Л^РГ^ГУРСЬ- -iakn

płóciennicy, druciarze, olejkarze, z Galicji znów przychodzili bojkow ie («pojakok»). Jeśli chodzi o wpływy w zakresie kultury l u ­
dowej to typ pieca kuchennego, spotykanego w południowo-zachodnich W ęgrzech, uważany jest za typ słoweński. W północnych
częściach Węgier' spotykamy znów w budownictwie wpływy sło­
wackie i ruskie. Wy stępujące w komitatach Szathmar i Bereg brogi
na siano są np. owocem wpływów ruskich. Ze swej strony kul­
tura węgierska wywarła zaś wpływ na kulturę ludową sąsied­
nich Słowian. W Chorwacji wpływy węgierskie sięgają aż po Za­
grzeb. Na północy są pewne wpływy w zakresie .pasterstwa w Kar­
patach (o tych stosunkach mówi stara, ale u nas mało znana roz­
prawa Kniezsy «A tót es lengyel kóltózkódó pasztorkodas magyar
kapcsolatai» w piśmie «Ethnographia», 1935). Ozdobne wyszycia
z kożuchów wełnianych («ciffraszur») dostały się na Słowację
i Podhale («cyfrowane portecki»). Silne wpływy uwidoczniają się
w zakresie muzyki i pieśni ludowej ruskiej; motywy węgierskie
występują nie tylko wśród Rusinów na południe od Karpat, ale
i na północy. Z drugiej znów strony tzw. kołomyjka wywarła
wpływ na muzykę ludową węgierską.
r

T

Umyślnie nieco szerzej omówiliśmy rozprawkę Gundy, gdyż
jest ona podstawą w dalszych badaniach etnograficznych sło­
wiańsko-węgierskich.
Poszczególne fragmenty stosunków między Słowianami a W ę -

357
grami też znalazły swe odbicie: tenże sam autor B. Gunda opra­
cował «Ungarisch-kroatische volkskundliche Verwandschaft* w p i ­
śmie «Donaueuropa», 1943, nr 11. O wpływie południowo-słowiańskim na stroje ludowe w Sarkóz pisał E. Fel w piśmie «Dćlvideki Szemle*, 1943. W artykule «Szlovak nepviselet* w piśmie
«Тйког» za maj 1942, J. Manga podkreślił, że badania Gyórffyego
w zakresie stroju ludowego stwierdziły istnienie całego szeregu
wspólnych pierwiastków między strojem ludu węgierskiego a po­
łudniowo-rosyjskiego; Gyórffy uważa je za pierwiastki bułgarsko-tureckie, które dadzą się zaobserwować i w stroju innych są­
siednich ludów słowiańskich.
Okres pobytu wielkiej ilości Polaków jako uchodźców na
zaznajomienie się z ludoznawstwem węgierskim. W języku pol­
skim wyszły w przekładzie T. Csorby «Węgierskie bajki ludo­
we* (Budapeszt 1941) oraz «Zbiór węgierskich pieśni ludowych*
L. Horvatha-Palocziego, z nutami (Budapeszt 1941). Piszący te
słowa na łamach dwóch zeszytów wydawanego dla obozów pol­
skich na Węgrzech powielanego czasopisma «Materiały Świetli­
cowe* (z 1 i 10 sierpnia 1942) omówił «Ludoznawstwo węgier­
skie wraz z ważniejszymi wskazówkami bibliograficznymi.
Jan

Reychman

SPRAWOZDANIE Z ROCZNIKÓW «ANNALES LATERANENSb, ZA LATA 1939—1946.
Najpoważniejszym i właściwie jedynie ściśle etnologicznym
czasopismem włoskim, o ile się mogłem zorientować, są «Roczniki
Lateraneńskie*, założone przez lego samego O. W. Schmidta, który
wydaje «Anthropos». Dlatego uważam za pożyteczne dołączyć od
siebie treść artykułów poszczególnych tomów «Annali Lat.»
z okresu wojny, uwzględniając tylko etnologiczne:
1939:
Laydevant P. Fr., «Inicjacja lekarza-czarnoksiężnika w kraju
Basuto* (po francusku).

358
Arndt P., «I)ua Nggae, Najwyższa Istota w okręgu Lio —
środk. Flores* (po niemiecku).
Schumacher P., «System feudalny w Ruandzie» (po nie­
miecku).
1940:
«Plastyka tubylców pn.-amerykańskich zbioru Ferd. Pettrich
w Muzeum Laleran. z X V I I I w» (opisana po włosku).
«Religia Vent rów (Gros Ventres) w Montana (plemion na
zach. od Sioux)» (po angielsku) przez J. Cooper.
«Przyczynek misjonarza jezuity włoskiego do poznania geo­
grafii i etnologii Ameryki pd. z r. 1693» — przez G. Rosso (po
włosku).
«Z okazji jednego szczególnego wzoru przemysłu żelaznego
u Inkasów» G. Mazzini (po włosku).
«Opis sumaryczny zbioru przedmiotów etnograficznych wy­
spy Bougainville* O'Reilly (po francusku).
«Religijne wyobrażenia i kultura kilku szczepów pn.-zach.
Australii w pięćdziesięciu legendach* Worms E. (po niemiecku).
1941:
«Dokoła zagadnienia powstania społeczeństwa ludzkiego*
(z punktu socjologii i etnologii) Cavazza F. (po włosku).
«Zwyczaje chińskie* przy zaręczynach, małżeństwie, naro­
dzinach i w wychowaniu — Boucherie N. (po francusku).
«Ruch Mambu w N. Gwinei, przyczynek do kwestii proroctwa
na Melanezji* Hoeltker G. (po niemiecku).
«Sło\vnictwo tkackie u Iloko* (Filipiny) Vanoverbergh M.
(po angielsku).
«Ava, Guayaki, Tobas» (tubylcze plemiona Paragwaju i pro­
wincji pobliskich), Mivaglia L . (po włosku).
1942:
«Ponmiki zmarłych u plemion Bhils i innych w środkowych
Indiach* Kopper W. (po angielsku).

359
«Uroczystości Goronara w australijskim Kimberley» Worms
E. (po niemiecku — mowa o tajemnej instytucji mężczyzn, zwanej
Goronara).
«Rośliny i etnografia w kraju Basuto» Laydevant P. Fr. (po
francusku).
«Przyczynek do poznania niektórych punktów Buddyzmu
Siamskiego* Schulien M. (po włosku).
1943:
«Pojęcia duszy u Navaho» (India pn. Ameryki) Haile B. (po
angielsku).
«System Parak w wierzeniach i w kulcie u tubylców pn. wy­
brzeża N . Gwinei*" Meyer п . yjo шелиески).
«Wakikouyous a wojna» Bugeau Fr. (plemiona wsch. brzegu
Aryki, pomiędzy portem Mombasa a jez. Wiktoria) (po franc).
«Hisloryczne podania niektórych grup szczepu Acioli» Boccassino (po włosku).
1944:
«Refleksy etiopskie w kulturze europejskiej Średniowiecza
i Odrodzenia* Lefevre R. (po włosku).
«(Plemiona) Luoz Bahr-el-Ghazal» Santandrea St. (po an­
gielsku).
«Kult Lionezów» (środk. Flores) Arndt P. (po niemiecku).
«Pierwiastki obce w religijnej ideologii starożytnej Romy»
Schulien M. (po włosku).
1945:
«Rodzina w prawie tradycyjnym Albanii* Valentini Gius.
(po włosku).
«Małżeństwo u Gouraghes* (Etiopia) Pascal de Luchon (po
(francusku).
«(Plemiona) Luo z Bahr-el-Ghazal» Santandrea St. (po an­
gielsku).
«Etnograficzne szczegóły z N . Gwinei* Hoeltker G. (po nie­
miecku).

360
«Strój głowy i ubranie (szczepu) Koma na pograniczu etiopsko-sudańskim» Grottannelli V. L. (po włosku).
«Refleksy etiopskie w kulturze europejskiej Średniowiecza
i Odrodzenia* Lefevre R. (po włosku).
r

1946:
«Zarys doskonałości Aryasura* Ferrari Alfonso (cenny art.
ze względu na przytoczony w oryginale tekst sanskrycki — art.
(po włosku).
«Mistyka muzułmańska a mistyka indyjska* Moreno M. (po
włosku).
e. Bulanda T. J .

T

SPRAWOZDANIE Z RUCHU NAUKOW EGO W DZIEDZI­
NIE ANTROPOLOGII, ETNOLOGII I ETNOGRAFII PODCZAS
WOJNY WE WŁOSZECH.
1. G r o n o n a u k o w c ó w . Prawie wszyscy antropologowie
i etnologowie ocaleli w okresie wojny i większość z nich mogła
powrócić, chociaż z pewnymi ograniczeniami, do swego zawodu
profesorskiego i do swoich badań naukowych. Na liście ich wid­
nieją następujące nazwiska: P. Barocelli, R. Battaglia, R. Biasutti,
G. A. Blanc, А. C. Blanc, R. Boccassino, M. Boldrini, E'. Cerulli,
C. Conti Rossini, R. Corso, F. Frassetto, G. E. Genna, E. Graffi
Behassi, P. Graziosi, L. Livi, С. Magnino, J. Pastore, R. Pettazzoni,
M. Schulien, G. L. Sera, Sergio Sergi, Toschi, C. Tagliavini, X. Turchi, G. Tucci. Brak jeszcze kilku nazwisk innych; przytoczone
wyżej wymieniają łych, których czynność naukowa już się zazna­
czyła po wojnie.
Do Lej liczby przedwojennych badaczy naukowych doszły
nowe nazwiska, jak M. F. Ganella (Uniw. Boloński), V. Grottanelli
(Muzeum Pigorini w Rzymie), C. Massari (Un. Florencki), G. Natoli (Un. Messyński), R. Parenti (Un. Florencki), A. Sacchetti (Un.
Rzymski), L. Vanicelli (Kat. Uniw. Mediolański).
Dwu profesorów zmarło: Luigi Castaldi (Un. Genueński),
12 czerwca 1945 i Ugo Rellini (Un. Rzymski), 15 sierpnia 1943.

361
Trzej profesorowie przeszli w stan spoczynku z powodu wieku:
Callegari, Farina i Beguinot.
2. T o w a r z y s t w a . «Włoskie Towarzystwo Antropologiczno-Etnologiczne» (prez. G. E. Genna) i «Włoski Instytut Antropo­
logiczny* (dawniej «Rzymskie Towarzystwo Antropologiczne*)
były i są czynne nadal.
3. M u z e a i O d d z i a ł y U n i w e r s y t e c k i e . Włoskie
muzea, zbiory i książnice, z małymi wyjątkami, wyszły z wojny
nieuszkodzone. Tak przynajmniej wynika ze sprawozdań szcze­
gółowych odnośnie do Rzymu, Florencji i Bolonii. Nie otrzyma­
liśmy żadnych wiadomości co do Turynu i Padwy. Antropologiczny
Instytut Uniwersytetu Rzymskiego doznał małych uszkodzeń wsku­
tek bombardowania, lecz w pełni prowadzi dalej swą działalność.
Muzeum Etnograficzne Włoskie w Tivoli zostało częściowo znisz­
czone. Antropologiczny Instytut Uri i w. Neapolitańskiego poniósł
następujące straty: uszkodzenia w zabudowaniach, wiele przyrzą­
dów zniszczonych lub rozkradzionych, niektóre dzieła zabrane
z Biblioteki.
4. P u b l i k a c j e .
a) Periodyczne i seryjne. Nie słyszy się o zupełnym zawie­
szeniu jakiegoś ważniejszego czasopisma antropologicznego czy
etnologicznego w okresie wojny. W ychodziły zaś następujące:
«Annali lateranensi* (Citta del Vaticano), vol. 4. 8, 1940—1945.
«Archivio di antropologia criminale* (Milano) 1942. «Archivio per
1'antropologia e la etnologia »(Firenze) vol. 70—75, 1940—45. Via
del Proconsolo 12. «Bolletlino di paletnologia italiana* (Roma)
anno 7, 1943. «Rivista di antropologia* (Roma) vol. 33—34, 1940—
1943. S. A. S. Bollettino del Comitate internazionale per 1'unificazione dei metodi e per la sinlesi in antropologia, ugenica e bio­
logia* (Bologna) vol. 10—12, 1940—42.
r

b) Książki. Najobszerniejszym, chociaż pod względem war­
tości naukowej budzącym zastrzeżenia fachowców, dziełem zbio­
rowym z okresu wojny jest «Razze e popoli delia terra* 3 tomy,
Turyn (U. Т. E. Т.). 1941—43, przez Renato Biasutti przy współ-

362
pracy Bartoli, Battaglia, Boccassino, Cipriani, Corso, Graziosi,
Imbelloni, Muccioli, Puccioni, S. Sergi, Tagliavini i Vidossi. Z in­
nych publikacji to: Alberto С. Blanc, «Etnolisi» (Rivista di an­
tropologia, v. 33, 1940—42) i «Cosmolosi» (ibid. v. 34, 1942—43) —
(bez większej wartości). V. L. Grottannelli i Klaudia Massari,
«I Baria i Cunama e i Beni Amer» (R. Academia d'ltalia, v. 6.
1943, Roma — praca cenna, podaje wyniki badań przeprowadzo­
nych nad plemionami tzw. odpryskowymi (Splitterstamme)
w Afryce pn. pomiędzy Galla a Sudanem). Giuseppe E. Genna,
«I Seri e la loro costituzione scheletrica» Roma 1943. (Serowie
i ich budowa szkieletowa) — prof. Genna (cieszy się wielką po­
wagą naukową jako antropolog). Sergio Sergi, «Craniometria
f rraninorafia del primo naleantrnnn di Яяссппя store* Ricerche. di
morfologia, 1944 (Pomiary i opis czaszki pierwszego człowieka
paleolitycznego z Saccopastore).
O innych dziełach wydanych względnie przygotowanych do
druku nie dostarczono nam szczegółowych danych bibliograficz­
nych, jako to: Renato Boccasino o szczepach Acioli w Afryce pn.,
które autor zbadał; Enrice Cerulli, o religijnych rękopisach sta­
rej Abissynii; Giuseppe Tucci, o historii Tybetu; Luigi Yanicelli:
a) o religii Lolo i b) o rodzinie chińskiej, z uwzględnieniem lu­
dów Miao, Tai, Katchin i innych pobliskich.
Jak wszędzie, tak i we Włoszech trudności z uzyskaniem
papieru są jedną z głównych przeszkód, iż wiele prac przygo­
towanych spoczywać musi w lekach naukowców.
P. M. Schulien

S. V. D.

CARL WHITING BISHOP, . T h e . b e g i n n i n g s o f c i ­
v i l i z a t i o n i n E a s t e r n A s i a». Smithsonian Institut. Wa­
shington 1941, str. 15.
Aby zrozumieć początki cywilizacji na Dalekim Wschodzie,
należy je rozpatrywać pod kątem widzenia praw rządzących wszę­
dzie postępem kulturalnym, a także zwrócić uwagę na położenie
geograficzne i stosunki pomiędzy poszczególnymi krajami.

363

Dwie były główne drogi lądowe pomiędzy Wschodem a Za­
chodem: jedna, łączyła północno-wschodnie Indie przez Burmę
ъ zachodnimi Chinami, druga — sławny «korytarz stepowy* —
biegła od Karpat i okolic Morza Czarnego poprzez prawie całą
Azję. Wszystkie starożytne cywilizacje rozwijały się wzdłuż tych
dwóch szlaków i miały bardzo podobne podłoże. Powstały one
w północnej, umiarkowanej strefie Starego Świata i oparte były
na znajomości brązu i miedzi, jednakowym budownictwie miast,
używaniu pojazdów na kołach, hodowli tych samych zwierząt do­
mowych, uprawy pewnych roślin, zwłaszcza pszenicy i na mniej
lub więcej rozwiniętym piśmie. W całej tej strefie, lecz nigdzie i n ­
dziej, znajdujemy ten sam podział na: epokę kamienną, brązu i żelo70

_

W okresie neolitu powstało we wschodniej Azji kilka ogól­
nych typów kultury, których ślady dziś jeszcze można dostrzec.
Daleki Wschód miał w tych czasach styczność przeważnie z pół­
nocnymi częściami Starego i Nowego Świata. W spólnym narzę­
dziem dla tych stref był kamienny nóż w kształcie półksiężyca łub
prostokąta, łuk o podobnej konstrukcji i zimowe mieszkania w do­
łach ziemnych. Podstawą wyżywienia było proso, a pod koniec
tego okresu w centralnych Chinach ryż, obie rośliny musiały być
przywiezione z Indyj, gdyż w tych okolicach nie znajdują się w sta­
nie dzikim. Jedynymi domowymi zwierzętami były świnie i psy,
później owce i woły. Posługiwano się prymitywnymi, glinianymi
naczynami. Religia była animistyczna, odbywały się orgie nawet
z ludzkimi ofiarami, społeczność miała chaiakter matriarchalny.
T

W ostatnich wiekach trzeciego tysiąclecia przed Chrystusem
pojawiają się chińskie wazy gliniane z kolorowymi ozdobami, oraz
drobne przedmioty z miedzi i brązu. W północno-wschodnich
Chinach po okresie naczyń malowanych, z późnej epoki neolitycz­
nej, znajdujemy naczynia czarne, bardzo delikatne w wyrobie i or­
namencie. Wtedy też powstawały małe miasta otoczone ziemnym
wałem. Po krótkim, niezbadanym dotąd okresie znajdujemy się
nagle w epoce brązu o dość wysokim poziomie kultury, którego
główną siedzibą było dorzecze żółtej Rzeki w pierwszej połowie
drugiego tysiąclecia przed Chrystusem. Pojawiają się tam po raz

364
pierwszy rzeczy znane już na Bliskim Wschodzie, jak пр.: uży­
wanie brązu dla celów wojennych, obrzędowych i zbytku, uprawa
pszenicy, używanie wozu ciągnionego przez dwa konie w jarz­
mach, nowa architektura i dobrze wyrobiony system pisania. W tej
epoce z dynastią Shang rozpoczyna się historyczne istnienie Chin.
Królowie-kapłani czczą przodków i bóstwa, miasta stanowią jed­
nostki administracyjne, organizacja społeczeństwa jest patriarchalna.
Pod koniec drugiego tysiąclecia dynastia Shang uległa na­
jazdowi ludów z Zachodu, zwanych Chou. Wódz ich ogłosił się
królem północnych Chin, gdzie zaprowadził ustrój feodalny, siedmio-dniowy tydzień i eunuchów. Zaczęto wtedy budować wielkie
groby dla znakomitych zmarłych. W V I I I wieku przed Chr. w y ­
cofali się do północnych centralnych Chin pod naporem Jungów,
utracone zostało wtedy znaczenie polityczne, lecz na 500 lat po­
zostało kapłańskie.
We wschodniej Azji epoka brązu trwała dłużej i była mniej
rozwinięta niż na zachodzie. W pierwszej połowie pierwszego ty­
siąclecia powstało pasterskie koczownictwo. Przodkowie ludów za­
mieszkujących teraz środkową Azję nie używali zwierząt pociągo­
wych, chodzili piechotą, nie przyjęli od sąsiednich Chińczyków
zaprzęgów konnych, prawdopodobnie z powodu zbyt niskiego stop­
nia kultury. Na Zachodzie żelazo zajęło miejsce brązu o wiele
wcześniej niż w Chinach.
Pol koniec panowania dynastii Chou upada feodalizm, dzięki
powstaniu konnego wojska zaopatrzonego w luki na wzór północ­
nych nomadów; w tym samym czasie zostaje zaprowadzona gospo­
darka pieniężna, która wyparła niewolnictwo. Powstają państewka
prowadzące pomiędzy sobą wojny, pomimo koniecznej potrzeby
konsolidacji władz dla spraw inżynierii wodnej (opanowania po­
wodzi i nawadniania pól). Okres ten politycznie niestały przyczy­
nił się do rozwoju chińskiej cywilizacji, zwłaszcza w dziedzinie
myśli.
W ciągu I I I wieku przed Chr. powstał w północno-wschod­
nich Chinach wielki zdobywca i organizator Shih Huang T i . On
to zjednoczył wszystkie chińskie państwa w jedno wielkie biuro-

365
kratyczne cesarstwo, którego sam był absolutnym władcą. Podobne
systemy rządzenia powstały nie wiele wcześniej w Persji i I n ­
diach.
Z założeniem cesarstwa cywilizacja Chin, która z czasem
stała się cywilizacją całej wschodniej Azji, weszła na drogę swego
wielkiego historycznego rozwoju.
Broszura jest zaopatrzona w liczne fotografie i mapy.
J.

D.

ALEŚ HRDLIĆKA, «T h e E s k i m o c h i l d». Smithsonian
Institution, Washington 1942, stron 15.
Eskimosi kochają swoje dzieci na równi z białymi, chociaż
mniej to okazują, faktycznie jednak matka więcej musi im się
poświęcać, gdyż w ciężkich warunkach życia na dalekiej Północy,
mężczyźni są bardziej zajęci i cały obowiązek wychowania po­
tomstwa spada na matkę. Jak długo dziecko eskimoskie jest
zdrowe, sprawia mało kłopotu. Każda Eskimoska lubi mieć jak
najwięcej dzieci, toteż rodziny są bardzo liczne. Najwięcej Eski­
mosów czystej krwi jest w okolicach rzeki Kuskokwim, jest ich
tam około 4 tysięcy; przeciętnie na każdą kobietę wypada 6,2 dzieci
żywo urodzonych. Z wprowadzeniem europejskiej pomocy me­
dycznej ludność rozrasta się, pomimo periodycznych okresów
śmiertelnych epidemii influenzy, gruźlicy i innych chorób przy­
wleczonych przez białych.
U Eskimosów dziecko rodzi się zazwyczaj bez fachowej po­
mocy. Zachowało się w iele starych obyczajów w odniesieniu do
matki i dziecka przy urodzeniu. Eskimosi mają jednak dużo zdro­
wego rozsądku i nauczyli się wiele w tej dziedzinie tak od Ro­
sjan, jak i od Amerykanów. Dzieci są zazwyczaj pucułowate
i zdrowe, przeważnie trochę cierpliwsze i spokojniejsze od na­
szych. Gdyby nie mniej lub więcej brązow a cera i charaktery­
styczna zmarszczka przy wewnętrznym rogu oka (epicanthus),
mało by się różniły od białych niemowląt. Matka nosi je ze sobą
w szędzie w kapturze swojej «рагка», a w domu leżą one na skó7

7

7

7

7

7

r

366
rach lub kocach. Gdy są chore, reagują bardzo dobrze, tak samo
jak matki, na tran i inne lekarstwa. Dawniej, gdy tylko dziecko*
miało kilka ząbków dawano mu do gryzienia kawałeczki mięsa,
teraz udzielają w szkołach fachowych wskazówek co do karmie­
nia, wobec czego śmiertelność ulega zmniejszeniu.
Wykształcenie zaczyna się wcześnie; matka lub babka uczą
dziewczynki obowiązków domowych, ojciec lub wuj zaprawiają
chłopców do wioślarstwa, polowania i zakładania sideł. Nie umieją
oni pływać, gdyż woda jest za zimna, natomiast świetnie obcho­
dzą się ze wszelkiego rodzaju łodziami, wyrabianymi przeważnie
ze skóry, rzucają oszczepem i harpunem, gdyż strzelanie z łuku
jest rzadko używane i to tylko na lądzie. Dzieci rzadko bywają
karane, nie nadużywają bowiem nigdy dużej wolności i swo­
body, a poza tym istnieje także dyscyplina grupowa. Od 3 czy
4 lal zaczynają już być pomocą w domu, mimo to jednak nie są
przepracowane i mają wiele czasu na wesołe zabawy. Strojenie
dzieci ogranicza się tylko do dziewczynek, polega ono przeważnie
na paciorkach noszonych na szyi lub wplatanych we włosy, szczy­
tem elegancji jest tzw. «рагка» (suknia) z białej skóry renów ze
wspaniałym futrzanym kapturem. Dzieci lubią bawić się z psami
zwłaszcza ze szczeniętami i nie boją się tych groźnych zwierząt,
bywają one jednak nawet i dla nich niebezpieczne, gdy np. dziecko
wśród nich upadnie, a nie nadejdzie szybko pomoc. Potrafią rozedrzeć je w kawałki, zupełnie jak wilki.
Młodzież rozwija się jak u nas i wiek dojrzewania jest mniej
więcej ten sam, wtedy kończą się zabawy i zaczyna się pracowite
życie. Okres ten obchodzono dawniej wybijaniem jednego lub wię­
cej przednich zębów, -zwyczaj ten jednak zaginął już prawie na
Alasce. Młodzi chłopcy są przystojni, odważni, ruchliwi, dziew­
częta często bardzo ładne, skromne, nieśmiałe. Często wychodzą
za mąż za białych, a dobrze wychowane i wykształcone np. w Mo­
rawskim Sierocińcu nad rzeką Kuskowim, są bardzo poszuki­
wane jako żony, nieraz zdarza się, że wielu konkurentów czeka
aż panna szkolę ukończy.
Zdrowe eskimoskie dzieci są szczęśliwe i miłe, łatwo przy­
wiązują się do nauczyciela, nie są bynajmniej głupie ani tępe,

367

gdy opanują pierwsze trudności językowe, robią duże postępy
w naukach. Śmierć starszego i zdrowego dziecka jest szczerze opła­
kiwana, lecz nie wylewnie; gdy matka nie może mieć już więcej
dzieci, bierze sierotę na wychowanie, aby tym sposobem zapełnić
puste miejsce w domu.
Wiele jest ciekawych szczegółów życia i specjalnych oby­
czajów u Eskimosów, które należałoby zebrać, tym bardziej że
ulegają one szybko wpływom cywilizacji i nabierają coraz wię­
cej nowoczesnych form życia.
Broszurka jest ilustrowana ładnymi fotografiami dzieci eski­
moskich w różnym wieku.
n

• C a n a d a ' s I n d i a n p r o b l e m s * by Diamond Jennes,
Chief, Division of Antropology, Natonal Museum of Canada. From
the Smithsonian Report for 1942, pages 367—380 (with 4 plates).
United States, Government Printing Office, Washington 1943.
Na wstępie dzieli autor Kanadę na 4 rejony: 1) Kanadę
wschodnią Wielkich Jezior, 2) prerie, 3) zbocza gór ku Pacyfi­
kowi i 4) daleką północ. Każdy z tych rejonów ma inny klimat,
florę i faunę i różnice te odbiły się wydatnie na indiańskich mie­
szkańcach Kanady: różnią się oni między sobą trybem życia, orga­
nizacją społeczną i wierzeniami, a także ustosunkowaniem do cy­
wilizacji europejskiej.
Europejczycy zastali na wschodzie Kanady: 1) wędrownych
Algonkinów nad morzem i na wyżynach między Quebec i Ontario,
oraz 2) na wpół osiadłych lwlniczych Irokezów na południu On­
tario i wzdłuż rzeki św. Wawrzyńca. Irokezi przybyli tu na 3—4
stuleci przed podróżą J. Cartiera (1535) w górę rzeki św. Waw­
rzyńca prawdopodobnie z południa Pensylwanii lub dorzecza Ohio,
gdzie od południowych sąsiadów nauczyli się uprawy zboża, gro­
chu, dyni i tytoniu. Uprawą roli zajmowały się kobiety, męż­
czyźni zaś polowali i łowili ryby w pobliżu swych lepianek. Ko­
czowniczy Algonkini, zajmujący się polowaniem i traperstwem,
7

368
stronili od Irokezów, choć często wymieniali u nich futra na
zboże i tytoń. — W X V I w. przybywają tu brelońscy, baskijscy
i portugalscy rybacy i handlarze skór. Przynoszą ze sobą na­
rzędzia żelazne i broń, czym przyczyniają się do zmiany gospo­
darki plemiennej Indian. Na tle rywalizacji w handlu skórami
między Algonkinami a Irokezami wybuchają raz po raz wojny,
które sprawiają, że Irokezi z doliny rzeki św. Wawrzyńca stają
się śmiertelnymi wrogami Irokezów .z Ontario i Algonkinów.
W czasie wojen kolonialnych Irokezi zdobyli się szybko na zor­
ganizowany w nich współudział, co dało im po skończeniu tych
wojen nowe uprawne tereny i częściową autonomię. Algonkinom
brak było zdolności zjednoczenia się, nie odegrali więc w tych
wojnach większej roli. Jeśli chodzi o postęp knltiirqlnv TnHian
wschodniej Kanady, to w najlepszej sytuacji znaleźli się Algonkini. Pierwsi biali osadnicy na tych terenach, Francuzi, niewiele
różniący się trybem życia od Indian jeszcze w X V I I w., odsepa­
rowani od Starego Świata i nie zamierzający doń powrócić, wcho­
dzili w .związki małżeńskie z Indiankami zwłaszcza kształconymi
w szkołach misyjnych. Zarówno mieszańcy z tych małżeństw, jak
i Indianie wzięli udział w budowaniu kolonii. Niektórym grupom
indiańskim oczywiście nie podobała się praca na fermach, woleli
uprawiać dawny koczowniczo-myśliwski tryb życia. Ich to potom­
kowie zajmują dziś rezerwaty i włóczą się po północnym Ontario
i Quebec'u.
Na preriach zastał młody Kelsey w r. 1690 tylko Blackfoolow
i Gros Ventre'ow. Blackfoot'owie na początku X V I I I w. dostają
konie z pd.-zach. Stanów Zjednoczonych oraz strzelby z nad Za­
toki Hudsona. Polowanie na bawoły, będące podstawą ekono­
miczną plemienia, jest udogodnione. Ъ tej racji sąsiednie plemiona
Sarcee. Cree i Assiniboine wnikają w terytorium Blackfoofów i żą­
dają od nich większych udziałów w polowaniach na bawoły. Pre­
rie stają się terenem walk. Plemiona organizują się na sposób woj­
skowy, zmieniają obyczaje, odzież, nawet religię. W jednakowych
warunkach geograficznych i ekonomicznych plemiona zaczynają
prowadzić jednakowy tryb życia (wspólny zwyczaj «tańca słońca»,
cenne lekarstwa każde z odmiennym rytuałem). Europejczycy

369

wchodzą w głąb prerii, stada bawołów niszczeją (ok. r. 1879). Na­
stępuje w życiu Indian zwrot: polowania na bawoły, z miłym po
nich próżnowaniem ustają, Indianie biorą się do pogardzanej
pracy na fermach. Liczebność ich maleje. Taki spadek liczebności
zaznacza się wszędzie, gdzie niecywilizowane ludy zetkną się
nagle z cywilizacją europejską; brak ze strony Europejczyków
ustalenia podstaw ekonomicznych tych ludów , obniżenie ich spo­
łecznego stanowiska i niedostateczne pożywienie powodują znisz­
czenie poczucia godności, obniżenie moralności, brak celu życia
i ambicji życiowych. Jest to wina europejskich władców, którzy
najczęściej eksploatując, niczego w zamian nie dają. — Blackfoot'owie przetrzymali lepiej wstrząs gospodarczy tale samo, jak
inne plemiona wyżynne, które dziś wvkazuia odoorność na cho­
roby i stały wzrost populacji mimo, że warunki ekonomiczne
"w rezerwatach są jeszcze dalekie od zadowalających.
Autor stwierdza, że, jak wszędzie tak i w Kanadzie pod euro­
pejskimi rządami, powodzi się ludom rolniczym lepiej, niż koczu­
jącym. Ważną również jest rzeczą umiejętna administracja, której
celem powinno być danie rządzonym ludom przywódców, którzy
by potrafili zdobyć wśród rodaków zaufanie i prowadzić ich ku
lepszej przyszłości. Rolniczy Irokezi lepiej się mieli, niż koczu­
jący Algonkinowie. Mądrzy przywódcy-ideaiiśei, jak Józef Brani
u Irokezów i Crowfoot u Blackfoofów, potrafili uchronić swoje na­
rody od zagłady. «Siła odrodzenia czy podnoszenie się ludzi leży
w nich samych, a nie poza nimi».
Wybrzeże Pacyfiku ma łagodny klimal i bardziej niż inne
części Kanady urozmaiconą florę i faunę. Ludy, które tu przy­
były przeważnie г południowej Alaski, zdołały rozwinąć stosun­
kowo wysoką kulturę. Już przed przybyciem Europejczyków mieli
tu Indianie oryginalne drewniane budownictwo. Domy niezwy­
kłych nieraz rozmiarów, ozdobione olbrzymimi rzeźbionymi fila­
rami (słupy «totem») jeszcze dziś się tu spotyka. Obfitość żywno­
ści, zwłaszcza łososi, czyniła życie łatwym. Rozwinęły się takie
sztuki, jak malarstwo, rzeźba w drzewie, muzyka, dramat. W y ­
soko siało tkactwo. Ludność dzieliła się na szlachtę, gmin i nie­
wolników (jeńcy wojenni i ich potomkowie). Przybycie Europej7

Lilil. T. N X X V I 1

24

370
czyków spowodowało całkowity przewrót w życiu Indian. Lekce­
ważenie społecznych rang przez białych, zniesienie niewolnictwa^
ograniczenia w rybołówstwie, sprowadzenie metalowych narzędzi
i naczyń, w końcu rozwój mechaniki w w. XIX postawił Indian
w zupełnie innych warunkach życiowych. Czerwoni wynajmują
się do pracy u Europejczyków. Dawny podział społeczny zostaje
zastąpiony innym: sięgający zamierzchłych czasów zwyczaj urzą­
dzania wspaniałych uczt (potlatches), będący przywilejem szlachty,
staje się teraz środkiem do uzyskania szlachectwa. Ludzie ciężko
pracują po to tylko, by zyskać popularność i uznanie przez urzą­
dzanie przyjęć na 3—4 tysięcy ludzi na przeciąg 7—8 dni! Rząd
zakazał tych potlatches i od razu tempo życia Indian opadło. Za­
brakło ambicvi życiowych, przerwano tradycjonalny postęp. Cześć
Indian zabrała się do uprawy roli, inni od zbierania owoców
i chmielu, do rybactwa lub do robót w portach, tartakach i do
innych zajęć. Zetkniecie się ludzi, tkwiących jeszcze w epoce ka­
mienia, z cywilizacją europejską było zbyt nagle. Choroby euro­
pejskie dziesiątkowały Indian, liczebność ich malała przerażająco.
Rozrzuceni w terenie, różniący się między sobą nawet językiem,
bez jakiegokolwiek bodźca, bez przywódcy, niezjednoczeni — giną.
Gdyby byli rolnikami w czasie zetknięcia się z cywilizacją euro­
pejską, los ich byłby zupełnie inny.
Dorzecza Mackenzie i Yukonu oraz północne Ontario i Que­
bec mają surowy klimat. Podstawą życia tamtejszej ludności był
jeleń wędrujący pojedynczo po leśnych przestrzeniach, dający nie
tylko pożywienie i odzież, ale i material na namioty. Polowanie
na niego było trudne, rybołówstwo także niełatwe, Indianie więc
głodowali. Niebyło lu jednak wojen. Spokój ten .zniweczyło przy­
bycie handlarzy futer w X V I I i X V I I I w. Plemiona Cree i Chipewyan, dążąc do zmonopolizowania handlu futrami, prowadzą
mordercze wojny z Żółtymi Nożami, Logribami i Indianami z gór­
nego biegu Mackenzie, przerwane w X V I I I w. epidemią czarnej
ospy. W pierwszej połowie X I X w. walki znowu się wzmogły.
Obecnie od stu lat panuje spokój, istnieją instytucje handlowe
i misje, komunikacja powietrzna i wodna ułatwia dostęp do tych
terenów, ale stopa życiowa Indian się nie podnosi. Są niedożywieni

371

i podatni na choroby, zwłaszcza gruźlicę. Przed rządem stoi za­
danie podniesienia moralności tych Indian i danie im odpo­
wiedniego dla ich zdolności zatrudnienia, by umożliwić ich re­
generację.
Wybrzeże arktyczne Kanady zajmują Eskimosi, różniący się
mocno od innych autochtonów Ameryki. Gęstość zaludnienia tych
terenów jest słaba: od wschodniej Syberii po Grenlandię —
38.000 Eskimosów. Ciężkie warunki bytowania wpływają na ich
wielką śmiertelność. Uzbrojone załogi statków wiclorybniczych,
przybywających do Zatoki Hudsona i północnej Alaski od dru­
giej polowy XIX w. przyczyniły, się wydatnie do zmniejszenia
populacji, ale nie wpłynęły na zmianę trybu życia tubylców. Więk­
szy wpływ wywarli handlarze futer: dzięki nim Eskimos zmienił
ubiór ze skóry jelenia na wełniany i bawełniany, zaczął jadać po­
trawy mączne. Brak higieny i niewystarczające odżywianie wpływa
ujemnie na liczebność Eskimosów, prawdopodobnie bardziej na
dalszej północy.
Wyłoniły się i są dyskutowane dwa systemy rządzenia l u ­
dami stojącymi na niskim stopniu cywilizacyjnym: system pole­
gający na odosobnieniu administrowanej jednostki etnicznej i sy­
stem «drzwi otwartych* dążący do jej zasymilowania. I jeden
i drugi może znaleźć skuteczne zastosowanie, ale skuteczność ta
zależna jest od rozmaitych warunków.
Duńczycy na przykład rządzą Grenlandią w myśl zasady
«Grenlandia dla Grenlandczyków», dając jej oficjalny eskimoski
język w urzędzie i szkole, — i populacja jej stale wzrasta (dziś
jest lam pizes.zlo 17.000 Eskimosów). Japonia odosobniła u siebie
Ajnów, Wielka Brytania swoich Naga w Assam, Belgia Pigmejów
w Kongo, Południowa Afryka Buszmenów i częściowo Bantów",
a Australia rozważa możliwości segregacji swoich czarnych. Odo­
sobnienie bvwa niekiedy aktem humanitaryzmu ze strony białych,
czasem jest stosowane ze względów ekonomicznych. Rezultaty ta­
kiego odosobnienia nie zawsze są dodatnie.
Jeśli chodzi o zamknięcie Indian w rezerwatach, to nie dąży
się tu do zniszczenia ich kultury. Chodzi tylko o to, by usunąć
z form ich życia te cechy, które przeszkadzają im w postępie kul7

24*

.372
luralnym. Popiera się ich dążenia do podniesienia poziomu eko­
nomicznego i wzmaga się ich aktywność kulturalną.
Co do Eskimosów kanadyjskich, to są oni w innych warun­
kach, niż Eskimosi w Grenlandii. Są przede wszystkim mniej
liczni, mają częstszy kontakt z cywilizowanym światem, dlatego
segregacja ich czy odosobnienie jest niemożliwe. «Muszą oni uto­
nąć czy rozpłynąć się w lali cywilizacji*, muszą się zmieszać
z białymi i w przyszłości dzięki temperamentowi Eskimosów, na
który tak mało sie zwraca uwagi, amerykańska Arktvda będzie
zamieszkana przez «dzielnych pionierów noszących w swych ży­
łach krew eskimoską, lecz mówiących po europejsku*.
Tadeusz

Brajerskl

FRANCES DENSMORE, «T h e s t u d y of I n d i a n
s i c». Smithsonian Institution Washington, 1942, str. 27.

m u-

Autor poświęcił kilka lat studiowaniu muzyki Indian. Na
Aystępie opisuje, kto i w jaki sposób te badania przed nim pro­
wadził, począwszy od r. 1880, gdy trzeba było ze słuchu zapi­
sywać melodie. Dopiero z wynalazkiem fonografu i możności na­
grania melodii i utrwalenia jej na płytach rozpoczęła się nowa
era w tej dziedzinie. Densmore Fr. opisuje aparaty wszelkich
typów i różne metody ich używania, następnie jak się przedsiawia
praca w ierenie, do której niezbędny jest dobry tłumacz, który by
poza doskonałą znajomością narzeczy Indian władał także po­
prawnie językiem angielskim, aby móc jak najdokładniej oddać
w tłumaczeniu myśl i słowa pieśni. Trzeba także znaleźć odpo­
wiednich śpiewaków i zyskać ich zaufanie, co nie zawsze jest
łatwe, a nieraz pociąga za sobą niemiłe konsekwencje. Autor opi­
suje, że sam miał kiedyś w Washingtonie odczyt o muzyce Indian
i udało mu się nakłonić kilku śpiewaków, aby przy tej sposob­
ności odtworzyli pieśni używane celem uzdrawiania chorych pod­
czas ceremonii tzw. Wielkiego Leczenia. Skutek był laki, że przy­
godny szef tej grupy po powrocie do domu został wykluczony
z rady starszych, a gdy zaraz polem stracił żonę, wspólplemieńcy

373
uznali, że jest lo kara za odtwarzanie narodowej ceremonii reli­
gijnej dla przyjemności białych. Wobec takiego stanowiska zdo­
bycie niektórych materiałów związanych z pewnymi zabobonami
lub wierzeniami napotyka na wielkie trudności, zwłaszcza jeżeli
się nie chce sprawić przykrości swoim czerwonoskórym przyja­
ciołom.
Bardzo ważną jest sprawa urządzenia odpowiedniego «studio», gdyż poza warunkami akustycznymi chodzi także o to, aby
śpiewak czul się dobrze i swobodnie. Np. pewien stary śpiewak
zgodził się śpiewać tylko w rzadkim lasku, gdzie widok był
otwarty, aby mieć pewaiość, że go nikt nie podsłuchuje. Muszą się
oni także nauczyć odpowiedniego modulowania głosu (nie wy­
dawania chara к I eryl vc.zn v r h okrzyków Y uzvwania akompania­
mentu bębna czy grzechotki, aby odbiór był jak najlepszy i utrwalił
tylko melodię, nie zagłuszoną akompaniamentem. Dużą trudno­
ścią zazwyczaj jest sprawa wynagrodzenia, niektórzy śpiewacy
bardzo się' drożą; raz w czasie wielkiej suszy, jeden z nich żądał
50 dolarów za odśpiewanie pieśni, która bezsprzecznie sprowadzi
deszcz, nie dostał ich jednak i susza trwała dalej.
Autorowi chodziło głównie o zebranie pieśni starych nie b ę ­
dących teraz w użyciu. Są to przeważnie takie, które za pomocą
czarów usuwają choroby, znają je już tylko staruszkowie o bar­
dzo nieraz słabych głosach, co znowu pracę utrudnia. Rzadko tra­
fiają się kobiety śpiewaczki, czasami tylko biorą udział w chó­
rach, siedząc w tyle i śpiewając o oktawę wyżej. Popularne są
kołysanki i piosenki miłosne, pierwszymi mężczyźni gardzą, są
one zresztą bardzo proste i monotonne. Piosenki miłosne śpie­
wano dawniej, używając przy tym czarów , aby dopomóc intrydze
miłosnej. W ogóle jednak wszystkie szczepy twierdzą, że okazy­
wanie swoich uczuć miłosnych za pomocą pieśni zostało wpro­
wadzone przez białych, wobec tego pieśni lego rodzaju są źle
widziane przez starsze pokolenie. Słowa nowoczesnych pieśni za­
zwyczaj wykazują brak uszanowania dla kobiet, w przeciwień­
stwie do dawnych. Objaw len wynika z ogólnej zmiany zwy­
czajów i rozpoczął się z chwilą, gdy młodzież przestała szanować
autorytet starszych w sprawach miłosnych.
7

7

7

374
W dawnych czasach wierzono, że pieśni powstają w snach,
wobec tego pochodzą ze źródeł nadprzyrodzonych i odśpiewywa­
nie ich było związane z czynnościami o mocy nadprzyrodzonej.
Pieśni taneczne są późniejsze i mają mniejsze znaczenie. Zdrowie,
żywność i bezpieczeństwo były najważniejszymi sprawami dla
dawnych Indian, a śpiew był uważany za najlepszy sposób za­
pewnienia ich sobie, toteż wszelkie obrzędy odnosiły się prze­
ważnie do dwóch pierwszych. Jest do dziś wielu tzw. «kkarzy»
wśród mężczyzn, oraz wśród kobiet, którzy chętnie pozwalali na­
grywać swoje pieśni, «aby, jak mówią, Indianie mogli być lepiej
zrozumiani przez białych». Jeden z nich Sydny Wesley, zwany
«Zabija Sam» w znaczeniu, że nie daje się przez nikogo zastąpić
w żadnej trudnej sprawie, odtworzył pieśń w której była mowa
o nienawiści do «Folanche i Hispano», co jest godne uwagi, ze
względu na to, że stosunki plemienia Choctaw (z którego pocho­
dził) z Francuzami skończyły się w r. 17G3 a z Hiszpanami jeszcze
dawniej. Sam nie rozumiał ani słów ani treści, odśpiewywał tylko
rytmicznie sylaby, tak jak go nauczono. Najpopularniejsze pieśni,
które sprowadzają deszcz lub proszą o dobry zbiór cukru. Ple­
miona żyjące w dolinach proszą o powodzenie w łowach na ba­
woły. Wszystkie szczepy mają też swoje pieśni wojenne.
Pieśni danego plemienia dają przekrój jego kultury, tak więc
najwięcej pieśni obrzędowych znajdujemy wśród plemion, gdzie
wszystkie ceremonie stoją na wysokim poziomie, wśród plemion
żyjących w okolicach obfitujących w roślinność, a co za tym idzie,
w zioła lecznicze (najwięcej jest pieśni leczniczych). Tam gdzie
jest dużo zwierzyny, pieśni są przeważnie związane z łowami.
Pieśni Indian tracą na wartości, gdy są oderwane od ich życia,
toteż muzyka ich jest ważnym przedmiotem badań etnologicznych. Indianie mają ogromną skalę głosu, mężczyźni dochodzą do
e wielkiego, często też się zdarza, że kobieta wyśpiewa e trój kreślne.
W dalszym ciągu autor opisuje techniczną stronę utrwalania
nagranych pieśni na płytach i związane z tym trudności, aby jak
najdokładniej oddać wszystkie tony i półtony.

375
Instrumenty muzyczne służą przeważnie do akompaniowa­
nia śpiewu, z wyjątkiem fletu, na którym młodzi ludzie czasami
grywają wieczorami, lub gwizdka używanego przy niektórych ce­
remoniach lub przy leczeniu chorych. Cztery są rodzaje indiań­
skich instrumentów muzycznych: bębny lub tym podobne, grze­
chotki, flety i gwizdki, każdy ,z nich ma jednak kilka odmian,
a wykonane są z materiałów dostępnych w danej okolicy. W Mu­
zeum Narodowym Stanów Zjednoczonych znajduje się piękny
zbiór instrumentów. Zw\kłe bębny wyrabiane są przez szczepy,
dla których skóra sarn lub jeleni jest dostępna. Papagowie uży­
wają płaskiego kosza odwróconego dnem do góry, uderzając weń
dłonią. W stanie Washington używano w tym samym celu dłu­
giego pudła, na kir-пути с'ягЫп kilku mpżrzyyn kopiąc, bosymi
piętami i uderzając pięściami. Często zwykła deska wzniesiona
trochę ponad ziemię, klaskanie w dłonie lub tupanie nogami za­
stępują z powodzeniem odgłos bębna. Grzechotki mogą być w for­
mie woreczków napełnionych kamyczkami lub grudkami gliny
lub też np. skorup żółwi lub różnych gadów związanych razem
i przymocowanych do kolana tancerza. Flety są podobne do euro­
pejskich, średniowiecznych fletów, najbardziej typowy jest flet
wykonany z miękkiego drzewa o równych słojach z dowolną ilo­
ścią otworów, w tym celu używana także bywa trzcina, a w ostat­
nich czasach lufy od strzelb lub rury metalowe. Gwizdki są wy­
rabiane ze skrzydłowych kości ptaków lub z drzewa, bywają prze­
ważnie krótkie.
W ostatnim rozdziale autor wylicza szczepy i plemiona,
z których udało mu się zebrać charakterystyczne pieśni. Z paru
tysięcy nagranych pieśni w lalach 1907—1941 ogólna liczba 2.632
została utrwalona na płytach.
W zakończeniu autor przedstawia swój system analizy pie­
śni pod względem muzycznym, podkreślając, że celem jego pracy
było zachować przeszłość, utrwalić teraźniejszość i przygotować
drogę dla przyszłości.
J. D.

376
P. H. BUCK — HIROA TE RANGI, . A n
to P o l y n e s i a n A n t h r o p o l o g y * .

Introduction

Każdy etnolog przeczyta z niezwykłym zadowoleniem książkę
Hiroa Te Rangi (Piotr H. Buck) «An Introducton to Polynesian
Anthropology*, wydaną na Hawaii w przysłowiowym u nas Ho­
nolulu w r. 1945. Autor, z pochodzenia" Hawajczyk, z europejskim
wykształceniem, podpisujący się dla Europejczyków jako Piotr
Buck, jest dyrektorem sławnego już dzisiaj w świecie naukowym
«Bishop Museum* w Honolulu.
We wstępie swego niedużego zresztą, lecz bardzo cennego
dzieła, podaje jego genezę. Zajęcie Mikronezji i innych wysp Pa­
cyfiku przez U. S. A. po pokonaniu Japonii otwarło amerykańskim
towarzystwom naukowym pole do szerokich badań. 11 sierpnia
1944 r. trzy towarzystwa naukowe — National Research Council,
The Social Research Council, American Council of Learned Societes utworzyły komitet, celem ocenienia pracy naukowej czte­
rech dziedzin, mianowicie przyrodniczej, biologicznej, socjologicz­
nej i humanistycznej odnośnie do Polinezji, Melanezji, Mikro­
nezji, Filipin i w miarę możliwości Indonezji.
Co do Polinezji ustalił przewodnik komitetu Herbert E. Gre­
gory następujące zagadnienia do opracowania: «Studia funkcjo­
nalne i psychologiczne na Polinezji*, «Zagadnienie przyległości
kultur (acculturation) na Polinezji* i «Wychowanie na Poli­
nezji*. Te trzy kwestie mają się składać na tom, oceniający etno­
logię Polinezji. Do pracy tej zaproszono cenionego Te Rangi H i ­
roa. Odpowiedział na zaproszenie, wydając dzieło pod wspom­
nianym wyżej tytułem, które stanowi wprowadzenie do zamie­
rzonego tomu o polinezyjskiej etnologii.
Schemat dzieła Hiroa jest następujący: podaje najpierw
uwagi ogólne o Polinezji i ludzie polinezyjskim na podstawie spra­
wozdań badaczy Pacyfiku, dzieł innych pisarzy o Polinezji i ba­
dań «Bishop Museum*. Bibliografie dzieli zatem na trzy grupy:
literatura o pierwszych podróżach i wyprawach ułożona chronolo­
gicznie, poczynając od wyprawy Mendańa w r. 1595 do wypraw
pierwszej połowy wieku XIX; następuje lista dziel innych pisa-

377
rzy, omawiających już to w całości już to w części Polinezję
i wreszcie przytacza prace wydane przez «Bishop Museum*.
W dalszej części swego dzieła omawia indywidualne grupy
lub wyspy Polinezji, zaczynając od wschodnich, poprzez północne
do południowych. Uwagi ogólne o danej grupie wysp i ich miesz­
kańcach poprzedzają listę bibliograficzną, podawaną według wy­
żej ułożonego schematu co do ogólnej literatury o Polinezji, za­
tem sprawozdania pierwszych podróżników, dzieła innych pisa­
rzy i publikacje «Bishop Museum*.
Załącza także sprawozdania o wyspach poza Polinezją, któ­
rych mieszkańcy mówią językiem polinezyjskim.
Podział szczegółowy dzieła tak się przedstawia:
'

•)-•

- . ' l '

"_'~Г

JO-H-l^i

>

W

Podział wysp.
2) Polinezyjczycy: Dawny mieszkaniec Polinezji — Szlak
wiodący na Polinezję — Kultura Polinezyjska.
3) Badacze europejscy Pacyfiku: Magelan, Loyase, Saavedra,
Gaelano i inni; Meńdana.
4) Europejskie odkrycia na Polinezji: przez Mendańa, Quiros,
Boenechea, Maurelle le Maire i Schollten, Tasman, Roggeveen,
John Byron, Wallis, Carteret, Bougainville, Cook; późniejsze od­
krycia.
5) Późniejsi pisarze: pierwsi koloniści, misjonarze, kupcy,
urzędnicy, inni pisarze, rodzimi informatorzy, rodzime tubylców
rękopisy, tłumaczenia i objaśnienia, opublikowane teksty rodzime,
towarzystwa etnologiczne na Polinezji.
6) Bishop Museum: jego powstanie: «Bernice Pauahi Bishop
Museum* na Hawai w Honolulu jest pamiątką po księżnej Pauahi
(1831—1884), ostatniej z rodziny Kamehameka, naczelników Ha­
waii. Założone przez jej męża, Karola Reed Bishop (1822—1915),
który przez blisko lat 50 odgrywał dużą rolę w życiu publicznym
tychże wysp. Muzeum to jest poświęcone starożytnościom Poli­
nezji i jej pokrewnym wyspom, etnologii i naukom przyrodni­
czym. Zbiory obejmują głównie Polinezję (z N. Zelandią i Melanezję, N. Gwineę i Australię).
1

378
Dwa okresy posiada w swej historii dotychczasowej «Bishop
Museum*.
I . Od 1889—1919, który jest czasem organizowania muzeum
i gromadzenia materiałów.
I I . Następny okres przynosi tej instytucji sławę międzyna­
rodową. W tym okresie zostaje ono afiliowane do Uniwersytetu
w Yale. Organizuje wyprawy na statku «Tanager» w 1923 — na
okręcie «Whipporwill» 1924, na statku «Kaimiloa» w dalszych la­
lach. W r. 1926 fundacja Rockefellera wzbogaca materialne zasoby
Muzeum.
Wyprawy podjęte ze subsydiów Bishop Museum zbadały
wyspy «Society», Samoa, Cook, Tuamotu, Mangarevan, Mikro­
nezji, Chatham, Niue, Manua, Wschodnie. W r. 1920 nawiązuje
Bishop M. współpracę z Amerykańskim Muzeum Przyrodniczym.
Ustanawia stypendium dla studenta-etnologa, który jako asystent
Muzeum zostaje wysyłany dla badań a r c h e o l o g i c z n y c h na
jedną z wysp Hawaii. Od r. 1920 Bishop Museum pracuje wraz
z Uniwersytetem Hawaii.
Przy poparciu tegoż Muzeum wydano następne cenne dzieła:
«Hawaiin Dictionary* (1921) — «Ancient Hawaiian Music* (1923—
1924) — «The Canoes of Oceania* (1936).
Bishop Museum podjęło zwiedzenie muzeów etnologicznych
w Europie i Ameryce, i sporządziło katalog zdjęć z tychże muzeów.
Publikacje Bishop Museum: do г. 1945, do 31. V I I I . wydało
12 tomów pamiętników, 186 biuletynów, 18 tomów prac okoliczno­
ściowych, 36 specjalnych publikacyj.
7) Literatura o Polinezji:
a) dawne sprawozdania z podróży,
b) ogólne dzieła o Polinezji (67 pozycyj od r. 1803—1943),
c) publikacje Bishop M. (9 pozycyj od r. 1900—1944).
8) Wschodnie wyspy:
a) wstępne uwagi,
b) dawni podróżnicy,
c) inni pisarze (14 pozycyj od r. 1866—1935),

379
•d) Bishop M. publikacje (3 pozycje od r. 1935—1940).
Mangarevan: podobnie jak wyżej schemat a), b), c) inni p i ­
sarze (10 pozycyj, od r. 1835—1938); d) publikacje Bishop
M. (2 pozycje r. 19138 i 1939).
Pitcairnt: a), b), c) 9 pozycyj, od 1817—1936; d) В. M. 1 po­
zycja 1929.
Tuamotus: a), b), c) 7 pozycji od 1874—1940; d) 10 poz. od
1933—1937.
Marquesas: a), b), c) 18 poz. od 1843—1938; d) 8 poz. od
1923—1925.
Wyspy Australijskie i Rapa: a), b), c) 8 poz. od 1829—1933;
d) 5 poz. w 1930 i w rękopisach.
Wy^m^-«Snnipi-у». o) M , n) \Я
?d ISJO—1^44; d) 8 poz.
od 1927—1932.
Cook W. Grupa niższa: a), b), c) 21 poz. od 1866—1940;
d) 5 poz. 1924—1944.
Cook W. Północne: a), b), c) 6 poz. od 1867—1941; d) 7 poz.
od 1932—1938.
Wyspy Kkwatorial: a), b), c) 4 poz. od 1896—1927; d) 3 poz.
od 1925—1934.
Samoa: a), b), c) 17 poz. od 1866—1938; d) 6 poz. od 1921-1941.
Tonga: a), b), c) 11 poz. od 1810—1941; d) 12 poz. od
1922—1940.
Niue: a), b), c) 5 poz. od 1902—1924; d) 1 poz. w 1926.
Tokelau: a), b), c) 4 poz. od 1846—1923; d) 1 poz. w 1937.
Futuna i Alofi: a), b), c) 7 poz. od 1838—1915; d) 2 poz.
w 1936 i 1945.
Uvea: a), b), c) 6 poz. od 1838—1932; d) 2 poz. 1937 i 1945.
Wyspy Ellice: a), b), c) 9 poz. od 1871—1931.
Hawaii: a), b), c) 65 poz. od 1816—1944; d) 49 naz. od
1899—1943.
Wyspy Chatham: a), b), c) 3 poz. od 1893—1942; d) 2 poz.
w 1923 i 1928.
Nowa Zelandia: a), bV c) 112 poz. od 1835—1943.

380
Wpływy Polinezji na Wyspach Melanezji: a), b), ć) 26 poz.
od 1891—1943.
9) W n i o s k i : o kullurze materialnej — o organizacji spo­
łecznej — o religii — o antropologii fizycznej — o muzyce —
o wpływach polinezyjskich na zewnątrz — o metodzie historycz­
nej — o metodzie funkcjonalnej i psychologicznej — o przyległościach kulturalnych — studia topiczne.
Warto zapoznać się z oceną etnologa wybitnego, tym cen­
niejszą, że przystępuje on do badania krajów egzotycznych be/
zakładania okularów Europejczyka czy Amerykanina, ale bezpo­
średnio oczyma tubylca patrzy i osądza kulturę swoich stron ro­
dzimych.
IT D 7 Л ' Г 1
E. Bulanda

1. J.

ALFRED METRAUX, « E a s t e r I s l a n d , From the Smith­
sonian Report for 1944 with 4 plates. Washington 1945.
Bezdrzewna, wulkaniczna skała, zaledwie 13 mil ang. długa,
a 7 szeroka, pomału pożerana przez fale i zagubiona w wielkich
pustkowiach Oceanu Spokojnego — odległa o 2 tys. mil do wy­
brzeży Chile i 1500 mil od najbliższego archipelagu Polinezji —
to jest Wyspa Wielkanocna, najbardziej osamotnione miejsce kie­
dykolwiek zamieszkałe przez człowieka. Dziś żyje na niej garstka
tubylców (450 ludzi), przeważnie metysów, w większości trędowa
tych, pod rządami Chile. Są to jedyni potomkowie ludu, który po­
zostawił po sobie ślady jednej z najbardziej oryginalnych cywili­
zacji świata.
Wyspa została odkryta w r. 1722 w niedzielę Wielkanocną
przez Holendrów, którzy roznieśli po świecie tajemnicze opowie­
ści o opuszczonej wyspie, strzeżonej przez olbrzymie posągi ka­
mienne, zbyt ciężkie i wielkie, aby mogły być wykonane garstką
żyjących tam tubylców. Wszystkich następnych badaczy uderzał
tak samo kontrast pomiędzy starożytną wspaniałością a nędzą
i opuszczeniem teraźniejszym. W pierwszej połowie XIX w. przed­
siębiorczy łowcy wielorybów uprowadzili z wyspy część mieszkań-

381
с ów, со na długie lata utrudniło białym dostęp do niej, ale przy­
wieźli także ciekawe okazy sztuki, które znajdują się w muzeach
w Cambridge i Salem. Poza różnymi rzeźbami w drzewie i ka­
mieniu są dwie postacie wykonane z kory wypchanej trzciną, po­
kryte malowanymi wzorami, bardzo pięknie i precyzyjnie wyko­
nanymi, które przedstawiają tatuowanie używane jeszcze sto lat
temu. Są to zabytki skądinąd nie znane, a mogące się równać je­
dynie ze sztuką Markezańczyków.
W r. 1859 Peruwiańczycy napadli na wyspę, porwali króla,
wielu kapłanów i wiele setek członków wyższych i niższych klas,
których wywieźli jako niewolników na wyspy peruwiańskie. Więk­
szość z nich w krótkim czasie wymarła, a pięciu pozostałych przy
życiu, wróciło na francuskim statku, przywiozło ze sobą zarazki
ospy i gruźlicy, które w krótkim czasie zdziesiątkowały mieszkań­
ców tak, że łączność pomiędzy dawnymi i nowszymi czasami zo­
stała zupełnie zerwana.
Tajemnica Wyspy Wielkanocnej pogłębiła się jeszcze gdy
w r. 1864 dotarli tam pierwsi francuscy katoliccy misjonarze. Na
pytania o pochodzeniu tajemniczych posągów dostawali tylko nie­
jasne odpowiedzi, świadczące o bardzo słabej tradycji wiążącej
ich z przeszłością. Obecna nędza i nieświadomość tubylców pod­
kreśliła jeszcze zagadkę minionej cywilizacji, której niemymi
świadkami zostały tylko olbrzymie posągi, mauzolea i inne piękne
zabytki.
W tedy ludzie nauki rozpoczęli badania. Ale jak dotąd nie
znaleziono odpowiedzi na pytanie, kto i kiedy stworzył te zabytki,
jaki potężny lud zamieszkiwał dawniej wyspę i co lak nagle prze­
rwało prace zakrojone na lak wielką skałę?
Symbolem tajemnicy są posągi i one to uczyniły wyspę sła­
wną na całym świecie. Lecz może jeszcze bardziej zagadkowe są
drewniane tabliczki, pokryte drobnymi wycinanymi znakami, zna­
lezione u tubylców w polowie zeszłego wieku. Powstaje pytanie czy
są to hieroglify, które zawierają opisy przeszłości? Wszystkie próby
rozszyfrowania tych znaków zawodzą. Parę lat temu węgierski ję­
zykoznawca odkrył pewne podobieńslwo pomiędzy tymi znakami
a nieodczytanymi jeszcze hieroglifami, pochodzącymi z doliny Indu
7

7

T

382
sprzed 5 tysięcy lat. Gdyby rzeczywiście oba pisma były spokre­
wnione, nowe światło padłoby na mroczną przeszłość Pacyfiku.
Rządy francuski i belgijski zorganizowały ekspedycję nau­
kową na Wyspę Wielkanocną i po śmierci pierwszego jej kierow­
nika autor zajął to stanowisko. Opisuje on swoje pierwsze wraże­
nia gdy statek zarzucił kotwicę w stolicy wyspy, która przypom­
niała mu żywo rybackie wioski na wybrzeżach Bałtyku. Z waha­
niem używa słowa «tubylcy*, gdyż od pierwszego wejrzenia nie
miał wątpliwości, że w ich żyłach płynie krew Europejczyków. Je­
dni wyglądali na Francuzów, inni na mieszkańców Hamburga lub
Londynu, lecz zarazem było coś egzotycznego w tych postaciach
0 czarnych, kędzierzawych włosach, żywych oczach i wysokich
czołach. Późniejsze badania wykazały, że tylko jedna trzecia obec­
nych mieszkańców może się р« г.сл\ cić polinezyjskim pochodze­
niem i to nie zawsze stwierdzonym. Należy stanowczo, według
autora, rozwiać teorię, jakoby obecni mieszkańcy byli zdegenerowani i nie mieli nic wspólnego z ludem, który rzeźbił posągi i rytowal tabliczki, — przeciwnie są oni nawet pod pewnym wzglę­
dem zdolni. W ciągu 6 miesięcy spędzonych na wyspie autor po­
dziwiał ich niezwykłe zdolności asymilowania i polem dostoso­
wywania zdobytych wiadomości do zmiennego trybu życia, jest to
jeden z czynników, dla których stara kultura szybko zanika. Cho­
ciaż są oni najbardziej odosobnionymi ludźmi na świecie, miesz­
kańcy Wyspy Wielkanocnej wciąż poszukują nowych pojęć, no­
wych zwyczajów, ale także i nowych występków. Gdy tylko się spo­
strzegli, że cudzoziemcy interesują się małymi, rzeźbionymi
w drzewie figurkami, które dowodzą wielkiego artyzmu przodków,
1 płacą za nie mydłem lub ubraniem, zaczęli podrabiać je setkami
bardzo niedbale, twierdząc, że to zupełnie wystarcza, gdyż i tak
otrzymają swoją zapłatę, a o to tylko im chodzi. Ten instynkt han­
dlowy przyczynił się do utrzymania przy życiu kilku starożytnych
przemysłów. Poza tym są oni nadzwyczaj sprytnymi złodziejami,
tak na mniejszą jak na większą skale. Rząd angielski, który wy­
dzierżawi! od Chile wyspę dla hodowli owiec, ma z tym złodziej­
stwem nieustanne kłopoty, a taka jest solidarność rodowa, że
o wykryciu złodzieja nie ma mowy. Obok lego jest to lud spokojny,
Э

383'
żyjący z płodów ziemi bujnie rosnących na żyznej wulkanicznej
glebie. Nie mogą jedynie wyprodukować ani mydła, ani ubrania.
Chociaż nie można zdobyć żadnych danych co do przeszłości tego
ludu, folklor jest tu bogaty. Legendy i opowieści wspominają tu
o ludożerstwie. Nie odkryto jednakże nic, co by świadczyło o kul­
turze wcześniejszej niż polinezyjska, język jest czysto polinezyj­
ski, bez żadnych domieszek.
Zwalczając teorię, że wyspa jest pozostałością jakiegoś za­
ginionego kontynentu, autor stwierdza, że ma ona wyraźne pocho­
dzenie wulkaniczne i to nie zbyt dawne. Co prawda, wybrzeża jej
są stale zmywane falami oceanu i nawet w ostatnich dziesiątkach
lat, dzięki temu podmywaniu kilka posągów, które stały na wy­
sokiej skale, wpadły do .mnr.ia . },ąci-gdyby ten napór był rzeczy­
wiście tak silny, to świątynie wzniesione na samym wybrzeżu nie
byłyby się doczekały czasów dzisiejszych. Utrzymywała się też le­
genda o triumfalnej drodze, wiodącej w ocean, do, być może, ukry­
tych tam wspaniałych zamków (Atlantyda), przy bliższym bada­
niu okazało się jednak, że jest to szeroka struga lawy, która wpły­
nęła do morza. Te wszystkie legendy nie znalazły naukowego*
potwierdzenia. Tajemniczym pozostaje nadal fakt, że tak ma­
leńka wysepka jest pokryta wielkimi posągami, z których nie­
jedne mają 30 do 40 stóp wysokości i ważą po kilka ton. Mimo
całego swego sceptycyzmu autor przyznaje, że gdy je po raz pierw­
szy zobaczy], opanowało go uczucie bezbrzeżnego zachwytu i zdzi­
wienia. Mało jest widoków na świecie, mówi, robiących większe
wrażenie niż widok, można by powiedzieć, kamieniołomu posą­
gów na stokach wulkanu Ranoraraku. Miejsce o nastroju złowro­
gim. Na poły skruszały wulkan, olbrzymie skały wznoszące się
wprost z morza, ponad nimi śliczne zielone pastwiska, a blisko
wulkanu, jakby strzegąca kamieniołomu cała armia olbrzymich
kamiennych posągów, rozrzuconych w malowniczym nieładzie.
Większość ich stoi dumnie, inne są częściowo za'sypane usuwa­
jącym się gruntem. Widoczne są tylko głowy jakby jakiegoś prze­
klętego ludu, żywcem zakopanego przez lotne piaski. Za rzędami
stojących posągów, na stokach wulkanu jest 150 posągów niewy­
kończonych. Gdziekolwiek rzucić okiem, wszędzie wzrok spoczywa

384
na niewykończonych rzeźbach. Górskim wyniosłościom nadano
ludzkie kształty. Otworzono jaskinie, w których spoczywają po­
sągi, jak średniowieczne sarkofagi w kryptach katedralnych. Dłuto
artystów w gorączce wykorzystania miękkiego, górskiego «tufu» nie
oszczędziło prawie żadnego miejsca. Jest coś niesamowitego w tym
opuszczonym warsztacie pracy z rozrzuconymi nieżywymi olbrzy­
mami. Na każdym kroku przechodzień potyka się o zniszczone ka­
mienne młoty. Wydaje się, że robotnicy opuścili kamieniołomy na
święto tylko, jakby mieli jutro powrócić do pracy. Zdaniem autora
najbardziej zagadkowym jest problem nagłego przerwania tak gi­
gantycznej pracy. Nasuwa się natychmiast myśl jakiejś nieprze­
widzianej katastrofy, jakiegoś nadzwyczajnego zdarzenia, które
nagle zburzyło pracowite życie mieszkańców. W umysłach tubyl­
ców utrzymuje się przekonanie, że przyczyną tego były czary.
Istnieją legendy na ten temat. Autor wątpi w możliwość rozświe­
tlenia kiedykolwiek tej tajemnicy. Niewykończone posągi są ol­
brzymie, jeden ma 60 stóp wysokości. Niektóre umieszczone były
w takich miejscach, skąd niemożliwością było je wydobyć. A może
te olbrzymy miały na zawsze pozostać w swych grobach?
Dwa są rodzaje posągów: jedne, które jeszcze stoją przy kra­
terze lub u stóp wulkanu Ranoraraku, i te, które wznosiły się na
«ahu» czyli cmentarzu. Chociaż jedne i drugie są wykonane z tego
samego kamienia i mają ten sam typ, warto jednakże podkreślić
pewne różnice. Cmentarzyska znajdowały się w określonych od­
stępach wzdłuż wybrzeży, okalając wyspę. Były to olbrzymie bu­
dowle o dziwnym planie. Niekształtne w zasadzie kupy kamieni
tych wielkich mauzoleów nabrały pewnych form przez okalający
je mur, zwrócony zawsze frontem do morza, zbudowany z regu­
larnych bloków skalnych, starannie dopasowanych i pięknie wy­
gładzonych. Za tymi murami jest równa przestrzeń i skłon zasy­
pany rumowiskiem. Na centralnej części fasady stały rzędy po­
sągów, zwrócone twarzami do wewnątrz, a na skłonie grzebano
zmarłych. Posągi te przedstawiają olbrzymie popiersia o nieproporcjonalnie wielkich głowach w stosunku do reszty ciała. Tyl
głowy jest zupełnie plaski, co z pionową linią uszu nadaje głowie
plaski kształt. Brwi wyraźnie zaznaczone sterczą ponad owalnymi

385
oczodołami. Nos długi, koniec lekko zadarty, szerokie nozdrza, wą­
skie wargi wydęte jakby w pogardliwym uśmiechu, ramiona lekko
zgięte, ręce przylegają do piersi, a poniżej brzucha posąg jest ucięty.
Tamte posągi, w głębi wyspy, mają te same rysy, lecz bez oczo­
dołów, jak w nowoczesnych rzeźbach, na których jest tylko zarys
brwi i spłaszczone policzki. Te posągi są zakończone olbrzymimi
kołkami, które były wpuszczane w ziemię.
Na innych wyspach Polinezji znajdują się podobne posągi
i mauzolea, lecz Wyspy Wielkanocne należy postawić na pierw­
szym miejscu co do ilości jak i wielkości.
Na wyspie znajdują się posągi wszędzie, nawet w miejscach
prawie niedostępnych. Nie znaleziono odpowiedzi na pytanie,
w

iaki

O

L

<nn«óh Ш7^лги;7ппп

X

to—П1ЬГ7ЛПП1Й . c i ę ż a r y

J

^

J

7 iprltipi

J

strnny

O

wyspy na drugą, zważywszy że «tuf», z którego są wykonane, jest
stosunkowo miękki, więc łatwo było je uszkodzić lub nawet po­
łamać. Wydaje się to tym bardziej skomplikowane, że wyspa jest
zupełnie pozbawiona drzewa i wszelkiego materiału do robienia
sznurów. Toteż na te pytania tubylcy odpowiadają: «Król Tuu-koihu, wielki czarownik, poruszał je słowem ust swoich».
Jaki jest wiek tych posągów? Niektórzy autorowie twierdzą,
że istniały już 1000 lat przed Chrystusem, inni, że 10 tysięcy. Autor
jednak, biorąc pod uwagę miękkość kamienia i częste gwałtowne
deszcze z jednej strony, a z drugiej ostrość rysów i widoczne jesz­
cze znaki uderzenia młotów uważa, że nie mogą one mieć więcej
jak 500 do 600 lat.
Niemniej od posągów interesujące są drewniane tabli­
czki, o których była mowa powyżej. Ponieważ wyspa jest bezdrzewna, wykonane one były jedynie z drzewa naniesionego przez
fale. Tak zwane «hieroglify» wycinane na nich zębem rekina, są
to realistyczne rysunki ludzi, zwierząt itp. i figury geometryczne,
wykonane bardzo artystycznie i delikatnie, prawdziwe prymitywne
arcydzieła. Pismo biegnie z góry na dół i z dołu do góry, lecz
trzeba tabliczkę za każdym razem odwrócić. Niestety teraźniejsi
mieszkańcy Wyspy nic o nich powiedzieć nie mogą, tym mniej od­
czytać znaki, twierdzą tylko, że tabliczki są zaczarowane i powo­
dują śmierć. Wszelkie próby odczytania pisma dotychczas zaw'Oi.uii. т. xxxvir
25

dziły. Autor zbija twierdzenia jakoby te fzw. hieroglify miały j a ­
kikolwiek związek z pismem z doliny Indu i wysuwa nową teorię:
tubylcy nazywają tabliczki «kochau rongorongo*, co znaczy «batuta mówcy», wobec tego były one prawdopodobnie jedynie trzy­
mane w reku przez mówcę w czasie jego przemowy; może daw­
niej miały one znaczenie mnemotechniczne, lecz z biegiem czasu
zatraciły je, a znaki stały się jedynie ozdobą.
Na zakończenie autor dochodzi do następujących wniosków.
Wyspa została odkryta przez mieszkańców Polinezji pomiędzy po­
łową X I I a końcem X I I I wieku po Chr. Można to w przybliżeniu
ustalić według listy królów, których było 25—30, zaczynając od
Hotu-matua, który założył dynastię, i o przybyciu którego zacho­
wały sie dość dokładne i zgodne onowieści 7. ipon « т » : м-;*»™;
X

t'

J

<-



czasu pochodzi kultura innych wysp Polinezji, której tło jest po­
dobne do kultury W yspy Wielkanocnej.
Skądże więc pochodzą mieszkańcy Wyspy Wielkanocnej?
Wiele jest podobieństwa między nimi, a innymi ludami Polinezji,
o których wiadomo tylko bez wątpienia, że pochodzą z Azji. Mo­
żliwe, że Hotu-matua, odkrywca Wyspy Wielkanocnej, był kró­
lem jakiegoś niezwyciężonego ludu, który na odludnej wyspie zna­
lazł schronienie wraz z resztką swoich poddanych.
Te zagadkowe zabytki są świadectwem piękna i wielkości cy­
wilizacji, nie mającej sobie podobnej, a wykazują zarazem żywot­
ność i zuchwałość ludu, który opanował te, jakby się zdawało,
najszczęśliwsze kiedyś wyspy świata.
T

HERBERT W. KRIEGER, «P e o p 1 e s of t h e P h i l i p p i ­
nes*. Smithsonian Institution. Washington 1942, str. 80.
Filipińczyk ze swoją drobną budową, niskim wzrostem, zgrab­
nym ciałem i brązową skórą jest członkiem szeroko rozpowszech­
nionej rasy wschodnio-azjalvckiej, zamieszkującej południowe
Chiny, półwysep Malajski, Sumatrę, Jawę, Borneo i całą Indo­
nezję.

387
Hiszpanie wkrótce po zdobyciu Filipin podzielili ich ludność
na: Negrito (pygmei), Indios i Moros. Indios, lud spokojny, rol­
niczy, pogański, zamieszkiwał wybrzeże i doliny wyspy Luzon
i wyspy Yisayan, został wkrótce nawrócony na chrześcijaństwo.
Moros, mahometanie, piraci, polujący na niewolników, agresywni,
koczownicy, zajęli wyspy Jolo, Mindanao, wybrzeże wyspy Mindoro, Lubang i zatoki Manilskiej. Malajczycy, osobny lud, są bar­
dzo nieliczni na Filipinach, Morowie przyjęli od nich sposób ży­
cia, religię i arabski alfabet.
Hiszpanie w roku 1565 nazwali część wysp Indonezyjskich
Filipinami, na cześć Filipa I I . Wysp tych jest ogółem 7.083, naj­
większe z nich są Luzon i Mindanao, ogólna liczba mieszkańców
wynosi 16,350.000. W roku 1896 wybuchło powstanie przeciwko
Hiszpanom i Filipiny przeszły pod panowanie Stanów Zjedno­
czonych, a w r. 1935 Manuel Quezon został naznaczony pierw­
szym prezydentem Filipin; po 10 latach Stany Zjednoczone miały
opuścić bazy wojskowe.
Filipiny są piątym na świecie producentem złota, eksportują
cukier, tytoń, orzechy kokosowe, konopie manilskie, a importują
ryż i żywność w ogóle. Rozwijają się ogromnie pod względem eko­
nomicznym, drogi, mosty, porty i środki transportowe są zupeł­
nie zmodernizowane. Flora i fauna Filipin jest zbliżona do azja­
tyckiej, a brak wielkich ssaków , znajdujących się np. na Borneo,
dowodzi, że wyspy te nie były połączone z lądem stałym. Ludność
zachodnich Filipin, za wyjątkiem Negritos, jest bezsprzecznie mongoloidalna, o brązowej skórze i prostych włosach, na wschodzie
zaś są czarni, o szerokich nosach i krętych włosach. Filipiny są
jakby podzielone na zachodnie i wschodnie przez góry ciągnące
się z północy na południe; góry pochodzenia wulkanicznego, po­
siadające około 20 mniej lub więcej czynnych wulkanów, częste
są trzęsienia ziemi. Tajfuny zdarzają się na północnych i central­
nych wyspach, klimat jest podzwrotnikowy, chociaż w górach pół­
nocnego Luzonu mrozy nie należą do rzadkości. Gęstość zaludnie­
nia jest różna: lam gdzie ryż może być uprawiany tylko na te­
renach sztucznie nawadnianych, ludność jest bardzo gęsta, gdyż
system nawadniania wymaga współpracy wiełu ludzi, natomiast
7

w wyżej położonych okolicach ludność jest rzadsza. W ostatnich
dziesiątkach lat warunki sanitarne uległy dużej poprawie, znikły
prawie zupełnie cholera, ospa i trąd, tak samo śmiertelność dzieci
zmniejszyła się z 80% do 60%.
Największa z wysp Luzon z wielkim ruchliwym portem Ma­
nilla (623.326 mieszkańców) ma najbardziej mieszaną ludność
z powodu dużej ilości cudzoziemców: Chińczyków, Japończyków
i Amerykanów. Kolonia hiszpańska jest liczna i zwarta. W typie
fizycznym tubylców można odróżnić dużą domieszkę krwi hisz­
pańskiej. Magellan dotarł do wschodnich Filipin w r. 1521, zastał
tam już rozwinięty handel, czego dowodem było posiadanie wag,
odważników i miar. Za jego pobytu 800 Filipinos przyjęło chrzest.
Od tego czasu Manilla stała się centrum handlów уш did Dalekiego
Wschodu, tam zawijało wiele statków chińskich i japońskich, przy­
wożąc towary. Dzieło chińskiego autora z r. 1205 zawiera opis Ne­
gritos: «ludzie mali o krętych włosach, którzy budują sobie gnia­
zda na drzewach, z gęstwiny strzelają do przechodniów, wobec
czego są niebezpieczni*. Japończycy przyjeżdżali tu głównie szu­
kając starych chińskich waz glinianych. Wpływ religii i kultury
mahonietańskiej nie był głęboki, zaznaczył się tylko w udoskona­
leniu broni. Silne natomiast były wpływy pochodzące z Indyj:
w języku znajduje się dużo słów mających swe źródło w sanskrycie, system pisania jest podobny do hinduskiego, tak samo sztuka
obrabiania metalu, motywy dekoracyjne oparte na kwiecie lotosu
i inne zjawiska kulturalne są bezsprzecznie oznakami wpływów
hinduskich sprzed 2000 lat. Droga ich może nie była bezpośred­
nia, lecz przeszła przez Borneo i Jawę, gdzie były kolonie hindu­
skich i mahometańskich Malajów.
Malajczycy, których należy odróżnić od tzw. rasy malajskiej,
pochodzą ze wschodniej Sumatry, założyli oni w r. 1160 miasto
Singapore. Wybrzeża cieśniny Malakka są kolebką Malajczyków,
stąd rozeszli się na północ, wschód i południe, przyczyną tego było
z jednej strony pojawienie się Islamu w XIV wieku, którego misjo­
narzami stali się Malajczycy, z drugiej ścisły ich kontakt z Por­
tugalczykami, którym służyli za tłumaczy. Mowa Malajczyków jest
mieszana, znajdują się w niej pierwiastki sanskryckie, arabskie,

389
perskie, hinduskie, portugalskie, holenderskie, angielskie, hiszpań­
skie i chińskie. Jest około 5 mil. Malajczyków, żyjących w Indiach
Wschodnich. Filipińczycy, z wyjątkiem odłamu Moros, żyjących na
wyspach Sulu, są rasowo i geograficznie Indonezyjczykami, nie
zaś Malajczykami.
Nazwa Moros pochodzi od Hiszpanów, którzy walcząc z wpły­
wami mahometańskimi w Hiszpanii i Marokku spotkali się z tymi
samymi przeciwnikami na wyspach Filipińskich i nadali im to
samo miano. Historia i narodow ość Moros pochodzi od czasów Abu
Hakr, mahometanina, urodzonego w Mecce w V w. Założył on now e
królestwo, budował meczety, zaprowadził Koran, język arabski
i mahampianiłm
borHgn—y/czcśni^ posiadali oni prawo, rząd,
alfabet i system wykształcenia. Z zawodu rybacy, równie sprawni
na lądzie jak na morzu, budowali łodzie, którymi w dalekie strony
wywozili perły, zamieniając je na inne towary. Dzięki tym podró­
żom zdobyli rozległą wiedzę, którą wykorzystali do budowania
fortec i sporządzania broni palnej, podbijając pogańskich sąsia­
dów. Nie tylko mosiężna armata, ale i proch były dumą zawsze
gotowych do walki wojowników, toteż piraci zostali wytępieni do­
piero w polowie XIX wieku.
r

?

Negritos uchodzą za najdawniejszych mieszkańców Filipin,
wliczając do nich wszystkie grupy posiadające przymieszkę ich
krwi, liczba ich nie przekracza 30 tys. Charakteryzuje ich mały
wzrost (przeciętnie poniżej 145 cm), kręte włosy, czarna skóra i n i ­
ski stopień kultury. Z ludami Melanezji łączy ich czarna skóra,
gdyż posiadają szerokie głowy w przeciwieństwie do Negritos afry­
kańskich. Zamieszkują oni zalesione górskie tereny, rozrzucone
i niedostępne, najliczniejsi są oni na wyspie Luzon, gdzie też k u l ­
turalnie stoją najwyżej. Żyją przeważnie w stałych, samowystar­
czalnych grupach spokrewnionych rodzin, dzieląc czas pomiędzy
polowanie, uprawę kukurydzy, tytoniu i jarzyn, zbierając płody
leśne, które im służą jako towar wymienny z ludami wybrzeży.
Język ich jest mieszany, posiada zawsze domieszkę sąsiedniego.
Najniżej stojące grupy żywią się bananami, orzechami kokoso­
wymi, wężami i krokodylami. Rzadko kiedy potrafią coś porząd­
nie uprawiać, gdyż będąc ludem wędrownym nie chcą się na jea-

ш

nvm miejscu doczekiwać zbiorów. Poza psami nie hodują żadnych
zwierzą! domowych. Domy ich są to budowle wzniesione na pa­
lach, na których ułożone są gałęzie i rodzaj strzechy, ścian bocz­
nych nie ma, maty służą za posłania. Utrzymują ogniska dla cie­
pła i ochrony przed owadami, często śpią w gorącym popiele tych
ognisk; stąd noszą na sobie ślady oparzeń. Do krzesania ognia uży­
wają rodzaju piły wykonanej z bambusu. Gotują jedzenie w wy­
drążonych łodygach bambusu, które w ogóle służą jako wszelkiego
rodzaju naczynia. Nędzne odzienie wyrabiają z wewnętrznej czę­
ści kory palmowej. Jedyną słabą oznaką sztuki są skromne
ozdoby na naczyniach. Ciała zdobią bliznami powstałymi od na­
cięć skórv bambusowymi nożami, na nogach noszą obrączki z ple­
cionej świńskiej sierści. Ostrzą sobie zęby. Bronią są łuki i za­
trute strzały, a także siekiery do odrąbywania, głów ludzkich, któ­
rych poszukują. Wielożeńslwo jak i rozwody nie istnieją wśród
nich zupełnie. Religijnych ceremonii podobno nie posiadają, jak
też nie wierzą w czary, można powiedzieć, że są realistami. Bam­
bus jest używany do wszelkiego rodzaju wyrobów, począwszy od
mostów aż do instrumentów muzycznych, tak samo łyko palmy
«rartan» służy do wszelkich wiązań i zastępuje gwoździe. Typo­
wym dla Filipińczyków jest dom budowany na palach mający
tylko dach, służy on jednej lub kilku rodzinom, czasami całej wsi.
Igoroci z okolic górskich żyją w gęsto zabudowanych miastach lub
wsiach. Niezbędnymi budynkami wtedy są: 1. kamienny dziedzi­
niec, gdzie odbywają się narady starszych, 2. niski, długi budy­
nek, którego jedna część służy jako sala narad w porze deszczo­
wej, druga do narad tajnych i jako cmentarz dla głów ludzkich
zdobytych na wojnach; 3. niski, długi budynek, gdzie dziewczęta
muszą zawsze nocować i 4. taki sam budynek dla chłopców, nie­
żonatych mężczyzn i wdowców. Wszystkie te zabudowania są oto­
czone częstokołem, na którego pale przy odpowiedniej ceremonii
wbijają głowy swych ofiar, na czas dłuższy lub krótszy zależnie
od stanowiska tak ofiary jak i zabójcy. Broń ich jest bardzo pry­
mitywna. Najbardziej rozpowszechniony jest łuk i zatrute strzały,
których koniec odpada i pozostaje w ranie, powodując szybką
śmierć. Najsilniejszą trucizną jest sok z drzewa «upas», używane

391
są także sfermentowane liście ananasu i jad niektórych zwierząt.
Poza tym posługują się bronią rzutową, oraz wszelkiego rodzaju
bumerangami i dzidami. Znają także wiatrówki sporządzone
z bambusu, z których strzały są wyrzucane za pomocą silnego
dmuchnięcia; do obrony używają drewnianych tarcz.
Filipińczycy odżywiają się przeważnie ryżem, kukurydzą
i słodkimi ziemniakami, uprawiają też trzcinę cukrową, tytoń, ba­
nany i jarzyny. Wiele bardzo jest drzew o jadalnych owocach,
lecz niektóre z nich, jak np. doskonałe «mango» jest tak delikatne,
że nie nadaje się zupełnie na eksport. Łowy dostarczają im zwie­
rzyny, chociaż mięsa jedzą mało, więcej natomiast ryb. Mleko «carabao» bardzo tłuste używane jest tylko dla dzieci i jako lekar­
stwo. Wyrabiają winu ż. »Окц"раГш, racząc się nim tylko w czasie
jakichś uroczystości i to umiarkowanie.
Bardzo zajmujący jest problem językowy, gdyż na wyspach
Filipińskich istnieje 87 różnych narzeczy, z których każdy posiada
własne słownictwo i mniej lub więcej bogatą literaturę. Niewąt­
pliwie niedostępność okolic górskich i brak komunikacji przyczy­
niły się do rozwoju zupełnie odmiennych narzeczy. Pomimo ze­
wnętrznych pozorów okazało się, że są one gramatycznie podobne
nie tylko pomiędzy sobą, ale i do narzeczy używanych na Borneo,
Celebes i w ogóle w Indonezji, mają więc to samo źródło języ­
kowe. Gdy Hiszpanie przybyli na Filipiny, zastali tam już pismo
«syllabary», obecnie nawet do pisania w narzeczach używany jest
alfabet arabski. Literaturę stanowią wiersze, pieśni, genealogie
i opisy czynów przodków. Większość wykształconych Filipińczy­
ków zna język hiszpański i własne narzecze, chociaż angielski jest
językiem oficjalnym i szkolnym, hiszpański jest popularniejszy.
W prymitywnym filipińskim społeczeństwie najmniejszą jed­
nostką administracyjną jest wieś «barrio», składa się ona z 10 do
1.000 domów. Jedna wieś jest zwykle oddzielona od drugiej po­
lami ryżowymi. Mieszkańcy sąsiedniej wsi są uważani za cudzo­
ziemców i często stan wojenny pomiędzy nimi jest nieustanny.
.Za krzywdę wyrządzoną jednostce mści się cała wieś. «I)ato» —
szef bania jest wybierany na podstawie osobistych zalet lub ma­
jątku. Organizacja jest feodalna; społeczeństwo dzieli się na cztery

klasy: dato — najwyższy stopień, do drugiej należą ci, co nie płacą;
dato podatków, lecz służą jako wioślarze lub wojownicy; trzecia
klasa składa się z wyzwolonych niewolników, którzy muszą speł­
niać cięższe prace niż wolno-urodzenj i ostatni wreszcie, niewol­
nicy. Ci pochodzili z jeńców wojennych, którym darowano życie,
lub dostawali się do niewoli na skutek długów, np. umierająca
z głodu rodzina dostawała trochę niełuskanego ryżu jako pożyczkę
od bogatego sąsiada, nie mogąc długu spłacić z powodu narasta­
jących procentów stawała się niewolnikami, co przechodziło na
dzieci. Obchodzono się jednak dobrze z tymi niewolnikami, zali­
czając ich ostatecznie do członków rodziny.
Jednym z powodów nieustannych wojen jest cześć, jaką by­
wają utoczeni ci, klóizy mieli powodzenie w bilwach, nazywano
ich «mangani» i mieli oni prawo do noszenia specjalnego stroju,
którego kolor i okazałość zależne były od ilości zdobytych głów
ludzkich. Gdy chodziło więc o zdobycie głowy, nie robiono żad­
nej różnicy pomiędzy wojownikiem a dzieckiem lub starcem.
W niektórych okolicach Luzonu przy budowie nowego domu ko­
nieczne były głowy ludzkie, aby zakopywać je pod słupami na
szczęście. Obecnie głowy te zastępuje się czerwonymi szmatami.
U niektórych szczepów nie można było szczęśliwie rozpocząć sa­
dzenia ryżu bez poprzedniego zdobycia kilku ludzkich głów. Cza­
sami jednak wystarczyło obcięcie uszu ofiary, czasem pęk włosów,
którego używano do ozdób. Obecnie jednak zdobycze te zostają za­
stąpione odpowiednią sumą pieniężną.
Ludność Filipin jest mniej więcej w 95% chrześcijańska,
z nowoczesnymi poglądami na świat, w przeciwieństwie do ho­
lenderskich Indii Wschodnich, gdzie 95% ludności jest wyznania
mahometańskiego. Mieszkańcy centralnego Luzonu, wybrzeża
i miasta Manilla pierwsi przyjęli katolicyzm. Pomimo jednak
300-letniego wpływu religii i kultury zachodniej zachowało się
wiele dawnych wierzeń, jak np. cześć dla duchów przodków, no­
szenie amuletów i czary. Istnieją też legendy odnoszące się do
stworzenia świata i człowieka. Wiara w duszę nieśmiertelną jest
bardzo dawna, i co za tym idzie, wiara w nagrodę i karę wieczną.
Książka wydana w 1942 r. jest bogato ilustrowana fotogra-

393
fiami i zaopatrzona w cztery map*. wykazujące: 1. rozmieszcze­
nie szczepów na wyspach Filipińskich, 2. gęstość zaludnienia
w r. 1939, 3. okręgi etniczne na południowo-zachodnim Pacyfiku
i 4. mapę językową.
7

n

JOHANNES MARINGER, «M e n s с h e n o p f e r i m B e s t a t u n g s b r a u c h A l t e e u r o p a s » . Anthropos 1942—1945,
str. 1—113.
,

\\

Johannes Maringer w swojej ciekawej i bardzo potrzebnej
pracy pt. «Menschenopter im bestattungsbrauch Alteeuropas» (An­
thropos, rok 1942—45, str. 1—113) podjął się przedstawienia cało­
kształtu wiadomości, które jak dotychczas przeważnie były oma­
wiane i dyskutowane w najrozmaitszym związku.
Uwzględniając wyniki prehistorii, wiadomości przekazane
nam przez historyków starożytnych, dawne legendy (przede
wszystkim starogermańskie) ild. zobrazował autor właściwie cały
problem z podkreślenia godną na ogół wstrzemięźliwością w wy­
ciąganiu wniosków niedostatecznie opartych na znanym w tej
chwili materiale źródłowym.
Wiadomości dotyczące krajów pozaeuropejskich czy to h i ­
storyczne czy zaczerpnięte z współczesnej etnografii, którymi po­
sługuje się bardzo ostrożnie, służą jako dodatkowe, możliwe do
przyjęcia wyjaśnienia w tych wszystkich, dość zresztą licznych
wypadkach, dla których nie wystarczają źródła europejskie.
Jak wiadomo, niejednokrotnie dyskutowano nad pytaniem,
czy jest rzeczą metodycznie właściwą posługiwanie się materia­
łami współczesnej etnografii i wynikami etnologii, zwłaszcza kra­
jów geograficznie odległych, dla wyjaśnienia np. przed - i wczesno historycznych zagadnień europejskich?
Tak np. Hans Schreuer opowiada się przeciwko temu w swo­
jej tak nader ciekawej i cennej rozprawie pt. «Das Recht der Toten. Eine germanitische Untersuchung». Rozprawa ta została ogło­
szoną w r. 1916 w Zeitschrift f. vergleichende Rechtswissenschaft
7

7

4

i posiada bardzo duże znaczenie zarówno dla historyków prawa,
kultury, jak i etnologów i socjologów.
Wręcz przeciwnego zdania bronił nie mniej poważny badacz
Fryderyk Schwenn w pracy «Die Menschenopfer bei den Griechen
und Rómern» ogłoszonej w r. 1915 (Religionsgeschichtl. Versuche
шгс! Yorarbeilen. Tom 15, Giessen).
Uzasadniając swoje odmienne w tym względzie zapatrywa­
nia z Scheuerem powołuje się H. Maringer na zdanie autora ob­
szernej dwutomowej «Nordische Altertumskunde» Sofusa Mullera,
która w przekładzie niemieckim ukazała się już w lalach 1897—98.
Bez wątpienia mimo całego postępu nauki i dzisiaj jeszcze
pozostaje zawsze aktualne zdanie Mullera: «Próba wytłumaczenia
jest jedną z głównych dróg archeologii przedhistorycznej. Musimy
się często do niej uciekać, gdyż na razie materiał jest pełen luk.
Nieodzowną jesl zatem dla wyjaśnienia nieznanych odległych cza­
sów pomoc, jaką może nam dać porównanie z historycznymi
i egzotycznymi ludami*.
Jak w tylu innych- wypadkach zreszlą i tułaj pytanie nie
powinno brzmieć «czy», ale «jak» należy się posługiwać analo­
giami i porównaniami.
Za tym opowiedział się także stanowczo, jak się od H. Maringera dowiadujemy, uzasadniając obszernie swoje zdanie ostat­
nio i W. Schmidt w pracy pt. «Vólkerkunde und Urgeschichle in
gemeinsamer Arbeit an der Aul'liellung allester Menschheitsgeschichte». Niestety praca ta nie jesl mi dotychczas znaną, ponie­
waż została ogłoszoną w latach 1941 i 1942 w Mitteilungen der Nalurforschenden Gesellschaft w Bernie.
Jak wynika z tego, co Maringer przytacza. Schmidt uważa za
właściwy następujący sposób postępowania: «Najpierw każda z obu
nauk winna ustalić stan faktyczny na swoim własnym gruncie,
swoimi środkami i metodami*, następnie zaś: «Każda z nich jeżeli
posługuje się materiałem drugiej nauki, powinna zwracać uwagę
na oznaczenie jego wieku przez nią ustalonego*.
Tych wskazówek p. Maringer siara się przestrzegać w całej
swojej pracy.

395
Tytuł pracy «Menschenopfer im Bestattungsbrauch» jak
i konsekwentne używanie pierwszego terminu w dalszym ciągu,
rodzi jednak pewne wątpliwości. Autor zresztą w tym względzie
sam przypomina (sir. 13, n. 14): «Wobec ogólnej niepewności
w ustaleniu pojęcia ofiary proponuje Schwenn, by na razie za­
miast o ofiarach z ludzi (Menschenopfer) mówić raczej o rytual­
nym zabójstwie (riluelle Menschenlótung)».
Zapewne samego pojęcia ofiary nie można ostatecznie zde­
finiować, chociaż zgodność jest tu znacznie większa, aniżeli np.
gdy chodzi o pojęcie religii.
Nie możemy w tej chwili naturalnie omawiać tutaj całej
problematyki pojęcia ofiary, którą tak obszernie z natury rzeczy
zajmuje się historia porównawcza religii. W każdym razie, jeżeli
chodzi o ofiary z ludzi, określane jako «Menschenopfer», «sacrifice humaim», «human sacrifice*, to od dość -dawna zacieśnia
-się używanie tego terminu. Okazało się to słusznym nic tylko ze
względu na potrzeby religioznav>stwa, ale i historii porównawczej
prawa.
I lak np. Wiktor Calhrein w tak bardzo obszernym dziele pl.
«Die Einheit des sittlichen Bewusstseins der Menschheit, eine
ethnographische Unlersuchung* (3 tomy, Fryburg w Br. 1914) od­
różnia bardzo dokładnie miedzy «Menschenopfer», a «T6tung von
Menschen, die den Yerstorbenen ins Jenseits begleiten sollen».
Podobnie ujmuje tę sprawę M. G. Foucart w swojej bardzo
ciekawej «Histoire des religions et methode comparative* (2 wyd.
Paryż 1912, sir. 376 п.).
Groby przedhistoryczne i wczesnohisloryczne nie mogą nam
ujawnić motywów tak bardzo ważnych dla ujęcia rzeczywistego
znaczenia tych zagadnień ze stanowiska badacza kultury i religii.
Również zgoła nie wystarczające są pod tym względem przekazy
historyczne autorów starożytnych. Trzeba, jak wiadomo, przyj­
mować bardzo ostrożnie podawane przez nich tłumaczenia tych
zjawisk nie tylko, gdy mówią o współczesnych im ludach «barbarzyńskich*, ale i własnej, zwłaszcza odleglejszej przeszłości. Je­
żeli zaś chodzi o najstarsze pomniki literackie, lo wobec licz­
nych przeróbek, jakie one przechodziły przed ostatecznym utrwa-

leniem w piśmie, to nastręczają się innego rodzaju trudności. Nie­
raz jest wątpliwe, a może nawet niemożliwe ustalenie, jakiej
epoce należy przypisać zachowane, a interesujące nas szczegóły..
Z reguły trudno się zorientować, czy pewne zwyczaje i praktyki
były powszechne, czy też właściwe tylko pewnym kołom społecz­
nym lub stanowiły rzadkie wyjątki.
Trzeba przyznać, że autor bierze to wszystko pod rozwagę,
wskazując nieraz na nastręczające się badaczowi trudności i wąt­
pliwości, które ostatecznie są niemożliwe do rozwiązania. Ta
wspomniana już na wstępie ostrożność w wydawaniu sądów sta­
nowi nietylko bardzo dodatni rys całej pracy, ale budzi równo­
cześnie w czytelniku duże zaufanie do wywodów autora.
PizejizysLy ukiad pracy stanowi dalszą bardzo dodatnią jej
cechę. Po krótkim, ale pełnym treści wstępie, w którym poruszono
ogólnie zagadnienie ofiar z ludzi w starożytności europejskiej,
a następnie zagadnienie ofiar w zwyczajach pogrzebowych, oraz
po pewnych uwagach natury melodycznej przechodzi autor
(sir. 13) do właściwgo tematu.
Rozpoczyna od zapoznania nas ze wspólnym pochówkiem
mężczyzny z kobietą.
Obszernie w tym rozdziale omawia przede wszystkim ofia­
rowanie wdowy. Rozważa cały problem opierając się zrazu wy­
łącznie na prahistorii, a to od młodszej epoki żelaznej począwszy,
przechodząc następnie do czasów wczesno-historycznych. Kolejno
zapoznajemy się z tym zwyczajem u Słowian, Bałtów, Germa­
nów i in. Nie wiadomo tylko dlaczego cofa nas od str. 27 wstecz
i zapoznaje z dawniejszą (przedrzymską) epoką żela.zną (Trako­
wie i Scyci, Grecy i Rzymianie itd.), pniem z epoką brązową,
a wreszcie kamienną.
Wszystko to doprowadza autora do następujących wniosków
(str. 25 i п.): «Zjawisko ofiarowywania wdowy stanowi nieza­
przeczalny fakl w Europie wczesno i przedhistorycznej. W prze­
ciągu półtora tysiąca lat od około r. 1000 przed narodzeniem Chry­
stusa, aż do roku 500 po narodzeniu Chrystusa ten krwawy zwy­
czaj odzwierciedla się w źródłach historycznych, a to: opisach
podróży, kronikach, opracowaniach historii, w pieśniach i poda-

397
niach. Znaleziska grobowcowe łych czasów potwierdzają często
te świadectwa literackie. Przy tym wykopaliska mogły nam po­
twierdzić istnienie tego zwyczaju w starej Europie poprzez czasy
przedrzymskiej epoki żelaznej i brązowej aż do późniejszej młod­
szej epoki kamiennej (spate Jungsteinzeit), a więc w każdym ra­
zie do około 3000 przed narodzeniem Chrystusa. Seria wykopalisk
następnie się urywa. Nieliczne podejrzane (co do swojej istoty)
znaleziska ze starszej epoki kamiennej mogłyby być zwiastunami
późniejszego zwyczaju. Napewno jednak nie pozostają z nim
w .związku historycznym*.
Na podstawie zarówno materiału wykopaliskowego, jak
i przekazów literackich p. Maringer przypuszcza, że zwyczaj zgła­
dzania wdów: «nie był nigdy właściwym zwyczajem ludowym,
lecz stanowił zawsze specjalność szlachty, szczególne prawo pew­
nych rodów, lub panów warstwy wojowników (herrische Kriegerschicht)* (str. 56 i str. 109).
Niewątpliwie mogło tak być, ale trzeba zaznaczyć, że przed­
stawiony przez autora materiał w tym wypadku nie upoważnia
do takiej pewności.
Bardzo natomiast słuszną jest uwaga (str. 58): «Jest bez­
względnie błędnym łączenie zabijania wdów — jak i w ogóle
ofiary z ludzi — z ludami najniższego rozwoju kulturalnego.
Z materiału wypływa raczej jasno, że pojawia się to wszystko
dopiero na wyższym stopniu rozwoju kulturalnego. Przełamanie
tego zwyczaju następuje później przez potęgę wyższego stopnia
uobyczajnienia, ale może bardziej przez zmianę wiary odnoszą­
cej się do śmierci.
Musimy przyjąć, że niektóre ludy zwłaszcza klasyczni Grecy
i Rzymianie doszli do tego już wcześnie o własnych siłach.
Jest jednak wiadome, że dopiero przez potęgę chrześcijań­
stwa zwyczaj ten został przełamany u północnych Germanów, Sło­
wian i Bałtów*.
W ustępie następnym (str. 65 do 75) mamy przedstawione
ciekawe zagadnienie zaślubin z umarłym. Jak wiadomo np. w Chi­
nach, co prawda w formie niekrwawej, .zwyczaj ten utrzymał się
bardzo długo.

398
Pomijając mniej ciekawe opisy (str. 75 do 82) przechodzimy
do rozważań na temat mordowania jeńców (Gefangenenopfer).
Obszernie zajmuje się nim także H. Pinard de la Boullaye
w drugim tomie swego podstawowego dla religioznawstwa dziele
pt. «L'elude comparee des Religions» (4 wyd. Paryż 1929).
I tak np. (str. 60—61) czytamy: «Jeżeli się chce, to nic łat­
wiejszego, jak sporządzenie obszernej syntezy ofiar z ludzi w ciągu
wieków. Ale czyż można tolerować przedstawianie wszelkiego za­
bójstwa człowieka, jako ofiarę z człowieka?
Można zabijać swoich bliźnich z powodu apetytu na ludzkie
mięso: jest to .kanibalizm, ale nie religia.
Można ich zgładzać, jak np. starvch rodziców, zachowując
przy tym różne formy, czy to żeby ich uwolnić od niedomagań
i cierpień, albo by oswobodzić szczep od zbytecznych gąb: będziemy
mieli do czynienia tutaj ze współczuciem, egoizmem albo poli­
tyką.
Można ich zabijać celem zapewnienia sobie środka przez
straszną, a zatem skuteczniejszą procedurę — przewidywania przy­
szłości, albo zmienienia losu: będą to praktyki wróżbiarskie albo
czarodziejskie. Mogłoby to być także religią, gdyby starano się
uprzedzić gniew jakiegoś boga, wydzielając mu dobrowolnie jego
część.
Można zgładzać z powodu żałoby. Jednak lego rodzaju zwy­
czaj obejmuje kilka motywów. Może nim być przesądna obawa
celem ułagodzenia cienia .zmarłego, albo także przywiązanie, pra •
gnienie zapewnienia mu w przyszłym życiu możliwości prowadze­
nia porządnego życia, wreszcie i dzika zazdrość pragnąca zapobiec,
by jego wdowa lub kobiety nic wstąpiły w inne związki.
Można także mordować bez wyboru jeńców wojennych, już
to z powodu brutalnego uczucia zemsty lub przezorności politycz­
nej, wreszcie z bardzo różnych motywów religijnych.
Także i religia może — a ten wypadek szczególnie rzuca się
w oczy w starym Meksyku — organizować periodyczne ofiarowa­
nie jeńców, niewolników i dzieci z równoczesnym celem: adoracji,
ubłagania, ekspiacji i dziękczynienia.
r

399
Czyż naprawdę nie istniałaby jak tylko jedna etykieta dla
tak różnych praktyk, które rozpościerają się od rytuału kulinar­
nego, aż do aktu ściśle religijnego?
Autor zresztą to wszystko wie, czego dowodem nie tylko
wspomniany już cytat zdania Schwenna, ale i niejedna uwaga
w dalszym ciągu pracy. Tak np. (str. 58): «Pozostaje jeszcze py­
tanie o ile zgładzanie wdów wolno nam określać, jako ofiarę z l u ­
dzi. Jeżeli la praktyka wypływa z troskliwości o nieboszczyka, bez
wątpienia nie należy ona do zakresu religii, lecz do opieki nad
zmarłymi, do zwyczajów. Z drugiej strony niejedno wskazuje przy
tym na ofiarę. Z pewnością oznacza ona pozbycie się prawdziwej
wartości a nawet najwyższej ziemskiej wartości, to jest życia, które
•7Asi5«ip »«i«»ezoiie dł-a. bsgcś innego .-Nic jest przecież koniecznym
zacieśnianie przy ofierze jej pojęcia do boskiej istoty ze względu
na przyjmującego. Sądzę przeciwnie, że można je rozciągać na
wszelką islolę ponadludzką. Często zaś nieboszczyk, zwłaszcza bu­
dzący grozę, wydawał się żyjącym, jako istota ponadludzką. Po­
dobnie w czasach brutalnego, despotycznego ducha musiał męż­
czyzna stać ponad kobietą, jako pewnego rodzaju wyższa istota,
której cały cel bytu rozpływał się w jej małżonku, jej panu
i władcy, jakoby w jej bogu.
Wolno nam zatem przy starszej brutalniejszej formie mówić
o ofiarowaniu wdowy. Ten charakter ofiarny podkreśla analogia
do ofiar zwierzęcych, które występują lakże niekiedy w znalezi­
skach. Zapewne w późniejszej, dobrowolnej formie występują na
czoło bardziej osobiste motywy, jako to: pragnienie szczęścia, cza­
sem bohaterska miłość i wierność, ale także pożądanie sławy i ko­
bieca próżność. Mimo to jest faktem niewątpliwym, że w gruncie
rzeczy kobieta zostaje poświęconą pożądliwości mężczyzny. Jej
samoofiarowanie i jej pędzenie ku śmierci podobne jesl przecież
do religijnego obłędu*.
Musze powiedzieć, że powyższe tłumaczenie trudno uznać
za całkowicie przekonywujące. Materiał najdawniejszy np. jaki
nam p. Maringer przedstawia nie uzasadnia podług mego wraże­
nia dostatecznie poglądu, jakoby śmierć wdowy początkowo z re­
guły była przymusowa, a później z reguły dobrowolną. Zresztą

400
nie to jest przecież rzeczą zasadniczą, gdyż w ustalonym pojęciu,
ofiara może być zarówno dobrowolną, jak i niedobrowolną. O isto­
cie rzeczy sianowi komu zostaje złożoną. Motyw wierzeniowy sam
przez się, do którego należy bezprzecznie dzielenie z nieboszczy­
kiem i pozagrobowego losu nie wystarcza.
Naturalnie zdaję sobie sprawę, że ze względu na posiadany
materiał postępowanie podług wspomnianych wskazówek Pinarda
nastręczałoby wiele i niezwykłych trudności.
Naturalnie różne mogą być tego powody, ale szczególnie ze
stanowiska wierzeniowego ważnym jest dosyć rozpowszechnione
przekonanie, że pomordowani jeńcy będą w życiu pozagrobowym
niewolnikami zwycięzców . Taka wiara utrzymuje się bardzo
7

^AAW^W,

±*)j.

u. uv.iiuanuv>

puinuLiiv tu.

.liitui^

11111 \1111

lj. .иаил»,^.

nam przypomina (str. 83): «Bizantyjczyk Leon Diakon potwierdza
to wyraźnie odnośnie Normanów w państwie Wschodnio Rzym­
skim. Ci zwykli podług zwyczaju ojczystego najczęściej zarzynać
jeńców wojennych i spalać razem ze swymi zmarłymi. Sami na­
tomiast nie dopuszczali, żeby ich brano do niewoli. Jeżeli nie było
już widoków ocalenia, popełniali samobójstwa, gdyż inaczej mu­
sieliby służyć w Hadesie zwycięzcom*.
7

7

Jak już zresztą dawniej wykazał L. Malten w ogłoszonym
w r. 1924 Leichenspiel und Totenkult, rzymskie walki gladiato­
rów pozostają długo w związku z obrzędami pogrzebowymi.
Bardzo krótko omówiono (str. 86 do 88) zwyczaj składania
zbrodniarzy w ofierze.
7

Na podstawie pracy V. Amiry, «Die germanischen Todesstrafen» przypomina autor: «że podług prawa slarofryzyjskiego i dolnosaskiego morderca powinien był zostać pogrzebany pod swoją
ofiarą». Dodaje przy tym: «jest rzeczą ciekawą, że takie samo po­
stanowienie znajduje się także w jednym prawie starochińskim».
Zupełnie przekonywującym jest zapatrywanie p. Maringera
(str. 86—88): «ale bez wątpienia w tym rodzaju kary tkwi jeszcze
głębszy sens wierzeniowy. Nie wystarczało samo przez się, że
morderca płacił życiem za życie, lecz równocześnie miał przez
pochowanie ze swoją ofiarą stać się jej niewolnikiem w życiu

401
przyszłym. Ten los oznacza sam przez się najgorszą karę, ponie­
waż wydawał mordercę nieuniknionej zemście swej ofiary*/
Sądzę, że tym bardziej taki pogląd możemy przyjąć, ponie­
waż sakralny charakter kary śmierci nie ulega już dzisiaj wątpli­
wości, co zresztą łączy się z sakralnym charakterem prawa starogermańskiego.
Odnośnie tej communis opinio, o której autor nie wspo­
mina, posiadającej obszerną literaturę, czytamy np. u SchróderaKunssberga, «Lehrbuch der Deutschen Rechtsgeschichte* (Berlin—
Lipsk 1932), str. 826: «Zbrodniarz przekonany i znajdujący się
w ręku sędziego, stawał się co do swego życia łupem bogów i był
przeznaczony na śmierć ofiarną z ręki kapłana lub przez wydanie
—~ i
.1JAU11A

AAclllAA

_

T~.l
V.

1

UCLiiitAlY

•• ,
W

1,

4.

VAUAV

LŁAAY

ЛЛ
U l U ^ U

\

1—
lAA^,

I l l U ^ l

~ł„.i
I I J l i u

V I L l ł v.

nany, dopóki bóstwo zapytane o swoją wolę nie oświadczyło, że
ofiara jest mu miłą».
Dosyć długo nie umiano sobie w ogóle wyobrazić kary
śmierci o' charakterze niesakralnym. Świadczy o tym np. prawo
nordyckie epoki frankońskiej w przeciwieństwie zresztą do po­
łudniowo germańskiego.
Ponieważ dawna forma wykonywania wyroków przez skła­
danie zbrodniarza bóstwu na ofiarę, nie była po przyjęciu chrze­
ścijaństwa do utrzymania, porzucono w ogóle karę śmierci, zastę­
pując ją niedającym się odkupić wyjęciem z pod ochrony prawnej.
W bardzo jasny i wyczerpujący sposób (str. 107 do 112)
poprzedzony krótkim zestawieniem równoległych zwyczajów poza
europejskich (sir. 102 do 107), streszcza i ujmuje p. Maringer wy­
niki swej pracy. Sam zwyczaj określa jako globalny (sir. 102),
chociaż bynajmniej nie powszechny.
Poza Europą, w której jest on szeroko przyjęty, istnieje
i w innych częściach świata. U niektórych ludów, jak np. Greków
i Rzymian (np. zgładzanie wdów) zanika on bardzo wcześnie,
u innych ludów europejskich trwa dłużej, a nawet bardzo długo,
ho aż do wieku XIV. W Chinach istnieje ten zwyczaj do końca
X V I I wieku, jeszcze dłużej w Korei, Indiach, Japonii itd. Przy­
pominam harakiri marszałka Nogi na grobie cesarza Mutsuhhy.
W Mezopotamii starożytne wykopaliska w summeryjskim
Lud.

T. X X X V I I

2)

402
Ur i Kisz ujawniły nam, jak liczne rzesze (do 74 osób) towarzy­
szyły niekiedy królom w zaświaty, zabezpieczając im tam na­
leżny tryb życia. Najstarszy z tych grobów pochodzi z około roku
3300 przed narodzeniem Chrystusa.
Z opanowaniem kraju przez Semitów zwyczaj ten nagle
ustaje. Babilończycy i Asyryjczycy nie znają go, chociaż poza tym
szalują niekiedy bardzo szczodrze ofiarami z ludzi na cześć bogów.
Wreszcie silnie podkreśla autor ponow nie (str. 109), że po­
czątku tego zwyczaju nie należy szukać na niższych stopniach roz­
woju kulturalnego, lecz przeciwnie, na wyższych. Jego zaś za­
nik zależy przede wszystkim od zmiany pojęć o życiu pozagrobo­
wym, które, możemy jeszcze dodać, pociąga za sobą i zmianę pojęć
?

Kończąc moje uwagi nad pracą p. Maringera muszę jeszcze
raz podkreślić bogactwo jej materiału informacyjnego, ostrożność
w formułowaniu sądu i jasność wykładu. Posiada ona poważną
w artość nie tylko dla etnologów, ale i dla historyków religii
i prawa. •.
г
u IŁ
r

Leon

Hawan

«D i e S a m m 1 u n g В a r b i i t a 1 i e n i s с li e г V o 1 к sl i e d e r » . Von Vittorio Santoli, Florenz. Zeitschrift fur Volkskunde, 48 Jhrg., 1939, Neue Folgę, Bd. X. Berlin 1939—40.
Autor, który od 1927 r. współpracuje z Barbim nad przygo­
towaniem wydania «Zbioru pieśni ludowwch M. Barbiego», po­
daje historię powstania tego zbioru, jego zawartość, osiągnięte re­
zultaty i problemy, które przy układaniu zbioru się wyłoniły lub
silnie zarysowały.
Początki tego zbioru pieśni, który dziś stanowi zasadniczą
część włoskiego skarbca poezji ludowej, sięgają swymi początkami
r. 1887. Urodzony w Sambuco, w górach Pistojezji, gdzie bardzo
żywa jest wymiana między półn. Włochami i Toskaną, położył
Barbi przede w'szystkim nacisk na badanie tych okolic. Już w roku
1895 mógł dać nie tylko krytyczny opis ludowej poezji tego terenu,

403
ale także poruszyć szereg podstawowych zagadnień odnoszących
się do historii poezji ludowej we Włoszech. Przekonany o koniecz­
ności zbierania jak najliczniejszych wersji, rozszerza teren zbie­
ractwa daleko poza Toskanę, chociaż zbiór swój nazywa stale
«zbiorem pistojezyjskich pieśni, nawet jeszcze w rozprawie «О h i ­
storii poezji ludowej we W łoszech», w której porusza w orygi­
nalny sposób główne zagadnienia poezji ludowej, jakie nasunęły
się krytycznemu oku badacza w 30 lat po ukazaniu się prac N i ­
gry i D. Ancony. Jakkolwiek Zbiór Barbiego jest rezultatem 50letniej pracy zbierackiej w Toskanie, zawiera on także cenny ma­
teriał z wielu innych okolic, szczególnie z Friaulu i Emilii. Jest od­
biciem nie tylko toskańskiej, ale także — jakkolwiek mniej wy­
raźnym — tradycyj większej części Włoch.
T

Fakt, ze w Zbiorze Uarmego i oskana jest najsiiniej repre­
zentowana, jest raczej dodatnim momentem, gdyż w ludowej l i ­
teraturze Toskana zajmuje centralne miejsce. Różne rodzaje poe­
zji, jak np. tzw. «Rispotto» powstały tamże i dopiero stamtąd roz­
powszechniły się w środkowych, północnych, a także południowych
Włoszech. Tu też jest bardzo żywe «stornello», najkrótsza i naj­
młodsza forma jednostrofowej pieśni lirycznej. W Toskanie zbie­
gają się inne, poważne formy poezji, jak: epiczno-liryczne pieśni
typu francuskiego, powtarzające się pieśni (iteratywne) i «vilotta».
Toskana jest kolebką «cantari», których zależność od ustnej
tradycji z jednej, a wpływ na ustną tradycję z drugiej strony,
pozostawia jeszcze temat do badań.
Gdy w r. 1927 Barbi zdecydował się przy pomocy Santoliego
rozpocząć publikowanie swego zbioru i podjął przerwaną przez
wojnę działalność zbieracką, rezultaty były bardzo pokaźne. To
dowodzi, że zawsze jeszcze można dużo zebrać, jeśli się metody­
cznie i wytrwale postępuje.
Jednym z najważniejszych rezultatów, do których doszedł
Barbi, jest stwierdzenie, że owe liryczno-epiczne pieśni, które do­
tychczas uważano za wyłącznie albo prawie wyłącznie właściwe
dla północnych terenów, występują także i w Toskanie. Tym sa­
mym upadła granica południowego rozprzestrzenienia epiczno-lirycznej pieśni typu francuskiego, przeprowadzona analogicznie do
26*

404
granicy między gallo-italskimi a toskańskimi narzeczami. Tym
sposobem poezja ludowa została uwolniona z ciasnego kręgu za­
leżności od narzeczy. Jej zasięgi wybiegają poza granice językowe
i etniczne.
Zbiór Barbiego zawiera pieśni opowiadające, których naj­
bardziej tradycyjną formą, a zarazem najpiękniejszą, jest pieśń
epiczno-liryczna pochodzenia francuskiego. Należy przyjąć jako
pewnik, że powstała ona nie wcześniej, jak w XV w. Dotychczas
wiązano ją z północnymi Włochami, w rzeczywistości jednak za­
domowiła się ona od przeszło 4-ch wieków w Toskanie i tam jest
również rozpowszechniona — jakkolwiek w znacznie mniejszej
mierze, — na południu i na wyspach. Przeprowadzane badania
nad formami metrycznymi różnych rodzajów tej pieśni wyjaśnią
zagadnienie jej migracji. Przeprowadza się drogą starannej ana­
lizy bogatego materiału badania nad genezą, rozprzestrzenieniem
i żywotnością innych pieśni oraz nad formą lirycznego strombotto.
Trzecią grupą prawdziwie tradycyjnego rodzaju są pieśni wy­
liczające i powtarzające się (iteratywne). Dziś często fragmenta­
ryczne i na najniższy stopień zesunięte, tak, że służą dzieciom do
zabaw, były one w zasadzie przez zbieraczy zapoznane i szerego­
wane między rymy dziecięce, pieśni liryczne lub opowiadające.
Jest zasługą Barbiego. że podniósł znaczenie tego rodzaju pieśni
i poświęcił im uwagę, na jaką zasługują. Pieśni te mają odległą
tradycję. Np. spór między matką a córką o wybór męża sięga nie­
przerwaną tradycją w średniowiecze. Największą i najcenniejszą
część Zbioru Barbiego stanowią epiczno-liryczne pieśni, rispetti
i stornelli oraz pieśni wyliczające i iteratywne.
Obok nich. jako u ludu najwięcej rozpowszechnione, należy
postawić rymy łańcuszkowe, rodzaj, który oprócz dowcipnych
i żartobliwych zszeregowań słów dla dorosłych, stanowi większą
część właściwych pieśni dziecięcych. I tutaj zebrał Barbi teksty,
sięgające również kilku stuleci wstecz. Wystarczy wspomnieć «uno,
duo, tres», pieśni występujące już w w. XV, których Barbi zebrał
64 wersje.
Niemniej uwagi, jak tym trzem wielkim grupom śpiewanej
poezji i rymom łańcuszkowym, poświęcił Barbi nawpół ludowej

405
poezji, czyli lz\v. poezji mieszanej tradycji (tj. ustnej, rękopiśmien­
nej i drukowanej). Oprócz materiałów przekazywanych ustnie,
zebrano tu teksty pisane i drukowane w dawnych i nowszych cza­
sach. Ze względu na małą troskę, jaką poświęcano przechowy­
waniu ludowych książeczek i ulotek, niewiele się z nich docho­
wało. Materiał ten jest bardzo ciekawy także dla filologów. Nie­
które przykłady z tej grupy wchodzą również w dziedzinę zwy­
czajów i obyczajów.
Zbiór Barbiego zawiera wreszcie liczne zagadki i przysło­
wia. Badania porównawcze nad przysłowiami mogą rzucić światło
na niektóre dziedziny kultury duchowej. Zagadki, które dzisiaj
cip w ł a t n n ć p i t i

rtvipri

а кшЛук bvlv ro/rvvvka

ctprczvph 7 я -

slugują jako małe, ale ciekawe świadectwa historyczne na szczegółowsze badania, niż dotychczasowe.
Gdy zbiór Barbiego zostanie w całości opublikowany, da ja­
sny obraz historii wielkich prądów poezji ludowej we Włoszech
i tradycji poszczególnych pieśni, dla badaczy zaś w innych kra­
jach będzie niewątpliwie cennym przyczynkiem dla studiów po­
równawczych.

G.

rrenklowa

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.