http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/2231.pdf
Media
Part of Przeżyć fikcję / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1992 t.46 z.3-4
- extracted text
-
Przeżyć fikcję
Aleksander Jackowski
Taki miałem dom, że nim jeszcze nauczyłem się czytać
i pisać widziałem już jak się składa i drukuje gazetę a kulisy
teatru poznałem niemal w tym samym czasie, w jakim
zacząłem chodzić na przedstawienia. A zacząłem wcześnie.
Zwłaszcza wyraziście utrwaliła się w mojej pamięci próba
Dziadów prowadzona przez Leona Schillera, jego mocowa
nie się z oporną materią maszyn i ludzi w scenie walki Anioła
z Diabłem o duszę Konrada. Przeżyłem ją nawet mocniej, niż
widzianą już w spektaklu.
Ale film wciąż był tylko filmem, tajemniczą magią celuloi
dowej taśmy. „Od środka" zobaczyłem go po raz pierwszy
w kilka lat po wojnie. Miałem jakąś sprawę do załatwienia
z Aleksandrem Fordem, pojechałem więc do Łodzi. Wszę
dzie jednak słyszałem: właśnie wyszedł, może przyjdzie,
chyba jest obok. Ale obok go nie było. Wówczas Staszek
Wohl poradził mi, żebym przyszedł wieczorem „na plan".
Kręcono wówczas Ulicę Graniczną. Stare dzielnice Łodzi
udawały przedwojenną Warszawę, getto, okolice Twardej,
Żelaznej, Krochmalnej. Lśnił, po deszczu, mokry bruk.
Ekipa powoli zabierała się do zdjęć. Reflektory omiatały
martwe mury domów z wypalonymi oczodołami okien,
operator ustawiał kamerę. Ktoś (Wohl? Forbert?) tłumaczył
mi zasadę zajęć trickowych, kiedy to bliski plan filmowano
z natury, dalszy zaś zastępowała podwieszona plansza
z widokiem dachów i nieba. Nie zauważysz, gdzie się łączą ze
sobą — zapewniał. Akurat! — pomyślałem. Na pewno
zobaczę. Obok mnie zgromadził się już tłumek gapiów,
przypadkowi przechodnie, chłopcy z pobliskich podwórek,
statyści. Cierpliwie czekali aż charakteryzator uzna, że już
dostatecznie upiększył młodziutką Majkę Broniewską, asys
tenci ustawią sytuację i w akcję wkroczy sam wielki Ford.
Wielki, oczywiście, dzięki sławie, którą zawdzięczał kręcone
mu przed wojną Legionowi ulicy i pozycji w środowisku
partyjnym. W bramie, pod parasolami, pojawili się aktorzy,
widomy znak, że zaraz się zacznie. Obok nich dwa psy,
z którymi sprzeczał się ich opiekun, treser.
Zdziwiłem się, psy wysmarowano brązoworudą farbą. Po
co? W czarno-białym filmie? Stojący obok mnie kamerzysta
roześmiał się, zadowolony z mojej naiwności, mogę być
spokojny, zapewniał, na ekranie wilczury będą tak czarne,
jakby je dopiero co spuścił ze smyczy gestapowiec. Ale po co
dwa? Przecież w scenopisie występuje tylko jeden, czy na
wypadek nagłego zastępstwa, złamania łapy przez głównego
wykonawcę? Ach, nie, odpowiedział, każdy wykonuje inną
część roli. Bodajże jeden właził po murze, a drugi umiał
chodzić do tyłu. Oba były wyraźnie podniecone i, w przeciw
ieństwie do aktorów, zdawały się palić do pracy. Tak to już
z psami jest, jak się wyuczą jakiejś sztuczki wciąż by się
chciały nią popisywać, jak dzieci.
Wreszcie pojawił się Ford, tak zaaferowany, że mowy nie
było o załatwieniu z nim żadnej sprawy. Badał ustawienie
kamery, na jego znak zapalały się reflektory, co chwila
z głośnym pyknięciem któryś gasł, co kwitowano niewybred
nym komentarzem. Asystenci kręcili się, aktorzy markowali
sytuację.
My, widzowie, staliśmy potulnie, dystans, rzekłbym społe
czny, rósł między obu grupami z minuty na minutę. Oni,
nawet statyści, demonstrowali swą wyższość, świadczyły
0 niej także szczegóły ubioru. Mieli swoją, środowiskową
modę, tak jak architekci czy kolejarze. Poruszali się z wy
studiowaną niedbałością, nonszalancją na pokaz. Wiedzieli,
co robić, a my tylko próbowaliśmy sobie wyjaśnić, ich
zachowanie. Przestawiono reflektory, blendy, reżyser dyry
gował — obiektyw bardziej w lewo, w prawo, zaglądał przez
wziernik, wreszcie dał znak — cisza! wszyscy zamarli w bez
ruchu — zaterkotała kamera!
Ujęcie trwało dwie, może trzy minuty, i znów wszyscy się
ożywili, my też, żywo je komentując. Widownia przypomina
ła gapiów, gromadzących się na ulicy wokół człowieka
przejechanego przez tramwaj, czy ładowanego do karetki
pogotowia. Wymieniano uwagi, próbując zrekonstruować
przebieg sceny, z której widzieliśmy tylko fragment. Kiedy
po wielu miesiącach (kręcono długo) film ukazał się na
ekranie, czekałem niecierpliwie na tę zapamiętaną przeze
mnie sekwencję.
Była ulica, lśniący od deszczu bruk, dom wypalony od
środka, był pies, Stefan Środka i Majka Broniewska, ale
ujęcia, które przy mnie kręcono, zabrakło. Poczułem się jak
oszukany, okradziony.
Dziesiątki, a może i setki tysięcy ludzi przyglądają się
kręceniu filmów. Ekscytuje podglądanie, każdy pewnie już
od dziecka chciałby wiedzieć w jaki sposób magik wyciąga
królika z cylindra, jak tresuje się słonia, by stał na jednej
nodze. No i jak się kręci film. To kręcenie stanowi szczególny
rodzaj ulicznego widowiska, nic więc dziwnego, że i ono stało
się jednym z wątków, wykorzystywanych przez producen
tów. Zwłaszcza efektownie demonstrował kulisy zdjęć film
Kaskader z przypadku. Zaczynał się od budzącej grozę sceny,
kiedy to Belmondo z narażeniem życia wspinał się po stromej
ścianie domu na sam jego szczyt. Dech zapierało w piersi. Po
strasznie długiej półminucie kamera odjeżdżała, pokazując
daleki plan. Ściana domu leżała płasko na ziemi, aktor pełzał
na czworakach, imitując ogromny wysiłek, operator zaś
kręcił scenę z takiego kąta, że dreszcz zgrozy przenikać miał
widza. Tego przyszłego widza, na sali kinowej, bowiem
w miarę poszerzania się planu można było zobaczyć za
barierką, obok leżącego domu, tłumek gapiów. Cały film
realizowany był w podobnej poetyce. Zwłaszcza zapadła mi
w pamięć sekwencja wojenna, masakry na plaży. Najpierw
widziało się słupy dymu, ognia, wybuchy pocisków, rannych
1 zabitych, urwane nogi i ręce — a gdy już nasyciliśmy oczy
okrucieństwem — kamera przesuwała się w prawo, pokazu
jąc tłum widzów, przyglądających się z mostu widowisku.
Kilka razy stałem się przypadkowo świadkiem kręcenia
filmów. Stare samochody, słupy z ogłoszeniami, powozy,
stroje — wywoływały, jak Proustowskie magdalenki, wspo
mnienia młodości, kiedyś nawet zostałem wplątany w akcję.
Przechodziłem późnym wieczorem przez paryski Pigalle,
kiedy niespodzianie zalśniło zielonkawe światło, usłyszałem
wystrzały, kilku drabów przebiegało potrącając mnie, za
nimi pędzili policjanci z rewolwerami wyciągniętymi przed
siebie, jak w serialach telewizyjnych. Poświata trochę uspo
kajała, pewnie film, pomyślałem, ale napięcie zostało. Wplą
tałem się, mnie wplątano w jakąś aferę. Moja prywatność,
157
i n t y m n o ś ć z o s t a ł a bezkarnie p o g w a ł c o n a przez sam fakt
uczestnictwa, przez przestrach. A zresztą — film m ó g ł
d o t r z e ć i do nas, znajomi, k t ó r z y by go obejrzeli, mieli prawo
z r o b i ć wielkie oczy — patrz, przecież to Jackowski!
Zdarza się, że kręcenie filmu n a r a ż a na szok. T o więcej niż
naruszenie p r y w a t n o ś c i , sceneria i akcja — wbrew naszej
woli — może uruchamiać pokłady pamięci, przywoływać
zdarzenia, o k t ó r y c h nie chce się p a m i ę t a ć . Jest b o w i e m czas
p a m i ę t a n i a i czas zapominania. Nie przypadkiem ten czas
p a m i ę t a n i a obwarowany jest c e r e m o n i a l n ą o t o c z k ą , f o r m ą ,
k t ó r a p o z w a l a j ą c na p a m i ę ć , zarazem o s ł a b i a d r a s t y c z n o ś ć
przeżycia. C h o d z i m y na groby bliskich w d z i e ń Święta
Z m a r ł y c h , czcimy z b i o r o w o i oficjalnie p a m i ę ć ofiar Po
wstania Warszawskiego, uczestniczymy w apelu poległych,
s k ł a d a m y wieńce, palimy znicze. Są to wszystko sytuacje
zaprogramowane, obudowane r y t u a ł e m , na k t ó r e godzimy
się ze ś w i a d o m o ś c i ą tego, co nas czeka. Bywa jednak i tak, że
nie m y r z ą d z i m y sytuacją, lecz ona nami.
K r ę c o n o właśnie w Warszawie film a m e r y k a ń s k i Noc
generałów. M a ł o k t o o t y m wiedział, po prostu „ w y n a j ę t o "
П. I , 2. F r a g m e n t y s c e n o g r a f i i z f i l m u W . H a s a
158
Sanatorium Pod Klepsydrą
na ileś t a m godzin nocnych plac Trzech K r z y ż y i p o b l i s k ą
część Alej Ujazdowskich.
Była to typowa u s ł u g a za p i e n i ą d z e . N i k o m u jednak nie
przyszło na myśl, by p o w i a d o m i ć o t y m m i e s z k a ń c ó w
pobliskich d o m ó w . M o ż e nawet u k a z a ł a się j a k a ś notatka
w „ Ż y c i u Warszawy" czy „ E x p r e s s i e " , ale przecież nie
wszyscy czytają d o k ł a d n i e gazety. T a k oto, gdy niczego nie
p o d e j r z e w a j ą c , wyszli rano na ulicę, zobaczyli scenerię
d o k ł a d n i e p r z y p o m i n a j ą c ą okres okupacji. N a o k r ą g ł y c h
s ł u p a c h w i d n i a ł y takie same, j a k w ó w c z a s , afisze zawiada
miające w d w ó c h j ę z y k a c h — p o l s k i m i niemieckim, o pole
ceniach w ł a d z , z a k ł a d n i k a c h i w y k o n a n y c h w y r o k a c h śmie
rci.
N a r o g u Alej stał p a t r o l w niemieckim mundurze, w po
wietrzu u n o s i ł się zapach d y m u z petard, u ż y t y c h w czasie
zdjęć. K i l k a starszych kobiet, k t ó r e p a m i ę t a ł y w o j n ę , do
z n a ł o szoku. J u ż nie tylko c h o d z i ł o o p a m i ę ć w y d a r z e ń
brutalnie przypominanych, ale i o n i e p e w n o ś ć — prawda t o ,
czy fikcja. R z e c z y w i s t o ś ć , czy f i l m . Znajomy psychiatra ze
szpitala przy u l . Sobieskiego p o w i e d z i a ł m i , że tego dnia
przyjęli przeszło dwa razy więcej p a c j e n t ó w niż normalnie.
N a Nowowiejskiej podobnie. Fikcja dla wielu ludzi stała się
rzeczywistością. Granica uległa zatarciu.
O wielu takich sytuacjach o p o w i a d a ł m i Jan R y b k o w s k i .
Kręcił w Lipcach Reymontowskich Chłopów i we wsi dosko
nale wiedziano, że to film, aktorzy... A przecież, gdy po paru
latach k i l k u z nich p r z y j e c h a ł o na j a k ą ś u r o c z y s t o ś ć do wsi,
przyjęto ich j a k najbardziej serio. Pytano o t o , j a k żyją,
oczywiście w s k ó r z e p o w i e ś c i o w y c h postaci. K l ę k a n o przed
Pieczką, całując go po r ę k a c h , a on, zupełnie cywilny, bez
k o l o r a t k i — bezradnie b r o n i ł się przed oznakami szacunku,
j a k i m i darzono księdza, k t ó r e g o grał w filmie. P r ó b o w a ł
wyjaśniać, że jest „ t y l k o " aktorem, ale fikcja tak j u ż silnie
splotła się z rzeczywistością, że nie d a ł o się jednej oddzielić od
drugiej.
Powiecie — głupie, wiejskie, stare baby. Ż e b y . . . sam
w i d z i a ł e m w archiwach Polskiego Radia oficjalne listy od
miejscowych w ł a d z , w k t ó r y c h reagowano na wydarzenia
opisywane w serialach, Matysiakach, W Jezioranach. W i l
helm Szewczyk p o k a z a ł m i pismo z powiatowej K o m e n d y
M i l i c j i , opatrzone pieczęcią, w k t ó r y m k o m u n i k o w a n o
o wszczęciu śledztwa czy p o s z u k i w a ń w sprawie, poruszonej
przez b o h a t e r ó w serialu, emitowanego w latach sześćdziesią
tych przez r o z g ł o ś n i ę k a t o w i c k ą .
N i e p r z e ś c i g n i o n y m , wręcz klasycznym p r z y k ł a d e m zatar
cia granic fikcji w ś w i a d o m o ś c i odbiorcy stało się, nadane
k r ó t k o przed w o j n ą w Stanach Zjednoczonych, s ł u c h o w i s k o
Orsona Wellesa Wojna światów. N a d ź w i ę k syren, p e ł n e g o
napięcia głosu spikera, w z y w a j ą c e g o do opuszczenia miasta,
n a s t ą p i ł o istotne pandemonium. T o , co m o ż l i w e , p r z y j ę t o za
istniejące, rzeczywiste.
G o t ó w jestem przyjąć, że wina radia była ewidentna. K t o
nie usłyszał zapowiedzi s ł u c h o w i s k a , m i a ł prawo przestra
szyć się, uwierzyć w p r a w d z i w o ś ć k o m u n i k a t ó w i r o z k a z ó w .
W kinie, na t a ś m i e filmowej, b y ł y b y one odebrane j a k o
fikcja. Sprawa jednak wcale nie jest taka jednoznaczna.
Zdarza się, że wierzymy w c o ś , co jest w oczywisty s p o s ó b
w y m y ś l o n e , przedstawione, zagrane. M o ż e nie tyle wierzy
my, co chcemy przeżyć sytuację emocjonalnie. Chcemy
z a p o m n i e ć , że to t y l k o widowisko. Nieistotne przy t y m , czy
jest n i m kręcenie filmów, czy też parada w historycznych
kostiumach. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, gdy w g r ę
w c h o d z ą uczucia patriotyczne, emocje wyzwolone p o d n i e t ą
widowiska, ulicznego, teatralnego.
W y s t ę p u j ą przy t y m r ó ż n e formy z a c h o w a ń , od u t o ż
samienia się z sytuacją, bohaterem, po przeżycie w y d a r z e ń ,
p o b u d z a j ą c y c h patriotyczne ( b ą d ź inne) reakcje: U t o ż s a m i e -
I I . 3. J e r z y S k a r ż y ń s k i , s z k i c jednej z w e r s j i d e k o r a c j i
159
nie m o ż n a oczywiście u z n a ć za zachowanie skrajne, w y n i k ł e
z n a i w n o ś c i widza, jego nieobycia z k o n w e n c j ą w i d o w i s k a ,
ale w istocie k a ż d y z nas jest potencjalnie zdolny do takiego
poddania się emocjom. Popatrzmy na zachowanie publicz
ności w czasie w a l k bokserskich na ringu, zwłaszcza, gdy
k t o ś w y r a ź n i e kibicuje jednemu z z a w o d n i k ó w . O k r z y k i ,
ciosy wymierzone w powietrze, u n i k i , pouczenia - tak go!
sierpem! lewym! — poparte ruchem ciała, gestykulacją.
P r z y p o m n i j m y sobie ostatnie mecze d r u ż y n y trenera G ó r s
kiego. Czy u m i e l i ś m y p o w s t r z y m a ć się o d chwil u t o ż s a m i e
nia z napastnikiem strzelającym d o b r a m k i przeciwnika, o d
mrowienia i n a p i ę c i a mięśni, gdy to nasz bramkarz r a t o w a ł
p a r a d ą d r u ż y n ę o d gola. Jeszcze w y r a ź n i e j dostrzec m o ż n a
przeżycie fikcji u dzieci. O t o malec w n a p i ę c i u p r o w a d z i
w y ś c i g o w y w ó z , inny r o z k ł a d a r ą c z k i , warczy — jest i p i l o
tem, i samolotem, szybuje w y s o k o nad miastem. Bach!
Zrzuca b o m b y . Oczywiście z dzieciństwa się wyrasta, ale
przecież n i e z u p e ł n i e . Pewne reakcje, siła w y o b r a ź n i pozos
tają, nie zabite do k o ń c a „ d o r o s ł o ś c i ą " . G o m b r o w i c z u k u ł
termin „ p o d s z y t y dzieckiem". A l e ż tak! jeśli nie z a t ł u k l i ś m y
d o s z c z ę t n i e swej wrażliwości, w i e d z ą c co „ w y p a d a " , a czego
„ n i e w y p a d a " r o b i ć , bo nie licuje to z p o w a g ą stanowiska czy
wieku, jeśli odnajdujemy w sobie p a m i ę ć dziecka, świeżość
d o z n a ń , b y ć m o ż e i w swoim d o ś w i a d c z e n i u widza do
strzeżemy z a a n g a ż o w a n i e w akcję, p s y c h i k ę postaci. Zaan
g a ż o w a n i e , k t ó r e g o s k r a j n ą f o r m ą m o ż e się s t a ć u t o ż s a m i e
nie.
Reakcja emocjonalna bywa niekiedy zaostrzona i p o b u
dzona do granic histerii. Dzieje się tak, kiedy otacza nas
t ł u m , kiedy nasza dyspozycja zostaje g w a ł t o w n i e p r z e k s z t a ł
cona w zachowanie w r ę c z ekstremalne. T ł u m m o ż e b y ć
straszny, właśnie przez p o d a t n o ś ć na b o d ź c e . W s p a n i a ł y ,
gdy o g a r n i ę t y t y m samym uczuciem szczęścia świętuje na
ulicach koniec wojny. G r o ź n y i d u m n y , gdy ż ą d a ; straszny,
kiedy doprowadza do lynchu, p a r o k s y z m ó w nienawiści.
W i d o w i s k o , k t ó r e o d w o ł u j e się do zbiorowej reakcji
p u b l i c z n o ś c i , nabiera nieoczekiwanej siły, t o j u ż nie „ m a g
dalenka", p o z w a l a j ą c a p r z y w o ł a ć moje, twoje wspomnienia,
ale żagiew. T ł u m żyje t ą s a m ą m y ś l ą , podniecony, g o t ó w
entuzjazmem o d p o w i e d z i e ć na s ł o w a p a d a j ą c e ze sceny.
Marsylianka z b u r z y ł a Bastylię. Po ostatnim spektaklu D e j m k o w s k i c h Dziadów,
k t ó r y stał się widowiskiem nie t y l k o
artystycznym, ale i politycznym, m ł o d z i e ż p o s z ł a demonst
rując p o d p o m n i k Mickiewicza. P ó ź n i e j były marcowe
spektakle nienawiści sztucznie podniecanej, a r a n ż o w a n e
g ł u p i o (np. h a s ł o na transparencie w Sali Kongresowej,
widoczne w czasie transmisji telewizyjnej „Syjoniści do
Syjamu").
Jeśli p r z y p o m i n a m te fakty, to w t y m celu, by z w r ó c i ć
u w a g ę na ponadczasowy mechanizm z a c h o w a ń i siłę w i d o
wisk, dziejących się w t ł u m i e : teatru, parad, defilad, scen
k r ę c e n i a filmów. F i l m sam, c h o ć m o ż e p o b u d z a ć nastroje
(np. Człowiek z marmuru) ma ograniczony p u ł a p ekscytacji
w i d o w n i . Podobnie j a k świetny, celny felieton w gazecie
( „ N a s z premier — wasz prezydent"). Jednak ani film, ani
felieton nie w y p r o w a d z ą nas na ulicę.
O t y m z a ś , j a k d z i a ł a w i d o w i s k o teatralne ś w i a d c z y
c h o ć b y opis reakcji p u b l i c z n o ś c i na premierze ś p i e w o g r y Cud
mniemany, czyli Krakowiacy i Górale.
T a k pisze o t y m wydarzeniu Zbigniew Raszewski w m o n o
grafii B o g u s ł a w s k i e g o :
„ W r e s z c i e aktorzy u m i l k l i . Z a t o na w i d o w n i r o z p ę t a ł a się
burza. Fora! — k r z y c z a ł a p u b l i c z n o ś ć j e d n y m g ł o s e m klasz
c z ą c i t u p i ą c — «cały parter, loże, galeria, paradyz h u c z a ł y
160
z o k l a s k ó w , trzęsły się o d t u p a n i a » . Wedle Trembeckiego a ż
cztery razy aktorzy musieli p o w t a r z a ć finał i k ł a n i a ć się
p u b l i c z n o ś c i , k t ó r a nie d o w i e r z a ł a w ł a s n e m u szczęściu.
« O p e r e t k a ta — pisze K a r p i ń s k i — b y ł a p o c z ą t k i e m
i r o z g r z a ł a u m y s ł y do przyszłej rewolucji, b y ł a o s n o w ą
r o z m ó w p o domach i czyniono sobie nadzieje szczęścia,
k t ó r e z d a w a ł a się o b e c y w a ć ta sztuka t e a t r a l n a » . "
Nie trzeba z a b o r ó w , by p o d o b n ą reakcję e m o c j o n a l n ą
dostrzec w bardzo niedawnej przeszłości. O t o w siedem
dziesiątych latach k r a k o w s k a Piwnica p o d Baranami co
pewien czas, przy okazji rocznic, inicjowała w i d o w i s k a
uliczne. Jedno, z okazji 100-lecia śmierci Najjaśniejszego
Cesarza Franciszka Józefa, m i a ł o czysto w i d o w i s k o w y cha
rakter. Ż a r t o b l i w i e , z n u t k ą sentymentu za czasami, k t ó r e
w r ó c i ć nie m o g ł y , a n g a ż o w a ł o w z a b a w ę nawet miejscowe
w ł a d z e . P o d k r e ś l a m — miejscowe, krakowskie, b o w i e m
w stolicy podobna impreza b y ł a b y nie do p o m y ś l e n i a .
Z r e s z t ą w Poznaniu i K a t o w i c a c h t a k ż e nie. Z a p o w a ż n e t o
miasta. Tymczasem K r a k ó w to i Wesele; i tradycja Zielone
go Balonika, i Piotr Skrzynecki, m ę d r z e c - p r z e ś m i e w c a na
szczególnych (bo przecież nie wariackich) papierach. P i o t r
i Piwnica. T y l k o w K r a k o w i e m o ż l i w a b y ł a uroczysta parada
„ k u czci", w k t ó r e j p o d w i e l k i m portretem Cesarza jechali
w d o r o ż c e pierwszy sekretarz K o m i t e t u W o j e w ó d z k i e g o
P Z P R J ó z e f Klasa oraz prezydent miasta. Z a n i m i w d o r o ż
kach muzycy F i l h a r m o n i i grali h y m n a u s t r o - w ę g i e r s k i , ze
wzruszeniem przyjęty przez; starszych k r a k o w i a n . ( N b . K l a s ę
p r ę d k o w y s ł a n o na p l a c ó w k ę , daleko, d o M e k s y k u ) .
I n n a impreza Piwnicy t a k ż e m i a ł a w zamierzeniu zabawo
w y charakter. W j a z d księcia Józefa Poniatowskiego d o
K r a k o w a p o w i n i e n był b u d z i ć ż y w ą reakcję w i d z ó w , barw
nością,
sięgnięciem
do
historii,
nutą
patriotyczn o - s e n t y m e n t a l n ą , a t a k ż e u d z i a ł e m w imprezie Daniela
Olbrychskiego, k t ó r y na k o n i u wspaniale w y g l ą d a ł j a k o
książę Józef. Tymczasem reakcja w i d z ó w przeszła wszelkie
oczekiwania. P o d k o p y t a r u m a k a kobiety rzucały kwiaty,
kupione przecież za w ł a s n e p i e n i ą d z e , łzy mieszały się
z u ś m i e c h a m i . Olbrychski — j a k potem m ó w i ł — p o c z u ł , że
t o c o ś więcej niż gra, odtwarzanie jakiejś postaci. Stał się t y m
ludziom potrzebny j a k o katalizator narodowych p r a g n i e ń .
W i ę c i o n się wzruszył, zaskoczony entuzjazmem t ł u m u . C o
na to w p ł y n ę ł o ? C o s p r a w i ł o , że w i t a n o go n a p r a w d ę j a k
księcia Józefa. O d p o w i e d ź nie jest trudna. W y g l ą d a ł świet
nie, uroczy, d u m n y i zarazem bliski, nasz. A co ważniejsze,
w tych latach szarych, nie z a b o r ó w przecież, ale t ł u m i ą c y c h
tradycje patriotyczne — u ł a ń s k i e czaka, konie, m u n d u r y
d a w a ł y upust t ł u m i o n y m emocjom, s t a w a ł y się znakami
p o l s k o ś c i , prawdziwej w o l n o ś c i . A książę J ó z e f j a k się
o k a z a ł o , b u d z i ł większe sympatie, niż m o ż n a b y ł o sądzić.
Dzielny, niepokorny, dobry i d o b i t k i i do w y p i t k i , uwodzi
ciel kobiet — a przy t y m , j a k legenda k a ż e — n i e z ł o m n y
o b r o ń c a h o n o r u polskiego ż o ł n i e r z a , g o t ó w w jego imię
z g i n ą ć w nurtach Elstery.
Jak silne są w pewnych sytuacjach reakcje w i d z ó w prze
k o n a ł e m się o t y m w Warszawie, w czasie k r ę c e n i a filmu
Kawalerowicza Śmierć Prezydenta. J e c h a ł e m autobusem na
plac K r a s i ń s k i c h . Nagle — na K r a k o w s k i m P r z e d m i e ś c i u
— widoczne poruszenie, patrzcie! patrzcie! Ludzie przylgnęli
do szyb. N a latarniach w i d n i a ł y u k o ś n i e b i e g n ą c e o d d o ł u do
g ó r y b i a ł o - a m a r a n t o w e szarfy. U g ó r y wieńczyły je czarne,
ż a ł o b n e k o k a r d y . W y s i a d ł e m , a wraz ze m n ą wielu p a s a ż e
r ó w . U l i c a też w y d a ł a m i się j a k b y inna, o d M i o d o w e j
wjeżdżał o d d z i a ł kawalerii. Nasi! nasi! - w o ł a n o . Niesamo
wite w r a ż e n i e , ci ludzie nigdy nie widzieli przedwojennych
u ł a n ó w , do tego j a d ą c y mieli m u n d u r y z p o c z ą t k u lat
dwudziestych, k t ó r y c h i j a j u ż nie z n a ł e m , a przecież lance
z p r o p o r c z y k a m i b i a ł o - c z e r w o n y m i , wypustki na k o ł n i e r z u
m u n d u r ó w , czapki — wszystko to z d a ł o się j a k b y odzyskane,
nasze, bez w ą t p i e n i a nasze, przedpeerelowskie. G ł u p i , wzru
szyłem się. Ż e b y m t y l k o ja! Z a s z e d ł e m do pobliskiego
b u d y n k u , w Centralnej Poradni Amatorskiego R u c h u A r t y s
tycznego podniecenie. Koledzy śpiewali legionowe piosenki.
Z d z i w i ł e m się, przecież mieli nie więcej niż d w a d z i e ś c i a k i l k a
lat. Z n a l i . P a m i ę t a l i . J e d n ą po drugiej, wzruszenie. Czym?
Polskie Wojsko! — wszędzie to m ó w i o n o . T r w a ł o tak przez
trzy, a m o ż e i cztery d n i . W ł a ś n i e wtedy, w dzień k r ę c e n i a
pogrzebu zamordowanego Prezydenta, siedziałem pisząc c o ś
w k a w i a r n i „ U j a z d o w s k i e j " , blisko placu Trzech K r z y ż y .
D o c h o d z i ł a jedenasta, gdy z oddali usłyszałem Marsz żałob
ny Chopina, grany przez d ę t ą o r k i e s t r ę . Natychmiast p o m y ś
lałem — pogrzeb Narutowicza. M u s z ę d o d a ć , że m o r d
p o p e ł n i o n y na n i m s t a n o w i ł najsilniejszy szok w latach mej
m ł o d o ś c i . N i e znano przecież telewizji, k t ó r a przyzwyczaja
znosić spokojnie o k r u c i e ń s t w a . M ó j świat w y d a w a ł się d o t ą d
idylliczny — i nagle ta straszna zbrodnia. W s t r z ą s n ę ł a m n ą ,
z o s t a w i ł a ślad po dzień dzisiejszy.
Nie n a m y ś l a ł e m się ani c h w i l i , w y b i e g ł e m na ulicę. Z dala
w i d n i a ł o czoło ż a ł o b n e g o pochodu, szybko d o g o n i ł e m go,
o k r ą ż a j ą c Wiejską, tak by znaleźć się na jego tyle, w ś r ó d
tysięcy u c z e s t n i k ó w . Szedłem g ł ę b o k o przejęty. Ból kiedyś
doznany wrócił chyba jeszcze bardziej d o t k l i w y , wzmoc
niony scenerią, ż a ł o b n y m t ł u m e m , w i d o k i e m t r u m n y wiezio
nej na lawecie, a zwłaszcza przejmującymi d ź w i ę k a m i mar
sza. Szedłem, o d d a j ą c h o ł d N a r u t o w i c z o w i , przecież wie
d z ą c , że to wszystko udawane, na niby, do filmu, ale
wzruszony i przejęty n a p r a w d ę . Jestem p r z e ś w i a d c z o n y , że
tak samo, wcale nie silniej, r e a g o w a ł b y m na rzeczywisty
pogrzeb.
M a m y w t y m przypadku do czynienia j a k b y z d r u g ą , nie
z a p r o g r a m o w a n ą rolą filmu. Oczywiście takie wzruszenia
j a k przy Śmierci Prezydenta nie są j u ż prawdopodobne, c h o ć
życie m o ż e niespodzianie p r z y d a ć a k t u a l n o ś c i k r ę c o n y m
ujęciom, m i m o t o sama scenografia filmu b y w a niekiedy
warta specjalnego wyeksponowania. N i c z y m Disneyland.
Z r o z m y s ł e m p o w o ł u j ę się na ten kiczowaty cud X X
wieku. W Disneylandach (jest ich j u ż k i l k a ) widz o g l ą d a
sztucznie odtworzone (i po części zmistyfikowane) miasta,
miasteczka i osady Dzkiego Zachodu, dziwy przyrody,
kaskady, prerie i puszcze nieprzebyte. Są to t r ó j w y m i a r o w e
scenografie, t r ó j w y m i a r o w e w t y m sensie, że d o m w y g l ą d a
j a k d o m , i nawet jeśli nie stoi na solidnym fundamencie, to
w i d a ć przez okna, że w ś r o d k u m a ściany, pokoje, a w nich
meble, firanki, ż y r a n d o l e . Disneyland jest z tej samej rodziny
co Barbie. Płaci się za z ł u d z e n i a , iluzję, o k t ó r e j wiemy, że n i ą
jest. Inaczej s t a r c z y ł o b y obejrzeć kilkanaście filmów d o k u
mentalnych, w y p o ż y c z e n i e ich w y n i o s ł o b y nawet taniej, niż
bilet do disneyowskiego p a ń s t w a .
Dekoracje do filmów zawsze b u d z i ł y moje zainteresowa
nie. I podziw. Przecież z d a w a ł e m sobie s p r a w ę z tego, że są
z d y k t y , że to udawane, ż a d e n k a m i e ń — a nie u m i a ł e m się
p o w s t r z y m a ć od s t u k n i ę c i a w niego palcem. Święty Tomasz,
niedowiarek, siedzi pewnie w wielu z nas. Ż a l m i zawsze, gdy
się dekoracje rozbiera, w o l a ł b y m by zostały tak d ł u g o , j a k
m o ż n a . J a k a ś karczma przy u l . Grodzkiej w Lublinie,
stylowe domy na warszawskiej S t a r ó w c e , k o ł o placu Z a
mkowego. Skoro i tak cała S t a r ó w k a niewiele ma w s p ó l n e g o
z zabytkiem, w d o s ł o w n y m znaczeniu tego pojęcia, czemu nie
dodano tego pysznego d o m k u — ż a ł o w a ł e m . W i e m , b y ł
niezgodny z przekazem Canaletta, nietrwały, ale przecież
b u d z i ł powszechne zainteresowanie.
Nie tak dawno temu zburzono dekoracje l o n d y ń s k i e j
Baker Street, sąsiadujące z b u d y n k i e m T V na Woronicza.
P o w s t a ł y za c z a s ó w S z c z e p a ń s k i e g o , k t ó r e g o z sentymentem
w s p o m i n a j ą w telewizji, zburzono zaś je za Drawicza. S ą d z ę ,
że tysiące w a r s z a w i a k ó w c h c i a ł o b y je obejrzeć, nawet p ł a c ą c
za bilet w s t ę p u .
Oczywiście, dekoracje t y m się r ó ż n i ą od Disneylandu, że
są martwe, bez ludzi, p r z e b i e r a ń c ó w , sztucznych I n d i a n czy
k o w b o j ó w , ale m i m o wszystko działają na w y o b r a ź n i ę .
Przepraszam za nietaktowny p r z y k ł a d , ale nasuwa m i się
obraz M a j d a n k a . P a m i ę t a m o b ó z rzeczywisty, b y ł e m t a m
d o s ł o w n i e w p ó ł godziny po wyzwoleniu go przez wojsko,
dziś jest to scenografia, nawet deski, belki, drzwi i prycze
trzeba b y ł o po t y l u latach w y m i e n i ć . Jest to więc j u ż nie
dokument, lecz pewnego rodzaju p o m n i k .
Scenografia t a k ż e wtedy wchodzi w k o n t a k t z rzeczywis
tością, gdy filmowcy a d a p t u j ą do swych potrzeb zabytkowe
obiekty, a nawet w swoisty, zupełnie szczególny s p o s ó b
p o d e j m u j ą się „ p r a c konserwatorskich". K a ż d y m o ż e zoba
czyć efekt takiego współżycia filmu z zabytkiem w sali
balowej z a m k u w K s i ą ż u . B u d o w l a eklektyczna, ale wspa
niała, bajecznie usytuowana, t u ż pod W a ł b r z y c h e m . Szabrowano j ą wiele razy. Najpierw żołnierze A r m i i Czerwonej
wywieźli, co uznali za cenne, później nasi, a jednak z o s t a ł y
rzeźby, sztukaterie, nawet gdzieniegdzie posadzki. O t ó ż
w sali balowej postanowiono kręcić, j u ż nie p o m n ę , Trędo
watą czy Hrabinę Cosel. Szybko doprowadzono w n ę t r z e do
takiego stanu, że m o g ł o u c h o d z i ć za autentyczne. Oczywiście
t y l k o na filmie, b o w i e m ze w z g l ę d u na koszty i p e ł n ą
d e z y n w o l t u r ę kierownictwa produkcji
zrekonstruowano
uszkodzone rzeźby... jedynie z tych p r o f i l i , k t ó r e m i a ł y b y ć
widoczne w obiektywie kamery. Tandetne paski a l u m i n i u m
zastąpiły inkrustacje srebrem. S ł o w e m z sali p a ł a c o w e j
zrobiono zabawny p o m n i k filmowego chamstwa i niechlujst
wa.
A jednak z e t k n ą ł e m się ze z n a k o m i t y m dziełem sceno
graficznego kunsztu, t a k i m k t ó r e w y w a r ł o na mnie wielkie
w r a ż e n i e . N i e p o m y s ł e m , fantazją, u r o d ą kolorystycznej
kompozycji, lecz nastrojem. P r z e ż y w a ł e m je, m a j ą c j u ż
w p a m i ę c i przeżycie w y w o ł a n e w i d z i a n ą przed laty w P a r y ż u
w y s t a w ą Kienholza, jednego z najciekawszych t w ó r c ó w
w s p ó ł c z e s n y c h . T e ż znalazły się t a m sceny o d w o ł u j ą c e się do
nastroju, w y o b r a ź n i . Salon, z k t ó r e g o w y p a r o w a ł o życie
i zostały t y l k o meble, firany, a w w i k t o r i a ń s k i m fotelu zetlałe
szczątki starej kobiety owiniętej c z y m ś , co niegdyś b y ł o
k o r o n k ą . P a n o w a ł n a s t r ó j śmierci, wręcz intensywnie c z u ł o
się czas miniony, j a k w n i e k t ó r y c h scenach z filmów Bunuela.
Szczególnie p o r u s z y ł mnie Bar. W c h o d z i ł o się do niego po
stopniach, w e w n ą t r z lśniły p r z y ć m i o n e d y m e m papiero
sowym szyldy, reklamy, akcesoria typowe dla tego rodzaju
l o k a l i . Z a w i e l k i m kontuarem, po prawej stronie, w i d n i a ł y
p ó ł k i z butelkami w i n , w ó d e k i k o n i a k ó w na ladzie, j a k b y
dopiero postawiony, kufel piwa, o p a d a ł a z niego piana,
t w o r z ą c d o k o ł a m o k r ą p l a m ę . Czas s t a n ą ł . D o s ł o w n i e .
W s k a z ó w k i zegara z a m a r ł y w p ó ł drogi m i ę d z y j e d n ą a d r u g ą
s e k u n d ą . Ludzie, tłoczący się w lokalu i przy b a r k u znieru
chomieli, j a k b y p o r a ż e n i , zastygli w u ł a m k u sekundy. O b o k
mnie żarzył się papieros w d ł o n i m ę ż c z y z n y . A l e i o n stał bez
ruchu. Nagle, w t y m m a r t w y m t ł u m i e , k t o ś się p o r u s z y ł .
D o p i e r o to b y ł o niesamowite. Jakby w muzeum figru
woskowych Churchill w y c i ą g n ą ł do ciebie r ę k ę . A l e t a m
figury k o m p o n o w a ł y się w żywe obrazy, natomiast w Barze
161
d o m i n o w a ł n a s t r ó j . Widzowie, tacy j a k j a , poruszali się
w ś r ó d m a n e k i n ó w , do z ł u d z e n i a n a ś l a d u j ą c y c h ludzi. Par
don! p r z e p r a s z a ł e m , p o t r ą c i w s z y k o g o ś . Ż y w e g o ? M a n e k i n a
z tego theatrum? Wszystko s u g e r o w a ł o , iż przed chwilą
w u ł a m k u sekundy stało się c o ś strasznego i życie wyparowa
ło, tak szybko, iż nawet ziemskie p o w ł o k i ludzi nie zdążyły
o s u n ą ć się na p o d ł o g ę . Lada chwila to, co jeszcze z o s t a ł o ,
m o g ł o się w p o p i ó ł zamienić. J u ż k ą t e m oka d o s t r z e g ł e m j a k
przyprusza część cyferblatu, blat stolika. T r u d n o b y ł o o p r z e ć
się nastrojowi, j a k i w y w o ł y w a ł ten przekaz artysty. Memento
mori, z d a w a ł się m ó w i ć , a dodam, że d z i a ł o się to w latach,
kiedy prasa d u ż o pisała o zaletach wodorowej bomby, k t ó r a
zabija „ t y l k o " żywe istoty, p o z o s t a w i a j ą c dobytek material
ny nietknięty. Szykujący w o j n ę , najgłośniej przeciw niej
w y s t ę p o w a l i . A l e to tylko p o t ę g o w a ł o , zwłaszcza na Za
chodzie, ś w i a d o m o ś ć niebezpieczeństwa.
N a s t r ó j , klimat życia, k t ó r e w y p a r o w a ł o o d n a l a z ł e m też
w dekoracji zbudowanej do filmu Wojciecha J. Hasa Sanato
rium Pod
Klepsydrą.
Z o b a c z y ł e m j ą p r z y p a d k o w o , dzień przed r o z b i ó r k ą , i to
dzięki kategorycznemu poleceniu Andrzeja Majewskiego.
Z a ł a t w i a ł e m j a k i e ś sprawy w K r a k o w i e i przed p o w r o t e m do
Warszawy z a s z e d ł e m do niego. Czy widziałeś dekoracje?
- z a p y t a ł . N i e . T o musisz je z o b a c z y ć . K i e d y w s p a n i a ł y ,
m ą d r y artysta tak m ó w i , trzeba m u wierzyć. O d ł o ż y ł e m
wyjazd, z ł a p a ł e m t a k s ó w k ę , p o j e c h a ł e m nawet niedaleko,
t u ż za miasto, gdzie w szczerym p o l u w i d n i a ł a sylweta
miasteczka, rysująca się ostro na tle nieba. Szedłem kilkaset
m e t r ó w po wertepach, za m n ą t a k s ó w k a r z , k t ó r y zain
trygowany scenerią, t a k ż e chciał j ą obejrzeć z bliska. D e k o
racja była, j a k na nasze w a r u n k i , i m p o n u j ą c a . Z b u d o w a n o
miasto, ściślej rynek i przylegające do niego pierzeje. Stary,
taki niby przedwojenny D r o h o b y c z . M o ż e t y l k o bardziej
intensywny niż na zdjęciach z a p a m i ę t a n y c h przeze mnie.
Oczywiście d o m y m i a ł y „ p r a w d z i w e " tylko fasady, z tyłu
p o d p i e r a ł a je misterna siatka r u s z t o w a ń . Jednak, gdy wesz
liśmy na rynek i otoczyły nas kramy, do z ł u d z e n i a imitujące
rzeczywiste, o g a r n ę ł o nas dziwne uczucie. T o tak, j a k znaleźć
się nagle w u m a r ł y m mieście, dopiero co opuszczonym przez
m i e s z k a ń c ó w . P r z e r a ż a ł a cisza, z a b r a k ł o ludzi, p s ó w , k o t ó w ,
w r ó b l i czy gołębi. T y l k o na b r u k u w i d n i a ł y ślady k o ń s k i c h
e k s k r e m e n t ó w , słomy, szmat, życia nagle przerwanego.
C h o d z i ł e m o s t r o ż n i e , j a k po cmentarzu. U d e r z y ł a mnie
w i e r n o ś ć , w k a ż d y m szczególe. Rynek z o s t a ł w całości
zrekonstruowany, m i m o iż kamera nie wszystko m o g ł a
u c h w y c i ć . O d n i o s ł e m w r a ż e n i e , że artysta, k t ó r y stworzył tę
162
m a k i e t ę , sam uległ sugestii tworzonego przez siebie dzieła.
T o był w swej istocie p o m n i k . I o n , sądzę, o t y m wiedział.
W kramach jeszcze tkwiły przybite do ścianek wywieszki,
u szewca d o s t r z e g ł e m a u t e n t y c z n ą b l a s z a n ą p o d k ó w k ę z re
k l a m ą pasty D o b r o l i n , z g ł ó w k ą k o z i o ł k a w kole. S t u k n ą ł e m
pięścią w z m u r s z a ł y m u r d o m u , aby s p r a w d z i ć , czy na pewno
jest to tylko makieta, c h o c i a ż doskonale to przecież wiedzia
łem.
W r a c a l i ś m y milcząc. Ja — sentymentalny inteligent, to
z r o z u m i a ł e , ale t a k s ó w k a r z ? Był n o r m a l n y m , t r z e ź w y m
człowiekiem, a przecież i o n p o d d a ł się nastrojowi. M i m o
w o l i p o m y ś l a ł e m o K i e n h o l z u , o r ó ż n i c y j a k a dzieli u o g ó l
nienie od k o n k r e t u . K i e n h o l z ujął istotę rzeczy, n a d a ł f o r m ę
zjawisku, wpisując je w k r ą g d o ś w i a d c z e ń artystycznych
k o ń c a lat sześćdziesiątych, natomiast efekt dekoracji — r y n
k u w D r o h o b y c z u — p o g ł ę b i o n y z o s t a ł w naszym przeżyciu
podtekstem, j a k i m b y ł a z a g ł a d a m i l i o n ó w Ż y d ó w , t r a g e d i ą
Holocaustu.
T a k to, w s p o s ó b nie zamierzony przez i n s c e n i z a t o r ó w ,
dekoracja u z y s k a ł a samoistne życie, dzieło ( o b o j ę t n e j a k je
nazwiemy, rzemieślnicze czy artystyczne) zyskało kontekst,
k t ó r y w ś w i a d o m o ś c i odbiorcy z a w a ż y ł na sposobie jego
przeżycia. T u , w Polsce, przez ludzi dla k t ó r y c h wojna,
okupacja, obozy, krematoria, getto były jeszcze d o ś w i a d
czeniem pokolenia.
P ó ź n i e j , gdy o g l ą d a ł e m w kinie Sanatorium Pod Klepsydrą,
czas, z d a w a ł o się, z o s t a ł o d w r ó c o n y . Po śmierci w r a c a ł o
życie, rynek tętnił gwarem, kłębiły się na n i m setki postaci,
c h ł o p i , ale przede wszystkim Ż y d z i , biedota, chasydzi w lisiurkach na głowie, handlarze i k u p u j ą c y . A j a o g l ą d a j ą film,
m i a ł e m w oczach pusty, m a r t w y rynek. A p o k a l i p s ę , k t ó r a ,
j a k wykazuje d o ś w i a d c z e n i e naszego czasu, nie jest gromem
z nieba, lecz p r z e r a ż a j ą c ą rzeczywistością, d o ś w i a d c z a j ą c ą
kraje, narody, p o s z c z e g ó l n y c h ludzi.
O p o w i a d a ł e m potem o w r a ż e n i u , jakie w y w o ł y w a ł a deko
racja do filmu Hasa, i m o i znajomi w y r a ż a l i żal, że nie m o g ą
jej z o b a c z y ć . M y ś l ę więc, że skoro istnieją i p r o s p e r u j ą
Disneylandy, m o ż n a by t a k ż e z tej perspektywy spojrzeć na
dekoracje do filmów. Oczywiście n i e k t ó r y c h . Dostrzec
w nich a t r a k c j ę , z d o l n ą nie tylko z a i n t e r e s o w a ć w g l ą d e m
w kulisy, ale i przynieść doznania emocjonalne. T a k m o g ł o i
p o w i n n o się b y ł o stać z m a k i e t ą Drohobycza, z a b r a k ł o jed
nak w y o b r a ź n i , żyłki handlowej, a sądzę, że i n i k o m u z ó w
czesnych d y r y g e n t ó w życia kulturalnego nie zależało na t y m ,
by w s k r z e s z a ć emocje niezgodne z linią p o l i t y c z n ą w ł a d z y .
