http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/2909.pdf

Media

Part of Paszyn po siedemnastu latach / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1989 t.43 z.3

extracted text
Antoni Kroh

PASZYN PO S I E D E M N A S T U LATACH

Poznałem księdza Edwarda Nitkę na plebanii w Paszynie
i jadłem u niego twaróg, polewany zielonym miodem, wiosną 1972
roku, na kilka miesięcy przed eksplozją twórczości plastycznej w tej
wsi. Znalazem się tam, przygotowując I Konkurs Współczesnej
Rzeźby Ludowej Karpat Polskich, organizowany przez Muzeum
w Nowym Sączu. Wówczas o Paszynie mało kto słyszał, ksiądz
Edward Nitka nie był jeszcze sławny na całą Polskę i poza jej
granicami, znano go natomiast i serdecznie pamiętano w Starym
Sączu, Ptaszkowej, Szczawnicy, Borzęcinie — wszędzie tam, gdzie
pracował. Wyróżniał się spośród innych księży absolutnym brakiem
księżowskiej pozy; wolny od obłudy, ufny w Bogu, był sobą i cieszył
się życiem. Hodował gołębie, organizował amatorskie przedstawie­
nia teatralne — występował w najśmieszniejszych rolach, nie bojąc
się o swój autorytet osoby duchownej; podobno kiedyś wprost ze
sceny, ubrany w jakiś niesamowity kostium, pogalopował konno
z wiatykiem do umierającego. Kupił dwie pary rękawic i boksował
się z wiejskimi chłopakami. Znany był również powiatowym wła­
dzom w Nowym Sączu jako człowiek, oględnie mówiąc, nieskory do
politycznych i moralnych koncesji, bezpośredni w wypowiedziach,
a do tego obdarzony niebanalnym poczuciem humoru. Z pewnością
na długo wbił się w pamięć funkcjonariuszom UB w Brzesku.
Pojmano go jako byłego kapelana Armii Krajowej i prowadzono
ulicą na przesłuchanie, aż tu zza zakrętu nagle wyjechał motocykl;
ksiądz Nitka, mimo że skuty kajdankami, dziarsko wskoczył na
tylne siodełko i odfrunął. Zdarzyło się to około 1946 roku. Poznałem
go jako mężczyznę po pięćdziesiątce, więc anegdoty o boksowaniu,
występach artystycznych i brawurowej ucieczce znam tylko z drugiej
ręki. Ale daję im wiarę, ponieważ zdarzenia, których byłem na­
ocznym świadkiem, niewiele ustępują tamtym.
Miałem szczęście współpracować z Księdzem Dziekanem od
wiosny 1972 do lata 1980 roku. Dzisiaj wiele sądów z tamtych
czasów uległo przewartościowaniu. Ja również patrzę na Paszyn
inaczej niż kiedyś. W latach siedemdziesiątych paszyński fenomen
interesował mnie przede wszystkim, jeśli można tak się wyrazić, od
strony artystyczno-statystycznej (twórców było imponująco wielu,
niemal wszyscy to laureaci, przynajmniej potencjalni) oraz obycza­
jowej. Kontaktowałem się z księdzem Nitką przede wszystkim
w sprawach organizacyjnych, przygotowując wystawy i konkursy,
zapraszając tamtejszych artystów na kiermasze, przywożąc cudzo­
ziemców, dziennikarzy itp.
Ogromnie lubiłem jeździć do Paszyna. Fascynowała mnie osobo­
wość księdza Nitki, szanowałem go i lubiłem jak mało kogo, jego
optymizm mnie umacniał. Obawiam się, że powyższe zdanie wypad­
ło sztucznie — ale trudno, nic na to nie poradzę. Każda rozmowa
z Księdzem Dziekanem była dla mnie radosną przygodą, jakby
festynem; może dlatego, że ani przedtem, ani potem nie zdarzyło mi
się spotkać człowieka, który promieniowałby taką radością życia
(chociaż, naturalnie, i on miewał chwile depresji), który nieustannie
życzyłby bliźnim wszystkiego najlepszego, co wynikało z naturalnej
wiary w Najwyższy Sens i Radosne Przeznaczenie. Od jak dawna
sięgam pamięcią, właśnie tej wiary w Sens mi brakowało. Próbowa­
łem łatać ów mankament na różne sposoby, choćby korzystając
z pomocy książkowych przyjaciół, jak Kubuś Puchatek, Colas
Breugnon, Don Camillo, Gargantua, Szwejk. Ksiądz Edward Nitka
łączył w sobie te postacie, był niejako ich wspólnym ucieleśnieniem.
Jeśli ktoś się żachnie na takie zestawienie, bardzo mi przykro.
Ludzie z dawien dawna tęsknią za mityczną krainą szczęśli­
wości. Może to być Arkadia, Arabia felix, Schlaraffenland, wyspa
Utopia albo na przykład Podhale. Dopiero teraz, po latach,

uświadamiam sobie, że taką Arkadią — z wygodnym połączeniem
autobusowym — był dla mnie Paszyn. Wsi spokojna, wsi wesoła,
bezproblemowa! Słodka ułudo lat siedemdziesiątych! Jawiła mi się
ta parafia, jakby o niej to właśnie napisano ów wierszyk z końca
osiemnastego wieku: „Pięknie na łąkach bydło się pasie, wdzięcznie
z Jasiami pląsają Kasie". Uśmiechy przechodzących ludzi, miód,
domowy razowiec, transparent „Witajcie!" nad plebanią, aleja
kilkumetrowych palm wielkanocnych z papierowymi wstążkami,
gościnność w każdym domu, nieustanne sukcesy, nawet niektóre psy
machały ogonami na mój widok; dzwonię do drzwi, ksiądz woła
tubalnym głosem: „Ach, kogóż to widzę! Co za szczęście! Jakiż
zaszczyt! Witam wielmożnego pana magistra w niskich progach,
prosimy, prosimy!" i natychmiast oznajmia radosną nowinę, że oto
znowu któryś parafianin objawił wielki talent plastyczny i niebawem
zadziwi całą Polskę... Z rozrzewnieniem wspominam tamten świat
wzajemnego zrozumienia i braterskiej współpracy, od dłuższego
czasu przygotowuję się, aby go szczegółowo opisać — bo przecież
rzeźbiarski i malarski Paszyn lat siedemdziesiątych był prawdziwym
fenomenem, niewątpliwie godnym uwiecznienia, ciekawą a mało
znaną kartą w dziejach kultury polskiej, liczne zaś reportaże z tej wsi
oraz różne wzmianki w publikatorach były na ogół mocno powierz­
chowne i na jedno kopyto.
Dzisiaj widzę tamten Paszyn zgoła inaczej.
Wiadomo, choć mówi się o tym raczej półgębkiem, że opieka nad
sztuką neoludową i amatorską ma w Polsce bezpośrednie uwarun­
kowania polityczne. Nie chciałbym tutaj formułować upraszczają­
cych sądów, zjawisko jest skomplikowane, zresztą bardzo interesu­
jące, mam zamiar przedstawić je w obszerniejszym opracowaniu.
Teraz chciałbym jedynie stwierdzić znany fakt, że gwałtowny rozwój
(przede wszystkim ilościowy) sztuki neoludowej i amatorskiej
w latach siedemdziesiątych był odgórnie zaprogramowany i osadzo­
ny w nader konkretnych politycznych realiach. Bezpośrednie cele tej
operacji zostały zaakceptowane niemal powszechnie, nad skutkami
dalekosiężnymi mało kto się publicznie zastanawiał.
I oto w tej wielkiej państwowej akcji cudownego rozmnożenia
artystów ludowych największe sukcesy zaczął niespodziewanie od­
nosić ksiądz, który z niezwykłą sprawnością animował plastykę
chłopską, widząc w niej znakomitą formę pracy duszpasterskiej oraz
szansę pomocy materialnej dla swoich biedniejszych parafian. Czyli
— tak samo jak wszyscy, tylko o wiele skuteczniej i zupełnie inaczej,
bo na innych ideowych podstawach.
Skutki tej działalności Księdza Dziekana były imponujące
i godne najwyższego uznania, tylko że przez państwowych sponso­
rów zgoła niepożądane. Przykład jeden z wielu: na rzeźbiących
i malujących paszyniaków spływało sporo państwowych pieniędzy
(zakupy, stypendia, nagrody), ale adresaci przesyłek nie kojarzyli
tego dobrodziejstwa z polityką kulturalną państwa, lecz z organiza­
cyjnym talentem Księdza Dziekana, zresztą nie bez racji — bo
przecież w sąsiednich wsiach tej formy uzupełniania domowych
budżetów prawie nie było. Inny przykład — delikatna sprawa
tematyki sakralnej. Ksiądz Nitka jej nie narzucał, przeciwnie,
namawiał swych parafian do śmielszego wyboru tematyki, wielokro­
tnie byłem tego naocznym świadkiem. Lecz ośrodek paszyński był
ośrodkiem ludowej sztuki religijnej — podczas, gdy gdzie indziej
tematyka sakralna stawała się jedynie pustą ikonografią bez idei;
Chrystus Frasobliwy lat siedemdziesiątych przestawał być Bogiem,
stawał się neoludowym bibelotem. Lecz w Paszynie sprawa ta
wyglądała inaczej.
Niebywałe sukcesy organizacyjne Księdza Dziekana wpra171

wiały władze w dziwny stan ducha. Z jednej strony — należało
docenić wybitnego animatora i „działacza kultury", choćby dlatego,
by nie wypuścić z rąk inicjatywy; Ksiądz Dziekan, jako ob. Edward
Nitka, otrzymał nawet medal „Za mądrość i dobrą robotę",
przyznawany przez redakcję „Gazety Południowej". Ale walka
ideologiczna przecież nie słabła, wielokrotnie próbowano przejąć
rzeźbiarski i malarski Paszyn, a księdza uhonorować i odstawić na
bocznicę. Długo by prawić. Można by również opowiedzieć to i owo
na temat ewolucji stosunku przełożonych księdza Edwarda Nitki do
jego poczynań.
Historia ośrodka paszyńskiego jawi mi się dzisiaj przede wszyst­
kim jako odbicie stosunków między państwem a Kościołem na
najniższym szczeblu, w zwyczajnej wiejskiej parafii, ale obserwowa­
nych przez wielce oryginalny pryzmat —- mianowicie poprzez
państwową akcję rozwijania plastyki chłopskiej, religijnej w for­
mie, socjalistycznej w treści. Naturalnie, Paszyn to również ko­
palnia innych tematów: gwałtowne kariery staruszków oraz dzie­
ci, praca dziennikarska od kulis, odwiedziny wspaniałych ludzi,
zabawy cudzoziemców w polskim buszu, a także kwestie czysto
artystyczne, np. problem transponowania dawnych wzorów czy
podejmowanie twórczości plastycznej bez znajomości choćby odro­
biny warsztatu.
Zbierając eksponaty na trzeci z kolei konkurs rzeźby karpackiej
powiedziałem żartobliwie, że będzie to wielki mecz: Paszyn kontra
reszta Karpat. Ksiądz podchwycił ten żart i opracował punktację:
za pierwsze miejsce tyle, za drugie tyle itd. Naturalnie Paszyn
zwyciężył. W ogóle ksiądz Nitka był zagorzałym kibicem sporto­
wym. Dwa razy widziałem, jak ten starszy, tęgi mężczyzna po prostu
szalał z radości: raz, gdy polscy piłkarze byli o włos od zdoby­
cia mistrzostwa świata, a drugi raz, gdy kardynał Wojtyła został
papieżem.
Ksiądz Dziekan zamierzał pobudować w Paszynie oddział
tarnowskiego Muzeum Diecezjalnego. Miał to być dom sztuki
ludowej — z pracowniami, magazynami, ciemnią fotograficzną, salą
wystawową, biblioteką, pokojem i mieszkaniem dla kustosza.
Marzył, że po osiągnięciu wieku emerytalnego zostanie zwolniony
z obowiązków proboszcza i dziekana (zwłaszcza ta ostatnia funkcja
mocno go fatygowała), a poświęci się wyłącznie pracy animatorskiej.
Rzecz była realna, ksiądz zaczął już gromadzić fundusze i materiały
na budowę, lecz przyszedł moment, w którym musiał sam zniweczyć
swoje plany. Podczas pertraktacji z ówczesnym wojewodą nowosą­
deckim stanęła alternatywa: albo zezwolenie na budowę kościoła na
osiedlu Millenium w Nowym Sączu, albo zezwolenie na Dom
Ludowej Sztuki Religijnej w Paszynie (taka miała być nazwa).
Ksiądz Nitka nie zawahał się.
Zmarł w najodpowiedniejszym dla siebie momencie, w sierpniu
1981 roku; nie dożył czasów, w których mecze Paszyn kontra reszta
Karpat nie odbywają się z braku kibiców. Przed śmiercią długo
chorował, denerwując się straszliwie sytuacją w kraju; bał się, że
powrócą czasy, w których znowu będzie musiał zachowywać się po
bohatersku.
Ksiądz Stanisław Janas, następca księdza Edwarda Nitki w Pa­
szynie, objął probostwo w krańcowo odmiennej sytuacji społecznej.
Z pewnością nie było mu łatwo. Choćby dlatego, że wszyscy
odruchowo porównywali go z poprzednikiem. Trudno mieć preten­
sje do Stanisława Janasa, że nie jest Edwardem Nitką, ale również
trudno się dziwić, że liczni przyjaciele Paszyna myśleli z obawą: co
dalej?
Ksiądz Janas jest niewątpliwie człowiekiem obowiązkowym
i pełnym najlepszej woli. Przychodząc do Paszyna, musiał uczyć
się od podstaw zagadnień, związanych z twórczością ludową, gdyż
przedtem nie miał z tymi sprawami do czynienia. Rzeźbiarski
i malarski Paszyn był dla niego dodatkowym obowiązkiem, zresztą
pilnie spełnianym, ale obowiązkiem, nie zaś życiową pasją, jak to
miało miejsce w wypadku jego wielkiego poprzednika.
Ksiądz Janas stara się jak może kontynuować dzieło księdza
Nitki. Przede wszystkim — buduje muzeum, którego ksiądz Nitka
nie doczekał. Znajdzie się ono w wyremontowanej dawnej plebanii
(miejsce najwłaściwsze z możliwych), zaś mieszkania księży, sala
172

katechetyczna i urząd parafialny zostaną przeniesione do nowego
budynku, który obecnie (czerwiec 1988 r.) jest niemal na ukończe­
niu. Obecny proboszcz stara się animować życie plastyczne swojej
parafii, zorganizował kilka wystaw twórczości paszyniaków (ostat­
nia, wielka, objeżdża właśnie Republikę Federalną Niemiec). Pleba­
nia jak dawniej otwarta jest dla gości, ksiądz prowadzi na bieżąco
Kronikę paszyńskiego talentu, raz po raz pojawiają się wzmianki
w prasie. Kolekcja z paszyńskiej plebanii nie została zapomniana;
świadczy o tym ruch eksponatów, wypożyczanych ostatnio m.in.
przez muzea w Limanowej i Nowym Sączu.
Dobrym sprawdzianem aktualnego stanu ośrodka był konkurs
„Malarstwo na szkle z Paszyna", rozstrzygnięty na początku
kwietnia 1988 r. Przystąpiło do niego siedemnaście osób, składając
ogółem 89 prac. Ten bardzo dobry rezultat ilościowy jest niewątpli­
wą zasługą komisarza, Zbigniewa Wolanina, który nb. niedawno
obronił wartościową pracę magisterską Malarstwo na szkle w paszyńskim ośrodku plastyki ludowej. Dzięki jego perswazjom udział
w konkursie wzięły również te malarki, które już od dłuższego czasu
zarzuciły twórczość. Wydaje się więc, że liczba paszyniaków,
aktualnie malujących na szkle, jest nieco mniejsza niż liczba
uczestników konkursu i wynosi około dziesięciu-dwunastu osób.
Naturalnie, w porównaniu do lat siedemdziesiątych stanowi to
znaczny regres. Zwraca uwagę niemal zupełny brak nowych twarzy.
Dzisiejsze paszyńskie nastolatki mają dość mgliste wyobrażenie
o tym, jaka panowała we wsi atmosfera wokół twórczości plastycz­
nej za czasów Księdza Dziekana. Dla nich to już historia.
Wydaje się, że główną przyczyną tego regresu jest ogólna
kondycja psychiczna Polaków. Sztuka ludowa ma dzisiaj u nas bez
porównania mniejszą publiczność, niż przed dziesięcioma laty;
ludziom zupełnie co innego w głowie, niż obrazki czy świątki. Ksiądz
Dziekan odszedł w okresie gwałtownych przemian społecznych.
Niepodobna osądzić jednoznacznie, czy większą stratą dla ośrodka
była jego śmierć, czy też wydarzenia, po których Polacy wciąż jeszcze
nie mogą się otrząsnąć.
Niemal zupełnie wysechł strumień pieniędzy, który płynął do
Paszyna w latach siedemdziesiątych. Cudzoziemcy, odwiedzający
Polskę, interesują się zgoła czym innym, niż sztuką ludową. Coraz
gwałtowniej następuje pauperyzacja inteligencji; dzisiaj mało kto
chce i może płacić za prace chłopskich artystów, turystów jest mniej,
zbiednieli. Muzea także zbiedniały. Czynnik finansowy, znakomicie
wykorzystywany propagandowo przez księdza Nitkę, czynnik,
który był jedną z przyczyn rozwoju ośrodka w latach siedemdziesią­
tych, stracił w znacznym stopniu na znaczeniu. To znaczy, stracił na
znaczeniu jako czynnik pozytywny, bo w ogóle, to ważny jest nadal.
Stosunkowo najlepiej mają się ci, którzy produkują masówkę dla
Cepelii, Veritasu, prywatnych galerii i tzw. butików. Im twórca
ambitniejszy, tym jego praca jest bardziej absurdalna pod względem
ekonomicznym. Dla ludzi rozsądnych i konkretnych, jakimi na ogół
są chłopi oraz chłoporobotnicy, kwestia ta ma znaczny ciężar
gatunkowy. W omawianym konkursie malarstwa na szkle pierwsza
nagroda wynosiła siedem tysięcy; siła nabywcza tej sumy wynosi
jedną czwartą, może jedną piątą siły nabywczej nagrody z lat
siedemdziesiątych. Marna chwała, marne pieniądze — pomyśli
laureat. Nie wiem, w jaki sposób Ksiądz Dziekan stawiałby czoła
tym zjawiskom, gdyby żył; nie sądzę, by jego wielki autorytet oraz
siła perswazji mogły tu stanowić wystarczającą przeciwwagę. Dlate­
go ośmieliłem się wyrazić pogląd, że zmarł w najodpowiedniejszym
dla siebie momencie.
Nie chciałbym bawić się w prognozy, jak potoczą się dalej dzieje
ośrodka paszyńskiego. Bardziej interesuje mnie próba odpowiedzi
na pytanie: która część dorobku księdza Nitki i jego parafian
wytrzymała próbę czasu, okazała się trwała oraz inspirująca następ­
ne pokolenie?
Sprawę należy chyba rozpatrywać w kilku aspektach: artystycz­
nym, pedagogicznym (w szerokim tego słowa znaczeniu) oraz
finansowym.
Wypada tu powtórzyć opinię, którą wyraziłem przed kilkunastu
laty: ośrodek paszyński jest interesujący w pierwszym rzędzie jako
zjawisko społeczne, dopiero w następnej zaś kolejności — artystycz­
ne. Wydaje mi się, że spośród około stu dwudziestu rzeźbiących

i malujących mieszkańców Paszyna tylko kilkoro osiągnęło interesu­
jące rezultaty artystyczne. Mam tu przede wszystkim na myśli
Wojciecha Oleksego, który w krótkim czasie dopracował się własnej,
niepowtarzalnej formy, surowej i ogromnie ekspresyjnej. Droga,
jaką przebył od najprymitywniejszych wyrzynanek do znakomitych
kompozycji wielofiguralnych jest najlepszym dowodem, że Oleksy
mial duży talent plastyczny, który ujawnił się z niespodziewaną siłą
pod wpływem sprzyjających okoliczności zewnętrznych. Szkoda
tylko, że Wojciech Oleksy był już wówczas starym człowiekiem i miał
przed sobą zaledwie kilka lat życia.
Czasem ogarnia mnie zwątpienie, czy cały ten ruch wspierania
twórczości neoludowej w latach siedemdziesiątych, nienaturalnie
rozdęty i przybierający karykaturalne formy, w ogóle miał sens.
Wtedy ratuję się wspomnieniem Oleksego. Gdy go poznałem, był
zahukanym wiejskim popychadłem, nadającym się tylko do pasienia
krów; ubrany w jakieś lachy, sprawiał wrażenie, jakby się bał, że go
uderzę. Po kilku latach Oleksy był już zupełnie innym człowiekiem:
swobodniejszym, świadomym swej wartości. Nieźle zarabiał. Kupił

sobie garnitur, telewizor, chwalił się księdzu w swym „języku"
niemowy: WADE BUBA O T U PANA (Władek, czyli brat, będzie
pasać krowy, a ja będę panem).
Na swej twórczości także niemało zyskał, zarówno duchowo jak
materialnie, inny znany rzeźbiarz z Paszyna, Stanisław Mika
„Stasicek". Obserwowałem z radością, jak Mika z miesiąca na
miesiąc coraz bardziej prostował się psychicznie, jak dyplomy
uznania (z których się naśmiewał), wzmianki w prasie, przekazy
pieniężne, wizyty „panów" (z których także się naśmiewał) pomaga­
ły mu żyć. Takich dobroczynnych skutków działalności księdza
Nitki obserwowałem znacznie więcej. Mam zamiar opisać to
wszystko w osobnej książce.
Można stwierdzić z wielkim zadowoleniem, że dokonania księ­
dza Nitki wytrzymały próbę czasu, a jego dzieło jest kontynuowane.
Ośrodek żyje — mimo wybitnie niekorzystnych warunków zewnę­
trznych. Sztuka paszynian wciąż cieszy się zainteresowaniem i życzli­
wością.
Paszyn nie jest zamkniętą kartą.

II. do art. A . Jackowskiego: Wiesława Piasna, Kosmiczny szpieg, ol/pł., 72 x 52 cm,
1985 r. Fot. Jan Świderski

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.