http://bibliotekacyfrowa.pl/Content/78719/PDF/III_POL_289_27217.pdf

Media

Part of Pamiętniki chłopów. Serja druga

extracted text
PAMIĘTNIKI C H Ł O P Ó W

4703
DRUKARNIA GOSPODARCZA
W A R SZA W A , WSPÓLNA 54
T E L.

8-84-12

i

8-28-02.

Kiedyż zadnieje?
To pytanie gości obecnie na uściech chłopa polskiego, ha­
rującego od świtu do nocy i zrozpaczonego. A właściwie brzmi
ono: kiedy skończy się kryzys!

Ten straszny kryzys, który jed­

nych, ongi zamożnych, postawił wobec ruiny; u innych w niwecz obrócił
nadzieją wydobycia się ze szponów długu, zaciągniętego na kupno ziemi
lub konia; jeszcze innych, którzy przed kryzysem biedowali, pogrążył
w zupełnej nędzy, pozbawiając ich jakiejkolwiek możliwości zarobku.
„Chłop bez butów, konie bez podków, a koła wozowe bez obręczy' —
oto dosadny obraz wioski, skreślony piórem jednego z pamiętnikarzy.
„Nieraz bez ognia, bez światła, co więcej bez jadła spać się kładziemy,
a nazajutrz to samo — nieraz się modlimy, może kiedyś kryzys minie!“.
A jednak każdy z nich trwa w pracy na swoim zagonie i wiąże ciężki
snop swego życia, jak w innych okresach wiązał go niegdyś jego ojciec
i jego dziad.

Wzorem mrówki, która nie opuszcza zniszczonego mro­

wiska, tylko natychmiast ima się jego odbudowy, tak samo chłop ongi
krzątał się, aby spłacić rodzeństwo po objęciu schedy, harował, żeby
kupić krowę, konia lub nabyć kawałek gruntu. Niezamożniejszy brał
wszelki zarobek, który się nadarzał, a grosz zapracowany kładł w bu­
dynki, w inwentarz. Krzątał się z uporem, z wytrwałością mrówki.

VI

Swego rodzaju siłacz! Pamiętniki przejęły mnie jak największem po­
ważaniem dla tego źle odzianego, źle odżywianego dzisiaj, ale upartego
siłacza-pracownika, który brak rzutkości i wiedzy rolniczej zastępował
wysiłkiem i oszczędnością. Może znużony niekiedy w trosce o jutro
rzucał pytanie: kiedy zadnieje, przecież żywił nadzieję, że kiedyś to
się stanie. Kryzys go powalił: ceny spadły, zarobków niema. Przez
wiele lat spłacał dług zaciągnięty na szmat kupionej ziemi, dzisiaj
sprzedaje go za pół ceny, ażeby ocalić się od nadmiernego ciężaruf
i okazuje się, że mimo pozbycia się gruntów i spłat wieloletnich, jest
jeszcze coś winien za tę dzisiaj już nie jego ziemię. Dawne dobrodziej­
stwa przekształcają się w przekleństwa: dobrodziejstwem była koma­
sacja — chłop nie wątpił, że po latach pracy wydobędzie się z kosztów
meljoracji i spłaci pieniądze, które pożyczył był na budynki na nowej
sadybie.

Obecnie nie może temu podołać.

1 „wprost spełniają się

słowa ojców naszych, którzy mówili, iż przyjdą czasy, że ludzie, od
swych majątków uciekać będą(t. Przygnębiony, nie pyta nawet, czy
zadnieje, i haruje, ażeby nie dać się idącej od kryzysu nędzy. 1 znowu
napozór staje się zadość życzeniu: byle byłaby polska wieś „zaciszna“,
byle polska wieś „spokojna“. Tak, zaciszna od apatji, spokojna wśród
głodu! Tylko tu i owdzie z pośród niej ktoś idzie na żebry. „Spot­
kałem młodego chłopaka, który z pobliskiej wsi wybrał się na żebry.
Kiedy do mnie zaszedł, jako do pierwszego domu, gdzie mu wypadło
mówić o wsparciu — zemdlał, zalał się łzami rzewnemi i wrócił do
domu, a miał chorą matkę-staruszkę!“ Nie, nie jest spokojna. Mło­
dzież nie godzi się z dzisiejszym stanem rzeczy. Jej niepokój na Kre­
sach Wschodnich przybiera charakter zdziczały. Na tych Kresach, tak
zaniedbanych w ciągu dziesiątków lat za czasów okupacji rosyjskiej»
tak opóźniających się w kulturze rolnej.

Wyrostkowie i młodzieżP

trawieni przymusową bezczynnością, rzucają się w wir odurzenia,
czerpią pieniądze na potrzeby kawalerskie tern, że ojcu żyta usypują»

VII

niekiedy urządzają wyprawy w dalsze okolice. Kradną wszystko, co da
się spieniężyć lub w stanie bezpośrednim użyć.

Śmietanę i masło

z piwnic rodziców, kury i prosięta z chlewów, uprząż ze stajni, ubranie
z komory, drzewo z lasu — co się da.
wsi i zabawiają się grając w karty.

„Zbierzemy się gołota całej

Kładą karty własnej roboty...

zaczyna się gra w oczko... stawiają jednego papierosa do banku —
hazard czeka przeciwnika. Jakich tam nie robi się nadużyć. Oszukują
jeden drugiego... kiedy już kto wygra, ucieka za drzwi, przegrani go
łapią, co często powoduje bójkę.

Ja też gram... nawet hazardowo.

W najwyższych chwilach trzęsę się jak w febrze, wszystko jedno jak
idziesz pod gilotynę... czasem zechce się choć na chwilę zbawić z pod
powszechnej męki duchowej, więc przybiegasz do sztucznej pociechy,
do dzinaturatu. Choć w gardle drze się, lecz w głowie robi się jaśniej.
Wesoło... energja... Nazajutrz... całkowita depresja...

Apetyt i sen

traci się... To było niedawno, zaprosił mnie kolega w gościnę. Posze­
dłem — to już było wieczorem. W mieszkaniu kolegi już było kilkoro
chłopów... Na stole stała butelka dzinaturatu obok niej szklanka i ka­
wałek chleba... Po minach obecnych zauważyłem że były wielce za­
dowoleni i z niecierpliwością czekały chwili rozpoczęcia się hulanki.
Gospodarz prosi za stół, wszyscy jakoś krępują się. Jeden drugiego
szturcha, żeby załaził do kąta, lecz nikt nie chce, odmawiają się. Aż
tu raptem trzas szyba w oknie i czyjaś ręka cap za flaszkę stojącą na
stole i w mgnieniu oka znikła z powrotem. Na stole zapanowała pust­
ka. Po mieszkaniu przeleciał wiatr *... Wogóle Kresy Wschodnie ob­
fitują w jaskrawe obrazki. Mści się przeszłość, mści się kryzys obecny.
Zdziczenie poczyna się już w pacholęctwie.

„Młode pokolenie, wy­

chowywane w fatalnych warunkach gdzieś w czystem polu przy kro­
wach przy pasionce, będzie w przyszłości przedstawiało element naj­
gorszego gatunku... Oto obrazek: grupa pasącej młodzieży, w bestjalski sposób znęcała się nad krowami i jeżeli która zawiniła okrążali

VIII

ją dokoła całą gromadą i siekli batami bez miłosierdzia, lub wiązali
je grupami po kilka sztuk i brali ich w t. zw. obławą... Zasiadali po
czterech do gry w karty na pieniądze w t. zw. „oczko“, kradli od ro­
dziców ostatni grosz... Brali z sobą w pole jajka kradzione, urządzali
przysmaki, a nawet wydajali krowy w polu. Wyłapywali kury u są­
siada, wybierali ogórki, kartofle. Każdy przechodzień drogą nie był
unikniąty. Każdego obsypywali epitetami. Drażnili. Przezywali. W y­
krzywiali się na różne sposoby. Nie obeszło się tak żeby sąsiadowi nie
wyrządzili w polu szkody... Oto był wypadek... grupa starszych pod­
rostków pasły konie. Była już późna noc. Drogą szła staruszka 60 lat,
zobaczyła na łące tabun koni, wyzwała ich na szelmy. Wtedy trzech
drabów puściło się w pogoń za staruszką i jeden z tyłu ugodził ją
kołkiem po głowie, drugi zaś poprawił kamieniem i na jutro był już
trup“.
Winniśmy zaznaczyć z całym naciskiem, iż są to najjaskrawsze
obrazki z całej wiązanki blisko półtysiąca pamiętników. Zaznaczamy
poło, ażeby cień od nich nie padał na inne okolice. Ale musimy
dodać, iż częściowo wszędzie działają pobudki, z których na Kresach
wybujały takie chwasty. Kradzież urasta w napięcie bodaj powszech­
nie — kradzież jako protest zahukanego, zrozpaczonego, ńieoświeconego człowieka przeciwko trapiącej go nędzy. „Kraść, innego wyjścia
niema, gdy dzieci wołają chleba!“. To jest jedna z klęsk, które kry­
zys pozostawi po sobie. Drugą jest charłactwo fizyczne nieodłączne
od niedojadania: kładzie się skutkami swemi na przyszłych obywa­
teli, a dzisiaj dziatwę wioskową. „Ludzie głodują, od gęby odejmują
i sprzedają, aby jaką złotówkę zdobyć. Żałuje się dzieciom kropli
mleka, widziałem na swoje oczy, jak nauczyciele przyszli do kościoła
z dziećmi na zakończenie roku szkolnego, podczas nabożeństwa mglały
(dzieci), nauczyciele wynosili na dwór, bo słabo są odżywiane, dziś
na wsi połowa dzieci to jest chorych na gruźlicę, bo nieobute jak się

IX

należy, nieobleczone, nienajedzone przemarznie, więc człowiek, i/óry
patrzy w przyszłość serce się kraje, 60 /a& ża& będzie, io /a&i z nas
wyrośnie naród, sparczały, chorowity* ftao/. Białostockie, poa;.
Ostrów Mazowiecki). „To też patrzeć na ludzi jak wyglądają, jak
rychło z młodych robią się zgarbionemi starcami — Pożal się Boże...
a na poborze co dziesiąty ma przepisową wagę 60 kg. i jest zdolny do
wojska... bo czy są zdolni do ciężkiej pracy na wsi w roli to nikt się
nie martwi * (woj. Kieleckie). I pamiętnikarz zrozpaczony woła: „Po­
zostaje jedyny ratunek w ograniczeniu przyrostu ludzi. Bez ograni­
czenia przyrostu biedoty ludzkiej, poprawy stosunków życiowych
w Polsce niema się co spodziewać *. Do tego doszło w „zacisznej**,
„spokojnej** wiosce polskiej! Nawet o „Malthusie** parokrotnie jest
mowa w pamiętnikach — i on dotarł do wioski polskiej jako nazwa
środków zapobiegawczych, — a także o różnych „babkach“...
W ten sposób pamiętniki, które miały być wizerunkami życia
chłopów w różnych okazjach miejsca i czasu, stały się nadewszystko
pamiętnikami chłopów w okresie kryzysu. Książkę niniejszą należa­
łoby właściwie zatytułować „Pamiętniki chłopów w okresie kryzysu“.
Kryzys zaciążył nad „spokojną*, „zaciszną* wioską polską, przesłonił
jej mieszkańcom jakiekolwiek inne sprawy i z dnia na dzień zapuszcza
do ich umysłów jad niechęci i nawet nienawiści. Kryzys? — jakaś to
potęga nieznana, chyba „djabelska*, może „rodem z A zji“! Jak burza
gradowa gnana siłami nieczystemi w niwecz obraca zasiewy, tak ów
dopust smaga klęskami każdy zakątek ziemi polskiej. A przedewszystkiem jest to potęga wszechwładna, a nieuchwytna, która zdaniem chło­
pów w swoją służbę przeciwko nim zaprzęgła każdego, kto nie jest
chłopem. A zatem służy jej nauczyciel wioskowy, bodaj i ksiądz pro­
boszcz nie jest jej obcy, a napewno sekwestrator i pan policjant, na­
dewszystko zaś żyd-pośrednik — słowem każdy kto styka się z chło­
pem i w ten lub inny sposób wtrąca się do jego spraw i coś zabiera

X

z jego kieszeni. Wszystkie dawne obowiązki trwają niezmienne, sztyw ­
ne, mimo iż dobrobyt znika z chaty chłopskiej. Rzecz to jasna, iż
kryzys oszczędza tych co nie są chłopami: ci umieją wywinąć się
z jego szponów i zwalają jego ciężar z siebie na karki chłopskie. Sypią
się dowody, że rzeczy istotnie tak się mają na wsi. Oto „tp rzed wojną
za korzec żyta gospodarz mógł kupić dobre buty odświętne, dzisiaj
na takie buty trzeba dwa i pół korca; za korzec żyta mógł kupić 400
pudełek zapałek, dziś tylko 120 pudełek; za dwa korce żyta przed
wojną mógł rolnik kupić pług, dzisiaj cztery i pół korca żyta. Przed
wojną wszystko było dostosowane do produktów rolnych, dzisiaj jest
całkiem odwrotnie, dzisiaj są ceny sztucznie wyśrubowane, ponad
rzeczywistość prawdopodobną \ Nie brak obliczeń, oceniających ile
jaj trzeba było dać dawniej a dzisiaj za pudełko zapałek, za kilo
cukru, za litr nafty, za buty. Albo „kobieta na podziennej robocie przy
żniwach mogła zarobić 50 kopiejek i więcej, dzisiaj przy żniwach u nas
płacono 1 zł. 50 gr., i to nie masz teraz nijakich prac. Człowiek siedzi
w domu i myśli, że niepotrzebny nikomu“. Słowem, cały świat spiknął
się przeciwko chłopom! Z pośród pamiętnikarzy ci, którzy trzeźwo
widzą rzeczy i, nie przekształcają kryzysu w jakąś potęgę mistyczną,
są nieliczni. Tern samem zaważyć nie mogą swemi zapatrywaniami na
uprzedzeniach lub podejrzeniach bez liku, które chwila obecna pozo­
stawia w umysłach dziesiątków i setek tysięcy włościan. Ci światlejsi
pamiętnikarze również piszą o nieufności chłopów w stosunku do każ­
dego będącego nie z chłopów: „te to stosunki ciągłych zmian na gorsze
rodzą w świadomości chłopskiej ponure myśli, że wszystko się przeciw
chłopu naradziło, by go zgnębić i zniszczyć i dlatego na wsi szerzy się
niewiara do władz, niewiara we własne siły i przeklęstwa ciemnych
(włościan) na Polskę“. „Nieraz taki jest, że ktoś chce dobrze uświado­
mić, jednak mu nie wierzą, bo już nieraz taki przyszedł i myśleli, że
mówi prawdę, a on tylko wyzyskał, poszedł i nie wrócił więcej, więc roi-

XI

nicy stracili zaufanie do obcych ludzif którzyby chcieli nawet coś dobre­
go przeprowadzić“. A w dalszym ciągu kryzys przyćmił ujemne strony
przeszłości, która zresztą przesuwa się w opowieści każdego pamiętnikarza, i przyczynił się do jej wyidealizowania. Pamiętnikarz tę prze­
szłość mierzy dobremi cenami ówczesnemi, możliwością zarobku, obec­
nością w chacie kawałka chleba i lepszej okrasy, od czasu do czasu
używaniem cukru. Jedynie starcy, którzy otarli się zbliska o wspom­
nienia po pańszczyźnie, zachowali umiarkowanie w narzekaniu na
chwilę obecną. Natomiast ci, którzy dojrzewali w pierwszych latach
Polski Niepodległej, wspominając owe „złote“ czasy, złorzeczą chwili
obecnej. „Po odzyskaniu niepodległości wieś zawrzała nowem życiem>
rolnicy szli na wyścigi do postępu, rząd robił ulgi i dawał duże kre­
dyty rolnikom na maszyny rolne, na zboże i bydło rasowe, na sady
i budowle. Rolnicy chciwie i chętnie łapali te kredyty i bez obawy,
bo były złote czasy. A teraz...“ „Rolnik budował się, kupował na­
rzędzia rolnicze, nawozy sztuczne, wogóle wszystko, co mu było po­
trzebne. Prawda, musiał ciężko pracować ale się nie smucił... Sam
wygląd chłopa pokazywał, że jest zdrowy i zadowolony... Te błogosła­
wione lata były mniej więcej od roku 1925 do 1930 włącznie. Dziś“...
A więc różne „teraz“, różne „dziś“...
Owo „dziś“ cofa wieś wstecz do umiejętności od dziesiątków lat
zapomnianych.

A zatem jako oświetlenie służy „smarkatka“ (lam­

pę czka), „kopciuszek“, „knotek“ lub na kominie „łuczyna“, lecz tylko
do chwili spożycia wieczerzy, później uważa się je za zbytek. Zapałki
dzieli się na dwie a nawet na cztery części, zresztą pradziadowskie
krzesiwo wchodzi coraz bardziej w użycie. Chłop zawraca do obuwia
z plecionek słomianych, z kory, nawet z drzewa.
A „teraz“? — Chleb na stole bywa z domieszką mąki jęcz­
miennej, nawet ziemniaków zepsutych, łubinu. Przyprawia się
rozmaite żury, polewki mączne na niesolonej wodzie, bo sól kosztuje*

XII

cukier zastępuje się syropem buraczanym. A tam wgłębi czasu, poza
takiemi „oszwabkami , jak lud warszawski zwał różne e r s a t z e wy­
dawane za kartkami za okupacji niemieckiej, pamięć chłopa wskrzesza
dawne pożywniejsze jadło, inne buty, znny papieros i inną gorzałkę,
daleką od używanego obecnie denaturatu—wskrzesza i tęskni do nich.
Pamiętniki chłopa znużą zwyczajnego czytelnika swoją jednostajnością, odbijającą mocno od urozmaicenia P a m i ę t n i k ó w b e z r o ­
b o t n y c h . Wciąż trzepoce się tutaj sprawa grosza — nie złotówki,
jeno grosza, sprawa okrasy z chudego mleka do kartofli, lub okrasy
z cebuli. Wypływają ciężkie lata dziecięce, opromienione niekiedy
nieprzepartą chęcią do nauki bez możności zaspokojenia jej. A dzisiaj
sprawą poszukiwania pracy i nieznajdowania jej, niemożności sprze­
daży ziemiopłodów, pokrycia podatków lub długów, które pęcznieją
od niespłacanych odsetków. Ale są to przyczynki, z których można
nauczyć się dużo, bardzo dużo, co do dróg i sposobów życia rzesz mil­
ionowych. Pamiętniki te powinny znaleźć się w ręku każdego męża
stanu i każdego działacza i skierować ich wysiłki ku złagodzeniu skut­
ków kryzysu, ku oczyszczeniu wioski od drobnych krzywd, nadużyć,
wyzysków, których jest tam pełno, a które nie z kryzysu pochodzą. Nie­
wątpliwie akcja oddłużeniowa złagodzi na wsi wiele ciężkich sytuacji.
Ale ileż powstrzymałaby ruin, ileż zaoszczędziłaby zmartwień, gdyby
ukazała się już przed paru laty! Pamiętniki odsłaniają niejedną sytua­
cję, która domaga się takiej opieki. 1 dokonają jeszcze jednego: w umy­
śle czytelnika będzie potężniał podziw dla uporczywej a wytrwałej wal­
ki o kawałek chleba jaką toczy chłop, a podziwowi będzie towarzyszyła
obawa, iż ze zgłodzonej dzisiejszej dziatwy wiejskiej nie zdoła wyro­
snąć silne a zdrowe pokolenie przyszłych obywateli kraju.
W rozbiorze dotychczasowym stłoczyły się pod naszem piórem
jaskrawsze obrazy nędzy chłopskiej. Przyznajemy się jeszcze raz do
tego grzechu. W każdej wiosce są chłopi — a chłopi: jedni zasób-

XIII

niejsi w morgi ziemi, inni siedzący na gospodarstwach karłowatych,
jeszcze inni nie posiadający ani piędzi własnej ziemi. Uboższe odłamy
przeważają zarówno w życiu jak i pomiędzy pamiętnikarzami, a ta
okoliczność narzuciła zbiorowi nadesłanych przyczynków piętno po­
sępnej opowieści o położeniu narazie bez wyjścia. Obrazy nędzy a nie­
kiedy zdziczenia tam zawarte zasłoniły nam swoją obfitością rzadką
opowieść charakteru jaśniejszego, zanadto wryły się w naszą wyobraź­
nię swojem wołaniem o pomoc, a nadewszystko poczuciem naszem, iż
są wygórowanem wprawdzie, ale bądź co bądź odtworzeniem tenCi-

dencji powszechnej: przecież nędza wśród jednych, kłopoty pieniężne
i obawa wyzucia z ziemi wśród innych są w wioskach naszych dopu­
stem, który nikogo nie oszczędził. Tylko w jednym wypadku stanowczo
poczuwam się do obowiązku zdjęcia nieco ciemnych barw z opisu życia
wioskowego. Chodzi o młodzież. Obrazom zdziczenia, tak wybujałego
na Kresach, należy przeciwstawić tak często wypływające w pamiętni­
kach z innych dzielnic parcie wśród młodzieży do wiedzy i wysiłki
z jej strony nad podniesieniem wioski na wyższy poziom uspołecz­
nienia. Zamiast o swawoli pijackiej i karcianej jest tam mowa o róż­
nych organizacjach, naturalnie bardzo odmiennej wartości, ale orga­
nizacjach zgoła innego pokroju uczuciowego niż gromady zdziczałych
wyrostków, lub starszej młodzieży na Wschodzie. (Zresztą i gdzie­
indziej zdarzają się tego rodzaju objawy ujemnef lecz swojem na­
pięciem nie wysuwają się na miejsce poczesne). Ale gdy mowa o Kre­
sach, należy o jednem pamiętać: nie mamy skali, któraby nam po­
zwoliła ocenić, w jakim stopniu subjektywizm pamiętnikarzy zgęstnił
owe ciemne barwy. Mówimy o zgęszczeniu, bo swoją drogą nie wątpi­
my o tern że od tamtejszych stosunków wiejskich są nieodłączne w sto­
pniu większym niż w innych dzielnicach objawy natury ujemnej.



*

XIV

Nd dalszych stronicach książki niniejszej, tam, gdzie jest mowa
wogóle o wszystkich pamiętnikarzach, ujęto w liczbach charaktery­
stykę tych lub innych warunków ich bytu, lub właściwości osobistych.
Z tych liczb okazuje się, iż wśród pamiętnikarzy odsetek tych, którzy
siedzą całkowicie na wykupionej ziemi i tych, którzy tylko dokupili
jakiś kawałek ziemi do posiadanego gruntu, dosięga pospołu 45*/o; że
liczba tych, którzy bawili za zarobkiem na obczyźnie wynosi 15°/o,
a liczba samouków nieco przewyższa 20°/o. Odsetki te niewątpliwie
kształtują się pomiędzy pamiętnikarzami o wiele dodatniej, niż wśród
ogółu ludności polskiej. Są świadectwem, że gdy chodzi o rzutkość,
o energję, o wykształcenie, pamiętnikarze są powyżej, i prawdopo­
dobnie bardzo powyżej, ogółu wieśniaczego. Z pośród blisko pół ty ­
siąca pamiętników wybraliśmy do druku w książce niniejszej zaledwie
pólsetki. Są to opowieści, które temi lub innemi swemi zaletami w y­
różniają się dodatnio z pośród nadesłanych przyczynków. (Nadmienić
należy, iż kilka największych pamiętników doczeka się w niedalekiej
przyszłości również ogłoszenia). Wśród 51 pamiętnikarzy, których
przyczynki zawarła książka niniejsza, 21 ,6*10 gospodaruje na ziemi
kupionej, 19,6% zaś do gospodarstwa odziedziczonego lub do ziemi
otrzymanej w posagu jeszcze coś dokupiło. Z pośród nich 17,6%
przebywało czasowo na zarobku poza granicami kraju, w tej liczbie
trzecia część w Niemczech, dwie trzecie w Ameryce, a piątą część, t. j.
20°/o tworzą samoucy*). Innemi słowy, dla tej gromadki odsetki
rzutkości, wykształcenia i t. d. są niedalekie od odsetków dla ogółu
pamiętnikarzy. A zatem pamiętnikarze, których przyczynki drukujemy,
nie wyróżniają się pod względem swoich właściwości osobistych, przez
*) Co zaś do wykształcenia z pośród 51 pamiętnikarzy jedynie 40 po­
dało jakieś szczegóły. Samouków wśród nich jest ośmiu. Jeden jest analfabetą (oj­
ciec dyktował pamiętnik synowi)f trzech dotarło do nieco wyższych szkół (do szkoły
rolniczej, rzemiosł artystycznych i Uniwersytetu Ludowego w Szycach). Ale rdzeń9
bo aż 27, poprzestało na wykształceniu w szkole powszechnej, przyczem olbrzymia
większość nie przekroczyła jednego lub paru oddziałów.

nas w powyższem uwzględnionych, od tego ogółu, który nadesłał opo­
wieść o swojem życiu. Jedni i drudzy zarówno pod względem wy­
kształcenia, jako też rzutkości górują jednako nad swojem otoczeniem
wiejskiem. Ale pomiędzy tym ogółem a gromadką, której utwory
drukujemy, istnieje różnica duża — gromadka ta wyróżnia się swoim
talentem, i to niekiedy rzetelnym talentem literackim, z jakim odtwarza
drogi swojego życia, a także przejrzystością i umiejętnością powią­
zania myśli swojej.
Jeszcze jedno.
Oddaliśmy do druku nadesłane przyczynki bez jakichkolwiek
zmian, gdy chodzi o treść w nich zawartą. Jedynie w paru wypadkach
musieliśmy z konieczności usunąć miejsca, w których pamiętnikarz
czynił wycieczki w sferę zgoła niegospodarczych zagadnień, i to przedewszystkiem z powodu wyrażeń zbyt dosadnych, a niestety stano­
wiących jądro wywodu. Mówimy: z konieczności, gdyż właśnie swoją
drastycznością dawały jasne pojęcie o tern, jakie nastroje kłębią się
i kotłują w umyśle chłopa. Natomiast uszanowaliśmy tok samego wy­
kładu, choć niekiedy był mocno niejasny i szwankował co do powią­
zania myśli. Widzieliśmy w nim bowiem miarę wykształcenia pamiętnikarzy, w niczem go więc nie zmieniliśmy, nawet nie stawialiśmy zna­
ków pisarskich, gdzie ich nie było acz być powinny. Natomiast inaczej
ustosunkowaliśmy się do pisowni. Zależy nam bardzo, ażeby pamięt­
niki poniosły wiadomość o ciężkiem położeniu ludności wieśniaczej
pomiędzy możliwie najszersze koła. Pozostawienie pisowni właściwej
oryginałom mogłoby niejednego odstręczyć od odgadywania łamigłó­
wek wciąż piętrzących się w rękopisach. Nadto, przeważająca więk­
szość pamiętników wyszła z pod ręki ludzi, którzy niekiedy chętnie
obcowali z książką i według niej wzorowali swój język, usiłowali więc
trzymać się jak najdalej ód. gwary miejscowej, która właśnie w cha­
rakterze gwary zasługiwałaby na uwzględnienie: byłby to przyczynek

XVI

do naszej znajomości osobliwości narzeczowych. Ale w ich przyczyn­
kach zagnieździły się nadewszystko nie zwroty gwarowe, jeno błędy
ortograficzne. Nie mieliśmy żadnego powodu do pozostawienia ich
w niepokalanem brzmieniu. Natomiast, o ile zakradły się do pamiętni­
ka właściwości gwary bardziej znamienne, pozostawialiśmy je, parę
zaś pamiętników pisanych całkowicie w gwarze umieściliśmy bez zmian
najmniejszych.
W imieniu Instytutu Gospodarstwa Społecznego pośpie­
szam złożyć podziękowanie wszystkim tym, którzy przyło­
żyli rękę do uporania się z treścią i oceną blisko pięciuset
przyczynków mało czytelnych, zwłaszcza p. Stanisławowi
Stempowskiemu, na którym spoczął ciężar największy.
Ludwik

Warszawa, dn. 1 marca 1935 roku.

Krzywicki

NIECO O PAMIĘTNIKACH I PAMIĘTNIKARZACH

NIECO O PAM IĘTNIKACH I PAMIĘTNIKARZACH

^ Wiadomość o konkursie na pamiętnik chłopa docierała na wieś
rozmaitemi drogami.
Przedewszystkiem poprzez prasę. Organ Stronnictwa Ludowe­
go „Zielony Sztandar” wymieniany jest najczęściej. Po nim idą „Ga­
zeta Grudziądzka”, „Wyzwolenie”, „Gospodarz Polski”, „Gazeta
Chłopska” i „Chłopska Praw da”, rzadziej pisma rolnicze i spółdziel­
cze: „Przewodnik Gospodarski”, „Społem” i t. p. Kilku wspomina,
że dowiedzieli się o konkursie z „Gazety Świątecznej”. Dwuch po­
wzięło wiadomość z tygodnika „Pion”, jeden wyczytał ją w „Głosie
Nauczycielskim”, w jednym wypadku podano tygodnik „Kobieta
Współczesna”.
\ Do pamiętnikarzy młodych, skupionych w organizacjach mło­
dzieżowych, wiadomość dochodziła przez organy związków: „Wici”
są wymieniane bardzo często, rzadziej „Siew”, „Młoda Wieś”,
„Strzelec”, „Gazeta Strażacka” bardzo rzadko.
’ Wielu pamiętnikarzy dowiadywało się o konkursie drogą po­
średnią, a więc od sąsiadów, kolegów, nauczycieli, zaś młodzież na ze­
braniach swoich organizacyj. Na tych zebraniach omawiano nawet
szczegółowiej sprawę pamiętników. W ynikały z tego powodu na­
wet starcia. Pisano zwierzenia najczęściej w tajemnicy i tej tajemni­
cy zazdrośnie strzeżono. Jedna z pamiętnikarek, członkini koła Mło­
dzieży Wiejskiej, pisze: „po chwili namysłu odzywam się do kole­
gów — ja spróbuję tego szczęścia, może mi się uda, a jeden z ko­
legów powiada — gdzie tam babom zabierać się do pisania pamiętni­
ka, dużo baby zastanawiają się nad życiem, umią tylko przy kuchni

XX

rządzić i nic więcej! Aha! pomyślałam, przez ciebie ptaszku prze­
mawia zazdrość i chytrość, bo jestem pewna, że zaczniesz pisać, bo
nie nadarmo tak oczy wytrzeszczasz i ucho nastawiasz do mówiącego
kolegi, więc boisz się żebym nie napisała od ciebie lepiej. Gdy on
powiedział, że baby nic nie wiedzą, tern ja większych chęci nabra­
łam, by postarać się że i „baby” coś umią. Między nim a mną był
zawsze wyścig, a teraz mam być za jego plecami — nie! — na to nie
pozwoli m oja ambicja!”
Myśl pisania pamiętnika dojrzewała niekiedy zwolna, może w to­
ku wymiany zdań. Tu i owdzie spotykamy wzmianki, świadczące
0 takiej ewolucji, gdy chodzi o zrozumienie istoty konkursu. Stąd
także płyną częste dopiski, uzupełnienia, bądź załączane odrazu do
pamiętnika, bądź przesyłane później. Wogóle łatwo odróżnić pa­
miętniki pisane przez tych, którzy o konkursie dowiedzieli się przy­
padkowo, od bliższych czy dalszych znajomych, od pamiętników, po­
wstających pod bezpośredniem wrażeniem tekstu odezwy. W iado­
mość z drugiej ręki wysuwała na miejsce poczesne sprawę nagród
1 ich wysokość, stąd u takich pamiętnikarzy niezrozumienie intencji
i społecznego znaczenia pamiętnika, a szukanie doraźnej, osobistej
korzyści przez podjęcie trudu pisania zwierzeń — o jednej jakiejś
zgryzocie rodzinnej, o zadłużeniu, położeniu bez wyjścia, na jednej,
dwu stroniczkach papieru listowego.
Rękopisy nadchodziły w ciągu paru miesięcy, częstokroć z da­
leka — z Wołynia i Wileńszczyzny, ze wsi „zabitych deskami od
świata”, z kolonij powstałych na skutek akcji osadniczej, gdzieś
z głuchych lasów, oddalonych o kilkanaście i więcej kilometrów od
urzędu czy agencji pocztowej. Gazety są tam rzadkością, sołtys do
wsi przynosi pocztę raz na tydzień czy raz na dwa tygodnie. Stąd
zrozumiałe opóźnienia w nadsyłaniu rękopisów. Ktoś podaje np.
jako przyczynę opóźnienia, że numer gazety z października wpadł
do jego rąk dopiero przy końcu listopada.

Instytut Gospodarstwa Społecznego, ogłaszając jesienią 1933 r.
konkurs na „Pamiętnik Chłopa”, naogół nie spodziewał się obfitego
plonu z tej swojej inicjatywy i raczej był skłonny do przypuszęzania,
że ludność wiejska nie weźmie tak licznie udziału w tym konkursie,
jak bezrobotna robotnicza w ogłoszonym przed dwoma laty
konkursie na „Pamiętnik Bezrobotnego”. Liczono się nadto

XXI

z trudnościami dotarcia wiadomości o nim do rzesz włościańskich.
( instytut odwołał się do pomocy prasy, przedewszystkiem rolniczej,
a częściowo usiłował dotrzeć na wieś poprzez organizacje
oświatowo-społeczne, działające na terenie wiejskim. Ale bodaj nie
wszędzie' mu się powiodło, gdyż są powiaty, szczególnie w woje­
wództwach wschodnich, a nawet w środkowych, z których nie nade­
słano ani jednego pamiętnika. Jednak, pomimo istnienia takich bia­
łych przestrzeni na mapie, odpowiedzi posypały się w wielkiej obfi­
tości ze wszystkich stron, nawet z najbardziej odciętych od świata
zakątków. Chłop nękany skutkami kryzysu gospodarczego jął wywnętrzać się z swoich trosk i pragnień. Niemal we wszystkich pa^
miętnikach autorzy wyrażają radość, że ktoś się znalazł, co zain­
teresował się życiem ludności wiejskiej. Ogółem nadeszło 498 pa­
miętników — pierwszy już w parę dni po ogłoszeniu konkursu, nie­
wiele większy od zwykłej kartki pocztowej, ale następne były obszer­
niejsze, niekiedy aż do kilkuset stronicowych foljałów, zapisanych
pracowicie drobnym maczkiem, a ęofające swoją opowieść na kilka
pokoleń wstecz.
Najwięcej pamiętników pochodzi z województw środkowych
(252 pamiętniki) i południowych (139 pamiętników), w tej liczbie
lubelskie i krakowskie nadesławszy po 75 pamiętników, wyprzedziły
wszystkie irine (tablica Nr. 1). Najsłabiej odezwały się wschodnie (48
pamiętników) i zachodnie;(59 pamiętników), przyczem wojewódz­
two śląskie dostarczyło tylko dwuch pamiętników, poleskie czterech,
wołyńskie ośmiu. Rozmieszczenie pamiętnikarzy według powiatów
przedstawia mapa, podana w załączniku. Gdy się przegląda
pamiętniki, przed nami przesuwają się jakgdyby w kalejdosko­
pie właściwości różnych dzielnic kraju. Każda okolica przemawia
swoją gwarą. Wprawdzie znaczna większość pamiętnikarzy usiłuje
wzorować swój język według modły literackiej, ale poprzez błędy
natury ortograficznej wydostaje się na wierzch jakiś „rejski” za­
miast reńskiego, w „kojcu” zamiast w końcu, jakiś „psykry” zamiast
przykrego. Nie brak i przyczynków w całej pełni noszących na so­
bie piętno gwary miejscowej. A także przesuwają się odpowiednio
do dzielnicy przed nami jakgdyby inne sposoby podejścia do przed­
miotu. Przykuwa do siebie uwagę praktyczna trzeźwość Wielkopolan,
w Małopolsce Zachodniej pamiętnikarze bardzo chętnie zwróciliby
się ku zagadnieniom natury politycznej, na Kresach zabarwia pamięt­
niki jakiś stosunek ironiczny do własnej pisaniny i jej celów. I w b.
Kongresówce pamiętniki włościan z okolicy wielkich miast, a więc

Tablica

1.

Pamiętnikarze według stosunku swego do ziemi
Liczba

Dzielnice

,

. .
W woj. Środkowych » * .•
w woj. Warszawskiem . .
„ „ Łódzkiem . , . .
„ „ K ieleckiem . . . .
„ „ Lubelskiem . . ,
„ „ Białostockiem , .

498

39

459

53

406

43

363

80

111

102

60

10

252

21

231

26

205

20

185

27

56

60

38

4

37
50
54
75
36

6
5
3
2
5

31
45
51
73
31

4
4
. 5
10
3

27
41
46
63
28

1

3
8
7
3

5
13
17
14
7

5
12
15
24
4

11
6

2
1

3



6
7

26
38
43
57
21

11
7

1


.

48

7

41

5

36

5

10

10

7



21
15

1
4

20
11

3

1

8

4
1

4
8



4

2

1
1


__

6

3
4

_

2

1


4
3
2
1

_

3

3
1

5




17
11

31
16

4

w woj. Wileńskiem , . ,


Nowogródzkiem


Poleskiem . . . .


Wołyńskiem . . .

2



16
8
8

1
1

12

12
8

6

1


Og ó ł e m

XXII

Pamiętnikarze, którzy podali informację co do ziemi

nikarzy,
Posiadają ziemię
Liczba którzy
ogólna nie po­
Wymieniają
obszar posiadanej ziemi
Nie po­
Nie w y pamięt- dali inmienianikarzy forma- Ogółem siadają
w tern
ziemi Ogółem ją ob­
cyj o po­
szaru Ogółem
siadanej
10—20 ponad
do
2
ha
2—5
ha
5—10
ha
ziemi
ha
20 ha

W woj. W schodnich

W woj. Zachodnich

.

.

.

w woj. Poznańskiem . . .
„ „ Pomorskiem , . .
„ „ Śląskiem . . . .
W woj. Południow ych . ,
w woj. Krakowskiem , . ,
„ „ Lwowskiem . . .
„ „ Stanisławowskiem .

Tarnopolskiem . .

4

i

#

59

2

57

37
20
2

1
1


36
19
2



139
75
39
10
15

9
6

130

6

69
37
10
14

3
1
1
1

2


1

4

4

3
3

6





41

3

38

7

28
11
2

2
1


26
10

4
2
1

124
66

15

109
61
30
8
10

36
9
13

5
6
1
3

2

3

5



8
3



1

4


42

44

20

3



21
14
4

29
9

10
7

1

_
_

3
3

__

3

3

_

1
1

__


XXIII

Warszawy i Łodzi, wyróżniają się z pośród innych, z Lubelszczyzny
zaś mówią swoim duchem o dawnej pracy ludowców pomiędzy wło­
ścianami. ^
Tablica Nr. 1 daje pojęcie o tern jak pamiętnikarze byli upo­
sażeni pod względem ziemi. Na 498 pamiętnikarzy 39 nie podało
w swoich przyczynkach żadnej informacji o tern czy posiadają wła­
sny zagon ziemi, i my nie wiemy czy w tych wypadkach mamy do
czynienia z bezrolnymi, czy też z gospodarzami-posiedzicielami. Z po­
śród pozostałych 53 nie posiadało wcale ziemi, t. j. 11,5% ogólnej
liczby pamiętnikarzy, którzy podali informacje w sprawie posiadania
ziemi. Nadto 43 pamiętnikarzy nie wymieniło obszaru posiadanej
ziemi.
Pozostaje 363 pamiętnikarzy-posiedzicieli, którzy podali dane
liczbowe o posiadanej ziemi. W arto przyjrzeć się w jakim stopniu
ci pamiętnikarze byli w nią uposażeni. Otóż 22,0% siedziało na go­
spodarstwach karłowatych, t. j. liczących poniżej 2 hektarów; 30,6%
władało ziemią zawierającą 2 — 5 hektarów, 28,1% od 5 do 10
hektarów, 16,5% od 10 do 20 hektarów i zaledwie 2,8% posiadało
powyżej 20 hektarów. fA zatem pod względem ilościowym przeważa
włościanin mniej zamożny: 80,7% ogółu pamiętnikarzy posiadało
warsztaty rolne o obszarze poniżej 10 hektarów, są to gospodarstwa
karłowate, małorolne i prawdopodobnie niewielki odłam włościan,
których moglibyśmy nazwać średniorolnymi, ale z pośród odłamu
najmniej zamożnego. (Naturalnie powyższa ocena zamożności, opar­
ta na rozległości gospodarstw, w poszczególnych wypadkach pozosta­
wia dużo do życzenia: parę hektarów w obrębie loessu w Sandomier­
skiem więcej daje plonów niż dziesięć w Puszczy Zielonej na Kur­
piach). Naogół, województwa południowe, a właściwie Małopolska
Zachodnia, wyróżniają się znaczniejszym odsetkowym udziałem rol­
ników małorolnych. Ale wszędzie — w różnym odsetku — odpo­
wiadali przedstawiciele wszystkich grup własności rolnej, od gospo­
darzy karłowatych do mających po włóce ziemi i więcej. Nie zabrakło
i bezrolnych.
Nastręcza się pytanie czy i w jakim stopniu odsetki, przypada­
jące wśród pamiętnikarzy na różne kategorje zamożności, odchylają
się od odsetków dla tych samych kategoryj wśród ogółu włościan
w każdej z dzielnic kraju.
Ujęła tę sprawę w liczby tablica Nr. 2: w każdej z czterech
dzielnic kraju naszego, według rubryk wielkości, układa z jednej
strony gospodarstwa pamiętnikarzy, z drugiej ogół gospodarstw jaki

XXIV
Tablica

2.

Gospodarstwa rolne według swojej w ielkości wśród pamiętnikarzy (konkurs)
a ogółu włościan (spis)
w

odsetkach
w tem gospodarstwa , których powierzchnia wynosi

Dzielnic e

Ogółem
do 2 ha

2—5 ha

5—10 ha

10—20
ha

ponad
20 ha

Woj. środkowe

spis
konkurs

100,0
100.0

22,3
14,6

30,0
30,3

31,7
32,4

13,6
20,5

2,4
2,2

Woj. Wschodnie

spis
konkurs

100,0
100,0

13,9
12,9

36,4
32,3

33,0
32,3

13,3
22,5

3,4


Woj. Zachodnie

spis
konkurs

100,0
100,0

44,9
18,4

14,5
2,6

14,5
31,6

17,7
31,6

8,4
15,8

Woj. Południowe

spis
konkurs

100,0
100,0

54,3
38,5

33,1
40,4

10,2
18,3

2,0
2,8

0,4

znaleziono tam podczas spisu 1921 roku (w odsetkach). Porównanie
to szwankuje pod jednym względem, a mianowicie kilkunastoletni
okres czasu oddziela nasz konkurs od spisu 1921 roku, a ta okolicz­
ność nie mogła pozostać bez wpływu na stosunek ilościowy różnych
kategoryj własności rolnej — urosły prawdopodobnie w liczbę kategorje niższe własności chłopskiej z uszczerbkiem wyższych. Liczby,
dotyczące Kresów Wschodnich posiadają małą wartość: ludność
bowiem wiejska w chwili spisu dopiero wracała do domów po paro­
letniej tułaczce w Rosji, a ci którzy już osiedlili się byli na dawnych
swoich sadybach, lub uchronili się przed przymusowem wyjściem
i pozostali w domu, na wszelki wypadek wskazywali grunta będące
jeszcze bez właścicieli jako swoje. Z temi zastrzeżeniami zwracamy
się do rozbioru liczb tablicy Nr. 2. Po usunięciu z pod rozpatrzenia
Kresów Wschodnich, w dzielnicach pozostałych, wśród pamiętnika­
rzy w porównaniu z ogółem włościan, punkt ciężkości przesunął się
wyraźnie w kierunku wyższych kategoryj zamożności. Dążność ta
wystąpiła najjaskrawiej w województwach zachodnich: włościanie
karłowaci i małorolni poniżej pięciu hektarów są tam reprezentowani
wśród pamiętnikarzy w stosunku o wiele mniejszym, niż wśród ogółu
włościan. Natomiast co do wyższych kategoryj odsetek wśród pa­
miętnikarzy jest większy niż wśród ogółu włościan. Innemi słowy,
średnia wielkość posiadanego gruntu u pamiętnikarzy jest powyżej
takiej samej średniej, wyprowadzonej dla ogółu gospodarzy wło­
ścian. Dążność ta zarysowywa się i w innych dzielnicach, choć nie
w tak wygórowanem napięciu. W yjątek jedynie tworzą Kresy
Wschodnie — dla powodów już wyłuszczonych. Zaznaczyliśmy

XXV

również, iż od czasu spisu 1921 roku punkt ciężkości co do rozmia­
rów gospodarstw włościańskich przesunął się prawdopodobnie nieco
ku niższym kategorjom własności. Przy takiem przypuszczeniu dąż­
ność powyżej wytknięta wystąpiłaby jeszcze jaskrawiej, gdybyśmy
zamiast owego spisu z r. 1921 rozporządzali liczbami dotyczącemi
stosunków gospodarczych na wsi w chwili obecnej.

Z kolei nastręcza się pytanie w jakiej drodze parniętnikarze doszli
do posiadania ziemi. 7
Odpowiedzi na to udziela tablica Nr. 3. y Rdzeń główny, to pamiętnikarze, którzy posiedli ziemię tytułem dziedzicznym, przyczem
po ojcach bądź brali całe gospodarstwo, bądź w razie liczniejszego
rodzeństwa, tylko część jakąś. Ale niezawsze poprzestawali na tern
co otrzymali byli w schedzie: często coś dokupywali lub dostawali
w posagu. Niektórzy siedzą na ziemi otrzymanej w posągu, którą
rozszerzyli niekiedy drogą dokupna jakiegoś szmatu ziemi.. / Wogóle
obraz jest pod tym względem dość złożony, jak o tern świadczy ta­
blica Nr. 3. Co do źródeł pochodzenia swojej własności wypowie­
działo się 294 pamiętnikarzy. Na gospodarzy siedzących na ziemi
odziedziczonej, choć w niektórych wypadkach powiększonej dzięki
dokupnu, przypada z tej liczby aż 54,7%; na tych którzy gospoda­
rują jedynie na ziemi otrzymanej w posagu, choć nieraz powiększo­
nej w drodze dokupienia, 14,6%. Pamiętnikarzy, którzy siedzą wy­
łącznie na ziemi kupionej, było 28,6%, nadto 16,7% przez dokupno
powiększyło rozmiary swego gospodarstwa, do którego doszli w dro­
dze spadku lub posagu. Innemi słowy, 45,3% z pośród ogółu pa­
miętnikarzy gospodaruje na ziemi kupionej w całości lub powięk­
szyło swoją posiadłość przez dokupno paru lub kilku morgów. Ten
odsetek pamiętnikarzy, którzy całkowicie nabyli posiadaną ziemię,
lub dokupili jakiś szmat ziemi i w ten sposób powiększyli swoją
własność, jest zwłaszcza wysoki wśród gospodarstw 5—10 hektaro­
wych, gdzie sięga aż 56,0%. Dalsze kategorje własności choć nie
dosięgają tej wysokości odsetka gdy chodzi o grunta kupione lub
dokupione, przecież są powyżej średniej dla ogółu pamiętnikarzy.
Taki wysoki odsetek wśród pamiętnikarzy tych, którzy gospoda­
rują na ziemi kupionej przez siebie częściowo lub całkowicie, każe
się zgóry domyśleć, że nie mogli byli tego dokonać bez zaciągania
pożyczek.
Wieś jest zadłużona. Gospodarstwa rolne uginają się pod cię-

Tablica

Pamiętnikarze według sposobów dojścia do własnej ziemi

3.

Pamiętnikarze, którzy podali wiadomość, iż posiadają ziemię

Kategorje

1.
2.
3,

pamiętnikarzy

O g ó łe m «
* . . * . .........................
P am iętnikarze, którzy nie posiadają ziemi (53) lub nie
podali inform acyj o niej ( 3 9 ) ................................... ....
P am iętnikarze - dzierżaw cy .
.............................................
Pam iętnikarze, k tórzy m ają w łasną ziem ię
a) O dziedziczoną po o j c a c h ......................... , . . , ,

XXVI

tylko odziedziczoną................................. .... , , , *
odziedziczoną, oraz otrzymaną w posagu , , . *
odziedziczoną, oraz dokupioną....................... .... , «
odziedziczoną, oraz otrzymaną .w posagu i doku­
pioną ....................................................................... ,
b)

O trzym aną w posagu (prócz tej, k tó rą wymieniono
w rubryce a ) .................................

tylko otrzymaną w p o s a g u ................................. .... ,
otrzymaną w posagu oraz dokupioną
...................
c) K upioną (prócz tej, k tó rą wymieniono w rubrykach
a i b ) ........................ ..............................................
d) O trzym aną z tytułu ustaw y o osadnictw ie
e

)

W pam iętniku nieoznaczoną co do swego pochodzenia

Z pośród posiadających własną ziemię wchodziło w posia­
danie całej lub części swojej własności
d z ie d z ic z ą c ...................................................................»
otrzymując w p o s a g u ............................................... *
k u p u j ą c ....................................................................... ■
otrzymując z tytułu ustawy o osadnictwie . . . .

Liczba
ogólna
pamięt­
nika­
rzy

Ogó­
łem

Nie w y­
mienia­
ją ob­
szaru
posiada­
nej
ziemi

Wymieniają obszar posiadanej ziemi
w tern
Ogó­
łem

do 2 ha

2 -5
ha

5 —10
ha

10—20
ha

ponad
20 ha

498

406

43

363

80

111

102

60

10

92
6
400
161
102
22
26

6
400
161
102
22
26



2
78
25
17
4
4

1
110
56
33
11
9

3
99
40
24
3
6





60
27
18
3
5

10
5
3



6
357
153
95
21
26

11

11



11

3

7

1



43
31
12

43
31
12

1
1



42
30
12

12
11
1

14
10
4

10
6
4

6
3
3





84
6
106

84
6
106

2
1
31

82
5
75

19
2
20

20

25





20

24

15
2
10

3
1
1

161

161

8

153

40

27

76

74

133

133

131

6

6

2
2
1

25
16
24

56

76

5

2

28
36


20
42


10
24
2

43
8
7
1




2

5


5
1

XXVII

żarem długów, zaciągniętych bądź w instytucjach kredytowych bądź
u osób prywatnych. Niemal wszyscy pamiętnikarze, którzy wzmian­
kują o zadłużeniu, pozaciągali długi w okresie pomyślniejszej konjunktury gospodarczej. Ceny na produkty rolne kształtowały się
wtedy pomyślnie i chłop nie wahał się zaciągnąć dług na dokupno
ziemi, na spłaty rodzinne, na inwestycje gospodarcze, lub na inne
cele. Spłacenie tego długu przy ówczesnych cenach leżało całkowi­
cie w granicach jego możliwości. Ale kryzys obniżył ceny na wy­
twory gospodarstwa wiejskiego nieraz o 50% i więcej, natomiast
ciężar zadłużenia, które pozostało bez zmiany bez względu na zmniej­
szone płatnicze możliwości gospodarstwa, tern samem wzrósł kilka­
krotnie. Rolnik stanął w obliczu ruiny: nie może nietylko uiścić
długu, najczęściej zaciągniętego na krótki termin, ale nawet nie jest
w stanie opłacić narastających z miesiąca na miesiąc odsetków lich­
wiarskich.
Po szczegóły tego obdłużenia zwrócimy się do tablicy Nr. 4.
Tablica

4.

Obdłużenie pamiętnikarzy
W szyscy

w tern pamiętnikarze zamieszkali
w województwach

W yszczególnienie
pamiętnikarze

Ogólna liczba p a m ię tn ik a rz y . . ,
P am iętnikarze, k tórzy nie podali
w iadom ości o zadłużeniu <
P am iętnikarze, k tórzy podali w ia­
domość, że są zadłużeni . -

Środko­ W schod­ Zachod­
wych
nich
nich

Połu­
dnio­
wych

498

252

48

59

139

329

168

35

38

88

169

84

13

21

51

7

w tera:

w instytucjach kredytowych . ,
u osóh p r y w a tn y c h ........................
w instytucjach kredytowych i u
osób p r y w a t n y c h ...................
niewiadomo dokładnie gdzie , .

39
38

12
22

5
2

Ó

15
12

33
59

17
33

2
4

4
8

10
14

Liczba pam iętnikarzy, k tó rzy wy­
szczególnili dokładnie sumę za ­
dłużenia oraz obszar posiada­
nej z ie m i, . . ..........................

132

67

9

13

43

2.565

2,347

950

8.831

1.350

382

313

144

612

426

Przeciętne zadłużenie w złotych przy­
padające:
na pamiętnikarza

,

,

na ha ogólnego obszaru,

..............
.

.

.

,

XXVIII

Z pośród ogólnej liczby 498 pamiętnikarzy, 169, t. j. 33,9%, za­
znaczyło, że są zadłużeni, a z pośród nich 140 zamieściło dokładne
informacje o tern zadłużeniu. Prawdopodobnie odsetek pamiętnikarzy
zadłużonych jest większy, gdyż wielu nienaprowadzonych na myśl
o długach, zaniedbało wzmianki o nich, choć poświęciło dużo miejsca
opisowi innych spraw, częstokroć mniej ważnych. To też odsetek
33,9% w żadnym wypadku nie może posłużyć do jakichkolwiek uo­
gólnień w tej mierze. Ze względu na małą liczbę informacyj do­
kładniejszych o zadłużeniu, niepodobna zagłębiać się w obszerniejszy
rozbiór zebranego m aterjału ani też nie można mu nadawać zna­
czenia danych charakteryzujących stosunki typowe, gdyż na to materjał jest zbyt ułomkowy. Poprzestańmy na ujęciu m aterjału
o zadłużeniu w kilka zaledwie zestawień. Tablica Nr. 4 uwidocznia
rozmieszczenie zadłużonych pamiętnikarzy według dzielnic. Naj­
większy odsetek pamiętnikarzy, którzy podali, że są zadłużeni, przy­
pada na województwa południowe (36,7% ogólnej liczby pamiętni­
karzy w tych województwach), najmniej na wschodnie (27,1% ), za­
chodnie zaś (35,6%) i środkowe (33,3%) prawie się równoważą,
zajmując miejsce środkowe. Co do zadłużenia w średniem na hektar
najbardziej są obdłużone gospodarstwa pamiętnikarzy w wojewódz­
twach zachodnich (około 612 zł. na hektar), najmniej we wschodnich
(około 144 zł. na hektar), ale i wartość ziemi jest tam odmienna *).
%
Tablica Nr. 5 podaje dane uzupełniające co do zadłużenia. Mia­
nowicie rozpatruje obdłużenie przypadające na jedno gospodarstwo
oraz na hektar w zależności od rozmiarów gospodarstwa. Umieszczo­
no w tej tablicy również liczby, jakie otrzymał Wydział Ekonomiki
Drobnych Gospodarstw Wiejskich w drodze ankiety. Nie będziemy
się nad temi danemi zatrzymywali. Natomiast podajemy jeszcze ta­
blicę Nr. 6. Otóż na ogólną liczbę 140 pamiętnikarzy, którzy wy­
szczególnili dokładnie, jakie zadłużenie ciąży na ich warsztatach rol­
nych, 16,4% posiada dług nieprzekraczający 250 zł., 19,3% posiada
dług w wysokości od 250 do 500 zł., 17,1% — od 500 do 1000 zł.,
22,2% — od 1000 do 2500 zł., 15,0% — od 2500 do 5000 zł. i 10,0%
*) Wydział Ekonomiki Drobnych Gospodarstw Wiejskich przeprowa­
dził w tym samym roku również ankietę o zadłużeniu gospodarstw chłopskich
i zebrał znacznie obszerniejszy materjał w tej sprawie. Według tej ankiety
przeciętne zadłużenie na jeden hektar ogólnego obszaru wynosiło w w oje­
wództwach zachodnich 423 zł., południowych 328 zł., środkowych 310 zł. i w e
wschodnich 126 zł. (Patrz: A. St. B r o d a : Zadłużenie drobnych gospodarstw
na dzień 1 lipca 1933, Bibljoteka Puławska, 1934).

XXIX

powyżej 5000 zł. Dług w chwili obecnej, wskutek spadku ceny ziemi,
niejednokrotnie przekracza o wiele wartość całego gospodarstwa.
Np. jeden z pamiętnikarzy, mający około 9 ha ziemi w powiecie Sempolno, posiada 40.305 zł. długu, t. j. 4478 zł..na hektar. Cały ten dług
zaciągnął w Państwowym Banku Rolnym, w tern 15.405 zł. na kupno
z parcelacji 11 morgów ziemi, 22,000 na m aterjały budulcowe (pia­
skowiec) dla wzniesienia domu i zabudowań gospodarskich i dodat­
kowo 2.900 na zagospodarowanie. Dług jest długoterminowy, spłata
jego jest rozłożona na lat 40, ale cóż kiedy roczna rata z procentami
wynosi 1,100 zł., czyli jest powyżej obecnych możliwości. Pamiętnikarz ten pisze: „Żyję tak pod strachem zrozpaczony co mi przyjdzie
jeszcze z trojgiem dzieci małoletnich i dwojgiem staruszków 70-letniemi i z chłopakiem jednym, com go wzioł na utrzymanie, jako
T ab l i c a

5.

Obdłużenie pamiętnikarzy w stosunku do rozmiarów posiadanego
gospodarstwa
Gospodarstwa, których ogólny obszar wynosi
Wyszczególnienie
do 5 ha

5—10 ha

10—20 ha

20—50 ha

Stan zadłużenia ku końcow i 1933 r. w e­
dług inform acyj p am iętnikarzy Instytutu
G ospodarstw a Społecznego

Przeciętna [ na gospodarstwo. . . .
kwota długu <
w złotych
\ na ha ogólnego obszaru .

1.055

3.157

5.619

3.833

„ 442

468

418

131

Liczba gospodarstw uwzględnionych w
obliczeniach*) ....................................

64

42

22

3

1.359

2,521

3.908

8.642

393

358

287

314

211

438

503

234

Stan zadłużenia n a dzień 1 lipca 1933 r.
w edług ankiety W ydziału Ekonom iki
D robnych G ospodarstw W iejskich

Przeciętna ( na gospodarstwo. . . ,
kwota długu <
w złotych
[ na ha ogólnego obszaru .
Liczba gospodarstw uwzględnionych w
o b liczen ia ch .............. .....................

*) z 132 gospodarstw, uwzględnionych w tablicy Nr, 4, pominięto 1 go­
spodarstwo, którego ogólny obszar przekracza 50 ha.

XXX
Tablica

6.

Pamiętnikarze według wysokości zadłużenia i według posiadania ziemi
Pamiętnikarze, którzy w yszczególnili dokładnie
sumę zadłużenia
W yszczególnienie

w tem posiadający zadłużenie
Ogółem
do
250 zł.

Liczba

250 —
500 zł.

500 — 1000— 2500—
1000 zł. t2500 zł. 5000 zł.

ponad
5000 zł.

pamiętnikarzy
140

23

27

24

31

21

P am iętnikarze, któ rzy podali,
że nie p osiadają ziem i . •

4

2



2

-r



P am iętnikarze, k tó rzy podali,
że p osiadają ziem ię , <

136

21

27

22

31

21

Pamiętnikarze, którzy nie w y­
mieniają obszaru posiada­
nej z i e m i .........................................

4

1

1

1

Pamiętnikarze, którzy wymie­
niają obszar posiadanej ziem i ................................................. . .

132

20

26

21

31

20

28
36
42
22
4

8
4
6
2

7
11
7
1

8
4
8
1

2
16

3



1



9

3

7
7

5
8

1

2

1

O g ó ł e m ..................... ,

w tem:

do 2 ha . , . . c .
2 - 5 ....................................
5 — 10 „ . . . . .
1 0 — 2 0 ....................................

ponad

20 „

.

,

.

,

,

O dsetki





14


14

1

p a m ię tn ik a r zy

O g ó ł e m ...............................................

100,0

35,7

39,3

P am iętnikarze, k tó rzy podali,
że nie posiadają ziem i . .

100 0

50,0

50,0

P am iętnikarze, k tó rzy podali,
że posiadają ziem ię .

100.0

35,3

39 0

25,7

Pamiętnikarze, którzy nie .wy­
mieniają obszaru posiada­
nej z i e m i .........................................

100,0

50,0

25,0

25,0

Pamiętnikarze, którzy wym ie­
niają obszar posiadanej
z i e m i ...............................................

100,0

34,9

39,3

25,8

do 2 ha , , , . ,
2 - 5 „ . . . . .
5 - 1 0 ....................................
10 — 2 0 , , ...........................
ponad 20 .....................................

100,0
100,0
100,0
100,0
100,0

53,6
41,7
31,0
13,7

35,7
55,5
40,4
18,2
25,0

10,7
2,8
28,6
68,1
75,0

w tem:

25,0

14

XXXI

mego kuzyna, pozostać bez dachu nad głową i bez kawałka chleba,
jak nie będę mógł wywiązać się z tych ciężarów, nałożonych na mnie,
biednego osadnika”.
\ Jeżeli chodzi o źródła otrzymanego przez pamiętnikarzy kre­
dytu, to również zachodzą różnice w zależności od dzielnic. W wo­
jewództwach zachodnich i wschodnich, jak wynika z porównania
tablic Nr. Nr. 4 i 7, więcej zaciągnięto długów w instytucjach kre­
dytowych, aniżeli w centralnych i południowych, gdzie częściej ko­
rzysta się w tej mierze z „usług” osób prywatnych! Wzięliśmy wyraz
„usług” w cudzysłów, gdyż najczęściejjisługi te stają się klęską praw­
dziwą dla rolników, którzy są zmuszeni z nich skorzystać. Prawie
zawsze pożyczka taka oddaje włościanina w szpony wiejskiego lich­
wiarza, który ściąganiem nieprawdopodobnie wysokich procentów,
niekiedy nawet 12% w stosunku miesięcznym, doprowadza gospo­
darstwo do upadku, właściciela z rodziną do ostatecznej nędzy.
W liczbach przedstawia się to następująco (tablica Nr. 7): w woje­
wództwach zachodnich 81,5% całego zadłużenia wymienionego przez
pamiętnikarzy było zaciągnięte w instytucjach kredytowych, we
wschodnich 71,4%, w południowych 49,4%, w środkowych 46,2%.
Co do rozmiaru odsetkowego długów, zaciągniętych u osób prywat­
nych, przypadało nań z ogólnej kwoty zadłużenia 29,6% w woje­
wództwach środkowych, 27,2% w południowych, TL6,1% w wschod­
nich i 13,0% w zachodnich. A zatem parnię tnikarze w wojewódz­
twach zachodnich korzystali z najdogodniejszych warunków
kredytowych: w stopniu największym użytkowali z pożyczek udzie­
lanych przez instytucje i najmniej z „usług” osób prywatnych. Ale
należy pamiętać o tern, iż różnice pomiędzy dzielnicami w pocho­
dzeniu otrzymanego kredytu zależą w wielkim stopniu od przeszłości
gospodarczej, a nawet częściowo politycznej każdej dzielnicy. Jedy­
nie wysoki odsetek kredytu, udzielonego przez instytucje kredytowe
w województwach wschodnich, traktować możemy jako wytwór
stosunków dzisiejszych, zwłaszcza jeśli przyjmiemy pod uwagę oko­
liczność, że parnię tnikarze na Kresach są to przeważnie osadnicy, po­
niekąd więcej uprzywilejowani przy uzyskiwaniu kredytu niż ogół
gospodarzy. W rozpatrywanie przyczyn tego zresztą nie będziemy się
tutaj zapuszczali. Natomiast jeszcze raz z całą mocą podkreślimy
skutki tego zadłużenia. Nędza panuje na wsi, a z nędzą sroży się
lichwa. Odsetki urastają do 12% miesięcznie, albo jeszcze wyżej. Do­
tyczy to nadewszystko pożyczek krótkoterminowych. Lichwiarze ci,
gdy chodzi o ściągnięcie należności, nie wahają się zabrać dłużnikowi

XXXII
T a b l i c a

7.

Zadłużenie pamiętnikarzy według źródeł otrzymanego kredytu
w tern długi zaciągnięte
Ogólna suma zadłu­
żenia 140 pamiętni­
karzy, którzy wy­
szczególnili swoje
długi

Dzielnice

W

Ogółom

* ,

.

'Woj. Ś r o d k o w e ...................
. . . .

niewiadomo
w instytu­
u osób
dokładnie
cjach kredy­ prywatnych
gdzie
towych

z ł o t y

C h

345.165

204.921

80.060

60.184

157.616

72.859

46.637

38.120

9.454

6.751

1.525

1.178



Wschodnie



Zachodnie . . . . .

116.401

94.829

15,150

6.422



Południowe . . . .

61.694

30.482

16.748

14.464

w o d se tk a c h ogólnej sum y z a d łu ż e n ia

O gółom .....................

100,0

59,4

23,2

17,4

Woj. Ś ro d k o w e...................

100,0

46,2

29,6

24,2

100,0

71,4

16,1

12,5



Wschodnie

. ...



Zachodnie . . . . .

100,0

81,5

13,0

5,5



Południowe . . . .

100,0

49,4

27,2

23,4

r.

.

ostatniej kro winy, ostatniego konia lub wyzuć nawet z ziemi. Pamiętnikarz z powiatu złoczowskiego pisze: „Wobec tak poważnego
mojego długu zmuszony byłem swoją prześliczną dwukośną łąkę
lichwiarzowi żydowi za bezcen oddać, gdyż katolika na to nie było, za
cenę 125 dolarów, na którą przed krezysem miałem kupca na 500 do­
larów. Dzisiaj niema łąki, niema siana, więc i koniej niema przyczem
utrzymać, bez których znowu obejść się nie można”: Inny z powiatu
łomżyńskiego opowiada: „W r. 1926 pożyczyłem we wsi B. (u chrze­
ścijanina) 400 zł. Od dnia pożyczki płaciłem jemu 4 zł. miesięcznie
od setki do roku 1931, wpłaciłem procentu 340 zł. gotówką a sumy
100 zł., 300 zł. pozostało mnie do dnia dzisiejszego. W obecnem czasie
kryzysowem żąda ode mnie albo sumę albo 3 zł. od setki dziwując
się, żem jadł w niedzielę kapustę z grzybami”. Małorolny chłop
g pow. biłgorajskiego skarży się: „Pewnej soboty sołtys z naszej wsi
przyniósł mi ostatnie upomnienie, aby w przeciągu czterech dni wpła­
cić podatek za rok 1932 i 1933, który miałem zaległy w kwocie 50 zł.
Skąd wziąść? Starałem się w gminie, aby mnie pożyczyła, ale nie­

XXXIII

stety, odmówili mi. A ja nie chcąc aby mi sekwestrator zabrał ostat­
nią krowę pożyczyłem sobie u żyda 50 zł., a procentu musiałem mu
dać 15 zł. a w dodatku jak kiedy przyszedł to dałem mu kurę albo
kilka garncy kartofli. Tak wyciągnęła mnie ta żydowska hijena,
że po dwuch miesiącach zapłaciłem mu nie 50 zł. ale 90 zł., za które
to pieniądze zabrał mnie ostatnią krowę, przy wielkich lamentach
żony. Krowa, jakby wiedziała, że idzie w lichwiarskie ręce, ryknęła
żałośnie i ze spuszczoną głową poszła za żydem do miasta, a mnie
aż łzy smutku poszły z oczu za jedyno żywicielko i wtedy mi przyszło
na myśl: nie zabrał sekwestrator, to zabrał lichwiarz”. Przytaczamy
jeszcze słowa jednego z pamiętnikarzy z pow. hrubieszowskiego, któ­
ry zrujnowany przez długi, zaciągnięte jeszcze przed kryzysem, przy­
sięga sobie, że nigdy więcej nie zaciągnie pożyczki. Oto jego słowa:
„Te ostatnie czasy dzisiejsze to będą dobrą szkołą dla chłopa pol­
skiego i powiadam, że jeżeli jakim cudownym sposobem uda się wy­
brnąć z tych wszystkich długów, to będzie dobra nauka na przy­
szłość. Ja sam sobie przyrzekłem, że pokąd będę żył, nigdy nikomu
weksla nie podpiszę i pożyczki będę się wystrzegał jak ognia”.
Uzupełnimy wywody poprzednie rozbiorem tego, na co obrócili
pamiętnikarze pożyczone pieniądze. Jak to wykazuje tablica Nr. 8,
T a b l i c a

8.

Na co pamiętnikarze obrócili pożyczkę
Pamiętnikarze, którzy podali wiadomość w jakim celu zaciągnęli dług

Na jaki cel zaciągnięto
pożyczkę

według dzielnic
Pamiętnikarze zamieszkali
w województwach
Ogółem
Środ­ W scho­ Zacho­
kowych dnich
dnich

Ogólna liczba p a ­
m iętnikarzy . .

według wierzycieli
Pamiętnikarze zadłużeni

Połu­
dnio­
wych

w insty­ niewia­
w insty­ u osób tucjach domo
prywat­
i u osób dokład­
tucjach
nie
prywat­
nych
gdzie
nych

101

49

8

10

34

35

31

23

12

46
44

3
4
3

8


16
17
4

24
14
1

9

10

3

10
10

14
3

6

16

19
23
9

3
9
3

1
1
2

—J
_



2
6
1



2
2
2

1
5




w te r n z a c i ą g n ę ­
l i d ł u g na :

kupno ziemi . .
inwestycje . . ,
spłaty rodzinne .
opłacenie podat­
ków . . . .
dożywienie . . .
kształcenie dzieci





2


i


2

1
1

XXXIV

najczęściej Spamiętnikarze zaciągali długi na kupno ziemi, inwestycje
i spłaty rodzinne. Były to więc pożyczki produkcyjne. Niektórzy
zapożyczali się na opłacenie podatków, na własne utrzymanie się,
w końcu na kształcenie dzieci. W województwach środkowych
zaciągano przeważnie długi na kupno ziemi na inwestycje i spłaty
rodzinne, natomiast w południowych częściej już pieniądze poży­
czone szły również na takie cele, jak środki utrzymania, t. j. przedewszystkiem na artykuły żywności, oraz na opłacenie podatków.

Dotychczas zatrzymywaliśmy się nad warunkami materjalnemi,
w jakich przebywają pamiętnikarze, a więc nad ich uposażeniem rolnem, nad zadłużeniem, ciężarem lichwy.
Obecnie zwracamy się ku zagadnieniom natury osobistej, takim
jak wiek i płeć, stan rodzinny, uczestniczenie w obieżysastwie i t. d.
Z pośród 498 parnię tnikarzy 272 podało dokładne informacje co
do swego wieku. I Rozpiętość wieku jest znaczna: od 15 do 80 lat.
W tablicy Nr. 9 rozmieszczono parnię tnikarzy według grup wieku
z uwzględnieniem podziału na płeć, a dla wyciągnięcia właściwych
T a b 1 i c a 9.

Pamiętnikarze według płci i wieku
w
Grupy

O gólna liczba pam iętnik ar zy

t em

Ogółem

wieku

mężczyźni

kobiety

.

498

481

17

P am iętnikarze, k tó rzy nie podali
sw ojego w i e k u ..........................

226

216

10

P am iętn ik arze. k tó rzy podali swój
w i e k ..............................................

272

265

7

5

4
18
19
78
53
57
28
8

1
1
1
1

«

w tem mający lat:

1 5 — 19
.........................
20 — 24
..........................
2 5 — 29
..........................
30 — 39
..........................
40 — 49
..........................
5 0 — 59
.........................
6 0 — 69
.........................
70 i w i ę c e j ...........................

19
20
79
53
58
30
8



1
2


XXXV

wniosków w tablicy Nr. 10 obok odsetków charakteryzujących po­
dział pamiętnikarzy według grup wieku, umieszczono także liczeb­
ność odsetkową osób różnego wieku w całem państwie.
T a b l i c a

10.

Porównanie rozmieszczenia pamiętnikarzy według wieku z rozmieszczeniem
według wieku ogółu ludności państwa liczącej 15 lat i powyżej
w tem mający lat
Ogółem
Wyszczególnienie

15—19

20—29

3 0 -3 9

w o dsetkac

40—49

50—59 60 i w ię­
cej

h

Pamiętnikarze, którzy
podali swój wiek .

100.0

1,8

14,3

29,1

19,5

21,3

14,0

Ludność w państwie w
wieku lat 15 i po­
wyżej * ) ...................

100,0

17,3

30,0

17.5

13.3

10,9

11,0

*) Według przybliżonego szacunku na 1.1.1929 r. (ob. M a ł y R o c z n i k
S t a t y s t y c z n y 1934, 13).

Z tego zestawienia porównawczego okazuje się, że wśród pa­
miętnikarzy kategorje wieku od 15 do 29 lat są znacznie słabiej re­
prezentowane, aniżeli wśród ludności całej Polski: 16,1% wśród pa­
miętnikarzy, 47,3% wśród ludności kraju. Tern samem osoby w wie­
ku ponad 29 lat są o wiele liczniejsze wśród pamiętnikarzy: np. od­
setek osób wśród pamiętnikarzy w wieku od 30 do 39 lat wynosi
29,1%, w całej Polsce tylko 17,5%. Bodaj i wśród pamiętnikarzy,
niepodających wieku (a jest ich aż 226), przeważają roczniki star­
sze.
W powyższem, co do wieku, nie wyodrębnialiśmy płci żeńskiej,
wszystkiego bowiem siedem kobiet nadesłało w tym względzie wiado­
mości. Wogóle autorami pamiętników są prawie wyłącznie męż­
czyźni, bo 96,6% wśród ogółu osób, biorących udział w konkursie.
Z pomiędzy 481 mężczyzn, uczestników konkursu, było 61 kawale­
rów, 11 wdowców, 334 żonatych (i 75 osób, które nie podały infor­
macji o swoim stanie cywilnym). Co zatem idzie, w konkursie ucze­
stniczyli przedewszystkiem ojcowie rodzin, a więc dzietni ludzie,
poniekąd zrównoważeni i trzeźwo patrzący na życie. Pomiędzy 17
pamiętnikarkami było 5 panien, 6 mężatek, 1 wdowa i 5 niewiadome­
go stanu cywilnego.

XXXVI

Rodziny wiejskie zazwyczaj liczą sporo dzieci. W rodzinach
pamiętnikarzy również stwierdzono te stosunki, ,przyczem należy
zaznaczyć, że przy badaniu składu tych rodzin brano pod
uwagę zarówno rodziny, o których opowiada ojciec, jako i te, do
których należy pamiętnikarz, nie będący samodzielną głową rodziny.
Pomiędzy pamiętnikarzami, którzy podali wiadomość o składzie swo­
ich rodzin, było zaledwie 5 osób samotnych, 36 pamiętnikarzy nale­
żało do rodzin dwuosobowych, 34 — trzyosobowych, 62 — cztero­
osobowych, 53 — pięcioosobowych, 53 — sześcioosobowych, 48 —
siedmioosobowych, 31 — ośmioosobowych, 17 — dziewięcioosobo­
wych, 9 — dziesięcioosobowych, 4 — jedenastoosobowych, 5 —
dwunastoosobowych i wkońcu jeden do rodziny, liczącej trzynaście
osób. Te stosunki ujmuje tablica Nr. 11. Odsetkowo najliczniejszą
jest grupa rodzin, składających się z 4—6 osób, a średnia wielkość
rodzin wynosi 5,5 osób. W tablicy usiłowaliśmy także uchwycić
związek pomiędzy wielkością gospodarstw a liczebnością rodzin.
Niestety, zbyt skąpy m aterjał nie pozwala na wyciąganie jakich­
kolwiek wniosków. Możemy jedynie stwierdzić tendencję do wzro­
stu liczby osób w rodzinie w miarę urastania gospodarstw w roz­
miary.
Pozostaje nam rozpatrzeć jeszcze przejścia pamiętnikarzy w cią­
gu dni ich żywota, te mianowicie, które musiały znaleźć z jednej
strony uwzględnienie w ich przyczynkach, z drugiej zaś umocniły
wrodzoną rzutkość i inicjatywę, te bodźce wpływowe, sprawiające, iż
ktoś jął się pióra, ażeby opisać historję swoich losów.
Pomiędzy temi przejściami wysuwają się na miejsce poczesne
uczestnictwo w wojnie 1914—1918 i w walkach o niepodległość k ra­
ju, oraz wyjście na obczyznę za zarobkiem.
Większość pamiętników jest przepełniona opisami przeżyć au­
torów na wojnie. Jedni walczyli w zastępach arm ji rosyjskiej, inni
niemieckiej lub austrjackiej. Niekiedy zdarzają się opisy wspomnień
nawet z wojny rosyjsko-japońskiej. Są i tacy, którzy uczestniczyli
w rewolucji rosyjskiej lub niemieckiej. Wielu walczyło w arm ji pol­
skiej. Wszystkie te opisy tchną żywością odtwarzanych z pamięci
zdarzeń i zadziwiają nieraz wielkim, samorodnym talentem narratorskim. Ogółem aż w 97 pamiętnikach istnieją takie opisy lub
mniejsze wzmianki o służbie w armjach zaborczych; 78 pamiętni­
karzy pisze, że służyli w wojsku polskiem, w tern 28 wstąpiło do
jego szeregów jako ochotnicy; 35 pamiętnikarzy podaje, iż byli ranni*
21 dostało się do niewoli.

XXXVII
Tablica

11.

Rozmiary rodzin pamiętnikarskich w stosunku do wielkości gospodarstw

Kategorje pamiętnikarzy

Pamiętnikarze, którzy podali informację
Parni ętnikarze,
o rozmiarach swych rodzin
którzy
nic po­
Liczba dali inw tem należący do rodzin,
pamięt­ formaktóre liczą
cyj o
nikarzy
rozmia­ Ogółem
10
rach
7—9
4—6
1— 3
swych
osób i w ięcej
osób
osób
osób
rodzin

75

168

96

19

...........................

498

140

358

1.

P a m i ę t n i k a r z e , k t ó r z y n ie
p o d a li i n f o r m a c ji o z i e m i .

39

38

1

2.

P a m ię tn ik a rz e . k tó rz y p o d a ­
l i i n f o r m a c je w ty m w z g l ę ­
d z i e . ................................................

459

102

357

75

167

96

19

53
406
43
363

13
89
68

40
317
22
295

10
65
8
57

17
150
10
140

12

84
3
81

1
18
1
17

80
11!
102
60
10

u
18
18
18
3

69
93
84
42
7

25
17
10
3
2

28
47
39
'24
2

16
24
29
11
1


5
6
4
2

O g ó ł e m

Nieposiadający ziemi . ,
Posiadający ziemię . . .
Nieoznaczonego obszaru .
Oznaczonego obszaru s ,

21

1







w tem:
do 2 h a ...........................
2 — 5 .................................
5 — 10 „ ...........................
10 — 20
• ......................
ponad 20 ..................................

Ale służba wojskowa była obowiązkiem przymusowym. Jego
spełnianie nie daje pojęcia o rzutkości człowieka, o jego energji. W y­
jątek jedyny to owych 28 pamiętnikarzy, t. j. 5,6% ogółu, którzy jako
ochotnicy wstąpili dobrowolnie do zastępów walczących o niepodle­
głość kraju. Niewątpliwie, jest to odsetek znaczny, który mocno
przewyższa stosunek w jakim liczba ochotników pozostawała do
całej ludności Polski. Natomiast wychodżtwo jest czynem nawskroś
wynikającym z pobudki indywidualnej. Odejście z wioski rodzinnej
dokądś w świat daleki nie jest sprawą ani prostą ani łatwą dla wie­
śniaka. Taki wychodźca musi posiadać nieco rzutkości, nieco od­
wagi, a przedewszystkiem nieco wiary w samego siebie.
Otóż odsetek wychodźców jest bardzo znaczny pomiędzy pamiętnikarzami. Na ogólną liczbę 498 pamiętnikarzy aż 75, t. j. 15,1%
ogółu, podało szczegóły o swoim pobycie na obczyźnie. Już sam fakt
wyruszenia na obczyznę jest niezwykłem wydarzeniem w szarem
i jednostajnem życiu chłopa. Nie dziw, iż większość z pośród wy­

XXXVIII

chodźców poświęca pobytowi swemu poza granicami kraju obszerne
opisy. Ale zdarzają się pamiętniki, w których znajdujemy zaledwie
krótką wzmiankę o tern, że autor kiedyś był na emigracji, i nic poT a b l i c a

12.

Lata pobytu pamiętnikarzy na emigracji

Dzielnice

w tem
Liczba pamiętnikarzy,
nie w ym ie­
którzy po­
podali, że byli na emigracji
nili okresu,
dali, że
w którym
przebywali
na emigracji przed 1914 r. po 1914 r. przed 1914 r. w yjeżdżali
i po 1914 r. na emigrację

...........................

75

50

11

Woj. Ś r o d k o w e ....................
„ W s c h o d n ie ...................
„ Z a c h o d n i e ....................
„ P o łu d n io w e ...................

29

22

3

2

2

4

2

2





15

12

1



2

27

14

5

4

4

O

g ó ł e m

Tablica

6

8

13.

Kraje do których skierowali się wychodźcy

K ategorje pam iętnikarzy

O

g

ó

ł e m

...........................

1. Pamiętnikarze, którzy po­
dali w jakich latach prze­
bywali na emigracji . .
w tem ci,' którzy byli
na emigracji:
przed 1914 r. . .
po
1914 r. . .
przed i po 1914 r. . .
2. Pamiętnikarze, którzy nie
wym ienili okresu w jakim
przebywali na emigracji

Liczba
p am iętnika­
rzy - wy­
chodźców

w

tem

do
innych k ra ­
jów c

A m eryki

Niemiec

Francji

75

24«

42 b

4

5

67

21

38

4

4

50
11
6

18«
2
1

28
5
5*

1
3


3
1


8

3

4

1

a)
Z tej liczby dwu pamiętnikarzy było nadto przed wojną w Niem­
czech i jeden w e Francji. Jeden był w Ameryce Południowej, pozostali w
Ameryce Północnej.
b)
Z tej liczby dwuch pamiętnikarzy było nadto w e Francji, w tem je­
den przed wojną, a drugi po 1914 roku oraz jeden przed wojną w Ameryce
Północnej.
c)
Wielu pamiętnikarzy z byłego zaboru rosyjskiego, szczególnie z w o­
jewództw wschodnich wyjeżdżało do miast przemysłowych w głąb Rosji.

XXXIX

nadto. Nierówność pod tym względem materjału niezmiernie utru­
dniła uchwycenie liczbowe wychodźtwa wśród pamiętnikarzy *).
Mimochodem zaznaczymy, iż wśród pamiętnikarzy wychodztwo po
wojnie a raczej po 1914 r., spadło poważnie: z pośród tych pamię­
tnikarzy, którzy byli na emigracji, na okres przedwojenny przypada
75%, na lata zaś po wojnie 25%, w tern 9% takich, którzy zakoszto­
wali wychodźtwa i przed wojną (por. tablica Nr. 12). Najwięcej pa­
miętnikarzy wyjeżdżało do Niemiec, bo aż 42 na 75 ogółu wychodź­
czego, w tern 23 sezonowo, a 19 na dłuższy czas, przeważnie do kopalni
w Westfalji. Drugim krajem co do liczby wychodźców była Ameryka
Północna, głównie zaś Stany Zjednoczone (tablica Nr. 13). Zarówno
wyjazdy na czas dłuższy, jak i doraźne, sezonowe, są opisywane
bardzo szczegółowo. Niektórzy pamiętnikarze całe rozdziały poświę­
cają opowieści o swoich przeżyciach podczas tej tułaczki. Są nawet
tacy, którzy swój pamiętnik ograniczają jedynie do opisu wrażeń
z podróży i z pobytu zagranicą. W yjazdy na obczyznę były podej­
mowane w imię zarobku i dorobku. W większości wypadków wy­
chodźcy cel swój osiągnęli, t. j, wracali do kraju z niejakim zasobem
pieniędzy. Niestety, dorobek ów bardzo często poszedł na marne.
Wychodźcy bowiem wracali po odzyskaniu Niepodległości: okres
zamętu walutowego wniwecz obrócił ich oszczędności. Skarg na
doznaną z tego powodu krzywdę pełno w pamiętnikach. Po powro­
cie do ojczyzny siadali na ziemi, a ci, którzy czas dłuższy pozosta­
wali zagranicą, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, usiłowali pra­
cować „po amerykańsku”. Ale co było dobre w Ameryce, w kraju
dawało inne wyniki. Amerykańskie metody i rozmach amerykański
w polskiem drobnem gospodarstwie rokiem jakoś nie dawały się
zastosować — gospodarstwa „Amerykanów” po wyczerpaniu się go­
tówki, w okresie złych konjunktur, najczęściej upadały poniżej po­
ziomu gospodarstw sąsiednich, a z tern ich zachwianiem się upadał
i wpływ moralny wychodźcy**).
*) Warto nadmienić, że niektórzy z pośród tych pamiętnikarzy, którzy
nie podają wiadomości w sprawie wyjazdu na emigrację, mogli jednak w y­
jeżdżać, lecz nie wzmiankują o tern. Zwłaszcza dotyczy to tych, których przy­
czynki są charakteru krótkiego, dorywczego, lub którzy zaprzątnięci sprawami
r. bieżącej chwili nie napisali nic o tern, że byli niegdyś chwilowo na wychodźtwie w charakterze obieżysasów.
**) Np. z okazji Pamiętników otrzymaliśmy taką notatkę: Amerykanin,
nawet jadąc na furze z nawozem, gazetę czytał i palił „eleganty”. Był przed­
miotem podziwu. Po bankructwie szydzono, że właśnie gazety i „eleganty”
zgubiły gospodarstwo.

XL

A zatem, pomiędzy pamiętnikarzami:
28,6% siedziało na ziemi całkowicie zakupionej, a nadto 16,7%
powiększyło swoje gospodarstwo odziedziczone po ojcach lub otrzy­
mane w posagu;
5,6% wstąpiło dobrowolnie do zastępu walczących o niepodle­
głość kraju;
15,1% podało szczegóły o swojem wychodztwie za zarobkiem.
Są to wszystko liczby odsetkowe, które niewątpliwie są powyżej
podobnych odsetków gdyby te udało się wyprowadzić dla ogółu
ludności, a wszystkie pospołu świadczą, iż odsetek tężyzny wśród
pamiętnikarzy jest wyższy niż w społeczeństwie polskiem, szczegól­
nie zaś wśród ludności wiejskiej. I jeszcze pod innym względem są
powyżej swego otoczenia, a mianowicie pod względem wykształce­
nia (por. tablica Nr. 14). Jest pomiędzy nimi dwóch analfabetów
— ojciec dyktował synowi swoje dzieje i doświadczenia. Inni sami
pisali, mając po temu rozmaitego kalibru przygotowanie, od tych
którzy przebyli jedną lub parę „zim” (t. j. lat) w wiejskiej szkółce
elementarnej aż do jedynego zresztą studenta politechniki. Do szko­
ły średniej dotarło 6,2%, do zawodowej 4,3%. Naturalnie, rdzeń
pamiętnikarzy, bo aż 68,0%, poprzestał na szkole elementarnej, a
T a b l i c a

14.

Poziom wykształcenia wśród pamiętnikarzy

Dzielnice

O gółem

. . . .

Woj. Środkowe . . . .
„ Wschodnie . . .
„ Zachodnie
. . .
„ Południowe . . .

w tera pamiętnikarze, któr 2<y
Liczba pamiętnikarzy, którzy
nie uczęsz­
podali dane
uczęszczali do szkoły
w sprawie sweczali do
żadnej szko­
go w ykształce­
elementar­
nia
średniej
zawodowej
ły
nej

256
136
27
21
72

|

174 a

16 b

11

55 c

87
18
14

9

4
2
2

36

55

1
2
4

3

6'
3
10

a)
W tej liczbie 6 ukończyło tylko jeden oddział, 12 dwa oddziały,
22 trzy oddziały, 29 cztery oddziały, 10 pięć oddziałów, 5 sześć oddziałów
i 8 siedem oddziałów, pozostałe 82 osoby nie podają żadnych szczegółów ile
skończyły oddziałów.
b)
W tej liczbie jeden z ukończonem gimnazjum i jeden z ukończonem
seminarjum nauczycielskiem.
c)
W tej liczbie dwu analfabetów, którzy przy pisaniu pamiętników
na konkurs korzystali z pomocy osób trzecich.

XLI

niekiedy tylko na paru jej oddziałach. Ale nie wszyscy z pośród tych,
którzy własnoręcznie pisali swoje pamiętniki, uczęszczali do szkół.
Są bowiem pomiędzy nimi „samoucy’’, aż 21,5%, którzy swoją umie­
jętność czytania i pisania zawdzięczają samym sobie, a w każdym
razie nie szkole; uczyli się od rodziców częstokroć na książce do na­
bożeństwa, od przygodnego przechodnia, od ekonoma służącego we
dworze, a w jednym wypadku od nieco starszego pastucha. Do nauki
służyła im częstokroć postrzępiona książka do nabożeństwa lub przy­
padkowo pozyskany elementarz, na którym samoucy, chodząc za
bydłem na pastwisku, zaprawiali się w sylabizowaniu. „Proszę nie
wyśmiwać z moiech błyndów — pisze jeden ze samouków — bo
iezdem samołukiem. Do szkoły zupełnie nie chodziłym, to co umie
zdobyłym siłą woli, za Bydłym pasania”. , Samoucy są dumni z swo­
jej oświaty i niekiedy lekceważąco odnoszą się do nauki pobieranej
w szkole, w której dziecko pomimo paroletniego siedzenia osiąga wy­
niki niekiedy bardzo nikłe. Najwięcej samouków znalazło się wśród
pamiętnikarzy w województwach środkowych (26,5%), najmniej
zaś w południowych (13,9%). Niektórzy w b. zaborze ro­
syjskim i w Wielkopolsce pobierali naukę w tajnem nauczaniu.
U przedstawicieli młodszego pokolenia daje się spostrzec tęsknotę do
dalszego kształcenia, tembardziej, iż niekiedy brat osiągnął stano­
wisko nauczyciela i nawet uczęszcza do uniwersytetu. I znowu te
fakty wskazują, iż mamy w osobach pamiętnikarzy zastęp ludzi, bez­
warunkowo przewyższających swoje otoczenie wiejskie bądź to wy­
kształceniem swojem, bądź rzutkością i wytrwałością. Zaiste, trzeba
było wytrwałości, ażeby zakończyć swoją opowieść — „nie uczyli
mię pisać w szkole, a tylko cepami w stodole”, a niejednemu było
łatwiej kopę żyta wymłócić, staję pola zorać, niż stronicę napisać.
Krępowano się sąsiadów, przyjaciół, nawet domowników w obawie
przed drwinami, dlatego najczęściej pisano w tajemnicy. Pisano po
robotach dziennych, a więc wieczorem. Ileż to nieporozumień wy­
woływała- nieszczęsna n a fta ! Pamiętnikarz musiał wysłuchiwać gde­
rania m atki lub żony, iż daremnie wydaje pieniądze na światło,
wielu pisało więc przy świetle ogniska, nawet przy świetle księżyca.
Brakło papieru, ołówka, atramentu, a wkońcu trzeba było kupować
znaczek pocztowy na wysłanie pamiętnika — wszystko to są wydatki
groszowe, ale przecież całe życie chłopa obraca się w rachunku gro­
szowym! Chłop myślał o pamiętniku jadąc w pole lub do lasu, idąc
za pługiem — myślał, a w słowa ubierał „świętem i niedzielą”. W ta­
kich warunkach wielu prawdopodobnie porzuciło rozpoczęte swoje

XLII

przyczynki do doli i niedoli chłopskiej. / Wprawdzie zachętą służyły
premje konkursowe. Jeden i drugi wyraźnie się do tego przyznaje:
„Bardzo proszę to przeczytać, miejcie cierpliwość bo źle i bez sensu
napisane, jezdem stary 68 lat zdenerwowany i nie uczony ani głęboko
ani wysoko, jeżeli to was zajmie moje życie jak żyłem to proszę to
przedrukować i mnie posłać... i to premie co obiecujecie. To sobie
kożuch kupie bo nimam a zima idzie”. Ale wielu chodziło o coś innego,
ważniejszego — o to aby dowiedziano się tam, na szerokim świecie,
jak chłop żyje, jak zmaga się z nędzą, jak haruje od rana do wieczora.
Oto autor jednego z takich przyczynków pisze w przedmowie: „Gdy
został rozpisany konkurs na napisanie „pamiętnika chłopa” z na­
grodami przez szanowny Instytut Gospodarstwa Społecznego w paź­
dzierniku tego roku, to ja jako chłop uważając za swój obowiązek
święty, bez względu na nadgrodę, donieść szanownemu Instytutowi
0 swych przeżyciach, spostrzeżeniach, doli i niedoli chłopa. Instytut
wspomniał ażeby pisać z całego serca szczerze nie obawiając się ni­
czego. Więc ja piszę chłopskim sercem, chłopskim „umysłem” i „wy­
kształceniem”, chłopską „ręką” i w chłopskich trudnościach. Nie
pisałem tego pamiętnika mając specyalny czas do tego, tylko po
swych codziennych zajęciach chłopskich wieczorami przy świetle po­
żałowania godnym z braku pieniędzy na drogą naftę. I tak złożyły
się okoliczności na ten pamiętnik chłopski, brak: należytego światła,
czasu, „wykształcenia” i wyrobienia piśmiennego, jak to zwykle
u chłopa, więc niech szanownego Instytutu nie przeraża błędne
pismo koszlawe i brudne na którego przepisanie na czysto nie miałem
czasu, to chłopskie pismo, chłopskie serce i myśl, chłopski rozum
1 „wykształcenie”, chłopski „brud”.
Instytutu nie przeraziły te rzeczy!

ZAŁĄCZN IKI

ZASIĄG

T E R Y T O R J A L N Y K O N K U R S U NA P A M I Ę T N I K C H Ł O P A

R o z m i e s z c z e n i e osób, k t ó r e n a d e s ł a ł y swe p a m i ę t n i k i
do Instytutu Gospodarstwa Społecznego w Warszawie

>■**■
— — — Granica województw

powiatów

Kropka oznacza osobę, która nadesłała pamiętnik

ZAKł, 3f)AF.. W. CUKRZYŃSKI.

UEsffi/

ODEZWA INSTYTUTU GOSPODARSTWA SPOŁECZNEGO W SPRAWIE
KONKURSU NA PAMIĘTNIK CHŁOPA OGŁOSZONA WE WRZEŚNIU
1933 ROKU.

KONKURS NA „PAMIĘTNIK CHŁOPA“
Ze wszystkich okolic Polski odzywają się głosy o bardzo ciężkiem po­
łożeniu ludności wiejskiej, zarówno osiadłej na roli i posiadającej warsztat
pracy na własnym kawałku ziemi — ale warsztat który nie daje dziś dosta­
tecznego utrzymania, jako i ludności bezrolnej, która przez lata ubiegłe w y­
chodziła ze wsi za pracą do miast lub zagranicę, a dziś wobec ciężkiego
położenia zarówno w kraju jak i w całym świecie, wraca do wiosek rodzi­
mych, tam nie znajduje zarobku, a tylko czeka ją nędza.
Instytut Gospodarstwa Społecznego powziął zamiar opracowania rze­
telnego obrazu tego, ciężkiego położenia ludności małorolnej i bezrolnej w
całej Polsce. Dlatego zwraca się do was wszystkich, co stanowicie te liczne
rzesze biedujących i zrozpaczonych, rozproszone wzdłuż i wszerz naszego
kraju, abyście ściśle, prawdziwie i poprostu opisali jak żyjecie, jakiego w yj­
ścia szukacie.VWięc piszcie i opowiadajcie! Nie opuszczajcie żadnego szczegółu
nawet najdrobniejszego ze swych biedowań, ze' swoich trosk, ze swoich do­
świadczeń. Nie zrażajcie się, że może opowieść wasza wychodzi niekształtna,
byleby tylko była rzetelna; nie wstydźcie się tego coście przeżyli aby po­
kazać cały swój ciężki los i tym opisem w yw ołać zajęcie się waszem poło­
żeniem. Opowiadajcie śmiało, co według waszego sądu najbardziej wpłynęło
na waszą biedę dzisiejszą, co najsilniej przyczyniło się do wzrostu waszych
trosk i co wam najbardziej daje się we znaki i najciężej leży na sercu.
1A więc opowiedzcie nam, w jakich warunkach przyszliście na świat,
czy w rodzinie zamożniejszej czy w zupełnej biedzie, czy sami posiadacie ka­
wałek ziemi i ile, a może nie macie ani piędzi gruntu własnego i w całej pełni
jesteście bezrolni, czy ten wasz grunt odziedziczyliście po ojcach czy naby­
liście sami, a jeśli odziedziczyliście to czy była wasza rodzina liczniejsza i jak
ziemię podzielono pomiędzy was rodzeństwo, jakie były spłaty i zmartwienia
związane z temi spłatami; a jeśli ziemia wasza jest nabyta — piszcie na ja­
kich warunkach ją nabyliście, jakie kłopoty macie z nią jeszcze.
0 tych kłopotach piszcie drobiazgowo, nic nie pomijając; jeżeli macie
ziemię, jakie jest jej obdłużenie oraz komu i jakie płacicie procenty i ile,
a także jakie są inne ciężary, które przypadają na wasz warsztat rolny i do­
legają wam.
Czy mieszkacie w swojej własnej chałupie czy w cudzej, jakie są wasze
zabudowania, ile macie i jakiego inwentarza. Czy liczna jest wasza rodzina
i co wam żona wniosła do domu. Jak spędzacie czas, kiedy nie macie żadnego
zajęcia zarobkowego ani nie krzątacie się około gospodarstwa. Czy kształ­
cicie dzieci. Czy wasza ziemia daje wam jaki dochód poza wyżywieniem
rodziny, jakie towary rękodzielnicze i fabryczne musicie kupować i jakie z
tych towarów przedewszystkiem pragnęlibyście kupić. Czy robicie w gospo­
darstwie swojem jakiekolwiek meljoracje, remont. Czy macie jakieś udziały
w stowarzyszeniach, czy możecie kupić książkę i gazety. A jeżeli macie jaką
pracę zarobkową poza gospodarstwem, opowiedzcie o niej jaka to jest praca,
gdzie się odbywa i ile wam daje dochodu. Opiszcie nam własne mieszkanie

XLVI
ze wszelkiemi urządzeniami, ilu was tam mieszka razem, jak się żywicie, jak
ubieracie, czy jest jakiś podział pracy pomiędzy wami w gospodarstwie i w
domu. Jaki jest stan zdrowia w waszej rodzinie i z jakiej korzystacie po­
mocy lekarskiej w czasie choroby.
Sięgnijcie także pamięcią w przeszłość swoją, jaki był stan waszego
warsztatu rolnego przed wojną i jaki jest obecnie, a jeżeli żyliście jedynie
z zarobków, jakie były one. A gdy jesteście bezrolnym opowiedzcie nam czy
mieszkacie w e własnej chacie czy odnajmujecie izbę a może tylko kąt u obcych
ludzi, lub znaleźliście miejsce przy swojej rodzinie, a opowiadając o tem po­
starajcie się porównać w swoim opisie, jaki jest dzisiaj poziom życia i po­
trzeb człowieka pracy na wsi, zarówno małorolnego jak i bezrolnego w po­
równaniu z tem, jak to było w czasie przedwojennym. A może któryś z was
posiada w ręku jakiś fach, np. ciesielkę, kowalstwo, szewctwo? Wogóle niech
bezrolny pisze z jakiej pracy się utrzymuje, ile zarabia, czy kiedykolwiek
wychodził ze w si i dokąd, gdzie pracował, kiedy i dlaczego powrócił. Jakie
macie widoki na najbliższą przyszłość dla siebie i swojej rodziny.
A także nie zapomnijcie dodać, czy macie jakie zabezpieczenie na sta­
rość, czy ktoś z członków waszej rodziny uczestniczy w gospodarce parafial­
nej, gminnej, powiatowej, w jakimś związku, stowarzyszeniu, kooperatywie.
Każdy z was kto chce przyczynić się do stworzenia takiego obrazu
nędzy w swojej wiosce i chce powiedzieć społeczeństwu jak żyje dzisiaj w
Polsce chłop bez roli i chłop na niedostatecznym kawałku gruntu, niech robi
taką spowiedź z życia swego, taki opis swego zmagania się z biedą i prześle
do dnia 1 grudnia 1933 roku pod adresem:
INSTYTUT GOSPODARSTWA SPOŁECZNEGO W WARSZAWIE
WARSZAWA, ULICA CZERWONEGO KRZYŻA 20.
Jeszcze raz powtarzamy: piszcie szczerze, od serca, tak jakbyście opo­
wiadali troski swoje najbliższemu przyjacielowi i nie sądźcie, że to ma być
jakaś statystyka, jakiś spis urzędowy mający służyć w przyszłości do obliczeń
podatkowych. Nam, którzy się do was zwracamy chodzi o co innego. Nade­
słane przez w as obszerne, szczere, rzetelne opisy, pamiętniki, opowiadania
o waszem własnem życiu będą wydrukowane w wydaniu zbiorowem i dadzą
tam wierny obraz dzisiejszego położenia ludzi pracujących na roli i żyjących
we wioskach polskich.
Taki obraz jest potrzebny i pożądany aby w społeczeństwie inni ludzie
wiedzieli, jaka tam nędza trapi tych co w pocie czoła pracują na swojej roli,
niedojadając z dziećmi, lub żądni zarobku daremnie go poszukują w chwili
dzisiejszej.
Wasze opisy będzie rozpatrywało parę osób, którym na sercu leży los
pracownika polskiego, borykającego się z losem swoim na wsi, i przysądzi
dobrym opisom nagrody. Najlepsza praca otrzyma 100 złotych nagrody, dwie
następne — po 50 złotych, jeszcze dalsze osiem po 25 złotych.

PAMIĘTNIKI C H Ł O P Ó W

I

Pamiętnik Nr. 1

Gospodarz ongi trzydzieśtomorgowy w pow. błońskim

Na skutek wezwania w Gazecie Chłopskiej w Nr. 42 z roku
1933, postanowiłem i ja napisać parę słów ze swego życia. Po­
nieważ przechodziłem dość poważne koleje w swojem tak stosun­
kowo krótkiem życiu, zgóry przepraszam za błędy i nieudolność
w pisaniu, bo jak się dowiemy z dalszego pisania nie dostałem od­
powiedniego wykształcenia, aby napisać lepiej.
PAMIĘTNIK CHŁOPA
Urodziłem się dnia 4 kwietnia 1896 roku we wsi Wielgolas pow.
Warszawski w okolicy pięknej i bogatej, jakby powiedzieć w kra­
inie miodem i mlekiem płynącej. Rodzice moi posiadali gospo­
darstwo rolne dwadzieścia cztery morgi ziemi, w czem połowa była
doskonałych nadrzecznych łąk i połowa ziemi ornej również bardzo
dobrej. Prowadzili gospodarstwo warzywniczo-mleczne i produkty
to jest mleko, okopowe warzywa i owoce odwozili do Warszawy,
otrzymując za to przeciętnie od 150 do 200 rubli miesięcznie, co na
czasy przedwojenne było dosyć dużo.
Rodzeństwa było nas troje, dwie siostry i ja, jedna starsza
ode mnie o trzy lata i druga młodsza również o trzy lata. Pomimo,
że wieś nasza składała się 75 osad, szkoły u nas nie było. Ja do
lat dziesięciu uczyłem się w domu, później chodziłem do szkoły trzy
zimy w Dębem odległym od nas o pięć kilometrów i tam skończyłem
te trzy oddziały rosyjskiej szkoły powszechnej. Potem już praco­
wałem wraz z ojcem w gospodarstwie.
W roku 1911 ojciec wydał starszą siostrę zamąż dając jej około
półtora tysiąca rubli posagu. Pozostało nas dwoje. W roku 1914

2

Województwo Warszawskie

wybuchła wojna i trzeba nieszczęścia, że w tym czasie ojciec za­
chorował dosyć poważnie na żołądek, wytworzył się jakiś wrzód
na żołądku i ta choroba pociągnęła za sobą szalone koszta. Parę
miesięcy ojciec leżał w szpitalu Pańskiego Przemienienia na Pradze,
ponieważ za wszelką cenę postanowił się ojciec ratować, a uwa­
żając, że w szpitalu niema należytej opieki lekarskiej kazał się
przenieść do lecznicy w Aleje Jerozolimskie i tam płaciliśmy za
pokój wraz z obsługą jedenaście rubli dziennie (było to w roku
1915). Prócz tego konsylja lekarskie raz i dwa razy w tygodniu
kosztowały trzydzieści rubli za każde takie konsyljum, no i rezul­
tat był taki, że 8 grudnia kazali nam ojca zabrać do domu, a 16
grudnia ojciec nam umarł.
Ja wtedy liczyłem dziewiętnasty rok życia i byłem zamłody,
żeby mi ojciec zapisał gospodarstwo i tak zostało, prowadziłem
gospodarstwo z m atką ponieważ matka też nie miała bardzo zdro­
wia. Więc ja się ożeniłem w roku 1916 i pomimo, że nie miałem
tytułu własności, teść mój dał mi zaraz po ślubie trzy tysiące ru ­
bli jako posag dla córki i z tego, jak również i z gospodarstwa, po­
nieważ prowadziłem całe gospodarstwo po ojcu zacząłem się dora­
biać. Założyliśmy wtedy spółkę handlową w Dębem Wielkiem z księ­
dzem Zarębą na czele, w której byłem wiceprezesem. Zrobiliśmy
udziały po pięćset rubli i zebraliśmy 45 tysięcy rubli, jako kapitał za­
kładowy. Ja wykupiłem siedem udziałów i po dwóch latach handlu
dostałem ztam tąd osiem tysięcy rubli. Prócz tego w końcu roku 1916
założyliśmy spółkę mleczarską i sklep spożywczy w naszej wsi, w któ­
rej byłem kasjerem do jesieni 18 roku t. j. do mojego wyjazdu
ze wsi. I tu prowadziliśmy dość duże obroty, bo wysyłaliśmy od
1600 do 2000 litrów mleka dziennie do Warszawy. Spółki obie
prosperowały świetnie dając współudziałowcom poważne dochody.
W roku 1917 ponieważ były to czasy okupacji niemieckiej i trzeba
się było bardzo liczyć czem wolno handlować, a czem nie i ja też
miałem przejście. Miałem ogromnego stadnika, którego agenci Fran­
kowskiego zapisali na kontyngent mięsny szacując go trzysta rubli,
a w prywatnym handlu byczek ten był w art więcej, jak 800 rubli.
Nie chcąc tyle stracić, a ponieważ należałem do C. T. R. w Mińsku
Mazowieckim wystarałem się przez to Towarzystwo od władz
niemieckich papier, że jako rozpłodowca nie wolno mi go
zabrać, i nie wzięli, ale po paru miesiącach stadnik stał
się za ciężki na krowy no i trzeba było go sprzedać

Pamiętniki chłopów

3

i sprzedałem go pocichu rzeźnikom uzyskując cenę 875
rubli, ale niestety znalazł się sąsiad podły, który mnie oskarżył do
żandarmów niemieckich, że ja zrobiłem taki szmugiel, no i żan­
darmi zrobili dochodzenie, protokuł, rezultatem był sąd i wyrok
skazujący mnie na cztery mieniące więzienia. Aresztowali mnie
przy sprawie i byłbym rozumie się dokonał żywota na Pawiaku
przez te cztery miesiące, gdyby nie szybka interwencja księdza Zaręby
o niezrównanym wprost talencie i energji, bo jak wiemy niełatwo
było skłonić niemców do zmiany wyroków. Jednak ks. Zaręba mnie
wyratował z więzienia po jedenastu dniach wyrobiwszy u generała
gubernatora Beselera papier, mocą którego zamieniono mi więzienie
na karę pieniężną w sumie sześciuset m arek niemieckich. Przez
te jedenaście dni, które przesiedziałem na Pawiaku zdążyłem poznać
całą okropność niemieckiej opieki. Coprawda były to czasy gło­
du po miastach, ale jak mi z domu przysłano piętnaście funtów
chleba, dziesięć funtów wędliny, dwadzieścia jaj i coś tam z na­
biału, to mnie jak na kpiny oddano dwa jajka, a niemcy tak ludzi
żywili, że mnie po jedenastu dniach nikt nie mógł poznać, bo wy­
glądałem jak szkielet. W roku 1918 siostra moja młodsza powia­
da mi, że się będzie żenić do domu na połowę gospodarstwa. O my­
ślę sobie: to będzie źle zostać na dwunastu morgach, to mi się nie
bardzo podoba, chciałem ją spłacić, ale jakoś się nie szykowało.
Ona dostawała stosunkowo duży posag, a nie trafiał się nikt po­
dobny, żeby ją wziął z domu, więc ona chce się żenić do domu.
Ja jednak po namyśle nie chcąc dzielić tej gospodarki na dwoje, po­
stanowiłem ja się usunąć z domu zostawiając całe gospodarstwo
siostrze, ale znów nie trafiał się tak bogaty kawaler, żeby mnie
spłacił i tak źle i tak niedobrze, ano nie było innej rady tylko zo­
stawić czasowi siostrę wraz z gospodarstwem, a ja zacząłem szukać
dla siebie gospodarstwa do kupna. I w lipcu 18 roku gospodarkę
znalazłem i zgodziłem w Starej Miłośnie trzydzieści morgów
ziemi wraz z budynkami za 32 tysiące rubli i w sierpniu zrobiliśmy
akt rejentalny, a ponieważ niemcy już nie pozwalali robić aktów
na ruble, więc przeliczyliśmy na m arki po 2.16 fenigów za rubla.
Rozumie się, że tyle pieniędzy nie miałem swoich, ale po wycofaniu
yze spółek i zebraniu, gdzie tylko jakie miałem zrobiłem około trzy­
dziestu tysięcy marek, resztę, część pożyczyłem od znajomych, część
hyły właściciel poczekał mi na hipotekę i kupno się przeprowadziło
w roku 1919. W lutym siostra wyszła zamąż i spłacili mnie, ja
temi pieniędzmi pokryłem część długów.

4

Województwo Warszawskie

Mnie na noweni gospodarstwie ułożyły się warunki dość możli­
wie, ponieważ jesienią 1918 roku przeprowadziłem się na nowe go­
spodarstwo, zimową porą sprowadziłem około pięćdziesiąt wozów
nawozu od wojska z Rembertowa, dokompletowałem okna inspek­
towe do pięćdziesięciu i zaprowadziłem warzywnictwo na większą
skalę. Ponieważ rok 1919 wywdzięczył się za pracę dobrze, zbiory
miąłem ogromne, a ceny na warzywa były dobre, oddałem resztę
długów i nawet zostały mi pewne oszczędności.
Przyszedł pamiętny rok 1920, inwazja bolszewicka. Do lipca
życie nam szło normalnym trybem. Kiedy bolszewicy zaczęli wła­
zić do Polski, mnie jakóp do wojska nie wołano, nie mogąc wytrzy­
mać, że to ojczyzna tak potrzebuje ludzi, a ja siedzę w domu, za­
pisałem się na ochotnika z koniem do 1-go pułku szwoleżerów z ka­
drą na Ułańskiej w Warszawie i pojechałem do wojska w pełnym
rynsztunku z umundurowaniem, siodłem, nawet szablą, a ponieważ
takich ochotników żebrało się sporo, zrobili z nas 201 pułk szwo­
leżerów i w końcu lipca wysłali nas na front. Wyjechaliśmy z W i­
leńskiego Dworca pociągiem i zajechaliśmy pod Małkinię, tam się
wyładowaliśmy poszliśmy na południe od kolei i zaraz na drugi
dzień mieliśmy pierwszą potyczkę z bolszewikami. I tak cofając się
pod W arszawę stoczyliśmy z niemi kilkanaście walk. W czasie decy­
dującej bitwy pod Warszawą, byłem w boju pod Radzyminem
i ostatnią potyczkę mieliśmy już w pościgu za bolszewikami pod
Płońskiem, gdzie mi ranili konia w tylną nogę i wtedy zostałem
przydzielony do Polowego Szpitala Koni Nr. 6 już jako kapral,
ponieważ pod W arszawą dostałem nominację od kapitana Żielazickiego. I przy szpitalu koni byłem do 23 grudnia, gdzie nawet w końcu
pełniłem funkcję furażera. Ostatnio staliśmy w Gródku pod Rów­
nem i stam tąd zostałem zwolniony do domu.
Po mojem odjeździe do wojska w domu działy się hece. Kiedy
już bolszewicy podchodzili pod Warszawę, polskie wojska zrobiły
ostatnią linję obronną między inriemi i przez naszą wieś. Spędzili
tam ogromną moc wojska i taborów więc można sobie wyobrazić
co ucierpiały gospodarstwa rolne. Mojej żonie (ponieważ żona ze
służbą została na gospodarstwie),' zabrało wojsko cztery krowy,
na trzy dali kwity, a jedną zabrali bez kwitu, a w końcu coś koło
8 sierpnia wypędzili ludność cywilną z naszej wsi i rozumie się
i żonę i to tak gwałtownie pędzono ludność cywilną z domu, że żona
zaledwie złapała, jak to się mówi co w rękę wpadło. Zładowała
na dwa wozy, bo jeden do swego przynajęła, zabrała ostatnie dwie

Pamiętniki chłopów

5

krowy, które zostały, cielaka półrocznego kazała służącemu zarżnąć,
drób także wybiła i wyjechała do Warszawy, zostawiając całe go­
spodarstwo na pastwę losu, a wtedy wojsko i rozmaite cywilne pasorzyty, które pochowały się po lasach i piwnicach przed tymi co
wyganiali, naprawdę po swojemu zaczęli gospodarować, tak, że jak
żona po dziesięciu dniach wróciła do domu to zastała jeden obraz
nędzy i ruinę do najwyższego stopnia. Z płotów nie pozostało ani
śladu, nawet budynki co drewniane to rozebrali i spalili. W mie­
szkaniu okna i drzwi powyrywane, szafy i kredensy rozbite. Po­
siadałem dość ładną bibljoteczkę, wszystko zniszczone, podarte
i rozkradzione. Miałem pasiekę dwadzieścia roi pszczół, nic nie
zostało, ule w części poprzewracane, w części rozniesione po polach.
Miałem ładny komplet narzędzi stolarskich i warsztat i z tego ani
śladu. Jednem słowem zostało tylko to co nie miało żadnej w ar­
tości, lub nie dało się wziąć z miejsca, jak np. murowany budynek
co zaś do zbiorów także wszystko rozkradzione. Warzywa w części
stratowały tabory, reszta wyrwana, kartofle wykopane, ze stodoły
wyniesione było wszystko, więc żona kazała pozbierać po polach
i łąkach resztki zboża co konie nie zjadły i nie zdążyły zrosnąć, i pu­
ściła na młockarnię to omłóciła tego wszystkiego razem t. j. żyto,
owies, jęczmień i pszenicę dwa i pół korca na pół zrośniętego ziarna.
O warzywach niema mowy. Kartofli ukopała coś około osiem korby,
to były zbiory z trzydziesto-morgowego gospodarstwa. Komisja
Szacunkowa od strat i szkód wojennych oszacowała u mnie straty
na pół miljona marek i dali żonie odpowiedni protokuł z pieczę­
ciami i mieli niby to zapłacić, ale płacą do dzisiaj. Za te trzy
krowy co wojsko dało kwity, to zapłacili w końcu 1921 roku po
sześć tysięcy marek za krowę, ale m arki już wtedy tak spadły, że
za osiemnaście tysięcy butów nie można było kupić. Jak już nad­
mieniłem, 23 grudnia wróciłem z wojska, no i zastałem taką ruinę
gospodarstwa. I rozpacz mnie ogarnęła, że z takiego dobrobytu
jaki zostawiłem parę miesięcy temu idąc nadstawiać piersi i wal­
czyć za ojczyznę zastałem taką biedę, tembardziej, że zrobili to
swoi, a nie nieprzyjaciel. Ale cóż było zrobić, poddać się biedzie,
nie za nic, byłem młody, posiadałem tę pewną werwę wojskową, więc
wziąłem się szczerze do pracy. Były coprawda inne czasy, ale
wkrótce znowu się jako tako dorobiliśmy tembardziej, że ja
w dalszym ciągu handlowałem czem się dało, a przeważnie lasem
kupując działki, jak mniejsza to sam, jak większa to ze wspólni­
kiem i jako tako szło.

6

Województwo Warszawskie

Na początku 1921 roku były u nas wybory na sołtysa, ano przy­
jechał wójt z sekretarzem i mimo moich próśb i perswazji wybrano
mnie na sołtysa. Próbowałem się jeszcze u pana starosty jakoś
wytłumaczyć, nic nie pomogło i zostałem sołtysem. A naprawdę
bałem się tego, bo Miłosna to niebyłe praca dla sołtysa. Jest zgórą
sto osad, masa letnisk, jest ogólnie około, dwudziestu sklepów, fa­
bryka, zakłady ceramiczne, około półtora tysiąca ludności ogółem.
Więc to praca nielada, a tu moje gospodarstwo wtedy właśnie wię­
cej jak kiedyindzięj potrzebowało gospodarza niepodzielnie. A tu
jak na złe, zaczęły się po tej wojnie tworzyć rozmaite stowarzysze­
nia i do wszystkiego musiałem należeć, bo mię ludność nie chciała
nijak pominąć. A więc starałem się być jaknajwięcej czynnym
i podołać wszystkiemu. Założyliśmy ochotniczą straż pożarną,
w której byłem kasjerem, w kooperatywie spółdzielczej, gdzie było
430 członków, byłem prezesem Rady Nadzorczej, przy budowie ko­
ścioła byłem w dozorze, w komisji sanitarnej przy gminie, w radzie
gminnej, w komisji rewizyjnej, w komisji drogowej i w innych. Mi­
mo jednak takiego nawału pracy byłem bardzo szczęśliwy. Do­
prowadziłem swoje gospodarstwo do pewnego normalnego trybu,
wyremontowałem budynki gospodarcze, pobudowałem parkany
nawet murowane. Pozostał mi tylko dom, który się walił, był
obszerny jakiś jeszcze po-dworski budynek, któremu chcę poświęcić
więcej słów, ponieważ on był początkiem mojego bankructwa i dzi­
siejszej biedy. Otóż była to rudera osiemnaście metrów długa i dziesięć
metrów szeroka, całe wiązanie dachu jak i belki były zgniłe, ale m ury
zdawało się możliwe. Majster obliczał, że to będzie kosztowała ta
przeróbka cztery tysiące zł., więc w 1924 roku postanowiłem i dom
przebudować t. j. 1 m etr 50 centymetrów nadbudować go wyżej,
bo był za niski i nakryć dachówką. Otóż jak to się ruszyło i za­
częliśmy rozbierać to się okazało, że i cegła też jest w części ze­
psuta. Jednem słowem, że zamiast 4000 zł. kosztował 9000 zł.
A tu jak na złe, ceny na warzywa zaczęły spadać i go­
spodarstwo już nie dawało takich dochodów jak przedtem. Co
mogłem, to zrobiłem ze swoich pieniędzy, ale to nie starczyło, więc
zacząłem pożyczać i napożyczałem przeszło 3000 zł. od znajomych
tak na słowo bez weksli, ale na krótkie terminy. Więc jesienią
1924 roku trzeba było to poregulować, ano dowiedziałem się, że
jakiś N*** w Warszawie pożycza pieniądze na hipotekę. Więc
myślę sobie, pozałatwiam te drobne długi, będę miał z jednym do
czynienia i pojechałem do niego, owszem powiada mi pożyczy wiele

Pamiętniki chłopów

7

mi potrzeba, ale tylko na hipotekę i żąda 5% miesięcznie. Np coprawda wtedy nie można było taniej dostać, więc zgodziłem się z nim
i umówiliśmy się do hipoteki. Kiedy już przyszliśmy do rejenta,
to on mi powiada, że na wypadek spadku złotego jak np. marki
on sobie stabilizuje tę pożyczkę w dolarach. Ja się trochę zląkłem
i nie wiedziałem co zrobić, ale ponieważ już zrobiłem tyle zachodu,
a nawet i rejent powiada, że niema się czego obawiać, bo złoty
może polecieć jak m arka to dolar zdrożeje, ale i towary zdrożeją
to na jedno wyjdzie. No i ja głupiec zgodziłem się na to, po­
nieważ pożyczałem od niego 4000 zł., doliczyliśmy procent za rok
co uczyniło 2400 zł., więc razem 6400 zł. Przeliczyliśmy na dolary
po 5,18 i tę sumę zabezpieczyliśmy na hipotece. Po roku dolar
zdrożał a produkty rolne jeszcze staniały. Ja nie miałem możności
oddać jemu pieniędzy, tembardziej, że w tym mniej-więcej czasie
Rząd Polski zestabilizował m arki w stosunku złotego i ja pomimo
jaknajskrupulatniej prowadzonych rachunków sołtyskich, zapłaciłem
zgórą 400 zł., a to z tego względu, że nie ogłosili nam, że ta sta­
bilizacja nastąpi i ja zbierałem akurat w tym czasie składkę ogniową
podług starych markowych rozkładów i kiedy zawiozłem kilkadzie­
siąt mil jardów marek do Tow\ Ubezpieczeń Wzajemnych już po
dniu stabilizacji, to oni nie chcieli tego uwzględnić i zrozumieć, że
zbierałem pieniądze podług starego kursu i musiałem zapłacić ze
swej kieszeni 430 zł. Tę tak niewdzięczną służbę sołtyską pełniłem
z górą pięć lat, bo tak czekano na zatwierdzenie samorządu gmin­
nego i starosta nie chciał wyznaczyć nowych wyborów.
Ponieważ nie oddałem N*** pieniędzy, płaciłem mu jakiś czas
procent, ale już od całej sumy i to ze zwyżką dolara, kiedy wiosną
26-go roku dolar doszedł do 13 zł., to ja już i procentów nie miałem
możności płacić. Więc licząc na to, że stanieje, wystawiłem mu
na pewną sumę procentów w dolarach weksel. On wtedy weksel
oddał do protestu i zażądał rejentalnie całej należności. Ja nie
mając wyjścia zmuszony byłem sprzedać cały majątek, nie chcąc
dopuścić do licytacji i oddać mu pieniędzy co uskuteczniłem w sier­
pniu 1926 roku i za te 4000 zł., które od niego pożyczyłem zapła­
ciłem 14.800 zł. (czternaście tysięcy osiemset złotych). Ponieważ
za majątek wziąłem 30.000 zł., (bo ceny na ziemię wtedy były niskie),
więc N*** zabrał mi połowę mojego majątku. Ponieważ bankruc­
two w owe czasy było jeszcze czemś nowem i w oczach i w poję­
ciach ludu, czemś wprost karygodnym, a ja już tym razem byłem
poważny bankrut, więc nie chcąc być pośmiewiskiem ludzi, posta­

8

Województwo Warszawskie

nowiłem przenieść się w inne okolice, gdzie mnie nie znano. Więc
za pozostałe mi pieniądze kupiłem w Błońskim powiecie, a właściwie
wziąłem z parcelacji m ajątku Krze osiemnaście morgów ziemi gołej
bez zbiorów i zabudowań, godząc po 675 zł. morgę. Wpłaciłem dwie
trzecie należności (na jedną trzecią Bank Rolny dał nam pożyczkę
w listach zastawnych), więc po wycofaniu się ze wszystkich prac
społecznych, gdzie pracowałem nawiasem mówiąc z żalem żegnany
przez współpracowników i ludność, przeprowadziłem się ze Starej
Miłosny do Krzów, we wrześniu 1926 roku. Tu mnie znowu czekały
przykre i smutne rzeczy.
Ziemia szykowana do parcelacji nieuprawiana, a tu twarda je­
sień, trzeba było na gwałt jako tako zaorać i choć trochę oziminy
zasiać, no i jakieś choćby prowizoryczne budynki postawić, żeby
się na zimę wprowadzić, bo już rodzinę miałem sporą, pięcioro dzieci
i żonę, więc na to wszystko to jest na konie, na zasiew i budulec
wydałem sporo pieniędzy. Prócz tego żywić rodzinę cały rok z go­
tówki, pochłonęło więcej gotówki, aniżeli ja miałem. Musiałem po­
życzyć pieniędzy na wysokie procenty, bo cztery, a nawet i pięć
procent miesięcznie, a tu jak na złe w 1927 roku ziemia dała bar­
dzo kiepskie zbiory, zapuszczona przez dwór do najwyższego sto­
pnia, nie dała się oszukać, a w pierwszym roku niemożliwie było
wszystkiego zrobić, jak być powinno. Wobec tego wszystkiego
długi zaczęły rosnąć z szaloną szybkością, bo procentów nie mogłem
pokrywać z gospodarstwa, więc z procentów zaczął się tworzyć ka­
pitał, a jeszcze na domiar złego przyjechał instruktor z Grodziska
Mazowieckiego i namówił mnie to jest prawie siłą wmówił we mnie,
ażeby wziąć na wypłat drzewka owocowe i założyć sad handlowy.
I wziąłem dwieście sztuk z Sejmiku Powiatowego w Grodzisku Ma­
zowieckim jesienią 1927 roku a ponieważ była to ta pamiętna zima
z 1927 na 28 rok, że wszystkie drzewka zmarzły, tak, że nic absolutnie
nie zostało, a ja wystawiłem weksle na 750 zł. i prócz tego zapłaciłem
40 zł. gotówką za koszta przewozu, jednem słowem, że pomimo nad­
ludzkich wprost wysiłków tak mi szło to gospodarstwo, że po
trzech latach miałem już z górą 6000 zł. długu, a naprawdę to
może pożyczyłem 1500 zł. a może i to nie, a to reszta to tak sza­
lenie szybko się mnożyły te procenta, że trudno było nastarczyć
obliczać, a co dopiero odpłacać. Ponieważ ziemię już doprowa­
dziłem do należytej kultury i wyprawiłem przez te trzy lata, w roku
1929 zbiory miałem bardzo ładne, ale mimo to widziałem, że sobie
nie dam rady z tymi długami, a już miałem przecież doświadczenie,

Pamiętniki chłopów

9

więc nie chcąc dopuścić do tego, aby mi długi znowu przepoło­
wiły wartość gospodarstwa, postanowiłem sprzedać zawczasu. Więc
podszykowałem wszystko, żeby jaknaj lepiej wyglądało i puściłem do
sprzedania, jakoś nie czekałem długo. Trafił się kupiec i jesienią 1929
roku sprzedałem uzyskując cenę 26.000 zł., prócz długu bankowego
najpierw rozumie się poregulowałem wszystkie długi prywatne, nie
spłaciłem tylko tej pożyczki za drzewka, bo ona była na raty. Za
pozostałe pieniądze kupiłem inne gospodarstwo, również z parcelacji
z tego samego m ajątku nawet większe, bo dwadzieścia jeden mórg
tylko ogromnie zapuszczone i coprawda nie przy samej szosie.
Zapłaciłem 19.000 zł., tysiąc złotych kosztował akt rejentalny prze­
pisania tytułu własności, tak, że nie pozostało mi gotówki, ale i dłu­
gu prywatnego nie zrobiłem. Inwentarz przeprowadziłem z tamtej
gospodarki. Po przeprowadzeniu się na nowe gospodarstwo, po­
stanowiłem sobie już nie pożyczać ani grosza od nikogo, żeby jak
to się mówi najgorzej było. Jednak pomimo największych oszczę­
dności i najdalej idących ostrożności wprost pomimowoli robią się
długi, bo produkty rolne coraz bardziej taniały i nie było, no i tembardziej dziś niema możności pokrywać wszystkich potrzeb i wy­
datków, tak że rozmaite sumy pozostają niewpłacone na czas, czy
to podatków, czy ra t bankowych, czy też innych zobowiązań i przez
to samo dług wzrastał, tak, że po roku jak obhczyłem (bo muszę
powiedzieć, że wprowadziłem w swoim gospodarstwie rachunko­
wość) już miałem tysiąc złotych długu, tak, że się nic nie poży­
czało, a dług się zrobił, więc zacząłem się nad tern zastanawiać, wi­
dząc, że się znajduję w rozpaczliwem położeniu. Co będzie dalej,
jak tak będzie szło, a tu niema widoków ku lepszemu. Zacząłem
kombinować czy nie lepiej byłoby spróbować w inny sposób prze­
żyć ten kryzys, ażeby choć tej reszty m ajątku nie stracić, bo wszak
mam przecież dzieci i mnie czeka starość. Więc po namyśle
postanowiłem gospodarstwo puścić w dzierżawę, a samemu
zarabiać na utrzymanie rodziny i tak zrobiłem. Ziemię wraz
z budynkiem puściłem w dzierżawę za 800 zł. rocznie płatnych zgóry.
To akurat starczało na pokrycie ra t i podatków. Inwentarz żywy
i martwy, jak również zbiory sprzedałem i znowu oddałem, gdzie
byłem co winien. Pozostało mi 1800 zł. Narazie miałem dostać
posadę ogrodnika w Warszawie, a te pieniądze miałem złożyć, jako
kaucję, ale ponieważ nie mogłem na termin umówiony zebrać go­
tówki, tam wzięli kogo innego, ja zaś zostałem jak to się mówi
na koszu, nie mając nic podobnego. Więc aby żyć z gotówki ku­

10

Województwo Warszawskie

piłem dozorstwo w Warszawie za 1850 zł. i od pierwszego stycznia
1930 roku wyprowadziłem się do Warszawy. Pensji tam było
125 zł. miesięcznie. Liczyłem na to, że jeszcze się gdzieś coś do
tego zarobi i będzie się żyć. Jakoś zaraz w styczniu coprawda za
protekcją dostałem pracę w fabryce „Rygowar” na Pradze (obuwie
gumowe). Zarabiałem pięć zł. dziennie to już jedno z drugiem
starczało na utrzymanie rodziny. Ale niestety wskutek małego
zbytu na wyroby fabryka stanęła 12 maja i razem ze wszyst­
kimi zwolniono i mnie i już żadnej roboty dostać nie mogłem, bo
następował coraz większy zastój. Z dozorstwa nie mogłem wyżywić
i przyodziać rodziny. Zacząłem kombinować jeszcze co innego
i w sierpniu sprzedałem to dozorstwo a kupiłem sklep na Targówku.
Na dozorstwie trochę zarobiłem, bo wziąłem 2200 zł., za sklep
z urządzeniem i mieszkaniem zapłaciłem 1550 zł., za resztę gotówki
wstawiłem towar i zacząłem handlować. I tak szło do pierwszego
stycznia 1931 roku, wtedy mój dzierżawca zamiast mnie wpłacić
800 zł. tenuty dzierżawnej, to on mnie zawiadomił, że się wypro­
wadza z mojego gospodarstwa. Narazie nie mogłem dostać innego
dzierżawcy, gospodarstwo przecież nie mogło zostać bez opieki,
więc zmuszony byłem sklep zlikwidować i z powrotem przepro­
wadzić się na gospodarstwo, na sklepie znowu straciłem dużo pie­
niędzy, bo sklepy już o 50% staniały, a prócz tego dawało się na
kredyt, więc za sklep wziąłem 850 zł. i na książce zostało u ludzi
około 300 zł., których do dzisiaj nie odebrałem i prawdopodobnie
nie odbiorę. Po uregulowaniu podatków za sklep i kosztów prze­
prowadzki pozostało mi około tysiąca zł. i z tern zacząłem na nowo
gospodarować, kupiłem najpierw krowę, konia z wozem i zboża
na chleb i na zasiew, ale na narzędzia rolnicze już nie starczyło,
pług mi został, bo dzierżawca też nie miał pługu, więc prosił, żeby
mu zostawić, bronę i wialnię to sam sobie zrobiłem i wiele innych
drobiazgów ale sprężynówki i sieczkarni do dzisiaj nie mam i nie
mam możności kupić.
Po powrocie z W arszawy myśląc sobie, że może ja nie umiem go­
spodarować (pomimo to, że w swoim czasie dostawałem pierwsze
nagrody za hodowlę inwentarza na wystawach rolniczych, jak rów­
nież dostałem list pochwalny od C. T. R. i K. R. za wzorową uprawę
ziemi w roku 1929), oddałem swoje gospodarstwo pod nadzór re­
jonowego instruktora rolnego z Grodziska i dostosowując się do jego
rad i wskazówek wspólnemi siłami staraliśmy się zwiększyć do­
chody z gospodarstwa, mimo to jednak niema wprost możności

Pamiętniki chłopów

11

i mogę śmiało powiedzieć niema dziś mądrego, ażeby mógł pokryć
rozchody dochodami z gospodarstwa, czy to małorolne, czy
nawet większe to z małą różnicą, bo jak większe gospodarstwo to
i rozchody większe.
I znów gospodaruję, a właściwie męczę się te dwa lata na tym
kawałku zienli, dzieci mam już sześcioro, dwie córki i czterech sy­
nów, najstarsza ma lat szesnaście, najmłodszy ma rok, ja z żoną
to razem osiem osób do wyżywienia i przykrycia, troje chodzi do
szkoły i na nich jest poważny wydatek, bo trzeba je jako tako przy­
kryć i obuć, a to książki i zeszyty i wiele wiele innych wydatków
domowych, bo co nam potrzeba kupić to trzeba płacić drogo, a za
nasze produkty, to jest zboże, warzywo i okopowe, jak również drób
bierze się grosze, a wiele jeszcze jest wypadków, jak naprzykład
teraz w naszej okolicy panuje jakaś zaraza świń i drobiu i mnie
w tych dniach wyzdychało całe stado gęsi, na które się liczyło, że
na Boże Narodzenie się je sprzeda i coś się za nie załatwi.
Obecnie inwentarza posiadam mało bo nie mam za co kupić,
mam jedną krowę, cielaka, jednego konia (a przydałoby się dwa)
dwoje świń i około trzydziestu sztuk kur i kaczek, ale nie wiem,
jak to długo będzie żyć, bo jak się zaraza zakradnie to trudno ją
wytępić.
Otóż jak powiedziałem z dochodów jakie daje gospodarstwo
trudno pokryć drobnych rozchodów na dom, a co mówić o ratach
bankowych i podatkach, a prócz tego jeszcze i procenta są do re­
gulowania, choć to dziś już nikt dużego procentu nie żąda, ale i m a­
łego niema z czego zapłacić, dziś każdy rolnik stara się uczyć wszyst­
kiego, a właściwie to go bieda uczy i robi sobie sam wszystko, do
kowala jedzie z jakąś robotą, jak już sam nie może zrobić i już
nijak się nie może obejść bez tego, stare kapoty wyciąga z kątów,
gdzie już po kilka lat leżały i przeszywa i łata sam w domu jak
może, bo nawet na krawca te parę groszy niema, buty jak się psu­
ją to sam jak może zeszywa zbija gwoździami, bo nowych nie może
kupić, bo i na reperację starych niema. Połowa ludności na wsi żyje
przeważnie kompotem kartoflanym i to z postem, a druga połowa
to sobie niby krasi, ale jak ano pół kilograma słoniny na tydzień
kupuje, a swojego wieprzaka, żeby sobie ktoś zabił, jak to dawniej
bywało to się wcale nié słyszy, ażeby ktoś sobie na taki zbytek po­
zwolił, a co do mleka to aż przykro mówić, że to niby powiadają,
że chłop na wsi to ma wszystko swoje, no i mleko też, ale niestety
na wsi nikt sobie nie pozwoli zjadać, albo przynajmniej dziecko

12

Województwo Warszawskie

poczęstować mlekiem i nieraz, aż człowiekowi markotno, niejedna
m atka ze łzami w oczach musi odmówić proszącemu dziecku tej
kropli mleka, bo na sól i zapałki trzeba uzbierać, a przecież wie­
czory teraz są długie, trzebaby coś zrobić, dzieci lekcję muszą od­
robić więc i nafty trzeba kupić, a to wszystko takie drogie, dwa kilo
soli, 1V2 litra nafty i zapałki to już dwa złote na tydzień, a na te
dwa złote kilo masła trzebaby sprzedać, a czy się go uzbiera czy
krowy dadzą tyle?
Teraz na jesieni to jeszcze jako tako ludzie się starają co kto
może wyciąga sprzedaje i chociaż niesolonego nie je, ale na przed­
nówku znam w m ojej okolicy (nie chcę wymieniać ich nazwiska), któ­
rzy całemi tygodniami jedli bez soli, więc można sobie wyobrazić,
jakiż to obraz nędzy musi być tam, gdzie już soli niema zaco kupić.
Ja ze swoją rodziną jeszcze chwała Bogu nie jadłem bez soli,
ale nieokraszone to już wiele razy.
Zabudowania moje składają się z jednego tylko budynku, to
jest stodoły, w jednym sąsieku zrobione jest mieszkanie tak pro­
wizorycznie i zdawało się na tymczasem, a tu jednak czas coraz
trudniejszy, niema mowy o pobudowaniu domu i nie wiem jak
jeszcze długo będziemy musieli marznąć w tej prowizorycznej izbie,
na oborę i stajnię też do tej stodoły jest przylepiona szopa z gliny
i tam się cały inwentarz mieści, smutno się przedstawia całość, bo
nawet płotu niema możności postawić, bo robotę to bym sam wy­
konał, ale m aterjał trzeba kupić, a tu niema zaco. Z narzędzi rol­
niczych mam pług, bronę, pogłębiacz, radło, znacznik „jordana” do
kartofli i buraków, potrzebne mi są koniecznie sprężynówka, siecz­
karnia i waga, jak również przydałaby się młockarnia, kierat i siewnik. Ziemia moja mogę powiedzieć jest w dobrej kulturze, w ostat­
nich czasach poodnawiałem stare rowy i w niektórych miejscach
wykopałem nowe, wykopałem również dosyć dużą sadzawkę przy
domu, a glinę rozwiozłem na piasczystą ziemię, zastosowałem w całem gospodarstwie (rozumie się podług wskazówek instruktora)
odpowiedni płodozmian, czyli tak zwaną czteropolówkę, stosuję na­
wozy sztuczne z bardzo dobremi skutkami, ale to wszystko dziś
na niewiele się przyda.
Dzięki temu, że żona moja potrafi robić płótno samodziałowe,
a córki jej w tym pomagają, więc siejemy len i kobiety same go
moczą, międlą, przędą i wyrabiają płótno, wobec czego chociaż bie­
lizny nam nie brak, gdyby było zaco owiec kupić to możnaby i wełniaki robić na ubrania i skóryby były na kożuchy, bo już hodo­

Pamiętniki chłopów

13

wałem owce w swoim czasie i wiem co one są warte w gospodar­
stwie, ale choćby ze dwoje na nasienie niema zaco kupić tembardziej, że w tej okolicy ludzie nie chowają owiec i trzebaby po nie
gdzieś jecbać dalej. Ja zaś zimową porą poza młócką ręczną i innemi robotami codziennemi robię okna inspektowe (bo choć na
małą skalę, ale jeszcze prowadzę warzywnictwo), reperuję i uzupeł­
niam wszelki sprzęt w gospodarstwie, bo mogę powiedzieć, że
wszystko znam potrochu, stolarstwo, ciesielstwo, ślusarstwo, kowal­
stwo, a dziś się nawet nauczyłem szewctwa i krawiectwa, więc ro­
boty jest zawsze dosyć, tak, że mogę powiedzieć, że zimą i latem
pracuje szesnaście i osiemnaście godzin na dobę. Co do prac spo­
łecznych nie chcę się już dzisiaj niczemu udzielać, dostałem takiego
zniechęcenia, że nawet aż się żyć nie chce, mimo jednak niechęci
z mojej strony wybrano mnie w roku 1928 na prezesa Kasy Gmin­
nej Pożyczkowo - Oszczędnościowej, gdzie pracowałem do wyjazdu
do Warszawy, obecnie wybrano mnie do Rady Gromadzkiej i po­
stawiono moją kandydaturę do Rady Gminnej i tu gorsza sprawa,
bo nie wolno odmówić.
Co do obdłużenia mojego gospodarstwa to aż włosy dęba stają
jak sobie pomyślę, bo już mam dosyć doświadczenia co to są długi,
otóż w Państwowym Banku Rolnym winien jestem 5.400 zł., w Ka­
sie Komunalnej w Grodzisku za drzewka 700 zł., w Kasie Gm. 400 zł.
i prywatnych około 800 zł.
Procentu teraz już nie płacę większego jak jeden na miesiąc, ale
i tego niema z czego pokryć, a co mówić o kapitale.
Go do leczenia w razie choroby to jak kto zachoruje to sobie
i choruje, chyba, że przyjdzie jaka sąsiadka i poradzi jakoś tam
znachor ją zażegnanie lub coś podobnego, a już w najlepszym wy­
padku, jak się ktoś trafi taki co ma trochę pojęcie o ziołach to
jest tysiączniku, rumianku, mięcie i tym podobnym, a jeżeli za­
choruje taki co zarabia na całą rodzinę to jest główna siła w gospo­
darstwie, a choroba się przeciąga, to wtedy wyciągają ostatnią cza­
sami ćwiartkę żyta, która była zachowana na chleb na Boże Naro­
dzenie, lub Wielkanoc i wiezie się do miasta wraz z chorym, żyto
się sprzedaje i chorego się prowadzi do lekarza, a jeżeli kogoś ząb
zaboli i nie może wytrzymać, a ząb nie da się zatruć esencją octową
to mu sąsiad lub ktoś z rodziny stara się go wyrwać obcęgami. (
Wiele, wiele jest takich rodzin co chleb pieką tylko w żniwa
zaraz z nowego, a później tylko na wielkie święta to jest cztery lub

14

Województwo Warszawskie

pięć razy na rok, a dziecku do szkoły zamiast kawałka chleba da­
je m atka parę kartofli pieczonych, o cukrze to szkoda mówić, nie­
którzy to jeszcze sobie pozwolą na jakieś wielkie święto kupić
choć ćwierć kilo, a większość jest takich, którzy zupełnie zapomnie­
li, jaki to cukier ma smak, jednem słowem źle jest na wsi, bardzo
źle. A już najgorzej to jest właśnie na parcelacjach i po scaleniu
gruntów, bo nikt przecież nie przewidywał, że dojdzie do tego sto­
pnia co doszło i każdy zaciągał różne pożyczki byleby jaknajwiększy
kawałek ziemi kupić i gdyby się nie zmieniło tylko było dziś tak,
jak wtedy kiedy brał ziemię, to wszyscyby już byli bez długów,
bo każdy się obliczał co może wytrzymać, a tak to jak jest, otóż
w mojej okobcy jest około pięćdziesiąt gospodarstw z parcelacji
z jednego m ajątku i prawie wszyscy znajdują się w takich w arun­
kach, że np. ma dziesięć hektarów t. j. osiemnaście morgów ziemi
i na niej ma 20.000 zł. długu i nawet i połowy budynków niema
jakie mu są potrzebne i ma jedną krowę, najwyżej dwie, a są tacy
co i jednej nie mają. Są tacy co już sprzedali i nic im nie pozo­
stało, są tacy co sprzedali połowę, ale niestety i na tej drugiej po­
łowie jeszcze m ają więcej długu, aniżeli ziemia dziś warta, wielu
jest takich, którzy już tylko na włosku wisieli, bo już komornik
się niemi opiekował, ale dzięki wstrzymaniu egzekucji i licytacji
przez rząd trochę narazie odetchnęli, ale na jak długo niewiadomo.
Są jednak i na wsi pewne wyjątki, którym się świetnie powodzi
i w naszej okolicy jest parę takich pijawek, którzy na wyżej wy­
mienionej biedzie porobili majątki, np. siedem lat temu taki pasorzyt miał 500 zł. gotówki i zaczął ją pożyczać na 5% później
na 4% i tak potrafił temi pieniędzmi obracać, że kupił sobie kilka­
naście morgów ziemi i jeszcze mają kilkanaście tysięcy złotych go­
tówki na pożyczkach, pożyczyłem i ja od jednego z nich w swoim
czasie 200 zł. i płaciłem mu po pięć od sta miesięcznie, to jak po­
wiedzmy dziesiątego przeszedł miesiąc, jak mu zapłaciłem ostatni
procent i ja mu nie odniosłem dziesięciu zł. to na drugi dzień przy­
chodzi syn owych państwa i woła, żeby mu dać dziesięć zł., ja nie
mam pieniędzy, więc go proszę, mój kochany przeproś rodziców, że
ja nie mogę dziś oddać, ale się postaram i wkrótce odeślę, to on
najzwyczajniej siada sobie na stołku i powiada, że matka mu po­
wiedziała, żeby do domu bez pieniędzy nie przychodził tylko żeby
siedział, aż ja mu oddam te dziesięć zł., no i on będzie siedział,
więc aby się pozbyć musiałem iść do sąsiadów pożyczyć 'dziesięć
zł* i wyprawić go z domu, otóż tacy panowie mają dziś po kilka­

Pamiętniki chłopów

15

naście spraw w Sądzie Rozjemczym i w dalszym ciągu kombinują
jakby się dało ludzi wyzyskiwać, ale im się trochę urwało.
Przyczyną obecnego kryzysu według mojego zdania jest, to że
nie mieliśmy od początku państwa polskiego normalnego pieniądza
obrotowego i przechodziliśmy najrozmaitsze załamania czy to wzwyż
czy w dół i na każdem takiem załamaniu ucierpiała pewna warstwa
społeczeństwa i jeżelibyśmy przechodzili jedno załamanie to tylko
by ucierpiała pewna cześć społeczeństwa toby się nie dało nawet
odczuć na ogóle, ale ponieważ przechodziliśmy cały szereg takich
załamań i każde załamanie uderzyło w inną część społeczeństwa
przez to choć nie jednocześnie, ale szybko jedno po drugim i ucier­
piało całe społeczeństwo, a najgorzej ucierpiało rolnictwo, bo w rol­
nictwo właśnie było wystosowanych kilka uderzeń bardzo poważ­
nych, bo w swoim czasie kiedy rolnicy jeszcze stali możliwie, a za­
czął się chwiać przemysł i fabrykanci, to ci ostatni ponieważ m ają
związki zaczęli robić hałas i zaczęli interwenjować do rządu, rząd
zaś przychylając się do ich prośby porobił pewne zarządzenia, aby
przyjść z pomocą przemysłowi, ulżył im w podatkach, a przycisnął
śrubę podatkową na rolników i aby obniżyć ceny na artykuły pierw­
szej potrzeby to jest artykuły spożywcze licząc na to, że robotnik
fabryczny wtedy będzie mógł taniej pracować w fabryce, sprowadzał
zboże i tłuszcze z zagranicy konkurując na rynku krajowym z rol­
nikami i zdawało się rządowi, że popierając w ten sposób prze­
mysł przyjdzie krajowi z pomocą, a tymczasem to odniosło wręcz
przeciwny skutek, bo rząd zadużo wprowadził do kraju produktów
rolniczych, ceny na te produkty spadły do minimum, a rolnictwo
przestało się opłacać, rolnik zaczął bankrutować i przestał nabywać
wytwory fabryczne.
No i cóż z tego, że magazyny fabryczne zawalone są dzisiaj róż­
nym wytworem fabrycznym, a niema na nie zbytu, bo główny od­
biorca tych rzeczy rolnik niema pieniędzy, jest zbankrutowany i nie­
prędko jeszcze będzie mógł te rzeczy kupować, a przemysł polski mo­
że liczyć tylko na zbyt krajowy, bo z zagranicą nijak konkurencji nie
wytrzyma, bo to co u nas kosztuje złotówkę to zagranicą zrobią za
40 groszy. A więc daleko lepiej byłby rząd polski zrobił, gdyby
był więcej otoczył opieką rolników, bo Polska jako kraj rolniczy
może tylko produktami rolniczemi konkurować z zagranicą, a były
czasy kiedy na te produkty był dobry zbyt u naszych sąsiadów
i trzeba było wtedy sprzedawać, a nie kupować i dziś nie byłoby tego
ogólnego zastoju, i dziś jest źle, jest gorzej, aniżeli się spodziewają

16

Województwo Warszawskie

najlepsi politycy, bo najgorszą rzeczą to jest to, że społeczeństwo,
a przeważnie ludność prowincjonalna zaczyna być bierną, po­
pada jakby w sen letargiczny, przestaje reagować na wszystko,
obojętna jest czy tam dostanie jeszcze jedno uderzenie więcej czy
mniej i tu możnaby zastosować te poetyczne słowa „Niczem Sybir
niczem knuty, niczem śmierć pod gradem kul, lecz najgorszy lud
zatruty to jest bólem bólów bór’, boć lud nasz jest dziś chory, jest
jakby zatruty, podobny jest do człowieka, który ugrzązł w trzęsawis­
ku i pokąd miał siły, pokąd miał nadzieję, że się wyratuje to się rwał,
starał się za wszelką cenę wyratować dobywać ostatnich sił licząc
na to, że może ktoś mu przyjdzie z pomocą i wtedy przy małej po­
mocy możnaby go stam tąd wyratować, ale kiedy już stracił siły,
stracił nadzieję wszelką i wreszcie stracił przytomność to już trzeba
nadzwyczajnego wysiłku, aby go wyciągnąć, bo on już przestał re­
agować, w podobnym stanie właśnie znajduje się ludność wiejska,
a to j e s t z ł o t y l u d , on cierpi i milczy i umrze, a nie będzie się
skarżył, a Rząd Polski wprost nie zdaje sobie sprawy z tego jakiego
to ma współprzymierzeńca w tym ludzie i słusznie się mówi, że rolnik
to jest fundament kraju, a jak dobry inżynier chce budować kamie­
nicę to musi wiedzieć z czego się składa fundament i jaki on jest,
to jest musi go znać. Tak i rząd polski jeżeli chce budować gmach
Państwa Polskiego to musi koniecznie poznać jego fundament, musi
koniecznie poznać tą wieś polską, musi wiedzieć co ma a co jej
brak, musi nawet wiedzieć co jej dolega co ją smuci co cieszy
i z chwilą kiedy to nastąpi to będziemy spokojni o losy kraju, bo
wtedy dobrobyt dla wszystkich sam przyjdzie.
Jedyną drogą do pobudzenia ludu z tej m artwoty i jedyną
drogą ratunku może być tylko jakiś wstrząsający i radykalny krok
ku lepszemu ze strony rządu, wszystkie półśrodki mogą tylko chwi­
lowo powstrzymywać ostatnią ruinę, ale radykalny środek jest tylko
jeden (według mego zdania), a mianowicie, aby Rząd Polski wycofał
się z handlu i aby zniósł monopole, a handel oddał w ręce pry­
watnych handlowców i wytwórców (bezwarunkowo tylko polaków)
a zamiast zysków jakie ma dziś z monopoli obciążyć te artykuły
choćby większym podatkiem, jednak takim, aby te artykuły odrazu
mogły stanieć, wtedy wyłoni się konkurencja, a handlowców w Pol­
sce mamy dużo, którzy taniej będą potrafili wyprodukować te ar­
tykuły, jak to dziś kosztuje Rząd, wtedy zacznie się ruch i obrót,
wtedy zrównoważą się ceny artykułów rolniczych z artykułami fabrycznemi, rolnictwo przezto zacznie się podnosić, a za rolnictwem

Pamiętniki chłopów

17

zacznie się podnosić i przemysł, ale ta ofiara ze strony Rządu musi
nastąpić szybko to jest zaraz nie zwlekając, bo może być zapóźno,
bo wcześniej czy później to Rząd to zrobi wprost musi zrobić, bo
tylko wtedy kraj może dobrze egzystować, jeżeli Rząd będzie pil­
nował tylko rządów, a nie handlu, prócz tego i Rząd musi się za­
stosować do tego przemądrego przysłowia (Pamiętaj rozchodzie żyj
z dochodem w zgodzie), musi poznać w jakich warunkach znajdują
się płatnicy podatkowi i co z nich można dostać to jest co oni
mogą zapłacić (bo z próżnego i Salomon nie nalał), a takie wy­
ciskanie ostatniego grosza to do niczego dobrego nie prowadzi, bo
to się nazywa, że to się żyje tylko aby dziś nie oglądając się co będzie
jutro, a przecież jutro też musimy żyć i podług dochodów zasto­
sować rozchody. Trudno, źle jest w kraju, musimy cierpieć wszyscy
i wszyscy spólnemi siłami wziąć się do naprawienia tego zła.
A więc jak powiedziałem tylko rząd jest w stanie zapoczątko­
wać to wielkie dzieło przez natychmiastowe zniesienie monopoli, bo
jak będzie zwlekał i zrobi to zapóźno to będzie źle i możte zrobić
tak, jak powiada polskie przysłowie, m ądry polak po szkodzie, wtedy
stajnię zamknie, jak mu konia wezmą.
A więc Kochani Panowie, którzy stoicie u steru zechciejcie usły­
szeć ten głos i zrozumieć go, którym woła do was dziś Polska do
czynu póki nie jest jeszcze zapóźno, bo i tak zabrnęliśmy daleko
i poprawa nie nastąpi tak prędko, bo miesięcy całych trzeba, aby
kraj upadł, ale lat trzeba, aby się podniósł^
P. S. Szanowni Panowie!
Bardzo przepraszam, że może zadługa jest ta moja bazgranina,
ale chcąc choć pobieżnie zobrazować mój życiorys musiałem choćby
ważniejsze momenty z mego życia wpisać i może nawet lżej mi jest
na sercu, że jest ktoś taki kogo zainteresował los biedującego dziś
rolnika i między innemi i mój, i ja, który przy świetnej początkowo
karjerze mego życia rokowałem sobie przynajmniej względny do­
brobyt na starość, jeżeli jej doczekam, a jak dotąd doczekałem biedy
i mogę powiedzieć, że dużo pieniędzy już zarobiłęm w swoim ży­
ciu, ale trzy czwarte tego zabrali różne pasorzyty.
Dn. 27 listopada 1933 r.

\

2 Pamiętniki chłopów.

Pam iętnik Nr. 2

G o sp o d a rz
c z te rn a sto m o r g o wy
w
pow .
w a r s z a w s k im

Ojciec mój zaczął gospodarowanie na czternastu morgach ziemi
z pastwiskiem, lasem i t. p. w roku 1911.
Na początku gospodarowanie nie było łatwe z powodu wzno­
szenia budynków gospodarskich, jak stodoła i obora, oraz spłata ro­
dzinna z powyższego gospodarstwa w wysokości 2000 rubli wyno­
sząca.
To też gdy ojciec wziął za swoją żoną 1200 rubli, to do całko­
witej spłaty musiał zrobić wielki dług na owe czasy wynoszący
800 rubli. Ten dług został spłacony w dwu latach, z tego powodu, że
dochodowość gospodarstwa była nie taka jak jest dziś. To też nic
dziwnego, że chociaż spłaty i wszelkie długi były ciężkie, to jednak
w tak ustabilizowanym czasie nie były beznadziejne. Po spłacie ro­
dzinnej przyszła kolej na budowanie stodoły i obory, tu znowu trza
było dokonać wysiłku, dla pokonania trudności, które piętrzyły się
przed budową, jak brak budulca, brak pieniędzy na m aterjał i ro­
botnika, a trzeba zrozumieć że dopiero gospodarstwo otrząsnęło z sie­
bie dług zaciągnięty na spłatę rodzinną. Pożyczać pieniędzy na bu­
dowę i płacenie procentu nie kalkulowało się i chociaż procenty nie
były lichwiarskie bo tylko 10% rocznie od sta, pożyczka nie została
zaciągnięta. Tu ojciec zaczął stosować samowystarczalność i tak
drzewo na budynki zostało przywiezione z lasu swojego i ojciec przy­
stąpił do budowy. W tym czasie sprzedano z gospodarstwa jeden
stóg siana za 40 rb. i wieprza za 80 rubli i to starczyło na pewne materjały do wyżej budowanych budynków. Czyli że na początku za­
gospodarowania były okropne trudności, które zostały jednak zwy­
cięsko pokonane.

Pamiętniki chłopów

19

Po dokonaniu powyższych rzeczy w gospodarstwie mojego ojca,
wybuchła wojna światowa, która pochłonęła ojca. Teraz dopiero się
zaczął okres krytyczny dla gospodarstwa, trzeba było zgodzić słu­
żącego do pracy w gospodarstwie. Straty w gospodarstwie w tym
okresie były na porządku dziennym i tak w czasie postoju wojsk nie­
mieckich zabrano dwa stogi siana, trzydzieści korcy owsa, trzy świni
dużych, kożuch nowy, słomę i t. d. zostało tylko to, co zostało po­
chowane, słowem prawie cały zbiór i hodowla z jednego roku została
zniszczona przez wojska rosyjsko-niemieckie. Takie to było przej­
ście wsi w czasie zawieruchy wojny światowej.
Po wojnie zaczęto znowu przyprowadzać wszystko do porządku
a szczególnie z zaraniem niepodległości Polski.
Na wsi zaczął się ruch kupna ziemi, ażeby powiększyć swoje
gospodarstwa, powściągliwość do kupna ziemi była wielka ze wzglę­
du na dobrą rentowność w owym czasie, oraz przed wojną, chociaż
trochę spadek m arki polskiej temu zaszkodził.
Później trochę, bo w okresie nastania złotego polskiego a szcze­
gólnie w początku roku 1925/6 zaczął się na nowo szał do ziemi. Lu­
dzie poprostu woleli się żaograniczyć do najmniejszego stopnia egzy­
stencji życiowej aby dokupić kawał ziemi (szczególnie od dwora)
dla siebie, dla swoich dzieci, ażeby dać im w przyszłości większy
warsztat pracy rolnej. To też niektórzy zapożyczali się nad stan i pła­
tali szalenie lichwiarskie procenty, jak naprzykład 10 miesięcznie
(100% rocznie).
W gospodarstwie mojego ójca na początku 1926 roku kupiono
dwa morgi ziemi od bliskiego dworu za cenę 2400 złotych, które to
pieniądze w połowie zostały pożyczone na 72% w stosunku rocz­
nym, chociaż płaciło się tak duże procenty, to jednak kupno po­
wyższe wypadło jaknajlepiej, bo na wiosnę 1926/7 na jesieni za
same ziemniaki, których było na dwuch morgach 18Ó metrów, utargowaliśmy 1800 złotych (przeciętnie dziesięć złotych za m etr), które
prawie pokryły cenę kupna owych dwuch mórg.
Na końcu 1927 roku znowu kupiliśmy jeden mórg ziemi, za którą
¡zapłacono już 2400 (ziemia onczas mocno podrożała) i chociaż ta
cena była bardzo wysoka to jednak jeszcze było można kupować
ziemie, chociażby po takiej wysokiej cenie, bo ziemia w tym czasie
dawała opłacalność. I nie licząc ziemi kupionej w 1926 r. już na
początku 1929 roku za mórg kupiony w 1927 r. dług został spła■cony całkowicie, chociaż procenty płacone były od długu po 5%
w stosunku miesięcznym.

20

Województwo Warszawskie

W marcu 1929 roku zaczęło się nieszczęście dla naszej gospo­
darki, bo w tym czasie kupiliśmy dwa i pół morgi po 2700 złotych
za mórg czyli ogółem zapłaciliśmy 6750 złotych + koszta rejentalne
675 zł. czyli razem zapłaciliśmy 7425 złotych, na którą to sumę do­
staliśmy 3000 zł. tytułem spłaty rodzinnej, reszta zaś była pożyczona
na 3% miesięcznie, z nadzieją spłaty długów powyższych w niedłu­
gim czasie. Aż tu bomba pękła, przyszedł zaraz po ukończeniu for­
malności kupna i po osiągnięciu pożyczek, straszny w swych skutkach
dla rolników kryzys. Teraz dopiero stała się depresja szczególnie
dla tych, którzy pozaciągali przed nadejściem kryzysu pożyczki. T ak
też było u nas w gospodarstwie mojego ojca. Straszne rzeczy 4750 zł.
długu, to śmierć w czasie kryzysu. Ale trudno nie trzeba się podda­
wać desperacji, tak też zrobiliśmy i my, a więc zaczęliśmy łudzić się
nadzieją, że może po zbiorze 1930 r. ceny się poprawią, to się sporo
długu odda, a więc pozostała nadzieja i to dobre. Tymczasem wzięli­
śmy się za uspokojenie procentów, które rosły jak na drożdżach*
a więc pamiętam jak na początku przesilenia w rolnictwie, były
jeszcze ceny na świnie, więc sprzedaliśmy czterech tuczników za
które wzięliśmy 800 złotych, a było to na wiosnę 1930 roku, czyli
upłynął już rok od chwili pożyczania pieniędzy. Więc po upływie,
tego roku narosło samego procentu około 1500 złotych, (mieliśmy
trochę rabatu ze strony wierzycieli w procencie), a więc na pokrycie
tego procentu całe 800 złotych wziętych za tuczniki wylazło na po­
krycie tego procentu i o dziwo brakło do całkowitego załatwienia tej
sprawy 700 złotych, które częściowo zostały pokryte ze sprzedaży
zboża, oraz zamienienie procentu w kapitał. Skutki tego haraczu
procentowego były straszne w naszem gospodarstwie, bo proszę so­
bie wyobrazić po sprzedaniu tuczników musieliśmy jeszcze prawie
wysprzedać wszystko zboże przez nas posiadane aby utargować 450*
złotych do brakującej sumy procentu. Otóż w takich warunkach,
w których lichwiarze wysysah najbardziej soki żywotne z gospodar­
stwa, cóż pozostało dla siebie w gospodarstwie na elementarne po­
trzeby domowe, na podatki, na spłatę długów, na konserwacje go­
spodarstwa i t. d„ poprostu nic — nic, słowem wytworzyła się sytu­
acja bez wyjścia, zaczął się szerzyć upadek gospodarstwa, zaczęła,
się wciskać nędza, a to wszystko przez spadek cen na zboże i wyso­
kie lichwiarskie procenty.
Otóż wobec tak wytworzonych szalenie trudnych warunków^
w gospodarstwie ojca, zaczęliśmy wszyscy przemyśliwać nad tem
ażeby procent od kapitału był nie taki wysoki, ażeby przemienia

Pamiętniki chłopów

21

pożyczki lichwiarskie na bankowe i t. p. co w części się nam udało
bo w tym samym roku to jest 1930 udzielono nam pożyczki z Kasy
Komunalnej powiatu Warszawskiego w sumie 2000 złotych, które
to zostały zużyte na spłatę długów hchwiarskich, chociaż w części.
Tu trzeba zaznaczyć, że pieniądze pożyczone z Kasy Komunalnej
wzięte zostały na 15% w stosunku rocznym od sta* To też jak na
ówczesne warunki w 30 roku zdawało się że powyższy procent jest
bardzo mały. Po otrzymaniu pożyczki ż Kasy Komunalnej, zdawało
się że już teraz prędzej będzie można poradzić z długiem, bo już
prawie połowę długu mamy przynajmniej, chociaż już na nie­
mały to przynajmniej średni procent. Jednak było to złudzenie, bo
Kasa Komunalna, która z kosztami pobierała prawie 1V2% miesięcz­
nie, naciskała na punktualność wpłaty co trzy miesiące równych rat
długu, oraz procentów, w przeciwnym razie chociaż w parę dni po
terminie nakładała grzywny, koszta i t. p. co w rezultacie podrożało
pożyczkę.
Tymczasem przyszedł rok 1931, zboże potaniało jeszcze bardziej,
a co gorsza spadły do 70 gr. za kg. żywej wagi świnie, oraz krowy,
konie i t. d.* co razem wytworzyło jeszcze gorszą sytuaćję w naszem
gospodarstwie. Tu trza było myśleć o obniżce procentów od kapitału
wierzycieli prywatnych, co po dłuższych pertraktacjach udało się
nam zniżyć procenta do 2% miesięcznie, jednak i to nie pomogło, bo
zważywszy że i tak procent chociaż po zaciągnięciu pożyczki w Ka­
sie Kom. oraz po zmniejszeniu prywatnego wynosił rocznie prze­
szło 1000 zł., wartości prawie niezłych dziesięciu tuczników
lub stu korćy owsa, a w gospodarstwie było w tym roku najwyżej
35 korcy. W takich warunkach nie było można opłacić podatków
i załatwić potrzeby domowe, stanęliśmy nad niewypłacalnością, więc
rada w radę postanowiliśmy sprzedać jeden mórg ziemi, tak też
zrobiliśmy. Otóż za ten mórg ziemi, który w 1929 roku kosztował
nas 2700 złotych, sprzedaliśmy w roku 1931 r. za cenę 1900 złotych
czyli mniej o 800 złotych. Po sprzedaniu owego morga trochę odet­
chnęliśmy, a więc oddaliśmy owe 1900 złotych do wierzycieli prywat­
nych, z nadzieją uwolnienia się od haraczu procentowego A więc do­
brze, pozostało nam z podatkami 3000 tysiące złotych długu. Więc te­
raz może da się wybrnąć z tego położenia, może da się nam zmniej­
szyć procenty od długu, może się jakoś zrobi. Lecz to było tylko złu­
dzenie, warunki bytu stawały się coraz trudniejsze, pamiętam jak to
po sprzedaniu tej ziemi, żal nam było trochę z tej racji, że może wa­
runki się poprawią to się byśmy wylądowali. Lecz po pewnym czasie

22

Województwo Warszawskie

spostrzegliśmy, że sprzedaż owego morga była dla nas błogosławień­
stwem, a to z tej racji, że spadek cen ziemi, ale i płodów rolnych posu­
wał się stale. Lecz nie posuwała się ku spadkowi cen stopa procento­
wa, nie było spadku cen w produktach przemysłowych potrzebnych
do egzystencji życiowych; W domu zapanowało przygnębienie, nie
było chęci do pracy bezcelowej, która jest bezowocna, która poprostu
staje się przekleństwem. Czekaliśmy lepszych czasów. Nadszedł czas
pożniwny w roku 1932, okres w którym zaznaczył się dalszy spadek
cen płodów rolnych, który z porównaniem 1931 r. zaznaczył się
0 jakieś 40% przedewszystkiem na zboża, bo co do trzody, to trzoda
utrzym ała się na cenie 31 roku, zaś krowy i konie spadły o taki sam
procent ja k zboża,
W tym czasie zaszły pewne zmiany stopy procentowej i tak wie­
rzyciele długów prywatnych, pomni na nieopłacalność gospodarstw,
obniżyli procent 1% miesięcznie, co było wielką ulgą dla dłużników.
Po obniżeniu procentu przez wierzycieli prywatnych, pozostał tylko
u nas w gospodarstwie dług na najwyższem oprocentowaniu w Ka­
sie Komunalnej na wysokości 1.50% kosztami miesięcznie i dług
w Kasie Komunalnej stał się prawie najuciążliwszy ze swej punktu­
alności spłat zarówno procentów, jak i ra t kapitału. Lecz chociaż
został, obniżony procent od długu, to jednak i to nie uratowało na­
szego gospodarstwa, nie uratowało i to że dług prywatny w sumie
1000 złotych rozdzielono na 1V2 roku na trzy raty, z dalszem zmniej­
szeniem oprocentowania, bo tylko na 472% rocznie. Niepomogło, bo
z samych podatków z osiemnastomorgowego gospodarstwa wypa­
dało około 300 złotych rocznie, wartości trzydzieści pięć korcy owsa,
czyli całość owsa z gospodarstwa. A gdzie pozostały potrzeby domo­
we, konserwacje i zakup nowych i starych rzeczy gospodarskich.
W początkach roku 1933 poczuliśmy, że jednak na swojem gospo­
darstwie z 3000 zł. blisko długu nie wyjdziemy na dobre. Więc je­
szcze czekamy może, może się poprawi. Przychodzą nareszcie żniwa
dość obfite, ale niepocieszne, bo za korzec owsa płacą u nas sześć
złotych lub siedem zł. m etr żyta 11—12 złotych i tu można załatwić
potrzeby gospodarskie jeszcze w długu przy takich cenach, aż tu przy­
chodzi 1 października data 1-szej raty rozłożonego długu przez Ko­
misję Rozjemczą w sumie 300 zł. i podatków zaległych 200 zł. +
300 zł. = 500 złotych, które chcąc u targować trzeba by sprzedać
trzydzieści korcy żyta, no i naturalnie zbiór owsa brutto, dla siebie
hic. Tu znowu ciężka chwila, trzeba coś robić, aby potrzeby załatwić.
Wobec tego nic innego nie wypada, tylko sprzedać jeden mórg zie­

Pamiętniki chłopów

23

mi, tak też zrobiliśmy, został sprzedany za 1000 złotych, co w po­
równaniu z ceną kupna stanowi stratę 1700 złotych, (cena owej mor­
gi w 1929 r. wynosiła 2700 zł.). Wobec tego można tak wyświetlić
całą rzecz tego kupna gruntu. Otóż w roku 1929, jak to na początku
zaznaczyłem, cena kupna owych dwuch i pół mórg ziemi wynosiła
+ koszta rejentalne 7425 złotych. Otóż na tę sumę mieliśmy wła­
snych 3000 złotych czyli że pożyczkę zaciągnęliśmy przeszło 4000 zł.,
jak na tej pożyczce i na kupnie powyższego gruntu wyszliśmy, świad­
czy fakt, że po czteroletniej męce musieliśmy zpowrotem sprzedać
dwa morgi ziemi, czyli że pozostało nam z owego kupna tylko pół
morga za łączną sumę 2900 złotych i pozostało nam jeszcze długu po
sprzedaniu ziemi 1000 złotych czyli wartość jednego morga ziemi, co
w porównaniu przedstawia się tak, pozostało nam jeszcze z kupna
pół morga ziemi, który gdyby sprzedał wziąłby 500 zł. czyli po sprze­
daniu całkowitej ziemi (21/-. m .) kupionej w 1929 r. brakłoby do
spłaty długu 500 złotych i 3000 zł. gotówki naszej włożonej w po­
wyższe kupno, czyni razem 3500 zł. straty na czysto w kapitale nie
licząc procentów, których wypłaciliśmy z racji tego kupna jakieś
2500 zł., czyli razem 6000 zł. wrzuciliśmy w błoto na marne, owoc
tyloletniej pracy. Stało się to w okresie silnej nieopłacalności w rol­
nictwie przez tę nieopłacalnośc i przez lichwiarzy, którzy grasowali
bezkarnie.
Stan wytworzony przez powyższe okoliczności w naszem prywatnem gospodarstwie i w całej wsi niedobry. Bo jeżeli weźmiemy
pod uwagę życie ogólne, to nasuną się nam rzeczy, które poprostu
są nie do pozazdroszczenia. I tak w naszem gospodarstwie z powodu
powyższych okoliczności wszystko ucierpiało. Budynki w marnym
stanie, niema za co reperować. Ziemia wyjałowiona, niema potrze­
bnej ilości inwentarza, brak nawozów sztucznych. Stan duchowy
członków rodziny też ucierpiał, bo piszący te słowa miał dużą chęć
wstąpienia dO szkoły rolniczej lub Uniwersytetu Ludowego, lecz nie
zostało zrealizowane z powodu braku gotówki, oraz rąk roboczych
w gospodarstwie ( to drugie zostałoby pokonane, gdyby były pie­
niądze).
Tak też jest ogólnie w całej wsi. Co zaś do czytelnictwa gazet,
to może jeszcze się trzyma na bezkryzysowym okresie. Bo ja sam
przyznam się do tego, że nie było nieraz za co kupić niezbędnych rze­
czy to jednak na gazetę musiało się znaleźć pieniądze. Bo dla czytają­
cych dłuższy okres, gazety to przyjaciel w najgorszej biedzie. Lecz-,
jednak czytelnictwo ogólne może się trochę skurczyło, bo po pierwsze

24

Województwo Warszawskie

brak funduszów po wszelkich organizacjach przyczyniło się do za­
mrożenia bibljotek, bo po przeczytaniu książek z braku świeżych ustaje czytelnictwo. Dla przykładu podam następujące okolicz­
ności, które sprzyjały rozwojowi bibljotek po wsiach, a temsamem
czytelnictwa. Otóż w rozwoju czytelnictwa po wsiach, główną rolę
odgrywały Koła Młodzieży Wiejskiej, które po zdobyciu funduszów
zakupywały w pierwszym rzędzie bibljoteki ogólne. W latach dobrej
konjunktury dla rolnictwa, prawie z każdej takiej imprezy wpływa­
ło do Koła Młodzieży Wiejskićj blisko sto złotych, jako czystego zys­
ku. Teraz jednak stało się odwrotnie, teatry, i inne zabawy stały się
po prostu deficytowe z powodu braku gotówki na wsi. I dlatego bi­
bljoteki na wsi w organizacjach nieodświeżane, i marnieją bibljoteki
z tego powodu. A prywatnie kupno książki staje się poproś tu niemożliwem, bo jeżeli zważymy że cena lepszej trochę książki równa
się cenie pół m etra żyta, to przekonamy się że kupno książki w gospo­
darstwie staje się poprostu luksusem niedoścignionym dla rolnika.
Zdałoby się trochę powiedzieć na temat życia organizacji na wsi.
Ta sprawa jednak nie przedstawia się w porząJku, wszelkie organi­
zacje m arny wiodą żywot i poza organizacjami młodzieży wiejskiej,
poza strażam i ogniowemi, i politycznymi, wszelkie organizacje
typu gospodarczego upadły zupełnie na wsi. Czego dowodem
jest m oja wieś P * * *, w której to organizacje gospodarcze jak Kół­
ka Rolnicze, placówka spółdzielcza, zupełnie upadły, bo nie mogły
sprostać celom rolniczym, bo propagowanie używania nawozów
sztucznych, oraz wszelkiego rodzaju meljoracyj i postępu w gospo­
darstwie przy jednoczesnem spadku rentowności w gospodarstwie,
nie daje żadnego rezultatu, a co gorsza prowadzi przy tych w arun­
kach jakie mamy dzisiaj do gorszej niewypłacalności, czego dowo­
dem są spółki wodne które po zmeliorowaniu gruntów swoich człon­
ków w 1928/29 stoją na schyłku bankructwa.
W okresie zimowym, kiedy to skończy się wszelkie prace je­
sienne, a szczególnie w długie wieczory na wsi poprostu tonie się
wśród nudy, bo prawie nikt w mojej wsi nie zajmuje się niczem w wol­
nych okresach poza gospodarstwem, tu mogło by odegrać dużą rolę
dla szerzenia wiadomości fachowo-rolniczych, oraz całej kultury Radjo Polskie. Ale niestety radjo staje się dla wsi prawie niedostępne,
bo trzyzłotowa opłata miesięczna jest dla wsi zupełnie za wysoka,
bo zważywszy że w obecnym czasie sprzedaje się po sześć złotych
za owies na prowincji, to opłata radjowa pochłonie rocznie, sześć
korcy owsa, iiość którą można zasiać dwa i pół morgi owsem. To

Pamiętniki chłopów

25

też nic dziwnego że postępowsze jednostki na wsi poproś tu nie mogą
pogodzić się i obejść bez rad ja, bez książki i wzdychają do tych cza­
sów w których będą mogli zdobyć się na powyższe rzeczy i cieszyć
się ich wartością.
W arunki gospodarcze sprawiły, że na wsi rośnie cherlawość
szczególnie młodego pokolenia, z niewłaściwego odżywiania się. Brak
cukru, tłuszczów, nabiału, w odżywianiu na wsi wpływa bardzo uje­
mnie na stosunki zdrowotne na wsi, i to przez względu na obszar
gruntu posiadaczy. I kiedy w lepszych warunkach dla wsi przeciętnie
w każdej rodzinie w roku musiał być zarżnięty tucznik na swoje
potrzeby, to obecnie} to należy do rzadkości. Głownem pożywieniem
na wsi i to bez względu na zamożność rolników jest kartofle, kluski,
kapusta, kasza z małą ilością dodatkową tłuszczów (przeciętnie je­
den do dwu kilo słoniny tygodniowo na rodzinę i trochę mleka). Mię­
so używane jest w większości na święta i podobnych okazji. Słowem
odżywianie się wsi jest na bardzo niskim poziomie. Przygnębienie
z powyższych okoliczności na wsi jest powszechne, tak też twierdzą
nawet gospodarze postępowi w nauce rolniczej, którzy mogą być
za wzór dla innych, tak też twierdzi Państwoyry Instytut Naukowy
w Puławach, który obliczał że w 1933 r. rolnik dokłada do swojego go­
spodarstwa 1.50 gr. dziennie. To też nic dziwnego, żę nawet gospoda­
rze, którzy nie m ają długu, mogą zaledwie opłacić podatki z dochodów
swojego gospodarstwa, obegnać najpotrzebniejsze potrzeby rodziny,
a przedsiębranie większych rzeczy jak budynki, spłaty rodzinne nie
może być mowy.
Stan gospodarstwa rolnego przed wojną był całkiem inny, był
dobry, była równowaga gospodarcza w stosunku do rzeczy przemy-:
słowych i tak przed wojną za korzec żyta mógł kupić dobre buty
odświętne, dzisiaj na takie buty trzeba dwa i pół korca, za korzec
żyta mógł kupić 400 pudełek zapałek, dziś tylko 120 pudełek zapałek,
za dwa korce żyta przed wojną mógł rolnik kupić pług", dzisiaj trzeba
dać cztery i pół korca żyta.
Sól, nafta też przed wojną, też wielokrotnie tańsze w stosunku
do ceny dzisiejszej i w stosunku do produktów rolnych. Przed wojną
wszystko było dostosowane do produktów wiejskich rolnych, dzisiaj
jest całkiem odwrotnie, dzisiaj są ceny sztucznie wyśrubowane ponad
rzeczywistość prawdopodobną.
Takie to jest życie na wsi.
Dn. 13 grudnia 1933 r.

Pam iętnik Nr. 3

Ż ona g o sp o d a rza
gow ego w
pow .

p ię tn a s to m o r w a r s z a w s k im

Przeczytawszy w tygodniku „Zielony Sztandar” artykuł p.n. Kon­
kurs na „Pamiętnik Chłopa” pozazdrościłam temu chłopu, że bę­
dzie on miał okazję wyłożyć przed kimś swoje bóle i troski, że bę­
dzie mógł otworzyć przed kimś swoje serce i myśli i wyznać co
mu dolega, jak żyje, pracuje i jak sobie radzi w tych ciężkich cza­
sach. Podczas gdy o nas kobietach wiejskich, żonach drobnych rol­
ników nikt się nie zatroszczy, nikt się o nic nie zapyta, postano­
wiłam w imieniu już nie tysiąca, ale chyba miljona tych zapomnia­
nych istot napisać coś. Niech więc pomiędzy tylu, jak się spodzie­
wam pamiętnikami chłopów znajdzie się choć jeden pamiętnik
chłopki. Bo zdaje mi się, że jeżeli nie narówni z mężczyzną to
nawet więcej kobieta odczuwa kryzys na wsi, już jako istota słab­
sza fizycznie i zresztą kobieta zawsze posiada więcej uczucia i dla­
tego gorzej wszystko przenosi. Do tego dochodzi praca ponad siły
zwłaszcza teraz, gdy na żadną pomoc nie można sobie pozwolić
i wszystko w polu czy w domu samej trzeba zrobić. Nikt nigdy
w mieście sobie nie wyobrazi, jak kobieta na wsi musi pracować
i to pracować najczęściej o głodzie i o chłodzie. Bo ileż razy ta k
jest, że ostatni kawałek chleba, ostatnią kwartę mleka rozdzieli
pomiędzy męża i głodne dzieci a jej samej najczęściej służą za po­
siłek gorzkie łzy gdzieś pokryjomu połykane. A gdy znów gospo­
darz mąż i ojciec rozłoży bezradnie ręce i powie, ja już wam n ic
nie poradzę, róbcie sobie co chcecie i pójdzie do sąsiada lub gdzieś,
aby tylko zejść i nie patrzeć na wszystko. Kobieta jednak nie
opuści rą k i zawsze coś zaradzi, umyśli,-ogarnie aby się biedzie nie
dać, doradzi, rozweseli i doprawdy, że dzisiejsza kobieta na wsi to
cicha bohaterka pełna zasług, dla których nie wystarczy żaden or­

Pamiętniki chłopów

27

der. Powiadają niektórzy, że bezrobotnym gorzej jest, bo zawsze
na wsi coś się prędzej znajdzie. A ja powiadam, że nigdy! Bez­
robotnymi opiekuje się rząd, opiekują się różne komitety, bezro­
botni korzystają z różnych ulg i świadczeń, z bezpłatnych opiek
i porad lekarskich, mogą iść nawet po proszonem i zawsze coś
użebrzą. A chłopem czy kiedy kto się opiekuje? Czy pomyśli
kto, że często on już na Nowy Rok ostatnie pieczywo chleba upiecze
i ostatnie parę kartofli do garnka włoży, a potem cóż mu pozo­
staje? Głód i nędza i znikąd opieki ni politowania. Żona bezro­
botnego choć może też czasem głodem przymiera, ale znów nie
potrzebuje tak ciężko pracować. Podczas gdy żona drobnego rol­
nika nawet zimową porą musi ślęczeć całemi nocami nad kądzielą
i wyrobem płótna, aby móc jako-tako okryć męża i dzieci.
A ileż ta biedna m atka musi napłakać się nad kołyską chorego
dziecka i patrzeć bezradnie na jego męczarnie, a pomóc mu nic
nie może, bo na lekarza niema pieniędzy, a nawet ćwierć kila cu­
kru nie m a za co kupić. Są niby to po niektórych gminach tak
zw. Ośrodki zdrowia. Siedzą tam dobrze płatni doktorzy i higjenistki, ale na co to się chłopom zdało? Czyż chłopa stać płacić
dwa zł. za wizytę, a potem kilka złotych za lekarstwo. W izytują
też niby co jakiś czas dzieci szkolne i przysyłają kartki rodzicom,
że dziecko źle odżywiane, ale czyż ta m atka ma to dziecko czem
odżywić? Czy wejrzą w to, że ta m atka gdyby miała to napewno
by sama nie zjadła i tak co tylko ma to odda dzieciom, a sama
powtarzam ciągle chodzi głodna. A już o chorobach kobiet ,na wsi
to niema co mówić, nie wiem czy na sto znalazłby jedną zdrową,
są to poprostu chodzące wychudłe widma. Dość spojrzeć w nie­
dzielę w pierwszym — lepszym kościele wiejskim, a każdy może
się przekonać. Klęczą istoty o zapadłych policzkach i przygasłych
oczach, to są właśnie gospodynie wiejskie. Śmierć też nie oszczę­
dza i zbiera obfite żniwo. Gruźlica, rak i inne choroby, o których
dawniej na wsi nie słyszano, dzisiaj na porządku dziennym. Idą
do grobu męczennice losu ofiary obowiązku, aby zostawić gro­
madkę sierot, nad któremi znęca się potem srogi los. I jeżeli nie
uwierzą niektórzy i pomyślą, że może piszę nieprawdę to niech
się przejdą czy przejadą te panie* których mężowie zarabiają po
tysiąc złotych miesięcznie i więcej, a które wydają na suknie i ka­
pelusze po paręset złotych, niech pójdą na wiejskie cmentarze,
a przekonają się, że piszę prawdę. Niech zobaczą ile ofiar tam
leży. Całe rzędy młodych kobiet, których wątłe barki nie mogły

28

Województwo Warszawskie

unieść nadmiernego ciężaru pracy i obowiązku i padły te ciche
ofiarnice, jak najwaleczniejsi żołnierze na posterunku: Ileż tam
leży nieszczęsnych matek, którym za lekarstwo w ciężkiej choro­
bie służyła tylko czysta woda, a całą „pociechą” był płacz głodnych
dzieci. A ile tam leży młodych pracowitych gospodyń, które całe
życie poświęciły by przysporzyć, dobra Ojczyźnie, a wzamian sekw estrator wydarł im ostatnią poduszkę z pod chorej głowy.
Gdybym była kobietą uczoną, to napisałabym całe ogromne
dzieło o niedoli wiejskiej kobiety, ale niestety, jestem tylko taką
sobie zwykłą przeciętną kobieciną wiejską. Nie kończyłam ża­
dnych szkół, jestem samoukiem, nie umiem poprostu nawet wy­
razić tego co myślę, a myślę dużo i chciałabym, żeby w przyszłości
choć cośkolwiek nasz los się poprawił. Doprawdy my wieśniaczki
pod każdym względem jesteśmy upośledzone podczas gdy kobiety
innych stanów inteligentniejszych, nawet robotniczych korzystają
z przeróżnych przysługujących im praw, o których my na wsi
nawet pojęcia nie mamy. Weźmy naprzykład małżeństwo. Jeże­
li pomiędzy ludźmi uczonymi i inteligentnymi znajdą się mężowie
tyrani o potwornym charakterze, to cóż dopiero na wsi pomiędzy
prostakami. W tym wypadku kobieta w mieście jakoś sobie po­
radzi i znajdzie jakieś prawo, czy to rozwód czy seperacja, albo
porostu porzuci męża łajdaka i jakoś sobie w życiu radzi. Inaczej
natom iast bywa na wsi. Tutaj jeżeli mężczyzna się żeni to uważa
kobietę za wyłączną swoją własność i nikt mu nie zabroni robić
z nią co m u się tylko podoba. Zresztą kobieta na wsi jest na
szukanie swoich praw za religijna i choć taki mąż znęca się w naj­
okrutniejszy sposób nad nią, ona to uważa za dopust Boży, znosi
to wszystko z podziwu godną rezygnacją i czeka cierpliwie, aż ją
śmierć z tych m ąk wyzwoli. Również kobiety wiejskie w przeci­
wieństwie do inteligencji nie m ają sposobu w ograniczeniu liczby
dzieci i taka nieszczęsna zapracowana kobiecina jest poprostu nie­
wolnicą swego powołania od wczesnej młodości do starości i po­
mimo ciężkiej pracy na roli ciągle jest obarczona wychowywaniem
dzieci w najtrudniejszych właśnie warunkach.
Chcąc dać wyobrażenie jak wygląda życie wiejskiej kobiety,
jej dzieciństwo, panieństwo i dalszy okres życia, pragnę właśnie
dać swój pamiętnik choćby pokrótce spisany, ale najszczerszy.
Chcę oddać wiernie co przeżyłam od zarania życia w ciągu trzy­
dziestu kilku lat. Ci co czytać będą te moje słowa drżącą od pra­
cy ręką kreślone, niech wiedzą, że piszę najszczerszą prawdę, tak

Pamiętniki chłopów

,

29

jak na spowiedzi i nie ubiegam się o żadną nagrodę, bo gdzież mnie
tam do tego nieuczonej kobiecie! Chcę tylko współczucia i zro­
zumienia. Chcę, by nareszcie zrozumieli wszyscy, że my kobiety
wiejskie, na których barki spadł ogromny ciężar obowiązku, sto­
kroć cięższy, jak na mężczyzn, wołamy o swoje prawa! Dopomi­
namy się poprawy losu, wołamy o ulgi! Bo gdy tak dalej pójdzie*
to zabraknie zupełnie zdrowych matek, zabraknie silnych gospo­
dyń, a w tym wypadku każdy mi przyzna, ż e . . . może zabraknąć;
Polski!
Urodziłam się w roku 1900. Rodzice moi byli dosyć zamożni
gospodarze, posiadali włókę gruntu, tylko sporo zadłużonego na
spłaty rodzinne. Chcąc „wyleźć” jaknajprędzej z długu, pracowali
oboje ponad siły, a szczególnie matka. To też o ile tylko zapa­
miętam, (a tym zmysłem szczególnie mnie Pan Bóg obdarzył i od
trzech lat doskonale wszystko pamiętam) ciągle od najmłodszych
lat przyzwyczajona byłam do pracy. Już jako czteroletnia dziew­
czynka posługiwałam pasąc gęsi potem krowy, a w domu widząc
jak biedne matczysko męczy się nie mogąc dać sobie rady z dziećmi*
a było ich rzetelnie „co rok prorok”, pomagałem jej jako że byłam
najstarsza, niańczyć ten drobiazg choć prawdę powiedziawszy samejby mnie się niańka przydała, bo cóż to za piastunka z pięcio­
letniego berbecia. A jednak ile tylko starczyło sił dźwigałam za
chustką brata czy siostrę i przy tern pasłam jeszcze krowy. Gdy
miałam lat sześć to czułam się zupełnie jak dorosła osoba, a to
z tego powodu, że m atka wyjeżdżając do miasta (a jeździła dwa
razy w tygodniu) nie brała do domu kobiety tylko ja ją zastępo­
wałam. Pilnowałam już i bawiłam sama dzieci, gotowałam jeść*
sprzątałam, zmywałam, a nawet próbowałam doić krowy. Nad­
mienić muszę, że wyciągając wodę ze studni i przy kuchni posłu­
giwałam się stołkiem. Zresztą jak tam było to było i choć młode
kostki dobrze nieraz bolały i ręce były poparzone, ale nikt o tern
nie wiedział. Najwyższa była nagroda za to gdy matusia przy­
jechała, była zadowolona pochwaliła, a w nagrodę dała bułkę. W tym
też czasie umysł mój zaczął obejmować szersze horyzonty, o uszy
moje zaczęły się obijać takie wyrazy, jak ucisk, niewola, rewolucja
był to bowiem pamiętny piąty rok. Nie mogłam w swojej małej
głowie sobie pomieścić i wyobrazić poco ciągle nachodzą strażnicy
i robiąe rewizję czegoś szukają, zabierali nawet parę razy ojca
z sobą, a jednego razu to pamiętam, jak nocowaliśmy drżąc z zimna
w polu w dużym łubinie. Pytając się m atki co to wszystko znaczy*

30

Województwo Warszawskie

odpowiedziała mi z płaczem, że jestem jeszcze za mała, żeby zro­
zumieć, a ojca to nawet bałam się zapytać, bo chodził ciągle zły
i ponury.
Dopiero wszystko się wyjaśniło, gdy przyjechał do nas z Pod­
lasia stary, siwiuteńki jak gołąbek dziadek (ojciec pochodził z Pod­
lasia),. od niego dopiero dowiedziałam się o nieszczęsnym losie na­
szej Ojczyzny. On wytłumaczył nam niewolę, a ponieważ sam był
uczestnikiem powstania, przeto opowiedział nam cały jego prze­
bieg. Wogóle od niego poznałam całą historję Polski. Często
w długi zimowy wieczór okrążyliśmy dziadunia wkoło, a było nas
wtedy już pięcioro i prawił nam a opowiadał, jak walczyli i gi­
nęli w walce o niepodległość Ojczyzny jej wierni synowie, a On
sam jak cudem prawie ocalał i uciekł z pod szubienicy. Do dziś
■doskonale pamiętam te prorocze przez niego wypowiedziane słowa
„Wnusie moje kochane, ja już tego-nie doczekam, ale wy docze­
kacie tej radosnej chwili, że Polska nasza kochana zmartwych­
wstanie i wolna będzie! Ale ci co Nią rządzić będą, nie pomni
krw i przelanej i tylu cierpień całego narodu. Nie zechcą popro­
wadzić rządu sprawiedliwie, będzie zawsze uciskał bogaty biednego.
I nigdy nie będzie chłopu w Polsce dobrze, nigdy on nie znajdzie
swoich praw, dopóki rządzić będą wielcy panowie, bo oni dobro
swoje i interes stawiają nawet wyżej, niż dobro Ojczyzny, a nędza
chłopska nigdy ich nie obchodzi. I do tego może dojść co nie daj
Boże, że oni znów Polskę zgubią, ale wy wnusie stójcie zawsze
w iernie na straży i choćbyście nawet życiem przypłacić mieli, to gińcie
jako Polacy”. Po tem wszystkiem kładąc się spać modliłam się
o wolność Ojczyzny i za tych co dla Niej cierpieli i ginęli. A że
byłam dzieckiem, (jak mawiała m atka ogromnie żałośliwem) to jest
wrażliwem, często długo w noc nie mogłam usnąć tylko chciało
m i się tak ogromnie płakać, i pocichutku lałam łzy tak obficie, aż
poduszka była mokra. Pewnego razu, gdy zaczęłam już siódmy
rok; zaczęłam prosić matusi, żeby mnie nauczyła czytać (ze wszystkiem zawsze zwracałam się do niej, bo ojciec był ogromnie prędki,
narw any i nieprzystępny) ále matczysko jak zwykle zapracowane
nie miała nigdy czasu, więc napomknęła o tem ojcu, więc ojciec
będąc w mieście kupił nowiutki piękny elementarz „Promyka” i da­
jąc mi go oświadczył. „Przejrzyj se go i szykuj się bo dzisiaj wie­
czór będę cię uczył czytać”. Gdy nadszedł wieczór, nieśmiało pod­
chodzę do ojca z elementarzem, ojciec wziął ze stołu duże i ciężkie
nożyce i powiada, „To będzie wskazówka”. Zaczęła się lekcja, do

Pamiętniki chłopów

31

dziś ją pamiętam. Nie licząc guzów i sińców, najgorzej żal m i było
mego nowiutkiego elementarza, bo cały był pochlapany kroplami
krwi. Zresztą co było to było, ale nauczyłam się przez jeden wie­
czór tyle, że teraz cały rok dziecko chodzi do szkoły i tyle nie umie.
Tak się starałam, żeby ta „lekcja” więcej się nie powtórzyła i za
tydzień przeczytałam ojcu na głos cały elementarz. Podobnież po­
szło i z pisaniem i na tem „edukacja” m oja została skończona. Na­
stępnie musiałam objąć obowiązek „nauczycielki” nad młodszem
rodzeństwem, bo tutaj ojcieę odgrywał rolę inspektora tylko, i to
srogiego, co mnie to kosztowało to Bóg jeden tylko wie zaczem
sześcioro rodzeństwa nauczyłam czytać i ja k o -ta k o pisać. Do
tego roboty przybywało coraz więcej, bo matczysko zacżęło podu­
padać na zdrowiu. Gdy miałam lat osiem, to już nas było dzieci sie­
dmioro, a m atka chora, na moje barki spadła już wszystka robota, go­
towanie, pranie, dojenie krów, doglądanie dzieci, reperacja odzieży,
a także i roboty w polu. Widząc, jak biedna m atka chociaż chora
ostatkiem sił rwie się do pracy, chociaż przy najmniejszem schy­
leniu straszny kaszel ją dusi i krew gardłem się rzuca, rozpacz mnie
ogarniała, gdy pomyślałam, że może umrzeć. Prosiłam ją na
wszystko, żeby już nic nie robiła, że ja we wszystkiem już ją za­
stąpię. Serce pękało mi z bólu, gdy widziałam ją taką chorą nę­
dzną i bladą. Pracowałam ponad siły, żeby ona mogła poleżeć.
Chwilami zdawało mi się, że padnę, po całodziennej pracy jak na
moje wątłe dziewczęce siły strasznie ciężkiej, całe noce przepędza­
łam we łzach i modląc się o zdrowie dla matki. W takich wa­
runkach upłynęło całe trzy lata. Praca ponad siły w ciągłej oba­
wie o życie matki, której zdrowie z tygodnia na tydzień się pogar­
szało i nie było widoków_ poprawy. W końcu, jak to zwykle na
wsi bywa, gdy już śmierć w oczy zagląda, nareszcie ojciec zdecy­
dował się: odwieźć ją do szpitala, ale tylko poto, żeby dowiedzieć
się, że już niema ratunku i bliski jest koniec, bo rak na płucach
już w ostatnim stadjum. Rozpacz m oja nie miała granic! Stra­
ciłam poprostu wiarę w Boga, że może być taki niesprawiedliwy.
Czemuż nie zabierze ojca, tylko takiej dobrej m atki nas pozbawia?
I to biedna tak strasznie cierpi! Stało się zostaliśmy sierotami, sie­
dmioro drobiazgu z ojcem takim srogim i nieprzystępnym. Rozpacz
moja nie ma granic! Dostaję wprost obłędu na samą myśl, jak ja
sobie poradzę! Przecież mam dopiero jedenaście lat i takie szczupłe
drobne ręce. .Lecz przyrzekłam matce w godzinę śmierci, że będę
matką i opiekunką dla rodzeństwa i tak być musi. Całą swą roz­

32

Województwo Warszawskie

pacz i ból topię w pracy. Od świtu do nocy, a często i w nocy
pracuję ponad siły. Na rękach występują żyły jak postronki,
stawy puchną, ale ogarniam wszystko, jak mogę, gospodarstwo idzie
wzorowo, ale cóż ojciec wpada w manję chytrości wprost chorobli­
wej. I tu zaczyna się tragedja sierocej doli, chodzimy wszystkie
wprost nago i boso, na całą zimę mamy zaledwie jedną parę dre­
wnianych chodaków. To też zimno a często nawet i głód nam
dokucza, a ojciec wszystko sprzedaje i sprzedaje, pieniądze gdzieś
chowa i nawet mleka dla małych dzieci żałuje.
Męka, męka okropna! O matko czemuś nas opuściła? Jedyną
dla mnie pociechą w tej ciężkiej doli są książki. Chociaż od czasu,
gdy poznałam czytanie lubiłam je, to teraz wprost szukam w nich
ukojenia. Brałam je oczywiście pokryjomu przed ojcem z bibljoteki parafjalnej, a były tam takie poważne dzieła, jak „Trylogja”,
pisma Kraszewskiego, Rodziewiczówny, Dygasińskiego, Rejmonta
i innych. To też często długo w nocy przy nikłem świetle przy­
kręconej naftowej lampki wczytywałam się w te cudne dzieje.
Pewnego razu ojciec ze swojej izby* dojrzał w nocy przez szparę
we drzwiach światło w naszej izdebce (spałyśmy bowiem wszystkie
pięć sióstr w oddzielnej izbie, a ojciec z dwoma chłopcami znów
oddzielnie). Wylewałam pamiętam wtedy akurat obfite łzy nad
Sienkiewiczowskim „Potopem”, gdy ojciec wpadł z pasem i dał mi
taką nauczkę za wypalanie nafty, że do dziś to pamiętam. Zapowie­
dział przytem, żeby przy „romansach” więcej mnie nigdy nie spot­
kał. Odtąd na taką „zbrodnię” mogłam sobie pozwalać tylko w zi­
mowe jasne księżycowe noce. W tedy mogłam sobie czytać dowoli
nikogo się nie obawiając, a światło miałam zupełnie darmo.
W takich to warunkach „sielskich anielskich” upłynął mi czas
do wojny. W ybuchła ona właśnie, gdy miałam lat czternaście
i tu się zaczyna znowu nowa tragedja, gdy niewesołe było życie
w czas spokojny to tembardziej pogorszyło się podczas wojny. Po­
nieważ posiadłość nasza położona była blisko szosy, ciągłe prze­
marsze wojsk dawały się ogromnie we znaki, tak nieraz żołdactwo
ogołociło nas z żywności, że dosłownie nie było co jeść. Ojciec
w tym czasie zachorował poważnie na serce i przeważnie leżał w łóż­
ku. Ponieważ byłam najstarsza, za mną cztery siostry, a dopiero
bracia najmłodsi, więc musiałam sprawować obowiązki nietylko
gospodyni, ale i gospodarza, wszystkie roboty furmańskie i polne
spadły już na mnie. Musiałam wypełniać podwody, prowadzić per-

Pamiętniki chłopów

33

traktacje i wojny z chciwem żołdactwem, a że byłam dziewczyną nie
brzydką narażona byłam na ciągłe zaczepki ze strony wstrętnych
moskali. Broniłam też jak mogłam przed rabunkiem inwentarza,
poprostu biłam się z wojskiem. Pewnego razu przybyli żołdacy
aby zabrać jedną z ostatnich dwu krów. Postanowiłam za wszelką
cenę niedać, szarpałam się z nimi ze dwie godziny i krowy nie da­
łam, ale zbili mnie za to kolbami karabinów, że do dzisiaj mam
znaki.
Przed ucieczką Rosjan zawołał mnie raz ojciec i pod przysięgą,
że nikomu nie wydam i nie ruszę sama, pokazajt mi kryjówkę z pie­
niędzmi, miał ich bardzo dużo a zapowiedział, że tylko wtedy bę­
dzie wolno mi się nimi rozporządzać jeżeli ojca w razie czego w woj­
nie zabiją i będę widziała trupa. Niedługo potem pojechał ojciec
do W arszawy do lekarza i tam zanocował. W tę właśnie noc na­
padli nas bandyci, były w domu tylko same dzieci, więc robili z na­
mi co chcieli. Bili i szukali pieniędzy całą noc, a było tych
zbójów osiemnastu. Wkońcu, gdy nic nie znaleźli zaczęli się nademną znęcać, żebym wskazała koniecznie, gdzie ukryte są pienią­
dze, szarpali, kopali, przystawiali mi do piersi lufy rewolwerów, lecz
pieniędzy nie wydałam. Odeszli bandyci bez niczego klnąc na czem
świat stoi, a m y potem z pobicia i przerażenia nie mogliśmy z rok cza­
su przyjść do siebie. Po wejściu niemców tembardziej się jeszcze po­
gorszyło. Ojciec z rozpaczy że tyle rosyjskich pieniędzy poszło
na marne, prawie że dostał obłędu. Nic wcale nie robił, niczem
się nie zajmował tylko chodził ciągle po mieszkaniu i chodził wkółko.
I znowu ciągle praca ponad siły i znów zatąrgi z niemcami. Re­
kwizycje, rewizje, głód i różne uciemiężenia, że poprostu już żyć
się nie chciało. Gdy pewnego razu obozowali niemcy niedaleko nas
przy szosie, przyszli i zabrali ostatniego konia. W padłam w rozpacz
co my poczniemy bez konia, ale zaświtała mi w głowie pewna myśl
szalona. Zakradłam się w nocy cichutko do obozu, wykradłam
szwabom swego konia wsiadłam na niego i popędziłam w las. Co
się podobno potem w obozie działo to straszne rzeczy, mało się
niemcy nie powściekali, latali szukali, w domu chcieli wszystkich
powybijać, ale w końcu musieli odjechać. A ja dopiero na drugi
dzień wróciłam z koniem kontenta, że mi się udało go ocalić. Prze­
różne przejścia jeszcze się przechodziło, aż wreszcie zaczęli się niem­
cy szykować opuścić nas. Gdy tylko usłyszałam, że rozbrajają
niemców, w tej chwili wzięłam się do roboty i udało mi się tak
sprytnie, że nim się w domu spostrzegli to już przyniosłam pięć
3. Pamiętniki chłopów.

34

Województwo Warszawskie

karabinów i sporo amunicji. Oczywiście wielka była radość i choć
tam w domu cierpiał człowiek co niemiara, ale Polska była wolna.
Doszłam wreszcie do lat osiemnastu to jest do wieku kiedy
zaczyna się być panną, a z tern zaczyna się znów nowa tragedja.
Przedewszystkiem okropny brak matki dał się wtedy najbardziej
odczuć, znikąd rady ni pomocy i wogóle brak uświadomienia. Bu­
dzi się jakaś nieprzeparta chęć do czynu. Dusza rwie się niewia­
domo gdzie. Coś człowieka ciągnie do towarzystwa do ludzi...
Lecz wszystkiego trzeba się wyrzec, skrzydła powoli opadają, pozo­
staje tylko rozgoryczenie i rozczarowanie. Ojciec wyjść nigdzie nie
pozwala, zresztą ubrać się nawet niema w co, bo cały strój jedyna
skromna codzienna sukienka i drewniane chodaki. Przyjeżdżał tylko
czasem z W arszawy daleki jakiś kuzyn w goście (był on w tak zwa­
nej milicji narodowej, a dzisiaj jest komisarzem). Ponieważ był to
chłopak młody i podobaliśmy się sobie nadmienił pewnego razu ojcu,
że pragnąłby się ze mną ożenić, lecz dostał taką odprawę od ojca,
że więcej się już nie pokazał, a mnie zapowiedział ojciec, żebym
sobie żadnymi mieszczuchami głowy nie zawracała, bo jeżeli mnie
wyda to tylko za gospodarza. Cóż było robić? Serce się zakrwa­
wiło, lecz ojca wola była nieugięta.
Ponieważ słynęłam z tego, że byłam dziewczyną niezwykle pra­
cowitą i gospodarną, a przytem cichą i skromną, więc zgłosił się
pewnego razu gospodarski syn, człowiek już starszy i zaczął z oj­
cem prowadzić pertraktacje względem mnie. A ponieważ po wię­
kszej części jest na wsi taki zwyczaj, że nigdy się dziewczyny o zgo­
dę nie pytają, więc i w tym wypadku „obrabiali,, interes tylko z oj­
cem. Po długich targach i sporach wreszcie zawołano i mnie
i oświadczono ku wielkiemu mojemu przerażeniu, że mam za tego
człowieka wyjść zamąż i na takich warunkach, że przyszły mój
mąż dostanie od swego ojca pięć mórg ziemi, a ponieważ miał dwie
zamężne siostry, na które spadało też po pięć mórg, więc mój ojciec
kupi od jednej siostry dla mnie pięć mórg, a od drugiej możemy
wziąć na spłaty czyli obarczyli nas jeszcze przed ślubem dość du­
żym długiem. Zaznaczyć należy, że grunt był bardzo lichy i dużo
nieużytków, a przytem bez budynków, Oczywiście przed ślubem
pojechali do rejenta i tam jeszcze wśród kłótni, która mnie do roz­
paczy doprowadzała, sporządzili akt. Ojciec mój po długich ta r­
gach obiecał mi krowę, a jego ojciec konia i na tern stanęło do
ślubu. Dowiedziałam się przytem od ludzi, a nawet miałam możność
sama się przekonać, że przyszły mój mąż należy do ludzi gwałtów-

Pamiętniki chłopów

35

nych, narwanych, przy tern złośnik okropny, a co najgorsza lubi za­
glądać do kieliszka. Lecz trudno klamka zapadła, rozpacz mnie
ogarnia straszna, po całych nocach proszę Boga o śmierć, lecz śmierć
nie przychodzi, a tylko dzień za dniem zbliża się termin ślubu. Ojciec
kupił mi już „wyprawę”, składającą się z dwóch koszul, batystowej
sukienki białej i pantofli. O jakże bym chętniej widziała się w tym
stroju w trumnie, jak przy ołtarzu! Tak się bałam strasznie tego
człowieka, że na wspomnienie samo drżałam jak liść osiki. Nikt
chyba nigdy tyle łez nie wylał co ja w ostatnią noc przed ślubem,
była to najstraszniejsza noc w życiu. Potem zawiedli mnie le­
dwie żywą do ołtarza i tam kazali powtarzać słowa jakiejś przysięgi
z której niezdawałam sobie wcale sprawy. Zresztą ja tego czło­
wieka wcale nie kochałam tylko bałam go się, bałam okropnie! Stało
się, jestem mężatką i tu dopiero zaczyna się gehenna. Wszystkie
moje dotychczasowe cierpienia niczem są w porównaniu jakie za­
czynają się teraz. Zaraz po ślubie kazał ojciec zabrać mię sobie
mężowi do siebie, bo moje miejsce zajęte zostało przez młodszą
siostrę. Mąż znów powiada, że bez krowy mnie nie weźmie, a oj­
ciec krowy dać nie chce. Więc mąż powiada „nie to nie, nie chce
ojciec dać krowy niech se trzyma i córkę”, zabrał się i pojechał do
domu. Pozostałam się niczyja, jak pies bezpański. Ojciec nie chciał
mnie wpuścić do domu tylko kazał iść do męża, bo tam mi kupił
„majątek”, mąż nie chciał mnie wziąć bez krowy. Nie wiedziałam
co mam z sobą począć, chodziłam tak rozpaczając przez kilka dni
głodna i opuszczona po polu i lesie. Do ojca nie śmiałam już wrócić,
a do męża pójść nie pozwalała mi moja duma kobieca, ze względu,
że wyżej on cenił krowę ode mnie. Zresztą chciałam być najdłużej
jaknajdalej od niego. I tu z rozpaczy zaświtała mi straszna myśl,
postanowiłam tak z głodu umrzeć. Lecz los chciał inaczej, zna­
leźli mnie ludzie nieprzytomną w polu, mąż się dowiedział i wtedy
mnie zabrał już do siebie.
Ciężkie to było tam u niego życie. Byłam taka słaba, że mało
wiele mogłam tylko robić z tego wycieńczenia, a rodzice męża cią­
gle mi wymyślali, że nie będą darmo trzymać takiego próżniaka
przybłędy.
Dali nam tylko taką maleńką izdebkę za mieszkanie, w której
całe umeblowanie było stare połamane łóżko, a za pościel służyła
jedyna poduszka po matce, którą mi siostra pokryjomu przed ojcem
wyniosła. I tak zaczęło się nasze „gospodarstwo”. Tak mieliśmy
robić u ojców całą jesień i zimę, a za to dostawać pożywienie, a do­

36

Województwo Warszawskie

piero na wiosnę iść na swoje. Ciężka to była zima na łasce, naj­
częściej jadło się tylko raz na dzień, aby tylko przeżyć i nie na­
rażać się rodzicom. Gdy tylko cokolwiek miało się ku wiośnie,
a na polu pokazał się szczaw, zaraz rodzice odseparowali nas o d
siebie i zaczęliśmy gospodarzyć na swojem. Najpierw trzeba była
pożyczyć pieniędzy na kupno jakiejś krowiny, następnie kombino­
wać wóz, pług i inne niezbędne narzędzia gospodarskie, a przytem
nie było nic w mieszkaniu, jak to mówią ni garnka ni do garnka.
Nikt sobie wprost nie wyobrazi jaki to ciężki był przednówek. Jad ła
się tylko raz na dzień i to z postem, a pracować trzeba było ponad
siły, trzeba było obrobić swoje, a jeszcze i coś zarobić u ludzi, bo
przecież nie było czem zasadzić, ani zasiać pola. Trzeba było n a
to wszystko zarobić, a także coś na życie i na jakikolwiek przy­
odziewek.
Począwszy już zimową porą, a także i w dalszym ciągu m ąż
mój najchętniej przebywał poza domem mówiąc, że potrzebuje to­
warzystwa i nie może się nudzić zawsze w pustym i zimnym domu,
z tego też powodu skazana byłam na wieczne osamotnienie, a po­
nieważ mieszkamy na ustroniu zdała od wsi, nie stykałam się zu­
pełnie z ludźmi i żyłam poproś tu, jak dzika pustelnica. Bolałam
okropnie nad tem przebywaniem męża poza domem, ale nic nie
mogłam poradzić, gdy zaczęłam płakać to tembardziej jeszcze był
zły, przeklinał mnie i czemprędzej wychodził. Chcąc stłumić ból
i zabić rozpacz, osamotnienie i pustkę, pracowałam ile tylko star­
czyło siły i u siebie i poza domem, a gdy nadeszła noc to topiłam
się wprost we łzach i myślałam, jak to będzie dalej! Czy już do­
prawdy ani promyka słońca dla mnie już niema? Rozpacz moją,
pogłębiała teraz troska przed przyjściem dzieciny. Co zrobić? Ja k
sobie poradzić? Przecież nic nie miałam. Nawet owinąć w co,
a cóż dopiero choroba, a trzeba ochrzcić i zarobić już nie będę mo­
gła nic potem. Z tego wszystkiego odchodziłam wprost od zmy­
słów. Do tego jeszcze czułam się taka słaba, że wątpiłam już czy
ja to wszystko przeniosę, ale człowiek powiadają silniejszy jest od
kamienia, więc i ja jakoś wszystko przeniosłam i przeżyłam i ku
wielkiemu oburzeniu i złorzeczeniu mego męża, że to nie syn po­
wiłam córkę, Leżeć nie było czasu bo akurat nadchodziły siano­
kosy, więc po dwóch dniach trza było wstać i pomimo, że nogi się
chwiały i w oczach ciemniało trza było się wziąć do roboty. Dziecka
owinięte w chustce spało w sianie, a ja od świtu do nocy musiałam
ciężko pracować w dalszym ciągu nie dojadając, z tego też powodu

Pamiętniki chłopów

37

A tipr.ina nie mając poddostatkiem pokarmu kwiliła po całych no­
cach nie dając mi odpocząć, a nawet oka zmrużyć. Mąż też z tego
powodu złościł się i klął na czem świat stoi, a w domu był coraz
rzadszym gościem. Gdy już nareszcie byłą nadzieja, że człowiek się
wreszcie doczeka swego tak spragnionego kawałka chleba zaczęli
pogadywać ludzie, że bolszewicy idą i zabierają zapasowych do
wojska. Zadrżałam z przerażenia. Czyż nie koniec męki? Nad­
chodzi wreszcie chwila, męża powołują do wojska, a ja pozostaję
się sama z maleńkiem dzieckiem. Rozpacz moja niema granic.
T u żniwa, tyle roboty, znikąd pomocy, nająć niema za co. Boże,
Boże zlituj się! Lecz na rozpacz niema czasu, trzeba się brać za
kosę i rozpoczynać żniwa, bo głód dokucza. Radziłam sobie jak
mogłam, trochę sama, resztę przeważnie do zwózki przynajęłam
i z biedą zebrałam z pola. Korzystać jednak z tego nie było mi
jeszcze przeznaczone, bo bolszewicy nadchodzą, a że akurat w na­
szej okolicy wypadła pozycja obronna, więc nakaz jest usuwać się.
Co się wtedy działo w mojem skołatanem sercu tego wypowiedzieć
nie zdołam. Spakowałam m oją nędzną chudobę na lichy wóz
i z trwogą czekałam co będzie dalej, abści nie czekając długo za­
częły grać arm aty za chwilę granaty poczęły się rwać z hukiem
nad głowami, a z lasu poczęły się wyłaniać ohydne postacie stra­
sznych bolszewików. Nie czekając dłużej trzęsąc się ze strachu
zaczepiłam szkapinę do wozu, porwałam maleństwo za chustkę i pod
.gradem kul uciekłam wraz z innymi dalej od pozycji. Ponieważ
bolszewicy zajęli już naszą okolicę, więc uciekaliśmy w Stronę Miń­
ska Mazowieckiego pod bolszewików, którzy po drodze rabowali
.z wozów co tylko się dało. Jechało nas kilkadziesiąt fur, więc
gdzieśmy tylko przystanęli zaraz samoloty polskie zaczęły krążyć
nad nami i myśląc, że to obóz bolszewicki obrzucah nas zaraz bom­
bami, a nawet artylerja wzięła nas na cel i zaczęła posyłać kartacze.
Kręciło Się wszystko pod gradem kul, jak muchy w ukropie nie
wiedząc, gdzie się podziać, aż w końcu rozjechali się po lesie każdy
■oddzielnie. Po kilku dniach takiej tułaczki głodni i ledwie żywi
ze strachu, wśród łun pożarów i grzmotów arm at zauważyliśmy,
że bolszewicy zaczynają się cofać w popłochu zabierając po drodze
Łonie, wozy i mężczyzn ze sobą. Z tego powodu zapanował istny
sądny dzień, gdzie kto mógł uciekał, aby uniknąć bolszewików
i ocalić podstawę swego bytu, konia i wóz. Przyczepili się też i do
mnie, ale widząc wóz połamany i lichego bardzo konia na moje
usilne prośby puścili mnie w spokoju. Gdy ta horda się już prze­

38

Województwo Warszawskie

waliła i strzały ucichły zaczęli się wszyscy zbliżać do opuszczonych
gospodarstw, więc podążyłam i ja za innymi. Tu czekała mnie
straszna rzeczywistość. Zboże do szczętu zniszczone, siano spa­
sione, kartofle i te nawet nie ocalały, co nie wykopane to najokro­
pniej stratowane. Dom coprawda pozostał, ale ani okien, ani drzwi
nawet komin rozebrany. Słowem pustka i ruina zupełna, tyle pracy
i zabiegów poszło na m arne i pozostało znów widmo strasznego
głodu. Bolszewicy zostali wprawdzie odparci, Polska ocalała, ale
co teraz robić, czem obsiać? Czem przeżywić konia i krowę? Z cze­
go oddać dług i czem cały rok przeżyć? Po wylaniu morza łez
wzięłam się gorliwie do pracy. I znów wszystko sama, uprzątnęłam
pozostałe resztki zboża, doprowadziłam do jakiego takiego ładu
izdebkę i wzięłam się do roboty w polu, bo nie było nadziei, żeby
mąż na jesienne roboty wrócił. Zasiałam resztkami zboża kawałek
pola, skosiłam trochę potrawu, wykopałam resztki kartofli i tak pra­
cując ciężko od świtu do nocy, a nawet nieraz i w nocy doczekałam
się późną jesienią powrotu męża. Nadeszła znów ciężka zima gło­
dna i chłodna, a potem jeszcze cięższa wiosna i przednówek. Na
samo wspomnienie aż ciarki przechodzą co człowiek musiał prze­
cierpieć i napracować się żeby obsiać i obsadzić znów jako - tako
pole i nie umrzeć z głodu. Łudził się tylko człowiek nadzieją, że
może kiedyś będzie lepiej, że może zajaśnieje jakiś jaśniejszy pro­
myk, i tern tylko żył. Pracowaliśmy też oboje z mężem ile tylko
starczyło sił, obrobibśmy swoje liche piętnaście mórg i jeszcze trzeba
było coś dorabiać bo tu tyle potrzeb. Siostrę trzeba było spłacać,
stodółkę jakąkolwiek postawić i obory też nie było, a mieszkanko
też tylko z łaski, więc niedojadając i niedosypiając pracując jak
woły oszczędzaliśmy każdy krwawo zapracowany grosz, byle kiedyś
było, lepiej. Za dwa lata powiłam drugą córkę. Mąż wściekał się
poprostu, ze złości nie szczędząc mi różnych przykrych docinków,
a cóż ja byłam winna i to maleństwo co go tak ojciec nienawi­
dził? Zaczął znów uciekać z domu, a ja z rozpaczy wylewałam
całe rzeki łez. Zrobił się też niezwykle gwałtowny i za byle co bił
mnie, że siniaki prawie nie schodziły ze mnie. Cóż było robić?
Cierpiałam tak wszystko po cichu, bo nawet poskarżyć się nie mia­
łam przed kim. Zajmowałam się gorbwie pracą i w niej znajdo­
wałam ukojenie. Co zaniedbał mąż to ja starałam się naprawić.
Zaprowadziłam warzywnictwo, które na naszej ziemi niezgorzej się
udawało, chowałam cielęta, siałam len i wyrabiałam płótno, sło­
wem pracowałam, jak tylko mogłam wychowując przy tern dwie

Pamiętniki chłopów

39

nielubiane przez ojca dziewczynki. Spłaciliśmy już trochę długu,
postawiliśmy niewielką stodółkę i dochowaliśmy się dwóch krów.
Było to wszystko owocem czteroletniej pracy. Męczyłam się tylko
w tej jednej maleńkiej izdebce i pragnęłam nadewszystko, żeby się
kiedyś w życiu doczekać własnego „kąta” i być gospodynią na
własnych śmieciach. Mieszkając w jednej sieni i w jednem po­
dwórku nie mogłam chować żadnego drobiu, ani nawet świni, gdyż
rodzicom męża wszystko to przeszkadzało, a chcąc uniknąć przy­
krych kłótni i nieporozumień wolałam już nic nie chować.
W roku 1925 doczekałam się wreszcie syna, a z nim i nowych
troską bo przybywało coraz więcej pracy, a przytem zaczęłam za­
padać na zdrowiu czując dotkliwy ból w krzyżu, a widocznie z nad­
wyrężenia żył zaczęłam stopniowo tracić władzę w prawej ręce.
Nic zresztą dziwnego na taką pracę, sama sobie nieraz się dziwi­
łam skąd mi się bierze tyle siły i zdrowia ale i ono widocznie z cza­
sem się wyczerpało. Do tego jeszcze przybyło mi najokropniejsze
zmartwienie, okazało się bowiem po roku, że ten tak upragniony
przez ojca syn jest kaleką na oczy, mianowicie nie widzi na jedno
oko zupełnie, a na drugie bardzo mało, pomimo, że ma najczyściejsze
i najnormalniejsze oczy. Zdumiewali się lekarze, że coś podobnego
jeszcze nie widzieli i pomimo kosztów nic poradzić się nie dało
i dziecko pozostało ku mej strasznej rozpaczy prawie niewidome.
Skończyły się wreszcie lepsze czasy, nadszedł rok 26 — 27, a z nim
kryzys i nowa niedola. Jeszcześmy nie zdążyli spłacić wszystkiego
długu siostrze, a o postawieniu choćby najskromniejszego domku
nie było już mowy, coraz to przygniatały większe podatki, ceny
na produkty wiejskie spadały, czasy stawały się coraz cięższe i na­
dzieja na lepsze jutro znikła zupełnie. Pomimo, że pracujemy nadal
wytrwale i dzieci już pomagają, jednak końca z końcem związać
nie można. O ulepszeniu czegoś wogóle na wsi już dzisiaj myśleć
nie można. Żyje się tylko z dnia na dzień i nawet na ubranie i bu­
ciki dla dzieci do szkoły nie Wystarczy już nie mówiąc o sobie
kiedy jedne buty czy ubranie nosi się po kilka lat, pomimo, że ono
jest dzisiaj nawet dość tanie, ale i na to nie można sobie pozwolić.
Jak się żyje to doprawdy strach pomyśleć. Mięsa nie jada się zu­
pełnie, na mleko też nie można sobie pozwolić, bo trzeba je sprze­
dać na podatki i choć na sól, bez której się nie można zupełnie obyć.
To też ludzie wyglądają nędznie, sczerniali na twarzy o przyga­
słych oczach niechętni i źli. A już najgorzej to serce boli patrzeć
na dzieci, blade mizerne, smutne, a przytem bose i obdarte.

40

Województwo Warszawskie

Co z tego, że człowiek pracuje i pracuje? Przecież z tej pracy
niema nic dosłownie. Gnieździ się nas pięć osób w jednej małej
izdebce i to lichej, a do tego niema nadziei, żeby można w przy­
szłości coś pobudować. Obórka (ze starej szopy) też się wali, a na
nową niema funduszów. Cały dochód to są trzy krowy, z których
czerpie się na wszystko fundusze, no i cośkolwiek latem z warzywa,
ale i to pomimo okropnej pracy dzisiaj się wcale nie opłaca. Pozatem grunt jest przeważnie tak lichy, że zboża ani kartofli sprze­
dać nie można. Więc cała podstawa bytu są trzy krowy. Z nich
trzeba wyciągnąć przeszło trzysta złotych podatku, jakie takie ubra­
nie, mydło, naftę, Sól, zapałki, cukier choć dla chorego dziecka,
kilo słoniny na miesiąc, reperacja narzędzi rolniczych, bo o kupnie
nowych to już niema mowy. Do tego dochodzi jeszcze kupno ze­
szytów i książek dla dzieci do szkoły i inne drobne rzeczy, bez któ­
rych się obejść trudno. Na wszystko dać muszą te krowy, które
przecież cały rok się nie doją, tylko przeciętnie jakieś osiem miesięcy,
więc jak tu żyć? Zarobić już nigdzie nic nie można, bo i na swojem jest co robić na dwoje ludzi nawet trzeba porządnie się naharować i to o głodzie. Bo jakże się dzisiaj żyje i czem? Prze­
ważnie kartoflami. Na śniadanie gotuje się zupę z kaszą czy ży­
tnią zacierką, zabieloną mlekiem, na obiad to już cokolwiek po­
święci się słoniną kartofle, a do tego czysty żur czy mizerna na
pół postna kapusta, wreszcie na kolację po kawałku czarnego chleba,
a do tego pozostały z obiadu barszcz czy kapusta. Małym dzieciom
tylko się daje po kropli mleka, bo starsi na taki smakołyk nie mogą
sobie pozwolić. Na przednówku często i tego niema. Na takie rze­
czy, jak mięso, masło, jajka, cukier, nikt absolutnie nie może sobie
pozwolić w najuroczystsze nawet święta. Pozatem ludzie żyją jak
odludki, wszelkie zabawy, wesela, chrzciny i inne uroczystości ro­
dzinne i towarzyskie zupełnie wyszły z mody.
Jeżeli ktoś pismo jakieś prenumeruje to napewno składa się
na to kilku, a nawet kilkunastu gospodarzy i to najczęściej zale­
gają w prenumeracie. Co do organizacji to wszelkie niezależne
organizacje czy to dla starszych czy młodzieżowe w zarodku już
są tłumione albo tak prześladowane, że nie dopuszczą się do ża­
dnych zebrań, szykanuje się tak, że wkońcu zniechęcone przestają
istnieć. Ja sama należę od kilku lat do Koła Gospodyń Wiejskich,
lecz w tych Kołach nic się nie robi, żeby choć trochę ulżyć losowi
wiejskiej kobiety. W tym roku niby zaczęty jest kurs tkacki, lecz
opłaty i składki są tak wysokie, że poprostu nie można sobie na to

Pamiętniki chłopów

41

pozwolić. Chciałabym koniecznie ten kurs skończyć, żeby potem
móc cokolwiek zimową porą zarobić, lecz strasznie mi jest trudno
bo poprostu o grosz jest dzisiaj na wsi trudno, a cóż dopiero mó­
wić o złotówkach. Podatki są tak duże, że wszystko pochłaniają
i tylko o nich trzeba myśleć i jeżeli dziś ktoś m a więcej jak jedną
krowę, a nie chce widzieć sekwestratora to musi się wszystkiego
wyrzec, nawet własnego życia, a myśleć tylko o podatkach. Jedylią troską, która mnie teraz trwogą przejmuje i z głowy dzień
i noc nie schodzi to są dzieci, co z nimi w przyszłości będzie, jak
im byt zapewnić. O tern, że mnie kiedyś będzie lepiej przestałam
już myśleć, zresztą z nadm iaru pracy straciłam już zdrowie i nie
mam nadziei go odzyskać, a zresztą może to i lepiej. Nie będę
mieć więcej dzieci, a z tem i mniejszy obowiązek co do ich wy­
chowania. Przecież teraz wychować dzieci to jest poprostu mę­
czeństwo. Serce kraje się poprostu z bólu, gdy odmówić mu trzeba
kawałka chleba czy szklanki mleka. Rozpacz targa nerwy jak patrzy
się na dziecko, blade, mizerne, szczupłe i wątłe, a nie można dać
mu tego co potrzebne jest dla pozyskania sił i zdrowia. Już teraz
nie dbam wcale o siebie, odmawiam sobie wszystkiego prócz łez,
byle tylko ulżyć doli dziecka. Lecz żadnych widoków na przyszłość
niema, te piętnaście mórg marnej ziemi nie można już podzielić
na trzy części, bo cóżby z tego było? A przecież i człowiek po­
trzebuje na starość na czemś dożyć, zresztą chłopiec ośmioletni
kaleka, dla niego by się to przydało, gdyż on już musi pozostać
na roli ze względu, że innej przyszłości dla niego niema. Pozo­
stają dziewczęta, dla nich już niema poprostu wyjścia. O posa­
gach teraz niema mowy bo skądże, gdy na sól braknie. Choćby do
służby, ale gdzie ją teraz znajdzie? Dać jakiś zawód na to znów
trzeba funduszów, a skądże ich wziąć. Są to dziewczęta niezwykle
zdolne, wzorowo się uczą i zdumiewająco są pojętne, tylko wątłe
i szczupłe. W tym roku już jedna kończy siedem oddziałów, a na
przyszły rok druga, ogromną m ają chęć uczyć się dalej, ale cóż
z tego? Co ja nieszczęsna biedna m atka na to poradzę. Ból ser­
cem targa chciałoby się dąć temu dziecku coś na przyszłość. Chcia­
łabym wywalczyć im lepszą dolę od swojej, bo wiem, jak mnie
ciężko było żyć na świecie, a teraz jeszcze ciężej patrzeć na niedolę
swych dzieci i beznadziejną ich przyszłość. Gdybym miała jakieś
znajomości, jakąś protekcję to starałabym się na wszystko umieścić
dziewczynki w jakiejś szkole zawodowej. Możeby się można było
wystarać o jakieś ulgi, zniżki czy coś, ale nie znam nikogo ta­

42

Województwo Warszawskie

kiego i nie wiem, gdzie się udać z moim zmartwieniem. Jeżeli
ktoś będzie czytał ten mój krótki pamiętnik, a nie zapomni i jeżeli
to będzie w jego mocy, pomoże cośkolwiek wybrnąć mi z mego
zmartwienia, to do śmierci byłabym mu nieskończenie wdzięczna.
Nie mogę sobie wprost pomyśleć, jakażby radość rozpierała moje
stroskane matczyne serce, gdybym widniała swoje mizeraki uczące
się dalej.
Kończę ten swój opis czyli krótki pamiętnik i chciałabym, żeby
trafił do serca ludziom, którzy rozumieją ludzką niedolę i odczują
ciężkie życie, trudy i prace wiejskiej kobiety. Nie pragnę nagrody
tylko współczucia. Bo doprawdy niema chyba na świecie więcej
zapomnianej i niedocenianej istoty, jak wieśniaczka, a najbardziej
u nas w Polsce. A przecież my wszystko składamy w ofierze oj­
czyźnie i społeczeństwu, a wzamian nie dostajemy nic. Wszystko
co napisałam jest najszczerszą prawdą, a są to tylko wyjątki, bo
gdybym chciała napisać cały ogrom niedoli i nędzy musiałabym
pisać nie parę tygodni, ale parę lat i być uczoną. Nie dziwcie się,
że są błędy i niedokładności, bo przecież jestem samoukiem, a pi­
sałam to zmęczona całodzienną pracą, chorą ręką, często długo
w noc, gdy oczy ze zmęczenia kleiły się do snu i przy nikłem świe­
tle przykręconej naftowej lampki, a w dodatku pokryj omu przed
mężem, żeby się nie wyśmiał ze mnie, że bawię się w uczoną osobę.
Ze względu na niektóre drastyczne szczegóły co do pożycia z mę­
żem prosiłabym nazwisko moje zachować w tajemnicy.
Dn. 21 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr. 4

G o sp o d a r z d w u d z ie s to m o r g o wy w
p o w . c ie c h a n o w s k i m

Urodziłem się we wsi Ciemniewie pow. Ciechanowskiego z rodzi­
ców posiadających gospodarstwo rolne dwadzieścia dwie morgi ziemi;
tu urosłem i tu się ożeniłem w m aju 1919 roku z dziedziczką z domu
Rutkowskich, posiadającą dwadzieścia pięć morgów ziemi nabytej
z miejscowego dworu przez jej ojca w roku 1910 za pomocą Banku
Włościańskiego na spłatę w przeciągu 38 lat. Wniosłem tu wówczas
8.000 marek i jedną krowę, zobowiązałem się spłacić brata będącego
W Ameryce i małoletnią siostrę, spłacić raty Bankowi Włościańskie­
mu i wydawać po śmierci teścia teściowej dożywocie, gdyż teść wów­
czas był chory śmiertelnie i zacząłem gospodarzyć z jednym koniem,
jedną krową i dwoma cielętami. Pożyczyłem od sąsiadów pieniędzy
i kupiłem drugiego konia, a po roku z owych cieląt dochowałem się
już krów i miałem już dwa konie i trzy krowy. Zaraz niedługo po ślu­
bie dostałem w podarunku od teściowej dwoje prosiąt i od swej matki
jedno, a po roku utuczone sprzedałem, oddałem dług zaciągnięty na
kupno konia i załatwiłem wszystkie podatki. Dnia 6-go sierpnia roku
1920 władze wojskowe wezwały mnie na wojnę z bolszewikami, gdzie
przebyłem trzy miesiące, po pogromie bolszewików i zawarciu poko­
ju zwolniono mnie do domu. Tu zastałem gospodarstwo zupełnie
zrujnowane, tylko córeczka, którą pozostawiłem trzymiesięczną,
a obecnie mającą pół roku, dobrze wyglądała, a w gospodarstwie nie
było koni, woza, zaprzęgu, koniczyny i t. d. wszystko padło ofiarą
bolszewików. Znowu zaczynam od nowa gospodarzyć, sprzedałem
najlepszą z trzech krów i kupiłem konia, a że wówczas ceny na wszy­
stko były dobre, znowu dorobiłem się i sprawiłem nowy wóz i po
roku drugiego konia, spłaciłem Bank Włościański i z podatkami ni­
gdy nie zalegałem. W roku 1926 żony brat z Ameryki przysłał peł-

44

Województwo Warszawskie

nomocnictwo najmłodszej siostrze, aby jemu należną od nas spłatę,
ona podjęła, bo już była pełnoletnia i ową spłatę z m ajątku dla nich
obojga wówczas uskuteczniłem, płacąc 2.400 zł. na co się trochę za­
pożyczyłem, lecz do roku 1929 wszystko oddałem. Mając tylko jedno
mieszkanie, gdyż teściowa zajmowała drugie, a rodzina mi się stale
powiększała, bo w roku 1929 miałem już sześcioro dzieci, zacząłem
myśleć o pobudowaniu nowego większego i dogodniejszego domu,
w tym celu zakupiłem pięć tysięcy cegły w cegielni Krubin oddalo­
nej o 10 km. bocznej drogi i następnej zimy sprowadziłem takową na
budowę komina i piwnicy. We wiośnie roku 1930 kupiłem blachę w
K. K. O. na dwuletni kredyt, za którą zaraz zapłaciłem 160 zł., a 800
wypłacać ratam i po 200 zł. na jedną półroczną ratę. W roku 1929 m a­
jąc Urodzaj bardzo dobry, świnie: dwie prośne maciory i czterech
tuczników, oraz bydła też kilka sztuk, byłem pewny, że mogę pobu­
dować w jednym roku i dom i stodołę-i chociaż się zapożyczę na ja­
kieś dwa, lub trzy tysiące zł. to za jakiś rok, lub najwyżej dwa wszy­
stko to oddam z procentem, tak też i zrobiłem. Pobudowałem dom,
stodołę i piwnicę w domu, wszystko w roku 1930. Ale czasy, czyli
ceny zaczęły się zmieniać na płody rolne, i tak; pierwsza maciora
się oprosiła i miała sześcioro prosiąt, wszystkie prosięta, gdy już
miały po sześć tygodni, sprzedałem po 80 zł. za parę i otrzymałem
240 złotych, a gdy w krótkim czasie druga maciora się oprosiła i m ia­
ła dziesięcioro prosiąt, to je sprzedałem już tylko po 15 zł. parę
i to tylko sprzedałem sztuk trzy, bo na resztę nie mogłem znaleść
kupca zupełnie. Krowy: pierwszą sprzedałem za 480 złotych, drugą
za 180 złotych, a trzecią już tylko za 120 zł. Na pobudowanie powyż­
szych zapożyczyłem się w bankach, kasach i u prywatnych osób na
sumę 3.600 zł., gdyż liczyłem na wyższe ceny jakie były» gdym rozpo­
czynał budowę i do dnia dzisiejszego budowy domu niewykończyłem,
bo jeszcze we wszystkich trzech mieszkaniach brak wyrzutki. P ra­
cuję i oszczędzam wraz z żoną i dziećmi, gorzałki zupełnie nie piję,
papierosów zupełnie nie palę, od wczesnej wiosny do późnej jesieni
boso chodzę, czego nie podołam zrobić w dzień, to się nocą zrobi, aby
nie nająć, bo nie m a zaco, bo jest pierwszy do oddania dług. Pryw at­
ne procenty płaciłem z początku 3%, potem 2%, a w końcu 1%
miesięcznie; bankowe z początku półtora procent, obecnie nieco wię­
cej niż 1 %. Gdy po takiej pracy i oszczędności w roku zeszłym obli­
czyłem ile jeszcze mam długu, gdyż na rzut oka zdawało się żem już
prawie 1/4 długu oddał, to się okazało, że mam jeszcze wraz z zale.głemi podatkami 3.620 zł. t. j. o 20 zł. więcej niż pożyczyłem, wtedy

Pamiętniki chłopów

45

się mocno przeraziłem że już inaczej oszczędzać nie można i jeśli
nadal takie ceny potrw ają (na płody rolne niskie, a na przemysłowe
i monopolowe wysokie) to prędzej czy później wierzyciele czyli ko­
mornicy i sekwestratorzy nas z naszą liczną rodziną z ojcowizny
wyrzucą.
Nieraz sobie z żoną rozmawiamy o tem co na to wpływa, że pra­
cując i oszczędzając, niedojeść, niedospać, nie ustroić się i mając zie­
mię w kulturze i urodzaje niekiepskie, długu oddać nie można, mimo
najlepszych chęci; wprawdzie mamy i trudności, bo już mamy ośmio­
ro dzieci, czworo starszych posyłam do Ciemniewka do siedmiooddziałowej szkoły, co też sporo kosztuje, ale prócz gospodarki mamy
jeszcze i pszczoły, które wzorowo prowadzę i dają nam kilkadziesiąt
żł. rocznie dochodu i doszliśmy do tego przekonania, że zadłużonych
gospodarzy najwięcej gnębią takie ceny po żniwach na płody rolne, bo
tak: stelmach czeka na zapłatę po żniwach, kowal tak samo, wierzy­
ciele po procenty przychodzą po żniwach i wówczas masowa sprzedaż
i nieraz przed żniwami nie starcza zboża, trzeba albo od bogatszego
pożyczyć, albo kupić, ale zwykle kupić wówczas niema zaco, więc
trzeba pożyczyć. Poszedłem 10 czerwca do bogatego gospodarza p.
K *** z prośbą, aby mi pożyczył jeden m etr żyta, ten się chętnie zgo­
dził, mówiąc; żyta na pożyczkę nie mam, tylko na sprzedanie, dziś
żyto jest w cenie 25 zł. metr, ja ci pożyczam m etr żyta, a ty mi daj
weksel na 25 złotych, a za dwa miesiące oddasz mi tyle żyta ile miało
będzie wartość 25-ciu złotych i pół złotego procentu. Po dwóch mie­
siącach żyto było w cenie 12 zł. 50 gr. metr, więc musiałem mu oddać
dwa metry i 50 gr. gotówką zapłaciłem. I tak bogaty gospodarz po
żniwach gdy zboże tanie, to go wcale nie sprzedaje, bo wyprzedał je
przed żniwami, żyto po 25 zł. metr, pszenicę po 38 i teraz czeka na ta­
kie same ceny i bogaty bogaci się, a biedny za pół darmo musi sprze­
dać, gdy jest tanie, bo musi.
A teraz chcę porównać możność nabywczą przed rokiem 1930,
a obecnie: dawniej m ając nawet mniejszą rodzinę spożyliśmy dwa
kg. cukru tygodniowo, obecnie po pół kg. na jakieś święta (W ielka­
noc, Boże Narodzenie, Zielone św iątki i t. d.) i wówczas ćwierć kg.,
gdy kto zachoruje, soli białej od trzech lat nie mieliśmy, dawniej, gdy
nadchodziła zima gospodarze zmawiali się i całemi wagonami węgiel
na. opał sprowadzaliśmy, dziś węgiel dla rolników stał się luksusem,
niemożliwym do kupna i ja od trzech lat nawet jednego kg. nie ku­
piłem, dawniej z podatkami nigdy nie zalegałem, dziś od jesieni roku
1930 prawie że ich nie płacę, nie m ając pieniędzy. Mojem zdaniem

46

Województwo Warszawskie

zubożenie rolników nastąpiło z tych przyczyn: z jednej strony nad­
mierne ceny na m aterjały pierwszej potrzeby, jak sól, nafta, zapałki,
węgiel i cukier, z drugiej strony taniość płodów rolnych w czasie
pożniwnym, oraz wysokie procenty od pożyczek, np. w roku 1930
pożyczyłem w Banku Mieszczańsko-Rolniczym w Ciechanowie kwotę
1.460 zł. Co dwa miesiące trzeba zmieniać weksle, nie licząc procen­
tów ile ja już do dnia dzisiejszego samej opłaty stemplowej zapła­
ciłem? A teraz ile razy na czas pieniędzy niema, więc zaraz protest
weksla i trzeba płacić w proteście i na rejenta i na kasę miejską i na
sądy, wszystko pokryje ten biedny i niedostatni, więc i w rolnictwie
nie wszyscy biedują, ci co nie mieli w ostatnich czasach spłat m ająt­
kowych, lub nie przeprowadzali inwestycyj i nie pożyczali pieniędzy,
więc nie opłacają rat, ani procentów, przetrzymają płody rolne i dro­
żej, lub drogo sprzedadzą, to narzekać nie mają na co, lecz takich jest
bardzo mało 7 lub 8%. A podatki: bogatszy sprzedał zboże dotrzy­
mane do droższych czasów i bieżące podatki załatwił w wyznaczonej
wysokości, a biedniejszy nie mogąc na czas zapłacić np. 20 zł. to mu
dochodzą upomnienia, egzekucja, kara, więc mu się prawie podwa­
jają. Gdy nadchodzi zima, to aż dreszcz przejmuje, bo młodsze dzieci,
które do szkoły nie chodzą, gdy mróz przyciśnie cały czas albo w łóż­
ku siedzą, albo na kotlinie, bo niema im za co kupić ciepłego sukmanka i butów. Synowi, który ma pięć lat, parę dni temu pierwsze
„buty” kupiłem trepki z drewnianemi podeszwami. Co to była za ra ­
dość: biegał po izbie, skakał, pobiegł do babci, pokazując, że już mu
nogi nie zmarzną, bo ma nowe „buty”, a mnie z tej jego radości aż
się serce krajało i łzy się strumieniem do oczu cisnęły, że nie przepiję,
nie przepalę, w karty nie przegram i nie mam za co dziecku kupić
butów z cholewkami za 6—8 zł., tylko ledwo za 1 zł. A teraz co do
długów. Gdy budując sobie dom i stodołę i zapożyczyłem się wówczas
na sumę 3.600 zł. to zważywszy, że jedna morga ziemi wtedy ko­
sztowała 1000 zł. a cała fortuna, wraz z inwentarzem była w arta
najmniej 30.000 zł. to ów dług stanowił jedną ósmą i 33 setnych
i wówczas do oddania był łatwy, ale go dziś oddać, gdy ziemia w arta
tylko 300 zł. morga, wartość 25 morgów prócz budynków
7.500 zł. czyli, że gdy pożyczyłem 3.600 zł. to były warte przeszło
trzy i pół morgi ziemi, a obecnie 12. To samo z bydłem i innemi pło­
dami rolnemi. I jak tu zrównać, pożyczyć wówczas, a dziś oddać
to jest wielka krzywda pożyczkobiorcy. Wprawdzie od kilku mie­
sięcy wprowadzone zostały urzędy rozjemcze do spraw kredytowych
i rozkładają na spłaty ratami, ale są pomocą tylko tym dłużnikom,

Pamiętniki chłopów

47.

którzy pieniędzy pożyczali np. w roku 1926 i prowadzili zapiski, to
im urzędy rozjemcze wliczają procent nadmierny (a wówczas brali
5% miesięcznie) i zaliczają na kapitał i dłużnikowi pozostaje mniej
do oddania, ale jak ja, co nadmiernego procentu nie płaciłem
i w urzędzie rozjemczym już dwie sprawy miałem, jedna na 350 zł.,
druga na 550 zł. obie pożyczki, mimo dowodów, że jestem finansowo
w krytycznem położeniu i próśb o dłuższy termin, rozłożono mi tylko
obie pożyczki na lat trzy i bardzo wątpię czy będę mógł spłacić w wy­
znaczonym terminie, bo obie raty jedna 137 zł., druga 100 zł. wypa­
dają do zapłaty 1 kwietnia roku 1934. Mojem zdaniem oddłużenie
wsi nastąpiłoby wtenczas, gdyby złoty spadł na wartości do tej nor­
my, żeby np. morga ziemi znowu kosztowała 1000 zł., a krowa 480 zł.,
gdyż trzy wyżej wskazane krowy były prawie jednej wartości a roz­
bieżność w otrzymanych za nie pieniądzach tak wielka; podatki żeby
były przystosowane do cen płodów rolnych, to samo produkty pierw­
szej potrzeby monopolowe i kartelowe, oraz mniejsza rozbieżność
w cenach za płody rolne w miesiącach pożniwnych, a przednówko­
wych i mniej więcej, żeby były ceny opłacalne.
A teraz na ostatnie pytanie odpowiadam: czytuję tygodnik „Zie­
lony Sztandar”, dawniej opłatę za takowy uskuteczniałem zawsze
z góry za cały rok, obecnie przesyłam tak kwartalnie, ale tak mizer­
nie, że aż się wstydzę, bo zawsze więcej niż na cały kwartał z opłatą
zalegam. I jeszcze jedna bolączka; cukier zadrogi i wprost niedo­
stępny dla drobnego rolnika, a buraki drogie i tak samo niedostępne
dla drobnego rolnika. Do zarządu związku buraczanego weszli sami
obszarnicy i umawiają się z cukrownią tak, jak im dogodniej nie po­
zwalając, lub wysiedlając drobnego rolnika od produkowania tako­
wych. Kto np. przez trzy lata w latach 1926, 27 i 28 w jednym z tych
lat kontraktowo nie sadził buraków, kto w tych latach zmienił swe
nazwisko np. nastał syn po ojcu, zięć po teściu, córka po matce,
dzierżawca lub ńówonabywca, ten już był pozbawiony prawa sadze­
nia buraków i obecnie stale się wysiedla drobnych, że już tylko mamy
prawo sadzić i odstawiać po kilka, lub kilkanaście metrów w cenie
po 5 zł. za m etr i parę metrów po 3 złote. Nie wiem dlaczego nam
jest nie wolno odstawić więcej buraków, bo prócz małej ilości obszar­
ników byłoby całe społeczeństwo zadowolone, że zamiast po 5 zł.
za m etr buraków płacić tylko po 3 złote, ażeby było dowolne sadze­
nie, to ci co mają przywilej sadzenia dużej ilości buraków, zmniej­
szyliby obszar, a ci co utracili prawo sadzenia, toby sadzili, a tak­
że ci by sadzenie powiększyli, co m ają furę, lub dwie odstawić, a cu­

48

Województwo Warszawskie

kier byłby napewno o jedną trzecią tańszy i nie stanowiłby dla bied­
niejszej ludności luksusu, jak jest obecnie.
W szystko powyższe opisałem rzetelnie, szczerą prawdę i czę­
ściowo podałem moje własne poglądy jak daną bolączkę usunąć.
Dn. 22 października 1933 r.

Pamiętnik Nr. 5

B e z r o ln y w y r o b n ik w i e j ­
sk i w
p o w . p u łt u s k im

Urodziłem się 7 lipca 1911 roku w izdebce wynajętej u gospoda­
rza ob. N*** w Płocochowie. Jako rodzina stanowił ojciec, matka
i starszy brat Stanisław liczący dziesięć lat. Rodzice moi żyli z wyrobku, pracą rąk i zarabiali na utrzymanie i mieszkanie. Nie mieli ni ka­
wałka ziemi i własnego mieszkania, choć kiedyś byli dziećmi gospodarskiemi. W położenie, jakie weszli, to przyczyna, że ojcowie mych
rodziców mieli mało gruntu a dzieci dużo, więc jeden czy dwoje
osiadło na ojcowiźnie, a reszta poszła żyć inaczej. Więc najpierw
poszli na służbę do większych gospodarstw, tak że matka służyła
12 lat, a ojciec 17 lat już od dziecka, tak paszeniem gęsi jak paszeniem bydła. Z chwilą złączenia się w związek małżeński szło bardzo
ciężko dla mych rodziców musieli pracować całe dnie u ludzi by za­
robić i utrzymać się przy życiu tak zwanej rodziny. Mieszkali w in­
nej wiosce, a mianowicie w Kącicach i Bartodziejach. W tym czasie
dużo wyjeżdżało do Ameryki, więc ojciec mój postanowił także wy­
jechać lecz nie było funduszu, dopomogła siostra ojca całkowicie
i pojechał.
Tam dostawszy się do kopalni białego kamienia na wyrób rze­
czy kuchennych pracował trzy lata i jeden rok w pracowni stolar­
skiej przy malowaniu mebli. Z zamiarem pracował by zarobić i wró­
cić do kraju i dać lepszą przyszłość sobie i rodzinie. Szczęście bar­
dzo nie dopisało, bo chorował pół roku bardzo ciężko na żołądek.
Przysyłał mej matce bardzo rzadko, tak że nie dawało możliwości do
życia. Matka w tym czasie żyła jak mogła, więc rok czasu doiła 27
krów dziennie we dworze w Płocochowie (przeszła do tej wsi sama
z Kacie) chodziła do żniwa, kopania, przędła len w zimę i utrzymywa­
ła brata a później i mnie przy życiu, ciesząc się, że gdy wróci ojciec,
4. Pamiętniki chłopów.

50

Województwo Warszawskie

to kupi dom a może i kilka morgów ziemi i nie będzie się tułać jak
obecnie...
Po powrocie z Ameryki Pół. ojciec zaraz nie kupował, lecz szukał
jakiejś osady lepszej, dogodniejszej bo miał zarobionych dwa tysiące
rubli, włożył do kasy 700 rubli w Pułtusku a resztę miał w domu, lecz
inaczej się stało, bo zapadła wojna światowa i rubel przepadł zu­
pełnie, kasa wyjechała do Rosji. Tak ojciec jak i wiele innych, któ­
rych znam zrujnowani zostali zupełnie. W czasie wojny było bar­
dzo ciężko, nie było stać na sól i naftę wydawano za kartkam i i wiele
innych rzeczy, których pisał nie będę, bo wiadomo każdemu. W spo­
mnę jeszcze że przy końcu wojny okradziono nas doszczętnie z rze­
czy, które znajdowały się na strychu wyniesione przed wojskami obcemi i rewizją. Skradzione zostały buty nowe brata, wszystkie ko­
szule, płachty, wyroby ze lnu, ubranie i wiele innych rzeczy, zosta­
liśmy w tern co na sobie... Sprawców nie złapano, lecz pomyślenie
mieliśmy na wiejskich niedalekich sąsiadów.
Po tern okradzeniu przyczyniło się jeszcze gorzej i doszło do
biedy, że ojciec chciał mego brata oddać na służbę, lecz jakoś m atka
zaradziła temu i nie poszedł. Chodził do dworu w tej wsi do roboty
i zarobił zboża i trochę grosza, jakoś szło dalej.
Następnie nadeszła wojna bolszewicka w 20 roku. Zawołano me­
go brata na komisję poborową i przyjęto do wojska, wzięto do pie­
choty do Modlina. Miał 18 lat przebył jeden miesiąc i umarł, to jest
zaziębił się w ćwiczeniach w czasie zimy i ostygł na mrozie i śniegu.
Żal opanował mych rodziców wielki, nawet ja na głos o śmierci brata
płakałem i krzyczałem choć miałem 10 lat.
Tak wojna światowa jak bolszewicka dały pamiątkę życiową.
Ojciec myśląc, że będzie miał podporę w starości, stało się inaczej, lecz
nadziei nie tracił, bo ja żyłem i rosłem bardzo prędko, rozwijając
się szybko. Zacząłem chodzić w miejscowej wsi do szkoły wynajętej
u gospodarza (gmachu szkolnego niema). Chodziłem pięć lat, w swej
wsi trzy lata, w sąsiedniej jeden rok i jeden rok do Pułtuska.
Skończyłem pięć oddziałów szkoły powszechnej. Uczyłem się
dobrze szczególnie w czwartym i piątym oddziale, pochwały otrzy­
małem od p. inspektora. Interesowała mnie najwięcej geografja Pol­
ski i rysunki. Skończyłem szkołę to pomagałem rodzicom przy domu,
do terminu jakiegoś rzemiosła chciano i myślano mnie posłać lecz
nie było pieniędzy a potrzeba było 300 zł. z góry. Czasy były lepsze
niż dziś (w 27, 8, 9 roku) więc ojciec zarabiał po pięć zł. dziennie
i życie i pracy nie zabrakło, chowaliśmy krowę i mieliśmy mleko.

Pamiętniki chłopów

51

Za komorne płaciliśmy wtedy 80 zł. na rok (mieszkanie i chlewek na
krowę). Paszę dla niej na zimę szykowaliśmy w lecie, kosztowało
wszystko do 50 zł., parnik letni 35 zł. Mleko matka nosiła na miasto
sprzedawała a za to przynosiła sól, naftę i t. d. Długo tak się nie
działo, bo upadła nam krowa, złamała nogę zadnią na równym gnoju
w chlewie, sprzedaliśmy za 200 zł. a była w arta jak oznajmili gospo­
darze 400 z górą zł. Za tę cenę kupiliśmy drugą lichą bo nie było do­
łożyć, gorsza była do mleka i była chora, i tę trzeba było oddać ży­
dowi za cenę niską. Dopomogła ciocia moja i kupiliśmy trzecią już
za 176 zł. (krowy były tańsze) i tę mamy obecnie, daje po ocieleniu
pięć litrów mleka, sprzedajemy czasami, tylko głównie spożywamy
go i wytwarzamy na wyroby dla siebie.
Z chorób jakie nas nawiedziły była świerzba i to dosyć długo,
wyleczyć się było trudno, bo zawsze nie starczało na leki i doktora.
Przyczyna zarazy tej była taka, że ojciec pracował całą zimę u go­
spodarza przy kopaniu żwiru i sypiał okrywając się ich ubraniem
i okryciem, a oni czy też okrycia były zarażone. Następnie ja zostałem
przejechany wozem, chłop jechał z pola i wiózł pług i brony a ja
biegałem z innymi (bo byłem jeszcze przed szkolnym wiekiem) i do­
stałem się pod wóz, konie przeszły przeze mnie i koła dwa. Złamaną
miałem lewą rękę i zranienie policzka. Leczyłem się większe pół
roku, wyleczyłem się dzięki znanemu doktorowi Cz ■*** (obecnie
w Nasielsku). Następnie z braku ciepłej odzieży często chorujemy
wszyscy na kaszel, katar i inne wyrzuty skórne i t. p.
Obecnie składa się rodzina nasza z trojga ludzi, ojciec, matka
i ja. Ojciec ma 65 lat, m atka 55 lat, a ja 21. Głownem naszem poży­
wieniem są kartofle mleko i czasami chleb. Za mieszkanie płacimy
50 zł. na rok, za paśnik letni 24 zł. i za paszę to ojciec pracował
kilkanaście dni u większych gospodarzy co m ają więcej łąk. Zarobki
są strasznie liche i ich brak, płacą mnie po 1 zł. dziennie i jadam
swoją strawę, wyjątek stanowi jak dadzą.
Jestem robotnikiem rolnym nie mam żadnego fachu, ojciec pra­
cuje różne roboty, a najwięcej kryje dachy słomiane, wychodzi na
tern po 2 zł. dziennie. Kartofle sadzimy sami a więc dają nam więksi
gospodarze 30-morgowe po dwa staja (wszystkiego dwa staja), ma­
m y swój obornik i płacimy za robotę i mamy taniej kartofle niżby
było kupić gotowe. W tym roku ukopaliśmy 38 worków, kupiliśmy
słomy do okrycia i przechowujemy w kopcu. Chowamy dwa małe
czteromiesięczne prosiaczki i dwie kury i musimy tak liczyć by stało
i potem do sadzenia jeśli dadzą ziemi. Za ziemię odrabiamy bardzo
mało, zależy jak któremu gospodarzowi (naturalnie jak żąda).

52

Województwo Warszawskie .

Mieszkamy w „czworaku” tak zwanym, dużym domie, co m a
cztery mieszkania i każde innego. Czworak ten jak powiadają byt
kiedyś dworski, mieszka w nim dwóch lokatorów i dwóch właści­
cieli. Mieszkanie nasze jest nieduże 5 i 1/2 m. długie i 4 m. szerokie,
posiada jedno okno poprawione (nowe), mamy komórkę do prze­
chowywania ziemiopłodów. Podłogi niema jest ubita glina, panuje
wilgoć i zimno, ściany bardzo grube lecz próchniate; od drogi wiej­
skiej stoi trzy m etry położony bardzo nisko i w ten sposób podchodzi
wilgoć pod podłogą, mieszkamy od strony południowej a w zeszłych,
latach mieszkaliśmy od północnej, w tym czworaku mieszkamy wogóle 23 lata. Zbudowany dawno, nikt z najstarszych ludzi go nie
pamięta, jak opowiadają m a około a może 150 lat.
Przy nim mamy ogródek maleński, sadzimy buraczki czerwone na
barszcz i pomidory pod ścianą. Ze sprzętów posiadamy dwa łóżka,
jedno bardzo słabe zniszczone od wilgoci. Łóżka te prostej roboty
z drzewa sosnowego, następnie szafę sosnową, szafkę do rzeczy ku­
chennych zawieszoną na goździach, stolik, taboretka, dwa krzesełka,
na ścianie dwa obrazy religijne bardzo stare i wszystko.
Ubranie jakie nosimy to przeważnie konopiane, rodzice m ają
stare jedno, a nowe to z dawnych czasów liczące przeszło 20 lat. Ja
posiadam kamasze nowe i stare codzienne buty, z ubrań drelichowe
jedno nowe i stare codzienne, i jesionkę na zimę. Dawniej ojciec
chodził w obuwiu o podeszwach drewnianych, nawet i czasami do«
gnoju używa teraz. Na kupno to nigdy nie ma, bo pierwszy żołądek
trzeba zaspokoić. W arto zaznaczyć, że z braku tych rzeczy człowiek
do kłótni rodzinnej skory (patrząc na ubranych kolegów), lecz rzecz
ta jest zrozumiała wejść w nią w położenie.
Wieś ta będzie wkrótce rozkolonjowana, pomiary już były, tylko
mierzyć działki przystąpią i każdy niemal się rozbuduje gdzieindziej.
Nasz czworak rozwalony będzie i podzielony pomiędzy czterech wła­
ścicieli, my mieszkamy u gospodarza J *** z tej wsi. Co będzie dalej
z mieszkaniem to nie wiem, trzeba gdzieindziej szukać i żyć jakoś..
Wieś liczy 68 osad, najwięcej jest małorolnych gospodarzy 12—18morgów, większych 30-to morgowych gospodarzy jest czterech.
W tej wsi jest dwór liczący cztery włóki ziemi ornej i półtora włóki
lasu, ziemia jest żytnio-kartoflana, przeważnie najwięcej sieją żyta
i kartofli, najmniej pszenicy i z warzyw pomidorów. Oświata spo­
łeczna jest bardzo rozwinięta, były organizacje K. M. W. „Siew”,
Strzelec, Kółko rolnicze, obecnie jest K. Mł. W. „Wici”, Stronnictwo
Ludowe, Stowarzyszenie M. P. i Komitet Budowy Szkół. Ja należę do

Pamiętniki chłopów

53

Koła Młodzieży i jestem sekretarzem. Pisma jakie czytam „Wici”,
Gazeta świąteczna, Wyzwolenie i mała gazetka „Zjednoczenie”. Za
swoje pieniądze tylko kupuję niektóre numery Gaz. Świątecznej, re­
sztę pożyczam ze wsi. Życie wsi teraz podupadło, wszędzie wyrzekają
i biadują. Od wojska jestem zwolniony, lecz nie całkowicie, na przy­
szły rok muszę składać podanie o zwolnienie, (ostatni rok będzie).
Powód jaki mam to niezdolni rodzice do pracy (kat. A.). W tej wsi
jest pięciu wyrobników. Palimy drzewem „cierniem”, które przywo­
zimy wózkiem sobą z lasu z l 1^ km. oddalonego, do pieca kupujemy
(w zimie nawozimy ciernia).
~
Ja w wolnych czasach czytam książki wypożyczone z bibljoteki
Koła. Myśl moja to miłość bliźniego (naturalnie jak mnie kto na wi­
dzi) i oświata choć w tak ciężkich czasach, ażeby zrozumieć przyczy­
nę owej tajemnicy zła, by była jedność w narodzie i dążenie do jed­
nego celu i by był dobry rząd, a przedstawiciel tego rządu, nie ten
wielki co go się ludzie obawiają, lecz ten co go jak ojca kochają.
Z ożenkiem też nieraz myślę, ale postąpić naprzód trudno (myślę materjalnie). Wszystkie liczą się „gospodarskiemi córkami”. Dla mnie
niema wcale w tej wsi. Pisać to byłoby bardzo dużo drobnych rze­
czy z początków życia mych rodziców, lecz z braku miejsca nie piszę
{chodzi o mnie). Wspomnę jeszcze, że rodzice nie umieją czytać i pi­
sać (m atka sylabizuje).
Narzędzia nasze do pracy i zarobkowania to widły, szpadel, mo­
tyka, cepy i wolne ręce.
W zeszłym roku dośtałem od gospodarza ziemię i prowadziłem
„konkurs” kartofli, nazywały się „parnasy”. Mieliśmy dwa zespoły
buraczany (9) i kartoflany (7). Te zespoły przy Strzelcu były
w Płocochowie. Przyjeżdżał instruktor z C. T. O. i K. R. z Pułtuska.
{Wydano zeszyt i broszurę). Na wystawie dostałem piątkę i miałem
pierwsze miejsce w naszym zespole ziemniaczanym. Nagroda cztery
drzewka szlachetne, a swoją drogą Zw. Strzelecki (komenda) dał mi
książkę pod tytułem „Hodowla zwierząt domowych” Moczarski w III
tomach (jednocześnie książki te jako zespołowa nagroda). Poletko
miałem 10 X 25 = 250 m. kw., wysadziłem pół metra, ukopałem pięć
i pół m. Przechowałem w kopcu, na wiosnę podkradł się złodziej
i wziął dwa worki (z chciwości na gatunek).
Bezrobotnym bywam często, lecz zasiłków nie pobieram, że to
na wsi to niema się nic wspólnego (jeden wyrobnik starał się w Puł­
tusku i nie otrzymał a ma sześcioro dzieci małych). Gdy wypadnie

54

Województwo Warszawskie

nieraz praca na drodze bitej i to trudno się tam dostać, nie przyj­
m ują bo m ają dla miejskich.
Zdolność mam w sprawach społecznych, często referaty mówię
na zebraniach Koła, układam wiersze (tem at młodzieży zorganizo­
wanej), ułożyłem osiem już wierszy ostatni pod tytułem „Dożynki
wiejskie w Płocochowie, wypowiedziany właśnie na tych dożynkach
w bieżącym roku 10 września, nagrodzony burzą oklasków, bo było
blisko dwa tysiące ludzi. Ja zastanawiając się nad sobą i myśląc o tern
że gdybym miał więcej szkoły, tobym był w innem położeniu. Przy
tej sposobności zyskam dużo ludzi w towarzystwie.
Papierosów nie palę wcale od dziecka, wódki nie piłem już daw­
no, a gdy piłem to na weselach w miejscowej wsi u koleżanki czy
kolegi, którzy mnie poprosili. Z charakteru jestem wesoły i uczciwy,
pracowity dla siebie przy swych zarobkach.
Zastanawiam się mocno jak dać,niezdolnym rodzicom gdy będą
zupełnie, chleb i utrzymanie, lecz mam nadzieję w Bogu, że nie
umrzemy z głodu. Dochodzę teraz do zrozumienia co to jest
oszczędność, praca, spółdzielczość, oświata narodu i wiele innych
dziedzin życia!
(W szystko co napisałem jest jakby spowiedzią, prawdą, lub ża­
lenie się przed najbliższym krewnym, ja natomiast pragnąłbym o ile
możności otrzymać odpowiedź czy to drukiem czy jakąś gazetą).
Dn. 29 października 1933 r.

Pamiętnik Nr. 6

G osp o d a rz d w u m o r g o w y
w
p o w . s k ie r n ie w ic k im

Mój pamiętnik nie będzie może tyle ciekawy co inne, a to dla­
tego, że jestem jeszcze młody. Ale mimo to, że jestem młodym, to
jednak tak się w arunki złożyły, iż jestem już samodzielnym gospo­
darzem mającym dwie morgi ziemi. Jak żyję na tern swojem karłowatem gospodarstwie, będę chciał wszystko szczerze opisać.
Dnia 5 sierpnia 1912 r. wTe wsi Lipec gm. Słupia, pow. Skiernie­
wice, przyleciałem na świat w glinianej chałupie mego ojca.
Wychowywałem się, jak większość dzieci na wsi. Ojciec mój
posiadał dziesięciomorgowe gospodarstwo, to też skoro przestałem
w „katanie,, chodzić pasałem to gęsi, to owce, a jak byłem starszy
to i krowy.
W r. 1918 zmarł mi ojciec, pozostała m atka i nas pięcioro ro­
dzeństwa. A w rok później spaliła nam się chałupa. Oj! pamiętam
było to życie — bo było. Pamiętam jak żeśmy się wyprowadzili do
ciotki - sąsiadki, ale że dwie rodziny w jednem mieszkaniu nie mogły
się pomieścić, to ja z bratem sypialiśmy w oborze. Fajerkasę za tą
pogorzel dostaliśmy dopiero w 1929 roku w sumie 65 zł. Ponieważ
chałupa była z gliny to m ury zostały, przy pomocy krewnych zało­
żyliśmy dach i mieszkamy w tej chałupie do dnia dzisiejszego.
Ja uczęszczałem do szkoły powszechnej w Lipcach, w której ukoń­
czyłem pięć oddziałów. Zimową porą chodziłem zawsze bez śniada­
nia, jadłem śniadanie dopiero po powrocie ze szkoły o godz. 1-szej
popołudniu. Raz pamiętam zmuszony byłem przestać chodzić do
szkoły, a to dlatego że boso już niemożliwe było iść, bo był mróz,
a matka moja nie miała pieniędzy kupić mi trepów. Pomimo to uczy­
łem się nie gorzej od innych. Do kościoła też chodziłem, a jakże,
w podartej kapocie, przypominam sobie, że nie chciałem w tej ka­
pocie chodzić do kościoła, ale m atka zawsze mnie kułakiem wypę­

56

Województwo Warszawskie

dziła. W takich to warunkach wychowywałem się i spędziłem swe
dziecinne lata.
W 1928 roku zdechł nam koń i zostaliśmy przy jednej krowie.
Brat mój starszy odszedł do wojska, ja byłem jeszcze lekkomyślny,
więc żeby było komu pracować i rządzić gospodarstwem, sprowadzi­
liśmy szwagra do swego domu i oddaliśmy mu całą gospodarkę. Za­
częło się wtedy nam trochę lepiej powodzić nie dlatego, że szwagier
umiał się dobrze gospodarzyć! Nie! dlatego, że w tych latach, jak
27, 28 i 29 było dla chłopa jeszcze możliwe życie, zboże płaciło, za­
robki były, ja sam w 28 r. w jednym miesiącu w czerwcu zarobiłem
95 złotych przy robieniu pustaków, a dziś nikt ich prawie nie robi
bo cement jest zadrogi.
Jak się szwagier przyprowadził to było nas wtedy ośmioro w je­
dnej izbie. Ja sypiałem w stodole. Mrozy były tego roku duże, bo któż
nie pamięta zimy z 28 na 29 rok. Przeziębiłem się wtedy strasznie.
Gdy leżałem w łóżku chory mając do 40° gorączki, byłem zdany na
łaskę i nie łaskę losu, bo o lekarzu nikt nie myślał, księdza tylko
chcieli mi przywieść i leczyli mnie własnemi sposobami: jak ugrzanie otrąb na gorąco i przyłożenie do głowy i t. d. Jakoś, że z tej
choroby się wylizałem.
Po powrocie brata z wojska w 1930 r. nastąpił podział ziemi.
Nas było pięcioro, trzy siostry i dwóch braci (wszystkich to nas było
dziesięcioro, ale połowa um arła). Brat ożenił się i zabrał cztery m or­
gi swoje i siostry, która pracuje w Warszawie, drugie dwie siostry,
które były zamężne wzięły swoje morgi, przy jednej siostrze ja zo­
stałem, sprzątali moje morgi ja u nich pracowałem, za co dostawałem
jeść i jakie takie ubranie. Matce wyznaczono korcowe na utrzymanie
i tak z jednej piątej części jeden korzec żyta, cztery korce kartofli,
dwa korce węgla, pół m.3 drzewa, trzy kg. słoniny i jeden litr mleka
dziennie. Oprócz tego co dwa lata wszyscy m ają się złożyć i kupić
matce jedną parę trzewików, koszule.
Ja choć byłem młody, ale wcale mi się nie podobał ten podział,
zacząłem więc szukać innych dróg wyjścia, ażeby się ze wsi ulotnić.
Gdy nigdzie pracy nie mogłem dostać, postanowiłem iść do szkoły
rolniczej, ą że nie miałem swojej gotówki, więc złożyłem podanie do
Wydziału Powiatowego o udzielenie mi stypendjum. Stypendjum
otrzymałem i 15 stycznia 1931 roku wyjechałem do szkoły rolniczej
w Łowiczu. Byłem pewny, że po skończeniu szkoły dostanę się gdzieś
do dworu na praktykę i będę miał jakieś znośniejsze życie niż tu na
tej gospodarce. Jednak życie nie poszło podług moich zamiarów i po

Pamiętniki chłopów

57

skończeniu szkoły powróciłem do domu. Po powrocie ze szkoły szwa­
gier mój, który sprzątał z mojej części, oddał mi tę część ziemi, która
według podziału dla mnie przypadała, udowadniając tern, że nie chce
moich mórg sprzątać i dawać mi jeść i na ubranie. Nie mając grosza
w kieszeni, ani żadnego inwentarza, nic wogóle nie posiadałem, tylko
tyle co to ubranie na sobie. W takich to warunkach w roku 1932
sprzątnąłem zboże ze swoich mórg, którego było trzy wozy w poje­
dynkę wszystkiego.
Po oddaniu mi ziemi szwagier wyprowadził się na swoją ojco­
wiznę, a m atka znów, która mieszkała u brata, przyprowadziła się
do mnie.
Dom mieszkalny jest u nas z gliny kryty słomą, ma dwa miesz­
kania i sień. Stodoła i obora są z drzewa słomą kryte. W oborze dziu­
ry świecą na wylot bo już spróchniała, a stodoła też się już skrzywiła
od wiatru.
W jednem mieszkaniu mieszka brat, u brata niema podłogi tyl­
ko klepisko ubite z gliny to też wilgoć jest okropna. W drugiem mie­
szkaniu mieszkam ja i matka, która jest na utrzymaniu. Ponieważ
jestem kawalerem to nieraz mówią mi różni dobrzy ludzie, żebym
się ożenił to mi będzie lepiej. Jednak ja patrząc na rzeczywistość ży•cia małżeńskiego ludzi ubogich, bez pracy, wcale nie widzę dla siebie
w tern polepszenia. A gdyby nawet do tego doszło to skąd wziąć 30
złotych na ślub, a przecież i za inne formalności w związku ze ślu­
bem płaci się grube sumy np. zapowiedzi.
W mojej wiosce są przeważnie gospodarstwa dziesięciomorgowe. Niektóre są już rozdrobnione, niektóre jeszcze w całości, ale i te
niedługo się utrzymają, bo młodzież dorasta, a każdy chce żyć. Gdzie
jest mniejsza rodzina tam gospodarstwo pozostaje całe, ale takich
jest mało. Ja mam dwie morgi, przypuśćmy żebym się ożenił i dostał
-dwie morgi razem cztery morgi, co za wyjście? Przecież z żoną trze­
ba żyć trochę lepiej, trzeba, że tak powiem trochę „wygód”, jak opał,
światło i t. d. Do tego doliczyć podatki, dać utrzymanie rodzicom,
takie choćby, jak my dajemy swojej matce. A mieć cztery morgi
i żonę, to trzeba te wszystkie wydatki wyżej wymienione pomnożyć
przez dwa, do tego doliczyć za „obróbkę” w polu i furmanki: po
drzewo, do młyna i t. d. Za obrobienie końmi czterech mórg za­
płacił jeden gospodarz w tym roku na zimę 45 zł., a na wiosnę do­
liczyć trzeba conajmniej 30 zł., a zarobić nigdzie, zboże tanie... i żyj
człowieku, bo ci Pan Bóg dał życie. Do tego wszystkiego trzeba dodać
jeszcze koszt utrzymania dziecka, gdyby ewentualnie było....

58

Województwo Warszawskie

Podczas żniw i kopania kartofli to roboty jest dużo: bo i u siebie
trzeba zrobić i pomóc komu trzeba i zarobić gdzieś jakby się dało.
Zwykle po żniwach młóci się po trochu do kopania, a po kopaniu
wymłóca się resztę, a że młóci się cepami to czasu potrzeba dużo,
więc człowiek jak ma robotę to się czuje dosyć dobrze, najgorzej
to już na przednówku, bo ani niema co jeść, ani co robić. Nieraz
gdy siedziałem w polu, między żytami na miedzy i rozmyślałem
o nędzy życia dzisiejszego, to popadałem wprost w depresje i gotów
byłem wtedy nawet życie sobie odebrać, bo jak tak mam powoli umie­
rać myślę sobie to lepiej odrazu skończyć.
Ale wtedy jakieś dziwne myśli człowieka opanowywują, żyje
się tylko z ciekawości co będzie jutro, za miesiąc, za rok?....
Ojciec mój włożył udział do Sp. Sp. „Lipce”, który pozo­
stał do dzisiejszego dnia, teraz podzielimy ten udział na po­
łowę (po 10 zł.) z bratem i pozostaniemy nadal członkami Spółdzielni.
Korzystam z bibljoteki Koła Mł. Wiejskiej w Lipcach za opłatą 25 gr.
miesięcznie. Z gazet to czytywam tylko: Spólnotę, Wici i Wyzwo­
lenie. Spólnotę otrzymuję ze Spółdzielni, bo spółdzielnie prenumerują
dla swych członków. Wici prenumeruje Koło Mł. Wiejskiej, zaś W y­
zwolenie prenumerujemy we czterech młodych chłopaków z mojej
wioski co nas taniej kosztuje i trzymamy się tej zasady, że człowiek
nie tylko żyje samym chlebem. To też ludzie starsi śmieją się z nas
nieraz „że my bidne, a gazety to cytywomy”.
Poza moim dwumorgowem gospodarstwem nie mam żadnej sta­
łej pracy, we żniwa tylko zarobiłem 17 złotych, za co kupiłem sobie
prosiaka i tego tylko trzymam, pożatem więcej inwentarza nie mam,
ziemia coraz to lichsza, a najgorsza sprawa będzie na wiosnę bo nie
będę miał obornika pod ziemniaki. Miałem zamiar sprzedać ze dwa
korce owsa i z korzec żyta i za to kupić sobie choć jakie cielę, ale
zboże takie tanie, do tego jak się teraz wysprzeda tanio, to na przed­
nówku może trza będzie kupić drogo. We wrześniu tego roku za­
robiłem sześć zł. przy młócce cepami u jednego gospodarza z mojej
wsi, po dwa zł. dziennie i jeść dawał, taki zarobek toby się opła­
ciło, żeby tak dłużej popracować.
I jeszcze pracuje u jednego gospodarza za to, że mi obrabia zie­
mię, do niego to idę na każde zawołanie. Ten ostatni zarobek też jest
dla mnie dobry, bo nie potrzebuje płacić gotówką od roboty w polu
a to za cały rok to jest na wiosnę i na zimę, gdyby przyszło płacić
gotówką toby wyniosło około 40 zł. na to trzaby było sprzedać około
cztery korcy żyta. A co jeść?... jak ja wszystkiego w tym roku obli­

Pamiętniki chłopów

59

czam dziewięć korcy żyta i cztery korce owsa, owies zresztą już wymłóciłem wszystek i trza będzie sprzedać na podatek teraz w listo­
padzie. Mieszkanie moje jest to duża izba z dwoma oknami sczerniałemi od starości i dziurawemi futrynam i przez które wieje wiater,
latem to wygodnie bo okna się nie otwierają, to temi dziurami tro­
chę świeże powietrze wpada, a na zimę to się zatyka mchem i starymi
gałganami. W zeszłym roku sypiałem na podłodze, bo nie miałem
za co kupić łóżka, obecnie sypiam na łóżku, które mi sąsiadka z li­
tości pożyczyła, stare już jest i muszę się ostrożnie kłaść spać, żeby
się nie popsuło, bo jest słabe, ale zawsze wygodniej, jak na słomie
na podłodze. Przyniosłem je w nocy żeby nikt nie widział, bo mnie
wstyd było.
Mam szafę, którą szwagier zostawił jak się wyprowadzał bo mu
się nie opłaciło zabierać, której gdy bielę izbę nie wynoszę boby się
popsuła, którą zresztą i tak sekwestrator w zeszłym roku zapisał
za podatki i zamiast 5 zł. 34 gr. właściwego podatku zapłaciłem
9 zł. 4 gr. czyli za to, że nie zapłaciłem w swoim czasie 5 zł. 34 gr.
musiałem później zapłacić 3.70 gr. kosztów egzekucyjnych. Nie mogę
tu powiedzieć, że podatki są zbyt duże, jeno że władze za bardzo
energicznie je ściągają i to z takiemi karami.
Ale odbiegłem na chwilę od tej szafy, zresztą co będę dużo ga­
dał jest to stary grat, w którym nic niema prócz moich starych gazet
i zapisanych zeszytów. Dalej z moich starych zabytków jest stołek
co go jeszcze ojciec nieboszczyk zrobił ze szczapy, dawniej jadaliśmy
przy nim a teraz to kładę na nim mąkę z workiem. Matka ma swoje
łóżko zwykłe, jak na wsi m ają i skrzynkę na ubranie.
Mam jeszcze ławkę, którą zrobiłem w zeszłym roku ze starych
boków, niewygodne to, ale jest przynajmniej na czem usiąść do je­
dzenia. Przy jedzeniu zawsze siadam na niej, a teraz trzymam w rę­
ce bo stołu nie mam. Jest u nas maszyna do sieczki rżnięcia, która
została po ojcu, ja na niej sieczki nie rżnę, bo krowy nie mam. Mam
lampę, która świeci się tylko gdy już naprawdę musowo świecić i to
się przykręca, żeby mniej nafty wychodziło, z tego względu nigdy
wieczorami nie czytywam książek.
Zasadniczem jedzeniem u mnie to są kartofle i chleb. Cukru nie
używam wcale, można powiedzieć tylko dwa razy do roku na Wielka­
noc ćwierć kilograma i na Boże Narodzenie ćwierć kilograma. Na
śniadanie kartofle z barszczem, na obiad chleb czarny często suchy,
czasem dostanę od kogo z łaski mleka. I na kolację znów kartofle
na rzadko, czasem kluski żytnie pytlowe, kapusta albo groch i t. d.

60

Województwo Warszawskie

Słoniny jak kupię ćwierć kilograma to tak kombinuję żeby mi star­
czyło conajmniej na dziesięć dni, chociaż wiem, że żołądka nie oszu­
ka. Po takiem pożywieniu to można sobie wyobrazić, ile jest
energji do pracy. Zima za pasem, a tu nie mam kapoty ciepłej i bu­
tów. Mam tylko jedną parę kamaszy, w których chodzę w dzień po­
wszedni i na święto, jedną czapkę zimoyą, w której chodziłem i la­
tem, stare ubranie do roboty i nieco lepsze na święto. A teraz na zimę
nie mam ciepłego palta, ani swetra, ani ciepłej bielizny i tych niezbęd­
nych rzeczy nie będę mógł sobie kupić, bo za co ?
Za palto policzmy 30 zł., ciepła bielizna i sweter conajmniej 10
zł., za buty 20 zł., razem więc 60 zł. Na to wszystko musiałbym
sprzedać pięć korcy żyta, a wszystkiego obliczam dziewięć korcy.
Gdybym sprzedał to na ubranie to mi do jedzenia nie w ystar­
czy, a podatki zapłacić, a takie niezbędne artykuły pierwszej po­
trzeby kupić, jak sól i zapałki. A tu zarobić nigdzie nie można ani
grosza. Nikogo pewnie nie zdziwi, gdy powiem, że do wojska nie
byłem zdolny i nietylko ja bo tylu na wsi pozostaje wolnych od
służby wojskowej. Matka moja kaszle i pluje, ja nie jestem zdolny
do służby wojskowej, dużo młodzieży w takim wieku jak ja ma
zupełnie popsute zęby i nikt tu nie korzysta z żadnej pomocy lekar­
skiej, bo lekarz w chłopskiej chacie to nie do pomyślenia.
Zauważyłem w paru miejscach w mojej wiosce, że dzieci od
dwóch do czterech lat są zupełnie źle odżywiane, występują u nich
różne krzywizny na nogach, m ają duże brzuchy rozepchane karto­
flami i t. d. Niektóre do tego czasu chodziły boso. I czy z takich
dzieci wyrosną zdrowi obywatele kraju? a przecież nędza z każdym
rokiem jest większa.
Gdy pomyślę o nadchodzącej zimie to strach mie oblatuje, bo
pamiętam w zeszłą zimę paliłem świeżem drzewem, kupiłem już
zimą bo wcześniej nie miałem pieniędzy i nie wyschło dobrze, a
o węglu to mi się nawet nie śniło. Oj życie... bo życie... i jeszcze
oszczędzałem żeby mniej wyszło. Pamiętam, jak przyszłem wieczo­
rem i zruciłem z nóg trepy w śniegu oblepione to całą noc były oble­
pione i śnieg nie stopniał w mieszkaniu, jakże miał śnieg stopnieć,
kiedy woda w naczyniach tak zamarzła, że musiałem rano mocno
bić, żeby lód przebić, ziemniaki zmarzły w mieszkaniu i mnie pod
pierzyną brało zimno, ale wytrzymałem. Na pierzynie gdzie chucha­
łem przy oddychaniu to był mróz biały a na ścianach to można było
skrzybać łyżką taki szron był, przez trzy tygodnie wcale mróz z okien
nie schodził, dopiero jak się mróz zelżał.

Pamiętniki chłopów

61

Jedno trzeba stwierdzić, że człowiek biedny w tych czasach wal­
czy tylko o to żeby się jakoś utrzymać przy życiu, nie kupuje żad­
nych towarów, które mu są nieraz koniecznie potrzebne. I gdy się
widzi to lepsze życie i chciałoby się żyć po ludzku, a żyć tak ni,e
można, to człowieka chwyta jakiś niewysłowiony ból, chwyta go roz­
pacz. Ja na swoich dwóch morgach żebym miał jakiś zarobek ubocz­
ny, choć nieduży, żeby 10 zł. tygodniowo, tobym sobie żył jeszcze
możliwie.
Stare drzewa w ogrodzie wykopuje się na ogień, ale nie sadzi się
nowych drzewek. Jednem słowem zużywa się stare pozostałości ma­
jątkowe a nie tworzy się zarazem nowych, chociaż są ku temu dobre
chęci.
Samo życie wskazuje na to, że tak dłużej być nie może i z czasem
musi przyjść ten sprawiedliwy ustrój społeczny — oparty na zasa­
dach spółdzielczych — a wtedy poskromi się wszelki wyzysk i wska­
że się ludziom cel, którym jest dobro wszystkiej ludzkości.
Na tern kończę swój pamiętnik, może coś będzie niejasne to
trudno bo nie mam wielkich zdolności pisarskich. To co wyżej opi­
sałem są to fakty z życia mojego, które gdyby tego zaszła potrzeba
mogę uzupełnić. Mam wrażenie, że i mój pamiętnik przyczyni się do
wspólnego dobra i łącznie z innymi da jakiś pożytek.
Z powodu braku pieniędzy wysyłam pamiętnik nieco później
niż go napisałem.
Dn. 29 października 1933 r.

Pamiętnik Nr. 7

/

G o sp o d a rz n ie g d y ś n a d z ie s ię ­
c iu m o r g a c h , o b e c n i e n a u s z c z u ­
p lo n e j o s a d z ie w p o w . ła s k im

Urodziłem się we wsi Dąbrowa. Długa ta wieś, niebrzydka,
a prościutka jakby strzelił. Kole drogi co z górki z pod lasu wyłazi
i ciągnie się do pastwisk stoją chałupy to spróchnięte, niby te przy­
kucnięte babiny co siedzom pod kościołym na odpuście, to znów
proste gładziutkie wcale podobne do miejskich. Przy drodze rosnom
wielkie gruchy od powstania i niejedna z nich pięć paminto pokoleń,
i choć to płonę, stoją od parady, a pożytku z nich tyle że latym gdy
słońce skwarzy spracowane ludziska mogą se pod gałynziami chłodu
zażyć, bo przez gęste liście nie przedrze sie ani jeden promyczek.
W środku gdzie sie krzyżują drogi pod lipami stoi krzyż bardzo
stary i nikt ze wsi nie wie kto go stawiał, tylko mówią że jest z n aj­
starszej sosny z całego boru, a opowieści o nim tyle że księgę by
napisał. Teraz poprzeczka się już schyliła, krzyż mchem porósł
i groby co pod nim leżą z ziemiom się zrównały. Leży w nich parę
powstańców z 63 roku co ich kozaki nasiekali. Stare to groby, traw a
na nich rośnie i dziewanna, a krzyżyki spróchniały schyliły sie do
ziemi. Glapa na nich sindzie czasem, zaskrzeczy i odleci w pole.
W końcu wsi ciągną się łąki, torfisko i wielkie kopiele. Koło wsi
płynie rzeczka, a na niej pod borym stoi stary młyn. Dawni pański
a teraz'mieszka w nim stara Manicha co sie zna na chorobach. Dawno
myliło się w nim, a teraz woda groble rozerwała i nowy młyn po­
stawili, a stary stoi, bo jest bezpański. Nikt go nie reperuje, to też
pochylił się i ziobrami prześwituje, niby ta chudzina, co jej pies
z litości gałgany targa i wiater je kołtuni. Urodziłem się w roku...
Dziadek mój był wójtem, czytać umiał dobrze po ruski i po polsku,
to też we wsi poważanie miał wielkie. Ojciec mój dostał od dziadka
10 mórg ziemi dobrej. Resztę gospodarstwa to jest 7 mórg dostała
moja ciotka. Ojciec mój ożenił się z panną bogatą bo miała 10 mórg

Pamiętniki chłopów

63

ziemi. Tak razem mieliśmy 20 mórg i wszystkie budynki gospodar­
skie po dziadku. Urodziłym się w chałupie takiej jak te wszystkie
chłopskie z małymi oknami z dużym słomianym dachym, z kominem
wielkim w którym można było w cztyry konie wykręcać i który był
bardzo ważny bo było w nim schówko na piniądze, okrągłe wymu­
skane. W nim przechowywała m oja babka piniądze na wódkę. Dom
cały miał dwa mieszkania jedno nasze, w drugim mieszkała moja
babka. Cztery miałym lata gdy umarł mi ojciec. W siódmym roku
kazał mi ojczym uszyć długie płótniane portki, bom do pasynia był
zdatny i stąd zaczyła się moja bieda. Ojciec miał duże stado owiec,
które kazano mi pasać w boru. Wielki mię strach ogarnoł. Nie
pomógł płacz ani wstawianie babki, ojciec pasów mi wsypał ile
wlazło i wypyndził mię do boru. Pierwsze to było zmartwienie.
W boru pasło owce dużo chłopaków z całej wsi. Ci byli dużo starsi
odemnie to tyż robili ze mną co chcieli. Dali mi jeść chleba, a jak
jeść nie chciałem, zmusili mię. Potym jak zjadłem kazali nawracać
owce, a jak nie chciałem, rozebrali mię i kozikiem chcieli przerżnąć
brzuch, by wyjąć co zjadłem. Przestraszony pasłym wszystkie owce,
a że były bardzo ciekawe, więc musiałem chodzić prędko dookoła
i zawracałym by mnie nie rżnęli tylko. Wieczorym przypędziłem
owce do domu. Ojciec wyszedł przed bramę i patrzył. Na nieszczę­
ście jedna owca, stara i bardzo szkudna, co chwile ugryzła parę list­
ków kartofli. Ojciec zobaczył podskoczył z kijem, głowę wsadził
między kolana i bił tak długo aż się zmęczył. Pamiętam tyn dzień, bo
czynsto potem bił mnie za wszystko. Jedynym obrońcom była Babka,
która ratowała mnie w fałdach spódnicy. Ukończyłym 10 lat. W tym
czasie powstała przy parafji szkoła. Po długich kłótniach matki
z ojcem ojczym zgodził się oddać mnie do szkoły. Uszyli mi portki
nowe z farbowanego płótna. Ojciec wsadził mnie w deski i zawiózł
do szkoły. Potym zaprowadził mię ojciec do nauczyciela i kazał mie
mocno bić. Chciałym uciec, bo bicie znałym już dokładnie w domu
i na samo pomyślenie czułym bóle. Ojciec odjechał. Nauczyciel
posadził mie na ławce i kazał mi pisać kryseczki. Przytuliłym głowę
do kajeta i piszę, a tu on jak nie ryknie na mnie po rusku. Co śpisz
ty Świnio! Bardzom sie przeląkł i zaczołym płakać, chwycił dyscy­
plinę i zaczoł mnie okładać. Ja w krzyk. Nic nie pomogło, aż się
skryłem pod ławkę i nie chciałem wyjść. Wyciągnęło mnie dwuch
chłopaków, położyło na stole i okładali ile wlazło.
Słońce zachodziło, kiedy wypuszczono nas ze szkoły. Do domu
było cztery kilometry drogi przez piachy i las. Leciołym co siły,

64

Województwo Łódzkie

głodny, wystraszony. Bałym sie bardzo, bo we wsi mówili że tam
straszy. Co krzaczek przystawałem żegnałym sie, prosiłym świntych
jakich znałym abo zamykałym oczy.
Takie całe dwa tygodnie kształciłym sie w tyj szkole. Nauczyciel
bił mie czynsto bo nie mogłym sie nauczyć modlitwy za cysorza i tyle
jego dzieci. Czynsto nie napisałem co kazał nauczyciel bo nie była
gdzie. W e wieczór palili małom lampę'„Icek” i to niezawsze bo oj­
czym był bardzo chytry na piniądze. Ale niedługo skończyła się m oja
bida. Przyszła jesień, rzyka wylała i wody było pełno na łąkach.
Po drodze wpadłym do wody i cały sie zmoczyłym, to tyż w szkole
trząsłym się mocno. Nauczyciel pytał się na wyrywki o wszystkich
Mikołajach i jego rodzinę. A mnie jakoś się gymba zacina i byłkoce
mu zymbami. Złapał kij i uderzył mnie przez głowę. Skryłym się
pod ławkę ale mnie wywlekli. Szarpnołem się z całych sił i uciekłem
do domu. Bałym sie przyjść do mieszkania bo wiedziałym że ojciec
mi nie daruje. Oko mi całe spuchło' i mało widziałym. Skryłym sie
pod szopę, i czekałym babki prawie do zmroku bo wtedy wracała
z karczmy, dać jeść kurom. Zdaleka już słyszałym piosenkę co ją
babka śpiwała.
Nicego mi nie żal tylko tych trzech rzeczy
Żyda Żydóweczki gorzałeczki trzeci.
Wyskoczyłym z kryjówki ucieszony bo zmrok już zapadał
i zmarzłem porządnie. Babka wzięła mnie do siebie, dała mleka.
Potym pościelała m i kożuch na piecu, wlazłym tam i zasnyłym. Na
drugi dzień obudziłym sie wcześnie bo ból rwoł mnie bardzo. Na
oko nie widziałem nic. Babka przykładała mi różnymi listkami, ale
nic nie pomogło. Wreszcie wszyscy uradzili żeby mnie zawieść do>
zażegnania do gruby Grzelonki. Zajechaliśmy do niej. Baba była
gruba że zwyczajnych trzy trzeba było złożyć na nią jedną. W yszła
przed dum i zaśmiała ąie. Ha! Ha! Ha! Hi! Hi! Hi! Przyśliście
co jo wom pomogę. Pytała sie wrona zimby czyście przyśli na przeglindy. Wzięła mnie potym do chałupy a i babka poszła ze mną.
Stoimy, a ona nam pokazuje, widzicie jak to piesek kury guni. Dobry
piesek. Potym opowiadała nom o różnych djabłach, a ja tylko tyle
wiedziałym że musi być-bardzo mondrą, bo wie co jest w niebie
i co na ziemi. Kole południa dopiero wzięła mnie do innej chałupy,
upaliła sierp na czerwuno, prowadzoła mi po oczach i mówiła:
Najświętsza panienka trzy córeczki miała
jedna po boru lotała, drugo w chmurach siedziała
a trzecia uroki odczyniała

Pamiętniki chłopów

65

potym jak mi plunęła w oczy z całej siły to> już nic nie widziałym
i znów powiedo
a tu przetak a tu sito wyłaź na krzyżowe drogi, czy to paproch
czy to sieczka z obroku bydź zdrowy chłopoku.
Umyłym sie po ty operacji i poszedłym do domu. Oko bolało
mie jeszcze bardziej i dopiero za parę dni przejrzałem na nie.

Miałym wtedy 17 lat. Ku jesieni sie zabierało. Dnie były krótkie,
ciemne, jakieś zaspane a takie smutne że wlekły sie bez końca niby
te ślimaki. Chodziło sie z konta w kont po błocie gnoju, koło kuni,
krów, bo co było robić. Starzy śli do karczmy. Porobki tyż czynsto
robiły muzykę. Biedniejsi rąbali drzewo na pynczki aby grosza przy­
sposobić i przykupić do jedzenia, bo licho się wtedy rodziło. Ludzie
mniej w polu robili, bo drewnianym pługim spepłali tylko, to tyż
u niejednego bida sie pchała oknym i drzwiami. Ale ludzie jakoś nie
narzykali. Każdy wiedzioł że tak być musi i nie było się u kogo
upominać. Podatki były małe. Ludzie się nie martwili wiele. Tyle
wiedzieli że w sobotę do korczmy iść trzeba choćby i kaszy zanieść.
Ó dzieci się nie martwili bo ziemię mieli, i dzieci gdzie posadzić, a tyle
wiedzieli że chłop chłopym zawsze bydzie i gdzie im było o Polsce
myśleć. Pohówie ją przehandlowali ruskim, gdzie się chłopu do te^o
pchać było. Pamientali starzy dawne czasy, kiedy chłop z pańszczyzny
wracoł z pełnymi cholewami krwi z pod nahajów, to tyż siedzieli
cicho na wsi i gdzie im było myślić o Polsce, co ją pany szykowały
na gwałt. Takie to były czasy. Jedno było staranie żeby kawałek
ziemi mieć, nojeść sie co bóg do. Do kościoła iść w niedziele, bo
świnto od modlitwy, popłakać sobie jak proboszcz bardzo wykrzy­
kiwali, zaorać plebańskie ugory jak za pokute naznaczyli. Ruskie
byli od tego żeby rzondzili a ludzie orali, sieli i kormili sie.
Rok mioł lato, jesień, zimę, wiosnę, siało się, rosło, sprzątało
się a zimom to łoli kołpwrot prałoli, wygnoł czasym ojca z roli
i synowi tak sie myko bo gorzałkę dobrze łyko, a matka tyż za tatom
z przyśpiwką. I jo tu i ty tu i oba my wszyndzie a któż nom te
kondziułeczke kto nom tu oprzyndzie. Reszte co sie nie przepiło to
się sprzedało i ruble były.
Była tyż na wsi bidota, ale robotę mioł każdy. U bogatszych
gospodarzy i świnie się zabiło, kaszy było dużo, kartofli tyż i chociaż
nie było takich różnych jak dzisiaj, ludzie je jedli bo innych nie
znali. W poście ksiądz pościć kazał ściśle, to tyż kobity foski serwatki
5. Pamiętniki chłopów.

66

Województwo Łódzkie *

nazlewały, a potym gotowały polewke kwaśnom ale ludziom sma­
kowała bo nie mieli sie do kogo skarżyć a zresztą lepszej w Polsce
nie znali to tyż dziękowali bogu za to co mają, a krzyże przy drogach
stawiali.
Tak tyż było u mojego ojczyma. Ziemi mieliśmy 20 mórg, zabu­
dowania dobre. Świń pasło się zawsze 10 do jedynaście. Krów
było dziewięć, bo całe lato pasło sie w boru. Ojciec pracować dużo nie
lubiał i gdzie był odpust to jeździł, a w domu był zawsze paro­
bek niemowa do pomocy. Rubli było zawsze na zapas, bo ojczym
w pieniądzach się kochał, to tyż czynsto przyniósł dó mieszkania
cały gałganek i mówił, patrzno Józek tyn rubel to jakby trochę
synka ty, a tyn drugi to coś nieokrągły. Serce mi nieraz łopota­
ło jak ta kołatka postna i myślałym sobie, czy jo tyż byde mioł kiedy
tyle pieniędzy. Późnom jesieniom prawie przed Bożym Narodzynim zachorowała babka. Przez całę dwa tygodnie siedziałym przy
jej łóżku, bo co chwila po mnie posyłała i nikogo nie chciała tylko
mnie. Kiedy babka zasypiała przypatrywałym sie jej twarzy, a było
tako jak ten suszony grzybek, wtedy myślałym sobie czy jo tyż
byde taki stary i aż mi niemiło było słuchać ciężkigo rzężynia babki.
Czasem przychodził ojczym i powiodał. Niedługo pomrą za co ja
ich pochowom. Babka otwierała wtedy oczy i mówiła. Już ci się
tu naprzykszać nie bydę nie. Roz pod wieczór kiedy przyszedł
ojczym, babka się przebudziła, była czegoś niespokojna. Kręciła
się na łóżku, spoglądała na ojczyma, a wreszcie wyksztusiła z prze­
stankami. Wicek idżno dej krowie siana bo ryczy. Ojczym wy­
szedł. Babka wzięła mię wtedy za rynkę i mówi, Józek ja zaraz
umrę ty się zostanies, a jeszcze cie się niemało bida naje chudziaku.
Podnieś mię powiedziała babka. Podniosłem babkę. Sięgaj nad
deską w słomie, sięgnołem i wyciągam dużom ciężkom szmatę.
Babka kazała mi ją schować za koszule. Potym już cichutko po­
wiedziała. Przysuń tu ucho, bo nie mogę mówić. Widzisz te pie­
niądze chowałam dla ciebie, ale pamiętoj choć dziadowi dać na
odpuście za moje duszę. A schowaj je dobrze, bo ci ojczym za­
bierze, a nie pokazuj nikomu. Kupis se gospodarkę, kupis, a ino
się dobrze ożyń. Potym zakaszlała mocno i patrzała na mnie.
Strach mnie wzion wielki i żałość. Zaczołym płakać. Babka
złapała mnie za palec, ścisnęła i łzy jej poleciały z oczów. W y­
skoczyłem z krzykim po ojczyma. Przyszli z gromnicą ale babka
już nie żyła. Wyszedłym na dwór, ciemno było jak w piekle i tylko
światełka w chałupach jazgotały. Czasym wiater zasyczoł po ga-

Pamiętniki chłopów

67

łynziach, pies zawył na wsi. I znowu było cicho. Tak mi było
tęskno jakby nie było na świecie żadnego żywego człowieka. W gar­
dle coś mie dusiło, piekło i pchało sie niby tyn krzak cierniasty
i kłóło mnie i targało jak kłami szarpanemi. Krzyknołem na całe
gardło i zdawało mi sie, że polete gdzieś przez pola i lasy aby ino
dali i dali w świat. Do głowy pchały mi się myśli bez końca i po­
czątku i plątały sie niby te pakuły, a na nic nie mogłym sobie
odpowiedzieć. Tylko wewnotrz skowyczało mi twardo. Zziębnię­
ty przyszedłem do chałupy i położyłem się na piecu. Spać mi się
wcale nie chciało więc przewracałem się z boku na bok. Gdzieś
koło 12 przyszedł do chałupy ojczym. Potem wlazł na piec i wło­
żył mi rękę pod kożuch, a potym pod koszulę. Ja podskoczyłem
do góry bom wcale niespał. A ojczym powiada. Dej po dobroci
te piniądze co ci babka dała, a jak nie, to cię tu zaduszę. Nie
dam mówię, bo som moje własne. Chwycił mie za gardło i zaczon dusić. Alem ja krzepki był jak ryś, więc go zepchnąłem z
pieca, a sam wyskoczyłem za drzwi z chałupy. Ojczym wyleciał
na dwór za mną i krzyczał żebym się wiencej do domu nie pokazywał,
bo mie zatłucze jak psa. Wyszedłym na drogę i tak mówię do sie­
bie; co ja teraz zrobię, iść do domu, ojciec mię wygna. Kiedym
>sobie tak desperówoł, podszedł mnie po cichu chudy Franek z pod
boru i jak mi huknął za uchem. W zdrygnąłem się. A on mi się
pyta. Co ci to jest Józek, co tak skumlis, niby tyn lis na zezimku,
kobity ci trzeba rozumie. A czymu to siedzisz w chałupie jak
ten dudek w dziupli. Chłop jak chojok, dzieuchyby ci trzeba nie
byle jaki, a on ani na wieś ani do karczmy. Pówidzno, która ci
się spodobała, to choćby i djabeł nie dał musi być twoją. Powidzno Józek może W itkowa Franka, abo Michałkowa Stacha,
n może Grocówna z porąbek. Nie wstydź się jo ci pomogę, czyś
mie to już zapomniał czy co. Boisz mnie się, a nie pomintasz to
jak my podleśnym zające z płota ściągli, a Maryśce jego kochan­
ce koszule na płocie zapolili. I tak mi powiadoł po porządku
wszystkie figle, bo mie czasym do nich zaciągnoł, bo on był fidemus znany na całą wieś. Każdymu coś spsocił, ale ten chłop
zły nie był. Opowiedziałym mu wszystko co mi brakuje. A on
powiada. Chodź chłopie ze mną do chałupy, czegoś się rozmiętosił
głupi? Oba sobie bydzimy żyli. Póki drzewo w boru, bidy nom
nie będzie, a jo mu trochę te długie pozury przytnę. Zaprowadził
mie potym do chałupy i kazał się rozciągnąć na łóżku. Sam chwy­
cił za piłkę i nim się zdążyłym obejrzeć już go nie było. W cha­

68

Województwo Łódzkie

łupie było ciepło to tyż chrapnołem sobie z pełnego gardła. Nad
ranym przyszedł Franek i śmiał sie na całą parę. Spytałym go
co mu tak wesoło było. A jemu jeno w oczach zamigotało i powiado. Bydzies jutro widzioł jak się dach Wałkowi rozigroł. Ko­
zły mu wszystkie popodżynał. Alem się narobił całą noc oka nie
zamknołem, bo kozły były ze smolnego drzewa. Od tego czasu
anim się pokazać w domu nie mógł bo kozły z dachu spadły i oj­
ciec myślał, że to ja je poderżnąłem. Czasem w nocy albo jak
ojca nie było dała mi m atka mleka, bo w jedzenie pozostałe z obia­
du ojciec popiołu nasypał, żeby mi matka nie dała. Tak przemieszkałem cały rok u tego Franka. Drzewo my nosili z boru,
robili pęczki, wozili na jarm ark, czasem sie zająca zatłukło, bo*
Franek miał pojedynkę dobrom.
Późną jesienią nie było co robić w chałupie, wziołym sobie
tedy fuzje i poszedłem do boru. Dzień był słoneczny. Z pod śnie­
gu wyglądała zimia porżnięta w skiby. Szron obilił zielone żyto...
Nie było już nikogo na polu. Na drodze baby wyłaziły z chałup
i oglądały się gdzie z kumina dymi, bo był czas na śniadanie, a nie­
jednej ogień wygasł i ino tam gdzie dym wyłaził z komina ognia
dostać było można. By nie spotkać się z kimś i nie zmudzić czasu
na raj cowonie, skręciłem przez pole. Wszedem w bór, zimny
mie owioł wiatr, a tak przyjemny i rzeźwy, że mi się cosik roze­
śmiało w duszy. Szedem długo ażem się prawie pod samą borów­
kę podsunął, gdzie mieszka żona dawnego leśniczego ze swoją cór­
ką. Po śmierci podleśnego sprowadziła się do pustej gajówki, bo
pokoje zajął nowy podleśny. Bida tam u niej w chałupie, a na
wsi powiadają, że jeść niema co. Ale taka do roboty nie pójdzie,
bo dawni panią była i po boru spacerowała, a teraz choć jeść co
niema, głowy do góry zadziera i do chłopa nie pójdzie. Niektórzy
powiadali, że niedługo pociągnie, bo ledwo łazi. Takem stał so­
bie z pół godzinki przy smugu niedaleko gajówki. Słonko przygrzywało trochę bo to niziutko na chłopa szło. Słucham a tu gdzieś z bo­
ku kwękanie mnie doszło. Obejrzałym się i aż mnie^ciepło oble­
ciało całego. Panna z gajówki niosła drzewo. Cienka była w so­
bie i chyliła się niby tyn patyczek żytni kiedy w iatr kłosym po­
miata. Coś mnie zatknęło i tak mi ino było gorąco jakby mie
kto wrzontkiem oblał. Panna położyła na ziemi drzewo. Poskoczyłym bliżej, chwyciłym pęk i mówię, ja pomogę. Dobrze dzię­
kuje panu powiada. Odniesłym drzewo na sam ganek. Panna po­
dziękowała mi i spytała jak się nazywam. Józek powiadam nie­

Pamiętniki chłopów

69

boszczyka Błażeja syn. Ze wsi pan pewno. Tak odpowiedziałem.
A umie pan czytać? Trochę to niby umiem, alem zapomniał, bo
w cały wsi książek ani nie ujrzy. Jo panu dam książkę. Poszła
do mieszkania potym przyniesła mi książkę. Jak pan przeczyta
to niech pan przyniesie powiada. Przyszedłem do domu, wziołem
się do tej książki, alem niewiele rozumiał co w niej jest. Na dru­
gi dzień nie mogłem już z tą książką wytrzymać. Tak mi się ko­
tłowało w głowie, że nie wiedziałem com prześlabizował. Wszędzie
widziałem tylko pannę z leśniczówki, przejrzysta niby ta pajęczyna,
gdy ją słońce prześwieca. Na drugi dzień nie mogłym wytrzy­
mać, wziołym książkę pod pachę i poszedłem do lasu. Długo cho­
dziłem dokoła leśniczówki aby jeno zobaczyć ją przez okno choć
trochę. Takem się wpatrywał w okno ale nie widziałem nic, a tyl­
ko blaski ogniste sypały się z niego, bo słońce zniżyło się nad ^ziemie i ciskało przez kadłuby sosny ukośne promyki. Potem otwarły
się drzwi i wyszła ona. Jakiś gorący zwał przeleciał mi od pięt
do głowy. Jakieś tajemne siły tak mnie rozsadzały, żem się im
oprzeć nie mógł. Tak mi było dobrze, świetlisto i miło. Gdy tak
stałem sam ze sobą cichutko, zawołała mnie. Poszedłem. Zapro­
wadziła mnie do mieszkania i kazała siadać. Pytała się o moich
ojców, o wszystko. Potym pytała się czy mi się spodobała książka.
Niebardzo umie czytać i niewiele rozumie odpowiedziałem. Ja
pana nauczę bardzo dużo. Potym opowiadała o Polsce, że jest i bę­
dzie. I wierzyłem jej choć niebardzo rozumiałem, bom na wsi nie
słyszał nigdy tych mondrości. Przychodziłem do niej calom zi­
mę. Szczęśliwe to były czasy i świąteczne boże dni chłopskiego
nędzowania we świecie. Ładny był mi wtedy świat człowieczy, ale
szczęście krótkie jak ten promy czek, gdy wyjdzie z za chmury w jesiennom słotę i obzłoci słomianą chałupę i rozpali człowieczą du­
szę na chwilę. Przez zimę nauczyłem się dobrze czytać i dowie­
działem się o różnych krajach. Dużo tam było książek. Ale nie­
wiele zakosztowałem tych dobroci, bo trzeba było siać, orać, szar­
pać ziemie i wyciągać z niej w pocie czoła, co dać mogła. Na wio­
snę wzięliśmy ślub z Elzą, bo starą borówkę rozebrać mieli i ona
nie miała gdzie się podziać z matką. Za pieniądze, co je dosta­
łem od babki kupiłem od ojca pół chałupy i 10 mórg ziemi. Do­
brze nam było. Pieniędzy mi trochę zostało to też kupiłem sobie
dwie krowy i konia, a także porządki gospodarskie. Dobrze nam
było i tylko Elza czasym chorowała, bo jak się trochę przeziębiła
żaraz kaszlała. Delikatne to było i wychuchane, a dobre takie,

70

Województwo Łódzkie

że i na ból przyłożyć. Z domu nie wychodziła nigdzie, bo ludzie
złe byli na mnie, żem się nie ożenił z gospodarską córką, jeno so­
bie chuchro do domu wzioł. Dwa lata potym miałym już dwu
synów. Szczynśliwy byłym na świecie. Wszystko szło jakby
z kwiatka wywinął. Ale jak powiadają bieda niechodzi po niebie,
ino po ludziach. Było to trzy lata po ślubie. Dziecko jedno miało
dwa lata, drugie rok. Takie to było śwarne, a zdrowe niby te
koziołki i krzyku co było, co uciechy. Na wsi powiadali, że Bła­
żejów Józek se dzieci na ślachciców wychowo. Elza szyć umiała
i stroiła chłopaków po miejsku. Ale niedługo trwała ta uciecha.
Do wojska mnie zabrali i musiołym wszystko zostawić. Jak mnie
wtedy gniotło na wnętrzu gdym z chałupy wyjeżdżał. Tam mnie
coś wiązało sznurami żelaznymi tak mocno, że i piekielny ogień
nie stopiłby ich. Nie widziałym czy wrócę i żegnałym oczami cha­
łupę, ziemie, wszystko. Żona płakałą bardzo. Mnie tyż się roz­
dzierało serce, ale nie mogłym się oprzeć, bo była to siła, moc po­
stronka, co trzyma człowieka na życie. Przeklinołym całą mocą
Rosje i byłem się tylko ucieszył, że kiedyś to minie. Bo nima siły
coby trw ała wiecznie na świecie, bo choćby głowę tłukł o mur, to
najprzód się głowa potłucze, a potym kiedyś się m ur przewali, a co
dopiero z ludzkim życiem żywym. Ojciec syna gniecie, będzie kie­
dyś gniótł syn ojca, gdy go się dochowa. Siedem lat służyłym we
wojsku. Dalekom był i dużom widział ale tego nie pisze, bo księgebym napisał o tych latach, a o to się nikt teraz nie pyta. Tyle
tylko powiem, że gdym wracał i pierwsze zobaczył chałupy, tom ożył
i jedno pragnołym, by spokojnie usnąć w swojej zagrodzie.
W e wsi psy mie ino powitały szczekaniem. Zdaleko dopatrywałym się chałupy swojej i takem dążył przez pola. Światełka m rugoły w ciemności, alem zdaleka rozpoznać nie mógł, które moje.
Podszedłem bliżej, ciemno było w moi chacie. Zachybotało mi ser­
ce ze strachu i własny niemocy. Stuknąłem w drzwi, nikt mi nie
otworzył. Pchnąłem drzwi z całyj siły, aż się z zawias wyrwały,
wbiegłym do mieszkania. Byli wszyscy. Żona zerwała się z łóżka,
dzieci spały. Wszystkie mię opuściły siły, takim się zrobił słaby,
że i ruszyć się nie mogłem z miejsca. Chłopaki chrapały na całe
gardło. Całom noc nie spaliśmy wcale. Tyle było dó opowiedania, tyle nowości. Ojciec ani m atka nie żyli, żona była już inna
jak sobie myślałym. Tydzień cały przeszedł nimem się we wszyst­
ko włożył. Tak było inaczej na wsi. Starzy wymarli, chałupy
sie trochę poprzygarbiały, drzewa urosły, ino ziemia była taka

Pamiętniki chłopów

71

sama swoja, że ją się tulić całą czarną chciało jak to rodzone
dziecko, bo była w ni siła co nie odepchnie człowieka. Nadeszła
wiosna. Ciepluchny wiaterek muskał przytulnie. Wyglądała z pod
śniegu ziemia m artw a jeszcze. Słońce przygrzywało ciepluchno i bu­
dził się żywot co gdzieś spoczywał skryty. Ludzie wyłazili z chałupy, przeciągali stężałe kości i chłeptali powietrze po długim kiśnięciu w chałupie. Kręcili się, bo wiosna się przeciągała, a na­
dążyć trzeba było, by wszystko siać, orać, prosić boga o urodzaj,
bo w tym nasza uciecha. Robiłym i ja na polu od rana do nocy, bo
ziemia była zapuszczona. Cóż mi tam było. Robota była pocie­
chą, bom siły miał dosyć, że i w noc mogłem nie spać. W nie­
dziele jechaliśmy z dziećmi do kościoła, a we wieczór tom rozpo­
wiadał o wojnie, bo ludzie ciekawe przychodzili, a także żołnirki
z innych wsi o mynżach się dowiedzieć, bo im zbrzydł tyn stan
samotny. Dwa lata przeszło jakby z bata trzasnął. Na wsi ludzie
przepowiadali o wojnie. Czasym jakaś stara gazeta przedostała
się na wieś, a ludzie ją pożyczali z chałupy do chałupy póki star­
czyła i karmili się trochę tymi wiadomościami. Czasy się zmieniły.
Bieda była większa. Ruble gdzieś wietrzały ze wsi. Gospodarki się
podzieliły i gdzie był jeden tam teraz było pięciu. Dużo ludzi wy­
jeżdżało na zarobki do Prus. I u mnie jakoś gorzej się działo. Nie
rodziło się, nie było za co wziąść pieniędzy. Wyciągnołem papiery
i pojechałym do Prus. Zawieźli nas do wielkiego folwarku w Pumrach. Ładne tam okolice, ludzie bogate, domy wszyndzie muro­
wane, ziemia dobra, lepiej tam żyli ludzie jak u nas. Ale nie było
nam wesoło, każdy czekoł, żeby jaknajwięcej pieniędzy zabrać i ucie­
kać do swoi bidy. Niemcy się z nas śmiali. Raz nawet pyta mnie
jeden Niemiec czy nie zostanę u nich, a ja mówię. Jo przyjechołym
do wos tylko po pieniądze, w Niemczech, by kto siedzioł, a nima
to Polski. Gdzie masz Polskę powiada. Tu są niemcy, a dali
Rosja. Ee głupiś mówię, jest ziemia, są ludzie, czego nam potrzeba
więncej, piniędzy waszych. O fafluchte Polaken! zaklął, a ja mu
mówię. Jak wam się nie podoba Polska, czego się tam pchocie nie­
mieckie świnie z Berlina. On się porwał do bicia. Alem był moc­
niejszy, jak go grzmotnołem o kartoflisko to tylko sadło zadudniało.
0

Raz na polu obcinałym sobie Uście z buraków i spieszyłym się
bardzo, bo to był akord. Na pole przyszedł połowy i przyniósł mi

72

Województwo Łódzkie

list z domu. Rozerwałym kopertę i przeczytałym. żona pisała mi,
że jest mocno chora. Rzuciłem pracę i na poprzek przez pole poszedłym do domu.
Starałym się o papiry ale mnie puścić nie chcieli. Wsiadłem
tedy na kolej i pojechałym do granicy. W nocy przeprawiłym się
przez komorę graniczną, a potym koleją przyjechołym do naszego
miasteczka. Grumady żydów łaziły po rynku. Kupiłem parę po­
m arańczy i sweter dla żony, potym zostawiłym paki u pachciorza,
co bierze mleko ze dworu i piechotą poszedłem dó domu. We wsi
było cicho. Na drodze ani żywej duszy. Ludziska się pokryli myślę
sobie. Zimno, to sie i wychodzić nikomu nie chce po próżnicy.
Przyszedłym do chałupy, otworzyłym drzwi izby, nie było w niej
nikogo. Z ojcowej chałupy wyszła siostra przyrodnia, spytałem
o żonę i chłopców. Już pochowano powiada, a chłopaki są u nas.
Pociemniało mi w oczach. Czarne i szare kółka skakały przedymną.
Oparłym się o futrynę i wyć mi się chciało tak jak temu psu na
zawiei. Wyszły chłopaki i tuliły się do mnie. Spytałym ich co
mówiła m atka jak umirała. Powiedziała żeby się tata nigdy nie
żenił i zaczęły płakać. Żal mi się ich zrobiło i mówię: cichocie
dzieci, krzywdy wam nie zrobię. Ojciec jestem wasz, rodzony oj­
ciec. Po południu poszedłem na smentarz. Żółte liście leżały na ziemi.
Drewniane krzyże nasiąkły wodom. Pod płotem leżała kupa żółtego
piasku, co to zrobiła miejsce człowiekowi, a sama leżała i czekała
aż się rozleci ludzka mocność, to znów się zrówna i trawom porośnie
nazod.

Przyszły inne czasy. Wieś się obudziła, bo już wszystko drżało
naokoło. Powiadają nam Polska będzie i już się dźwiga tylko
jeszcze słaba jest, ale się-zmocni pomału. Nie chcą wierzyć chłopy,
bo długo nam powiadali, że tu jest rosja i bydzie rosja, a tu odrar
zu szas pras Polska. A co to za dziwy, nie nasz rozum, monci
się w głowie, Polska będzie, sama się byndzie rządzić, to dobrze
swój swoimu oka nie wykolę. Ale my na wsi niebardzo się na
tym rozumieli, bo nos zawsze za głowę prowadzoli, a ino pięście
to nam zostawili, to tyż głowę słabą mamy. Co to byndzie? trzeba
dać to co się ma. Pięści szły ze wsi, bo do bicia to my byli zdatni,
ale więcej nic nie wiedzieliśmy. Chłop zawsze potrafi orać, siać,
chodzić koło swojej chałupy, ale jak przyszło o Polsce mówić, to

Pamiętniki chłopów

73

ssię każdy schował do chałupy i krzyczoł jak ten żyd przez okno.
Nie dej się osmolicha boruchowi gdy wilcy krowę brali. Niektó­
rzy politykowali choć o Polsce wiedzieli tyle, że się nazywo Polska.
Ja synów posłałem do wojska, ‘bom więcej zrobić niemógł. Bili się
pod Chyrowem, Sadową Wisznią i gdzieś jeszcze po różnych ciuborycldch kontach, psich wólkach. W rócili oba schorowane wychu­
dłe, żem o mało ich nie poznał. Nowe nastały czasy po wojnie.
Na wsi biedo sie pcha niby te dziady na odpust na Magdalenę. Wszę­
dzie jak na targowisku. Co drugi dzień jakiś nowy świnty apostoł
robił wiec. Jedyn powiedo Witos, drugi powiedo jesz chłopie
borszcz co jakby kozie potarł toby do Krakowa zaleciała, trzeci —
ziemi, dostaniesz chłopie, codzień co innego o tym co jest na
bożym świecie i czego niema. A my tylko kiwali głowami i cał­
kiem głupieli, bo kto mógł prawdy dojść. Dali nam listy, kazali
jgłosować i głosowaliśmy. Czasym tylko kłócili sie ludziska o te
nieprawdziwe prawdy. Co jakiś czas przyszła wiadomość na wieś,
jże rozkradają Polskę na wszystkie strony, to tyż ludzie przestali
wierzyć w te wszystkie obietnice i zaczyli uważać rząd za taki samy
jak ruski czy inny. Każdy chciał dać jaknajmniej, bo co rzyndowe
to nie nasze. Tak jest do dziś. Chłopi nie są obywatelami własnej
•ojczyzny, bo prędko się złe narobiło, ale dłużej trzeba je naprawiać.
Ja miałem 10 mórg gruntu. Synowie przyśli z wojska. Podzie­
liłem grunt na dwie ćzynści, bo się pożenili biednie. Jeden mieszkał
w mieszkaniu po ojcu, drugi w chałupie po babce. Starszy był po­
strzelony w rękę i jako ochotnik starał się o ziemie. Pieniędzy
wydało się sporo, ale nic nie dostał, bo był za mało ranny. Na­
chodził się człowiek po różnych biurach, doktorach i tyle było na­
szej pociechy. Do chałupy zaczęła się wkradać bieda, coraz wię­
ksza. Trudno było wyżyć dziesięcioro ludziom z dziesięciu mórg,
a i zarobić nie było gdzie. Trzeba było szukać nowego wyjścia.
Starszy syn postanowił wywędrować do miasta, bo teraz taka mo­
da, ludziska uciekają ze wsi do miasta, bo cóż robić gdy głód
dyktuje swoje, trzeba robić na różnych żydków, a oni wykupują
m ajątki od polaków, stawiają fabryki, a ludzie biedują i przekli­
nają ziemię prababek. Mój syn tyż wyjechał do miasta. Sprze­
daliśmy co było można, reszte na spłatę dópożyczyliśmy i dało
mu sie dwa tysiące.
W Łodzi założył sobie budkę z węglem. Zostało nas tylko
ośmioro. Wieś inaczej teraz wygląda i z wierzchu i w środku.
Nowe postawiono chałupy, a i ze starych gospodarzy mało kto zo­

74

Województwo Łódzkie

stał, bo niektórzy posprzedawali przed długami, inni wymarli,
a i ci co zostali mieszkają po trzy pokolenia w jednej chałupie i cze­
kają końca, bo człowiek twarde zwierze i długo może wytrzymać.
Nikt od nas do szkół nie chodzi. Zaraz po wojnie póki jeszcze
było lepiej dużo pokończyło gimnazja ze wsi, ale sie gdzieś po­
chowali po miastach i siedzą cicho, że na wsi ani ich widnąć.
Uciekli raz od nędzy, to i poco wracać. Chcą za sobą ślady za­
trzeć, bo znają wieś i z wierzchu i od środka. Nieraz sobie myślę
o tym całym świecie, jak się tu wszystko zmieniło. Inne wesela,
inaczej się ludzie ubierają. W ełniaka ani ujrzysz chyba, że się
gdzieś po babce poniewiera. Wszyscy ubirają się po miejsku, bo
dużo z m iasta przychodzi na wieś gospodarskich córek i one przy­
noszą te cudackie nowości. Trudno poznać czy to wiejska dzie­
wucha. Suknie jedwabiste, wygibasy łódzkie tańcuje jak się pa­
trzy. Piosynek starych tyż się już nie śpiewa ino jakieś tam publicki. I w moim gospodarstwie inaczej się zrobiło. Syn dłu­
gów miał dużo, bo się zapożyczył na spłatę drugiego. Potem nie
miał za co oddać. Żydzisko weksle zaprotestowało, potem przy­
jechał komornik i zapisał wszystko co było. W jakieś dwa tygodnie
później poszedłem na wieś do starego Grzegorka. Siedliśmy przed
chałupą i rozmawialiśmy o tym, o owym. Naraz coś na drodze
zaworczało. Wyskoczyłem na ścieżkę coprędzej. Samochód prze­
jechał aż się błoto rozprysło. Przychodzę do domu na podwórzu
stoi samochód. Z obory wyprowadzają krowy, świnie, cielęnta. Żydy się kręcą, macają. Komornik trzymoł w rynce papier i czytał.
Krowę czarną 50 zł. poraź pierwszy, drugi, trzeci. Sprzedana! W óz
20 złotych poraź pierwszy, drugi, trzeci, sprzedany. Resztym nie
słuchoł, bo się coś we mnie rwało. Synowa płacze, dzieci też. Po­
tem ten cały pochód świńsko żydowsko krowi ruszył w drogę.
Zabrali wszystko, konie, krowy, świnie, wóz, została tylko chału­
pa i ludzie bez rady. Cała się teraz zwaliła bieda. Małom siedział
w chałupie, bo mi jakoś duszno było, a i patrzeć nie mogłem na
to biedowanie, ale nie miałym rady. Słaby jestem, bo licho się je.
Zresztą dzieci same nie m ają tyle, co człowiek na świecie potrze­
buje, a ja stary i niewiele już ze mnie będzie, przeczekam sobie
jakoś. Nie ja sam taki. Takie czasy.
Pół roku przeszło. Syn ziemie sprzedał i wyjechał na Kresy.
Pięć mórg zostawił dla mnie bom nie chciał jechać. Zagospodaro­
wałem się jako tako. Niedługo jednak zażywałem spokoju, bo nie­
szczęście nie chodzi po niebie ino po ludziach. Synowa przy-

Pamiętniki chłopów

75

_ jechała z Łodzi. Syn zachorował na galopowe suchoty, bo
się przeziębił we wojsku, a potem, w budce. Sprzedałem trochę
żyta i pszenicy, wziołem piniędzy i pojechałem do Łodzi. Przyśliśmy na miejsce. Syn leżał w łóżku lichy już bardzo. Dzieci
bawiły się same czarne z kurzu od węgla. W izbie zimno było, bo
to zwyczajna węglówka papą wybita, ściany czarne od wyngla,
bo drzwi z izby prowadzą do węglami i przy nasypywaniu węgla
kurzy się. Na drugi dzień syn umarł. Trudno mi było patrzyć
na całe jego pomieszkanie. Dzieci wychudzone, poprzeziębiane,
ostrupiałe, a jak to wszystko patrzy, niby nie z tego świata. Na
cmentarzu plac kosztuje 30 złotych. Nie miałem tyle pieniędzy,
chodziłem więc po różnych księżach, Magistratach za kartom ubós­
twa, wreszcie wyskomlałem ono chowanie za darmo. Ksiądz chciał
za pokropek 5 złotych. Myślę sobie, jak nie potrzeba to poco
kropić, za pieniądze niech nie kropi. Deszczyk cię będzie kropił
po grobie za darmo od boga. Lepszyś ty od tych wszystkich,
u boga sprawiedliwość znajdziesz. Włożyliśmy trumnę na wóz
i wywieźli na cmentarz. Mgła wałęsała się między grobami. Jedne
były wielkie, bogate, drugie z ziemią się zrównały, takie różne te
ostatnie własności na tym świecie. Pochowaliśmy syna. Budkę
i pozostały węgiel sprzedałym. Dzieci z synową wysłałem na wieś,
a sam wyszedłem piechotą. Przyszedłem do Pabjanic. Był tu strajk.
Tramwaje nie chodziły. Kupy ludzi pchało się we wszystkie strony.
Wszędzie kotłowało się jak w mrowisku. Zmieszałym się razem
ze wszystkimi. Pchali mie naprzód. Czułym w sobie złość taką
jak i wszyscy dokoła. Przy fabryce Endera policja rozpychała lu­
dzi. Cofnęli się wszyscy i wypchnęli mnie naprzód. Zanim zdą­
żyłem odejść, policjant lunął mnie gumową pałką przez plecy, aż mi
w oczach spopielało. Nie ruszyłem się z miejsca i mówię. Idę na
wieś do domu. A on powiada. Idźcie innymi ulicami, bo tu gazy
bydom puszczać. Ludzie nie chcą już trzy dni wyjść z fabryki.
Cofnąłem się nazad i bocznemi ulicami obszedłem miasto. Potem
ścieżką wyszedłem do cmentarza. Dookoła płotu było pełno ludzi.
Roz się kupili to znów rozlatywali, jak te spłoszone kury gdy je
jastrząb z góry naleci. Policja przywiezła na cmentarz trumnę ja­
kiegoś robotnika i nikomu nie dała wejść na cmentarz. Dopiero
kiedy już policja skończyła pogrzeb i wyszła, ludzie się gruchnęli
hurmem na cmentarz, a i ja wlazłem z ciekawości. Nad grobem
śpiewali ludzie komunistyczne piosenki. Przy mnie stała jakoś
gruba baba. Spytałem się jej co się tu stało, a ona mi powiada.

76

Województwo Łódzkie

Z piecaście to spadli czy wilkowi z pod ogona wylecieli, nie widzi­
cie to jak ludzi mordują. Potem aż przysiadła za nagrobkim
i krzyczała na całe gardło, krew! krew! krew! Kiedy skończyła
obróciła się do mnie i mówi, „tyle ino umiem z czerwunygo, ale
się musze całygo nauczyć bo się przyda” i znów krzyczała za wszyst­
kimi, niech żyje KMer, a drugi raz zdążyła tylko powiedzieć niech
żyje Ki! bo ją policjant ściągnoł przez plecy. Myślę sobie jak wy
wszyscy tacy mondrzy, że jeszcze nie wiecie czy się nazywa Hitler
czy Kitler, a już krzyczycie niech żyje, to niewiele z was pociechy.
Trochę lepsze nastały czasy. Za pieniądze com dostał za bud­
kę dokupiłem dwie morgi ziemi i gospodarujemy z synową. Książki
nieboszczki żony czytam często i myślę. Może się jakoś zmieni na
lepiej. Niedawno była Piosja w Polsce, a dzisiaj nic z niej ino
sprzączka u pasa po niej w Polsce została z orłym jejich. Co to
taki jeden chłop, co ani nie wie co sam> jest. Ale jakoś duszno mi
było w chałupie. Wziołem strzelbę i wyszedłem na dwór. Cicho
było na świecie, bo był to czas spoczynku i użycia, co dała ziemia
polska w chudości swojej na spożycie nie z parady, ale z potrze­
by życia. Ziemia nakryta była białym godowym prześcieradłem.
Poprzez zawiesiste białe chmury wyzierało słońce i jarzyło się
w jasnościach śniegu, biło w oczy czysto, a nieskalanie. Zbladła
ludzka nędza, zmalała w cudnościach, co ją Boża rozścielała ręka,
by złagodzić ostrości świata. Cicho było na wsi. Czasem zagda­
kała gdzieś kura, albo zapiał kogut. Wyszedłem w pole. Gruszki
obszroniały i stały niby te czyścowe dusze, bieluchne, spokojne, nie­
dzisiejsze. Glapa se na nich czasem przysiadła, zakrzyczała i od­
leciała w swoją stronę. Wszedłem do lasu, czarne pniaki wyzierały
z pod śniegu. Tęsknota mnie jakaś wzięła i zawróciłym w stronę
gajówki. Nie było tam już nic, jeno kupa gliny przykryta śniegiem,
święto dawnych dni.
Dzisiaj na wsi jest straszna bieda. Nieraz myślę sobie nad
naszą chłopskom niedolą. Dlaczego człowiek, który pracuje sam od
urodzenia i nigdy nie wie co to zabawa, tak musi biedować. Dziecko
m a siedem lat, musi paść krowy cały dzień. Nik się nie pyta czy
płacze, bo niema prawa coby kazało zrobić zagródki dla krów. Potym pochodzi trochę do szkoły i wszystko zapomni, bo później książ­
ki prócz kościelny do ręki nie bierze, bo niema za co kupić. Całe
życie człowiek przepracuje, twarz się w bruzdy poorze, pot oczy
wyźre, a potem nocuje w obórce, a czasem w chałupie, bo dzieci
nasze som źle wychowane. Matka nieraz mówi żebyś zdechł jak

Pamiętniki chłopów

77

pies, to tyż syn później niebardzo ma litość nad nią. Dzisiaj bie­
da na wsi aż kwiczy. Chleba mało kto z biedniejszych je, a mięso
na Boże Narodzenie i Wielkanoc i to niezawsze. Dzieci, takie ja*
kies chude i mechem obrosłe. Zaraz po wojnie wprowadzali in­
struktorzy na gwałt wzorowe gospodarstwa, ale źleśmy na tym
wyszli. Wszystko dawali na wypłatę, a ludzie brali nad miarę. Pó­
źniej przyszły gorsze czasy i komornik niejednego wyczyścił do
ostatniej koszuli, albo wcale wypędził do miasta. Ludzie ze wsi
uciekają, bo w mieście zimą dostają bezrobocie, a latem też prę­
dzej na publicznych robią. Nie lepiejby było przeprowadzić reforme
i zredukować m ajątki co nie płacą podatków i dać ludziom ziemie,
niechby pracowali u siebie, nie biedowali po mieście. Chłop zawsze
polakiem się czuł, a teraz jak ucieknie, co będzie. Gdyby wiedzia­
no dokładnie jak się tu ludzie żrą ze sobą f za co. Przecież każdyby
pracował chętnie. Na świecie się rodzi więcej jak kiedyś, a ludzie
głodują i co gorsze wiedzą, że tak być nie powinno. Co ma chłop
za przyjemność w życiu. Ile się namartwi, nabiega zanim mu coś
urośnie. Potym sprzeda i nędzuje z dziećmi. Tyle mo przyjem­
ności co mu doł pan bóg, ale i tych dowoli użyć nie może, bo
dzieci potem niema czym żywić, a zresztą po kartoflach schnie
i z żoną rzadko sypia, bo i te ostatnie przyjemności ograniczyć musi.
Organizacje na wsi są niczem. Książek ani ujrzysz. Zresztą trzebaby prawa, któreby pchnęło do książki, a dopiero potem, gdy już
w niej zasmakują, to ich się nie oderwie od niej. To wszystko
na świecie jest bardzo dziwne. Jest radjo, są w nim pogadanki
la chłopów. Coby było gdyby wieś choć jedną zimę słuchała tych
cudności. Ale u nas w całej paraf ji niema na wsi radja, bo przecie
opłata kosztuje 30 złotych rocznie, a u nas niema pensji tylko się
raz do roku sprząta, to też na taki wydatek niema pieniędzy. Gdy­
by tak kosztowało złotówkę, toby niejeden kupił. Mamy my niby
ciało i duszę. Ciało żywimy sami kartoflami i czem bóg da, ale
duszy nikt nam nie żywi. Tyle tylko mądrości co ksiądz z do­
brej swojej woli powie, ale to już każdy umie na pamięć i zosta­
wia na święta, bo w dzień powszedni każdy własną wygania biedę,
bo głód się nie pyta co dobre, a co złe. My chłopy są prawdzi­
wie samostarezalni* bo musimy się karmić tą strawą, co nam ojco­
wie przygotowali, ale na te czasy radja i innych dziwolągów, za
skromna to potrawa. Nasze dzieci zdrowe, żyźkie nie m ają co czy­
tać to tyż rżną się nożami aż krew prysko i to im na dzisiaj wy­
starczy, ale co później będzie, to się zobaczy, poczeka. Dlo chłopa

78

Województwo Łódzkie

rok jedyn nic, dwa tyż nic. My nie dzisiejsi. Organizacje na wsi
są narazie prawie niczym. Na tysiąc kół młodzieży może jedno
kupuje gazety i schodzi się do świetlicy. Reszta jak się zejdą to
się albo nożami pożgają, albo Śmiejom cały wieczór, bo niema ją co
czytać. O kupieniu gazety na wsi niema mowy. Czasem zabłą­
dzi jakaś tania gazy ta badaczy pisma świętego, albo komunistyczna
za darmo. Wszyscy ludzie najbidniejsi uciekają do miasta, a gdy­
b y dostali ziemie toby pracowali i nie czekab tego przymusowego że­
bractw a z głodnych kuchni. Późni będą budować więzinia dlo tych
dzieci co się ze wsi na miejskie łotrostwa przenoszą. Każdy czło­
wiek co ze wsi idzie do miasta to nowy komunista, bo głód zmusi
do wszystkiego.
Były u nas na wsi wybory do rady, ale nikt nikogo nie wybie­
rał, bo w ójt przywiózł listę, kazał się podpisać i>na tern koniec.
Podpisywali tyż niektórzy gospodarze pożyczkę narodową. Pierw­
szą ratę wpłacib, bo przyszedł pobcjant z pisarzem i jak się ludzie
upierali robił protokuły całą gromadą. Czy nie lepiej byłoby żeby
nasz chłop czuł się obywatelem tej Polski. Jest u nas jeden chłop
nazywa sie Jasieczkowy Wojtek. Dzieci mo ośmioro, długu pod uszy.
W szystko to takie wymizerowane, że żal patrzyć. Przyszb do nie­
go po pożyczkę i musiał podpisać. Te pierwsze 8 zł. pożyczał
w 10 domach i u mnie tyż pół złotówki, co będzie z dalszymi ra ­
tami nie wiem. Teraz przychodzi do mnie co drugi dzień i pyta
się czy nie będzie jakiej wojny albo rewolucji. Ale nietylko on, wszyscy
na wsi proszą boga, żeby była wojna albo co innego, by się tylko
zmieniło. Gdyby chłopy były tak bbsko siebie jak robotniki w mieście
to nie wiem coby już było. Dzisiaj trzeba wyrównać te wszystkie
nierówności na świecie i wszystko ująć w prawo, by człowiek mógł
żyć jak człowiek. Rozkoszy i wybryków nam nie potrzeba, ale tego
b y praca nasza nie była śmieszną w tym mondrym świecie.
Teraz jest świat taki jak ta moja dziurawa sukmana albo jak
przetak i dopóki się nie załata wszystkich dziur woda przez niego
wyleci. Myślę gdyby Państwo nasze za wszystkie zaległe podatki
zabierało własność bezwzględnie, wtedy stopniowo cały przemysł
przeszedłby w ręce państwa i nie byłoby wyzysku różnych żydów.
Ziemia zabrana byłaby dana różnym bezrobotnym, którzy teraz tak
dużo kosztują. W ten sposób państwo byłoby wszystkim i rządzi­
łoby całym życiem. W tych latach w inny sposób zapobieganie złe­
m u nie jest możliwe, bo państwo nie może opanować całości życia.
W innym wypadku o ile się tych wszystkich spraw nie opanuje i nie

Pamiętniki chłopów

79

pociągnie tych ludzi biedujących do czegoś, straszne bydzie wymie­
rzanie sobie sprawiedbwości, bo krzywda jest wielka, a obok ze
wschodu uczymy się, albo nawet słyszymy wiele. O ile ten wschód
zostanie takim komunistycznym jeszcze 30 lat to u nas utrzymanie
tego porządku jest niemożliwe. Chyba że się Rosja rozleci ze swoim
komunizmem, wtedy lepi dla nas. Dzisiej każdy bezrobotny to nowy
komunista a jak sie doda tych wszystkich kształconych bezrobotnych
żydów i Polaków to będą przywódzcy a nawet są dzisiaj, oni robią
głową, a ci głupsi pięściami.
Co to będzie?
Kończę moje pisanie. Musze je dać przepisać, bo tak jak ja napisałym państwoby nie przeczytali. Ja już dawno nie pisałem to też
pisze jak kura pazurem. Obecnie czytam bardzo dużo różnych ksią­
żek ekonomicznych i innych. Kupuje tyż dwa razy w tygodniu od
jednego żyda Kur jer Krakowski po tańszej cenie, bo on odcina tytuł
i odsyła nazad do Krakowa.
Pisanie moje przepisał mi i sprostował trochę pan Józefowicz
dawny borowy, bo moi mazaniny nie przeczytaliby państwo.
Myślę że gdyby tak szatan przyjrzał sie dokładnie nędzy dzisiej­
szej toby się zrobił aniołym. Ten tylko może znać nędzę kto ją
przeszedł, a ten kto ją widział może o niej tylko mówić. Są ludzie
którym dobrze jeszcze na świecie. Ale to trzeba wyrównać i dać
człowiekowi tyle żeby znał świat lepi, i wiedzioł że człowiek nie może
być ani miljonerym ani nyndzą, a ino stworzynim korzystającym
jednako z dobroci świata według potrzeb człowieka. Starać się o to
już je dużo. Człowiek pracować chce, budować, robić, a tu wielką
ma łaskę jak dostanie robotę. W tej prędkości świata trzeba do­
stosować prawa by sie tak prędko zmieniało wszystko jak prędko
dzisiaj żyje człowiek. Inaczy zostanim w tyle, a życie samo po­
dyktuje sobie prawa.
Pisze sobie ale kto mnie rozumie albo kto będzie czytał. Trochę
pomazane bo mi łzy kapią same, wszystko za mną, a przedemną nic.
Dn. 4 grudnia 1933 r.

Pamiętnik Nr. 8

G o sp o d a rz

na

tr z y m o r g o w e n t

g o s p o d a r s tw ie w p o w .

rad om ^

s z c z a ń s k im

Światło dzienne ujrzałem pewnego sierpniowego popołudnia
w nędznej drewnianej chałupie krytej słomą, o glinianej podłodze
i zadymionych ścianach, gdzie promienie słoneczne wpadały do izby
szczupłym otworem wydłubanym w ścianie z okrąglaków; a sprzę­
tem jej było jedno łóżko, długa ława na kulawych nogach i „serw antka” z powybijanemi szybami. Kiedy mogłem się już poruszać
0 własnych siłach, to znaczy pełzać na czworakach po wyboistej pod­
łodze pełnej kurzu i brudu, nie było przy mnie już tej, która
w pierwszych dniach mego dzieciństwa, usypiała mnie do snu swym
pełnym uczucia głosem. Napróżno usta moje kwiliły ma — ma,
ma —, maaa! Ukazywała się wtedy nad moją kołyską matka, lecz
innych dzieci, pod której opieką pozostawiony zostałem na całe
lato, podczas gdy moja m atka była hen, daleko v/ kraju innym
zarabiając krwawym trudem przy uprawie i zbiorach plonów ziemi
na sól i chleb, gdyż ziemia ojców jakoś dziwnie skąpa nie chciała
dać pożywienia głodnym swym dzieciom. Ojca również moje
dziecięce oczy nie oglądały. Budował on za nędzną strawę potęgę
krzyżackiego plemienia, dźwigając szyny przy budowie dworców
niemieckich, ładując ciężary w dokach Hamburga lub kosząc ?boże
w okolicach Hale albo Drezna.
Późną jesienią, po grudzie już powracali rodzice z tobołami
na plecach, by po dwu miesiącach zimowego letargu, wśród wio­
sennych śniegów i roztoków skradać się znów przez krzaki i wez­
brane strumienie do swej przybranej ojczyzny pracy i chleba. I po
latach kilku takiego trudu, po latach tułaczki, niewolniczej katorgi
1 płaszczenia się u stóp pruskiego obszarnika i jego sługusów, ro-

Pamiętniki chłopów

81

d z ic e moi zdobyli tyle, że mogli nabyć dwie morgi ziemi i starą
zapadającą się w ziemię chałupę.
Mając lat osiem, zacząłem chodzić do szkoły znajdującej się
w sąsiedniej wsi oddalonej o dwa km. drogi. W lecie przebiegałem
tę przestrzeń boso i było mi tak dobrze, lekko i zwinnie. W zimie
zaś mróz szczypał w uszy, śnieg rzucał tumanami pyłu w oczy,
wiatr gryzł po twarzy i gołych rękach. A ja szedłem w trepach
z „deką” zawieszoną na plecach i zimnym kartoflanym plackiem
W kieszeni, co chwila zanurzając się po kolana w sypkich zaspach
śniegu. W szkole na drugiej godzinie śnieg w trepach rozpuścił
się i lodowate zimno zaczęło przebiegać organizm i spazmatyczny
kaszel nadwyrężał już płuca.
W dziewiątym roku mego życia wybuchła wojna światowa.
W mej dziecinnej świadomości nie mieściło się jeszcze pojęcie woj­
ny,-jako ogromu zła i krzywdy ludzkiej, to też widząc pożegnanie
ojca idącego na front, nie potrafiłem sobie uświadomić, że ten blis­
ki mi człowiek idzie na zatracenie i pewną śmierć w tej strasznej
rzezi narodów. W niedługi czas potem zaczęły ciągnąć przez na­
szą wieś ogromne liczby wojska, armat, koni i wszelakiego ryn­
sztunku. Pewnego razu zobaczyłem głodnych żołnierzy, którzy je­
dli surową kapustę, dopiero co do kłody włożoną, a gdy i tego im
zabrakło zjedli kapuściane głąby znalezione w stodole i ten widok
pozostawił na mnie niezatarte wrażenie wywierając największą nie­
nawiść przeciw wojnie i tym co ją reżyserowali. W czasie wojny
cierpieliśmy wielki niedostatek. Matka musiała chodzić do odle­
głego lasu po drzewo i dźwigać na swych barkach wiązki gałęzi,
chojny, lub worki szyszek, by móc przy tern ugotować nędzną
strawę. Kiedy m atka nie szła po drzewo, to zabierała mnie ze
sobą do lasu na bedłki i jagody, gdyż głód coraz bardziej zaglą­
dał nam w oczy, zmuszając do jedzenia wszystkiego gorszego od
ziemniaków, bo one stały się przysmakiem, a pieczone w popiele
jadłem ze szczególnem nabożeństwem i łzami w oczach. A kiedy
piątką w trosce o czarną niewiadomą jutrzejszej doli wylewała łzy
całemi dniami, ja nie śmiałem jej pytać o to, tylko wznosiłem oczy
4 ° góry i ufny sile rzucającej pioruny, modliłem się z naiwnością
dziecka, by wróciła mi ojca, a matce ukróciła cierpień. Lecz da. remme, niewdzięczny stwórca zła, bólu i łez, nie zwrócił mi ojca.
Minęła wojna. Z pobojowisk powrócili żołnierze, lecz wśród nich
brakło wielu, wielu synów i ojców, a do nich należał i mój ojciec,
który zginął na martwem polu śmierci uduszony przez gazy niemieckie.


Pamiętniki chłopów.

82

Województwo Łódzkie

Swemi kościstemi dłońmi chłopa polskiego budował kiedyś ich bo­
gactwo; rzucał się ostatkami sił, by przy akordowej pracy nie był
ostatnim, dzwonił szklankami piwa z niemieckim kamratem, by
zginąć później z ich rąk w barbarzyńskich zmaganiach...
Minęła wojna. Minęły dni płaczu, dni smutku i przygnębie­
nia. Ludzie powoli zaczęli otrząsać się z ruin, gruzów i powsta­
wać, jak duchy z uśpienia do pracy i nowego twórczego wysiłku.
Ziemia nasza wydawała bardzo marne plony, tak, że nawet wy­
żywić się nie było można. Pamiętam jeszcze dziś i gdy to wspomnę
łzy mi w oczach świecą, jak jednego razu będąc u bogatszego chło­
pa zostałem poczęstowany kaszą jaglaną z mlekiem, której smak
pamiętam do dziś i zachowam w pamięci do końca życia, jako naj­
lepszej potrawy pod słońcem. Tak wielka jest potęga głodu.
Kiedy m atka nie mogła uporać się z niedostatkiem musiała od­
dać mnie na służbę, a w domu pozostała tylko młodsza siostra.
Poszedłem więc z węzełkiem pod pachą sprzedać pracę swych drob­
nych rąk za trochę okruchów chleba. Lata służby były dla mnie
najcięższą szkołą życia. Przebywanie u chłopa nieco bogatszego
mogącego pozwolić sobie na kupienie najemnika, było bardzo przy­
kre. Ta szczodrobliwa kiedyś dusza, zdeprawowana przez łowców
pieniądza i późniejszy egoistyczny pęd posiadania, wyobrażała sobie,
że jest panem mego istnienia. Taki „gospodarz” mnie służącego
uważał za stworzenie niższego gatunku, nad którem można naurągać się dowoli, czasem obić, dać pożreć resztek jedzenia, albo
gotować w innym garnku. Dzieci gospodarza stały do mnie w takimże stosunku. Lepiej ubrane, lepiej odżywiane, później wstające
i mniej pracujące — uważały mnie obdartusa najwyżej za czworo­
noga nadającego się do spania na „wyrku” w zgniłym barłogu sło­
my, pod przykryciem składającym się ze starych brudnych łachma­
nów. Z początku czułem zazdrość, że one mogą nie pracować m a­
jąc kilkanaście morgów ziemi, parę koni i kilka sztuk bydła. Lecz
po pewnym czasie zaczęła się rodzić we mnie nienawiść, niby cichy
bunt przeciwko tym, co jadali przy stole, a ja służący skazany
byłem na spożywanie posiłków w kącie przy piecu. A im starszy
byłem, tembardziej ból jakiś wewnętrzny rozsadzał mi piersi na
myśl, że ja mogę być upodlony... Na służbie nigdy nie zaznałem
odpoczynku i spokoju, nie znałem go, jak ten niewolnik staro­
żytny. W lecie, o wschodzie słońca pędziłem bydło na pastwisko
i bez względu na pogodę boso i pół nago. Kiedy już słońce wzbiło
się wysoko ku południowej stronie spędzałem bydło do domu, ewen­

Pamiętniki chłopów

83

tualnie samo uciekało. W tedy gospodyni pędziła mnie w pole. do
pielenia chwastów w prosie, lnie lub w kartoflach. W południe,
po uprzątnięciu świń, umyciu naczyń kuchennych, popędziłem znów
bydło. I tak było dzień po dniu, tydzień po tygodniu, bez odpo­
czynku, bez jednej wolnej chwili przez całe dwa lata służby. W dru­
gim roku służby — t. j. już w szesnastym roku życia, zaczęli mnie
zaprzęgać do coraz cięższych robót. Począwszy od wiosny musia­
łem sadzić ziemniaki wraz z innymi dorosłymi ludźmi. Nakłada­
łem na wóz gnój i wywoziłem w pole. Później zacząłem już orać.
Kiedy przyszły żniwa zmuszono mnie do zbierania zboża za ko­
siarzem. Moje dziecinne siły były zasłabe. Delikatne palce pę­
kały od brudu, soków zboża, ostów i szorstkiej słomy. Paznokcie
pozdzierane pozachodziły krwią i bolały okrutnie. Od snopów po­
darły się na kolanach porcięta i bose pokaleczone nogi, słoma aż pa­
rzyła za każdem dotknięciem. Do tego od podnoszenia ciężkich sno­
pów kark chciał pęknąć, głowa od natężenia bolała śmiertelnie,
oczy wyłaziły na wierzch pod nadmiarem ciśnienia krwi. A żar
słoneczny prażył bezustannie wysuszając z ust ostatnią kroplę
ślin, tak że język kołczał w gardle i jakaś niewypowiedziana go­
rączka wydobywała się z wnętrza, szumiała w głowie i mąciła świa­
domość. Wyczerpane już siły nie pozwalały dźwignąć snopka,
trzeba było przystanąć, odpocząć, odetchnąć... Obejrzał się na to
gospodarz i grymaśny skurcz przebiegł mu po twarzy. Poczem
obejrzał się poraź drugi i natychmiast huknęło w powietrzu prze­
raźliwie. A nuże ! rus ze sie !
Po żniwach przyszła jesień i sprzęt ziemniaków. W redlinach
Stanęło kilkanaście kobiet z kopaczkami w garściach. W gronie
ich starych silnych byłem i ja młody i słaby zmuszony jednak sta­
nąć do tego wyścigu, bo nie mogłem oglądać się na dom swój, na
pomoc matki, gdyż tam była pustka, nędza i głód, a m atka w taki
sam sposób pracowała na utrzymanie. A więc kiedy Andrzej (mój
gospodarz) znakiem krzyża skreślonym na redlinie zaczął kopanie,
resztą kobiet zrobiła to samo. Na kilkunastu zaraz krokach zo­
stałem w tyle, gdyż nie stało mi sił do nadążenia za innemi. Zmar­
twiony tern niezmiernie, z głową zwieszoną w ziemię, ledwie po­
włócząc nogami posuwałem się naprzód żółwim krokiem. Upły­
nęło kilka takich katorżniczych dni, lecz były One niczem wobec
późniejszych śłót i deszczów jesiennych. Od zachodu dął przenik]iwy, silny w iatr zacinający falami dżdżu, które za każdym pod­
muchem przeciągały człowieka do kości, potrząsały febrycznym

84

Województwo Łódzkie

dreszczem wszystkimi członkami, aż kołatały zęby i drżały w argi.
Na takie zimnisko jedno było lekarstwo, pracować szybko, szybko*
bez tchu, pamięci i rozumu, by przezwyciężyć w iatr i zwalczyć
chłód. Ale na wieczór ludzie schodzący z pola nie byli podobni
do zwierząt nawet. Kobiety poowijane różnemi łachami, mokre,
uszargane błotem, brudne jak ziemia ręce, twarz zabłocona, bose
nogi aż czarne od zimna i błota.
Po skończeniu jesiennych robót już mroźne przymrozki za­
częły chwytać ziemię w swoje kleszcze, a pola pokryły się cienką
warstwą śniegu, kiedy mój pracodawca oświadczył mi, że jeśli
chciałbym pozostać dłużej u niego to mogę, lecz przez zimę muszę
być „tylko za życie”. Ten pobożny chłop, który chodził stale z ró­
żańcem w garści i żegnał się przed jedzeniem i rozpoczęciem każ­
dej czynności nie rozumiał, że niesprawiedliwem było pracowanie
przez „boży rocek” za cajgowe portki i dwoje trepów, (jedne n a
codzień, drugie na święta) i sypianie w stajni na barłogu, tembardziej wiedzieć nie chciał, że praca „ino za życie” byłaby, (jest
jeszcze) wyzyskiem godnym rzymskich patrycyuszów. Ten poni­
żony, zmieszany z gnojem i błotem wyzyskiwany przez kler i ka­
pitalistycznych paskarzy chłop, nie mógł wyeliminować ze swej
mózgownicy pojęcia kasty ludzi, którym musiał kłaniać się w pas
i tych gorszych jeszcze od siebie, co mógł im dyktować w arunki
pracy, zależne w swej wielkości od egoistycznych dążeń jego.
Proponowanych mi warunków nie przyjąłem i pomimo czeka­
jącego mnie w domu gorszego niedostatku — odszedłem.
Zimowy wieczór. Na dworze panuje głucha pustka nocy usia­
nej gwiazdami. Czasem tylko wiaterek dmuchnie nieco mocniej,
unosząc z sobą lotny pył śniegowy i zasypuje nim drogi, ścieżki,
przyzby i przysiadłe wiejskie chałupy rozsypane długiem wężowiskiem wśród śnieżnych pól i drzemiących lasów. W naszej małej
izbie wisiała drzemiąca, mała, kopcąca lampka nad kominem i rzu­
cała mdłe światło na ponure ściany pozawieszane obrazami świę­
tymi, na szyby udekorowane lodowemi deseniami i soplami wiszącemi u ram okiennych. Na przypiecku zwykle siadała moja m atka
i kręciła w palcach wrzeciono, które wprawiane w ruch podskaki­
wało to do góry, to na dół i nawijało na siebie cienką lnianą nić.
Opodal przy stoliku siadała siostra i swemi drobnemi paluszkami
przewracała postrzępione kartki szkolnej książki. Na kominie palił
się ogień, a w blasze klekotały w garnku gotujące się ziemniaki.

Pamiętniki chłopów

85

Tej zimy nie byłem na służbie. Miałem skończone lat szesnaście.
Długiemi wieczorami ślęczałem nad książkami i uczyłem się. Moją
ambicją było wiedzieć i umieć więcej od innych. Chciałem poka­
zać bogatszym od siebie rówieśnikom, że ja jestem od nich biedidejszy, lecz oni za to głupsi. Takie rozumowanie kosztowało mnie
bardzo wiele. Zanim zdobyłem książkę musiałem ponieść połowę
cierpienia, a później?... Dotkliwe zimno w chałupie, gasnący ka­
ganek, a nawet i głód i ileż razy? — odpędzał mnie od niej. Ja by­
łem ślepy na wszystko, z niezłomnem postanowieniem wżerałem
się w zadrukowane kartki i czerpałem z nich wiedzę, światło i ra ­
dość życia, która z biegiem czasu stworzyła cierpienie, gdyż tembardziej cierpię im lepiej wiem dlaczego cierpię.
Na wiosnę, kiedy już łąki zakwitły kaczeńcem, a zboża za­
kryły zielonością ziemię, poszedłem tłuc kamienie przy budowie
^szosy. Po wydaniu młotków — jedynego narzędzia pracy usiadłem
z wielu innymi przy długiej pryzmie kamieni i silnemi uderzeniami
zamieniałem w gruzy granitowe głazy. Zaczęły się ciągnąć długie
monotonne dni, jedne drugim podobne, rozpoczynające się o wscho­
dzie, a kończące się mrokiem. Słońce witało mnie swym złotoilaskiem uśmiechem wywijającego młotkiem aż rozbryzgiwały na
wsze strony potrzaskane skorupy kamieni, mające być fudamentem
jednej ze ścieżek cywilizacji i szerokim gościńcem dla pędzących
samochodów, wiozących sytych, dobrże ubranych i rozbawionych.
Będąc kamieniarzem z łaski niebios, biłem młotkiem ile sił star­
czyło w moich dłoniach, aż wierzgało „kowadło” z wybitą w niem
Jkotliną, a unoszący się pył kamienny dymił, tamował oddech i żarł
w oczy. Słońce prażyło całą potęgą swych mocy kosmicznych, aż
migało i trzęsło się wszystko w oczach jak falujące morze. Skóra
na grzbiecie wzdęła się w pęcherze, obnażone ręce pokryły się łuską,
a czasem nawet krew rzuciła się nosem. Pomimo wszystko trzeba
było pracować i śpieszyć się, bo nędzna płaca nie pozwalała na
odpoczynek. Kiepskie wynagrodzenie za pracę najemników nie
wystarczało kapitaliście, on jeszcze okradał więcej naiwnych na
miarze, co oczywiście nie przeszkadzało mu być inżynierem, rze­
telnym obywatelem i uczciwym chrześcijaninem. A kiedy, który
z odważniejszych ośmielił się upomnieć o swoją krzywdę, to został
zwymyślany od durniów, idjotów i buntowników i na tern skoń­
czyło się. Z roboty wyrzucić nie mogli, bo tłuczenie kamieni z po­
wodu wielkości fizycznego wysiłku jest samym w sobie zawodem
"wolnym. Jeśli nie mogli pozbawić pracy, to pozbawili chleba przez

86

Województwo Łódzkie

nieprzyjęcie w ciągu całego lata wykończonej roboty. Pretekst
zawsze się tam znalazł jakiś, tak, że sprawiedliwości nie doszukał
się nigdzie.
Z nastaniem mroźnej jesieni praca na szosie skończyła się.
W ciągu paru tygodni przymusowego urlopu pracowałem około
własnej chałupy: gaciłem ściany słomą i wrzosem, zabezpieczałem
okryciem ziemniaki przed mrozem i domłacałem resztki żyta, które
mogły nam jedynie służyć na barszcz, a nie chleb. Za kilka tygodni
moje zarobione pieniądze wyczerpały się i trzeba było szukać innego
zajęcia — tym razem w lesie przy wycince drzew. Mróz już pi­
szczał pod nogami, kiedy idąc wąską zaśnieżoną ścieżką dążyłem
do boru. Nogi w drewnianych trepach, owinięte szmatami, na so­
bie stara w ytarta „jubka” jeszcze po ojcu odziedziczona i cajgowa
„mycka” na głowie, oto ubiór robotnika-drwala pracującego na
wolnem powietrzu wśród mrozów i śnieżnych zawiei. Jeszcze było
nieraz szarawo, a bór już poruszał się niesamowitem tętnem życia*
stękał pod uderzeniami walących siekier, grzmiał od łamanych ga­
łęzi i obalających się pni, dźwięczał muzyką stalowych pił w pra­
wianych w ruch rękami klęczących i zgarbionych nad swym tru ­
dem robotników. A rozjaśnione ich twarze biły radością dumy
w iskrzących oczach, że ciężko pracując mogą ogrzać ciepłem og­
niska, nakarmić ziemniakami z barszczem i przy okryć lichemi gałganami swe dzieci, żony i matki, drżące z zimna tam w tych
domkach rozsianych po polach i krzakach. Czasem przyjechał n a
koniu posiadacz poręby i oceniwszy rzutem oka ilość wykonanych
prac, odjeżdżał bez słowa pytania, dumny w swej wielkości, że
dał nam głodnym chamom robotę, wobec czego będziemy mogli
zachować jeszcze na jutro swe istnienie, potrzebne mu jeszcze do
tworzenia bogactwa, potęgi i sławy.
Mając lat osiemnaście podążyłem śladami ojców, tam gdzie
było co i za co tworzyć. Oczywiście niewszyscy chcący mogli na­
leżeć do liczby szczęśliwców. Dostać się tam mógł przeważnie ten*
kogo było stać na bezzwrotną pożyczkę wójtowi, łapówkę agentowi
lub pisarzowi gminnemu. Nędza i faktyczna potrzeba nie miały
głosu. Miał je ten, kto dawał we właściwe ręce jaja, masło, lub
pieniądze; a tym był bógatszy chłop wysyłający zagranicę swą licz­
ną rodzinę, celem zaokrąglenia fortuny. Szczęśliwym zbiegiem oko­
liczności i ja znalazłem się w szeregach szczęśliwców.
Któregoś marca znalazłem się „w centrali,, w Rozenbergu. Ba­
raki stacyjne pełne były różnorakiego tłumu, rozkrzyczanego wsze-

Pamiętniki chłopów

87

lakierni głosy. Przy wejściu do nich uderzał świeżo przybyłego par,
zaduch i kłęby dymu unoszące się z przetłoczonych sal, gdzie zmę­
czeni ludzie porozkładani byli pokotem po ziemi, ławkach i stołach.
Panował tam ciągły ruch i nawoływania odjeżdżających już na miej­
sce przeznaczenia i hałas świeżo przybyłych. Tam rozkładał każdy
swe tłomoczki i wydobywał nędzne pożywienie: jeden czarny kawał
chleba, inny sera, ów masła. Chłopi kręcili z przedziwnym sprytem
machorę i filtrowali przez usta kłęby dymu, który zapełniał salę
i uniemożliwiał oddychanie. Kobiety zaś i młode dziewczęta okryte
w zapaski, z chustkami pod brodę zawiązanemi różnych wielkości
i kolorów, patrzyły smutnie przed siebie, szukając w wyobraźni cze­
goś nieznanego i odległego. Chłopi i parobcy więcej odważniejsi od
kobiet mieli mniej strapione miny, a niektórzy nawet z nich ubrani
w „masiustrowe” spodnie i „westki” z dewizkami, powtarzali aż do
obrzydzenia: ja! ja! i czuli się, jak na własnem podwórzu.
Po trzech dopiero dniach gnicia w brudzie zgniłych baraków
załadowano nas na pociąg idący „na Berlin” i za chwilę zgrzytnęły
0 szyny koła obciążonej lokomotywy, która miała nas powieźć dalej.
Poza sobą zostawiliśmy cuchnące baraki, w których pozostała jeszcze
moc tych obieżyświatów, którzy nie odsiedzieli jeszcze kolejki, a co
parę godzin pociąg przychodzący od polskiej granicy wyrzucał nowe
1 nowe kompan je trzęsących łachmanami nędzarzy, idących na nie­
znaną poniewierkę, wśród obcego, wrogiego im plemienia szukać
zapłaty za sprzedawany trud, by móc nieść pomoc tym co pozostali
w krainie zastoju i głodu.
Po zatransportowaniu nas na miejsce przeznaczenia (folw ark)
zostaliśmy z pomocą jednego z tamtejszych robotników rozlokowa­
ni po „śtubach,,, — mężczyźni osobno i kobiety osobno. Stuba była
to duża sala o wysokich brudnych ścianach, pod któremi stały łóżka
poustawiane szpitalnym sposobem. W kącie przy drzwiach wej­
ściowych stała wielka szafa, na sprzęt kuchenny, w przeciwległym
kącie było wolne miejsce na kufry i kosze wypchane brudnemi gałganami. Obok łóżek stało kilka długich masywnych ław, a na środku
stał duży ciosany stół. Po zakwaterowaniu nas przyszedł do śtuby
właściciel dworu i obejrzawszy nas wszystkich okiem rżeźnika —
odszedł. Po niedługim czasie nadszedł znów „inspektor”, który po
obejrzeniu nieznanych okazów ludzkiej menażerji, wydał kontrakto­
wemu odpowiednie polecenia. Następnego dnia byliśmy już u pracy.
Rozpoczęły się ciężkie dni wyścigu akordowej pracy, dni katorgi
i nadludzkiego nieraz wysiłku, pożerającego nazawsze siły i zdrowie

88

Województwo Łódzkie

niesione w ofierze molochowi bogactwa za kęs chleba i trochę m ar­
nej zupy. Jedni z nas pracowali w polu wołami, inni ręczno. Nad
każdą grupą czuwał pilnem okiem włodarz zwany inaczej „W ojt­
kiem”. W łodarz z kijem w garści poganiał mniej śpieszących się,
garbując często skórę młodszym i bezsilnym, dokuczał tym, do któ­
rych był uprzedzony, dając im najtrudniejszą pracę; oszukiwał na
wszystkiem i na deputacie i na wypłacie. On był panem i władcą.
Przed nim drżeli wszyscy. On mógł oskarżyć przed „panem”, spo­
wodować obniżenie płacy, a nawet wydalenie do kraju. Pan wierzył
tylko jemu, on miał głos, bo on był Panu oddany duszą i ciałem,
pomagając mu do wyciśnięcia z robotników wszystkich żywotnych
soków. A tembardziej było przykro, że to też robotnik i w prze­
ważnej części polak, ale sprzedawca, który za kilkaset marek sprze­
dawał swoich spółbraci przez całe lata, na czem posiadacz zarabiał
wiele, wiele więcej.
Po powrocie z Niemiec robotnicy przywozili nieco pieniędzy.
Ale jak one zostały zaoszczędzone. Po pierwsze zostały one wykute
krwawym wysiłkiem najmity, który czarnemi, popękanemi dłońmi
rozsiewał nawozy sztuczne, wycinał chwasty w zbożach, ziemniakach
i ćwikle. Z twarzą ogorzałą jak węgiel, sprzątał zboże podczas żniw.
A za swój całodzienny wysiłek dostawał tyle, że mu nie wystarczyło
nawet na całkowite zaspokojenie potrzeb głodnego żołądka. Ażeby
mógł jeszcze z tego coś oszczędzić musiał odmówić sobie najniezbęd­
niejszych rzeczy, zaczynając od uszczuplonej porcji chleba smaro­
wanego margaryną, a kończąc na ubraniu nabytym w starej „ladzie”.
Bywało, że taki człowiek oszczędzał, oszczędzał, i nic nie udało mu
się uciułać przez lato, dopiero kiedy przyszła jesień i nastąpiło kopa­
nie ziemniaków, a później buraków, gonił wszystkiemi siłami, aby
zarobić możliwie jaknajwięcej. Była to już nie praca, ale jakiś dziki
huragan wichru. Zdawało się, że nie robi tego człowiek, lecz m a­
szyna. Nawet stojącemu na uboczu trudno było uwierzyć, aby ten
nędzny człowieczek uszargany, zgarbiony, z dzikim blaskiem zala­
nych potem oczu, mógł być zdolnym do tej tytanicznej walki z zie­
mią i jej owocem. A on ślepy na deszcz, błoto i wyjący wiatr, nie
zważał na nic, tylko targał za Uście, podważał widełkami korzeń
buraka i wyciągał go z kleistej ziemi. Po kilku dniach takiej pracy
ręce popuchły, że dłoni żaden nie mógł zgiąć w kabłąk. A po
przyjściu na wieczór do domu każdy rzucał się jak kłoda na łóżko
i leżał bez ruchu do rana, by znów zaczynać od początku. Po skoń­
czeniu robót jechaUśmy wszyscy wygnańcy do domów i ojczyzny.

Pamiętniki chłopów

89

To ostatnie pojęcie nie wiązało nigdy zbyt mocno chodzących
na saksy, gdyż nigdy nie słyszałem, aby któryś z nich tęsknił do
kraju, jedynie może do stron rodzinnych, gdzie pozostawił swoich
bliskich. Ojczyzną była dla nich praca. Tam gdzie mieli pracę
i jakie takie środki bytowania, tam wszędzie była dla nich nie­
szczęśliwców ojczyzna. Obojętnem im było pod jaką długością
lub szerokością geograficzną globu znajduje się, byle tylko ulżyć
swej doli, byle wydobyć się z piekła cierpień ojców i przodków
swoich.
Po powrocie z wojska stanąłem oko w oko wobec czarnej
niekłamanej rzeczywistości życia człowieka wsi. Przyniosłem z
sobą przegniłe łachmany, które nie wróżyły zbyt długiego żywota,
a tu innych nie było za co kupić, bo posiadane dwie morgi ziemi
nie wystarczały nawet na utrzymanie dla trojga ludzi. Do tego
matka wyczerpana poniewierką po Niemczech, wojną i niedostat­
kiem, podupadła na siłach i przestała pracować. Wobec tego
utrzymanie jej i siostry pozostało na moich barkach. Ale w jaki
sposób używić się na tym skrawku ziemi i przyokryć? Pozostało
iść do dworu i prosić, może daliby jakąś robotę. Poszedłem, pro­
siłem, płaszczyłem się u stóp dziedzica. Nie. Kazali przyjść kie­
dyś później. Poszedłem za parę tygodni. Zaofiarowano mi pracę
dniówkową przy koniach. Odtąd przez wiele tygodni chodziłem
za pługiem po mokrej roli, której błotem oblepiały się buty, że
nie można było ich udźwignąć. Nieraz na wieczór już dawno
słońce skryło się na horyzoncie, a jeszcze długo po polach dwor­
skich rozlegały się głosy ratai — wio! — wisa! i t. p., a pan
stał na pagórku i śledził ruchy swych, podwładnych. Po zakoń­
czeniu polnych robót wysyłano nas ze zbożem do miasta. W y­
pędzała nas noc, deszcz i w iatr wyjący po zaściankach. Przez
drogę trzeba było siedzieć wysoko na skrzyni na worach zboża,
okrytym starym potarganym łachem, który nieco chronił przed
deszczem. Po odbyciu takiej jazdy na przestrzeni 30 km., kamie­
nistą drogą bebechy chciały się pourywać, a głowa pękała z bólu
na kawały. Z powrotem przyjechało się o godzinie 11-tej wieczo­
rem. W tedy głodny, zziębnięty i mokry kładłem się spać na sta­
jennym wyrku, które po takiej podróży było najwygodniejszym
materacem, a w iatr huczący za ścianami najpiękniejszą muzyką
usypiającą do snu. Po pięciu godzinach snu trzeba było wstawać
i wlec się do pracy. Człowiek był tak zarobiony, że nie było
nawet czasu umyć się, a oczyścić wcale. Chodziło się jak pomy-

90

Województwo Łódzkie

lenieć brudny, obdarty i śmierdzący gnojem. Tak obrzydłe wa­
runki pracy były jeszcze pogłębione przez używanie wstrętnych
wyzwisk w rodzaju: ty k..., ty s..., których począwszy od dzie­
dzica, a kończąc na „karbowym”, używali wszyscy spełniający
wiernie wolę Pana i władcy. Lecz podłe urągowisko ze strony
tych krwiopijców były niczem, im przypominały się dawne lata
pańszczyzny, kiedy mogli dworusa bić, a on padał im do nóg,
jak pies. Na własne oczy kiedyś widziałem, jak dziedziczka przy­
jechała na koniu do młócki zboża i biła robotnika po twarzy.
Widziałem jak chłopu mignął złowrogi błysk w oczach i zgasł,
gdyż sroga rzeczywistość wołała do jego rozumu, gdzie pójdziesz?,
gdzie robotę dostaniesz?, czem używisz żonę i dzieci?!... I ten
silny chłop, od którego uderzenia pięści mogła pęknąć szczęka,
opuścił pokornie oczy? i czekał ...aż pani dziedziczka ochłonie z
gniewu. Bo gdzież pójdzie ten nieszczęśliwiec, czego się uczepi,
jeśli wszędzie, jak Polska długa i szeroka, niema co robić. Nie
pójdzie dziś do Niemiec, nie pójdzie do miasta, nie pozbawi się
życia, bo je za bardzo kocha; kocha swe ubóstwo, brudne i ob­
darte dzieci i żyje nadzieją lepszego jutra.
W czasie mej służby dworskiej umarła mi matka. W celu
jej pogrzebania poszedłem do księdza. Ten za pochowanie zwłok
m atki zażądał tyle, że ja musiałem na tę sumę pracować 40 dni.
Prosiłem go, żeby sobie wyobraził 40 dni dworskiej pracy. Ile
trzeba ponieść wysiłku, ile potu, ile krwi wypłynie zanim zdoła
się to przetrwać. Powiedział mi, że to go nic nie obchodzi. Płacić
i dobrze. I za pięć minut kadzenia i przyjęcie udanej pozy bła­
galnej, zapłacić musiałem 35 dniówek swoich, (t. j. 35 złotych)
spędzonych na deszczu, mrozie, błocie, kurzu i brudzie, na to, by
on zaświatowy pośrednik mógł nic nie robić, a zażywać dowoli
owoców pracy.
W pewnym czasie po śmierci matki — wprowadziłem do do­
mu swego żonę, by we dwoje łatwiej można było ciągnąć ten
rydwan życiowy. A że taką spółkę rodzinną trzeba koniecznie za­
wierać na plebanji i w kościele, wobec tego poszedłem i ja. Za­
raz na wstępie ojciec duchowny kazał zapłacić sobie 10 złotych
za tak zwane zapowiedzi. Po upływie trzech tygodni poszedłem
zgodzić ślub. I o dziwo! ksiądz zażądał 60 złotych. Zapropo­
nowałem mu 20 złotych. Nie chciał gadać. Mało tego, naurągał mi od parobasa, chama, bezbożnika, wolnomyśliciela i t. p.

Pamiętniki chłopów

91

epitetów, poczem otworzył mi drzwi i kazał czemprędzej wynosić się.
Tego już znieść nie mogłem. Uniesiony najwyższym paroksyzmem
gniewu, chwyciłem za najbliżej stojące krzesło i uderzyłem niem
w konsekrowaną głowę i dopiero odszedłem.
Na trzeci zaraz dzień po tern zdarzeniu wydalono mnie ze dwora*
bez podania jakichkolwiek powodów.
Z żoną do „ślubu” już więcej nie poszedłem i żyjemy na „wiarę”
gospodarząc się na trzechmorgowym skrawku ziemi. Marne to go­
spodarowanie. Plony nie wystarczają na wyżywienie, a ubranie,
a opał? Trzeba było chwytać się jakiejś roboty. Najpierwszym za­
robkiem na wsi i pracą, którą najprędzej można zdobyć, jest młocka.
Wziąłem się do niej. Chodziłem od chłopa do chłopa, od stodoły do
stodoły i wywijałem kawałem drąga nad głową, by silnemi uderze­
niami o boisko wykruszyć ziarna ze słomy i stworzyć m aterjał na
chleb. Część takiej roboty wykonywałem jako odrobek za pracę
konną przy uprawie mej ziemi, przywiezienie drzewa z lasu, zabranie
żonie tobołka na odpust do Częstochowy lub za procent od pożycze­
nia kilku kilogramów mąki na przednówku od bogatszego gospo­
darza.
Resztę zaś należności wypłacono mi maślanką, ziemniakami lub
innym produktem gospodarskim. Pozatem innej pracy ani rusz.
W lecie za to, że jestem „gospodarzem” naznaczono mi wykonanie
pracy przy budowie szosy gminnej. Musiałem odrobić sześć dnió­
wek. O godz. 7-mej rano dozorca naganiał już do pracy. Trzeba
było walić kilofem po twardej gbnie i rwać twardą skorupę ziemi,
aż pot ciekł po skroniach, zalewał oczy i przesiąkał przez koszulę
na grzbiecie. Praca odbywała się podczas przednówku, kiedy w domu
nie było ani kruszyny chleba, a i ziemniaków w wielu domach nie
stało. Na południe żona przyniosła mi obiad składający się z ziem­
niaków i gotowanej maślanki. Lecz nikt nie zwracał uwagi na to,
że te czarne, z zapadłemi policzkami szkielety są głodne i chwieją się
na nogach. Nie czuł tego nikt, że pracować za darmo i w takich
warunkach jest krzywdą. Nie czuł, nie zaprotestował, a kazał pędzić
po 6 km. do miejsca pracy i wywierał niesłychane presje na buntow­
ników.
Właściwe piekło życia ujrzałem dopiero, kiedy urodziło mi się
dziecko. Kołyskę dla niego pożyczyłem od dobrych ludzi. Ochrzcić
nie kazałem, bo nie miałem 10 zł. opłaty. A skąd miałem mieć, jeśli
na Nowy Rok nie miałem już nic w stodole, a w komorze zaledwie
kilkadziesiąt kg. mąki. Jakżeż ponuro wyglądała nieraz nasza niska

92

Województwo Łódzkie

izba, kiedy o wieczornym zmroku dziecina zaczęła kwilić z głodu,
a m atka nie mogła jej nasycić zwiędłą piersią, w iatr wył przeraźliwie
za oknami i przeszywał dreszczem grozy, aż włosy jeżyły się na gło­
wie, że tylko zabrać się i uciec z tej ponurej jamy. Jadaliśmy różnie.
Rano: „dziad”, zalewajka, zupa ziemniaczana, ziemniaki rzadkie, na
obiad: ziemniaki suche z barszczem, kraszonym roztrzepanem ja j­
kiem lub bedłkami, albo kasza jęczmienna z suszonemi gruszkami, na
kolacje inna odmiana ziemniaków i tak w kółko. Rozumie się, że
w takich warunkach dziecko chować się nie mogło i umarło nie mo­
gąc stać się cierpieńtnikiem przyszłości.
Myślałby może kto, że w opisanych warunkach żyją i wychowu­
ją się ludzie na wsi tylko w indywidualnych wypadkach. Otóż nic na­
iwniejszego. Nawet kilkumorgowy (od pięciu do dziesięciu morgów)
gospodarz posiadający kilkoro dzieci wychowuje je w ten sposób, że
po dorośnięciu ich do wieku 11—12 lat wydaje je kolejno na służbę
do paszenia krów, a kiedy są starsze do koni i taki żywot pędzą aż
do osiągnięcia samodzielności. Bywają jeszcze w naszej wiosce ta­
kie domy, że pięć osób śpi na jednem łóżku, tak że niewiadomo, gdzie
nogi, a gdzie głowy. Jedynem pożywieniem mieszkańców naszej wsi
jest kapusta i ziemniaki, a w niektórych domach jadają ziemniaki
z wodą, oszczędzając nawet na porcji soli. W wielu domach poży­
wienie bywa spożywane dwa razy dziennie — późne śniadanie, a
obiad razem z kolacją — a kiedy dzieci zawołają jeść to m atka upie­
cze im ziemniaków pod blachą w popiele, albo odgrzeje im ziemnia­
ków z śniadania. Dzieje się to przeważnie w zimie, gdy dzień jest
mniejszy i głód można łatwiej przespać. Niektóre rodziny w zimie
przychodzą do swych mieszkań tylko na noc, ponieważ w swej cha­
łupie usiedzieć nie można z zimna, drzewa niema za co kupić, gdyż
nie zarabia się nic i nigdzie. Powszechnie głosi się, że „cukier krzepi”,
lecz na wsi ludzie go nie znają, np. w naszej wiosce na 600 mieszkań­
ców sklep sprzedaje 3 kg. cukru tygodniowo — tylko choremu dziec­
k u kupi go ktoś za 5 groszy. Proszę sobie wyobrazić, że u nas ludzie
kupują zapałki na sztuki (za grosz cztery) a papierosy cienkie chłopi
przerywają na trzy kawałki. Na przednówku, kiedy już twardnieje
¿yto, są u nas modne t. zw. życiaki. Jest to rodzaj kaszy sporządzo­
nej z poprzetrącanych w żarnach ziarn żyta, którą się praży w garn­
ku i później biedota ją zajada z maślanką lub mlekiem. Służy ona
przeważnie do pracy żniwowej, gdyż wtedy szczególnie sił potrzeba,
.a naród osłabiony niezmiernie, tak że kosiarze podczas minionych
żniw mdleli przy pracy we dworze. Bywało, że taki idąc rano do

Pamiętniki chłopów

93

pracy najadł się śmierdzących zielenizną młodych ziemniaków i po­
szedł kosić. Z początku miarowo i dosyć szeroko wodził kosą po
ziemi i ścinał pochylone kłosy zboża. Lecz w miarę wznoszenia się
słońca nad powierzchnią ziemi słabł, topniał w pocie, pokosy ciął
coraz węższe, coraz wolniej kosę prowadził, aż wreszcie ustał pod
nadmiarem wysiłku, kosę oparł o ziemię, nogi nie mogące udźwignąć
ciężaru cielska zgięły mu się w kolanach, w oczach pociemniało, ta­
jemnicze dzwony zadźwięczały w uszach, poczem zatoczył się i upadł
zemdlony na świeżo ścięte kolce ścierniska...
Obecnej jesieni do kopania ziemniaków we dworze schodzili się
ludzie z okolic oddalonych o 5—7 km. Z domu wychodzili po ciemku,
a pracę kończyli o zmroku, kiedy już ziemniaka nie mogli dojrzeć
na ziemi. A za tę pracę wynagrodzono ich kilkudziesięcioma gro­
szami, a więcej opornych wyrzucano natychmiast z roboty, mówiąc:
co ci się nie podoba? to idź do ciężkiej cholery, na twoje miejsce
1000 przyjdzie....
Po skończeniu kopań biedni ludzie chodzili na dworskie kopaniska i przewracali motykami ziemię w poszukiwaniu pozostawio­
nych gdzieniegdzie kartofelków. Pewnego razu, a było to w grani­
cach pól, daleko od dworu, zbierali biedacy ziemniaki jak zwykle,
gdy wtem nagle wpadł na nich dziedzic z fornalami na koniach,
którym rozkazał wydrzeć uzbierane ziemniaki i zanieść do przy ora­
nia pługiem. Minionej wiosny, kiedy już słońce zaczęło pożerać
wilgotność pól, na dworskich ziemniaczyskach ukazali się ludzie i po­
częli zbierać zmarznięte i przegniłe ziemniaki, leżące na roli, wypłókane przez śniegi i deszcze, by potem zanieść je do domu i po zdjęciu
wierzchniej skorupy, piec krochmalowe placki na kominie, aby za­
sycić głód umierających dzieci. Wieś nasza dzieli się na trzy kasty.
Bezrolnych, małorolnych i więcej rolnych. Bezrolny i małorolny
patrzą krzywem okiem na bogatszego swego sąsiada i na odwrót.
Bogatszy gospodarz na przednówku pożycza biedniejszemu ćwierć
mąki za trzy ćwierci oddane po żniwach. I tak wzajemnie jeden dru­
giego gryzie nie wiedząc, że obaj są głodni, brudni i obdarci.
Stokroć gorszem cierpieniem od dzisiejszej biedy jest troska
o nieznaną przyszłość jutrzejszych dni. Codzień rano i wieczorem
staje mi w oczach widmo jeszcze gorszego niedostatku, a może
śmierci głodowej, na tej samej ziemi, która zdołała mnie wychować,
lecz nie pozwoli mi żyć... Rozpacz szarpie mi serce, że muszę konać
z głodu mając chleba pełno wokoło. Obłęd myśli kłębi mi umysł,

94

Województwo Łódzkie

że muszę być bezczynny, nie mając możności tworzenia lepszej przy­
szłości, gdyż skute mam ręce. My, nędzami chłopi z pod słomianych
strzech wyciągamy do W as ręce i błagamy, przybądźcie nam z po­
mocą, wyrwijcie nas z niedoli, gdyż my również chcemy żyć, pra­
cować i korzystać z owoców pracy! My nie chcemy ziemi, my nie
chcemy bogactw, my chcemy pracy i sprawiedliwego podziału owo­
ców jej pomiędzy wszystkich pracujących, dziś wydziedziczonych,
głodnych i poniewieranych.
Dn. 28 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr. 9

M a ło r o l n y g o s p o d a r z - r z e ­
m i e ś ln ik w p o w . łó d z k im

A więc zaczynam ja niżej podpisany opisywać swój życiorys.
Nie wiem czy panowie przyznają mnie do tej kategorji o jakiej
w piśmie tern jest mowa, ale ja do niej się zaliczam, choć coprawda nie jestem stale na wsi, bo brak ziemi ojca mego wygonił
ze wsi i ja urodziłem się już w mieście, gdzie ojciec mój ożenił się
z taką samą jak sam, bo m atka tak samo wychodziła z rodziny
wiejskiej zupełnie bezrolnej, bo dziadek był szewcem na wsi, kiedy
nie mógł już dojrzeć to musiał rzucić wieś i szewstwo i przeszedł
do miasta, a może lepiej powiedzieć osady Żyrardowskiej. Co ro­
bił tam tego nie pamiętam i o tern nigdy nie było mowy i tam
właśnie przyszedł mój ojciec ze wsi rodzinnej Kamienicy-Polskiej,
tylko Ojca nie wygnała ślepota, a chęć do życia. I tu właśnie po­
znał się z moją Matką, i ja urodziłem się w Żyrardowie, jak tylko
zasięgnę pamięcią do sześciu lat to mi było bardzo dobrze. Było
nas tylko troje: dwuch braci i jedna siostra. Odrazu dowiaduję
się, że ojciec wybiera się do Częstochowy i dalej do rodzinnej swojej
wsi Kamienicy-Polskiej, a stam tąd miał się przedostać przez zie­
loną granicę do Prus, i do jakiegoś z portów niemieckich i jechać
do Brazylji. Nie wiem co za przyczyna była żeśmy nie mogli
przejść czy Ojciec nie znał dostatecznie tych ścieżków, czy Pan
Bóg nie chciał jeszcze gorszych naszych trudów i mąk jakie żeś­
my przeszli. Bo pewnie żeśmy trzy dni łazili po tych lasach po­
granicznych, ja na pieszo sam, a Ojciec nosił tłomok z najniezbędniejszemi rzeczami no i siostrą na rękach i Matka znowuż z naj­
młodszym bratem na rękach, tak że jak nas złapali żołnierze ze
straży pogranicznej to żeśmy już upadali ze zmęczenia, kiedy nas
zaczęli wypytywać skąd i za czem idziemy. Ojciec im się wy tłu-

96

Województwo Łódzkie

maczył, że roboty niema i szuka jej, to w ten czas zażądali doku­
mentów. Ojciec im pokazał, wtedy nadszedł jeich wóz z owsem
dla koni i kazali mnie z Matką i Siostrą wsiąść na wóz. Ojciec
poszedł z niemi przy wozie i tak nazad żeśmy wrócili do Kamienicy-Polskiej, bo tam miała ta straż pograniczna swoją stację, star­
szy przejrzał papiery i Ojca wypuścili. Przez kilka tygodni żeśmy
się tam poniewierali, aż w końcu Ojcu się naprzykrzyło, czy litość
nad nami dziećmi, dość że wyrzekł się Brazylji, no i ziemi Brazy­
lijskiej, postanowił nazad wrócić, tylko już nie do Żyrardowa, tyl­
ko do Łodzi. Przyjechaliśmy do Łodzi było nam bardzo źle, za­
pasy się wyczerpały, roboty Ojciec nie mógł nigdzie dostać, bo
wtenczas był też czas bardzo drogi, tak, że ćwiartka kartofli ko­
sztowała 1 r. 20 kop., funt chleba 10 groszy, tak że trafiliśmy w tym
roku 1891 w Łodzi na bardzo ciężkie czasy, no że jakim sposobem
Ojciec dostał robotę, mieszkaliśmy jako sublokatorzy u pewnych
ludzi i tak jakoś żeśmy żyli, czas zaczął się poprawiać. Ojciec mie­
szkanie wziął na siebie i tak jakoś żeśmy żyli do 1893 r. Ojciec ze
mną poszedł do kościoła w niedzielę i kiedy żeśmy przyszli z koś­
cioła to ojciec się czuł niedobrze i Mama przywiozła doktora i to
i owo, tak że Ojciec od niedzieli do środy dożył i umarł. Zaczęło
się dla nas^życie bardzo trudne, bo żywiciela nam brakło. Matka
jak mogła tak się starała, w końcu jakoś dowiedziała się, że m aj­
ster z Żyrardowa założył w Łodzi pończoszarnię, a Matka m oja
kiedyś pracowała w pończoszarni jako formiarka, więc się zgłosiła
do tego pana Jezierskiego i przyjął ją do pracy a nas dzieciaków
za jego protekcją umieściła Matka w ochronce. Tam żeśmy się
uczyli rozmaitości, no ale tylko ja, bo siostra i brat to do żadnej na­
uki nie byli zdolni, ja byłem najstarszy miałem lat siedem więc
z tern mojem rodzeństwem było bardzo trudno, no ale jakoś zaczę­
liśmy żyć. Matka ściągła z Żyrardowa swoją Matkę i tak zamiast
Ojca żeśmy mieli Babcię, bo nie miał w domu kto co robić, Matka
od świtu do nocy w fabryce, my w ochronce, a Babka nasza całą
gospodynią w domu, i tak przybyła nam jeszcze jedna gęba do je­
dzenia, a zarobek był dość mały tak, że ledwie żeśmy żyli i z trudem
wielkim przychodziło nas przyodziać. Ja jako najstarszy stale
byłem poganiany do nauki i do jakiejś pomocy przy babce. Gzas leciał
dość szybko w nauce, w tej ochronce wyrabialiśmy różne roboty,
pletliśmy słomianki w najrozmaitszych formach, no i nauczyłem
się wyplatać krzesła, potem kiedy podrosłem i zmocniałem zaczą­
łem szorować kotły od obiadu gotowania, zato dostawałem i ja i sio­

Pamiętniki chłopów

97

stra i brat obiady, i tak jakoś żeśmy podrośli, że ja poszedłem do
terminu, ale z tern, że skończę termin to zabiorę wszystkich i weź­
miemy sobie jakąś dzierżawę i będziemy żyli, ale jak mówią chłop
strzela a Pan Bóg kule nosi, tak było i ze mną, do terminu posze­
dłem w Łodzi, tam m ajstrow i jakoś nieszło w Łodzi, wypro­
wadził się do Szadku i ja z nim tam przebyłem trzy lata i tam do­
piero się urządziłem jak prawdziwy gospodarz. Miałem gołębie,
króliki, psa no i kury, najlepsza uciecha była, kiedy zaczęły nieść
jajka, to co jakiś czas leciałem do Łodzi do Matki z tym prezentem,
ile to było uciechy. No ale ile to kosztowało mnie pracy, oprócz
roboty dla m ajstra trza było zawsze coś zrobić, na swoje potrzeby, ja­
kąś ryczkę a to stolniczkę, albo solniczkę, ażeby zarobić na utrzyma­
nie tego swojego drobiazgu, no ale jakoś na wszystko starczyło,
ale zaczęły się znowuż czasy pogarszać. Majster z robotą zaczął
więcej gonić, życie coraz gorsze, dochodu coraz mniej, zacząłem
swoje gospodarstwo likwidować i zaczęłem myślić o ucieczce od
majstra, byłem u Matki i zaczęłem opowiadać o wszystkim, Matka
jak to Matka tłomaczyła jak umiała no i obiecała mi pomagać, bo
już Matce było lepiej bo zaczęła robić, siostra w fabryce też parę zło­
tych zarobiła, tak że targ w targ i obiecała mi Matka przysyłać co
miesiąc jednego rubla i pozostałem, a miałem jeszcze nie cały rok,
tak że skończyłem ale z wielką nędzą, bo majstrowi było też bardzo
kiepsko, żywili nas tylko kartofelkami, ja nie mogłem jeść barszczu
i do tego jak były kartofle gotowane w skórkach to jak zjadłem
na śniadanie to cały dzień piekło mnie, że nie mogłem nic jeść, to
na drugi dzień wybierałem tylko kartofle z barszczu i w soli ma­
czałem i takie miałem śniadanie i tylko dzięki Matce skończyłem
termin, bo za tego rubla to żem się dożywiał. Wyszedłem z ter­
minu, znowuż trafiłem na trudny czas i do tego m ajster nie wy­
zwolił mnie na czeladnika; Matka też niemiała pieniędzy na wyzwó­
lmy i tak pozostało, za robotą wstyd mnie było iść, bo niemiałem
papierów, drugie robota nie szła i tak siedziałem w domu, przy­
krzyło mi się, nauczyła mnie babka robić skarpetki, zrobiłem so­
bie kilka par, nareszcie przyszedł czas do losów. Pojechałem do
Częstochowy do powiatu, tam kiedy stanąłem do losów to okazało
się, że służy mi wybór jako najstarszy, Ojciec nie żył, zostałem wol­
ały przyjechałem do domu, jeszcze siedziałem jakiś czas, no ale że
czasy zaczęły się trochę poprawiać, w tern podwórku co mieszka­
liśmy to mieszkał mojego byłego m ajstra szwagier i on mnie wziął
do roboty, płacił m i niewiele, bo tylko trzy ruble, ale że robiłem u niego
'T. Pam iętniki chłopów.

98

Województwo Łódzkie

pewnie z półtora roku nareszcie syn tego gospodarza co mieszka­
liśmy powiada no i pókiż będziesz tak darmo robił, bo i tak było
jeszcze te parę złotych co sobie ciułałem na ubranie to zwąchał
i powiada, Stasiu pożycz, to i pożyczyłem i tak dwa razy korzy­
stał, raz że za psie pieniądze robiłem, to jeszcze brał pieniądze bez
procentu, no ale to już moja taka była natura, nareszcie, że zmi­
łował się, ten młody gospodarz nazywał się L***, mieszkaliś­
my na ulicy Lutomierskiej w Łodzi. I dzięki tylko temu młodemu
gospodarzowi, dostałem robotę, narazie nie popłatniejszą ale raz
że lżejszą, bo tam już wszystko było zrobione maszynami, ten m aj­
ster miał maszyny swoje i roboty tam były bardzo dobre, tak że
nie żałowałem zamiany i byłem bardzo wdzięczny mojemu dobro­
dziejowi, no i u tego świeżego m ajstra prędko szedłem z zarobkiem
do góry i z tego wnioskuję, że musiałem być dość zdolny. Jeszcze
muszę wrócić nazad do początków jakie miałem, kiedy zacząłem
w tern nowem warsztacie. To był czas tej gorącej roboty poli­
tycznej i było tak, że ten towarzysz jeden i drugi zabrali ten część,
a ten to samo, a resztę to trza było zafundować reszcie tym starym
wiarusom warsztatowym i tak przez kilkanaście tygodni przycho­
dziłem do domu w soboty bez grosza, dopiero Matka zaczęła mi
tłumaczyć co robić, i tak że i ja zaczęłem się tym towarzyszom wy­
migiwać i jakoś że mi się to szczęśliwie udało, i jak wspomniałem
u góry m ajster mi dokładał, w kilkunastu tygodniach to już zara­
białem siedem rubli, i tak ogarnąłem się elegancko i Matce płaciłem
za życie cztery ruble, resztę zostawiałem sobie na swoje potrzeby,
a miałem wydatków dość dużo, chodziłem co tydzień do łaźni, fry­
zjera, zacząłem chodzić na rysunki w niedziele, tak że niewiele
mogłem zaoszczędzić, a tu stale na myśli siedzi ta zmora, żeby na­
być jakimś cudem kawałek ziemi, a prenumerowaliśmy Gazetę Świą­
teczną no i siostra Dobrą Gospodynią, oprócz tego ja jeszcze pre­
numerowałem Rozwój gazetę łódzką codzienną i potem jeszcze za­
prenumerowałem Sztandar tygodnik warszawski, tak że czytać i jeść
mieliśmy dosyć. Zarobki miałem do samego zaczęcia wojny bardzo
dobre, bo zarabiałem do 14 rubli z godzinami, tak że kiedy zaczęła
się wojna światowa to miałem gotówki 500 rubli, jednej rzeczy
żałuję, że byłem przed tą wojną w Mszczonowie powiecie Błońskim
około Żyrardowa i tam było do sprzedania ziemi, że nie wziąłem,
tam był jeden kawałek dziewięć morgów tylko, że nie było łąki ale
ziemia była dobra, tam żebym był wziął tobym dobrze zrobił. A tak
przyszła wojna światowa i skończyło się wszystko, roboty stanęły.

Pamiętniki chłopów

99

Ja coprawda do 1915 roku nieznałem jeszcze biedy, bo miałem go­
tówkę, bo część pieniędzy odebrałem z kasy rządowej, bo w niej mia­
łem ulokowane swoje oszczędności, ale kiedy już niemcy moskali
usunęli to i moje oszczędności też się ode mnie odsunęły, zaczęłem
myśleć co dalej robić, na szczęście spotkałem swego kolegę z ter­
minu, zapytuje co robisz jak żyjesz, opowiedziałem mu wszystko
no i o wszystkiem, powiada mi żebym czekał jeszcze to on mnie
ożeni, a miał tam w swoich stronach dziewczynę, która po wyjściu
zamąż będzie mogła dostać gospodarstwo pięć morgów w dzierżawę,
nie długo czekałem daje mi znać, żeby do niego przyjść, i posze­
dłem, tam akurat sianokosy, bo było to w czerwcu, zapoznaliśmy
się no i tak zaczęło się świeże życie, świeże marzenia na przyszłość..
Ciągło się to do 8 września 1915 roku, w ten pamiętny dzień bra­
łem ślub. Na ten ślub dostałem z banku handlowego na konto
tych swoich oszczędności, które zabrał bank rosyjski 100 rubli w bo­
nach, i tern załatwiłem najniezbędniejsze rzeczy jak ślub no i całe
wesele, sprowadziłem matkę na tę wieś, po tern wszystkiem skoń­
czyło się wszystko, gotówka się wyczerpała, zarobków niema, teść
dał mi trochę kartofelków no i sześć ćwiartek żyta, to też to żytko
wysiałem na wspomnianej wyżej gospodarce, ale że jak mówi przy­
słowie, kogo Pan Bóg stworzył to go głodem nie umorzył, tak było
i ze mną, ludzie się niektórzy dowiedzieli, że ożenił się tu jakiś mie­
szczuch, umie powiada dobrze czytać i pisać, a że w tej gminie
była tylko jedna szkoła, więc może onby uczył dzieci i tak się też
stało zaczęłem uczyć dzieci. Przysłali mi tych dzieci piętnaścioro
i zgodzili się płacić po rublu miesięcznie, coś już zarabiałem, ale
było nas cztery dorosłych do jedzenia, była Matka i siostra, no i ja
i żona, tak że żyliśmy bardzo nędznie, no ale żyliśmy nadzieją, że
na przyszły rok będzie lepiej jak sprzątniemy ze swego gospodar­
stwa. W 1916 roku urodził mi się pierwszy syn, niema krowy,
matka dziecka niema czem karmić, mleka swojego niema, kupić
niema za co, a jak czasem było parę groszy to znowuż nie mógł
dostać kupić, kupiliśmy sobie kozę, na kozę trafiłem bardzo lichą,
tak że się bardzo kiepsko doiła, notyleżedla tego dziecka, do razowej
mąki jakoś starczyło, bo w ten czas nie było sposobu dostać pytlowej
mąki, po trochu doczekaliśmy się żniw, ale co za żniwa, Boże się
pożal, ziemia piasczysta wyjałowiona, sprzęt lichy, tak że ledwie
brat brata urodził. Na jesień z kartoflam i tak samo, no ale co ro­
bić niema gdzie iść, nareszcie że niemcy ogromnie cisnęli o numerki
na domy no i na wozy, zacząłem robić te numerki, trochę stolar­

100

Województwo Łódzkie

stwo i zimą i dokąd nie wypędzili bydła na wiosnę, uczyłem dzieci
i tak jak mogłem, tak się starałem, aby dźwignąć to gospodarstwo.
Kupiłem jałóweczkę, dwa prosięta, na tych prosiętach dołożyłem
tyle co został po nich nawóz, nareszcie pożyczyłem 100 rubli kupiłem
jeszcze jedną jałoszkę i miałem zamiar je zaprzęgać, bo jeszcze
jak byłem w mieście to kupiłem sobie książeczkę jak oprzągać krowy,
ale przyszło kilku gospodarzy i radzą mi żeby obie jałoszki sprzedać
i kupić jedną krowę, ale mnie było żal, bo za tę polną robotę to m i
się zdawało, że za drogo brali odemnie tak, że postanowiłem sprze­
dać jedną i tak zrobiłem, sprzedałem jedną i jeszcze dopożyczyłem
i kupiłem krowę i zapłaciłem 280 rubli, tak że jeszcze dopożyczyłem
160 rubli, ale miałem jałówkę i krowę. Jałówka się pognała to się
cieszyłem, że będę miał dwie krowy, ale żeby to tak wszystko było
jak sobie człowiek układa, toby było bardzo dobrze, tak było i z mo­
ją jałoszką, kiedy się miała cielić to ona się la tu je, trzymam ją da­
lej. Ta krowa co ją kupiłem też miała być cielna, też nie była
cielną, dopiero się u mnie polatowała, tylko że po ocieleniu bardzo
dobrze doiła, tak że za masło i ser to żeśmy oddali dług, praw da
że zjedliśmy tylko serwatkę. Kupiłem jeszcze jedną krowę tak ko­
niecznie chciałem mieć swoje krowy do roboty, tę co kupiłem była
cielna to jeszcze miała chodzić dwa miesiące i ocieliła się w marcu*
tak że mogłem już na wiosnę robić swoimi krowami. Sprzedałem
jałoszkę i dostałem za nią 200 rubli, za te pieniądze kupiłem żyta,
żyto było po 40 rubli, tak że miałem pięć korcy, jak na swoje złe
kupiłem tego żyta, ja miałem wielkie nadzieje, że zarobię, bo liczy­
łem, że to żyto przemielę a otręby mi zostaną no i część mąki, a re­
sztę sprzedam to oddam długi i będę w porządku, tymczasem pru­
sacy zrobili rewizję w całej wsi, choć ja nie podlegałem kontygentowi, ale miałem jakiegoś dobrodzieja, któremu zawadzałem, bo
muszę wspomnieć jeszcze, że nie jeden myślał, że nie wytrzymam,
a ja choć życie prowadziłem marne ale dźwigałem się coraz wyżej
i z tego powodu miałem i nieprzyjaciół, i właśnie jeden z nich zaszpiclował mnie z tern żytem, bo żyto to schowałem do sklepu po
kartoflach, tak że żeby nie mieli niemcy wskazówek, to nie zna­
leźliby tego żyta, i ten co zaszpiclował, to byłby je był ukradł, bo jak
je schowałem to żyto do tego sklepu, to oni widzieli, to ja się ich oba­
wiałem to narzucałem gałęzi i do jednej z nich założyłem szpagat
i przeprowadziłem do domu i uwiązałem do dzwonka, który był
u belki uwiązany i tak w przeddzień, kiedy miała być ta rewizja to
w nocy 12 godzina dzwonek dzwoni, wstałem to i uciekły, do rana

Pamiętniki chłopów

101

już nie spaliśmy i przyszli prusaki przed obiadem zabrali wszystko,
było to przed Wielkanocą, tak że na święta nie było ani kruszyny
mąki, ani kartofli bo i kartofle nam wyszły, tak że za to żyto miało
być kupione kartofle do jedzenia i do sadzenia, i oddany dług, to
potem nie było nic. Po tern wszystkiem poszedłem do gminy do se­
kretarza i mówię mu żeby coś radził, narazie wobec ludzi to naśmiał
się ze mnie, ale potem to mi zrobił, to że mnie zapisał do komitetu
i dostałem coś około 30 funtów mąki razowej komitetowej, to było
na święta, ale że jak wspomniałem, że kogo Pan Bóg stworzył to
go głodem nie umorzył, tak też było, trafił się jeden i drugi z obstalunkiem na ławki do kościoła, tak że na tych ławkach zarobiłem
tyle że mogłem kupić do życia, do sadzenia kartofli, a żyto prze­
padło i tak szło dalej. Tutaj po tem wszystkiem zaczyna żony roidzina, żeby z tej gospodarki płacić dzierżawę, albo kupić to od nich,
było tego 5 morgów 185 prętów. Kiedy ja się ożeniłem to leżało
to ugorem nikt z tego nic niemiał, tylko jeden brat siedział po są­
siedzku i on na całe miał pastwisko. Potem, kiedy ja to zorałem,
to jemu się to najwięcej niepodobało i on najwięcej burzył drugich,
było to po żony bracie, więc ja do tej bratowej poszedłem i targ
w targ wziąłem od niej dzierżawę, a z tą bliższą rodziną to teść
powiada nie dawać nic, ale to wszystko nie na długo, zaczęli bun­
tować tą bratową, że mała dzierżawa, zacząłem kupować zgodziłem
■za 450 rubli, żebym był zrobił punktację tobym kupił ale tak,
to ten co był niezadowolony z tego że mu zorałem pastwisko po­
szedł i dał 500 rubli, i z nim pojechali dó rejenta i kupił połowę
tej gospodarki, tylko że to nie szlachecka ziemia tylko włościańska,
■więc dzielić nie można, trza kupić resztę, wyrzucić dzierżawcę, za­
częły się szopki, tak że musiał zaskarżyć o podział m ajątku i tak
jeązcze dwa lata sprzątałem z tego gospodarstwa, może byłbym się
pogodził tylko to mnie najgorzej złościło, że on zemną się godził co do
tego gospodarstwa na którem ja byłem i on po sąsiedzku miał dzie­
więć morgów i coś prętów, to ja miałem to i to wziąść wszystko
i powypłacać wszystkich sukcesorów, w początku się zgodził potem
go ktoś pobuntował i poszedł jeszcze mi popsuł kupno, przez to
n ie chciałem słuchać ,o żadnej zgodzie, dopiero teść odkupił od nie­
go te dziewięć morgów, a ja zwróciłem koszta teściowi i nabyłem
te dziewięć morgów od teścia, kosztów zwróciłem 700 M. i jeszcze
wypłaciłem dwie siostry żony po 1000 marek, pozostało mi jeszcze
wypłacić cztery, pieniądze wszystkie pożyczyłem, tylko że kiedy
iy ły te m arki to nie było tak trudno pożyczyć no i za coś te markę

102

Województwo Łódzkie

wziąść, tak że w ten czas miałem dwie krowy i dwie jałówki, to
mi było sładno oddać to co pożyczyłem, bydło pasłem po lesie, bo
są tam u nas lasy Pucznieskie z dóbr Pucznieskich, a na zimę do­
kupowałem jedną morgę siana i trzymałem czworo bydła, do tego
maciorę na prosięta i z tego miałem jaki taki dochód. Nareszcie
i zgłosili się reszta sukcesorów, zażądali spłaty, byli dorośli, zgo­
dziliśmy się na 40,000 marek każdy, pieniędzy nie miałem, ale
wtenczas ja już miałem markę inną jak z początku, robiłem wten­
czas w m ajątku Puczniewie jako stolarz, więc udałem się z prośbą
do dziedzica dóbr Pucznieskich i proszę go o pożyczenie pieniędzy,
zapytuje ile i na kiedy, miałem trzy dni czasu więc mówię, że m am
trzy dni jeszcze czasu, a suma najmniejsza 160,000 marek, odpo­
wiada mi na to, że narazie to niema, ale że nie odmawia, bo to było
akurat kiedy łąki kupują ludzie, więc powiada może się da zrobić,
jak i zrobiło się i pożyczył mi nie 160.000 ale 200.000 wypłaciłem wszy­
stkich i niech temu dziedzicowi da Bóg niebo za jego życzliwość, tylko
żałuję, że krótko potem umarł, no i ja odrobiłem już sukcesorom
te pieniądze i tym sposobem nabyłem dziewięć morgów, pozostał
mi jeszcze element teścia, który stanowił dość duży ciężar 3 m.
żyta, 15 m. kartofli, 1 m. drzewa, 5 tysięcy cegiełek torfu, i krowę
utrzymać na swojem życiu zimą i latem, taki element ojcu żony.
A proszę posłuchać co dawało gospodarstwo kiedy brałem od teścia,
powiada mi, że wysiał siedem m. żyta a ja sprzątnąłem osiem m.
żyta, kartofli nie dostałem jak żyć, i żywił nas ten mój hebel, bu^
dynki zmarnowane tak, że zgroza patrzeć. W krótce potem m a­
ciora od prosiąt wyleciała z podwórka, ktoś ją uderzył odbił jej
nerkę i przetrącił dwa żebra, musiałem dorżnąć, prosiątka trzyma­
łem bardzo długo i sprzedałem za marne pieniądze, ta m aciora
miała być na rozpoczęcie budowy domu, już niema, wkrótce umarł
teść znowuż wydatek pochów, skończyło się z tern, trzeba było myś­
leć koniecznie o budowaniu, i tak pożyczyłem pieniędzy, kupiłem
kamieni wapniaków, bo u nas to jest najtańszy budulec, kupiłem tęga
20 siąg i drzewo wydałem 500 zł., teraz już na złote, niemam jeszcze
wapna i cegły, kupiłem wapno i cegłę zapłaciłem 220 zł. i do tego
nakopałem gliny znowuż we dworze, kamień dałem na glinę a cegła
gdzie była na wapno i fundamenta, tak że w roku 1926 pobudowałem
dom, który mnie kosztował 2,700 zł. oprócz mojej roboty i wszystkie
pieniądze pożyczyłem, oddaleni 2,200 i procenta, pozostało mi jeszcze
500 złotych, które jestem winien swoim kumotrom, a którzy są tak
dobrzy jak ten dziedzic Pucznieski, choć m ajątku m ają tylko 18 m or­

Pamiętniki chłopów

103

gów. A teraz mam jeszcze budować oborę i stodołę ale dzisiaj to
niema mowy o budowaniu tylko o tern żeby żyć, bo z czego tu dzisiaj
żyć i gdzie co zarobić, kiedy nikt nie buduje, a jeżeli ktoś buduje,
to szuka gdzie to najtaniej zrobi i do tego dzisiaj jest więcej robotni­
ka jak roboty, Świnia nie płaci, prosięta nie płacą, drób także, już
wydzieramy się naczysto, bo ubrania to jeszcze nie kupiłem na świę­
to, na codzień jakieś cajgowe spodnie no i kawałek jakiegoś barchana
dla żony m atki i siostry no i ośmioro dzieciom, obuwie to się prze­
rabia z większych trepów na mniejsze, a co nie można to wtenczas
kupuje się nowe, a co skórkowe to ja i żona mamy a dzieci nawet
nie m ają w czem iść do kościoła no i co zrobić, jak żyć to przechodzi
ludzkie pojęcie, dzieci do szkoły chodzi czworo, najstarszy^ skończył
już 17 lat w czerwcu, chciałbym go na coś pokierować, nie mam spo­
sobu, chciałem go dać do szkoły rolniczej też niema pieniędzy bo tu
20 zŁ na miesiąc, jest i dziewczyna teżby mogła iść do szkoły rolni­
czej ma już 15 lat, skąd na to wziąść, szkoły są ale niema pieniędzy, na
najniezbędniejsze rzeczy a co mówić o szkole, budowaniu, o ubraniu,
kiedy tu starczy życia do kwietnia, a rząd nasz ogromnie się martwi
0 wywóz żyta i dopłaca żydom do każdego korca 4 zł. czy 6 zł. i oni
wywożą zagranicę a m y nie mamy co jeść, może być, że mam za dużo
dzieci, no trudno ja nie mogę swego dziecka zabić i jeszcze akuszerce
dopłacić jakieś 50 złotych, możebym miał więcej zarobków.
Jestem też w różnych instytucjach, a mianowicie członkiem
rady, opiekunem społecznym, w komisji rewizyjnej w kasie gminnej,
w komisji rewizyjnej gminnej, we wsi swojej w straży skarbnikiem,
pobudowaliśmy dom ludowy, jestem prezesem tego komitetu, no
1 prezesem Dozoru Szkolnego. Szkolnictwu też najwięcej się poświęca
czasu ale co za to, nie tak dawno Inspektor powiedział mi że nie je­
stem za oświatą tylko że jestem wstecznikiem, i to tylko dlatego, że
nie chciałem się zgodzić na przyłączenie i zlikwidowanie szkoły pol­
skiej do niemieckiej, proszę zobaczyć co się robi dla tego ludu w tej
kochanej Polsce, gdzie człowiek uczciwy ma poważanie, to u nas
musi być w poniewierce, u nas jeden człowiek ma wstęp lizus ostatni
gałgan, faryzeusz, to są wielkie powagi w naszem dzisiejszem rządzącem społeczeństwie. Proszę może mi ktoś powie, że nie prawda,
mam tu na myśli nauczycielstwo, może nie wszyscy, ale jest bar­
dzo wiele, którzy korzystają nieprawnie z wielu rzeczy, a mam tu
jednego nauczyciela, który kazał mi zrobić bibljotekę, rok minął
1 listopada tego roku i nie dopłacił mi 70 zł. i kazał mi zrobić stolniczkę tak samo, niech mi ktoś wytłumaczy jak taki pan może po­

104

Województwo Łódzkie

wiedzieć, że przez oświatę człowiek jest porządnym, prawdomównym
i nie śmie sobie czyjejś rzeczy przywłaszczyć, no to więc jak czy my
tylko i nasze dzieci mamy być takiemi, a ci co nas tego uczą to mogą
robić wszystko. Ile węgla spalom w swoim piecu zamiast w szkol­
nym i to jest przyjęte za sprzątanie pieniądze wziąść a dzieci sprzą­
tały, dopiero ta ślepota musiała naprowadzać na dobrą drogę, albo
czytałem kiedyś, że zagranicą to jest w Szwaj car ji, ktoś zobaczy na
trotuarze czyjąś rzecz to ją omija zdaleka żeby nie mieć kłopotu
z poszukiwaniem właściciela. U nas widzę jest przeciwnie, nie chwa­
ląc się, ale komu jestem winien to proszę go o prolongatę i wstyd mnie
słyszeć jak się mówi o dłużnikach, którzy nie chcą oddać, a jak taki
pan może mówić o tern, że przez oświatę człowiek staje się dosko­
nalszym na każdym kroku, to jest co do nauczycielstwa i ich czczego
gadania a nie przykładnego życia, a może jeszcze jedno na 11 listo­
pada powiedział nam nauczyciel jak możemy się szczycić naszem
przyszłem pokoleniem, dzieci znalazły jeden złoty i oddali je nau­
czycielowi, a jak ten pan nie zapalił się od wstydu, kiedy on sam do­
pomógł jednemu z gospodarzy zrobić szwindel, bo przyjął fikcyjne
kupno dla okpienia na jakieś 6,000 zł. i on przepisał na drugiego
i siedział ten pan nauczydel, co jest mnie winien 73 zł. Czy to się
gada tylko dla nas, że my mamy być porządnymi, przecie ja liczę,
że jeżeliby ten sędzia był porządny to musiałby sam siebie osądzić,
bo co my mamy robić, kiedy my przecie patrzymy na te świństwa,
to tylko jedno jest dokąd to będzie tolerowane przez tą inteligencję.
Jeszcze jedno przy teraźniejszych wyborach dostali sołtysi instrukcje
jak wybierać i kogo, nie wiem kto to napisał i nie będę opisywał co
jest w całej książce tylko na końcu jest powiedziane, wybierać do
rad na w ójta ludzi uczciwych i moralnych, chyba nie wiem co jest
moralność, ale dowiaduję się od osoby pewnej, że na wójta chce
dać starosta do C*** pod Łodzią człowieka mi osobiście znanego
i to naszego ćoprawda wójta, skończonego łajdaka, bo teraz zo­
stawił żonę i wziął sobie pannę pewnego gospodarza z naszej gminy,
z którą już dawno się znali, wziął knajpę w osadzie K*** pod
Łodzią i tam z nią prowadzi ten interes a gospodarstwo wypuścił
w dzierżawę i czy można takiego pana uważać za uczciwego i m oral­
nego, czy ten lud naprawdę nie zna moralności i czy są dwie moralno­
ści, a może jeszcze więcej, może za daleko zaszedłem, przy tern powie­
dzeniu o stowarzyszeniach czy biorę udział. Pisze się żeby powie­
dzieć ile daje mi praca zarobkowa, kiedyś mogła dać więcej dzisiaj
co można liczyć kiedyś 300 zł., później 200 zł. a obecnie to nie wiem

Pamiętniki chłopów

105

czy jest i 100 zł., bo w dzisiejszych czasach kto każe coś robić, to bez
pieniędzy a czy odda to znak zapytania. Dom mam zbudowany
0 dwuch mieszkaniach, jeden warsztat, w pokoju są dwa łóżka, szafa
do rzeczy i szafka komodkowa, stół i cztery krzesełka, tylko niema
pieca, w kuchni piec do gotowania i piec pod kuchnią do chleba i je­
dno łóżko i stół i ławka i krzesełko i parę stołeczków dla dzieci,
w warsztacie dwa warsztaty, jedno łóżko, piec do ogrzewania, mie­
szka nas w tych trzech ubikacjach dwanaście osób, co do żywienia,
to na śniadanie kartofle z barszczem, na obiad kartofle z kapustą
albo kapuśniak, albo jak się kupi kaszy, to kasza z kartoflami no i cza­
sem zacierki z kartoflami, to jest stale no i marchew też z kartoflami
1 grochem, takie jest śniadanie i obiad a kolacja taka sama jak śnia­
danie, czasem się trafi herbata z mięty no i kawałek chleba swój albo
kupny, takie jest życie u mnie. Co do ubioru ja jako gospodarz
i głowa rodziny chodzę w garniturze jeszcze kawalerskim przedwo­
jennym na święto a na codzień cajgowe co rok nowe no i tak żona,
matka i siostra. Dzieci tak letnią porą jakieś perkaliki no i cajgi,
chłopiec ten najstarszy to jest 17 lat, miał kupione przez całe życie
swoje dwa przechodzone garnitury za 40 zł. Podział pracy jest taki,
że córki, jedna skończyła 5 oddz. i ta pomaga matce w gospodarstwie,
a młodsze idą do szkoły, najstarszy pomaga znowu mnie a młodszych
posyłam do szkoły, bo mamy we wsi pięciooddziałową szkołę o dwuch
nauczycielach, a siostra moja przędzie len, wełnę, len na płótno
a wełnę na pończochy, pończochy robi m atka moja, a płótno robi
nam tkacz z czego nie jestem zadowolony.
Przed wojną nie miałem żadnej styczności jak pisałem na po­
czątku byłem w mieście, jeżeli wszyscy żyli kiedyś przed wojną tak
jak ja żyję no i widzę drudzy, to dziękuję, co do widoków na przy­
szłość, to jeżeli się nasz rząd nie poprawi co do wsi niema żadnych,
bo dzisiaj jest nastawione wszystko tylko, żeby tego chłopa jak oni
mówią karać i karać no i jeszcze raz karać. Policjant protokół za psa,
nauczyciel za nieposyłanie dzieci do szkoły dzieci do kary, co dopiero
odebrałem z jednej szkoły szesnaścioro dzieci, to już mnie męczy od
samego zaczęcia żeby zrobić zebranie i ukarać za niezapłacenie podat­
ku, co nawet rozłożyli go bardzo drobiazgowo, gruntowy, skarbowy,
drogowy, powiatowy, fajerkasa, no i pensja sołtysa, teraz niech nie za­
płaci tych podatków, to każdy wystąpi ze swoją pretensją po 150 gro­
szy to się mówi Polska i każdy urzędniczyna powiada że się nie chce
płacić swojemu rządowi czy to powiada było tyle zaległości podatko­
wych co jest dzisiaj, kto temu jest winien? czy rolnik? Za pożyczką

106

Województwo Łódzkie

narodową po wsi to chodzili panowie, wójt i sekretarz i siłą nacierali
na tych swoich wybrańców, ażeby ją wydobyć, przecie jakby nam
było tak dobrze, to cobyńmy robib z temi złotówkami, sienników
byśmy nie napychali jak markami, tylko sami zanieśli do banków
na pożyczkę, ja sam kupiłem dwie miijonówki, to mówiłem tak czę­
ściowo jakiś grosz na najniezbędniejsze potrzeby, to dziecko będzie
miało i dałem jeszcze przedtem sto marek no i co mam, tyle tylko że
mi pozostał świstek papieru, czy to powinno się robić, chce się w ra­
zić nam poszanowanie cudzej własności, co robi czoło i do czego pro­
wadzi, że dzisiaj ze wstrętem mówi o wolnej Polsce włościanin. Taka
jest moja przyszłość, bo pracuję tak dla siebie, że rękami już nie
mogę ruszać a mam dopiero 48 lat, najstarsze dziecko 17 lat, a naj­
młodsze trzy lata i co za to nawet kawałka czarnego chleba niema,
co nieraz praw ie1serce pęka, jak się popatrzy na ten swój drobiazg,
a tu się czyta, że cukrem naszym świnie niemieckie i angielskie no
i wielu jeszcze innych wrogów Polski wypasają, no i chlebem naszym
ale za to niemcy nas karmią swoją chemją, czyli sacharyną. Martwią
się nasi czołowi panowie, że przyszła wojna będzie chemiczna, ona
już jest dzisiaj, bo trują nas ci nasi panowie temi ciężarami, my nie
mamy dzisiaj na nic żebyśmy mogli zjeść masło, słoninę albo cukru
i niema żadnego widoku. Proszę jestem w samorządzie gminnym i nic
nie widzę żeby można coś zrobić dla naszego dobra, bo wszystkie
uchwały są tak jak groch na ścianę, a przyszły samorząd, czyli ta
nowa ustawa zaraz na wstępie okazali do czego dążą, komisja wy­
borcza składała się z pomocnika pisarza, nauczyciela i ze dworu pi­
sarza od zapisywania mleka no i policjanta, to miały być wybory,
a tu pomocnik wyczytuje nam kogo mamy wybrać i co się okazuje,
przyszły samorząd będzie się składał z samych lal, a rządzić będzie
po dawnemu pisarz z wójtem i wydział powiatowy na czele z panem
starostą, jak się patrzeć w przyszłość, co myśleć jak przy każdem
zebraniu się tylko mówi, że nam chłopom jest za dobrze, bo jak to
się stroimy, i co my to zjadamy, mówi taki pan pisarz, albo pan na­
uczyciel ile to kiedyś i jakiej kapusty zjadło, albo ile kwasu z beczki
z kapusty, a dzisiaj kapusty mało co a kwasu wcale a strój kiedyś
kobieta zrobiła płócienne spodnie i jakiś tam kożuch i był cały kostjum, a dzisiaj czy tym panom jest znane życie zagranicznego wło­
ścianina? I nie wiem czy tam ten nauczyciel z tym panem pisarzem
też tak chcieliby żeby ten jeich włościanin wrócił się wstecz i czego m y
się chwalimy tern postępem, i poco po. szkołach jeździ sanitarka i szu­
ka wszów w głowach naszych dzieci, i nauczyciel to samo nawet po­

Pamiętniki chłopów

10T

trafi zatykać wiechciem siana lub słomy, więc czy my naprawdę
możemy patrzyć w przyszłość i czy w arto robić sobie przykrość, bo
jakaż to nasza przyszłość? Jeżeliby ci panowie chcieli nas widzieć
odrabiających pańszczyznę i chodzić boso i w parcianych portkach,
w podartym kożuchu przepasanym powrósłem, takiego postępu w 20
wieku chyba nie może być, ale patrząc na tych włościańskich prowo­
dyrów to jest bardzo bolesne dla nas, bo budzi w nas wielkie podej­
rzenie co do naszych prowodyrów włościańskiej polityki i wycho­
wawców naszych dzieci.
Dn. 24 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr. 10

G o sp o d a rz

na

n ie p o d z ie lo n e j

sc h e d z ie sz e sn a s to m o r g o w e j w
p o w . łę c z y c k i m

Opisem tym pragnę dać społeczeństwu wyraz niskiego stanu
dzisiejszego rolnictwa swojego powiatu Łęczyckiego. Choć zdawa­
łoby się, że powiaty województw centralnych, a zwłaszcza pow. Łę­
czycki, który uchodzi za uosobienie dobrych gleb, nie powinien od­
czuwać kryzysu. A jednak tak nie jest, bo i tu kryzys jest bardzo
widoczny. Pod względem jednak jakości gleb, nie należałoby uo­
gólniać całego powiatu, bo i tu są liche, a nawet bardzo liche ziemie.
Opis mój nie jest wcale szczegółowym opisem powiatu, wsi, czy
choćby własnego gospodarstwa. Pragnę tylko uwypuklić niektóre
momenty niedosięgnień gospodarczych i charakterystyczne różnice
poziomu gospodarowania i wogóle stanu rolnictwa z różnych cza­
sów, jak naprzykład, przedwojenny, poodrodzeniowy, t. j. przedkryzysowy i dzisiejszy.
Przedewszystkiem nie będę tu rozpaczał nad własną biedą (któ­
rą ostatnio czuje się b. często), ani nad upadkiem swojego gospo­
darstwa, bo słabostkowem i bezcharakternem byłoby narzekanie na
własną biedę, gdy wokół widzi się najskrajniejszą „nędzę” !
Za główną jednak podstawę do porównań dochodowości i racji
.gospodarowania z różnych okresów, będę używał gospodarstwa, któ­
rego z sukcesji jestem współwłaścicielem. Gospodarstwo nasze jest
położone we wsi Kałów na południowym krańcu pow. Łęczyckiego.
Gospodarstwo to przez lat przeszło trzydzieści rządzone było przez
ojca jako prawowitego właściciela, który zmarł przed siedmiu laty
nie zostawiając żadnego testamentu, przez co gospodarstwo stało się
sukcesyjną własnością rodzeństwa i dotąd jest wspólnie rządzone.

Pamiętniki chłopów

109

Ogólny obszar naszego gospodarstwa obejmuje szesnaście mor­
gów, w tern pięć morgów lasu, t. j. przeróżnych krzaków, które wła­
ściwiej powinny się nazywać nieużytkami niż lasem. Pół morga śre­
dniej łąki i resztę pola użytkowne średniej klasy. Budynki drewnia­
ne bardzo stare, bo nowych niema zaco przy dzisiejszej dochodo­
wości budować. Krów obecnie mamy trzy, (ale jedną pewnie wypa­
dnie sprzedać ponieważ gospodarstwo ma długi) dwa cielaki i jeden
koń. Świń przeważnie jednocześnie wychowuje się po dwa i około
30—50 sztuk drobiu zależnie od pory roku.
Rodzina obecnie składa się z ośmiu osób, t. j. matka, cztery
siostry, ja i dwóch braci. B rat młodszy uczy się w Państwowym
Seminarjum Nauczycielskiem w Łęczycy, lat ma obecnie 19. W domu
oczywiście przebywa tylko przez wakacje i w święta. Dwie siostry
i brat są starsi ode mnie, a dwie młodsze i zarazem najmłodsze.
Cała rodzina jest jednak większa, mianowicie: trzeci brat naj­
starszy pozostaje od 1918 roku w wojsku i dwie siostry zamężne, też
mieszkające gdzieindziej, więc do obecnego składu rodziny nie za­
liczam.

W miarę dorastania dzieci rodzice starali się by każdemu dać
jakąś chociaż drobną umiejętność (fach) i od każdego coś opłacono
za naukę. Najstarsza siostra wyuczyła się hafciarstwa, druga zo­
stała praczką i prasowaczką. Obie jednak wyszły zamąż w gospo­
darstwa. Brat najstarszy miał pójść do szkoły rolniczej w Pszczelinie, lecz plan ten w ostatnich dniach został skrzyżowany wybuchem
wojny.
Trzecia siostra (rodzeństwo przebywające obecnie w domu) zo­
stała znowu hafciarką, a drugi brat — szewcem. Czwarta siostra
jest krawcową (też w domu) i prawie wyłącznie z swego rzemiosła
się ubiera. Ja tylko rzemiosła żadnego nie posiadam. Młodszy brat,
jak już zaznaczyłem uczy się w P. S. N.*) w Łęczycy, a młodsza od
niego siostra wyuczona jest przez starszą na szwaczkę. Najmłodsza
skończyła szkołę powszechną i jest w domu. Wykształcenie całego
rodzeństwa jest (za wyjątkiem uczącego się brata) mniej więcej rów­
ne, sięgające czterech lub pięciu oddziałów szkoły powszechnej.
Jestem więc jednym z młodszego już rodzeństwa. Gdy urodziłem
się (w roku 1912) rodzice moi spłacali dług za niedawno nabyte
*)

Państwowe Seminarjum Nauczycielskie.

110

Województwo Łódzkie

pięć morgów ziemi. Poprzednio rodzice mieli gospodarstwo jedenastomorgowe, nabyte wspólnie za spłatą ojca i posag matki.
Z tego co jeszcze podam niżej widać jakie warunki musiało mieć
ówczesne rolnictwo, gdyż ojcowie nie prowadząc nawet gospodarstwa
zbyt racjonalnie (sądzę z ich opowiadań) mogli już w kilka lat po
objęciu gospodarstwa pokupić inwentarz, niezbędne narzędzia. Jędnem słowem urządzić gospodarstwo. Następnie postawili stodołę
i mimo wewnętrznych niepowodzeń, gdyż w międzyczasie padły im
■dwie krowy, kupili wirówkę do mleka, maszynę do szycia i zaczęli
składać pieniądze, a następnie dokupili owe pięć morgów za które
dług spłacali jeszcze w rok po moim urodzeniu.
W roku 1916 rodzice wydali zamąż najstarszą córkę, dając jej
posagu 600 rubli.
W późniejszych latach póziom gospodarowania miał się jeszcze
znacznie gorzej, gdyż w roku 1918 brat najstarszy wstąpił do legjonów (jako ochotnik), więc gospodarstwo straciło robotnika, a ojciec
którem u zdrowie zaczęło niedopisywać, z młodszym synem nie mogli
należycie wszystkich prac dopilnować i wykonać.
Do roku 1920 a nawet i dalej gospodarstwo swą egzystencję
opierało jedynie na pracy kobiecej, bo starszy mój brat z rzędu drugi,
jedyny pomocnik ojca miał w roku 1920 lat czternaście, a ja syn
z kolei trzeci miałem wówczas lat osiem.
Jak widać gospodarstwo miało swoje osobiste przyczyny upad­
ku, a na odbudowę musiało czekać na nasze, to jest młodszego ro­
dzeństwa dorośnięcie. Dorośnięcie dlatego, — że najstarszy brat
po skończonej wojnie postanowił pozostać w wojsku, jako zawodo­
w y — wówczas sierżant.
W roku 1923 wyszła zamąż druga siostra. Tej posagu nie dano,
tylko samą „wyprawę” t. j. umeblowanie z calem urządzeniem go­
spodarstwa domowego. Rodzina jednak ilościowo, mimo ubytku
"brata i dwóch sióstr, wcale się nie zmniejszyła, gdyż po mnie, jak już
pisałem na początku, jeszcze przyszło na świat młodsze rodzeństwo.
Brat w 1914 roku i siostrzyczki w 1916 i 1918 roku. Była nas spora
gromadka, ale przeważnie zdolnych do pasienia bydła i gęsi, a nie
do roboty w gospodarstwie.
Ojciec widać jednak nie myślał o oszczędzaniu swojej osoby, bo
pod koniec roku 1924 oddał jedynego starszego ode mnie brata na
praktykę kamaszniczą do Łodzi, a został znowu tylko z kobietami
i ze mną dwunastoletnim robotnikiem. W trzynastym roku życia
nauczyłem się już kosić, robić końmi w polu i wszystkich robót go­

Pamiętniki chłopów

111

spodarskich. Ojciec stary i schorzały stanowił ze mną zupełnie do­
braną parę robotników, a w kwietniu 1926 roku zmarł, jak gdyby
sądząc, że ja mimo czternastego roku życia jestem dostatecznym
jego zastępcą.
Zostałem z matką i dwiema starszemi siostrami i młodszem ro­
dzeństwem. Ostatnie dwa lata pod względem urodzaju były bardzo
złe, gdyż były one w naszej okolicy b. mokre, a my mamy nisko
położone grunta. Wobec takiego stanu rzeczy, pieniędzy nawet na
pogrzeb nie było, więc m atka musiała zaciągnąć pożyczkę u swojej
rodziny.

Prace wiosenne w polu wykonaliśmy sami, trochę przynajmując,
ale już na żniwa, ze względu na brak kalkulacji ciągłego najmowa­
nia, matka kazała starszemu bratu wystąpić z praktyki i przyjechać
do domu. Byliśmy więc w dwóch, ale mimo że brat był starszy ode
mnie, bo miał już wtedy 20 lat i byliśmy dostateczniejszą siłą fiżyczną, to znowu brakowało nam siły fachowej. Lecz i to się wkrótce
jakoś wy tolerowało, a zwłaszcza dzięki dobrym konjunkturom rol­
niczym gospodarstwo dawało nam zyski. Oddaliśmy dług zacią­
gnięty na pogrzeb, a w roku 1927 już kupiliśmy nową wirówkę do
mleka za 270 zł. i założyliśmy nowy dach na chacie ( gdyż się stary
walił zupełnie), co obok własnego m aterjału (drzewo, słoma) pocią­
gnęło 150 zł. kosztu. W roku 1929 kupiliśmy nowy wóz płacąc 180 zł.
I tak bez gospodarza, (jak sąsiedzi nazywali) prowadziliśmy go­
spodarstwo. Przy tak znacznych wydatkach wystarczyło jeszcze
na dość przyzwoitą odzież dla całej rodziny. W roku 1930 docho­
dowość zaczęła się znacznie załamywać, choć jeszcze bardzo pokaźną
sumkę bo około 700 zł. udało się na naukę brata z małym tylko
uszczerbkiem z gospodarstwa wycisnąć.
Dotąd było można, więc się oszczędzało, kupowało, budowało.
Dochodowość w ciągu jednego tylko roku spadła do zera i ów
uszczerbek z trzydziestego roku wielkich już wymagał oszczędności.
Dalej wszystko już było niemożliwe, a jeżeli cośkolwiek zaoszczędzi
się na naukę brata, to jedynie kosztem własnego i tak lichego ży­
wienia się i ubierania, które także przybiera zastraszająco ograni­
czone i skromne formy.
Ponadto mamy obecnie już na gospodarstwie przeszło 300 zł.
długu. Na 200 zł. są wystawione weksle, 50 zł. wzięte już od szeregu
miesięcy od kuzyna bez weksla niby na tymczasem „na zaufanie”

112

Województwo Łódzkie

i około 80 zł. w Poddębicach w sklepie za wybrane na kredyt m aterjały łokciowe.
Pożyczka w gotówce t. j. 250 zł. wzięta była na opłacenie utrzy­
mania brata w internacie szkolnym.
Pilniejszą część długu spłaci się w najbliższym czasie sprzedając
jedną krowę.
Niskie ceny zbóż stały się kresem jakiejkolwiej nabywalności,
kropką każdej konsumcji przemysłowej, a więc tern samem głównym
punktem zastoju ogólnego.
Od szeregu lat nasze usiłowania skierowane są na kupno do go­
spodarstwa maneża (kieratu). Usiłowania te jednak były zawsze
innemi, bardziej naglącemi wydatkami, wobec których usiłowania
kupna maneża dotychczas były bezowocne. A ostatniemi czasy to*
same już „usiłowania,, nawet straciły na sile.
Los każe odmówić sobie kupna tak niezbędnego narzędzia i trze­
ba zostać mimowoli skazanym, przez same złe warunki gospodarcze,,
na ręczne rżnięcie sieczki dla konia i bydła oraz walenie cepami przez;
całe szeregi dni pożniwnych i zimowych, z zupełnie niepotrzebnym
nikomu uszczerbkiem sił ludzkich.
Brak nam w gospodarstwie wialni, redła (obsypnika) i wielu
wielu drobnych a niezbędnych rzeczy. Uprząż na konia zupełnie
porwany. Ale wszystkie te rzeczy zdają się dziś luksusem i z naby­
ciem ich czeka się wciąż lepszych czasów.
Remonty zabudowań gospodarskich w dzisiejszym czasie, to za­
tykanie wiechciami dziur w dachach, lub podpieranie ścian kołkami.
Na inne remonty, czy wznoszenie nowych budynków, gospodarzy
nie stać.
Nasze zabudowania gospodarskie składają się: ze stodoły drew­
nianej, budowanej lat temu 40 przez ojca w czasie obejmowania go­
spodarstwa; z obory również drewnianej, stojącej lat podobno 50
postawionej przez poprzednika ojca i z domu także drewnianego
napół wrosłego w ziemię, którego wiek, określićby można na jakieś
100 lat, gdyż nikt z najstarszych nawet ludzi daty jego budowania nie
pamięta. Biorąc pod uwagę wiek podany, każdy łatwo dzisiejszy
stan budynków wyobrazi sobie.

Otóż na domu dach się walił, więc w roku 1927 założyliśmy nowe
kozły, gdyż na budowanie domu nie było funduszu, a z drugiej stro-

Pamiętniki chłopów

113

ny stodoła i obora wołały wykreślone poza nawias użyteczności
i zastąpienie ich nowemi.
To też postanowiliśmy najpierw wybudować oborę na miejsce
starej zbyt już „przewiewnej emerytki” zaraz gdy tylko po remoncie
domu dojdzie się trochę do gotówki. W ydatki jednak zawsze były
przecie i to znaczne, a wzrosły jeszcze z chwilą rozpoczęcia nauki
brata w Państw. S. N. a dochodowość ciągle się kurczyła. To też
dziurawa obora i krzywra spróchniała stodoła czekają lepszych cza­
sów.
Czy jednak upragnione lepsze czasy zdążą przyjść prędzej niż te
muzealne zabytki dosłownie się poprzewracają?! — niewiadomo.
Wspomniany dom mieszkalny ma dwa mieszkania. Jedno małe,
drugie większe. Otóż większe służy za kuchnię no i miejsce stałego
przebywania — mniejsze, zajmujące drugą część domu bywa zwła­
szcza zimą bardzo niechętnie uczęszczane ponieważ jest w niem zi­
mno, a ogrzewanie dwóch mieszkań za drogo wypada. Śpi się nato­
miast w obydwóch. Na umeblowanie i urządzenie mieszkań skła­
dają się: łóżka, stoły, parę krzesełek i stołków, szafa, kredens i trochę
kuchennego sprzętu.
Wartościowszy inwentarz m artw y stanowią: wóz, waga, siecz­
karnia, pług, wirówki do mleka i maszyna do szycia.

Ogólny stan budynków wsi jest bardzo krytyczny. Niedosta­
teczna ilość mieszkań i ich urządzeń. Mało która rodzina ma tyle
łóżek i wogóle miejsca w mieszkaniu, by ktoś z rodziny nie potrze­
bował spać gdzieś tam na wyrku w oborze.
Na wsi dużo tylko świeżego powietrza, ale mieszkań jest brak
przerażający i jakiego takiego w nich umeblowania, co zwłaszcza
zimą daje Się we znaki, gdyż więcej czasu trzeba przebywać w mie­
szkaniu.
Gdy ubiegającego lata u takich gospodarzy drobnych wybuchł
pożar to poza wyniesieniem pierzyn no i paru garnków nie było co
ratować z płonących domów.
Umeblowanie mieszkań takich kilkomorgowych, lub bezrol­
nych rodzin stanowi zwykle szafa przeważnie na pół spróchniała
(zabytek lepszych czasów), któraby za dotknięciem napewno się roz­
leciała, łóżka stojące na ułożonych w słupki cegłach zamiast nóg,
obrączkami poprzybijane do ścian. Stoły i stołki przeważnie już
własnej roboty.
8. Pamiętniki chłopów.

114

Województwo Łódzkie

Ludzie ci z biedy formalnie dziczeją, nie widać tam kawałka
gazety lub książki, słowem cienia cywilizacji, nie mają nawet n aj­
niezbędniejszego i najprostszego chociaż przyzwoitego sprzętu do­
mowego i trudno by było dowodzić, że przy dzisiejszych warunkach
życia kiedykolwiek te niezbędne rzeczy dokupią. Nauczą się raczej
żyć jeszcze pesymistyczniej i wyrabiać swoim sposobem każdy sprzęt
domowy, jak nauczyli się już stosować z legend odgrzebane, w pra­
wiekach używane hubki i krzemienie, z których ścierane iskry na
przygotowane uprzednio upalone szmaty niecą ogień i służą za dro­
gie dziś zapałki, na których kupno nie stać dzisiejsze ubogie społe­
czeństwo wiejskie.
Należy wyglądać tylko chwili w której wieś wyzbyta już zupeł­
nie wszelkiej opłacalności i możności kupowania, wyprze się materjałów fabrycznych, a na ich miejsce ukażą się płócienne „zgrzebne
portki”.
Zaglądając do tych starych krzywych chat, których dziś nikt
poprawiać ani budować nie myśli, widzi się wszędzie rozlatające się
sprzęty i sypiące próchnem zabytki lepszych czasów a wśród nich
gdzieniegdzie spotkać można błyszczący krzyżyk, przez włóczących
się agentów na lichwiarskie spłaty wetknięty. Z każdego domostwa
tchnie mimo usilnego zakrywania jakieś przygnębienie i nędza wier­
niej niż ślubna żona każdemu gospodarskiemu obejściu towarzy­
szącą.
Wieś formalnie upada, zanika... Co dalej będzie trudno prze­
widzieć, czy rozwielmożni się zanik ducha i wieś stanie się katakum bą
upadłych parjasów, czy też zerwie się ostatkiem sił, by pójść naprze­
ciw niebezpieczeństwu szukać własnych dróg i losów.
Odżywianie znów ma się następujące. Śniadania i kolacje barszcz
z kartoflam i gotowanemi w łupinkach i następnie obieranemi, czasa­
mi zamiast barszczu polewka na maślance lub serwatce. Barszcz
przeważnie zabielany śmietaną, gdyż spożycie słoniny w ostatnich
dwóch latach bardzo się zmniejszyło. Obiady: latem zupy z jagód,
pomidorów, z gruszek, rabarbaru, z kartoflami lub kluskami, kluski
żytnie albo pszenne zależnie od urodzaju pszenicy no i możności
w danym roku. Dalej zwłaszcza zimą kartofle z kapustą, kasza, gro­
chówka, zupa z suszonych gruszek i t. p.
Całość utrzym ana w tonie prawie postnym. Podobiadki i pod­
wieczorki: (latem ) chleb zależnie od roboty, z masłem lub tw aro­
giem, przeważnie jednak suchy albo z mlekiem ale wirbwanem.
W czasie ważniejszych robót a także w niedzielę chleb z kawą. Zimą

Pamiętniki chłopów

115;

niby zasadniczo podwieczorków niema. W niedzielę i święta na wie­
czór chleb z herbatą, barszczu i kartofli już się nie gotuje. Obiady
w dnie świąteczne czasem mięsne zależnie od możności, zwykle jed­
nak lepsze niż w dnie powszednie.
To tak jest u nas, a gospodarstwo nasze należy do średnio za­
możnych. Ogólny obszar szesnaście morgów, ziemi użytkowej około
jedenastu morgów, ale mimo i tak niewykwintnego jadła nie można
tego brać za równoważnik odżywiania. Tłuszczów jak zaznaczyłem
używa się bardzo znikomą ilość, dysponuje się jednak przeciętnie
1000 (tysiącem) kilo mąki rocznie, co pozwala na pieczenie chleba,
warzyw i kartofli też kuchnia ma dostateczną ilość.
Ale na gospodarstwach bardzo drobnych sprawa odżywiania ma
się bezwarunkowo gorzej i podstawowym artykułem spożywczym
są jedynie i wyłącznie kartofle a nie chleb.
Gospodarz np. posiadający 572 morgowe gospodarstwo, (a takich
nawet i drobniejszych jest wielu) składające się z trzech mórg ziemi
użytkowej, pół morgi łąki i dwie morgi lasu (nieużytków i chrapów)
niedającego żadnego pożytku, musi wyżywić pięcio lub sześcio oso­
bową rodzinę. Jak to wyżywienie wygląda wyobrazić sobie łatwo
obliczając choćby w sposób następujący.
Żyta sprzęt roczny 12 lub 13 metrów i około 100 metrów karto­
fli, zarobków ubocznych żadnych. Tern wyżywić musi czasem dość
liczną rodzinę przez przeciąg całego roku.
Całym jednak zbiorem (12 m etrów) oczywiście kuchnia nie
dysponuje bo dwa i pół m etra gospodarz z powrotem wysiewa, pozo­
staje więc w najlepszym razie około 10 metrów. Z tej pozostałości
jeszcze sprzedaje, zależnie od potrzeb, których każdy wie że nigdy
w gospodarstwie zaspokoić nie można trzema albo czterema m etra­
mi, Zatem pozostaje na roczne wyżywienie przypuśćmy tylko pięcio­
osobowej rodziny sześć metrów żyta.
Rzecz zupełnie jasna i zrozumiała, że taki zapas wystarczy za­
ledwie na barszcz i gospodarz z całą rodziną jest chleba pozbawiony
zupełnie.
Ludzie ci jadają zwykle tylko trzy razy dziennie. Pożywienie
ich składa się oczywiście przeważnie z kartofli i barszczu, albo za­
lewajek t. j. kartofli gotowanych z wodą i zaprawionych mlekiem.
Barszcz bywa zabielany mlekiem lub niczem, słoniny tacy gospo­
darze nie kupują bo niema zaco.
Najlepszym dowodem czem poza kartoflam i żywią się małorolni
jest sklep. Sklep ńa którego klijentelę składa się około 1000 (tysiąc)

116

Województwo Łódzkie

osób sprzedaje tygodniowo około 15 kilo słoniny, 20 kilo mięsa
i około 15 kilo kiełbasy. Razem więc przeciętnie 50 kilo na tysiąc
osób. Innych źródeł nabycia na miejscu niema, a tu oczywiście ku­
pują przeważnie bogatsi.
Cukru sklep ten sprzedaje przeciętnie 30 kilo tygodniowo, co
wynosi 3 deko na osobę tygodniowo. Poco jednak brać przeciętnie
kiedy zamożniejsi gospodarze kupują po pół albo i całe kilo ty­
godniowo. Biedniejsi cukru nie kupują i wogóle herbaty nie piją*
bo też nie m ają z czem. Chleba nie mają, a z kartoflami lepiej
smakuje barszcz.
Tak żywią się małorolni, którzy przynajmniej m ają swoje k ar­
tofle i zwłaszcza trochę mąki na barszcz, ale jak odżywiają się bez­
rolni wyrobnicy nie mający ani odrobiny własnej mąki, a za pienią­
dze zaledwie w ciągu roku po kilkanaście dni przepracujący (za 1,50
zł. dziennie) w to już wglądać nawet nie chcę i pisać nie będę, to
szczyt nędzy. Widziałem kiedyś, jak trzyletnie dziecko piło na śnia­
danie czystą (przegotowaną podobno) wodę, pojadając kawałkiem
upieczonego na blasze kuchennej kartoflanego placka. W iem je­
szcze, że starsi niby mądrzejsi niż dzieci, potrafią sobie odmawiać
śniadań lub obiadów.
Przykład ten zobrazuje każdemu życie tych nieszczęsnych wiecz­
nie głodujących istot żyjących w większej części wodą i powietrzem.
Jeżeli rząd nie zaopiekuje się i nie przyjdzie z pomocą tej upo­
śledzonej dziś warstwie chłopskiej, która biedując sama na gospo­
darstwach utrzym uje w swej masie cały zastęp bezrolnych, to przy­
szłość wsi jest czarna, jak noc listopadowa.
Bezwarunkowo powinno się nie zwlekając zabronić istnieć
wszystkim ssącym ostatnią krew kartelom i zrównoważyć ceny pło­
dów rolnych z wyrobami przemysłowemi.
Angielskie świnie jedzą polski cukier po 16 gr. za kilo wywo­
żony, na którego kupno nie stać w kraju polskich obywateli.
Sprowadza się z zagranicy żyto, kartofle i inne różne .zboża,,
których w kraju nadmiar „podobno”. Sprowadza się wszystko na
zapas konkurując z własnemi cenami.
Ciekawe dlaczego rząd nie pozwoli na wwóz do kraju naprzykład cukru tańszego niż krajowy. Przemysł cukrowniczy nie jest
przecież zmonopolizowany, więc skarb państwa nicby na tern nie
stracił, a ludność z wdzięcznością przyjęłaby obniżkę cen cukru
i upowszechniła go w pośród siebie. Niskie dostępne ceny lepiejby

Pamiętniki chłopów

117

napewno wpłynęły na spożycie „krzepiącego cukru” niż dotychcza­
sowe szumne reklamy.
Nie należy dziwić się, że wieś bardzo chętnie wspomina rosyj­
skie czasy przedwojenne, bo oczywiście miała w nich bezporównania
lepiej.
Możność nabywcza w czasach przedwojennych na wsi miała
się kilkakrotnie lepiej niż to jest dziś. Jeżeli wieś dziś nie odzyska
dawnej siły nabywczej przez zrównoważenie cen przemysłowych
z cenami rolnemi, to następstwa będą nieciekawe, bo zrujnowane
rolnictwo pociągnie za sobą ruinę gmachu państwa.
Rolnik przed wojną za jeden korzec żyta, który płacono pięć
rubli, mógł nabyć soli (licząc ówczesną cenę trzy grosze za funt)
333 funty czyli 135 kilo. Obecnie za jeden m etr żyta licząc maksimalną dzisiejszą cenę rynkową 12 zł. 50 groszy może kupić takiej
samej soli (płacąc po 36 groszy za kilogram) 35 kilo. Nic dziwnego
więc, że spada nawet spożycie soli.
Na wyprodukowanie korcy pracuje się tak samo, a kupuje się
za nie kilkakrotnie mniej.
Posługując się dalej wyżej przytoczonym równoważnikiem (je­
den metr żyta) stwierdzamy, że: za korzec żyta t. j. 106 kilo naby­
wano 41 i pół funta cukru (faryny) czyli 161/, kg. Dziś możność
nabywcza cukru za m etr żyta spadła do 9 kilo.
Za jedno kilo masła można obecnie kupić 3 do 4 litrów nafty
(latem trzy, a zimą cztery, bo masło zimą droższe). Przed wojną
za otrzymywane za jedną kw artę przeciętnie 80 kopiejek kupowano
6 do 7 kwart nafty.
Tak się miały ceny zbóż w stosunku do wyrobów przemysło­
wych i monopolowych w czasach przedwojennych. A jak się one
mają dzisiaj?!
W tern leży sedno całej dzisiejszej biedy: ceny płodów rolnych
wielokrotnie spadły licząc za ostatnie kilka lat, gdy tymczasem ceny
.^artykułów przemysłowych niewspółmiernie wzrosły.
Z sytuacji dzisiejszego zastoju wszystkich dziedzin przemysłu
kryzysu gospodarczego jest tylko jedna brama wyjścia. PrzygiNŚrócić wsi przedwojenną możność nabywczą przez podobne tamte.£mu zrównoważenie ustosunkowania cen przemysłowych do cen pło|d&w rolnych.
■'.r , Rząd zrobiłby to łatwo rozwiązując kartele, a gdy te zostałyby
^Tpzwiązane to ustosunkowanie cen już samo przyjdzie i wielu przez
;;to chłopów zostawi na chleb dla dzieci wypychane na rynek ostatnie

118

Województwo Łódzkie

korce, które obecnie na skutek niedojadania wywożone wytw arzają
na rynku nadprodukcję i taniość.
>
Jednocześnie z obniżeniem cen przemysłowych to znaczy wzro­
stem siły nabywczości wsi znikłby zastój i groźne bezrobocie, zniknę­
łyby wszelkie nadprodukcje. Znikłaby ta oklepana nadprodukcja
rolna stworzona jedynie skutkiem głodowania miljonowych m as
chłopskich. Znikłyby nadprodukcje przemysłowe, gdyż chłop nie
potrzebowałby chodzić obdarty i błyskać po mrozie gołem ciałem.
Gdy ta wielomiljonowa rzesza odzyska siłę nabywczą przez ni­
skie ceny przemysłowe, naprzykład ceny za cukier takie po jakich
się go sprzedaje zagranicę, to on zostanie skonsumowany przez nasze
społeczeństwo i obejdzie się bez opasania polskim cukrem angielskich
świń. Zwiększyłoby się nabywanie i zużycie maszyn rolniczych o któ­
rych teraz sny wydają się zaśmiałe, a tysiące robotników znalazłoby
prace przy ich fabrykacji.
Trzeba obniżyć dotychczasowe aptekarskie ceny za nawozy
sztuczne, a wtedy dopiero zaczniemy produkować tanio i dużo.
Tak samo, jak z żywieniem ma się sprawa ubierania. Coś no­
wego można było widzieć częściej, a nawet całkiem często, cztery
lub pięć lat temu. Teraz zobaczyć np. w kościele zupełnie nowy
kożuch czy garnitur jest rzadkością.
U nas na gospodarstwie, jak we właściwem miejscu podałem,
16 morgów, stan ubieralności jest taki: ja mam jeden garnitur, no­
szę go już trzeci rok, jedną parę trzewików kupionych w zeszłym
roku za 12 zł., innego obuwia nie posiadam. Ponadto mam płaszcz
przedstawiający już dziś śmieszną wartość i palto zniszczone mocno
przez czteroletnie noszenie. W dzień zwykły chodzę w trepach,
w marynarce, która pięć lat temu stanowiła odświętne ubranie, dziś
już mocno jest poreperowana i upstrzona łatami, spodnie „cajgowe”
częściej też łatane niż całe. Prócz tych zabytków z lepszych czasów
posiadam tylko zupełny brak widoków kupna choćby nowego palta.
Ogólny stan ubierania całej rodziny za małemi odchyleniami m a
się nielepiej.
Godzę się z p. W. Gortatem, który w swojej książce p. t. „Góra
Bałdrzychowska i Byczyna” 1) obliczył przeciętną wartość ubrania
i)' Góra Bałdrzychowska jest sąsiednią wsią Kałowa, z którego ni­
niejszy opis pochodzi, ale nieco bogatszą ze względu na mniejszą ilość drobnorolnych gospodarzy, oraz nie posiada tylu có Kałów nieużytków.

Pamiętniki chłopów

li9

każdego gospodarza w roku 1927 na 669 zł., ale dziś ja z czystem
sumieniem obliczam przeciętną wartość całkowitego ubrania mało­
rolnego gospodarza na 50 zł. Gospodarze więksi oczywiście ubie­
rają się nieco lepiej, ale ubranie bezrolnych w wielu wypadkach nie
sięga 30 zł.
Za przykład, jak się przedstawia ogólny stan ubieralności na
wsi niech posłuży fakt, że gdy kiedyś w pewnej sprawie przeszedłem
niemal całą wieś to nie spotkałem jednego nawet gospodarza by był
w całych nieporeperowanych spodniach. Fakt powyższy nie wymaga
specjalnej obserwacji bo sam mimowolnie rzuca się w oczy.
Jest zasada, że każdy na wsi powinien i ma niby to dwa ubrania
jedno na święto, drugie na dzień zwykły. Całe niestety jednak, że
to ubranie z dnia powszedniego poza wszelką przyzwoitość podarte
nigdyby nie można nazwać ubraniem. Kilka lat temu widziało się, że
strachy na polach odstraszające kruki z pszenicy przyzwoiciej były
ubierane i to jest fakt rzeczywisty, bo jeden gospodarz (nazwiska
nie wymienię) powiedział do mnie kiedyś, że mu się już tak dosłow­
nie (można sobie wyobrazić) kapota podarła, a narazie pieniędzy
niema na nową, więc gdzieś tam na górze odnalazł no i od zeszłorocz­
nego stracha kapotę sobie „wypożyczył”.
Gdy jednej niedzieli bieżącej jesieni gospodarze całej wsi zeszli
się obierać stróża nocnego, to patrząc na tych „panów gospodarzy”
bez przesady stwierdzić trzeba było, że ich niedzielny stan ubrania
był zaledwie dostateczny na dzień powszedni, ale nigdy na niedzielę
dostatecznym być nie mógł.
, Cóż kiedy czas taki, że na gospodarstwach pracuje się ze stratą
a więcej .na jedzeniu już zaoszczędzić by kupić kapotę jest niepodo­
bieństwem.

O poziomie trudności finansowych na dzisiejszej wsi świadczy
sariio to, że z naszej okolicy oprócz mojego brata uczącego się
w Państw. Sem. Naucz, nikt nie uczy dzieci w żadnej szkole średniej.
Określenie okolica nie jest tu jednak ścisłem określeniem i mo^gjtoby mieć, uchybienia. Biorę więc ściślej i stwierdzam, że z paraf ji
:^ąłów skiej, która też zresztą jest dość duża, literalnie żadne dziecko
; iiie uczęszcza do gimnazjum czy innej szkoły z zakresu średnich,
• ópróęz oczywiście brata, którego nauka i utrzymanie w szkole za
/ ^małym tylko udziałem nie jest opłacana z gospodarstwa.

120

Województwo Łódzkie

Najgorsze, że kształceniem dziecka w naszych warunkach nazy­
wa się już posyłanie go do 6-go oddziału szkoły powszechnej. Siedmiooddziałowe szkoły powszechne nie są niestety u nas powszechnemi, a posyłanie dziecka do odległej o 8 kilometrów szkoły nastrę­
cza więcej trudności, niż kształcenie gimnazjalne przeciętnego mie­
szczanina. Brat, który obecnie kształci się na nauczyciela, po skoń­
czeniu w roku 1927 czterech oddziałów w miejscowej szkole zaczął
„kształcić,, się w siedmiooddziałowej szkole powszechnej w Poddę­
bicach. Przejście tych trzech oddziałów (t.j. 5, 6 i 7-go) finansowo nie
kosztowało tak wiele, bo chłopak początkowo chodził ze szkoły do
babki, blisko Poddębic mieszkającej, a później będąc większym przy­
chodził do domu.
Takie „kształcenie” jednak wymaga nietylko dobrej chęci rodzi­
ców pragnących dać wykształcenie dziecku i samej zdolności ucznia
do nauki, ale także jego bardzo silnej woli. Chodzenie codziennie
osiem kilometrów w tę i z powrotem, w mróz, śnieg czy błoto, nie
jest wcale do pozazdroszczenia. Gdy nauczyciel śpi jeszcze — uczeń
wstaje o godzinie 5-ej by ubrać się prędko, najeść i o szóstej wy­
chodzić w ciemną jesienną czy zimową noc z teczką i kijem dla
opędzania od niepowiązanych jeszcze psów. A gdy nauczyciel
o siódmej wstaje to uczeń od godziny już chlapie po błocie, w ciem­
ności brodząc po kałużach, gnany w tym wypadku jedną myślą z na­
uczycielem, byle tylko zdążyć na dzwonek. W arunki te muszą chyba
wcale nie być rozpaczliwe, bo szkoły powszechne wcale się nie
upowszechniają, a przeciwnie, bo właśnie przez reorganizację sieci
szkolnej szkół jeszcze ubywa.
W roku 1930 skończył szkołę powszechną i należało pomyśleć
o czemś dalszem. Przestudjowaliśmy prospekty różnych zawodo­
wych szkół technicznych. Wszędzie jednak nauka wraz z utrzym a­
niem wynosiła za cały czas trwania około 3000 zł. Postanowiliśmy
więc (to jest całe rodzeństwo) umieścić brata w Państwowem Seminarjum Nauczy cielskiem w Łęczycy, ponieważ przytoczoną wyżej
sumę łatwiej będzie zebrać, gdyż nauka w seminarjum trw a pięć
lat, a nie trzy, jak w szkołach zawodowych, więc tymczasem i kryzys
może minie a wrócą lata lepszych cen za produkty hodowlane i rolne.
W pierwszym roku nauki płacąc po 65 zł. miesięcznie za inter­
nat, to za książki, przejazdy, opłatę administracyjną, po roku koszt
nauki przeniósł sumę 800 zł., to znaczy przeniósł dochód naszego go­
spodarstwa, a przed rokiem wyglądana „poprawa” gospodarcza nie­
uchwytnie gdzieś się odsunęła, a kryzys z r. 1930 okazał się dopiero

Pamiętniki chłopów

121

wstępem do biedy obecnej. „Kryzys” czyli przesilenie w roku 1929
i 30 był rzeczywiście przesileniem, lecz nie na lepszą a właśnie na gor­
szą stronę i dziś lawiny samych upomnień i sekwestrów podatkowych
przenoszą dochodowość gospodarstwa, nie pozwalając nawet myśleć
o żadnych oszczędnościach na naukę.
Więc już po pierwszym roku zrozumieliśmy szalony krok i nie­
możliwość dalszego uczenia o własnych siłach. Żałując jednak wy­
danych pieniędzy nie daliśmy za wygrane. Po wakacjach ponieważ
nie było własnych pieniędzy pożyczyliśmy 100 zŁ, trochę dołożyło
się z gospodarstwa no i wysłaliśmy go na drugi kurs składając jedno­
cześnie podanie do Wydziału Powiatowego o udzielenie stypendjum.
Wydział jednak odmówił. Seminarjum swe stypendja też rozdzieliło
już wcześniej i brat po miesiącu drugiego roku nauki wrócił do
domu.
Wystąpienie ze szkoły było najwymowniej szem świadectwem
niemożności płacenia, to też dopiero wtedy dyrekcja seminarjum zainterwenjowała w Wydz. Powiatowym i stypendjum w sumie zł. 350
przyznano, więc Heniek z powrotem powędrował do szkoły. Radość
ta jednak nie trwała długo, bo w m aju Wydział oświadczył, że z braku
funduszu przyznanej sumy nie wypłaci, więc dyrektor wysłał ucznia
po pieniądze do domu oświadczając, że: „bez pieniędzy niema poco
przyjeżdżać”.
Rady nie było. Znowu w połowie swoich, w połowie pożyczonych
dano 100 zł. dla tymczasowego zaspokojenia, które rzeczywiście za­
spokoiły dyrekcję na pewien czas. Dopiero na tydzień przed waka­
cjami, przezornie wysłano go do domu po pieniądze, tym razem gro­
żąc niewydaniem świadectwa w razie nieuiszczenia należności. Pie­
niędzy nie mieliśmy więc żeśmy nie dali i świadectwo (i tak zresztą
niepotrzebne) dyrekcja wstrzymała. Mimo to dowiedzieliśmy się
potajemnie, że jest promowany na kurs trzeci. Nie było jednak wi­
doków wysłania brata na niego.
Pod koniec wakacji sytuacja niespodziewanie się zmieniła, bo
pewien inżynier agronomji (daleki krewny) zaofiarował bratu pomoc
pieniężną na nadchodzący rok szkolny w sumie 350 zł., resztę chętnie
zgodziliśmy się dopłacać z własnych oszczędności. Doradził także,
by dla oszczędności, pod pretekstem jakiejkolwiek choroby wysłać
brata o miesiąc później. Tak się też stało no i zresztą rok przeszedł
względnie dobrze.
Na rok bieżący, filantropijna pomoc inżyniera ograniczyła się
do 250 zł. więc tembardziej chcieliśmy użyć fortelu i wysłać go rów­

122

Województwo Łódzkie

nież o miesiąc później. Dyrektor jednak w obawie by seminarzyści,
którzy wzorując się na zeszłorocznej praktyce brata nie zjechali się
-— udając przez pierwszy miesiąc chorobę, nie ograniczyli mu na
przyszłość roku szkolnego do dziewięciu miesięcy, okazał się wielkim
formalistą, zapowiedział nieprzyjęcie spóźnionych i tern w dwa ty­
godnie po rozpoczęciu lekcji ściągnął wszystkich uczniów.
Narazie więc przy pomocy inżyniera, który jako agronom zna
i rozumie dokładnie stan gospodarczy wsi brat przechodzi kurs
czwarty.
Ale jaki będzie ostatni kurs V tego nikt z całej rodziny dziś by
nie odpowiedział. Bez zewnętrznej pomocy musielibyśmy na ten
jeden rok nauki, wszyscy nie oszczędzać i formalnie głodować, ale
chyba nic nie jadać, by opłacić za niego utrzymanie w internacie,
taksę administracyjną i inne złączone z nauką nieuniknione wy­
datki.
To też ogólnie, posyłanie ze wsi do szkół średnich — ze względu
na wysokość taks administracyjnych i kosztów utrzymania — zo^
stało zupełnie, a szkolnictwo powszechne zostaje coraz więcej ogra­
niczane.
Mówi się o oświacie, pragnie się oświaty — ale skąd pytam —
wieś ma ją czerpać! Samokształcenie np. w Kołach Młodzieży jest
administracyjnie pilnie strzeżone i prawie niemożliwe.
Rozwiązaniem problemu zaniku właściwego ducha demokra­
tycznego wsi byłyby Uniwersytety Wiejskie. Lecz niestety jeden
tylko na obszerną Polskę o własnych siłach Uniwersytet Orkanowy
to marne źdźbło w potopie wstecznictwa, a na powstanie większej
ilości szkół podobnych dzisiaj słabe są widoki. Budowanie szkół
tych nie od władz odgórnych ale od nas samych chłopów dzisiaj
zależy.
Gdyby jednak choć odpowiednia ilość była odpowiednich szkół
powszechnych uczących dzieci charakterów, ale dzieci w szkołach
pow. to papugi potrafiące tylko powtarzać za nauczycielem najróż­
norodniejszych typów formułki, a po wyjściu ze szkoły mimo umie­
jętności czytania i pisania nie jest w najmniejszem stopniu poglą­
dowo rozwinięte.
Szkoła powszechna swoim programem nie daje przygotowania
do życia, a późniejsze zaczątki samodzielnego myślenia bywają przy­
tłumiane przez otoczenie.
Przypuśćmy kto ma wyróść z dziecka, które znajduje się w oto­
czeniu np. służby folwarcznej, gdzie samokształcenie żadnej nieza­

Pamiętniki chłopów

123

leżnej organizacji nie dotrze. Gdzie ludzie zwykle śą raczej mane­
kinami i automatami niż samodzielnymi ludźmi. Samodzielność,
obyczajność i kultura w ludziach folwarcznych stoi zwykle bez­
warunkowo niżej niż na wsiach.
Opowiadał mi jeden wyrobnik o swoim pobycie we folwarku.
Był tam rok jeden i dłużej nie chciał pomimo, że chciano go za­
trzymać. Sprzykrzyło mu się bydlęce traktowanie ludzi i wiecznie
podnosząca się do ust służby łapa starego na pół oślepłego dziedzica.
Mówi, że trudniej mu jest zarabiać i wyżyć na stopie wyrobni­
czej, ale chociaż jest bardzo biedny czuje się „wolnym człowiekiem”
od nikogo niezależnym, gdy w folwarku musiał się czuć „sytem by­
dlęciem”.
Książek za własne fundusze nie kupujemy żadnych, bo nigdy
niema pieniędzy. Ghoć książki nie są rzeczą zbędną to jednak kupo­
wać trzeba i można tylko rzeczy jeszcze niezbędniejsze, związane
jedynie z utrzytnaniem gospodarstwa.
Rocznie wydaje się tylko przeciętnie 12 zł. na wspólne prenu­
merowanie gazet. Do tego dochodzi jeszcze parozłotowy wydatek
na korespondencję. Natomiast książki do czytania można wypoży­
czać na miejscu z bibljoteki Koła Mł. Wiejskiej „Wici”.
Czasu naprawdę wolnego w gospodarstwie, za wyjątkiem wie­
czorów prawie niema. A i te niezawsze są wolne, bo darcie pierza,
czy choćby robienie mioteł, jest przecież ściśle z gospodarstwem
związane, a odbywają się te prace zwłaszcza darcie pierzy tylko wie­
czorami. Gdy się jednak chce to wolny czas się znajdzie. U nas
ogólnie czas ten bywa poświęcany czytaniu gazet lub książek, pozatem u mnie wieczory służą do prac społecznych i różnych zebrań np.
Stronnictwa Ludowego, strażackich, a zwłaszcza Koła Młodzieży,
którego zebraniom, próbom do przedstawień i innym pracom po­
święcam dużo czasu.
Ogólnie biorąc wszystkich gospodarzy, to ich spędzenie wolnego
czasu bywa użytkowane na przesiadywanie w sklepie, gdzie wieczo­
rami schodzą się przeważnie pod pretekstem kupienia „machorki”.
I tu rozpacz naprawdę bierze ile na wsi jest do zrobienia, a zro­
bić tak trudno, lub zgoła zrobić nie można.

124

Województwo Łódzkie

Po pierwsze: to ludzie przeważnie starsi od wieków przyzwy­
czajeni są do zapewnień swoich patronów, że to oni mądrzy, wielcy,
jacyś „niedosiężni” myślą o ich losach i czuwają nad ich dobrem.
Po drugie: niema przecież po wsiach świetlic i domów ludowych,
gdzie by ludzie mogli się zbierać, a schodzenie się w sklepie, nigdy
nie daje zebranym właściwej powagi. To też gdyby w kilku go­
spodarzach wsi którejkolwiek skoncentrowała się cała mądrość i wie­
dza życia społecznego, to i tak nie wiele zrobią, gdyż jako znani,
miejscowi mieszkańcy zwykle są niedoceniani. Mało dotychczas jest
ludzi po wsiach, którzyby „właściwie” wolny czas wykorzystywali.
W naszej wsi odnosi się to tylko do starszych, bo młodzi są
zorganizowani w Kole Mł. Starsi książek nie czytają i wogóle mało
się interesują wszelkiem czytelnictwem. Dowodem tego jest choćby,
że do wsi liczącej sześćdziesięciu kilku gospodarzy, przychodzi za­
ledwie pięć egzemplarzy różnych gazet, w tern jeden do Koła Mł.
Drobnorolni, a nawet wielu zamożniejszych, poza kupnem dla dzie­
ci książek szkolnych na żadne czytelnictwo nic nie wydają. Zamało
więc do wsi przychodzi gazet, a gdy jakie się czasem przedostaną,
to czytelnicy wyławiają z nich tylko nowiny i wypadki, właściwą
myśl oświatowo-społeczną czy gospodarczo-polityczną pozostawiają
zwykle nietkniętą to znaczy nieprzeczytaną, nieprzemyślaną.
Tak urabia ludzi dotychczasowa wiejska „inteligencja”. Prze­
ważnie najwięcej na wsi wpływów mający nauczyciele i księża, którzy
celowo w yrabiają w ludziach wstręt do polityki i każdego poczy­
nania społecznego.
Gdyby ta „inteligencja”, jakakolwiek ona jest, chciała naprawdę
uczyć swe otoczenie, wskazywać mu dalsze mety pracy społecznej
i uczyć społeczeństwo myśleć, to byłyby jednak rezultaty.
Ale niestety tak nie jest. Na stu ludzi z tej tak zwanej „inteli­
gencji” jeden lub dwóch są oddanymi wsi społecznikami. Osiemdzie­
sięciu to bezmyślne pędziwiatry, lub zaschłe mózgi, poza program
obowiązkowej pracy się nie wychylające, mizantropi, a pozostałe
osiemnastu to czynni wstecznicy, pęd zrywającego się młodego życia
społecznego tłumiący.

Najtrudniej chyba jest odpowiedzieć na pytanie — ile gospo­
darstwo daje dochodu — bo któż uwierzy, że nie daje żadnego do­
chodu, że właśnie daje stratę. A jednak tak jest ! Przy dzisiejszych
cenach na produkty wiejskie i przemysłowe, doliczając obciążenia

Pamiętniki chłopów

12 5

podatkowe, trzeba umiejętnie obliczać, by wystarczyło na jakie­
kolwiek życie, a na tem życiu jeszcze trzeba oszczędzać by coś nie
coś zostało na ubranie i by nie dopuścić do „zasekwestrowania”
krowy za podatek.
Że dziś pracuje się na gospodarstwach za samo liche jadło,
a i to jadło od ust trzeba odejmować na opłacenie podatków, te­
mu żaden „mądry” „minister” nie zaprzeczy, ani lepiej nie obli­
czy. Gdyby małorolny gospodarz pozwolił sobie na takie jadło,
jakie ma średni urzędnik, toby w przeciągu dwóch miesięcy
przejadł całoroczny zbiór, a pozostałe dziesięć musiałby dzia­
dować.
Były pan premjer Sławek swego czasu powiedział w Sejmie,
że w dzisiejszym kryzysie chłopi powinni „ograniczyć swoją sto­
pę życiową”. Należy wątpić czy znał ów pan Sławek chłopską sto­
pę życiową, którą kazał ograniczyć. Cóż jest do ograniczenia
u obdartego i bosego chłopa, żywiącego się wyłącznie kartoflami?
Czyż m ają ograniczyć ilość zjadanych kartofli? Czy może zaprze­
stać gotowania barszczu i zastąpić go wodą? — to już chyba nie­
możliwe.
Jak żyją małorolni i bezrolni chłopi, jak chodzą wynędznia­
li, głodni i obdarci, dość nie mieszkać z nimi, dzielić ich głód
i niewygody, ale zobaczyć raz tylko by poruszyło się każde su­
mienie.
Niezależnie od chłopów, ani nawet od samej przyrody, żywioły
wcisnęły zawsze zresztą biedny lud — w karby jakieś zachłannej,
niezwyciężalnej nędzy.
Chłopi to raczej jacyś marzyciele - poeci, którzy nie dla wła­
snych wygód, ale żyją dla kraju. Życie tych mało i bezrolnych
ludzi na wsi, których nie widzi rząd, to nie żadna przyjemność, a ra­
czej jakieś niezgłębione piekło czy wieczna pokuta za winy niepopełnione.
Ale taka już ich miłość do ziemi, że chociażby padał z głodu,
to żaden nie opuści swego skrawka ziemi. I mimo odżywiania naj­
ogólniej wodą i powietrzem, czują jakąś konieczność życia i trwania
na swych skrawkach, w ciasnych pomieszczeniach z jakąś nieziszczalną wieczną nadzieją.
W czasach pańszczyźnianych żyli chłopi nadzieją uwłaszczenia.
Później uwłaszczeni (przez rządy zaborcze), gdy zaczęła się budzić
w społeczeństwie inicjatywa niepodległości, chłopi dając duże ofiary
krw i własnej wyglądali wolnej demokratycznej Polski, w której na­

126

Województwo Łódzkie

prawdę będzie im dobrze. I teraz też wyglądają lepszych czasów,
choć skąd m ają przyjść one, lub kto i w jaki sposób dolę ich po­
prawi — nie wiedzą.
Ale poco sięgać tak odległych czasów. Lepiej było chłopom
choćby przed paru latami, kiedy jeszcze nie istniały kartele prze­
mysłowe. Patrząc w opracowane przez p. J. Curzytka „Badania nad
rentpwnością gospodarstw włościańskich” (sprawozdanie Państwo­
wego Instytutu w Puławach za rok 1926—27) widzimy, że gospo­
darstwa dawały pewną rentowność, chociaż nawet i wtedy gospo­
darstwa poniżej trzech hektarów nie wystarczały na pokrycie spoży­
cia i musiano się uciekać do zarobków ubocznych — teraz tych za­
robków niema.
Dalej Państwowy Instytut stwierdza, że część płodów rolnych
z gospodarstw drobnych była jedynie z konieczności wywożona na
rynek. Stwierdził to Instytut Puławski już w roku 1926, a więc
w czasie w porównaniu z dzisiejszym bardzo dobrym dla rolnictwa.
Dziś dzięki ustosunkowaniu gospodarczemu w Polsce, mimo zmniej­
szania się nawet obsiewów, podaż płodów rolnych na rynkach
wzrasta.
Średnie gospodarstwa włościańskie, które także w części za­
trudniały bezrolnych robotników wiejskich, naciskane potrzebami
zewnętrznemi, zaoszczędziły przedewszystkiem na sile najemnej,
a także ponad proporcjonalną możliwość wywiozły na rynek swe
płody, zaoszczędzając jednocześnie na utrzymaniu rodziny. Przez
to gospodarstwa karłowe oraz bezrolni pozbawieni zostali swych
ubocznych zarobków, co przy upadku własnych i tak niedostatecz­
nych warsztatów doprowadziło ich do nędzy.
A gdyby przecież w dzisiejszym czasie siła nabywcza „korca”
była podobna przedwojennej, lub przedkilkoletniej i opłacenie
podatków nie wymagało sprzedaży np. 10 metrów żyta, a pokryte
być mogło pięcioma to oczywiście ja niepotrzebowałbym wykony­
wać każdej pracy sam, gdy jednocześnie pod bokiem mi mieszka­
jący wyrobnik chodzi zawsze bez zajęcia, „jak pan”. Jednem słowem,
gdyby ceny na płody rolne były choć niewygórowane, ale chociaż
tylko właściwsze, to choćby jeden z zaoszczędzonych przez zwyż­
kę cen korcy dać za pracę wyrobnikowi, to ten miałby zajęcie i niepotrzebowałby cierpieć głodu, a wielu gospodarzy przez zbytnią
oszczędność niepotrzebowałoby w pojedynkę nadciągać swych
żył.

Pamiętniki chłopów

127

Bezrolni w naszej okolicy zaopatrują się w kartofle przez przy­
sądzanie u zamożniejszych po kilka redlin, za które stosownie od
umówienia — odrabiają. Każdy jednak chociaż na większem go­
spodarstwie uciekając od kryzysu robi daleko idące oszczędności
i ogranicza „najmowanie” do najniezbędniejszych prac, które wyko­
nują właśnie bezrolni „za przysądzenie” kartofli, fasoli czy kapusty.
Resztę każdy stara się robić sam, by jako tako utrzymać wydatki
na poziomie dochodu. A bezrolni zaopatrzeni wyłącznie w kar­
tofle, trochę kapusty i fasoli, za które muszą odrabiać w najpopłatniejsze dnie pilnych robót, widać z góry, że skazani są na niejadahie nietylko chleba, gdyż drobne zarobki tylko „wypadkowo” się tra­
fiające, nawet na „sól” wystarczyć nie mogą. W najlepszym razie
dochodowość bezrolnych rodzin dopełniają kury, których po kilka
sztuk przeważnie trzymają.
Gospodarstwa o niedostatecznej ilości ziemi mają prawie taki
sam los» Odrabiają znowu „za konie”, których oczywiście nie trzy­
mają — ale żadnych ubocznych zarobków też nie mają. Jedynem
źródłem dochodu są także kury lub w najlepszym razie krowa. Ho­
dowla świń, niby podstawowa gałąź dochodowości o ile ma w takiem
gospodarstwie zastosowanie to oczywiście W bardzo ograniczonej
ilości i wystarczy w pierwszym rzędzie na opłacenie podatków, w ma­
łej już części zostając na najniezbędniejszą odzież.
Kilku bezrolnych, których mam na uwadze, od kilku lat oprócz
jednej pary trepów rocznie na osobę, nic nie kupują.
'* Wieś dosłownie się wydziera nie dokupując nowej odzieży.
* Ogólnie biorąc poziom życia wsi od lat prawie najdawniejszych,
dziś -r- 7 prawie wcale się nie podniósł, a przeciwnie upadł jeszcze.
Poziom życia wsi nie jest nawet poziomem, równa się on czasom
z przed stukilkunastu laty, w których wieś pogrążona w niedostatku
słabła i z łatwością dawała się chorobom epidemicznie zgarniającym
ich życia« Ale wtedy głód spowodowany był nieurodzajem i w mniej­
szym lub większym stopniu głodowali wszyscy. Dziś — jest głód
przy dostatecznej prawie nadmiernej produkcji rolnej i każdej in­
nej. Na tamtym przedwiekowym kryzysie zarabiała jedynie śmierć
— na dzisiejszym zarabiają pewni ludzie — kartelowcy.
Gospodarowania dzisiejsze są jedną daleko idącą oszczędnością
godzącą w fizyczny rozwój wsi, biorąc pod uwagę niedostateczne
odżywianie. W zewnętrzny wygląd osiedli wiejskich, o walących się
pomurszałych domach, których nikt nie buduje ani nie reperuje,
z braku środków pieniężnych.

128

Województwo Łódzkie

Oszczędności te na najniezbędniejszych rzeczach m ają jedynie
na celu wiązanie końca z końcem, by nie obdłużać upadających go­
spodarstw.
Oszczędzanie na gazetach i książkach uderza znowu w rozwój
moralny i powoduje zanik ducha i wszelkiej inicjatywy.
Niemożliwem jest snuć jakiekolwiek plany na przyszłość. U nas
w najlepszym razie, wysiłkiem całej rodziny, choć przy oczywiście
zewnętrznej pomocy, zapewnia się byt jednemu z rodzeństwa (uczą­
cemu się bratu). Reszta rodzeństwa narazie musi nie myśleć o sobie.
Choć każdego osobiście prześladuje myśl usamodzielnienia się, to
jednak widoków, ani sposobów na to niema. Gospodarstwo, jak już
pisałem mamy szesnastomorgowe w stanie dzięki obecnym w arun­
kom bardzo niedostatecznym, którego dochód nie pokrywa się z wy­
datkami, nawet przy wspólnym nakładzie pracy prawie bezpłatnej
— bo własnej.
Podział gospodarstwa jest niemożliwy na nieprawdopodobną
wąskość i niejednakowość działek, z których sześciu składa się go­
spodarstwo. Trzy działki są lasu, w tern jedna z kawałkiem pola.
Jedna (przy zabudowaniach) ziemia użytkowa z łąką, jedna ziemi
ornej i szósta owe pięć morgów odległe o dwa kilometry dokupione
przez ojca. Kolonizowanie więc rodziny po działkach ze względu
na ich jakość i warunków lokalnych jest niemożliwe, a o spłatach
tak licznej rodziny również myśleć nie można, ponieważ gospodar­
stwo daje raczej stratę niż dochód, a fundusze zewnętrzne np. otrzy­
mane za żoną w najlepszym nawet razie nie pokryją bez ukrzywdzeń
spłat sukcesji wszystkich członków rodziny. Wobec czego plany na
przyszłość należą przedewszystkiem do kwestji poprawy gospodar­
czej, która niewiadomo kiedy przyjdzie lub jak będzie musiała wy­
glądać rodzina w chwili jej przyjścia.
W yjścia z dzisiejszego kryzysowego położenia szuka się w
oszczędności. I jeżeli w roku 1926 Instytut Puławski stwierdził prze­
ciętny rozchód pieniężny w ciągu roku na osobę około 165 zł., to dziś
już ten rozchód roczny napewno nie sięga 50 zł.
Dziś dzienny koszt żywienia w wielu wypadkach nie przekracza
30 gr. na osobę.
Naprzykład konsumcja cukru na wsi wynosiła (według Insty­
tutu Puławskiego) w roku 1926 siedem kilo rocznie na głowę, to
w roku obecnym przeciętna ilość konsumowanego cukru na wsi
na głowę, nie sięga dwuch kilo rocznie.

Pamiętniki chłopów

129

Gdy w roku 1926 lub 27 za cztery m etry żyta można było w zu­
pełności pokryć wszystkie podatki, teraz trzeba w tym samym wy­
padku conajmniej dziesięciu metrów.
Dzisiejszy poziom potrzeb człowieka wsi jest dziesięciokrotnie
większy od możliwości ich zaspokojenia. Włościanin średnio­
zamożny sprzedający w stosunku rocznym dziesięć metrów żyta
i przypuśćmy dwie tuczne świnie mógł otrzymać za to w r. 1925 około
800 zł., wobec czego kwest ja odzieżowa rodziny była rozwiązana.
W obecnym czasie za tę samą ilość produktów otrzyma około 280 zł.
co przy stosunkowem zdrożeniu wyrobów przemysłowych częściowo
tylko zaspakaja potrzeby rodziny. A potrzeby te wobec takiego stanu
rzeczy z roku na rok niedokupywane, niewspółmiernie wzrastają
czyniąc upadek gospodarstwa. Rolnik przypłacając głodem w uciecz­
ce przed upadkiem zupełnym swego warsztatu wywozi na rynek za
śmieszną cenę krwawo wypracowane ostatnie korce, ograniczając
własne spożycie chleba. Mięso ludzie wiejscy jedzą wtedy, gdy nie­
spodzianie do chlewów wejdzie nieproszona choroba trzody, lub
gdy rano wyjmą z pod grzędy na „cholerę” drobiu padłą kurę.

Kiedyż przyjdą podobne przedwojennym czasy, w których wieś
będzie,mogła pozwolić sobie na lepsze odżywianie, choćby przez niewyzbywanie się dla zdobycia niezbędnej złotówki, resztek chleba,
któryby z naddatkiem zjedzony był w każdem drobnem gospodar­
stwie włościańskiem.
Alć przy istnieniu dzisiaj w Polsce około dwustu karteli, rolni­
ctwo niema żadnej racji wyjścia. Dwieście karteli uderza w masę
nieskartelizowanego włościaństwa, a rząd zahypnotyzowany ten­
dencją kapitalistyczną, rozbija każdą próbę kartelizacji chłopów.
Dowodem utrudniania istnienia niezależnych związków wiejskich np.
krępowanie działalności Kół Młodzieży „Wici”, utrudnianie lub
niedopuszczania do zgromadzeń chłopskich. Albo próba strajku rol­
nego, który miał być wyrażeniem protestu przeciwko niskim cenom
i nieopłacalności rolnej. Strajk uznano ze strony rządu i wszystkich
organów administracyjnych za chęć wygłodzenia miast i nietylko nie
postarano się o ujednostajnienie wyższych cen na zboże, ale z całą
siłą uderzono w strajk, aresztując tysiące chłopów jako zamachow­
ców na 'wygłodzenie miast.
Budownictwo w Polsce mające tyle do życzenia w ostatnich la­
tach prawie zamarło naskutek wyzysku kartelu cementowego.
9 Pamiętniki chłopów

130

Województwo Łódzkie

A władze państwa nie uznały tego zamachu na budownictwo, dopiero, gdy (na szczęście) kartel sam się już rozprzągł, wtyka się ludziom
przed oczy jego nieistnienie. Dlaczego jednak rząd nie uznaje
zamachu cukrowników, pozbawiających przez swe machinacje dzieci
społeczeństwa polskiego niezbędnego przy ich wychowie cukru. Ani
nie uzna zamachu kartelu naftowego, który skazuje na nieoświetlanie swoich mieszkań ludność wiejską. Nie uznaje się szkodliwości
kartelu włókniarzy, a wieś musi chodzić w łachmanach. Pozwala się
istnieć kartelowi węglowemu, by chłopi nie posiadający torfu musieli
wyrąbywać zimą sady i ogrodzenia lub szczękać zębami w zimnych
izbach.
Historje wykazały, że wielki dobrobyt szedł zawsze w parze
z najskrajniejszą nędzą. Świadczy o tern choćby sam „złoty wiek”
przedrozbiorowej Polski szlacheckiej. Wiek zarazem najstraszniej­
szej kaźni i nędzy chłopa.
Tak jest i dziś. Gdy miljony chłopskie i robotnicze jęczą w uści­
skach nędzy i niedostatku, to garstki dygnitarzy kartelowych uży­
wają i nadużywają życia.
Śmiało nazwać można nadużywaniem i bezczelnością pobieranie
po 145 tysięcy pensji miesięcznej przez dyrektorów choćby kartelu
węglowego. Ileż setek nędznych rodzin chłopskich i wyrobniczych
musi płacić haracz (w postaci drogiego węgla) na takiego jednego
hulakę, wywożącego z pewnością ich krwawy grosz polski gdzieś do
Szwajcarji, lub na włoski Jasny brzeg.
Jakimkolwiek byłby rząd, to jednak gdyby choć w części zale­
żało mu na sile rolnictwa — obecnego wyzysku kartelowego znieść
nie powinien.
Raz z tem skończyć się powinno, przekreślając wszystkie kar­
tele.
W tedy siłą faktu musiałyby obniżyć się ceny, bo skończyłoby się
wypłacanie miljonowyćh pensji kartelowym rekinom-dyrektorom
i rolnictwo swobodniej zaczęłoby oddychać.
Zrobić to się powinno jaknajprędzej, ponieważ, gdyby poprawa
stanu rolnictwa szła nawet w takiem samem gwałtownem tempie jak
jego obecna ruina — to i tak do wyrównania potrzeba dobrych
kilku lat.
W listopadzie 1933 r.

Pamiętnik Nr. 11

M uzyk, a za ra zem g o sp o d a r z
o s ie m n a s to
i pół m orgow y
w p o w . r a d o m s z c z a ń s k im

Urodziłem się dnia 25 sierpnia 1872 roku w parafji Z ***, za­
cząłem chodzić do szkoły w roku 1879. Uczyłżem się dobrze, nauczy­
ciel mnie zawsze mianował pierwszym uczniem, bo też co dzieci nie
mogli zrobić jakiego zadania, lub też odpowiedzieć, to ja zrobiłem i od­
powiedziałem, z czego się rodzice moi bardzo cieszyli. Ojciec mnie ko­
chał i zawsze mówił, że mnie będzie kształcił, lecz Bóg zrządził ina­
czej, bo powołał ojca do życia wiecznego to jest ojciec mój zmarł
4 czerwca 1880 roku. Pozostało nas dzieci dwoje ja mając lat osiem,
siostra lat sześć. Ojciec przed śmiercią zapisał całe gospodarstwo na
matkę. Matka wyszła zamąż w roku 1882. Gospodarstwo, które było
po ojcu sprzedała i pieniądze wziął ojczym i kupił na swoje imię go­
spodarstwo. Teraz życie wzięło inny obieg, bo latem trza paść kro­
wy a zimową porą dopiero jak jest czas chodzić do szkoły. I przy
takich warunkach zaledwie skończyłem trzy oddziały szkoły wiej­
skiej w Z***. Dalej pracowałem w gospodarstwie przy ojczymie,
lecz zawsze nosiłem się z myślą, że kiedyś trza będzie iść w świat,
żeby się czegoś nauczyć i przytem na starość z oszczędności byt za­
bezpieczyć. Odkładałem to z roku na rok, dopiero w dwudziestym
roku życia, t. j. 1892 roku 7 m aja o godzinie drugiej w nocy obu­
dziłem się i otwarłem do szuflady,do stołu, w którym miał ojczym
pieniądze i wziąłem sobie na drogę jednego rubla srebrnego, mógł­
bym był wziąć więcej, bo ojczym miał 230 rubli, lecz ja wziąłem tyl­
ko wyżej wspomnianego jednego rubla i włożyłem skromne ubranie
oraz bieliznę tylko która była na mnie i udałem się pieszo w podróż
do stacji kolejowej, która była najbliższa w Kłomnicach. Zaszedłem
na godzinę siódmą rano na stację. Obejrzałem się, w poczekalni nie
było żadnego, za chwilę nadszedł urzędnik kolejowy, więc go zapyta-

132

Województwo Łódzkie

łem, jak prędko będzie pociąg w stronę Częstochowy. Odpowiedział
mi, że za dwie godziny z minutami. Usiadłem na ławce przy stole
w poczekalni i dopiero zacząłem myśleć, gdzie mam jechać, do Czę­
stochowy, czy do Zagłębia Dąbrowskiego, bo gdy miałem opuścić
dom rodzinny i wioskę rodzinną nie pomyślałem wcale, gdzie mam
pójść lub jechać dopiero na dworcu kolejowym w Kłomnicach po
krótkim namyśle postanowiłem jechać do Dąbrowy Górniczej, bo wie­
działem, że tam są kopalnie węgla, fabryki, to będzie można łatwiej
znaleść pracę. W tem przechodzili się kolejarze po poczekalni, dosze­
dłem do jednego i proszę go, żeby mi powiedział wiele kosztuje bilet
do Dąbrowy Górniczej. I powiedział mi, że do Dąbrowy Górniczej bi­
let kosztuje rubel i trzy kopiejki, czym się bardzo zasmuciłem, bo mia­
łem tylko rubla, a trzech kopiejek nie miałem. Teraz pomyślałem, że
innej rady niema, tylko trzeba będzie iść pieszo do Częstochowy,
a w Częstochowie kupić bilet do Dąbrowy i poszedłem dalej pieszo
w podróż. Jednak w podróży rozważyłem, że jak kupię bilet za ostat­
nie pieniądze, to jak zajadę do Dąbrowy, nie mając ani grosza, to co
będę robił, więc postanowiłem iść pieszo do samej Dąbrowy. A nie
wiedząc drogi to szedłem po torze kolejowym. Dzień był pogodny,
słońce grzało tak, że byłem bardzo spragniony napić się czegoś, lecz
wody się bałem, żeby nie zachorować w podróży, kupić mleka czy
herbaty żałowałem pieniędzy, bo miałem na myśli, że jak nie znajdę
prędko pracy, to może wypadnie i nie jeść. Więc szedłem bez przer­
wy, aż nareszcie o godzinie siódmej zobaczyłem wysokie kominy
kopalń i fabryk. Zapytałem się przechodnia, który szedł naprzeciw
mnie, z jakiej miejscowości widać te kominy, wyjaśnił mi że kominy,
które widać są w Dąbrowie i innych miejscowości. Ucieszyłem się,
że już widzę miejscowość do której mam zdążyć, lecz idę dalej już
krokiem wolniejszym, bo mi się zdawało, że już niedaleko. Nareszcie
przyszedłem do Dąbrowy, jeszcze przed zachodem słońca, lecz sięr
już miało ku zachodowi. Tu widzę ruch ludzi idących we wszystkie
strony, lecz wszystko nieznajome i niema do kogo porozmawiać, tak
jak we swojej wiosce rodzinnej. Stanąłem na boku ulicy zafrasowany,
że nawet zapomniałem o tem, że idąc cały dzień nie mając w ustach
kropli wody, jak również i kawałka chleba, lecz i w tej chwili nie
można myśleć o jedzeniu, bo pierwszym jest znaleść nocleg. I teraz
zacząłem myśleć, gdzie się będzie udać, żeby się przenocować. W tem
mi się przypomina, czytałem adres jednego znajomego z mojej wio­
ski, że mieszka W kolonji Ksawera i zaraz się zapytałem przechodnia*
który szedł blisko mnie, gdzie jest kolonja Ksawera i ten mi powie­

Pamiętniki chłopów

133

dział, że idzie na tę kolonję i poszedłem z nim. Za parę minut już
my byli na tej kolonji. Teraz się trzeba będzie pytać o tego znajome­
go. Co uszedłem kawałek to pytam się przechodzących osób, jednak
nie mogłem natrafić ktoby go znał. Dopiero wszedłem do sklepu za­
pytałem się czy nie znają takiego, wymieniłem nazwisko jego, była
w sklepie m atka z córką i jednocześnie zaznaczyły, że znają i mieszka
w ich domu i wyszły przed sklep i wskazały mieszkanie, w którym
mieszkał. Zaszedłem do mieszkania, pochwaliłem Pana Boga, domowi
odpowiedzieli. Ja dochodzę do niego witam się, on mnie narazie nie
poznał, bo wyjechał z wioski już parę lat, ja będąc jeszcze małym
chłopcem. Dopiero mu swoje nazwisko wymieniłem i powtórnieśmy
się przywitali. Gospodyni domu zaczęła się krzątać koło wieczerzy,
myśmy zaczęli rozmowę o swojej wiosce rodzinnej kto umarł, kto
żyje i t. d. Gospodyni kolację postawiła na stole dla domowych i mnie
również zaprasza zaznacza, że z podróży to pewno jestem głodny
i naprawdę byłem głodny, bo jak zjadłem kolację przed godziną 9-tą,
to dopiero o 9-tej mam jeść kolację, jednak nie wypadało mi się przy­
znać, że nie jadłem całą dobę, nawet kropli wody w ustach nie mia­
łem. Po kolacji znów zaczęliśmy rozmowę, już mnie poinformowali,
gdzie się mam udać za pracą aby iść do biura kopalni Koszelów o go­
dzinie ósmej rano, tam jest urzędnik co stale przyjmuje. Z gospody­
nią zgodziliśmy się, że mogę być na mieszkaniu u niej i i na tym
kończąc rozmowę poszliśmy spać. Nazajutrz o godzinie ósmej rano
poszedłem do biura kopalniowego w poczekalni zaczekałem parę
minut, wyszedł urzędnik i zapytał kto jest do przyjęcia. Było nas
trzech odebrał od nas paszporty napisał nam kartki do doktora i po
zbadaniu mamy przyjść z powrotem. Poszliśmy do doktora, doktór
nas zbadał kartki podpisał, do koperty włożył i kazał iść z powrotem.
Zaszliśmy, oddaliśmy kartki urzędnik przeczytał, ja byłem przyjęty
jako zdolny do pracy, zaraz urzędnik dał mi kartkę do magazynu,
aby się zaopatrzyć w narzędzie jakie jest potrzebne w kopalni, co
najważniejsze lampa górnicza i t. d. i już na drugi dzień mam być
na godzinę szóstą rano na kopalni, to jest przy szybie, aby można
zjechać do pracy. Dnia 9 m aja pierwszy raz mam do roboty iść na
kopalnię, trzeba wstawać przed piątą godziną, aby można zdążyć
przed szóstą, bo po szóstej godzinie zaczynają wydobywać węgiel.
Ja również się zastosowałem do wyznaczonej godziny, zaszedłem
na kopalnię pod szyb i jeszcze czekałem 20 minut zaczym ludzie mieli
jechać na dół. Teraz już przyszedł czas na ludzi, żeby jechali do ro­
boty. Klatkę nastawili, sygnalista dał znać, żeby siadać i ja wsze­

134

Województwo Łódzkie

dłem z innemi, sygnalista zadzwonił na maszynistę że gotowe i za
dziesięć sekund jesteśmy na dole, w głębokości 250 metrów. Tu znów
sygnalista zadzwonił żeby stanąć i zeszliśmy z klatki. Od szybu szła
droga główna, którą my się udali, szliśmy około pół kilometra dopie­
ro inne drogi się rozchodziły w różne strony. Przy drogach rozstaj­
nych czekało kilku ludzi, jak również i mnie zaznaczyli, że tu muszę
zaczekać, bo tu jest stąlunek, tu przyjdzie sztygar i naznacza gdzie
kto ma iść do roboty. Zaczekaliśmy kilka minut, przyszedł sztygar
i wyznaczał nam roboty, mnie kazał iść ładować węgiel do wozów
na numer 136, bo w kopalni są wszystkie roboty za numerem porząd­
kowym. Zaszedłem na numer wyznaczony, tam już było dwóch gór­
ników, wiercili dziury w węglu, ja nie miałem co ładować, bo dopie­
ro górnicy muszą węgla urwać strzałami. Więc stałem przy nich
przyglądałem się jak wiercą, oni zaś mnie pouczają jak się na ko­
palni pracuje, wiele trzeba wozów węgla naładować za dzień, wozy
sobie trza przypchać i naładowane odepchnąć w wyznaczone miejsceTeraz trzeba będzie pracować w pocie czoła, bo w każdy dzień nała­
dować 24 wozy węgla, po sześć korcy w każdym wozie, co stanowi
144 korce trza naładować codzień. To jest praca ciężka, wynagro­
dzenie było po cztery kopiejki od woza, czyli za dzień zarobiłem 96’
kopiejek, co stanowiło sześć złotych i sześć kopiejek rosyjską monetą
i tak pracowałem rok o chlebie i czarnej kawie, z czego zaoszczędzi­
łem 150 rubli za jeden rok. Ten pierwszy rok był dla mnie w lochach
podziemnych ciężki i bardzo smutny, bo wciąż miałem na myśli
wioskę rodzinną i patrzałem się na nią.
Tam w mej wiosce, jest ten siny bór kochany,
I codzień się patrzę na te pola na te łany,
A toć patrzę na przedziwne, ozłocone słonkiem zboże...
Przecież tego niema w mieście, a w kopalni być nie może.
Tam w noc cichą, letnią nockę, coś gadają z sobą drzewa,
Tam w noc cichą słowik swoją najcudniejszą piosnkę śpiewa,
Tam w noc cichą sierp księżyca nad chatyma płynie, płynie...
Tu w kopalni dym kłębisty od. wybuchów śpi w dolinie.
A gdy znowu świt się wzbudzi, tó w mej wiosce na zagonie,
Każdy listek, każdy mączek w rozpylonej tęczy tonie.
Toć się wsłuchaj, jak w twej wiosce, jak po rosie echo niesie,
Świergot ptaków, brzęk owadów i szemranie listków w lesie.

Pamiętniki chłopów

135

A tu w kopalni tylko się słyszy strzały z prochu i dynamitu,
któremi górnicy rwią węgiel i inne kamienie i jak sam węgiel trzaska,
gdy pęka przez ciśnienie z góry, tu trzeba pamiętać, żeby nie podejść
tam, gdzieby można życie przypłacić. Teraz postanowiłem po roku
czasu odwiedzić swoją rodzinną wioskę. Poszedłem do biura i za­
meldowałem, że chcę do rodziców jechać na dwa tygodnie czasu.
Dostałem urlop i 25 m aja 1893 roku ujrzałem swoją wioskę do
której tak tęskniłem. Tu się czułem, tak jak dawniej, wszyscy mnie
witab mile, lecz dnie prędko schodzą. Pieniądze, które miałem za^
oszczędzone 150 rubli ulokowałem w kasie gminnej i po dwóch ty­
godniach wyjechałem z powrotem do pracy na kopalnię, lecz już nie
pieszo tylko koleją i znów zacząłem pracować drugi rok, tak samo
jak pierwszy. Lecz drugi rok był dla mnie cięższy, bo na kopalni
są roboty różne, są roboty, co jest bardzo gorąco i duszno, że trzeba
z górnej połowy ciała zdjąć ubranie, nawet i koszulę i cały dzień
pracuje się tak, że pot oczy zalewa. Drugie roboty są bardzo w zim­
nych miejscach. Jeden miesiąc pracowałem w takim miejscu, że się
woda zgóry lała stale i w wodzie trzeba było stać cały dzień, dwa
tygodnie pracowałem przy ogniu, gdzie można tylko wytrzymać
5 minut, a najwięcej 10 minut, jeden sam może wyjść po paru minu­
tach, drugi upada, inni go wyciągają i odprowadzają na miejsce
chłodniejsze i lepsze powietrze, przychodzi do przytomności to z po­
wrotem idzie do roboty, bo w tej robocie się zmieniają po parę minut.
Ja również upadłem trzy razy bez przytomności, bo chciałem wy­
trzymać więcej jak 10 minut. Więc przechodząc takie roboty codzień
kilkakrotnie sobie zapłakałem, gdym się oddalił od współpracowni­
ków i spoczywałem pod węgla skałą, lub kamienia. I teraz zaczynam
piyśleć, jakby się kiedy zwolnić z tej ciężkiej pracy i lochów po­
dziemnych, tu przewidziałem, że innej rady niema tylko się trzeba
czegoś nauczyć, ale do wszystkiego trzeba mieć szkołę, czyli wy­
kształcenie. Tak poszedłem do nauczyciela i poprosiłem go, że mam
życzenie się uczyć, żeby chociaż dwie klasy skończyć, na co się chęt­
nie zgodził. I teraz dopiero zaczyna się praca, bo w kopalni się pra­
cuje dwanaście godzin, jedną godzinę lekcji u nauczyciela, dwie go­
dziny w domu się uczyć, więc razem 15 godzin trzeba będzie praco­
wać dziennie. Nauka mi szła bardzo dobrze, tak że wszystkie lekcje
zadane odrabiałem z łatwością i tak się uczyłem 15 miesięcy. Teraz
rriój nauczyciel zaznaczył że mógłbym z łatwością zdać do trzeciej
klasy i proponował mi, żeby się dalej kształcić. Lecz mnie się nasu­
nęła myśl, żeby się muzyki uczyć, bo od dzieciństwa lubiałem śpię-

136

Województwo Łódzkie

wać, gwizdać i muzykę nad wszystko. Tak poszedłem do składu in­
strumentów i kupiłem kornet. Teraz miałem pieniędzy zaoszczędzo­
nych 200 rubli, więc 150 rubli odwiozłem do kasy gminnej w swej
wiosce, odwiedziłem rodziców, krewnych i znajomych i po pięciu
dniach wróciłem do swej pracy do kopalni. Zadowolniony jestem, że
w kasie już mam ulokowanych trzysta rubli, mam instrum ent kor­
net. Ale terazby trzeba poszukać nauczyciela muzyki, żeby się uczyć
grać na kornecie i znalazłem. Nie był to muzyk z zawodu, lecz wie­
dzę muzyczną posiadał obszerną, więc się chętnie zgodził dawać lek­
cję mi jednak z wynagrodzeniem. Przeuczyłem się miesiąc nuty i dzie­
lenie, które mi tłumaczył zrozumiałem dobrze, po miesiącu ów na­
uczyciel podupadł na zdrowiu, nie mógł mi udzielać lekcji dalej. Ja
postanowiłem teraz sam się uczyć dalej, kupiłem podręcznik czyli
szkołę na kornet i zacząłem sam grać jak rozumiałem, powtarzałem
setki razy jeden numer, czyli ćwiczenie. Za pięć miesięcy przegrałem
pierwszą szkołę, kupiłem drugą część i gram dalej po całych wieczo­
rach, lecz byłem u ludzi na mieszkaniu, byli to ludzie dobrzy, jednak
widziałem ich niezadowolenie, bo granie na trąbce to się prędko
uprzykrzy, jak również i dla mnie nie było wygodnie, bo ja chciałem
się wieczorem dłużej uczyć, a ktoś śpi to nie można przeszkadzać.
Więc postanowiłem wynająć mieszkanie sam, aby się można uczyć
wiele mi się będzie podobać i wynająłem mieszkanie u tego samego
właściciela gdzie mieszkałem i zaraz kupiłem niektóre sprzęty do­
mowe, które były niezbędne. A teraz się dowiedziałem, że w Hucie
Bankowej w fabryce żelaznej w Dąbrowie Górniczej przyjm ują ludzi
do roboty, postanowiłem opuścić kopalnię, a przejść się do fabryki.
Poszedłem do kantoru, wyciągnąłem paszport i poszedłem do fabryki
i zostałem przyjęty. Doktór po zbadaniu uznał mnie za zdolnego do
pracy i dnia 26 sierpnia 1894 roku zacząłem pracować w fabryce.
Jeden miesiąc pracowałem, gdzie kogo brakowało, czyli byłem na
zastępstwie, po miesiącu mnie przedzielili do oddziału mechanicz­
nego. Majster mnie przeznaczył do kuźni za pomocnika kowalskiego
i teraz już wiem, że mam stale walić młotem dzień za dniem, jednak
się czułem lepiej jak w kopalni bo przynajmniej widzę światło dzien­
ne. Wynagrodzenie przyznaczono mi na pierwsze 90 kopiejek na
dzień. Teraz wziąłem się za pracę sumiennie, bo sobie pomyślałem,
żeby wkrótce się nauczyć za kowala, a wieczorami uczę się muzyki
i tu już zrozumiałem, że z każdym dniem to mi się lepiej gra. Tylko
co miałem mieć wygodniej, jak będę mieszkał sam, to znów nowe
przeszkody, bo przychodzę z fabryki to trzeba iść do sklepu przynieść

Pamiętniki chłopów

137

coś na kolację, w mieszkaniu posprzątać i t. d. to zajmuje wiele czasu
lepiej byłoby się uczyć. Co teraz robić? Tu postanowiłem się ożenić,
żona się zajmie domem, ja pracą i wieczory będę miał wolne do
nauki. Przyszedł do mnie kolega, z którym żeśmy kiedyś mieszkali
i mówi mi, że w niedzielę pojedzie do Częstochowy, bo siostra mu
przysłała list i prosi go, żeby przyjechał, bo m ają w tą niedzielę
zanieść na zapowiedzie. Ja go poprosił, żeby mi ten list pokazał, on
wyjął z kieszeni list i dał do przeczytania. Ja przeczytałem i zasta­
nawiałem się nad każdym słowem i zdaniem i mówię do niego ja
twojej siostry nie widziałem na oczy jednak z tego listu mi się spo­
dobała, ona tu pisze że ma wychodzić zamąż, więc jedź do Często­
chowy i przytłumacz siostrze, żeby się wstrzymała do drugiej nie­
dzieli, to w drugą niedzielę pojedziemy i jak się poznamy i spodo­
bamy się to zaniesiemy na zapowiedzie i po ogłoszeniu zapowiedzi
naznaczymy dzień ślubu. I tak się stało, kolega pojechał, siostra jego
się zgodziła wstrzymać do drugiej niedzieli, ja zajechałem i w jednej
godzinie żeśmy się poznali i na zapowiedzie dali. Dzień ślubu nazna­
czyliśmy dnia 5 października 1896 roku. Posagu żona dostała 250
rubli, które włożyła do kasy oszczędnościowej w Będzinie i są do
dnia dzisiejszego w tej kasie, a żona ma książeczkę tylko od swego
posagu. Ja przepracowałem trzy lata jako pomocnik kowalski, a te­
raz m ajster mnie zapisał na listę jako kowal i teraz już pracuję za
kowala aż do 1898 roku i w tym roku w miesiącu październiku kułem
żelazo pod parowym młotem, kleszcze mi pękły, ja zawołałem na te­
go co kierował młotem żeby stanął, lecz jeszcze uderzył trzy razy
i w tym żelazo uderzyło mnie w głowę, ja upadł na ziemię i zaraz
stanąłem na nogi, nie wiedząc co mi się stało. Zaraz robotnicy, któ­
rzy byli blisko, wzięli mnie i zaprowadzili do doktora, przy opatrun­
ku majster się zapytał doktora, jakie jest skaleczenie, odpowiedział,
że jest niebezpieczne, bo jest czaszka złamana, z której nawet trzy
kawałki kości odłamane wyjął. Ja to słyszał i rozumiał, lecz pomy­
ślałem sobie, że on jest głupi, bo mnie nic nie będzie. Teraz mnie
zaprowadzili do szpitala, w którym byłem sześć tygodni, jak byłem
już zdrowszy to poprosiłem doktora, żeby mnie zwolnił do domu,
co chętnie uczynił, jednak z warunkiem, że mam co drugi dzień
przychodzić na wizytę i całe sześć miesięcy chorowałem. Dopiero
po sześciu miesiącach poszedłem do pracy, ale już nie za kowala,
tylko za ślusarza i znów zacząłem się starać, żeby poznać ślusar­
stwo. Kupiłem zaraz książkę przewodnik ślusarski, abym mógł prę­
dzej się poznać z konstrukcją maszyn i w krótkim czasie opano­

138

Województwo Łódzkie

wałem maszyny, które były w warsztacie, tak że mogłem praco­
wać na każdej maszynie to jest na tokarni, heblarni, fryzmaszynie,
sztosmaszynie i t. d. I teraz mnie mianuje jako starszego m ajster,
żeby doglądać maszyn i obuczać innych. Lecz teraz byłem na kon­
cercie orkiestry z W erku Milowickiego, spodobała mi się bardzo
i postanowiłem, że muszę w tej orkiestrze grać, bo mi się zdawało,
że to co ta orkiestra gra to i ja zagram. Więc poszedłem do ka­
pelmistrza, że gram na kornecie powiedziałem mu i kazał mi przyjść
na próbę, zaszedłem i dał mi taką rzecz, którą ja umiałem grać,
więc mu się spodobałem i przyjął mnie do orkiestry i jednocześnie
do pracy. Innego miejsca nie było tylko za kowala, niebardzo
chętnie przyjąłem to kowalstwo, lecz cofać się nie wypadało. Teraz
znów pracuję za kowala i gram w orkiestrze. W tym samym ro­
ku był konkurs orkiestr, na którym braliśmy udział i orkiestra
w której ja grałem wzięła pierwsze miejsce. Teraz mnie poznał
kapelmistrz orkiestry kopalni Kazimierz i postanowił, że mnie musi
dostać do swojej orkiestry, przysłał po mnie muzykanta, żebym
przyszedł do niego. Poszedłem, on mi zaraz zaproponował żeby
opuścić fabrykę, a przyjść na kopalnię, że jakie wynagrodzenie
będę chciał to takie mi dadzą, więc się zgodziłem przyjść na ko­
palnię i za trzy dni już pracuję na kopalni, jako górnik przy bu­
dynku (czyli budowacz). Tu mam więcej swobody, wynagrodze­
nie dobre. Teraz postanowiłem muzyki się uczyć dalej, żebym
mógł na wszystkich instrumentach grać. Poszedłem do składu
i kupiłem skrzypce, poprosiłem kapelmistrza, żeby mi napisał gamę
i teraz sam zaczynam grać, tylko mi idzie łatwiej, bo już na kor­
necie umie, dzielenie znam dobrze, teraz to tylko żeby skrzypce
opanować. Kupiłem szkołę i za dwa miesiące łatwiejsze rzeczy już
mogę grać, a za rok to już grałem z orkiestrą. A teraz za oszczę­
dzone pieniądze kupuję instrumenty muzyczne i nuty najsłynniej­
szych kompozytorów i gram na różnych instrumentach to jest
skrzypcach, wielonczeli, kontrabasie, kornecie, flecie, klarnecie i t.d.
i teraz już daję innym lekcje, dalej kupuje szkoły różnych autorów
i koncerty wszechświatowych muzyków i ćwiczę wieczorami do naj­
późniejszej godziny. Teraz zobowiązałem się orkiestrę uczyć ze­
spół dętych instrumentów i lekcji prywatnych mam tyle, że m i
czasu brakuje. Więc musiałem pracę na kopalni opuścić, a tyłku
się zająłem muzyką i powodzenie mam dobre i teraz zacząłem
udzielać lekcji śpiewu dzieciom w szkole i znów postanowiłem się
kształcić w śpiewie, kupiłem podręcznik śpiewu, drugą książkę

Pamiętniki chłopów

139

przewodnik śpiewaka, nie tracąc czasu jednej minuty, tylko się uczę
śpiewać i grać, dalej założyłem orkiestrę smyczkową, z którą po
niedługim czasie miałem uznanie w całym Zagłębiu. Jeszcze mnie
niepokoi, bo jeszcze nie umiem grać na fortepianie więc postano­
wiłem kupić fortepian lub pianino i nadarzyło mi się pianino i ku­
piłem i znów zadałem sobie wiele pracy zaczym się nauczyłem grać
na pianinie, lecz jestem zadowolony, bo opanowałem grę fortepia­
nową i mam trochę pojęcia o organie. I do samego wybuchu wojny
europejskiej wyszkoliłem kilka orkiestr, z któremi występowałem
na koncertach, na zabawach i teatrach. Orkiestry przeze mnie wy­
szkolone miały uznanie i zajmowały pierwsze miejsca, ja zaś jako
kapelmistrz ciesząc się dobrą opinją i powodzeniem. Lecz wojna
wybuchła europejska i wszystko się skończyło. Przez dwadzieścia
lat zajmowałem się nauką, jak również i pisaniem nut, pisałem
partytury na orkiestry dęte, smyczkowe, fortepian i organy. W swo­
im repertuarze miałem zgórą pięć tysięcy utworów, własnej kom­
pozycji trzysta utworów. Teraz wojnę przewidziałem, że będzie parę
lat, więc postanowiłem jechać do swojej rodzinnej wioski tylko już
nie sam, a raczej z żoną i dziećmi. Więc nająłem furmankę i rze­
czy, które niezbędne zapakowaliśmy, resztę rzeczy się zostało. Te­
raz Sosnowiec trzeba było pożegnać i ruszać w podróż. Dnia 22
sierpnia 1914 roku jesteśmy w mojej rodzinnej wsi a żona jest
urodzona w Przyrowie z domu Kapkowskich. Mieszkanie wyna­
jąłem i narazie jesteśmy w porządku, po tak długoletniej pracy mam
spoczynek bo niema co robić tylko się patrzy jak wojska maszerują.
Ale trzeba pomyśleć jak się będzie żyć dalej, gdy pieniędzy zabraknie.
A rodzina moja składa się z siedmiu osób, to jest trzech synów
i dwie córki, to na utrzymanie potrzeba dosyć poważnej sumy. Tąk
widziałem zapotrzebowanie wódki, tylko niewiadomo gdzieby możno
dostać, więc poszedłem do Sosnowca pieszo, bo kolej była zajęta
przez wojska niemieckie, więc cywilnych ludzi nie zabierali, DoSosnowca przynosili wódkę z Galicji, więc kupiłem i przyniosłem i za
jeden dzień sprzedałem i zarobiłem dwadzieścia rubli i zaraz posze­
dłem po drugą i dalej chodziłem stale, bo uważałem, że się opłaci.
Jednak to nie było tak łatwo, bo po obliczyniu podróży, to w dwóch
miesiącach robiłem 528 mil i tak cały 15-sty rok trza było podróżo­
wać, dopiero w końcu roku założyłem szkołę w sąsiedniej wiosce
w Rogaczówku i znów zacząłem uczyć dzieci, przyczem mogłem
trochę zarobić na utrzymanie domu. W początku 1916 roku pozna­
łem się z administratorym m ajątku Rędziny, także w sąsiedniej wio­

140

Województwo Łódzkie

sce, który mnie się sam zapytał wieleby kosztowało założyć orkiestrę.
Objaśniłem go i zaznaczyłem, że to będzie łatwo założyć, bo ja mam
wszystkie instrum enta jakie będą potrzebne, tylko ich mam w Sosnow­
cu, ale jak pan m a życzenie założyć orkiestrę to ja ich sprowadzę
0 ile się zgodzimy. Więc omówiliśmy warunki i zaraz poszedłem
do Sosnowca po instrumenty, tylko znów pieszo musiałem sprowa­
dzić. I teraz się znów wziąłem za muzykę jak dawniej, założyłem
również smyczkową orkiestrę, która zasłynęła w czterech powiatach
1 istnieje dotychczas i m a dobrą opinję. A teraz w 1918 roku na­
wiedził wieś Żytno pożar, który zniszczył większą połowę wsi, więc
ja tu padł ofiarą, bo mi się nuty spaliły wszystkie, które pisałem
przez dwadzieścia lat i były tygodnie takie, że się nie rozbierałem
do spania, tylko pisałem całe noce, więc moja praca poszła z dymem,
i prócz tego spaliło mi się kilka sztuk instrumentów muzycznych,
szkoły na wszystkie instrumenty, podręczniki krakowskiego konser­
w ator jum i inne rzeczy. Za sprzedane instrumenty kupiłem sześć
i pół morgi ziemi podleśnej, w 1920 roku kupiłem z parcelacji fol­
w arku dziewięć mórg, ziemi ornej siedem mórg, a dwie morgi łąki.
Dalej kupiłem dom drzewiany i trzy morgi ziemi podleśnej. Więc
razym posiadam 18 i 1[2 morgi, ziemia orna jest lekka może być tylko
żyto i kartofle, ziemia podleśna bardzo licha. Więc teraz poświęciłem
się rolnictwu, pracuję sumiennie i obliczam ściśle swoje gospodar­
stwo wiele daje przychodu rocznie. Za rok 1931-szy — 404 zł. 88 gro­
szy, za rok 1932-gi — 584 zł., za rok 1933-ci — 645 zł. A w gospo­
darstwie pracuje trzy osoby cały rok stale, więc za rok 1931-szy za
pracę dla jednej osoby wypadnie 101 złotych 62 grosze, za rok 1932-gi
— za pracę dla jednej osoby wypadnie 194 złote 66 groszy, za rok
1933-ci — za pracę dla jednej osoby wypadnie 215 zł. Więc każda
osoba ze swej sumy ma się wyżywić cały rok i ubrać, a skąd wziąć
pieniędzy na reperację narzędzi rolnych i z czegp zapłacić podatek.
W roku 1932 sprzedałem krowę średniej jakości i nie starczyło na
podatek. Ja nie mam zaległych podatków, wszystkie reguluję, ale nie
z gospodarstwa bo jak dawniej tak i po dziś dzień daję lekcję mu­
zyki. W dzień pracuję w polu, wieczorem piszę nuty na orkiestry
i tu już w czasie wojny i po wojnie zdążyłem wyszkolić sześć or­
kiestr. Gdy kupowałem ziemię, to mi się zdawało, że sobie byt na
starość zabezpieczę, teraz widzę, że rolnik niema zabezpieczenia bytu.
Dotąd niema człowieka, żeby zajrzał do wiejskiej chaty rolnika,
żeby się przekonać, jak on pracuje i jak żyje. A teraz zaznaczyć m i
wypada, że w roku b. skończyłem 61 rok życia, czuję się silnym

Pamiętniki chłopów

141

zdrowym i nie odczuwam żadnego zmęczenia w pracy ani w po­
dróży. W roku 1932 odbyłem podróż do Częstochowy pieszo, 42 km,
w jedną stronę za sześć godzin i z powrotym tego samego dnia,
42 km. za siedem godzin, więc 84 kilometry odbyłem w jednym
dniu za trzynaście godzin i w roku 1933 te same podróż odbyłem
i w tych samych godzinach, następnego dnia, jak zwykle poszedłem
do pracy. Podróże te odbyłem jako próbę, czy jeszcze mam siłę taką,
jak w młodszych latach. Chorób żadnych nie przechodziłem, lekarstw
żadnych ani jednej kropli w ustach nie miałem. Trunków alkoho­
lowych nie używam, tytoniu czyli papierosów od dzieciństwa nie
palę, więc jednego grosza zapracowanego na te zbytki nie wydałem,
ale za to mam instrumentów muzycznych kilkadziesiąt i nut wszech­
światowych muzyków i w bibljotece książek różnych autorów. Od­
żywiam się pokarmami przeważnie nabiałowymi, mięsnych potraw
używam rzadkością, wody zgórą czterdzieści lat ani kropli nie piłem,
jak również żadnych zimnych napojów. Teraz co najważniejsze, do
czego tylko .w życiu zamierzyłem, to i zdążyłem, bo zawsze postano­
wiłem, że muszę to zdobyć, a nigdy nie wątpiłem, jak tylko przysze­
dłem do rozumu, to zawsze wierzyłem, że tylko przez pracę osiągnie
szczęście ten, kto do tego szczęścia dąży, więc ja zdążyłem, jestem za­
dowolony, mam spokój sumienia, zdaje mi się, że posiadam wszyst­
ko to co chciałem i co mi jest potrzebne bo zawsze miałem na myśli,
żeby mieć swój kawałek ziemi, bo jest najpewniejsze i żadyn mnie
z niej nie wypędzi. Kończąc swą przeszłość życia dotychczasowego
potwierdzam, że wszystko co posiadam zdobyłem przez pracę su­
mienną i wytrwałą *).

Chciałbym jeszcze dodać swoje przeżycia od dnia 15 lipca 1920
roku, w tym dniu i roku kupiłem z rozparcelowanego folwarku
Pławidła 9 mórg ziemi, czyli 7 mórg ornej ziemi, a dwie morgi
łąki, bo wojna eijropejska wykazała, że tylko na roli można ciężkie
czasy łatwiej przeżyć. Więc teraz zacząłem pracować jako rolnik
na swej ziemi, chcąc doprowadzić do kultury gospodarstwo, ale
niemam żadnych narzędzi rolnych, ani też konia, żeby można upra­
wiać ziemie, więc narazie trza do roboty najmować, a płacić od
roboty nie było czym, bo moje gospodarstwo nie dawało dochodu
takiego, żeby możno zapłacić za wynajęcie koni do roboty, więc
*)

D a l s z y c i ą g z o s t a ł n a d e s ł a n y p ó ź n i e j j a k o u z u p e ł n ie n i e .

142

Województwo Łódzkie

j a musiałem się zająć muzyką, jeździć po okolicznych wioskach,
grać po weselach i zabawach, żeby możno zarobić na płacenie od
wynajęcia koni do roboty w gospodarstwie, jak również zapłacić
podatki. Dopiero za trzy lata zaoszczędziłem trochę pieniędzy, ku­
piłem konia, wóz nie nowy tylko używany, i pług, resztę narzędzi
kupowałem stopniowo. Nareszcie doszedłem, że już mam wszystkie
narzędzia rolnicze, teraz zacząłem ziemie uprawiać coraz lepiej. Te­
raz trzeba stosować sztuczne nawozy, wziąłem za 240 złoty na
weksel w sędykacie, prawda popatrzeć było na polu urodzaj był
lepszy, ale gdy się sprzątło z pola, to odrazu produkty rolne spa­
liły, że jak obliczyłem to byłbym musiał sprzedać wszystko żyto,
żeby zapłacić za nawozy weksel na 240 zł., a ja w tym roku tylko
sprzedałem dwa m etry żyta, za które wziąłem 28 zł., natomiast ku­
piłem jeden m etr pszenicy i jeden m etr jęczmienia, więc ja na swojem gospodarstwie musze dokupować żywności. Teraz trzeba ku­
pić świnie, może się co zarobi, tak kupiłem za 60 złoty, trzymam
10 miesięcy, ładnie się chowa, ale słychać, że świnie staniały i co
tydzień to tańsze, a ziemniaki drożeją, więc trzeba świnie sprzedać,
zaprowadziłem na jarm ark, co przyjdzie rzeźnik to daje tylko 60 zło­
ty, ja się oburzyłem i świnie przypędziłem do domu, i teraz posta­
nowiłem zabić i zjeść, w tym przychodzi sołtys i woła podatku, teraz
co robić zabić, czy sprzedać i zapłacić podatek, ale żona się niechciała zgodzić żeby zabić, tylko sprzedać, i przeszedł tydzień, za­
pędziłem na jarm ark, i teraz jeszcze świnie staniały, i musiałem
sprzedać za 55 zł. bo trza było podatek zapłacić. Teraz co robić?,
na świniach niema żadnego interesu, bo trzeba jeszcze do świni do­
płacić. Więc trzeba krowy lepiej odżywiać, to mleka będzie więcej
i za masło będzie dochód co tydzień pewny, tak zacząłem krowy
lepiej odżywiać, lecz z ołówkiem w ręku, utrzymanie dziennie krowy
Skosztowało 2 zł. 73 grosze, krowa zaś wydawała dziennie masła pół
litra, masło spadło do ceny wprost śmiesznej, bo za litr 1 zł. 40 gr.
więc i tu niema wyjścia, bo gdyby był zbyt na mleko, toby się jako
koniec z końcem związało, lecz Żytno leży od miasta Radomska
25 kilometrów, a na wsi niema zbytu na mleko, bo każdy ma swoje,
a chociażby niemiał to też i pieniędzy niema na mleko, więc do czego
;się posunełem, to co powininem zarobić, to mam stratę, teraz do
tego krowa przy ocieleniu mi się zmarnowała, trza pieniędzy poży­
czyć i kupić drugą, i dopiero szukać poza domem zarobku żeby dług
oddać, uszło rok i 6 miesięcy, druga krowa niemoże się ocielić, spro­
wadziłem doktora z Radomska powiatowego, i uznał że jest zapasio­

Pamiętniki chłopów

143

na, i innej rady niema, tylko trzeba ciele rznąć i po kawałku wydo­
stać. I po takiej operacji krowa się zmarnowała, i teraz trzeba pie­
niędzy pożyczyć i kupić krowę i dopiero pracować dzień i noc, żeby
długi oddać. Ale niewszyscy m ają sposobność, żeby mogli zarabiać
po za domym, i wypłacać długi w gospodarce i regulować podatki.
Bo przy obecnych warunkach jaki jest spadek produktów rolnych,
w porównaniu do produktów przemysłowych, (a zwłaszcza kartelo­
wych), rolnictwo nie wytrzyma, musi brnąć w długi coraz większe,
i z nich nie wypłynie, dotąd, dokąd niebędą ceny uregulowane. A co
się dzieje z drobnorolnikami, jeszcze raz powtórzę, że niema czło­
wieka, któryby zajrzał do ich chaty, i przekonał się jak oni żyją,
czym sie odżywiają, jak się ubierają i jak wyglądają, to ja mogę
stwierdzić, bo jeżdżę po czterech powiatach i znam ich życie. Są ro­
dziny że jaki rok długi, to nie widzą kawałka mięsa, ani też słoniny,
ubranie niemożna poznać z jakiego towaru jest, wygląd ich — twa­
rze cera blada wynędzniałe, przeważnie dzieci, widać że wszystko
gruźlicą zajęte, i z takiej młodzieży m ają wyróść ludzie, którzy m ają
stanąć w razie potrzeby w obronie państwa, jednak jest człowiek
jeden życzliwy, że nie oszczędza swej pracy, odwiedza najbiedniej­
szych, a mija bogaczy. Ale kto to jest? jest to pan sekwestrator,
przychodzi także do mnie, w miesiącu październiku w roku bieżą­
cym, ja miałem Fajerkase zbożową za rok 1932-gi płacić, już miałem
obliczone, 11 zł. 95 groszy, daje mu upomnienie żeby obliczył, to
zapłacę, i naliczył mi 14 zł. 80 gr., ja mówię tyle być niemoże, to on
mi mowi żeby się nauczyć liczyć, to ja zacząłem jeszcze liczyć tylko
z pamięci, ale mi wyszło tak jak pierw, mówię powtórnie że tyle
niebędę płacił, to p. sekwestrator się oburzył i zaczął liczyć i znów
naliczył 12 zł. 95 groszy, i mówi że się omylił, ja mówię dlatego że
się pan myli, to ja panu nie zapłacę,, tylko pójdę do gminy i pieniędze wyślę przez pocztę do Łodzi, dopiero wziął upomnienie i obli­
czył tyle wiele ja liczył, to jest 11 zł. 95 groszy zapłaciłem. A jak
zachodzi do takich ludzi co nie umią liczyć, taki p. sekwestrator, jak
im policzy i jak z nich ściągnie. W pierwszym piśmie zakończyłem
że jestem zadowolony, i spokojne mam sumienie. Więc jestem zado­
wolony, lecz nie z obecnych czasów, tylko że mam zdrowie takie dzi­
siaj w 61 roku życia, jak miałem i1w 30-stym roku życia, i nie od­
czuwam żadnego zmęczenia, w żadnej pracy, i pracuje nadal wy­
trwale bez narzekań.
Dn. 28 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr. 12

D a w n y o b ie ż y s a s , o b e c n ie g o sp o d a r z ;
n a s z e ś c iu m o r g a c h w p o w . ła s k im

Bardzo mi przyjemnie, iż słyszę, że są i u nas ludzie tacy co im.
leży na sercu niedola mas biedujących, niedola ludu pracującego,
niedola chłopa rolnika polskiego. A tembardziej, iż m ają na myśli
stworzenie jakiegoś pamiętnika chłopa polskiego, więc i jabym też
rad do tego wielkiego dzieła dorzucić choć parę słów, tej chłopskiej
i czysto polskiej prawdy, bo do tego czasu to już przeczytałem też
parę polskich książek, ale tak one były zawsze jednostronnie pisane,
że coś okropnego. W innych państwach Europy Centralnej, w któ­
rych ja miałem sposobność przebywać, więc widziałem też ich książ­
ki, to były pisane tak sobie więcej ogólnie i bez żadnej choćby naj­
mniejszej krytyki jakiejś klasy, czy to biednej, czy bogatej, tak mniejwięcej umiarkowanie, jako przystoi na ludzi demokratycznych po­
jęć, a u nas wogóle co widziałem to książki pisane przez możnych te­
go świata i wychwalające zawsze tylko księży, biskupów i wielkich
panów i ich dzieci, a co o chłopie to nie było w nich nigdy nic poważ­
nego, tak jakby chłopa i robotnika na świecie wogóle nie było, tylko
żyli w Polsce sami panowie i magnaci, oraz prałaci. A jeśli się coś
znalazło o chłopie, to zawsze z wielką krytyką, czy to było pisane
mową zwykłą, czy wierszem, albo jaki rysunek przedstawiający
chłopa rolnika, czy robotnika, to tak zawsze niezgrabnie i zgarbio­
nego i siedem razy krzywego i tak zawsze nędznie ubranego i obutego,
tak jednem słowem powiedzieć ubrało go się w największy model
krytyki. A jeśli się pisało o panie Wielmożnym to tak ładnie brzmiał
ten jego życiorys przez całe jego życie i jego podobizna tak ładnie
była narysowana, jeszcze po śmierci pisali o nim, że cuda czynił,
a o chłopie to za życia nie było co pisać, a po śmierci ktoby go tam
do nieba wpuścił, lub zapisał w poczet jakich świętych, a ja wam to

Pamiętniki chłopów

145

chce skreślić parę słów z twardego życia chłopa, oraz robotnika pol­
skiego i wiernego bardzo żołnierza swej ojczyzny R. P. Polskiej
i człowieka demokratycznych pojęć. Nie będę wam tu szanowni czy­
telnicy pisał, jako historyk, lub poeta, jakiś powieściopisarz wielki
uczony, ponieważ nim nie jestem, więc niech was to nie dziwi lub
obraża, że zacznę wam tu pisać czystą chłopską taką twardą robot­
niczą prozą, jak umiem mówić, takim samym akcentem pisał wam
będę sz. czytelnicy, gdyż szkoły żadnej nie posiadam, jestem samo­
ukiem, tak wam tu mówię szczerą prawdę, że czytać to mogę bardzo
dobrze nawet w obcych językach, lecz charakter pisania to mam
trochę zasłaby, gdyż jak na mnie samouka, to panowie raczą wyba­
czyć za to nie mogę, że los państwa i społeczeństwa się tak razem
jakoś złożył, iż moje rodzice należeli do tych szeregów biednych ro­
botników łódzkich, a ja ujrzałem światło dzienne w ich otoczeniu.
Urodziłem się w mieście Łodzi w dzielnicy Widzewskiej, ojciec
mój był biednym robotnikiem podwórzowym w fabryce Hejnzla i Konicera dawniej, a obecnie W. M. Kon i m atka moja także sama ciężko
pracowała razem z niem, a o dzieciach to tam nie było mowy, żeby ich
nauczać bo na szkoły nie starczyło na prywatne, a państwowych szkół
nie było tak wiele, rzadko kto był tym szczęśliwcem co się do szkoły
zmieścił. Nas była rodzina liczna bo aż dziesięcioro dzieci nas było,
więc tylko jeden brat najstarszy trochę szkoły liznął, a my wszyscy
to tak, jak kto mógł tak żył, brat starszy nam tak trochę, jak się to
mówi, takich korepetycyj udzielał, ale to wszystko zamało, bo on
Barn też czasu nie miał bo musiał chodzić do pracy na pół dniówki,
połowa nas wymarła z dziesięciu zostało nas pięcioro wraz
ze mną, jest nas trzech braci i dwie siostry żyjące. Jakeśmy
trochę dorośli do lat, ojciec i m atka mogli już nas zostawiać samych
w domu, to m atka wtedy na stałe poszła pracować od nas, bo ojcu
było za trudno na dom samemu pracować. Dopiero nam się zmieni­
ło, jak nas dwoje dorosło i zaczęliśmy domowi pomagać pracą, wtedy
to matka nasza zaczęła też trochę robić oszczędności, bo było więcej
grosza w domu, lecz długo to nie trwało, bo przyszły czasy podłe,
czasy represji carskich, ci co dziś są ubóstwiani i noszą różne ordery,
co to niby Polskę wywalczyli wtenczas sprowadzali do Łodzi całe
setki kozaków i we swoich fabrykach ich koszarowali dlatego, że
robotnik łódzki myślał o Polsce Niepodległej, wtenczas to im się
mocno nie podobało, bo robotnik zaczął się organizować, więc się wzię­
li za rękę kler, burżuj i biurokrata i zaczęli szpiclować klasę robotniczą
przed urzędnikami carskiemi, na każdym kroku był szpicel i poli­
10 Pamiętniki chłopów

146

Województwo Łódzkie

cjant no i nahajka stałym gościem była i rewizja często u nas, bo
czuli, że pracą organizacyjną żywo się zatrudniamy, bo nas już było
dwóch młodych zdolnych dryblasów w domu, trzęśli rewidowali
w dzień i w noc za bronią i ulotkami co Polskością pachniały, musie­
liśmy być z tern bardzo sprytni, żeby nas nie powiesili, jak naszych
kolegów co byli ślamazarni w tych sprawach. Matka nasza zaczęła
się bać o nas bo rozumi się było czego się bać. Bo wtenczas sz.
czytelnicy za takie rzeczy czekała kara śmierci zaraz. Ojca naszego
nazywali zawsze oni nliatieżnik i niebłagonadiożnyj i grozili śmiercią
p. Moskale. Matka nasza w obawie o nas zaczęła ojca namawiać
i wtedy wyjechaliśmy na wieś, nawet że trafiła się okazja kupienia
ziemi kawałka, było tego dziesięć morgów, lecz niekoniecznie dobra
ta ziemia była, bardzo mokra a nabyta była z folwarku na wypłat
od pana dziedzica z parceli na Bank Państwowy na raty na lat 50 aż.
Choć czasy były rozumie się nie takie jak dziś uparte, lecz początek
owego dla nas gospodarowania był dość ciężki na tej ziemi, choć to
nie kosztowała tak drogo bo tylko cztery ruble na morgę dał, czyli
że na dziesięć mórg dał 40 rubli i dostał tytuł własności za to i 18
rubli co rok w dwóch ratach wiosną i jesienią dawał, lecz i z tern
było też nielekko bo i budynków nie było, bydła ani nic, ja widząc
te stękanie ojca mego, który mi ani ubrania ładnego ni butów dać
nie może, więc postanowiłem ulżyć domowi swemu, postanowiłem
wyjechać w świat dla chleba i dalszych praktyk życiowych, z domu
od swoich. No i wyjechałem najsamprżód do Niemiec, tam niby dla
poprawy bytu sobie no i rozumie się domowi swojemu też, lecz długo
się tern nie cieszyłem takim wolnym lataniem bo minął szybko jeden
rok i drugi aż tu jeszcze lepszy kawał na trzeci rok. Zaczęła się wojna
europejska, znów jestem skrępowany jeszcze gorzej, zaczęła się na­
prawdę istna niewola dla nas polaków, tam nas poczytano za nie­
wolników bez żadnych praw, robić kazali bez wytchnienia nawet
i w święta, błyszczał nad nami bagnet i knut niemiecki gwizdał stale,
0 płatę nie wolno się było pytać, ani o jedzenie tylko robić kazali
1 koniec, więc człowiek, który się o co upomniał zaraz był poczytany
za buntowszczyka. Cierpiałem, jak mogłem, lecz to było nie do znie­
sienia bo w dzień robie, a w nocy to za jakiem pożywieniem człowiek
chodził po ciemku, ostrożnie, żeby go kto z Niemców nie widział, bo
rano zaraz knuty i żandarm bierze okutego w kajdany i prowadzą
do więzienia, bo to wielki zbrodniarz w nocy poszedł w pole do kopca
kartofli i przyniósł sobie parę kilo do jedzenia bo nie mógł wytrzy­
mać z głodu, a robić to kazali mocno bez szemrania, może was tu

Pamiętniki chłopów

147

sz. czytelnicy zapoznać jakie to było jedzenie i z czego ono się skła­
dało, z piętnastu kilo kartofli takich jakie popadły zgniłe ze ziemią,
nieraz mokre, śmierdziały jak gnój, ale na wagę kładli, żeby się nie
obżarł polak i pół litra mleka odtłuszczonego i cztery funty chleba
i to na kartki sobie kupić sam musiał, ale wiecie sz. czytelnicy z cze­
go się ten chleb składał tam, zaraz was tu szanowni czytelnicy obja­
śnię, czystego chleba to cywil nie widział, a zwłaszcza obcokrajo­
wiec tylko taki co się już składał ze samych takich, jak się mówiło
wojennych takich mieszanek, jak łubin, słomiana mąka z trocin
z drzewa i perzu, korzeni trawy, kreda i kasztany i czort wie co było
i kartofle w dodatku, to sobie to wyobraźcie sz. czytelnicy, jaki to
był apetyt do jedzenia i jaki to miało smak i jakie zdrowie potem
było i siła do pracy, nawet koszuli czem nie było wyprać, bo mydło
było z gliny wcale się nie szumiało i to jeszcze na kartkę, taki kawał
co się w rękę schował na dziesięć dni, buty papierowe zaraz zaczęli
robić. Nici papierowe, też były i ubrania, garnitury, kapelusze i poń­
czochy, worki, bielizna, słowem wszystko było papierowe co tylko
człowieka otaczało, jeszcze jak co chciał kupić to pozwoleństwo od
wójta być musiało i jeszcze stare rzeczy musiał pokazać jemu naprzykład, stare spodnie jemu pokazać, czy są należycie zużyte podług
prawa, a wtedy dostał pozwoleństwo na drugie z papieru, jeżeli kto
um arł to nie wolno było jemu dać ubrania, nawet tego papierowego
tylko zwyczaj nem papierem okryć i ¡pochować tak więcej nic, wogóle i za granicę rejonu swego miejsca pracy nie wolno było wyjść
naprzykład na drugą wieś, do sąsiada też nie wolno bez pozwoleństwa
było pójść, ani do kościoła, ani do miasta, słowem nigdzie nie wolno
bez pozwoleństwa było pójść. Formalna niewola była. Na każdym
kroku chodził Niemiec i wypytywał o przepustki i różne takie pozwo­
leństwa stale się rozlegał nad człowiekiem taki głos paskudny: HaltAuswais-Chartu, ole Rusebandę i t. d. Z początku ludzie zaczęli
się szarpać, oburzać, strajkować, próbowali szukać sprawiedliwości,
lecz cóż nie każdy znał ten barani język dobrze, i nie mógł się nigdzie
wytłomaczyć w żadnym urzędzie niemieckim, a zachodziła nieraz
konieczna tego potrzeba, bo przytem prawie rozkiełznanęm to lada
Niemiec lada dzieciak szwabski, przy każdej małej okazji rzucał się
na polaka i poniewierał go, a ten nieszczęśliwiec jeżeli chciał natręta
odpędzić to zaraz się znalazła cała kupa za niem Niemców i już po­
grom jest gotowy na polaku, i zaraz żandarm przyszedł sprawę na
miejscu on sam rozsądził, ale zawsze za tern Niemcem, polak racji
nie miał, i rezultat był z tego taki, że jeszcze polak poszkodowany

148

Województwo Łódzkie

i poturbowany do więzienia poszedł, bo sprawa była nie o to, że się
Niemiec unosił nad polakiem, a on się bronił, tylko o to, że polak
nawymyślał Niemcom i całemu ich państwu, a on jest u nich przecież
niewolnikiem to na to mu nie można pozwolić trzeba mu pokazać
niemiecki respekt tutaj, płakał gorzko i narzekał nasz brat polak
w tej niewoli niemieckiej na los swój. Bolało mnie to i bardzo gryzło
do głębi serca bardziej, jak drugich polaków co nic nie rozumieli. Ja
jako starszy bywalec niemiecki już doskonale władałem językiem ich,
więc jeszcze bardziej się o mnie wszystko owadzało, przy każdej oka­
zji ludzie się nasi do mnie zwracali, aby się za nich wytłumaczyć i t.d.
coś dopomóc nawet i ten Niemiec też do mnie się nieraz zwracał, żeby
się za kogoś wytłumaczyć, a to jest rzecz najgorsza proszę was sza­
nowni czytelnicy — jaka może być w życiu ludzi uciśnionych, bro­
nić drugich, a samemu nie posiadać do tego prawa, więc się zawsze
sam ofiarą pada wprzód, jak on sam, właśnie los taki spotykał mnie
prawie zawsze, bo jako polak chcąc ulżyć swej nacji polskiej, gdyż
znałem język, więc mimowoli i prawie zawsze ten obowiązek na mnie
wchodził bo to była sprawa swej grupy, zawsze trzeba było solidarnie
występować w obronie prawa Polskości poniewieranej, więc się tej
roli podjąłem, pisałem różne podania zażalenia i różne prośby do
starszych wilków skargi na młode jego wilki, chodziłem jako de­
legowany przez swą grupę po różnych landratach policjantach i general-komandach oraz Byzyrkkomando, a rezultat z tego był taki, że
ja sam się najczęściej dostawałem do ula za to że szukałem sprawie­
dliwości dla siebie i innych. Porządnie mnie tam nieraz wyszanowali
nie będę wam tu szanowni czytelnicy szczegółów tego przejścia
opisywał, jak to tam się ze mną obchodzili w tern niemieckiem wię­
zieniu tylko wam tyle powiem, że jak wyszłem nazad na wolność to
niby co się tylko tak nazywała wolnością to się musiałem uczyć jeść
i chodzić także samo, a pamiątkę tego to mam do dziś na swem
zdrowiu i musiałem tam nazad wracać skąd wyjechałem do tego
samego znienawidzonego pracodawcy tego gnębiciela ludu, a czy
myślicie, że sam powracałem, nie, dla mnie zawsze do towarzystwa
był żandarm niemiecki, jeszcze z psem i to nie małym, a takim pra­
wie jak on, jak się jemu co nie podobało to oddał sprawę psu do
załatwienia i wtedy człowieku rozmawiaj z nim jakim chcesz języ­
kiem chyba psiem, bo inaczej nie wiesz, jak i co masz począć z tem
zwierzęciem, a ono przecież rozkaz spełnia swego pana. Ale to jeszcze
nie koniec, jak mnie przyprowadził do pana pracodawcy, pan ów
mnie pokwitował, żandarm kwit schował do teki, a pan pracodawca,

Pamiętniki chłopów

149

jak mnie przywitał to myślałem, że już ani jednego zęba w ustach
nie mam i objawiłem się zaraz na ziemi, w tern on mnie kopnął parę
razy, gdzie popadło w głowę i t. d. Potem mi powiada ty polski psie,
a ty gdzie żeś chodził ze skargą na mnie, więc tę zapłatę masz za
to ode mnie i faktycznie on to zrobił bo na pierwszym sądzie tele­
fonował do mnie, zawołano mnie do telefonu, abym ja pana prze­
prosił, bo go swem postępowaniem obraziłem, to on mnie z więzie­
nia każe wypuścić, a ja mu na to odpowiedziałem, że prawdziwy po­
lak nikogo nie przeprasza, ani łask nie żąda, a ja właśnie nim jestem
i honoru swego nie splamię takim psem niemieckim. Na te słowa
to jak się rozwściekli to mnie zeżreć chcieli i za to popadłem jeszcze
większą karę i do osobnej celi się dostałem, ponieważ przedtem sie­
działem w ogólnej, więc to mi wyczytał mój pan i kazał mi odmaszerowąć do kompanji moich towarzyszy pracy, jak mnie zobaczyli
to płakali nade mną, bo mnie ledwo poznać mogli tak mnie tam
wyszanowali w więzieniu. No bajka myślę sobie jestem na wolności
już, to jakoś będzie, położyli mnie do łóżka moi koledzy i krzepili
czem mogli, bo robić nie mogłem, byłem więc bardzo chory, a mój
pracodawca stale przychodził mnie wyganiać do pracy, ja mimowoli
sprzykrzyło mi się już to krzyczenie, pomaleńku wstałem, poszłem
do pracy po paru tygodniach, jak to długo trwała ta praca nie pa­
miętam, lecz się ani dobrze nierozpatrzyłem znów te same zajście
między nami i mój pracodawca często mnie wołał do kantoru, aby
mnie obić przy pomocy buchalterji, lecz ja na to nie pozwoliłem,
żadnego razu im się ta operacja nademną nie udała, więc jednego
razu przysyła po mnie mój pracodawca, abym szedł do kantoru więc
idę i tym razem patrzę stoi żandarm dobrze mi już znany i powiada
mi, iż z rozporządzenia Landrata zabiera mnie do Łagrów wojen­
nych jeńców. Zgoda powiadam jedziemy, bo cóż mam mówić, jestem
w niewoli, rozkaz, jedziemy, przywiózł mnie do jakiegoś lochu, ogro­
dzenie całe z drutu kolczastego, jeszcze w arta stoi wokoło dosyć
gęsto wojskowa. Rzuciłem okiem dalej na wzgórzu stoi arm ata lek­
kiego kalibru, a bliżej parę karabinów maszynowych w pogotowiu
również Maksyma 0.8. Zbliżamy się do tego piekła, brama wielka
i dzwonek; mój ten pan żandarm zadzwonił ra z ! dw a! bramę prędko
roztworzyli i pan żandarm mnie pokwitował w ręce komendanta
ostrego pogotowia, czyli małego oddziału żołnierzy z białą bronią,
odprowadzili mnie do komendanta prędko i energicznie zdali raport
ajn, Ruse, Hijer, więc spisali ewidencję i do baraków, patrzę[ a tu!!
kolegów rozmaitej branży, polaków, ruskich, belgów i francuzów r ó j!

150

Województwo Łódzkie

Ludu i wojskowi i cywile rozmaici. Ludzie przylatują do mnie nawet
i faktycznie znajomi i koledzy, ten ów się pyta o tamtego, zaczyna
się powitanie, graby sobie ściskamy i aż miło mi się zrobiło, na
chwilę zapomniałem, że jestem w niewoli, widząc kolegów przy sobie*
ten to tamten co innego, jako stali bywalcy tutejsi objaśniają, co
który może i co wie aby mnie o wszystkiem dobrze poinformować
i szefa baraku pokazują, to to, to owo było już późno zagasili świa­
tło, poszliśmy spać. Nagle obudził mnie dzwonek taki dosyć głośny*
był to już czas do wstania pytam się co on dzwoni, koledzy mówią n a
kawę śniadanie, biorą takie drągi i ceber czyli taka beczka już go­
towa, niosą kawę i pod komendą za ogonkiem rozdają. Zobaczyłem
tę kawę już jej miałem dosyć, koledzy piją mnie też zachęcają, że do­
bra, ale ja ten smak to już nosem poczułem, bo tą beczką to wszy­
stkie potrawy nosili, no bajka, przychodzi obiad w takim samym
porządku, przynoszą taką bryję bo niewiadomo jak to nazwać takie
coś z liści burakowych, koledzy jedzą i mnie też zachęcają, żebym
ducha krzepił bo powiadają widzisz tam przez to okno na wzgórku
te parę drzewek, jak nie będziesz jadł to tak jak tamci zemdlejesz;
i wyniosą cię na takiej tradze, tam już nas tysiące leży i tak to było
tam prawdziwie. Codziennie paru żeśmy tam wynieśli na ową górkę
i zakopali, jak nie z naszych baraków to z drugich i następnych. Pro­
szę was, jaki tam był smród w tych barakach, brud i wszy do jasnej
cholery. Ustęp był jeden taki okropny dół dla wszystkich i z takimi
drągami do siadania jak grzęda dla kur, jak kto słaby tam poszedł
co już długo tam był i osłabł z tego jedzenia to, jak go ten gaz za­
leciał to się zakołował i wpadł tam w ten dół i koniec tak, że pojęcie
przenosiło w jakich warunkach tam był lud trzymany. Kto tego nie
widział to nie może mieć o tern najmniejszego pojęcia bo ja to tylko
tak w skróceniu o wszystkiem opisuję wam, potem jak brakło liści
buraka to jakieś ryby nam dawali śmierdzące nieskrobane, tak jakie
były porąbali i do kotła, jak się ugotowały to jak zaczął mieszać tym
czerpakiem, lał jak komu co popadło jednemu same gnaty, lub same
flaki, a jak nie to same uszczki masz polak żryj jak chcesz, a fertyg
i tak z tobą będzie tu. Ja widząc to wraz z paroma kolegami posta­
nowiliśmy za wszelką cenę się stąd wydostać, no i okazja się nam
nadarzyła. Przyjechał jeden pracodawca amator na polaków, to my
owszem i pojechaliśmy z nim, tam wszystkie warunki przyjęliśmy
chętnie, aby jakoś przeżyć tę biedę niemiecką. Z początku było galancie, lecz po paru tygodniach nasz pracodawca pokazał czem wła­
ściwie jest, był jeszcze gorszy, jak ten pierwszy, co u niego pracowa­

Pamiętniki chłopów

151

łem, no ale to bajka przecież jesteśmy na wolności, już w arta nie stoi
nad nami, karabinów niema i arm aty też nie. Będzie rada, pracowa­
liśmy, żeby sobie zapracować na ubranie, żeby nas Szwaby nie mo­
gli tak prędko poznać, żeśmy polacy i dalejże myśleć o zrzuceniu
jarzma z siebie. Postanowiliśmy uciekać, ale gdzie, niema gdzie więc
za granicę trzeba zaraz, jeżeli się uda nam tylko, i tak żeśmy zrobili
wybraliśmy się tak we dwóch nie dopoznania i dalej na próbę, a nasi
koledzy mieli za nami zamiarować za tydzień jechać, szło nam dosko­
nale, wydyktowaliśmy przez W estfalję do Francji, bo do Polski nie­
ma sensu bo tu są przecież Niemcy. Na zło, że przed odjazdem dostaje
list od kolegi z W estfalji, który ma te same plany co i ja prawdo­
podobnie jeszcze lepsze i pewność do samej granicy Francji i propo­
nuje nam abyśmy do niego tam wstąpić mogli, pojedziemy razem,
my owszem odpisaliśmy, oznaczyliśmy dzień i godzinę spotkania na
dworcu kolejowym, on mieszka blisko kolei ja zaraz myślałem
jechać po spotkaniu się z nim, ale on nam radził przenocować
do rana i dawał pewną gwarancję bezpieczeństwa u siebie
i owszem było, tylko że tam było rozporządzenie, żeby każdy
człowiek wszystkie swoje ruchy, przyjazd i odjazd meldował do
trzech godzin, jeżeli tam się będzie zatrzymywał, a myśmy przyj echali na wieczór i spaliśmy do rana, więc szpicel to widział bo ich
tam było do cholery i zadzwonił do policji, że tu nocowali tacy, czy
się meldowali, okazało się że nie, więc po sprawdzeniu do nas idą,
myśmy zjedli śniadanie i ruszamy w drogę, a policja już w korytarzu
i tajny z niemi i nas pokazuje, że to ci panowie przestąpili prawo,
że się nie meldowali przez całą noc, więc nas biorą na biuro meldun­
kowe, a my ani żadnych papierów ze sobą nie mamy więceśmy z miej­
sca wsiąkli odrazu, jesteśmy w ich rękach, kolega ten miejscowy się
wytłumaczył bo on tam mieszkał i na ten czas wziął sobie zwolnienie,
a my poczytani za szpiegów wojskowych i osadzeni w więzieniu wojskowem w Gelsenkirchen i nam mówią, że nas czeka sąd połowy za
wałęsanie się po miastach, gdzie Niemcy wyrabiają m aterjał wojen­
ny, jako szpiedzy, tak nam oświadczyli nai pierwszym sądzie, lecz
pogoń za nami dała wyjaśnienie kim jesteśmy i to dzięki temu nie
poszliśmy pod sąd połowy, lecz pozostaliśmy w więzieniu. Ubrali nas
po wojskowemu i razem z temi dezerterami niechętnemi do służby,
ćwiczyli i mordowali nas, jeszcze w stosunku do nas byli gorsi jak
do nich, przy wydawaniu jedzenia tak nas krzywdzili, że okropność
ja nie mogłem znieść tego dłużej, jednego razu przy wydawaniu
jedzenia oblałem mordę ukropem gorącym i dawaj lać po ślepiach

152

Województwo Łódzkie

tego szwaba, tą aresztancką miską po mordzie i t. d. Przyleciała
służba i rozpędzili nas, jego wzięli do lekarza mnie zaś do karcu
ciemnego na ostry areszt na chleb i wodę w dwóch dawkach jeden
litr wody i jeden funt chleba, o 9-ej godzinie rano pół funta i pół
litra wody i o 4 godzinie popołudniu pół funta chleba i pół litra wo­
dy dawali i bez łóżka i koca i żadnego do usiądzenia stołka, wszystko
to na ziemi posadzce jeszcze pokrytą wodą, żeby się nie położyć
czasem, i tam w tym grobie żywcem pochowany byłem sześć tygo­
dni nie licząc wolnej kary i myślałem, że już skonam bo czułem się
mocno słabym, lecz na moje szczęście wybuchła rewolucja i nas
tam wszystkich uwolniła wraz ze mną. Jednego dnia o świcie małym
usłyszeliśmy straszny krzyk i hałas, jakiś suchy trzask, łamania
gnatów, to była melodja naszych kluczników i usłyszeliśmy nieznane
nam głosy po niemiecku, wolność i nagłe roztwieranie do cel naszych
i rozkazy wypuszczać i roztwierać drzwi i wypuścili nas i oświad­
czyli, że już naszych gnębicieli niema, poczęści nie żyją, lub okieł­
zani przez prawo, a teraz rzekli pójdziecie z nami razem i będziemy
razem stanowić wspólny i nierozerwalny Soldatenrat na cośmy rów­
nież zgodę złożyli swoją, a oni wręczyli nam broń, w rękę karabiny
i przykazali bić wiele się da byłych carskich służalców, który
nie podda się prawu Soldatenrat i dostaliśmy opaski czerwone na
ręce z czarną pieczęcią S. R. i każdy dostał pałkę gumową (gómiszlak) wtedy to duch mój naprawdę ożył i poczuł wolność i nadszedł
dla mnie prawdziwy dzień zapłaty bo i sędzią byłem też sam, a na­
uczyli mnie doskonale ludzkości, więc wtedy im odpłacałem, taką sa­
mą m iarką im mierzyłem, jak oni mnie, a moi towarzysze nieraz mi
mówili, że jeszcze zamało i robili za mnie poprawki na nich ńa roz­
maitych burżujach, biurokratach i oficerach, bo mówili tak, że to oni
na placu Fryderyka w Berlinie głodnych wystrzelać kazali, jak się
gromadzili głodne m atki i dzieci małe, co mieli na wojnie braci i oj­
ców i żądali chleba i wynieśli czarną chorągiew bo ich głód dziesiąt­
kował wtedy to ich władca Wilhelm Il-gi kazał się zgromadzić im na
drugi dzień i dał im wszystkim ołowiu tak co wystarczyło, bo wzięli
tak na krzyżowy ogień z karabinów maszynowych, wtedy jak się
wieść pomału rozeszła, więc się załamał duch psiej wierności dla
Wilhelma Ii-go i naród zaczął rzucać broń w kraju i zaczęły się
załamywać wszystkie fronta na polach bitwy i wojsko wracało do
domów i wieszało swych dawnych władców i gnębicieli i wtedy
stworzył się ten Soldatenrat i ja wówczas kształciłem się na żołnie­
rza polskiego i wyrabiałem sobie ducha i hartowałem ręce, a gumy

Pamiętniki chłopów

153

i ołowiu też nie żałowałem komu należało, bo taki rozkaz był od
komendanta S. R., jeździłem rozmaitemi pociągami po całem pań­
stwie niemieckim wzdłuż i wszerz na wszystkie strony, lecz się niezaklimatyzowałem u niemców, bo mój duch tęsknił do Polski i oj­
czyzny mojej, a gniazda swego rodzinnego oraz pracy u siebie
w Polsce, bo ja rozumiałem jeżeli wolność nastaje tu, to tam na­
leży jej dopomóc u nas w Polsce, bo tu to tylko jest dla mnie czas
porachunków osobistych moich, a nie prawa i porządki zakładać,
więc się razu jednego stawiłem przed komendantem S. R. *) i mó­
wię, że jestem polakiem z Kongresówki rodem, pracowałem wier­
nie teraz nasza praca jest na ukończeniu, więc proszę ja was o zwol­
nienie, ponieważ jabym jechał do domu zobaczyć sobie. Mój ko­
mendant owszem uznał za rację, żądania moje uwzględnił i dosta­
łem zaraz dokument podróży wraz z żoną i dziewczyną polską, jako
ja sam. Jechaliśmy do Polski kochanej nam ojczyzny, żonę zo­
stawiłem w domu zaraz po kilku dniach, a ja do biura P. O. W.
w Łodzi i owszem zaraz mnie przyjęli, trzy dni urlopu do domu
pożegnać się i odjazd bo wojna, powiadają trzeba walczyć teraz
0 wolność narodu polskiego, z sercem rozpartem od radości ja przy­
jąłem to do wiadomości i pierwszy raz po polsku wyrzekłem rozkaz
polskiej komendy, bo to było moim dążeniem od dziecka. Przy­
jechałem do domu i pożegnałem swą rodzinę wraz żonę z dziec­
kiem, co miało już pół roczku na ręku z matką i uśmiechem na
ustach żegnało ojca na wojnę. I przykro mi to trochę było, my­
ślałem sobie może ostatni raz ich przed sobą widzę, młoda żona
1 takie małe dziecko, ojca mieć nie będzie, ależ trudno tłomaczę sobie,
ojczyzna w potrzebie wielkiej mnie woła. Prawda wielka sama mi na
myśl przychodziła że los mój przeklęty jest, iż od samego dzieciństwa
taki ten żywot prowadzę w ugnębieniit i nigdy nie wypoczywam,
a może mnie już tak w tej burzy mogiła pokryje ciemna i nigdy
prawdziwej wolności i spokoju nie zaznam, lecz serce moje było
spragnione wolności nieosobistej, lecz całego narodu polskiego i ca­
łej Polski od morza do morza.
Ja nie płakałem, jak to robią rekruci dziś, ja raczej śpiewałem,
odjeżdżając na bój, szałon naszego pociągu cały był od końca do
końca umajony zielenią i pieśni polskie unosiły się niby jaka prośba
do Boga i jako okaz hartu ducha tej wielkiej polskości i wierno­
ści i tego młodego rycerstwa polskiego. Takiego ducha nie zobaczy
*)

T . j. S o l d a t e n r a t h — r a d a ż o łn ie r s k a .

154

Województwo Łódzkie

Polska!! już tak prędko, jak wówczas był w całym narodzie polskim,
bo ten naród, bo ten lud polski, myślał z tej krwi przelanej chłopa
i robotnika i za te trudy i znoje głód i chłód i te wszy co go tak mocno
żarły, wyłoni się Polska ta prawdziwa i namacalna na każdym kroku
dla wszystkich ojczyzna, że będzie ucieczką biednych i uciśnionych
i prawdziwą m atką dla polskich dzieci, że okryje je i przygarnie pod
swoje skrzydła, że nie będzie głodnych i uciśnionych w Polsce, bo
tak było przepowiedziane i to imieniem państwa i Rządu, imieniem
deklaracji praw człowieka obywatela, imieniem Konstytucji Polskiej
dla wszystkich obywateli równość i wolność. Ja zanim się doczekałem
uniformu od państwa to zdarłem dwa ubrania cywilne, jedną parę
kamaszy i parę butów i sześć par samej bielizny, jedną czapkę i ka­
pelusz i to niech się wam nie wydaje dziś śmiesznem sz. czytelnicy,
że ja piszę o kapeluszu w wojsku, bo ja faktycznie wtenczas stałem
na posterunku w kapeluszu i karabin na drucie, lub kawałku sznur­
ka nosiłem i byłem naprawdę pośmiewiskiem, lecz ja na nic nie
uważałem, a raczej byłem dumny z siebie, że jestem budowniczym
Polski, że jutro każde będzie jakiś postęp ku lepszemu robić, taki był
duch we mnie i w całym narodzie i w ludzie polskim, bo wtenczas
to duch narodu zwyciężał, on naprawdę wszędzie, gdzie tylko uderzył
bo nie był zatruty, jak dziś bo narodu duch zatruty to się nazywa
bólów b ó l!! ja nie służyłem dla pensji ani orderów żadnego nie mam,
tylko parę ran dostałem od wojny i nabawiłem się wielkiego prze­
ziębienia nóg, które po trzykrotnej operacji jeszcze mi chcieli odjąć,
lecz na to się nie chciałem zgodzić, wybierałem raczej śmierć, niż
kazać odjąć obie nogi i nareszcie mi wygoili, skrzyżowałem Polskę
od Karpat aż pod Kijów i z powrotem było więcej złego, jak dobrego
sz. czytelnicy, lecz ja tu tylko tak krótko opisuję bo gdybym chciał
wszystkie szczegóły opisać, toby dziesięć zeszytów było zamało do
tego, a ja w tym jednym tylko wam chcę pomieścić, pomagałem we
wszystkich rodzajach broni ciężkiej i lekkiej, wszędzie szedłem na
ochotnika, gdzie tylko było potrzeba do jakiej nowej formacji, bo
wszystko to dla mnie było miłe i zajmujące i wielkiej wagi, a naj­
większy pociąg miałem do kawalerji i w której to formacji dokoń­
czyłem wojny i pożegnałem swojego karego Eskimosa i wróciłem do
cywila do żony i swej małej Andzi, która mnie ani już nie chciała
przywitać ponieważ miała już bezmała cztery latka, a ojca nie znała
swego bo był na wojnie i jej także nie znał. Nareszcie się oswoiła
i przyznała za ojca swego, ale na fotografje jeszcze spoglądała i mó­
wiła, że tatuś na wojnie jest, miło mi było, żem wojnę zakończył

Pamiętniki chłopów

155

i wytrwałem do końca i przy życiu jestem, a że zdrowie jest zrujno­
wane to już mniejsza o to, w cywilu się odprężnię to do zdrowia się
przyjdzie, długo nie odpoczywałem zaledwie trzy dni, poszłem się
zameldować do oficera ewidencyjnego czyli P. K. U., a tu powiada
oddaj ubranie państwowe, ja owszem lecz żądam swego ubrania cy­
wilnego ale! o tern to niema tam mowy wcale tylko dawaj, ja się
tłomaczę, że nie mam innego ponieważ zdarłem na wojnie co tylko
miałem w domu, a teraz skąd ja wezmę przecież ani pracy nie mam
ani pieniędzy na kupno ubrania, krzyczą na mnie jak warjaci, po­
wiada mi jeszcze po rosyjsku w ..... ! a skażi! czto naszoł! Kartkę do­
stałem z prolongatą na trzy dni i wypychają mnie za drzwi i ani słowa
więcej, poszłem więc szukać pracy bo i w domu niema zaco żyć i t.d.
Poszłem do Łodzi, znam ją przecież doskonale boć to moje gniazdo
i strony rodzinne wiem gdzie i co można znaleść, lecz ja teraz nic
jakoś znaleść nie mogę zacząłem od tych największych, aż do tych
namniejszych, obeszłem wszystkich Szajblerów, Konów, Grohmanów
i jaśnie tatę Poznańskich Gaj er ów i wszystkich Szmulów i Srulów
wiele ich tylko w Łodzi jest i dla mnie wojaka polskiego nigdzie nie
było nic, wszędzie każdy Szajbler zapytuje mnie, gdzie ja byłem do
tego czasu, ja na to, że byłem na wojnie, przecież pan... m undur
widzi, gdyż ja walczyłem za Polskę, proszę dowód i t. d. i t. p. to on
mi każe pójść do komendanta Piłsudskiego, żeby mnie dał pracę i t. d.
takie to miałem uwzględnienie, jako żołnierz i budowniczy Polski od
naszych panów fabrykantów, więc poszłem znów po biurach pośre­
dnictwa pracy i szukałem i prosiłem bodaj na wyjazd zagranicę, bo
dla mnie przecież niema Polski, ani ojczyzny m atki i żadnej opieki
nademną niema ani prawa też żadnego nie mogę znaleść, więc chodzę
codzień na biuro i pytam o jakie tam zapotrzebowanie do pracy,
nareszcie więc przyszło, ale do Francji na górników, ja więc bez
namysłu jestem górnik, aby tylko jechać i pojechałem na zborniak
do Mysłowic podpisać kontrakt, tam najgorszem było dla mnie pod­
pisać pod tym warunkiem, że pracodawca nie bierze na siebie od­
powiedzialności w razie wypadku na morzu,- bo ja właśnie miałem
jechać morzem nie lądem, ależ to przecież nie sam ja, tylu ludzi
jedzie, więc podpisałem więc jedziemy do Gdańska i dalej, w Gdań­
sku czekał na nas Kentucki statek dość duży wojenny francuski, wsia­
daliśmy na niego cały dzień, było nas parnych mężczyzn do kopalń
zaangażowanych 1800, a kobiet 800 samotnych do roli i 150 żon
i matek z dziećmi, co jechali do mężów swyćh, którzy już przed nami
powyjeżdżali. My górnicy zajmowaliśmy czwartą klasę, kobiety trze­

156

Województwo Łódzkie

cią, a drugą i pierwszą ludzie wolni nieobjęci kontraktem, pasaże­
rowie do Ameryki i t. d. Pod wieczór już dwa holowniki pomogły
nam wyjść z portu na pełne morze, nasz Kentucki pożegnał się z nie­
m i za pomocą syreny swej i dalej, a było to już jesienią, morze po­
drażnione nie lada, nawet o burzę nie jest trudno wtedy i nas też
burzą nawiedziła na Atlantyku i chciała zatopić, dwie godziny sta­
liśmy na kotwicy, aż wreszcie nam wydali wszystkim korki ratunko­
we, nasz Kentucki prosił o pomoc, na skutek nawoływań radj owych
przyszły dwa duże statki angielskie, nasz cały personel był gotowy
do wszystkiego i dwie szalupy były spuszczone na morze, a my wszy­
scy byliśmy zmoczeni doszczętnie, trwoga nie do opisania i wielkie
krzyki i przerażenia ludności straszne, a marynarze wraz z nurkami
pracowali i nikogo na pokład wypuścić nie chcieli, żeby im nie prze­
szkadzał. Nareszcie burza się skończyła i drzwi nam poroztwierali
mogliśmy zobaczyć świat, lecz czwarta część tylko była przy zdro­
wiu, a trzy części chore z przerażenia i choroby morskiej i t. d., jeden
z naszej partji um arł i z kobiet też jedna i dwoje dzieci, na skutek
tego ludzie biegali we wszystkie strony i myśleli, że już wszyscy
umierać będą, a lekarze schowali trupów i ogłosili, że nikt nie umarł
wogóle tylko, że są w szpitalu i zaraz do nas powrócą, było tak w ta­
jemnicy tylko do nocy, następnej nocy dostał każdy się do wody
z kawałem żelaza, aby nie wypływał na wierzch, a utonął odrazu,
lak i był pogrzeb biednych polaków jadących poszukiwać pracy i Chle­
ba do obcych krajów, bo w Polsce dla nich chleba nie starczyło. Ja
przez całą podróż to najwięcej na pokładzie okrętu przemieszkałem,
bo tam było czyste powietrze, a na dole to nie było można wcale
oddychać przed smrodem od różnych wyziewów chorobotwórczych,
a jeszcze sanitarjusze rozsypali chlorek po wszystkich kątach okrę­
tu, więc już oczy chciało wygryść to wszystko razem, więc kto był
przy zdrowiu trochę, ten uciekał na pokład do góry i ja również,
n stale tylko do fajki przykładałem tytoniu, aby nie brakło, uważałem
to dla siebie za coś ważnego to odpychało ode mnie wszystko złe
i nieczyste powietrze, tak jechaliśmy cztery dni i pięć nocy do lądu
i ziemi Francji, następnie kolejami dwa dni aż do granicy hiszpań­
skiej, lecz to już było w pełnym porządku i bardzo wygodnie dla nas
polaków i tam zacząłem pracować w kopalni węgla i odrabiać za ową
podróż swoją. Szczęście sprzyjało mi niebardzo, jako młodemu gór­
nikowi tembardziej, że nie byłem z tą pracą obeznany i t. d. Zacząłem
pracę i szkołę górniczą razem więc skutek był taki, że zawsze młody
igórnik padł ofiarą, a nie stary, a ran lekkich to już nikt nie Uczył,

Pamiętniki chłopów

157

a tylko takie, które zmuszały w szpitalu leżeć, bo się przyzwyczaił
do takich widoków, jak na wojnie, że codzień nieśli jakiegoś kolegę
na cmentarz, jak nie wprost z kopalni, to ze szpitala i nikt nie był
pewny swego jutra, bo kopalnia była stara źle utrzymana, budulcu
kapitalista dawał mało, tylko patrzał, aby węgla było jaknajwięcej,
ja też wiele razy powracałem do domu, już nie z kopalni, ale od le­
karza i bez czapki, bo na głowie miałem już dosyć waty i bandaży,
co drogi nie widziałem przed sobą, a trzy razy byłem całkiem zasy­
pany, dzięki ostremu pogotowiu wydobyli mnie, przyszłem dopiero
do przytomności za parę dni w szpitalu i to było bardzo często, więc
w takich warunkach, jak odrobiłem kontrakt dwunastomiesięczny,
to rok przeszedł, a o pieniądzach mowy nie było, a żona czeka w Pol­
sce i mówi dzieciom, że ojciec nie zabiera nas, ani pieniędzy nie przy­
syła, ja dostałem sto franków za wytrwałość, bo moi koledzy przed
czasem pouciekali nie odrobili kontraktu, a ja dostałem świadectwo
dobre i Kartę Indetite oraz Imatrykulation, który odgrywa wielką ro­
lę we Francji, jako wykaz solidności i zaufania do robotnika, myślę
sobie nic ta Francja takiego nie jest, jeśli nie można zarobić grosza
na utrzymanie domu, idę więc do portu Marsylja spotykam tam kole­
gę, pracuje on na statku parowcu dość dużym pod nazwą im. Mar­
szałek Foch i radzi mi abym się zapisał do Syndykatu Pracowników
Portowych, bo on tą samą drogą się tam dostał, ja to samo zrobiłem.
Przyjechał raz ten sam statek do portu z kolegą i z protekcji kolegi
dostałem się tam bo miejsce było wolne, a komisją też uznała, że je­
stem zdolny do tego co mnie czeka, więc podpisałem kontrakt na
trzy miesiące pracy na morzu a po upływie kontraktu, jak przyjedziemy do Ameryki, wysiąść w porcie i tam zacząć pracować w Ame­
ryce. Zamiary swoje przedstawiłem żonie, ona się zgodzić nie chce
jechać do Ameryki się boi, tyle dni morzem, pomimo moich zachęcań nie zgadza się stanowczo, więc wysłałem po nią, aby lądem przy­
jechała i sam zrezygnowałem z Ameryki, skończyłem kontrakt i t. d.
Sercefikaty porządne dostałem i forsę, żona z dziećmi przyjechała,
lecz nie lądem, a morzem trochę strachu miałem bo były bardzo duże
burze, aż kilka statków w portach potłukło się i na pełnym morzu
także, lecz oni choć z chorobą przyjechali szczęśliwie do mnie, więc
wyjechaliśmy razem do Paryża. Dopiero poznałem i zobaczyłem, jako
człowiek poczułem się równy z równym i wolny z wolnym do prawa
i t. d. wszystkiego co przysługuje francuzom, ja także samo mogłem
korzystać choć nie byłem naturalizowanym francuzem i bardzo mi
się tam to podobało, tak, że podziwiałem wszystko co tylko w życiu

158

Województwo Łódzkie

otaczało człowieka na terytorjum Francuskiem i czas mi szybko le­
ciał bo i pracę też miałem dobrą, gdyż pracowałem w ekspedycji ko­
lejowej kom panji ( Gare du Nord) Dworca Północnego, jako starszy
robotnik i tłómacz języka niemieckiego (Szef de Kip) w Komunikacji
Alzacji i Lotaryngji, która wtenczas pisała wszystko po niemiecku
i t. d. Tam więc zaoszczędziłem trochę grosza i upłynęło mi parę
lat błogo, nareszcie przyszła inflacja na Francję, wielka krewa wszy­
stko się zaczęło kurczyć i przemysł i handel we wszystkiem ograni­
czenie wielkie, zarobek mały trzeba dokładać z kieszeni na utrzyma­
nie domu i t. d. Nareszcie i redukcja, zgniewało mnie to wszystko,
przyjechałem do Polski i tu pracy niema, trzeba wydawać pieniądze
na każdym kroku, podanie zaświadczenie i znaczki stemplowe, do
ładu nie można przyjść, biura tak pomału załatwiają że wprost
kpiny!, a pracy niema, strata czasu i pieniędzy, ja tego nie chciałem*
gdyż coś chciałem odłożyć na jutro. Przyszło ogłoszenie, że Niemcy
podpisali w W arszawie umowę o pracy sezonowej na robotników
polskich, proszę i ja na wyjazd P. B. P. P. dostałem, wyjechałem,
tam spotkałem kolegę S z .. . . z Łodzi z Widzewa, stary bojowiec
0 wolność Polski! Poznał mnie, doskonale mu się tam powodziło, jest
tam do dziś, pracuje w Konsulacie, jako szef biura robotników
rolnych w Berlinie w Konsulacie Generalnym. Dopomógł mi w czem
mógł tam, dokąd pracowałem żebym nie miał krzywdy od Niemców
1 pracowałem tam dokąd prawo było nad człowiekiem, dokąd i duch
niemiecki tak mniejwięcej był pojęcia demokratycznego, w końcu
nastały czasy bezprawia gwałtu i wyraźnej dyktatury, to i mój kolega
nie mógł nic poradzić na gwałty polskie z Niemcami, więc i dla mnie
zarządził wyjazd z Niemiec do Polski najlepiej. I wyjechałem,
pracowałem tam pięć lat w Niemczech i oszczędzałem, jak tylko się
dało i na wszystkiem bodaj nawet na swojem i żony żołądku bo ro­
zumiejąc żeśmy biedni ludzie i na niczyją pomoc liczyć nie możemy,
jak nie będziemy mieli swego grosza, bo żona moja też nic nie dosta­
ła od rodziców, a świat się koloruje, zawsze mieliśmy strach o swoje
jutro i dzieci naszych. Przyjechaliśmy do Polski ojczyzny swojej
przecież, to będziemy już chyba najpewniejsi, będzie jaka praca
i opieka nad nami, tu wszystko zawiodło niema nic i jeszcze więcej
się widzimy obcy, jak dawniej i wszystko dla nas jest bardziej obce
i niedostępnem. Postanowiliśmy więc kupić kawałek ziemi z parceli
bo warunki są więcej możliwe i na raty no i pożyczka P. B. Rolnego
30% i pożyczka B. G. Krajowego na budowle 5.500 złotych, jako
pomoc dla nowonabywcy na lat piętnaście. Reklama niczego i to

Pamiętniki chłopów

159

przecież nie kto inszy tylko Państwowy Urząd Ziemski ogłaszał takie
rzeczy i t. d. i to więcej jak pewne ma być od wszystkich gwarancja
na każdym kroku i pan Jaśnie dziedzic W***, też w razieby wszystko
zawiodło to ja od siebie powiada daje panu gwarancję na raty, pan
będzie spłacał mnie, ale przecież tu niema obawy bo tutaj o tern
w pierwszym rzędzie państwo daje na to gwarancję, tylko podpisać
i dać pieniądze panu dziedzicowi bo on na to czeka, po długich tar­
gach i różnych namowach dałem się okołować i podpisałem umowę
kupna i pieniądze dałem w takiej formie, jak mi dyktował pan komi­
sarz ziemski. Jak tylko pieniądze dałem to się w kraju ódrazu prze­
wróciło i wszędzie zaczęli śpiewać inaczej, jak przedtem, ja zaakcep­
towałem dziewięć morgów tej ziemi, ale jak o tern usłyszałem, że nie
będzie żadnych na to pożyczek bo pieniędzy rząd niema to panu
dziedzicowi trzy morgi zdałem z powrotem, a teraz mam tylko sześć
morgów za gotówkę. Kosztują mnie 8000 złotych polskich. Rozumie
się drogo na dzisiejsze czasy, ale trudno wtenczas tak było i podług
tych cen wszyscy płacili tak i ja też zapłaciłem morgę po cenie z roku
1928 r. po 1200 i 1300 za morgę, jeszcze koszta pomiarowe i t. d. róż­
nych michałków jeszcze mi przyszło parędziesiąt złotych, a jeszcze
różnych stempli też i stale jakieś coś niedaj Bóg takiej dzikiej parcelacji
i takiego zawodu, jak ja dostałem i wszyscy ci nowi nabywcy. Jest
nas tu około piętnastu, parę już uciekło za pół ceny to swoje sprzedali
i zastąpili ich inni, reszta się tak trzyma, mniejsza połowa się pobu­
dowała choć skromnie, a wszyscy inni to wcale nie mieszkają na
swój em tylko u drugich na komornem, jeden biedak to formalnie
taki dół wykopał i nakrył go gałęziami i perzem, i w tej jamie wraz
z żoną i z dzieckiem tam sobie mieszkał, oczywiście bez łóżka, ani
żadnych mebli, bo tam było nisko tylko tak na tej wilgotnej ziemi
leżeli, jeszcze biedak chciał tam coś hodować trzymał tam
piętnaście gęsi i kozę i kurę z kurczętami więc sobie wy­
obraźcie, jaki tam był żywot i jakie zdrowie, kury naj­
przód, a potem gęsi pozdychały i oni się pochorowali, a te­
raz na jesień opuścili tę swoją kryjówkę i poszli gdzieś bo
się sami doznali, że im zanadto choroba tam zaczyna dokuczać, a te
swoją ziemię puścili w dżierżawę i t. d. też tylko przez zawód, pie­
niądze wydali na ziemię, kupili dwa hektary a na budynki nie było,
taksamo i ja zrobiłem pieniądze wydałem na ziemię doszczętnie, a na
budynki i co więcej też nie mam tylko ja to jeszcze takie mam szczę­
ście, że na mojem pplu była jedna morga z takim zagajnikiem, jak
to się mówi taka kozłowina chłopska, więc ja też mało lepsze mam

160

Województwo Łódzkie

budynki, jak tamten te jamę, ale już w takiej choć należytej formie
nie w ziemi, lecz na wierzchu i choć małe bo drzewo było krótkie
i cienkie, ale aby zgrabne taką małą jatkę mam i tak mieszkam jak
pod parasolem i tyle, że aby na swojem i pod dachem, a zanim
to zbudowałem toteż tak w baraku ze ziemi mieszkałem i t. d. Cały
mój domek zrobiony jest z tych drągów z tego młodego lasu z takich
okrąglaków bo obrabiać nie było co i dach okryłem słomą, a front
obłożyłem perzem i dam am i z ziemi, a w środku to obrzuciłem
gliną te ściany i obieliłem wapnem, a okno to dostałem stare od
ludzi takie małe i cieszę się, że mamy choć jedno okienko, że nasza
chatka nie jest drena ciemna, a na komin to dostałem tysiąc cegły
z której sobie zbudowałem komin i piec wraz z sabotnikiem od jed­
nego robotnika z pobliskiej cegielni i na raty mu wypłacałem gałę­
ziami z tego drzewa swego, a na sufit to sobie sam naprzerzynałem
piłką ręczną i tak dalej, drzwi to zatykałem długo kocem, a obecnie
już sobie zrobiłem drzwi takie prowizoryczne z desek swojej roboty
i wszystko sobie robię sam tylko, sam jestem każdym m ajstrem
i cieślą i stolarzem i murarzem, a nieraz i kowalem, mam trochę poję­
cia o takich rzeczach niektórych, mógłbym sobie tak niejedno porząd­
nie zrobić, lecz nie mam czem i zaco kupić niema nawet na kilo gwo­
ździ niema nieraz choć są tak potrzebne, jak zdrowie i życie. Mówi­
ło się zaraz po wojnie, że wojskowi dostaną ziemię od państwa na
własność a tu ja nie dostałem jeno kupiłem i zapłaciłem, jak w aptece
jodynę na gramy i tu nikt nie pomyśli, że ci jest ty biedaku ciężko
trzebaby ci dopomóc, boś ty jest obrońca tego państwa we wszyst­
kich sprawach i żywiciel, o nie! takich w Polsce teraz już wcale
niema, tylko takich jest najwięcej co to im się wciąż coś należy, róż­
nych panów sekwestratorów i skarbowych i jeszcze gminnych i pa­
nów policjantów, stale kary i kary! i jeszcze raz kary! niema wcale
za co nieraz, no ale trzeba pokazać, że jest władza w Polsce Niepo­
dległej i opieka rodzinna nad obywatelem, który tak mocno pragnął
i za którą walczył od dziecka. Mamy pana starostę rozumie się po­
laka, lecz najlepsze powodzenie to m ają żydzi u niego, on im nie
zajrzy jakie m ają porządki czy nie, bo najczęściej tak i bywa, że ich
wcale niema, ale za to do mnie biednego co się od głodowej śmierci
tak tylko ratuje, potrafi przyjść pan policjant i dręczyć, że studnia
niedobra, a to że na podwórzu naprószone słomą i pies ma zadługi
łańcuch, a to że niema tabliczki na ścianie, a to ustęp jest niedobry,
a to komin nieobielony na dachu, a to że niedobre gazety tu czytają
podobnież, a to że Organizacja Ludowa się zaczyna rozwijać, dla­

Pamiętniki chłopów

161

czego nie ta co każe pan starosta, dlaczego to wszystko już nas
żydzi zaczynają przebierać, zaczynają się nami poderzać (? ) tak
u nas się zaczyna, jak żyd pobije polaka choć niema racji to ten
polak jeszcze zostanie ukarany, nam się polakom organizować nie
wolno i to chłopu na wsi, a żydzi m ają już i swoje bojówki. Je­
stem sobie w Łodzi .letnią porą, patrzę idzie sobie taki oddział dużością dorównywa kompanji wojska polskiego z komendantem na
przedzie i sztandarem swojem też, ajakże! same żydy rzną prosto
Piotrkowską to jest centralną' łódzką ulicą, a żydzi wszyscy biją
brawo, jaki tylko jest, pytam się co to jest za oddział ny! powiadają
mi oni to jest nasz żydowski oddział taki jakiegoś tam żyda puł­
kownika Joselewicza Berka wielkiego bohatera Polski z przed laty,
idę dalej pogotowie jedzie karetka auto z żydowskiemi napisami,
Magistrat ją utrzymuje bo po polsku toby żydowskim honorom
ubliżało, afisze po żydowsku, szylda lekarzy i akuszerek także i róż­
ne reklamy. Idę do Kasy Chorych też oddziały i uwzględnienia
dla żydów, idę do Kasy Komunalnej, mam tam 125 złotych długu
to mnie tak męczą żeby wszystko płacić nie chcą odroczyć, przy­
chodzi pan żyd jeden drugi i t, d. pożyczają po dwa, trzy i pięć
tysięcy złotych jeszcze się panowie urzędnicy polscy z niemi zma­
wiają po żydowsku, żeby ten polak nie rozumiał co koło żyda stoi,
o czem oni mówią, a żyd go na obiad zaprasza i u siebie obgada,
a w kasie dokończą się. Tacy panowie, jak pan dyrektor G., obecny
Strzelczyk i pan S. i pan inżynier S. i t. d., proszę was sz. czytel­
nicy czy to nie ubliża polskości naszej, a ci panowie o tern nie wie­
dzą, że ja i po żydowsku też rozumie i wiem co oni mówią, a taki
żyd jak się naszym kosztem wzbogaci to przecież zaraz Palestynę
buduje i tak dalej, ale nie Polskę. Ja będąc we Francji przysłałem
na skarb państwa 200 franków srebrem oczywiście, żeby był dzi­
siaj pieniądz dla żyda i 500 rubli rosyjskich na Pożyczkę Konwersyjną dałem i ten kwit jeszcze mam, napewno żyd odbierze,
a ja obrońca i cały szereg takich obywateli co walczyli do ostatniej
kropli krwi, a nawet życie dali swoje za wolność Polski i zosta­
wili sieroty i wdowy i kalek rozmaitych dlaczego to jest bo na­
ród co miał najlepszego to oddał za wolność i powiedział dla Cie­
bie Polsko i dla Twojej Chwały! Ja rozumiem także przez to sło­
wo dla Ciebie Polsko! to znaczy, że naród, że lud Polski!! wszy­
stko oddawał dla swoich polaków dla młodego pokolenia polskie­
go i dla tej przyszłości polskiej, żeby ona przez to miała się le­
11. Pamiętniki chłopów.

162

Województwo Łódzkie

p iej!, żeby ona nie była ujarzmiona, żeby się nie czuła w niewoli
tylko w prawdziwie wolnej ojczyźnie i krwią braci swych z niewoli
obcej wykupionej Polsce!!, a to dzisiaj w Polsce zrobiło się istną
Palestynę z wielką wolnością dla żydów, a dla polaków niewola
Egipska! Dzisiaj się mówi, że polak jeden trzydzieści groszy nie
w art jest, a nawet za trzydzieści groszy temu polakowi się życie
odbiera.
Proszę was szanowni czytelnicy przyznajcie sami czy to jest
wszystko w porządku z nami biednymi polakami.

Jest wielki kryzys w Polsce rozpanoszony i zato każdy polak
jest bity i poniewierany, że jest biedny, że niema czem płacić, ale
któż jest ojcem tego kryzysu co go zrodził, naród to już zrozu­
miał, że galicyjski kryzys spłodził biedę litewską na ziemiach pol­
skich i oni urodzili nędzę tę zaklimatyzowaną, że ojcami kryzysu
są panowie magnaci, kler, burżuj, biurokrata i żyd bogacz rozpa­
noszony kosztem naszej krwawicy.

My zbieraliśmy miody po całym świecie i zwoziliśmy do Pol­
ski, żeby takim trutniom dobrze się powodziło, żeby wszystko zeżerali, a nami się poderali, a my z głodu umierali, chleba soli nie
uznali nigdy w życiu swojem bo tak jest proszę was szanowni
czytelnicy ja wam tu zaraz opiszę dokładnie co doświadczyłem na­
wet sam na sobie. Ziemi mam sześć morgów i to sieje tylko czte­
ry, jedna morga jest zagajniku, a szóstą dorabiam, karczuję pnie
na niej, jak skończę będzie pięć morgów a cały działek to jest for­
malny piach i kawałek sapu zimnizny, kartofli ja wysadzę dzie­
sięć korcy, a sprzątam 30 i 50, jak do roku, żyta wysieję pięć korcy, a sprzątam 15, prawie co rok jednakowo więc pięć korcy nazad wysiać ze dwa albo trzy by sprzedać na pieniądze po 10 zło^
tych, jak latoś bywa. Zostaje siedem korcy na cały rok a tu

Pamiętniki chłopów

163

trzeba by koniecznie korzec na miesiąc do zjedzenia, a tu się czasem
jeszcze uskubie na jaki grosz od ust bo Kasa woła, akwizację przesyła,
winienem jestem 125 złotych i procent po 2 złote i 50 groszy na mie­
siąc, 50 złotych u żyda za mąkę co dał na przednówek 3% złote
na miesiąc u drugiego 100 już dwa lata 2.50%, w Kasie Lichwiarskiej
300 złotych 3% złote na miesiąc. Konia nie mam za to muszę dru­
gim odrabiać co mi robią w polu, krowy też nie mam zaco kupić,
świni też niema, nie mam na nie grosza, nigdy nie starcza na pro­
sięta małe, mam tylko jedną kozę co daje mi trochę mleka, to jest
nasza cała pociecha dla dziecka i nam służy za okrasę i t.d. Dzieci ma­
my troje, jest nas rodzina razem pięć osób do jedzenia, a tu nieraz za­
braknie i tego, a zarobków też niema, dawniej to czasem dwór zawołał
n a pańskie do roboty, 70 groszy płacił od świtu do nocy, a teraz to choć
ozłowiek pracuje to pan dziedzic nie płaci, b ą kryzys powiada, nie
mam pieniędzy komornik zabrał wszystko powiada, jak będę miał
to wam oddam, wiele razy człowiek idzie do pana dziedzica i to her­
bowego jaśnie pana bo tak sobie każe mówić swej służbie, po parę
groszy bo na sól niema jeszcze nie tę mieloną, a tę w kawałkach co
dla bydła dawniej brali, to niema pana w domu, niema kto wypłacić
biednego robotnika, ludzie zbadali, że to co bydło je, człowiek też
nie umrze od tego, więc sól jadam y tę bydlęcą, bo kosztuje tylko
osiem groszy kilo i to jeszcze na zaświadczenie z gminy raz na rok
dostać można bo by na tamtej droższej Monopol Państwowy nie za­
robił, a mięsa to już nie pamiętam, kiedy w Polsce jadłem i słonina
io nawet nie wiem co kosztuje, czy staniała, lub zdrożała naprawdę
nie wiem, bo nie kupuję, gdyż niema zaco, ubrania to też jeszcze
w Polsce nie kupiłem żadnego tylko, jak nie francuskie to niemieckie
jeszcze służyć musi, ale jak ono wygląda, to więcej łat rozmaitego
koloru, jak tego co było w tern ubraniu, bielizny to mamy każdy po
jednej koszuli i to podartej i zgniłej od potu przy pracy, butów to
też żadnych kupić nie można całe lato i jesień, chodzimy boso dokąd
:się da, a na zimę to choć trepy drewniane to już musowo kupić każ­
dem u i łatać je, żeby i na wiosnę trochę starczyły choć, i pościel też
taką mamy, że aż zgroza opisywać tylko pierze we wsypach i to po­
łatanych, aż litość bierze i t. d., a meble to też tylko swojej roboty,
stół, dwa łóżka i stołki do siedzenia cztery i podatków już trzy lata
wcale nie płacę żadnych, płaci je jeszcze pan dziedzic wraz ze swojemi
b o jeszcze ja mam niezarejentowane to jest jeszcze nie odłączone od
folwarku, gdyż wszystko grozi to dla mnie wielką katastrofą, ależ
<cóż ja mam zrobić biedny człowiek, to wszystko wypływa z tego, że

Województwo Łódzkie

164

niema pieniędzy i znikąd żadnej niema pomocy dla biednego koloni­
sty, a tylko zawód i zniszczenie, a takich jest całe setki tysięcy w Pol­
sce. Jeden tylko tysiąc złotych pomocy jakbym dostał, toby mnie na.
nogi ze wszystkiem postawiło, komplet wraz z moją rodziną i ochro­
niło od powolnego konania tego co mam w wolnej Polsce, o którą:
walczyłem. Sz. czytelnicy w takiej sytuacji to ja wam opisuję o sobie*
to mogę tak sobie powiedzieć z taką cywilną odwagą i bez przesady,
że znajduje się wraz ze mną tysiące rozsianych po całej R. P.*) tych
parcelantów, których ustrój dzikiej reformy rolnej rzucił na takąr
pastwę losów, którzy czekają sami nie wiedzą czego, czy poprawy,
czy głodowej śmierci czy co ma z sobą począć i pytam się sam siebie
i innych, gdzie jest sprawiedliwość. Czy myślą, że państwo ta
oni garść tych nygusów i darmozjadów i parę książąt i zbankruto­
wanych panów to na szyldzie naszego p. polskiego niepotrzebny jest
napis Rzeczpospolita, a tylko to co się w rzeczywistości widzi, Rzecz­
pospolita przez to słowo, to każdy człowiek demokratycznych pojęć
rozumi, że jest równy z równym, wolny z wolnym i sukcesorem p a
ojcach swoich i gospodarzem i cząstką tego państwa i panem w którem żyje, ale nie tak, żeby jedni umierali z przejedzenia i rozpusty,
oraz płacili krocie dziennie za jedzenie i picia oraz hula tyki kabare­
towe, a całemu ogółowi mówi się kryzys! Obniżcie stopę życiowąl
a to już chyba dosyć jest obniżone więcej się nie da jeżeli na sól niema,
i naftę, po ciemku w zimie się mieszka przy świetle od komina, czyli
pieca z ogniem i skrzesiwko w użyciu w miejsce zapałek już jest b a
na te wielkie sprawunki już nie starcza biednemu rolnikowi, więc.
z czego tu jeszcze obniżać, jeżeli już tak panowie magnaci obniżyli,
rolnika i jego płody rolne w stosunku do fabrykantów i świadczeń,
rozmaitych, można powiedzieć do zera nie inaczej i potem mówi się
dawaj i daw aj!! ale skąd brać na to dawanie owo, a przecież i Salo­
mon nie nalał z próżnej butelki nikomu choć rzekomo mądrym
wielce b y ł!! Robi się tak poto by wieś polską zniszczyć, by Lud Polski,
wymarnować i na jego miejsce założyć Palestynę w Polsce naszej b a
tak każdy dzisiaj widzi oczami więc tak lud mówić już zaczyna,
o tern. Dozwala się organizację karteli, różnych zbogaconych żydów*
bo tych jest najwięcej w tych kartelach i stale im się podwyższa ceny
ich fabrykatów na ich żądania i obniża się i umarza podatki tym
panom i wszędzie oni mają głos i prawo do tego głosu, a ceny płodów'
rolnych obniża się do niżej kosztów własnej produkcji rolnika, a po­
*)

R z e c z y p o s p o lite j P o ls k ie j.

Pamiętniki chłopów

165

datków jest coraz dla niego więcej i kar i komorników i sekwestratorów, rabunek w biały dzień ludzkiego mienia, a wraz z tern
także zdrowia i życia klas ubogich i niema prawa głosu i niema
prawa żadnej organizacji, a jeśli jakiś jego tam przedstawiciel chce
mówić o prawach dla tego biednego ludu to tego nie wolno mu
mówić i zaraz go się za to oddaje do więzienia, jeśli się bije i po­
niewiera wysłańca narodu to taksamo jakby cały naród bito ko­
lejno, lub gromadnie, więc w takich warunkach to mowy być nie
może o nauczaniu dzieci, albo czytaniu gazet dla rolnika, lub żeby
mu ziemia jego dawała jaki dochód poza wyżywieniem, nawet wy­
żywienie da jemu tylko liche, jeżeli on sam z niej bierze i nie
wkłada z powrotem, więc tak wygląda, jak ten człowiek głodny
sponiewierany i chory, taka jest osłabiona i wycieńczona bo nie
dostaje żadnych pokarmów, których ona potrzebuje, jego ziemia,
a nie tak, jak się zdaje niektórym osobom o kurzych mózgach co
zielonego pojęcia nie m ają o rolnictwie, że oni to specjaliści są
i obliczają rolnikowi, że kłos żyta mą 70 ziarnek to znaczy, że
wysiewasz jeden m etr 100 kilo, a sprzątasz siedem metrów czyli
700 kilo, a takich panów jest dużo, zajm ują nieraz wysokie stano­
wiska i pobierają pensję i to wielkie, a jeśli rolnikowi zabiorą z obo­
ry ostatnie bydle to on zubożał i ziemia zubożała w nawóz i co rok
jest mniej, aż do wymarcia, w końcu ona nawet trawy rodzić nie
chce wcalę tak samo, jak człowieka chorego jeżeli się nie ratuje
osłabnie i umiera i to jest dzisiaj na porządku dziennym u nas,
że patrzą rodzice na swoje dzieci i widzą, że nędzne są w końcu
chorują i nawet umierają, a pomocy niema skąd im podać, serce
pęka od żalu ojcu i matce i bo wszystko z domu siłą jest zabrane
za cóż więc będzie ta pomoc? Ja dziś to piszę bo sam na sobie
tego już doświadczyłem, ja sam i wiele takich słyszę powiadają
ludzie, zabierzcie wszystko i chętnie wam oddamy całe gospodar­
stwo i ziemię jeszcze w dodatku pracować będziemy u was tylko
nam jeść dajcie, ubranie i obuwie wraz z naszemi dziećmi, co nam
jest potrzebne to nam będzie lepiej chyba bo długów nie będziemy
mieli, bo ludzie narobili długów w kasach i tak dalej w lepszych
latach, za nawozy pomocnicze kładli w ziemię, przyszły czasy po­
dłe, płody rolne tanie, każdy się zarżnął swoją ręką przy takiej
gospodarce państwa. Mam dowód na sobie pożyczyłem w K. K. O.
na pół krowy, wtenczas krowa kosztowała 700 złotych, a ja po­
życzyłem 300, a dzisiaj u nas krowa kosztuje 50 złotych, więc ja
pożyczyłem za pół, a oddaję za sześć krów cenę przy dzisiejszych

166

Województwo Łódzkie

stosunkach gospodarczych przez równoważnika, a z procentem ra ­
zem za siedem krów ja muszę oddać, więc czy będzie gospodarz
gospodarzem nie może być bo w stosunku trzech lat nazad to ja
muszę oddać 2.900 złotych oprócz procentów, a pożyczyłem tylko
300 bo tam cyfra ta sama jest, jak była przed trzema laty, a za
moje towary co mam na zbyt cena nie jest ta sama tylko tyle razy
mniejsza i stale spada na dół, a fabrykaty i ceny monopolowe sta­
le w zrastają i wszystko to co my rolnicy potrzebujemy kupić naprzykład nafta, zapałki, cukier, sól, węgiel, żelazo, cement i wyroby
włókiennicze, jeden ten biedny rolnik on musi tych wszystkich ży­
wić swojem kosztem, dawniej nie będąc rolnikiem lepiej żyłem,
jak dzisiaj i mniej pracowałem jak dziś, pracowałem 8 godzin 16
spoczywałem, a dzisiaj pracuję 20 godzin na dobę, jak na długim
dniu co jest tylko cztery godziny ciemności, a ja od świtu do nocy
pracuję, więc osądźcie sami czy nie 20 godzin ja pracuję, a jeszcze
przed pracą coś w domu oprzątnąć trzeba i po skończeniu pracy
także samo zanim się do snu położę i dzieci i żona, jak tylko kto
może i co może tak się każdy goni i pracuje nie na żarty i niema
co jeść i w czem chodzić, dawniej pracowałem ja sam, a żona
i dzieci nie pracowały i zjedliśmy jak ludzie chleba, mięsa i wina
i t. d. nie brakowało i każdy był odziany i obuty po ludzku, star­
czyło na gazety na książkę i na kino, a teraz o tern wszystkiem
wcale nie wspominam, pracujemy wszyscy i niema co jeść jedynie
się każden szprycuje tern polskiem kartoflem poświęconem, jak to
się mówi u nas co urósł na świętej ziemi tej bo i jakaś siła cu­
downa tak nas ogranicza, że mamy zamało do życia, a zadużo
do śmierci. Nawet bydło naprzykład, Świnia, koń czy krowa ryczy
i kwiczy, stoi przy żłobie i protestuje jeżeli nie dostanie to co jemu
się należy, żąda praw i walczy o swoje, oburza się na swego pana
i t. d., a ta siła nowopolska i cudowna traktuje lud polski gorzej
od bydła niżej od zwierząt, a ten ludek potulny tylko płacze narzeka
i modli się.
Jedynym moim obowiązkiem, jako chłopa rolnika biednego
i uciśnionego jest iść z tą klasą, w której ja wyrosłem, brać udział
w spółdzielniach rolniczych i organizacjach ludowych im przewo­
dzić i w nich pracować, ich pilnować i Polskę Ludową i czystą
demokratyczną jeszcze raz budować i jej bronić mocno i nieugięcie
do ostatniej kropli krwi i pozwolę sobie powiedzieć za wieszczem
Polskim i synem chłopskim po pługu, że zginą od prądów chwilo­
wych zawiśli, za widmem sławy goniący sztukmistrze, lecz nie za­

Pamiętniki chłopów

167

giną dni szlachetnych myśli i nie przepadną natchnienia najczy­
stsze, bo lud jest nieśmiertelny! a naród jest wieczny! i szczęście
ludzkie też jest zmienne, takie moje są świata poglądy na dalszą
przyszłość. A teraz kończę sz. czytelnicy przed wami te swoją
chłopską prawdziwą i szczerą spowiedź z całego swego życia do
tego czasu częściowo bo i zeszyt się kończy, ani księdzubym tego
nigdy nie powiedział, bo oni się dziś podjęli rolę szpicli spełniają,
jeżeliby się ktoś szczerze tak spowiadał z chłopów ludowców to
go czeka Święta inkwizycja, oniby Chrystusa samego dziś jeszcze
prędzej umordowali, jak dawniej, jeżeliby się dziś taki sam pro­
rok znalazł, drugi Chrystus, jak tamten i chciał sprawiedliwości
równości oraz wolności biednych i uciśnionych, dziś od możnych
tego świata!!! i t. d. Lecz dłużej klasztora, jak Przeora!
A teraz na zakończenie tego swego pamiętnika. Szanownym
panom Instytutu Gospodarstwa Społecznego w Warszawie winszuję
w tak zbożnej pracy na niwie gospodarczo-społecznej i zasyłam
staropolskiem zw3 ^czajem ludowym Szczęść Boże!! w zamiarach
i aby praca wasza wydawała owoc jaknajkorzystniejszy nie tylko
na dziś, ale i dla potomnych naszych w przyszłości, oraz rozkoszy
i wielkich słodyczy tego wam rodak z krw i i kości życzy.
Dn. 13 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr. 13

D aw ny
o b ie ż y ś w ia t
g o sp o d a rz
w
po w .
s z c z a ń s k im

o b e c n ie
radom ­

Ojciec mój w spadku dostał sześć morgów ziemi, kupił od sio­
stry trzy morgi, dzieci miał ośmioro a że biedę miał dużą więc po­
stanowił żydowi gospodarstwo wypuścić w dzierżawę i całą rodziną
wyjechał do Warszawy. Tam posyłał nas troje do szkoły, po ukoń­
czeniu szkoły powszechnej dostałem się do cukierni Starorypińskiego
pracowałem jako pomocnik kelnera, tam się przysłuchiwałem jak
przy szklance czarnej goście opowiadali o polityce i o Polsce i W oj­
sku Polskiem, to też chęci nabrałem do ćwiczeń wojskowych co też
zapisałem się do ogrodu Saskiego na ćwiczenia gimnastyczne, tam
z wielkim zapałem się ćwiczyłem bo lubiałem bardzo komende pol­
ską a przez to że chodziłem sie ćwiczyć to mie wywalili z cukierni
za to, koledzy namówili do sprzedaży gazet i sprzedawałem również
Robotnika bo więcej zarabiałem na niem a gazety dla pozoru ale
facet ten co mi Robotnika przynosił róg Złotej i Marszałkowskiej
to mi stale proponował i rozdawanie i naklejanie proklamacji, ja
o tern powiedziałem ojcu. Matka mówi jak mi tę truciznę weźmiesz
do ręki to mi się nie pokazuj w domu ale facet stale proponował że
mi da za każde 100 proklamacji 5 Robotnika za darmo, raz dał mi
500 proklamacji żeby rozdać i naklejać i spełniłem co mi ów facet
kazał ale Robotnika zaraz nie dał dopiero trzeciego dnia, to ja ostatniom naklejałem przy Chmielnej na ścianie sklepu Chojnackiego, w ten
moment łabas mie ztyłu za kark dwóch oficerów Litewskiego pułku,
chłopak byłem sprytny wyrwałem sie i uciekam w stronę Widok,
jak ja przez ulice to oni zaczęli do mnie strzelać i wołać stój i właśnie
to strzelanie mnie zbawiło bo wtedy ja uciekałem i tłum z ulicy też
uciekał, oficery krzyczeli i gonili dzierży ale kogo niewiadomo bo
każdy uciekał, przyszedł patrol jeden drugi i zaczęli aresztować i mie

Pamiętniki chłopów

169

również bo najwięcej malczyków zaprowadzili do uczastku na Nowowielką ale że miałem pasport więc mie puścili ale dyżurny rewirowy:
ty proklamacji naklejał, nie naklejał panie Naczelniku, szedłem Mar­
szałkowską ktoś strzelał, publiczność uciekała i ja uciekał, ja znaju
horoszo czto ty naklejał dla tawo tiebie prywieli w uczastok, sejczas
pryjdut oficery uznawati malczyków łutszepryznajsia. Aleoficerynie
przyszli mnie puścili po spisaniu protokułu, ktoś to widział i ojcu
powiedział, byłem bity i kopany, z domu uciekłem mieszkałem na
Śliskiej, Robotnika nazad sprzedaje i facetowi opowiadam co mie
spotkało, powiada brachu jak bendziesz duży to bojowcem bendziesz,
ja mu mowie że Robotnika niech przynosi ale proklamacji Boże broń
bo bem sie jeszcze wsypał, ale za jakiś czas przyszedł facet i jakiś
jego kolega, oba mi nagadali obiecali i wziąłem 500 sztuk rozdaje
i naklejam Złotą w stronę Twardej. Facet i kolega za mną doszli
do Sosnowej i znikli, sam rozdaje, naklejać nie naklejam, na rogu
Twardej idzie dwóch facetów i jeden mie chwycił za rękę i do stój­
kowego i na Pańską do uczastku, proklamacje nogawką wypuściłem,
było niedużo, dyżurny pyta ty rozdawał, nie panie Naczelniku, do­
stałem jedną i przeczytałem chciałem dać drugiemu i wtedy mie
aresztowali, protokułu nie pisali, posadzili za reszotku (za kratam i)
czekali na prystawa a był tam pomocnik prystawa Sobolewski mo­
jego wuja kolega bo moja ciotka była bardzo ładna i wyszła za
ruskiego czynownika. Przyszedł do kancełarji ów Sobolewski po­
kazują mię i mówią co robiłem, ja sie tłomacze tak samo jak pierw
i proszę go żeby zadzwonił do Szulgina wuja mojego tu a tu, moją
^prośbę spełnił, przyszedł wuj coś tam gadali i mie puścili, do ratusza
nie zaprowadzili, później mój rewirowy przyniósł mi kartkę żebym
z nią poszedł siedzieć do aresztu na Chmielną, za jakiś czas po­
mocnik Sobolewski przysłał Ust ojcu żeby mie wywieść z Warszawy
co też po naradzeniu sie ciotki wuja prawosławnego i ojca musiałem
wyjechać w rodzinne to jest tu gdzie obecnie gospodarzę. Po przyjeździe na wieś ojciec do stryja napisał żebym czemprędzej wyje­
chał za granice bo prystaw Sobolewski kazał jak nie pojadę to mie
do cytadeli zabiorą, rozkaz wypełniłem bo stąd ludzie rok rocznie
szli do Prus na roboty sezonowe tom też z niemi pojechał. Robiłem
w Sztainbruchu, początkowo kamień tłukłem na dniówkę później
akordowo, co to za męka była dla mie, na ręce nie mogłem wytrzy­
m ać płakałem całe dnie, tęskniłem za Warszawą, myślałem o ucieczce
do Polski ale bałem się cytadeli bo wyobrażałem sobie że mie tam
powieszą i do Wisły puszczą albo w maszynie posiekają bo takie

170

Województwo Łódzkie

opowiadania były po Warszawie o cytadeli. Do połowy lata kamień,
żem tłukł, na żniwa jeden z kolegów m ajstra pobił, ja mu dopomo­
głem i obydwóch nas wypłacili ale sztrafe po 20 marek nam odtrącili
a było to w Kamentz koło Drezna, stamtąd pojechaliśmy do Berlina,
ale że na dworcu Śląskiem my się pogubili, kolega umiał po nie­
miecku, ja nie umiałem, zacząłem się martwić. Siedze sobie na sali
dworcowej przychodzi do mie jakiś szwab i coś mi mówi, oczy wy­
trzeszczam, nic nie rozumie ale mówi arbait i ja mówię arbait i bierze
mie za rękę i prowadzi do tramwaju, tramwajem do Ranikiendorfu*
tam robiłem cztery tygodnie bo szucmann stale łaził żeby mie wy­
dalić bo Polakom nie wolno było robić w Berlinie. Stąd pojechałem
do Szwed nad Odrę, tam przy kanale robiłem do zimy i przyjechałem
do Polski gdzie obecnie jestem i zamieszkałem u stryja ale że za duża
opowiadałem o księżach i polityce, stale bardzo dużo chłopów się
schodziło wieczorami aż się to doniesło do proboszcza, proboszcz do
stryja żeby mie wygnać zupełnie ze wsi, jeżeli nie to do Wielkanocnej
spowiedzi nie przyjmie ani stryja ani stryjenki i na kolende nie wej­
dzie do chałupy. Stryjenka zaczęła płakać, stryja wyzywać że przy­
jął świat owca obieżyświata, stryj rad nie rad moje manatki mi wy­
rzucił do sieni i kazał iść do Warszawy. Zebrałem manatki i do żyda
się sprowadziłem swojego dzierżawcy, mieszkałem do wiosny. Bar­
dzo mi przykro było bo dziewczęta nie chciały ze mną romansować
bo uważali że ja się djabłu zaprzedał bo tak ludzie takiego co poli­
tyką się trudnił uważali, przytem stale gromy szły z ambony w stronę
moją. Raz byłem za drużbę na weselu musiałem z orszaka wyjść'
bo nie chciał miodem ślubu dać i do wiosny rozmaite przykrości
miałem, a zwłaszcza od kobiet. Na wiosnę pojechałem do Lipska
tam pracowałem na dworcu głównem do zimy, dużo było polonji
i studentów z Polski i nie nad jednem studentem żem sie ulitował,
pożyczałem kilkom pieniędzy a jednemu nawet 300 marek i d a
dziś nie oddają. Na zimę przyjechałem nazad do żyda, na długo nie*
bo żyd dostał wiadomość od ojca żeby jedno mieszkanie wypróżnił
bo ojciec przyjeżdża sie gospodarzyć na dobre i już nie powracać do
Warszawy. Ja przez zimę zapoznałem sie z dziewczyną o lat pięć
starszą bo inne od warszawiaka uciekały, bo sie djabłu zaprzedał
i ożeniłem sie, po weselu mieszkałem u teściowej, na wiosnę do Prus
robiliśmy oboje przy budowie kolei, zarobiliśmy 800 rubli w złocie.
Po przyjeździe do domu musiałem iść do wojska. Służyłem w Tur­
kiestanie osiemnaście miesięcy bo żona dała 600 rubli łapówki i wy­
robiła mi opiekę II kategorji, na tej zasadzie z wojska mie zwrócili

Pamiętniki chłopów

17 1

i zaraz pojechałem do Prus bo żona już tam pracowała, do zimy oba
my zarobili 300 rubli też na kolei ale my tak oszczędzab że nawet
na niedziele nie kupili kawałka mięsa bo żona stale o ziemi marzyła.
Za te pieniendze gospodarki sie by nie kupiło, postanowibśmy sobie
sklepik spożywczy założyć, nająłem lokal, kupiłem patent i handluje*
przy tern zabiło sie często wieprza i wódkę pokryj omu tak że interes
szedł, rodzice od dzieci z Prus pieniondze otrzymywah to sobie żyli
i mięsa na niedziele i regularnie krasiwa gospodarz kupił i kiełbasy
często gęsto, chleb co dzień świeży, a i gorzałki czasami ale to wszy­
stko robiły Prusy i w ten sposób ja mogłem zarobić dziennie rubla
czystego zysku. Młodzież jak na zimę przyjechała robiła muzyki
i wesela a po wszystkiem do sklepiku na posiłek a że wódki nie wolno
było sprzedawać to strażnik dostał wychlać i był spokojny i zawsze
było gwarno i wesoło. Przyszły uroczyste święta każdy miał mięso*
wędlinę ciasto, a niektórzy i gorzałkę. Posiłek każdy był okraszony
i to nie byle jak i przy tern trochę mliczywa tak że krzywdy nie było,
a i od czasu do czasu dwa jajka też zjadł bo w Prusach byłń nadzieja
że dzieci przyślą na domowe wydatki i podatki a małem dzieciom
nie był dziwny skwarek jak m atka skwarzyła na tygielku, dziś
skwarek dla dzieci to wielki smakołyk, a i staremu to samo, ino stary
sie wstydzi, ręki nie wyciąga a jajko to jak się samo stłucze to
dziecku sie usmaży. Ale przyszła wojna a za tydzień to już niemcy
byli we wsi. Żołnierze się spakowah do sklepiku, wszystko mi zabrali
i grosza złamanego nie dali i zostałem przy gołych ścianach. Już
też i nie sprowadzałem towaru bo i nie było można dostać ani soli
ani nafty ani machorki to też z żonom sie umówiliśmy i postarałem
sie o przepustkę i pojechaliśmy do Prus, trochę grosza my przywieźli
po skończonej wojnie. Po przyjeździe do domu wziąłem sie za go­
spodarstwo bo ojciec w czasie wojny umarł, starszy brat był na
wojnie zresztą i tak by nie gospodarzył bo był ogrodnikiem z wyższemi studjami. Siostra zamężna była jeszcze w Prusach a reszta
bracia byli mali tak że ja zacząłem gospodarzyć na dziewięciu mor­
gach i ludzi też było do jedzenia dziewięcioro, przy tern ziemia wyja­
łowiona brak żywności, pług drewniany, wóz Uchy, budynki spalone
podczas działań wojennych. Matka i bracia obdarci i bosi, głodni,
krowy nie było, te trochę grosiwa co zarobił w Prusach to za nie kupi­
łem krowę bo ze solą uprzykrzy ci się jedzenie, kupiłem kartofb,
owsa, łubinu i jęczmienia do obsiewu pola, żywności i grosze się ro­
zeszły przed żniwami. Kupiona żywność sie skończyła, nastał głód
kupić nie było za co i gdzie bo smuglerze nocami za drogie pie-

172

Województwo Łódzkie

niondze skupowali i do Częstochowy wywozili nocami. Głód taki
że raz na dzień polewki z młodem rzepakiem my jedli. Matka z tego
dostała nieżyt żołądka i kiszek, chorowała i umarła. Za jakiś czas
my sie dowiedzieli że brat ogrodnik i wuj prawosławny z ciotką
i brat m atki mieszkają w Moskwie i że nieźle jem sie powodzi, to
m y sobie w domu uradzili żeby jeden jechał, a że była wojna z bol­
szewikami więc trudna jazda, ale jak mógł i pieszo i koleją i fu r­
manką tak sie dostał do Moskwy, tam był dwa tygodnie, dostał od
brata ogrodnika 10.000 rubli Kiereńskiego na postawienie budynków
i w ten sam sposób z Moskwy nazad przyjechał. Zaraz kupiłem
konia, dwa worki mąki, kaszy, krasiwa i postawiłem budynki. Na
zimę przyjechał i brat ogrodnik z żonom, ale długo nie był, pojechał
do Warszawy, tam sobie kupił kwiaciarnie róg Złotej i Zielnej
i ogród w dzierżawę sejmowy. Braci do siebie posprowadzał, odda­
wał do praktyk za szewca, kucharza, ogrodnika zwyczajnego, toka­
rza żelaznego i za cukiernika. Szwagrowi wyrobił posadę w Za­
głębiu za górnika bo taki fach posiadał a mie, powiada, będziesz
w ojcowiźnie gospodarzył, ja na to mu mówię że z gospodarki nie
potrafię spłacić, pojadę do Francji zarobić na spłatę, mówi mi na to
m y bardzo mało od ciebie weźmiem, możesz być spokojny o to, pra­
cuj bo to twoje będzie, to ja zaczynam gospodarzyć, stopniowo na­
byłem dobre dwie krowy, świnie, kury. Brat zapronemerował mi
Poradnika Gospodarskiego, przysłał parę książek fachowych, zaczą­
łem sadzić dużo kartofli, brukwi, buraków, marchwi i cebule, ani
jednej furki gnoju nie dałem pod kłosowe, wszystek pod okopowe.
Somsiedzi zaczęli sie podśmiewać z mojego płodozmianu, że stale
siedze w polu przy gracowaniu okopowych, że ino robie po prusku
i z gazet, a brukwi, buraków lub marchwi nikt mi nie kupi, tak sobie
wieczorami w sklepiku opowiadali, ja robiłem swoje. Raz czytam
w gazecie że można grunta scalić, mowie somsiadom o tern, oni ani
rusz nie chcą scalenia, jeszcze mie wyzwali i grozili. Myślę swoje
i potajemnie jadę do komisarza ziemskiego. Komisarz przyrzekł
swój przyjazd, zarazem prosiłem go, żeby gromadzie nie mówił żem
go prosił o przyjazd. Przyjechał, zebranie zrobił, chłopy sie pokłó­
ciły a i poszarpały, do uchwały nie doszło, drugi raz przyjechał,
uchwała przeszła, bardzo byłem z tego zadowolony, ale w tajemnicy
jawnie bałem się cieszyć z tego. Przyjechał i geometra, dwa lata
mierzył, skończył mierzenie, Komisarz rozdawał, było czterech prze­
ciwnych, scalenie przeszło, przeciwni sie zgodzili, ja myślę sobie,
z placu sie nie ruszę bo do swojej i kobieciny morgi mi sie nie opłaca

Pamiętniki chłopów

173

budynków przestawiać, chociaż ziemie dostane gdzie indziej to będę
dojeżdżał a z placu sie nie ruszę. Obliczyłem przestawienie budyn­
ków na 1500 złotych, pisze do braci żeby mi sie spisali, ano mówią
że narazić sie nie mają potrzeby spisywać, a co obiecali to mi zawsze
spełnią, a budynki żebym przestawił, to mi na przestawienie dopo­
mogą. Myślę sobie jeżeli tak piszą, to dobra, zaraz sie biorę za
przestawienie, zapisałem sie u Komisarza na pożyczkę scaleniową
w sumie 550 zł., reszte od żyda na 36% rocznie i budynki przesta­
wiłem. Pisze raz o zapomogę, niemam odpowiedzi, drugi raz pi­
szą mi, że budynki przestawiłem dla swojej wygody to mi nie mo­
gą przysłać, bo oni z budynków nie będą korzystali, ano trudno, zła­
pałem się, ntyśle sobie, kobita stale dokucza, że mie bracia wykpili,
trudno biorę sie za osuszenie ziemi, bo dostałem bardzo mokrą,
cała wieś gada, że zgnije na tern sapie, poszłem w pole przemyśluję
w jaki by tu sposób osuszyć, drenowanie za drogie, zresztą gront
sukcesorski, zacząłem o rowie przemyśliwać. Pożyczyłem sobie
waserwagi od mularza a krzyzy od dróżnika szosowego, dawaj ja
niwelować, szukać spodu wody aż znalazłem, kopie rów całą zimę
w butach o drewnianych podeszwach, na lato stanąłem z kopaniem,
dopiero na drugą jesień i całą zimę i wykopałem sam bo przynająć
nie było za co a rów duży był, somsiedzi sie wyśmiali z mojego
rowu, ale pole obsuszyłem, zaczęło mi rodzić lepiej a i u somsiadów suchsze sie zrobiło. Boże mój kopałem przy ziemiaczanem
placku, bo chleba mi nie starczało na cały rok więc przez zimę
sie nie piekło żeby na lato starczyło, to co pożyczyłem nie star­
czyło na przestawienie budynków. Sprzedałem obie krowy i świ­
nie, zostałem tylko przy koniu, żyto też wszystko sprzedałem zo­
stało tyle co na barszcz i mleka i chleba nie miałem cały rok, a krasiwa rzadko kiedy sie kupiło, bo nie było co sprzedać na nie, mia­
łem dużo buraków egipskich to sie z barszczem gotowało i to słu­
żyło za krasiwo, dzieci miałem troje, dwóch chłopców i dziewczynkie, zaczęli mi wszyscy chorować na biegunkę, widzę że jest źle,,
szukam pieniendzy pożyczyć, bo widzę że sie wszyscy pochoruje­
my, chodzę do żydów, chcą 6% miesięcznie, myślę że to za dużo,
szukam gdzie indziej, nikt nie chce, powiadają ma dużo długu, a ino
dwie morgi, reszte sukcesja. Pisze do braci, też nie m ają a dobrze
jem sie powodziło, z tego zmartwienia zgłupiała mi żona, zaczęła
latać boso nago, szyby w oknach powybijała, oszklić niema za co,
dzieci płaczą, bo zimno, bo to zimową porą było, pozatykałem po­
duszkami aż żyd przyszedł, jedną żem sprzedał i oszklił, ubrania.

174

Województwo Łódzkie

podarła, powynosiła, zostałem goły jak bicz beż krowy, bez chleba,
bez ubrania i bez gospodyni. Rozpacz mie ogarniała ludzie radzą
m i ją oddać do szpitala, idę do gminy, żeby mi dali świadectwo
ubóstwa, bo nie mogę sobie z żonom rady dać w domu. Sekretarz
powiada żeby klatkę zrobić i tam ją zamknąć to będzie siedziała
spokojnie, idę jeszcze raz i płacze, przyjeżdża przed gminę dziedzic,
pyta czego ja płacze, mówię mu o swojej doli, poszedł do sekretarza,
coś tam pogadali i świadectwo dostałem, żonę do zakładu w W arcie
umieściłem, była tam jeden rok, ale nic nie pomogło, wypisali mi
ją do domu, bo gmina nie chciała dłużej płacić i już szósty rok jest
w domu, ale jak była głupia tak pozostała i ja ni kawaler ni wdo­
wiec. Tak musze sie mordować, pytałem sie raz o rozwód, powie­
dział proboszcz, że niewolno sie rozwodzić. Zacząłem sam sie gospo­
darzyć. Jakiś czas sam gotowałem, sam prałem, sam reperowałem
i w polu robiłem ale bardzo żem sie przemęczył, dostałem chro­
niczny nieżyt kiszek i cały dom był bardzo brudny i zawszony.
- 'Zgodziłem sobie służącą, starszego chłopca posyłałem na drugą wieś
do siedmiooddziałowej szkoły, po skończeniu szkoły brat ogrodnik
umieścił go na praktykę kucharską do Cristalu róg Brackiej i Je­
rozolimskich, tam trzy lata praktykował, teraz pracuje pod Bukie­
tem naprzeciw dworca głównego, zarabia 180 zł. miesięcznie ale łaj­
dak grosza mi nie przyśle. Po wywiezieniu chłopca, kupiłem sobie
ciele, z niego dochowałem sie krowy, później drugiej, na kredyt
wziąłem małe prosie, dochowałem sie maciory. Zacząłem stosować
nawozy sztuczne, miałem 1000 złotych długu to oddałem, pozostało
mi jeszcze 300 zł. w Banku Rolnym. Brat ogrodnik przysłał 400
sztuk drzewek, żeby sad handlowy założyć ale przyszła sroga zima
i 85% drzewek zmarzło, pozostała nikła ilość, miałem zamiar na
kredyt drzewek wziąść i dosadzić w brakujące miejsce, ale słuchy
mie doszły, że dwóch braci potajemnie swoje części sprzedali sio­
strze do Zagłębia, myślę sobie co mi tam sadzić na czyj grunt i wi­
docznie, że teraz nie jestem pewny na ojcowiźnie co mi ją tak
uroczyście przyrzekali, że niedużo spłaty wezmą i od tej pory oj­
cowiznę traktuje jako dzierżawę. Z tego powodu mam biede, że
rsprzątam dziewięć morgów, za sześć morgów płace dzierżawę, ko­
rzec z morgi, budynki połowę moje, połowę brata ogrodnika, dzieci
dwoje to chodzą do szkoły ludowej, dziś bardzo trudno jest żyć
i ludzie w mieście myślą, że chłop sprzedaje To co mu zbywa a tu
sprzedać musi każde jajko, każdą kurę, jeżeli zabije to na uro­
czyste święta, żyto sprzeda, jeść niema co, ale sprzedać musi i żeby

Pamiętniki chłopów

175

tak mus nie był żeby ludzie mogli we świat iść, nie byłoby tego
nadmiaru produktów rolniczych, bo by ludzie zjedli więcej, a na
domowe potrzeby lub podatki przysłaliby ze świata. Boże kocha­
ny, matka jak krasiwo smaży to sie nie może ugnać przed bacho­
rami, płakać sie chce jak dziecko zajada skwarka jak jakie ciastko,
przed wojną mały gospodarz zarobił w Prusach, ten co został w do­
mu pojechał z żydem na furmankę lub powiózł klocka do miasta,
jakiemu prusakowi zaorał i obsiał pole i w ten sposób zarobił na
krasiwo, mydło, sól, naftę, buty, ubranie a i podatek z tego za­
płacił bo co tam z dziewięciu mórg zapłacił trzy kornce żyta, a dziś
osiem korncy. Przed wojną za jajko dostał półtorej paczki za­
pałek, za trzy jajka paczkę machorki, za trzy jajka kilo soli, za
korzec żyta czternaście kilo cukru w kawałkach i t. d., dziś o sto
procent wszystko droższe, wyjechać niema gdzie, zarobić koniem
też nigdzie nie zarobi, jeżeli tam jaki szczęśliwiec dostanie zapo­
trzebowanie do Francji, to mu cała wieś zazdrości, już sie nie mó­
wi żeby człowiek zajadał mięso lub zapijał kawę lub herbate, bo
tego sie do śmierci nie doczeka, ale za te prace od świtu do nocy
żeby chociaż był regularnie cały rok kawałek chleba lub barszcz
albo ta kapusta jako po ludzku okraszona. Czyta się nieraz, że
chłopi nie stosują higjeny, że nie umieją sie odżywiać, różne bzduratwa i minister głupi jak zostanie bezrobotnem. Chłop każdy cho­
ciaż najgłupszy jeżeli by miał pieniądze postawił by ładny dom, oborę
nowoczesną, stodołę, piwnicę, kupiłby siewnik, kultywator, młocarnie, nie potrzebowałby kijem nad rozumem wywijać, sieczkarnię,
a wiele różnych rzeczy i stale o nich marzy, kobieta by wiedziała
jakie meble kupić do izby kuchennej, stołowej czy sypialnej a i o pia­
ninie córka też by pomyślała, jednem słowem niech ino żyto kosz­
tuje 25, kartofle 6 zł., a kilo żywego wieprza 2 zł. to odrazu ruch
by się zrobił po fabrykach, z ciemnego chłopa zrobił by się kul­
turalny, chociaż niepiśmienny i toby gazety kupował, drugi by mu
czytał. W Prusach pracowałem to prenomerowałęm trzy dzien­
niki, a tu ani jednego nie mogę. Jestem miłośnikiem czytania gazet
a jak nie mam na to, to muszę być ciemny i mojem pragnieniem
jest aby była gazeta do czytania, żeby mieć gospodarstwo własne
i żeby każdy chłop należał do związku, żeby z niego się nie wy­
śmiewali, nie poderzali, żeby starość była zapewniona nie tak jak
jest dziś, idziesz dó urzędu, powiedzą ci jutro przyjdźcie, bo ten
a ten pan dziś nie załatwia a nie wejdzie w położenie, że to jutro
będzie kosztować pięć mil drogi. Taki młynarz każe sobie dać

176

Województwo Łódzkie

od m etra 19 kilo m iarki i na to niema rady. W lesie ugrabisz
trochę ściółki i to jeszcze jeżeli masz łaskę u pana leśniczego.
Ściółka leży całemi tygodniami na kupie ugrabiona aż się spali.
Pan leśniczy niema czasu odebrać, jedziesz trzy mile do lasu p o
drzewo, zajeżdżasz, biuro zamknięte, pan leśniczy śpi jeszcze, przy­
chodzi o dziewiątej. Chłopów masa stoi cały dzień, pod wieczór
dostaje kwit, bo pan przed obiadem pił herbatę, po obiedzie też
herbatę, a ty chamie stój, boś ty dla pana a nie pan dla ciebie,,
a koniowi twojemu robactwo krew strumieniami puszcza, gdzie
towarzystwo opieki nad zwierzyntami. Czy taki pan leśniczy nie
mógłby o godzinie piątej rano w dnie upalne sprzedawać, chyba
by mu okrasa nie spadła a szkapy by uradowane były, boby jem
więcej krw i i siły pozostało w organiźmie, a jak tam jaki chłopek
mruknie, że pan leśniczy późno zaczął sprzedawać, to mu się drze­
wa nie sprzeda, jedź sobie chamie trzy mile drogi do domu, bę­
dziesz na drugi raz wiedział jak się pana szanuje, a jak nie to
wszystkich na dwór, a pan sobie idzie odpocząć. Jedziesz do mia­
sta, tu nie wolno stanąć, tam nie wolno sprzedać, targowice opłać,,
czy masz za to jaki bruk czy wagę, musisz sprzedać na oko, masz
psa, puścisz go żeby kury somsiadowe przestraszył ze zboża i n a
ten czas polikier, dlaczego pan psa nie trzyma na uwięzi, panie,
kury straszyłem, jak się nazywacie, panie niech pan nie pisze, nie
zrozumieliście po polsku, że sie pytam o nazwisko. Jesteś w do­
zorze to ci nic nie wolno gadać, proboszcz sam decyduje o gospo­
darce kościelnej, a ty ino jesteś na to żebyś podpisał żydowi, sprze­
dajesz żyto to ci żyd postawi kilowe ciężarki i dawne funtowe,
chłop wie, że pięć kilo ściągnie 50 ale nie pięć funtów wiele ściągnie
a ćwierć funta i w ten sposób go żyd oszuka. Idziesz do polikiera
żeby zrobił protokuł to on teraz niema czasu, rad nie rad trza brać
wiele żyd daje, bo tu z końmi stać nie wolno bo protokuł. Po­
życzyłem w komunalnej kasie powiatowej 100 zł. na trzy mie­
siące, bo dłużej nie dają, przychodzi termin, płacisz połowę, to
drugą połowę ci ino na jeden miesiąc prolongują, dłużej nie wolno,
bo taka ustawa jest, żeby chłop co miesiąc trzy albo pięć mil dro­
gi przeszedł, bo w domu nic nie robi, to się przespaceruje, a ja k
by był każdy chłop w Związku, napewno by tych przykrości i biedy
nie miał i z tej biedy nie można się wydostać. Młodsze pokolenie
jakoś sobie tam chociaż z tern nadmiernem rodzeniem dzieci daje
radę, bo jak kobiecina zajdzie w poważny stan to jak ma 10 zł. to
ta znajdzie się taki co sztuczne poronienie za te 10 zł. zrobi, a ta

Pamiętniki chłopów.

177

co tych 10 zł. niema, to sobie sama brudnem palcem w macicy poskrobie, krew puści i poronienie wywoła, że ta która z tego do
ziemi pójdzie, to co to kogo obchodzi, chociaż tam mówią o jakisich Malhtusach co to zapobiegają ciążę, to przecie chłop tego
nie kupi* bo go na to nie stać, za jeden raz 50 groszy dać, a ile
by musiał na cały rok zapłacić, całą gospodarkę by stracił, chociaż
tam ktoś mówi o poradniach żeby po osadach zakładać to chyba by
była porada darmo, bo tu na sól niema, o poradzie i gadać niema
co, jak by tam zrobili coby taki Malhtus kosztował 15 groszy to by
i mniej kobit albo dziewczyn szło do ziemi. Ja tam nie wierzę
żadnem obietnicom co to ziemię dają albo robotę w fabryce, bo
ani ziemi ani roboty niema tyle, co jest biedy po wsiach, ograni­
czyć płodność, to następne pokolenie będzie miało i ziemię i ro­
botę, tak jak dziś jest po sześcioro, ośmioro w każdej chałupie to
co tu pomoże reforma rolna, ojciec bije swoją żonę, wyzywa ją
od maciory, dzieci to samo o bele co katuje. Jedzenie trzy ra­
zy kartofle bez okrasy, wszy pełno bo na mydło nie starcza, ober­
wane dzieci aż zgroza, kawałek chleba tylko na uroczystość jest,
istna inkwizycja i niejeden mówi, że chłop dawniej nie był patryjotą i dziś nie jest, bo go bieda wrogo usposabia, czy on ma za
swoją pracę wynadgrodzenie, żyje niżej krytyki, jak na obiad zje
kartoflanych klusek z mlekiem albo z kaszą jaglaną i to nie codzień boby mleka nie starczyło a ino na niedzielę, na jednem łóżku
śpi po cztery osoby, twarz się myje raz na tydzień mydłem, bo
nie starcza i taki mieszczuch mówi, że chłop to sprzeda to, co ma
na zbyciu, jeszcze mu sie zazdrości, a on żyje jak krówka w obo­
rze, nie zna teatru, cyrku, kina, w mieszkaniu stoją tam dwa łóż­
ka, stół, dwa krzesła i całe umeblowanie, dużo tu pomoże odczyt
ó gruźlicy albo higjenie jak każdy ledwo nogami przeplata, bo od
takiego życia musi się zrobić leniwem i tak w koło.
Prosiłbem o zawiadomienie jak wyjdzie z druku pamiętnik
chłopa.
Dn. 29 listopada 1933 r.

12. Pamiętniki chłopów

Pamiętnik Nr. 14

C ie ś la w i e j s k i n a k a r ł o w a t e m
p a r o m o r g o w em g o s p o d a r s tw ie
w p o w . ła s k i m

W arunki w których się urodziłem to jest rok 1901 nie można
było zaliczyć do najgorszych, był to czas, w którym każdy uczciwy
człowiek zdolny do pracy fizycznej mógł sobie radzić, tak ten co
posiadał kawałek ziemi, jak i ten co jej nie posiadał wcale mógł
sobie życie jakoś urządzić. Rodzinę moją można zaliczyć do bied­
niejszych, gdyż ojciec mój posiadał wówczas gospodarstwo rolne
składające się z 7 i pół morga ziemi i starych zabudowań gospo­
darskich do tego dochodziła wspólna pastwa z dworem. Wobec
czego przy utrzymaniu gospodarstwa w dobrej kulturze rolnej, wy­
dajność ziemi dawała dostateczne utrzymanie rodziny składającej
się z dziewięciu osób zaś opłacalna hodowla trzody chlewnej, której
można było utrzymać cztery sztuki rocznie wystarczało na opędze­
nie najniezbędniejszych potrzeb domowych t. j. ubrania i obuwia
dla całej rodziny, zaś utrzymanie czterech krów mlecznych dawa­
ło dostateczne uzupełnienie dobrego odżywiania dla całej rodziny,
tak że życie rodzinne płynęło bez kłopotu i zmartwienia. Po woj­
nie światowej dwie siostry i starszy brat wyjeżdżali na sezonowe
roboty do Niemiec przynosząc wielką ulgę rodzicom. Za zarobione
przez nich pieniądze pobudowaliśmy dom, oraz przeprowadzili re­
mont starych zabudowań gospodarskich. Przyszedł rok 1918, a z
nim niepodległość państwa Polskiego. Starszy brat się ożenił i po­
szedł do wojska. W roku 1919 poszedłem ja, po wojnie bolsze­
wickiej 1920 roku powróciłem pracując nadal z ojcem w gospo­
darstwie. W roku 1922 poszedłem ponownie do służby wojskowej
po odbyciu której powróciłem do domu i oddałem się zawodowi
ciesielskiemu. Początkowo zarabiałem niewiele jak na owe czasy,
jednakowoż w drugim już roku zarabiałem o wiele więcej, z począt-

Pamiętniki chłopów

179

ku 1926 roku zacząłem pracować już samoistnie jako cieśla. W 1929
roku ożeniłem się, żona wniosła mi posagu 2 tysiące zł. gotówką,
a że to były czasy dość dobre i pracą ciesielską nieźle zarabiałem,
to też starczyło mi na normalne prowadzenie życia rodzinnego bez
żadnych większych kłopotów. Był to czas w którym tak drobny
ja k większy rolnik nie odczuwał większej biedy. Produkty rolne
popłacały, hodowla także, to też budowla na wsi została rozwi­
nięta bardzo znacznie. Budowano nowe domy, remontowano stare,
lub powiększano zabudowania gospodarskie, to też życie moje jako
■cieśli się uśmiechało. Należałem do uczciwych i solidnych praco­
wników ciesielskich, to też pracy miałem dość byle tylko rąk star­
czyło. Brało się przeciętnie od średniego domu do 150 zł., od większych
domów od 200 do 300 zł. tak że po uczciwie przepracowanem lecie można było spokojnie odpoczywać w długie zimowe wieczory,
w dobrze ogrzanem pokoju spędzając czas nad pożyteczną książką
czy gazetą. Był to czas godny wspomnienia. Lecz niestety niedłu­
go uśmiechało mi się życie rodzinne. Na początku 1930 roku zmarł
m i ojciec. Gospodarstwo liczące wówczas 11 i 1/2 morga ziemi
wraz z serwitutem zostało podzielone pomiędzy spadkobierców.
Matka otrzymała 1/3 jako swoją własność jak również dożywotnią
część po ojcu, resztę podzielono na równe części każda po 280 prę­
tów kwadratowych. Odziedziczyłem i ja swoje 280 prętów po ojcu.
•Ciężko mi było rozpocząć gospodarowanie na tym szczupłym za­
gonie gdyż wszystek zasiew musiałem sobie kupić, szczęście że mia­
łem zaoszczędzone z pracy trochę grosza, gdyż posag jaki wniosła
'tń i żopa został rozpożyczony pomiędzy ludzi. Po śmierci ojca za­
cząłem myśleć o powiększeniu własnego zagona, gdyż i rodzina mo­
ja powiększyła się, a wraz z tern przybyło kłopotu. Zacząłem z bra­
tem mówić o kupno części, prawie rok umawialiśmy się, aż w koń­
cu nié doszło do zgody, gdyż brat ostatecznie żądał 2 tysiące złotycli; Nie mogłem się pogodzić z tern aby za 280 prętów ziemi
śiredniej zapłacić 2 tysiące zł. Jednakowoż myśl nie dała mi spoJkoju> aby nie stracić posagu żony, aby coś za to dokupić. Zacząłem
^znów^ umowę z najmłodszą siostrą, rezultat był taki, że zgodziliśmy
się na sumę 700 zł., a więc odebrałem od ludzi i kupiłem. Cie­
szyłem^ się z tego, że będę mógł utrzymać choć jaką taką kr owinę
co “dotychczas było niemożliwe. Po dokupieniu tego kawałka ziemi
żona dostała w posagu od swej m atki młodą półtoraroczną jałóweczkę, z której dochowałem się dobrej dójki. I z tej strony czu­
łem się lepiej, ale czasy zaczynały się pogarszać, rok 1931 przy­

180

Województwo Łódzkie

niósł katastrofalny spadek cen produktów rolnych oraz hodowli.
Nie odczuwałem tego na swem kawałku ziemi, gdyż z niego mogłem
liczyć jedynie na jakie takie wyżywienie rodziny, o sprzedaży zbo­
ża nie było mowy, poza utrzymaniem krowy o żadnej hodowli nie
było można myśleć. Jednak pogorszenie stanu gospodarczego wsi
spowodowało częściowy zastój w budownictwie, oraz spadek za­
robków za prace budowlane. To też dochody moje czerpane z pra­
cy budowlanej zaczęły się kurczyć coraz więcej, z których mogłem
liczyć na ubranie i obuwie dla rodziny, oraz na niezbędne potrze^
by domowe. Zacząłem ściągać pożyczone pieniądze od ludzi, ale
i tu napotkałem na wielki opór. Trudności spowodowane ciężkim
stanem gospodarczym stanęły mi na przeszkodzie, tak że przez
cały rok nie można było odebrać 100 zł. Z chwilą ustania sezo­
nowej emigracji do Niemiec znikły wszelkie pożyczki, a wraz z tern
i odbiór pożyczonych pieniędzy. Tak i ja odbierając od sumien­
niejszych ludzi po parę złotych, dożywiałem rodzinę. Odtąd za­
częło się przejadanie pozostałych na pożyczkach pieniędzy z posagu
żony. Z jednej strony przejadałem resztę odebranych pieniędzy*
z drugiej strony zanikły jakiekolwiek dochody z pracy. Stan mo­
jego życia stawał się coraz cięższy. Pozostałe u ludzi 300 zł. nie
mogłem odebrać, żadne prośby z mej strony nie pomagały. Zmu­
szony byłem wydać ciężko zapracowane grosze na oddanie sprawy
do przymusowego ściągnięcia drogą protestu i to nie pomogło.
Licytacja z powodu intryg gospodarza nigdy nie doszła do skutku.
Wkońcu z goryczą w sercu musiałem poprzestać, gdyż dopłaciłem da
swojej krwawicy przeszło 60 zł. jakby w błoto rzucił, na dalsze
postępowanie pieniędzy brakło. Wprowadzenie sądów rozjemczych
rozzuchwaliło do reszty mojego dłużnika. Z rozpaczą musiałem
zapomnieć o swoich ciężko zapracowanych 300 zł. Pozostało mi
400 zł. pożyczone u m atki i o oddaniu tychże nie było mowy, za­
cząłem nalegać częściej, coraz mocniej, aż wkońcu m atka nie mo­
gąc się mnie pozbyć i widząc tę nędzę jaka mnie gniecie zgodzi­
ła się za dopłatą 200 zł. odpisać mi morgę ziemi. I znów nadzieja
wstąpiła we mnie, że mam już 2 morgi 260 prętów ziemi i na dodatek
200 zł. długu, ale zupełny zanik pracy pozbawił mnie dochodów
poza gospodarstwem. Na dobitek Urząd Skarbowy zażądał ode
mnie przymusowego wykupienia świadectwa przemysłowego. Zwró­
cenie moje z prośbą, że zarobek mój jest zupełnie nikły, nie po­
mogło, albo zupełnie nie pracować, albo wykupić. Nie chcąc do­
puścić do ostatecznej nędzy wykupiłem, skutek z tego jest taki,

Pamiętniki chłopów

181

że zarobiłem na sól, a dziś sekwestrator zajął mi za podatek obrotowy
ostatni m etr żyta. Wielka beznadziejność zawładnęła mną. Mieszkam
w mieszkaniu udzielonem mi przez moją matkę, stan zabudowań
jest: dom średni, stodoła lada dzień runie, obora obłożona podpo­
rami może wytrzyma z górą dwa lata, o remoncie niema mowy,
.a o budowaniu nowych wcale nie można myśleć, pierwsza myśl
to ratunek przed głodem i zimnem, przed nadchodzącą zimą. In­
wentarz mój to licha kro wina, o kształceniu dzieci niema mowy.
Na zeszyt do początkowej szkoły trudno się zdobyć. O melj oraćj ach
wieś zapomniała, pamiętają tylko ci co ich gniotą długi
za przeprowadzone melj orać je. O kupnie książek i gazet nie można
myśleć gdyż nieraz przychodzą takie dnie, że bez soli trzeba zjeść
obiad czy kolację. W nudach i zadumie o swej przyszłości, która
je st dziś beznadziejną spędza się długie zimowe wieczory. Chętniębym wypożyczył jakieś pożyteczne książki, ale bo to jest gdzie?
"Towary kupuje się przeważnie najtańsze jarmarczne i to też co
najpotrzebniejsze, t. j. bieliznę i z ubrania to co już ze skóry spa­
da. Odświętnego ubrania się nie kupuje, wydziera się to co z le­
pszych czasów pozostało, a gdy to się zedrze to wielkie pytanie
w czem się będzie chodzić. O chodzeniu w butach przy codzien­
nej robocie wieś już zapomniała, w bardzo wielu wypadkach jedne
buty muszą starczyć na święto na całą rodzinę, a dziesiątki jest
takich co już i trepów nie m ają za co kupić. Dziecko od dwóch
lat musi chodzić w trepach, bo o kupowaniu trzewiczków nie można
mawet myśleć, gdyż poza gospodarstwem o jakimkolwiek zarobku
niema mowy. Bo nawet zamożniejsi gospodarze nie najm ują ro­
botnika, bo niema czem płacić, gdy zaś zmuszeni są nająć wypłaca
się zbożem lub odrabia końmi. Gdy niema żadnego zajęcia w go­
spodarstwie, odrabia się za pracę końmi, gdyż na swoim zagonie
konia utrzymać nie można, bo wydajność ziemi starczy zaledwie
ma wyżywienie rodziny. Ubieramy się bardzo nędznie, łata się każ­
de ubranie czy bieliznę do ostateczności, gdyż na uprawę lnu na
towary samodziałowe nie starcza ziemi. Co do odżywiania to od­
żywiamy się: kartofle, kapusta i to bardzo mało okraszone, gdyż
1/4 kilo okrasy musi starczyć na tydzień na całą rodzinę i suchy
kawałek chleba jeszcze niezawsze, gdyż nie starczy, o smarowaniu
chleba niema co myśleć. Stan zdrowia pożałowania godny, naj­
gorzej to już z małem rodzeństwem, do nastania większego zimna
rniusi chodzić boso, zaś na ciepłą odzież niema pieniędzy, mieszka­
nie do nastania ciężkich mrozów nieopalane, to też gdy nastanie

182

Województwo Łódzkie.

cięższa zima, stale dzieci chore, kaszel kokluszowy, zaziębienie, a nie­
raz i gruźlica. Boże zachowaj takiego życia. Pomoc lekarska i ta
w najcięższych wypadkach niebezpiecznych chorób jest wtenczas
gdy się znajdzie jaka złotówka, gdy zaś niema macha się ręką „Dziej;
się W ola Boża”.
W roku 1928 założono u nas Kasę Stefczyka, złożyłem i ja
swój udział w kwocie 15 zł. Powołano mnie na stanowisko sekre­
tarza Rady Nadzorczej, później jako przewodniczący Rady Nadzor­
czej pracowałem z poświęceniem gdyż jestem wielkim zwolenni­
kiem spółdzielczości. Z początku szło dość dobrze. Jednakowoż:
po paru latach praca zaczęła słabnąć. Część pożyczek zaczęła za­
legać u członków, a tern samem i w Centralnej Kasie. Dziś Kasa
ta stoi w obliczu likwidacji. Żadnych widoków dla siebie i dla
swojej rodziny na przyszłość nie widzę, bo skąd dziś można choó
pomyśleć o widoku na przyszłość, bo na samą myśl o przyszłe
jutro człowiek się wzdraga i popada w jakąś zadumę, sam siebie
pytając jak będzie jutro, jak będzie dalej żyć? A jakież może być
zabezpieczenie człowieka małorolnego na przyszłość, czyli na sta­
rość. Już minęły bezpowrotnie te czasy co można było jakiś grosz
odłożyć na stare lata. Dziś myśli się tylko o tern by można choć
z wielką nędzą żyć, a o zabezpieczeniu na starość wcale się nie myśli.
Mieszkanie mam jedna izba, całkie umeblowanie to stara szafka ku­
chenna i takiż stolik, szafa do ubrania i łóżko, które dostała żona
w posagu, oraz stół swojej roboty.
Porównując poziom człowieka pracy tak małorolnego jak i bez­
rolnego z czasem przedwojennym a obecnym, stwierdzić trzeba, że
pozostaje tu wielka przestrzeń niedomagań, którą dziś niełatwo da
się wypełnić. Przed wojną człowiek małorolny na wsi poza pracą
na swoim zagonie pracował poza gospodarstwem, pracy tej nie po­
trzebował szukać, gdyż wszędzie potrzeba było rąk do pracy, czy ta
przy budowli na wsi, czy w pobliskich miasteczkach, czy też w wię­
kszych gospodarstwach rolnych. Zarobek był niezły. Można było
zarobić na niezłe utrzymanie. Większość zaś pozostających bez
pracy ludzi na wsi wychodziło do większych miast przemysłowych,,
gdzie zarobki dawały im możność dobrego utrzymania, a wiele z nich
m ając zaminowanie do pracy rolnej powracało na wieś z zaoszczę­
dzoną gotówką, kupowali sobie gospodarstwa zabezpieczając się na
przyszłość. A ileż to tysięcy ludzi ze wsi znajdowało pracę przez
sezonową emigrację do Niemiec. Dziś dziesiątki i setki ludzi n a
wsi zdolnych do pracy daremnie jej poszukują, gdy usłyszą, że gdzieś

Pamiętniki chłopów

183

nawet w odległej dzielnicy Polski ma się ruszyć jakaś praca, to na całe
tygodnie wybierają się i idą pieszo o suchym kawałku chleba i tak
samo wracają zrozpaczeni. Znam w mojej miejscowości takie wy­
prawy za poszukiwaniem pracy w czasie wiosennym, aż na Po­
morze, bez żadnego wyniku — po paru tygodniach wracają nazad
do swojej nędzy z rozdartem sercem. Ojciec małorolny zdolny
sam jeszcze obrobić swój zagon, synów dorosłych trzech — czte­
rech, pracy niema, poszukiwanie jej daremne, nadchodzi zima, wszys­
cy bez butów i ubrania, jeszcze gorzej wiosną już w maju brak środ­
ków do życia, kupić niema za co. Chętnieby szli pracować za utrzy­
manie, ale gdzie? Wszyscy we wsi to małorolni posiadający jeden,
dwa, a najwyżej kilku takich co m ają około pięciu hektarów śre­
dniej ziemi, a z tego wszystkiego rozpacz niezgoda i przekleństwo
w domu. Wieś dziś nie widzi żadnej przyszłości przed sobą. Wiel­
ka beznadziejność zapanowała na wsi, ludzie chodzą jak bezmyślni,
wszędzie pełno nędzy, spustoszenia i rozpaczy. Pamiętam gdy
’w czasach dobrej konjunktury zjawił się na wsi komornik czy se'kwęśtrator io było coś zadziwiające, wszyscy wylegli na drogę z dociekawi poco i do kogo przyjechał, a większość to tacy co tego
pana w swoim życiu nie. widzieli i ciekawi byli go zobaczyć jak
on też wygląda. A dziś nawet nikt nie wyjrzy z domu, sekwestrator to nic dziwnego wszyscy są obojętni na obecność jego na
wsi* Obecność komornika czy sekwes trat ora na wsi nikogo nie
wzrusza, gdyż ci panowie są prawie codziennemi gościami wsi.
Ludzie się nie przerażają obecnością sekwes trat ora, gdyż wiedzą
że już im nic nie weźmie, bo niema co. Nędzna, smutna i bezna­
dziejna wieś więcej podobna do cmentarzyska niż do zbiorowiska
życia ludzkiego. Zniknął uśmiech na twarzy wieśniaka gdyż oprócz
ciężkiego borykania się z nędznem losem nic więcej mu nie pozo­
stało.
Ńajwiększem złem, które przyczyniło się do strasznej nędzy
wsi, to brak pracy dla bezrolnych i małorolnych, których ten brak
pracy popchnął na dno nędzy. Drugim zaś złem i to prawie naj­
większym to nieopłacalność produktów rolnych i hodowli przy
wysokich cenach wyrobów przemysłowych, oraz brak taniego kre­
dytu przez co każdy rolnik zmuszony zaraz po zbiorach zboże za
bezcen wyprzedać. Trzecim to nadmierne ciężary podatkowe, któ­
re coraz stają się większe w najrozmaitszych formach i rodzajach.
To są trzy najgłówniejsze bolączki wsi. Za nimi zaś stoi cały sze­
reg innych, których za długo byłoby wymieniać.
Dn. 28 lutego 1933 r.

Pamiętnik Nr. 1|>
M !r

B e z r o ln y w y r o b n i k w i e j s k i w
p o w . k a lis k im

Przybywam na wezwanie Instytutu Gospodarstwa Społecznego,
i oddaję swą kartę życiową, na której przedstawione jest wszystko
co kiedykolwiek mię spotkało i mój pogląd indywidualny na rzeczy
i zagadnienia, które stanęły na drodze mojego życia.
Droga jaką przebyłem w życiu jest jeszcze stosunkowo krótka,
bo jestem młodym. Lecz życie obdarzyło mię taką obfitą treścią
przeżyć iż dzięki nim zdobyłem dość dużo doświadczenia.
Opis ten nie jest żadną reklamą interesów własnych ani też
sztuką obliczoną na afekt. Lecz jest to najprawdziwsze życie, które
nie jest żadnym wyjątkiem, lecz trwałą i ogólną formułą życia bie­
doty wiejskiej. Która żyjąc w nędzy i ukrzywdzeniu, tylko swej
naturalnej żywotności może zawdzięczać iż nie wymarła. I nie tylko
że nie wymarła, ale śmiem twierdzić, dąży naprzód ku coraz to wyż­
szym szczeblom kultury, zdobywając coraz to więcej ogłady i po­
głębiając swą treść umysłową. I przyjdą czasy kiedy lud, świadom
swej kultury i siły moralnej, wyda wśród siebie jednostki które od­
rodzą życie.
I.

Urodziłem się w 1912 roku dnia ósmego grudnia, we wsi Szulec
pow. Kaliskiego.
Rodzice moi pochodzili z rodzin włościańskich. Ojciec z dwudziestomorgowego gospodarstwa, matka — z czterdziestomorgowego.
Sami jednak nie mieli żadnej roli. Utrzymywali się z pracy rąk
własnych, ojciec zarabiał jako krawiec, matka zaś zajmowała się pro­
wadzeniem domu.
Początkowo mieszkaliśmy przy rodzicach mojej matki. Lecz

Pamiętniki chłopów

185

jednak na skutek wewnętrznej niezgody, Ojciec mój na ziemi brata
swojego postawił sobie dom w którym zamieszkaliśmy. Jako dzier¿awne z tego kawałka ziemi który zajmowaliśmy, ojciec miał szyć
bezpłatnie ubiory dla brata i jego żony.
Ojciec mając dużo pracy mógł bez trudności dać środki do ży<da rodzinie składającej się z sześciu osób licząc w to i ojca. Czterech
nas synów z których ja byłem najmłodszy mieliśmy dość dobre wa­
runki wychowania.
Działo się to między rokiem 1907 a 1916.
Pod koniec tego okresu zaczyna się nam powodzić coraz gorzej.
W ojna światowa odejmuje coraz bardziej ludziom chleb. Nędza się
zwiększa. I nam coraz częściej brakuje chleba.
W roku 1918 przybywa do nas czterech jeszcze jeden brat. Ro­
dzice z trudnością dawaj ą sobie radę z nastarczeniem na różne po­
trzeby. Jak mogą tak kombinują, byle nie dopuścić widma głodu
pod strzechę swoją.
Przychodzi fatalny rok 1920—21. Czas wojny bolszewicko-polskiej. Nie pomogły już teraz kombinacje, nędza stawała się coraz
większa.
My czterej bracia chodziliśmy wówczas do szkoły. Dwaj starsi
uczęszczali do szkoły po w. siedmioklasowej w Opatówku. My zaś
dwaj młodsi chodziliśmy do miejscowej szkółki wiejskiej. Sytuacja
była okropna. Nasze młode organizmy potrzebowały obfitego i do­
brego jedzenia, a tu rodzice mimo największych wysiłków nie mogli
nam tego nastarczyć. Buty i ubrania były fatalne — same łaty i łaty.
Och dziś jeszcze żywo pamiętam jak życie wtedy było męczarnią.
Stałe pragnienie i rozgoryczenie płynące z nienormalnego trybu ży­
cia. Stałe łzy i skamłanie m atki o kawałek chleba!
A matka!... Jej biedaczce napewno się serce rwało w kawały
gdy widziała obok siebie załzawione błyszczące blaskiem pragnienia
oczy drobnych dziatek swoich. Pamiętam, często popłakiwała i ża­
liła się na marne życie przed ojcem. Ojciec zaś pocieszał ją mówiąc,
że niedługo się to wszystko skończy. Niech tylko zdobędziemy wol­
ność, oswobodzimy własną ojczyznę — to zaraz będzie lepiej. Nasz
rząd pomagał będzie swym obywatelom w urządzeniu sobie wygod­
niejszego życia.
O ile mój młody umysł może sobie odtworzyć te chwile, przy­
pominam sobie iż życie wtedy w okresie tej wojny, było nasiąknięte
ogromnym patrjotyzmem. Było u nas założone Koło Młodzieży, które
rozsiewało po całej okolicy poczucie obywatelskie. Należeli do niego

186

Województwo Łódzkie

i starzy i młodzi, a wszyscy interesowali się gorąco sprawami Pań­
stwa i przebiegiem wojny. Kobiety, prawie bezustanku śpiewały
pieśni patrj o tyczne, zaczerpnięte z broszur ilustrujących wojnę.
Ten patrj otyzm, to pragnienie wolności musiało być bardzo sugestywnem, bo nawet my dzieci zeszedłszy się gdzieś na łące lub
przy drodze opowiadaliśmy sobie jakie to tam dziwy wyprawiają
się pod W arszawą.
Niezatarte mam w pamięci te chwile, w których to przysłuchując
się rozmowom starszych wczuwałem się w tę ogólnie niepokojącą
atmosferę — co będzie dalej ?
Z entuzjazmem podawaliśmy sobie z ust do ust wiadomość
o zwycięstwie naszych. Radością brzmiały głosy cieszących się z od­
zyskanej wolności! Teraz będzie lepiej, mówiono!
Jakąż to potężną manifestacją, jakim potężnym rzutem oswo­
bodzonego narodu była rocznica Konstytucji Trzeciego Maja. Ileż
to wtedy sztandarów powiewało na rynku naszego miasteczka pa­
raf jalnego!
Z jakimż entuzjazmem śpiewaliśmy „Rotę” i „Boże coś Polskę”...
II.
Przyszła nareszcie ta upragniona polska rzeczywistość! Ojczyz­
na nasza wolna! Życie potoczyło się swym trybem cichej a nie­
ustannej walki o byt młodego państwa. Jak wtedy przedstawiała
się sytuacja w moim otoczeniu niebardzo pamiętam. Bo czasy te
spokojne już nie uderzały mocniej o moją młodą wyobraźnię. Zajmę
się więc rzeczami które bezpośrednio przeżywałem.
Po wojnie sytuacja m aterjalna zaczęła p osoli być coraz zno­
śniejszą. Zaczęliśmy już widywać chleb, można było kupić buty*
ubranie.
Zacząwszy uczęszczać do szkoły dziwnie przylgnąłem do książki f
Niewypowiedzianą rozkosz sprawiało mi uczenie się! Pierwsze lata
szkolne miałem ogromnie przykre. Były zaś takie dlatego, że nau­
czycielka ówczesna, nie wiem czy ideolog ją wychowawczą to było,
czy też wypływało z dzikiego jej okrucieństwa — biła bez litości!
Dziś jeszcze czuję na mych plecach te bolesne, okrutne razy jej
szpicruty!
Był to dziwny typ kobiety. Nie była ona prostaczką o ile ją
pamiętam. Była to inteligentna kobieta o obejściu się z ludźmi bar­
dzo ujmującem. A jednak biła dzieci za byle co! Bicie to weszło
u niej w nałóg. Gdy tylko się nadarzała sposobność, zaraz puszczała

Pamiętniki chłopów

187

w ruch swój srogi bat i katowała. Nie bacząc iż może zrobić dziecko
kaleką, biła po twarzy, głowie, plecach. W chwilach zaś nadzwy­
czajnego wyrafinowania kładła bitego na ławkę i biła a biła bez,
litości! Nie zważając na kwilenie krzywdzonego dziecka! Och tyran
to był w ludzkiem ciele inteligenta!
Pamiętam, miałem jednego kolegę szkolnego, który mię ogro­
mnie nienawidził. Gdzie tylko mógł zahaczał o mnie nie dając spo­
koju. Razu pewnego gdyśmy byli zebrani w szkole, przyszedł do
mnie i kopnął mnie w nogę. Ja odepchnąwszy go nie chciałem
wszczynać bójki i usiadłem napowrót w swej ławce. Lecz ten za­
wad jaka wlazłszy na pierwszą z tyłu ławkę zaczął mnie wściekle obi­
jać pięściami. Wyprowadziło mnie to z równowagi, wyskoczyłem
na ławkę i jednem potężnem pchnięciem zwaliłem go z ławki n a
podłogę. Upadłszy potoczył się pod następny rząd ławek i uderzył
się w głowę. Gagatuś oczywiście zaczął płakać. Ja zaś któremu bez
porównania więcej się oberwało, tembardziej iż nie ja byłem zaczy­
nającym burdę usiadłem w ławce i spokojnie rozmyślałem nad tern
dlaczego on tak o mnie zahacza.
Naraz przyleciała siostra tego gagatka i wypytawszy się go
czego płacze, wypadła na mnie z gębą. Czekaj, czekaj! Ty dostaniesz
tylko pani przyjdzie! Przyleciała reszta elity i wszystkie zgodziły^
że ja jestem winien (dlatego że byłem biedniejszym)!
Strach mnie wziął! Poczułem już na grzbiecie, głowie, ramio­
nach, bezlitosne ciosy katowskiego b a ta ! Skupiłem się w sobie i wy­
czekiwałem aż przyjdzie pani nauczycielka.
Weszła. Dreszcz przebiegł mię po ciele. Zaciąłem się i milcząc
czekałem co będzie dalej.
W tem elita gromadnie zaczyna skarżyć o zajściu, całą winę
oczywiście zwalając na mnie. Z ogromnym strachem przygotowa­
łem się na egzekucję!
Pani nauczycielce tylko oczy zaświeciły. Nie pytając mię jak ta
było, chwyciła szpicrutę i podbiegła do mnie. Oczy jej świeciły
nadzwyczaj złowrogo. Zdawało się że aż drgają od świateł idących
z nich!
Błyskawicznie spojrzałem na szpicrutę, którą trzymała w ręku.
O grozo! Aż się zatrząsłem ze strachu. Nauczycielka trzymała w rę­
ku bat brany tylko wyjątkowo, gdy pani była w jakimś nadzwy­
czajnym nastroju. Było to specjalne narzędzie do zadawania cier­
pień. U nasady grube na jakieś 4 do 5 cm., ku dołowi coraz cieńsze
a zakończone małą z rzemieni uplecioną kulką.

188

Województwo Łódzkie

Gdy trzymała go w opuszczonej ręce koniec jego zwisając leżał
na ziemi. Podobny był do jadowitej żmiji, która za chwilę zacznie
Ląsać. Inny b at zazwyczaj przynoszony do szkoły był gorszego ga­
tunku, cieńszy i krótszy.
Zanim zdołałem się dostatecznie przerazić widokiem srogiego
narzędzia, nauczycielka krzyknęła dziko z ogromną zawziętością:
Kładź się na ław kę!!
Nie posłuchałem. Za dużo było dla mnie dostać sromotnie
w skórę wobec całej szkoły i jeszcze miałbym się kłaść?! W dodatku
karany niesprawiedliwie! Nie położę się powiedziałem sobie! Lecz
w tym momencie zaświszczało w powietrzu a w głowie rozległ się
huk jakby mi kto obuchem w głowę dał.
Raz! Dwa! Sypały się baty na moją głowę. Straszny ból po­
większający się z każdem uderzeniem ozwał się w mojej głowie.
Instynktownie przysłoniłem głowę rękami, co wprowadziło nauczy­
cielkę w jeszcze większą wściekłość. Złapawszy mię stojącego w ław­
ce za kołnierz jedną ręką, a drugą za klapę od spodni, podniosła mię
i położyła na ławce.
Teraz zaczęła się uczta! Wściekłe razy spadały na moje plecy
i pośladek. Pozwoliłem się katować przez chwilę lecz nie mogąc
dłużej wytrzymać szarpnąłem się i spadłem pod ławkę.
Gdym się podniósł nauczycielka stała jeszcze nade mną rozko­
szując się moim cierpieniem. A wróg mój i elita śmieli się pocichu
z mej krzywdy.
W uszach mi dzwoniło, skronie waliły jak młotem. Na plecach
zaś czułem żar gorączki wywołanej uderzeniami bata. Przed oczyma
latały jakieś ciemne płatki które migocząc wywoływały zawrót
w głowie. Przez wszystkie lekcje siedziałem jak na mękach. Prawy
mięsień pośladkowy tak mi mocno dolegał, że nie mogłem na nim
dosiedzieć. Siedziałem więc na lewej nodze, która jakoś mniej ucier­
piała.
Wspomniałem o elicie szkoły, powiem więc bliżej czem ona była.
Elita naszej szkoły składała się z najbogatszych i najstarszych pa­
nien w szkole. Rodzice ich najwięcej masła nosili do nauczycielki,
największą też miały łaskę u niej. Dziewczyny te robiły co chciały.
A gdy tylko złość miały na kogoś, zaraz ze skargą do pani, a ta
z rozkoszą obdzielała porcjami, jaka się i mnie dostała. Panny te
tak były zawzięte, iż za to żem w obronie własnej pchnął wtedy
brata jednej z nich, później w czasie egzaminów końcowych zosta­
w iły mnie w drugim oddziale na drugi rok za to niby iżem niewła­

Pamiętniki chłopów

18*

ściwie postawił ogonek u ą. Nauczycielka zgodziła się na ich wyrok*
choć wiedziała że całe zdanie bez błędu kaligraficznie jest napisane.
I myślicie że biciem zdołała utrzymać rygor i powagę własną?
Gdzież tam!! Lekceważyliśmy ją powszechnie wyzywając i szy­
dząc z niej gburowato między sobą. Na szczęście usunięto ją nie­
długo.
Przydzielono zaraz łagodną i dobrą nauczycielkę, która chociaż,
niedługo uczyła, potrafiła swą dobrocią przywiązać nas do siebie.
Szanowaliśmy i słuchaliśmy jej bez wyjątku.
Zmieniono ją znowóż, która bardzo krótko pracowała ustępu­
jąc miejsce jakiemuś idjotycznemu, głupiemu nauczycielowi, który
do tego stopnia zdezorganizował szkołę iż masowo nieuczęszczaliśmy
na lekcje bojkotując go! Lecz i ten wkrótce opuścił szkołę. Na jego
miejsce przybyła nauczycielka, która bardzo dobrze obchodziła się
z dziećmi. I wkrótce zżyła się z nami po przyjacielsku. Za jej też
czasów nauka nabrała dla mnie największego uroku.
Będąc zdolnym uczniem mało czasu potrzebowałem na naukę
szkolną i prędko załatwiwszy się z lekcjami, czytałem książki i czy­
tałem całemi godzinami. Przy szkole naszej była obszerna bibljoteka, z której czerpałem skarby nieprzebrane. Po niedługim czasie
tak znałem książki, iż pełniąc urząd bibljotekarza, każdą książkę
poznawałem po rozmiarach lub po jakości oprawy grzbietu. Powoli
książki weszły do mego codziennego życia jak chleb. Żyć bez nich
nie mogłem. Z jakąż rozkoszą zostawałem po lekcjach i brodząc
w bibljotece cieszyłem się tą obfitością książek!
Życie dla mnie przestało poprostu istnieć, zostały tylko
książki i szkoła. Z nich czerpałem rozkosze niewyczerpane i w nich
znajdowałem tę sympatję, której niestety nie znajdowałem w otocze­
niu. Z czasem stały się też najmilszymi mi przyjaciółmi, którym
oddałem całe serce swoje. Coraz mniejszą wagę zacząłem przypisy­
wać życiu materjalnemu przekładając nad nie życie umysłowe. Czas
płynął mi jak bajka — jak tęczowe marzenie i biegł szybko.
W okresie tym przybył do naszego grona rodzeństwa szósty
brat. Sytuacja materjalna w tym czasie była niezła. Ojciec mając
dużo pracy zarabiał dobrze. Wieś w owym czasie przedstawiała się
pod względem gospodarczym dobrze. Produkcja wobec wysokich
cen opłacała się, urodzaje były dobre. Słowem czuli się dobrze rol­
nicy i my także.
Okres ten obejmuje lata między 1921 a 1925. W 1925 r. zaczą­
łem uczęszczać do siedmioklasowej szkoły pow. w Opatówku. W ro­

190

Województwo Łódzkie

ku tym drugi z rzędu brat wstąpił do Państwowego Seminarjum
Naucz., po skończeniu szkoły powszechnej. Był to czyn poświęcenia
ze strony rodziców. Bo na internat wpłacić miesięcznie około 60 zł.
licząc w to różne wydatki szkolne, w domu zaś utrzymać rodzinę
składającą się z siedmiu osób, z których najstarszy brat ja i przed­
ostatni chodziliśmy do szkoły — było wysiłkiem nielada w naszych
warunkach. Lecz ojciec harował jak mógł, byle tylko dotrzymać
postanowienia. Nie dojadaliśmy oszczędzając byle tylko starczyło
na szkoły.
W r. 1926 najstarszy brat skończył szkołę pow. i po jednorocz­
nej przerwie w nauce wstąpił do Szkoły Rzemiosł w Łodzi. W ydatki
więcej niż w dwójnasób zwiększyły się, bo w Szkole Rzemiosł trzeba
było płacić i utrzymanie i mieszkanie i szkołę, co w sumie dawało
około 70 zł. miesięcznie.
Ojciec jak mógł tak sztukował i starał się o zarobki byle tylko
nastarczyć. W domu do ostatniego stopnia obniżyliśmy swą stopę
życiową. Oszczędzając na czem tylko było można i jak tylko było
można. Było gorzej niż w czasie wojny.
Tak wytrzymaliśmy przez trzy lata. Przez okres ten wszystkie
możliwości materjalne zostały naciągnięte do najwyższego stopnia.
Dalsze wydatki w tym samym poziomie były niemożliwością. Brat
który był w seminarjum naucz, musiał przerwać naukę i wystąpić
ze szkoły.
Przyjechawszy pracował początkowo w domu. Potem znalazł
pracę w Kaliszu, gdzie pracował czas dłuższy. Później wyjechał do
Poznania. Najstarszy zaś brat kształcił się dalej w Szkole Rzemiosł.
I wreszcie z wielkim wysiłkiem rodzice odetchnęli z ulgą, bo
Janek (takie było imię najstarszego brata) kończy szkołę.
Mieliśmy ułożony taki plan: najstarszych dwu braci po ukoń­
czeniu nauki, kiedy zaczną pracować na siebie, będą łożyli na utrzy­
manie w szkole dwu młodszych i t. d., aż do najmłodszego. A wspól­
nie zaś mieliśmy zapewnić byt rodzicom i starszemu ode mnie bratu,
który nie chcąc się uczyć, wolał poświęcić się pracy na roli. I pra­
cował u wujka. Ja zaś jako nadewszystko przekładający naukę,
gorąco pragnąłem się jej poświęcić. Marzyłem wtedy o gimnazjum,
Uniwersytecie... Uczyć się, a uczyć wołało we mnie jakieś pragnienie.
*

*

*

W okresie kiedy byłem w piątym, szóstym, siódmym oddzielę,
zacząłem się interesować kwestjami społecznemi. Polityka nie zaj­

Pamiętniki chłopów

191

mowała mnie jeszcze. Lecz kwestje takie jak oświata ludu, wycho­
wanie w domu i w szkole, gorąco pokochałem historję i psychologję.
Z wielkim zapałem zacząłem się rozczytywać w naukowych dziełach
psychologicznych, z których poznawałem podstawowe elementy skła­
dowe duszy ludzkiej.
Z tego rozkochania się w badaniu natury ludzkiej, z tego umi­
łowania godności człowieka wypłynął ideał społeczny, który coraz
to bardziej znowóż dominujące znaczenie zaczął zajmować w mojem
nastawieniu myślowem.
Jak dawniej około psychologji, tak teraz około kwestji społecz­
nych zaczęły się koncentrować moje zainteresowania. Przeobrazi­
łem się a raczej wszedłem w kwestje te w duchu idealistycznym.
Z wielkim zapałem czerpałem z wszelkich źródeł książkowych dzieła
traktujące o społeczeństwie.
III.
Rok 1928—30.
Skończyłem szkołę powszechną. Nie mogąc zaś bezpośrednio
kształcić się dalej, musiałem przerwać naukę do czasu, aż brat ukoń­
czy Szkołę Rzemiosł. Pozostawszy teraz na wolności nie straciłem
jednak łączności z książką. Czytałem dużo rozmyślając nad mojemi
ukochanemi zagadnieniami. Rok ten w którym pozostałem w domu,
czekając na ukończenie przez brata szkoły, dał mi wiele wartości
myślowych. W tedy ostatecznie uformował się mój ideał społeczny
i indywidualny. Organiczną prawie koniecznością stała się dla mnie
praca społeczna, lecz pracę tę opierałem na wartościach nauki. Przez
naukę postanowiłem zdobyć wartości konieczne mi do przyszłej
pracy.
Zupełnie wtedy osamotniałem. Naokół siebie nie widziałem ni­
kogo, ktoby mię zrozumiał i odczuł to co czuję. Wszędzie widziałem
to życie dla grosza z pominięciem umysłowych wartości. Ilekroć
któremu ze znajomych mi chłopaków mówiłem o pracy nad sobą,
o społeczeństwie, przytakiwał mi każdy lecz nie znajdowałem w nich
tego żywego zajęcia się, tej sympatji, dla moich ideałów. I to mię
zrażało do ludzi. Zorjentowawszy się iż ja poszedłem dalej niż oni,
a nie czując siły do prowadzenia ich ze sobą, odszedłem w samotność,
aby tam wgłębiwszy się w siebie, sposobić siły i bogactwa myśli.
Brat kończąc Szkołę Rzemiosł zapadł na gruźlicę. Przyjechał do
<łomu chory. Zdrowie jego wymagało kuracji długiej i kosztownej.
W domu jednak nie było możliwości dania mu pomocy lekarskiej.
W dodatku zjawiali się różni doradcy, którzy mówili że na tę cho­

192

Województwo Łódzkie

robę lekarze nic nie pomogą. Tu tylko dobre odżywianie, świeże
powietrze mogą coś zdziałać.
I rzeczywiście dobre odżywianie, świeże powietrze zrobiły swoje
i bratu zdrowie zaczęło wracać. W jesieni jednak nastąpił powrót
choroby. Z wielką gwałtownością wystąpiła, powalając brata na
łóżko. Około Bożego Narodzenia nowe nieszczęście spotkało nas
znowu. Ojciec na skutek upadku zwichnął lewą rękę i stłukł lewy
bark. Rozpacz się wdarła w rodzinę naszą!
Ojciec, który głównie zarabiał na utrzymanie rodziny, przez swe
kalectwo stracił zdolność do pracy. Ogromnie ciężkie i czarne chmu­
ry zaczęły się gromadzić nad naszą chatą.
Najstarszy brat, którego kochałem najbardziej z naszego grona
czuł się coraz gorzej. Kochaliśmy się z nim nie tylko jako dwaj bra­
cia, ale jak dwaj przyjaciele. Nie było między nami żadnych różnic.
Rozumieliśmy się jak jeden organizm. Na zawsze pozostaną w pa­
mięci złączone z jego drogą osobą, chwile w których przysiadłszy
gdzieś w polu lub lesie cieszyliśmy się sobą, rozmawiając o wszystkiem!
Brat czuł się fatalnie. Kaszel, wymioty, krwotoki od czasu do
czasu — znamionowały pogłębienie choroby i zbliżanie się nieubła­
ganego fatum jakiem kończy się gruźlica. Ojciec także czuł się źle.
Początkowo naprawiali mu rękę wiejscy znachorzy. Lecz to nic nie
pomagało. Kalectwo to było takie jakieś fatalne iż nie można go
było w żaden sposób zniweczyć.
Brat widząc że choroba jego potęguje się z każdym dniem, nie
chciał dłużej zakażać, atmosfery domowej swą chorobą. Poprosił
matkę by jakimś sposobem wysłała go do szpitala.
Matka z wstydem udała się do urzędu gminnego o świadectwa
niezamożności i pozwolenie na umieszczenie chorego w szpitalu.
Och ile się wstydu wtedy najadła!! Miejscowy sekretarz człowiek
podły, a nawet że tak powiem chamski zamiast współczuć nieszczę­
śliwej kobiecie, której prawie nigdy łzy z oczu nie osychały, — za­
czął ją w brutalny sposób ironizować. Matka stała jak na rozpalo­
nych węglach, świata nie widząc przed sobą.
W urzędzie było kilku okolicznych włościan. Ci prości, ci któ­
rych tylko „w mordę bić i kopać,,? „chamy” — z wyrazem gorącego
współczucia patrzyli na matkę, która przygnębiona nieszczęściem
i wstydem stała przed panem sekretarzem, jak przed katem. Ci, którzy
rzeczywiście ponosili ciężary za leczenie chorego, nie baczyli na wy­
datek tylko ten pudel...

Pamiętniki chłopów

193

Wreszcie po obfitych łzach i prośbach, udało się wydobyć świa­
dectwo i brat odjechał do szpitala.
Ojciec tymczasem zaczął się czuć fatalnie. Stłuczona ręka za­
częła mu dokuczać w niemożliwy sposób. Nie mogąc dłużej wy­
trzymać i widząc iż nie poprawia się, znów zmuszony był udać się
do pana sekretarza z prośbą o świadectwo do szpitala. Znów te same
upakarzające historje!
W szpitalu dokonano operacji na ręce. Rokując nadzieje że
wszystko będzie dobrze i ojciec powróci do normalnego stanu.
Dwóch chorych w szpitalu... W domu najskrajniejsza nędza...
Wyobraźcie sobie takie życie, codzienne łzy, codzienna rozpacz i te
męczące pytanie. Co z nimi się dzieje? Czy im lepiej. Czy czasem
broń Boże któryś nie u m arł?!!!
Stan taki trwał do kwietnia.
W tygodniu m atka poszła odwiedzić chorych, Janka zastała
w stanie beznadziejnym. Leżał już w oddzielnym pokoju z którego
chorzy ha gruźlicę wychodzą trupami. Zobaczywszy matkę już nie
mógł zapanować nad sobą. Łzy posypały mu się z oczu.
Z wielkim bólem opowiadał matce o tern co czuje, żalił się na
swój ciężki los. Na to marne błyskiem minione życie! Wyrzucił
z siebie z najwyższą goryczą oskarżenie, jakie rzuca każdy proletarjusz, którego ciężkie i krzywdzące życie zepchnęło w śmiertelną cho­
robę! -— Mam wielki żal — powiedział — za moje młode życie! Nie
wiem do kogo go zwrócić, komu wyrazić go!!!
Na drugi dzień pojechaliśmy wraz z bratem Piotrem odwiedzić
go i... pożegnać się na zawsze!!!
Z wielkim niepokojem zbliżaliśmy się do bramy szpitala. Zda­
wało nam się, że Jasiek — trup, patrzy na nas zgasłemi oczyma!
Gdy brat poszedł do doktora prosić o pozwolenie widzenia się
z Jaśkiem, ja zostawszy na dziedzińcu szpitalnym, starałem się za
wszelką cenę wedrzeć wzrokiem przez m ury na salę i wyczuć choćby
sugestją czy on żyje!
Po długiej chwili wyszedł brat od doktora z smutną twarzą i wy­
rzekł do mnie, — krótko, lecz z wielką wymową uczuć —
Jasiek zgasł!!!...
Przyszło to co miało przyjść nieubłaganie!
Oparty o parkan dziedzińca stałem zrozpaczony. Dopiero brat
wziąwszy rhię pod rękę poprowadził w stronę miasta — do szpitala
w którym leżał ojciec. Na wiadomość o śmierci syna, jakże rozpa13. Pamiętniki chłopów.

194

Województwo Łódzkie

czał. Nie mógł się utulić od płaczu, który wstrząsnął jego schoro­
waną piersią!
Na dom nasz padł ból. Nie mogliśmy jednak rozpaczać zbyt
długo. Gdyż trzeba było zająć się rzeczywistą stroną położenia.
Tu muszę podkreślić wartość mojej matki. Mimo ciężkiego bólu
jaki targał jej matczynem sercem, nie straciła głowy — nie upadła
na duchu.
Wobec tak rozpaczliwego położenia jakie było u nas niejeden
mężczyzna stracił by głowę. Ona zaś mimo tego bólu jaki miała
w sobie nie straciła odwagi i zajęła się urządzeniem pogrzebu. Po­
życzywszy pieniędzy od krewnych załatwiła wraz z najstarszym
z pozostałych braci wszystkie formalności tyczące pogrzebu, który
odbył się trzeciego dnia po zgonie Jaśka.
Ta nieustanna rozpacz, ten ból zaczęły tłumić moją świadomość
uczuć. Przestałem rozpaczać nad nieszczęściem. Pozostała tylko
jakaś chłodna pustka po której hasała obojętność do życia. Idąc za
pogrzebem brata nie czułem nic. Nie obchodził mię żaden objaw
życia, żadna tęsknota, żaden ból!

Ojciec który w dzień pogrzebu wypisał się ze szpitala, przybył
do domu. Ręka jednak pozostała bezwładną nadal. Pozostał kaleką
na całe życie.
Czas płynął w smutku i nędzy. Był już jednak znośniejszym,
gdyż nie było widać bezpośrednio żadnego niebezpieczeństwa w ro­
dzinie naszej. Zdawało się że nieszczęście już minęło. Że po okresie
cierpień i bólu nastał dla nas spokój.
Lecz gdzież ta m !!
W jesieni tego roku zachorował niespodzianie starszy ode mnie
brat a bezpośrednio po nim starszy od niego (najstarszy z pozosta­
łych). Teraz już było trochę środków na lekarza. Lecz nie pomógł
ani lekarz, ani szpital, w którym przebywali czas dłuższy na koszt
gminy. W lutym roku następnego t. j. 1932 zmarł ojciec, który
cierpiąc na rękę, coraz bardziej zapadał na zdrowiu.
Znowóż powtórzyła się ta sama historja, ten sam ból i rozpacz,
jaka była przy zgonie Jaśka. Sterany, zwichrzony tak długą mę­
czarnią mój umysł szukał czegoś, co dałoby mu trochę choć roz­
koszy i szczęścia. Nie szukałem niczego nazewnątrz gdyż ludzie
przestali mię interesować. Wszedłem w siebie szukając czegoś tw ór­
czego czem żyjąc mógłbym żyć. I... znalazłem!!!

Pamiętniki chłopów

195

Pisać, pisać, ozwało się coś we mnie! Przelewać na papier to
-co myślę, czem żyłem i żyję. I rzeczywiście zacząłem pisać wierszem
i prozą racząc się szczęściem, jakie mi to dawało. Nie chodziło mi
0 sztukę ani o sławę. Pisałem bom znajdował w tern lekarstwo na
moje stargane nerwy.
Rozkosz ta jednak jaką dawało mi pisanie niedługo trwała.
Pękła znów struna ześrodkowująca moje ówczesne życie. Pękła
targnięta brutalną ręką surowego losu. Umarł mi najstarszy z po­
zostałych braci!
Było to w czerwcu 1932 roku.
Nie bolałem już teraz, jak przy zwłokach pierwszego brata i oj­
ca — zamilkłem tylko! Nie buntowałem się już teraz przeciwko
uśmierci, świadomość moja przeżywszy dwie tragedje śmierci i zszar­
pawszy się do ostatnich granic w rozpacznym a bezskutecznym bun­
cie przeciw nim, nie próbowała już teraz — nie miałem już siły do
wąlki z surowem zrządzeniem losu. Z ponurą rezygnacją szedłem
za trumną, rozmyślając jak dziwnemi są losy życia, które jednym
»dają wszystko, a drugim odbierają nawet drogich im ludzi. I tego
mi się nawet nie chciało. Zagłębiłem się w swej pustce, w której
.nie istniało nawet nic, jako określenie dochodzące do świadomości.
Po pogrzebie obojętny jak głaz przyszedłem do domu i jak głaz
zacząłem żyć swą tragedją. Na kilka dni przed pogrzebem brata
znalazłem pracę w nowootwartej fabryce wyrobów cementowych,
będącej własnością mojego wujka. Z obojętnością poszedłem do pra­
cy pędzony obowiązkiem, jaki nakładało na mnie moje obecne poło­
żenie. Jako najstarszy ze zdolnych do pracy członków rodziny, mu­
siałem pracować na utrzymanie jej.
Nie interesowała mię praca. Nie nęciło mię życie. Wyczerpany
tragicznemi przejściami stałem się apatyczny. Rozpacz mię jednak
brała chwilami, że muszę żyć a nie żyć.
W arunki mojej pracy były bardzo uciążliwe. Od domu do
miejsca pracy miałem cztery kilometry drogi, którą codziennie mu­
siałem przebywać pieszo. Praca zaś rozpoczynała się możliwie jak
najwcześniej a kończyła o zachodzie słońca. Rankiem z domu wy­
chodziłem około piątej, wracałem zaś wieczorem około dziewiątej (la­
tem). Zanim się umyłem, zjadłem kolację, przychodziła dziesiąta,
1 trzeba było iść spać. Gdyż organizm przemęczony pracą wymagał
wypoczynku.

196

Województwo Łódzkie

Ciężkie to życie, spać, jeść i pracować! W tych warunkach nie
można było pomyśleć o czytaniu — o samokształceniu. Bo na ta
nie starczało poprostu energji.
Odżywianie też było marne. Większą część zarobku pochła­
niało utrzymanie nieuleczalnie chorego brata. Reszta zaś z trudno­
ścią wystarczała na liche utrzymanie. Suchy chleb, kartofle, o ta
podstawy naszego odżywiania się.
Pracowałem w betoniarni owego roku około 40 dni co w sumie:
dało mi 120 zł. zarobku. Potem w czasie żniw pracowałem z m atką
przez dni czternaście co w sumie wyniosło około 70 zł. zarobku/
Kopanie kartofli dało około 30 zł. zarobku. Razem 220 zł. Na tern:
praca m oja w tym roku skończyła się.
Do tego zarobku dochodziło jeszcze około czterdziestu centna­
rów kartofli przysądzonych na „odrobek” u jednego z gospodarzy..
Oto środki utrzymania na cały rok dla czterech osób, z których jedna
chora potrzebowała troskliwej i kosztownej opieki.
W tych warunkach przyszła zima. Sprzedaliśmy dwie świnie
tuczone za które wzięliśmy 200 zł. Ładna sumka na owe czasy.
Lecz jednak w naszych warunkach była znikoma. Kupiliśmy trochę
drzewa, trochę węgla na okres zimowy. Resztę zaś schowała m atka
troskliwie gdyż było przecież pewnem iż brat niedługo umrze. Nie
chcieliśmy się prosić o pomoc, która och tak była upakarzająca!
Sztukując tak biedę z nędzą przepędziliśmy czas zimy do marca..
Brat czuł się coraz gorzej. Coraz mniej miał sił, coraz bardziej
chudł. Aż wreszcie z początkiem marca zamknął powieki i skończył
swój nieszczęsny żywot. Och! Pamiętam te jego szklane oczy jak
niemi patrzał na nas resztę rodziny zebranej koło jego łóżka! Jakaż,
rozpacz czaiła się w nich! Jakie pragnienie życia biło z nich ści­
skając niezmiernym żalem serca nas, którzyśmy na tą jego mękę
patrzyli!
Gruźlico, ty straszna przyjaciółko szarych nędznych chat ludu!
Kiedyż twe bezlitosne feudalne królowanie skończy się nad nimi?!
Nam dosyć cierpień zadaje walka o chleb! Już w niej musimy się
stać zwykłymi zwierzętami roboczemi i zatracić swe ludzkie w ar­
tości. A ty jeszcze przychodzisz do nas, do ludu z tą straszną cho­
robą ! O życie!!
IV.
Po zgonie trzeciego brata spokój zapanował w naszym domu..
Zostało nas jeszcze trzech braci i matka, którzy trzymamy się przy-

Pamiętniki chłopów

197

zdrowiu. Nastały znośniejsze czasy. Bo już nie patrzym w to ciągłe
oblicze śmierci zabierającej kogoś z naszej rodziny.
I dla mnie życie nabrało nowych wartości. Zaprzyjaźniwszy się
z pewnym studentem Uniwersytetu Warszawskiego, wnet zostałem
porwany w w ir życia. Człowiek ten stał się dla mnie droższy nad
wszystko! On podniósł mię z upadku i omdlenia — zbudził do życia.
W przyjaźni jaką obdarzył mię ten dobry człowiek, wzbudziły się
dawne moje ideały. A wzmocniony jego rozumem nabrałem więcej
* siły i światła.
Zagadnienia społeczne znów zaczęły grać dominującą rolę w mojem życiu. I pod wpływem ich zwróciłem oczy na życie moich współ­
braci chłopów patrząc i badając treść jego.
- Och! a oburzające ja rzeczy widziałem! To przeczucie krzywdy
jakie zbudziło się we mnie jako małym chłopcu — ukazało się w ca­
piej pełni swego realizmu. I świadczę wśzystkiem co jest dla mnie
najdroższego iż widziałem ludzi, których nędza była dziesięćkroć
razy większą aniżeli moja! Pamiętam było to w r. 1931 miesiącu
czerwcu. Pracowałem na szosie z trzema innymi towarzyszami.
Jeden z nich rolnik na niecałym hektarze ziemi, reszta robotnicy bez
roli.
Ten pierwszy obarczony liczną rodziną, nie mając zaś żadnych
poważniejszych zarobków, nie mógł wyżywić dostatnio rodziny. Nę­
dza jego była chyba wielką, do ostatnich granic!
Wiedząc że wstydzi się za swą nędzę, nie chciałem otwarcie
pytać o nią. Lecz powoli od tematów obojętnych przeszliśmy do
tematów bardziej osobistych. Zacząłem mu opowiadać o swojem
życiu. O tern że mi umarło trzech braci i ojciec.
0 n zaś wysłuchawszy tego rzekł mi.
Nie żałuj że ci pomarli. Bo ja mam ośmioro drobiazgu, wszy­
stkie mi żyją. Lecz poco żyją? Maleństwa jeszcze są a już posta­
rzały z nędzy. I czyż nie lepiej by nie żyły ?!!
W jego głosie brzmiała rozpacz i żal bezdenny. Żal mi się zro­
biło tego człowieka i chcąc go pocieszyć rzekłem: Cichojcie, może
się poprawi. Przecież niepodobna żeby tak źle było nazawsze.
W dali zaś gdzieś wyobraźnią widziałem wyschnięte szkielety,
tłumnie spieszące gdzieś w mroczną dal, prowadzone bezlitosnym
uściskiem gruźlicy. A z boku, niezliczone szeregi niskich chat, w któ­
rych szeregi młodych istot nędznych, wygłodzonych, po które wy­
ciąga swe zachłanne ręce kościotrup - gruźlica! Moi bracia już
poszli a ci gotują się do pochówku.

198

Województwo Łódzkie

Otrząsnąwszy się z zamyślenia, zwróciłem oczy na swego towa­
rzysza. Leżał na skarpie rowu oparty na ręce — wpatrywał się
gdzieś w przestrzeń. Na twarzy jego wy kwitła jakaś bezsilna wście­
kłość — bunt przeciwko temu życiu!
Jego postrzępione wąsy apatycznie zwieszone dziwnie harm oni­
zowały z tą wychudłą, sczerniałą, pomarszczoną twarzą. Symbol
dzisiejszego życia ludu — pomyślałem patrząc na niego. Gdybym
był malarzem uwieczniłbym tę wyrazistą, a do głębi znędzoną twarz,
a za nią gromadkę wychudłych, obdartych dzieci, a pod tern poło­
żyłbym napis: Dzisiejsza Krzywda!!
Dalszą myśl przerwał mi głos towarzysza. Ciekawym czy się
to kiedy poprawi — mówił. Czy też jeszcze będę mógł kiedyś na­
karmić swą rodzinę do syta, przyodziać? Nie chciał się człowiek
sprzeciwiać — (ciągnął dalej) — woli Bożej, pozwalało się każdemu
owocowi pożycia małżeńskiego rozwinąć. A teraz — straszne!! Lepiejbym ich nie doczekał — rzekł z rozpaczą.
Z czego się utrzymujecie? — zapytałem.
Tak... z byle czego, odrzekł. Na swym kawałku ziemi wsadzi się
trochę kartofli, trochę żytka sieje, to i jakoś musi starczyć. Trochę
jest z krowy — za masło, ser — grosza no i maślanka z serwatką
do użytku własnego. Na zarobki niema co rachować.
Co tam. Na wiosnę dni kilka, w żniwa trochę i w kopanie można
zarobić, a poza rolą to na pracę niema co liczyć. To co tu robimy
to też niewiele. Za kilka dni się skończy.
Przerwa obiadowa skończyła się.
W staliśmy do pracy. Mój towarzysz z wielkim wysiłkiem, acz­
kolwiek pracowicie wziął się do kilofa i rąbał a rąbał beznadziejnie
wściekłymi razy.
V.
Niewszędzie jednak spotykałem nędzę materjalną. Niewszędzie widziałem wybladłe twarze, świadczące o niedostatku. W idzia­
łem i ludzi, którzy dostatnio żyją sobie z własnych warsztatów pracy.
W wiosce mojej naprzykład, wszyscy gospodarze żyją sobie
dostatnio. Gospodarstwa m ają dość duże (najmniejsze 15 morgów,
największe 45), żyją jako tako i nie upragną się suchego chleba. Lecz
jednak dobrobyt ten jest pozorny.
W gruncie zaś i oni są skrępowani w silnym stopniu. Poza Chle­
bem i ubraniem, z wysiłkiem pozwalają dzieciom chodzić do szkoły
powszechnej. Na gazetę muszą się poświęcać, a o książce m ają zda­
nie, jako o zbytku, który nie może się znaleźć pod dachem rolnika.

Pamiętniki chłopów

199

Mają co jeść, czem się odziać. Lecz troska nigdy nie znika
z ich czoła. Bo dobrobyt ich jest tylko pozorny. W rzeczywistości
zaś to wszystkie gospodarstwa chylą się ku upadkowi. A ludzie co­
raz bardziej ubożeją.
Żadnemu gospodarzowi jakiekolwiek ma gospodarstwo nie przy­
nosi ono dochodu. I przyjdźcie dziś na wieś i spytajcie rolnika czy
ma jakie zyski z rolnictwa. Powie wam napewno że „tyle zysku co
w pysku” (to znaczy tyle co się zje).
Posądzać może będziecie gospodarzy o nieumiejętność gospoda­
rowania. Do pewnego stopnia nie przeczę temu. Gospodarka rolna
wiejskich warsztatów nie jest bynajmniej doskonałą. Lecz powiem
wam rzecz którą prawie wszędzie zaobserwowałem jako podstawową
zawadę w postępie metpd wytwórczości.
Brak środków n a podniesienie produkcji. Prawie każdy gospo­
darz widzi braki swego gospodarstwa. Lecz każdy jest wobec nich
bezsilnym, gdyż... brak gotówki nie pozwala na przeprowadzenie
.¿ulepszeń.
Dawniej pamiętam, po żniwach chłop oganiał rozmaite potrzeby
w przeważnej części z kapitałów zapasowych. Do stodoły zaś za­
glądał tylko po chleb. A dziś już w m aju ogląda się na rosnące
żytko i prosi Boga by urodziło się jak najlepiej i jak najprędzej, bo
potrza! Już na wiele, wiele dni przed zbiorem brakuje środków do
gospodarowania. A jakże często i do życia! I niech tylko zwiezie
zboże do stodoły, zaraz się puszcza w ruch maszyny, by zrobić
trochę grosza na najrozmaitsze potrzeby. To podatki, to długi, to
proceńty lub rozmaite bieżące potrzeby gospodarstwa.
Gdy zawiezie żytko do miasta i sprzeda, dostawszy za nie połowę
kosztów produkcji, zwiesiwszy smutnie głowę duma jakby tu i co
by tu wpierw załatwić. Gdy zaś przypadkiem zobaczy gdzie sekwestriatora (co często się zdarza wobec ich mnogości) zacisnąwszy zęby
mówi prawie głośno: trzeba te cholerne podatki, bo ten psiakrew
już idzie!!
Tak te podatki! Taka ich mnogość i takie wysokie, że niemożliwem jest wyżyć po ludzku przy nich. Ta rozliczna mnogość złotówek
podatkowych nie harmonizuje zupełnie z tą nieliczną mnogością
złotówek otrzymywanych za produkty.
A tli jeszcze nowe podatki „dodatki”, chopki, drobki, od których
skóra trzeszczy na grzbiecie chłopa.
Chłop, który dzisiaj jest zrujnowany materjalnie rujnuje się
i moralnie. Atmosfera uczuciowa wsi pod niektórymi względami

200

Województwo Łódzkie

obniża się bardzo. Najwięcej zła sprawia jego zobojętnienie do
walki. Nie jest to objaw trwały, lecz zostawia on skutki i szkodzi
jak najszybszej naprawie bytu chłopskiego — wspólnym wysiłkiem.
Chodzi o tę wspólnotę — organizację. Ta pupilka pod której
płaszczykiem przychodzą różni gagatkowie, zdobywając wieś i orga­
nizując ją nie dla wsi lecz dla swych celów. I jak dawne Radziwiłły rwą na sztuki „postaw czerwonego sukna”, jakim jest dla nich
wieś. Przychodzą, tumanią swą partacką robotą. Zarażają wieś
swym dyletanckiem i karjerowiczowskiem traktowaniem pracy or­
ganizacyjnej. A potem gdy wieś straci wiarę w ich wartość, zobo­
jętnieje i przestanie słuchać ich gadania — wyzywają ją od „cha­
mów”. W ymyślając od najgorszych, upadlają chłopa w oczach re­
szty społeczeństwa. Mówiąc że wieś odrzuca szlachetne wysiłki ofia­
rowane dla jej dobra. Ale o tern że chciało się pracować nie dla wsi,
lecz dla siebie i dlatego wieś nas przepędziła — nie mówi się.
Niech życie samo powie o wartości tej partackiej roboty.
W naszej wiosce od zarania wolności istniało Koło Młodzieży,
które z wielką braw urą prowadziło swą pracę organizacyjną. Koło
to pracowało bez przerwy do r. 1931. Organizacja była świetnie
postawiona. Żywotność idei wielka. Komedyjki, rocznice, opłatki, —
wszystko to przyczyniało się do wspólności wewnętrznej wsi i podno­
siło ją moralnie.
Lecz przyszły owe egoistyczne dążenia i zaczęły podkopywać
dawną organizację, a starając się założyć Związek Młodzieży Ludo­
wej.
Dopóty chodzili, dopóty deptali, aż wreszcie zrobili swoje. Zało­
żyli Koło Związku Mł. Lud. Z wielkim entuzjazmem haseł i idei przy­
stąpili do budowania „Polski Mocarstwowej”. Pożal się Boże nad
tą ich mocarstwową robotą! Można sobie wyobrazić jej siłę i w ar­
tość wiejskości skoro po kilku miesiącach runęła ta ich „mocarstwowość”.
Młodzież przejawiająca dużą żywotność organizacyjną i mając
dość obszerną tradycję pracy wspólnej — runęła dlatego że dostała
się w złą atmosferę.
I znów przyszedł „patron” ze swem stowarzyszeniem. Też budo­
wać W ielką Polskę, pod sztandarem miłości Chrystusa i Ojczyzny!!
A z jakąż on nienawiścią zwalczał Koło Młodzieży W iejskiej! Jak
podle plwał na nie z ambony! Wyzywając je od rozmaitych „maso­
nów, komunistów, dzieci szatańskich”. Rzucał błotem na ludzi, którzy
mogli być przykładem dla „druhów” nawet. Tę tylko mieli wadę iż

Pamiętniki chłopów

201

społecznie i kulturalnie poszli swym własnym szlakiem, bez uciekania
się pod księżą sutannę. Za tó że oni szli swemi własnemi drogami,
oparci o wartości które im były najbliższe i z ich życia poczęte. Że
celem ich było usamodzielnienie się w życiu i przygotowanie się do
walki o swój chłopski byt — nietylko przez modlitwę. Że nie oparli
swej doczesności na wieczności pośmiertnej, lecz właśnie wieczność
oparli na doczesności swego życia. Za to ten pokorny sługa boży
wyskakiwał z swej słodkiej natury baranka i kąsał jak w ilk!!!
Nie myślcie bym pisał to powodowany jakąś partyjną nienawi­
ścią. I to co wyżej powiedziałem, wypowiedziałem pod poczuciem
zła, jakie się szerzy wśród wsi, która już zaczęła iść zdrowym krokiem
naprzód. I na Boga na człowieczeństwo wasze zaklinam was nie
niszczcie tego co ma odrodzić w ieś! Nie przedłużajcie tej niewolni­
czej agonji w jakiej chłop leżał od wieków.
Jeżeli nie umiecie pracować dla wsi, nie przychodźcie do niej
w imię interesów własnych. I jeżeli nie możecie się wczuć w rzeczy­
wiste potrzeby wsi, pozwólcie chociaż swobodnie rozwijać się orga­
nizacjom niezależnym. Organizacj om poczętym w treści naturalnego
życia wiejskiej gromady. A przyszłość będzie was błogosławić.
Bo chłop ma w swym charakterze cechy nadzwyczaj dodatnie.
Pozwólcie mu tylko wyrobić się — ukształtować swój umysł, a ro­
zwinie on w całej pełni swe wartości człowieka natury. Przyjrzyjcie
m u się jak on od świtu do nocy zabiega. Rzućcie na te miljonowe
masy spojrzenie, gdy o wiośnie lub słotną jesienią, kroczy przez pole
uprawiając je w pocie czoła. Oceńcie tę mrówczą pracę i wydajcie
sami bpinję o tych* którzy ją wykonują.
Pod względem ekonomicznym chłop ma wysoką wartość. Rzad­
ko się zdarza by był marnotrawnym. Kocha swój warsztat rolny
a z ukochania tego wynika gorące oddanie się pracy w nim.
Gdybyście mogli wejść w umysł chłopa z jaką on poezją myśli
o swem gospodarstwie. Z jakim rozmachem i zaciętością wykonuje
swą pracę. A przecież z trudu tego wyrasta dobro państwa. Oszczę­
dność u chłopów, jest prawie ogólną. Spotykałem dużo takich, któ­
rzy żałują rozmienić pieniędzy na jakieś mniej ważne potrzeby, chcąc
je zaoszczędzić. A przecież oszczędność i pracowitość to podstawy
dobrobytu społeczeństwa. Moralnie też chłop nie jest tak złym jak
go malują.
W chłopie jest litość dla krzywdy, jest poczucie prawdy. I choć
nieraz się zdaje, że chłop to rzeczywiście zły człowiek, to jednak
nieprawda. Są w nim pierwiastki dobre, które choć przysypane w ar­

202

Województwo Łódzkie

stwą złych nawyków przyswojonych przez upadlającą przeszłość, —
mogłyby zakwitnąć w całej pełni gdyby tylko dano możność chłopu
doskonalenia się.
Spytacie może jakto tego się nie daje? Mówię wam daje się,
lecz pozornie. Z jednej strony daje mu się możliwości, z drugiej zaś
odbiera mu się podstawy, na których mógłby wykorzystać, to co
mu dają.
Przecież opinja publiczna wie o tern iż w szkołach coraz mniej
dzieci chłopskich. I wiecie to także, że na wsi jest nadmiar ludności
i nadm iar ten stale się zwiększa. O szkole myśleć nie można. Co
najwyżej i to też nie w każdym wypadku pomyśleć można o szkole
powszechnej.
Cóż więc robić z nadmiarem sił jakie się wytwarzają na wsi?
Wobec dzisiejszych warunków — powiększą oni szeregi bezrobot­
nych i staną się nędzarzami. Stan taki jednak długo nie potrwa.
Wieś zorjentuje się wreszcie i tak czy owak zdobędzie to co jej się
należy. I chociaż na przeszkodzie stoją wady, które ma w swym
charakterze, jednak przyciśnięta koniecznością zdobędzie się na
wszystko. Ta bieda jaka dziś jest uczy ludzi dużo rozumu. Wszę­
dzie gdzie bieda jest większa, tam już ludzie więcej rozumieją i do­
ceniają swe stanowisko polityczne.
Dn. 24 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr. 16

B e z r o ln y , n i e g d y ś s k le p ik a r z ,,
o b e c n ie z a r o b k u ją c y r ó ż n e m i
z a j ę c ia m i w p o w . łó d z k im

Szanowni Czytelnicy może niejeden pomyśli że co tam za głupi
pisał, to pewno nie minie krytyki, z drugi strony znowu któryś ojciec
obrazi się że syn wynosi mu ćwiartki. Dobry ojciec kochający swoje
dzieci to tak robi żeby jego dzieci nie były złodziejami jego własny
kieszeni i m ajątku. A może kogoś obrażę dalej, innemi słowy zmu­
szony tu byłem wypowiedzieć swoje myśli i porównać te nędze z do­
brobytem i pisałbym lecz pisałbym dużo rzeczy lecz się bije z my­
ślami czy to może Szanowni Czytelnicy zechcą łaskawie przeczytać
i opisać swoją dole i niedole, podzielić nasze myśli, spoinie się roz­
mówić nie z hańbą nie z krytyką lecz z tern co nasz boli.
Przyszedłem na świat pewnego pięknego poranku wiosennego
bo to w dniu 15/IV 1899 roku we wsi Stefanów. Rodzice moi młodzi
chodząc na roboty do Niemiec, bo jak się ożynili bo roboty w domu
nie było, więc musieli szukać roboty u tych naszych sąsiadów i wro­
gów Polski dzisiejszy. Za zarobione pieniądze nabyli majątek po
«Rodzicach 9 mórg 40 prętów. Ziemia piasczysta dalej sapowata trochę
łąki gdzie siano jest bardzo liche, na roli można siać tylko żyto,
trochę łowsa i łubin i kartofle. Zabudowanie dom drzewo i stodoła
stara i bardzo niskie i na pół zgniłe. To był cały majątek moich
rodziców i w takim stanie i ja przyszedłem na świat. Pierwszą moją
pamięcią to było w roku 1902, kiedy to spoiny dom po dziadkach
w którem ojciec mieszkał ze siostrą i szwagier rozebrał pół domu
1 sprzedał a sam poszedł na komorne. W roku 1903 ojciec buduje
dom murowany z cegły 13 metrów długi i 6 metrów sżyroki. Dalej
robota szła wolno bo sam wszystko robił. Ja już w tern czasie pasem
krowy bo były dwTie jedna ojcowa druga babcina jako element i tak
schodziły młode lata dziecińskie za krowami, nie będę tu opisywał

204

Województwo Łódzkie

każdego roku bo było różnie, pasem koło domu to znowu pasem
w boru oddalonem o dwa kilometry od wsi, dostało się nieraz po
grzbiecie od ojca to od matki to za nici że się wzieno bez wiedzy
na bat i t. p. i tak przeszły lata aż do 1909 r. bo w tern roku zimie
kupili mi Elementarz i zaczęli uczyć mnie Abecadła. Skorzystałem
n a tern tyle że w roku 1910 w listopadzie zaczołem chodzić do szkoły
i przeszedłem zaraz do drugi grupy bo szkoła była podzielona na
I i II grupę późni na I II III oddział. Szkoła oddalona od nasz l 1/2
kilometra, marne to były te chodzenia zimową porą przy zawiejach
śnieżnych i mrozie, jakoś to przechodziło zimą do szkoły, w lecie
znów krowy, dopiero w roku 1913 mamusia była w Niemczach na
robocie, ojciec kupił w tern roku sześć morgów pinków, ja z ojcem
kopałem pinki, robiłem jak mogłem i co mogłem aż skutek był taki
że sobie rękę zmogłem i późni nawet ni mogłem zanieść obiadu w tej
ręce i do dzisiaj to czuje oj czuje. Od krów mnie już zabrali te
funkcyje wypełniał brat młodszy, ja teraz pomagam we wszystki
robocie, tak że robimy cegłe pomagam ojcu w tej pracy jak można
i jak moje siły starczą, i tak przechodzi lato kopanie kartofli, przy­
chodzi czezóń do chodzenia do szkoły. Ojciec nie chce pozwolić
dalej chodzić, lecz na prośbę i płacz mój narescie się zgodził żebym
chodził. Byłem wtenczas w trzecim oddzielę tej szkoły, początek
był bardzo dobry, czóż się staje oto dotychczasowy profesor S. Ka­
wecki był to Nauczyciel pracowity chociaż wyznął niejedną łapę
jednak pozostaje w pamienci że to był kierownik solidny. Przechodzi
do Brzyźnia żegna się z nami jak ojciec z dziećmi i ze łzami w oczach
przyszedłem do domu, przeszły dwa tygodnie powróciłem na ławę
szkolną lecz czóz za zmiana jest pani Czarnecka i zmiana co żal się
Boże. Czoś my mieli sześć lekcje polskie i sześć ruskie teraz się
przerabia na trzy i tak wszystkie inne lekcje ze szkoda było chodzić
do tej szkoły bo się nic nie nałuczyło lecz odwrotnie. Wieńcz tracił
czas, zdar buty co pozostało. Przestałem chodzić do szkoły. Zaczyły
się dni smutne i to bardzo smutne, bardzo dzisiaj wspominające. Za­
miast książki nastały po wieczorach „karty” czyli „duraczok” do­
stałem nieraz od mamusi rózgą i to słusznie robiła że biła może
tego jeszcze było mało. Przysła wiosna rok 1914. Ojciec teraz kupił
konia do roboty w polu bo do tego czasu to najmował do tej pracy.
To była m oja uciecha robić koniem chociaż nie umiałem i przyszło
lato robiliśmy cegłe coś 40 tysięcy, teraz znów nowa niespodzianka
oto co: W ojna. Teraz goniłem się za gazetą i jakiemi nowościami,
książki czytałem też chętnie lecz cóż o książkę to trudny sposób było

Pamiętniki chłopów

205

dostać na takiej wsi daleko oddalonej od miasta i kościoła i Sza­
nowni Czytelnicy jak sądzicie co pozostaje, pozostają więc karty
więc dla takiego podlotka to już „kiks” lub „66” jako takiego pod­
lotka zaczynają mnie interesować muzyki. Tak przeszła jesiń i zima
słyszeliśmy nieraz strzały armatnie i karabinowe to niemcy przeiżdżają to znów kozaki te to byli nasi chociaż wrogowie lecz mili było
zobaczyć jak tamtych w pikielhałbach na głowie, często się widywało
pożary. Łuny tych pożarów biły ze zgrozą w oczy że to wojna robi
to spusztoszenie. Ja sam wdrapywałem sie na wysokie topole żeby
zobaczyć gdzie się pali. Chociaż naprawdę od wojny to kul my nie
ucierpieli tylko niemcy rabowali co im się dało i tak przeszedł rok
1915 nicz nie było na głowie tylko patrzyć jak niemiec przyjedzie
na wieś to za bydłem to za końmi i wciąż była robota uciekać z niemi
to do boru to gdzieś na drugą wieś, w takiem opłakanem stanie
przeszło lato 1916 rok, zima dla podlotka zawsze lepsza bo wieczory
dłuższe więncy czasu na wolne żarty tylko cieżkie jest życie takiego
podlotka bez grosza piniędzy w kieszyni. Ojciec jak każdy wiejski
gospodarz pieniędzy nie da może na wielki odpust. A tu trza straćić tu już papieros, tu cukierek, tu muzyka, tu dziewczyna. I co trza
robić trza robić skibę, przywłaszczyć bez ojca wiedzy i tak robiłem
.ja i inni moi koledzy. Sądzicie Szanowni Czytelnicy że ci ojcowie
dobrze robią co nie da synowi na stratę te parę groszy to on jest
więncy stratny, tu nie zarobi syn ani ojciec ino pośrednik czyli od­
bieracz, nieraz tern jest sam ojciec. Któż temu, winien „tu nie pa­
rni
wół jak cielęciem był”, i tak przechodziły lata 1917 i 1918.
Dżień ^a dniem ciągle z myślą że może wojna się skończy jak naj"prędzy przy pracy latem w polu, zimom w stodole z cepami. A spa­
nie to miałem w oborze zrobione takie wyrko jeszcze niesam tyłka
.młodszych dwuch braci razem w tym gniaździe, bo w oborze 7 na 9
. łpłcci pomieszczał się koń, dwie krowy, jeden cielak, dwadzieścia kur,
<■
' trz^ gęsi, jedna lub dwie świnie, na świniach to my mieli spanie, takie
to, były czasy choć było dwa mieszkania jedno co w zimie opalali,
drugie stało prawie puste, w jednem stały dwa łóżka a my trzej
bracia spali w tej śmierdzącej dziurze z tą rogacizną i nierogacizną
i stąd nieraz poszło się grać w karty, nieraz na całe nocy lub na
inne rozrywki. - Najsmutniejszem rokiem to był dla mnie rok 1918,
W domu nie było na co zrobić skiby bo niemcy zarekwirowali prawie
wszystko zboże, pozostawili tylko wymiar na osobę. Co ja sobie po­
myślałem? O głupi pomyśl? Ze mój kolega szkolny K* ** mieszkał
sam bo mu rodzice pomarli a braci przedtem zabrali na wojnę, m iał

206

Województwo Łódzkie

wtenczas sto rubli piniądze te mu wziąnem bo wiedziałem gdzie są
bo femu winny karty bo my tam grali całe wieczory! tu złe nie śpi
ino kusi? tak i mnie skusieło, mówi stare przysłowie kradzione nie
tuczy, dużo nie skorzystałem bo kto z szanownych czytelników pa­
m ięta rok 1918 ten wyobrazi sobie rzesze marki Niemieckie i korony
Austryjackie i ruble rosyjskie to nie dzisiaj brak złotówki że niejeden
to widzi ją przez okno na giełdzie wystawowy, jeżeli ma w czem
iść do miasta. Jednakże czas mi upływał trochę lepi bo miałem
„giełd” ale i to się skończyło i wyszło sto razy gorzej bo się wszystko
pomału wykluło jak gąsie z jajka. Masz psie kiełbasę lepi żebyś się
udawił. Tu wstyd tu hańba, co było robić dobrze że mamusia wsta­
wiła się do ojca za mną i ojciec te sumę zwrócił memu koledze i spra­
wę załatwiliśmy polubownie. Teraz szły dni smutno i już nie będę
pisał to szanowni czytelnicy sami wyobrażą nie bez pieniędzy lecz
sumienie dręczeło mnie do ostatniego i przyszło rozbrojenie niemiec,
chciałem iść do wojska nie pozwolili mi cóż się stało. Obywatel
D*** mając fuzje chce mi sprzedać, kosztuje sto rubli mam jeszcze
50 rubli więcy piniędzy ni mam cóż robić trza rozrywki na zające
i kury. Właściciel fuzyi mówi żebym mu przyniosz korzecz żyta
skąd wziąć, trza robić skibę na ostatnie żyto co było ostawione przez
naszych okupantów do wyżywinia. Co znowu za głupi pomysł, lecz
cóż złe zwyciężyło wziołem i korzecz żyta i zaniosem obywatelowi
D*** i fuzyje nabyłem, teraz spędzam wieczory na stanowiskach
jako kłusownik chociaż z małym rezultatem. Czytelnicy rozsądźcie
kto tu winien że namawia do kradzieży i odbiera te rzeczy, to ciemno­
ta jaka panuje na wsi i chęć zysku z cudzej krzywdy żeby to zło
wykorzynić to tych odbieraczy. Żeby gospodarze mieli trochę wsty­
du toby nie odbierali od podlotka jakiś torby i tegoby nigdy nie
było i nie byłoby złości w domu i przekliństw rodzinnych, jak mnie
wyszykował bo to 26-cio morgowy gospodarz. O zgrozo, o wstyd
o hańba dla odbieraczy od podlotków tych ćwiartek lub całych me­
trów ? lecz gdzie tu ta oświata, pewnie miną jeszcze dziesiątki lat?
T ak przeszła zima i nastała wiosna 1919 rok jakoś smutno i ponuro
na duszy. Staram się żebym sie dostał do wojska, po usilnych pro­
śbach dostaje zezwoleństwo rodziców i w dniu 15/V 1919 roku sta­
wiłem sie do komendy poborowy w Sieradzu i stąd pojechałem do
Kalisza na komisje zostałem przyjęty i wcielony do plutonu łączno­
ści przy 29 p. p. przez cztery tygodnie w Kaliszu, w drugiej połowie
czerwca wyjechałem na front Ukraiński do Brzeżan, Galicja W scho­
dnia, tam był pierwszy chrzest polsko Ukraiński. Byliśmy w ubraniu

Pamiętniki chłopów

207

cywilnem tylko ze znak na czapce i ten karabin, po walce pod Brze¿anami gdzie my dali w skórę Ukraińcom na stacji Przemyślany
nasz umondurowali i stąd pojechaliśmy na inny odcinek bo za
Stanisławów. Tam połonczyliśmy się z Generałem Żeligowskim
i spoinie ruszyliśmy za rzeke Dniestr, tam ścigaliśmy W roga choć
o głodzie bo były takie dnie niejedne że co się ukradło to się jadło
lecz Znów przez soli. To wszystko było dobre byle tylko Ukraińców
Ijić i gonić dalej. Nie będę tu opisywał każdy szczegóły wojenny
;i'-cb ucierpiałem i wytrzymałem we walce z Ukraińcami, jak w czasie
!%taku na miasta Tłurcz i inne. Niejeden z moich kolegów zginął
iw \m oich oczach lub został ranny, mnie jakoś uchodziło chociaż by­
tem w różnych tarapatach. Zawdzięczałem tylko Bogu. W sierpniu
dostałem się do taboru bataljonowego, dalej zostałem łoncznikiem
konnem i jeździłem konno, staliśmy koło Skałatu, znów dalej w m.
; Jagięlnica koło Tarnopola. Tam zachorowałem na tyfus plamisty
tj ijleżąłem w spitalu w Tarnopolu cztery tygodnie gdzie nie wiedząc
^dzieje wkoło mnie i do dzisiaj mam pamiątkę bo cierpie na ból
|r i jeszcze inne rzeczy przyczyny tej choroby. Po tern czasie
i^l^diśmy ża pułkiem do Wilna, byłem tak słaby że koledzy
radżili mnie pod rękę że ni mogem iść o swoich siłach, w takim
stanie przyjechaliśmy przez Lwów, Warszawę i na Wilno, we Wil.ńie nie powróciłem do swojej służby bo miałem zwolnienie ze spitala
ćto czasu urlopu. W Wilnie przedstawił się widok dla mojego rozumu
»i oczu bardzo przykry. Chodząc uliczą z kolegą spitalnem OlejniIflafem żeby nie można przejść ulicą przed dziewczynami ulicznymi
'nktóre, same zatrzymywały żeby wstąpić do niej. To była dla mnie
.zaraza której ni mogłem znieść i patrzeć na to łajdastwo. Z Wilna
."wyjechałem do Kalisza, przedzielili mnie do kompanji kwarantalny
j,;do Szczypiorńa, po 14 dniach powróciłem do Kalisza do komp. 3 B.
^¿pąsow ego, tam byłem parę dni i zostałem przedzielony do komp.
Ipfarszowy i dostałem urlop czternastodniowy to w początku grudnia
-1919 roku chociaż lekarz spitalny dał mi na pięć tygodni. Przyjecha­
łe m do domu, w domu wszystko dobrze, lepi jak za okupantów Niem­
ców, wszyscy są ucieszeni, pozdrowiłem swoje wyrko w oborze i mo­
ich Braci którzy spali tam do tego czasu, ja teraz już śpię w mie­
szkaniu może jako gość, zobaczyłem się z koleżankami bo koledzy
tyż byli już zabrani do wojska. Urlop zeszedł bardzo prędko jak to
w domu ze swojemi i rodziną, powróciłem do Kalisza i tam spędziłem
święta Bożego Narodzenia na spólnej kolaczji Wigilijnej. W dniu
5 stycznia 1920 roku wyruszyliśmy z komp. Marsz, na front Litew­



208

Województwo Łódzkie

sko Białoruski nad Dźwine wprawo ód Połocka, podróż była żal się
Boże na takiem mrozie jechać w wagunach towarowych, dzisiaj na
myśl o tern ścina mi sie krew w żyłach czo człowiek ucierpiał w cza­
sie tej podróży od 5/1 do i8/I w tern marnem płaszczyku jakiem był
odziany. Tak przyjechaliśmy do postoju 33 p. p. i dalej do I balonu
i 4 komp. która stała na placówkach, po pewnem czasie zminił nasz
jakiś oddział poszliśmy na spoczynek do miast Woroneczna. Ładny
spoczynek kiedy woda w mieszkaniu zmarzła na jeden lód, usnąć
nie było można od zimna ino się trza było przewracać z boku na bok,
po paru dniach wysłali mnie na pocztę lotną oddalonom od nasz na
15 kil. do wsi Suszyn m ając trzech ludzi ze sobą 15 kil. do Bat. 15 kil.
do pułku te podróż odbywaliśmy na sankach chłopskich dwa razy
dziennie raz do pułku i drugi do Batalijonu przy mrozie 30 st. CeL
Miałem w tej patroli jednego żyda. Tamtejsi gospodarze jak przy­
padło mu jechać na noc to z prośbą wielką żeby go zminić na dzień
a sam musiałem jechać w nocy, pytałem czego się boją to mówił m i
że on W ołka nie ubij ot, z czem się spotykaliśmy, staliśmy tam w teji
wsi Suszyn cztery tygodnie tylko że mieszkanie to my mieli ciepłe
i gospodarz choć prawosławny lecz szczyry, przez ten czas ludność
wioski tak się do nasz oswojeła że płakali gdyśmy odjeżdżali, potem
staliśmy na ochronie Bateryi lecz już z karabinem maszenowem.
Bo tam dostałem przedział, przyjechał ksiądz z pułku do batalionu
i mamy iść do spowiedzi. Część poszła, ja należałem do tych co nieposzedeł bo przez wodę pod kolana z różnemi myślami pozostaliśmy
na kwaterach. Początek kwietnia powróciliśmy na placówki w oko­
lice Gumla do wsi Pukanowki ja już z karabinem maszynowem
staliśmy w okopach. Jedzenie śniadanie obiad kolacje gotowaliśmy
sami. Ofenzywa Bolszewicka — po paru godzinnej walce Bolsze­
wicy wyparli nasz z naszych placówek wycofaliśmy się w tył o gło­
dzie i zimnie bo każdy zmoczony i głodny i ze złością że te cholery
nasz ganiają, tak dośliśmy do starych niemieckich okopów i stąd
daliśmy Moskalu po piętach, dośliśmy do rzeki Dźwiny. Staliśmy
przy granicy Łotewski do dnia 4-gó lipca, znów ofynzywa Bolsze­
wicka, wyruszyli nasz z okopów i wycofaliśmy się w kierunku W ilna.
Pamiętam dzień jak żeśmy wychodzili z miasta Święcian Nowych
jak ludnoś i niejedne panienki płakały, że nam samem łzy w oczach
stanyły i tam żeśmy zafasowali na lewo po sklepach trochę żywności
i dalej marsz, w lesie przenocowaliśmy się i marsz do Postaw, tam
daliśmy w skórę Litwinom i dali marsz w stronę Wilna, piątego dnia
jemy gotowany obiad z kuchni mięso lecz bez soli, to bardzo dobrze

Pamiętniki chłopów

209

smakowało i dalej marsz do W ilna i dalej do Grodna, nie będę tu
opisywał tej wszystki przygody jaki żem użył w drodze odwrotu
jak nasz kozaki goniły jak żeśmy się zielonemi jabłkami żywili i tak
przyśliśmy do Grodna, tu mostu nima, cztery wózki karabinowe prze­
prawiliśmy przez most kolejowy, ja sam zafasowałem sobie ubranie
z tornistrem i buty nowe i to oblokłem i uspokoiłem się od tych:
robaszków co mnie gryzły, bo to to można było liczyć na tysiące,
tam włożyliśmy karabiny do wagonu, sami na dachu siedziemy i cze­
kamy na odjazd, w tern przychodzą dwuch oficerów i zganiają nas
z dachu i marsz pieszo tak przyśliśmy i jechali do Białegostoku tam
staliśmy W koszarach przez dwa czy cztery dni i marsz do okopów,
tam zostałem ranny w rękę w czasie rewizyi za chlebem w rękę z Na­
gana, gdyśmy szukali znaleźliśmy Nagana, ja złapałem za lufę, drugi
za rękojeść i pad strzał w dłoń z tern pojechałem do spitala do Gru­
dziądza tam przebyłem dwa tygodnie, rana się zagoiła, powróciłem
dó Warszawy przez Toruń na Włocławek gdzie nasz bolszewicy
ostrzeliwali z pociągiem któreśmy jechali z artyleryi i po przyjeździe
do Warszawy ze stacji zborny pojechałem do Żyrardowa tam byłem
zaraz w kompanji marszowej i w sierpniu wyjechaliśmy do Tere­
spola do 23 p. p. i tam przez Brześć w puszcze i Kaminiec do Białowieży i dalej za Bolszewikami w Podwysokiem daliśmy im w skórę
że my zaśli aż za Niemen przez miasto Łonne i przez Lide nazad do
'Swięcian Starych tam staliśmy parę dni i znów wypędziliśmy Litwi::;lŁów że Swięcian Nowych i tam staliśmy w okolicy czyli na granicy
gjgtewśki do 5 października 1921 r. i stąd wyjeżdżamy do WłodziWołyńskiego. Po wyjeździe z Żyrardowa byłem w komp.
||feafiśbińów Maszynowych późni pojechałem na kurs Telefoniczny aż
/JjTO^ęSżksu zwolnienia, teraz było lepi niż w roku 1920, bo już czas
||kpjiny nima tej ciągłej ganiatyki i tych marszów. Jeszcze jedno
Me^iszysiko bó koło Duniłowicz zostałem ranny w nogę chociaż
k p b o nawet na izbie chorych nie byłem lecz kula karabinowa ro^ e ^ a ł a mi kieszeń przecina mi scyzoryk i siedem kul karabinowych
wtenczas granat za j ko wy z zapalnikiem wkręconem ten
dziurę mi zginął, miałem to wtenczas za wielkie sczęście że
Tak stało i ocaliło mnie od śmierci i dziękowałem Bogu za to,
, jeśseze doczekam tej wolnej Polski coś my tak pragnęli.
*i(ĘÓź,,śię stało, teraz jest inaczy, wszystko przewróciło się prawie do
góry nogami, robotnik nicz nie zarobi bo rolnik ledwie zęby trzyma
W szczękach i zakrywa je zeschłą skórą a cóż ja mam powiedzie.
O lepi żebym się Utopił w Niemnie lub Narwi czy Dniestrze a może
14. Pamiętniki chiopćw.

210

Województwo Łódzkie

Zgniły Lipie jakżem przez nie brodził lub w innych rzekach lub ba­
gnach zanim doczekał tej chwili co jest dzisiaj i naszej utęschnionej
ojczyzny co dla jednego jest matką bo bierą tysiące dziennie a dla
drugich macochą bo nie zarobią nawet jednego grosza! Zwolniłem
się z wojska prawie boso i nago bo lepszy płaszcz czy co innego to
odebrali, przyjechałem do rodziny wstyd się pokazać na świat w ta­
kim mundurze, cóż teraz robić, d. 31 miesiąc służby i przyszedłem
w łachach do rodziny, prosiłem ojca za wstawienistwem mamy że mi
kupił ubranie, że się mogłem pokazać teraz ludziom i wyjść na wieś
i do kościoła a po te stare łachy przyjeżdża policja i zabiera, możesz
chodzić nago boś walczył za ojczyznę i tak się ostałem i tak upły­
wały wieczory 1921 na 1922 rok. Niedziele na muzykach, wieczory
na grze w karty czasem książka, która mało wpadała w ręce, o co tó
za ciemnota. Przyszła wiosna i lato robota w polu i troche robiliśmy
cegłe i tak upływały lato i jesień, nastała zima 22 i 23 r. i znów ta
sama robota brak gazety, brak książki może z tej raczji że wioska
nasza leży w takiem zapadłem kącie pięć kilometrów do szosy, do
kościoła osiem kilometrów, do jednej osady Buzenin osiem kil. gdzie
są jarm arki i do Sieradza 18 kil., do Złoczewa 11 kil. więc o wszystko
trudno a co książka i gazeta jest rzadkością tylko tyle że można w do­
mu spać od wieczora do rana i tak przechodziła zima, z tą zmianą
że powstały w domu awantury bo młodzi bracia jednen poszedł
w praktykę szewcza a drugi na zygarmistrza, a ojciec lubił czystą
na 45 z tego powstały te hałasy co nie do opisania i tak czas szedł
powoli jakby konanie z dnia na dzień że usłyszys co nowego z łust
ojca jak przyjedzie z miasta, często po pare dni z nami nie rozmawiał,
w taki męczarni przechodziły czasy co nie będę tu pisał wszystkich
mamalugów i rzeczy nie do opisania bo dzisiaj serce mi bije na myśl
o tern co człowiek przecierpiał tak do 29/VI 1925 r. gdyż będąc na
weselu siostry cioteczny zapoznałem się z dziewczenom i wkrótce
zarenceliśmy się, teraz nastały jeszcze gorsze czasy co nie do opisa­
nia co za hałasy. 25. VII. jadę na ćwiczenia wojskowe do Łodzi, za
dwa tygodnie przyjeżdżam na przepustkę i mówię że my byli pare
razy w kinie i jeszcze gdzieindzi to ojciec na mnie żem mu pięniędzy
nakradł i teraz mam jeździć za co i po kinach chodzić i tak z kłótnią
pojechałem do Łodzi z powrotem, odbyłem ćwiczenia, zawsze ze
smutnem sercem co pomyślałem o domu. Przyjechałem z ćwiczeń
ojciec nic nie mówi do mnie, nic nie mówi co mam robić i nie chce
powiedzie co mam robić, to mówi że rób co chczes i co ci się spodoba,
zaczyliśmy się przemawiać i złapał cegły powiada że cie zabije, ja

Pamiętniki chłopów

211

.zaś stanełym i mówię że niech bije i niech się raz skończy, tak sie
Zastanowił i pozostało na tem na pierunach cholerach i innych wy. razach co nie będę pisał tego wszystkiego i tak mijały dni i tygodnie
do czasu ślubu do 18/XI 1925 r., był nieraz płacz i zgrzytanie i to
znów klątwy i cholery jakich nie brakowało, roboty było dużo ale
zapłaty mało bo jak się jedno ubranie podarło lub buty to dopiero
z klątwą kupił drugie, takie było życie moje w domu rodzinnem i tak
było z mojem weselem i z ubraniem i trochę z wódką, to wszystko
sżio tak trudno i tępo że trudno opisać, co już nie będę spominał.
Przeszło i to zmartwienie i pierwsza noc poślubna. Zaczeny się dni
nowe i trochę milsze. Żona pracowała u teściów czyli swoich ojców,
szyła na maszynie, ja znów trochę chodził za robotą za traczką mularką co w rękę wlazło i tak przeszło do m aja 1926 r. W maju mając
parę złoty zaoszczędzone założyłem sklepik spożywczy we wsi Praznów w domu moich teściów, początki szły trudno bo brak było szkoły
i praktyki, jednak jakoś prowadziłem. Teść mając 22 morgi ziemi
żyni syna mówi żebym dał 1.500 złoty to mi zapisze z 7V2 morgi ziemi
i połowę budynków to 1.000 złotych zaraz 500 zł. spłaty. Mówiłem
o tem swojemu ojcu żeby mi co pomóg i dał choć 500 zł. lecz nie było
bo ojciec nie chciał dać, chociaż mama prosiła żeby zrobił nic nie
pomogło tylko pieruny i cholery to się zawsze dało słyszeć i skoń­
czyło się na niczem. Teść syna ożenił i wzioł synową do domu, za­
pisał 20 mórg tej ziemi, jest to ziemia piasczysta i do tego w siedmiu
f^e^cach. Mnie jako zięciowi dał 1000 zł. i krowę i maszynę do
Rzycią i wyprawę: szafę do rzeczy, komodę i jedno łóżko i pościel
■<&viiie-i’trzy obrazy święte i parę garków talerzy i dwie miski, to
; było wszystko, teraz trza było wyjść jak panna z tańca. Brat żonę
przywióz do domu, nima mieszkania trza było szukać domu, wynajołeną dom. w Burzyninie zapłaciłem lokatorne z góry na rok 470 zł.
potem* ąię tam nie wprowadziłem przez sześć tygodni, stało puste,
^ ó ź p i znalaz się kupiec, wypuściłem mu z powrotem, straciłem 70 zło­
tych więc uspokojełem się z Burzyninem. Teraz szukam mieszkania
i, ńa ^ si, ofeiechałem różne wioski wszystkie moje troski spełzły na
^ c z e m ? Dopiero dostałem mieszkanie we wsi Pyszków przez po4h?gi na sklep, taka dziura w sieni ze strach tylko tyle pociechy że
sklep i szło dobrze. W dniu 1 m aja 1927 roku przepro­
w adź
się od moich teściów na nowe gospodarstwo tylko już nie
masz. dwoje bó już urodził się nam syn o którem nie pisałem o jego
chrzcie, strąciłem wtenczas 90 zł. oprócz choroby żony. Tej przewózki
na nęwe mieszkanie nie płaciłem bo tylko za poczysne ale straciłem

212

Województwo Łódzkie

na to 40 zł. za mieszkanie zapłaciłem 125 zł. na rok. Tu rozpoczyliśmy
nowy handel, początki szły doś dobrze, handel jak sie patrzy. Zaczołem na kredyt i to mnie zabieło, były wtenczas dwa sklepy inne,
tutaj czytelnicy mogą sobie wyobrazić co ludzie robią, kto zrobił:
kredyt poszed do drugiego. Zaskarżefem jednom babę co sie tak
wyrażę bo lepszego nie w arta o 36 złotych, sąd mi przysądził, po mie­
siącu przyjechał komornik zrobił zajęcie, to co ona robi przysyła:
jedną dziewczynę po wódkę której jej odstąpiłem i ona melduje
mnie w akcyzie, płace karę 150 złotych. Nastały konkurencyje to
nic nie dało dobrego tylko straty. W dniu 31/X 27 roku mamy pożar,
czternaście gospodarstw poszło z dymem, ja już straciłem dużo bośmy
wszystko z domu musieli wynosić, dom ten sie nie spalił, lecz strata
duża kradzież ubrania i wiele inny rzeczy. Teraz inna sprawa mój
konkurent J*** i piekarz D***
wypięliśmy u mnie V4 litra wódki,
zeznaje w akcyzie że ja mu sprzedałem te wódkę, znowu sprawa
w sądzie, płace 50 złoty kary obrona świadki znowu 50 złoty. Akcyz
robi pretokół za rozrucone papierosy płace kary 20 zł. (patent), prze­
niosłem z Praznowa do Pyszkowa, podatek zapłaciłem za Pyszków,
po roku czasu przychodzi podatek za Praznów 80 zł., gdzie spra­
wiedliwość za co tu się płaci. Tak idzie czy sie pcha powoli i dali
do 18 kwietnia 1928 roku był piekarz ze Sieradza już wieczorem który
woził pieczywo, po wypłacie zauważyłem że zgineł mi portfel i prawie
300 zł. tego miesiąca bo w dniu 20 rano pożar, dom się pali ten co
mieszkam, tyle co my wstali znów straty, znów kradzież niema mie­
szkania i gdzie głowy schronić, co robić, wszystkie rupiecie na dwo­
rze i na drodze. Smutno i ciężko na sercu cóż robić. Z ojcem teraz
żyliśmy w dobrem honorze bó teraz często z kieliszkiem poczęstuje
i był na chrzcie mej córki która nam przyszła w Pyszkowie i ojciec
jest teraz w dobrem honorze. Wiene mu mówię żeby mnie zabrał
do siebie. Bo przecież ma dwa mieszkania i komorę, narazie sie zgo­
dził, przyjechałem do ojca na Stefanów założyłem sklepik w tej
komorze, to jest w taki sieni, początki dobre, targ mały lecz jakoś
idzie, w domu zgoda lecz po niejakiem czasie wszystko sie zmieniło,
ojciec zły nic nie mówi tylko mruczy, nawet ogiń w piecu zalewa
żeby sobie jeść nie ugotować i takie różne hopki wyrabia co wstyd
już pisać. Zona ciągle płacze i mówi żebym sie gdzie stąd wyprowa­
dził. Tak przechodziły dnie jeden za drugiem ze smutkiem i myślą
o tej zmianie. Wigilije Bożego Narodzenia 1928 roku odbyliśmy
u ojca co nie daj Boże mi drugi taki doczekać, kłótnie, hałasy, pie­
runy, cholery i płacz. Takie to święta mieliśmy u swojego ojca, co

Pamiętniki chłopów

213

iie do opisania. Więc w styczniu 1929 r. chociaż mróz 30 stop. Cel.
wyprowadzam sie od ojca do sąsiada do takiej komory i tam stawiam
jedno łóżko, piecyk do palenia, dwa stołki i pułki na towar i rozpo­
czynam sprzedaż, tak przecirpiałem zimę, te pamiętną i będę ją chyba
pamiętał do śmierci, co ja tam w tej dziurze ucierpiałem od mrozu
i innej biedy. Ale to zawdzięcam mojemu ojcu, tak przecierpiałem
:zime przyszła wiosna. Zaczołem kupować drzewo na budowę, mam
namiar budować dom, narobiłem bloków, kupiłem trochę cegły i za­
czołem robotę. Placu pod dom nimam, mówiłem ojcu żeby mi po­
zwolił postawić dom na jego placu, odmówił. Dopiero brat cioteczny
zgodził się na to że na jego placu czyli ziemi założyłem fondament,
wtedy ojciec przychodzi do mnie i mówi żebym się stawiał na jego
:ziemi i dał mi 100 zł. Zrobił to ze wstydu ludzi co mówili o niem,
że C*** na 6 morgach ma plac na dom a ojciec to nima. I tak my
r.się pogodzili, zaczołem budować dom mieszkania 2 długość domu
10 metr. szyrokość 5,30, wysokość 2,30 trzy ściany z bloków cmyntowy, 27 cyntometrów gruby, sklepinia cegła, czwarta ściana deski,
środek troć, ta ściana jest najlepsza bo sucha. Szopa na drzewo
i ustęp 4 m. 50 długa, 3 met. szyroka 180 wysoka i płoty w koło
tego 150 met. wysoki. Kosztowało to wszystko 3 tysiące zł., przyjęte
vdo Asekuracyi 2.440 zł., dach papa firmy gospodarz w Sieradzu.
Lecz nie radziłbym nikomu budować takiego domu betonowego na
jeden blok bo to wilgoć w zimie taka że wszystkie meble rozpęcznieją z wilgoci choć stoją po łokciu od ściany, że taki dom zdolny może
być tylko dla krów lub na chlewy dla tych co ryją, a nie dla ludzi
‘żeby w nich gnili? Jedno mieszkanie przeforsztowane na pół i prze­
niosłem sklep z tej dziury co tam miałem, to w dniu 15/VI 1929 rok.
Nie umieściłem siltu sklepowego, natenczas wpada kontroler robi
protokuł już 10 zł. kary.
przeniesieniu z Pyszkowa na Stefanów
miałem koncesyje tytoniową i tu wyprzedaje wyroby tytoniowe, na
książkę nic nie brałem. Przyjeżdża urzędnik Akczyzu i zabiera kon­
cesyje i książkę i robi protokuł, wzywają mnie do urzędu Akczyzowego że jak nie zapłacę 20 zł. kary to mi zabiorą koncesyje, ja mó-wie, że już zabrali, teraz dochodzenie kiej zabrana i na tern się skoń­
czyło, że nie zapłaciłem i tak przechodzi jesień i zima 1929 i 1930 r.
Sklep zwinełem w lutem bo wysprzedałem wszystkie drobiazgi bo
wilgoć niemożebna kiedy wszystko rozpuszcza się na wodę lub ple­
śnieje że niemiło patrzyć. Więc cóż robić, kupujemy kiej wszystkie
interesy się nie udają, co robić, kupujemy taksówkę stary ford do
¿spółki, miało być trzech spólników szofer D*** pan D*** trzecim
3

214

Województwo Łódzkie.

ja, pan D*** płaci 200 zł. ja na 600 zł. wystawiam weksle. Teraz
robiemy remont motoru i całego wozu, on niezdolny do jazdy. Teraz
szofer się cofa jak rak a pan M*** wystawia weksle do protestu*
300 zł. mu wpłaciłem i koszta komornika 70 zł., za 300 zł. zabrał
nazad wóz cośmy od niego kupili i rozebrał go i wozem przewiózł
do Złoczewa po kawałku i jeszcze teraz dochodzenie o znaki reje­
stracyjne gdzie one się znajdują, jeżeli wóz został rozebrany na czę­
ści i pan M*** wszystko zabrał. Co teraz straty, co tu złości jeden
na drugiego, ten wymyśla na mnie ja na drugiego lecz wszystko byt
winien pan D*** gdy on jeździł na tern wozie parę miesięcy i nasz
wzioł na kawał i na stratę a sam pewno zarobił na pieprz. Wszystko^
przeszło co się straciło to nikt nie wróci. Jeszcze jedno, kupiłem
jesienią 1929 roku 60 kur, przeżywiłem przez zimę i nic z tego nie
wyszło bo jajka tanie i nie zapłacą za wyżywienie kur czyli ich utrzy­
manie, więc wiosną w roku 1930—50 sztuk sprzedałem zostawiłem so­
bie tylko 10 sztuk i przyszły żniwa. Poszedłem parę dni do roboty,
po żniwach poszedłem znowu do roboty do murarzy, zarobiłem wten­
czas 5 zł. dziennie lecz tu co robota się skończyła teraz cóż robić*
z czego żyć, za co kupić kartofli i mąki na ten kwaśny barszcz, bo
0 czem innem to ni można myśleć żeby robotnik na wsi kupił sobie
kawałek mięsa, nawet trochę słoniny to o tern trza zapomnieć i tylko
patrzeć jak kto je. Rodzina pięć osób tylko z tej pracy, kiej nima
bo nastała zima, bo teraz się żyje jak niewiem co i jak nazwać?
Czas zimowy przepędza się na kartach, tak tej zimy jak i drugiej
1 poprzedniej, to karty są częstem gościem bo chłopcy wiejscy nawet
i gospodarze to kartam i się interesują i duraczok lub „66” czasem
w „21” na czukierki lub zapałki. Co książka lub gazeta to tylko
w yjątki co się interesują. Bo jak nieraz przywiozem gazete i zaczołem czytać to jeden śpi, drugi idzie do domu albo mówi zagrajm y
w karty lub opowiada bajki czy tyż plotki, karty po sklepach wiej­
skich to są w użyciu i „21” na cukierki i to taka oświata jest na wsi.
Zamiast książki to plotki za gazete służą, karty że pomyśleć to strach
bierze czego można się nauczyć. Przyszła wiosna 1931 rok, zaczynam
znowu robotę lecz już jako murarz i robie na swoją rękę chociaż
mało stawiam murowaną oborę i stodołę i dom drewniany i różne
rzeczy jak podłogi, posowy, piece, kominki i kominy, jakość lato
przeszło na pracy tylko zarabia się już mało bo 3 lub 4 zł. dziennie
a w domu już gorzej przybyła trzecia córka, jest nąsz sześć osób.
Kartofli ukopałem 4 metry co tu jeden sąsiad dał mi taki zagon.
Więcy nima nic jak się nie kupi, zarobić już nima gdzie. Bieda mało-

Pamiętniki chłopów

215

rolnemu lecz sto procent gorzej bezrolnemu bo roboty nigdzie nie
znajdzie może pójść jesienią do kopania, dadzą ci na dzień 1/4 metra
kartofli co robić trza nawet kopać. Zona dostała małego prosiaka
za piniądze co pani Sz* ** wybrała w sklepie. Swinioka tego chowała
przez lato, początek listopada chore i zabiłem miało 40 kilo, tak my
przez zimę mieli trochę tego mięsa zdechłego. Zima szła jak po­
przednie z tern że często przyniosłem gazetę Grudziądzką od mojego
komotra i te czytaliśmy, bo wieś to cmentarzysko ciemnoty gdzie na
500 mieszkańców to nie było ani jednej gazety, to rozpacz nędzy
i ciemnoty. Tak nastał rok 1932 i wiosna, chodzę na roboty jak da­
lej, to jeżdże na rowerze bo rower to mam jeszcze z czasów sklepu
i robie tak samo jak w roku zeszłem, jeszcze trochę stolarkę budowla­
ną, roboty stolarskie jako samołukowi to szły marnie czy niespraw­
nie i źle wykonane lecz za to tani to mi przyniosło kilka złotych do
roku i roboty murarskie i ciesiołkę jak człowiek może tak robi cho­
ciaż tak źle to jeszcze nie, jednak za te roboty com robił 1932 roku
to jeszcze dzisiaj ni mam zapłacone. Jak tu żyć za co kupić ubranie*
buty. Ciężkie i trudne/jest życie robotnika na wsi lepi żeby człowiek
na świecie nie żył, za/obiałem już tylko 3 zł. dziennie i przeszło rok
czekam i ni mam piniędzy, jak tu porównać z pensyjami panów
urzędników lub derektorów cztery tysiące dziennie? Za co utrzymać
rodzinę sześć osób. O straszne rzeczy się dzieją tutaj na wsi, czy
świat taki niesprawiedliwy czy może lud, o nie, ani świat ani lud
wiejski tylko przykład idzie zgóry, tam bierą tysiące a tu ani tyle
[ groszy. Czy tak długo będzie istnieć i będziemy te nędze cierpieć
/^chybą Bóg ześle karę jak na Sodomę i Gomorę tylko kogo tu karać
:-proszę szanowny czytelniku wybierać i pomyśleć nad tern co dalej
papisze. Piszą że w naszej Polsce byczo jest. Tak jest, bo małorolny
i bezrolny czy ja robotnik to już chodzimy na pół nago że do ko­
ścioła to jtiż idą tylko na pastyrke w nocy żeby ich nikt nie widział
bo tak to sie wstydzi w podarty bluzy lub spodniach lub na pół
bosemi jogam i a zimom przez palta lub ciepły bondy i człowiek
wygląda prawie jak pień. I tak to jest byczo w Polsce. Żeby nam
Bóg dał żebyśmy dostali tej byczy skóry to nie mielibyśmy zmartwi, nią o przykrycie naszych kości bo nie ciała bo już wyglądamy jak
na chorągwi. Czy nasz tak dalej będą męczyć. Może Bóg raz;
te nędze skończy. Przyszła jesień 1932 r. kartofli ukopałem sześć
metrów na zimę i od żniw co nimi sam i dzieci żywiłem bo o cem
innem to nima co mówić. A i to na tern gnoju co zrobiłem z ro­
dzinom to mi ojciec dopiero dał ziemie pod ten gnój, to niby łaskg;

216

Województwo Łódzkie

wielka że to dał. Taka to sprawiedliwość, młodsi bracia jeden dostał
praktykę zygarmistrza chociaż sparaliżowany na nogi, dzisiaj m a
zawsze lepi bo zygarmistrze stoją ze zarobkiem nieźle, drugi jako
szewc tyż na siebie zarobi, jeden jest w Sieradzu a drugi w Turku
chociaż oba powinni stać lepi żeby ojciec był dobrym ojcem. Ale
cóż ja robiłem 23 lata i to cztery lata mając już musiałem krowy
paść, trzy lata walczyłem za ojczyznę, broniłem granic Rzeczypo­
spolitej Polski, biłem Ukraińców i Bolszewików, chodziełem nago*
boso, straciłem zdrowie co dowodem jest że do wojska byłem zdrów,
po wojsku złożyłem podanie do policji a to pan doktór uznał mnie
jako chory na serce, gdzie tu sprawiedliwość. Sądźcie czytelnicy sami.
Przyszła zima rok 1932 i 33, karciarstwo trochę ustało bo ten kry­
zys dał się tak w znaki że chłopcy już na papierosa nie m ają a k art
to już nima za co kupić, trafi sie że grają to proszę wyobrazić co za
gra, za 10 groszy kupuje pudełko zapałek i gra na sztuki i spędza
wieczory na grze w zapałki bo na co inne to nie starczy. Co u mnie
to już bardzo mało jest tego, bo założyliśmy Związek Młodzieży W iej­
ski w październiku 1932 r., u mnie jest świetlica, mamy gazety „W i­
ci” i „Sztandar Zielony” i Tygodnik Grudziądzki, ta moja osobiście
bo tak tania gazeta że choć te pronemeruje w tych ciężkich czasach
tej niewoli robotniczej na wsi. Zajołem się rozszyrzeniem gazety, na
moją prośbę czy namowę zdobyłem siedmiu abonet, więc tu sie
pokazuje obraz ciemnoty na całą gminę bo tylko w czasie wyborów
zarzucą chłopa różni opiekunowie czy patronowie całemi stosami
gazety niby dzieci cukierkami i każdy odbiera ten ochłap. A teraz
to proszę pomyśleć co do tej oświaty chłopski. Gmina przeszło 5 ty­
sięcy mieszkańców przychodzi gazet: osiem Grudziądzki, trzy Sztan­
dar ziel., cztery Wyzwolenia, sześć Wici i Ludowiec z Francji —
to jest ta chłopska oświata, prócz nauczycielstwa. Czy nima pienię­
dzy na gazete jak czytelnicy sądzicie, bo ja sądzę że być powinny
lecz tu jest jakieś zło co tu szyrzy te straszną ciemnotę. Dom na
świetlice daje gratis jako dla ubogiego Związku M. W., niemającego
poparcia rządowego, choć na inne cele są tysiące. Chociaż sam łaknę
paru ziemniaków bo były takie czasy że już kupić nie było za co.
Tak przecirpieliśmy zimę, nastała wiosna i lato nieraz drżeliśmy
z zimna i jeszcze z głodu przymierać było trzeba bo te parę ziem­
niaków tyż trza było sobie odjąć od gęby żeby zostało na ju ­
tro. Oj to jutro? To jutro to kurcz za serce chwyta na myśl
o niem, już nie mówię tu o chlebie, bo on to jest wielkiem gościem,
nie mówię tu o maśle lub jakiemś tłuszczu, bo o tern robotnik

Pamiętniki chłopów

217

iM S £

wiejski już zapomniał nawet, widzi tylko przez okno wystawowe.
Pozostało trochę odciąganego mleka i maślanki, to całe specyjały
wiejskie. To nam daje te sile i ten wygląd, że wyglądamy jak­
byśmy z grobów powstali. A jak wygląda większy włościjan lub
nawet policjant, a co mówić o innych urzędnikach co wyglądają
jak karmiki. Nam rośnie garb na plecach, a tern panom to z przodu,
i ni mogą unieść swojego cielska, jeden ma za trzech, a drudzy
świecom żebrami. Kiedy ja nimam na pieprz, sól, cebule, chodzi
sie od chałupy do chałupy za kieliszkiem soli pożyczyć, lub żeby
ktoś podarował lub z garnuszkiem po ogiń, bo na zapałki nima
piniędzy. Z nastaniem wiosny wieśniacy pracują w polu, ja chodzę
i przyglądam sie jak słonko świeci bo tu roboty nimam i nikt nie
zawoła żeby gdzie na sól lub ziemniaki zarobić, roboty rolny
nima wcale, bo każdy prawie, że sam zrobi z rodzinom, takie
jest życie robotnika na wsi, żeby nie robota inna, którą trochę umiem
to bym musiał puścić się naokoło Polski z torbami jak inni. Mam
trochę nawozu cośmy zrobili razem z kozami i te 10 kur, wywiozem na pole sąsiada i tam zasadziłem jeden m etr kartofli za co
musiałem mu odrobić. Drugiego uprosiłem o 25 prętów zagona,
zasadziłem swojemi kartoflam i i za to musiałem mu odrobić w żni­
wa dwa dni kosą, całe lato upływa, roboty mało, zarobek marny,
jeżeli rzemieślnik jak ja obecnie robie, mogą świadczyć za mnie
same roboty 2 zł. 50 gr., za co utrzymać rodzinę, zar7co się ubrać,
g^zem palić w piecu a tu zima za pasem. Strach merze na samo
¿Ófnyśleme jak to' będzie przeżyć, a tu nima znikąd żadnej za(p^Sidgi i nie opiekuje się bezrolnem nikt nawet i pan Bóg chyba
zapomniał, bo tak żyć to stokroć lepsza śmierć, to więziń nie ży­
cie, nic wielkiego żeby dzisiaj popełnić jakieś przestępstwo i za­
bezpieczyć sobie mieszkanie i może nawet co innego, z tern się
dzisiaj wcale nie liczy. Tylko jeszcze żywi się tom nadzieją, że
nam lepsze dni zajaśnieją. I to przywiązanie rodzinne i wycho­
wanie dzieci. Lecz to nie dzieci, to nie ludzie, to cherlastwo to
postać dziecka. Kartofli trochę ukopałem, bo aż 15 metrów, ku­
piłem dwa metry drzewa i tysiąc torfu, to jest cały zapas na zimę,
a gdzie trochę mąki, a gdzie chociaż trepy, a gdzie jakieś łachy
dla siebie, żony i dzieci, żeby nakryć swoje kości i przez zimę prze­
żyć. O Boże nie wiem czy wszyscy w rodzinie przeżyjemy te zimę
i myślę o tern. Teraz powrócę jeszcze do przeszłych rzeczy, które
mi dały poważne straty. Było to w roku 1928 w dniu 20/X wy­
dzierżawiłem stawy na rybołóstwo, zarybek płaciłem wiosną 29 r.

m

218

Województwo Łódzkie

30 zł. kopa, tak bywa jak się nie posiada szkoły czy praktyki, oszu­
kali nasz na zarybku, kupiliśmy komplet tarlaków za sumę 150 zŁ
i krzyczę ktoś ukradł, już strata, na zimę połów ryb nie w róciła
się suma wydana na ryby czyli za zarybek, pożyczyłem od spólnika 400 zł. i za 800 zł. kupiliśmy zarybku na zimę, zarybek ten
wygineł zimowom porom, że nic nie było na wiosnę tylko mój
spólnik wyłapał. To cośmy ostawili z roku 1929, to w roku 1930
złapał, wszystkie wydusił to się zniszczyło, złapaliśmy na wodzie
drugi, co dla mnie wypadło 350 zł. Teraz zapłaciłem 180 zł. pro­
centu i 170 zł. sumy, pozostało 230 zł., które stoją do dziś dnia*
a weksel jest wystawiony na 400 zł., tak to rybołóstwo dało zyski
z kieszyni i czas i robota to sie nie liczy, tu winien czas i spadek
cen. Przy budowie domu pożyczyłem 300 zł., to jest w dniu 20/VII
1929 r., kiedy to za te sumę była licha krowa, ja oddałem w roku
1931 — 130 zł., gotówki 90 zł. policzyliśmy za postawinie domu*
to już są w tern czasie dwie krowy. Jeszcze mało, wybrał odymnie 285 zł., bo brakuje tylko 15 zł. i jeszcze woła odymnie 100\
złoty, są to długi prywatne u tych co pożyczali na procentach
4% na miesiąc, gdzie ta sprawiedliwość trzebaby iść po nią może
do nieba. Teraz roboty, czy remont domowy, w roku 1930 jed­
nego październikowego dnia przyszedł taki mały wiatr, co w jednej
chwili z połowy domu zerwał papę i zostawił mnie bez dachu nad
głową, za co tu pokryć kiedy tu pieniądzy jak u dziada wszy i za­
bieram sie do roboty, reperuje jak mogę, późni kupiłem papę i po­
kryłem. Myślę, że teraz będę miał spokój, znów coś innego, bo
w roku 1932 burza gradowa, grad popsuł cały dach, teraz zmartwinie i niemało, kłopotu skąd wziąś na reperacje, na jednem miesz­
kaniu poprawiłem, bo inaczy ni mogem zrobić. A drugie pozo­
stało. Teraz dopiero we wrześniu 33 r. położyłem papę na drugie
mieszkanie, bo chociaż tam papa istotnie była, lecz tylko od słoń­
ca, bo dyszcz to leciał jak przez przetak. Reperacja kosztuje mnie
teraz 35 zł., żebyście szanowni czytelnicy byli jak dyszcz padał,
to mogem mieć ryby w mieszkaniu przez kłopotów ich łapania.
Strach było na to patrzeć co sie robiło w tern domu, zniszczenie
i zniszczenie, lecz cóż było robić, trza się było pogodzić z losem
jaki mnie męczył i moją rodzinę. Żona płacze, że sie tego docze­
kała za mnom, że miałaby lepij jakby wyszła za innego, to dzisiaj
nic nie pomoże — mówię jej, ta twoja mowa i tyle pomoże na na­
szą biede co umarłemu kadzidło, pomoże temu kto weźmie piniądze. Tak jest czytelnicy z naszą biedom i nędzą lecz mam nadzieje,

Pamiętniki chłopów

219"

szanowni czytelnicy, że dłużej nędzy i borykania sie ze śmiercią jak
tych naszych ciemienzycieli i tych byczych czasów. Nasza dłoń
czarna i nasz garb na plecach wytrzymał dużo, wytrzymał i baty
szlacheckie i knuty moskiewskie i niemieckie, przetrwa i to, b a
dłuży klasztora jak przeora.
Drodzy czytelnicy, opisze wam swój inwentarz żywi i martwy:
1. Maszyna do szycia cóż ona daje, to, że żona przeszywa wciąż
stare na nowe i już od tego nie płaci, bo zarobek to jest taki, że
krawcowych teraz to jest wszędzie gdzie kijem rzuci to nie upa­
dnie na ziemie, tylko na tom panią, 2. szafa do rzeczy, 3. komoda,
4. dwa łóżka i stół i kołyska, w której sie kołysze czwarta córka,,
teraz pare garków i pięć misek, l 1/2 kozy i pięć kur, bo pięć to
sprzedałem, jedna gęś, do tego wszystkiego jednego syna, cztery
córki i żona. Teraz Szanowni Czytelnicy proszę posłuchać dalej.
Jakie to uważanie ma robotnik wiejski u 30-to morgowego gospo­
darza nawet takiego nima jak jego pies, wienc to było tak w roku
1929 u mnie odbył się chrzest mej drugi córki, zaprosiłem na
ojców chrzestnych sąsiadów, gdzie i poprosiłem znowu swoich ko­
mo tró w i także jeszcze sąsiadów, myślę, że trza żyć po przyjacielsku
jak Bóg przykazał, wienc ja tak zrobiłem, bo gość w dom to Bóg
w dom, a tu sie okazuje inaczy czy inny system. Najad sie i na­
pił do tego stopnia, że robił zwrot obiema końcami i tak długo pa­
lmenta te gościnność, bo w roku 30-em jest ślub jego córki i wy­
prawia wesele, ja jako drugi sąsiad co wszyscy mówią, że będę na
weselu, tu sie stało wyróżnienie, bo tam sie bawi elHaTjak pan
Wójt,; Sekrytarz i tacy gospodarze jaki on sam. Chociaż sam
ciemny jak tabaka w tabakierce, bo nie zna nawet litery druko­
wany, z każdem papierkiem przychodzi żeby mu przeczytać i wten­
czas wyrzyka na czem świat stoi, w oczy za oczy toby utopił na­
wet w łyżce wody. Takie to są ludzie na wsi. Idziesz do niego
ćo kupić z workiem, to późni wykrzyczy, że on torbiarzy dożywia,
chociaż mam przykład, że za każdom rzecz trza mu zapłacić dro­
ży jak na targu, jeszcze z prośbą i łaskę zrobi, że sprzeda, a ży­
dowi to sprzeda tani, bo mu powi panie Łakomski chociaż jest
całom gembom Łakomy. Szanowny czytelniku wyobraź sobie ży­
cie bezrolnego na wsi i jakie ma uszanowanie między gospodarza­
mi, wtenczas jak idzie do niego robić dzień lub dwa, to trza ręce
szykować może z tydzień, boby chciał człowieka zamęczyć żeby
wykonać robotę za konia i tak przechodzi dzień za dniem, tydzień
i miesiąc, wyglądamy tych lepszych czasów, tych czasów byczych

220

Województwo Łódzkie

lecz nie dla elity uprzywiliowany, tylko dla nas ludzi na wsi czar­
nej dłoni, dla nas ludzi pracujących od wschodu do zachodu słoń­
ca. O kiedy przyjdą te czasy dla nas ludzi niższej klasy.
Szanowni czytelnicy, opisze wam czem sie żywię i moja ro­
dzina. Co rok to jest gorzej, z roku na rok większa nędza i głód
zagląda w każdy kątek. Nie będę tu sięgał lat przeszłych tylko
rok 1933 zimową porą, jedzenie nasze było kartofel z kartoflem lub
trochę kapusty lecz to bez omasty, bo na nią pieniędzy nima, chleb
tani cóż mi z tego, że tani jak ja w domu z rodzinom miałem
chleb na Wielkanoc na to świencone i te parę jajek i 1V2 kila mię­
sa, to były święta, to była Wielkanoc. Gałom wiosnę żyliśmy temi
ziemniakami i do dzisiaj to jest jeszcze dobrze jak starczy na barszcz
do tych ziemniaków. Tylko mama moja przyniesie nam czasem
tego odciąganego mleka, to jest cały rerytas wiejski. Gdzie siła
do roboty, gdzie nasze ciało, gdzie nasz wygląd jako człowieka ży­
wego, a nie śmiertelnika bladygo lub czarno zapadłemi oczami jak­
by je kto powbijał w oczodoły, twarz przez puliczków, tylko skóra
i szczenki. A cóż dopiero wejrzyć na grzbiet człowieka bezrolne­
go lub małorolnego, co tam ujrzymy?! Ni mogę dalej pisać, bo
mie coś chwyta za serce na myśl o tej tuszy? i tu jeszcze pan
Minister każe osczyndzać stopę życiową, gdzie rozum, czy im sie
przesila jak przy budowie wieży Babel. Osczędzaj stopę życiową,
och ta stopa życiowa cóż za niesprawiedliwość, kto ma osczędzać
rozsądźcie czytelnicy sami, jeszcze niewszystko, napisze tu i o religi. Mam córeczkę, minęło już jej w sierpniu trzy lata jeszcze
nie chrzczona, teraz druga od czerwca 1933 r. i do wiary nie do­
prowadzone choć mówią, że wiara to zbawienie lecz skąd tu wziąś
było te 10 zł. na jeden chrzest, a co jeszcze rzeczy potrzeba, gdzie
tu sukienka, bocik, a co, bo to już wszystko, dam tu przykład
naszego duszopasterza, jeździł za kwestą na kościół i żeby mu dać
ofiarę, że ni mam zwraca się do żony jak żebrak po jałmużnę, żona
m u mówi i pokazuje, że dwoje dzieci niechrzczone i tyż nima zaco,
on mówi, że to źle trza doprowadzić do wiary, skąd tu wziąć czy
iść kraść dopiero te wiarę kupić, rozpacz mnie bierze nadtem gdy
pomyśle co będzie robić dalej, która wiara moje dzieci zbawi. Te­
raz najmłodsza córeczka zachorowała, mówiłem i szukałem ojców
chrzesnych daremnie, nima piniędzy, umieraj przez chrztu i tak
postanowiłem lecz sczęście, że się przeminiło, teraz jest zdrowsza.
Nie koniec na tern, mogę takich dzieci zrobić tu listę co w gor­
szeni żyją stanie jeszcze od mnie, to strach pomyśleć o losie tych
ludzi co żyją na wsi, bo do kościoła osiem kilometrów.

Pamiętniki chłopów

221

Jeszcze o licznistwie jakie sie prowadzi na wsi. Doktora p ra­
wie nieznamy, jeżeli we wypadku pojedzie ktoś po lekarza to jeszcze
15 kilometrów i pan doktór za taką wizytę każe sobie płacić 50
lub 70 zł. i przywieź takiego pana i odwieź. Wienc lekarza wieś
to sie tak boi jak djabła, bo takiego pana widzieć w swojem domu,
to kosztuje zaraz jedna krowa, wienc tu sie jest czego bać! A co
mówić o bezrolnem żeby miał przywieś takiego pana, wpierw um­
rze niż tego pana zobaczy. Co do mnie to pierwszem lekarzem
jest głód, że sie nigdy nie przejem wienc ni mam poczem cho­
rować. Pomoc daje mi licznistwo przyrodnicze K. Knajpa, tak,
że do żony przy połogu nie potrzebna mi żadna Babka, bo o Arkuszirce tu nima mowy. Taka pani to przyjeżdża wtenczas na wieś,
kiedy taka Babka niezdolna doprowadzić do skutku. Na tej dzie­
dzinie to wieś jest zupełnie nieświadoma z braku złotego i pano­
wie lekarze są tu zdziercami ostatniej skóry z człowieka i przy­
noszą śmierć na samo wspomnienie o niem. A nie, że on ma nam
przynieść pomoc. Tu sie słyszy głosy wołającego na wsi każdego
chłopa i każdą kobietę, że to paskarze i zdziercy naszej krwawicy f
To są te głosy tej masy ludow ej! Cóż kiedy ten głos przepada jak
głos wołającego na pusczy lecz i ci panowie robią swoje! Cóż tu
mówić, kiedy ja i moi koledzy są my dzisiaj przez zębów, popsute
środkami trującemi, nima zaco zablombować lub leczyć ten ząb
¡i eo boli, cóż jak sie widzi panów ze złotymi zębami lub białemi ta
ze wzgardą patrzy, że jedni mogą złoto nosić w ustach, a ja
vet nimam za co tych spróchniałych wyjąć ino cierpiedjÓTi wo$gje ,z u s t jak z ustępu, gdzie tu Minister zdrowia, gdzie tu ta
a i sprawiedliwość, o niczem tu sie nie myśli. Strach czło^v$ejka bierze widząc rany i wrzody leczone metodą wiejską, co za
;Męczystość i okropność rzuca sie w oczy, co za kalistwo, że ten
jest niedostępny, że trzy miesiące po wypadku jedzie sie
;;^^)aadtłpra, co tam jest koło nasz, że bierze tanio to ma ludzi
\ ż ę nimoże w jednym dniu przyjąć, do tego doprowadzili nasi
ipspchąni lekarze. Już kończę z tern lecznistwem, bo jak sobie przy^ okropności co sie dzieją z powodu nędzy i braku pienięto .myśleć o tern trudno i myśli nimogą się pomieścić w głowie,
^winien rząd, lud czy lekarze, niech czytelnicy te sprawę wywiedział ten co w kołysce i ten co siwem włosem
* 'ustęPu3e swojem dzieciom i wnuczkom i t. d.
'"Przypomnę tu naszom odzież i obuwie. Odziewam te swoje
kości, na wielkie święta i targ czy niedziele, to mam ubranie caj-

222

Województwo Łódzkie

gowe, a na robotny dzień to już strach patrzyć na te spodnie ko­
lorowe i bluzę nie z mody lecz od łat jakie są na nich o różnych
desyniach i kolorach, wyglądam jak dawne błazny królewskie, tyl­
ko z tom zmianom, że tamten sie stroił w te ząźki, a ja i moi ko­
ledzy musimy w nich chodzić, bo innych ni mam. To śom te
szaty, które nakryw ają ciało, nie ciało ino skórę i kości, co z bu­
tami to jest tak, że przez lato chodziłem do roboty w gomowych
kaloszach co dałem za nie 3 zł., na zimę to sie podarły nie wiem
w czem będzie chodzić, ostatnie trzewiki m ają już 18 miesięcy i już
dziury i łaty i jak w nich chodzić. Człowiek raczej podobny do
dziada, żebraka, nie jest to tylko mój obraz, bo robie między ludźmi
i widzę te szaty i myślę, że niedługo to połowa ludności w Polsce to
będą same dziady, coś w tern jest. Czy robotnik na wsi pracuje
od wschodu do zachodu słońca po polu, mienki ziemi w trepach
mających 2 kilo może 3 to jest za jeden złoty dziennie, gdzie tu
sprawiedliwość, ile zarabia urzędnik przez osiem godzin lub ktoś
inny za ten złoty co kupiemy. Pamientam rok 1912 i 1913, sam
chodziłem do kopania kartofli, to mie płacili na dziń 30 kop., za
30-ci kopijek kupiliśmy osiem paczek machorki albo 30 pudełek
zapałek, 10 kilo soli białej albo 120 sztuk papierosów lub kilo cu­
kru, a co dzisiaj za jeden złoty, dwie paczki machorki, trzy kilo
soli dołożyć trza jeszcze 8 groszy, 10 pud. zapałek, 60 deko cukru,
może 30-ci papierosów — jakie porównanie. Za co żyć, za co sie
ubrać, za co się obuć, co za równość, co za stałość. Zacośmy bro­
nili granic naszej ojczyzny, czy to tylko poto żebyśmy cierpieli nę­
dze i głód. Podobniejsiśmy do dziadów, a nie obywateli, do nie­
wolników, a nie do ludu we wolnej swojej ojczyźnie? Myślę i gło­
wę męczę tern, kto temu winien czy ja, że sie źle prowadzę, lecz
patrzę na drugich, ci tak samo wyglądają nieraz i gorzej, nie wiem
kto narobił w naszej ojczyźnie te mil jony dziadów i tysiące że­
braków co odwiedzają nasze progi? Oto tak pan urzędnik siedzi
sobie w biurze przez 6 lub 7 godzin wygląda niby książę, to jest
źle, bo bierze już nie złoty jeden jak to ja lecz biedny posterun­
kowy to już ma do pięciu złotych, a co mówić o wyszych- ci liczą
dziesiątki lub setki nawet na tysiące, tu trza zmiany, pana w biu­
rze obuć w trepy, bo tam i tak sie leko chodzi. A robotnikowi
i małorolnemu dać buty to tyż może dłuży pożyć na świecie i ulżyć
swojem nogom, gdy zróci te kajdany! Tak ja i żona moja i dzie­
ci chodzimy w trepach. To tylko sczynście, że umiem sam zrobić
te kajdany na nasze nogi. O Boże kiedy sie to skończy, jak długo

Pamiętniki chłopów

223

będziemy tak chodzili. Podaje powód co wprowadziło nasz w te
biede i nędze, to niskie cyny zboża i płodów rolnych, ten chleb
lani 20 gr. kilogr., cóż mi z tego, że 20 gr. kiedy ten gospodarz
mnie najmie do pracy tylko w żniwa i może jesienią, bo tak to
pieniędzy i sam jak zrobi tak zrobi aby nie płacił. W roku 1927
bochenek chleba kosztował 1 zł. 60 gr., to jest 80 gr. kilo, to na
<łwa sklepy we wsi gdzie miałem sklep sprzedabśmy przed żniwami
ód 300 do 400 bochenków chleba, teraz rozmawiam ze sklepowemi
iejże wsi, w tern czasie sprzedali oni sto bochenków chleba i nima
jeszcze na bochenek tych paru groszy tylko na kilo lub V2- Chle­
b a jest dość, ludności wiency, nędza 100 procent wienksza. Skre­
ślam parę słów co do mojej nędzy, przyczyniły się podatki han­
dlowe, które zaduże nakładają na handel, których ja podatków
i kar zapłaciłem za cztery lata prawie 1200 zł., to jest obrót mały
podatek duży, tak jest i w rolnistwie. Czy tu jest sprawiedliwość.
Mając rybołóstwo chodziły czaple na ryby, wyrządzały szkodę, zro­
biłem taką fuzje swojej roboty żeby nią odstraszyć drapieżników,
zobaczył tó posterunkowy i zabrał, przychodzi kara 200 zł. lub
14 dni aresztu. Areszt odsiedziałem za co, czy to wolna Polska
ózy pańsczyźniana lub niewola, pewno niewola robotnicza. W 1929
roku jak pisałem przedtem m ając sklep w taki dziurze nie wyku­
p iłem zaraz patentu. W pada kontroler i robi protokuł, ten proił przetrzymują do roku 1932 i teraz kara 100 zł. przecież ten
ht był wykupiony i podatki zapłacone trza było płacić jeszcze
rto mało to nie wszystko, bo przysyłają za rok podatkowy 1930
Opłacić obrotowe, przecież wcale świadestwa handlowego nie
?3p^łem, bo sklep zwinełem z końcem roku 1929. Przyjeżdża seL^węstrator i robi zajęcia na szafę, komodę, zegarek, budzik i ostatnią
rkozę, tq zajencie stoi tak rok czasu, aż zjawia sie ów pan do sprze­
d a ż y i kupców nima, ostawia, naznacza drugi termin i znów nie
*sprzedałyteraz robi akt ubóstwa, jeszcze niewszystko, późni przysyłają
-Upomnienie znów djabli wiedzą co za podatek, wteczas wyrzucam
wszystkie graty na dwór, przyjeżdża pan z paskiem i nima co pisać,
jó b i znowu akt ubóstwa, jeszcze mam jednom gwiazdkę aż z roku
j|l$27 dodatek do podatku obrotowego, mam upomnienie coś ze trzy
P^fesiące na 4 złote i procent od 27 roku, co ci panowie tam robią,
f § # f y ;ja .sklepu- nimam i nie prowadzę już prawie 4 lata, a tu
I s z c z ę podatki, czy ei panowie ni m ają innej roboty tylko wysypinie upomnienia, przecież już nimieli co zająć chyba ostat# i ą pierzynę sobie wezną, za drugie może jedno dziecko jak za cza­

S

224

Województwo Łódzkie

sów panowania Rzymian, to są czasy dla kupca i robotnika na wsi
jak i małorolnego. Że o nic sie nie trosczysz tylko patrzysz jak
ci sołtys przyniesie upomnienie, a policja ci zrobi protokuł to na
psa, żeś go spuścił, kury pościuć, to że studnia nima nakrycia, to
znów do ustępu nima koryta lub drzwi, to drabina nie na dachu,
to gnojownik nie w porządku. To jedziesz do miasta nima ta­
bliczki u woza. To książki zapomniał wzioś od konia, w mieście
źleś stanął. Czy już większe gnębinie może być tego żywiciela
polskiego ludu przez elite uprzywilijowaną. Możecie zabrać nam
wszystko i daj ta nam tę dziadowskie torby zawcasu póki mamy
jescze trochę siły do noszynia, żebyście nasz nie dożywiali jakimś
ochłapem co komu z nosa spadnie.
Podam tu jeszcze fakt co to za rozkosz jest na wsi, nędza,
bida i nic wieńczy u małorolnych, co widziałem na własne oczy, ma
10 jajek to pożyczy od sąsiadki 5 z nimi idzie 8 kilom, dto m iasta
żeby sprzedać i kupić soli do domu, bo zapałki to są zbyteczne,
bo ogiń to sie przenosi z domu do domu i przyjdzie 16-cie lub
30 kilomet. bez jedzenia, nawet bułki sie nie kupi, bo na nią nie
starczy. Co za los gniecie te masy ludowe na wsi. I myślę czy
my już tak marnie zginiemy ani śladu po nasz nie zostanie. O chy­
ba przyjdą takie czasy, że sie wyzwolemy z tej niewoli możnych
panów i żydowskich spekulantów i kartelowców co żyją naszom
krwawiczą i tuczom sie naszom krzywdom, i nasz doprowadzili do
żebraków w dziadowskich łachmanach. A co mówić dalszych rze­
czach to rozpacz chwyta za serce i brakuje tchu do dalszego pisa­
nia? I myślę i myślę? co mam robić dalej, jak ja tu 6 tygodni nie
zarobiłem złamanego grosza, a tu dzieci wołają jeść, a tu trza kupić,
ciepłom sukienkę na zimę, pytam sam siebie za co, może za to
robastwo co sie zaczyna gnieździć w tych naszych łachach. O żeby
powstały jakie fabryki przetworów przemysłowych co byśmy może:
pareset tych robaszków wysłali możeby z nich wycisnęli jaki tłuszcz
a nam zapłacili czy na sztuki, a może na miarę, bo to nam teraz
pozostaje zawsze na oczach. Z braku drzewa i węgla, bo za nasz;
to palą Szwedzi naszem taniem węglem, a my i dzieci marzniemy
z zimna i mrozu, gdzie tu sprawiedliwość, gdzie ta silna ręka. Czy
nie trza tu ręki karzący i wołający o pomstę do Boga. I przyjdzie
ta ręka, bo nędza i głód zmuszom do tego. Ciemnota panoszy się
w całej pełni, przez szereg miesiency prenomerowałem gazete Gru­
dziądzką, teraz nimam czem zapłacić i przesyłkę mi przerwano,
cóż ja teraz będę czytał przez zimowe wieczory. Pozostała mi

Pamiętniki chłopów

225

jeszcze do przeczytania tylko Wici, bo narazie jezdem prezesem
tego związku M. W. w mojej wsi i mam 27 członków, oświata
idzie bardzo wolno, bo brak poparcia, tylko to jedno mnie cieszy,
że wieczory spędzamy na śpiewie piosenek ludowych i na próbach
teatralnych, to czytaniu „Wici” i wolnych żartach, to sie naszem
paru, gospodarzom nie podoba, gdyśmy jechali na zabawę do są­
siedni wsi to nasz obywatel Sz*** zwymyślał nasz od najgorszych
co nie będę pisał tych wyrazów. Mamy zebranie w świetlicy to
jest taki starowier F* ** co mówi, że to Herberga i są jeszcze takie wyrzutki społeczyństwa i inni co sie słyszy i inne wyrazy, nie wiem
dlaczego to mówi żeby przyszedł na zebranie i posłuchał toby napewno tego nie mówił, już niewyminie wszystkich nazwisk, bo mnie
samego wstyd za nich. O ciemnoto! Czego uczą się w szkołach,
żę skończyli po 5 oddziałów u nasz w Barczewie i nie mogą czytać
gazety, co to za szkoła, jeżeli tam uczom robić pługi, brony z pa­
tyków, to wstyd żeby dzieci nasze czas marnowały, bo ja sam
w tern roku posyłam swojego syna dopiero pierwszy rok tylko że
do inny wsi, zobaczę co tam będzie. Szanowni czytelnicy proszę po­
słuchać jakie ja mam widoki na przyszłe lata dla mojej rodziny to
takie. Jeżeli rolnik będzie stał dobrze i podniesom się ceny płodów
rolniczych, a zrobi swój własny kartel i usunie inne związki kar­
telowców to tern sie naprawi byt małorolnego i bezrolnego na wsi.
; Ą jeżeli tak będzie dalej ten kryzys gospodarczy i ta nędza co dzi­
siaj przyciska wieś, to my bezrolni jako pierwszy szczebel tej nęcLpy pewno wszyscy nie wytrzymamy. Nieraz żona pyta co bę­
dzie dalej jak nie będzie roboty, a tu z ośmiu osób rodzina i że
pójdziemy na żeber. Ja mówię tak, dziad mój robił pańsczyzne
i stąd odszedł jak mu pan Wężyk dał terminotke to obeszed wkoło
folwarki i nigdzie roboty nimiał, przerzucił sie na dzierżawę i żył
przez łaski pana i batem bić sie nie pozwoleł. Ojciec jest samo­
dzielny chociaż samolub nikomu nic nie dał. Ja walczyłem za
wolność, ojczyzna Polska wolna i wróciłem do domu, a teraz oj­
czyzna ma mi być machoclią, wienc mam z głodu i chłodu konać
Jub „rękę wyciągać”, pozostaje jeden ratunek tej nędzy co nasz
gniecie — nóż i postronek. Żona mówi jakiebyś miał suminie, bo
mnie to wszystko jedno (ale dzieci). Dalej niepisze, bo nimoge
skończyć. Dokończcie czytelnicy sami. Włazi mi na myśl sta­
rość czy jest jakie zabezpieczenie. O Boże, o zgroza gdzie tam
robotnik bezrolny może mieć zabezpieczenie starości. Myślę i my­
ślę! tak ma i to wystarczające ot tobie raz torby dziadowskie te
15. Pamiętniki chłopów.

226

Województwo Łódzkie

są ubezpieczeniem każdego robotnika na wsi. Jak czyje suminie
pozwoli, bo rolnik chociaż czasem pomrucży i niejeden wyzwie,
trzeci coś da i jakoś do śmierci sie wyżyje. Takie to ubezpieczynie
robotnik wiejski i ja mam na starość. Robotnik wiejski to nie
urzędnik, to nie slachcic, to nie gospodarz i jeszcze jakiś inny, tu
nima emerytury, tu nima kasy chorych, tu nima skąd odciągać,
tu nima zapomogi, tu nima grosza pensyi jeżeli nie wykujesz swoją
czarną dłonią, ale gdzie tu jest ta robota. Mówimy, że nima piniędzy na rozpoczęcie robót. O nie jest tak źle, wszystko by było
tylko by trza podziału sprawiedliwego, ci co biorą tysiące niech bio­
rą setki, ci co setki to dziesiątki, a pozostałe piniądze obrócić na
roboty to zrobimy z naszej Polski raj, bo przecież i my dziećmi
naszej Matki ziemi Polski nietylko elita uprzywiliowana co żeru­
je przy korycie w naszej kochany Ojczyźnie, to jest mój pogląd
na lepsze czasy.
Jescze wspomnę o tern gorzkim życiu na wsi, gorzkiem, bo
cukru to sie czasem kupi na wielkie święto lub jaką uroczystość go­
ścinną. A tak to pozostaje tylko ta trujonca „sacharyna”. Ale co
możecie szanowni czytelnicy pomyśleć jak na 50 gospodarzy jeden
nie kupuje sacharyny, to słyszałem z łust ty co chodziła ze sacharenom i płacą 1 zł. deko, jak sam biorę te nawet małemu dziecku bo
o cukrze to nima co mówić. Czy nasz cukier sprowadzamy z Antaktydy że taki drogi bo z innej części świata to byłby tańszy, bo u nasz
w Polsce to pewno cukrowni nima bo to niemożliwe żeby płacić
taki haracz gdyż nasze dzieci piją sacharynę lub wcale gorzką kawę
przez mleka, czy nima sprawiedliwości, pragnęlibyśmy żeby ta spra­
wiedliwość prędzy przyszła, żeby nasze dzieci i my nie pragnęli tego
kawałka cukru, gdzie Anglicy niem świnie tuczą i żebyśmy mogli na­
reszcie dzieciom naszem przestać dawać tej trucizny i dać trochę
tego upragnionego cukru i wychować na obywateli zdrowych czyrstwych i silnych do obrony granic Rzeczpospolitej Polski, a nie na
suchotników i cherlaków zdolnych bo zdolnych tylko do noszenia
napewno „Torby dziedowski”. Wienc szanowni czytelnicy nie będę
już wywodził dalszych swoich biedowań bo jeszcze miałbym dużo
do pisania, lecz wiecie z mojego opisu że nie jezdem żadnem pisa­
rzem tylko wiejskiem robociarzem. Wienc żegnam wszystkich ko­
legów tej biedy i nędzy co cirpimy razem w naszej wolnej Ojczyźnie
za którom my pot i krew wylali czy przelali i zdrowie stracili. Nikt
już na świecie za naszego życia tego nam nie wróci.

Pamiętniki chłopów

227

Już skończyłem swoją spowiedź biedy i nędzy i myślę że to za
naszego życia sie nie skończy.
Szanowny instytucie!
Chociaż jest niewyraźnie pisane i pisane są zdania małemi lite­
ram i to szanowny instytut w druku poprawi i jeżeli uznacie za do­
bre jako pierwszy opis z mojej nędzy i pierwszy raz coś takiego
pisałem. Teraz o ile mój pamiętnik nie będzie pisany to jest druko­
wany to bem bardzo prosił o zwrot.
Dn. 29 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr. 17

W ie lo m o r g o w y g o sp o d a r z w p o w ^
r a d o m s z c z a ń s k im

Urodziłem się dnia 5 Maja 1878 roku we wsi Żytno, która da­
wniej była miastem o czem mówią stare akta i nazwy we wsi, k tó remi są, łąka za Buznicą, pole na Labacienie, gdzie odkopano
siarę ogrodzenie kierkuta, a w ziemi dużo kości, z Buznicy nie­
dawno odkopano fundamenty, część wsi nosi nazwę na Kosza­
rach, część Rękusy, i t. p., a jak opowiadają starzy ludzie miasto
Żytno zostało spalone przez Szwedów gdy szli do Częstochowy, a lud­
ność wymarła na morowe powietrze, z których pozostało pięć ro­
dzin i takowi po księgach ludności figurują jako mieszczańskiego
pochodzenia. Obecnie jest to zwykła wieś gdzie mieści się kościół
parafijalny, ochronka wzniesiona 1860 r. obecnie nieczynna, szkoła
sześciooddziałowa oraz Urząd Gminny. Dziadek mój, (jak nam to
opowiadał jeszcze 1896 roku sekretarz Sądu Gminnego w Gidlach
stary człowiek niejaki Lewkowicz) był z jego ojcem pod Samosierą.
w Hiszpanji jako żołnierze Mieroszewskiego gdyż pochodzili z Za­
górza powiatu Będzińskiego, a stamtąd gdy Siemięski ożenił się.
z Mieroszewską i po sprzedaniu dóbr Zagórza z całym Zagłębiem
Dąbrowskim przyprowadzili się do Żytna.
Ojciec mój, po przybyciu do Żytna kupił gospodarstwo około
1850 r. o przestrzeni osiem mórg i na takowym zaszły go Ukazy,
do którego 1886 roku doszło 16 mórg za serwituty, tak że gdy ja
miałem dziesięć lat, to ojciec posiadał około 10 mórg pola, około
dwóch mórg łąki, a reszta, to jest 12 mórg lasu i pastwiska roz­
rzucone w 17 działkach, rodzina nasza składała się z czterech bra­
ci i czterech sióstr, prócz tego ojciec miał cztery córki z pierwsze!
żony lecz te już gdy ja miałem siedem lat powychodziły zamąż.

Pamiętniki chłopów

22 9

Chodząc do szkoły, zwróciłem na siebie uwagę nauczyciela,
który namawiał ojca żeby mnie oddał do szkół, lecz ojciec tego
uie mógł uczynić, gdyż nie było za co, przeto do czternastego ro­
ku pasałem bydło latem, a zimą chodziłem do szkoły, a ponieważ
uczyłem się dobrze, przeto Sekretarz Gminny prosił ojca żebym
szedł do gminy jemu do pomocy, na co ojciec się zgodził i po ukoń­
czeniu czterech oddziałów poszedłem do Gminy gdzie przebyłem
przez dwa lata, w trzecim roku dostałem posadę pomocnika sekre­
tarza w Sądzie Gminnym w Borzykowie, gdzie Sekretarzem był
moskal Iwanow, po roku pobytu w Sądzie w 1896 roku wyjecha­
łem do miasta Łodzi i tam pracowałem u Komisarza Okręgu Po­
licyjnego, lecz ponieważ w mieście nie służyło mi zdrowie, zmu­
szony byłem wrócić po czterech miesiącach na wieś, lecz po trzechmiesięcznej bytności w domu, otrzymałem posadę pomocnika Se­
kretarza Gminnego w Gosławicach powiatu Radomszczańskiego
i tam pracowałem do 1902 roku, to jest do czasu śmierci ojca; przyczem w roku 1898 ojciec będąc chorym odpisał mi całe gospodarstwo
z warunkiem że po dojściu do pełnoletności młodszego brata po­
łowę gospodarstwa to jest 12 mórg odpisze bratu spłacając pozo­
stałym po 150 rubli co uskuteczniłem w 1909 roku. W tymże
1902 roku Referent Naczelnika powiatu zażądał odemnie 50 rubli
za które miał mi dać posadę Sekretarza Gminnego lecz ponieważ
w domu zostało młodsze rodzeństwo, przeto zmuszony byłem zre­
zygnować z posady i wrócić do domu i zająć się gospodarstwem.
W czasie pobytu w Gosławicach, przyjechał do mnie w odwie­
dziny brat cioteczny, który był w Rosji a ostatnio w Warszawie
jako szewc i ten pierwszy opowiedział mi dużo o robocie konspi­
racyjnej tak w Rosji jak i w Warszawie, przyczem przywiózł z sobą
parę broszurek i różnych odezw oraz gazetkę „Kilińskiego”, opowie­
dział mi, że jest ścigany przez żandarmerje, przeto chciałby na jakiś
czas się ukryć, a ponieważ ja miałem już jakieś znaczenie w powiecie,
przeto u mnie przesiedział przez jeden miesiąc, wówczas to dowie­
działem się dużo o robocie jaką się prowadziło pod ziemią, do
czego i ja chętnie się wciągnąłem — przyczem zacząłem dużo czy­
tać pożyczając książek od panny Marji S*** córki p. Leonarda
S*** prawdziwej patryjotki, która w 1920 r. opatrując rannych
żołnierzy w W arszawie zaraziła się tyfusem i tam zmarła, prócz
tego p. Leonard S*** po zbadaniu mnie jakie mam zapatrywania,
dostarczał mi gazetki „Polaka” oraz różnych broszur, które po
przeczytaniu w kółku zaufanych, wieczorem zaniosło się na pod-

230

Województwo Łódzkie

worka mniej pewnym i tam się rzucało; ten stając rano widząc
paczkę papierów brał takowe do stodoły i czytał, otóż w ten spo­
sób rozchodziły się wiadomości nielegalne, za któremi śledzili i po­
licja i żandarm erja; ja sam takich rewizji miałem kilka, lecz zawsze
się szczęśliwie wymigałem, jednakowoż starszy strażnik, niejaki
Miedwiediew powiedział mi „ty lisica ńo wsio ja taki tiebie pojm u”
lecz po jednem przejściu jakie z nim miałem w Gidlach gdzie chciał
doprowadzić do wybuchu, w kilka dni został zastrzelony na ulicy
przez jakąś bojówkę z Częstochowy. W 1904 roku odbył się zjazd
ogólny u p. Leonarda S*** z całego powiatu; otóż na zjazd ten
było nas zaproszonych kilku chłopów gdzie przemawiał p. Leonard
S*** i wówczas zostało utworzone w naszym powiecie Stronnictwo
Narodowe, do którego i myśmy się zapisali. W 1905 roku będąc w W ar­
szawie na zjeździe Wszechpolskim, który się odbył o ile sobie przy­
pominam w salach związku ziemian gdzie zapadły uchwały o w pro­
wadzeniu polskiego języka w urzędach i szkołach, oraz na poufnem
zebraniu, które się odbyło w sali stowarzyszenia wioślarzy, gdzie
przemawiał i cały program działalności wygłosił p. Roman Dmowski;
po powrocie do domu z całą siłą zająłem się wprowadzeniem w ży­
cie zapadłych uchwał, pierwszy wystosowałem do Sądu Gminnego
skargę jednemu z gospodarzy w języku polskim, co sędzia Dąb­
rowski będąc zaangażowany w naszej robocie przyjął.
Następnie zwołaliśmy zebranie gminne, na którem przeprowa­
dziliśmy uchwałę o wprowadzenie polskiego języka, lecz tu poszło
nam bardzo trudno, gdyż kilku chłopów podburzonych przez straż­
nika Miedwiediewa, chciało się rzucić na mnie z kijami, lecz całą
burze rozbił p. Karol S*** i dzięki jego energicznej postawie wszyst­
ko się uspokoiło.
W 1906 roku zebranie Gminne wybrało mnie na kasjera kasy
pożyczkowo-oszczędnościowej w Gminie gdzie weszło w życie, że
każdy otrzymujący pożyczkę, płacił Sekretarzowi 30 kop. jako de­
klaracje, co po objęciu urzędowania uznałem za zbyteczne, gdyż
Sekretarz za prowadzenie kasowych ksiąg i rachunków, pobierał
rocznie odsetki od zysków kasy, co mu dawało około 18 rub. mie­
sięcznie prócz pensji sekretarza gminnego, przeto gdy zgłosił się
jeden z pogorzelców o pożyczkę, a sekretarz z naliczonych przezemnie pieniędzy odsunął sobie 30 kop., wówczas ja odebrałem
owe 30 kop. i owemu pogorzelcy wręczyłem: z czego wynikła awan­
tura i odgrożki, z których wynikło to, że po kilku tygodniach ko­
misarz wyznaczył wybory na kasjera, sam będąc na takowych na­

Pamiętniki chłopów

231

kłaniał mnie do rezygnacji z kandydatury kasjera, przyczem doszło
do dyskusji w czasie której doprowadziłem do tego, że się wyra­
ził: ja znaju i pokazując na guzik, na którym był orzeł rosyjski
5 ,wy
tych przeklętych moskiewskich znaków tak nienawidzicie”,
zebranie jednogłośnie wybrało mnie, a komisarz odjechał.
Po jakimś czasie wyznaczono trzecie wybory, na które przy­
jechał Naczelnik Straży Ziemskiej, który jak i komisarz prosił
mnie o ustąpienie, lecz ja się zdałem na zebranie, które większością
opowiedziało się za mną, wówczas Naczelnik zaznaczył, żeby się
rozeszli, a sekretarz Borkiewicz oznajmił, że kto będzie głosował
za mną będzie aresztowany, wówczas ludzie bojąc się aresztowania
przeszli na przeciwną stronę i ja przegrałem.
Lecz na tern nie koniec, Sekretarz ów Kazimierz Borkiewicz,
doniósł naczelnikowi powiatu, że ja wszystkie uchwały buntuje
i on nie może nic przeprowadzić po myśli rządu, wobec czego Na­
czelnik skierował ową sprawę do ówczesnego generał gubernato­
ra Kaznakowa w Łodzi i stąd przyszedł wyrok, mocą którego ja
i mój brat Piotr zostaliśmy skazani po trzy miesiące więzienia
i wysyłkę za granice na czas trwania stanu wojennego, a to za
agitacje na gminnom zborje. O osadzenie mnie w więzieniu sprawa
się wlekła od kwietnia do sierpnia 1907 roku gdyż po aresztowa­
niu mnie w m aju i zawiezieniu do powiatu przez policje a daniu
Naczelnikowi 25 rubli, takowy mnie puszczał do domu i tak po­
wtarzało się trzy razy, dwadzieścia pięć rubli zawsze mnie zwal­
niało, w tym czasie robiliśmy starania o zatarcie tego wyroku, lecz
śię to nie udało: z tego czasu pozostały w pamięci rzewne chwile
przy aresztowaniu, zbiegło się zgórą 60 osób, przyczem płacz był
nie tylko żony z dwoma synami, z których jeden miał wówczas
trzy lata, a drugi kilka tygodni lecz i sąsiedzi tak bliżsi jak i dalsi,
przyczem i niektórzy strażnicy chociaż moskale płakali. Nareszcie
w sierpniu przyjechął z urlopu Naczelnik powiatu Makarów i ten
mnie i brata osadził w areszcie w Radomsku.
Pobyt w Radomsku należał nie do najgorszych, mieliśmy od­
dzielną ubikację jako polityczni, a do tego, że Burmistrzem był
polak Stanisławski, dał nam wolne bytowanie gdyż mogliśmy w każ­
dej chwili spacerować po ogrodzie miejskim i w dni targowe wejść
na wieże ratusza i przyglądać się ruchowi ludności, prócz tego
klucznikiem był niejaki Jendrzejczyk, którego synowie w wolnych
chwilach grywali z nami w karty i przynosili nam różne broszury
i gazete Polaka, w tym czasie w jednym z numerów Polaka wy­

232

Województwo Łódzkie

czytałem jako Sekretarz gm. Żytno Kazimierz Borkiewicz jest
spiciem rosyjskim, a który obecnie cieszy się dobrą opinją jako
sekretarz Burmistrza w Koniecpolu.
W czasie pobytu w areszcie Radomszczańskim odwiedzali nas
obywatele, a to p. B*** właściciel dóbr Cężkowice i p. Leonard
S*** właściciel dóbr Żytno, który robił starania dla nas na pasporta
zagraniczne i wynalazł nam zajęcie w Galicji dokąd mieliśmy być
wywiezieni po odsiedzeniu trzechmiesięcznego więzienia; lecz opie­
ka i starania jakie robił p. S***, wyszła nam na gorsze, ponieważ
doszło to do wiadomości niejakiego Dłubaka, starszego powiato­
wego strażnika, ten zrobił doniesienie w jakiej my jesteśmy opiece,
i że zagranicą mamy byt zapewniony, doniósł do wyższej władzy,
przeto Naczelnik nie czekając aż odsiedzimy trzy miesiące po dwóch
miesiącach wywieźli nas do Orenburskiej guberni.
Sam wyjazd nastąpił nagle bez żadnego uprzedzenia tak, że
byliśmy nieprzygotowani do takiej podróży; trzeba zdarzenia, że
przyjechały odwiedzić nas żony, było to w niedziele, o godzinie
szóstej wieczorem przychodzi do aresztu policjant z powiatu i oznaj­
m ia klucznikowi, że w poniedziałek o dziewiątej godzinie będzie­
my wywiezieni, wobec tego uradziliśmy, że żony pójdą prosić Na­
czelnika żeby nas zatrzymał do drugiego poniedziałku, bo tylko
w te dni przechodziły pociągi aresztanckie, otóż rano udały się na­
sze żony do Naczelnika i proszą go o zatrzymanie przez tydzień,
w którem przygotują bieliznę, ciepłe ubrania i pieniądze, lecz on
na to nie zważa, nakazał przyprowadzić nas do powiatu i przy­
gotować papiery, siedzi naczelnik, przyczem gromada ludzi to jest
sołtysów, którzy przyjechali złożyć przysięgę, widzę jak żony z pła­
czem proszą, a ten nic sobie z tego nie zdaje i mówi „ja nie mogu”,
wówczas nie mogąc scierpieć poniżenia żon, poczołem krzyczeć ty
kacapie nie możesz, a znęcać się możesz, i tak klnąc i wymyślając
mu jak tylko umiałem, że zmuszony był uciekać do mieszkania, lecz
to nic nie pomogło papiery przygotowano, zaprowadzono nas na
Foksal i po nadejściu pociągu zawieźli nas do Warszawy. Po
wyjściu z pociągu w Warszawie nałożyli nam kajdanki na ręce
i tak param i przy asyście wojska pod gołemi szablami prowadzili
nas ulicami W arszawy do jakiegoś więzienia, gdzie było dużo lu­
dzi, a nas wprowadzili zgórą 200. W tern więzieniu przebyliśmy
trzy dni, w czasie których otrzymaliśmy bieliznę i ciepłe ubranie,
które nam doręczył p. Leonard S***, który na prośbę naszych żon
przyjechał za nami do W arszawy ale widzenia z nami nie uzyskał;

Pamiętniki chłopów

233

owe trzy dni pozostaną "na zawsze w pamięci gdyż tam — nie wiem
kto — mówiono, że z miasta otrzymaliśmy na dalszą drogę zgórą pó
trzy funty cukru, herbaty i innych łakoci na każdą osobę, a part ja,
którą ja odjeżdżałem liczyła zgórą 300 osób i tak na czwarty dzień
parami, sprzęgnięci bransoletkami podążyliśmy pod gołemi szablami
na Pragę gdzie zajęliśmy cały osobowy pociąg i takowym pojechaliśmy
do Moskwy. Tam ta sama parada co i w Warszawie, odpoczynek
trzy dni. W Moskwie więzienie olbrzymie, kajdan widzieliśmy całe
góry, w więzieniu tym jak nam mówiono siedżiało siedem tysię­
cy politycznych. Po trzech dniach marsz dalej do Samary, tam
przy tej samej paradzie, lecz ponieważ droga ze stacji do więzienia
była w owym czasie bardzo błotnista, a błoto podobne do gliny,
przeto kto miał kalosze, a kobiety pantofle, to takowe w owym
błocie pozostały, po wejściu do więzienia, które nieźle było urzą­
dzone, każden potrzebował wymyć się z owego błota, z czego po­
wstał hałas, wówczas przyszedł Naczelnik więzienia i przystąpił do
wywoływania nazwiska, a że niewszyscy odpowiadali mu natych­
miast, przeto poczoł krzyczeć „tisze wy praklataja Polsza”, lecz to
sprawiło ten skutek, że pan Naczelnik zmuszony był uciekać, później
przyszedł inny i ten delikatnie załatwił formalności, po trzech dniach
pojechaliśmy w dalszą drogę przez Ufe i Uraiskie góry do Czela­
bińska, tam wysiadka i przechadzka do Naczelnika powiatu; tu
dzielą nas na partje po trzydziestu i rozsyłają do różnych miejsco­
wości Orenburskiej guberni.
Mnie z bratem dostała się miejscowość miasto Troick, oddalone
od Czelabińska 120 kilometrów, dla naszej partji dodano wóz na
rzeczy i dwóch kozaków, którzy nas zaprowadzili do pierwszej wsi
i tam zdali tak zwanemu Wołostnemu Starszynie, to jest wójtowi,
ten dał nam kwatere na nocleg, dwóch poszło na wieś, tam nazbie­
rali chleba, ziemniaków, mleka i słoniny gdyż tamtejsza ludność
chętnie dawała i w ten sposób idąc i tak żyjąc doszliśmy do Troicka
lecz tylko w 19 osób, ponieważ jedenastu zawróciło od koleji, a stam­
tąd do domu. W Troicku wypłacili każdemu po 1 rb. 20 kop. jako
miesięczne wynagrodzenie na życie i Naczelnik powiatu powiedział,
ubirajtes k czortu.
Był w Troicku bogaty moskal, który miał browar, ten oddał
-dom w mieście o 12 pokojach do użytku wysyłkowców, oraz opał
i słomę do spania, więc też tam pomieściliśmy się; w owym domu
odbywały się zebrania i pouczenia co prowadzili akademicy z W ar­

234

Województwo Łódzkie

szawy, którzy tam byli na wysyłce, niektórzy z zesłanych znaleźli
tam prace i pozostali, ale większość natychmiast wróciła do domu..
Ja z bratem przewałęsałem się w mieście przez dwa tygodnie*
czekając, bo chodziła pogłoska, że ma być amnestja, lecz po dwóch
tygodniach i otrzymaniu pieniędzy, które otrzymaliśmy telegra­
ficznie, wybraliśmy się pieszo do koleji, a koleją do domu, tak, że*
po dwóch miesiącach od wyjazdu z Radomska znaleźliśmy się^
w Żytnie. Jaka to była podróż, jakie przechodziliśmy opały, to*
możnaby o tern napisać cały tom.
W domu musieliśmy się ukrywać, żeby nie dowiedziała się po­
licja, a że to był Grudzień i mrozy jak zwykle zimą, koniecznem.
było wynaleźć schronisko gdzieś poza domem, gdyż po przebyciu,
kilku dni w domu pomału rozniosło się żeśmy wrócili, przeto oba­
wiając się zdrady, niebezpiecznie było w domu. Wówczas p. S***
dał mi list polecający, z którym wyjechałem do Jaktorowa pod Gro­
dzisko, tam dzierżawca m ajątku p. S*** dał mi stanowisko i schro­
nienie gdzie zająłem miejsce fornala sypiając w stajni, na którem
to stanowisku przebyłem zgórą trzy miesiące, na wiosnę wróciłem
do domu i pod osłoną sąsiadów robiłem w polu przez całe lato nie'
sypiając w domu. Tak przeszła zima i lato, policja niejednokrotnie
przeprowadzała u mnie rewizje, lecz bezskutecznie. W Grudniu:
1909 roku zmuszony byłem wyjechać; udałem się do Taszkientu!
pod przybranem nazwiskiem i tam byłem do czasu zniesienia staüu
wojennego, o czem dowiedziałem się w miesiącu Lutym 1910 roku,
pojechałem z Taszkientu do Troicka po papiery, a po otrzymaniu
takowych, po sześciotygodniowej podróży koleją, wróciłem jako wol­
ny do domu.
Przyczem zaznaczam, że w czasie ukrywania się w domu b. soł­
tys Niegowski oraz cała ludność wsi starali się nas ukryć i o każdem
pojawieniu się we wsi policji dawali znać, jednakowoż razu jednego
znalazł się jeden który powiedział policji że jestem w domu, wów­
czas ja ledwie zdążyłem wskoczyć na górę, na której była rozwie­
szona bielizna, ci po obszukaniu w domu weszli za mną na gorę,
lecz ja okrążyłem komin zeskoczyłem do sieni i uciekłem.
W owym czasie poniosłem ogromną stratę w gospodarstwie,
przyczem sprzedałem sukcesje żony za 1400 rubli, to owe pienią­
dze przez czas mojej wysyłki rozeszły się, a oprócz tego mając
dług zaciągnięty na kupno 25 mórg ziemi, którą nabyłem w 1905
roku myślałem, że już nie dam sobie rady, tak że byłem położony
jak to się mówi na obie łopatki. Lecz trudno mam po ojcu 13

Pamiętniki chłopów

23$

mórg, dokupionych 25 mórg, na czem ciąży zgórą tysiąc rubli dłu­
gu; biorę się do pracy nie gardząc zarobkiem przy rżnięciu torfu
w dworskim lesie, którego kilka tysięcy sągów zakupywała Cu­
krownia w Silniczce, tak że latem zarabiam około 200 rub., zimąr
zaś woziłem z lasu klocki do Radomska przyczem zarobiłem z górą
150 rub., i tak pomału wyrównywałem szczerby w gospodarstwie
jakie poniosłem w czasie wysyłki.
W tym czasie polityka i rozjazdy jakie miały miejsce od 1900^
do 1907 roku zupełnie ustały, zadawalniałem się jedynie prenume­
ratą gazety „Dwa Grosze” i tygodnik Zorza, oraz inne nazwy, któ­
rych dziś nie pamiętam, bo takowe przez cenzure często były zmie­
niane, przyczem nadmieniam, że większy pociąg miałem do pism
umiarkowanych, natomiast nie lubiłem pism radykalnych; najwię­
cej skorzystałem z Gazety Świątecznej redagowanej przez Prószyń­
skiego, którą od założenia prenumerował ojciec a ja do czasu wy­
syłki.
W roku 1911 zostałem wybrany na pełnomocnika Gminy
a w roku 1912 na wójta, lec^ to się nie udało, gdyż jako niebłagonadiożnago nie chcieli mnie zatwierdzić; do wybuchu wojny gos­
podarstwo moje przyprowadziłem już do normalnego stanu i mia­
łem nadzieje wybrnięcia z krytycznego położenia gdyż zaczołem
stosować sztuczne nawozy, nabywać nowe odmiany zbóż i ziem­
niaków, przez co stan mojego gospodarstwa się poprawił, co mogę
zawdzięczać różnym zebraniom rolniczym jakie się odbywały w za­
łożonym przez nas kółku, którego byłem członkiem zarządu, przy­
czem nie opuściłem żadnego zebrania jakie bardzo często były urzą­
dzane w Radomsku.
Wybuch wojny zastał mnie jako jednego z bogatszych gospo­
darzy w okolicy, pomimo tego miałem jeszcze około 800 rub. dłu­
gu lecz posiadałem już młocarnie szerokomłotną, siewnik, wialnie,,
kultywator i inne narzędzia rolnicze, w inwentarzu trzy konie, czte­
ry krowy, dwie jałówki i cztery świnie, a gruntu ornego w tych
38 morgach 12 mórg, łąki 14 mórg jednokośnej a reszta to jest
12 mórg pastwiska, zarośli i lasu; to też mnie Niemcy najpierw nasiedli gdy jechali na W arszawę zabierając część owsa i siana, dopiero
po cofnięciu się Niemców pod Częstochowę, gdy przyszły wojska
rosyjskie, zabrali mi dwie krowy, przeważnie wszystko siano i owies,
z koni jednego zabrali na podwode, drugiego zmuszony byłem sprze­
dać za 200 rub., a trzeciego przetrzymałem do wiosny 1915 roki*

236

Województwo Łódzkie

i tego bojąc się żeby nie zabrali niemcy, którzy u nas stali całą
zimę w czasie jak pozycja była pod Kielcami, sprzedałem za 400 rub.,
tak, że gdy przyszła wiosna nie miałem czem robić w polu, przyczem pozostała mi tylko jedna krowa i jedna Świnia, w kwietniu
1915 roku kupiłem jednego kulawego konia, którego wojsko nie mo­
gło zabrać i tak z biedą obrabiałem gospodarkę.
Rok 1914 w końcu Sierpnia czy na początku Wrześnią noc
parna, w mieszkaniu duszno, lufciki u okien otwarte, narazie bu­
dzi mnie stuk kopyt końskich o kamienie, słucham, koń staje, nareście słyszę głos „jest tam kto”, zrywam się z łóżka, patrzę za
oknem stoi na koniu żołnierz i rozkazuje żeby wyjść, co natych­
m iast wykonałem, na szosie stoi jeszcze dwóch, żołnierz ów zadaje
m i pytania jak daleko są moskale, czy tu we wsi niema wojska,
narescie po udzieleniu informacji dziękuje i wszyscy trzej odjeż­
dżają w stronę Radomska; byli to pierwsi legjoniści, o których
już dużo słyszałem z ulotek i opowiadań, rano o godzinie ósmej,
wracali nazad w stronę Włoszczowy lecz przez wieś pędzili co koń
wyskoczy, odtąd bardzo często miałem do czynności z różnymi emisarj uszami i oficerami z leg jonów, w celu szerzenia idei legjonowej, aż doszło to do wiadomości p. Leonarda S***, który przy­
słał po mnie i ostrzegał żeby zanadto nie zadawać się z legunami,
bo jak wrócą moskale to będę dyndał. Natomiast przy odwrocie
Niemców z pod Warszawy, omało nie zostałem rozstrzelany; było
tak: jeden artylerzysta widocznie poznaniak czy ślązak rozumie­
jąc po polsku wprowadził konie do obory i rozkazał mi napoić
konie, ja udałem że nie słyszę, następnie kazał mi założyć jego ko­
niom siana czego też nie zrobiłem, wówczas począł mi grozić lecz
ja poszedłem do stodoły, gdzie naszło się dużo niemców, którzy
zmusili mnie do wyrzucania z zapoła owsa z grochem, który oni
rżnęli na sieczke i takową zabrali a było tego dwa wozy, po tej
operacji będąc zdenerwowany przechodząc około obory, aż tu żona
mówi mi że m ają zabrać świnie, która miała wagi z górą 250 kilo;
wówczas zacząłem kląć i wymyślać na niemców co słyszał ów poznańczyk będąc w oborze, a o którem ja nie wiedziałem, tembardziej, że w pobliżu nie było nikogo; to też ten mszcząc się, że go
nie posłuchałem oskarżył mnie za co zostałem aresztowany i gdy­
by nie prośba i wyjaśnienie b. nauczycielki, która znając niemiecki
język potrafiła mnie uniewinnić; jednakowoż od godziny pierwszej
po południu do godziny czwartej rano zostałem przetrzymany pod
ścisłą strażą.

Pamiętniki chłopów

237

W 1916 roku zaczęły się rekwizycje i kontyngenty, które zmu­
szony byłem oddawać gdyż nie było gdzie schować przed rewizją,
otóż wojna doprowadziła moje gospodarstwo do ruiny. Lecz ta
nie wszystko: brat mój znalazł kapiszon od bomby czy szrapnela,
ja nie wiedząc co to jest, gdyż to była mała rzecz, bo tylko ja k
ustnik od papierosa, zacząłem dłubać ostrzem noża, wówczas na­
stąpił wybuch, który urw ał mi trzy palce u lewej ręki i wypalił
lewe oko, przyczem pokaleczył jedenastoletniego syna, ja zostałem pra­
wie bez życia, zbiegli się sąsiedzi, poczęli nas ratować, a tu krew
upływa z mej ręki i oka, wówczas dali znać do dworu, skąd przy­
szła Marja S*** i ta obandażowała mnie, zatamowała krew i pole­
ciła jechać natychmiast do doktora, do którego jadąc 20 kilome­
trów ledwie z bólu wytrzymałem, ten polecił odesłać mnie do szpi­
tala w Radomsku, w którym przeleżałem sześć tygodni, tam mnie
wyleczyli lecz pozostałem bez palców i lewego oka. Teraz my­
ślałem, że już ostatni kres przyszedł na mnie, bo w gospodarce ruina,*
a ja zostałem kaleką, mało tego w tymże czasie umarła m atka
otóż wszystkie nieszczęścia.
Lecz pomimo tego nie upadam na duchu po dojściu do sie­
bie, gdyż z powodu upływu krwi byłem bardzo osłabiony, przystę­
puje do pracy, nie zważając na kontygienta i rekwizycje dźwigam
się powoli.
" W Lutym 1917 roku zostaje wybrany jako przedstawiciel gmin
Żytno i Gidle na członka Sejmiku i pozostaje na tern stanowisku
do 1926 roku; w tymże roku na zjeździe w Piotrkowie trzech sej­
mików, a to Dąbrowskiego, Radomszczańskiego i Piotrkowskiego
wybranym zostaje na zastępcę członka Rady Stanu lecz znowu nie­
szczęście.
5 Marca 1918 roku straszny huragan, wtem wybucha pożar,
pali się prawie cała wieś z górą 80 gospodarzy w czem i moje bu­
dynki, jako znajdujące się w środku wsi, pozostaję z rodziną tylko
w tern ubraniu i bieliźnie, która jest na nas; pozatem wszystko
prócz pościeli, stodoły i ziemniaków poszło z dymem, tak, że na
kolacje z drugiej wsi znajomy gospodarz przyniósł i podarował
bochenek chleba; w stodole w słomie miałem schowane sześć me­
trów żyta, co było całą ostoją, z inwentarza jeden koń, dwie krowy,,
dwie świnie i wóz, otóż cała ruchomość.
Od czego zacząć, znowu trzeci raz w życiu jestem powalony
na ziemie. Długu już nie mam gdyż za sprzedane konie w 1915 rokm

238

Województwo Łódzkie

takowy spłaciłem. Niema rady, drzewo na dom mam swoje, bra­
kuje na deski, zaciągam ponownie 600 rubli długu i przystępuje
d o stawiania domu, obory i innych budynków gospodarczych, od
rekwizycji jako pogorzelec jestem wolny, urodzaj zapowiada się
dobry, zboże drogie, jakoś to będzie i z tych opałów i nędzy wy­
pływam.
W Maju 1918 roku obejmuję urząd wójta (wybory odbyły się
w Grudniu 1917 r.), lecz jako wójt mam wiecznie utarczki z ko­
mendantem posterunku o kontygient bydła, ja w każdym miesią­
c u nie daje tego co jest wyznaczone, aż przychodzi do utarczki
słownej, gdyż on pozwala sobie posyłać żandarmów, którzy zabie­
rają krowy bez mojego zezwolenia i żądają świadectwa na przegon,
ja odmawiam, wówczas on przychodzi do gminy i pyta wręcz czy
wydam czy nie, gdyż w przeciwnym razie doniesie do C. i K. Ko­
mendy w Radomsku, wówczas ja go pytam, czy wyszło nowe zarzą­
dzenie o wyznaczaniu kontygentu bydła, na to komendant Piątek,
tak się nazywał ów starszy żandarm austrjacki, nic nie odpowie­
dział, kazał odprowadzić zarekwirowane krowy, a sam pojechał do
C. i K. Komendy, lecz w Komendzie powiatowej był zastępcą ko­
m endanta p. Żurawski, dobry polak już w podeszłym wieku, któ­
ry mnie polubił, a gdy odbierał odemnie przyrzeczenie na urząd
wójta, wyraził się poufnie „Daj Boże żebyśmy jaknajprędzej do­
czekali się wolnej Polski i żebym ja mógł jak najprędzej zrzucić
ten mundur, który nosze”. Otóż on całą te hece jaką miałem z PiątTdem zatuszował, tembardziej, że już zaczęło się jakieś rozprzęże­
nie, gdyż to miało miejsce w Sierpniu 1918 roku, tak, że już za
"Wrzesień i później żadnego kontygientu z bydła nie dałem. Od
początku 1917 roku zaczęliśmy organizować młodzież w Polskiej
Organizacji Wojskowej czem u nas w Żytnie gorliwie zajmował się
M* ** ( obecnie przodownik policji w Radomsku) wraz z nim zbierali­
śmy składki. Jednego razu udaliśmy się do obecnego posła z Sanacji
-S***, który nam składki odmówił, przy czem oświadczył, że ponieważ
P. O. W. zagarnęli Socjaliści, przeto on odtąd nie daje ani grosza,
^vobec tego odeszliśmy z nićzem. Przyczem prowadziliśmy różne
konferencje na temat organizacji w mojem mieszkaniu, wystrzega­
jąc się Piątka, który nas śledził, lecz my wynajęli mieszkanie na
dom ludowy, w którem urządziliśmy bibljoteke, uczyliśmy różnych
sztuczek, które młodzież wystawiała w amatorskich teatrach i ja­
koś wszystko nam uchodziło, aż przyszedł październik 1918 roku:
dowiadujemy się, że w Galicji austryjacy rozbrojeni; co mamy czy­

Pamiętniki chłopów

239

nić: M*** ma 18 zuchów do rozporządzenia i kilka rewolwerów;
nie wiemy jak zaczynać, gdyż w koło cisza, przeto uradziliśmy po­
płać do Radomska na zwiady i po rozkazy; ten jak poszedł tak go
niema. Czwartego dnia radzimy z M*** w mojem mieszkaniu, co
jest, że A*** nie widać, wtem wchodzi jego ojciec Andrzej, poczyna
nam wymyślać i krzyczeć, oddajcie mi syna, gdzie podzieliście mi
syna, przyczem zaczyna grozić, że pójdzie nas oskarżyć, nie zwa­
la ją c ńa nasze uwagi* że syn jego nie zginoł, gdyż mielibyśmy ja­
kąś o tern wiadomość, lecz tego brała rozpacz żeśmy mu syna zmar­
nowali. Na to jak na zawołanie wchodzi jego syn A* ** w mun­
durze i z karabinem i zdaje nam raport, że Radomsko przystąpiło
do rozbrajania posterunków Austryjackich co natychmiast i u nas
ma być wykonane. Stary A*** widząc syna zdrowego i pod bro­
nią uściskał takowego, oraz i nas, że takiej chwili dożył, że jego
syn pierwszy u nas stanoł z bronią, lecz nie było czasu do my­
ślenia, należało zaczynać działać, pożegnaliśmy się życząc zwy­
cięstwa.
Michalski zabrał się do zwołania chłopaków, a ja jako wójt
wyznaczyłem podwody, któremi po rozbrojeniu posterunku w Ży­
tnie, M*** wraz z A*** i innemi pojechali do Silniczki, a stamtąd
do Wielgomłyn.
Rok 1919, wybory do sejmu, rozjazdy, agitacja, nowe tworze­
nie list kandydatów na posłów, ja staje jako zwolennik Zjedno­
czenia Ludowego, utworzonego pod protektoratem księdza Blizińskiego z Liskowa i przez Główny Zarząd w Warszawie, wysuwany
jestem na kandydata na posła, przyjeżdża p. Leonard S***, daje
m i do podpisania deklaracje, na której swojego podpisu odmawiam,
nie chcąc się związywać na niewiadome jakby się to ukształtowało
w sejmie, przeto moja kandydatura upada, lecz pomimo tego głosuje
na listę Nr. 4; w dalszym ciągu praca jako wójta, jako prezesa Ko­
m itetu Ratunkowego, gdyż w tym kierunku najwięcej zmuszony je­
stem poświęcić czasu: przyczem agitacja za pożyczką państwową, do
zebrania której w okolicy, nie chwaląc się bardzo dużo się przyczy­
niłem, werbowanie ochotników, których z Żytna wysłaliśmy 19
i z Silnicy 18, to były główne zajęcia. Natomiast gospodarstwo wo­
bec moich częstych wyjazdów prosperowało lecz słabo, przyczem go­
tówkę jaką posiadałem to jest 5000 rubli oddałem na państwową po­
życzkę, za którą obecnie posiadam asygnate ha 50 zł. i za trzy miljonówki na trzy zł. 1920 rok główne zadanie sporządzenie list poboro­
wych, których jako wójt wysłałem na komisje poborową siedem

240

Województwo Łódzkie-

roczników, i tak bez końca do Lipca, w Lipcu groza, Bolszewicy podWarszawą, poufne zjazdy w starostwie pod przewodnictwem posła
księdza Sędzimira w których bierze udział kilka poważniejszych osób;
z powiatu, do czego i ja jako członek Rady Wojewódzkiej należe,
tam zapadają uchwały na wypadek przyjścia bolszewików; lecz i to
przeszło, spełniły się słowa posła ks. Sędzimira, które wyrzekł w dniu
6 Sierpnia 20 roku, gdy zdawało się że już niema żadnego ratunku;;
było to na odpuście w Cielętnikach gdzie było zebranych kilka ty­
sięcy ludności, otóż wówczas powiedział tej rzeszy „prędzej m nie
włosy na dłoni wyrosną niż bolszewicy zajmą Warszawę”.
Po 15 Sierpnia odetchnęliśmy całą piersią, przeto należało teraz;
przyłożyć się do gospodarki, i ja wówczas mając więcej wolnego cza­
su zacząłem wglądać w swoją gospodarkę, którą w krótkim czasie
doprowadziłem do należytego stanu, co dało się zauważyć i u moich
sąsiadów jako też i w okolicznych wioskach, nastały czasy spokoj­
niejsze, produkty rolne dosyć drogie, powinności podatkowe niezbyt
duże, to też każden z gospodarzy poczynał podnosić głowę, przyczem
wszyscy wzięli się do hodowli inwentarza, którego do dwudziestego
roku prawie że nie było.
W 1921 roku właściciel dóbr Rędziny wypuścił do parcelacji fol­
w ark Pławidła niezbyt drogo bo po 16 do 18 tysięcy marek polskich
morga polska; w artoby kupować lecz ludzie nie mają jeszcze go­
tówki, ja sam jestem na rozmyślach, posiadam całej gotowizny 70
tysięcy marek, których mi starczy na niecałe cztery morgi, lecz trzeba
ryzykować, albo zarobię miljon albo będę zmuszony sprzedać sześć
mórg z tego co posiadam, decyduje, zaciągam pożyczkę w Banku*
biorę 20 mórg za które płace 360277 marek, drudzy biorą w m iarę
możności po 5, 10 i więcej mórg; przychodzą żniwa, dzielimy się
obsiewem i co się okazuje, że każdy z nas po sprzedaniu otrzymanego
zboża i budynków, otrzymał zwrot za zapłaconą ziemie, wobec czego
ziemia pozostała nam darmo: to było kupno, które postawiło nas
nabywców na nogi. Ja zaś czując się na siłach jednego z synów
oddałem do gimnazjum, drugiego wysłałem na czteromiesięczne kursa rolnicze do Częstochowy i tak pomimo spadku marki, oganiamy
się i można powiedzieć, wszystko jest względnie dobrze, przyczem
czas od 21 do 27 roku można nazwać złotem dla rolnika, ja sam
w swoim gospodarstwie pomimo tego, że mam pola o lichej glebie
potrafiłem wyprodukować z morgi 12 metrów żyta przy częściowem
zastosowaniu sztucznych nawozów.

Pamiętniki chłopów

241

W czasie do 26 roku piastowałem różne urzędy jako to wójta,
członka Sejmiku, Rady Wojewódzkiej w Łodzi, Rady Szkolnej po­
wiatowej, różnych komisji Sejmiku i Urzędu Skarbowego oraz pre­
zesa Straży Ogniowej w Żytnie; tak że za dużo miałem jak na moje
siły obowiązku, przyczem prowadziłem walkę polityczną z posłem
R. z Wyzwolenia, który miał popleczników w osobach kierownika
szkoły S. i mojego sekretarza P., którzy widząc moje na cały
powiat stanowisko usiłowali poderwać moją opinje nie mogąc i tego
znieść że dnia 3 Maja 1925 roku zostałem dekorowany medalem
3 Maja; otóż trójka ta postanowiła mnie wsadzić do więzienia, se­
kretarz P. zapisał kwit na 25 zł. dwa razy, z czego wypły­
wało że ja pobrałem sobie owe 25 zł. o czem powiedział S., ten do­
niósł prokuratorowi z czego wynikła sprawa, prócz tego wytoczono
mi i inne za niedozór w areszcie, lecz z dwóch spraw zostałem unie­
winniony a pozostałe dwie jako mniej ważne zostały przez sąd na
zasadzie amnestji umorzone, lecz to mnie kosztowało dużo zdrowia
i pieniędzy, ale wyszedłem cało a sekretarz P. został z posady usu­
nięty, poseł R. gdzieś wyjechał z naszego powiatu a z pozostałym
S. do dziś dnia prowadzimy walkę, która jest z nim obecnie tru­
dna, gdyż on należy do Sanacji; była to największa w mojem życiu
walka, ponieważ owa trójka używała wszelkich środków żeby mnie
zwyciężyć, doszło do tego, że kierownik szkoły S. miał prokura­
torskie dochodzenie lecz jakoś to zostało umorzone.
Ostatnie czasy to jest od 1927 roku zaczyna się odwrotna karta
dla nas rolników; pierwszą główną przyczyną nędzy rolnika, roz­
dęcie budżetów tak gminnych jak i sejmikowych, za czasu bytności
mojej w sejmiku budżet wynosił do jednego miljona, za czasów
radosnej twórczości odrazu podskoczył do dwóch mil jonów, pomimo
że nie prowadziło się żadnych inwestycji jak to było na początku;
za mojej bytności wójtem wystarczało mi budżetu 7 do 12 tysięcy na
utrzymanie wydatków gminnych i 14 szkół, natomiast od 1926 roku
budżet gminny doszedł do 32 tysięcy, chociaż nic się nie buduje,
a co do szkół to dwie zostały zredukowane, ale za to powiększył się
personel pracowników w gminie, mnie wystarczało dwóch sekreta­
rzy i praktykant i wszystko było na czas zrobione, dziś mamy czte­
rech a częściowo i pięciu do nadzwyczajnych robót. W skutek czego
opłaty powiększyły się trzykrotnie, przez co mamy tak dużo zale­
głości podatkowych, co w dużej mierze przyczyniło się i przez spadek
cen na produkty rolne. Bo czyż to jest nie karygodne że pracownik
gminny miał wyznaczoną pensję gdy płacił kilo chleba 75 gr., kilo
16. Pamiętniki chłopów.

242

Województwo Łódzkie

mięsa 2 zł., kilo słoniny 4 zł., jajko 20 gr., kilo masła 6 zł. a dziś po­
bierając tęż samą płace, mieszkanie i opał i światło, przy dzisiejszych
cenach płaci kilo chleba 25 gr., mięsa 70 gr., słoniny 1 zł. 80 gr., jajko
5 gr., masło 1 zł. 80 gr. czy rolnik wydoła płacić; to też dziś sekretarz
gminny absolutnie nic nie robi, wiecznie pijany i jest jedynem kon­
sumentem na czystą, pozatem ma prace przez lato z wędką a nocami
i zimą z panem kierownikiem szkoły przy proferansie, bo przecież
światło nic nie kosztuje, pozatem dużym ciężarem obecnie jest zwrot
za mieszkania nauczycieli: naprzykład u nas kierownik ma przy
szkole dwa pokoje i kuchnie, które zajmuje z żoną, otóż żona jego
jako nauczycielka pobiera dopłaty z gminnych sum 15 zł. miesięcz­
nie.
Te i tym podobne rozchody tak obarczyły wieś, że trudno się
obecnie wypłacić, to też co parę tygodni przychodzi z Urzędu Skar­
bowego z górą po 400 upomnień z płacą za każde 1 zł. 50 gr., co za
sobą pociąga ogromne koszta i w dodatku jest nowym podatkiem:
a tu nędza coraz gorsza, zarobków żadnych, dokąd wyjeżdżali na
roboty sezonowe do Prus to jeszcze jakoś było inaczej, obecnie mło­
dzież wałęsa się po drodze nie mając się czego jąć a u gospodarzy
doszło do tego, że na paczkę machorki składa się sześciu gospodarzy
i to takich którzy posiadają po 12 mórg, natomiast zapałek żaden nie
kupuje, m ając zapalniczki z partu i szkiełek, a wielu jest takich co
oszczędza soli nie mając za co kupić; pisząc o tern zdaje się że to nie
do uwierzenia, lecz to są fakta niezbite, a może pomyślałby kto że ci
o których mowa są niezaradni lecz tak nie jest, każdy oszczędza jak
może, jajka, masła nawet mleka ludzie nie jedzą żeby zebrać parę
złotych na zapłatę podatków, lecz ta oszczędność nie wystarcza, wo­
bec czego wciąż zaległości i upomnienia.
Czyta się w Gazetach że w Rosji zabierają rolnikowi płody rolne,
pozostawiając mu tyle żeby mu starczyło do życia, u nas pozornie
nie biorą w naturze lecz każden sam nie dojada, sprzedaje za bezcen
na pokrycie różnych zobowiązań, aż w końcu mu brakuje i zmuszony
jest dokupić za pożyczone, z czego coraz gorzej zapada w długi, to
też dawniej nie rozumieli ludzie nazwy sekwestratora, bardzo mało
komornika, a dziś ci panowie są stałemi gośćmi iia wsi. Ci którzy
nakładają na ludność owe ciężary, żaden nie wglądnął do chaty, jaką
tam m ają odzież, jak się odżywiają i o czem i co mówią, nie wierzą
w to żeby chłop nie sprzedał jajka sam takowego nie próbując; to
jest błędem wyższych sfer co sieje rozgoryczenie i komunizm oraz
wytwarza wrogów przeciw państwu.

Pamiętniki chłopów

243

A teraz jak prosperuje moje gospodarstwo. Otóż przed 27 ro­
kiem potrafiłem wyprodukować 12 metr. z morga, obecnie nie mając
za co kupić nawozów pomocniczych, urodzaje coraz lichsze, dziś
posiadam około 60 mórg, w tern ziemi ornej 31 morga, łąki 14 mórg,
reszta pastwisko, zarośla i las, z inwentarza dwa konie, siedem sztuk
bydła, cztery świnie lecz chcąc pokryć podatki których nałożono na
. mnie z górą 560 zł. zmuszony byłbym sprzedać wszystkie krowy, a co
na rok przyszły, przecież za rok nie urosną, a gdzie ubranie, najem
robotników, opłata szkoły za dwóch synów, którym nie mogę przer­
wać nauki, gdyż wstąpili do szkoły gdy mnie było stać; to też obecnie
zaciąga się długi, których zaciągnołem cztery tysiące zł. prócz za­
ległości podatkowych, które dochodzą do 600 zł., więc też nie wiem
jak postąpić dalej, chciałbym sprzedać parę mórg ziemi lecz niema
komu bo żaden nie ma pieniędzy, pomimo obecnych niskich cen za
morgę 600 zł. za którą przed 28 rokiem płacili 1600 zł., otóż takie jest
obecne moje położenie, byłem przez cztery razy rzucony o ziemie
a to przez wTysyłke, przez wojnę, przez wypadek z ręką i okiem, przez
pożar, byłem zniszczony przez sądy. Ale dopiero dziś jestem w największem krytycznem położeniu, bo nie widzę żadnych dróg do po­
lepszenia, bo coraz więcej wali się ciężarów i komu to mamy za­
wdzięczać otóż tak zwanej radosnej twórczości. Lecz mało że mamy
straty materjalne, że rolnictwo upada, ale podajmy ucho jakie jest
zapatrywanie chłopa, rozgoryczenie i przekleństwo przez niezrozu­
mienie, przeklinają kogo, Polskę, ja sam nieraz zmuszony jestem
słuchać wymówek, tyś nas namawiał żeby była Polska, tyś nas na­
mawiał żebyśmy dali pożyczkę, tyś naszych synów wysyłał żeby wy­
ganiać bolszewika, i co za to mamy? co nam dała Polska, jak nas
poniewierają, jak się obchodzą z nami urzędnicy, jak na każdem
kroku czyha na nas policja, żeby sporządzić protokuł lub zapłacić
złotówkę, te i tym podobne skargi powtarzają się pocichu, lecz mało
tego, są i tacy, którzy już nie mogą znieść tej nędzy i mówią ażeby
już jaknajprędzej przyśli Niemcy lub bolszewicy albo żeby była re­
wolucja, bo jak mówią wszystko nam jedno, przecież nie mamy nic
do stracenia, oto takie narzekania słyszy się często, które bolą więcej
niż strata m aterjalna; bo i ja sam inną wyobrażałem sobie Polskę,
zabolało mnie gdy moskal w Samarze wyraził się „tisze wy proklataja Polsza” lecz gorzej mnie zabolało gdy stawałem w starostwie
w sprawie o zakłócenie spokoju jak urzędnik starostwa potraktował
óśmiu gospodarzy, gdzie na zadane pytanie jednego z wezwanych
świadków, kto wywołał zakłócenie spokoju a ten odpowiedział że

244

Województwo Łódzkie

strona przeciwna, kazał wynosić się za drzwi. Otóż takie traktow a­
nie obywateli jak owego urzędnika w starostwie nie spotykałem*,
a w gminie w ójt obecnie nie ma żadnego znaczenia, gdyż chociażby
nie chciał musi udawać sanatora i bać się sekretarza, który jest całym
dygnitarzem, bywały wypadki że po pijanemu wyrzucał interesantów
za drzwi z kancelarji, czemu wójt nie protestował.
A obecne wybory?
Żadnych wyborów nie było, sekretarz i kierownik szkoły
polecili sołtysom i strażakom, lecz zaufanym, zebrać podpisy, jak się^
dało, a to na dopełnienie rady scaleniowej, a to że tamci już podpi­
sali, a to że ich gmina wybrała i w ten sposób zostały ułożone listy
radnych gromadzkich, natomiast zabroniono sołtysom ogłosić o dniu
wyborów, dnia wyznaczonego punktualnie o wyznaczonej godzinie
przewodniczący komisji wyborczej, odczytał regulamin wyborczy
przy sołtysie i trzech do pięciu świadkach i na tern koniec. To też
sołtysi obecnie nie wiedzą, kto jest Radnym Gromadzkim, przez co*
zmuszeni są prosić kierownika szkoły o wykazy członków Rady, któ­
rzy m ają przeprowadzić wybory nowych sołtysów, natomiast ogół
ludności nie wie kto jest mianowany radnym gromadzkim. Na wsiach zaś gdzie ludność dowiedziała się o dniu wyborów, stawili się tłum­
nie o oznaczonej godzinie, składali swoje listy lecz takowe bez roz­
patrzenia zostały w przeciągu dwuch sekund, dosłownie dwuch se­
kund unieważnione i wybory rozwiązane, a takie odbyły się w Żytnie*
gdzie wobec komisji i nas zebranych wystąpiło czterech gospodarzy*
którzy oświadczyli i prosili przewodniczącego o zaprotokułowanie*
że ich nocną porą, podstępem i fałszem nakłoniono do podpisania
deklaracji, przyczem proszą o zwrot ich podpisów, bo oni nie chcą
kandydować z takiej listy, lecz nic nie pomogło, przewodniczący
sekretarz przywołał policjanta, który wygnał wszystkich z lokalu
wyborczego. W ten sposób lista numer jeden zwycięża; na takie
fakta złożyliśmy protest, który został natychmiast opatrzony 150
podpisami lecz to nie dało żadnego rezultatu i do dnia 30 Listopada
nie wiemy kto jest radnym gromadzkim chociaż rzecz odbyła się
7 listopada. To też patrząc na tych ludzi, których wygnano
z lokalu wyborczego a było zebranych około dwustu ludzi, ich za­
chowanie, którym odbiera się prawo stanowienia o sobie, daje dużo
do myślenia: na jakich obywateli wychowuje ich się, jaki daje
się przykład, jak oni m ają szanować prawo, które inni jeśli nie
obchodzą to depczą, ludność nic nie mówi zaciska zęby, lecz nie daj
Boże wojny, lub jakich rozruchów.

Pamiętniki chłopów

245

Opisałem wyżej swoje krytyczne położenie lecz dużo jest takich,
którzy mi zazdroszczą że przynajmniej mam co jeść a tu dużo jest
takich którym i tego brakuje, a co chodzi obecnie dziadów po proszonem to wprost nie można patrzeć. Żytno leży na szosie prowa­
dzącej do Częstochowy, otóż są dnie w które dziennie odwiedza dom
po 15 osób, dając każdemu kawałek chleba nieraz wychodzi do dwuch
bochenków dziennie, taka na wsi radosna twórczość; w naszej wsi
odbywają się tygodniowe targi i miesięczne jarmarki, otóż teraz nie
widzi się prócz sekretarza pijanego człowieka, nawet i litkupy zagi-<
nęły, ludzie przestali się żenić a nawet i liczba urodzin się zmniej­
szyła. Jako członek Rady Gminnej i Komisji Rewizyjnej kasy pożyczkowo-oszczędnościowej, mam możność przeglądu budżetu gmin­
nego, zaległości podatkowych i długu w kasie: otóż w kasie mamy
z górą trzydzieści zaprotestowanych weksli na sumę około dziewięciu
tysięcy zł. Weksle niektórzy m ają zaprotestowane przeszło rok temu,
dłużnicy nawet procentu nie płacą bo nie m ają gotówki i tak wszy­
stko wisi, lecz jaki będzie koniec i czy oni z tego wybrną to trudno
przewidzieć, gdybyśmy teraz przystąpili do wyegzekwowania tego
długu, t obyśmy musieli wystawić na licytacje około piętnastu gospo­
darzy w gminie i powiększyć armje żebrzących.
Opisując powyższe starałem uprzytomnić moje przejścia od naj­
młodszych lat, w pisaniu obecnie nie mam tej wprawy jak dawniej,
bo z górą trzydzieści lat z piórem mało mam do czynienia, błędy
jakie popełniam proszę mi wybaczyć, gdyż pisania w języku polskim
nikt mnie nie uczył, a tembardziej gramatyki, to co umiem zdobyłem
własnemi siłami przeto i kierunek moich zapatrywań na ostatnie5
czasy może jest zboczony, albo może widzę wszystko w zbyt czar­
nych kolorach, lecz i to proszę mi wybaczyć, gdyż jestem sterany
życiem nad moje siły, które zostały stargane przez różne koleje, jakie
przechodziłem. A całe swoje życie, zdrowie i mienie obracałem w tym
kierunku żeby przyczynić się do niepodległości Polski, żeby w tej
Polsce wszystkim było dobrze, żeby wszyscy jednakowo byli szano­
wani i traktowani, to też to najwięcej mnie boli, widząc brutalne
lekceważenie już nie jako obywatela, bo za takowego jak widać
:z ostatnich wyborów chłopa się nie poczytuje, ale człowieka. Bo zda­
niem moim owo traktowanie, lżenie godności człowieczej, odbie­
ranie głosu w gromadzie z którą każdy od niepamiętnych czasów
zrósł się jak z religją, wyrządza większą szkodę państwu, niżby to
.mogło zrobić tysiące agitatorów komunistycznych.

246

Województwo Łódzkie

Kończąc ten swój życiorys w którym pominąłem różne rodzinne
troski i pomniejsze wypadki, dodaje że mam pięcioro dzieci, to je s t
pięciu synów z których najstarszy, lat 28 liczący, ukończył cztero­
miesięczne kursa rolnicze, drugi lat 26 jest w seminarjum duchównem i na uniwersytecie na piątym kursie, trzeci lat 24 ukończył szkole
rolniczą w Dobroszycach, czwarty lat 17 uczeń w 5 klasie gimnazjum
i piąty najmłodszy 14 lat uczeń siódmego oddziału szkoły powszech­
nej. Pracą w gospodarce zajmuje się ja, żona, najstarszy syn i trze­
ci, obywamy się bez służby z braku pieniędzy, jedynie przynajmujemy do koszenia łąk w czasie żniw i do kopania ziemniaków, pozatem wszystkie roboty wykonywujemy sami.
Obecnie zmuszony jestem podziebć swoje gospodarstwo dla sy­
nów, ponieważ nie jestem w możności nadążyć płacić podatków*
jako to dochodowego, daniny majątkowej i progresji, licząc że po
podziale takowe odpadną lecz na przeszkodzie stoi brak pieniędzy
na rejenta, na budynki i inne ruchomości, to też w głowie się kręci
jak sobie poradzić.
Bezrolni, którzy dawniej jeździli do Prus na zarobki sezonowe
i za zaoszczędzone pieniądze kupili sobie place i pobudowali domy,
obecnie nie m ają z czego żyć, gdyż nigdzie nie mogą znaleźć pracy
przez co stali się ciężarem gminy, która zmuszona dawać im wspar­
cie.
Dn. 30 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr. 18

G o s p o d a r z n a k u p io n e m z z a ­
r o b k u g o s p o d a r s tw ie d z ie s ię c io m o r g o w e m w p o w . o p a t o w s k im

Pragnąc się przyczynić do tak wielkiego dzieła, które dałoby
wierny obraz dzisiejszego położenia ludności wsi, w sposób rzetelny
i możliwy na moje siły, opisuję o trudnych warunkach, jak pracuje­
my i żyjemy. Ponieważ mój ojciec jest niepiśmienny, a chcący dać
pewne informacje ze swojego życia i przeszłości, na wspólnej spółpracy z synem opis ten dajemy.
W chwilach wolnych od pracy ojciec zaczyna opowiadać o prze­
szłości, czyniąc jakoby spowiedź swojego zmagania się z biedą i ko­
lejach życia.
Co się w pamięci jeszcze zostało o wszystkiem mówię, a było to
następująco.
Urodziłem się w Polsce pod zaborem rosyjskim. Rodzice moi
byli bezrolni, nie posiadali ani kawałka ziemi. Cała rodzina z siedmiu
osób utrzymywała się z pracy rąk ojca. Ojciec trudnił się szewstwem
z czego zarobek był bardzo dobry i w zupełności wystarczał do odzia­
nia i wyżywienia rodziny. Robota była bez przerwy, a na całą wieś
był tylko jeden szewc. Do 14-go roku życia przebywałem w domu
pod opieką rodziców. Tych czasów dziecinnych w żaden sposób bym
nie potrafił zobrazować ni opowiedzieć. Gdy mi się skończyło lat
czternaście poszedłem na służbę do miejscowego gospodarza. Nie
z biedy, ani przymusu poszedłem, ale że praca na roli najlepiej mi się
podobała i czułem chęć do pracy i zamiłowanie. Myślałem już wte­
dy, żeby dorobić się kawałka ziemi, na niej gospodarzyć i być samo­
dzielny. To mi się najlepiej podobało. W tym też czasie ziemia się
trzykrotnie lepiej opłacała niż dziś. Był pęd do ziemi, podobnie jak
dziś do nauki i urzędów. Kmieć siedzący na włóce czy jej połowie
mógł o sobie powiedzieć z dumą, podobnie jak szlachcic z wieku
XVII-go. „Kmieć na zagrodzie, powodzi mu się jak wojewodzie”.
Praca na służbie w roli nie była lekka., Była bardzo ciężka, trza było

248

Województwo Kieleckie

pracować od świtu do nocy bez przerwy. Mróz nie mróz, deszcz
nie deszcz a ty swoje musisz zrobić. Raniutko wstawać, obrządzać,
potem zależnie od pory roku, jechać w pole, kosić, wozić, zimą młó­
cić po całych dniach cepami. Maszyny do młócenia mało gdzie były.
Gospodarz, u którego służyłem był zamożny, miał blisko 30 mórg
ziemi i roboty było bardzo dużo. W jedną niedzielę po obrządku
i kościele było trochę wolnego czasu. Jak pamiętam, gospodarzowi
powodziło się nieźle a raczej dobrze. Bito co rok świnie, w każde
ważniejsze święto, których było ich dużo więcej niż dziś, pieczono
dużo pieczywa, placków, chleb na chleb musiał być. W post stały
śledzie w beczkach, gotowano różne pierogi z siemienia, kapusty
i t. p. I to wszędzie prawie tak postępowali na wsi. Życie było dobre
i w czem było chodzić. Gospodarz miał dochód i to spory, bo po­
trafił kilka mórg dokupić i jeszcze miał pieniądz na pieniądz. Po­
datku płacono z morgi rubla i tyle wszystkiego. Na służbie byłem przez
cztery lata. W późniejszym czasie w miarę wzrostu mych sił, zaro­
bek czyli pensja wydała mi się mała, — bo brałem rocznie 35 rubli,
— i nic bym się nie dorobił przez to, ani oszczędził. Za 35 rubli
odziałem się dostatecznie, kupiłem ubranie od święta i dnia robot­
nego, buty, bieliznę i około pięciu rubli mi zostawało. Lecz to wy­
dało mi się później zamało, bo więcej mogłem zarobić i nieraz za­
wieja czy deszcz, zimno i mróz, a ty bez względu na to pracuj.
Zawsze to sługa, już się nie liczono tak jak ze swoim. Zacząłem
myśleć jakby tu wykombinować ażeby mieć łatwiejszą pracę i coś
pieniędzy uskładać. Do zgody między nami nie doszło i ja powró­
ciłem do domu. Aby mieć i przyszłość zapewnioną, z czegoś żyć
i trochę pieniędzy uskładać, począłem się uczyć szewstwa u ojca
w domu. Po roku już umiałem robić buty, praca była dużo lżejsza
niż na służbie a zarobek drugie tyle większy niż cała pensja. Ogar­
nąłem się z mojej pracy, pieniądze na swoje potrzeby miałem i je­
szcze dokładałem do rodziny. Będąc w domu mogłem sobie i wol­
nych chwil kilka znaleźć i święta miałem wolne. Powodziło mi się
dobrze, obaj z ojcem mieliśmy robotę, żeśmy jej nie mogli przerobić.
Przez trzy lata pracowałem przy szewstwie. Nieźle się mieli robotni­
cy i inni, czy to rolni czy fachowi. O zarobek było nie trudno. Ludzi
do pracy potrzebowali, bo było mniej niż dziś. Do tego dużo osób
wyjeżdżało ze wsi zagranicę jak do Ameryki, Niemiec, Francji. Tacy
zawsze przyjeżdżali i kupowali. Nieraz namawiali i mówili, że gdy­
bym naprzykład ja pojechał to za rok więcej bym zarobił w Amery­
ce, niż w Polsce na szewstwie przez trzy lata. Miałem wtedy 21-szy

Pamiętniki chłopów

249

rok. Stanąłem na losy do wojska. Dziwnym trafem nie odebrano
mnie chociaż byłem zdatny i dostałem kategorję A. Wydali mi
„czerwony bilet”, który prawdopodobnie miał oznaczać nad ilość
czyli zadużo, więcej nie potrzebowali. Było to pod zaborem rosyj­
skim. W tedy już liczyłem się za dojrzałego i postanowiłem się oże­
nić, założyć rodzinę i wspólnie się dorabiać. Tak też zrobiłem. Ra­
zem z żoną nie mieszkaliśmy z początku bo nie było gdzie. Budynków
nie mieliśmy. Pozostaliśmy przy rodzicach. Ja nadal zarabiałem
z butów, a żona zarabiała na robieniu płótna, przędła kądziel, trzy­
mała dla siebie świnie i co się zarobiło to grosz był nasz wspólny.
Tak dorabialiśmy się przy rodzicach. Nieraz można było zarobić i na
wychodnem u bogatych gospodarzy. Rodzice mojej żony byli go­
spodarzami, mieli 14 mórg ziemi. Wszystkich do podziału tego ma­
jątku miało należeć sześć osób. Przy podziale i moja żona miała do­
stać część swoją. Przez dwa lata zarobiliśmy i zaoszczędzili ze swej
pracy 200 rubli. Moglibyśmy już kupić morgę ziemi. Jakoś w tym
czasie najwięcej ożywił się ruch emigracyjny do Ameryki, tak że
niektórzy jeździli po dwa i trzy razy rocznie. Gdy kto przyjechał
to przywoził po kilkaset dolarów i kupował 7—8 morgów ziemi. Jak
się okazywało, zarobek musiał być niezły. Mnie to zainteresowało.
Mieliśmy trochę pieniędzy, więc postanowiłem jechać. Do Ameryki
dostać się było łatwo. Kupić trza było „siwkartę” i paszport, być
zdrowym na ciele i silnym. Dokumenty kosztowały mnie 130 rubli.
Jechałem do Ameryki z myślą o dużym zarobku by móc kupić za nie
ziemi parę mórg i budynki postawić. Być na własnym zagonie i Chle­
bie. Pracę dostałem bardzo łatwo w fabryce odlewni żelaza. Pra­
cowałem nocą od 6 do 5 rano. Polegała ona na tern, że trza było
roztopione żelazo w piecu wylewać w formy, a później już zastygłe
żelazo wyjmować i odwozić do składu. Praca była bardzo ciężka,
nieraz trza było se i zapłakać z tęsknoty za krajem, napocić się, nazabiegać i napracować, że kości trudno było wyprostować. Życie pro­
wadziłem bardzo skąpo. Wychodziło mi dziennie na życie i spanie
około 50 centów. Pół dolara. Zarabiałem dziennie dwa dolary. Za
sześć tygodni przysłałem do domu około 67 dolarów, około 120 rubli
do 130. Ludzi zaczęło napływać coraz więcej z każdym miesiącem,
nęconych dobrym zarobkiem, tak, że o pracę stawało się coraz tru ­
dniej. W końcu najechało się sporo ludzi z różnych państw, płacę
robotnikom obcięli do jednego dolara dziennie. Nie było nadal wyj­
ścia. Gdy już nie mogłem nic zarobić, nie wiele się namyślając, za­
brałem się i „hajda” do Polski. Byłem w Ameryce dwa lata i zaro­

250

Województwo Kieleckie

biłem 1200 rubli czyli 600 dolarów prócz życia, odzieży i podróży.
Myślałem sobie, że kiedy się poprawi w Ameryce to znowu przyjadę
na zarobek. Nie porzucałem jej na zawsze. Kupiłem po przyjeździe,
a było to przed wojną w pobliskiej wsi 5 i pół morgi ziemi ornej,
budynki i morgę lasu, za które zapłaciłem około 1300 rubli. Nic się:
wtedy nie zadłużyłem, bo z gospodarki miałem około 1000 rubli do­
chodu, za które opędzałem wszelkie potrzeby gospodarskie. Do ro­
boty nic żeśmy nie najmowali, wszystko robiliśmy wspólnie z żoną.
Czy to we żniwa, czy kopania, wszystko sami, do tego troje dzieci*
trza było się z niemi umęczyć co niemiara. Zimową porą robiłem
ja buty, żona płótno na zarobek. Życie prowadziliśmy sobie dobre*
za tak trudną pracę chociaż tyle. Gospodarstwo na dobrej stopie
stało. W szystko drożało, że już w 1913 r. z rokiem 1902 ziemia
zdrożała z 200 rubli na 300—350 mórg. Zboże, inwentarz, drób,
słoma, wszystko coraz droższe. Płaciłem wszystkiego podatku jeden
rubel od morgi. Dobrze mi się powodziło, miałem trochę gotówki,
a wydatków mało, bo dzieci małe a dla nas nie potrzeba, bo sami
zarobimy. Z zarobku potrafiliśmy się wszyscy ubrać i wyżywić.
Z gospodarstwa dochód był czystym zyskiem. Można się było w tym
czasie dorobić ziemi, tylko trza było chcieć pracować i oszczędzać.
Dużo osób w tym czasie z małych gospodarstw czy z emigracji jest
dzisiaj 12—20 morgowemi gospodarzami. W tym czasie umarł oj­
ciec mojej żony i m ajątek szedł do podziału. Ziemia była dobra*
pierwsza i druga klasa, dzieci do podziału jeszcze niepełnoletnie.
Więc ja sprzedałem swoją ziemię i budynki, bez lasu, za które wzią­
łem coś około 1600 do 1650 rubli. Budynki były ubogie. Ja wziąłem
wtedy pół gospodarki (7 mórg), stodołę i trzy osoby do spłaty. Na­
rzędzia z gospodarstwa do spółki z sąsiadem. Dotąd dużo mi brako­
wało do gospodarstwa. Postawiłem chałupę i chlew i byłem posia­
daczem ośmiomorgowego gospodarstwa. Pozostało mi gotówki ze
sprzedaży coś około 700 rubli. Trochę włożyłem w gospodarstwo, na
budynki i t. p. rzeczy. Szedł wtedy w parcelacje dwór z sąsiedniej
wioski. Wziąłem z niego trzy morgi ziemi, oddalone około półtora
kim. od domu. Spłacało się w ciągu czterech lat po sto rubli rocznie
z morga. Do gotowych pieniędzy dorobiłem z gospodarstwa — bo
do spłaty jeszcze kilka lat z mojej ziemi i zapłaciłem pieniądze za
ziemię w dwóch latach. Wybuchła wojna, życie jak gdyby się przy­
czaiło i zamarło na wsi. Każdy był niepewny swego mienia i życia.
Brak zostało uczciwości i moralności. Gospodarstwo zostało opu­
szczone. Granice zamknięto, praca ustawała. Ludzi brano na pod-

Pamiętniki chłopów

251

wody i do kopania okopów. Nieraz ktoś dawał znać, że wróg nastę­
puje (nibyNiemiec) i całemi wsiami ludzie uciekali, a my z nimi coraz
dalej. Na drugi i trzeci dzień, gdy się przekonano o prawdzie, w ra­
cano do domu. Bowiem wróg nie topił ludzi, jak mówiono. Ku koń­
cowi wojny mógłbym za tanie pieniądze postawić wyśmienite bu­
dynki, bo drzewo było blisko i bardzo tanie. Spotkało nas trochę
kłopotu, bo w tym czasie umarło nam dwoje dzieci, a po wojnie
cała rodzina zachorowała na tyfus plamisty. Wszyscy bez w yjątku
leżeliśmy w domu, a do roboty w gospodarstwie najęto ludzi ze wsi.
Co tydzień przyjeżdżał doktór z miasta. Było to jesienią i zimą. Nic
nam się jednak nie stało, na wiosnę byli wszyscy na nogach. A że
w gospodarstwie nie było tak źle, trochę się sprzedało inwentarza*
zboża i chorobę opędziło. Porównując ten wydatek z dzisiejszym
gdyby to nastąpiło (czego nie daj Boże) to nie wiem czy i trzy morgi
by starczyło. Nie zadłużyłem się wtedy, lecz gospodarstwo zostało
wyniszczone. Udręczeń było potem pełną izbę. Dzieci małe, umę­
czenie z nimi, tu ledwie się na nogach trzymamy, wynędzniali i bez­
silni. Liczba osób powiększyła się o dwie osoby, co mieli spłatę,,
a jedno zostało do dziś w Ameryce. Było nas razem siedem osób.
Przyszedł rząd polski, a z nim zmiana pieniądza. Nie straciłem nic
wtedy i nie zarobiłem, bo nie miałem pieniędzy. Lecz wiele osób
znajomych straciło na tern sporo, a jeszcze więcej przez krzywdę
ludzką doszło do m ajątku. Pożyczył np. ktoś pieniędzy, kupił ziemi,
to potem oddał za 10 kur w wartości kilku mórg ziemi. Wielu lu­
dziom przepadło do dziś. Do roku 1927 żadnych zmian w gospodar­
stwie i rodzinie nie było. W tym roku i następnym t. j. 1928 był
najlepszy czas dla gospodarstw. Zboże było drogie, inwentarz, drób*
nabiał, ziemia. Za krowę płacono od 500 do 700 złotych, pszenica
50 zł., resztę 30 do 20 zł. Mogłem rocznie zrobić gotówki z mojego
11-to morgowego gospodarstwa 1000 zł. W tym czasie spłaciłem
dwie osoby siedzące w domu. Do 1927 r. trochę pieniędzy zrobiłem,
resztę w 27 r. Nadarzyło mi się w 1928 r. dobre kupno lasu. Kupiłem
dwie morgi, po 1500 zł. i 1800 za mórg. Było to po pół morgi ziemi
już ornej, a resztę trza było karczować. Więc jak widać kupno
nadarzyło mi się dobre. Zrobiłem trochę pieniędzy (na jedną morgę)*
a na drugą pożyczyłem 1800 zł. u żyda po 4% od sta na miesiąc.
W tedy już lazłem w dług i bagno. Nie przewidywałem i nie zastana­
wiałem się nad losem mych dzieci. Najstarszy syn pomagał mi
w pracy, był dorpsłym, zaś dwóch młodszych chodziło do szkoły
7-mio oddziałowej do pobliskiego miasta. Jedno głupstwo co wtedy

252

Województwo Kieleckie

urobiłem to kupno tych dwóch mórg i dług. Za sam procent com
wypłacił od kapitału i z domowego dochodu wystarczyłoby na naukę
obydwóch synów. Trzeci zostałby na gospodarstwie. Nie przewidy­
wałem, że robię źle i sam dla siebie i dla dzieci na przyszłość. To co
się stało jest bardzo smutne i dolegające. To przeoczyłem, nie my­
ślałem, że nauka to skarb i każdemu potrzebny, bowiem gospodar­
stwo i ziemia w dobrej konjunkturze gospodarczej było wszystkiem.
0 nauce mało kto myślał, chociaż można było uczyć. Procentu
wtedy wypłaciłem moc. Przez trzy lata po 4% od sta miesięcznie,
procent przeniósł bowiem kapitał, bo zapłaciłem 2592 zł. Z gospo­
darskich dochodów samego procentu nie mogłem nadążyć płacić.
Gospodarstwo już było obiedzone po owem kupnie i czas stawał się
coraz gorszy. Lecz nie na tern koniec. Jak naumyślnie nieszczęście,
w tych czasach miałem najwięcej nieszczęść i wypadków w gospo­
darstwie. Zdechła mi mleczna krowa wartości 600 zł. Pamiętam
jak a rozpacz z tego była w domu. Wszyscy się popłakali, nabiedolili,
nie było sposobu na zaradzenie. Przyjechał doktór, kazał zakopać
1 koniec. Zostaliśmy przez mleka. Było bowiem dwie krów lecz
m ało dawały, bo były na ocieleniu. Potem zdechło trzy świń w ar­
tości jakich 200 zł. Lecz najgorsze było to, że nikomu człowiek nie
zawinił, z nikim się nie kłócił, myślał człowiek, że z wszystkiemi żyjąc
po ludzku już może się niczego nie obawiać z ich strony. Ukradzio­
no mi raz w nocy nowy, niedawno kupiony wóz, za który zapłaciłem
200 zł. Później zaś ukradziono mi to kur kilka, gęsi, śmietanę i m a­
sło. Trzy razy było to w lecie. Człowiek się w polu napracował,
potem snem kamiennym usypiał i ciężko było upilnować. Obliczyłem
kradzież na 200 zł. To było gorsze niż zaraza. Co wtedy się czło­
wiek nazemścił, nakłócił z żoną, nabiedolił, a tu ludzie zda się sprzy­
sięgli się i chcą doszczętnie nas zniszczyć. Narzędzia wspólne już się
popsuły i sąsiad naprawiać wspólnie ze mną nie chciał, rzuciłem to
do djabła „niech se weźmie” i choć dług był, pożyczyłem jeszcze
wagę wartości 110 zł. i drapacz 105 zł. Kupiłem sieczkarnię około
250 zł. Do tego zacząłem jednego syna posyłać do gimnazjum, lecz
zaraz przestał. Rocznie trzeba było płacić 500 zł. Zadłużyłem się
srodze. Gdzież to podobne przy tylu nieszczęściach i długu uczyć
się. Na same procenta nie mogłem później wyrobić. Człowiek pra­
cował, charował, zabiegał jak mógł, a to wszystko na wiatr. Przez
swoje życie podobnego coś nigdzie nie widziałem. Jak co nie zdech­
nie, to weźmie złodziej. Słowem, zrobiło się okropnie. Do tego zm art­
wienia w rodzinie. Zachorował najstarszy syn, ledwie się wylizał

Pamiętniki chłopów

25$

z niej. Kosztowało mnie to 200 zł. Istna Sodoma i Gomora. A tu
czas szedł coraz gorszy. Produkty rolnicze zaczęły tanieć, podatki
wzrastać, rzeczy przemysłowe zaś ani drgnęły. Nieraz człowiek
począł się zniechęcać do pracy i opuszczać. Później oddałem pie­
niądze żydowi, a pożyczyłem u jednego katolika po 3% od sta na
miesiąc. Co roku płaciłem już o 1% mniej. Nadarzyła mi się wtedy
dobra sposobność do pożyczki. Siostra mej żony była z mężem we
Francji i zarobili 1000 zł. Te pieniądze przysłali na naszą prośbę
na procent jaki był ( 2%) i na czas nieograniczony. Bowiem gdyby
kiedyś przyjechali, to dopiero im się miało oddać. Nikt się nie spo­
dziewał co nastanie. Myślę sobie: „No kiedy tam oni mogą przy­
jechać, jak niedawno pojechali, dobrze im się powodzi i tyle pienię­
dzy zarobili”. Pieniądze wziąłem (coprawda bez weksli — ludzie
ufali m i) i oddałem część długu. Stało się inaczej niż sobie myślałem
i zamierzałem. We świecie zaczęło się psuć, pracy brakło i w roku
1931 na początku w zimie przyjechała siostra żony z Francji z dwoj­
ga dziećmi. Zamieszkała z nami razem. Miałem w tym czasie 3500 zł.
długu u osób prywatnych prócz 500 w Komunalnej Kasie w Opato­
wie. Nastały djabelskie czasy. Ani rusz z miejsca. Było w domu
tedy co niemiara. W domu ciasno, pisku, wrzasku i różne niesnaski.
Pieniądze trza było oddać, bo chciało postawić se chałupę. Ale skąd
tych pieniędzy wziąć? Pożyczyć nigdzie nie można, żydy dać nie
chcą, boją się bo im dużo zaczęło przepadać u ludzi. W domu zaś
trza się ogarnąć, wyżywić. Znikąd niema deski ratunku. Z wielkim
żalem i wstydem musiałem sprzedać najdalsze trzy morgi. Będzie
temu trzy lata na wiosnę. Wziąłem za nie 3.500 zł. Oddałem com był
winien, uspokoiłem się i jeszcze pozostało na dziś 300 zł. długu w Ka­
sie Komunalnej, które spłacam ratami. Procent mały bo po 12 od
sta na rok. Myślałem wtedy, że już będę spokojny, nie będzie tych
zmartwień, nocy niespanych, kłopotów z procentami i t. d. Ale tak
nie było. Człowieka coś tak w myśli żre za utratą tych paru mórg,
za które musiał się poniewierać po świecie, nie dojeść, nakłopotać,
a teraz oddawać za lichwiarskie wyzyski, za ludzką złość, za krzyw­
dę. Stanęło. Wszyscy siedzą w domu, bo do gospodarstwa trza
jeszcze dołożyć na nowe budynki i t. d. Dziś się nigdzie nie wyjedzie
nie zarobi. I gdzie się człek z kim nie zetknie, wszędzie dziś prawie
jeszcze gorzej. Są tacy na naszej wsi co nieraz dług przekracza
wartość ich ziemi i budynków. Nie pierwszy ja taki byłem i nie
ostatni. Bo choć nieraz ktoś człowiekowi śmie coś zarzucić z gospo­
darowania, ale sam gorzej jeszcze ma, a czeka Boskiego Zmiłowania.

254

Województwo Kieleckie

Mówiąc o tem co wyżej opowiedziałem, a syn zapisał, dużo spraw
pośledniejszej wagi poszło w zapomnienie, a tylko ważniejsze co
w pamięci utkwiło z całą moją o tem wiadomością opowiedziałem.
A co nas dziś czeka gospodarzy małorolnych i bezrolnych, jak żyje­
my, jak gospodarzymy, jak ubieramy się i t. d. z całą dokładnością
i prawdą na następnych stronach opowiedziano.
Pracuje nas na gospodarstwie dziesięciomorgowem pięć osób.
Jest dziewięć mórg ziemi uprawnej, pół morgi łąki, ćwierć morgi
lasu i podbudynki i ogródek. Las na przyszły rok już wykopiemy
do reszty. Ziemia jest niezła, górkami trochę gorsza, w dwóch ka­
wałkach. Zaliczona do pierwszej i drugiej klasy. W jednym ka­
wałku sześć i pół morgi z zabudowaniami, łąka oddzielnie i trzy
m orgi z lasem o jaki kilometr od domu. Położenie pod budynki nie
jest odpowiednie, bowiem znajdują się w samym rogu dwóch dróg
idących z zachodu na wschód i z północnego wschodu na poł.-zachód skąd skręca się za budynkami na południe. Sam klin ziemi
zajmuje sadek pod warzywa z kilkoma śliwkami, gruszkami i jabłon­
kami (wszystkiego 11 sztuk) jeszcze młodemi. W nim piwnica na
mleko a zimą na marchew, lub kartofle. Obok niej kopiec z bura­
kam i pastewnemi, a dalej na południe w drugim końcu ogrodu stos
gałęzi drzewa dopełnia sobą ogrodzenia ogrodu. Dalej na południe
Loło drogi dół z ziemniakami, a od niego prosto za zachód za stodołą
Lopiec też z kartoflami. Budynki na zachód od sadku a raczej
ogródka. Chałupa koło drogi frontem na południe a niżej od sto­
doły o dobry łokieć. Z południowej strony stodoła z małą wystawką
na drzewo i narzędzia, a z zachodniej strony chlew z swemi drzwiami
na oborę na wschód. Łączy się on swym szczytem ze stodołą a brze­
giem stajni z chałupą, których łączy furtka pół metra szerokości ze
ścianą południową chałupy. Do chlewa od strony obory i stodoły
przystawiony chlewek dla gęsi i buda dla psów. Obok domu a płotem
ogródka droga wyjazdowa z obory, a druga koło stodoły do lasu.
Za dwa lata z lasu nie zostanie nic. Budynki stare, spróchniałe
z przed wojny jeszcze. Kryte już kilka razy słomą i popodpierane.
Brak pomieszczenia. Obora szerokości chlewa, długości około 30
łokci. Do tego przystawki zajm ują sporo miejsca. Niema gdzie po­
mieścić narzędzi i przerzuca się ze stodoły pod wystawkę, to na górę
lub stoją na dworze. Wóz zawsze na oborze. Brak wystawy na ich
pomieszczenie i drzewo. Latem drzewo na dworze, zimą znosi się
do stodoły w miejsce wymłóconego zboża. Chlew też jest bardzo
nieporęczny. Coprawda to jest za blisko nawet, a gnojówka od krów

Pamiętniki chłopów

255

nie może odchodzić, bo zastawia chlew świń i konia. Brak gnojowni.
Gnój przed samem oknem. Umęczenie z nim, bo co się wyrzuci,
trza zaraz wywozić na pole w pryzmy. Obok ścieżki, która pro­
wadzi około południowej strony chałupy do sieni w zachodniej stro­
nie, rynsztok którym spływa podczas deszczu woda od stodoły i pły­
nie obok sieni a chlewem po pod furtką. Chałupa ogacona na
zawsze, latem i zimą, bo ruszyć nie można. Wszystko prawie spróch­
niałe i przyciesi nic niema. Pod oknami ściany zgniły, a one w dzi­
waczny sposób się pokrzywiły. Co rok staje się chałupa coraz niższa
0 kilka centymetrów. Położenie bardzo niezdrowe. Latem trudno
się ugnać od much co blisko chlew. Pamiętam, jak jednego roku,
byliśmy w pracy przy żniwach. Około południa ktoś nas zaczął wo­
łać do domu bo się coś stało. Gdy przyszliśmy okazało się, że jakiś
akademik (w białej rogatywce) przyszedł kupić mleka. A że to mu
się nie spodobało, że tu ciepło aż miło, a chałupa ogacona, gnój nie­
daleko, chlew, jął wymyślać matce. A że kobiety zawsze porywcze,
nie dające sobie nic przetłumaczyć dalej się kłócić. Coprawda to
1 wstyd przed takim urządzeniem ale co dzisiaj można zrobić i zara­
dzić. Na postawienie nowych trzebaby ze 3000 zł. Do tego 300 zł.
długu jeszcze mamy, trzebaby założyć sad, z czego najlepszy dziś
w gospodarstwie dochód. Studni też własnej nie mamy, a nosimy
wodę z gromadzkiej o 200 metrów od domu. Chcąc gospodarstwo
doprowadzić do takiego stanu, jak się rozumi, trzeba 5000 zł. A to
trzebaby wystawę postawić, nową wialnię, walec do roli, brony żela­
zne, bo drewniane już się rozlatują i wiele innych. Czy to śpichlerz
n a zboże, beczki na nie, gnojownie wycementować, lub wybrukować
ścieżki w obejściu i t. d. A tego dziś nic nie można zacząć robić
w gospodarstwie, ni kupić, bo na samo życie ledwie dziś wystarczy.
Wszystko się naprawia i aby dalej. Nie chcąc być gołosłownym,
podam przykład z dochodu i rozchodu w naszem gospodarstwie. Cnociąż rachunków gospodarskich nie prowadzimy i szczegółowo przed­
stawić nie mogę, ale w przybliżeniu tak by się rzecz przedstawiała.
Najpierw dochód ze zboża. Zasiano w tym roku pszenicy jeden mórg
200 prętów z czego było osiem kop. Z kopy dwa metry wszystkiego
16 metrów. Z tego na wyżywienie rodziny osiem metrów i jeden
m etr na siew. Zostałe siedem metrów po 20 zł. (cena rynkowa) wy­
niesie 140 zł. żyta z jednej morgi stu prętów nic się nie sprzeda,
wszystko na swój użytek. Potrzebno dla nas osiem metrów. Tyle
też zebrano. Jęczmienia z morgi zebrano pięć kop. Po trzy korce
2 kopy da wszystkiego 15 korcy (około 6 metrów). Nic się nie sprze­

256

Województwo Kieleckie

da. W szystko wyjdzie na ospę dla świń, trochę dla nas na kaszę*
dla kur i zasiew. Owsa z dwóch mórg zebrano 10 kop. Z kopy cztery
korce czyli 40 korcy wszystkiego, a około 26 metrów. Dla konia
z tego, dla kur i gęsi przeciętnie 10 metrów. Na siew trzy m etry.
Razem 13 metrów na domowy użytek. 13 metrów zostałe po osiem
zł. m etr równa się 104 zł. Z paszy nic się nie sprzeda. W szystko
wyjdzie dla inwentarza. Do tego należy doliczyć za buraki cukrowe
dla fabryki. Było ich 42 m etry po 4 zł. m etr co wyniesie 168 zł.
Kartofli też się nie sprzeda. Jnnych dochodów niema prócz świń.
Rocznie sprzedaje się trzy świnie od 180 klg do 200 po jeden złoty*
(tak nam zeszłego roku zapłacono). Z inwentarza jeśli się sprzeda
na trzy lata krowę, lub cielę małe to wejdzie w dom, na ubrania lub
na remont narzędzi. To jest dochód mały i niepewny.
Więc jak wynika z obliczenia za zboże wychodzi:
Za pszenicę....................................... 140 zł.
Za o w i e s ....................................... 104 „
Za b u r a k i ....................................... 168 „
Za świnie około . . . . .
600 „
,

Razem . . 1012 zł.
To jest dochód na który można hczyć, gdy się nie
stanie wypadek w gospodarstwie, nikt nie zachoruje i t. p. Za drób
czy gęsi doliczyć 70 zł. Wszystkiego — 1082 zł. Z tego zaś trza dla
pięciu osób kupić ubranie od święta, od robotnego dnia, buty, grubą
odzież, bieliznę i różne drobiazgi, na co przeciętnie wyjdzie po 150 zł.
na osobę co równa się 600 zł. Wypłacić do kasy długu 100 zł. Podatku
zaś (podaję z 1932 r.):
9 zł. 33 gr.
Podatku wyrównawczego gminnego .
19
37
Podatek gruntowy (sejm ik) .
24
28
Podatek g m i n n y ...................................
23
39
Podatek gruntowy państwowy
22
10
Podatek drogowy sejmikowy
44
19
Podatek drogowy gminny . . . .
Razem .
Do tego zaległej asekuracji
,
i ulgi danej m i ...................................

55

95

95

95

55

59

55

55

55

99

158 zł. 50 gr.
.20

50
22
55

95

55

55

Rocznie płaci się . . 201 zł.



gr.

Pamiętniki chłopów

257

Z podatkami mało zalegam i zaraz płacę, bo bym się pozbawił
zaraz krowy lub poduszek z domu.
Na tytoń, za który po obliczeniu wychodzi 100 zł. i różne jeszcze
drobiazgi jak remont narzędzi i kupna np. podków, kos, sierpów,
i t. p. rzeczy 100 zł. A więc za ważniejsze wydatki wychodzi:
1) ubiór czyli odzież dla rodziny — 600 zł.,
2) długu spłacić — 100 zł.,
3) podatku około 200 zł.,
4) na wydatki: machorka, reperacje, około 200 zł.,
Razem 1100 zł.
Coprawda rachunek nieścisły, a podatek podawany z kwitów,
którego dziś się więcej płaci, lecz wydatków więcej się trafi niż do­
chodów.
Nic nie zarobimy do tego, prócz oszczędności na butach dla swo­
jej tylko rodziny. Za nabiał, drób idzie na domowe potrzeby jak
nafta, sól, cukier, kawa, herbata, pościel, na różne domowe drobiazgi
i na kupno naczyń.
Jak można dziś myśleć o stawianiu budynków, kiedy jedno dru­
gie nie chce pokryć. Sobie trza ująć, jak tylko można łatać, aby się
znowu nie zadłużyć. Na wszystko czeka się lepszego czasu. Posiada­
my w gospodarstwie: dwie krów i cielę, trzy świnie, konia, 20 sztuk
gęsi i 30 kur. Do tego pięć par gołębi, dwa psy i kot. To wszystko
co żyje i co oddycha, prócz mysz, których pełno w stodole i szczurów
w chlewie. Krowom zimową porą dajemy sieczkę owsianą, lub jęcz­
mienną z plewami i buraki pastewne do dojenia. Słoma żytnia idzie
na poszycie strzech i na powrósła. Latem pasie się w lesie. Daje się
im koniczynę oprócz tego i liście z buraków do dojenia. W zimie
koniczyny i siana jedzą bardzo mało. Naci z buraków nie kisimy
na zimę, bo za miesiąc już ją zjedzą. Koniowi rżniemy sieczkę
pszenną, miesza się z owsem, plewami jęczmiennemi i owsem. Zimą,
jesienią i wiosną dodaje się mu koniczyny i siana. Latem je samo
siano i koniczynę. W tym roku zasadzono 100 prętów buraków
pastewnych i marchwi, a drugie 100 prętów zajmowały buraki cu­
krowe. Do tego jeden mórg koniczyny na paszę i nasienie i siejemy
wykę i na zielono daje się ją krowom. Kartofli zasadzone było jedna
morga 100 prętów — około 150 korcy. Świniom gotuje się dziennie
dwa razy, rano i w południe po dwa sagany, przeszło dwie opałki.
W tern już i dla kur. Czasem na przednówku trza jeszcze z pięć korcy
dokupić kartofli. Do kartofli dodaje się im ospę i trochę sieczki.
Gdy już podrosną świnie, dajemy im same kartofle i ospę w dużych
17. Pamiętniki chłopów.

258

Województwo Kieleckie

ilościach. Oprócz tego gotuje się z pomyj picie z ospą. Siejemy na
kopaninie lasu proso dla siebie na kaszę i rzepak, oraz wykę na na­
sienie. I sami musimy wszystko zrobić. Do niczego nie najmiemy.
W jedne kopania lub żniwa czasem się najmie, w ten sposób, że im
się za robotę wywiezie gnój, zwiezie kartofle. Tak wspólnie z na­
jemnikami pomagamy sobie, aby nie płacić. Gdy dostaną od kogo
pole pod kartofle to się im go obrobi i wszelkie inne prace. Nigdzie
nie zarabiamy. Gdyby się trafiła jaka praca to chętnie ją przyjm u­
jemy. Podczas lata, kiedy pracy jest dużo wcale nie używamy nafty.
/"Trzeba się też srodze obrobić. A dzień długi. Wszyscy wspólnie pra­
cujemy około gospodarstwa. Specjalnego podziału pracy niema^
Lecz w taki mniej więcej sposób możnaby ją sformułować. Starszy
brat z ojcem robią cięższe roboty. Mają zasiać, zaorać pole, kosić
siano i zboże młócić. Dbać o całość budynków, płotów, obrządzać
inwentarz. Podczas żniw wszyscy czterech idziemy w pole. Praca
zależna od pór roku. Najmłodszy pasie krowy i pomaga matce. Star­
szy od niego drzewo rąbie, rżnie sieczkę, obrządza inwentarz, pomaga
ojcu i bratu starszemu, czasem młóci i t. d. Matka zaś gotuje, pra­
cuje około nabiału, obrządza świnie i drób, doi krowy i wszelkie pra­
ce koło kuchni. A to prać, bielić izby, lepić jesienią chlewy, latem
pomaga nam sadzić kartofle, plewić buraki, potem obcinać nać z nich.
Zimą drzeć pióra, czasem prząść nici na domowy użytek/W spólnie
sobie pomagamy, jak jest która robota pilniejsza to się ją robi zaraz
i w więcej osób. Całą zimę młócimy zboże, koniczynę nasienną, wy­
kę, robi się powrósła i t. d. Słowem schodzi codzień na szarej, co­
dziennej pracy „chłopskiej,, gospodarskiej.^ jW wolnych chwilach,
które mamy wieczorem jesienią i zimą poczytamy z sąsiadami gaze­
tę. Chociaż trudno, ale na nią musimy się wyskrobać, bo to rzecz
nieodzowna, jak gospodarska „Przysposobienie rolnicze” i tygodnik
polityczny. W niedzielę zaś schodzi czas na gawędach z sąsiadami
to o gospodarstwie, to do kościoła trza iść, czasem na zabawę czy gra­
nie. Latem czasu zupełnie brak. Ciągle jest co robić i na zimę się
przysposabiać. Ojciec często wieczorami naprawia zimą buty. Długo
jednak wieczór nie siedzimy, bo „szkoda nafty” powiadają rodzice.
My młodzi czytamy książki z bibljoteki pożyczane. Oszczędza się na
nafcie, na różnych rzeczach i na ubraniu. Teraz dla siebie z towarów
rękodzielniczych nie kupujemy, ale mamy zamiar nazad powrócić do
własnego wyrobu. Chodzi się w robotny dzień w ubraniach, jakie
są. Połatane, podarte, buty takie same, aby było. Ściąga się z góry
teraz trochę lepsze ubrania z lat zeszłych i nadal się ich używa. Młod­

Pamiętniki chłopów

259

szy wdziewa ze starszego, a do ostatniej nitki zedrzeć. Na święto
mamy oddzielne ubrania całe, trzewiki, jesionki, lub grube kurtki.
My chodzimy w kraw atach podług mody i w czapkach lub kaszkie­
tach. Życie prowadzimy niezłe. Chleb na chleb musi być. W waż­
niejsze święta, dwa razy do roku piecze się placki: Życie prowadzimy
prawie jednostajne. Rano barszcz i kartofle, ciągle, raz w tygodniu
kawa. Na obiad kluski z serem i ze słoniną, z mlekiem lub cukrem.
Do tego rzadkie kartofle, lub kapusta z grochem, kasza z mlekiem,
lub z słoniną. Na zmianę. Raz jaglana, drugi raz jęczmienna. Ma­
sła nie jemy, bo lepiej się opłaci sprzedać go i kupić słoniny, bo wy­
starczy kilogram na tydzień. Masła nie starczyłoby. Na kolacje jemy
resztki z obiadu i mleka. Nie gotuje się kolacji wcale. Gdy komu
tego mało lub niedomaga pije herbatę z serem i chlebem. Czasem
jemy też marchew i gałki co po naszemu „pyzie” zwiemy. Mieszkań
wyborowych i sprzętów nie mamy. Same rzeczy tylko niezbędne
i potrzebne. Chałupa składa się z sieni, komory, kuchni i pokoju.
Wchodzi się najpierw do sieni, gdzie jest wejście od obory z południo­
wej strony w zachodniej części domu. Zaraz w kącie po prawej stro­
nie stoi jarzmo do noszenia wody, łopata, m ietłaikoło nich puste wia­
dra z wody. We wschodniej ścianie drzwi do kuchni, w północnej
<do komory, nad któremi wisi przetak do wysiewania zboża. Na ścia­
nie zachodniej wiszą sierpy. Za drzwiami zaś beczka z ospą dla
świń i ceber dla tłuczenia kartofli. W powale otwór z deskami wystającemi z powały — na górę i drabina ze szczebli. W komorze
latem leżą na kupkach kartofle i buraki dla krów. To wiosną. Stoi
skrzynka z podartą bielizną, kufer z całą i chustkami matki. Stara
szafa z potłuczonemi naczyniami, trochę sprzętów na półce, jak świ­
derki do drzewa, piła i t. p. U belka wiszą przędzionka z lat po­
przednich na wyrób płótna. Po prawej stronie od drzwi do kuchni
kupka śmieci z miotłą, które się uzgarniało rano z ziemi obu izb.
Po lewej zaraz za futryną dwa lub trzy wiadra wody. Za nimi ceber
z pomyj ami, pod samą ścianą nad cebrzykiem ławka raczej stołek
stoi, a na niej garnuszki do picia wody, dzban z barszczem kiszonym,
łyżki, warzocha i denka do przykrycia naczyń. Nad nimi na ścianie
zachodniej wiszą łyżki dwie większe, do pierogów wyjmowania w
święto i do lania barszczu czy mleka. Za nimi stoi pod północną ścianą
łóżko, swą długością omal pieca sięgające. Nad nim obraz na ścia­
nie, a nad głowami jego koło łyżek tarka do tarcia kartofli. Pod
nim trochę garczków i balja, żeby się nie rozeschła na dworze. Piec
sw ą długością wysuwa się przez większe pół izby, a swą grubością

260

Województwo Kieleckie

tworzy ścianę wschodnią z pokojem łączącą się. Koło ściany pół­
nocnej otwór na piec, gdzie za murkiem blachy do placków, mydło*
niecka do mąki, woreczek ususzonych ulęgałek, cebula i trochę łach­
manów i szmat.
Przed nim drzewo, patyki i korzenie, któreśmy wiosną ukopali..
Na kominie pod kapą garnczki z kartoflami, z mlekiem owarzonem*
z kartoflam i dla świń i kur. I inne potrawy. Na kapie łyżki, garnu­
szek do herbaty, czajnik z esencją herbacianą. Obok zaś zwisa drut,
na którym wisi lampa. Obok na jednym i drugim murku, obok k apy
stoi zegar budnik i austryjacka manażka z solą. Obok drzwi po prawej
od wejścia pod ścianą południową stoi stołek, od ściany do stołu.;
Stół pod oknem, które się jakoś ze starości pokrzywiło i nie da się
otworzyć bo zabite gwoździem i ogacone. U jego zaś podstawy deskawklęsła z dziurami. Nad stołem wisi drut do lampy, gdzie wieczo­
rem się czasem czyta. Po drugiej stronie ławka do ściany wschod­
niej. Od niej z jeden m etr do drzwi pokoju. Na ścianach gwoździe
na czapki i kurtki. Pod stołem zimową porą kartofle, a pod ławką,
buraki. Latem gęsi małe lub kurczęta. Na belce koło stołu u po­
wały wisi latarka, a na środku niej gwóźdź od brony do oporządzania,
świń po zabiciu. Po jego białości wapna widać, że dawno tej czyn­
ności zaniechał. Jedna połowa drzwi pokoju zawsze zamknięta, gdy
druga ciągle prawie przez nieuwagę otwarta. Na nich dwa ręczniki..
W futrynie ich gwóźdź do lampy skąd w ważnej potrzebie oświeca,
dwie izby naraz. Za drzwiami po prawej stronie stoi pod ścianą po­
łudniową szafa za szkłem, przez które widać talerze, szklanki, flaszki
z octem i garnuszki. Obok na brzegu wystającym w jej połowie od
dolnej części szafy stoi flaszka z naftą, miski, łyżki, garnuszki i pu­
dełka. W spodniej części za drzwiczkami garnczki z mlekiem, sło­
nina, cukier, ser, chleb i donica na kluski. Obok szafy tej pod oknem
stół, na nim kasetka, lusterko i grzebień. Na północnej i południowej
ścianie za stołem łóżko z pościelą sięga aż do zachodniej ściany.
W środku tej ściany okno z kwiatkami i za firanką, pod nim stół..
Na nim trochę książek. Na ścianach osiem obrazów z wizerunkami
świętych. Obok drugiego łóżka na północnej ścianie szafa na ubra­
nie od święta. Obok niej a łóżka walizka a w niej trochę gazet. Po
lewej stronie drzwi obok pieca stoi maszyna popsuta a za w ystają­
cym piecem a szafą stojącą na ubrania, stoją buty od święta. Na.
ścianach grube kurtki wiszą i skrzypce. W głębieniu za piecem glina
do suszenia ziemi. Obok stołów cztery krzesła. Na górze domu zaś;
stoją próżne beczki, bo się teraz nie młóci, czeka się jak będzie dróż-

Pamiętniki chłopów

261

sze. Stoją worki z mąką, chleb na nich, w arsztat do robienia płótna,
trocbę desek, łachmanów, szmat, flaszek, żelaziwa, kopyt do robienia
butów, trypów i plewy po całej górze dla krów, żeby było w domu
ciepło. Na strychu zaś w chlewie siedzą kury, Uście i słoma. Pod
strzechą i w chlewie gołębie siedzą. Ot i wszystko i wszystkie rzeczy.
Dawniej naprzykład mówiono, że zdała by się w gospodarstwie ma­
szyna do młócenia i kierat. Dziś jest to zbyteczne i lepiej zrobiono,
że nie kupiono. Bo gdzież tu podobne na takie gospodarstwo maszy­
na czy żniwiarka, albo siewnik, kiedy za złotówkę (z życiem) robo­
tnik cały dzień będzie robił. A tu niema znikąd dochodu prócz gospo­
darstwa. Dawniej można było zagranicę wyjechać czy tak gdzieś
na zarobku, dziś nie. Dziś robotnikowi bezrolnemu brak pracy. Dziś
niema wyjścia z tak trudnego położenia. Jest nas w domu trzech
i rodzice, do żadnych instytucji nie należymy prócz miejscowych, jak
Koło Młodzieży i partji politycznej. Żadnych kółek rolniczych czy
prowadzonych konkursów z lat dawnych niema. Żadnych dochodów
z tych niema, a jeszcze trza dokładać na legitymację i składki. W do­
mu brak na rzeczy naukowe czy kulturalne. Kupić książkę czy
rad jo to dziś na wsi i u nas nie można, bo są potrzeby inne wprost
konieczne. I tak: na nas wypada po trzy morgi ziemi. Starszy, że
najwięcej pracował dostanie cztery morgi. Żadnych innych docho­
dów prócz tego niema i wcale się na więcej nie zapowiada. W żad­
nych instytucjach czy stowarzyszeniach i kasach oszczędności ani
grosza nie mamy prócz 50 zł. udziału w Komunalnej Kasie. I to
jeszcze z musu, bo jest łatwiej z udziałem dostać pożyczkę. Po oże­
nieniu się za żonę weźmiemy drugie trzy morgi. A gdzie budynki?
Bo chociaż można by się ożenić bogaciej, ale zgody już niebędzie
wtedy, bo ciągle przy jakichkolwiek nieporozumieniach, już będą
wchodzić swe wartości, a to, a tamto, nie miałeś nic i t. d. Bo coprawda na sześciu czy pięciu morgach przy dzisiejszych ulepszonych
uprawach roli można się utrzymać. I to trudno, bo nawozów sztucz­
nych się nie kupi (m y nic nie kupiliśmy od powstania gospodarstwa),
bo drogie i się nie opłaci w stosunku do cen zboża. Można by było
wyżyć, ale gdyby nie było do tego długu, a gotowe budynki i trochę
zagospodarowane gospodarstwo. Dziś na wsi o ile kto się żeni, to
siedzi potem z rodzicami żony po dwie, trzy rodziny i czekają lepszego
czasu, by na swoje iść i dom wystawić. My już nad tern zastanawia­
my się i coraz więcej w tym kierunku daje się słyszeć głosów. No bo
jakże. Pamiętam gospodarzy przedwojennych co mieli po 25—30
morgów ziemi. A ich dzieci siedzą na 10 morgach lub mniej, a obec­

262

Województwo Kieleckie

nemu pokoleniu wychodzi po dwie i trzy morgi. Dawniej tacy we
wsi a gminie rej wodzili, dziś się zrównali z innymi. Ludzi przybywa
coraz więcej a ziemi i zarobków brak. Dawniej zapłacił z morgi ru ­
bla podatku i o niczem nie myślał. Dziś trudno dojść co to za poda­
tek, poco i skąd pochodzi? I wiele innych rzeczy. Słyszy się od
starszych, że wielokrotnie lepiej pierw było w gospodarstwie niż dziś.
A co tu dopiero będzie z naszemi dziećmi? My dziś myślimy w ten
sposób: ożenić się i iść na swoje gospodarstwo, wybudować się, ku­
pić narzędzia i t. d. i zapożyczyć się, to znaczyłoby odjąć sobie połowę
powietrza do oddychania. Człowiek już nie jest wolnym i nie weso­
łym, bo nad nim wisi nieraz coś strasznego. Ale gdyby wystawić dom
wspólny, na dwie rodziny stodołę, chlew, a oddzielnie mieszkać w do­
mu, dla siebie robić, zbierać, ale pod jednym dachem. Jednego zaś
z nas spłacić. Bo chcąc wspólnie, razem, to dziś się nie da, bo jeden
drugiego mógłby oszukiwać w pracy, lub w dochodach. A tak od­
dzielnie zbierać, młócić, mieszkać, nawzajem se pomagać i z jednych
narzędzi użytkować. Czy to się da zrobić i wprowadzić to już zależy
od nas i przyszłości. W inny sposób wyjścia niema. Wiemy, że razem
żyć, dzielić się, wspólnie pracować, to zgody nie będzie. A tak, gdy
każdy oddzielnie by kładł i swoje robił to może by się dało zrobić.
Dziś co najwięcej nas dręczy to przyszłość. Gdy się nie zmieni na
świecie i w gospodarstwie to już innego wyjścia, jak wskazałem nie­
ma. Bo na tern oddzielnie żyć co przypadnie na nas, to nie życie, a ra­
czej udręka. Nawet starszy brat mógłby się ożenić już, ale że mu­
siałby się zadłużyć, stawiać budynki i t. d., a to by dla niego zna­
czyło co w ciasnych butach cztery godziny tańczyć oberka, aż krew
z nóg pójdzie, tego nie robi. Nie inaczej się dzieje i u innych. Wszę­
dzie długu po uszy, podatków zaległych po 1000 i 3000 zł. Co oni
dziś zrobią, kiedy na procenty nie wy dążą robić. No a jak żyje dziś
bezrolny? W idzi się nieraz, bo się człowiek z takimi obraca. Mieszka
ich razem po kilka rodzin, dzieci u nich najwięcej. Chleba mało je­
dzą. Na dwa miesiące pieczywo. A tak cały dzień kartofle i barszcz
bez mleka. Dawniej niektórzy z nich trzymali krowę i pasali w lesie
za co odrabiali. Dziś na to miejsce trzymają kozy, by mieć mleka
trochę dla dzieci. W domu jest jak w chlewie. Co było z poduszek
czy coś wartościowego to sprzedane na ubranie i życie. U nich niema
od święta ubrania czy robotnego dnia. Za sprzedane gęsi czy pro­
siaka potrafią kupić jedno ubranie i w nim bez względu na święta
chodzić. Łata na łacie. Dzieci w zimie siedzą ciągle w domu, bo niema
za co butów kupić. W jednej parze chodzi ich ze troje. Zarobków

Pamiętniki chłopów

263

niema w zimie nigdzie. W lecie chodzą do roboty do pobliskiego
dwora i zarabiają dziennie bez życia 1 zł. do 1.50 zł. W zimie chcą za
życie samo i za 50 gr. młócić lub co inne robić. Dawniej to pojechał
zagranicę, zarobków nie brak było, prędzej przychował coś i żył.
Dziś dostaną od kogo z pół morgi ziemi najgorszej pod ziemniaki,
żeby wy gnoili i zasadzili sobie kartofle, któremi się cały rok żywią.
Każdy z nich do dołu przed okno domu nosi z lasu bście lub słomę
po odjeździe cyganów, lub nawóz, tam wrzuca do gnojówki i to jest
ich zajęcie. Nieraz w zimie mróz i zawieja, a tu do lasu muszą iść po
drzewo. Co będzie, gdy las chłopi wykopią, nie zdaję sobie sprawy.
To jest bieda co się zowie. Przed wojną o ile miał zdrowie, chciał
robić to żył po ludzku. A jak po wojnie dostał się do fabryki gdzie,
to on nie chciałby się z sześciomorgowem gospodarzem za pracę
pomijać i dochody. Nieraz się jeszcze wyśmiewał z „chama” i po­
niewierał jego pracowitość. Bo co mu brakowało, jak brał 5 zł.
dziennie, mógł dzieci uczyć, kupić gazet i książek, był uświadomio­
ny lepiej niż chłop. Dziś na wsi tacy gazet nie znają, o naukę czy
różne rzeczy kulturalne nie dbają. Bo pierwsze to głód zaspokoić.
Dziś karta się odwróciła. Na miejsce ojców nastaną dzieci, lecz bez
widoków zabezpieczonych. Bo rodzice z dawien dawna zostają na
żywotce u dzieci. Ale co może spotkać nas, to Bóg jeden raczy wie­
dzieć. Światem idzie dla ludzi wsi nędza coraz gorsza, coraz ciaśniej
się staje, ludzie głodni i zda się że jakaś krzywda się dzieje ludowi.
P. S. O ile by Szanownym Panom nie sprawiało nic trudności
z przesyłką i czy możnaby było, to poprosiłbym o (w miarę możno­
ści) po wydaniu dzieła o zawiadomienie, bym mógł go sobie spro­
wadzić, oraz jakie Instytut wydał książki z życiem wsi związane.
Dn. 22 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr. 19

G o sp o d a rz (n ie w y m ie n ił lic z ­
b y p o s ia d a n y c h m o r g ó w ) w
p o w . s to p n ic k im

Niezmiernie mie to uciesyło kiedy przeczytołem w gazycie grudziąckiej o pamiętniku. Zaroś wte pędy zabrołem sie do pisanio.
Chocioz ta bardzo pisać nie umie to jednok chce to co cuje co mi
doligo i na sercu leży tutaj umiejscyćfCoprowda robota cłeka w polu
dosić przygniato ale niechta zawdy troclia casu sie nandzie aby te
różne turbacyje i dolegiwości opisać!) Nie bede sie cofoł w przeżyte
lata lecz opise lato tegorocne. Co przęsło to nos ta juz tak bardzo
nie obchodzi, teroz nos to obchodzi co jes a nie co było. Boć te
dzisieńse casy to chyba nogorse. Jo jak żyje nie pamietom gorsych
casów. Som niewim od cego zacoć ale myślę ze najlepi bedzie od
tegorocny wiesny. Bóg scenśliwie doł dockać jakoś wiesny. Chocios była una zimno to i tak cłowiek sie ciesył i raduwoł ze ji dockoł ze bedzie mug sioć, orać, sadzić jednym słowem jak to pedajo
bedzie mug na ty nasy kochany zimi pracuwać. Cłowiek ta sie
do ni przyzwycaił, tak jo polubił i pokochoł ze za zodne piniodze
by ji nieodoł. Jakosi pod kuniec marca przysły dni ciepłe i słonecne,
ludziska rusyli sie do roboty. Robota sła sładnie. As tu pewnego
dnia przychodzi sołtys ze gminny i powiado ze w tern tygodniu mo
przyjechać do Piosku kilku sekwestatorów. Byłem natencos akuratnie we sklepie jak to sołtys godoł. Powstało strasne zamisanie
kozdy pyto sie, kozdy chce sie co dowiedzie i zrobił sie taki harmider ze nikt nikoguj ni mugł zrozumie. Wtencos sołtys pedzioł
zęby sie ucisyli i godali kozdy pokolei. Ludzie pocyni sie coroz
wiecy schodzić tak ze wkuńcu zrobiło sie ciasno i dusno. Pocichuśku wyplizem sie ztam tot i posedem prosto do chałupy. W cha­
łupie spali juz od boży downości to tyz spokojnie ozebrołem sie
i posedem spać. Z tego frasonku i turbacyje nawet nie jodem ko-

Pamiętniki chłopów

265

lacyje. Jakosi nimoge usnoć, przewracom sie z boku na bok jakby
mi co doligało, baba zbudziła sie i pocyna swarzyć na mnie ze tak
sie roje jak kwoka na jojkach. Nie fciołem ji taki przykry sprawy
godać i scyganiłem, ze mie kolka w boku źgo. No i na tern sie
skuńcyło, kobita nazod usnyła, a ja do samego rana oka nimugem zmruzyć. Następnego dnia pogoda była jak sie patrzy, ludzie
spiesyli sie by jesce w marcu zasioć to bedo mieli duże urodziaje.
Kole południa baba skodsi sie dowiedziała o tych sekwestatorach
przylatuje do mnie spłacem i godo ze nom za podotki krowę za­
biero. Ee zabiero pociesołem kobitę, a może i zabiero myślę so­
bie. Ale chyba nie mieliby litości i suminio zabirać ostatnie by­
dle. Prawie ze cały dzień chodziłem smutny i zły ale som nie wini
na kogo i tak i owak medytuje i nie, nie mogę nic wymyślić. Przy­
pomniały mi sie downiejse lata kiedy to cłowiek szyckiego mioł
pod dostatkiem nawet i ksyne grosiwa od wypodku we krzynce
leżało. Miołem sie w co ubrać jak sie przynolezy, a dzisioj prawie
ze nic ni mom. Bida coroz wiekso zaglodo do chałupy, ziarna co
było na zbyciu to sie wynisćyło, a tu dzisio trza sioć, a ziarna ino
ino. Trzaby porę miarek zasioć icminia, porę owsa, chociozby
z miarkę prosa kiej zatatrać, bo przeciec jak nie zasiej es to i nie
biedzies zbiroł. Z bido wielko zasiołem te trochę owsa i icminia.
Trzaby sadzić niedługo zimioki. Mom ich tam kilkanoście mia­
rek, trza sadzić i trza jeś. Sadzynie pilne, ś jędzy nie jesce pilniejse, a tu cłowiekowi nowo bida dopiko, bo następnego dnia zje­
chało do Piosku śterech sekwestatorów, przyjechali z wozami
z chłopokami do wynosynio ruźnych zecy, sof, kreseł, ziarna. Na
domior złego sprodzili sobie policyjo z Dobrowody, aby casem nie
dosło do jakich aw antur przy zabiraniu. Przez całe dwa dni plą­
drowali po Piosku, pirsego dnia narobiło sie krzyku, cało wieś lu­
dziska poślatuwali sie i nie dawali zabirać zecy, u jedny gospodyni
chcieli zabrać krowę, a ze ta drugo była curki to tys nie dała se
zabrać, zamknyła sie w chlywie z siekiro i cekała az sie bedo dostajali, sekwestatory dawali pinć złoty zęby sie nalos wto taki
i drzwi poroboł. Nik sie taki nie naloz, prosili policjo aby uni to
zrobili, ale uni tyz nie chcieli drzwi robać. Wtencos zawołali tych
chłopoków ćo z sobo przywieźli ale tym nie doł syn gospodyni te­
go zrobić. Zmarnuwali prawie pół dnia i nic nie zabrali, musieli
odyńś bez niceguj. Wsiowi chłopoki zopłotów zacyni wrygać bry­
łami i kamieniami za niemi. Policyjo kilku zahareśtuwała i za­
brała na posteronek. Nichtórzy musieli w kozie siedzić po dwa

266

Województwo Kieleckie

tygodnie, a nawet i po miesiącu. Drugiego dnia ten rabonek od­
był sie nieco spokojni, ludzie co mieli ziarna to pochowali, bo przecięć jak mu zabiero to cemze zasieje i cemze bedzie zył. Jak u ko­
go napotkali ksyne ziarna to odrazu zabrali, u niektórych pobrali
sofy, ławki, skrzynki, lustra, krzesełka,, pierzynki, cieleta, jałówki
wszyćko pakowali na wozy i odstawiali do Buska. Pod kuniec
drugiego dnia zarzieli do mie, baba jak mogła to posprzotała w izbie
zęby jako po ludzku wyglodało. Wesli do izby zaroś rozkładajo
jakieś papiury przeglodajo i cosik piso w nich aze mi cirpki po
skurze lotajo. Zaroś odzywo sie gruby pon, słuchojcie gospodarzu
sporo pieniędzy zaligocie za podotki musicie zapłacić, bo inacy to
wom zabierzy jaki fant. Kochani panowie skodze ja wom wezme
piniedzy, mom ino jedno k r owinę no i to co widzicie w izbie to
cały muj majotek. Ano zobaczymy czy nie mocie co wiecy, zaroś
tyz pocyni gmyrać po ruźnych kotach ale nic nie naleźli. Dobrze
chocios ze dziecioki spały pod pierzyncyno, bo byliby jo zabrali.
A może ziarno. Nima panie juz odowna kupuje sie do zycio, po­
chodzili po izbie pozaglodli w ruźne koty ale jakosi nic im sie nie
udało gdyż zapisali cosik w papiurach i wysli, a na odchodnem
zekli żebym sie postaroł jak przędzy, bo uni majo w niedługim casie spowrotem przyjechać. Kwała Bogu ze tak sie obesli tak łas­
kawie zemo. Jak pojechali tak długi cos nie było ich widać w Piosku*
Powoli ludziska jakosi ostygli z ty złości i zabrali sie do sionio.
Kozdy sie uwija by jak nojchyzni zasioć. Trudno sie było dopro­
sić o kunie ale jakoś zpomoco bożo zagrzebało sie i zasadziło, ale
cós s tego nowo bida zaglodo do chałupy. Nojsomprzud skuńcyły
sie zimioki do jedzynio cus to pocoć trza sie kaj wystarać o piniodze ale skód, to pytanie. Idź cłowieku po rozum do głowy, ano
jak iś to iś, tom i posed ale nie do głowy ino do chliwa i wyprowa­
dziłem ostatnio k r owinę na jarm ark zęby z ni co urwać i zimioków
kupić. Tak sie tyś zrobiło no i był spokuj jakiś cas. Niedługo
ciesyłem się tern spokojem znowu zabrakło zbozo na chlib nowe
zmortwinie zwaliło sie cłowiekowi na łeb. No ale teros to publicnie
nima skód wzoś grosa jeden dżin minoł, drugi trzeci a tu jak nima
skód wzoś to nima, jak na sceścię ocieliła mi sie krowa, rod nie rod
musiołem ciele sprzedać i ziarna lo jodła kupić. Było to chyba jakosi
w maju, zboze juz doskunale powyrostało cłowiekowi aze radość ze
tak wszyćko rośnie w polu, cłowiek w polu sie raduje a w domu
smuci. Gdy sie przyndzie do chałupy to ani soli nima za co kupić
ani kawołka mydła do pranio ani zopołki. Chyba jus ze trzy lata

Pamiętniki chłopów

267

nie uswiatcy zopołki w doma, teros tak trudno o te dziesinć grosy
jak downi o dziesinć złoty. O Boże, Boże dochot tak bedzie cłowiek
sie morduwoł i mecył jas łzy cłowiekowi w ocach staj o gdy sie przypumno downiejse casy, skoda o nich mazyć i tak sie nie wruco.
Po inse lata cłowiek zawdy se co przychowoł, predzy co ziarna
sprzedoł, predzy kaj co zarobił a dziso to skoda nawet o tem muwić
bo to wszyćko pruźne godanie.

Nie zdozyło porę dni slecić a tu rozesła sie wieś ze jakosi tam
sprawo z Witosem posła kiepsko, ludzie na znak żałoby powywiesali
corne chorogiewki na chałupach, ni stod ni zowod wzion sie policyjant i dali spisować tych co powiesali. Jo ta zodny chorogiewki
nie wywiesił, akuratnie poprzedniego dnia był dysc a ze byłem
w polu to tys doskunale zmugem. Baba moja powiesiła paleto na
kołku zęby wyschło. Naros zjowio sie policyjant pisę karę zem
jakosi tam smate powiesił, wpodo do izby z wielgiem krzykiem
pocom toto wywiesił jo ani słychu o nicem i godom mu ze nic
nima a un mi pokazuje kapotę na kołku. Adyć panie to moje
paleto wisi od wcorańsa bo zmokło i baba go wywiesiła aby wyschło.
Pruźne było moje godanie napisoł cosi w ksiosce kozoł kapotę z kołka
zdjoć. Nigdy nimo cłowiek spokoju, ciegle ino sarpio na ruźne strony
a to locego gnuj nie w porzodku, locego pies w nocy nie wiozany.
Tyle cłowiek mo kłopotu kurowodu ze az chce łeb peknoć od tego
wszyćkiego. Nie wysło może ze dwa tygodnie a tu przychodzi we­
zwanie ze gminny zęby stawić sie bo mo przyjechać starosta i so­
dzie nos za te chorogiewki. Zebrało nos sie może ze śtyrdziestu
i posli my do gminny, wyset pon starosta i pokolei wzywoł kozdego.
Przysła kolij i na mie, wyłożyłem cało sprawę jak sie nolezy, wte­
dy pon starosta pokręcił głowo pomedytuwoł i pedzoł ze mi zodriy
kary nie daje ale na przysły roz żebym cegoś podobnego nie robił.
Serdecniem podziekuwoł i przyzyk ze nigdy nie bede wisoł kapoty
na kołku. Nichtórz}' podostajali po siedem, po pinć a nat i po sternoście dni. Chłopi radzi nie radzi musieli za chorogiewki w kozie
odsiedzić.

268

Województwo Kieleckie

Cas hyzo zlecioł żniwa nadesły niewiadomo kiedy, kozdy wto
mugł spiesy w pole zęby wzoć żyta na pirsy chlib. Bóg jakosi tego
lata doł ładne urodzaje, pogoda była nawet niceguj to tyz ludzi­
ska suche zboze do stodoł pozwozili. Kozdy odetchoł po tak strasnym przednówku chocioz teroz cłowiekowi głud nie dokuco jak
pirwy, nadesła młocka wszędy ozligo sie pacanie bo kozdemu
pilno umucić ziarna na pirse potrzeby, trochę trza odąć ży­
dowi zato co sie wzino na przednówku, trochę sprzedać zę­
by co odzinio na zimę kupić a co najwozniejsze zasioć. Jaze
łzy cłowiekowi w ocach staj o gdy musi przedawać zboze prawie
zadarmo ale trudno choć najwozniejse dziury trza połotać. Cłowiek
pracuje w coła pocie przes cały Boży rok i tako mo zapłatę za te
proce.
Wszyćkie niesceścia zwołaj o sie na tego cłowieka i szyćko
musi dźwigać na swoich barkach ten bidny chłop a tu jesce jado na
niego, morduj o go ruźnemi karami kozami, grzebio cłowieka do
ostateczności.
Nie dosić ze cłowiek napracuje sie jak kuń to jesce gorzy prze­
śladuj o.

Teroz to ino pełno gorycy wturo cłowiek musi pić ale tak pić
zęby sie nie otruł a zaporeśto kozdy chłop jes kwardy jak ten głos
co na polu leży, przetrwo choćby nogorse casy a gorsych juz chyba
nie bedzie od dzisieńsych.

Pamiętniki chłopów

269

Cus nam tero wypodo robić, nic innego ino pracuwać milcyć
i cekać jaz sie zmini na lepse i może do Bóg ze kiedyś dockomy
lepsego jutra a jak nie my to może nase dzieci. Zęby ten cas nadsed
jak nojhyźni. Wtencos cłowiek cułby sie sceśliwy i zadowolony
z tego zycio bo dzisioj to nawet zyć sie nie chce, o Jezu Boże spraw
lepsom dole temu co orze i obsiwo pole.
Dn. 24 października 1933 r.

Pamiętnik Nr. 20

G o sp o d a r z n a o s a d z ie p ię c io m o r g o w e j w p o w . i łż e c k im

Urodzony jestem w roku 1898 we wsi Bieliny to jest powiatu
Iłżeckiego. Rodzice moi byli małorolni, bo zaledwo posiadali 10 mórg
ziemi i to bardzo lichej. Rodzina była biedna składająca się z dzie­
sięciu osób, ponieważ były dzieci po dwóch matkach. Było nas dzieci
osiem sztuk to tez na takim kawałku ziemi wszyscy ni mieli zatru­
dnienia to ze co które z nas mogło utrzymać bat w ręku to musiało
iść do ludzi. Ja jak zapamiętałem byłem to już troje służyło. Ja jako
najstarsy po drugiej matce, a ze byłem chłopiem, miałem ojcu poma­
gać przy pracy ponieważ starsze odemnie były dziewczyny przezto
ojciec mie zamiarował zostawić w domu, aby mu pomagać przy pra­
cy na roli, bo ojciec był juz niezdrowy i po roli ni mógł chodzić.
Ale najprzód miałem chodzić do szkoły.
Ano kiedy skończyłem lat siedem miałem się uczyć. Ale gdzie
szkoły blisko nie było posłali mnie rodzice do jednego gospodarza,
któren trochę umiał czytać. Zacułem się uczyć, chodziłem całą zimę,
bo w lecie to nie było casu, trzeba było paść krowy. Na drugą zimę
posłali mnie do jednego dworu, który był 7 kilometrów od nas, tam
się ucyłem trzy miesiące, bo dłużej tez ni można było, bo lato znów
trza paść i tak się chłopskie dzieci ucą. Tyle było mej szkoły, chociaż
zem się dobrze uczył, ale nie było na to funduszu zęby się uczyć
i trzeba było ojcu pomagać, bo ojciec ni mógł robić i zacułem praco­
wać na roli chociaż byłem jescze niezdolny. Pracowaliśmy dopokąd
znów brat nie podrósł, trzeba było znów mnie uciekać z domu, bo
nie było za co kupić butów, ani ubrania. Trzeba było iść na służbę,
mie ta służba sie nie podobała, postanowiłem pojechać zagranicę.
Pojechałem do Niemiec mając lat 15. W Niemcach pracowałem pięć
lat, jak nas tam niemcy traktowali, i jaki to był zarobek prawdziwie,

Pamiętniki chłopów

271

ze w Niemcach dopokąd wojna się nie zacęła to można powiedzieć,
ze było niezłe. Ale ja pojechałem w roku 1914 to z pocątku niezłe,
ale jak sie wojna zaceła to nie było wolno powrócić pokąd sie nie
skońcy i niemcy zaceli sie z Polakami inacej obchodzić. Bo jak się
rozpoczęła wojna to nas tak pilnowali, ze nie wolno Polakowi jedne­
mu przez niemca nawet w pole do pracy iść ani tez trzech razem stanuć i rozmawiać. Ale gdy widzieli, ze polacy są spokojni, pracują jak
i pracowali to tez i oni nic nie mówili tylko ogłosili, ze jest wojna
i do Polski nam jest wrócić nie wolno. To tez pracując rok jeden
i drugi to jest 1914 i 1915, ale w 1916 roku to się juz zmieniło, bo
ujęli nam żywności, wydali cztery funty chleba na głowę i 25 funtów
kartofli i tłusćzy czyli omasty do krasiwa 100 gram to jest na tydzień.
A robić trzeba było jescze więcej, to niemców zabrali na wojnę,
a my musieliśmy wszystko zrobić. W ydali nam inne kontrakta, mu­
siano sie na nich podpisać, a kto nie chciał podpisać to przyjeżdżał
żandarm i bił bez litości. Kazali pracować wszystkie święta proc
niedzieli i pracować, a w niektórych miejscowościach to i w niedzielę.
Kupić żywności ni można było bo na wsystko wydali m arki to tez nie
jeden Polak czy Polka zostali na niemieckim smętarzu umar na tyfus,
albo na suchoty. A niejeden przywióz suchoty do Polski, ale jak moż­
na było tak każdy cierpiał jak mug, a kiedy wojna sie skońcyła to
kazden chce jechać do Polski, bo przecież gazety pisą, ze Polska
Zmartwychpowstaje, a tu Niemcy puścić jescze nie chcą i kolejami
nie wolno jechać, bo kto chciał jechać to musiał mieć tak zwany
bysiajdyjąk *) czyli musiał mieć pozwoleństwo od władz. A tu ga­
zety pisą, ze niemcy juz się z Polakami biją w Poznaniu. Ja jako ten,
któryby juz mugł stanuć w obronie tej ojczyźnie rzucam wszystko
całą niemiecko robotę darowując kołczyje **), 60 marek i całą ty­
godniówkę zarobku. Zabieram ze sobą 11 ludzi i uciekam chociażby
i piechotą i tak sliśmy kilkadziesiąt kilometer piechotą o głodzie
bo kupić ni można było nic. Przysliśmy z Meklemburga do Berlina
w Berlinie juz było parę tysięcy polskich ludzi, którzy sie wałęsali tez
o głodzie i chłodzie kilkanaście dni nie wiedząc co robić czy jechać
w stronę Polski czy wracać zpowrotem. To tam było dużo takich
agitatorów, którzy namawiali ich, zęby się zapisywali jechali na ich
kontrakta i zabierali od nich pieniądze i wywozili nazad w Prusy.
Biedny narodzina tułał sie jak obłąkany po obcym kraju. Ja ze swemi
•) B e s c h e id u n g s k a r t e ?

**) K a u c j ę

272

Województwo Kieleckie

przyjechałem do Szczecina bo tam juz polski konsul odsyłał do Polski
i tak przyjechaliśmy do granicy to nasz transport przyjechał szczę­
śliwie. A sedł drugi transport to chcieli niemcy pomrozić wszystkich,
bo umarzło około 30 dzieci polskich i niektóre transporta to niemcy
tak ograbili, ze zabrali im wszystko co tylko mieli.
Taki to był zarobek w Niemcach, tak nas biedny narodzina sie
poniewiera. Gdyśmy przęśli granice no to każdy tak jakby sie na
świat narodził. Zdawało sie, ze tu juz jesteśmy w swojem kraju to
juz będzie inaczej. Przyjechaliśmy do Warszawy tu nas zebrali oko­
ło cztery tysiące narodu, zagnali do jakiś tam koszar za ogrodzenie,,
zamknęli i nie wolno nigdzie iść niby to miał być jaki przegląd
czyli rewizja przez doktora czy kto jakiej choroby nie wieź zakaźny
no i tam trzym ają nie wolno na miasto iść co kupić tylko przycho­
dzili przekupki i brali drugą tylą cenę, jak w mieście za żywność, tak­
że kto miał jescze jakie parę marczyn to musiał wydać w Warszawie,
bo trzymali parę dni i niewiadomo dokądby trzymali, żebyśmy nie
zaczęli krzyczeć, ze nam się chce jeść. A niektórzy juz nie mieli
tych niemieckich marek co tam zarobili przez pięć lat, niektórzy
i dłuży nie wiem jak długo jesce ci ludzie tu siedzieli, bo ja tozem
wymknuł poza druty i przyjechałem do dom. Nie chciałem takiej
opieki, przyjechałem do dom i tu nima poco, bo przecież tu ma k ia
robić. A nima co, nie wiem za co sie brać. Zarobku nijakiego nima
co miałem pieniędzy dałem rodzicom, bo to po wojnie w domu wszy­
stko obdarte, buty drzewiane, zabudowanie zniscone, bo starse sio­
stry posły zamąz, ojcu nie pomagają, bo muszą myśleć o swych ro­
dzinach. Młodsych ode mnie było jescze troje w domu, wszystko
nagie. Ojciec juz robić nimoze, matka tez, ci jesce zamłodzi na służ­
bę niezdatni, bo co najstarsze to sie w domu przyda, trzeba przecież
paść chociaż i nie było bardzo co, bo przez wojnę wszystko zabrane.
Była jedna kro wina i parę gęsi, które dopiero miały się wylądz, ko­
nia nima, nadchodzi wiosna w polu trzeba robić nima czem. Pytam
sie ojca co mam robić, czy mam sie zabrać i znów jechać gdzie, ojciec
mówi tak, rób jak chcesz, tyś jest teraz najstarszy w domu, tobie
oddam całą gospodarkę na twoją głowę, jesteś młody musis nam
jaką rade dać. Pomyślałem i wziąłem sie do pracy bo zal mi było
ojca i tych młodszych co jescze nie mogli na siebie robić, aby ich
nie dać na służbę, bo byłem pojechał nazad w świat zarobić. Ale co
robić, kiedy wiosna nadchodzi, a tu nima nic, ani czem siać, ani
czem robić, ani co jeść. A przecież było 10 mórg ziemi opuscone tak,
ze do ostatniego stopnia. Wszędzie sie leje, wszystko sie wali, n a
ale tu nie było co myśleć trzeba było sie brać do pracy, zęby co za-

Pamiętniki chłopów

273

robić, bo inaczej to nic z tego nie bedzie. A tu narazie nima bardzo
gdzie zarobić, ale zato po wojnie zaczęli się ludzie trochę rusać. Zna­
lazłem robotę czyli objąłem sie u jednego gospodarza, któren sie
miał budować żnuć mu drzewo na te budowę, posło mi nienajgozej,
zarobiłem, prawdziwie był to cas nie tak kiepski, bo po wojnie ludzie
sie do pracy brali, więc nie zmarnowałem żadnego dnia chociaż to
była jesce zima. Ale pomału przychodziłem do czegoś, bo kupiłem
trochę zboza na zasianie, trochę do życia tak, ze byłem pewny, ze
wyląduje ze wszystkiem bo chociaż ni miałem konia to juz miałem
odrobionego, ze tylko przyjdzie wiosna to będzie cem robić. W domu
pozałatwiałem wszystko ma kazden co jeść, chociaż ubrać sie jescze
nie było w co bardzo no ale i z tern było sie poradziło, bo w ten cas
to jak kto chciał pracować to i miał co i nie zadarmo byłbym może
wszystko przyprowadził do porządku. Narescie przychodzi cas, ze
ojczyzna woło chodź synu tu, bo i tu ześ potrzebny i tu potrzebno
porządku, to je czego nima, tak jak w twojem domu, trzeba tu zrobić
przud, a później w domu.
A no to trudno wojna ojczyzna trza rzucać wszystko wszystkie
zamiary i trzeba iść. Pozostawiłem ojca staruszka, bo liczył juz 70
lat, choć m atka była młodsą i tak wszystko pozostało. Posedłem na
wojnę jak było na wojnie to dużo nimam co pisać, bo przecież kazden
wie jak jest na wojnie tylko tyle nadmienię, ze prawie zem sie nic
nie ćwiczył, bo to było 1919 roku to nie było casu tylko zaraz na
nieprzyjaciela. Będąc na froncie ukraińskiem trochę i na bolszewickiem, jak tam było tez opisywał nie będę tylko ze powiem, ze dobrze
nie było. Ale to wszystko złe i dobre to sie znosiło za ojczyznę z pew­
nością tą, ze ona sie kiedyś jako synowi odpłaci za złe dobrem, tak
przewojowało się trzy lata prawie. Narescie zakończyło sie wojnę z
tą pewnością, ze teraz każdy na swym zagonie może śmiało ziemie prze­
wracać i po polsku pieśni śpiewać. Tego ode mnie wymagała matka
ojczyzna, a jako jej syn wszystko złe i dobre bo nieraz głód i chłód
złożyłem jej w ofierze, jako wolny sobie Polak wróciłem sczęśliwie
i cało za to mogę Bogu serdecnie dziękować.
Ale teraz co, powracam do domu pewny, ze mi nieprzyjaciel nie
grozi, sczęśliwie i w spokoju bede mugł pracować jako rolnik, bo
nim jestem z zawodu i do tego jestem najlepiej przywiązany od m a­
łego dziecka i z uciechą tą, bo ojciec mi powiedział, ze na mnie odda
całą gospodarkę. Niestety przyjeżdżam do dom, a tu nima ani Ojca
ani matki, wkradł się ten niesczęsny tyfus i zamordował oboje prawie
ze w jednem tygodniu. Mało tego jescze to prawie zaledwo matczyne
ciało z domu wyprowadzili, bo zaraz w pierszą noc po pogrzebie
18. Pamiętniki chłopów.

274

Województwo Kieleckie

zakradł sie podły złodziej i zrabował wszystko co było pozostało.
Z tem zabrał moje ubranie, bieliznę, co przywiuzłem z Niemiec, tak
ze prawie nie zostało nic tylko gołe ściany.
Co mam teraz pocąc. Ja przyjechałem tez goły tylko w jednej
bluzie wojskowej i to jescze podartej, bo przecie dobry nie dali i spo­
dnie tez podarte tak, ze nie mam nawet w czem i do roboty iść, ni
ma za co kupić, w domu ni ma co sprzedać, bo jak odjechałem nie
było tam wiele a przez ten cas się jescze gorzej zniscyło, bo robić
nimiał kto i urodzić się nie urodziło, bo było złe obsiane, bo ojciec ni
mug se dać rady. Teraz nie wiem co mam robić, było to na zimę, tu
ja nago i boso, bratów było jesce dwuch i siostra najmłodsa miała
osiem lat, brat młodsy ode mnie miał 15 lat i to jescze niezdrowy,
najmłodszy brat 12 lat. Wszystko nagie, teraz to już nimam żadnego
zajęcia, o gospodarce nima mowy, bo sobie nie poradzę w ziaden spo­
sób, a po drugie, ze po ojcowej śmierci wszyscy sie schodzą: jedna
siostra, druga i trzecia nachodzą, były żonate, ale ojciec im nic nie dał,
żadnego posagu. Każdy chce wziąć co swoje, bo mu sie należy po
ojcu, ponieważ cały m ajątek stał na ojcu.
A no trudno wszyscy nie będziemy tu siedzieć, bo nima na czem,
trzeba by zostawić jednego, zęby nie rozdwojać, bo nik nie będzie
miał utrzymania. Ale spłacać nima kto, bo nikogo nie stać, wszyscy
biedni żyją z pracy rąk, postanowiliśmy zostawić najstarszą i ugo­
dziliśmy się, aby spłacała stopniowo, zacząć od starsego i kazden musi
czekać, az na niego kolej nadejdzie. Ale ze był to cas można powie­
dzieć niezgorszy to pomału zacęła spłacać, tych małoletnich zostawi­
liśmy przy niej, my dorośli kazden poszed w swoją stronę szukać
chleba, jak mug. Ja narazie zostałem u siostry czyli w domu, bo
przecież nie mugłem iść nigdzie, bo ni miałem w czem bo zostałem
nagi i bosy. Zacułem pracować w lesie, zarobiłem ńa buty, później
na ubranie, tak ze pomału mugłem juz i pojechać gdzie dalej, później
pojechałem na Kresy, pracowałem w lesie parę miesięcy, a ze można
było zarobić nieźle, nauczyłem sie robić toporem, jako cieśla zarobi­
łem parę złoty. Przyjechałem z powrotem do dom tu nima czego
siedzić. Postanowiłem sie ożenić, ale jak, ja nimam m ajątku żadnego
prawie, bo 10 mórg jakie pozostały po ojcu rozdzielić na osiem części
tu cuz sie każdemu dostanie i to jesce nima kto spłacić, bo musowo
czekać, bo odrazu wszystkim siostra nie mogła spłacić. No, ale u sio­
stry nimam czego siedzić. Posukałem sobie taką samą sierote jak
i ja i ożeniłem sie. Zona miała po matce dwie morgi i ojciec jej
dał morgę to mamy trzy, ale nima gdzie mieszkać, bo u ojca tez ro­
dzina liczna, a budzina mała, nima nawet gdzie łóżka postawić bo

Pamiętniki chłopów

275

juz było dwa, a trzecie by nawet nie wlazło. Ale było to latem to
spaliśmy w stodole. Ale ojciec powiedział, ze na zimę postawi sobie
nową a nam zostawi starą no ale na tych trzech morgach nima co
robić, bo ziemia licha, utrzymania tez nie będzie. Zostawiłem zonę,
pojechałem znów za robotą, bo przecie do tych mórg nima nic, byłem
parę miesięcy, przyjechałem na żniwa, bo przecież trzeba zebrać.
A no pozbierałem niewiele bo po wymłóceńiu zasiało sie z powrotem,
to po zasiwie pozostało mi dwa korce żyta i trochę kartofli. Za te
pieniądze które zarobiłem zaraz po weselu kupiłem krowine, kupiłem
prosie i zostawiłem znów zonę i pojechałem znów. Parę miesięcy zo­
stawiłem zonę samą, która musiała załatwić w domu wszystko, ale
ze wtencas było jescze łatwiej można było zarobić i tak sie żyło nawet
można powiedzieć, ze mi było niezłe. Było nas dwoje to moznaby
zyć, później ojciec jak powiedział tak zrobił, zostawił mi starą chałupinę i stodolinę chociaż nie na własność, bo ojciec zony miał tez
dwoiste dzieci, to zostawił to na cworo, ale ze budynczyny kiepskie
trzeba było poprawiać, bo sie wszędzie lało. Ale jak mugłem ak
poprawiałem i do tego casu mieskam. Z pierwsych pocątkach mego
dorobku to mogę powiedzieć, ze mi sło dobrze, bo ja pracowałem po
lasach, zona w domu tak, ze zęby był sie cas nie zmienił to byłem sie
cego dorobił. Ale sie robiło tak, zona a ja u ludzi, tak kupiłem sobie
sieckarnię, kupiłem sobie drugą krowę, później było łatwiej, bo można
było juz i z domu jaki grosz zrobić, było prawdziwie wszystko droż­
sze, można było jaki gros zrobić z masła, trzymało sie parę kur
choć na tych trzech morgach ni moznaby utrzymać dwie krowy, bo
dla jednej niebardzo starcało, tylko trzeba było zarobić i dokupić.
Ale jak na wszystko starczyło, tak ze przez pięć lat po weselu po­
trafiłem kupić dwie morgi to juz mam pięć. Ale i na pięciu nima
utrzymania, 'bo rodzina coraz więksa, od domu ni można nigdzie
odejść, bo zona ni może sobie dać rady bo trzeba około dzieci robić,
bo małe a jest cworo. Ale rady niema, jeżeli się daje to trzeba iść
zarobić, odjechałem jedną zimę zostawiłem zonę samą z dziećmi,
zima była zalęga nie było drzewa, aby dobrze opalić, zona musiała
się starać za drzewem, przy obrządku przyziębiła się i zachorowała,
trzeba doktora. Pojechałem do jednego nie pomogło* do drugiego tez
nic, położyła sie w łóżko, co był jakiś gros, a tu nic nie pomaga, wy­
ciąga sie co można co sie urobiło, trzeba sprzedać poduszkę, bo trzeba
leczyć, sprzedało się i drugą nie pomaga. Trzeba sprzedać jedną
krowę, została sie jedna. Doktorzy mówią, ze źle, przeznacają le­
karstwa i to coraz to drozse, narescie juz nima cego sie czypić. Wy-

276

Województwo Kieleckie

nisczyło się wszystko, narescie to sie podniesła z łóżka, ale robić
nic nie wolno i leczyć nima za co, rób co chcesz. Od domu nie można
odejść, aby zarobić, a tu musowo, bo na tych pięciu morgach utrzy­
mania nima, bo niechce starczyć do życia. Przy chować się niewiele
przychowa, bo nima na czem, a chociaż by co przychował to teraz się
nic nie opłaca* bo jak były casy lepse, to sie robiło tak, ze trzymało sie
krowę to za nabiał można dla niej przez lato na zimę żywności kupić,,
a teraz sie nie opłaci. Otóż taki to jest nas los biednych ludzi, chociaż:
by cłowiek ręce sobie urobił to do niczego nie przyjdzie i niczem
być nie może, by tylko zawsze biedny. Teraz opisę jakie to jest życie
małorolnego, otóż w tern kryzysie z pięciu mórg ziemi piątej klasy
jeżeli jest dobrze obsiane, żyta, jak dobry urodzaj to w tern roku
był średni, wysiałem trzy metry to zebrałem trzy kopy. Z kopy po
wymłóceniu, czyli kopa wyda trzy metry, to mam dziewięć metrów.
Wysiałem trzy pozostało sześć, na chleb miesięcznie potrzebuję 3/4
m etra t. j. na rok 9 metrów to mi brakuje, trzy metry na chleb. Kar­
tofli ukopałem 35 korcy, miesięcnie potrzebuje pięć korcy t. j. 60
korcy to może mi braknie 25, do tego to jęcmienia trzy metry i owsa
trzy korce. To jęcmienia jakby trzymać jakie prosie to tez trzeba
kupić owies dla kur których 10, słomy, może być razem wszystkiej
dwie kop do trzech to na pasę dla jednej krowy starcy, ale trzeba
dokupić siana i na pościółkę słomy to na to mozeby starcyło. Prosie
jeżeli go bede mugł dotrzymać chociaż na 100 zł., kury mogą dać
przez cały rok 25 zł. to sie nie zje ani jednego jajka, chyba, ze na
święta, bo nie wolno. Krowę mam jedną to ni można na nią liczyć,
ze da jaki przychód, ale i ona musi dać, bo daje trzy litry mleka dzien­
nie, to sie odbiera tłusc i zrobi sie masło, niech Bóg broni zęby dziec­
ku pokazać masło, bo trzeba sprzedać, bo jeżeli dzieciom masła to by
musiało nago i boso chodzić, a tak to jak zbiera przez tydzień to sie
uzbiera na sól, bo przecież bez soli ni można jeść, choć nieokrasone,
ale jak osolone to jakoś sie lepiej zje, a nawet niektórzy to juz pró­
bują niesolić, bo nima za co soli kupić. Kura jak jakie jajko zniesie
to tez sie go także nie zje chyba, ze kto chory na płuca to jak sie
położy, ze juz nie może wstać to dopiero musi. Ale dzieci za to boso
chodzą, bo i u mnie jest zona chora i od doktorów ma zakazane*
ażeby dobrze jadła, mleko, masło, jajka, ale czy to robi, kiedy nimozna bo jest czworo dzieci małych, trzeba ogarnuć i obuć to z cze­
go jaki gros sie zrobi. Jedno chodzi do szkoły to tez potrzeba to na
zesyt, to na książki, to atrament, to różne wymysły jak to te nase
szkoły teraz wymagają. Tak ze niejeden biedak nie posyła dziecka

Pamiętniki chłopów

277

do szkoły, bo nima na to wszystko skąd brać, albo nima w czerń
¡chodzić do szkoły to jesce przez lato to chwała Bogu, bo pójdzie
boso i w jakimkolwiek ubraniu, a zimą to nie wiem jeżeli nima
;szkoły w swej wsi, to większa połowa dzieci do szkoły chodzić nie
będzie z braku obuwia i cieplejszego ubrania. Ja sam tez nie poślę
n im a w czem, a do szkoły jest przęsło dwa kilometry. Tak to my
biedni żyjemy na wsi, jak dalej będzie to nie wiem, bo zabudowania
.się pustoszą, a na nową nima pieniędzy, stodołę mam taką, ze wr_.ta
się niechcą i juz otwierać, bo dach cały sie wali. Obora czyli chlew
.co w nim m a m wszystko i krowę i kury i świnie i to się tez leje bo
aiima czem poszyć, bo słomy ledwo na pasę dla jednej krowy starczy.
Z domu co mieszkam tez krokwie sie załamują, a zdałoby sie i o nowem pomyśleć, bo zaciasny zaledwo może się zmieścić dwa łóżka, to
na jednem łóżku śpi czworo dzieci.
Ale skąd wziąć pieniędzy, aby to wszystko poprawić. Dawniej
to chociaż można było pożyczyć jeden od drugiego, a jak nie to cho­
ciaż u żyda. A teraz to niema o tern co mówić, o pożyczce bo nikt
¡nima pieniędzy, a choć kto ma to teraz nie pozyczy. Rząd to nic
nie dba, zęby choć na te cele przeznaczył jaką pożyczkę, zęby pomóc
tern biedakom, zęby jakoś żyli. Zarobku to nima nijakiego, dawniej
to jeżeli był jaki biedniejszy na wsi to poszedł do bogatszego i zaroJbił swoją ćwierć żyta czy kartofli, czy na jaki gałgan na skórę. Teraz
nikt nie najmie chociaż jest bogatszy, bo mówi ze nima za co nająć,
bo sam jak może tak pracuje w dzień i noc. A nająć niechce, bo nima
czem płacić, bo wszystko tanie i tak sie żyje i czeka sie, ze może się
■co poprawi, A tu coraz to gorzej, podatki to zamiast zęby były mnie j :sze, to prawie ze jesćze większe, bo przód to jak sie sprzedało jajko
i wzięło sie 10 groszy to ja płaciłem z morgi jeden złoty, a teraz jajko
4 grosze, a podatku 80 groszy, a jak casem na ten cas nima ze w za­
cień sposób 'nimozna zrobić, to juz nima co sprzedać, to kwit odeślą
i przychodzi upomninie. To choć zostało podatku jeden złoty to
upomninie półtora złotego, jescze tam dolicą jakieś kosta egzeku­
cyjne to za ten złoty to za dwa miesiące to potrafię zrobić 3, 4 zł.
To był taki wypadek, ze jeden miał podatku dwa złote, to mu kwit
odesłali do gminy, gmina do starostwa i stam tąd juz mu przysło
5 zł. z grosami i tak biedak musiał wyciągnuć prawie ze ostatnią
ćwierć żyta, choć dzieci nie będą jeść chleba. Ale zapłacić musiał,
b o jakby jescze poczekał dwa miesiące to trzebaby mu krowę ostat­
n ią sprzedać. To tez jak przyjdzie podatek to ci biedacy co mogą
lo wyciągają ostatnią podusczynę, sypią sieckę, albo kładzie słomy

278

Województwo Kieleckie

w posewkę i kładzie dzieciom pod głowę i przyrzuci go jakiem starem
łachmanem i nieraz na gołem barłogu. Tak to nasze dzieci mają,
wygodę i to m a być z niego dzielny Polak wyrośnie silnego* i zdro­
wego obywatela. To tez przejść przez wieś nasą polską to się widzi*
jak to wyglądają biednych ludzi dzieci, obdarte, wychudłe, tyłka
przez te usmolone koszuliny widać brzuchy duże od tych kartofli
z solą i z tego dzielny Polak wyrośnie. A pisę sie dajcie na szkoły*
bo nase dzieci m ają za niskie lokale szkolne i przez to m ają nie wyruść na dzielnych Polaków i dzielne Polski. Skąd ono wyrośnie ja k
ono nie widzi nigdy kawałka cukru, nie obbze nawet noża po maśle*
bo zatko który chłop kraje nożem masło, bo chociaż to prosto z m aselnicy i do miasta, nawet sie dzieciom nie pokazuje, zęby nie pła­
kało. A niektóre dzieci nawet i chleba tez m ają pod wydział, chociaż
sie mówi, ze jest go u nas nadprodukcja, jest bo sie go nie je i dzie­
ciom nie daje, nie mówię tu zęby wszyscy tez i dzieci wszystkich
chłopów tak miały, to przeważnie bezrolni i małorolni.
A pamiętam, kiedy bolszewicy byli pod W arszawą to nam mó­
wili: brońcie dostaniecie ziemi, a teraz na jednej mordze to juz nie­
długo dwóch albo trzech będzie mieskać i żadnych reform rolnych
nima, chociażby na spłatę dłuzsą, zęby te ręce które wyglądają jakiega
zatrudnienia, mogły pracować, a nima ją co, bo nase polskie ręce
chłopskie nie chcą spoczywać, byle tylko miały co robić, bo ja sam
to od lat 13 jak zacułem pracować to nimam spoczynku nietylko n a
dniu, ale nieraz i po całych nocach, bo jak spomniałem w pocątkach
mego pisania, ze trudnie się proc tego co na roli to pracuję po lasach
jako cieśla. To nieraz przyjdzie na cały tydzień albo na cały miesiąc,
z domu zostawić zonę chorą z małemi dziećmi w domu, to z pewno­
ścią w domu nie zrobi tak, jak potrzeba, to jak przyjdę to swoje m usą
zrobić w nocy. A z tego to mam taką korzyść, ze nimam w czym d a
kościoła pójść, bo za całe lato co nieraz się raz na dzień zje i to jescze
kiepsko, to kupiłem sobie pantofle gumowe za trzy złote i ubranie za
15 zł., a restę to w te gospodarkę sie włoży i na utrzymanie rodziny
i teraz zima nadchodzi dobrego odzienia nikt niema i ta cała gospo­
darka coraz to do gorszego poziomu idzie i tak sie cłowiek w dzisiej­
szych casach dorobi. A cłowiek nie dośpi, nie doje, bo przecież;
chciałby zęby coś upracować dopokąd jescze może bo co będzie na
starość, jak juz ręce odmówią posłuseństwa, a dzieciom się nieda
m ajątku, to same musą iść na poniewierkę to staremu utrzymania
nie dadzą, bo same nie będą mogły zyć, bo juz ile dzisiaj jest takich
na wsi bezrolnych i małorolnych panien i kawalerów, co sie starzej ą„

Pamiętniki chłopów

279

a nie żenią sie wcale, bo poco, jak dla nich nima nijakiego posagu,
a jeżeli jest jaka morga lub dwie to jak bedzie zyć, jak się ożeni.
A jak pamientam dawniej tak niebyło, bo pobrali sie i tacy co oboje
nic nie mieli i tak żyli, a nieraiz nawet potrafili sie dorobić, ze mogli
kupić parę mórg.
Bo i ja sam gdyby tak jescze w latach od 21 do 28 to z pewnością
bym inaczej stał jak dzisiaj, bo przez te lata, po trafiałem kupić dwie
morgi i dwie. krów i miałem juz parę złoty gotówki i w domu było
trochę inaczej. A teraz sie nic nie kupi, jescze sie sprzedaje to co sie
w tych latach zapracowało, ale było tak, ja posedłem zarobić, zona
w domu tez trza było ściskać gros do grosa. Ale z tej gospodarki choć
miflłpm tylko narazie trzy morgi to starczyło na życie, jescze zona za
masło, za jajka pomimo, ze starczyło jej na cały obchód domowy to
jest na naftę, sól, mydło i wogóle na wszystko i jescze sie parę złotych
zostało na kupkę. A moje zarobione zostawały i przez słoniny, jak
dzisiaj sie nie jadło.
A dzisiaj sie nie je, nie śpi, nic nima, nawet nima na to zęby
dziecku co potrzebne do szkoły kupić. A co o tern zęby opłacić jaką
gazete, to sie składa dziesięciu na jedną i to jescze trudno na cas
uregulować. Co tu mówić zęby jescze zakładać jakie stowarzysynie
przecież tam trzeba parę grosy to tez nase dzieci coraz to sie zagłębia­
ją w więksej ślepocie, bo jak tak dalej będzie to wychodzi, ze żaden
chłop swego dziecka nie wyszkoli. Taka to jest nasza dola, a tu
jescze sie słyszy, ze mówią, ze chłopu jest niezłe, bo on ma wszystko
prawdziwe, ze ma bo on jest tern, który może wyprodukować wszy­
stko, tylko ze on nima nic z tego, bo wywiezie wszystko za bezcen
zaraz po żniwach. A kiedy przydzie przednówek to musi kupić pod
wyzszą ceną, jak sprzedał. A jak nie to chleba z dziećmi nie je
i mówi sie, ze chłop w gimzowych butach idzie do gnoju. Tak jest
ze idzie, ale jak kupił te buty w casach lepsych, teraz go nie stać zęby
kupił buty do roboty to wyciąga te ostatnie i idzie w nich do gnoju.
A nawet trafi się i taki gospodarz, ze ma jescze dwie par butów to juz
zadko i musi być bogaty, ze nima długu i nielicna rodzina, to jescze
może sobie pozwolić. Ale więcy jest takich co nimają w czem iść do
kościoła, a ile jest takich, ze zima nadchodzi, a tu nima ani drewinka,
tylko musi świeżo choiną palić przez zimę, aby ugotować te parę
kartofli.
To dobrze jak będzie lekka zima, a jak tęga to nie wiem, jak bę­
dzie bo i ja sam mam na zimę zaledwo cztery fury torfu, a drzewa nic.
Ale by biedni jesteśmy wytrzymali na wszystko nawet i na mróz

280

Województwo Kieleckie

i znosimy to cierpliwie i czekamy, ze może sie to wszystko skończy,
może sie ci panowie rządzący wejzą w nase położenie, abyśmy tale
długo nie cierpieli, może casem, jak mówili, ze nam kiedyś zrobi
sie lepiej, bo przecież u nas jest jescze ziemi, zęby chcieli toby mogli
trochę rozparcelować pomiędzy nas biedujących i chcących pracować
tylko na roli.
A może z jaką inną pomocą tak zęby nik nie nazekał na ten
Polski Rząd, jak sie słyszy dzisiaj ze każdy z tej biedy to mówi, ze
lepiej by było, zęby była juz wojna i zęby obcy przyszedł choćby
nawet i Hitler to mozeby było lepiej, tak się słysy od ludzi, którzy ni
m ają wyobrażenia co to jest Hitler, inni mówią zęby lepiej bolszewi­
cy i tak nikt nie jest zadowolniony, nawet tern, ze dzisiaj są wolni
w swej ojczyźnie i ze mogą swobodnie mówić po polsku. A mówią, ze
lepiej było za rosyjskich ządów, a nawet i w casie okupacji niemiec­
kiej czy austryjackiej, bo było wtencas lepiej. A jak im mówić, ze
teraz wszędzie jest kryzys, to niechcą wiezyć. A przez to, ze nim ają
nijakiej wiedzy i myślą, ze to wszystko winien polski ząd. Ale z dru­
giej strony to się nima co dziwić, boć z biedy to się nie wie na kogo
nazekać. A z drugiej strony to brak oświaty, bo są takie wioski,
ze wcale nima żadnej gazety, skąd m ają ludzie co wiedzieć. Przez
to to słychać tylko nazekania na ząd. A trochę to i winien ząd, ho
powinien pamientać o wszystkich jednakowo. A tu jeden ma zanadto,
a całe tysiące bieduje bez chleba. Jedne dzieci nie wiedzą co m a \j
jeść, a drugich camego chleba musą upragnąć, jedne nie wiedzą,
jak m ają się ubrać a drugie nie mają w czem do szkoły chodzić, przez
to jest źle i to chyba jest tego przyczyna nazekania na ząd.
Pamientam byłem w te wojnę w Niemcach, to kiedy sie za­
częła wojna to nie bez przymus Niemcy sli na wojnę i wszystko odda­
wali dla wojska. Sami w domu nie jedli, wszystko oddawali io
ządu, bo to dla wojska, bydło zdychało co niemiało co jeść, ale siano
jakie kto tylko miał to oddawał dla wojska, bo nie chcieli zęby obcy
przyszedł nimi ządzić. To nie wiem dlaczego oni tak dbali o to,
a chyba przez to, ze im tam było dobrze a jak usłyszeli, ze tam ie
gorzej powodzi na froncie to płakali wszyscy. A u nas czyby tak było
nie wiem. Ale chyba nie, bo sie juz dzisiaj widzi ze robi sie co dla
ojczyzny, to wszystko tylko przymusowo.
Końcąc ten mój opis i prosiłbym was panowie, którzy to moje
pismo słyszyć będziecie, abyście sie przyczynili za nami biedakami.
Nie wiem jak tam pisane, może nawet czytać nie będzie można,
ale to proszę wybaczyć, bo przecież zem sie nie uczył w szkole, tylko

Pamiętniki chłopów

281

sam i pisać tez pisałem tylko w wieczór, bo w dzień nimam casu.
Nie pisę tego względem tej nagrody, bo wiem, ze niejestem zdolny na
to, aby dostać nagrodę za co, a jescze za pismo, tylko ze patrząc na
to wszystko co sie dokoła dzieje, więc dlatego chce wam panowie
z całego serca opowiedzieć, ze tak jest u nas na wsi, jak ja tu w tym
opisie pisę, jest to w woj. Kieleckim, pow. Iłżecki.
Dn. 24 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr. 21

W y r o b n i k c z ę ś c i o w o m ie js k i^
c z ę ś c io w o
w ie jsk i w
po w .
m ie c h o w sk im

Ojciec i m atka pochodzili z rodziny zamożnej. Ojciec był naj­
starszym dzieckiem i na niego miała spadać ojczyzna dwunastomorgowa z zabudowaniami. Ale brat jego był wychowany w domu, nie
był nigdzie dalej poza domem, ojciec był w wojsku dlatego młodszy
został w ojczyźnie, starszy poszedł na tułaczkę to jest na służbę do
dworu. Matka pochodziła z czternastomorgowej gospodarki, ale
części nie wzięła i została oszukana. Ojciec służył we dworze wysłu­
giwał się obszarnikowi za lada obiecankę a raczej za głodowy grosz.
Miał pięć córek i czterech synów, trudne to było życie i wyżywić tyle
dzieci. Ojciec brał 12 korcy ordynarji i 30 rubli pensji rocznie i to
jeszcze nie wtedy wydano kiedy się należało, ale wtedy kiedy się ob­
szarnikowi podobało. Kiedy był dzień największy i najcięższa praca
wtedy się należytości nie wydało, trzeba było głodować, ojciec w pra­
cy od 4-ej godz. rano do 10 i 11 godz. w nocy. Matka dziewięcioro
dzieci i do tego jeszcze obsługuje krowy, świnie i inny drób, drzewa
musiała sobie przynieść z lasu na plecach do gotowania i to nie
z bliskiego ale nieraz 2 kilometry dybać do lasu. Jeszcze nie wolno
było uciąć tylko ułamać i uzbierać jakich spadków z drzewa. I po
kartofle codzień musiała iść a nieraz pole z kartoflami było nie bliż­
sze od lasu, o chwaście musiała dla krów i to nie było wolno gdzie
bądź użąć czy urwać ale trzeba było pod ukradką gdzieś obmyśleć
albo poprostu ukraść gdzieś, na miedzy czy w zbożu czy w lesie
albo gdzieś indziej dla krów, świń i innej gadziny jaką posiadała,
bo tylko za to mogła okryć dzieci, dlatego m atka musiała nosić śnia­
danie a nieraz i obiad mężowi i czeladnikowi jeżeli nie miał służą­
cych, swoich dzieci dorosłych zdolnych do pracy to musiał przyjąć
obcego jednego albo dwuch do pracy dworskiej. Jak to i dzisiaj
jest po dworach, że obszarnicy zmuszają ordynarjuszy do trzymania

Pamiętniki chłopów

283

dwie i trzy posyłki do pracy, przed wojną musiał ordynarjusz płacić
posyłkę więcej aniżeli zarobił we dworze, do tego musiał dokupić
zboża we dworze i ziemi pod kartofle, bo żadnym prawem nie star­
czyło na wyżywienie większy rodziny i za to zboże i ziemię musiał
odrabiać obszarnikowi całe lato a kiedy nadeszła zima dzieci nie
było za co okryć.
Do tego m atka musiała przyrządzić strawę dla całego domu*
utrzyć na chleb czy zrobić kaszę, utrzyć na kluski w domu na ame­
rykanie i krupy zrobić w stępie bo na młyn nie stać było, to też*
dziecko gdy dorosło do lat 5—6 to go wysłano za krową i do innej
posługi, na naukę do księdza, żeby mu czemśkolwiek głowę za­
przątnąć, bo ksiądz na pamięć bił kliny w głowę ale do szkoły nie
miał kto posłać bo na książki nie było pieniędzy. Jeżeli dziecko się
chciało uczyć, to nieraz ojcy powiadały: my nie umiemy i żyjemy
to i wy żyć będziecie a jeżeli dziecko zachorowało to Bóg był dokto­
rem, bo na doktora pieniędzy nie było. Jak zachorowało wyzdrowia­
ło samo to dobrze, a umarło, to drugie jakoś się schować musiało.
R o z p o c z ę t e

życie

od

z a p a m i ę t a n i a

Kiedym rozpoczął rok szósty to mi kazano paść krowy i tak
byłem pastuchem do lat 10. Pod koniec dziewiątego roku mojego
życia ojciec dał mnie na służbę do gospodarza do paszenia krów
i innej posługi koło gospodarstwa. Gospodarz niema sobie tego
w głowie, że przyjął dziecko, ale myśli że przyjął parobka. Gospo­
darz nie myśli sobie tego, że to jest dziecko, które potrzebuje n ad
sobą opieki, rozwicia i nauki, ale wymaga od niego pracy choćby
najmozolniejszej i niemożliwej dla tak młodego dziecka, niestety
doradzili mi krewni żebym porzucił tę służbę i szedł do ojca, bo to
nie dla mnie się męczyć. Rzuciłem służbę, poszedłem do fabryki
tkackiej, bo ten obszarnik miał fabrykę tkacką, ręczne warsztaty
do wyrabiania płótna. W tej fabryce pracowałem lat dwa od dzie­
więciu do jedenastu i z tej fabryki chodziłem na naukę. W tej fa­
bryce robiło kilkunastu chłopców dorosłych i młodszych, byli to sy­
nowie gospodarzy i prawie wszyscy umieli coś czytać i pisać. Pro­
siłem rodziców, żeby mie posłali do szkoły możebym się coś nauczył
byłoby może lepiej.
Ale ojciec nie miał chęci, bo w fabryce chociaż był zarobek m ar­
ny, bo zaledwie dziennie zarobił 10—12 kopijek, ale coś nie cos
miesięcznie zagałęzał a do szkoły trzeba było grosza dodać, więc
uprosiłem matkę, żeby mi coś dała grosza żeby coś kupić nauczy­
cielowi, by mie przyjął do szkoły, dostałem 20 kopijek, kupiłem

284

Województwo Kieleckie

funt cukru i pięć bułek. Nauczyciel był człowiek dobry i szlachetny,
nie tyle zwrócił uwagę na podarunek ale na prośbę. Przyjął mie do
szkoły, kupił mnie książki dwie, polską i ruską, potem zwrócił mi
pieniądze i chodziłem do szkoły. Byłem średnim dzieckiem, w do­
mu nikt czytać nie umiał i poza domem byli też tacy sami co nie
umieli czytać. Miejscowość w której mieszkałem był to folwarczek
oddalony od wsi o dwa kilometry, nikomu było pokazać na książce
w szkole, lecz niewkiedy, bo w szkole było tylko trzeba odpowie­
dzieć i nauczyć się. Trudna to była nauka ze swojej głowy, a to
gorsze, że się buty podarły a innych nie było za co kupić, trzeba iść
do roboty do dworu zarobić na buty, dopiero sobie kupić. Przecho­
dziłem do połowy lutego i koniec pierwszego roku szkoły. Na drugą
jesień zrobiłem to samo co w zeszły rok, przyjął mnie nauczyciel
i znów chodziłem do szkoły, dochodziłem do marca, buty się zdarły,
szkole koniec i znów poszedłem do roboty, nauczyłem się tyle com
umiał, poznałem zaledwie litery i coś niecoś składać nomera, na­
pisać do sta i koniec. Wróciłem nazad do pracy do dworu i praco­
wać w zimie za 10 kopijek, a w lecie za 20 kopijek od świtu do
zmroku. Ojciec ani myślał dać które dziecko do jakiegoś (zakładu)
zajęcia albo nauki, ale wszyscy do pracy do dworu bo gdzie niegdzie
ojciec nie pozwolił wierny sługa panu pracował, księdza rady słuchał,
a ksiądz zawsze głosił z ambony, módl się i pracuj a będziesz zba­
wiony. Tak się ojciec trzymał tego prawa i dzieci w to samo wpa­
jał, ale nędza się nie pyta gdzie ma iść do pana czy do księdza, siada
na robotnika i dusi go jak zmora przez niemiłosierdzia, tak ojciec
pchał do pracy każde dziecko gdy tylko coś sił nabrało. To i ja
w roku dwunastym życia musiałem chodzić do pracy do dworu nie
było jak i nie było wyboru czy dorosły czy młody, ale pracuj co
pary masz w sobie od wschodu do zachodu, a często jeszcze po za­
chodzie a gdy przyszedł z roboty jeszcze i matka poglądąła, żeby jej
coś dopomódz bo i ona wydołać nie mogła. Zima jak se chce, dzień
mniejszy chociaż mróz dogryzał do szpiku, bo obuwie liche a często
i dziurawe, odzież bogulicha, bo robotnik biedny nie kupi towaru
dobrego, bo nie ma za co kupić, lichy lamy albo lichego barchanu,
albo lichego czajgu na ubranie, albo z takiego towaru ubranie i tern
się paraduje, tylko w zimie głód tyle nie dokuczał bo chociaż chleba
nie było to były kartofle a co wody nigdy w domu nie brakło chociaż
często niedosolono ale jeszcze bez omasty to jest tłuste, ale robotni­
kowi służy za omastę, robotnik wszystko zje. Najgorsza dla ro­
botnika była wiosna, dzień duży jest, nieraz człowiek ledwie że od­

Pamiętniki chłopów

285

dychał do wieczora, przyszedł do domu jeszcze wieczerza nie była
ugotowana, m atka jeszcze w polu z kartoflam i albo z drzewem w lesie. Mieszkanie zamknięte na kłódkę, ale często okna bez szyb,
wpadł oknem do mieszkania i nie szukał coś zjeść ale się rzuca gdzie
bądź aby dechu złapać, pada jak ofiara zasypia snem kamiennym ani
obudzić się nie można. Rano kiedy cośkolwiek zasycił dłuższym
snem, rano budzą, myślę że na wieczerz a tu wołają do pracy, nlazad
matka choć z kartofli płatczyne zmyśliła ażeby coś z rana przegryźć
żeby bardzo nie osłabł do śniadania i tak się pędziło głody a chleba
miesiącami nie było. Dopiero niecoś odżył, kiedy się pokazały grzy­
by a przeważnie tak zwane bijle, to są białe i mają dość mleka w so­
bie, są to okrutnie gorzkie bo innych trudno było dowolna uzbierać,
chociaż lasów było więcej i nie bronili tak w lasach zbierać grzy­
bów, bo niestrzelali tak do ludzi. Chociaż były to grzyby gorzkie
ale się gotowało w trzech wodach, żeby tę gorycz odciągnęła, dopiero
było możliwe do zjedzenia, choć jeszcze gorzkie jak piołun, ale się
dały zjeść były twarde, ale w żołądku potrwały dłuższy czas. To też:
się temi grzybami do żniw dopóki się w polu kłosów czyli kłośków,
tak się spędzało dnie, tygodnie i miesiące i lata, ale jednej i tej samej
biedzie nie mnożna, tylko dwór i pracuj we dworze, kościół i to co
ksiądz powiedział módl się i pracuj a tu nie leń się w pracy, nie:
marnuj czasu bo grzech pana oszukować, ale pracuj w pocie czoła
bo cię pan trzyma, zawoła, taka była we dworze szkoła dla robotnika
i tak przez grudzień do roku 15. Poszedłem do drugiego dworu za
czeladnika do krewnego, tutaj trochę lży, bo chociaż było mniej
słychać choler, piorunów i innych przekleństw. W tym dworze było
trochę więcej szlachetności i ludzkości, przepracowałem parę tygo­
dni, rządca widział żem był ciekawy i zdolny do koni, wziął mnie do
cugowy stajni, było dość dworno, furmanów było dziewięciu do
wyjazdowych koni. Oddali mi pięć klaczy do obrządku i wyjazdu
nieraz i'sześć rubli wynadgrodzenia miesięcznie. Tutaj była praca
lżejsza choć dłuższa i mnie się zażyło głodu. Pewnego razu wyje­
chałem z paniczem i jego nauczycielem na przejazdkę do drugiej
wsi, podjechaliśmy pod tablice do drugiej wsi jak to było za czasówT
rosyjskich, tablice w każdej wsi, na nich był napis wiele domów, jaka
jeno ludność i tak dali spojrzeliśmy się na tą tablicę, spytał nauczy­
ciel czy umiem czytać, powiadam proszę pana jak nie dużo liter na
słowo to przeczytam, ale jak dużo to trzeba mnie się długo zatrzy­
mać. Powiada nauczyciel, chcesz się uczyć, co bym się nie chciał
żebym miał tylko gdzie. Będziesz przychodził do mnie wieczór na

286

Województwo Kieleckie

lekcję od dziewiątej do dziesiątej, ja cię będę darmo uczył. Dał mi
książkę, zeszyt, pióro i udziela mi codzień lekcji, ale i to trudno,
przechodziłem dwa tygodnie, potem popadły w nocy wyjazdy częste,
niema kto mie zastąpić, musiałem poprzestać chodzić na lekcje, a kie­
dy się przestało chodzić na lekcje to i wolne chwile w stajni się
.spędzało nocą i dniem i tak upłynął rok 15-ty. Pod koniec roku
15-go przyszedł do mnie famieljant żebym odeszedł a przyszedł do
niego.„ On jaki rzemieślnik szewc, rymarz, skrzypek, mogę się u nie­
go czegoś nauczyć, przyznałem za rację. Od nowego roku odchodzę,
choć mnie puścić nie chce żadnym prawem, siłą rzeczy odchodzę, idę
do terminu. Był to człowiek słabej woli, niedotrzymanego słowa, co
przyrzekł nie dotrzymał, co chciał nie powiedział, cięgiem walkę
toczył, życia ojciec nie da, ja pieniędzy nie miał, o głodzie uczyć się
nie szło. Bóg zdrowie daje ale chleba nie piecze i nie daje, trudno
kieszeń próżna, w brzuchu pusto, trzeba iść do ojca i chodzić na
pański ażeby choć jako tako się pożywić i okryć, trudno tak się
patkoniło ze dnia na dzień tę oną biedę, musiał człowiek harować od
świtu do nocy. W zimie za 10 kopijek, latem za 25 kopijek z do­
datkiem parę cholerów, pieronów a często kilka knutów albo pałek
na plecy albo po łbie, to była jaśnie pańska miłość do ludu robo­
czego, to była moralność, która istniała z czasów pańszczyzny, tak
zwanych chrześcijańskich, bo jak nam historja powiada, że na zie­
m iach polskich pierwszymi obszarnikami to byli księża jezuici i ża
ich czasów pozostały te piękne i szlachetne czyny. Nie będziemy się
nad tym wiele rozgadywać bo o tern dobrze każden wie z nas i dal­
sze pokolenia będą wiedzieć, bo dobre rzeczy daleko słyną i dobrzy
ludzie. Ale złe i źli ludzie jeszcze dalej i dłużej, to też my jako po­
tomkowie długo jeszcze cierpieć musieli zanim robotnik się dowie­
dział czem jest i który Bóg jest Bogiem i Stwórcą Wszechmocnym
i poznał chłop i robotnik, że nietylko można chłopu i robotnikowi
skórę garbować jaśnie panom, ekonomom i różnym innym dozor­
com. Dopiero wtedy jaśnie panowie się doznali, że ta chrześcijań­
ska miłość niedobra, i że chłop i robotnik też umie tak kochać
i musieli poprzestać tego, to się wzięli do wyrzucania robotnika
wkiedy się niedał bić i garnków tłuc, to takich wyrzucali 365 razy
do roku na środek drogi, to się odbywało i odbywa się do dziś dnia,
jeżeli kogo nie broni postulat i ustawa socjalistyczna, dopiero ci lu­
dzie dali trochę ochłodu dla robotnika ale obszarnicy i teraz po­
wzięli się i na metody na robotnika ażeby go trapić jak zmora. Tak
i ja czem starszy tern więcej doznawałem niedolegliwości i więcej

Pamiętniki chłopów

287

trudności, ale więcej praktyki i zrozumienia i odwagi. Myślę sobie
jeżeli pracuje za marne wynagrodzenia i napół głodny jeszcze lichej
.strawy to knut i pałka nie dla mnie, gadać możesz ale i to nienadzbyl
wiele i tak walczyłem w onych dworach dosyć długo, niezmiernie
m i się przykszyło nawet patrzeć na nieprawości nietylko i znosić,
z młodszych lat byłem pokorny i skłonny, pobożny, każdegom słu,chał, każdegom w rękę całował, każdemum się kłaniał, czem więcej
tom pełnił to mnie więcej oszukiwano, czem potulniejszym baranIkiem byłem, tym niżej mnie strzyżono, chcecie mnie oddalić od ro­
dziców, gdzieś dali między ludzi opowiedzieć się czy tak jest wszędzie
.czy nie, ojciec nie chce pozwolić, m atka płacze a nędza też z domu
«nie chce wyjść. Więc myślę jakiego środka użyć ażeby ojca skło­
n ić do pozwolenia. Postanowiłem sobie być trochę wymagającym
większego wynagrodzenia za pracę a jeżeli nie dadzą to nie spełniać
tego co wymagają. Kiedym to uczynił na pierwszy trap spotka­
łem się z gorzką, stałem się inny niżelim był dotąd, odrazu mnie
oddalają z pracy, dla mnie radość bo już mam drogę otwartą, ale
groszem nie śmierdzę, trzaby gdzieś indziej coś zarobić na drogę
i na życie, ubranie liche to do roboty od świtu, z tym mniejsza gor­
sza podróż i życie trzeba było pomyśleć. Było to w wielki tydzień,
trzaby próbować wędrówki między obcymi ludźmi i nieznane miej­
sca czy krainę, udało mi się poraź pierwszy sam jeden puścić na
odpust zagranicę, „do jest za Kraków na Kalwarję Zebrzydowską
z dwoma rublami, szczęście między ludźmi sprzyjało choć droga była
uciążliwa i daleka, 12 mil drogi większa część pieszo to jest 8 mil
pieszo, resztę koleją, miałem trochę trudności, ale jakoś się musiało.
Pożyczyłem półpaska u jednego gospodarza i chajda powróciłem do
domu na święta, po świętach zamierzam iść na wieś do gospodarza
bo gospodarze niecoś lepiej więcej płacili, ale gdzieta pan ojca na­
mówił, żeby mi przetłomaczył, żebym przyszed nazad do roboty, bę­
dzie więcej płacił, dałem się namówić a raczej nie sprzeciwiać się oj­
cu. Alem se wymówił że jeżeli coś nieprzyjemnego będzie wkiedy ze
strony obszarnika, źle będzie, to dalej nie pracuję. Tagem pracował
bez lato jeszcze do jesieni, nikt mi marnego słowa nie powiedział,
;ale się nie polepszyło dalece, coraz gorzej się ociągał obszarnik z wy­
płatą i ordynarją cztery miesiące nie robił wypłaty, drugi kw artał
ordynarji, grosza niema, chleba też, trzeba się żywić wodą i karto-flami tak zwaną na wsi fitką bo na barszcz i mąkę nie było a to
jeszcze jałowe, te dwie potrawy fitka i barszcz to są stałym gościem
ma wsi, tak więc nastał dzień mniejszy to śniadanie zjada się w domu

288

Województwo Kieleckie

przy świetle. Niestety każden się musiał do tego zafrasować, kto*
się nie chciał obszarnikowi narazić, bo jeżeli kto opóźni się do pracy
to został wydalony z pracy, a nie to został pobity. Ja nie chcąc:
więcej głodować z obszarnika więcej chciałem sobie pojeść do syta*
a nie chlapać jak pies gorący strawy i w lecie jak świt do pracy,,
jak każden musiał stanąć w czasie, a nie przed czasem się wstawić do*
pracy i oto spotkałem się z niemiłą teorją. Oto jednego razu przy­
chodzi obszarnik pod folwark, spotykamy się, oto obszarnik patrzy
na mnie i pyta się tyś jeszcze tu, ja odpowiadam, a tak jaśnie panie*
tu, a fornale insi pojechali w pole, ja odpowiadam, bo ja śniadał
a obszarnik powiada, fornale mogli se pojeść a ty nie a bo to prawda,
on se poje i drugi pysk pokazał, ale se nie pojad, co jeszcze teraz będę
głodował gdybym miał chleb to choć bym się nie pojad, to by wziął
kawałek chleba do kieszeni i zjadłbym w polu, ale kartofli nie wezmę,
w tern obszarnik się wściekle rozgniewał na tak śmiałą odpowiedź,
ale niema z sobą pałki ni knuta, zapędził się z pięścią do ust. Ja
na tak nieszlachetne postępki, które natura moja znosić nie mogła,
odpowiadam, możesz pan bić jeżeli jest o co, a jeżeb niema o co to
źle z panem będzie w tym razie. Obszarnik z wielką złością odszedł
odemnie i grozi mi karą i więzieniem, że będzie wytrącał za każde sło­
wo rubla. Chcąc się w jakikolwiek razie pomścić na mnie wkiedym się
zainteresował pracą, podszedł do mnie cichaczem z tyłu uderzył mnie
pięścią za kark i zrobił nogę. Było to w oborach, nawet nie wiedzia­
łem gdzie się schronił, szukać go nie potrzebowałem, rzuciłem pracę
natomiast poszedłem do domu. Obszarnik widzi że do roboty me
przychodzę jeden, dwa i trzy dni, a ta scena odbywała się w obecno­
ści świadka. Trzeciego dnia robi wypłatę z całego przeciągu pracy,
poszedłem i ja po tą wypłatę, p rz j wypłacie obszarnik chce się przy­
podobać, chce ten błąd naprawić swojemi obiecankami. Powiada
mi że od dziś dnia będzie wypłacał co sobota bo moja rządczyni ludzi
zatrzymuje, ludzie się denerwują a mnie trudniej, ale ja myślę o tem
żeby złapać choć parę rubli tych com zapracował a więcej z tobą
nie chcę się skandalić. Ojciec teraz zaprzeczyć mi nie musi, bo widzi
że tego zawiele było. Tak bez żadnego namysłu jagem te pieniądze
otrzymał niewielka to suma była, 20 rubli, 10 rubli biorę do kie­
szeni a dziesięć zostawiam rodzicom i ubranie bogulichne jedno jedy­
ne było do roboty i od święta. Rzuciłem pracę u obszarnika a po­
szedłem gdzieindziej. Obszarnik się dowiedział że ja pojechałem
do Zagłębia i zapytał się ojca, gdzie syn co do roboty nie przychodzi*
ojciec odpowiedział że nie wie, obszarnik powiada to ja wiem a w y

Pamiętniki chłopów

289

nie wiecie, żeby mi jutro był u pracy, jak nie będzie to ja napiszę do
policji, żeby go przyprowadzili. Jeżeli pojechał to za kawałkiem
chleba, a panu nic nie skradł i tam nic złego nie zrobił to i policja
do niego nic niema. To tak się stało że u pana sześciu robotników
rzuciło pracę i udali się do Zagłębia, bo ich bieda nabiła i głód do­
kuczył. Niezmiernie dowiedzieliście się że gdzie indziej lepiej słońce
świeci każdemu. Tagem sie udał do Zagłębia tam szukać pracy i chle­
ba. Niestety znalazłem pracę do koni u kontrachciaża, wozić węgiel
z kopalni do stacji, z kopalni do stacji było 4 kilometry, trzeba było
cztery razy obrócić na dzień. Na wozie mieściło się 24 korce węgla,
trzeba było sobie nasypać i zrucić do wagonu, a praca rozpoczynała
się z obrządkiem koło koni i uszykowanie wozu i tak od godziny
4 rano do godziny 9 wieczór i dalej a wynagrodzenie za to 21 rubli
miesięcznie. Była to praca ciężka, do tego jeszcze konie psuje chciały
to ciągnęły a niechciały to się ich było poprosić. Przepracowałem trzy
dni i nie chciałem więcej się męczyć, odebrałem paszport, kontrachciaż nie chciał mi wypłacić za przepracowane dni, musiałem darować,
poszedłem szukać innej pracy, znalazłem na kopalni, przyjęli mnie
do pracy, nie był to zarobek, ale dla samotnego narazie 75 kopiejek
na szychtę ale praca była lżejsza i to że się pracowało pod państwem
to były inne prawa, pracy było dosyć, można było tygodniowo
zrobić 9 szycht, tak pracowałem co tylko siły starczyło, ażeby zaro­
bić jak więcej grosza, ażeby dopomódz w tak wielkiej nędzy rodzi­
com, choć cokolwiek bez parę miesięcy. Nie pokazałem się w dzień
świąteczny na ulicy ani nigdzie poza domem tylko do pracy i do
domu dopokąd nie zarobiłem sobie na ubranie drugie i tak praco­
wałem przez rok cały, musiałem prowadzić życie jak skromniejsze,
ażeby można coś grosza uciułać na ubranie. Czekała mnie droga do
wojska służyć, trza było sobie coś kupić z bielizny, buty a coś zo­
stawić rodzicom, żeby później przysłali kiedy będzie potrzeba. Tagem
uciułał 80 rubli i trochym się przyogarnął, na koniec przyszła druga
jesień, przyszło się stawić na losy, wzięli do wojska, sprawiłem sobie
całą wyprawę do wojska, com uważał co będzie potrzebne, po przy­
jęciu mnie do wojska, dali dwa tygodnie do przysposobienia się do
wojska. Po dwiich tygodniach pojechałem do Kielc na rozbiórkę
w Kielcach. Przeznaczyli mie na służbę na Daleki Wschód w Korei
pod japońską granicę, tak nas wysłali 22 listopada 1907 roku. Z Kielc
w tą uną drogę byłą to nie podróż ale poniewierka. Najpierw nas
wywłóczyli po kilku guberniach po różnych komisjach a potem
wysłano w dalsze drogi koleją do Władywostoku gdzie był klimat
19. Pamiętniki chłopów.

290

Województwo Kieleckie

cieplejszy to nas wieziono w wagonach towarowych, tak nas wlekli
z Kielc do Korei na miejsce 59 dni, żywność dawali w jeden dzień
dwa razy w jeden raz i to jeszcze czem dali zajechali, to jest codzień,
to lichsze życie, to doszło do tego stopnia, że niepłaciło się zacho­
dzić na zborny punkt na obiad albo na kolację, zmusiło nas do tego
żeby zrobić bunt, do jedny miejscowości dojechaliśmy na miejsce,
mieliśmy dostać obiad, jakośmy dostali, dawali na dziesięciu w je ­
dno wiaderko tak zwane bak i nawet się każdemu po łyżce nie do­
stało, było nas rekrutów około 500, widzimy że tak do syta nikt niejadł, po rozdaniu wszystkiego wzięlimy i to co nam dali wylalimy
wszystko z baków na stoły, baki postawili do góry dnami, na po­
dłodze zrobił się staw, na stołach niechlujstwo, zaprosilimy naczel­
nika szalonu co z nami jechał ażeby się przypatrzył żeśmy obiadu
nie jedli a zostawiliśmy w jadalni, przyszedł naczelnik szalonu i na­
czelnik zbornego punktu, zobaczyli taki porządek, złapali się za gło­
wę co się dzieje, że rekruty se pojadły i jeszcze tyle zostało, że się
kąpią, pyta się naczelnik szalonu, co jest, my odpowiadamy, że je­
żeli nas macie tak karmić to wcale nie dajcie, wydajcie nam pieniądze
co nam się należy na życie, my se sami kupować będziemy, wtedy się
rzucili rekruci hurmom we drzwi, zabrali naczelnika zbornego punk­
tu w środek i nuże mu szturchańce dawać, ledwie się nieborak w yr­
wał a naczelnik szalonu potem się bał przyjść do pociągu, żeby go
w biegu rekruci nie wyrzucili z pociągu. Wytłomaczcie se że on
temu nie winien, przysłał bez starych sołdatów co z nami jechali,
dopiero jak mu solda ty doniesły, że rekruci nie m ają żądny urazy,
dopiero przyszedł i przeprosił że od dziś będzie on sam starał się,
żeby było życie jak lepsze i dosytu, od tego miejsca puszczał depesze
gdzie miał być obiad lub kolacja, żeby się postarać jak najlepiej bo
się rekruci buntują, tak się nam od tej pory poprawiło na życie. Tak
rhy dotarli do Władywostoku, potrzymali nas na zbornym punkcie
jedenaście dni na rybie i wodzie, tam głód nam i zimno dokuczyło,
spanie na gołych deskach, a raczej na podłodze, z tej rozpaczy pośliśmy w kilku topić się do morza, na szczęście koło kraj a dość daleko
była woda zamarznięta a oficery nas dali nigdzie nie chcieli puścić,
po jedenastu dniach wyruszyliśmy okrętem. Tak my się wlokli przez
dwa dni i trzy noce, na koniec trzeciej nocy dojechaliśmy do tak
grubego lodu że okręt nie mógł go złamać, musieliśmy się wydrapać
na lód, i iść przeszło 10 kilometrów po lodzie przy 30 stopniach m ro­
zu, jeszcze pod wiatr, śliśmy od rana do wieczora do przystani, o m a­
ły figiel żeśmy się na tym lodzie nie zostali wszyscy zamarznięci, ie*

Pamiętniki chłopów

291

dwo, ledwo żeśmy dociągnęli do przystani, każden doszedł z pa­
miątką, jeżeli nie do śmierci to na lata pozostała pamiątka, a paru
po niejakim czasie pomarło z przyziąbienia, było nas samych pola­
ków 80-ciu, po przyjeździe na miejsce połowa poszła nas zaraz do
śpitala, połowa się utrzymała przy zdrowiu, ale nas mróz wybielił
ja k śnieg, a na wieczór tak każdy scemiał, że my na drugi dzień
jeden drugiego poznać nie mogli. Takeśmy przybyli 16 stycznia na
miejsce, takeśmy rozpoczęli służbę wojskową. O służbie w wojsku
nie będę opisował, bo wiadomo każdemu a zatem czas opisać nie
pozwala, zaczniemy od powrotu ze służby wojskowej. Tylko powiem
jedno zdanie, a to bardzo ważne jest dla nas, wkiedy nam się zdaje,
że gdzie my żyjemy i jak żyjemy nik o tern niewie. Kiedym przeby­
wał w Korei byłem pewnego razu we wsi, tak się zwie Baranówka,
byłem u jednego gospodarza po kartofle, był to korejec, znał dobrze
język rosyjski i powiada do nas, wy dwa i to polaki ja, było nas 86
ruskich i dwuch polaków, my zapytali się poczem nas poznaje po­
wiada. Ja w Polsce nie był i Polski nie widział ale wam powiem
jak Polska wygląda i jaką bogata, jaki naród, jakiego ducha ma,
co jest dobre, co jest złe w Polsce, żeśmy się musieli zawstydzić. Jak
nam zaczął wykładać błędy wszystkie inteligienci i duchowieństwa,
podziwialiśmy że wieśniak na drugiej części świata poradzi znać żyrcie w Polsce, ludzi biednych i bogatych i na większe i mniejsze uchy­
bienia w społeczeństwie, których tutej nie będzie opisywał na brak
czasu, a u nas w Polsce ludzie uczoni i niby katolicy i nie m ają tego
poczucia tej wiary co głupi i dziki mahometa, na tern koniec.
O rozpoczęciu życia nazad na wolności, po przybyciu nazad,
gdym przybył do Polski po trzech latach służby, powróciłem 30 gru­
dnia 1910 roku. Nie zastałem matki, m atka zmarła dwa lata temu,
ojciec się gospodarzył z pięciorgiem dziećmi, jeszcze nie wszyscy byli
zdolni dó pracy. W domu bieda, ojciec się wykosztował na chorobę,
potym na pogrzeb trza było się pożyczyć a potem oddać. Ojciec mie
namawia, żebym objął służbę za niego we dworze, bo on nie może,
a ja widzę że tą radą nie ulżę ni ojcu, ni sobie. Powiadam ojcu cie­
bie i tych co nie poradzą zapracować mogę utrzymać, a ci muszą
sami sobie myśleć. Ja muszę się gdzieś udać za pracą, ale trudno
być samemu, bo jeden drugiego wyżywić. Więc wzięłem sobie za
¿onę biedną dziewczynę, zaraz po weselu udałem się do Zagłębia, ale
tam się już zmieniło, bo i tam trudno dostać robotę, trudno za mel­
dunkiem, jeżeli kto ma na meldunek 25 rubli dać jakiemu łapówki
i pieniądze na życie na jakie miesiąc, dwa, pochodzić pod fabryki to

292

Województwo Kieleckie

się jeszcze mógł dostać do jakiejś pracy, lepszy pracy, byle się ja k a
obżywić, znalazłem pracę do pary koni, do kontrachciaża wozić ka­
mień do wielkich pieców 24 ruble miesięcznie. Była to praca przy­
kra, ale konie z pracy do stajni przyjść nie mogły bo były zaduszone
pracą, a żywność miały lichą. Przepracowałem parę dni, widzę ża
to nie możliwe być katem nad niemem stworzeniem, nie wiem bo to
woła ó pomstę do nieba. Podziękowałem panu kontrachciażowi za:
jego żywienie koni, powiedziałem, ja tego nie mogę, może kto inny
być tym katem. Kontrachciaż mie prosi, żebym sobą robił na szych­
tę, sobą zgodziłem się chętnie. Przepracowałem sobą parę dni, znów
chce żebym nazad pracował końmi jak wpierw, przepracowałem je­
dną dniówkę, porzuciłem tę pracę bo się zbruc nie mogę od koni,,
musiał mi wypłacić co do grosza. Poszedłem szukać pracy gdzieindzi, znalazłem w nieduży fabryce chemiczny ale tam codzień przyj­
mowali i codzień oddalali, codzień świeży robotnicy byli na pierwsza
na szychtę 70 kopijek. Trudno niema gotówki grosza tylko tyle
użyć staram się w pracy na wszystko żeby się utrzymać i żeby coś,
więcy na szychtę zarobić, przypodobałem się swoim staraniem m aj­
strowi i inżynierowi tak że co miesiąc dostałem pieniądze, alem się
nie odmówił od nauki pracy, co mi kazano to się staram żeby jaknajlepi wykonać, codzień nigdy tej pracy nie robi i pracował codzień
od szóstej rano do ósmej, dziesiątej wieczorem i w każdą niedzielę;
i święto chociaż to było płatne alem się odmówić nie mógł, żeby sobie
łaski nie stracić. Tak przepracowałem szesnaście miesięcy, zminił
się inżynier, nastał inny, począł jeszcze lepi dusić i wymagać pracy.
Niemożliwe się odmówić, co niemożliwe wytrzymać, robić długie go­
dziny beż jadła i roboty wymagające, chciałem jedną niedzielę mieć:
wolną zacom nie chciał się stawić do pracy, pan inżynier powiedział
jeżeli w niedzielę do pracy nie przyjdziecie to i w poniedziałek nie
przychodźcie. Ja powiadam panu inżynierowi w tym miesiącu pra­
cowałem dwie niedziele to trzecia może być wolna od pracy, tagem
i uczynił, wbrew woli pana inżyniera, przyszedłem w poniedziałek
pan inżynier się obraził tym, wypowiedział 14 dni. Ja nie chcąc
14 dni staram się o inną pracę, dałem jednemu wachmistrzowi 10
rubli żeby mnie zameldował do żelazny fabryki do stalowni, bo tam
był zarobek niezgorszy chociaż praca była ciężka a tern gorsza że
w gorącym miejscu to jest w ogniu, ale możliwe było coś zarobić.
W kiedy on pan wachmistrz zaczął meldować to pan derektor po­
wiada do mnie, że ja też ruski oficer, lubię robotników tylko wojsko­
wych. W kiedy my poszli przed doktora to doktór nie powiedział nic*.

Pamiętniki chłopów

293

gdyśmy poszli do pana dyrektora, to pan dyrektor przyjął jednego,
bo onego meldował pochlebca dyrektora, a nam powiedział że my
możemy iść w odchoże, na tym się skończył nas meldonek. Odjął
ozłowiek od ust a dał onem, żeby się jeszcze lepi paśli, a człowiek
dali głodował bo biednego to każden zamożny w butelkę zabija,
schlebia, świeci i obiecuje, że to zrobi, tamto zrobi. Ale gdzie ta,
trza było może nie dziesięć rubli stracić ale cztery razy, albo pięć
razy po dziesięć toby może dopiero dostał był pracę, ale tak to pie­
niądze wzięli, przepili a nam powiedział dyrektor żebymy śli do
otchoża, tak umieli ładnie panowie drwić z robotnika i chłopa, tacy
to panowie co m ają judaszowskie serce, kainowskie sumienie dzikie­
go drapieżnego zwierza pojęcie. Poszedłem szukać pracy dalej, na
koniec dostałem się do huty cynkowej do pieców, była to praca
ciężka i żmudna, a zarobek niewielki, zależało to od pieca 80, 90,
100 kopijek wychodziła szychta, tylko gaz niedobry, jeżeli kto życie
prowadził liche to długo nie powojował bo dostał suchot. Przepra­
cowałem dwie szychty, musiałem porzucić tom miał daleko chodzić,
mieszkania bliży nie można było znaleźć, porzuciłem drugiego gru­
dnia, poszedłem szukać pracy gdzieindziej, a tu juści robić ciasno z
pieniędzmi, drugiego dnia znalazłem pracę pod kontrakciażem łado­
wać ziemie do koleb na kopalni Renard, była to praca akordowa, ale
ruch był kiepski, w jeden dzień zarobiłem 40 kopijek, w drugi rubel
20 kopijek, w trzeci 28 kopijek, porzuciłem i tę pracę i poszedłem
na cegielnię parową, dostałem się do ładowania gliny do koleb, była
to praca akordowa 7 kopijek od koleby, zarobiło się la tym dwa i dwa
i pół rubla, ale się trzeba było silnie napracować, że nieraz nogi
przyniósł na ramieniu, tu tej zaczęłem myśleć o wyjeździe do Ame­
ryki, namówiłem żonę żeby poprosiła rodziców żeby ją przyjęli
z dzieckiem, a ja pojadę sam jeden. Rodzice nie chcieli na to przy­
stać tylko powiedzieli żonie, gdzie on pojedzie to niech i ciebie weź­
mie, jednak miałem trochę grosza uciułanego, sto kilka rubli, jed­
nemu to starczy, ale na dwoje i dziecko to mało, postanowiłem że
jeszcze się trzeba pomęczyć ażeby coś jeszcze uciułać i raz zdobyć się
uciec z onej Polski nędzy, ale gdy nadszedł czas ćwiczeń trza było
stracić do tego osiem tygodni, nierobie dla robotnika to jest wielki
upadek. Odbyłem pierwsze ćwiczenia po paru miesiącach przyszło
na świat dwuch synów, powiększyła się rodzina, jeszcze trudni, wychód większy. Żony z tak drobnemi trojgiem dziećmi, niema gdzie
zostawić, tak się męczę ażeby odeprzeć od siebie coś dali oną biedę,
próbuję w różny sposób ażeby można jako namówić, ażeby pozostała,

294

Województwo Kieleckie

wysłałem na wieś do matki bo ojca już nie miała, matka była we
dworze na komornem, zaledwie przebyła żona parę tygodni u m atki
i niespodzianie wybuchła wojna światowa, ja w fabryce, żona na wsi,
tu wybucha wojna, nie wiem gdzie i którędy się udać. Żona na wsi
wyczerpana z grosza, ja miałem jej dostawić pieniędzy, po ogłosze­
niu mobilizacji wypłacały wszystkie fabryki, wziąłem parę rubli
i papiery i udałem się na wieś do żony pieszo 14 mil drogi, bo już po­
ciągów nie było. Przybyłem na wieś i miałem się dostać na mobili­
zację, strzymałem się dwa dni i skończyła się mobilizacja a pieniądze
co były włożone do kasy poszły do Rosji i tyle się biedny człowiek
nacieszy tern co oszczędza, jak pijany traci, po wkroczeniu okupanty
zagranicę, udałem się nazad do Zagłębia, konno jechałem ćwierć
drogi, naciągnęły duże wojska siły, zajęli konie do posługi wojsko­
wy, musiałem nazad z trudem wracać do wsi z drogi, bo niemożna
się było przecisnąć bez wojska. Po powrocie do wsi, obszarnik radzi
żeby się zatrzymać trzy, cztery miesiące a wojna się skończy, to pojedziesz sobie nazad, a bez ten czas to będziesz chodził do dworu do
roboty, ale i do roboty nima w czem chodzić do roboty, bo ubranie,
bielizna i wszystkie sprzęty zostały się w Zagłębiu a obszarnik nalega
bo się w jego mieszkaniu mieszka, żeby miał korzyść z tego. Tagem
musiał sobie kupić drugie ubranie i iść do pracy bo i z czego dali
żyć nie było, a wydatki duże bo każdą szczegółę najmniejszą trza było
kupić. Tak zacząłem codzień chodzić do roboty do onego obszar­
nika, ale coraz gorzy się robi bo wojska co trochę przechodzą i pracy
na wsi stale niema a żyć trzeba, codziennie się pracowało a pienię­
dzy nie było, po paru miesiącach udałem się pieszo do Zagłębia po
ubranie i bieliznę, z trudem się trza było kopać, dostałem się do
Sosnowca do mieszkania ale gdzie i w mieszkaniu się nie zastało
wszystkiego, część z tego jest zabrana, dobrze że i pościeli nie wzięli.
Wziąłem pościel i bieliznę a sprzęty pozostały, bom myślał że je ­
szcze się do tego i do fabryki wrócę, ale wojna się nie kończy i p ra­
ca się wymyka, stałej pracy nie można znaleźć, rzuciłem się repero­
wać buty, nie brałem płacy a tylko co kto dał chleba kawałek to
mleka i tak dali, ażeby można było okryć i obżywić rodzinę. Jaka
tylko praca się napatuchnęła, tom się musiał podejmować, wykonać,
ażeby dokąd Pan Bóg pozwoli żyć, żeby z głodu nie umrzyć, ażeby
przetrwać wojnę. Jeżeliby dał Bóg przetrwać wojnę to może się
świat oczyści z tych nieprawości, może lepsza zapanuje prawda
i sprawiedliwość, ale wojna nie ustaje, ciągnie się dalej i daje się we
znaki każdemu, tym co na froncie walczą orężem i tym co w domu

Pamiętniki chłopów

295

przy pracy czy jakimkolwiek zajęciu, dokucza, gnębi w najhanieb­
niejszy sposób, że nieraz się patrzyć nie chciało i żyć się nie chciało.
Były chwile, że człowiekby się rad był schował do mogiły z rodziną,
ażeby się więcej nie patrzyć nie słuchać i nie cierpieć, tak nieznośny
udręki. Ale Bóg doświeca człowiekowi niewinnemu a zaślepia czło­
wieka uporczywego, przychodzi czas że zbrzydła ona walka ludziom
dobrej woli, powstaje nowy lud i nowe rządy a zatym nowe układy,
tu się zdaje myśleć, że wojna zabierze ze sobą wszystkie nieprawości,
zdawało się, że ten czas pożogi wojny oświecił ludzi wszystkich
stanów, że dziś nie w jednym kraju, ale zdawało się, że na całym
świecie poznał człowiek człowieka, że człowiek każden poznał co jest
nad nim, a co pod nim i co koło niego, ale gdzie świat się rozwinął
na dobre tym, co im było dobrze, zamiast tym co im było źle, zda­
wało się że dzisiaj pozostanie fałsz, obłuda powalona w przepaści
a zakwitnie prawda i sprawiedliwość. Jednak się stało przeciwnie,
bo prawda została zgromiona, fałsz opanował życie i wziął górę nad
sprawiedliwością. Tak rozpoczynamy żywot w swojej ojczyźnie nie­
podległy, tak pozostanie na wsi po wojnie, bom stracił wszystkie
sprzęty w Zagłębiu, nie do czego wracać, objąłem służbę we dworze,
bo się rodzina powiększyła, matkę trzeba utrzymać, zgodziłem się
14 metrów zboża na rok, 200 prętów ziemi pod kartofle, 80 rubli
pensji rocznie, do obrządku miałem parę koni, trzy krowy, parę mor­
gów pola obrobić i wyjazdy gdzie potrza, było jednym słowem całym
gospodarzem, powierzono mi na moją odpowiedzialność, były to
właścicielkami dwie panie m atka i córka, obie wdowy, córka miała
dwie córeczki po zmarłem mężu, utrzymywały się na dzierżawie paru
morgów, sprzedany swoją ojczyznę żydom, ja pracowałem chętnie,
były to dosyć ludzkie panie, to też pracowałem z całą sumiennością
i starannością. Jako też Polska zaczęła się rozwijać pod swojemi
rządami, ludzie fachowi i światli poczęli ustalać warunki pracy i pła­
cy, zainteresowali się życiem i niedolą ludzką, chcieli widać podźwignąć lud roboczy, nasycić pracą i chlebem, poczęli ustalać ustawy,
jakoteż wyszła ustaw a sejmu, źle zagospodarowane m ajątki miały
podpadać pierwsze parcelacji. Jako też ten majątek, który był w rę­
kach żydowskich, a wyzyskany w lichwiarski sposób od męża i syna
tej pani starszej. Ja jako służący folwarku było moim obowiązkiem
donieść sejmowi w Warszawie i Ziemskiemu urzędowi w Kielcach,
tagem i uczynił, po paru tygodniach zjechała komisja z Kielc na
sprawdzenie, czy to jest czy nie. Komisja stwierdziła, że tak jest
i powiedziała, że ten folwark będzie szedł do parcelacji. Ja się stara-.

296

Województwo Kieleckie

łem żeby środek tego folwarku został się starodawnej właścicielce
a nie spekulantom żydom, kiedy się żydzi dowiedzieli, że to jest moje
staranie się o to wszystko, zaczęli przemawiać obszarników różnych
i innych, ażeby mnie wydalić jak prędzej jakimkolwiek sposobem,
nastraszyli obszarników pobliskich, że jeżeli służba danego folwarku
rozparceluje ten żydowski folwark, to oni zrobią wrzawę w sejmie
żeby i wszystkie dwory parcelowali, obszarnicy się tego ulękli, dawaj
przemawiać panie w różny sposób, ażeby robiły różne przeszkody
i utrudnienia, długo się coś panie opierały tej namowie, oszukańcy
dawali różne łapówki, gdzie im się tylko zdało ażeby to pokręcić
w jakikolwiek sposób choćby najhaniebniejszy, tego wymieniał nie
będę na brak czasu, na koniec pod różnemi groźbami i namową i dała
się namówić, że mnie odprawiła bo im nie chodziło tyle o mnie co
0 panią, żeby ich wyprzyć jak prędzej z tego majątku, ale ja się
poświęcił, całą ofiarnością, że za żadne skarby, za żadną namową nic
dam ich wyprzeć z tego majątku. Według ustawy i prawa widzieli
żydzi że zemną nic nie poradzą to podeszli pod panie, panie dały
mi kuno tatkę, od 1 kwietnia mnie zwalniają a żydzi dają na moje
miejsce służącego i co sobie panie tylko będą żądać od nich to. oni
dadzą im. Na mnie się rzucili wszyscy z nienawiścią nawet i ksiądz
miejscowy, został oddalony od 1 kwietnia 1923 roku, alem się z mie­
szkania nie wyprowadził, nie było to mieszkanie ale buda. Jak
pogoda to jeszcze, ale jak deszcz to tyle co i na dworze, ale cóżem
miał robić, kiedy innego nie było. To mieszkanie żydowskie po o d ­
daleniu mnie od pierwszego kwietnia, kiedym opuścił służbę, zaraz
się wzięli za panie najpierw odebrali im pole żydzi w tym samym
tygodniu co miała obsiewać na wiosnę, bo w jesieni siałem, co potrza
było tom obsiał, tagem walczył z onemi żydami i innemi podobnemi
przez lat pięć i w tym okresie pięcioletnim czasie miałem wielkie
wydatki, pochowałem ojca, teściową, dziecko, kosztowało mnie do­
syć sporo grosza i to tylko z pracy rąk, jeszcze trudno pracy niema,
nie mógł szukać bom był chory i nieźle tak od kwietnia pozostałem
się bez pracy a pani bez ziemi, dopiero się wtedy doznała, że została
trzykrotnie oszukana, ale cóż kiedy się spostrzegła późno bo żydzi
se postąpili mądrze a ona się wprowadziła w błąd. Zepchnęły mnie
1 siebie do skrajnej nędzy, a ja po paru tygodniach znalazłem pracę
starszego robotnika na szosie w mieście, drużnika. Tagem przepra­
cował całe lato tyłkom miał daleko chodzić do domu, bo aż sześć ki­
lometrów musiałem o suchem kawałku chleba pracować po całych
dniach, zarobek był średni, sypiać gdzie w stajni albo w stogach

Pamiętniki chłopów

297

.słomy a żona z pięciorgiem dziećmi i krowine musiała utrzymać,
z tern się męczyć, troje dzieci najstarszych posyłać do szkoły po­
wszechny, trzeba było ubranie, książki i tak dali różne rzeczy, codzień
mieć gotowy grosz jak i do dziś dnia tak przepracowałem do 1 listo­
pada 1923 roku. Od pierwszego listopada dostałem się do kasy cho­
rych w powiecie Olkuskim w charakterze woźnicy, tutej było większe
wynagrodzenie niżeli na szosie, alem się zaraz nie mógł przeprowa­
dzić z rodziną, bo nie było można znaleźć mieszkania, a późni przy­
szła zima, śniegi niezmierne, droga była daleką, trza było się wieźć
dziesięć mil drogi, nie sposób z tak drobnemi dziećmi, musiałem być
sam a żona z dziećmi i co miesiąc w ciężką zimę musiała po pieniądze
przyjeżdżać do mnie, bo dla mnie było trudno jeździć bom był dwa
razy stratny, raz na podróż a drugi za siebie musiałem droży zapła­
cić niżeli mnie płacili, była to dla żony jak i dla mnie wielka niedo­
godna mozolność, bo ja nie musiałem sobie kwatery wynajmować,
bo bym musiał dzieci pokrzywdzić w życiu, wolałem sobie sam go­
tować dziennie choćby raz i w stajni spać, a kiedy przyszły duże
mrozy, tom prosił kierownika żeby mi pozwolił sypiać na korytarzu,
a kiedy się przekonali i zwierzyli że pewne jest zostawić całe ambulatorja i kancelarję pod moją opieką, to mie wpuścili sypiać gdziem
chciał w którym pokoju było ciepło, dopiero wtedy było inaczej bo
choć w dzień czy w noc wydychnąć to się było chociaż bez chwilkę
czasu, się zagrzać w cieple, tagem przez pięć miesięcy się przemordował, aż do 1 kwietnia 1924 roku, potrza było w powiecie Mie­
chowskim do sejmiku do rolny gospodarki człowieka zaufanego, a ten
drogomierz miał powierzone administratorstwo com pod nim praco­
wał, więc on powiedział panu staroście, że ma takiego i takiego czło­
wieka^ i pan starosta polecił mu się ze mną porozumieć, żebym się
nazad zdecydował powrócić, ja to też uczynił, zdecydowałem się na
onego gospodarza do Sejmiku nie tak skruć posady bom miał w ka­
sie chorych lepiej, mniej pracy a wynagrodzenie lepsze, tylko mi obie­
cano, że po pięciu a sześciu latach pójdzie do parcelacji to będę miał
pewne dziesięć morgów przeznaczone. Myślałem sobie, że gdyby tak,
toby się człowiek chociaż na stare lata nie tułał za pracą i kawałkiem
chleba i nie wysiadywał pod nagim dachem. Tak powróciłem się
1 kwietnia 1924 roku, do onej gospodarki. Tą gospodarkę dopiero
się zakładało, było w pierwszym roku 60 morgów, a późni dołożyli
30 i było 90 morgów, było kupę pracy, była para koni a my dokupili:
50 par koni, 10 krów, z jednej owcy dochowali się osiem, postawili
stodołę, kupili maszynę do młócki, siewnik, żniwiarkę, kopiarkę, try-

298

Województwo Kieleckie

jer, wozy, pługi i tak dalej co tylko było potrzebne do gospodarki*
pole oczyścili z kamieni, gdzie były budynki porozwalane nie używa­
ne odpady uprawili, jednym słowem co było gdzie brakowało to się1
zrobiło, kosztowało to kupę pracy. W pierwszym roku zanim się
to uregulowało, doprowadziło do porządku, to się nie musiało spać
w nocy więcej jak z trzy godziny, że nieraz się tak spać chciało, że
nieraz na pniu śpioch brał, a jednak się starano, żeby doprowadzić
gospodarkę do celu, żeby sobie wyrobić opinję, a gospodarka żeby
dawała jak największy dochód. Jednak przy tak dużych wydatkach
dawała pięć tysięcy złotych czystego zysku. Miałem wynagrodzenie
14 metrów zboża, z początku 12, rocznie 600 zł. pensji, z początku
20 zł., rocznie 200 prętów ziemi od karka z początku 120 prętów, ale
i to ledwie się stykało jedno z drugiem, koniec z końcem. Dzieci
sześcioro, troje starszych chodziło do szkoły i już do czwartego i pią­
tego oddziału, to książki, zeszyty, to różne papiery, piłki do laubzeki,
różne wydatki szkolne, wyirtysły niepotrzebne, tak nie nastarczono
groszy dawać, samo obuwie na jedną zimę dla nas wszystkich koszto­
wało 200 zł. a ubranie i inne domowe rzeczy, same drobne rzeczy jak
sól, nafta, mydło, cukier i inne domowe rzeczy, przechałkiem jak
robiłem obliczenie co miesiąc to przeszło 25 zł. tak że jeżelim chciał
kupić gazetę, tom nie musiał se kupić papierosa albo innego przed­
miotu a jesdem bardzo ciekawy za gazetą i książką. Czytałbym dnie
i noce, choćbym najm ni jadł, jeżeli się dostanie jaką gazetę lub
książkę ciekawą do ręki, tobym niejadł choćby kiszki jak wesołego
walca grały byle tylko chwilkę czasu było. Przyznajcie z całą su­
miennością z powodu tak małego dochodu porzuciłem palenie tytoniu
a wódka to niewiem jaki smak ma i wiele jaka butelka kosztuje, ażeby
chociaż raz w tydzień, albo co dwa tygodnie jakie pismo, g a ^ tę czy
książkę mieć, ale i tu się znaleźli podstępcy, wkiedy zobaczyli, że się
rozwinęła taka gospodarka poczęli zazdrościć panu adm inistratoro­
wi, ażeby się wcisnąć na jego miejsce, bo przyszykował strawę na
stół i zasmakowała im i tak wiercili, tak kopali że się doczekali zmia­
ny pana starosty, nowy pan starosta dał się wciągnąć w błąd, zmie­
niać administratorów, po czterech i pół latach pracy jest zmiana
administracyjna na jednego miejsce dał pan starosta dwóch urzęd­
ników do sejmiku, wtedy Irinie zaczęto oszukiwać, nie wydawać tego
na com się zgodził a gospodarka zaczęła się kurczyć, w pół roku zo­
stała zniszczona do połowy wartości, widzę, że nowi urzędnicy ru j­
nują gospodarkę a przy tern i mnie, nie mogąc znieść tego, że to tyle
trudu i pracy kosztowało, powiedziałem co nowi administratorowie

Pamiętniki chłopów

299

robią z gospodarką i na głos i zdezelowałem się z tego ażebym nie
był do spółki zaliczony, objąłem nazad dróżnictwo na ziemnem od­
cinku, 95 zł. miesięcznie do tego wziąłem w dzierżawę 2 i 1/4 m orga
i chałupinę ze stodołą, z tegom płacił rocznie 10 metrów żyta i 150
zł. a do tego było daleko do odcinka, bo do odcinka jeszcze miałem
3 kilometry, tak że dziennie nieraz musiałem robić 26 kilometrów'
i to prawie nieraz o suchym kawałku chleba, bo dzisiaj trudno gdzieś
we wsi kupić pół litra mleka albo kilo chleba, nieraz trza było nie
jeść śniadania albo obiadu a droga daleka i praca nie lekka, ale com
miał robić chodziło mi o dzieci, bo zawsze w mieście lepiej w szkole
uczą, jest więcy nauczycieli, ale na wsi jedno ma dużo dzieci to nie
może tej lekcji udzielać. Tak przez trzy lata męczyłem się ale już
nogi odmawiały posłuszeństwa, musiałem zmienić sobie miejsce po­
bytu, przeniuzem się na wieś, teraz lżej na nogi, bo się nie chodziło
tak daleko, ale gorzej bo wydatki większe, dzieci szkoły takiej nie
mają, dwoje młodszych chodzi do szkoły, a trzecia średnia chodzi
do miasta do 6-go oddziału, musowo kolejkę płacić, bo droga da­
leka 6 km. drogi takie dziecko nie może codzień chodzić taki pęd
drogi po błotach, trzeba co miesiąc płacić 4 zł. 60 groszy, a to inne
wydatki szkolne, dwóch starszych chłopców którzy m ają 20 lat, trze­
ba ich też okryć i dać jeść bo pracy niema, jeżeli się gdzie trafi cza­
sem na parę dni jaka robota to znów nie można pieniędzy odebrać,
całe miesiące się odbiera po 2, 3 zł. a na koniec to resztę trzeba da­
rować i na tern się kończy wszystko, dzisiaj są takie czasy, że nie pyta
nikt na nikogo, oszukuje jeden drugiego choćby w najhaniebniejszy
sposób. Na wsi biednemu robotnikowi jest trudno użyć aniżeli
w mieście, bo w mieście ma parę groszy to i za parę groszy może
coś kupić. A dzisiaj na wsi chłop nie da zarobić, sam wszystko zgry­
zie, a jeżeli są wyjątki, że gdzieś ktoby najął to bardzo rzadko, a je­
szcze tak obliczy sobie żeby nie dał coś więcy, żeby za wiele nie za­
robił, także i we dworze dzisiaj obszarnicy duszą robotnika w najha­
niebniejszy sposób, bo widzą że dzisiaj jest straszne bezrobocie, to
oni wyzyskują robotnika różnemi spekulacjami, różnemi obiecan­
kami, robotnik ciemny, głupi, bezradny daje się wyzyskować i tak
owa nędza się pogłębia coraz dalej, coraz większa, prawa, ustawy,
umowy obszarnicy dzisiaj spychają w przepaść a robotnika zmusza­
ją do dawnych praw carskich, że muszą pracować, zato co ci dam
a nic niemowie choćbyś z głodu padł i dzisiaj robotnik się zniechęca,
nie wierzy nikomu i wprost dzisiaj bo jest zrujnowany do najniż­
szego poziomu, wszystko się mu z pod nóg w y n ik a , brak chleba,

300

Województwo Kieleckie

brak obuwia, brak przyodziania, brak ciepła w domu, musi się gnieść
w jakim kącie z rodziną, bo robotnik na wsi czy we dworze zaledwie
zajm uje jedno ciasne mieszkanie, jeszcze mokre bo woda, jeżeli nie
zboku to prosto z góry się leje a mieszkanie tak duże, że ledwo moż­
na ustawić jedno a najwięcej dwa łóżka, na którym śpi troje, czwo­
ro, a reszta się kładzie na ziemi, a jeżeli które z nich zachoruje, to
niema w tern wyboru żeby sam swobodnie leżał, ale musi z nim
więcy choćby choroba była niebezpieczna i tak dali, a przytem czyż
można i możliwe młode pokolenie wychować moralnie na zdrowych
i dzielnych ludzi, kiedy ja od lat dziewięciu dopokąd nie oderwałem
się od rodziców do fabryki, tom nigdy w domu nie sypiał i nie
znał pościeli a tylko się poniewierał po stajniach, owczarniach, chle­
wach i różnych dziurach i dzisiaj dzieci moje starsze też muszą się
gdzieś, bo dzisiaj nie stać ale nawet i trudniej jest gdzie znaleźć
mieszkania tak dostatniego, żeby się można cośkolwiek z większą
rodziną pomieścić a tu jeszcze się w domu w nocy musi zawrzeć
drobną gadzinkę którą niewielką ilość chować, kurki pod piec, kaczki
pod łóżko a prosiątka, albo cielątka w kącie, króliki pod drugim łóż­
kiem, bo każden biedny chciałby coś chować, bo nie będzie chował
kurek, to często będzie bez soli, nie będzie chował królika nie będzie
mięsa znał, nie będzie chował kaczki, nie będzie miał poduszczyny
pod głowy dzieciom i sobie tak dali i tak się z tym wszystkiem,
prawie że jak rano wstanie ze snu to w głowie ma jakby wypił z pół
litry spirytusu, ale co ma robić, musi to wszystko znosić jeżeli jako
tako chce na świecie żyć, tak się od nędzy każdy broni i obronić się
nie może bo dzisiaj czas jest próżniaczy, dla ludzi niema pracy a tu
sześcioro dzieci w domu, trzeba życia i okrycia a zarobić niema
gdzie. Przez trzynaście lat posyłam stale troje dzieci do szkoły i do
dziś dnia trzeba codzień do szkoły posyłać i mieć parę groszy świeże
i dawać codzień to na ołówek, to zeszyt, to na inne rzeczy, a tu
jeszcze do tego teraz za czasów polskich w szkole wymuszają od
dzieci różnych danin, nauczyciele, wychowawcy czy księża, choć
rodzice się dzieciom sprzeciwiają i nie chcą dać to w takim razie
dzieci szukają sposobu, bo jak dziecko nie chciałoby być w szkole
gorszem od drugiego ażeby nie było i ostatniem od tych co dali,
choć rodzice nie m ają i dać niechcą, to w takim razie dziecko patrzy
skąd wziąść co się zda skraść rodzicom albo komu i niesie do szkoły,
w takim razie dzieci się uczą kraść, bo przecież w szkole znajduje się
złe towarzystwo, które psuje dobre dzieci a za tern jeszcze niektórzy
nauczyciele i księża w podobny sposób przytakują, a przecież dziecko

Pamiętniki chłopów

301

nie zarobi nigdzie grosza, jeżeli do szkoły chodzi, jakże można od
nich coś podobnego wymagać, idzie na szkodę rodzicom i młodemu
pokoleniu, ofiary szkolne i inne rzeczy wprost niepotrzebne, daj,
niema rady ale dziecko biednego i tak zawsze w tyle, bo jakto się
mówi w polskim przysłowiu, kto smaruje to i idzie, tak było a teraz
tern hardzi jest tak, a jak kto niema czem smarować to i sam chleb
czy jałowa warza musi smakować. Dziś porzuciło się palenie tytoniu i wszelkie trunki, już się ich wcale nie zna i mięsa nawet i święta
się zdarzają, że się i w te największe święta nie zna, nie ogląda ale
i na przednówku, bardzo często rodzice i starsze dzieci co rozumią że
niema, muszą iść spać bez kolacji tylko się tym coś nie coś musi
zmyślić, co se nie dadzą przetłomaczyć, że niema. Dzisiej robotnikowi
nikt nie skredytuje, choćby z głodu konał, ośmioro ludzi w domu,,
pożywić i okryć w żaden sposób nie można wyżyć z 8 zł., to jest
cały zarobek miesięczny, jak go drobić żeby pokryć rozchód, mieszka­
nie miesięcznie 12 zł., m etr drzewa z furm anką 12 zł. najmniej jeden
m etr zboża z młynem 18 zł. i więcej, szkoła miesięcznie do 10 zł.,
najdrobniejsze, sól, mydło, nafta, i t. d. miesięcznie 20 zł. — 25 zł.
Utrzymanie krowy miesięcznie 8 zł. a gdzie odzież, gdzie kartofel i in ­
ne rzeczy, a tu nieraz choroba choćby coś kupić posilić się a przecie
by biedny poszedł do kina, choć turka zobaczyć, albo małpę widzieć
jak wygląda a tym bardzi mu potrzebna książka, potrzebna i gazeta,
bo to wiedza i inne bardziej potrzebne przedmioty do życia, albo się
nauczyć jakiego rzemiosła, dzisiej nie stać biednego na takie wycho­
wanie dziecka, bo i to jak na biednego duże pieniądze kosztuje. Mam
dwóch synów którym się kończy rok 20-ty i nie mógem ich niczego
nauczyć bo mie nie stać by jeszcze dopłacać do terminu, kiedym led­
wie zaledwie ich do tej pory wyżywił i jako tako okrył a oni do tej
pory nic mi poza domem w pracy nie pomogli i niema nadziei żeby
coś pomogli choć zdolni są do pracy i chcieliby pracować, żeby choć
mogli sami dla siebie zarobić na gębę i okrycie a tu by się zdało
bardzo, żeby można się jako zdobyć choć na jakie kawalątko ziemi,,
choćby sobie postawić jakąkolwiek budę, aby miał swoją własną, bo
dzisiej rok z rokiem trudni o mieszkanie, bo choć kto ma jakie zby­
tnie mieszkanie na wsi to nie wie co z niego ma wziąść miesięcznie
a nie to woli żeby mu stało puste a nikomu nie da tani i dziś biedny
robotnik na wsi niema gdzie sobie zasiać czy zasadzić pietruszki
i cebuli a to cała dla niego okrasa i przyprawa, a przecieżby biedny
zjadł i ogórka czy inne frukta z włoszczyzny, niekoniecznie żeby
wszystko musiał kupić, ale co możemy sobie tylko o tern pomyśleć,.

.302

Województwo Kieleckie

że tak by było coś lepi i tak być powinno ale można sobie tylko
0 tem apetyt zrobić, żołądkowi i życiu tego robić nie wolno, bo
w Polsce tego nie było i być nie będzie, dopokąd Pan Bóg wyższości
z powierzchni ziemi nie zmiecie, a nie zaprowadzi jedności, równości.
Na tem kończę swój opis, nie jest to opis całego życia bo czasu za
m ało dla mnie, chcący zestawić cały testament co do słowa i okolicz­
ności, stosunku życia i przejścia w życiu, musiałbym poświęcić conajmniej, bez te krótkie chwile wieczorne, choć pięć miesięcy a nie
miesiąc czasu, choć bym bez ten miesiąc mógł bym poświęcić całe
noce na tej pracy, nie chodziło o spoczynek, ale nawet niema pie­
niędzy i papieru za co kupić do tej pracy, jezdem chętny, ale i pisać
się boję wszystkich szczegółów, bo nie jezdem sam sobie, a potrzebuję
czyjejś zawsze łaski, boję się żebym kogo nie obraził. Mam za sobą
48 lat życia, przechodziłem różne koleje życia i niedolegliwości jak
rzadko się trafia u robotników i różne drobne i większe prześlado­
wania nie za co inne jak za prawdę lub uczciwe postępki, nie chciał­
bym się więcy w takim razie nikomu więcy nadwyrężać sobie w tych
tak ciężkich czasach, dość nędza dokucza wprost się żyć niechce
1 niebąrdzo wierzę co pisze Instytut Gospodarczy Społeczny, żeby
pisać wszystko otwarcie, co prawdę to tak a co wszystko to nie, bom
miał takie zdarzenie za czasów Polski com śmiało prawdę mówił
i pisał tom potem przez innych był prześladowany.
Dn. 27 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr. 22

G o sp o d a rz w s p ó łw ła ś c ic ie l n a
n ie p o d z ie lo n e m p ię tn a sto m o r g o w e m g o s p o d a r s tw ie w p o w .
łu k o w s k im

Zaczółem pisać tylko o sobie i jak już się bardzo zamyślałem
to aż mi dziwno że jakby do pomocy przybył mi mój dawny ból
i swojem zipaniem w kolanach jakby mi chce pomódz myśleć i opisować, e jak tak to we dwóch zacniemy od dziadka i z co więksego
do dziś opisemy.
Ojciec nas był synem włócnego gospodarza najstarszem z po­
śród sześciu sióstr i trzech braci i od młodości pracował w browarze
tu pod Stoczkiem, który dziś nie istnieje, ożenił się, mieszkanie od­
grodził u dziadka w sieni, m atka z sosiedniej wsi była córką 24-morgowego gospodarza, a ze była z licnej rodziny już najmłodsą to
jesce w panieństwie otrzymała sto rubli jako posag od swoich juz
bardzo starych rodziców i wniosła je do ojca i od tej pory rodzice
nasi mieszkali u dziadka w tej sieni i żyli z zarobku tego browaru,
tak długo ze az dziadek z pomocą ojca wyposażyli wszystkie dzieci,
dopiero wtedy ojciec otrzymał 15 morgów z wymówioną cęścią na
dożywocie, ojciec opuścił brow ar i wziął się za gospodarstwo i bu­
dowę. Po ukończeniu budowy i spróbowaniu gospodarzyć ojciec
zaniechał takiego gospodarstwa i wrócił na dawne miejsce, jako fur­
man do browaru. Wreście podeszły wiek i osłabione zdrowie zmu­
siły ojca do opuscenia na zawsze tego browaru i wzięcia się za gospo­
darstwo i ubocne zarobki, których na kilka lat przed wojną nie b ra ­
kło. W tern wyżej spomnianym casie i warunkach przybyliśmy na
ten świat, licna rodzina, bo siedmiu braci i sześć siostry, troje umarło,
zostało nas i żyje sześciu braci i ćtery siostry i to wszyscy dorośli.
Mamy te piętnaście morgów lichej ziemi, ornej jest trochę więcej
jak połowę, łąki niecała morga, reszta górki, jałowiec, krzaki, choina
jako nieużytek. O spłacie niema mowy i nikt nie jest spłacony. We­

304

Województwo Lubelskie

dle nadesłanych wskazań opisać jak się żyje i jak gospodarzy nie
mogę, bośmy wszyscy dorośli a przecie samego siebie od domowego
życia nie wyłączę, są tu żonaci, kawalery i panny. Chociaż z co
więksego opowiem jakieśmy się uczyli, które się ożeniło i jak i ile
nas zostało w domu, kiedy nam było dobrze a kiedy źle. Imienia po
starszemu: Franka, W eronka, Franciszek, Baśka, Stacho, Wałek,.
Michał, Józef, W ładek i Róźka, trzy starsze siostry m atka naucyli
w domu czytać drukowanego, Franciska zgodzili na pomoc pastucha
do folwarku i tam panienka uczyła dzieci z poblizkich wsiów, po­
kryj omu przed ruskiem i on się uczył, ja co to opisuję, też chodziłem
do tej szkoły przez jedną zimę, ojciec tam trochę zapłacił, W ałek
i Michał zgodzone były do pasienia u ludzi tak zęby ich i uczyć trochę,
Józef tak samo pasał krowy u ludzi i uczyli go, wreście trafiła mu się;
służba u dwuch braci, którzy byli stelmachami i jego wyuczyli za
stelmacha. W ładek i Róźka juz przy końcu wojny chodziły juz do
polskiej szkoły, ale cóz niebyło dobrego ubrania, ani obuwia, o książ­
kach trudno było pomyśleć, Wałek na zimę jak móg tak zrobił jem
trepki na drewnianych podeśwach, a nauczycielka widząc to modne
obuwie podarowała jem pońcochy, i tak się skońcyło nase szkolenie.
Franka się ożeniła z wdowcem bezdzietnem, którego znała jeszcze
kawalerem, jak służył w folwarku i po weselu zabrał ją jako robotnik
do Miłosny pod Warszawę. W eronka pojechała za Warszawę d e
ogrodników na robotę i tam się poznała z Piotrem i w jesieni za nią
przyjechał. Po weselu swagier wrócił nazad do ogrodnika, aby się
zgodzić i wrócić po nią, wrócił i mówi do matki, ogrodnik mnie prosił
żeby mu przywieźć chłopca do obrzędu krów i innych posług. M atka
— to weźta Stacha i odjeżdżamy we troje, matka mówią do ojca
pomału się porozłazą nase dzieci. I tam zgodzony byłem 40 rubli
na rok i życie. Na drugi rok wybuchła wojna, swagry oba na wojnę
zabrane, tu ludzie z W arszawy wychodzą do ogrodników za robotą,,
źle trzeba wracać do domu, W eronka z małem dzieckiem, za jakiś
rok wraca i Franciszka do domu z dwojma dziećmi i dokąd był ruski
to brały pieniądze, a jak przyśli niemcy, to już źle, gospodarka ojca
nie może nas wyżywić nawet do pół roku, ja poszłem do folwarku
do pasienia bydła, ojcu koń się zmarnował, drugiego niema za co*
kupić, trzeba robić na krowach, a tu ziemia górzysta, najgorzej je­
chać na krowiem zaprzęgu, było niemożliwie, krowiny stare w roli
umglewały z mlekiem zupełnie zostawiły, a tu dzieci małe. W eronka
od dziecka poszła do młynarza za kucharkę, Francyna jedna dziewcynka umarła, od drugiej przysła do folwarku znów za kucharkę.,

Pamiętniki chłopów

305

a dzieci zostały jako u babki, m atka w płac, a tyłem się swoich
nawychowywała, teraz i cyje musę wychowywać, ja już stara do
małych dzieci niezdatna. Dobry pan pytał się zawsze czy ojciec
ma jaką robotę w polu i zara dawał swoich koni, chociaż ich sam
miał za mało do swojej roboty. Przy końcu wojny jeden śwagier
powrócił z niewoli austryjackiej i zabrał W eronkę i jak może żyje
we dworze jako fornal oczekując nieraz po kilka miesięcy na wypła­
tę, a do Franki nie powrócił śwagier, bo zginuł gdzieś tam pod
Królewcem. Francisek juz do polskiego wojska posed na ochotnika,
w ostatku ja jako poborowy i w tern strasznem odwrocie od Kijowa
śpiewaliśmy, a jak przyjdą sute czasy i przysły te sute czasy tylko
nie dla nas, po wojnie o teraz to już się biedzie nie damy, bośmy
już przecie prawie wszyscy dorośli i jak kto mógł i ojcu pomagać
w gospodarce i na zarobek chodzić, a jak się trafiło to i na służbę
i tak na zmianę. W ostatku przy zmianie marek na złotówki wsie
się zaroiły z zarobkiem, bo nikt pieniędzy nie chował i najmali ludzie
do pomocy przy budowie do wyrabiania cegły, kopania rowów w łą­
ce, tak było ze co miał gospodarz sam zrobić jutro, to dzisiaj najuł
i zrobił, a zamozni to nieraz kupowali towary niepotrzebne i ten ruch
i zarobek ściągnął nas prawie wszystkich do domu i zarabialiśmy
ubocnie, dokładaliśmy do gospodarstwa, kupiliśmy świń, było więcej
gnoju, na polu już się lepiej rodziło, tak ze mogliśmy się wszyscy
wyżywić od wyrobu cegły z gliny, można było 5 do 6 złotych. Ja
lubiłem robotę przy budowie z kamieni obór, chlewów i piwnic, co
się wtencas cęsto trafiało, też sie zarobiło 5 zł. dziennie. Ojciec już
w śmiertelnej chorobie kazał wybudować studnią w miedzy po stryju
z chłopcami. Budowa prędko nieszła. Ojciec w oczekiwaniu tej po­
żądanej studni siedział to leżał na podwórku, a od nieprzykrzenia
kazał wypuscać z obory już niezłego kastana i ten na każde zawołanie
brykał po skórkę z chleba, bo najprzód trzeba było zrobić rury i to
aż 28, potem znaleźć studniarza i śmierć zaledwie pozwoliła uraczyć
się tą pożądaną wodą. Pieniądze potrochu się zaczynają kurcyć,
a o zarobki jesce nietrudno, na wsi zarabiać to trzeba ciężko od
świtu do nocy pracować. Tak zapracowany grosz musiał być korzy­
stnie włożony w gospodarstwo. Paśliśmy już po trzech wieprzków
do roku, jednego się zabijało dla siebie, dwa się sprzedało i wystar­
czyło na podatek, na ubranie i obuwie dla wszystkich i na gazetę
gospodarską, nawet radyjo krystałkowe kupiliśmy i bronę fabryczną
i pług Wentzkiego i dobrze. Krótka ta dobroć, bo wślad za pieniędzmy i zarobki giną. Franka podupadła na zdrowiu bo już niemłoda
20. Pamiętniki chłopów.

306

Województwo Lubelskie

wróciła ze służby z folwarku, trochę grosa zaoscędzonego przyniosła.
W ałek mówi do Franki, wiesz co, zarobki teraz już kiepskie, mam
trochę pieniędzy i ty mi dołóż to pojadę do Warszawy, na kurs
szoferski i nauczył się za szofera, pieniądze wydał, o posadę trudno,
trzeba iść nazad do domu i ledwo się dostał za szofera do tych zna­
jomych panów, co się tu z folwarku wyprowadzili tam pod Kalisz
i tam się ożenił i jakoś żyje. Przychodzi do nas Jasiek, po matcynym
bracie i mówi — Ciociu możeśta słyseli, ze ta moja najmłodsa siostra
już nie żyje. Tak słyseliśmy. Ona była zeniata z tern tylko bez parę
izbów niedaleko i on spłacił jesce trzy siostry i wziął sześć morgów,
mnie zostało też sześć morgów, o to źle ano trudno nie mogłem
spłacić więcej. Nieboscka umarła po dziecku w śpitalu, dziecko żyje
i oddane na wychowanie. Ona przed śmiercią jemu przykazała, zęby
się ożenił w nasej familji, to juześmy obgadali i niema takiej do
żenienia tylkoby ta u was, no i on mnie tu przysłał i jak ciociu po­
wiecie, mozeta przychodzić, jak nie będzie chciał Baśki to Rózię i juz
zacyna się żenić z Baśką. Jasiek, ale ciociu ile wy dacie, bo on chce
wiedzieć. A dyć po nieboscyku paręset złotych mam to dam, to
zamało, no to Francisek ze służby ma trochę grosa to może na tysiąc
dołoży. Jasiek dodał, on chce dużo więcej, przecie on ma i swoje
sześć morgów, przecie wiecie ciociu, ze i ziemia to nie takie góry
u nas jak tu u was, tam wszystko dobre. Po ślubie zara na drugi
dzień już o rozwodzie się zaczyna, jego rodzeństwo straśnie lamen­
tuje. Ten wdowiec pozycył tysiąc złotych u żyda 4 złote na miesiąc
od sta proc., na chorość i śpital nieboscki, i lamentują a ty se wziął
biedną, a za tam tą byś dostał pięć tysięcy, a zyd ci sprzeda za pro­
cent te sześć morgi, a tamte sześć morgi za wychowanie dziecka i ty
z dziadami pójdzies, a może ona będzie miała tyle dzieci, co jej
matka, może ona ma suchoty. W takim to lamencie przebyła kilka
tygodni i wróciła do domu przez niczego. O zabranie ubrania po­
kryj omu, on wytoczył sprawę i przed sprawą postanowiliśmy Baśkę*
wygnać z domu i po wygnaniu jakoś się znaleźli i do dziś jakoś tam
biedują. Józef później zacął z gajowego córką i ożenił się jeszce
wpierw od Baśki i zył na komornem ze stelmachostwa. Ożenienie
Baśki najgorzej odczuwała Rożka prawie już dorosła, bo jak później
uznali doktorzy, że jej padło na mózg i ze dwa tygodnie maleńko
co jadła i nic nie spała, ukrywaliśmy ją przed sąsiadami i niepodobno
dalej żyć tak i doktór każe jechać do W arszawy i wieziemy ją
z Franką, na stacji w Warszawie spotyka nas znajomy wyterynarz,
o to siostra, tak to lepiej odrazu jedzcie do państwowego zakładu

Pamiętniki chłopów

307

w Tworkach, to tam taniej się płaci i wójt niechciał zaradzić, mówi
na matkę jest zapisane siedem morgów, to niech zapłaci i na tę opłatę
sprzedaliśmy tego dobrego jesce po ojcu konia i dalej niema
pieniędzy i musowo ją nic niezdrowszą zabrać i na rezykę w strasz­
nej biedzie przyszła do dobrego zdrowia. Józef na drzewo i statki
pozycył od Michała sto złotych, które zaoscędził z zarobków. Stełmachostwo było możliwe zara po wojnie, teraz stało się niewystarcające nawet na wyżywienie a nie na komorne, Józef postanowił jako
na swojem za wsią w jałowcach jako pastwisku budować sam taką
izbę z desek że łóżko zajmowało pół tej izby. Ja i Franciszek przydłużyliśmy tę izbę tyle co o kuchni, lepiąc z gliny i gałązek. Michał
zacął nudzić, Józwa oddaj sto złotych bo mi potrzeba na ubranie,
buty i machorkę. Ja ci nie zapieram, widzis sam i na mnie tylko
te łachy co na karku i to dziurawe, koła się nie trafiają robić, innych
zarobków sam wiesz ze niema: i z tej zgryzoty i nudzenia dostał
widać rozstroju nerwów Michał i już dwa lata chodzi obłąkany
i oberwany, przecie to chłop 26 lat, wstyd na całą rodzinę. Mozę kto
pomyśli ze to nerwowe, ja tu odpowiem, ze chociaż by kto miał nerwy
jak postronki mocne, to w naszych warunkach życia by mu się por­
wały i jako dług są te rodzinne daniny, które się tak wrażliwie pro­
centują. Budynki mamy stare już próchniaste te po ojcu, w izbic
mieszkamy w sześcioro wraz z matką, Franka z dorosłą już córką
ma izdebkę zrobioną z komory, chlewek przy sieni, Józef z dwojma
dzieci mięska w tej swojej izdebce w jałowcach, stodoła z jednym
sąsiekiem i obora pod jednym dachem, mamy dwie krowy i kiep­
skiego konia, jedno prosię i kilka kur. Główne żywienie to kartofle,
piece się i chleb, chociaż na ważniejsze święta, jest trochę i warzywa,
jako okrasa dla wszystkich to mleko z którego i masło się sprzedaje
co parę tygodni kilo. Len tu się niechce rodzić, ubrania to i swoj­
skiego niema z cego robić, a sklepnego niema za co kupić, tak się
dodziera nawet to od święta na codzień, z dwojga podartych spodni
robi się jedne, z obuwiem gorzej, buty podarte a w jednem ubraniu
cy obuwiu nie możemy chodzić, bośmy nierównego wzrostu, a słodzi
się to życie na wsi kradzieżą, zastępami drogi i rozbój stwem. Przycyna tego jest niechcenie biedować, rozpusta i brak zarobku i nie­
odpowiedzialność majątkowa. Taki wyrostek jak posiedzi w wię­
zieniu, to się staje jakby ojcem, tylko nie żywi dzieci, a jego żywią
takie wyrodki. Musę opowiedzić o swoich bólach i ostatniem przed­
nówku i zarobku. W tą tęgą zimę zaczół mi straśnie dokuczać w ko­
lanach reumatyzm stawowy i doktór mi przeznaczył lekarstwo ze­

308

Województwo Lubelskie

wnętrzne i wewnętrzne i w wełnę kazał okręcać kolana, żeby ciepło
było i nawet prędko wyzdrowiałem, ale niedługo zara w lato ból się
powrócił i znów dokucał, piniędzy niema na doktora, wełny tak samo,
pomyślałem sobie jest jedyny prawie nowy kożuch, trzeba go wziąść
do stodoły i na noc w ten kożuch nogi okręcać i nawet ból się widać
kożucha bojał i ustępował i tu złodzieje się dopatrzyły i w biały
dzień ten ostatni kożuch ukradły. W domu krzyk pocoś wyniósł
kożuch do stodoły, pomyślałem sobie ja wiem poco i odtąd postara­
łem się trzymać psa. W tern ostatni przednówek po nasieniu, k ar­
tofli nic nie zostało, zboża ani ziarna już dawno niema, zarobku
niema, pożycyć ani grosa ani prosa nie można, matka krzycą zatrać
psa bo sami nie mamy co jeść, kury z głodu zdychają. Na te słowa
zabrałem się na wieś, bo obiecałem przyjść drzewek szczepić, to
może i na psa się kto trafi i sprzedałem tego psa za dwa złote, tak
że jak minie przednówek to go odkupię, biedny psisko uciekał cęsto
i z radości skakał, to się kładł pod nogami, aby go więcej nie dawać.
Przednówek już minął, a tu dwa złote niema żeby go wykupić nazad,
bo pies w dzisiejszych czasach jest bardzo potrzebny. W ten przed­
nówek to już nam wszystkim groziła głodna śmierć, żeby nie Jasiek
po stryju, który za niewielką spłatę miał kupione trochę żyta. Mówi­
my, — Jasiek pożyć nam tego z trochę żyta, a ja nikomu nie pożycę, bo to cały mój majątek, ja je sprzedam jak zdrożeje, no to i my
ci oddamy po najdrożsej cenie, pożyć, i te półtora korca żyta pożyconego sprzedaliśmy i kupili kartofli i o tych kartoflach przeżyliśmy
ten przednówek. Zarobek tego przednówka — przed same żniwa
przychodzi do mnie z Wólki jeden gospodarz nawet to sołtys i mówi
słyszałem, że ty mógłbyś zrobić piwnicę, ja buduję izbę i pod sienią
chciałem zrobić małą piwnickę, toć ja przecie nie mularz, ale tu we
wsi już parę robiłem i jakoś się nie rozwalają, no to przychodź, ale
jak tu iść, niemam młota ani drążka żelaznego, to pożyć od kogo
i zara przychodź, w południe było coprawda gorąco, ale ledwo zadźwigałem ten młot i drążek, patrzę kamienie niełupane, jak tu siły niema
po kartoflach i zacynam, na drugi dzień gospodarz chory widać od
dźwigania, ja sam nic nie zrobię trzeba kogoś nająć, za trzy dni dokońcyliśmy, ja chcę dwa złote dziennie, a mnie już dawno chcieli
zrobić za półtora złotego i pieniędzy musis trochę zacekać. We żniwa
jeden dzień u dwuch gospodarzy za dopołudnie to dopiero tera na ten
papier otrzymałem złoty a za popołudnie dostałem zara paczkę m a­
chorki, a przecież pamiętam jak miałem lat jedenaście, to w folwarku
od zbierania kamieni na koniczynie zarobiłem piętnaście kopiejek,

Pamiętniki chłopów

309

to mówią że wtencas było trzy paczki machorki, a dziś mam 32 lata
i na trzy paczki machorki nie mogę zarobić. Niektóre zamożne chłopy
ubiegają się za posadami cy urzędowaniem a to w charakterze uboc­
znego zarobku i najchętniejby rozporządzać jaką pensyjką. A biedniejsym tłumacą ze trudno, czasy się mienią, jak trzeba to trzeba i za
łyżkę jedzenia pracować, to nie do przełknięcia, przecie człowiek to
nie pies, że mu się da zryć i on za to w rodzonem futrze i zimę i lato
Tdoso podwórza pilnuje. Wspomnę i zabawy, choć nie umiem tańco­
wać. 15 sierpnia w Stoczku bywa odpust i tu w Zgórnicy młodzież
urządża zabawę w pierwsym od szosy podwórzu. Zesłego roku idę
z odpustu i tyle znajomych patrzy się na tą zabawę, skręciłem i ze
znajomemi się patrzę na tę zabawę. A tu podchodzi do mnie jakiś
nieznany z kijem i buch mnie z całej siły przez ucho, zemglony prze­
wróciłem się i zagłusony ledwie wstałem i patrzę znajome widać
z żalu odwrócili się odemnie, jakby nie widzą bo byli bezsilni prze­
ciw zgrai. Później się domyślałem, że to dopłata do kożucha, latoś
w ten sam odpust zabawa poszła daleko naprzód, bo ubawiono 18-toletniego chłopca 27 nożami, tak że mógł sobie własnemi ocami obej­
rzeć swoje wnętrzności, drugi dostał jeden nóż aż do płuc i to się
dzieje w biały dzień. Jakem był mały to mi takie sydermki doku *
czały że z nich to można litanję ułożyć, a teraz śtraśnie nienawidzę
słuchać o tern kryzysie, mojem zdaniem kryzys jest to ostatni wy­
nalazek nadrozumu ludzkiego a spowodowany przez tą zmorę pie­
niężną i ten nadrozum ludzki zadużo sobie wynagradza i od zachodu
rozwiał się ten kryzys prawie po całym świecie i to aż wstyd wspom­
nieć, że fundamentem sama biedota i ci co pragną chleba dzisiej­
szego i taki fundament niedługo nie wytrzyma tego pięknego kry­
zysu. Do takiego życia i warunków jak niektórzy mamy na wsi koniecnie jest potrzebna wojna i zdobycie Syberji i tam wysłać nie tych
:za karę, a tych co dla nich byłoby za wielką nagrodę, a zbrodniarzy
nie sadzać do więzienia, bo to ich jeszcze gorszy, może kto będzie
czytał i nazwie to moje żądanie za odwrotne. I dlatego muszę kilka
przysłowi spomnąć mądrych ludzi, które też odwrotnie wychodzą.
Przed wojną mówił pan w folwarku przy obrzucaniu kamieni na
ńuże kopy, za te kamienie przyjdzie czas że będziemy wino pić, a tu
kamienie teraz wywieziono szarwarkiem i nawet wody nie pito, i że
po dobrych drogach bogactwo przyjdzie, a tii widać zmyłka i puscona
bieda i mówiono ze na wsi ludzie są zdrowsi, bo mają powietrze zdro­
we, wiemy że ryba żyje w wodzie, ale nie wodą tak samo i człowiek,
że żyje w powietrzu chyba nie powietrzem. Mówiono i to, że od

310

Województwo Lubelskie

wszów więcej wojska zginęło jak od kul, to możliwe, ale wszy spo­
wodowała wojna, tego to nie mówię, ze kto umarł z głodu i ze się
chodzi nago, boby było kłamstwem, bo choć z buta widać dziurę, to
nie nogę tylko onucę, a ze głód i chłód dużo działa to prawda.
Wam, którzy chcecie się zaznajomić z biedą na wsi i być jej
przyjacielem zycę serdecnie abyście się nie stali bezsilnemi i może
z żalu nie odwracali ode wsi, jak te moje znajome na tej tu zabawie.
Nie dla nagrody, nie dla ciekawości tylko wedle mojego bólu,,
który jak o czem bardzo myślę gorzej mi dokucza, proszę choć o je ­
dno słowo odpowiedzieć, czy ten list doszedł tamoj.
Dn. 19 października 1933 r.

Pamiętnik Nr. 23

K o w a l n a g o sp o d a r stw ie m ał o r o l n e m w p o w . p u ł a w s k im

Ciernie

i

osty

na

drodze

mojego

życia

Korzystając z tego, że jeszcze znaleźli się ludzie, którzy zainte­
resowali się życiem ludu pracującego, małorolnych i bezrolnych
w Polsce, ja jako małorolny i rękodzielnik kowal na wsi, postanowi­
łem nakreślić koleje i w arunki mego życia tak, jak wymaga tego
rzeczywistość, starając się nic nie przesadzić i nie pominąć, gdyż
pragnę tylko zdać dokładny rachunek z tego, co przeżyłem i przeży­
wam obecnie.
Trudno mi będzie opracować dobrze ź tego względu, że niestety
na szkolnej ławce nie siedziałem dnia ni godziny, jestem samoukiem.
Zanim przejdę do opisu teraźniejszego mego życia, zatrzymam się
nieco na swej przeszłości poczynając od dzieciństwa, aby wyjaśnić
dlaczego tu a nie gdzieindziej zamieszkałem, i w takich a nie innych
warunkach żyję, i jakie przyczyny i okoliczności ku temu się złożyły.
Urodziłem się we wsi Karczmiska, pow. Puławskiego woj. Lub.
z matki Antoniny i ojca W awrzeńca S., dnia 19 marca 1894 r. jako
siódmy i ostatni syn. Mając lat niespełna cztery matka mi zmarła*
później wychowywała mnie macocha. Gdy byłem w wieku szkolnym
latem pasałem bydło, zimą jeden ze starszych braci uczył mnie czy­
tać na elementarzu i trocha pisać, tyle że mogłem się jako tako pod­
pisać i tyle było mej nauki. Gdy mając lat 15 zaduży byłem już do
pasania bydła, oddano mnie do kowala, żebym uczył się rzemiosła
i już później do domu nie wróciłem, a pracowałem u różnych kowali
w małych miasteczkach aż do wybuchu wielkiej wojny. Miałem
wówczas lat 20, i zaraz w styczniu 1915 r. zostałem wzięty do wojska

312

Województwo Lubelskie

rosyjskiego i wywieziony aż za Wołgę do miasta Samary. Powró­
ciłem z Rosji trzeciego maja 1922 r. ojca zastałem jeszcze przy ży­
ciu ale już niedołężnego.
Osiemnastomorgowa gospodarka wyniszczona długą wojną
i opuszczona, gdyż nie miał kto pracować i dojrzeć najemników, bo
trzech starszych braci prócz mnie było na wojnie, jeden w Ameryce,
a jeden zmarł pozostawiając żonę i drobne dzieci, najstarszy zaś
oddzielnie na swej małej gospodarce.
Z inwentarza żywego było tylko dwie krów, jeden koń, dwoje
świń i parę sztuk kur. Wyniszczony wygłodzony półtoramiesięczną
podróżą z dalekiego Kaukazu, nie znalazłem ulgi w domu rodzinnym.
Okazałem się zupełnie zbytecznym i nie czekając długo, postanowiłem
za wszelką cenę szukać w Polsce pracy. Nie mając pieniędzy na po­
dróż napisałem list do brata w Ameryce prosząc go o pomoc i on mi
przysłał dwadzieścia dolarów, których część obróciłem na kupno
ubrania, a za resztę ruszyłem w drogę. Byłem w paru miastach, jak
Lublin, Łódź, Skierniewice, Warszawa. W Warszawie zatrzymałem
się parę dni, gdyż chciałem koniecznie uzyskać pracę w warsztatach
protezo-ortopedycznych, ponieważ w Rosji w takich warsztatach
w mieście Piatigorsku na Kaukazie pracowałem cztery lat, jako ślusarz-ortopedysta i posiadam dobre świadectwo. Lecz odmówiono mi
oświadczając, iż przyjm ują wyłącznie inwalidów wojennych. Los nie
dopisał mi w Polsce, straciwszy resztę pieniędzy przygnębiony wró­
ciłem do rodzinnej wsi.
Tu dopiero jesienią 1922 roku trafił mi się wspólnik kowal i po­
stawiliśmy kuźnię. Ja wszystkie pieniądze na to musiałem wypoży­
czyć i tak wspólnie zaczęliśmy pracować. Trzy miesiące później
t. j. w lutym 1923 roku ożeniłem się z córką miejscowego dziewięciomorgowego gospodarza i w ten sposób osiedliłem się w rodzinnej
wsi.
Po śmierci mego ojca w roku 1925 otrzymałem z podziału swoją
siódmą część gruntu, która wynosi dwie i pół morgi ornego, 35 prętów
lasu, siódmą część morgi nieużytku i siódmą część morgi kwaśnej
łąki. Te dwa i pół morgi mam w pięciu odległych kawałkach, przyczem najdalej odległe są około dwóch kilometrów, a żonie ojciec
udzielił około jednej morgi w dwóch kawałkach, więc mam w siedmiu
oddzielnych kawałkach tę odrobinę ziemi. Na takim to kawałku
ziemi i wspólnej kuźni zacząłem swój dorobek w strasznie ciężkich
warunkach. Jeszcze jednego długu nie oddałem, który zaciągnąłem
na budowę kuźni i na niezbędne rozchody w związku z mojem ożeń-

Pamiętniki chłopów

313

Idem, a już musiałem zaciągnąć nowy dług, bo z początkiem roku
1926 spólnik mój zażądał spłaty ze swej połowy kuźni w wysokości
300 zł. I nie było innego wyjścia musiałem pożyczać gdzie tylko mo­
głem i ile się dało, aby zebrać te 300 zł.
Gdy spłaciłem spólnika z kuźni mój stan zadłużenia pod koniec
roku 1926 wynosił, jak następuje: starego długu 150 zł., na spłatę
kuźni 300 zł., na leczenie dwuletniego synka z angielskiej choroby
120 zł., na kupno krowy 100 zł., za żelazo w sklepie 60 zł., za towary
w sklepie bławatnym 45 zł., razem 775 zł. Procenty od tej sumy
wówczas płaciłem różne i różnym ludziom i tak P. 6 zł. od sta na
miesiąc, M. 8 zł., S. 8 zł., P. 6 zł., P. 7 zł., w sklepie żelaznym A. 4 zł.,
w sklepie bławatnym L. 4 zł., wszystkie wymienione wyżej procenty
należy rozumieć od sta w stosunku miesięcznym. O ile rok 1926 był
dla mnie rokiem bez mała tragicznym, o tyle rok 1927 przyniósł mi
duże ulgi w zadłużeniu, a to z tego powodu, że miałem stałą pracę
w kuźni, ceny produktów rolnych stały na wysokim poziomie, na
wsi było dużo pieniędzy, więc rolnik nabywał różne towary, narzę­
dzia, maszyny, dużo budowano, słowem był ruch, każdy kto chciał
pracować miał zarobek i ja pracowałem ile mi tylko sił starczało po
16 i 18 godzin na dobę niedojadając, gdyż wszystko co zarobiłem szło
na pokrycie procentów i długów, tak, że nieraz w dni upalne z wy­
cieńczenia dostawałem zawrotu głowy.
Przy takim to wysiłku i odmówieniu sobie nieraz najpotrzebniej­
szych rzeczy zarówno w odżywianiu się jak i odzieniu, zdołałem
w przeciągu roku spłacić większą połowę długu.
A teraz przejdę do obecnego stanu mego życia. Rodzina moja
składa się z pięciu osób, ja, żona, i troje dzieci. Najstarszy syn ma
na ukończeniu lat dziesięć, uczy się w IV oddziale szkoły powszech­
nej, drugi syn ma lat osiem, uczy się w II oddziale szkoły powszech­
nej i córeczka ma pięć lat. Mieszkam narazie w zabudowaniach te­
ścia, gdyż on mieszka w domu swej żony. Dom mieszkalny to stara
jednoizbowa chałupina bez podłogi o małych dwóch oknach, obora
i stodoła też nie w lepszym stanie.
Co roku muszę poprawiać, łatać, zatykać strzechę, aby się nie
lało w czasie deszczu, większego remontu nie robię, po pierwsze, że
nie mam na to gotówki, a po drugie jeszcze nie wiem czyje będą te
budynki, a to ze względu na to, że żona moja jest najstarsza ze swej
rodziny, jeszcze prócz żony pięcioro młodszych należy do tych zabu­
dowań, a najmłodsze liczy dopiero pięć lat, i nie mam innego wyj­
ścia, o budowie nowego domu i mowy być nie może w dzisiejszych

314

Województwo Lubelskie

czasach. Ja swoje trochę drzewa, które mi się dostało z rozbioru
starych budynków po ojcu złożyłem na kupę i leży bezużytecznie już,
trzy lata. Mieszkanie jak wspomniałem wyżej mam jednoizbowe,
razem kuchnia, jadalnia i sypialnia. Na umeblowanie składają się
następujące przedmioty: szafa kuchenna, mała szafa na ubranie i bie­
liznę, jeden stolik, dwa łóżek zwykłych pod słomę, dwie ławy i cztery
krzesełek. Śpimy na jednem łóżku troje, na drugiem dwoje. Ubranie
dla całej rodziny nie wyłączając biebzny wszystko muszę kupić, gdyż,
zamało mam ziemi, abym mógł siać len i konopie. Obuwie też kupuję..
Zarówno ubranie, jak i obuwie wykorzystuje się do ostatnich granic,,
stosując jaknajwiększą oszczędność, a to przez łatanie w ydartych
dziur do ostatniej możliwości, łatając nieraz tę samą przedartą łatę,,
drugą i trzecią łatą. Mnie np. muszą wystarczyć do roboty jedne
spodnie dwa lata, kurtka zaś trzy a czasem i cztery lat, a jedno ubra­
nie odświętne służyło mi akurat dziesięć lat. Ilość ubrania i obucia
musi wystarczyć nam tylko niezbędna t. j. jedno ubranie do pracy
i jedno skromne od święta, a dzieci i tego nie m ają a muszą obywać:
się o jednym. Latem jak tylko słońce ziemię nieco ogrzeje żona
i dzieci chodzą boso do późnej jesieni.
Z inwentarza mam tylko jedną krowę z młodem cielęciem, jedną?
świnię i czternaście kur, więcej nie mogę wyżywić na swym kaw ałku
ziemi, a jeżelibym chciał utrzymać dwie krów i więcej świni, to już.
muszę dokupywać paszy.
Ta m oja gospodarka poza wyżywieniem rodziny nie daje mi
żadnego dochodu, a to dlatego że niemam własnego konia, a utrzym a­
nie konia na takim małym kawałku ziemi to też nie opłaca się, b a
paszę dla niego trzeba kupić. Ja na swym kawałku ziemi mogę
wykarmić i sprzedać w roku tylko jedno prosię do wagi najwyżej:
150 kg. i to jest tylko jedyny dochód roczny i po obliczeniu kosztów
najmu za cały rok obrobienia koniem w polu i wszystkie inne z tern?
związane roboty, oraz podatki i opał to nic mi się nie zostaje. Opał
muszę kupować, bo w swojem kawałku lasu niewiele mam do wycię­
cia, a chciałbym pozostawić cośkolwiek i dla dzieci. Wszystka ta
robota codzienna związana z prowadzeniem gospodarstwa, które wy­
konywa żona i ja odbywa się zadarmo. Jedyne źródło mego docho­
du, które jeszcze całkowicie nie zamarło, to moje rzemiosło.
W ubiegłych latach kiedy jeszcze rolnictwo nie leżało w gruzach,,
ja w kuźni miałem stałą robotę i z tego źródła spłacałem długi i pro­
centy, z tego źródła czerpałem na pokrycie, wszystkich potrzeb domo­
wych, jak odzienie, obucie, sól, naftę, słoninę, mydło, i t. d., lecz:

Pamiętniki chłopów

315

później w miarę tego, jak spadały ceny na produkty rolne, tak samo
stopniowo zmniejszała się robota w moim warsztacie.
Jeszcze w roku 1932 trzy dni do czterech w tygodniu miałem
robotę w kuźni, a w roku bieżącym po obliczeniu dni pracy w po­
szczególnych miesiącach wypada mi tylko dwa dni w tygodniu z za­
robkiem dziennym po odliczeniu kosztu żelaza, koksu, zużycie na­
rzędzi, najmu pomocnika oraz podatków z kuźni, wynosi mi niecałe
dwa złote, tak, że za cały rok otrzymam tylko około dwieście złotych
dochodu. Oto cały i jedyny mój dochód roczny na utrzymanie ro­
dziny.
Dzisiaj rolnicy idą dó kowala tylko w ostateczności, lemiesze
nakuwają sami na kamieniu i ostrzą pilnikiem, koła wiążą drutem,
stawiają sami t. zw. ślepe sprychy i tak samo wiele innych rzeczy
i narzędzi łatają sami, jak mogą, nie wspominając już o nowych.
Gdy ja zarabiałem więcej, to i u mnie ludzie zarobili, bo jeżeli pra­
cowałem w kuźni a jednocześnie była jakaś robota w gospodarstwie,
to najmowałem, a teraz i sam nie mam roboty, a podatki coraz to
większe. Nafta zdrożała 10 gr. na litrze, opał też, towary bławatne,
obuwie i wiele innych rzeczy bez których obejść się nie można, a dłu­
gu jeszcze dawnego mam za żelazo u A. w Opolu 70 zł. na 2%
miesięcznie i w Kasie Stefczyka 50 zł.
Ten dług za żelazo pozostał mi jeszcze z tych czasów kiedy mia­
łem dużo długu, brałem żelazo i wystawiałem weksle i za wyrobione
narzędzia brałem gotówkę i spłacałem te długi od których płaciłem
największy procent, myślałem, że czas niedługo się poprawi to oddam
i resztę, a tu coraz gorzej, jak żyć dalej? Pomimo tego, że żyję
skromnie, papierosów nie palę, wódki nie piję, gdyż na zdrowiu mi
szkodzi, w karty nie gram, to cała wieś może poświadczyć, bo wszy­
scy mnie znają i nie mogę związać końca z końcem.
Główne produkty, któremi odżywiam się z rodziną i których
nie kupuję, a wystarcza mi z mego kawałka ziemi są to, ziemniaki,
chleb, kapusta i kasza jęczmienna. Z pośród wymienionych na pierw­
szym planie stoją ziemniaki, gdyż spożywamy ich najwięcej, dwa
razy dziennie i z tego powodu utarło się powszechnie na wsi przy­
słowie, że na śniadanie je się kartofle z barszczem, a na obiad barszcz
z kartoflami (aluzja do powszechnego odżywiania się ziemniakami
na w si); gryki i prosa nie mam gdzie siać, a jeżelibym wsiał to żyta
na chleb będzie zamało. Z codziennych potraw, któremi się żywimy
są takie. Na śniadanie ziemniaki oczyszczone z łupin ugotowane
i podane na cało z barszczem, który gotuje się w ten sposób, trocha

316

Województwo Lubelskie

kapusty z kwasem, dolewa się wody, żeby nie było bardzo kisłe i go­
tuje, później 2—3 łyżek mąki pytlowej rozbija się z 1—2 szklanki
mleka, wlane do gotującego się kwasu, razem zagotowane i barszcz
gotowy. Na obiad to zależy co jest do gotowania, czasem kapusta
i kasza jeżeli jest, kapustę gotuje się tylko w tym wypadku jeżeli
można pozwolić sobie na kupno słoniny, w przeciwnym zaś razie
zastępuje się mlekiem. Na kolację rzadko kiedy się coś gotuje, naj­
częściej spożywamy resztę co z obiadu pozostało, a jeżeli gotuje to
najczęściej ziemniaki. Jeżeli niema za co kupić kaszy, zastępuje się
ziemniakami. Główną rolę w naszem odżywianiu odgrywa mleko.
Gdy przed wycieleniem krowa daje coraz mniej mleka, to częściowo
w gotowaniu dolewa się wody, a gdy już krowa nie doi, to jeżeli
można dostać u sąsiadów wypożycza się po jednym litrze codziennie
aż do wycielenia, a później oddaje się tymże sposobem, innego wyj­
ścia niema przy jednej krowie. W ostatnich czasach z braku gotówki
zaczynam zmniejszać spożycie własnego mleka aby go sprzedać na
inne niezbędne potrzeby. Słoninę w tym czasie tylko kupuję, jeżeli
na nią zarobię i mleka swego niema, w najlepszym razie pół kilogra­
ma na tydzień musi wystarczyć.
Mięso i masło to tylko na święta Wielkanocne bywa gościem
w mojem domu jako że to tradycja taka. Kur, kogutów i jaj nie
jadam y nigdy, gdyż trzeba sprzedać na sól, naftę, zapałki i t. d. Je­
żeli czasy się nie poprawią to i spożycie produktów własnych będę
zmuszony ograniczyć, by je można było sprzedać i uzyskać gotówkę.
Ach, jeszcze o cukrze zapomniałem, to też gość świąteczny w moim
domu, dwa razy w roku na Boże Narodzenie i Wielkanoc. I ten to
zbawienny cukier stał się już niedostępny dla mnie, moje dzieci nędz­
ne blade, już podskakują do góry z radości, że święta się zbliżają, że
w te święta będzie herbata i kawa z cukrem. Z bólem serca i zaciśniętemi zębami patrzę na te obłudne reklamy „Cukier krzepi”.
Pracą dzielimy się z żoną po sile możności, ja gdy nie mam pracy
w kuźni, krzątam się koło gospodarstwa czy to w domu czy w polu,
żona jak zwykle na wsi kobieta stale ma co robić, gotuje, sprząta,
karm i inwentarz, pierze, zmywa, dogląda dzieci i t. p. roboty domowe,
a latem i krowę pasie w polu.
W olny czas od wszelkiego zajęcia jak niedzielę i święta poświę­
cam na czytanie gazet lub książek, oczywiście nie swoich lecz wypo­
życzonych. Na kupno książek czy gazet nie pozwala mi już mój
dochód. W poprzednich lepszych latach prenumerowałem tygodnik.
W długie wieczory zimowe już nie czytam, bo nafta jest za droga.

Pamiętniki chłopów

317

Gazety wypożyczam gdzie mogę, najczęściej od księdza lub nauczy­
cieli, książki zaś w bibljotece Koła Młodzieży Wiejskiej. Lateńi
w niedzielę i święta, gdy wyręczam żonę w pasieniu krowy, też muszę
mieć jakąś gazetę, bez czytania ja obejść się nie mogę, tak jak palacz
bez papierosa. Zaangażowałem się do czytania jeszcze z młodych
lat.
W pracy społecznej biorę udział jako członek Rady Nadzorczej
i Komisji Rewizyjnej Stowarzyszenia Spożywców „Swojak”. Rów­
nież przez sześć lat byłem członkiem Rady Nadzorczej i Komisji
Rewizyjnej miejscowej Kasy Stefczyka. Stan zdrowia w mej rodzi­
nie jest nieszczególny. Ja przeszedłszy ciężkie choroby będąc w Ro­
sji w czasie głodu, jak tyfus plamisty, żółtaczkę, zapalenie w ątroby
zapalenie płuc, ogólnie jestem wyniszczony fizycznie i mam marny
wygląd.
Żona za wyjątkiem drobnych niedomagań naogół zdrowa, nato­
miast dzieci są blade i chude. Starszy syn chorował na angielkę i dwu­
krotnie na zapalenie płuc. Młodszy chorował raz na zapalenie płuc
i zacina się w mowie, jedynie córeczka jeszcze nie chorowała nam
poważnie. W czasie choroby nie korzystam z żadnej pomocy lekar­
skiej, jedyny ratunek w tym wypadku to własna gotówka, jeżeli jej
nie mam to zdaję się na łaskę losu. W czasach przedwojennych ja
nie miałem jeszcze własnego w arsztatu pracy, ale pracując u różnych
ludzi, obserwowałem i pamiętam dobrze jakie życie prowadzili wów­
czas zarówno małorolni jak i bezrolni i w porównaniu ze stanem
dzisiejszym tych samych ludzi, będzie tak odmienny jak dzień od
nocy. Na podstawie tych właśnie obserwacji i doświadczeń mogę
śmiało i stanowczo stwierdzić, że przed wojną lepsze życie prowadził
zupełnie bezrolny i nie mający żadnego fachu zwykły wyrobnik niż
ja dzisiaj i więcej zarabiał w stosunku do ówczesnych potrzeb życia,
niż ja dzisiaj w stosunku do dzisiejszych potrzeb życia.
Może który z szanownych czytelników powie, a jakże u licha
dzisiaj żyje ten bezrolny i małorolny nie mający żadnego fachu? Na
to pytanie zaraz odpowiem.
Przedewszystkiem jeżeli ja ze swą rodziną spożywam posiłek
jeszcze trzy razy dziennie, to tam raz a najwyżej dwa razy dziennie,
jeżeli jeszcze moje dzieci nie m ają wydzielone ile m ają zjeść czarnego
chleba dziennie, to tam m ają wydzielone. Tam o ile posiadają krowę
pełnego mleka nie jadają, lecz trzy części wody, a czwarta mleka,
w najlepszym razie do połowy. Ze słoniną nie jedzą, nafty nie ku­
pują, soli rzadko kiedy, obucie jedna para na całą rodzinę, a ubranie

318

Województwo Lubelskie

jakie z samych łat po kilkanaście na kupę zeszyte. Dla przykładu
nie trzeba mi daleko szukać, mam blisko takich sąsiadów, jeden
z nich ma rodzinę z sześciu osób, ma dwie morgi ziemi, już z reszty
swego żyta chleba upiekł, ziemniaków może mu wystarczy do wio­
sny, nafty nie kupuje, zapałek też, spać kładzie się razem z kurami,
ogień przenosi w saganku od sąsiadów aby rozpalić sobie raz na
dźień do gotowania.
Oto częściowy obraz nędzy jaka się stopniowo szerzy na wsi
polskiej. Jeżeliby kto z szanownych czytelników wątpił o rzeczywi­
stości moich słów, niech idzie na wieś, wniknie w to życie wiejskie,
niech przyjrzy się zbbska, wtajemniczy w to tętno życia biedoty wiej­
skiej, niech wyczuje ciężary i potrzeby tych ludzi, niech wyczuje
ducha patrjotyzm u czy rozgoryczenia i przekona się jak żyje, czem
się odżywia olbrzymia większość ludności wiejskiej. Ja osobiście
radbym widzieć takich ludzi na wsi i przyjąłbym ich solą i chlebem
w swej chacie, bo uważam, że przyniosłoby to pożytek, nietylko wsi,
ule i całemu krajowi.
Przyczyn do wytworzenia obecnego stanu na wsi, a w tern i mego
biedowania i trosk było wiele, a mianowicie: 1) katastrofalny spadek
<;en na produkty rolne, a w szczególności zwierzęce, 2) stałe podwyż­
szanie i wynajdywanie coraz to nowych podatków przez rząd, 3) nie­
zmiernie wysokie ceny na towary przemysłowe i monopolowe, 4) za­
niechanie przez rząd parcelacji pomiędzy małorolnych i bezrolnych
na długoletnie spłaty majątków państwowych i prywatnych, 5) brak
zdrowego i długoterminowego kredytu.
Jeżeli te rzeczy nie będą wkrótce zrozumiane i zrównoważone
przez czynniki miarodajne, to w przyszłości mil jony ludu wiejskiego
włoży torby dziadowskie. Wieś ubożeje, ludzi przybywa, a ziemi
nie, i jakież ja mogę mieć widoki na przyszłość, jeżeli z dniem każ­
dym ubożeję nie mając własnego dachu nad głową i czy w takich
w arunkach będę go mógł zbudować? A czem będą moje dzieci, jaki
im dam kawałek chleba, czy dam im wykształcenie, jeżeli koszta
w gimnazjum wynoszą podobno przeszło tysiąc złotych rocznie, czy
może obsadzę ich na gospodarstwie rolnem, toć przecie aż po jednej
mordze im się dostanie, a ja nie mam żadnych widoków na powięk­
szenie swego gospodarstwa przez dokupienie jakiegoś kawałka ziemi
i tern samem powiększyć spadek swym dzieciom.
I cóż to będą za gospodarstwa jednomorgowe, jakie może być
życie na takiem gospodarstwie, jeżeli ja nie mogę żyć tak jak czło­
wiek przeciętny powinien żyć.

Pamiętniki chłopów

319

I w obliczu tych oto pytań i zadań stoję bezradny pomimo naj­
lepszych chęci do pracy i oszczędności dla swego pokolenia, krew się
w żyłach ścina i rozpacz bierze na samą myśl, że moje dzieci jeszcze
gorszy los czeka odemnie. Na jakich obywateli Państwa wyrosną
i jakiemi będą obrońcami Ojczyzny, gdy w tej Ojczyźnie ja ojciec nie
mam sposobu pomimo gorącego' pragnienia im dać należytego ka­
wałka chleba i sam nie mam najmniejszego zabezpieczenia na swoją
starość.
Mojem gorącem pragnieniem jest jeszcze doczekać zwrócenia
uwagi całego społeczeństwa na wieś polską, i komu leży na sercu
dobro Ojczyzny, niech się przyczyni do unormowania stosunków
życiowych w Polsce, dopokąd nie będzie zapóźno, gdyż Państwo wten­
czas tylko będzie zdrowe i silne, gdy będzie zdrowy i silny cały
naród.
I tylko dobrobyt całego Narodu, a nie jednostki wzbogaci cały
kraj.
Listopad 1933 r.

Pamiętnik Nr. 24

C ie ś la w i o s k o w y , o s t a t n i o g o ­
sp o d a rz na c zte rn a sto -h e k ta ­
r o w y m g o s p o d a r s tw ie w p ow »
h r u b ie s z o w s k im

Zaczynam początek z przed sześćdziesięciu laty. Będąc jeszcze
małym dzieckiem, jak ojciec opowiadał, że dziadek mój przywędro­
wał z Prus. Powodem wędrówki mojego dziadka było prześladowa­
nie przez prusaków, za własne przekonania, względem co do pol­
skości. W ędrując w stronę wschodnią, przeprawiając się przez kraj
zaborczo-niemiecki, aż dotarł do granicy rosyjsko-niemieckiej, tu
szczęśliwie przedostał się na stronę zaboru rosyjskiego (część Pol­
ski). Po przedostaniu się do zaboru rosyjskiego zapragnął nabyć
choć kawałek ziemi. Z wielką to trudnością mu szło, aż nareście
osiedlił się na ziemi lubelskiej w miejscowości Kiełczewice. Bardzo
inu się ta okolica spodobała. Była to dolina bardzo piękna, ziemia
żyzna przy rzece Bystrzyca. Ciężka była praca i trudne życie, bo
miał liczną rodzinę. Dopiero mój ojciec dorobił się dwunastomorgowego gospodarstwa, ale niestety! Z przed sześćdziesięciu laty lu­
dzie nie mieli praktyki, jak tej ziemi uprawiać, aby choć starczyło im
do wyżywienia tak licznej rodziny, jaką posiadał również mój ojciec.
Moje rodzeństwo składało się z czterech braci i jednej siostry razem
ze mną było nas sześcioro, ja jako najmłodszy, to i najgorzej mi się
powodziło. Od wczesnej młodości, zaczęły się dla mnie dni smutku
i zmartwienia, bo ojciec nie mogąc wyżywić nas, a o okryciu nie
było mowy. Miałem może lat 15, jako młody chłopiec, chciałem,
gdzie wyjść ale w czym? Jedna tylko długa koszula i więcej nic.
O Boże! Zdawało mi się, że ja będę mógł żyć, ale jakieś dobre mnie
natchnienie owiało, że jakoś tó musi być, tyle ludzi żyje to i ja będę
żył. Było to podczas późnej jesieni, zbierali się chłopcy i dziewczę­
ta, starsi odemnie, na „bandos”, a mnie zaczęła myśl ta w głowie
świtać, że może i mnieby przyjęli, jestem duży, to możeby się co

Pamiętniki chłopów

321

zarobiło na przyodziewek, bo aż wstyd gdzie wyjść w tej koszuli,
ale jak i w czem pójść na zarobek, kiedy nie mam ni spancera, ani
spodni, poprosić starszych braci, to nie dadzą, a tylko wyśmieją. Nie
namyślając się długo, wziąłem pokryjomu spodnie i kaftan, ubrałem
się i dalejże razem iść na bandos do dworu. Przyłączyłem się do
bandosów, ale co to było śmiechu ze mnie, że taki kopacz, to będzie
kopał za dwóch, ale ja nie zważałem na to tylko z tą myślą żyłem,
jakby to zarobić na ten spancer i spodnie a i butyby się zdały bo
zima się przybliżała. Powędrowałem z niemi. Przybyliśmy do dwo­
ru jako bandosy, zaraz nas wzięto do pracy, ale jakto we dworze,
dozorca, który nad nami dozorował, zemścił na czem świat stoi nie
dając nam wytchnienia, pędząc jak bydlęta, bo dobry gospodarz to
i nad zwierzętami się lituje. Pracowaliśmy jeden dzień, na drugi
dzień zaczęła się niepogoda, ale pracowaliśmy do wieczora. Wieczór
powróciliśmy do dworu, zmoczeni i zziębnięci, ani gdzie się wysu­
szyć, ani co spożyć bo we dworze nie dawano nic gotowanego, a wy­
dawano trochę krup jęczmiennych i kartofli i tym razem przyniósł
nam parobek dworski trochę krup i kartofli, rzucił to nam jak bydłu,
a my ani gdzie ugotować, ani surowe jeść. Dopiero ze starszych,
z pośród nas, wzięli się do urządzenia kolacji. Napalili ogień i za­
częli warzyć krupy jęczmienne na pół rozdarte, a my młodsi opieka­
liśmy kartofle, taka to była nasza kolacja. Nie mogłem dłużej praco­
wać w takich warunkach i poprosiłem dziedzica, ażeby mi wypłacił,
to jeszcze mnie zwymyślał, że nie powinienem wcale zaczynać, jeżeli
zamało mam wytrzymałości, ale tak prosiłem, że wzruszyło go to
i wypłacił mi. Teraz nie wiedziałem co kupić, a raczej co będę miał
za te pieniądze, na spancer było zamało, a na spodnie za dużo. Po­
wróciłem z tą myślą aż do domu, martwiąc się, co mam uczynić.
Dopiero ojciec widząc mnie takim smutnym, zaczął wypytywać o po­
wód mego smutku, więc zacząłem ojcu opowiadać co jest powodem
mego utrapienia. Ojciec wysłuchał mnie, wziął pod swą uwagę,
pomyślał nad tern trochę i powiada: „Daj to co masz, to ja resztę
jakoś tu zrobię i kupię ci to coś zamyślał”. Ucieszyło mię to bardzo,
że się pozbyłem zmartwienia. Oddałem ojcu to com zarobił i cze­
kam, a tu upływa jeden tydzień, drugi i trzeci, ojciec nie kupuje.
Zaczynam się znowu martwić, ale ojcu nie spominam, nie chcąc
narazić się na gniew ojca. Aż na czwarty tydzień ojciec wystarał się
więcej pieniędzy i sprawił mi te upragnione spodnie i spancer. Co
za radość dla mnie była. Pierwszy raz mieć spodnie i spancer swój
własny. Tak to już zdobyłem spodnie i spancer, ale jakby to dobrze
21. Pamiętniki chłopów.

322

Województwo Lubelskie

było, żeby jeszcze buty, ale cóż niestety! Ojcu nie śmiałem mówić bo
ojciec sam wiedział, że nie mam butów, ale nie kupował bo trza
było starsze rodzeństwo wpierw okryć bo oni więcej krzątali się koło
gospodarstwa, a ja jako najmłodszy mniej się przydawałem do ro­
boty, to i musiałem się obyć bez butów. Ale jednak nie mogłem
sobie tego wybić z głowy i raz myśl zrodzona nie dawała mi spo­
koju o tych butach. Zarobić nie było gdzie, do tego jeszcze byłem
za młody, żeby aż na buty zarobić, a tu szybko zima się zbliżała. Nie
mając żadnego wyjścia, ani tak ani owak, aż nareście przypadkiem
znalazłem na strychu stare cholewy, już niezdatne do podszycia. Do­
brze, że znalazłem, ale jak ich wziąć, kiedy ojciec wie o nich. Myśla­
łem, myślałem długo nad tern, ale nic nie wymyślałem, tylko najlepszy
sposób to ojca poprosić, ale jak odmówi, to ostatnia nadzieja się
rozwieje. Aż nareście postanowiłem jedno z dwóch, uzbroiłem się
w odwagę i z bijącem sercem zacząłem prosić ojca, żeby mi ich dał
na trepy. Ojciec spojrzał na mnie, że mnie ciarki przeszły, potem
zmarszczył brwi i nic nie mówiąc, wziął obejrzał ich i powiedział:
„Masz te cholewy, ale jak zepsujesz to swoją skórą nie wykwitujesz,
bo widzisz tak, te cholewy miały być podszyte dla ciebie, ale że mi
jest teraz ciężko, to odłożyłem na drugą zimę, ale żeś się uparł bar­
dzo i chcesz z nich zrobić sobie trepy, to masz, tylko pamiętaj co
ci powiedziałem”. Ucałowałem ojca ręce i zapewniłem go że nie zepsu­
ję, jeżeli odważyłem się go prosić. Ojciec nic nie mówiąc pokiwał tylko
głową i szybko odwrócił się odemnie aby nie dać poznać po sobie,
iż mu jest przykro, że nie może resztę mego pragnienia spełnić, ale
nie uszło to mojej uwagi, bo spostrzegłem w oczach ojca łzy. Zdwo­
iłem swą cierpliwość na tyle iżby ojcu nie robić przykrości. Mając
cholewy postarałem się kawałek osiki na podeszwy, brat starszy po­
starał mi się drutu, a ja sam zabrałem się do zrobienia pierwszych
butów bez cholew bo cholewy musiały być przyszwami. Jak umia­
łem tak zrobiłem, że ojciec mi nic nie powiedział, a nawet dość
przyjaźnie na mnie popatrzył. Przyszły pierwsze przymrozki to już
się nie martwiłem, bo pokonałem zdawało mi się wszystkie trudno­
ści, które mi tyle zmartwienia czyniły, a tylko czekałem jaknajprędzej przyjdą duże mrozy i rzeka zamarznie. Przyszły mrozy, śnieg
upadł, zaczęła się zima na dobre, że nawet i moje buty były kiepskie
na tę zimę. W zimie nie miałem żadnego "zajęcia, jak na mój wiek.
bo starsze rodzeństwo zamało miało co do roboty przy gospodarce.
W tym czasie ja wybiegałem na ślizgawkę, wożąc się sankami w to­
warzystwie swych kolegów Staśka, Józka i Ignacego, a że moje za-

Pamiętniki chłopów

323

bardzo częste były wycieczki i do tego widząc ojciec mnie nieraz, że
się ślizgam trochę w trepach, a więcej boso, bo śnieg w takie obucie
to nietrudno, żeby się nie dostał, wziął mnie wyłajał, że musiałem
przyrzec poprawę ale nie nadługo. Pewnego razu ojciec pojechał do
miasta, ja korzystając z nieobecności ojca, wymknąłem się z domu
i dalejże harce wyprawiać ze swemi kolegami, ale przy pożegnaniu,
widząc moi koledzy, że odrazu stałem się smutny, dalejże pytać mnie:
„,Idrus czego tak posmutniałeś”. Opowiedziałem im powody smutku
iż nie będę mógł razem się z niemi bawić, a oni w ręce klasnęli i mó­
wią że: „Możesz ojcu powiedzieć, że będziesz chodził do Stanisława
uczyć się czytać i pisać tak jak i my chodzimy, to się znajdzie
okazja i na ślizgawkę”. Ach! Jaka dobra rada. Zastanowiłem się
nad tą radą i radość mnie ogarnęła, że będę uczył się i będzie spo­
sobność poślizgać się trochę. Zaraz jak ojciec powrócił z miasta
z nieśmiałością opowiedziałem jemu, że chcę chodzić do Stanisława
uczyć się czytać i pisać. Niebardzo uwierzył w moje dobre chęci
do nauki, ale na moją prośbę, ojciec zgodził się pod warunkiem, że
dotrzymam co obiecuje, mówiąc: „Słuchaj Idrus, chcę spełnić twą
wolę, ale jeżeli ty mnie okłamiesz i nie nauczysz się czytać, to z tobą
będzie źle, chodź do tego Stanisława”. Przyśliśmy do Stanisława,
ten co dopiero zaczął lekcję z mojemi koleżkami, ale zobaczył ojca.
zwrócił się uprzejmie, żeby zaczekać aż skończy. Kiedy żeśmy weszli
do domu Stanisława, jakiś lęk mnie ogarnął, że zaczęłem żałować
swojego postępku, bo na pierwsze spojrzenie, kiedy spojrzałem na
Stanisława przeszedł po mnie dreszcz. Był to mężczyzna wysokiego
wzrostu o ciemno-blond włosach, oczy miał niebieskie, ale przeni­
kliwe, że nie będzie można kłamać, a wydawał się dość sympatycznej
a poważnej twarzy, ale jednak coś od niego wiało, że mnie dreszcz
przechodził. Po skończeniu lekcji, Stanisław z ojcem zgodził się
mnie nauczyć czytać i pisać, za wynagrodzeniem jakie zażądał. Ojciec
¿godził się na to i z tern pożegnaliśmy go. Na drugi dzień już sam
poszedłem do nauki i przybyli moi koledzy. Jaka była nasza uciecha,
że wszystko dobrze się złożyło, ale jak trudno zaczęła się nauka. Nie
miałem nadziei, że się nauczę czytać, bo jakoś mi w głowę nie chciało
leźć. Uzbrajałem się w wielką cierpliwość aby pokonać pierwsze
trudności i nie narobić ojcu przykrości. Tak się starałem, że po
pewnym czasie zacząłem potrosze czytać. Przechodziłem przez zimę
i nauczyłem się jako tako czytać i pisać, ale pisać niewiele. Po
wykwitowaniu Stanisława za naukę zaczęły się dni, tygodnie i mie­
siące, a nawet i lata monotonji. Z każdym rokiem przeżywałem

324

Województwo Lubelskie

wiele trudności, chodząc i zarobkując, aby ulżyć ojcu. Tak mi upły­
nęło pięć lat ód pierwszych i początkowych trudnościach. Dwadzie­
ścia lat dobiegało mi, zastanawiałem się co dalej robić, aby móc jako
tako żyć, ale jak przysłowie mówi: „I Salomon z próżnego nie na­
lał”. Co począć? Co robić? Aby móc żyć i nie dać się biedzie.
Zacząłem chodzić z cieślą budować pobudynki. Bardzo się wziąłem d a
pracy tej z zamiłowaniem, powoli stopniowo nauczyłem się ciesielki
i budować, choć ńiewyśmienicie, ale zawdy umiałem choćby dla
samego siebie w przyszłości.
W tym czasie, wiosnową to porą, budowałem przy majstrze je­
szcze obory we dworze i poznałem dziewczynę Zosię, która również,
pracowała we dworze przy murarzach. Bardzo mi przypadła do gu­
stu. Była urodna, pracowita i charakter jej mi się podobał. Przy
pierwszym poznaniu zaszła we mnie zmiana bardzo wielka, już ro­
bota mi nie szła wład, całkim błądziłem myślą sam nie wiedziałem
za czem. Czas dłuższy tak trwało. Po tern bliższym się zżyciu z nią
odprowadzałem ją do domu, aż razu pewnego w połowie maja, już
tego nie pamiętam, w noc księżycową, bardzo uroczą, nastąpiło for­
malne wyznanie miłości z mojej strony, ona narazie się wahała ale;,
na moje naleganie wyznała, że i ona mnie kocha. Ach! Zdawało mi
się, że wszystko szczęście razem z dobrobytem zdobyłem. W dalszym
ciągu, przy spotkaniach naszych, radziliśmy i zastanawiabśmy jak
życie sobie urządzim po ślubie, ale jak każda kobieta nie zdaje sobie
sprawy z potrzeb życiowych tak i ona, że jakoś tam będzie, rodzice,
jej ją lubią to zostanie przy nich a bracia ożenią się z domu, tak ja
za głosem jej szedłem ufając, że wszystko na dobre wyjdzie. Kiedy
ojciec mój dowiedział się o tern, to jak grum z pogodnego nieba
spadł na mnie. Wcale nie dał sobie narzec, żebym ja się z nią
żenił. Nie chodziło jemu tyle że z nią, jak nienawidział jej rodzi­
ców za sobkostwo, nienadające się do ludzi społeczno życzliwych, ale
ja na tyle się uparłem, że w niedługim czasie pojąłem ją za żonę.
Ojciec zagniewany na mnie tak był, że nic mi nie dopomógł, a ja
musiałem zaraz z miejsca iść do jej rodziców za popychają. W po­
czątkach mi było jako tako, ale coraz dalej to niedowytrzymania.
Widząc to ojciec mój, chociaż już był na łożb śmiertelnym, przy­
wołał mię do siebie i powiedział: „Synu widzisz kto ojca nie słucha
ten na dziady może wyjść, żebyś był mnie słuchał, tobyś dziś inaczej
stał, ale żeś źle postąpił i wbrew mojej woh poszedł, teraz cierp*
bo ja ci już nie pomogę jak widzisz, tylko naznaczam tobie spłatę
z ojcowizny, tak ojcowizna miała być dla ciebie, tymczasym ciebie

Pamiętniki chłopów

325

będą spłacać”. Żal mi się zrobiło, przeprosiłem ojca za mój wy­
stępek i pożegnałem się, przyjmując błogosławieństwo i ojca wolę
z pokorą. Po paru dniach ojciec zmarł i pochowano go ze czcią,
jako dzieci. Po śmierci ojca dopiero zrozumiałem, że zostałem sam,
choć żonaty, nie mogłem liczyć na braci ani na rodziców jej, zdany
byłem na łaskę i niełaskę żywiołów. U jej rodziców zaczęło się
prawdziwe piekło. Byli to ludzie skąpi, a do tego kusili żonę, żeby
nie żyła razem ze mną. Tak do tego doszło, że mi wymówiono
mieszkanie i jeść nie dano. Przyszły chwile gorzkiego żalu, musia­
łem się tułać po ludzkich kątach sam i szukać u ludzi chleba. W dnie
powszednie, gdzie pracowałem, tam się żywiłem, ale przyszła nie7
dzieła lub święto wlokłem się do żony, a żona bała się dać mi jeść
boby jej rodzice oczy wydarli. Czasem, jak jej się udało kawałek
chleba wziąć i dać i to musiałem pokryjomu zjeść. O Boże! same
łzy się wyciskały na taką dolę. Po pewnym czasie zarobkowania
mego miałem trochę własnych pieniędzy i kupiłem sobie małe cie­
lątko, aby móc wcześniej dochować krowy. Kupiłem ale nie miałem
gdzie trzymać, więc byłem zmuszony przyprowadzić do jej rodziców.
Rodzice jej przyjęli z wielką ochotą. Tak przecierpiałem przez pół­
tora roku. Po tym czasie przyszedł na mnie czas poborowy i w tym
czasie przyszedł na świat pierwszy syn, rodzice jej zawsze mówili:
„Widzisz, już was troje jest i krowę chcecie mieć, ale on jako ojciec
nie stara się nic, będziem widzieli czy on będzie się starał o chleb
ja k o dzieci”. Znowuż usłyszałem słowa pociechy i otuchy, a tu
wojsko mnie czeka, nie wiedziałem co począć, aż nareszcie szczęśli­
wym trafem bo po komisji byłem przyjęty, tylko przy ciągnieniu
losów wyciągnąłem duży los i tym sposobem nie poszedłem służyć
do wojska. Przyszedłem z powrotem, rodzice jej co mieli być za­
dowoleni że nie będę służył, to wręcz przeciwnie, chcieli mnie się
pozbyć. Znosiłem swary i obelgi ze strony jej rodziców, aby choć
cokolwiek się dorobić i tak przebiedowałem drugie półtora roku.
W tym czasie, a raczej przez te trzy lata, po większej części chodzi­
łem sam budować i w ten sposób zaoszczędziłem sobie przeszło 100
rubli. Czas szybko mija, zacząłem obmyślać, jakby tu pójść na
swoje. Poprosiłem braci o spłatę i ci w niedługim czasie mi spłacili,
ale z jej rodzicami sprawa stała się trudniejsza, ani co dać na wiano,
ani z niemi wytrzymać. Musiałem zrezygnować z żony posągu
i nie liczyć na ich pomoc. Pozbierałem grosze jakie zaoszczędziłem
i poszedłem szukać choć z kawałek ziemi, gdzie poszedłem wszędzie
dla mnie była za droga, aż nareszcie zwróciłem się na zachód, o cztery

326

Województwo Lubelskie

wiorsty od jej ojcowizny i tu znalazłem kolon ję. W tej kolonji ko­
lonista nie mógł dłużej wytrzymać na tym kawałku ziemi i chciał
sprzedać. Ja, choć mi brak jest i na te parę morgi pieniędzy, a do
tego niezbyt dobra ziemia i kawał nieużytku, nie zważałem byle się
jako zgodzić. Pytam się ile żąda za morgę, to on mi podał cenę po
150 rubli, ucha! Robie obliczenie: sześć morgi po 150 rubli, wypadnie
mi zapłacić 900 rubli, a ja mam niecałe 500 rubli. Po mojem rachunku,
niewarta ta ziemia bo w sześciu morgach przypadało: jedna morga
zagajniku, jedna pastwiska (przym iarka) i więcej jak pół morgi nie­
użytku. Po obliczeniu powiedziałem mu, że więcej nie dam jak
po 100 rubli. W yśmiał mnie, powiada: „Taki młody chłystek chce
kupować ziemię, a gdzie masz pieniądze, czyś przyszedł ze mnie za­
drwić”. Powiadam drwić nie miałem w myśli tego, a że więcej nie
dam, bo i tego niewart. W duchu pomyślałem, żebym jeno miał na
tyle pieniędzy to z pewnościąbym nałożył ale i na to mi niestarczało.
Pomyślał trochę, znać było że robi obrachunek i powiada: „Sprzedam
ale na tych warunkach, że pobudynki i pół zbioru zabieram”. Nie
miałem innego wyjścia, jak się zgodzić. Po zgodzeniu dałem zada­
tek, zrobiliśmy jaką taką umowę i dalejże do teścia prosić o dopomożenie mi. Teść jak to teść: „Co ci dam, kiedy nie mam co dać,
a zresztą rób sobie co chcesz”. Taka była pomoc teścia. Udałem
się do ludzi po pomoc, ale nikt nie chciał pożyczyć bo nie ufali
mi i nie mieli na czem patrzyć, aż znalazłem szczerego przyjaciela,
który mi pożyczył co miał gotówki. Tym szczerym przyjacielem był
Antoni Głąb, poczciwy, pracowity nigdy nikomu nieodmawiający
pomocy choć sam niewiele posiadał bo czteromorgowe gospodar­
stwo. Po wypożyczeniu u Antoniego 80 rubli, podążyłem do sprze­
dającego, ażeby jechać do rejenta, ale on dowiedział się że wszyst­
kich pieniędzy nie posiadam, nie chciał słyszeć o rejencie. Nie wie­
działem co począć, ale jeszcze spróbowałem prosić, że w niedługim
czasie oddam mu. Jakoś namyślał się i przerejentował mi. Zostałem
dłużny jemu 100 rubli, ale pół biedy bo już miałem przerejentowane.
Zaraz zabrałem żonę, a dzieciak został przy teściach, chcia­
łem zabrać krowę, która wyrosła z mego cielątka, ale teść nie dał
bo to na jego chlebie się uchowała, a dał mi jałówkę od niej i tern
musiałem zadowohć się. Przyszedłem na swój kawałek ziemi, nie
było gdzie głowy schronić. Postarałem się o komorne i załatwiłem
jak mogłem z pierwszemi potrzebami niezbędnemi na początek go­
spodarki, zabrałem się do zarobku aby jako dług oddać. Żona wzięła
na siebie obowiązek ponad siły bo chciała robić za mnie i za siebie,

Pamiętniki chłopów

327

abym ja u ludzi mógł co zarobić. Zarobić, ale czy wystarczy na to
co potrzeba, a dług pierwszy jak wszystko. Biedowaliśmy krwawo
przez cały rok zanim oddaliśmy dług za ziemię i nie mieliśmy nawet
krowy bo jałowice, z której uchowałem na krowę, musiałem sprze­
dać byle tylko dłużnika odspokoić. Na nowo było trza siły szyko­
wać, o posnym kartoflu bo chleb w międzyczasie był rzadkością.
Żona zaczęła starać się, aby coś wyhodować na krowę, ja zarabiałem
na jakiego byle szkapinę, a wóz, pług, brony? W początkach nie
mając konia ani narzędzi rolniczych, prosiłem sąsiada by mi obrabiał,
a ja jemu odrabiałem. Sąsiad był poczciwy człowiek, znał biedę i ni­
gdy niczego nie odmówił. W trzecim roku dopiero dorobiłem się na
szkapinę i wóz stary, a jeszcze pług, brony, to niezbędne w gospo­
darce, cóż kiedy trzeba było powoli i cierpliwie dorabiać się. Mnie
jako tako poszło, ale żonie to się nie wiodło. Nasadziła kacząt,
bardzo ładnie chowały się, przyszedł tchórz wydusił co do jednej,
co to było rozpaczy ale już to się nie wróciło. Próbowała drugi raz
hodować kurczęta, to lepiej się jej udały, szybko rosły. Miała na­
dzieję, iż początek będzie na krowę. Sprzedała kurczęta, trochę ja
dołożyłem z zarobkowych pieniędzy i kupiliśmy dwoje prosiąt. Otu­
cha zaczęła w nas wstępować bo bardzo ładnie się hodowały i była
nadzieja, iż w niedalekiej przyszłości dojdziemy do krowy, a tu jak
na złość wkradła się choroba i zaczęły chorować, narobiły nam nie­
mało zmartwienia, ale trudno, może odejdzie. Po pewnym czasie
jedno zdechło, niezadługo drugie. Jakiż to był zawód, jakaż to roz­
pacz była dla żony i mnie niechęć ogarnęła, że bliscy byliśmy do
zdobycia krowy, a tu wszystkie nasze zamiary w niwecz się obró­
ciły. Trudno, powiedziałem, musimy jakoś jeszcze się obywać bez
krowy, ale żona już zrezygnowała ze wszystkiego powiada: „Bez
krowy tobyśmy się mogli jakiś czas obyć, ale bez mleka to dłużej
nie mogę cierpieć, bo mała Franusia czem będzie żyć”. Chodziło
przeważnie o małą Franusię, bo w międzyczasie powiększyła nam
rodzinę, choć syn W aluś został przy rodzicach żony, ale jednak
trza było mleka. Nie mogła sobie darować tego zawodu, z płaczem po­
szła do rodziców prosić o krowę, jakoś teściowi było nijak, że tak biedujemy, dał jej krowę. Kiepska to była krowa, maleńka i mało mleka
dawała, ale z uciechą przyprowadziła zadowolona, że złe na dobre
wyszło. Od tego czasu polepszyło nam się trochę, dorobiłem się na
cały inwentarz żywy i martwy, jeszcze jakby tylko jaką budę zlepić,
bo komorne też nadojadło, to po całej biedzie i na swoich śmieciach
lepiej się człowiek czuje. Rok jeszcze musieliśmy być w komorneiii

328

Województwo Lubelskie

zanim pobudowałem kawałek dachu. Wybudowałem jeden pobudynek i pod jednym dachem wszystko urządziłem, aby dłużej niebyć
w komornem. Trzy lata zeszło zanim wprowadziliśmy się do wła­
snego kąta. Żona powiada: „Chwała Bogu, inaczej będę czuć się,
niż w komornem. W komornem ileż ja musiałam słuchać od gospo­
dyni domu, że życie sobie obrzydziłam”. Dorabialiśmy się już na
własnym śmieciu, oddając ratę i podatki. Po pewnym czasie doku­
piliśmy jeszcze jedną morgę, choć zrobiliśmy kilkadziesiąt rubli
długu, ale nie martwiliśmy się bo zaczęło nam się dobrze wszystko
wieść, że ludzie nam zazdrościli, a na żonę mówili, że kury pasie
marglem, bo dość dobrze się niosły. Wszystko do czasu. W siód­
mym roku naszego gospodarowania zaczęły się upadki, najpierw
klacz mi zdechła, potem świnie i tak się powtarzało, że znów do­
szliśmy do skrajnej nędzy. Więc nie mieliśmy innego wyjścia, a do
tego żona nie chciała dłużej być w tym miejscu. Przebiedowąliśmy
do końca siódmego roku i w tym czasie na pociechę powiła żona syna,
choć bieda, ale sprawiłem maleńkie chrzciny, bo dobrzy sąsiedzi
warci byli aby ich ugościć za pomoc i na odchodne, Ochrzcili mi
dzieciaka Jankiem, to już nas jest cała familja. Na chrzcinach chrze^
sny Janka Wojciech L., choć nałogowy pijak, ale człowiek
szczodry, nieraz w biedzie nas poratował, tak nas rozweselił, że lżej
nam się zrobiło. Zaczęli nas żałować, że sprzedajemy, ale postano­
wiłem sprzedać i sprzedałem. Pieniądze rozpożyczyłem, żona
z dziećmi poszła do rodziców, a ja na zarobki powędrowałem.
W międzyczasie mych zarobków szukałem kupna ziemi i tak zeszło
do roku czasu. Po roku mej tułaczki znalazłem w tej samej kolonji
12 morgi, w tym 8 morgi ornej ziemi, 2 morgi pastwiska i 2 morgi
zagajniku, za sumę 1800 rubli.
Bardzo mi się spodobało, bo przy trakcie między Lublinem, a
Kraśnikiem, do kościoła po szosie, ale cóż kiedy mnie nie stać było.
Niezważając, że mało pieniędzy posiadam, bo z wielką trudnością
mogłem 1000 rubli zgromadzić, a tu brak 800 rubli. Po namyśle
przystąpiłem do kupna. Kupiłem to przy wielkich trudach, resztę
pieniędzy co mi było brak, wypożyczyłem u pewnej pani, mieszka­
jącej w Lublinie, na tych warunkach, że procent będę płacił 8 rubli
rocznie od sta, a te pieniądze upewniła sobie hipotecznie. Na wszyst­
ko zgodziłem się bo jennego wyjścia nie miałem. Po załatwieniu się
z temi sprawami żonę zabrałem z powrotem i dwoje dzieci młod­
szych. Trzeba było najpierw wynająć mieszkanie bo gdzie mieszkać.
Znowuż z komornem trza było być do jakiego czasu, bo ziemię kupi­

Pamiętniki chłopów

329

łem, na której nie było nic jeszcze budowane. Zaczęliśmy na nowo
dorobek, dawni sąsiedzi pomogli mi obsiać ziemię bo nie miałem
konia, dopiero trza było zarobić na niego. Stopniowo przy wielkich
trudach doszliśmy do konia i lichej krowy, trza było pomyśleć o bu­
dowie, kupiłem starą stodołę z brusów i zaczęłem budować dom
z pomocą Antoniego. Pobudowałem dom, było to późną jesienią,
choć murów nie było i nąszczęt niewykończony, wprowadziłem się
cierpiąc przez parę tygodni niedogodność, a dzieci drżały z zimna.
Pomaleńku powykańczałem, że choć stopniowo się mi ulżyło. Na­
reszcie pokonałem większe trudności. Zimową porą zarabiałem ko­
niem częściowo, częściowo koło gospodarki krzątałem się, a wieczo­
rami czytywałem „Dzieje Polski” i różne książki* jak: „Krzyżacy”,
„ Ogniem i Mieczem”, „Potop” i „Pan Wołodyjowski” i t. d., ale
nigdzie nie. doczytałem się o chłopie polskim, jak w owe czasy życie
pędził, tylko panowie szlachta i pachołkowie wszędzie byli i wszyst­
ko robili, zdawałoby się, że sam ród szlachecki był w owe czasy.
Odbiegłem od swego opowiadania, jak dalej się dorabialiśmy.
Po paru latach naszego dorobku, na tej drugiej gospodarce, mieliś­
my różnie. W początkach wiodło nam się niezgorzej, to i jak niebądź doprowadziliśmy do ładu. Pobudynki jakie potrzebne mi były
pobudowałem, konia, dwie krowy i parę prosiąt, a również jaki niebądź inwentarz martwy, dość, że w porządku. Raty, podatki i dług
zaciągnięty na hipotekę, z tern było gorzej, trza było skąpić w jedze­
niu, w okryciu, aby móc wszystkie potrzeby wyłacwić. Trochę ¿ za­
robków, trochę z gospodarki i tern odspokajaliśmy potrzeby, ale go­
rzej nastąpiło, kiedy zaczęły się upadki, to dopiero żyć się nie chcia­
ło. Żadne zabawy, wesela lub chrzciny nie obchodziły, choć ludzie
zapraszali. Pewnego razu byliśmy zaproszeni na wesele, a mieliśmy
ostatnią krowę chorą, poszliśmy choć trochę zapomnąć o zmartwie­
niu. Niedługim czasem przylata córka Frania, że krowa zdycha, lecim co sił, może jeszcze da się uratować, przylecieliśmy ale już zapóźno, krowa już nie żyła; co to było płaczu, lamentu, że i sam nie
wiedziałem co począć bo ostatnia krowa zmarnowała się. Nie mia­
łem innego wyjścia, trza było pożyczyć pieniędzy. Pożyczyłem 100
rubli i kupiłem dwie odrazu, mając nadzieję, że w niedługim czasie
oddam bo miałem maciorę z prosiętami, wieprzka którego karmiłem
i na tern się zawiodłem, bo zaczęły najpierw chorować prosięta, póź­
niej i maciora, nic nie pomagały żadne leki, wyzdychały prpsięta,
zdechła i maciora, tak to już oddałem. Został nam tylko wieprz, do­
brze się karmił, myśleliśmy, że choć z połowę tych pieniędzy odda­

330

Województwo Lubelskie

my, ale niestety inaczej się zrobiło, ,bo zachorował, ale nie tak strasz­
nie, myśleliśmy, że może mu odejdzie, w tym czasie poszliśmy do
sąsiada na chrzciny i przychodzimy do domu z powrotem, żona co
prędzej poszła zobaczyć czy żyje, a wieprz już zimny. Cała nadzieja
w niwecz się rozwiała, a w Bogu została. Dłużnik nie dawał mi spo­
koju, choć był to pokrewny i nie trza mu było, tylko bał się, że mu
przepadnie. W ysyłał wciąż małych bliźniaków na drogę, aby krzy­
czały: „Złodzieju oddaj pieniądze”. Zniecierpliwiło mnie to i wsy­
pałem im, to przyszły w nocy i wyłamały mi wszystkie brzezinki,
któremi obsadziłem pagórek stromy nad stromykiem, na nim nie
chciała nawet traw a rość.
Z tym wywoływaniem nie mogłem dłużej wytrzymać, musiałem
jedną krowę sprzedać i dopożyczyć, aby tylko oddać. Oddałem pie­
niądze z procentem, ale już pomiędzy nami wkradła się nienawiść
do nieprzejednania, a tu naraz jeszcze pogłębiła się, bo po pewnym
czasie ukradli klacz memu wierzycielowi, a wierzyciel nazwiskiem
Nagajek Wawrzeniec odrazu rzucił podejrzenia na mnie, iż ja ukrad­
łem albo wydałem, nie namyślał się wcale, poszedł do strażników,
aby mnie aresztowano za kradzież. Strażnicy przyjechali do m nie
prosto bez żadnej ceremonji zabrali mnie do aresztu bijąc, popycha­
jąc: „Tyś skradł łoszagu, polskaja morda”. Ja Bogu ducha winny,
nawet nie wiedziałem o kradzieży, przeczyłem temu i odwoływałem
się, że świadkami udowodnię. Przetrzymali tak mnie przez parę do­
by i puścili. Nie mogłem przeżyć tego oszczerstwa, które na m nie
rzucili, powołałem się na przysięgę kościelną. Nie chcieli, ale siłą
zaciągnąłem do kościoła. W kościele przysiągłem, że nie ukradłem,
a nawet nie wiedziałem o kradzieży do chwili aresztowania mnie,
dopiero pozamykali sobie usta. W życiu każden człowiek ma przyjacieli, ale więcej jeszcze wrogów, tak i ja ich miałem, bo zazdrościli
mi, że tak prędko dorabiałem się, ale nie wchodzili w moje położe­
nie, w jakich warunkach żyłem ja i moja rodzina, jak musiałem
pracować w domu i u ludzi, aby móc te powinności odpłacić i to p a
tych upadkach nie mogłem prędko się wydźwignąć. Dopiero przed
wojną światową na parę lat, dopiero mi się polepszyło, a w tym
zawdzięczam memu szczerymu przyjacielowi Antoniemu, który
w pierwszych początkach poratował pożyczką i tym razem, bo poje­
chał do Ameryki, zarabiając dobrze, a że był szczery to napisał d a
mnie czy mi nie potrzebno pieniędzy, ja z wielką ochotą, czymu nie,
jeno go uprzedziłem z tern, że nie wiem, jak w krótkim czasie będę
mógł mu oddać, bo teraz mi jest ciężko. Nie zważał na to com jemu

Pamiętniki chłopów

331

pisał tylko przysłał mi 400 rubli. Do tych wypożyczonych usperlałem
kilkadziesiąt rubli i oddałem tej pani połowę tego długu i już mi
lżej się zrobiło, bo nie tyle musiałem płacić procentu. Przed samą
wojną, zacząłem więcej poświęcać czasu w gospodarce. Założyłem
sad w nizinie więcej wychylonej w stronę południową, przy samej
szosie, szosa o wysokim nasypie chroniła od wiatrów wschodnich^
tak że ze trzech stron sprzyjały warunki do rozwoju sadu, do tego
dałem ochronny płot wysoki i przy wielkiem staraniu, a przy tro­
skliwej opiece, bardzo szybko rósł, ku mej wielkiej radości, lecz nie
ze wszystkiego można skorzystać na co się liczy, bo przyszła wojna,
w roku 1914 i zaraz w początkach wojny zniszczony został sad
i ogrodzenie co do szczętu. W 1914 roku, jak jeno wybuchła wojna
ludzie nie mieli żadnego pojęcia co to znaczy wojna, tak i ja mało
się rozumiałem na wojnie bo jak nadciągała linja bojowa, to ja wy­
słałem żonę z czworgiem dzieci do rodziców jej, a sam ze starszym
synem zostałem przy gospodarce. Przedstawiłem sobie, że w okolicy
takiej, jąka była wioska rodzinna żony, będzie bezpieczna bo odda­
lona daleko od szosy, w nizinie niezbyt dostępnej. Po ustąpieniu
wojsk rosyjskich, a po przybyciu wojsk austrjackich, zatrzymali się
z linją bojową o^dwa kilometry naprzód i bój trwał w jednem miej­
scu przez dwa tygodnie, w tym czasie ja z synem gospodarowaliśmy
— nie tylko ja, ale wszyscy, bo nikt nigdzie nie wyjeżdżał i nie przed­
stawiałem sobie, że to wojna, bo wojska austrjackie, to prawie sami
byli polacy, a do tego kwaterowało u mnie paru oficerów i pułkow­
nik polak, bardzo człowiek uczciwy. Po tygodniu mojej tułaczki
przy gospodarce i pomiędzy austryjakami, tak się zżyłem z niemi, iż
mi nic się nie przedstawiało, że to wojska okupacyjne, jeno polskie,
o których nieraz tyle czytałem, tak byłem zasugestjonowany tern, że
pewnego pięknego poranku zapragnąłem zobaczyć żonę i dzieci.
W ybrałem się o wschodzie słońca, droga nie była traktowa, niezbyt
daleka, ale i niebliska bo 4 kilometry. Zacząłem iść najpierw przez
pola, nie zdając sobie z tego żadnych złych następstw. Zbliżałem się
powoli do lasu, którego nie było więcej na szerokość jak jeden kilo­
metr. W tym wyjechał z lasu austryjacki patrol i woła: Alt, alt!
Stanąłem jak wryty, dopiero mi przyszło na myśl, że może być coś
źle, bo to wojna. Podjechał do mnie i zapytał po polsku: „Kto ty
jesteś, gdzie ty idziesz? Ty Rus spieun”. Nie widziałem jak mam się
wytłomaczyć, zanim przyszedłem do przytomności, ale na nic były
moje tłomaczenia, zapewnienia, nie dał wiary, w to, tylko powiada:
„Ty Rus, ty spieun, będziesz się tłomaczył o tam !” Wskazał ręką na

332

Województwo Lubelskie

las. Zdrygnąłem się na tę myśl, że może mnie wprowadzi w las i za­
strzeli, ale trudna rada, kazał mi iść najpierw, a on na koniu za mną.
Szliśmy przez czas dłuższy wzdłuż lasu, aż wyszliśmy na polanę oto­
czoną ze trzech stron lasem, zmierzając w kąt polany zachodńiopołudniowej. Z niecierpliwością zapytałem — jak daleko mamy je­
szcze iść, on wskazał na dolinę, gdzie żeśmy zmierzaliśmy mówiąc:
„Tam mamy dojść, dó sztabu”. W miarę zbliżania się oczom poka­
zało się wielkie obozowisko. Przygnał mnie tak do sztabu, coś poszwargotał do oficera po niemiecku, a ten wskazał na dowódcę, któ­
rzy siedzieli przy stobku grając w karty i popijając rum. Postawił
mnie tak przed oblicze głównodowodzących, którzy mnie setkiem
zapytań zasypywali skąd i dokąd idę, poco szedłem, czy nie znam
wojennego stanu. Wszystko to spisał i powiada: „Wszystko to się
sprawdzi, ale jeżeli nawet małem chybnięciem skłamałeś, to cię czeka
kula w łeb”. Kazał mnie skuć i odprowadzić do taboru. Ten sam
przyprowadził do taboru, o jakie 5 kilometrów od sztabu, w trakcie
mej podróży trzymał broling w ręku i powiedział: „Jeżeli będziesz
chciał uciekać, to odrazu kula w łeb”. Nic nie odpowiedziałem bo
i cóż miałem mu mówić, kiedy takiego zamiaru nie miałem, poddając
się pod wyroki niebios. Po przyprowadzeniu mnie do taboru, wzięło
mnie dwóch żandarmów pod swą opiekę, w tym czasie zebrało się
wokoło mnie taborytów, łajdaków, z pod ciemnej gwiazdy. Zaczęli
jeden przez drugiego, mówiąc: Rus spieun, zabić, rozstrzelać, powie­
sić, rozerwać Rusa spieuna”. Tak do nieprzesłuchania, że aż mnie
ogarnęła wielka przykrość, że nie zasłużyłem na to, a muszę znosić te
obelgi. Widząc to żandarmi, że zadużo już tego, wzięli i porozpędzah,
mówiąc: „Nie wasza w tym to głowa, będą tu starsi wiedzieć co
zrobić”. Podziękowałem im za wspaniałomyślność, oni zaczęli wy­
pytywać jakim sposobem dostałem się aż do nich. Opowiedziałem
im szczegółowo powód i całe zajście, oni tylko pokiwali głowami, że
trochę jest źle. Zbliżało się ku południowi, skwar upału sierpniowego
słońca dokuczał mi nieznośnie, w ręce powpijały mi się kajdany, że
się zbierało do płaczu. Nie mogąc dłużej wytrzymać, poprosiłem,
ażeby mi pofolgowali trochę kajdan, usłuchał mojej prośby żandarm
i pofolgował tak dostatecznie, że mógłbym z łatwością zdjąć, ale nie
robiłem tego. Żandarm ten był to bardzo uczciwy polak, na południe
przyniósł mi obiad, tak, że polepszyło mi się. A w tym czasie insi
jeździli i sprawdzali, czy właściwie będzie się zgadzać moje zeznanie
ze sprawdzeniem. Zebrali dowody co do mojej osobistości i powodu
podróży, przyszykowywali papiery do rozprawy sądowej. Zaczęły

Pamiętniki chłopów

33S

krążyć wokoło mnie wieści, że czeka mnie sąd połowy bo po zbadaniu
wynika, iż niejasno się zgadzają zeznania moje ze sprawdzeniem.
Kiedy jeden żandarm pojechał żonę wybadać, a drugi do miejsca
mego zamieszkania, gdzie się powoływałem na świadka pułkownika,
który u mnie w mieszkaniu kwaterował od pierwszych dni przyby­
cia, to pierwszy żandarm zebrał dowody więcej zgadzające się z mojem zeznaniem, choć żona zeznawała przestraszona tym zajściem
i niejasno zrozumiale tłomaczyła, to drugi całkiem zebrał dowody
beznadziejnej nadziei powrotu do swoich, a nawet i życia. Drugi
żandarm, kiedy pojechał do miejscowości mego zamieszkania, to już
nie zastał mego syna, który miał dopiero 14 lat bo przy strąceniu się
wojsk austryjackich, każeli mu austryjacy, żeby zabierał co m a
zabrać i uchodził wstecz. Syn zajął krowy i popędził wstecz do wio­
ski położonej o siedem kilometry na południe. Również nie zastał
i tego pułkownika, na którego się powoływałem, a nie zapamiętałem
do jakiego pułku należał, czyli dowodził i to innie bardzo w błąd
wprowadziło, że o mało życiem nie przepłaciłem. W miejsce tego
pułkownika zastał jakiegoś innego oficera, który ni o czem nie wie­
dział. Z temi dowodami drugi żandarm przyjechał, kazano mi się
przyszykować na ostateczność. Przysłano mi księdza, wyspowiada­
łem się i oddałem się pod opiekę Boga i jego wyroków, tylko przykro
mi było, że niewinnie muszę zginąć i że może nigdy już nie zobaczę
swojej rodziny. Wszystko jakby było przeznaczeniem, kto ma zgi­
nąć, to zginie, a kto nie to przejdzie i wyjdzie z największego niebez­
pieczeństwa. Tak i ja szczęśliwie wyszedłem z tego niebezpieczeń­
stwa. W dniu odbycia się sądu potowego na mnie, przyjechał ten oto
pułkownik — co powoływałem się na niego — do sztabu, w sprawie
nie wiem już tego w jakiej jeno, że się tak złożyło, podczas przywi­
tania się ze sztabowemi oficerami, coś mu się wydało niesamowitego
jakieś przygotowanie. Zaczęli coś pilnie rozmawiać ze sobą, potem
jeden wskazał palcem na mnie, ten odruchowo odwrócił się w stronę,,
gdzie ja byłem przykuty, stanął coś musi sobie zaczął przypominać
bo spuścił głowę i znowu spojrzał na mnie, w tern czasie wykorzysta­
łem moment zawołałem: „Panie pułkowniku, proszę wstawić się za
mną, bo dzisiaj mam zginąć”. Poznał mnie nareszcie. Przyszedł do
mnie i zapytał się co za powody, że się tu dostałem. Opowiedziałem
całe zajście, że chciałem odwiedzić żonę i dzieci i tak nieszczęśliwie
mam zakończyć swój żywot, nie widząc się ze swemi najbliższemi.
Zachmurzył się i zaczął mnie bużować, czemuż ja, kiedy on był
na kwaterze nie poprosiłem przepustki toby mi ułatwiło swobodne

334

Województwo Lubelskie

przejście i widzenie się. Przepraszałem go, że byłem nieświadomy
i prosiłem, aby wstawił się za mną. Nareszcie po namyśle zgodził się,
powiada: „Co będzie w mojej mocy, to uczynię”. Z temi słowami
odszedł odemnie. Czas szybko mijał, godzina za godziną m ijały
a z wykonaniem wyroku zwlekano. Zaczęła otucha we mnie wstę­
pować, że może temu pułkownikowi udało się coś dla mnie wyjednać.
Aż nareszcie, przed samem zachodem słońca, przyszedł do mnie adjutant z papierem w ręku, a mnie jakiś lęk przeszedł, może mnie
będą chcieli o tej porze stracić, bo najwięcej tracili przestępców przy
.zachodzie słońca, jak żem nieraz naczytał się o nich, to znów jakaś
nadzieja we mnie wstępowała, że może to ocalenie przez tego pułkow­
nika. Przyszedł do mnie i powiada: „Macie człowieku, zawdzięczać
temu oto pułkownikowi życie swoje”. I tu wskazał na zbliżającego
się mego wybawcę pułkownika, sam rozwinął papier, zaczął odczyty­
wać tekst uniewinniający. Jaka we mnie radość się zbudziła, naj­
pierw serdecznie podziękowałem pułkownikowi, który parę uwag mi
udzielił i pouczył, jak mam postąpić w razie gdzieś chcieć pójść,
w czasie wyjątkowym. Uwolniono mnie z kajdan, dano mi kolację
i zatrzymali do dnia następnego. W dniu następnym z rana otrzy­
małem przepustkę i śniadanie. Byłem wolny tylko kazano mi się
zameldować po odwidzeniu żony. Wyrwałem się z tych opałów tak
oszołomiony przeżyciem tych okropności, że biegłem całkiem bez
przytomności, zaczepiony w czasie podróży kilka razy o przepustkę,
aż dotarłem do zagrody teścia. Po przywitaniu się z żoną i dziećmi,
opowiedziałem swoje przygody i nie było więcej czasu na rozczulanie
się rodzinne, powracałem z powrotem, wszystko działając pod roz­
kazem sztabowców bo zapomniałem żonie rozkazać iżby zabrała dzie­
ci na furmankę i przyjechała do tej wsi co starszy syn się znajdował
lub sam ją zabrał ze sobą, tylko zostawiłem. Tak robiłem bez. przy­
tomności. Przybyłem z powrotem do sztabu, meldując powrót, to mi
wzięli przepustkę i wydali drugą do wsi Wilkołaz i każeli po przyby­
ciu do tejże wsi, nigdzie się nie ruszać w podróż, aż daleko ich wojska
pójdą naprzód. Tymczasem wojska ich zaczęły się stopniowo cofać
wstecz, upłynęło tak parę dni od mego widzenia się z żoną, zaczęłem
niepokoić się, bo przy stopniowem cofaniu się wojsk, nastąpił zażarty
bój, gdzie żona się znajdywała w tej wiosce. Dopiero na czwarty
dzień od mych przygód, przybyła żona z dziećmi do tejże wsi, pieszo
i nareszcie znaleźliśmy się wszyscy razem. Po rodzinnym przywita­
niu, nastąpiły szczegółowe przeżycia. Najpierw zaczęła żona opowia­
dać: „Widzisz, jak żeśmy źle zrobili co żeśmy się rozłączyli, razem

Pamiętniki chłopów

335

napewnobyśmy nie przeżywali tych zmartwień z połączeniem ze
strachem. Jak jeno wysłałeś mnie furm anką z dziećmi do rodziców,
to w początkach bardzo spokojnie rosjanie ustąpili, a przyszli austry­
jacy, jakby na wesele, ale w miarę strącania się pod naporem rosjan,
zaczęły się strachy. Rosjanie, jak zaczęli bombardować gradem kul
różnego kalibru austryjaków, to nam zdawało się, że już przy życiu
nie zostaniemy. Skryliśmy się do piwnicy, a było nas kilka kobiet,
dzieci i paru mężczyzn, zobaczyli austryjacy, że się kryją razem
z nami mężczyźni, chcieli do nas strzelać, jakiż to lament powstał
wśród nas i błagania, żeby tego nie robili. Dało nam się uprosić
i w spokoju zostawili nas, ale co gorsze, przy zbliżaniu się rosjan
austryjacy wzięli podpalili wieś. Wieś ogień szybko objął, że nie
było myśli o czym aby ratować i gdzie, jak kto mógł, tak się ratował
ucieczką, a podczas pożaru wsi, niektórzy gospodarze zapominając,
iż to wojna, ratowali swój dobytek, a w tym czasie austryjacy brali
i łapali ich, że to rus śpieg. Jednych zaraz na miejscu zabijali, dru­
gich zabierali ze sobą. Sama wzięłam pod wpływem strachu, klacz
ze źrebięciem wypuściła na łąki, a sama wzięłam najmłodszego An­
tosia i Stasię na ręce, a Kasię niósł Janek na plecach. Trochę niósł,
trochę wlókł bo co to za siła w dziesięcioletnim może być — bo Kasia
nie mogła wcale na nogę iść, gdzieś sobie zwichnęła. Tak razem
z austryjakami uciekaliśmy pod gradem kul. Austryjacy uciekając
i niosąc ze sobą rannych, krzyczeli na mnie żebym chroniła się
z dziećmi w dół, ale ja nie zważając na nic już, jeno jakby tu naj­
dalej uciec od boju. W trakcie mej ucieczki, przyłączył się mężczyzna
młynarz Winnicki niby to mąż, wziął Kasię na ręce i tak dośliśmy do
wsi Wilkołaz, to go uratowało od śmierci, lub niewoli”. W tym
czasie po odejściu tego młynarza, zabrali jego pomocnika młynar­
czyka a mojego siostrzeńca i w Rzeszowie miasteczku, rozstrzelili za
to, że w obecnej chwili miał przy sobie kawał szpagatu do zawiązy­
wania worków. Takim to sposobem znaleźliśmy się wszyscy razem,
po dwóch tygodniach rozłąki, przed samem wieczorem i tego dnia,
zwłaszcza wieczorową porą spokojnie zaczęły uchodzić wojska austryjackie. Rano wszystko ucichło, jakby nic nigdy nie było, dopiero
koło południa pokazały się wojska rosyjskie, wtenczas my z po­
wrotem wracaliśmy do swojej gospodarki. Przybyliśmy do domu
na pół rozwalonego przez granaty i wszystkie urządzenia domowe
gdzieś porozwlekane i mało co pozostało zboża w stodole, ale. dzięki
Bogu, że choć to zostało. Powoli doprowadziliśmy do jakiego niebądź
porządku nasze dawne urządzenia gospodarki. Czasy się zmieniły,

336

Województwo Lubelskie

zaczęło wszystko stopniowo drożeć i międzyczasie skorzystaliśmy b a
oddaliśmy dług hipoteczny owej pani w Lublinie mieszkającej ale
i stopniowo przysuwał się rok 1915-ty i z niem wojska rosyjskie
zaczęły powracać. Niewytrwało dłużej jak do żniw, już bój trw ał
zażarty w owej wiosce Wilkołaz. W naszej kolonji Sobieszczany
i innych, ludzie robili sobie schrony i ja z sąsiadem zrobiłem taki
schron, aby tylko przetrwać na te, albo na te stronę przejścia wojsk.
Po stopniowem ustępowaniu wojska rosyjskiego, przyśli wieczór już
austryjacy. Przyśli mówiąc: „Dobry wieczór, czy niema tu blisko
moskali, ale stąd musicie uchodzić wstecz do nas, bo tu będzie bój”.
Odpowiedzieliśmy im na ich krótkie pytania i zastosowaliśmy się do
ich wskazówek. Zaraz rano wyruszyliśmy wstecz do lasu Ordynata
Zamojskiego bo zdawało nam się, że tu już będzie bezpiecznie, ależ
całkiem pomyliliśmy się bo rosjanie zaczęli wypierać austryjaków
i w tym lesie zapanowało istne piekło. Dopiero rosjanie to już au­
stryjacy i na odwrót. Zaczęli nacierać rosjanie to austryjacy ucie­
kali, a jeden austryjak olbrzym, widać chciał na nas wywrzeć zem­
stę bo zaczął biec ku naszemu obozowisku, zarepetował karabin i wy­
palił jeno chybił, drugi raz zaczął repetować, w tern wybiegł z gąszczu
rosyjski żołnierz i zawołał. „Hura poddajsa się w pleń”. A ustryjak
jakby skamieniał bo tylko się wykręcił i nastawił karabin, a ten
krzyczy: „Broś gwintowkę”. Ten widać nie rozumiał bo stał i trzy­
mał karabin naprzód. W idać ruskiego zniecierpliwiło bo podsko­
czył, podbił mu karabin w bok i przebił go na wskroś, że aż wnętrz­
ności wyłaziły, a sam poleciał dalej. A my obecną chwilą przeżywa­
liśmy w wielkim strachu. Zrozumieliśmy, iż tu jest bardzo niebez­
piecznie, a znowuż austryjacy wyparli rusinów, to my jeszcze dalej
odjechaliśmy, aż do wioski Wilkołaz. Niedługo byliśmy spokojni
bo tylko jedną dobę, znów rosjanie wyparli austry jaków, a my zna­
leźliśmy się w samem ogniu boju. Austryjacy coraz to ustępowali
i salwowali do rosjan, a rosjanie parli na bagnety nie strzelając. Pa­
dali ludzie wojskowi z obuch stron, to tu, to tam, jak gruszki trzęsione z gruszy. Co jęku, co pisku, że czuliśmy się jakby nieżywi,
poukrywani w sieni poza murami. W yparli rosjanie austryjaków
tylko co po za nas i zaraz zaczęła się palić wieś z obuch końców.
Nie było innej rady, jak z tego miejsca śmierci uchodzić. Z powrotem
wróciliśmy do swej gospodarki. Tak gospodarzyliśmy razem z woj­
skiem rosyjskim przez jeden tydzień. Po tygodniu wojska rosyjskie
zaczęły ustępować, a nas parę rodzin nie mając życzenia uchodzić ra­
zem z wojskiem rosyjskiem. jak inni to robili zostaliśmy. Kiedy zaczęli

Pamiętniki chłopów

337

wojska nadchodzić, to spica austryjacka nałapała chłopów z różnych
wiosek i zagnała do jednego domu, jako śpiegów przebranych po
cywilnemu i nas ten los spotkał bo nas paru wzięli zagnali do tam­
tych, drzwi zamknęli na klucz i straż postawili. Było nas blisko
czterdziestu, każden z nas na swój sposób martwił się, bo nas stra­
szyli, że dom spalą, to znów że nas czeka sąd połowy. Lecz wszystko
szczęśliwie się skończyło, bo nam pomógł pewien kapitan leg jonów,
który przejeżdżał około tego domu. Zainteresował się tym, że co to
ma znaczyć przy domu warta. W artownicy opowiedzieli, że trzy­
m ają tu śpiegów rosyjskich. Kapitan kazał otworzyć i zaczął nas
wypytywać skąd jesteśmy, skąd nas pozabierali. Naprzemiany opo­
wiadaliśmy, że wysłuchał nas i przyrzekł nam, że się postara o uwol­
nienie nas. Na drugi dzień przyjechał ten kapitan i generał austryjacki, jakiś tw ardy niemiec bo po polsku nie rozumiał z paroma
oficerami. Zaczęło się badanie nas, a kapitan leg jonów służył za
tłomacza. Po parugodzinnym badaniu, zostaliśmy uwolnieni. Szczę­
śliwi wracaliśmy do swoich. Wróciliśmy do domów, każden wziął
się do odbudowy swego gospodarstwa i ja wziąłem się do pracy, aby
jako tako przyprowadzić gospodarkę do porządku. Najpierw za­
brałem się do zbioru resztków zbóż niezniszczonych, później koło
gospodarki zrobiłem porządek, a austryjacy wypierali rosjan, dalej
i dalej. Zaczęła się okupacja rządu austryjackiego. Ciężkie to czasy
przyszły dla rolnika, bo austryjacy zaczęli zaprowadzać rządy po
swojemu, powiadając: „My sim was oswobodzili i oczyścili z ucisku
Moskali, a wy nam powinniście być wdzięczni za:to”. Ale i było za
co, bo jak zaczęli rządzić po swojemu, to mało co komu się należało.
Doskonale nawet i dobrze mówili, że oczyścili, bo jak zaczęli wyzna­
czać kontyngenta zbożowe, mięsa i inne, to rolnicy nie mogli nastarczyć robić na to. Co każden mógł to oddawał, a co nie mógł, to
rechwirowali. Każden rolnik jak chciał zabezpieczyć swojej rodzinie
kawałek chleba, musiał ukrywać przed niemi, ale i wielką trudnością
było zemlić to zboże, bo trza było mieć przepustkę do młyna na ilość
mąki w stosunku rodziny. Tak i ja biedowałem za austryjaków.
Przyszedł rok 1918-ty, został ucisk austryjacki złamany, zostali roz­
brojeni, uchodzili jak niepyszni. Jakaż to chwila radosna nastała!
Każden wieśniak i robotnik, cieszyli się, że skończyła się wojna i z nią
niewola ludu, że nareście przyszła chwila wolności dla każdego. Czu­
łem i ja tę radość, bo każda robota wydawała mi się rozrywką.
Z ochotą porządkując opuszczone części gospodarki bo tó wszystko
dla Polski. W tym czasie jeszcze kursowały ruble, korony i zaczęły
22. Pamiętniki chłopów.

338

Województwo Lubelskie

okazywać się m arki polskie, można było tych pieniędzy za co niebądź
nabyć. To ja m ając tych pieniędzy kupiłem młockarnie i kierat.
Tak że uzupełniłem jeszcze i potrzebne narzędzia rolnicze. Zostało
mi jeszcze 2000 rubli, w tym czasie córkę wydałem zamąż, miały być
to na posag i również żona moja wzięła dopiero w tym czasie spłat
2000 rubli. To ja sobie myślałem, mając 4000 rubli, dam córce
dwa tysiące i synowi najstarszemu dwa, będą mieć posag. Ale jąk
zięć zaczął się godzić ze swemi spadkobiercami o spłat, to zeszedł
rok czasu i z mojej gotówki zrobiło się nic. Straciłem upracowane
i posag żony, nie wywianowałem nawet córki. Syn W alenty poszedł
na wojnę bolszewicką, zięć również, a córka przyszła do mnie. Tak
dalej zaczęło się biedować. Moja rodzina już składała się z dziesięciu
dusz, — dwoje dzieci jeszcze maleńkiemi umarło — trza było okryć
i nakarmić, a tu zarobków nie było narazie, gospodarka nie wytrzy­
mywała tego. Dzieci, przeważnie małoletnie, nie miał wiele kto pra­
cować w niej. W roku 1920, kiedy bolszewicy parli wojska polskie
na Warszawę, to panowie szlachta uciekali za Wisłę, mając dla swej
ochrony Strzelczyków przy każdej furze i ci strzelcy, taboryci sprotrafili gorzej dokuczyć ludności wiejskiej niż wojska rosyjskie i austryjackie. Ci taboryci pańscy, gdzie wpadli do gospodarza, to brali
co im się jeno dało, a gdzie nie było gospodarza w domu, to spotrafiii
odbijać zamki u kufrów i plądrować za pieniędzmi. Nikt nie mógł
dużo temu protestować bo zaraz spotkał się z tą odpowiedzią.
„Milcz, kurw a twoja mać, my musimy bronić was przed bolszewikam i”. A to było bronienie jaśnie panów, a nas obdzieranie. A jak
zobaczyli chłopców wyrostków po lat 15 do 17-stu to tacy taboryci
łapali niby to, że musi służyć w wojsku, aby wyłgać co pieniędzy na
rodzicach chłopca, a który chłopiec uciekał, to spotrafili za nim strze­
lać. Tak to się odbywała wojna polska z polskimi Strzelczykami.
Skończyła się wojna polsko-bolszewicka, nareście syn powrócił do
domu, przesłużywszy 31/,, roku w wojsku. W domu nie było dla niego
roboty, bo młodsze rodzeństwo dorastało. Chodził po zarobkach, aby
nie przyciężać mię, dalej nie miał żadnego wyjścia, a miał trochę
pieniędzy i my z gospodarki trochę żeśmy zaoszczędzili, a resztę dopożyczyłem i wyjechał z ojczyzny i ojcowizny do Kanady na obczyznę.
Czas szybko mija, drugą córkę wydałem zamąż, miało być jej dobrze,
bo ją zięć zabrał do siebie, tymczasem po paru miesiącach przyśli
oboje do mnie. Tak to sobie ulżyłem, bo dwóch zięciów znalazło się
przy mnie. Syn Jan młodszy poszedł do wojska. W wojsku przebył
coś do ośmiu miesięcy, w tym czasie maneżowali na przeszkody, koń

Pamiętniki chłopów

339

w skoku wywrócił się i pogniótł go i do tego zaziębił się, że go zwol­
nili po utracie zdrowia, jeszcze kazano mu ażeby płacił podatek woj­
skowy. Pracy żadnej nie mógł wykonywać przez parę lat. Powodem
mojego obarczenia było, że leczyłem go, a tu gospodarka za szczupła
była na moje obarczenie lecz nie zważałem na to, byle aby wyleczyć,
bo mi żal go było, że on i jego zdolności zmarnieją. Przed samą woj­
ną w 1913 roku, zacząłem go posyłać do jednego sąsiada, aby go uczył
czytać i pisać, po pewnym czasie wykazał wielkie zdolności do nauki,
więc ja nosiłem się z zamiarem uczyć go dalej, a potem oddać do
gimnazjum, lecz wojna wybuchła, trochę moje myśli pokrzyżowały
się. Za okupacji austryjackiej, zaczęliśmy się starać o nauczycielkę,
którą nam przyznano i założyliśmy pierwszą szkołę w naszej okolicy.
Zacząłem syna posyłać do szkoły. W szkole robił szybkie postępy,
bo w niedługim czasie ukończył cztery oddziały szkoły powszechnej
i jeden rok był przysposobiany do czwartej klasy gimnazjum. Tak
przyszykowany do zdania egzaminu, lecz niestety nie byłem w stanie
opłacić egzaminu wstępnego i tak spełzło na niczem. Syn nie mógł
sobie tego darować, że ma przerwać naukę, zaczął się uczyć z pod­
ręczników sam, zimową porą, aby coś więcej się nauczyć. Potem
wziął się do szewstwa, ten zawód mu się nie podobał, bo nawet źle
wpływał na jego zdrowie. Znów zaczął uczyć się: ciesielki, budowni­
ctwa, stolarki, białej roboty i meblarstwa. W krótkim czasie opa­
nował te zawody, że nie było to dla niego żadną trudności, ani tajem­
nicą, która by się miała nie dać rozwiązać. Po pewnym czasie znie­
chęcił się do tego zawodu, że rzucił go. Poszedł do terminu ślusar­
skiego, ta praca więcej go interesowała i robił szybkie postępy, lecz
musiał przerwać z powodu opłat terminatorskich. Po przerwaniu na­
uki ślusarstwa oddał się pracy kulturalno-oświatowej. Założyli naj­
pierw bibljotekę we wsi, potem organizowali młodzież w koła oświa­
towe. W Kołach Młodzieży Wiejskiej urządzali wieczornice, poga­
danki o hodowli wszystkiego co dotyczy gospodarstwa wiejskiego.
Syn jako prezes tego koła, wyjechał najpierw na kurs pezesowski,
a później wyjechał na drugi kurs trzymiesięczny do szkoły rolniczej,
po ukończeniu wrócił, praca jego w kole młodzieżowym dawała świe­
tne wyniki, do czasu kiedy poszedł do wojska. W wojsku nie był
długo, jak już wiadomo z pamiętnika. Czas szybko mijał, choć mu­
siałem wszelkie trudności pokonywać, bo rodzina dorastała i trza
było szukać sposobu, aby zabezpieczyć rodzinie egzystencję. W roku
1925-ym, wybrałem się na wędrówkę szukać kolonji. Tak wędrowa­
łem z miejsca na miejsce, z okolicy do okolicy, ze dworu do dworu

340

Województwo Lubelskie

0 suchym kawałku chłeba i pieszo. Nigdzie mi nie podchodziło nabyć
kolon ję, aż w roku 1927 powędrowałem na wschód do miejscowości.
Białopole, położonej o 130 kilometry od mego osiedla. W Białopola
parcelował sam dziedzic resztę dworu i tu spodobało mi się. Czas
nadszedł uruchomiony, można było sprzedać i kupić. Ziemia była
chwalona, że pszenica rodzi się bez żadnych nawozów, a w tym cza­
sie zboże było drogie, inwentarz również, to mi się zdawało, iż nie
będzie to wielką trudnością i ciężarem, jak nabędę więcej ziemi. Po
obliczeniu się, zacząłem sprzedawać swoje gospodarstwo i równocze­
śnie kupować. Przyszedłem do Białopola, było nas już kilkunastu
za kolon ją, zgodziliśmy ziemię po 3000 zł. ha., bo inaczej nie chciał
dziedzic. Cóż było zrobić kiedy każden z nas już sprzedał, lub sprze­
dawał, to każdy nie licząc się z wygórowaną ceną, aby choć kupić, bo
każden robił obliczenie, że jeżeli tak płaciło będzie się zboże i inwen­
tarz, to w parę lat będzie można wybrnąć z długu. Chcąc sobie po­
większyć gospodarstwo rolne, dla siebie i rodziny zadatkowałem. 14
ha na tych warunkach. Jeden hektar ma kosztować 3000 zł. w tern
trza wpłacić dziedzicowi dwie trzecie kupna ceny, a jedna trzecia
pozostaje na bank. Po wpłaceniu jednej części weszliśmy w posia­
danie. Od wpuszczenia do aktu notarjalnego mieliśmy płacić 2%
od sta miesięcznie od reszty pieniędzy. Do rejenta upłynęło dwa
lata, po dwóch latach dziedzic wezwał nas kolonistów, ażebyśmy do­
płacali resztę, to będzie rejentował. Kto miał to wpłacał, a kto nie
miał to i tak rejentował bo dziedzicowi więcej chodziło o pieniądze
z Banku Rolnego. Przy rejencie mało kto z kolonistów miał pienią­
dze, ażeby wyrównać dwie trzecie ceny kupna, to dziedzic zgodził się
1 na przyjęcie weksli, nie mieliśmy innego wyjścia bo zawiedliśmy
się na czasie, bo już 1930 roku kryzys zaczął się rozszerzać z wielką
szybkością. W ydaliśmy jemu weksle, które zapewnił sobie hipo­
tecznie złoty w złocie i procent od tych pieniędzy taki sam miesięcz­
nie, co i do rejenta. Nareście miałem, a raczej mam zatytułowane
14 ha, lecz jakim ciężarem się obarczyłem, bo dziedzicowi wystawi­
łem weksle na sumę 10.000 zł., do banku drugie 10.000 zł., a tu bu­
dowa, czas marny, pieniędzy za co niebądź niezrobi. W tym czasie
było dla mnie wielkiem sżczęściem i pomocą, że syn z Kanady przy­
słał mi, a raczej odesłał podróż i to mnie ratowało, że miałem za ca
zacząć budowę. Jak mogłem to pobudowałem, z pomocą syna i zię­
ciów. Zięciom oddałem po parę morgi ziemi, aby każden po swoje­
mu zaczął klepać biedę. Sam z resztą rodziny, która jeszcze się skła­
dała z siedmiu osób (pięcioro dzieci i dwoje rodziców) zacząłem ob-

Pamiętniki chłopów

341

zmyślać, jakby tu gospodarkę prowadzić racjonalnie, ażeby wyciągnąć
korzyści do pokrycia tych powinności, co się zobowiązałem, lecz nie­
stety ! Żadne próby prowadzenia gospodarstwa nie dały dobrych wy­
ników. Co mogłem to oddawałem, procenta, raty, podatki i dług
prywatny, że doszło do tego dziś, iż trudno wyrobić na podatki
i okrycie rodziny. W roku 1931-ym wrócił syn W alenty z Kanady
bo i tam nie miał pracy już pół roku. Przyjechał do domu, to się
opomniał o swoje pieniądze, które mi przysłał jeszcze poza odesła­
niem podróży, ja jako ojciec nie chcąc przywłaszczać jego opraco­
wanych pieniędzy na obczyźnie, a że nie miałem gotówki i pożyczyć
gdzie też nie było, zapisałem mu wszystko zabudowanie i inwentarz
żywy i martwy, aby spokój był w domu. Co się tyczy kupna tej
kolonji to w tych 14 hektarach jest (lwa ha zagajniku i dwa ha łąki
■kiepskiej, jednokośnej. Po rejencie jeden rok czasu było wysiłkiem
całej rodziny, aby przyprowadzić osadę do porządku. W tym czasie
dziedzic zaczął nas kolonistów procesować i u niektórych zaczął
przeprowadzać licytację, lecz skutku żadnego z tego nie miał bo
dziś ludność do tego stopnia zubożała, iż nie miał kto nabywać
przedmioty licytowane, ale jednak w dalszym ciągu nam dziedzic
nie daje spokoju. Pod strachem dzisiejszego czasu wszyscy koloni­
ści dziś żyjemy, nie wiemy, ani dnia, ani godziny, jak będą nas eksmi­
tować. Jeszcze przed wyborami do Sejmu, ja pracowałem i rodzina
przy gospodarstwie a w wolnych chwilach najprzeważniej syn Jan
oddawał się pracy społecznej i oświatowej. Zorganizował młodzież
w iejską i podzielił na sekcje: kulturalno-oświatową, sportową i go­
spodarczą. Praca młodzieżowa robiła szybkie postępy w duchu de­
mokratycznym, tak do wyborów w 1930 roku.

Po rozwiązaniu koła młodzieżowego, syn wziął się do pracy w
¿gospodarce, aby spólnym wysiłkiem wyrobić na różne świadczenia
i utrzymanie własnej egzystencji, lecz niestety, sama praca nie wy­
starcza, aby móc wyrobić się przy dzisiejszym systemie. Zaczęliśmy
myśleć o samoobronie. Syn skłonny do pracy społecznej, więc zaczął
zjednywać kolonistów do założenia koła Stronnictwa Ludowego. Ko­
loniści chętnie przystąpili, po zapoznaniu się ze statutem Stronni­
ctwa Ludowego, wszyscy gromadnie zapisali się na członków.
Po założeniu koła, w dniu 2 marca 1932 roku, policja jak się do­
wiedziała o naszem związku zaraz przybyła do naszej kolonj i, zabie­
rając syna na posterunek. Na posterunku przodownik policji zaczął

342

Województwo Lubelskie

wymyślać od bolszewików, komunistów i wywrotowców. Tak całą
litanję odmówił nad synem, strasząc więzieniem o ile nie rozwiąże­
my koła. Po spisaniu należących do koła, zwolnił syna z posterunku.
Dopiero zaczęły się dla mnie represje ze strony policji i urzędu
gminnego, bo synowi nic nie mogli zrobić, iż on postępował w orga­
nizacji legalnie i z niemi drogą prawną, ale często wzywają na po­
sterunek go, to przyjeżdżają czy nie robi zebrań. Wszystko to na
mnie się odbija. Międzyczasie mego zamieszkiwania w Białopolu,
dróżnik drogi bitej zaczął wydzierżawiać rowy przydrożne, ja nie
mając na tyle pastwiska wydzierżawiłem kawał rowu. Może wy­
trwało dwa tygodnie, przyjechał do mnie tenże dróżnik i oświadcza
mi, że już nie można paść, to ja zastosowałem się do jego rozkazu.
Przeszło tak pół roku spokojnie. Po tym czasie otrzymuję nakazr
karno-s tar ościński do zapłacenia 32 zł. za wypas trawy w rowie
przydrożnym. Nie zgodziłem się z tern i powołałem świadków, że ja
samowolnie nie wpuściłem bydła do rowu, jeno wydzierżawił m i
dróżnik. Takie to wysłałem odwołanie. Po tern odwołaniu upłynę­
ło rok czasu, znów otrzymałem żeby płacić 25 zł. Nietylko ja mia­
łem, ale nas kilku miało tę karę. Jeszcze raz zrobiliśmy wszyscy
zeznanie przez gminę i już miało to przepaść. I znowu — upłynął
rok cały, aż nareście związkim naszego koła przyszło bezwzględnie
płacić albo odsiedzić. Jęsi odsiedzieli tę karę i ja chciałem,
lecz mnie nie chcieli, abym odsiedział tylko zapłacił. Przy­
szedł sekwestrator, zrobił zajęcie nie mnie, a synowi Walentymu,
bo ja jemu jeszcze przed tym zajściem przepisałem pobudynki i in­
wentarz, ale sekwestrator nie zważał na akt notarjalny przedstawio­
ny przez Walentego, że jest to jego własność, tylko uważając za
fikcję, aby wziąć czyjeby to nie było. Przyszedł czas licytacji, przy­
jechał sekwestrator z policją i sołtysem zabrać krowę Walentego,
W alenty przedstawił akt notarjalny i oświadczył, iż krowy nie da
wziąść: „Macie tytuł karno-starościński, to bierzcie co jest ojcowe,
a mego nie pozwolę zabrać”. Policja nic nie wiedziała co z tern zro­
bić, posłali po przodownika. Przodownik przyjechał z wielką fur ją,,
nie chciał rozpatrzyć aktu tylko powiedział do posterunkowych:
„To wy policja, bagnety na broń! Jeden na prawo, drugi na lewo,,
a wy sołtysie brać krowę”. Policja wykonała rozkaz, ustawili się,
a sołtys powiada: „To ja mam brać krowę, przecież ja tu jako asy­
stent, a nie sekwestrator”. Policja: „Sołtysie bo was więzienie cze­
ka”. Sołtys: „Nie znam się na prawie i nie wiem co jest ważniejsze,
czy akt notarjalny, czy policji rozkaz i ja nie mogę brać krowy”.

Pamiętniki chłopów

343

Przodownik wściekły, że sołtys nie chce brać krowy, rozkazał po­
licjantowi aby brał krowę. Syn W alenty oświadczył, że mogą tylko
wtedy wziąć krowę, jak go bagnetem odsuną od drzwi. Zaczęło się
szamotanie przy oborze. Żona znów bronić zaczęła syna i niewia­
domo na czemby to się skończyło, tylko przodownik rozważył tę
całą sprawę i powiada: „Dziś nie weźmiemy, ale ja pokażę co to ro­
bić upór władzy”. Nawymyślał, że jestem buntowczyk, komunista,
że całą wieś buntuję, że mi zrobi tak, że wszyscy troje dostaniemy
po trzy lata więzienia. Po miesiącu czasu wyszła sprawa karno-starościńska i dostaliśmy po miesiącu. . Nie zgodziłem się z osądem
starosty, powołałem się na świadków i na drogę sądową. W sądzie
mnie uniewinniono, a żonę i syna skazano na dwa miesiące, lub po
50 złotych płacić. Więc zaapelowałem i w tym czasie wyszła amnestja i nic niewiadomo do tego czasu, bo cicho z tą sprawą, czy upad­
ła, czy jeszcze kiedy ją znowią. Również w tym czasie policja in­
tensywnie zabrała się mnie prześladować. Za co niebądź robiła do­
chodzenia, pisała kary za psa, który nigdy nie był widziany przez
pobcję poza okólnikiem. Dwa razy zapłaciłem karę, że w czasie jak
policjant wszedł na podwórze, a pies się oberwał z łańcucha, raz
dwa złote, raz pięć złotych i ta kara pięć złotych podlegała amnestji
i to spotrafili zrobić mi zajęcie. To znów wójt w czasie naszej nie­
obecności — byliśmy wszyscy w mieście, aby nieletni pilnował do­
mu — zabrał szafę ubraniową syna Jana, którą sam sobie zrobił,
nie uprzedzając o terminie zajęcia ani licytacji. Jednem słowem
zbrzydziłem sobie takie życie. Syn Jan zrobił skargę bezpośrednio
do Ministerstwa Sprawiedliwości za wystąpienie poza ramy prawa
egzekucji, ale spotrafili wszystko zakręcić, później przyszło zawiado­
mienie, że brak dowodów. Tak zniechęcony do dalszego gospodaro­
wania temi represjami, że oddałem synowi parę morgi, córce trze­
ciej, która wyszła zamąż, a resztę sam trzymam tym resztem dzie­
ciom. Resztę dzieci podzieliłem pracą: jedni chodzą koło inwenta­
rza, drudzy inne roboty m ają i tak czas schodzi. Przeszedłem przez
całe życie od młodości do starości nic nie użyłem, a co upracowałem
to dziś zeszło do minimum, że dziś rodzina moja nie może być dosta­
tecznie odziana, bo jedne buty i to połatane, a jedna m arynarka to
służy dwom i t. d. Co do odżywiania się to też nie można się odży­
wiać racjonalnie, gdzie spojrzeć to dziś tylko zobaczy ludzi wy­
nędzniałych, wyglądających więcej na upiory niż na ludzi. Życie jest
piękne, ale nie dla ludzi biednych. Przyroda to skarb człowieka,
lecz ludzie nie są zdolni cieszyć się przyrodą, a nawet nie mają czasu

344

Województwo Lubelskie

ją poznać, bo w każdem tygodniu zagląda gość sekwestrator lub ko­
mornik a w każden dzień przechodzą rzesze bezrobotnych i każden
żebrze kawałek chleba. Czasy, czasy nastały, rolnik goni życie reszt­
kami sił, pług łata, brony związuje powrózkami, koła u wozu wyplata
powrósłami, aby się nie rozletały. Dawniej pracował za dwóch, dziś
pracuje za dziewięciu, a tu robotnicy nie m ają roboty, bo i dziś go­
spodarz nie najm a bo niema czem płacić za pracę. Dawniej robotnik,
jak jeno chciał pracować, to miał pracy ile jeno mu siły pozwalały
i chleba wbród. Dzisiaj tę rzesze bezrobotnych wsiowych tułają się
jak cień, żyjąc z dobroczynności wsi i od czasu do czasu dostaną
pracę u gospodarzy. Stoję u schyłku życia, ale to com przeżył, nie
było taką otchłanią czarną w porównaniu do dzisiejszego czasu.
W dzisiejszym czasie nie wie człowiek, jak go wydziedziczą z jego
gospodarki, a zostawią mu kij żebraczy za jego kilkodziesięcioletnie
ciułanie i zmarnowanie zdrowia. Nie mogę skupić myśli nad zakoń­
czeniem mego pamiętnika, bo zostałem nieczuły na wszystko, obojętny
i zrezygnowany. Pracować muszę dopóki mi sił starczy, bo bez pracy,
jak przysłowie powiada: „Bez pracy niema kołaczy”. Ale cóż,
Pracujcie biedne syny: „Bo bez pracy
niema kołaczy”. Przyjdą bogacze
zjedzą kołacze, a wam zostawią okruszyny.
Zamykam swój pamiętnik, który był pisany nieraz pod wpły­
wem roztargnienia i brak było dobrego natchnienia.
Dn. 26 października 1933 r.

Pamiętnik Nr. 25

G o sp o d a rz w s p ó łw ła ś c ic ie l n a
g o s p o d a r s tw ie je d e n a sto m o r g o w e m w p o w . p u ł a w s k im

Dwadzieścia ośm lat zmagania się z biedu
Wiek

przedszkolny

Urodziłem się 14 sierpnia 1906 roku we wsi***, powiatu
Puławskiego w gospodarstwie rolnym. Ponieważ ojciec mój
Aleksander i m atka Antonina posiadali gospodarstwo skła­
dające się z siedmiu mórg, w tern dwa i pół morga ziemi ornej
rozmaitej jakości, jeden i pół morga łąki kwaśnej, dwa morgi lasu
no i udział w ogólnem pastwisku około jednego morga. Ziemia orna
znajdywała się w dwunastu miejscach, łąka w ośmiu miejscach, na­
tomiast las tylko w czterech. Zabudowania gospodarskie składały
się z domu mieszkalnego jednoizbowego o dwuch oknach, obory o
dwuch drzwiąch, część obory to stanowiła śpichrz komorę i sto­
doły o bardzo małych rozmiarach. Inwentarz żywy składał się z kro­
wy jednej, jednej świni, z kilku kur, no i koń spoiny ze stryjkiem,
inwentarz m artw y składał się z brony, pługa i z sieczkarni wspólnej
także ze stryjkiem. W skład rodziny naszej wchodzili rodzice i ja
z bratem młodszem.
Praca

rodziców w gospodarstwie
gospodarstwem

i poza

Ojciec mój posiadając tak niedostateczne gospodarstwo
musiał się starać obrabiać jak najprędzej w polu, ażeby
jak najwcześniej postarać się o pracę gdzieś przy budowie
domów drzewianych albo przy rżnięciu drzewa najczęściej
w składach drzewa, ponieważ znał się na ciesielce oraz
na traczce. Matka moja w lato siała różnego rodzaju warzywo

346

Województwo Lubelskie

i takowe nosiła w koszach do Ireny na targ za co przynosiła stale
kilkadziesiąt groszy, w wolnych zupełnie zaś chwilach reperowała
nam ubrania, szyła nam bieliznę z płótna, oraz chodziła po chleb
z sąsiadkami do żołnierzy w Dęblinie, tam można było znacznie ta­
niej kupić, w zimie zaś przędła len, robiła płótno na bieliznę i na
ubrania od co dnia, nawijała przędzę na płótno sąsiadkom w w ar­
sztaty tkackie za co jej płacono, oraz prowadziła obrządek i porzą­
dek w gospodarstwie.
Przypominam sobie nieraz, gdy ojciec poszedł do pracy, a m at­
ka naszykowała w kosze różnych warzyw kilkanaście jajek poszła
na targ do Ireny, zostawiając nas z bratem śpiących w łóżku. Nie­
raz bywało żeśmy się pobudzili i niema nikogo w mieszkaniu, pró­
bujemy wyjść na podwórko, niestety, drzwi zamknięte, musimy
czekać w oknie wyglądając aż mama przyjdzie z targu, chleba przy­
niesie i śniadanie ugotuje, które zaniesiemy ojcu do pracy. W ta­
kim dobrobycie i w takiej rozkoszy zeszło mi się siedem lat bawiąc
się z bratem i pilnując domu. Nadszedł wiek szkolny, w ósmym ro­
ku życia mojego posłano mnie do szkoły wiejskiej, a szkoła była
taka, gospodarze zgodzili jakiego człowieka który umiał czytać i pi­
sać po polsku i rosyjsku i ten uczył dzieci przez zimę, choć moskale
zabraniali uczyć się po polsku. Wiele razy to było gdy strażnicy
rosyjscy przyszli do wsi my się uczymy, o Boże gdzie kto mógł tak
uciekał oknem, drzwiami, na strych, byleby się prędzej skryć. Po­
mimo wszystko, miałem chęć do nauki i pilnie uczęszczałem do tej
szkółki do roku 1915-go. Matka moja sposobi mnie do pierwszej
spowiedzi i komunji świętej. W tym to roku w sierpniu moskale
palą naszą wioskę pomimo że w tym punkcie działań wojennych
wcale nie było, wszystkich mieszkańców wioski usiłują zabrać przed
sobą do Rosji ponieważ nieprzyjaciel następował. Ludność temu się
sprzeciwia, jedzie w przeciwnym kierunku to jest w stronę nieprzy­
jaciela, obozujemy się w lasku położonym opodal płonącej jeszcze
naszej wioski.
Po dwóch dniach naszego obozowania w lesie, nadciągnęły woj­
ska nieprzyjacielskie, my natomiast wracamy na swoje popioły, oj­
ciec mój nie m ając kawałka dachu nad głowę zaczął starać się o to,
żebyśmy mieli gdzie głowę schować przed deszczem, jedzie więc do
lasu gdzie moskale zbudowali okopy i stamtąd przywozi dwie paki
ustawia obok siebie i to jest już mieszkanie dla nas.
Następnie ojciec przystępuje do budowy lepszego mieszkania
ponieważ jesień nadchodzi a za nią zima, więc przystępujemy do ko­

Pamiętniki chłopów

347

pania dołu długości 5 m. i 3 m. szerokości, w tym to dole stawiamy
ściany z różnego rodzaju żerdzi, zakładamy dach, obsypujemy ziemią
i w ten sposób pobudowaliśmy mieszkanie tak zwane ziemianką.
Nadeszła zima niema co dać krowom i koniowi bo się wszystko spa­
liło, ja mając lat jedenaście pasłem bydło swoje i sąsiadom w lesie
przez całą zimę ponieważ zima była bardzo lekka, rodzice od czasu do
czasu jeździli po wsiach za słomą i sianem żebrząc u ludzi, jednak nie
można było przezimować więc jedną krowę ojciec sprzedał, została
nam jeszcze jedna i szkapa ale tylko nazwa że szkapa bo nie pies.
Z nastaniem roku 1916 rozpoczęły się rekwizycje, wojska austrjackie
zaczęły na dobre gospodarować, gdy nadchodził pierwszy każdega
miesiąca cała wioska uciekała ze swą chudobą do lasu choć i tam
byliśmy niepewni bo żołnierze austrjaccy szukali i w lasach. Ojciec
mój nie posiadając żadnych zabudowań gospodarskich tylko ziem­
iankę i szałas, który zastępował oborę, postanowił pobudować jaką
taką stodolinę, zbieramy wszystkie siły, oszczędzamy na czem tylko
można, choć niema na czem, bo jeżeli posiadamy tylko tę odzież, co
na nas i pożywiamy się tylko kartoflam i i kapustą, o chlebie niema
mowy, jak tylko w jakieś większe święto, gdy mąki się zmiełło
w młynku od kawy lub pieprzu i to w nocy, bo we dniu nie było
czasu z jednej strony, a z drugiej groziła kara, gdyż okupanci za
tern mocno węszyli, ażeby chleba za dużo ludzie nie zjedli. W tak
trudnych warunkach i okolicznościach, nie dojadając nie dosypiając, z trudem pobudowaliśmy stodolinę, ale jak na złość padła nam
szkapina zostaliśmy przy jednej krowie, a co gorsza jesienią tego
roku zachorowała m atka na tyfus, choroba trwała dwanaście tygodni,
w związku z chorobą m atki tak żeśmy się wyciągni, że nie było gro­
sza przy nas. Nadszedł rok 1917 był to może rok najgorszy, brak
pieniędzy na podatki, na życie i okrycie, a co gorsza w grudniu tego
roku panowała w okolicy naszej epidemja tyfusu plamistego, epidemja nie m ija i nas, zachorował nam ojciec, a po ośmiu dniach
umiera o Boże! jakie to było życie. Matka musiała pożyczyć trochę
pieniędzy ażeby pochować ojca, niema za co kupić butów i kapociny, nadchodzi lato trzeba nająć robotnika ażeby poobrabiał w polu
roboty, a tu brak zboża do nasienia i niema czem zapłacić robotnika
i za co kupić zboża do nasienia, jednem słowem głodno i chłodno i na
głowę się leje. Zdaje się nam, że na nic nasze zabiegi, na nic nasze
głodowanie i bezsenność, szukamy jakiegoś wyjścia, wyglądamy jakejść deski ratunku niestety napróżno, pozostawało tylko jedno wyj­
ście a nim była torba i kij żebraczy. Ale nie dajemy się jak możemy,

.348

Województwo Lubelskie

nie wychodzimy zupełnie nigdzie jak tylko do kościoła i to niema
w czem. Matka stale haruje od świtu do nocy, zagrzewając mnie
i brata do pracy, nocami zaś przędzie len i robi płótno na koszule
i ubrania. Ja mam już lat czternaście, a brat dwanaście, próbujemy
ju ż sami w polu i na łąkach, idzie nam ale jak pod wodę, nie potrafię
naszykować kosy, a gdy mi zrobi kto z sąsiadów, to długo nie trw a
i znowuż trzeba kogoś o to prosićv Wiele to w tej naszej ziemi wsią­
kło łzów i potu naszego, nie mając konia musieliśmy z m atką znosić
siano wiązkami z łąk, a nieraz i zboże z pola, wiele razy bywało, że
j a kosiłem zboże z matką, a przechodząc sąsiedzi widzieli naszą podragę, żałowali się mnie biorąc kosę ode mnie ażeby kosić za mnie,
a ja szedłem do nich do lżejszej roboty robić powrósłów i t. p. Tak
musieliśmy pracować ponad swoje siły dwa lata. W 1919 roku przy
ciągiem harowaniu od świtu do nocy i przy wielkiej oszczędności
m atki budujemy mieszkanie, ponieważ ziemianka się zawala stop­
niowo. Drzewo na mieszkanie ścinamy w swoim lesie prawie, że
resztę po moskalach i austrjakach, mieszkanie jednoizbowe z wiel­
kim wysiłkiem pobudowaliśmy, a jesienią tego roku kupiliśmy so­
bie źrebię dwuletnie od naszego stryja, któremu to należność za
-źrebię spłacamy ratami, mamy zpowrotem dwie krowy dochowując
sobie i źrebię dwuletnie, które zaczynamy zaprzęgać do wozu i oswa­
jać, co się okazało za trudne na moje siły. I znowuż jest wojna z bol­
szewikami a z nią nowe kłopoty, podczas ofenzywy bolszewickiej
zabierają nam żołnierze nasi siano, co było naszykowane dla naszej
chudoby, przytem pobili nam matkę, a mnie grożąc karabinem od­
jeżdżając z sianem. Pó ukończeniu wojny otrzymujemy w miejsce
fajerkasy za spalenie w wojnę światową, drzewo na odbudowę, co
nam się bardzo przydało,, bo nie mamy obory i w lesie drzewa na
iudow ę, część drzewa sprzedajemy na zwiezienie go z lasu i na ro­
botnika, t. j. cieślów, w roku 1922-gim dokańczamy oborę i już m a­
my wszystkie budynki gospodarskie, choć ciasne ale własne. Czas
trudny dla nas, ponieważ jest niestałość pieniądza nie można uciu­
łać grosiwa na ubranie-i buty. Nadszedł rok 1924-ty, nastąpiła sta­
łość złotego, rozpoczęły się wielkie roboty na lotnisku w D ęblinie/
choć nie mamy jeszcze sił do jakiejś cięższej roboty, ale idziemy
obydwa z bratem. Zarobione pieniądze oddajemy matce, ona regu­
luje długi, które żeśmy zapożyczyli na budynki, oraz kupuje coś nie­
coś z ubrania i obuwia, tak harując ciągle zbiegł się mój dziecinny
wiek.

Pamiętniki chłopów
Wi ek

34*

poborowy

Mając lat dziewiętnaście myślę o służbie w wojsku, do
którego mam szalenie zamiłowanie, zwracam się do matki, ażeby mi
pozwoliła wstąpić wcześniej do wojska, ażebym mógł odbyć służbę
czynną wcześniej, m atka się nie zgadza na to, motywując to tern,
że marnie wyglądam i mnie nie przyjmą, czekam więc cierpliwie ro­
ku 1927-go, w którym to roku miałem stawać na komisję poborową
z tą myślą, że gdy wstąpię do wojska, to zostanę w nim i że już
skończę z tą udręku na niedostatecznym kawałku ziemi. I jakże się
zawiodłem, bo gdy w oczekiwanym roku stanąłem przed komisją po­
borową, to zostałem uznany za czasowo niezdolnego, czyli, że do­
stałem odroczenie, w następnym roku powtórzyło się to samo, w tym
to roku umiera nam babka, m atka mojej matki, po której zostało
osiem mórg wszystkiego, t. j. ziemia orna, łąka, las, pastwisko i nie­
użytki, w takiej samej szachownicy, jak nasze gospodarstwo. Te
ośm mórg przypada na sześcioro między których wchodzi i moja
matka, następuje zgoda, że my mamy spłacać dwoma i wójek dwo­
ma, my nie mamy narazie pieniędzy, więc godzimy się płacić dzier­
żawę, około sta złotych rocznie dla dwojga. Teraz w użyciu naszem
jest jedenaście mórg wszystkiego, w tern cztery morgi pola w dwu­
dziestu czterech kawałkach, dwą i pół morga łąki kwaśnej w szesna­
stu kawałkach, t. j. miejscach, i trzy morgi lasu w ośmiu miejscach,
oraz dwie krowy i konia, świnię, no i kilka kur. Matka kalkuluje
w domu jak tylko można, my z bratem uwijamy się, żeby jak naj­
prędzej obrobić w polu i idziemy na zarobek. Ja w 1929 roku zosta­
łem uznany za niezdolnego do służby w wojsku, stać nas teraz na
jakie takie ubrania i obucie oraz na książkę i gazetę i na narzędzia
rolnicze, zmieniamy sobie bronę drewnianą na żelazną i pług kupu­
jemy sobie lepszy, oraz wóz i zaprzęgi, w czerwcu 1929 r. zachoro­
wała m atka na paraliż, ja muszę przerywać robotę zarobkową po­
nieważ niema kto nam ugotować i obrządzać w domu i w gospodar­
stwie. Jakiś czas spełniam rolę kuchara i gospodarza oraz usłu­
guję i zajmuję się chorą matku, m atka zaś widząc, że nie mogę sobie
dać rady z obrządkiem i porządkiem radzi mi ażebym się ożenił.
Usłuchałem się tej rady, jednak nie zastosowałem się do jej życzenia,
ponieważ nakłaniała mię, żebym sobie wziął za żonę dziewuchę
z większym majątkiem, ja zrobiłem wbrew jej woli. Wzgardziłem
majątkiem większym może jaki na mnie przypada i dnia 16 lutego
1930 roku odbył się mój ślub, żona wniosła mi do domu trzy tysiące

350

Województwo Lubelskie

złotych gotówki, maszynę do szycia i krowę, część gotówki poży­
czamy z żoną ludziom, a resztę oddajemy na P.K.O., żona się zajm u­
je chorą m atką i obrządkiem domowem, 1-go grudnia 1930 roku
urodził mi się syn, a w trzy dni później umarł, żona po połogu do­
staje zapalenia, co zeznał doktór i polecił odwieźć do szpitala. Za­
stosowałem się do wskazówek doktora odwożąc żonę do szpitala
w Puławach, wydatki w związku z chorobą żony wyniosły przeszło
trzysta złotych, które to musiałem wycofać z P.K.O. W roku 1931-ym
doktór polecił mi ażebym odwiózł matkę moją do szpitala, ale już
nie do Puław, a do Lublina i tak zrobiłem, lecz po kilku dniach m u­
siałem z powrotem przywieść ponieważ choroba jest nieuleczalna.
W dniu 31 m aja tego roku nastąpiła śmierć, wydatki w związku
z chorobą i pogrzebem m atki wyniosły czterysta złotych. Za resztę
pieniędzy kupiłem jeden mórg pola płacąc tysiąc ośmset złotych.
Nastał kryzys. Po śmierci m atki spłacamy z bratem z części pola
ciotce tysiąc czterysta złotych, część tej sumy pożyczamy u ludzi,
t. j. 600 zł., procentu nie płacimy ponieważ są krewnymi. Zarobki
się skończyły, a choć są jakie, to się tera takich gospodarzy nie przyj­
muje, co ma cztery morgi na dwóch i to w dwudziestu czterech miej­
scach, czas bardzo trudny, podatki niemniejsze, jak były w latach
intysywniejszych, w roku 1932 sprzedałem krowę młodą za 70 zł.,
dwudziestego szóstego czerwca 1932 roku urodziła się mi córka, wy­
datki są duże, a dochodów niema żadnych, z tego gospodarstwa za­
ledwie można wyżyć i to trzeba jeść z postem, a ubranie obucie nie
mówiąc już o książce i o gazecie, choć się haruje po całych dniach
oszczędza się na nafcie, na soli kupując brudną, na zapałkach dzie­
ląc ich na dwie części lub kupując zapalniczkę, cukier kupujemy ale
na deka nie na kila, odzież stopniowo zlata z nas, wyciąga się stare
łachy co już kilka lat na strychu leżały, w ten sposób się prowadzę
i grosz grosza nie widzi, końca z końcem nie mogę związać. Nadszedł
rok 1933-ci, będzie to rok może najgorszy dla mnie, na wiosnę po­
życzyłem od w ujka za wielką prośbą sto złotych i kupiłem dwoje
świni do karmy, i miałem dwoje co kupiłem ich sysakami, myślałem,
że gdy czworo świni ukarmię i sprzedam to ureguluję część długu
i jakże się zawiodłem, w lipcu zaleciała choroba i musiałem żywe
i nieżywe oddać za bezcen, zostawiając dla siebie jednego trupa
świńskiego, tak zarobiłem nie wycofując nawet tego com pożyczył.
Tak ten rok zapisał się w mojem pamiętniku najgorzej, kryzys materjalny zaostrzył się jeszcze bardziej. Obok kryzysu materjalnego
i para w parę kryzys moralny, bo w ciągu ostatniego roku było

Pamiętniki chłopów

351

przeszło dwadzieścia kradzieży w mojej wiosce, nie licząc kradzieży
w polu, na łące i w lesie, ja sam w ciągu tego lata byłem trzy razy
nawiedziony przez złodzieja, który mię skrzywdził na przeszło sto
złotych, zabierając dwanaście kur, brony żelazne, worki i t. p. i żad­
na z tych kradzieży nie została wykryta.
Obecnie mam krowę, konia i cielę, mieszkam w budynkach wy­
żej opisanych, umeblowanie stanowi łóżko, stół sosnowy i szafkę
oraz stołek, odzież została ta tylko, co się miało od święta, a kupiona
była jeszcze przed rokiem 1930-ym. Sól kupujemy tylko szarą, cu­
kier kupujemy po parę dekagramów dla dziecka, podatki jeszcze
uiszczam, choć z trudem, bo najgorszy gość to sekwestrator, a zaś
podatku wojskowego, którego mam ośmdziesiąt złotych zapłacić nie
mogę, bo moje gospodarstwo nie daje mi żadnego dochodu zaledwie
się przeżywię z rodziną, nie mówiąc już o gazecie i książce, gazetę
wprawdzie mam, ale za pół roku już nie zapłaciłem. Remont w bu­
dynkach potrzebny jest na gwałt, nie robi się bo niema pieniędzy,
pragnułbym kupić ubrania dla siebie i rodziny na zimę, pragnułbym
czytać, a nie mam za co kupić książek, nie wychodzę nigdzie, bo nie
mam w czem, chodzę od czasu do czasu do kościoła, a gdy powrócę
do domu, to nie mogę uspokoić dziecka, które się prosi ciuciu i d u ­
ciu, a ja nic nie przyniosłem, gdy nie mam zajęcia chodzę, a prawdę
rzekłszy, wałęsam się jak cień, a w dodatku zdrowia niema tak jak
ł>yć powinno. Następnie brat żąda ode mnie spłatę z budynków w su­
mie sześćset złotych, których nie mam skąd wziąść. Ziemią dzieli­
m y się na pół. I z przerażeniem patrzę w przyszłość swoją, co się
stanie z ludźmi wiejskiemi i z państwem z Ojczyzną, która tak dro­
go nas kosztowała, ponieważ jestem zastępcą sołtysa i rozsyłam nie­
raz rejzerów na noclegi, co oni mówią uszy bolą słuchać, pisał o tern
nie będę bo ręka odmawia mi posłuszeństwa.

M o j a

p r a c a

w
w

k o m i t e c i e

p a r a f i a l n y m

B o b r o w n i k a c h

W r. 1929 nie wiadomo skąd i co dostałem zaproszenie na posie­
dzenie komitetu paraf jalnego, tam się dowiedziałem o tern, że się roz­
chodzi o odnowienie kościoła, a naszym zadaniem jest zebrać pienią­
dze. Przystępujemy do zbierania to, co kto dał zboże, drób, naczynia
kuchenne i z tego urządzamy loterję, zbiera się parę tysięcy złotych,
a gdy już z ludzi zebrało się co było można i przemieniło na pienią­
dze, to proboszcz dysponuje pieniędzmy bez postanowień komitetu,

352

Województwo Lubelskie

a gdy ja zwracam proboszczowi uwagę to od tego czasu nie dostaję
żadnego zaproszenia na posiedzenie.
A

j a k

j e s t

u

n a s

w

g m i n i e

Od 1928
roku zacząłem się interesować sprawami samorządowemi, uczęszczam na zebrania gminne, stawiałem nieraz
wnioski oraz poprawki, przez to zostałem znienawidzony przez
miejscowych
urzędników, że coś okropnego, i tak, w roku
1932 w grudniu na zebraniu gminnem bpdżetowem zgłosiłem
wniosek o usunięciu jednego z pracowników, który zacho­
wywał się ordynarnie wobec interesantów, a którego w trzy
miesiące zredukowano. A gdy w kwietniu bieżącego ro­
ku wybuchł w mojej wsi pożar, który spalił większe pół wsi, więc
w związku z fajerkasą mieszkańców mojej wsi było więcej intere­
santów w gminie, wtedy w ójt z pisarzami odsyła interesantów do
mnie, że to jakoby ja miał zredukować pracownika i że niema kto
spraw załatwiać, pomimo, że ich zostało jeszcze siedmiu. Zwracam
uwagę wójtowi listownie, że nie postępuje taktownie i upominam,
żeby się to więcej nie powtórzyło, gdyby się zaś powtórzyło miałem
zanieść skargę do Wydziału powiatowego. W ójt po otrzymaniu mo­
jego listu zmieszał mnie z ziemią, sklął, ocholerował, nawymyślał m i
od chamów, kazał żebym go w siedzenie całował, a nie skargi pisał
do wydziału, słyszał to wszystko sołtys mojej wsi i mnie po­
wtórzył. Wobec wszystkiego powyższego postanowiłem wstąpić do
Stronnictwa Ludowego i być jego członkiem czynnym, wstąpiłem nie
z namowy nie demagogji ale z własnego przekonania, że wieś musi
być zorganizowana, bo tylko w silnej organizacji może być wsi le­
piej, bo tylko w silnej organizacji wieś może usuwać takich ludzi
co nas chamami nazywają, a sami nie wiedzą, że ten kto źle czyni
i źle postępuje z ludźmi to choćby był nie wójtem ale nie wiem ja­
kim genjuszem to chamem być musi.
Proszę najusilnie Instytut Gospodarstwa Społecznego o przy­
słanie mi zbiorowego pamiętnika, za co będę Instytutowi bardzo
wdzięczny, ponieważ książka ma u mnie pierwsze miejsce, a na któ­
rą mnie nie stać.
Dn. 29 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr. 26

W s p ó łw ła ś c ic ie l n i e p o d z i e l n e ­
g o g o sp o d a r stw a w p ow . garw o liń sk im

Stosownie do otrzymanej odezwy I.G.S. ogłaszającej konkurs
na „Pamiętnik chłopa”, przesyłam przy niniejszym opis swego życia
w celu wykorzystania go do wspomnianego pamiętnika. Z powodu
różnych przedzimowych zajęć gospodarskich nie miałem możności
poświęcić opisowi więcej czasu i dlatego być może wypadł on nie
tak jak powinien. Co do podkreślanej w odezwie szczerości w opisy­
waniu — muszę przyznać się, że w moim opisie jest wiele nieszczerośći, a to takich, że nie byłem w stanie opisać tych wszystkich swo­
ich kłopotów, przygnębień, rozpaczy, i „czarnych myśli”, jakie mi
na każdym kroku życia towarzyszyły. By to móc w 100% uczynić trzebaby wydawać specjalny pamiętnik z mojego życia i trzebaby mieć
więcej czasu, a co ważniejsze — talentu do pisania. Wrazie, gdyby
mój opis nie poszedł do druku bardzo bym prosił o jego zwrócenie,
gdyż nie miałem czasu zrobić odpisu, a chciałbym mieć na przysz­
łość pamiętnik z dotychczasowego życia. Zresztą, choćby i został
wydrukowany, prosiłbym o jego zwrócenie, gdyż wydanego zbioro­
wo „Pamiętnika”, mimo najszczerszych chęci, nie będę w możności
sobie nabyć. A radbym bardzo! Trudno myśleć o nabyciu obszer­
nego dzieła, gdy nawet na opłatę przesyłki pocztowej przesyłanego
opisu nie miałem ani grosza i musiałem pożyczyć. Ciekawią mnie
bardzo wydane w zeszłym roku też, o ile się nie mylę, przez Instytut
Gospodarstwa Społecznego „Pamiętniki bezrobotnych”, ale nie wiem
czy kiedy przez poznanie ich zaspokoję swoją ciekawość.


*

Od dłuższego już czasu marzyłem o napisaniu jakiejś dłużsżej
rzeczy, osnutej na tle własnego życia, własnej doli — niedoli. Speła
23.

Pamiętniki chłopów.

354

Województwo Lubelskie

nieniu marzenia przyszedł z pomocą Instytut Gospodarstwa Społecz­
nego w Warszawie, przez ogłoszenie konkursu na „Pamiętnik Chłopa”. Przystępując do konkursu z opisem swego młodego jeszcze coprawda życia, zastrzegam się zgóry, że przystępuję do tego nie z myś­
lą otrzymania konkursowej nagrody, nie z myślą wzbudzenia w kimś
współczucia nad swoim losem, ani nie z myślą otrzymania jakiejś
filantropijnej pomocy. Celem mojego opisu jest to, aby on wraz
z tysiącami, a może i mil jonami jemu podobnych, stał się obrazem
dzisiejszego życia chłopa na wsi, aby stał się zwierciadłem, w któremby następne pokolenia — daj Boże żyjące już w pomyślniejszych
warunkach! — widziały jasno dzisiejsze życie chłopa, tak jak my
to życie z przed stu lat widzimy w Pamiętniku Kazimierza Deczyńskiego.
Do tego ciągłego nieustannego zmagania się z biedą i z nędzą
polskiego chłopa, opowiedzianego w „Życiu chłopa działacza” Fr.
Magrysia i w „Cierniach Żywota” — Kurasia, przybędzie— myślę—
teraz naskutek odezwy Instytutu Gospodarstwa Społecznego tysią­
ce, tysiące innych, im podobnych, a do tych pragnę dorzucić i ja swój
skromny i być może nieudolnie napisany „Mój pamiętnik”.

Urodziłem się dnia 23-go września 1904 roku we wsi ***, w po­
wiecie Garwolińskim. Dniem urodzin był piątek, do tego jeszcze
piątek „suchy”, przypadający na jesieni suchych, czy tam krzyżo­
wych, ustanowionych przez kościół katolicki, dni kwartalnych.
A ponieważ jest takie przysłowie, które powiada, że „w piątek nie­
dobry początek” więc i moje początkujące i późniejsze dotychcza­
sowe życie w całej pełni do tego przysłowia jest przystosowane. Będąc
jeszcze dzieckiem mało się nie utopiłem w przysypanym śniegiem
dole po rozebranej studni. Później ciągle mię spotykały różne przykre
wypadki, kłopoty, niepowodzenia, przykrości i t. p. A już co do tego
„suchego piątku”, to prawie wszystkie dni mojego życia były takiemi
piątkami, gdyż wiele razy bywało, że było żądno suchego kawałka
chleba i postnych kartofli.
Ojciec posiadał 9 mórg i 7 prętów ziemi rozrzuconej w dwóch
cztero i pięciozagonowych rolach, oraz w kawałku t. zw. „przydawku”. Po swoim ojcu, a moim dziadku, odziedziczył tylko 6 mórg, a
3 morgi później dokupił. Rodzina składała się z ośmiu osób, t. j.
z m atki ojca, a mojej babki, z moich rodziców, brata ojca, któremu
się należała u ojca spłata i z nas czworga dzieci, z których ja byłem
najstarszy.

Pamiętniki chłopów

355

Lata dziecinne spędzałem jak zwykle: latem na pasieniu krów,
zimą na „zbijaniu bąków” w domu. Było to dla mnie szczęściem
(wówczas nieszczęściem), że dom mój stał poza wioską na ustroniu
i nie miałem okazji do stykania się z rówieśnikami ze wsi, a przez to
nie nabierałem „wprawy” do tych rzeczy, o których w dzieciństwie
niema się świadomości, a które psują i paczą charaktery nieraz na
całe życie, bo „czem skorupka za młodu nasiąknie tern na starość
trąci”. Za to w domu miałem godziwą rozrywkę, a zwłaszcza w zi­
mowej porze. Przy ojcu, jak już wspomniałem, mieszkał jego brat,
a mój stryj Stanisław, który na całą okolicę był słynnym szewcem.
Nie było też dnia ani wieczoru, żeby ktoś nie przyszedł z reperacją
starych, po odbiór nowych, lub z zamówieniem zrobienia takowych
butów lub trzewików. Pantofle i kamasze nie były jeszcze wówczas
na wsi „w modzie”. Bywały też bardzo często, a zwłaszcza w zimie
takie wieczory, że się zbierała cała gromada takich interesantów. Ja
wtedy właziłem na łóżko, opierałem brodę o jego tyłek przylegający
do warsztatu i przyglądając się robocie stryja słuchałem ciekawych
opowiadań o różnych „cudach” i „strachach” na świecie, o niebie
z aniołami, o piekle z djabłami, i czyśćcu, o końcu świata, o mającym
jeździć i wrzucającym w swój piec ludzi „antychryście” i t. p. Wiele
razy po takich opowiadaniach bałem się wyjść na dwór, a leżąc na
łóżku nakryty na głowę drżałem jak liść i nie mogłem kawał w noc
zasnąć.
Stryj mój, jako samouk, władający nieźle słowem drukowanem
i pisanem, w zimowych miesiącach oprócz robienia butów trudnił
się za małem wynagrodzeniem nauczaniem czytania i pisania chęt­
nych, a może i niechętnych, ale „przymusowo” do nauki przez ojców
przyprowadzanych wsiowych wyrostków. I stąd była też nielada,
dziecinna dla mnie korzyść. Miałem bowiem zawsze pełne pudełko
po zapałkach starych połamanych i pordzewiałych stalówek. Oprócz
tego często gęsto dostawałem od któregoś z uczni kawałek cukru
przyniesionego do chleba na obiad cukru, żebym cicho siedział i nie
przeszkadzał w nauce. Rozumie się, że ile tylko razy zachciało mi
się cukru — wyprawiałem nieznośne hałasy i każdemu uczniowi sta­
rałem się dokuczyć i przeszkodzić.
Miałem też jeszcze tę korzyść, że się pomału zacząłem „wcią­
gać” do książki. Kiedym rozpoznał „abecadło” zacząłem się uczyć
„sylabizowania” na początkowym elementarzu. Po elementarzu
przyszła książka od nabożeństwa, jako najkonieczniejsza i najpo­
trzebniejsza do modlitwy w kościele. Nauczycielami moimi byli
ojciec i matka, a po części i stryj. Dzięki tym trzem „siłom na­

356

Województwo Lubelskie

uczycielskim” i dzięki temu, że byłem „pojęty” książkę od nabo­
żeństwa, choć była dosyć „gruba”, „przeszedłem” do połowy zimy.
a w drugiej połowie zapędzono mię do nauki pisania. Ojciec kupił
mi „łupkową tablicę” oprawioną w ramki i rysik zwany także
„gryflem”. Tym to gryflem ojciec u góry tabliczki wypisywał mi
początkowo pojedyncze litery, a potem słowa i zdania, a ja to sam a
dopóty pisałem i ścierałem, ścierałem i pisałem, aż było „takie sa­
mo”, czyli dobrze. Naukę pisania na tabliczce do końca zimy opa­
nowałem dosyć dobrze, a na następną zimę przeszedłem już do pi­
sania na papierze. Pisałem tak szybko i dużo, że ojciec aż się gnie­
wał, bo nie miał pieniędzy i nie mógł mi nadążyć kupować przyborów do pisania, a zwłaszcza kajetów, do których w przeciągu
zimy przepisałem wszystkie kolendy i pieśni jakie znalazłem we
wszystkich domowych książkach nabożnych. Treść przepisywania
była dostosowywana odpowiednio do czasu, a więc w adwencie
przepisywałem pieśni adwentowe, w zapusty kolendy, a w poście
„Gorzkie żale” i pieśni postne; W pisaniu tern nie znałem, a przez
to i nie przestrzegałem żadnych zasad i prawideł pisowni. Samo­
wolnie przerabiałem ó na u, i na j i odwrotnie. Grunt, że pisałem,
ale jak — nie troszczyłem się o to. Nie troszczył się i ojciec, któ­
rego wykształcenie było określane terminem „słabo gramotny”.
W m aju w roku 1915 zacząłem chodzić do kościoła na naukę
dó spowiedzi. Tam w kilkusetnej gromadzie dzieci z całej paraf ji zostałem zaraz poznany przez księdza, gdyż byłem jednym z tych*
który cały katechizm umiał na pamięć.
W styczniu 1916-go roku „poduczonego” już nieźle w domu
zaprowadził mię ojciec na wieś do szkoły, do dalszej i lepszej na­
uki. Nie była to szkoła „rządowa”, ani rządowy nauczyciel. Taka.
szkoła i z takim nauczycielem była o 5 km., a więc zadaleko. W e
wsi po zmarłym na początku września 1914-go roku moim stryju
nikt nie uczył. Był to zresztą początkowy okres wybuchu wojnjr
światowej, a więc wszyscy myśleli o wojnie, a nie o nauce. Po­
mału jednak ludziska oswoili się z tą straszną i groźną wojną i po­
częli odczuwać potrzebę nauki. Przyczyniła się właśnie do tęga
w dużym stopniu wojna. Niejedna matka, niejedna żona miała
niemało zmartwienia z odczytaniem, a jeszcze więcej z odpisaniem
listu do syna, czy męża będącego na wojnie. Stąd się zrodziła po­
trzeba nauczania młodszych dzieci. Potrzebę tę zrozumiał i od­
czuł jeden z chłopaków ze wsi niejaki Stanisław M**\ który skoń­
czył cztery czy pięć klas gimnazjum, a nie mogąc się kształcić:

Pamiętniki chłopów

357

dalej, wynajął u sąsiadki chałupę i w czasie czterech zimowych mie­
sięcy: grudnia, stycznia, lutego i marca zaczął uczyć dzieci ze wsi
okolicznych.
Za naukę pobierał wynagrodzenie w wysokości 1 rb. ros. od
dziecka na miesiąc. Ojciec mój jakkolwiek nie miał nikogo na
wojnie i nie potrzebował pisywać listów, to jednak widząc we mnie
wielkie zdolności i chęci do nauki zaprowadził mię właśnie do onego
prywatnie uczącego nauczyciela Stanisława M**\ którego dla ma­
łego wzrostu nazywali wszyscy, nie wyłączając i jemu „podwładnych” uczni, Stasiem. Naukę tę rozpocząłem o miesiąc później od
wszystkich innych, a to w celu oszczędzenia 1 rb. przez ojca w opła­
cie. Na egzamin przed owym prywatnym nauczycielem musiałem
przeczytać jakiś urywek z książki już nie pamiętam jakiej — do­
syć, że nie od nabożeństwa. Egzamin ten wypadł bardzo dobrze,
bo w czytanie „wprawiłem” się na czytaniu „Gazety Świątecznej”,
którą od początku wojny ojciec „do spółki” z sąsiadami opłacał
u księdza, a którą ja zdaniem słuchających czytałem „jak pacierz”—
rozumie się bez zwracania najmniejszej uwagi na znaki przestan­
kowe.
Egzaminu z pisania już nie składałem, ino i tak kazał mi
na drugi dzień przyjść z kajetem, w którym naukę pisania zaczą­
łem od początku t. j. od kaligrafji. Czułem się tern mocno „po­
krzywdzony” i poniżony w swej nauce pisania, że po przepisaniu
tylu kolend i pieśni muszę znowu zaczynać od początku. Chcąc
się więc „postawić” w swojej ambicji, i chcąc okazać swoją umie­
jętność, po napisaniu mi u góry stronicy jednego wiersza przez
M* **, całą stronicę zapisałem tak szybko, że jeszcze nie zdążył odejść
ode mnie, kiedy ja chcąc zatryumfować głośno zawołałem: „Panie
Stasiu! już zapisałem”. W tedy dopiero pan Staś obejrzawszy moje
pisanie wcale mię nie pochwalił „za szybkość” czego się spodzie­
wałem, ale przeciwnie kazał mi pisać jedną stronicę cały dzień,
ale żebym pisząc zwracał uwagę na różne różności dotąd mi nieznane
Pisząc oną kaligrafję z zazdrością spoglądałem na kratkowane
stronice zeszytów siedzących koło mnie kolegów. Zazdrościłem im,
że miesiąc wcześniej zaczęli się uczyć, i że przez ten miesiąc już
tyle zdążyli się nauczyć. Wypisywali właśnie w onych drobnych
krateczkach swoich zeszytów jakieś olbrzymie, niepojęte dla mnie
rzędy cyfr i liczb. Było to początkowe dodawanie. Z ciężkiem
westchnieniem zadawałem sobie w myśli pytanie, kiedy to ja takie
rachunki będę umiał i rozumiał. Dżięki jednak mojej specjalnej zdol-

358

Województwo Lubelskie

nośći i nadzwyczajnej pamięci, po upływie dwóch tygodni te „tajem­
nicze rachunki” stały się dla mnie jasne i zrozumiałe. Umiałem też już:
najlepiej ze wszystkich na pamięć całą tabliczkę mnożenia. Roz­
wiązywałem i zadania i tutaj spotkałem się z zazdrością moich kole­
gów starszych i „przodujących” uczni. Żadnemu bowiem zadania
„nie wychodziły” tak łatwo i dobrze jak mnie.
Ale nie tylko w rachunkach stałem najlepiej. I w dyktandzie
i w „ćwiczeniach gramatycznych” i w przepisywaniu z książki —
wszędzie dostawałem „piątkę”, albo „czwórkę plus”. A trzeba wie­
dzieć, że uczący nas M* ** trzymał się zasady, że za każde trzy błę­
dy zrobione w dyktandzie stawiał jeden stopień niżej. Dla t 3 ^ch
więc, którzy robili po „pół kopy” błędów, a było takich dużo, wy­
padał stopień daleko niższy od zera.
Do śmierci nie zapomnę tych dni, w czasie których po skończeniu
tej mojej pierwszej trzymiesięcznej nauki poza domem chodziłem
dokoła ścian chałupy i beczałem, że się już nauka skończyła. Dzi­
wiłem się tym, którzy w czasie jej trwania dobrowolnie na nią
często gęsto nie przychodzili i zazdrościłem tym, którzy się mogą
uczyć tam gdzieś po miastach nie tylko w zimie ale i nawet w lecie.
Nie zapomnę też nigdy tych ciągłych pytań zadawanych ojcu:
„Tatu, zapłaciliście już M*** za naukę?” i tych przygnębiających
mię ojcowych odpowiedzi: „Jeszcze nie synu!”.
Po przepasieniu krów przez lato przyszła znowu zima i znowu
od grudnia M* ** zaczął uczyć. Ale ją znowu musiałem czekać do No­
wego Roku, bo znowu ojcu chodziło o 1 rb. oszczędności w opłacie.
Znowu przez trzy miesiące robiłem zadziwiające postępy w rachun­
kach, w dyktandzie, w ćwiczeniach i we wszystkich przedmiotach.
Pisałem już też niemało listów do chłopów na wojnie.
W trzecim roku nauki uczący nas M*** podniósł opłatę z jed­
nego rb. na półtora, czyli na 10 zł. rcs. Ojciec mój nie czując się
w możności uiścić tej opłaty wypuścił swoją większą izbę M*** na
szkołę, a sam z siedmioosobową rodziną mieścił się w małym, ciasnym,
dusznym, wilgotnym, o jednem oknie od północnej strony alkierzu.
Teraz w trzecim roku nauki, byłem w trzecim oddziale, a raczej nie
było dla mnie oddziału, bo ci wszyscy, którzy uczyli się razem
ze mną także jiiż przez trzecią zimę nie mogli za mną „nadążyć”,
Dlatego też uczący mię teraz w moim domu M*** widząc moje
zdolności, a nie chcąc mię trzymać razem z innymi zaczął mię uczyć
oddzielnie samego. W tym celu kazał mi kupić jakąś historję Pol­

Pamiętniki chłopów

359

ski, jakąś początkową geografję i gramatykę, O trzy więc przed­
mioty naraz powiększył się program mojej nauki. Dawałem jednak
sobie we wszystkim łatwo radę, a nawet pomagałem sporo M***
przez zastępowanie go w czasie różnych wyjazdów i poprawiania
zeszytów z niższych oddziałów.
Ta moja trzyzimowa, a dziewięciomiesięczna prywatna nauka
stała się podstawą do osiągnięcia dalszego rozwoju umysłowego, jaki
w późniejszym czasie drogą samokształcenia zdobyłem. Śmiem
twierdzić, że przez te dziewięć miesięcy nauki pod niektóremi wzglę­
dami zdobyłem więcej, jakbym zdobył przez skończenie obecnej
7-mio klasowej szkoły powszechnej. Prawda, że moja nauka nie
obejmowała tych wszystkich przedmiotów, które ma w programie
szkoła powszechna, ale za to przedmioty których się uczyłem, są
najbardziej konieczne i potrzebne w życiu każdego człowieka na wsi.
Jesienią 1918 roku uczący mię M*'** jako członek P. O. W.
w czasie rozbrajania Niemców, wraz z kilkoma chłopakami ze wsi
wstąpił do Legjonów. Przedtem jednak z jednym swoim kolegą
Piotrem P*** postarali się o otworzenie we wsi rządowej szkoły
i przysłanie rządowej nauczycielki. Szkoła ta mieściła się znowu
w wynajętej od mojego ojca izbie. Zacząłem jeszcze i ja w niej
się uczyć, ale naukę tę uważałem tylko za marnowanie czasu. Co
umiałem, co rozumiałem, co zrobiłem — to dobrze, ale czego nie
umiałem, nie rozumiałem, nie wiedziałem i nie mogłem zrobić, a pro­
siłem p. nauczycielkę o wyjaśnienie, to ona nie wiem czy nie
chciała, czy też może nie umiała tego mi wytłumaczyć.
W tym to roku szkolnym 1918/19 spadło na mnie wielkie nie­
szczęście i bolesne przeżycie rodzinne. Jak wspomniałem ojciec
z siedmioosobową rodziną mieścił się w ciasnym, zadusznym, wil­
gotnym alkierzu, podobnym do celi więziennej, a nie ludzkiego mie­
szkania. Żyjąc w takich „zdrowotnych warunkach” mieszkaniowych
w celu zarobienia paru złotych za wypuszczoną na szkołę większą
izbę, i żeby młodsze dzieci miały szkołę w domu — tyfus plamisty
powalił całą rodzinę w chorobie. Choroba ta pozostawiła mi nie­
zapomniane do śmierci wstrząsające wspomnienia. Oto w dniu
26-go marca 1919 r. z rana umiera m atka ojca, a wieczorem, gdy
przywieziono trumnę dla babki, kończy życie ojciec....
Wyobrazić sobie dwa trupy najpoważniejszych w rodzinie osób
przeniesione do izby szkolnej, a w alkierzu nie pamiętających o świę­
cie leżących na łóżkach i na ławie troje młodszych dzieci.... Wyo­
brazić sobie na drugi dzień prowadzenie dwóch trumien i kroczenie

360

Województwo Lubelskie

za niemi w niebogłosy krzyczącej zrozpaczonej mojej matki i mnie
czternastoletniego gospodarza, a w alkierzu zostawione bez żadnej
opieki leżące w gorączce tyfusu młodsze rodzeństwo.... W yobrazić
sobie pustki w domu po powrocie od krzyża mnie z matką...
Po pogrzebie skłopotana, udręczona, przygnębiona i zrozpaczo­
na kładzie się w chorobie matka, kładę się i ja na tym samym
łóżku obok niej. I znowu wyobrazić sobie pięć osób leżących w cha­
łupie, nie pamiętających o świecie*, bez żadnej opieki, a w oborze
ryczące z głodu krowy i rżącego konia... Wyobrazić sobie pragnie­
nie piekące rozgorączkowane ciała chorych i czekanie, aż przyjdzie
ktoś ze wsi i poda kroplę wody... Wyobrazić sobie stojących przy
progu niektórych bliskich ludzi, bojących się zbliżyć ku chorym
w obawie zarażenia... I wyobrazić sobie chorych w poczuciu opu­
szczenia i zaparcia się nawet przez najbliższych..* Na szczęście zna­
leźli się i tacy, którzy nie zważając na zarażenie się, starali się ile
mieli możności pomóc, ulżyć i pocieszyć nas w chorobie, chociaż
przez swoje odwiedzanie, a także przez przynoszenie z domu mleka,
herbaty i t. p. Przywieziono nawet doktora, który zresztą z powodu
nieznośnych warunków hygjenicznych niewiele mógł pomóc. Tyle,
że zabrał za przyjazd ostatnie kilka marek pozostałe od pogrzebu
ojca. Po kilku tygodniach ciężkiej choroby, tego zmagania się życia
ze śmiercią poczęliśmy wszyscy pomału powracać do zdrowia. Naj­
pierw wstałem ja, potem młodsi dwaj bracia i siostra, a na samym
ostatku matka.
Po śmierci i pogrzebie ojca ciężkie się zaczęło życie i prowa­
dzenie gospodarstwa dla matki jako głowy rodziny i dla mnie
czternastoletniego chłopaka nie mającego ani sposobu, ani siły do
robót polnych i domowych. W dodatku, choć to był dopiero kwie­
cień zaczął nas trapić brak zboża na* chleb i paszy dla inwentarza.
Z pozostałych po ojcu jednej krowy i dwóch jałówek, jedną ja ­
łówkę trzeba było sprzedać, by za nią kupić paszy na przeżywienie
pozostałych. Na zboże pieniędzy już nie pozostało, więc m atka
musiała chodzić po wsi i prosić znajomych i krewnych o pożyczenie
garści zboża do nowych zbiorów.
Wielkie szczęście, że pozostał młody, zdrowy i silny koń, któ­
rego sąsiedzi nie posiadający swoich koni brali do robót w swoich
gospodarstwach, wzamian za co odrabiali swoją siłą chłopską przy
naszej polnej robocie. Przy nich i ja począłem się wezwyczajać do
różnych robót. Bronowanie i orka nie sprawiały mi zbyt wielkich
trudności i niedługo je pojąłem. Najgorzej mi jednak szło z młoc­

Pamiętniki chłopów

361

ką i rżnięciem sieczki, które niewymagały coprawda żadnej umie­
jętności, ale za to wymagały dużego wysiłku siły fizycznej. Wiele
razy wywijając cepami w stodole, lub kręcąc kołem sieczkarni w sto­
dółce przypominał mi się ojciec i moje przy nim baraszkowanie przy
pasieniu krów latem, czy przy zabawce nauki w zimę. Na wspo­
mnienie to zalewałem się gorzkiemi łzami, gdyż czułem się bardzo,
bardzo pokrzywdzonym tak wczesną stratą swego ojca zmarłego
w 48-ym roku życia.
Czułem się mocno pokrzywdzonym i miałem żal sam nie wiem
do kogo, że mając szalone zdolności, chęć i zamiłowanie do nauki
zamiast się uczyć dalej muszę się mordować i pracować ponad
moje siły. Przypominały mi się te ciągłe, znających moją zdolność
i pilność do nauki, ludzi powiedzenia: „Bronek, idź do szkoły!”,
„Mikołaju, oddajcie swego Bronka gdzie do szkoły niech się uczy,
kiedy pojęty!”. To były minione wspomnienia. Tymczasem rzeczy­
wistość zmuszała mnie do orki, młocki, rżnięcia sieczki, a przez
to samo do przytłumiania wspomnień i marzeń o nauce w szkołach.
Nie mogło być mowy o tern, żeby iść do szkoły! Czasami wyda­
wało mi się, że to wina, niedbałość ojca, że mię nigdzie nie oddał.
Po zastanowieniu się jednak i po wniknięciu w położenie przycho­
dziłem do wniosku, że to nie niedbałość ojca, ale trudne warunki
były przyczyną mojego mordowania się i marnowania swoich zdol­
ności. Chcąc, czy nie chcąc musiałem się zgodzić ze swym losem
i pocieszać się tern, że nabieram coraz więcej wprawy i siły po­
trzebnych do prac gospodarskich. Pocieszała się i matka słysząc
pochwały przechodzących drogą ludzi: „Bronek dobrze orze!”, „Bro­
nek nieźle już siecze!” i t. p. Niedługo jednak radość ta trwała.
W następnym roku po śmierci ojca przyszli bolszewicy zabrali mię
z koniem i z wozem ze sobą na furmanki. Ani matka, ani ja nie
spodziewaliśmy się, że panowanie bolszewików będzie takie krótkie
i że mój wyjazd na furm anki pociągnie za sobą takie następstwa
jakie pociągnął. Wyjechałem z domu w południe 14-go sierpnia.
Na wieczór dojechaliśmy i zatrzymaliśmy się u „przeprawy za
Wisłę” pod Maciejowicami. Staliśmy tam do dnia 16-go sierpnia
do południa t. j. do momentu w którym zamiast przeprawy za Wisłę
zrobił się odwrót w stronę Rosji. Wialiśmy najprzód wzdłuż Wisły
w stronę Warszawy, a potem na prawo przez Osieck, Kołbiel, Mińsk
Mazowiecki, Kałuszyn, Siedlce, Sokołów w stronę Białegostoku. Po
czterech dniach takiego całodziennego i całonocnego marszu zaczą­
łem myśleć o wyrwaniu się do domu. Ci, którzy razem ze mną

362

Województwo Lubelskie

jechali dawno już od koni i wozów pouciekali do domów. Mnie
było szkoda zostawić konia, a tembardziej woza, który jakkolwiek
był w złym stanie, to jednak nie był nasz własny tylko wzięty ze
wsi od jednego z gospodarzy. Początkowo bałem się „zdezerterować”, żebym nie miał wymówek o zostawienie nie swojego wozu.
W czwartym dniu podróży w dniu 20-go sierpnia nieobecność zna­
jomych furmanów, lesisty nieznany teren rzadko zabudowany wios­
kami wzbudziły we mnie strach przed dalszą podróżą. Nieznającemu geografji Polski całkiem mi się wydawało, że już jesteśmy na
terenie Rosji. Był to dopiero powiat Bialski. Bojąc się jechać
wgłąb Rosji postanowiłem rozstać się z koniem i z wozem, by
choć samemu wrócić do domu. W tym celu zsiadłem z woza i za­
cząłem iść w przeciwnym kierunku ciągnących się nieprzerwanym
długim łańcuchem wozów. Póki wozy szły to i ja szedłem, gdy
się wozy skończyły spotkał mię jadący konno za wozami jakiś;
bolszewik. Zatrzymał mię i wybadawszy skąd i gdzie idę pod groź­
bą zastrzelenia kazał mi się wrócić do swojego wozu. Spełniając
rozkaz po długim biegu dogoniłem wóz i jechałem na nim jeszcze
do południa. W południe ponowiłem próbę ucieczki. Droga pro­
wadziła przez las wzdłuż toru kolejowego. Doświadczony poprzed­
nią ucieczką nie szedłem, już drogą tylko po łesie. Bałem się jed­
nak, żebym nie zabłądził i dlatego odchodziłem tylko tyle w las,
żeby nie stracić z oczu toru kolejowego. Uszedłem kilkanaście me­
trów, aż tu słyszę przed sobą trzask łamanych pod nogami suchych
gałęzi i spotykam idących prosto na mnie kilku bolszewików. Ci też
wypytali skąd i gdzie idę, lecz poczytali mię widocznie za szpiega,
gdyż przeprowadziwszy jak najściślejszą rewizję zaprowadzili mię
do jadącego konno na czele roty swego „komandira”. W ąsaty komandir o nic nie raczył mię zapytać tylko \Vydał rozkaz prowa­
dzić mię pod eskortą do Rosji. Przepadł już teraz mój dom i ro­
dzina! — pomyślałem sobie, lecz zdawszy się na „wolę Bożą” ma­
szerowałem spokojnie. Po przybyciu do jakiejś wioski zaprowa­
dzono mię przed oblicze kilkunastu jakichś „wysokich komandirów”, z których jeden w bardzo grzeczny sposób przeprowadził
jaknajściślejsze i najszczegółowsze śledztwo zapewniwszy mię, że
mię już nikt po drodze nie zaczepi kazał mi spokojnie iść sobie
do domu.
W czasie gdy ja podróżowałem i wracałem matka po całych
dniach i nocach opłakiwała moją stratę. Rozpacz jej była tem
dotkliwszą, że jeden z furmanów wróciwszy przedemną do domu

Pamiętniki chłopów

363

powiedział, że widział jak mię zabito. Ucieszyła się też, ucieszyła
gdy mię jakby zmartwychwstałego ujrzała! Stracony koń z uprzę­
żą i wozem wydał się niczem w porównaniu z moim szczęśliwym
powrotem.
Rzeczywiście w pierwszych chwilach nie dało się bardzo od­
czuć braku konia, gdyż orkę pod siew żyta niektórzy gospodarze
ze wsi wykonali w formie bezpłatnej pomocy. Późniejsze jednak
najmowanie i konia i chłopa oj dało się we znaki i mnie i matce*
oj dało! Trzeba było się niemało namordować i nakłopotać, zanim
się zdobyliśmy na kupno byle jakiego konia i jakiej takiej uprzęży.
A jeszcze do tego zrobił nam sprawę właściciel zostawionego prze­
żeranie wozu. Nic jednak nie wygrał! Najgorszą wówczas bolączką
była niestałość waluty! Co m atka w celu kupna konia sprzedała
jakieś prosię czy jałówkę, to już za tydzień nic za to nie można
było kupić! Dopiero w styczniu 1923-go roku za 800,000 mk. ku­
piła matka konia, którego z hołobli od woza nie było widać. Lepszy
jednak był i taki jak żaden.
Niedługo jednak i tym razem trwała uciecha matki z posiada­
nego konia i z tego, że do chłopskiej roboty nie potrzebuje najmować,
bo już sam dawałem sobie z nią radę. 12 czerwca 1925 r. staną­
łem na komisję poborową, przez którą uznany zostałem za zdol­
nego do służby wojskowej. 5-go października tegoż roku wśród
płaczu i krzyku m atki odjechałem służbę wojskową odbywać. Zno­
wu dla m atki nowe kłopoty i mordowanie się z młodszym 14-to
letnim bratem w prowadzeniu gospodarstwa, a dla mnie mordo­
wanie się w przyzwyczajaniu do służby i dyscypliny wojskowej.
Dzięki jednak mojej pojętności i dobremu „kapowaniu” zwróciłem
na siebie uwagę swoich przełożonych. Po trzech tygodniach re­
kruckiego wyszkolenia poszedłem do szkoły podoficerskiej.
Szkołę ukończyłem z wynikiem bardzo dobrym z lokatą 2-gą
z mianowaniem mię na kaprala. Mimo jednak posiadanej „szarży”
służba wojskowa mi nie smakowała i z utęsknieniem oczekiwałem
chwili zwolnienia, co nastąpiło 17 marca 1927 r.
Wróciwszy do domu zastałem taki sam niedostatek jak po
śmierci ojca. Czasami nawet mocno żałowałem, że się nie pozosta­
łem w wojsku, ale do czegóż to się człowiek nie przyzwyczai, cze­
góż nie wytrzyma ?!

364

Województwo Lubelskie
Ż y c i e
G o s p o d a r s t w o

o b e c n e
i

s t o p a

ż y c i o w a

Gospodarstwo obecne według planów i rejestrów pomiarowych
z przeprowadzonej w roku 1914 komasacji składa się z ogólnej po­
wierzchni 8 dziesięcin 583 sążni w tern gruntów ornych 4 dzieś.,
1344 sąż,, łąki 727 sąż., pastwiska 648 sąż., zarośli 1104 sąż., piasków
pokrytych gdzie niegdzie krzaczkami choiny 2 dzies., 1168 sąż., bagna
i torfowiska 365 sąż., wody 8 sąż., i dróg 19 sąż. »
Z wymienionych 4 dzies. 1344 sąż. gruntów ornych, około 100U
sąż. zajmują: podwórze, budynki i rosnąca koło nich drzewina, dalej
648 sążni pastwiska też jest w tej przestrzeni 4 dzies. 1344 sąż. grun­
tów ornych, pozatem około 2000 sąż. jest nieużytku niezdatnego do
uprawy zbóż — najwyżej można by go zalesić, lub uczynić „kopalnię”
czyściutkiego żółciutkiego piachu, co było już robione podczas budo­
wy szosy we wsi. Zarobiłem wtedy coś około 50 zł. Reszta przestrzeni
gruntów ornych wynosząca suma sumarum najwyżej 3 dzies. (6—7
mórg) pozostaje pod uprawę zbóż i okopowych. I to żeby jeszcze
choć ta „reszta” była jednakowa i nadawała się pod uprawę wszy­
stkich roślin toby jeszcze, jeszcze można było sobie jako tako ra­
dzić. Ale dwie trzecie tej reszty uprawowej ziemi to piaski nadające
się tylko pod uprawę seradeli, łubinu, żyta i „na u trafionego” k ar­
tofli. Jedna trzecia, t. j. około dwóch mórg dopiero jest o glebie
lepszej możnaby powiedzieć pszenno-buraczanej. Trzebaby jednak
przeprowadzić na niej meljoracje toby dopiero można było „napewnego” wszystko na niej uprawiać, a tak w czasie mokrzejszego lata
staje woda, a uprawiana roślina ginie. Także sama uprawa jest
utrudniona, gdyż tylko w czasie wyjątkowo suchej jesieni, czy wiosny
można ją w swoim czasie wykonać.
Nie lepiej od gruntów ornych przedstawiają się i inne części
składowe gospodarstwa. I tak: łąkę z jednego końca, kosi się krowa­
mi, a z drugiego zatapia ją woda i znowu tylko w wyjątkowo po­
godnych sianokosach można zbioru siana dokonać. Zbiera się dwa
wozy jednokonne siana z pierwszego pokosu i jeden wóz z drugiego.
Ale żeby to siano przedstawiało chociaż jaką wartość, toby ta jeszcze
krowy się niem ucieszyły choć tak jak chłop smaczniejszem jakiemś
jedzeniem przyrządzonem z okazji jakiejś większej uroczystości.
Tymczasem siano to tak zw. „rzeżęga” na pół z mechem i z haszczem.
Dać całego krowom to sobie niem tylko podścielą, a gdy się go
porżnie na sieczkę to z konieczności zjeść muszą.

Pamiętniki ehłopów

365*

Pastwisko jakkolwiek nieduży kawałek jest podstawą utrzyma­
nia krów. Zarośla też się liczą do pastwiska, ale paść na niem krowy
to głodniejsze przychodzą do obory jak z niej wychodzą.
Jest daleko (około l 1/«* km .) od domu i bez żadnej wartości..
Rośnie na nim kilka krzaków drobnej olszyny i sośniny. Piaski, któ­
rych jest około 5 mórg (2 dzies. 1168 sąż.) służą niby za las, ale
gdyby nie kupować opału, toby całego tego lasu starczyło na opał
najwyżej na dwa lata. Bagna — wiadomo do czego służą: dzikiekaczki znoszą w nich jaja i żaby mieszkając w nich swojem rajgotaniem uprzyjemniają czas strudzonemu całodzienną pracą siedzą­
cemu wieczorem na ławie pod ścianą człowiekowi.
Tak się mniej więcej przedstawiają pod względem jakości i war­
tości poszczególne części składowe gospodarstwa!
Z zabudowań jest dosyć obszerna stodoła, w której prawie coroku są lokatorzy ze zbożem, mała, ciasna i w bardzo już lichym
stanie obórka, a przy niej klepisko na rżnięcie sieczki, i wreszcie dom
mieszkalny budowany przed trzydziestu kilku laty. Dom składa się:
z izby o przestrzeni 5 m. 36 cm X 4 m. 38 cm., alkierza 5 m. 36 cm. .
X 2 m. 38 cm., sieni, w której przedtem stały świnie a obecnie koń,
i wreszcie z komory. Z tyłu domu jest przybudowany chlewik na
świnie.
Umeblowanie domu: stół, dwa łóżka, jeden większy stołek słu­
żący do jedzenia, trzy stołki mniejsze do śniadania, trzy ławy pódl
ścianami i piecem i jeden taboret, pozatem kilka obrazów porozwie­
szanych na ścianach.
Inwentarz żywy: dwie krowy, jedna jałówka, jedna kobyłka,
dwie sztuki świni, jeden pies i osiem sztuk kur. Z tego jedna krowa,
z braku paszy zostanie sprzedana, a także i świnie z braku zboża do
tuczenia ż konieczności trzeba sprzedać, a kupić jedno — dwoje
z małych prosiąt.
Inwentarz martwy: wóz w lichym stanie, pług, brona i inne
drobne rzeczy jak: szpadel, widły, motyki, cepy i t. p.
Przeciętny roczny plon zebranych zbóż przedstawia się mniej;
więcej w następujących cyfrach: żyta 12—15 centnarów metrycz­
nych, jęczmienia 3—5, owsa 3—5, prosa 1/2 — 1, łubinu 2—3, se­
radeli 1 — 1^2, kartofli 40 — 60 centn. metr.
Z powyższych plonów po wyżywieniu własnej rodziny nigdy nie:
nie pozostaje do ¡sprzedania. Najwyżej czasem łubinu i seradeli cosniecoś jest do zbycia. Poza wyżywieniem rodziny z powyższych plo­
nów tuczy się jedna, a już najwyżej bardzo rzadko kiedy dwie świń,.

366

Województwo Lubelskie

których sprzedaż stanowi jeden jedyny całoroczny dochód z gospo­
darstwa. Często jednak tak bywa, że się zboże wypasie i za świnie
nic się nie weźmie bo albo zdechną, albo jest kiepski gatunek, który
zamiast zysku daje podwójną stratę, bo zboża trzeba dla siebie potem
kupować.
Rodzina składa się obecnie z czterech osób: matki, mnie, siostry
i brata. Gospodarstwo, jest sukcesorskie i nie wiem jeszcze czyją
pozostanie własnością. Siłą rzeczy należałoby mnie jako najstar­
szemu objąć je w posiadanie. Boję się poprostu do tego zabrać choć
już mam 29 lat i najwyższa już byłaby ku temu pora. Prowadzenie
bowiem takiego gospodarstwa uważam nie za gospodarowanie, ale
za zarzynanie samego siebie. Pod każdym względem widzi człowiek
tylko braki, braki i nic więcej! Czy to w zabudowaniach, czy to
w odżywianiu, czy w ubieraniu — wszędzie nie tak jak być powinno!
Zabudowania:
koniecznem byłoby
pobudowanie obory,
w którejby się pomieściły krowy, koń i świnie. Koniecznem byłoby
to nietylko z tego względu, że gnój przy domu mieszkalnym wpływa
ujemnie na zdrowie ludzi, ale i z tego, że obora obecna jest już
w takim stanie, że się ledwie kupy trzyma. Koniecznem byłoby
pobudowanie chociaż niedużej piwnicy, gdyż przechowywanie k ar­
tofli w kopcach wymaga dużo słomy, której niema nigdy poddostatkiem na paszę i na reperację dachów na budynkach. Pożatem do­
stawanie kartofli z kopca w czasie zimy na codzienny użytek jest
strasznie niewygodne i niebezpieczne zwłaszcza w czasie dużych m ro­
zów, zaś robienie na każdą zimę t. zw. „dołów pod przętrem” na for­
mę piwnicy jest bardzo uciążliwe i kłopotliwe, a co najważniejsze —
pociąga za sobą znowu dużo słomy i drzewa którego na opał zawsze
brakuje. Koniecznem byłoby przeprowadzenie remontu domu mie­
szkalnego, gdyż tylna ściana od strony chlewika całkiem już wylata.
Ale cóż tu mówić o konieczności pobudowania takiego czy owakiego
budynku, kiedy niema możności zdobyć się na pobudowanie drobnej,
ale najkonieczniejszej takiej rzeczy jak studnia. Od niepamiętnych
mi czasów wykopany obszerny dół z wstawioną doń beczką służy za
studnię dostarczającą wody do pojenia bydła, do picia i do gotowa­
nia! Po każdym ulewniejszem deszczu wszystkie śmiecie i brudy
z całego podwórza woda deszczowa spławia do studni! Kupić pięć
kręgów betonowych to zaledwie trzydziestoparozłotowy wydatek,
a jednak mimo zrozumienia konieczności jego potrzeby — nie można
się na niego zdobyć! Do takich jeszcze drobnych a koniecznie w go­
spodarstwie potrzebnych rzeczy należałoby zaliczyć ustęp. Rozumie
j

Pamiętniki chłopów

367

się jego potrzebę w znaczeniu higjenicznem i w znaczeniu wartości
marnowanego drogocennego nawozu, ale cóż począć, gdy niema ka­
wałka własnej deski a kupić niema za co?!
Odżywianie: na śniadanie kartofle z kapustą, na obiad
kartofle i polewka z kaszy, na kolację kartofle i przegotowane mle­
ko, a jeżeli go niema to jakiś barszczyk, lub poproś tu rzadkie karto­
fle z wodą — czasami zasypane kilku ziarnkami kaszy — oto i całe
odżywianie! Słoniną krasi się na Boże Narodzenie i Wielkanoc.
W tym też czasie wypija się szklankę herbaty. Ale i to ile trzeba na­
łamać sobie głowy skąd wziąć pieniędzy na kupno tego kilograma
wieprzowiny, czy pół kilograma cukru — to wolałby już człowiek
nie próbować ich smaku i mieć spokojną głowę! W ciągu całego
roku jeżeli jest, mleko stanowi całą okrasę wszystkich gotowanych
potraw, jeżeli go niema — okrasę stanowi woda i sól! Na tę ostatnią
też często gęsto nie starcza. Nie kupuje się też jej nigdy w większej
ilości jak 1—2. Chleb od zbiorów do jesieni — póki jest więcej
roboty — to jeszcze się częściej piecze, ale w razie zimy, gdy mniej
roboty i dzień krótszy, obywa się o kartoflach i kapuście, a żyto
zostawia się na dłuższy dzień i na cięższą robotę na wiosnę i na
żniwa.
Odzież i ubranie: na 29 lat kawalerskiego życia nie po­
siadałem jeszcze i nie posiadam żadnego palta cieplejszego na zi­
mę. Zdarłem dwa kożuchy zrobione ze swoich skór, a obecnie dodzieram kupioną sześć lat temu za 36 zł. jesionkę, która służy na
jesień, na zimę i na wiosnę i to nie tylko do chodzenia w niej, ale
i do odziewania się w czasie spania. Do takiego odziewania się
służyły tak samo i kożuchy, dlatego też zniszczyły się o połowę w
krótszym czasie niżby normalnie się im należało, to znaczy tylko przy
używaniu do chodzenia. Do czasu służby wojskowej chodziłem na
codzień w parciakach z własnego lnu, a na święto i niedzielę w wełniakach wyrobionych domowym sposobem z wełny z własnych owiec.
Przy zwalnianiu się z wojska wstyd mię było „jako podoficera" na­
łożyć „rekruckie'' parciane portki i wełnianą marynarkę. Dlatego też
napisałem przed zwolnieniem do domu list z prośbą o przysłanie pie­
niędzy na „śklepne ubranie". Przysłała mi matka utargowane za
wożone przez młodszego brata do miasteczka odległego o 14 kim. ple­
wy i sieczkę 40 zł. i usprawiedliwienie napisane przez siostrę, że tyle
ile prosiłem (100 zł.) przysłać mi w żaden sposób nie mogą. Cóż
było robić? Rad nierad musiałem się na to zgodzić! W ostatnią
niedzielę przed zwolnieniem poszedłem z kolegą do miasta i kupiłem:

368

Województwo Lubelskie

za 30 zł. ubranie, za 3 zł. sweter i za 2 zł. krawat, którego też jeszcze
do tej'pory nie nosiłem i który z powodu braku kołnierzyka „przy­
czepił” mi kolega do swetra. Kosztem 40 zł. „wyelegantowany”, ode­
brane z magazynu „rekruckie ubranie” w wielkiej tajemnicy przed
wszystkimi wrzuciłem do ustępu! Zaś to trzydziestozłotowe ubranie
służyło mi po zwolnieniu przez dwa lata. Na wiosnę 1929 r. zafun­
dowałem sobie lepsze za 110 zł. W tern ubraniu chodzę do dnia dzi­
siejszego i pomimo, że już spodnie połatałem i przez rękawy m ary­
narki łokcie mi wyłażą — nie mogę nawet marzyć o kupnie innego.
Razem z temi dwoma ubraniami zdarłem i dwie „śklepne koszule”,
które obtoczyłem tylko na wielkie święta i uroczystości. Nietylko
na niedzielę i święta niema się w co ubrać, ale i na codzień chodzi się
oberwanym poproś tu jak dziad. Od czasu przeprowadzenia komasa­
cji, a przez to samo zniesienia wspólnych pastwisk nie hoduje się
owiec, a przez to niema wełny na wyrabianie wełniaków, których
obecnie nie powstydziłbym się nałożyć nawet w największe święto
czy uroczystość. Na codzień zaś nie byłoby lepszego, tańszego ubra­
nia, jak ubranie uszyte z wełnianego „kortu” domowej roboty. Poza
ubraniem nie grzeszyłem też i w niszczeniu obuwia. Przez czas do­
tychczasowej mojej kawalerki zdarłem trzy pary kamaszy i dopiero
zeszłej zimy kupiłem sobie za 26 zł. pierwsze świąteczne kawalerskie
buty. Służyły mi one całe lato i za kamasze. Kupiłem buty na zimę,
to kamaszy na lato już nie mogłem. Takie rzeczy, jak kalosze, ręka­
wiczki, szaliki i t. p. znane mi są, ale z widzenia ich we sklepach, lub
u innych ludzi!
Zaległości i zadłużenia: wobec opisanego wyżej stanu gospo­
darczego wysuwa się jeszcze jedna najbardziej mię trapiąca i gnę­
biąca sprawa zaległości podatkowych i prywatnych zadłużeń. Aż
się boję o tern wspominać i ujawniać na papierze, bo to są takie
straszne czarne cyfry, że aż się człowiekowi w głowie od nich kręci!
Najstraszniejsze oczywiście są cyfry wykazujące zaległości podatko­
we. Kiedy je wszystkie z kwitarjuszy u sołtysa obliczyłem i pod­
sumowałem, to aż mi włosy na głowie dęba stanęły! Oto jak się
one za poszczególne lata przedstawiają:
R ok

1931

I R a ta o p ła t d r o g o w y c h 13,02 z ł, -{- 2%X31 mieś, = 8,08 z ł, -)- 1.50 u p o n u
II

»

I



II

n

M
«*
g r u n to w y
n

R azem

13,02 z ł . + 2 ^ X 2 5
7,47 z ł . + 1^X 31
16,45 zł. + 1%X25
49,96 z ł . +



= 6,51 zł. +






= 2,31 z ł . +

1,50
1,50
= 4,11 z ł . + 1,50



21,01 z ł . + 6,— z ł
j



Pamiętniki chłopów
R o k 1932

19.1 2 z ł, +

I R a ta g r u n to w y

369

1% X20 m ie ś , = 3,82 z ł . +

19 .1 2 z ł , + 1 ^ X 1 3
II „
II d r o g o w y , s e jm ik o w y 9 ,7 5 z ł. + 1% X13
I R a ta g m in n y w y r ó w . 11.2 3 z ł. -f- 1% X17
II

n

u

11 .2 3 z ł. +

u


..

1% X13



1,50 u p o m n .

= 2 ,4 8 zł, + 1,50
= 1,27 z ł . + 1,50

u

= 1,91 z ł . +

1,50

u

= 1,46 z ł , +

1.50

7 0 ,4 5 z ł. +

R a z em
R o k 1933



10,94 z ł. + 7,50

I R a ta g r u n to w y

16.47 z ł. +

1% X 7 m ieś, = 1,15 —
J—1,50 u p o m n .

II
I

,


drogow y

16.47 z ł. +
9.31 z ł. +

1% X 1
1% X 6

II
I

u


u
w yrów n aw czy

9.31 z ł. + lib X 1
1 0 .3 9 z ł. + 1%.X 5

II



10.3 9 z ł. +
R a z em

R o k 1931

4 9 .9 6

K a ra z a z w ło k ę

21,01

U p o m n ie n ia
Z a le g ło ś c i

6 ,0 0
7 0 ,4 5

K a ra z a z w ło k ę

10,94

U p o m n ie n ia

7 ,5 0

Z a le g ło ś c i

7 2 ,3 4

R o k 1933

1

K a ra z a z w ło k ę

2,57

U p o m n ie n ia

9 ,0 0

R azem

= 0 , 1 6 + 1.50
= 0 , 5 5 + 1,50
= 0 ,0 9 + 1 ,5 0

"



= 0 ,5 2 +

1,50

u



= 0 ,1 0 + 1 .5 0

«

2 ,5 7 +

u

7 2 ,3 4 z ł. +

Z a le g ło ś c i

R o k 1932

l$ X





9,00

!249.77 z ł.

S k ła d k a o g n .

I R a ta 1931 r.

1 4 , 2 2 + 1 ^ X 3 2 m ie ś . = 4,55 +

II
I




1931 r,
1932 r.

1 4 ,0 0 + 1 ^ X 2 5
5,51 +

1^X 20

II



1932 r,



1933 r.

5,51 +
5,51 +

1% X H
1% X 7



I
II



1933 r,

5,51 +

1% X



R a z em

5 0 ,2 6 +

Z a le g ło ś c i

5 0 ,2 6

K a ra z a z w ł,

10,24

U p o m n ie n ia

9 ,0 0

R a z em

2



1.50 u p o m n ie n ie

= 3 ,5 0 + 1 ,5 0



=

1 ,1 0 + 1 .5 0

n

= 0 ,6 0 + 1 ,5 0

»i

= 0 .3 8 + 1 .5 0

ii

= 0,11 +

1,50

u

10,24 + 9 ,0 0

II

6 9 ,5 0 z ł.
+

2 4 9 ,7 7



3 1 9 ,2 7 z ł,

Do tej zawrotnej sumy 319 zł. 27 gr. dodać jeszcze trzeba jeden
plus kosztów egzekucyjnych pobieranych przy egzekucji każdego
podatku. Wynoszą one tak samo jak upomnienia po 1,50 zł. od każ­
dego podatku. A więc 21 podatku po 1,50 zł. = 31.50 zł. Będzie
więc już razem z poprzednią sumą 319,27 zł. + 31,50 zł. = 350,77 zł.
Nieduża sum ka!! Trzebaby sprzedać wszystkie krowy, kobyłę i świ­
nie toby może ledwie ledwie starczyło na jej pokrycie! Ale co dalej!
Co później sprzedać? Jak gospodarzyć? Co jeść?
24. Pamiętniki chłopów.

370

Województwo Lubelskie

Powiada się, że chłop może, tylko nie chce płacić podatków.
Kto tak myśli i mówi, niech weźmie powyższe liczby, niech się im
uważnie swojemi ślepiami przypatrzy, niech je poważnie we swojej
mózgownicy rozważy, a z pewnością pomyśli i powie inaczej. 44 zł.
76 gr. kary za zwłokę obliczoną do 1-go grudnia 1933 r., 31 zł. 50 gr.
kosztów egzekucyjnych i 31 zł. 50 gr. za upomnienia, razem 107 zł.
76 g r.!!! Ktoby mi kazał i po kiego djabła, płaciłbym za darmo taką
sumę, gdybym mógł w przepisanym terminie wszystkie podatki opła­
cać??? Toć za te 107 zł. 76 gr. mógłbym się porządnie ubrać i obuć
na jakie pięć lat! Chłop rozumie potrzebę płacenia podatków i chciał­
by je we właściwym terminie opłacać, ale nie może! Nie wiem czy
nawet wiele pomoże tu i egzekucja sekwestratora. Dawniej tylko
chłop był bardzo „wrażliwy” i starał się wszelkiemi siłami, by sekwestrator „nie przeglądał mu kątów”. Dzisiaj się już z nim obeznał,
oswoił i nie robi na nim (chłopie) żadnego wrażenia. Stracił już dzi­
siaj chłop swoją ambicję i honorność w „niepokazywaniu swoich
kątów”. Zresztą już były one tyle razy przeglądane, że się do tego
przyzwyczaił. Na dłuższy okres czasu taki stan jest poprostu nie do
pomyślenia, nie do wytrzymania! Najlepszym tego dowodem są gło­
śne, krwawe wypadki w środkowej Małopolsce! Chłopu wszystko
już jedno, czy konać powoli, czy ponieść śmierć odrazu!!! Jeszcze
przy tej ostatniej nie potrzebuje się męczyć! „Śruba podatkowa”
w nadmiernem przykręcaniu może się „ukręcić” ! Stal i żelazo nie
są też wieczne!!!
Niewiele mniejszą sumę od wymienionych zaległości podatko­
wych przedstawiają zadłużenia prywatne. Przedstawiają się one
następująco:
Zwrot zaciągniętej w roku 1930 w Gminnej Kasie P. O.
pożyczki
25 zł.
Zwrot pożyczki zaciągniętej na pogrzeb brata
100 zł.
Zwrot kosztów leczenia zmarłego brata
10 zł.
Dopłata do trum ny dla zmarłego brata
5 zł.
Zwrot pożyczki na Kongres Stronnictwa Ludowego
10 zł.
Zwrot pożyczki na wycieczkę rowerową
10 zł.
Zaległe składki w Kole Młodzieży Wiejskiej
2 zł.
Zaległe składki w Kole Stronnictwa Ludowego
6 zł.
Zaległa prenum erata „Wici”
36 zł.
Spłata nabytej w roku 1929 maszyny do szycia
182 zł.
Różne inne drobne zadłużenia
19 żł.
Razem

380 zł.

Pamiętniki chłopów

371

Nie mając dokładnego podliczenia ogólnego zadłużeń prywat­
nych powiedziałem „na oko” na wstępie, że wynoszą one „niewiele
mniejszą sumę od zaległości podatkowych”. Tymczasem po zsumo­
waniu ich okazało się zupełnie co innego. Okazało się, że wynoszą
one nie mniejszą, ale jeszcze o 30 zł. wyższą sumę od zaległości po­
datkowych. Razem więc zaległości podatkowe i osobiste różne na­
leżności prywatne w dniu 1-go grudnia b. r. będą się równać w sumie
730 zł. 77 gr. Ale to jeszcze nie koniec na tern! Przed kilku dniami,
już po zaczęciu pisania niniejszego pamiętnika, zgłosił się do mnie
kolega mojego zmarłego brata i oświadczył mi niezbyt pocieszającą
wiadomość, że kiedy był razem z moim bratem w Warszawie, to brat
pożyczył od niego roweru, który mu z ulicy z przed sklepu skra­
dziono. Rower był wartości 200 zł. i brat zobowiązał mu się je zwró­
cić. Zanim jednak zdążył to uczynić śmierć przerwała jego mło­
dzieńcze życie. Nie wiem czy to oświadczenie jest prawdziwe, bo nic
b rat o tern przykrem zajściu przed śmiercią nie wspominał. By jed­
nak być czystym i spokojnym we swojem sumieniu siłą rzeczy zo­
bowiązanie brata należałoby wypełnić i te 200 zł. wypłacić, gdyż
zmarły brat oprócz pogrzebu nic z przypadającej jemu części nie
wziął.
A więc, żeby się ze wszystkiego na czysto „oczyścić” to na dzień
1-go grudnia 1933 roku trzebaby mieć okrągło j e d e n t y s i ą c
z ł o t y c h p o l s k i c h ! ! ! Żeby go móc w gospodarstwie uzyskać
to trzebaby sprzedać te dwie morgi lepszej ziemi, a w pozostałym
piasku wygrzebać obszerny dół i zagrzebać się w nim żywcem z całą
rodziną i inwentarzem!!! Innego wyjścia i sposobu do życia nie
widzę. Boć by móc żyć i z życia mieć jakie takie zadowolenie, to
oprócz tego jednego tysiąca złotych trzebaby mieć drugi na popra­
wienie i urządzenie zabudowania, na kupno jakiej takiej cieplejszej
odzieży na zimę, a także na kupno opału, by przy zimnym piecu
w zimie nie zmarznąć.
D w a t y s i ą c e z ł o t y c h p o l s k i c h potrzeba, by się
chwilowo ściskającej biedzie z pazurów wyrwać! Chcieć zaś myśleć
© zabezpieczeniu sobie dalszej przyszłości, należałoby spłacić siostrę
i pomyśleć o zabezpieczeniu jakiejś przyszłości najmłodszemu osiem­
nastoletniemu bratu przez danie mu jakiegoś fachu czy coś podobne­
go. Na to znowu licząc skromnie po dwa tysiące złotych na jedno,
trzebaby cztery tysiące złotych. Do tego dodać poprzednie dwa —
będzie razem sześć tysięcy złotych!!! By móc żyć i jak już wspom­
niałem, jakie takie zadowolenie z życia mieć — trzebaby te sześć

Województwo Lubelskie

372

tysięcy koniecznie jakimś cudem zdobyć. Skąd jednak i w jaki spo­
sób zdobyć?? Ktoś, a może i nie jeden, mógłby mi dać taką radę:
„Jesteś kawalerem, poszukaj bogatej panny, żeń się z nią, bierz za
nią posag i po kłopocie!” Na taką radę mógłbym odpowiedzieć py­
taniem, kto dziś może tyle pieniędzy dać? Choćby się może wyjątko­
wo gdzie taka „bogata panna” znalazła, to czyby się na moje w arunki
przystać zgodziła? Zresztą na kwestję doboru małżeńskiego zapatru­
ję się nie pod kątem doboru i dopasowania materjalnego, ale pod
kątem doboru człowieka, z którym życie byłoby przyjemne w każdej
jego chwili. Na pierwszem miejscu stawiam wartość człowieka, na
drugiem — wartość pieniądza. Obydwie zaś te wartości trudno ze
sobą uzgodnić!
Samokształcenie
;

Udział

w

pracy

społecznej

A jednak pomimo wszystko, pomimo biedy i nędzy w jakiej od
dzieciństwa żyję, jest coś co daje mi wewnętrzne zadowolenie i nie
pozwala popaść w całkowity pesymizm i apatję. To „coś” to jest
samokształcenie i udział w pracy społecznej. Od dzieciństwa mia­
łem już jakiś specjalnie wrodzony pociąg do czytania. Największą
jednak w tern przeszkodą było to, że nie miałem co czytać i nie było
za co kupić książki, czy zaprenumerować gazety. W dzieciństwie
zadawalniałem się „Gazetą Świąteczną” prenumerowaną przez ojca
wspólnie z sąsiadami. Innych żadnych gazet w całej wsi liczącej
62 gospodarzy nikt nie prenumerował. Nikt się zresztą szerszem ży­
ciem poza swoją wsią i parafją nie interesował.
Po odzyskaniu Niepodległości Polski i po rozpisaniu wyborów
do pierwszego sejmu, po rozpoczęciu agitacji wyborczej na wiecach
przez wysłanników różnych ugrupowań politycznych i w kościołach
przez księży — nastąpiło ożywienie i zainteresowanie we wsi. Mnie
z tego powodu nadarzyła się nielada okazja do „naczytania” się. Co
wieczór, a nawet i we dnie — gdy nie miałem pilnej roboty w domu
— szedłem na wieś do sklepiku, gdzie się schodzili gospodarze z całej
wsi na słuchanie czytanych przeze mnie różnych różności i na nara­
dzanie się nad tern, który numer najlepszy i na który najlepiej gło­
sować. Do czytania służyły różne gazety i ulotki wyborcze rozda­
wane za darmo na wiecach i zebraniach, a także roznoszone po wio­
skach przez różnych polityków.

Pamiętniki chłopów

373

Czytanie to tak „weszło w życie”, że z jednej strony ja nie
mogłem się doczekać wieczora, by polecieć i coś przeczytać, a z dru­
giej strony zebrani chłopi, gdy mię czasem „nie było długo widać”
przysyłali po mnie bym prędzej szedł, bo są do czytania „świeże
gazety”. Wzbudzone zainteresowanie w czasie wyborów nie usnęło
i po wyborach. Zaciekawienie tylko szło teraz w tym kierunku co
się dzieje w sejmie, co sejm uchwali, jaki będzie rząd, a także cie^
kawiły wiadomości z wojny, która jeszcze trwała i na którą ze wsi
początkowo „na ochotnika”, a potem z poboru poszło kilkunastu
młodych chłopaków.
Po wyborach nie rozdawano już gazet, ani ulotek i dlatego ten
i ów, by zaspokoić raz rozbudzone zaciekawienie, z konieczności mu­
siał sobie zaprenumerować gazetę. Przed wyborami do drugiego sej­
mu i ja się zdobyłem na zaprenumerowanie do spółki z sąsiadem „Ga­
zety Świątecznej”. Nie mogłem się wtedy doczekać niedzieli, a z nią
„świeżej gazety”. Opłacałem ją tylko przez jedno półrocze, a dalej
mimo najszczerszych chęci nie mogłem, bo nie miałem pieniędzy.
W roku 1923-im, czy 1924-ym nie pamiętam już jakim sposobem
zapoznałem się z gazetą „Wola Ludu” organem ówczesnego Stronni­
ctwa Ludowego „Piasta”. Gazeta ta tak mi się spodobała i tak się
z nią zżyłem, że poprostu nie mogłem sobie wyobrazić, cobym począł,
gdyby mi wstrzymano jej wysyłkę. Co mogłem to za nią płaciłem,
a pozatem często gęsto pisałem „błagalne” listy do Redakcji z prośbą
uwzględnienia mojego ciężkiego położenia i nieprzerywania mi wy­
syłki „Woli Ludu”. Muszę przyznać, że Redakcja zawsze bardzo
przychylnie moje prośby załatwiała.
Regularnie cały rok, w największe mrozy i zamiecie w zimowej
porze, co sobota, lub w niedzielę z rana latałem do gminy odległej
o 3 kim. po gazetę. Gdy czasem wypadkowo jej nie było, czułem się
gorzej, jakby mi przez cały dzień m atka jeść nie dała.
Oprócz gazet łaknąłem ogromnie czytania książek, których nie­
stety wypożyczyć nie miałem gdzie, a kupić nie miałem za co. Gdy
mi się przypadkowo jakaś książka do rąk dostała, to poty jej nie
położyłem, aż ją przeczytałem „od deski do deski”. Rzadkie to jednak
bywały wypadki takiego dostania książki, a jeszcze rzadsze wypadki
doboru książki do mojego poziomu umysłowego i mojego zaintere­
sowania.
Najczęściej musiałem się zadowolnie opowiadaniem o różnych
„ładnych” i „ciekawych” książkach, które czytał kiedyś w młodości
jeden ze starych gospodarzy. Najbardziej wzbudzała we mnie za­

374

Województwo Lubelskie

chwyt jakaś tajemnicza dla mnie książka nazywająca się „Ogniem
i mieczem” i druga „Potop”. Opowiadał właśnie często o nich ów
gospodarz, który miał szczęście je czytać. Mówił, że to książki ogro­
mnie duże i drogie, bo kosztują aż po 3, czy po 6 rb. Pisze w nich
o wszystkich dawnych „wielkich wojnach”, o polskich królach,
0 obronie Częstochowy i o „potopie świata”. — Mój Boże! — myśla­
łem se słuchając tego opowiadania — żeby tak móc gdzie dostać te
książki i przeczytać je, ileż tobym się dowiedział ciekawych wiado­
mości z dawnych dziejów świata! Cena 6 rb. „przed wojną” nie
ośmielała mię nawet do marzenia o tern, bo gdzieżbym ja się mógł
kiedy zdobyć na taki wydatek? Gospodarz, który o nich opowiadał
miał swoją własną książkę, która też „przed wojną” kosztowała
3 czy 6 rb. a nazywała się „Żywoty wszystkich Świętych”. Było
w niej opisane każdego świętego i świętej z każdego dnia z całego
roku. Mimo jednak usilnych moich próśb i zapewnienia niezniszczenia, nie chciał mi jej pożyczyć, bo już kiedyś dawniej była ona do
mojego domu pożyczana przez zmarłego w roku 1914-tym, mojego
stryja szewca ś. p. Stanisława. Zaś dwa razy do jednego domu ni­
komu nie pożyczał bo by się prędko zniszczyła.
Z dołączanego co miesiąc bezpłatnie do „Woli Ludu” dodatku
dla młodzieży p. t. „Siewba” dowiedziałem się, że istnieje w Polsce
organizacja młodzieży, że młodzież w niektórych wsiach wspólnie
pracuje w tak zwanych Kołach Młodzieży. O! jakże wówczas m a­
rzyłem, żeby w mojej wsi takie Koło Młodzieży powstało. Żeby
młodzież zamiast tracić czas na włóczenie się po wsi „za kądzielnicami” i na wyrządzaniu komuś szkody po nocach — wzięła się do
pracy nad oświecaniem i wychowywaniem się na światłych i poży­
tecznych obywateli państwa.
W Niwie Babickiej, w wiosce odległej od mojej wioski o 3 klim
istniało już coprawda od kilku lat Koło Młodzieży. Należeli jednak,
do niego z okolicznych wsi tylko ci, którzy przez ogół ludności byli
uważani za „inteligentów”, którzy pierwsi „poprzyczepiali” sobie k ra­
waty, którzy pokupowali sobie „śklepne ubrania” i kamasze, którzy
w roku 1918 pierwsi poszli na ochotnika, rozbrajać i wypędzać:
Niemców. W mojej wsi też było kilku takich inteligentów, z których
prawie każdy „widział już W arsiawę”. Tym to inteligentom po po­
wrocie z wojska wydało się za trudnem i za uciążliwem należenie
1 pracowanie w Kole Młodzieży odległem o 3 kim. dlatego też widząc
wiele młodzieży we swojej wsi, pomyśleli o wciągnięciu jej do orga­
nizacji i o założeniu Koła we swojej wsi.

Pamiętniki chłopów

375

Dnia 27 stycznia 1924 roku zostało do mojej chałupy zwołane
zebranie młodzieży w celu zorganizowania Koła. Na zebranie przy­
było 26 chłopców i 10 dziewczyn. Wszyscy jednogłośnie zgodzili
się należeć do Koła. Rozumie się, że większość przystąpiła dlatego —
że przystąpili inni, albo ze zwykłej ciekawości. Mnie odrazu spotkał
w Kole nielada zaszczyt, wybrano mię na sekretarza. Przez objęcie
tego „urzędu” zapomniałem trochę o czytaniu, natomiast zacząłem
się „wprawiać” w innym kierunku — w pisaniu. A pisania była
m oc! Protokuły, role do teatru, zaproszenia na przedstawienia i za­
bawy, afisze — wszystko to było na mojej głowie! Przyznam —
wcale się nie chwaląc — że wywiązywałem się ze wszystkiego nale­
życie. Było to dla mnie nie do pomyślenia, żebym czego co do mnie
należało nie wykonał. Po roku sekretarzowania, na dorocznem Walnem Zebraniu, dodano mi jeszcze funkcję skarbnika. Niedługo się
jednak nią ucieszyłem gdyż jesienią 1925 roku zabrano mię wraz
z kilkoma innymi kolegami do wojska. Pozostali na miejscu człon­
kowie, a zwłaszcza organizatorzy, przez różne okoliczności i obowiąz­
ki życiowe zmuszeni zostali do wycofania się z pracy w Kole i wobec
tego w czasie mojego jeżdżenia na kołach arm aty — Koło Młodzieży
„usnęło”.
Pisząc jednego razu ze szkoły podoficerskiej „rymowany” bst
do domu, „przyłapał” mię na tern porucznik i poznawszy moją zdol­
ność „rymowania” kazał mi napisać wiersz na przedstawienie urzą­
dzane przez szkołę. Zgodziłem się chętnie. Było to przed świętami Bo­
żego Narodzenia i przed naszym wyjazdem na urlop świąteczny.
Przez kilka dni nie chodziłem wcale ani na ćwiczenia, ani do żadnych
robót porządkowych, których strasznie nienawidziłem, ino sobie sie­
działem w koszarach przy pisaniu wiersza. Rozumie się, że pisałem
tylko wtedy, gdy wchodził któryś z przełożonych. Ostatniego wieczoru
przed przedstawieniem wezwał mię porucznik na kancelarję, gdzie
przez kilka godzin przy częstowaniu się „oficerskiemi cukierkami”
usuwaliśmy różne „braki” wiersza. Największym jego brakiem było
to, że każdy wiersz miał inną ilość sylab. Po zwróceniu mi przez
porucznika uwagi, że każdy wiersz musi mieć jednakową ilość sy­
lab, — w każdym wierszu liczyłem sylaby i gdzie było ich za dużo
skreślałem wyrazy, a gdzie za mało — dopisywałem. Po wygłosze­
niu uzupełnionego i „wygładzonego” wiersza zyskałem burzę okla­
sków, a także pewne względy, wyróżnienie i lepsze uważanie u prze­
łożonych szkoły.
Osiągnięty sukces tego pierwszego wiersza po powrocie z wojska

376

Województwo Lubelskie

pchnął mię do „wprawiania się” w pisaniu wierszy. Nie dowierzając
słuszności uwagi porucznika kilkakrotnie sprawdzałem różne dru­
kowane wiersze, czy rzeczywiście każdy wiersz musi odpowiadać je­
den drugiemu równą ilością sylab. Po dłuższych „studjach” dosze­
dłem do przekonania, że „tak jest” ! Nie odkryłem jednak narazie
takiej tajemnicy jak „średniówka” wiersza. Nie zwracałem też na
nią najmniejszej uwagi. „Obowiązywała” mię tylko ilość sylab.
Pisząc wiersz, pisałem go najprzód „na brudno” i zwracałem naj­
przód uwagę na rym, a potem dopiero liczyłem sylaby i dopisywałem
względnie skreślałem odpowiednie wyrazy wyrównując ilość sylab.
Tematami do pisania wierszy były różne sprawy osobiste opi­
sywane w listach do kolegów wojskowych. Opisałem też wierszem
dosyć obszernie przyjazd i pobyt biskupa w naszej parafji. Opis ten
posłałem do Redakcji gazety „Posiew” i „Gazety Świątecznej” z pro­
śbą o wydrukowanie go. Odrazu „poszedł” ale do koszów redakcyj­
nych i to nawet bez żadnej odpowiedzi. Urażony tern nawiązałem kon­
takt z dawną swą przyjaciółką „Wolą Ludu”. Ta zrobiła mi wielką
niespodziankę, a zarazem i ogromne zadowolenie zamieszczając w nu­
merze 393 z dnia 1 stycznia 1928 r. mój wiersz p. t. „Noworoczne
życzenia”. Składałem w nim swe życzenia posłom i senatorom z klu­
bu „Piasta”, redaktorowi z pracownikami redakcji i wszystkim czy­
telnikom. Dwa tygodnie potem w numerze 395 z dnia 15 stycznia
1928 r. ukazał się znowu mój „rymowany” artykulik o mojem zami­
łowaniu do czytania i o trudnościach w opłacaniu gazety, a także
o tern jak pragnąłbym czytać książki a nie mam ich skąd wziąć.
W początkach września tegoż 1928 roku odwiozłem najmłod­
szego brata do 6-go oddziału szkoły powszechnej w najbliższem mia­
steczku. Po dwumiesięcznym pobycie w szkole sprawił mi wielką
niespodziankę, a zarazem nieopisaną wprost radość i zadowolenie.
Przychodząc na niedzielę do domu przyniósł mi z bibljoteki szkolnej
pierwsze tomy „Trylogji” Sienkiewicza „Ogniem i mieczem”. Ot
jaki on jest szczęśliwy! — pomyślałem sobie — dzieciakiem jeszcze
jest, a już m a możność przeczytać to, o czem ja od kilku lat marzy­
łem, zaczem od dawna tęskniłem, a czego przeczytać nie mogłem.
Z wielką ciekawością zabrałem się do czytania. Czytanie to przez
kilka dni i wieczorów było dla mnie najprzyjemniejszą rozrywką
jaką kiedykolwiek w życiu do tej pory miałem. Naprzemian i śmia­
łem się i płakałem, czytając pełne dowcipu i pomysłowości, to znowu
niebezpieczne, zagrażające życiu chwile opisywanych postaci. Po
przeczytaniu „Ogniem i mieezem” przychodząc drugim razem do

Pamiętniki chłopów

377

domu przyniósł mi brat „Potop”. Teraz dopiero się przekonałem, że
to wcale nie ten biblijny potop świata, kiedy to przez czterdzieści dni
i nocy padał deszcz i wszystko co nie było w arce Noego zatopił.
Nie wiedziałem tylko i nie rozumiałem czy te wszystkie postacie jak:
Skrzetuski, Helena, Podbipięta, Zagłoba, Oleńka, książę Wiśniowiecki i wiele innych były naprawdę prawdziwemi postaciami, i ich
opisywane czyny prawdziwemi czynami, czy też to wszystko było
tylko „wymyślone” przez autora. Pytanie to zadawałem sobie po
każdej przeczytanej później powieści i pomimo, że mię ono ogrom­
nie dręczyło — nie umiałem dać sobie dostatecznej odpowiedzi. Nie
było też nikogo, ktoby mi tej odpowiedzi udzielił.
Dnia 9 grudnia 1928 roku zostało nanowo pobudzone i na nowo
zorganizowane Koło Młodzieży. Stało się to dzięki inicjatywie i chę­
ci pomocy w prowadzeniu pracy miejscowej nauczycielki. Mnie, jak­
kolwiek na zebraniu organizacyjnem z powodu choroby nie byłem,
do koła zapisano i „zaocznie” wybrano na sekretarza. Znowu miałem
nielada okazję i sposobność do „wypisywania się” w pisaniu, a także
w „układaniu” i wygłaszaniu na zebraniach Koła różnych okolicz­
nościowych wierszy. Dzięki tym wierszom stałem się „znanym”
i w okolicznych Kołach, których już było kilkanaście.
W dniu 2 czerwca 1929 r. na Zjeździe Pow. Zw. Mł. W. zostałem
wybrany na delegata na Zjazd Związku Młodzieży Wiejskiej Rzeczy­
pospolitej Polskiej do Poznania. Na wyjazd otrzymałem zapomogę
w sumie 30 zł. od P. Z. Mł. W. i 50 zł. od Koła, które też mię wybrało
delegatem na Zjazd i na zwiedzenie Powszechnej W ystawy Krajowej.
Zbiórka wyjeżdżającej na Zjazd i na wystawę wycieczki miała być
wieczorem w dniu 14-go czerwca w Warszawie. Ja wybrałem się
o cały dzień wcześniej, aby móc zwiedzić Warszawę, do której pierw­
szy raz miałem szczęście się wybrać. Pierwszy też raz poza jazdą
do wojska i z wojska jechałem na „własną rękę” pociągiem. Ta jazda
do Warszawy, jej zwiedzenie, poznanie wielu, wielu ludzi znanych
z pisania różnych artykułów w „Wiciach” i w innych pismach, udział
w obradach zjazdowych, zwiedzanie Poznania i Wystawy — wy­
warły na mnie ogromne zadowolenie i niezapomniane do śmierci
miłe wspomnienia. W drugim dniu pobytu w Poznaniu odbywał się
Kongres Słowiańskiego Związku Mł. Wiejskiej. Na Kongresie tym
miałem możność wysłuchania w bardzo pięknych słowach wypowie­
dzianego referatu Ignacego Solarza dyrektora Wiejskiego Uniwer­
sytetu Orkanowego w Szycach. O znaczeniu Szyckiego Uniwersy­
tetu nie wiele jeszcze wiedziałem, jednak wysłuchawszy wspomnia-

378

Województwo Lubelskie

negó referatu zaraz sobie pomyślałem: skoro z jednego referatu
można się tyle dowiedzieć, tyle skorzystać, to ileżby człowiek skorzy­
stał i dowiedział się, gdyby tak miał możność wybrać się kiedy na
5-cio miesięczny męski kurs do Uniwersytetu w Szycach i słuchać
wykładów takiego człowieka jak zwany przez wychowanków Szyc
chrzestny Solarz. Marzenie o Szycach podniecały i potęgowały we
mnie spotykane o nich opisy w „Wiciach”. Ale marzenie marzeniem,
a rzeczywistość rzeczywistością! By się marzenie mogło spełnić -—
potrzebne było 300 zł. oprócz kosztów podróży. O takiej sumie nie
śmiałem nawet marzyć, dlatego poddając się pierwszemu marzeniu
często sobie powtarzałem taki, ułożony przez siebie, wierszyk:
„Szyce, drogie Szyce! kiedyż was zobaczę??
W pragnieniu za wami nieraz gorzko płaczę!”
Jesienią 1929 r. zwróciłem swojemi wierszami na siebie uwagę
młodego w ójta mojej gminy i niektórych członków Rady Gminnej,
przez którą zostałem wybrany na członka Zarządu Gminnej Kasy
Pożyczkowo-Oszczędnościowej. Czynności związane z tern stanowi­
skiem wykonywałem ku zadowoleniu całej „władzy nadzorczej”
i wszystkich interesantów. Była jednak, jedna „drobna rzecz” przez
którą nie mogłem „czuć się dobrze” razem ze swoimi współpracowni­
kami Kasy, przez którą i oni patrzyli na mnie z „ukosa”. Drobną tą
rzeczą było brak pieniędzy. Przez to „niepasowałem” do „towa­
rzystwa” idącego w każdym dniu urzędowania „na wychylenie”
i na „przekąsenie” czegoś. Ja w tym czasie posilałem się wziętym
z domu w kieszeń suchym kawałkiem chleba, albo też musiałem
„przyciskać pasa” i czekać niecierpliwie powrotu „posilonego” towa­
rzystwa i skończenia urzędowania.
W m aju 1930 r. jako członek Zarządu Kasy, zaciągnęłem w tejże
Kasie pożyczkę w sumie 200 zł. na kupno roweru, bez którego miałem
ogromne utrudnienia w braniu udziału w różnych kursach, zjazdach,
wycieczkach i uroczystościach organizacyjnych.
W tymże roku w dziesięcioletnią rocznicę „cudu nad W isłą”,
w dniu 15-go sierpnia, jako „urzędnik” Kasy zostałem zaproszony na
przyjęcie dla uczestników uroczystości poświęcenia fundamentów
siedmioklasowej szkoły powszechnej. Na przyjęciu tern wygłosiłem
własnego utw oru wiersz o „cudzie nad Wisłą”. Podkreśliłem ofiar­
ność, poświęcenie i bohaterstwo szarych żołnierzy, synów chłopskich
i robotniczych, którzy przyczynili się do stworzenia „cudu”. W ier­
szem tym zwróciłem na siebie uwagę obecnego na przyjęciu starosty
powiatowego i referenta kulturalno-oświatowego Wydziału Powiato­

Pamiętniki chłopów

379

wego. Dzięki tej uwadze z jednej strony i dzięki poparciu znają­
cych mię dwóch członków wydziału powiatowego z drugiej — została
mi przyznane przez tenże Wydział stypendjum w wysokości 350 zh
na wyjazd na kurs do Wiejskiego Uniwersytetu Orkanowego w Szy­
cach. Po otrzymaniu oficjalnego urzędowego zawiadomienia o przy­
znaniu mi stypendjum ucieszyłem się niezmiernie, że jak dawniej
marzenie o przeczytaniu „Trylogji” Sienkiewicza, tak teraz marzenie
0 skończeniu kursu w Szycach — zostanie spełnione. Jednak ze zbli­
żaniem się chwili odjazdu coraz bardziej przekonywałem się, że przy­
znane mi stypendjum to jeszcze nie wszystko, i że pomimo jego —
pojechać mi będzie trudno. Powziąłem już nawet rezygnację z wy­
jazdu. Na przeszkodzie wyjazdu stało wiele braków ubraniowych
1 odzieżowych, usunięcie których wymagało około 100 zł. Znaleźli
się jednak w gromadzie Wiciowej ludzie, którzy mi w usunięciu
tych braków pomogli przez „wyekwipowanie” mię we wszystkie czę­
ści składowe garderoby pościelowej. W ubraniu zdecydowałem się
pojechać ostatecznie w tern jakie miałem. W dniu 16 listopada 1930 r.
nastąpił radosny mój wyjazd na kurs do Szyc z powodu wyborów
do sejmu o cały miesiąc skrócony. Na kursie byłem radośnie witany
jako znany już z pisania wierszy i artykułów do „Wici” i „Wyzwo­
lenia”.
Przez czteromiesięczny pobyt w Szycach i przez wysłuchane
w tym czasie wykłady „otworzyły mi się oczy”, na świat i życie we
świecie. Rozwiała mi się z przed oczu mgła nieświadomości zasła­
niająca mi wiele tajemnic życiowych. Poznałem wielu wielkich pi­
sarzy i ich dzieła nietylko z nazwiska i z tytułów dzieł, ale z ich dą­
żenia i celu w jakim swe dzieła tworzyli. Poznałem historyczne za­
bytki Krakowa, Wieliczkę i Ojców, które znałem, ale z różnych krót­
kich opisów. Poznałem i nauczyłem się cenić piękno otaczającego
nas życia przyrody. Poznałem wiele, wiele cennych wartości wsi,
która mi się nieraz wydawała najgorszą „pod słońcem” i z której
marzyłem czasami o „wyrwaniu” się gdzieś poza nią. Poczułem się
dumny ze swego chłopskiego pochodzenia, którego się wiele razy
wstydziłem i czułem się poniżonym i upośledzonym. Nauczyłem się
cenić wartości ludzi nie po zewnętrznym ich wyglądzie, ale po we­
wnętrznej wartości. Poznałem swą osobistą godność człowieczą i po­
czułem się równym człowiekiem z różnemi „inteligentami”, czy „półpankami” z miasta wydającymi mi się przedtem ogromnie „wysokiemi figurami” w ludzkiem mrowiu. Poznałem swój cel życia i swoje
w życiu przeznaczenie i obowiązki. Nauczyłem się cenić swoją god­
ność i honorność chłopską.

380

Województwo Lubelskie

Z takiem nastawieniem i przygotowaniem do życia, powróciw­
szy z Szyc do domu, długi czas nie mogłem odnaleźć samego siebie,
Z jednej strony dręczyły mię różne braki gospodarcze, czysto osobi­
ste domowe, a z drugiej w pracy we wsi przejawiającej się w różnych
formach w Kole Młodzieży nie mogłem się „dopasować” do wszyst­
kich, a wszyscy do mnie znowu nie byli „dopasowani”. Musiałem
się długo nadręczyć, nagryźć w sobie zanim się te różnice jako tako
zatarły. Z jednej strony ja musiałem trochę opuścić ze swojego na­
stawienia, a z drugiej wszyscy „podciągnęli się” by mnie dorównać.
Pomimo takiego uzgodnienia bywały momenty, że się często zniechę­
całem i nieraz sobie postanawiałem raz na zawsze usunąć się od
t. zw. „pracy społecznej”. Miałem jednak już do niej widocznie
wrodzoną „żyłkę” i tak byłem nią „przesiąknięty”, że w żaden sposób
nie mogłem się w postanowieniu „usunięcia” długo utrzymać. Zresz­
tą, dzięki związanym z pracą społeczno-organizacyjną wyjazdom
i przeżyciom różnych radosnych i podniosłych chwil zapominałem
chociaż na moment o tych dręczących mię bez przerwy różnych kło­
potach i niedomaganiach domowych. W tym też celu — byle okazja
starałem się „wyrwać” z domu, w którym nigdy nie miałem zadowo­
lenia, ale zawsze przygnębienie.
Jeśli miałem jakąś chwilę zadowolenia i w domu to tylko wTpi­
saniu wierszy, artykułów, w ukazywaniu się ich w pismach, w pi­
saniu listów do znajomych koleżanek i kolegów i otrzymywanych od
nich miłych i serdecznych odpowiedziach. Muszę przyznać, że chwi­
lami ogarniała mię poproś tu istna „manja pisania”. Wszelkie ro­
boty w gospodarstwie wykonywałem tylko z „musu”, a nigdy z ocho­
tą. Nawet w takiej porze jak żniwa, przyszedłszy w południe z pola
rzucałem kosę a chwytałem ołówek i „układałem” różne śpiewki
na dożynki. Na każdą zresztą okoliczność musiałem coś ułożyć, coś
napisać. Im więcej oddawałem się pisaniu, tern więcej szło mi myśli
do głowy i nigdy nie mogłem się dostatecznie „wypisać”. Zamiłowa­
nie do pisania i wypływające z niego zadowolenie „zatruwała” m i
zawsze swojemi, nieraz bardzo cierpkiemi uwagami, matka, która
czasami nie mogła wprost na mnie „siedzącego przy pisaniu” patrzeć.
(Spotkało mię to i przy pisaniu niniejszego pamiętnika). Nieraz piszę
sobie w najlepsze, jestem „u szczytu natchnienia”, aż tu naraz m at­
czyne: — Bronek! zrób to! Bronek! zrób tamto! — „wytrąca mię
z równowagi” i spadam na dół. Wogóle z zadowoleniem m atki
zawsze trudna sprawa. Pójść wieczór na wieś — gniewa się, że ją
wracając przebudzam, zostać w domu i wziąć się za pisanie, lub czy­

Pamiętniki chłopów

38i

tanie to zaraz: — Bronek! gaś lampę nie wypalaj nafty!!! Nie dzi­
wię się zresztą temu wcale, bo ile razy ja kombinowałem skądby tu
wziąć parę groszy na przesyłkę jakiegoś listu — matka martwiła się
za coby tu kupić litrę nafty, czy paczkę zapałek, i gdyby miała moje
sumy „pochłaniane” przez te w najróżniejsze miejsca „przesyłki”
— nie miałaby powodu do zmartwienia i krzyczenia na mnie.
Reasumując wszystkie strony dodatnie i ujemne w życiu wsi
trzeba stwierdzić, że stron dodatnich jest daleko więcej i coraz wię­
cej ich przybywa, Być może, że i dzisiejsza bieda przyczyniła się
w dużej mierze do tego, że chłop się przebudza z długiego uśpienia,
przegląda na oczy, zaczyna myśleć o sobie i poczyna szukać wyjścia
z tego chaosu w jaki został wplątany. Wyjście to wcześniej czy póź­
niej znajdzie, bo samo życie mu je wskaże, a kiedy chłop je ujrzy
i zacznie przez nie wychodzić nie będzie przeszkody, ani siły któraby
zatrzymała, a tembardziej cofnęła na dawne miejsce.
Dn. 30 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr. 27

Zamożny

go sp o d a rz

w pow.

p u ł a w s k im

Urodziłem się w 1882 roku 8 września, we wsi Wandalin, gminy
Rybitwy, powiatu Puławskiego, woj. Lubelskie.
Do roku 1907 byłem przy ojcu, te 25 lat spędzałem dosyć zgodnie
z rodzicami oraz braćmi i siostrami. Zaznaczam, że było nas dzieci
dziesięcioro, sześciu braci a cztery siostry. Z mała chowałem się
dosyć zdrowo, o ile sobie przypominam miałem lat piętnaście, już
zacząłem pracować. Pracowałem u ojca oraz chodziłem i na zarobek,
co zarobiłem, to oddałem ojcu, nie brałem tego dla siebie, jednak
byłem zadowolony z tego co mi później ojciec dał, lub co mi kupił.
Zaznaczam, że ojciec miał gospodarstwo składające się z dwudziestu
mórg ziemi. Do szkoły chodziłem jednej zimy dwa miesiące, a dru­
giej zimy trzy miesiące do takiego nauczyciela, co uczył po parę dzieci
na wsi.
Nauczyłem się trochę czytać i pisać, no i rachować do tysiąca.
Później miałem chęć do czytania i gdzie się dowiedziałem o jakiej
książce, to prosiłem, żeby mi pożyczył i czytałem, bo w domu książ­
ki nie było, bo ojciec i m atka czytać nie umieli. Później zaprenu­
merowałem sobie gazetę i znów czytałem, ale pisać to już prawie
nie umiałem. Aż brat poszedł do wojska i nie miał kto listu napisać,
bo nikt w domu nie umiał, więc ja musiałem sobie przypominać
litery i ten list jakoś napisać i tak się trochę pisać nauczyłem.
W roku 1907 w miesiącu lutem ożeniłem się z panną z tejże samej
wsi W andalin, o sześć lat młodszą ode mnie, która miała jako po­
sag po ojcach 600 rubli, bo jej ojcowie już nie żyli. I ja dostałem
od swego ojca na m ajątek też 600 rubli, to miałem jako m ajątek
1200 rubli, a ziemi nic. I gospodarzyłem dwa lata na gospodarce
brata swej żony, który był w wojsku ruskiem i pracowałem jak

Pamiętniki chłopów

383

mogłem, drugi raz nawet i w nocy przy świetle księżyca, aby coś
uciułać trochę grosza. No i dzięki Bogu uciułałem przez te dwa lata
;800 rubli, tak że już miałem 2000 rubli. Z Sąsiadami tam żyłem
w najlepszej zgodzie. Po dwóch latach szwagier wrócił z wojska
i prosto mnie wyrzucił za próg domu, bo mówił, że to jego jest
dom i ziemia, no i usunął mnie wraz z żoną i synkiem, bo już mia­
łem synka, który mi się urodził w roku 1909. No i wprost nie mia­
łem się gdzie podziać. Przykro mi było bardzo, że ten szwagier
mnie tak usunął, nie pozwolił mi być u siebie, aż kupię sobie gdzie
kawałek ziemi. No, ale trudno musiałem pójść i prosić ojca, żeby
mnie przyjął do siebie, jak lokatora. No i byłem u ojca osiem mie­
sięcy i znów pracowałem jak mogłem na kawałek chleba jako ro­
botnik, aby tego co miałem nie ruszyć, aby kiedy kupić parę mórg
ziemi. W temże samym roku 1909-ym, w miesiącu listopadzie sprze­
dawał jeden gospodarz swoje gospodarstwo składające się z 16-stu
mórg i 140-stu prętów ziemi ornej i lasu w tejże samej wsi W andalin, za sumę 3300 rubli. I ja chciałem kupić ten majątek, ale
cóż kiedy miałem tylko 2000 rubli, a 1300 rubli brak. Więc po­
stanowiłem pożyczyć te 1300 rubli i to kupić. Ojciec mi nie kazał,
mówił, że dużo długu narobię, to będzie niedobrze, ale ja się w tern
już ojca nie posłuchałem i postanowiłem pożyczyć te 1300 rubli
i kupiłem. Ta gospodarka była bardzo opuszczona, budynki opu­
stoszone, ziemia niedoprawiona, studni nie było, wody niema, a tu
;ażeby do wody dostać trzeba było kopać studnię 75 łokci wgłąb, do­
piero dostać się do wody. Ale nic nie pomoże, trzeba było brać się za
robotę i znów pracować. Najpierw wziąłem się i wykopałem stud­
nię, a zaznaczam, że kopałem sam bez żadnego studniarza. Później
trzeba było reperować budynki, tak że roboty coniemiara. Przy­
szła wiosna trzebaby orać i siać, a tu ja nie mam ani konia, ani
pługa, ani ziarna do siewu. I co robić nie wiem. No, ale nic nie
pomoże, trzeba coś myśleć i kupiłem szkapinę za 30 rubli i to ślepe
było, pług stary dał mi ojciec. To już nareszcie, jak niebądź orze,
ale siać nie mam czem i kupić niema za co. Trzeba prosić ludzi,
żeby pożyczyli zboża. I trocha pożyczyłem, a trocha kupiłem i ob­
siałem jakoś. Przyszły żniwa, trzeba żąć zboże, a tu niema kto bo
nasz dwoje i dziecko małe. To trzeba było i w nocy przy świetle
księżyca zbierać z pola ten chlebuś. Po żniwach w temże roku
1910, w miesiącu październiku urodził mi się drugi syn, z którego
ty łem zadowolony. Ale robota jeszcze gorzej szła, bo już było
dwoje dzieci. Tak przeszedł jeden rok na tym dorobku, ale cóż

384

Województwo Lubelskie

kiedy dorobek był marny, bo zamiast oddać coś długu, to mi przy­
było jeszcze 200 rubli. To już myślałem, że zbankretuję na tej no­
wej gospodarce, przypomniały mi się słowa ojca, jak mi mówił,
żebym nié kupował, bo mi będzie ciężko z długiem. No, ale cóż
przepadło, trzeba gonić dalej. No i przepędziłem rok drugi, który
był trochę lepszy, bo oddałem procent i 100 rubli długu, ale za­
znaczam, że nie wiedziałem czy jest wesele, czy jakaś zabawa, na­
wet zapomniałem czy jest wódka w kraju, tylko się męczyłem dalej:
z tern długiem. Ale dowiedziałem się, że ludzie jadą do Ameryki
i coś zarabiają tam dolarów. Więc postanowiłem i ja wyjechać do>
Ameryki. Więc w roku 1912 sprzedałem trocha żyta na pniu,
puściłem trochę gruntu w dzierżawę, aby więcej długu nie robić,,
a uciułać na drogę do Ameryki, a trza było 200 rubli na drogę do
Ameryki. I w 1912 roku, pierwszego września miałem w yjechać
do Ameryki po te dolary. Już byłem gotowy, ale jak tu zostawić tę
gospodarkę i żonę z dwojgiem dzieci, jak oni tutaj będą żyć, t<>
mnie męczyło, ale trudno, trzeba jechać i już. Miałem odjeżdżać
za parę dni. Pojechałem do miasta, ażeby coś kupić do domu dla
żony i dzieci, wracam do domu, a tu żona stoi na podwórzu i pła­
cze. Ja się pytam, co się stało, a ona mówi, że dzieci wlazły na
wrota, a w rota się oberwały i przewaliły się na dzieci i starszemu
synkowi złamało nogę. Co tu robić? Nic nie pomoże, trzeba brać
dzieciaka na wóz i jechać do lekarza, bo sam nie wiem co robić.
Lekarz powiada, że kość w nodze pękła, ale dziecko młode to mo­
że się wygoić i noga może być dobra, tylko musi leżeć parę ty­
godni w łóżku i wziął nogę w gips owinął i pojechałem do domu,
dziecko złożyłem na łóżku, a sam się wybieram do Ameryki, bo
jedzie grupa ludzi znajomych. Okręt odchodzi i trzeba jechać, zo­
stawiać dzieciaka chorego, cały dom na łasce Boga, bo dług mę­
czy. I pierwszego września 1912 roku odjechałem do Ameryki na
ucieczkę przez granicę austryjacką, przez Austrję, przez Niemcy
do Belgji, do portu Antwerpja dojechałem 6 września i siadłem na
okręt. Na okręcie chorowałem mocno na chorobę morską, ale
©zdrowiałem później i w Ameryce wylądowałem 17 września tego
roku. Tam roboty dostać nie mogłem, bo roboty wtenczas mało,
a ludzi dużo i tak się męczyłem parę dni. Zawsze miałem na myśli
swój dom, rodzinę i to chore dziecko, które zostawiłem w domu.
Ale zeszło tak parę dni, aż nareszcie 25 września poszedłem do
roboty, do kopalni węgla twardego za zapłatą dwa dolary i 42 centy na osiem godzin. Nie mogłem się nałożyć do tej roboty w ko­

Pamiętniki chłopów

385

palni, bo tam niewidno pod ziemią, była tylko lampa na głowie
olejna, od który nic nie widziałem, bo byłem nienałożony. Przykro
mi było, że tak muszę się tułać po świecie, a rodzina moja jest na
miejscu, nazywa się w domu, już byłem w zamiarach wracać nazad do domu, zaraz rzucić tę robotę, ale myślę, znów, że to będzie
źle, bo sobie narobię tylko więcej biedy, bo mi długu przybędzie.
Zdroże się i z tego nic, trzeba robić dalej, a tu z domu dosta­
łem list, że moje wierzyciele się przestraszyły, że ja pojechałem do
Ameryki, to im pieniądze już przepadną, popodnosili procenta
i krzyczą i męczą żonę, żeby im oddała pieniądze. A tu trudno, bo
żona nie ma i ja nie mam, bo jeszcze nic nie zarobiłem, ale poro­
biłem jeden miesiąc, dopiero dostałem pierwszą wypłatę dwanaście
dolary, trochę dopożyczyłem u swoich znajomych w Ameryce i wy­
słałem 75 dolary, czyli 150 rubli, ażeby choć jednemu oddać, to
móże się uspokoją ci resztę, bo będą liczyć, że niedługo może i im
odeślę, i tak pracowałem dalej ażeby coś zarobić. Nie obchodziło
mnie, że tam moje znajome się bawią, a ja nie mogę, bo jestem
winien ludziom i tak robiłem do roku 1914. W lipcu .1914 roku
miałem już jechać do domu, bo już dług oddałem, lecz później mi
się zmieniło i postanowiłem jeszcze porobić parę miesięcy. Tym­
czasem w sierpniu wybuchła wojna światowa i już nie można było
jechać, choćby kto i chciał. I później tylko gazety pisały, że w Pol­
sce głód, bieda, żeby składać ofiary na biednych w Polsce i skła­
daliśmy pieniądze i ubrania, tak że złożyli ludzie mil jony dolarów
i pełne wagony ubrań i obuwia, ażeby ulżyć tym biedakom w
Polsce.
W racam do Polski w roku 1920 w kwietniu i pytam się ludzi,
co kto dostał z tych ofiar, które ludzie złożyli w Ameryce. A tu
wszyscy mówią, że nic nie dostali, tylko mówią, że były, ale do sprze­
dania amerykańskie ubrania. Dziwno mi nawet było, gdzie się to
wszystko podziało, co było złożone, jako ofiary przez ludzi do­
brych. Pracowałem dalej w tej Ameryce przez całą wojnę, jechać
do Polski już nie można było, nawet już wątpiłem, że wrócę kiedy,
bo wojna się przeciągała długo. Tylko gazety pisały, że w Polsce
wszystko zniszczone, spalone i ludzi niema, bo trochę ruskie wojska
zabrały, a resztę wymarło z biedy i z głodu, a dzieci do lat dzie­
sięciu to już w Polsce niema, bo wszystkie wymarły. Zaczęłem tro­
cka inaczej żyć w Ameryce, zaczęłem się uczyć, szczególnie rachun­
ków, których się nauczyłem tylko w Ameryce, no i do szkoły cho­
dziłem wieczorami, bo na dniu chodziłem do roboty. Gazet i ksią­
25. Pamiętniki chłopów.

386

Województwo Lubelskie

żek czytałem coniemiara, później zaczęłem pracować społecznie.
Należałem do organizacji robotniczej i w niej byłem członkiem
zarządu, dalej byłem członkiem Związku Sokołów Polskich w Ame­
ryce. W zarządzie byłem skarbnikiem. Dalej byłem członkiem
Związku Narodowego Polskiego, w którem byłem organizatorem
i sekretarzem w jednej grupie tego związku. Organizowałem jedne
grupę tego związku, za co dostałem jako nagrodę 25 dolarów i me­
dal złoty, który mam do dzisiaj, noszę go przy boku. I tak schodzi
dalej. Później pojechałem dalej w Ameryce do miasta Detroit, tam
pracowałem w fabryce samochodów osobowych, to było w 1917
roku w miesiącu maju. Tam pracowałem 9 godzin na dzień za
zapłatą 35 centy na godzinę, a jak robiłem na wydział to zarobi­
łem 50 centy na godzinę. Robiłem tam trochę więcej jak rok,
lecz nie mogłem się przyzwyczaić do tej roboty fabrycznej i mało
zarabiałem, więc 27 lipca 1918 roku pojechałem nazad do kopalni,
do miasta Glen-naj, tam zarabiałem 6—8—9 do 10 dolarów na osiem
godzin. Z Polski czyli z domu nie było żadnej wiadomości, bo listy
nie chodziły, a gazety to nie pisały prawdy, tak że liczyłem, że
jestem sam. Aż nareszcie 26 czerwca 1919 roku dostałem pierwszy
list od żony, dopiero się dowiedziałem prawdy, jak jest właściwie
w Polsce i przekonałem się, że nasi przedstawiciele gazet polskich
w Ameryce nie pisali prawdy, tylko aby tak manili ludzi, żeby
tak ciężko zapracowany grosz wyzyskać od ludzi, bo pisali, że w Pol­
sce wszystko zniszczone, dzieci do lat dziesięciu niema, wymarły
i ze starszych mało zostało, a kto został, to biede cierpi, niema co
jeść i gdzie mieszkać. Prawda, było źle, ale niewszędzie i nie tak
strasznie, zależało jak gdzie. I z tego listu dowiedziałem się, że
żona i dzieci, które jeszcze nie mają po dziesięć lat, żyją zdrowe
i mieszkać m ają gdzie, bo ta miejscowość niezniszczona, jeść m ają
co, tylko odziać niema się w co i kupić niema za co. Ale cóż robić?
Ja mam pieniądze, ale posłać nie mogę, bo poczta jeszcze pienię­
dzy nie przyjmuje i nie wysyła do Polski, więc napisałem list i wło­
żyłem w niego dwa dolary i posłałem do żony. Ten list doszedł
do żony i dolary w nim były, to ja piszę list drugi i włożyłem w nie­
go pięć dolary, aby swej rodzinie pomóc. Tymczasem to ten drugi
list doszedł zaklejony, ale dolarów niema, bo gdzieś wyjęto. Aż
w lipcu 1919 roku dowiedziałem się, że już pieniądze można wy­
syłać do Polski i zaraz 14 lipca wysłałem 100 dolarów, a marek
było za te 100 dolarów 1377. Dostałem list, że żona otrzymała te
pieniądze, więc 22 września wysłałem znów 100 dolarów, czyli

Pamiętniki chłopów

387

2682 marki, też żona otrzymała. 8 listopada wysłałem znów 50
dolarów, czyli 2000 marek. Więc przyszedł już i rok 1920. 15 stycz­
nia wysłałem 50 dolary, czyli 6000 marek, 8 lutego wysłałem 400
dolary, ale już nie do żony, tylko do Pocztowej Kasy Oszczędno­
ściowej, za które było w tym czasie 140 marek za dolara, czyli
56 tysięcy marek, a kiedy podjąłem z Kasy Pocztowej, to wtenczas
było już 2000 marek za dolara, tak że odebrałem tylko 28 dolary.
372 dolarów zmarniało na spadku waluty. Podjąłem te m arki w
1921 roku 3 października. Tak się marnował mój dorobek. Przed
wojną, jak wysłałem pieniądze, to było jednakowo dwa ruble za
jednego dolara. Co się tyczy mego dochodu i rozchodu, jak by­
łem w Ameryce, to wezmę tak ogólnie ile zarobiłem do roku, ile
wydałem ogółem na życie, mieszkanie, okrycie, i palenie i wogóle
wszystko co się tyczy rozchodu. Od 25 września 1912 roku do
15 lutego 1920 roku robiłem razem dni 2015, zarobiłem razem
7129 doi. 74 centy, a wydałem razem 4016 doi. 20 centy, czysty do­
chód 3113 doi. 54 centy, to z tego wysłałem pocztą przed wojną
i po wojnie 1621 doi. 40 centów, a przywiozłem ze sobą 1492 doi.
14 centów.
W Ameryce byłem siedem lat pięć miesięcy i trzy dni. W pier­
wszych dniach lutego 1920 roku dowiedziałem się, że już można
jechać do Polski i 14 lutego skończyłem robotę w Ameryce, 15 lu­
tego pojechałem do New Jorku do konsula polskiego po paszport
i wziąłem aplekację. 23 lutego wyjechałem do portu New Jork,
24 lutego dostałem paszport, 25 lutego kupiłem sifkartę. 28 lutego
1920 roku o godzinie 12 w nocy odjechałem z Ameryki okrętem
San Paul, czyli Świętego Pawła po polsku. Podróż miałem bardzo
marną, bo drugiego marca okręt się zepsuł i skierował się do naj­
bliższego portu Kanadskiego, Halifaksu. 4 marca o godzinie 8 wie­
czór dopłynął do tego portu i stał tam dziesięć dni. Dnia 14 marca
przyszedł okręt drugi Skandynawian i przegruzili nasz. O godzinie
1-ej w nocy tegoż dnia odjechał na morze. 22 marca przypłynął do
Anglji, portu Liwerport tam nasz wygruzili i jechaliśmy koleją przez
Anglję pięć godzin do portu Hull nad morzem Bałtyckiem. 25 marca
siedliśmy na okręt mniejszy i o godzinie 8-ej wieczór tegoż dnia
odjechałem. 29 marca o godzinie piątej wieczór przyjechałem do
portu Gdańsk, tam żeśmy nocowali i na drugi dzień odjechałem
pociągiem polskim, który wyjechał z nami w pole i tam wieczorem
stanął. Parowóz poszedł, a wagony z nami stoją, nie wiemy co jest,
aż później mówią, że to jest polsko-gdańska granica i tu ma być

388

Województwo Lubelskie

kontrol przez polskiego urzędnika. Tam staliśmy do rana do go­
dziny 8-ej, a tu zimno, bo wagony dziurawe, nieogrzane, jeść się;
chce, bo już nie jemy jeden dzień i dwie nocy, bo jak okręt przy­
szedł do Gdańska, to już jeść nie dali na okręcie. Do miasta Gdańska
nas nie puścili, mówili, że nie wolno, kupić chleba nie było gdzie
i trza było zębami dzwonić z głodu, aż wtenczas wspomniało mi
się, że jak babka moja mówiła, kiedy byłem jeszcze małym chło­
pakiem, że pewien ojciec kiedyś dawno, kiedy było brak chleba,
to miał pieniądze i poszedł kupić chleba i obszedł okolicę i chleba
nie mógł kupić, bo go nie było. To ja w to nie wierzyłem, bp to
znów ludzie mówią, że za pieniądze, to ojca i matkę można kupić*
aż tam na polsko-gdańskiej granicy przekonałem się, że to prawda,
co babka mówili, bo i ja miałem pieniądze, a jeść się chciało i głód
cierpiałem, chleba kupić nie można było.
Aż nareszcie 31 marca o godzinie 8-mej rano przyszedł urzędnik
polski i miał prowadzić kontrol i patrzał trochę po walizkach, a jesz­
cze mieliśmy kufry, tak on mówi, zapłaćcie po pół dolara od kufra,,
a ja wam dam dokument, że już kontrol przeprowadzona i możecie
jechać. Więc daliśmy po pół dolara, to zebrał może z pół tysiąca
dolara i poszedł, a ja pojechałem do Mławy, tam nasz zabrali d a
domu emigracyjnego, dali nam obiad i odjechałem do Warszawy,
z W arszawy do Puław. 14 kwietnia przyjechałem do domu. W do­
mu nie zastałem tak źle, dzięki Bogu byli wszyscy zdrowi. W domu
była śkapina, dwie krów, tylko budynki i ziemia opuszczone
i znów trzeba było się brać za robotę i robić co sił, ażeby to dopro­
wadzić do porządku. Więc wybudowałem stodołę, dom mieszkal­
ny, oborę, piwnicę, kupiłem sześć mórg ziemi. I wszystko byłoby
jakoś szło nawet nienajgorzej, aż tu w roku 1927 zachorowała mi
żona, a zaznaczam, że już miałem czterech synów, bo po Ameryce
przyszło mi znów dwóch. Jeden urodził się 9 lutego 1921 roku,
a drugi urodził się 22 lipca 1925 roku i chowają się zdrowo. I zro­
biło mi się już w domu źle, bo gospodyni w domu brak i wydatki
duże na doktorów i lekarstwa, bo ratowałem co sił, bo była dobrą
gospodynią i m atką i jeździłem gdzie mogłem po wszystkich dok­
torach, blisko i daleko. Byłem w Lublinie i w Warszawie i w dwóch
szpitalach była i wszystko na nic. Chorowała cztery lata i w 1931 roku
9 m aja umarła. Kosztowało to bardzo dużo, no ale trudno, wola Boga.
Więc zostałem sam z dziećmi i to z samemi synami, bo córki nie
miałem, więc wypada się żenić drugi raz i to zaraz. Ożeniłem się
z córką brata mojej pierwszej żony, lat 25 liczącą, też dobra go­

Pamiętniki chłopów

389

spodyni (dostałem posagu 4000 złotych) szanuje mnie i dzieci.
Ślub brałem 9 czerwca 1931 roku. W roku 1932, 7 grudnia uro­
dziła mi się córeczka, która mi się ślicznie chowa. Dzieci chowają
m i się dobrze, wyszkolenia dużego nie mają. Starsze ukończyły
cztery oddziały szkoły powszechnej, w wojsku obydwa służyły.
Starszy się już ożenił, starszy syn w wojsku ukończył szkołę pod­
oficerską z wynikiem bardzo dobrym, na co ma „świadectwo szkol­
ne”, poza tern ma praktykę pocztową. Praktykował w urzędzie
pocztowym w Opolu cztery miesiące, później pracował w Agencji
Pocztowej, uruchomionej przeze mnie w Wandalinie, pracował trzy
lata (jeszcze był przed wojskiem), która z powodu deficytu została
zlikwidowana 31 stycznia 1931 roku, a syn poszedł do wojska. Po
powrocie z wojska nie może dostać posady. Ja mieszkam tak śre­
dnio, teraz to mam nawet mieszkanie dosyć wygodne, składające
się z trzech mieszkań średnich. Ubieram się tak średnio. Z sąsia­
dami żyję dobrze z rodziną też żyję dobrze. Życie prowadzę średnie,
m a się rozumieć gorsze, jak w Ameryce, kiedy byłem robotnikiem.
Na gospodarce jakoś nie można takiego życia prowadzić, jak ro­
botnik w Ameryce kiedyś. Gospodarka idzie mi dosyć dobrze, ale
jakoś teraz niema się za co rozbijać, bo wszystkie produkty rolni­
cze tanie, a przemysłowe drogie, szczególnie drogie są następujące:
sól, nafta, cukier, zapałki i wiele innych, które nie powinny być
takie drogie. Zdaje mi się, że i z tego powodu gospodarz musi się
tak drobno liczyć. Praca społeczna moja po Ameryce od roku 1920,
zaraz jak przyjechałem do Polski, to był sklep spółko wy w Jtej
miejscowości, to pracowałem w nim, jako prezes dwa lata. Później
byłem prezesem w kole rolniczem, przy kole rolniczem zorgani­
zowałem Och. Straż Pożarną, w której byłem prezesem. Zorgani­
zowałem mleczarnię, w której jestem radnem, zorganizowałem Ka­
sę Stefczyka, w której jestem radnem. Następnie za moją pracą
była otwarta agencja pocztowa, o której już zaznaczyłem, a kierow­
nikiem tej agencji był mój syn. Jestem głównem opiekunem 2 kl.
szkoły miejscowej. Byłem członkiem spółdzielni Rolniczo-Handlo­
wej w Puławach, lecz ta wszystka praca społeczna to mi dała tylko
stratę czasu i pieniędzy, bo jakoś u nasz te organizacje wszystkie
kulawo idą, bo brak ludzi rzetelnych i takich, którzyby życzyli tak
bliźnemu, jak i sobie samemu. Tak mnie się zdaje. Bo w tej spół­
dzielni w której byłem członkiem miałem udział 100 zlotowy, to
już uważałem ją za swoją i kupowałem w niej wszystko, tak że
dałem jej utargować tysiące, bo wziąłem w niej siewnik, kulty-

Województwo Lubelskie

390

wator, pług dwuskibowy, tryjer, włókę i wiele innych rzeczy na­
brałem na jakieś 4000 zł. Raz płaciłem gotówką, drugi raz z braku
gotówki wystawiałem weksle i spłacałem, tak że spłaciłem wszystko,
a weksli nie otrzymałem wszystkich, to mi jeden zapłacony za­
protestowali i przez komornika ściągnęli z dużemi kosztami. Więc
to jest, już ja uważam, ten kierownik niesprawiedliwy. A do reszty
było tam takiego niedoboru, aż 150.000 deficytu. To straszne rze­
czy, żeby teraz z ludzi Bogu ducha winnych ściągać, którzy nic
niewinni, jak tylko to, że popierali te spółdzielnię i wszystko w niej
kupowali, bo uważali ją za swoją. Byłoby jeszcze co pisać na ten
temat, ale może to nie pasuje do pamiętnika. W samorządzie gminnem też pracowałem i pracuję. Byłem radnym gminnem, byłem
skarbnikiem w Kasie Pożyczkowo - Oszczędnościowej, teraz jestem
sołtysem już czwarty rok. W ybrali mnie znów radnym gromadz­
kim. Po nowej ustawie tak się człowiek plącze i zawraca głowę
czyjemi sprawami, że drugi raz o swoich zapomina. Teraz co się
tyczy mego rozchodu i dochodu od 1920 roku to wygląda tak:
rok 1921 przychód — 417.652 marek, rozchód 443.701 marek
— 2.298.069

1922
1.941.853
1923 to już pozostawiam, bo te mil jony to już nie pisałem.
1924 przychód — 1.492.83 zł.
rozchód 1.987.37 zł.
1925
— 2.174.35 „
2.306.90
1926
— 2.538.60 „
2.192.13
— 4.916.76 „
1927
3.067.89
1928
— 5.000.45 „
4.000.75
— 5.769.26 „
1929
7.203.73
1930
— 5.641.93 „
4.989.00
1931
— 4.681.65 „
7.222.50
1932
— 2.943.12 „
2.744.84
55

55

55

55

55

55

55

55

55

55

5 5 .'

55

55

55

'55

55

55

55

55

55

55

55

55

55

55

55

55

55

5.5

55

55

55

55

55

55

55

55

55

W tern dochodzie i rozchodzie pewna niedokładność, bo roz­
chody przewyższają dochody o paresęt złotych, ale ja inaczej ze­
stawić nie mogłem, tylko tak, że pisałem wszystkie pieniądze ile za
co wziąłem i pisałem znów wszystkie pieniądze ile, na co i gdzie
wydałem. Tak że w dochodzie jest to, co dostałem na m ajątek za
drugu żonu i to co przywiozłem z Ameryki te parę dolarów, a w
rozchodzie znów mieści się to, co mnie kosztuje budową budynków
i co synowi dałem — 2.800 złotych temu co się ożenił. No i teraz
kupiłem siedem i pół morgów ziemi za 5000 zł., ale miałem na te

Pamiętniki chłopów

391

kupno trzy tysiące, a dwa tysiące pożyczyłem. Ale jednak pisa­
łem wszystko i w dochodzie i w rozchodzie, inaczej pisać nie mo­
głem, bo jestem mało uczony, z taku szkołu to jest trudno zrobić le­
piej. Ale jestem z tego zadowolony, bo jak spojrzę na ten pamięt­
nik to już wiem ile za co wziąłem i ile na co wydałem. Jak mo­
głem tak napisałem, ale jednak co napisałem to wszystko prawda
nie z pamięci tylko z zapisków zapisywanych własnu ręku i pisane
to, co prawdziwie było. To już więcej pisał nie będę. Przepraszam,
że nie pisałem pamiętnika własnu ręku, bo mam już rękę ciężku,
to mi napisał syn, ale ja mu napisałem wzór ołówkiem, a on prze­
pisał. I proszę Szanowny Instytut oddać mój pamiętnik pod kon­
kurs, a szczególnie prosiłbym szanowny Instytut o wydrukowanie
mego pamiętnika z pewnymi poprawkami i dokładnościami i przy
słanie mi jednego egzemplarza wydrukowanego pamiętnika.
Dn. 27 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr. 28

Ś r e d n i o r o ln y
g o sp o d a rz
aa
o s a d z ie ś w ie ż o sk o m a s o w a n e j
w p o w . z a m o js k im

Chcąc przyczynić się w małej części do urzeczywistnienia tak
pięknego i szlachetnego zamiaru, jaki powziął Instytut Gospodar­
stwa Społecznego piszę ten swój pamiętnik, w którym przedstawiam,
chociaż nieudolnie, jednak szczerze, całe swoje chłopskie biedowanie, całą swoją nędzę i zmaganie się w swojem życiu.
Dnia 5 listopada 1875 roku przyszedłem na świat w chacie chłop­
skiej, niskiej czarnej i okopconej i w niej rozpocząłem nędzny ży­
wot dziecka chłopskiego. Byłem dopiero drugi, przede mną bo­
wiem urodził się brat Jasiek. Później, pamiętam, że co parę lat
przychodziło na świat moje młodsze rodzeństwo tak, że ostatecz­
nie było nas wszystkich ośmioro, czterech braci i cztery siostry.
Dziecinne lata spędziłem ot tak, jak każde inne chłopskie dziec­
ko. W zimie siedziałem w chacie bawiąc młodsze rodzeństwo, w lecie zaś uganiałem bez żadnej opieki po sadach, których w mojej
rodzinnej wiosce Błoniu jest bardzo dużo.
Gdy podrosłem kazali mi rodzice paść krowy, pasłem więc je
w odległych krzakach i tam wspólnie z innymi pastuchami spędza­
łem całe lato. W zimie natomiast chodziłem do szkoły rosyjskiej,
która znajdowała się w pobliskiem miasteczku Szczebrzeszynie. Do
tej szkoły chodziłem przez cztery zimy. Po jej ukończeniu zajęli
mię już rodzice do pracy na roli, której było około szesnastu mórg.
Tak pracowałem na ojcowskim zagonie przez siedem lat.
W roku 1897 zabrano mnie do wojska. Przez całe pięć lat odbyłem twardą służbę wojskową w 21 pułku dragonów białoruskich.
Pułk ten znajdował się w Włodzimierzu Wołyńskim. Często pod­
czas ćwiczeń myślałem sobie, że najpiękniejsze lata muszę oddawać
dla swych wrogów, którzy ciemiężą moich współrodaków. To

Pamiętniki chłopów

393

uświadomienie wypływało z żywej pamięci o prześladowaniach re­
ligijnych, jakie były w mojej wiosce rodzinnej. Było tam wiele
unitów, a do nich należeli kiedyś i moi rodzice. Później jednak
kościół unicki zamienili rosjanie na cerkiew i siłą zmuszali do prze­
chodzenia na prawosławie. Prześladowaniu temu ulegli również moi
dziadkowie i rodzice. Często później, kiedy byliśmy już niby to
prawosławnymi, a ja chodziłem do szkoły, opowiadał nam ojciec
o tych zmuszaniach przez żandarmów, aby wszyscy dawni unici
chodzili do cerkwi i aby dzieci swe chrzcili w obrządku prawosław­
nym. Z tego też powodu służba wojskowa stawała się jeszcze bar­
dziej ciężka, a często prawie nie do zniesienia.
Ostatecznie jednak po pięciu latach tej niewoli wróciłem do
domu w roku 1902.
Teraz zacząłem już myśleć o samodzielnem życiu, o tern ażeby
założyć sobie własne gospodarstwo i na niem powoli dorabiać się.
Kalkulowałem sobie różnie, ożenię się, za żonę wezmę kawał gruntu,
ojciec da mi również trochę i jakoś tam będzie. Gdy tak uplanowałem swoje zamiary zacząłem się żenić. Przyszłą swą towarzyszkę
znalazłem w swojej wiosce. Była to córka średnio zamożnego go­
spodarza, który miał jeszcze oprócz niej dwóch synów i najmłod­
szą córkę. W roku więc 1903 ożeniłem się i od tego czasu rozpo­
cząłem naprawdę twardy żywot.
Rozwiały się wkrótce wszystkie moje nadzieje o własnem gopodarstwie, o tern że gospodarując sam, dorobię się prędzej. Ojciec
mój, posiadając sam niewielki kawałek ziemi, nie mógł dać mi
tyle ile się spodziewałem, teść zaś niebardzo chętnie patrzał na to,
że zamierzam się oddzielić i nie pracować razem z nim na jego
gospodarstwie. Zostałem więc ostatecznie u niego pomagając mu
w gospodarstwie wzamian za co miałem u niego kąt i obsiewałem
również dla siebie kawałek jego gruntu.
W pierwszych już latach takiego życia zaczęły się zwalać na
mnie nieszczęścia. Żona zaczęła chorować i choroba ta przyczy­
niła się zapewnie do tego, że nie mieliśmy potomstwa. Tak minęło
siedem lat w stałej obawie że żona z tego świata zejdzie, a ja m u­
szę stąd iść i cała moja praca włożona tu pójdzie na marne. Tak
się też w istocie stało. W roku 1910 zmarła mi żona, a ja zostałem się
w tak trudnem położeniu, że nie wiedziałem co mam z sobą czynić.
Siedziałem więc jeszcze u swej teściowej przez pewien czas. Ta jednak
wkońcu powiedziała mi otwarcie: „Wiesz co Jakób pójdziesz już
sobie stąd, nie masz tu poco siedzieć”.

394

Województwo Lubelskie

Taka więc spotkała mię nagroda: przez siedem lat pracowałem,,
jak koń za wszystkich, a teraz każą mi się wynosić na cztery
wiatry. Przyszedłem do ojca i tu przeżyłem do roku 1912. Przez
ten czas otrząsnąłem się trochę z ogromu swej niedoli i postano­
wiłem się ożenić powtórnie. Poznałem w niedalekiej wiosce wdowę
z trojgiem dzieci, która miała kawałek własnego gruntu ornego
i parę morgi obsiewała po pierwszym swym mężu. W styczniu
1912 roku związałem się z tą kobietą i rozpocząłem własne, samo­
dzielne gospodarowanie. Ojciec mój dał mi około dwóch morgów,
żona posiadała swej ojcowizny do sześciu mórg oraz ten kawałek
ziemi po pierwszym mężu. Całe więc gospodarstwo liczyło do dzie­
sięciu mórg ornej ziemi. Zabudowania zostały się po pierwszym
mężu mej żony. Chata była już stara jednak trzymała się jeszcze
dosyć dobrze, podwórze za tó było nowe i składało się ze stodoły
0 dwóch zapolach, spichlerza, obory, stajni, chlewu i poddachu.
Posiadałem wtedy parę dosyć dobrze utrzymanych koni, dwie kro­
wy, hodowało się zawsze w ciągu roku do trzech świń.
Przy ograniczonych wymaganiach można było na tym, choć
niedostatecznym kawałku ziemi, wyżyć jako tako. Czasy były do­
bre, za pracę swoją znojną mógł człowiek opędzić wszystkie swoje
potrzeby i wiedział, że z czasem dorobi się i poprawi sobie choć tro­
chę w arunki życia. Po roku doczekałem się syna. Wszystko zapo­
wiadało się jakoś już jaśniej. Jednak i teraz niedługo człowiek ode­
tchnął, gdyż tw arda nieubłagana dola moja czyhała jakby na mnie
stale.
Przyszła wiosna pamiętnego roku 1914. Dnia 14 maja w święto
Wniebowstąpienia Pańskiego wybraliśmy się oboje z żoną do ko­
ścioła na sumę. Kościół paraf jalny znajdował się w niewielkiem mia­
steczku Szczebrzeszynie odległem od Rozłop o trzy kilometry.
Podczas sumy rozłączyłem się z żoną i po skończonem nabożeń­
stwie nie mogłem jej nigdzie znaleźć. Stanąłem więc na rynku z kil­
koma znajomymi rozmawiając o różnych codziennych zajęciach
1 swoich kłopotach. W tem usłyszałem zewsząd wołania „pali się,>!
Rozejrzałem się dokoła. W północnej stronie zobaczyłem ogromne
kłęby dymu unoszącego się w górę. Drgnąłem momentalnie, a mróz
przeszedł po całem mojem ciele. Straszna, przerażająca myśl po­
wstała we mnie, że to się palą Rozłopy. A w tej samej chwili usły­
szałem obok siebie krzyki. Rozłopy się palą! Rozłopy się palą!
W tedy bez namysłu zacząłem biec, popchnięty tłumem ludzi
spieszących w kierunku pożaru. W niedługim czasie znalazłem się

Pamiętniki chłopów

395

za miastem na dróżce polnej prowadzącej do Rozłop. Spojrzałem
w stronę pożaru. Rozpacz i ból nieopisany ścisnął mię za gardło.
Tak to paliły się Rozłopy i to ta ich część, w której znajdowało
się moje gospodarstwo. Nie mogłem prawie biec. Chcąc więc
skrócić sobie drogę skręciłem w prawą stronę i zacząłem się prze­
dzierać przez zboża. Co pewien czas zaczepiałem o miedze cią­
gnące się wśród zbóż i przewracałem się, zrywałem się więc i znów
biegłem dalej i dalej.
Przez cały czas jedna jedyna tylko myśl tkwiła mi uparcie, jak
klin w mojej głowie, że może teściowa odeszła gdzie, a dzieci same
pozostały w chacie i mogą już z niej nie wyjść. Cały oblany potem
wybiegłem ostatecznie na wzgórze swego pola, skąd widać było,
jak na dłoni, całą wioskę. Teraz przekonałem się naocznie, że pali
się ta część wioski, w której miałem swe budynki. Pożar jeszcze nie
objął ich lecz oddzielało je od niego zaledwie parę zabudowań.
Budynki moje stały tuż przy m ajątku państwowym. Na mojem więc gospodarstwie pożar się zakończy, pomyślałem sobie, co
się jednak dzieje z dziećmi, czy w yratuje je kto z ognia, bo wszy­
stko spali się doszczętnie zanim dopędzę do wsi. Zostanie się czło­
wiekowi jedna jedyna koszula zgrzebna, którą mam na sobie.
Upał i zmęczenie odbierały mi resztę sił. Czułem, że nie do­
biegnę już do chaty, że upadnę tu na tym swoim zagonie i skonam.
Jednak jakaś dziwna siła pchała mię naprzód. Zbiegłem więc
z tego wzgórza i znalazłem się koło własnego gospodarstwa. W pa­
dłem najpierw do chaty. Stąd było już wszystko wyniesione. Dzieci
znajdówały się na polu folwarcznem. Pobiegłem więc na podwó­
rze. Tu również zastałem pustki. Dobrzy ludzie z innej części wio­
ski i ci, którzy wcześniej przybiegli ze Szczebrzeszyna do* pożaru,
powypędzali cały inwentarz z obór. Raz jeszcze wpadłem jak osza­
lały do chaty w tej nadziei, że może stamtąd coś pozostawionego
uratuję. W komorze za drzwiami znalazłem jeszcze kuferek, który
wyniosłem na pole. Przypomniałem sobie następnie, że na strychu
nad chatą znajduje się trochę zboża. Po drabinie dostałem się tam
i zacząłem w pośpiechu wybierać żyto z beczki i wsypywać go do
worka. Niedługo jednak poczułem, że dokoła ogarnia mię ogromne
gorąco, podniosłem więc głowę i o zgrozo. Strzechę objął już ogień.
Żyta nie wyniosę stąd i sam spalę się jeszcze pomyślałem sobie.
Zostawiłem wszystko i podskoczyłem do drabiny, ażeby po niej wy­
dostać się z otaczającego mię coraz silniej ognia. Drabinę jednak
w tej samej chwili jakiś chłop pospiesznie wyciągał z sieni na dwór.

396

Województwo Lubelskie

Nieopisany strach ogarnął mię, otoczony już ogniem i dymem
ze wszystkich stron krzyknąłem resztkami sił, ludzie kto w Boga
wierzy ratujcie, bo się spalę. Usłyszał widocznie ten krzyk chłop wy­
ciągający drabinę z sieni i natychmiast przystawił ją do strychu.
Okopcony cały dymem i trochę już osmolony wydostałem się osta­
tecznie na .wolne powietrze.
Patrzałem na to, jak cała praca, wszystkie wysiłki i trudy ni­
kną w tak krótkim czasie. Po kilku zaledwie minutach całe moje
podwórze i chata zniknęły z powierzchni ziemi. Pozostały tylko
dymiące zgliszcza.
Zostałem więc z całą rodziną bez dachu nad głową. Uratowa­
nego inwentarza również nie miałem, gdzie umieścić. Całe szczę­
ście było jeszcze w tern, że ojciec mojej żony mieszkał w drugiej
części wioski i jego budynki ocalały. Przenieśliśmy się więc do nie­
go. Chata mego teścia składała się z niewielkiej kuchni i większego
mieszkania. Tę to kuchnię odstąpił mi teść i tu miałem mieszkać
dotąd, dopóki nie wybuduję sobie nowej chaty. Skromny inwen­
tarz pomieściłem również w podwórzu teścia.
Zacząłem teraz starać się o m aterjał na obory i chatę. I po­
woli wybiedowałbym wszystko, gdyby nie ta twarda dola moja
chłopska, która stale czyhała na mnie.
Przyszedł pamiętny dzień pierwszego sierpnia 1914 roku. Ran­
kiem dostałem zawiadomienie od sołtysa, że car ogłosił mobilizację
i że ja muszę jechać na wojnę.
Pożegnałem więc żonę i czworo małych, bo liczących od ośmiu
lat do jednego roku, dzieci. Przydzielony zostałem do ąrtylerji i tam
pełniłem funkcję amunicyjnego. Za wiele trzebaby było poświęcić
czasu, żeby opisać te wszystkie tułaczki moje na wojnie.
Aż przyszła wreszcie jesień 1917 roku. Rozpoczęła się rewo­
lucja i ostatecznie w listopadzie tegoż roku zostałem zwolniony z sze­
regów arm ji rosyjskiej. Do kraju jednak nie mogłem jeszcze w ra­
cać. W Rosji tymczasem szalała w całej pełni rewolucja. Musia­
łem więc na pewien czas postarać się o jakie zajęcie. W niedłu­
gim czasie zacząłem pracować w Jekaterynosławiu w fabryce że­
laznej, która przed wojną należała do kilku najbogatszych rosjań,
a wówczas przeszła już we władanie bolszewików. W tej to fa­
bryce pracowałem do czerwca roku 1918. Przy końcu tego mie­
siąca otrzymałem wszystkie dokumenty pozwalające mi wrócić do
swego kraju rodzinnego.

Pamiętniki chłopów

39T

Na początku lipca wyjechałem ostatecznie z Jekaterynosławia.
Po czterech więc latach tułaczki i trudów wojennych wracałem do
rodziny. Wracałem, lecz z jakiem uczuciem, tego sam nie mogę
określić. Cieszyłem się owszem bardzo, że wyszedłem cało z tej
zawieruchy wojennej, że ujrzę znów swe ojcowskie zagony, że spokoj­
nie już będę nadal dożywał pod swoją strzechą. Lecz na wspomnienie
0 tej strzesze rozpacz prawie mię ogarniała. Gdzież masz tę strze­
chę, pod którą zamierzasz spokojnie żyć? Przecież odjeżdżając
zostawiłem tylko zgliszcza po swoim gospodarstwie. Wróciłem osta­
tecznie do swej rodziny dnia 12 lipca 1918 roku.
Ileż, mój Boże, przez te cztery lata zmieniło się. W sieni za­
stałem swego jedynego syna, który teraz liczył już szósty rok Nie
poznał mnie, gdyż miał zaledwie skończony jeden rok, gdy wyje­
chałem na wojnę i widząc, że jakiś wąsaty sołdat rosyjski stanął
przed nim, porzucił wszystkie swoje zabawki i z wielkim krzykiem
uciekł do mieszkania. Z dziwnem uczuciem wstąpiłem do tej nędz­
nej izby, w której żona moja musiała sama męczyć się przez cztery
lata. Zastałem tu swoich pasierbów, najstarsza dziewczyna liczyła
teraz już dwanaście lat, chłopiec młodszy od niej dziesięć lat, naj­
młodsza zaś pasierbica kończyła również już siódmy rok życia.
Dwoje tylko starszych poznało mię. Po przywitaniu się z nimi za­
pytałem je, gdzie się znajduje matka, Odpowiedziały mi, że na
ogrodzie. Najstarsza pasierbica pobiegła natychmiast na ogród i po
chwili ujrzałem żonę.
Zmieniła się przez ten czas bardzo. Zestarzała się i z oczu jej
patrzyła nędza i to umęczenie się samej jednej na gospodarstwie
z czworgiem drobnych dzieci. Przywitaliśmy się oboje, a ona za­
częła zaraz uskarżać się na tę swoją niedolę, jaką znosiła przez
cztery lata. Zaczęła więc opowiadać, że w czasie wojny Niemcy
zabrali prawie cały inwentarz, jaki został się po pożarze, że przez
cały czas nie miała z kim pracować, więc teraz pomagało jej dwoje
starszych dzieci, z których jedno liczyło zaledwie dwanaście, a dru­
gie dziesięć lat. Kupiła również trochę drzewa na oborę i stajnię
1 miała już po żniwach stawiać.
Tego samego dnia poszedłem na miejsce, które zostawiłem pra­
wie dymiące jeszcze po pożarze, gdy odjeżdżałem na wojnę. Za­
stałem tu tylko pogorzelisko zarosłe chwastami i kilka dołów.
Pustki tylko stąd wiały i jakby z każdego dołu wyglądała moja
twarda dola. Długo patrzyłem na te doły i myślałem, ileż trzeba

398

Województwo Lubelskie

będzie włożyć pracy zanim się je wyrówna, ażeby można było po­
stawić tutaj jakiś budynek.
Tak więc zacząłem znów twardy okres dorabiania się. W tym
samym roku jeszcze kupiłem trochę drzewa na chatę i na wiosnę
namierzałem ją postawić, a jesienią przyszłego roku przenieść się
do niej. Chciałem jak najprędzej odejść od kłótliwej teściowej,
która nie zważając na moje ciężkie położenie stale wymawiała żo­
nie i mnie, że zajmuję w jej gospodarstwie tyle miejsca, że nie mo­
że tak być dłużej, aby ona nas tu trzymała. Ileż mnie kosztowało
nabywanie tego drzewa. Każdy kawałek kupowało się za pożyczone
pieniądze. Od ust odejmował człowiek sobie i dzieciom ostatni
prawie kawałeczek czarnego chleba, aby tylko już mieć własny kąt.
I wszystko powoli zrobiłoby się, gdyby nie jeden jeszcze więcej
cios, jaki spadł na mnie i na całą moją rodzinę. Przyszła wiosna
roku 1919. Podczas niej zamierzałem wybudować sobie chatę, do­
kończyć obory i opędzić się z tych dręczących mię kłopotów. Los
jednak zrządził inaczej. W kwietniu zachorowało troje starszych
dzieci na tyfus. Żona wkrótce również zachorowała, urodziwszy
mi drugiego syna. Ja tylko i mój starszy siedmioletni syn nie
dawaliśmy się tej strasznej chorobie. Wkońcu jednak i mnie po­
waliła.
Wiele doznałem nieszczęść i biedy w swem życiu, ale takiej nie­
doli nie doznałem nigdy, jaką musiałem znosić podczas tej wiosny.
A wiosna tego roku była piękna. Na świecie ciepło, słońce przy­
grzewa, wszystko się rozwija, ludzie wyciągają już pługi i zaczy­
nają ruszać w pole, tylko ja jeden leżę bezwładny na swem bar­
łogu, a obok mnie żona również chora śmiertelnie z malutkiem
dzieckiem przy sobie. Przy drugiej ścianie dzieci leżały na tapczanie
i wiły się w gorączce wśród ustawicznych krzyków.
Tak leżeliśmy wszyscy powaleni tą straszną, zaraźliwą cho­
robą, w brudzie, bez żadnej prawie opieki. Brat tylko mojej żony
przychodził czasem do nas i mierzył nam gorączkę. Każdy bowiem
obawiał się, aby i jemu nie udzieliła się ta choroba.
Ostatecznie w m aju byliśmy już wszyscy zdrowi. Spełzły na
niczem moje nadzieje, że w tym roku będę już pod swoim dachem.
Nie mogłem bowiem po chorobie tak ciężko pracować, a i pieniędzy
nie było w domu ani grosza i pożyczyć nie można było nigdzie.
Dopiero w roku 1920 jesienią sprowadziliśmy się do swojej chaty.
Cóż to była za radość wśród dzieci, gdy znaleźliśmy się wszyscy
we własnej, jeszcze niewybielonej izbie.

Pamiętniki chłopów

399

I tak upływał rok po roku wśród znojnej pracy na tym ka­
wałku ziemi, wśród ustawicznych kłopotów i zmartwień, wśród te­
go niedosypiania i tego niedojadania, aby tylko jaknajprędzej do­
robić się, aby tylko to jeszcze kupić, a to jeszcze wystawić.
W następnych więc paru latach przyczyniałem drzewo na sto­
dołę, gdyż tej jeszcze nie miałem. Sam prawie musiałem przy tern
pracować. Nikt nie pomagał mi. Musiałem do pomocy brać pa^
sierba, który Uczył wtedy zaledwie czternaście lat. Ostatecznie je­
dnak w roku 1922 wykończyłem stodołę, która składała się z dwóch
niedużych zapól.
Odetchnąłem trochę, gdy widziałem, że mam swój własny dach
nad głową, że inwentarz, chociaż ubogi, mam gdzie zapędzić i zboże
dokąd zwieźć. Teraz myślałem sobie, odetchnę trochę, a później
to wystawię jeszcze pod dach i zacznę nabywać najpotrzebniejsze
narzędzia rolnicze. Nie miałem bowiem ani młynka, ani wagi, ani
porządnego pługa i bron.
Ale i tym razem nie tak łatwo urzeczywistniły się moje zamiary.
Taki już widocznie mój twardy los chłopski, że wszystko muszę
zdobywać z ogromnym wysiłkiem, wkładając w to ostatnią krw a­
wicę swoją.
Oto z tych kilku mórg, jakie żona posiadała po pierwszym mężu,
trzeba było spłacać. Spłata była oszacowana na dwa tysiące zło­
tych. A więc jeszcze jeden ciężar, a więc znów trzeba będzie pożyczyć,
a później odejmować sobie od gęby ostatni kawałek chleba.
Więc tego już nie zniosę myślałem i zacząłem mówić do żony,
że nie będę spłacał. Niech krewni moich pasierbów odkrają taką
część z tego kawałka, który obsiewam, ażeby mogła pokryć koszta
spłaty. Żona jednak zaczęła prosić, ażebym tego nie robił, gdyż pra' wie cała część przypadająca po pierwszym jej mężu na troje dzieci
przepadnie, że przecież jestem ich opiekunem i nie powinienem im
stracić ojcowskiego zagonu, że kiedyś za to będą mi wdzięczne. Roz­
myśliłem się więc ostatecznie i postanowiłem pożyczyć potrzebne
mi pieniądze na tę spłatę.
Nastręczono mi pewnego chłopa, który przyjechał przed rokiem
z Ameryki z zaoszczędzonym zarobkiem. Od niego to pożyczyłem
na jeden rok 150 dolarów, co stanowiło wartość około 1500 zł., da­
jąc mu za procent pięć kóp wyżętej pszenicy i dwie duże fury siana.
Całe więc moje szczęście było w tern, że popadłem na dobrego czło­
wieka, który i tak nie wziął jeszcze odemnie wielkiego procentu.

400

Województwo Lubelskie

Resztę potrzebnych pieniędzy pożyczyłem w kilku miejscach
na krótszy termin, płacąc mniejszy lub większy procent. Po roku
na tę pożyczoną sumę wyprzedaliśmy w jesieni 1925 roku prawie
wszystko ze swego inwentarza, zostając tylko przy jednym koniu
i jednej krowie. Ostatnie również ziarnko zboża wywiozłem na targ.
W następstwie tego w przyszłym roku straszny przednówek zaglą­
dnął już bardzo wcześnie do mojej chaty. Nie mieliśmy co jeść.
Trzeba było pożyczyć kartofle i zboże, aby tern przeżyć do żniw.
Jednak czasy były dobre więc prędko się dorobiłem. Pooddawałem wszystkie zaciągnięte pożyczki i zacząłem nawet myśleć o na­
byciu lepszych narzędzi rolniczych.
W tym samym również czasie gospodarstwo moje powiększyło
się znacznie. Żona po śmierci swego ojca zabrała już całą swoją
część, która liczyła około dwunastu mórg. Po uiszczeniu spłaty
z m ajątku pasierbów obsiewałem ich ojcowizny osiem mórg. Oj­
ciec mój w tym czasie również oddał mi całą należną schedę, li­
czącą do trzech morgów. Całe więc moje gospodarstwo liczyłn
w tych latach do 23 mórg ornej ziemi.
Posiadając teraz tak duży kawał gruntu mogłem utrzymać wię­
kszy inwentarz. Miałem więc wówczas cztery dobre mleczne krowy,
hodowałem corocznie dwoje cieląt, które następnie sprzedawałem,
biorąc za nie pokaźne sumy. W każdym roku sprzedawałem dwa upasione wieprze, dla siebie również pasłem jednego, a nawet i tak było,
że do roku biłem dwie sztuki. Nabyłem też wtedy dwa dobre, ro­
słe konie. Dosyć dużo hodowała żona drobiu domowego.
Miałem z kim pracować, gdyż dorosły pasierb pomagał mi przy
pracy na roli, żona również nie była obciążona pracą, mając do
pomocy dwie dorosłe już córki. Starszy mój syn pasł krowy. Jednem słowem byłem wtedy zadowolony ze swojej gospodarki i często,
gdy radowałem się widokiem pięknych moich krów, takich krów,
jakich nikt w całej wiosce nie posiadał, widokiem tej pary koni,
dla których nie potrzebowałem bata, gdy oglądałem cały mój in­
wentarz dobrze i umiejętnie doglądany przez żonę, myślałem so­
bie, że ostatecznie, po tylu latach swego biedowania, doczekałem
się lepszego życia, że za swoją ciężką i znojną pracę wraz z całą
rodziną mogę przynajmniej zaspokoić niezbędne dla mnie potrzeby.
Pracowałem ciężko, gdyż było na czem, jednak widziałem, że
z tej pracy mam jakieś korzyści, jakiś dochód. Starszego mego sy­
na, który uczył się nadzwyczaj dobrze, posyłałem do szkoły w Szcze­
brzeszynie, gdzie ukończył siedem klas szkoły powszechnej. My-

Pamiętniki chłopów

401

siałem więc, że kiedy już tak chłopiec garnie się do tej nauki, to
trzeba będzie go posłać gdzieś dalej do szkół, niech z tej znojnej
mojej pracy on przynajmniej więcej skorzysta i przez naukę zdo­
będzie dla siebie lepsze życie.
Za naradą nauczycieli postanowibśmy oboje z żoną oddać
chłopca do gimnazjum w Zamościu, który od naszej wioski jest od­
dalony o 22 km. Przez parę lat zanim ukończy tam szkołę będę
dowoził tmchę prowizji, a resztę będę dopłacał gotówką i gdy czasy
nie pogorszą się będzie tam jakoś. A później, gdy wszystko pójdzie
dobrze, to nawet sprzedam swoją ojcowiznę, do której mi było da­
leko z Rozłop i za te pieniądze wyślę syna na dalsze nauki. W ro­
ku 1928 ukończył chłopiec siedem klas szkoły powszechnej z wy­
nikiem bardzo dobrym i złożył egzamin wstępny do klasy czwartej
w gimnazjum w Zamościu.
Tam umieściłem go na stancji, która nawet nie kosztowała mię,
jak na ówczesne czasy, tak bardzo drogo. Dowoziłem pewną ilość
produktów i resztę dopłacałem gotówką. Za szkołę opłata w pierw­
szym roku też nie była bardzo wielka, za cały rok wynosiła 110 zł.
Sprzedałem więc dwa m etry pszenicy i miałem spokój.
Wszystko więc zapowiadało się na przyszłość jak najlepiej.
Najstarszą pasierbicę wydałem w tym czasie zamąż za dosyć za­
możnego gospodarza. Ubyło przeto dwoje ludzi z chaty. Trzeba
było przyjąć służącego, gdyż nie było przeważnie komu paść krów,
najmłodszy bowiem syn chodził również do szkoły.
Pómimo jednak tego, że wydatki moje tak znacznie się po­
większyły, niebardzo to odczuwałem w swojem gospodarstwie. My­
ślałem więc, że teraz może już na stare lata zamiary moje spełnią
się. Ale nie było tak długo. Taki już los mój chłopski.
Na wiosnę roku 1929 zachorowała najmłodsza pasierbica Aniela.
Nie pomogli jej różni lekarze, ani też żadne lekarstwa. Na początku
lipca tegoż roku zmarła, nie mając jeszcze ukończonych osiem­
nastu lat.
Później coraz częściej zaczęły zaglądać do mojej chaty różne
niedostatki. Jesienią tegoż roku zabrano do wojska pasierba. Zo­
stałem więc sam w gospodarstwie bez żadnej pomocy. Żona również
nie mogła sobie dać rady w swych zajęciach, do tego jeszcze ciągle
rozpaczała po córce. Chata przedtem tak zawsze pełna gwaru
i śmiechu dzieci ucichła. Zostało nas tylko troje. Ja z żoną i naj­
młodszy dziesięcioletni syn.
26. Pamiętniki chłopów.

402

Województwo Lubelskie

Trzeba więc było przyjąć do pomocy w gospodarstwie parobka
i dziewczynę. Oboje bowiem z żoną nie moglibyśmy sobie dać rady
w pracy na gospodarstwie, jakby nie było, liczącem przeszło dwa­
dzieścia mórg ziemi, a do tego jeszcze ziemia ta porozrzucana była
i znajdowała się w kilku kawałkach oddalonych od wsi o parę ki­
lometrów.
Przyjęcie parobka i dziewczyny do pomocy, utrzymanie syna
na stancji, zwiększyło moje wydatki bardzo. A tu przychód z gos­
podarstwa zaczął coraz bardziej zmniejszać się. Zboże taniało, trzo­
da chlewna, z której przedtem można było opędzić najpotrzebniej­
sze wydatki, również nie dawała już takiego dochodu. Jeszcze, jak
na moje nieszczęście, podniesiono opłatę za szkołę. Musiałem w d ru­
gim roku szkolnym zapłacić 150 zł. za obydwa półrocza. Stancje
również podrożały. W pierwszym bowiem roku dowoziłem mniej
prowizyj i dopłacałem pieniędzmi tylko 15 zł. miesięcznie. W drugim
natomiast musiałem dostarczać o wiele więcej produktów i płaciłem
miesięcznie 25 zł.
To wszystko zaczęło się coraz bardziej odbijać na mojem gos­
podarstwie. Coraz częściej brakowało pieniędzy. Trzeba więc było
sprzedawać sztukę po sztuce ze swego inwentarza. Później zaś po­
życzyć najpierw po kilkadziesiąt, a następnie po sto i dwieście zło­
tych, płacąc za to ogromny procent cztery, a nawet i pięć złotych
miesięcznie od sta.
A tu położenie chłopa z każdym rokiem, z każdym miesiącem
stawało się coraz trudniejsze. Minęły już bezpowrotnie lata od 1925
do 1929. Musiałem coraz bardziej ograniczać swoje domowe po­
trzeby i związane z tern wydatki, aby tylko można było opłacić
wszystkie podatki, procenty za pożyczone pieniądze, za stancję, za
szkołę. Ach ta opłata za szkołę ona mię do reszty zabijała. Z każ­
dym rokiem podwyższano ją. W trzecim roku musiałem już za­
płacić nie 110 zł., ani 150 zł. nawet, lecz aż 220 zł.
Mówiłem więc często do syna: Rzuć to wszystko, bo dalej już
nie jestem w możności wytrzymać. Syn jednak prosił, że jeszcze
dwa lata, a skończy i dalej to sam będzie jakoś sobie radził. Ostatnie
więc dwa lata tak biedo wałem, jak zaraz po powrocie z wojny. Do
tego jeszcze gospodarstwo moje zmniejszyło się znacznie, gdyż pa­
sierb ożeniwszy się po powrocie z wojska zabrał swoją ojcowiznę
i oddzielił się. Zostałem więc znów na niedostatecznym kawałku
ziemi. A tu coraz nowe ciężary zwalały się na mnie.

Pamiętniki chłopów

403

Oprócz tego, że na syna musiałem wysprzedać ostatnią prawie
krowę, gdyż z dawnych czterech została mi się tylko jedna jedyna,
jeszcze jeden ciężar obarczył m oją gospodarkę. Jest nim komasacja
i meljoracja przeprowadzona w naszej wiosce. Przed paru laty
podpisała cała gromada umowę, na mocy której zgodziła się przepro­
wadzić w Rozłopach meljorację i skomasowanie ziemi. Komisarz za­
pewniał nas, że przy skomasowaniu małorolnym dodawać się będzie
ziemię na długoletnie spłaty, koszta zaś komasacyjne i meljoracyjne
zostaną rozłożone na trzydzieści lat. Wszyscy więc żywili jaknajwiększe nadzieje. Ja również myślałem, że rozrzuconą w kilku kawał­
kach ziemię otrzymam w jednem miejscu, że nie będę miał już
tyle szkody w zasiewach i, że o wiele lżej będzie mi pracować na
takiem gospodarstwie. Koszta zaś rozłożone na trzydzieści lat nie
dadzą się nawet zauważyć w wydatkach.
Trzy lata już trw a przeprowadzanie meljoracji. Cała wieś musi
utrzymywać technika. Ogromna ilość rowów, jakie wytyczono, zo­
stała wykopana przez wszystkich gospodarzy wioski. Przez trzy
lata musiałem razem z innymi chodzić z łopatą rzucając często pracę
na roli, w przeciwnym bowiem razie trzeba było płacić karę. Głów­
ne rowy darniowano i plotkowano, to wszystko zaś kosztuje bardzo
dużo, gdyż przy tern nie robili chłopi, lecz sprowadzeni robotnicy.
Ostatecznie cała meljoracja została ukończona w tym roku i wieś
uwolniła się od tego ciężaru. Komasacja trw a drugi rok i w roku
przyszłym na wiosnę zostanie również ukończona.
Wszystko to jest dobre i piękne, lecz zawsze chłop musi swoje
lepsze jutro zdobywać ostatnią krwawicą swoją. Obiecywano dużo,
a zrobiono dla nas tak mało, że szkoda było i zaczynać. Mało­
rolnym i średniorolnym nie dodano, jak nam obiecywano, ani piędzi
ziemi, lecz nawet prawie jeszcze odebrano, dlatego że nasz pan geo­
metra, jak zaczął wycinać gościńce i drogi między poszczególnemi
działkami i szafować na to hojnie ziemię, to z każdego gospodarstwa
czy to mniejszego, czy większego odpadnie trochę ziemi.
Lecz to możnaby powiedzieć ostatecznie jest niewielką stratą
i teraz nie zbiera się z takiego kawałka z jakiego się płaci podatek,
gdyż miedze, brózdy rozdrobnionych kawałków pola, szkody wyrzą­
dzane przez bydło, to wszystko zmniejsza zbiory. Jedno tylko każ­
dego gnębi, to koszta komasacji i meljoracji, które miały być roz­
łożone na trzydzieści lat, a teraz, gdy komasacja nie została jeszcze
ukończona, wyszła cała prawda na wierzch. Cała wieś otrzymała
wiadomość, że wszystkie koszta związane z przeprowadzeniem ko­

404

Województwo Lubelskie

masacji i meljoracji, a które są obliczone na 34 tysięcy, muszą być
wypłacone w czterech ratach przez jeden rok.
Obiecywano również, że ci wszyscy gospodarze, którzy będą
musieli się przenosić ze wsi na swoje działki, położone w wyższych
miejscach, dostaną zapomogi na wykopanie studzien, gdyż do wody
w znacznej części pół wsi Rozłop będzie trzeba bardzo głęboko ko­
pać. Teraz jednak wszystko przedstawia się zupełnie inaczej. Ko­
szta wszystkie trzeba zapłacić w ciągu jednego roku. Skąd tu tyle
pieniędzy, gdy i tak już podatki zalegają, a człowiek popada w coraz
to większą biedę i niedostatek.
Ostatnie bowiem dwa lata zrujnowały zupełnie moje gospodar­
stwo. Na to, ażeby syn mógł ukończyć szkołę, musiałem pożyczyć
przeszło pięćset złotych płacąc rocznie przeszło sto złotych procentu,
W tym jednak roku muszę się ostatecznie uwolnić od tego zabija­
jącego mnie lichwiarskiego procentu. Syn złożył m aturę w tym ro­
ku, ale małe mam z tego zadowolenie, bo gdy takie czasy nadal bę­
dą, nie zmogę mu dopomagać w dalszej nauce. Tymczasem przez
jeden rok odbędzie służbę wojskową, a później to nie wiem, jak
będzie.
Najmłodszy syn, który liczy obecnie czternaście lat, skończył
tylko szkołę powszechną w Szczebrzeszynie. Dalej, gdzieś do jakiej
szkoły rolniczej nie jestem w stanie go posłać, gdyż nawet kilkanaście
złotych miesięcznie nie mógłbym zapłacić. Bo jak tu mj^śleć można
o tern, ażeby dzieci kształcić, gdy człowiek musi niedojadać wraz
z całą rodziną, aby tylko można zapłacić podatek, pierwszą ratę kosz­
tów komasacyjnych i meljoracyjnych i oddać długi.
A tu zima nadchodzi, a wszyscy w chacie nie mają co włożyć cie­
płego na siebie. Odebrałem z fabryki za buraki cukrowe 50 zł., my­
ślałem więc, że sprzeda się jeszcze prosię trochę już upasione i za
to okryjemy się wszyscy, żona, syn i ja. Jednak tak się nie stało.
Przyszedł sołtys z poborcą podatkowym i musiałem zapłacić za ubez­
pieczenie ogniowe za ten rok 32 zł., a jednocześnie otrzymałem upo­
mnienie za niezapłacone ubezpieczenie za przeszły rok, a inne jeszcze
podatki zaległe, już głowa od tego pęka. I tak stale nakaz płatniczy
za nakazem, upomnienie za upomnieniem, a wkońcu sekwestrator.
A skąd otrzyma człowiek na to wszystko pieniądze, gdy wszystko,
każdy produkt rolny daje tak mało dochodu. Przed paru laty
wszystkie te ciężary wypełniałem zawsze w terminie i nie odczuwałem
na\yet tęgo bardzo. Dzisiaj to wszystko jest takim ciężarem, że często
wydaje się człowiekowi, że nie zniesie się tego i rzuci całą gospo­

Pamiętniki chłopów

405

darkę. Oj, bo dolaż to dola tego chłopa na małym kawałku ziemi
w obecnych czasach. A jak nędznie żyjemy mało o tern wie ludzi,
którzy nie zetknęli się z tern życiem. A jak ubogo i nędznie prawie
przedstawia się teraz moje gospodarstwo. Posiadam parę koni, je­
dną krowę i jedną roczną jałówkę oraz dwoje świń. Kilkanaście kur
i kilka gęsi uzupełnia cały mój inwentarz.
W chacie z każdym rokiem coraz większy niedostatek. Pozostały
tylko resztki po tych kilku lepszych latach w mojem gospodarstwie.
Mieszkam w jednej izbie z pasierbem, który chociaż się oddzielił,
mieszka jeszcze ze mną, gdyż niema swojej chaty. A w tej izbie
<eóż się znajduje? Ot stoją dwa łóżka przykryte prostemi kocami,
przy oknie stół, a obok niego dwa krzesła swojej roboty.
W takiej to izbie mieszka nas sześć osób. O wiele jeszcze go­
rzej przedstawia się nasze odżywianie. Latem, gdy posiada się trochę
mleka, to jeszcze pół biedy. W tedy więc śniadanie składa się zwykle
z dwóch mlecznych potraw, barszczu i klusek, lub też kartofli, albo
kapusty i kartofli z mlekiem. Obiad gotuje się rano, gdyż niema
czasu na to, aby go w południe można przygotować i składa się z tej
samej potrawy, jaką się je pierwszą na śniadanie, a więc z barszczu
lub kapusty, drugą potrawę, ugotowaną również rano, stanowi ka­
sza z mlekiem kwaśnem, lub gotowanem albo też zupa grochowa.
Na kolację gotuje się przeważnie kartofle, które spożywamy z
kwaśnem mlekiem, albo też kluski lub jakaś kasza zwykle jaglana.
Takie to jednostajne, mało dające organizmowi odżywianie. Lecz
gdyby takie ono było cały rok, to byłoby wszystko dobrze. A jak się
wtenczas odżywiamy, gdy w chacie niema ani kropli mleka, gdy
człowiek niema ani kawałka mięsa lub słoniny, gdyż każde, choćby
trochę podpasione prosię trzeba sprzedać, aby tylko zaspokoić po­
datki, kupić na zimę buty, a wciągnąć na siebie byle jakie tandetne
ubranie. W tedy i bez żadnych nakazów musi człowiek pościć tak,
że po całej zimie i wiośnie zanim się krowa zacznie doić, wszyscy
wyschną z tej nędzy, jak szczapy.
Za swoją więc ciężką, krwawą prawie pracę tak żyje dzisiaj
chłop na wsi. Żadnych innych pragnień nie zna pozatem, aby cho­
ciaż za swoje trudy mógł lepiej się odżywiać. Bo cóż może go cią­
gnąć, gdy stale jest przytłoczony swoją biedą, swym niedostatkiem.
Zimą, gdy nie ma tyle już zajęć, idzie do sąsiadów i tam tylko skar­
ży się przed innymi ze swojej niedoli. O tern, ażeby w wolnych
chwilach przeczytać gazetę, lub jakąś pożyteczną książkę, mało kto
rmyśli, a nawet, gdyby chciał to nie może, gdyż niema mowy, ażeby

406

Województwo Lubelskie

dzisiaj mógł taki biedak kupić sobie potrzebną korzystną książkę,
lub gazetę. Kupi książkę lub gazetę, gdy nie ma za co kupić soli,
nafty lub zapałek. O cukrze nie trzeba już i wspominać, gdyż stal
on się teraz rzadkością. Cukier i mięso są dla dziecka chłopskiego
tern o czem stale myśli i zapytuje się, kiedy będzie go mogło jeść..
Tak żyje dzisiaj chłop na tym swoim kawałku ziemi, taką cierpi
nędzę i niedostatek wśród ustawicznych zmagań się ze swoim losem,
w tej pracy znojnej ze swemi dziećmi.
Do tych rzesz biedujących zaliczam się również i ja, któremu
przeznaczone widocznie już przez całe życie przejść w ciągłym nie­
dostatku i nigdy nie doznać prawdziwego dobrobytu i szczęścia ży­
ciowego.
Dn. 27 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr. 29

G o sp o d a rz d w u n a sto m o r g o w y

w p o w . p u ł a w s k im

Byłem małem chłopcem, pamiętam, jak ojciec mój gospodarzył
na dziesięciu morgach, mając do spłaty brata i siostrę. Ojciec pra­
cował bardzo ciężko, bo nie było takich narzędzi w gospodarstwie
jak dzisiaj. Sieczkarni nie było, tylko na tak zwanej „skrzynce,,
rznuł sieczkę dla koni i krów, często nawet w mieszkaniu głowa była
opasana powrósełkiem, ażeby włosy nie lizły w oczy. W mieszkaniu
było ciasno, bo prócz sieczki to w kącie stał cielak i owca z jagnię­
ciem, że porządki w tern mieszkaniu jakie musiały być, to każden
czytający się domyśli. Do uprawy rob był pług drewniany, z Że­
laznu blachu na drewnianych kółkach, to było jeszcze pół biedy,
ale w miejsce dzisiejszego kultywatora to było tak zwane „radło”
też drzewiane z Żelaznu redlicu, a jaka to była męcząca uprawa,
to pamiętam dobrze, bo jej sam zakosztowałem. Nastały drapacze
na pięciu łapach, to narzędzie było zaliczone do ulepszonych i było
dotąd, aż go zastąpił kultywator. W idły do gnoju były drzewiane
końce okute żelazem, później były żelazne niewygodne, bo ciężkie
aż ich zastąpiły dzisiejsze fabryczne. We żniwa wszystko było żęte
sierpem, kosy wcale nie były w użyciu. Chleb był czarny, bo nikt
nie słyszał o szorowniku, ani o wałczach we młynie, mielenie było na
wiatraku, a jeżeli we młynie, to na kamieniu i to jęczmień, bo psze­
nicę trzeba było sprzedać. W każden piątek był post, a w czasie
wielkiego postu to całe siedem tygodni post i to ścisły, bo nawet
i z mlekiem nie jedliśmy. Ojciec z m atku pracowali ciężko, aby
tu pracu i oszczędnościu zapewnić nam jakiś byt, a było nas i jest
sześcioro, dwóch starszych braci, dwóch młodszych i najmłodsza
siostra, więc było o kim myśleć. Urodzony jestem w 1880 roku, po
siedmiu latach poszedłem do szkoły; szkoła była blisko, bo zaledwie

408

Województwo Lubelskie

kilkadziesiąt metrów od domu. Chodziłem zimu, a latem pasłem
krowy na ogólnem pastwisku, co przez zimę trochę się nauczyłem, to
przez lato zapomniałem. Chodziłem parę zim, nauczyłem się pisać, czy­
tać i trochę liczyć, ale cóż tu się można nauczyć w rosyjskim ję­
zyku, kiedy swego dobrze się nie zna. Po polsku uczyli bardzo m a­
ło, wszystkie książki były rosyjskie, nawet i modlitwa była po ro­
syjsku, tak wpajali w nas moskiewszczyznę i żeby nie kościół i księ­
ża polscy, toby nas przerobili na moskali. Czytając książki rosyj­
skie, starszy brat dostał gdzieś książkę polsku o „cudownej lampie”,
bardzo była ciekawa; druga o „siedmiu mędrcach” jeszcze ciekawsza
i trzecia o „Eustachjuszu”, nad tu to aż sobie zapłakałem, bo mi
się zdawało, że to wszystko prawda co piszu. Te trzy książki po­
budziły mnie do czytania. Czytając wiele innych książek podobnych
do wyżej wspomnianych poprosiliśmy ojca, ażeby zaprenumerował
jaku gazetę, a że i ojciec lubiał czytać, zaraz wysłał pieniądze na
gazetę „Swiątecznu”. Była to wtenczas bardzo dobra, bo zrozu­
miana bez wszystkich, była i „Zorza”, także dobra, te dwie gazety
były czytane na wsi najwięcej; później nastało „Zaranie”, ono je­
szcze lepiej trafiało do moich przekonań. Ojciec też czytał dobrze,
ale żeby nie marnować czasu, to ja czytałem, a ojciec darł pierze
i słuchał, a jak czego nie zrozumiałem, to ojciec mi tłomaczył. Do
tego ojciec jeszcze został wójtem gminy, miał styczność i z księdzem
i dziedzicem, był uważany i przez urzędników moskali, chociaż ich
nienawidził, bo był patrjotu i marzył o niepodległości. Siedział ci­
cho sprawując urząd wójtowski przez kilka lat. Pewnego razu
ojciec przynosi mi gazetę i mówi do mnie, że mi da do czytania,
tylko nie pokazywać nikomu, bo to jest nielegalna i gdyby broń
Boże kto oskarżył, a moskale zdybali, to przepadam. Była to gazeta
„Polak” z Krakowa, tu dopiero było wymyślanie carowi i jego urzęd­
nikom; czytałem go z wielku ciekawościu i strachem, nie wiedziałem
gdzie go schować, a tu jako do wójta często jaki urzędnik zawitał.
Dowiedziałem się z tego „Polaka”, że będzie wojna i to na polskiej
ziemi. Nieczytałem go sam, ale dawałem i drugim do czytania, któ­
rzy pod przysięgu zegnali, że nikogo nie ziłradzu i to poskutkowało,
bo moskale złapali kilku, wywieźli do Archangielska, nie wydali
nikogo, wysiedzieli coś po roku i powrócili po manifeście do domu.
Czytając wiele gazet i książek, zastanowiłem się nad tern, że nie posia­
dam większej nauki. Do szkoły średniej niełatwo było się dostać,
postanowiłem skończyć chociaż początkowu szkołę, namówiłem swe­
go kolegę. Nauczyciel nas przysposobił. Egzamin się udał i m ając

Pamiętniki chłopów

409

świadectwo z ukończenia szkoły początkowej, ten był liczony jako
na „prawach” i służba wojskowa miała być skrócona o jeden rok.
A no pomyślałem sobie, że dobre i to. Pracując na tych dziesięciu
morgach, ta praca nie poszła na marne, bo ojciec kupił ośmiomorgowu osadę dla najstarszego brata, do wojska nie poszedł, gdyż wyciągnuł duży los, został nadliczbowy. Poszedł za radu ojca, ożenił
się biorąc za żonu przeszło 1000 rubli, a była to wtenczas wielka
suma, poszedł na swoją gospodarkę. Po dwóch latach ma iść do
wojska drugi starszy brat, ten również wyciąga los duży i też nad­
liczbowy. Znów ojciec kupuje parę morgów ziemi w rodzinnej wio­
sce, żeni się drugi brat, biorąc za żonu blisko 1000 rubli. A że famielja duża i znajomość też, więc wesele tak jednemu, jak i drugiemu
musiał ojciec sprawić huczne. Po wywianowańiu dwóch starszych
braci pozostało trochę długu, ale ojciec jeszcze kupił parę morgi
w swojej wiosce, napożyczał pieniędzy, bo było łatwo o pożyczkę
i chociaż był dług duży, to ojciec tern się nie zrażał, byle tylko każden
ż nas miał kawałek ziemi w swojej wiosce. Buraków cukrowych
bywało do trzech mórg, bo ziemia tu z natury dobra, buraczana, więc
buraki dawał}’ największy dochód w gospodarstwie. Niełatwo było
wyhodować tego buraka, chwasty ogromne, całe lato prawie do
samych żniw trzeba było koło nich pracować, a jesień jak była mo, kra, to człowiek mało nie zgnił, siedząc w błocie i w śniegu, a odsta­
wa o dziesięć km. od cukrowni to też godna politowania. Drogi były
fatalne, ciżba straszna, bo składów nie było. Wszystko szło do
cukrowni, albo do kopca blisko cukrowni, z przywiezieniem wytło­
ków było to samo, ale korzyść z nich była niewielka, bo krowy trzeba
było brać za ogon i podnosić. Nadszedł rok 1901, miałem w tern roku
iść do wojska, albo nie. Wyciągam los duży, pozostaję nadliczbowy.
Zostałem w domu, pracując z ojcem i młodszemi braćmi na dług
zaciągnięty na kupno ziemi. Pisywałem dużo listów do kolegów
służących w wojsku. Byli niektórzy na wojnie rosyjsko-japońskiej,
było ciekawości dosyć. Z żeniaczku nie spieszyłem się, liczyłem, że
może po odzyskaniu niepodległości, bo i starzy ludzie u nas mówili,
że będzie, chociaż nic nie czytali i nic nie wiedzieli. Pamiętam, jak się
zeszli starzy ludzie, to najwięcej rozmawiali o pańszczyźnie i o po­
wstaniu, więc ciekawy byłem, jak my tę niepodległość odzyskamy.
Mając już dwadzieścia parę lat, ojciec kieruje pomiarem pastwiska
ogólnego; niełatwa to była sprawa, bo wszystkim trudno dogodzić,
ale przeprowadził i znów przybyło parę morgi ziemi. Ojciec tak sobie
planował, ażeby ząnas każdy posiadał chociaż 6 morgi, a siostrze spła­

410

Województwo Lubelskie

cić. Pozakładał sady i zamiarował ożenić nas dwóch i długi zaspo­
koić. Nadeszła chwila, że najmłodszy brat idzie do wojska i pomima
wielkiego starania ze strony ojca nic nie pomogło, poszedł i służył.
W 1908 r. ojciec czując się niezdrowym, zapisał mi połowę ojcowizny.
Ożeniłem się biorąc za żonu 1000 rubli. Kupił jeszcze kawałek ziemi
i w sierpniu 1908 roku ojciec umarł. Umierając zapowiada, że wszy­
stko pozostawia na mojej głowie. Długu pozostało 3000 rubli, stodoła
i obory bardzo w lichem stanie, tylko dom to prawie że nowy. Po
śmierci ojca ciężko mi było gospodarzyć, nie byłem jeszcze doświad­
czony we wszystkiem; siać nie umiałem, a siewnika nie było. Dłuż­
nicy wołali o pieniądze, które napożyczał ojciec, obawiając się, że
im może przepadnu. Widoki do oddania były, bo młodszy b rat się
żeni, bierze za żonu blisko 1000 rubli i kilku dłużników zostało
załatwionych. W 1910 roku powrócił z wojska najmłodszy brat, żeni
się i większa połowa długu została oddana. Dorosła i siostra, ona
też chce wyjść zamąż. Po naradzie z bratem i matku, postanowiliśmy
wydać, dając jej część pieniędzy, które ojciec naznaczył, a resztę
przy kwitowaniu w rejencie, po dojściu lat. Po wydaniu siostry
dług się powiększył, i był na mojej i najmłodszego brata głowie,
W 1912 roku dochodzi do skutku parcelacja dworu majorackiego;
ziemia dobra i blisko, działki po sześć morgów. Trzeba po 100 rubli
na morgę dla usunięcia dzierżawcy, znów pożyczyłem 600 rubli i dzia­
łek dostałem. Pracując spoinie z bratem zamiarowałem podzielić
się ziemiu i zrobić pokwitowanie jeden drugiemu, ale wybucha wojna
światowa. Brat jako wojskowy poszedł na wojnę, ja jeszcze jakiś
czas pracowałem w domu. Huk arm at słychać coraz lepiej; czytam
gazetę, ażeby siedzieć w domu, nie wyglądać nigdzie. Ale gdzie ta m !
Nie usiedziałem. Praca stanęła, bo i na co pracować, gdyż to wszy­
stko może być spalone. Tak sobie pomyślałem. Co robić? A no
zobaczę co inni robiu. Wybrałem się z nauczycielem mojej wioski
i paru innych, wyjechaliśmy bliżej pozycji; jadąc furmanku zauwa­
żyłem jak jedni kopią doły, drudzy stoją i radzu, co to będzie, aż
zajechaliśmy do miasteczka Opola. Tu się dowiedziałem, że pułk
w którem brat jest stoi tu blisko, będąc już parę razy w boju. W artoby się coś o nich dowiedzieć. Poszło nas pięciu za miasto i idąc
coraz dalej zobaczyliśmy dużo wojska austryjackiego, ale o bracie
nie dowiedziałem się nic. Był bbsko wieczór, ja i nauczyciel weszli­
śmy do jednego gospodarza, ażeby co zjeść. Tamci trzech pozostali
przed domem i powrócili ku domowi. Gospodarz ów co miał to dał
i mówi do nas, ażeby się przenocować u niego, bo już był blisko

Pamiętniki chłopów

411

wieczór. Boju żadnego nie było blisko, więc zanocowaliśmy. Rano
gospodarz mówi nam, że w nocy jakieś wojska przejeżdżały, zapew­
nie będzie jakaś potyczka. Ale trudno, trzeba iść ku domowi. Nie­
daleko uszliśmy, aż tu nas zatrzymuje patrol madziarski i każe stać*
Niewolno się ruszyć, rozpoczęła się strzelanina. Kulki świstały koło
uszów, była to krótko trw ająca strzelanina patroli, puścić nas nie
chcieli. Odstawili do miasteczka Chodla, tu przenocowaliśmy na go­
łych deskach w areszcie, a rano odstawili nas do Ratoszyna do
sztabu. Tu koło nas zrobili rewizję, wsadzili do komórki koła
plebanji, pytając nas cośmy tu robili. Tłumaczył się każden, jak
mógł, a było nas już takich około 20 ludzi. Boje były straszne, wy­
padało im się cofać, ośmiu nas więcej podejrzanych odłączyli i sąd
połowy. W ystawili stół, postawili krzyż na stole, no i aby wyczytać
wyrok, wyrok śmierci. Co sobie człowiek wtenczas myśli i jak wy­
gląda, to może sobie wyobrazić ten, co był na sądzie polowym, a udało
mu się uniknąć śmierci. Sam nie wiem co się stało, bo żaden z nas
szpionem nie był, jak oni mówili. Czy też sumienie ich ruszyło, że
ci ludzie su niewinni, czy z powodu silnego natarcia przez nieprzy­
jaciela, zmuszając ich do gwałtownej ucieczki, więc zwinęli ten sąd,
jak tylko mogli tak uciekali, zabierając i nas z sobu, cofając się kilka
dni i nocy. Ja już ustawałem z głodu i przemęczenia, aż się na­
reszcie obstanowili już daleko w Galicji. Tam czterech z nas zosta­
wili, a nam powiedzieli, że pójdziemy dalej. Było nam już zimno;
deszcze biły, głód był straszny, już i brud, a z brudu, to wiadomo
co się wytwarza.
Upłynęło cztery tygodnie, puścić nie chcu, tylko mówili, że jak
pójdu na Lublin, to my pójdziemy do domu. Aż po wielkiej prośbie
i błaganiu odstawili nas do Krakowa jako aresztowanych. Tu byliśmy
krótko, bo moskale szli na Kraków, będąc już niedaleko. Wywieźli
nas do Wiednia, tu byliśmy cztery tygodnie w brudzie strasznym,
głód też dokuczał. Łyżki nie miałem, jeżeli było coś rzadkiego, to
wypiłem, a na gęste, zostawiałem skórkę chleba i ta była za łyżkę,
a na ostatku i tę skórkę zjadłem. Po czterech tygodniach wyjecha­
liśmy na Madziary do twierdzy „Kommarom”, tu było o wiele lepiej,
czysto wszędzie i koło każdego. Komendant twierdzy, zwany obersztab profos, był człowiekiem, jakich może mało się zdybie na świę­
cie, bez względu narodowości, czy wyznania traktował wszystkich
zarówno. Tu byłem trzy miesiące, nie wiedząc nic co się w domu
dzieje i czy zostali wszyscy przy życiu. W miesiącu lutem 1915 roku
dostałem z domu list, ucieszyłem się bardzo; wszyscy zdrowi, nie

412

Województwo Lubelskie

spalone nic, brat w niewoli w Austrji, już mi było lżej. Sąd doraźny
już mi nie groził, żyłem nadzieją, że się to wszystko skończy i po­
wrócę do domu. W marcu 1915 roku wyjechałem do taboru „Neszyder”, był to tabor dla internowanych, cywilny. Naszych było
niewiele, tylko serbów więcej. Byłem tu do lipca, a w lipcu wyje­
chaliśmy na roboty polne do barona Karkaniego, wielkiego obszar­
nika. Tu pracowałem ciężko, ale głód już nie dokuczał, czułem się
już wolniejszym, bo drutów już nie było i sztyk nad głowu nie bły­
szczał. Tu dostawałem listy z domu prawie co tydzień, nikt mi nie
dokuczał, opinję miałem dobru, bo żem się dobrze sprawował.
Byłem tu do czerwca 1917 roku. Niektórzy o wiele wcześniej
wrócili. Mój przyjaciel nauczyciel wrócił w 16 roku, a ja miałem
przeszkody ze strony miejscowego sołtysa, który był dla mnie wrogo
usposobiony, zeznawał, że ja chciałem Austrji szkodzić i dlatego pro­
śby, które żona podawała, odrzucali. W końcu czerwca 1917 roku
powróciłem szczęśliwie do domu. Tu zastałem wszystkich żywych
i zdrowych; jest wszystkiego dosyć, długi pooddawane, nic się nie
spaliło. Poszedłem do kościoła w niedzielę, a tu pełno młodych i star­
szych ludzi, wydawał mi się zupełnie inny świat, gdyż na Madziarach
wszystko to było na pozycji. Będąc już w domu, na trzeci dzień
zerwała się wielka burza. Zawaliła mi stodołę, bo coprawda była
Tdepska, ale dla mnie to nie kłopot, gdyż nie takie przeżywałem. Dłu­
gu już niema, to bagatela. Sprzedałem źrebię roczniaka, kupiłem
stodołę dużu i jeszcze mi pieniędzy pozostało. Ale obory kiepskie,
znów się boję, ażeby mi burza nie zawaliła, boby krowy przepadły,
a były wtenczas bardzo drogie.
W 1918 roku powraca i brat z niewoli. Postawiliśmy obory dla
mnie i dla niego. Gospodarzyliśmy razem do 20 roku. Po skończo­
nych wojnach siostra woła o spłatę, a no trudno. Trzeba spłacić
i pokwitować się jeden drugiemu. Parę wieczory radziliśmy nad po­
kwitowaniem. Z braćmi poszło gładko, każden musiał wykonać wo­
lę ojca, ażeby nie było procesów. Trudniej było z siostru, bo tu
chodziło o pieniądze, a to było w tern czasie, kiedy m arka szalenie
traciła na wartości. Trzeba było załatwić to w rejencie w jednem
dniu, bo na drugi to już było tego mało.
Pieniędzy nikt nie trzymał, dlatego o pożyczkę nie było łatwo,
a że miałem co sprzedać i za dobru cenę, dlatego niebardzo odczułem
tej spłaty. Ostałem sam na dwunastu morgach, sześć ukazowej,
a drugie sześć nabyte z majoratu. Przez parę lat trzymałem służą­
cego, albo służącu. Miałem dwóch synków przedwojennych, star­

Pamiętniki chłopów

413

szego dałem do szkoły, był na siódmem oddziale. Uczył się dobrze,
miał składać egzamin do pierwszego kursu seminarjum nauczyciel­
skiej, ale zachorował i umarł. Drugiego już nie pchałem, obawiałem
się, ażeby się nie stało to, co ze starszym, zostawiłem w domu, ażeby
był mi pomocu w gospodarstwie. Pracując na roli, byłem w Kółku
Rolniczem, później przy sklepie spółdzielczem, jeszcze później zało­
żyliśmy mleczarnię. Zostałem skarbnikiem, pracowałem parę lat
za bardzo małem wynagrodzeniem, bo mi nie chodziło o zyski, tylko
chciałem zachęcić do spółdzielczości. Było to za dobrych czasów*
a dzisiaj każdy zniechęcony do wszystkiego. Produkta rolne tanie,
na ulepszenia w gospodarstwie nie można sobie pozwolić, coraz wię­
cej zalegań z podatkami, a ci co się zapożyczyli za dobrych czasów,
to cierpiu strasznu biedę. Ja długów nie mam, tylko najgorzej z ra­
tami z majoratu. Płaciłem na wiosnę 100 złotych i w jesieni drugie
100 zł. W tym roku na wiosnę zapłaciłem 50 złotych, a teraz mam
77 złotych. Do tego czasu jeszcze nie wpłaciłem. Te raty mam pła­
cić przez 40 lat i jeżeli czasy się nie zmieniu, to i ja nie będę w stanie
płacić. Mam sześcioro dzieci, najmłodszy synek ma cztery lata, naj­
starszy 21, przyjęty do wojska. Pracujemy sami, mało się najmuje,
bo niema czem płacić. Po kopaniach trzeba poorać i inne roboty, tu
wyręcza mnie syn najstarszy. Żona koło domu ma dosyć pracy:
su kury, gęsi, kaczki, indyki, świnie, krowy jest koło czego chodzić.
Pomaga żonie córka i młodsze dzieci, ale to wszystko mało się opłaca,
jedne sady nas trochę ratuju. A do tego jeszcze zjawił się we wsi
wąglik, padło kilkadziesiąt sztuk bydła i koni, mnie też padła klacz
w same żniwa. Drugiej bałem się kupić, ażeby nie zrobiła to samo,
męczyłem się bez konia przeszło dwa miesiące, ale coprawda to nie
miałem i za co kupić. Brałem od braci, bo jak wspomniałem jest
nas we wsi pięciu, ale u dwóch to samo nieszczęście było. Podałem
do rządu prośbę o zapomogę, ale do tego czasu nie mam odpowiedzi
i wątpię bardzo, czy się co wykołacze. Zima już blisko, trzeba kupić
opału, cieplejsze ubranie, obucie dla siebie i dzieci. I skąd na to
wszystko brać? Zarobków żadnych niema, a podatki nic nie mniej­
sze, tylko jeszcze nowe nastaju, słowem, że życie na wsi strasznie
ciężkie.
Su ludzie, co mówią, że chłopu na wsi dobrze i ma mąkę, kaszę,
mleko, jajko, nie potrzebuje nic kupić. A ja na to odpowiem, że
może i ma, ale nie zje, tylko wszystko oddaje za bezcen * aby tylko
kupić niezbędne rzeczy, a o kupnie morgi to niema co i myśleć. Życie
potrochu zamiera; mało się żeniu, i mało rodzą, bo coprawda to po

414

Województwo Lubelskie

co ten wiejski człowiek przychodzi na świat, kiedy on nic dobrego
nie użyje i jest pogardzany od wszystkich, ale to dlatego, żeśmy
ciemni i niezorganizowani. Na tym kończę mój opis, może niedo­
kładnie wszystko opisałem, ale prawdę.
Dn. 26 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr. 30

M a ło r o l n y g o s p o d a r z
h r u b ie sz o w s k im

w pow .

Ojciec mój nie miał swej własności, gdyż jako syn powstańca
z 63 roku, po upadku którego ratował się ucieczką z Kaliskiego na
W ołyń unikając w ten sposób zsyłki na Sybir. Ja urodziłem się na
Wołyniu i nie otrzymałem po ojcu żadnego spadku. W roku 1918
wstąpiłem do W ojska Polskiego jako ochotnik, gdzie przesłużyłem
cztery lata w tern dwa lata na froncie.
Po powrocie z wojska w 1926 r. ożeniłem się w Horodle, gdzie
założyłem sobie małe gospodarstwo w tej nadziei, że teraz w Wolnej
Polsce nareście będę mógł czegoś się dorobić nie tak jak za czasów
zaborców, przez których ojciec mój był skazany na tułaczkę. Po
kilku latach pracy i oszczędności zaoszczędziwszy 1000 zł. kupiłem
dwie morgów ziemi za 4500 zł. zapożyczając się na 3500 zł. na 4%
miesięcznie. Dług ten był dla mnie bardzo ciężki, bo same procenty
wynosiły 140 zł. miesięcznie.
Tak męczyłem się przez kilka lat odejmując od ust dzieciom,
żonie i sobie, to co sobie żaden człowiek odmówić nie powinien,
a ja musiałem. Lecz muszę przyznać że jeszcze w te czasy należałem
do szczęśliwców w porównaniu do chwili obecnej, gdyż miałem pracę
w cukrowni „Strzyżów”. Później przyszedł nieubłagany kryzys,
a z nim i redukcja. Długu w całości nie zdążyłem spłacie, którego
pozostało mi jeszcze 500 zł. a ziemia moja obecnie jest w arta 1200 zł.
Obecnie mieszkam w domu ojca mej żony, gdyż własnego nie
posiadam. Z inwentarza posiadam krowę i kilkanaście kur, który to
dziś utrzymuję w 50% moją rodzinę.
Rodzina moja składa się z trojga dzieci i żony. Za żoną nie
otrzymałem żadnego posagu, gdyż rodzice jej posiadają dwie morgi
ziemi własnej i pięcioro dzieci.

416

Województwo Lubelskie

W naszej osadzie niema miejsca na spędzenie wolnych chwil oct
pracy, przez co człowiek siłą rzeczy musi siedzieć w domu. Dzieci
moje są jeszcze nieletnie.
Ziemia moja (dwie morgi) przy obecnej cenie płodów rolnych
daje mi około 250 zł. rocznie brutto. Z tego odchodzi na koszty
robocizny jak to: obróbka pola, nasiona, sprzęt z pola i omłot około
138 zł., różne podatki gruntowe 18 zł., nieprzewidziane grzywny 40 zł.,
razem 190 zł., po odjęciu od 250 zł. pozostaje mi z ziemi 60 zł.
Na przeżywienie mej rodziny licząc bardzo skromnie, jak się
obecnie odżywiamy, potrzeba rocznie: 50 kg. soli, 26 kg. słoniny,
12 kg. mięsa, 6 kg. cukru, 7 litr nafty, te artykuły niezbędne musi się
dokupić. Do tego dochodzi jeszcze chleb, kartofle, kapusta, mąka
i kasza. Te artykuły częściowo mam z własnego gospodarstwa, a czę­
ściowo dokupić potrzeba, na co rocznie ogółem wynosi 430 zł. 70 gr.
Za 60 zł. mam własne, a na 370 zł. muszę zapracować i dokupić.
Pracę otrzymuję u bogatszych sąsiadów rolników i to zaledwie przez
170 dni w roku licząc po 1,50 zł. dziennie (czasami i żon^ chodzi na
zarobek) uczyni 255 zł., pozostałe 115 zł. otrzymuję ze sprzedaży na­
biału i jaj. Muszę zaznaczyć, że mięso i cukier jest u nas używane
na uroczystości i w czasie choroby. Czytelnik mego listu, gdy weźmie
pod uwagę mój dochód i rozchód na utrzymanie rodziny, łatwo mo­
że sobie wyobrazić moją egzystencję oraz możność czytania gazet
i książek (gazety się czyta jak wypożyczy p. nauczyciel). Jednocze­
śnie wyjaśniam, że zarobione 255 zł. otrzymuję prawie w 100%
w naturze, gdyż rolnicy nie mają gotówki.
Żadnych wyrobów fabrycznych obecnie nie kupujemy, bo nie
mamy za co. Ubranie nasze to 50% łatek. Buty też przerabiamy ze
starych na nowe z drewnianemi podeszwami jak w czasie światowej
wojny. Kupić potrzeba już nam jest bardzo wiele rzeczy, tak że nie
sposób jest nawet wymienić wszystkiego.
Teraz nie należę do żadnych instytucji społecznych, gdyż takowe
pobankrutowały i pozostało mi tylko dopłacać do udziałów.
Mieszkanie w którym mieszkam ma 4 X 3,50 X 2,70 m. wys.,
a na umeblowanie składa się dwa łóżek i stół i to wszystko już kilka­
krotnie opisane przez sekwestratora za różne grzywny. W roku
1927 wykonywałem w gminie pewną robotę, za którą biorąc gotówkę
nie przykleiłem znaczka stemplowego za 20 gr., a na który gotówkę
mi potrącono, obecnie mam płacić pięć zł. grzywny, 1,50 za upomnie­
nie, 1,50 zł. koszty zajęcia razem 8 zł. Takich kawałków mam kilka
i prócz tego i inne jeszcze, razem na 40 zł. Dziś jak się zobaczy

Pamiętniki chłopów

417

sekwestratora albo sołtysa, to na człowieku skóra cierpnie, bo tych
gości więcej się obawia jak podczas wojny nieprzyjaciela, bo przed
temi obronić się nie można, jeden przynosi ci upomnienie, a drugi
zabiera graty z chałupy. Naprzykład miałem taki wypadek. Przy­
chodzi do mego teścia sekwestrator po jakiś tam podatek obrotowy
za 1927 r., którego oczywiście nie było i po sprawiedliwości nie nale­
żało się płacić, zaczął zapisywać rzeczy, a ponieważ mieszkamy z te­
ściem pod jednym dachem więc zaczął od moich jako więcej warto­
ściowych. Nie pomogły prośby i tłomaczenie, że to są moje, a nie
tego kto winien podatek. P. sekwestrator powiedział że go to nic nie
obchodzi do kogo dane przedmioty należą, on robi swoje, a ja mogę
robić wyłączenie. Poszedłem do samego naczelnika Urzędu Skarbo­
wego w Hrubieszowie, który mnie poinformował jak mam robić to
wyłączenie. Przedstawiłem dwóch żądanych świadków, którzy ze­
znali w Urzędzie, że to są rzeczy moją własnością, które sam osobi­
ście kupiłem i nie pochodzą z posagu mej żony, z jakiego materjału
zrobione, kolor, gdzie kupiono, za jaką cenę, kto robił i czy nie płacę
teściowi za komorne i t. p. W szystko było pg. wszelkich prawideł
i form urzędowych zeznane i wszelkiemi dowodami poparte. Urzęd­
nik ten, który tę sprawę załatwiał i protokuł spisywał sam powiedział,
że wszystko jest w porządku i że mogę być spokojny, gdyż sprawa
jest tak formalnie załatwiona, że wyszle polecenie do Urzędu Gminy
w Horodle, by mi oddano rzeczy.
Jakież było moje zdziwienie kiedy po dwóch tygodniach otrzy­
małem z Urzędu Skarbowego w Hrubieszowie pismo z dn. 19. IX.
1933 r. L. 46555, „że podanie moje nie może być uwzględnione a to
z braku podstaw”. Takich wypadków było kilkanaście w naszej gmi­
nie i nikt nie był w stanie dać dostatecznych podstaw. Zajęte u mnie
rzeczy nie są bynajmniej żadnym luksusem, bo się składają z ostat­
niego mej żony palta, poduszki i starego kilimu-pasiaka, którym
nakrywało się łóżko.
Mówiłem p. naczelnikowi, że to są rzeczy codziennego użytku i to
ostatnie, że prasa podaje do wiadomości, iż podobne rzeczy nie pod­
legają zajęciu. Więc p. naczelnik powiedział, że go nic nie obchodzi
co podaje prasa, bo on ma swoje rozporządzenie i do tego się stosuje.
Człowiek mieszkając na zapadłej wsi naprawdę nie wie kto go w błąd
wprowadza, prasa co podaje rzekome rozporządzenia p. Ministra, czy
p. naczelnik Urzędu Skarbowego. Wiem tylko tyle, że rzeczy zajęte
u mnie m ają być z licytacji sprzedane a raczej zmarnowane bo za
pięć zł., których nie będę w stanie wykupić, a tymczasem żona nie ma
27. Pamiętniki chłopów.

m

416

Województwo Lubelskie

w ezem wyjść na świat Boży. Zanim te rzeczy dojdą do licytacji, to
napewno myszy je potną lub zegniją, tak to już nieraz miało miejsce,
tak że i pięć zł. nikt nie da i dług pozostanie po staremu a przybędą
koszty licytacji.
Takich czasów nie pamiętam nietylko ja, ale i starsi ode mnie
ludzie. W prawdzie mówią, że kiedyś była pańszczyzna, że musiano
iść do pana pracować, ale to tylko pracować, bo nie żądano tego,
czego ktoś nie mógł dać lub nie miał. Dziś niejeden z nas chętnie
poszedłby do Urzędu Skarbowego pracować, by odrobić swój poda­
tek, ale niestety mówią, że teraz wogóle niema żadnej pracy. A więc
niema pracy, nie będzie kołaczy — mówi stare przysłowie. Każdy
z nas rozumie, że Państwo nie może istnieć bez podatków, ale to
podatków sprawiedliwych, a nie takich jak się obecnie praktykuje, że
grzywny różne przewyższają kilkakrotnie sam podatek.
Po wojnie przez kilka lat, gdy ludzie mieli pracę, a rolnik otrzy­
mywał za swe płody dobrą cenę, więc zarówno wielkorolny jak i m a­
łorolny starał się o podniesienie do najwyższego stopnia kultury
swój w arstat pracy, stosując różne ulepszenia jak również dbał o este­
tyczny wygląd swego domu i siebie samego. Dziś przy tym chaosie
automatycznie wszystko odpada, nie dba rolnik o swój w arstat
pracy, bo mu żaden nakład się nie opłaca, nie kupuje żadnych sprzę­
tów do domu choćby i było go na to stać, przez obawę by mu je
sekwestrator nie zajął.
Na płacenie podatków rolnik musi mieć czas i możność ich pła­
cenia, a nie jak się to dzieje obecnie. Zaraz po żniwach zjeżdżają
sekwestratorzy do wsi przeważnie za różne przeróżne koszty, grzyw­
ny, procenty i tym podobne, których niesposób jest wyliczyć na tym
papierze. W tedy siłą rzeczy każdy rolnik musi sprzedać swoje płody
na pokrycie na nim ciążących powinności. W skutek większej po­
daży na rynek zboża spekulanci momentalnie obniżają cenę tegoż do
minimum. Weźmy dla przykładu rok bieżący, jakie mamy ceny:
żyto 11 zł., pszenica 17 zł., owies 8,50, jęczmień 9,50 zł., kartofle 2 zł.
wszystko za 100 kg.
Nic dziwnego, że rolnikowi wystarczy zboża zaledwie na podatki,
a na przeżywienie rodziny, inwentarza i na siew trzeba iść do pana
żydka by skredytował do nowego. Jak żydek jest grzeczny to da
na kredyt, ale Uczy ceny swoje i tak np. za żyto 26 zł., pszenicę 36 zł.,
owies i jęczmień po 18 zł. za 100 kg. plus procenty, razem wypadnie
po żniwach oddać 300 kg. za 100 kg. wypożyczonego zboża. Jednem
słowem rolnik jak ten wół przez całe swoje życie musi pracować na

Pamiętniki chłopów

419

różnych spekulantów a sam jak nic nie miał, tak i nie ma. Takich
wahań w cenach zboża przed wojną nie było jak obecnie.
Nie wspomniałem tu jeszcze o różnych wypadkach chorób i t. p.,
które prawie, że nikogo nie szczędzi, to też w takim wypadku idzie
się do żyda i bierze na nowe bo potrzeba na doktora i lekarstwa.
Dziś ten należy do szczęśliwych który dostanie od żyda tej łaski, bo
jeżeli nie, to musi rodzić się i umierać bez pieniędzy i doktora co się
coraz częściej zdarza.
Wobec powyższych faktów rolnik zmuszony jest wyrzec się
wszystkiego, a nawet nie wyłączając cukru, który tak „krzepi” bo
_go na to nie stać. Zmuszony jest człowiek-rolnik cofać się do prasta­
rej kultury siejąc len i konopie na zgrzebne ubranie dla siebie i swej
rodziny, być samemu szewcem i krawcem w myśl zasady „samowy­
starczalność”. Jeździmy po 200 kim. końmi, bo kolej jest dla nas
niedostępna.
Co się zaś tyczy widoków na przyszłość to niby jakie widoki lub
zabezpieczenie na starość może ktoś z nas mieć, kiedy żadnych związ­
ków nie mamy, nigdzie się nie ubezpieczamy ot tak sobie my mało­
rolni i bezrolni żyjemy, lepszych czasów wyglądamy i codzień śmierci
się spodziewamy.
Tego wszystkiego co się dzieje na wsi niesposób jest na jednym
arkuszu opisać, ale muszę się liczyć z tym, że mam tylko 30 gr. wo­
bec tego więcej pisać nie mogę. Może ktoś bogatszy napisze więcej.
Dn. 26 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr. 31

Ś r e d n i o r o ln y g o s p o d a r z , o b e c ­
n ie n a s k o m a s o w a n e j o s a d z ie
w p o w . w y s o k o -m a z o w ie c k im .

Kreślę ód 1873 mając lat 9 w tym roku poszedłem do skoły,
początki miałem od mamusi, stąpiłem do tak zwanej starszej parwy,
na drugi rok przeszedłem do pierszego oddziału, na trzeci rok do
drugiego, na czwarty rok do trzeciego oddziału i skończyłem na­
ukę. Nauczyciel p. Trzaska posłał nasz trzech uczni do gimnazjum
w Łomży w 1877 roku i my ze szkoły trzech oddziałowej zdaliśmy
egzamin do czwartej klasy, dalej nie chodziłem do gimnazjum dla­
tego, że nie było sposobu, gospodarka była pięciomorgowa, i ojciec był
słabowity, więc wziął mnie do pomocy w gospodarstwie. A czego
się uczyli w tej naszej skole to zaraz opowiem. Polski język, czy­
tanie i opowieść, gramatyka, geografja, gospodarstwo, katachizm,.
his tor ja starego i nowego zakonu na pamięć i rachunki, z łaciny
czytanie, gramatyka i tłomaczenie z łaciny na polski, z ruskiego
czytanie raskazy, gramatyka, geografja o częściach świata na pa­
mięć, historja Rosji, gospodarstwo, zadanie drób dziesiętny ułam­
kowy, II i III oddział uczył się niemieckiego. Poprawdzie powiem,
że polskiego języka było zbroniono, ale uczyliśmy się z apetytem.
A co do dyscypliny to i w wojsku nie było takiej srogiej, każdy
dzień wstępował uczeń w próg skoły to był obejrzany, czy pa­
znokcie ma krótkie, w uszach czysto, czy buty czyste, ten co oglą­
dał był naznaczony ze starszych uczni i zaraz wychodzili po parze do
kościoła na Msze Św. kto się spóźnił, lub był bez książki do na­
bożeństwa, lub rozmawiał w kościele, to był zapisany ze starszego
ucznia, to jak ksiądz przyszedł w sobotę na katechizm, to miał po­
dany katalog, kto jak z uczni w kościele się sprawował, był wy­
wołany na środek skoły i dostał pięć rózek na gółkie. Do skoły
chodziło uczni 150 do 200 i jeden nauczyciel uczył i wiedział, któ-

Pamiętniki chłopów

421

ry uczeń lekcje umie, a który nie umie. A teraz jak uczą tylko
zabawiają się, a rząd darmo płaci, bo jak uczeń skończy V od­
działy to i kartki jak z gminy przyjdzie to nie przeczyta.
A dalej od 14 lat chodziłem do dworu na zarobek, latem do
kosy, do cieśli, płata była 50 kop. latem, a zimą po 20 kop. wy­
płacał dziedzic co dwa tygodnie, ja jak wziąłem wypłatę to od­
dawałem ojcu i ojciec my udzielił z tej wypłaty 30 kop. i tak za­
rabiałem do 21 roku i w temze roku poszedłem do wojska, jak
wychodziłem do wojska to z tych 30 kop. uzbierałem sobie na
drogę 25 rub. i już od ojca nie żądałem, służyłem w wojsku sześć
lat. Oj dobrze my w wojsku było dobrze, zaraz w pierszem roku
poszedłem do podoficerskiej śkoły na sześć miesięcy. Zdałem egza­
min pierszej kategorji, w dwa lata awansowałem na podoficera,
w trzeciem roku byłem feldfeblem, w piątym roku poszedłem
w Junkerskie skoły na sześć tygodni, awansowałem na podpraporszczyka, ale spełniałem obowiązek feldfebla do końca służby,
choć pułkownik chciał zęby ja sie ostał na drugą służbę, ale mój
honor nie pozwalał i tak przyjechałem do domu, ojca juz nie za­
stałem tylko mamusię. Było trzech braci dorosłych, jedna siostra
i co robić na takiej gospodarce pięciumorgowej, pobyłem w domu
sześć miesięcy i pojechałem do Warszawy, podałem się do kantoru
służby i zaraz postąpiłem do rzeźnika sklepowego p. Hamera na
Marszałkowskiej na ekspedjenta czternaście rub. miesięcznie, po­
byłem trzy miesiące i mamusia napisała list, żeby ja natychmiast
przyjechał, bo brat m arnuje gospodarstwo sprzedaje las i co jest
do życia i ja przyjechałem do domu zastałem dwóch braci, a młod­
szy 15 letni brat postąpił do gospodarza na służbę i siostra także
posła w służbę, więc co robić w karnawale trzeba się żenić i do­
trzymać ojcowizny, a było siedmioro rodzeństwa, czterech synów
i trzy córki, byli juz i zamężni, popierają o spłatę, w karnawale
1889 r. żenię się, pojąłem żonę pracowitą, posagu postąpił teść 200
rubli, a jak to posag nie prędko można go wziąść, a brat dwa lata
ode mnie młodszy na karku siedzi i w rok znowu żeni się i po­
sagu bierze 300 rub. i to gotówką, przy opatrach godzi się mnie
spłacić, daje my 100 rubli, ale ja zauważyłem, że brat ojcowizny
nie dotrzyma, więc ja nie przystaję, w tydzień po ślubie brata ja
spłaciłem jedno siostrę, a brat drugi 5 lat młodszy ode mnie po­
jechał do W arszawy na obowiązek, a ten żonaty dzieli się gospo­
darką ze mną, ale nie chciało mu się pracować, posag bez jeden
rok przeprowadził i swoją część sprzedał siostrze zamężnej i po­

422

Województwo Białostockie

jechał do W arszawy i ja się sam został na gospodarce, poprawdzie
mam dwie części, ale pięcioro do spłaty i popierają o spłatę, a tu
mamusia zachorowała, niedługo leżała i pomarła, poprawdzie jużbyła w latach: powiem prawdę, ze księża tak nie darli za pocho­
wanie, jak w obecne czasy, bo wyprowadzenie z księżem i na katafalu Msza Św. i do grobu całe pochowanie kosztowało 15 ru­
bli, a teraz takie pochowanie kosztowałoby conajmniej 100 rubli.
Poprawdzie za ruska było naznaczono co księża m ają pobierać,,
a teraz co jem się spodoba to drą. Po mamusi ostała się jedna kro­
wa i ta jak miała poród to upadła, a tu byli drobne dzieci, ja kiipiłem krowę z mlekiem i ta pobyła u mnie dwa tygodnie i upadla­
na paśnik, ja kupiłem drugą i trzecią te na paśnik poupadali, aż
kupiłem dwie jałoszecki i dochowałem się krów, także w mojej
bytności na gospodarce ukradziono my dwoje koni, dlatego ja z rogacizny i z handlu pospłacałem rodzieństwo, a może kto zapyta się
jakim handlem trudniłem się? Oto opowiem, jak gospodarstwo
obrobiłem to kupywałem las działkamy u gospodarzy, w jesieni
sprzedawałem za polanom i sam woziłem do miasta żydkom, do­
brze zarabiałem, a zimowo poro kupowałem wieprze ślachtowałem,
sprzedawałem mięsa i słoninę na targach po miastach, dobrze żarabiałem, robiłem konkurencje żydkom rzeźnikom, ja pierwszy
w Wysokiem Mazowiecku był stołkowym rzeźnikiem, za rok po­
jawiło się więcej, a żydki rzeźnicki aż mgleli, że nie mieli zbytu
na swoje mięso nawet wyborowe, rzeźnicki licyli się, a nie tak
derli, jak teraz, w jesieni woziłem kartofle wagunamy do W ar­
szawy i tak spłata famielijna kosztowała z rejentem 568 rubli i prędko
mogłem zebrać, bo niecałe trzy lata mogłem zebrać. Ale teraz niech
spróbuje spłaci z takiej małej gospodarki albo handel poprowa­
dzi, to zginoł na miejscu, pytanie a dlaczego? Prosta odpowiedź bez
patentu ani rusz, obrotowe, dochodowe, placowe, wjazd, świadestwo do sprzedaży jednorazowe u p. starosty 3 zł. 30 gr., oglę­
dziny w bojni 6 zł. 30 gr., a placowe jeden zł., wjazd 20 gr.
i juz rób konkurencję, a rzeźniki sklepowe z wyrobem ceny gó­
rują, bo stołkowy upadł, nima komu konkurować. Za Rusa było
inaczej bardzo wolno kto jakiem mógł handlem to się trudnił i nie
opłacał żadnych patentów, jak wieprza zaślachtował, zawiózł do
m iasta przed doktora weteryjnego ten obejrzał, za obejrzenie za­
płaciłeś 10 kop. i juz na targu sprzedawaj, tak ze można było dwa
wieprze tygodniowo sprzedać, a teraz jeżeli gospodarz z potrzeby
żąda zaślachtować wieprza i usprzedać na podatek, a reste sobie

Pamiętniki chłopów

423

i to roczne święto, to musi składać podanie do p. starosty, jak nie
umie pisać zapłaci pisanie 2 zł., m arki do podanio 3 zł. 30
gr., oględziny 6 zł. 30 gr., placowe i już po jednej połowie
wieprza może spłacić rodzinę, albo jak teraz zechce kupić ka­
wałek mięsa lub słoniny to handlarz, który wyrób prowadzi
dyktuje ceny jak mu się spodoba, w taki sposób musi być
kryzys, albo jak handlowałem kartoflami to od Szepietowo stacji
płaciłem 18 rubli do Warszawy, wagun syp. 150 korcy i mogłeś
zarobić. W arszawa miała tańsze i famielji można coś zawieść, ale
teraz spróbuj. Często jeździłem do Warszawy, bo kolej tam i spowrotem kosztowała 1 r. 80 kop., zarobki byli w całej pełni, kto
tylko chciał to móg zarobić.
W 1897 r. i 1898 r. w tych dwóch latach był okropny nieuro­
dzaj, żyto, pszenica, jęczmień, kartofle przepadli tylko sama mio­
tła, tylko po piaskach kartofle uleźli, pamiętam raz, jak byłem na
targu miał gospodarz ćwierć korca, żądał od kobiety trzynaście
rubli, a ta kobieta miała tylko dwanaście, a gospodarz nie chciał
ustąpić i odwinął się od swego wozu, kobieta położyła pieniądze
pod wiązkie i groch na plecy poniosła, a gospodarz spostrzeg dognał, przyprowadził do fury i woła policjanta, jak policjant przy­
szedł, to rozpowiedziała jak było i ukazała te dwanaście rubli pod
wiązką, a do tego tej kobiety był mąż chory, sześcioro dzieci wo­
łali jeść, więc ja obstałem, bo znałem jej położenie i rzetelność,
więc policjant protokułu nie robił, namówiłem gospodarza, żeby
wziął dwanaście rubli i kobieta poszła z grochem. Kasa kukoryzowa i jaglanki było, pamięta się, że dam żonie dwadzieścia rubli
i przyniesie w fartuchu i idzie cało drogę i licy za co oddała te dwa­
dzieścia rubli. Tylko dziękowali Panu Bogu ludziska, ze w tych
dwuch latach był zarobek, bo prowadzili siose od Białegostoku do
Zambrowa, to zarabiali ludziska, ja sam wziąłem podrad do ob­
róbki bali na mosty, dobrze zarabiałem i ludzie przy mnie, biedy
nie było, kokurydzy się nie jadało, żeby tak broń Panie Boże te­
raz to pytanie. Zona powiła jedynaście dzieci, z tych jedynastu
uchowało się tylko czworo, a restą poumierali małemi, dość było
chrzynków i pogrzebinków, a z dwunastem się zepsuła, ja w te
porę byłem w polu, przychodzę na obiad, dzieci byli w skole, a zo­
na leży jak nieżywa we krwi, ja natychmiast po babkie, bo nie
wiem co się stało, przyszła babka mówi, że poroniła, a mgleje co
minuta, natychmiast pojechałem po doktora i opowiedziałem ca­
łą rzecz, byłem bardzo zmartwiony, doktór mnie pocieszył napisał

424

Województwo Białostockie

recepte i mówił, że bez niego się obędzie, tylko zapytał się czy zna­
na akuszerka i kazał dobrze odżywiać, ja przywiozłem lekarstwo,
jak użyła przestali mgłości i ustał krwotok, w przeciągu czterech
tygodni żona wstała z łóżka, tylko dostała siły od jaj i dobre mle­
ko. Jak doczekałem się synów i córki to odżyłem, bo dzieci byli
bardzo dobre, życzyłbym każdemu mieć takie dzieci. W 1912 ro­
ku sprzedałem gospodarkę po rodzicach pięciomorgową, a kupiłem
na drugiej wsi ośmiomorgową, bo jest komu pracować, ta kupna
gospodarka była bardzo opuszczona, to zapłaciłem to co i wzią­
łem po rodzicach, doprowadziłem do porządku, na początku 1914 r.
kupiłem cztery i pół morgów lasu z ziemią za 650 rub., przerą­
bałem las za drzewo, już w wojnę wybrałem 450 rub., tak że rzad­
szy las i ziemia ostała się w 100 rub., już gospodarka powiększyła
się. Starszy syn poszedł do wojska w 1913 roku, w rok wybuchła
wojna światowa, a tu drugiemu już 19 rok, za rok we wrześniu
zabierają drugiego, ja się ostaje przy jednem synie, który ma 9 lat
i córce 13 lat, teraz się popróbuj, handel już upada trzeba koło gos­
podarki pracować, a przeważnie przez całą wojnę byłem sołtysem
i przed wojną byłem 16 lat sołtysem.
Pisą syny listy, że są zdrowi to jeszcze pocieszałem się, że mo­
że przyjdą zdrowi, a przez półtora roku już od synów listów nie mia­
łem, bo byli Niemcy u nasz, w 1915 roku kiedy już Niemcy blisko
naszej wsi byli, to w naszej wsi stojał ruski korpus 21, to był bar­
dzo duży popłoch, na wsiach byli pogłoski, że jak Niemcy przyjdą
to będą gwałcić, męczyć przeważnie niewiast, ja jak sobie posta­
nowiłem, ze ze wsi nikt nie wyjedzie do Rosji i tak się stało. Kie­
dy sztab korpusu miał tej nocy wyjechać, a Niemcy mieli nastą­
pić to o godzinie czwartej popołudniu kozacki starszy podoficer na­
znacza pięć kozaków, jak będzie korpus uciekał tej nocy, to żeby pod­
paliły wieś i folwark, ja jak raz w te porę byłem, jak on naznaczał
to, aż dreść po mnie poszła, w tej chwili poszedłem do obywate­
la tego m ajątku i mówię mu, że pański majątek będzie tej nocy
spalony i wieś, a on mnie odpowiada, że załatwił się z kozackim puł­
kownikiem, ale ja mu przedłożyłem pójść do korpusnego generała
i on się zgodził, podchodziem, ale u wrót stoi warta, nie puszcza,
na szczęście, że nadbieg adjutant korpusnego zapytał się o co rzecz,
ja odpowiedziałem i kazał pójść, kiedy my się przybliżyli to ge­
nerał zapytał czego żądamy, ja po rusku mu wytłomaczył, że ko­
zaki są naznaczone do podpalenia m ajątku i wsi, a on nam od­

Pamiętniki chłopów

425

powiada, że dużo macie chleba w stodołach, więc Niemiec będzie
korzystał, mus spabć, na szczęście ja miałem rozkaz, dostałem
w gminie od Głównodowodzącemy wojskamy Mikołaj ewem, roz­
kaz brzmiał tak, jeżeli gospodarze zamieszkują wieś nie wolno pod­
palać pod karą śmierci i ja pokazałem generałowi, to on się okropnie
zadziwił, że taki rozkaz jest, zawołał pisarskiego feldfebla i zapytał
się go czy jest taki rozkaz. Fedfebel odpowiedział pewnie jest, po­
szedł i przyniósł taki sam, rozkazał generał natychmiast dać rozpo­
rządzenie po wszystkich pułkach korpusu, a mnie chciał dać rozpiskie, że majątek i wieś nie będą spalone, ale ja poprosiłem, że
jak odejdzie korpus, żeby zostawić pięciu kozaków, żeby mieb bacność zęby nikt nie podpalał i tak się stało, kozaki dotąd byli az nie­
miecki objazd pokazał się, m ajątek i wieś ocalały. Rano o go­
dzinie szóstej Niemcy przysli do naszej wsi, byli bardzo przyjemni,
ale i głodne, wszystko kupowali chleb mleko i płacili, owoce opadki
prosili zęby pozwolić zebrać, gotowali z tych opadków zupę, po
dwuch miesiącach to naznaczali na każdą wieś kontygient ze świń,
bydła, masła, jaj, płacili, ale nie tak dużo no dawali cukier, sól,
naftę bezpłatnie, rzetelne to byli, tylko wymagalne. Razu jednego
szedłem do miasta, wchodząc na ubcy spotkałem się z niemieckim
kapitanem na ulicy, kilka minut tenże kapitan powraca z powro­
tem, minął mnie już to było na placu Targowem, podchodzi do
źydka i bierze od niego chusteczkę z ręki i jak mu da z jednej
strony i z drugiej po gębie, aż się zyd potoczył i tłomaczy mu poco
brałeś jeżeli mnie wypadła, to ja się wrócę i podymę, a ty chciałeś
ukraść, co do cynności urzędowej bardzo byli sprawni i pracowici, ja
nosiłem podatek to był kasjer i jeden urzędnik, jak się zeszło 20 soł­
tysów, to pół godziny już wszyscy załatwione, dotąd nie poszb aż
.załatwili. W 1918 roku brałem cynny udział w rozbrojeniu, dużego
oporu nie stawili, sami oddawali z warto w broń. W tymże 1918
roku przy końcu listopada przychodzi syn młodszy z wojska z Ros­
ji, był zdrów dobrze wyglądał tylko w rękę trochę był ranny, bar­
dzo mnie ucieszyło, rangę miał podporucznika i pobył w domu je­
den rok i postąpił do polskiego wojska, był w swoleżerskiem pułku,
po skończonej wojnie z bolsiewikamy ostał się w Warszawie, po­
stąpił w policję ostał dzielnicowem. W 1921 roku ożenił się, po­
żył z żoną cztery lata i pomarł, osierocił żonę i dwoje dzieci. Tu
straszny cios spotkał mnie, nigdy tego nie mogę zapomnąć, bo
dla rodziców był bardzo dobry, poprawdzie zona dostała jednora­
zową zapomogę, ale dzieci osierocił. A starszy syn nie powrócił

426

Województwo Białostockie

z wojny, posyłałem obiegnik niewiadomo gdzie zginął, dla rodzi­
ców wielkie umartwienie. Powracam się do 1920 roku, jak weśli
do naszego kraju bolsiewicy, przychodzą obdarte, głodne, jak wście­
kłe latają za chlebem, biorą konie, wozy, zajm ują ludzi na fu r­
manki i krzyczą idziem na Warszawu, młócą po folwarkach psze­
nicę, zakładają swoje rządy i u mnie wzięli konia, a na polu była
wszystka jarzyna, jak zwieść? Posła moja żona z płaczem, żeby
oddali konia, a bolsiewiki mówią, czego ty babo płaczesz i leżał koń
bardzo zmordowany, tak weź babo tego konia i zegnali go i żona
przyprowadziła, ja puściłem na trawę, koń się odgryź odpoczął
i można było robić, trzeciego dnia przychodzą drugie, chcą zabrać
tego konia, ale ja powiedziałem poczekajcie u nas we wsi niema
ani jednego konia, z połów nie zwieźli, ja napisę podanie do ko­
misarza powiatowego, poproszę, żeby ostawił do sprzętu z pól i oni
zaniechali, ja napisałem podanie, a żona zaniosła i komisarz dał
rozpiskę, żeby z żołnierzy nikt nie ważył się brać go i jak który
bolsiewik przydzie brać, to ja pokażę rozpiskie to ucieka jak opa­
rzony i pozwolili sąsiedzi i nawet z drugiej wsi wozili. Ale sobie
bardzo dużo kłopotu narobiłem z tego podania, prośbę posyłałem
w piątek, a w niedzielę zebraliśmy z całej wsi przeważnie kobiety^
bo mężczyzn nie było, pośliśmy do kościoła na nabożeństwo po­
modlić się, żeby jech Pan Bóg jaknajprędzej wyniósł z naszego kra­
ju, po skończonem nabożeństwie ide do domu, a tu goni mnie dwóch
kozaków ze znaj omem gospodarzem, zwracają mnie do gminy, ja k
poszedłem do gminy to jakiś starszy z kozaków bolsiewik mówi
mnie, ze ja jestem naznaczony komisarzem rewkoma przez komi­
sarza powiatowego i podkłada protokuł do podpisania. Ja się odkazuję i mówię mu, że jestem chory na serce, a on mówi charaszo,
siadajcie na furmankę pojedziecie do doktora, jak uzna wasz bolnym to nie będziecie, a jak powie, że jesteście zdrowi to pójdzie­
cie na sąd za odkłonienie ód służby. Ja już wsiadłem na furm an­
kę, jak zobaczył bywszy wójt p. U. to przyszedł do mnie i mó­
wi przyjąć, bo jeżeli doktór uzna zdrowym to źle będzie, a prze­
cie nas dużo będzie, ja sam naznaczony jestem za sekretarza, to
jakoś będziem sobie radzić i ja zlazł z furmanki i podpisał przyję­
cie protokuł. Na drugi dzień, ja nie poszedłem, aż przyjechał stój­
kowy, ale ja nie pojechałem, bo byłem w polu, a bezemnie nikt
nic nie robił, na drugi dzień ja sam poszedłem, byli różne zatargi, bol­
siewiki z gospodarzamy, ja z sekretarzem i dwóch ławników roztrzygali zatargi zawsze po stronie naszych, bolsiewiki się do nas

Pamiętniki chłopów

42T

nie mieszali, dużo uratowaliśmy naszech gospodarzy. Przez dwa ty­
godnie naszych rządów nikt nie był pokrzywdzonym. W m ajątku
w tej samej wsi co ja byłem służba buntowała się nie chciała pra­
cować i na ozimek orać, ja zebrałem służbę i mówiłem, że bolsiewicy długo u nas nie będą, wy musicie pola obsiać, bo co będziecie
jeść na przyszły rok, bolsiewicy wam nie dadzą, bo jech tu nie bę­
dzie, posłuchali się i poszli w pole orać na ozimek i jak raz za
kilkanaście dni uciekah, pamiętam to było w piątek, a w niedzielę
polskie wojska przysli. Przysłowie staropolskie za dobry uczynek
nigdy dobrem nie zapłaci i tak się stało ze mną, przysło nasze woj­
sko mały oddzialik z porucznikiem na folwark i dwóch żołnierzy
z podoficerem, przyszb do stodoły ja młóciłem żyto na nasienie, by­
łem zagrzany, nie dali się odziać zabrab mnie na dziedziniec fol­
warku i kazali usiąść na trawie i tak siedziałem z godzinę, po go­
dzinie przychodzi oficer i pyta ty byłeś komisarzem bolsiewickiem, ja
odpowiedziałem, że byłem i kazał mnie iść do domu odziać się
i przyjść, bo arestują i tak się stało, zaprowadzili do Wysokiego
Mazowiecka, wsadzili do arestu bez żadnego tłomaczenia, oj ucier­
piałem na tern dziedzińcu, zmarzłem, bo było bardzo zimno, a ja
byłem tylko w koszuli, a w areście byli pogłoski, że takich roz­
strzelają, ale jeden obywatel z m ajątku Michałki ś. p. Moczulski
przyjechał do powiatu, jak się dowiedział, że ja arestowany dał
o mnie opinję i ręczył się całem majątkiem swojem, ale dużo pod­
pisów wsie przysłali o niewinności mojej i byłem wypuszczony przez
żadnego zeznania trzeciego dnia. Żal miałem okropny, że niewin­
nie mnie ktoś ocernił, ale kto w Boga ufa Bóg go nigdy nie opuści.
Dalej byli wybory do Sejmu, przez gminę naznaczony byłem prze­
wodniczącym, wybory byli bardzo spokojne, choć ja należałem do
P. S. L., w drugich wyborach byłem zastępcą. W 1921 roku w lu­
tym pojechałem po wsiach bbsech i namówiłem gospodarzy żeby
stworzyć Związek Stowarzyszenia Spożywców i założyć w Wyso­
kiem Mazowiecku sklep pod nazwą „Snop” i tak łatwo poszło, bo
na zebraniu w jednej wsi zapisało się członków 80 i dali wkład po
500 marek, w przeciągu dwóch tygodni zapisało się członków 240,
już jest 120 tysięcy dlatego, że kilku założycieh dali po 1500 ma­
rek. Na ogólnem zebraniu powołali Zarząd i Radę z pośród siebie,
Rada i Zarząd wybrał mnie prezesem Zarządu i kierownikiem, ja
wraz z Radą wynająłem dom na sklep ze sklepowem urządzeniem,
zawerliśmy kontrakt i pojechałem do W arszawy po książki skle­
powe, buchalteryjne i przywiozłem towaru. 1 marca sklep poszedł

428

Województwo Białostockie

w ruch, posłałem do Okręgowego Sądu Łomża o zatwierdzenie go
i tak byłem przez dwa lata. „Snop” się powiększył, bo w przecią­
gu dwóch lat dorósł do 989 tysięcy marek, przy końcu drugiego
roku mogłem dać członkom dewidendy od obrotów na Boże Na­
rodzenie po jednem kilu cukru każdemu członkowi bez uszczerbku
sklepu. W trzeciem roku w lutem na ogólnem zebraniu przy bud­
żecie także wybór do Rady i Zarządu, ja poprosiłem zebranie, że­
by mnie dalej nie wybierali, ja się zy/alniam, nie pozwalało my
podług gospodarki, bo upadała tak, że ja przez jeden rok praco­
wałem w Stowarzyszeniu bez wynagrodzenia, dlatego, że żądałem
żeby Stowarzyszenie się powiększyło. Na drugi rok bardzo małe
wynagrodzenie, bo 50 marek tylko na życie miesięcznie. Na trze­
ci rok wybrany był z członków H. Grabowski prezesem zarządu,
powołał sobie sklepowego nowego, bo ten co ze mną był to wraz
ustąpił, Grabowski nie był dobrze obeznany, nie umiał prowadzić. Tro­
chę się zadłużył i w pół roku wybrali na nadzwyczaj nem zebraniu
z agitacji, który był mówca ale i krętacz, był prezesem Zarządu,
kierownikiem, a żonę postawił za sklepową, w przeciągu dwóch
lat powiększył Stowarzyszenie, założył dwa fil je piekarnie, sło nie­
źle. W r. 1924 przewalutował marki na złote na tern dobrze sko­
rzystał, powiększył wkłady do 25 zł., niektóre członkowie dołożyb,
w tern roku ja wszedłem do Rady Nadzorczej i zauważyłem nadu­
życia w sklepach braki, zwracałem mu uwagę, ale krętacz zawsze
się wykręcał, przy końcu roku zrobiliśmy rewizje sklepów i pie­
karni, sprawdzili księgi, zrobili bilans na roczne zebranie, okazało
się dużo braków, bo aż dziewięć tysięcy, na ogólnem zebraniu przed­
stawiłem i jednogłośnie wypędzili go i zebranie jednogłośnie obrali
mnie kierownikiem. Na głosowaniu była okropna wojna, bo miał
swojech popleczników, jak ja objąłem Zarząd to za stratę Stowa­
rzyszenia pociągnąłem go do sędziego śledczego, to ten krętacz
przedłożył dokument podpisany członkamy Zarządu, że pozwolili
mu wziąść dziewięć tysięcy na trzymiesięczne odszkodowanie, so­
bie po 300 zł. i żonie po 250 zł., reśta rozjazd po towary z dwóch
lat, które nie wykazywał w rozchodzie i tak się oprawdał, człon­
kowie nie byli dobrze obeznani ze Stowarzyszeniem, co podłożył to
podpisali. W mojem Zarządzie i Radzie Nadzorczej było większość
urzędników, więc zawsze przekładali mnie, żeby zwołać nadzwyczajne
zebranie dla wybrania nowy Zarząd i Radę i powołać fachowego
kierownika, ja posłuchałem się.
W przeciągu dwóch tygodni na ogólnem zebraniu weśli do Za­

Pamiętniki chłopów

429

rządu i Rady sami urzędnicy, tylko dwóch z gospodarzy wesło do
Zarządu, ja dobrowolnie ustąpiłem, może ktoby się zapytał dlaczego
dwóch z gospodarzy w Zarządzie, oto dlatego, żeby było jako od­
powiedzialny komu weksel żyrować i tak się stało, Zarząd i Rada
powołali za kierownika jednego bywszego buchaltera ze Stowarzy­
szenia Rolniczego p. J***, ten człowiek był bardzo przebie­
gły, jak począł gospodarzyć w przeciągu jednego roku mógł zrobić
siedemnaście tysięcy zł. długu, podłożył weksel na piętnaście ty­
sięcy zł. gwarancyjny na komisowo dostawę cukru i sob i ci go­
spodarze podpisali, a cukier i sól posła po żydkach po miastach
całego powiatu i dużo ci Zarządu gospodarze podzerowab weksb,
jeżeliby tylko handlu sklepów i piekarni, drobnem handlem nie mógł­
by tak nałapać. £i gospodarze odpowiadają choć Bogu dusze tylko
winni, a p. J*** oddali pod Sąd, dostał za utratę Stowa­
rzyszenia jeden i pół roku turmy. Przez taki upadek Stowarzysze­
nia członkowie się odrzucili i Stowarzyszenie „Snop” poszedł w ni­
wecz. Ja jestem w podeszłem wieku, bo 1862 roku urodzony, a ja­
ko założycielowi takiego złotego interesu serce my bob. Urzędnicy
się wycofali, a Stowarzyszenie Spożywców upadło, lata pośb kryzisowe, że gospodarz nie może skorania wziąć. Dalej prowadzę go­
spodarstwo, syn dorósł jest komu robić, ale nadchodzi czas na
służbę wojskową, więc ja pisę podanie do starostwa o zwolnienie
ze służby, jako jeden żywiciel rodziny i został zwolniony, pobył
przy mnie na gospodarce około dwóch lat, zauważył, że na gospo­
darce wyjścia żadnego niema, trzeba pracować od nocy do nocy
i to bardzo ciężko, a jeść i z postem, a był wątły, więc w 1929 roku
rzucił dom i całe gospodarstwo pojechał do Warszawy, zaszedł
do stryja i ucepił się na parę miesięcy u stryja, rozpoznał W ar­
szawę za dobrą protekcją dostał się na Główną poetę, chłopak był
skromny i mogę powiedzieć porządny i sobie pochwala, że jest mu
dobrze, bo do rolnictwa był za słaby. Ja ostałem się z zoną i z cór­
ko, staruszek, co mam począć, do ciężkiej roboty jestem niezdolny,
trzeba chłopaka przyjąć do córki, tu zapytanie jakiego chłopaka,
czy biednego czy z wnioskiem, postanowiłem przyjąć biednego zię­
cia, dlaczego, dlatego, ze miałem w głowie ułożenie takie, że jak
biedniejszy, to będzie się słuchał i pracował i jakoś się dożyje, ale
co gorsze, że z tej opresji, że syn rzucił zrobiłem aktem rejentalnym, że ja wypożyczyłem u zięcia i córki 5000 zł., choć żadnech
piniędzy mnie nie dano. Po prawdzie w 1929 r. gospodarka moja
była w arta do 15000, bo za krowę można było wziąść 500 zł. i zbo­

43 0

Województwo Białostockie

że było po cenie opłacalnej, a teraz nie wiem czy miałbym 6000 zł.,
a do gospodarki podziału jest troje, więc mogo być ukrzywdzeni.
Po roku co zięć mówi, że ja parobkiem nie chce być, żąda piniędzy,
albo podziału i co robić lata nastają kryzysowe i wydzielam zię­
ciowi 5 mórg ornej ziemi, a sobie ostawiam, jako nasz dwoje dwie
i pół morgi, sedliska ogrodów z sadkiem i morgę jedną łąki, żeby
mnie oborał, posiał zwióz, omłócił i krowę pas i pół podatków zapła­
cił, bo paśnik jest sześć mórg. Przystali z córko, po umowie jeden
rok, jako tako wykonali urnowe, a co dalej to muszę ja pomagać,
a oni sobie nie mogo radzić w żaden sposób, podatków nie opłacają,
ja wiosnowe raty płace, a jech jesienne raty upomnienie przychodzi
dę> kogo, do mnie, bo gospodarka na moje nazwisko i sam widzę, że
w żaden sposób nie mogo sobie dać rady, bo co sprzeda wieprzka jak
uchowa to sprzeda, to trochę biedy załatwi, a zarobić niema gdzie i z
postem musi jeść. Prawdę powiem, ze jak świat stał to mały gospo­
darz tak nie nędzował, a dlaczego, oto dlatego, chcąc kupić nafty,
soli, zapałek, cukru, choć dla małech dzieci, ziela to co tydzień trze­
ba pół m etra żyta sprzedać, a z takiej gospodarki dużo metrów jest,
trzeba zapłacić podatek, but, jaki odzieniak, do skoły dzieciom
książkę zesyt za co, jak można wytrzymać, przed wojno byli zarobki
i furą i człowiek mógł zarobić n. p. jeżeli na dniówce przez cały rok
tylko był 10(ć^ni u kosy miał dziesięć rubli, miał na cały rok rozchody
domowe, a jak mu zbyło od życia zboża, albo wieprza upas i sprzedał
to już kupował mórg i wypił z sąsiadem kielisek wódki i była jakaś
przyjaźń. Gospodarstwa u nasz byli bardzo drobnych działach, to
jest działkach, podmawiałem gospodarzy, żeby scalić grunta, ale
gdzietam, ani rusz, więc ja miałem 1/10 wszystkich gospodarzy ziemi,
ustawa scaleniowa tak potwierdzała, więc ja napisałem do p. Komi­
sarza Ziemskiego prosił o scalenie naszej wsi, jak p. Komisarz przyje­
chał to kilku gospodarzy zapytał cy żądają scalenia, ci potwierdzili
i odesłał protokuł do Białegostoku na komisję, przyszło zatwierdze­
nie scalenia naszej wsi, w rok przysłali geometrów. Prawda, że te
scalenie ciągnęło się cztery lata, ale teraz dużo lepiej, wieś nieduża
bo 10 gospodarzy i każdy zadowolony, tylko najgorsza to, że jak
scalaliśmy się w 1929 to jeszcze można było wziąść za zboże i za
wieprzka kto co miał, a teraz okropny kryzys i w tym roku co scali­
liśmy się cena scaleniowa była 36 zł. od 1 ha, a teraz, bo zęszłem roku
przysłali z Banku Rolniczego płacić, jak mnie 82 zł. rocznie rozłożo­
no na trzy lata te 246 zł. Zeszłego roku nie płaciłem bo nie mogłem
w żaden sposób, tego roku posłałem 60 zł., już zalegam i będę zmu­

Pamiętniki chłopów

431

szony pisać prośbę do Ministerstwa Reform i Rolnictwa, żeby spłatę
scaleniową rozłożyć na dziesięć lat to może się wypłacę...
A teraz spomne, jak się pracuje przy gospodarce; otó od nocy do
nocy pracuje się przy roli, uprawia się, nawet kupuje się i nawozy
sztucne i jak się urodzi, to raduje się lepiej, jak kobieta dziecko po­
rodzi, ale co z tego kiedy koszt pracy nie pokrywa, choćbyś uscuplił
sobie życia i sprzedał parę metrów to co zwojujesz, ledwie podatek
zapłacisz, a sól, nafta, zapałki, but, jakiś odzieniak skąd weźmie, jak
jakiego wieprzka ukarmis, a przykład sobie to musis sprzedać choć
zona i dzieci płaczą, że go żywili żeby pomaścić strawę, a tu trzeba
jeść z postem, to az ci serce ściśnie i sprzedajes bo wóz, pług i wszy­
stkie rolnicze narzędzie potrzebuje remontu, a czy to przed wojno
siedziało się w wieczór przy pscałetce, zapaliło się lampę, albo nie
stało na gazetke, lub na funt cukru, lub na funt mięsa, a teraz kryzys
z kryzj^sów kryzys! Pamięta się, że żyta m etr był cztery ruble,
a nawet i trzy ruble, a pszenica sześć rubli, kartofle jeden rab., ale
jak sprzedałeś ćwiartkę żyta, co obkupiłeś się i jeszcze zaszedłeś do
karćmy z sąsiadem na kieliszek i była jakaś miłość, towarzystwo,
a teraz samolubstwo i dwa metry sprzeda i się nie obkupi tak jak
dawnij może pomyśli kto, ze to nie jest prawdą, w tern jest prosty
rachunek, naprzykład: jeżeli sprzedał ćwiartkę żyta, to wzioł jeden
rubel, kupił dwa funty soli sześć groszy, jeden litr nafty dziewięć
groszy, jedną paczkie zapałek trzy grosze, jeden funt cukru 28 groszy,
dwa funty mięsa 36 groszy, kto palił jedne paczkę papierosów 20 stuk
12 groszy to wydał 94 grosze to móg zajść z sąsiadem do karczmy
i jescze mu się zostanie na bułeczkie dla dzieci i papierosem może
śmiało poczęstować sąsiadów i znajomech, a teraz choć ma paczuskę
z papierosamy w kieszeni to nie wyńjmie z paczki, a tylko szczypcami
jednego, żeby nie poczęstować bo kostuje 70 groszy, a nie, 12 jak
dawniej, a teraz jak sprzeda ćwiartkę żyta weźmie za nią 2 zł. 50
groszy, poszed po sprawunki kupił tako ilość, jak przed wojno, dwa
funty soli 58 groszy, jeden litr nafty 60 groszy, paczka zapałek 10
groszy, jeden funt cukru 80 groszy, dwa funty mięsa 80 groszy,
paczkę papierosów 20 stuk 70 groszy to razem 3 zł. 58 gr. skąd wziąć
niedobór, trzeba już sprzedać pół metra, a przecie dwa razy do roku
teraz nie sprząta się, choć poprawdzie tego roku w słomę urodziło
się, ale co namiot bardzo lichy, ale trzeba i za to podziękować Panu
Bogu. Ja już przeżyłem piękne lata Bogu dzięki, ale takich lat nie
pamiętam, bywało w7yjdo gospodarze orać czy siać, zejdo się jeden
do drugiego, pogadają, zażyją tabaki, czy poczęstują się papierosem,

432

Województwo Białostockie

a inwentarz odpocznie, a teraz jak założy konie do pługa to gania
do obiadu, drugi jak ma machorkie to choć stanie i zapali to konie
trochę odpoczną, a to wszystko tylko znerwowani czy to idzie, czy
w targu, lub na jarm arku to zawsze coś sobie mruczy nawet w głos
rozmawia sam do siebie, niechby przyszedł człowiek z większego m ia­
steczka, a zajrzał do tego gospodarzyny, jak on żyje, wieprza jak
ukarm i sprzeda, mleko jak od krów wydoi zaniesie do mleczarni, a te
odciągnięte gotuje, polewa kartofle i tak spożywa. Można powiedzie
śmiało, ze ze Świnio je, ze Świnio mieszka, ze Świnio kładzie się i staje,
bo co on pocznie podatek opłać, odzieniak dla siebie dzieciom, roz­
chód domowy, już po wszystkiem. A czy to w Polsce powinien być
kryzys, na moje zdanie to ja odpowiem, że nie, bo w naszem kraju
wszystko jest, do tego kraj rolniczy gospodarz wszystko dostawi,
chleb, mięso, jaja, masło, miód, owoce, co tylko potrzeba, aby było
dla niego opłacalne, choć tak jak żyją w drugiech krajach i przeważ­
nie dobra kontrol i stałe ceny, to jest największy fundament. A dla­
czego ta kontrol potrzebna — oto dlatego w obecne czasy żyta jedno
kilo kosztuje 10 groszy, a chleba kilo 30 groszy pytlowego, pszenicy
jedno kilo 18 groszy, a bułki 60 groszy, a gdzie przypiek, a drzewo
tanie, a dlaczego przed wojno żyta jeden funt kostował trzy i trzy
czwarte grosza, a chleb pytlowy 4 grosze, pszenicy 1 funt 5 groszy,
bułki 6 gr. tylko mała cząstka, a teraz w trzy razy do wszystkich
towarów to się stosuje. A co się robi w sprzedaży towarów co kto
może to drze, zawładnęli cały handel żydki i rozporządzają się, a kto
jech żywi — rolnik, w naszem miasteczku powiatowem jest jech
z 5000 i dobrze żyją, jak to jest markotnie patrzeć, jak się jedzie na
targ spracowany rolnik, a żydek lub żydówka wyciągnie nogi i nic
nie robi i żyje i zdała się pyta co wiezies i przywiezie ten gospodarzyna ćwiarcinę zboża, lub kurę, kilka jaj i prosi żydka żeby u niego
kupił, a żydek się wysydza co mu się zechce to daje, zawsze ceny nie­
stałe, raz żyto 11 zł. drugi 10 zł., ą ciasto zawsze po tej samej cenie,
nad młynamy jest kontrol, jeden metr pszenicy bierze osiem kil
rozkurzu i daje mąki 60 kila, a reste otrąb, 3 złote zapłać za mielenie.
Albo kupuje się tytuń co sklepik to koncesje ma, lub zapałki, kto
tam wie czy jest w tej patce te gramy kto ma do tego wagę, lub
nieujęto zapałek, czy nie sprawiedliwiejby było, żeby była tak na
tytuniu, jak i na zapałkach banderola, byłoby sprawiedliwiej i rządby
korzystał i niktby nieposądzał, a to jest towar bardzo drogi, a smółką
zalepiony, różne przebiegli handlarze są. Może kto powie, że tytuń
jest zbyteczny. To prawda, ale nałogowy pałac się nie odłoży, a prze-

Pamiętniki chłopów

433

cie Pan Bóg i to dla człowieka dał. Albo z posług religijnych, czy
jest ustalone, ile ma duchowieństwo brać za pogrzeby, śluby, chrzty,
co tylko zażądają to musis dać chciawszy pochować po chrześcijań­
sku, po starej tradycji, to szykuj 1 0 0 zł., aż strach umierać, a musis,
albo ślub skromny na Mszy Świętej do 40 zł. Ja, jak się żeniłem
to ksiądz mi mówił, że ja za ślub z ciebie nie mogie więcej wziąść jak
dwa ruble, bo jesteś wojskowy, a teraz nie patrzą. Albo jak pomarła
mamusia, wieczny pokój, to z domu z księdzem na katafalku ksiądz
do grobu wziął 9 rubli. To byli czasy. Choć to mnie dużo nie obcho­
dzi, ale spomne, ze ta nasza kochana Polska tak się obojętno zrodziła
i wyzyskująco, kto czytał opisy w XVI i w XVII wieków to jak raz
bieżący wiek, tyle zakonów, różnych związków katolickiech chociaż
każdy jest katolikiem a to wszystko różne redakcje duchowne, wszy­
stko z korzyścio, co więcej to każdy się sam domyśli. Pan Bóg jest
cierpliwy i sprawiedliwy spogląda na upomnienie i zawsze się skońco
te wybryki...
Trochie jescze spomnę o sobie bo już się końcy 72 lata, przez
15 lat czytałem tygodnik Wyzwolenie, potem Świąteczną za redakto­
ra p. Prusieńskiego, kilka lat trzymaliśmy w trzech dziennik Nowa
Polska, a teraz żadnego dlatego, że nima geld. Dostałem od kolegi
tygodnik Zielony Standar. W tym tygodniku było napisane, że na
pamiątkie chłopa „konkurs” i podać pod adres Instytut Gospodar­
stwa Społecznego w Warszawie.
I tak końce swoje kłopoty bo teraz już jestem w podeszłem wie­
ku, ale dzięki Panu Bogu, ze zdrowiem mnie opatruje, jescze mogie
pracować, to kołacę się jako siako, tylko co do gotówki to niema.
Markotnie po latach przedwojennech co się zawsze miało do 300 rubli
w kieszeni, a teraz prawda, ze jestem bez długu prywatnego, ale na
tytuń ledwie starczy i tak się bieduje. Mógbym coś jescze napisać,
jak można poprawić, zęby takiego kryzysu nie było i to tylko po
mojem zdaniu, ale są ludzie może bieglejsi, aby tylko nie samolubce,
ten opis własnoręczny co się podpisuje.
Proszę wybaczyć okropnech zmyłek narobyłem na starość w p i­
saniu.
Dn. 15 listopada 1933 r.

v 28. Pamiętniki chłopów.

Pamiętnik Nr. 32

Gospodarz małorolny w pow.
wołkowyskim

Przepraszam, że tak źle pisano, dlatego, że ręce drżą od pracy,
niema sił żebyś tak mógł równo pisać. Jeżeli będzie przyjęte to wy­
stawić wszysci znaki, jak kropki, przecinki i insze, że nie mam
czasu dla wystawianie owych znaków.
CHŁOPSKIE ŻYCIE*).
Urodziłem się 1905 roku 1 listopada nie w ojczyźnie, dlatego
że w owy okres mego przyjścia na świat ojciec mój był na funkcji
gajowego we wsi Dreczanach teraźniejszej gminy Jałówskiej, wprzód
za tych czasów gmina Szymkowska, Rodzicy moi niezamożni i bied­
ni. Do zamiążwyjścia moja matka służyła u panów. Wyznanie m atki
rzymsko-kat., a ojca prawosławnie. Po ślubie religja rodziców mych
została ta sama, która była wprzód. Dzieci, które miali być uro­
dzony w tych czasach musieli być wszysci prawosławni. Do służby
w lasach rządowych na stanowisko gajowego, iż teraz sądzę, zapędził
los życia, z poszkodowania swego starszego brata. Cały grunt ucząstka
trzyma od 18 do 26 dziesięcin, nasz grunt ucząs tka trzyma 24 dzie­
sięcin, oraz w skład jego wchodzią, jak to: pastwisko, łąki, drogi
i nieużytki, które odziedziczyli od swego ojca Jana, a Jan dostał
od podziału swych dwóch braci, ziemię wieś Ciwoniuki zostali na­
dzielone w 1863 roku, po drugiej lustracji, jako gosudarstwiennych
ziemlewładzielcow. Nabywcy tej ziemi nie wszysci opłacili zaraz pie­
niędzy i musieli zaciągnąć na bank i wypłacali częściowo rocznie
przy opłaceniu podatków. Jak z winików widno, że odrazu za zie*)
Ż y c i o r y s z a c z y n a s i ę o d p r z y p o w i e ś c i o k m io t k u , k t ó r e g o z g u b i ł a
c ie k a w o ś ć , a n a s tę p n ie c a ły p o p r z e p la ta n y je st r y m o w a n e r a i w ie r s z a m i, k tó r e
tu o p u s z c z a m y (p r z y p . w y d a w ,) .

Pamiętniki chłopów

435

mię opłacono, jak to trzy ucząstki, które nazywają wykupnymi i oni
płacili tylko przed wojnę podatki, a wykupu nie opłacali. Wieś
Ciwoniuki została odrazu pobudowana na kolonji po dwa ucząstka
razem. Nazwa tych kolonji: 1) Ciwoniuki, 2) Nikiciny, 3) Kardasze, 4) Andrzejczyki, 5— 6 ) Matuszejki, (pierwsze z drugiem), 7)
Koleśniki, 8 ) Samojliki, te kolonji zostali pobudowani przy bagno,
który jest pastwiskom całych kolonji przy granicach wsi Juszkowo
Gruda na południu, z zachoda bagna rządowego, na północy graniczą
z ziemią wsi Kuchny, na wschodzie lasom rządowym. Geograficzne
położenie gruntu jest pagórkowate, na wschodzie południowe jest
zarośnięte częściowe chojniakami, słój ziemi jest piachu i żwirko­
wy, ziemia jest nieurodzajna. Na suchie lata nic się nie rośnie. Ro­
sną żyto, groch słabo, jęczmień słabo i kartofli, z niektórych probów pszenicy nie rośnie wcale. Len nie sieją, że przepada i nie ro­
śnie. Ozime zasiewy mniej średnie.
Brat mego ojca Michał był żonaty i miał kilkoro dzieci, który
trudnił się przy życiu gospodarki, a mój ojciec z stanu wolnego
poszedł na służbię gajowego. Tam się ożenił, na owej służbie by­
liśmy niedługo, bo od 1900 roku do 1907 roku. Na stanowisku ga­
jowego wtenczas pobierano piensja 7 rubli w miesiąc. Tyż nale­
żało nadziełu jedna część ucząstka oraz sienokosy. Niedługo owe
szczęście było, los życia mego ojca zmienił się z przyczyny, której
ja nie mogą wskazać, dlatego że nie wiem. I musieliśmy przejechać
na owy kawałek ziemi, która była już podzielona na dwie równe czę­
ści po jedno j szos taj ucząstka każdemu. Mego ojca rodzina skła­
dała się: ojciec Stefan urodzony 1869 rok 27 marca, matka moja
Katarzyna urodzona 1883 rok, dzieci Mikołaj w 1905, 1 listopada, sio­
stra Mai ja urodzona 1907 r., brat Włodzimierz urodź. 1910 r. i babci,
ojca maiki. Jeszcze brat miał rodzina 6 członków. Zabudowaniem
korzystali wspólnie, które składało się, dom mieszkalny szerokość
0 metrów, długość 10 metrów. Ten dom był na dwie części rozdzie­
lony, memu ojcu wypadła część mieszkanie kwadratowe 3 X 6 me­
trów i sieni 2 X 6 metrów. Stodoła mieli wspólna i korzystali, jej
bok kwadratowie 12 mtr. 30 cmt. X 572, chlewa jednego 10 X 2.70,
drugiego 8 X 3 mtr. Na takiej małoj gospodarce utrzymywali jed­
nego konia, którego żywili po tygodniu, krów mieli po trzy sztuki
każdy, po dwie świnie, po trzy owce. Większa część pracy zarobko­
wej była na stronie, jak to dobycie na zimowy okres paszy dla ży­
wioł. Jedno pracowali na trzecia część, dwie części właścicielu, a jed­

436

Województwo Białostockie

na w swoja korzyść. W m ajątku Rabinówka gmina Gradek dzisiej
m ajątek owy rozpercylowany.
Gospodarka była słaba dlatego, że małe dzieci, pomocy nie było*
Zaczęto budować dom, które zostało nieukończone. Los wojny prze­
szkodził budowie, jedny ściany bież dachu pozostali na wyrok losu.
W takom biedowam życiu nas ściga burza wojny światowej, i coś
z tego biedny kmietku rzuć swa praca, leć w świat szukaj lepszego
szczęścia lepszych zbiorów. Dlatego żebyś nie został na ojczyźnie
i nie skorzystał pracoj swej, która krwią i potem była zalana, jesz­
cze mało tego przed samoj ucieczkoj musisz stać do obrony Gosudarstwu. Wszysci mężczyzny pozostali w domu byli wygnani na
fortecę w Grodno o naprawienie jej, żebyz wojsko rosyjskie mogło
utrzymać wroga i która była oddana bież wydania boju. W dniu
15 sierpnia 1915 r. byli wygnani przez wojsko z ojczyzny. Nietylko
dzieci płakali no i starsze dlatego, że na ojczyźnie choć mieli jakiści
dach na głowę, a to zostali wypędzeni w świat na wschód słońca,
gdzie towarzyszyło dla ludu biednego głód, chłód, nareszcie szła
śmierć. Cała droga można było widać kurgany nasypanych mogił.
Płacz rodziców po dzieciach, a dzieci po rodzicach.
No los mego zdrowia zmienił się. Jak dziś pamiętam w
jedyn dzień było pogodnie mnie pić zachciano, matka poszła po­
magać kopać kartofli dlatego, że mieli stanowisko na jedyn dzień.
Mnie się mocno pić zachciano, a i wypiw wody z uksusnoj esencji
i do wieczora już leżał na pościeli chory i chorował 1 2 tygodni.
To było w Minskoj guberni. Mnogo było trosk w drodze no wszystko
z woli Bosko j przeżyli, no o dziwo kiedy zajechano do Rosji wszyst­
ko nie tako zabudowanie, wszędzie widać słomu, ściany z słomy,
dach słoma. Na druga zima wstąpił do szkoły został wpisany do
oddziału drugiego, no i dziwo! mnie się pokazało, że za ksiągi ka­
jety stalówki ołówki i inne rzeczy szkolne nie trzeba płacić. Ta szkoła
nosiła nazwa Pierwsza Ziemska Czterooddziałowa. Uczyłem się
u niej przez trzy zimy, ukończyłem w roku 1918 z winikom dobrym.
Chciano uczyć się dalej, no wtenczas nauka poszła już w drugi kie­
runek drogi. Jak po przyjeździe wydawano na każdego człowieka
po dziesięć rubli później osiem a nareszcie zjechano na pięć. Z tych
piniędzy płacili po jednom rublu za mieszkanie i to szczęście było
do przewrotu bolszewickiego. Pokąd piniędzy płacili nam to nad
naszym ludom naczelniki byli nie z naszych jak owa piensja zosta­
ła zniesiona i rząd nad nami oddany był w ręce sarnich nas zostali
bież opieki. Byli komitety, który kierowali ruchom pod nazwoj

Pamiętniki chłopów

437

Plen-Bież w tej miejscowości, gdzie byli my pośle zapomogi piniężnoj dawano po 15 funty na człowieka mąki, lecz połowa z żyta
połowa z owsa, po 1 0 funty kaszy prosianoj i to szczęście było do
1920 roku. 1 lutego do dnia śmierci mego ojca, który był wybrany
przez swój lud na stanowisko prezesa i sekretarza wiejskiego PlenBieża. Na żadne przymusowe roboty nie chodzili, służby wojsko­
wej nie pełnili, byli niezależni od owych rządów z rozk. W. C. I. K.,
iż bieżeńcy, jako plenny żyjący na teretorji Rosyjskoj Republiki
nie jest podwładny jej, jako Polsko obywatele. Wiele się ojciec moj
miał trosk za swój lud dlatego z rozkazu władz sowieckich została
odebrana pieczęć naszego K-tu za nieposłuszeństwo jej, tak to za wy­
dawanie zaświadczeń na wyjazd na koniach do Polski, że wypusz­
czano po żełdrodze do Mińska jako na robotu, a stąd wyjeżdża­
no na ojczyznu, że wypuszczano za chlebom w drugie mniej do­
tknięty głodem miejscowości. Wiele zacierpiał nasz lud dlatego, że
w owy czas Republika cierpiała. Głód miecz nie chował się lecz ga­
lopował, iż można sądzić sarnim, jaki los ciężki przeżył nasz lud
dlatego, że w owy sam lud rosyjski m arł z głodu, nawiet byli takie
miejscowości, gdzie pożerano samych jeńców, dzieciej przez rodzi­
ców. Naoczny świadek. Do 1920 roku, jak piensja dawano to było
nie wyżycie no z głodowej śmierci nie umierał, w niektórych miej­
scowościach nasz lud pełnił wszystko co i oni. Ze swojej niedoglądności z dniem 1 lutego zaczął lud nasz uciekać do Ukrainy i Kubani,
żeby nie umarci z głodu. Pod takim warunkiem życie przeżyliśmy
do 1922 roku 10 marca do dnia ewakuacji. Tego powinny nie za­
pamiętać życia męczarnego naszego ludu, który został przez tyle
lat bież roli, bież wurobu odzieży, jaki wygląd miał w owy czas,
że trudno opisać, opuchnięty na człowiecze podobieństwo nie wyglą­
dał. Jeszcze to nie reszta masz przejazd na swoja rodzina ojczyzna.
Jeszcze nie widzieł czy wszystko w ciebie na ojczyźnie w porządku,
czy Lędziesz miał co pozostawił na niej, zabudowanie, sprzęty rol­
nicze, czy będziesz miał co zjeść czy kto będzie opiekował się na tobą.
W roku 1918, 15 grudnia straciłem po ciężkoj chorobie swoja
ukochana siostra, która chorowała przez jedyn rok. W 1920 roku
drugiego lutego umarł ojciec, w tym roku umarła babcia. W dniu
śmierci swego ojca, ja ciężko chorował na tyfus, który w Rosji mia­
łem przez trzy razy. Porady i leczenie byli tam biezpłatnie, ani żad­
nego grosza ze wszystkich chorych nie pobierano. Po śmierci ojca
co było jakie rzecze wszystko pozbyto na wyżywienie, że robotni^
ko w, który mógł karmić nie było, jak to jednym słowom cała go­

438

Województwo Białostockie

spodarka, która była i obsługiwała do potrzeb. Jeszcze ciężej spo­
tyka los nasz wyjazd ze wsi Faszczewska lipieckiego powiatu, Tambowskoj gub. na stacja Grjazi, która miała odległość osiemnaście
kilometra od wsi. Na furmanku pozbyliśmy wszystko, choć było
polecienie na wydanie furmanek, no my z tego nie skorzystali. Na
samom topnięciu śniega w taka biezdrożyca wyruszyliśmy w droga,
na czole tej całoj obozy stał leśniczy Eugeni Stretowicz urodzony
w kochanej matcie polskiej, wyznania rzymsko-kat. i miał stanowi­
sko leśniczego i mocno żałował ludu biednego. Po pożegnaniu na
stacji odjechał na swe stanowisko. Po drodze do Mińska karmili,
dawali chleb i zupu. Po przyjeździe do Baranowicz zostali wysa­
dzony z wagonow dla dezynfekcji i korentina. Trzy dni byli tam, da­
wali obied i kolacja. Po załatwieniu dokumientow czwartego dnia od­
jechali do swej stacji Wasił. W Baranowiczach po usiądaniu do pocią­
gu dostali pomoc dwoje spodnich w łaźni, dwa szaliki, jedna koszula
ciepła i czapka taka w której żołnierze chodzą na ćwiczenia. P a
przyjeździe do W asił musieliście czekać dwa dni pokąd została zna­
leziona furm anka do swojej wsi. Co teraz razpocząć i co robić?
Mieszkanie zostało bież okoń, piec razbijana. Do kogo przyjść za
pomocoj któryby poradził, jak skąd co powziąć i jak rozpocząć,
choć znów z powrotem uciekaj w odwrotna strona, dlatego, że do
mieszkania, inożno powiedzieć do chlewa cieknie. A tu wiosna trze­
ba jedzenie pomyśleć, żebyś było choć jedno ziarnko w pole rzu­
cone. Nie masz ani konia, ani pługa, i brony, biedny naprzęgi swy
ostatnie siły i bierz się do pracy, ja ta umiesz nie odciągaj czasu,
bo na oglądanie masz niedzielę. Mało tego, że z Boskiego wyroku
musiał każdy człowiek odchorować, i niektóre przyjechali by um­
rzeć zobaczywszy swa ojczyzna, i tym zostali wybawieni od trosk,
niedoli, głodu, których zostawszy żywych, trapił bież litości i po­
szkodowania.
Do pomocy lekarskoj nie myśli ludu biedny, bo za piniędzy, aże­
byś piniędzy mieli to nie głodowali. Wszystko za piniędzy, zdrowie
i niebo, a bież piniędzy mamy tylko dostąp do piekła. Na zimu zo­
stało uzebrano u jednego jedno okno, a u drugiego drugie, piec
przyszła z wielkim wysiłkom do porządku. Z swojej części dostali
90 snopow żyta, które zostało wymłócone na nasiona, owsa kopa,
kartofli sami sadzili, siano sprzątał sam z wielkim wysiłkom, bo na
roli nie pracował i moja część ziemi była zasiana przez wujaszkowego syna, który przyjechał wprzód. Na zimę dostali krowę za cielę
i na tego cielaka musiał czekać dwa lata. O nieszczęście, przed sa­

Pamiętniki chłopów

439

mym wycieleniem zachorowała i sprzepadła, musiał skorzystać pra­
cy ojca i sprzedać dom, który nie był wykończony, na krowa i przez
te bieda muszą siedać w starym mieszkaniu, można powiedzieć,
więzienie. Jak opisano wprzód stoi łóżko, piec zajmuje kwadra­
towy 1 X 2 metry, stół, dwa stołki do usiądania, mamy szafa do
odzienia, ta musi stać w sieni. Mieszkanie słabo i stare, zachodnia
część ściany wcale zgniła, belka została podparta słupom, ściana
zawniętrza została wysmarowana glinaj. Chlewa do żywioł dzisiej
nie mam, stodoła z wielkim utrudnieniem została przebudowana
szerokość 51 / 2 długość 9 metrów. W większej połowie stoi koń, kro­
wa, a w mniejszej części składam zboże. Nabycie konia musieli kupić
za wieprzyka i kupili źrebie, czekali dwa lat. Najciężej było nabycie
sprziętów rolniczych, pługa jeszcze nie mam i nie mam do­
brego chomonta, kiedy jeszcze nie mieli konia trzeba było gospo­
darka robić za konia odrabiali trzy dni zgodnie. Na takom kawał­
ku ziemi, jak ja posiadam to rocznie muszę wysiać 7— 8 pudy żyta,
nazynamy 6 —7 kop żyta. Kopa wydaje cztery trzy pudy, owsa wię­
cej nie nazynamy jak dwie kopy, wydajność 3—2 pudy, jęczmie­
nia kopa, albo półtory wydajność trzy pudy, kartofli nakopamy ja­
kie 50 albo 70 pudy, siana zbieram około 50 pudów. Trzymam jed­
nego konia i krowa to muszę corocznie kupować, od lutego m-ca
na utrzymanie żywioła, chleba corocznie muszę dokupić 5 albo 8
pudy, kartofli na nasiona mało kiedy starczy, a tu jeszcze trzeba
kupić odzienie żebyś nie chodził goły. A człowiek nie stalowy przy­
chodzi się często przychorywać to upadek sił, pomyśli, jak do po­
mocy przyjść, żeby byli piniędzy to możnoby było schodzić do le­
karza, a może przejdzie i tak człowiek sprzepadaja za nic. W takiem życiu wczas i pora podatków opłacić nie możemy, a raz w po­
ra nie opłacamy to mnogo więcaj tracamy.
Wiosną przychodzi się często niedojadać, gdzie jaka kura trzy­
mać, która niesie jajka i te jajka zbieramy, ni jednego jajka nie
przyjdzie się skosztować i musimy sprzedawać i jakość kwitujemy
podatki, sól, nafta, zapałki, kobiety chustki do głowy, fartuchi, ja­
koś obuwie, a niektóre ubranie. Na małych częściach ziemi lnu
siać nie możemy, z którego robimy koszuli spodnie i wierchnie cało
ubranie, że gdzie trochi masz lepszej ziemi musisz siać jęczmień,
sadzić kartofli, dla lnu szukamy gdzieś za jakich 1 0 i 8 km. gdzieby
możno było posiać i odpracować zgodnie umowy za cztery i trzy
funty wysianego lnu robić odrobkowe trzy i dwa dni. W takom
biedowem życiu musimy jakość żyć, gdzie czego kupić, a czego

440

Województwo Białostockie

i sarnim zrobić. Bież koszuli chodzić nie będziesz i na kupno skąd
piniędzy brać. W przód było lepiej lat temu pięć, albo więciej, gdzieś
pójdziesz do lasu, gdzie możno było zarobić cztery i pięć złotych
dziennie, a dzisiej z koniem dwa złote i to trzeba czekać cały mie­
siąc. B rat moj co miesiąc przyszedł z wojska do domu, trzeba
pomyśleć ob ubraniu, żebyś nie chodził goły, jak brat, który ukoń­
czył kurs kowalski no cos z tego, że w naszej wsi dwa warsztaty
kowalskie, które pracy zarobkowej na teraźniejszy czas nie posia­
dają. Na tydzień czasu jedyn dzień pracują, albo nie i zapłatu muszą
czekać około roku pokąd nie zbierze piniędzy winowajca. Niektóre
mieszkańcy naszej wsi pracują statki drzewniane w zimowy okres
czasu, w lecie nie robisz, jak to ceberki, do dawania krowam, faski
do karmienia świń* faski do utrzymania kwasu, dzieżki do chleba.
No cos z tego, że praca na nic nie opłaca, za jedyn m etr drzewa
trzeba zapłacić około 10-ciu zł. i więcej. Na wygotowanie materjału ubiegnie trzy dni, za obrączy trzeba zapłacić za pud 5 zł. Ty­
dzień albo dwa pracuje dzień i nocą, a targ jak się uda. Czasem
z tym swym wyrobem prziejeździsz jarmarków 5 z koniem, a na
inszem jarm arku nie utarguje na chleb. Jeszcze prócz tego opła­
cają za miejsce targu od 50 gr. do półtora złota. Drobnie gospo­
darstwa powstali od licznych podziałów rodzin, prócz tego jeszcie
mamy około jednoj kilometry odległości terpotyniarnu albo m aj­
dan, u którem dzienna robotnikom płata wynosi jedyn złoty i mniej,
czyścić pni chojowe, kopanie pni do niego płaci 2 złoty od ósemki
kw. 1,20 X 1,20 metr. Wożenie czarnoj łuczyny do Białystoka około
40 km. płaci od puda 13 groszy.
W teraźniejszych czasach chłopi wesele wyprowiają bież wódki.
Na cało wesele bierze dwa litry, albo tego nie, inszy weźmie jakich
dziesięć litrów kwasu owocowego i z tym wesele robi. W przód
bywało młodzież nie mogła zrobić zabaw tamecznych bież wódki,
jak niepijany kawaler nie szedł do tańcu a dzisiej jak u widzą pija­
nego to cała wieś schodzi się patrzyć, jak na jako zjawisko. Szkoły
nasza wieś nie posiada, ale mamy w sąsiedniej wsi Juszkow-Grud
i Kuchmy odległość około 2V2 km. dla takich kroszek malutkich
trochi zadaleko. Dzisiejsze pokolenie możno powiedziać chorobliwe,
nie widać zdrowych ludzi na wsiach, jak młodzi tak i starze blady
chorobliwe niedokrwiwość widać na każdom ludzkom ciele. Z do­
świadczeń widać do dwudziestu lat u młodych niema większa po­
łowa ząbow. Bież ząbow niema zdrowia. Ludność psuje ząby, jak
tanim środkiem pod nazwoj kryozotem, który kupuje i tym psuje

Pamiętniki chłopów

441

ząby i robi zarazki dzięsioł i paszczenok. O kupnie książek wieś na
takiem położeniu nie myśli, bo przychodzi czas, że na sól, i na nafta
nie masz piniędzy. Ja posyłałem do niektórych redakcyj i administracjiw, prosił o nadsyłanie mnie gazety. Od innych dostał od­
mówienie, a od niektórych tylko przed swej wsiej wstydu nabra­
łem. W dzisiejszych czasach nadchodzią dwie gazety Ludowych,
które opłacamy wspólnie 36 ludzi. Porad i leczenie nie korzysta­
my, dlatego, że piniędzy i środkow na leczenie nie mają. Stan ro­
dziny mojej potrzebuje leczenia, ja sam często zapadam, no środ­
ków nie mam i czekam na litość swego Stworzyciela Pana Boga.
Jak widać, że samo w rozkwitnięciu młodego wieku dużo ludzi umie­
ra. Wszystko równo jak świeca pali się na środku, dmuchnie w iatr
chwieje się i gaśnie, a uchronić niema komu, albo znów zapalić. Dla­
tego, że lud biedny niema odpowiedniej odzieży, obuwia, często przy­
chodzi się przemarznąć dlatego powstaje długotrwała choroba, od
której lud wszystko jak wosk od ognia topnieje, od wszystldch
trosk niedoli młodych gnębi, przedwczesna starost widać. Lud cho­
robliwy w smutku, niema na licach ani kropli radości, wszystko
zawsze w takom smutku, że jakby wielko nieszczęście lub jaka zgu­
ba poniesiona przez owych biedaków. Potrawy gotuje: najczęściej
kapusta i to często bież okrasy, kartofli i jaki chulasz,
czasem z kartofli zrobi kaszę i okrasy doda tyle jak przymówisko
mówi: „Jak żyd pieprzu”. W czasie innych i Wielkanocnych nietylko co lepszego przyszykuj, a dużo i większa część ludu siedzi
bież chleba i kartofli i tego niema, nic dziwnego, bo trzeba pomy­
śleć o coś innem, że masz żywioła w chlewu, trzeba żebyś nie byli
głodni, żebyś miał czym iść w pole do pracy, która nadchodzi, trze­
ba pomyśleć o repierowaniu narzędzi rolniczych, bież których go­
spodarz na nic nie w art jest. Wszystko równe, jak żołnierz bież
karabina, tak rolnik bież narzędzi rolniczych. Jak widać, że mno­
go nie mają nie tylko świątecznoj, no czystej. Dużo młodzieży wiejskoj w dni świątecznoj siedzi w domu. Jest dwa kawalery w inniem mieszkania, to jedyn idzie na wiejskie rozrywki, a reszta musi
siedzieć w domu w brudnein ubraniu, w którem w powszednie dni
pracuje. Życie kobiet jeszcze gorszy los dotyka, m ają oni pracy
dostatecznie, jak to gotowanie obiadow, mycie bielizny, prządzenia
lnu na koszulę, przy którem trudni się przez cała zima. Większa po­
łowa życie musisz chodzić obdarty wszystko równo jak żebrak, a nie
rolnik, dlatego, że masz mały kawałeczek ziemi i jeszcze dużo kło­
potu. Masz pokąd odnaleźć gdzie miejsce u kogo posiać len, ko­

442

Województwo Białostockie

panie kartofli i żniwo, żyto, owies, jęczmień rżnąć sierpami dla­
tego, że biednota boi się utrącenia na ziemię liszniego ziarnka. Na
kupno odzieży, obuwia nie myśli, widać jak kobiety biegną kilka­
dziesiąt mietry po wodę bosy bież chustek, dlatego, że trudny los i m ar­
ne życie i muszą godzić się z losem życia. Rzemiennego obuwia nie
widać na nogach, a tylko sukienniaki, które k u p u ją u kramików
płacą po dwa złote i musi starczyć na jedyn, albo półtora roku.
To większa część życia chodzi boso, a trzeba kupić żeby oszczędzić
swe zdrowie, bo jak pożałujesz piniędzy to musisz cało życie twe
będą gnębić długotrwało choroba, a skąd te piniędzy brać kiedy go­
spodarka nie daje, ale trzeba jej dać tyle co ona w arta sama jest.
O kożuchach w zimowa pora nie mamy pojęcia, na utrzymanie
owiec nie mamy pastwiska, gdzieś oddawać na paszę to musisz za­
płacić za letni okres paszy osiem, dziesięć złotych. A zimowo wy­
dzierżawienie skąd brać na wszystko. Sił i zdrowie nie starczy,
jak ona rocznie może dać jedno kilo wełny, ażebyś przyszło się
sprzedać jej albo kupić to ona sama więcej nie wyniesie jak ja­
kich 7 — 8 zł. Nasza wieś przy takom biedowem życiu chciała
wyjść z ciężkiego położenia. Na konto pastwiska dostali plan i opisyr
zapłacono sto złotych. Najęli mierniczego, któremu zapłacono
dwieście pięćdziesiąt złotych za obejście granic pastwiska od łąki,
bo^ pastwisko rokrocznie zajmowano przez samych właścicieli do­
łączano do łąki. No i , coś polepszyli, tyle piniędzy oddali, jak
pastwiska nie mieli i teraz nie mają. Jeszcze więcej piniędzy od­
dają, bo powstali sądy, a kto sądy ma to ja już dobrze wiem, b a
miałem kilka o przyznanie własności zabudowań mnie. Mają trochi
owego pastwiska, ale zarośnięto krzakami i mokro. Do lasu do­
stępu nie mamy dlatego, że rąbają i sadzą, do bagna, którym ko­
rzystali z pastwiska naszy ojcowie i dziady choć opłacali za letni
okres paszy od sztuki chodziących krów, teraz odmówili i oddali na
ochotnicze wydzierżawienie. Wszędzie byli w dyrekcji Białowieskoj nawet w Ministerstwie Rolnictwa i Dóbr Państwowych no wszę­
dzie odmówione. Chcieli wydzierżawić za większa cena, jak ochotniki.
Trudno położenie wsi Ciwoniuki. Te wyżej wskazane zarobki
nie są kiedy chcesz np. wożenie czarno j łuczyny z maj dana do Białystoku na rok jakich na trzy dni zapasu starczy. Ludność jedzie za
10 i 15 kilometrowej drodze na zarobek, żebyś jaka złotówka za­
robić na oddanie podatków, a kopać pni przyjeżdżają nawet z pod
W arszawa i Małopolski. Rząd corocznie wyrąba w Podozerańskiem

Pamiętniki chłopów

443-

leśniczeslwie wyrąbie do pięciu hektarów lasu rocznie. Płaci do
60 gr. i mniej od fesmetra. W takom biedowem położeniu nie mo­
żesz zarobić, bo zamożniejsze i które m ają zaufanie do straży leśnoj,
a raz jesteś biedny to i pracy nie masz i biedny los szczęścia to
sikiery niema i pił niema i szpaglą tysz niema. Ja sam taki oby­
watel, bo jedyn w domu gospodarz i trzeba pomyśleć o coś innem
i wszystkiego nie kupisz. Czasem przychodzi się gdzieś iść wy­
pożyczyć, pokąd znajdziesz to pół dnia zbiegnie i z pustym wró­
cisz do domu. Bo brat mój przed odbyciem do wojska uczył się
za kowala, musiał płacić za jego kurs nauki rocznie 15 pudy żyta,
albo wartość jego. Trzeba pomyśleć ob jego odzieniu, trzeba było
nakarmić, a gospodarka jak widno, że mówić obidno, że się na­
zywam gospodarzem, a teraz co jemu rozpocząć. Nabycie war­
sztatu kowalskiego niema środkow pociągnąć z gospodarki, kiedy
moja gospodarka już ostatnie siły wyciąga ze mnie, iść gdzieś za
czeladnika, no przecież sami gospodarze kowalskich warsztatów nie
mają pracy. Niema takoj wsi, żeby nie było trzy-dwa warsztaty, co
robić, chiba gdzieś iść szukać odpowiednich gospodarzew, stać pa­
robkom i zaprzedać swą wolność. Mamy w swej wsi do dziesięciu
gospodarzy, których jeszcze gorszy los dotyka życia. Tych biedowisk, który m ają kilkoro małoletnich dzieci, sami już postarzali
mają jakaś 1 2 , albo 16 i 2 0 część ucząstka gruntu, sami chorobliwe,
nie mają środkow do życia, pomocy niema. Trzyma jedna krowa,
bo na takiej części konia utrzymać nie może i dla tej krowy na
wyżywienie musi coś dokupić. Sam musi odrobić za konia jeszcze
trzeba wyżywić swe małe dzieci, odziewać, obuwać. Przy takom
ciężkom losie życia musi wyprawiać jakich dwa i pół kilometra do
szkoły, to jest mięczenniki, to jest nędzarze. Żyją jak ongiś dzi­
kusy, które nie znają cywilizacji przeszłych stoleci, o których tylko
czytamy z historji. Więc trzeba na wieś oświaty, więc trzeba czy­
telń, więc trzeba kultury.
Rolnictwo ze wszystkich stron gniębi bieda. Kryzys. Ten kry­
zys, ten poseł, który opanował cały świat żyjącego ludu, całe pań­
stwa cierpią od niego uciśnienia. Pod przeprowadzeniem koma­
sacji, niektóre wsie cierpią wielką biedę. Za swa ziemię muszą pła­
cić w taki trudny czas na teraźniejsze wielkie sumy piniędzy, wy­
płacać zaciągnięte pożyczki przebudowy, które brało w lepsze czasy
i opłacać po 2 0 złotych od hektara za swą własną ziemię i tym
zrobili sobie polepszenia, bo ziemię już blisko do pracy mają, czy
powiększyło?

444

Województwo Białostockie

Czytając to wszystko może kto nie wierzy, albo nie może uwie­
rzyć niech więc zbada wieś. Nie tak daleko wieś, może przekonać
się, że nietylko na co insze nie mają, że idzie do ciężkoj pracy zjadszy kawałek czerstwego czarnego chleba dwóchtygodniowego wypioku, albo kwitnącego zapija czarnoj kawaj niesłodzonej i kartofli,
a o słodzeniu już nie m ają pojęcia, bo trzeba wyłożyć dwa złoty za
kilo. Nie wiezmą z sobą kawałek słoniny, albo świeżego chleba i in­
szy z tego nie mają, bo do ciężkoj pracy potrzeba lepszego wyży­
wienia. W szystko powstało i lud cierpi niędza dlatego, że nie m ają
odpowiedniego kawałka ziemi na utrzymanie ludzi żyjących na niej,
na utrzymania samopotrzebnych żywioł do uprawienia ziemi. Obu­
wie nosić przychodzi się pastoły gumowe, bo rzemienne długo nie
nachodzisz. Guma kupisz od autobusów uszyjesz uszki, żeby miał
w co obory wciągnąć i uciszniesz nogi wszystko rowno w kajdany,
no z tego często czujesz ból oparzenie nóg. Z tego wszystkiego
widać ciężki los rolnictwa drobnego, który żyją ciężka swa sytu­
acja, odgłosy wojny światowej leżą na ich jeszcze widać ślady wy­
ników wojny światowej i od jej cierpią dużo.
Mamy dużo niesprawiedliwości w targowle po miastach. Utrzy­
m ana targowla w jednoj warstwie narodowości przez żydów ten lud
niesprawiedliwy obman widać na jego każdom kroku dziejów przez
co lud Polny niesie wielkie utraty i dużo piniędzy przepłaca dla­
tego, że oni nie mówią sprawiedliwoj ceny, a zawsze powiada po­
dwójnie lub potrójnie i targuj wiele wytargujesz to szczęście bę­
dziesz miał. Zawsze za jedyn gatunek i klasa nierówne płacimy in­
ni dużo przepłacają, swe krwią i potem upracowany piniędzy i dla­
tego ceny przez niesprawiedliwość bardzo są wysokie.
Jeszcze wśród tych trosk niedoli mieliście i mamy dużo kło­
potu może niejedyn z was kochani czytelnicy zapłacił jedyn, dwa lub
pięć złotych. Byli czasy, że przymusowe bielenie tych gniłych i zbu­
twiałych chałup, uporządkowanie ustępów, robienie bosaków, dra­
bin, żebyś mieli beczki z wodą, uporządkowanie śmietnisk, stawie^
nie piorunochronów. Jeszcze to nie reszta, jak jedziesz gdzieś do
miasta to chomonta masz złego, to nie czy duga źle wygląda, żebyś
był dzwonek. Przy takom życiu ciężkom tylko łzami oblejesz, ani
wesołości. Potrzeba koń kiełzany i kuty na wszystkie cztery nogi
i tabliczka przy dudze z wymienieniem imię i nazwisko i stałe miejsce
zamieszkania właścicielow furmanek i mnogo inni rzeczow.
Przed wojnej światowej mieli swój dom parafjalny dla popa ze
wszelkiemi zabudowaniami, oraz dziaczku dom, mieli cerkwa-kaplica, która została spalona przez nieostrożność jego. Cerkwa albo

Pamiętniki chłopów

445

kościół prawosławny zaczęto budować przed wojnoj nowy, na który
asygnowano lasu rządowego, no los wojny przerywa budowu i zo­
staje nieukończony. Po przyjeździe z Rosji zabrano przez urząd
gminny dwa budynki, jak to domy popa i dziaczka jednego pod szkołu do wsi Szymki, ale drugiego dla straży ogniowej do Jałówki*
która sprzedała, gdzie i komu nie wiem. Na nas wszystkich leży
ciężki los życie i powstają opłaty naprzykład na ukończenie kościoła
musieliśmy zapłacić po trzy złoty z człowieka, na kupno domu, na
ubezpieczenie, wszystko opłaty powstają, a mało tego, że musimy
płacić dla kleru po dwa pudy rocznie żyta z ucząstka, oprócz kar­
tofli, przecież jakaś pensja oni pobierają. Mają pod swa jej wie­
dzo j cztery szkoły od każdoj szkoły pobierają za wykłady religji
prawosławnej, a dochody, ślub, pogrzeb, chrziest, to wszystko za
piniądze, bo lud biedny siedzi w nędzy, a'm usi. Mamy w swojej
parafji około osiemdziesiąt ucząstków gruntu. Na moje gospo­
darstwo rocznie przypada opłat podatkowych od gruntu 1 / 6 część
ucząstka.
Roczne obliczenie za rok 1933
zł. 8.56 gr.
gruntowego
zł. 3.74 gr.
gminnego
drogowego
zł. 2.64 gr.
Razem zł. 14.94 gr.
Do 1925 roku podatki opłacali no na ręki nijakich widów i po­
kwitowań nie dawano płatnikom. Kto płacił swój, a kto nie był
w stanie opłacać to wieś za niepłatnika płaciła, bo na cała wieś spa­
dała kwota niepłatnikow. A teraz kiedy masz pokwitowanie o za­
płaceniu podatków do płatnika nic nie mają, a niepłatnik sam za
siebie odpowiada. Poniżej podaję wynik podatkowy zgodnie po­
kwitowań z lat ubiegłych zapłaconych bież odsetek:
Rok

podatek
gruntowy

gminny

1925
1926
1927
1928
1929
1930
1931
1932

zł. 6.44
9.07
8.80
8.80
8.32
8.58
8.58
8.58

zł. 5.30
3.58
4.10
4.40
7.36
6.44
6.44
4.34

99

99

99

99

99
99
99

sejmikowy
drogowy
zł.

1 .2 0

99

99

1 .2 0

99

99

99

99

99

99

99

99

99

99

99

99

1.58
2.04
5.36
4.48
3.64
2.64

Razem
zł. 12.94
„ 13.85
„ 14.48
„ 15.24
„ 21.04
„ 19.50
„ 18.66
„ 15.56

446

Województwo Białostockie

Ten wykaz za moja 1/6 część gruntu.
Pried woj no j światowej do pobudowanie szkoły, mieszkańcy
wiosek do kształcenia swych dzieci wynajmowali na swoi koszta na­
uczyciela, którego karmili i płacili od ucznia po jednym rublu,
wszystko dla uczniów, przedmioty do uczenia. Po wybudowie szko­
ły nauczyciel był na koszta rządu, a teraz mamy dwie szkoły we
wsiach Kuchy i Juszków-Gród.
W roku 1927 było posadzono tytoniu dla swego użytku przezemnie, w nieobecności mojej w domu, bo owy czas był w lesie na
rabocie zostało zapisano przez agenta fabryki tytoniowej z Grodna
na przestrzeni 50 kw. metrów kara wymierzona 20 zł. za m etr w kwo­
cie 50 X 20 = 1.000 złotych. Lecz m atka staruszka przyjęła na
siebie, która była wymierzona w razie niezamożności ściągnienia z zamianoj na 50 dni aresztu. Było wysłano zażalenie, które zostało
uwzględnione i zmniejszone na 12 dni, lub 240 zł., która była za­
mieniona na areszt i m atka musiała odbyć owa kara aresztu. W roku
1928 i kara była odbyta prziez matka moja z poszkodowania swego
syna, która może byłaby na mniej względniona.
Co się tyczy mnie, to trzeba byłoby gdzieś kupić jaki kawałek
ziemi, albo łąki no skąd wziąć te piniędzy na spłaty moje gospodarstwo
nie zobowiązuje dlatego, że niema zabudowań i nie w stanie sama
siebie wyżiwić i opłacić trzeba, więc iść na stronie pracować, a gdzie
i zdrowie nie służy. Tak przychodzi się z losem życia borykować,
żeby z głodu nie umrzeć. W czasie świąt i niedziel mamy dwa
w arunki życia: pierwsze niema nijakiego wyjścia musisz siedzieć
w domu, iść do kogo i poco, przecież każdy gospodarz siedzi w domu
i myśli o swojej gospodarce i niedoli, nędze. Gdzie? Z czego skąd
wziąć? Przecież każdemu boli co brak to tego to owego, jak utrzy­
mać swe małe gospodarstwo, w której idzie coraz k większej ruinie
i upadku. Te, które m ają dzieci, myślą, żeby w czasie chłodow
i mrozow mieli choć odzież wyjścia na dwór za swojej potrzeboj, już
nie mówię o dalszej podróży. Na wsi nigdzie nie możno znaleść
książki, oprócz ksiąg uczniów, których rodzicy z wielkim wysiłkom
mogli kupić, i to może z pół roku ichnie dziecko bież niej chodziło
do szkoły, a niektórych znam, że pierwsza zima chodzi bież wszel­
kich przedmiotów szkolnych. A o inszych książkach niema mowy,
któraby mogła odjąć z tego zbolałego serca od nędzy i smutku
choć jedna chwilka dać uciechu. Żal wielki ogarnie duszą twą,
kiedy wspomnisz szkolna ława lat dziecinnych, kiedy chodził do
szkoły, ksiąg wtenczas nie brakło, czas wesoło upływał. Moi ko­

Pamiętniki chłopów

447

chani czytelnicy wy dobrze sami wiecie wiele szczęścia można znafeść w tych naszych przyj acielach w biedach. Czy jaka bieda?
czy głodny? czy skłopotany? czy chory? wszystko zapomnisz kiedy
ujrzysz książka, lecz niema piniędzy i niema na sól, nafta, nie mówię
już o cukier, bo i bież cukru można żyć, a na zapałkach robimy
oszczędność, bo z drzewa zapałki, lecz trzeba kłuć na tyle części
na wiele nadają. Niema lepszego przyjaciela, jak książka, szanuj­
cie owy kawałki papieru zjednoczony w jedno, okładki, które stają
obrącami tych kartek zabrudzonych literami czysty papier, wogóle
nazywaje się „Książka”.
Lecz moi czytelnicy! kto ma niszczyć książki, to niech odda
temu kto pragnie ich, ten może wybawić te biedne dusze od smutku,
który ogarnia te ludzkie dusze siedzące w nędzy i na skraju głodowaj
śmierci.
Drugi warunek życia niedzielnego i pod czas świąteczny. Dużo
przychodzi się odczuwać wstydu według drugich ludzi młodych koleżanów. Nie masz odpowiedniego ubrania według drugich, choć
całego, w którem w dni świąteczne wszystkiego zaraz nie dasz ra­
dy kupić. Naprzykład: ja w stanie kawalerskim muszę chodzić je­
dna czapka w święto i tak w powszechnie dni pracy. To masz m ajtki
to nie masz butów, a jak masz buty i m ajtki to niemasż m ary­
narki, ażebyś wszystko rzetelno miał wyjść do kościoła to nie mo­
żesz kupić. A dlaczego nie możesz kupić? Bo gospodarka czeka
żebyś pomógł jej, nie mówię już o pracy. Bo bież pracy sam bę­
dziesz głodował, nietylko co na niej jest. No trzeba pomocy piniężnoj.
A na starość jakie zabezpieczenie jest kiedy siły człowieka
opuszczą, na to wszystko wola Pana Boga naszego Stworzyciela
łaska i moc Jego. Bo w Ewangielji Świętej powiadano jest, Maieusża Rozdział 8 wiersz 17 i dr. Mt. roz. 6 począwszy od 25 wiersza
do końca.
Drodzy moi czytelnicy! Może niektóre i lepiej żyją i pora­
chują to tylko opowiadanie bajeczne, no lecz prawda, a jest za­
pewnie niektóre, że na jednych saniach jedziem razem ze mną. Na
swoim życiu wy może nie uwierzycie, że od swoich krów, które
miał, że syra i masła nie jadł, bo takich nabywał co mleka do za­
bielenia garnka, bo wiele lat żył bież owych żywioł i jak stał mieć
to już zmienił już 5 sztuk. A te przecież przysłowie mówi: „kto
handluje ten swego mleka nie kasztuje”, bo musisz mieniąc że­
byś choć* mleko miał. No co zrobić, bo na jarm arkach wszystki

448

Województwo Białostockie

dobre i cielne, a do każdoj dołoż, bo to wszystko szczęście człowieka,
bo masz wyrok takiego życia, masz swoja gwiazda szczęścia. Ze
wstydem to wszystko opowiadam. Lepiej byłoby urodzić się za­
możnym i bogatym, no przecież trzeba robotników, żeby było ko­
mu chleb pracować. Lepiej byłoby posiadać jaka by funkcja, no
nie byłoby komu płacić pensji. Trzeba rabotnikow to trzeba po­
myśleć ob ich lepszem życiu.
Przecież to jest „Niepodległościowa Rzeczpospolita Polska”. Wiel­
kie miężowie Polski niegdyś stali w obronie o Niepodległość naszej oj­
czyzny. Przeczytajcie życie naszego wodza narodu Tadeusza Koś­
ciuszko. Teraz powinny pomyśleć o lepszem życiu tych biedownikow, które żyją w Rzeczypospolicie. Wszyscy powinni nie zapa­
miętać słowa naszego Wybawiciela, który swe życie oddał na takie
haniebna śmierć. Żeby wszyscy jedyn o drugiem dbali, jędyn dru­
giego szanowali, lecz wszystkie jest dziećmi Adama i Ewy i Matki
ziemi Polskoj. Jedyn drugiemu nieśli pomoc, wszysci przecież jest
Chrestjanami i nieść tym pomoc, których cała gospodarka worek,
inwientarz żywy i m artw y — kij, żyją ,w skraju głodowej śmierci,
który błaga nas rolnicy o łyżka dziennego jedzenia.
Lecz powinny pomoc tym ludziom, który na skraju głodu.
Rolnicy pomóżcie tym ludziom. Nawet możno powiedzieć, że ze
strony władz i porozumienia rolników dać pomoc w naturze Chle­
bom i rozdzielić na podstawie Pisma Św.
Po przyjeździe z Rosji od 1922 roku do 1929 w owy siedmioletni
okres lepszego życia nie trzebo byłoby nigdzie jak tu. Ni potrzeba było
Amieryki (Stany Zjednoczone) możno było zarobić i dobrze zaro­
bić. W owy okres i rolnictwo zaczęło wstawać na nogi, wszystko
co trzeba było do gospodarstwa kupić, bo piniędzy mieli i robotnikom
wiejskim możno było zarobić, bo wszysci fabryki były w ruchu,
mieli do zbycia wyroby, lecz ich kupowano przez rolny lud. A dzisiej staje ruch rolny. A miasta pełny bezrobociem i głodnymi.
W szystki opłacali podatki w terminie, lecz i niedopuszczano do ter­
minów, nie było widać egzykutorów. Wprzód jak do kogo przyjedzie
egzykutor to na wsi mówiono, że niedbałość niepłatnika gospodarza
o dopuszczaniu nie płaceniu podatków. A dzisiej widać wszędzie za­
ległości, za te zaległości sprzedawanie pracy chłopskiej naprz.: odzież,
żyto niemłócońe i młócone, koili, krowy, i insze zwierzęta domowe.
Bo nie w stanie dziś rolnik utrzymać swe mało gospodarstwo, bo
dzisiej wszędzie odczuwać kryzys, biezrobocie, niema pracy za­
robkowej, któraby mogła nieść pomoc na utrzymanie małorolnych

Pamiętniki chłopów

449

gospodarstw. W arstwa chłopska jest sama niższa, biezsilna, zawsze
w posłuszeństwie swych władców, to jest biezbronni robotniki żyją
pod kierownictwom warstw zorganizowanych, bo to jest rozbijany
przez wyższa warstwa przemysłowców i handlowców, lecz przez
swa nieprzezorność musi odczuwać upadek swego warsztatu rolnego
musi odczuwać głód, nędza, potępienie jedyn przez drugiego. Przez
swój charakter, bo dzisiejsza ludność stała samolubiwa. W czasie
przedwojennym, jak winika z doświadczeń, lepiej żyli między sobą
zgodnie, bo pomagali jedyn drugiemu nie czekawszy zapłat, bo
dzisiej nie rachując nawiet na zguba bliźniego.
W czasie przedwojennym w okresie od 1905 roku do wybuchu
wojny światowej człowiek pieszy, w lesie mógł zarobić jedyn rubel
dziennie, z koniem dwa rubli. Kobieta na podzennej robocie przy
żniwach mogła zarobić 50 kopiejek i więcej, a dzisiej przy żniwach
u nas płacono 1 zł. 50 gr., w majdanie kobiety pracują 80 groszy
dziennie, kopanie kartofli po 70 groszy, bo gospodarski obied dawano
i to nie masz teraz nijakich prac, siedzi w domu i myśli, bo niepo­
trzebny nikomu, bo każdy człowiek niema dzisiej prac zarobkowych.
Przed wojnoj światowej musieliśmy swe gospodarstwa rzucać,
jak żywioła i wszystko co było ad kogo uciekano i rzucano swa
ojczyzna. Inszym za krowy popłacono i cało życie wiele sił, potu
i krwi pokładali biedny kmietki na obczyźnie zbierano piniędzy,
żebyś na te piniędzy mógł coś kupić na swojej ojczyźnie, na swe
gospodarstwo, żebyś życie mógł żyć bież smutku. No lecz los twego
życia zmienił się. Ojcowie zmarli tam, niektóre powrócili. Tu swa
własna praca nie mógł skorzystać co pozostawił w całości to zostało
razciągnięto, zniszczone, zrujnowane. Lecz zbierany piniędzy leżą,
patrz wiele masz, bo to twa praca, trzymaj na pamiątka, bo jest
bogaterem, bo dużo piniędzy masz. Lecz jak tobie chleba, albo
czego brak, to nie bież tych swych piniędzy, bo to pamiątkowa
twa praca twego zdrowia, którego tak ty marnie potracił, wszystko
rowno, jak na spacerach lub jakich wycieczkach i znów na nowo
pracuj. A teraz nie zbieraj, bo nie masz i nie znasz skąd ich wziąć,
a masz już osiemnaście dziur do oddania piniędzy. I na ojczyźnie
co masz, wszystko uporządkuj, bo może twe gospodarstwo przez ja­
kich dwadzieścia lat szło, wszystko poprawiano, to na nowo dawano
zmiany. Może ni jedyn twój ojciec pracował i polepszał poziom go­
spodarstwa, a teraz ty jedyn wszystko zrób, co w dziesiątki lat by­
ło zrobione, a ty choć w jedyn rok daj to wszystko, to wszystko
masz. Moi drodzy czytelnicy możno te życie przyrowniać, bo ży29 Pamiętniki chłopów.

450

"Województwo Białostockie

jano jak życie było niegdyś Robizona Kreuzo. Może nie czytano
przez kogo, to postarajcie się przeczytać, bo po wojnie każdy czło­
wiek żył na takich warunkach, lecz i dziś jeszcze żyjemy tak wzo­
rowo, jak bogater Kreuzo, bo każdy człowiek jego życia próbował
i dziś jeszcze, niektóre żyją tak.
Wieś Ciwoniuki posiada ludności 336 człowiek lub osób, 77
gospodarstw. Trzy czwarte ucząstka gruntu posiada jedyn gospo­
darz, całego gruntu niema posiadacza, pół grunta posiada pięciu
gospodarzy, jedna trzecia część gruntu posiada ośmiu gospodarzy,
jedna czwarta część posiada dwudziestu gospodarzy, jedna szósta część
posiada sześciu gospodarzy, jedna siódma część posiada dziesięciu
gospodarzy, jedno ósma część posiada ośmiu gospodarzy. Lecz po­
zostałe posiada mniejsza niż ósma część gruntu, bo dziewiętnaście
takich gospodarzy. Ogółowe posiadanie gruntu w całoj wsi 392
dziesięciny 52 sotych, w skład tego wchodzą nieudobie 7,63 dz.,
pastwisko 49,92 dz., łąki 71,29 dz.
Małorolni w czasie parceli m ajątku Uljanka, który do­
tyka granic naszej ziemi, nie został kupiony ani jedyn hektar ziemi
i ta ziemia została rozparcylowana prziez na jezdny lud, który na
odłużenie Banku Rolnego musi płacić tysiąc złotych i procenty. Prócz
tego owa ziemia posiada zaległości. Owy lud sprzedał swe gospo­
darstwa do nabycie zieini, a kiedy wypłaci to niewiadomo, bo
rozkład płatności zobowiązany na trzydziestoletni. Marnie życie
tych nabywców owej ziemi.
Do wybuchu wojny światowej wieś nasza płaciła podatku do
rubli, lecz płacono nierówno, bo grunty są nierówne, to większe
to mniejsze, lecz ziemia tyż kategoryczna. Na moja część przy­
padało płacić około 3,35 kopiejek. W roku 1929 przyszło się za­
płacić podatek wojskowy w wysokości 15 zł. 50 groszy, lecz wielka
krzywda. Lepiej być zdrowym i iść do służby wojskowej, aniżeli
siedziać w domu niezdrowym i płacić. Skąd brać piniędzy to trze­
ba rady lekarskiej zaciągnąć, a tu jeszcze płać, bo pozostał w domu,
lecz odsyłano odwołanie, które zostało nieuwzględnione i musiał
zapłacić. Jak byli lepsze czasy i nic nikomu nie bolało, to próba
niektórych instruktorów o zorganizowaniu ludności wiejskoj zawsze
była przyjęta z wyśmiewiskami.
2 0

Lud rolny w dzisiejszych czasach stał przypatrywać się tym
skleparzom i kramikarzom, że nie pracując, tak dobrze żyjący, że
tak mocno nie pracują, a m ają dobrze odzież, smaczno i dobrzy po­

Pamiętniki chłopów

451

trawy używający. Tylko żyjący z interesów targowli, lecz dobrze
zorganizowany m ają ceny stałe na swe wyroby, odpowiedający
i opłacający trudu, jak na wyrobach przemysłowców i handlowców,
a rolnicze zemlepłody i praca rolników na nic nie opłacająca i za
marny piniędzy oddają. Stał zorganizowywać koła Stronnictwa Lu­
dowego. Ni kto nie może widziać co trzeba dla ludu rolnego, że
nie mają dostatecznie nawozow oborowych trzeba i dodać nawozow
sztucznych, trzeba narzędzi rolniczych i materjałow do odzieży. Te­
raz przychodzi się przepłacać ceny bardzo wysokie, że z zagranicy
mogliśmy dostać pewnie nie drożej by wyniosło. Mieliśmy ceny
umierkowane, mieliby trochi oszczędności na piniędzach. Dlatego
chłopi powinny być zorganizowani, jak inne warstwy przemysłow­
ców i handlowców, i nie powinny mieć różnicy między sobą ani na­
rodowość ani Religija nie powinny stawać na drodze do zjednocze­
nia ludu wiejskiego. Tylko powinny dobrze zapamiętać, że my jest
dziećmi ukochanej jednolitej m atki Polski, a raz jedno biędziem my­
śleć to powstaną nasze spółdzielnie chłopskie, do tych współdzielni
będą sprzedawać swe ziemlepłody i pomagać swych braciom, które
w czasie wiosennego wyjścia w pole nie mają nasion ani ziarnka.
Może w ten sposób będą mogli podnieść ceny stałe na produkcji rolne,
według produkcji przemysłowej.
Wtenczas możemy dostawać co się potrzebno dla gospodarstw
naszych po cenach umiarkowanych. Nie będziem komuś przepła­
cać lisznie piniędze i możemy ogółowo sprowadzać nawozy sztuczne
dlatego, że jednostki nie mogą uczynić do naprawy poziomu go­
spodarczego. Wtenczas będzie istnieć ruch spółdzielczo-rolniczo
chłopski, który będzie najmocniejszy nad wszystkie warstwy zor­
ganizowanych cechów i tym wzmocnionym krokom podążymy do
Szczęścia Przyszłości.
W naszej wsi wiele raz dochodziło do porozumienia między so­
bą ob komasacji gruntów i więcej ziemi, no skąd je wziąć, że niema
gdzie. Lecz każdy raz biezskutecznie, każdy raz dawano wyniki o na­
ciągnięciu lisznich kosztow komasacyjnych, a gruntu czy powię­
kszy? I przesilenie niektórych liczności nie dało nijakich wyników,
które mogą obejść bież takoj, za lepszych czasach słysząc nie chciano
ob organizacji lub stowarzyszeniach. No dziś zostało zorganizowa­
no koło Stronnictwa Ludowego, który dziś posiada 36 osób. Otrzy­
mujemy dwie gazety, które wspólnie opłacamy. Ludność m ają na
celu polepszenia sobie życia przez założenie spółdzielni, do których

452

Województwo Białostockie

oddawać swa produkcja rolna po cenach ustawiono istniejącego dziś
wzamian otrzymywać co potrzebno dla rolnictwa i czego odczuwać
brak i nieść pomoc tym biedowiskom swym braciom, które siedzą na
drodze śmierci i w czasie wiosennych nasion do obsiania rob nie
mają.
Wiele trudu położył o zdobycie owego papieru.
Dn. 1 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr. 33

G osp od arz bodaj

ś r e d n i o r o ln y

w p o w . w o ł k o w y s k im

Nie będę opisywał okresu lat 12 — 16 gdym rozbijał ptasie
gniazda, pasąc krowy po lesie. Pamiętnik mój datuje od 1907 r.,
gdyż w tym roku ojciec mój po ożenieniu mnie oddał mi gospodar­
stwo rolne, składające się ż ucząstka nadziałowej ziemi, to też przy­
stąpiłem do gospodarowania z wielką bo jaźnią, pamiętając przy­
słowie, że „gospodarka to kłopotarka”, bo tak i jest, że w gospo­
darstwie rolnem nietylko trzeba umieć orać, siać, kosić, lub gnój
wozić, ale też trzeba umieć jak z nawozem się obchodzić, żeby nie
marnował, trzeba umieć jak to konie, krowy, cielęta, świnie, owce
i kury karmić i hodować* trzeba umieć do gospodarstw co i jak
kupić i z gospodarstwa sprzedać i kto tam zliczy ile tego wszystkie­
go w gospodarstwie rolnem trzeba umieć. To też przystępując do
gospodarowania w wieku młodym, bałem się, że nie podołam tym
wszystkim trudnościom, ale przyszło mi tu na pamięć mądre przy­
słowie, które powiada „Jak sobie pościelesz, tak się i wyśpisz”.
Więc wziąłem się do pracy z wielkim zapałem, najpierw przystą­
piłem do oczyszczenia pola z kamieni i oczyszczenia miedzy z jałowcu,
zaprowadziłem racjonalny płodozmian, to^też po dwóch latach go­
spodarowania okazało się co? że gospodarstwo moje zaczęło mi
dawać dwa razy tyle ile dawało mojemu ojcu. Nie przesadzę pi­
sząc, że do roku*1914 złożyłem w kasie oszczędności powyżej ty­
siąca rubli, ale}cóż z tego, kiedy tych oszczędności obecnie nikt nie
zwraca, chociaż mam list od ludzi uczonych z Wilna, których za­
pytywałem w 1915 r. co może się stać z pieniędzmi zaoszczędzo­
nymi w kasie oszczędności jeżeli tu zajmo Niemcy, powiedziano, że
temu nic nie grozi, chociaż i zajmo tu Niemcy, albo kto bądź inny,
to oddadzo, bo to jest prywatna własność. Nieprzyjaciel zabiera tyl-

454

Województwo Białostockie

ko rządowe pieniędzy, papiery i różne rzeczy, a prywatna własność
jest zastrzeżona. Sądźcie panowie sumiennie, czy nie jest sprawie­
dliwie obecnie oszczędności zwrócić, ponieważ rząd rosyjski tych
pieniędzy w kasie nie trzymał, ani oddawał na procent zagranicę,
a w tym kraju budował szosy, koleje i różne rządowe budynki,
w ogromnych lasach rządowych prowadził kulturę, z którego wszyst­
kiego obecnie korzysta rząd Polski. Widziałem w naszem urzę­
dzie gminnym zawieszone na ścianie w ramach pod szkłem ogło­
szenie: „Zabrania się w Urzędzie gminnym rozmawiać po polsku
pod grozą kary grzywny 25 rubli, lub aresztu 2 tygodnie”. Ujezdny
Isprawnik. Pewnego razu przemawia do mnie nauczyciel szkoły
powszechnej tak: „dobrzeby było, żeby tu nas zajęły Niemcy, toby
nas nauczylib dobrze gospodarzyć, bo my nie umiemy”. Rok 1914,
wybucha wojna, och jakaż to okropność ta wojna, to całe za­
bójstwo! Pewnego razu przychodzi do mnie nauczyciel i powiada,
wiesz co? rozpoczyna się okropnie wielka wojna, a ja wykrzykną­
łem, to dobrze, będą ciekawe nowiny, będzie co czytać w gazetach
i dodaję to może nieprawda, to takie pogłoski nieprawdziwe. Na
drugi dzień jeszcze przed świtem wyruszyliśmy ze wsi wszyscy w
pole ciąć owies, bo w tym czasie najwięcej rolnik ma pracy jak
owies dojrzeje, bo żyt 0 ,3 jęczmień i pszenica jeszcze w polu i owies
dojrzał aż się sypie to trza ciąć póki rosa nie spadnie, więc tniemy
aż echo odbija się daleko i osełki brzęczące po kosach i brzęk kosy
uderzonej o kamień przez którego niezdarę słychać zdaleka. W tern
spostrzegamy, że ktoś w kierunku nas bardzo prędko idzie, boso
w jednej koszuli, macha ręką i coś białego w ręce trzyma, pod­
chodzi bliżej, poznajemy sołtysa, trzyma w ręku ogłoszeniowe pa­
piery i jeszcze zdaleka krzyczy: „hej chłopcy! rzucajcie kosy i czemprędzej dó domu, mobilizacja”, Tej chwili wszyscy kosy na ramię,
pośpiesznym krokiem przychodzimy do domu. We wsi kobiety
stoją kupami. Na słupach i na ścianach powyklejane ogłoszenie,
na jednych napisano takie a takie roczniki w dzisiejszym dniu sta­
wić się do wojenskiego naczelnika w powiecie. Na drugich ogło­
szeniach napisano, wszystkie konie stawić także do naczelnika w po­
wiecie, na konie wierzchowe taka to cena, na konie do artylerji taka
to cena, konie obozowe taka cena. Na innych było napisane także
stawić wszystkie wozy na żelaznych osiach — taka cena, na drew­
nianych taka cena. W parę godzin utworzył się we wsi taki zgiełk,
płacz żon, matek, sióstr, przy pożegnaniu odchodzących na wojnę.
Ja ruszyłem z koniem do wojska. Miałem ulgę I stopnia. Jadąc zajeż­

Pamiętniki chłopów

455

dżam do gminy i widzę na ścianie odezwę w języku polskim, obok
ogłoszenie, które zabrania rozmawiać po polsku. Odezwa wydana przez
naczelnego wodza Nikołajewicza, treść początkowo brzmi: Polacy!
rozpoczynamy wojnę z wrogiem silnym, wzywam was stanąć ramię
przy ramieniu żołnierza rosyjskiego, po zwycięstwie otrzymacie oj­
czyznę wolną pod berłem cara rosyjskiego.
Zwracam się do w ójta i mówię, panie wójcie! dlaczego w urzę­
dzie gminnym takie porządki? a co takiego? pokazuję w stronę ogło­
szenia i odezwy dlaczego to takie sprzeczności, niech p. wójt każe
którąkolwiek usunąć, w ójt odpowiada, tak! ale narazie niechaj
jeszcze pobędzie. Przyjeżdża pop do szkoły na naukę religji, kazał
zebrać zebranie i powiada tak: „Moi najmilsi, obecna wojna przy­
niesie nam wielką radość, potrzcie nasi koło Kieninzberga, nasi prze­
chodzą Karpaty”. Biedny popina na drugi rok musiał uciekać tam
nad Wołgę i stamtąd już nie powrócił. Czytanie gazet i ciekawych
wieści trwało niedługo, w drugim roku słychać było strzały armatnie
coraz bliżej, pokazały się obozy, później wojska, pokazały się na
oczy te ciekawe, nieszczęsne i grozą przejmujące nowiny, rabowanie,
niszczenie i palenie budynków i ucieczka moskali poza Niemen
i Wilję. Jednocześnie z wojskami wyjechało do Rosji więcej jak
2/3 ludności, przeważnie prawosławnej. Po przejściu wojsk i obo­
zów niemieckich w przeszło dwa tygodnie zjawia się na wieś nie­
miecki żandarm, wyjmuje z kieszeni zegarek, pokazuje godzinę
dziewiątą i powiada, jutro o tej godzinie stawić się do komendanta
w Świsłoczy. Nasza wieś także wszyscy wyjechali do Rosji, tylko
zostało nas dwie rodziny. Idziemy we dwóch do komendanta, po­
żegnawszy się z domownikami, bo powiadali,, że niemcy wszystkich
mężczyzn będą zabierać na wojnę, wchodzimy do miasta, na dwu­
piętrowej kamienicy powiewa flaga niemiecka, obok stoi grupa lu­
dzi i powiadają nam, że im to samo mówił żandarm. Wzywają nas
na drugie piętro, sala ogromna, na środku stół obok stawią fotele
Niemcy i nas sadowią. My, co to fotele rzadko kiedy widzieli zdaleka, Niemcy nas w nich sadowią, myślimy tu na coś dobrego się
zanosi, może nąs wódką lub winem będą częstować. Wchodzi ko­
mendant, wstajemy, powiada „gut moin” tłumacz nam powiada,
że komendant mówił dzień dobry, dzień dobry, odpowiadamy, siada
na dtiżym fotelu i nam wskazuje siadać sam zaczął coś dużo po
niemiecku szwargotać, patrzymy na niego i nie wiemy czy on nam
co dobrego mówi, albo może nas łaja. Obok stojący tłumacz nam
objaśnia, komendant powiada „że wy zostajecie pod rządem Nie­

456

Województwo Białostockie

mieckim, pamiętajcie, że rząd nasz jest silny, bogaty, m ądry i spra­
wiedliwy. Pod naszemi rządami będzie wam żyło się dobrze, tylko
wy powinni naszemu rządowi być przychylni”. Później powiedział,
może macie jakie żądanie od nas, powiedzieliśmy, że my nie mamy
soli, rzeczywiście zapasy wyszły i soli nigdzie nie było. Zanotował
to sobie i kazał, że sól będzie, rzeczywiście punktualnie co miesiąc
na każdą osobę dwa funty było dostarczone. To co kiedyś jeszcze
przed wojno powiedział mi nauczyciel, żeby tu nas Niemcy zajęły,
toby nas nauczylib dobrze gospodarzyć, to tego nie było, chociażobsiewali sami te wszystkie majątki, od których właściciele wyje­
chali do Rosji, obsiewali przez cztery lata i nic tam takiego nowego
i kulturalnego nie było widać. Także i ta zapowiedziana sprawie­
dliwość nie była przestrzegana, bo ludność przymusowo była wyga­
niana o chłodzie i głodzie na wyrąb i wywóz w puszcze białowieżskiej za m arną opłatą. Natomiast życie domowe za czasów okupacji
to było świetne, wiadoma rzecz co chłopu jest najdroższe i naj­
milsze, to ziemia, to gront, jak my nazywamy, ludzi wyjechało
do Rosji więcej jak 2/3, po nich pozostało tyle łąki, tyle ziemi, do­
brej i jeszcze lepszej, cóż chłop ma robić? Mało się nie zwarjuje
z tej radości, pracowałem nietylko w dzień ale też i w nocy, ob­
siewałem ziemil>jak najwięcej, zakładałem nietylko swoją stodołę,
ale i tych co powyjeżdżali. Niemcy wolny handel wzbronili, ka­
zali zboże im oddawać, oddawało się trochę, ale nie wszystko, no­
cami przyjeżdżali kupcy z miasta, płacili pieniędzy, albo jaki chciał
towar od kupca. Krowa choć była jedna w rodzinie, ale tyle da­
wała mleka, że oddawano 10 litrów niemcom i jeszcze dla siebie
dużo zostawało. Powód obfita pasza, pastwisko. Zachorowało mi
dziecko, jadę po doktora do Świsłoczy. Wyjechałem w nocy, żeby
go zastać rano w domu, o wschodzie słońca wjeżdżam do miasta,
ulica zapełniona ludnością, stoją kupami i o czemś rozmawiają,
zbliżam się i pytam, o czem tak rano wszyscy zebrani gwarzycie,
powiadają mi, że dzisiejszej nocy wszystkie Niemcy uciekli, podjeż­
dżam do owej kamienicy, patrzę i myślę, gdzież to ta zapowiadana
wasza siła, mądrość i bogactwo, że w nocy uciekacie, wtem pomy­
ślałem, takiej to wam podróży. Nastały czasy bezkrólewia, naród
tu nasz rozbity i oszołomiony, nie mając żadnych wodzów, nie wie
jak i kto tu będzie, mówią, że wojska polskie zformirowane w Ła­
pach, prędko tu zajmą. Tu mówią, że bolszewicy w Słonimie, lada
chwila tu przyjdą, nawet utworzył się w Wołkowysku bolszewicki
sekretarjat. Pogłoska jest, że wojska polskie w Wołkowysku. Ja­

Pamiętniki chłopów

457

dę umyślnie 20 kilometrów zobaczyć wojsk polskich. Przyjeżdżam,
patrzę, cały Wołkowysk zajęty Niemcami, bo widzę niemieckie szenele, niemieckie karabiny, ale podjeżdżam bliżej i zauważyłem białe
orzełki na czapkach niemieckich, acha! to wojska polskie, bo i sły­
chać rozmawiają po polsku. Zabieram się jechać do domu, wtem
kilku żołnierzy siada mi do woza i pyta, a gdzie gospodarz jedzie? Powiadam, że jadę do domu, to niech pan nas podwiezie
do Porozowa, a kiedy ja jadę w przeciwną stronę, do swego domu,
to nic, powiadają, niech pan jedzie w stronę Porozowa, bo jak
pan nie zechcesz to my przymusimy, cóż robić? jadę przez całą noc
przeszło 25 kilometrów do Porozowa, a na drugi dzień późno wie­
czorem powracam do domu, ale zobaczyłem legunów. Bardzo wiel­
ka szkoda, że nie datuje tych zajść cyfrowo, ale proszę mi wybaczyć,
bo wiadomo, że chłop niema chwili wolnego czasu i nie datuje w
dzienniku, jak były nasz car Mikołaj, którego dnia i godziny za­
strzelił wronę, którego dnia i godziny jadł kartofle, którego dnia
i godziny zastrzelił rogacza lub zająca, którego dnia i godziny ze
swoją kochaną Aliks pił czarną kawę. Chłop datuje tylko w swo­
jej głupiej głowie.
Po zaciszeniu zawieruchy wojennej i ucieczce niemców, zebra­
liśmy się w Wołkowysku na naradę i wybranie delegacji do Mińska
na omówienie sprawy w celu należenia państwowego. W tym cza­
sie przyjechało z W arszawy czterech krasnomównych delegatów,
które mówiły przez całą noc i przemawiali tak pięknie i przekony­
wująco, że przy Polsce nam będzie najlepiej, że Polska utworzy do­
brą konstytucję i będzie się rządzić sprawiedliwie, nie będzie krzyw­
dzić mniejszości narodowych. Że Polska nie prowadziła wojny sa­
modzielnie, nie zaciągała i niema żadnych zagranicznych długów
i wiele wiele rzeczy pięknych o Polsce. Po naradzie wybraliśmy de­
legatów i wysłaliśmy do W arszawy do Naczelnika Państwa Marszał­
ka Piłsudskiego o przyjęcie nas do Polski. Nie żałowalibyśmy tego,
gdyby nas Polska nie skrzywdziła likwidacją serwitutów, o czem
opowiem niżej. Doszły nas słuchy o załamaniu się frontu polskobolszewickięgo, potem zaczęli u nas przechodzić wojska Polskie w
stronę Warszawy, a w ślad za nimi bolszewickie, ale taka ogromna
ilość ich szła, aż my tu myśleli, że koniec już Polsce, zdratują i zje­
dzą ze wszystkiem. Po trzech tygodniach nietylko że wracali nazad już w małej ilości, ale uciekali prędzej jak Niemcy, a wojska
polskie pognały ich tam za Niemen i Wilję. Pytałem Niemców
jakie wrażenie odczuli jak wybuchła wojna. O my byliśmy takie

458

Województwo Białostockie

radzi, że wszyscy wyskakiwaliśmy z radości, powiadam dlaczego,
mówi, że u nas jest takie przyszykowanie, że nas nikt nie zwycię­
ży tylko my. Tak to zwyciężyli Niemcy, że żydek we Świsłoczy
zakupił od nich 100 wozów, ja kupiłem jeden od żyda za 90 m a­
rek i przerobiłem na swój gospodarski, a z piki dętej stalowej zro­
biłem trzonek do kaczerki do pieca, bo się nie pali i jest bardzo
lekki. Pytałem zaufanych mi ludzi, które poprzyjeżdżali z Rosji,
jak im się tam żyło, mówib, że z początku bardzo było dobrze, a jak
powstała rewolucja i zamordowano cara, nastał taki głód, że kto
był słabszy zaraz umarł, a silniejsi i zdrowsi pouciekali do domu.
Pytałem bolszewików, powiedzcie dlaczego to tak u was jest, wasza
idea, że wy stoicie za narodem, naród pada od głodu, a u was jest
wszystkiego poddostatkiem. Odpowiedział „czort jeho woźmi z na­
rodom, nam nużna w łast”.
Nie opisuje w pamiętniku wykonywanie chłopem robót gospo­
darskich, wszystkim wiadomo, że chłop niema ośmiogodzinnego
dnia pracy, a pracuje od świtu do nocy, niema także recepty wy­
konywanej pracy, a musi dla siebie umieć i wykonywać w części
pracę kowala, stolarza, stelmacha, rymarza, bednarza, murarza,
szewca, krawca, szklarza, rzeźnika i tkacza i kto tam może zliczyć
ile i co tam gospoclarz rolny chłop powinien umieć i robić, jeżeli
tego wszystkiego dla siebie sam nie wykonuje, to taki gospodarz
szydłem kaszę będzie jadł. Dla dobrobytu rolnika nie stanowi tak­
że duża ilość ziemi, bo ziemia bez mądrej głowy i sprytnych rąk
nic nie da. Na targu w mieście miałem takie wrażenie, przycho­
dzi chłop do czapnika kupować czapkę i pyta jaka cena za czapkę,
którą trzyma w ręce i pokazuje czapnikowi, czapnik mówi 500
marek, chłop patrzy na niego i mówi, co ty zwarjował, cenić tak
drogo swoją czapkę, co ja za krowę nie kupię sobie czapki, którą
sprzedałem w zeszłym miesiącu i była z najlepszych, za którą wzią­
łem 300 marek. Czapnik patrzy na niego i mówi, przyprowadź
mi krowę, dam ci ża nią wybrać sobie najlepszych 20 czapek. Chłop
nie mówiąc nic tylko zżął ramionami, splunął na ziemię i odszedł,
Czytałem w „Gazecie Gospodarskiej” artykuł pod tytułem „reforma
rolna, a obrona kraju ”, autor dowodził, że w razie wybuchu wojny
potrzebne jest dla wyżywienia arm ji i ludności wielkie m ajątki
ziemskie. Mojem zdaniem mylnie autor dowodził, bo i same życie
to pokazało, nie wiem jak tam było w czasie wojny w Kongresówce,
ale co tu u nas na kresach, to ani jednego obszarnika nie pozo­
stało w kraju, wszyscy uciekb z wojskiem rosyjskim do Rosji

Pamiętniki chłopów

459

i 2/3 ludności przeważnie z wiosek, z miast prawie nie wyjeżdżali,
a nas co we wsi pozostała 1/3 a tu tyle lasów, łąk i ziemi, tyle
pracy, tyle radości, pomimo, że Niemcy zabierali od nas zboże w du­
żej ilości dla swojej armji, jednak wyżywiliśmy ludność miast przez
4 lata i chwała Bogu z głodu nikt nie umarł.
Po przejściu tych burz i przewrotów zaczęło się znowu życie
normalne, zwłaszcza rok 24, 25, 26, 27, 28 i 29, więc złożyłem zno­
wu w kasie Stefczyka 1000 zł. oszczędności, a rok 30, 31, 32 i 33
coś zaczęło się psuć, co za cholera spostrzegłem w roku obecnym,
że wycofałem z kasy swoje oszczędności, myślę, co to się stało?
nic takiego nadzwyczajnego nie kupowałem i nie budowałem, pracuje
się, oszczędza się i ubiega się tak samo jak poprzednio, rola wy­
daje to samo co i poprzednie lata, a tu wszystko coś zaczęło kulać.
Zaczęli mówić i pisać, że powstał tam jakiś kryzys, zaczęli pisać,
że powodem kryzysu powstała nadprodukcja, dziwna rzecz przy­
słowie powiada, że od przybytku głowa nie boli, a tu od tego przy­
bytku nietylko boli głowa, ale najwięcej brzuch i wogóle wszyst­
kie członki. Zaczęłem obmyślać sposoby jak tu walczyć z tym
kryzysem, wziołem słownik i zobaczyć co to znaczy ten kryzys.
Patrzę, ale to wyraz grecki, a nie nasz polski, cóż do cholery, któ­
rędy ty do nas tu wlazł, z Grecją granic nigdzie nie mamy, chyba
aeroplanem przyleciał. Patrzę dalej, napisane jest po polsku, prze­
silenie, myślę, nie to chyba nieprawda, przesilenie trwa krótko,
a tu już czwarty rok i sili się coraz mocniej. Wreszcie domyśli­
łem się prawdy, że to w druku o jedną literę wkradł się błąd, bo
napisane, że to jest przesilenie, powinno być napisane przysilenie.
Teraz na wsi zna już nawet małe dziecko co to jest kryzys, znamy też
wszyscy metodę, że ten kryzys jak jest bardzo łatwo zwalczyć, tylko
niestety nie mamy do tego mocy, a jak trapi wieś ten kryzys, pokaże
to przykładem. Co się stanie z tym człowiekiem-kupcem, jeżeli on
będzie kupował i płacił drogo, a sprzedawał tanio, prędko zbankru­
tuje i stanie żebrakiem, to też my chłopi rolnicy jesteśmy tymi ban­
krutami. W czasach normalnych płaciliśmy za paczkę machorki
trzy jaja, obecnie za paczkę machorki trzeba zapłacić dwanaście jaj.
Za kilogram żelaza trza było zapłacić siedem jaj, obecnie za kilogram
żelaza trza zapłacić czternaście jaj. I wszystkie towary przemysłowe
i monopolowe w stosunku do produktów rolniczych obecnie niepo­
miernie droższe, mniejsza o to, że tytoń, wódka i cukier jest drogie,
obecnie to luksus, na który tylko urzędnicy państwowi i samorządowi
mogą sobie pozwolić, chłop bez nich może się obejść. Czytałem

460

Województwo Białostockie

w gazecie, że były minister rolnictwa powiedział: „to jest zrobione dla­
tego żeby chłop się nie rozhultaił”, mylnie powiedział, bo chłop to
wszystko jedno jak pszczoła, chociaż nanosi miodu pełny ul, a jak
niema już w polu z czego brać, to leci do uli cudzych i szuka roju
słabszego żeby rabować, chociaż najczęściej życiem przypłaci. Jeden
tu miejscowy obszarnik powiedział: „żeby tak było teraz jak lata
poprzednie, toby chłopi wszystkie nasze m ajątki wykupili”, też myl­
nie powiedział, bo kto to sprzeda majątek jak on dobrze stoi, a wła­
śnie teraz jest majątków dużo na sprzedaż, ale nikt nie kupuje, bo
biedny to za co kupi. Przed wojną w naszym miasteczku Świsłoczy,
dokąd my zawsze jeździm na targi, było dwa monopoli spirytuso­
wych, w czasie jarm arków i targów to był tam taki natłok, że ludzie
stali w ogonku, a policja trzymała porządku by chłopi sobie żeber
nie połamali. To samo było po wojnie, chociaż było trzy dużych
resteuracji, tam się nie mieścili, ludzie czyli chłopi pili wódkę, jedli
kiełbasy i śledzie na wozach, chociaż policja ganiała i pisała proto­
kóły. Obecny kryzys wszystko przełamał, sklepy spirytusowe i resteuracje świeco pustkami, jadąc do targu weźmie się kawałek czar­
nego chleba do kieszeni, zgryzie się go i bardzo doskonale, ta absty­
nencja owszem wyszła na dobre dla nas, bo nie marnuje się zdrowie,
które jest potrzćfene do pracy. Mówią i piszą w gazetach, że chłop
chowa pieniędzy w sienniku, nieprawda, chłop mądry to powiększa
swoje gospodarstwo, rozumny złoży oszczędność do kasy, głupi prze­
pije, a tylko dureń schowa w sienniku, których to bardzo rzadko teraz
się znajdzie. Skreśliłem w krótkości nasze przejście chłopskie, parę
słów skreśle jak się zapatrujemy na przyszłość chłopską. Dla rozwo­
ju i dobrobytu chłopa, niezbędnie trzy warunki potrzebne, niektórym
trzeba dać ziemi, dać szkołę i dać w dupę. Tylko nie przez ekonoma
dworskiego, tego uchowaj Boże, ale i ekonom z dziedzicem także
niech dostano jak zasłużą narówni z chłopem. W tedy zapanuje
w naszej Polsce ład, porządek i dobrobyt. Co z tego, że teraz nie
biją w d. to zato głowy odcinają, bo kara na łajdactwo musi być.
Pamiętne te błogie czasy, gdy w gminie wybierane było sześć chłop­
skich sędziów, do sprawy zwykle zasiadało trzech i przysądzo według
zasługi 15 albo 25 i sypno i puszczo do domu, taki karany już na
powtórny raz nie zasługuje, poprawia się. Jeszcze dużo rzeczy jest
do opisania, ale już nie mogę, spadło na mnie nieszczęście. W nocy
powydzierano mi pszczoły, tak się tem przejęłem, że mało sobie życie
nie odebrałem, przez trzy dni leżałem od tego chory, teraz powsta­
łem, ale chodzę jak głupi. Od wszystkiej pracy odpadła ochota. Nieco

Pamiętniki chłopów

461

jeszcze dopisze w krótkości. Największą naszą tu na kresach bo­
lączką to likwidacja serwitutu, nie o to chodzi, że likwidują, ale o to
że niesprawiedliwie. Sąsiednia wieś Downary otrzymała od p. W y­
sockiego po 10 ha. na ucząstek nadziałowy. Druga sąsiednia wieś
Wilejsze otrzymała od p. Bobrowicza także po 10 ha. na ucząstek
nadziałowy. Nasza wieś Werdomicze co miała największą przestrzeń
bo 728 dziesięcin otrzymała tylko po cztery ha. na ucząstek nadzia­
łowy. Nie próżne były słowa có p. Tołłoczko nam powiedział „moja
szklanka herbaty więcej znaczy jak wasze 1000 zł.” Od słów do
czynu, przed rozpoczęciem likwidacji, Komisarz Ziemski nie wpisał
do protokółu całej ilości na której my korzystamy 728 dz. a dużo
mniej. Przy ustaleniu rozciągłości przez O. K. Z. p. Tołłoczko zeznał
kłamliwie i jest wypisano do akt sprawy, że wszystkich lasów ma
1000 dz. wiadomo nam i mamy dokumenta, że wszystkich lasów jest
2000 dziesięcin z których wyjęto tylko 350 dziesięcin dla ośmiu wsi,
a dla p. Tołłoczki zatrzymano 1650 dz., trudno tu wszystkiego opisać,
gdzie na każdym kroku robiono fuszerkę. Składaliśmy apelację do
G. K. Z. ale cóż z tego, kiedy niewiadomo kto w Polsce rządzi, p. Pre­
zydent z Ministrami czy taka Komisja. . P. Prezydent wydał rozpo­
rządzenie w dniu 1 lutego 1927 r. i podpisano wszystkiemi Ministrami.
Dz. Ust. Nr. 10, poz. 75 artykuł 61 brzmi: „Rozporządzenie niniejsze
wchodzi w życie czternastego dnia po jego ogłoszeniu, równocześnie
tracą moc wszystkie przepisy prawne dotychczas obowiązujące” .
A Główna Komisja Ziemska na zasadzie art. 3, 6, 7, 12 i 13 ustawy
z dnia 11 sierpnia 1923 r. (poz. 706) skargę naszą odrzuciła. Obszar­
nicy tu powiadaj o co rząd rosyjski pozostawił serwituty dlatego, żeby
chłopi z nami się kłócili, też nieprawda. W dokumentach naszych
wyraźnie napisano przy odgraniczeniu ziemi ornej „i co o podziale
wspólnego pastwiska i leśnego serwitutu strony się nie zgodziły”.
Nie zgodziły się, bo wiedzieli, że nas w przyszłości będą mogli oszu­
kiwać. Dużo i wsżędzie obecnie piszą, że rząd narodowy w W ar­
szawie 1863 r. nas uwłaszczył, a potem także car rosyjski Aleksan­
der II także uwłaszczył, tak wiemy, że uwłaszczeni jesteśmy podwój­
nie, ale obecnie rząd ludowy wywłaszcza. Gdy w roku 1874 ziemia
orna została nam odgraniczona, a lasy zwane serwitutami zostały
jeszcze nie podzielnemi dotychczas, bo od tego czasu żadnej reformy
agrarnej nie było. Obecnie las serwitutowy obszarnik wycina, a chło­
pom oddaje się gołą ziemię. U nas wycięto 75 ha lasu młodego 14
letniego, my płakaliśmy widząc takie spustoszenie. Ale co w Polsce
dla obszarnika się robi, weźmijmy potomków Tyszkiewicza, które

462

Województwo Białostockie

odsądzili od rządu Polskiego 1/3 puszczy białowieskiej w naszym
powiecie, co nam dobrze wiadomo, że ten las sam Tyszkiewicz sprze­
dał rządowi rosyjskiemu za 18 mil jonów rubli. Niech się nie myśli,
że da się utrzymać obszarnikom tak długo swoje obszary, wiadoma
rzecz, że chłop jest płodny jak królik i bystro się rozmnaża, a skąd
, będzie żył, jeden drugiego nie będzie jadł, musi mieć kawałek ziemi,
wiedzą o tern i sami obszarnicy, bo zasadzają jak najwięcej gruntów
ornych nawet i dobrych lasem i jeszcze przy pomocy rządu i nasze
lasy sobie pozabierali. Jak się popatrzy na chłopów i myśli, jakiż
to głupi naród. A jak przypatrzyć się bliżej „to jaki mądry, dodać
mu oświaty, to będą najlepsi doktorzy, adwokaci, generałowie, mini­
strowie, astronomowie, słowem genjusze”. Popatrzyć zdaleka na ob­
szarników, jakiż to lud oświecony i mądry, ale przypatrzeć się bliżej,
to jacy niektórzy głupi jak buty, w kieszeniach m ają pełno dyplo­
mów, a w głowie nic.
Nie zapomnę przez całe życie wrażenia jakie miałem w dniu
święta morza jadąc do Gdyni w roku obecnym. Przejechawszy
Warszawę i były zabór rosyjski, to jakby w inny świat, bo na na­
szych polach pełno-kamieni, krzaków, ugorów, łubinów i gryków,
co tam na Pomorzu tego nie widziałem, oprócz pszenicy, żyta, jęcz­
mienia, kartofli, rzćpaku, nawet owsa w rzadkości, budynki prawie
wszędzie murowane, słowem istny raj i nie mogła się dusza naradować tym wszystkim i przyszły na pamięć słowa nauczyciela, że Niem­
cy umieją gospodarzyć. Wreszcie ziściły się moje marzenia, ogląda­
nia portu i morza, nie mogłem temu wszystkiemu się napatrzyć i na­
dziwić, jak to maszyna bierze wagon naładowany węglem, podnosi
wysoko do góry, zawija nad okręt i wysypie zupełnie tak jak kobieta
kosz kartofli do worka, i ta cała robota tylko w przeciągu pięć minut.
A bojowe okręty „Burza” i „Wicher” jakież ogromne po 114 metrów
długości, a ziejące paszcze armat, terpedów i min jak beczki ogromne,
zwiedziłem okręt „Polonja”, jakiż to olbrzym, ileż tam pięter, kajut,
sal pięknie umeblowanych, łodzi ratunkowych, maszyn pędnych* jednem słowem cudności, że człowiek tego wszystkiego nigdy nie wi­
dział. A ileż tam tych różnych dźwigni co to węgiel z wagonu biorą
garściami i zanoszą na okręt, także samo biorą różne towary z okrętu
i zanoszą do składu. Widziałem także dwa pancerniki szwedzkie
stały na kotwicy niedaleko portu. Widziałem także ogromną ilość
przeróżnych statków od różnych krajów, małych, średnich i ogromnistych. Z niezmierną ciekawością i zachwytem oglądałem urządzenie
samego portu, ze zdziwieniem patrzyłem na zapuszczone głęboko

Pamiętniki chłopów

4Ó3

w morzu cementowe betony, o które tylko bałwany morskie wciąż
chlupią, jak ich tam ludzie mogli zakładać, też to ogromna praca
i koszta, opowiadali mi miejscowi gdyniacy, że przed kilku laty w tym
miejscu gdzie teraz stoją ogromne okręty, to paśli się krowy. W yje­
chało nas z naszej gminy 11 ludzi, w Gdyni więcej ich interesowali
różne zabawki w mieście, jak urządzenie portowe. Ja sam jeden
zwiedzałem całe urządzenie portowe. Wreszcie przyszedłem w koń­
cu betonu do morskiej latarni, która dość wysoko jest zbudowana, po
stopniach wdrapałem się dość wysoko ponad same morze, wsiadłem
na wydrążonym grzymsie i zapuściłem wzrok w dal morską i to z takim
wzruszeniem, że łzy pociekły mi po twarzy i spadły do morza, siedzia­
łem tak w zamyśleniu 2 godziny i 40 minut, z wielką miłością nasycając
swój wzrok ogromną masą wód, które w swem życiu pierwszy raz
widzę, a może i ostatni. Pierwsza ma myśl to była tą radością, że
mamy swą własną bramę na cały świat otwartą, że tam nie stoją
żołnierze z karabinami, pilnować granic, masz człowieku ochotę,
to jedź gdzie twoja dusza zapragnie. Dalsza ma myśl to była tą,
dlaczego pan Bóg stwarzając świat zrobił tak wielką obmyłkę stwa­
rzając tyle wód, żeby to były lądy, ileżby ludzi tu się zmieściłob,
chociaż te Niemcy co ziemi tak pragną albo polacy co tak jej miłują.
Dalszą mą myślą to było mierzenie przestrzeni, od tej latarni na
której siedzę hen tam tak bardzo daleko aż pod swoją wieś rodzinną,
która kilkaset kilometrów od tego morza jest oddalona. A od wsi
rodzinnej hen aż do swego ukochanego Wilna. Tak wciąż siedząc
nad morzem przyszło mi na myśl pewnego księdza wygłoszona w ko­
ściele nauka, który powiedział: „Moi najmilsi, patrzcie jaki Pan Bóg
nasz jest dobry, stwarzając świat i człowieka stworzył i żonę tak
piękną dla niego, stworzył konika, którym ty jeździsz, też to dla
ciebie człowieku, stworzył krówkę, która daje mleko i masło, też to
dla ciebie człowieku, stworzył słońce tak jasne co świeci i grzeje
dając życie całemu światu, też to dla ciebie człowieku, stworzył księżyc
i gwiazdy co tak nam w nocy pięknie przyświecają, też to dla ciebie
człowieku, stworzył powietrze, którym my oddychamy, bez któregoby
życie nie istniało, też to dla ciebie człowieku !” Bardzo dobrze powie­
dział tylko, że tych prawd nie dokończył, że te obszerne łąki, łany
i obszerne lasy, to nie dla ciebie człowieku. To dla jednostek tylko
uprzywilejowanych, światło słońca, księżyca i gwiazd i działania
powietrza to nie jest w mocy przywłaszczyć sobie w większej ilości
a co resztę to spryt dla siebie więcej tego wszystkiego dokonał. Tak
siedząc i patrząc na morze srebrzyste od słońca zadałem sobie takie

464

Województwo Białostockie

pytanie, dlaczego to pomimo wysiłków ludzkich, dlaczego to nędza
i grzech trw ają na świecie. Na to znalazłem jedną odpowiedź, że nie
przez wysiłki jednostek chociażby najszlachetniejszych ludzi odmieni
się zło na świecie, lecz przez gruntowne przemiany w ustroju społe­
czeństw. Gdy naród wprowadzi w życie prawdziwe zasady wolności,
równości, nauki, pokoju i miłości i kiedy narodami rządzić będzie
nie siła pięści, lecz sprawiedliwość, to wtedy zapanuje na ziemi owo
Królestwo Boże, o które codziennie się modlimy.
Na zakończenie w pamiętniku podam, jak Maciej owa leczyła
męża, zdarzenie prawdziwe.
Pod Świsłoczą w Wierdomszczynie w dużej przy dworze
wioszczynie.
Zachorował Maciej stary, niktby temu nie dał wiary.
Że żona stara znachora zastąpiła mu doktora.
Kiedy stary jęki głosił i o bańki gwałtem prosił.
Zdjęła z półki garnek nowy, polewany do połowy.
Powietrze w nim wypaliła i na brzuchu postawiła.
No i cóż się tedy stało, czyżby bolenie ustało.
Mało nie wyzionął ducha, do garnka wlazło pół brzucha.
Chciała odjąć, mało siły, gorzej wrzeszczy mąż jej miły.
Biegnie pędem ćlo sąsiedzi, poratujcie mniej w tej biedzie.
Przyszły babki i znachorki, wiedząc, że będzie pół kwartki.
I kilka butelek piwa, taki zwyczaj tutaj bywa.
Próbują go we dwie razem, garnek jak wkuty żelazem.
Próbują i kilka osób, ale zerwać go nie sposób.
W tem co w nogach siły zbiera, szlą do miasta po felczera.
Przybył felczer, pytał, badał, złapał w rękę drewna kawał.
Jednym uderzeniem pałki, rozbił garnek ńa kawałki.
Dziwili się wszyscy w domu, że nie przyszła ta myśl komu.
Felczer im nagadał w oczy, sam pojechał do Świsłoczy.
Uprzejmie proszę wybaczyć, że w piśmie są błędy. Ponieważ je­
stem „wielkim uczonym rosyjskim”, skończyłem pełnych dwa oddzia­
ły szkoły powszechnej, rosyjskiej. A jak trza było umieć pisać po
polsku, to poprosiłem jednego człowieka, żeby mi wypisał litery pol­
skie z których się nauczyłem i obecnie pisuję.
Dn. 25 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr 34

Gospodarz mający dwadzieścia
dziewięć morgów w pow.
szczuczyńskim

Przyszedłem na świat 1900 roku w warunkach niezbyt lichych
w rodzinie niezbyt zamożnej, ojciec mój posiadał 11 morgi ziemi,
lecz jak pamiętam, było nas trzech braci i dwie siostry, najstarszy
brat poszedł do Ameryki, średni poszedł do wojska rosyjskiego 1911
roku, siostra ożeniła się 1912 roku, ojciec umarł 1923 roku osta­
wiając mi gospodarstwo i młodszą siostrę, w roku 1925 ożeniłem
siostrę, pozostałem tylko z m atką na gospodarce, do roku 27 żadnych
spłat nie robiłem, w 1927 roku gdy żeniłem się pam, najstarszej
siostrze dałem 300 zł., za przypadającą część, młodsza chciała ażebym
jej dał 2000 zł. lecz pozostała do dziś niespłacona. Nabyłem dział­
kę gruntu 17 morgi ażeby polepszyć sobie byt uważając, że gdy
więcej ziemi więcej pracy, to i dochodu, lecz grubo się omyliłem,
przy dzisiejszych dochodach niema wyjścia i to mnie gnębi i zabija,
owa działka obdłużona jest 7 tysięcy złotych, nabyta 1927 roku, do­
chód z tej działki 1933 r. 20 cm.*) żyta, 12 cm. pszenicy, 3 cm. gro­
chu, 2 cm. owsa, sprzedałem, żyto po 12 zł., pszenica 15 zł., groch
10 zł., owies 9 zł., zaco uzyskałem 468 zł., w tern opłacić robotnika
gdyż sam jęden z żoną nie dam rady, 10 dni po 2 zł., 20 zł., po­
datek gruntowy 52 zł., drogowy 9 zł., gminny 20 zł., razem 101 zł.
Procent od sumy liczę po 12 zł. od setki, (płaciłem do 30 roku
24 — 30 rocznie od setki) będzie 820. Za działkę nabytą miałem
wypłacić 8 tysięcy 500 zł. 1500 wypłaciłem do 1930 roku, pozo­
stało 7 tysięcy, ogłosiłem się ażeby sprzedać dają mi dzisiaj 4,500 zł.
wprost waryjacji człowiek dostaje, podatki zaległe, procent nie
opłacony, wydatki domowe jest nas 4 rodziny, a każdy goły i bosy,
*)

t. j. cetnarów metrycznych.

30 Pamiętniki chłopów

466

Województwo Białostockie

pożywienie nasze składa się przeważnie ziemniaki, kapusta, buraki,
mleko, chleb razowy, żytni, tłuszczu zupełnie mało się używa, od
30 roku cukier jako luksus, od wielkiego święta, sól, nafta, gdy
jest zboże w jesieni to nie tak skąpo lecz na wiosnę to bywa ró ­
żnie. Najgorszą sprawą jest budynki zniszczone przez wojnę, po­
trzebują reperacyj, ale zaco tu reperować. Dobytku posiadam 2 ko­
ni, 3 krowy, 3 świń, jednak budynki najpilniejsza rzecz, musiałem
dom przestawić, bo już niesposób było mieszkać, lecz podatku za
rok 33 ani grosza nie wpłaciłem, spodziewam się sekwestratora, że
mi dobytek zabierze, i gdy to pisze w mieszkaniu tym niema drzwi
co będzie z wykończeniem, a tu zima, koniec listopada, a już pra­
wie wszystkie zboże wyprzedałem, pszenicy jeszcze na kluski nie
pytlowałem. Mam jednego syna 5 lat i matkę starą, o których mi
najbardziej chodzi, odżywić małego i starego niema czem, bo co
lepij rzecz wartościowa, za którą można więcej gotówki dostać idzie
na rynek.
Żebym był nie kupował ziemi i nie zadłużył sie może mi by
było lepiej, bo pamiętam czas przedwojenny jak mój ojciec gospo­
darzył tylko na 11 morgach i było mu bardzo dobrze, jednemu bratu
dał 100 rub. do Ameryki, dla siostry dał posagu 350 rub., pozatem
jeszcze w roku 1918 dał pożyczkie na skarb państwa Polskiego
300 rub., i żeby nie wojna byłby mnie wykształcił. Co do soli
nafty, to nikt głowy nie łamał sobie zawsze było. A dzisiaj jak ja
gospodarze, to bywają takie miesiące, że zupełnie złotówki nie mam
na wypadek choroby, albo czego innego, trzeba żydka prosić łaski
0 kilka złotych. Dzisiaj żadnych ulepszeń w gospodarstwie nie ro­
bie, bo nie starcza nawet na rzeczy najpotrzebniejsze jak pług, bro­
na, wóz. Całe lato nie byłem w kościele spowodu braku ubrania
1 nie spodziewam się jego mieć, bo wszystko zabierze wyszykowanie
domu i to żeby choć całego, oto tylko jedną kuchnie i maleńki po­
koik. Co będzie dalej jak wytrzymać w tych warunkach? Gdyż
to nie jest życie, a wegetacyja, człowiek upada na siłach i na duchu
zanika wszelkie życie, młodzież nie urządza żadnych zabaw, jak to
było w roku 1912 i 13 i 14, a nawet 1926 i 27, ale co mówić o za­
bawach, jeżeli lud na wsi jest już obojętny do książek i gazet,
zupełnie zanika czytelnictwo, co nas do tego doprowadza czy może
rozkosz! nie nędza, do mojej wsi począwszy od roku 1924 — 30
przychodziło 10 numerów różnych gazet, a dzisiaj jeden numer
pozatem żadnych książek nikt nie kupuje, czy w takich warunkach
żyć może człowiek. Czy po to pracuje od nocy do nocy przez cały

Pamiętniki chłopów

467

tydzień ażeby mu nie starczyło na książkę lub gazetę. Przed wojną
czytelnictwo w mych stronach mało było rozpowszechnione ale
w mojej wsi było więcej gazet jak obecnie, bo przychodziło 3 nu­
mery, ponadto jak pamiętam gospodarze zwykle zachodzili na po­
gawędkę do piwiarni i przy butelce piwa była jakaś rozrywka i nikt
się tak nie Wymykał z miasta jak obecnie. Położenie rolnictwa jest
straszne, tak mój chłopski rozum dyktuje. Jeżeli ja posiadam 29
morgi ziemi i znajduje się w takich warunkach i to rzeczywiście,
gdyż kłamać z zasady nie mam zwyczaju, a opisuje stan rzeczy
jaki jest w rzeczywistości jak stoi rolnik, który posiada od 2 do
5 morgów, a takich jest bardzo dużo. Boże kochany czy człowiek
poto cierpiał głód i nędzę w czasie okupacji niemieckiej, czy poto
dopomagał P. O. W. moralnie i materjalnie dla wyswobodzenia
Ojczyzny, ażeby było komu dobrze. Rolnictwo, na którem Państwo
nasze opiera swój byt jest traktowane po macoszemu. Dużo sły­
szy się dzisiaj wzdychań do czasów carskich, byliśmy niewolnikami
lecz mieliśmy byt odpowiedni, głód cierpiał ten tylko kto nie chciał
robić. Człowiek na wsi przy pracy na roli powinien mieć odpowie­
dnią opiekę rządową jak również samorządową w kredytach, szkołach
rolniczych, domach ludowych, to jest dzisiejsze wymaganie wsi,
stworzyć solidarność rolniczą, a nie uprawiać rozłam i wmawiać,
że jest dobrze, a tu nędza aż strach patrzeć ażeby człowiek w dzi­
siejszych czasach był w tych warunkach. Jestem członkiem rady
gminnej od sześciu lat, do roku 30 nie było takiej partyjnej roboty
w samorządach jak jest obecnie, niedosyć że rolnictwo doprowa­
dzone do nędzy, jeszcze zabrać mu prawo wybierania — o tern
się pamięta, ażeby ulżyć rolnikowi i stworzyć mu lepszy byt—o tern
nikt nie pamięta. Bo rzeczywiście, że komu jest dobrze to nie może
mówić, że mu jest źle, lecz niech przyjdzie na wieś do rolnika albo
do robotnika jeżeli nie widzi swojej biedy i nędzy, to tu zobaczy,
że rolnik oszczędza na wszystkiem i nic nie ma. Zapewnie, że jak
zapałki wynalezione nikt nie słyszał ażeby kto szczepał ich na
części to jest jasny dowód, który często daje zauważyć. Kupując
ziemię liczyłem przeciętnie na 40 cm. każdego roku, za które można
było uzyskać do 1600 zł., działka po ojcu miałem zamiar sadzić
ziemniaki i buraki, siać koniczynę i prowadzić gospodarstwo ho­
dowlane w którem miałem wyprodukować do roku 4 wieprze wa­
gi do 700 — 800 kilo, za które możnaby było uzyskać 800 do 850,
mogłem więc, żeby kryzys mi planu nie połamał, dwa tysiące długu
każdego roku oddać i podatki opłacić, a możeby i budynki można

468

Województwo Białostockie

było jakoś zreperować, lecz dzisiaj w żaden sposób, najlepszy fa­
chowiec nie poradzi, oddać długu jakąś część, opłacić procent, po­
datki, robotę, do tego reperacyja wozu, pługa, uprzęży, to jest naj­
pilniejsze, na żywienie koni roboczych owsa musi być, odzienie,
obucie i wyżywienie domowników jak starczy, lepij,tojest lepij, a jak
nie starczy, to aby dożyć do nowiny i uchowaj Boże żebym jaki grosz
byle jak puścił, gdyż żyje z rachunkiem. W domu żadnych urzą­
dzeń ani wygód niema, zwykłe łóżko, stół, jedna ławka, stary ze­
gar, lustro, o lepszem urządzeniu domu dziś nie mogę marzyć, cho­
ciaż to drogo nie kosztuje, nabyć więc i lepszych sprzętów, lecz głów­
niejsze nad czem się myśli i głowę łamę, chlew mi się rozwala, sto­
doła również słaba, potrzebuje reperacyj na gwałt, może postoi
2 — 3 lat i to wątpliwe, co później będzie? dom przestawiłem lecz
drzewo wzięte na kredyt 165 zł., ani grosza nie wpłaciłem cho­
ciaż termin upłynął 15 września. Jeżeli budynków nie poprawie
częściowo czy ja dam radę wszystkie odrazu, nigdy! jak tak dalej
potrwa, to nie tylko że nie poprawie swojej gospodarki ale przed­
wcześnie pojadę do raju, pomimo tego że liche pożywienie, pra­
cuje za dwóch, a może i trzech, a główniejsze rozstrojenie nerwowe,
gdy wezme myśleć jak wybrnąć z tej sytuacji odczuwam zawrót
i ból głowy. Opisałem wydatki obowiązkowe, na które zawsze pa­
trzę i o których myślę, a wydatki nieprzewidziane nagłe naprzykład choroba członka rodziny albo inwentarza co wtedy począć,
jak poradzić, doktór i lekarstwa kredytu niema, jak niema gotówki
krowę albo konia trzeba sprzedać, lecz to tak zaraz nic nie można
i bywa często za późno.
Nieraz pytam się sam siebie kto temu winien? pracuje dosyć
nad siłę i nie mam bytu i potrzeb człowieka, czy to pytanie mi kto
wyjaśni, czy pójdzie ze mną do grobu? czy doczekam się gwiazdy,
która ludowi pracującemu zaświeci?
Opisałem co mogłem, lecz może nie według wymagań Instytutu,
może mały będzie z tego użytek, prosiłbym o zawiadomienie. Na­
pisałem dużo zdaje mi się rzeczy niepotrzebnych, nie mających ża­
dnego związku z wymaganiem, lecz proszę mi wybaczyć za w yra­
żenie, że wprost djabli człowieka biorą, gdy się uprzytomni, jak
jest rolnik oszukiwany i wyzyskiwany.
Dn. 25 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr, 35

Gospodarz dziesięciohektaro
wy w pow. ostrowskim

Urodziłem się w 1890 roku, wychowałem się przy ojcu na gospo­
darstwie dwudziestomorgowem. Skończyłem szkołę gminną. W 1907
roku ojcie kupił dziesięć morgów ziemi i mnie wysłał do Ameryki,
żeby pomóc spłacić kupioną ziemię. Miałem wtenczas 16 lat. Po
wyjeździe moim do Ameryki ojciec umarł w 1908 roku pozosta­
wił trzydzieśtomorgowe gospodarstwo i sześcioro dzieci. Mnie
w pierwszych dwóch latach niebardzo los sprzyjał w Ameryce, zo­
stałem pokaleczony w fabryce, bez dwa lata nic nie zarobiłem, je­
szcze dług miałem. W następnych latach powodziło mi się dobrze,
zarobiłem gotówki 900 dolarów czyli 1800 rubli. Wzięła mnie tęs­
knota do rodziny i w 1913 roku dnia 25 stycznia wyjechałem z Ame­
ryki. Przyjechałem do rodziny w dniu 15 lutego 1913 roku i w dniu
16 maja 1913 roku zostałem wzięty do wojska rosyjskiego, gdyż
losy moje minęły 1912 roku w październiku. Strasznie mi się wy­
dawało przykro. Żałowałem żem przyjechał z Ameryki, z rodziną
byłem zaledwie trzy miesiące. Szukałem sposobu ucieknąć spowrotem do Ameryki, lecz pieniądze, które miałem zarobione w Ameryce,
zabrano mi do kasy wojskowej i tu nie mogłem nic poradzić nie
mając pieniędzy. W 1914 roku w sierpniu zaczęła się wojna z Niem­
cami i Austrją. Odrazu zostałem wysłany na front austryjacki.
Zostałem ranny dnia 9 września 1914 roku w prawą rękę i lewą
nogę koło Stanisławowa. W dniu 3 października 1914 roku przy­
byłem do Moskwy. Dnia 12 grudnia 1914 roku zostałem zwolniony
ze służby. Do 1916 roku gospodarzyłem na ojczyźnie. A że była
macocha, nie mogłem się pogodzić, jak to zazwyczaj matka nierodzona. W dniu 30 stycznia 1915 roku ożeniłem się do sąsiedniej
gminy Poręba, wioski Udrzyna na osiem morgów ziemi. Ojca nie

470

Województwo Białostockie

było tylko m atka z dwojgiem dzieci t. j. córką, z którą ja się oże­
niłem i syn, który miał dziesięć lat. Trzy lata upłynęło, jak im
ojciec umarł. Gospodarstwo było opuszczone, jak mogłem dopro­
wadziłem do porządku. Powodziło mi się nieźle, lepiej niźli bra­
ciom i siostrom moim, co pozostali na ojczyźnie, Gospodarzyłem
sześć lat t. j. do 1922 roku. Założyłem spółdzielnię spożywców,
gdyż Udrzyn to jest wioska niemała, byłem w niej rachmistrzem
i prezesem. Dobrze się rozwijała dopóki ja byłem. Mój szwagier
t. j. brat mojej żony, gdy podrósł i mógł w gospodarstwie robić,
teściowa moja miała życzenie, żebym ustąpił, bo ona chce syna na
gospodarstwie pozostawić na co się chętnie zgodziłem. W 1922
roku otrzymałem parcelę z państwowego m ajątku dziesięć hektarów
na podstawie inwalidztwa na wypłat na 41 lat, po 288 złotych ro­
cznie. Ziemia była zapuszczona bez budynków i obsiewów całe
dziesięć hektarów wyglądało jak smug, trzeba było wiele trudy po­
nieść i kapitału włożyć, żeby można było na otrzymanej parceli
gospodarzyć. Chciałem początkowo rzucić, lecz po zastanowieniu
się wziąłem się do pracy. Szwagier mnie spłacił z tych ośmiu morgów,
teściowa zaczęła prosić, żeby go nie obdzierać, zgodziłem się na
1500 złotych, po swoim ojcu otrzymałem spłaty 3500 złotych do
tego otrzymywałem renty 42 złote miesięcznie. Odrazu wziąłem
się za gospodarstwo, dom wybudowałem w 1928 roku, który mnie
kosztował 6356 zł., oprócz mojego życia, które dawałem robotni­
kom, no i furm anek swoich nie liczę. Obory dla inwentarza koszto­
wali mnie 1500 zł., stodoła 1200 zł., kierat maszyna, wialnia do
czyszczenia zboża i narzędzia rolnicze 1110 zł. Doprowadzenie ziemi
do porządku, jak nawozy sztuczne, nasiona, założenie sadu, pobu­
dowanie kurnika, ogrodzenie podwórza, studnia 1225 zł. Razem
zaprowadzenie gospodarstwa kosztowało mnie 11381 zł. Gospo­
darstwo nastawiłem przeważnie hodowlane. Miałem swojej go­
tówki 5000 zł., 6381 zł. pożyczyłem. 1000 zł. otrzymałem pożyczki
od rządu, 5381 zł. zrobiłem długu prywatnie. Nastawiłem gospo­
darstwo przeważnie hodowlane. Inwentarz karmiłem dobrze paszamy treściwymy. Na nawozy sztuczne i nasiona szlachetne nie ża­
łowałem piniędzy. Odrazu i ziemia się poznała. Zaczęło mi się
na polu dobrze rodzić, wyrobiłem sobie tern u ludzi dobrą opinję*
że dobrze gospodarzę i m ajątek mi rośnie, bo rosło mi jak na
drożdżach. Ja widząc, że mam posłuch u ludzi i dobrą opinję za­
cząłem organizować mleczarnię, bo strona jest mleczna; jedno, a dru­
gie nie mogłem na to patrzeć, że we wsi siedzi pośrednik, który

Pamiętniki chłopów

471

miał mleczarnię i ludzi wyzyskowa!. Odrazu mi się udało, pośrednik
widział, że źle, zaczął mnie namawiać, żebym dał spokój z zało­
żeniem Mleczarni Spółdzielczej, to on mnie będzie dobry tłuszcz
w mleku robił i płacił będzie dobrze za mleko. Jednak ja się na to
nie zgodziłem. Zaczął mnie straszyć, że będzie konkurencję pro­
wadził ze Spółdzielnią i Spółdzielnia musi zbankrutować. Ja na nic
nie zważałem, w 1929 roku Spółdzielnię Mleczarską zorganizowałem.
Została puszczona w ruch dnia 14 kwietnia. Pośrednik zaczął po­
czątkowo grymasić, ale ja miałem wyrobiony dobry posłuch u lu­
dzi! Stałem na czele Spółdzielni, jako prezes i rachmistrz. Pośred­
nik nie mógł nic poradzić, ani jeden gospodarz nie dał mu mleka.
Uciekł w nocy ze wsi, gdyż w dzień mu było wstyd się wyprowa­
dzać, bo członkowie powiedzieli, że jak się będzie wyprowadzał
to go odprowadzą z muzyką. A ja starałem się, żeby jak najprędzej
spłacić maszyny i zbytnio nie obciążać członków, wypłaty za mleko
starałem się kalkulować nie taniej, jak w innych mleczarniach, a
nawet jakąś jedną dziesiątą grosza na jednostce tłuszczu więcej
i tu rosło zadowolenie wśród członków Spółdzielni, również jako
prezes Spółdzielni starałem się, aby dostarczyć jaknajwiększą ilość
mleka od krowy. W 1929 roku od dnia 14 kwietnia do 31 grudnia
dostarczyłem od jednej krowy do Spółdzielni mleka 2478 litrów
za co otrzymałem wypłatę na jedną krowę 491 zł. W 1930 roku
zorganizowałem Spółdzielnię Spożywców, Kółko Rolnicze i straż
ogniową. Wszystko szło jak z płatka wywijał, czy to w pracy spo­
łecznej, czy w moim gospodarstwie swoje zobowiązania, długi, spła­
ty za ziemię, podatki regularnie spłacałem, jak zegarek i jeszcze
mogłem dobrze się przyodziać, rodzinę utrzymać, która się składa
dwie córki, jeden syn i dostatecznie się odżywiać. I tu niespodzia­
nie jak lis zaczął wyłazić kryzys, wprawdzie w pierwszych latach
kryzysu zebrałem plon dobry, jak to się mówi śmietanę. Gospo­
darstwo miałem nastawione na hodowle, trzoda chlewna płaciła do­
brze, a i nabiał nieźle, a żyto i ziemniaki całkiem spadli w cenie.
Wprawdzie pszenica jeszcze jako tako się trzymała płaciła 36 zł.
za sto kg., jednak ja nie sprzedałem ani jednego metra, a przero­
biłem wszystko na mleko, miałem do sprzedania 20 metrów, co w
kalkulacji otrzymałem 70 zł. za jeden m etr pszenicy i właśnie pierw­
szy rok kryzysu mnie najwięcej wyratował z długu. Dalej zaczęło
spadać w cenie i to gwałtownie trzoda chlewna i nabiał, zaczęły się
moje plany psuć, gospodarstwo mniej dawać dochodu, na doda­
tek strzymano mi rentę na ciężkie położenie skarbu, jednak ulgi

472

Województwo Białostockie

w spłacie za ziemię rząd żadnej nie zrobił, a sądziłem, że rząd strzymał mi rentę nie będzie żądał zapłaty za ziemię i tu zaczęło mi się
psuć, nie mogę się wywiązać ze swoich zobowiązań. Ażeby coś ku­
pić z przyodziewku o tern niema co marzyć, wydziera się to co się
dawno kupiło, łata się łata na łacie i znów dziura w łacie i w życiu
trzeba sobie skąpować, bo przysłowie mówi, że jak się wejdzie między
wrony, trzeba krakać jak i oni. Przykro mi ale musowo żeby się
jakoś utrzymać, zaczęłem się w wydatkach ograniczać nie tylko sam
się gorzej odżywiać, ale i inwentarz gorzej żywić, w nawozach
sztucznych się ograniczać. Gospodarstwo zaczęło tern gorzej upa­
dać. Po zastanowieniu się i obliczeniu okazało się, żem palnął błąd
i to taki, że trudno narazie naprawić. Ziemia się obniszczyła prze­
stała obficie rodzić, bo i w obecnych czasach czy to inwentarz ży­
wić lepiej czy nawozy sztuczne, nasiona szlachetne stosować z wy­
liczeniem się opłaci i tak jak wpierw gospodarstwo rosło mi jak
na drożdżach tak teraz zaczyna marnieć. A w mojej wiosce u nie­
których gospodarzy jeszcze gorzej jak u mnie. W pracy społe­
cznej też zaczęło się psuć, jedno kryzysem spowodowane niskie ce­
ny za nabiał i to wpływa na zniechęcenie. A drugie jeszcze gorzej
że Spółdzielnia Rolniczo-Handlowa, która była w powiatowym mieś­
cie, zaczęła się likwidować i członkowie m ają duże straty płacić, no
i sąsiednie mleczarnie zaczęły się załamywać, gdyż stali u steru za­
rządu ludzie nieodpowiedni i tu nastąpiła panika. Tempo wstrzy­
mało rozwój naszej spółdzielni. W lipcu r. b. zostały zarządzone
wybory przez pana starostę na wójta gminy, zwrócili się do mnie
członkowie spółdzielni z propozycją, abym przyjął stanowisko wójta,
to oni rozpoczną agitację. Po pewnym namyśle zgodziłem się, a na­
wet nabrałem chęci nie to, aby otrzymać mandat wójta, a to uwa­
żałem, że mi roztworzy się droga do dalszej pracy nietylkp samo­
rządowej ale i społecznej, bo jako wójt ma stale styczność z ludźmi
z całej gminy i wpływ na ludzi może dużo zrobić, a drugie ja wi­
dząc od paru lat, jak idzie marnie i niedołężnie gospodarka w gmi­
nie, gdyż stoją na czele gminy ludzie nieodpowiedni. Jednak nie
przeszedłem. Rząd opracował nową ustawę samorządową z tą my­
ślą, że życie samorządowe ułoży się lepiej i nakłada na samorząd
gminny bardzo ważne obowiązki. Ale najlepszy okręt zbudowany
z dobrym kapitanem, jeżeli majtek zaśnie na maszcie, który strzeże
okrętu, może być katastrofa. Jesteśmy w przededniu wyborów do
ciał samorządu gminy i daj to Boże widzieć ludzi u steru takich,
którzyby odpowiadali swojemu zadaniu, muszą to być ludzie pracy,

Pamiętniki chłopów

473

uspołecznieni, którzy coś zrobili nie krzykacze i spryciarze, którzy
się tylko tam pchają, gdzie płacą,-gdzie trzeba honorowo popraco­
wać lub coś pomóc tam ich niema. Bo dzisiaj w jednej wiosce tru ­
dno myśleć przy dzisiejszej nędzy co zrobić, jednak uważam i widzę,
że można bądź co bądź, a nawet trzeba zacząć od samorządu żeby
jakoś z tej biedy wyłazić, nie potrzeba od nikogoj żądać większych
kapitałów, ale z groszowych oszczędności i rozumną gospodarką
gminną można dużo zrobić. Nie wierzę w to gadanie, że dziś kryzys, to
nie można już nic zrobić. Bo gdy w mojej wiosce założono mle­
czarnię w 1929 roku w przededniu kryzysu i przy tak nędznej prze­
róbce przeciętnie po 350 litrów mleka dziennie i my potrafiliśmy
w przeciągu czterech lat w tern trzech kryzysowych wypłacić ma­
szyny mleczarskie 6000 zł. i dom pobudowaliśmy kosztował 5000 zł.
i długu niema. 11000 zł. zrobiliśmy m ajątku przez cztery lata,
a i wypłaty za mleko nie były mniejsze, jak gdzieindziej czem niewiększe i chociaż powoli jednak mam nadzieję, że Spółdzielnia się
rozwinie, bo już dalsze ludzie nabierają zaufania do nas, że gdzie
nastąpił krach, a my się trzymamy. A cóż mówić o samorządzie
gminy li tylko, aby człowiek stał na czele samorządu gminy, któ­
ryby umiał i wiedział, kiedy i jak przemówić do ludzi i dodać otuchy
i ducha ludziom w lepsze jutro, a zamierzony cel napewno się osią­
gnie. Państwo nie może wszystkiego zrobić, załatwia sprawy waż­
niejsze i robi co może, zresztą chociażby chciało to jedno drogoby
kosztowało, a drugie, nie wie potrzebo w miejscowych obywateli,
musi to zrobić samorząd i zrobi o ile postawi na czele człowieka
uspołecznionego i pracy sumiennej. Bo nieprędko się nasza bieda
poprawi o ile nie wyrwiemy się z rąk pośredników, przy tak niskich
cenach, pośrednik zabierze lwią częśc dochodów gospodarza. Ze
szkodą gospodarza, a nawet i Państwa, bo nie może podatków opła­
cić, jakie państwo nakłada. Mówi się dzisiaj, że to spowodowało
kryzys, że jest wszystkiego zadużo, a ja widzę, że nie jest za dużo,
bo ludzie głodują, od gęby odejmują i sprzedają, aby jaką złotówkę
zdobyć. Żałuje się dzieciom kropli mleka, widziałem na swoje oczy,
jak nauczyciele przyszli do kościoła z dziećmi na zakończenie szkol­
nego roku i podczas nabożeństwa mglały, nauczyciele wynosili na
dwór, bo słabo są odżywiane, dziś na wsi połowa dzieci to jest chorych
na gruźlicę, bo nieobute jak się należy, nieobleczone, nienajedzone,
przemarznie, więc człowiek który patrzy w przyszłość serce się kraje,
bo jak tak będzie to jaki z nas wyrośnie naród sparczały chorowity.
Wiele dzisiaj na wsi siedzi ludzi bezrolnych, którzy wprost prowadzą

474

Województwo Białostockie

głodowy żywot, ich pożywieniem jest kartofel z czystą wodą, drugi
raz i bez soli, a i gospodarz, który się opuścił wygląda nielepiej. Ja
w swoim gospodarstwie staram się wszystko mieć, bo dzisiaj nie
można gospodarzyć jednostronnie, trzeba mieć mleko, wieprzka,
owce, gęsi, indyki, kury, kaczki no i króliki to jeszcze można jakoś
biedę łatać, bo zawsze jest możność to sprzedać co lepiej płaci.
Dn. 6 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr. 36

Córka gospodarza na świeżo
skomasowanem gospodarstwie
w pow. postawskim

Mieszkanka wioski, córka gospodarza kresowego chcę podzielić
się z czytelnikami „Pamiętnika Chłopa” tern, co za czas ostatnich lat
przeżywałam sama, moi najbliżsi i sąsiedzi.
Pamiętny rok 1926 pozostawił w mojej pamięci niezatarte
wspomnienie, w tym roku wieś nasza niegdyś duża została skoma­
sowana. W trudnych w arunkach materjalnych ruiny powojennej,
która niszczycielsko odbiła się na gospodarce naszej, marnym uro­
dzaju, bez grosza przy duszy, gdyż zebrany pieniądz ruski stał się
bez wartości, przystąpiliśmy do mrówczej wytężonej pracy, na naszej
kolonji z myślą, że ta komasacja i wytężona praca przyniesie nam lep­
sze, jaśniejsze jutro.
Ale czytelnik przekona się, czytając dalej, jak się ziściły nasze
myśli i co za skutek przyniosła nam nasza praca.
Wszyscy bez wyjątku, całe rodzeństwo rzuciliśmy się do pracy
na kolonji, która polegała na niszczeniu miedz dawnej szachownicy,
kopiąc rowy, gdyż ziemia nasza jest podmokła, sadząc drzewka,
oprócz tego pracując ciężko na roli, nad zdobyciem kawałka czar­
nego chleba. Z przeniesieniem budynków szło bardzo powoli, z po­
czątku przenieśliśmy zaledwie spichrz, który tymczasowo służył nam
za mieszkanie, innych zaś budynków nie mogliśmy przenieść z bra­
ku gotówki.
Siła robocza naszej rodziny, składała się z rodziców, brata ma­
łego chłopczyka i nas trzech sióstr, zdolnych do pełnienia wszelkich
prac gospodarczych, na barki których zwalono było bardzo dużo.
Prócz robót nadających się więcej dla kobiet, obcymi nie byli dla
nas pług i kosa.

476

Województwo Wileńskie

Przyznać się trzeba, ciężko pracowaliśmy nad zdobyciem czar­
nego chleba, którego niestety często brakowało, gdyż ziemia - ro­
dzicielka, dawała bardzo marne plony, zależało to od gleby i od
klęsk żywiołowych, zarówno i od tego że ta ziemia nie otrzymywała
tego, czego potrzebuje do wydawania dobrych plonów.
Następnej wiosny roku 1927, zabraliśmy się do przeniesienia do­
mu mieszkalnego, bo już dłużej mieszkać nie mogliśmy w cudzem
mieszkaniu, bo sąsiad chciał je przenieść na własną działkę, a przytem wymagała tego nieodwołalna potrzeba w ułatwieniu pracy, że ten
dom musiał być tam, gdzie działka.
Rok 1927 nie był też rokiem urodzaju, to też troska o ten chleb
powszedni była zawsze nieustanną, tern trudniejszą była jeszcze z te­
go względu przenoszenia się.
I nic dziwnego, że ta ziemia nasza nie chciała rodzić, inwentarz
żywy został całkowicie wyzbyty, pozostała nam zaledwie jedna kro* wa i jeden koń na 10 hektarów ziemi. Nawozów sztucznych nie stoso­
wano, z braku pieniędzy na kupno takowych a przytem panowało ta­
kie odrętwienie umysłu, że ten pomysł nikomu do głowy nie przycho­
dził, komasacja pochłaniała wszystko. Na jesieni roku 1927 mieliśmy
już dom, skromny, ubogi, noszący tylko nazwę mieszkania, ale jakże
dalekim był od właściwej nazwy domu mieszkalnego. Niebyło w nim
jasnych okien, zastąpić je musiała jakaś maleńka szybka, brakło
przytem podłogi, tylko piec duży był całkowitą wygodą jego miesz­
kańców. Aby zdobyć sobie powyższą wygodę, musieliśmy na to poży­
czyć pieniędzy, płacąc za skromne sumki wygórowane procenty.
Reszta budynków, jak stodoła i obora, pozostały na miejscu, to też
spacer po błocie w jesieni i zaspach śnieżnych w zimie, nie sprawiał
zbytniej przyjemności z młócką i obrządzaniem bydła.
Pomimo wysiłków, nie mogliśmy o własnych siłach, sprowadzić
reszty budynków na kolonję. Niepomogło tu ani poszczenie, gdyż
mięsa, jaj, masła nie jadaliśmy, wszystko szło na zbyt, ani oszczęd­
ność skromnego ubioru, gdyż często zamiast butów musieliśmy uciec
się do łapci, ostatecznie w dalszym ciągu szukaliśmy pomocy w po­
życzce Państwowego Banku Rolniczego, który w tym czasie udzielał
finansowej pomocy na cele komasacji.
Jakaż wartość była podówczas pożyczonego pieniądza? Oto zni­
komą wartością, gdyż 10 zł. kosztował pud żyta. A pożyczał ojciec
tych pieniędzy, dlatego, że były potrzebne, liczył na to, że pożyczone
pieniądze odda przy lepszym urodzaju. Ale te mniemania, jak się

Pamiętniki chłopów

477

przekonamy, wszystkich bez wyjątku, jak ojca tak i sąsiadów, nabra­
ły innego znaczenia.
Nastał rok 1928, rok klęski i nieurodzaju na całej Wileńszczyź­
nie, do owej głodówki należała cała wieś nasza, nasze gospodarstwo.
Chociaż w tym czasie udzielano pożyczek, odżywialiśmy się m ar­
nie, czarny chleb i łyżka postnej strawy składało się na menu wszyst­
kich, o lepszem kulturalniej szem życiu nie było mowy.
W tych trudnych warunkach materjalnych, w chwilach niesamowystarczalności gospodarczej, instruktorowie rolni, szerzyli pro­
pagandę nowej metody pracy rolniczej, wskazując drogę wyjścia
z trudnej sytuacji. Różne organizacje starały się swych członków za­
chęcać do różnych inowacji do wcielania których potrzebne były pie­
niądze. Powstawały wówczas Kasy Spółdzielcze, różne Banki udzie­
lające kredytów, a gospodarze naszej wioski nie wymijając ojca me­
go brali te pieniądze i brali.
Pożyczone pieniądze wydawali na kupno chleba, opłacali podat­
ki zaległe, spłacali część poprzednich długów, procenty pozostałych,
reszta używali bez udziału osobistej krytyki na cele gospodarcze, jak
kupno nasion zbożowych nie nadających się na nasze ziemie, które
ginęły doszczętnie, przynosząc straty i pogrążały w przepaść nieprze­
bytych długów. Ten ciężar pożyczki odczuwała w najszerszem tego
słowa znaczeniu, autorka niniejszego opowiadania. Czuła go na wła­
snej skórze, gdyż pracując ciężko, nie miała tego, co się należy czło­
wiekowi za pracę — żadnej nagrody. Marne odżywianie, nędzne
ubranie, gnębiły nietylko ciało, ale i duszę. Poczucie niedostatku i nę­
dzy, młodość spędzona w troskach i kłopotach, przyszłość niepewna,
napełniały duszę smutkiem i beznadziejnością.
W tym czasie należałam do organizacji młodzieżowych, gdzie
pracując miałam możność zetknięcia się z ludźmi inaczej patrzący­
mi na świat, którzy nasunęli mi myśl wyjazdu do Szkoły Rolniczej.
Zawdzięczając protekcji personelu Szkoły Rolniczej w Łuczaju, bli­
skiej sąsiadki naszych kolonji, bo odległej o parę kilometrów, pomo­
cy Sejmiku naszego powiatu do wspomnianej szkoły wyjechałam.
Jechałam do szkoły z nadzieją, z myślą, że może zdobycie wiedzy
przyczyni się do wyjścia z trudnego położenia.
Z zapałem oddałam się pracy w szkole, całą duszą wedle swoich
zdolności i sił brałam z tej skarbnicy ile można było, gdyż wiedza
była dla mnie skarbem i marzeniem od lat dziecinnych, której nie­
stety czerpać nie mogłam z powodów ekonomicznych. Wiedzę zdo­
bywałam, szło mi pod tym względem dobrze, ale stan m aterjalny

V

478

Województwo Wileńskie

w stosunku do koleżanek był ubogi, to też samopoczucie moje pod
tym względem było przykre i smutne. Kierownictwo szkoły popiera­
ło mnie bardzo w ukończeniu kursu. Zaznaczam, że ukończenie szko­
ły zawdzięczam tylko Samorządowi, Szkole Rolniczej w Łuczaju,
szkole w Antowilu i społeczeństwu.
Jak widać z powyższego, nie było środków własnych na żadną
skromną chociażby naukę, ofiarność społeczeństwa, ze źródła któ­
rego płynęły na ten cel fundusze, pozwoliły mi troszkę szerzej przej­
rzeć na świat. Przykro mi było, czuć się ciężarem społeczeństwa,
ofiarę tę musiałam przyjąć, gdyż inaczej być nie mogło.
Z trudem m aterjalnym udało mi się skończyć szkołę z wyni­
kiem nienajgorszym ale jakież trudności spotkały mnie po przyby­
ciu do domu w zastosowaniu nabytej wiedzy i jąki stan był tego go­
spodarstwa, na którem musiałam rozpocząć swoją działalność gospo­
darczą. Po przybyciu do domu, zastałam gospodarstwo ojca mego
w opłakanym stanie,.nic się na lepsze nie zmieniło, przybyło więcej
długów na przenoszenie pozostałych budynków, nieurodzaj doszczęt­
ny, gdyż zboże posiane i kupione za wysokie ceny nie powschodziło,
inwentarz prawie do reszty wysprzedany. Ze swoją nabytą biedzą
maleńką coprawda, przyglądałam się tylko tej strasznej ruinie i roz­
paczałam.
Nie było żadnego źródła czerpania chociażby skromnych fun­
duszów na wprowadzenie chociażby najłatwiejszych, najpotrzebniej­
szych zmian w gospodarstwie, na zaprenumerowanie skromnego pi­
sma rolniczego, któreby mogło służyć za wskaźnik w początkowej
pracy, utrwalać i utrzymywać w pamięci to czego szkoła nauczyła.
Rodzice do moich projektów odnosili się obojętnie i niedbale,
wszystko to brało swój początek w niedostatku. Sąsiedzi uśmiechali
się ironicznie, uważając tylko to za mądre i dobre co przychodzi
bez zbytniego trudu.
Ta przewaga zapatrywań i popierania mnie w moich sprawach,
całego mego otoczenia, niemile odbijała się też na moim samopo­
czuciu. Przekonanie jakim naładowano mnie w szkole, trudności
wszelkiego rodzaju walczyły ze sobą strasznie.
Trudności nie zmieniły mego przekonania, pokładałam nadzie­
ję na zbieg okoliczności, które przyczynią się do jakiejkolwiek zmia­
ny. Nie zawiodłam się. Zorganizowane w roku 1929 Konkursy rol­
nicze, na terenie naszego powiatu, w którym też brałam udział, stały
się polem pracy i przekonały dobremi rezultatami zatwardziałych,
dowiodły czynem znaczenie dobrych rad i wskazówek rolniczych.

Pamiętniki chłopów

479

Nasiona kapusty konkursowej zakupiła organizacja, która asygnowała pewną kwotę na ten cel, rzeczywiście ten zbieg okoliczności na
który oczekiwałam, przyczynił się dodatnio na bieg spraw moich
związanych z gospodarstwem na przyszłość. Plon z poletka dawał mi
możność nabycia nasion ogrodniczych na rok następny, prenumeratę
jakiejś gazetki, kupno pożytecznej książki. Przekonanie bliższego
otoczenia i sąsiadów zmieniło się jeśli nie z przekonania to może z za­
zdrości, z przyjemnością przykładają rękę do nowej pracy. Nastał,
jakby powiedzieć zupełny przewrót u ludzi, nabrali przekonania, że
tak dłużej żyć nie można, że trzeba inaczej zabrać się do pracy.
Parę lat urodzaju sprzyjały i zdawaćby się mogło, że już nade-,
szła chwila lepszego bytu. Pożyczkę, którą należało spłacać, Bank
sprolongował, podatku gruntowego nie płacili z powodu komasacji—
chwileczkę odetchnęli. Rzucili się ludzie do pracy, wprowadzili zmia­
ny w gospodarstwie, sprowadzając dobre nasiona ogrodnicze i rol­
nicze, stosując nawozy sztuczne, zmieniając rasy bydła, hodując świ­
nie. Gospodarze stali nietylko samowystarczalni, ale i produkcyjni.
W czasie, kiedy wydajność gospodarcza podniosła się wyżej w posta­
ci plonów, racjonalnej hodowli, ceny zboża i bydła spadły do mi­
nimum i dochód pieniężny nietylko nie zwiększył się, ale zmalał.
I gdyby nie pożyczki zaciągnięte w poprzednie lata, które bar­
dzo są ogromne w porównaniu z korzyścią, jaką osiągnięto w czasie
pożyczania, jeszczebyśmy przetrwali ciężkie czasy.
Ten brak nadziei lepszego życia przyćmiła zaciągnięta pożycz­
ka. Pomimo najlepszych chęci kroczenia naprzód w szukaniu nowych
zdobyczy materjalnych tamę i kres chęciom położyła. Ona nietylko
stała się przeszkodą w dążeniach, lecz zniszczyła i niszczy organizm
gospodarczy od fundamentów. Inwentarz żywy, zebrane plony po­
chłaniają tylko procenty, a dług długiem pozostaje. Gospodarstwo
z braku potrzebnej ilości inwentarza żywego, osiąga niskie plony.
Rok dzisiejszy 1933, jeden z najstraszniejszych z powodu klęski
i nieurodzaju, spowodowanego ciągłemi deszczami, od wiosny aż do
jesieni, pozbawił kawałka chleba, za ciężki i mozolny trud. Niema
nadziei na przyszłość, gdyż pola ozime zostały częściowo tylko za­
siane. Doszło wreszcie, że podatki nie są opłacane, procenty pożyczek
też. Wszystko pod wpływem niedostatku, kryzysu, zmieniło się i zwy­
czaje i obyczaje. Niema już tych wesel hucznych, jak niegdyś, trudno
teraz zdobyć się na skromny ślub. Pogrzebów ani chrzcin nikt te­
raz w naszej wiosce nie urządza. Jakież trudności spotykają rodzi­
ców z wysyłaniem dziecka do szkoły, brak grosza na przyzwoite

480

Województwo Wileńskie

ubranko, książki i zeszyty. W zgrzebnych łachmanach źle odżywia­
ne dzieci idą, jak cień zmizerowane do szkoły. Zacóż im sprawić
ubranko i dobrze nakarmić, kiedy matka siedzi na kiermaszu z 10
jajami, funtem masła, czekając cierpliwie lna litościwego kupca —
żyda, który ten jej towar za bezcen zabierze. W róci wieczorem zmarz­
nięta do swojej nędznej chałupy z nikłym zyskiem, przeznacza­
nym na opłacenie procentów, lecz nie dla dziecka i jego potrzeb prze­
znaczonych. Chałupa, bo chałupa, czyż można ją nazwać domem dla
ludzi przeznaczonym, kiedy w nim brak podłogi, dużych jasnych
od słońca okien. Taki stan rzeczy całego życia naszego, z którego
przedewszystkiem czerpię temat niniejszego opisu oraz sąsiadów,
ujemnie odbija się na duszy.
Niema wesołości, tylko smutek, melancholja ogarnia człowieka.
Niepewność jutra, obawa przed komornikami i licytacją, wyzbycia
się kawałka ziemi, bo już wszystko na niej zawisa, napełnia wielką
troską i rozpaczą o jakąkolwiek egzystencję.
Teraz nikt nie chce pożyczać, tylko żąda zwrotu, a przytem każ­
dy woli umrzeć niż pożyczkę zaciągać.
Sądzę, że czytelnik niniejszego opisu, nie posądzi mnie o fan­
tazję gdyż wszystko ujęte tutaj, pisałam ze źródeł pewnych, wziętych
z własnego życia, przedewszystkiem zaś z życia ojca całej rodziny
i sąsiadów. Znosząc wszelkie trudności w życiu razem z ojcem, od
chwili skomasowania naszej wioski, znałam wszelkie tajemnice, nie­
dostatki i kłopoty i dlatego dzielę się z czytelnikami „Pamiętnika
Chłopa”.
Prawdziwość mego opisu każdy może stwierdzić, kto zna do­
kładnie obecne położenie rolnika. I nic więcej nie skłoniło mnie do
pisania, jak tylko szczerość, otwartość i prawda dla których tę swo­
ją historję, prostej wiejskiej dziewicy, córki drobnego rolnika po­
święcam.
Dn. 19 października 1933 r.

Pamiętnik Nr. 37

Gospodarz małorolny, dorabia­
jący różnemi rzemiosłami, prze­
ważnie wyrobem harmonji, w
pow. święciańskim

Upraszam Szanowne Państwo. Będzie opisane moje życie. Dzi­
siaj zaczynam pisać, jak długo będę pisać to nie wiem.
Żył muzykant, jako kawaler. Miał 40 lat, grał na skrzypcach,
był najlepszy muzykant wieskowy, na imię Michał W... we wsi Sakuny, gminy Hoduciskoj, powiat Swięciany. Żył jako sierota, zostałsia od m atki osiem miesięcy a od ojca czterech lat. Przeżył do
czetyrdziestu lat przy wujaszku, a potem ożeniłsia 1874 roku i po­
brał za żona na imię Michalina Tarasiewicz ze wsi Norkowiczy,
gminy Koma ja, powiat Święciany. Dwa lata pożyli razem z wujaszkom, a potem rozdzielilisia, wujaszek dał dla niego połowa ziemi,
a zabudowania wcale nie dał, a ziemi było 20 dziesięcin. Dziesięć
wujaszku zostało a na tych dziesięciu dziesięcinach rozpoczął żyć.
Najpierw zaczął budować dom mieszkalny, a potem chlew i obora
i stodoła i spichlerz i łaźnia. Póki wykonał to wszystko to położył
trudu i nędzy, hora i biedy za to, że przeszedł żyć od wujaszka na
czysta ziemia bez żadnego zabudowania. Na drugi rok po ożenieniu
Pan Bóg dał córeczka na imię Urszula, a potem przez dwa lata synka
Ignacego, jeszcze po dwóch latach córeczka Malwina, jeszcze po
dwóch latach synka Alfonsa, następnie córka Teofila, następnie Ale­
ksandra i córeczka Marysia, później synek Janek, a potem synek
Felek, a dziesiąty W alerjan ostatni, co dzisiaj będzie opisywał swoje
życie. Teraz Szanowni Państwo ja jestem biednego wieśniaka syn
z dziesięciu dzieci ostatni i chcem opisać swoja życia tylko że je­
stem słabo piśmienny, nie wiem czy będzie dobra moja pisanie, ale
co zrobić, zapróbuje. Mam nadzieje, że będzie dużo błędów w moim
pisaniu to Szanowni Państwo poproszę nie odrzucić mojego pisania,
bo ja starałemsia jak najlepiej, trudno, że ja nie mogem to Sza31 Pamiętniki chłopów

482

Województwo Wileńskie

nowni Państwo poproszę kiedy będzie przyjęto i pójdzi to opowia­
danie na pamiątka to poproszą powiedomić, żebym ja wiedział, to
moja dusza będzie na miejscu, bo ja na tym duża czasu stracił, ja
prawie dwa miesięcy pisał to wszystko to jestem ciekawy czy moja
praca wydzie na pamiątka. Ja zdaje mi sie dużo w swoim życiu gło­
wy nakręciłem, to ten numer pierwszy jest po mojem napisaniu ca­
łego życia, aż do dzisiejszego dnia 25. 11. 1933 r. skończył pisanie.
W alerjan W... urodziłem się 1898 roku dnia 9 lipca, ja byłem
najmłodszy od wszystkich, było nas sześciu braci i cztery siostry.
Jedna siostra Teofila czternastoletnia zmarła i jedyn brat dwuletni
Janek zmarł. Nasza rodzina składałasia, ojciec i m atka i pięciu sy­
nów i trzy córki, ja do trzech lat nie pamiętam swego życia, od
trzech lat przypominam swoja życie, byłem najmłodszy, spałem
długo w lulce. Jednego dnia pośzłem do sadu, jako dziecko nazbie­
rałem jabków i przyniosłem, położyłem do lulki pod głowa, a potym
wieczór położyli mnie spać do lulki, bo ja jeszcze nie chciał nigdzie
spać. Ja wieczorem nie zasnęłem zachciałem pożartować leżąc i oderwalisia wierówki od lulki z jednego końca od głowy i poleciałem
stoć głowoj na ziemie i jabłka rozsypałem po całym mieszkaniu
r głowa stłuk, zaczęłem płakać, wszyscy dawaj ze mnie śmiaćsia,
powiadają, że styd płakać. Idź spać na poł za piec, bo tam był z desek
zrobiony poł i słoma posłana, tam spał jedyn brat i siostra, ja cho­
ciaż mnie nie chciałosia iść, ale zaczęli mnie straszyć, musiałem iść.
Zacząłem z tej pory spać na deskach i na słomie, bo poduszek nie
było dużo. Jaka była to trzeba było dla dorosłych, bo już siostry
stanowilisia za panienok. Więc zaczełem rosnąć i przypominać, że
jesteśmy biedny, że jest chata bez komina, dym idzie na mieszka­
nie, chleb bardzo czarny namieszany z plewami i tego nie jest dosić
zawsze. Jak już podrosłem siadam jeść, mamusia mówi na wszyst­
kich dzietki chleba potroszeczku, bo niema skąd brać, to dobrze so­
bie przypominam. Ubranie bardzo marna, do 12 lat chodziłejn bez
majteczek tylko jedna domowaj roboty z pakuły koszula długa
i gruba bardzo, nie mieli z czego kupić. Rodzina była wielka, na
ziemi niebardzo rosło, ziemia nie była dopatrzona, pracować nie było
komu, a jeść za stołem tylko dawaj. Ojciec posiadał jednego konia,
jedna krowa, jakich dwie owieczki, jakich para świniaczków. Tak
żyli w niedostatku. A podrosła starsza siostra, poszła zamąż, m u­
siał ojciec dać w posagu 75 rubli i krowa i owieczka i świnią, krowa
oddali ostatnią, a cieliszka została. My zostali bez mleka, a 75 rubli
ojciec pożyczył od znajomego ze wsi Greja Klemens Kiryluk i umó-

Pamiętniki chłopów

483

wilisia procentu rocznie osiem rubli. Z tej pory jak pddali siostrze
zamąż starsza, jeszcze zawitała nędza gorsza do naszego domu. Prze­
żyli dwa lata, zaczyna prosićsia starszy brat ojca, żeby mu pozwolił
żenićsia. Zakochałsia w panience biednej, posagu wcale niema, musi
ojciec za swoje piniędzy wesele robić, jeszcze bieda jedna, ojciec nie
dałby synu żenićsia, to syn płaczyć i ojca prosi, że już jemu nie
można porzucić przy nadziei, ojciec dobrze, niedobrze, wiedomo więcaj rodzice troszczesia o dzieciach jak dzieci o rodzicach i ożeniłsia
starszy brat. Ja miałem dziesięć lat, już dobrze pamiętam, a drugi
brat Alfons szed do wojska rosiejskiego na czynna służba nazna­
czony był do Sibiru horod Tomsk.
My wszystkie żyli w jednoj chacie, chata była bez komina, kur­
na, dym szedł na mieszkanie, bo ojciec zawsze mówił, że niema za
co kupić cegieł na komin, powiada że mnie nie o komin chodzi, ale
jak przeżyć takoj rodzinie, bo chleba niema, na polu dobrze nie ro­
śnie, cała bieda, krowa jedna, koń jeden i ten wiesnowoj poroj nie
chce ciągnąc woza i sochy, ojciec powiada, a wy jeszcze chcecie ode
mnie, żebym ja wam komin zrobił. Ja żyłem przy wujaszku do styrdzieści lat w kurnej chacie i teraz przeżyją, zobaczę jak wy będzie­
cie gospodarzami może i takiej chaty nie będziecie mieli, a bracie
mówią, dobrze tatu żyć na dziesięciu dziesięcinach, a nasz będzie pię­
ciu, co my będziemy robili, ojciec powiada, ajej, tylko pracujcie to
będziecie żyli i teraz tak stało. Przypominam taka kłótnia ojca i dzie­
ci, pracowałby, niema czego, zarabiałby, niema gdzie i nicht nie
płaci, kupiłby, niema za co, kiedy widzisz, że człowiek pali papierosa
to poprosisz zapalić, to powiada teraz nowa moda jest, kupi i kury,
to zakręciszsia i pójdziesz jakby już zaciągnuł jednego dyma. Przy­
pomnisz ojca rozmowę, że ojciec mówił, że pracuj, będziesz miał
a dzisiej i pracy niema. Poszedby gdzie szukać, niema gdzie, wszę­
dzie nas takich kolegów jest dosić. Teraz w wiosce życie poszło, że
nigdy takiego nie było dawniej, ila lat nazad tylko ten marnie żył,
kto nie chciał pracować, a dzisiej najpracowitszy człowiek żyje nie
daj Boże. Gdy miałem dziesięć lat i brat ożeniłsia i zaczęłem już muiej
więcej rozumieć, przypominam sobie, jak to było. Bratowa zawsze
kłóciłasie z mamoj byle zaco, wiedomo, jak biedna, ale żebym za­
możnie żyli to nie trzeba byłoby i grandy, a tak jak niedostatki w ży­
ciu to i za byle co łajajosia. A najwięcej na jesieni bo wszystkie przy
mieszkalnoj robocie, ojciec i bracie i siostry idą do młócenia, a ma­
musia i bratowa zas taj osia w mieszkaniu jeść gotować i gniewaj osia, a ja najmłodszy w domu to dla mnie więcej przyczyny, jedna

484

Województwo Wileńskie

złość spędza i druga. Między sobą pogniewaj osia, a ja jako mały
muszę poprosić czego to dla mnie kułakiem w kark wali i powiada,
na piec, to zaraz wpakujsia na piec w gorzki dym i siedzisz póki ich
złość odejdzi, zaraz złazisz niżej. Przy piecu jest taka deska przy­
prawiona, że dym nie dostaje, to położyszsia i leżesz i patrzesz, jak
bliny piecze, jak mamusia piecze poprosisz, mama daj mnie blinek,
to powiada, razem wszystkie będziem jeść, kiedy niegniewna to da
blinek, a kiedy gniewna powiada, ja tobie jak dam, aż ciebie cho­
lera weźmie, leżesz cichutko, ale chce sie jeszcze poprosić, myślisz
a może i da, mama daj blinek mamo, jeszcze więcej zagniewasie, jak
da pałojnikom z rozczynoj w łeb i powiada, ja was wszystkich na­
karmię, cholery wy, skąd ja wam wezme. Prawda, ja teraz pomy­
śle, że rodzina wielka, niedostatki i nędza, ja teraz widzę we wiosce
dużo u kogo jest jeszcze gorzej, jak u nas było dawniej, bo my jesz­
cze ojca i m atka uważali, kiedy ojciec krzyczy to milczysz, a teraz
widzę sąsiadów dzieci, kiedy w rodzinie nędza, to bierzesie za łeb
z ojcem i ojca i matkę pobije i potłucze i powiada janiczemniedarażu,
wolu mnie w pace siedzić, niczem żyć w domu, co ja widzę na świe­
ćcie, jedzenie kartofle, posna pochlopka i tej nie do syta, a ubranie
wcale podarte, kupi kawaler za dwa złoty spodnie to nosi dwa lata,
a na święto już niema mowy, to zaraz w niedziela idzie na jako za­
bawę i starasia, żeby prędzej jaka bójka zrobić i prędzej pójść do
paki, bo powiada, mnie tam lepiej daj o jeść, porcyja daj o i mieszka­
nie lepsze, a w domu dla mnie gorsza paka, jak w kryminale, pracy
dósić a w głodzie i chłodzie. Ja widzę, że ci chłopcy mogliby być
najlepsze i najuczciwsze, żeby nie bieda ta w rodzinie, teraz tak po­
wiedziałem o matce i opowiem o bratowej. U nas taki zwyczaj we
wiosce jest szykować śniadanie i obiad i kolący ja, na śniadanie her­
baty niema, bo niema za co kupić cukru i herbata, to robisia śnia­
danie z blinów, jak jest tłuszcz to rozpuścisia i moczy bliny, a to
więcej że nie bywa, to jesie suche i ciepłe z patelni, jak zastygno
to nie można przełyknąć, bo najwięcej grochowej mąki, bo obcho­
dzi sie taniej i przyznaj o sytniej. To jak ja powiedziałem, mama
biła wszystkiem w łeb, a bratowa, jak piecze bliny, to zawsze na
początku spiecze dobrze, a pod ostatki zrobi gruby i surowy, żeby
mniej zjedli, bo na każda osoba trzeba jakich dziesięć blinów. Za
to dużo jemy, że posna to trzeba potrójnie zjeść, a na obiad gotujesia razem na poranku, w wielkim piecu stoi do obiedu i to samo na
kolacyje. Jedzenie takie bywa, kapusta, botwina, najwięcej bielona

Pamiętniki chłopów

485

jakim posnym mlekiem, bo śmietana trzeba zrobić masło i przedać
na nafta, na sól i na rozmaite rzeczy domowe.
To tak żyłosia w naszoj rodzinie, a teraz jeszcze gorzej żyj o
ludziska, a co do rodzinnego porządku i zgodność to teraz opisze od
ośmiu lat. Pamiętam, jak było, ojciec z mamoj żyli w zgodzie, nie
kłócilisia, tylko ich gnębiła nędza i niedostatki, że rodzina wielka,
z ziemi przeżyć nie możno było, dwoje dzieci służyli zawsze w lu­
dziach, a czterech chodzili na robota, bo była w pobliżu, jedyn żyd
trzymał fabryka, na tej fabryce robili z słomy na butelki kapszuki
i odsyłali do Anglji i do Francji, te kapszuki nadziewali na szam­
pańskie na rozmaite wino, ta fabryka zatrudniała 40 osób, 10 dziew­
cząt i 10 panienok i 10 chłopaków po lat 13 i 10 dorosłych i 3 męż­
czyzn i kobiet 7, zarabiali po 15 kop. dziennie chłopaki, po 10 kop.
dziewczęta, po 35 kop. panienki i kobiety, a mężczyźni 50 kop. To
z naszej rodziny chodziło dwóch chłopców, na imię Alfons i Alek­
sander i dwie dziewczynki Maryla i Malwina, to one już ojca pod­
trzymywali nie stała taka nędza w domu naszym i ta fabryka stała
do wojny światowej jeszcze. Ja chodził trzy lata, jak już miałem
15 lat, więc chociaż już ojciec postarzeł, ale dzieci podrosły i za­
częli staraćsia to nasza rodzina znalazłasia w lepszym stanie, lżejsza
życie poszło bo ja ostatni miałem 15 lat, darmozjadów nie było, każ­
dy poszedł w ruch dla siebie zarobić. Wtenczas lepiej można było
zarobić, jak dzisiej. Po 15 kop. toł można coś kupić chłopakowi,
a dzisiej i roboty jiiema. Ojca mego przemysł oprócz rolnictwa dom
pobudować mógł, jeszcze inne zabudowania wieskowe, woza ku­
pować nie trzeba było, koła też sam robił dla siebie, sani też potrafił
i zrobić chomont i szlej i cało uprzęż mógł zrobić, jeszcze szeweka
robotę znał, sobie buty robił i do tego był muzykant, na skrzypcach
grał po dawniejszemu lawonicha i skrzypce mógł sam zrobić nie­
najgorsze, więcej jaka robota domowa trafiałasia też robił i kieli­
szek po dawniejszemu mógł wypić. Strasznie lubił drzewo rozmaite
owocowe, przyszedł od wujaszka na czysty grunt posadził 30 pni
jabków i naokoło ogrodu osadził rozmaitym drzewom, które już dzi­
siej stój o wielkie, do roboty był nieleniw, lubił pracować, lubił zawsze
narzędzie mieć swoje, co potrzebne do ludziej pożyczać nie chodził,
studnia i sadzawka zawsze w swym ogrodzie w porządku, żebym do
cudzej nie chodzić, a co tyczysia do bogactwa to zawsze był biedny
bież pieniędzy i stołowanie było kiepska i ubranie kiepska i miesżkanie kurna. Jak ojciec nas kształcił do nauki i do pisania i do czy­
tania ojciec nasz tak mówił, ja was wszystkich nie nauczę, jak ze­

486

Województwo Wileńskie

chcecie to same nauczy ciesie, bo ja nie mam za co i wy z tego chleba
nie dostaniecie, dawniejszy naród tak mówił, bo oni mieli kawał
ziemi to im więcej nie trzeba było ani nie myśleli o nas, że nas ściśnie małorolnictwo. Ojciec nas do szkoły żadnego nie puścił, mu­
sieliśmy tak pozostaćsia i do żadnego terminu nie puścił. Zostalisia
wszystkie nalfabety, z dziesięciu żadnego niema wykształconego
tylko jak kto mógł sam przez siebie nauczyłsia. Tak żyli przy ojcu,
kto zarobił to ten miał, kto nie zarobił ten nie miał. Ojciec z gospo­
darki nie kupował nic z ubrania i obuwia, każdy zatrudniałsia czego
nauczyćsia i coś zarobić. Starszy brat na imia Ignacy nauczyłsia
szewcom, a średni brat Aleksander nauczyłsia kowalem, sam przez
siebie zrobił m alutki fuktet, pójdzie do ogrodu rozłoży ogień i kuje
co popadło i z tego wyuczyłsia kowalem i teraz z tego żyje.
Jak ja byłem pastuchem pasłem krowy i zaczynałem robotę rol­
na robić, byli u nas dwie krowy, jedna cieliszka, to mnie kolejno przy­
chodziło paść nie codziennie, to ja od pasa krowy ida uczyćsia, jak
robota robić, a najwięcej lubił kosić siano. Jednego razu poszli kosić
siano, ojciec i dwa starsze bracia i ja, we czterech kosili razem. Oj­
ciec powiada, słuchajcie na mnie i na najstarszego brata Fćłka, ićcie
tam jest niewielka łonieczka, skoście i pójdziecie na obiad, bo już
kosy nie biorą, a my skończymy i pójdziemy do domu, to my usłu­
chali ojca i poszli. Zaczęliśmy kosić łąka to jak kosili z ojcem ra­
zem to kosy rżnęły, jak sami zaczęli ostrzyć to kosy nie chcą rżnąć.
Ja kosiłem na przedzie, a brat z tyłu i powiada, słuchaj ty nieczysto
kosisz, zostajasie trawa i podchodzi z tyłu i chce skosić ta trawa
i zaraz wali mnie po piętach kosoj i wsadził kosy koniec mnie do
lewej nogi od środka, bo ona stała z tyłu, popadła kosa końcem mię­
dzy kosteczki i pięty, wlazł koniec kosy prawie na jedyn cal dłu­
gości i brat przeląkł się i rzucił kosę w nogę, ja też przelękłsia i nie
posłyszał, odkręciłsia patrzę, że kosa tyrczy w nodze, ja tenczas
z bólu obwaliłsia na ziemia i brat wyciągnuł kosa z nogi. Za jakich
pięć m inut przyszedłem do siebie. I oddarli kawał koszuli i wkręcili
nogę i przyszedłem do domu pomałutku. W domu ojciec zaczął
krzyczeć na brata co^ tak nieostrożnie, brat powiada, że on nie chciał
tego zrobić, tak popadła i takie nieszczęście. Ojciec powiada zawieźć
do dochtora mnie, a ja głupi byłem bałemsia, że dochtór odkroi no­
gę i powiadam, że mnie nie boli noga, ale pobyłem dwa dni to już
mnie noga spokoju nie daje, zasechło z wierzchu, ale wszystko po­
wiadam, że mnie nie boli. Mamusia pyta, napewno tobie noga boli,
że ty dzisiej w nocy nie spał. Ja powiadam, nie, noga wcale nie boli,

Pamiętniki chłopów

487

nie chce żeby mnie wieźli do dochtora. We dnie wszyscy poszli do
siana, ja pomalutku wyszłem do sadu, a już mnie miejsca niema.
Usiadłem przy drzewinie beżowej i odwiązałem noga i patrzę, noga
puchnie i bardzo gorąca. Siedzą i myślę co robić, potem wziełem
rękoj zerwałem parę liści beżowych i przyłożyłem do rany, jakoś mie
zrobiłosia letko w noga. Posiedziałem godzina czasu, nie tak stała
noga palić, ja narwałem więcej beżu liści i obłożyłem grubo noga
i obwiązałem. Potrzymał jeden dzień, już wcale ból przestał w no­
dze. Ja na drugi dzień jeszcze tak zrobiłem, noga stała biała gdzie
była czerwona i rana otworzyłasia i zaczęła wyciekać z rany żyżka
i za tydzień czasu zagoiłasia noga i został zdrowy.
Jak

z a r a b i a ł

p a s t u c h o m

gr osz e

Co robić, ojciec nie kupuje odzienie ni obuwia, powiada niema
za co idź na obowiązek, zarobisz i kupisz. Ja widzę niektórzy noszo
swojej roboty ze słomy kapielusze zrobione, ja poszłem do sąsiada
i pytam, gdzie on brał, powiada, że kupił na kiermaszu, płacił 10 ko­
piejek za kapelusz. Ja wziąłem do rąk i patrzę jak to zrobione,
widzę, że wyplecione takie ploteczki ze słomy pszennej i w ploteczko
wchodzi po siedem słomek i naplecione duże plotki i uszyła kapielusz. Mnie ta robota zacikawiła, żeby nauczyćsia, przyszłem do do­
mu i pytam ojca, żeby mi dał słomy pszennej. Ojciec powiada co
już jakoho djabła wymyślił. Mieszkanie zatrzesać słomoj. Ja po­
wiadam, że będę uczyćsia kapeluszy robić. Ojciec mówi gówno ty
zrobisz, mamusia, nu, a co może i zrobi i powiada daj jemu słomy
niech zaprobuje może i zrobi, widzisz że na kiermaszu Pietkiewicz
kupił we czwartek sobie na lato, niechaj uczysia, może zarobi sobie
na koszulka, bo widzisz ma 14 lat, chodzi obdarty, to ojciec pozwolił
mnie. Ja rad tej roboty poleciałem przyniosłem trzy snopy słomy
i wziełemsia do roboty. Ja nie będę opisywał jak długo uczyłemsia,
ale zrobiłem dla siebie, potym zaczęłem sprzedawać i zarobiłem para
kopiejek. Mamusia zabrała te piniędze i kupiła dla mnie koszulka
i spodenki na święto.
Jak

u c z y ł e m s i a

żyto

żąć

Z początku szło marnie, a potem bardzo dobrze, jeden rok żą­
łem pomalutku, a na drugi rok sprawiałemsia z dobroj żniejoj. Gdy
miałem 15 lat to na noczlek z koniami jeździłem na pastwisko.
Jednego razu jechałem na noczlek z koniami i cało noc mało spalim,
wiedomo całej wsi chłopaki bawilisia igrali, ogień pabli. Przyjecha­

488

Województwo Wileńskie

łem na poranku do domu z koniami. Zawsze jak przyjadę do domu
to koni brat bierze do roboty, a ja ida spać, a tego dnia ojciec po­
wiedział, żebym szedł z babami jęczmień żąć, bo bardzo spięły,
a spać nie dał. Musiałem iść żąć. Poszedłem żąć, żąłem, a sen mnie
cisnął. Jeden raz zachwycił sierpem za ręka i powiedam na siostra
i na bratowa, ja dzisiaj porżne ręki, bo bardzo mi sie spać chcesie.
Oni powiadaj o, nie pleć co niepotrzeba, ja znów zacząłem żąć odrazu jakoś popadł sierp za rękę, aż trzasnęło, z bólu rzuciłem sierp
podejmuje lewa ręka od jęczmienia, wisi koniec palca malutkiego
odkrojony. Ja chwyciłem prawoj rękoj za palec, ścisnęłem i powia­
dam, ja palec odkroiłem. Znów oni powiadaj o, idź ty głupiec, nie
gadaj co niepotrzeba, jak oni nie wierzo, ja puściłem prawa ręka od
palca, palec w pierwszej sustawie został oderżnięty tylko wisi na
skórce od środka, oni jak znów zauważyli, że prawda, oderżnięty,
z płaczem rzucilisia do mnie, ja znów przycisnęłem koniec palca,
a krów wali i wali i nie można zatrzymać. Siostra Maryla oddarła
od sukienki kawał falbany i wkręcili mnie ręka, a krów idzie. Po­
wiadaj o czy zajdziesz do domu jedyn, a może odprowadzić, ale że
może krów zejść i omdlejesz na drodze. Ja powiadam mc mi sie
nie stanie i poszedłem do domu, a krów nie przestaje iść. Przysze­
dłem do domu i lękamsia, żebym mnie ojciec nie bił, bo ojciec nasz
taki był, kiedy co zrobisz to on nie żałuje, a jeszcze bije, ale ojciec
zauważył, że niedobrze, krów nie zatrzymują, póki ja posiedziałem
minut dwadzieścia łuża krowi naszło. Ja już zaczęłem płakać. Ojciec
powiada na syna, idź pć> konia, powieziesz do dochtora, bo sami krowi
nie zatrzymamy. Wkręcili mnie szmatami ręka grubo i tęgo, ale
krów idzie. Zaraz brat konia założył, powiadają że pojedzim, chociaż
mnie nie chciałosia do dochtora jechać, ale musiałem. Zajechali do
szpitala. Dochtór był w szpitalu to nie trzeba było czekać. Brat powiedział dochtorowi, że przywiozłem chłopca dó pana, oderżnął pa­
lec sierzpem i nie można krowi zatrzymać, to dochtór rzucił wszystko
i wziął się do mojej ręki i odwiązał wszystko i zatrzymał krów i po­
wiada, że palec nieoderżnięty i obintował dobrze. Powiedział, że­
bym jutro przyszedł^do szpitala. Przyjechaliśmy do domu z bratem.
Na jutro poszłem do szpitala. Zaczyna robić mnie przewinięcia i po­
wiada, że palec nie trzymasia, tylko na skórce zatrzymałśia, trzeba
go odstrzygnąć, bo powiada koniec palca martwy nie przygoisia i za­
raz wziął odstrzygnoł koniec palca i spadł do miednicy, ja zostałemsia bez palca i nie mam do dzisiejszego dnia. Trzy dni chodziłem do
szpitala na przewiązka, a po trzech dniach nie poszłem. Zaczęłem

Pamiętniki chłopów

489

okładać bezowemi liściami i za dwa tygodnie był zdrowy. Dla mnie
i teraz jest beżowy liść najlepszym lekarstwem do jakichś ran.
Opisze, jak chodziłem do pracy na fabryka, gdzie robili słomia­
ne kapszuki na butelki. Zaczęłem pracować w 1911 roku, ale letniej
poraj nie możno było chodzić bo w domu pracy dosić tylko szedłem
zimo. W dwie zimy co zarabiał piniędzy to zabirali rodzice dla sio­
stry Maryli na ubranie, a dla mnie nic nie zostawiali, a trzecia zimę
1913 roku zarobiłem dla siebie 22 ruble. Za te piniądzy kupili dla
mnie buty, cztery rubli zapłacili i m arynarka trzy ruble i koszulę
75 kopiejek i spodnie jedyn rubel i czapka 35 kopiejek, a co zostalisia te piniądze to mama zabrała do siebie na przechowanie. Ja już
byłem podrostkom, troszeczkę przyodziałemsia i więcej mnie w gło­
wie nic nie było od małych lat, jak tylko kupić harmonja i nauczyćsia grać, to ja zaczęłem prosić rodziców, żebym pozwolili za te pi­
niądzy co zostali od ubrania, to rodzice nie pozwolili dla mnie ku­
pować, powiadaj o my ciebie wyrzucim z mieszkania co nam będziesz
piszczeć i nie nauczyszsia tylko piniądzy zmarnujesz i z tego chleba
mieć nie będziesz, tylko nauczyszsia wódka pić i papierosy palić, po­
wiadaj o, bez harm onji żyć można, bez chleba to żyć nie będziesz.
Jak

nażyłem

harmonie

Brat Alfons 1911 roku powróciłsia z wojska rosiejskiego z Sibiru. Przyjechał do domu zdrowy, czysty, syty, lepiej wyglądał jak
w domu był. Pobył w domu miesiąc czasu i poszedł znów na fabryka
pracować razem z nami, ale on zarabiał 50 kopiejek dziennie, to za
pół roku zarobił piniędzy, kupił sobie ubranie cywilna i kupił za
cztery ruble harm onja podtrzymana i grał chociaż nie umieł dobrze
grać, ale wieczorem, jak przyjdzie z roboty to pogra, aby czas spę­
dzić, a ja na harm onja patrzyłem, jak kot na słoninke, ale on mnie
nie dawał grać* powiada, zepsujesz, a ja myślę żeby on mnie dał to
jabym prędko zagrał, myślę sobie, jak będę kawalerom to wszystko
jedno kupie. A nie, na szczęście brat pobył w domu do 1913 roku,
a 1913 roku m aju miesiącu wymyślił wyjechać do Ameryki Pół­
nocnej i potrzeba piniędzy. To ojciec pożyczył 200 rubli jemu na
droga, a mamusia powiada trzeba jemu dać twoje piniądzy, bo jemu
potrzebne, a tobie zostanisia harmonja, ja pomyślałem, że cztery
ruble płacona, a moich 14 rubli to byłaby lepsza, ale co oni mnie nie
pozwolo kupować harm onji to wszystko jedno niech zostajesia. Ja
rad tej biedaj nie żałuje piniędzy, to brat wyjechał i zostawił dla
mnie harm onja chociaż nie była dobra, ale to wszystko jedno wzię-

490

Województwo Wileńskie

łemsia do roboty i zaczęłem uczyćsia. Odrazu mnie poszło niebardzo, potem dzień ode dnia zaczęłem kapować poleczka, walczyka
i pograłem od m aja miesiąca do sierpnia. Przychodzi do mnie czło­
wiek podróżny i powiada, że chodzi po świecie i harmoni reperuje,
a moja już przypsuta, bo brat zostawił przypsuta. Zaraz umówilisia
z tym człowiekiem i rubel za robota i on wyraparował dla mnie harmonja. Grał ja na tej harmonji od maja do jesieni. Poduczyłsia
grać i już na wieczorki chodziłem grać, a w jesieni sprzedałem
i wziąłem 3 ruble 15 kopiejek i zostałsia bez harmonji. Pochodziłem
cała zima na fabryka, zarobiłem piniędzy i w poście wielkim na po­
czątku kupiłem lepsza zapłaciłem sześć rubli. Przez post potrzyma­
łem, grać nie igrałem, bo rodzice nie pozwalali, a na Wielkanoc zrobi­
li na drugi dzień świąt zabawa, zebralisia dużo kawalerów, a ja gra­
łem i wszystkie chwalili, że dobrze tańczyć. Przyszedł jedyn kawaler
ze wsi Starczuny tylko co wróciwszysia z wojska rosiejskiego z horoda Kazań, przywiózł harm onja ruska, płacił 18 rubli. Jak ja zobaczył
to moje wszystkie żyły zamarli na ta harmonja, a powiada, pohan­
dlujmy, kiedy bardzo lubisz, daj przydatku 11 rubli, bo ja zapłaciłem
18 rubli a ty mówisz, że sześć płacił, to ja stracę jeden rubelVale wszy­
stko jedno mnie niepotrzebna taka, że ja nie umieć grać, a dla zabawy
twoja będzie dobra. To ja nie wiedział co robić z radości, poszłem do
rodziców prosić. Rodzice wprzód nie chcieli pozwolić, ale dużo było
postronnich, powiadaj o, nu, to komu kupować harmonja, kiedy tak
już gra na staroj, a na nowoj jak pogra miesiąc czasu to wszystkich
muzykantów zakasuje. Rodzice chcąc nie chcąc pozwolili shandłować, pograłem do pół lata, zaczęła się wojna światowa i 1915 roku
przyszli Niemcy, zakopałem do ziemi, schowałem od Niemców, bo
oni zabierali co znaleźli, ona poleżała do jesieni w ziemi, w jesieni
stali Niemcy na kwaterze i ja przyznałsia, że mam harm onja schowa­
na w ziemi to oni powiedzieli, jo wybieraj, póki my będziemy nicht
nie weźmie, ja poszłem wybrałem już widzę cała zmarnowana zo­
stałsia bez harmonja.
Jak

my

żyli

w

1911

rok

do

wojny

ś w ia t o w o j

Prawda już żyli^lepiej, jak przód, mieli chleb dobry i już nieczarny, mieli cztery krowy i sześć owieczek starych zawsze na zima
i trzy świni i dwa konie robocze i trzeci młody, jakich osiem kur
i pięć gęsi na zima, dobry pies był przy gospodarce, a my wszystkie
ruchawe byli, nieleniwe, zawsze staralisia żebym gdzie zarobić. Jak
spominałem, siostra oddali zamąż, długu mieli, oddali dług, druga

Pamiętniki chłopów

491

siostra wydali zamąż dali 75 rubli i krowa i Świnia i owieczka, po­
ściel jak zwykle. Brat drugi, jak spominałem wyjechał do Ameryki,
a trzeci kowalem wyuczyłsia, a czwarty zachciał wyjechać do Rygi
na zarobok. Chociaż te co wyjechali do Ameryki i do Rygi dla domu
wcale nie pomagali, żadnego grosza nie przysłali. My żyli trzech
braci w domu swoja ziemie wyrabiali i jeszcze cudzej w arenda nabirali i dożylisia do nienajgorszego życia chociaż zrównićsia z nie­
którymi nie mogli, ale lepiej, jak przód. Wiedomo było kiedy kłótni,
ale co zrobić dzisiaj pokłócimsia, jutro dobrze, lepiej żyłosia jfik
dzisiaj żyjemy na gospodarce i jeszcze posiadamy fachy w rękach
i wszystko marnie i niema na kogo obida składać, dawniej zarobisz
to już masz, a dzisiaj co zarobił to nie twoje, wszystko wyniesiesz
do sklepu i zostaniszsia goły.
Jak

doczekali

wojny

ś w i a t o w o ]

1914 rok przyszedł czas smutny. Wszędzie stało smutno. Kto po­
szedł na wojna, a kto zostałsia, ale wesołości nie było. Z naszaj ro­
dziny poszedł wtedy starszy brat Ignacy, Aleksander miał biały bi­
let, niezdolny to był w domu, Feliks był młody w Rydze, a ja w domu
też młody. 1915 roku w lutym miesiącu powołali Feliksa do woj­
skowych poborów, przyjechał z Rygi zarabiwszy piniędzy 15 ko­
piejek i 5 groszy i ubranie podniszczone i nogi z bucików wyłażo.
To ojciec powiada, dlaczego ty za cztery lata nic nie zarobił to on
powiada, że ja wiedziałem, że będzie wojna to żyłem rozkoszno,
a ojciec powiada z czym ty pójdziesz teraz do wojska, ni piniędzy,
ni ubrania, ni butów — teraz zima. To on milczy. Pojechał on na
pobór, został wdzielony do artylerji i przyjechał na dwa tygodni do
domu. Pobył w domu, trzeba odjeżdżać aż w horod Kazań, zaraz
dzielim jemu piniądze, ojciec trzy ruble, brat dwa ruble, siostra jeden
rubel, ja dwa rubli i buty nowe tylko co uszyte spodnie, a mnie zostawuje stare łachmany i trzewiki podarte, a piniędzy siedem rubli
na droga. Poszedł na druga wieś przed odjazdom do panienok i prze­
grał piniądzy, tylko jeden rubel zostałsia. Jak zostalisia we dwóch
braci w domu, nastąpiło lato, brat kowalem nie idzie do rolnaj ro­
boty, a starszy na wojna poszedł, ja młodszy musze odpowiednio
pracować rolna robotę, brat powiada, ty oraj jeden, a ja kosić po­
mogę. Akurat trafiło tak, przychodzi sianokos, brata bioro na wo­
jenna robota okopy kopać, ja zostajesia jedyn przy rolnaj robocie
i pracuje, jak koń. Za miesiąc czasu brat wróciłsia, lekarz jego zwol­
nił, że niezdrowy. Piętnaście dni przeszło, przychodzi nakaz do wo-

Województwo Wileńskie

492

łośti, że ja musze jechać na robota wojenna i pojechałem. Zawieźli
nas do Wilna, z W ilna poszli na piechota 22 kilometry w stronę
Landwarowa do wioseczki Rykonty, tam my zatrzymalisia na ro­
bota. Porobili okopy jedyn tydzień, już zaczęło wojsko cofaćsia od
Kowna do W ilna i powiedajo, że Niemcy okrążyli Kowna na tej
stronie, stacja Koszedary zabrali, pociągi już nie chodzo, to w nasza
miejsce sapery stali robić, a nas zwolnib do domu. Przyjechałem
i przywiozłem 14 rubli do domu, położyłem w stoliku te piniądze
i położyłemsia spać. Na jutro wstaje, patrzę tych 14 rubli niema, ja
pytam, mamo, kto moje piniądze wziął, mama powiada, ja nie znam,
ja opowiedziałem mamie ile było, ona powiada, że napewno Aleksan­
der bo on skąpy.
Jak

odebrałem

od

brata

piniądze

i

ile

oddał

Mama poszła do kuźni i powiada, słuchaj syn, ty wziął Wale­
rego 14 rubli, wziełem ależ to nie jego moje, bo ja jemu dał, jak on
jechał do okopów 5 rubli, a na co jego 9 wziołeś, ja zaraz słyszę
mamy rozmowa, ide tam powiadam, to ty dałeś 5 rubli nie na drogę
to one moje, bo ty cały rok pracujesz w kuźni, a ja na zięmi i gro­
sza nie miałem z czym jechać, ty z rozkazu ojca dał 5 rubb, bo to
musisz w gospodarka dać piniędzy, a ja pracuje na gospodarkę,
a on wszystko sprzeczasia i nie daje, ja mowie słuchaj, żebym ja
to wiedziauszy, że tak będzie to ja przejadbym, jak inne chłopcy,
a to ja nic nie kupił, tylko kupił chleba, a kartofli są, gdzie okopy
kopali nagotuje i jem, a żebym ja jak inne biały jadł chleb, bułki
to jabym znowa nie przywiózł tych piniędzy, a ty jeszcze nie tylko
5 rubli zabrał, ale i zarobki moje 9 rubli zabrał i to mama słuchała
i powiada, nie styd tobie tak robić. On postał i pomyślał i przy­
szedł do mieszkania i oddał 9 rubli, a 5 nie dał powiada trzeba było
rozpuścić, a jak nie rozpuścił to moje, on jest dzisiej bardzo skąpy
i nierosądny, słabo przyznaje braterstwo.
Jak

Nie mc ów doczekali
ja p r z y j e c h a ł

i jakim sposobem
z roboty.

10 dni potym okazahsia Niemcy w Nowo-Święcianńch, później
w trzy dni u nas bez żadnego boju, poszli na Głębokie a rosijskiego wojska wcale nie było u nas w Hoduciszkach. Przeszło trzy ty­
godnie, a W ilno nie było wzięte, oni przyszb do nas od Poniewieża
to jak oni szli bez boju to my żadnego strachu nie mieli i od nas
nic nie brali tylko przejdzie przez wieś nazbieraj o masła, jajek i po-

Pamiętniki chłopów

493

jedzie, a potem raptownie przez trzy tygodnie od Brasławskiego po­
wiatu rosiejskie kozaki wdarlisia na miasteczko Postawy i tam od­
cięli Niemcom chód dalszy i zrobili wielki boj. Pięć dni myśleh, że
będzie koniec świata i napłyło niemieckiego wojska, jak błota, za­
częli brać koni, krowy, świnie i nikogo nie pytaj o z wioskowych lu­
dziej, nicht nie umieł rozmawiać, cały gwałt i odłamu je i zabieraj o
i nikogo nie pytaj o, budynki pało, 20 dni jak noc tak dzień światło
i światło, póki wypalili, zniszczyli, pójdzie na pole zastrzeli krowy,
a gospodarzowi dali kartkę, że będzie zapłacone co dzisiaj jeszcze
leży ta kartka i nicht nie zapłacił ni ruski ni niemiec ni bolszewik
ni polak co zniszczył cały inwentarz.
Go

u

nas

z a b r a l i

N i e m c y

Przyszli do nas Niemcy pod jesień, żyto było wsiano na zimę,
a z pola wszystko zboże było zebrane w gumnach tylko co kartofli
pokopab, a zboże nie młócona. Postawili konie do gumna na zboża,
bierze karmi i depcze, za dwa tygodnie wszystko zmarnowali co do
snopa i młócić nie dawali, a tamten rok u nas wielka uroda była,
wszystko zboże ładnie wyrosło, a korzyści nie mieb, a teraz inwen­
tarz zabrali, trzy krowy, 10 owieczek i jedyn cieliszka, młodego źre­
baka i dwóch roboczych koni i wszystko na karteczki, a jedna krowę
zostawili na familja i zostalisia żyć bez chleba i bez kartofli i myślim,
że koniec świata będzie. To tak trwało do zimy, póki nie przyje­
chało wojsko stać w wioska. Jak przyjechało wojsko stać to komen­
dant tego oddziału był gospodarzom tej wioski to już i nie jeździli
rabować, zarządzili porządok, stała baterja 229 pułku altylerji po­
łowa j, wszystkich raboczych ludzi popędzili na robotę do lasu pleść
płotki do okopów i płacili 25 groszy dziennie, dawali jeść, aż słabo
było, ale musisz robić żadyn nie wykręcisia od roboty, jak który
ucieknie to tego do drzewa przywiążo na godzinę, albo więcaj.
Teraz

opisze

s w o j a ż y c i a j ak powodził osia
za N i e m c ó w

Najpierw popędzili do roboty pod nazwoj kompanja. Przyje­
chali trzy draguny konno do naszaj wioski i pomÓY/ili z oficeram
i oficer powiedział wachmajstru zebrać nas wszystkich młodych
i starych, panienok i kobiet, takich kto może tylko pracować, żeby
natychmiast byli wszystkie przy komendanta kwatery. My wszyscy
nic nie wiedząc co takiego, jak byli w domu i zeszlisia do komen­
danta. Wyszedł komendant i żołnierz, który umieł po polsku roz­

494

Województwo Wileńskie

mawiać, oficer powiedział żołnierzowi po niemiecku, żołnierz nam
po polsku, że wy wszystkie musicie iść na robota do wioski Józe­
fina, a wioska była od nas trzy kilometry tam będziecie pracować
i wam zapłaco i dadzo jeść. My pomyśleli, że pójdziem do domu,
odzieniemsie lepiej, bo niektóre byli słabo odziani, oficer coś powie­
dział, a żołnierz powiada, żebym żadyn nie odchodził do domu. My
wszystkie czekamy co takiego będzie. Wychodzi z kwatery nasz
oficer i kawalerji oficer i trzy żołnierzy kawalerysty, którzy mieli
na czapkach światło różowe i na ramiennikach Nr. 7. Jeden żoł­
nierz nas wszystkich pospisał imię i nazwisko i powiedział oficeru,
ten coś zacherkał do żołnierzy i podał ręka naszemu oficerowi i usie­
dli na koni. My wszystkie jedyn po drugim patrzamy co będzie.
Z naszych'jedyn powiada, panie my pójdziemy odzieniemsia i weźmim jedzenie i pójdzim do roboty, jedyn żołnierz podjechał, jak
kopnął w bok nogaj i ledwie z koniem nie wleciał na niego, wszyst­
kie okrążyli na koniach i popędzili aż do Józefiny. Niektóre byli
słabo odziane a to było w jesieni w listopadzie, to drogaj było zimno,
ale zapędzili do gumna na noc. I przyszedł ten sam oficer z polskim
i powiedział, żeby nie uciekali do domu, bo tutaj nasza bidzie kwa­
tera, a kto ucieknie tego do drzewa przywiąże. Zostalisia nocować
tak, a kto był dobrze odziany to temu nic, ale kto był słabo odziany,
ja też był słabo odziany, wiadomo młody wyleciał z domu na chwilka
i nie pomyślał co to będzie, co cała noc nie spali. Nas zebrałosia
dużo takich, bo napędzili nie z jednej wsi, było ludzi 250 a cała noc
trzęślisia. Na poranku przyszli Niemcy i popędzili do lasu na robota.
Las był komajski. Pracowali tam do Bożego Narodzenia i spali w
gumnie, a do domu nie puszczali żadnego razu, kto chodził, tego
przywiązywali do drzewa na dwie trzy godziny, aż póki zemdleje.
Po Nowym Roku 1916 wybrali 70 ludzi nas młodych i odpra­
wili do wieski Muncewicze. Ta wieś była przy trzeciej linji okopów
rezerwowych i my musieli kopać okopy. Tam pracowali półtora
miesiąca z 15 lutego 1916 roku przerzucili nas do wsi Wielka Olsza
do saperów, tam stali sapery i porobili kozły do piłowania desek i po­
stawili nas deski piłować. Kto umie i nie umie musisz piłować, za­
częli belki z lasu zwozić i 25 pił odrazu piłowało. Ja piłowałem, nie­
którzy z żołnierzami z tych desek robili pompy drewniane z okopów
woda wypompowywać. We dnie my robili, a w nocy żołnierze od­
wożą do okopów. I tak my porobili trzy tygodnie, kwatera była le­
psza, nocowali we dwóch domach, a co do jedzenia to jedli z kuchni
wojskowaj, a jeszcze wieczorem pójdziesz po wsi, bo tam ciwilów

Pamiętniki chłopów

495

nie było, byli wypędzeni, bo placówki niemieckie. To z roboty przyj­
dziesz i napiłujesz drzewa dla żołnierzy, poniesiesz, to oni dają za
to konserwy i wódki i nawet czego majo. Tam żyłosia nie z biedaj
0 jedzeniu i mieszkaniu, tylko jedna bieda, że często przychodziłosia, aż za baterja chodzić na pierwsza prawie lin ja, żebym nie las to
z karabina puli dostawalib, a snarady przez wierzch lecieli to nas
10 codziennie wybirali kolejno tam chodzić do roboty, a we wiosce
w Wielkiej Olszy, gdzie stali, to tam często granaty przelatywali, bo
było 3 kilometry od ruskiego. A potym 8 marca obudzilisia na po­
ranku, patrzym co takiego jest, pełna wieś wojska, nie tak jak
zwykle, piechoty i altylerji, u każdego żołnierza na szyi po pięć
lentów z ładunkami i wszystkie stoją zakwaterowani i w rowach
1 za drzewami pochowawszysia, patrzam y na niemców. Chodzą jak
umarszy poszli o siódmej na robota. W saperach ruch inny, zapytali
po cichutku znajomego żołnierza, on powiada: nizgut, ruski bum,
bum hojta. My myślimy, że nam tutaj nie miejsce. Popracowali do
godziny 8, o godzinie 8 jakby kto zagrał po całej linji, od samych
Postaw miasteczka, aż do miasteczka Twerecze do 30 kilometrów
długości i tak bilisia, arm aty i karabiny i maszynki i zliwalisia w jedyn huk. Niemcy mówili, alos, alos, kaput. To tak bilisia trzy dni,
to ruskiego wojska padło trzy korpusy, dużo do niewoli wzięli,
a niemców wcale niedużo pobili i niemcy powiadaj o, że ruski głupi,
nie umie wojować. Oni, jak tylko zaczołsia boj to myśleli, że nie
utrzymaj o, bo ruskiego wielka siła była. U nich okopy bardzo dobre,
a ruski szed naślepo gwałt krzycząc hurra, a oni ledwie sprawialisia
maszynkami pracować.
Co

z

nami

było

jak

z a c z ę ł s i a

boj

Jeszcze godzinę czasu pracowali, a potym przyleciał oficer na
żołnierzy krzyknął, cywil rausz hije nich blajbin for bej dem dywizja
Czerniaty, to my zrozumieli, że nas popędzo do dywizji Czerniaty
to majątek 20 kilometry od pozycji i tam stał sztab 42 dywizji pie­
choty. Ledwie my zaczęli składać narzędzia zaczął ruski bić snaradami po wiosce, zrobiłsia ruch żołnierzy, a nam strachu, tu leci
granat i rwiesie, ledwie z kozłów pozlezali jeszcze z belek piły nie
wybrali, jak leciał granat, popadł w chlew ściana wywalił i koniec
kozła pobił, jedna piła rozbił. My wszystkie rozsypalisia gdzie który
i nas żadnego nie raniła. My zebralisia do kwatery. Nasza kwatera
była dalej gdzie pracowali, jakoś w dole nie na wzgórzu, ale wszystko

Województwo Wileńskie

496

jedno cała wieś stała w ogniu, dwóch żołnierzy co byli przy nas
powiedzieli trzymaćsie nam wszystkim nie rozlatywać i zabrać rzeczy
co kto ma, jakimś rowem doliny zaprowadzili nas do lasu, tam po­
wiedzieli odpocząć i poprawićsia. Do nas granaty już nie dolatywali,
a ta wszystka strona w ogniu w dymie i kurzu, strach patrzeć, jakby
koniec świata nastąpił. Spocznuwszy pomaszerowali do Czerniaty.
Przypędzili do Czerniaty. Majątek niewielki niema gdzie podziećsia.
W stronie jest zaścianek pod lasem pod nazwoj Zalesie, przypę­
dzili do Zalesia a tam ludzi cywilnych takich jak my napędzona jaka
tysiąc, wszędzie pełno, dwa gumny i dwa świrny, chlewy zapakowane
ludźmi, którzy pracowali gdzie poszedł boj. Pobyli tam trzy dni,
już powiadajo Niemcy, że ruski nie przyjdzie, został bardzo pobity,
dużo wojska poginęło i do niewoli wzięto, na czwarty dzień znów
nas popędzili do Wielkiej Olszy do saperów, ale jak my zaszli do
wioski to strach patrzeć to dom rozwalony, to spalony, to jamy na
ulicy rozryte i w ogrodach dużo gumnów rozbitych. Nasze gumno
co my pracowali jeden róg odbity, kwatera co my spali cała strzecha
rozwalona i zostalisia my nadalej pracować. Tam pracowali do
Wielkanocy, a na Wielkanoc puścili nas na święto do dqmu. Było
do domu 14 kilometrów. Ja przyszedłem jakby gość, nie będąc
w domu sześć miesięcy, pobyłem przez święto nie chcesie iść, ale
wszystko to trzeba iść, poszedłem, pobyłem do Zielonych Świątek
a na Zielone Święta uciekłem stąd do domu i nie poszed więeej, ale
bieda przyjdzie żołnierz i popędzi, myślę co robić.
Jak

kombinuje

zostaćsia

w

domu

Na Zielone świątki wojska w wiosce nie było tylko cztery żoł­
nierze i osiem koni przysłane do rolnej roboty, bo wiesnowaj poraj
oni sieili owies. I podchodzi sianokos, żyto żniwa, bo było żyto
obsiane 1915 roku przez ludziej kiedy jeszcze niemców nie było to
1916 roku u nas żyto bardzo dobra porosło, to jeden oficer był na­
znaczony, jako gospodarz na sześć wsiów i to żyto wszystko zwozić
do jednego miejsca i siano to samo. To ja myślę jak to zrobić, ja już
po niemiecku rozipawiać znałem, poszedł do wsi sąsiedniej Jankiszek, tam stał koński lazaret i tam była kantyna, kupiłem za 5 marek
butelka koniaku i przyniosłem do domu i myślę co robić, żeby nie
przyszli z kompanji po mnie, to trzeba prędzej coś robić. Jednego
wieczora poszłem do żołnierzy, gdzie oni byli na kwatery, zaczęłem
rozmawiać po niemiecku oni patrzajo na mnie skąd ja umiem roz-

Pamiętniki chłopów

497

mawiać i pytaj o skąd ty, że my ciebie nie znamy, bo wieskowych
Indziej wszystkich znamy, a ciebie nie, ja powiadam im, że jestem
tej samej wioski ich giwiozin bej dem kompani ja szaf en wen dorf
Wielka Olsza bej den Pionipark arbejt 6 munet. Jedyn powiada, ach
zo, dajn bruder Aleksander zachen was du arbejt. Tak pomówili
sobie cały wieczór. Ja odchodząc powiedział ofiderzej, oni mnie
ręka podali i proszo więcaj przychodzić, ja wychodząc z mieszkania,
gut amt, oni też odpowiedzieli, ja wyszłem trzy kroki, a potem
wróciłemsie, posłuchać co oni rozmawiaj o. Jedyn powiada na mnie,
fajny chłopak, żebym go zatrzymać we wiosce i nie puścić do kom­
pan j i, a drugi powiada, że nic nie zrobisz, kompanja ma siła brać
do roboty, a ten sam mówi, że ja sam będę prosił oberlejtnanta, żeby
jakoś jego zatrzymać w domu, teraz siano kosić i żyto żąć ludzi trze­
ba, ten powiada na imię Emil, starszy szeregowiec. Ja posłyszałem
ta rozmowa to myślę czekajcie ja wam jutro jeszcze więcej nagadam,
na jutro ja po ulicy chodzić obawiamsia, żebym z kompanji ktoś nie
nadleciał i mnie nie zabrał to wtenczas będę przywiązany do drzewa.
Wyszłem do sadu popatrzyć. Ido te żołnierzy ulicaj, ja im powiadam
gutyntag. Oni patrzajo, kto to mówi do nich i odpowiedzieli gutyntag, jeszcze zatrzymalisia pomówili i poszli, potym ido nazad,
ja wyszłem na ulica do nich, zaprosiłem do mieszkania, mamusia
ugotowała para jaj i ja zaprosiłem do stołu i postawiłem butelka
koniaku.
Jak

pomogła

mnie

butelka

koniaku

Na jutro o godzinie 10 byłem w domu, patrzę ktoś machnuł do
podwórza na koniu, ja ze strachu stoją i pytam, mama, kto to przy­
jechał do nas. Mama powiada, jakiś oficer. Ja pomyślał, że to po
mnie do kompanji. Odrazu po mnie poszedł dróż, uciekałbym, niema
gdzie, stoją w mieszkaniu osłupiewszy słyszę stuknęli drzwi od sieni,
wlatuje do chaty nasz żołnierz i powiada na mnie, prędzej jest go­
spodarz oberlojtnant. Ja zaraz wylatują z mieszkania bez czapki,
kłaniamsie i powiadam, gutyntag her oberlojtnant. On odpowiedział
gutyntag i uśmiechnułsia i powiada, chcesz zostaćsia przy domowaj
robocie, nie iść do kompanji, to zostaniesz. Ja powiadam bardzo chce
i proszę pana lojtnantai. On powiada, gut, ych machen tu blajb cu
haus arbejt cu mir. Ja znów skłoniłsia i powiedział bitte her ober­
lojtnant. On, gut, gut, blajbs du chije. Zakręcił konia, powiedział
dowidzenia i wyjechał z podwórza i żołnierz razem z nim. Ja wrócił
do mieszkania, mama powiada, co powiedział, ja mówię, powiedział,
32 Pamiętniki chłopów

498

Województwo Wileńskie

że będę pracować w domu, on zrobi że nie pójdę do kompanji, mama
mówi a co on wiedział, że ty jesteś w domu ja to zrobił wczoraj koniak
i zaraz do mnie przychodzą żołnierze i powiadają dzisiaj przyjechał
gospodarz, my powiedzieli, że jest młody chłopak pracuje w kompanji, może można zostawić w domu to on powiedział gdzie on, za­
prowadźcie mnie do niego zobaczyć, jak odjechał to spodobał że ty
obszedsia do niego delikatnie i powiedział, że postarasie, żebym ciebie
zatrzymać.
Go

ja

robiłem

w
do

domu jak
kom panji

nie

poszłem

Było tydzień czasu do sianokosu, ja chodziłem do żołnierzy
zawsze wieczorami na rozmowa i myślę sobie co to zrobić, jak przyj­
dzie żyto żniwa i będo żeli, ja pytam żołnierzy, jak to będzie żyto
żąć, żołnierze powiadaj o, będo żęli kto swoje, a potem zwozić do
jednego stdhu, a kto będzie stał jak żyto będo żęli, oni powiadaj o
my będziemy patrzali za porządkiem, żebym nicht nie kradł i nie
rozniósł. Acha, ja teraz wiem co robić, ja powiedział sąsiadom wie­
czorem zejść do jednej kupy, ja powiedział co będo żołnierzy stali
przy zbożu, trzeba postaraćsia naprzód dla tych żołnierzy, będziemy
teraz dla nich nosić codzień mleko jajka kolejno jeden dzień jeden,
a drugi dzień drugi. Ja zacznę pierwszy, kiedy przyniesieni to oni
zrobio łaska dla nas tylko nie mówić na co niesiem.
Jak

ja

p r z y sz łe m

z kompanji,
c h a c i e

jak

żyli

w

naszoj

Był brat kowal i brata starszego żona i córka i siostra zamężna,
mąż poszedł na wojnę, a ona przyszła do rodziców z córkaj, potem
siostra niezamężna i ojciec i matka i ja najmłodszy, to przy niemcach
żyli w jednaj chacie i razem stołowalisia. W roku 1916 jak musieli
swego chleba nakraść od niemców na cały rok to będzie tak, jak ja
mówiłem, ja pierwszy poniosłem żołnierzom mleko i jajki, oni przy­
jęli i podziękowah, ja powiadam, że panom będo cywile często przy­
nosić mleko i jajek, oni powiadaj o za co, ja powiadam ni za co, my
wczoraj byli uzićbrawszysia wszystkie wieskowe i rozmówilisia, że
wszystkie ludzie równe deutschland czy russland, a teraz choć po
jednoj krowie, ale trawy jest to krowy daj o mleko to możno jednemu
gospodarzu przynieść dziennie, a drugiemu na drugi dzień, oni powiadajo my dziękują za to. I cała wieś zaczęła tak robić, gdzie
żołnierz nie powrócisia tam jego uczęstujo czym tylko mogo i tak

Pamiętniki chłopów

499

skolegowalisia chłopi z żołnierzami, jak ze swoimi ludźmi, nastąpiły
żyta żniwa, to każdy gospodarz zaczął żąć i młócić dla siebie, poniesie
ze sobo paściłka, nażnie na polu i wytrzy połowa i worki chowa z ży­
tom, a w nocy idzie i przynosi i worki chowa a żołnierze muszo pil­
nować i oni każdego widzo kto niesie worek do domu i nic nie mówio,
a we dnie jak tylko gospodarz przyjdzie do wsi to każdyn żołnierz
leci cichutko na pola i daje wiedomość, że oficer jest, żebym chowali,
a wtenczas poprowadzo lojtnanta na pole, jak już zawiedomiono,
przejedzie po polu, wszystko w porządku. I tak nosili do domu wor­
kami i chowali jak kto mógł, ale żołnierzów nie balisia, a w drugich
wioskach z żołnierzami nie byli zbratawszysia i żołnierze nie puścili
nawet na pola wieczorem i we dnia stali i przejmowali i trzęśli i kto
niósł odbierali i meldowali lojtnantu i lojntnant karał tych, a nasza
wieś nabrała chleba na cały rok za to, że zbratalisia z żołnierzami.
Żołnierze jak zpbaczo sie to z nas śmiej osia, jak kogo widzieli z wor­
kiem na plecach i jak kto młócił, ale powiadaj o dla nas wszystko
jedno i nasze rodzice głpdujo. Jednego razu był sianokos pod jarzynoj i przyszło do nas wojsko na postoj dwutygodniowy, tabor
piechoty.' I postawili żołnierze wozy niedaleko gumna, gdzie skła­
dak siano, przychodzo taborowcy do woza coś tam przekładaj o w wo­
zie, patrzymy, że wielka butla z wódkaj, my powiadamy swoim żołnierzam, patrzajcie u nich wódka jest, nasze powiadaj o szukajcie
jakoj posudy, jedyn z nas poleciał z domu wiadro przyniósł i zaraz
tylko taborowcy odeszli jeden chłop i żołnierz wpakowalisia do woza
i nalah wódki z butla cało wiadro i przynieśli do gumna i zaczęli pić
z wiadra, ale tak smakowała bo była kminówka i tak niektóre popilisia, że dwa stare poszli do woza, położylisia i leżo prawie jakby nic
nie bojasia. Przyszli taborowcy i powiedajo czego tu leżycie, a oni
nic nie dbaj o, jeden podchodzi i patrzy na starego podejmuje za
głowa i powiada verfluchter ganc i zaraz podoszli do woza patrzajo,
mało wódki jest w butli, jedyn poleciał, przywodzi feldfebla, feld­
febel powiada, no i co, pocałujcie tego w dupa starego, bo i leży
teraz dupa przewróciwszy i pijany i nic nie dba co jemu zrobicie
raportem, a stary przewróciłsia na druga strona i leży jakby w swoim
domu, potem feldfebel coś powiedział. Taborowcy wzięli starego
tprzenieśh i położyli pod gumno. I tak spędzilim czas do jesieni.
Przy robocie rolnej w jesieni znów przyjechali do wsi Grażuli
od nas trzy kilometry, cztery draguny, jedyn oficer i wachmajster
i dwóch szeregowych i zrobili kompanja zebrali naokoło ze wsi czte­

500

Województwo Wileńskie

rysta ludzi od lat 14 do 50, kobiet i mężczyzn i chłopaków i dziew­
cząt i popędzili do lasu Kuklany, od nas 7 kilometrów, tylko jedno
było dobrze, że do domu przychodzić na noc i stołowanie dawali
suchym prowiantem na cztery dni bochenek chleba, który waży trzy
i pół funta i trocha mięsa końskiego i kawy trochi i cukru trochi
i mąki, a więcej daj o marchwi suchej. My tern rade, że do domu
nocować i suchy prowiant, to nas poszło czterech, bratowa i siostra
zamężna i niezamężna i ja, to przyniesiesz do domu ugotujesz razem,
możno podjeść, a chleba nakradli przez lato swego i przeżyli ten
rok nienajgorzej i zaczęli niemcy budować w lesie lesapiłka. Naje­
chało dużo wojska do roboty, a nas zdrowszych postawili drzewo
z pnia piłować i do dwóch mężczyzn jednego niemca. My piłujemy,
a niemiec siekieroj obcina gałęzie, to komu niemiec popadnie nie­
dobry to duch won nie daj Boże. My we dwóch z wioski, ja i Petkiewicz Piotr lat 55 to my piłowali, a nam dali niemca co nie umie
i siekiera trzymać w rękach, jak weźmie to obcina jeden sęk to go­
dzina czasu i spotnieje i zrobisia mokry to my weźmiemy siekiera
od niego i obetniem gałęzie i popiłujem, a on stoi i na nas nie krzyczy,
bo my za niego robota robimy, on był z Berlina fryzjer, żadnego razu
siekiera w ręku nie trzymał to my tak zdrużyli, że on na nas nic nie
mówił, my z nim rozmówilisia, on opowiadał, jak żyjo w Germanji
i tak my chodzili codziennie siedem kilometry na robota i z roboty,
przez zima zawieje, mrozy wszystko jedno trzeba iść. Wybudowali
lesapiłka, rżnęli deski, co dobre to odsyłali do Germanji, a co gorsze
to na front w okopy i tak marnowali las, drzewo, jak masło i teraz
w pobliżu niema drzewa.
Jak

ja

zdobyłem

sobie

zarobki

Poszłem do lasu na robota, patrzę przychodzi jakiś człowiek
na robota i przynosi pierścionki narobione z aluminu i sprzedaje
niemcom po marce, ja patrzę co to jest, toż możno zrobić. Przychodzę
do domu, biorą od snaradu aluminu i też spróbuje zrobić. Całyj
wieczór robiłem i zrobiłem i poniosłem jutro do lasu i z chęcio kupili
bo był gładszy od tamtego co wczoraj sprzedawał i powiedajo, żebym
więcej zrobił. Ja zacząłem robić bolej i zacząłem sprzedawać. Przyjdą
wieczorem, zapale świeca, bo nafty nie było gdzie kupić, a świec w
niemieckiej kantynie było i zarobiłem przez zima 150 marek na pier­
ścionkach, to wtenczas poznaj omiłsia dobrze z niemcami, które byli
nad nami i kompan je prowadzili. Ja zawsze miałem piniądze, jak

Pamiętniki chłopów

501

tylko święto, to ja do kantyny w Jankiszki, bierze flaszka wódki,
ide do nich w Grażuli i zawołam najpierw dwóch żołnierzy do jedne­
go mieszkania bo tam był kolega mój i wypijesz to raz i drugi raz
z żołnierzami, a potem nadszedł wachmistrz, a my pili wódka wten­
czas ja butelka i żołnierze po butelce i kolega też zaczęli prosić
wachmistrza do stołu. On odmawiałsia, a potem zgodziłsia i usiadł
do nas i porządnie wypili i dobrze wachmistrz podpił i powiada, aleś
kamaraden i z tej pory nie trzeba było do kolegi iść wódka pić, ale
prosto do wachmistrza.
Jak ja k u p i ł

harmonja przy niemcach
harmonje reperować

i uczyłem

sia

Jak zarobiłem m arek na pierścionkach to odrazu poszedł kupił
za pięć marek harmonje ze wsi Mirkliszki bardzo marna bo nigdzie
lepszych nie było, kto miał to tak pomarnował, tak jak ja do ziemi
zakopał, a kto nie zakopał to odrazu jak przyszli niemcy i nie było
porządku zabrali, a kto przechował dobra to ten nie przędą je i nigdzie
kupić nie można, to ja kupiłem m arna i zachciałoś mi wyreperować,
zaczął reperować i wyreperował i zaczął grać. Odrazu niemcy proszo wieczorki grać i płaco i wódki daj o, nakarmio, ja poszłem w ruch.
Potrzymałem miesiąc czasu ta harmonja, ida na robota, tam mnie
lubio i z roboty też przychodzę zarobek mam, w święto ide grać
też dochód mam i wszystkie znajome naokoło, wojska i żandarmerja,
która bez przepustki ze wsi nie wypuści, a ja grając, poznajomiłsia
i chodził bez żadnej obawy. Z sąsiedniaj wsi było ludzi wypędzo­
nych z pozycyj i miał jedyn harm onja co do tego czasu nie pokazywał
a wtenczas mnie powiedział, że ma harm onja dwurzędna pietrohradzka, mało używana, ja powiadam, sprzedaj mów ile chcesz. Trzyna­
ście rubli ruskich, niemieckich 26 marek. Ja poleciał, zobaczył i wpodobał i kupił, dałem co on prosił, zaczął grać na dobrej harmonji
a ta sprzedałem i wzięłem 10 marek i 5 marek zarobił.
Jak

do

nas

zawitała

nędza

1917

roku

1916 rok przeżyli nienajgorzej bo swego żyta nakradli i niemcy
bogatsze byli, a 17 rok latem to już niemcy prosili u nas czarnego
chleba, 1915 roku to powiadali na nasz chleb, że od takiego chleba
będzie kaput, a pod koniec 17 roku to mówili, że dojczłan kaput,
niema chleba, jak dasz kawałek czarnego chleba to je, aż jego cho­
lera bierze i powiada gut szmek gezund. Szesnastego roku żyto było
odsiejane na jesieni sześć części pola i siedemnastego roku trzeba

502

Województwo Wileńskie

było żąć i nie urodziło i mało było obsiane, to ludziej nie puścili
swoich żąć, a kompanja przypędzili i naokoło żniejek stali żołnierze,
postawione żebym kłosa nie wzięli, a my którzy chodzili do lasu to
nawet nie myśleli o kradzieży i na pola nie wpuszczą zobaczyć i z tego
to musi żyć co dostaje na robocie, a co dostajem z roboty to też mniej,
niema czego jeść, bo już domowe zakątki wszystkie wyczerpane.
U nas była na strychu zrobiona w końcu dachu na dwa m etry od­
stępu zrobiony koniec dachu nowy to jak wejdziesz na strych to nic
nie poznasz, na strychu pusto, jak pod ścienoj zrobisz dziurę to wle­
ziesz tam dwa m etry odstępu pusty koniec to my tam pakowali 16
roku, jak żęli i jeszcze było zrobiona w chlewie druga ściana. W ej­
dziesz do chlewa, pusty, nic nie poznasz, a tam za ścianoj napakowano worków żyta to już ostatki dojadami.
Jak

ostatki

dojedli

chleba

i

co

w

rodzinie

zaszło

Tak jak my chodzili na robotę tak i chodzim. 17 roku przyszli
żniwa nas na pole sw oje nie puścili i zobaczyć, kraść nie dawaj o,
żołnierzy we wiosce tych niema, żołnierze przychodzą z Ramaszkowa,
w dzień i w nocy karaulo, jak tylko złapie to wsadzi $o jakiego
budynku i zamykaj o na pięć dni i jeść nie daj o żadnego razu i czło­
wiek głoduje. To my przed żyta żniwa podnieśli w mieszkaniu awan­
tura. Już trzeba każdemu staraćsia dla siebie, a dla starych rodzi­
ców nicht nie chce. Brat kowal chodzi we wiosce do panienki, myśli
sie żenić, to co popadnie to niesie do teścia, a w mieszkaniu pusta,
dojada sie ostatki. Podpatrzy zamki, gdzie zboża niemieckie w świrnach zesypane i zrobi klucz idzie z teściem w nocy odęmkno i nabiorą
worki i przynoszo do domu i zostawiajo, tam chleba majo i przedajo
i na ubranie umienia jo po cichutku, a w swoim domu niczego nie
zostajesia, nie patrzy rodziców, co my przyniesim z kompanji to zje.
Jednego dnia usiedli do stołu jeść i zaczęli rozmawiać co będzie,
mama powiada tylko już będzie żyta po pudzie na człowieka to b ra t
powiada, jak zjemy to będziem staraćsia każdy sobie, a ja powiadam,
a rodzice skąd wezmo, on powiada co mnie za bieda. Bratowa po­
wiada ja z córkoj ppeżyje, bo ona miała 200 rubli złota, przed wojnoj
brat szył buty i ojcu nie dawał, to ona nie lękasia głodu. Ja zapła­
kałem i powiadam, ja rodziców nie opuszczę, wy nicht nie chcecie,
odrzekacisia ja nie odrzeknusia i wyszli z za stołu i zaczęli dzielić..
Niczego dzielić nie było bo krowa była jedna, a więcej nic. Żyta
ostatki rozdzielili po pudu na dusze i zaczęli jeść kto swoje, b ra t
osobno jeden i bratowa z córkaj, siostra też z córka, a my cztery-

Pamiętniki chłopów

503

osoby, ja, siostra młodsza i rodzice. Do pieca wstawiali wszystkie
cztery po garnku, później osiem garnków, bo w jednym piecu go­
towali. To cała aw antura poszła, nienawiść, jedyn garnie do swego
garnka, a drugi do swego i w piecu ognia mało.
Podchodzi żyta żniwa już do swego pola i nie myślij zachodzić
to jakoś przyszła mnie do głowy, że napewno w Grażulach z kompanji pilnuj o żyto na polu. Ja poszłem na robota i pytam swego
kolegi, słuchaj ty dowieszsie kto pilnuje żyto na polu naszej wsi,
oń powiada, dobrze, ja dowimsie na jutro. Przyszedł i powiada, to
same nasze, ale cało noc strzelaj o, żadyn cywil w nocy nie wyjdzie.
Ja powiadam, to nic my z tobo namłócimy. Ja na jutro nie poszed
na robota, poleciał do wsi Starczuny, kupił w kantynie cztery flaszki
wódki i poleciał do wsi w pobliżu Józefina pola. Tam jedna kobieta
miała krowę, często przedawała masło, kupiłem dwa syry i cztery
funty masła. W domu m atki było młodych kogutów jednego upie­
kła. Na jutro zrana jeszcze ciemno, poniósł to wszystko do Grażuli.
Zaszedł do niemców. Oni spali i tylko tam był chłopak lat 13 za
sługa. Ja podał to wszystko, cztery funty masła, cztery butelki wódki
i dwa syry i koguta smażonego i żywego koguta i 20 jaj i podał chło­
pakowi i powiedział, żebym powiedział niemcom, że W alery przy­
niósł i sam poszedłem na robota.
Cały dzień pracuj a, a dusza nie na miejscu, co będzie, może
popadnę, a może dobra będzie. Myślę sobie zawsze wachmistrz mó­
wił, że W alery ja tobie zrobię co ty chcesz. Jak ja zostałsia w domu
i nie ide na robota to on mnie dni zapisze i nigdy nie karze i myślę
sobie, będzie nie będzie, ale wszystko coś będzie czy dobra czy źle.
Przeszło druga godzina odpuścili do domu. Trzeba nam codzień
iść do Grażuli za prowiantem. Poszli wszystkie i ja po­
szłem, stali wszystkie w szeregu i ja też. Wynieśli żołnie­
rze prowianty, zaczęli dzielić. Jeden żołnierz spojrzał na mnie
i jakby uśmieehnułsia. Ja stoję, aż mnie podejmuje. Myślę
tak, nie będę mówił za co przyniosłem, ale powiem, że będzie pijań­
stwo. Zaraz rozdzielili prowiant i odchodzim do domu. Jedyn niemiec, na imię Juluś, palcem kiwa na mnie i powiada, kom hyr. Ja
podeszłem, powiada wachmistrz mówił, żebym szedł do kwatery
jego. Ja weszłem, to on powiada, siadaj, siądłem, on pyta na co ty
to przyniósł. Ja powiadam ja w niedziela 40 marek wygrałem w kar­
ty teraz chcem pohulać, on powiada gut trynken i sam zaśmiałsia.
Zaraz za godzina czasu zasiedli pić. W achmistrz powiada zawołać

504

Województwo Wileńskie

swego kolege. Mój kolega był starowier, na imię Jeremi, zawołali
zaraz, jedna i druga butelka wypili, wachmistrz podpił i powiada,
ja wiem co ty chcesz, ty chcesz żyta namłócić to wszystko jedno
jutro będziesz młócił tylko starajsia jak najwięcej. My będziemy
strzelać za ogrodami, a wy idźcie dalej, z żołnierzy nicht oprócz
nas nie przejdzie, a cywile będo lękaćsia, bo cywile żebym zobaczyli
tobym powiedzieli lojtnantu tobym mnie bieda była, a tak nicht
wiedzieć nie będzie.
Na jutro ja nie poszłem na robota, cały dzień spał a w nocy
z siostraj poszli do kolegi i on siostra zabrał i zaczęli pracować. Za
dwie noce natarli po 35 pudy żyta. W nocy namłóciłem i znosim
pod rzeka w krzaki, a we dnie kolegi ojciec jedzie po siano włoży
w worki w środek siana i obłoży i wiezie do domu, a potem może
w tydzień czasu przenieśli w nocy z kolego do mnie 35 pudów żyta.
To ja miał od żyta żniwa chleba aż do zapustów.
Przychodzi 18 rok w marcu ja już chleb kończę i niema gdzie
brać, piniędze jest, ale niema gdzie kupić. To ja słyszę c^o ludzie jado
i ido do Litwy, Żmudzi za chlebem i na robota, ja myślę trzeba i mnie
inaczej nic nie będzie. Poszłem do kumpanji i powiadam, co robić,
chleba niema, niektóre jado do Żmudzi i przywożo, ja myślę jechać,
oni powiadaj o nam powiedziano nikogo nie puskać, ale ciebie puścim,
jedź. Co zrobić, trzeba staraćsia. Oni puścili jechać, ale jak zajechać
przepustki niema, żandarmy wrócą i sam nie wiem, jak to zrobić
czy jechać czy nie, ale choćby przepaść, musowo jechać. Poszłem
na s tacy ja, zabrałem ze sobaj harmonja, wpakowałemsia do wagonu
i pojechałem szczęśliwa. Jakoś wyszło bardzo dobrze, zajechałem
do Nowo-Święcian a w Nowo-Święcianach już szedł wagon roboczy
kolejarski, ja też wpakowałemsia jako kolejarz z harmonijaj. Wszy­
stkie proszą grać, ja zaczęłem grać i poznajomiłsia z ludźmi i przyznałemsia, że jadę w polu w iatr szukać i bez przepustki i bez biletu.
Wtenczas mnie jeden oddał swój bilet i powiada, mnie pytać nie będo,
bo jedyn konduktor znajomy, a ciebie kiedy zapyta to pokażesz, ale
na szczęście nikt wykolejarskirn wagonie nie pytał. Tak ja zajechał
aż do miasteczka Uciany. To już była Litwa. Tam mnie ludzie ze
sobaj zaprowadzili do Niemiec i niemcy przyjęli na robota swoja je­
dzenie, po dwie m arki 20 groszy dziennie. I stałem ja na kolei pra­
cować. Poszło mi dobrze, ja powiedział, że mogą -w kuźni robić
to wzięli do kuźni.

505

Pamiętniki chłopów
Jak

długo

p r a c o w a łe m

w i u ź n i

Popracował w kuźni półtora miesiąca, a w kuźni był kowal niemiec i ja i drugi roboczy. Podchodzi 1918 roku święto wielkanocna.
Dla mnie jest nienajgorzej, jabym tam mógł żyć, chleba kupić jest
gdzie ale bieda jak z rodzicami w domu i jak im zawieźć chleba.
Pociągiem nie można, żandarm erja odbiera. Przyszłem z roboty
i poszłem do stacji wieczorom zobaczyć. Patrzę grajo w karty, ład­
nie zobaczyć, można wygrać dużo, daj i ja zaprobuje. Pograłem
trochy i przegrałem, gram dalej, jeszcze przegrałem. Szkoda pie­
niądze rzucać, miałem 45 rubli i przegrałem co do grosza i na jutro
nie mam czego jeść. Dobrze, że był kolega z naszoj strony to dwa
tygodnie karmił mnie. Co zrobić? Na święto trzeba do domu od­
wieźć chleba. Piniędzy niema i zboża niema. Przedałem harmonja
i wzięłem 15 rubli i 3 pudy żyta i przedałem buty i wziąłem trzy pudy
grochu i trzy pudy żyta. Mam 15 rubli i dziewięć pudy zboża i po­
prosiłem swego kowala, jak to skombinować zajechać do NowoŚwięcian i to zboże zawieźć. On powiada, jak zrobić, pójdziesz z ro­
boty na kwatera i przynoś zboże wieczorem. Ja poszłem na kwatera
zabrałem drży pudy i przyniosłem, ale doś ciężko było. Kwatera była
półtora kilometry, to ja trzy razy chodziłem. Wieczorem mnie po­
mógł niemiec do wagonu załadować i poprosił sam konduktora, że­
bym mnie i zboże zawiózł do Nowo-Święcian. To ja zajechałem do
Nowo-Święcian bez żadnoj obawy. Z Nowo-Święcian wpakowałemsia
do wojskowego pociągu i nicht mnie nie ruszył. Przyjechałem na
swoja stacy ja wyładowałemsia i tam miałem jedna kilometra drogi
nosić. Przychodzą do domu — ojciec jest chory na tyfus plamisty,
żebym ojciec był zdrów to i dobrze byłoby. Ojciec zachorował przed
Niedzielą Palmową, a ja przyjechał w Wielki wtorek. Ojciec pocho­
rował i um ar w W ielka Sobota 1918 roku w kwietniu. Zaraz na po­
grzeb upiekli z tego żyta chleba i grochu nagotowali i zrobili po ojcu
żałobny obiad.
Święto odbył w domu. Poszłem powiedzieć do kumpanji, gdzie
ja był i opowiedział niemcam. Oni powiadaj o, słuchaj ty nie jedź na
robota, my powiemy rytm ajstru to on da przepustkę dla was, żebym
wy mogli przewieźć na cała rodzina zboża, tylko trzeba wiedzieć
gdzie. Ja opowiedział gdzie to można kupić zboże, od nas 150 kilo­
metrów na Żmudzi, miasteczka Troszkuny. Oni spisali adres i za
trzy dni przynieśli przepustka i my pojechali z kolegom Jerimiejem.
Przywieźli po dziesięć pudów i wtenczas ja zostałemsia w domu, a do
lasu na robota nie poszli, bo Niemcy poszli dalej, bo rosiejskie rzucili

506

Województwo Wileńskie

front i niemcy poszli do Rosji. Las nie trzeba było rąbać, a nasza
kumpanja poszła pod Postawy koleją reperować, gdzie byli okopy.
To my dwa miesiący porobili na kolei i nasza kompan ja odprawili
do domu, a niemców zostałosia mało na jakich pięć wiosek jedyn
za komendanta. To nam swoboda była, nie trzeba było przepustek
nigdzie.
I przyszło żyta żniwa to już my sami żęli, tylko, że mało było
zasiana i brat starszy wróciłsia z wojny i brat kowal ożeniłsia z toj
samoj co kochausia w swój aj wsi i zżąli żyta i podzielili na trzy
doli, bratu z żonaj i drugi brat z żonaj i ja z siostraj i mamusiaj
trzeci podzielili po osiem pudy na chleb nie było czego tylko odsieić
pola, a cały rok bez chleba trzeba było żyć. Nicht ni o czym nie
mówił, jak tylko o chlebie, bo już niemcy poszli dalej, żadnego
zrywku niema i kupić niema gdzie. To jeszcze do jesieni jakoś prze­
żyli, a w jesieni niemcy wystąpili z naszego kraju. My zostalisia.
goli i bosy i głodny i zawitał do nas czysty głód. Tak żyli, trawę
jedli i mech jedli, dużo kto umarł z głodu i dużo kto był spuchnięty.
Ja sam miał piersi spuchnięte od braku żywności. Jakich 20 razy
chodził na piechota do Litwy za chlebom i przynosił po półtora puda
i po dwa pudy na pieczach. To tak działo sie do 1919 roku. Do żyta
żniwa niemcy wyszli, przyszli bolszewicy i pobyli do wiesny.
Wiesnowaj poraj bolszewików polacy wypędzili. Też bieda u nas.
Kto miał konia to zabrali i wozy zabrali jak uciekali, a potem jak
bolszewiki pędżili polaków też polacy nasz naród nie żałowali ludziej. U kogo zabrali konia, u kogo wóz, u kogo chleb zabrali, u kogo
buty zdarli i piniądze. U mnie też buty zdarli z nóg i 500 rubli ro­
siej skich i 200 złotych polskich. Odstępowali polacy i przyszli do
mieszkania dwa żołnierze i powiadajo, zbierajsia, nakładaj buty, pój­
dziesz z nami, co my młodych nie zostawim. Ja zabrałemsia i oni
dali szyneli nieść. I przeszli pięć kilometrów, zaszli do wioski i tam
żołnierzów jest dużo. Na drodze powiadajo, rozzuwaj buty. Ja nie
rozzuwał. Oni karabiny nastawili i powiadajo, rozzuwaj, a to zaraz
będziesz trupom. Ja rozzułem. Jedyn zabrał ode mnie buty, a drugi
podszedł, przeszukał ¿nnie kieszenie i zabrał te piniądzy i powiadajo
nieś dalej płaszcze. Później na mnie powiadajo, idź do domu, a za­
brali jeszcze dwóch ludzi. Ja przyszłem do domu bosy i goły i za
godzina czasu przyszli znów bolszewicy do nas, a ja ani grosza nimam
i bosy chodzę. Jak polacy przyszli to dawali niektórym mąki i kar­

Pamiętniki chłopów

507

tofli, ale czy to nam popadło, dostali bogatsze, a my co, nic, na nas
zapomnieli. Dostał jakiś organista, komu nie trzeba było.
I tak zeszedł czas życia mego młodego w biedzie nędzy i trudzie.
Teraz

opisze

o

swojej

rodzinie

Jak brat powróciłsia z wojny to my rozdzielili ziemia dziesięć
dziesięcin na trzy części i ostatnia siostra wydali zamąż i oddali na
posag ostatnia krowa. Ja zostałemsia z mamoj, bracia obydwa ku­
pili sobie krowy, ja nie miał krowy, a więcej dzielić nie było czego.
Co tyczysia do budynku to rozdzielili, bratu świran, a drugiemu wa­
rzywnia, a mnie stara chata kurna. Ja natychmiast zrobił komin
i włożył podłoga, w któraj teraz żyją. Bardzo stara moża postaramsia
nowa.
Teraz

opisze

jak

ojciec

zmarł

na

tyfus

To zachorowała najprzód siostra, chorowała cztery tygodni. Po­
szli my do Poniewieży z siostraj za chlebom. Tam była siostra nasza
co mieszkała wojnaj razem z mężem. Jak mąż powróciłsia z plenu
z Niemiec to poszedł z siostraj do Litwy i tam zamieszkał. To m y
poszli do nich, kupili zboża i przynieśli na pieczach do domu. Siostra
ledwie przyszła, zachorowała na gorączka w drodze, dowlukłasia do
domu i w domu odleżała cztery tygodni. Zaczęła siostra Marysia
wyzdrowieć, jeść bardzo chciała niema czego. Ja musze iść za chle­
bom do Litwy. Poszłem na piechota, zaszłem aż do siostry miastecz­
ka Suboczy, powiatu Poniewież, tam kupiłem dwa pudy żyta i zabra­
łem jedzenia. Puściłemsia w droga, znalazłem po drodze więcaj na­
szych ludzi do swojej kompanji. Jedna doba przemaszerował, zaszli
przenocować. Tam z naszaj wsi przyszedł człowiek z rodzinaj żyć.
Rzucił dom i przyszedł do Litwy i żył tam. To my u niego przenoco­
wali bo Litwini nie chco puskać, bo syty głodnemu nigdy nie poda.
To my tam przenocowali. Nas było czterech i na jutro poszli dalej.
Dotarli do miasteczka Wizuni, pod miasteczkiem Wielka Wieś poszli
prosićsia nocować. Nicht nie puska. W jednaj chacie powiadaj o,
noczujcie, kiedy nie lękacisia, bo u nas chorujo na tyfus. My po­
wiadamy niczego my nie lękamysia i zanoczowali. Nam słomy
przynieśli i na ziemi w chacie przespali, bo podłogi nie było. Jakoś
W nocy zaczęło być zimno, na poranku wstałem, głowa jak nalita
czego i kości bolo. Ja myślę, że z drogi i zmęczenia. Cały dzień
szedłem, co dalej to gorzej, a na drugi dzień jeszcze gorzej, a na

508

Województwo Wileńskie

czwarty dzień musiałem być w domu. Ale nie doszedłem 28 kilo­
metrów do domu i musiałemsia w jednej wiosce położyćsia, a tych
które szli ze mnoj razem poprosiłem, żebym w moim domu zawiedomili, że ja zachorował. I zostałsia w wiosce Dzikiny pod Ignalinom.
To dobrze, że gospodynią nie poznała, że ja jestem chory. Ja zaszłem
do jednego domu i proszę, żeby puścili postawić moja zboża i mnie
pobyć dwa dni, a te ludzie powiedzo w domu, że mnie ciężko nieść to
przyjdzie siostra pomoże. Ona zgodziłasia i puściła i powiada tylko
starajsia potrafić rozmawiać z moim mężem, jak przyjdzie z pola, bo
jak nieraz było i niejednego wypędził, on bardzo taki poprostu dur­
nowaty nie daj Boże z nim żyć. Ja powiadam będę staraćsia, a sam
myślę żebym prędzej położyćsia. Gospodynią jakoś zauważyła, że
mnie coś na twarzy malujesia, myślała, że, ja zmordowawszysia
w drodze i powiada na mnie, rozdzieńcisia, połóżcisia na łóżko i spocznicia. Ja rad co ona tak powiedziała, prędzej rozdziełsia, jak położyłsia to cała mieszkanie kręcisia. Ja przyszłem o godzinie drugiej,
poleżałem do czwartej o czwartej przyszedł gospodarz, weszedł i pa­
trzy na mnie. Ona po litewsku powiada, że zaszedł człowiek spocznąć, ja zaraz w staja i powiadam, dzień dobry gospodarzu^ a on wark,nuł pod nos i robi papierosa, ja wybieram z pod ławy swój worek
i dostaje tytuniu samosiejki, bo ja niosłem z Litwy do domu na za­
robek pięć funty listów i biere garść listów i daje jemu. On zaśmiałsia i zrobiłsia wieselszy, a żona jego za to zaraz wie, że można sko­
rzystać i powiada, że ten człowiek młody prosićsia nocować. On
wesoły patrzy na tytoń i powiada, niech sobie nocuje i zrobił papirosa, zapalił i poszedł na podwórze, a gospodyni powiada na mnie
dobrze, że dałeś tytoniu, a ja tym razem zaczęła mówić o noczlek,
zauważyła, że on jest w dobrym humory to można skorzystać, a tak
mógłby wypędzić, a teraz będziesz nocować. Ja nie przyznajesia
jeszcze, że jestem chory, ona mnie posłała pościel na łóżku przy
drzwiach, ja położyłsia, udaje jakbym był zmordowany po drodze
wielkaj i na sobie niosłem dwa pudy zboża. I położyłemsie i zaczęłem sapać jakbym spał, żebym oni do mnie nie mówili. Cała noc nie
zasnęłem jakbym jajka muzyka gra i piszczy i zwoni, w oczach wszy­
stko wydajesia. Przebyłem cała noc, trzeba wstawać, nie mogą.
Gospodarz poszedł do roboty gospodyni w domu pyta może macie
co zgotować jeść. Ja powiadam, nie chcem jeść, a ona popatrzyła
na mnie jakby chciała coś mówić.

Pamiętniki chłopów
Jak

g o s p o d y n i

poznała,

509
że

ja

chory

Ja wstał z łóżka, mysie, pójdę na podwórz, a głowa mnie wodzi
w strona, ale w mieszkaniu jakoś trzymałemsia, żeby gospodyni nie
poznała. Wyszłem w sieni, zaczęłem trzymaćsia za ściana, żeby nie
obwalićsia na podwórzu. Gospodynią poznała co mnie jest. Jak ja
poszłem na podwórz to ona przez wokno patrzyła i zauważyła, że ja za
ściana trzymamsia, powróciłem z podwórza, weszłem do mieszkania,
gospodyni powiada po litewsku gal tu sargas ta us bus szyleinia. Ja
powiadam, nie wiem, głowa mnie boli. Ja widziałam co ty za ścianę
trzymaszsia, tobie będzie gorączka, połóżsia na łóżko, nie chodź. Ja
powiadam, mnie piesie chce czego kwaśnego. Ona przyniosła od bu­
raków kwasa chłodnego, ja wypił zaledwie kwartu i położyłemsia do
łóżka. Przeleżałem dwa dni. Na trzeci dzień pod wieczór przychodzo moje dwie siostry ta co chorowała na gorączkie i starsza
zamężna i powiadaj o, żebym można byłob przyjechać tobym szwa­
gier przyjechał, ale teraz bolszewiki ucikają, konie bioro, powiadaj o
jakieś potoki przyjdo, ale jeszcze niema to nie możno jechać, bo koń
schowany. Może jakoś ciebie zaprowadzim, a kiedy nie zdołasz to
będziesz leżał póki ospokoisia. Ja podniosłemsie z łóżka. Jak siostry
przyszły oni przynieśli tam czego zjeść, ja nie mogłem jeść, wszystko
było gorzko, raptownie ze mnie jak dała z nosa i z gęby krew. Może
wyszło ze dwa garncy i wtenczas mnie słabo zrobiłosia i zasnęłem
i cała noc przespał, bo trzy noce ni na wołos nie zasnęłem. Na jutro
obudziłemsie, jakoś czuje dużo lepiej, głowa nie tak boli i myślę,
wszystko jedno pójdę do domu. Oni dajo mnie jeść, ja nie chcem
i pożegnałemsie z gospodyniej. Siostry zabrali mój chotomek, ja
poszedł wolny 28 kilometrów. Ledwie dociągnułsia do domu, jak
położyłsia i 25 dni z łóżka nie wstawał. Tymczasem przyszli polocy,
bolszewicy uciekli.
To było 1919 roku. Wiesnowaj poraj zacząłem chodzić wszy­
stko jedno, jak pijany, a jeść niema czego. Grochowe krupy i chleb
z mechom. Mech stłuczony i do chleba na połowa włożony. Jeść
nienajgorzej, nie jest stretny, ale w piersiach i na siercu niezdrowa,
to ja troszeczki odzdrowiał.
Polacy zaczęli wydawać przepustki do Litwy chociaż ona w Li­
twie była nieważna i trzeba było chowaćsia od litewskiej policji i nie­
których ludzi* To ja namówił swego szwagra, a miał konia i poje­
chali i jeszcze jedyn sąsiad na dwie podwody. Zajechali do mia­
steczka Subocz. Ona leży za Świętoj rzekoj i od nas jadąc trzeba

510

Województwo Wileńskie

przejeżdżać przez rzeka Święta, to najgorszy interes, gdzie możno
przejechać tam stojo policyja i cywili i odbirajo zboże, nie dajo
wywozić z Litwy, to trzeba przejechać kradkiem. Przód byli w Li­
twie bolszewicy, jak tutaj przyszh polocy, to tam litwini wypędzili
bolszewików. To nakupili zboże na dwie podwody 40 pudy i wyje­
chali z miasteczka Subocz. Z prawaj strony miasteczko Wieszenty
zostawili i Androniszki z lewaj strony, miasteczko Sężymani i Swiedosy, Święta rzeka przejechali, przy m ajątku Pihszki, po tym zosta­
wili miasteczko Debejki z prawaj strony, a z lewaj strony Wizuni,
dalej z prawaj miasteczko Saluny, gdzie szosa przetacza od Wołkomierza do Nowo Aleksandrowa, a z lewaj strony miasteczko Uciany
i przejechali do miasteczka Kukuciszki. Tam już byb polacy.
To my tak jechali. Ja szedłem naprzód i pytałemsia, gdzie
możno minąć mieś teczki i gdzie odbieraj o zboże to niektóre dobrze
po wiedzo, a niektóre żeby nas prędzej złapab to jednemu i dwóm
i trzem wierzyć nie możno, trzeba pytać więcaj, to ja naprzód cała
droga szedłem i pytałem, jak tylko nie możno jechać to zawracamy
w druga stronę i tak krążyli dopóki nie przyjechali do Kukuciszek,
a z Kukuciszek swobodnie przyjechali do domu. I tenczas w ystar­
czyło chleba do swego żyta żniwa.
V
Było posiana trzy pudy żyta, nażęli dziesięć kopów, namłócili
40 pudy żyta. Posiałem wiesnowaj poraj 18 funtów grochu, namłóciłem 14 pudy, gdyż wdenczas była uroda, że nicht ze starych nie
pamiętał. Na jesieni, jak spominałem siostra oddab zamąż i rozdzielib budynki. Stali żyć kto sobie. Ja zóstałemsia tylko z mamusiej.
Ziemia rozdzielili na trzy części. Ja swoja część odsiałem żytami
i na wiosna jarzynaj. Kupiłem troje prosiaków i poszłem z kolegom
na robota domy budować.
Teraz

opisze, jak
nażyłem

ja kupiłem harmonja
kawał piniędzy

a jak

Bo ta harm onja pisałem, że przehandlowałem i byłem cały czas
bez harmonji. 1919 roku niemcy poszb do Rosji i nasza kompanja
poszła naprawywać koleją. Ja jak jeździłem na robota w Jerewie
poznajomiłemsia z jednym niemcom kolejarzem, który jeździł po
froncie m alutkaj ipaszynkaj, która chodzi dynaturam i naprzód do­
stałem butelka, a potem zawiozłem jemu trzy funty masła i 20 jaj,
to on powiedział przyjechać z wozem i wielkaj posudaj, to dam tobie
dużo. Ja u sąsiada poprosił konia, bo u nas nie było i w niedziela
pojechałem do stacji. On mnie nalał 8 pudów w trzy butle. Ja

Pamiętniki chłopów

511

przywiozłem i zaczęłem przerabiać wódka z bynzoli. Weźmisz do
garnka nalejesz dynatura, a potym wody i zapalisz. Wypalisia
z wierzchu gadość, a zostajesia czysty spirt. Ten czysty spirt roz­
prowadzisz z gotowanoj wodoj i można wódka pić. To tak niemcy
nauczyli. Ja tenczas duża zarobił piniędzy i kupiłem harmonja.
Zapłaciłem 350 rubli za trzechrzędna. I zaczęłem grać we dwóch
z klarnetem i bardzo ładnie było.
Niemcy z Grażul wyjechali i my nie wiedzieli gdzie. W jedna
niedziela przyjeżdża wozem cywilnem do nas niemiec, ten co ja
mówiłem Juluś my patrzyma skąd nabrałsia. On powiada, ja teraz
20 kilometrów stąd, wieś Lewonowieży, ja przebywam z jednym
sierżantem, sierżant za gospodarza i komendanta i ja do niego przy­
dzielony, ja mówiłem, że byłem z dwoma cywilami dobrze i bardzo
wesele chłopcy, to on powiedział, żeby was zaprosić na gościny, to
ja przyjechał dzisiej, a wy na druga niedziela żebym byli w Lewonowiczach. Tak ja jego uczęstował toj wódkaj. On powiada, bardzo
dobra, jak przyjdziesz to przynieś tej wódki, bo mój sierżant bardzo
lubi wódka, wypije trzy butelki naraz i niepijany, ale zdrowy, gruby
jedyn jego palec, jak moje, dwa. Ja na druga niedziela z kolego Je­
remim zrobili wódki, mało rozprowadzili żywy spirt, tylko zafarbo­
wali czerwono i dwie butelki z lepszaj jedyn litr mocnaj. Ponieśli
ze soboj i poszli w goscinu. Prawda co człowiek zdrowy to zdrowy,
zaprosił nas do stołu i postawił mięso, masło i jajek i chleb dobry,
marmeladu, wszystkiego butelka dobraj wódki i powiada, majn kameraden. Wypili ta wódka. Juluś powiada, dawaj W aler swoja.
Ja postawiłem gorsza. Wypili jedna butelka. Teraz trzeba mocnaj.
Powiada on, pije jak woda. Nalili jemu mocnaj, on wypił i powiada,
dobrze, ale nie zmarszczyłsia, nalili Julusiowi ten ledwie przyszedł
do siebie i kolega Jeremij powiada, naleim jemu, co dobrze zrobił.
Nalili dla mnie, ja ledwo powietrze złapałem, a sierżant nie morszczyłsia. Wypił on trzy i zaczęło jego rozbierać, a potem jak osza­
lał, jak weźmi kucharka za włosy i pałkoj po dupie i powiada, ty
mnie wierzysz, ciąga po mieszkaniu i wali pałkoj. Jak wyrwiosia ta
kucharka to my myśleli nam wszystkim tak będzie, ale przyczepiłsia
do lampy, jak dał pałkaj po lampie, a Juluś widzi, że nic nie będzie,
oszalał, pałka schwycił i przez drzwi. On tenczas do nas że i blochi
podochli. Ale on powiada, towarzyszy moja, będzim spać razem.
Potym odeszedł od nas, jak da kułakiem po stłuczonej lampie, obił
palcy, krew idzie i stojo okny podwójne i jak da nogami. Stłukł
wszystkie. Potym gramofon rozbił, wszystko bije o nic nie patrzy.

512

Województwo Wileńskie

My widzim, że nam gościom niemiejsca, harmonja wystawili za
okno, a sami pomalutku z mieszkania, a Julusia niema. I zabrali
harmonje i chodu do domu z gości, a na drugo niedziela przyjechali
do nas jeszcze palcy obwiązane i powiada, ja na wojnie w życiu
żadnego razu nie był taki, czemu wy uciekali. Powiadamy lękalisia,
żeby nam nie popadło nic. Ja za godzina czasu rzuciłemsia na po­
dłoga i spałem aż do jutra.
Teraz 1920 roku w jesieni powołujo mnie do wojska polskiego
dewizji Białoruskaj Środkowaj Litwy. Ja ide do księdza, wybieram
metryka, jaki mój rocznik, 1898, a więc podlega poborowi. Ksiądz
w Hoduciszkach zawodowy litwin, powiada na mnie nie idź, pocze­
kaj, może przyjdzie Litwa, ja usłuchałem jego i nie poszłem.
Przebyłem do 1921 roku. Pojechałem raz na wesele grać, przyszła
policja i zabrała z wesela do wojska. Grałem ja na weselu we wsi
Janko wieże tylko nasz przywieźli jeszcze nie dali jeść i nie pokosztowali bułek i wódki, zaraz okrążyli mieszkanie i zabrali nas ośmiu
poborowców i popędzili do gminy. Zestawili do szeregu i pyta jedyn
policjant, czy poborowiec? Ja powiadam nie, a on mnie czmach
w morda, znów pyta, poborowiec? Ja powiadam, poborowiec. Po­
szedł do drugiego i każdemu tak reznuł w morda. Odprawili nas
do P. K. U. w Święciany i przydzielili z drugiego P. A. P. do drugiej
dywizji białoruskoj w Wilnie.
Mamusia została jedna w domu. Ja jestem żołnierzom i staramsia o dobra opinja. Ze święcian poprowadzili pod konwojem aż do
W ilna do pułkowaj kadry na ulice Lwowska. Tam kapitan kadry
Kaczanowski rozpatrzył nasze ewidencje i znalazł napisane z P. K. U.
pułk karny raport, nas czterech ukarać karnym ćwiczeniem za to,
że nie stawilisia na czas poboru. To kapitan wsadził na drugi dzień
do aresztu garnizonowego na siedem dni. Odsiedziałem siedem dni
w areszcie i powróciłem do kadry. Poszłem na ćwiczenia. Ćwiczenie
odrazu niedobre było, jak człowiek nieprzyzwy cza jony, a potem łat­
wiej poszło, tylko jedzenie niedobra było, bo funt z ćwierciaj tylko
chleba dziennie i zupa, jak woda. Z cywila nóg nie można było
ciągnąć ze słabości i ja myślę, co zrobić, żebym ja zapisałsia krawcem
w P. K. U. to ja zapisałsia szewcem, ale dużo szewców jest to tak
rozmawiali my z jednym też rekrutam Zwerełaj, siedząc na dziedziń­
cu podczas obiadu. Ten powiada na mnie, a co ty umiesz szyć. Ja
powiadam, umiem troszeczki. Ja faktycznie nie umiałem szyć, ale
coś trzeba powiedzie, co umiem. Ja nic nie myślałem, że z tego coś
wyjdzie. Na trzeci dzień wychodzi podczas obiadu plutonowy, co

Pamiętniki chłopów

513

pełni funkcyja szefostwa i pyta żołnierzów kto jest z was krawcem.
Podskakuje na nogi Zwereła i powiada tutaj jest W alery z re­
krutów, on mnie powiadał, że jest krawcom. Plutonowy powiada
natychmiast przyprowadzić tutaj. Przylatuje do mnie Zwereło i po­
wiada, natychmiast zameldowaćsia do szefa do mieszkania jego.
Ja myślę co takiego i poleciałem.
Jak

wyrobiłem

sie

krawcem

w o j s k o w y m

Zaraz zameldowałemsia do szefa. Szef mi powiada ty jesteś
krawcem, ja zdytonowałsia i nie mogłem mówić i powiadam, ja troszeczki znam robota krawiecka, ale dobrym krawcem to nie jestem.
On powiada tutaj robota niewielka, trzeba rękawy mundura załatać
i patki do kołnierza"zmienić. Ja pomyślałem, to ja zrobię i powiadam,
panie szefie, ja teraz igły nie mam. On daje mi pięć marek i powia­
da, idź na Kalwaryjska ulica i kup nici i igła i przyjdziesz. Nie
pójdziesz na ćwiczenia i zrobisz to mnie wszystko. Ja zabrałem pięć
marek i poszłem kupić to wszystko, ja jeszcze byłem w cywilnym
ubraniu, poszłem jak cywil nic nie mam w głowie jak to przyjdziesie
zrobić, kupiłem nici, igła i naparstok i przychodzę do szefa. On mi
daje m undur i zaczęłem robić. Moje ręcy trzesosia, naparstek z palca
spada i bierze mnie strach, szef powiada, zauważywszy, że ja dytu­
rnijesia nic śmiało usiąć tutaj na ławce i rób pomałutku nie spieszsia
tylko dobrze zrób i sam poszedł, ja zostałemsia jedyn. Chociaż ja
nie był krawcem, ale ta robota poradziłem dobrze zrobić skończyłem
i poszłem na plac ćwiczeń, zameldowałem, że jest gotowa i wstąpi­
łem do szeregu. Na jutro po obiedzie znów woła mnie do podofi­
cerów i drugi plutonowy Urbański dobry i instruktor na ćwiczenia,
który nas zawsze ćwiczy daje też m undur przeprawić kołnierz na
stojący i patki nowe naszyć i spodni sporzędkować. Ja to też zrobi­
łem. I kapral Drabialski też dał roboty, kapral Jasica też dał robo­
ty, ale ta robota wszystko reperacje, nowego nic nie było, robota
ręczna to ja potrafił zrobić i wszystka szarża stała mnie znajoma,
wzięli na mnie dobra oko. W nocy przegląd nóg czy czyste, kogo
nieczyste to pędzaj o je myć do studni, ale mało patrzajo czyste czy
nieczyste, a mnie pośle tej roboty nie budzo i na ćwiczeni co nie tak
zrobię też nie kara jo i mnie poszła służba inaczej, jak innym, za­
miatać nie pędzo i kartofle do kuchnie obierać niepędzo też i do
rozmaitoj roboty nawet starego żołnierza wezmo do roboty, a ja
rekrut zostaje.
33 Pamiętniki chłopów.

514

Województwo Wileńskie

Jednego dnia zawołuje plutonowy, Walery, powiada masz mnie
spodni zrobić kloszowe z tego płaszcza. Ja powiadam, że niebardzo
umiem, a on mówi, nic, zrobisz, niema co mnie mówić, ja powiadam,
że maszyny niema, a on powiada, że ja dostana na dziedzińcu u stróżowej i bierz ten płaszcz, rozpruj i zrobisz mnie spodnie aliganckie
kloszowe. Co zrobić w wojsku odpowiadać duża nie będziesz, rozkaz
i już. Zabrałem płaszcz, rozprułem, poszłem do tej gospodyni, po­
łożyłem na stół, wyprasowałem, gospodynią powiada, że ja nie po
krawiecku prasuje, ja powiadam, że ja u wieskowego krawca mało
uczyłemsia para tygodni, to też niebardzo umiem, ona powierzyła
i mnie pouczyła. Ja rad tej biedaj i przyszykowałem do krojki i po­
łożyłem na stole i powiadam gospodyni, że ja niebardzo umiem kroić
to ona powiada, żeby co damskoho to ja pouczyłab, a męski też nie
umiem, to kiedy nie umiesz to powiec im, że nie zrobisz. Ja myślę
to nie racja, bo ja łaskę stracę i będę ostatnim żołnierzem. Tylko
z gospodyniąj przemówili ona odeszła ode mnie, jakoś mnie przele­
ciała myśl po głowie co robić, ja odrazu zerwałem sie na nogi i po­
szłem do szefa i powiadam, że mnie trzeba pójść na ulica Kalwaryjska i kupić sientimetra i nici i kredy. On dał mnie piniędzy, ja na­
tychmiast poleciał, to wszystko kupiłem i przyniosłem do kwatery
i myślę, zdjąć teraz swoje spodni i zmierzyć krok, bo to mnie ważna
sprawa, krok w dole to nie bieda i bojesia, żeby gospodyni nie na­
deszła, bo będzie styd że krawiec swoje spodni zdymuje to śmiech.
Ja wzięłem ołówek i papier i poleciałem do odchódka tam zniałem
sobie spodnie i zrobiłem plan, po swojemu zmierzyłem sientimetroj
i plan był. Przyszłem do gospodyni, rozesłałem płaszcz na stole i po
tej mierze wykroiłem i uszyłem spodnie chociaż na maszynie niebar­
dzo odrazu szło doskonale, ale potem nie z biedoj. Udalisia bardzo
dobre spodni i dostałem od szefa morus i tak dzień ode dnia poszłem,
jak po drabinie polazłem w górę a codziennie nowych rekrutów przy­
pędzaj o, jak ja przyszedł to nas było 25 ludzi, a za miesiąc czasu stało
250 to nam kwatera zrobiłasia zamała to nas przerzucili na Antokol
w góry i pomieścili w stajniach, gdzie zrobiono dla koni to my byli
trzy miesiący. Tam okazałosia dobrych krawców i zaczęli przerabiać
ubrania podoficerowie, bo ich napędzili z Górnego Śląska, które odbirali Śląsk to jak tńm uspokoiłosia rozrzucili po wszystkich puł­
kach, ja poznajomiłemsia z jednym policjantom na Antokolu, jego
żona miała maszyna to chodziłem do niego szyć na maszynie, a inne
krawce chociaż lepsze ode mnie, ale nie mieli gdzie szyć i chodzili
i prosili mnie, żebym którego wziął z soboj, to ja powiadam szefu, że

Pamiętniki chłopów

515

ja jedyn nie zdążę ta robota zrobić, to on powiada weź sobie jednego
krawca do pomocy. Ja wybieram i poprowadziłem, daje jemu ta
robota robić, której ja nie umiem i uczusia od niego, a on nic nie wie
i robi, a ja na tym korzystam. On zrobi, a ja nauczesia i jemu łaska
robie, że go biere, pracować i mnie dobrze to co ja zauważyłem i tak
nauczyłemsia szyć.
A potem jeszcze przychodzi jedna funkcyja dla mnie. Zwalnia
sie fryzjer do cywila jest kadrowa kupione maszynki i wszystkie na­
rzędzia do golenia i do strzyżenia, wzywa szef mnie i powiada, W a­
lery, powiedz kto tu jest fryzjerem, ja powiadam, że nie słychać
nikogo, ale mniej więcej kto może, ja myślę to ja mogę strzyc i ogolić
nie tak jak zawodowy fryzjer, no to dobrze, idź do kancelarji, tam
tobie wydadzo wszystkie narzędzia i będziesz fryzjerem u kadry,
a każdy będzie płacić pięć m arek i będziesz zapisywał do kajetu i kto
niema też będziesz zapisywał to będo wytrącone z żołdu, za te pięć
marek będziesz kupować do fryzjerni wszystko, a kto więcej da to
twoja szczęścia. Ja ide do kancelarji, po drodze wziąłem pałeczkę
do rąk i uczesia jak to brzytew ostrzyć, poszłem, otrzymałem cała
fryzjernia, przyniosłem do koszar, złożyłem do skrzynki i z tej pory
zaczęłem golić i włosy obcinać i zacząłem zarabiać na funt chleba.
Potem do jednego kaprala przychodził jeden fryzjer z miasta to jak
przyjdzie to kapral woła na mnie z brzytwoj i jak on go goli ja
patrzę i uczesia i byłem fryzjerem do zwolnienia. Jak nasza kadra
rozformirowali po baterjam to ja popadłem do drugiej baterji, ona
stała za Wilnoj przy Kalwarji i nas wyprawili z W ilna do baterji
i jak nas rozbiwali to ogniomistrz Mironowski powiada, że musisz
zdać fryzjerskie narzędzia do kancelarji, ja powiadam, że sztabowy
nic nie mówił, a on, ja ci mówię, ja mówię dobrze, ja zapytam po­
rucznika, on mówi na co ci porucznik, kiedy ja mówię to musisz zdać
i koniec. Ja odchodzę od niego i myślę co to jest, napewno chce on
dla siebie, podchodzę do porucznika i melduje gdzie ja mam podziać
te narzędzia fryzjerskie, porucznik powiada, trzymaj przy sobie.
Acha ja myślę sobie, ja nie dam Mironowskiemu i zaraz wstąpiłem
do szeregu i poprowadzili do baterji i narzędzia zabrałem z soboj
i byli już wieczorem w baterji. Na jutro poszli na ćwiczenia pieszej
musztry i dwie godziny na wykłady do działu konnej jazdy. Ja też
poszłem jeden dzień i drugi dzień, na trzeci dzień po obiedzie nas
świeżych przy kancelarji zrobili przegląd omundurowanie co kto fa­
sował. W baterji był szefem plutonowy Reder niemiec, pytasia mnie,
kanonier W alery co fasował, ja powiadam dwa ręczniki do fry-

516

Województwo Wileńskie

zjerni, co, co ja powiadam dwa ręczniki do fryzjerni, a co ty jesteś
fryzjer, tak jest, masz narzędzia, mam, przynieś tutaj. Ja poleciałem
i przyniosłem narzędzia, szef zobaczył i powiada, panie poruczniku
będziemy mieli fryzjera w baterji dobrze, aż zaśmiałsia. Na jutro
dali mnie jednemu kwatera i urządzili fryzjernia i zostałemsia fry­
zjerom. Miesiąc czasu nigdzie nie chodziłem ni na ćwiczenia, potem
porucznik powiada, że musze chodzić na ćwiczenia, a tylko w nie­
dziele golić, to ja znów poszłem na ćwiczenia, ale mnie to nie podobałosia, ja myślę okazaćsia krawcem to mi nic nie pomoże, bo dwa
krawcy jest, a szewc jedyn i jest jesień, a żołnierzy chodzo z podar­
tymi butami, więc ja okazujesia szewcom, to wtenczas przenoszo
mnie z tego mieszkania do oddziału sztabowego, dwóch krawców je­
dyn szewc i jedyn zbrojmistrz i jedyn rymarz i jedyn kapral obmundurowy. Razem będę golił i buty reperował i znów na ćwiczenie nie
poszedł. Od krawców uczesia szyć chociaż u nich maszyny nie było,
ale wszystko ja czego nauczyłemsie.
Żył ja od jesieni aż do marca miesiąca na oddzielę sztabowym.
Jak

ja w m a r c u o k r y ł e m s i a s ł a w o j od d o w ó d c y
terji porucznika szagona
V

ba­

W marcu miesiącu na imieniny Piłsudskiego szykuje sie
defilada wielka i chce każdy oddział jak najładniej ubrać koni i siodły, jak kto może, to nasz dowódca był bogaty, zachciał zrobić potniki pod siodła. Zrobili tak, zeszyli koce, obszyli wierzch czarnym
i naokoło brzegu suknom zielonym i styłu na rogach wianok biały
i druga baterja i 29 P. A. P., bo był pułk z drugiego przeniesiony
na 29 i oni ten wianek poszli do W ilna zrobić szablon, a już termin
krótki nie zdąży zrobić. Przyszed sztabowy i powiada kapralu obmundurowemu, że nic nie będzie nie zdążo zrobić i pokazuje mapka
co zrobić. Ja patrzę i śmiejesia, szef powiada co śmiejeszsia chyba
jeszcze ty coś znasz, ja powiadam znam nie znam, a za godziny dwie
byłob gotowe, co ty pleciesz, ja powiadam puscisz do domu to zaraz
zrobię, tylko zrób, pięć razy pojedzisz. Ja powiadam dajcie blachy
cynkowoj, trzeba jechać do Wilna, zaraz ja odmykam okno i po­
wiadam niech sztabowy trzyma mnie za ręka lewa a prawaj z bal­
konu oddzieram kawał blachy i biorę znów do kwatery, usiadłem do
roboty, za godziny trzy był szablon gotów, tylko nożykiem i młot­
kiem. Poniósł do dowódcy baterji, zameldował. Ja zrobiłsia nie­
oceniony żołnierz u dowódcy i tak potem jaka znajdziesia robota
w baterji to odrazu mnie pytaj o czy ja będę móg zrobić. Wtenczas

Pamiętniki chłopów

517

zrobiłem chorągiewka czarna i zielona na połowie zielonoj wyszyłem
czarny orzeł i 2 B. 29 P. A. P., a na czarnoj zielony orzeł, to nasza
baterja była ubrana najlepsze na cała Wilno. Potem kupił dowódca
bryczka i trzeba było zrobić siedzenie na sprężynach to ja też zro­
biłem. Dowódcu dywizjona trzeba było zrobić fajetop skórzany
też zrobiłem, tylko oni zaprowadzili, ja zobaczył, jak zrobiona i zro­
biłem wszystka robota tapicerska, tam też dostałem gościńca i honor
i łaska i pochwała od ofiperów, dostałem dwa ubrań aliganskie i obu­
wie aliganskie i zawsze para groszy w kieszeni i na ćwiczenie wcale
nie poszedł. Jedyn rok 6 miesięcy stali w Kalwarji, a potem przenieśli
do Grodna nasza dewiz ja, tam była do zwolnienia w Grodnie. Poszli
oficerowie na odczyt dywiziejny dowódca dywizji generał Osikowski
powiedział wszystkim w oddziałom kto ma żołnierzy takich co może
czapki robić to w naszym pułku wszystkie wiedzieli oficerowie i puł­
kownik, że ja potrafię aligansko czapki zrobić, na jutro przychodzi
dowódca i powiada, W alery ipojedziesz do dywizji czapki roga­
tywki robić jakich 500 czapek, to jutra weźmisz pierwszej baterji
maszyna od kapitana Tokarczyka i zawieziesz na Eorchonska ulica
tam w kancelarji dywizji, będziesz przychodził na noc do koszar.
Ja tak zrobiłem i zaczełem czapki robić, przychodzo jeszcze z pie­
choty dwa żydki i zaczęli pracować we trzech. Powiadaj o, że bę­
dziemy robić czapki i przyniesim krojka od czapnika, ja skroiłem
i zeszyłem i pokazałem gienerału, on lubił taki fason i żydzi zostalisia
niczem i generał powiedział, żebym mnie słuchali i skończyli tom
czapkę.
Ja dostałem dywizjonowym rozkazem od gienerała pochwała za
dobra staranie. Jeszcze okryłsia sławoj w pułku, miał od oficerów
pułkowych uwaga, nigdy służbowaj godzinaj gdzie ida nie zatrzy­
muj o, oni dobrze wiedzieli, że ja nie jestem łazikiem, kiedy ide to
musi mam potrzeba. Wróciłemsie z dewizji, poszłem do kapitana
zameldować, że maszyna w całości i prosiłem żebym pozwoliłby prze­
szyć ubranie dla siebie, to on powiedział trzymaj sobie w swoim
mieszkaniu zawsze ja pozwalam. Ja wtenczas zrobiłemsia krawcom,
już dużo czego nauczyłemsia, a co jeszcze nie wiedziałem, to wieczo­
rom poszed do miasta do krawców i targujesia ubranie przerobić
długo i patrzę, jak oni mierzo i jak robio, od jednego do drugiego
i cała ta robota już notuje, przychodzę do kwatery, kwatera dał
dowódca jednemu, maszyna mam, rezerwa przyszła od żołnierzy
zabrali stare ubrania rezerwie, a żołnierze otrzymali nowe ubrania,

518

Województwo Wileńskie

zaczęli przerabiać to ja nie móg zdążyć zrobić i zarobił kawał piniędzy.
To było 1923 roku wiesnowaj poraj i podchodziło moje zwolnie­
nie. Kupiłem sobie ubranie do cywila obuwie, a wojskowe swoje
świąteczne miałem w wojsku. Powodziłosia w wojsku dobra. Za
dobra powodzenie dali starszego żołnierza. 1923 roku w m aju mie­
siącu zwolnili mnie do cywila. Miałem dwa lata służby, oficerowie
wmawiali, żebym zostałsia na zawodowego ja nie zachciał, przyje­
chałem do domu chociaż ja z wojska często byłem w domu, zaraz
przywożę od szwagra maszyna i biorasia za krawca. Poszło mi nienajgorzej, zaczęli ludzie przynosić robota, pobyłem dwa miesiące,
kupiłem za 20 pudów stara maszyna, chwała Bogu mam maszyna
i szyje na swojej maszynie, a w ojcowskim mieszkaniu chociaż sta­
rem, ale siedzić można z biedaj. Pobyłem przez lato do jesieni, ku­
piłem krowa stara zapłaciłem 28 pudy żyta bo był bez krowy.
Jak oddali siostra, mamusia stała pędzić mnie żebym żeniłsia.
Co zrobić chociaż ochoty nie mam do żenienie, ale trzeba szukać,
miałem dużo panienok, ale chwała Bogu że miałem w głowie roz­
sądek, że jakąbądź badziała nie brałem chociaż takie panienki gładkie
bywały dla kawalerów, ale trzeba pomyśleć jak z szurpatoj zrobisz
gładsza to lepiej niczym z gładkiej szurpata i poszukałem spokojna
i niebadziała, nierozpusna, chociaż niektóre dawali mnie posagi nie
chciałem a wzięłem biedna. Odzieta była bardzo mało tylko przy­
prowadziła krowa i owieczka, a piniędzy ani grosza. Zeniłemsia
1923 roku 24 lutego, najprzód pojechałem oświadczyć, że nie będę
wesela robił, że nie mam z czego tylko chcem jo wziąść, od was
posagi nie wymagam, bo widzę, że nie macie i pojedzim powszech­
nym dniom ręce związać, jej na rodzina zgodziłasia, najprzód brat
i matka, bo ojca niema, zmarł na wojnie, a potem nie chcieli bież
wesela, zachciali żeby wesele robić. Ja powiadam, że nie będę długu
na wesele robić, kiedy wy chcecie to ja do was przyjadę i róbcie
co chcecie, ja jedyn dla siebie przywiozą, to oni powiadaj o żebym
ja robił. Ja pomówię ze swój aj narzeczona j a ona powiada rób jak
chcesz i jedna z toboj pojadę, na co to wesele, żebym ja była ubrana
tak jak ludzie, ale ja biedna i jeszcze dużo siostrów zostałosia. Bo
u nich była rodzina, jedyn syn a córek siedem to trzecia wychodzi
zamąż, a cztery zostajosia i rodzina biedna. To my zmówilisia coby
nie stało, ale brać ślub bież żadnego wesela i tak było. Poswaralisia,
pokłócilisia i we dwóch przyjechali do domu i dzisiaj chwała Bogu
żyjemy.

Pamiętniki chłopów

519

Z początku jejna rodzina gniewałasia paro miesięcy, a potem
opamiętałasia że i dobrze. Na imię mojej żony Anna Woszkinel, było
lat 24, a mnie 26. Żona z paraf ji sąsiedniej Łyntupy, z wieski Pole­
sie. Po ożenieniu na wiosna ja nie miałem długu, zarobiłem i kupi­
łem dla żony ubranie i obuwie i przeżyli rok czasu, kupiłem maszyna
lepsza, która dzisiaj jest, a ta stara sprzedałem za 18 pudy, za druga
zapłaciłem 300 złotych, a pod jesień 1925 roku kupiłem rower dla
siebie, 1926 roku kupiłem drzewa na dom zapłaciłem 425 złoty, za
drzewo która dzisiaj leży niebudowana, 1927 roku Pan Bóg dał
córeczka i zrobiłem krzciny wielkie, krewnych dużo, to kosztowało
200 złoty, 1928 roku kupiłem w miasteczku Hoduciszki placyk
i z marnym domkiem zapłaciłem 800 złoty, chciałem to drzewo co
kupione budować, ale pomyślałem, że m arna miejsce i marna mia­
steczko to kupiłem w mieście Postawy plac, zapłaciłem 175 dolarów
1930 roku, a ten wTHoduCiszkach sprzedałem za 600 złoty i nabrałem
długu 1000 złoty. Do 1931 roku oddałem 800 złoty, a dwieście zo­
stało i teraz nie mogę oddać. Ja myślałem, że tak będzie jak wprzód
ale wszystko oberwałosia, nie można zarobić grosza, tylko jak prze­
żyć, a dług rośnie. Ja płaciłem za 1000 złoty prawie rok procenty
po cztery złoty miesięcznie, a teraz płacę zaledwie 1.50 złoty od
sotni miesięcznie i oddać nie mogą żadnym sposobem. Pobudować
domu niema za co i drzewo leży i plac stoi pusty bez żadnej korzyści
niema i nie wiem co będzie, a w tych starych budynkach siedze
z bratom przez sień pod jednaj strzechaj. To czekam poprawy
i lepszego życia, a tu co dalej to gorzej i sam nie wiem, jak będzie.
Ja myślałem pobudować dom i przyjść żyć do miasteczka Postawy,
a kiedy nie żyć to pobudowawszy sprzedać plac i z domem i kupić
na starość para hektarów ziemi. To mój taki zamiar, a jak będzie to
nie wiem, teraz tylko napisałem o swoim zamiarze co myślę zrobić.
Teraz

opisze,

jakie

moje

zarobki

były

Jak ja powróciłem z wojska do domu wziąłemsia silnie za kra­
wiectwo co umiałem, a co jeszcze poduczyłemsią. Nie zapomniałem
0 muzyce, to krew do tego ciągni i reperowałem harmonje i pomału
doszłem do tego, że teraz zrobię cała nowa swojej własnej roboty.
Porobiłem stangi, wszystko wycinam bardzo dobrze wychodzi, ja
zeszłego roku wymyślił stanga i zrobił. Robił sześć tygodni ta stanga
co wycina płyty i głosy i to swoij własnej roboty, teraz myślę zrobić
wziąć z czego modelu i dołożyć coś mądrzejszego to już plan wyrobie
1 myślę zrobić odpowiedni instrument i wziąść za jedna robota mu­

Województwo Wileńskie

520

zyczna. Gitara mogę zrobić, mandolina i bałałajki, harmonja i nawet
fisharmonja. Jaby nie lękałsia z robotoj podnieśćsia i założyć wielki
w arsztat muzyczny, głowa to wszystko wyrobiłab tylko jedna rzecz
bieda, że jestem nalfabeta co troszeczki sam przez siebi pisze i też
błędów w moim pisaniu jest dużo, a rachunków wcale nie umie i nie
mogem, bo ojciec tego nie uczył, a potem jak podrosłem to wojna
to bieda to głód, a teraz nie mam kiedy, trzeba pracować 20 godzin,
a cztery spoczywać. To już nadarmo i nie czas trzeba tak spróbować,
może głowa wyrobi, ale niema pomocy. Kiedy państwo nie wierzy­
cie to ja miałem na wystawie przemysłu ludowego w Święcianach jak
Prezydent przyjeżdżał, harmonja otrzymała dyplom pierwsza na­
groda za swoja ręczna robota. Ale cóż żebym ja nie nalfabeta to
jaby swój towar mógbym rozesłać po całej Polsce i zbywać, robotni­
ków mieć. A tak siedzą we wiosce tej niesczasnoj i przepadam i zato
co ciemny wieśniak. Zrobię harmonja modelu rosyjskiego peter­
sburskiego to nicht nie powie że swojej roboty, ale fabryczna nu
i cóż. Ja na rok pobliżu sprzedam dwie harmonje, bo dalej nicht nie
zna co siedzi w błocie, jak djabeł po kolana łazisz i jeszcze musisz
ziemia robić, bo z tej roboty nie przeżyjesz. Wiedomo życia życiu
wielka różnica, żyje kot i sobaka, kot zawsze leży na pieczy, a so­
baka na łańcuchu na mrozie, to moja życia jest jak sobaki, głowa
mogłab wyrobić, jak kota, ale łańcuch sobaczy mnie nie puska to
jest mój łańcuch nalfabecizna, że jestem ślepy nu i cóż staramsia nie
hultaić i bez roboty nie siedzą i korzyści niema. Cóż tera, ja spominałem kupiłem plac jeszcze mam długu, na chleb zarobię, no wieskowy, ale nie miastowy, a ubranie tym żeje co z wojska przywio­
złem, to dobiwam do ostatku. Jest teraz córeczka sześć lat siódmy,
też nie mogę odzieć tak jak trzeba nu i co, przyjdzi czas do szkoły
też nie będzie można zdać szkoła powszechna cała, to nie będzie
z czego i zostanisia taka jak ja ciemnota.
Teraz

opisze

ila

ja

fachów

znam

1. Rolnictwo, 2. krawiectwo, 3. szewstwo, 4. mularstwo, 5. sto­
larstwo, 6. tapicerstwo, 7. fryzjerstwo, 8. grać na muzyce, 9. robić
muzyka, 10. ciesielstwo. 11. ślusarstwo, 12. bieda nędzy i niedostatki.
To proszą szanowna państwa może nie uwierzo że ja tak pisze, to
ja mogę stać na te fachy. Jestem nalfabeta, ale robotaj i rękami to
każdy mój będzie fach niegorszy od zawodowca tych robót. To
szanowno państwa proszę uwzględnić moja pisanie, że ja nie zali­

Pamiętniki chłopów

521

czam do mojego fachu, ja jego nie umiem i jak liczyłem że to mój
łańcuch, który mnie trzyma i nie puska do dobrego życia.
Teraz

opisze

co

my

mamy ojcow skiego
żyje-

i

i 1a n a s

Brat Alfons żyje w Ameryce w Chicago żonaty i listy nie pisze,
brat Feliks żyje w Rosji, listów nie pisze, żonaty. Nas trzech w domu
Ignacy, Aleksander i Walery, po trzy dziesięciny i trzecia część dzie­
sięciny, budynek rozdzielili ojcowski na trzy części i sąd rozdzielili
drzewo po dziewięć pni i sad wypad na mojej ziemi to bracia swoja
część wyrąbali i moich dziewięć zostało, mnie przyszła stara chata,
ona stoi nie na moim, daje Ignacu zamiana do czasu, chlew jedyn
mam i postawiłem składzik na zboża na słupkach, słomaj ściany
obwiązałem, a co tyczysia do inwentarza to konia nie mam, najmuje
z koniem orać, bronować i zboże zwozić, kosze siano sam i zboże żąć
sam, młócić sam i płaca za konia 20 pudy za lato co trzy i jedna
trzecia część dziesięciny robi, a ja robie kiedy przy muzyce, a kiedy
przy krawiectwie. Krowa mam jedna i parasiuka, który rok mam,
a na który nie wiem jak zarobię. Mam na długu co pożyczyłem, jak
kupowałem plac w Postawach 150 złotych, ale dwa lata nie płaciłem
procentu to liczę 200 złotych, ale mam u ludzi dobrych, sprawiedli­
wych, pożyczyli mnie bez weksla i nie napędzaj o żebym prędzej od­
dawał, powiadaj o, jak zrobisz to i oddasz. Co tyczysia w tym roku
urodzaju to bardzo marny, żyto na połowa, kartofli wcale przepadły,
owies na trzecia część, jęczmień wcale propał, siano zgniło, bo u nas
było lato mokra. W domu odzienie bardzo m arna i pościel marna.
Co tyczysia konia nie mam. Te dwa rowery mam zeszłego roku ku­
piłem za nie płaciłem 160 złotych, bo mam wielka ochota na rowery,
wole niedojeść, a rower musi być. Jeszcze miałem wielka ochotę na­
być pszczoły, to w tym roku podkudałem nie miałem parasiuka byłem
bez mięsa i zebrałem 50 złoty kupiłem trzy kłody pszczół na je­
sieni, bo bardzo łubie, chociaż w rodzinie niedostatki, ale nabyłem.
Ja mam taki charakter chociaż z horam i biedoj ale zrobię. Tak
żona moja była biedna, przyszła do mnie i teraz w zgodzie staramsia
i nie sprzeciwiamsia, jedyn drugiemu dobra — dobra, kiepsko kiep­
sko, ale wszystko zgoda i jedyn drugiego kochamy i uważamy. Jak
nasza mamusia żyje jeszcze. Ona żyła w wojna i po wojnie przy
mnie. Jak ja ożeniłemsia to po roku czasu zaczęła awanturyćsia
z żonaj. Ja powiadam, co ty chcesz, podjadłaś i leż na piecz, jeść
tobie nicht nie zabrania, to jej nie podobasia zawsze awanturyćsia,

522

Województwo Wileńskie

to ja pomyślałem co mnie przyszłosia jednemu z niej wojować, ja
zawołałem braci i powiedziałem, że będziemy karmili matkę wszyscy.
Przód nie chcieli, a potem nic nie zrobisz, zgodzilisia i zrobili tak,
trzymać po trzy miesięcy kolejno, to i teraz mamusia żyje kolejno
przechodzi od jednego do drugiego i trzeciego. Teraz tak moja ro­
dzina ja i żona i córka na imię Ola i myślę na tym pozostaćsia. Teraz
moje jedzenie. Zrana kartofla gotowana kiedy z mlekiem i kiedy
z mięsem, a jak niema mleka to i tak dobra. Mięso więcaj nie bywa
jak bywa, na obiad kapusta, albo buraki gotowane na poranku stojo
w pieczy i wieczora taka kapusta i buraki to kiedy pomieszasia
skwarku to smakuje, a kiedy posna to nie smakuje. Ale niema skąd
brać wszystko trzeba sprzedać na nafta i sól, a cukru mowy niema,
raz w rok przed Bożym Narodzeniem na kucia. To ja jeszcze posia­
dam rozmaitych fachów to mnie bywa różnie lepiej i gorzej, ale taki
co tylko z roli tylko żyje i mało ziemi to teraz niedaj Boże jak żyjo,
opisać nie można, płaczo i narzekaj o na Pana Boga co Pan Bóg dał
takie życie. W rodzinie gryzota, swarka, kłótnia, nienawiść i nie­
zgoda, przekleństwo, rozbój już powiedzie nie możno.
T e r a z o p i s z e j a k i c h ja
p r z e m y s ł o w y c h do s w e g o

potrzebuje artykułów
warsztatu muzycznego

Nie mam gdzie nabyć po niskiej cenie i potrzebuje wiedzieć gdzie
jest fabryka, co do zegarków robi sprężyny, bo mnie potrzebne takie
szynki co ja będę wyrabiał głosy, bo jest gotowych głosów, można
kupić, ale do mego modelu niegodzićsia tylko trzeba zakazać specijalnie. Po mojemu zakazu do fabryki tenczas mógbym zrobić
prędziaj i zarobić więcej, a bez materjału przepadam i potrzebuje na
okłady mietalu białego który pod nazwanie czysty nikiel, to też trzeba
po mojemu zakazu materjału tylko zakazać fabryce i nie wiem gdzie
jest takie fabryki. A co sklepu kupuj o to niegodzitsia trzeba z m a­
terjału przerabiać na materjał, a potem rzecz, to dwie roboty. Naprzykład bierzesz kawał niklu, on jest miętki do głosów nie godzisia,
trzeba wykuć z niego takie szynki, jak na głosy wyrobić twarde
i cienkie to fabryka wyrobiłab odrazu i dostałbym dobry materjał.
To dużo kogo pytałem i nie dopytałem i pisałem nicht nie dał mi
nic takiego adresa. Żebym jal dostałbym z fabryki taki m aterjał
to spróbowałbym założyć warstat, a to ja dostaje w sklepie i płaca
sklepikarzu drogo to naprzykład ja zrobię harmonija 100 złoty musze
wziąść to mnie wychodzi 50 złoty m aterjał i trzeba na nim podwójna
robota robić conajmniej 30 dni, ale nie siem godzin w dzień, ale

Pamiętniki chłopów

523

18 godzin na doba, a sześć spoczywać to zostajesia za 30 dni 50 zło­
tych zarobku dzień po 18 godzin pracy, czy to zarobek. Ja tak myślę
żebym ja dostawałbym m aterjał ze składćw fabrycznych tobym niewięcej kosztował jak 20 złotych a może i tego nie, to zostałosiab
80 złoty za robota i robiłbym jakich 15 dni i zarobiłbym 80 złoty,
to tenczas można byłob żyć z tego fachu, a co do krawiectwa to już
niema gadanie. Krawców jest dużo, szyjo 50 groszy koszula świą­
teczna i spodni 50, kożuch dwa złoty, jermiak jeden złoty, kościum
dwa złoty i nafta swoja trzeba wypalić, a kożuch trzeba szyć 40 go­
dzin, to trzeba do drugiej godziny wieczerkować i dwa funty nafty
spalić 60 groszy, zostaisia 1.90 groszy za 40 godzin pracy, to ten
tylko zarobi krawiec który ma ojca on nie liczy jedzenia i nie liczy
nafty, wszystko jedno on żyje przy ojcu to on zarobi w niedziela
pięć złoty i on może szyć tanio i takich krawców gospodarzy po wy­
uczyli dużo i krawiestwo na wsi w chłopach poszło na nic. To ja
musze teraz robić harm onji i krawcować i nie możno z tego przeżyć,
trzeba przy roli sprzepadać, roboty dużo a korzyści mało to ja tak
żyje, a kto tego nie zrobi-, to trzeba przy jednej roli żyć i mało roli
to podymuje ręcy do góry chce lecić i niewiadomo gdzie i zawsze
spomina przedwojenne czasy, że ludzie żyli a teraz przepadaj o i tę­
skno rosiej skich czasów.
Teraz

opisze,

jak

ja

czytam

Gazety ja przód wcale nie mogłem czytać, ale bardzo łubie czy­
tać to pomałutku zaczełem czytać książki, przynosić ze szkoły istoryczne i zacikawiłemsia, stale i dużo przeczytałem. Potym wypisałem
gazeta ludowa, zrobiłem piniędzy na półrocza sześć złoty, a teraz nie
mam i nie dostaje żadnoj gazety. Do gminy żądny związek nie na­
leżę do żadnych kółek, u nasz niema żadnej organizacyj, tak przepa­
damy. Mnie trzeba konieczna nauczyćsia nuty muzyczne, to co kapielmester zna, ale nalfabeta nie mogę, to tylko pracuje jednaj biednoj
głowaj, męczesia a więcej nic. Zakończam pisanie, bo nie zdążę
odesłać, jeszcze mam co do pisania, kiedy to dobre będzie to proszę
zawiedomić, napisze więcej o wszystkiem.
Dn. 23 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr. 38

Syn gospodarza pracujący w go­
spodarstwie domowem w pow .
wilejskim

Żyję na głuchej zapadłej wsi, całe życie nigdzie nie wyjeżdżając,
w złych warunkach materjalnych, z wiecznym głodem duchowym,
jak i fizycznym. I odważam się do czegoś nierealnego: opisać o sobie,
0 swoich brakach powszechnych, o swej nędzy nierozłącznej, o roz­
puście, krzywdzie publicznej i o własnych zapatrywaniach dzisiej­
szych, wczorajszych i jutrzejszych — dla ludzi dalece innego świata.
Chociaż treść mego oświadczenia może być nieprzezwoita, nawet
dziwna — na tern mało zastanawiam się, byle byłaby rzeczywista
1 doskonale zrozumiana przez ludzi innych stanowisk społecznych.
Temi ludźmi, które tak pragną wiedzieć o realności chłopa, którego
jęk zaczął dolatać na najwyższe stopni społeczeństwa, skąd zawsze
patrzą na niego jak na rzadkość z drugiej planety spadszego z pogruzgotanemi kośćmi, stękającego w kloace.
Wiem, że mnie to wszytko nie uda się tak, jak ja chcę — lecz
przystępuję...
Piszę same rzeczywistości.
Chociaż jestem mało wykształcony, z białoruskim akcentem
w wymowie z artograficznemi błędami w piśmie, bez żadnej styli­
styki pisarskiej, z jedyną desperacją w uczuciu, że wszystko pójdzie
na marne i nikt nie zwróci najmniejszej uwagi — zaraz od listonosza
powądruje do kosza. Jednak nic nie poradzę, muszę byle co praco­
wać, choć bez korzyści dla nikogo.
Sceptyk też ma czasem swoje idey.
I.

Jestem chłopem, rzeczywistym chłopem, o czem potwierdzi każ­
dy biurokrata podlegającej gminy i nie tylko że potwierdzi ktoś —

Pamiętniki chłopów

525

sam jestem pewny tego, nigdy nie zrzekam się, w żadnych wypad­
kach, choćby chodziło o ważne sprawy niejakiego awtorytetu.
Ojciec mój jest właścicielem niedużego kawałka gruntu, liczące­
go ponad pięć ha, wydzielonego po komasacji kilka lat temu i odziadziczonego po dziadku, który nabył własnym trudem.
Liczne rodzeństwo, składające się z dziewięciu członków, w pocie
czoła trudni się na roli i zarobkuje na kawał chleba. Muszę jeszcze
podkreślić, że są między nami niezdolni do pracy — małoletnie dzieci:
dwoje uczęszczają do szkoły, a jedno w przedszkolnym wieku nie
rachując jeszcze trzynastoletniego chłopca, który ukończył siedmio­
klasową szkołę powszechną i z materjalnych braków niszczy się
w domu, nawet z dobrą zdolnością i pilnością do nauki. Ojciec też
stracił zdolność do pracy, częściowo z podeszłego wieku, a większo­
ścią z powodu chorobliwego stanu organizmu.
Głównemi podstawowemi robotnikami jesteśmy z bratem,
a z kobiet zaliczyć siostrę i mamusię — ostatnia ma taki temperament
do pracy, że nawet czasem jej zazdroszczę.
Zarobkowanie na stronie jest zupełnie niewystarczające i nawet
na niezbędne potrzeby domowe. Ono bywa przeważnie sezonowe:
żąć, kosić, siano grabić, a jesienią wybierać ziemniaki. W ynagro­
dzenie za nią jest bardzo mizerne. W samą ważniejszą dla pracy porę
roku, kiedy wszystko kipi jak na ogniu, kiedy pot z czoła źródłem
bije od gorąca, t. j. żytnim żniwem — złoty dwadzieścia pięć groszy
(z tegorocznej orjentacji). A jesienią na kartoflach — osiemdziesiąt
groszy i taka praca nawet niezawsze bywa i ni dla każdego dostępna.
Musi być najpierw coś zafundowano pracodawcu, o ile jest zamiar
pracować u niego — taki już zwyczaj istnieje. Nic dziwnego: pra­
cowników są dużo, a pracy mało, jedynie w majątkach.
Dochód z własnych gruntów jest minimalny niewystarczający
na wszystkie potrzeby gospodarcze.
Najgorsze nieszczęście spowodowały ceny na produkty rolne,
nieszczęście polega na tern, że jakby człowiek nie żył, lecz potrzebuje
pieniędzy. Na pierwszym planie stoją podatki. Prawda teraz sły­
szałem, że należność skarbową możno uiścić naturą, przyjmują, ale
czy każdemu blisko? I czy zapłacą wyżej rynkowej ceny? A kiedy
nie — pocóż wieść jakich czterdzieści kilometrów czy więcej. A po
drugim: odczuwa się brak tego zboża, na które pokładamy wszystkie
nadzieje. Ile to trzeba sprzedać owsa po złotemu i czterdzieści pięć
groszy za pud (16 ki.) ażeby kupić pud soli. Żyto nieco drożej (po
2 zł. 20 gr. za p.), ależ go nie tak dużo, ile tu zbierzesz z tech pięciu

526

Województwo Wileńskie

ha. Sami przecie też ucinać musiemy, kiedy głód dokucza. Nie skradnąć od niego, on z śmiecia wykopi, taki już ma węch nadzwyczajny.
Ta natura może czasem sprawić kłopotu. Tak przepuszczam,
bo mnie przypomni! się jeden epizod ze świńmi.
Daty tego zdarzenia dokładnie nie pamiętam, czy to było pod
koniec roku 1931, czy z początku 1932-go mniejwięcej w tym miejscu.
Już kryzys szalał w pełni. To był koluminacyjny punkt zniżki cen na
produkty rolne. Było do takiego stopnia spadłszy życie handlowe,
że nikt nic nie chciał kupować — strasznie pomyśleć. Chyba że od
początku świata nie było zaobserwowano podobnego zjawiska, han­
del był wycofany z użytku. Dobrze pamiętam ten czas — odczułem
go w pełni. Byłem świadkiem tej katastrofy gospodarczej. Ofiary
jej wyglądały litośnie. Depresja odbijała się na każdym rysie twa­
rzy wieśniaka. On był w art btości. Więc zlitował się nad nim rol­
nik powiatowy. Jak wiadomo przed chwilą kryzysu rolnicy nauczyły
się wytwarzać żywy inwentarz wyzyskując z niego lepsze dochody
gospodarcze. Tą produkcją w większości były świnie, które jeszcze
miały nabywców na rynkach. I otóż ten ostatni produkt rolny, na
który opierał się chłop wiejski do tego czasu, zaczął kołysać się —
cena spadła do minimumu. Kryzys był silny.
Żeby uratować wieśniaka, czy prawdziwiej skorzystać z okazji
—spółka rolnicza, z agronomem powiatowym na czele, zaalarmowała
po całej okolicy, że będzie kupowała świnie po dogodnych cenach.
Data i miejsce kupna naznaczone były urzędowo przez gminę i soł­
tysów.
Chłopi wzruszeni do głębi duszy, że choć nareszcie przychodzą
doń z pomocą, i że w prędkim czasie będą żyli, jak i wprzódy — szy­
kują się na targ. Rynek naznaczony był na rampie stacji kolejowej,
dokąd w naznaczony dzień przywożono świnie.
Z rolnika przyjechało kilkoro osób. Przywieziono z sobą wete­
rynarza. Zaraz na głos tej spółki wyruszyła cała gmina, kierownik
kasy Stefczyka, weterynarz gminy, exsklepikarz wędlin i inni. Nawet
nie brakowało żydów; te choć zdaleka patrzały widocznie bojąc się
strefie.
Sprawa rozpoczęła się. Głos ludzki zlił się z świnim piskiem
w jedną dziką wrzawę. W eterynarz w każdej już kupionej świni
sprawdzał temperaturę, a ona wrzeszczała na całe gardło, nie wiedząc
że troszczą się o jej zdrowie.
W arunki kupna były takie: każda Świnia musiała mieć pocho­
dzenie, inaczej nie mogła być sprzedaną. Potem musiała być dosta­

Pamiętniki chłopów

527

tecznie utyłą i zdrową. A nareszcie zgodzenie się samego gospodarza
sprzedać.
Kupno było niebardzo pomyślne dla sprzedawców. Chłopi mu­
sieli oddawać świnie bez pieniędzy. Bo kupcy narazie ich nie miały,
a mówiły że zapłacą po sprzedaniu gdzieś tain na rynku warszaw­
skim. Zapłacą, mówili, po takich cenach, jakie wtenczas będą stały
na rynku, tylko za potrąceniem nielicznych kosztów poniesionych
transportem.
Ale nielicznych, bo taryfa kolejowa jest dla nich darmowa —
nic nie kosztuje. Więc nam oddać — mówili — rachunek jest lepszy,
nieżeli kupcom prywatnym, które opłacają przewóz, więc płacą bez­
warunkowo taniej; a u nas będzie drożej. Pieniądze przyszłą po
poczcie albo wypłacą liczno, sami; nie dłużej jak za irzy dni od te­
raźniejszej daty.
Dużo wieśniaków bało się oszukaństwa więc nie oddały „na los
Boży” — jak wtenczas mówiono, a niektóre zgodziły się i ja w tern
liku.
W agi ze sobą oni nie przywieźli — niewiem dlaczego — a na
prędką rękę wypożyczały u żydka jakąś starą, zepsutą, wcale nienadającą się do ważenia. Ale to głupstwo... Powiedzieli, że tu zważą
tylko dla przykładu, dla tychczasowej orjentacji, a tam gdzie sprze­
dadzą, zważą dokładnie i wypłacą sumiennie całą należność do gro­
sza. Cóż zrobić?... Zrezygnowali, nie możno nie uwierzyć...
Zważyli mego kabana, wyniósł sto siedemdziesiąt kilogramów.
Był dużym kabanem — myślałem, że wyniesie więcej, ale to nic.
Upłynęło trzy dni, nic nie słychać... Myśleliśmy, że już po nim. Po­
między chłopami zapanowała panika. Raz po razu zaczęły zaglądać
do „Kasy Stefczyka” sprawdzając czy już nie zjawił się czasem? Bo
kierownik miał o tern wiedzieć — więc nic dziwnego, że do niego
zaglądały.
Nareszcie przez trzy dni zjawił się cud: przybył dłużnik z go­
tówką. Pamiętam to było we środę, targ w miasteczku. Wierzyciele
czekały już od świtu na rozpłatę. Otworzyło się okienko i zaczęło się
przedstawienie. Bo przed wypłatą a przeważnie przed takiemi wy­
płatami, rozgrywa się istna tragi-komedja: tam są ślozy i śmiechy
Otóż tak samo i wtenczas, kiedy pierwszy stojący przy okienku
chłop podał swoje pokwitowanie (muszę podkreślić, że po przyjęciu
świni spółka wydawała pokwitowanie, że otrzymała od takiegc
to: imię i nazwisko i ile waży, ten kwitek pozostawał całym dokumen

528

Województwo Wileńskie

tem, bez którego później nie wydałyby pieniędzy). Kasjer wyracho­
wawszy powiedział, że należy tyle... ten zbladł.
— Jak to może być? Należy więcej.
I nie chciał podpisywać podanego mu papieru. Widząc protest,
kasjer był zmuszony wytłumaczyć powody niefortunnej rozpłaty.
Popłynął z jego ust potok narzekań: po pierwszym że mało było
naładowano do wagonu, a koszty musieli ponieść te same — jak za
cały, po drugim, że cena spadła na rynku i inne.
Chłopi zaczęły wrzeszczeć w niezadowoleniu. Niektóre z nich
jako jałmużnę prosiły: — „Natkiń panok choć załatowku, pohreca
(na służbowego) — bo wielmi zimno”. A drugi: — „Panoczku,
choć na dwaich” — domagał się. Co ten nareszcie nieścierpiał i wy­
rzucił parę złotych, mówiąc: — »Daję z własnej kieszeni”. Był dow­
cipny poczciwiec.
Ja też otrzymałem sto pięć złotych. W aga była bez zmiany,
przepuszczam tam też musiał ważyć to samo. Za pudy wynosiło po
dziesięć złotych; kiedy na miejscowych rynkach była średnia cena
czternaście złotych. Ale to nic i to przecież gruby pieniądz.
Gorzej teraz, kiedy tych pieniędzy dawno śladu niema, a musi­
my zapłacić stemplowe. Bo urząd skarbowy coś przypomniał sobie
i raptem wysłał nakazy, jesienią b. r. dla wszystkich tych, które
uczestniczyły w powyższej sprzedaży z wymówką, że nie mieli pra­
wa dać zarobić powyższej spółce, nie będąc jej członkiem — więc
musicie zapłacić karę w obliczu stemplowych — tak przypuszczam.
Teraz, kiedy zjawiły się na świat nowe potrzeby, nowe trudności
materjalne, kiedy odczuwa się brak wszystkiego, swojem porząd­
kiem musisz odczuwać nowe ukłucie gospodarcze, musisz czekać
za każdym skrzypem drzwi w niczem niewinnego sekwestratora, —
bo inaczej nie może być...
Czasem zastanawiasz się nad tem: — Czemuż te stemplowe nie
mogły być pobrane wtenczas przy rozrachowaniu się, kiedy wypła­
cano po potrąceniu wszystkich kosztów.
II.
Dla lepszego podkreślenia teraźniejszości i dla lepszej jej pla­
styczności, muszę przytoczyć przeszłość, jako fakt moich przeżyć
oraz wrażeń dawniejszych. Moją przeszłością, którą ja doskonale
zapamiętałem, podkreślam lata od początku niepodległości Polski
i wgórę. Ten czas w porównaniu z dzisiejszym jest jako dzień z no­
cą. Jego światło w mojej pamięci świeci po dziś dzień. Możliwie,

Pamiętniki chłopów

529

że inne ludzie przeżywają lepsze chwilę, a moje zarachowałyby do
nieszczęścia. A dla mnie jednak inaczej. Jest to całkiem zrozumia­
ne. Ja w życiu nic lepszego nie widziałem, a co było w życiu najlepszem i nadal pozostało w pamięci.
Wtenczas ruch był zupełnie inakszy. Było dużo zarobku, który
teraz zamarł całkowicie. Tym zarobkiem był eksport lasów z Kre­
sów. Na stacji, od nas za trzy kilometry, szło życie. Drzewo wożono
z całej okolicy: papierówkę, szpały, szlifry i inne. Na stacji go roz­
cinano, oskrobano od kory i ładowano na wagony. Pracowało setki
robotników. Dzienny zarobek wynosił od pięciu do siedmiu złotych,
zależnie od pracy. Życie wrzało.
A po drugiem: artykuły gospodarcze miały niezłą cenę. Nawet
urodzaj był lepszy. I wódka taniej kosztowała. Te cztery zjawiska
ziemskie, połączone razem, stanowiły normalne życie chłopskie.
Wódka dla większości społeczeństwa niniejszej klasy stanowi
wyższą energję życia, — ideał, bez którego życie na tyle marne, jak
niebo bez raju. Jakie nie byłoby życie — sądzę po własnem uczu­
ciu — o ile ono dąży do punktu, w którym widzi się zbawienie, choć
tymczasowe, jest życiem właściwym, a właśnie nim jest wódka, prze­
ważnie w życiu chłopskim. Są tacy, którzy nie używają, lecz to oka­
zy. Ja też lubię pić. Piłem nawet dużo do namiętności. To miała być
swego rodzaju rozrywka, bo innych nie było, nie pójść do kina lub
do teatru, skoro ich nie było, a musiałem zadowalać się tern co jest.
Teraz piję zupełnie mało, nawet rzadko i przedczuwam, że
w przyszłości nie będę ją używał wcale.
Czas płynie nudnie, nie mam żadnej uciechy w życiu.
III.
Chcę jeszcze przytoczyć zaprzeszłość, ten czas, który upłynął
przed wojną światową, o którym orjentuje się tylko z ojcowskich
opowiadań.
Jak wiem ojciec przyszedł na świat w rodzinie dużo zamożniej­
szej, posiadającej ponad dziesięć ha własnych gruntów. Zamożność
ta reabzowała się nie wiem z czego, bo stan gospodarki był prawdo­
podobnie na niskim poziomie — możliwie, że temu sprzyjały lep­
sze czasy.
Ojciec, po ukończeniu początkowej szkoły, z dalszej nauki zre­
zygnował. Pozostając w domu zaczął gospodarować, prowadząc
gospodarkę więcej wzorowo, jak prowadził ojciec jego dotychczas..
34 Pamiętniki chłopów.

530

Województwo Wileńskie

Za kilka lat później dochodność pól podjęła się na połowę więcej.
A do tego jeszcze artykuły rolnicze trzymały się normalnej ceny;
wyroby przemysłowe były dużo tanie od dzisiejszych, więc żyły nie­
źle. Nawet miały troszkę gotówki w skarbcu domowym.
Brat ojca zarabiał na stronie. Kiedyś liczne miasta Rosji obfito­
wały w zarobek. Możno było łatwiej zarobić parę groszy. Z mojej
wsi dużo ludności większością swój żywot pędzili po miastach, na­
wet w dobrych warunkach. A dzisiej wszyscy siedzą w domu, niema
gdzie wyjechać, a tu jak na nieszcz^lBle stanowi się cor
"jaśniej
i duszniej.
Na tern zakończam ten ojcowski czas nie wnikają*
drob­
niejsze szczegóły.
IV.
Nic dziwnego, że teraźniejszość chcem nazwać biedą, bo _ -tna
bieda dla mnie. Chociaż ja nie jestem gospodarzem, jestem dużo
uzależniony od ojca, o ile chcę z nim spoinie pracować, więc odczu­
wam ten sam ból kryzysu materjalnego. Pójść od niego, też nie mam
żadnej możliwości — dokąd? A zresztą nie jestem zdolny do czegoś
innego. Chociaż zdolność też na nic w arta byłaby... Więc siedzę
w domu — pracuję byle co, choć nie mam z tej pracy większej ko­
rzyści nad nędzne przeżycie. Z tą gospodarką mogłyb sobie dać ra ­
dy połowę tych ludzi. Nie można to nazwać pracą, ani bezrobociem.
Życie jest wcale więzienie, nieodpowiadające rzeczywistości. Zawsze
jestem przygnębiony duchem, razem z fizycznym bólem materjalności. Poza pracą niema żadnych przyjemności: ni książek, do któ­
rych mam wielką porywczość, ni zabaw, nawet odczuwam kryzys
miłości, co jest cudem w mojem wieku, mając dwadziesto trzeci rok
od urodzenia.
Było wesoło kiedyś — pamiętam zabawy, przedstawienia. Spoj­
rzawszy — ludność ta sama, lecz na ludzkiej duszy nie to samo —
najgorsze, że nawet niema zaco nająć muzykanta, skąpią się wszyscy.
Czyż mogę myśleć o przyjemności, jedząc bez soli często. Na przed­
stawienie też nikt nie może pójść — płatne, a bez płaty przedstawie­
nie nie może istnieć. Więc i zostało wycofane z użytku. I wogóle
cała ludność ma takie posępne miny, że najlepszego optemistę znu­
dzą do mełoncholji. Co temu winno, czy nędzność?...
W domu tak samo, zawsze dysonans. Przyjdziesz czasem z pracy
zgłodniały do psa. Bywasz troszeczkę w humorze, bo masz niezły
apetyt i zasiadłszy do stołu, czekasz na kartofle. Zaczynają się roz­

Pamiętniki chłopów

531

mowy, przeważnie na temat braku czegoś w gospodarce. Wkońcu
ta rozmowa dochodzi do tego, że zaczyna się sprzeczka nie na żarty.
Zirytujesz się zawsze do zera, wszystko jedno jak podjadł — nie
chce się jeść wcale, tylko trzęsie się w środku jak od febry i basta.
Ta kłótnia zaczyna się tak:
— Ale dziś mróz porządny, zaznacza ktoś z rodziny.
— Na noc ma być jeszcze większy, potwierdza drugi.
Ojciec przy myśli o mrozie kurczy się i drży i raptem przypo­
mina:
— A czy podłaskę podjęliście?
Podlaską nazywamy krowę, która, czy to bądź od starości, czy
od złego pastwiska, nieżyźnego pokarmu — zaczęła niedomagać, co
za każdym razem muszą para ludzi usługiwać, ażeby pomóc wstać
jej na nogi.
Więc:
— Podjęliśmy ją, — mówi brat — pod wieczór.
Ale tu wtrąca się siostra:
— Ja zaglądałam niedawno do obory i widziałam, że znów leży.
— Otóż macie — wznosi się ojciec — głodna... onaż nic nie jad­
ła... a tu taki mróz. Ot, gospodarze!
Ja cały czas milczę. A kiedy już zaczyna się podkreślać „gospo­
darze”, co częściowo jest i pod moim adresem, zaczynam się iryto­
wać i wkońcu nie ścierpię:
— Przy czem tu gospodarze?... Mają stać zawsze przy niej? Jak
djabły przy grzesznej duszy — co? Czy nie mówiłem, żeby karmić
lepiej...
— A co dasz lepszego? — sucho zapytuje ojciec.
— Kartofli.
— A co sam będziesz żarć — słomę?
— Choćby siana już...
— A! Rozumiem! Dawno jużby porozdawały wszystko, nie zwa­
żając, że cała zima na przodzie. A zresztą dla konia co dasz?
Ja zaczynam się odmagać po swojemu, zaprzeczając jego wszyst­
kie podkreślenia gospodarcze. W piersiach gryzie nieprzyjemny ból,
jakiegoś czarnego poczucia. A ojciec zaczyna po swojemu zmagać
się na złości. I tak między nami dochodzi do istnego konflikta, za­
kończonego depresją.
Tak bywa zawsze, nie to, tak owo staje na drodze pacyfiku ro­
dzinnego.

532

Województwo Wileńskie

Albo: zepsuł się jednego razu pług, powiozłem do kowala na
reperację. Zaniedługo przyjeżdżam do domu bez pługa. Ojciec za­
pytuje:
—- Co — niema kowala w domu?
— Jest odpowiedziałem.
—A dlaczego pług zostawiłeś? Jeszcze nie zreperował?
—- Właśnie, że naprawiłem...
— A dlaczego nie przywiózł? Wiesz przecież, że jest potrzeb­
nym... Teraz taki pilny czas. U porządnych ludzi dawno już po­
siane żyto... A u nas ani ziarna. Mów! Zapomniałeś?
— Nie, nie zapomniałem. Kowal nie oddał. U mnie nie starczy­
ło złotówki...
— Jak? Aż tyle wziął? Niemożliwie! Pocóżeś, do djabła, wioz­
łeś do niego?
— Dokąd-że mam wieźć... Kiedy tu najbliżej. Inaczej stracił­
bym na czasie.
— Teraz to nie straciłeś?
I już sprzeczka. Ojciec zaczyna się denerwować. Ja też odczu­
wam przykry ból w piersiach od nieprzyjemności — umilkam. On
ze złością posyła mnie do sąsiada pożyczyć złotówkę. Lecz ja nie
idę, wiem, że u sąsiada też niema. I nareszcie splunąwszy w stronę
odchodzi. Pozostajesz z czarnem uczuciem — nie wiesz co począć.
Stoisz jak bałwan i klniesz swój los Lucyferem.
Wolnem czasem wychodzę na wieś, gdzie odetchniesz kapelkę,
bo cudza bieda nie tak straszna.
W święto, po takich tygodniowych zgryzotach, szukam przy­
jemności życia. Zbierzy się gołota całej wsi i zabawiają się grając
w karty.
W takich domach ludowych zawsze jest koncesja tytuniowa,
czy na odwrót: do takiego mieszkania zbierają się, gdzie fabrykują
i sprzedają papirosy. U takiego przedsiębiorcy zawsze znajduje się
kłoda kart własnej roboty — sam zrobi, albo ktoś zrobi z tektury
od pudelków tutkowych, sprzedają za jakich piętnaście groszy i za­
raz przegrywając na miejscu sprzedaży.
Ten posiada zawsze naftę i własną lampę. Za noc trzydzieści
groszy. Ogień normalny. Każdy przychodząc, bierze po jakich pięć
sztuk papirosów (większością na kredyt, o ile powierzy sprzedaw­
ca, bo są tacy, którym nie chce powierzyć nawet jednego papirosa)
i zaczyna się gra w „oczko”.

Pamiętniki chłopów

533

Stawiają jednego papirosa do banku i hazard czeka poprzedni­
ka. Jakich tam nie robi się nadużyć... Oszukują jeden drugiego.
Albo kiedy już zbierzy się w banku sporo papirosów, zgaszą ogień
i „na wozy”, kto ile zdąży zagarnąć — demoralizują się własnoręcz­
nie. Używają różne zabobony, kiedy już dla kogo idzie źle karta —
przechodzą na drugie miejsce, lub pędzi swego sąsiada; ten niechce
ustępować, łaje się; albo kiedy już kto przegra, więc bierze ostat­
niego papirosa do gęby i trzyma go mocno, mówiąc: już teraz nikt
nie wyrwie. Ten, który bankuje, protestuje, — grozi, że nie da mu
karty, o ile nie położy na stół papirosa. Gwałt... pisk... złość i t. p.
Pachnie odurem. Ataki gazowe w pełni. Kiedy już kto wygra, ucie­
ka za drzwi, przegrane go łapią, co często powoduje bójkę.
Ja też gram, o ile mam możliwość nawet hazardowo. W naj­
wyższych chwilach trzęsę się jak od febry, wszystko jedno, jak
idziesz pod gilutynę. Najczęściej przegrywam do tutka, bo zawsze
gram sumiennie. Potem choć nie żałuje przegranego, a jednak od­
czuwam brak czegoś, coś dręczy... jakieś niewyraźne poczucie się do
winy przed własnym sumieniem — zawsze same nieprzyjemności.
Czasem zechcesz się choć na chwilę zbawić z pod powszechnej
męki duchowej, więc przybiegasz do sztucznej uciechy: do dzinaturatu. Choć w gardle drze się, lecz w głowie robi się jaśniej, wesoło—
energja... Na jutro następuje całkowita desperacja, apetyt i ten tra­
ci się, nie widzisz w świecie żadnej przyjemności — wszystko zero.
Ale tej uciechy też brakuje często. Nawet zdarzają się dziwne
okoliczności. Na jednem z takich byłem świadkiem. To było nie­
dawno w b. r. Zaprosił mnie kolega w gościnę. Poszedłem — to już
było wieczorem. W mieszkaniu kolegi już było kilkoro chłopów, też
widocznie zaproszonych. Na stole stała butelka dzinaturatu, obok
niej szklanka i kawał chleba. Czekano tylko na mnie. Po minach
obecnych zauważyłem, że były wielce zadowoleni i z niecierpliwo­
ścią czekały chwili rozpoczęcia się hulanki. Gospodarz prosi za stół;
wszyscy jakoś krępują się. Jeden drugiego sztyrcha, żeby załaził do
kąta, lecz nikt nie chce — odmawiają się. Aż tu raptem trząś szy­
ba w oknie i czyjaś tajemna ręka cap za flaszkę stojącą na stole
(stół stał przy samym oknie) i w mgnieniu oka znikła spowrotem.
Na stole zapanowała pustka, po mieszkaniu przeleciał wiatr.
My stoimy jak ogłupiałe po takim siurpryzie — nie wiemy co
począć. Każdego z nas elektrycznie ogarnął smutek. Jedyny przed­
miot, który miał być przyjemnością, znikł dziwnym sposobem. Go­
spodarz nawet przetarł oczy, nie wierząc: czy nie halunacja czasem,

534

Województwo Wileńskie

ale uwierzywszy, że tu rzeczywiście tak jest — zbladł. A w niezabawie po bladości zjawił się rumieniec wstydu — goście zaproszone,
a tu nie ma czem poczęstować. Po niejakim czasie wybiegliśmy na
ulicę, lecz nikogo już nie było. Tylko w iatr gwizdał w starym pło­
cie — on po tern nie m artwi się. Padał drobny deszcz, naokół było
straszne błoto.
Ten wypadek był rzeczywistym, chociaż trudno uwierzyć. Ja
też zastanawiałem się nad tern: kto to mógł być?... Gołą ręką sięg­
nąć przez szybę, aż do stołu, nie bojąc się poranienia. W ypadki zło­
dziejskie zdarzają się bardzo często.
Etyka chłopska zaczęła się cofać wtył nie zważając na cywili­
zację z każdym dniom dążącą naprzód. Coraz natrętniejsze odczu­
wanie potrzebności materjalnej kształci nowe masy złodziejstwa.
Pod tą brutalnością losów najlepsze sumienie demoralizuje się. Te­
raz niema tej wsi, któraby nie miała swoich złodziei, już nikt nie
dziwi się, że w tej nocy u sąsiada w śpichrzu została złomana kłód­
ka i skradziono ostatni zdobytek. Złodziejstwo nie sensacja — mó­
wią dzisiaj. U nas, w tern roku wiosną, jednej nocy zalazły złodzieje
do szopy, w niej nic dobrego nie znajdowało się oprócz szmaru dla
kół, więc nie pogardziły nią — zabrały z przyjemnością, pozosta­
wiając po sobie ślady bosych nóg.
V.
Trudno uwierzyć, że my dzisiaj uczymy się na profesorów
oszczędności. Nasza dzisiejsza oszczędność taką jest skrypularną —
że w porównaniu z nią zero wszystkie dotychczasowe książki w ni­
niejszej dziadzinie. Oszczędzać pieniądze, kładąc je pod pierzynę
lub do kasy oszczędności, to nic dziwnego, nie jest na tyle trudno:
nie pić nadmiar wódki, nie grać w karty, mijać towarzystwo kie­
liszkowe, nie kupić dla żony nowego palta niech stare szczylniej do­
nosi i t. p. Ale oszczędzać wtedy, kiedy nic niema — oto sztuka.
W tym ostatnim my jesteśmy wielkiemi oszczędnikami. Oszczędza­
my wszystko i na wszystkim. Większa część przemysłu światowego
może dla nas nie istnieć wcale — jego korzyść zbyteczna. Cukru nie
używamy wcale. Soli kuchennej też nie używamy — zastępuje bydlacza — czerwona. Naftę palimy tylko w wielkiej potrzebności.
Palić tytuń ludzie ograniczyli się do minimumu. Nauczyły się jakiejś
dziwnej grzeczności. W towarzystwie mężczyzn żaden nie pali.
A naodwrót, — z lepszą ochotą palą przy kobietach. Polega na tern,
że będąc z mężczyznami boi się zapalić, żeby nie dać innym. Bo zo-

Pamiętniki chłopów.

535

baczywszy, że ktoś chce zapalić, biegną do tego jak dzieci z prośbą
dać dla nich, tak trudno odmówić. Więc nikt nie ma odwagi nawet
przyznać się, że posiada tytuń. A o ile który z nich zechce zapalić,
chowa się od wszystkich. Przy kobietach tego nie wynika, bo ko­
biety nie palą. Nawet nie kupują o ile kto widzi.
Widziałem jednego razu na własne oczy, przyszedł do sklepu
chłop i prosi sprzedać mu ćwiartkę paczki tytuniu. Sklepikarz radzi
mu kupić połowę. Chłop powiada, że nie posiada pieniędzy więcej
jak na ćwiartkę. Ten nareszcie zgadza się sprzedać i prosi go iść
z nim do mieszkania, tam rozetną. Lecz chłop upiera się, prosząc,
żeby rozciąć w sklepie. Sklepikarz powiada, że w sklepie niema
noża i zapytuje czemu on nie chce iść do mieszkania. Ten powiada,
że tam są znajome ludzie. — No to cóż dziwnego?—zdziwił się skle­
pikarz. — Oni będą wiedzieli, że ja kupiłem tytuniu. I nie poszedł.
Nietylko z tytuniem, dużo z czem tak, lecz z tym jeszcze dają
sobie rady. Dużo gorzej popadłszy w ręce księdza. Tam nie może
być użyto żadnej chytrości. Pójdzie tak jak musi iść.
Ś. p. zmarła moja babka. W dzień pogrzebu przywiozłem popa
z psałmoszczykiem. Po pogrzebie zapytuję: ile za to należy. On
nie wahając mówi dziesięć rubli złota. Ja zdziwiłem się. — Prze­
cież my po niej nie otrzymaliśmy żadnego spadku. W ystarczy dla
baciuszki dwadzieście złotych.
Lecz na taką sumę on wcale nie przystępuje. Targujemy się jak
żydzi. Już zgadza się za czterdzieście. Ja daję dwadzieścia pięć. On
jeszcze ustępuje pięć złotych. Ja trzydzieście. Po niejakim czasie
zgoda. Później chowając w drugiej wsi chłopa, powiedziały, że od
nas otrzymały sto pięćdziesiąt złotych. Widocznie żeby ten też nie
poskąpił się.
Później potrzebowało mi się zaświadczenie urodzenia. Przy­
szedłem do plebanji nie bez lęku. Przychodzę — powiadam: tak
i tak. On nasępia się i zaczyna badać:
— Czy uczęszczasz do cerkwi?
— Chodzę...
Ale on nie wierzy, wie, że kłamię... wie, że po świętach w cerkwi
zawsze pusto. A ja też wiem, że jestem niewirnym — parę razy by­
wam... On znowóż popatrzywszy na mnie badawczo, ale już głosem
więcej powyższonym przeczy:
— U spowiedzi też nie byłeś?
— Jakto? — zagadywana ja.

536

Województwo Wileńskie

Lecz rozumiem, że mu nie o to chodzi. Atakuje mnie ze wszyst­
kich stron, żebym przyznał się do winy, i zaraz pokarać w obliczu
Boga, za heretykę, paroma złotemi więcej — to jego ulubiony ideał.
I tak dokładnie zbadawszy o świętości, w złym humorze siada
do pisania. Chociaż kątki ust drgają uśmiechem. Po napisaniu
wstaje i chodzi po mieszkaniu zamyślony, na mnie nie zważając
wcale, jakby mnie tu nie było wcale. Ja zniecierpliwiony odważam
się nareszcie spytać czy już skończone.
— Już... Tylko dziewięć złotych...
Dziewięć złotych wymawia tak obojętnie, niby jemu nie o to
chodzi. Żądny targ nie pomoże.
Szedłem do domu oburzony: — Czyż w ewangelji świętej tak
napisano: korzystaj z okazji. — Być zadowolonym z cudzej biedy.
Nie... tam zupełnie inaczej.
Służbowo mówią tak... Na marginesie dnia robią ot tak... To
prafonacja. Czyż tern nie zaprowadza się ludzi w błąd?...
Naprzykład:
Przyjeżdżał w zeszłym roku wyświęcać mieszkania (co czyni
każdego roku). Pokropił nasze... potem zapytuje.
— Jak Misun żyje?
— Bardzo źle — odpowiadamy.
— W takim razie nie pojadę do niego — zdecydował się.
Więc kiedy ten jest biedny, to i djabły niech u niego żyją. Nie
chce się wypędzać. Wie, że ten nie zapłaci, bo nie ma nic. Jak to zro­
zumiałe... że chodzi mu właśnie o mamonę, a nie o djabła, któremu
dozwala grasować.
Dzisiej większość ludności traci zaufanie do plutokracji, szu­
kając innych dróg religijnych. I otóż te koleje są u nas z imponują­
cym powodzeniem, budują sekt anty. Oni prawdziwie j wyświetlają
ewangelję świętą. Oprócz tego misjonarze sekt stoją bliżej chłopa.
Nie w takim oddaleniu, jak misjonarze kościoła. Sektanty dają lep­
sze zrozumienie i szczerze pokochać Boga. Pokochać z miłością a nie
ze strachem...
N
Jeszcze jedną plagą chłopską są żydzi. To istne nieszczęście
ludu. (Tu właśnie idzie o żydów kupców). Oni na każdym kroku
podjeżdżają na ciemnym wieśniaku. Chyba że nie m ają sumienia
wcale. Dla nich grosz — wszystko. Za grosz możno mu napluć
w oczy i on będzie zadowolony z tego. Jaka to podłość!...
Uratować się od nich potrzebne kooperatywy, a tu niestety ich
u nas niema. W tern winna sama ludność. I pokutuje. Ja też od­

Pamiętniki chłopów

537

czuwam ich na każdym kroku. W arto tylko pobyć na stacji, gdzie
ładują kartofle. Jak oni tam fałszują na wadze, złość bierze... Nie­
raz z przyjemnością ich postraszysz Hitlerem! — Czekajcie, pokaże
wam... Oni naprawdę nie lubią go.
Kupują po pięćdziesiąt groszy pud, a w rzeczywistości wycho­
dzi po czterdzieście, zyskują z ignoracji. Cóż robić—musisz oddać
po ile dają.
Nie gorsi od żydów działają kupcy na świnie. Tam też istne
piekło oszukaństw. Nie daj Boże popaść się w? ich ręce. Człowiek
odrazu czujesz się pokrzywdzonym i tracisz uciechę do życia. Z po­
czątku oni targują różnym sposobem. Przychodzi taki kupiec do
wozu:
— Ile chcesz ogółem? — pyta.
Powiesz mu cenę. On zachodzi z drugiej strony.
— A ile za pudy?
Pomyślawszy odpowiesz i na to.
Widzi, że tym sposobem nic nie oszuka — pójdzie. W niezabawie przychodzi znowuż.
— Ile chcesz za niego?
Powiesz, że tyle a tyle za pud.
— A na kili?
— Nie sprzedaję.
Nic dziwnego, bo to trudno odrazu zórjentować się, —
tu właśnie zależy od wagi kabana, więc nie wiesz... żeby nie popisać
błędu. A on ujrzawszy tą niezrozumiałość, naciera silniej, spodzie­
wając się dobrych rezultatów. Krzyczy na całe gardło, macha rę­
koma.
— Nu, oddajesz za tyle?... A za tyle?... Co?... Powiadasz, że tak
wcale nie sprzedajesz. Zaraz zjawia się drugi spólnik napewno, ten
też zaczyna wrzeszczeć, tarmosząc za plecy sprzedawcę i parskając
ze złości, nazywać durniem. Słuchasz, słuchasz i oddasz.
O ile im się nie udaje wykręcić takim sposobem, dają troszecz­
kę drożej, z urnowej, że do dziesięciu lub do pięciu kil niepłatne,
jeżeli będzie równo dziesięć kil — zapłacę. Zgodzisz się pomyśliwszy: — Może po dziesięciu kilach pozostanie dwie czy trzy lisznie —
głupstwo. A tu jednak wynika inaczej. Ten, który stoi przy wadze
dopomaga im w oszukaństwu. Zawsze zrobi albo dziewięć albo osiem,
choć prawidłowo miało być piętnaście. Wszystko jedno zostają wy­
grane: czy tak, czy owak.
Albo też weźmiąpieniędzeniedorachują. Czasem bywa, że umyśl­

538

Województwo Wileńskie

nie, oglądając solicierów ukłują język, powiadając, że jest chory
i wtenczas nikt nie kupuje. Jesteś zmuszony oddać temu za pół ceny.
VI.
Fundamentalną naszą biedą jest ciemnota. Ociemniały fizycz­
nie nie widzi przyrodnej panoramy ziemskiej — my brniemy omackiem w świecie duchowym. Patrzymy — a nic nie widzimy. W i­
dzimy... a nic nie rozumiemy... Ten paraliż rozumowy przeszkadza
patrzyć na świat realnie; a jego tradycyjna głupota wytwarza dużo
zabobonów, przynoszących niemało nieszczęść ludziom. Ten po­
strach przed nieznanemi zjawiskami przyrodowemi wywołuje masy
przesądów w powszechnym życiu chłopskim. Kiedyś byłem sam
wielbicielem tych wymysłów. Dzisiaj już co innego... Nienawidzę.
W naszej wsi jeszcze dużo takich ludzi. Jęczmieniu nie sieją
póki nie zobaczą jęczmiennych obłoków. A kiedy już ich przypadko­
wo ujrzą na horyzoncie, rzucają wszystko i co tchu starczy lecą siać.
Odróżnić te obłoki od pospolitych — po dziś dzień nie znam. Tylko
wiem, że czasem nie zjawiają się tygodniami, co muszą powodować
opóźnienie siewu, a tym zły urodzaj.
Tak samo bywa z siewem żyta. Żeby lepsze urodziło, muszą
wszystko swoje żyto posiać w jednej koszuli t. zn. nie zmieniając ją
przez cały czas siewu; a siew ten może ciągnąć się do półtora mie­
siąca. Więc tu cała męka chodzić tyle czasu w brudnej koszuli.
W rzeczywistości musi być inaczej. Żyto musi być posiane w jednej
koszuli bez zmiany, lecz zaciepłem nie nakładając cieplejszego ubra­
nia — w jednej koszuli to ma znaczyć: za ciepłem — wcześniej.
Są inne jeszcze, naprzykład: przy siewie zboża w siewni musi być
ewentualnie rtęć, co powinno wytworzyć ziarno czyste i połyskujące.
I dużo innych.
Najgorzej, że te przesądy zaciemniają właściwe przeszkody nie­
urodzaju. W takich wypadkach nie szuka się lepszego sposobu go­
spodarowania, pozostając na jednej zasadzie całe życie. Zdają się
całkowicie na los Boży.
Oświata na wsi tak postępuje nieznacznie, że trudno czekać cze­
goś lepszego w przyszłości, kto winien temu — nie wiadomo... napewno sama ludność. U nas nauka stoi na drugim planie. Dzieci
muszą sobie zarabiać chleba. W tern częściowo winna nędza, a czę­
ściowo — niedbalstwo. Prawda, są tacy niezdolni, siedzą po osiem
lat w pierwszym oddziale, na tern i kończy się ich cała kar jera na­
ukowa. Nie brak takich, które ukończyły już szkołę powszechną

Pamiętniki chłopów

539

i siedzą w domu nie mając środków materjalnych uczyć się dalej.
I cóż z tego — cała nauka poszła na marne: zapomnieli to co umieli.
Nic dziwnego... Nauki pozaszkolnej niema na wsi wcale. Bibljotek
żadnych. Słowem niema nic takiego, co mogłoby chociaż podtrzy­
mywać tę światłość, co w szkole została w niego wcielona. Lecz
i tego niema. A po drugim, większość rodziców do nauki dzieci od­
nosi się złowrogo, o ile zacznie dziecko czytać mówią: — Już za­
siadł... Chodź skrobać ziemniaki. Z tego chleba nie będziesz jadł.
Ulubione ich podkreślenie: „nie będziesz jadł chleba”, które mu­
si skręcać z drogi młody umysł. I większość z młodzieży traci ocho­
tę do nauki całkowicie, ochotniej przybiegając do kartów. Zimą
zajrzawszy do wsi możno przykonać się, że karty u młodzieży zabie­
rają wolne chwile, przy których całkowicie wyrabia się i zatrwala
się na zawsze charakter przyszłego chłopa. Tam właśnie i pozostają
najprymitywniejsze ich pojęcia o świecie, odziedziczone od rodziców
w pierwotnej swej wartości.
Żeby dzisiej początkowa nauka stała wolną — połowa uczni
nie stałaby uczęszczać do szkoły. Na-pierwszym planie powodem
temu byłab biedność. Po pierwszym, że chodzić do szkoły nie każ­
demu blisko — po dwie, po trzy kilometry, a tu brak obuwia, brak
ciepłego ubrania, nie mówiąc o chlebie, co musi często zarabiać własnemi siłami. Po drugim trzeba mieć zeszyt, trzeba mieć książki,
ołówek też, a tu niema, niema ani grosza. Ot co musi tamować
niemało u ludzi nieznających rzeczywistej korzyści w nauce.
Ludność pozostaje ciemną... Nie przeczyta nakazu podatkowego,
albo wezwania jakiegoś i t. p. I na tej ciemnocie mądrzejsi korzy­
stają — robią różne nadużycia. To zdarza się często, na każdym
kroku, w każdej potrzebności. Sekwestrator u nas też jednego ra­
zu wykorzystał. Niemało on ludzi przywiódł do ruiny. Okłamywa­
nie jego nie znało granic. Naprzykład: opisuje gospodarza. Ten narazie nie posiada tyle gotówki, żeby uiścić odrazu całą należność —
wnosi część. On pokwituje tymczasowo, dając kawałek papieru,
niemającego żadnego znaczenia — mówiąc, że potem da (po uregu­
lowaniu całej należności) dobre pokwitowanie. A temu cóż?...
Wszystko jedno. Byle nie zabrał czegoś z domu. Wierzy.
Później przynosi resztę. On przyjmuje, ale jest na tyle zakło­
potany, że nawet nie ma czasu wydać pokwitowania — prosi przyjść
za godzinkę. Ten przychodzi, lecz jego już niema. Żona mówi, że
poszedł gdzieś po sprawach, a kiedy przyjdzie — nie wiadomo. Nie­
ma sensu czekać... Przychodzi na jutro. Na jutro to samo. Ten na­

540

Województwo Wileńskie

reszcie zrezygnuje i niezadługo zapomni zupełnie. Podobnych było
dużo wypadków.
Po niejakim czasie wykryła się ta sprawa. Patrzą, że wielce
zaufany sekwestrator już zdążył zdefraudować urzędowo około
dwuch tysięcy złotych. Nie rachując tych co napożyczał prywatnie
u amerykantów i w kasie Stefczyka na weksle, które pożerowali
chłopy. Fałszował zdolnie, trudno było złapać na gorącym uczynku.
Nawet w ójt wstydził się, widząc tyle nieprzyjemności w swoim
urzędzie.
Memu ojcu też podfałszował. Sam nosiłem do gminy te pokwi­
towanie. W rzeczywistości pokwitowanie było dobre — opatrzone
wójtowską pieczęcią i własnoręcznym podpisem sekwestratora. Fałsz
była w tern, że na numer tego naszego pokwitowania było w korkach
wpisane sekwestratorem zupełnie co innego — podatek właściciela
drugiej wsi. I właścicielowi tego podatku oficjalnie wydał fałszywe
pokwitowanie. O tern naszem podatku urząd gminy nie wiedział
półtora roku, jaki go spotkał los, skoro sekwestrator ściągał po upły­
wie miesiąca od daty płatności, dając tylko siedmiodniowy termin.
Ale jeszcze oprócz tego mamy biedy od własnej głupoty. Pomi­
mo tych epizodów, cierpimy jeszcze od innych wypadków. Temi wy­
padkami można nazwać niski poziom prowadzenia gospodarki. Co
nasza gospodarka dzisiej daje? Zaczęła się cofać wtył. Rolnik nie
zdołał się jeszcze przezwyczaić do teraźniejszej atmosfery ekono­
micznej. A dawniejsze prowadzenie gospodarki stało niewystarczalne. Sztucznych nawozów nie używamy wcale; tu musi być położo­
ny kapitał zgóry — a jego narazie niema, i czy byłby nawet rachunek:
nawóz kosztuje drogo, a produkt rolny tanio. Nawozu naturalnego
nie wystarcza nawet na jedną czwartą część gruntu. Jego u nas
z każdym rokiem stanowi się coraz mniej. Reakcja gospodarcza
prosta — jedno drugie dusi. Naprzykład: zjawiają się potrzeby
materjalne, więc je zadawalnia się z ujemnością w gospodarce: go­
spodarka traci jakiś niezbędny dla siebie przedmiot. A tym jedy­
nym przedmiotem w gospodarce bywa przeważnie bydło. Wówczas
kiedy już stało bydła mniej, stanowi się mniej nawozu. Zmniejsze­
nie się nawozu powoduje ujemność urodzaju. A skoro — urodzaj
stał się małym, już niema żadnej możliwości hodować większej ilo­
ści bydła. I tak jedno drugie z każdym rokiem przywodzą do ruiny.
Ja z nauką tak samo zostałem wtyle, pomimo tego, że miałem
do niej straszną ochotę. Już czytałem, kiedy miałem pięć lat. Na

Pamiętniki chłopów

541

szkołę wtenczas było bardzo trudno. Rewolucja szalała w pełni,
w naszym kraju panował bezład. Po niejakim czasie zdobyto na­
uczycielkę prywatnie na całą wieś. W tedy miałem osiem lat. Czy ta
nauczycielka była zawodową, niewiadomo. Jak wiadomo rewolucja
większość ludzi powypędzała z miast, zmuszając ich wałęsać się po
wsiach, szukając kawałka chleba. Możliwie, że i ta była podobnem
zjawiskiem. Ale dosyć tego, że umiała czytać i pisać, więc została
się nauczycielką. Nauka popłynęła swoją drogą. Z braku książek na­
ukowych dały dla mnie uczyć się czytać jakiś romans. Szkoła miała
być trakwiśtyczną: prawosławni uczyli się po rosyjsku, a katolicy
po polsku. Ja byłem do pół roku w drugim oddziale, a na dru­
gim półroczu niby przeszłem do trzeciego. Na wiosnę już było po
szkole. Zaczęła się wojna z bolszewikami, rozruchy. Nasza miej­
scowość przechodziła piętnaście razy z ręc w ręce. W takich oko­
licznościach nie było mowy o szkole. Ojciec przez całą wojnę rzad­
ko kiedy zjawiał się w domu, — zawsze był zabierany do obozu
z własnym jego koniem. W domu były pozostawione same kobiety.
Ja między nimi byłem najstarszym mężczyznem, więc musiałem go­
spodarować — o nauce nie było czasu myśleć wcale.
Później — gdy zawarto spokój — znowuż zaczęto się troszczyć
0 szkołę. Lecz póki ta szkoła zjawiła się u nas, miało upłynąć trzy
lata. Przez ten czas kształciłem się sam przez siebie. Gdy potem, po
długich kłopotach całej wsi, Polska Macierz Szkolna przysłała nam
nauczycielkę na nasz koszt (rodzice uczniów musieli dawać utrzy­
manie i mieszkanie nauczycielce i lokal dla szkoły). W tej szkole
były uczone trzy przedmioty: czytać, pisać i rachować. Mnie posa­
dzono w drugi oddział. Na drugi rok byłem już w trzeciem. Byłem
pierwszym uczniem. Pod koniec roku szkolnego otrzymałem nagro­
dę książkową, za dobrą pilność i naukę. Uczono dobrze, tylko jed­
ną miano wadę — co mi się bardzo nie podobało, nie uczono rysun­
ków. Na nieszczęście miałem do nich straszną ochotę. Ta szkoła
przeistniawszy dwie zimy została zamknięta. Nie wiem z jakich po­
wodów. Na następną zimę (1925 r.) najęto nauczyciela prywatnego.
Uczył po swojej metodzie, ale bardzo starannie. Umiał dobrze ry­
sować, więc uczył rysować też. Ja go bardzo lubiłem. Do szkoły
mało kto przychodził. Było tylko kilkanaście uczniów i wszystkie
przeważnie abecadłowe. Tylko ja jeden byłem w czwartym oddziale.
Nauczyciel miał wielką słabość do romantyzmu, więc po niedługim
czasie, nie na żart, zakochał się w jednej z wiejskich dziewczynek
1 często zaglądał do niej podczas lekcyj. W takich wypadkach zawsze

542

Województwo Wileńskie

powierzał mi opiekę nad uczniami, nawet przesłuchiwałem nieraz
dane do odrabiania lekcje. Wszystko szło dobrze.
Po kilkumiesięcznej nauce, nasz nauczyciel został powołany do
wojska. Na miejsce jego zastąpił jego brat. Był w moim wieku.
U nas z nim po krótkim czasie stała jedność, a na całym klasie zapa­
nowała anarchja. Zawsze bawił się z nami w śnieżki, byliśmy z nim
za pana brata. Nawet jednego razu płakał. Było wesoło.
Ale i tu zając przebiegł drogę. Jednego dnia przyjechał nauczy­
ciel ze szkoły Krzywickiej z policjantem i zlikwidował do reszty na­
szą szkołę, zabierając ze sobą moje pozaszkolne zeszyty. Zostałem
w domu. Miałem już piętnasty rok, więc nigdzie więcej nie chodzi­
łem do szkoły. Oddać mnie do gimnazjum ojciec nie miał środków
materjalnych, więc musiałem z dalszej nauki zrezygnować, chociaż
mnie chciało się bardzo uczyć się dalej, wcale nie chciałem być rol­
nikiem. W tedy już dostatecznie rozumiałem całą nędzę chłopską,
jej ciężką pracę i cienkie wynagrodzenie za trudy. A po drugim
wcale nie miałem zamiłowania żyć na wsi. Zawsze marzyłem o mie­
ście; chociaż o jego rzeczywistości jeszcze nie znałem wcale; o ile
jakie miałem pojęcie to tylko z książek.
I otóż, widząc niemożbwość dalszego kształcenia się — podda­
łem się losowi. Zacząłem pracować na roli, pomagając ojcowi. Jed­
nak nauki nie porzuciłem nadal. Zaczęłem zdobywać wiedzę z ksią­
żek, jakie mi popadały pod rękę — uczyłem się swoim wzorem. Jak
wiadomo, od początku nauki miałem zamiłowanie do rysunków,
więc zaczęłem się praktykować. Wolne chwile poświęcałem zawsze
dla nauki. Mój talent zaczął się rozwijać, jego rewelacja podziwiała
niektórych ludzi, znających się na tej sztuce. Niektóre z nich ra­
dzili mnie jechać do specjalnej tego rodzaju szkoły, lecz z nich nikt
absolutnie nie wiedział nic o tej szkole. Tylko radziły jechać, a jak—nie wiadomo. U mnie też była zjawiła się ochota rozwinąć swój
talent. Stałem prosić o tern ojca. Ojciec nareszcie zgodził się i obie­
cał pomóc. Na szczęście moje mieliśmy troszeczkę lasów, a cena na
niego wtenczas stała dobra — sprzedaliśmy go. Gdzie istnieje taka
szkoła nie wiedzieliśmy wcale. Nikt nie chciał z rodziców troszczyć
się o tern, więc byłem zmuszony jechać sam do W ilna w poszukiwa­
niu podobnego zakładu. Akurat w tern roku jeszcze tylko co zaczy­
nała istnieć Szkoła Rzemiosł Artystycznych Wił. Tow. Art. Piast.
Przyjechawszy do Wilna, pokazano mi szkołę — poszedłem. Zosta­
łem poinformowany, na jakich warunkach przyjmuje się. O, jaki

Pamiętniki chłopów

543

mi sprawiło ból, gdy dowiedziałem się, iż potrzebne jest ewentualnie
zaświadczenie szkolne — na nieszczęście nie miałem żadnego.
Przyjechawszy do domu poszedłem do jednego z nauczycieli
prosząc o wydanie mi zaświadczenia szkolnego. Ale gdzietam, nie
przystępuje pod żadnym względem, mówi: trzeba złożyć podanie do
inspektora szkolnego, a on wtenczas wyznaczy egzaminy. A tu czas
krótki — niema mowy o tern. Poszedłem zgnębiony do księdza. Mó­
wię mu tak i tak... i zacząłem go prosić z całej mocy pomóc biedzie,
ofiarowując mu pięć złotych. Nareszcie uległ mej prośbie — napisał,
że skończyłem trzy oddziały szkoły powszechnej.
Ucieszony pojechałem znowuż do Wilna. Pokazuję zaświadcze­
nie i okazuje się, że małe: potrzebne jest o ukończeniu siedmiokla­
sowej szkoły powszechnej, lub czterech klas gimnazjum. Znowuż
nieszczęście. Proszę jak mogę, ażeby mnie przyjęto, lecz zbytecznie—
posyłają mnie do K uratorjum Wileńskiego Okręgu Szkolnego, do
naczelnika szkół zawodowych pana Kuczewskiego. Przychodzę,
w kuratorjum jak baran stoję... Nareszcie zwraca na mnie uwagę
woźny, czego chcę?... Powiedziałem... pokazał mi stół, dał blankiet
i mówi: wypisz swój interes i czekaj na kolejkę. Zacząłem pisać,
ręka trzęsie się jak od febry — nie chce pisać. A tu przy stole jakieś
panie czekają na pióro. Tu woźny syknął ze złości, pisz prędzej! W i­
docznie poznał, że jestem wieśniakiem. Ja przestraszyłem się jeszcze
gorzej, nawet nie pamiętam co napisałem i zaraz oddałem woźnemu.
Zacząłem czekać... usiadłem w kącie poczekalni, obserwując przy­
chodzących ludzi. Przychodzili jakieś panowie dobrze ubrani w ka­
peluszach. Moja obecność między nimi stanowiła się mi coraz dzik­
szą, tę dzikość z każdą chwilą odczuwałem silniej, nareszcie nie mo­
głem tego wszystkiego przeżyć — wybiegłem co tchu na ulicę.
Przyszedłszy do kancelarji szkolnej powiedziałem, naczelnika
niema w domu. Po niejakim czasie rozmyśleń dyrektor zgodził się
przyjąć na swoją odpowiedzialność, na jutro naznaczył egzaminy
rysunkowe, które mi udały się nieźle. Nareszcie zaczęłem uczyć się,
aż do końca roku szkolnego.
Na drugi rok skąd wziął się ten kryzys — odtaniało wszystko
rolnicze i nie było żadnej możliwości dokończyć rozpoczętej nauki.
I tak zostałem się z niczem po dziś dzień. Teraz też maluję, ale bar­
dzo mało — bardzo drogie m aterjały malarskie, obrazów nikt nie
kupuje, choć niektóre z nich w arte uwagi — jak mi się zdaje. Cza­
sem zbywam z powodzeniem za darmo. Tylko tej korzyści, że ktoś
podziwi się — bardzo ślicznie. Masz zdolność i t. p.

544

Województwo Wileńskie

VIL
Pierwszem podstawowem złem naszem jest małość ziem i m a­
łość rozumu. Złem rzeczywistem — tanizna produktów rolnych
w porównaniu z wyrobami przemysłowemi. Jeszcze trzeba zaliczyć
podatki.
>
Przemysłowości używamy po możliwości conajmniej; podatki,
niestety, muszą być uregulowane do grosza, nie zważając na stan
roczny gospodarki, więc zawsze wynika tak, że pierwsza rata opłat
wiosennych zawsze pozostaje do jesieni. Staje się tak.
Na jesień zbierają się wszystkie podatki, bo dalej ciągnąć się
niemogą — spotykają ze ścianą — sekwestratorem, gdzie muszą
być uskutecznione bezwarunkowo, więc sprzedaje się cały swój rocz­
ny zdobytek, a w jesieni, jak wiadomo, ceny na zboże zawsze stoją
niskie (dlatego napewno niskie, że rynek zawalony zbożem), i tak
sprzedaje się wszystko zboże, nie czekając dogodniejszych cen.
Przychodzi wiosna, przychodzą znowuż podatki... A tu brak chleba
kupić niema za co — niema zarobku. W takim razie podatki pozo­
stają do jesieni. I ta k corocznie deficyt zostaje niewyrównanym.
Jeszcze jest jedno — niema zarobku. A on tak potrzebny. Bie­
da... Stara bieda stale wytwarza nowe biedy, jak indukcja elektrycz­
na wytwarza nowe prądy. Naprzykład: żyje młody chłop na małem kawałku ziemi. Trudni się w pocie czoła, a tu wszystko idzie, jak
najgorzej i nie widzi się niskąd żadnego ratunku. Budynek rozpadł
się w proch. Z dachów leje się. Konia wiosną sprzedano z powodu
braku wiktu. Krowa była niezła, więc ją chciano shandlować na gor­
szą, żeby tym sposobem zdobyć parę groszy — sprzedano je — a ku­
pić drugiej wtenczas nie kupiono, pozostawiono do drugiego targu—
może będzie lepiej. Zaraz zjawiają się potrzeby: trzeba kupić spod­
nie, bo te już stare, sól też, już wyszła i zapalić się chce. I patrzy,
do drugiego targu już mało pozostało z tych pieniędzy, tak, że nie
wystarczy na najgorszą krowę. Niema co robić — pożyczyć nikt nie
pożyczy: bo już ma niemało napożyczanych — zdefrauduje. I rób
co chcesz... zostaje się bez krowy. Niema nic... zaległości sporo.
Szczęśliwiec.
Zaraz zjawia się refleksja ożenić się. Tam jakiś zamożniejszy
wieśniak ma nieudałą córkę. A tu chłopiec chociaż biedny, ale przezwoity — czemuż nie możno oddać? A jemu czemuż nie możno z nią
ożenić się? Przecież pomoc..., setka złotych posagu. Więc zgoda. Po
niejakim czasie posag znika, jak kamfora, pozostaje sama żona...

Pamiętniki chłopów

545

a w niezabawie dzieci... Otóż i masz! Wytworzyła się nowa bieda,
sytuacja bez wyjścia.
Dzieci, to najgorsza bieda dla biednoty. U biednego zawsze ich
bywa sporo, dlaczego? Niewiadomo. Chyba, że i ludzie, jak ta pchła,
mnożą się tam, gdzie więcej brudu. Ja z tym nawet zgadzam się.
To najgorsza głupota chłopska. O ile tak pójdzie nadal... Głodowa
śmierć w bliskiej przyszłości. Z każdym dniem ziemia dzieli się na
ułamki. Ludność Y/zrasta ekspresem — stanowi się ciasno. A prze­
cież tak niedawno było, że każdy gospodarz posiadał po włóce zie­
mi. Jak to prędko rozdrobniło się — w mgnieniu oka, nawet kul­
tura rolnicza nie może zdążyć za wzrastającą coraz ludnością, ciem­
nota stoi na przeszkodzie. A tu na nieszczęście rolnik cofa się w tył.
Niedobór zboża odczuwa się stopniowo z każdym rokiem.
W tym roku najgorzej. Częste deszcze przyczyniły zupełnie zły
urodzaj. W dużo miejscowościach kartofle wygniły dominimumu, jak
wiadomo kartofle podstawową spożywą chłopa. Jarzyny też niedo­
bór do połowy. Nawet ozim dużo podupadła wedle zeszłorocznych
plonów. Na wiosnę rozpościera się straszna perspektywa głodu.
VIII.
Jeszcze możno byłoby dużo czego dodać, ale niestety, muszę za­
kończyć, ograniczywszy się tern, co zdołałem napisać, do dzisiejszego
dnia, bo mamy już 28 listopada, więc boję się spóźnić — na żal, rozpoczęłem zapóźno pisanie. Chcę jeszcze dodać parę wskazówek na
konto tego chłopskiego obrazu, który państwo chcecie skomponować.
Mojem zdaniem on powinien być namalowany w szarych, brudnych
kolorach. Najlepiej, żeby stał na pierwszym planie chłop średniego
wieku w butach bez cholewo w, które na jego nogach muszą prezen­
tować się luksusowo; jego przygnębiona i zgarbiona figura powin­
na być ubrana w ewentualnie zniszczone do minimumu ubranie.
Obok niego musi stać taka sama jego żona, młodsza wiekiem, bosa,
z chudym twarzem i z niębieskiemi podkowami naokoło oczu. Za
nimi dużo dzieci brudnych z długiem! włosami, różnego wzrostu.
Dalej — nędzna gospodarka, podobniejsza więcej do rudery niżeli
do budynków zamieszkałych; strzechy słomiane pofalowany wia­
trem z dziurami; ściany zgniłe, chałupa z małemi oknami pozaiykanemi szmatami, niska i mała, z drzewnianym kominem, na wierz­
chołku jego wiadro bez dna. Naokoło, w jesieni wiosną, błoto —
brud wszędzie. Dal zamglona. Słońce nie powinno świecieć nigdy,
w ostateczności tylko po świętach. Na Boże Narodzenie, na Wiel35 Pamiętniki chłopów.

546

Województwo Wileńskie

kanoe, na Zielone Świątki, więcej powinna być mgła jesienna. Po
mieszkaniu muszą chodzić kury, a czasem i świnie, duży piec w ką­
cie ściany i sufit poczerniały od dymu, za stołem w kącie duży rząd
obrazów świętych spłowiałych od czasu. Chłop-gospodarz powinien
często bić własną żonę nierzadko przychodzić pijanym do domu.
Dzieci pastwią bydło u zamożniejszych gospodarzy. Żona jego musi
często płakać i narzekać na swój los. Rodzice, pod jesień, zawsze
klną rozporządzenie, że trzeba posyłać dzieci do szkoły. Oboje m u­
szą być troszeczkę głupe, lecz dostatecznie chytre, bardzo tchórzli­
we . W ierzą w różne przesądy — na świat patrzą prosto. Żona bywa
przeważnie religijną. Dzieci nie słuchają rodziców. Na zebraniach
publicznych zawsze bywa jak baran. Przed prawem — drży. Dużo
pracuje, ale czasem leni się — w pracy wytrwały. Lubi handlować.
W nieszczęściach rysy twarzy bywają obojętne. Nieszczęść bywa du­
żo, więcej od własnej głupoty. Powinien być niepiśmienny, żona też,
lecz książkę do nabożeństwa bierze idąc do kościoła. Ma dużo sła­
bości w niektórych wypadkach często bywa apikuryjczykiem. Lubi
kraść od nędzy. Z ludźmi cywilizowanymi zachowuje się dziko.
Córka zgorszona od najmłodszych lat, z porządnym temperamen­
tem do erotyki, zdolna do kochania platonicznego. Syn młodym że­
ni się i zaniedługo dzielą się. W domu częste kłótnie pomiędzy ko­
bietami, a potem i mężczyznami. Nędza na porządku dziennym.
Zdaje mi się że już będzie dostatecznie wyrażona psychika chłop­
ska w perspektywie. Na tern i zakończam. Chcę tylko jeszcze po­
prosić, żeby państwo raczyli dla mnie wysłać chociaż fragment
tego obrazu, bo na większe nie mam nadziei.
Dn. 28 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr. 39

G o sp o d a rz p ię c io h e k ta r o w y w
p o w . m o ło d e c k im

Mieszkam w powiecie Mołodeckim na Wileńszczyźnie. Prowadzę
gospodarstwo na pięciu hektarach ziemi. Nasza okolica znajduje się
w fatalnych warunkach ekonomiczno - gospodarczych.
Od miasta stołecznego W ilna 140 km., od granicy bolszewickiej
20 km., na północ Litwa. Słowem żyjemy w zapadłem zakątku na­
szego kraju, gdzie niema najmniejszego ożywienia handlu i zanie­
dbana kultura gospodarczo - społeczna.
Zdani jesteśmy na łaskę pośredników żydów, którzy jak pijawki
wysysają naszą krew, handlując artykułami rolnemi. Ceny na te arty­
kuły rolne ustanawiają na miejscowym rynku tylko żydzi. I tym spo­
sobem każdy żyd dorabia się fortuny, kosztem wyzysku drobnego
rolnika. Każda sztuka rzeźna, każdy korzec zboża, każde jajko, kura,
len i siemie lniane i t. p. artykuły, wszystko przechodzi przez ręce
pośredników żydów, w których pewien procent zostaje na ich ko­
rzyść. Rolnik nasz mając towar do zbycia nic bez żyda sprzedać
nie może.
Dla moich sąsiadów jest teraz stan opłakany, nad którym nikt
poważnie nie zastanawia się, gdyż oni sami wychowani w półtorawiekowej niewoli, z pokolenia w pokolenie, pozbawieni są tej cechy
przedsiębiorczości wyzwolenia się od wyzysku pośredników. Jakiś
czyn, jakieś działanie każdy rad zwalać na kogoś, a sam gotowego
patrzeć i bez miłosierdzia krytykować. Na okoliczność tu u mnie
lud ciemny, ospały, niezdolny do czynów szlachetnych, zabity od
świata deskami, nie mając dostępu kultury zachodniej. Moi sąsiedzi są bardzo przezorni i niedowierzająco odnoszą się do pracy
społecznej. Chętniej zniosą biedę i niedostatek niż m ają wczas zapo­
biec temu.

548

Województwo Wileńskie

Komunikacja u nas utrudniona błotnistemi wybojami na dro­
gach. Przewiezienie ciężkiego wozu na dystans 20 km. jest nie do
pomyślenia. Rynków zbytu nie mamy. Tylko żydzi jeżdżą po wsiach
i wykupują za pół ceny artykuły rolne, ten owoc pracy rolnika.
Każdy urząd jest od nas daleko, uważając drobnego rolnika za
element najniższego znaczenia w społeczeństwie. Uważają, iż rolnik
to najpotulniejsze i najspokojniejsze narzędzie, służące do wyko­
nywania wszelkich czynności, niewchodzących często w zakres pro­
gramu. Każdy najmniejszy urzędnik choćby i samorządowy, nadąsany zgóry patrzy na tego biednego rolnika uważając, iż ten czło­
wiek, co to ma do czynienia ze zwierzętami i rolą, jest najniższą
jednostką zasługującą na pohańbienie i seperację.
Pomijając te najgłówniejsze czynniki, iż brak jest rynków zbytu
i brak jest organizacji rolniczej, to drobny tutejszy rolnik żyje tak
biednie, iż nie ma źródła dochodu gospodarczego. A jak jest wielki
rok, tak bez chleba i bez mięsa jada, mając go na stole tylko pod­
czas świąt. Słowem tutejszy mały rolnik przymiera głodem i cierpi
wielkiej nędzy w niedostatku, gdyż mając mało ziemi, zasiewa m ała
i sprząta mało. Nic tu nie pomoże i wiedza rolnicza na tak małej
przestrzeni.
Na dowód przytoczę swoje pięciu hektarowe gospodarstwo, na_
którym zbiór płodów rolnych za 1933 r. przedstawia się następująco:
Nazwa płodu

Ziarna lub
kłębów kg.

Słomy lub
siana kg.
1500
450
400

5136

'żyta
Owsa
Jęczmienia
Ziemniaków
Siana

|

j

800
432
200
2334


Razem

|

3766

i
j



2736

Na tym gospodarstwie znajduje się jeden koń, jedna krowa,,
jedna jałówka, wieprz tuczy się na sprzedaż i dziesięć sztuk drobiu.
Rodzina składa się z dwóch członków dorosłych i jednego dziecka.
Poniższa tabliczka przedstawia, przy bardzo skąpem żywieniu,
zapotrzebowanie karm u dla poszczególnych zwierząt, karmionych n a
chlewie przez 200 dni zimowych, na siew i na kuchnię w kg.:

Pamiętniki chłopów

Nazwa płodu
Siana
Słomy
Ziemniaków
Ogółem ziarna
Razem

1

dla
konia

dla
krów

2000 •
500

736
1350

dla
drobiu

549

dla
świń

na
siew

na
kuchnię

__

_









960
560

734
732

1520

1466







100

640
240

2500 i1 2086

100

880

__

Rezultat jest taki: że koń ledwie zipie, krowa mleka nie daje,
od kur jaj niema i sami, mimo że dokupujem chleba cierpim głodu
i postu. Ostatniego wieprza muszę wytuczyć na sprzedaż, ażeby
opłacić podatek, gdyż sekwestrator z chaty nie wyłazi. Urząd skar­
bowy śle upomnienie za upomnieniem, ani się naporasz ich opłacić.
Za jedno upomnienie opłaciłem kary jeden złoty, a pół złotego nie
starczyło mi i niezadługo przyjechał do mnie sekwestrator i za tych
pięćdziesiąt groszy opisał mi do licytacji szafę, szacując za trzy złote
kiedy ona w arta 60 złotych volens nolens musiałem zapłacić tę karę
pół złotego i za tę karę jeszcze kary do czterech i pół złotego.
Mam jednego jedynego wieprza, był przeznaczony na tuczenie
dla siebie, lecz potrzeby zmuszają by sprzedać na rynek. Kalkuluję
sobie tak (ponieważ tu u nas jeszcze tranzakcje handlowe odby­
wają się na pudy) wy tuczę wieprza na jakich sześć pudów, a na
najbliższym rynku daje kupiec (bo tylko jeden i przyjeżdża) po 17
zł. za pud i dwa pudy „skidki” więc płatnych będzie cztery pudy
po 17 zł. = 68 zł. Chwytam się za głowę z przerażeniem iż tak mało
otrzymuję, a tak mnie drogo kosztuje tuczenie! I zastanawiam się
jaki mam zysk wykazując w poniższej tabliczce:

Wyszczególnienie
Ziemniaków
Ogółem ziarna
Miękiny lnianej
Koszt przemiału zboża
Pastwisko, obsługa i inne
Razem koszt żywienia

Zjadł Cena za pud
pudów zł.
gr.
_

80

38%
14%
4











50
15








2



S u m»
zł.

gr-

30
29
2
2
10

80

73

97




17


I
i

550

Województwo Wileńskie

Czyli na swoim wieprzu straty będę miał 73,97 — 68 = 5,97 zł. Ale
pomijając wszystko, nie zważając na straty muszę sprzedawać, gdyż
potrzeba zmusza.
Sprzedałbym jałówkę, to gdybym tak na rynku zbytu przez ja ­
kąś organizację nap. rzeźnię spółdzielczą lub inną tobym zapłacili
mnie za nią od kg. żywca po cenie giełdowej 60—70 gr. za kg.
A ponieważ ona waży do 200 kg. miałbym 120—140 zł., byłobym nie­
źle „ale” wyprowadzisz na rynek, to żydzi od rana do wieczora tylko
pytają się ceny nic nie mówiąc, a zbywając tylko kpinkami i wydrwinami, nareszcie pod samy wieczór każdy pokolei dobija targu
(kupując na oko) za 30—35 zł. Gdzież jest sprawiedliwość, gdzie
jest ratunek?
Wywiozłem parę pudów siemię lniane sprzedać, po kolejnym
przetargowaniu jeden zgodził się na umówioną cenę 4,5 zł. za pud,
poniósł do swojej wagi i wylicza mi tak: dwa kg. na worek, a po­
nieważ 100 kg. niema sześć pudów więc na dwa .pudy należy się
jeden kg. czyli że za wszystko płaci 3*70 złotego.
Poniesła moja żona sprzedać na rynek mendel jaj, dają jej ży­
dzi po 45 gr. za mendel, a faktyczna cena 50 gr., niesie na rynek do
przekupki, myśląc że dostanie miejscową cenę należną pół zł. za
mendel, ale gdzietam, przekupka też daje 45 gr. odwraca się i nie­
sie dalej i tak musiała oddać pomocniku przekupki za 45 gr. a ten
zarobił '5 gr. na jednym mendlu jaj od swojej chlebodawczyniprzekupki.
Jeżeli zechce sprzedać kg. masła, to również nawymyślają, wydrwiwają na różne tony i w końcu musi oddać za tyle ile sobie życzy
dać ze swej łaski, jakaś pani urzędniczka lub żydówka. Gdzie się
nie obrócisz, gdzie się nie spojrzysz, to aż się roi koło nas od tej
zgrai, tak licznej arm ji pośredników-wyzyskiwaczy rolników drob­
nych, którzy żyją pasorzytując mozolny dorobek rolnika. W ysy­
sają u niego z każdej żyłki krew, aż do ostatniej kropli tak, że ten
dotychczas zaciskał wciąż pasa na samych niemal kościach, aż na­
reszcie już i duch wyłazi, bo oto staje się nieczuły na wszelkie groź­
by urzędów rządowych i samorządowych, na wszelkie upomnienia
i przyjazdy sekwestratorów, licytacje komorników i t. d., i t. d.
Ten sam rolnik, który był przedtem pilny w opłatach różnych
należności, dziś opanowuje go zniechęcenie do życia, rozczarowany
nie mogąc podołać wydatkom, nie mając dochodu najmniejszego
z gospodarstwa, gdyż ten dochód pochłaniają różnego rodzaju po­
średnicy. I tak wżarła się bieda i nędza w schudniały szkielet orga­

Pamiętniki chłopów

551

nizmu drobnego rolnika i gryzie już jego do ostatniego końca. Stał
się on słaby, jako indywiduum w walce z przeciwnościami jego losu.
Jego słaby i wycieńczony organizm do ostatka sił ulega w każdym
momencie, gdyż nie ma hartu ducha. Mimowoli odbiegam od te­
matu, ale to wszystko mówię o sobie.
Życie i kultura posuwają się w b. szybkim tempie. Każdy czło­
wiek musi za nim nadążać i śledzić. To tylko może osiągnąć czy­
tanie gazet i różnych książek. Ja należę do ludzi b. ciekawych, każdy
skrawek gazety, który popadnie do moich rąk muszę przeczytać.
Bardzo jestem zamiłowany w czytaniu książek i gazet. To też nieraz
odmawiam sobie najniezbędniejszej rzeczy, bylebym wypisać jaką
choć tygodniową gazetę, gdyż codziennej niestety nie otrzymasz.
Każda gazeta lub list przychodzi do najbliższego urzędu pocztowego,
a stamtąd listonosz odsyła do urzędu gminy, lecz w gminie wszelka
korespondencja wsiąka w ścianki szafki i ginie bezpowrotnie, nie
dotarłszy do rąk właściciela. Ja za swoje gazetki nieraz skarżyłem
się do wyższej instancji, lecz bezskutecznie, gdyż ze swojej gminy
rzadko kiedy otrzymuję Nr. gazety. Łaknę wiadomości, żałuję
swoich gazet, nie wiem co się dzieje na świecie, jakie ceny na zie­
miopłody i t. d., lecz niema na to rady. Nie mam pieniędzy by jeszcze
opodatkować siebie po złotówce miesięcznie na opłacenie skrytki
na poczcie.
Od kilku lat już marzę o założeniu sobie radja, które jest naj­
milszą rozrywką i przyjemnością na wsi. Ale niestety, tak wygóro­
wany podatek w Polsce, aż trzy zł. miesięcznie za słuchanie radja,
tamuje wszelki postęp kultury pośród ludności wiejskiej. I dlatego
że tak wielki podatek nie mogę przeprowadzić instalacji radjowej.
Gdzież jest sprawiedliwość dla rolnika? Gdzie się nie obrócisz wszyst­
ko płać, a tu nikt tego nie wie, że brak grosza na sól. Dlatego to,
że rolnik nie może wypisać gazety, gdyż nie otrzyma bo w gminie
ginie, nie założy radja bo drogie, panuje ciemnota na wsi i brak
uświadomienia o tak pięknej idei, organizacji wielkich rzesz rolni­
ków i wogóle o postępie kultury rolnej. Żyjemy zupełnie podobnie
tak, jak żyli nasi rodzice, dziady i pradziady. Ponieważ nie mamy
grosza na kupno zapałek, które robimy z jednej 3—4 sztuki doby­
wamy ogień najwięcej z krzesiwa, gdyż to najtańszy sposób wydo­
bycia ognia. Grzyb drzewny (narośla) wymoczony w popiele drzew­
nym przez dwa tygodnie, krzemień i krzesiwo, oto cały przyrząd
nic nie kosztujący do zdobywania ognia. Bo nawet nie mam za co
sobie kupić wiadra do noszenia wody i pojenia inwentarza, noszę

552

Województwo Wileńskie

wodę garnkiem i dzbanem. Niema za co kupić piły do rżnięcia drze­
wa, rąbię toporem. Wóz na drewnianych osiach, prymitywna uprząż
i zdechły koń, oto cały postęp „kultury” rolnej! Słowem powie­
działbym że odstąpiliśmy o sto lat wstecz.
Niczem nie różnimy się od swoich dziadów w odżywianiu się.
Podstawową naszą karm ą tó jest zacier i bul jon. żadnych innych
smakołyków nie znamy, ale co nawet gorsza, że i buljonu bywa brak.
Nie mówiąc już o ubraniu, które się drze na strzępy, a nowego niema
za co zrobić. Słowem prowadzimy życie łazarza, nie mając żadnych
wygód w życiu i nie znając żadnych postępów w rolnictwie.
Zdrowy duch jest w zdrowym ciele, ale teraz drobny rolnik m a
duch sparaliżowany w jego wycieńczonym organiźmie. Mało można
spodziewać się po tych obywatelach. Następcy nasi też nie są lepiej
wychowani. Z powodu ciemnoty rodziców młode pokolenie jest wy­
chowane w fatalnych warunkach, gdzieś w czystem polu przy kro­
wach, przy pasionce, będzie w przyszłości przedstawiało element
najgorszego gatunku. Takie wychowanie młodzieży w gromadzie
w polu doprowadza do rezultatów tych, że policja z młodzieżą nie
daje rady. Panuje kradzież, grabieży, bandytyzm, morderstwo
i przepełnienie więzień.
Oto obrazek z życia podam jaki widziałem. Grupa pasącej mło­
dzieży w bestjalski sposób znęcała się nad krowami: jeżeli która
zawiniła, okrążali ją dokoła całą gromadą i siekli batami bez mi­
łosierdzia, lub wiązali je grupami po kilka sztuk i brali ich w t. zw.
„obławę”. W yłapywali biedne żaby, brali ich za tylne łapki i roz­
dzierali ich żywcem z rozkoszą słuchając żałosnych pisków tego nie­
szczęśliwego stworzenia. A cóż dopiero z gniazdami różnych pta­
ków? W yszukują po krzakach gniazd, niszczą jajeczka. Po okrop­
nych torturach i męczarniach konają w ich rękach malutkie pisklęta.
Tych małych nieszczęśliwych dziatek matki z żałosnym ćwirkaniem
rzucają się do rąk tych niedorosłych rozbójników, jakby chciały
wydarć nieszczęśliwe ofiary.
^Zasiadali po czterech do gry w karty na piniędzy t. zw. „oczko”.
Kradli od rodziców ostatni grosz, przyprawiając ich o kłótnie i zasiadując godzinami, zawzięcie wygrywali, zanim się nie skończyło
bijatyką. Brali z sobą w pole jajka — kradzione — wyrządzali przy­
smaki . A nawet wydajali krowy'w polu, wyłapywali kury u sąsiada,
wybierali ogórki, kartofle i t. p.
Każdy przechodzień drogą nie był ominięty. Każdego obsypy­
wali epitetami. Drażnili. Przezywali. Wykrzywiali na różne spo-

Pamiętniki chłopów

553

sofay. Nie obeszło się tak, żeby sąsiadowi nie wyrządzili w polu szko­
dy. Spasali łąkę lub żyto, czy jarzyny, nic z tego nie robili jeżeli wi­
dzieli idącego gospodarza.
Oto był wypadek, na myśl którego, włosy się jeżą. Z tej samej
bandy grupa starszych podrostków pasła konie na majątkowej łące
przy drodze. Była to już późna noc. Drogą tą szła staruszka w wie­
ku 60-ciu lat, powracała z łaźni. Kiedy zobaczyła na łące tabun koni,
wyzwała ich na „szelmy”. W tedy trzech drabów puściło się w po­
goń za staruszką i jeden z tyłu ugodził ją kołkiem po głowie, drugi
zaś poprawił kamieniem i na jutro był już trup. Słowem każde ży­
we stworzenie stawało się ofiarą tych dzikusów. Rodzice im na to
nic nie mówili.
Nic tu nie pomagają ustawy o przymusie posyłania dzieci do
szkoły. Rodzice stale się tłomaczą przed nauczycielem brakiem po­
mocy w domu, lub brakiem przyodziewku, obuwia, lub t. p. nieuzasadnionemi podstawami i widzimy nadal wciąż i zawsze gromady
w polu rozbestwionych dzieci, zajętych przy pasionce. Słowem mło­
de pokolenie otrzymuje dzikie wychowanie. Oczywiście że są i tu
wyjątki.
Mimowoli mnie ciągnie pióro do opisania tych najważniejszych
bolączek naszego społeczeństwa. Przecież tu muszę pisać o sobie
i o swojej doli i niedoli. Najadłem się dzisiaj postnego pęczaku,
ziemniaków z kapustą i fruwam gdzieś w ideałach. Posny pęczak
i posna kapusta, a w dodatku solone, pastewną solą, skłaniają mię
do pisania, że i miejsca tuby nie było.
Solę strawę pastewną solą gdyż ona jest tańszą od kuchennej.
Prący z żoną mam po uszy; wstajemy rano o godz. (choć ze­
garka nie mamy) 6-ej, a latem o 4-ej i pracujemy ciężko w pocie
czoła, aż oczy na łeb lazą, do godziny 8-ej i 9-ej.
Nieraz aż mdłości biorą od wycieńczenia. Wyglądamy jak ko­
ściotrupy. Dzieciaszek nasz ma nóżki krzywe od złego odżywiania
się matki i jego. Nic tu i wiedza nie pomaga, jeżeli ostatnie jajko
odrywasz od ust i sprzedajesz na funt nafty, lub paczkę zapałek,
czy na podatek. Przez cały rok kupiłem tylko jeden kg. cukru na
Wielkanoc. Oddałem dwa zł. i więcej nie mogę kupić dla dziecka.
Cukier krzepi, ale nie nas. Choć mamy dosyć świeżego powietrza,
ale jesteśmy w anemji. Brak rumieńca w twarzy u mnie, u żony
i u dziecka.
Oto zeszłej wiosny jak zabrukowało chleba i wszelkiego jadła,
to były takie chwile, że człowiek szedł i słaniał się ze słabości. W io­

554

Województwo Wileńskie

sna. Pięknie. Śpiew słowików. Raduje się cała przyroda, a ja głodny
usiadłem na progu i płaczę gorzkiemi łzami, jak dziecko. Porywała
mię myśl o samobójstwie, lecz żałowałem kochanej rodziny. Gdzież
wtedy Rząd? Gdzie władza? Gdzie urzędy i administracja państwa,
jeżeli „ślabowane portki” zdychają z głodu? Niech mi wybaczą, że
ja tak dużo piszę! Ale chwała Panu Bogu i dzięki Instytutowi G.
Społecznego w Warszawie na ul. Czerwonego Krzyża pod Nr. 20,
że ja tu choć wyleję swoją gorycz i żal na swój ciężki los. Może ktoś
mi zarzuci, że źle gospodaruję i dlatego brak mi jest chleba, ażebym
lepiej uprawiał rolę, tobym nie głodował. Otóż na to powiem: sta­
ram się uprawiać rolę jak najlepiej, wprowadzam ulepszenie go­
spodarstwa jak mogę, ale to nic nie pomaga, jeżeli co roku brakuje
nasienia na obsiew swoich gruntów uprawnych, a przecież jest i nie­
użytków zgórą hektara: jak rowy, drogi i t. d. Oto w tym roku
1933 prawie hektar poła leżało pod czarnym ugorem, nie dając żad­
nego zysku. Nie miałem pieniędzy kupić jakich 8 pudów łubinu, by
posiać pod żyto. Choć orałem przez cało lato kilka razy, ale wszystko
jedno posiałem żyto, na pustej wyjałowionej roli (choć należycie
doprawionej) na stanowisku po życie. I znowu będzie m arny uro­
dzaj żyta i tak z roku na rok brak i niedostatek. Nic tu nie pomaga
i wiedza fachowa, bo skończyłem szkołę rolniczą.
Dn. 30 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr, 4 0

Gospodarz dwudziestopięciomorgowy w pow. bydgoskim

I.

Przyjazd

z

Niemiec

i

osiedlenie

się

Przyjechawszy w m aju 1920 r. z W estfalji (Niemcy) i ożyniwszy
się tutaj, osiadłem się w ***, pow. bydgoskiego. Mając tro­
chę zaoszczędzonego grosza dałem najpierw 10.000 mk. na pożyczkę
polską, a za reszte złożywszy z posagiem żony kupiełem sobie osadę
rentową, wielkości 25 mórg (674 ha) za cene 49 tysięcy mk. Nie
mając jednakowoż tyle gotówki, ponieważ przedtem dałem 10,000
mk. na pożyczkę, pozostawię! sprzedający 11,000 mk. na hipotece,
a zapłaciełem w gotówce 38 tysięcy mk.
II.

Stan

i

p o ł o ż e n i e

osady

Osada którą nabyliśmy była w opłakanym stanie. Żywego in­
wentarza było: jedna krowa, która dojna na dwa cycki i dawała
1V2 litra mleka dziennie, jeden koń, który był z jakie przeszło 20 lat
a tak zamorzony iż obawiałem się że mi lada dzień zdechnie. Świń
i kur nie było żadnych. Martwy inwentarz oprócz woza, dosyć do­
bry. Osadę przejęliśmy na same żniwa od 1-go lipca 1920 r y obsia­
nych było dziesięć mórg żytem, cztery morgi kartofli, reszta jest
łąki. Gdym pierwsze żniwa sprzątnął i wymłócił, to dało dosłownie
dziewiętnaście centnarów żyta (50 kilogramowych) Czyli z morgi
190 funtów. Nie mając żadnego doświadczenia w rolnictwie, ciężko
musiałem się borykać z wszelkiemy przeciwnościamy, zaznaczyć mu­
sze iż rola jest VI klasy, piaszczysta miejscami żwirowata. Położenie
osiedla jest dość piękne. Osada leży przy szosie, z południowej stro­
ny ciągną się lasy państwowe, z północnej strony przeżyna przez
łąki kanał bydgoski. Odległość do Bydgoszczy jest 14 kim.

Województwo Poznańskie

556

III.

Długi

i

ciężary

Na osadzie mej ciążą następujące ciężary: 1. Renta Banku Rol­
nego w wysokości 202 zł. i 16 gr. rocznie, 2. Dożywocie zapisane na
teściu, 3. Dziecinne pieniądze w sumie 2000 mk. zapisanych 13 czerw­
ca 1918 r. Pozatem mam w Kasie Stefczyka w Łochowie jeszcze
50 zł. (było 100), 50 oddałem w październiku.
IV.

Tryb

naszego

życia

i

pracy

na

roli

Jak już wyżej wspomniałem nie mając żadnego doświadczenia
na roli, ciężko borykać musiałem się z niejednemy przeciwnościamy.
Można sobie wyobrazić nasze położenie, gdym nie mieli na początku
naszej gospodarki ani pieniędzy, ani żyta na chleb, ani bydła w obo­
rze. Zaznaczyć musze, iż z początku było nas sześć osób i to: żony
ojciec i matka, żony siostra i siostrzeniec. Matka w czternaście dni
po naszem ślubie umarła, siostra po pół roku wyjechała do Ameryki.
Położenie nasze było ciężkie, tern cięższe, że nie mielim pieniędzy,
aby kupić jeszcze jedną krowę. Lecz że było nakopane dużo torfu,
a torf był bardzo pokupny więc sprzedałem łepsko torfu i kupiełem
sobie jedną dość starą krowę, na młodszą nie było mnie stać. Lecz
szczęście mi sprzyjało, bo trafiełem, choć stara, lecz dawała dużo
mleka. Gdy była po ocieleniu dawała do 18 litrów dziennie. A więc
już mielim dwie krowy, a raczej półtora. Zaczelim oszczędzać, aby
kupić sobie inną krowę, a tego byka, jak mówielim sprzedać. Lecz
ten pieniądz jak węgorz wyślizgiwał się z ręki na rozmaite rzeczy,
które były do gospodarstwa potrzebne, a po drugie i przez swoją
dewaluacje nie można było tej krowy dogonić. Jednakowoż krok
za krokiem dorobielim się do trzech krów, kupiełem innego konia,
pobudowałem szopę do torfu i woza, postawiełem nowe ogrodzenie
naokoło gospodarki, kupiełem nowy wóz i mogę sumiennie powie­
dzieć, że dosyć mi się dobrze powodzieło, a to z tego powodu iż nie
miałem w gospodarstwie żadnych wypadków, jako to: padnięcie
konia lub krowy i t. d., a renty osadnicze nie były aż do 1927 r.
uregulowane. Lecz po pierwszych bezwypadkowych latach, nastały
lata wypadkowe, którę jak pioruny na mnie się waliły. Najpierw
dostałem z Banku Rolnego w Poznaniu nakaz, aby zapłacić zaległe
raty rentowne w sumie około 600 zł. Więc wziąłem jedną krowę
i sprzedałem 350 zł., reszte miałem zaoszczędzone, wziąłem i zapłaciełem. Było to w roku 1928. W tern samem roku w sierpniu
jeden mój synek trzyletni wkręcie! sobie palce w tryby młockarki,

Pamiętniki chłopów

557

musiałem go oddać do szpitala, kosztowało mnie to 105 zł. Tego
samego roku we wrześniu zachorowała mi na pastwisku krowa, leczełem jak mogłem, lecz w końcu musiałem prawie za bezcen sprze­
dać handlarzowi. Znów w grudniu tego samego roku uległem wy­
padkowi, przy reperacji półszorka wbiełem sobie igłę rymarską w
prawą dłoń, co kosztowało mnie 50 zł. operacja. Takiem niepowo­
dzeniem zakończeł się rok 1928. W roku 1929 prawie że straciłem
znów jedną krowę. Lecz poważniejszych wypadków w tym roku
jako i w roku 1930 nie miałem. Dopiero rok 1931 był mi rokiem
nieszczęścia. Bo oto pożyczełem sąsiadowi konia do orania (my
sobie zawsze wzajemnie pożyczamy) i napasł go tak, iż musiał zdy­
chać nie było już żadnego ratunku. Było to 26 sierpnia, a że w tern
czasie zawsze konie są bardzo drogie, a nie m ając pieniędzy, poży­
czełem od pewnego większego gospodarza 200 zł. i kupiełem sobie
młodą klacz, choć trochę niezgrabna i nie tak silna, lecz kupiełem
ją, aby móc sobie uchować od niej jakiego konia, aby mi się ta strata
wrócieła. Pożyczone pieniądze obiecałem oddać na nowy rok, bo
sobie myślałem, że za perki i za kapustę będę mógł łepsko grosza
zebrać i dług oddać. Lecz przeliczełem się. Bo za kartofle i kapustę
trzeba się i przyodziać na żime, ale i dzieci nie chcą boso i nago cho­
dzić, a i Bank Rolny wciąż się dopomina. Nie chcąc jednak słowa
złamać, wziąłem obligację pożyczkową na 330 zł. i chciałem za za­
stawem tych obligacji pożyczyć na Banku Polskiem w Bydgoszczy
100 zł. Lecz tych obligacji było zamało, brakło jeszcze coś około
200 zł. więc pożyczyć nie dostałem, więc musiałem pożyczkę sprze­
dać, za którą dostałem coś bez 60 zł. dokładnie nie pamiętam. Sprze­
dałem trochę żyta, choć na wiosnę musiałem dokupić i tak dług od­
dałem. W roku 1932 zdechła mi znów maciora, która miała się za
trzy tygodnie oprosić. Kupiełem sobie dwa prosięta, aby się docho­
wać znów maciory, lecz jeden (wieprzek) gdy go już przetrzyma­
łem blisko dwa miesiące zdechł mi, a pozostała świnka ładnie urosła
i 26 czerwca w tern roku ją dopuściełem do knura, lecz w trzy dni
potem mi zdechła. Więc znów kupiełem sobie dwa. Jeden wieprzek
i świnkę. Wieprzek mi się ładnie utuczył, lecz świnka dostała jakąś
chorobę jakby paraliż i zdechła. Chcę tutaj jeszcze nadmienić
0 klaczy, którą kupiełem, aby się dochować konia, a nie wiedzia­
łem, iż kupiełem klacz, która już była źrebna. I tutaj miałem tak
znów trochę szczęścia. Źrebca sobie chowam, lecz pewnie ciężko
będzie mi go przetrzymać, ponieważ po jedno, iż trzymać trzy krowy
1 dwa konie za dużo wychodzi paszy, po drugie chciałbym do Banku:

558

Województwo Poznańskie

Rolnego coś posłać, aby mi nie przysłali czasem komornika, a szko­
da mi go, bo na lutego będzie miał dwa lata i wnet bym miał z niego
konia. Tak oto przebijałem się przez rozmaite trudy i przeszkody.
V.

Jak

pracujemy

Do pracy w gospodarstwie jest nas dwoje: żona i ja. Mamy
ojca, lecz jest już za stary aby mógł pracować, chyba trochę drzewa
udziabie. Mam troje dzieci w wieku siedem, osiem i dwanaście lat.
Wszyscy chodzą do szkoły, tylę z niech pomocy, że w lecie pasą
krowy. A więc cały ciężar pracy leży na nas oboje. Najmowanie
do pracy jest wykluczone, bo za wiele kosztuje, chyba do wybie­
rania kartofli. I tak latem codzień wstaje o czwartej i to z tego*
powodu, iż odstawiam mleko do interesu, dostaje dwa grosze od
litra więcy i to się opłaci już rychło wstać. Zimową porą wstaje
o pół piątej, ponieważ mleko się prędzej wystudzi. I tak zacznę
od wiosny. Aby móc jaknajjaskrawiej przedstawić to uwijanie się,
przytoczę tutaj jeden szczegół, a mianowicie. Chciałem na wiosnę
dać przestawić w pokoju, który zajmuje ojciec piec, ponieważ przez
zimę się już licho w niem paliło. Lecz ńieprędzy, aż będę trochę po
robocie, aż zasadzę perki, ponieważ musze murarzowi pomóc. Lecz
gdy żem zasadzieli perki, to znów było tak: prędzy nie aż będę tro­
chę po robocie, aż się na łące zorze i się zasadzi ćwikieł. Gdy się to
zrobi, trzeba na gwałt szykować do kapusty i sadzić kapustę, jeszcze
kapusta nie jest zasadzona, trzeba kopać torf. Jeszcze nie wyko­
pałem wszystkiego torfu, już ćwikieł powschodzieła i musi być hakana, pohaka się ćwikieł, czas i kapustę hakać. A dodać musze, iż
wszelkie warzywa dla inwentarza jak ćwikieł i brukiew musiemy
koniecznie sadzić na łące, ponieważ na roli jest za duże ryzyko, bo
jest piaszczysta, a na łące znów rzucają się bardzo chwasty. Na
roli pohaka się raz i drugi i jest czysto, a na łące jak się na jednem
końcu przestanie, to już od początku trzeba zaczynać. Najwięcy
utrapienia robią nam pędraki ciemno szare, grubości ołówka, które
ucinają wszelką flance, a szczególnie kapustę. I tak, gdy żem latoś
posadzieli w jednym dniu około sześć kopów kapusty, to na czwarty
dzień, żeby jedna flanca stojała, to bym mówieł że stoi jeszcze jedna,
lecz nie było ani jednej. I musielim znów na nowo sadzić, lecz musielim w każdym miejscu ziemie wy drapać i wyszukać robaki i po­
zabijać. I tak, gdy już wszystko było posadzone, trzeba prędko ćwi­
kieł przerywać, już ale i torf musi być przestawić, ale czas i łąki

Pamiętniki chłopów

559

siec. Gdy pogoda sprzyja to jeszcze pół biedy ze sianem. Były dnie,
co gdy żem poszedł na rano na łąkę, to nie przyszedłem aż słońce
zachodzieło, a obiad prz 3 mieśli mi dzieci, lub żona gdy przyszła na
łąkę do pracy. Ledwie się uskromnielim ze sianem, już i żniwa za
pasem, ale i torf trzeba w kopy zwalić i zwozić. Nie dosyć, że sam
mam swej roboty dosyć, trzeba iść na zawołanie odrobić, za poży­
czenie larki do kopania torfu, to znów za pożyczenie grabiarki, więc
trzeba swoje zostawić a iść odrobić, boby się na drugi rok nie do­
stało pożyczyć. Raz nawet wstałem o drugiej i poszedłem siec żyto,
aby dogonić, co zmudziłem przez te odrobki. Po żniwach zaraz młó­
cić, podorywać, raz lub dwa razy do miasta z perkamy bo grosz
potrzebny, czasem się przywiezie perki spowrotem, bo się nie miało
„szczęścia” i ani się człowiek obejrzy, a tu już jesień. I znów siano,
głęboka orka pod zasiewy, trzeba prędko perki wybierać, bo po
perkach ma być żyto, bo my co więcej nie uprawiamy jak perki
i żyto, gdy już to skończone, trzeba zaraz na łące wybierać ćwikieł,
kapustę wycinać i wozić do miasta, trochę perek także trzeba sprze­
dać, a przez to się dużo zmudzi i jeszcze dziś nie mam podorane pod
perki na przyszły rok, a tu mróz chwycieł, aby nie zamarzło
na dobre. I tak lato przeletło i zima nadeszła, a pieca nie przestawiełem, bo ani czasu, ani pieniędzy na przestawienie niema. A jaka
płaca za te prace przedstawię poniżej.
VI.

Płaca

Chcąc mówić o płacy muszę najprzód wspomnieć o odpoczynku
po pracy. I tak: gdy się przyjdzie od pracy, to trzeba najprzód in­
wentarz oprzątnąć, krowy wydoić, a żona koło obiadu. Wprawdzie
ojciec perek nastruże, lecz co do tych perek i jakie te perki, to na
Innem miejscu. Dość że na obszerniejszy obiad niema czasu. A żona
oprócz tego ma jeszcze i inne zajęcie, prać, ale i dzieci też nie mogą
obdarto chodzić. I gdy się człowiek naje, już zaraz trzeba od stołu
wstać i różne rzeczy bądź naprawiać, bądź nowe robić. O drugiej
a nawet i prędzej dalej jazda znów na łąkę aż do zachodu słońca,
a gdy człowiek zje kolacje, to najlepiej tam gdzie siedzi by usnął
i spał, bo ani się ruszyć człowiekowi nie chce. Taki jest odpoczynek.
Teraz co do samej płacy.
Jako płace mogę tu przedstawić to co sprzedam. I tak zacznę
od wiosny. Najprzód podam mleko. W marcu odstawiełem prze­
ciętnie 25 litrów dziennie po 11 groszy, w kwietniu także po 25 litrów

560

Województwo Poznańskie

po 11 groszy, w m aju 23 po 11 groszy, w czerwcu 20 po 11 groszy,
pół lipca 20 litrów, pół lipca 18 litrów -po 11 groszy, w sierpniu 15
litrów po 11 groszy, we wrześniu 20 litrów po 15 groszy, w paździer­
niku 18 litrów 15 groszy, a teraz do połowy listopada odstawiałem
po 11 litrów, od połowy listopada odstawiam po 7 litrów po 15 gro­
szy. Teraz perki. Na wiosnę czyli w m aju i czerwcu sprzedałem
perek 12 centnarów po 2 zł. i po 2,30 do 2,40 zł. za centnar pojedyn­
czy. Rychłych perek sprzedałem około 18 centnarów, cena wahała
się od 2,30—2,50 zł. za centnar. Na jesieni czyli we wrześniu i paź­
dzierniku sprzedałem akurat 29^ centnarów po 2,20 zł. i 58 centna­
rów kapusty po 1,30 do 1,60 za centnar. W wrześniu sprzedałem
jałówkę i tucznika za sumę 210 zł. Teraz sprzedaje torf. Za furkę
torfu, mniej więcej 3/4 tysiąca dostane 5 zł. na rynku. Co do perek
nadmienić muszę, że latoś perki się bardzo licho udały. Sierpniowa
susza i zimno wpłynęły bardzo ujemnie na rozwój perek.
VII.

Wydatki

Co do wydatków nie mogę ich tak ściśle opisać, bo niepodobna
jest każdą nitkę i wełne, lub każdy funt soli sobie zapisywać. Po­
dam tylko te najgłówniejsze rzeczy. W kwietniu dałem pług do ko­
wala celem przyprawienia nowej odkładni i stopy, zapłaciełem 11,50
zł. W m aju kupiełem dziesięć rolów papy po 3,50 zł., pół centnara
smoły 5,50 zł., 30 funtów lepniku 3,30 zł., dwa funty gwoździ pa­
powych 1,60 zł. suma 42.20 zł. W lipcu za wciągnięcie szyny na
dwa koła 4 zł., za przyprawienie do wału od maneża chwytu (H erz­
stück) 4 zł. W sierpniu za deski kupione na tartaku 6,75 zł., 4 role
papy a 3,50 — 14 zł. Latoś kupiełem z tego powodu tak dużo papyT
bo już mi się naprzykrzyło to ciągłe flekowanie i położełem dubel­
towe papę na stodołę i chlew. W październiku za przyprawienie no­
wych koso w do sieczkarki i reperacje 22 zł. Są to tylko tak grubsze
rzeczy nie licząc w tern co się raz poraź kupi to gwoździ, to drutu >
to skóry i podeszwy, bo sam sobie obuwie żeluje a dzieci niepodobna
do słupa przywiązać, to też dosyó nadrą, wciąż jeno żelować i ze­
szywać. Z zapomnienia muszę jeszcze dodać, iż w wrześniu kupie­
łem jedną bronę, ponieważ te którą miałem zostawiełem przez noc
na polu i już zginęła bez śladu. Za bronę zapłaciełem 25 zł., nie była
to nowa, lecz już używana. Nie będę opisywać, co się kupieło do przy­
odziewku, bo tego dokładnie podać nie mogę, ani nie jestem w sta­
nie to podać. Óo sam rozum mówi i to wskazuje, ile kosztuje przy-

Pamiętniki chłopów

561

odziać sześć osób, a wcale dzieci w szkolnym wieku najwięcej nadrą.
Tak zkolei przeńde teraz do odżywiania się.
VIII.

Odżywienie

Jako pożywienie w rodzinie rolniczej jest tylko to, co rolnikowi
urośnie. Mało co kupuje do pożywienia jako to: ryż, kakao i t. d.
dawniej się prędzy coś kupieło, lecz teraz są to rzeczy zupełnie nie
do pomyślenia. I tak rano zacierka albo kasza, obiad brukiew albo
marchew, albo perki z kaszą lub perki zalane mlekiem, wieczór znów
albo kasza albo zacierka, czasem żur. A zawsze do zacierki lub ka­
szy suchy chleb. Naturalnie cały tydzień bez mięsa, chyba że się
czasem zabije kurczaka albo królika. Funt okrasy i funt smalcu
musi starczyć na tydzień, ja przeważnie jem suchy, bo dzieci do
szkoły niechcą suchego wziąść, bo się wstydzą, bo mówią że nauczy­
ciel patrzy kto z czem ma chleb posmarowany. Masła się prawie
nie zna, bo wszystko mleko się odeśle, dla siebie zatrzymamy naj­
wyżej dwa litry. Mięso je się tylko wtenczas, gdy sobie człowiek za­
bije. I tak, ja zabiełem sobie 6 lutego, co miał 2V2 cent. żywej wagi.
Starczeło do połowy października, a teraz prędzej nie zabije aż znów
dopiero w lutem lub w marcu. Cukru kupuje się mało, czasem funt
na tydzień, czasem wcale nie. Latoś nasiałem sobie na łące cukrówki,
nie porosła zbyt wielka, tylko takie korzenie, no ale zawsze zastę­
puje cukier. Gdy żona gotuje jaką potrawę, co ma być troche słodka,
naprzykład brukiew z łąki nie jest słodka, to zamiast cukru wkraje
się jedną cukrówkę, a brukiew taka słodka jakby niewiem ile cukru
wsypał, albo barszcz z czarnych buraków. Do tego trzeba koniecz­
nie cukru, jeżeli się włoży cukrówkę już nie potrzeba cukru. Nawet
na gwiazdkę, gdy żona będzie piec placki użyjemy cukrówki.
Jednem słowem pożywienie jest jednostajne. Wprawdzie dużo
jemy „witaminów”, ale mało białka, tłuszczu i cukru. Co się zaś
tyczy innych wyrobów monopolowych jako to: tytoń lub monopolki,
to już nie będę wcale pisać, bo te rzeczy to są na księżycu, a to nie­
łatwo sięgnąć. Skończę o pożywieniu, a przystąpię do naszych kło­
potów i trosk.
IX.

Kłopoty

i troski

W tern dziale to ani nie wiem od czego mam zacząć. Każdy czło­
wiek ma swoje kłopoty, a nawet i miljonerzy. Kłopoty i troski czło­
wieka hartują. Jeżeli kłopoty powstają z jakiegoś zdarzenia, to one
36. Pamiętniki chłopów.

562

Województwo Poznańskie

przemijają. Gorzej jest jeżeli kłopoty są stałe, bo wtenczas ma się
uczucie jakiegoś lęku, wtenczas człowiek spodziewa się lada chwila
jakiegoś zdarzenia, jakiegoś ciosu, który może w jednej chwili czło­
wieka przyprowadzić do rozpaczy, do choroby. A taki kłopot mam
ja, mam go z powodu renty, która ciąży na mej osadzie, a którą
tak chętnie chciałbym spłacić, a nie mogę. Zalegam z rentą na dzień
31. XII. 31 r. 444,59 zł., wprawdzie Bank Rolny rozłożył mi tę ren te
na trzy lata, lecz pod rygorem regularnego płacenia zaległych i bie­
żących rat. Wprawdzie zostało wydane rozporządzenie Ministra
Reform Rolnych, aby osadnicy, którzy mają dodatkowe kontrakty
i płacieli podwyższone renty w markach polskich, były im te podwyż­
szone renty policzone na lata następne, czyli za jeden rok dwa lata.
I ja płaciełem owe podwyższone renty od 1 kwietnia 1920 r. do 31
marca 1923 r. czyli sześć rat. Lecz z powodu że wszelkie kwity od
tych płaconych rent, jako jeszcze i inne papiery mi zaginęły, przeto
nie mogłem z tej ulgi korzystać. Więc udałem się do Pana Ministra
z prośbą o uwzględnienie mnie w tern wypadku i renty mi zaliczyć.
Na to pismo dostałem z Banku Rolnego z Poznania pismo i Bank
Rolny przyrzekł mi, o ile żem kwity zagubieł, sam te sprawę zba­
dać i w swojem czasie mnie o tern powiadomić. Było to w lutem.
Przysłał mi formularze do wypełnienia, jeden formularz był o roz­
łożenie na raty zaległych rat, drugi o zaliczenie podwójnie płaco­
nych rat w markach. W czerwcu dostałem z Banku Rolnego pismo,
iż zaległą ren te rozkłada się na sześć równych rat. A o zaliczeniu
tych podwójnych rat ani słychu. Bo gdyby mi Bank Rolny te rente
zaliczył, podług rozporządzenia Pana Ministra, to nietylko bym za­
legał z rentą, ale miałbym jeszcze prawie nadpłacone i bym był po
kłopocie. Wprawdzie pisałem do Banku Rolnego na początku listo­
pada w tej sprawie, ale jeszcze odpowiedzi nie dostałem. Teraz wy­
szło znów rozporządzenie i renta została obniżona do 21/2%. Ale znów
pod pewnemy warunkamy, a mianowicie, ile kto przy kupnie za
osadę płacieł. Ja kupiełem w czerwcu 1920 r., to powinienem płacić
6.200 mk. za ha. Moja osada kosztuje 49.000 mk., czyli że już bym
mógł korzystać z tej ulgi. Lecz nie będę mógł korzystać, ponieważ
przy kupnie zapłaciełem tylko 38.000 mk. a reszta została na hipo­
tece. I tó z tego powodu, bo w maju dałem 10.000 na pożyczkę, a gdy
żem kupował te osadę właśnie tych pieniędzy mi zbrakło. Za to mo­
gę teraz pokutować. Ten co nie dał na pożyczkę, a zapłacie! osadę, ten
dostanie obniżoną rente, a ja że dałem na pożyczkę, za karę będę
musiał płacić ową wysoką rente, t. j. 200,16 zł. rocznie, z osady 25

Pamiętniki chłopów

563

mórg, 15 mórg lekkiej ziemi i 10 łąki. To jest kłopot, który mi ani
spać nie da, ani spokoju we dnie, a ja łażę jak struty, bo wciąż mam
to czucie, że nademną wisi miecz. To jest mój najgorszy kłopot.
Żeby ten kłopot ubył mi z głowy, to bym, mimo mego borykania
się z niejednemy niepowodzeniamy, był bardzo szczęśliwy. Na tern
skończę ten dział, a przystąpię do różnych spraw bocznych.
X.

Różne

sprawy

W tern dziale chce opisać jakie zabezpieczenie mam na starość.
Otóż ja, jako były górnik w W estfalji z powodu umowy polsko-nie­
mieckiej, mam zabezpieczenie w Kasie Brackiej w Bochum. W tej
sprawie staram się już o rente pensyjną, bo jestem zupełnie do gór­
nictwa niezdolny. Lekarz powiatowy w Bydgoszczy uznał do górni­
ctwa 100%, a w rolnictwie 70% niezdolny. Musze tutaj dodać, że
mam zromatyzowane obie nogi i nie mogę dużo chodzić, także cierpie
bardzo na żołądek już od 1911 r. Wszystkie żądane formalności
wypełniłem i to już dwa lata temu, lecz teraz jakby kamień we wodę
wrzucieł, nic nie słychać. Zarazem podaje, iż jestem członkiem Rady
Gminnej i członkiem komisji rewizyjnej Kasy Stefcżyka w ***.
XI. Z d a n i a

i uwagi

Przystępując do działu, w którem mam wypowiedzieć zdania
własne i ogólne, możnaby to zupełnie w paru słowach powiedzieć,
a mianowicie: sprawiedliwego traktowania wszystkiech obywateli.
Bo nie można nazwać sprawiedliwością, iż jeden może zupełnie,
z uśmiechem na ustach przetrzymać kryzys, gdy drugi z jakąś bez­
nadziejną trwogą oczekuje dnia następnego. Wprawdzie cały świat
się głowi, a raczej udaje że się głowi nad tern światowem kryzysem
i zapowiadają rozmaite konferencyje, zbożowe, handlowe, targowe
i jak one się wszystkie nazywają i tam na tych konferencyjach szu­
kają dróg wyńścia z tego misz maszu światowego. A panowie ci,
albo nie widzą albo nie chcą widzieć, że drogi te są przed własnem
nosem. Bo jakiż pożytek z tych konferencyj? Otóż najprzód całe
szpalty prasowe, aż do znużenia są opisane o odbyć mającej się
konferencyi, potem rozmaite nadzieje i przypuszczenia o korzyściach
osiągniętych w konferencyi, dalej uroczyste pożegnanie delegata na
dworcu, kiwanie na konferencyi, aż wkońcu cały świat rolniczy do­
wiaduje się, iż na tej całej konferencyi zabito jedną muchę. I cała
konferencyja zostaje z powodu nieujednostajnienia tego i owego

564

Województwo Poznańskie

delegata odroczona do przyszłego roku. Zdaniem mojem i przeważ­
nie ogólnem jest: 1) zniesienie wszystkich karteli i zrównanie cen
rolniczych z cenamy przemysłowemy, 2) zakaz pobierania wysokich
pensyi pod karą ciężkiego więzienia i konfiskaty całego majątku.
Najwyższa pensyja może wynosić tysiąc lub półtora tysiąca miesięcz­
nie, obowiązujące dla wszystkich bez wyjątku obywateli Państwa.
Bo czy nie psuje to krwi gdy się czyta, że ten a ten dyrektor jakiejś
cukrowni, kopalni lub Banku Cukrowego pobiera kilka lub kilka­
naście albo jeszcze lepiej kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie. Czy wten­
czas nie można się z kryzysu śmiać, a chociaż tylko uśmiechać?
Trudno jest sprawiedliwie ocenić przy zielonem stoliku ciężkie po­
łożenie klasy zarabiającej na kawałek chleba. Aby to znać, trzeba
między te rzesze wniść i te całe biede poznać. Lecz wniść tak nie­
spodziewanie, a nie powiadomić pana Sta... a ten już się postara, że
ta straszna wiedźma na skrzydłach wyleci i dostatek zapanuje. Już
dużo czytałem w różnych pismach rolniczych o wychowie krów lub
koni, co taka młodzież musi dostać, aby to był dobry koń albo dobra
krowa. Lecz jeszcze nigdy nie dało mi się czytać, co człowiek powi­
nien jeść, aby był sielnym. Pewnie że Państwo ma chwilową ko­
rzyść wysełając cukier dla angielskich świń, ponieważ otrzymuje za
za to obcą walutę. Lecz czy nie traci zarazem mniejszemu zapotrze­
bowaniu na bekony i to dzięki polskiemu cukrowi? A ileż to traci
Państwo na skarłowaciałem obywatelu, który nie może używać „witaminów”, które są w cukrze zawarte? Teraz ma być cukier wydany
dla bydła, skażony, tak dla bydła po 15 zł. za 100 kilo. A więc mia­
rodajni ludzie więcej poważają bydło niż ludzi. A więc jeszcze raz
powtarzam. Więcej uwzględnienia ludzi niż bydła. Niech rzeczy,
jak cukier, nafta będą przystępne dla najuboższej ludności. Jeszcze
jedno. Niech miarodajni ludzie więcej względu biorą na ludność
ubogą i niech im to gorzko życie jeszcze bardziej gorzkie nie robi.
Tu mam na myśli jedną rzecz, a mianowicie. Otóż gdy były lepsze
czasy to kto chciał kopać pieńki w państwowych lasach, to płacieł
za jeden m etr kwadratowy jeden złoty. Dzisiaj przy takiem zubo­
żeniu wsi m ają takie pieńki kosztować 2,50 za 1 m etr kwadratowy.
A kto kupi te pieńki? Otóż ta najbiedniejsza ludność. Czyby 50
groszy od m etra nie było dosyć? A więc więcej względu dla tej
biednej ludności. Nie czczemy słowamy i frazesamy karmić lud,
ale czynem. Na tern kończę moje uwagi i cały mój opis. Pewnie że

Pamiętniki chłopów

56

się trochę spóźniełem, lecz na dniu niema czasu, a nafta też droga,
a nie codzień mogłem się temu poświęcić, gdy się ma wciąż coś do
reperacji. Na ostatku przepraszam za moje niejedne śmiałe uwagi
i za nieudolne pismo. Lecz trudno — ręka ciężka od pracy.
S z c z ę ś ć

Dn. 1 grudnia 1933 r.

B o ż e

Pamiętnik Nr. 41

G o s p o d a r z - w a r z y w n ik n a o s a ­
d z ie lic z ą c e j d w i e i p ó ł m ó r g
(a n a d to m a ją c y sta łą p o s a d ę )
w p o w . p o z n a ń s k im

Ojciec mój pochodził z gospodarstwa rolnego liczącego przeszło
50 mórg roli — morgi liczone według norm brandeburskich. Było
ich dzieci więcej, zaś ojczysko moje, mając zamiłowanie do rzemio­
sła, został kołodziejem-stelmachem. Inni zaś bracia ojca i siostry
osiedli na gospodarstwach rolnych przybliżonych obszarem do ojco­
wizny. Rodzice ojca dając jemu tak zwane „wykształcenie”, oczy­
wiście nie dali jemu żadnej ponadto spłaty. Zupełnie zrozumiałe,
że wyszedł gorzej na tern jak tamci, co też życie najlepiej potwier­
dza, bowiem nigdy nie przyszedł do tego co tamci posiadają. Jako
czeladnik tułał się po Niemczech zachodnich, trwoniąc i oszczędza­
jąc naprzemian, jak się dało. Bądź co bądź ukołatał sobie coś grosza;
utartym zwyczajem jak wszyscy inni wychodźcy z Poznańskiego,
wrócił do rodzinnej wioski, ażeby się rozglądnąć za połowicą i usłać
własne gniazdo. Długo się rzekomo włóczył chcąc spleść dwie rzeczy
razem, a mianowicie, wybrać punkt odpowiedni dla jego zawodu i
równocześnie posiadać cośkolwiek roli. Wreszcie kupił sobie starą bu­
dę w środku wsi, przy której znajdowały się dwie morgi roli. Matkę
wziął sobie z gospodarstwa czterdziestomorgowego. Mam wrażenie,
że wówczas, a to było w roku 1896, rzemiosło miało jeszcze lepsze
znaczenie, jeżeli dziewica z gospodarstwa stosunkowo dużego ze­
chciała wyjść za stelmacha z dwoma morgami roli. Z takiej to ro­
dziny przyszedłem na świat Boży w roku 1898. Poprzedził mnie
oczywiście starszy brat. Chałupka nasza jak już nadmieniłem była
stara buda z drzewa i miała już conajmniej osiemdziesiąt lat. Bu­
dowana była bez fundamentu z słupów dębowych, przyciesi i na­
stępnie pomiędzy te wkładane ciosane blochy. Z obu stron oble­
piona była gliną. Dach pokryty słomą. Jeszcze dziś przypominam

Pamiętniki chłopów

567

sobie mając lat cztery wchodziłem na ten dach, skrobiąc się do ko­
mina, do którego doszedł starszy pięcioletni brat, zaś ja doszedłem
do przedostatniego szuru poszycia. Za tę niewinną wycieczkę do­
stałem od ojca w cztery litery co się zmieściło. Domek ten stanowił
sień, jedną izbę mieszkalną i tak nazywaną szorownią, w której
ojciec miał swój warsztat urządzony. Izba stanowiła równocześnie
kuchnię, jadalnię, pokój do przyjęć i sypialnię. Podłoga była kultu­
ralna, bo już z desek nie jak to u sąsiadów ubita z gliny. Mieliśmy
tam dwa łóżka i kołyskę. Pamiętam, że do chwili wyprowadzenia
się z tej budy było nas rodzeństwa już czworo, lecz nie wyobrażam
sobie, jakżeśmy tam spali, ojciec z m atką to napewno, lecz jak te
cztery smarkacze to już naprawdę nie wiem. Byliśmy wprawdzie
wszyscy czterej chłopcy to oczywiście mniej kłopotu było. W sieni
stał komin, a pod nim kurnik. Trudno pojąć jak tam te kury za­
mieszkiwały. Grząd przecież nie można było umieścić. Mierzwę od
nich trudno wydobyć. Prawda, że wówczas nikt nie myślał o racjo­
nalnej hodowli, a higjeny wogóle nie znał. Szkoda, że nie znam re­
zultatów nieśności, bo wątpię czy która w tych warunkach zniosła
rocznie z 40 jaj. Ubikacja, w której stał warsztat ojca, była we­
wnątrz odrapana, że można było przez spary sąsiednie wioski w każ­
dym kierunku świata widzieć. Nie było oczywiście gliny od środka,
gdyż przez stałe uderzanie toporem i innemi narzędziami wszystko
odleciało. Zrozumiałe, że tam nie było podłogi, a tylko glina. Mie­
liśmy w tym domu też wiele przyj acieli czworonożnych, a miano­
wicie szczurów. W nocy zwykle rozpoczynały swoją ucztę. To bie­
gały po naczyniach kuchennych, to pod podłogą, to na górce, a wiele
razy skakały po pierzynie. Na górę wchodziło się po drabce dość
masywnej zrobionej już ręką mojego ojca. Przed domem znajdo­
wał się na całą szerokość drzwi wielki kamień polny. Przy domku
był dobudowany chlewik dla kozy i tucznika. W pierwszych dwóch
kwadratowych metrach miała swój apartam ent koza a dalej za nią
urzędował proszczak. Żadnego okienka w tym chlewiku zgoła nie
było. W ten sposób te bydlątka bez światła dziennego, w smrodzie
do najwyższego stopnia prowadziły swój nędzny żywot. Nie można
wyobrazić sobie, jak te zwierze mogły wogóle żyć. Była też mała
stodółka, w której umieszczaliśmy plony ziemi naszej. Przypomi­
nam sobie, że znosiliśmy snopy na plecach do stodoły. Ojciec po­
czątkowo młócił zboże kałką, później dopiero dorobił się do cepa.
Jeżeli chodzi o nasze utrzymanie, to na owych dwóch morgach, przytem ojciec rzemieślnikiem, nieźle było. Co rok zabijaliśmy tucznika.

568

Województwo Poznańskie

Masło zawsze kupowaliśmy, kosztowało wówczas 60—80 fenigów
funt. Długu nie było żadnego. Pamiętam, że ojciec miał zawsze
i stale pieniądze za robotę pomiędzy ludźmi, zawsze w niedzielę brał
do ręki swoją księgę i przeglądał ją. Miał nawet pieniądze wypo­
życzone pomiędzy ludźmi. Ubieraliśmy się też jako tako. Butów'
nadarliśmy dużo, bo to była wioska bez bruku, bez szosy, droga
gliniasta, tak że po deszczu można było psy topić.
Z biegiem czasu w latach około 1906—1907 ojciec zaczął m y­
śleć o powiększeniu swojej własności, oczywiście wr kierunku naby­
cia większego terenu roli. Nadarzyła się sposobność, że sąsiadka
wdowa wyszła zamąż i sprzedawała swoją posiadłość, leżącą zaraz
przez drogę tuż obok chudoby mojego ojca. Pamiętam te długie
namyślania się, rozważania z matką, noce pertraktacji, aż wreszcie
ojciec każe mi pognać gęsi na pole tej owej sąsiadki i powiada, że
to już nasze. Było tam pięć mórg roli, chałupa nowa, zaś stodoła
i chlewny leciały. Chałupa wystawiona na fundamencie z drzewa dę­
bowego, rżniętego, dach pokryty dachówką. Wykończoną była jedna
izba, która znów stanowiła kuchnię, sypialnię, jadalkę i v/szystko
inne. Sień czy tak po miejsku nazywane antrejka nie była wykoń­
czona, druga izba też nie.
Co to wszystko kosztowało tego już dziś sobie nie przypominam,
jednak wiem tyle, że ojciec zapożyczył się w Banku Ludowym w są­
siednim miasteczku na stosunkowo poważną sumę płacąc 4 czy 5
procent odsetek rocznie. W każdym bądź razie obciążenie było powa­
żne, gdyż w przyszłych latach mógł odpłacić tylko procent a już nie
mógł nic oddawać kapitału. Bądź co bądź o pożyczkę nie było wów­
czas trudno, bowiem zabrał tylko dwóch ręczycieli i w porządku. Ko­
biecinie wypłacił należność i wprowadziliśmy się do nowego mie­
szkania, oczywiście kiedy ojciec wybielił i u góry pod sufitem wy­
malował czerwony pas.
Nastały trudniejsze czasy. Bezwiednie rodzice zaczęli ściskać
pasa. Tucznika już nie zabijano, trzeba było sprzedać, jajka od kur
sprzedać, gęsi sprzedać, a wszystko na procent. Trzeba mi zazna­
czyć, że rodzice nie pozbyli się starej realności, lecz ją zatrzymali,
która do dziś jest ich własnością i rzekomo staremu przyda się teraz
na wymiar. Pamiętam, jak to kiedyś na dwóch morgach zapusty
jakie to sute były, koledzy ojca choć w ciasnym domku jednak czę­
sto gościli, ile to razy stała butelczyna z czystą i beczułka opieka­
nych śledzi — to wszystko później ustało, za wyjątkiem oczywiście
kropelki, której ojcu trzeba było życzyć, bowiem napracował się

Pamiętniki chłopów

569

dosyć. Nie chcę powiedzieć, ażeby był nałogowym pijakiem, lecz
wypił sobie tak co sześć tygodni po cztery kieliszki, a podchmielo­
ny uczył nas wieczorem katechizmu. Każdy mężczyzna ma po pi­
janemu swoje nawyki, do już trudno.
Na tym nowonabytym kawałku ziemi, oraz tamtych dwu mor­
gach co stanowiło razem siedem mórg gospodarzyliśmy się. Cha­
łupkę starą, która coraz bardziej wpadała w ziemię, ojciec wydzier­
żawił wówczas jakieś starej pannie. Nie były to pochlebne czasy
trzeba było zboże na mąkę samemu żarnami mleć, chleb w domu
piec, a ile razy polewkę jeść, choć ta ostatnia wcale zdrowszą była,
a stwierdzić mi wypada, że napewno zawierała więcej składników
odżywczych jak te niektóre miejskie dzisiejsze strawy. W niedzielę
to się jadło na śniadanie kiszki za 25 fenigów trzy, co starczyło na
całą rodzinę. Mięso to dla urozmaicenia programu tak co cztery
tygodnie było, to też święta Wielkiej Nocy, Zielonych Świąt i Bo­
żego Narodzenia były czemś nadzwycza j nem.
Przyszedł dla nas krytyczny rok 1908. Pewnej nocy wywala
ojciec nas chłopaków z łóżek, robi posłanie w obok przyległej ubi­
kacji, która nawiasem mówiąc nie była wykończona i służyła ojcu
jako warsztat stelmarski i tam nas umieszcza. Był to zimny marzec.
Nastąpiło żywe bieganie jakiejś sąsiadki w naszem domostwie. Ojciec
krzątał się raźniej, choć zakłopotany. Za chwilę usłyszeliśmy krzyk
nowego obywatela, czy obywatelki — była to jednak obywatelka.
Spać nie mogliśmy bowiem było strasznie zimno. Tej nocy nie za­
pomnę. Wieczorem przybył braciszek do parki. Na skutek jakichś
powikłań, matka zmarła za kilka dni. Miałem wówczas dziewięć
lat, brat najstarszy dziesięć, a owe najmłodsze smarkacze trzy dni.
Nastąpił podział m ajątku z którego zapisano nam chłopakom po
100 marek, które dziś stanowią bodaj sumę złotych może równającą
się znaczkowi pocztowemu.
Smutne to były czasy. Dzieciaków było nas czterech plus te dwa
bliźniaki, które oczywiście zabrali krewni. Zupełnie zrozumiała
rzecz, że ojciec nie mógł podołać i swoim obowiązkom i obowiązkom
matki. Mieliśmy jakąś sąsiadkę, która gotowała i prała i obiegała
nas, lecz takie gospodarstwo byłoby nas wyprowadziło na psy. Trze­
ba było ojcu rozglądać się za mamzelą. Dziś spotykam jeszcze idjotów, a szczególnie idjotki, które twierdzą, że chłopu nie potrzeba się
powtórnie żenić, że pierwsza leży w grobie a druga się potem na jej
dorobku panoszy, że pierwsze dzieci będą potem zawsze pokrzyw­
dzone a szczególnie przy podziale majątku. Pozwolę sobie nadmie­

570

Województwo Poznańskie

nić, że położenie takiego chłopa wdowca, który ma czworo, a nie­
jednokrotnie więcej dzieci w wieku 1 — 9 lat, ma rolę na karku*
inwentarz, a w dodatku jak to u mojego ojca było, musiał chodzić
do dominjalnej pracy ciesielskiej i był dwanaście godzin poza do­
mem, to takie położenie nie jest do pozazdroszczenia. Jest absolut­
nie więc niemożliwe, żeby mógł temu wszystkiemu podołać, a przedewszystkiem te dzieci wychować. Jest więc bezwzględną koniecz­
nością powtórnie się ożenić, gdyż służącej trzymać niema za co, go­
spodyni wogóle, samemu robić ponad siły nie można, a dom takiego
wdowca musiałby zmarnieć bezwątpienia. Dzieci zaś stałyby się
łazęgami, a w ostatku może złodziejami i bandytami. Takim kobie­
tom, które wychodzą za wdowców w tym położeniu, mianowicie z
taką gromadą dzieci, należy przyklasnąć. Kobiety te poświęcają się
formalnie, robią z siebie ofiarę. Osądzić może to tylko kobieta, która
zna trudy i troski wychowania kilkorga dzieci sama jedna bez po­
mocy służby.
Po upływie pół roku ojczysko zaczęło się starannie golić, wąsiska podstrzygiwać. No, pomyślałem, że to chyba nienapróżno.
Często wyjeżdżał szczególnie wieczorem. Od czasu do czasu jakiś
pośrednik przybywał do ojca, inny raz znów taki jeden ojcu szeptał
coś do ucha. Wreszcie po kilku nieudanych próbach, bowiem Kasia
starsza panna obawiała się słusznie tych trudnych obowiązków, zje­
chała do nas bryka. Dzień przedtem trzeba było wszystko poczyścić,
podwórko pozamiatać, na polu brózdy, które kury pozadrapywały,
poodświeżać. Ojciec zrobił lustrację i wszystko było dobrze. W nie­
dzielę więc przyjechała panna Imć Katarzyna, latorośl 26-letnia bez
fartucha, rzekomo była już też na robotach w Sachsach. Towarzy­
szyła jej m atka oraz ów pośrednik. Po krótkich rozmowach po je­
dzeniu i popitku, zabrali się do lustracji gospodarstwa, bowiem to
było rzeczą zasadniczą. Panna miała przecież coś 500 talarów. Stary
wziął się na kawał — prowadzając po polu tych dostojnych gości,
obszedł kawał pola nieswojego, co dało w sumie więcej roli razem.
My chłopcy wpędziliśmy na podwórko gęsi sąsiada, tak, że było ich
coś przeszło 40 razem. Zrobiło to efekt doskonały na pannie. Cała
ta impreza odniosła skutek dobry, bowiem po pewnym czasie ojciec
przedstawił nam nową matkę, która nam po oswojeniu się prała
w cztery litery, aż huczało. Mniejsza z tern, jeżeli było potrzeba to
trudno.
W dwunastym roku życia ruszyłem pomiędzy ludzi. Obracałem
się w trzech gospodarstwach rolnych, później na zachodzie Niemiec*

Pamiętniki chłopów

571

następnie na wojnie. W międzyczasie bywałem na urlopie u maco­
chy. Ojczysko bowiem m ając w dniu mobilizacji 44 lata, musiał
pójść na wojnę także. Kobieta pozostała w domu z kupką dzieci i po
pierwszej naszej matce i reszta już swoich. Było ich jak królików,
zdaje się że aż czworo jej. Straszne to były stosunki. Całe gospo­
darstwo prowadzone było przez kobietę. Rola kiepsko obrobiona,
hodowle prowadzone pod wszelką krytyką, budynki się waliły. Od
czasu do czasu przyjeżdżał ojciec-żołnierz na urlop, lecz te kilka dni
nie wystarczały na uzupełnienie braków. Długi pozostawały bez
zmian. Można było upłacać tylko procenty dzięki opłatom, które
żony otrzymywały od rządu pruskiego za mężów, którzy byli na
wojnie. Po wojnie zostałem m arną urzędniczyną. Rodzony z chłopa
dążyłem do ziemi. Zacząłem planową akcję w kierunku zaoszczę­
dzenia sobie cośkolwiek gotówki. Stosowałem następujący system.
Ażeby siebie przymusić do oszczędności, prowadziłem notesik na
wydatki i to z rozgraniczeniem na żywnościowe, wydatki drobne
i wydatki grube. Spisałem sobie ani miesiąca od 1-go do 31-go. Co
pięć dni, a mianowicie 5-go, 10-go, 15-go, 20-go, 25-go i 30-go wsta­
wiałem sobie w dziale wydatków na żywność cyfry kontrolne, to
znaczy, że zapisałem sobie cyfrę złotych, jaką miałem do tej daty
zużyć. W ten sposób byłem w stanie zużyć na żywność tyle, ile so­
bie wyznaczyłem. Poprzednio bowiem, gdy tego nie robiłem, to
w końcu miesiąca musiałem pożyczać. W ten sposób operowałem
do roku 1925.
W międzyczasie przyszło mi w drogę moje przeznaczenie. Jadąc
kiedyś w ostatnich dniach mojego urlopu do ojcowizny, gdyż zwy­
kle urlop spędzałem gdzieindziej, nie ciągło mnie do domu by spo­
glądać na te biedę—spotkałem w pociągu starą znajomą z ławy szkol­
nej. W toku rozmowy, żartem pytam dlaczego nie wychodzi zamąż, dodając „ożeń się ze mną i raz będziesz załatwioną” na to rów­
nież w żarcie powiada „zgoda”. Odpowiadam „przyjmuję oświad­
czenie oficjalnie do wiadomości”. Ot i taki był początek głupstwa,,
które każdy mężczyzna robi. Była to panna, posiadająca z tytułu
spadku po ojcu gościniec z trzynastu morgami roli. Zaczęła się sie­
lanka poważna w kierunku ożenku. Po około roku takiego niby
wzajemnego poznawania się, chociaż to głupstwo, gdyż baby nigdy
nie pozna się, doszło do ożenku. Były to różne kłopoty, bo stara
w ostatniej chwili nie wiedziała co robić a zresztą i sama panna za­
stanawiała się, czy wpaść w tę przepaść. Teść od kilku lat nie żył.
Była tylko teściowa, moja żona, brat jeden na posadzie i drugi brat:

572

Województwo Poznańskie

od dzieciństwa umysłowo ułomny. Gościniec i trzynaście mórg/ roli
obrobić to niełatwo o ile się zważy, że to prowadziły kobiety. Do­
póty były dobre konjunktury to nie zauważało się błędów, które
w rezultacie dawały deficyty finansowe. Gospodarstwa nie było
można dopatrzeć, gdyż trzeba było również pilnować gościńca i ko­
lon j alki. Stosunki w przedsiębiorstwie gorzałczanym zaczęły się po­
garszać z czasem jak konjunktury na wsi zaczęły się chylić ku gor­
szemu. Przez dzień przeszedł jeden i drugi chłop, wypił kieliszek
czystej, kazał sobie zapisać na kredyt wziął za 15 groszy papierosów
i w dodatku osmarkai ściany bo chusteczki zwykle nie nosi, a w
rękaw już nie wyciera jak to zwykle, bywa w gościńcach wiejskich.
Były dnie, że kasa dzienna stanowiła 5 zł. Podatki jak zwykle bez
zmiany. Stosunki stawały się coraz nieznośniejsze.
Po moim ślubie około trzy miesiące teściowej wpadło coś do
głowy i chciała być właścicielką realności, której właścicielką była
żona moja z tytułu testamentu po ojcu. Zupełnie zrozumiałe prze­
cież, zięć nie miał tysięcy, był tylko marną urzędniczyną, więc jakżeż
miał być współwłaścicielem tej gospodarki. Dla niektórych ludzi
to zawód czy stanowisko to nic. Osobiście nie sprzeciwiałem się ja ­
kimkolwiek pociągnięciom, jakie z tą realnością chcieli zrobić. Była
to przecież ich uciułana oszczędność z całego życia. W ten czas nie
znałem się wogóle na sprawach własności, nie widziałem nawet owe­
go testamentu, nie miałem żadnego pojęcia o przywłaszczeniach,
odstępywaniach, przepisywaniach i t. d. Bądź co bądź po mojem odjeździe, (bo przybywałem tylko na niedzielę), w poniedziałek pod­
wieźli żonę do notarjusza i tam musiała sprzedać realność na rzecz
teściowej. W artość owej realności można było wówczas liczyć na
19 tysięcy, zaś sprzedaż nastąpiła za siedem tysięcy, oczywiście nie
płacone, a wciągnięte tylko na hipotekę. Po fakcie otrzymałem do­
niesienie, ażeby stawić się do notarjusza. Pytam notarjusza co mam
wspólnego z tranzakcją realności, której przecież nie byłem wła­
ścicielem. Odpowiada mi, że podpis mój na czynność prawną żony
jest potrzebny, gdyż w myśl kodeksu cywilnego mam prawo dozoru
i administracji majątkiem żony. A co stanie się jeżeli nie podpiszę?
Akt staje się nieważny. Nie miałem żadnego interesu stosowania
sprzeciwu i podpisałem.
Sądziłem, że przez ten fakt nasze gniazdo wcześniej dojdzie do
skutku. Bo w jakim celu robiono tę tranzakcję i płacono około 600
zł. różnych opłat adwokackich i sądowych. Jednak tak nie było. Bę­
dąc żonatym tłukłem się przez cztery lata w moim miejscu urzę­

Pamiętniki chłopów

573

dowania odległym od żony o 150 kilometrów, mieszkając po poko­
jach umeblowanych. Gospodarka u teściowej zaś szła coraz to go­
rzej w miarę jak słabły konjunktury.
Ja zaś po rozterce umysłowej, bowiem nie mogłem się z tern po­
godzić, ażeby mąż tu, a żona tam, powziąłem plan budowy domku.
Miałem uciułane własnego grosza 3 tys. złotych. Składałem sobie
na książeczkę oszczędności z moich poborów, gdyż uważałem P. K. O.
za najpewniejszą instytucję finansową. Były to wówczas czasy, kiedy
to w mieście było brak mieszkań, trzeba było płacić po trzy do czte­
rech tysięcy złotych odstępnego za mieszkanie, a równolegle były
czasy, kiedy to Bank Gospodarstwa Krajowego rozporządzał olbrzymiemi kredytami na rozbudowę miast. Nie mogłem się pogodzić
z myślą, ażeby moje trzy tysiące oszczędzone wyłożyć na łapówkę
mieszkaniową. Przestudjowałem warunki wszelkich istniejących na
miejscu spółdzielni budowlanych, wreszcie jednej się przyczepiłem.
Nazywała się spółdzielnią „Dom W łasny’'. Miałem otrzymać parcelkę 500 metrów obszaru kwadratowych. Cena za m etr kwadratowy
wynosiła aż trzy złote. Za ten kawałek roli miałem płacić zgóry
500 zł., zaś resztę w ratach w ciągu 10 lat według uznania magi­
stratu. Równocześnie miałem do spółdzielni wpłacić stozłotowy
udział w ratach po 10. Na samą budowę należało posiadać 25% ko­
sztów budynku,- który budowała albo spółdzielnia, albo mogłem też
sam budować. 75% funduszów potrzebnych na resztę kosztów bu­
dowy miałem dostać w Banku Gospodarstwa Krajowego przez Ko­
mitet dla rozbudowy miast przy magistracie. Całość składała się
nieźle, jeżeli się zważy, że 75% pożyczone z Banku musiałem spła­
cić w 25 latach. Mam wrażenie, że spłata miesięczna równałaby się
opłacie czynszu mieszkania, którebym zamieszkiwał, gdybym nie
miał własnego domku, o którym dalej będzie mowa.
Nie zgodziłem się jednak na tę koncepcję, gdyż rola wypadała
mi za drogo. Trzy złote za m etr kwadratowy to duże pieniądze.
Odległość od centrum miasta do miejsca, gdzie domek mój miał
stanąć wynosiła ca 6 km. Było przeto dla mnie obojętnem, sześć
kilometrów czy 12 kim. Zaś im dalej od miasta tern tańsza rola,
Komunikacja przecież przy dzisiejszych stosunkach w obrębie do
35 kilometrów od dużego miasta jest zawsze dobra. Porzuciłem
przeto ten plan. W innych spółdzielniach budowlanych też korzyst­
niej budowa domku nie wypadała. Zacząłem badać możliwość kupna
domku już istniejącego. Miałem wówczas uciułane 4000 zł. Przez
dwa lata przeglądałem okolice w promieniu do 40 km. od mojego

574

Województwo Poznańskie

miejsca urzędowania. Nadmienić wypada mi, że mieszkałem zawsze
jeszcze na pokoju umeblowanym, zaś żona stale jeszcze wysługi­
wała się teściowej. Różne oglądałem realności.
W roku 1930 w lipcu znalazłem objekt i ten mniejwięcej mi
odpowiadał. W miejscowości tej są cztery autobusy, stacja kolejo­
wa jest odległa 4 km. Ogólna odległość od mojego miejsca pracy
wynosi 12 km. Są więc pewne trudności komunikacyjne. Nad tern
najdłużej się zastanawiałem, wreszcie poszedłem po rozum do gło­
wy. Zwołałem konsyljum kolegów, którzy mieli dać mi rady. Naj­
starszy Jurek orzekł następująco. Ty jesteś1 młody, liczysz 28 lat,
dzieciaka masz jednego, do szkoły zaraz nie pójdzie, więc na tym
punkcie narazie nie będziesz miał trudności, a biorąc najważniejsze
twój młody wiek, uważam, że możesz z pięć lat podjąć te trudne
w arunki codziennego dojazdu do miejsca pracy, przeto radzę ci ku­
pić. Po rozważaniu pro i kontra zabrałem się do kupna.
Jest to tak zwana osada rentowa z byłej kolonizacji pruskiej.
Takich osad jest tutaj około 200, obszar roli wynosi 272 morgi przy­
legły do domostwa, domek jest 7 X 8, na dole są urządzone kuchnia,
pokoik mały i pokoik większy, na górce pokoik mały. Domek go­
spodarczy ma rozmiary 3,50 X 8, pozatem była szopka do węgli,
ustęp, 45 drzew owocowych z tych około 20 zupełnie młodych i ładny
kawałek malin.
Realność ta była w posiadaniu pewnej wdowy. Ta ostatnia
chciała wydać córkę zamąż na osadę inną, rozmiarami podwójnie
większą jak jej, równocześnie ona, teściowa przyszła, miała wejść
tam na wymiar. Córka ta miała swojemu przyszłemu wnieść 11 ty­
sięcy złotych. Była przeto sprzyjająca okoliczność kupna, gdyż
wszystkim zależało na tym ożenku. Trzech synów owej wdowy miało
otrzymać od swojej m atki razem dwie morgi roli, które jeszcze po­
siadała, a które stanowiły wartość 4 tysiące złotych. Kilkakrotnie oglą­
dałem tę realność sam, kilkakrotnie z żoną i wreszcie zbliżaliśmy
się do skutku. Postarałem zapoznać się z wzorami umów przed­
wstępnych kupna sprzedaży oraz z wzorami kontraktów i rozpo­
częliśmy. Stanęło na tern, że realność ta miała kosztować 15,600.
Całe zgromadzenie rodzinne stanęło do targów. Z jej strony cała
jej rodzina, oraz przyszły zięć i jego rodzina zaś z mojej strony była
tylko żona i moja mniejszość. Targ stanął na tern, że cena kupna
wynosi 15.600 zł.
Miałem przygotowany wzór aktu przedwstępnego kupna sprze­
daży, wpłaciłem 400 zł. zaliczki i ująłem tę kwotę w akcie klauzulą,

Pamiętniki chłopów

575

ie w razie cofnięcia się z jej strony, płaci ona mnie 400 + 400 zł.,
zaś, gdy ja się cofnę przepadają na rzecz jej wpłacone przeze mnie
400 zł. Zaznaczyć mi wypada, że była to osada rentowa, a zatem
taka, którą to Niemcy budowali, oddali swemu ziomkowi przy wpła­
cie około 10%, a resztę kapitału wraz z amortyzacją zahipotekowali
jako rentę do roku 1969. Osada ta już stoi 20 przeszło lat. Jak z kon­
traktu dawniejszego wynika, mocą którego tę osadę pierwszy niemiec nabył, to roczna renta wynosiła coś około 200 marek niemiec­
kich rocznie. W chwili, gdy ja nabywałem tę osadę, renta ta już
była przez rząd polski przewaloryzowana na 43 procent i wynosiła
rocznie 108 zł. Zatem do tej ceny kupna trzeba było doliczyć te rocz­
ne sumy 108 zł. do roku 1969, które ja muszę rządowi jeszcze spłacić,
a które wówczas razem wynosiły 4.100 zł. przeto rzeczywiście na­
bywałem tę chudobę za 15.600 zł. + 4.100 czyli 19.700 zł. Jest to suma
za którą w dalszej odległości od miasta można było nabyć gospodar­
stwo rolne 50 morgowe. Za co więc się rzeczywiście płaciło. Czy
za wartość użytkową tej osady. Nie, nigdy za wartość użytkową,
bo gdyby tak było to ona mogłaby kosztować najwięcej 10.000 zł.,
licząc nawet aż 12% od włożonego kapitału. Płaciło się za to, że to
blisko miasta, że mamy komunikację autobusową, że kolej nieda­
leko, że przyszłość dobra i wiele innych nierealnych mrzonek. Po­
nieważ zaś osady rentowe podlegają kontroli Urzędu Ziemskiego,
który musi czuwać nad tern, ażeby osada dostała się we właściwe
polskie ręce, a przedewszystkiem nie była dewastowana ale dobrze
prowadzona, przeto teraz rozpoczęły się dopiero wędrówki. A więc
trzeba było ze strony sprzedawcy i nabywcy stawić wniosek do
Urzędu Ziemskiego o zezwolenie na sprzedaż i kupno. Już na pierwszym miejscu napotkaliśmy na trudność. Mianowicie wdowa nie by­
ła wyłączną właścicielką, bowiem mąż jej umierając nie zrobił te­
stamentu, zatem współwłaścicielami były i owe czworo dzieci, w tern
córka niepełnoletnia, za którą musiał występować jej opiekun. Za­
tem do tego wniosku musieli się przyłączyć wszyscy wraz z tym
opiekunem. Syn najstarszy jednak nie chciał tego zrobić, twierdził,
że on chce mieć wpierw czarne na białem, że matka da mu coś
z owych tamtych dwóch mórg za odstąpienie swojego udziału po
ojcu. Owe dwie morgi nie miały jeszcze szkicu w Urzędzie Kata­
stralnym, jak również nie miały księgi wieczystej w Sądzie Okrę­
gowym. Rozdziału tych dwóch mórg pomiędzy te dzieci inaczej nie by­
ło można zrobić, jak tylko załatwić przez testament matki. Wreszcie
byli zadowoleni i dali swoje podpisy na wniosek. W Urzędzie Ziem­

576

Województwo Poznańskie

skim potrwało coś 14 dni wreście dostałem do rąk moich zezwole­
nie. Na koszta związane z kupnem brakło mi jednak 400 zł., szu­
kałem, latałem i znikąd nic nie można było wy dębić. Wreście brat
wziął gdzieś z współdzielni żołnierskiej tę sumę i pomógł mi, bo
nie mógłbym pokryć kosztów adwokackich. W międzyczasie te­
ściowa przygotowała żonie 3000 zł. spłaty rodzinnej. Ustaliliśmy ter­
min kontraktu. Uprzednio jeszcze sprzedawczyni musiała spłacić
w Banku Rolnym zaległą rentę do daty sprzedaży, bowiem inaczej
notarjusz nie mógłby robić kontraktu.
W dniu 21. 7 1930 zjawiliśmy się do kontraktu. Znów cała ra­
da rodzinna z ich strony. Równocześnie miał być robiony zapis owej
osady, na którą miała wejść córka mojej sprzedawczyni. Realność
została więc nabyta za sumę 15.600, płatne przy kontrakcie 7.000 zł.
Objęcie, a raczej zamieszkanie przeze mnie od natychmiast, zdanie
realności na 1. X. 1930 czyli po trzech miesiącach, w którym to dniu
płatne były dalsze 3.000 zł. zaś reszta ceny kupna w sumie 5,600
została zgodnie przez obie strony przeliczona na 629,20 dolarów
i płatność ustalona, jak już wyżej pisałem, tak jak ustaliliśmy w
akcie przedwstępnym kupna-sprzedaży. Oprocentowanie tej reszty
ceny kupna po 8 od sta płatne z dołu razem z ratami, wszelkie cię­
żary podatkowe obejmowałem, oraz również rentę od daty kon­
traktu. Zastrzegłem sobie w kontrakcie także możność wcześniej­
szej spłaty reszty ceny kupna 629,20 dolarów. Równocześnie za­
strzegłem sobie możność przywłaszczenia samemu sobie oraz moż­
ność przelania tego prawa na inne osoby nawet po śmierci sprze­
dawczyni. Notarjusz zastrzegł ważność kontraktu od zatwierdze­
nia przez Sąd Opiekuńczy aktu zdania udziałów owych dzieci ma
matkę, oraz również od zatwierdzenia samego kontraktu przez
Urząd Ziemski. Ja kontrakt zapłaciłem około 960 zł. Następnie zro­
bił notarjusz zapis realności tamtej owego teścia na nowożeńców.
Razem zebrał za ów pracowity dzień, w którym sporządził cztery
akty, samych swoich honorarji coś 720 zł., to też słusznie że w ten
dzień na rozprawę sądową postawił zastępcę. Bądź co bądź był to
bardzo rozsądny notarjusz i starał się możliwie tak ująć sprawy*
ażeby nie robić nam nadmiernych kosztów.
Po załatwieniu całej tej akcji pośliśmy na suty obiad za który
oczywiście płacił nowonabywca, niby zadowolony, że pierwszy raz
w życiu zrobił coś nieprzeciętnego. Po siedmiu dniach kupiłem so­
bie rower, bowiem jak pisałem mam 4 km., do stacji kolejowej, a mu­
szę codziennie jeździć do pracy i przeprowadziłem się do mojej osa­

Pamiętniki chłopów

577

dy narazie sam. Owa wdowa dawała mi obiady i kawę, a pościel
miałem swoją. Zająłem do mojej dyspozycji ten większy pokój.
Na tych dwóch morgach było ca pół morgi truskawek, były
maliny, o których już wspominałem, trochę warzywnika, ziemnia­
ków ca pół morgi i reszte żyto. Zupełnie zrozumiałe, że dana wdo­
wa i jej dzieci, które razem z nią mieszkały jeszcze trzy miesiące
zużytkowały z tych terenów, już niewiele robiły w roli. Już też było
po zbiorach truskawek, maliny się kończyły, żyto sprzątnięte, a ziem­
niaki zmniejszały się z dnia na dzień. Pozostała tylko koza stara
i pies na naszą własność. Ja znałem się jako tako na gospodarstwie
rolnem, przeto zabrałem się do oczyszczania truskawek. Znałem też
wartość kompostu, przeto zaraz założyłem kupę kompostową. Owo­
ce które mi stale objadali starałem się zebrać i przechować. Pracę
moją los przerwał. Stało się nieszczęście. Będąc kiedyś w mieście,
a powracając od pracy najechałem na dużego bernardyna i stłukłem
kolano. Przywlokłem się do domu, jednak na drugi dzień musiało
mnie pogotowie Ratunkowe odwieść do szpitala. Leżałem tam sześć
tygodni. A gospodarstwo stało samopas, na którym gospodarzyli
sprzedawcy. Żona zaś jeszcze była u teściowej. Nie radzę nikomu
zwlekać z objęciem realności dopiero po pewnym czasie. Zaraz po
kontrakcie, ale natychmiast powinno się całą parą obejmować i go­
spodarzyć. Po szpitalu otrzymałem sześć tygodni urlopu i tak sam
zawsze jeszcze doprowadzałem gospodarstwo do porządku. Mlekiem
od kozy dzieliliśmy się na pół, bo przecież kobiecina owa wdowa
musiała mieć coś za jej fatygę. Nie chciałem zaś, żeby miała krzywdy.
Nastąpił dzień przejmowania to jest 1/X. 1930 r., wszystko szczę­
śliwie szło. Jednak nastąpiła pewna obawa ze strony sprzedawczyni,
a najwięcej ze strony zięciostwa, czy ja mam rzeczywiście te 3000 zł.
płatne w tym dniu. Coś długo nie mogli się zdecydować z ładowa­
niem tych rupieci, zaś ja uważałem za stosowne pieniądz położyć po
załadowaniu. Wreszcie domyśliłem się o co chodzi i zięciowi poka­
załem pieniądze, a ten zgodził się ładować, zaś ja udałem się ze
sprzedawczynią do wójtostwa, ażeby w obecności urzędnika złożyła
ona swój podpis na kwit, zaś ten własnoręczność jej podpisu po­
świadczył. Takie wyprowadzanie się przez sprzedawcę i wprowa­
dzenie przez nabywcę jest trochę trudne, bo gdzie jest pewność, że
ten ów ci się wyprowadzi, jeżeli jemu pieniądze położysz przedtem
nim wyprzątnął budy, a z drugiej strony, gdzie on ma tę pewność,
że ty jemu te pieniądze położysz jeżeli on załadował swoje graty
i stoi na ulicy. Jakie to różne wypadki znamy z życia, ile to zostało
37. Pamiętniki chłopów.

Województwo Poznańskie

578

w takich wypadkach wyprowadzonych, jak się tó mówi, w pole.
Musi więc być jedna i druga strona ostrożną.
Po zainstalowaniu się, sprowadzeniu żony oraz służącej, prze­
brnęliśmy zimę. Ponieważ wieś tutejsza stanowi poważny ośrodek
warzywnictwa przeto i ja chciałem nastawić moje gospodarstwo na
warzywnictwo. Leżąc wówczas w szpitalu przestudj owalem grun­
townie dwie książki ogrodownicze. Nie tak trudno mi było przecho­
dzić z teorji do praktyki. W lutym 1931 roku dokupiłem do moich
dwóch okien inspektowych dalsze dwanaście. Zrobiłem skrzynie
inspektowe i rozpoczęliśmy gospodarkę inspektową, nastawiając okna
inspektowe na pomidory i kalafiory. Wszystko robiliśmy według
książek. Udało nam się szczęśliwie z pomidorami, bowiem wyhodo­
waliśmy 1800 flanc, które poszły w plantacje. Gorzej było z kalafio­
rami, bowiem zasiew w oknach inspektowych obliczony na 800 flanc,
dał do plantacji tylko 250. Mieliśmy też już inwentarz zwiększony
a mianowicie: kozy, świnie, króliki i jeden rój pszczół, który otrzy­
małem po ś. p. teściu.
Ponieważ zawsze robiłem wszystko z ołówkiem w ręku przeto
w moim notesie założyłem sobie następującą rachunkowość, którą
do dziś prowadzę.

1
2
3

31

zwrot
pożyczek

psy i koty

utrzymanie
domu

pszczoły

króliki

kury

ogród

inne obciąż,
realn.

podatki

ruchome

nierucho­
me

osobiste

na
żywność

data

Styczeń 1931 — W ydatki:

Pamiętniki chłopów

579

Codziennie zapisuję wydatki robione przeze mnie, żona zaś zapi­
suje swoje wydatki gotówkowe w osobnej książce, bieżąco wymienia­
jąc towar, jaki zakupiła i sumę wydaną. Ja w końcu miesiąca dobi­
jam te jej wydatki do powyższego zestawienia i mam cały wydatek
w miesiącu rozczłonkowany dokładnie na wszystkie pozycje. Do­
chody z ogrodu prowadzę sobie w oddzielnej książce, notując dla
każdego rodzaju warzyw oddzielnie i jak poniżej.
Pomidory — Dochód:
Data

funtów

cena za funt

gotówka

prowizja
za sprzedaż

W ten sposób prowadzę też oddzielny rachunek dla truskawek,
malin, owoców i innych warzyw. Z świń i królików to pamięta się,
bowiem tego niema często. Kozę zaś zapisuję w ten sposób.
Dochód:
data

litrów
mleka

cena
za litr

wartość
mleka

inne zapiski
zaprowadzona

okociła się dnia

do kawalera

dnia

.................................

koźląt................. chorowała................

Dla pszczół prowadzę oddzielne książeczki dla każdego roju, bo­
wiem tam trzeba pisać wszelkie szczegóły wykonanych czynności,
oraz ich objawy, co daje mi wartościowy m aterjał doświadczalny
na czas przyszły.
Pierwszy rok naszej pracy, jakkolwiek nie mieliśmy doświad­
czenia, przecież wszystko robiło się z książek, przyniósł nam dość
dobre zbiory ilościowe również i finansowe. Do odwożenia na rynek

580

Województwo Poznańskie

i sprzedawania zakontraktowałem sobie pewnego sąsiada, który ma
konia i za tę czynność daję jemu 10% z zebranej gotówki, robię ta
tak co roku.
Jeżeli chodzi o prowadzenie ogrodu to mamy strasznie drogą
mierzwę. Za jedną furę płacimy aż 25 zł. Jest to mierzwa z koszar
wojskowych. Trzeba ją przywozić z odległości 12 km. Pozatem jest
ta trudność, że nie można jej dostać, bowiem jeżeli chodzi o podgrze­
wanie okien inspektowych to musi być mierzwa zupełnie świeża koń­
ska-ze stajni, zaś w okolicy tutejszego miasta co rok przybywa kil­
kaset okien inspektowych, zaś mierzwy tej nie jest więcej, jeżeli nie
mniej, gdyż w wojsku się także z słomą stosuje oszczędności oraz za­
prowadza motoryzację w miejsce konnych formacji. Otóż sprawa
braku mierzwy staje się tutaj zagadnieniem bardzo poważnym, nad
którym debatujemy w Towarzystwie oraz już objaw ten przedstawia­
liśmy do władz miarodajnych.
Nie sądzę, ażeby w innych okolicach leżących przy dużych mia­
stach było inaczej. Jest to zupełnie zrozumiałe, że jeżeli co rok kil­
kaset okien inspektowych w okolicy hodowcy warzyw zakładają i do
tych jest potrzebna tylko ciepła mierzwa bezpośrednio z pod konia*,
a tej mierzwy nie przybywa a odwrotnie nawet jest mniej, to musi
nastąpić klapa. Jest to więc nietylko zagadnienie samego tego chłopa,
produkującego warzywa, jako jednostki, lecz zagadnienie o charakte­
rze ekonomicznym państwowym. Niema/bowiem narazie innego
środka, którym możnaby okna inspektowe nagrzewać, zawsze można
to tylko robić tym gnojem końskim i świeżym w dodatku. Pozatem.
w moich warunkach, gdzie ja mam te straszne ciężary, o których
pisałem mianowicie, resztę ceny kupna do spłacania, to nie mogę
w ziemię dużo kłaść, nie starcza mi na mierzwę, nie mogę wogóle
myśleć o nawozach sztucznych. Z roku na rok zauważam coraz to
większe wyjałowianie ziemi. Zbiory ilościowo są coraz mniejsze.
Jestem wszystkiego tego świadom, jednak w moich warunkach, gdzie
także dochód z mojej pracy poza domem jest o 1200 zł. rocznie mniej­
szy w stosunku do roku 1930, a ogród daje gotówką o 60% mniej,
zaś ciężary są te same, to ja nic nie mogę zrobić. Nie mogę prowadzić:
roli na stopie maksymalnej intensywności. Drzewostan nie mogę
uzupełnić. Nic doborowego dokupić a trzebaby. Jedno co robię to
te kupy kompostu, gnojówkę, oraz regulówkę na jałowo. Kompostu
robię rocznie tyle ile równa się dwom furom mierzwy, czyli w w ar­
tości 50 zł. Zaś co do uzyskania gnojówki to urządziłem się zaraz
w pierwszym roku tak, że wybudowałem gnojownik wy cementowa­

Pamiętniki chłopów

581

ny, spuściłem wodę od pompy z kuchni oraz dachu domku gospodar­
czego. Za gnojownikiem mam zbiorownik, również wy cementowa­
ny. W ten sposób mając stale w gnojowniku mierzwę, przez którą
wszystkie te zbierane wody przechodzą, mam dużo gnojówki. Po­
starałem się w Izbie Rolniczej o cenę jednostkową wartości jednego
litra gnojówki i obliczam mój dochód w gnojówce na 50 zł. rocznie.
Zrobiłem w pierwszym roku dokładny rejestr ilości litrów i na tej
podstawie uzyskałem ten wynik. I tak tą gnojówką, ten ogród zle­
wam i kompost zwilżam.
Całe mabny co rok dwa razy leję wiadro przy wiadrze. Pozatem
z ustępu mam także poważną ilość tego mojego złotodajnego płynu,
który dobieram w stosunku dwa wiadra wody, a jedno z ustępu.
Rola moja potrzebuje wapna, lecz na to absolutnie nie mogę sobie
pozwolić. Djabli człowieka biorą, jeżeli musi swój młody wiek tak
marnować, prowadząc gospodarkę świadomie poniżej jej możności
produkcyjnych. Weźmy regulówkę ogrodu. Powiedziałem, że robię
ją na jałowo, to znaczy, że przewalam ogród na 60 cm. głęboko, lecz
nie daję tam mierzwy, a to powinienem robić, bo taka regulówka
przy równoczesnem włożeniu odpowiedniej ilości mierzwy, to dopiero
ma znaczenie. Nie mam jednak za co tej mierzwy kupie. Jest więc
to znów robota połowiczna, a w pewnym stopniu nieproduktywna.
Dużo pracy wymaga ogród. Nie hoduję już żadnych jęczmieni i t. p.
lecz cały przerzuciłem na warzywo, mam więc trzy zasadnicze plan­
tacje: truskawki, pomidory i szparagi oraz plantacje malin. Innych
bzdur mam tylko tyle co do własnego użytku potrzeba.
Z świniami to nie powodziło mi się i w międzyczasie zlikwidowa­
łem z deficytem. Trzeba było wszystko dla nich kupić. Każde ziarnko,
otręby, śrót, ziemniaki kupić, a wszystko przepłacać. Taki sobie
skład naprzykład kupuje jęczmień za 6,80, a sprzedaje za 8,00 zł.,
to samo z ospą i śrutem. Dlaczego ja mam opłacać ich zysk i w do­
datku wkładać moją pracę w wychowanie tego tucznika. Inaczej to
wypada, gdybym miał własne ziarno, któreby nie kosztowało tylko
koszta własne. Na taki interes to nie można się puszczać, chociaż
przecież hodowałem tylko w garnek. Przekonałem się, że taniej
mnie wypadnie kupić gotowego tucznika, lecz skończyło się z tern.
Niema zaco kupić. Już od roku nie kupuję tucznika, a biedolim się
bez tego. Pozatem to stale choroby z temi świniami, więc i na tym
punkcie trudność.
Niezależnie od tego rezyko z ewentualną kradzieżą, gdyż tutaj
jest cała arm ja bezrobotnych, którzy kradną co się zmieści, bo i z cze­

582

Województwo Poznańskie

go m ają rodziny używić. Króliki wiążą koniec z końcem, a w ostat­
ku dawają deficyt. Nie troszczę się już z tern gadem, pozostawiam
na łasce żony, bo nie lubię tego co pochłania nawet moje zarobki
z poza gospodarstwa. Za skórki płacą nam po 5 groszy. Co to jest
za kalkulacja. Nie będę się tą gałęzią zajmował, aż będzie zorgani­
zowany zbyt na skórki przy dobrej kalkulacji. W koziskach też nie
miałem powodzenia. Aż trzy w ciągu dwóch lat mi się zmarnowały.
Za kozioła to płacono mi na jesieni 6 zł. Pytam rzeźnika czy on
zgadza się z tern, że chyba ten kozioł dziennie zjada więcej jak 5 groszy,
powróz, który przez siedem miesięcy poszarpał, jest w art jeden zł.
a krycie kozy też kosztuje jeden złoty i przeto winienem za niego
dostać przynajmniej 13 zł., czyli zwrot własnych kosztów. Tak ma
pan rację, jednak są takie ceny i nie mogę więcej płacić. Takie są
kalkulacje w hodowlach. Zabiłem kozła i ugotowałem dla kur, które
potrzebują szczególnie dużo białka, tłuszczu i węglowodanów. Kto
nie kalkuluje z ołówkiem w ręku, ten nic nie wie. A takich chłopów
jest większość. Cieszy się, że na jesień dostanie głupie 6 zł. Powiada
„pieniądze razem”. To głupstwo i największa niedorzeczność, jeżeli
on w naturaljach drugie 6 zł. w ciągu wychowu tego zwierza wyło­
żył, a za samego stwora otrzymał tylko 6 zł. Ta ciemnota u chłopa
prowadzi niejednokrotnie do zjadania substancji organicznej wła­
snego m ajątku, a on o tern wcale nie wie.
Co do pszczół to zabrałem się do roboty z chęcią, bowiem ta
jeszcze jedna dziedzina dość dobrze się rentująca. Oczywiście nie
miałem jeszcze ani grosza dochodu, gdyż jestem nowicjuszem, a mia­
łem tylko jeden rój. Sam robiłem sobie ule. Dochowałem się już do
czterech roi. Byłem już na dwóch kursach w Izbie Rolniczej i mam
nadzieję, że jakoś to pójdzie. Jest w tym zakresie jedna bolączka
charakteru ogólnogospodarczego, że rząd pozwala dawać na jeden
rój tylko cztery funty cukru bez akcyzy. Zaś na rój to absolutnie
nie wystarcza, jeżeli się zważy, że silny rój potrzebuje na zazimowa­
nie do 28 funtów. Na skutek tego wiele roi umiera w zimie, bowiem
nie starczy nam pszczelarzom na zadanie dostatecznej ilości cukru
po cenie 72 grosze za funt. Takie borykanie się z biedą to nie żadna
gospodarka. Wiadomym jest, że w Polsce możnaby jeszcze raz tyle
pszczół hodować co dałoby miljony plus w ogólnej gospodarce naro­
dowej. Próbowałem szczęścia w hodowli kur. Z tą gałęzią drobnego
gospodarstwa zapoznałem się szczegółowo na kursie w Izbie Rolni­
czej.
Jakie są wyniki mojej gospodarki przez te trzy lata t. j. 1930/1931,

Pamiętniki chłopów

583

1931/1932, 1932/1933. Rok gospodarczy liczę od listopada do końca
października.
Ogród dał w roku pierwszym: dochodu 1.516 zł., rozchodu 635,
zysku 881; w drugim roku: dochodu 1.079 zł., rozchodu 372, zysku
707; w trzecim roku: dochodu 652 zł., rozchodu 422, zysku 230 zł.
Świnie w I roku: dochodu 170 zł., rozchodu 511 zł., niedoboru
341 zł.; w II roku: dochodu 295 zł., rozchodu 312 zł., niedoboru
17 zł.; w III roku: dochodu 302 zł., rozchodu 5 zł., zysku 297 zł.
i zlikwidowałem przedsiębiorstwa nierentujące się.
Kozy w I roku: dochodu 166 zł., rozchodu 195 zł., niedoboru
29 zł.; w II roku: dochodu 92 zł., rozchodu 148 zł., niedoboru 56 zł.;
w III roku: dochodu 35 zł., rozchodu 23 zł., zysku 8 zł. i zawieszenie
w służbie. Nie piję więcej koziego mleka.
Kury w I roku: dochodu 234 zł., rozchodu 195 zł., zysku 39 zł.;
w II roku: dochodu 246 zł., rozchodu 387 zł., niedoboru 141 zł.; w III
roku: dochodu 500 zł., rozchodu 583 zł., niedoboru 83 zł., prowadzę
dalej, wybrnę wreście, bowiem mam już wszystko tak urządzone,
że będę mógł przeprowadzić selekcję, przeto powyrzucam kiepskie
nioski, a wówczas wydatek przy posiadaniu dobrych wyłącznie niosek
musi się zwrócić oraz oprocentować. Wiadomo wszakże, że wyda­
tek na paszę i robociznę jest zawsze ten sam, czy to przy złych nio­
skach czy przy dobrych. I tak jest w każdej hodowli, niech o tern
chłop pamięta.
Króliki w I roku: dochodu 41 zł., rozchodu 60 zł., niedoboru
19 zł.; w II roku: dochodu 33 zł., rozchodu 22 zł., zysku 11 zł.; w III
roku: dochodu 11 zł., rozchodu 43 zł., niedoboru 32 zł., trzymam
śmierduchy, zajmuje się niemi matka.
Pszczoły w I roku: dochodu 20 zł., rozchodu 60 zł., niedoboru
40 zł.; w II roku: dochodu —, rozchodu 49 zł.; w III roku: dochodu
30 zł., rozchodu 36 zł., niedoboru 6 zł. W tej gałęzi odgrywają rolę
inwestycje które robię, budowa dalszych uli, rój jeden który kupi­
łem, i narzędzia które nabywam.
Psy i koty stale dawaj ą deficyt.
W artość mieszkania stanowi rocznie 396 zł., a podatki i inwesty­
cje w pierwszym roku 567 zł., w drugim 336 zł., w trzecim 81 zł.
Nie jest to objaw pocieszający, że inwestycje są mniejsze w dru­
gim i trzecim roku. Nie mam ich zaco robić, więc wogóle w ostatku
ich nie robię, a potrzebne są. Na skutek zmniejszonych dochodów
musiałem nieco inwestycje zmniejszyć, bo zmniejszyć nie mogę pro­
centów, nie mogę zmniejszyć podatków czy renty, również długi

584

Województwo Poznańskie

muszę upychać, zatem da się tylko robić to, że się nic u siebie nie
naprawia, płotu nie reperuje, dachu nie poprawia i t. d. Jednem
słowem nie robi się nic u siebie, a stara zatykać pieniędzmi inne
dziury, które krzyczą.
życie czterech osób to jest troje i dziecko siedem lat, kosztowało
nas następująco: w pierwszym roku 1814 zł., w drugim roku 1302 zł.,
w trzecim roku 1114 zł., tak trzeba było pasa przyciągać, a ile to m atka
napyskuje, że nie wie co już ma na ten obiad czy kolację wymyślić.
Na wydatki osobiste to jest drobiazgi różne, gazety, tytoń, wy­
jazdy oraz ubiory wydawahśmy: w pierwszym roku 1568 zł., w dru­
gim roku 699 zł., w trzecim roku 818 zł.; wydarły się już lumpy, nie
można już na trzecią stronę przewracać. O pościeb to nawet nie chcę
pisać, bo mnie wstyd.
Inwestycje ruchome, to jest uzupełnianie różnych gratów, na­
rzędzi do ogrodu i t. p. wydawaliśmy: w pierwszym roku 146 zł.,
w drugim roku 199 zł., w trzecim roku 36 zł.
W ostatnim roku znów ten sam objaw co przy inwestycjach nie­
ruchomych. Potrzebne są różne rzeczy, lecz za co kupić.
Utrzymanie domu to jest węgiel, drzewo, światło, mydło i różne
inne bzdury kosztowało: w pierwszym roku 548 zł., w drugim roku
349 zł., w trzecim roku 347 zł.
Zapożyczyłem się w pierwszym roku na złotych 1280, w drugim
100, w trzecim 160. Nie robię już tego, bo widzę, że to pogłębia je­
szcze bardziej moje krytyczne już położenie.
Procentów zapłaciłem w pierwszym roku 417 zł. oraz w trzecim
457 zł.
Gospodarstwo całe po zliczeniu dochodów i rozchodów wszyst­
kich tych poszczególnych gałęzi, które poprzednio wymieniłem, dało
:na czysto: w pierwszym roku 824 zł., w drugim roku 727 zł., w trze­
cim roku 588 zł.
Nie liczyłem w rozchodach pracy mojej i żony, bo gdybym te
policzył to co rok wypadłby nie zysk, lecz deficyt.
Otóż proszę sobie wyobrazić czy za te pieniądze można używić
rodzinę składającą się z czterech osób. Nadmieniam, że powyższe
:jsumy czystego zysku nie stanowią nadwyżki już po utrzymaniu ro­
dziny z tych dwóch mórg. Wyliczyłem je z różnicą pomiędzy do­
chodem w naturaljach i gotówkowych, które gospodarstwo dało,
■ a wkładami włożonemi w to gospodarstwo. Zatem dopiero z tych
zysków mam rodzinę żywić, przyodziewać, płacić podatki, płacić
j. rentę, naprawiać dom i graty, spłacać resztę ceny kupna i t. d. Z po­

Pamiętniki chłopów

585

wyższego wynika, że sumy te nie starczą wogóle na wyżywienie ro­
dziny, a zaraz to udowodnię. Rok ma 365 dni. 824 zł. podzielone
przez 365 dni wypada na jeden dzień 2,06 groszy. Jeżeli 2,06 zł. po­
dzielimy przez trzy osoby (dziecka nie liczę bo nie potrzebuje tyle
żywności co osoba dorosła, zaś służącą mam tylko dziewięć miesięcy
w roku, więc te dwie osoby stanowią jedną całą), to na jedną osobę
i dzień wypadnie niecałe 70 groszy. Dzieląc dalej te 70 groszy na
śniadanie, obiad i kolację, to śniadanie wolno mi zjeść za 20 groszy,
drugie śniadanie w duchu, obiad za 30 groszy, podwieczorek również
w duchu, a kolację sutą znów za 20 groszy.
A teraz najgorszy rok z zyskiem 588 złotych. 588 zł. podzielone
przez 365 dni wynosi na jeden dzień 1,61 zł. Te 1,61 zł. podzielimy
na trzy osoby to na jedną osobę na dzień wolno będzie mi wydać
54 grosze, wyraźnie pięćdziesiąt cztery grosze. Rozwijając ten rachu­
nek dalej otrzymamy na śniadanie 15 groszy, na obiad 24 gr. na
kolację 15 gr. Drugie śniadanie i podwieczorek gwizdanego. Jestem
ciekaw, która kobieta zgodziłaby się za te pieniądze wystawiać te
śniadania, kolacje i obiady i oczywiście zadowolić kogoś.
Przeciwstawię faktyczne potrzeby, mianowicie pokażę co rodzina
kosztuje na podstawie faktycznych wydatków moich. Otóż jak z po­
przedniego opisania wynika, wydałem faktycznie na życie w pierw­
szym roku 1931 — 1814 zł., w trzecim 1933 — 1114 zł. Podzielę
1814 zł. przez 365 dni, to otrzymam na dzień okrągłe 5 zł. Jeżeli te
5 zł. podzielę na trzy osoby, to na jedną osobę i dzień wyniesie 1,66 zł.
A więc użyłem dla jednej osoby na śniadanie 46 groszy, na obiad 70
groszy, na kolację 50 groszy, a gospodarstwo dało tyle tylko, że mógł­
bym zato na śniadanie użyć tylko 20 groszy, obiad 30 groszy, a ko­
lację 20 groszy.
,
Rozliczymy i trzeci rok, a mianowicie sumę 1114 zł. Dzieląc tę
sumę przez 365 dni otrzymamy na jeden dzień 3,06 gr. Tę sumę po­
dzielimy przez trzy, to otrzymamy 1,02 zł. na jeden dzień dla jednej
osoby. Zatem w tym ostatnim roku na jeden dzień jedna osoba
kosztowała rzeczywiście 1,02 zł., zaś gospodarstwo dało tylko zysków
54 groszy do dyspozycji na jeden dzień. Jeżeliby kto chciał tym cy­
from przeczyć, to ja proszę go, by jadł śniadania za 15 groszy, obiady
za 24 grosze, a kolację za 15 groszy, drugie śniadanie i podwieczorek
w duchu, razem dziennie 54 grosze, albo niech tylko żyje tak, jak ja
z rodziną faktycznie żyłem, to jest dziennie za 1,02 na jedną osobę,
a mianowicie: śniadanie za 30 groszy, drugie śniadanie za 12 gr. obiad
za 40 gr., a kolację za 20 gr. Chciałbym wiedzieć, jakby mu kiszki

586

Województwo Poznańskie

marsza grały. Tak wygląda rzeczywistość, mimo, że mam zajęcie
poza moją osadą. Są długi, są podatki, jest renta do płacenia i te
trzeba upychać, a dla siebie i dziecka szczędzić niedożywiając nie­
jednokrotnie rodzinę.
Jeżeli więc się zważy, że ma się płacić podatki, rentę osadniczą
i inne ciężary, to proszę sobie wyobrazić, gdzie jest logika. Przecież
świadczenia ma się płacić z zysków, które odnośny warsztat rolny
daje. Zaś sumę, która nie starczy na wyżywienie rodziny, na tym
warsztacie rolnym, nie można uważać za zysk. Wniosek z tego lo­
giczny, że ciężary te musi się płacić z substancji organicznej tego
przedsiębiorstwa, a do czego prowadzi wysysanie organizmu to każ­
demu jest wiadome, choćby z własnego życia. Człowiek, który musi
żyć z własnych soków, na skutek niedożywienia, musi zniszczeć wcze­
śniej czy później.
Nie starczy więc ten dochód, jaki moje gospodarstwo dwumorgowe daje, na utrzymanie rodziny, gdzie zaś ma starczyć na przyo­
dziewek, gdzie na podatki, na spłaty ciężarów i inne długi.
Że ja wogóle z rodziną egzystuję to dzięki tylko tym dochodom
za pracę poza domem. A ile jest tutaj takich, którzy wyłącznie z tej
osady muszą żyć. W ioska nasza liczy 200 takich osad. Niemcy
budowali je w tym celu, ażeby mieć robotników zamieszkujących
blisko cegielni, których jest tutaj aż trzy i fabryk, których również
mamy trzy. Z tego wniosek, że te osady były obliczone na to, żle
odnośny posiadacz miał mieć jeszcze gdzieś dodatkowy zarobek. Tak
też było dawniej. Każdy miał swoją pracę. Mieszkał na osadzie*
więc stał nieźle. Nawet gdy ja kupowałem moją chudobę, uważa­
łem tę wioskę za bardzo bogatą, bo na każdej osadzie śliczne plantacje
warzyw, każde warzywo możną sprzedać, bo miasto obok leżące jest
duże, każdy miał pracę, czy to był robotnik, rzemieślnik, czy m arna
urzędniczyna. Wszystko tryskało tutaj zadowoleniem i życiem. Pa­
nienki tutejsze to proszę jeno patrzeć, krew i mleko. Cała wioska
jedna zieleń, ulice lipami obsadzone, teren leżący wysoko, ziemia
piasczysta z domieszką gliny, klasa 6, drogi suche, przyjemna okolica.
Nastąpił powolny schyłek, minął rok 1929, rok najlepszych konjunktur, przyszedł rok 1930, kiedy to już nastąpiła pewna stagnacja*
jakkolwiek jeszcze przez ludzi tutejszych niezauważona. Rok na­
stępny 1931 już był rokiem kryzysowym. Pomału cegielnie zaczęły
ograniczać produkcje. Fabryki superfosfatu, przetworów ziemnia­
czanych i wyrobu młodzi zaczęły oddziały swoje zamykać,
w mieście firmy, w których dużo tutejszych ludzi praco­

Pamiętniki chłopów

587

wało również albo ograniczały produkcję, albo też zwijały
się, warsztaty kolejowe także ograniczyły pracę, nawet po
sześć dni w miesiącu ludziska muszą święcić. Otóż i tak
powoli tutejsi osadnicy tracili pracę. W roku 1932 doszło do naj­
większego napięcia — miejscowość stała się arm ją bezrobotnych.
Dodać muszę, że poza owemi 200 osadami pochodzącemi po niemcach
z byłego zaboru pruskiego, jest tutaj także jeszcze stara wioska,
w której mieszka kilku gospodarzy, zaś poza temi jest nowych kilka
osiedli. Otóż skąd się ci ludzie na tych nowych osiedlach wzięli. Dla
lepszej orjentacji podam, że od przedostatniego spisu ludności, to
jest przez 10 lat dopłynęło do tutejszej wioski 2000 ludności i ostatni
spis ludności wykazał 4500 osób. Wioska nasza jest też największą
wsią w województwie. Zatem powiększenie wsi w liczbie osób wy­
nosiło około 100%. W mieście było brak mieszkań. Za mieszkanie
dwupokojowe trzeba było płacić trzy do czterech tysięcy złotych od­
stępnego. Ponieważ zaś tutejsza wioska leży blisko miasta, bo 6 do
12 km. (jest bardzo rozwlekła) to ludziska woleli budować tutaj
i ten pieniądz włożyć we własne. Znaleźli się posiadacze terenów,
którzy poparcelowali rolę uprawną na ćwierćmorgowe działki i na
raty ludziom odsprzedawali. Równocześnie Bank Gospodarstwa Kra­
jowego udzielał pożyczek na budowę. W ten sposób powstały krocie
nowych budyneczków. W jednej dzielnicy nawet pobudowane tak
pstrokato, że nazwano tę część „wesołym miasteczkiem,,. Otóż w po­
wyżej opisanem leży ten olbrzymi wzrost tutejszej wsi a z drugiej
strony z tego wywodzi się tutaj ta arm ja bezrobotnych. Osadnicy
zaś, którzy również muszą dzielić tę samą rolę bezrobotnych, nie
otrzymują żadnych wsparć z komitetu dla bezrobotnych, ani z Carytasu,*) gdyż nazywa się, że są właścicielami, a w rzeczywistości to tak
ich stan wygląda jak to u mnie z tym zyskiem, który rozliczyłem na
te śniadania, obiady i kolacje, nawet u tych biedaków jeszcze gorzej,
bo ja ostatecznie jeszcze coś od czasu do czasu z moich zarobków
poza gospodarstwem włożę do roli, zaś ci przecież nic nie mogą,
ziemia ich jest wyjałowiona zupełnie. Pozatem również sama tech­
nika uprawy stoi u nich niżej, bowiem niewiele interesują się teorją
i mało postępami nowoczesnemi. Gazety nie maj ą, książki nowszej
także nie.
Mieszkanie moje jest stroną zachodnią strasznie wilgotne narówni z wszystkiemi tutejszemi budynkami. Budowa masowa tych
*)

t. j. Charitasu.

588

Wojey/ództwo Poznańskie

domków była prymitywna. Stoją już 20 przeszło lat. Trzebaby tę
zachodnią ścianę izolować. Za cóż to zrobić. Ód trzech lat myślę
nad tern i nie mogę w żadnym roku zdobyć się na odpowiednią sumę
potrzebną na tę inwestycję. Meble fornirowane już w pierwszym
roku zostały zepsute. Podłoga od tej ściany gnije. Pościele na łóż­
kach stojących od tej ściany jakkolwiek odsunięte, są stale wilgotne.
Inaczej ich lub w innej ubikacji pomieścić nie można. Trudno po­
stawić jedno nad drugiem jak w koszarach. Mógłbym sobie przy
takiej kombinacji jeszcze zęby powybijać, gdy muszę w nocy zrywać
się w obawie przed złodziejami, którzy jak już nadmieniłem, lubią
zaglądać do inwentarza. Jestem świadom w zupełności tego, że cała
rodzina zarywa na zdrowiu wskutek nocowania w tym pokoju. Gdy
rano wstaję to czuję ciężar na płucach. To samo jest z żoną. Naj­
gorsze, że dziecko siedmioletnie musi organizm swój młody zatru­
wać tą stęchlizną. W kuchni mam cement. Zimno jak w psiarni.
Nie mogę położyć podłogi, bo skąd wziąć pieniądze. Zaś przeważnie
siedzi się w kuchni, bo trudno świecić w kuchni i pokoju. Mam
światło elektryczne, co drożej wynosi jak nafta. W zimie kosztuje
mnie światło 30 gr. dziennie, latem schodzi do 18 groszy, to przecież
poważny wydatek jeżeli się zważy, że w miesiącu wydaję za światło
w zimie do 10 złotych. I w tym wypadku wieś znów cierpi. Płacimy
tutaj za kilowat prądu drożej, jak w mieście, również płacimy drożej
za używanie miejskiego zegara do mierzenia prądu. Nie rozumiem
czy to jest słuszne, że elektrownia pobiera na wieczne czasy 3 źł.
kwartalnie od zegara czynszu, przecież ten aparat musiał się już
dawno zapłacić z nadwyżką.
Pomoc lekarską mam na szczęście z mojego miejsca pracy, lecz
to jest pomoc państwowa. Lekarze mają przepisane leki, które im
wolno przepisać. Trudno powiedzieć, żeby mogli leczyć, jak tego
choroba wymaga.
Co do ubierania się wstyd nawet mówić. W ydarliśmy wszystko,
co było jeszcze z kawalerki czy panieństwa. Z chwilą kiedy tę osadę
nabyłem, zapadła klapka. Kupuje się już tylko to, co jest bardzo ko­
nieczne, a jeszcze segreguje się na potrzebne, bardzo potrzebne i naj­
konieczniejsze. Zawsze realizuje się tylko to ostatnie. Nigdy nie kupo­
waliśmy odzieży w tym ostatnim czasie za gotówkę. Trzeba obciążać
się ratami. Taka gospodarka to zabójstwo, bowiem wydaje się niby
pieniądz jeszcze niezapracowany. Wszystkie lumpy są poprzewraca­
ne na drugą stronę — na trzecią już nie można. Zresztą i to prze­
wracanie nic nie jest warte, bo koszt przeróbki jest ten sam, co no­

Pamiętniki chłopów

589

wego, a czas używania nie stoi w żadnym stosunku do nowego. Oko­
ło domu to łażę, jak taki lump. Cztery litery wyłażą nieraz ze spodni.
Na nogi wkładam pantofle. Nieraz mówię, że chłop powrócił do
chłopskiej doli.
Poziom życia obecnie na wsi jest pod psem. Nie mówię już
0 sobie, bo przecież mam jeszcze kilka groszy z pracy poza domem.
Jednak znam doskonale stosunki miejscowe. O zaspokojeniu orga­
nizmu żywnością intensywną niema mowy. Ludziska, nie tylko że
nie zjedzą porządnie, ażeby organizm dostał to co potrzebuje i to co
potrzebuje na wydanie siły zużywanej przy pracy, lecz niedożywiają
się, nawet głodują. W skutek tego następuje wycieńczenie i orga­
nizm staje się podatnym do chorób. Ze łzami w oczach ludziska mi
opowiadają, że kartofle z solą muszą jeść, a czasem i tego nie mają.
Co do bezrobotnych lokatorów, to znaczy takich, którzy tutaj mie­
szkają i nie m ają żadnej roli, to dziwny objaw zakorzenił się pod
presją troski o życie. Otóż ludziska wyzbyli się zupełnie ambicji.
Przysyłają dzieciaki do nas osadników, ażeby im dać coś z ogrodu, to
znów ze dwa jajka, to węgla. Otóż tak jakby to zupełnie normalnem
było. Trudno im się dziwić, o życie każdy starać się musi. Cóż z ty­
mi dziećmi będzie, przecież to niedożywiane. Gdzież fundament u te­
go młodego pokolenia. W szkole to u nas panuje gruźlica.
Jeszcze jeden dalszy objaw wywołany kryzysem i bezrobociem.
Uliczka na podwórko przez cały dzień nie zamyka się. Jeden po dru­
gim żebrzący przychodzą. Nie tylko z własnej wsi, ale i z miasta,
bo przecież to wieś, to tam wszystkiego mają. Niezależnie od tego
przychodzi w miesiącu kilka list składkowych, to na bezrobotnych
takich, którzy nie m ają już prawa do zasiłków, to na takich, którzy
nie nabyli prawa tego, to znów na takich, którzy nie dostają nic, bo
mają rzekomo osady (w nawiasie mówiąc nic im nieprzynoszące,
a jeszcze do nich muszą dokładać).
O kulturze i oświacie mówiąc o jednostce w tym sensie, ażeby mo­
gła sobie sama coś pozwolić, czy to książkę, gazetę, czy na koncert do
miasta, czy do kina, do teatru, to niema mowy. Wszystko to umarło
dla tych biedaków. Rezultaty długo nie dały na siebie czekać. Mamy
kupę łazęgów wśród młodzieży psotujących stale, łamiących płoty
1 inne łajdactwa wytwarzających. Nabić wieczorem znienacka nau­
czycielowi, czy napaść podróżującego, czy też bezbronną kobietę
napaść, to ich popisy. Są to objawy niewróżące nic dobrego. W re­
szcie niema odpowiedniej reakcji ze strony starszych, nawet rodzice
zrozpaczeni swojem położeniem nie reagują na to.

590

Województwo Poznańskie

Powracając do moich ciężarów, sytuacja ułożyła się u mnie na­
stępująco w trzecim roku kryzysu. Otóż, gdy kupowałem tę chudobę
i brałem na siebie resztę ceny kupna 5600 zł. przeliczone na dolary,
z oprocentowaniem po 8 od sta, spłacalne w pięciu latach, to moja
kalkulacja wykazała mi, że ażeby to spłacić muszę co miesiąc odłożyć
120 zł. z mojego zarobku i z tej osady razem. Byłbym sobie dał radę,
gdyby nie przyszedł ten kryzys. Pierwszą ratę to jest odnośną sumę
dolarów równającą się 1000 zł. na dzień 5/X 1931 odpłaciłem termi­
nowo. Zapłaciłem też i w tym terminie 417 zł. procentu. Oczywiście
zapożyczyłem się sumą 1000 zł. na 30 rat, które jeszcze dzisiaj spła­
cam. Z drugą ratą w dniu 5/X 1932 dałem sobie również radę, lecz
już z trudem. Procentu już nie mogłem zapłacić w terminie. W mię­
dzyczasie nastąpiła obniżka moich zarobków poza gospodarstwem
w roku o przeszło 1000 zł. W ciągu roku 1933 zdołałem ledwo za­
płacić procentu 3l)2 zł. za rok 1932. Zaś na poczet raty przypadającej
na 5/X 1933 udało mi się zapłacić tylko sumę dolarów stanowiącą
260 zł. Zarżnąłem więc się przy trzeciej racie na sumę dolarów
równającą się w przybliżeniu 1300 zł. Nie określam dokładnie tej
ostatniej sumy, ponieważ kurs dolara jest zmienny. I otóż mój ra­
chunek idyalny wziął w łeb. Tymczasem realności spadły w ich
wartości do 60%. Dziś moje chudopacholstwo jest warte 9000 zł.,
a kupiłem za 15.600 zł. nie licząc 1000 zł. opłat przy kontrakcie, przywłaszczeniowych i innych sądowych oraz renty, którą objąłem. Bio­
rąc ściśle włożyłem już do dziś gotówką w tę osadę a) 10.000' zł.,
b) inwestycji na 843 zł., c) odpłatę reszty ceny kupna, renty, opłaty
sądowe i notarjalne złączone z tą realnością 3294 zł., d) procentów
874 zł., razem 15.0il zł. Gdybym to sprzedał dziś to otrzymam
9000 zł. a od tego potrąci mi nabywca resztę ceny kupna, to zostanie
mi w kieszeni 6000 zł., a moje 9000 zł. stracone jak kamfora. Pro­
siłem moją wierzycielkę ażeby obniżyła resztę ceny kupna, bo widzi,
że realność dziś jest w arta 9000 zł. a płaciłem za nią 15.600 zł., że
mam rocznie o 1000 zł. mniej dochodu, że ogród daje o 60% mniej,
lecz ona nic nie opuści bo nie chce. Tak idzie nam wszystkim, którzy
kupili w czasie dobrych konjunktur, lub budowali w tym czasie,
a dziś muszą płacić nie mając z czego. Niejednokrotnie dług cią­
żący na realności jest dziś większy jak sama realność jest warta.
W dodatku mam trudności ze spłatą tej reszty ceny kupna. Otóż jest
to rachunek dolarowy. Kobiecina nie chce brać pieniędzy — nie chce
na żaden sposób kwitować. Byłem jej winien procent zaległy płatny
w dniu 5IX 1932 czyli płatny jeszcze według starego i wysokiego kur­

Pamiętniki chłopów

591

su dolara, — ani się nie śni — ona nie odbiera i nie daje kwitu.
Tłumaczę babinie, że to przecież, według owego wysoldego kursu,
bowiem w dniu 5/X 1932 nie było jeszcze zniżki dolara; To wszystko
nic nie pomaga, ona nie odbierze i ona nie da kwitu. Pytam się adwo­
kata co jest. Ten potwierdza moją interpretację kontraktu i powia­
da. W kontrakcie jest wyraźnie powiedziane, że reszta ceny kupna
w kwocie 5600 zł., strony zgodnie przeliczają na 629,20 dolarów,
również suma ta jest zahipotekowana w dolarach, przeto jesteś pan
jej zobowiązany zapłacić odnośną sumę dolarów. Za jaką sumę pan
nabywasz dolara, to jej nic nie obchodzi. Możesz pan również pła­
cić złotemi polskiemi według krusu dnia. Posłałem więc jej ten pro­
cent pocztą. W ahała się przez dwa dni, aż wreszcie przyjęła. Śmie­
szne to, że w odległości 400 metrów od siebie trzeba przesyłać
pocztą. Na upartego niema rady. Powoli kobiecina zaczęła nabierać
przekonania, że ona nie dostanie razem 5600 zł. odemnie, jeżeli kurs
dolara spada, a ja będę płacił według tego krusu. Zaczęła się radzić
wiejskich doradców. Taki jeden informował ją, że musi być płacone
według kursu takiego jaki był liczony w dniu kontraktu. Nawet zna­
lazł się dziwoląg, który ją pouczył, że właściciel nie może sprzedać
swego objektu, który jest obciążony hipoteką tak długo, aż tę hipo­
tekę spłaci.
Jak wyżej pisałem na termin płatności trzeciej raty w roku 1933
w październiku stałem się niewypłacalnym na sumę dolarów równa­
jącą się w przybliżeniu 1300 złotym. Byłem w kłopocie. Na szczęście
przyszła mi z pomocą ustawa o obniżeniu procentów i odroczeniu
płatności hipotek. Procent został więc ustawowo obniżony do 6,
zaś płatność sumy hipoteki, czy w wypadku jak u mnie raty odroczo­
na do 1/X 1934. Mam więc o jeden rok odsunięty mój kłopot. Po­
nieważ zaś procent muszę jednak płacić, przeto wobec odmowy od­
bioru jego, musiałem złożyć do depozytu sądowego. Również będę
musiał dalsze sumy składać do depozytu sądowego, a wkońcu skarżyć
o wymazanie hipoteki. Znów ambaras i wydatki.
Widoki na przyszłość są pod psem. Nie powrócą już dobre konjunktury, o tern niema mowy. Zdaje mi się, że już nastąpiło lekkie
odprężenie. Jednak na tym niskim poziomie, na który zeszliśmy, już
pozostaniemy i nastaną te dawne ciułacze czasy, gdzie to trzeba było
przez długie lata oszczędzać, ażeby do czegoś przyjść. Ustabilizujemy
nasze życie mniejwięcej na obecnym poziomie. Będą pewne falo­
wania konjunktur, lecz o powrocie do tych anormalnych czasów
wysokich konjunktur z roku 1927 i 1928 i 1929 już nie powrócimy.

592

Województwo Poznańskie

Będziemy, więc na tym szarym poziomie kuć naszą mocarstwową
Polskę. Lepiej to jak pod obcem jarzmem.
Jeszcze jedna bolączka wsi, a mianowicie wysokie opłaty socjal­
ne. Naprzykład: służąca otrzymuje na miesiąc 20 zł. Od tej sumy
przypada na kasę chorych 3,20 zł., na znaczki inwalidowe 1,80 i na
Fundusz Pracy 70 gr. Jeżeli się weźmie część, którą ona płaci, a która
wynosi 2,25 to w stosunku do sumy 20 zł. wynosi 11%. Któż to sły­
szał w czasach przedwojennych o obciążeniu, aż tak poważnym pro­
centem poborów opłatami socjalnemi.
Zanim tę pioruńską budę kupiłem, nie znałem się wogóle na
komornikach, na sekwestratorach i tym podobnych djabłacbu
W ostatnich latach zapoznałem się z nimi nawet dość dokładnie za­
poznałem się z ustawą o wykonaniu przymusowem. Już kilkakrot­
nie miałem meble zapieczętowane nawet raz już była licytacja ogło­
szona.
Zdarzył się kiedyś u mnie taki wypadek, że przybył urzędnik
Urzędu Skarbowego i pozostawia u mnie zawiadomienie o mającej
odbyć się licytacji na nazwisko osoby u mnie niezamieszkującej. Do­
wodzę, że tutaj nie mieszka ta osoba. Powiada, ja muszę tutaj zo­
stawić, bo taki adres mi wskazano, a jeżeli tego nie zrobię to mnie
wyleją z urzędu. Dobrze zostaw pan, żeby już pana nie wylali. Na
drugi dzień sprostowałem sprawę i w porządku — jednak pomy­
ślałem sobie cóż to za presja na tych biedaków, że aż tak dalece świa­
domie robią głupstwa, by ich tylko niewywalono z pracy.
Obecne moje niedociągnięcia finansowe miesięcznie wynoszą od
80 do 150 zł. Co miesiąc w końcu muszę taką sumę dopożyczyć.
Ciągnie się to już cztery miesiące, cóż to będzie jeżeli ja kiedyś nie
dojdę do równowagi. Chyba droga w przepaść. Sprzedać nie mogę
tej budy, bobym aż 9000 zł. stracił. Wogóle się ruszyć nie mogę.
Ostatnio wyszła obniżka renty na połowę, lecz znów mnie nie doty­
czy, bo kupiłem po roku 1924. Jest klauzula, że ci osadnicy otrzy­
m ają tę ulgę, którzy nabyli osady w latach 1919—1924 i zapłacili za
hektar wyżej 300 zł. Ja zaś płacąc za całość to jest 2V2 morgi zapła­
ciłem 15.600 zł., czyli za hektar nie 300 zł. ale około 28.000 zł. Gdzie
więc logika.
Poza m oją pracą oraz domem jestem skromnie zaangażowany
pracą społeczną. Niedużo, bo mam tylko cztery prezesury tutejszych
towarzystw z których w jednem mam nawet trzy sekcje, jestem
pozatem w dwóch innych zarządach. • Prowadzę przeważnie organi­
zacje o charakterze gospodarczym. Założyłem tutaj sekcję hodowli

Pamiętniki chłopów

593

jedwabników, sekcję hodowli drobiu i pszczół, łącząc likwidujące się
pewne towarzystwo do naszego. Napisałem już dużą ilość memorjałów i artykułów. Co rok robimy lustrację ogrodów przez przedsta­
wiciela Izby Rolniczej. Szeroko zajmujemy się walką przeciw szkod­
nikom drzew i krzewów owocowych. Propagujemy hodowlę warzyw,
zajmujemy się oświatą i kulturą, sprawami osadniczemi, ustawo­
dawstwem. Praca jest trudna, bowiem ludność tutejsza stanowi
naleciałość z wszystkich stron świata i o nierównym poziomie umy­
słowym, oraz o bardzo różnych poglądach. Wobec tych trudności
inteligencja mniej angażuje się do pracy społecznej. Osobiście nie
mogę narzekać, daję sobie jakoś radę. Gazet trzymamy w towarzy­
stwach a mianowicie Gazetę Ludową, Poradnik Gospodarski, Drób
Polski, Bartnik, Świat Ogrodniczy, Dziennik Ustaw, Orędownik
Powiatowy, pozatem mam dwie moje gazety. Ostatnio założyliśmy
bibljotekę składającą się z książek o warzywach, kurach, gołębiach,
kwiatach, jedwabnikach, pieczarkach i t. p. Bądź co bądź przez trzy
lata pracy wśród tych towarzystw mimo kryzysu wiele się zrobiło.
Byłem również Komisarzem spisu ludności. Należałem do Komitetu
Pożyczki Narodowej. Zasiadywałem w różnych komisjach statuto­
wych i organizacyjnych towarzystw. Obecnie współdziałam przy
tworzeniu Komitetu towarzystw w naszej parafji. Jestem także
skromnym prezesem Akcji Katolickiej. Walczymy z księżulkiem,
ażeby odchwaścić teren parafjalny na punkcie religijnym. Mam
w miesiącu conajmniej dwanaście zebrań we wszystkich tych towa­
rzystwach, aż nieraz głowa boli. Dla ilustracji mojej pracy społecz­
nej i kierunku jej załączam kilka moich bryzgołów umieszczonych
w prasie.
Kończę ten pamiętnik ze słowami zachęty dla naszej wieśniaczej
współbraci. „Więcej wiary w siebie” a ułożymy sobie życie zno­
śniejsze.
Dn. 25 listopada 1933 r.

38. Pamiętniki chłopów.

Pamiętnik Nr, 42

Dawniej górnik, obecnie go­
spodarz na dwudziestu czte­
rech morgach w pow. rawickim

Urodziłem się 24 września 1879 w Dłoni, wiosce zamieszkałej
przez ludność małorolną. Gospodarstwa w mojej rodzinnej wsi nie
przekraczały 24 mórg magdeburskich, a były i takie co zaledwie dwie
morgi liczyły. Ludność była ubogą. Kultura roli stała nisko, nie zna­
no jeszcze nawozów sztucznych a ziemia przeważnie 3 i 4 klasy niedrenowana dawała liche plony, a obciążona rentą ( Rentenbankrente) i innemi długami nie mogła licznych rodzin wyżywić. Nie dziw
więc, że mieszkańcy wioski byli zmuszeni szukać pracy pobocznej,
a nieznalazłszy jej w miejscu wyjeżdżali za pracą zagranicę. Nie­
jeden pracował kilka lat na wychodztwie, wracał potem z pieniędz­
mi do rodzinnej wioski, pozbywał się długów, kupował rolę i ulep­
szał swoje gospodarstwo. Przez takie wychodztwo nasza wioska moc­
no się podniosła i równocześnie pozbywała się nadmiaru ludności.
Ojciec mój posiadał gospodarstwo 21 mórg magdeb. Dzieci nas
było dwanaścioro, dziewięciu chłopców i trzy dziewczęta. I my by­
liśmy zmuszeni opuścić dom rodzicielski i szukać pracy między obcemi. Ja mając lat 16 wyjechałem do Westfalji. Pracę znalazłem
w górnictwie. Wiodło mi się dobrze i przy oszczędnym życiu zdo­
łałem sobie nieco pieniędzy odłożyć i nieraz jeszcze ojca w trudno­
ściach wspomagałem. Po odbyciu służby wojskowej ożeniłem się
w wiosce rodzinnej i wraz z żoną wyjechałem znów do W estfalji.
Bóg mi błogosławił, żyłem oszczędnie a uskładany grosz oddawałem
do kasy. Mojem marzeniem było w ojczystych stronach się okupić
i na własnym kawałku roli osiąść. W roku 1914 miałem już kilka
tysięcy mk. uskładanych. W tym roku wybuchła wojna na którą
zostałem zaraz w pierwszym dniu mobilizacji zaciągnięty i na któ-

Pamiętniki chłopów

595

rej przebyłem trzy lata. Po powrocie z wojny pracowałem nadal
w kopalni.
W roku 1918 odbiła się na wychodztwie radosnym echem wieść
o powstaniu Polski. Dużo Polaków opuszczało wtedy Niemcy i wra­
cało do kraju. Mojem pragnieniem było wrócić jaknajprędzej do oj­
czyzny, lecz nie mając zapewnionego utrzymania dla mej rodziny,
żony i pięciorga dzieci nie mogłem tak naoślep jechać. Jednak nie
długo już miałem na obczyźnie pozostać. W roku 1920 zapisał mi
mój teść swoje 24 morgowe gospodarstwo i tak wróciłem z rodziną do
Polski. Z radością zabrałem się do pracy na własnym kawałku roli,
a miałem tej pracy dużo, gdyż gospodarstwo było podupadłe i za­
raz na początku musiałem dużo naprawiać i nowych rzeczy kupo­
wać. Włożyłem sporo pieniędzy w to gospodarstwo, a reszta zaosz­
czędzonych pieniędzy kilka tysięcy mk. przepadła mi wskutek dewa­
luacji. Jedna troska jeszcze mnie gnębiła a to, że moje gospodarstwo
nie zapewniało utrzymania mojej rodzinie, teściów i opłacania róż­
nych wydatków. Z prawdziwą ulgą przyjąłem też wtedy wiadomość
o wydzierżawieniu roli przez majętność Dłoń pomiędzy małorolnych
naszej wioski. Ziemia została wydzierżawioną w działkach od 5 do 20
mórg na sześć lat. Dzierżawy płaciliśmy z morgi 1,20 cnt. żyta. Mnie
została działka sześciomorgowa przydzielona. Ogółem uprawiałem
teraz 30 mórg. Wogóle była ta dzierżawna rola dobrodziejstwem dla
naszej wioski, a szczególnie dla tych rodzin, które nie posiadały dużo
własnej ziemi i którem ta dzierżawna rola dawała chleb i warsztat
pracy.
Ten stan rzeczy trwał do 1925 roku, w tern bowiem roku koń­
czyła się dzierżawa i umowa została nam wypowiedzoną. Był to
ciężki cios dla naszej wioski. Wysłaliśmy delegację do dworu z pro­
śbą o przedłużenie nam dzierżawy, przedstawiając ciężkie położenie
w jakim znalazłaby się nasza wioska, gdyby ziemia została nam
odebraną. W dworze jednak oświadczono nam, iż roli nadal dzier­
żawić nie będą i pierwszego października zostanie nam ziemia ode­
braną. Gdyśmy się powołali na ustawę o ochronie drobnych dzier­
żawców, oświadczono nam, iż: wasza jest ustawa a nasza ziemia.
Przekonaliśmy się, iż do porozumienia nie dojdziemy i oddaliśmy
tę sprawę do sądu. Sprawa się jednak przeciągała i gdyby nie zde­
cydowana postawa chłopów byliby nam ziemię odebrali jeszcze przed
wydaniem wyroku. W yrok wypadł na naszą korzyść i zapewniał
nam dzierżawę do roku 1930. W tym czasie stawiliśmy wniosek do
okręgowego urzędu ziemskiego w Poznaniu o rozparcelowanie zie­

596

Województwo Poznańskie

mi z majętności Dłoń pomiędzy małorolnych. Z nową otuchą wzię­
liśmy się do pracy. Konjunktura była w tych łatach dobrą. Stoso­
waliśmy dużo nawozów sztucznych przez co podnosiła się kultura
roli i powiększały plony. Ja w tern czasie budowałem, drenowałem
ziemię, kupiłem centryfugę i do spółki z sąsiadem siewnik. I wogóle każdy ulepszał swoje gospodarstwo jak. tylko mógł.
W roku 1929 postanowiła majętność Dłoń z wolnej ręki roz­
parcelować ziemię pomiędzy małorolnych. Nareszcie doczekaliśmy
się sposobności, aby swoje gospodarstwa powiększyć. W arunki
sprzedaży okazały się jed n ak dość ciężkie, cena za jedną morgę
magdeb. została na 780 do 800 zł. wyznaczona. Przy zawieraniu
kontraktu płatną miała być 1/3 ogólnej sumy kupna a reszta w trzech
równych ratach po 8% rocznie płatną w ciągu trzech lat .W razie
nie uiszczynia rat i procentów w oznaczonym terminie zastrzegła
sobie sprzedająca natychmiastową egzekucję.
Drobniejsze gospodarstwa miały mieć zapewnioną pożyczkę
długoterminową z Państwowego Banku Rolnego. Pomimo dość
trudnych warunków podpisaliśmy umowę, gdyż ceny na produkty
rolne były dobre i każdy miał nadzieję, że się jakoś wygospodarzy.
Mnie została działka dziesięciomorgowa przydzielona. Płaciłem za
jedną morgę 780 zł., za 10 mórg 7800 zł. Przy zawieraniu kon­
traktu musiałem 2850 zł. wpłacić a kosztów od zapisu 89,10 zł. Na­
turalnie nie posiadałem tyle pieniędzy i byłem zmuszony w Banku
Ludowym w Miejskiej Górce pożyczkę w kwocie 1000 zł. po 13%
zaciągnąć. Resztę ceny kupna 4950 zł. miałem na trzy lata roz­
łożone po 1650 zł. rocznie i procent, płatne 1 listopada każdego roku.
W styczniu 1930 r. nawiedził mnie Pan Bóg ciężkim krzyżem,
gdyż zachorował mój najstarszy syn, uczyń 5 kursu seminarjum
nauczycielskiego. Pomoc lekarska okazała się niezbędną i lekarz
odwiedzał chorego co drugi dzień. Leczenie i lekarstwa pociągały
dużo kosztów za sobą, a gdy się jeszcze okazał koniecznym wyjazd
do spitala, byłem zmuszony znów 200 zł. po 13% od prywatnych
ludzi pożyczyć, które nawiasem mówiąc, do dziś jeszcze nie spła­
ciłem, tylko procent mam w tym roku na 12% obniżony. Syn mój
jednak po dziesięciodniowym pobyciu w spitalu zmarł. Koszty po­
grzebowe i różne drobne długi, które byłem zmuszony zaciągnąć
za lekarstwa, przewiezienie do spitala i t. p. zapłaciłem dopiero
po żniwach. Miałem jeszcze inne zaległe zobowiązania do uiszcze­
nia za węgle, nawozy sztuczne, tak że na spłatę do dworu, przy­
padającą pierwszego listopada zaciągnęłem pożyczkę w; Komunał-

Pamiętniki chłopów

597

nej Kasie Oszczędności w Rawiczu w kwocie 1200 zł. po 12%. Mu­
siałem się jednak zobowiązać, że co kw artał będę 5% ogólnej sumy
i procent odpłacał. W tern roku zaznaczył się wprost katastrofalny
spadek cen produktów rolnych i sytuacja coraz bardziej się pogar­
szała. Rok później już nie byłem w stanie przypadającej na 1 li­
stopada raty uiścić i zaledwie procent zapłaciłem. Zresztą nikt
w całej wiosce nie zapłacił swojej raty, a byli i tacy, co nawet pro­
centu nie mogli zapłacić. W grudniu otrzymaliśmy wezwanie z dwo­
ru o zapłacenie zaległej raty, w przeciwnym razie miała nastąpić
egzykucja. Było to jednak dla nas niemożliwem i kto wie do czego
byłoby doszło, gdyby w tym czasie nie były powstały sądy rozjemcze.
Jednak jeszcze inny cios miał na naszą wioskę spaść. W lipcu
1932 r. ogłosił „Rolnik” w Miejskiej Górce niewypłacalność i pod­
wyższył udziały, które dotąd wynosiły 200 zł., na 600 zł. Jeden udział
odpowiada za 1000 zł. Blisko połowa chłopów w naszej wiosce
była członkami „Rolnika”. Ja wstąpiłem do „Rolnika” jako czło­
nek w roku 1924. Mój udział wynosił 85 zł., gdyż w ostatnich la­
tach nie byłem w możności go uzupełnić. Mam więc 515 zł. do
zapłacenia, które m ają być do lipca 1934 roku wyrównane. Z dwo­
rem przyszliśmy w ten sposób do porozumienia, iż procent i ewen­
tualną małą część sumy odpłacaliśmy cukrówką, którą na ten cel
dla dworu sadziliśmy. Procent został nam z 8 na 5% obniżony.
W październiku bieżącego roku została nasza wioska znów zanie­
pokojona wiadomością, iż właścicielka majętności Dłoń, pragnie nam
rolę przywłaszczyć, a resztę ceny kupna wciągnąć na hipotekę.
Rzeczywiście zostaliśmy 26 października wezwani do adwokata ce­
lem podpisania od nowa zredagowanej umowy. Z początku nie
chcieliśmy się na to przywłaszczenie zgodzić, gdyż to pociąga zawsze
różne koszta za sobą, a dług wciągnięty na hipotekę i nie odpłacony
w oznaczonym terminie, może pociągnąć za sobą egzykucję. W ła­
ścicielka jednak zastrzegła sobie w kontrakcie prawo do przywła­
szczenia ziemi chociaż bez zgody nabywcy. Nie mogliśmy nic w tern
poradzić i kilku z nas się podpisało. Mnie została reszta ceny kupna
w kwocie 2890 zł. rozłożona na siedm lat, płatna w ciągu pięciu lat
po 375 zł. rocznie a w dwóch ostatnich latach po 400 zł. Pozostałe
215 zł. są płatne 30 listopada bieżącego roku. Kosztów od przy­
właszczenia zapłaciłem dotąd 64 zł., a koszta sądowe m ają drugie
tyle wynieść. Większość się jednak nie zgodziła, a to przeważnie
tych, którzy mając własnej ziemi tylko kilka mórg a chcąc nabyć
roli z parcelacji byli zmuszeni swoje gospodarstwa do 28 mórg

598

Województwo Poznańskie

uzupełnić. Niejeden z nich ma jeszcze długu ponad 10.000 zł. nledziw więc, że nie mógł się zgodzić na spłacenie długu w ciągu sie­
dmiu lat, tembardziej że ma jeszcze różne poboczne długi. Poło­
żenie tych chłopów jest wprost rozpaczliwe, a wyratować ich z tego
położenia może albo obniżka ceny roli, albo też rozłożenie spłaty
długu przynajmniej na jakie 30 lat.
A teraz przychodzą jeszcze podatki. Z mojej chudoby 24 mórg
płacę:
46.92 zł.
Państwowy podatek gruntowy
12.24 „
Komunalny
12.24 „
Gminny gruntowy
8.96 „
Powiatowy, drogowy
4.08 „
Podatek wyrównawczy
7.64 „
Na Izbę Rolniczą
18.00 „
Od wypadków w rolnictwie
9.30 „
Ubezpieczenie od ognia
5.56 „
Kominiarz
3.50 „
Stróż
Podatek z 10 mórg nabytych z parcelacji płatny w dworze
50.70 „
Rentą (Rentenbankrente), którą w tern roku spłaciłem
18.00 „
Razem

197.14 zł.

Trudno doprawdy w takich warunkach gospodarzyć. Człowiek
musi sobie poprostu od ust ująć, aby się jakoś utrzymać. Głow­
nem pożywieniem chłopów w naszej wsi są ziemniaki, chleb, ścią­
gane mleko i olej lniany. Mleko odstawiają wszyscy do mleczarni
i to nawet tacy, którzy posiadają zaledwie jedną krówkę. Cukier,,
nafta, zapałki, węgiel i wogóle wszystko co kupujemy jest za dro­
gie i każdy ogranicza się z kupnem tych artykułów do ostatecz­
ności. Zwłaszcza z opałem jest trudno, u nas 1 m.3 drzewa kosztuje
12 zł. Od trzech lat palę drzewem, tylko zimą kupuję od czasu
do czasu centnar węgla. U nas pali się tylko tyle, o ile to jest ko­
niecznym do ugotowania strawy i uparowania ziemniaków dla in­
wentarza. O ogrzewaniu pokoi zimą niema mowy. Mieszkania
są też u nas wilgotne, a skoro mróz przyjdzie to ściany pokrywają
się grubą warstwą szronu. I tak jest w całej wiosce,, w mieszka­
niach zimno jak w lodowni. O paleniu i piciu niema u nas mowy.
Ja sam dawniej paliłem chętnie fajkę lub cygaro. Dziś po tern
wszystkiem zostało wspomnienie. Nawozów sztucznych używamy

Pamiętniki chłopów

599

zaledwie V4 część co dawniej. Jest to wprawdzie gospodarka ra­
bunkowa i za jakie dwa — trzy lata może się to fatalnie odbić na
plonach. Ciężko jest teraz gospodarzyć, a jeszcze ciężej jest, jeśli
w gospodarstwie się nieszczędzi. W naszej wiosce w ostatnich latach
występowała często cholera drobiu i pomór świń. W tern roku na­
wiedziła nas znów plaga myszy, która w jesiennych zasiewach po­
ważne szkody zrobiła. Zato złodziejstwo w ostatnich latach się roz­
panoszyło. Chłopi nieraz w nocy muszą pilnować swego dobytku.
Niejednemu przydałby się drugi pies, lecz trudno znów za niego
podatek płacić. Ciężką troską napełnia nas myśl o przyszłości naszej
dorastającej młodzieży. Jedna z dzieci może tylko po rodzicach gospo­
darstwo odebrać, a z resztą dzieci co począć? Niektórzy sobie w ten
sposób radzili, że chłopców dawali w naukę do rzemieślników. Lecz
cóż, chłopak się wyuczył, pracy nigdzie nie znalazł i jest zmuszony
w domu siedzieć. Mamy tu w naszej wsi chłopaków wyuczonych
za kowali, kołodziei, stolarzy, szewców, ślusarzy. W niektórych
domach jest takiej młodzieży pięć i więcej. Służby też nigdzie nie
można znaleźć, gdyż nawet więksi gospodarze, którzy dawniej sługi
mieli, obywają się sami. Nieraz człowieka zwątpienie ogarnia na
myśl co to będzie, jeśli ten stan rzeczy jeszcze długo potrwa. Lecz
lepiej już o tern nie myśleć. Niech raczy bodźcem dla nas do dalszej
pracy będzie myśl, że doczekamy się jeszcze lepszego jutra i jaśniej­
szej przyszłości.
Dn. 26 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr. 43

W y r o b n ik (m u z y k a n t), a p ó ź ­
n ie j d o r a b i a j ą c y s i ę g o s p o d a r z
w
p o w . m y ś l e n i c k im , k t ó r y
p o w o j n ie p r z e n ió s ł s ię d o
p o w . in o w r o c ła w s k ie g o

Pragnąc wziąć udział w konkursie na „Pamiętnik Chłopa” prze­
syłam szeroki opis życia chłopskiego i walki o byt, mając nadzieję,
że może będzie tą malutką cząstką tego wielkiego obrazu ciężkiego
położenia chłopa polskiego, jaki Instytut Gospodarstwa Społecznego
zamierza opracować.
Aczkolwiek opowieść moja jest niekształtna i bardzo błędnie na­
pisana, jest jednak rzetelna i prawdziwa i w niej niema ani słowa
przesady. Na dowód prawdziwości mego opowiadania mogę na żą­
danie przedłożyć każdego czasu odpowiednich dokumentów.
Proszę o wybaczenie nieczytelności pisma i błędów, bo jestem
starcem siedemdziesięcioletnim i wzrok mi nie dopisuje.*)
MOTTO:
Temu tylko pług i socha
Kto tę ziemię Polską kocha.

Ojciec mój urodził się trzecim synem małorolnego mieszkańca
jednej z okolicznych wiosek miasta Wieliczki.
Lata dziecinne i młodzieńcze spędził przy swem ojcu, który cho­
ciaż nie był człowiekiem zamożnym, chciał jednak każdemu dziecku
dać możność zarobkowania i temsamem przynieść ulgę sobie w utrzy­
maniu rodziny, która była dość liczna, gdyż składała się z ośmiu
osób i pozatem miał jeszcze na utrzymaniu swego ojca staruszka.
Roli posiadał bardzo mało, bo zaledwie tylko jeden i pół hek*) Pamiętnik ten umieszczamy w woj. Krakowskiem, w którym pamiętnikarz w łaściw ie spędził swoje życie, w Wielkopolsce zaś jest stosunkowo
świeżym przybyszem.

Pamiętniki chłopów

601

tara (i chatkę tak małą, że zaledwie zdołała pomieścić rodzinę),
nie mogła więc być warstatem pracy dla jego dzieci, to też każdemu
synowi chciał dać jakieś rzemiosło. Mojemu ojcu przypadła w udzia­
le nauka muzyki, jako ta do której ojciec miał najwięcej zamiłowa­
nia po zawodzie rolniczym, którego nie można było dać z braku wa­
runków ku temu.
Ojciec był chłopcem dobrze umysłowo rozwiniętym, to też nauka
przychodziła mu bez trudności i wnet opanował struny swego in­
strumentu. Po roku nauki aczkolwiek nie był mistrzem skrzypiec
był jednak o tyle zdolny, że mógł swoją muzyką zadowolić wymogi
ludzi ówczesnych i rozpocząć granie na weselach i w karczmach na
zabawach jak to w dawnych czasach było zwyczajem.
Zarobek jego był początkowo niewielki, bo niecodziennie trafiało
się ojcu grać na weselu lub zabawie, ale z czasem zdołał się zmówić
ze starszymi grajkami, którzy widząc chęci ojca do pracy, chętnie
brali ojca w swoje grono, aby się wyrabiał w graniu a przy tern
częściej zarabiał.
W dawnych czasach nie było tej rozpiętości cen jak dzisiaj, to
też chociaż oj ciec .mało zarabiał to i za artykuły pierwszej potrzeby
jak np. sól, cukier, opał, naftę (której zresztą mało używano, bo do
oświetlenia używali na wsi w dawnych czasach łuczywa) nie płacono
takich wygórowanych cen jak dzisiaj, a o innych potrzebach, jako
to gazetach i książkach, to chłop ani marzyć nie mógł, więc można
było tak mówiąc koniec z końcem związać.
Tak płynęło to szare życie i upływał rok za rokiem. W rodzinie
mojego ojca zaszły niejedne zmiany, mianowicie: staruszek dziaduś
przygnieciony ciężarem wieku zmarł. W niedługo po jego śmierci
wydano zamąż najprzód jedną, a później drugą siostrę mojego ojca
i tym sposobem zmniejszyła się rodzina o trzy osoby, a zatem zmniej­
szyły się wydatki, ale z drugiej strony zmalały także i dochody, bo
ubyły dwie pary silnych rąk do pracy.
Wszystkie oszczędności, chociaż niewielkie były, wydano na wiano
sióstr, nie mówiąc już o pogrzebie, który pociągnął za sobą także
dosyć znaczne koszta, a w domu pozostano bez grosza i trzeba było
na nowo zgromadzać oszczędności, bo dorastała jeszcze jedna siostra
ostatnia dla której koniecznie było potrzeba przygotować chociaż
trochę gotówki. Zamiarów nie zdołano jednak uskutecznić, bo nie­
spodziewana choroba powaliła ojca rodziny na łoże boleści, aby
z niego nie powstał już więcej.

602

Województwo Krakowskie

Po dwóch czy trzech tygodniach ciężkiej choroby musiał umrzeć
mimo tego, że nie był człowiekiem starym, liczył bowiem zaledwie
około 55 lat życia. Brakowało mu jedynie opieki lekarskiej na którą
nie mógł sobie pozwolić, bo gdzież tam w dawnych czasach słyszał
kto, aby chłop na wsi mógł korzystać z pomocy lekarskiej.
Tutaj muszę nadmienić, że lud wiejski w dawnych czasach leczył
się tylko ziołami, które zbierali i jedni drugim doradzali. A jeżeli
przychodziła ciężka choroba przy której pomoc lekarska była nieod­
zowna, to o ile organizm nie był zbyt silny aby wytrzymał napór
trawiącej go choroby, najczęściej kończyło się śmiercią.
Tak też było z moim dziadkiem, względnie ojcem mego ojca.
Organizm jego nie miał tej siły aby przetrwać chorobę i zmarł.
Zagrodę po ojcu otrzymał średni syn ulubieniec matki, którą
miał utrzymać do śmierci i wywianować najmłodszą siostrę, bo taka
była ostatnia wola nieboszczyka. Najstarszy syn już od dłuższego
czasu pracował sam na się i był poza domem, to też i najmłodszemu,
to jest mojemu ojcu był czas najwyższy pomyśleć o założeniu wła­
snego ogniska domowego. A że miał w okolicy dużo znajomości, to
też o wybór żony nie było mu trudno.
Niedaleko wioski rodzinnej na przedmieściu miasteczka Dobczyc
zapoznał ojciec mój już od dłuższego czasu pewną niezamożną dzie­
woję, w której kochał się od pierwszego wejrzenia. A że i ona była
mu wzajemną, nie zwlekali długo tylko zawarli małżeństwo i założyli
własne ognisko.
Ojciec mój nie otrzymał od swoich rodziców ani piędzi ziemi,
chociaż ją tak kochał i tak pragnął mieć chociaż taki mały kawałek,
aby mógł tylko chatkę pobudować, a również i jego żona nie otrzy­
mała od rodziców żadnego wiana i calem ich bogactwem była jedna
izba mała, którą ojciec żony oddał im na mieszkanie i trochę sprzętów
domowych.
Na utrzymanie swoje i żony musiał ojciec zarabiać pracą rąk
własnych, w czem pomagała mu żona chodząc do pracy w porze
letniej do pobliskiego folwarku. Ojciec także chętnie szedł do dworu
pracować, skoro tylko był wolny od swoich zajęć, bo szczególne
upodobanie miał do pracy na roli chociaż i nie na swojej.
Pożycie małżeńskie było naogół szczęśliwe, choć w niedostatku
żyli, kochali się bo byli piękni i młodzi, pracowali wspólnie i marzyli
jak sobie życie ułożą, gdy złożą oszczędności. Niestety szczęście
ich trwało zbyt krótko, bo zaledwie w rok po ślubie zmarła mojemu
ojcu żona po urodzeniu dziecka wskutek upływu krwi.

Pamiętniki chłopów

603

Niedługo po śmierci żony zmarło także maleństwo sierotka, i oj­
ciec pozostał samotny. Początkowo nie mógł przeboleć straty żony,
lecz wkońcu musiał pogodzić się z losem i poszukać drugiej żony.
W sąsiedztwie oj ca mieszkał piekarz, który miał kilkoro dzieci a po­
między niemi córkę Zofję silną i zdrową, a przytem dobrze obeznaną
z fachem piekarskim. Ku niej to zwrócił się mój ojciec, a że był, jak
już wspomniałem ładnym mężczyzną a przytem i uczciwym, to też
i Zosi podobał się a także i jej ojcu, który z zadowoleniem oddał swą
córkę za żonę memu ojcu, nie szczędząc przytem wiana w gotówce,
które jak na te czasy było dość znaczne, bo wynosiło 200 rejskich.
Ojciec swoich oszczędności miał przeszło 100 rejskich, które po złą­
czeniu z wianem żony przedstawiały pokaźną sumę za którą posta­
nowił ojciec zrealizować swoje marzenia i kupić kawałek ziemi pod
budowę własnej chaty.
W tym celu wybrał się do dworu Bieńkowice po poradę. Dziedzic
przyjął go przychylnie i wysłuchał jego opowieści, wypytał się ile
gotówki ma ojciec a gdy ten opowiedział wszystko, dziedzic tak rzekł
do niego: widzę, że jesteś człowiekiem, który chce w życiu dojść
do czegoś, więc chętnie ci dopomogę. Mam w mojej własności kawa­
łek ziemi, który się wrzyna pomiędzy rolę chłopską, to ci ten kawał
ziemi sprzedam nawet tanio, a chatę to jakoś sobie pobudujesz i bę­
dziesz miał swoje. Gdy ojciec zapytał się o cenę, dziedzic namyślając
się chwilę powiedział, że za morgę (m iary austryjackiej) ziemi za­
płaci ojciec 50 rejskich, a ile morgów będzie liczył ten kawał to się
okaże przy miarze, którą każe nazajutrz przeprowadzić. Ojciec ucie­
szył się tern bardzo, podziękował jak umiał dziedzicowi i wrócił
uszczęśliwiony do domu, aby podzielić się wiadomościami z żoną,
która cieszyła się również z pomyślnego załatwienia sprawy.
Nazajutrz zabrali pieniądze i poszli do dworu, aby być przy
pomiarze i zapłacić umówioną cenę. Po dokonaniu pomiaru oka­
zało się, że powierzchnia ziemi wynosi trzy morgi czyli około l 1/2hektara, zatem należna suma wyniesie 150 rejskich, które ojciec na­
tychmiast zapłacił dziedzicowi, a po załatwieniu wszystkich formal­
ności związanych ze sprzedażą i kupnem i po opłaceniu przez ojca
kosztów, oddał dziedzic w posiadanie ojca nabytą ziemię i jeszcze
obiecał pomóc przy budowie chaty.
Kiedy już miał ojciec własny kawałek ziemi zabrał się zaraz do
budowy chaty. I tak powoli zakupił drzewo, pozwoził dworskiemi
końmi, przysposobił słomy do pokrycia dachu i t. d., tak, że do jesieni

604

Województwo Krakowskie

chata była powierzchownie gotowa i można było już w niej zamie­
szkać.
Chociaż była mała, (bo składała się tylko z jednej izby mieszkal­
nej, komórki i stajenki dla krowy) i uboga, dla ojca była ona obszer­
na i wspaniała, bo była ziszczeniem jego zamiarów, jego własnością.
Na kupno ziemi i budowę chaty wydał ojciec wszystkie pienią­
dze, jakie posiadał i jeszcze się zadłużył, to też biedował z żoną nie­
jednokrotnie, ale mimo tego szczęśliwy był bo osiadł na swojem.
W takich warunkach przyszło na świat dwoje starszego rodzeń­
stwa, a w siedem lat później urodziłem się i ja również, jako ostatnie
dziecko moich rodziców, którzy pracowali bez wytchnienia na utrzy­
manie swoich dzieci i zabezpieczenie im jakiegoś bytu. Ojciec chwy­
tał się każdej uczciwej pracy a gdy nie miał innego zarobku, prze­
ważnie w czasie adwentu lub wielkiego postu, gdy muzyka była za­
kazana, to nawet trudnił się wyrobem mioteł z prętów brzozowych,
które następnie sprzedawał na targach, aby zarobić chociaż parę gro­
szy. Matka moja również pracowała, wypiekała pszenne tak
zwane kukiełki i sprzedawała na targach z czego miała dosyć dobry
zarobek. Uprawiała len, przędła na płótno z którego po wybieleniu
szyła bieliznę i ubrania tak zwane płótnianki dla ojca i dla nas dzieci.
Życie płynęło jednem torem, pracowah i oszczędzali dla swoich
dzieci, które w miarę jak dorastały pomagały rodzicom.
Jedyną rozrywką moich rodziców to była zabawa weselna, gdy
ich proszono. Pozatem na żadne zabawy do karczmy nie uczęszczali.
Gdy miałem 13 lat ukończyłem wiejską szkołę, do której biegałem
aż 8 km. i często, jak to mówią głodno i chłodno, a przecież z ochotą,
aby tylko nauczyć się czegoś.
W domu nie było zajęcia dla mnie, więc poszedłem i ja do dworu
pracować. Początkowo spełniałem drobne zlecenia: latem nosiłem
wodę ogrodnikowi i pomagałem w ogrodzie, to znów jeździłem końmi
a zimą chodziłem z dziedzicem na polowanie, rąbałem drzewo do
kuchni, a nawet brano mnie do młócenia zboża maszyną. Oj, co to
za praca była dla takiego chłopca, na mrozie niejednokrotnie zmarzły
mi tak bardzo ręce, że nie mogłem widełków utrzymać, na j chętniejbym się rozpłakał, ale wstyd mi było, bo nie byłem kobietą tylko
mężczyzną, a ojciec powtarzał zawsze, że płakać może tylko kobieta,
mężczyzna nigdy nie płacze.
Tak schodziły szare dni pracy i wolno płynął czas. Im starszy
byłem, tern więcej mnie obarczano. Przez dzień pracowałem we
dworze a wieczorami posyłał mnie ojciec uczyć się grać na klarnecie.

Pamiętniki chłopów

605

Chociaż uciążliwa to była nauka, nie narzekałem nigdy, bo pocie­
szałem się tą myślą, że gdy się nauczę grać zdobędę nowe źródło
zarobku. Dla zachęty opowiadał ojciec swoje przeżycia, jak to pra­
cował będąc w tym wieku i jak dokładał swoich sił do nauki.
Lekcyj gry udzielał mi organista, starszy człowiek i bardzo
rozumny, który nie skąpił mi swoich rad i wskazówek, to też pod
jego kierunkiem nabywałem wiedzy i pojmowałem naukę z mniejszą
trudnością.
Jak długo trwała ta nauka, to dzisiaj tego już dokładnie powie­
dzieć nie mogę, w każdym razie trwało to dłużej jak rok, zanim moż- '
na było nazwać, że nauczyłem się grać poprawnie. Po skończeniu
lekcyj zabierał mnie ojciec z sobą do gry na wesela, a że grałem
nieźle, to też wnet zaznajomiłem się z muzykantami kilku par tyj,
którzy chcieli mie pozyskać każdy dla swojej partji.
Bywały takie chwile, że zabierali mnie z jednego wesela na dru­
gie, bo o dobrego klarnecistę trudno było. Wprawdzie było też i tak
czasem, że przez cały tydzień nie było zarobku przy muzyce, ale w ta­
kich chwilach chwytałem się innej pracy, bo wtenczas pracy nie bra­
kowało i kto tylko chciał pracować a nie żądał dużych zarobków
w każdej chwili znalazł pracę.
Tak przerzucałem się od jednej pracy do drugiej i tak uchodził
mój wiek młody.
Nadchodziła wiosna 1883 r., w którym kończyłem 20-sty rok
życia. We dworze nie pracowałem już wcale, bo tam od pewnego
czasu nastąpiły zmiany i gospodarka stale jakoś niedomagała. Daw­
ny właściciel, człowiek zacny sprzedał swój m ajątek a jego miejsce
objął nowonabywca, który rozpoczął na terenie nabytych nierucho­
mości poszukiwania za węglem. Poszukiwania te trwały dłuższy
czas i pochłonęły duże pieniądze bezskutecznie. Dotknięty tern nie­
powodzeniem oddał swój m ajątek w administracje p. M., który nie­
długo zabawił tutaj, bo wnet jego miejsce objął p. S. Przez zmianę
swych właścicieli dwór stopniowo upadał, jednak na to nikt uwagi
nie zwracał.
Pewnego dnia kilku mieszkańców wsi Bieńkowice przyniosło
wiadomość od żyda z karczmy, że dwór ma być sprzedany względnie
rozparcelowany. We wsi zawrzało jak w ulu, chłopi gromadzili
się do kupy i obradzali jakiem sposobem mogliby ziemię dworską
rozkupić, bo każdy chciał swoje osiedle powiększyć. Nie wiedzieli
tylko kto ma powierzoną sprzedaż majątku, ale i na to się rada zna­
lazła. Mówiono powszechnie, że o ile żyd wiedział, że dwór będzie

606

Województwo Krakowskie

sprzedany, to też musi wiedzieć kto go sprzedaje, bo żyd przeważnie
każdy jest wściwski i wszędzie się wciśnie, to też najprędzej wszystko
wie. Do niego postanowiono udać się po informacje o sprzedaży i nie
pomylono się. Żyd wiedział nietylko o samej sprzedaży, ale wiedział
także o tern, że dwór będzie sprzedany w drodze licytacji i że wzmian­
ka o sprzedaży jest przez sąd już zarejestrowana i licytacja nastąpi
niedługo. Po osiągnięciu takiej wiadomości postanowili chłopi dzia­
łać niezwłocznie, aby zabezpieczyć się do nabycia ziemi. W tym celu
udało się kilku rozumniejszych chłopów z pisarzem gminnym do
Krakowa, gdzie był sąd obwodowy, aby poszukać jakiego rzetelnego
adwokata i powierzyć mu swoje zastępstwo na licytację. W ybór
padł na adwokata M., człowieka o dużych zaletach i życzliwości dla
chłopów, który wyjaśnił im niejedno i udzielił rady* jak się m ają
przygotować do licytacji, oświadczając przy tern, że może się podjąć
zastąpić wieś Bieńkowice na licytacji, ale musi wiedzieć ile pieniędzy
wieś posiada, względnie jaką najwyższą sumę może na licytacje ze­
brać.
Chłopi opowiedzieli adwokatowi, że wieś jest uboga i nie może
dużej sumy zebrać,, bo mieszkańcy wsi posiadają zaledwie po parę
morgów ziemi i jest ich bardzo mało, bo zaledwie piętnaście rodzin,
które posiadają jakieś oszczędności, ale niewielkie. Gdyby jednak
udało się ziemi przykupić, to uzyskaliby w banku pożyczkę, którą
następnie spłacaliby ratami. Adwokat widząc zapał ich do kupna
i zamiłowanie do ziemi rodzinnej, obiecał, że co tylko będzie mógł
uczynić to uczyni, aby ziemię dworską kupił dla nich, ale m ają
zebrać pieniądze jakie tylko mają i przed licytacją u niego złożyć.
Chłopi podziękowali adwokatowi i powrócili z wiadomościami do
wsi i rozpoczęto zgromadzać pieniądze.
Każdy mieszkaniec wsi oddawał wszystkie oszczędności, jakie
tylko miał do rąk pisarza gminnego, który był szczególnie zaufanym
człowiekiem. Byli tacy mieszkańcy, którzy wszystkich pieniędzy
w domu mieli 20 rejskich tylko i nic więcej nie posiadali, ale i ci od­
dali swój pieniądz na kupno ziemi. Po zebraniu wszystkich pie­
niędzy, jakie tylko we wsi się znajdowały, okazało się, że było ich
przeszło 3000 rejskich. Na te czasy i na tak małą liczbę mieszkań­
ców wsi, była to suma bardzo wielka, ale na kupno dworu, względnie
ziemi dworskiej była zaledwie cząstką. Nie zrażali się jednak tern
chłopi, lecz z wiarą w swą siłę, w swą moc i zwycięstwo dążyli na­
przód do celu. Zebrane pieniądze zanieśli do adwokata M. swego peł­
nomocnika, który pokiwał głową nad tern, że w stosunku do objektu

Pamiętniki chłopów

607

kupna ta suma jest bardzo mała, a powiększyć jej chłopi nie mogli,
bo wszystkie ich oszczędności były już złożone. Co sądził o licytacji
i jak zamierzał do niej przystąpić o tern przed chłopami zamilczał,
tylko na odchodne powiedział im, kiedy się licytacja odbędzie aby
przybyli się przysłuchać i że ciekawy jest, jak się to wszystko ułoży.
Chłopi nic nie domyśleli się tego, że ukrył przed niemi swoje za­
miary.
Z niecierpliwością oczekiwano licytacji, która się miała odbyć „
już za kilkanaście dni i była już obwieszczona. Sąsiednie wioski
poczęły snuć zamiary o kupnie ziemi i poczęły się organizować. Bieńkowianie byli zaniepokojeni tern objawem, sądzili bowiem, że gdy
będzie dużo reflektujących na kupno, ceny będą wysokie. Nareszcie
przyszedł oczekiwany dzień i do gmachu sądowego w Krakowie po­
częły napływać rzesze ludzi chcących wziąć udział w licytacji, do
której stanęło kilkanaście osobistości chcących kupić dwór w całości
wyłącznie dla siebie, kilkanaście włościan i wreszcie adwokat M.,
którego nikt odgadnąć nie mógł co on zamierza. Rozpoczęła się
licytacja i wywołano cenę szacunkową i jako pierwszy reflektant sta­
nął adwokat M., a za nim reszta.
Początkowo zdawało się licytującym, że adwokat M. stanął tyl­
ko dlatego, aby objekt sprzedaży w cenę podbić, ale gdy zauważo­
no, że adwokat licytuje umięjętnie i idzie coraz dalej, zrozumiano,
że adwokat licytuje w celu nabycia i z pewnością dla siebie. To też
stopniowo zaczęło ubywać reflektantów a w końcu zaprzestano wal­
ki zupełnie i ostatnią cenę podał adwokat M. Po trzykrotnem wy­
wołaniu nikt z obecnych nie okazał chęci do podniesienia ceny i li­
cytację należało uważać za skończoną.
Z zapartem oddechem słuchano ogłoszenia, kto jest nabywcą
sprzedanego objektu, ale jakież zdziwienie przeszło po obecnych, gdy
ogłoszono licytowany objekt został nabyty dla włościan wsi Bieńkowice przez adwokata M. Przysłuchującym się chłopom ze wsi
Bieńkowice nie mogło się w głowie pomieścić, jak mógł adwokat
zareflektować na cały obszar, przy tak małej sumie, jaką oni złożyli.
To też po wyjściu z gmachu sądowego poszli do kancelarji adwokata
dowiedzieć się co dalej będzie.
Adwokat przyjął ich z uśmiechem pytając, czy bardzo się cie­
szą, że cały obszar dla nich nabył. Chłopi potwierdzili jego pytanie,
lecz z min ich można było zauważyć pewne zakłopotanie, na co ad­
wokat zwrócił swoją uwagę i zapytał o powód.

608

Województwo Krakowskie

W odpowiedzi zaczęli chłopi opowiadać, że słyszeli, że obszar
jest dla nich nabyty, ale nie wiedzą co dalej będzie i dlatego przy­
szli, aby im adwokat wyjaśnił czego nie rozumią, a mianowicie: jak
będzie z zapłatą za ziemie i kiedy ma nastąpić zapłata. Adwokat
dowiedziawszy się, co jest powodem ich zakłopotania wyjaśnił, żę
obszar będzie sparcelowany i każdy nabędzie sobie tyle ziemi, ile
zechce, względnie ile będzie mógł wypłacić. Ponieważ obszar jest
hipotecznie obciążony, więc te obciążenia przejmą i będą spłacali
ratam i, jednak pewną część będą musieli zapłacić przy odbiorze.
Pierwszą część zapłaty i to najpoważniejszą wpłacił adwokat swoją
gotówką (i pieniędzmi złożonemi przez chłopów), którą następnie
będą spłacali wraz z oprocentowaniem także ratami. Dalej wyjaśnił
adwokat chłopom, że muszą mu niezwłocznie dostarczyć spis na­
zwisk i podać, ile który chce nabyć ziemi z obszaru, aby mógł przy­
gotować potrzebne podkłady, bo chce sprawę załatwić jaknajśpieszniej i przystąpić do parcelacji. Po takiem wyjaśnieniu chłopi po­
zbyli się zakłopotania, wypytali adwokata jeszcze o wysokość pro­
centów od kapitału, który włożył w obszar nabyty dla nich i o to
i owo i powrócili do wsi z radosną wieścią, że dwór kupili i będzie
sparcelowany niebawem.
W rzeczywistości tak się też stało. Po przygotowaniu przez
adwokata M. potrzebnych aktów, z nastaniem wiosny w roku 1883
przystąpiono do parcelacji. Każdy mieszkaniec wsi Bieńkowie na­
był taką ilość ziemi, jaką chciał i czuł siłę, że zdoła wypłacić, a resztę
obszaru rozkupili chłopi z sąsiednich wiosek. Z pośród nabywców,
nie było ani jednego takiego, któryby miał wszystkie pieniądze na
zapłacenie ziemi, tylko wszyscy pozaciągali pożyczki, gdzie tylko
który mógł, aby tylko powiększyć swoją zagrodę lub nabyć na włas­
ność kawałek ziemi. Ileż trudu i pracy czekało ich wszystkich zanim
zdołają się wypłacić. Nikt jednak nie zważał na to i każdy był go­
tów na największe trudy, byle tylko mieć własny kawałek ziemi
i pracować na własnym zagonie.
Ojciec mój nabył z parcelowanego obszaru tylko trzy i pół hek­
tara ziemi, gdyż gotówki posiadał bardzo mało a nie chciał się dużo
zadłużać, bo m atka podupadła na zdrowiu i niezdolna była do pracy,
w której nikt jej zastąpić nie zdołał. Wprawdzie córka, względnie
siostra mogła matkę zastąpić, lecz ta już od kilku lat nie żyła i w cha­
cie odczuwano braki rąk kobiecych.
Na nabytą ziemię z parcelacji pożyczył ojciec pieniądze w ban­
ku, i to na krótki termin i zawczasu trzeba było pomyśleć o oddaniu,

Pamiętniki chłopów

609

aby nie narazić się na koszta. Na sprzedaż nie było żadnego dobytku
z czego możnaby uzyskać większą sumę, to też byliśmy w kłopocie,
jak się załatwić.
W pomoc przyszedł nam przypadek następujący: ojciec będąc
na jarm arku spotkał swego starego przyjaciela, który mieszkał kilka
wsi od nas. W toku rozmowy opowiadał ojciec o swej bolączce, że
pożyczył pieniądze na ziemię i z powodu krótkiego terminu nie mo­
że oddać. Przyjaciel słuchając tego, przyznał się ojcu, że ma pie­
niądze w Kasie Oszczędności, które sobie lokuje na stare lata, to
może ojcu pożyczyć. Ojciec ucieszył się tern i ułożył się z przyjacie­
lem w ten sposób, że będzie mu płacił odsetki, jakie mu kasa płaci,
żeby tylko wyciągnął pieniądze z kasy a ojcu pożyczył na ten czas,
kiedy przypadał termin płatności w banku. Okres pożyczki miał
być długoterminowy, to też ojciec cieszył się, że synowie zdołają
zapracować i pomogą dług spłacić. Niestety niedługo miało być mej
pomocy, bo w rok niespełna zabrano mie do wojska (starszy brat
nie służył w w ojsku), gdzie służyłem trzy lata jako trębacz.
Po zwolnieniu z wojska powróciłem do chaty i znów pracowa­
łem przy ojcu, aby mu dopomóc wyspokoić długi, których jeszcze
nie zdążył wypłacić. Pracowaliśmy wspólnie z ojcem i starszym bra­
tem i wspólnie wypłacali nabytą ziemię, a ojciec powtarzał często:
w pracy i znoju uczcie się kochać ziemię rodzinną, bo kto nie kocha
ziemi rodzinnej ten nie wart, że rodzi się na niej i bardzo słuszne
było powiedzenie ojca.
W dwa lata po powrocie z wojska zdołaliśmy odpłacić dług za­
ciągnięty na kupno ziemi i wtedy postanowiłem się ożenić i założyć
własne ognisko domowe. A że chatę po rodzicach miał odziedzi­
czyć brat starszy i miał się zaopiekować rodzicami, więc ja mogłem
się ożenić i utworzyć własne ognisko. Za żonę pojąłem sąsiadkę,
córkę zagrodnika, którą znałem od dziecka i była bardzo pracowita
i oszczędna, a przytem miała w ręku zawód, była szwaczką i w każ­
dej chwili miała zarobek, bo szyła po dworach i na probostwach.
Jako wiano dał jej ojciec trzy morgi ziemi, nabytej z parcela­
cji, na której ciążyła jeszcze część spłaty i nadchodził termin wy­
równania. Od swego ojca otrzymałem również kawałek ziemi pod
budowę, na której zamierzałem pobudować swoje osiedle. Chwilowo
zamieszkałem z żoną u teściów, zaciągnąłem pożyczkę u swoich przyjacieli, wypłaciłem dług ciążący na własności żony i przygotowałem
materjał do budowy. Budowa domu nie kosztowała mnie dużo, bo
wykonał ją brat żony, który był cieślą, więc zapłaciłem tylko po­
39. Pamiętniki chłopów.

610

Województwo Krakowskie

mocnikowi, bo brat wykonał pracę gratis. Dom zbudowałem dość
obszerny, składający się z dwóch dużych izb mieszkalnych, komory
i jednej ubikacji przeznaczonej chwilowo na oborę i chlewik.
Gdy wreszcie zdążyłem wykończyć dom do tego stopnia, że
można było w nim zamieszkać, upłynęło sporo czasu, bo przeszło
półtora roku. W tym czasie przybył mi na świat najstarszy syn
i gdy wprowadziłem się do własnego domu, miałem już rodzinę i obo­
wiązki względem niej. Tutaj właściwie rozpoczęła się moja walka
0 byt, o lepsze jutro. Pracowaliśmy z żoną wspólnie w miarę swo­
ich sił, a często i ponad siły, aby jaknajprędzej wypłacić dług zaciąg­
nięty na budowę domu. Żona,.dopóki synek był maleńki, przynosiła
pracę do domu i szyła dniami i nocami, aby jaknajprędzej wykoń­
czyć i przyjąć nową, gdy ja tymczasem kupiłem konia i wóz i jeź­
dziłem z handlarzami na targi z towarem, to znów szedłem gdzieś
grać i tak że nigdy nie spędziłem dnia bezczynnie. Natomiast gdy
syn był większy, że już mógł bez matki pozostać, wtenczas szła żona
na cztery lub i więcej dni z domu, aby szyć gdzieś we dworze lub
na plebanję, gdzie zarabiała duże pieniądze.
I tak powoli wypłaciliśmy zaciągnięty dług i urządziliśmy dom
trochę wygodniej przez dokupienie niektórych rzeczy. Od ojca me­
go nie miałem żadnej pomocy, bo tam ożenił się starszy brat mój
1 ojciec oddał mu połowę zagrody a resztę pozostawił dla siebie na
utrzymanie.
Niedługo jednak cieszył się brat mój swoją zagrodą, bo zaledwie
w dwa miesiące po ślubie umarł najprawdopodobniej na paraliż serca,
bo śmierć nastąpiła nagle. Po jego śmierci połowę m ajątku jaki tam
pozostał odziedziczyła żona po nim, a druga połowa powróciła ojcu,
który chociaż był w latach, nie chciał pójść na moje utrzymanie,
tylko sam chciał gospodarować, chociaż matka odradzała ojcu
i chciała przyjść do mnie. Niedługo po śmierci brata umarła także
m atka moja i po jej śmierci ojciec ożenił się poraź trzeci, lecz tym
razem pomylił się w wyborze i wziął kobietę złą i przewrotną niedbającą o ojca zupełnie. To też przy niej naużywał się ojciec biedy
najgorszej a w dodatku opuściła ojca. Gdy to wszystko rozgrywało
się w chacie mojego ojca, u mnie wrzała praca wytrwała. Pracowa­
liśmy z żoną wspólnie ze zdwojoną siłą, aby zaoszczędzić coś dla
dzieci, których po trochu stale nam przybywało. I tak przybyła
córka, w dwa lata po niej drugi syn, po nim trzeci syn i znów dwie
córki, z których pierwsza zmarła za trzy tygodnie, a druga pozostała
przy życiu. Na miejsce zmarłej przybyła jeszcze jedna córka ostat­

Pamiętniki chłopów

611

nia. W miarę przybywania dzieci wzrastały moje kłopoty, jak tym
dzieciom byt zabezpieczyć. Gotówki nie mogłem naskładać, bo była
do wyżywienia i odziania dość liczna rodzina, oprócz tego musiałem
jeszcze ojcu dopomagać w pracy, a także i środkami pieniężnemi.
Wprawdzie miałem nadzieję, że po ojcu odziedziczę kiedyś siedem
morgów ziemi (a właściwie sześć tylko, bo jedną morgę dał mi ojciec
pod budowę) bo byłem jedynem dzieckiem, ale tyle ziemi na w ar­
sztat pracy dla sześciorga dzieci to było niczem i zawczasu trzeba
było pomyśleć o jakim dodatkowym zawodzie. Narazie dzieci na­
sze potrzebowały tylko żywności i odzienia, a na to posiadałem zdro­
we ręce i siłę do pracy. Chociaż pracowałem ciężko i bez wytchnie­
nia i niejednokrotnie biedowaliśmy, nie zrażałem się tern jednak.
Żona moja projektowała często, abym wyjechał gdzieś zagranicę
i pracował, a żona w domu będzie pracować i dzieci utrzymywać
i tym sposobem abyśmy doszli do większego mienia, ale napróżno.
W tym wypadku nie słuchałem jej, bo praca w fabrykach i po ob­
cych kątach nie podobała mi się wcale. Byłem człowiekiem urodzo­
nym na roli, stworzonym do pracy w roli i kochałem tę pracę. A nad­
to chciałem być człowiekiem wolnym. Wolałem znosić największą
biedę u siebie aniżeli być w dobrobycie u obcych.
Takie wzmagania i praca trwała kilkanaście lat, aż wkońcu zde­
cydował się mój ojciec oddać mi resztę zagrody i przyjść do mnie
na utrzymanie. Przyjąłem ojca z otwartemi rękami, bo rad byłem,
że wreszcie zaufał mi i przyszedł do mnie, do swego syna. To też
ojcu nic nie odmówiłem nigdy i niczego nie skąpiłem, ale spełnia­
łem wszystkie jego życzenia, chociaż czasem i niedorzeczne. Ojciec
żyjąc w mojej opiece żałował nieraz, że nie przyszedł do mnie zaraz
po śmierci matki, tylko niepotrzebnie się męczył. Pod mojem da­
chem czuł się ojciec naprawdę szczęśliwy i nieraz płakał z radości,
że żona moja otacza go taką opieką i pielęgnacją, jakiej się ani nie
spodziewał. Po paruletnim pobycie u mnie zmarł w mojem domu,
jako 83 letni starzec, wręczając mi przed śmiercią swoje oszczędno­
ści złożone przeważnie u mnie, które wynosiły około 100 koron.
Po śmierci ojca zakasałem rękawy i zabrałem z całem zamiło­
waniem do uprawy roli, której razem z żoną posiadaliśmy już pięć
hektarów, czyli około 10 morgów, więc miałem w czem pracować
i co uprawiać, aby zebrać plon wystarczający na wyżywienie rodziny.
W tym czasie jeden z sąsiadów zawiadomił mnie, że sprzedaje
kawałek ziemi, który się ciągnie opodal mojego domu, aby go kupił
od niego, bo w przeciwnym razie sprzeda komu innemu. Pieniędzy

612

Województwo Krakowskie

nie posiadałem tyle, abym mógł zapłacić ten kawałek ziemi, a jednak
kupić wprost musiałem, bo ciągnął się przed memi oknami. Przeli­
czyliśmy z żoną oszczędności, które wynosiły zaledwie 160 koron
i poszedłem do sąsiada zapytać się o cenę ziemi. Tutaj dowiedzia­
łem się, że jest do sprzedania także i przyległy kawałek lasu, co ra ­
zem z rolą liczy około trzy morgi i kosztuje 2.500 koron. Była to
suma poważna, ale mimo to odważyłem się na kupno i zgodziłem
za cenę 2.400 koron, a gotówki na ten cel posiadałem jak już wspo­
minałem 160 koron, co za szalona różnica. Nie było jednak nic do
zrobienia, tylko starać się o pożyczkę. Zrobiłem wniosek do Kasy
Oszczędności w Wieliczce jeden, a drugi do Kasy Raifaizena w Dzie­
kanowicach i podałem za ręczy cieli najzamożniejszych gospodarzy.
Kasa Oszczędności w Wieliczce przyznała mi 1300 koron pożyczki,,
a Kasa Raifaizena w Dziekanowicach przyznała 950 koron. Do tego
sprzedaliśmy krowę za którą dostaliśmy 120 koron i zebraliśmy su­
mę 2.530 koron, którą pokryliśmy cenę ziemi i koszta kontraktów.
Pożyczkę spłaciliśmy w ten sposób, że na kwietnia płaciliśmy
ratę do jednej kasy a w październiku do drugiej kasy znów jedne
ratę i tak się powtarzało przez szereg lat. Niejeden raz potrzeba było
od ust odjąć, aby tylko można było ratę zapłacić, aby dług ubył.
Nie zdążyliśmy jeszcze wypłacić jednego zadłużenia, a już potrzeba
było zadłużać się na nowo, gdyż sąsiad z drugiej strony znów sprze­
dawał jedne parcele ziemi tak dobrej i uprawionej, a nawet ze zbio­
rem pszenicy, że ani myśleć o tern nie było można, aby nie kupić.
I te parcele również kupiłem za cenę 3.400 koron, którą również
wypożyczyłem, ale tym razem na spłatę długoletnią na lat dwa­
dzieścia. Zaraz w pierwszym roku zebrałem zbiór pszenicy i wszyst­
ko sprzedałem, za co uzyskałem dość pokaźną sumę, którą spłaciłem
resztę starej pożyczki, więc pozostało do spłaty tylko ta ostatnia
pożyczka w sumie 3.500 zł. rozłożona na raty.
Dzisiaj, gdy to wszystko w myśli przechodzę, niepodobieństwem
mi się to zdaje, aby to wszystko można wytrzymać, a jednak ja to
wszystko sam przechodziłem i wytrzymałem. Raz pamiętam, było
to krótko przed żniwami, robiłem obliczenie wydatków czekających
na żniwa. W ydatki były wielkie, bo potrzeba było inwentarz wzmoc­
nić chociaż o dwie sztuki bydła, bo miałem zamało w stosunku do
tej ziemi, którą po dokupieniu posiadałem, ale że żniwa zapowiadały
się bardzo świetnie, to też planowałem po sprzęcie niejedno załat­
wić. Lecz człowiek sądzi, a Bóg rządzi, tak też i u mnie było, żniwa
sprzątnięto i zwieziono do stodoły (którą zaledwie dwa lata temu

Pamiętniki chłopów

613

pobudowałem) i zbierano ostatni wóz pszenicy, naraz jak piorun
z jasnego nieba powstał w stodole pożar, wzniecony prawdopodob­
nie przez zabawiające się dzieci sąsiadów w pobliżu stodoły, która
spłonęła doszczętnie z całym zapasem zimowym. Zbiory nie były
ubezpieczone, zaledwie tylko stodoła i to dość nisko. W jednej chwili
zostałem pozbawiony środków do życia dla siebie i rodziny a także
i paszy dla bydła.
Ile biedy i głodu podżyłem z rodziną, tego nikt nie wie tylko
Bóg jeden. I znowu musieliśmy się na nowo dorabiać i budować, a
kiedy zdołaliśmy odbudować spalone budynki trzeba na nowo od­
płacać zaciągnięty dług. Tymczasem najstarsze dzieci ukończyły
szkołę powszechną i trzeba było pomyśleć o dalszem ich życiu. Naj­
starszy syn chłopak zdolny i ambitny miał wielkie zamiłowanie do
nauki, niestety nie miałem środków na jego szkolenie, bo byłem za­
dłużony, więc poszedł w naukę za kowala. Po skończeniu nauki wy­
jechał na Morawę i tam pracował i uczył się za montera, a po złoże­
niu egzaminu jeszcze raz się uczył i po złożeniu egzaminu został
kierownikiem parowozu, a stąd został powołany do służby wojsko­
wej. Drugi syn wyuczył się za szewca, a trzeci nie miał chęci do
żadnego rzemiosła, więc pozostał pracować w roli. Z córek najstar­
sza uczyła się szycia, a dwie małe uczęszczały dopiero do sżkoły po­
wszechnej a po ukończeniu miały pójść do szkoły wyższej.
W takich warunkach zastała nas wojna światowa na którą po­
wołano wszystkich synów. Najstarszy służył przy wojsku i tam za­
skoczyła go wojna. Najmłodszy pojechał z podwodami i stamtąd zo­
stał zabrany do wojska, a średni został powołany 14 września 1914
roku t. j. zaraz na początku wojny. Pozostaliśmy z trzema córkami,
z których jedna ciężko zachorowała i pozostała fizycznie ułomną,
a druga była dziesięcioletnim dzieckiem, zadłużeni i w dodatku bez
inwentarza żywego, który zabrano dla wojska t. j. parę koni raso­
wych i krowę, naturalnie za wynagrodzeniem, które nastąpiło do­
piero w przyszłym roku, a tu nadchodził czas zasiewów jesiennych
a ja nie miałem koni do zorania ziemi i nie mogłem i wynająć, bo we
wsi pozostało zaledwie trzy pary wybrakowanych koni na przeszło
300 hektarów ziemi. Kupić koni nie mogłem w żaden sposób, bo,
z powodu że ich brakowało, były bardzo drogie, a ja nie miałem pie­
niędzy, więc trzeba było szukać innej rady.
W mieście Wieliczce stał oddział wojska z taborem, poszedłem
do komendanta o wypożyczenie mnie koni, które stały bezczynnie
i dowiedziałem się, że może wieś wypożyczyć cztery pary koni pod

614

Województwo Krakowskie

tym jednak warunkiem, że w tych czterech parach będzie zabrana
para ostrych ogierów. Ponieważ wszyscy obawiali się tych ogierów,
a bez nich nie mogliśmy dostać żadnego konia, zabrałem więc ja te
ogiery i przystąpiłem do uskutecznienia zasiewów jesiennych, co
jednak nie zdążyłem wykonać, bo za 14 dni otrzymaliśmy wezwa­
nie oddania koni, bo oddział wyciągał z Wieliczki. I tak konie m u­
sieliśmy oddać i pozostaliśmy bez koni, w taki czas bez nich nie
można się było obejść. Nie było innej rady, jak pożyczyć pieniędzy
i kupić konia chociaż jednego i tak też zrobiłem. Kupiłem najprzód
jednego a później drugiego od wojska wybrakowanego, odżywiłem
jakiś czas i do roli był dobry do pracy. Gdy już miałem ja znów
parę koni, musiałem zaorać i zasiać ziemię należącą do żon i matek,
których synowie, względnie mężowie byli na wojnie i nie miały włas­
nych sił do pracy. Na moją parę koni przypadło około 40 hektarów
ziemi, którą musiałem uprawić, bo nie wolno było leżeć ziemi odło­
giem. W prawdzie byłem za to wynagradzany, ale była to praca nad­
ludzka ponad siły. We własnej ziemi pracowała ponad siły żona
z córkami, a ja częściej musiałem pracować na czyjej niż na własnej.
W ojna przybierała coraz większe rozmiary i pozostawiała co­
raz gorsze skutki. Przyszła inwazja rosyjska, gdy arm ja ciągła pod
Kraków. Co nie zdołały zabrać wojska austrjackie, to ukradli i zni­
szczyli rosyjscy kozacy, którzy chociaż niedługo byli, jednak lud­
ności dali się dobrze we znaki. Im dłużej trwała wojna, tym ciężej
ją było znosić.
Magazyny żywnościowe stale się opróżniały i zaczynało grozić
widmo głodu. Rząd austrjacki na gwałt gromadził środki żywności
i środki na m aterjał wojenny. Rozpoczęły się te sławne rekwizycje,
zabierano ludzką pracę, ludzki dobytek za bezcen. Wydzielano cięż­
ko zapracowany kawałek chleba i krzywdzono niemiłosiernie, a naj­
więcej chłopa, bo ten nie umiał się bronić.
Kościoły odzierano z dzwonów i organów, aby budować z nich
narzędzia śmiercionośne i siać zniszczenie. Ludność choć oburzona
zachowywała się biernie, bo nie miała sił do oporu, gdyż w domu
byli tylko starcy, niewiasty i dzieci, to też broniła się tylko w ten
sposób, że przechowywała zboże i środki żywności w lasach lub za­
kopywała do ziemi, aby ukryć przed rekwizycją i mieć na własne
wyżywienie, które ograniczano kartkam i żywnościowęmi. Wydzie­
lano kawałek chleba, na który tak ciężko pracowano ze zdwojoną
siłą.

Pamiętniki chłopów

615

Opis ten, który zamieszczam jest zaledwie małą cząstką opowia­
dania z przeżycia w czasie wojny, aby dać chociaż częściowy obraz
życia na wsi w czasie wojny. Czas upływał powoli i smutno, wojna
była u schyłku. Co pewien czas otrzymywaliśmy listy od synów,
którzy byli, jeden w fabryce amunicji, drugi w niewoli rosyjskiej,
a trzeci na froncie włoskim, ale nie przynosiły pocieszającej wiado­
mości, każdy pisał o pomoc w środkach żywności, bo głód zaglądał
do wojska coraz więcej. Gazety nie wspominały o zakończeniu woj­
ny, a jednak coraz uporczywiej krążyły pogłoski o zakończeniu woj­
ny. Na wiosnę 1918 r. powrócił syn z niewoli rosyjskiej na mocy
wymiany jeńców pomiędzy Austrją a Rosją, a pod jesień tegoż sa­
mego roku nastąpił nareszcie tak długo oczekiwany koniec wojny,
a z niem wolność i niepodległość Polski, której tak dawno czekali
polacy.
W czasie wojny, chociaż tak ciężko pracowaliśmy i znosili nie­
jedne bolączki, jednakże zdołaliśmy odpłacić dług, a nawet złożyć
trochę oszczędności, to też czekaliśmy na powracających synów
z lepszym bytem dla nich niż pozostawili odchodząc na wojnę.
Po wojnie wróciło do domu tylko dwóch synów (bo trzeci po­
został w wojsku polskiem), lecz tak zmizerowanych, że potrzebowa­
li dłuższy czas odpoczynku, aby mogli powrócić do swych zajęć.
Po kilkunastu tygodniach zdołali synowie przyjść do siebie i zabrali
się każdy do swych zajęć. Najstarszy poszedł na posadę a młodszy
pozostał na roli pracować. Wszystko powracało na swoje tory i ży­
cie poczęło układać się pomyślnie. Rola dobrze była uprawiona, to
też wydawała plony obfite, które wystarczyły nietylko na wyżywie­
nie i odzianie, ale pozostawało jeszcze na sprzedaż, aby złożyć
oszczędności.
W tedy czułem się naprawdę szczęśliwy, gdy po całodziennej
pracy mogłem wieczorem usiąść w gronie rodziny do przeczytania
gazety, lub jakiej książki, na które teraz mogłem sobie pozwolić.
W tym czasie ukazały się w gazetach wiadomości, że w Wielkopolsce jest do nabycia szereg majątków większych i małych po niemcach i wzywano, aby polacy z terenów przeludnionych pospieszyli
do Wielkopolski i wykupili majątki, aby tu na zachodnim krańcu
rubieży polskich wzmocnić element Polsld.
Takie wezwania i tym podobne ukazywały się prawie codzien­
nie w gazetach, a wreszcie ukazało się wyjaśnienie posła Pu tka,
który objaśnił, że urząd osadniczy pozwala w pierwszym rzędzie
wykupić osady po niemcach polakom z Wielkopolski, ale jest dużo

616

Województwo Krakowskie

osad polskich do sprzedania, więc polacy z innych dzielnic mogą
i powinni wykupić te osady, aby jaknajwięcej osad było w rękach
polskich. Czytając te wezwania postanowiłem się naocznie przekokonać, ile w tern prawdy, więc pojechałem zwiedzić Wielkopolskę.
Przybywszy na miejsce przekonałem się, że w rzeczywistości niemcy
chętnie wyzbywali się swych osad i wyjeżdżali do Niemiec, a także
polacy tłumnie sprzedawali swe gospodarstwa, aby w ich miejsce
kupić od niemca lepsze i na korzystniejszych warunkach. Po zwie­
dzeniu i obejrzeniu kilku gospodarstw spodobało mi się ich urzą­
dzenie i wogóle całe ułożenie gospodarstw rolnych tak, że nabrałem
chęci do przesiedlenia się na zachód.
Powróciwszy do domu i po porozumieniu się z żoną zebrałem
oszczędności, któreśmy posiadali i pożyczyłem od rodziny mojej żony
pieniądze, jakie tylko posiadali tak, że zebrałem 20.000 marek i przy­
jechałem do Poznańskiego w celu kupna jakiego gospodarstwa.
Swojego gospodarstwa nie sprzedałem dlatego, aby go nie stracić
na wypadek, gdybym tutaj nie kupił. Po dłuższej wędrówce przy­
byłem do Inowrocławia, gdzie pewien pośrednik poradził mi kupno
gospodarstwa w Szymborzu pod Inowrocławiem i tam mnie zapro­
wadził. Oglądnąłem wszystko dokładnie i położenie gospodarstwa
spodobało mi się, chociaż w samym gospodarstwie nie było nic do
podobania. Ziemia była dobra, ale tak zaniedbana, że były tylko
chwasty. Inwentarz żywy słaby i mało, martwego prawie że żad­
nego, a w dodatku obdłużone wszystko do sumy 40.000 mk. W ła­
ścicielka gospodarstwa była wdowa m atka 13-stu dzieci. Do sprze­
daży dążyła całą siłą, bo nie miała innego wyjścia, zadłużona była
po uszy, a w dodatku dzieci nie chciały pracować w roli.
Zasiągnąwszy wiadomości od wierzycieli czy przyjmą spłatę
swej wierzytelności i po uzgodnieniu z niemi przystąpiłem do kupna
tej nieruchomości i kupiłem za cenę 200.000 mk., 20.000 mk. wpła­
ciłem zaraz i objąłem 32.500 długu hipotecznego, a resztę w wyso­
kości 147.500 mk. zobowiązałem się zapłacić w dniu 15 kwietnia
1920 r., bo kontrakt był spisany 11 marca 1920 r. Ze sprzedaży była
zadowolona i właścicielka i jej dzieci, które były dorosłe i miały
otrzymać część spadkową po ojcu.
Po kontrakcie pojechałem do rodzinnej wsi i sprzedałem posia­
dające tam osiem hektarów ziemi wraz z zabudowaniami i inwenta­
rzem za cenę przeszło 250.000 mk., i z rodziną przesiedliłem się do
Inowrocławia nie przeczuwając nic złego.

Pamiętniki chłopów

617

Po przybyciu na miejsce dowiaduję się ku wielkiemu zmartwie­
niu, że p. M., była właścicielka nieruchomości, które zostały mi
sprzedane, nie odda mi nieruchomości mimo że sprzedała i podpisała
kontrakt notarjalny, którego w arunki ściśle wypełniałem i pienią­
dze, które zobowiązałem się wypłacić, przywiozłem jeszcze czterna­
ście dni prędzej.
Przytem zaprojektowała p. M. abyśmy kontrakt rozwiązali.
Zgodziłem się na to pod warunkiem, że powróci mi owe 20.00 mk.,
które ode mnie pobrała na konto nieruchomości i że sporządzimy
notarjalny akt rozwiązania kontraktu. P. M. zgodziła się na to, lecz
kiedy przybyliśmy do notarjusza i zażądał zwrotu pieniędzy, p. M.
nie chciała oddać, bo już ich nie posiadała, bo zaraz po odbiorze
wydała na wiano córki. P. M. oświadczyła teraz, że się rozmyśliła
i nie będzie rozwiązywać kontraktu, tylko odda nieruchomości
w terminie obowiązanym, t. j. 30 kwietnia 1920 r. Wynająłem miesz­
kanie i poczekałem do tego terminu, gotówkę ulokowałem w Banku
Ludowym w Inowrocławiu. Gdy nadszedł dzień 30 kwietnia wezwa­
łem p. M. do oddania nieruchomości, M. przybyła do notarjusza
i oświadczyła, że nieruchomości odda dopiero po nadejściu zezwole­
nia na przewłaszczenie. Zaczekałem jeszcze i ten przeciąg czasu,
a gdy i po nadejściu zezwolenia na przewłaszczenie wzbraniała się
nieruchomości oddać, lub zwrócić pieniądze, notarjusz wytoczył
proces.
Teraz dopiero dowiedziałem się, że trafiłem na szatana w ko­
biecej postaci, który żerował na krzywdzie ludzkiej: ja byłem trze­
cim nabywcą z rzędu, z którego z człowieka dość zamożnego zrobiła
bankruta, a siebie pozostawiła bez dachu nad głową. Nie będę tutaj
opisywał procesu bo to każdy wie do czego prowadzi. Wspomnę
tylko tyle, że trwał przez siedem lat i przeszedł przez wszystkie in­
stancje sądu i przez apelacyjny i najwyższy po dwa razy. M. użyła
wszystkich środków i podstępów, aby pozbawić mnie prawa do nie­
ruchomości. Zniszczyła mnie do tego stopnia, że musiałem zarabiać
na utrzymanie swoje i żony w pobliskim folwarku i znosiliśmy biedę
najgorszą.
Gdy uzyskałem wyrok sądu apelacyjnego i przybyłem z komor­
nikiem sądowym w celu wykonania, M. uciekła z domu, a syn jej
wystąpił z kontraktem dzierżawy, że obecnie dzierżawi nierucho­
mości.
Ten właśnie podstęp był zgubą M., gdyż poszedłem do naczel­
nika sądu, opowiedziałem sprawę, że kontrakt dzierżawy jest umyśl-

m

618

Województwo Krakowskie

nie podrobiony na to, aby przeszkodzić wykonaniu wyroku. Naczel­
nik polecił mi wnieść wniosek i poprzeć go dowodami. Na wniosek
ten uchwalił sąd tymczasowy zarząd nad nieruchomościami, a tym­
czasowym zarządcą mianował mnie jako wierzyciela. Tym sposo­
bem wprowadził mnie komornik jako przymusowego zarządcę, a na
mieszkanie odstąpiła M. jedne ubikacje o długości 5 metrów i sze­
rokości 21/2 mt. i w tym mieszkaniu mieszkało nas sześć osób przez
blisko dwa lata, aż wreszcie zmiłował się Pan Bóg nad naszą krzyw­
dą i Sąd Najwyższy zatwierdził wyrok sądu apelacyjnego, na mocy
którego M. musiała oddać nieruchomości za zapłatą około 5.000 zł.
Ponieważ pieniądze, które posiadałem na zapłacenie nierucho­
mości, były włożone w Banku Ludowym i przez czas trwania pro­
cesu uległy dewaluacji, nie posiadałem więc nic teraz, bo wszystko
było bezwartościowe.
Gdy oddano mi zarząd przymusowy nad nieruchomościami,
w pierwszym rzędzie musiałem zaprowadzić ład w gospodarstwie
i dochód jego obrócić na remont, więc też nie mogłem złożyć go­
tówki i dlatego kiedy przyszło składać M. przysądzoną resztę ceny
kupna zdołałem zebrać zaledwie 1000 zł., a brakowało mi jeszcze
4000 zł. W kłopocie byłem nielada, lecz są jeszcze dobrzy ludzie na
świecie.
W pomoc przybył mi p. B. obywatel Inowrocławia, który pora­
dził mi, abym się starał o pożyczkę w Kasie Komunalnej. Gdy mu
powiedziałem, że nie mam znajomości i kto mnie będzie ręczył, ofiawał mi swoją pomoc i poręczył mnie. Za jego staraniem otrzyma­
łem w Kasie 2000 pożyczki wekslowej, było to w roku 1927, miałem
wTięc już 3.000 zł., lecz brakowało mi jeszcze 2000 zł. znalazłem jed­
nak pomoc u sąsiada p. J., który widział, że skrzywdzono mnie nie­
słusznie i pomógł mi abym się mógł podźwignąć. Pożyczył mi 2000
zł. bez procentu i tak zdołałem zebrać potrzebną ilość gotówki i zło­
żyłem na ręce komornika sądowego jako wykonawcy wyroku.
Gdy wypożyczyłem 4000 zł. miałem nadzieję, że im dalej po woj­
nie tern lepiej będzie i pomału oddam, jednak myliłem się bardzo.
Przedwojenna pożyczka do tej była wielką różnicą. Pierwsza była
długoterminowa i na niskim procencie, a druga krótkoterminowa
i na 15%. Okres trzechmiesięczny przeszedł bardzo prędko i na dal­
sze trzy miesiące potrzeba było zapłacić znów 75 zł. od 2000 zł. (bo
drugie 2000 zł. miałem bez procentu) tak, że o spłacie kapitału narazie mowy nie było. A przecież koniecznie potrzeba było coś obmyśleć, bo weksel mogłem tylko raz prolongować bez upłaty. Za

Pamiętniki chłopów

619

drugim razem musiałem coś upłacić, lecz nie kłopotałem się narazie,
bo był właśnie okres zimowy, więc po żniwach sprzedam zboża
i spłacę część weksla i opłacę procent. Za wymienione produkta
otrzymałem przeszło 300 zł. i postąpiłem jak zamierzałem. Więcej
zboża nie mogłem sprzedać na ten cel, bo pozostały do zapłacenia
podatki za drugie półrocze 1927 r. Gdy przychodził drugi okres za­
płaty miałem przygotowane pieniądze uzyskane z uprawy cykorji
i tak stopniowo spłaciłem 1000 zł., a na drugie 1000 zł. uzyskałem
prolongatę sześciomiesięczną, t. j. do następnych żniw, z których
znów zamierzałem postąpić tak samo, lecz zamiar musiałem zmie­
nić, bo musiałem te drugie 2000 zł., które pożyczyłem od sąsiada,
potrzeba było oddać, bo ten przystępował do budowy stodoły.
W kłopocie byłem nielada, narazie wystawiłem weksle w składzie
drzewa, gdzie brano budulec i ten sam sąsiad weksle poręczył i tym
sposobem zapłaciłem chwilowo drzewo, a później wystarałem się
0 pożyczkę prywatną gwarantowaną także wekslem, lecz na dłuż­
szy termin i zacząłem spłacać, a raczej walczyć ze.spłatą długu. Za­
ledwie zaspokoiłem jeden weksel, dostawałem zawiadomienie o spła­
cie drugiego. To znów musiałem opłacić koszta sądowe, których
od M. nie można było ściągnąć, gdyż nic nie posiadała.
Gdy jakoś temu zapobiegłem, znów przychodziły płatności po­
datków i znów spłata weksli na co potrzeba było odmawiać wszyst­
kiego sobie i rodzinie, aby nie zapaść gorzej w długi.
Taką walkę toczyłem do roku 1929 i zdążyłem spłacić 2000 zł.
1 opłacić wszystkie koszta sądowe i podatki i był już naprawdę czas
na mnie, aby odpocząć, więc oddałem gospodarstwo synowi, który
się ożenił i spłacił drugie 2000 zł.
Zaledwie to jednak uczynił, poczęli się zgłaszać kolejno wierzy­
ciele hipoteczni i żądać swoich należytości. Na domiar złego M.,
która koniecznie chciała nas zniszczyć, wytaczała nowe procesa niczem nieuzasadnione i chociaż je przegrywała, narażała nas na kosz­
ta, które za nią trzeba było płacić.
Z wierzycielami udało nam się ugodzić w ten sposób, że część
wierzytelności spłacono gotówką, a resztę wekslami. Pożyczki dłu­
goterminowej nie można było uzyskać, bo nie wszyscy wierzyciele
zgadzali się na odbiór swoich należytości.
Produkta rolne poczęły spadać coraz niżej, a podatki stopnio­
wo stale wzrastały. Wieś ubożała coraz bardziej i coraz więcej uwi­
doczniała się nędza, to też coraz częściej zaglądał na wieś komornik

620

Województwo Krakowskie

sądowy, egzekutor skarbowy, aby zabierać dobytek chłopa i sprze­
dawać go za bezcen.
To co zdołał chłop zaoszczędzić przez długie lata swej pracy
i miał największą radość z tego, niszczono teraz bez litości.
Teraz nie było już mowy o złożeniu oszczędności lub o spłacie
długu, bo pracowano tylko na procenta i na podatki.
Największą bolączką, która przyczyniła się do nędzy chłopskiej
to jest rozpiętość cen. Bo i dawniej płacono podatki i spłacano dłu­
gi, lecz ceny były dostosowane jedne do drugich, a dzisiaj jest brak
tej równowagi. Produkta rolne są dzisiaj tańsze, chociaż urodzaje są
mniejsze, bo rolnik nie jest w stanie kupić nawozów sztucznych,
które dawniej stosował w znacznej mierze.
Dzisiaj kosztuje kwintal pszenicy 16 do 17 zł. i można nabyć
za niego zaledwie 21/2 kw. węgla, a przed wojną kosztował kw. 10 zł.
i można było za to nabyć 10 kwintali węgla.
Tak samo ma się rzecz z solą, artykułem pierwszej potrzeby,
a nawet daleko gorzej, bo sól przed wojną kosztowała w przelicze­
niu na złote 16 zł. kwintal, t. j. 1V2 kw. pszenicy, a dzisiaj kosztuje
36 zł. t. j. 2V2 kw. pszenicy.
Nie inaczej jest z zapałkami, drzewem i cukrem, o którym nie­
długo chłop zapomni jak smakuje, bo już dzisiaj kupuje go zaledwie
na święta, gdyż nie stać go na to, aby go mógł używać codziennie.
Dzisiaj zaledwie dyszy chłop od biedy i żyje bez nadziei na lepsze
jutro.
Dawniej, gdy nadeszły żniwa chłop z radością spoglądał na swo­
ją pracę i liczył, ile będzie mógł z niej odłożyć. A dzisiaj spogląda
apatycznie, rozgoryczony z myślą że jeżeli nie dziś, to jutro zabie­
rze jego pracę komornik sądowy, lub egzekutor skarbowy.
Dawniej, gdy po pracy usiadł chłop do gazety lub do książki, to
po to, aby dowiedzieć się czegoś lub nauczyć, a dzisiaj jeżeli raz za
czas kupi gazetę lub częściej wypożyczy, to tylko poto, aby dowie­
dzieć się o nowych podatkach.
Najwyższy czas jest aby zajęto się losem chłopa, tej potęgi
o której słusznie powiedział Wyspiański, że chłop potęgą jest i ba­
sta, bo nie po to walczyli nasi synowie o wolność ojczyzny, aby ich
gnębiono i traktowano po macoszemu w wolnej ojczyźnie.
Dn. 27 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr. 44

Gospodarz czteromorgowy (z
ćwiercią) w pow. wadowickim

Urodziłem się 2 kwietnia roku 1901, we wsi S *** paraf ja Pobieda w powiecie Wadowickim.
Ojciec mój Tomasz, a m atka Katarzyna z Kucharczyków po­
siadali sześć morgów ziemi, dzieci nas mieli ośmioro, pięciu synów,
trzy córki. Dwuch synów zmarło w latach dziecięcych, a sześcioro
nas żyjących rodzice podzielili tą ziemią. Rodzice w czasie swojego
życia dokupili trzy morgi ziemi, więc do podziału było dziewięć
morgów. Grunt był w kilku kawałkach i dość oddalony od domu,
a do tego drogi były złe, co rodzicom sprawiało trudność w gospo­
darowaniu. Ojciec musiał chować konia, a nie było bardzo na czem,
bo czasem i dla nas brakło chleba.
O Boże, pamiętam z lat dziecinnych, jak my się chowali, m atka
placek to musiała chować przed nami, bo jak matka nie schowała,
to zawsze na podwieczorek brakło, każdy z nas palcami urwał ka­
wałek, a matka, Boże się pożal, jak sobie przypomnę, to mi łzy do
oczu idą, to się najwięcej ziemniakami odżywiała.
W naszej rodzinie gospodarka szła smutnie, jak zapamiętałem
jeszcze przed wojną ojciec mój miał długu koło 1000 reńskich, t. j.
2000 koron. Dług był zrobiony na kupno ziemi tośmy wszyscy pra­
cowali prawie na procent, dwie siostry najstarsze jeżdżały do Prus
na zarobek, starszy brat ode mnie chodził do kanału, co koło nas
zaczęli budować, a ja jeszcze do szkoły chodził, to musiałem w domu
wszystko robić z matką, a młodszy brat i siostra jeszcze nie chodzili
do szkoły i wszyscy dziś odczuwamy to wysilenie za młodych lat,
a jeszcze i ojciec czasem chodził na pańskie.
Nadmieniam, że ja będąc pospolitakiem miałem stawać do prze­
glądu wojskowego, dopiero mi kupiono pierwsze kalesony, a przed-

622

Województwo Krakowskie

tem chodziłem w jednych porciętach, a zimą pod spodek wdziewałem
połatane, nieraz pamiętam, jak dużo chodziłem, to mi tyłek obrobiły
i nieraz nawet robiły się rany, a skarpetki to pierwsze sobie sam ku­
piłem, jak szedłem w dwudziestym roku do wojska, a portki pierw­
sze kupiono mi, jak zacząłem chodzić do szkoły. Com miał radości,
to nie do opisania, jak mi kazali przymierzyć, tom wszystkie sąsiednie
domy pooblatywał, com się chciał pokazać że ja mam portki.
Nadchodzącemi świętami Bożego Narodzenia, albo Wielkiejnocy
nie mogłem się nigdy doczekać i nacieszyć, ale nie spowodu uroczy­
stości i wesołości, tylko, że m atka upiecze placków z serem i zakupi
mięsa, albo szynki. Za mojej pamięci, ale to już było z początkiem
wojny, był dość urodzaj, ojciec był wójtem, utuczył wieprza i zabito
go dla siebie, to tak chciwie jadłem, jak m atka ugotowała, tej świe­
żej słoniny, że chorowałem kilkanaście dni i ja ojcu zarzucałem, że
lepiej było sprzedać i mielibyśmy pieniądze.
I tak byłem na wszystko chciwy i cieszyłem się najmniej w arto­
ściową rzeczą. O pasek do portek, to długi czas ojca prosiłem, żeby
mi kupił, co tak mi się podobał i był mi potrzebny do tych portek,
aż ojciec się zgodził, że jak mię pan nauczyciel zapisze do szkoły,
to mi ojciec pasek kupi u żyda w sklepie.
I zaszliśmy do pana nauczyciela, a pan nauczyciel mówi ojcu żem
jeszcze za mały, a jest dość daleko chodzić, to mnie na przyszły rok
przyjmie, a ja w płacz, panie nauczycielu, tatuś mi nie kupią paska,
niech mnie pan zapisze, ja się będę dobrze uczył, ja potrafię chodzić
do szkoły. Pan nauczyciel zapytał się ojca, o co tu chodzi, ojciec mu
odpowiedział i niedość, że mię zapisał, ale na pasek i torbę dał, zaś
nie wiedziałem, co mam od radości robić. I tak chodziłem do szkoły
przez sześć lat i uczyłem się tak, że ledwo przechodziłem z roku na
rok. Ze szkolnych lat dużo pamiętam, ale nadmieniał nie będę, nad­
mienię tylko, jak nas uczono śpiewu razem ze starszymi, a uczono go
wieczorami. Pamiętam, jak nieraz drzymając dostałem smyczkiem
od p. kierownika, albo ks. katechety, przypominam sobie jak nauczy­
ciel na tem spólnem śpiewie zachęcał gospodarzy do założenia kółka
i założyli sklep kółka rolniczego i wybrano zarząd.
Ojciec mój był kasjerem, pamiętam jak ojciec chodził co wie­
czór liczyć dziennego przychodu w sklepie, ale to kółko, czyli ten
sklep trzymał się jako tako, dopóki był ten nauczyciel, jak nauczy­
ciela zmieniono na jego miejsce przyszedł inny i sklep kółka zhkwidowano, ale to była wina chłopów, bo ojciec nieraz w domu mówił,
ie żyd wszystkich chłopów bałamuci, że daje im na zachętne gorzałkę,

Pamiętniki chłopów

623

a późni ich bałamuci i tak się stało, że wkońcu mała garstka, prawie
zarząd należał do kółka, po rozwiązaniu i zlikwidowaniu sklepu
kółka żyd każdemu z chłopów mówił, że on dawno mówił, że się tu
sklep kółkowy nie utrzyma, bo to nie jest do tego okolica i tak się
chłopi dali zbałamucić, że nieraz przy wódce, jak ojciec mówił, to
bib brawo żydowi, a więcej do niego przywiązani, to jeszcze mu kury
na szabas nosili, a żyd im za to, takich, jak wy, to poszukać takich
porządnych ludzi, warto między wami żyć.
Wkońcu i ojca zaczął bałamucić i zwabiać do siebie. Ojciec
nieraz, jak był w dobrym humorze, to mówił, jak się poschodzib
wieczór do żyda i rozmawiają między sobą paląc papierosy, a nie
pijąc, to żyd przychodzi do nich, no, czego tak dziś smutno i przy­
nosi flaszkę z wódką i poczęstował gości na zachętę i nieraz mu się
ta szpekulacja opłaciła.
Skończyłem naukę szkolną, to jest sześć lat — dwie klasy szkoły
ludowej. Po ukończeniu szkoły, nie mając zajęcia prócz pasienia
krów i posługi koło domu postanowiłem sobie spisać wszystkie za­
jęcia ze szkolnych lat i tak stopniowo zapisywałem, ale jak podrosłem
byłem już parobczakiem zaniedbałem tego. Dopiero po skończonej
służbie wojskowej zanotowałem w krótkości, co zapamiętałem z tych
zaniedbanych lat i po dziś dzień nieco notuję, ale mi już trochę dzieci
poniszczyły, bo mieszkanie składa się z jednej izby i kuchni, to różne
książki i ważne papiery to aż na strychu chowam przed zniszcze­
niem przez dzieci, a zamykać nie można bo jest wilgoć. Nadmieniam,
że miałem wielką ochotę do grania w karty i często za to dostałem od
ojca po skórze. Raz w św. Szczepana przegrałem dwie korony
austrjackie, to ojciec mi tak wygarbował skórę, że trzy dni ze żalu
nic nie jadłem i od tego czasu długo nie grałem, aż nastała wojna
światowa. Ojciec mój był wójtem, ja roznosiłem listy po domacłi
co bstonosz przyniósł i dostawałem za doręczenie pieniądze i bardzo
się cieszyłem temi pieniędzmi, a najwięcej korzystałem na święta,
bo było najwięcej listów. Poczmistrzyni znając mnie, mówiła ojcu,
żebym ja mógł być listonoszem i ojciec złożył kaucję i mnie przyjęto
za listonosza do trzech gmin, i chodziłem cztery razy w tygodniu
w tym czasie, to wartało być listonoszem. Miałem pieniędzy dość,
tabaku papierosów, bo byłem palący, bo kobiety, które miały mężów
na wojnie, za doręczenia zaraz wiadomości wynagradzały pieniędzmi,
a najwięcej tabakiem, bo one potajemnie za produkty żywnościowe,
o wszystko się postarały. Za listonosza byłem 21l2 lata, ale w wol­
nych chwilach musiałem ciężko pracować, bo nie miał kto, ojciec

624

Województwo Krakowskie

całemi dniami był zajęty urzędowaniem, a eo się ojciec u trapił z jed­
nej strony od rządu, a z drugiej od ludzi, bo się wygrażali na ojca
za rekwirowanie, lub jakieś inne spraw}7. Był w tej wiosce złodziej
nazwiskiem Leśniak, to w początkach wojny to tylko z nim była
robota, wciąż żandarm erja urządzała obławy, żeby go złapać, to
jak go złapano, to zaś uciekł i zaś obławy nieraz kilkasetne, to jak
obsadzili las, to żandarmi chodzili koło lasu, a chłopom kazali do
lasu, aż nareszcie ojciec go dostawił do przeglądu i zameldował, że
to jest złodziej i odstawiono go do aresztu do Mirowa i tam zmarł.
Po ustąpieniu z poczty pracowałem już całą siłą w gospodarstwie
a ojciec wciąż był zajęty, brat starszy też już poszedł na wojnę, a ja
sam z jedną siostrą robiliśmy u siebie, jeszcze i drugim pomagaliśmy
i człowiek się napracował, to jeszcze musiał zboże chować po różnych
kryjówkach przed rekwizycją i spędziło się młode lata marnie. Je­
szcze nadmienię o kartach, zawsze miałem pociąg do grania, nieraz
przegrałem wszystkie pieniądze. Raz pamiętam zostałem ogolony
z grosza, że nie miałem spokoju cały dzień i myślałem skądby
wziąść na wieczór pieniędzy i umyśliłem, że wezmę ojcu z pularesa,
tak żeby nie wiedzieli, a jak po graniu to spowrotem włożę. Nie
wiem jakby się stało, jakbym był przegrał, ale na szczęście zostałem
przy swoich ojcu zaraz włożyłem. Nadszedł rok 1918 i 1919 było
już dla mnie dużo weseli. Należałem już do przeglądu, cieszyłem
się, że powstała ojczyzna, ruch panował ogromny, rabowano żydów,
nawet i bito, jak się opierał m ajątku oddać, ruch był i panowało
zadowolenie aż do roku 1920. W dwudziestym roku pobrano mnie
do wojska i służyłem do końca wojny i służyłem z zadowoleniem
i wróciłem szczęśliwie. Najpierw byłem pobrany do 12 pp. późni
skończyłem wyszkolenie sanitarne w Krakowie i jako sanitarjusz
dostałem się do szpitala wojskowego Włodzimierz Wołyński i pra­
cowałem na oddziałach chirurgicznych w różnych miejscowościach
dlatego, bo szpital się przenosił spowodu nawałów bolszewickich.
Po zwolnieniu z wojska pracowałem zaś przy rodzicach na roli
i szczyciłem się bardzo z tego, że to byłem na wojnie, że i ja dla uko­
chanej ojczyzny poświęcił trochę trudu.
Rok 1921 był dla mnie bardzo wesoły, mieszkałem u ojca, z wielkiem zadowoleniem schodziliśmy się wieczorami i rozmawialiśmy
o różnych przejściach i czułem się tak dobrze, jak nigdy, żeśmy od­
zyskali wolną ojczyznę, że się już skończyło to jarzmo niewoli, że
człowiek śmiało może oddychać i śmiało mówić swoim językiem nie
tak, jak pod zaborem jak się czyta w opisach i opowiadaniach starszych,

Pamiętniki chłopów

625

to zabraniali nietylko mowy, ale i modlitwy. I pracowałem przy
ojcu do roku 1922. W tym czasie zaszłości ważnych nie było, robotę
można było wszędzie dostać, ludzie wyjeżdżali do Francji masowo,
na Górnem Śląsku też robotę można było dostać, ale ja spowodu
służby wojskowej nie mogłem roboty zaczynać. W tym czasie było
też dużo wesel, że cały rok słychać było muzyki. To też w tym czasie
niczem innem się nie zajmowano, nawet nie było mowy, ani myśle­
nia o gospodarce, nikt w tym czasie nie namawiał do organizacji, nie
robiono przysposobienia rolniczego, nie zakładano jeszcze kółek rol­
niczych, kół młodzieży i różnych stowarzyszeń, dopiero zczasem
zaczęto ludzi fachowo uczyć i przeznaczać po powiatach, którzy po
dziś dzień pracują, różni instruktorzy i uczą uprawiać ziemię i kar­
mić trzodę i organizować się.
Zazdrość mię bierze i myślę nieraz, czemu ja nie jestem dzisiaj
młodzieńcem, kiedy tyle dobrego można się uczyć i korzystać, tyle
organizacji, tyle bibljotek i tyle instruktorów do wychowania mło­
dzieży i jeszcze różnych podręczników i prowadzenie konkursów,
a dawniej Boże się pożal, oprócz ojca, m atki po wyjściu ze szkoły
nikt do niczego nie zachęcił.
W roku 1922 zaś dostałem powołanie, żeby zgłosić się do prze­
glądu i oddali mię poraź drugi, przeznaczyli mię do 1 p. a. c. do
Modlina i w tym pułku służyłem dwa lata, połowę służby byłem
w baterji, a drugą połowę pracowałem w ambulatorjum jako sanitarjusz, manewry spędzałem w Rembertowie koło Warszawy, w dru­
gim roku zostałem bombardjerem i 1924 roku zostałem zwolniony
do cywila, to zwolnienie dało mi się we znaki, bo musiałem pieszo
iść do Jabłonny spowodu tajania lodów, tor kolejowy został uszko­
dzony. W wojsku też dużo skorzystałem, uczono trochę oświaty, za­
chęcano do czytania książek i różności.
Od roku 1924 byłem przy rodzicach, pomagałem im w gospo­
darstwie do roku 1927, w tym czasie trafiło mnie nieszczęście.
W 1925 roku ojciec mój dom stawiał nowy i przy rozbieraniu starego
spadła cegła z kumina, z wysokości siedmiu metrów i zraniło mi
nogę na pięcie z tyłu, tak że dziesięć miesięcy cierpiałem, a ojciec
był przez to poszkodowany, bom ja przy budowie nic nie pomagał,
różne jeszcze miałem w tym czasie przejścia, ale nie podaje, bo są
może zbyteczne. Po wyleczeniu nogi oprócz zajęcia u rodziców cho­
dziłem jeszcze do innych gospodarzy do pracy, czy to kosić, czy to
młócić, czy to z motyką, nie było wyboru, co się natrafiło, żebym dla
siebie mógł na odzież zapracować, bo ojciec sobie nie mógł wystar­
40. Pamiętniki chłopów.

626

Województwo Krakowskie

czyć na wszystko, bo i życia trochę przykupował, bo lata były nie­
urodzajne. I tak dożyłem do roku 1927 myśląc tylko o wyszukaniu
dla siebie towarzyszki życia i w roku 1927 ożeniłem się w sąsiedniej
wiosce i tam mieszkam, żona ma mieć od ojca dom drewniany
i trzy morgi ziemi, ale jeszcze jej ojciec mą wszystko w mocy, ale
jest to człowiek uczciwy i pracowity, bo na tych trzech morgach
ziemi wychował trzech synów i jedną córkę i do tego dwóch synów
wykształcił. Jeden ma ukończoną wyższą szkołę rolniczą w Czerni­
chowie, a najmłodszy ma w tym roku ukończone prawo, ale już
w tych latach ostatnich bardzo trudno przychodziło, bośmy w domu
musieli życie prowadzić bardzo liche, żeby jemu dać na ukończenie
szkół, ale dzięki Bogu już ukończył, a średni jest w domu i razem
jeszcze pracujemy, to znaczy on mnie pomaga pracować na roli
i w ogrodzie i próbuje założyć pasiekę. Ma już dwa ule i do tego
zajmuje się miejscowym kołem młodzieży wiejskiej, jest nawet w nim
prezesem. Ja zaś od swoich rodziców dostałem jeden mórg ziemi
i V4 morgi lasu, razem mamy 41/* morga. Grunt żony jest w jednem
kawałku koło domu, t. j. glina ciężka i podmokła. Mój grunt jest
oddalony o dwa km. Zaznaczam że jak tylko się ożeniłem, to teść
zaraz mi puścił całą tę jego gospodarkę, a on się zajmuje w ogródku
kwiatami, co go bardzo cieszą i bawieniem dzieci.
A teściową, której nawet nie znałem, już dawniej zmarła, wszy­
scy jeszcze dó dziś dnia opłakują, mówią jak ona się o nich starała,
sama sobie wszystkiego odmawiała, żeby tylko dzieciom życie za­
pewnić i umarła mając 45 lat na suchoty.
Dzieci mam czworo, dwóch synów i dwie córki, najstarszy liczy
5V2 lat, a najmłodsze pół roku, t. j. dwóch starszych synów, a córki
młodsze.
Po mojem związku małżeńskiem wziąłem się gorliwiej do pracy.
1928 roku założyliśmy Kółko Rolnicze, ja byłem tylko członkiem, ko­
rzystałem z różnych kursów rolniczych. Między innemi był kurs
trzydniowy o chowie bydła i świń, drugi kurs był o sadownictwie
i warzywnictwie, także i o chowie drobiu, t. j. kur, z których to kur­
sów odniosłem dużo korzyści. Zaraz w następnem roku kupiłem knu­
ra angielskiej rasy i dopuszczałem go do zwykłych macior, przyjąłem
także konkurs chowu świń na bekony i co roku miałem inne kon­
kursy, jak buraki, koński ząb, konkurs kur rasowych przez dwa
lata, 1930 roku zostałem wybrany sekretarzem kółka rolniczego
i w roku 1930 postanowiłem założyć sad na SU morga ziemi, i w tym
samym roku zakupiłem kilka drzewek owocowych samych jabłoni,

Pamiętniki chłopów

627

a w roku 1931 zakupiłem resztę, a część miałem swojego szczepienia
i dziś mój ogród składa się 60 drzewek owocowych t. j. 35 jabłoni,
20 landsberskich, 10 piękna z Boskoop, 1 pepina litewska, i 4 letnie
wczesne, 6 grusz, 3 Hrabina Paryża, 1 plebanka i dwie inne na suszenie,
9 wiśni i 10 śliwek, 30 krzaków agrestu i dzisiaj cieszę się bardzo
z tego sadku, a to wszystko dzięki naszem instruktorom rolniczym,
którzy nas do tego namawiają i pouczają. Ojciec mój przeżył 68 lat
i sam nie umiał szczepić drzewek i nas też nie nauczył, ile było drze­
wek, to same z dzików wyrosły, a dziś jakie piękne sady zakładają
i człowiek żyje zadowolony, choć brak groszy, ale za to umię chować
bydło, świnie, kury, króliki, umię szczepić drzewka i prowadzić
ich w górę i nieco rozumię w pasiece. Są także różne książki o wy­
chowaniu dzieci, z których też korzystam, prowadzę także rachunki
w gospodarstwie, do których to rachunków książki zakupuję.
Pracuje też w Kasie Stefczyka w Pobiednie t. j. w parafji, jako
kasjer już drugi rok, która była założona jeszcze przed wojną świa­
tową, a po wojnie była mało czynna, bo zarząd zaniedbywał obo­
wiązków. Dopiero w roku 1932 wybrano nowy zarząd i Spółdziel­
nię ożywiono i choć w kryzysie, ale się stopniowo rozwija. Po ode­
braniu pouczył mię ustępujący przełożony zarządu i pracowaliśmy
z nowym przełożonym zarządu. W jesieni zarząd wysłał mię na
kurs dwutygodniowy do Krakowa, z którego dość skorzystałem i pra­
ca w Spółdzielni idzie mi już łatwiej, ale się jeszcze czasami zasta­
nawiam nad sprawami trudniej szemi i staram się wszelkiemi sposo­
bami o jej rozwijanie i zaufanie. Należę także jako członek zarządu
do koła miejscowego popierania budowy szkół powszechnych.
I przy pomocy boskiej żyję z żoną, teściem, szwagrem i czworo
dzieci — z tego małego kawałka ziemi i cieszę się zdrowiem, i że żyję
na ojczystej ziemi i wolno jest mówić ojczystem językiem i wyzna­
wać swoją wiarę, co daj Boże, aby długie lata ziemia polska nie była
najeżdżana przez nieprzyjacieli, żeby dzieci nasze mogły się uczyć
po polsku i żeby ojczyznę swoją lepiej pokochały od nas.
Co do odżywiania teraz, to żyjemy chlebem, ziemniakami i nieco
jarzyny i grochu, do chleba używamy mleka, a na omastę masła, zaś
rzadko dokupujemy słoniny. Mieszkanie mamy niewygodne, bo jest
na nizinie. Dom składa się z jednej izby i kuchni, stajni i chlewów,
wszystko razem i jest nam bardzo niezdrowo, ale narazie niema fun­
duszu na przebudowę. Ubieramy się jak zwykle po wiejsku, ja mam
jedno ubranie półwełniane, to jest od święta za 60 złotych, a kupiłem
go jeszcze do ślubu i w nim chodzę do kościoła i na różne uroczysto­

628

Województwo Krakowskie

ści, a zwykle kupuję cajgu po trzy złote m etr i co się tyczy to cho­
dzę dopóki się tylko trzyma kupy, żona zaś chodzi w spódnicach i ka~
maszkach i odziewa się chustką, a na zimę, to kupiła sobie kożuszek,
a dzieci chłopcy m ają ubranka letnie, a dziewczynki sukienki, a na
zimę ciepłego nic nie m ają tylko pokupiłem im pantofle gumowe
i trzymamy ich więcej w domu, żeby się nie zaziębiły.
Co do sąsiadów, bo jest ich tylko najbliższych trzech i to jeszcze
pokrewieństwo, żyjemy jak w największej zgodzie. Nazywają się
Śliwy i mój teść też się nazywa Śliwa, tylko ci trzej są bogatsi czyli
zamożniejsi, ale są uczciwi. Jeszcze chciałem nadmienić z lat mło­
dych, ja będąc przy ojcu to dopóki się nie ożeniłem, to wszystkie
pieniądze, jakie gdzie zarobiłem, to oddawałem ojcu, a ojciec mi sam
kupował odzież i wyznaczał część na papierosy, a mając już zamiar
się żenić dowiedziałem się, że w rodzinie tej, gdzie ja się mam żenić
nikt nie pali papierosów, ja też pomyślałem, żeby dobrze było odu­
czyć się palić, żeby uniknąć kłótni ze żoną i oduczyłem się, zato
czuję, że mię żona lepiej kocha i szanuje i ja zaś za to, co nie palę
prędzej mogę na dobre cele jakiego grosza ofiarować. Bo na małej
gospodarce, to trzeba bardzo ściskać, żeby były pieniądze i żeby się
dostało na organizacje, ale można powiedzieć, jak kto chce, to na
dobre cele zawsze powinno się znaleźć, choćby się miało coś innego
odmówić.
Rolnikowi, jak się urodzi w polu i inwentarz jak się dobrze
chowa, to i w kryzysie da się wytrzymać. Ja będąc jeszcze u rodzi­
ców były trzy lata t. j. w 1925—1926—1927 więcej mokre i nieuro­
dzajne, to może 90 procent ludzi zaciągło pożyczki na dokupno żyw­
ności dla siebie, a dużo było takich, co inwentarz posprzedali, choć
im był potrzebny, mój ojciec to zrobił długu za te trzy lata 600 zło­
tych. A w latach normalnych to życia wystarczało. Teraz najwięcej
rozmyślam nad wychowaniem moich dzieci. Nie wiem, jak mi Bóg
pozwoli wychować i czy będę umiał.
Dn. 22 listopada 1933 i\

Pamiętnik Nr. 45

G o sp o d a r z d r o b n o r o ln y w p o w .
d ą b r o w s k im

Wieś moja rodzinna S *** leży nad Dunajcem w powiecie Dąbrowskiem koło Tarnowa, wojewóctwo Krakowskie. We wsi mie­
szkaj cy jest 750 to obsar grontu składo klaso grontu pierwsa klasa
i druga klasa i tszecia klasa, powodzenie we wsi moi rodzinnej było
bardzo dobze. Pszed paru laty choć były dwory należące do gminy
pod moje wioskę rodzinną. Potem te dwory były rozparcelowane
w roku 1910, a chłopy zakupili ten gront to z tego dworu, a mój
dziadek się urodzioł w roku 1810. Dziadek był bezrolny chodziuł na
zarobek i jeździuł na flis gdzie z> flisu chodził piechoto
i wstępował na Podole, gdzie poznał sie z ludźmi i ożeniuł sie w roku
1832, poślubiuł małżonkę swoje, a mój tata opowiadali jak pszychodzili do gospodarki. Najpszud postawili se chałupę z drzewa nieciesanego, pieca w izbie nie było, była tako nalepa na środku a po
jednej stronie stało bydło i drobiazg, a po drugi stało wyro, na którem wszyscy spali, cało famielijo. Pola mieli pięć morgów, ale jem
cięsko było wyżyć przez to ze nie umieli uprawiać grontów, tylko
rodziły się ciernie i zapyzone, bo nie mieli cem łorać tylko pługiem
drewnianem łorali, bo innego nie znali a za zbozem jeździli do Bochni,
Tarnowa, Wojnic, po tygodniu ich nie było zacem jako ćwierć zboza
zdobyli. Pieniodze mieli, bo zarobek się trafiuł to na flis to na rybołóstwie, bo się tern trudnili. Dzieci mieli, dwóch synów i dwie
córki a z nich byli tato najstarsi. Mój tata Wawżeniec najlepi sie
zachowywali w domu za to dostali dwa morgi ziemi i zabudowanie,
to jest stodoła i chałupa i kazali sie jemu łozenić i poślubili sobie
małżonkę z powiatu Bzeskiego i nie dostali m ajątku tylko spłatę
tszydzieści rejski, to był ich m ajątek po ojcu, a jak ich sprowadzili
zonę do swoigo domu dorabiali sie majątku, a mieli dzieci dziesie-

630

Województwo Krakowskie

cioro, a żyje nas pięcioro, tszech braci i dwie siostry. Gospodarka
składa sie z dziesiąci morgów pola. Ojciec żyli piędziesiąt dwa roki,
mama żyli piędziesiąt sześć lat, tata pomarli w roku 1911 i nie robi­
li żadnego rozpozontku i mama zostali i nie dzielili m ajątkiem i pszyslimy do równy cęści. Dostali my wszyscy po dwa morgi, ja jako
najmodsy wysedem z domu, brat średni został w zabudowaniu,
a dwie siostry i brat wyjechali do Ameryki i tam się obsiedlili i nie
myślo powrócić do Polski ukochany. Zapamiętałem jak mi mój tata
opowiadali, ze dawni była pajscyzna i chłopy i baby i dorosłe dzieci
chodzili na robotę i jak sie chto spóźnioł to go bili panowie okunomowie, jak tsza było iść piechoto do Krakowa, bo nie było pociągów,
jak służyli pszy wojsku, jako wielko mieli bidę, ze musieli chodzić
na pajscyzne, musieli wstawać do dnia i pszycynić dzieciom a sami
sie śpiesyć zęby nie dostoł batem. Przed schodem słońca musiol być
na polu jo se myślołem co to ta pajscyzna jest jak byłem jesce mały.
Jo urodziułem sie w roku 1900 to juz zapamiętołem to tata i mama
sie o wszystko starali i wyrobiali nici, pszędli na płótno i robili swoje
pościel, worki. Mój tata mi opowiadali ze była Polska tylko jo ro­
zebrali inne pajstwa i my tyz przyśli pod zabór austryacki, jo se
myślołem co to jest ta Polska wtencas byłem małem chłopcem, to
tata mie naucyli hymn narodowy, choć to było pod zaborem austryackiem, jesce polska nie zginęła, a jo se śpiwoł jak pasem krowy na
pastwisku i myślołem co to jest ta Polska, bo mi ni mioł chto wytłomacyć, tatym sie nie śmioł pytać, bo byłem jesce małem chłopcem.
Przed samo wojno niechtóre dwory parcelowały swoje gron ta, po­
brali grontów chłopy po pięć morgów i po dziesięć morgów i mama
moja wzieni pięć morgów i dali zadatek dziesięć rejskich a te pięć
morgów kostowały śtyry tysiące rejskich. Tsza było wypłocać, cięsko sie było postarać o parę rejski na robotę jednak było łacwi jak
teroz w dzisiejsych casach. Wybuchła wojna austryacko długów sie
nie wypłocało, zrobiuł sie zastój, cięsko było wypłacić, bo my byli
bardzo znisconi wojno bo zrobiuł moskal łopór nad Dunajcem. Trwała
wojna sześ miesięcy, budynki były styrane, spolone i rozebrane, lu­
dzie sie budowali. Każdy odcuł te wojnę światowo, popszychodzili
bracia, łojcowie bez nóg i bez rąk i ranni i chorzy na malaryjo i po
dzisiejsy cas cują tfe wojnę austryacko, a inni zażyli i polski wojny.
Jak sie nieroz poschodzo wiecór na pogawędkę i opowiadaj o swoje
troski, jak byli na frontach, jak uciekali pszed niepszyjocielem jaz
pszykro słuchać. Widzi sie zęby wnet zapłakoł nad temi bidokami,
jak ludzi biły kule i targały ciała, krew bryzgała bratersko, niewinnie

Pamiętniki chłopów

631

pszelana została a docekalimy Polski Demokratycnej, nie wiedziołem nawet co to jest ta Demokracyo, a co znacy wolnoś tom wiedzioł.
Pszysed wybór polskigo zaządu sejmu i senatu, chtóśta wiedzioł co
znacy sejm abo senat, pchali się do władzy ludzie chtórzy nawet nie
pszysłuzyli sie ty Polsce. Wybuchła znów drugo wojna z bolsze­
wikami, jest źle bo widziało sie ze Polskę załochnie bolszewik, cóz
zrobić, jak zaradzić, tsza wziąść chłopa do rządów, niech chłopy straco Polskę, bo wciąż nazykajo ze ślachta straciła Polskę i pszez ślachte
był rozbiór Polski, a chłop polski nie straciuł, ale wpojuł ducha pol­
skigo do chłopa i doł chłop chłopu prawo wolne i posanowanie, ale
chłopy nie umieli posanować chłopa i cudotwórcę polskigo opacne
se życie pamiętne roku 1923 i 4 zadobze sie nam powodziło, bo jak
sie spszedało gęś karmiono, tom se kupiuł kurtkę i copke krymsko,
mój somsiod mioł tyz tako same gęś kormiono to se kupiuł sieckarnio,
znowu inny gospodosz za dwurocne źrebice kupiuł se półtora morga
pola piersa klasa, gront doborowy, rozkos uniesła chłopów. Chłopy
godali piniędzy mową, bo tych marek było jaz pod dostatkiem, zboza
meter, pszenice lub żyta to iii możno było schłować do jedny kieseni, bo sie nie pomieściły. Rozkos uniesła chłopów, mojem zdaniem
i zasado, to nie rozkos uniesła chłopów, ono to co i kazdygo jednygo
waryjota, jakby byli chłopy mądzy toby nam źle nie było, bo m y
mieli dobrych wodzów i mądrych, byliby nos naprowadzili na dobro
drogę uczciwo, ale chłopy to zawsze zwrocali uwagę dzieciom swojem — mój dziadek i tata nie cytali gazy ty ani książek i wy dzieci
choć cytać nie będziecie to żyć będziecie, a wtencos cóz chłopy zro­
bili, jak juz w roku 1925 tszebaby parobka chować, urobioł gospodoza na swoje dobre i tłomiuł chłopa cały rok,, to mu obiecował
kiełbasę, to synke. Chłopom sie dobze powodziło, bo za prosie więkse
cy mniej se wzieno się dwieście, cy tzysta złotych, za meter żyta
kupiło sie buty, w dzisiejsych casach tszeba za nie zapłacić 40 złotych,
za meter pszenice można se było kupić ubranie, w dzisiejsych casach
za takie ubranie tszeba zapłacić sześdziesiąt złotych. Co sie mogło
w takiem niedługiem casie zrobić, podatki płaciwa tak jak my płacili,
wszystkie opłaty żądowe tszeba opłacić, bida na świecie bidnemu
cłowiekowi nieuświadomionemu, bo sie dobze powodziło chłopom,
nietsza było słuchać parobków bo parobek, jak źle nie zrobi, to dobze
nie myśli zrobić. Słuchali my chłopy tych parobków, a uni .»os
urobiali, przecież chlebodawca móg utszymać parobka krótko, bo
jak wydawoł parobek rozkazy gospodożowi, to go móg gospodosz
nie słuchać, jak sie parobkowi nie podobały rozkazy gospodaża, tsza

632

Województwo Krakowskie

było go usunąć i wziąś innygo coby był słuchał, ale my chłopy,
chtózy stanowimy przęsło siedemdziesiąt procent, to nos nie powinny
zwyciężyć zodne warstwy faraonów idyjotów. Jak rok 1926 chtóś
zrobiuł zamach na ząd, na chłopów, jak nie herodyni, cóz my docekali teroz chłopy, choć my niewszyscy winni temu, pszecie my nie
chcemy zęby sie w Polsce pszeloła bratersko krew, bo my so demo­
kratami, każdy obywatel polski mo wolne prawo a nie tortury ka­
tusze. Co sie stało od roku 1926 miołem sposobnoś być w Tarnowie
po pszewrocie majowem, widziołem jak socyaliści i z innych par tyj
nie wiem jak sie nazywają, bom nie jest zoden polityk, tylko zwykły
chłop na wsi, tom widzioł jak zrobili ze słomy W itosa i śli ulico
Krakosko. W tłumie gdzie jo stołem na tretołaże, ja stołem i koło
mnie stało dwóch policyjantów i dosło do mnie tszech opryszków
i bijo mnie i mówio mi, ty chamie marsz do pochodu, a jo wołom na
policy j anta, to policyj ant sie wykręciuł w drugo stronę i niebroniuł
mnie, a jo se myślę juz nadesed cas faraonów. Łobchodzi mnie wszy­
stko jak kazdygo jednygo powinno łobchodzić, dowiaduje sie ze dośli
do władzy ludzie przemoco, ze juz będzie dobze. Miołem sposobnoś
nieroz widzieć ulotki, na tych ulotkach namalowany chłop, niesie
worek piniędzy ze spszedoł meter ziarna, dało sie widzieć i okazało
sie wszystko ze to była baśnia. Chłop zaniesie worek ziarna i kupi
se na porę bielizny ankinu, a reśte co mioł wziąś za zboże to zabrali
handloże i kapitaliści i wywieźli zagranice i lokowali je w bankach
zagranicnych, bo te worki co były malowane z piniądzmi na ulotkach
lo chłopa, to je otszymuje jak nie żyd to jaki pułkownik, a jak nie
to kler. Pszysed rok 1927, chłopy godają, miało sie zmienić, miało
być wnet dobze, coroz gozy sie robi. Jo ta był jesce młody kawalirem,
godom coroz gozy sie robi, bo co trocha pszychodzi do mie policyjant
jak do jakiego bandyty i godo mi tameś gdziesi był na wiecu, który
sie odbył w Otfinowie. Dnia 17 maja pszyjechoł zastępca starosty
ałtem, łotfinowskie baby łopstąpiły to ałto i zaceny szczylać jojkami
na to ałto, a mnie podejżała policyjo ze jo to podbużał, jo nie
podbużuł, bo stołem daleko od ludzi, małom kogo znoł. Posterun­
kowy doniós do sądu, sąd mie ukoroł na sześ tygodni hareśtu wzamian na grzywnę sto piędziesiąt złotych. Miołem w tern roku śtyrnoście takich kar mniejsych i więksych, karali mie stale i policyjo
mie śledziła, cóz miołem zrobić. Ludzie mi radzili żebym sie łozeniuł,
tak zaconem swój ożynek w roku 1927 w listopadzie. Jak posedem na
pocis, nie do swoi parafiji sie zeniuł, to tamtejsy probosc niebardzo
mie znoł, za to więcy moje nazecono terminowo!, a mnie to popytoł

Pamiętniki chłopów

633

conieco i doł mi kartkę do mojego probosca, zem był na pocis u nie­
go. Pszysedem do swoigo probosca, un mi mówi zem sie spóźniuł,
jo go prose ze prosto ide od tamtygo księdza, ale un mi godo ze dzisioj
nie załatwi, ino jutro pszydzies przede msami, to załatwię z tobo.
Posedem w niedziele pszede msami i zastołem go jesce w kancelaryi
i prose go a un mówi, załatwię cie tylko złozys 50 złotych na despense,
ja mu godom ze inni sie zenio a na despense nie składaj o po 50 zło­
tych, ale un mi mówi ty musis złozyć, boś sie spóźniuł, jo go prose,
godom mu jakżem sie spóźniuł, jak mi ksiądz probosc godoł żebym
pszysed przede msami, tom pszysed, a un mi godo, ze wcora był
ostatni dzień na paciorników pszed adwętem, a jo mu mówię, pszecie jo był wcoraj, a un mi godo jo wcora casu ni mioł, bom mioł
gości, jo mu godom, zato ze ksiądz wcoraj mioł gości to jo muse
dać 50 złotych. Ksiądz mi godo żebyś był w związku Stanisława
Kostki tobyś nie zapłacił, bez dyspensybym cie załatwił, ja mu go­
dom ze ci, co so w stowarzyseniu, to so tacy sami jak i ja, a jo mu
godom ze jo piniędzy ni mom to nie dom. Ludzie mi dorodzali że­
bym jechoł do biskupa to nie zapłacę. Pojecliołem do biskupa Wałęgi w Tarnowie, biskup do mnie mówi nic ci nie poradzę moje
dziecko, musis zapłacić, jo go prose ze ni mam piniędzy zem jest
bidny, biskup mi mówi, nic nie poradzę tsza zapłacić, a jo wtencos
pomyślołem se w duchu ze Chrystus był demokrata to go ukszyzowali a jego zastępcy nie so demokratami, ale fałsywemi zdzircami
z bidnygo narodu, bom pozycuł se te 50 złotych, złozułem na te
dyspensę judosowsko. W ysły zapowiedzie, z końcem listopada 27
brołem ślub, cóz z tego tsza było opłacić metryke ślubu i iś do in­
nego probosca i zapłacić ślub, po ślubie i po weselu pomyślołem sobie
no, to juzem pszesed wszystkie ceremonije, to juz do kuńca tego roku
dosiedze u moi poślubiony. Nadesed rok 1928, mówię do swoi po­
ślubiony, ter oz zacniewa sie gospodazyć spoinie, ona mi godo, jakże
sie bedziewa gospodazyć, jak nie mowa chałupy swoi. Uradzili my
se oboje ze tszeba jako chałupę zadzierzawić. Jak my zadzirzawili
to na nowe zagospodazenie pozycyli my se sto piedziesiąt złotych
w kasie Stefcyka, jakiesi prosięta i porę gęsi i jakiesi nacynie, bo
mojo poślubiona dostała nawet liche wiano, to tsza było znowu
trochę kupić. Za tszy miesiące po ślubie pszychodzo mi juz skargi
za pobrane towary na ślub i wesele, nie było z cego odąć, bo nie było
zarobku, a tu tsza było płacić dzierżawne z domu i stodoły dwadzie­
ścia złotych i podatki, a z cego. Ni możno sie było dorobić, bo było
dwa morgi ziemi wszystki, myślołem ze mi tak dobze będzie jak sie

634

Województwo Krakowskie

łożenie, jak mi było w roku 1922 i 3 i 4 i 1925, temcasem sie zmieniło,
bo i egzekutozy co trochę zasechwestrujo to prosięta, to gęsi. Jo se
myślę jak spszedam som z wolny ręki, to więcy wezne, a jakby mi
przez licytacyjo spszedoł egzekutur, bo były sechwestrowane te pro­
sięta com se kupiuł na nowo gospodarkę po ślubie, śtyry razy zasechwestrowali. Roz były za dług com pobrał towar u żyda lo moi
poślubiony na wesele, drugi roz za podatek grontowy, tszeci roz za
podatek drogowy, cwarty roz znowu za kisieline. Jak pszysło do
spszedanio te prosięta i łoddołem co było najpilniejsego długu, to
ludzie zrobili na mnie doniesienie za to zem spszedoł zasechwestrowane prosięta i donieśli mie do sądu i jeden sędzio za jedne prosięta
zasądziuł mie śtyry razy, pirsy wyrok zostałem ukorany na śtyrnaście
dni areśtu wzamian na 50 złotych, drugi wyrok byłem osądzony na
8 dni wzamian za gzywne 35 złotych piędziesiąt grosy, trzeci wyrok
zostałem ukorany na 5 dni areśtu wzamian na gzywne 20 złotych,
a cwarty roz mie ukorał sędzia na dwa tygodnie areśtu. Jakby spsze­
doł za pirse kośta egzekutur, toby było wystarcyło na pszeprowadzenie licytacyje, a tak to jo se spszedoł sam i odołem se trochę długu,
a to co mie sędzia ukaroł tom na tern nie straciuł, bom za świnie
więcy piniędzy wzion jak zęby egzekutur spszedoł. Niesprawiedliwie
sądzo judyci herodyni niesprawiedliwi, to może pszyjdo tacy co będo
sprawiedliwie sądzić. W roku 1929 pszezyłem w położeniu cięskiem
bom straciuł dużo na iwentazu, cłowiek sie ni móg opłacić, trza było
cosi kuniecnie psychować zęby na te opłaty wystarcyło. Pozycułem
se w banku spółdzielcym powiatowem sto piędziesiąt złotych łodciągnyli mi na udzioł i procent kwartalny, zostało mi na cysto sto
siedemdziesiąt złotych i siedemdziesiąt grosy. Wzionem te piniędze
i posedem na jarm ark i kupiułem dwoje prosiąt za sto piętnaście zło­
tych dwa złote siedemdziesiąt pięć grosy zostało mi na takie drobne
zecy do domu mydła, soli, gasu, patycki i inne zecy, bo sie bez tego
nie obydzie w domu, ale prosiątka chowalimy i codziej ze dwadzie­
ścia razy sie do nich zaglądało i dawało sie jem to co i my jedli,
a późni dopiero gozy. Cłowiek sobie odjon od gęby a temu doł,
zęby jak najprędzy cosi przyrosło na te opłaty. Zesło tszy miesiące,
tsza było zapłacić procent, jakisi ratę do kasy, skąd wziąś to wziąś,
zapłacić tsza było. Robota pszy nasypywaniu wału była jak mógem
tom sie dostoł choć to tsza było tyz jakosi poetę dać i jesce nieroz,
bo be£ poety to sie nigdzie ni możno wyrusyć do roboty. Zaróbiołem
parę złotych pszy tern wale, dostołem wypłatę a znowu był przednó­
wek, jak posedem z temi piniądzmi do tego banku, jak zaconem pro­

Pamiętniki chłopów

635

sić tego derektora ze mu sam procent zapłacę, bo na ratę ni mam,
choć miołem, tsza było i scyganić, bo tsza było se i jako ćwierć kupić
ziarna na chlib, na życie i porę kilo łotrąb prosiętom łobsypać żarcie
i drobiu tyz cosi było i świniom, ażeby co pszychować. Docekalimy
nowy go poddali my świniom, bo sie je chowało pięć miesięcy, na jo­
nem fiire i wzionem na jarm ak i wzionem za nie sześdziesiąt złotych,
za to co my chodzili z kobito koło nich dopłocało sie do nich po jedynoście złotych. Jak te piniądze złapiułem do gaszci i dołozułem se
na ratę i procent trzydzieści siedem złotych i trza było cosi kupić
z przyodziwy i jakie buty ze zółtygo juchtu sobie, a kobicie skóry
na podszycie i kupiło sie biołygo ankinu na kosule na codziej, co jo
spszedoł to tanio com kupiuł, to drogo materyjo nic nie staniała.
Oj, pszysły casy na nos bidoków małych rolników, to casy faraonów
ze bidny chłop chtóry jest na bidzie i nędzy zamiast zęby sie ze swoi
procy za ten produkt opłacić, to sie jesce zadłuzo, bo zacem sie co
uchowo i zawiezie do miasta to tszeba łopłacić podatek od tego, jesce
i dobry, bo chtóry chce zapłacić podatek to musi gdzie pozycyć a podotek oddać bo sie sechwestruje i pszez publicno licytacyją sie spszedaje sie za bezcen. Chłop tego drugi nie kupi pszewaznie kupuj o
zydzi z chłopski procy cięsko wypracowany zarobiony robio interesa
i bogaco sie zydzi a chtóz temu winien ni możno wymyśleć, jedni
mówio ze ząd niedobry, to. znowu sie mówi ze dyktatura w Polsce
panuje, inni mówio ze tszeba konstytucje zmienić, mówio księża,
kszyco z ambony zęby sie modlić, a nie wątpić. Jedni sie modło,
drudzy pszeklinajo i mówio cy Boga nima i modło sie i wzdychaj o
na tako ksywde robionom bidnemu narodowi milcącemu. I wzdy­
cha sie do psesłych casów, chtóre sie dały widzieć i wykozystać małem
rolnikom, wtencos rolnik zacon stawać na nogi po ty strasny wojnie
i mówi choć sie wycierpiało cało wojnę, w obronie granic polskich
stanuł chłop. Dzisioj sie staje psed policyjo w sądach i wysiaduje
sie w hareśtach, pszeprowadzo sie rewizyje za ulotkami, za bronio
i łodbiro sie broń, a złodzieje uzbrojeni w rewurwery napadaj o na
chłopa i rabuj o łostatnie mienie i scylajo do chłopa,, a policyjo tego
nie widzi, nie robi zadnygo doniesienio do sądu. Jak do mnie psysła
policyjo za posukowaniem broni, zwywrocali w mieskaniu i na góze,
gdzie pszewalili plewy co były ułożone nawprost kumina, pod bo­
kiem, dosyć daleko, to posterunkowy wzion wideł żelaznych i sukoł
i pszewaluł plewy na kumin i słomę i nic nie znaloz. Pomściuł sie
o to i donius do posterunku i do sądu i o studnie co było psykrycie
ino ze starych descek, a un godo, kupić deske i zrobić nowe psykrycie

636

Województwo Krakowskie

na studnio i za wszystko zrobiuł doniesienie do sądu. O plewy do­
stałem 14 dni areśtu, a o studnio dostałem 3 dni areśtu. Mocny Boże,
robi sie na złoś chłopu i po tern wsystkiem donius posterunkowy
na mnie do sądu zem sie z niem nielegalno obchodziuł, wcale tego nie
było wypodku takigo, jakby mnie chto pociągnuł do pszysięgi, tobym
przysiąg nie roz ale sto razy. Takich zajś miołem dość w tern roku.
Rok 1930 pszezyłem i odcułem tyz niemało bidy, cięskich pszejś.
Pogodali my se z kobito mojo, ze jakim mioł majątek pszeprowadziułem na nie na jij własnoś, zęby mie juz nie siepali kostami skarbowemi, bo stale pszychodzili sechwestranty, to za podotek wojsko­
wy, zem nie słuzuł pszy wojsku, to za jakie doniesienie, byle tylko
płacić, a pszecie bidny cłowiek, ni miołem swojego domu, tsza było
zapłacić i dzirzawe i podotki grontowe, skądże sie cłowiek móg wziąś
i choćby swoje maszynę do piniędzy mioł i robiuł, toby nie wystarcyło
na takie. W tern casie nareście umyśleli my se z kobito ze se tszeba
jakosi chałupine wystawić no i sąsiedzi nam tak radzili ze we swójem
mieskaniu to sie predzy dorobi. Zaceni my budować, kupiułem dzewo
zmówiułem m ajstra, zaceni my robotę. Majster mi godo żebym sed
do wójta, zęby doł kąces do zakłodania przyciesi, posedem, mówiułem
mu o kącesie na budowę. W ójt jako sąsiad granicuł około mnie
i mówiuł ze nie pozwoli, ze tako ustawa wysła, musis sie usunąć pięt­
naście metrów od mojego i po drugi roz mówi, ze tako ustawa wysła,
żebym sie sunuł od jego granice. Plac na to nie pozwoluł, bo był
wąski, cóz miołem zrobić juz robota zacęto, udołem sie w prośbę do
wójta, w ójt mówi ze nie pozwoli bo tako ustawa wysła. Tak sie
budować muse, cóz z tego, nie stać mie było żebym kupiuł inny plac,
tsza było na tern stawiać. Doradziuł mi jeden, zęby iś do wydziału
powiatowego, może mi pozwolo albo wydadzo kąces na to. Nie po­
zwolili, udołem sie do posła K. zęby mi co w tern poradziuł, a un mi
nawet doś dobze doradziuł, idźcie do mojego brata, un jest zastępcą
wójta, un wam kącesyju da, choć wom wójt nie chce wydać i tak sie
stało. Chałupinem postawiuł jako móg, wójt i tak mi stół na przeskodzie, psychodziło mi z wydziału powiatowego zem postawiuł
niezgodnie ze sąsiedniemi granicami. Drugi roz mi nadesło z wojewóctwa, żebym rozwaluł ten budynek, bo nie jest postawiony pra­
womocnie, zamortwiałem sie, ze tszeba rozebrać w śtyrnastu dniach,
a jak nie to rozbiero na mój kost. W między tern casie wójt został
zawiesony z uzędowaniem, starostwo nadało kierownika gminy,
a temu wójtowi scęto dochodzenie, wykryło sie to wszystko najaw
i wójt spszedoł ten gront co był granico mojo i kupiuł go taki, co

Pamiętniki chłopów

637

przyjechoł z Francyji i mioł trochę piniędzy i un sie zgodziuł na te
granice, ze mój domek tak postawiony i dopiro sie skuńcyło. Cłowiek sie zadłużył na te chałupę i wszystkie dodatki i spszedoł pół
morga pola i to jesce było mało, bó mie skarżyli, sechwestrowali co
tylko było małem miołem ten rok. Na tern zakuj com cięskiem po­
łożeniu. Przejde sie na ten rok 1931 i 2 i 1933 w tych rokach byłem
sponiewirany przez policyjo, gdzie mie areśtowab i bili za to zem
powiedzioł, ze chłop powinien być podstawo państwa, bo chłop wy­
prowadzki! państwo z ciężarów na dobro drogę. Chłop powinien
być postawiony równo i równouprawniony, jak każdy obywatel pol­
ski, nie traktowany jak ten bandyta. Jak pszysło do mnie tszech po­
sterunkowych zabrali mnie do więzienio, gdziem przesiedzioł parę
dni, gdzie psy chodzili do mnie prawie codzień policyjant i tam ciągnuł protokuła ze mnie i tam sie znęcał na mnie, ani terminu nie
było o to, bo było niewinnie. I miołem doniesienie do sądu o psa,
ze w nocy chodzi bez kagajca. Donius mie posterunkowy siedem
razy doniesiono mie, zem uządziuł zabawy bez zezwolenia, jedynoście razy doniesiono mie, zem robiuł zebrania, dziewięć razy do­
niesiono mie, zem cytelnie spółne, pięć razy doniesiono mie, zem zorganizowoł tłum na strajk rolny, doniesiono mie, zem zorganizowoł
pochód na zjazd rolnicy, doniesiono mie zem zrobiuł pochód na zjazd
kół młodzieży wiejskiej. Donius mie posterunkowy, zem sie niele­
galnie zachowywał w kościele w casie nabozejstwa. Jesce takigo
wypodkum ni mioł w życiu swojem. Donius mie posterunkowy, zem
uządziuł pochód na wiec Wincentego W itosa i łorkiestry, doniesio­
nym został i ukorany, co po mojem obliceniu tych dni i tygodni wy­
chodzi dziewięć miesięcy i tszy dni w zamian za gzywnę. Po mojem
obliceniu tysiąc łosiemdziesiąt pięć złotych, gdziem nie jest w stanie
zapłacić, ino muse odsiedzieć, bo skąd wezne. Jak mie zyd zaskardzuł
za pobrane węgle, gdzie pszeprowadziuł juz sechwestracyj sechwestrant i wzion mi sieckarnio zasechwestrował, a ja mu nie doł wziąś
sieckarnie, pszyjecłioł drugi roz nie było mie w domu, pszyjechoł
egzekutor z policyjo po te sieckarnio. Moja kobita stanyła w obro­
nie, nie chciała dać sieckarnie, pobili kobitę posteronkowy ze sechwestrantem. Kobita była w ciąży, co po ćtyrech godzinach tego
zajścia porodziła bliźnięta nieżywe. Jak sie dowiedzieli o tern egzekutur i inni, to mówili ze dobze ze mom nieżywe, bo cobym z niemi
robiuł. A co mie choroba kostowała to nie wiedzieli, ino sie śmiać
umieli i ciesyć z moigo niescęścio. Potem doniusem do wyzszy wła­
dzy, bo kobita ciesko chorowała, nawet ni miołem zato terminów.

638

Województwo Krakowskie

Dozmogołem sie terminów, powiedzioł mi sędzia ze było prawnie
zrobione.
Napisołem te porę słów i zdołem swoje sprawozdanie ze swoigo
takigo młodygo zycio i z cieskigo połozenio, jakigo my docekali.
Kojce, nie bede sie dłuży rozwodziuł, boby jesce było doś tych drob­
nostek,. bo pszyjdzie cas co bedziewa se odgodować lepi. Na tem
skuj cułem.
Dn. 29 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr. 46

S y n g o s p o d a r z a m a ło r o ln e g o
w p o w . w a d o w i c k im o d t w a r z a
d z i e j e s w o j e j r o d z in y

Urodziłem się dnia 23/IX 1913 roku. Od szóstego roku życia
zacząłem uczęszczać do tutejszej szkoły powszechnej dwuklasowej,
którą ukończyłem z bardzo dobrymi postępami, o czem świadczą
świadectwa szkolne i pochwały nauczycieli. Po wystąpieniu ze szko­
ły prosiłem usilnie rodziców i nauczyciele przemawiali za mną, ażeby
mnie posłali do szkół wyższych. O tern jednak nie było mowy, rodzi­
ce moi gospodarujący na trzech morgach lichej ziemi, nie mogąc za­
spokoić potrzeb najkonieczniejszych, stanowczo oparli się temu, zaś
aby mi to wybić z głowy, oddano mnie na służbę, którą dostałem
u dziadka w Bohowicach. Tam spowodu złego odżywiania a nadzwy­
czajnego wysiłku ciężkiej na moje lata pracy, straciłem zdrowie, nad­
wyrężyłem przy rozmaitej pracy i dźwiganiu szyję, która zaczęła
puchnąć. Z taką wolowatą szyją przyszedłem do domu i prosiłem
rodziców aby mnie leczyli, gdyż wstyd mi było iść pomiędzy ludzi.
Z wielkim trudem zebrali się na kilka złotych i poszli ze mną do
drogerji w pobliskiem miasteczku, w której był lekarz bardzo mądry,
on to podał mi pierwsze lekarstwo, które bardzo dobrze poskutko­
wało, polecił on gdy się lekarstwo skończy, ażeby natychmiast za­
żądać nowego. Jednakże zanim pierwsze lekarstwo zużyłem zdrowie
znacznie się poprawiło i już zaniechaliśmy dalszej kuracji. Tymcza­
sem za dłuższy czas choroba zaczęła powracać, szyja spowrotem gru­
biała, a ja widząc położenie w jakiem się znajdują rodzice, nie śmia­
łem im o tern nawet powiedzieć, ukrywałem się przed nimi ze swoją
chorobą, stroniłem ze wstydu od ludzi, nie mogąc się pogodzić z tym
losem, który mnie tak ciężko dotknął. W nocy zamiast spać i od­
począć po całodziennej pracy, myślałem w jaki sposób mógłbym swe
zdrowie ratować, ale to było napróżno, nie pozostawało mi nic innego

640

Województwo Krakowskie

na ostatek tylko cichy płacz, który tłumić musiałem, aby mnie nikt
nie usłyszał. Po takich niewyspanych nocach wstawałem z czerwonemi od płaczu oczami niechętnie zabierając się do pracy., Nie uszło
to uwagi rodziców, przekonawszy się co powoduje taką rozpacz
u mnie, ujm ując sobie rzeczy najkonieczniejszych zebrali mały fun­
dusz i odesłali mnie do państwowego szpitala św. Łazarza w Krako­
wie, tam poddałem się bolesnej operacji, po której zdrowo przyje­
chałem do domu. Nie dawało mi to jednak spokoju, chciałem ko­
niecznie iść do jakiejś praktyki, jednakże postępowało to bardzo
trudno.
Rodzice którzy wpłacili do kasy szpitalnej blisko 100 złotych
ani słyszeć nie chcieli o ponownych kosztach, zabrałem się więc do
pracy chcąc nadrobić to co dla mnie rodzice stracili. Jednak na do­
bre mi to nie wyszło, po kilku miesiącach choroba zaczęła powtórnie
wracać i musiałem bezwarunkowo pracy ciężkiej zaprzestać.
Z wielkim wysiłkiem nareszcie otrzymałem punkt o którym
dawno marzyłem, oddano mnie do praktyki krawieckiej w dniu
1 sierpnia 1931 roku. Nie ukoiło to jednak całej mej nadziei, gdyż
jestem na wsi, gdzie niema szkoły przemysłowej do której całą du­
szą tęskniłem. Pogodziłem się jednak z tym losem, postanowiłem
samodzielnie zdobywać wszystko co będę mógł dla swej oświaty,
którą w szkole nabyć powinien i tak aby zaspokoić popędy mego
instynktu ażeby zaczerpnąć wiadomości z świata czytam książki,
rozmaite pisemka, w których dużo rzeczy pouczających się znajduje,
ażeby upamiętnić straszne myśli, które mnie tak męczą, biorę ołówek
i piszę przez co nie zapominam pisania, co się niejednemu memu ró­
wieśnikowi przydarzyło.
Istnieje u nas organizacja Koła Młodzieży, zaraz po wstąpieniu
do praktyki zapisałem się do niej jako członek i do dziś dnia w niej
pracuje, jest ona dla mnie drugą szkołą, w zimie czytamy książki,
piszemy i wygłaszamy referaty na zebraniach i wiele innych bardzo
pożytecznych rzeczy. Zaś wiosną i latem przeprowadzamy kon­
kursy rolnicze, w których można dużo wiedzy zaczerpnąć. Tej to
organizacji zawdzięczam, że mogę choć w części wyłonić z siebie
to co mi najciężej na sercu leżało, teraz przypadła mi najlepsza spo­
sobność, że mogę sobie ulżyć. Rodzice moi z powodu ciężkiego try­
bu życia jaki ostatnio przechodzili i teraz tembardziej przechodzą,
m ają tak ciężkie ręce, że pióra w rękach utrzymać nie mogą. W yrę­
czam ich z tego choć nie mam czasu, jednak chcę i ja dostarczyć
choć trochę m aterjału na ten drogi sercu memu pamiętnik, za co

Pamiętniki chłopów

641

tworzącym go do śmierci wdzięczny będę. Jako praktykant kra­
wiecki mam styczność bywać pomiędzy ludźmi rozmaitej sfery czy
z odstawioną robotą czy po pieniądze i t. p.
Bywając najwięcej pomiędzy biednym przygnębionym ludem,
patrząc na ich nędzę narzekania i gorzkie łzy, widząc obdarte i zmarz­
nięte, wzrokiem miłosiernie proszącym o kawałeczek chleba dzieci,
a nawet i staruszków, któremi z powodu braku czasu niema się kto
opiekować i podać im dawno krwawo odrobionej i ciężko zasłużonej
łyżki strawy, zapominam o swej doli, gdyż mi się zdaje, że oni jeszcze
gorzej mają, na ten widok serce we mnie bić przestawało, a krew
w żyłach to zamarzała, to znów szalonem tętnem rozsadzała żyły,
chcąc całą siłą wybuchnąć i stłumić wszystkich ciemiężycieli ludu
biednego.
Ale to tylko chwilowo, cóż pomoże jednemu człowiekowi głowić
się nad czyjąś nędzą, skoro sam się w niej znajduje, tak samo i ja
choć widzę w jakiej nędzy wkoło mnie moi rówieśnicy, biedne dziatki
i ludzie starsi toną, pomyślawszy, że i ja to przechodzę, wiem że
i nadal musimy to przetrwać dopóki nas z tern nie rozłączy najlepsza
pocieszycielka miłosierna śmierć.
Póki żyjemy najważniejszą potrzebą do życia jest pożywienie,
pożywienie to daje nam w największej części nasza kochana matka
ziemia. Nie daje go jednak sama! Jak się na roli pracować nie bę­
dzie to i na niej nic nie urośnie. Któż do tej pracy jest przeznaczony?
nikt inny tylko chłop! Pracuje on ażeby mieli wszyscy pożywienie
w całym kraju... I z a t o j e s t o d s f e r w y ż s z y c h
n a z w a n y „ c h a m e m ” !... Jest uważany za woła roboczego,
który musi na nich pracować! a gdyby tak zaglądnęli w co obfituje
ten szafarz pracy, który się najwięcej napracuje, a najwięcej głodem
i chłodem nahandluje, toby z pewnością zmienili zapatrywania i nie
zwaliby biednego chłopka chamem, gdyż jest on żywicielem całego
narodu.
Bo i przez co nas tak m ają nazywać? że nie mamy wykształ­
cenia wyższego, to w części nie nasza wina — bo gdyby się wszyscy
kształcili, to ktoby na chleb pracował? — chcąc się kształcić muszą
być pieniądze i pożądany czas! Zaś na wsi pomiędzy ludem biedniej­
szym o tern niema mowy. Dziecko, które ukończy dwuklasową szkołę
z czterema oddziałami, na tern zamyka na całe życie swe studja.
Po ukończeniu szkoły idzie na służbę do jakiegoś bogatego gospoda­
rza paść krowy, albo zostaje w domu, gdzie musi dobrze i ciężko
zaraz za młodu odrobić lichą strawę.
41. Pamiętniki chłopów.

642

Województwo Krakowskie

Czemuż na wsi ludzie biedniejsi są słabo rozwinięci i przeważnie
chorowici? Dlatego że od młodości nadwyrężają swoje siły, a źle się
odżywiają, najwięcej odżywiają się ziemniakami w dodatku zupełnie
jałowemi. O omaście do nich niema mowy.
W glądnąć pod strzechę ubogiego chłopka i przyglądnąć się jego
pracy, a porównać jakie ma pożywienie, zaraz się można przekonać
dlaczego on i jego dzieci tak mizernie wyglądają. Ażeby się dziecko
dobrze rozwinęło powinno mieć koniecznie opiekę i dobre pożywie­
nie. Tu zaś jest inaczej, dziecko na wsi ma bardzo mało opieki, bo
któż się nim ma opiekować, ojciec idzie do pracy, matka tak samo,
najczęściej dzieci pozostają pod opieką dziadków, którzy znękani
i sterani swem ciężkiem życiem sami dla siebie opieki wymagają.
A pożywienie?... Zaledwie dziecko cośkolwiek podrośnie, zaraz do­
staje to samo pożywienie co i starsi, „tylko mniej”, później gdy idzie
do szkoły dostaje rano na „pierwsze śniadanie” ziemniaki, które zo­
stały od wczorańszej wieczerzy, o ile krówka daje mleko, więc do­
stanie do kartofli trochę mleka, ale nie „dużo”, bo trzeba zanieść do
mleczarni, a jak nie to zbierać na śmietankę, z której się wyrobi
masło i trzeba go sprzedać, ażeby kupić soli, nafty, mydła, sody,
troszkę wapna piecyka obielić i t. d.
Dobrze jeżeli się krówka doi. Wiadomem jest przecież, że krowa
po zapłodnieniu przestaje wkrótce dawać mleko, wtenczas trzeba się
zupełnie bez mleka obchodzić, do czasu aż się krówka ocieli. Gdy
krowa mleka nie daje, wówczas i dziecko na śniadanie do kartofli
mleka nie dostanie, ale zjada je suche troszkę na blasze kuchennej
opieczone. Na obiad za to gdy przyjdzie ze szkoły dostanie ziemniaki
z żurem, nieraz zaprawionym burakiem, ćwikłą, lub grzybami, gdy
jest obiad na dwa dania drugiem daniem jest „zacierka”.
Jestem pewny, że nawet w mieścieby tej strawy skosztowali,
gdyby ją umieli sporządzić, nie chcąc być egoistą podam nawet spo­
sób sporządzenia tejże.
Otóż trzeba mieć do tej manipulacji garnek, wodę, mąkę, sól
i tak zwaną rogolkę, rogolka jest kawałek drzewa świerkowego lub
jodłowego urżniętego w koronie drzewa w ten sposób, żeby na dole
cztery do sześciu zębów, gdyby w mieście takich nie było proszę za­
żądać od nas pod moim adresem, z wielką radością wysłałbym bo
mam kilka na składzie. (Muszę zaznaczyć że bez, tego narzędzia
tej strawy ugotować nie podobna). Gdy już jest wszystko trzeba
włożyć garnek z wodą na ogień, jak woda zawrze wsypać do półtora
litra wody dwa i pół garści mąki i pół łyżki soli, potem włożyć rogolkę

Pamiętniki chłopów

643

i silnie mięszać, tak żeby nic mąki nie było w całej zawartości garnka,
gdy się dobrze gotuje wystarczy 10 minut, ażeby była ugotowana,
strawę taką najlepiej jest spożywać odrazu gorącą, dolewając do
niej mleka.
Zdradzając tajemnicę gotowania oderwałem się od przedstawie­
nia pożywienia własnego, przedstawiłem śniadanie i obiad, została
jeszcze kolacja. Nieraz m atka m artw i się co ugotuje na kolację,
rano ziemniaki, w południe ziemniaki cóż będzie na kolację, zagląda
do słomianej kobiałki, w której nieraz bywała mąka, nie znalazłszy
nic zabiera się z wielką rezygnacją do obierania ziemniaków i znów
na wieczerze ziemniaki. Taki sam jest drugi, trzeci i dziesiąty dzień,
podobny jeden do drugiego jak kropla jesiennego deszczu do kropli
jesiennego deszczu.
Teraz pod jesień jest u nas tradycyjny zwyczaj prażenia ziemnia­
ków na ogniu, który się pali na wolnym powietrzu. Do ziemniaków
takich daje się cebuli wzamian omasty przez co nabierają lepszego
smaku, lecz gdy śniegi spadną i to się zakończy, a wtenczas dla
zaoszczędzenia na przednówek jada się tylko dwa razy dziennie,
śniadanie przychodzi około godziny 11, obiad i kolacja gdy zmierzch
zapada. Niema więc nic dziwnego, że przy takiem odżywianiu starsi
nie mają siły do pracy, a dzieci chodzą z rozdętemi brzuszynami na
kabłąkowatych nogach z cienkiemi jak patyk rękami, jakże z ta­
kiego dziecka ma wyróść silny pracownik, któryby potrafił utrzy­
mać z pracy swych rąk ojca i matkę na starość? I być jako żoł­
nierz obrońcą swej ojczyzny, kiedy ono od samego zarania swego
życia jest przygnębione ciężkim nie do zniesienia losem, który to
los jest przeznaczony każdemu biednemu chłopu.
Dla lepszego poznania naszej sytuacji podaję w minimalnem
określeniu ważniejsze nasze zabiegi i ich wyniki.
Podaję na drugim miejscu swoją rodzinę, najprzód począwszy
od rodziny matki. Rodzice jej gospodarze na siedmiomorgowem
gruncie wychowali i wyposażyli ośmioro dzieci. Najstarszym z nich
był syn ich Jan i o kilka lat młodsza córka, to jest moja matka.
Kiedy dziadkowie szli do pola do pracy zostawiali Janka podając
m u pieczę nad resztą rodzeństwa. Miał on wtenczas lat siedem,
dziecko takie jest najbardziej skłonne do złego i najbardziej potrze­
buje opieki, co się później samo wykazało.
Pewnego razu gdy poszli do pola, a było to we żniwa, kiedy jest
pracy najwięcej, Jankowi, który został w domu, zechciało się po­
bawić zapałkami, wziąwszy pudełeczko zapałek poszedł ku stodole,

644

Województwo Krakowskie

która stała naprzeciwko i tam zapaliwszy zapałkę, która oparzyła
w palec, rzucił ją na słomę, której wszędzie było dosyć, z tego po­
wodu zapaliła się stodoła, dom i kilka sąsiednich zabudowań spło­
nęło doszczętnie pozbawiając dachu nad głową biednych pogorzel­
ców, którzy nie mieli nawet swych budynków ubezpieczonych od
ognia. Gdy się dziadek dowiedział, że to jego synek był sprawcą
pożaru w okropnej rozpaczy i złości byłby wnet zabił nieszczęśliwe­
go Janka, bijąc go niemiłosiernie, dopiero babka wyratowała go od
niechybnego kalectwa, zaś dziadek ciężko się rozchorował, gdyż
miał on od dawna chorobę zwaną rakiem, która go ciężko atakowała.
Podaję tu opowiadanie babci, która to najbardziej odczuła
i wszystkie smutki najlepiej pamięta, gdy tylko zacznie opowiadać
o tych chwilach, które tak boleśnie przeżyła... zaraz... łzy jej tam ują
mowę, a litość i współczucie zbiera choćby najtwardszej woli czło­
wieka.
O p o w i a d a

ona

Nie chce juz spominać co jo przeżyła wtencos, jak sie nom
chołpa spoliła, bo soma nawet sobie uwierzyć ni mogę, zęby cłowiek
tyle przecierpieć zdołoł. A jednak to było. Jak se przypomnę, jak
po tym łogniu kiedy sie mój dowiedzioł, ze Jonek stodołę podpolił*
złapił go z łokropnej złości i zabić chcioł, nie wiedziałam co robić,
dziecko wołało ratunku, wydarłam go z wielkom przemocom nie
patrząc na to, ze mi parę kijów na plecy spadło. Łociec co juz od
downa strasne bolenia miewoł, ludzie mówili ze mo raka, po tej
okropnej złości i rozpocaniu na dobre sie rozchorowoł, Jonek zaś.
długo ni mógł nic robić co go tak ręce i wszystkie kości po tern zbiciu
bolały. Wtencos całom mojom pomocom była moja najstarsa córka
Moryśka, miała łona wtencos niecałe sześć lot, a pomogała mi w roz­
maitej drobnej robocie i łopiekowała łojca w chorobie. Co jo cier­
piała i łona to samo cuła i choć malutko była, a juz ze mną smutki
podzilała, po tym łogniu jak my byli na kumorze u somsiadów, jak
nieroz ojca bolenie chyciło w nocy i z jękiem wołoł zmiłowanio boskigo, to łona zaroz mie budziła, ze tatuś płace musiałam wstawać
polić w piecu i plewy parzyć i okładać chorego, a ten tymcasem,
gryząc krawędzie łóżka, prosił na miłość boską zęby go dobić, zęby
juz wiencyj nie cirpioł. Takie nocy i nocy powtorzały sie więcyj jak
dwa miesiące, w dzień naharowoł sie cłowiek jak wół w jarzmie,
zaś w nocy na miejsce odpocynku trza było słuchać jęków i narzykania chorego. Z pocątku pomogoły plewy, ale potem nawet i to

Pamiętniki chłopów

645

nie pomogoło, dopiro jeden somsiod dorodził, zęby zazywać biołego
pieprzu po 10 ziorek na roz jak bolenie chyci, pomogło to z pocątku,
ale cem dalej to trza było wiencyj pieprzu zj odąć i tak ze na ostatku
mało było łyżka na roz, dodawalimy mu potem do pół łyżki pieprzu
łyzke soli i to mu dopiero lepiej pomogoło. Potem choć pozdrowioł
jednak nie było z niego pociechy do roboty, jak sie ino cośkolwiek
grubsej roboty chycił zaroz bolenie brało.
I tak przez porę lot biedowałam, Jonek podrós, pojechoł do
Saksów, a Moryśka na pańskie do roboty, nie potrafię tego juz teroz
łopowiedzieć, co jo sie nauganiała w chołpie, gdy mi tyk dwók
dziecek brakowało. Co jednak było robić, piniądzy trza było we
wszystkie strony, z grontu sie nic nie dało sprzedoć, bo straśnie
kiepsko w polu rosło, jak zasioł żyta, to go mało co urosło, ino soma
stokosa, zasodził zimioki, to „brot brota” nie zrodził, najlepiej sie jesce łowies corny uchowoł, z tego łowsa pieklimy placki, gotowali zacirke i to my najdłużej jedli, zimnioki to sie ta gotowało chyba na
jakieś święto. Do tego wszystkiego gniot nos dług, na same procenta
ni możno było przyrobić, z pola nic nie sprzedoł, z gowiedzi tyz nie
było pociechy, świń nie było cem chowoć bo zimioków dlo nos ino
na święto wystarcyło ledwo, a krowę zawse sie ino jedno doiło, bo
zawse tak wypodało jak sie jedna doiła to drugo była cielno, po tyj
jednyj krowie, musielimy nic mlika nie zjeść, chcąc uzbirać troche
masła i syra i jakie jo je, jak ta kura zniesła, trzeba było wsystko
sprzedoć zęby było na rote zopłacić. Dlo nos zostajoła maślonka
i serwotka joko nadgroda za chowonie krowy, zęby nie te piniądze,
co je zarobili Moryśka i Jonek musielibymy cheba nago chodzić, nie
proć, nie solić, a tak to łoni na to dawoli zarobione piniądze, ale
długu nie ubywało. Nareszcie trefiła sie okazy jo ze puscali do Ame­
ryki, skorzystała z tego Moryśka i pojechała, tam to łodrazu nalozła
robotę dobrze popłatnom, ale łokropnie cięzkom, robiła we fabryce
śpagatów, roz jak ji porwoło do maszyny łokieć i straśnie ji potłukło,
tak ze ni mogła miesionc nic robić. Jak pozdrowiała chyciła sie
znowu roboty, i przysłała mi 250 dularów, na oddonie długu. Odda­
limy dług i ubył nom z głowy najwięksy cięzor, a zaś młodsy od Moryśki Pietrek prosił jom, zęby mu przysłała z Ameryki sifkorte i piniendzy na drogę, a jak tom zajedzie i zarobi se i to oddo, przysłała
mu i pojechoł, bo wtencos nie było trudno, młodsego od Pietrka
Ludwika i Józka dalimy do terminu, Ludwika na siewca, a Józka na
krawca u majstrów w Krakowie, po skońceniu terminu Ludwik robił
buty w chołpie, zaś Józek robił jako celadnik u majstra. Potem wy-

646

Województwo Krakowskie

staroł sie o papiery i tyz wyjechoł do Ameryki. Jak wyjechoł zostałazem sama jak jeden palec w chołpie przy robocie z trojgiem
młodsych dziecek, najstarso z nich Rózia „świejć Boże nad jeji dusyckom”, mioło łosiemnoście lat i bela juz swockom, miała łona
okropnie dużo roboty, a chciała se przecie co zorobić, zęby sie ubroć,
bo my ji nic ni mogli dać na okrycie, pomogała mi łona co mogła,
ale była straśnie słabo i ni mogła długo robić dokładałazem sie soma,
ale niedługo stocyła mie cięsko choroba, Rózia napisoła do Ameryki
Moryśka przysłoła piniędzy prosąc mie w liście żebym się rotowoła,
ale choróbsko nie chcioło ustąpić, trzy miesiące leżałem jak trup.
Przyjechała Moryśka z Ameryki posłała po doktora i ten dopiejro
jak mi przepisoł leki tak mi pomogło, i pozdrowiałazem, ledwom sie
rusyła z łóżka za porę ty dni wojna, strasne słowa zobroli Jonka
Ludwika, co tyz moje serce macierzyńskie wycierpioło żebym chocioz
mojom kochanom Moryśke miała na pociechę przy sobie, ole onyj
juz ni miałam przy sobie, zoroz po przyj eździe z Ameryki wydała
sie za twojego tatusia z Zygodowic, ni mieli łoni ta weselo oni nic, ło­
na była tok dobro, ze nie chciała mi robić przykrości po chorobie; jak
ino dostała moje zezwolinie wzieni ślub i żyj o do dziś dnia scęśliwie.
Niedługo dostali my zawiadomienie, że Jaśka zobili na froncie w Gó­
rach Tyrolskich, na te wiadomość tak jak gdyby nóz do mnie wbił,
co jo sie nopłakała za nim nikt nie wi cheba Bóg w niebie. Mało
jesce tego, było tom wtencas w Bochowicoch dwóch dezenterów, któ­
rzy uciekoli przed wojskiem, przez dziń kryli sie w lesie zaś w nocy
kradli co mogli, zęby mieli co jeść, za kryjówkę na noc obrali se
nasą sopę, (dom babki jest przy samym lesie). W tyj sopie było
nakładzione słomy, a ze to było pod jesień więc sopa była pełno
słomy i oni se tam wysiadowali. Pewnego razu nawet pytała sie nos
somsiadka, cy świcomy w sopie, ze ona widuje, jak sie tam w każdą
noc świeci, nie dawalimy jednak na to pozoru. Nie trzeba było długo
cekać może na trzecią noc ktoś bije w okno, i woło policie sie, ledwo
my uciekli i bydło wygnali na pole, spoliła się chołpa po drugi roz,
a tys nie była sekurowana, tyle sceście ze została stodoła i zimniaki
w polu, to było przynajmi co jeś i w cem siedzić dopóki sie nie wysta­
wiło nowej chołpy, ledwo my chołpe postawili z jednego niesceścio
jesce nie dobrze wytchnęli, choć na nowo zostały nam długi na gło­
wie zaś nowe niescęście. Poślimy roz do kościoła do Spytkowic (pa­
raf ja do której należały Bohowice oddalone może o 15 kilometrów).
Zostawilimy w chołpie Rozie przy dwojga dzieciach, pięcioletnim
Franusiu i trzyletniej Stasi, kiedy Rózia doiła w połednie krowy

Pamiętniki chłopów

647

Fronuś wysed na pole uwidział kury, które kopoły na grządkach
bidne dziecko chciało zegnać kury, jednok jok się rozpędził prze­
wrócił sie tak niescęśliwie ze wybił se łoko, przychodzemy z ko­
ścioła, a tu wszyscy płacą, Fronuś z bólu a te ze strachu, patrzę a tu
łoko prześturchone jakimś po tykiem, zaroz zem chciała iś do dokto­
ra ratować dziecko, ale stary jak zacon pomstowoć ze wciąż bedzie
in o na długi robił łoporł sie temu i skońcyło sie na tern ze dziecko
oślepło na jedno oko i tok juz zostało to. Napłakało sie jo wtencos, ze jak se to wspomnę to skóra na mnie cirpnie co jo wycirpiała,
a tu znikąd zodnej pociechy, zodnego rotunku. Józek mało do chołpy
przyjezdzoł z Krokowa, potem pojechoł do Ameryki, w Ameryce
doś mu sie powiędło, robotę dostał, to mi ta cosem jakiego dulora
przysłoł; w porę lot potem wydali my zamąz Rozie do Spytkowic na
pięciumorgową gospodorke było łona straśnie sonobliwo oscędno,
ciesyłam sie z tego bom myślała ze Pan Bóg i pobłogosławił ze może
sie cego dorobi ze bedzie miała mnij kłopotu jok jo, jednak niedługo
inacyj sie stało, zaś Józek zorobił w Ameryce 1000 dulorów, przysłał
te piniądze do nos z prośbom zęby mu kupić trochę pola zato, zęby
miół coś na swoją własność, jednak zonim te pieniądze przysły u nos
wtencos były morki polskie, i wtencos straśnie traciły na wartości.
Na poecie wymienili mi te piniądze i zamiast dularów marki my
dostali, była tego tako kupa, ze było co brać, nawet strach było
trzymać tyła piniędzy w chołpie, zebymy byli zaroz kupowali pole
za te piniądze, byłoby może jakie 15 morgów pola za te piniądze,
ale my cekali, ze m arki może pójdo do góry, ludzie tak godali i do­
radzali. Tymcasem ony zamiost do góry coroz bordzij spodały na
dół. Doś ze my mieli jedno strapienie z temi piniądzami przysło ku
niemu jesce porę innych, zęby kompletnie nos utrącić. Zaroz może
o pięć kroków miszkoł koło nos gospodarz nazywoł sie Bronia, on
zawse był bardzo leniwy, nigdy mu sie nie chciało nic robić, a najbordzij komina wymiść ze sodzy no i prawie wtencos zapoliły mu
sie sodze w kuminie, strzecha było słomiana, za jena sie zaroz spoliła
mu sie chołpa, stodoła i wszystko co było przy nij blisko, spoliła
sie i nasa chołpa choć nie cołkiem bo ino dach sie spolił a to zostało,
było to pod jesień zimno było jak niescęście dysc loł sie na głowę
przez dziurawu powałę, a co było robić, trzeba było koniecznie zrobić
dach, wzieni my więc Józkowych piniędzy i pokryli chołpe, za te
wszystkie piniądze, które przysłoł z Ameryki wtencos nie kupiłby
więcy jak ze trzy morgi gruntu tak straśne piniądze spadały, cekolimy jesce całą zimę, ze może dulary, abo morki będą wortać więcy j.

648

Województwo Krakowskie

Ale nadarmo, przysła wiesna a morki coroz bardzij spodały, niescęście na niescęściu. W Zielone Świątki kiedy się poli sobótki wiecór
jakiś pastyz cisnoł polącą sie sobotke ku stodole Rózinej w Spytko,
stodoła i chołpa spoliły sie na nic, co ona-sie nopłakoła, zdawało sie ze
sie. skońcy, uradzili my dopiro zęby ji pozycyć Józkowych piniędzy
i tak my zrobili, zonim jednok pozamowioli, pozwozili wszystko, piniądze tak spadły, ze ledwo dachówki i drzewa za te piniądze kupili,
wystawili chołpe, ale teroz trzebo było wszystko wykońcać, lepić, bilić, ubijoć, nie było za co nająć do tyj roboty, więc robili sami, robili
i robili ze ani casu nie było zjeś i cóz im z tego przysło, Rózia zoziebiła sie okropnie i zochorowała, nie było nikogo zęby ktoś pomóg,
poratowoł... jo ta casem jakżem sie ta wyrwała z chołpy, tom tam
posła pociesyła jo trochę, doradziła, ale to nic nie pomogoło, choroba
nie ustępowała chorowała biedno trzy tydnie, na ostatku przyplątoł
sie tyfus i w czwartym tydniu strasnyj choroby umorła... moje najdrogse dziecko i tak jo staro została, a moje dzieci święto ziemia
pochłonęła. Zięć wdowiec zostoł z dwiema sierotami nie mógł sobie
som poradzić, musioł sie powtórnie żenić, ożenił sie ale długu mioł
co niemiara, zacon nad tern przemyślowoć jakby to oddać. Pojechoł
na Śląsk do fabryki żeloznej, najon sie do najcięszej roboty, zęby
jak najprędzej zarobić, straśnie sie tam musioł nadzwigoć, oberwał
sie na śmierć, ale to jesce mało, roz wywrócił mu sie wózek co na nim
wiózł rude do pieca i tak go przywaliło, ze mu pognietło piersi, taki
potłucony przyj echoł do chołpy w nadziei ze jak wyzdrowieje to zno­
wu pojedzie, przyj echoł ta jak we wtorek a na drugi tydzień w piątek
wybierał sie doś zdrowy do roboty na Śląsk, jak sie ubroł jakoś sie
mu słabo zrobiło, położył sie na łóżku za chwile dzieci posły ku niemu,
a tu tatuś nieżywy, umorł nagle i niespodziewanie. Dług zostoł nie­
spłacony i dzieci sierotkami, takie to życie na tym świecie, ludzie sie
zabijają za majątkami, a to wszystko nikcymność.

Tak zazwyczoj kończy babcia swe opowiadania, ale z stokroć
większem żalem i szczerością, których ja tu nie załączam, bo bra­
kłoby papieru na wszystko. Teraz ciągnę dalej. W krótce po śmierci
cioci rozchorował się ciężko dziadek i umarł. Napisali te wszystkie
smutne wiadomości do wujka Józefa do Ameryki, załączyli również
i to co się stało z pieniądzmi, które przysłał na zakupno gruntu. Opo­
wiadał mi wujek, że kiedy ten list dostał i przeczytał, nie chciało mu
się już żyć na świecie, bolał on nad stratą ojca, siostry i ciężko zapra­
cowanego grosza. Pogodził się jednak z tern wszystkiem i zabrał się

Pamiętniki chłopów

649

napowrót do pracy, zarobiwszy trochę grosza, przyjechał do rodzin­
nej wsi, kupił sobie siedem morgów ziemi, ożenił się i gospodarzy na
tem szczęśliwie, zaś Piotr pozostał w Ameryce, Ludwik i Franek
robią buty i m ają już swoje ogniska rodzinne. Najmłodsza z nich
Stanisława pozostała na ojcowiźnie, a ustępujących spłaciła pięniądzmi. Najstarsza zaś z nich, to jest m oja mama gospodaruje w Zygodowicach. Ojciec mój pochodzi ze wsi Zygodowic i tu zamieszkuje,
pochodzi on z bardzo ubogiej rodziny. Rodzice jego mieli tylko nie­
całą morgę ziemi wraz z zabudowaniem i z tego się utrzymywali.
Ojciec mój miał dwóch braci i dwie siostry, które to spłacił i usu­
nęły mu sie zupełnie z jego realności. Jak oni się utrzymywali i ży­
wili na niecałej mordze gruntu? Na jednej mordze siedmioro ludzi
nie potrafiłoby się wyżywić, to też arendowali od pobliskiego obszar­
nika kawałek ziemi, który uprawiali i plony z niego zbierali za poniższem wynagrodzeniem, że musieli 30 dni odrabiać na pańskiem,
albo dać dwa korce zboża z morgi gruntu rocznie. Nadobitek dosta­
wali jeszcze ziemię najgorszą w jakiś pagórkach, tam gdzie jemu się
nie chciało uprawiać, no ale co było robić, nie było innego wyjścia,
musieli się więc z tem zgodzić, tak robili i obrabiali, aż nareszcie
najstarszy brat ojca Franciszek ożenił się i poszedł z domu, potem
ożenił się drugi brat Wawrzyniec i też poszedł z domu, zostały tylko
dwie siostry i mój ojciec, o rękę tych dwóch sióstr, starało się kilku
wdowców nawet dosyć bogatych, ale one ślubowały Bogu panieńską
czystość i nie chciały zamąż wyjść. Musiał się więc ojciec żenić. Oże­
nił się w Bohowicach i za pieniądze, które miała moja mama zaro­
bione w Ameryce, kupili sobie dwie i pół morgi ziemi od owego ob­
szarnika, zaś siostry dostały spłat w kwocie po 100 reńskich i usu­
nęły się z ojcowizny, a ojciec zaczął gospodarować, karczował i rów­
nał zakupiony grunt ale oderwała go od tego wojna, na wojnie byli
oni przez trzy roki. Kiedy powrócili już nie zastali przy życiu swych
rodziców, bo ci już pomarli, chata się pochyliła, stodoła waliła, do
piwnicy złodzieje chodzili i wszystko chcąc uzupełnić trzeba było
pieniędzy, a tu skąd ich wziąść, zgodzili się więc tłuc kamienie do
konserwacji gościńców. Jest to płatna nienajgorzej, ale strasznie
krwawa praca. Jednak chcąc ratować swą gospodarkę, dokładali
się^ile starczyło, żeby coś zarobić i dom pomału wybudować, tłukli
więc kamienie od świtu do zmroku przez całą wiosnę i lato, kilka lat.
Od jednego m etra kamienia tłuczonego płacił wydział drogowy 2.50
gr. na to kamienia trzeba było tłuc cały dzień od godziny 4 rano do
godziny 8 wieczór w lecie. I tak w jednym roku za zarobione pie­
niądze kupili drzewo na budulec, w drugim dachówkę, w trzecim

Województwo Krakowskie

650

rozmaite dodatki i zaczynali robotę. Ojciec dalej pracował na go­
ścińcu, zaś cieślowie w miejscu starego postawili nowy domek, jed­
nak według starej metody i bardzo niepraktycznie, podam tu nawet
plan nowego domu w porównaniu skali 1 do 100 to znaczy 1 m. X
1 cm /)..
Jest on niepraktyczny dla nas temu, że jest kuchenka za ciasna,
a izba niepotrzebnie większa, w niej siada się chyba w lecie bo w zi­
mie jest w niej zimno, a palić nie ma w niej za co... i wiele, wiele
w niej brakuje, ażeby stanęła na poziomie budowli praktycznych,
cóż robić jaka jest to jest, ledwo dom wybudowali jakgdyby na złość
zwaliła się stodoła, też trzeba ją było budować, przyjechał wujek
Józef z Ameryki, pożyczyli się od niego pieniędzy stodołę wybudowa­
li, jednak zrobili dług; chcąc długi oddać jak mogli zabierali się do
gospodarki i do pracy, “ojciec tłukł nadal kamienie na gościńcu
zaś mama z nami pilnowała gospodarki, ja pasałem krowy od szó­
stego roku życia, nosiłem ojcu obiady, zaś m atka hodowała krówkę,
z mleka robiła ma^na masło i sery i sprzedawała je w pobliskim mia­
steczku Wadowice. Były wtenczas bardzo drogie świnie, mama ho­
dowała prośną maciorę i bardzo sie cieszyła, że jak się oprosi prosięta
się wychowają, to będą mieli z nich trochę pieniądzy na oddanie
długu, stało się inaczej, maciora zachorowała i musieli ją zabić, skoń­
czyła się radość smutkiem, zamiast pieniędzy mieliśmy trochę mięsa
z chorej maciory, które i tak na samą myśl o nieszczęściu w gębę
leźć nie chciało. Co było robić, taki dopust Boży i już. Nie koniec
na tern, pod koniec lata, w połowie jesieni pasą się krowy najwięcej
liśćmi z kapusty i karpieli, jest to bardzo szkodliwe dawać w więk­
szej ilości, pewnego razu dałem troszkę więcej paszy naszej krówce,
ona zjadła to wszystko na noc, na drugi dzień krowai zachorowała,
wyleczyć się nie dało i w dwa tygodnie później trzeba było ją zabić,
zostaliśmy bez mleka i omasty, mama tak płakała, że zdawało się że
nigdy nie przestanie, nie pomogło to nic, za zarobione pieniądze ojciec
kupił krowę i dług zapłacił, pracował na to cały rok. Po*spłacie długu
ojciec nadal tłukł kamienie, za te pieniądze posprawiali co mogli
w domu, szczęście że była taka praca, choć ciężka, ale dało się coś
zrobić i najpotrzebniejsze dziury załatać, była to cała podpórka fi­
nansowa, gdyż z małej gospodarki sprzedać niem a! niema co! Po­
datek zapłaci i jeszcze musi na przednówku kupić jeść, bo mu bra­
knie, jedynem środkem pomocniczem dla gospodarza małorolnego
jest zarobek i tego pragniemy, bo chcemy żyć, gdy się roboty nie ru ­
*)

W

r ę k o p is ie

podany

p la n

dom u

(r y su n ek ).

Pamiętniki chłopów

651

szą pójdą wszyscy małorolni na Amen, bo nie mamy żadnych środ­
ków do życia. Teraz właśnie ta praca się przerwała i nadaremnie jej
wyczekujemy. Ojciec mój choć liczy już 45 lat i jest tak wyczer­
pany tą ciężką pracą, że na nogach ustać nie może, oczy m ają zepsute
od prochu kamieni na gościńcu, do tego stopnia że patrzą przez
okulary i jeszcze nie mogą dobrze zobaczyć co się przed nimi dzieje.
Jednak żyją nadzieją, że przyjdzie ten czas co był przedtem, że je­
szcze może będziemy mogli trochę odetchnąć na tym łez padole.
W zimę kiedy śniegi opadną i robota się skończy na polu koło
gospodarstwa, schodzą się biedni chłopkowie i opowiadają sobie
rozmaite nowiny, a każdy żyje nadzieją i mówi, że na wiosnę już le­
piej będzie, jest to dla nich niby gazeta, która ich nic nie kosztuje,
a której i takby nie przeczytali, bo nie umią. Inaczej jest u bogatych,
sprowadzają sobie rozmaite książki rolnicze, prenumerują gazety,
uczą się w zimie z książek, ażeby to na wiosnę wypraktykować i ule­
pszyć. Każdy jednak żyje nadzieją, że będzie lepiej i tą samą myślą
uprzyjemniamy sobie twardą naszą dolę, która może złagodnieje na­
reszcie.
O dałby Bóg, ażebyśmy doczekali tego świtu szczęścia, jakim
jest zarobek, któryby nas wyratował z tego ucisku nędzy, której
wysłowić nie zdołam, bo gdy zacznę tylko myśleć nad tern, zaraz
wszystko naraz chce mi głowę rozsadzić. Gdybym tak był już po
egzaminie ze świadectwem w ręku, radości mojej nie byłoby granic.
— Jednakże — daleko do tego; kochany ojczuś nie tłucze już ka­
mieni, w chatce rodzinnej smutek i żal, a grosza dawno brak, rodzi­
na nie pomoże, bo także nielepiej wygląda i ze wszystkich stron
zagląda i wciska się nędza nieubłagana. I tak choćby człowiek naj­
lepiej pilnował i dokładał wszelkich starań umysłowo, jak nie ma
poparcia finansowego, to na nic i to właśnie jest dla mnie zabijające.
Straszny los mnie gnębi, czuję i wierzę w to święcie, że już niedługo
tego. Przeczuwam, że nie dopnę tego celu do którego od lat dziecin­
nych dążę. Lecz teraz kiedy przy tern stoliku siedzę i myśli moje
straszną ze sobą spędzają walkę, odpędzam tern wspomnieniem, że
umierać trzeba, a czem wcześniej, to lepiej, bo skończy się prędzej
borykanie z tym strasznym losem i choć już wkrótce kości moje
mogiłka przykryje, ostatnią moją pociechą jest teraz dla mnie, że
przedtem mogę usłużyć Wysokiemu Instytutowi posłaniem mego
mamie, ale szczerze od serca wykonanego, wyłonionego z pomiędzy
tysiąca innych dolegliwości P a m i ę t n i k a .
Dn. 26 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr. 47

G o s p o d a r z m a ło r o ln y
g o r li c k i m

w

pow .

Los mojego życia był dla mnie twardy od dzieciństwa aż do lat
dzisiejszych. Moi rodzice też twardo i ciężko przeżyli na biedzie
krótkie swoje życie. Nie odziedziczyli oni nic po swych ojcach, jeno
żmudną pracą dorobili się, że nabyli dwa i pół morga lichego i mo­
krego gruntu i jaki taki dom wystawili. Ale los życia moich rodzi­
ców był twardy i jednakowo usposobiony do ojca i matki, że w jeden
dzień musieli się pożegnać z tern światem i dziećmi, aby spocząć
w jednej mogile (r. 1905). Zostało nas dwóch braci liczących po dwa
lata. Mnie zabrała jedna ciotka, a brata druga, i u mej ciotki, która
była wdową i na jej barkach spoczywała jej gospodarka składająca
się z trzech morgów i jednej kro winy, przyszło mi przeżyć młode
lata aż do pełnoletności. Razem ze mną zabrała ciotka i połowę
gruntu, jaki został po ojcach, drugą połowę druga ciotka, która za­
opiekowała się bratem, a że była zamężna to też wujek został dla nas
opiekunem. Raczej powiedzieć opiekunem domu jaki pozostał i brać
z lokatornego pieniądze, tak że gdy byliśmy z bratem pełnoletni, dom
jako że był drewniany i kryty strzechą zniszczał kompletnie. Jako
że moja ciotka była wdową i wdową niebogatą, więc trzeba było bie­
do wać na równi z nią i jej dziećmi, których miała dwoje Bronkę i Jó­
zka. Bronka wtedy miała lat osiem, a Józek sześć lat, czworo star­
szych było w Ameryce. Pieniędzy nie miała, a urodzaje były liche,
tak że krowina była naszą karmicielką. Chleb był niecodziennym
przysmakiem, a konfitury stanowiły rzepa i karpiele suszone, /ziem­
niaków już koło Bożego Narodzenia brakowało. Jednakowoż kogo
Pan Bóg stworzył, to go nie umorzył. Ja też gdy miałem pięć lat już
pasałem k r owinę w długiej koszulinie, a ciotka z Bronką i Józkiem
wykonywały cięższe roboty rolne, z wiosną rąbali razem we trójkę

Pamiętniki chłopów

653

twarde skiby pod ziemniaki, w lecie około żniwa, a jesienią znowu
trzeba było ziemniaki kopać i drzewo na zimę, a o to było naj trudniej, bo jak ciotka mówiła, że było drogie i podatki zapłacić, że jajka
i mleko sprzedane przez całe lato nie mogły wystarczyć na to wszy­
stko. O smaku jajka można było się dowiedzieć tylko na Wielkanoc.
Za dwa lata gdy liczyłem lat siedem ciotka wypisała Józka ze szkoły,
który ukończył prawie czwartą klasę powszechną, aby mnie zapisać.
Dobrze że Józek szanował książki to i ty Grzesiu będziesz miał na
czem się uczyć, mówiła nieraz ciotka do mnie, ale i ja też bałem się
szkoły okrutnie, bo mnie zawsze nią straszono. Ale gdy przyszedł
1 września, trzeba było iść do „stracha,\ Tu w szkole jednak było
inaczej, nie bito, ale uczono rozpoznawać kreski i laski, bo tak mi się
wydawały litery w pierwszej klasie, ale gdy nauczyłem się pisać i czy­
tać cieszyła mnie szkoła bardzo. Gdy byłem w klasie 3-ciej, Józek
syn ciotki wyjechał do Borysławia, gdzie go sprowadził jego starszy
kolega, i odtąd zaczęła się lepsza dola w domu mej ciotki. I ja też gdy
miałem przystąpić do spowiedzi poraź pierwszy, otrzymałem od Jóska z Borysławia, nowe ubranko cajgowe i buciki, a ciotka mówiła*
że jak się dobrze będę uczył, to mnie pośle do gimnazjum, a moja część
zostanie dla Józka. W czwartej klasie poznałem nieco świat głębiej
i że jestem polakiem i zamieszkuję w rodzinnej polskiej ziemi. Tu w
tej klasie staruszek nauczyciel opowiadał nam o Polsce, i jej rozbio­
rach, i ó jej znakomitych synach, o Mickiewiczu, który jak mówił nam
uczniom, że modlił się do Boga o „Wojnę Ludów”, o Sienkiewiczu,
Konopnickiej i wielu innych. Ale „W ojna Ludów” nie dała na siebie
czekać, bo już jak nam wiadomo było toczyła się na Wschodnich Kre­
sach z Rosją i po dwumiesięcznym pobycie w klasie czwartej zawitała
do naszej wioski z odgłosem arm at i karabinów. Trzeba było się roz­
stać z szkołą raz na zawsze. W ojska có jakiś czas były odmienne, to
austrjacy, to rosjanie, aż wreszcie obsadzili się w naszej wiosce austrjacy, a w przylegającym miasteczku moskale, pobyt stały był przez
cztery miesiące, który dla mnie młodego miał fatalne skutki. Byli to
żołnierze jakby z wieży Babel, każdy mówił innym językiem, jednak
w pijaństwie i rozpuście się dobrze rozumieli, tak że jako jedenasto­
letni chłopiec (w roku 1915) nauczyłem się palić papierosy a to pod
naciskiem żołnierzy. Ciotka nie miała siły aby temu przeszkodzić,
a Józek prosto z Borysławia pojechał do Legjonu. W tym to czasie
wpadł granat do domu mej ciotki, a los chciał że trafił w torbę z memi
książkami szkolnemi i zniszczył doszczętnie. Słowa drukowanego
prócz książeczki do modlenia nie zostało w domu. Za jakiś czas zbu­

654

Województwo Krakowskie

rzono szkołę. Nie trzeba mi jej, bo mam więcej czasu wolnego, pomy­
ślałem sobie. I tak się stało, do szkoły już nie poszedłem, gdy wojska
odeszły i nauka się odbywała w jednym z niewiele zostałych domów
po inwazji, mimo nakazów szkoły i prośbów mej ciotki, czytać i pisać
umię, to co mi po szkole powiedziałem ostro i nie poszedłem. Dla­
czego ? Bo w szkole nie wolno palić papierosów, a tych nie brakowało
po odeszłych żołnierzach. Lata gnały pędem rok po roku, wojna sza­
lała na dalekich frontach, a swawola i zdziczenie na mych rówieśni­
kach rosły jak grzyby po deszczu, i ja też nie byłem lepszy. Zapo­
mniałem co mię uczono w szkole o dobrem życiu, a czytanie i pisanie
wylatywało z głowy. Ale nietylko umysł ucierpiał na skutkach woj­
ny ale i żołądek, jedzono ziemniaki i placki ziemniaczane, i tak wo­
koło Macieju było aż do roku 1918, liczyłem wtedy lat piętnaście,
wojna się skończyła a zaczęto mówić, że Polska nastaje, ale ja z tego
mało rozumiałem. Coś mi się przypominało ze szkoły, ale mało.
W tym to czasie zaczęto odbudowywać pobliskie miasteczko, i ja po­
raź pierwszy poszedłem do roboty, wiele nie zarobiłem, bo już prawie
nic nie w artały korony austrjackie, ale na papierosy zawsze. Ciotka
co mogła to jeść dała. Po roku pracy przy murarzach poszedłem do
roboty do rafinerji nafty, jaka była w odległości od naszej wioski
o milę drogi. Tu po roku już mej pracy, która nie była lepiej płatna
(za dwa tygodnie mej pracy nie można było kupić juchtowych bu­
tów), byłem już innym człowiekiem, a to dzięki moim kolegom
fabrycznym, tego co wojna i pobyt z wojskiem jako dzieciak nie na­
uczyła, douczyli oni. Niema Boga, jest wódka i zabawy, aby użyć
póki się żyje, głosili codziennie, i ja też stałem się podobnym do nich.
Nauka jaką mi dawała ciotka, gdy byłem dzieckiem, nauka jaką ode­
brałem w szkole poszły w las. Widać, że brakło mi szkoły poza
szkołą. I w podobnych warunkach i okolicznościach pracowałem
jeszcze dwa lata (rok 1922), gdy ja liczyłem lat 19, powrócił Józek,
syn ciotki z niewoli rosyjskiej, który zaczął karcić moje życie i po­
stępowanie. Nie dość, że nie dajesz nic pieniędzy do domu, mówił
nieraz, to i sam ich nie masz, a zarobione marki zostawiasz po nocach
w szynku u Abramka, ale niewiele z tego sobie robiłem, a życie szło
po dawnemu. I znowu upłynął rok, a było to w m aju 1923 r., w dwu­
dziestym roku życia, pamiętny to dzień dla mnie był, w tym to czasie
na miejsce odeszłego na emeryturę nauczyciela i kierownika szkoły
zawitał nowy i młody człowiek, a ten zaraz na wstępie swej pracy
nauczycielskiej zwołał prawie całą młodzież wiejską z naszej wioski
do szkoły, aby utworzyć Koło Młodzieży. Na tern pierwszem zebra­

Pamiętniki chłopów

655

niu mówił o życiu chłopa i robotnika i o życiu młodzieży, czy to w in­
nych wioskach czy krajach, i że zapominamy uczyć się poza szkołą
i idziemy luzem ku przepaści. I że w tym Kole Młodzieży, jakie za­
mierza założyć, chce aby członkowie się skupili razem, wspólnie
czytając kształcili się umysłowo. Przyjęliśmy jego słowa szyderczo,
ale się tern nie zraził, mówił dalej żeby my tylko spróbowali. Trudno
mu było złączyć do tej pracy młodzież, którą wychowała wojna, ale
mając coś ujmującego i przyciągającego w sobie zdołał przychylić na
swoje i większa część zebranych zapisała się i ja z niemi. Nastało
w naszej wiosce dwa obozy, obóz „wiarusów” i Koło Młodzieży.
Z obozu wiarusów nazywano nas „pankami”. Na przyszłą niedzielę
znowu było zebranie Koła Młodzieży, na którym jej organizator za­
proponował aby członkowie, którzyby chcieli uczyć się czytać i pisać,
przychodzili do niego dwa razy w tygodniu, a będzie jej udzielał
bezpłatnie. Do szkoły chodzić z tabliczkami? Jak dzieci? Było to
coś śmiesznem, pozornie zgodziliśmy się. Po zebraniu wypożyczał
książki, mnie dostała się książka p. t. Robinson Kruzoe. Gdy mi ją
dawał pan kierownik powiedział mi te słowa: każdy człowiek jest
Robinsonem Kruzoe, tylko niekazdy jak on umie sobie dawać w ży­
ciu radę. Czytałem pomału, gdyż to była pierwsza książka, jaką
miałem w swych rękach od czasów szkolnych, to też i czytać za­
pomniałem, ale treść zapamiętałem. Po przeczytaniu myślę sobie,
coby ja zrobił gdybym był na tern miejscu? Postanowiłem uczyć się,
tak że w środę byłem na pierwszej lekcji a w sobotę na drugiej. Ży­
cie moje stawało się inne i więcej wartościowe, poznawałem na nowo
tajemnicze litery pisma i druku. Ale nauka za pół roku się skoń­
czyła, bo musieliśmy ustąpić drugim, którzy także chcieli się uczyć.
Co najważniejsze tośmy umieli, to jest lepiej czytać i pisać. A co
jeszcze żeśmy u widzieli teraz swoje lata spędzone w młodości, spę­
dzone na baciarstwie i pijaństwie, i to żeśmy dołożyli cegiełkę do
domu murowanego, jaki w tym czasie stawiał Abraham Pencak,
właściciel sklepu i wyszynku w naszej wiosce, im dalej to czytałem
więcej i coraz to więcej wartościowe książki. Nie była mi już obca
Trylogja Sienkiewicza ani Mickiewicza „Pan Tadeusz”, nie zarabia­
łem więcej w rafinerji jak przedtem, ale mi więcej zostawało, tak że
w niedługim czasie byłem przyzwoicie ubrany i Trylogję i wiele in­
nych książek miałem zakupione na własność w swej bibljotece. Ale
z każdym dniem stawałem się starszym i zacząłem myśleć o samo­
dzielnym życiu, ciotka już chyba dosyć ci jeść dała, i już czas żyć
samodzielnie, a tembardziej zmuszała mnie inna okoliczność, a mia­

656

Województwo Krakowskie

nowicie opuszczony i zniszczony przez lokatorów dom pozostały po
rodzicach, którym zarządzał wujek, u którego był mój brat. A tenże
wyjechawszy na W ołyń zabierając z sobą mojego brata, zostawił
swego pełnomocnika, a ten jeszcze mniej dbał o nasz dom i połowę
gruntu, jaki przypadał na mojego brata. Przyszła moja pełnoletność,
ale i obowiązek służby wojskowej, ale nie zostałem pobrany do woj­
ska ani przy pierwszym poborze, ani przy ostatnim, tak że gdy byłem
wolny od wojska, liczący lat 23 (1926 r.) postanowiłem żenić się.
(B rat w tym czasie odbywał służbę wojskową zabrany z Wołynia,
gdzie przebywał z wujkiem). Po porozumieniu się z bratem udałem
się do zarządzającego naszym domem, że jako pełnoletni i po okaza­
niu zgody mego brata, odbieram brata część gruntu i dom, a ten rad
nierad musiał się zgodzić. O swoim zamiarze pomówiłem przedtem
ż ciotką, że jestem zmuszony żenić się, aby uratować od upadku
zniszczony dom rodzinny. Smutno się zrobiło ciotce, której więcej
zrobiłem złego niż dobrego, a mimo to lubiała mnie bardzo. Ale
zrozumiawszy o co mi idzie, odpowiedziała mi na to, dobrze, wkiedy
tak chcesz zrobić, musisz sobie poszukać dobrej żony i gospodyni
i żeby miała coś pieniędzy, abyś mógł spłacić brata. To wszystko
ja nie dostanę, bo sam jestem ubogi, cóż mam ja za m ajątek? Mórg
i ćwierć i pół domu chylącego się do upadku. Zacząłem rozmawiać
z ciotką to o tej, to o owej, ale ciotce żadna się nie nadawała. Więc
niema dla mnie chyba żadnej, mówię do ciotki, a ciotka mi mówi,
że jest. Która pytam się? A no ta Basia po Wojciechu Czyżyku
i sierota bez ojca i m atki i jest przy wydanej starszej siostrze, a na­
leży jej się pół morga gruntu i 200 złotych. Znałem ją dobrze i wie­
działem, że jest bardzo pracowitą dziewczyną. W kilka dni później
ciotka poszła do domu mej przyszłej żony, aby zapytać się siostry
Basi i jej samej coby odpowiedziały o moim zamiarze. Gdy siostra
Basi usłyszała o co rzecz idzie, odpowiedziała hardo, o, nic z tego
nie będzie, i wasz wychowanek nie dla mej siostry i odwróciwszy się
do Basi zapytała, czy ty Basiu byś chciała tego Grzesia? — bo ja
w nim nic nie widzę, dawniej dawał pieniądze na wódkę i zabawy,
a teraz znowu na książki, a ja powiem, że do gospodarki ani to, ani
to nie jest potrzebne, a co więcej na tym kawałku pola jaki ma, by
zginęli z głodu, a tu jeszcze trzeba i tamtego co przy wojsku spłacić.
Odpowiedz zaraz, bo szkoda zawodów. Ale Basia była innego zda­
nia i odpowiedziała, że z Grześka był inny chłopiec przedtem gdy pił,
a inny teraź^ gdy daje pieniądze na książki. Takie już było przezna­
czenie, bo w miesiąc później odbyło się moje wesele, a w tydzień

Pamiętniki chłopów

657

później przeprowadzka do domu rodzinnego, aby rozpocząć życie
razem z żoną o własnych siłach. Znajdowałem się w trudnem po­
łożeniu, po prawdzie miałem robotę w rafinerji i zarabiałem dwa
złote dziennie, ale to wystarczało gdy byłem nieżonaty i ciotka jeść
dała. Dom nasz mieścił się tuż obok szosy o niedużych rozmiarach,
składający się z kuchni i izby i przylegającej stajni i stodoły, prócz
ścian i dachu krytego strzechą, która była zniszczona, nie było kom­
pletnie nic w domu, a ściany gołe mówiły do mnie, że jak chcesz
mieć to sobie kup. Ja nic także z sobą nie przyniósł oprócz ubrania,
które kupiłem do ślubu i parę książek i starych gazet. Żona moja
jako że się jej należała po matce krowa, to ją dostała, a że prawie
się ocieliła to dostała razem z cielisią, oprócz krowy przyniosła łóżko,
skrzynię i parę garnuszków. Grunt (należało jej się pół morgi),
powiedziała siostra mojej żonie, odbierzesz po żniwach, a te 200 zło­
tych to wtedy, gdy będziecie brata spłacać. Ja szedłem do roboty,
a żona pasła krowinę po miedzach, która nie mając dobrej paszy
mało mleka dawała. Miodowe miesiące nie były wcale słodkie, gdyż
musiałem się już o wszystko trapić i kupować co dla naszej gospo­
darki było potrzebne. Oszczędzało się jak mogło, z kawałkiem chleba
razowego i pół litry mleka szedłem do pracy, a wieczorem na ko­
lację pencaki. I w podobnym trybie życie nasze było do jesieni,
(ślub nasz był w maju 1926 r.). I teraz wziąłem w swoje ręce pozo­
stały grunt po ojcach, dwie morgi i pół i te pół morga co się żonie
należało. No ale czem obsiać? Bo odebrałem grunt pusty i jałowy,
zarobek jaki miałem nie mógł wystarczyć na to wszystko. Ciotka
dała mi coś zboża, ale to wszystko mało, co robić, mimo najlepszych
chęci aby w porządku obsiać i uprawić, nie byłem w stanie tego zro­
bić. Przyszły deszcze, a że to był grunt nieprzepuszczalny to też sta­
nowił prawdziwe jezioro. Późną jesienią gdy w iatry trochę obsuszyły nająłem oracza, zapłaciwszy po 15 złotych dziennie i jako tako
zorałem i zasiałem, obsiane było coś więcej jak mórg, bo mając do
użytku trzy morgi, przeszło pół morga stanowiły nieużytki i pastwi­
sko. Obsiew kosztował mię około sto złotych, które to były „skre­
dytowane”, bo gotówki nie miałem a zima się zbliżała i trzeba było
drzewa i paszy dla krowy i cielisi dokupić, a mój zarobek skromnie
wystarczał na jedzenie. Cieszyłem się nadzieją, że na przyszłą jesień
będę miał trochę własnego zboża i paszy dla krowy. Zima nie dała
na siebie długo czekać, a śniegi i mrozy ścisnęły ziemię. W domu
który był licho zaopatrzony, stare drzwi i okna któremi się cisnął
mróz było zimno, tak że woda zamarzała, bo nie miałem na tyle
42. Pamiętniki chłopów.

658

Województwo Krakowskie

drzewa by ogrzać. Przez całą zimę pracując oddałem wszystko co
byłem winien, a to zapłaciłem oracza i zboże jakie skredytowane
miałem w jesieni. Przyszła wiosna, a z nią nowy kłopot aby znowu
zasiać coś na pozostałym kawałku gruntu, i coś ziemniaków zasa­
dzić. I znowu trzeba było się trapić skąd na to wszystko wziąść?
Ale trudno nie chciałem aby się ci śmiali ze mnie co powiadali, że
z książek będę prowadził gospodarkę. Skredytowawszy tak samo,
jak w jesieni u Abramka Pęcaka, który miał sklep wyszynk, a gdy
wystawił duży dom murowany miał skład ze zbożem i nawozami
sztucznemi. Była wprawdzie „spółdzielnia,, rolnicza w naszym mia­
steczku, ale sprzedawała za gotówkę. A Abramek dawał na raty
pobierając dwadzieścia procent od sta. Rad nie rad musiałem u niego
wszystko zakupić, aby w ciągu kilku miesięcy z procentami zapłacić.
Przyszła jesień, która mi miała dać plon mej pracy, ale plon był li­
chy, bo grunt był zamało nawożony, tak gdy obliczyłem wydatki
połowa mi się nie wróciła, ale bądź co bądź miałem już trochę wła­
snego zboża i słomy dla krowy i cielisi, która miała przeszło rok,
dach poprawiłem gdzie się najbardziej lało z nadzieją lepszej przy­
szłości. Przyszłość moja już nadchodziła, bo mi Bóg dał córeczkę.
I od tego czasu żyłem z myślą, aby dla swej Marysi jaki taki m ajątek
zrobić, prawdę powiedzieć, że czasy miały się ku lepszemu jutru i mój
zarobek wynosił już trzy złote, a w domu już coś więcej było, a to
kupiliśmy sobie prosiaka, i z małych kurcząt wyrosło osiem kur,
i jako tako dawaliśmy sobie radę. Wieczorem w porze zimowej czy­
tałem wypożyczone książki w bibljotece Koła Młodzieży, z którem
chociaż żonaty związany byłem ściśle, a raz w tygodniu w niedzielę
kupowałem gazetę „II. Kurjer Codzienny,,, albo tygodnik „Gospodarz
Polski”, tak że w roku 1928 zarabiałem już cztery złote, i grunt, który
był tak zaniedbany dawał mi chociaż to, co w niego włożyłem.
I w tym roku Bóg dał mi znowu syna, a opiekę lekarską miałem jaką
taką z Kasy Chorych. W tym to roku za staraniem naszego kie­
rownika szkoły założyliśmy Kółko Rolnicze, a ma się rozumieć Kółko
to byli sami gospodarze, bo domu potrzebnego na ten cel nie było,
i w tern kółku rolniczem postanowiliśmy to, aby nic u żydów nie ku­
pować, i co nam będzie potrzebne kupować wprost u źródła t. j.
u producenta. Bo muszę powiedzieć, że w całem naszem miasteczku
byli tylko kupcy-żydzi. Z polaków było bardzo mało. Żelazne sklepy
były wyłącznie w rękach żydów, tak samo gdy chciałem kupić ubra­
nie to trzeba było iść do żyda, a ludność wiejska zaczęła kupować
już w miejsce cajgowych ubrań, kamgary, a ci śrubowali ceny wy­

Pamiętniki chłopów

659

sokie, ale dawali na obie ręce nie pytając się o pieniądze. I w tym to
Kółku Rolniczem chcieliśmy zrobić to, aby my nie byli wyzyskiwani,
tak że częściowo to nam się udawało. Ale w tym roku przyszedł
dla mnie nowy ciężar, oprócz dwojga dzieci jakie miałem, wrócił mój
brat z wojska wprost do mnie nie wracając już na Wołyń do wujka
i powiedział mnie, że i on chciałby założyć swe ognisko domowe,
ja zaś bym jemu spłacił z połowy m ajątku jaki mu się należał. Aby
zachować w całości ojcowiznę ugodziłem się z bratem za dwa tysiące
złotych, pieniędzy nie miałem gdyż co zarobiłem to trzeba było żyć
i do mego skromnego gospodarstwa dołożyć. Było tylko dwieście
złotych u siostry mej żony, no ale gdzie 1800 zł. ? Trzeba będzie po­
życzyć, ale u kogo? Poszedłem do Komunalnej Kasy Oszczędności,
ale tam mi powiedzieli, że tak wielkiej kwoty mi nie pożyczą. Były
banki jeszcze mniejsze, ale żydowskie, a te pożyczały gdy tylko były
poinformowane przez swych konsulatów, takim konsulatem był w na­
szej wiosce Abracham Pęcak, właściciel sklepu-wyszynku i składu
ze zbożem, tak mi powiedziano w jednym z takich banków. Pieniędzy
trzeba było, ale jak iść do Abramka wkiedy on wiedział, że ja byłem
jeden z tych, którzy tworzyli Kółko Rolnicze i już w odstąpionej
przez jednego z gospodarzy izbie zaczęto tworzyć sklep Kółka Rolni­
czego. Ale gdy nigdzie nie można było dostać pieniędzy, trzeba było
iść do Abramka, a ten po zapewnieniu, że będę u niego spowrotem
brał w sklepie a nie jakimś tam Kółku, zapewni mi pożyczkę w banku,
gdy będę tylko miał czterech ręczycieli bogatych. A słowo ciałem
się stało i ja pieniądze dostałem 1800 zł. jakie mi pożyczono, po­
liczone były w dolarach A. P. (200 dolarów), procentu na trzy mie­
siące zapłaciłem 81 zł. 15% w stosunku rocznym i sto siedemdzie­
siąt złotych udziału, procent i udział musiałem już z własnych pie­
niędzy zapłacić. Ja zarabiałem około 100 złotych miesięcznie, a pro­
cent od pieniędzy wynosił około 27 zł., tak że liczyłem na każdą
ratę trzechmiesięczną dać 50 zł. i procent. Teraz zaczęło się życie
znowu twarde, i moje obliczenia były mylne, bo 25 zł. trudno było
na ratę kapitału, bo procent był wysoki, a do mej rodziny przy­
była jeszcze jedna córka, tak że mając troje dzieci miałem już wię­
ksze wydatki, a grunt mi nadal przynosił małe dochody, gdyż sa­
mo oranie i obsianie oprócz nawozów kosztowało rocznie 150 zł.
Ale nie traciłem nadziei, i gdy będę pracował dalej w fabryce to
jakoś oddam wszystko. W Kółku Rolniczem pracowałem prawie
pokryj omu, bo obawiałem się Abramka, aby ten mi coś nie po­
psuł w banku, a także możebym musiał całą kwotę wykupić, i to­

660

Województwo Krakowskie

wary musiałem brać u niego. Ciężko było na mnie, ale żem praco­
wał to parę groszy na gazetę czy książkę musiało być, i tak się
wszystko ułożyło, że w roku 1930 winien byłem już tylko 1000 zł.
W prawdzie obdarci byliśmy ja, żona i dzieci, ale ja pocieszałem
się nadzieją, że gdy będę mniej winien i mniejszy procent będę
płacił, to znowu kupię dla wszystkich ubrania. Tymczasem w świę­
cie się już znowu kręciło i rozpoczynały się redukcje, tak że w niedłu­
gim czasie zostałem zredukowany. Było źle, ale stało się gorzej,
tak że od czasu mej redukcji spać i miejsca w domu nie miałem,
co ja sobie pocznę z długiem i z czego ja będę mógł zapłacić ratę,
pracy nigdzie nie można było dostać, a w domu jaki dochód był?
Produkta rolnicze spadły szalenie, tak, że jajko kosztowało 5 groszy,
a litr mleka 15 groszy, a tern tó towarem opędzali swe potrzeby
małorolni. Było parę lat dobrze dla mnie i wszystkich, bo od cza­
su mego ożenienia dużo rzeczy kupiłem sobie i pusty dom zapełnił
się domowemi meblami, a to kupiłem sobie szafę na ubrania, stół
i krzesła do izby, a w kuchni umeblowanie zrobiłem sam, a to je­
den stół, szafkę na naczynia kuchenne i dwie ławki, żona zaś miała
już ładne kwiaty w wazonach, mieliśmy już własne motyki, sie­
kiery, piłę, piłkę, młotki i mały wóz, którym to razem z żoną wo­
ziliśmy z pola snopki i ziemniaki . I liczyłem się z tern gdy dług
oddam, to sobie wydrenuję swoje pole, bo wilgoci posiadało nadomiar. Przepadło, i wszystkie nadzieje przepadły. A żywe i naj­
milsze umeblowanie domu jakiemi były moje dzieci, a to Marysia
liczyła już lat cztery* Jaś trzy, a Józia dwa lata. I one odczuły
skutki kryzysu, bo tak ten czas zaczęto nazywać. W domu zaczę­
ła się bieda nadobrze, tak gdy przyszło płacić ratę, to trzeba było
iść do Abramka i jemu na pożyczoną kwotę weksel wystawić. A on
był górą nad całą wsią, bo Kółka Rolnicze zaczęło upadać z nie­
wiadomych przyczyn. Gdy przyszło znowu ratę płacić trzeba by­
ło znowu do Abramka iść jak poprzednio. Zastanowiłem się nad
moją sytuacją, że jak tak dalej pójdzie, to dług nie ubędzie, ale
wzrośnie dwukrotnie i postanowiłem sprzedać te pół morga, które
dostałem za żoną, ale co? Gdy przedtem (r. 1928) oceniali ten
kawałek na 1500 złotych, to dziś (r. 1931) dawano mi 400 zł. i za
450 zł. sprzedałem te pół morga, jakie za żoną dostałem. Abramkowi dałem 100 zł., a resztę do banku. Ale długu przeszło 600 zł.
zostałem winien dalej i trzeba było spłacać kapitał i procent, a tu
znowu i wydatki życiowe, trzeba było jakoś żyć, to oracza nająć,

Pamiętniki chłopów

661

to drzewa kupić, to jakieś bucięta dla dzieci. Nie było się czego
jąć, i trzeba było krowę sprzedać (miałem dwie) za sto złotych,
gdy w roku 1928 w artała 500 zł. Te sto złotych będzie na jakiś
czas zapłacić procenta. Gdy pracowałem to myślałem, że mi jest
ile, ale teraz dowiedziałem się prawdy, gdy nadomiar zachorowała
m i Marysia, o doktorze nie było mowy, bo nie było za co, gdy ro­
biłem to miałem Kasę Chorych, a teraz moją Marysię leczyły wiej­
skie lekarki, a każda innym zielem obkładała, a biedna Marysia za­
ziębiona leżała w silnej gorączce i swoimi oczyma patrzała na mnie
żałośnie. I długo musiała przeleżeć w łóżku nim przyszła do zdro­
wia, a na babskie przepisy musiałem sprzedać Trylogję Sienkie­
wicza i „Pana Tadeusza”. Czytałem, że Mickiewicz prosił Boga aby
jego książki trafiły pod strzechy, trafiły — ale przyszedł czas, że
wywędrowały spowrotem te ulubione książki, na których pragną­
łem wychować swe dzieci. Przyszło zdrowie Marysi, ale i przy­
szedł czas zapisać ją do szkoły, i znowu nowe wydatki. Trzeba
było sprzedać kury cztery za 5 zł. (miałem dziesięć) aby dla Ma­
rysi co najpotrzebniejsze kupić, te kury sprzedać, które niosły jajka
na sól i zapałki, bo o gazecie czy papierosach nie było mowy. Krowinę miałem jedną, ale i ta mniej mleka dawała, bo nie było za co
jej dokupić koniczyny. Ale ten zły czas pędził jakoś szalenie, i zno­
wu rok biedy upłynął, a z nim więcej długu mi przypłynęło, tak
że w obawie, aby mi wszystko może nie sprzedano, bo były takie
wypadki, że skargi i koszta egzekucji pochłonęły całe majątki,
sprzedałem z wolnej ręki jeszcze pół morga pola, a że był nieco
lepszy jak ten, który za żoną dostałem, to mi też dano 600 zł. Zo­
stałem „szczęśliwy”, bo dług oddałem, a na' pozostałym kawałku
ziemi zacząłem pracować od rana do nocy, wprawdzie, że i do­
tychczas pracowałem, ale teraz, jeszcze więcej, u bogatszych są­
siadów nie dało się nic zarobić, wyjechać nie było gdzie, ani za co.
Było mi o tyle lepiej, że nie płaciłem procentów i nie byłem już za­
leżny od Abramka, który tylko głosił po całej wsi, że przed wojną
to były dobre czasy, i każdy chłop zarobił koronę i kupił za nią
spodnie, ny a dziś co kupi jak zarobi złoty? A gdzie go zarobi?
Gdy mnie tak raz mówił, odpowiedziałem mu, dlaczego jak tak
dobrze było przed wojną, nie wystawił domu murowanego, tylko
aż po wojnie? Nie umiał mi jakoś odpowiedzić. Nauczyłem się
żyć w biedzie, i żyję do dnia dzisiejszego, i dzieci moje wysyłał do

662

Województwo Krakowskie

szkoły będę, czekając czasu, który mi da znowu zarobić i zjeść ka­
wałek mięsa w niedzielę, i że będę miał znowu parę groszy na ga­
zetę. Ale o siebie nie dbam, tylko myślę aby moim dzieciom za­
pewnić jaką przyszłość, i tak kończę swoją przeszłość na papierze*
dostarczonym mi przez kierownika szkoły.
Dn. 1 grudnia 1933 r.

Pamiętnik Nr. 48

G o s p o d a r z m a ło r o ln y
l im a n o w s k i m

w

pow .

Urodziłem się w roku 1898 w wiosce Wałowa Góra, leżącej
w powiecie Limanowskim na Podkarpaciu, gdzie jak to mówią chleb
się kojczy, a woda zaczyna. Jest to wioska licząca 40 numerów obec­
nie, a wtenczas była dużo mniejsza, jest to okobca górzysta i ka­
mienista, pełno jest kamieni, górskich potoków i tak zwanych nie­
użytków. Pierwsze moje lata spędziłem w poniewierce, bo bieda
była u nas stałym gościem. Ojciec był właścicielem starej dymnej
chałupy i pięciu mórg pola, w czem było półtora morga nieużytków
i na tern jeszcze był dług, bo ojciec z tego musiał spłacić swoich
dwóch braci i trzy siostry, to też ojciec wyjeżdżał co roku na wiosnę
na roboty na W ęgry to na Śląsk, a zostawała m atka i pięcioro dzieci,
ja byłem najstarszym, to też kiedy m atka szła do pola to mnie ka­
zała pilnować tych młodszych i nieraz oberwałem jagem coś prze­
skrobał, abo które z tych młodszych jak sobie coś zrobiło przez moją
nieuwagę. Co do jedzenia to przez lato było jako tako, bo chowały
się dwie krowy, to chociaż maślanki i serwatki to my mieb dosyć,
bo masło i ser to m atka robiła i sprzedawała na jarm arku, ażeby
opędzić domowe wydatki. Ale jak przyszła zima to rzadko kiedy
było mleko i całą omastą do ziemniaków była kwaśnica i żur ow­
siany, wprawdzie ojciec przysyłał pieniądze i przywoził ze sobą na
zimę, ale na to czekali wierzyciele i zaś nic nie było a w zimie to
już nie było zarobku, bo u bogatszych gospodarzy, kto robił w lecie,
ten robił i w zimie. Jak przyszed Nowy Rok to brali rodzice len na
przędzenie od sąsiadów, a za to dostawab zboża na chleb, bo nam
go stale brakowało. Wtenczas w każdej chałupie ludzie przędb a wie­
czorami to się schodzili w takie miejsca gdzie była większa chałupa
i tam przy kądzieb opowiadali sobie o różnych duchach i czarach

664

Województwo Krakowskie

i tern podobnych strachach, a często była muzyka w karczmie to
tam pili i taj czyli, chociaż w chałupie była bieda, i tak im czas scho­
dził do wiosny. Tak było i u nas, nieraz pamiętam ojciec poszed
do karczmy i przyszed pijany, a matka nie miała na sól, a my cho­
dzili boso i w zgrzebnej koszuli przepasanej sznurkiem, bo nie było
pieniędzy na ubrania, a do tego taki był zwyczaj, że nawet bogaci
chodzili w ubraniach ze swojego płótna, tak na codziej jak i na
święto, dopiero jak przyjechał ktoś z Prus albo z Czech to już był
inaczej ubrany. Dopiero zmieniło się u nas dużo, kiedy zaczęli
u nas budować rafinerję nafty w Limanowej, a było to w roku 1905,
wtenczas jakoś był wszędzie zaczął się ruch, kto chciał to wyjeżdżał
na roboty, bo namawiali agenci i zarobki były dobre, tak samo po­
prawiło się i w rolnictwie, bo nastały żużle, ludzie kupowali, bo były
tanie i zaczęło się lepiej rodzić. Ludzie zaczęli lepiej uprawiać pole
i chleba było więcej. U nas ojciec już nie jechał nigdzie na roboty,
ale dostał pracę przy budowie rafinerji i zarabiał na miejscu. W ro­
ku 1907 ociec kupił jeszcze dwie morgi pola po 100 koron za mórg,
to było drogo, ale się opłaciło, bo był przychówek dobry, a pieniędzy
ojciec pożyczył na lat 15 i na mały procent, od tego czasu zaczęło
nam się lepiej powodzić, bo nie cierpielimy chociaż głodu, ja już pasł
krowy i chodziłem do szkoły, potem dorósł brat młodszy, to my
musieli paść na zmianę, bo my obaj do szkoły chodzili, ja uczyłem
się dobrze i miałem wielką ochotę uczyć się dalej, ale w domu nie
miał kto robić, tak m atka prosiła ówczeifnej kierowniczki szkoły
aby mnie zwolniła po trzecim roku nauki i tak się też stało. Od tego
czasu musiałem już stale paść bydło i pomagać w domu matce, bo
ojciec był zajęty we fabryce, a do większej roboty to najmowali albo
nocami robili. Ja lubiałem bardzo czytać to też pożyczałem od nau­
czycielki książki i czytałem dużo i przyznam się żem się dużo nau­
czył. W roku 1911 ojciec zachorował i potem już na roboty nie cho­
dził, ale pracował stale na gospodarstwie i zaczął się sposobić do bu­
dowy nowego domu, bo ta stara chałupa zaczęła się walić, a do reszty
uprzykrzyło mu się siedzenie w tym dymie. W roku 1913 poszed ja
już do rafinerji jako pomocnik przy murarzach i zarabiałem tygod­
niowo 11 a czasem i 13 koron, pracowałem 10 godzin dziennie, a że
roboty było dużo to się robiło i po godzinach, za co więcej płacili.
W roku 1914 na wiosnę ojciec zaś kupił jeden mórg pola za 500 ko­
ron, ale już nie pożyczał na to bo ja zarabiał i z gospodarstwa był do­
chód, więc ojciec już miał swoje pieniądze. W 1914 r., kiedy wojna
wybuchła i moskale mieli do nas przyjść to stanęła rafinerja i wszy­

Pamiętniki chłopów

665

stko uciekało, a ja został w chałupie, bo gdzież może chłop uciekać,
straszyli ludzi austrjacy, że jak moskale przyjdą to będą wszystko
zabierać i niszczyć a tymczasem gorsi byli madziarzy i niemcy niż
moskale, do nas mało przychodzili bo od gościjca jest do jakie 300
kroków i przez wodę, a kładkę na rzece my zwalili, a do tego cha­
łupa była obszarpana i czarna to każdy myślał, że tam nic niema.
Najpierw mielimy austrjackich ułanów a potem przyszli moskale ale
musieli się cofnąć i nadeszli madziary i niemcy a ci byli najgorsi,
rekwirowali bydło, słomę, siano i mało co płacili naszemu sąsiadowi,
to w nocy zabrali wszystką koniczynę tak że on nie wiedział, aż do­
piero rano ale nic nie dostał bo się nie umiał zmówić z madziarami.
U nas ojcu zabrali buty, wybili kury a na ostatku wzięli i krowę
i dali za nią kwitek z którym się ojciec dosyć nachodził i nic nie do­
stał, ale dziękowaliśmy Bogu że nas nic gorszego nie spotkało bo
inni to dosyć ucierpieli. Na szczęście bitwa pod Limanową nie
trwała długo, moskale cofnęli się pod Gorlice i cała ta horda ma­
dziarska odpłynęła żai niemi, a jest to od nas jakie 15 mil, więc
wszystko pomału przychodziło do normalnego życia, ale przemarsze
wojsk trwały do m aja 1915, ale już nie były tak szkodliwe. W kojcu
m aja 1915 komenda wojskowa objęła rafinerję w posiadanie i pu­
ściła do ruchu, dostałem się i ja do pracy jako pomocnik maszyni­
sty w hali maszyn i pracowałem tak do m aja 1916 roku. W maju
skojczyłem 18 rok życia i zostałem powołany przed komisję pobo­
rową gdzie uznali mnie za zdatnego do wojska kategorja a, i za trzy
dni musiałem rukować do wojska. Dnia 18 m aja przyjechałem do
Tarnowa i tam przydzielili mnie do 20-go pułku austrjackiego. Od
tego czasu zaczęło się ciężkie życie, ćwiczyli nas na gwałt a do tego
żelazna dyscyplina, niemiecka komenda, to wszystko działało na
mnie przygnębiająco, pocieszali nas ciągle że my na front nie pójdzie­
my prędko, bo jezdeśmy młodzi a tymczasem, wojna się skojczy, ale
tak nie było bo po sześciu tygodniach zostałem przydzielony do
marsz kompanji i po dwóch tygodniach zostałem wysłany na front
rosyjski, przed odjazdem posłali nas wszystkich do spowiedzi,, to
było rano, a potem była przysięga cesarzowi Franciszkowi, potem
obiad a po obiedzie ubrali nas w czarno-żółte stążki z napisem z Bo­
giem pierwszy raz w pole, potem kapelan miał przedmowę w której
nas zachęcał do wierności Austrji i mówił że choćby skały pękały
i góry się waliły — ty żołnierzu zawsze naprzód. Po przemowie
otoczyli nas posterunkami i tak jak zbrodniarze odeszliśmy na stację,
po drodze kazali śpiewać, a tu łzy się człowiekowi cisnęły do oczu

666

Województwo Krakowskie

bo każdy sobie myślał że to przecie wojna i kto wie czy się wróci.
Na stacji był pociąg otoczony strażą a to tak długo, póki my nie
odjechali a to dlatego żeby żaden nie uciekł i tak my odjechali wal­
czyć za tę austrjacką ojczyznę. 20 regiment austrjacki stał wten­
czas na Bukowinie koło Czerniowiec i tam zajechaliśmy za trzy dni
i tam nas rozdzielili tak jak w której kompanji brakowało, a było
to po ofenzywie rosyjskiej więc niektóre kompanje były bardzo prze­
rzedzone, byli tam prawie sami Polacy z małą domieszką Rusinów
i Niemców. Pułkownik był Niemiec i kilku oficerów, a reszta to
Polacy z okolic Limanowy, Nowego Sącza, Nowego Targu, i Gorlic
sami górale. W ielki strach miałem kiedy pierwszy raz w nocy szli
do okopów, bo moskale bardzo nacierali, zdawało się człowiekowi,
że każdy granat trafi, ale pomału tośmy się przyzwyczaili, żeśmy
sobie niewiele z tego robili, jak tam Moskale strzelali, okopy były
głębokie, wyłożone dylami z tyłu ziemianki (untersztandy jak to
wtenczas nazywali), tak byłem tam trzy miesiące, potem cały ten
pułk poszed na spoczynek w tył, już nie pamiętam jak się ta miej­
scowość nazywała, a za nas przyszli Czesi. Z tej miejscowości, a było
to jakie trzy mile od frontu wybrali nas samych młodych 25-ciu na
kurs obsługi karabinów maszynowych i pojechaliśmy do W iener
Neustat koło Wiednia, tam miałem możność przypatrzyć się jak tam
ludzie żyją i jaka tam jest kultura. Ćwiczenia były tam ciężkie i dłu­
gie, ale za to lepiej nas odżywiali, tak spędziłem tam dwa miesiące.
Po dwóch ipiesiącach odesłali nas już jako maszynistów i przezna­
czyli do obsługi karabinów maszynowych. W net też zapadła zima,
na tym odcinku większego ruchu nie było, nieraz bywało tak że Mo­
skale nie dali ani strzału za cały dziej, tak doczekaliśmy się wiosny.
W m aju w roku i917 cała ta 12 dywizja została wysłana na front
włoski i zajęła odcinek frontu na doberdo na zachód od Tryjestu.
Było to po ofenzywie więc ruchu na większą skalę nie było, ale było
daleko gorzej niż na ruskim froncie. Zaraz po przybyciu wysłali
2-gi i 4-ty bataljon naszego pułku do okopów, ja byłem w drugim,
a dwa zostały w rezerwie i co dziesięć dni zmieniali nas tak, że my
znowu szli na spoczynek, a tamci do okopów, ale stokroć lepiej było
w okopach niż na spoczynku, bo ci co byli w rezerwie to musieli
w nocy iść na roboty, a robić było co, bo tam ziemi nie było tylko
gołe skały więc okopów tam nie można było wykopać, tylko przy­
chodziły lniane worki i do nich sypali szuter i nosili i układali
w kształcie okopów, tak samo trzeba było nosić druty kolczaste
i kozły i ustawiać, a to trzeba było robić w nocy i pocichu, bo było

Pamiętniki chłopów

667

bardzo niebezpiecznie, bo Włosi byli blisko i co chwila teren oświe­
tlali reflektorami. Z tyłu za lin ją, były tak zwane kawernie wykute
w skałach tak jak tunele, tam trzeba było nosić amunicję, to byłoby
się dało wytrzymać, ale głód dawał się nam we znaki, bo menaż
dawali bardzo kiepski, ci co byli w okopach to im dowozili w nocy,
tak zwyczajnie o godzinie 11, bo we dnie się nie dało, bo Włosi zaraz
strzelali, a byli bardzo czujni, to przywieźli kucharze wszystko zim­
ne, a często i kwaśne i rozdali wszystko na cały dzień odrazu, kawę,
chleb, V2 litra rumu na sześciu, a czasem i na dziesięciu, dziesięć
cienkich na jednego, obiad i kolację. Najgorzej było na tym froncie
z wodą, bo jej w tych skałach nie było i musieli zakładać wodociągi,
ale jak ta woda przyszła na miejsce, to była jak ciepła deszczówka,
a często Włosi taki wodociąg rozbili, oficerowie naturalnie mieli
wszystkiego dosyć, nawet wodę przywozili dla nich mineralną i wi­
no, to też markierantów było dużo, niektórzy się sami ranili żeby
iść do szpitala, inni pili tytoń namoczony w kawie i z tego chorowali*
Prawie co dziej włoskie aeroplany rzucały bomby i ulotki w któ­
rych namawiali do ucieczki, pisali w różnych językach, do Polaków
pisali chodźcie do nas, a my was przyjmiemy chlebem i ocalicie
swoje życie i swoją ojczyznę, ale i uciec choćby kto chciał to było
bardzo trudno i niebezpiecznie, strzelanina była co dziej a nawet
i w nocy z obydwóch stron, co w nocy zrobili to we dnie starali się
rozbić i zniszczyć. Tak doczekalimy się sierpnia, nasz 2-gi baon
poszedł na spoczynek do W ojcigradu 20 kilometrów w tył. W pierw­
szych dniach sierpnia przyjechał cesarz Karol i podczas dywilady
miałem sposobność go zobaczyć, po dyfiladzie dowódcy mieli przed­
mowy i zachęcali ao bohaterstwa, ale chleba to nie dali. Dnia 17-go
sierpnia 1917 roku po południu usłyszeliśmy straszny huk armat,
tak aż się góry trzęsły i każdego dreszcz przeszedł, zaraz też kazali
nam czyścić i smarować karabiny maszynowe i rozdali amunicję,
nasz komendant kompanji zrobił rewizję czy każdy ma bandaże i ka­
zał rozdać każdemu po trzy konserwy i woreczek sucharów jako re­
zerwową porcję. Jak tylko się ściemniło przyszedł rozkaz wymarszu
do okopów, pomimo że nastała noc, kanonada nie ustała. Na dro­
dze ruch był wielki, po jednej stronie szła rezerwa, kuchnie, wozy
amunicyjne, a po drugiej wtył szły wozy z rannymi i próżne wozy
po amunicję dla artylerji. Zgiełk, krzyk był wielki, bo było ciemno
a na gościjcu pomieścić się nie mogli. Mieliśmy jeszcze jakie 300
kroków do okopów, kiedy Włosi oświetlili całą tę drogę i zrobiło się
widzieć, że mógłby szyć, bo światło było ze dwóch reflektorów, po­

668

Województwo Krakowskie

częliśmy uciekać naprzód, ale nie było to tak łatwo, bo byliśmy
obładowani amunicją i nieśliśmy karabiny maszynowe, a zrobić
padnij byłoby najlepiej, ale konie po drugiej stronie gościjca rzu­
cały się jak zwarjowane, bo też granaty poczęły padać jak grad, co
się tam działo to aż strach pisać. Kiedy dochodziliśmy do okopów
rozległ się krzyk gaz angryf, atak gazowy, ja poczułem zaraz jakiś
dziwny zapach, zaczęło mi się robić słodko, w gardle mnie zaczęło
swędzić i dusić, rzuciłem się do jakiejś dziury i założyłem gaz-maskę
ale niewiele to pomogło, bo byłem zmęczony i powietrze nie mogło
mi się w masce pomieścić i oddychać było trudno, bo maska tyle
powietrza przepuścić nie mogła, a do tego kaszel i kichanie bardzo
mnie męczyło, a do tego nic nie widziałem, bo szkła od maski zaszły
rosą. Niektórzy rzucali maski i uciekali na pagórki, tam gazu nie
było, ale granaty i miny i różne pociski padały jeden przy drugim*
a do tego kamienie to aż fruczały, to też zabitych i rannych było
dużo i tak doczekaliśmy się rana, nad ranem gaz już ustał i powłaziliśmy do kawerni, ale piersi mnie bardzo bolały. Z nastaniem dnia
Włosi rozpoczęli ogień huraganowy, tak że padał granat przy gra­
nacie, zdawało się że świat się kojczy, od dymu mało jeden drugiego
widział. W kawerniach świeciło się światło, bo były głębokie i da­
leko w skale, ale co chwila gasło od wstrząsów, tam też kto mógł to
uciekał, bo z okopów nie było śladów, nawet ranni nie mogli odejść
do tyłu. Po stronie austrjackiej ucichło wszystko, śmierć zbierała
plon obfity. O godzinie 3 po południu Włosi przestali bić na nasze
lin je i przerzucili ogień na tyły, ale wnet włoska piechota ruszyła
do ataku, zaraz też rozległ się krzyk po kawerniach, (alles heraus),
talijani w orykują i powypadaliśmy i naraz rozpoczęły karabiny ma­
szynowe i ręczne straszny ogień, Włosi byli już blisko to też padło
ich dużo i nie mogli wytrzymać morderczego ognia i jedni zaczęli
się cofać, a drudzy się poddali i nietrwało pół godziny i atak został
odparty i ucichło, ale tylko na chwilę, bo zaraz włoska artylerja za­
częła ostrzeliwać nasze lin je, ale bardzo gwałtownie, tak żeśmy nie
mogli zebrać rannych ani odprowadzić jejców, ale trzymali ich w ka­
werniach aż do wieczora. Z nastaniem nocy dopiero biegiem wyco­
fali ich do tyłu, ale ogień włoski nie ustał ani na chwilę, w kawerniach
było już dużo rannych, wodociągi zostały rozbite, wody nie było do
picia i do karabinów maszynowych, a dowieźć się nie dało, nie mogły
też dojechać kuchnie. Rannych dużo umarło, bo ich nie miał kto
odnieść, ani zaopatrzyć, ja byłem przekonany że żywy stam tąd nie
wyjdę i prosiłem Boga, żeby mnie zabiło odrazu, żebym się nie na­

Pamiętniki chłopów

669

cierpiał. O spaniu nie było ani mowy, bo w kawerniach nie było
miejsca, bo ranni zajmowali, a na polu też nie można się było po­
łożyć, bo kto się tylko dalej wychylił ten już dostał odłamkiem albo
kamieniem, powystawiali posterunki, ale prawie ani jeden się nie
ostał. Była może godzina 4-ta, siedziliśmy i kuczeli, jak kto mógł,
a tu naraz Włosi otoczyli nas tak jak myszy w dziurze i skierowali
karabiny maszynowe lekkie i miotacze płomieni do nas i nie było rady
trzeba było podnieść ręce do góry i z okrzykiem awanti pognali nas
do swoich. Pokazało się że przerwali od nas na prawo i zaszli nam
ztyłu i zabrali wszystko i pędzili naprost do swoich okopów i ten
czas kiedyśmy się pomieszali z taljanami, austryjacka artylerja cięż­
ka, bo lekką zabrali, zaczęła bić po nas, ale trwało to niedługo, bo
każdy rwał co mu sił starczyło, aż my powpadali do okopów, a potem
pomału wyprowadzili nas wtył i drogą zamaskowaną gałęziami w do­
linę, gdzie my byli bezpieczni, tam nas zrewidowali i oddzielili ofice­
rów osobno, a nas poustawiali w czwórki i otoczyli gęsto posterun­
kami i pognali w niewolę. Rozbili wtenczas całą dywizję i zabrali
dwóch pułkowników, trzech doktorów i dwóch księży i nie powiem,
bo obeszli się z nami po ludzku i grzecznie, ale jednak zrobiło mi się
nieprzyjemnie, a jeszcze to że człowiek się zmówić nie umiał, wody
napierali się ale na migi. Szliśmy do wieczora, na wieczór wpędzili
nas do jakiegoś dworu i w bramie dawali każdemu chleb i konserwę
i przez podwórzec szliśmy do ogrodu i tam spaliśmy do rana, było
nas tam może jakie trzy tysiące i kradli tam jedni drugich, bo nie­
którzy przyszli bez czapek, w stalchełmach, bez plecaków, tak że nie
mieli gdzie chleba schować, przeklinali też Austrję bardzo, bo tam
się nam oczy otwarły i przekonaliśmy się kto był nam wrogiem.
Rano o szóstej godzinie znowu nas wyprowadzili przez to podwórze
i dali nam na drogę chleb i konserwę i popędzili dalej. Koło po­
łudnia przyszlimy do miasteczka Palmanowa, tam za miastem były
baraki otoczone drutem kolczastym, tam nas też zaprowadzili, ale
rpiejsca było mało, to też musieliśmy się rozłożyć pod namiotami.
Tam nas brali kolejno do kąpieli, strzygli, parowali, każdego badali
czy zdrowy, rozdali bieliznę, mydło i ręczniki, odżywiali nas też
dosyć dobrze. Tak siedzieliśmy dwa tygodnie, a potem wysyłali
transporty wgłąb Italji, przeważnie do Genowy, jest to miasto por­
towe położone nad morzem śródziemnem, tam są starożytne zamki,
tam nas umieścili w jednym takim zamku zwanym Forte Bega,
to była to istna rudera obstawiona barakami, w barakach nas roz­
mieścili, a w zamku co było to nie wiem, bo tam nie puszczali. Było

670

Województwo Krakowskie

nas tam z dziesięć tysięcy różnych narodowości a każda osobno.
Byłem tam pięć dni, a potem wybrali nas stu i posłali do roboty
w okolice Parma, tam dostałem się wraz z pięcioma towarzyszami
do jednego bogatego gospodarza i tam pracowałem do kojca wojny.
Ku kojcu wojny przynosili nam gazety polskie wydawane w Pary­
żu, Jeniec Polak, z których wiedziebśmy co się dzieje na świecie.
Kiedy skojeżyła się wojna, radość była tam wielka, wszędzie rozle­
gały się okrzyki Guera wenito, ale wnet zaczęli ludzie chorować na
m alarję i my chorowab wszyscy także i gospodarze, straszna to cho­
roba i niebezpieczna, dużo tam naszych pomarło. Po wyzdrowieniu
odesłali nas do polskich obozów w La Mandrya di Kiwaso, gdzie
tworzyła się arm ja polska, tam mieszkaliśmy w hangarach na europlany, tam nas sformowali na pułki i ubrali w czapki i płaszcze wło­
skie i ćwiczyli, ale jeszcze po austrjacku. Po miesiącu wyjechaliśmy
do Francji w okolicy miasta Epinal i tam nas umundurowali i uzbro­
ili i sformowali pułki na nowo. Byli tam Poznajczycy, ochotnicy
z Ameryki, i my z Małopolski, i znowu ćwiczyli na modłę francuską.
Instruktorzy byli podoficerowie francuzi. Byli też oficerowie fran­
cuscy w każdej kompanji, odżywiali nas dobrze, to też zapal był wiel­
ki. Dnia 15 m aja 1919 roku wyjechaliśmy do Polski przez Niemcy,
przyjechaliśmy do Zambrowa za W arszawą 19-go, stamtąd po k rót­
kim pobycie przejechaliśmy do Ozorkowa koło Łodzi, a po dwóch
tygodniach cała dywizja wyjechała na front ukraiński za Lwów.
Zaraz też po krótkich walkach przepędziliśmy Ukraińców za Zbrucz
i nastał chwilowy spokój, starszych zwolnili, a przyszło uzupełnienie
i siedzieliśmy tak po kwaterach do Nowego Roku. Po Nowym Roku
nasza 12 dywizja zajęła miasto Płoskirów na Ukrainie i zaczęły się
wypady i walki z bolszewikami i posuwaliśmy się coraz dalej, koło
Nowego Konstantynowa zostaliśmy stać aż do kwietnia. Z począt­
kiem kwietnia zaczęła się ofenzywa na Kijów i nasz pułk posuwał
się wzdłuż toru kolejowego Płoskirów, Winnica, Żmerynka, Wapniarka, aż do Tomaszpola. Stamtąd zaczął się ten straszny odwrót
znowu tą samą drogą, ale wśród ustawicznych walk z bolszewikami.
Koło Czarnego Ostrowa zostałem ranny w kark i w plecy, dostałem
trzy kule od szrapnela, jedna pokaleczyła hełm, druga wpadła w kark,
ale na szczęście niegłęboko, trzecia zraniła mi plecy ale z kosa, a było
to podczas cofania się z placówki, cofali my się bo nam bolszewicy
już tyły zachodzili i trzeba wiedzieć, że służba przy karabinach m a­
szynowych jest ciężka i wymaga dobrego wyszkolenia i jest niebez­
pieczna, bo ci ludzie muszą się trzymać kupy, ja nosiłem podstawę

Pamiętniki chłopów

671

i ładowałem, i nieraz aż mi ramię czerniało od noszenia, bo konie
z wózkami były zawsze daleko w tyle i trzeba było maszynki nosić.
Po zranieniu musiałem jeszcze nieść tę podstawę jakie do 300 kro­
ków, bo wszystko się cofało i jeden na drugiego się nie oglądał, tak
dopadłem do jakiegoś rowu i tam się wszystko zatrzymało i tam mnie
opatrzyli saniteci, bo się już krew bardzo lała, tamem trochę osłabł
ale cofali się dalej, tak dotarliśmy do Wołoczysk, tam nas rannych
odesłali na podwodach do Tarnopola a stam tąd do Lwowa. Mnie za­
raz na operacji kule wyjęli i za sześć tygodni już byłem zdrów,
pozostały tylko blizny. Stamtąd wróciłem do pułku, pułk znajdo­
wał się koło Przemyśla i znowu wróciłem do tej samej kompanj i, com
był przedtem, ale starych moich kolegów było już mało, ale cofali się
jeszcze dalej, ale już niedługo, bo po bitwie pod Warszawą bolsze­
wicy i tutaj zaczęli wiać, tak że my ich dognać nie mogli i znowu
zajęliśmy Płoskirów spowrotem i zostaliśmy stać. Ale też było
wszystko wyczerpane i obdarte strasznie. Po zawieszeniu broni wy­
cofaliśmy się w okolice Tarnopola i tu my zostali stać na dłuży.
Na wiosnę w kwietniu zostałem zwolniony z wojska i powróciłem do
domu. Tutaj ludzie mnie poznać nie mogli, bom wyrósł, trochem się
zmienił, a na urlopie nie byłem ani razu. Po powrocie trzeba było
się rozglądać za jaką pracą, bo nie miałem nawet ubrania, prócz
tego munduru, co miałem na sobie. Po dwóch tygodniach dostałem
się do rafinerji nafty Limanowa, trochę się okryłem, ale zaoszczędzić
się nie dało bo niedużo zarabiałem, a do tego m arki tak leciały, że jak
co nie kupił zaraz po wypłacie to potem trzeba było trzy razy tyle
dołożyć. W 1924 roku się ożeniłem i ojciec zapisał mi gospodarstwo,
przeznaczył spłaty i sobie połowę na dożywocie. Za żoną nie wziąłem
nic, bo siostra moja poszła na jej miejsce i też nie wzięła nic. W 1925
roku złożyłem bratu, który przyszed od wojska 1000 złotych i za te
pieniądze pojechał do Argentyny. W tym też roku rozłączyliśmy
się i ojciec oddał mi połowę gospodarstwa i trzeba było kupować
wszystko począwszy od łyżki, sprzęty i krowę, bo inwentarza nie do­
stałem. Pole było chude, nawozu nie było, trzeba było kupować na­
wozy sztuczne i najmować koni do roboty, a to wszystko tylko z tego
com zarobił, a do tego musiałem jeszcze kupować na przednówek, bo
swojego nie wystarczyło. Podczas wojny ojciec postawił nowy dom,
ale nie wykojczył, musiałem ja kojczyć do ostatka, tak żeby jako tako
można było mieszkać. Zarabiałem przeciętnie 150 zł. miesięcznie,
oszczędzałem i czułem się zadowolony, robota była ciężka, bo czyści­
łem kotły destylacyjne, które były bardzo gorące — 60 stopni ciepła,

672

Województwo Krakowskie

tak pracowałem osiem lat. W roku 1928 musiałem złożyć drugiemu
bratu 1500 złotych, bo tak miał przeznaczone a w roku 1929 siostra
doszła do pełnoletności i musiałem jej też spłat złożyć taki sam, ale
już pożyczyłem na to, bo swoich nie miałem i myślałem sobie, że
pomału zarobię — to oddam, tymczasem stało się inaczej, w niecały
miesiąc zostałem zredukowany. Zredukowali 40% robotników, prze­
ważnie takich, którzy mieli jakieś zagony. Od tego czasu zaczęły
się ciężkie czasy, wszystko taniało gwałtownie, a wydatki rosły.
W roku 1930 na wiosnę była rekrutacja do Francji, poszed i ja do
Nowego Sącza, bo nie widziałem innego widoku, ale z powodu blizn,
jakie mam na plecach, lekarz mnie nie uznał i trzeba było wracać
0 niczem do domu. Teraz dopiero poczułem ten straszny kryzys na
sobie, trzeba płacić procenta, bo oddać niema z czego, trzeba płacić
podatki z całego gospodarstwa, bo ojciec nie płaci, a podatki są da­
leko większe niż dawniej, bo naprzykład ja w roku 1925 i 1926 sprze­
dał cyckowe cielę za 70 złotych, to podatek płaciłem 12 zł. i byłem
spokojny, a dzisiaj za takie samo cielę wezmę 15 zł., a płacę grunto­
wego podatku 12 zł., drogowego 17 zł., ubezpieczenie od ognia 7.50
groszy, a do tego wyrównawczy i t. d., aż włosy człowiekowi stają
na głowie. Mam troje dzieci i dwoje chodzi do szkoły, trzeba okryć,
obuć, a tu niema z czego wziąść, mleko posyłam do drugiej wioski
do mleczarni, a tym przewirowanym się odżywiamy, ale i tego bra­
kuje, W yczerpuje mi się bielizna, ubranie zdzieramy, a nowego nie­
ma ża co kupić, bo wszystko pożera dług i podatki i nieraz rozpacz
mnie ogarnia, bo nie widzę żadnego widoku, a przecież anim nie prze­
jadł, anim nie przepił i w taką biedę się dostałem bo i gdybym był
wiedział, że grunt tak spadnie, to byłbym spłaty nie dawał, niechby
sobie części wzięli, ale wtenczas u nas płacili za mórg 3000 zł., drogie
było wszystko, więc był widok że się dług odda. Ale takich jak ja
jest dużo, w naszej wiosce jest trzech gospodarzy co nie m ają długu,
a reszta to wszystko zadłużone po uszy i każdy wygląda jakiejś zmia­
ny, ale zmiany tej nie widać. Ja jedyne wyjście widzę w tern, że
jeżeliby rząd chciał toby mógł dać poprawę. Może wprowadzić
oddłużenie, ale conajmniej 60%, bo jak ja stracił na gruncie to niech
wierzyciel również coś opuści, a nam się ulży. Tak samo dawno
wołamy o rozwiązanie karteli, bo towary przemysłowe są za drogie
1 my na wsi nie jezdeśmy w stanie kupować, chociaż niektórzy cho­
dzą już bez koszul. Niema na sól, zamiast zapałek używamy krzesi­
wa, zamiast cukru ludzie kupują sacharynę i gotują herbatę z liścia

Pamiętniki chłopów

673

lipowego. Monopol jest za drogi, to na wesela robią samogonkę, cho­
ciaż to z pewnością zdrowe nie jest, na mydło niema pieniędzy, to
ludzie muszą prać w ługu, lamp mało używamy tylko małe kaganki,
żeby mniej nafty wychodziło. U nas na Podkarpaciu gospodarstwa
rozdrobnione strasznie, naprzykład w mojej wiosce to prawie w każ­
dej chałupie jest po dwie rodziny, bo emigracji niema a ludzi przy­
bywa, to też młodzież wałęsa się bez celu i skutek jest taki że ludzie
poproś tu zgrzytają zębami i nienawiść do władzy i do pajstwa rośnie,
a to jest straszne i tego być nie powinno. Mojem zdaniem i na to jest
rada, przecież w Polsce jest tyle wielkich obszarów dworskich, które
często dzierżawią żydzi, zwłaszcza na wschodzie można to rozparce­
lować, dać tym ludziom ziemię a zwłaszcza byłym żołnierzom, już
nie mówię za darmo, bo pajstwo też pieniędzy niema, ale dać na
wypłat na dłuższe lata, otoczyć ich opieką, żeby mogli pracować spo­
kojnie, a wyjdzie to z pewnością na korzyść pajstwu, bo nie kto inny
jest podporą pajstwa, tylko chłop, bo przecież sam widziałem na kre­
sach w czasie wojny jak to obszarnicy pouciekali, ale zostali chłopi
i widziałem jak wieś polska walczyła z wsią ruską i może przyjść
czas, że jeszcze się mogą rzucić na dwory, ale na chłopów się nie
rzucą, może kto jest innego zdania, ale ja tam byłem przeszło dwa
lata i ja ich dobrze znam. Tak pajstwu powinno na tern zależeć, żeby
jaknajwięcej Polaków było na Kresach, bo wtenczas bezpieczejstwo
będzie pewniejsze, a także i tutaj się rozprzestrzeni i będzie zadowo­
lenie i przywiązanie do pajstwa, bo przecież Polska nie leży gdzieś
na dalekiej wyspie, ale ma pod bokiem sąsiadów, którym wierzyć
nie można, bo w każdej chwili mogą uderzyć na Polskę, a wtenczas
na kim się ona oprze jeżeli większa część narodu jest rozgoryczona
i powiada, że lepiej było pod zaborem. Tak to są te bolączki które
powinny być usunięte, ale nie chcą tego zrozumieć ludzie, którzy
pajstwem kierują. Urządza się jakieś tygodnie rolnicze, dużo się
obiecuje, ale na tern się kojczy, a bieda jak była tak jest, tyle z tego
jest, że ludzie tracą wiarę i zaufanie do pajstwa. A przecież powin­
no się wołania tych mas wysłuchać i w miarę możności pomóc i to
zaraz, bo kiedyś może być za późno. Daj Boże żeby ludzie którzy
pajstwem kierują to zrozumieli, a wtenczas i nasza dola się poprawi
i żeby nam lepiej było w tej Polsce za którą my walczyli i krew prze­
lewali. Na tern kojczę moje pamiętniki i dziękuję W Panom za roz­
pisanie konkursu, bo aż mi ulżyło*w tej biedzie i może się komu nie
spodoba, to com napisał, ale inaczej nie umię, bo jak wspomniałem
43. Pamiętniki chłopów.

674

Województwo Krakowskie

do szkoły chodziłem mało, a i teraz nie miałem dużo czasu się zasta­
nawiać i to mnie ucieszyło, że są ludzie jeszcze co się losem chłopa
zajm ują i czasem dobre słowo więcej warte niż pieniądz. Napisałbym
więcej, ale teraz nie mam czasu, a nie wiem czy się komu spodoba.
Kojcząc proszę o ogłoszenie wyniku konkursu.
Dn. 2 bstopada 1933 r.

Pamiętnik Nr. 49

G o sp o d a rz
ś r e d n io r o ln y
p o w . j a s i e ls k i m

w

Urodziłem się w wiosce podkarpackiej P** 12 km. na połud­
niowy wschód od Jasła, w dniu 16. I. 1899 r.
Grunta w mojej wsi są z natury liche, przeważnie bielice, a na
wzgórzach gliny ciężkie podmokłe. Rozdrobienie gruntów już wten­
czas było duże. Tylko paru gospodarzy posiadało gruntu więcej nad
10 morgów, a tylko jeden ponad 15 morgów.
Jak zapamiętałem to jeszcze jedna czwarta część chałup, to były
chałupy dymne, gdzie ludzie mieszkali razem z bydłem. Jeżeli się
weszło do takiej chałupy rano to dorośli chodzili pochyleni, bo gdyby
się sprostowali toby ich dym udusił, dzieci siedziały na przypiecku
przy ogniu lub na słomie na pryczy zbitej z drążków i desek. Płachtę
zdejmowano dlatego by ją dzieci nie niszczyły. W kącie na takiem
łóżku siedziała kura niosła jaje. Króliki gryzły resztki odpadłe od
gąb bydła, które stało przy żłobie przybitem do ściany i ciągło słomę
z za drabiny przymocowanej nad żłobem. Jedną czwartą izby zaj­
mował piec do pieczenia chleba z przypieckiem na którem było pa­
lenisko, Pod tym piecem siedziały kury. Dym podczas palenia był
ułożony równiutko w górze, zajmował mniej więcej połowę wyso­
kości izby, wychodził dziurami, czasem dymnikiem w powale pod
strzechę. Izba była zwykle dołem bielona a górą lepiona gliną i ta
część górna była czarna jak czeluście. Nie wolno było w takiej izbie
chodzić szybko, bo dym się kłócił i gryzł oczy. Każdego z takiej
chałupy mieszkańca można było poznać wszędzie że z kurnej chałupy po zapachu dymu.
Większa część domów względnie chałup to już miały kominy,
a bydło miało osobną stancję w drugim końcu chałupy, z wchodem
z sieni. Jedynie nowonarodzone ciele przynoszono do izby miesz-

676

Województwo Krakowskie

kalnej. Króliki jednak były i tu współmieszkańcami z ludźmi, bie­
gały sobie po izbie, a jak czuły potrzebę to sobie kopały nory pod
łóżkiem lub skrzynką, która zwykle służyła i za stół dla ludzi.
W niektórych chałupach i tych z kominami to kury siedziały
nadal pod/ piecem, ale więcej już chałup było takich co to stwo­
rzenie wyrzucono do stajni bo niby śmierdziały.
Chałupy były budowane z jedną izbą mieszkalną o dwuch ok­
nach o wymiarach 60 cm. na 50 cm. z sienią, komorą i stajnią.
Obornik zwykle wynoszono tuż pod próg, bo to podobno miała
być wygoda, bo i gnój od bydła było blisko wynosić i śmieci z izby
z progu wyrzucić a już największa wygoda to była dla samych
mieszkańców w zimie, bo nie musiał nawet butów wciągać chcąc
swoją ludzką potrzebę załatwić.
Ustępów wtenczas nigdzie nie było, chodzono za potrzebą za
stodołę lub chlewek. U nas ojciec ustęp postawił bo wójtował i tra­
fiało się często, że jakiś urzędnik się pytał o ustęp, więc musiało
się wybudować.
Ubrania nosili już mniej więcej na teraźniejszą modę. W lecie
cajgową m arynarkę i spodnie przypasane szerokiem nabijanem pa­
sem, zimą zaś kożuchy. Kobiety ubierały się dość ładnie, ho w ko­
lorowe spódnice, gorsety nabijane blaszkami, a na szyi korale praw ­
dziwe, za które i dobrą krowę trzeba było zapłacić.
Żywiono się w ten czas dość licho, bo przeważnie barszczem
z biobem, kapustą z grochem. Na okrasę używano sadła i starszej
słoniny, a dlatego musiało to być starsze bo lepiej było czuć że
okraszone. Chleb u bogatszych bywał cały rok, ale ten zwykle go­
sposia dzieliła i niewolno było każdemu ile chciał krajać. Natomiast
biedniejsi na przednówku mało kiedy chleb piekli, a dużo było ta­
kich co na Wielkanoc ostatni raz ze starego upiekli chleba i trzeba
było czekać aż do nowego, mięsa używano tylko z królików, cho­
rej kury lub przypadkowej krowy, jedynie na Boże Narodzenie ku­
powano ze zdrowej krowy mięso, a na Wielkanoc kupowano kiełbasę.
Mleka spożywano więcej, masłem jednak to maszczono ale już na
stole lub ławce, jak już wszyscy byli koło miski żeby widzieli że
jest okraszone, a odbywało się to w ten sposób, że gosposia mając
trochę roztopionego masła w rondelku nachyliła go nad miską, po­
żegnała nim nad nią i każdy był zadowolony bo widział że jest
okraszone. Jaj używano również bardzo mało, na święta, w zapust
i te które się stłukły. Przypominam sobie, jak jedna sąsiadka przy­
szła do mojej m atki żalić się co jej mąż zrobił, mówiła „Kumejko

Pamiętniki chłopów

677

wiecie jaki mój rozrzutnik, kiedyś jak z lasu przyjechał dałam mu
obiad, kapustę i ziemniaki, a ten rzucił to za mną i wziął dobrusieńkie cztery jaja i buch na .rondel”.
Bogatsi zabijali raz na rok świnie, ale takich w mojej wsi było
może z pięciu.
Pijaków nałogowych zapamiętałem kilku. Jak czasem zasze­
dłem do karczmy po gorzałkę ojcu, to siedzieli na ławie (a czasem
i pod nią leżeli niektórzy) i pili siwuchę, a Icek pejsaty stał za
szynkfasem i nalewał do flaszeczek wódki, dolewał późni nibyto
okowity, przytykał flaszkę palcem i przewracał z góry na dół tę
flaszkę by się zmieszała ta rzekoma okowita.
To karczmisko i ci pijacy utkwili mi nazawsze w pamięci.
Dziwno mi w ten czas było dlaczego oni się tak poniewierają, dla­
czego mają taki dziwny wygląd. Bałem się ich. Widziałem nieraz
jak taki pijak przyszedł ze śpiewem do chałupy, a jeżeli żona mu
coś mówiła, to bił wszystko nie wyłączając dzieci. Często żona ta­
kiego pijaka z dziećmi musiała u sąsiadów noclegu szukać, a on
tymczasem w domu wytłukł garnki i inne graty, okna i co było
w chałupie.
Jednak wtenczas już mało było takich pijaków nałogowych,
bo jak starzy opowiadali to kilkadziesiąt lat temu to połowa go­
spodarzy, to byli pijacy. Opowiadali, że niektórzy jak śli do karczmy
to sobie z domu chleb tam brali a innem znowu żony posiłek do
karczmy musiały nosić. A bieda wtedy u tych pijaków to była stra­
szna, grunt u takich licho rodził, zresztą i gruntu nie mieli bo żyd
za gorzałę grunt zabierał.
Moi rodzice należeli do tych bogatszych. Mieli gospodarstwo
czternastomorgowe. Koło domu duży sad owocowy. Gatunki drzew
owocowych nie takie bardzo szlachetne, ale wystarczało dla siebie
a czasem to się i sprzedało, w sadzie przeważały śliwy, tych się
dużo suszyło, sprzedawało, a czasem robili śliwowice. Wyrobu śli­
wowicy nauczył ojca żandarm oczywiście w sekrecie, bo tej i za
Austrji nie wolno było robić.
Gruntu ornego było dziewięć morgów, w tern jedna trzecia
była bardzo podmokła, jak przyszedł rok mokry to i brat brata nie
urodził.
Orka szła w zagony sześcioskibowe. Uprawiano pszenicę, żyto,
owies, jęczmień, ziemniaki, koniczynę, bobik i małe grządki jarzyn.
Reszta gruntu to łąki, pastwisko i zagajniki, trochę w tern nie­
użytków.

678

Województwo Krakowskie

Dom mieszkalny był dość duży bo 7 m. szeroki, a 13 długi.
Izba mieszkalna jedna, sień i komora. Okna jak na on czas dość
duże bo 70 cm. na 80 cm., wysokość izby 3 m., w izbie stał duży
piec do pieczenia chleba z kuchnią i piecykiem do ogrzewania, ume­
blowanie proste, szafa na garnki, koło ścian ławy, pod jednem oknem
stół, mała ławka przy stole i dwa krzesła, dwa łóżka. U tragarzy
wisiała żerdź, tam się wieszało ubrania męskie, na ścianach wisiały
obrazy świętych, ile wlazło w jeden rząd, wisiał również zegar.
W sieni stała beczka z kapustą, stały żarna w których się zboże
mełło. W komorze zasieki na zboże, skrzynia na chusty, szafa na
lepsze ubrania i pełno różnych rupieci.
Rodzice moi należeli do tych postępowszych. Ojciec czytał ga­
zety, z politycznych Przyjaciela Ludu, z fachowych Przewodnik Kó­
łek Rolniczych. Gospodarkę ojciec ulepszał, stosował już z nawo­
zów sztucznych thomasówkę, sól potasową. Orał szersze zagony,
używał lepszych narzędzi rolniczych. Polepszenie gospodarki pozwo­
liło ojcu dokupić gruntu, zmelorować mokry grunt, przykryć dom
dachówką. Również i odżywianie się było coraz lepsze, używali­
śmy dużo nabiału, świnie i dwie na rok dla siebie było ubite.
Ten ruch kulturalny owładnął kilku gospodarzy zorganizowa­
nych w Kółku Rolniczem. Około roku 1910 było już parę domów
krytych dachówką. A także pod względem czystości postępowano
naprzód.
Rodzina nasza jak zresztą i inne w mojej wsi i okolicy, była
dość liczna, było nas ośmioro rodzeństwa żywych, a coś z pięcioro
pomarło. Ja m ając lat siedem zacząłem chodzić do szkoły w Tar­
nowcu, oddalonej od mojego domu 3V2 km. Do nauki miałem po­
ciąg duży i dobrze mi szła nauka, szczególnie lubiałem historje,
wogóle opowiadania, bo te jeszcze przed szkołą lubiałem słuchać
jak starzy ludzie opowiadali o dawnych czasach. Do dziś pamiętam
jak opowiadali jak to dawniej bywało. Opowiadali o czasach pań­
szczyźnianych, jak to czasem dziedzicowi coś na nos wlazło to bili,
względnie ich służba biła czasem na trzy zawody, nawet nie mówili
za co. A jak to trza było ciężko pracować i sobą i końmi, a jak
konie ustały to właściciel za to brał buki na skórę. Mówili, że mo­
jego pradziada to tak obito we dworze, że ten jak przyszedł dó cha­
łupy i legł, to leżał dwa miesiące i już nie wstał. Obito go za to, że
nie chciał dać swojej żony za mamkę dla dziecka dziedzica. Ta jego
żona a moja prababka podobno była młoda i ładna i dziedzic się

Pamiętniki chłopów

679

ucinał do niej, a widocznie i pradziad ją kochał i przypłacił to
chłop życiem.
Opowiadano, że po zlikwidowaniu pańszczyzny miała wieś na­
sza dostać za serwitut 50 morgów lasu, ale dwór nie dał. Chodzili
w tej sprawie przez gromadę wybrani aż do Wiednia do cesarza.
Tam im powiedziano że ten las wasz. Chcieli ten las siłą zabrać ale
cóż dziedzic sprowadził wojsko, które rozlokowało się po domach
a chłopi musieli ich jeszcze chować. Paru chłopów za tę sprawę
^jgniło w kryminale w Tarnowie. Skończyło się na tern, że dziedzic
dał sześć morgów lasu takich najgorszych urwisk. Taka to i daw­
niej była sprawiedliwość dla chłopa.
Na reberacji 1846 r. chłopi z mojej wsi nie byli, bo dzitedzice
dawni dwór sprzedali a nowi byli lepsi. Wprawdzie byli zgroma­
dzeni chłopi z widłami, siekierami u jednego z gospodarzy, bo przy­
szedł rozkaz z becyrku by się chłopi nie dali wziąść na powstanie
szlachty, która chce pańszczyznę przywrócić i że wolno panów bić,
ale nigdzie nie poszli od nas chłopi.
Opowiadali jak to Moskale tędy śli na Koszucką wojnę. Jak to
paru gospodarzy musiało na podwodę z niemi jechać. Tern się to
opłaciło, bo skradli moskiewską kasę i przywieźli moc pieniędzy
i byliby do dziś gospodarzami gdyby żyli, ale oni to porozpożyczali
panom po dworach, gdzie jem poprzepadało, a resztę przehulali.
Opowiadali jeszcze o strachach, o czarownicach, ale ja już
wtenczas w to nie wierzył, bo ojciec mi mówił, że to nieprawda.
W szkole i w dalszych klasach nauka szła mi bardzo dobrze,
więc matka koniecznie chciała bym szedł dalej do gimnazjum, ale
ojciec był innego zdania, mówił że co najzdolniejsze to powinno
zostać we wsi, pocieszał matkę, że z młodszych dopiero da do szkół,
a teraz potrzeba mu pomocy w pracy tembardziej, że właśnie za­
dłużył się celem spłaty siostry. Ostatecznie posłano mnie do pięcioklasowej szkoły] w Jedliczu, oddalonej od nas o 4 km. do której
chodziłem pieszo, na ukończeniu tejże z dobrym postępem zosta­
łem w domu.
Z początku pasłem bydło, późni jak miałem lat 14, ojciec prze­
stał chować parobka a te funkcje ja objąłem. Ponieważ było w zwy­
czaju, że parobcy spali w- stajni przy koniach, więc i ja przeniosłem
się do stajni ze spaniem. Miałem tam prycze zbite z drągów i de­
sek, na nim słoma zaścielona płachtą, za poduszkę służyła stara
bluza a przykrycie to derki, któremi konie w dzień się przykrywało.

680

Województwo Krakowskie

Zimą w stajni była wilgoć, latem trochę zaduszno, to spałem w sto­
dole. Pomimo wszystko czułem się zdrowy.
Ponieważ ojciec zrobił trochę długu na spłaty, to chociaż ro­
boty było dużo, służby już nie trzymał, musieliśmy sami pracować,
a trzeba zaznaczyć, że do pracy było nas tylko czworo, to jest ro­
dzice, ja i młodsza siostra, bo reszte rodzeństwa było jeszcze zamałe do pracy, jedynie bydło paśli.
Poza gospodarstwem trzeba było i na zarobek końmi jechać,
do gospodarzy w pole, do lasu po drzewo na opał i na budulec. Na
przednówku woziliśmy szuter na szarwark i za pieniądze na drogę
powiatową. Młocka zboża odbywała się cepami. Do młyna to tylko
na świąteczne kołacze zboże woziło się, pozatem wszystko męłło
się w żarnach, była to mordęga, to też mnie od tej pracy zaczęły
ręce puchnąć. Widząc to ojciec kupił kierat do którego przyrychtował żarna, kupił młocarnie, którą również popędzało się kieratem,
to też było już lżej na ręce.
W roku 1914 w jesieni wojska austryjackie cofały się. W jed­
nym dniu wieczorem przyszli moskale, oficerowie rozłożyli mapę
patrząc w nie, a ja ciekawy zaglądałem także. Jeden z nich zapytał
się mnie, czy znam drogę do Piotrówki, ja przeczuwając że trzeba
ich tam prowadzić, odpowiedziałem że nie znam tej drogi, bo do­
prawdy choć to trzecia wieś od naszej, tam nigdy nie byłem, ale
widząc mapę a na niej Piotrówkę i drogę do niej, więc myślę sobie
pokażę którędy m ają iść, to pójdą sami i zacząłem im tłomaczyć
którędy m ają iść by zajść do Piotrówki, wtenczas nie pomogły żadne
tłomaczenia, że tej drogi nie znam, musiałem iść prowadzić. Zazna­
czyć trzeba, że to była noc i co tylko po wycofaniu się wojsk austryjackich, a droga przez las, którą znałem kiepsko.
Ponieważ moskale nie wiedzieli napewno, czy w następnej wsi,
która leżała obok naszej drogi Chlebny, niema austryjaków, mnie
się o to pytali. Ja wiedziałem że z tej wsi wycofali się austryjaki
pierwej jak z naszej więc powiedziałem że tam austryjaków niema,
to jednak nie pomogło bo wysłali patrol a ta wróciła za pewien czas
i oświadczyła że tam pełno austryjaków, wtenczas jeden z moskali
złapał mię za kołnierz i nahajką po plecach wyzywając wtenczas
na mnie, czego ja mało rozumiał, zrozumiałem tylko to żem durny
jeśli ich chce zdradzić, bo ja pierwszy kule w łeb dostane.
Wysłano patrol drugi, przez ten czas jeden z moskali trzymał
mię za kołnierz. Widocznie bali się bym ją nie uciekł, cobym był
z pewnością zrobił, gdyby mię był puścił, bo było to w lesie a przy-

Pamiętniki chłopów

681

tem ciemno, a ja sam zacząłem wierzyć, że austryjaki wrócili się,
0 czem ja nie wiedział. Po jakimś czasie patrol ten drugi wrócił,
oznajmiając, że tam jest paru żołnierzy ruskich, a austryjaków już
oddawna niema. Wtenczas jakiś pewnie oficer wjechał między tę
pierwszą patrol i prał nahajem jeno świszczało, wymyślając coś
przy tem czego ja mało rozumiał. I już spokojnie zaśliśmy do Piotrówki, tam mi dano przepustkę, by mię w drodze powrotnej nikt
nie czepił i pięć rubli. Wróciłem do domu szczęśliwie, ale plecy od
nahajek to mię paliły jak świecą.
Na drugi dzień znowu wzięli mię moskale na podwodę. Za­
raz w drugiej wsi przy przejeździe rzeki o mało nie utopiłem się ra­
zem z końmi, bo woda była duża. W ten dzień przed tem utonęło
na tym przejeździe dwie pary koni i sześciu ludzi. Mnie także już
wóz wywróciła i z trudnością wygramoliłem się na bok wozu.
Wozu woda nie rozebrała, bo wasąg był przykręcony do skrętów.
Za wodą w Trzebniach ledwom się osuszył, trzeba było jechać dalej.
Gościniec był niemożliwy pełno było w niem dołów napełnionych
wodą, która czasem po brzuch koniom sięgała. Po bokach gościńca
stały, względnie leżały połamane wozy, leżały zdechłe konie, w środ­
ku gościńca stały ugrzęźnięte auta.
Pożywienia dla koni nigdzie nie można było dostać, bo już
przewalające się wojska zabrały co było. Miałem jechać do Lwowa,
tak przynajmniej moi pasażerowie mówili. Byłem zdania, że z koń­
mi i wozem już do domu nie wrócę, wobec tego postanowiłem ucie­
kać sam albo brać jedną lepszą szkapę i w nogi, com też na trzeci
dzień zrobił. Rano jak jeszcze moskale spali, włożyłem na lepszą
klacz chomąto, wsiadem na nią i mniej więcej prosto polami, lasami
do domu. Uciekłem szczęśliwie i uratowałem przynajmniej jednego
konia. Sąsiedzi, których również wzięto na podwodę, wrócili sami
po paru tygodniach tułaczki. Późni już umieli my się kryć z końmi
1 bydłem, to ostatnie jednak nie dało się ukryć, bo nam moskale
zabrali dwie krowy, dwie jałówki i trzy świń. Przedtem madziary
zabrali nam dwa wozy, zniszczyli pasieke, składającą się z siedniu pni.
W maju 1915 r. moskale się wycofali, przyśli austryjaki, za­
nosiło się przy tem na dużą bitwę około mojej wsi, bo ludności ka­
zano się wynosić ale skończyło się na kanonadzie artyleryjskiej,
wprawdzie wpadło kilka granatów we wieś nie robiąc dużej szkody.
W roku 1917 na wiosnę wzięto mię do wojska austryjackiego.
Nie będę opisywał szczegółowo moich przejść na wojnie austryjackiej, wspomnę tylko przejścia ważniejsze.

682

Województwo Krakowskie

Nie mieli austrjacy ze mnie dużej pociechy. W jednym roku
byłem trzy razy na froncie, zawsze m arkieracja pomogła żem tam
po paru tygodniach pobytu jechałem w sanitarnem pociągu z frontu.
Byłem na froncie w Tyrolu, góry tam wielkie. Dziwno mi było jak
można i po co mieszkać w takich górach. Austryjakom pomogłem
tyle, że trzy karabiny maszynowe rzuciłem w przepaść. Drugi raz
byłem nad morzem Adrjatykiem, tu mniejsze góry. Trzeci raz by­
łem już w Italji na równinach nad rzeką Piawą, tam myślałem że
już trza swoje kości za cesarza złożyć, bo markieracja nie pomagała,
bo tu prawie całe wojsko było chore na m alarje i inne choroby i tylko
ciężko chorych oddawano do szpitala. Jednak pewnego razu przy­
sypała mię ziemia z powodu pęknięcia granatu, coś mię potłukło,
trochę się udało i dzięki Bogu odesłano mię do szpitala aż do Pragi.
Z Pragi dostałem urlop czternastodniowy. Przyjechałem do domu
27 marca. Czternaście dni przeszło a ja wcale ochoty jechać za
Austrję piersi nadstawiać nie miał. Postanowiłem zostać dalej w do­
mu. Uzbierało się nas takich we wsi czternastu. Mieliśmy karabiny,
więc my się żardarmów nie bali, zresztą i ci nie mieli ochoty z całą
kupą się zadzierać.
Zaczęliśmy twTorzyć z okolicznemi wsiami tak zwany kader zie­
lony, było nas 35, w tern jeden fenrich, mieliśmy już i karabin ma­
szynowy. Gdyby my byli w kupie to z pewnością do końca Austrji
siedzieliśmy w domu, ale że nam dość nic nie mówiono, myśleliśmy
że to tak i dalej będzie, aż tu jednej nocy żandarmi z kompanją
wojska zrobili obławę i kilkunastu dezerterów złapali na spaniu,
a i mnie między niemi. Odesłali mię pod eskortą do swojego kadru
setnego regimentu, stamtąd pod sąd wojenny. Zasądzono mnie na
pięć lat więzienia po wojnie. Następnie odesłano mnie do 57 regi­
mentu, bo nie chciano bym demoralizował kadrę setnego pułku,
gdzie jeszcze dyscyplina nie była tak rozluźniona jak w 57 Tarnow­
skim w Przerowie.
Po tygodniowem pobycie w Przerowie wysłali mnie razem z temi co wrócili z rosyjskiej niewoli znowu poraź czwarty na front
nad Piawe do Italji. Po drodze rozbijaliśmy wozy kolejowe z któ­
rych rabowaliśmy żywność i już z tern postanowieniem, że zakoń­
czymy wojnę austryjacką na wzór rosyjskiej, przyjechaliśmy do
57 pułku. Pułk 57 zastaliśmy już dość mocno zrewoltowany, stali­
śmy poza frontem na spoczynku.
Wieści dochodziły, że Telijany przygotowują się do ofensywy,
a u nas szła dość głośna propaganda by się zbuntować i już nie iść

Pamiętniki chłopów

683

na front. Rej w tej propagandzie wodzili ci co powrócili z Rosji.
Ja także pomogałem co mogłem, a mogłem dość dużo bo jako zna­
jący język niemiecki byłem używany do roznoszenia rozkazów mię­
dzy bataljonami i przy tej sposobności zawsze opowiadałem żoł­
nierzom, że inne bataljony w razie rozkazu wymarszu na front bez­
względnie odmówią posłuszeństwa.
Jakoś niedługo trzeba było czekać, bo jednej nocy zbudzono
mię, kazano iść do bataljonów z rozkazem. Na froncie mimo nocy
słychać było gwałtowną kanonadę.
Rozkazu nie mogłem przeczytać, bo był zaklejony, ale spodzie­
wałem się, że jest rozkazem wymarszu na front i rzeczywiście prze^
konałem się że tak, bo zaraz w pierwszym bataljonie dano rozkaz
alarmu. Ja wstępowałem po drodze do kw ater żołnierskich i mó­
wiłem żeby nigdzie nie iść, bo inne bataljony nie idą.
Na drugi dzień pomimo krzyku oficerów żeby wychodzić, każdy
siedział lub leżał mówiąc że nie idzie nigdzie i tak trwało dwa dni.
Na trzeci dzień obtoczył nas jakiś pułk chorwacki, który nas roz­
broił, broń oddaliśmy bez oporu. Chorwaci ci mówili jednak, że
oni to samo zrobią. Kazano nam wychodzić na zbiórkę, straszono
że będą się każdego z osobna pytać czy idzie na front, kto powie że
nie, to kula w łeb. Żałowaliśmy żeśmy oddali broń, boby my się
bronili, ale już było za późno. Postanowiliśmy raczej tu zginąć jak
na froncie.
Przyszedł sztab pułku i inni oficerowie i rzeczywiście pytano
się za porządkiem, kto chce iść a kto nie chce na front. Okazało
się, że tylko siedmiu oświadczyło się że idą, a reszta nie. Kazano
naszemu kapelanowi odprawić msze połową na której my byli a póź­
ni kazanie. Kapelan jak wyszedł na kazalnice zaczął coś mówić,
czego ja nie słyszał, bo byłem wysłany z rozkazem i właśnie odda­
lałem się w ten czas, widziałem tylko że zaraz zszedł. Okazało się
późni, że go aresztowano bo nie tylko nie namawiał nas do posłu­
szeństwa ale wprost wezwał do wytrwania w tern co my zaczęli.
Widać było, że i oficerowie chociaż udawali, że oni są przeciw bun­
towi to jednak pocichu informowali co dalej mamy robić. Podofi­
cerów oraz byłych jeńców rosyjskich i kilku byłych legjonistów
aresztowano i osadzono w więzieniu w Chrobatinie. Po dwuch
dniach dowiedzieliśmy się, że ich m ają rozstrzelać.
Oficerowie polacy po cichu kierujący buntem postanowili dzia­
łać już stanowczo. Mnie używano przedtem do informowania ba­
taljonów ustnie, jednak wtenczas napisali rozkaz na papierze, że

684

Województwo Krakowskie

tej nocy nad ranem ma wojsko rozbroić żołnierzy madziarów, bo
już ci nas pilnowali, następnie zabrać broń z magazynu i uderzyć
na Chrobatino celem uwolnienia więźniów.
Rozkaz wręczył mi porucznik Fedorko informując mię co mam
na wypadek aresztowania mnie zrobić. Jak wychodziłem poza kor­
don drugiego bataljonu posterunek madziar aresztował mie. Poka­
załem mu na migi, że chce iść na stronę, ten na to nic nie mówił,
wlazłem pod winogron, rozkaz stargałem na drobne części, zagrze­
bałem w ziemi. Na wartowni zrewidowano mnie, następnie pro­
tokół ściągnięto ale nic się nie dowiedziano. Pomimo to zamknięto,
względnie odstawiono do Chrobatina, do aresztu.
W tę noc nad ranem żołnierze z naszego pułku uwolnili nas
z tego więzienia. I zaraz cały nasz pułk szedł w tył, oficerowie i my
poodrywaliśmy od czapek bączki, oficerowie i podoficerowie rów­
nież i gwiazdkir Na drodze spotykaliśmy pułki polskie jak 32 landwer i inne i te przyłączały się do nas. W Czerwieniano był sztab
austryjacki i ten zagrodził nam drogę drutami kolczastemi żądając
złożenia broni, ale widząc naszą groźną postawę sam arcyksiąże
Fryderyk z nami, to jest z delegacją wybraną przez żołnierzy w któ­
rej i ja byłem pertraktował. Zgodził się, że możemy z bronią przejść,
zastrzegając sobie spokój, my to przyrzekli. Jednak warunków
trudno było z naszej strony dotrzymać, bo dyscyplina była całkiem
rozluźniona. Tak przyśliśmy na nogach aż do Lubiany, tam nam
rząd Jugosłowiański dał wozy kolejowe, skąd my wyruszyli pocią­
giem. Broń prócz kilku karabinów maszynowych i ręcznych oraz
tabory zostały w Lublanie.
Tak zakończyłem służbę Austrji. W wojsku polskim od dnia
14 lutego 1919 roku do 30 lipca 1922 r. służyłem rzeczywiście. Bra­
łem udział w wojnie z Ukraińcami i z bolszewikami. Byłem na fron­
cie przez osiemnaście miesięcy, byłem pod Radzyminem ranny.
Jak przyszedłem z wojska do domu, nie wiedziałem co zrobić
ze sobą, bo chociaż w domu nieźle było, to jednak zawsze razem
siedzieć nie można. Swoją gospodarkę zakładać niema z czego, bo
było nas siedmioro rodzeństwa. Siostra jedna podczas wojny zmarła.
I tak nie wiedząc co z sobą zrobić, siedziałem przy ojcu. Podczas wa­
kacji przyjechał do nas wujek profesor i ten mi radził bym jechał
do niego, bym się uczył prywatnie, i zaręczał że za lat trzy mogę
maturę gimnazjalną zdać. Okazało się, że starszemu już trudniej
nauka przychodzi, jednak byłoby jakoś szło, gdyby w domu wszystko
było zdrowe.

Pamiętniki chłopów

685

Po sześciu miesiącach pisze do mnie ojciec bym przyjeżdżał*
bo jak mi wiadomo, Matka od trzech lat choruje i jest jej coraz
gorzej a i oń niezdrów. Przyjechałem, wziąłem się do gospodarki*
robiłem com mógł, jednak dużo nie mogłem z braku gotówki.
"Za protegą dostałem się do roboty na fabryce kopalni nafty*
Osiem godzin robiłem na kopalni, reszte w gospodarstwie. Po sze­
ściu miesiącach zredukowano mnie. Zacząłem gospodarzyć według
książek rolniczych, czytałem ich dużo, robiłem próby, chodziłem na
kursa rolnicze. Nieźleby z gospodarką szło, gdyby nie wydatki na
lekarzy i medycynę.
Zajmowałem się również pracą społeczną, założyłem w swojej
i okolicznych wsiach Koła Młodzieży. Należałem do Kółka Rolni­
czego w naszej wsi, gdzie pełniłem funkcje sekretarza.
W roku 1925 na wiosnę choroba ojca pogorszyła się. Ojciec
leczyć się nie chciał widząc moje borykanie się z brakiem gotówki,
wkońcu przystał na leczenie ale okazało cię, że to już za późno. Oj­
ciec zmarł 15 lipca 1925 r.
Gospodarstwo ojciec podzielił między nas wszystkich. Dla mnie
na podstawie testamentu oddał ojciec dom mieszkalny, cały inwen­
tarz żywy i martwy, 31/2 morgi gruntu, resztę m ajątku przeznaczył
dla pozostałych braci i sióstr. Ja miałem gospodarzyć nadal na ca­
lem gospodarstwie, a przeznaczone części oddawać każdemu z chwilą
jak dorośnie i będzie chciał swoją gospodarkę zakładać. Prócz tego
ja miałem Matkę utrzymywać i dla sióstr dać wiano, to jest krowę*
pościel i inne sprzęty.
Było mi ciężko, bo musiałem choć skromny jak na takiego go­
spodarza pogrzeb sprawić. Matce coraz gorzej było, wkońcu prawie
ociemniała. Wysłałem Matkę do Krakowa celem leczenia, co ko­
sztowało dość słono, a mało pomogło. Trzeba było opłacić przepro­
wadzenie spadku, zapłacić za podział geometrze. Doszło do tego, że
z pozostawionym przez Ojca długiem, miałem długu ponad 1100 zł.
W drugiem roku po śmierci Ojca, na wiosnę umarła Matka.
Zostaliśmy sami. Najmłodsza siostra liczyła wtenczas lat dziesięć.
Niektórzy ludzie zaczęli braci kusić i wmawiać w nich, że ja ich będę
oszukiwać. Inni znowu mówili, że całe gospodarstwo się rozleci,
mówili nawet że już się rozłazi, bo bracia każdy dla siebie sprzedaje
zboże a siostry nabiał. Lecz nawet przekonali się, że ani ja młod­
szych nie wyzyskuje, ani oni mnie nie oszukują. Za to w domu
u mnie spokój a gospodarka idzie i to jem gęby zamkło.

686

Województwo Krakowskie

W roku 1926 miałem niezłe urodzaje, bydło również miałem
ładne, to też prawie że dług oddałem, sprzętów, ubrań dokupiłem.
Wogóle z biedy otrząsnęliśmy się. Zaufanie tak w gminie jak i w pa­
raf ji do mnie wzrastało. W ybrano mnie w kasie Stefczyka na prze­
łożonego Rady Nadzorczej, zaś w mojej wsi chcieli mię koniecznie
wójtem zrobić, wymówiłem się jednak mówiąc jem, żem jeszcze
kawalerem, toby nie pasowało by oni starsi musieli mnie słuchać.
Ja nie miałem ochoty tego zaszczytu dostąpić, że to mitręgi dużo
a zrobić coś w takiej ubogiej wsi jak nasza to się nieda, zresztą
miałem już dość dużo tych społecznych obowiązków. Trzeba było
i swojego pilnować.
W roku 1926 w jesieni ożyniłem się w drugiej wsi w Tarnowcu
u wójta Sanockiego. Dostałem z żoną dwie morgi gruntu no i wiano
składające się z dwuch krów, szafy na chusty, łóżko i inne sprzęty
nienajgorsze. W iano to się mi bardzo przydało w tym czasie, bom
właśnie i ja musiał siostrę wianować, bo wtenczas i ona wyszła za
mąż, więc choć i ja dałem, to znowu wziąłem.
Przez następne dwa roki gospodarzyłem z dobrym skutkiem.
Stopa życiowa pod każdem względem się podniosła, lepiej my się
odżywiali, lepiej ubierali. W domu wprawiłem podłogi. Jednak
w jesieni starszy, brat zażądał spłatu za stajnie i musiałem mu za
nią zapłacić 560 zł., co po sprzedaniu jednej krowy i świni uczyni­
łem, późni sprzedawał i pole a żal mi było ojcowizny w obce ręce
puścić, więc część tego gruntu kupiłem. Za 3/4 morga zapłaciłem
2700 zł. a opłaty kosztowały około 300 zł., to jest opłata notarjusza,
skarbu, intabulacja, stemple.
Te opłaty od przeniesień, kupna, spadku i znowu kupna, to cięż­
ka zmora jaka gniecie małorolnego. Ja pamiętam jak Ojciec robił
podział między swoich braci i siostry i opłacał, późni odkupił część
tego gruntu i znowu opłacił, następnie Ojciec pomarł i my znowu
opłacamy, teraz odkupiłem od brata i znowu płace a mam lat do­
piero 31. Okazuje się, że ten co nie posiada tej ziemi, nie sieje, nie
orze, lepszy ma dochód z niej jak właściciel, który ciężko musi pra­
cować. W idać z tego że na tern dzieleniu wieś źle wychodzi.
W roku 1929 i 30 radzili różni agronomowie by każdy budo­
wał gnojownie, kupował rasowy inwentarz a że moja gospodarka
była gospodarką pokazową, a do tego namawiano na tani kredyt
na powyższe cele, więc chociaż miałem pewne wątpliwości i obawę,
bo sytuacja na rynku zbytu połdów rolnych zaczęła się psuć, poży­
czyłem 750 zł. na powyższe cele. Gnojownie betonową wybudowa­

Pamiętniki chłopów

687

łem, rasową krowę i buhajka kupiłem. Na kupnie rasowej krowy i bu­
hajka wyszedłem jak Zabłocki na mydle, bo produkty szalenie spa­
dły, więc za buhaja pomimo że wyrósł ani połowy dziś nie dostał­
bym, gorzej z krową, bo ta okazała się złą dojką, a jeszcze więcej jak
buhajek spadła w cenie; Dług został. Na polu społecznem dość duży
ruch. Ja robiłem com mógł w organizacjach w kulturalno-oświa­
towych, spółdzielczych a nawet politycznej. Myślałem że przecież
chłopi będą na tyle silni, że się nie dadzą złemu przywalić. Obo­
wiązków przybywało, zostałem członkiem O. T. R.*) a nawet co mię
trochę dziwiło powołano mię za członka komisji kulturalno-oświato­
wej przy powiatowej radzie przybocznej.
W Tarnowcu założyliśmy mleczarnie spółdzielczą, gdzie mię
wybrano przewodniczącym Rady Nadzorczej. Niektórzy chłopi za­
częli wątpić czy ja tak bezinteresownie tern się zajmuje, natomiast
żona narzekała na mnie, że mię w domu trudno uwidzieć, że jak tak
dalej pójdzie to i gospodarkę djabli wezmą. Postanowiłem na nic
nie zważać a robić swoje. Wierzyłem w to mocno, że wieś zrozumi
jakie jej grozi niebezpieczeństwo ze strony karteli i ze strony in­
nych klas. Zdawało mi się, że wieś się dźwiga tak pod względem
oświatowym jak i nabiera rozumu ekonomicznego.
Nie zaniedbywałem i swojej gospodarki. Inwestycji za gotówkę
już nie robiłem, natomiast co się dało zrobić bez gotówki zrobiłem.
Dawno już myślałem o tern jakby dojść do tego, by ziemię ruszyć
głęboko a przewrócić płycej, służy do tego pług z pogłębiaczem ale
on drogi i trzeba cztery konie by go uciągły. Postanowiłem wymy­
ślić samemu coś tego rodzaju, tylko by to było niedrogie i nie wy­
magało dużej siły w użyciu. Po paru próbach kówał pogłębiacz
wedle podanego modelu zrobił. Pogłębiacz ten przypina się do pługa
i orząc idzie za lemieszem i spulchnia ziemie, przy tern zastosowaniu
para koni uciągnie. Dzięki orce z pogłębiaczem plony mam dość
duże, pomimo że nawozów, sztucznych mało używam. Przeciętny
zbiór z ha 22 metry zboża. Gospodarstwo przerzuciłem na hodowle,
chowam cztery krów, dwie jałówki, trzy świń. Sadzę dużo oko­
powych, koniczyn i mieszanek. Konia trzymam jednego, do orki
donajmuje drugiego.
W roku 1930 brat zachorował na nogi, leczenie kosztowało około
300 zł. a również dziecko nie było całkiem zdrowe i żona była u le­
*) t. j. Okręgowego (oddziału) Towarzystwa Rolniczego.

688

Województwo Krakowskie

karza co znowu kosztowało około 100 zł. Trzeba było i raty z za­
ciągniętego długu spłacać, a tu to co jest do sprzedania coraz tań­
sze, natomiast to co trza kupić nawet podrożało. Nie zniżyli też le­
karze i jak tak dalej będzie to trzeba będzie zrezygnować z ich po­
mocy, zresztą ludność wsi już mało z ich dorady korzysta z braku go­
tówki, to też choruje na wsi dużo ludzi a przeważnie kobiet i dzieci
i nie stać ich na lekarza. Chłop płaci podatki, państwo utrzymuje
szkoły w której się kształcą lekarze a ci później leczą prawie wy­
łącznie ludzi bogatych.
W roku tym ograniczyłem wydatki ile się tylko dało. Nie ku­
puje się już ani mięsa, ani ryżu, ograniczyło się kupno cukru, kawę
pije się tylko w święto, herbaty tylko w razie przeziębienia, cukru do
potraw się unika, zapałek nie kupuje się wcale, świeci się zapalnicz­
ką. Gazet prenumerowałem trzy, teraz prenumeruje jedną, książek
nie kupuje.
Pierwiej przed dwoma laty mogłem sobie jeszcze od czasu do
czasu iść do sąsiadów na zabawę, co też kosztowało bo wedle zwy­
czaju u nas jak się do kogoś szło na imieniny czy w święta to się
brało choć z pół litra gorzałki. Ja brałem swojego wyrobu wino
z porzeczek, jabłek lub czernic robione na miodzie, który miałem
swój i gościom smakowało a mnie wychodziło taniej jak gorzałka.
Tak samo do mnie sąsiedzi chodzili na gościnę zwykle na Józefa,
który jest mojem patronem. Trzeba było jakoś ugościć, więc żona
piekła kołacze, była swoja szynka, kiełbasa, swoje wino a przy tern
przynosili sąsiedzi po ćwiartce spirytusu bo wiedzieli że mam swój
miód, to się ten rozpuszczało i rozcieńczało się spirytus i gorzałka
była doskonała. Taka gościna dużo nie kosztowała a można się było
zabawić.
Bywało że się szło na wesele, bo choćta już takich hucznych jak
dawniej ludzie wesel nie robili ale choć skromne to od zwyczaju
musiało się zrobić. Mnie dość dużo na wesela prosili krewni i sąsie­
dzi, być może że dlatego że często przychodzili do mnie, to o poradę
w różnych sprawach. Czasem bydle było chore a ja miałem książki
weterynaryjne, to jak mogłem to poradziłem, czasem grunt odmie­
rzyć za co płacić sobie nie kazałem, jedynie czasem przy pilnej ro­
bocie za to pomagali. Dość na tern, że jakby chciał na te wesela
chodzić gdzie mię proszono, toby mi dość pokaźną kwotę na rok
wyniesło. Trzeba było przed weselem dać z litr masła, sera, z półkopy jaj a i podczas wesela kosztowało, muzyka ze dwa złote, czepiec
ze trzy zł. i masz piątkę, a na wsi nigdy ich dużo nikt nie miał.

Pamiętniki chłopów

689

Prowadziłem rachunkowość rolną, to jest pisałem wszystkie
obroty produktami i gotówką, to z końcem roku wydatki na zabawy
wynosiły około 50 zł. Roki 1931 i 32 były coraz gorsze. Ten tak
zwany „kryzys” (który mojem zdaniem powinien się nazywać wy­
zysk albo rabunek) coraz gorzej dokuczał, a w tym roku doszło do
tego że już nietylko zabawy trzeba było skreślić ale najkonieczniej­
szych potrzeb muszę sobie odmówić.
Pomimo to że mam gospodarstwo jak przedtem, że mam nienaj­
gorsze urodzaje, że jeszcze inwentarza mi nie zlicytowali, a nawet
pomimo dorady byłego m inistra Janty Płonczyńskiego, który radził
na Radzie Ogólnej M. T. R. w Tarnopolu gdzie byłem delegatem,
że gdybyśmy zjedli połowę z tego co produkujemy, to za drugą po­
łowę więcej jak dziś za całość byśmy wzięli, nie mogę sobie pozwo­
lić na ludzkie pożywienie, nie mówiąc już o prymitywnych potrze­
bach kulturalnych.
Mam budyniu jeszcze po Ojcu, to jest dom mieszkalny, stajnię,
którą spłaciłem i stodołę, którą muszę spłacić. Dom mieszkalny po­
trzebuje koniecznie reperacji, niema za co. Miałem dwa wozy i wózek
wyjazdowy, jeden wóz się rozlazł całkiem a drugi się rozłazi i niema
za co poprawić. Ta sama rzecz z innemi narzędziami rolniczemi,
co mogę poprawiam sam, czego nie dam rady, musi zostać bo niema
czem płacić. O nowych się nie myśb.
Skradli mi złodzieje uprząż na konie, bo kradną teraz co się
da a policja nie może ich wyśledzić, podobno niema czasu na to. Po­
robiłem zamknięcia do stajni, komory ale się to na dużo nie przyda,
bó mogą całe drzwi wywalić, bo tak robią, a jeżeli kto usłyszy
i wyjdzie, to go kołem po głowie i ręcach i nietylko go okradną ale
do tego zbiją a czasem i ręce połamią. Wsi naszej wartuje stale
dwóch ludzi ale tych także już złodzieje obili, zresztą tych wypatrzą
gdzie są i idą w drugie miejsce kraść. Ludzie pilnują się i sami,
gdzie jest więcej ludzi w domu to na zmianę całą noc pilnują. Kradną
już i konie, wozy, bydło, świnie, nie licząc kur, zboża, ubrań, prawie
każdy tydzień kogoś we wsi okradną. Uprząż sprawiłem nową,
zamykam w komorze. W tych warunkach wiedza i energja na nic się
nie przydaje, ręce sanie opadają.
Bracia i siostry siedzą dalej przy mnie, bo choć czas kazuje by
swoje gniazda zakładali, to w tych warunkach nic nie poradzi.
/ Ja mam dwoje dzieci, jednemu pięć lat, drugiemu trzy, ale do­
kąd tak jak jest będzie, to choć jegomościem kłopot, trudno się
o więcej starać, życie ograniczyliśmy do ostateczności. Wieprzka
44. Pamiętniki chłopów.

690

Województwo Krakowskie

w tym roku już nie zabiłem, czasem tylko słoniny się kupi. Drób
wszystek idzie na sprzedaż. Mleko pełne dzieci piją i my starsi latem
na podwieczorek, do gotowania bierze się chude z pod wirówki. Jajko
czasem w lecie żona do ciasta wbiła i to musiałem jej tłomaczyć,
że jeżeli nas m ają djabli wziąść to nas wezną choćbyśmy i jednego
jajka nie zjedli. Cukru w tym roku tylko na wielkie świętia żona
kupiła. Teraz w jesieni zrobiliśmy melasy z buraków cukrowych,
tak samo zrobiło się na tej melasie z gorszych jabłek marmolady
i doskonale się udała. Wprawdzie kłopotu z wyrobem melasy to jest
trochę, ale za to marmolada smakuje.
Potraw ze zboża to u mnie do tego czasu je się dowoli, jednak
do młyna się nie wozi a miele się w żarnach kieratowych. W e wsi
mojej dużo ludzi na przednówku głód cierpiało. Do mnie to cię­
giem przychodzili, by choć parę litrów zboża czy ziemniaków po­
życzył. Pożyczałem dokąd starczyło. Przychodziły i dzieci głodne,
to tych musiało się pożywić. Pewnego razu przyszedł siedmioletni
Kowalszczyk, żona dała mu kromkę chleba z mlekiem by zaraz zjadł
a na późni i dla drugiego co w domu został dała duży kawałek chleba,
ten jednak zjadł to pierwsze a późni zjadł i to co do domu miał
zanieść. Dziwiliśmy się że taki chłopak tyle potrafił zjeść. Z pewno­
ścią głód taki apetyt sprawił.
W tym roku nie mam co sprzedać, bo zeszły był suchy, musia­
łem wysprzedać nadwyżkę w inwentarzu bo nie było czem chować.
Miałem dwie świnie do sprzedania ale jedna zdechła a za drugą mało
co wziąłem, bo szalenie teraz staniały. Trzeba kupić prosięta i mało
co zostanie. Krowy teraz dość mleka dają ale co z tego kiedy tanie,
dziesięć groszy litr płacą. Zboża mam coś do sprzedania ale do­
prawdy żal dać za pół darmo. Coś lepiej płacono w tym roku za.
owoce. Gdyby mi stary sad nie był wymarzł w te ciężką zimę toby
się coś wzięło, a z tego co zostało dużo owocu nie było, ale co było
sprzedałem by się choć trochę opędzić z wydatków. Jedynie parę
garncy zostawiłem dla dzieci, my starsi musimy się obejść bez owo­
cu, pomimo że się miało swoje, bo to dziś także luksus dla chłopa
na wsi.
Ponieważ urodzaje miałem niezłe to z wyżywieniem jeszcze pół
biedy, gorzej z okrywką, a jest nas do okrycia sześcioro dorosłych
i dwoje dzieci. Ja z żoną nosimy ubrania te co dawniej się kupiło,
łata się, naprawia, nicuje, ale siostry które są już dorosłemi pannami
chcą się choć od święta jakoś ubrać, no i trzeba zaznaczyć że starych
ubrań nie mają, bo dopiero w tych ciężkich czasach podorastały, to

691

Pamiętniki chłopów

też z niemi nie wiem co poradzić. Takie dziewczęta nie rozumieją,
że niema pieniędzy, skąd wziąść to ją nie obchodzi. Masz kupić, bo
ja tu pracuje a przytem jestem w pewnej części współwłaścicielem
gospodarstwa, to się mi należy. Z tego powodu często swary w do­
mu powstają. Mówię jem, że ja już rady nie dam, to sobie róbcie
co się wam podoba, idźcie na służbę, bierzcie grunt, który wam się
należy. Jednak nie idą, bo gdzie pójdą. Aby uniknąć kłótni, a zre­
sztą widzę konieczną potrzebę bo trudno m ają gołem ciałem świecić,
od czasu do czasu coś z ubrania dla nich się kupi.
Ażeby jak najmniej na ubrania wydać, kupuje się materję z któ­
rych siostra szyje sukienki dla dziewcząt i bieliznę dla nas, brat zno­
wu robi obuwie. Nigdzie tej roboty szewskiej nie uczył się. Z po­
czątku robota nie szła, teraz robi możliwie. A zaoszczędzi się na tern
bo zużyje się każdy kawałek starej skóry z obuwia.
Żona ustyguje cięgiem że ją coś w boku, to w krzyżu boli. Widać
że nie jest zdrowa bo źle wygląda. Jednak ja jej tłomaczę, że to
nic wielkiego, że to tylko coś wlazło a jak wlazło to i wylezie samo.
Cóż mam robić, kiedy lekarz kosztuje, jedna wizyta 10 złotych, a le­
karstwo może jeszcze więcej, a ja na to już nie mam skąd wziąść.
Zalegam już nawet z procentami tak w kasie Stefczyka jak Zalicz­
kowej, zalegam z podatkiem. Ograniczyć wydatków już się nie da.
Miałem w roku gospodarczym 1932 na 1933 dochodów gotówko­
wych. ( Obliczenie pobieżne ):
za tłuszcz z mleka z litrów 4.800 po 8 gr. za litr
304 zł.
za sprzedane zboże 8 metrów po 17 zł. za 100kg. 136 „
za sprzedane dwie szt. świń
140 „
za sprzedaną starą krowę
40 „
za sprzedaną jałówkę
80 „
za sprzedane jajka od kur 1500 szt. po 4 gr.
60 „
za zarobkowanie uboczne
30 „
Razem w dochodach w gotówce

. . . 790 zł.

, W ydatki w przybliżeniu w tymże roku wynosiły:
Procentu od 1200 po 10% i 2% administracja
144 zł.
podatki bezpośrednie, państwowy czyli gruntowy dro­
gowy, wyrównawczy (według kwitów)
97 „
. składki na wartę wsiową, kościelną i poprawa kościoła
wybierana ż morga
25 „
nawozy sztuczne (bez nich gospodarzyć trudno)
115 „

692

Województwo Krakowskie

bielizna dla 8 osób po 10 zł. na osobę
obuwie po 15 zł. na 6 osób
ubrania świąteczne i codzienne dla 6osób po 40 zł.
medecyna dla ludzi i zwierząt
tłuszcze (okrasa do potraw )
sól
opał
uprząż (spowodu kradzieży)
kucie konia, naprawa siewnika, pługa, bron
kupno dwuch prosiąt cyckowych

80
90
240
25
60
20
85
50
38
30

Razem wydano w gotówce
Niedobór za zeszły rok wyniósłby

1099 zł.
309 zł.

Na nic się przyda wszelka ekonom ja, bo dochodów podnieść się
nie da, a wydatki zmniejszyć również już trudno. Zamiast by się
dług zmniejszył podnosi się. Zarobków niema nigdzie, jeżeli obszar­
nik potrzebuje donająć (płaci 80 gr. bez utrzymania) to ma bied­
niejszych od nas aż za dużo. Gruntu nikt nie kupi bo nikt gotówki
niema. Więc jestem w sytuacji bez wyjścia.
W tym roku zasiałem konopi to na przyszłość będziemy prząść
i na stary system ubrania robić. Z tern bieda że teraz już tych robót
nie umiemy. Wprawdzie bieda wszystkiego uczy. Ja nauczyłem
się teraz bednarki. Naprawiam cebrzyki, konewki. To samo z ro­
botami blacharskiemi, naprawiam garnki, blaszanki na mleko. No­
wych kppić niema za co. Ze światłem jest gorzej bo przy łuczywie
czytać lub pisać się nie da. Wieczory zimą długie. Trudno doleżeć
całą noc. To też często siedze i czytam przy naftowej lampie, cza­
sem i do dziesiątej wieczór. Z tego powodu przychodzi często do
kłótni z żoną, która mi wyrzuca że świece lampę niepotrzebnie, że
wydaje pieniądze na naftę, a na omastę nie mam. W innych domach
jest tak samo a nawet jeszcze gorzej, z tern oświetleniem. Z wieczora
mało gdzie się świeci, świecą późni podczas dojenia krów i podwie­
czorku. Rano prawie że nie świecą z wyjątkiem niedziel adwento­
wych kiedy to na roraty się zbierają.
Do tych utrapień dochodzą i .inne. Ja naprzykład od paru lat
figurowałem jako dostawca szutru na drogę powiatową, ale rzeczy­
wiście sam dostawcą nie byłem, bo braliśmy dostawę wspólnie. Za­
wsze było wszystko w porządku. Aż tego roku przychodzi bym za­
płacił ubezpieczenie od wypadków. Odpisałem jaka to dostawa była.

Pamiętniki chłopów

693

Zdaje się pomogło. Za dwa tygodnie przychodzi nakaz bym płacił
podatek przemysłowy od tej dostawy, późni nakaz wykupna świa­
dectwa przemysłowego i kara trzykrotna za niewykupienie go w cza­
sie.
Zrobiłem odwołanie, podpisali i ci współdostawcy, opisałem że
to nie było żadne przedsiębiorstwo, bo my razem wozili. Ile się każ­
demu należało wypłaciłem każdy dostał sześćdziesiąt zł. bo było naś
dwunastu, dostawa cała wynosiła 720 zł. więc ja osobiście na tern nic
nie zarobił więc z czego będę płacił. Nic nie pomaga sekwestrant
przychodzi zajmuje rzeczy. Poszedłem do urzędu w tej sprawie, nic
nie pomoże mówib trza płacić.
Zwołałem tych współprzedsiębiorców, przedstawiłem jak sprawa
stoi, proponuje by mi wspólnie zwrócib ten podatek i tę karę. Orze­
kli że to niesłuszny podatek i kara, zresztą nie mają pieniędzy. Mó­
wię im że mnie zato rzeczy sprzedadzą. Odpowiedzieli bym dał
znać jak będą chcieli zabierać, to oni nie dadzą. Trudno do tego
dopuścić, bo wiem czem to pachnie.
Za brata (który stracił co miał, a teraz bez środków do życia
siedzi u mnie) przychodzi również sekwestrant za podatki i fantuje
moje rzeczy. Zwracam mu uwagę, że to moje a ja choć brata teraz
utrzymuje, to jednak nie jestem obowiązany podatków płacić za
niego. Ale ten mówi, że on zrobi swoje, a ja mogę wnieść wyłą­
czenie. I znowu mitręga, trzeba pisać, chodzić.
W robocie społecznej również źle. Zarząd Okręgowego T. R.
którego byłem członkiem rozwiązano zato, że tenże nie chciał poli­
tyki pewnej partji kontynuować. Z Zarządu Okręgowego Związku
Młodzieży Ludowej sam ustąpiłem, bo tam również weszli ci ludzie
z polityką wrogą wsi. Broniłem dokąd mogłem apolityczności, wkońcu się nie dało, wleźli i wstyd z niemi było siedzieć.
Młodzież jednak także zrozumiała jaka robota u góry, przygo­
towuje się przejść do Związku Młodzieży Wici. Koło Młodzieży
w mojej wiosce już to zrobiło. Ja czasem na zaproszenie młodzieży
idę czasem na pogadankę do nich. Mówię na tych pogadankach, że
wieś chcąc się dźwignąć, musi się uczyć, nie trzeba się oglądać na
ińtehgiencje, jak nauczycielstwo ludowe, ani duchowieństwo, bo to
dziś zawiodło, ale sami musimy się jakoś ratować. Mówię że każdy
m a prawo do życia, że chłop jest człowiekiem, tak jak i pan ze dworu
czy z miasta, jak i ksiądz, że chłop nie powinien karku giąć przed
nikim, że musimy życie społeczne oprzeć na miłości bliźniego, że się
trzeba organizować spółdzielczo, by się oprzeć wynaturzonemu ka­

694

Województwo Krakowskie

pitalizmowi. Zalecam młodzieży, by czytała pisma młodzieżowe W i­
ci, Znicza, Młodą Myśl Ludową. Zato niektórzy z nauczycieli orzekli,
że propaguje ateizm połączony z komunizmem, a nawet doniesiono
o tem mojemu proboszczowi, który mię wezwał w tej sprawie i usi­
łował nawrócić. Najgorszy występek dla niego to był ten, że roz­
szerzam te powyższe gazetki. W rozmowie z proboszczem okazało
się, że powyższych gazetek nie czytał, więc nie może wiedzieć w ja­
kiem duchu są pisane, a na moje przekonania orzekł że są za rady­
kalne jeszcze na wieś, że młodzież może nie rozumieć jeżeli nauczy­
ciele nie zrozumieli. Pomimo to że jestem rzekomo ateistą wybrano
mnie do komitetu poprawy kościoła bo się rozłazi.
W zeszłym roku jak chłopi postanowili zamanifestować prze­
ciw kartelom strejkiem rolnym a mnie wybrali w naszem powiecie
przewodniczącym komitetu strejkowego. W ten czas ja organizo­
wał jak najlegalniej ten strejk. Nie przyszło nigdzie do wykroczeń
przeciw prawu. Jednak uznano moją robotę za podburzającą, i za
nic mam płacić karę a już odsiedziałem areszt. Nie szkodziło to
jednak by władze zwróciły się do mnie celem zachęcenia młodzieży,
by ta gremialnie brała udział w tym roku w święcie morza. Co też
zrobiłem bo jak pierwiej tak i teraz uważam, że państwo jest nasze,
że chociaż teraz może jesteśmy traktowani gorzej jak po macoszemu,
to jednak mamy prawo domagać się i wywalczyć sobie należne nam
w tem państwie stanowisko.
W iem że państwo to nie pewna part ja, ani nawet obecne po­
kolenie, bo państwo jest dłuższe, jak życie człowieka. Nie jest winne
państwo, ze znaleźliśmy się dziś w tej nędzy, jest w tem i naszej winy
dość dużo, bo jeżeliśmy potrafili wywalczyć i obronić, to powinni­
śmy w nim odpowiednie stanowisko i ludzki byt sobie zapewnić.
Mam zresztą nadzieje, że to co jest minie, że sprawiedliwość nastąpi.
Że nas chłopów nie potrafi nikt zjeść. My prędzej jak kto inny
wytrzymamy. W ytrzymali nasi ojcowie gorsze ciemiężynie przez
szlachtę, ta już prawie zginęła, a my są, to i będziemy. Z pewnością
nikt z tych co nas dziś gnie tą nie przyjdzie mojej ziemi uprawiać,
ale prędzej czy później udławi się naszą pracą i krzywdą.
My wytrwamy, tylko trzeba pracy nad uświadomieniem rzesz
chłopskich, by prędzej przyszło to, do czego nas nasze zasługi nad
odbudową państwa i liczba uprawnia, to jest P o l s k a L u d o w a .
Dn. 19 grudnia 1933 r.

Pamiętnik Nr, 50

G o sp o d a rz n a d w u c h g o sp o ­
d a r s tw a c h w o d d a lo n y c h o d
s ie b ie m ie js c o w o ś c ia c h w p o w .
ł a ń c u c k im

Urodziłem się w roku 1893, 27 kwietnia we wsi Brzoza Stad­
nicka, powiat Łańcut, najmłodszy z rodzeństwa bo z rzędu dzie­
wiąty. Gdy przyszedłem do pamięci zostało nas tylko czworo, dwie
siostry najstarsze, brat starszy odemnie dwa lata i ja, reszte po­
marło w jednym tygodniu na epidemję szkarlatyny w czasie nie­
obecności ojca, ponieważ tenże wyjechał w inne okolice do roboty
t. z. gontów na krycie dachów.
Ojciec mój był to człowiek biedny, ale stateczny i zapobiegliwy,
posiadał bowiem cztery morgi ziemi piasczystej, bardzo lichej na
której rodziło się żyto i łubin, ziemniaków bardzo mało sadzili po­
nieważ tak rosły, że trzeba było ładnej pogody, ażeby ich w ziemi
odnaleźć. Siostry obydwie gdy wyszły zamąż, dostały od ojca pew­
ną spłatę w posagu i wyjechały do wschodniej byłej Galicji, po­
wiatu Przemyślany. Ziemie tam bardzo dobre więc dobrze się im
powodziło. Zostaliśmy więc w domu obydwaj z bratem. Ojciec po­
syłał brata do gimnazjum w Rzeszowie, które ukończył z dyplomem
celującym, wobec tego dostał stypendjum i ukończył Akademję rol­
niczą w Dublanach, gdyby był bowiem stypendjum nie otrzymał,
ojciec niebyłby w stanie posłać go do Akademji rolniczej. Po ukoń­
czeniu szkoły rolniczej w Dublanach w r. 1912, poszedł do wojska,
obecnie jest nauczycielem gimnazjalnym w Mikołowie na Górnym
Śląsku.
Ja zaś ukończyłem klas cztery szkoły powszechnej w Żołyni,
ponieważ w naszej wiosce była szkoła dwuklasowa i zostałem w do­
mu pomagać rodzicom w gospodarstwie, jak również borykać się
z losem, na nakładanie na brata w gimnazjum w Rzeszowie, praca
to była częściowo na roli, częściowo na zarobkach u ludzi zamoż-

696

Województwo Lwowskie

niej szych, a przytem przy marnym warsztacie, który dawał jednak
dobre dochody, zimą robienie sanek, a latem drabiny i literki do
wozów. Tak zeszło do roku 1914, kiedy doszedłem do klasy pobo­
rowej, po poborze do wojska, ojciec zmarł w roku 1914, mając lat
64 w kwietniu, zostawiając majątek podwojony, lecz z długiem w ka­
sie Reifeisena w Żołyni przeszło 2.000 koron austryjackich, ja zaś
na mobilizację poszedłem do wojska, zostawiając matkę staruszkę
samą w domu, która też na wiosnę w r. 1915 umarła, zostawiając
całą gospodarkę na pastwę wojny. Ja z bratem zostabśmy na woj­
nie, opisywał o tern nie będę, dość że brat Paweł dostał się zaraz
na początku wojny pod Lublinem do niewoli rosyjskiej, zagnali go
do Taszkientu i tam prowadził spokojny żywot. Ja znowu bory­
kałem się prawie całą wojnę, stale na froncie rosyjskim, w roku
1916 zostałem ciężko ranny (ofenzywa na Wołyniu) w nogę kulką
pękającą. W ojnę wobec tego miałem zakończyć w szpitalu, los
jednak chciał inaczej, wnet bowiem się wyleczyłem i po roku znowu
znalazłem się na froncie. W roku 1918, kiedy Austrja się rozpadła,
byłem z pułkiem 90-tym w Rosji w Jelizawethradzie. W dniu wy­
jazdu do byłej Galicji silnie zachorowałem, nie chciałem jednak zo­
stać tam w szpitalu, koledzy zabrali mnie na pociąg, podczas jazdy
miałem kilka dni silną gorączkę, tak że straciłem pamięć na dni
kilka. Gdy bataljon nasz dojechał do Wołoczysk (dawna granica
austrjacka) Ukraińcy rozbroili nas, żołnierzy odtransportowano do
Podwołoczysk, a ja zostałem bezsilny leżeć na pociągu w Wołoczyskach. Gdy Ukraińcy zauważyli mnie, a dowiedziawszy się żem
Polak, wyrzucili mnie z pociągu na tor kolejowy w koszuli. Pan
Bóg nie dał mi i tu zginąć, może dlatego że nie miałem do kogo
wrócić, siostry bowiem w czasie wojny obydwie zmarły, brat był
zaginiony. Przyśli jacyś lepsi ludzie, chociaż również Ukraińcy, a
widząc chorego ubrali mnie, wynajęli furmankę i odesłali do Pod­
wołoczysk ze swoim bataljonem, tak z biedą i nędzą, z przysięgą
zemsty Ukraińcom, dostałem się do rodzinnej wioski, do pustej
rodzicielskiej chaty, do okien zabitych deskami, ponieważ sam mie­
szkać tak nie mogłem, gdy doszedłem cośkolwiek do zdrowia zgło­
siłem się znowu jako ochotnik do wojska polskiego w Jarosławiu
do pułku 9-tego, później przetworzonego na 14-ty, założony przez
pułkownika Jarosza. W pułku tym walczyłem stale na froncie 15
miesięcy, zwolniony z wojska w roku 1920 wróciłem znowu do do­
mu, odbudowałem zniszczony dom, ożeniłem się z dziewczyną są­
siednią i założyłem gospodarstwo, żona w posagu wniosła m arną

Pamiętniki chłopów

697

wyprawę, krowę i dwie morgi gruntu. Z początku gospodarowanie
szło nam bardzo dobrze, bezdzietny do pracy szedłem razem z żoną,
tembardziej, że chociaż początkowo na poprawę gospodarstwa czę­
ściowo się zadłużyłem, to spłata długu przy dewaluacji pieniądza
poszła bardzo lekko, tembardziej, że byłem gospodarzem na dzie­
sięciu morgach ziemi, a ziemie dokupione i żony lepsze były od oj­
cowizny. W roku 1921 brat wrócił z niewoli rosyjskiej, nie wie­
dząc o tern czy wogóle ja i m atka żyją, zastał gospodarstwo wzo­
rowe i odbudowane, przypadającej na niego części dziedzicznej nie
zabrał, ale tymczasowo zostawił dla mnie, sam zaś poszukał sobie
posady, najpierw na folwarku obok Kończugi, później w magistra­
cie w Lublinie. Nie bardzo jednak mu się to podobało, został na­
uczycielem gimnazjum prywatnego w Kozienicach, skąd przeniósł
się do gimnazjum rządowego w Mikołowie na Górnym Śląsku.
W net po powrocie brata w roku 1922 żona powiła nam bliźniaki,
chłopca i dziewczynę, życie naraz się zmieniło, musiałem wziąć słu­
żącą, gospodarstwo całe przybrało inny charakter, przestało rosnąć,
zwłaszcza że żona dłuższy czas chorowała, ale ponieważ wtenczas
czasy były dla nas rolników korzystne i chociaż grunt nietęgi, ale
dobrze uprawiony i podsilony silnie nawozami pomocniczemi rodził
wyśmienicie, brat również dopokąd nie był żonaty dopomagał go­
spodarować i jakoś szło, po latach kilku zostałem ojcem pięciorga
dzieci, trzech synów i dwie córki, najstarsze bliźniaki chodzą do klar
sy szóstej, młodsza dziewczyna do klasy 4-tej i chłopiec do klasy
2-giej, najmłodszy zaś lat cztery zostaje w domu. Dzieci chowają
się zdrowo i uczą się bardzo dobrze, przez nich jednak padłem ofia­
rą, ponieważ chciałem ich cośkolwiek kształcić, a nie mając na to
funduszu postanowiłem się przenieść bliżej miasta, ażeby mieć moż­
ność wysyłać ich z domu. W tym celu kupiłem niedaleko Leżajska
(na Gilershofie) siedem morgów dobrej ziemi po cenie 2.475 zł. za
mórg austrjacki, kupca na swoje na Brzozy narazie nie miałem, więc
sprzedałem tylko łąkę, za którą wziąłem 3 tysiące złotych, resztę
pożyczyłem u byłego wtenczas amerykana na przeciąg trzech lat
z 6%, sądziłem bowiem, że w tym czasie uda mi się swoją realność
sprzedać, nieszczęście chciało, żę w międzyczasie grunta potaniały
więcej nad połowę tej ceny, procenta rosną i zdaje się, że jeżeli czasy
się nie zmienią, to w roku 1934 będzie przez dłużników moje gospo­
darstwo zlikwidowane, w tym miesiącu sprzedała żona swoją ojco­
wiznę dwumorgową za cenę 2.100 zł., starczy to zaledwie na procen­
ta. Obecne gospodarstwo nasze przedstawia się marnie, inwentarz

698

Województwo Lwowskie

nietęgi, jeden koń, dwie krowy, jeden buhaj, jeden cielak i trzy świń,
jedyny dochód to pasieka, której mam 30 pni, po wojnie rozmnoży­
łem sobie, ale z początku jeden pień, dopiero tamtego roku doszed­
łem liczby 24 pni, teraz zazimowałem 30 pni i siedem pni sprze­
dałem na wiosnę, jest to poważna gałąź gospodarstwa, okolica nie­
zbyt dobra, ale lasy są niedaleko i hreczki sieją u nas w większej
ilości. W ¡tym roku, rok marny, jednak pień dał przeciętnie około
12 klg miodu. Miód zaś mój ma reklamę bardzo dobrą i sprzedaję
go zawsze wyżej od ceny targowej, dużo jednak wyekspendowałem
na robotnika, gdyż ten mnie kosztuje drogo, bo zbieram to pole pod
Leżajskiem, a oddalone o 15 kim. od Brzozy (tam gdzie mieszkamy),
(obornika tam nie wożę, sieję sztuczne nawozy), w dzierżawę zaś
nie wypuszczam, ponieważ szukam i czekam na kupca, ażeby go
odsprzedać chociaż ze stratą. Dzieci zaś wysyłam do Żołyni do kla­
sy 6-stej ponieważ w naszej wiosce jest szkoła tylko czteroklasowa,
a biegają codziennie z domu 5 kim. do Żołyni. Dom mieszkalny
mamy wspólny z bratem, zajmuję go jednak sam, dwa pokoje i jed­
ną kuchnię, i śpiżarkę, dwie stajenki i stodołę.
Dzieci, pomimo zdolności na dalsze nauki posyłać nie myślę,
ponieważ w tych ciężkich warunkach i myśleć o tern nie mogę, od­
mawia sobie człowiek wszystkiego, chodzi obdarty, dzieci bez ksią­
żek, gazetkę przeczyta tylko przypadkowo, gdy jaka w rękę wpad­
nie i nie wie, co się w świecie dzieje, żyje się tylko nadzieją, że czasy
się może zmienią, dla mnie najbardziej trzeba, ażeby ziemia wróciła
do dawnej ceny, człowiek kocha ją, pracuje na niej, i przez nią gi­
nie, praca to brudna, trudna i żmudna, mało popłacająca, lecz dla
nas miłośników ona wszystkiem, a praca przecież nie poniża, nie
wiem jednak, czy w przyszłości zostanie się nam ten zagon.
W domu na gospodarstwie odmawia się obecnie wszystkiego,
cukru wcale się nie używa, tylko na wielkie święta, a nawet sól również
oszczędnie, bo droga, o zapałkach szkoda mówić, kobiety z domu
do domu ogień przenoszą, używając zapalniczek, albo hubki, ja zaś
dzielę zapałki jedną na dwie, albo nawet cztery, nafta i lampa u nas
to luksus, bo przecież niemożliwe, nastają czasy, jak nasi dziadowie
opowiadali. Świeci się szczypami drzewianymi, ja jednak marzyłem,
że dożyje świecić światłem elektrycznym, na przyszłość widoków
żadnych, wprawdzie są niektórzy, którym powodzi się nieźle a mianowićie kto ma gotówkę uciułaną za czasów lepszych, niema dzie­
ci, oszczędny jest, ten jakoś tam z dnia na dzień żyje. Żyje się rów­
nież źle, nawet nie do uwierzenia, rolnik który produkuje, chowa

Pamiętniki chłopów

699

świnie, kury, i to oddaje za bezcen, bo musi a zjeść nie może, żyje
się przeważnie ziemniakami, kapustą, chlebem i mlekiem — latem,
bo zimą go brak. Ziemie u nas marne, buraki i marchew się nie
rodzą, koniczyna wcale, a o słomie trudno ażeby krowa dawała
mleko, na otręby i makuchy zaś nie stać małorolnego, bo skąd weź­
mie, są okolice lepsze, gdzie rosną koniczyny, buraki, tam pozakła­
dali i mleczarnie, więc może dokupić i otrąb czy makucha, stać go
na to, gdyż ma z krowy dochód, zaś nasze marne okolice marnie
stoją, wydatki są codziennie, dochodów żadnych, krowy gdy lepiej
się doją, sprzedałby mleko niema kto kupić, świń dochowa się dwie
rocznie, to cały dochód, trzecią się zabije na omastę, za te dwie osiąga
się cenę około 200 zł., trzeba znowu kupić trzy, wydaje się koło
50 zł., zostaje roczny dochód 150 zł., zapłacić podatek, ubrać się,
kupić sól, naftę, cukier, a ludzi siedmioro, kur chowam przeważnie
sześć, ponieważ mieszkam pomiędzy zagonami, a te robią szkody,
gęsi i kaczek nie hodujemy. Opisywania dużo, jednak wszystko gi­
nie, ponieważ mało człowiek pracuje piórem, lecz może cośkolwiek
i tern przyczynię się do zobrazowania życia chłopa na wsi małorol­
nego, spodziewam się, że cokolwiek pominę ja, to inny uzupełni
i zobrazowanie życia naszego przedstawi się w całokształcie.
Dn. 28 listopada 1933 r.

Pamiętnik Nr. 51

G o sp o d a rz s z e ś c io m o r g o w y
p o w . b u c z a c k im

Jak

wygląda

ż y c i e i troski w
u małorolnego

czasie

yr

kryzysu '

Byliśmy świadkami i uczestnikami rzemiosła wojennego, skąd
właśnie początek naszego losu. Tu już widzieliśmy jakie skutki dzia­
ła niesprawiedliwość sądzenia świata. W nieszczęściu zapominaliś­
my o cierpieniach, bo zawsze świeciła nam złota gwiazda wolności..
Jak gdyby okolicznością dzikiego prawa] wiele narodów na różny
sposób urządziło igrzyska mordowania ludzkiego życia na naszej
ziemi, nietylko to co na powierzchni było, ale i ziemię, pole, ogrody,
ten w arsztat nasz skopali, zdziwaczyli dołami, rowami niedopoznania, a zaściebli trupami, żelazem i drutami, a po skończonej zaba­
wie opuścili jak gdyby ze wstrętu to miejsce, to pobojowisko. To
nasza Ojczyzna... Rolnik złożywszy broń wojenną rozglądnął się
smutnie po swoich zagonach, a zamiast zagrody zostały mu zgli­
szcza. Ocknął się i odczuł w duszy,, że jest nietylko obywatelem,
ale właścicielem tej biednej sponiewieranej Ojczyzny. Dodając so­
bie otuchy calem pędem swej siły i mozolną pracą a brakiem spo­
sobu i narzędzi buduje zagrody, uprawia pola, a spieszy się, bo dla
wszystkich brak chleba. A przy tej pracy, jakby procent nędza do­
dać chciała, tysiące drutów zardzewiałych wbiło się w bose stopy
rolnika, a pozostałe granaty ukryte w ziemi trącone żelaziwem od
pługa w czasie orania, trzaskając zabijały bezbronnego człowieka,
Fala cierpień wojennych przeróżnych, bo niewszystkie tu wspomnia­
n e , zaczęły przygasać. Nowy alarm jakby zmora wysuwa się znowu
na naszą dolę — wojna celna, kryzys, niech żyje kryzys! wołają nie­
którzy, a 75-procentowy naród nasz szepta, najprawdziwszy to jest

Pamiętniki chłopów

701

wyzysk. Jeżeli to kryzys, to chyba poto, aby na ostatni kres ze­
pchnąć rolnictwo, skąd reszta rolnictwa sama w przepaść runie.
Jeżeli to wojna celna, dlaczego nie na wszystkich? Jeżeli wyzysk,
dlaczego bez sumienia i tak bez miary?
Rozpacz ogarnia człowieka!
To grzech o pomstę wołający do nieba: Ojcze! Piotrze Skargo!
W stań prosimy i zobacz, że jesteś potrzebny lub natchnij kogoś
swoim duchem z pośród ludu na miejsce swoje, aby się opamiętał
żywioł, który nas gnębi. Chleba zawiele a my rolnicy półgłodni,
a są i głodni. Ubrania, obuwia, opału w Polsce dużo, a nam zimno
i nędza nas kąsze. My w wilgotnych chatach półnadzy trzęsiemy się
od zimna. Niemiła nam już i praca, która nad życie kochana była.
Z wolą Najwyższego cośmy najwięcej związani byli jakby nie
sprzyjała.
Natura i przyroda co wschodem słońca zawsze nas witała, już
się nie uśmiecha. Wogóle niema życia — zgasła nadzieja. Jak cięż­
ko się żyje, to rzecz nie do opisania. W innych sprawach są podręcz­
niki i formularze, brak w tej sprawie tego, dlatego też może nieco
nieformalnem będzie. Powiada ktoś, że „chłop za dobrych czasów
rozpanoszył się, a teraz narzeka”, ptasi rozum ma i niema pojęcia
co to rolnik i jego praca. Gospodarka to warsztat rolnika, który
w obecnej dobie stał się ciężarem, gdyż wydatki są większe od przy­
chodu. A co z obsługą się dzieje? zaznaczam tu małorolnego. Mimo
wszystkich sił, pracy i myśli troskliwej upada!
Zawsze, prędzej czy później buduje budynki gospodarskie, z bra­
ku gotówki stawia je liche, a i nietrwałe — co jedne kończy budo­
wać, to drugie się walą, a koszta choć niewielkie a zawsze są i stra­
ta jest, co braknie to się pożycza. Inwentarz żywy i martwy musi
być, bo bez tego gospodarka nie mogłaby istnieć!.. Mając naprawdę
rzetelnie składający się inwentarz: dwie krowy, jednego konika,
dwie trzy świnki i kilka kur — szczęście wielkie jeżeli byłby to włas­
ny, a nie częściowo za pożyczane pieniądze. Inwentarz — są to właś­
nie pomocniki i pośredniki naszego dochodu. Trzeba sieczkarni —
kosztuje tyle co jedna krowa, szkoda krowy, możeby trochę zboża
sprzedać, reszta na kredyt, może później urodzone cielę, może którą
świnkę się sprzeda. Wozu niema, za krowę nie kupi — a konia nie
sprzedać, bo naco wozu, świnkę sprzedać, trochu pożyczyć, pług ko­
nieczny, choćby lichy 45 złotych trzeba dać, to jest cztery cetnary
żyta — czy sprzedać ostatki i resztę pożywienia — źle, trzeba znów
pożyczać — takich rzeczy dużo i Uczyć się nie chce nawet, bo aż

702

Województwo Tarnopolskie

głowa wkoło chodzi. Co konieczne — nato nie wystarcza — a to co
najkonieczniejsze a zdobyć nie można, tu rolnik narzeka i biada bo
przez te braki dzieje się mu krzywda i jeszcze większa strata. Gospo­
darka nieustannie zawsze i ciągle potrzebuje przyjaciela, to jest do­
brego gospodarza, który warsztat swój zawsze poprawia, co połą­
czone jest z kosztem, to jest z wydatkiem pieniędzy, które otrzymu­
jemy tak nieproporcjonalnie do wartości wyprodukowania. O pie­
niądz jest tak trudno, że inni m ają go zawiele. Porównanie rolni­
ctwa z handlem i przemysłem jest zupełnie przeklęte — jak sobie
radzić aby żyć? Podłogi w stajniach i chlewach często się psują, a
przecież nie można aby w błocie niszczył się inwentarz, a tu nietylko o deski, bo drogie, ale gwoździ kupić niema za co. Chować
źle, nie chować jeszcze gorzej. Chata zwykle zrobiona z błota, co
można się spodziewać — także bez podłogi — stęchlizna i wilgoć.
Stajnie podobne — a stodoły marny los najczęściej bez ścian, bo
kupić niema za co. W zimie pożal się Boże! w lichem ubraniu,
w kiepskich buciętach wyjdzie się brać słomy albo sieczki, zawsze
najpierw w śnieg włoży się ręce, bo burza nie szczędzi, napcha w każ­
dą dziurę. Gorzka i młocka cepem w takiej stodole. Pies bez budy
siedzi — żal go i szkoda a co poradzisz. Marny wychodek był z de­
sek, a teraz ze słomy — z tych desek zrobiło się stół do chaty a z tego
stołu później drzwiczki do chlewka i to świnka zgryzła. I znowu
konieczna potrzeba stołu i drzwiczek — trzeba pożyczyć a kupić, bo
świnka wyłazi. Przy całej gospodarce jedno wiadro jest całą obsłu­
gą. Tern jednem wiadrem nosi się wodę do kuchni, poi się konia i kro­
wy, tern samem wiadrem świniom wynosi się karmę, tern samem
czerpie się wodę ze studni. Wóz i pług na deszczu gnije, niema go
gdzie przytulić, bo wozowni niema i postawić niema za co. Gotowa­
nie karmy dla świń, ugotować niema w czem, w baniaczkach i gar­
nuszkach najczęściej w tych co gotuje dla siebie, zemści gosposia,
biedna narzeka. Z takich różnych powodów składa się nędza. W ok­
nie szyba się mi zbiła, w stajni stłukły się okienka, dużo zimna w iatr
nawieje nim na szyby się zdobędę. Rolnik sadek kochać powinien
ale wychować go bez ogrodzenia to sztuka — to bydlątko ułamie,
zając ogryzie, mróz omrozi, wicher ułamie a wypadnięte miejsce,
gdzie brakuje drzewka brzydko i smutnie wygląda. Takich miejsc
sam mam trzynaście. Nie mogąc ścierpieć widoku tego, a sposobu
żadnego już niema, — chwytam się żebraczego kija — nieśmiało
wprawdzie, spotykam znajomego uczonego człeka uskarżając się na
nędzę i brakujące drzewa — nie powtórzyłem dwa razy prośby, bo

Pamiętniki chłopów

703

widocznie odczuł i z chęcią mnie zrozumiał i osiem sztuk obiecał —
takich wyjątków jest bardzo mało. Asekuracje i podatki, których
jest przeszło 90 kategorji prawie w całości opłaca rolnik, bo od mało
której jest wolny, np. kupując towar u kupca przy cenie tej równo­
cześnie policzą kupiec podatek handlowy, wogóle kupując czy sprze­
dając zawsze opłacamy podatek handlowy i przemysłowy. Z tych
różnych opłat robią się braki, a co koniecznie brakuje to się poży­
cza — w wypadkach jednych i drugich napożyczało się dosyć, ale za
to komornik do wioski jak na wesele zdąża, a kadra egzekutorów
powiatowych co czternaście dni patrol wysyła. Trzy złote kosztuje
wizyta egzekutora, półtora złotego upomnienie — razem, cztery i pół
złotego płaci kary za to, że zubożał i niema czem płacić. A tych
kosztów bardzo człowiek się obawia — może pożyczy, biegnie do
miasta i tak w drodze się zastanawia, do miasta — niema poco —
do domu wracać niema czego, bo egzekutor czeka — gdzie się po­
dzieję — rozstąp się ziemio — tak sobie wzdycha. Danina majątko­
wa odemnie sześciomorgowego gospodarstwa żądana dlatego, że
spadkobiercą zostałem lat 13 mija, sześć lat prawie jak geometra
podzielił ojcowiznę a władza ciągle na imię ś. p. ojca nakazy prze­
syła — ja sam już ze spadkobiercy na spadkodawcę awansuję, a nie
znalazłszy zrozumienia czy mam orężną stawić obronę.
Mocny Boże, jak ciężko i dręcząco dokuczają te braki i zaległo­
ści — ach ! gdyby tak możno własnemi kawałkami ciała spłacać zo­
bowiązania, z chęcią bym to zrobił, aby się wykupić od prześlado­
wania. Okoliczność teraźniejsza pragnienie i duszę do dawnych cza­
sów zwraca, kiedy to król przebrany na dziada o życiu ludu przeko­
nywał się — jakby to dobrze było mówiłem do egzekutora, ażeby
lepszych gości z wyższych urzędników albo dostojników państwo­
wych na egzekucję do wioski się wybrał, to jesteśmy pewni, że ci
egzekwując poznawszy nasze marne życie byłaby to pierwsza i ostat­
nia egzekucja wykonywana celowo, tylko niewinnie, bo nie w sto­
sunkowo na biednym rolnym narodzie. A wszystkich teraźniejszych
egzekutorów, tych najlepszych naszych przyjacieli, którzy w najgorszem położeniu nas odwiedzają i nie opuszczają wezwać do W ar­
szawy, niech zdadzą sprawozdanie, jaki jest płacz i biadanie. Proszę
pożyczyłem 500 złotych, aby kupić krowę, teraz musiałbym sprze­
dać pięć krów, aby się wywiązać z zobowiązania. Na litość Boga!
proszę mnie zrozumieć, mam dwie krowy na swojej gospodarce, jes­
tem śmiertelnym człowiekiem, cudów dokonać nie umiem — za co
jestem taką ofiarą?, co komu jestem winien?, za co jestem przez

704

Województwo Tarnopolskie

egzekutora szarpany?, czy ja temu jestem winien, że tak się stało?
Dwa złote pięćdziesiąt groszy płaci się za kartkę upominającą od
adwokata, „pasorzyty” nietylko w skórę ale i w duszę się wbijają!
W takich i podobnych tarapatach jest cały ogół rolniczy. Nadzieja
także często zawodzi a tern samem kalkulacja rolna jest zawsze kar­
kołomna. Na zboże ma się nadzieję, że do ust będzie co włożyć, po­
datki zapłacić, długi pooddawać, tymczasem rok nieurodzajny z po­
wodu zimna i słoty i wód wylewów. Na przyszłość także niema wi­
doków, oziminy dość mało zasianej z powodu deszczów, a i te myszy
niezmiernie pustoszą. W ubiegłym roku grad i wylew wody, w in­
nych latach ślimaki, niezmierna posucha, to znowu ogólny nieuro­
dzaj — każdego roku prawie zawsze jakaś, mniejsza czy większa
klęska. To samo jest z chowem inwentarza. Ma się nadzieję, że
świnkę się sprzeda, tymczasem różyca do chlewa się wkrada i po
jednemu wyciąga, albo błonka pęka, chowa się ale co będzie z tego?
Albo jeżeli się wychowa na bekon do Anglji za 54 gr. kg. żywej
wagi — co za cudowna kalkulacja aż słów brakuje. Albo zachoruje
bydlątko, ma guz w gardle, rolnik temu nie poradzi, a weterynarza
nie przywiezie, bo weźmie tyle co kosztuje drugie pół zdrowej krowy.
Jak sobie radzi, zdaje się na los i wolę Pana Boga, a krowina cierpi
i mleko traci. Z cielątkiem podobna historja, jak się poszczęści to
6 do 8 zł. za nie chapnie — gorzko się uśmiechnie, na tyle braków
i zaległości — oto obganiaczka domowa, która od dwóch krów raz
albo dwa w roku się zdarza. Są jeszcze inne gałęzie gospodarstwa.
Chów świń to niejedna m atka sobie i dziecku od ust odejmie, a świn­
ce da aby jaknajprędzej rosła i jak sprzeda po cenie wyżej wymie­
nionej to i niejedną gorzką łzę do tej zaległej raty doda. Chów bydła
i mleczarnia czy się opłaca? Tu niejeden przekonał się, że jest to
prawdziwa spółdzielnia. Myśmy dawali mleko — oni odbierając śmie­
tanę, a wracając nam chude mleko, płacono nam 7 do 8 gr. za tłuszcz
z jednego litra mleka. Przy całej tej kalkulacji ściągli z nas przeszło
9000 zł. za maszyny mleczarskie, za niedługo przyszedł podatek, sądowemi krokam i kazał zabrać część naczyń mleczarskich egzekuto­
rowi. Nauczyliśmy się suszyć i pościć, bo potrzeba wymaga — za
funt sprzedanego masła kupi się półtora kg. smaru do wozu — oto
karkołomna kalkulacja. Nielepiej plantacja tytoniu. Trzy ćwierci
roku pracując przy uprawie tytoniu, żywiąc się nadzieją — tym­
czasem i to zawodzi — przy oddaniu słyszy się komendę: „Trzecia”
mało, „Czwarta”, „Piąta” klasa. „Brak” — reszta do zakopania.
Biedny plantator chce coś zawołać, sam nie wie co i jak najwyżej

Pamiętniki chłopów

705

Matko Boska, dobrze że mnie nie zakopują i do szczęśliwych należą
ci, którzy rozpaczeni kupując sobie całą paczkę machorki za 60 gr.
wracają z kilkoma złotemi do domu. Ale są jeszcze inni o których
napisać nie umiem, na których w bramie u wyjścia czeka obława,
rewizja, sekwestracja kieszonkowa. Żydzi i urząd skarbowy w po­
dobny sposób się urządzają — wysyłają listę zaległych do Zarządu
Monopolu Tytoniowego i tam za odebrany surowiec od plantatorów
odrazu należytość ściąga. Kto wie ile i jakich takiem ściąganiem
krzywd się wyrządza? Proszę, każde zdanie napisane i te co będą
pisane niosą skargę, że m ają cierpienia duchowe i materjalne.
Dwa smutne w duszy zmagają się pytania. Czy rząd i władza
nie myśli zająć się naszemi bolączkami i kierować narodem? Czy
mając naród w opiece nie troszcząc się i nie zna jego życia?
Spracowana i drżąca sili się ręka aby napisać wyrozumiałe zda­
nie, a słowa te niechaj zaważą na szali. Trapi nas ciężka niedola,
snują się w duszy smutne cierpienia, roszą łzy drogi polne, że rolnik
w wolnej Ojczyźnie u społeczeństwa swego niewolnikiem się staje.
Dos duszy chcąc nie chcąc w krada się nienawiść i zobojętnienie na
sprawy święte, nad życie cenione. Kto Ojczyzno nasza będzie Cię ży­
wił i bronił? jeżeli rolnikom wolnej Ojczyzny niedola i nędza odbie­
rze siłę fizyczną, a reszta cierpliwości zabije ducha i serca znieczuli.
A przecież w nędzy nie kryje się tajemnica, bo chcąc zobaczyć to
można. Jeżeli rolnictwo upadało w mgnieniu oka, to tylko dlatego,
że dwa razy po 50% upadała zapłata za pracę rolnika, t. j. w ten spo­
sób, że pszenica była około 60 złotych raz 50%, to 30 złotych drugi
raz 50% byłoby 15 zł. a jest obecnie 16 do 17 zł. Krowa około 700
złotych raz 50% to 350, drugi raz 50% — 175 zł., a obecnie niema
za tę cenę krowy. Dlaczego proszę — nie padało wszystko co żyje
i mieści się w Polsce — a nie byłoby kryzysu, który nas gnębi. Sto­
sowne porównanie: na jednym dobrym koniu jedzie Państwo Pol­
skie, a na drugim takim samym rolnicy czyli ordynanse, tak było
przed kryzysem. Po czasie jazdy koń pod rolnictwem pada — ci nie
mają właśnie wyjścia, na krowę wsiadają, która każdy rozumie, że
dwa razy po 50% wolniej od konia biegnie. Nareszcie kryzys za­
biera komendę — równaj! wyścigi się zaczynają. Mimo wysiłków
siedzących na krowie, krowa z koniem nie zdąża. Komornicy i egze­
kutorzy biegną do pomocy podpędzając ordynansów i krowę i to
nie pomaga i nie pomoże. Na takie porównanie z płaczem się śmieję.
Działanie ulgi Urzędu Rozjemczego jest to poratunek, nie zginie,
ale i żył nie będzie, lecz tylko przedłuża konanie. Ja nie skorzysta45. Pamiętniki chłopów.

706

Województwo Tarnopolskie

łem wywijając się z długami, pożyczyłem w jednym miejscu odda­
wałem w drugim. W ten sposób nie przewidując m oratorjum wysko­
czyłem z daty, którą uwzględnia Urząd Rozjemczy. A w takim po­
łożeniu jak ja jest bardzo dużo, a rady dać sobie trudno. Jak wygląda
pożyczka u żyda a w kasie — porównaj bracie, gdzie prędzej będziesz
ofiarą — u żyda procent lichwiarski — a w kasie termin nieubłagal­
ny i protest weksla — to złe, a to niedobre — taka jest różnica. Na
dobitek dolary przyczyniają udręczenie z jednej, a geszefta dla in­
nych z drugiej strony, obecnie dolar 5.20 zł., ale spłacić to albo na­
tychmiast dolary, albo prolongata dolar 9 zł. bez 15 groszy. Powta­
rzam — rola to w arsztat — inwentarz to naczynie rolnika, które
siłą, pracą i oszczędnością na jaką się zdobyć tylko może, powiększa
i ulepsza. Czasem brakuje miejsca, często brakuje paszy, ciężko to
się zdobywa te rzeczy prawda — ale z otuchą i nadzieją się żyje. Ale
odwrotnie, jeżeli nagromadzone braki i powinności, w tym momen­
cie kiedy to piszę właśnie, nie z braku miejsca, nie z braku paszy,
wydzierają mi połowę żywiciela mojej rodziny t. j. jedną krowę, a
mam dwie tylko. Cierpienia duchowe kurczą się jak sprężyna, bo
najsilniejsze okowy przeciw silenia pęknąć będą musiały, jeżeli za
dni kilka nie zdobędę parę dziesiątek, aby spłacić zaległości, będę m u­
siał rozstać się z tern czego nie miałem nigdy do pozbycia choćby
za pieniądze. Pieniądz dla rolnika nie jest żadnym klejnotem. Bez
różnicy większa czy mniejsza gospodarka, byle sprawna praca zdro­
wie, spokój i troskliwa opieka wyjęta ze strony społeczeństwa, to
jest uciecha i życie rolnika!
Naprawdę, że życie rolnika teraz jest tak nędzne, że niema na
świecie istoty do porównania — porównałbym z koniem, nie można,
bo kiedy jest brak największy wszystkiego, sobie człowiek uszczerbia a daje się koniowi, bo ziemia i praca bardzo jest ciężka, a jak
osłabnie nie damy sobie rady. Gorsze od nędznej szkapy zgarbione­
go pracą u niesumiennego gospodarza, który jeść nie da, a dużo wy­
maga.
My rolnicy wspomniałem półgłodni, bo zaspokojenie i utrzyma­
nie gospodarki jest pilniejsze i ważniejsze od własnego głodu i za­
potrzebowania. W dzisiejszych czasach ktq więcej troszczy się o
gospodarkę ten więcej nadmiernym uszczerbkiem nawet własnemu
zdrowiu szkodzi. Żywi się zupełnie prawie postno i bardzo licho.
Tłuszcz jaki produkuje się w gospodarce wszystki musi być sprze­
dany. Narzekając na swoją dolę mam podstawę: ja wstydziłbym
się narzekając, gdybym żył tylko sam dla siebie, a jeżeli niedawno,

Pamiętniki chłopów

707

bo dwa lata dobiega na sześciomorgowej gospodarce wyprodukowa­
łem i sprzedałem w ciągu roku dziewięć sztuk trzody chlewnej na
bekon ważącą 90 do 100 kg. jedna maciora, parę małych, jedno cielę,
około 50 kg. masła i wszystkie jaja i dwa centnary zboża; silenia te
były ponad siły, ale czy rolnik, który u nas jest zachwalany większą
sztukę potrafi.
Czy ja zbogaciłem się? — nie — zubożałem, bo kto inny moją
pracą się bogaci. Cena sprzedaży nie zwraca nawet kosztów pro­
dukcji. A praca jest tak ciężka bardzo, nieograniczona godzinami,
gdyby ktoś chciał koniecznie wiedzieć to zawsze godzin 18 i więcej
zależy od ostatniej siły. Ręce poogniatane, palce jesienią boleśnie
popękane od ziemi i błota. Mimo świeżego powietrza, którego rol­
nik używa, wychudnięty, pożółkniony, zgarbiony od pracy, a żebra
ściskają mu płuca. Nad nędzą codzienną, jakby ją przeżyć tak ciężko
się zastanawia, że oddychać zapomina. A spoczynek nocny jest tak­
że gorzki — zasnąć i odpocząć trudno bo cierpną, bolą ręce i nogi, a
na bok drugi obrócić się trudno—oto rolna „atletyka”. Widziałem reklanąę „Cukier krzepi”—może i krzepi, ale nie wszystkich, bo ja by­
najmniej nie mam przekonania. Moja rodzina z czterech osób zło­
żona w ciągu roku, w czasie choroby i świąt do 160 dekg. spożyła.
Z cukrowego buraka gotuje się czasem lurki słodkiej, aby w gębie
osłodzić przynajmniej wtedy, jak mleka niema, bo nie zawsze krowa
się doi. W tym roku i tego niema, bo woda buraki cukrowe zabrała.
Uwaga! Rok ten ciężki będzie do przeżycia i kto nie zorjentuje, a
oszczędność zapóźni, przebiada swoją dolę. Rodzina czasem i jajko
sjpożywa raz na Wielkanocne Święta i wtedy, jak jajko się zbije,
choć to nie smakuje, gdy się go do barszczu da, bo za to że jest
strata dużo kłopotu gosposia wyprawia.
Niema się co i dziwić — bo to jajko rozporządza; czy dziś będzie
— albo nie — solona strawa, czy będzie prana bielizna, czy będzie
zapałka, i czy będzie nafta. Nie wystarcza tych jajek na wszystko,
jak jest jedno, niema drugiego. Najgorzej we znaki daje się sól i naf­
ta, bo bez soli trudno zjeść strawę, a bez nafty tak wielce niewygod­
nie, bo jesienią dzień mały, pracę ukończyćby trzeba, inwentarz ob­
służyć się musi i do koszuli popatrzeć trzeba, bo z braku mydła
niekażdego tygodnia bielizna jest prana, a w takiej bieliźnie wnet
mnoży się i nędza żywa. Niedługo, bo jak mróz i zimno pociśnie,
skończą się i te jajka, jest ostatnia gwiazdka co w domu przyświeca,
a wtedy wywlec ostatnie ziarka, a sam wbij żęby w ścianę. Ja jestem
nałogowym palaczem — jak gorzko mi żyć bez tego! kupić niema

708

Województwo Tarnopolskie

za co, tembardziej, że w stosunku do naszej doli jest bardzo drogi.
Proszę nieraz zony — patrz jak jestem nieszczęśliwy — głowa się
mi kręci — nie paliłem tak dawno. Dobra kobiecina ze serca by
rada, a tu żadnego sposobu. Bierze abym nie widział, dwa trzy snopy
zboża otłucze, pobiegnie, sprzeda i pół paczki machorki przynie­
sie — łzy do ócz się cisną z takiej roboty — bo ta życzliwość i li­
tość głód nam przyniesie. I co to za tytoń w każdej paczce inny,
a drogi jak nieszczęście. Nie musisz palić — powie ktoś — tak słusz­
nie! Ale człowiek przyzwyczajony do tej trucizny nikotyny, orga­
nizm obejść się nie może i mnie na starość trudno się oduczyć.
Czy wszyscy w W arszawie wiedzą o tern, że paczkę tytoniu przekrawa się nożem na cztery części, bo łatwiej kupić i sprzedać po
1/4-tej. A że zapałki kupuję na sztuki cztery za grosz, że kupuje się
po parę dekagramów soli, że po 1/4 — 1/8 litra nafty, że dwie do
cztery chaty posługują się jedną zapalniczką. Takich rzeczy jest
bardzo dużo! Matko Najświętsza kiedy to się skończy?!
Zbliża się zima i każdy się lęka, jak kary czyśćcowej, ani kawa­
łek patyczka, by ugotować strawę — nie wspominam tu o paleniu
na ciepło — ani za co kupić, ani z lasu przyciągnąć. Kto ma silniej­
sze konie pojedzie, a to nie blisko, bo do 25 km. w jedną stronę i to
się nazemści wozu i koni, nądźwiga, a o słabszych niema mowy,
bo i z próżnym wozem nie powróci. A przecież kamienia poddostatkiem, a aut z silnemi maszynami tele jeździ wożąc jedną albo dwie
osoby bez celu tam i zpowrotem. Tyle bezrobotnych, a płacimy po­
datek drogowy, a drogi są takie, że jadąc tą drogą błoto i woda na
wóz wyłazi. W zimie zimna rzeczywiście obawia się półnagi rol­
nik, bluzki koło domu już więcej jak pół roku nie mam, kompletną
bieliznę rzadko kiedy się miewa, przez brak spodni do kościoła i do
miasta nie chodzę, chyba, że czasem pożyczę, jeżeli jest ważne ze­
branie Okr. Tow. Rolniczego. Obuwie to naprawdę marny los, ja mam
najlepsze z małemi dziurami — a rodzina moja ma tylko półbuty
nazwać można — ale nie takie półbuciki jak nazywają meszty —
tylko takie, że są cholewy, a przyszwów niema. Łóżka i spoczynek
nocny do tych butów podobne, ma się pierze oskubane z domowego
ptactwa, skikolone w jakiejś szmacie, to jest pierzyna, bo czem na­
kryje się biedny chłopina aby choć w nocy trochu ogrzać kości. W y­
łazi i wysypuje się to pierze z takiej poduszki, a poszwy przez nędzę
kupić nie możno. W stając rano do nietoperzów jesteśmy podobni.

Pamiętniki chłopów

709

Nietoperz ma włosy i skrzydła, a my na głowie włosy, słomę i pióra.
Pierzyna taka bywa zwykłe familijna — która różne koleje życia
przechodzi, niech domyślą się łaskawie dorośli resztę sami... chowają
się małe dzieci — jest to gniazdo rodzinne. Dużoby o tern napisać
i uskarżyć się za to, że rolnik nie z własnej winy zubożał, że niema
czem płacić, to gniazdo i te marne pierze przez egzekutora są szarpa­
ne i zabierane. Przeżywając takie rzeczy, co w duszy się dzieje?
Matka dziecko wysyła do szkoły, obejrzy koszulkę by go co nie gry­
zło w szkole, oczyści główkę, powyciąga piórka. „Mamo” woła —
i płakać zaczyna „ja niemam zeszyta” — niema moje dziecko, mo­
że jutro kurka się zniesie -— tak pociesza jak może, ale czy to będzie
prawda?... Od kogo to zależy? Matko, Królowo Korony Polskiej!
ratuj wszystkie dzieci polskie! przytul pod płaszcz opieki świętej co
bose i licho ubrane, pogłaskaj i pociesz co płaczą bez zeszytów i te
co półrocze dobiega a oiie bez książki chodzą do szkoły — a do tych
należy i moje. Nauczycielstwo troskliwe, niechaj nie karci, niech
nie wypędza ze szkoły, bo cóż maliznota winna? Ono bose, jak mróz
pociśnie to i samo do szkoły chodzić przestanie. Dzień po dniu, rok
po roku smutnie w zmartwieniu mija, a jeszcze Panie Wszechmoc­
ny dopomóż przeżyć emeryturę. Ta ostatnia chwila życia najczę­
ściej bardzo gorzką bywa, rozpoczyna się wtedy, jak rolnik cały war­
sztat dzieciom rozda a sam sił do pracy już niema. Coraz trudniej
wychować dobre i grzeczne dzieci, a tern trudniej przy takich dzie­
ciach o szczęśliwą emeryturę. W olałbym tysiąc razy dawniejszą pro­
stotę, niżeli dzisiejszą kulturę. Młodzież coraz bardziej demoralizuje
się, jedni z rozkoszy nie zdając sobie sprawy, a drudzy — rodzice
trapieni nędzą opuszczają obowiązek wychowania dzieci. Takie rze­
czy mszczą się okropnie, a szkody mogą być tak wielkie ogólne, że
mogą być niepowetowane. W zimie na piecu odbywa się taka eme­
rytura a nikt mu nie sprzyja, a wiosną gdy słońce ogrzeje, jeżeli
słabo chodzi, niegrzeczne dzieci bez czucia pogany chrześcijańskie
poszturkują i garbują staruszkowi kości i z bydłem na pastwisko wy­
syłają. Oswoiwszy się ciepłem wiosennem z lichego ubrania trzepie
nędzę, która w ciągu zimy dość go nagryzła. A ptak polny śpiewa
jakby pomagał albo płakał nad dolą staruszka. Staruszek słuchając
głosu ptaszka polnego spojrzał do góry — pomyślał o Bogu szepcąc
modlitwę półgłosem, a kończąc ciężko wzdychając — Panie wysłu­
chaj błaganie moje! jeśli się położę, niech więcej nie wstanę!
Dużo rzeczy nie napisałem i pisać nie mogę, czegoś zadużo wil­
goci w oczach się gromadzi.

710

Województwo Tarnopolskie

Dwa wielkie życzenia w mej duszy spełniło się, niech spełni się
proszę i trzecie, niech z Was! ale z naszych z krwi i kości, bo jesteś­
my na wschodzie — przyjedzie! To co pisałem i napisać się nie dało,
wszystko palcem pokaże i otworzę duszę w której mieszczą się cier­
pienia.
*«■
Dn. 27 listopada 1933 r.

MÉMOIRES DES PAYSANS

Résumé
L'Institut de l'Economie Sociale, encouragé par le succès de son
concours des Mémoires d'un Chômeur, qui était organisé fin 1932
(774 réponses), a décidé de recourir de même à la voie de concours
pour recueillir une documentation, illustrant les conditions d'exis­
tence de paysans au temps de la crise économique. En procédant à l'or­
ganisation du concours des Mémoires d'un Paysan en automne 1933,
l'Institut ne s'attendait pas, en général, à des résultats plus abondants
de son initiative, en tenant compte en premier lieu des difficultés de
communication avec la population rurale. L'Institut s'est servi
à cette fin surtout de la presse agricole et s'est efforcé en outre
d'utiliser les organisations d'instruction sociales, travaillant dans les
campagnes/
Contrairement aux prévisions, l'appel de l'Institut a provoqué de
nombreuses réponses, provenant des parties même les plus éloignées
du pays. Le paysan, harassé par les effets de la crise économique,
a saisi l'occasion de confesser ses peines et ses désirs. Au total,
l'Institut a reçu 498 mémoires, dont le premier quelques jours à peine
après la publication du concours, ne dépassant en dimensions une
simple carte postale; les mémoires suivants étaient plus volumineux,
en atteignant dans quelques cas les dimensions d'un volume de
quelques centaines de pages.
Le plus grand nombre des mémoires provient des voïevodies du
Centre (252 mémoires) et du Sud (139 mémoires). La plus faible.

712

Mémoires des paysans

a été la réponse des voïevodies de l'Est (48 mémoires) et de l'Ouest
(59 mémoires). (La répartition territoriale des réponses suivant les
districts, est illustrée par M carte figurant au début du volume).
Lorsqu'on feuillette les mémoires, on a l'impression d'observer
une suite kaléidoscopique d'images, illustrant les particularités
des différentes régions et contrées du pays. Surtout pour ce qui
est de l'aspect linguistique, certaines réponses présentent la valeur
de documents de dialectes régionaux.
Sur les 498 réponses,'363 mémoires proviennent des paysans, pos­
sédant leur propre exploitation agricole; 22% de ces derniers pos­
sédaient des exploitations dites „naines", soit de moins de 2 ha, 30,6%
possédaient des exploitations de 2 à 5 ha, 28,1% de 5 à 10 ha, 16,5%
de 10 à 20 ha et 2,8% à peine des propriétés de plus de 20 ha. De cette
façon, parmi les participants au concours, prédominent les paysans
moins aisés: 80,7% des réponses proviennent, en effet, des pro­
priétaires d'exploitations de moins de 10 ha. Il est à relever que dans
les voïevodies du Sud la prédominance des paysans possédant de
petites exploitations est beaucoup plus forte que dans les autres
voïevodies. Les pourcentages ci-dessus correspondent, d'une façon
générale, à ceux des catégories particulières de paysans dans l'en­
semble de la population rurale.
Pour ce qui est de la provenance du patrimoine, des réponses
sont données dans 294 mémoires. Les propriétés héritées, bien
qu'agrandies dans quelques cas par des achats ultérieurs, figurent
dans le total ci-dessus pour 54,7% et les propriétés reçues en dot, bien
qu’également agrandies parfois par des achats — pour 14,6%. Les
auteurs de mémoires exploitant exclusivement des terres acquises
par eux représentent 28,6% ; 16,7 % ont augmenté, par des achats ulté­
rieurs, les exploitations reçues en héritage ou en dot. En d'autres paroles,
45,3% des auteurs de mémoires exploitent des terres acquises par
eux ou agrandies par leurs achats. Ce pourcentage élevé d'exploi­
tants de terres achetées donne lieu à supposer qu'ils n'ont pas pu le
faire sans recourir aux emprunts. En effet, la campagne est fort
endettée et les exploitations agricoles succombent sous le poids des
dettes contractées soit dans les établissements de crédit soit chez des
particuliers. Dans la plupart des cas mentionnés, les dettes ont été
contractées à l'époque de bonnes conjonctures économiques lorsque
les prix des produits agricoles étaient rémunérateurs et les paysans
n'hésitaient pas à contracter des dettes pour les achats de terre, pour
les partages familiaux, pour divers investissements et autres buts.

Mémoires des paysans

713

Mais, lorsque éclata une crise, d'une force inconnue dans les annales
du monde, les prix des produits agricoles se déprécièrent dans la
proportion de 50% et même plus; l'agriculteur, mis dans l'impossi­
bilité de se procurer du numéraire, s'est, trouvé incapable non seule­
ment de rembourser la dette contractée, mais également de régler les
intérêts usuraires, s'accumulant d'un mois à l'autre et s'est vu acculé
à la ruine. Ces dettes dépassent actuellement, par suite de la baisse
des prix de la terre, dans maints cas la valeur de l'exploitation en­
tière. Ces dettes ont été contractées dans les établissements finan­
ciers et chez des particuliers; particulièrement onéreux est l'endet­
tement de ce dernier type, par suite de l'intérêt très élevé. Comme
le font ressortir les mémoires, l'endettement est une des préoccupa­
tions principales de la vie économique de la campagne de nos jours.




*

Il convient de consacrer encore quelques observations au statut
personnel des mémorialistes et notamment leur âge, sexe, état de
famille, participation à l'émigration, etc.
L'âge des participants accuse de sensibles écarts, entre les limites
de 15 et de 80 ans. Les catégories de 15 à 29 ans sont moins fréquem­
ment représentées que dans l'ensemble de la population: 16,1 % parmi
les mémorialistes, 47,3% pour l'ensemble de la population du pays.
De ce fait, les personnes âgées de plus de 29 ans sont relativement
nombreuses parmi les mémorialistes, ce qui indiquerait qu'ont pris
p art au concours en premier lieu les pères de famille, soit des hommes
équilibrés et envisageant la réalité sans illusions. Quant à l'état civil,
il y avait, parmi les hommes, 61 garçons, 11 veufs, 334 mariés et 75
n ’ayant pas fourni de données quant à l'état civil. (Les participants
au concours se recrutent presque exclusivement parmi les hommes,
car le nombre des femmes n'est que de 17, dont 5 filles, 6 mariées,
1 veuve et 5 sans indication de l'état civil).
Parmi les mémorialistes, ayant fourni des précisions quant
à leur état de famille, il n'y avait que 5 solitaires; 36 avaient une
famille de deux personnes, 34 de trois personnes, 62 de quatre per­
sonnes, 53 de cinq personnes, 53 de six personnes, 48 de sept person­
nes, 31 de huit personnes, 17 de neuf personnes, 9 de dix personnes,
4 de onze personnes, 5 de douze personnes et 1 de 13 personnes.
La moyenne s'établit pour toutes les réponses à 5,5 personnes.

714

Mémoires des paysans

La plupart des mémoires est pleine de souvenirs de guerre. Les
uns ont servi dans l’armée russe, les autres dans les armées alle­
mande ou autrichienne. Un grand nombre a lutté déjà sous les
étendards polonais. Toutes ces descriptions sont empreintes d’une
remarquable fraîcheur des souvenirs et frappent parfois par le talent
des narrateurs.
De nombreux auteurs avaient émigré à l’étranger pour quelque
temps. Sur les 75 réponses, donnant des précisions quant au séjour
à l’étranger, 75% proviennent de personnes ayant émigré avant la
guerre, 25% après 1914 et 9% avant et après la guerre, le plus
souvent en Allemagne (23 émigrés saisonniers et 19 pendant quelques
années ). Les autres émigraient en Amérique du N or d ( 23 ), en F rance
(4) et divers autres pays (5).
Sur les 498 mémorialistes, 256 ont donné des renseignements
sur leur instruction: 174 ont fréquenté l’école élémentaire, 16 l’école
secondaire, 11 l’école professionnelle et 55 ne sont pas allés à aucune
école; dans ce dernier groupe se trouvent même deux analphabètes
qui ont dicté leurs mémoires à d’autres personnes ( dans un des cas,,
le père au fils).
Les documents reçus auraient fait plusieurs gros volumes; la
présente publication ne contient, par conséquent, qu’un choix de 51
mémoires, considérés les meilleurs, qui reflètent, cependant, de la
façon la plus complète, les conditions difficiles dans lesquelles se
trouve aujourd’hui la population rurale. Ils sont, en général, repré­
sentatifs par rapport à l’ensemble des réponses reçues et ne se dis­
tinguent du reste que par la facilité des auteurs à exprimer leurs
idées.

T R E Ś Ć
Str.
SŁO W O W S T Ę P N E ......................................................................................................... V — X V I
NIECO O PAMIĘTNIKACH I PAMIĘTNSKARZACH

.

.

.

.

X V II— X L II

Z A Ł Ą C Z N I K ................................................................................................................... X L III-X L V I

1. Mapa: Zasiąg terytorialny konkursu na pamiętnik chłopa
2. Odezwa Instytutu Gospodarstwa Społecznego w sprawie
konkursu na pamiętnik chłopa
P A M I Ę T N I K I

C H Ł O P Ó W

WOJEWÓDZTWO WARSZAWSKIE
Pamiętnik Nr. 1. Gospodarz ongi trzydziestomorgowy w pow.
b ł o ń s k i m ............................................................

Nr. 2. Gospodarz czternastomorgowy w pow. war­
szawskim
.
.
. - ..................................

Nr. 3. Żona gospodarza piętnastomorgowego w pow.
w a r s z a w s k im ....................................................

Nr. 4. Gospodarz dwudziestomorgowy w pow. cie­
chanowskim
...................................................

Nr. 5. Bezrolny wyrobnik wiejski w pow.- pułtuskim

Nr. 6. Gospodarz dwumorgowy w pow. skiernie­
wickim
............................................................
WOJEWÓDZTWO ŁÓDZKIE

1

18
26
43
49
55
62—246

Pamiętnik Nr.








7. Gospodarz niegdyś na dziesięciu morgach,
obecnie na uszczuplonej osadzie w pow, łaskim
Nr. 8. Gospodarz na trzymorgowem gospodarstwie
w pow. radomszczańskim..................................
Nr. 9. Małorolny gospodarz - rzemieślnik w pow.
ł ó d z k i m ............................................................
Nr. 10. Gospodarz na niepodzielonej schedzie szesnastomorgowej w pow. łęczyckim . . . .
Nr. 11. Muzyk, a zarazem gospodarz osiemnasto i pół
morgowy w pow. radomszczańskim .
Nr. 12. Dawny obieżysas, obecnie gospodarz na sześciu
morgach w pow. ł a s k i m ..................................
Nr. 13. Dawny obieżyświat obecnie gospodarz w pow.
r a d o m s z c z a ń s k im ...........................................
Nr. 14. Cieśla wiejski na karłowatem paromorgowem
gospodarstwie w pow. łaskim .
.
.
.

1 — 61

62
80
95
108
131
144
168
178

Pamiętnik Nr. 15. Bezrolny wyrobnik wiejski w pow. kaliskim
Nr. 16. Bezrolny, niegdyś sklepikarz, obecnie zarob­
a
kujący różnemi zajęciami w pow. łódzkim
Nr. 17. Wielomorgowy gospodarz w pow. radom­
a
szczańskim ............................................................
WOJEWÓDZTWO KIELECKIE
Pamiętnik Nr. 18. Gospodarz na kupionem z zarobku gospodar­
stwie dziesięciomorgowem w pow. opatowskim
Nr. 19. Gospodarz (nie wymienił liczby posiadanych
a
morgów) w pow. stopnickim .
.
.
.
Nr. 20. Gospodarz na osadzie pięciomorgowej w pow.
a
i ł ż e c k i m ............................................................
Nr.
21.
Wyrobnik
częściowo miejski, częściowo wiejski

w pow. m i e c h o w s k i m ..................................
WOJEWÓDZTWO LUBELSKIE
Pamiętnik Nr. 22. Gospodarz współwłaściciel na niepodzielonem
piętnastomorgowem gospodarstwie w pow. łu­
kowskim
............................................................
Nr. 23. Kowal na gospodarstwie małorolnem w pow.
a
p u ła w s k im ............................................................
Nr. 24. Cieśla wioskowy, ostatnio gospodarz na cztera
nastohektarowem gospodarstwie w pow. hru­
bieszowskim
...................................................
Nr. 25. Gospodarz współwłaściciel na gospodarstwie
a
jedenastomorgowem w pow. puławskim .
Nr. 26. Współwłaściciel niepodzielonego gospodarstwa
a
w pow. g a r w o l i ń s k i m ..................................
Nr. 27. Zamożny gospodarz w pow. puławskim .
a
Nr. 28. Średniorolny gospodarz na osadzie świeżo sko­
a
masowanej w pow. zamojskim .
Gospodarz dwunastomorgowy w pow. pu­
Nr.
29.
»
ławskim
............................................................
Małorolny
gospodarz
w pow. hrubieszowskim
Nr.
30.
a
WOJEWÓDZTWO BIAŁOSTOCKIE
Pamiętnik Nr. 31. Średniorolny gospodarz, obecnie na skomaso­
wanej osadzie w pow. wysoko-mazowieckim .
Nr. 32. Gospodarz małorolny w pow. wołkowyskim .
ii
Nr. 33. Gospodarz bodaj średniorolny w pow. woł­
ii
kowyskim .............................................................
Nr. 34. Gospodarz mający dwadzieścia dziewięć mor­
»
gów w pow. szczuczyńskim
.
dziesięciohektarowy w
pow.
Nr. 35. Gospodarz
li
ostrowskim
...................................................

184

203
228
247—302
247
264
270
282
303—419

303
311
320
345
353
382
392
407
415
420—474
420
434
453
465
469

475—554

WOJEWÓDZTWO WILEŃSKIE
Pamiętnik Nr. 36. Córka gospodarza na świeżo skomasowanem
gospodarstwie w pow. postawskim .

Nr. 37. Gospodarz małorolny, dorabiający różnemi rze­
miosłami, przeważnie wyrobem harmonji w
pow. święciańskim
.
.

Nr. 38. Syn gospodarza pracujący w gospodarstwie
domowem w pow. wilejskim . . . .

Nr. 39. Gospodarz pięciohektarowy w pow. mołodeckim
Pamiętnik Nr. 40. Gospodarz dwudziestopięciomorgowy w pow.
b y d g o sk im .............................................................

Nr. 41. Gospodarz-warzywnik na osadzie liczącej dwie
i pół mórg, (a nadto mający stałą posadę) w
pow. p o z n a ń s k i m ...........................................

Nr. 42. Dawniej górnik, obecnie gospodarz na dwudziestu czterech morgach w pow. rawickim .

WOJEWÓDZTWO LWOWSKIE

555
565
594

600
621
629
639
652
663
675
695—699

Pamiętnik Nr. 50. Gospodarz na dwóch gospodarstwach w odda­
lonych od siebie miejscowościach w pow. łań­
cuckim
............................................................
WOJEWÓDZTWO TARNOPOLSKIE

695
700—710

Pamiętnik Nr. 51. Gospodarz sześciomorgowy w pow. buczackim
.

524
547

600—694

WOJEWÓDZTWO KRAKOWSKIE
Pamiętnik Nr. 43. Wyrobnik (muzykant), a później dorabiający
się gospodarz w pow. myślenickim, który po
wojnie przeniósł się do pow. inowrocławskiego

Nr. 44. Gospodarz czteromorgowy (z ćwiercią) w pow.
w a d o w i c k i m ...................................................

Nr. 45. Gospodarz drobnorolny w pow. dąbrowskim

Nr. 46. Syn gospodarza małorolnego w pow. wado­
wickim, odtwarza dzieje swojej rodziny .

Nr. 47. Gospodarz małorolny w pow. gorlickim .

Nr. 48. Gospodarz małorolny w pow. limanowskim .

Nr. 49. Gospodarz średniorolny w pow. jasielskim .

.

481

555—599

WOJEWÓDZTWO POZNAŃSKIE

RESUME

475

.

.

.

.

700
711-714

O MY Ł K I

W

D R U K U

6tr.

Wiersz

10

5 od góry

„Rygowar”

„Rygawar”

176

żebyś podpisał żydowi,

żebyś podpisał, żydowi

226

16 od dołu
7# » »»

„Torby dziedowski”

„Torby dziadowski”

278

9 od góry

dzielne Polski

dzielne Polki

339

18 od dołu

żadną trudności

żadną trudnością

389

4 „



bliźnemu

bliźniemu

568

19 od góry

nazywane

nazwana

599

nieszczędzi

nieszczęści

686

4 yy yy
2 od dołu

połdów

płodów

687

U

kowal

kowal



Jest;

Winno być:

Z GŁOSÓW

PRASY

O WYDAWNICTWIE INSTYTUTU GOSPODARSTWA SPOŁECZNEGO

Pamiętniki Bezrobotnych
(w porządku chronologicznym)
Piękna to książka, bodaj jedna z najpiękniejszych w Polsce, ale zarazem
straszliwa. Piękna dlatego, że tak prawdziwa.
H. K. (Gazeta Polska, 7 grudnia 1932).
Przedziwna książka. Książka której autorstwo płynie z nędzy i z głodu.
Książka ludzi dotkniętych klęską bezrobocia.
m. k. (Nowiny Codzienne, 1932, Nr. 234).
„Pamiętniki Bezrobotnych” — to straszliwy, okrutny dokument, nad
którym żadną miarą przejść spokojnie do porządku dziennego nie można...
K i 1. (Walka, 11 grudnia 1932).
Ta książka nie jest powieścią, chociaż czyta ją się jednym tchem, jak
najgenialniejszą powieść.
St. P. (Kurjer Czerwony, 13 grudnia 1932).
„Pamiętniki” są bodaj najwybitniejszem dziełem Polski Niepodległej, są
dziełem epokowem — tego przekonania nabiera każdy z każdej niemal stronicy
tej książki...
J o t e m (Robotnik, 13 grudnia 1932).
Potężna i tragiczna wymowa życia współczesnego odbija się w sposób
najbardziej może plastyczny i wyrazisty w epokowem dziele o skromnym
tytule „Pamiętniki Bezrobotnych”.
'
(Ilustrowany Express Poranny, Lwów, 15 grudnia 1932).
Książka jest wstrząsająca w swej prawdzie, w swej grozie... ...Kolek­
tywna twórczość anonimowych bezrobotnych stworzyła dzieło sztuki przera­
stające o niebo produkcję wielu zawodowych literatów.
(Nowe Pismo, 18 grudnia 1932).
Jest to d o k u m e n t e p o k i bezcenny nietylko dla przyszłego histo­
ryka, ale też dla każdego z ludzi myślących, kto chce zrozumieć swoją współ­
czesność, a już zwłaszcza kto chce na jej drogi rozwoju oddziaływać.
I. P. (A.B.C., 21 grudnia 1932).
Pamiętniki nie mają wartości dowodu naukowego, ale są bardzo cieka­
wym przyczynkiem do badania stosunków społecznych i do poznania duszy
ludu naszego.
W ł a d y s ł a w G r a b s k i (A.B.C., 24 grudnia 1932).

Z GŁOSOW PRASY O WYDAWNICTWIE „PAMIĘTNIKI BEZROBOTNYCH”

Pamiętniki zebrane w tej książce stanowią bezpośredni i wszechstronny
materjał dotyczący bytu i przeżyć bezrobotnych w dobie obecnego kryzysu.
P. P. (Inspektor Pracy, 1932, Nr. 4).
Czytać tę książkę — to zgroza, to jęk ginących powolną śmiercią z głodu.
T o m a s z N o c z n i c k i (Wyzwolenie, 1 stycznia 1933).
Cet ouvrage, certes, ne dit pas toute la vérité, mais il ne dit que la
vérité.

J e a n S o ł t a n (La Pologne, Paris, 1 janvier 1933)*

„Pamiętniki Bezrobotnych” to cała kopalnia zagadnień wagi pierwszo­
rzędnej...
A. H. (Droga, styczeń 1933).
Nędza i głód przemawiają w tej książce językiem prostym, stylem nie­
wyszukanym. To nie „literatura”, to rzeczywistość gryząca w oczy, wywo­
łując bolesny skurcz serca.
J e r z y G u t s c h e (Dziennik Poznański, 1 stycznia 1933).
„Pamiętniki Bezrobotnych” — winny stać się lekturą powszechną całego
naszego społeczeństwa.
J. K a r c z y ń s k i (Polski Czerwony Krzyż, 1933, Nr. 1).
Wielka księga protestu i buntu, wstrząsający dokument naszych czasów.
Wyraz uczuć i myśli miljonów. Groźne ostrzeżenie i wyraźna zapowiedź.
(Epoka, 1933, Nr. 2).
Najdostojniejsza książka, jaką od wielu, wielu lat miałem w ręku. Obraz
rzeczywistości, jakiego nie potrafiłby odmalować najznakomitszy artystasocjolog. Prawda, nieskażona literaturą.
H e n r y k R y g i e r (Jutro Pracy, 8 stycznia 1933).
Wszystkie 57 pamiętników, zarówno te, które iskrzą się świetnym ta­
lentem, jak napisane w formie poprawnego sprawozdania, jak wreszcie skre­
ślone całkiem nieudolnie, — wszystkie są jednakowo ważkie.
M a r j a M i l k i e w i c z o w a (Wiadomości Literackie, 8 stycznia 1933).
Obraz tragiczny, potężny w swej grozie, wołający jednym olbrzymim
chórem rozpaczy o pracę, będzie kiedyś przyczynkiem do historji współcze­
snego okresu.
Z. Z. (Kurjer Warszawski, 13 stycznia 1933).
Książka porywająca i monumentalna, ciosana rozpaczliwemi uderze­
niami serc bloku ludzkiej niedoli.
O ld L a d y (Bluszcz, 1933, Nr. 4k).
Pamiętniki przekonywują czytelnika o istnieniu ukrytych, napawają­
cych otuchą i wiarą w przyszłość, wartości.
H e n r y k T e n n e n b a u m (A.B.C., 22 stycznia 1933).
„Pamiętniki Bezrobotnych” stanowią jako podstawa studjów nad psy­
chologią bezrobotnych mas dzieło o wielkiej naukowej wartości.
Dr. J ó z e f L o o s (Naprzód, 29 stycznia 1933).
Wierzymy, że „Pamiętniki Bezrobotnych” mogą się stać czemś więcej
niż przyczynkiem, że staną się materjąłem dla budowania „programu na dziś

Z GŁOSÓW PRASY O WYDAWNICTWIE „PAMIĘTNIKI BEZROBOTNYCH”

i na jutro”, opartego o znajomość prawdziwej, a nie „umownej rzeczywi­
stości”.
k. b. (Gospodarka Narodowa, 1 lutego 1933).
Was die 57 Arbeitslosen erzählen, ist ja nur ein winziger Bruchteil von
dem, was in diesen Jahren Millionen von Menschen widerfahren ist. Die Do­
kumente sollen weiterhin allen denen, die in die Zukunft sehen, Politikern
und Wirtschaftsführern, Aufschluss geben, was in den Tiefen der menschlichen
Seelen emporwächst.
A. S t. M ä g r (Prager Presse, 12 lutego 1933).
Książkę tę jednak trzeba czytać długo w nawrotach. Przeznaczona jest
dla umysłów poważniejszych, zrównoważonych, które wyciągną z tej przera­
żającej treści wnioski i akty w oli mogące stać się początkiem i motorem
właściwej i mądrej akcji zaradczej.
(Tęcza, luty 1933).
Sześćset stronic dużej książki ociekającej krwawemi łzami...
He l . R o m e r (Kurjer Wileński, 13 lutego 1933).
Jest to prawdziwa kopalnia dla literata, socjologa, ekonomisty, populacjonisty — ale przedewszystkiem dla... społeczeństwa.
F. Z. (Ilustrowany Kurjer Codzienny, 19 lutego 1933).
Ainsi donc, Pensemble de cette publication offre une précieuse docu­
mentation de première main sur la vie des chômeurs... ...il serait peut-être
utile que, dans d'autres pays, des institutions semblables à l'Institut d'économie
sociale polonais entreprissent des enquêtes analogues.
J. R o s n e r (Revue Internationale du Travail, mars 1933, Nr. 3).
„Pamiętniki Bezrobotnych” posiadają dla budującej się współczesnej
kultury niezwykle cenny walor faktograficzny.
S t e f a n K a w y n (Słowo Polskie, 6 marca 1933).
„Pamiętniki Bezrobotnych” ist ein socialpsychologisches Dokument ersten Ranges.
(Slavische Rundschau, Praga, 1933, Nr. 3).
Każdy człowiek o ile nie chce żyć w ułudnej rzeczywistości, każdy kto
pragnie zdawać sobie sprawę z istotnych nastrojów, aby nie być kiedyś za­
skoczonym nieprzewidzianym zbiegiem wydarzeń, musi księgę tę przestudjować
dokładnie i namyśleć się nad nią.
D r. M. J. Z i o m e k (Przegląd Powszechny, 1933, Nr. 591).
To jest obraz życia, nie ten widziany oczami aparatu administracyjnego,
ale prawdziwy obraz rzeczywistości, w całe| swej nagości przedstawiony.
Z d z i s ł a w S i u d y ł a (Kuźnia Młodych, 15 marca 1933).
Czytać tej książki spokojnie i długo niepodobna. Za silnie, za mocno
odsłonięta w niej nędza wstrząsa duszą i sumieniem.
M. R e u t t . (Dziennik Wileński, 16 marca 1933).
Pamiętniki Bezrobotnych otwierają nam oczy na piekło świata kapita­
listycznego.
W ł. W e y c h e r t - S z y m a n o w s k a
(Głos Kobiet, marzec 1933).

Z GŁOSÓW PRASY O WYDAWNICTWIE „PAMIĘTNIKI BEZROBOTNYCH"

To co się czyta w tych pamiętnikach, przejmuje zgrozą i wstydem jeśli
pomyśleć, że w tej sytuacji znajduje się zgórą ^ miljona żywicieli, przeszło
IV 2 miljona osób.
E. W. (Pracownik Spółdzielczy, 1933, Nr. 2).
Les sentiments exprimés par les chômeurs polonais sont ceux qui
animent, les chômeurs de tous pays.
(Le Peuple, Bruxelle, 1933, Nr. 90).
W olbrzymiej literaturze o tern na j aktualniej szem zagadnieniu (bezro­
bociu) książka polska, wydana przez Instytut Gospodarstwa Społecznego, jest
jedyną w swoim rodzaju, zarówno co do inicjatywy jak i jej wykonania.
J a n i n a R y n g m a n o w a (Ruch Prawniczy i Ekonomiczny, 1933, Nr. 2).
...cette enquête ...constitue un document de tout premier ordre, non
seulement sur le chômeurs polonais mais sur la situation et la psychologie des
chômeurs dans tous les pays...
(Monde, 8 avril 1933).
Pamiętniki zebrane w tej książce stanowią bezpośredni i wszechstronny
materjał dotyczący bytu i przeżyć bezrobotnych w dobie obecnego kryzysu.
(Górnośląskie Wiadomości Gospodarcze, 1933, Nr. 9).
W głąb zbiorowego życia proY/adzą dopiero „Pamiętniki Bezrobotnych”
— jedna z najbardziej wstrząsających książek.
(Podchorążak, maj 1933).
„Pamiętniki Bezrobotnych” to lektura ciężka i przygnębiająca. Niemniej
powinien je przeczytać każdy jako wymowny i bezlitosny w swej nagiej praw­
dzie dokument dzisiejszej rzeczywistości tak pełnej tragicznych sprzeczności.
N. A.-(Polska Oświata Pozaszkolna, 1933, Nr. 2).
Lektura „Pamiętników” — to dla inżyniera uzupełnienie wiedzy o życiu
tych grup społecznych, których kierownikiem jest już z racji swego fachu.
B a r d (Nowiny Techniczne, 1933, Nr. 7).
Jedna z najprostszych a przecież najosobliwszych i najbardziej podu­
czających ksiąg..........„Pamiętniki Bezrobotnych” to bowiem cała wielka, praw
dziwa „Biblia Pauperum”.
C e z a r y J e l l e n t a (Polska Zbrojna, 11 czerwca 1933).
Bije bowiem z Pamiętników” rzecz stokroć ważniejsza i trwalsza od
konstrukcji, od poprawności języka, od kultury i t. p., bije życie niefałszowane,
przerażające, bolesne życie, na które w naszej współczesnej literaturze kładzie
się w większości wypadków tłumik.
J e r z y A n d r z e j o w s k i ( A.B.C., 14 października 1933).
Książka jest znamienna dla naszego czasu, książka - przestroga. „Nieboska Komedja” współczesności.
P r o f. S t. P i g o A (A.B.C., 23 grudnia 1933).
Jest tam niewyczerpana wprost kopalnia materjału dla socjologa, lecz
i bezcenna też gleba dla pisàrzâ, ale to pisarza w całem tego słowa znaczeniu.
J ó z e f N i k o d e m K ł o s o w s k i (Państwo Pracy, 1934, Nr. 10).
„Pamiętniki Bezrobotnych” to pierwsze tomy literatury proletariackiej
— tej istotnej, — niesfałszowanej, — bezpośredniej i dlatego wysoce cennej.
H a n n a N a ł ę c z - O s t r o w s k a S z y m a ń s k a (Trzeźwość, 1934,
Nr. 9—10).

WYDAWNICTWA
INSTYTUTU GOSPODARSTWA SPOŁECZNEGO
W WARSZAWIE, UL. CZERWONEGO KRZYŻA 20, TEL. 511-19
R-k czekowy w P. K. O. 12099
Szkice literackie ..
.
.................................. ........
#
3.—
Urlopy wypoczynkowe maszynistów kolejowych .
,
2.—
D r o b n y p r z e m y s ł i c h a łu p n ic tw o ,
T. I i T. I I ...........................................
27.50
F a b i e r k i e w i c z W . O konsekwencjach gospodarczych planu Daves’a
wyczerpane
Rosja w s p ó ł c z e s n a ............................................................ 5.50

Walka o Śląsk G ó r n y ........................................... wyczerpane
J a s tr z ę b s k i W .
Organizacja pracy f i z y c z n e j ...........................................5.—
K o r n iło w ic z K .
Akcja społeczno-kulturalna w górnictwie angielskiem ,
3.—

Wczasy młodzieży pracującej
. . . .
.wyczerpane
K o z ło w s k i S t.
Warunki bytu pracowników bankowych w Polsce .
.
1.50
K r a h e ls k a H .
Łódzki przemysł włókienniczy w obec ustawodawstwa
pracy
.......................................................... 1.—

Praca dzieci i młodocianych w Polsce
. . . .
2.50

Praca kobiet w przemyśle współczesnym
.
.
.
5.—
K r ie g e r A .
Ubezpieczenie na wypadek choroby w Polsce
.
.
. 10.—
K rzy c zk o w sk i J. i
S o b ie r a ń s k a Z .
Stosunki kredytowe wśród drobnej
własności r o l n e j .......................................................................12.—
K u ro p a tw iń s k a M .
Ogrody działkowe a kultura miast
. . . .
3.50
L andau
W , Izby pracy
.
.
.
.
.
.
,
.
. .
.
1.80

Ośmiogodzinny dzień pracy
.
.
.
..
. .
.
3*50
* Poglądy włościan na sprawę niepodzielności gospodarstw

w i e j s k i c h ......................................................................................2.70

Walka o bezpieczeństwo pracy
.
.
.
. .
.
5.—
M a te r ja ły d o B ib ljo g r a fji
E k o n o m ic z n e j
w
ję z y k u
p o ls k im
pod redakcją
prof, L , K r z y w i c k i e g o .
.
.
.
.
f
. wyczerpane
M a t e r j a ł y d o B i b l j o g r a f j i G d a ń s k a pod redakcją prof. L . K r z y w i c k i e g o wyczerpane
M ły n a r s k i F .
Walka o naprawę skarbu
.
,
.
.
. .wyczerpane
M o ra czew sk a
A .
Wczasy r o b o t n i c z e ............................................................ 5.—
P a m ię tn ik i b e z r o b o tn y c h
. .
.
........................................... ........
15.—
P iltz F ,
Dochody mieszkańców Warszawy
.
.
.
.
.
.
5.—
R o s ja S o w ie c k a p o d w z g lę d e m
s p o łe c z n y m
i g o sp o d a rczym ,
Pod redakcją >
prof. L , K r z y w i c k i e g o . Część I i I I ...........................................* 13.—
R o sse t E .
Proletarjat łódzki w świetle badań demograficznych .
.
3.50
R y c h liń s k i S t.
Czas pracy w przemyśle polskim
. . . . .
4.—

Marnotrawstwo sił i środków w przemyśle polskim
f
6.—

Płace i zarobki robotników przemysłowych w dziesię­
cioleciu 1918 — 1928 .
.
.
.
.
. .wyczerpane
S te r lin g H .
Międzynarodowa Organizacja Pracy
.
.
. ,
.
1.50
S z te tn e r o w a
W . i B ła s z c z y k o w a M .
Młodzież robotnicza w Austrji
.
1.50
S z tu r m
d e S z tre m
E .
Samowystarczalność Polski pod względem zbo­
żowym
............................................................
1,—
S z tu r m
d e S z tr e m
T.
Bezrobocie w Europie dzisiejszej . . . .
4.—

Działanie inflacji w sferze podatkowej .
.
.wyczerpane

Płace zarobkowe w okresie dewaluacji pieniężnej
.
2.—

Walka o płace zarobkowe .
.
.
.
.
.
.
2.—

Żywiołowość w opodatkowaniu. Podatek inflacyjny .
Ze słowem wstępnem prof. L . K r z y w i c k i e g o
.
.wyczerpane
B ia ło b ło c k i

B .

D eren g o w sk i

J.

W a ru n k i ż y c ia

r o b o tn ic z e g o

w

W a r s z a w ie ,

Ł o d zi

i

Z a g łę b iu

D ą b r o w sk ie m

w świetle ankiet 1927 r o k u ................................................... 15.—
Z a c h a rze w sk a S t.
Urlopy wypoczynkowe pracowników drukarskich .
6.—
Z ie liń s k i J.
Higjena p r a c y ...........................................
9*—
Ż y c i e i p r a c a p i s a r z a p o l s k i e g o .................................................................... 12.—
Do nabycia we wszystkich księgarniach

ráIfc!D

\

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.