http://bibliotekacyfrowa.pl/Content/78720/PDF/III_POL_141_27218.pdf

Media

Part of Zwyczaje i pojęcia prawne ludu nadrabskiego

extracted text
ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE

LUDU NADRABSKIEGO.
SKREŚLIŁ

J A N

Ś W I Ę T E K

członek Komisyi antropologicznej Akademii Umiejętności.

W KRAKOW IE.
NAKŁADEM AKADEMII UMIEJĘTNOŚCI.
D R U K A R N IA

U N IW E R S Y T E T U J A G IE L L O Ń SK IE G O
pod zarządem A. M. Kosterkiewicza.

1897.

Zwyczaje i pojeGią prawne

LUDU

NADRABSKIEGO
skreślił

JAN ŚWIĘTEK.

Przewodnikiem w tej pracy był mi „Kwestyonaryusz“ p. Bro­
nisława Grabowskiego (Warszawa 1889, Tom III. „W isły“), tu­
dzież Cenne wskazówki nieodżałowanej pamięci Prof. Dra Izydora
Kopernickiego.
W gromadzeniu potrzebnego m ateryału, na który długie
lata się składały, wielka oddał mi przysługę ś. p. brat mój S t a ­
n is ła w , kand. stanu nauczycielskiego, zarówno jak i ja wśród
ludu wychowany. Jemu to szczególniej zawdzięczam nabytek bar­
dzo wielu cennych szczegółów prawnych, których w swych dawniej­
szych zapiskach, przebywając na miejscu, nie uchwyciłem, a które
przy zestawieniu zbiorów w systematyczna całość okazały się nie­
zbędne 1).
Trzymając się „Kwestyonaryusza“ Bronisława Grabowskiego,
starałem się, o ile to możebnem było, zastosować się i do jego
rad w przedmowie udzielonych. Rozwijałem więc niektóre kwestye
prawne dość szczegółowo, opierając się i na przysłowiach i na fra­
zesach i nazwach, używanych w rodzaju terminów prawnych,
a przedewszystkiem dla dokładnego scharakteryzowania pewnych
-1) Nie mniejszą był mi on pomocą i w monografii o „Ludzie nadrabskim“,
co niniejszem zaznaczam z obowiązku wdzięczności dla wcześnie zmarłego.
'
1

2

JAN ŚWIĘTEK.

[267J

pojęć uciekałem się do cytat, jużto zaczerpniętych żywcem z gwary
Indowej, już też przejmowanych dosłownie od włościan.
Z niektórymi, zwłaszcza pochodzącymi ze wsi Targowiska,
zapuszczałem się nawet nieraz w formalne rozprawy i, ażeby w po­
szczególnych kwestyach wszystkie ich wyobrażenia skojarzyć w po
żądaną całość, podsuwałem im zazwyczaj różne szczegóły w formie
zagadnienia. Odpowiedzi ich, notowane zwykle od razu całemi
zdaniami, zestawiałem bezpośrednio potem w ciągłe ustępy przy
zachowaniu porządku, w jakim wychodziły z ust tych wieśniaków.
Tak też je przytaczam w stosownych miejscach niniejszej pracy,
podając zarazem nazwisko opowiadającego.
Zresztą, puszczając niniejszą pracę w świat, bynajmniej nie
tuszę sobie, aby ona jako rzecz nieprawnika z zawodu odpowie­
działa choć w części wymaganiom znawców. Spodziewam się
wszakże z ich strony wyrozumiałości już z tego samego względu,
że chęci moje przysłużenia się nauce były ja k najlepsze.

Wiadomości wstępne.
Okolica, której zwyczaje i pojęcia prawne posłużyły mi za
przedmiot do nakreślenia niniejszej monografii, jest ta sama, jaka
była i tłem mego etnograficznego obrazu p. t. : „ Lud nadrabski“. Zajmuje ona mianowicie obydwa pobrzeża Rabę między
Grdowem a Bochnią. W skład jej wchodzą wsi: Marszowice, Nieznanowice, Pierzchów, Pierzchowiec, (Krakuszowice), Książnice, Łężkowice, Targowisko, Kłaj, Stanisławice, Cikowice, Damienice;
dalej Stradomka , Nieszkowice , Dąbrowica, Grierczyce , Siedlec,
Chełm, Moszczenica, Łapczyca i Chodenice.
Z pomienionych włości atoli najobfitszego materyału dostar­
czyła mi wieś Targowisko. W niej też spoczywa punkt ciężkości
tej pracy, z którego wychodząc obejmowałem kolejno przez poró­
wnawcze badanie wszystkie inne włości co do typu mieszkańców
Targowisku pokrewne. Porównanie takie wskazywało mi i wspólne
znamiona co do zwyczajów i pojęć prawnych u ludu w danych
gminach i dlatego je też wszystkie ująłem w swej pracy pod je ­
dnym tytułem.

Okolica nadrabska już w czasach prastarych wrzała pełnem
życiem. Dowodem tego czas powstania tutejszych kościołów. Ko­
ściół w Łapczycy wzniósł Kazimierz Sprawiedliwy w roku 1.158,
a kościół na Chełmie zdaje się pochodzić z pierwszych początków
chrześcijaństwa w tych stronach.

[268J

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

3

Tutejsi mieszkańcy sami uważają się za Mazurów, Polaków
czystej krwi. Niemców w podanych włościach nadrabskich nie wielu
i to tylko we wsiach: Książnice, Pierzchów i Pierzchowiec. Nie
należy ich nawet brać poniekąd w rachubę z uw agi, że w osta­
tnich czasach tracą coraz więcej swe znamienne cechy germańskie,
zlewając się z rdzennie polską ludnością tutejszą. Żydzi, którzy
od dwudziestu lat wciskają się liczniej do wsi nadrabskich i tru­
dnią się drobnym handlem, nie mając miru u ludu, nie wywie­
rają na jego pojęcia i zwyczaje żadnego prawie wpływu.
Położenie majątkowe ludu w okolicy nadrabskiej nie jest
zbyt świetne. Większe dawniej gospodarstwa chłopskie, dzielone
przez rodziców między dzieci, rozdrabniają się coraz więcej z każdym
rokiem, a ludność, stękając pod ciężarem nadmiernych podatków,
danin i długów, nie może przynajmniej w przeważnej swej części
wyżyć z roli i musi się oglądać za zarobkiem.
Drobnej szlachty nad Rabą niema wcale.
Charakter ludu nadrabskiego przedstawiłem prawie we wszyst­
kich jego stosunkach w pracy: „Lud nadrabski“.
Wsi nadrabskie do czasu zniesienia pańszczyzny były w bieźącem stuleciu w 3/ 4 częściach kameralne, rządowe. Stosunek wło­
ścian do dworów katolickich, gdzie one istnieją, jest dziś niemal
zupełnie obojętny; do dworów zaś w Nieszkowicach i Gierczycach,
które pozostają w rękach Starozakonnych, nie mają oni najmnejszego zaufania. Największe zaufanie żywi lud do kościoła; o wiele
mniejsze do urzędu gminnego. Ta ostatnia okoliczność zresztą za­
leży od osoby i chakteru wójta, składa rady gminnej, a stąd
i zachowania się pisarza. Z karczem przypada średnio jedna na
każdą wieś; lecz i ta jedna świeci obecnie częściej pustkami wsku­
tek wstrzemięźliwości ludu, na którą karczmarz wyłącznie żyd nie­
rzadko wyrzeka i sarka, nie mogąc wyjść na propinacyi.
Zwyczaje i pojęcia we wszystkich niemal stosunkach życia
tworzy lud w samym sobie. Lecz i wpływy postronne, a nawet
dalsze znaczą tu swe ślady.
W poblizkich miastach: Bochni, Gdowie i Niepołomicach,
a poniekąd i w więcej oddalonym Krakowie znajdują Nadrabianie
nietylko pole do pozbywania swych płodów rolnych za pieniądze
i nabywania im rzeczy potrzebnych na cotygodniowych targach
i dość licznych jarm arkach, ale także przez częste stykanie się
w tych punktach zbornych z ludźmi z różnych stron i ze wszyst­
kich prawie sfer społeczeństwa przyswajają sobie różne nowe wy­
obrażenia i pojęcia. Przez częste stosunki z miastami rozszerza się
zakres umysłowy wieśniaka tak w dobrem, jak i złem znaczeniu.
-Jak bowiem z jednej strony wynosi lud stamtąd poniekąd poczu­
cie piękna, zamiłowanie do porządku i wyrabia sobie pewien smak
w urządzeniu swych mieszkań, tak z drugiej znowu strony zatraca

4

JAN ŚWIATEK.

[269]

tam niekiedy prostotę obyczajów i wnosi na rodzima glebę fałszy­
wą ambicyę, żądzę użycia i życia ponad stan. Z miast też płyną
dla wieśniaka pobudki do przebierania się na wzór miejski, pod­
nieta do procesowania się, a co gorsza — zaród marnotrawstwa.
Oprócz wpływu miast działały i działają na wyobrażenia, po­
jęcia i zwyczaje ludu nadrabskiego i inne dalsze zewnętrzne wpły­
wy. Przedewszystkiem niepomierną rolę w tych wpływach odgry­
wają: wrażenia i spostrzeżenia, przejęte przez tutejszych komorników
i chałupników na dalekich dawnych flisach na Wiśle; doświad­
czenia, wyobrażenia i pojęcia, wnoszone tu przez gospodarzy i ich
parobków z dawnych, a częstych „furmaneku tak obowiązkowych,
jak i zarobkowych nierzadko nawet w odległe strony; pojęcia i po­
glądy, rozsiewane przez górali i Rusinów, przepędzających przed
skupieniem się całego handlowego ruchu na kolejach żelaznych
ożywionymi tu gościńcami i drogami liczne stada baranów i owiec
na sprzedaż w stronę Krakowa; a wreszcie, zwłaszcza w ciągu
ostatnich dwudziestu pięciu lat, poglądy i pojęcia, przyswajane
sobie u obcych przez tutejszych uboższych włościan przy sposo­
bności zarobkowania na kolejach żelaznych, często aż w okolicy
Lwowa, Tarnopola i Podwołoczysk, tudzież w Ostrawskich kopal­
niach węgla. Niemniej też i służba wojskowa wpływa na pojęcia
nadrabskiego ludu. Ona to, szczególniej dawniej, przykuwając tu­
tejszego mieszkańca całe lata do obcych okolic i ludzi i rozwija­
jąc jego umysł, przyswajała mu zarazem i obce pojęcia i zwy­
czaje, które on po powrocie pod ojczystą strzechę przynosił z sobą
i nierzadko rozpowszechniał.
Prócz szkółek wiejskich niema zresztą w okolicy nadrabskiej
innych zakładów ani fabryk, któreby posiadały warunki wywie­
rania wpływu na zwyczaje.
Wpływy obce, jakiekolwiek one są i skadkolwiek one płyną,
nie zacierają wszakże u ludu nadrabskiego jego odrębnego piętna.
Zatraca się w niem wprawdzie to i owo z biegiem i postępem
czasu, opada z niego jeden i drugi liść, odłamuje się niekiedy
z niego i cała gałąź z pewną dla jego ogólnej istoty szkodą, ale na­
tomiast narasta wiele szlachetnego, co płynie z oświaty, nauki
i doświadczenia; z tern wszystkiem jednak pień sam pozosta­
je może przez wieki nietknięty i nieskażony. Ma to poniekąd
i w tern swą przyczynę, że Nadrabianie w gruncie rzeczy nie
poddają się biernie wpływom obcym , a przynajmniej nie przyjmują tych wpływów tak , aby ich nie naginali do swoich wła­
snych pojęć, do swego smaku i swego moralnego poziomu. Objawy
takie uwydatniają się niemal we wszystkich stosunkach, gdzie
w grę wchodzą wpływy obce i chcą wyprzeć rodzime urządzenia
lub zwyczaje. Choć uznane, a nawet przyjęte, muszą uledz u Nadrabian pewnemu przeobrażeniu w zastosowaniu do tutejszych po-

[270]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNEJ.

5

jęc i wyobrażeń. Odporność ta zaznacza się atoli dobitniej w teoryi, niż w praktyce. Nie mając wszakże zamiaru określania tej
różnicy, wskazujemy tylko pod względem praktycznym dzisiejsze
ciemne ubiory Nadrabian, które, przed laty przenosząc się z miast
i na wsi i wypierając zwolna rodzime chłopskie sukmany i gór­
nice, dla uzyskania prawa obywatelstwa musiały tu co do swego
miejskiego kroju poddać się pewnym ograniczeniom w miarę
smaku i pojęć ludowych. Toż samo, a nawet tern więcej trzeba
powiedzieć i o ubraniach kobiecych, które, jakkolwiek prawie co­
rocznie podlegają pewnym zmianom podług miejskich wzorów,
różnią się przecież stanowczo od strojów, jakie po miastach lub
po wsiach ościennych noszą kobiety.
Również i do zabudowań gospodarskich z każdym rokiem
napływają pewne obce przymieszki i ozdoby, którym podobnych
wzorów trzeba szukać po miastach; mimoto swojski sposób bu­
dowania, ja k poniekąd i sposób urządzania się w mieszkaniach
pozostają co do swej istoty od niepamiętnych czasów prawie nie­
zmienione. Zaszły w nich tylko pewne ulepszenia i upiększenia,
wzięte wprawdzie od obcych, ale przykrojone na rodzimą miarę.
Nadrabianie, jak z początkiem tego stulecia budowali we wsiach
domy w skupieniu, tak i dziś trzymają się tego zwyczaju. Domy
gospodarskie wznoszą się na podniesionych zaczątkach p ł ó s e k
(parcel) gruntowych, które z środka wsi w otwarte pola wybie­
gają; domy chałupników zajmują „nawsia“ w miejscach, wyzna­
czanych pod nie przez gminę. Domy w ogólności regularnie bu­
dowane, na „pęczkach", bielone wewnątrz i zewnątrz, przyjemne
na obcego robią wrażenie. Stawiane frontem ku południowi, dają
przez niewielkie, lecz zgrabne, a często na jasno malowane okna
(do otwierania) widok na „ogródki“ owocowe, które otoczone pło­
tem, opodal się rozciągają, i na stodoły, jedną ścianę tych ogro­
dów zazwyczaj tworzące. Na tyle domu, rzadziej przed oknami
znajduje się obora, całkiem lub w połowie zamknięta okołami, tj.
stajniami, chlewami i komórkami (Zresztą p. „Lud nadrabski“ —
„Dom“ str. 34—43).
Wsi nadrabskie mniej więcej przedstawiają się z dala co do
swego zabudowania w kształcie wielkiej elipsy.
Prócz o Pierzchowie i Pierzchowcu, które miały powstać na
polach starożytnej osady, noszącej nazwisko „Kaszubice" a spalo­
nej przed wiekami po strasznej zarazie, która wyniszczyła do
szczętu jej mieszkańców, inne podania, ani wiadomości o powsta­
niu danych włości nadrabskich nie utrzymały się wśród ludu.
Mieszkańcy nadrabscy atoli, nie zdając sobie sprawy z czasu
powstania swych włości i z pochodzenia swych praojców, docie­
kają przeeież przyczyn nazw jednych wsi, a snują pewne jużto
więcej, juźteż mniej uzasadnione domysły co do nazw innych wsi.

6

JAN ŚWIĘTEK.

[271]

Z ich zapatrywania wychodząc, należałoby nawet wnosić, ¿e przy­
najmniej mniejsza część wsi tutejszych albo wcale nie miała nazw
w swych początkach, albo inne od dzisiejszych, które zmieniły
się w ciągu wieków pod wpływem ważnych wydarzeń w życiu
wieśniaków poszczególnych włości.
I tak Marszowice miały przybrać: dzisiejszą swą nazwę od
częstych p r z e m a r s z ó w jakichś wojsk przez pola tej osady ;
Nieznanowice — od nieświadomości jakiegoś mieszkańca tej osady,
jak się jego wioska nazywa, na zapytanie, zwrócone do niego
przez pewną drużynę, która zapędziła się w te strony; Pierzchów
i Pierzchowiec powstały na zgliszczach wsi Kaszubice, której mie­
szkańcy „ p i e r z c h n ę l i “ (wymarli) podczas morowego powietrza;
Książnice były według jednych siedzibą i dobrami, według drugich
tylko dobrami k s i ą ż ę c e mi ; w Krakuszowicach odbywał król
K r a k u s swe sądy pod sławnym „krakusoskim“ dębem; Łężkowice
powstały na „ ł ę g u “ ; Targowisko było za bardzo dawnych czasów
miasteczkiem i miejscem t a r g ó w i jarmarków; Kłaj powstał we­
dług jaśniej niesformułowanych domysłów na „ k ł a c h “ t. j. podług
jednych na gruncie, przepełnionym iłem (kłami), podług drugich
na wyrębie lasu (kły — korzenie); w Gierczycach uprawiano gor­
czycę ( „ g i e r c y c ę “), którą handlowano na wysoką skalę; Siedlec
rhiał być „osiedlem“ księcia panującego na Chełmie. Co do nazwy
Moszczenicy zdania są podzielone. Jedni powiadają, że Tatarzy,
zapuściwszy tu swe zagony, natrafili na wielką kałużę, do której,
aby ją przebyć suchą nogą, powrzucali chrześcian i z nich mo s t
utworzyli; drudzy utrzym ują, że taki most miał sobie urządzić
z pomordowanych ofiar osławiony w niepamiętnych czasach roz­
bójnik Szyc ( m o s t — S z y c a ) ; inni wreszcie twierdzą, że osada
ta powstała na wyrębie lasku modrzewiowego (mozdzeniowego) i na­
zywała się dawniej M o ż d ż e n i e ą.
Nazwę Łapczycy wiąże lud ze wspomnieniem pogoni za roz­
bójnikiem Szycem. Wyśledzony przez gromadę w swej kryjówce,
uciekał przed zemstą mieszkańców, którzy, chcąc go u ją ć , krzy­
czeli za nim: „ Ł a p S z y c a !“ (stąd dawniej „Łapszyca“). Pogoń
się wreszcie udała, bo Szyc w miejscowości, gdzie dziś Kolanów,
złamał k o l a n o i nie potrafił już dobiedz do swej jaskini („dołu“)
w miejscowości, która obecnie nazywa się „Dołuszyce“ (dół Szyca) .
Co do nazw innych włości nadrabskich, będących przedmiotem
niniejszej monografii, lud nie zdaje sobie wcale sprawy; w Cheł­
mie zaś w wyniosłej skale nakształt hełmu, a znanej pod nazwą
„Grodziska“, upatruje warowny gród bądź książęcy bądź królew­
ski, który według jednych zapadł się w ziemię za grzechy swych
mieszkańców, według drugich uległ zaklęciu.
Z wypadków dziejowych nic szczególnego nie utkwiło w pa­
mięci nadrabskiego wieśniaka, prócz zgrozą przejmujących wspo­
mnień o okrucieństwach Szwedów z czasów ich najazdu na Polskę.

ZWYCZAJ!! I POJĘCIA PRAWNI!.

[272]

7

Lud w tej okolicy, podobnie jak i w całej Polsce stopnio­
wo zaczął przechodzić pojedynczemi gminami w posiadonie szla­
chty i utworzył teraz trzy grupy: poddanych dóbr królewskich,
duchowieństwa i szlachty. Pod wpływem duchowieństwa i srogich
kar, chłop, przykuty do roli, modlił się i pracował, a w gawę­
dach wieczornych, przy łuczywie, wspominając dawne czasy, ro­
bił porównania doli pojedyńczych gmin. Że ta nie była jedna­
kowa, uzasadnia uszczypliwy przydomek: „Basiórniak“, (chłostany
batami — „basiorami“), nadawany jeszcze dziś poddanym niegdyś
szlachty przez poddanych królewszczyzny (później kamery) i dóbr
duchownych, choć i ci ostatni, nawet już w pierwszych czasach
swego dostania się w bezpośrednie poddaństwo króla lub kościoła
nieraz musieli robić znajomość z chłostą, jak tego dowodem od­
wieczny tekst w zabawie dziecinnej: „Krasoń“. Krasoń, wybraw­
szy się po sól do Bochni, wrócił z próźnemi rękami wśród żalów
i narzekań, że go jeszcze „pńłą wygrz&li“. (Patrz hLud nadrabski“
„Gry i Zabawmy“). Powitanie tej zabawy odnosi się może do cza­
sów Bolesława Wstydliwego , który, zaprowadzając ład w żupach
solnych bocheńskich w r. 1278., ograniczył bezpłatny wydatek soli 1).

I.
R

lo

O

D

Z

I N

A

.

Pojęcie rodziny i rodu.

Przez „ r o d z i n ę “ rozumie lud nadrabski wszystkich
członków pewnej gromady ludzi, którzy węzłem krwi między sobą
są połączeni. W miarę tego znowu, w jakim stopniu pokrewień­
stwa pozostają jedni członkowie rodziny względem drugich, wy­
wodzących się od wspólnych rodziców, rozróżniają w ogólności
„b 1i z s ą “ lub „d a l s ą r o d z i n ę “. Bardzo często nazwę „r od z i n a “ zastępuje nazwa „ f a n i e l i j a “ lub „p r z y j ac i el s t wo“.
Wyrażają się więc: b 1 i z s a lub d a l s a f a n i e l i j a albo b 1 i*) Zgodnie z wymaganiem »Kwestyonaryusza“ Grabowskiego należałoby tu
jeszcze dla wyświecenia różnych kwestyj prawnych z dawnych czasów i poró­
wnania ich z odnośnemi pojęciami dzisiejszemi, poczynić charakterystycznicjsze
wypisy ze starych ksiąg katastralnych lub sądowych. Niestety poszukiwania ja ­
kie robiłem dotąd w tym kierunku fpo więcej mi przystępnych urzędach gmin­
nych, przyniosły mi tylko tę niezbyt pocieszającą wiadomość, że wszelkie pa­
piery urzędowe, jakie z dawnych czasów kryły się po śpichlerzach gromadzkich,
z chwilą obrócenia funduszu zbożowego na pieniężny, a po zniesieniu tych spi­
chlerzy, dostały się w różne niewłaściwe ręce, które je bezpowrotnie zmarnowały.

JAN ŚW lĘTEK.

[2?3]

s k i e lub dalekie p r z y j a c i e l s t w o zamiast: bliższa lub dal­
sza rodzina. Nazwa „przyjacielstwo“ poczyna się wszakże dopiero
od trzeciego stopnia pokrewieństwa. Częściej też używają Nadra­
bianie wyrazu „rodzina“ na oznaczenie stosunku rodziców do dzieci
niż „ f a n i e l i j a “, który zazwyczaj stosuje się do nieco dal­
szych krewnych. Przez „r ó d'4 rozumieją Nadrabianie wszystkich
członków, tak blizkich jak i dalekich krewnych, którzy od wspól­
nego ojca jako głowy rodu się wywodzą i wspólne nazwisko
noszą. Na czwartym stopniu kończy się pokrewieństwo, nie ustaje
wszakże z tym stopniem nazwa „rodzina“ ; ginie ona dopiero
z ósmym stopniem, jakkolwiek i poza nim ze względu na wspólne
nazwisko rodowe nie zaciera się przeświadczenie o pochodzeniu
z jednego rodu. Nazwa „ród“ ma więc rozleglejsze znaczenie, niż
nazwa „rodzina“, jakkolwiek i tą nazwą obejmuje Nadrabianin
zazwyczaj tylko tych ludzi ze stosunku pokrewnego wyszłych,
którzy w jednej z nim wsi lub najbliższej okolicy mieszkają
i wspólne z nim mają nazwisko. Mieszkańcy z dalszych okolic
wtedy tylko uchodzą za „r o d n y c h“ w stosunku do mieszkańców
danej okolicy o wspólnem nazwisku, jeżeli pamięć wspólnego
pochodzenia u nich nie zaginęła.
Nazwa „ród“ nie ma zastosowania w linii żeńskiej, cho­
ciaż przymiotnik „rodny“ aż do ósmego stopnia pokrewieństwa
zarówno odnosi się do krewnych tak w linii męskiej, jak i żeń­
skiej. W tern znaczeniu ;wyraz „rodny“ bowiem oznacza to
samo co „krewny“, który podobnież jak wyraz „przyjaciel“ dla
odmiany jest u Nadrabian w powszechnem użyciu. W yraz „rodny“
w linii męskiej zanika zwykle dopiero wtedy, kiedy pamięć
0 wspólnem pochodzeniu zupełnie zaginie.
Na czele rodziny stoją: o c i e c i m a t k a (zdrobn.: t a t u ś ,
m a t u s i a . ) . Za głowę rodziny uwraża się wszakże tylko ojca;
matka jest mu poddana i zajmuje w rodzinie nieco niższe od niego
stanowisko. Najbliższą rodzinę tworzą dzieci t. j. s y n o w i e
1 c ó r k i . Wobec tej rodziny, należącej ściśle do siebie, inni
członkowie uważają się już za r o d n y c h , k r e w n y c h lub
p r z y j a c i e l i , bliższych lub dalszych.
Stopnie pokrewieństwa oznaczają przez kolejne zestawienie
rodzeństw, wywodzących się od wspólnej matki i wspólnego
ojca, jako głowy rodu. Stopnie te określa w yraz: „ p o k o l e n i e “
lub „d z i e c i“ z dodatkiem liczby porządkowej, zwiększającej
się w miarę, jak pokrewieństwo pewnego członka rodziny w sto­
sunku do głowy rodu coraz bardziej maleje. Mówi się więc:
„ p i e r s e d z i e c i “ lub „ p i e r s e p o k o l e n i e " dla ozna­
czenia pierwszego stopnia pokrewieństwa braci i sióstr wobec
własnych rodziców; — „ d r u g i e d z i e c i “ lub „ d r u g i e p o ­

[274]

ZWYCZAJE i

POJĘCIA PRAWNE:.

9

k o l e n i e " na oznaczenie drugiego stopnia pokrewieństwa braci
i sióstr stryjecznych lub ciotecznych, tudzież wnuków w obec
głowy rodziny i t. d.
W zastosowaniu do linii prostej zstępnej stopnie pokrewień­
stwa oznacza się przez nazwy: a) „dzieci — syn i córka“ ; b) „wnęk,
wnęcka“ * c) „prawnęk, prawnęcka“ i t. p .; — w zastosowaniu
zaś" do linii prostej wstępnej przez nazwy: a) „ociec, m atka“ ;
b) „dziadek, babka“ i c) „pradziadek, prababka“ zarówno ze stro­
ny ojca jak i matki i t. d.
Z linij bocznych: brat ojca nosi nazwę— „ s t r y k “, siostra
ojca— c i o t k a “ ; brat m atki— „u j e k “, siostra matki— „ c i o t k a “ ;
syn brata — „ b r a t a n i e c “ , córka brata — „ b r a t a n i c a “,
syn siostry — „ s i o s t r z e n i e c“, córka siostry — „ s i o s t r z e ­
n i c a “. Bracia dziadka i babki zarówno ze strony ojca jak
i matki nazywają się „ d z i a d k a m i " , siostry dziadka i babki
„ b a b k a m i “ ; bracia pradziadka i prababki — „ p r a b a b k a ­
m i “. Wszyscy dziadkowie i babki nazywają dzieci tak swych
bratańców i bratanic, jak i dzieci swych siostrzeńców i siostrze­
nic — „ w n ę k a m i i w n ę c k a m i “, dzieci zaś tych wnuków
i wnuczek — „p r a w n ę k a m i i p r a w n ę c k a m i “.
Wszyscy członkowie rodu, wyprowadzający się od wspól­
nych rodziców, w równym stopniu względem siebie, nazywają się
„b r a c m i i s i ó s t r a m i“, względem zaś prawnuków — „p r ad z i a d k a m i i p r a b a b k a m i “, aż do ósmego stopnia, na
którym kończy się pokrewieństwo rodzin w okolicy nadrabskiej
zarówno w linii prostej, jak i w bocznych.
Pokrewieństwo bliższe sięga czwartego stopnia, najbliższe
drugiego.
Wyraz „powinowaty“ nie jest prawie w okolicy nadrabskiej
znany; zastępuje go w zupełności wyraz „ p r z y j a c i e l " lub
„krewny“. Stopień powinowactwa daje sie wyprowadzić z poszcze­
gólnych stopni pokrewieństwa, a mianowicie jego oznaczenie po­
lega na zasadzie: W jakiej linii i w jakim stopniu jest kto spo­
krewniony z jednym z małżonków, w tejże samej linii i w tymże
samym stopniu jest spowinowacony z drugim z małżonków.
Na oznaczenie stopni powinowactwa taka istnieje termi­
nologią :
Drugi mąż matki — „oj c y m “, druga żona ojca — „ ma ­
c o c h a “; syn żony lub męża z pierwszego małżeństwa — „ p a ­
s i e r b “, córka żony lub męża z innego małżeństwa — „p a s i e rb i c a“ ; teść — „ p a n o c i e c “ lub „o c i e c“ (zdrob. „tatuś“),
teściowa — „ p a n i m a t k a “ lub „ m a t k a “ (zdrob. „matusia“);
mąż córki — „ z i ę ć “, żona syna — „ s y n o w a “ ; dziadek męża
lub żony — „ d z i a d e k “, matka żony lub męża — „ b a b k a “ ;
pradziadek męża lub żony — „ p r a d z i a d e k “; prababka męża
%

10

JAN ŚWIATEK.

[275]

lub żony — „ p r a b a b k a “ ; maź wnuczki — „ w n e c c y n “
(woła się go atoli po imieniu) żona wnuka — „ w n ę k o w a “ ;
mąż prawnuczki — „ p r a w n e c c y n “ (po imieniu), żona pra­
wnuka — „ p r a w n e k o w a “ ; żona brata — „ b r a t o w a “; maż
siostry — „s w a g i e r “ (dla mężczyzn), „ s w a k “ (dla kobiet);
żoną stryja — „ s t r y n a “, żona wuja — „u j n a “, maź ciotki
— „ s w a k “.
Siostry i bracia męża nie dostają od bratowy żadnego rodo­
wego tytułu; przemawia ona do nich po imieniu przez „ t y “; jak ­
kolwiek sama wymaga, by jej „dwojono“ z tej strony z dodatkiem:
„ b r a t o w a ! “. Zato szwagier jest już względniejszy dla ro­
dzeństwa żony, bo „dwoi“ zarówno jej braciom, ja k i siostrom,
tytułując pierwszych „s w a g r a r n i “, drugie zazwyczaj „c i o tk a m i“.
Oprócz zwyczajnych są jeszcze i inne sposoby wchodzenia
w stosunek pokrewny, a mianowicie: przez przybranie obcego
dziecka do rodziny („wziecie za swoje“) , „ p r z y t u l e n i e s i e ­
r o t y “, przez bractwo mleczne, trzymanie do chrztu i wreszcie
kumostwo.
Przybranie dziecka do rodziny odbywa się zupełnie pry­
watnie, bez żadnego rozgłosu i beż żadnych form prawnych —
jedynie za zgodą rodziców dziecka. Praktykuje się ono zwykle
w rodzinach bezdzietnych, a jeżeli się zdarzy we familii, która ma
swe własne potomstwo, nie dzieje się to bez wytkniętych zamia­
rów na przyszłość połączenia własnego dziecka związkiem mał­
żeńskim ze swym „wychowańcem“, względnie „wychowanicą“ dla
spodziewanego dlań majątku. Przybranie bowiem obcej osoby do
rodziny nie przeszkadza wcale małżeństwu między tą osobą, a sy­
nem , względnie córką wychowawców.
Dziecko przybrane zatrzymuje zwykle rodowe nazwisko
swego własnego ojca, względnie własnej m atki; stąd też w razie
niespodziewanej śmierci przybranych rodziców, bez pozostawienia
rozporządzenia ostatniej woli, nie może sobie rościć praw do udziału
w spadku po nich.
Sieroty znajdują też zawsze przytułek u obcych ludzi, jeżeli
nie mają bliższych krewnych. Rodziny bezdzietne zwłaszcza przy­
bierają nawet sieroty za własne swe dzieci, pielęgnują je i starają
się o ich wychowanie, wyposażają je w razie danym, a odumierając zapisują im juźto całe już też część swego mienia. Sieroty
w ogólndfci, na które spada pewien m ajątek, mają dom otwarty
zarówno u bezdzietnych, jak i u obarczonych własną rodziną
ludzi; znajdują też tak u jednych jak i u drugich należytą opiekę.
Opiekunowie nie tylko ciągną zato korzyści z majątku sierót, ale
żywią zarazem nadzieję pozyskania ich w przyszłości w małżeń­
stwo ze swemi dziećmi.

[ 276]

zwyczaje

11

i Pojęcia praw na .

Nie tak przyjaźnie uśmiecha się los do tych sierót, które
bez majątku dostaną się na łaskę obcej rodziny, mającej swe
własne dzieci. Już w pierwszych latach odczuwają one dotkliwie,
co znaczy dola sieroca. Popychane, poniewierane, skazane są nadto
już w dzieciństwie na pracę ponad wątłe ich siły, za którą ani
należytej strawy, ani porządnego ubrania spodziewać się nie mogą
od swych niby dobroczyńców. Bez porównania wtedy byłoby im
lepiej, gdyby zamiast pozostawać „na łaskawym chlebie“, mogły
zaliczać się do służby.
Wśród włościan nadrabskióh nie znane mi są wypadki
brania do domu starca opuszczonego lub osoby obcej bez ma­
jątku, niedołężnej i niezdolnej do pracy.
Przez bractwo mleczne wstępują osoby według ludowego
pojęcia niejako w stosunek pokrewny. Jeżeli to jest chłopiec
i dziewczyna, to chłopiec uważa się za brata, dziewczyna za
siostrę, ale tylko w tym wypadku, jeżeli i później po wyjściu
z niemowlęctwa wychowują się razem w jednym domu. W tym
razie też nie dozwala się im nawiązywania bliższych stosunków,
prócz tych, jakie łączą rodzeństwo. Jeżeli atoli dalsze życie brata
mlecznego i siostry mlecznej rozwinie się w warunkach, które nie
wytworzą stosunku między niemi, zachodzącego wśród rodzonego
rodzeństwa, bractwo mleczne nie przeszkadza im wcale do zawią­
zania miłości w latach dorosłych, choć to może dzieje się dla­
tego, że ogół miał czas zapomnieć wśród takich okoliczności
0 niemowlęctwie tych osób i ich wspólnej karmicielce. Stąd też,
zdaje się, pochodzi, że nad Rabą nie słychać wcale szemrania,
jeżeli ten lub ów żeni się ze swą siostrą mleczną, jakkolwiek
takie wypadki, przeciwne ludowym pojęciom o pokrewieństwach
1 powinowactwach, przeszkadzających zawieraniu małżeństwa, tra­
fiają się w istocie.
Rodzice chrzestni (kumowie) wstępują zarówno z rodzicami
dziecka, z samem dzieckiem, jak i pomiędzy sobą w tak zwane
„ p rz yj ńci els tw o lub k rew ień st wo d u c h o w n e j
które zwłaszcza, jeżeli się już opiera na powtórnem wzajemnem
wyświadczeniu tego rodzaju przysług, stawia się wyżej nad po­
krewieństwo w trzecim stopniu. Zresztą rodzice chrzestni już z sa­
mego urodzenia bywają po większej części krew nym i, bliższymi
lub dalszymi tak w stosunku do siebie, jak i do rodziców
„k r z e ś n i k a“.
Jeżeli ten wypadek nie zachodzi, rodzice chrzestni wskutek
już powtórnego powinowactwa kościelnego nie mogą wstępować
w związki małżeńskie ani z rodzicami dziecka w razie owdowienia
którego z nich, ani też z chrzestnikiern, względnie chrzestnicą
pod utratą Bożego błogosławieństwa w pożyciu małżeńskiem. Tacy
to kumowie nazywają się „ k u m o t r a m i d u c h o w n y m i ^
2*

12

JAN ŚW iĘTEK.

[277]

Po zawarciu kumostwa t. j. od czasu powrotu z kościoła
z ochrzczonem niemowlęciem do dom u, obowiązani są zarówno ro­
dzice chrzestni („krzesnoojcowie“), jak i rodzice dziecka , choćby
nawet byli blizkimi krewnymi (n. p. rodzony brat „ t r z y m a s i o ­
s t r z e d z i e c k o d o k r z t u “) względem siebie i bardzo zna­
cznie różniącymi się co do wieku, „ d w o i ć s e “ nawzajem t. j.
nie przemawiać do siebie przez „ty“ ale przez: „wy kumie“, lub
„wy kumotrze“ ; „wy mo“ lub „wy kum osko"!
Ze względu na powinowactwo kościelne („krewieństwo du­
chowne“) nie powinien też kum z kumą wstępować w związek
małżeński, zwłaszcza po powtórnem pokumaniu się. Lud wykazuje
na przykładach, że w małżeństwach skojarzonych wbrew tej ogól­
nej zasadzie niema błogosławieństwa Bożego: nieszczęści się im
w życiu, dzieci się nie chowają, a sami małżonkowie często chorują.
Pożycia na wiarę kuma z kumą niema przykładu w oko­
licy nadrabskiej.
Proszeni w kumy nie powinni się wymawiać od tej przy­
sługi. Odmowę taką uważa się za grzech. Kto się tego grzechu
dopuści, a potem, żałując, chce go zmazać, musi się siedem razy
„w kumy wmówić“.
Jeżeli „dzieci się nie chowają“ (wymierają), proszą rodzice
w kumy pierwszego lepszego, w drodze spotkanego dziada lub
z pod kościoła. Jeżeli to kumostwo nie pomoże i „krześnik“
umrze, trzymają do chrztu następne dziecko jego dziadkowie t. j.
ojciec męża i matka żony lub też na odwrót. Jeżeli wreszcie
i dziadkowie nie mają szczęścia „utrzymać“ wnuka - chrzestnika
lub wnuczkę-chrzestnicę przy życiu, proszą rodzice w tym osta­
tecznym razie w kumy g r ó b a r z a z g r ó b a r k ą , a gdyby
był nieżonaty — z żebraczką. .Dziecko przez te osoby do chrztu
trzymane ma się już „chować“ z pewnością.
Jeżeli kiedy rodzice niemowlęcia zapraszają w kumy osoby
wyższego stanu, robią to „la honoru“, mniej zamożni nadto, aby
chrzestnik znaczniejszą kwotę pieniężną lub podarek od nich otrzy­
mał „na związek“. Z tychże samych pobudek proszą i chałupnicy
w kumy majętniejszych kmieci.
Jeżeli akuszerka (babka), nie jest krewną, z tytułu oddanej
przysługi przy przyjściu na świat dziecka, nie wchodzi w bliższy
stosunek ani względem tego dziecka, ani też względem rodziny.
Drużba i druchna pozostają po większej części w stosunku
pokrewieństwa do państwa młodych, oraz ich rodziny. Mogą
też być krewnymi i względem siebie. Gdzie te poszczególne wy­
padki nie zachodzą, drużbowanie wspólne nie uprawnia ich wcale
do bliższego stosunku ani z państwem młodem, ani z ich rodziną,
ani też pomiędzy sobą. Nie wywiązuje się też stąd w tych razach

ZW Y CZ A JE

[278]

I POJĘCTA

PR A W ŃB .

13

wcale przeszkoda, któraby nie sprzyjała z czasem związkowi mał­
żeńskiemu drużby z owdowiałą później panną młodą lub druchny
z owdowiałym panem młodym, albo wreszcie związkowi pomiędzy
drużbą i druebną. Owszem Nadrabianie wynoszą nawet z każdego
niemal wesela wróżbę, że najbliższy drużba i najbliższa druchna,
którzy rzadko kiedy bywają w bliźszem pokrewieństwie wzglę­
dem siebie, „ p o b i e r a s i ę “ niebawem.
Bratania się ludzi obcych w ścisłem tego słowa znaczeniu
niema w okolicy nadrabskiej, prócz chyba przy wspólnym udziale
w bractwach religijnych; zawierają się tylko między dwiema lub
więcej osobami tej samej płci i wiary tak zwane „ k o m p a ń ­
s t w a “, które opierają się na wzajemnem okazywaniu sobie
przyjaźni i zaufania, a zarazem na obopólnem pomaganiu sobie
wśród trudniejszych warunków i okoliczności.

2.

Stosunki rodzinne we wzajemnem pożyciu.

Najściślejsze stosunki naturalnym porządkiem rzeczy łączą
rodziców z dziećmi. O tych stosunkach pomówię obszerniej w oso­
bnym dziale; tu zaznaczę tylko, że ojciec uważa się za nieogra­
niczonego pana swej najbliższej rodziny. Rozkazy jego mają być
dla dzieci święte. W razie krnąbrności, oporu i nieposłuszeństwa
powinno ojcu według wyobrażenia Nadrabiali przysługiwać prawo
„zrobić z dzieckem, co mu się żywnie podobń“ , tak, że nawet,
jak to słyszałem od kilku gospodarzy starszej daty, za zabicie
złego własnego dziecka odpowiadać wobec sądu nie powinien.
Matka jest nieodłączną towarzyszką ojca, dzieli z nim wła­
dzę nad dziećmi, rządzi domem i gospodarstwem domowem. W ła­
dza jej jednak jest stosunkowo mniejsza, niż ojca, w którego ręku
spoczywa ostateczna decyzya we wszystkich sprawach tak rodzin­
nych, jak i gospodarskich.
Do rodziców nie mogą dzieci inaczej przemawiać, jak przez
„wy“ ; mówiąc o nich, nawet w ich nieobecności, używają tylko
trzeciej osoby liczby mnogiej n. p .; „mój tatuś byli“, „moja ma­
tusia pośli“ i t. p., słowem dzieci winny „dwoić" rodzicom wszę­
dzie i zawsze. Rodzice do dzieci przemawiają tylko przez „ty“.
Stosunki wzajemne między braćmi rodzonymi i siostrami,
tudzież między braćmi, a siostrami nie pozostawiają wiele do ży­
czenia. Dopóki żyją razem przy rodzicach, łączy ich wzajemna
miłość braterska, oparta na życzliwości, zaufaniu i pewnej łączno­
ści. Brat obstaje zwykle zawsze za bratem, siostra za siostrą, brat
dla siostry nie jest obojętnym, siostra dla brata. Wszędzie, gdzie­
kolwiek tylko tego zachodzi potrzeba, bronią się wzajemnie przed
złymi językami i fizyczną napaścią, słowem wspierają się we

14

JAN ŚWIATEK.

[279]

wszystkich stosunkach i okolicznościach i bardzo rzadkie to wy­
padki, żeby jedno na drugie miało się z czemś wyrwać wobec
obcych, coby dla niego mogło przynieść szkodę moralną lub materyalną. Jeżeli zdarzają się wśród rodzeństwa sprzeczki i zwady,
nie wychodzą one zazwyczaj poza sferę domowego życia. Gdy
siostra jest na wydaniu, bracia dokładają wszelkich starań i nie
szczędzą zabiegów, aby zjednać dla niej porządnego i zamożnego „pa­
robka“ w małżeństwo, za pokrzywdzoną lub opuszczoną przez
narzeczonego się ujmują i nie łatwo puszczają mu to płazem.
Siostra nawzajem, o ile to tylko w jej mocy i zachodzi tego po­
trzeba, stara się jak najlepiej usposobić dla swego brata dziewczy­
nę na wydaniu, na którą jego oko padło.
Nie zawsze atoli układają się tak przykładnie stosunki wza­
jemne rodzeństwa, kiedy wyjdzie już z młodocianego wieku i własne
gniazdo sobie założy. Wtedy już nie tak rzadkie bywają wśród
niego wypadki swarów, kłótni, bójek i zatargów, które nawet
przenoszą się na drogę sądową. Dzieje się to głównie z przyczyny
nierównego podziału majątku przez rodziców, czasami także z chci­
wości rodzeństwa, z których każde chciałoby jak największą część
zagarnąć dla siebie.
Stosunki wzajemne między „stryjecznymi lub ciotecznymi
braćmi, a siostrami" nie są już oparte na tak ścisłej łączności,
jak wśród najbliższego rodzeństwa, zawsze jednak mają charakter
serdeczny, życzliwością i zaufaniem tchnący, tudzież obronny
wobec obcych napaści. Te stosunki naprężają się także niekiedy,
ale to już po większej części pod naciskiem niezgody i zatargów
między rodzicami jednej i drugiej strony.
Stryjowie („strykowie“) i wujowie („ujkowie“) równe prawie
zajmują w rodzinie stanowisko, podobnież jak i „ciotki“ tak
ze strony ojca, jak i matki. Jedni od drugich większych pre­
rogatyw w rodzinie nie mają. Wpływ tych krewnych za życia
ojca jest przeważnie doradczym. Zależy to zresztą od ich stosun­
ków majątkowych, ich ofiarności, zaufania, jakie dla siebie obu­
dzić potrafili, głównie jednak od tego, czy w rodzinie utrwaliła
się nadzieja otrzymania po nich spadku w razi& ich bezpotomne­
go zejścia.
To samo, co się powiedziało o w ujach, stryjach i ciotkach
należy w równym stopniu odnieść i do „dziadków i babek“ tak
w linii męskiej jak i żeńskiej.
Wogóle stosunki krewnych i powinowatych pomiędzy sobą
mają charakter przyjacielski. Dlatego to może na oznaczenie czyjegoś
stosunku rodowego do siebie lub innych osób używają Nadrabianie
częściej wyrazu „ p r z y j a c i e l , niż k r e w n y “, a zamiast „p okrewieństwo lub powinowactwo“ mówią zwykle „p r z y j k c i e 1s t w o“. Mianem p r z y j &c i e l , p r z y j a c i ó ł k a rzadko

[280]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

15

nadto określają właściwe tych wyrazów znaczenie a jest zna­
czna liczba takich wieśniaków, zwłaszcza ze starszego pokolenia,
którzy wprost nie mogą zrozumieć, by obcy ludzie mogli nawza­
jem nazywać się przyjaciółmi, a jeżeli komu obcemu chcą wyra­
zić swą przychylność i serdeczną życzliwość, objawiają mu swe
skłonności i uczucia w słowach: „ T y ś l e p s y l a m n i e , j a k
n &l e p s y mój j a k i p r z y j a c i e l ! “
Krewni i powinowaci pomagają sobie zwykle wzajemnie
w razie potrzeby w różnych swych zatrudnieniach, jedni drugim
okazują cześć i poważenie, wspierają się radą, a w ogólności dają
sobie pierwszeństwo przed obcymi ludźmi. Stosunek ten między
krewnymi i powinowatymi objawia się zarówno w dobrej, jak
i w złej przygodzie. Ma Nadrabianin córkę wydać za mąż lub
syna ożenić, radzi się krewnych, ma grunt kupować, „ s t a w i a ć
s i ę«, radzi się krewnych; ma w ogólności podjąć się jakiejś wa­
żniejszej czynności, zwierza się ze swymi zamiarami przed kre­
wnymi lub powinowatymi i ich pyta o radę; sprawia wesele dla
córki lub syna, zaprasza wszystkich prawie krewnych i powino­
watych ; „wyprawia krzciny“, wysyła posłańca do wszystkich
swych przyjaciół („p r z y j a c i e 1 i“); buduje dom lub inne
zabudowania gospodarskie, krewni zwożą mu drzewo z lasu bez­
interesownie; jeźli go pożar zniszczy, krewni i powinowaci spieszą
mu z pierwszą pomocą.
Atoli przyjacielski ten stosunek pomiędzy krewnymi i powi­
nowatymi, bogatszymi a uboższymi, nie układa się tak pomyślnie,
bo chociaż n. p. komornicy i chałupnicy biorą także udział we
wszelkich uroczystościach familijnych bogatszych krewnych i nie­
jednokrotnie doznają od nich materyalnej pomocy i wsparcia, to
jednak głos ich doradczy niemal we wszystkich sprawach rodzin­
nych zamożnych kmieci nie wiele znajduje posłuchu i nie wielkie
ma znaczenie.
Młodsi członkowie roku okazują zwykle na każdym kroku
starszym członkom t. j. rodzicom, dziadkom, babkom, wujom,
stryjom , ciotkom, tudzież wujenkom i stryjenkom należną cześć
i uszanowanie. Nie przemawiają do nich inaczej, jak przez „wy“
z dodatkiem odpowiedniego ich rodzinnego tytułu, pierwsi ich po­
zdrawiają, prosząc zaś o jak ą przysługę czyto od siebie, czy w imie­
niu rodziców lub też dziękując za nią, całują ich w rękę i ści­
skają za kolana („chytają za nogi"). W towarzystwie starszych
członków rodu młodsi wstrzymują się od żartów, figlów, lekkich
mów, w ożywioną pogadankę rzadko się z nimi zapuszczają, na­
pomnieniami, przestrogami i radami ich nie pomiatają, przy na­
pitku zaś tak na życzenie: „Zdrowie twoje, zdrowie do ciebie“ lub
„Boże ci dej zdrowie, Jasiek!“ — jak i przy oddaniu kieliszka
lub szklanki do innych starszych krewnych, ściskają za kolana,

16

JAN SWIĘTEK,

[281]

a często i w rękę całują, odpowiadając w pierwszym razie z pewnem odcieniem pokory w głosie: „ P i j c i e z B o g e m , u j k u “
w drugim: „ B o ż e w a m d e j z d r o w i e , s t r y k u ! “
Wymienieni starsi członkowie rodu przemawiają do młodszych
tylko po imieniu przez „ty“. W yjątek od tej reguły stanowią przy­
padki kumostwa między starszym i, a młodszymi członkami rodu.
Uszanowanie, jakie okazują młodsi członkowie rodu star­
szym członkom, w równej mierze odnosi się do mężczyzn i kobiet.
Jeżeli okazuje się w tym względzie jaka różnica, to ta chyba
tylko, że , gdy starsi krewni obojga płci są razem , pierwszeństwo
w odebraniu należnej oznaki uszanowania ma mężczyzna przed
kobietą, która w tym razie idzie na plan drugi. Również i w rodzinie,
jakkolwiek w gruncie rzeczy nie robi się różnicy co do znaczenia
między braćmi a siostrami, można przecież z pewnych oznak, uja­
wniających się na zewnątrz, wysnuwać wnioski, że kobiety w spo­
łeczności wiejskiej niższe od mężczyzn zajmują stanowisko.
W drodze n. p. idzie brat naprzód przed siostrą, mąż przed
żoną; gdy zaś zachodzi potrzeba niesienia tłumoka na plecach,
kobieta, bez oglądania się na towarzysza, bierze go na swe barki,
gdy tymczasem on bez względu, w jakimkolwiek stosunku pokrer
wieństwa wobec niej pozostaje, wolno obok niej lub naprzód po­
stępuje, Ale jest to tylko zwyczaj, uświęcony wiekami, z którego
już dziś nie można wydawać sądu o niźszem stanowisku domowem
lub rodzinnem kobiet od mężczyzn. Niejeden mężczyzna, brat,
mąż, stryj, wuj i t. d. nie już z litości, ale ze szczerego współ­
czucia, jak najchętniej zgodziłby się nieraz na zabranie całego cię­
żaru na siebie za kobietę w podobnych wypadkach, gdyby nie
„wstyd“ i obawa, że go inni chłopi wyśmieją.
Kobiety tutejsze w ogólności, jeżeli dawniej bywały w życiu
domowem pod niejednym względem upośledzone, dziś w miarę
rozszerzania się wstrzemięźliwości i podnoszącej się oświaty na­
bywają coraz większego znaczenia. Siadają razem z mężczyz­
nami do stołu i jedzą z nimi ze wspólnej misy, w towarzy­
stwie czeladzi i najemników bez różnicy płci. W domowem i gospodarskiem życiu wpływ kobiet na wszystkie sprawy jest bardzo
znaczny i nie omylę się, jeżeli powiem , że wpfyw żony na tok
interesów mężowskich jest większy, niż męża na sprawy, które
żona dla siebie zachowuje.

3.

Stosunki między rodzicami a dziećmi.
a)

Stosunki rodziców do prawych dzieci.

Małżeństwo uważa się to za szczęśliwe, które Pan Bóg opa­
trzy dziećmi. Dzieci — to cel starań i pracy wieśniaka, a nawzajem

[282]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

17

one są pociecha, pomocą i podporą rodziców już od najmłodszych
swTych lat. Dzieci dobre, posłuszne, pracowite — to prawdziwe
błogosławieństwo Boskie dla rodziców. „Dziecko zawdy się przy­
da __ powiada Nadrabianin — cy to w pole wygnać gadzinę, cy
roboty przypilnować — juz ono zawdy lepse, jak obcy. — Na
obcego spuścić sie ni można, swój zaś predzy doźry wsyćkiego,
choć ato i mały. Powis mu: idź tam! — pódzie i iś musi, bo
jakby nie, przeparzys go chabiną raz i drugi i bedzie słuchało
i nidokogo na skargę nie pódzie. Z obcym to juz nie tak: nie
bedzie cie słuchał, a pobijes go, to cie obniesie po cały wsi, na­
robi bajek i plotek i ludzie trzęsą cłekem , a ociec i matka tego
obcego dziecka sie gniewają, jaze strach. — Swemu, co mas, to
to das zjeś i musi być rado, a obcy to obgada, ize sie go chce
umorzyć. Ni ma to, jak mieć swoje dzieci. Bo to i do nich cłeka
cosik wiecy ciągnie i one jakosik są przyścipniejse i lepse, jak
obce, a i tak duża nie kostują. Dziecko, co juz ma śtery lata.*
juz ci gęsi wyzenie na pole, a jak sześ, to świni juz zabiegnie
od zimniaków i krowę juz z drugim na powrózku popądzi. —
A jak to jesce krzepko sie chowa i Pan Bóg mu daje zdrowie,
a rośnie i mądre, to jaz cosik sie ciekowi dzieje, ize mu Panjezus
tak dobrze daje. A jak to jesce nabożne, pacierz mówi i słucha
ojca i m atki, to juz cłek nic lepsego se nie źycy. Ano to tyz
ciekowi bardzo markotno i nie wie, co sie ś nim dzieje, jak Pan
Bóg tak dopuści, ize dziecko umrze. Tak to ciekowi bolesno
i ciężko i teschno, izeby wsyćko za niego oddał i pod ziemię za
nim sie schował. — O Boże! Boże! Matko Naświetsa! pamiętam
ja to, pamiętam, jak mi umarła piórsa ma mała: tom se i rady
po nij dać ni mogła i miejsca nijakiego znaliś. Ale dał przecie
Bóg, izem trocha odteschła i z dzieci, co po nij sie urodziły, mam
pociechę. A choć to tego — dziękować Panu Jezusowi i Matce
Naświetsy, juz sześcioro, to jakby Pan Bóg dał i wiecy jesce, to­
by m i nie narzekała. Juz sie cłek nimi wyręcy i zrobią za cłeka,
co mogą, a jak dorosną i dobre będą, to i na stare lata ojcu
i matce dospomogą i robić na nas będą. Ale niekze mie Pan
Bóg zachowa, izeby mie nie kciały słuchać kiedy, bo nie wiem,
cobym se wtedy ś nimi pocena, co ja sie tyła kole nich nazapobiegam i nastaram, izeby ino dobre były“.
W tych słowach rozwinęła Magdalena Rybkowa z Targo­
wiska swe poglądy na dzieci, a ponieważ się one zgadzają z po­
glądami wszystkich Nadrabian, w dalszy rozbiór tego przedmiotu
zapuszczać się nie będę; napomknę tylko, że wtedy tylko zna­
czniejsza ilość dzieci poczytywaną nie bywa za błogosławień­
stwo Boskie i staje się źródłem niezadowolenia i utyskiwań dla
rodziców, gdy dzieci te są chorowite, „robić nie mogą“, a mają­
tek za szczupły dla ich pielęgnowania a nawet dla utrzymania.

18

JAN ŚWIĘTEK.

[283]

Według pojęcia Nadrabian uważana też bywa niepłodność
kobiety za jeden z ciężkich dopustów Bożych na małżeństwo.
„Ni ma tam błogosławieństwa od Pana Boga“. W niepłodności
kobiety tkwi źródło wzajemnej niechęci małżonków i niezgody
domowej. Obie strony małżeństwa narzekają wzajemnie na siebie
i obie upatrują w bezdzietności karę Bożą za grzech, czyto wła­
sny, czy też odziedziczony w spadku po rodzinie, a przez nią
nieodpokutowany, „bo Pan Bóg karze casem ludzi jaz w cwartym i piątym pokolóniu“. Bezdzietni , a zgodni małżonkowie, sta­
rając się przebłagać gniew niebios i wyjednać dla siebie błogo­
sławieństwo , odbywają pielgrzymki do miejsc świętych odpusto­
wych i stamtąd zanoszą swe gorące modły do Pana Boga i Matki
Boskiej o obdarzenie ich dziećmi.
Niektórzy znowu bezdzietni małżonkowie zwracają się czyto
do rzeczywistych lekarzy, czy też do „bab lćkarek i guślarzy“
z prośbą, aby ci za stosownem wynagrodzeniem „pomogli" im na
bezpłodność kobiecą.
W rodzinie bardziej pożądany jest dla ojca syn, dla matki
córka, jakkolwiek władza rodzicielska nie rozdziela się w ten spo­
sób, iżby do ojca należeli wyłącznie synowie, a do matki córki.
Mąż niekiedy mocno się dąsa na żonę, która wydaje mu na świat
kolejno same dziewczęta, a spodziewanych chłopców nie powija;
z konieczności więc tylko sprasza kumów i chrzciny wyprawia
liche. Zato, gdy po długich wyczek iwaniach urodzi mu się syn,
rozjaśnia się jego oblicze; na kumów zaprasza co najzamożniej­
szych gospodarzy, a na chrzciny nie żałuje nawet znaczniejszych
wydatków. Syn staje się całą jego nadzieją; jest on bowiem na­
stępcą po ojcu w gospodarstwie i dziedzicem jego nazwiska. Ojciec
„juz wić, na kogo ma robić“ i cieszy się, że jego gospodarstwo
nie przejdzie z córkami w cudze ręce i pod obce nazwisko. Odnosi
się to szczególniej do najstarszego syna (pierworodnego), bo pó­
źniej na świat przyszli synowie muszą ustępować miejsca pierworo­
dnemu nawet i w dzisiejszych czasach rozdrabniania ojcowskiego
majątku między dzieci.
Ojciec wyręcza się synami, matka córkami. Ojciec zatrudnia
synów przy pracy rolnej i z rolnem gospodarstwem ich zaznaja­
m ia, matka wpaja w córki zalety niewieście i przyzwyczaja je
zawczasu do chodzenia koło gospodarstwa kobiecego i domowego.
Dziewczęta jeszcze w kołysce matka ubiera odmiennie od
chłopców.
Gdy włosy dzieciom zaczynają podrastać, obstrzyga się je:
dziewczętom wszakże przez czas krótki , aby im wnet warkoczki
pleść można, chłopcom zaś stale, by „kądziorów“ nie mieli. Dziew­
częta za zabawki otrzymują lalki i garnuszki, chłopcy wózki, ko­
niki drewniane i t 6 r k o t k i. Dziewczęta układa matka do snu

[2841

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

19

oddzielnie od chłopców. Gdy w domu są kilkoletnie dzieci obojga
płci, to niemowlę w kołysce zazwyczaj kołysze i zabawia dziew­
czynka, chłopiec zaś albo biega swobodnie albo też pilnuje drobiu
na zlecenie rodziców. Chłopiec w domu uchodzi zwykle za „zbrójniejszego“ niż dziewczynka, a stad i częściej „oberwie sie mu co
na skórę“. Chłopca, gdy podrośnie, pędzi ojciec do czesania koni,
„słania pod nie i dawania im je ś“, córeczkę zaś w tymże celu
do krów i trzody. Dziewczęta zbierają trawę po polach dla bydła
„w kobiałki“, chłopcy w koszyki, które dźwigają na plecach. Tak
krowy, ja k i trzodę pasają chłopcy zarówno z dziewczętami,
konie wszakże tylko chłopcy. Chłopca dziesięcioletniego zatrudnia
już ojciec lekkiemi robotami w stodole, a przy uprawie roli „po­
ganianiem“ koni, dziewczynę zaś w tym wieku a nawet wcześniej
oswaja matka z pracami kobiecomi domowemi, jak n. p. przę­
dzeniem kądzieli, naprawianiem odzieży, skrobaniem ziemniaków,
łuszczeniem grochu i t. p. Rodzice więcej dają na ubranie i pościel
córki, niż chłopca. Gdy dziewczyna powinna mieć „kilkoro ła ­
dnego wdziania, malowane łóżko, wielgą pierzynę i wypchane
pićrzem dwie duże poduski“, chłopiec może się zadowolić dwiema
górnicami — jedną „na posednie“, a drugą „na niedzielę“, kami­
zelką, pasem, czapką i kapeluszem albo dziś w zamian za górnicę
kapotą lub bluzką; miasto zaś na łóżku może spać i na „werku“,
okryty „tatusiowym kożuchem“. Za to jednak chłopiec częściej
może się „paradzie w butach, nie ino do kościoła“ podczas lata.
W ogólności chłopiec zażywa więcej swobody, dziewczyna
musi pilnować domu i należy pod ścisły nadzór matki.
Według Nadrabian rodzice nie powinni zanadto pieścić dzieci,
„bo z nich nic dobrego nie bedzie“. Nie będą chciały ojców
słuchać, ani też pracować, a majątek zmamią, który od rodziców
otrzymają Z pieszczot, pobłażliwości i powolności rodziców dla
dzieci wyradza się u nich samowola, lekceważenie i nieposzanowanie rodziców. Nadrabianie wskazują przykłady, że pieszczone
dzieci miały w starszym wieku rodziców z a n i c („nizaco“ ),
a otrzymawszy od „powolnego“ i pobłażliwego im ojca gospodar­
stwo na swą rękę zawczasu, odwdzięczały mu się w ten sposób,
że „mu dokucały, łyżkę strawy mu wymawiały, robiły mu na
złoś, swarzyły sie z nim i biły“, a nawet czasami na starość wy­
gnały go z domu.
Wobec tego więc nietylko uważa się za rzecz nieprzyzwoitą
pieścić dziecko w obecności obcego, ale i w rodzinnem otoczeniu
powinni rodzice tak swe dzieci wychowywać, aby one uczuwały
ich władzę nad sobą i ich szanowały, „zęby wiedziały, co to znacy
ociec abo i m atka“. Gdy ojciec lub matka patrzy pobłażliwie na
błędy i wykroczenia dzieci i z nimi się pieści, mówią sąsiedzi:

20

JAN ŚWIĘTEK.

[285]

„Bedzie ón na nie jesce płakał, kiej teraz żałuje na
nie kija".
Władza rodzicielska nad dziećmi nie powinna wszakże prze­
kraczać granic umiarkowania i wyrozumiałości dla dziecięcego
wieku. „Zaskórzy ci co dziecko, trzeba go upom nąć, a jak upo­
minek nie pomoże, od tego juz jest kij , zęby pomóg. Ale i kij
kijowi nie równy“. Dlatego i rodzice, karząc dzieci, nie mają ich
bić bez „u pamiętania: parę razy chabiną przeparzyć po d ---- ,
a nie chytać za włosy, targać za usy, za plecy walić abo grubym
kijem bić, bo dziecko sie przetrąci i bedzie ś niego ino charlak,
kalika, abo i u m rze... A kto temu bedzie winien? Juści nie
kto intsy, ino ociec, abo matka, bo óni go ozrazili... I na kogo
potym bedzie narzekało, jak ostanie kalika, jak ino na ojca
abo matkę, bo óni go tak zradzili (zdradzili). Dzieci w złości
karać sie nie powinno: bo cłek, jak zły, to i żadnego wymiarkowania nima i bele cym za dzieckemby rzu ciu ł, jak ucieka,
i rękę abo nogę mu utrąciuł. Bić dziecko ino trza, jak zawini,
a nie w złości, ino w dobrości i zęby ono wiedziało, ze ojcowie
dobrze la niego kcą“.
Władza rodziców nad dziećmi zatem według pojęcia Nadrabian powinna sobie wyrobić u tych dzieci uznanie, poszanowanie
i posłuszeństwo. Dzieci powinny zrozumieć, co zawdzięczają ro­
dzicom , a rodzice powinni mieć dokładną świadomość tego, co
wymagają od dzieci i powinni tak słowem, jak i dobrym przy­
kładem wpajać w nie zasady uczciwości, bogobojności i uszano­
wania dla starszych.
Różnica pomiędzy władzą ojca, a władzą matki względem
dzieci objawia się w różnicy siły fizycznej małżonków, ich wpły­
wie na dzieci, a poniekąd i w stopniu ich zapalczywości. Matka
wywiera swą władzę na dzieci przeważnie łagodnością, napomnie­
niem , krzykiem i pogróżkami ze swej strony, a nierzadko też
i chłostą; dzieci wszakże mają większe poszanowanie dla władzy
ojcowskiej, gdy już na samo „zastraszenie“ przez matkę „ojcem“
n. p. w słowach: „Pocekaj ino, pocekaj, hąncwocie, ino ociec
przydzie, to ón ci d a ! ...“ zaprzestają nie miłych jej figlów, żar­
tów, docinków i grymasów, a nawet w razie lekkiego przewinienia
przepraszają matkę i proszą, aby „przed tatusiem“ nie „skardzyła“ :
„Nie gadajcież juz, matusiu, niocym przed tatusiem, bo ja sie
juz pewnicki poprawię“.
Władza ojcowska zasadza się więc na większej surowości
i bezwględności, niż macierzyńska. Rozumie się, że, zaznaczając
w tym względzie swe spostrzeżenia, poczynione w okolicy nadrabskiej, nie mam na myśli tych „bab Herodów“,, które i mężów
i,dżieci-w karbach trzymają i tyranizują.

[286]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

21

Zresztą różnica władzy ojca, a matki w szczególności odnosi
się do płci, którą reprezentują i której przewodzą. Ojciec zatem
dyktuje synom swą wolę w gospodarstwie rolnem, matka zastrzega
sobie nieograniczony posłuch u córek w zatrudnieniach domowych
i zajęciach kobiecych.
Rodzice zazwyczaj niechętnie rozłączają się z dziećmi; radziby je mieć wiecznie przy sobie i na oku. Gdy podrostka
chwilowo zabraknie w domu, rodzice o niego są niespokojni.
Przeszukują za nim wszystkie kąty, dopóki go nie odnajdą.
Nie było też nad Rabą wypadku sprzedania dziecka przez
rodziców. Znane jest tylko dość głośne zdarzenie, że ojciec, który
porzucił dom rodzinny i udał sie w „świat daleki“, zostawił
swe dzieci obcym ludziom na wychowanie do ich pełnoletności
i tym wychowawcom z pokrzywdzeniem dzieci przekazał niemal
cały swój majątek. Dzieci, dorósłszy, musiały „się dorabiać, a obcy
ludzie ozpierali sie na ich gruncie“.
O wypędzeniu z domu dzieci przez rodziców rzadko również
się słyszy. W ypadki takie bywają skutkiem domowej niezgody
między starszemi dziećmi a rodzicami, nieposłuszeństwa pierwszych
lub też skutkiem moralnego upadku córki. Bez porównania czę­
ściej się zdarza, że ubodzy rodzice oddają mniejsze dzieci do
służby lub w najem bez płacy za samą strawę, a za służbę star­
szych dzieci pobierają sami płacę, i tylko je za to „okrywają
i opierają“. Dzieci, żyjące wspólnie z rodzicami w jednym domu,
z reguły nawet oddają swój zarobek rodzicom , a wszelkie przy­
sługi zamożniejszych gospodarzy śwuadczone im czy przez zaoranie
roli, czy też zwiezienie ciężarów, „odrabiają“ ręczną pracą.
Zarobek z pracy dzieci, wspólnie z rodzicami mieszkających,
należy tylko za zgodą rodziców do tych dzieci.
Ojcu przyznaje lud nadrabski prawo wyrzekania się i wydzie­
dziczania dzieci w razach, gdy „go słuchać nie chcą, źle robią, lompują
się, kradną, w kryminale za złodziejstwo i inse zbrodni siedzą i ceć
niejakim sposobem styd ojcom robią“. „Zatracone“ takie dziecko
rzadko w domu rodzicielskim zagrzewa, „ino tak świa,tem płuzy, a co
zarobi abo ukradnie, to i przepije; jak zaś zaźry do chałupy, to
ojcowie nawet nie patrzą na niego, bo tak im obrzydnie i słowa
do niego nie rzekną, a ón jak im zna, co ukradnie, to sie i zarazicki wynosi w świat, kej go ino ocy niesą“. Rodzice przy
każdej sposobności, na każdą wzmiankę przez obcego o złym ich
synu, głośno dla niego objawiają swą niechęć i mówią, że „go
znać nie chcą — tego lompaka — ze to nie ich dziecko“. Stwier­
dzają też to i czynem, gdy umierając, nic, albo „bardzo mało
co,v ze swego majątku, przekazują-testamentem takiemu dziecku.
Los ten spotyka niekiedy i te dzieci, które wbrew woli rodziców
zawarły związek małżeński.

22

Jan

świętek .

[28?]

W tych wypadkach nie napotyka się wszakże w okolicy
nadrabskiej prawnego wydziedziczania dzieci przez rodziców.
Lud nadrabski kazałby rodzicom tylko w tym razie bez­
względnie wydziedziczyć dziecko, gdyby to z wyznania katolic­
kiego przeszło na inne wyznanie, lub wiarę zmieniło albo też
wreszcie, gdyby wobec nich dopuściło się czynnej zniewagi:
„biło ich, mordowało i zabić kciało".
Gdy w domu rozterki familijne, niezgoda, ciągłe sprzeczki
i kłótnie, a w dodatku b i e d a lub też forytowanie przez rodzi­
ców jednych dzieci nad drugie, zwłaszcza przy powtórnera mał­
żeństwie ojca lub matki, za wpływem i podnietą szczególnie ma­
cochy, rzadziej ojczyma — syn a niekiedy i córka, niezadowoleni
z takiego stanu rzeczy, opuszczają samowolnie dom rodzicielski
i udają się jużto do służby, już też „w świat“ za zarobkiem: córka
zwykle do służby, czy to we w si, czy w mieście. Lud, oceniając
w tym wypadku „postąpienie“ syna lub córki, utrzymuje, iż „do­
brze zrobili, bo w chałupie trzebaby se łeb urwać". Gdy jednak
syn bez ważniejszych pobudek, jedynie dlatego, „zęby se po świę­
cie pobujał, popalusował i polompował, a w chałupie nie kce mu
sie robić, choć ma co“, rzuca dom rodzicielski, lud piętnuje go
przezwiskiem: „marnotrawnego, łajdaka, lompńka, palusa, zbijńka"
i utrzymuje, że się nigdy niczego nie dorobi, a „jak sie nie po­
prawi, zginie jak pies pod płotem“. Dziewczyna również „nic nie
jes warta“, która się do tego stopnia zapomniała, że za swym
kochankiem poszła „w świat“ lub do miasta „na ozpustę“ , opu­
ściwszy samowolnie rodziców. „Nie bedzie sie ji powodzić, bo
ojców nie miała ani za wiecheć słomy“.
Rodzice dotąd według pojęcia ludowego mają władzę nad
dziećmi, dopóki one nie dojdą do pełnoletności i nie pożenią się,
względnie nie wydadzą za mąż. Ale i wtedy jeszcze powinny
dzieci rodziców słuchać, ich rady zasięgać, napomnienia i prze­
strogi z ich strony chętnie i z poddaniem się przyjmować. Wogól*
ności dzieci powinny się zawsze i wszędzie powodować wolą ro­
dziców i władzę ich aż do zgonu uznawać, „nie potąd ino, pokąd
im ojcowie radę dadzą, bo ojcowie przecie swoim dzieciom zawdy
nalepij zycą i radziby im nieba przychylić“. Dobre też i w „bojaźni Boży“ wychowane dzieci rachują się z władzą rodzicielską
aż do najdłuższych lat życia rodziców i bywają wypadki, że trzy­
dziestoletni syn tak dobrze i z pokorą przyjmie kij na swoje
barki z ręki ojca lnb matki, jak i kilkunastoletni chłopak.
Dzieci nie powinny wszakże poddawać się woli rodziców, gdy
ci przekroczą zakreślone władzy ich granice i żądają od nich po­
pełnienia jakiegoś nieprawego i nieuczciwego czynu. Córka n. p.
powinna się stanowczo oprzeć rodzicom, gdyby od niej wymagali
poświęcenia cnoty, choćby to nawet w widokach jej małżeństwa

[288]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

23

z bogatym kmiecym synem a tern więcej , gdy rodzicom chodzi
o poratowauie się w kłopotach materyalnych przez zyskanie po
mocy ze strony zamożnego mężczyzny. Ale wypadki podobnego
żądania ze strony rodziców trafiają się nader rzadko.
Wobec powyższych zapatrywań ludu na władzę rodzicielską
jest też i wpływ rodziców na żonatego syna i zamężną córkę
również znaczny. Syn w sprawach gospodarskich zasięga rady
ojca, do niego zwraca się o pomoc w swoich kłopotach, przed nim
zwierza się ze swych tajemnic i myśli, jego wreszcie pyta o zda­
nie w różnych kwestyach życia i przed rozpoczęciem każdej waż­
niejszej czynności. Wszelkie wskazówki ojca są dla żonatego syna
miara niejako w jego postępowaniu i przedsięwzięciach. Zamężna
córka informuje się u matki co do prowadzenia gospodarstwa do­
mowego i do niej zwraca się o pomoc w tyra kierunku, jej radzi
się w kwestyach małżeńskiego pożycia, pielęgnowania i wycho­
wania dzieci, przed nią jedynie zwierza się z wszystkiemi swemi
uczuciami radości i smutku; ją o „poratowanie“ prosi w kłopo­
tach materyalnych i w niej w ogólności ma prawdziwą doradczy­
nię, powierniczkę i pocieszycielkę w doli i niedoli.
W szczególności więc ojciec otacza większą opieką żonatego
syna, matka zamężną córkę. Wogólności atoli w rzeczach ważniej­
szych, odnoszących się czy to do żonatego syna, czy też do za­
mężnej córki, łączą się oboje rodzice razem i wywierają niepo­
dzielnie wspólnemi siłami swój doradczy wpływr na ich stosunki.
Córka wdowa jest jednak z mniejszą przezornością, troskli­
wością i z mniejszą starannością przez rodziców traktowana, niż
córka dziewica. „Przecie óna juz baba, co miała chłopa, ino ji
umar, to juz powinna wiedzieć, jak ma zyó na świecie i sama
se jaką taką radę dać powdnna. Ojcowie juz ją raz wy wiano wali,
jak sła za chłopa, to ji drugi raz wianowac nie będą; choćby ji
tam trochę i dospomogli, jakby sie ji zna za chłopa jesce tra­
fiło“. Nie może więc córka — wdowa rościć sobie tych pretensyj
do rodziców, jak córka dziewica, która jeszcze ani na chwilę nie
wyszła z pod ich surowej opieki, jakkolwiek i ona musi uzna­
wać i uczuwać rodzicielską władzę, chociaż w niższym stopniu,
niż córka dziewica. W danym razie bowiem może się córka-wdowa
już oprzeć i na swoim i na majątku po mężu jej pozostałym.
Zresztą córka wdowa bywa przez rodziców dopuszczana do roz­
mowy w drażliwszych kwestyach, a zwłaszcza małżeńskich, do
której córce dziewicy wtrącać się nie wrolno i nie przystoi. Córkawdowa ma też większą wolność rozporządzania swą ręką, mając
zapewnione „jakie takie“ utrzymanie, z czem musi się liczyć córka
dziewica, oglądająca się na wiano.
Wpływ rodzicielski zatem na córkę-wdowę jest więcej do­
radczym, niż nakazującym.

24

JAN ŚW JĘTEK.

[289]

Rodzice obowiązani są swe dzieci żywić i „przyodziówać“,
dopóki nie „odrosną“ i nie mogą same zapracować na siebie. Po­
winni je zawczasu uczyć pacierza, (posyłać do szkoły), wpajać
w nie zasady religijności, uczciwości i należytego prowadzenia się,
a gdy są już „zdolne“ do pracy, zaznajamiać je z robotą i do
niej zachęcać. Wszelkie błędy, wady, usterki i zdroźności mają
rodzice dzieciom wytykać, zganić, skarcić słowem, a w razie po­
trzeby i większego przewinienia ukarać je chłostą cielesną. Do mo­
dlitwy i do kościoła powinni rodzice dzieci i w starszym wieku
„naganiać“, gdy one same nie czują do tego ochoty, waśnie i za­
targi między niemi zażegnywać i stosownie skarcić. Rodzice po­
winni dać dzieciom pomoc i opiekę na każdym kroku i we wszyst­
kich okolicznościach, powinni stawać wszędzie w ich obronie
i w ogólności starać się o ich dobro.
Gospodarstwo, jakie mają, powinni utrzymać w dobrym i nieuszczuplonym stanie i przekazać je dzieciom testamentem przed
śmiercią, każdemu w miarę jego zasług.
Najbardziej używaną formą karania dzieci jest chłosta cielesna.
Rodzice z reguły nie uciekają się do obcej pomocy w ka­
raniu dzieci. Przypadki takie, jeżeli się zdarzą, należą do wyjąt­
ków, a są skutkiem niepoprawności dzieci i „uciekaniń“ z domu
mimo plag, jakie już odebrały. Rodzicom w takich razach idą na
rękę wójt i radni gminni.
Nie zdarzają się też w okolicy nadrabskiej formalne skargi
ze strony dzieci na rodziców za ich obchodzenie się z niemi. Dzieci
żalą się co najwięcej przed krewnymi lub obcymi, że rodzice o nie
„nie dbają, nie starają sie, źle im zycą i ciągle ino sie swarzą
i biją“.
Obcemu człowiekowi nie przyznaje się wszakże prawa obro­
ny dzieci wobec rodziców; krewni mają je tylko w pewnych gra­
nicach. Widząc krzywdę dzieci, mogą je jedynie uniewinniać,
w gniewie rodziców łagodzić i „po dobrości“ wpływać na zmianę
ich złego usposobienia względem dzieci. Nieoględne wstawianie się
obcego człowieka za dziećmi do rodziców jest zazwyczaj bezowocne;
na dobre przyjęcie może ono wtedy liczyć, gdy przy nadarzonej
sposobności i w stosownej chwili poparte jest pochwałą i podnie­
sieniem zalet dzieci, a bez wszelkiej aluzyi do niesłusznego obcho­
dzenia się z niemi rodziców. Nie zachowując tej ostrożności, obcy
łatwo naraża się na nieprzyjemne słowo: „Patrzaj se awoli lepij
swoich dzieci — odeprze z oburzeniem ojciec — a nie wrażaj sie
do cudzych! Ja robie ze swojemi, co mi sie podoba, i tobie tego
nik nie zabroni!“
Dzieci winny swym rodzicom cześć, uszanowanie, wdzięczność
i bezwzględne posłuszeństwo. „Zęby ociec abo matka wiekciem
śmierdzieli — to zawdy to ociec i m atka“ — powiada przysłowie

[290]

26

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

nadrabskie. Dzieci nie powinny pytać, dlaczego rodzice to lub
owo każa im zrobić, lecz bez szemrania i bezwłocznie maja wy­
konać ich nakaz. Dzieciom nie wolno kłócić się z rodzicami, ani
też z nimi „sie spierać i przegorzać“ : wola rodzicielska powinna
być dla dzieci świętą. Jest obowiązkiem dzieci, gdy podrosną, w y­
ręczać rodziców w pracy, a w razie, gdy nie są „zdolni“ do ro­
boty i zarobku, a majątku nie mają, „na nich i na siebie zapra­
cować“, i dostarczać im pożywienia i odzieży.
Dziecko, które nie słucha rodziców i nie szanuje, nie będzie
miało błogosławieństwa Bożego; gdyby się zaś poważyło podnieść
rękę na ojca lub m atkę, ręka ta czy wcześniej czy później nie­
zawodnie mu uschnie.
Rzadkie też są objawy nieposłuszeństwa, krnąbrności, nie­
wdzięczności, a jeszcze rzadsze wypadki pobicia rodziców przez dzie­
ci. Lud patrzy na takie objawy z najwyźszem oburzeniem, żywi
dla nich odrazę i zdała trzyma się od tak „niedobrych“ dzieci.
Zbrodnia ojco- i matko-bójstwa jest nad Rabą nieznana.
Rodzice po stracie dzieci przez długi czas bywają nieutuleni
w żalu. Na samo o nich wspomnienie zalewają się gorzkiemu,
łzami. Szczególniej rozpaczają rodzice po śmierci swych pierwszych
dzieci lub też ty c h , które cieszyły się osobliwszą ich miłością.
Matka nie może się powstrzymać od łkań, ojciec „chodzi, ja k
struty“ i przez dłuższy czas „nie wie, do jakij ma sie wziąś
roboty“.
Nie zawsze tak szczery żal dzieci towarzyszy rodzicom do
grobu. Płaczą i one i zawodzą i trumny z ojcem lub matką do
grobu spuszczanej oburącz się czepiają, ale już po pogrzebie nie­
rzadko o spadek po zmarłym rodzicu się sprzeczają, niezadowolone
z jego ostatniego rozporządzenia. Mniejsze dzieci, jak wszędzie,
tak i tutaj nie odczuwają doniosłości straty, jaką ponoszą przez
śmierć rodziców. Niezależnie od tego jednak rodzice, a szcze­
gólniej dzieci poczuwają się do obowiązku modlenia się za zmar­
łych i czczenia ich pamięci. Dają na msze święte za dusze ro­
dziców; obdzielając żebraków jałmużną, każą im zawsze „od­
mówić“ pacierz na zmarłego ojca lub zmarłą m atkę, chętnie
opłacają na każdą niedzielę ;;dus wymićnianie“, w dniu Zadusznym
w smętnem usposobieniu śpieszą wszyscy do kościoła, aby. opła­
cone „wypominki" z ust kapłana z ambony usłyszeć i za „wie­
czny odpoczynek“ zmarłych się pomodlić.
Dzieci, które dojdą do pełnoletności za życia rodziców, dążą
do tego, aby czemprędzej wejść w związki małżeńskie, i starają
się rodziców nakłonić, aby im w tym celu zapisali pewną przy­
najmniej część swego majątku. Przeważna część rodziców daje
się uprosić dzieciom i „spuszcza“ im część swego mienia, gdy mał­
żeństwo ma przyjść do skutku. Dzieci po zawarciu związku mał­
3^

26

JAN ŚW lĘ T tik .

[291]

żeńskiego albo odłączają się od rodziców i prowadzą na własną
rjgkę gospodarstwo albo też pozostają i nadal przy rodzicach, spro­
wadzając im niekiedy do domu synową lub zięcia. W wy­
padkach nieuwzględnienia prośby zostają dzieci i nadal przy ro­
dzicach w niezmienionych stosunkach, czekając dogodnej chwili,
„jaz sie ich zamysła udadzą“.
Moc błogosławieństwa lub przekleństwa rodzicielskiego, jest
wielka. Błogosławieństwo rodziców — jak to już na innera miej­
scu określono — jest zarazem błogosławieństwem Pana Boga. Dzie­
ciom, którym rodzice pobłogosławią, zawsze dobrze powodzić się
będzie: z małego dorobią się znacznego majątku i długo, a szczę­
śliwie żyć będą. Przekleństwo natomiast zacięży ołowiem na życiu
dzieci. Niczego się nie dorobią, „skąpią marnie“, niedługo żyć
będą, a śmierć ich będzie straszna. W ypadki uroczystego przekli*
nania dzieci przez rodziców w okolicy nadrabskiej należą wszakże
do rzadkich zjawisk. Pobudki do nich znajdują swe określenie
w poczuciu rodziców wielkiej krzywdy i zniewagi ze strony dzieci,
a mianowicie: a) gdy dzieci nie chcą dać ńa starość rodzicom
utrzymania, mimo, źe cały majątek wzięli w posiadanie; b) gdy
się z nimi źle obchodzą, biją ich i „na złoś“ im robią; c) gdy
żyjącym osobno „na wymowie“ kradną zbiory polne i rozmyślne
szkody im wyrządzają, a „w gruncie robić im nie kcą“.
„Przekleństwo ojców to zawdy dzieci porazi — tak rozpo­
częła opowiadanie I. Z. z Targowiska.
1. „Jeden syn (nazwiska nie wymieniam, bo to wypadek
niedawny i rodzina żyje) wykopał matce zim niaki, co była na
wymowie, i zwióz je se z pola do swojego lochu. Matka przy­
chodzi kopać zimniaków — patrzy: zimniaków nima. Zamedytowała sie baba bardzo i przysła na to, ize ji to nik insy nie
zrobiuł, ino ji kochany syn. Ano tak załamała rece, wziena uklę­
knęła na zimniacysku, zacena bardzo płakać, latać i prosiła
Boga, izeby ji syn, co ji zimniaki u k ra d , nicego sie nigdy nie
dorobiuł i marnie skapał. Ano tak sie i stało, bo nie wysło i mie­
siąca, a syn sie bardzo ozchorował, cherlał i cherlał i kawecał
bez dwa lata, chorował bardzo i uraar, a śmierć miał ciężką,
jak to wińcie aboście słyseli. M ajątek, co po nim ostał, zmarno­
wali jego synaskowie, a wnęki ty biedny baby, potym i ci sy­
nowie pośli se w świat. Dwóch sie ich spaliło w Ostrawie w ko­
palniach, jeden umar w Bochni pod płotem, a córka jesce żyje,
ale nikej sceścia ni ma“.
2. „Dńwno to temu, bo dńwno, co juz nik nie pamięta,
a mnie mój niebóscyk tatuś — dej im Boże niebo! — opowiedali,
jagem był jesce niedużym chłopakem — ano tak dawno, jak
jesce królowie na łowy do kłajoskiego łasa z Krakowa i ze zamku
niepołomskiego jeździli, pińrwy pono jesce, jak Swędy w nasym

[292]

ZWYCZAJE

27

1 POJĘCIA PRAW NE.

kraju tak dokazowały, ize dzieci zabijali, a babom piersi odrzynap __ tak wtédy, powiedám, był tu jakisik chłop, cy w Kłaju,
cy w Targowisku, cy tyz kole Sárowa, co miał syna wielgiego
zbijáka i hąncwota. Tak ten syn był nidocego, ino piuł i po
karcmach chodziuł, ze złodziejami sie i zbójami zadawał, co casarni w lasach niepołomskich sie kryli, zęby ich nik nie złapiuł,
a dziandarów takich, jak teraz, nie było. Ociec tego syna zawdy
upominál, zęby sie przecie poprąwiuł i wziąn se Boga do serca
i na pomoc. Ale kej tam. Syn na to nie dbał i ojca nie słuchał,
a ino mu jesce na złoś robiuł. Ociec, jak ociec, jak i kozdy ociec
długo tak cierpiał synowi, bo se zawdy myślał: może ón sie jesce
poprawi. Ale jak raz i drugi i zawdy gadanie nie pomogło, tak,
jakby groch na ścianę rzucał, to i ojcu przebrała sie miarka
cierpliwości i jak raz rano syn zaciárany przy sed z lassa, kej bez
noc był ze zbójami, tak ociec powsiád na niego, chyciuł jakiégosik palicáta i kciał go bić. Ale syn wyrwał ten kij ojcu z reki
i dalijze nim ojca okładać; dobrze, ze ktosik nadleciał i ojca
obroniuł, bo kto wié, coby sie było stało. Potym ten syn zabrał
sie z chałupy, chyciuł krowę na powrózek za rogi i pognał do
lassa, kej pono go zbóje cekali. Ociec zną, jak przysed do siebie
i otuchnął trochę i dowiedział sie, ze syn do tego wsyckiego krowę
mu ukrád, ukleknuł przed pasyjka z Panem Jezusem, co miał ją
w chałupie, i wziąn prosić Boga, zęby sie Bóg nad nim zlitował
i tego syna ciężko skarał i wziąn go ze świata: zęby sie ato tym
mięsem abo kością z ty krowy, co ją ukrád, udawiuł. Ano tak
przekląn tego syna , a to przeklejstwo sie go chyciło. Bo jak śli
ludzie jacysik może potym za śtóry dni bez las, tak c u ją , jakby
cosik śmierdziało — niby trup. Tak oni pośli na to miejsce
i patrzą, a to leży trup tego syna: głowę ma pokaliconą, zoraną
nożami, cy cymsik intsym, a gębę całą zapchaną kościami, co ich
więcy naogryzanych leżało kole ogniska. Dali ano znać ojcu;
ociec przysed i pochowali to grzésne cielsko w dole, co go w lessie
wykopali. Grádali pono ludzie, ize to ci zbóje tak mu dogodzili,
jak sie z nimi o cosik pohandrecuł: może on wiecy kciał jeś
mięsa, ize to było z ty krowy, co ją ojcu ukrád. Ale jak tam
było, to było, zawdy to była kára Bozá, ize ze zbójami sie za­
dawał, ojca miát nizaco, to i jego przeklejstwo tak go poraziło“.
(Opowiadał Jędrzej Sącki z Targowiska),
Dzieci mogą mieć własność oddzielną od rodziców. Pochodzi
ona albo z zarobku dzieci, za który nabywają drogą kupna kawa­
łek gruntu lub inny majątek nieruchomy, albo też jest jej źródłem
darowizna m ajątku, przekazana im testamentem przez umierających
bezdzietnych krewnych. Najczęściej wszakże przychodzą dzieci do
własności niezależnie od rodziców, gdy ci, żeniąc syna lub córkę
3*

28

JAN ŚWIĘTEIt.

[293]

wydajać za maż, zapisują im pewną część swego majątku aktem
przedślubnym na nieograniczoną ich własność i natychmiast im
jej pozwalają używać, mimo to nawet, że czasami jeszcze dzieci
te utrzymują, „zęby sie mogły predzy dorobiću.
Mienie, zastawione przez ojca, a wykupione przez któreś
z dzieci należy do dziecka, ale ojciec musi to mienie zapisać
dziecku na jego nieograniczoną własność przed wykupieniem.
W innym razie dziecko, które wykupiło majątek ojcowski z za­
stawu , może sobie rościć jedynie prawo do największego działu
z tego majątku, chyba, że wartość majątku równoważy wysokość
zastawu. Zdarza się nadto, że ojciec oddaje w posiadanie synowi
wykupiony przez niego grunt z zastawu dopóty, dopóki z tego
gruntu pobierane rokrocznie czyste dochody nie pokryją kwoty,
którą syn wydał z własnej kieszeni na umorzenie długu, na ojcowskiem mieniu ciążącego. Jestto więc niejako dzierżawa, z której
syn opłacił ojcu czynsz dzierżawny naprzód na lat kilka, a nawet
kilkanaście. Wykupione przez syna z zastawu mienie wraca po
upływie tego czasu do ojca, jako właściciela, a syn z tytułu
wykupna nie może sobie rościć do masy ^spadkowej po ojcu
większych pretensyj , niż jego bracia i siostry. Zresztą zależy to
od ostatniej woli umierającego ojca.
Rodzice nie mają prawa zabierania dziecku własności, po­
chodzącej z zapisu osoby trzeciej. Jeśli to jest nieruchomość, mogą
rodzice z niej aż do pełnoletności dziecka korzystać, ale tylko
w tym wypadku, jeżeli ofiarodawca na to w zapisie zezwala.
W . przeciwnym razie mają rodzice zarządzać tylko takim mająt­
kiem dziecka, a po jego dojściu do pełnoletności zwrócić mu jego
własność, wraz z czystym zyskiem, jaki podczas zarządu pobrali.
Co do ostatniego punktu muszę zauważyć, że wyrażony w nim
pogląd ludu nie zawsze idzie w parze z rzeczywistością. Rodzice
rzadko zwracają dzieciom po dojściu ich do pełnoletności czysty
zysk, pobrany podczas zarządu z ich majątku, pochodzącego
z zapisu osoby trzeciej. Twierdzą niekiedy, że albo żadnych czy­
stych zysków nie mieli albo też, w razie możności, przyrzekają
dzieciom te zyski wynagrodzić przy podziale swego mienia czy
to przed śmiercią testamentem, czy też w ciągu życia zapisem.
Mimo zakazów prawnych zdarzają się też w okolicy nadrabskiej wypadki, że ojciec sprzedaje mienie, należące wyłącznie
do którego z dzieci, w całości lub częściowo, albo też je oddaje
w zastaw, jeżeli się nie znajdzie nikt, ktoby zamiary jego po­
krzyżował. Najczęściej podlega temu mienie ruchome po zmarłej
matce, pochodzące z pozostałości, bliżej prawnie nie sprawdzonej
i nieoznaczonej. Ruchomy majątek dziecka, pochodzący bądźto
ze spadku po zmarłej matce, bądź z darowizny rodziców, bądź
też wreszcie z zapisu osoby trzeciej, wtedy tylko mógł ojciec

[294J

ZWYCZAJE r POJĘCIA PRAWNE.

29

sprzedać, gdy przy sporządzeniu aktów, a raczej po niem, nie za­
chowano lub zaniedbano formalności prawnych. W innym razie
nie znajdzie się nabywca. Bywały bowiem podobne zapędy ojców,
ale się nie udały.
Za roztrwonienie majątku dzieci odpowiadają również ro­
dzice wobec opinii miejscowej. Lud wyraża się nawet bardzo nie
pochlebnie o rodzicach, którzy, zapominając na obowiązki, jakie
maja, względem dzieci, marnują i swój własny majątek. Nazywa
ich „lompami, marnicielami, nicpotniakami, tyranami, gałganami,
palusami, galusami i t. d .“. Powiada, że „nie maja Boga w sercu,
ldej nie dbają o dzieci, co sie o nie postarali“. Tern jaskrawszą
barwę przybierają zapatrywania ludu na rodziców, którzy obok
swego majątku niszczą i trwonią mienie dzieci. „Taki ociec,
abo matka — mówią — to gorsy, niżeli jaki zwierz, bo ón
wiecy sie stara o swe dzieci, jak te lompaki, co nie ino swoje
marnią i tyrają, ale wydzierają i dzieciom to z gęby, co jes
juz ich“.
Ojciec nie odpowiada za długi zostających pod jego opieką
dzieci; nikt też takim dzieciom pod utratą nie powinien pieniędzy
pożyczać, chyba za wyraźnem zezwoleniem i poręczeniem ojca.
Szkody, przez takie dzieci poczynione, ma wszakże ojciec wy­
nagradzać, bez względu, czy je popełniły za jego wiedzą i zgodą,
czy też nie. Ojciec tylko w tym razie nie odpowiada za szkody
swych dzieci, gdy te szkody wychodzą poza granice gospodarstwa
rolnego, a współwina ojca jest niemożliwa.
W regule nie zawierają interesów pieniężnych, ani układów
rodzice z nieusamowolnionemi dziećmi. Starsze dzieci wszelako,
a zwłaszcza synowie, acz żyją razem z rodzicami, zdobywają
dość często bez jakiejkolwiek pomocy z domu przez zarobek
w dalszych stronach pewne zasoby pieniężne, które poczytują za
swą własność. Tą własnością mogą już synowie rozporządzać we­
dług woli, o ile z niej pewnej części nie obracają na wspólne
utrzymanie domu z rodzicami. Gdy ojciec posiada obdłużony majątek
lub też ma inne konieczne wydatki, a pieniędzy mu na to nie
starczy, zawiera układ z synem, że za dostarczenie mu potrzebnej
kwoty bądź odstąpi temuż synowi odpowiednią część majątku
prawem własności lub dzierżawy, bądź mu też wobec świadków
(lub bez nich) przyrzecze zapisać testamentem przed śmiercią
znaczniejszą niż innym dzieciom po sobie spuściznę. Bywają również
takie układy miedzy rodzicami, a źyjącemi wspólnie dziećmi: "
Syn daje rodzicom kwotę pieniężną na kupno krowy, konia,
wieprza i t. p. z tern zastrzeżeniem, że bydlę będzie jego własno­
ścią, pożytek z niego będzie nalężał do rodziców za paszę dla by­
dlęcia dostarczaną, przychówek zaś t. j. cielę, źrebię, prosięta będą
należały bądź do niego, bądź do rodziców (stosownie do umowy).

30

JAN ŚWIĘTEK.

[295]

Pod wpływem różnych okoliczności i stosunków rodzinnych
tak ojciec, jak i matka uważaj a za rzecz konieczną, oddzielić za
życia część swego mienia na rzecz którego z dzieci. Zdarza się
to względnie dość często, a podobne postępowanie nazywa się po­
wszechnie „ s p u s c a n i e m g o s p o d a r z t w a t r o c h a l a
d z i e c i“.
Zdarzają się też podziały majątku między dzieci za życia
ojca. Działów tych dokonywa zwykle sam ojciec, wyznaczając
każdemu z dzieci pewną część ze swego majątku tak nierucho­
mego jak i ruchomego. Grunt rozdziela pojedynczemi „płóskami
(parcelami), stajonkami, połówkami“, oznaczając bliżej ich nazwę
powszechnie znaną i położenie; sprzęty i inne rzeczy według ja ­
kości i wartości; pieniądze podług ilości, a wszystko razem w miarę
pierwszeństwa i zasługi obdarowanych.
Działów majątkowych między samemi dziećmi nie bywa bez
interwencyi zdrowego umysłowo ojca, chyba że majątek nie po­
chodzi z jego zapisu.
Ojciec, rozporządzając za życia swem mieniem na rzecz
dzieci, bądź zastrzega sobie na pewnej części tego- mienia doży­
wocie, które pospolicie „ w y m ó w ą “ się zowie, bądź też zostawia
sobie jakiś dział na własność. Wielkość tego działu nie da się
określić w ogólności stałym stosunkiem do wymiaru działów dla
dzieci. Bywa on bowiem raz mniejszy, drugi raz większy; bywa
i połową mienia, ale bywa także i jego czwartą, a nawet i szóstą
częścią. Powszechnie praktykowanym zwyczajem ojców to tylko
bywa przy podziale majątku, że zwykle najstarszemu synowi dają
znacznie większy dział, niż innym dzieciom, kładąc nań obowiązek
bądź utrzymania do śmierci rodziców, bądź też dopomagania im
w robotach gospodarskich. Rodzice żyją bowiem po podziale ma­
jątku między dzieci albo wspólnie z „gospodarzem“, którego po
sobie naznaczyli, albo też urządzają sobie oddzielne gospodarstwo
własne w uszczuplonych rozmiarach. Oddzielnie żyć mogą zarówmo
„na wymowie“, jak i na własności, którą dla siebie zatrzymali.
Osobne pożycie rodziców bywa 'wszakże częstsze w ogólności,
niż wspólne z którem z dzieci, zwłaszcza, jeżeli oboje żyją. Za­
leży to zresztą od zaufania, jakiem darzą swe dzieci.
Ze śmiercią matki zwija ojciec zazwyczaj oddzielne gospo­
darstwo i bez względu, czy ma jeszcze własny m ajątek, czy też
tylko wymowę, przenosi się do tego z dzieci, u którego spodziewa
się znaleźć jak najżyczliwsze przyjęcie. Rzadziej postępuje w ten
sposób matka po śmierci ojca; na osobnem gospodarstwie łatwiej
od ojca daje sobie radę, nie potrzebując się uciekać do pomocy
innych osób w gotowaniu strawy i w „opićraniu“, co właśnie dla
ojca-wdowca, jeśli nie zawiera powtórnego związku małżeńskiego,

[296]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

31

bywa pobudka do zamiany oddzielnego gospodarstwa na wspólne
pożycie z jednem ze swych dzieci. Matka-wdowa, jeżeli „nie rzą­
dzi się sama“, bierze swoją „wymowę“, zwykle do domu jednej
ze swych zamężnych córek i z nią żyje wspólnie. Przy oddzielnem pożyciu rodzice mieszkają bądź w osobnej własnej chałupie,
bądź w „drugiej“ izbie swego dawnego gospodarskiego domu.
W braku takiej izby lub w braku oddzielnego domu, rodzice
zajmują wspólne mieszkanie z gospodarzem; okoliczność ta nie
przeszkadza im wszakże „osobno gospodarzyć“ .
W wypadkach zatrzymania większego działu majątkowego,
czy to tytułem własności czy dożywocia, rodzice obchodzą się zazwyczaj bez pomocy dzieci w prowadzeniu osobnego gospodar­
stwa; w innym razie mają ją zapewnioną ze strony głównego
dziedzica ich majątku. Pomoc ta polega na „obrobieniu“ ich
gruntu, „obsianiu i obsadzeniu“, ich jednak zbożem i ziemniakami,
tudzież na opłaceniu podatku i innych danin z ich działu mająt­
kowego. Od obowiązku „obrabiania“ zwalnia gospodarza tylko
brak koni, od „opłatków“ zaś jedynie ta okoliczność, gdy dział
majątkowy gospodarza nie o wiele większy od działów jego braci
i sióstr. W tym wypadku wszystkie dzieci mają w miarę otrzy­
manych od ojca działów „dokładać się do opłatków“ rodziców.
Powinność ta atoli nie wiąże innych dzieci, gdy na wymiar doży­
wocia rodziców nie składają się cząstki z ich działów.
W wypadkach nienależytego obchodzenia się syna-gospodarza
z rodzicami przy ich wspólnem z nim pożyciu, a nawet i bez po­
wodu, rodzice mogą w każdej chwili od niego „sie odłącyć“ i ode­
brawszy swe dożywocie lub własność, bądź urządzić sobie oddzielne
gospodarstwo, bądź przenieść się do tego z dzieci , które większe
okazuje dla nich przywiązanie. Rozumie się, że dzieci, z któremi
rodzice razem ż y ją , korzystają dla wspólnego utrzymania z do­
chodów ich własności, względnie dożywocia.
Gdy w czasie podziałów majątkowych niektóre z obdzielo­
nych dzieci są małoletnie, rodzice żyją zazwyczaj z temi dziećmi
razem w osobnym domu lub w osobnej izbie i — jak Nadrabia­
nie się wyrażają— „dotrzymują na nie majątek“. W tym wypadku
obchodzą się po największej części rodzice bez pomocy oddzielo­
nych starszych dzieci, przynajmniej dopóty, dopóki działy mało­
letnich pozostają w ich rękach. Rozrządzanie dochodami z tych
działów jedynie do nich należy bez ograniczenia. Im też oddają
małoletnie dzieci wszelki zarobek na wspólne utrzymanie domu.
Po osiągnięciu pełnoletności przez młodsze dzieci, względnie po
zawarciu przez nie związku małżeńskiego , rodzice „ustępują“ im
z działów i odtąd bądź wspólnie mieszkają z którem z dzieci,
bądź też prowadzą oddzielne gospodarstwo. Wtenczas należy się
im już pomoc ze strony gospodarza, względnie i innych dzieci.

32

JAN ŚWIĘTEK.

[297]

Wobec podziału („spuscenia“) takiego majątku między dzieci
w równych częściach, z którego dochody bez ubocznego zarobku
nie wystarczały na wspólne utrzymanie nieoddzielonej rodziny, ro­
dzice bez względu na to, czy zatrzymali dla siebie przy podziale
jaka cząstkę tytułem dożywocia lub własności, czy nie, maja pra­
wo żądania alimentów („p o s i e d z e n i a , j a d ł a , o k r y c i a “)
od swych wszystkich dzieci. W tym wypadku przenoszą się też
zwykle rodzice od jednego dziecka do drugiego, aby wobec ró­
wnych obowiązków dzieci względem rodziców, oni „jako niezdólni “ starcy nie byli większym ciężarem dla jednego, niż
drugiego. W razie obrania sobie przez rodziców stałego przy­
tułku przy jednem z dzieci, inne dzieci „mają się do ich utrzy­
mania dokładać“.
W ogólności według Nadrabian obowiązane są dzieci utrzy­
mywać wiekiem podeszłych rodziców bez oglądania się na to,
czy i jaki im dział majątkowy oddali lub nie i bez względu,
czy mają dożywocie lub jaką własność, czy jej nie mają i wre­
szcie, czy one same posiadają po temu środki lub ich nie posia­
dają. W braku majątku dzieci mają utrzymywać rodziców z za­
robku rąk własnych. Dzieciom, które rodzicom odmawiają utrzy­
mania w starości, przepowiada lud, że równie i ich dzieci podobnie
z niemi na starość postępować będą.
Lud przyznaje też rodzicom prawo „skasowania“ zapisu ma­
jątku na rzecz dzieci, w razie, jeżeli one ich żywić i „okrywać
nie chcą i cećniejakie krzywdy im robią“. Ale snąć według istnie­
jących ustaw uważa lud takie „skasowanie zapisu“ za rzecz nie­
możliwą i zna niepiękne przykłady z przeszłości, skoro niejedno­
krotnie przy nadarzonej sposobności słyszy się np. takie zdania,
że „ojcowie powinni być z zapisami swój ćmi la dzieci postroźni
i nie dać sie dzieciom bałamucić, choć óne im po zapisach obie­
cują złote życie“. Bo są takie dzieci — odzywa się niejeden stary
Nadrabianin — co ojcom będą zeświacaó, śklić, świecić bakę, na
kozdym stąpieniu im sie przychlóbiać i wsyćko, co nalepsego la
nich robić i słuchać, pókil im ojcowie majątku nie zapisą. A jak
im ino zapisą, to te dzieci jak zęby co do nich wlazło, zarazicki
sie odmienią i słuchać juz ojców nie kcą, kłócą sie ino ś niemi
wciągle i swarzą i nizaco ich mają; inoby kciały, izeby oni jak
napredzy pomarli: nie kcą o ojców dbać, łyżki strawy im żałują
i wiecnie ino na nich uzórają. A niekby ino wtedy ojcowie kcieli
zapise skasować, juz nie dadzą rady, bo takie jest pono prawo, ze
coś zapisał, to i przepadło. Perdek z Gradowieci (przedewsie Kłaja)
to jaz do samego cysarza posed o prosalnym chlebie i skardzuł
sie na syna, co mu majątek cały spuściuł, a ón mu jeś nie kciał
dać, i prosiuł, zęby zapis skasować, ale cys&rz odpedział, ize na
nic cała jego dróga, bo „odebrać juz ni mozes“. Latego ja tyz po-

[298]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAW NE.

33

wiedam, ize to ojcowde nślepsi robią, ja k majątek dzieciom dopiero
przy śmierci zapisują i spuscają; abo, jak im juz piórwy zapisą,
zęby tak koniecnie padło, to powinni im ino trochę odezdać, a reśtę ostawić na swe życie, izeby nie patrzali potym na dzieci, jak
im co dadzą abo co im z gęby kapnie, ino, zęby mieli swoje“.
Te i tym podobne ostrzeżenia i refleksye są raczej, jak za­
uważyłem , oddźwiękiem wspomnień z przeszłości. Dziś bardzo
rzadko spotyka się tak niegodnych synów, którzy by obdzieleni
majątkiem ojcowskim odmawiali rodzicom utrzymania w starości.
Zresztą wobec takiego zdarzenia pozostają zwykle jeszcze inne
dzieci, które również, choćby mniejszą częścią przy podziale ma­
jątkowym przez ojca wyposażone, chętnie przyjmą do swego domu
rodziców, przez niewdzięcznego syna od wspólnego pożycia usu­
niętych i chlebem się z nimi podzielą. W wypadku zaś, gdy syn
jedynak, ojciec nigdy prawie w dzisiejszych czasach nie „ustę­
puje“ mu na podstawie aktu prawnego całego majątku za życia,
lecz zwykle połowę w razie konieczności i to częściej w sposób
prywatny. Przed trzydziestu laty jeszcze, kiedy to prawie regułą
było, że ojciec przekazywał cały swój ma jatek jednemu z dzieci,
zwykle najstarszemu synowi, a pozostałym zaledwie po kilkadzie­
siąt lub nawet kilkanaście reńskich „ s p ł a t k u " albo też kilka
zagonów w dożywocie z „kmiecej roli“ wyznaczał, trafiały się za­
pewne częściej takie wypadki, że rodzice wypędzeni z domu przez
niewdzięcznego syna, któremu niepodzielnie cały majątek w pra­
wne posiadanie „spuścili“, w razie zupełnego zniedołęźnienia mu­
sieli się jąć i kija żebraczego. Od innych dzieci nie mogli żądać
utrzymania, bo one same, nie mając wcale żadnego zaopatrzenia
od rodziców, „z dziesiąci ino paliców“ żyć musiały.
Ale dziś nie wychodzą już dzieci „z kmiecego stanu“ na ko­
morników i chałupników; to też i tak smutna dola nie czeka ro­
dziców po zupełnym podziale majątku między dzieci za życia.
Przyszło do tego stopniowo. Począwszy od lat trzydziestu
zwiększały się z postępem czasu „spłatki“ pieniężne młodszych dzieci,
wzrastały też i ich działy majątkowe, nie już tytułem dożywocia,
ale własności, acz nierzadko i na drodze procesu po śmierci ro­
dziców; od lat piętnastu nastały dzisiejsze stosunki, które, lubo
pociągają za sobą rozdrabnianie niegdyś znacznych gospodarstw,
opierają się wszakże według ogólnego przekonania ludowego na
większej słuszności i sprawiedliwości.
Odstąpienie majątku dzieciom przez rodziców dokonywa się
obecnie przed rejentem, rzadko w domu wobec świadków i repre­
zentantów urzędu i rady gminnej. Dawniej wszelkie zapisy rodzi­
ców na rzecz dzieci odbywały się w ich domu przy świadkach
w obecności wójta lub jego zastępcy.

34

JAN ŚWIĘTEK.

[299]

Bywały też i bywają wypadki ustnych zeznań darowizny
przy dwóch świadkach, bez żadnych innych form prawnych. Dzieje
się to wszakże częściej pod naciskiem chwili i okoliczności, niż
w zwyczajnych stosunkach. Do zeznań ustnych, poczynionych
w zwyczajnych warunkach życiowych, nie przywiązuje się wię­
kszej wagi.1),*)

*) Dla zaznajomienia z formą tutejszych aktów darowizny, sporządzanych
we wsi, przytaczam w dosłownem brzmieniu trzy

ZAPISY.
a)

a)

z r. 1783; b) z r. 1800;

c)

z r. 1858).

(Dwa stemple na papierze wyciśnięte;
jeden z lewej strony, okrągły, z napisem
w okoleniu: k k österreichisch. Stemp.;
drugi z prawej strony, kwadratowy,
z orłem austryackim w kole z napisem
L. (Kreuzer 5.).
Zapis

czyli

j
(

Karta.

Ia Reyna Ianina daię Kartę Franczyskowi lani, Synowi memu puszczaiąc
mu Possesyią moię Kmiecą Rolą z pobudynkiem Zaprzęzy z przętami Rolnemi
który w tym Groncie Gospodarzem obowiązany znaydować się będzie!
Ia zaś zwyz wyrażony Oyca swego do śmierci dochować przy sobie obo­
wiązany będę! Gdy mię Pan Bóg w życiu Konserwować bedzie któremu udzielam
na przykopach Stajonko dożywotnie w którym Stajonku zagonów dwadzieścia
y dwa dyko 22 znajduje się. To wszystko w przytomności naszey Urzędu Wóyta
Przysięznego na co się podpisuiemy z Nakiem Krzyża Świętego. Działo się Dnia
24-go Sierpnia 1783
My Urząd miejscowy Wsi^ Targowisko oraz i Sąsiedzi Świadkowie
podpisuiemy się z Nakiem Krzyża Świętego iako nie umiejący pisać.
Antoni Hyl Woyt kładzie XXX
Stanisław Wąntorek Przysięzny XXX
Franczysek Świętek Świadek XXX
Marcin Kowal Świadek XXX
kładzie znak Krzyża Świętego.
XXX Reyna Ianina Matka
kładzie znak Krzyża Świętego.
XXX Błazey lania Oyciec
kładzie znak Krzyża Świętego.
b) (Stempel na 6 groszy
na Urzędowym papierze wyciśnięty).

ZAPIS.
„Ja Jan Gawlik, zostaiący w słabości zdrowia swego, ponieważli nie
wiem czasu śmierci godziny swoiey, czynię rozporządzenie czyli testament woli

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

[300]

b)

35

Stosunki rodziców do dzieci nieprawych.

Dziecku nieślubnemu nadają pospolicie pogardliwe prze­
zwisko „ b ą k a “; względnie „ b ą c k i “. Przezwiskiem tern przemoiey między synami swemi, to iest Benedycktem, starszym synem y Kasprem,
młodszym, którzy, aby po śmierci moiey nie kłócili się y każdy według zasług
swoich odbiera. Ia zaś mając dwa grunta rustykalne zdawien zdawna, to iest
półrolek y do tego półrolka ogród, drugi grunt Chałupne y do tego gruntu iest
łąka pod Poniszófką, trzeci zaś grunt mam dominikalny to iest pod kor.: 10,
z których to gruntów, iak iest zwyź napisano, yże każdy syn według zasługi
oycowskiey odbiera, leguię y oddaię wiecznemi czasy y na iego potomstwo to
iest synowi starszemu Benedycktowi grunt chałupny rustykalny pod Nr. 45.
y do tego gruntu dominikalnego pod korcy 9 ze zasiwem, ponieważ li ustąpiłem
córce starszy Klarze korca dziesiątego, także oddaię mu y chałupę y co się
przy niey znayduią stajnie y komory, wozu pół kowanego, to jest przodek. Zaś
młodszemu synowi Kasprowi leguię y oddaię półrolek z wysiwem y ogród do
półrolka y stodołę y pół wozu kowanego, to iest zadek; przytym kładę y expens,
gdy siedział na Wiśniczu, oraz y we Lwowie. Starający się o niego, tom wydał
przęsło sto Zło. poi., gdy się zaś powrócił z Wiśnicza, czyli z Lwowa, tom
wypłacił długu za niego także przeszło sto złotych, co na rejestrze wszystko
mam spisane; także wziął y klacz ze źrebięciem. Teraz zaś ma oddać bratu
starszemu Benedycktowi grunt dominikalny, który trzyma pod korcy 3 trzy ze
zasiwem, teraz cztery korce, które wcześniey odebrał od niego, wziął bez zasiwu,
a ia iemu ze zasiwem dał, więnc powienien wrócić na te cztery korce zasiew.
Córki, które mam dwie, te są wywianowane. Córka starsza, imieniem Klara, ta
iest wywianowana cbałupnym gruntem, budynkami, oraz y weselem, krowami,
klacą iedną y świniamy y skrzynią z chustami Zaś młodsza córka, imieniem
Elżbieta y ta iest wywianowana weselem, krowami i skrzynią z chustami. Te
córki od tych dwóch braci żadnego spłatku nie maią.
Ia zaś w starości iako ociec excypuię se u syna młodszego imieniem
Kaspra zagonów 20. Zaś u starszego syna Benedyckta excypuię se chałupnego
ogroda pół i gruntu dominikalnego pod korcy 2 dwa. Po śmierci moiey każdy
syn swoie odbierze. Zonie zaś moiey powtórni po śmierci moiey gruntu domini­
kalnego z tych dwóch korcy ma trzymać pół korca, z chałupnego gruntu zago­
nów 4 cztery w ogrodzie, póki się iey za mąż nie trafi.
Co teraz ciż synowie są podzieleni iako od oyca swego rodzonego,
aby się po śmierci moiey nie kłócili i duszy moiey ciężkości nie robili, bobym
ich na straszny Sąd Boski powoływał.
Co się działo nie przy Urzędzie Targowskim, ponieważli wóyt młodszego
syna bardziey stronę utrzymuie, a starszego syna chce całkiem zniscyć, a ia
iako ociec według według woli swoiey rozporządziłem ich iako dzieci swoie.
Com to wszystko ustanowił przy uczciwych ludziach, którzy wiary godni
są w domu moim pod N-em 45.
Ciż świadkowie są wsi Kłaja y na to się podpisuią wraz ze m ną, iako
oycem tych synów.
Działo się to roku 1800. dnia 13, grudnia.
łan Gawlik, ociec f 1 1
Maciey Nowak f
Bernard Stała f
Adam Perdek f
Iózef Kukiałka, świadek
W . Brzeziński w. r. pisarz.

36

[301]

JAN ŚWIĘTER.

śladuja je przy każdej sposobności, bez najmniejszej nieraz przy­
czyny, co wszakże nie przeszkadza, aby się z „bakiem“ bawiły
dzieci zamożnych a porządnych gospodarzy. Przezwisko „bak“

ć)

(Stempel na 15 kr. m. k.).
Z A P IS

D A R O W IZ N Y .

Będąc ja niżej podpisany aktualnym właścicielem gospodarswa pod Nr,
5-tym w Targowisku po ś. p. ojcu moim Wojciechu Watorku na mocy dekretu
dziedzictwa z dnia 31. lipca 1836. Nr. 195., które to gospodarstwo przez lat 24
jak używam, nie mogąc teraz dalej koło tegoż pracować, a mając dorosłego
syna, Franciszka Wątorka, umyśliłem stale, trzeźwo i rozmyślnie owoź gospo­
darstwo synowi memu oddać i jak czynię.
1sze. To całe gospodarstwo pod N-rem 5-tym w Targowisku 20 morgów
gruntu, chałupę, stodołę, okół czyli stajnie i wozownię oddaję synowi memu
najstarszemu Franciszkowi Wątorkowi, jemu i jego sukcesorom daję, oddaję
i wiecznymi czasy jemu i na jego potomstwo zapisuję nieodwołalnie w fizyczne
posiadanie z dniem dzisiejszym oddaję.
2gie. Lecz z tymi warunkami obdarowany będzie obowiązany mnie jako
ojcu pięć morgów gruntu od domu prosto Podomną tak zwany do mojej śmierci
odstąpić bez wszelkich opłat i ciężarów i oraz będzie obdarowany obowiązany
ten grunt uprawić, a ja albo moja żona tylko siać albo sadzić sobie, oraz po­
mieszkanie w izbie od wschodu i w stodole schowanie, to wszystko ma być
bezpłatnie do nas obojga śmierci.
3cie. Synowi Augustynowi wyznaczam trzydzieści zagonów bez troje
w Zabarchalu zaraz od drogi Zagumnia do jego śmierci i tylko 1 fr. m. K. ma
opłatku do gospodarstwa z tych płacić.
4te. Córce Katarzynie też trzydzieści zagonów do jej śmierci od strony
Gąndkowy i też ma płacić 1 fr. M. K. opłatku do gospodarstwa, lecz się ięszcze
odwołuję do tego, aby po mojej śmierci mej powtórni żonie Honoracie ze Świętków trzy stajonka to jest trzecie i 4-te oraz 5-te od zagonów do jej śmierci
było i aby ona bez żadnych ciężarów używała, — także to pod moim tytułem
opłatu sukcessyonalnego dla tych dwojga nie przeznaczam, chyba, gdyby mi
jako ojcu coś przy śmierci pozostało, tak ich sam podzielę.
Naostatek nie mając co dodać, ani też odmienić, kazawszy sobie odczytać
w przytomności urzędu gminy miejscowej i dobrze zrozumiawszy, zgadza się to
z wolą moją, co własnoręcznie przez znak krzyża Sw. podpisuję i o intabulacyą
tegoż za rzecz ważną c. k. Sądu powiatowego upraszam.
Niepołomice dnia 21-go Stycznia 1858.
f Franciszek Wątorek
akceptujący.

f Tomasz Wątorek
zapis czyniący.

podpisałem
Malec m. p.

podpisałem
Malec w. r.
W naszej przytomności.

(Pieczęć gminy
Targowiska).

f łan Kanty Szczepanik, wójt Targowiska,
f Maciej Rzepka, sąsiad
Józef Rzepka, sąsiad w. r.
podpisałem oraz Świadek
Malec w. r.

[302]

ZWYCZAJE I POJĘĆ JA PRAWNE.

37

tak się zrasta niekiedy z życiem nieprawego dziecka, że ono
prawie tylko pod ta nazwa jest we wsi znane, zwykle z dodatkiem
imienia jego matki n. p. „bak Kajscyn, bak Iagniescyn“ i t. p.
Od tego przezwiska uwalnia się dziecko nieprawe czasami dopiero
w młodzieńczym wieku n. p. w dwudziestym roku życia, ale i to
niezupełnie, choć wprost w oczy rzadko to już usłyszy, chyba
wśród zwady i zatargów.
Odnosi się to wszakże tylko do takich nieślubnych dzieci,
których matki bądź wcale związku małżeńskiego nie zawarły, bądź
nie zawarły go z naturalnymi ojcami tych dzieci. Dzieci nieprawe
ze stosunku, uświęconego później ślubem małżeńskim, z chwilą
zawarcia małżeństwa przez ich rodziców, nietylko pozbywają się
swego obelżywego przezwiska, ale nabywają takich praw, jakie
przysługują dzieciom ślubnym. Rodzice uznają je za swoje pra­
wnie wobec urzędu parafialnego; a choć i tego uznania przez
niedbalstwo zgłosić zaniechają, stawiają oni przecież swe nieślubne
dzieci na równi z dziećmi ślubnemi, otaczają je równą opieką,
darzą czasami nawet większą miłością i nie mniej od ślubnych
zabezpieczają ich byt w przyszłości.
Kobiety niezamężne tak w ciąży, jak i po powiciu niemo­
wlęcia wstydzą się swego macierzyństwa. „Skozacona“ dziewczyna
w stanie brzemiennym, aby się nie spotkać z „pośmiechowiskiem
(szyderstwami) ludzi“, stara się jak najmniej wychodzić z domu,
a jeżeli już koniecznie w nieco dalszą stronę poza obejście gospo­
darskie udać się („wychylić się“) musi, to tak już „kołuje, zęby
ji nik nie widział“. Bywały też wypadki, że „przeskocki“ dla
uniknięcia „sromu“, jaki po rozwiązaniu spada bezwzględnie na
nie ze strony społeczeństwa, dopuszczały się nawet czynów zbro­
dniczych. Dla zatarcia śladu swego upadku, po tajemnym poro­
dzie wynosiły w pola nieżywe dzieci, które w znacznej części
z ich winy przyszły na świat w tym stanie, i tam je własnemi
rękami chowały „w niepoświącany ziemi“, żywe zaś topiły, du­
siły lub porzucały na pastwę losu.
Faktycznych wypadków tego rodzaju było nięwiele, ale
dzięki jedynie tej okoliczności, że krewni przeskoczki przewidy­
wali jej zamiary i we właściwym czasie udaremniali spełnienie
zbrodni. Takie wieści krążyły we wsi o tej lub owej upadłej
dziewczynie, a lud komentował je z pewną odrazą lub nawet
z ohydą. Bywało to szczególniej w dawniejszych czasach; dziś
wobec niepociągania do odpowiedzialności przeskoczek przez gro­
madę i oszczędzania im szyderstwa bardzo rzadko o czernś podobnem się słyszy.
Głośniejsze wypadki tego rodzaju nie uchodziły również wia­
domości sądu. Przynajmniej piętnaście takich spraw karnych z tej
okolicy (liczącej przeszło 10.000 mieszkańców) w ciągu lat trzydziestu

B8

Jan świiśTiCK.

[303]

było przedmiotem dochodzeń sadowych, a trzy z nich — o ile mi
wiadomo — zakończyły się wyrokiem potępiającym. Lud tutejszy
kazałby dzieciobójczyniom „śmiercią piecentować, bo taka matka,
co dziecko swoje zabija, to gorsa jak jak a suka, bo suka ze swojemi psiakami tegoby nie zrobiła“.
Przeskoczki, oswoiwszy się ze swym sromem, są wcale
dobremi matkami dla własnych nieślubnych dzieci. Otaczają je
czułą opieką, nie zapominają o nich ani na chwilę, dla nich
nawet odejmują sobie od ust ostatni kęs chleba, a jeżeli „idą
w mamki“ lub na służbę do Krakowa, to zwykle cały swój do­
chód obracają na utrzymanie dziecka, które zwykle na ten czas
oddają na wychowanie jakiejś „mamcącej“ (karmiącej) we wsi
kobiecie. To też już uchodzi za nadzwyczajne zjawisko taki wy­
padek, jeżeli matka nieślubne swe dziecko, w pieluchy powite,
odnosi do domu uwodziciela i, porzuciwszy je na ławce w jego
oczach, czemprędzej uchodzi.
Dziecko w domu swego naturalnego ojca, zwłaszcza, gdy
nic serdeczna między jego nieślubnemi rodzicami stanowczo zer­
wana, zazwyczaj nie znajdzie „miłosiernej duszy“, któraby się
niem zajęła. Smutna też jego dola. Ojciec „nie mając serca" do
jego m atki, nie ma go też i do swego naturalnego dziecka. Zo­
staje ono wprawdzie w jego domu, ale każdy niem pomiata,
a ojciec bardzo rzadko kiedy za niem się ujmie. Pozostawione
więc sobie i swemu dziecięcemu instyktowi, znienawidzone, popy­
chane, bite, żywdone tylko niedojedzonemi a porzuconemi mu
resztkami strawy domowników, ginie zwykle marnie w krót­
kim czasie.
Nie wiele też troszczy się w ogóle ojciec o nieprawe dzie­
cko. Jeszcze częściej o niem pam ięta, dopóki nieżonaty z inną
kobietą, ale skoro tylko zawrze małżeństwo, porzuciwszy matkę
swego nieślubnego dziecka, już z samej obawy przed wyrzutami
żony zapomina o niem prawie zupełnie; czasem w największej
tajemnicy wesprze dawną swą kochankę, naturalnie, jeżeli ona
nie występuje przeciw niemu zaczepnie i nie obsypuje go przy
każdej sposobności obelżywymi wyrazami.
Serdeczny stosunek między ojcem a dzieckiem nieprawem
utrzymuje 'się tylko w przyjaznych warunkach obojga rodziców
dziecka t. j. gdy oboje uważają swój związek ślubny za pewny
w przyszłości.
Nierównie więcej starania okazuje ojciec o swe nieprawe
dziecko, spłodzone w cudzołóstwie; musi ono jednak zostawać
bezwzględnie przy matce, gdyż w domu jego własnym równy
los je czeka z każdem innem nieprawem dzieckiem pod władzą
macochy.

[304]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWtfE.

39

Najserdeczniejszy i najczulszy stosunek ojca do dziecka nie­
prawego istnieje tylko w pożyciu na wiarę jego rodziców. W tym
wypadku nie tylko otacza ojciec swe nieślubne dziecko prawdziwa
opieka i troskliwością, ale stara się i jego byt w przyszłości za­
bezpieczyć, gdyby dla różnych przeszkód nie mógł zawrzeć związku
małżeńskiego z jego matką, a temsamem i dziecko uprawnić.

Dziecko nieprawe wychowuje się zwykle przy matce lub jej
rodzicach, dopóki nie odrośnie i do służby nie jest zdatne, ewen­
tualnie, dopóki jego ojciec nie zawrze związku małżeńskiego z matką.
W tych warunkach położenie dziecka nieślubnego bywa dość zno­
śne, czasami nawet zupełnie dobre, gdy dziadkowie je polubią.
Ci otaczają je niekiedy prawdziwą opieką, starają się o nie, a na­
wet i pewną część ze swego majątku przed śmiercią mu przeka­
zują. W każdym wypadku matka ma pieczę o nieprawe dziecko
i troszczy się o nie w całem tego słowa znaczeniu nawet i w star­
szym jego wieku. Gdy do służby nie idzie a matka uboga, „cho­
dzi na zarobek“ i z nią tym zarobkiem się dzieli.
Dziecko nieprawe żony nie doświadcza atoli tej czułości macie­
rzyńskiej, którą się cieszą jej dzieci prawe. Pochodzi to stąd, że nie
może matka zapomnieć ojcu, że ją porzucił, powtóre unika za­
rzutów ze strony męża z tego powodu. Stara się przecież o nie,
o ile może, i broni je przed ojczymem na każdym kroku.
Obejście ojczyma z dzieckiem nieprawem żony jest wszakże
bezwzględnie lepsze, niż obejście macochy z dzieckiem nieprawem
męża. Ma to w tern swą przyczynę, że matka, jak to podniosłem,
więcej „stoi“ za swem nieprawem dzieckiem, niż ojciec, a dalej,
że kobiety zamężne częściej wytykają błędy mężom z ich wolnego
stanu, niż mężowie żonom. Ojczym patrzy wprawdzie „krzywym
okem“ na dziecko nieprawe żony, chłoszcze je niemal za każdem
uchybieniem i do roboty ciągle napędza, sprawioną mu przez
matkę odzież żonie wymawia, kieruje się wszakże więcej poczu­
ciem sprawiedliwości wobec niego, niż macocha wobec nieprawego
dziecka męża. „Juz go tak nie popycha, nie śtura, nie przezywa,
nie łaje, nie krzycy, jadła nie wymawia“, jak to właśnie czyni
macocha z dzieckiem nieprawem męża. „Ona to ino na kozdym
stąpieniu prześladuje to niescęśliwe stworzenie: winno, niewinno —
bije, jeś nieda, nie okryje, wsyćko robić mu każe, choć i nie­
zdolne, i patrzy ino, izęby sie bąk przerwał i zmarniał. A jakby
sie ociec za niórn ująn, co zdziwa sie trafi, i gadał ji, zęby prze­
cie mogła jakosik inacy z jego dzieckem sie obchodzić, to go wyprzezywa ostatnićmi słowami i wypomni mu wsyćko, co ino na
niego wió nagorsego i z bakem z chałupy wynosić mu sie każe“ .
Najnieszczęśliwsza to istota na świecie dziecko nieprawe męża
pod rozkazami i władzą macochy.

JAN ŚW JĘTEK.

40

c)

[305]

Stosunki ojczyma i macochy do pasierbów.

Stosunki między ojczymem, macochą a pasierbami nie opie­
rają się na zbytniej wzajemnej przychylności. Częste między temi
osobami bywają sprzeczki i zatargi. Nieco znośniej przedstawia
się jeszcze dola dzieci — sierót — pod ojczymem, niź pod ma­
cochą. „Juz to matka predzy se poradzi ze swoim drugim chło­
pem i lepsi go jakosik la swych dzieci z piórsego chłopa udobrzy,
jak ociec da se radę z drugą swoją babą, zęby na pasierbów nie
zryzała i dobra la nich była, jak jesce ma swoje własne dzieci“.
„Macocha ujada ino na pasićrby, swoim dzieciom ino dobrze
jeś poddaje pokryjomu, a pasierby zbywa belejakiemi ochłapami:
beletam ino były. Na pasićrby ino podwodzi przed swoim chło­
pem, a ich ojcem, a ón, jak ón, jak jaki ciura — to daje ji
wiarę i dzieci ze swój i piersy baby nieraz i porząmnie wybucha.
Ona ino popycha i stura pasierbów, co do naciezsych robót ich
wygania i nie uważa na to , ize one nie są zdolne do tego. Ano
kciałaby koniecnie, izeby posły ze świata, a ona i ji dzieci, zęby
wsycko zachapiły. Bije ino za beleco, a casami to i całkem nie­
winnie. Swoje dzieci stroi, a pasierby — to niech ta bedzie, jak
ta chce. Jak pasierby mają sceście do ludzi, to macocha abo
i ojcym ino im zazdroscą, a wygadują na nich, zęby ino nik za
nimi sie nie ująn, abo, zęby ino wsyscy ze wsi na nich sie bu­
rzyli i nizaco dobrego ich mieli. — Pasićrby tyz nauzywają sie
biódy, bo nauzywają, ale ja k zato podrosną, to sie i macose nie
dadzą. Odetną sie ji porząmnie raz i drugi, wsycko, co źle robi,
przed ojcem powiedzą, casami i przycynią, zęby ino macose od­
płacić sie za ji krzywdę. Ociec tam nie wierzy, bo nie wierzy
i zawdy babie predzy wiarę daje, ale jakto juz za duża, to i prze­
cie w conieco uwierzy i na macochę powsiedzie“.
Gdy sieroty dojdą do pełnoletności, a majątek mają po swej
matce, lub tez, gdy ojciec umrze przed macochą, a majątek swój
przekaże dzieciom z pierwszej żony, a dla dzieci z drugiej żony
tylko „spłat“, lub stosunkowo małe działy przeznaczy, macocha
nie tylko musi z domu pasierbów ustąpić, ale „nie ma sie po co
i do nich zapądzac“. Nie tylko jej w niczem nie dopomogą, ale
owszem starają się jej „na złoś robić“.
Zarówno i dola ojczymów, którzy swego własnego majątku
nie mają, smutną bywa po dojściu pasierbów do pełnoletności. Już
zawczasu każą im „się wynosić z chałupy. A jak jesce co se zezeną, abo zaśperują, to nąze pasierby na nich, ize to na ich gospodarztwie tak sie dorobili abo i po prostu nakradli. „Rusaj —
powiedzą — ojcymie, z nasego gospodarstwa, dozieś sie juz nazar
nasego chleba i tatusiowy pracy i nam krzywdy narobiuł! Teraz

[30BJ

ŹWYÓZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

41

se musis pasa przyciągnąć, bo nie bedzies miał juz za co sie tak
ospych&ć“. I musi sie ojcym wynosić ze swojemi dzieciarni, jak
je ma i ni ma sie juz po co ani do pasićrbów zapądzać, bo mu
ino zawdy ciukać będą, a nic nie dadzą. Jak mu jesce baba żyje,
to i ś nim lepij, bo to zawdy przecie dzieci na matkę uważają,
ano i jego tak nie sarpią. Ale jak baba na tamtym świecie, to
ś nim niedobrze“.
Muszę jeszcze zaznaczyć, źe we włościach nadrabskick wielu
znajdzie się ojczymów i wiele macoch takich, którzy należycie
pojmują swe obowiązki i na równi prawie pasierbów z własnemi
dziećmi stawiają. Pasierbowie też niektórzy niemniej potrafią oce­
nić to ludzkie z nimi obchodzenie się i szacunkiem darzą ojczyma
lub macochę; nie inaczej do nich przemawiają, jak „ t a t u s i u ! “
„ m a t u s i u ! “, a nawet i po rozłączeniu się chętnie z nimi prze­
stają i w miarę swej możności ich wspomagają.
Wypadków wypędzania pasierbów przez ojczyma lub ma­
cochę z domu rodzicielskiego nie spotyka się wcale. Bywają tylko
zdarzenia, źe pasierbowie, nie mogąc znieść „ d o g r y ź k ó w “
i złego obchodzenia się z nimi macochy lub ojczyma, sami dobro­
wolnie opuszczają dom rodzicielski i idą czyto w służbę, czy też
w „świat“ za zarobkiem. Nieznośne równie bywa położenie mało­
letnich pasierbów, którzy za swym ojcem lub matką zmuszeni są
przenieść się do własnego domu macochy lub ojczyma. Następstwem
tego bywa, że małoletni pasierbowie albo dobrowolnie porzucają
dom macochy, ewent. ojczyma albo też przez nich wypędzeni.
Przypadki te zachodzą szczególniej wtedy, gdy pełnoletni pasier­
bowie, bracia lub siostry małoletnich, obejmą dom rodzicielski
w posiadanie, a tern samem zniewolą macochę lub ojczyma wraz
ze swym ojcem, względnie matką do ustąpienia im z tego domu
i przeniesienia się do własnego.
Opinia ludu w ogólności potępia takie postępowanie ojczyma
lub macochy, pod naciskiem którego pasierbowie muszą uchodzić
czyto z ich własnego domu, czy też rodzicielskiego.
Do jakiego stopnia dochodzi czasami zawiść i nienawiść ma­
cochy względem pasierbów, opowiedział mi dla przykładu wło­
ścianin z Targowiska, Stanisław Jach, dwa zdarzenia prawdziwe,
które tu dosłownie przytoczyć sobie pozwolę:
1.
„Już to temu bardzo dawno — tam kęsik za Gdowem
w górach ozeniuł sie chłop z drugą babą, co ś nią miał kilkoro
dzieci. Tak ta macocha bardzo nie lubiła tych pasićrbów, wciąż
ino przed ojcem na nich pod wodziła, scuła, ize takie, owakie, biła
ich, katowała, cudecki z nimi wydziwiała, morzyła głodem, a jemu
tak głowę susyła, ize nieborak nie wiedział, co se juz ma pocąc
na świecie, a musiał być] jakisik ciura, ize sie dał babie tak za
nos wodzić. Tak ci ten chłop — nie wiedzieć — cy z namowy



Jan św ię t e j .

[307J

macochy, cy tyz tak sam ze siebie, ize ni móg ś nią, a dziecia­
rni z piersy swy baby poradzie, co tak ta macocha na pasierby
pod wodziła i ónemu spokoju nie dała, zabrał raz te wszyćkie dzieci
z pićrsy baby w zimie i zaprowadziuł do lassa. Ano tak w tym
lessie wziąn i ozpaluł ogień, kazał sie dzieciom przy nim grzać,
a sam ich odesed. Dzieci, jak dzieci, grzały sie przy ogniu, jak
sie paliło, ale jak ogień przytechnuł, tak dzieci zaceny sukać ojca
i wołały na niógo, ale jego juz nie było nikej abo sie nie obzywał. Dzieci były małe, nie wiedziały, kej mają iś i ostały w les­
sie, bo pono sie juz smrokło. Tak dzieci te umarzły w lessie,
a znaleźli je tak ludzie cosik za dwa dni, jak śli do lassa. Doniesło sie to do sądu i tak ten sąd osądziuł tego gamonia ojca, jak
i babę jego, tę macochę na kilkanaście lat pono do kryminału“.
2.
„W Kłaju zna umarła baba chłopu i cały swój majątek,
co po nij ostał, zapisała córce, co po nij tagze ostała. Chłop ten
ozeniuł sie z drugą babą i z tą babą miał kilkoro dzieci. Maco­
cha zryzała ino wciąż na tę córkę chłopa ;z piersy baby i cećniejak śtuderowała, zęby ino ji wydrzeć ten majątek, co matka
ty ji pasierbicy zapisała. Ale jak to inacy nie sło, tak óna nąze
chłopa swego namawiać, izeby ón w sądzie jako pomajchlował,
izeby ten majątek z pićrsy baby na drugie jego dzieci przysed.
Chłop, jak chłop, przystał na to i nie wićm, jak ón tam cyganiuł,
ale w sądzie zacąn się preces. Dobrze to było przecie, ize przy­
jaciele (krewni) piersy jego baby ujeni sie za sierotą, wzieni ją
do siebie i majątku ji wydrzeć nie dali“.
Wszystkie takie, jak powyższe w ypadki, cbowa lud w pa­
mięci, a powtarzając je przy nadarzonej sposobności, wyraża tern
samem swe zapatrywanie na nieludzkie i niegodziwe postępowanie
macoch lub ojczymów z pasierbami. W zwyczajnych też warun­
kach zasługują raczej pasierbowie na jego wiarę i zaufanie, niż
ojczym lub macocha.

4. Małżeństwo.
a)

S t o s u n k i p o mi ę d z y os oba mi .
a) Związki prawe.

.

1

Nadrabianie poczytują mężczyznę w dwudziestym, kobietę
w piętnastym roku życia za dojrzałych do wstąpienia w związki
małżeńskie. Przeważnie atoli mężczyzna żeni się w roku dwu­
dziestym piątym, dziewczyna idzie za mąż w dziewiętnastym.
Zdarza się też niekiedy, że rodzice przedwcześnie przezna­
czają sobie dzieci, choć „zaloty“ (zaręczyny) odbywają się do­
piero z dorosłemi przed ich udaniem się „na zapowiedzi“.

[308]

ZWYCZAJE ] POJĘCIA PRAW NŚ.

43

Również rodzice nakłaniają czasami młodych do wczesnego
ożenienia się jużto dlatego, że się trafia dogodna sposobność bo­
gatego ożenku, już też, że sami są już w podeszłym wieku , pra­
cować i „zabiegać“ już nie mogą, a chcieliby się synem i synową
wyręczyć, lub wreszcie dlatego, że jest ich gorącem życzeniem
zobaczenia swych dzieci jeszcze za życia w związku małżeńskim.
Krewni popierają myśl i wolę rodziców, w razie zaś ich śmierci,
sami nalegają na młodych, aby dla zaprowadzenia pewnego po­
rządku w gospodarstwie jak najrychlej postarali się o gospodynię.

Bywają także wypadki, że kobieta, pragnąca z pewną osobą
zawrzeć małżeństwo, nie szczędzi z swej strony starań, aby zamiaru
swrego dopiąć. Pośredniczkami jej w tym kierunku są zwykle
starsze kobiety, które, ujęte pewnym datkiem, gdzie im się tylko
nadarzy sposobność, chwalą jej przymioty, zalety i majętność,
chcąc tym sposobem zbliżyć swą protegowaną do wybrańca jej
serca. Znajdą się nawet i tak śmiałe kobiety, że narzują się w ten
sposób mężczyźnie, który „im wpad w oko“, że ślady jego tropią,
aby zwrócić na siebie uwagę, a potem zręcznie starają się urze­
czywistnić chęci swe połączenia się ze swym wybrańcem związ­
kiem małżeńskim. W ogólności jednak nie można powiedzieć, aby
dziewczęta tutejsze w sposób, uderzający zanadto w oczy, starały
się o pozyskanie „parobków“ (kawalerów) dla zamęźcia. Niema
też w okolicy nadrabskiej zwyczaju oznaczania, że w domu są
dziewczęta na wydaniu.
W domu takim tak wewnątrz, jak i zewnątrz panuje tylko więk­
szy ład i porządek. Chałupa z pola i w izbie wybielona, podłoga za­
mieciona, ławki umyte, łóżka posłane piętrzą się do powały bogato
pierzem wypchanemi pierzynami i poduszkami, zdobnemi w różowe
poszwy i poszewki. Podczas pogody dziewczęta na wydaniu często
przesuszają swe pierzyny i poduszki na żerdziach przed domem,
aby to przechodniom wpadało w oczy. Przechodzień też zwykle
zwraca uwagę na tę „wyprawę“ dziewcząt, gdy się odzywa: „Znać,
ze w ty chałupie są dziewki na w ydaniu, bo wielgie pierzyny
różowe i poduski susą sie na polu“.
Nad Rabą prawie każda dziewczyna żywi i to zupełnie uza­
sadnioną nadzieję, że za mąż wyjdzie. Bardzo mało bowiem jest
tu starych panien („starych dziewek“). Dziewczętom tutejszym
raczej roi się to w głowie, z której strony ich przyszły mąż
przybędzie, czy będzie „bogaty“ i „dobry“.
Stąd też z pewnych oznak snują odpowiednie wróżby.
W wigilię Bożego Narodzenia po wieczerzy wypędza dziewka
lub, gdy się ta nie „pośpieszy“ (co rzadko), parobek — psa z izby
na pole i uważa na niego, w którą stronę się zwróci i zaszczeka.
Z kierunku, w którym to nastąpi, wyciąga dla siebie pomyślną
4

u

Jan św iętek .

[309]

wróżbę, że z tej strony przybędzie kawaler, względnie w tej
stronie się ożeni.
Młodzi ludzie, spożywając jab łk a , wybierają z nich nasiona
i te pojedynczo biorą między końce palców. W którą stronę na­
ciśnięte ziarnko wyślizgnie się i podleci w górę, z tej strony wróżą
sobie przybycie przyszłego męża lub przyszłej żony.
Ale w praktyce nie przypisuje lud wielkiej roli w wyborze żony
ślepemu losowi, jakkolwiek w teoryi często to powtarza. Parobek, wy­
bierając się w dalszą drogę na robotę, powiada niekiedy, że, gdy
„co godnego w świecie znajdzie, to się ożeni“. Gdy się ta
jego przepowiednia, zamiar czy życzenie spełni, a krewni mu
wyrzucają, że nie powinien r był żenić się „w obcych krajach“,
tłómaczy się przysłowiem: „Śmierć i zona od Boga przeznacona“.
Również posługuje się tern przysłowiem Nadrabianin, na swe uspra­
wiedliwienie, gdy mu „przyganiają“, że odpowiednio do swego ma­
jątku nie poszukał sobie bogatej towarzyszki, ale ożenił się
z biedną.
Jeżeli się zdarzy, że która dziewczyna nie wychodzi za mąż,
to główną przyczyną tego jest brak majątku czyto w gruncie,
czyto w pieniądzach, obok braku urody i rzutności. Uroda i go­
spodarność starczą niekiedy dla bogatszego mężczyzny za majątek,
ale częściej pod wpływem zawiązanych przed ślubem stosunków.
Zwykle w warunkach zamęźcia główną rolę odgrywa obecnie wy­
sokość wiana i nadzieja gospodarności narzeczonej , a powierzcho­
wność idzie na plan drugi. Mimoto gdy ładna dziewka, a biedna,
nie wychodzi za mąż przynajmniej za biednego, ja k i ona, chłopa,
zawdzięcza to okoliczności, że albo zanadto „przebióra“ między
parobkami albo też nizko upadła moralnie. Odpowiednio też do
powodów, dla których ta lub owa kobieta zestarzała się dziewką,
objawia lud swe zapatrywanie na jej staropanieństwo. Chłopi,
wyśmiewając stare dziewki, a szczególniej lubiące się stroić,
„przegorzają je “ (droczą się), że stąd lub zowąd zjedzie do nich
„jeden wielgi p£n na zaloty“.
Gdy mężczyzna nie jest pełnoletnim, t. j. nie ma 24 lat
wieku życia i nie odbył trzechletniej służby wojskowej, a za­
mierza się ożenić, potrzebuje prócz pozwolenia rodzicielskiego dla
zawarcia związku małżeńskiego i pozwolenia władz cywilnych.
Sieroty niepełnoletnie, tak mężczyzna jak i kobieta, mogą
wstępować, w związki małżeńskie jedynie za pozwoleniem opieki
i sądu, jako władzy opiekuńczej.
Zwykle w ożenieniu syna głos ojca ma większą wagę, w wy­
daniu córki za mąż głos matki. W domach je d n a k , w których
rej wodzi kobieta i mężem kieruje podług swTej woli, matka de­
cyduje czy to pośrednio, czy też bezpośrednio tak o ożenieniu syna,
jak i zamęźciu córki. Wypadki te zdarzają się szczególniej wtedy ?

[310]

ZWYCZYJE I POJĘCIA PRAWNE.

45

gdy majątek gospodarski należy do matki, a ojciec jest tylko do
niej „przystepniem“. W innych razach, gdy ojcu pozostało choć
trochę własnej woli, występuje on sam za lub przeciw ożenieniu
syna, choćby z zamiarem ostatniego matka się nie zgadzała lub
popierała. Ojciec prawie zawsze bez względu na swe stanowisko
w domu oddaje pierwszeństwo decyzyi matce co do zamęźcia
córki, a sprzeciwia się tylko wtedy, gdy matka nie liczy się wcale
z nadszarganymi stosunkami majątkowymi lub lekkomyślnością
mężczyzny, któremu zamierza oddać swą córkę w małżeństwp.
Znaczenie głosu ojczyma i macochy w ożenieniu pasierba
lub wydaniu pasierbicy za mąż zależy od ich wpływu, jaki mają
na żonę, względnie męża. Bezpośrednio w takich razach wystę­
pować nie mogą, a zrzekają się głosu i pośrednio, gdy ich pa­
sierb lub pasierbica dziedziczą pewien majątek po swym zmarłym
rodzicu, a obstają stanowczo przy swym zamiarze wstąpienia
w związki małżeńskie bezwłocznie. Ojczym lub macocha wtedy
najusilniej stara się przeszkadzać, gdy przewiduje, że rodzina,
z którą pasierb lub pasierbica przez małżeństwo się kojarzy, może
tak silny nacisk wywierać na „powolnych“ zresztą pasierbów, że
ci nic dla siebie ojczymom utargować w przyszłości nie pozwolą.
Ożenienie lub wydanie za mąż sieroty zależy od jej opie­
kuna, względnie zaś krewnych, którzy ją wychowują. Wrazie jej
niepełnoletności starają się oni dla niej o pozwolenie sądu, jako
władzy opiekuńczej.
Pokrewieństwo do czwartego stopnia poczytuje się za prze­
szkodę do zawarcia małżeństwa. Przeszkodę tę w trzecim stopniu
usuwa dyspenza biskupia. Nadrabianie utrzymują atoli i wyka­
zują na przykładach, że małżeństwa, skojarzone w trzecim i czwar­
tym stopniu pokrewieństwa, są nieszczęśliwe. „Nie wiedzie sie im“
i przedwcześnie umierają obie lub jedna strona.
Porównując małżeństwa, zawarte w trzeciem, a w czwartem
„pokoleniu“, twierdzi lud, że „wiecy sie nie wiedzie i zdrowie nie
służy“ stadłu skojarzonemu w czwartym stopniu pokrewieństwa,
niż w trzecim, Z bratową żenić się nie wolno. Jeden chłop, który
źa dyspenza papieską wszedł w związki małżeńskie z bratową,
podług opowiadania ludu „brał ślub pod figurą Matki Boskiej“
(nie w kościele).
Dwaj rodzeni bracia biorą niekiedy za żony dwie rodzone
siostry. Zdarzają się również wypadki, że po śmierci żony żeni
się wdowiec z jej rodzoną siostrą, lub też takie, że jeden
z rodzonych braci zaślubia m atkę, drugi znowu jej własną cór­
kę. We wszystkich tych trzech wypadkach wszakże skojarzone
małżeństwa, według ludu, nie mają szczęścia w pożyciu: „nie
wiedzie sie“ im, a nierzadko też w niedługim czasie po ślubie
umierają obie strony. Również „nie wiedzie sie“ osobom, połączo-

46

JAN ŚWIETEK.

[311]

nym związkiem małżeńskim „na w y m a r k i “, t. j. w ten sposób, że
brat i siostra jednego rodu wchodzą w związek ślubny z siostrą
i bratem drugiego rodu. Stąd powstało przysłowie: „Pan Bóg
stworzuł jarmaki, a djaboł wymarki“.
Osoby, mające wspólnego ojca chrzestnego, mogą się łączyć
związkiem małżeńskim. Kojarzą się też małżeństwa między bratem,
a siostrą mleczną bez żadnej na to uwagi.
Nie znane mi są wypadki pojęcia wychowanicy za żonę przez
wyćhowawcę. W zawarciu takiego związku atoli lud nie widzi
przeszkody, jakkolwiek z drugiej strony sprzeciwia się temu, aby
osoby, które względem siebie były w stosunku ojca i córki, mogły
łączyć się związkiem małżeńskim.
Przed kilkunastu laty zdarzył się we wrsi Targowisku wypadek uprowadzenia dziewczyny z domu rodzicielskiego, naturalnie
za jej zgodą, przez narzeczonego, który czy to dla szczupłego ma­
jątku czy też dla wrzekomej niegospodarności nie miał szczęścia
podobać się jej rodzicom. Małżeństwa wszakże między uprowa­
dzoną i jej kochankiem przyszło jedynie do skutku za zgodą, acz
mimowolną rodziców, bo uprowadzona była niepełnolotnią. Porwa­
na, nie otrzymawszy błogosławieństwa rodzicielskiego przed ślubem,
nie ma go dlatego, według ludowego pojęcia, i w swem pożyciu od
Pana Boga; nie wntosła go bowiem za sprawą rodziców w dom
mężowski. Nadrabianie utrzymują, że nie może być dobrego po­
życia między małżeństwami wśród takich warunków skojarzonemi.
Mężczyzna, pojmując w małżeństwo dziewczynę, układa się
zazwyczaj pośrednio z jej rodzicami o wiano, jakie ma wnieść do
jego domu; jeżeli zaś nie ma m ajątku, bierze ją bezinteresownie.
Nie było wypadku nad Raba, aby narzeczony kupił sobie
żonę od obojga rodziców za pieniądze lub za jakieś dary w na­
turze. Bywały jednak zdarzenia, że matka wdowa lub ojciec wdo.wiec godził się na małżeństwo swej małoletniej córki, dziedziczą­
cej pewien majątek po zmarłym swym rodzicu, z tym mężczyzną,
który potrafił go ująć tak pieniądzmi, poczęstunkiem, jak i darami
w naturze. Stosunkowo częstsze bywają atoli zjawiska handlowa­
nia w podobny sposób dziewczyną — sierotą po obojgu rodzicach
przez jej opiekunów i krewnych. Lud, opowiadając sobie o takich
przypadkach, „p r z y g a n i a “ i sarka przeciw podobnym handla­
rzom i twierdzi, że tak zyski z owej sprzedaży wyciągnięte ,.w yjd ą im n a m a r n e“, jak i mężczyzna, który w ten sposób po­
starał się o majętną żonę, nie będzie z kupioną szczęśliwy w po­
życiu, skoro ona tylko „przydzie do wieksego rozumu“ i dowie
się, jak niegodnie frymarczono jej osobą. Przepowiednie ludu speł­
niają się też w istocie. Kobieta, w ten sposób z a c h ł o p a wy­
dana, czuje się przez całe życie nieszczęśliwą, męża swego znosi

[312]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAW"NE.

47

jedynie z przymusu, na każdym kroku okazuje mu swój chłód
i pogardę, a niekiedy staje mu się i niewierną.
Młodzież obu płci zapoznaje się bliżej na weselach, jarm ar­
kach, odpustach, obżynkach, a, gdzie muzyki bywają po karczmach,
i w karczmach podczas tańców. Młodzieniec („parobek“), upodo­
bawszy sobie z widzenia dziewczynę ( d z i a u c h ę , d z i a ł c h ę ) ,
wdaje się z nią w rozmowę i z tej wyciąga dobre lub niepomyślne
dla siebie wróżby. Gdy dziewczyna okazuje mu się chętną i wi­
docznie mu sprzyja, umawia się z nią, gdzie się oboje częściej
spotykać mogą, aby ze sobą „pomówić“. Nierzadko wszakże mło­
dzież nie zna się bliżej przed zalotami; krewni młodzieńca dopiero
na życzenie rodziców upatrują dla niego czy to we wsi czy w „ogra­
nicy“ dziewczynę i, rozważywszy wszystkie okoliczności, do ich
przekonania za nią przemawiające , „rają" mu za żonę. Gdy pa­
robek i rodzice zgadzają się na „upatrzoną“, wysyłają jakąś wy­
mowną starszą krewną lub obcą kobietę z poczęstunkiem zwykle
do rodziców dziewczyny „ n a p r z ę s y l i n y “, t. j. dla wyrozu­
mienia ich, czy byliby skłonni wydać swa córkę za jej protego­
wanego. Gdy rodzice oświadczą jej ostatecznie: „ n i e c h p r z y ­
d z i e l “, wTtedy dopiero parobek zwykle ze swym druchem (kom­
panem, kamratem), udaje się na zaloty do przyszłych swych te­
ściów. (Por. zresztą „Lud nadrabski" str. 134 nn.).
Swataniem więc zajmują się przeważnie biedne, starsze ko­
biety, zwykle krewne młodzieńca, obznajomione dokładnie z wszyst­
kimi stosunkami miejscowymi i ogranicy, biegłe przy tern w swej
sztuce i wygadane. Za swą przysługę otrzymują one wynagrodze­
nie od rodziców parobka: dwie lub trzy miarki zboża lub mąki
w naturze.
Okolica nadrabska nie zna osób, któreby się zajmowały swa­
taniem ? jako procederem; pomienione zaś swatki nie biorą na
siebie żadnej odpowiedzialności w razie doznanego zawodu, roz­
chwiania się małżeństwa lub nieszczęśliwego pożycia.
Małżeństwa w regule kojarzą się we wTsi rodzinnej. Jeżeli
ktoś bierze sobie żonę z obcej wsi — z ogranicy — mają mu to
„wsiowi“, a szczególniej kobiety, za złe. — „Abo to juz we wsi
dziewek nima — mówią — jak sie patrzy, i takich i owakich:
ino sie zenie.... Z ogranice nam tu baba potrzebna, jak dziura
w moście! Nie doś mawa swojego gnoju we wsi — dodają zło­
śliwsze — jesce nam go potrzeba z obcych wsiowi.. Ano niek przy­
dziel... Bedzie zną nosem kręcić, jak jaka ślachcianka, a za jaki
cas zrobi sie, jak krzywa motyka... Ale my ją tu naucywa.. Pódzie
óna nieraz jesce z bekem, skąd przysła“... Wierne też tym pogróż­
kom, dokuczają z początku sąsiadki młodej mężatce, z obcej wsi
pochodzącej, w różny, dotkliwy sposób; kłócąc się z nią, nazywają
ją nie inaczej, ja k „kłajoską, targoską, łeskoską, stanisłaską i t. p.

48

JAN ŚWJETEK.

[313]

suką“, dopóki się z niemi zupełnie nie zassymiluje. Odradzają również
parobkom, aby po ogranicy dziewek w zamęście nie szukali, „bo
nie wiedzieć, cy to zdrowe cy niezdrowe, bo jak co dobrego, to
i we wsi ludzie wezną, a obcy to ino dostaną jakiego poturaka,
co go nik we wsi nie kce“.
Rodziców znowu ostrzegają, aby córek do obcych miejsco­
wości nie wydawali za mąż. — „Widzicie, kumosko — mówi są­
siadka — to tak daleko., co wy swą Kaśkę tam wydać kcecie.
Ni óna do was zaźry, ni wy do nij. Nie przydzie do was sie po­
żalić, choćby ji tam i źle było, nie ucieknie, choćby ją i chłop
pobiuł.... Na co wam to wsyćko.... Nima to , jak we swoji wsi.
Co potrzebuje, ino do was przeskoknie; zaboli ją co, juz i wy
wiecie, a tam, choćby i umarła, to i chto w&m tu da tak prędko
znać... W ogranicy to ino wsyćkie baby na nią buziu, a nik za
nią sie nie ujmie, ino chyba ten chłop.... Ale cóz tam i ten chłop.
Pódzie do roboty w pole i ani go widnąć, a t u ; Bóg wió, co sie
stać może... A któż wie, jaki tam i ten chłop bedzie? Przezrycie
go to? A jak bedzie jaki pijak i zbijak — to i biedacka sie na­
cierpi, a i wam bedzie markotno, izeście za takiego łajdaka dziecko
swoje dali“.
W podobny sposób starają się sąsiadki wybić z głowy matce
wydanie córki „w ogranicę“. Mimoto obecnie coraz częstsze bywają wypadki, że ogranica z ogranicą związkami małżeńskimi
się łączy.
Związków pomiędzy ludźmi różnego stanu albo różnej wiary
(wyznania) prawie się nie spotyka. Takie związki, według zapa­
trywania ludowego, są „nic warte, bo jedno ciągnie do sassa,
a drugie do lassa. Miescka abo ślachcianka, ja k wyjdzie za chłopa,
dmie to ino w górę i nosem kreci: inoby dobrze jadła, piła i spała
kawał na dzień i po jarmakach się włócyła, a do roboty ani rus,
ani ji drągem nie udźwignies ! Lepsi juz bywa, jak miescan ożeni
sie z chłopką, bo chłopka wsyćkiego sie naucy, a jak ón porząmny, to i wsyćko u nich dobrze idzie. Katolicka zną, jak wyj­
dzie za lutra, abo luterka za chłopa (katolika), to óna swoje, a ón
swoje: nie wiedzieć, jak dzieci pacierza ucyć. Ale pono sie tak
um awiają, ize dziauchy (dziewczęta) idą na wiarę m atki, a syny
na wiarę ojca. Abo i żydówka, co wyjdzie za chrześcijana, choć
sie ato i ochrzci, to zawdy i tak żydem i cebulą śmierdzi i za
żydami ciągnie. Ale niech tam bedzie ju z, jak kce, ja zawdy
powiedam, ize w takich wsyćkich stadłach nima błogosławieństwa
Bożego i ze to nima lepij, jak prawowity chłop ożeni sie z praw­
dziwą chłopką“.
Wola rodziców o tyle zobowiązuje dzieci do zawierania
związku małżeńskiego z tą, a nie inną osobą, o ile one z nią się
zgodzą. W przeciwnym razie wola rodziców, według zapatrywania

[314]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

49

ludu, powinna ustąpić niechęci dzieci do ich wybrańców, bo to prze­
cież w takich razach chodzi o szczęście dzieci, a nie rodziców.
Zdarza się wszakże dość często, że rodzice chcą zmusić dzieci pod
grozą wydziedziczenia do zawarcia związku małżeńskiego z osobą,
która im wpadła w oko czy to dla majątku czy też pracowitości,
gospodarności i zapobiegliwości, a czasami i za dobry poczęstunek.
Dzieci starają się przełamać wolę rodziców prośbą i okazywaniem
wstrętu do osób im przeznaczanych w małżeństwo. Lecz na upór
rodziców zazwyczaj w tych razach niema lekarstwa. Wymagają
oni od dzieci bezwzględnej uległości, a nawet tłómaczą im swe
życzenia powrozem lub kijem. Pod takim naciskiem dają się *też
niektóre dzieci, mniej stałe w swych przekonaniach, nakłonić do
niemiłych im związków, a zwłaszcza, gdy podmówieni krewni i sąsiedzi nie żałują języka, aby osoby w małżeństwo im narzucane
przedstawić w jak najkorzystniejszym świetle. Przynajmniej atoli
połowa dzieci i w ten sposób przymuszana do zawarcia ślubów
małżeńskich z osobą im niemiłą, mając za sobą opinię ogółu, sprze­
ciwia się stanowczo woli rodziców, starając się zarazem ich prze­
konać, tak pośrednio, jak i bezpośrednio , że podobne małżeństwo
byłoby dla nich zgubą moralną, której majątkiem opłacić nie
można. Rodzice gniewają się przez czas niejaki na tak nieposłu­
szne dzieci; dadzą się przecież udobruchać z czasem i swe po­
gróżki wydziedziczenia cofną, zwłaszcza, gdy życzliwi dzieciom
sąsiedzi i krewni ujmią się za niemi wobec rodziców i tym w*ytłómaczą, że — o ile przykłady pouczają — związki powstałe
z namowy i przymusu są nie wiele warte; bo w „stadłach“ wśród
takich warunków skojarzonych niema zgody, miłości i bojaźni
Bożej.
W regule też zostawiają rodzice synom wolny wybór żony,
a córkom wolność w rozporządzaniu swą ręką. Wybrane jednak
przez dzieci osoby powinny odpowiadać i zapatrywaniom rodzi­
ców. Jeżeli zatem przez dzieci w sprawach małżeńskich zrobiony
wybór czy to ze względów majątkowych, czy familijnych, czy też
wreszcie obyczajowych, nie podoba się rodzicom, sprzeciwiają się
oni związkowi i starają się prośbą i groźbą, a niekiedy i kijem
wybić dzieciom z głowy podobne małżeństwo. Dzieci zazwyczaj
szanują wolę rodziców i od swego zamiaru odstępują, licząc się
zarówno z zapatrywaniami ludu , według którego związki małżeń­
skie samowolne lub zawierane wbrew woli rodziców nie są szczę­
śliwe, jak i z zagrożeniem rodziców, że „nic u nich ni mają, kiej ich
nie sanują i nizaco mają, a swoją mocą kca robić“. Praktykują
się wszakże niekiedy także samowolne związki, szczególniej u męż­
czyzn; w rezultacie nie spełniają się też zupełnie groźby rodzi­
cielskie, bo „ojcowie“ dadzą się przecież ubłagać z czasem, a nie­
kiedy i na ślub udającym się swego nie odmówią błogosławieństwa,

50

JAN ŚW 1ĘTEK.

[315]

chociaż każą nieposłusznym czekać aź do swej śmierci na spu­
ściznę po sobie.
Przy zawieraniu małżeństwa zwraca się uw agę, aby narze­
czeni byli fizycznie rozwinięci, rozumni, przystojni, trzeźwi, gospo­
darni, pracowici, oszczędni, zapobiegliwi, moralni, a przedewszystkiem zasobni, zwłaszcza w dzisiejszych czasach.
Tak kobieta, jak i mężczyzna, łącząc się związkiem małżeń­
skim, wymagają od siebie wzajemnie miłości, wierności, uczciwości,
pilności i gospodarności. Tymi przymiotami mężatka bezwzględnie
odznaczać się powinna. Zamiłowaniem do pracy i rządności zdo­
bywa sobie narzeczona niekiedy do tego stopnia uznanie, że wobec
niego mniejsza stosunkowo dbałość objawia się o nieskalaną jej
przeszłość w ścisłem tego słowa znaczeniu. Niema też tu zwyczaju
robienia oględzin narzeczonego i narzeczonej przez rodziców lub
krewnych drugiej strony: „Wiedza sąmsiedzi, jak elito siedzi“.
Małżonkowie nie powinni różnić się zanadto od siebie wie­
kiem. Dlatego to związki małżeńskie pomiędzy osobami młodemi
a podeszłeini są wśród Nadrabian dość rzadkie. Między nimi by­
wały atoli takie wypadki, że parobek dwudziestotrzechletni ożenił
się z ośmdziesięcioletnią staruszką, a szesnastoletnia dziewczyna
wyszła za starca, liczącego 75 lat wieku.
Mężczyzna (wdowiec), któremu dobiega sześćdziesiąty rok
życia, a kobieta (wdowa) w wieku od pięćdziesiątego do sześćdzie­
siątego roku i nawet wcześniej, zwłaszcza, jeżeli z pierwszego ich
małżeństwa pozostały dzieci dorosłe, nie powinni już wstępować
w powtórne związki małżeńskie. Jeżeli osoby w tym wieku za­
wierają związki ślubne, p r z y g a n i a j ą i m: „W starym piecu
widać jesce dobrze djabli palą“.
Przed czterdziestu jeszcze laty małżeństwa przy znacznej
różnicy majątkowej bywały nawet bardzo częste; dziś są już dość
rzadkie. Gdy dziś uboga dziewczyna wychodzi za zamożnego
c h ł o p a , mówią powszechnie, że „óna sceście robi, ón zaś źle
się żeni“; starzy i bezstronni ludzie utrzymują wszakże, „ze ón
dobrze robi, ize sie trzyma starego zwycaju, bu kej tam dawnij
kto myślał o bogaty dziewce: dosić było, jak mu sie udała“.
Rodzice, zanim zgodzą się ostatecznie na związek małżeński
swego dziecka z polecaną lub starającą się o to osobą, zasięgają
zazwyczaj zdania bliższych krewnych i powinowatych w tym wzglę­
dzie. Nie bywa jednak formalnej narady rodzinnej przed tą decyzyą.
Między Nadrabianami utrzymywał się zwyczaj żenienia tudzież
wydawania za mąż dzieci kolejno według wieku. Zwyczaj ten nie
jest już dziś ściśle przestrzegany i stosuje się do każdej płci oso­
bno. Dziewczęta wychodzą wcześniej za mąż, mężczyźni w później­
szym wieku się żenią. Z braci ten żeni się wcześniej i to za zu­
pełną zgodą rodziców, choćby był i młodszy wiekiem, który pierwej

[316]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

51

żonę sobie „upatrzuł“ ; zachowywanie zaś kolei przez rodziców
przy zamężciu córek o tyle ma swoje znaczenie, o ile na to zwaźaja ich przyszli zięciowie, bo „która kcą chłopi: młodsą cy starsą,
tę ojcowie dają“, choć radziby wydać starszą przed młodszą.
Po zalotach, a nawet i po wygłoszonych w kościele zapo­
wiedziach przychodzi niekiedy do zerwania związku pomiędzy
narzeczonymi, czyto bezpośrednio przez nich samych, czy też po­
średnio przez ich rodziców. Powodem do takiego zerwania bywa
albo to, że jednej stronie zaczyna się coś u drugiej niepodobać
albo też, że w układach majątkowych nie mogą się wzajemnie
porozumieć. Zerwanie takie nie jest bez następstw. I tak gdy
małżeństwo rozchwiało się po zapisie przedślubnym, strona zrywa­
jąca ponosi wszelkie koszta tego zapisu, a prócz tego naraża się
na nienawiść i mściwość strony wrzekomo pokrzywdzonej, jeżeli
małżeństwo ponownie się nie nawiąże. Gdy zamierzony związek
nie przyjdzie do skutku z powodu umysłowych lub fizycznych
wad, spostrzeżonych dopiero po zaręczynach u jednego z narzeczo­
nych, dostaje się zrywającemu przezwisko „przebierającego“, ale dla
upośledzonego przez naturę związek późniejszy bywa utrudniony.
Gdy związek zerwie się z powodu niemoralnego prowadzenia się
narzeczonej, wtedy dopiero dowiedzionego lub zawiązanych gdzie­
indziej stosunków miłosnych przez narzeczonego, powstają we wsi
różne plotki, bajki i domysły. Gdy związek wreszcie czy z ta­
kich czy innych pobudek upadnie, wywiązują się czasami zatargi
a nawet procesy.
Koszta napitku podczas „zalót“ ponosi wyłącznie prawie na­
rzeczony. Wrazie zerwania więc małżeństwa przez narzeczoną, ona
zwraca tę „stratę“ kawalerowi i podarki, gdyby jakie była otrzy­
mała. Jeżeli zaś narzeczony „odrzeka się“ narzeczonej , ani on,
ani ona nie zwracają sobie kosztów. Wydatki bowiem dziewczyny,
ograniczające się zwykle do „postawienia jadła“ na przyjęcie na­
rzeczonego, nie wchodzą zazwyczaj w rachubę.
Niedotrzymanie zobowiązania przez jednego z narzeczonych
w skutek zerwania małżeństwa, prócz luźnych, z przekąsem robio­
nych komentarzy, lud zresztą przyjmuje obojętnie.
Wesele wyprawia pani młoda. Gdy rodzice pani młodej są
ubożsi od rodziców pana młodego, są zwykle nowożeńcy do kosz­
tów weselnych „spólni“.
Zdarza się też niekiedy, że pan młody ponosi wszystkie
koszta weselne. W tym wypadku bywa zazwyczaj pani młoda
sierotą, bez zamożnych lub bez życzliwych krewnych albo też
pochodzi z rodziców zupełnie ubogich.
Narzeczona, „sprawia“ narzeczonemu do ślubu koszulę, na­
rzeczony zaś kupuje dla narzeczonej ślubne wstążki, szpilki, pier­

52

Ja n

ś w ię t e k .

[817]

ścionki, a czasami i pewna część z ubioru kobiecego n. p. spódnicę,
chustkę, gorset — „złoty kwiat“, katankę i t. p.
Między narzeczonymi zawiązuje się poufały stosunek, a nie­
kiedy i zażyły. Często ze sobą przestają i omawiają różne kwestye
co do ślubu i co do urządzenia się na przyszłem swem gospo­
darstwie.
Zwyczaj zbierania składek pomiędzy gośćmi weselnymi
praktykuje się na korzyść „pani młodej“ naprzód „na związek"
przed udaniem się na ślub do kościoła w czasie „błogosławieństwa“,
a następnie po ślubie podczas „cepin“ — „na cepiec“. Po obiedzie
weselników znowu zbiera „nablizsy drużba“ składkę „na kucharkę“,
t. j. kobietę, która podczas wesela zajmuje się gotowaniem obiadu
dla drużyny weselnej.
Pomiędzy zalotami (swatami), a weselem bywa zwykle trzechtydniowa przerwa; zdarza się wszakże niekiedy, zwłaszcza, jeżeli
rodzice obu stron nie mogą się pogodzić co do wyposażenia swych
dzieci, że ta przerwa trwa i dłuższy czas.
Śluby najczęściej odbywają w zimie w mięsopusty, bo —
jak się lud wyraża — „ludzie wtedy ni mają co robić, to sie
i żenią“.
Lud nadrabski z uwagi na charakter i doniosłość małżeń­
stwa przypisuje bezwzględnie większe znaczenie obrzędowi kościel­
nemu, niż tradycyjnym obrzędom weselnym. „Ślub to przecie
Sakrament święty, a wesele to ino taka zabaw ka, co przez ni
mogłoby sie i obyś".
Stąd i wypadki wyprawiania wesela i pożycia małżeńskiego
przed ślubem kościelnym nie zdarzają się w okolicy nadrabskiej.
Gospodarz — wdowiec, któremu dzieci małoletnie po pierwszo]
żonie pozostały, powinien się, według zapatrywania ludu, żenić
powtórnie: „Bo choć tam i macocha — mówią — na dzieci
z piersy baby zryza i tak kole nich, ja k kole swoich nie chodzi,
to jak przecie na nie chłop powsiedzie i dopilnuje . to óna i tak
lepsa bywa, jak jaka sługa, co ino la siebie patrzy ukraś. Abo
i coby to gdowiec se pocąn, jak dzieci są małe i do roboty nie­
zdolne, jakby się z drugą babą nie ozeniuł; toby ón sobie rady
nie dał, bo to zona, cy piersa cy druga, to óna zawdy przecie
la chłopa nalepsa: i gospodarztwa przypilnuje i w chałupie jaki
porządek utrzyma i jeś porząmnie 'la niego i 'la pasierbów ugo­
tuje A jak do tego gdowiec chłop młody, toby ón sie przez baby
i nie obsed. Co intsego, jak gdowiec chłop stary i dzieci ma duże,
co se radę dadzą i żenić sie juz mogą i gospodarzyć, to taki juz
żenić sie nie powinien.
„Gdowa — ano juści musiała sie óna i ożenić, bo przecie
jesce młoda i dzieci po piersym chłopie małe, a robić chto na

[318]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

53

gospodarztwie ni miał: toby i gospodarztwo zmarniało, a óna ma
wsyćko dotrzymać w porządku, jaz dzieci dorosną“.
W powtórne związki małżeńskie wstępują z naturalnych po­
budek wspólnego pożycia prawie zawsze tak wdowiec, jak i wdowa,
ilekroć nie dojdą jeszcze do pięćdziesiątego roku życia, a dzieci
ich z pierwszego małżeństwa nie są pełnoletnie. Po tym wieku
życia powtórne małżeństwa bywają o wiele rzadsze, częstsze atoli
u mężczyzn, niż u kobiet. Dorosłe a nawet i niepełnoletnie dzieci
bowiem łatwiej powstrzymują matkę od powtórnego związku,
(„jak sie ji drugi chłop trafił“), niż potrafią wobec ojca uchronić
się od macochy. Zresztą gospodarz wdowiec zwykle rozporządza
jeszcze samodzielnie pewnym nieruchomym majątkiem, co rzadziej
zdarza się w stanie wrdowim kobiety. Prędzej więc „ułakomnią
się“ kobiety na majątek starego wdowca, którym kierują dość
często podług swej woli, niż mężczyźni odważą się dla starszej
wdowy iść na „cudze dzieci“, które w każdej chwili mogą „wziąś
ojcyma za łeb“. Z drugiej strony znowu podeszli wdowcy, opu­
szczeni przez dorosłe dzieci, które już mają swe własne obowiązki
rodzinne i gospodarskie, pozostawieni samym sobie, zmuszeni są
nawet poniekąd do poszukania sobie nowej towarzyszki życia dla
prowadzenia gospodarstwa domowego, gdy tymczasem kobiety
same sobie dadzą radę w wdowim stanie, zwłaszcza, gdy ciężar
całego rolnego gospodarstwa spoczywa już w rękach dorosłych
dzieci.
Rzadko wprawdzie, ale zdarzają się też takie wypadki
w okolicy nadrabskiej, że mąż przed śmiercią zobowiązuje swą
żonę, żona zaś męża do zawarcia związku z tą, a nie z inną
osobą. W Chełmie n. p. przed kilku laty mąż, umierając, polecił
żonie, aby po jego śmierci za nikogo innego iść się nie ważyła,
prócz tego, którego jej na przyszłego małżonka przeznaczył, t. j.
swego parobka; w drugim znowu wypadku w tejże samej miej­
scowości żona przed śmiercią upominała męża, aby tylko z tą
dziewką się ożenił, którą mu wskazała.
W okolicy nadrabskiej niema takich pojęć i przesądów,
któreby powstrzymywały wdowca lub wdowę od powtórnego
związku; Nadrabianie sądzą tylko, że, gdy mężczyźnie lub ko­
biecie w pierwszem małżeństwie „sie nie więdło“, i w powtórnym
związku „scęście im służyć nie bedzie“. Nadto utrzymują, że, ile
mężczyzna ma „środków na głowie, tyła i bab zedrze“. Gdy więc
wdowiec ma trzy środki na głowie, kobieta, wychodząca za niego,
może się spodziewać, że pierwej od swego męża umrze, a on po
trzeci raz wejdzie w związki małżeńskie. Z tak naznaczonym
mężczyzną obawiają się też kobiety zawierać małżeństwa, a jeżeli
zdobędą się na odwagę poślubienia go, to przynajmniej, idąc za
przykładem mężatek, które za wdowców czyto z dwoma czy

u

Jan św iętek .

[3i9|

trzema środkami na głowie wyszły bezpiecznie, starają się „śmierci
pomylić drogę, jak po nie pódzie“.
Czynią to w ten sposób, że wprowadzając się po ślubie do
domu mężowskiego, nie wchodzą do izby drzwiami, ale każą się
do niej przez okno przesadzić. Śmierć, wchodząc do izby jedynie
drzwiami po swe ofiary, zabiera tylko te osoby, które pierwszy
raz do tej izby, podobnież jak i ona, drzwiami się dostały, na
osoby zaś, które oknem do wnętrza domu weszły nie tak prędko
natrafi.
Najmniejsza przerwa pomiędzy śmiercią jednego z małżon­
ków, a ślubem powtórnym jest sześć tygodni.
Zewnętrzne różnice pomiędzy weselem młodzieńca i dziewicy
a weselem wdowca lub wdowy uwydatniają się zarówno w ozna­
kach, jak i obrzędach.
Pan młody — p a r o b e k — ma na głowie kapelusz, przy­
strojony w bukiet ze sztucznych kwiatów („smacianych“) , kilku
gałązek mirtu, rozmarynu, ruty (dawniej); wdowca kapelusz zdo­
bny jest w bukiet ze sztucznych kwiatów, w którym niekiedy
znajduje się i trójłozłożysta gałązka świerkowa z przyczepionymi
na niej orzechami pozłacanymi.
Pani młoda — d z i e w c z y n a — stroi głowę w wieniec
z mirtu, rozmarynu lub ruty obok bukietów ze sztucznych kwia­
tów; wdowa miewa jedynie do ślubu na głowie białą „sytą“
chustkę, zwykle bez żadnych oznak.
W obrzędach weselnych dziewczyny a wdowy ta tylko za­
chodzi różnica, że pierwsza podlega „cepinom“, druga zaś nie.
Małżeństwo podług Nadrabian jest związkiem świętym. Osoby
nim połączone winny być dla siebie jakby jednem ciałem i jedną
duszą. Powinny się wzajemnie miłować, wzajemnie sobie wierzyć,
wspierać się radą i praktyczną pomocą. Żona powinna z mężem
mieszkać wspólnie („siedzieć razem“) i spełniać jego zlecenia; mąż
winien żonie powolność, wyrozumiałość, powinien też poniekąd
starać się o jej utrzymanie i zdrowie jej ochraniać. Oboje winni
sobie wiarę małżeńską.
Każdy mężczyzna, prowadzący na własną rękę gospodarstwo,
żenić się powinien, inaczej „zmarnieje“. „Gospodarz niezeniaty
nie wiela warta“. „Gospodyni trzyma trzy węgły, a gospodarz
dopiero cwarty“ — powiada Nadrabianin, gdy nieżonatemu do­
radza małżeństwo. Wstąpienie też w związki małżeńskie wśród
ludności nadrabskiej uważa się za obowiązek każdego porządnego
człowieka. Każdy więc, kto samodzielnie na swem gospodarstwie
pracować poczyna, żeni się czemprędzej, a wdowiec po śmierci
swej żony, choć „popłakuje potrose“, niekiedy już w dwa, trzy
tygodnie spieszy z inną „na zapowiedzi“, aby wolny swój stan

[320]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

55

zakończyć. Dlatego to i starzy bezżeńcy trafiają się w okolicy
nadrabskiej nader rzadko i to tylko tacy, którzy fizycznie i umy­
słowo są upośledzeni przez naturę.
Nadrabianie uważają za przeznaczenie każdej kobiety, aby
za mąż wyszła; widać to z obrzędu symbolicznego, jaki się do­
pełnia przy pogrzebie dziewczyny, zastępującym niejako wesele.
Stroją zmarłą tak do trumny, jakby do ślubu była ubrana.
Do potrzeby błogosławieństwa rodzicielskiego przy ślubie
przywiązuje lud wielką wagę, utrzymując, że „jak nowożeńcy do­
staną błogosławieństwo od rodziców, to tak , jakby je otrzymali
i od samego Pana Boga; gdy ojcowie nie pobłogosławią dzieciom
do ślubu i Pan Bóg nie błogosławi im w pożyciu małżeńskiem“.
Z tego też założenia wychodząc, lud potępia związki, zawie­
rane samowolnie, a wiec takie, którym rodzice odmówili swego
błogosławieństwa. Małżonkowie, odczuwając również brak tego
błogosławieństwa, starają się usilnie rodziców za swój krok prze­
błagać. Udaje im się to z czasem, acz niezupełnie, bo rzadki to
wypadek, żeby rodzice dziecku, które samowolnie i bez ich bło­
gosławieństwa związek małżeński zawarło, taki dział majątkowy
przekazali po sobie w spadku, jakiby mu się w innym razie był
od nich dostał. Na to trzeba dłuższego czasu i wielkich zasług
wobec rozgniewanych rodziców. Bywały atoli wypadki, że „za­
wzięci“ rodzice nie dali się przejednać, nie przepuścili nigdy dzie­
ciom ich samowoli przy zawarciu małżeństwa i prócz kilkudzie­
sięciu reńskich spłatu z większego gospodarstwa nic im więcej
nie zapisali, podając za przyczynę ich nieposłuszeństwo, a sobie
zastrzegając wolność rozporządzenia swym majątkiem na rzecz
tego z dzieci, które ich słuchało.
Małżonkowie między sobą tytułują się zwykle przez „ty “
po imieniu. W stosunku do dzieci nazywają się: „ociec, m atka“,
rzadko „stary, stara“. Gdy mąż znacznie od żony starszy (n. p.
żona ma lat 20, mąż 40), „d w o i" mu czasami żona, t. j. prze­
mawia do niego w osobie drugiej liczby mnogiej.
Przed obcymi mąż, mówiąc o swej żonie, nazywa ją : „ mo ­
j a “, często z dodatkiem: „ b a b a “, rzadziej „ z o n a “ ; przema­
wiając do niej, używa osoby drugiej liczby pojedynczej; wzywa­
jąc ją, woła po imieniu , niekiedy: „m a t k a!“ albo: „b a b o“ !
Zona również, przed obcymi mówiąc o mężu, nazywa go:
„ m ó j “, często z dodatkiem: „ c h ł o p “, rzadziej: „m ą z; w roz­
mowie z nim posługuje się osobą drugą liczby pojedynczej, wo­
łając go, nazywa po imieniu, niekiedy „oj e e“ ! lub „ c h ł o p i e!“
Nazwiska żon od nazwiska mężów tworzą się przez dodanie
do źródłosłowu nazwiska rodowego przyrostków: o wa , i n a, k a3
c k a, s k a n. p.

f)G

JAN ŚWIETEK.

1321 •

1. do nazwisk z końcowa spółgłoską przyrostek - o wa : Wątorek — Wątorkowa, lub -k a:jK orbut — Korbutka, lub - c k a :
Wójcik — Wójcicka,
2. do nazwisk zakończonych na -a, przyrostek -i n a : Swieboda — Świebodzina, ^Kalita — Kalicina, Chyła — Chylinń,
Ryba — Rybina itp.
Bywają jednak przykłady, że do kategoryi 2) dodają przy­
rostek - o wa : Karpała — Karpalina i Karpałowa, Rzepa — Rze­
pina i Rzepo wa.
3. Nazwiska przymiotnikowe na -sk i, -ck i, zmieniają tylko
końcówkę, podobnie jak w języku ogólnym: Chudecki — Chudecka, Kowalski — Kowalska itp.
Nad Rabą^prócz^zwyczajnych robót w polu, do których tak
mężczyźni, jak i kobiety są zarówno powołane, są pewne rodzaje
robót, dla każdej płci z osobna zastrzeżone. Do mężczyzny należą
roboty: orać, siać, jeździć, do stodoły zwozić, młócić zboże, czy­
ścić je, koło koni chodzić, o paszę dla bydła się starać i w ogól­
ności załatwiać wszelkie czynności^koło roli, zawiadywać całem
gospodarstwem rolnem, a częściowo i gospodarstwem domowem,
o ile roboty w ten zakres wchodzące nie należą wyłącznie do kobiet.
Kobieta ma gotować, piec chleb, prząść, płótno bielić, szyć,
prać, utrzymywać porządek w dom u, chodzić koło drobiu , rogacizną i trzodą się zajmować, krowy doić, mlecznem gospodarstwem
się trudnić i w ogólności zarządzać całem gospodarstwem domowem.
Mąż nie powinien się żonie „wtrącać do garków, izeby nie
dostał warzechą i nie nazywał sie skrobigńrcek“ ; nie powinien
tez „kur macać, boby go nazwali macykurą“, nie powinien prać,
naczynia myć. Kobieta może się wtrącać do. wszelkich mężowskich
robót bez ujmy, chociaż orka, siejba, jeżdżenie i młocka prawie
wyłącznie do mężczyzn należą.
Małżeństwa nad Rabą są dość przykładne. Małżonkowie za­
zwyczaj żyją w zgodzie i dotrzymują sobie wzajemnie wierności
małżeńskiej. Wypadki niewiary są względnie rzadkie; rzadkie też
zatargi wśród małżeństwa w douioślejszem znaczeniu tego wyrazu.
Bez porównania częstsze bywa dobre, niż złe pożycie małżonków.
Małżonków cechuje zazwyczaj trzeźwość, moralność, gospodarność,
oszczędność, zapobiegliwość i pracowitość. Grdzie przynajmniej
jednego z tych przymiotów brak małżeństwu, tam nie zawsze mó­
wić można o zupełnie dobrem ich pożyciu. Z tern wszystkiem za
najcięższe przewinienie w małżeństwie uchodzi łamanie wiary mał­
żeńskiej. Niema przykładu, a przynajmniej taki przykład nie jest
mi znany, aby mąż patrzał pobłażliwie na niewiarę żony lub żona
na niewiarę męża. W razie, jeżeli mąż schwyci żonę na złamaniu

[322]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

57

wiary małżeńskiej , ciężka czeka ja odpowiedzialność. Nadmierna
dotkliwa chłostaj rzucanie o ziemię za włosy, kopanie obcasami
z pewnością jej nie om inie, a często nawet i chwilowe wypę­
dzenie z domu; przyszłość zaś jej cała już bezpowrotnie zapra­
wiona bywa zwykle najrozmaitszymi docinkami i wyrzutami w połą­
czeniu z częstemi plagami, nieraz już bez najmniejszej przyczyny.
Rozumie się, że na tern cierpi wiele i gospodarstwo, gdyż raz świa­
domie zdradzony przez żonę mąż już od owej fatalnej chwili nierad
w domu zagrzewa, a natomiast zalewa po karczmach gryzącego
go robaka.
Zona również wobec udowodnionej niewiary męża ciężko w y­
rzeka „na swój los nieszczęsny“, na „godzinę“, w której wyszła
„za takiego łajdaka“ ; jeżeli się tylko da, „nieraz go i porząmnie
po pysku wy chlasta“, a niekiedy i z domu małżeńskiego uchodzi,
zwłaszcza, gdy ma rodziców lub życzliwych krewnych. Nie tak
też łatwo daje się niewiernemu mężowi przebłagać. Uroczyste
przyrzeczenie poprawy i przeproszenie żony łagodzi wprawdzie
jej gniew zapalczywy, rozbraja ją poniekąd, ale nie sprowadza
bynajmniej zapomnienia winy mężowskiej. Wyrzuca mu ją ona
przy każdej sposobności; przy każdem najmniejszem nawet roz­
drażnieniu. O wszystkich żonach bez zastrzeżenia tego powiedzieć
nie można. Wolniejsze w przekonaniach łatwiej dają się ułagodzić,
ale za to więcej dokuczają w przyszłości; surowsze na punkcie
czystości obyczajów trudno przebaczają, ale przebaczywszy, rza­
dziej wyrzucają mężom ich zapomnienie się, jeżeli tylko nie dają
następnie do tego powodów.
Lud patrzy na złamanie wiary małżeńskiej z prawdziwą od­
razą. W edług jego zapatrywania tylko „zły i nieporząmny chłop“
nie dotrzymuje wierności małżeńskiej żonie. „W arta ón, izeby mu
tak przy wszyćkich ludziach na środku wsi wypalić z piejdziesiąt
postronków na gołą pokładanego, zęby ślubu nie łamśl i o szóste
dbał boskie przykazanie“. Surowsze jest wszakże zapatrywanie
ludu na złamanie wiary małżeńskiej przez żonę, niż przez męża;
wymierzyłby też jej większą karę za to, niż jem u, a to z tego
względu, „ize chłop baby w niwcym i nikej upatrzyć ni może,
a baba wsędy chłopa swego uźry“.
W ogólności, gdy do uszu ludu dojdzie wiadomość o wy­
padku niewiary czy to przez jedną czy drugą stronę z małżonków,
w całej wsi przez kilka miesięcy przynajmniej „trzęsą ino ludzie
takim chłopem abo i taką babą“. Dawniej też, o ile starzy wło­
ścianie opowiadają, i wobec urzędu gromadzkiego takie przewinienia
małżeńskie nie uchodziły bezkarnie. Tak winnych cudzołoztwa,
jak i ich kochanków, względnie kochanki sprowadzano do wójta
i bito „pokładanego“ wobec zbiegowiska z całej wsi, zwykle pod
figurami na ławce, którą winowajcy sami w przestankach między

58

JAN ŚW lRTKk.

[823]

poszczególnymi aktami ocl figury do figury nosić musieli. Dziś na
wiarołomnych mężach mszczą się niekiedy bracia żony lub krewni,
na kochankach żon mężowie, jeżeli im radę dadzą, podobnie też
zdradzone żony na kochankach wiarołomnych mężów. Bywają
również wypadki pozywania przed sąd kochanków żony ze stro­
ny męża.
Żona łamie wiarę małżeńską szczególniej w czasie nieo­
becności męża we wsi, t. j. gdy; zmuszony niedostatkiem domo­
wym, dla zarobku w dalsze okolice kraju z domu się wydala
na dłuższy przeciąg czasu. Jeżeli się to zaś dzieje podczas pobytu
męża w domu, to przeważnie z powodu nieudolności fizycznej męża.
lub też jego starości.
Na czas nieobecności męża w domu kobiety z reguły przej­
mują na swe barki cały ciężar zawiadywania gospodarstwem rolnem, które do mężczyzn należy w innych razach. Żony wierne
mężom przepędzają czas na pracy, rzadko z domu się wydalając,
chyba tylko do najbliższej rodziny lub do miasta za sprawunkami.
Ale nie wszystkie kobiety pojmują tak swe obowiązki małżeńskie.
Znajdują się i lekkomyślne, które, korzystając z dłuższej nieobe­
cności mężów w domu, jeżeli już nie szukają sposobności, w pełnem znaczeniu tego wyrazu, zetknięcia z obcymi mężczyznami,
zwłaszcza nieżonatymi, to dają się im przecież łatwo bałamucić
i zawiązują z nimi zażyłe stosunki. Za to też jak pierwsze, wy­
wiązawszy się z poruczonego im zadania ku zupełnemu zadowo­
leniu, witane bywają przez mężów za ich powrotem do domu
z prawdziwą radością a nawet cały ich zarobek w swe ręce do­
stają, aby za niego poczynić dowolne sprawunki; tak drugie, które
nieobecność mężów w domu wyzyskiwały w. niegodny sposób, za
ich powrotem pod rodzinną strzechę, stosownej nagrody spodzie­
wać się mogą. Postępowanie żony podczas nieobecności męża
w domu przez czas dłuższy nie ukryje się przed bacznem okiem
sąsiadów, a zarazem i wsi całej. Znajdą się też zaraz ludzie, któ­
rzy mężowi za jego powrotem wszystko opowiedzą, z najdrobniej­
szymi nawet szczegółami. Za „włócenie się“ po jarmarkach i trwo­
nienie zarobionego przez męża grosza spotyka już lekkomyślną
kobietę dotkliwa cielesna chłosta i ciężkie wyrzuty ze strony męża;
jeżeli zaś sprawdzi krążące we wsi pogłoski, że żona w czasie
jego nieobecności „z intsńmi chłopami psy pasła (utrzymywała sto­
sunki), to ón ją juz tyła natłuce, ize ji małoco do życia ostanie,
a casem to i z chałupy wyzenie“.
Drugą przyczyną, dla której z winy żony wywiązują się
niesnaski w małżeństwie, jest trwonienie majątku przez kobietę.
Zdarza się to szczególniej wtedy, gdy żona, mając skłonność do
pijaństwa , „pokryj om u wynosi gar(n)cami abo miarkami" zboże

[324?]

59

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

ż komory do karczmy za wódkę lub gdy, lubiąc nowinki i ba­
jeczki, płaci za „znoszenie“ tych bajek „babom bajcarkoin“ i plot­
karkom zapasami z komory. W obu tych razach maź, zbadawszy
istotny stan rzeczy, nie szczędzi wyrzutów żonie, a niekiedy i plag
dotkliwych. Również wywiązują się zatargi w małżeństwie, gdy
maż dostrzeże braki w komorze za sprawą żony, która wy sprze­
daje potajemnie zboże „miarkami i ćwierciami“ komornikom i cha­
łupnikom, a pieniądze tym sposobem uzyskane obraca na stroje
zbyteczne. Niezależnie jednak od tego trzeba przyznać, że niektóre
kobiety, zwłaszcza mające mężów znanych ze sknerstwa, z ko­
nieczności muszą się uciekać do takiego źródła dochodów, ażeby
opędzić wydatki na ubranie siebie i dzieci.
Niesnaski i zatargi, jakie w młodem małżeństwie się zda­
rzają, są zazwyczaj wynikiem niedostatecznej kwalifikacyi młodej
żony na gospodynię. Nieporadna, niedołężna, niedbała, leniwa, nie­
gospodarna, niezapobiegliwa i nieobznajorniona należycie z prowa­
dzeniem gospodarstwa domowego i z pracą gospodarską nie znaj­
duje zwykle pobłażania u młodego męża. Za mąż wyszedłszy,
kobieta powinna umieć zgotować porządnie straw ę, upiec chleb
należycie i znać się na wszystkich robotach domowych i gospo­
darskich. Tego też od niej mąż wymaga, a jeżeli ona tym obo­
wiązkom nie podoła, odsyła ją nawet czasami do domu rodziciel­
skiego, aby „się naucyła robić“, nie szczędząc jej przedtem nie­
kiedy chłosty czyli, jak tu mówią, „ucy ją robić“.
W pojednaniu małżeństwa pośredniczą często także krewni,
rzadziej powinowaci. Szczególniej zdarza się to wtedy, gdy mąż
oddali od siebie żonę dla jej rozwiozłości, złamania wiary mał­
żeńskiej lub pijaństwa. W wypadkach rozłączenia małżeństwa,
w których wina po stronie męża, mąż rzadko ucieka się do po­
średnictwa; wystarcza, jeżeli przy poczęstunku przyrzecze wobec
rodziców żony poprawę i zerwie stanowczo stosunki miłosne ze
swą kochanką, jeżeli o to zatargi w małżeństwie się wywiązały.
W razie znęcania się nad żoną mąż musi przyrzec, że na przy­
szłość czegoś podobnego się nie dopuści. Na takie zapewnienie
wraca zazwyczaj żona do domu mężowskiego.
W wypadkach odejścia męża od żony, na które zazwyczaj
dziesiątki lat się składają, wina prawie wyłącznie jest po stronie
kobiety. Takie zdarzenia bywają też niemal jedynie w stosunkach
tak zwanego „przyzenienia sie“ mężczyzny do majątku żony.
„ P r z y s t e p i e ń “ (bo tak nazywają mężczyznę, który, sam nie
wiele posiadając, łączy się związkiem małżeńskim z kobietą, ma­
jącą własne gospodarstwo), nie ma po większej części ani znacze­
nia, ani poważania w domu. Zona męża takiego przeważnie „ma
nizaco, nidocego wrażać mu sie nie da, na kozdym stąpieniu mu
zaciukuje, ize ón był dziad i byłby dziadem i zęby nie óna, toby
5*

60

J AN

Ś W IĘ T EK .

[325]

on zdech pod płotem, a izeli go óna do siebie przyjena, to na to,
izeby robiuł i słuchał, co óna mu każe, ale od ji gospodarztwa
mu wara. CeUdź tyz nim a przykńzu od gospodynie, widzi, co óna
z gospodarzem wydziwia i ma tyz go nizaco“. Panują więc w ta­
ki em „stadle“ częste kłótnie, zatargi domowe, „nima zgody, mi­
łości i bojaźni boży“. Położenie przystępnia staje się też wreszcie
wśród takich warunków"nieznośnem, „a jak juz nimoze tego zwyciezeć, a do tego, jak jesce rodzina jego baby na niógo wry, to
ón nakoniec i z chałupy babiny woli sie wynosić i iś na zarobek,
a jak juz nie, to woli przesiadować w karcmie i zalewać se pałkę
gorzałka, jak pilnować babinego gospodarztwa, co mu ś niego
każda łyżka strawy do gęby jes wymówiona“.
Ale nie wszyscy przecież przystępnie są tak nieszczęśliwi
w pożyciu małżeńskiem. Los taki spotyka przeważnie tych, którzy
według wyrażania się Nadrabian są zanadto „powolni, a baby ich
osy“. Energiczni, prawdziwie dzielni, rozumni i zawołani gospo­
darze nawet w charakterze przystępniów zdobywają sobie już
w pierwszych początkach takie znaczenie w domu, że cały zarząd
gospodarstwa przechodzi w ich ręce, podczas gdy ich żony jedynie
domem i gospodarstwem domowem się zajmują.
Między małżeństwem, a zwłaszcza młodem, bywają też za­
targi o wiano, którego żona, mimo przyrzeczenia jej rodziców przed
ślubem, do domu mężowskiego nie przynosi. W tych wypadkach
naprężają się niekiedy do tego stopnia stosunk^ między małżonkami,
że pożycie wspólne bywa prawie nieznośnem. Żona niemał w dzień
każdy słucha wyrzutów mężowskich: „Mieli ci tyła, a tyła dać,
a co ci dali!“ „Powie ji tyz chłop nieraz: Rusaj do swoich ojców
niek ci to dadzą, co ci dać mieli!“ Tym sposobem wypędza,
mąż żonę z domu, ale ją już zazwyczaj w kilka dni przyjmuje,
gdy rodzice albo jej dadzą wyrzeczone wiano albo też zapewnią
zięcia, że w krótkim czasie wywiążą się ze swych zobowiązań.
W ogólności zatargi między rodzicami żony, a zięciem kończą
się zwykle zgodą. W wypadkach, gdy chodzi o pouczenie młodej
żony wprowadzeniu gospodarstwa domowego, zazwyczaj jej matka
bierze sprawę w swoje ręce i, zaglądając często do domu zięcia,
zaznajamia szczegółowo córkę ze wszystkiemi robotami gospodarskiemi i zajęciami domowemi, które należą do gospodyni. Nie
można również powiedzieć, żeby w wypadkach odejścia męża od
żony stosunki małżeńskie z czasem znowu się nie nawiązały. Nie­
właściwe obchodzenie się żony z mężem podlega w opinii miej­
scowej surowej krytyce. Powszechna też przygana, a obok niej
i potrzeba gospodarza w domu zmusza kobietę, że stara się usilnie
tak sama, jak i za pośrednictwem własnych rodziców i krewnych,
skłonić męża do powrotu, zapewniając go naturalnie o zmianie
swego postępowania i poprawie.

[326]

ZWYCZAJE T POJĘCIA PRAWNE.

61

Najwięcej trudności w połączeniu małżeństwa, a właściwie
w sprowadzeniu między małżonkami wspólnego pożycia, bywa
w wypadkach, gdy mąż żonie „sie nie podoba i latego óna ś nim
siedzieć nie kce“. Połączenie to bywa jeszcze łatwiejsze, gdy
żona znajduje przytułek w domu rodzicielskim lub w domu krew­
nych; gdy atoli wieś opuści n. p. dla przyjęcia służby w K ra­
kowie, o ile parę przykładów poucza, pojednanie się małżonków
bywa nawet niemożliwe.
W staraniach o nakłonienie żony do wspólnego pożycia z mę­
żem biorą udział w tych razach nietylko sam mąż i jego rodzice,
ale nawet i krewni ze stron obydwu. Zabiegi te ich jednak
i prośby wtedy tylko mają pomyślny sk u tek , gdy i rodzice żony
je poprą i wywrą stanowczy wpływ na córkę. W innym razie
potrzebną jest koniecznie interwencya księdza proboszcza, do któ­
rej też małżonek się ucieka; mniej skuteczna bywa już dziś w po­
dobnych wypadkach interwencya urzędu gminnego i zwierzchności
gminnej. Dawniejsza gromada i zwierzchność gromadzka nie robiła
sobie wcale skrupułu wśród takich okoliczności, ale sprowadzała
przez przysięźnego kobietę, która z mężem mieszkać nie chciała,
przed swój trybunał i, nie wchodząc wcale w pobudki, jakie ją
do tego skłaniały, plagami zmuszała ją do udania się do domu
mężowskiego.
Uczucie wstrętu do wspólnego pożycia z mężem obudzą się
w kobiecie albo wskutek niedołężności mężczyzny, jego fizycznej
niemocy lub wreszcie ma swe wytłómaczenie w nacisku, pod ja ­
kim ze strony rodziców wyszła za mąż, nie żywiąc wcale dla
niego sympatyi, bo albo był „brzyćkina“ albo .starym " albo też
„miała kogo intsego“. Szczególniej ten „intsy“ jest najsilniejszą za­
porą, że młoda kobieta z mężem wspólnie mieszkać się wzbrania.
Charakteryzuje to dobrze piosenka, w której zawiera się wyrzut
córki za mąż przymusowo wydanej, skierowany do jej rodziców:
„Daliście mie dali, za kogoście keieli,
Teraz se bedziecie sami ś nim siedzieli.
Zęby ja se posła, za kogo ja. kciała,
Toby ja se była sama ś nim siedziała“.
Wypadki powyższe atoli są rzadkie; a już to są nader nie­
liczne wyjątki, na które, według mych spostrzeżeń, dziesiątki lat
się składają, żeby przez niejaki czas za sprawą żony rozluźnione
małżeństwo nie połączyło się wcale dla wspólnego pożycia. Sto­
sunkowo dość często nawet wytwarza się z czasem w takich mał­
żeństwach tak przykładna zgoda, że mówią o nich: „Patrzcie, co
sie to zrobiło: dawnij to siedzieć razem nie keieli, a teraz to takie
ś nich stadło, zęby ich awo i siókirą od siebie nie ozrąbał".

62

JAN ŚWIĘTEK.

[327]

W ogólności rozłączenie się małżonków jest czasowe, nader
rzadko trwałe. Starań o rozwód, a nawet o separacyę małżeńską
na drodze sądowej nad Rabą nigdy nie bywało. Lud tutejszy
powiada, że „i ś (ć) n a o z w ó d“ jest to rzecz żydowska, w ka­
tolickiej wierze coś podobnego dziać się nie powinno: „bo co
Panjezus złącuł, cłekowi ozrywać nie wolno“. Wobec takiego
stanu rzeczy, jaki się utrzymuje nad Rabą, nie może chwilowe
rozluźnienie węzła małżeńskiego pociągać za sobą donioślejszych
następstw, nie wychodząc poza obręb wsi lub okolicy, w której
ma miejsce. W znanych mi zaś, a tak rzadkich wypadkach roz­
łączenia się małżonków bez formalnego rozwodu i formalnej se­
paracji mąż ani nie płacił alimentów rozłączonej z nim żonie, ani
też nie było między małżonkami układów co do utrzymania dzieci.
Potomstwo, jeżeli jakie było, zostawało zawsze w domu przy
ojcu, chyba że żona, uchodząc z domu mężowskiego, potajem­
nie które z dzieci ze sobą uniosła*, w razie, zaś, jeżeli małżeń­
stwo już się nie połączyło, dzieci nie było wcale, bo nie było
i wspólnego pożycia przedtem. Gdyby w tych ostatnich wypad­
kach „były dzieci“, to według pojęcia ludowego „ón powinien se
wziąś synów, a ona córki; maturalnie powinien ji tyz oddać całe
wiano, jakie wziena, jak sła za niego“. Lud przyznaje też ko­
biecie bez względu na to, czy są dzieci lub ich niema, prawo upo­
minania się u męża o zwrot posagu, ale tylko w razach, jeżeli
ją sam wypędza z domu lub odsyła rodzicom. Utrzymuje również,
że w tych wypadkach nawet „grałoby ji prawo“, gdyby żądała od
męża ponoszenia kosztów jej utrzymania.
W krótkim czasie po rozłączeniu się mąłżonków, o ile moje
spostrzeżenia sięgają, nie było wypadku urodzenia się niemowlęcia.
Podług ludu musiałby je uznać za własne mąż, gdyby przyszło
na świat najdalej w dziewięć miesięcy po rozłączeniu się małżeń­
stwa, a żona udowodniła, że w pożyciu małżeńskiem nie miała
stosunków miłosnych z obcym mężczyzną. Wobec tego miałoby
i takie dziecko równe prawa z dziećmi, zrodzonemi w czasie mał­
żeńskiego pożycia. W innych wypadkach dziecko rozłączonej
z mężem żony uchodzi w oczach ludu za nieprawe i matka ma
je sama „chować“.
Jak wyżej powiedziano — zatargi małżeńskie, jakie wzglę­
dnie dość często nad Rabą „między stadłem“ się trafiają, nie wy­
chodzą zazwyczaj poza sferę domowego życia. Nie należą też
w zwyczajnych warunkach małżeńskiego życia do wyjątków wy­
padki pokaleczenia jednej osoby z małżonków przez drugą wśród
obopólnej zwady i bójki.
Najczęściej odnosi je żona, która, uporczywie przy swem
obstając, do zapamiętałego gniewu męża pobudza lub też naprzód
lekko przez niego uderzona, „porywa sie na niego“.

[328]

ZWY CZA JE

T POJEOfA

PRAWNE.

63

Pokaleczenie się wzajemne małżonków wśród bójki rzadko
jest tez objawem wzajemnej ich ku sobie niechęci i nienawiści,
ale raczej skutkiem ich porywczości i chwilowej zapalczywości,
słabym nieraz podmuchem wywołanej. „On powie co, óna mu od­
powie, dotnie, z tego do tego i juz się biją i pokalicą“. Myliłby
się zatem, ktoby, wnioskując z obrażeń cielesnych, zadanych żonie
przez męża, posądzał małżeństwo o złe pożycie w całej pełni lub
przypisywał każdemu tak niesfornemu mężowi złe zamiary wzglę­
dem żony, aby mógł się ponownie ożenić. Co innego, gdy żona
dopuszcza się niewiary. W tedy mężczyzna, silnie obrażony w swych
uczuciach, nie wiele dba o życie żony.
Przy spełnieniu nawet zbrodni zabicia żony przez męża —
jak to miało miejsce przed trzydziestu laty w Łężkowicach, gdzie
chłop żonę naprzód „sierdzieniem" od wozu zupełnie ogłuszył,
a następnie ją, wskrzesiwszy, powtórnie tym „sierdzieniem" uderzył
i położył trupem lub w Łapczycy, gdzie szewc, obrażony przez
żonę, „zerwał się od warstatu“, ugodził ją młotkiem i zabił, — za­
bójcy — mężowie działali pod wpływem silnego rozdrażnienia
i pewnego rozstroju umysłowego czyli — jak się lud na te ich
czyny zapatruje ■
—■ „byli wiatrem podsypaDi“.

Również i inne dwa wypadki w Kłaju i Stanisławicach „wy­
warzenia“ oczu mężom przez żony, były tylko następstwem chwi­
lowego uniesienia się żon zapamiętałym gniewem.
Tak „podsypanyeh wiatrem“ jednak lud w ogólności surowo
potępia, a wychodząc z zasady, że „cłek i w gniewie powinien
se dać radę, jak kce“, karałby srożej nawet ich za przestępstwa
i zbrodnie w przystępie tego szału spełnione, niż sąd pomienionych
żonobójców ukarał. Na chłopa z Łężkowic n. p., który zabicie
żony odpokutował dwunastoletniem więzieniem, wyznaczyłby przy­
najmniej dwudziestoletnie więzienie, a są i tacy, którzyby na niego
wydali wyrok śmierci. Fokaleczeniom jednej osoby z małżonków
przez drugą lud „przygania“, lecz, o ile one nie przekraczają progów
małżeńskiego domu, uważa je za sprawę domowej natury.
Ogranicza też mężowi prawo bicia żony, przyznając mu je
jedynie w razach: „jak go słuchać nie kce, pije i z chałupy wy­
nosi, robić nie kce, po jarmakach sie włócy, a nie rychło do
chałupy przychodzi a bo do intsych chłopów sie wyscerza, a jego
ma za nic. I dobrze tak wtedy robi, bo jak to jest przymówka:
„Co chłop bez lato do chałupy na wozie zwiezie, to baba w za­
pasce z chałupy wyniesie“.
To więc prawo według ludu jest w pomienionych wypadkach
zupełnie sprawiedliwe; same nawet kobiety nadrabskie przyznają
je mężom. Niewiasta już ze względu na wyższość, jaką ma nad
nią mężczyzna, podlegać mężowi powinna. „Sam Pan Bóg ji tak
nakazał, jak lewę, co z drzewa zakazanego w raju jabko zjadła,

64

JAN

ŚW JĘTEK.

[329]

stego raja wygnał i dał ja pod moc Jadama. I latego jesce chłop
jest nad babą wyzsy, ize lewa była ze ziobra ladamowego, a ma
go słuchać, bo baba zawdy na/ślubie przysiąga chłopu posłuseństwo, a chłop babie nie i latego, ize baba zawdy od chłopa jes
słabsa: to óna i rady se dać ni może i zawdy u niego spórki
sie ocekuje. Latego tyz ón powinien mieć zawdy nad babą moc,
bo ón ji dospomaga“.
W pojęciu ludowem kobieta powinna być podległą męż­
czyźnie we wszystkich jej stosunkach małżeńskiego i gospodar­
skiego życia, „bele sie ino chłop ji do garków nie wrńzał“. Spo­
tyka się też kobieta z powszechną przyganą, jeżeli „sie bierze do
bitki z chłopem"; spotyka się nawet w tym razie, gdy przez
niego nawet słusznie uderzona w równej mierze mu się odpłaca
lub występuje z nim do walki zapasowej, Należy bowiem zauwa­
żyć, że w tej okolicy znajdzie się „niejedna - taka baba“, która,
zwłaszcza jeżeli się czuje na siłach, nawet lekko przez męża „po­
trącona jakim palicśtem“, nie tylko się broni, ale i z pewną „jadliwośćią“ (zawziętością) oddaje wet za wet mężowi, to drapiąc go
„pazurami“, to targając za włosy, to znowu „śtura, jak urnie i po­
trafi, abo casem to i garka na niego, jak na podorędziu, złapie
i ocyby mu warem wywarzyła“.
Na sto kobiet przynajmniej dziesięć takich znajduje się nad
brzegami Raby, co mężów trzymają w karbach i kierują nimi
według swej woli. Przewagę liczebną mają więc te kobiety, które
uznają wyższość męźczyziPnad sobą i bez nich zazwyczaj o niczem
waźniejszem nie stanowią, a już najmniej o tern, co z własnego
ich punktu widzenia jedynie do mężczyzn należy Bywają też
i takie kobiety, co starają się myśli mężów naprzód wyrozumieć
i bez pytania wyręczają ich lub wyprzedzają w robocie, która ze
względu na swą właściwość i trudności w wykonaniu raczej nadaje
się do sił mężczyzny. Niektóre znowu podsuwają mężom ulubioną
przez nich strawę, której same nie ruszą, a nadto robią im różne
miłe dla nich niespodzianki.
W małżeństwach, w których obie strony uważają się za
równe sobie, częściej zdarzają się zatargi, niż w małżeństwach,
w których ster rządu gospodarskiego bądź spoczywa w ręku męż­
czyzny, bądź też kobiety. W pierwszym wypadku bowiem jedna
strona nad drugą usiłuje sobie zdobyć przewagę, a to współzawo­
dnictwo małżeńskie o pierwszeństwo pociąga za sobą między mał­
żonkami rozterki i niesnaski; w drugim nie może być mowy
o jakiejś większej opozycyi jednego z małżonków wobec drugiego,
a temsamem i o jakichś głośniejszych zatargach w małżeństwie,
bo albo kobieta ulega, a przynajmniej w sprawach gospodarskich
ogólniejszej natury, bez ograniczeń woli męża albo też mężczyzna,
co nierównie rzadziej się dzieje, pozbywa, się własnej woli, oddaje

[330]

ZWYCZAJE T POJĘCIA

PRAWNE.

65

się bezwzględnie pod władzę kobiety i „skace tak , jak óna
mu zagra“.
Jeżeli zatargi wśród małżeństwa przekraczają kiedy progi
rodzinnego życia, to ich echo bardzo rzadko dochodzi . do sądu
powiatowego, częściej natomiast do księdza proboszcza w formie
skargi lub żalów czyto ze strony mężczyzny, czy kobiety. Szcze­
gólniej bywa to wtedy, gdy jedna lub druga strona małżeństwa,
zapominając na obowiązki rodzinne i gospodarskie, zanadto hoł­
duje opilstwu, dzieciom daje zgorszenie albo też mężczyzna znie­
waża czynnie kobietę i znęca się nad nią. Interwencya księdza
proboszcza, jeżeli już nie całkiem, to przynajmniej na parę mie­
sięcy i w części usuwa powody do zatargów i skarg zarazem.
Położenie żony uważa się za nieznośne, gdy mąż ją „bije,
poniewiera, nie da ji nigdy dobrego słowa, lompuje sie, ji nie
patrzy“, dzieciom daje zgorszenie, a majątek marni. W tym to
ostatecznym razie odważa się kobieta niekiedy wystąpić ze skargą
do sądu na męża o marnotrawstwo. Znane mi też są acz nader
nieliczne przykłady, że za sprawą żony Sąd uznawał męża za
marnotrawcę i oddawał go pod kuratelę.
Uczciwa żona i dobra matka, dla zrównoważenia wpływu
zgorszenia na dzieci ze strony złego ojca, nagania, dosadnemi sło­
wami piętnuje i obrzydza gorszące postępowanie męża wobec dzieci,
napominając je zarazem, aby nie zważały na „brzydkie postęp­
k i“ ojca, ale zapatrywały się na życie porządnych ludzi.
„Poćciwa i mądra baba nie da sie chłopu na złe napowieś(ć),
ale go jesce zwyzywa i na wymyśla“, że w razie powtórzenia podo­
bnego nieprawego żądania „wsyćkim to ozpowie abo i do księdza
na skargę na niego pódzie“.
Większa część kobiet nadrabskich, choć w zwyczajnych wa­
runkach codziennego życia ulega mężowi, w sprawach, które nie
zgadzają się z ich sumieniem, objawia bezwzględnie własną wolę
i nie da się mężom do złych i nieuczciwych czynów, nakłonić.
Gdyby mi jednak w podobnych wypadkach szło o porów­
nanie kobiet z mężczyznami, to zgodnie z poczynionemi spostrze­
żeniami nad Rabą wypadłoby mi orzec, że częściej kobieta na­
prowadza mężczyznę do nieprawych czynów, niż mężczyzna kobietę,
bo, lubo mężczyzna w opinii ludowej za postępowanie żony niemal
w całej pełni odpowiada, uchodząc za jej właściwego moralnego
kierownika, to jednak jak „baba zacnie bzduceć chłopu za usami
i wciągle nie da mu odporu, to ón chociażby tam i niewiedzieć
jaki był, to óna go przecie do wsyćkiego napowiedzie i do cećniejakiego złego go nazenie. I latego to zawdy mówią, ze jak
dyaboł ni może, to babę pośle“.
Za sprawą kobiet wywiązują się też po największej części
zatargi z sąsiadami, które niejednokrotnie i na drogę sądową się

66

JAN ŚW JĘTEK.

1331]

przenoszą. „Baba jak ozpuści gebe, to od ucha do ucha, a bedzie
sie pótyl o beleco żarła, pókil na ji nie stanie“. Opinia ludowa
każe mężowi „taka babę skrócić i przykazać ji, izeby tak nie dokazowała, bo ji przecie da radę“ *, ale zazwyczaj przeciwnie się
dzieje, bo raczej żbna obudzą vi mężu złe uczucia i dzikie instykta w tych razach.
P) Związki nieślubne.

Pożycie bez ślubu kościelnego („siedzenie na wiarę“), koń­
czące się zazwyczaj związkiem małżeńskim, jest dość rządkiem
zjawiskiem w okolicy nad rabskiej. Powodów tego szukać należy
raczej w przeszkodach familijnych, niż w obojętności w rzeczach
wiary, lekceważeniu przepisów religijnych lub w jakiejś złej woli.
Ze znanych mi nad Rabą wypadków pożycia na wiarę w ostatniem dwudziestoleciu, ograniczających się jużto do dłuższego, już
też do krótszego przeciągu czasu, dwa wynikły z zarozumiałości,
uporu, zaślepienia i źle pojętej władzy rodzicielskiej rodziców,
którzy swym córkom, zanim doszły do pełnoletności, zawzięcie
odmawiali swego pozwolenia na zawarcie aktu ślubnego z uboż­
szymi zagrodnikami (kawalerami), jakkolwiek one, idąc za skłon­
nością serca, a unikając ciężkich plag cielesnych, jakich im w domu
nie szczędzono dla wybicia z głowy zakazanej miłości, do nich
się schroniły i na razie znalazcy tylko chwilowy przytułek. Drugie
dwa wypadki pożycia „na wiarę“ sprowadziła własna rodzina, któ­
ra z obawy, aby druga żona gospodarza — wdowca swym wpły­
wem nie usunęła dzieci z pierwszego małżeństwa na plan ostatni,
a majątku nie zagarnęła dla siebie lub swego potomstwa — wy­
trwale intrygując, odwodziła swego ojca chwiejnego charakteru od
małżeństwa z „domową dziówką“, żyjącą z nim w zażyłych sto­
sunkach. Inny znowu wypadek pożycia bez ślubu kościelnego
miał miejsce między służącą dziewka (gospodynią) a żonatym
mężczyzną, który swą żonę wypędził z domu dla niemoralnego
prowadzenia się i pijaństwa. Prócz tego były jeszcze trzy zda­
rzenia tego rodzaju pożycia, które dość krótko trwały, bo dwa
z nich skończyły się w jednym roku, a jedno tylko dosięgło dwu
lat niespełna. Osoby te wszakże nie mogłyby w tych wypadkach
podać na swe usprawiedliwienie pożycia „na wiarę“ innych powo­
dów nad własne niedbalstwo i ociężałość przed uświęceniem swych
stosunków miłosnych aktem ślubnym. Z tych ostatnich trzech wy­
padków dwa odnoszą się do wdów w stosunku do ich służących
parobków, jeden zaś do wdowca - gospodarza w stosunku do jego
służącej dziewki.
Na wszystkie tu wymienione zjawiska pożycia bez ślubu
kościelnego, nie wchodząc w pobudki, jakie im towarzyszyły, patrzył

[332]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

67

lud z odraza, zaliczał je do wielkich grzechów i przy każdej
sposobności starał się wpłynąć na te osoby, aby albo się poślubiły
albo porzuciły ten nieprawy, a grzeszny stosunek.
Osoby, żyjące na wiarę piętnuje lud pogardliwem przezwi­
skiem : „w i a r o w n i k a “ i „ w i a r o w n i c y “.
Nie mniejszy wstręt od osób żyjących na. wiarę obudzają
ku sobie w społeczeństwie wiejskiem ludzie żonaci, którzy, mimo
wspólnego pożycia ze żoną pod jednym dachem, utrzymują stałe
miłosne stosunki bądź z dziewkami, bądź z kobietami zamężnemi.
Z równą pogardą spotykają się i kobiety zamężne, które mają
stałych kochanków. Takie bowiem wypadki trafiają się, chociaż
nie są wcale liczne. Szczególniej zdarzają sie one w stosunkach
gospodarzy do ich dziewek służących, a jeżeli się kiedy trafią
w stosunku do kobiet niezamężnych, mieszkających w dalszej
stronie wsi, zaliczyć je należy do niezwykłych zjawisk. Kobiety
owe nie uchodzą za nałożnice swych kochanków, gdyż nie biorą
wcale stałych datków ani w pieniądzach , ani w naturze na swe
utrzymanie; co najwyżej kobieta, nie mieszkająca ze swym ko­
chankiem, liczy na jego chwilową materyalną pomoc. Nawet nie
wiele spodziewać się może kobieta w tych razach po kochanku,
gdy owocem jej stosunku jest dziecko.
Również nie zdarza się, żeby kobieta zamężna utrzymywała
sobie kochanka. Gdy mieszka wspólnie z mężem, spotyka się
z kochankiem, jeżeli nim nie jest jej służący parobek, w umówionem miejscu, gdy osobno, „przetrzymuje go u siebie“. Wrazie
potrzeby liczy kochanek kobiety zamężnej na jej pieniężną pomoc,
zwykle zaś przy sposobności na poczęstunek i smaczną przekąskę.
Przyczyny do podobnych wypadków określono w poprzednim
dziale.
Częstsze bywają stosunki pomiędzy osobami, niepołączonemi
ślubem małżeńskim bez wspólnego pożycia. Na stosunki tego ro­
dzaju, które w nadziei przyszłego małżeństwa względnie nawet
dość często doznają pobłażliwości ze strony rodziców i starszych,
patrzy lud wprawdzie z mniejszą odrazą, niż na pożycie na wiarę;
wyraża wszakże przy każdej sposobności swoje zgorszenie, a takie
osoby piętnuje pogardliwą nazwą: k . . . , k ......... Przed dwu­
dziestu pięciu laty jeszcze nawet wójt z przysiężnym wyszukiwał
takie osoby po nocach w domu i zabierał „la wstydu“ dziewczę­
tom pierzyny z łóżek do urzędu gromadzkiego.
Stosunki pomienione obowiązują z czasem do zawarcia mał­
żeństwa. Kończą się też niem zazwyczaj, zwłaszcza, jeżeli ich owo­
cem jest dziecko. Jeżeli uwodziciel nie poczuwa się sam dobro­
wolnie do poślubienia uwiedzionej, ujmują się za nią rodzice,
bracia, a niekiedy i jej bliżsi krewni, jak wujowie, stryjowie

68

JAN SWIĘTEK.

[333]

lub inne osoby. Sprawa załagadza się wtedy albo w sposób ugo­
dowy albo też przenosi się na drogę sądowa. W pierwszym razie
rzecznicy uwiedzionej apelują do uczuć religijnych uwodziciela
lub grożą mu zemstą, a gdy to nie-pomaga, szlą uwiedzioną do
księdza proboszcza, aby sprawcy .swego sromu „ślub zastąpiła
z intsą“. Jeżeli ksiądz proboszcz Bierze w obronę pokrzywdzoną,
a postępuje tak zawsze, gdy uwiedziona jest ubogą dziewczyną,
to albo nakłania mężczyznę do jej poślubienia albo też każe mu
ją wynagrodzić kwotą, jaką ona „sobie zakłada“ za „wianek stra­
cony“ i na utrzymanie dziecka, a to przedtem, zanim weźmie ślub
z inną kobietą. Wrazie oporu uwodziciela lub jeżeli proboszcz
sam w tej sprawie nie chce stanowić, odsyła uwiedzioną na drogę
sądową, powstrzymując zazwyczaj zamierzone małżeństwo oskar­
żonego z inną kobietą aż do ukończenia procesu. Sąd, zbadawszy
wszystkie okoliczności, skazuje zwykle uwodziciela na odszko­
dowanie uwiedzionej odpowiednią jego stosunkom majątkowym
grzywną, głównie zaś naznacza mu pewną stałą kwotę, jaką ma
zapłacić do rąk matki na utrzymanie swego naturalnego dziecka.
Taki wyrok sądowy zmusza zazwyczaj uwodziciela, że dla uni­
knięcia płacenia wymierzonej kwoty, do uwiedzionej „sie na wraca44
i łączy się z nią węzłem małżeńskim.
Bywają wszakże i to dość częste wypadki, że uwodziciel,
porzuciwszy kochankę, ani później do niej się nie wraca, ani jej
odszkodowania nie płaci, ani też ona nie może mu „ślubu zastąpić“
z inną kobietą. Bywa to wtedy, gdy dziecko spłodzone z uwodzi­
cielem nie żyje; gdy uwodziciel jest człowiekiem żonatym albo
porzuconej kochance udawadnia obcowanie cielesne z innymi męż­
czyznami; gdy ofiarą chuci tego uwodziciela padły i inne dziew­
częta, a jego majątek na ich odszkodowanie nie wystarcza lub go
wcale nie ma i wreszcie, gdy uwiedziona dobrowolnie lub za sprawą
rodziny nie zgadza się na związek małżeński ze swym uwodzi­
cielem z jakichkolwiek pobudek.
Dziewczyna, która w stanie wolnym zostanie matką, nazywa
się u Nadrabian „ p r z e s k o c k ą “. Przeskoczld nie mogą nosić
warkoczy; muszą je natychmiast uciąć nożycami po swem rozwią­
zaniu i nadal utrzymywać włosv na sposób tutejszych mężatek,,
które noszą włosy do połowy szyi przystrzyżone. Tern się też
odróżniają przeskoczki od. dziewcząt nieupadłych, a od kobiet za­
mężnych tern, że na głowie nie wolno im nosić czepka.
Przeskoczka tak w stanie brzemiennym, jak i po rozwią­
zaniu bywa przedmiotem „posmiechowiska“ we wsi całej przez
czas dłuższy. Gdziekolwiek się wtedy pokaże, wszędzie uśmiechy
szydercze jej towarzyszą; dlatego też i ona, aby „zejść z oczu
ludzi“, tylko pod naciskiem konieczności z domu się wychyla
i drogami mniej uczęszczanemi w tym razie się przemyka. Trwa

[334]

¡ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

69

to dopóty, dopóki ludzie nie zwrócą większej uwagi na inny przed­
miot, a z jej upadkiem się oswoją.
Nie garną się też do małżeństwa z przeskoczką parobcy
w razie, jeżeli ją kochanek porzuci. Musi być ładną, a przy tern
posiadać pewien majątek, aby wyszła za mniej zamożnego „chło­
pa“. W braku majątku i urody, zwłaszcza gdy dziecko żyje, za­
zwyczaj umiera niezamężną, a jeżeli się jej już „trafi za chłopa“,
to chyba za starego -wdowca, choćby i zamożnego, takiego jednak,
za którego już inna czy młodsza czy starsza kobieta iść nie zechce.
Mimoto nie można przecież powiedzieć, aby opinia ludowa
wobec zamierzonego małżeństwa młodzieńca z przeskoczką była
bezwzględną. Zawisła ona poniekąd od poprzedniego prowadzenia
się przeskoczki. Jeżeli przeskoczką przed swym upadkiem nale­
żała do dziewcząt uczciwych, którym co do czystości obyczajów
zarzutu zrobić nie można, a tylko pod wpływem upojenia miło­
snego, spotęgowanego przyrzeczeniem pewnego małżeństwa w przy­
szłości, uległa pokusie, to nawet większą winę w jej upadku przy­
pisuje lud uwodzicielowi, który pod żadnym warunkiem „osromoconej “ nie powinien był porzucić, niż uwiedzionej, na której
małżeństwo z innym młodzieńcem (parobkiem) lub młodym wdo­
wcem spogląda dość obojętnie, a nawet z pewną wyrozumiałością.
Takąż samą wyrozumiałość ma lud i dla tej, przez kochanka po­
rzuconej , a za kogo innego za mąż wychodzącej przeszkoczki,
która upadła we wczesnym wieku (n. p. w 15. lub 16. roku życia)
w stosunku ze znanym we wsi „bałamutem“ dziewcząt i kobiet
w ogólności. Rodzice i krewni pana młodego jednak, a zwłaszcza,
jeżeli są zamożni, nie bywają zadowoleni wcale z takiego związku
małżeńskiego syna, względnie krewniaka, a skoro mu w jego za­
warciu przeszkodzić nie mogą, przynajmniej dość głośno wyrze­
kają, „ize ón se na porząmniejsą babę zasłuzuł“. Niezadowolenie
ze strony rodziców jest naturalnie tern większe, jeżeli z niepra­
wego stosunku ich synowej dziecko pozostaje przy życiu. Również
sroźą się zamożni rodzice wraz z bliższymi krewnymi na swą
córkę, gdy ona z powodu upadku zmuszoną jest zawrzeć niesto­
sowne małżeństwo.
Inna rzecz bywa i z opinią publiczna, gdy za mąż „niezgorzy“ wychodząca przeskoczką tak przed swym jawnym upadkiem,
jak i później prowadziła niemoralne życie, a nawet przez te na­
ganne i gorszące „postępki“ wywołała swe rozłączenie się z męż­
czyzną, który we wsi za jej kochanka uchodził powszechnie.
Wtedy to lud głośno potępia młodzieńca z zamożniejszego domu,
„co se taką gonę na zonę bierze“, a jego rodzice i krewni wszel­
kich dokładają starań, aby nie dopuścić do zawarcia małżeństwa;
gdy zaś temu przeszkodzić nie mogą, zrywają na czas długi ze
synem i synową wszelkie stosunki.

70

iA N

ŚWIATEK.

[385]

Jeżeli przedskoczka wychodzi za maż za swego uwodziciela,
wspomnienie jej upadku zaciera się w pamięci ludu już z chwilą,
kiedy ślub uświęcił jej związek nieprawy. Dzieci bywają przez
ojca za prawe uznane w urzędzie parafialnym i odtąd przybierają
jego nazwisko. Nikomu też we wsi na myśl nie przyjdzie, czynić
później jakikolwiek zarzut dorastającemu dziecku ze względu na
jego urodzenie w związku nieprawym. Stawia się je na równi
z dziećmi zrodzonemi w małżeństwie. Mąż również po zawarciu
małżeństwa godzi się zupełnie ze swym losem , choćby nawet to
małżeństwo z kobietą, którą pojąć był moralnie zmuszony, uważał
przed ślubem za niestosowne dla siebie. Z tego powodu nie bywa
nigdy między małżonkami zatargów, ani wzajemnych wyrzutów.
Nie tak łatwo idzie w niepamięć u ludu i męża naganna
przeszłość przeskoczki, która, porzucona przez kochanka, z innym
mężczyzną ślubem małżeńskim się wiąże. Upadek jej odbija się
przez długie lata po zawarciu małżeństwa w pożyciu z mężem,
częstokroć nawet i w stosunkach jej ze sąsiadami Dziecko jej
z nieprawego związku znane jest pod przezwiskiem „bąka“ we
wsi, a to już przypomina ustawicznie mężowi, że żona jego nie
jest kobietą, która zasługuje na wiarę i poważanie. Pod wpływem
tego mąż często żałuje swego kroku przy zawarciu małżeństwa
i żonie przy każdem niemal rozdrażnieniu wyrzuca moralny upa­
dek w stanie wolnym. Z tego naturalnie wywiązują się zatargi
wśród małżeństwa, kończące się zazwyczaj pobiciem żony i jej
nieprawego dziecka. Takie dziecko w ogólności często bierze plagi
z ręki ojczyma. Dlategoto bez porównania lepsze bywa pożycie
małżeńskie, gdy dziecko nieprawe żony umiera przed jej zamęźciem.
Z biegiem czasu, przy ciężkiej pracy i innych troskach,
zwłaszcza zaś, gdy dzieci prawe dorastają, zapomina i mąż o upadku
swej żony w stanie wolnym z innym mężczyzną, a z nim razem
i jego rodzina.
Bywają też mężowie, którzy, ożeniwszy się z przeskoczkami,
porzuconemi przez kochanków, nawet wobec żyjących ich niepra­
wych dzieci, nie tylko puszczają w niepamięć upadek swych żon,
ale także oddają się bezwzględnie pod ich władzę. Zdarza się to
szczególniej wtedy, gdy żona ma własny majątek, a mąż jedynie
jest do niej „przystepniem“.
b) Stosunki majątkowe.

Zwykle już podczas zalotów układają się rodzice stron obu
co do wysokości wyposażenia („wyposadzenia“) swych dzieci na
wypadek ich połączenia się związkiem małżeńskim. Jeżeli wtedy
w układach nastąpi wzajemne porozumienie się, to młodzi już bez­
względnie zaraz w sobotę „idą na pacierze“ do księdza proboszcza

[336]

ZWYCZAJE I POjĘCiA PP.AW.NlJ.

71

i „dają na zapowiedzi“, w najbliższym czacie zaś zeznają dla nich
rodzice wobec świadków zapisy przedślubne przed nutaryuszein.
Gdy między „ojcami“ podczas zalotów niema zgody co do wypo­
sażenia dzieci, jest wszakże nadzieja wzajemnego porozumienia
się w dniach najbliższych, to młodzi, wobec przeciągających się
układów przedślubnych między rodzicami, bądź udają się na pro­
bostwo „na naukę" i z prośbą o wygłoszenie zapowiedzi z ambony,
bądź też wstrzymują się aż do załatwienia sprawy w kancelaryi
notaryalnej przez rodziców. W razie stanowczego zerwania się
układów przedślubnych małżeństwo w każdym wypadku wtedy
tylko się kojarzy, gdy zerwanie to nie nastąpiło za wolą narze­
czonego lub narzeczonej i oboje młodzi godzą się za przyzwole­
niem rodziców lub bez niego, „by ślub wziąś przez (bez) zapisów“.
Głównym przedmiotem układów przedślubnych bywa wy­
sokość posagu; wyprawa dziewczyny stanowa rzecz podrzędną
i przeważnie nie bierze się jej w rachubę. Około wysokości posagu
skupia się cała rozmowa rodziców podczas zalotów, o nią rozbija
się też zamierzone małżeństwo, gdy żądany majątek dla zabezpie­
czenia samodzielnego bytu kojarzącej się pary przez rodziców je ­
dnej lub drugiej strony, (przez narzeczonego lub narzeczoną), nie
przypada do woli, możności lub siły ofiarności jednej z układają­
cych się osób.
Układy przedślubne czyli tak zwane „zapisy ślubne“ dawniej
zawierano we wrsi własnej w domu rodziców narzeczonej wobec
świadków stron obu, wójta i zawyczaj pisarza gminnego.
Zaopatrzenie syna, zawierającego związek małżeński, w różokolicznościach bywa rożnem. Jedni rodzice n. p. oddają synowi,
wstępującemu w związki małżeńskie, całą część majątkową, jakaby
mu przypadła w spadku po ich śmierci, na własność i w używa­
nie zaraz po ślubie; drudzy z części takiej wydzielają żeniącym
się synom tylko jedną połowę lub jej cząstkę, na resztę zaś do
swej śmierci czekać im każą; inni wreszcie podejrzliwsi, obawia­
jąc się, aby synowie zupełnie przez nich wyposażeni, czy to bała­
muceni przez rodzinę żony, czy też z własnego popędu nie usu­
nęli się z pod ich wpływów („nie słuchali“) i nie opuścili ich w sta­
rości, zazwyczaj nie dają wcale majątku żeniącym się ani przed
ślubem, ani potem, ale każą im wraz z żonami mieszkać („siedzieć“)
przy sobie do swej śmierci.
Podobnie postępują i tacy rodzice względem synów, zawierających związek małżeński, którzy znani są ze samolubstwa lub
których cechuje zbytnia ambicya lub też wprost nieżyczliwość dla
dzieci. Ambitni chcą koniecznie „być całymi gospodarzami jaz.do
swoji śmierci“.
Przeważnie atoli oddają rodzice żeniącemu się synowi, zwła­
szcza najstarszemu, pewną część ze swego gruntowego majątku

72

JAN ŚWIĘTEK.

[337]

i połowę budynku mieszkalnego obok jednej lub dwu stajen, tu ­
dzież zapewniają mu „przechowanie zbiorów“ w stodole; powinna
wszakże i synowa wkrótce po weselu wnieść odpowiednie wiano
do domu mężowskiego. Syn kmiecy otrzymuje zwykle prócz tego
od ojca jednego lub dwa konie do roboty, uprząż, niektóre sprzęty
rolnicze i gospodarskie.
Wyposażenie pieniężne syna przez rodziców trafia się dość
rzadko. Jakiekolwiek jednak jest to zaopatrzenie, znajduje ono
zazwyczaj w pełni swój wyraz w zapisie przedślubnym, prawnie
przez rodziców uczynionym, i to ze wszelkiemi zastrzeżeniami,
ograniczeniami i zobowiązaniami. Bywają n. p. w takim akcie za­
strzeżenia, że syn po wyposażeniu małżeńskiem nie może sobie
już rościć praw do spadku po rodzicach, że majątek zapisany
aktem przedślubnym wraca do rodziców, gdyby się syn dopuścił
wobec nich czynnej zniewagi, dalej bywają zobowiązania syna do
spłacenia rodzeństwa, do umorzenia długu, gdyby jaki na wydzie­
lonej części ciążył i t. p.
Ograniczeń takich i zobowiązań nie bywa zazwyczaj w zapi­
sie przedślubnym dla córki, a to z tego względu, że rzadki to wy­
padek, aby córka wobec rodzeństwa płci męskiej brała większy
dział majątkowy od swych braci lub sióstr lub żeby rodzice wię­
kszą część swego majątku albo nawet połowę córce, idącej za
mąż, oddawali w posagu. Jeżeli rodzice w zapisie przedślubnym
dla córki robią jakieś zastrzeżenie, to to jedynie, że jej ślubne
wyposażenie (wyposadzenie, wywianowanie) nie tylko uważa się
za wiano, ale i za spuściznę, a więc że córka po śmierci rodzi­
ców nie ma wcale prawa do udziału w masie spadkowej , po
nich pozostałej.
Przez zapis przedślubny przyrzekają rodzice (ojciec) lub
inni ofiarodawcy na rzecz narzeczonej oddanie na nieograniczoną
jej własność mniejszego lub większego kawałka gruntu, w całko­
wite lub częściowe używanie bądź zaraz po zawarciu małżeństwa,
bądź też, co rzadsze, dopiero po pewnym przeciągu czasu lub
po śmierci ofiarodawcy. W zamian za majątek gruntowy wypo­
sażają w dzisiejszych czasach niektórzy rodzice (lub wychowawcy)
swą córkę znaczniejszą, jak na ich stosunki majątkowe, kwotą
pieniężną, na „ s t ó w k i “ się liczącą, którą zobowiązują się
aktem przedślubnym wypłacić do rąk pani młodej bądź w dniu
ślubu przed udaniem się do kościoła, bądź też dopiero w pewnym
oznaczonym czasie po zawarciu małżeństwa. Posag pieniężny wy­
płacają także dość często ratami, a to w ten sposób, że pierw­
sza zwykle największa rata przypada w dzień ślubu, inne mniej­
sze lub większe w określonych zapisem przedślubnym terminach.
Otrzymuje też narzeczona niekiedy tak wyposażenie pieniężne,
jak i gruntowe.

[338]

73

ZWYCZAJE I POJĘCIA PliAW NE.

Pospolicie, jeżeli tylko stosunki majątkowe na to pozwalają,
zapisują rodzice córce, idącej za mąż, oprócz majątku nierucho­
mego lub pieniężnego, -na jej własność jedną lub więcej sztuk
bydła rogatego, koni i trzody, tudzież pewne ważniejsze narzędzia
rolnicze, jak wóz, pług i t. p.
Taki zapis przedślubny czynią rodzice przeważnie na rzecz
swej córki; jeżeli go zaś czynią i na rzecz przyszłego zięcia z równem prawem z ich córką, a jego żoną, (co dziś nawet dość
często się praktykuje, zwłaszcza przy wyposażeniu pieniężnem), to
równocześnie wymagają od narzeczonego lub jego rodziców, ażeby
również i ich córka była prawną współwłaścicielką majątku mę­
żowskiego.
Wobec takich zapisów przedślubnych żyją małżonkowie nad
Rabą we wspólności majątkowej; w innych razach każda, strona
ma swoje własne mienie, jeżeli je tylko wniosła do domu mał­
żeńskiego.
Oprócz wyposażenia, wyszczególnionego w zapisie przedślu­
bnym, dostaje jeszcze narzeczona od rodziców wyprawę, która
nad Rabą także pod nazwą „w i a n a “ jest znana, lecz jako o rze­
czy, w układach przedślubnych podrzędnej, w zapisie prawnym nie­
ma o niej wzmianki.
Do wyprawy zaliczają się: k o r a l e p r a w d z i w e (war­
tości od 30—200 złr.), skrzynia z p r z y o d z i e w k ą ; łóżko mał­
żeńskie; wielka, obficie pierzem gęsiem wypchana pierzyna; dwie
do czterech poduszek; niezbędne naczyna kuchenne, sprzęty do­
mowe i drobniejsze gospodarskie. Przez przyodziewkę rozumie się
c h u s t y k o ś c i e l n e i c h a b y na p o s e d n i e .
Na ilość i jakość „przyodziewki chłopskiej“ przed zawarciem
związku małżeńskiego nie zwraca się wcale uwagi wśród ludu
nadrabskiego. Dlatego zapewne i wyraz „wiano“ stosuje się jedy­
nie do wyposażenia narzeczonej, którem za dawnych czasów była
tylko wyprawa obok inwentarza żywego i nieznacznej kwoty pie­
niężnej. Zaopatrzenie małżeńskie mężczyzny ma jedynie na­
zwę „w y p o s a d z e n i e “, podczas gdy zupełne wyposażenie ślu­
bne kobiety określa dziś tak dobrze wyraz w i a n o l u b w yw i a n o w a n i e , j ak i w y p o s a d z e n i e .
Terminu wypłaty wyposażenia pieniężnego muszą rodzice
narzeczonej dotrzymać ściśle. Bywały przykłady, że małżeństwo
rozchwiało się nawet w sam dzień ślubu przed udaniem się do ko­
ścioła drużyny weselnej, bo ojciec narzeczonej nie mógł czy nie
chciał zrealizować swego zobowiązania. Wywiązują się też spory
i zatargi między rodzicami żony, a zięciem, gdy oni bądź zwle­
kają wypłatę rat posagowych, bądź nie dają córce przyrzeczonego
wiana. Z tego również powodu — jakto już w poprzednim dziale
6

74

JAN ŚW1ĘTEK.

[339]

wspomniano — przechodzi i młoda żona ciężkie chwile w pożyciu
małźeńskiem.
Zdarzają się i procesa sądowe o posag żony między mężem,
a jej rodziną, zwłaszcza gdy rodzice, nie „wywianowawszy“ za
życia córki, zobowiązali przed śmiercią testamentem swych synów,
dziedziczących po nich m ajątek, do „zaspokojenia“ zamężnej
siostry.
^
Mężowi nie wolno, rozporządzać posagiem żony. Posag żony
jest albo wyłączną jej własnością albo też wspólną własnością
małżonków. Dlategoto żona występuje niekiedy za radą swej
rodziny ze skargą na męża o roztrwonienie jej posagu, szczególniej
wtedy, gdy i nadszarpany majątek męża zaledwie równoważy
wartość roztrwonionego przez niego posagu żony; żona zaś ma
uzasadnioną obawę, że mąż zmarni i resztę własnego majątku,
jaka mu jeszcze pozostała. Sąd przychyla się zazwyczaj do prośby
żony i bądź w tym wypadku uznaje męża za marnotrawcę, usta­
nawiając dla niego kurato ra, bądź też skłania go do zapisania
pozostałego mu majątku na rzecz żony lub na rzecz dzieci.
Posag żony przechodzi z jej śmiercią albo na zupełną wła­
sność dzieci na mocy testamentu, jaki zostawia, albo też na wła­
sność męża i dzieci do równego podziału. Czwarta część posagu
żony przypada tylko w tym razie mężowi, jeżeli jest mniej niż
czworo dzieci. Podług pojęcia Nadrabian mąż wobec żyjących
dzieci powinien mieć tylko dożywocie na części posagu, który po­
zostaje po żonie; częściej wszakże, gdy majątek męża jest nie­
znaczny lub go niema wcale, żona przekazuje mężowi testamen­
tem jużto większą już też mniejszą część posagu na nieograniczoną
jego własność.
Wrazie bezpotomnego zejścia żony, posag jej na podstawie
testamentu, przez nią pozostawionego, przechodzi w całości na
nieograniczona własność męża, rzadziej w połowie na własność
jego, w połowie zaś na własność najbliższej jej rodziny. Gdy
bliższej rodziny niema, mąż bierze bezwzględnie cały posag
zmarłej żony.
Dożywocie żony, które ma tytułem posagu na majątku nie­
ruchomym — co szczególniej praktykowało się dawniej — wraca
naturalnie z jej śmiercią do dawcy posagu lub do jego spadko­
bierców, zwykle zaś do „gospodarza“, którego posagodawca na­
znacza po sobie następcą na gospodarstwie. Mąż wszakże ma prawo
do bezpośrednich zbiorów polnych z dożywocia żony, gdy ono
w czasie jej śmierci było już obsiane lub obsadzone.
Rodzina żony wymaga zwrotu posagu w następujących
razach:

[340]

75

ZWYCZAJE 1 POJĘCIA PRAWJNE.

a) gdy żona męża opuści lub też przez niego oddaloną
zostanie;
b) gdy żona umrze bezpotomnie, a przed śmiercią swego po­
sagu mężowi nie zapisze, ale przeznaczy go swej rodzinie;
c) gdy żona umrze bezpotomnie i bez pozostawienia ostat­
niej woli;
d) gdy żona, umierając, zapisze swój posag własnym dzie­
ciom, które jednakże wychowywały się i wychowują u jej ro­
dziny; wreszcie
e) gdy żona miała swój posag jedynie prawem dożywocia.
Nadrabianie rozróżniają dwa rodzaje „przyzenienia się“.
Gdy mężczyzna, zawierający związek małżeński, „ni ma swego
posiedzenia“, ale wstępuje do domu żony, mówią, że „sie przyzeniuł do chałupy baby“ ; gdy zaś nie posiada ani majątku grun­
towego, ani też własnego domu, a żeni się z kobietą, która ma
takie „gospodarztwo“, powiadają, że „przyzenia sie do baby“ albo
„bedzie do swy baby przystepniem“.
Los „przystepnia“ trafia zwykle młodszych braci; najstarszy
bowiem bywa przeważnie następcą po ojcu w rodzicielskim domu,
a zarazem i dziedzicem dawniej całego niemal gospodarstwa, dziś
największej jego części. „Przyzenienia się“ zatem obecnie są dość
częste, a są one teraz i znośniejsze dla przystępniów pierwszego
rodzaju, ze względu, że młodsi synowie gospodarscy wnoszą do
domu żony pewien, choćby nieznaczny majątek gruntowy, zapi­
sany im aktem przedślubnym przez rodziców. Zato los przystepnia
drugiego rzędu, który „przyzenia sie“ do majątku, domu i „osie­
dla“ zrzędnej i kłótliwej żony, a sam nic nie posiada lub niewiele,
nie jest wcale do pozazdroszczenia. Dlategoto właśnie dziś męż­
czyzna, zwłaszcza ubogi, zazwyczaj bywa przezorniejszy, gdy jaka
kobieta (zwykle wdowa), posiadająca własny majątek, objawia
chęć połączenia się z nim węzłem małżeńskim. Nie owijając w ba­
wełnę i nie zważając wcale na jej przyrzeczenia i zaklęcia,[oświadcza
wyraźnie takiej kobiecie, że się z nią ożeni, jeżeli mu u notaryusza połowę swego majątku zapisze. Tym sposobem przychodzi
niejeden przystępień do wspólności majątkowej ze swą żoną, często
z krzywdą jej dzieci z pierwszego małżeństwa.
Przystępień z zamożniejszego domu gospodarskiego, prze­
nosząc się do mieszkania żony, otrzymuje prócz majątku grunto­
wego nadto i pewną pieniężną zapomogę od rodziców na opę­
dzenie pierwszych wydatków i potrzeb gospodarskich, jak również
sprawienie niektórych narzędzi rolniczych.
Małżonkowie mogą prawnie zawierać i zawierają między
sobą układy majątkowe. Układy te dotyczą szczególniej kupna
i sprzedaży tak majątku ruchomego, jak nieruchomego, wzajemnej
wymiany, obopólnej darowizny i t. p.
6*

76

JAN ŚW lETEK.

[3 4 4 ]

W sprawach tego rodzaju chodzi głównie jednej lub drugiej
stronie z małżonków o wspólność majątkową. W wypadkach prze­
kazywania majątku przez jednego z małżonków na rzecz drugiego
wchodzą w grę niekiedy i długi prywatne lub pewne zobowiązania
jednej strony, nie obciążające hipoteki. Mąż u. p. przelewa swe
prawa do majątku nieruchomego na żonę bez żadnych zobowiązań
i ograniczeń. Tym sposobem pozbywa on się wprawdzie własnego
mienia, ale uchyla się od płacenia długów, gdyż „nima go juz
na cym patrzyću.
Nieuczciwe takie postępowanie małżonków zdarza się wszakże
rzadko i obudzą do nich nieufność, a nawet pogardę w społeczeń­
stwie wiejskiem.
Żona, posiadająca własne mienie, może brać na siebie
i bierze zobowiązania, nawet bez wiedzy męża.
Gdy żona nie ma własnego m ajątku, jej zobowiązania ciążą
na mężu o tyle, o ile ona je poczyniła z jego wiedzą i za jego
przyzwoleniem. Za zobowiązania, poczynione przez żonę przed za­
warciem związku małżeńskiego, mąż tylko wtedy odpowiada,
jeżeli przed jej zaślubieniem bezpośrednio lub też po zaślubieniu
uznał te zobowiązania za swoje. Wszelkie inne zobowiązania żony
nie wiążą małżonka, chyba, że on jej zupełnie jest poddany
i powolny.
W wyższej mierze ciążą na żonie zobowiązania męża już
z tego samego względu według pojęcia Nadrabian, że mąż nie
tylko w swem imieniu we wszystkich sprawach występuje, ale ma
również poniekąd obowiązek zastępowania interesów żony. Mąż
może samowolnie układy zawierać, różnych przedsiębiorstw się
podejmować, długi zaciągać, obietnice czynić, a żona powinna
wszelkie w tych razach przez niego poczynione zobowiązania
przyjąć, z wyjątkiem, jeżeli w sam czas wyraźnie i prawnie
przeciw temu przyjęciu się zastrzeże lub gdy zobowiązania męża
obrażają jej uczucia i prawa małżeńskie.
W regule żona staje w sądzie w asystencyi męża, gdy sprawa
toczy się o jej majątek posagowy, spadkowy lub o wspólną wła­
sność małżonków; w innych sprawach może się bez niej obejść.
Mąż jest obowiązany do płacenia jedynie tych długów żony,
które ona zaciągnęła z jego wiedzą, przyzwoleniem lub poręcze­
niem, a których ona ze swego własnego m ajątku, jeżeli jaki po­
siada, płacić nie może. Mąż, przyjmując żonę do wspólności ma­
jątkowej na mocy układów przedślubnych, powinien spłacać
wspólnie z nią długi, które ciążą na jej posagu. Nie wiąże go
wszakże ten obowiązek, gdy podczas układów przedślubnych
o owych długach go nie uwiadomiono.

[342]

ZWYCZAJE I POJĘCiA PRAWNE.

77

Jeżeli maż nie chce, nie płaci nawet długów, zaciągniętych
przez żonę bez jego wiedzy i pozwolenia na wspólny rachunek
małżeństwa.
Dorobek obojga małżonków stanowi zazwyczaj ich wspólną
własność. Podobnie też uważa się za wspólną własność małżonków
tak zarobek samej żony, jak i zarobek samego męża. Zona ze
swego zarobku zaspakaja wszelkie potrzeby i wydatki domowe;
dostarcza żywności i odzieży dla siebie i dzieci, a poniekąd i męża.
Ten obowiązek ciąży w wyższym stopniu na zarobku męża.
Za wyłączną własność żony w rzeczach mniejszej wagi po­
czytuje się drób i dochód z niego. Zyskiem, jaki ciągnie ze
sprzedaży jaj kurzych i ze sprzedaży pierza gęsiego, może też
rozporządzać samowolnie, bez wiedzy męża. Musi się jednak starać,
aby drobne wydatki domowe opędzała z tego dochodu i utrzymy­
wała poduszki i pierzyny w pełnym stanie.
Również i dochód z nabiału, tudzież płótna z własnej przędzy
— o ile nie spotrzebuje się go w domu — zostawia Nadrabianin żonie
do rozporządzenia i niewymaga wcale od niej zdawania z tego
rachunku.

5. Ostatnia wola i testament.
Lud nadrabski wobec myśli o zbliżającej się śmierci poddaje
się tej konieczności z rezygnacyą, ale nie bez obawy i strachu
przed życiem pozagrobowem. „Kto wie, jak to tam bedzie“ —
powiada w smętnem usposobieniu. Niepokój też obok cierpień
i fizycznej niemocy maluje się na wynędzniałem obliczu nieje­
dnego chorego i odbija się częstokroć w gorączkowych jego wi­
dziadłach.
Z myślą o Bogu i swych grzechach rozbiera ostatnią cho­
robą złożony znikome swe życie.
Opodal łoża „śmiertelnie chorego“ stoją lub siedzą na ławie
krewni, powinowaci, przyjaciele i sąsiedzi, i jedni sami smutni,
pocieszają go, jak mogą i umieją; drudzy pytają go, co mu bra­
kuje, okazują mu swe współczucie, „rają“ różne leki lub po doktora
posłać zalecają, najbliżsi zaś, żona, dzieci płaczą, „zawodzą, la­
mentują“ i narzekają. Chory słucha, ale widać nie bardzo wierzy
wt pociechę przyjaciół i ich rady, bo z wysileniem
a smutno po­
ruszywszy głową, z trudnością wymawia:
„Juz mi nic nie potrzeba, juz mi nic na tym świecie nie
pomoże . . . . Przyprawcie mi księdza, bym sie jesce chociaż przed
śmiercią wyspedał i ostatnie Sakramenta na tę daleką drogę
przyjąn,__ a potym zawołajcież mi tyz pisarza, izebym zrobiuł
jesce jaki ozporządek miedzy dzieciarni, izeby po moji śmierci

78

JAN ŚWIĘTER.

[3 4 Ś ]

nie było swarów, kłótnie i obrazy Pana Boga, — . . . . żebym tyz
choć w grobie miał spokój__ Dają się słyszeć głośne jęki
dzieci i żony, przeszywające na wskroś serca obecnych i wyci­
skające im łzy z oczu.
Po zaopatrzeniu chorego przez kapłana na drogę do wiecz­
ności i po jego odjeździe schodzą się osoby do wysłuchania ostat­
niej woli zaproszone i chory gospodarz dyktuje wobec tych
świadków „destament“. Po wsi rozchodzi się wieść, że z chorym
jest źle, „bo juz robiuł z&pise“.
Po rozporządzeniu swem mieniem i po pojednaniu się z prze­
ciwnikami , których każe zaprosić do siebie, chory znacznie się
uspakaja, już z większą odwagą i ufnością patrzy w świat przy­
szły; ciężkie tylko westchnienia wydobywają się z jego piersi,
a imiona Pana Boga, Pana Jezusa i Matki Boskiej częste na
ustach są wiernem odbiciem pobożnych jego myśli. Um iera, trzy­
mając w ręku zapaloną gromnicę, a głośne jęki boleści otaczającej
jego łoże rodziny rozdzierają serca obecnych.
Dawniej podczas konania przenoszono chorego na „długą
słomę“, na izbie położoną; dziś praktykuje się to wtedy po więk­
szej części, gdy chory „skonać ni może“.
Ostatnia wola umierającego ma być dla dzieci świętą i we­
dług ludowego pojęcia nie może być przez nikogo naruszoną, ani
też nawet przez sądowe władze „skasowaną“. Umierający bowiem
nie może się powodować niesprawiedliwością lub stronniczością,
mając na myśli sąd Pana Boga, przed którym za chwilę stanąć
mu przyjdzie i zdać rachunek z wszystkich swoich czynności na
świecie.
Niegdyś pomiędzy zaproszonymi do wysłuchania ostatniej
woli musiał się znajdować i wójt, a pisarz gromadzki sporządzał
testament. Dziś obecność wójta nie jest konieczną; testament spo­
rządzić może każdy, kto pisać umie; potrzeba tylko niezbędnie
czterech wiarogodnych, pełnoletnich świadków.
Pomiędzy świadkami mogą być i dalsi krewni lub powino­
waci, tacy jednakże, którzy w rozporządzeniu testatora ani po­
średnio, ani bezpośrednio interesu nie mają Świadkowie podpisują
testament albo własnoręcznie albo, jeżeli pisać nie um ieją, przez
znak krzyża świętego, uchwyciwszy za pióro, podane im przez
pisarza, na dowód, ze testament spisano w ich obecności, po spo­
rządzeniu im go odczytano, a zatem, że jest wierzytelny i mogą
go stwierdzić w sądzie, w razie potrzeby, osobiście przysięgą. Pisarz
również bywa świadkiem testamentu i wyraźnie w nim zaznacza
tę okoliczność.
Chory, czyniący testament, podpisuje go sam, gdy może
i pisać umie; w przeciwnym fazie chwyta pióro, podane mu przez
pisarza, i znakiem krzyża świętego stwierdza swe ostatnie rozpo­

[3 44

]

Ż WYCZAJĘ I POJĘCIA PRAWNE.

79

rządzenie. Pisarz, podpisując się wreszcie, dodaje: „nieumiejących
pisać p o d p i s a ł e m g d y tacy świadkowie byli przy zapisach
obecni.
O dopilnowanie wykonania swej ostatniej woli uprasza ojciec
w testamencie zarówno świadków obecnych przy tych „zapisachu
jak i sad, jako władzę nadopiekuńcza. Umierający, wyznaczając
współopiekuna lub opiekuna dla małoletnich swych dzieci, jemu
szczególniej porucza czuwanie nad spełnieniem testamentu. *).

*) Dla dokładniejszego zaznajomienia z formą testamentów ludowych
z nad Raby, niech mi wolno będzie przytoczyć dwa wierne odpisy, a miano­
wicie: z r. 1813 i z r. 1873.

I,
a)

TESTAMENT.
(Stempel na 15 kr.)

C o p ia v i d i m a t a .

Nr. 213. ponieważ postanowiono iest każdemu człowiekowi raz umierać,
a więc Ja, stósuiąc się do Wyroku tego nieomylnego, lubo widząc się bydź
na umyśle zdrowym, lecz na siłach słaby, nayprzód polecam panu Bogu Duszę,
a Ciało ziemi, czynię ostatnie Rozporządzenie raz na zawsze, a nigdy nieod­
mienne, który maiąc swego Syna Imieniem Filip któremu daruię y zapisuię daię
wieczystością Gospodarstwo swoie, Hałupę pod Nrem 36 sytuowane Wsi Targo­
wisko Okoły które są z kilką Stayniami na Konie Bydło y Świnie y na rożną
Gadzinę, Stodołę z dwiema Przycałkami y Wozownią przy tey Stodole y Gront,
wszystko naczynie rolne i domowe Sprzęty y Gróntu Rustikalnego pod 34 korce
18 Garcy Wozów dwa kute, y wszystko co się należy do Gospodarstwa — która
Zona moia, a Matka Syna tegoż Filipa który tylko ieno iest ieden ma mu do­
trzymywać y rządzić, iak przynależy, ponieważ Syn iest w małym wieku ieszcze,
a gdy Syn fdorośnie, to wolno Matce będzie oddać Synowi, a tenże ma iako
Matkę do Śmierci dochować iak przynależy y pochować, które ia to Gospodar­
stwo mam po Oycach swoich Janiach Błażejach oddane. Który ia nizey pod­
pisany dorabiałem się na tymże Gospodarstwie przez Lat 32, iak się ożeniłem
— tak do tego Gospodarstwa nima nikt Pretensyi wkładać. bo moy Oyciec
Błazey lania także trzymał przez Lat kilkanaście który nimaiąc więcej nic
do rozporządzenia tylko im zyczę Błogosławieństwa na dalsze życie od Pana
Boga, Zonie Synowi Filipowi których was Świadków y Urzędzie gromadzki
upraszam, którzyście tu zaproszeni b y li, aby to moie Rozporządzenie do skutku
przyprowadzone b yło, iako was upraszam, coście byli przytomni. Działo się
dnia 16. Maja na gruncie wsi Targowisko w Roku 1813.
Jako się podpisuię Ja Oyciec nieumieiący znakiem K. S. + Franciszek
Jania,Oyciec dalej ieszcze iest Urząd niniejszy wsi Targowiska się podpisuiemy,
oraz Świadkowie z nakiem k. S. y pieczęcią gromadzką stwierdzamy + + + Szy­
mon Iambrozek Wóyt -|- Jendrzey Światek Przysiezny ,-j- Gabriel Noskowski
Przysięzny + Grzegorz Hoinacki Mąż + Woyciech Łysy Świadek + Jan Gadek
Świadek + Karol Warchołek z Kłaja. Stanisław Piekło Pisarz gromadzki +
Maciey Łach Świadek + Antoni Droźdżak Świadek + Marcin Włodarczyk Świa-

80

[345]

JAN ŚW1ĘTKK.

W razach nagłych ojciec rozporządzą przed śmiercią swem
mieniem ustnie przynajmniej przy dwóch świadkach. Rzadkie to
atoli bywają wypadki i zwykle nie mają skutecznej wartości.
Własnoręcznie nie sporządzają testamentu włościanie nadrabscy.
Umierający może rozporządzać przed śmiercią tylko tymi
przed miotami, które są wyłączną jego własnością. Mieniem dorobko-

dek X Tomasz Samek Świadek. — Publikowano przy wyex;aminowaniu dnia
dzisieyszego odprawionym poświadczam. Niepołomice d. 16-go Kwietnia 1819.
Gregorowicz m. p.
Col--------------------------------------------- la ---- -------------------------------------------tum.
Et Copiam praesentem pro Il-do Classis tymbro proviso
verbo ad verbum conformem esse testor.

Originali de

Niepołomice d. 26. Apr. 1819.
Gregorowicz m. p.
Com. Just.
A d N ru m

670.

Powyższy Testament, gdy według uczynioney Eelacyi Sądowey w dniu
26. kwietnia 1819. do Liczby 265. żadne niezachodzą Przeszkody z Strony Ces.
Król. Prefektury kameralney niniejszym potwierdza; — tudziesz w księgę Grontową zaintabulować pozwala się.
w Niepołomicach dnia 28. kwietnia 1819.
Kołaczkowski m. p.
Prefekt.
(Pieczęć).
N ro 3 0 3 .

Intabuletur Decretum in Iurisdictione Iudieiali Caali Niepołomicensi die
4. Maij 1819.
Gregorowicz m. p.
Że Testament ninieyszy w księdze Grontowey kameralnego Państwa Nie­
połomice Thomo IV. pod Nem 4 2 . na karcie 76, 77 i 78 pod dniem dzisiejszym
iest zaintabulowany — podpisem własnoręcznym przy wyciśnieniu pieczęci Urzędowey poświadczam.
Niepołomice dnia 6. Maja 1819.
Gregorowicz m. p.
k. Just.
(Sigillum Niepołomicensis).
(Stempel na 90 kr.).
b)

Z a p is p r z y śm ierci.

Mocą którego ja niżej podpisany, czując się na siłach słaby, lecz na
umyśle zdrowy, a stosując się do wyroku nieomylnego, oddaję najsamprzód

[ 346]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

8i

wern, które się zwykle uważa za wspólna małżonków własność,
wtedy tylko rozrządza testator. jeżeli pozostały przy życiu małżo­
nek wyraźnie przy świadkach na to pozwoli lub jeżeli takie mie­
nie jest wyłączną własnością umierającego lub też wreszcie jeżeli
współwłaścicielka lub współwłaściciel mienia dorobkowego nie żyje,
a przed śmiercią w tym względzie nie objawił swej ostatniej woli
lub przelał swe prawo na pozostającego przy życiu małżonka.
Zresztą umierający powinien jedynie połową dorobkowego
mienia rozporządzić; co do drugiej zaś połowy zostawić wolność

Panu Bogu Wszechmogącemu duszę moje, a ciało moje ziemi, bo z ziemi po­
wstało, a ażeby po mojej śmierci nie było kłótni pomiędzy żoną i dziećmi, z po­
zostałością czynię ostatnie rozporządzenie, a to w następujący sposób:
Mając ja gospodarstwo, składające sie z pobudynków mieszkalnych i g o ­
spodarskich i gruntu wynoszącego 15 korcy położonego w Targowisku, należącego
do Nra 18, to całe gospodarstwo oddaję czyli na wieczne czasy zapisuję swemu
najstarszemu synowi Franciszkowi Swiegodzie z pierwszego małżeństwa i tenże
syn, gdy to wspomnione,gospodarstwo obejmie, obowiązany będzie sukcessorów
spłacić, co przypadnie. Zonie swojej z drugiego małżeństwa to jest powtórnej
Franciszce, urodzonej z Kozubów za
jej szlachetny i dobroczynny czyn dla
mnie, a osobliwie w mojej słabości, oddaję i zapisuję raz na zawsze to jest
wiecznemi czasy cztery połówki gruntu ornego, to jest pod dwa korce wysiewu
„zwane w Zapomietlu“, i ta ma sobie zbierać i jak w posiadanie odbierze i może
sobie z tern począć, jak się jej będzie podobało i ma zaś ten grunt odezdać
i zapisać dziecku jednemu spłodzonemu ze mną, które sobie u niej najlepiej
zasłuży, ponieważ ten pochodzi z tego gospodarstwa z pod wyż rzeczonego Nra
z tych 15 korcy i do tego zapisuję tejże żonie śpichlerz na chałupę, z którego
to śpichlerza ma jej syn Franciszek, ów gospodarz wystawić chałupę, a to
w ogrodzie u w si, czyli przy gminnem pastwisku i jak będzie miała dom wy­
stawiony. ma się jemu z domu usunąć i gospodarstwo prowadzić w tym, jak
się jej zapodoba.
Młodszemu synowi Kazimierzowi spłodzonemu z drugiego małżeństwa
oddaję czyli zapisuję jeden przycołek ze stodoły, a to od Zagumnianej drogi,
ten ma sobie ten wziąść, gdy będzie potrzebował.
Któren to zapis przy śmierci był robiony w obec Urzędu gminnego przy
świadkach wiarogodnych i któren nie może być skasowany, co my przytomni
niniejszy stwierdzamy i na to się przez znak krzyża świętego podpisujemy.
Wdo wód czego ja Mateusz Swiegoda, jako właściciel tej realności zezwa­
lam, oraz i proszę, ażeby tak syn najstarszy Franciszek Swiegoda na gospo­
darstwo pod wyż rzeczonym Nro, jakoteż i żona moja Franciszka na te dwa
korca, które ja oddałem i z tych 15 korcy gruntu raz na zawsze odezdałem,
obydwoje byli uznani, w księgi gruntowe zapisani i zaintabulowani zostali.
Targowisko, 11-go grudnia 1873.
X łan Grał, naczelnik gminy.
X Paweł Wątorek, świadek,
obieram go za współopiekuna.

X Mateusz Swiegoda,
zapis robiący.
X Franciszka żona przytomna
kontentuje się.

Na żądanie nieumiejącycb pisać podpisałem oraz i świadek.
Ignacy Samek w. r,

82

Jan św ię t e j .

tm

współwłaścicielowi. który go przeżył. Umierający mąż przy
oświadczeniu swej ostatniej woli zważa na wiano, jakie mu żona
wniosła przy zawarciu z nim związku małżeńskiego; wianem tern
rozporządza tylko żona. Obok dziedzicznego nieruchomego majątku,
narzędzi rolniczych i sprzętów gospodarskich, rozporządza umiera­
jący ojciec rodziny przed śmiercią i inwentarzem żywym, a zwła­
szcza końmi, bo krowy, trzoda i drób uchodzą po większej części
za „d o c h o w e k “ żony, którym ona zwykle rozrządza przed
śmiercią, przeżywszy męża. Ojciec wdowiec rozporządza już całym
bydlęcym dobytkiem przed śmiercią, bo żona, która schodzi ze
świata przed mężem, nie może obdzielać w testamencie swych
spadkobierców dochowkiem, z wyjątkiem drobiu i takiej ilości
i gatunku bydła, jakie w wianie do mężowskiego domu „ p r z y ­
p r o w a d z i ł a“.
Według dzisiejszych pojęć powinien ojciec pamiętać o wszyst­
kich swych dzieciach przy sporządzeniu ostatniej woli i żadnego
z nich nie może odsunąć zupełnie od udziału w spadku bez ważnej
przyczyny. Umierający ojciec, dzieląc testamentem majątek mię­
dzy dzieci, postępuje kolejno według ich starszeństwa, a rzekomo
i według ich zasług. A choć w tych podziałach ojcowskich trudno
dopatrzyć się w ogólności pewnej proporcyi, niema już tego zwy­
czaju, jaki poniekąd był jeszcze przed dwudziestu pięciu laty, że
jedno z dzieci brało prawie cały spadek ojcowski, a inne prze­
stawały na nieznacznych „spłatkach“.
Dziś zupełne odsunięcie dziecka od udziału w spadku przez
umierającego jest rządkiem wśród Nadrabiali zjawiskiem. Dzisiej­
sze społeczeństwo wiejskie w tych razach tylko każe ojcu testa­
mentem prawnie wydziedziczyć dziecko, jeżeli ono niemoralne ży­
cie bez upamiętania prowadzi, jeżeli rodziców nie szanuje, praco­
wać nie chce lub gdyby nawet religię katolicką zmieniło.
Jeżeli umierający przekazuje cały majątek gruntowy jedne­
mu z dzieci, wkłada na nie obowiązek spłacenia rodzeństwa odpo­
wiednią kwotą pieniężną, którą dla każdego ze swych dzieci osobno
wyznacza. Ale ojciec przekazuje też przed śmiercią cały majątek
jednemu lub dwojgu z dzieci, z pominięciem innych, które w ciągu
swego życia wyposażył ( w y p o s a d z i u ł ) i zaopatrzył, a one „się
podpisały“, że do majątku spadkowego pretensyi mieć nie będą.
Okoliczności takie zaznacza umierający w testamencie.
Rodzice, objawiwszy swą ostatnią wolę testamentem, wzy­
wają pełnoletnie dzieci, aby się na tym testamencie „podpisały“,
że się „ozporządkem ojcowskim kontetują“.
Umierający nie powinien w ten sposób rozporządzać, aby
majątek w całości lub częściowo dostał się żonie z pominięciem
dzieci lub drugiej żonie i jej dzieciom z pominięciem potomstwa
z pierwszego małżeństwa. Mimo tego ludowego pojęcia zdarza się

[348]

ZWYĆZYjE i POJiŚClA PRAWNE.

83

jednak, acz nader rzadko, że maź przed śmiercią testamentem
przekazuje cały swój dziedziczny majątek żonie, „ b y g o d o ­
t r z y m a ł a “ do swojej śmierci; a umierając rozdzieliła między
dzieci według swej woli, a ich zasługi.
Krewni nie mogą odebrać majątku zapisanego żonie, jeżeli
ona powtórnie za mąż wychodzi.
Dzieci nieprawych nie bierze zwykle ojciec w rachubę przy
sporządzeniu testamentu. O dzieciach nieprawych pamięta tylko
matka; nie robi ona zazwyczaj różnicy między niemi a dziećmi
ślubnemi.
Dzieci nieślubne, ale przez rodziców uprawnione w skutek
później zawartego małżeństwa, mają równe prawa z dziećmi ślu­
bnemi. Dzieci nieprawe wtedy tylko mogą liczyć na spuściznę po
ojcu, zgodnie z jego ostatnią wolą, jeżeli przy nim się wychowują
lub jeżeli umierający nie pozostawia po sobie prawego potomstwa.
Dzieci nieprawe, spłodzone w pożyciu na wiarę, dostają od umierającegg ojca zaopatrzenie możliwie zupełne.
O dzieciach nieprawych pamiętają także dziadkowie i babki
ze strony macierzystej przy sporządzaniu ostatniej woli, zwłaszcza,
jeżeli te ich wnuczęta przy nich się wychowywały i względy ich
sobie zaskarbiły. Bywa nawet tak niekiedy, że córkę ojciec testa­
mentem od spadku usuwa, a natomiast przeznacza go jej dziecku
nieprawemu.
W ogólności dziadek i babka, jeżeli tylko rozporządzają ja ­
kimś majątkiem przed śmiercią, nie pomijają zwykle swych wnu­
cząt, które przy nich się wychowywały. Z reguły zaś biorą wnu­
częta spuściznę po dziadkach, jeżeli ich rodzice przy zawarciu
związku małżeńskiego nie otrzymali całego lub żadnego wyposa­
żenia, a w chwili sporządzenia testamentu już nie żyją.
Bezdzietne osoby przekazują swój majątek bądź swym „wychowańcom“ w całości, bądź w części wy Chowańcom , a w części
najbliższym krewnym, jak braciom i siostrom lub bratańcom i sio­
strzeńcom , bądź też wreszcie krew nym , jeżeli wychowanków
nie mają.
Umierające niewiasty zarówno mogą rozporządzać własnem
mieniem, jak i mężczyźni. Zostawiając po sobie dzieci, przeważnie
im oddają swój majątek; rzadziej przekazują go w połowie mę­
żowi, a w połowie dzieciom, a jeszcze rzadziej w całości mężowi
z pominięciem dzieci. Mąż rzadko dziedziczy po żonie, jeżeli są
dzieci, a jego własny majątek jest znaczniejszy, niż spuścizna po
żonie pozostała. W każdym razie atoli ojciec „ dotrzymuje na
dzieci“ aż do ich pełnoletności majątek, który im przypadł w spad­
ku po matce.

84

Jan śWirten.

[349]

Umierający nakładają niekiedy na spadkobierców pewne
obowiązki lub czynią zapisy z pewną klauzulą, od której dopeł­
nienia zależy objęcie spadku. Do tych obowiązków zalicza się:
a) koszta pogrzebowe;
b) spłacanie i umarzanie długu, który ciąży nie tylko na
wydzielonej większej części spadkobiercy, ale i na innych mniej­
szych częściach masy spadkowej, należących do małoletnich spad­
kobierców ;
c) wychowanie małoletniego rodzeństwa;
d) utrzymanie jednego lub więcej braci w szkołach albo
w nauce rzemiosła;
e) wszelkie wydatki, wypływające z postępowania w spra­
wach spadkowych;
f) wyznaczona przez testatora spłata rodzeństwa lub innych
osób;
g) wystawienie budynków dla jednego z rodzeństwa;
h) wywianowanie sióstr;
i) dawanie na msze święte za duszę zmarłego testatora;
h) opłata coroczna w urzędzie parafialnym za „wymienianie"
z ambony w każdą niedzielę i święta.
Wrazie niewypełnienia lub zaniedbywania tych w testamen­
cie określonych lub też ustnie wobec świadków przez umierają­
cego nałożonych obowiązków, spadkobierca powinien ustąpić z wy­
dzielonego mu na ten cel spadku , jeżeli go objął już w swoje
posiadanie, na rzecz tego z pomiędzy rodzeństwa, które obowiązki
te podług woli testatora wiernie wykonywać przyrzeka lub które
testator sam przeznaczył, przewidując tę ewentualność.
Według ludowego pojęcia ostatnia wola zmarłego nie powin­
na doznać żadnego uszczerbku. Mimoto znane są w okolicy nadrabskiej przykłady niedopełnienia jej przez dzieci nieboszczyka.
Pobudki do tego leżą już poniekąd i w samem rozporządzeniu
testatora. Spadkobierca niezadowolony z testamentu ojcowskiego,
który go odsuwa w części od udziału w spadku, objawia swe
pretensye do lepiej wyposażonej braci na drodze sądowej. W ywią­
zują się stąd długie procesy, które niekiedy kończą się i obale­
niem testamentu, zwłaszcza, gdy pokrzywdzeni potrafią udowodnić,
że umierający w chwili sporządzenia testamentu nie był już przy
zdrowych zmysłach. Lud na takie procesy patrzy z niechęcią
i sarka przeciw wszelkim uroszczeniom upośledzonych spadkobier­
ców; wychodząc ze wspomnianej zasady, że ostatnia wola ojcowska
powinna być święcie przez dzieci zachowaną. Przepowiada im też,
że majątek w ten sposób nabyty czy przysporzony „na marne
im wyjdzie, bo przejdzie to wsyćko na prawa i jak dostali od
ojca po krowie, to ostanie im po cielęciu, jak skońcą prawo“.

[350J

ZWYCZAJK I POJKCIA PRAWNE.

85

Bywają nadto przykłady, że i zaopatrzeni spadkobiercy nie
dopełniają należycie ostatniej woli. W grę z ich strony wchodzi
nieuczciwość, nierzetelność, brak poczucia obowiązków i egoizm,
dla których nietylko czasami nie wypełniają obowiązków, przez
testatora na nich nałożonych, ale i ukrócają w „spłatach“ słabsze
rodzeństwo.

6.

Zwyczaje spadkowe.

Gdy spadkodawca pozostawia testament, rzadki to już dzi­
siaj wypadek, ażeby „zgodni“ spadkobiercy nie zastosowali się
do ostatniej woli zmarłego i nie podzielili się spuścizną według
jego rozporządzenia.
Po śmierci spadkodawcy, zmarłego bez sporządzenia ostatniej
woli lub wobec niezadowolenia którego ze spadkobierców z testa­
mentu ojcowskiego, „robią ozporządek“ pomiędzy uprawnionemi
osobami do brania spadku „ p a n o w i e " , t. j. sąd.
Zasadą dzisiejszego podziału jest liczba głów. Tak synowie
jak i córki należą do równego działu. Wnukowie biorą tylko tę
część, która przypadałaby na nieżyjącego ojca i dzielą się nią między
sobą. Przy podziałach zwraca się wszakże w każdym razie uwagę
na następstwo po ojcu na gospodarstwie. Tym następcą bywa za­
zwyczaj syn najstarszy, który nawet wśród dzisiejszych stosunków
dziedziczy czasem tak cały majątek ojcowski, jak i nieruchomy ma­
cierzyński z obowiązkiem stosownego spłacenia braci i sióstr. Dzieje
się to atoli częściej na mocy ostatniej woli testatora, niż za zgodą
wszystkich spadkobierców. Ci bowiem wobec braku testamentu,
jeżeli robią ustępstwo z równych praw dla najstarszego brata
i pozostawiają go w domu rodzicielskim, to przyznają mu zwy­
czajnie większy dział majątkowy bez żadnego ze swej strony za­
strzeżenia. Tym sposobem czynią zadość teraźniejszym pojęciom
ludowym, które, nie uznając dawniej zachowywanego zwyczaju
w formie m ajoratu, szanują przecież prawo starszeństwa do pe­
wnej umiarkowanej, ale bliżej nieokreślonej granicy.
W razie przyznania przez spadkobierców całego spadku
gruntowego na rzecz gospodarza, spłaca on wszystkie osoby, do
równego udziału w spuściźnie uprawnione, jednakowemi kwotami
pieniężnemi, odpowiadającemi według oszacowania „taksatorów“
wartości każdego działu spadkowego.
Tu i ówdzie zdarza się, że majątek ojcowski dziedziczą sy­
nowie z obowiązkiem spłacenia córek, macierzyński zaś córki
z obowiązkiem spłacenia synów. Postępowanie to jednak nie jest
uświęcone zwyczajem w żadnej nadrabskiej rodzinie. Zwyczajem
bywa to jedynie, że ruchomy majątek matki przechodzi z jej
śmiercią w całości na własność córek.

86

JAN ŚWIĘTEK.

[3B1J

Dziecko nieprawe matki, zmarłej bez pozostawienia ostatniej
woli, ma równe prawa z jej ślubnemi dziećmi.
Do spadku po ojcu, zmarłym bez testamentu, dopuszcza po­
jęcie ludowe tylko takie dziecko nieprawe, które on za. życia pu­
blicznie za swe naturalne dziecko uważał. Nie ma ono jednak
równych praw z dziećmi ślubnemi i musi poprzestać na spłacie
pieniężnym, znacznie mniejszym, niż działy innych spadkobierców.
Majątek, pozostały po bezdzietnie zmarłej żonie, dostaje się
w całości mężowi tylko na podstawie testamentu. W braku testa­
mentu mąż dziedziczy czwartą część masy spadkowej po żonie
tytułem własności, trzy czwarte zaś przechodzą na własność jej
rodziny.
Gdy mąż umiera bezpotomnie, pozostawiając żonę i dalszych
krewnych, przekazuje testamentem najczęściej cały swój majątek
żonie, a dalszych krewnych usuwa od udziału w spadku; rzadziej
zapisuje połowę majątku żonie, a drugą połowę dalszym krewnym
lub też wyznacza żonie pewną część tytułem własności lub doży­
wocia, a dalszym krewnym zapewnia prawa do reszty masy spad­
kowej lub do całego majątku po śmierci żony.
Spuścizna zmarłego bezpotomnie męża, który nie pozostawia
ostatniej woli, wtedy tylko według pojęcia Nadrabiali przypada
niepodzielnie żonie, gdy niema dalszych krewnych, uprawnionych
do udziału w spadku. Jeśli są tacy krewni, biorą prawem wła­
sności trzy czwarte spadku, a żona jedną czwartą.
Kobieta, żyjąca ze zmarłym na wiarę, nie może sobie rościć
żadnych praw do udziału w spadku po nim, chyba że jej wyzna­
czy jaki dział w swej ostatniej woli.
Majątek syna, zmarłego bezpotomnie, nie pozostawiającego
żony, dostaje się zwykle w połowie rodzicom, a w połowie bra­
ciom i siostrom w równych częściach. Bywają atoli wypadki, że
ludzie bezżenni zapisują swój majątek rodzicom z pominięciem
braci i sióstr lub braciom i siostrom albo też tylko niektórym
z nich z pominięciem rodziców.
Kobieta, dziedzicząca majątek po mężu, nie traci praw swych
po dojściu dzieci do pełnoletności. Może się też sprzeciwić działom,
pożądanym przez dzieci pełnoletnie, dopóki spuścizna po mężu jest
jej własnością. Matka bowiem przelewa niekiedy swe prawa do
mienia męża na wszystkie lub niektóre tylko dzieci.
W razie, gdy udział w spadku mają tak dzieci jak i matka,
może wdowa wtedy tylko „nie przystać“ na działy, których doma­
gają się dzieci po dojściu do pełnoletności, jeżeli zmarły ogra­
niczył niepodzielność całej masy spadkowej aż do śmierci żony.
Przy podziałach przypada zwykle na owdowiałą matką taka
część, jaką każde z jej dzieci bierze. Ale umierający może inaczej
swym majątkiem rozrządzić na podstawie testamentu. Wobec tego

[352]

ZWYCZAJE J POJĘCIA PllAW NE.

87

dziedziczy też wdowa większą lub mniejszą część od swych dzieci
lub ma dożywocie na pewnej części.
Przy równych podziałach majątkowych dożywocie matki
przechodzi z jej śmiercią bądź w równej mierze na wszystkie
dzieci, bądź na jedno z nich, które matka naznacza, a bywa
zwykle to dziecko, przy którem matka spędziła czas wdowieństwa.
Przy podziałach nierównych prawie wyłącznie ten wypadek 'ma
zastosowanie. Dziedzicznym działem matka-wdowa rozporządza do­
wolnie przed śmiercią; obdziela nim zwykle to dziecko, z którem
żyła wspólnie do śmierci, lub które jej w prowadzeniu oddzielnego
gospodarstwa dopomagało, albo też to, które pozyskało jej szcze­
gólniejsze względy.
Podobnie ma się rzecz i z wieczystą częścią zmarłego ojca,
którą zatrzymał aż do śmierci po podziale reszty majątku między
dzieci za życia.
Przed przeprowadzeniem działów po śmierci ojca zarządza
majątkiem m atka, jako opiekunka małoletnich i administratorka
sierocińskiego majątku; gdy majątek pozostaje po matce, zarządza
nim ojciec. W razie śmierci obojga rodziców, majątek spadkowy
„dotrzymuje“ opiekun „na sióroty“.
Jeżeli dzieci są pełnoletnie lub przynajmniej jedno z nich
płci męskiej, masą spadkową po śmierci obojga rodziców zarządza
brat najstarszy aż do czasu przeprowadzenia działów.
Brat najstarszy też, jak i każde z dzieci pełnoletnich; może
się sprzeciwić podziałowi majątku, którego się domaga bądź matka,
bądź opiekun małoletnich. W takim razie sprawa zostaje w za­
wieszeniu aż do pełnoletności wszystkich spadkobierców. Toż samo
prawo przyznaje się i matce, opiekunce i administratorce siero­
cińskiego majątku, jeśli młodsze dzieci są niepełnoletnie, a starsze
pełnoletnie żądają podziału masy spadkowej.
Przy podziałach majątkowych uwzględnia się wszystkich
spadkobierców, czy są w domu lub ich niema. Nieobecnych pod
żadnym warunkiem pomijać nie wolno. Mimo to znam parę przy­
kładów z przeszłości, że podzielono się majątkiem spadkowym
z pominięciem nieobecnego brata. Za jego powrotem wytaczała
się sprawa sporna przed sąd, jeżeli spółspadkobiercy nie zaspo­
koili dobrowolnie tym lub owym sposobem słusznych żądań po­
krzywdzonego.
Dział nieobecnego spadkobiercy po matce powierza się ojcu,
po ojcu — matce; w razie, gdy oboje rodzice nie żyją, powierza
się go pełnoletniemu b ratu , a wobec niepełnoletności rodzeństwa,
opiekunowi.
Bracia, trudniący się rzemiosłem w mieście lub mający inne
stałe zajęcie w dalszych stronach kraju, dostają zwykle spłat pie­
niężny, odpowiadający co do wysokości według oszacowania „ta-

88

JAN ŚWIETKK.

[3531

chsatórów“ wartości działu, jaki na nich przypada na podstawie
ostatniej woli zmarłego lub prawa spadkowego. Jeżeli owi bracia
z takim wymiarem się nie zgadzają, biorą wraz z pozostałymi we
wsi swój dział, jaki im jest w naturze przeznaczony i mogą z nim
sobie postąpić według woli.
Przy działach bierze się w rachubę większe wydatki, poczy­
nione na rzecz pewnych spadkobierców. Do takich wydatków za­
licza się n. p. koszta, które rodzice ponieśli dla wykształcenia
syna w szkołach lub w jakiem rzemiośle; wystawienie budynków
dla którego z dzieci; zaopatrzenie ich i wywianowanie; „sprawie­
nie“ wesela lub nabycie „ p r a w d z i w y c h k o r a l i “ dla córki.
Zdarza się nawet, że ojciec przed śmiercią testamentem dlatego
odsuwa w bardzo znacznej części od udziału w spadku jedno
z dzieci, że na nie w ciągu życia poczynił większe wydatki Nie
mam tu na myśli jednak takiego dziecka, które czyto na mocy
układów przedślubnych, czy też na podstawie aktu darowizny otrzy­
mało zupełne zaopatrzenie za życia rodziców, bo ono już udziału
w spadku zwykle nie ma. Jakkolwiek wszakże stosunki spadkowe
się układają, niema zwyczaju zwracania pieniędzy i udziałów,
wziętych za życia spadkodawcy.
Zwykle bierze większy dział mężczyzna niż kobieta; różnica
ta jednak w ogólności nie da się ściśle oznaczyć i nie jest tradycyonalna. Stan wolny a małżeński spadkobierców nie wpływa
bynajmniej na wymiar i wielkość ich majątkowych działów. Mię­
dzy pełnoletnimi a małoletnimi synami o tyle czyni się różnicę
w działach, że najstarszy zwykle największą część otrzymuje.
Ziemia dostaje się w dziale tak spadkobiercom płci męskiej,
jak i żeńskiej. Ziemią dzielą się, albo biorąc ją ryczałtem, albo
też dzieląc każdy gatunek ziemi według wartości osobno. Drugi
sposób podziału bywa dosyć rzadki. Skutkiem tego tworzą się
wązkie parcele (płóski), odgraniczone miedzami, które podług wy­
rażenia się ludowego wyglądają jak ;,kis(z)ki“, liczące już dziś
gdzieniegdzie tylko po cztery lub pięć czteroskibowych zagonów.
Działy, przeprowadzone ryczałtem, bywają zwykle czy wcześniej
czy później powodem waśni i zatargów rodzinnych. Choćby się
bowiem pominęło nawet głosy niezadowolenia, jakie się odzywają
z czasem wśród spadkobierców wskutek takiego podziału, który
przy równych prawach jednemu daje gorszą, drugiemu zaś lepszą,
urodzajniejszą glebę, tkwią już w podziale ryczałtowym i inne
niedogodności. Wyznaczenie bowiem działów, sposobem ryczałtowym
dokonanych w poszczególnych parcelach (płóskach), jest tego ro­
dzaju, że właściciele środkowych nie mają dojazdowej drogi do
gruntu przez swoje pole. Zmuszeni są więc na wiosnę i w jesieni
przejeżdżać przez grunta innych spadkobierców, którzy, nie chcąc
dopuścić, aby ich plony polne na tern cierpiały, zastępują drogę

[354]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

89

mimowolnym szkodnikom. Ponieważ nadto gospodarze we wsiach
nadrabskich aż do żniw pasają krowy po miedzach na powrózku,
zdarza się często przy ryczałtowych podziałach, że jeden pasie na
miedzy, ciągnącej się obok działu drugiego, lub też przez nią prze­
pędza i „trawę tarasi“, wskutek czego wywiązują się niesnaski
między spadkobiercami.
Dzieląc się gruntem, nie robią tego zwykle spadkobiercy
bez wiedzy i upoważnienia władz rządowych. Ale bywają także
wypadki obejścia prawa i dzielenia sią po cichu ziemią. Podział
ten przeprowadzają albo sami spadkobiercy albo ich opieka, ozna­
czając bliżej położenie każdego działu w niwie („płósce“), z uży­
ciem do pomiaru sznura i pala lub rozmierzając rolę na kroki
i zagony; sprowadzają też niekiedy w tym celu wspólnym ko­
sztem prywatnego mierniczego.
Dom rodzicielski dostaje się zwykle temu z braci, który jest
następcą po ojcu na gospodarstwie. Ponieważ zaś tym następcą
bywa zwykle brat najstarszy, on też dziedziczy zazwyczaj dom
rodzicielski. Stąd rzadkie bywają wypadki, aby młodsi bracia
pozostawali na miejscu po podziale majątkowym.
Dom ocenia się podług wartości; stosownie do niej jego po­
siadacz ma spłacić rodzeństwo, jeżeli go umierający od tego nie
uwolnił testamentem lub też jeżeli rodzeństwo, równy udział w masie
spadkowej m ające, nie zrzekło się swych praw czyto samo przez
się (pełnoletnie), czy też przez swą opiekę (małoletnie). Posiadacz
domu obowiązany jest matce wdowie (ewentualnie ojcu) dać w nim
„posiedzenie“ do śmierci, zarówno jak i małoletniemu rodzeństwu
do czasu dojścia do pełnoletności; ma też spłacić dług, gdyby
jaki na domu ciążył.
Podział majątku ruchomego dokonywa się podług wartości
i jakości przedmiotów, które się na ten majątek składają. Dzieci
dzielą się majątkiem ruchomym albo w ten sposób, że każde z nich
zabiera sobie przedmioty, jemu przez „tachsatórów“ przyznane, albo
też jeden ze spadkobierców obejmuje cały majątek ruchomy z obo­
wiązkiem spłacenia innych kwotą, odpowiadającą wartości ich
działów.
Gdy dzieci są małoletnie i majątkiem sierocińskim nie za­
rządza m atka, opiekun sprzedaje majątek ruchomy i pieniądze
stąd uzyskane, po odtrąceniu wydatków na potrzeby pupilów po­
czynionych, oddaje do kasy sierocińskiej, zostającej pod zarządem
sądu powiatowego, jako wyższej władzy opiekuńczej.
Umierający, rozporządzając przed śmiercią i swym majątkiem
ruchomym, oznacza też bliżej nazwę przedmiotów, którymi ze
swego ruchomego majątku obdziela każdego spadkobiercę.
7

90

JAN ŚWTĘTEK.

[355]

Jeśli spadkodawca nie rozporządził ustnie czy piśmiennie
sprzętami, dzielą się nimi spadkobiercy według wzajemnej umowy.
Przy wyborze cząstek losowania nie bywa. Wrazie nieporozumień
uciekają się dzieci do interwencyi żyjącej m atki, niekiedy także
do stryja lub wuja, a czasami i osoba obca, mająca pewien
wpływ na spadkobierców, znajduje u nich posłuch w tej spornej
kwestyi. Bywa również i tak, że przynajmniej dwóch gospodarzy
ocenia wartość wszystkich sprzętów, a, obdzielając cząstkami spad­
kobierców, uważa, aby każdy pod względem wartości równy dział
otrzymał; lub też, oszacowawszy na ogólną kwotę sprzęty, prze­
znaczają je jednemu z tym warunkiem, że resztę spadkobierców
pieniądzmi wynagrodzi w miarę ich działów.
Przy podziale sprzętów w naturze, kobiety biorą zwyle te
cząstki, które dla ich użytku są przeznaczone.
Udział zięcia w spadku zawisły jest od uczuć, jakie dla
niego żywił zmarły teść lub teściowa. Bywają wypadki, acz
rzadkie, że tak córka jak i zięć mają równy udział w spuściźnie
na podstawie ostatniej woli zmarłego, zazwyczaj jednak tylko
córka dziedziczy, a zięcia nie dopuszcza się do spadku.
Podobnie rzecz się ma i z pasierbem lub pasierbicą. Tra­
fiają się nad Rabą przykłady ich dziedziczenia po zmarłym oj­
czymie lub zmarłej macosze, jeżeli nie mieli własnych dzieci,
a pasierb lub pasierbica cieszyli się ich względami.
Udział ten w spadku na podstawie ostatniej woli zmarłych
w różnych okolicznościach bywa różny. Raz pasierbica posiada
prawem własności mórg gruntu po macosze, drugi raz pół morga;
w innym pasierb dziedziczy po ojczymie l 1^ morga, w innym
znowu 1/B morga czyli tak zwaną „połówkę“.
W kwestyach spadkowych spuściznę po ojcu lud najczęściej
nazywa: „ojcyzna, ojcowizna“. Gdy spadek jest po żonie, mąż
oznacza go wyrazem: „babizna“ ; dzieci zaś „rnatusino“.
W braku spadkobierców w linii prostej mają udział w spadku
dalsi krewni.
Jeżeli spadkodawca umiera bez sporządzenia ostatniej woli,
wtedy prawo spadkowe, obowiązujące w państwie austryackiem,
jest naturalnie decydujące; jeżeli zaś spadkodawca zostawia te­
stament, przekazuje nim zazwyczaj z pominięciem dalszych kre­
wnych swój majątek wychowankowi lub wychowance, którzy
mogą względem niego nawet nie zostawać w stosunkach powi­
nowactwa. Spadkobiercami bywają także w podobnych wypad­
kach z woli testatora chrzestne dzieci, t. j . „ krześnik“ lub
„krześnica“, albo jedna lub dwie osoby z dalszych krewnych,
które „mu się podobały“.

[356]

91

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

7. Opieka.
Po śmierci ojca opiekunka małoletnich, a zarazem i adrninistratorką sierocińskiego majątku bywa matka. Opiekunka przy­
biera dla dzieci małoletnich współopiekuna w osobie bliższego lub
dalszego krewnego. Ten jej wybór zatwierdza sad powiatowy jako
władza nadopiekuńcza. Współopiekunem bywa także niekiedy brat
pełnoletni.
Opiekę nad sierotami po obojgu rodzicach ma zwykle jeden
z bliższych członków rodziny: dziadek, stryj lub w uj; ale bywa
nim także i dalszy krewny, nawet i zupełnie obcy.
Opiekę nad małoletniemi dziećmi wyznaczają przeważnie już
sami rodzice, zwracając się przed śmiercią z tą prośbą do jednego
z krewnych lub powinowatych, do którego mają największe
zaufanie.
W braku takiego zarządzenia przez umierających rodziców,
jeden z krewnych bądź z własnej inicyatywy, bądź też za sprawą
innych członków rodziny, przyjmuje na siebie obowiązki opiekuna
i zgłasza się do władzy nadopiekuńczej o zatwierdzenie go w tym
charakterze. Jeżeli krewni sierót nie poczuwają się dobrowolnie
do przyjęcia obowiązków opieki, sama władza nadopiekuńcza,
uwiadomiona o tern przez zwierzchność gminną, naznacza i. mia­
nuje opiekuna, któremu porucza bezwłoczne objęcie tego urzędu.
Zwykle nie bywa osobnego opiekuna małoletnich, jeżeli żyje
matka. Ale władza nadopiekuńcza usuwa w pewnych razach matkę
od opieki, mianując dla małoletnich osobrego opiekuna, a bywa
to wtedy, gdy matka notorycznie niemoralne życie prowadzi i dzie­
ciom daje zgorszenie; gdy za marnotrawczynię prawnie zostanie
uznana; gdy ma obłęd umysłowy lub jest kaleką; gdy dopuści
się zbrodniczego czynu i na dłuższe więzienie skazaną zostanie,
wreszcie gdy po zawarciu przez nią powtórnego małżeństwa sąd
uzna potrzebę odebrania jej opieki.
We wszystkich tych wypadkach, a szczególniej w ostatnim
władza porucza zwykle sprawowanie opieki współopiekunowi, któ­
rym bywa niekiedy i ojczym małoletnich.
Opiekun powinien według pojęć ludowych wytrwać na tern
stanowisku aż do dojścia sierót do pełnoletnoścL Mimoto bywają
dość częste przykłady, że opiekunowie starają się uwolnić przed
czasem od poruczonych im obowiązków. Udaje im się to wszakże
tylko wtedy, gdy potratią udowodnić wobec władzy nadopiekuń­
czej, że albo wskutek podeszłego wieku, ułomności fizycznej lub
umysłowej albo też nawału pracy i zajęć przy własnem gospo­
darstwie nie mogą podołać obowiązkom, jakie na nich opieka
nakłada.
7*

92

JAN ŚWIĘTRK.

[B57]

Opiekun mieszka zazwyczaj w tej samej wsi, w której i jego
pupilowie; ale bywa i człowiek ze w^si obcej. Nieprawidłowości
tego rodzaju nie podobają się wszakże ogółowi. Uznaje on wtedy,
zwłaszcza, jeżeli majątek sierociński większy, potrzebę ustano­
wienia drugiego opiekuna na miejscu; ale bardzo rzadko do tego
przychodzi. Częściej się zdarza, że człowiek, który sam nie po­
siada znaczniejszego mienia w gruncie, a ma poruczoną opiekę
nad małoletnimi i administracyę większego majątku sierocińskiego
w obcej wsi, zwija własne gospodarstwo i przenosi się do domu
pupilów.
Obowiązki bowiem opiekuna, względem pupilów wymagają
tego; ich majątek również potrzebuje czujnego oka.
Opiekun powinien dbać o wychowanie i moralne prowa­
dzenie się swego pupila, jakby swego własnego dziecka, powinien
wpajać w niego zasady cnoty, bogobojności i uczciwości; wszelkie
jego błędy i wykroczenia ma zganić i skarcić, o dobro jego
się starać, w razie doznanej krzywdy od kogo obcego za nim
się ująć, we wszelkich sprawach prywatnych, czy urzędowych
pupila zastępować i korzyść jego jedynie mieć na względzie,
majątkiem jego zawiadować lub zarządzać sprawiedliwie i uczci­
wie, aby uszczerbku w niczem nie było, w razie gruntowych spor­
nych zatargów z sąsiadami stać po jego stronie i wreszcie, jeżeli
niepełnoletni zamierza zawrzeć małżeństwo, a związek ten dlań
korzystny, nie odmawiać mu swego pozwolenia i stosowne kroki
poczynić u władzy nadopiekuńczej.
Pupil nawzajem winien jest opiekunowi uszanowanie i po­
słuszeństwo. We wszystkich kwestyach ma zasięgać jego rady
i niczego się nie podejmować na własną rękę, bez jego zgody
i pozwolenia, zobowiązań nie ma zaciągać żadnych i powinien uni­
kać starannie wszystkiego, coby między nim a opiekunem mogło
wywołać pewne nieporozumienia i zawikłania. Pupil może atoli
w razie złego obchodzenia się opiekuna z nim i niszczenia majątku
użalić się przed krewnymi i ich interwencyi zażądać; może nawet
w danym razie razie odnieść się ze skargą na opiekuna do władzy
nadopiekuńczej o nadużywanie władzy, trwonienie majątku lub
zaniedbywanie obowiązków. Krewni, widząc krzywdę sierót, po­
winni się ująć za niemi i w razie potrzeby donieść sądowi o wszel­
kich nadużyciach opiekuna.
Opiekun może podrastającego pupila i chłostą karać za nie­
posłuszeństwo, dorosłego zganić i napomnieć surowo; gdyby zaś
nagana nie skutkowała, ma opiekun uwiadomić o tern władzę
nadopiekuńczą, która mu nie odmawia swej pomocy w tym wzglę­
dzie i pozwala na stosowne środki lub sama odpowiednio karze
niesfornego.

[358]

ZWYCZAJE I POJĘCIA

PRAWNE.

93

Obowiązkiem współopiekuna jest wspierać matkę małoletnich
w sprawowaniu opieki i administrowaniu sierocińskiego majątku,
wpływać moralnie na małoletnich, wytykać i naganiać im błędy,
karcić wszelkie wady i wykroczenia, a w razie jakichś zdrożności
ze strony matki, jak niemniej i trwonienia przez nią sierociń­
skiego m ajątku, zwrócić się do władzy nadopiekuńczej z prośbą
o zapobieżenie skutkom takiego postępowania.
Opieka z majątku ruchomego sprzedaje zwykle te przed­
mioty, które z czasem tracą wartość, a korzyści nie przynoszą.
Pieniądze stąd uzyskane obraca albo na potrzeby sierót albo na
zaspokojenie długu, gdyby jaki ciążył na masie spadkowej, albo
też oddaje je do kasy sierocińskiej. Opieka pozostawia z ma­
jątku ruchomego tylko takie rzeczy, które są nieodłączną częścią
majątku nieruchomego, lub z których mogą korzystać małoletni.
Kosztowności jak n. p. korale prawdziwe składa opiekun dość
często w depozycie sądowym lub sprzedaje.
Majątek nieruchomy, a zwłaszcza grunt, opieka wydzierżawia
czyto w całości czy w części, a czynsz dzierżawny oddaje co­
rocznie do kasy sierocińskiej, po odtrąceniu wydatków na podatki,
daniny, umarzanie długu i różne potrzeby małoletnich. Postępuje
tak opieka z całą masą spadkową wtedy szczególniej, gdy sieroty
same już „sobie dadzą radę, na siebie mogą zapracować“ i idą
do służby, a stąd i niema potrzeby obracania dochodów z m a­
jątku sierocińskiego na ich utrzymanie przed dojściem do pełnoletności.
Gdy sieroty po śmierci rodziców jeszcze „nie odrosły, do
służby i roboty nie są zdolne“, opiekun albo sam przyjmuje je
wszystkie do swego domu albo też niektóre z nich stosownie do
życzenia i woli zmarłych rodziców oddaje do domu krewnych,
którzy zarówno, jak i on, otrzymują pewną część sierocińskiego
gruntu „do zbiórki“ na utrzymanie małoletnich. Resztę sierociń­
skiego majątku opieka „wypusca w dzierżawę“, odnosząc czynsz
do kasy sierocińskiej.
Gdy majątek nieruchomy nieznaczny zaledwie starczy na
utrzymanie małoletnich lub gdy wobec znaczniejszego majątku
koszta wychowania sierót, poleconego przez rodziców lub władzę
nadopiekuńczą na przedstawienie krewnych, równoważą dochody
z tego majątku, opiekun lub krewni, którym powierzono staranie
0 małoletnich, mogą cały dochód ze spadkowych części sierót
obracać na ich utrzymanie, bez względu na to , czy te części zo­
stają w ich rękach czy też w dzierżawie.
Powyższe przypadki odnoszą się do sprawowania opieki przez
opiekuna. Gdy opiekę sprawuje matka, jest ona zarazem administratorką sierocińskiego majątku. Ten majątek, tak ruchomy, jak
1 nieruchomy, „dotrzymuje“, ona w całości „na dzieci“ do ich

94

JAN ŚW1ĘTEK.

[359]

pełnoletności, jakby był jej własny. Grdyby administratorka trwo­
niła m ajątek, władza nadopiekuńcza, na przedstawienie współopiekuna, zarządza dochodzenie, sprawdza rachunki zarządu, opie­
kunkę uznaje za marnotrawczynię, odsuwa ją od sprawowania
opieki nad małoletniemi dziećmi, którą natomiast powierza wraz
z administracyą majątku współopiekunowi, mianując go zarazem
opiekunem.
Przy ustanawianiu opieki robi się spis inwentarza. Do tej
czynności powołuje się zwykle trzech lub dwóch rzeczoznawców,
z pośród gospodarzy miejscowych w ybranych, zwanych „tachsatórami“. Spis inwentarza składa się w sądzie wśród aktów spad­
kowych, dosłowny zaś z niego odpis wręcza się opiekunowi.
Opieka nie zawsze oddaje do kasy sierocińskiej pieniądze,
należące do małoletnich; za pozwoleniem władzy nadopiekuńczej
umieszcza je korzystniej u osób prywatnych, których majątek
daje wszelką rękojmię zwrotu. Opieka nabywa też niekiedy za
sierocińskie pieniądze majątek gruntowy na rzecz pupilów, gdy się
jej nadarza korzystna sposobność.
Szkody, poczynione przez pupilów, zaspakaja opiekun z ich
majątku.
W braku majątku sieroty wynagradzają szkody z własnego
zarobku lub zasługi. Wrazie „niezdolności" małoletnich do pracy,
poszkodowany ma „pocekać“ na zwrot strat, „jaz podrosną“*
Opiekun zdaje rachunki po skończeniu opieki, a nawet
i w czasie jej sprawowania, gdy dochód sierocińskiego majątku
przewyższa znacznie koszta utrzymania i wychowania małoletnich.
Dzieje się to szczególniej na wezwanie władzy nadopiekuńczej.
W rachunkach, sporządzanych piśmiennie, wykazuje on na pod­
stawie dokumentów wszelkie dochody i wydatki z majątku sierót.
Tą drogą też a za wskazówkami krewnych i pupilów kontroluje
się szkody i nadużycia, poczynione przez opiekuna.
Niekiedy opiekunowie w czasie sprawowania swego urzędu,
nie dbając o dobro małoletnich, głównie dla siebie starają się cią­
gnąć korzyści materyalne. Nie troszczą się n. p. o należyte utrzy­
manie budynków, należących do sierót, a rachują na nie znacznę
koszta. „ Z b i e r a j ą c “ zaś czyto sami sierociński grunt, czy też
„ w y p u ś c i w s z y “ go w dzierżawę, nie dbają o to, że sąsiedzi,
z którymi niekiedy pozostają w porozumieniu, „ w o r u j ą “ (zaorywują po kawałku) się w ten grunt i kawałkami go „ u r y w a j ą “.
Narzędzia rolnicze, należące do gospodarstwa małoletnich, niszczą,
a o poprawę lub sprawienie nowych się nie troszczą, jakkolwiek
pod tym względem wypełniają rubrykę wydatków. Nabywają liche
narzędzia do gospodarstwa pupilów lub ubrania dla nich, a w ra­
chunek wstawiają kwoty, nie odpowiadające wartości tych przed­
miotów. Chcąc się zabawić za pieniądze sierót, prowadzą w ich

[360]

ZW Y C ZA JE

I POJĘCIA

PR A W N E .

95

imieniu niekorzystne procesy, o których są z góry przekonani, że
się nie udadzą. Procesując się zaś w słusznej sprawie małoletnich,
ujęci datkiem przeciwnika, nie bronią jej należycie; dobra sprawa
upada, a przeciwnik odnosi zwycięstwo i nieprawe zyski. Z dzier­
żawy gruntu sierocińskiego, za porozumieniem się z dzierżawcami,
oddają do kasy sierocińskiej mniejsze czynsze dzierżawne, niż są
w istocie, albo też z dzierżawcami umawiają się potajemnie w ten
sposób, że oni za odpowiedniem wynagrodzeniem opieki dzierżawę
otrzymują taniej, niż tego stosunki miejscowe wymagają. Trzyma­
jąc zaś sami grunt małoletnich, nie chcą opłacać czynszu dzier­
żawnego albo całkiem albo w części, rachując znaczne koszta na
wychowanie i utrzymanie sierót, z któremi po macoszemu się
obchodzą.
Wobec tego uważa się też za rzecz zupełnie sprawiedliwą,
jeżeli pupilowie po skończeniu opieki, a krewni w czasie jej spra­
wowania pociągają niekiedy złych lub niedbałych opiekunów do
odpowiedzialności sądowej.
Opiekunowie, którzy czyto ze złej woli, przez nieuczciwość,
nierzetelność i różne malwersacye, czy też przez zaniedbanie obo­
wiązków i niedopilnowanie interesów małoletnich, uszkodzili mają­
tek sierociński, według opinii publicznej nie tylko te szkody bez­
względnie powinni wynagrodzić i być od dalszego sprawowania
opieki odsunięci, ale nawet i na karę więzienia być skazani.
Również odpowiada opiekun wobec opinii ludowej, jeżeli
z sierotami srogo i nielitościwie się obchodzi. Lud oburza się na
podobne postępowanie opieki, bierze zawsze stronę pupilów, a złym
opiekunom czyni nieraz z tego powodu ostre zarzuty.
W razie sprzedaży mienia pupilów przez opiekuna, należy,
według pojęć ludowych, pociągać do odpowiedzialności zarówno
opiekuna, jak i kupującego. Grdyby się pokazało, źe kupujący
wiedział o tern, iż opiekun nie miał prawa sprzedawać nabytych
przez niego przedmiotów, to powinien je zwrócić. Jeżeli zaś
kupujący działał w dobrej wierze i w tern przekonaniu, że
opiekun miał prawo, czy pozwolenie rozrządzania mieniem pu­
pila, należy go uwolnić od odpowiedzialności, a opiekuna zmusić
do wynagrodzenia szkody pupilowi, a za nadużycie surowo
ukarać.
Opiekun nie otrzymuje zwykle za swoje trudy wynagrodze­
nia. W razie powierzenia mu atoli zarządu nad znaczniejszym ma­
jątkiem sierocióskim, który mu daje wiele zajęcia, przyznaje mu
się osobno z tego majątku pewną część „do z b i ó r k i “ (kawa­
łek roli), jeżeli równocześnie nie uwzględnia się jego utrzymania
na dziale,. na wychowanie małoletnich przeznaczonym. Nadto opie­
kun ma prawo ciągnąć korzyść z nadwyżki, jaką ponad zwykłe
dochody potrafił uzyskać przez dobry zarząd majątkiem małoletnich.

96

JAN ŚW USTEK.

[361]

Według pojęć i zwyczajów ludowych sieroty dochodzą do
pełnoletności już w dwudziestym roku życia, choć opieka zobo­
wiązuje je prawnie do 24 lat. Zdarza się wszakże i to dość często,
że się sieroty uwalnia z pod opieki nawet i przed dwudziestym
rokiem życia. Pobudką do tego jest podeszły wiek matki opie­
kunki, głównie zaś korzystne widoki zawarcia związków małżeń­
skich. Odnosi się to szczególniej do dziewcząt-sierót, którym opie­
ka często pozwala zawrzeć małżeństwo nawet przed szesnastym
rokiem życia.
Oo do sierót płci męskiej przyjmuje się jako najniższy wiek
osiemnaście lat skończonych. W tym wieku chłopców-sierót po­
czynają się już zachody matek-opiekunek koło ich ożenienia, a za­
razem i starania u władzy nadopiekuńczej o uwolnienie ich z pod
opieki.
Nie zawsze tak pomyślnie układają się stosunki sierót po
śmierci obojga rodziców. Opieka nieraz przeszkadza pupilom w za­
warciu związku małżeńskiego, który nie odpowiada jej widokom.
Kieruje nią nieuczciwość i chciwość. Opiekun, przed udzieleniem
swego pozwolenia na zawarcie małżeństwa i uwolnieniem z pod
swej opieki, stara się wytargować na pupilu bądźto pewne ma­
jątkowe ustępstwa, bądź też znaczniejszy datek z jego kieszeni
lub z kieszeni rodziców narzeczonej lub narzeczonego. Niekiedy
opiekun do tego stopnia okazuje się łapczywym i sprzedajnym,
że za pieniądze, wzięte od drugiej strony przyszłego małżeństwa,
formalnie tak prośbą jak i groźbą zmusza pupila, a szczególniej
pupilkę do zawarcia związku małżeńskiego z osobą, której rodzina
ucieka się do przekupstwa, aby wraz z małoletnim, szczególniej
zaś małoletnią żoną, posiąść znaczniejszy majątek.
Zdarzają się również wypadki, że opiekun nie pozwala pu­
pilowi na zawarcie związku małżeńskiego z osobą, której rodzina
znana z energii, nie pozwoliłaby mu ciągnąć nadal korzyści z ma­
jątku pupila, ale raczej dążyłaby do tego, aby go pociągnięto do
odpowiedzialności sądowej za wszelkie nadużycia, poczynione w cza­
sie sprawowania opieki; natomiast ten sam opiekun, działając
podstępnie, nakłania pupila do wejścia w związki małżeńskie
z osobą, która jest nieszczególnie umysłowo, a przytem i fizycznie
uposażoną przez naturę, tern samem też powodować sobą da we­
dług jego woli i upodobania. Gdy opiekun jest dalszym krewnym
lub obcym, stara się zwykle dla własnej korzyści namówić swego
zamożnego pupila lub pupilkę do zawarcia małżeństwa z jego
córką lub synem.
Sieroty, które nie mają żadnego m ajątku, a nie są zdolne
jeszcze do pracy, przyjmują najbliżsi krewni lub litościwe osoby
do swego domu i wychowują je bezinteresownie przynajmniej do­
póty, dopóki nie potrafią same zapracować na siebie i do służby

[3621

ZW Y CZA JE

I POJĘCIA

PR A W N E .

97

nie są zdatne. Kierunek moralny takich sierót należy wszakże
w każdym razie do opiekuna, który też ma się troszczyć i o ich
los dalszy.
Nad głuchoniemymi i obłąkanymi sprawuje opiekę najbliż­
sza rodzina, nad prawnie uznanymi marnotrawcami „kurator“,
przez sąd z pomiędzy krewnych lub obcych ludzi wyznaczony.
Kurator ma te same obowiązki względem majątku marnotrawcy
i jego niepełnoletnich dzieci, ja k opiekun względem sierót i ma­
jątku sierocińskiego.

II.

SPOŁECZEŃSTWO *).
-------- ^ --------

1.

Rody.

We wsiach nadrabskich mieszkają rody o rożnem nazwisku.
Ani w jednej z nich nie panuje wyłącznie jedno nazwisko, cho­
ciaż przewaga jednego lub dwu nazwisk w każdej włości przema­
wia za tern, że był czas, kiedy jedną lub drugą osadę zajmował
tylko jeden ró d , na rodziny podzielony. Dowodem tego są same
rodziny tutejsze, posiadające wspólne nazwisko, chociaż między
sobą nie przyznają się do bliższego lub dalszego pokrewieństwa
i żyją w stosunkach zupełnie obojętnych. Pielęgnują one poczucie
wspólnego pochodzenia rodowego, a niekiedy podnoszą z naciskiem,
że wtedy, kiedy już w tej lub owej wsi miały swoje gospodar­
stwa, o innych rodach, dziś obok nich mieszkających, nie było
jeszcze wcale rnowy.
Ale i ta mniejszość rodzin nie pozwala na ignorowanie swej
starożytności. Według nich nie zawsze mniejsze rozgałęzienie pe-

A) Zob. Materyały antr.-archeologiczne i etnograficzne tom I, str. 266 nn.

[120]

UJP NAPftABSIO,

99

wnego rodu jest dowodem jego późniejszego osiedlenia się w miej­
scowości. Mimoto za pewnik przyjąć należy, wobec podań nad
Rabą się utrzymujących, żę we wsiach nadrabskich większa część
rodów, zwłaszcza o mniej powszechnem nazwisku, nie mogłaby
już wykazać dokładnie swego pochodzenia.
Rody mniejsze dostawały się do wsi nadrabskich po więk­
szej części drogą związków małżeńskich z córkami przeważającego
rodu. Wiele z nich osiedlało się tu także, zbiegłszy z innych oko­
lic z pod jarzma pańszczyźnianego, a nieliczne wyjątki znachodziły tu schronienie podczas branki („łapanki“) wojskowej w po­
czątkach tego stulecia. W ostatnich czasach znowu, zwłaszcza
w drugiej połowie X IX . wieku, dosyć często przybywają nowi
ludzie bądź z okolic sąsiednich, bądź dalszych, nabywają tu real­
ności i stale się osiedlają.
To, co się powiedziało o wsiach nadrabskich, jako odręb­
nych całościach, nie da się powiedzieć bez ograniczenia o całym
kompleksie wsi, ogólnie wziętym. Mieszkańcy włości nadrabskich,
jeżeli zawierają poza miejscem swego urodzenia ściślejsze stosunki,
z reguły prawie nie oddalają się zanadto poza wieś własną. Miesz­
kaniec Targowiska n. p., nie znajdując dla siebie odpowiedniej to­
warzyszki życia we wsi rodzinnej, szuka jej najdalej w Kłaju,
w Chełmie, w Nieszkowicach i t. p., a więc we wsiach ościennych
i to już znaczy, że „sie żeni w ograni cy“, dokąd się przenosi także
czasami przez „przyzenienie się“. Stąd pochodzi właśnie napływ
takich obcych rodów do tej lub owej wsi, ale nie do całej oko­
licy, jako gminy niejako zbiorowej, której mieszkańcy wogóle
uważają się za tubylców od niepamiętnych czasów. Niektórzy lu­
dzie o nazwisku mniej rozpowszechnionem, o swe pochodzenie
zagadnięci, najwyżej tyle potrafią powiedzieć o kolejach swego
rodu, że ich przodkowie (ojcowie, dziadkowie, pradziadkowie...)
przybyli „z ogranice“, n. p. do Targowiska z Kłąja, Stanisławie,
Łapczycy... lub na odwrót. Nawet przeważna część mieszkańców
wsi Pierzchowa, Pierzchowca, tudzież Gierczyc, nie uważa się za
przybyszów z dalszych okolic, chociaż o tych osadach głośne
krąży podanie wśród nadrabskiego ludu, że (w czasie bliżej nie­
oznaczonym) padły one ofiarą grasującej w tych stronach cholery
i dżumy, zwanej „ ł o ż n i c ą “: w Pierzchowie i Pierzchowcu ani
jeden człowiek wśród tej strasznej zarazy nie uszedł z życiem;
w Gierczycach zaś tylko ocalał jeden woźnica, który podczas srożącej się dżumy, modląc się ustawicznie, zdała od domu pasł ko­
nie w polu i do wTsi rodzinnej nie zbliżał się wcale. Nazwy
„Pierzchów, Pierzchowiec“ miały też powstać dopiero po tej zarazie.
Otóż i ze zdaniem mieszkańców tych wiosek trzeba się zgo­
dzić poniekąd, jeżeli się porówna przeważające tu nazwiska z na­
zwiskami rodowemi innych wsi. Większa ich część da się odszukać

100

J. ŚWIATEK,

[121]

we wsiach nadrabskich, a te, których tu niema, znaleźć można
w innych postronnych osadach. Z tego wnosić wypada, źe wy­
ludnione przez epidemię włości zajmowali mieszkańcy wsi sąsied­
nich, którzy bądź w stosunku pokrewieństwa zostawali z wymar­
łymi rodam i, bądź tez, którzy we swej wsi rodzinnej nie mając
dostatecznego utrzymania, w przeniesieniu się do opustoszałych
miejscowości i zajęciu ich roli nie natrafiali na żadne przeszkody.
W niektórych wsiach znajdą się zaledwie nieliczne wyjątki,
któreby mogły wskazać na swe pochodzenie „z z& W isłya lub na
pochodzenie germańskie lub szwedzkie. Żywioły obce nie wyci­
snęły wszakże na charakterze naszego ludu odmiennego piętna,
nie wywarły na niego znaczniejszego wpływu; owszem zespoliły
się z nim i same zatraciły z biegiem czasu zupełnie znamienne
cechy swego pochodzenia. Nie budzą też ciekawości przeszłe losy
tych obcych rodów; zaczynają się bowiem i kończą na osiedleniu
się w tutejszych stronach. Pominę zatem i ja powtórzenie owych
mdłych wspomnień, a zaznaczę jedynie, że ludzie, którzy z pewną
niechęcią tylko przyznają się do swego szwedzkiego pochodzenia,
nic więcej stwierdzić nie potrafią nad to, że ich przodkowie pozo­
stali w tych stronach w czasie, którego wspomnienie grozą przej­
muje każdego Nadrabianina. Losy dalsze obcych rodzin wogóle
wiązały się już ściśle z losami rodzin tutejszych i w nich się roz­
płynęły tak, że nie pozwalają mówić o sobie, jako o czemś odrębnem.
Nierównie więcej zainteresowania mogłyby może budzić losy
i koleje owych niewielu rodów tatarskich, które według niejasno
przedstawiającego się podania mają się kryć wśród licznych rodów
wsi Kłaja. Lecz jak z innymi obcymi rodami, tak samo stało się
i z rodami tatarskimi w okolicy nadrabskiej. Jeżeli bowiem w rze­
czywistości kilku Tatarów poszukało sobie stałego przytułku w Kłaju,
stało się to prawdopodobnie za panowania Batorego, a od tego
czasu zlali się ci Tatarzy do tego stopnia z tutejszą pierwotną
ludnością, że wybitny typ tatarski już tu teraz nie występuje ni­
gdzie, a pamięci o pochodzeniu Tatarskiem nie można wyśledzić
w żadnej kłajowskiej rodzinie. Najwyżej chyba z instynktów ta­
tarskich u paru rodzin kłajowskich, które wyróżniają się bezprzy­
kładną wśród nadrabskiego ogółu mściwością, zaznaczającą się
do niedawna jeszcze częstemi podpalaniami, moźnaby wnosić, że
w Kłaju pokutuje w istocie tu i ówdzie duch tatarski.
Wobec tego trzeba odnieść pochodzenie przynajmniej prze­
ważnej części rodów nadrabskich do czasów, zakrytych grubą pomroką, z tern uzasadnionem przypuszczeniem, że główny szczep
ludności, dla której wzniesiono w pierwszych początkach chrześci­
jaństwa kościoły w Chełmie i w Łapczycy, w celu wyrwania jej
z błędów pogańskich, przetrwał z niebardzo znaczną przymieszką

[122]

LUD NADRABSKI.

101

w jej potomkach aż do dzisiejszych czasów, rozrastając się w roz­
maite rody, które pod wpływem różnych okoliczności lub ważniej­
szych wydarzeń różne dostawały przydomki, zamieniając je z cza­
sem w nazwiska rodowe. Nie było jednak, zdaje się, nad Rabą
zwyczaju kładzenia godeł na domach, któreby miały pewne okre­
ślone znaczenie ze względu na pochodzenie rodu i jego koleje.
Ponieważ atoli, według mego zdania, dla wyrobienia sobie
dokładnego sądu o rodach nadrabskich poźądanem będzie dla badaczów bliższe poznanie nazwisk włościan tutejszych, przeto na
tern miejscu podaję wierny ich wykaz.

a) S P I S

nazwisk rodowych u ludu nadrabskiego.
A. W e ws i M a r s z o w i c e :
Antosiewicz, Bajer, Bartosik, Biernat, Burdelski, Bzdyl, Choinacki, Długosz, Dudek, Dudka, Dziedzic, Gawlik, Gondek, Goczała, Jaworski, Jelonek, Kaczmarczyk, Kaliski, Kocwa, Krzyk,
Kuczma, Lalik, Lisowski, Ładyga, Łosiński, Marczyk, Michniew­
ski, Mięsko, Nanojowski, Nic, Piejmyk, Radomski, Rumoń, Rusoń, Sala, Samek, Sikora, Skowronek, Słabosz, Słabowski, Stacho­
wicz, Stasiak, Stawarz, Stopa, Strojny, Strózik, Szostak, Tuleja,
Turakiewicz, Tyrański, Wilczyk, Wilczyński, Wilkoński, Włodar­
czyk, Wojas, Wojaż, Wojtas, Wojtasik, Wójcik, Wyporek, Zawała,
Zieliński, Ziemba, Zygmański, Żyto.
B.

W e w si N i e z n a n o w i c e .

Bała, Bądek, Bernardzik, Boguta, Cwierzyk, Długosz, Do­
mański, Gadek, Gierczak, Jelonek, Jurek, Kasprzyk, Konieczny,
Kostuch, Kowalą K ucharski, Lutyński, Mentel, Michalik, Mikuła,
Mrowiński, Orlik, Pytel, Rudek, Rusoń, Sala, Sal, Seidler, Sienkowski, Skowronek, SłalDOsz, Sowiński, Stachel, Strojny, Świeży,
Szostak, Turakiewicz, Więcław, Wilk, Wilkoński, Włodek, Woj­
dyła, Wróbel, Zagól, Zając, Żyła, Żyto.
G.

W e w si P i e r z c h o w i e c .

Barnadziak, Kaźmierczak, Kowalski, Kubik, Matusik, Men­
tel, Michalik, Michałek, Mikuła, Owsianka, Pilch, Stachel, Stachnik,
Stachowicz, Więcław.

102

J . ŚWIATEK.

D. W e

w si

1123]

Pierzchów.

Barnadziak, Białota, Cecuga., Chmielek, Domański, Gajek,
Jagła, Jarosowicz, Jurek, Kasprzyk, Kostuch, Kowalski, Kubik,
Lichani, Mardosz, Mentel, Michałek, Mikuła, Mrowiński, Owsianka,
Pilch, Rusoń, Rybka, Sal, Sala, Siemiński, Stachel, Stachnik,
Stachowicz, Szostak, Urbankiewicz, Wolski.
E.

W e w si K r a k u s z o w i c e .

Gajewski, Gal, Gierczak, Górka, Hyrc, Janik, Kocwa, Ko­
łodziej, Kołos, Kopecki, Kościelniak, Kowalski, Kubacik, Kuchar­
czyk, Kucharski, Kuciński, Kwapień, .Lasoń, Mało ta, Marszałek,
Morajko, Oberwany, Owsianka, Pajduk, Pawlik, Piotrowski, Prochwicz, Przybyszowski, Radwański, Rudek, Sabur, Skirnina, Sko­
wronek, Strójek, Szostak, Urbanik, Wcisło, W łosiński, Wolski,
Zając, Zawadzki, Zmudzki, Zujmik, Żupnik.
F.

W e wr s i K s i ą ż n i c e .

Baniak, Białota, Chmielek, Chwastek, Czekaj, Drożdżak,
Dymiała, Dzieża, Dzioba, Ens (kolonista niemiecki), Gać, Gorzula,
Hyrc, Jamrózek, Jankowicz, Karpała, Kawalec, Kościelniak, Ko­
walski, Kumoński, Lech, Malarz, Marcinek, Marzec, Michalik,
Michniak, Morda, Mrowiński, Nikodem, Nowak, Owsianka, Pilch,
Piotrowski, Piwowar, Rybka, Rzepka, Samek, Ścisło, Seweryn,
Sikora, Smaga, Stachel, Stefański, Strój ek, Swigost, Szwenk, Wiej,
Wiśniowski, Włodek, Wolski, Zięba.
6r.

W e w si Ł ę ź k o w i c e .

Budyś, Chwastek, Drożdżak, Dziedzic, Dzieża, Gorzula, Jach,
Jankowicz, Łach, Łysik, Matura, Michalik, Pilch, Radoń, Sal,
Salach, Seweryn, Stachnik, Strojek, Studziński, Włodarczyk, Wło­
dek, Wypych.
H.

W e w si T a r g o w i s k o .

Barchała, Bąk, Bielec, Choinacki, Chudecki, Chwastek, Chyl,
Dziedzic, Fołtyn, Fortuna, Gawlik, Golarz, Gondek, Grał, Jach,
Jamrózek, Jania, Kanarek, Karpała, Korbut, Korczyński, Kowal­
ski, Kozub, Krawiec, Kukiała, Kuś, Łysik, Łyskowicz, Marcinek,
Matura, Migdał, Mikuła, Miksa, Moryc, Noskowski, Piekło, Pi­
wowar, Polak, Ponisz, Rybka, Rzepka, Samek, Sącki, r Sabelan,
Skrzypek, Sieczek, Słodki. Solarz, Stanisz, Stokłosa, Swiegoda,

[124]

LUD NADRABSKI.

103

recte Świeboda, Swiętek, Szczepanik, Szewczyk, Tacik, Wąsik,
Wątorek, Więcek, Włodarczyk, Wójcik, Wojtowicz, Wróbel, Wyczesany, Zomenta, Zborowski.
I.

We

wsi

Kłaj.

Amboszka, Bałka, Baran, Barszcz, Bąk, Błach, Bocim, Bu­
dzyń, Choinacki, Chudecki, Cieślak, Czubak, Fidur, Fortuna, Gałat, Garść, Garścia, Gaweł, Gądór, Gondek, Gradoś, Grał, Greciak, Grobelny, Gruszecki, Guzik, Janikowski, Jurkow ski, Kala,
Kania, Karpała, Kasprzyk, Kisiela, Konieczny, Korbut, Kordek,
Kostecki, Kosturek, Kowal, Kowalski, Krawiec, Kryza, Kubas,
Kukiełka, Kurdziel, Kuzaj, Lany, Legutko, Łysek, Malinowski,
Maraś, Marcinek, Matura, Miękina, Mięso, Migas, Migdał, Mikłas,
Mikuła, Mitan, Nikodem, Nowak, Pawełek, Perdek, Piwowar, Po­
lak, Ponikiewicz, Porębski, Prochwicz, Racięta, Rayduch, Róg,
Rybka, Rzepka, Sak, Sador, Siwek, Slróra, Sieczek, Sobas, Soko­
łowski, Solarz, Strach, Świegoda (recte Świeboda), Swiętek, Stała,
Steczek, Studziński, Styczeń, Szczudło, Szydlik, Treśka, Walczyk,
Warchołek, Więcek, Wilkosz, Włodarczyk, Włodek, Wojas, Wojtal, Wojtowicz, Wróbel, Zomenta.
K.

W e w s i S t a n i s ł a w i e e.

Babicz, Barkowski, Barszcz, Buczak, Brzyk, Choinacki,
Dylowicz, Desput, Dębosz, Drabik, Gorzula, Góra, Jachym, Ja ­
wień, Kapłon, Karpała, Kasprzyk, Klejdys, Kluż, Kołodziej, Ko­
nieczny, Kowalski, Kozub, Krawiec, Krzeczkowski, Kubas, K ur­
dziel, Lach, Lasko wicz, Łach, Lachowicz, Maj, Malaca, Maras,
Marzec, Miękina, Migdał, Mikłas, Moryc, Murzyn, Nowak, Oporek, Pałkowski, Postawa, Rybka, Rydz, Samek, Sarliński, Selak,
Siemdaj, Sito, Skocz, Skolasa, Sobas, Stanisz, Strach, Szczepanik,
Szczudło, Szewczyk, Tacik, Ułanik, Warchołek, Wątorek, Wełna,
Włodarczyk, Wojak, Wróbel.
L.

W e w si C i k o w i c e .

Babicz, Bartkowicz, Białek, Drabik, Dylowicz, Jawień, Ka­
płan, Kasprzyk, Kmiecik, Kozub, Krasowski, Krawiec, Ku cwał,
Laskowicz, Leśniowski, Lipek, Maras, Marzec, Miękina, Mikłas,
Nowak, Osika, Pałkowski, Polak,f Postawa, Puścizna, Rybka,
Rzepka, Salis, Sarliński, Siemdaj, Slęczek, Słapa, Sobas, Stanisz,
Strach, Szewczyk, Tkaczyk, Twadowski, Wąsik, Więcek, Wojewódka, Zborowski.

104

J.

Ł.

Ś W IĘ T E K .

W e w si

[125]

Damienice.

Baniak, Barański, Białek, Bokus, Bugajski, Chełmecki, Dra­
bik, Duman, Dy łowicz, Dynka, Dziurdzia, Górecki, Grandys,
Iwański, Jasieński, Kałucki, Karpała, Kmieć, Kmiecik, Komor,
Krasowski, Krawiec, Kryza, Kucwał, Laskowicz, Leśniowski, Mar­
kowski, Marzec, Miklas, Miklas, Musiał, Nanek, Niedopytany,
Nowak, Pałkowski, Porębski, Puścizna, Ramza, Rybka; Rydz,
Rzepka, Sarliński, Selak, Skóra, Słowiński, Smaciarz, Śmiałek,
Sondel, Spyrka, Stachowicz, Stała, Stanisz, Strzała, Sumara, Sze­
ląg, Szewczyk, Tomasik, Twardowski, W alasek, Waśniowski, Za­
jąc, Ziencik.
M. W e w si S t r a d o m k a .
Boruta, Flisak, Foszcz, Godula, Grzesik, Jagła, Jawień,
Klejdys, Konieczny, Kościelniak, Kowalski, Kukulski, Lech, Ma­
ciaszek, Pasternak, Spisak, Spyrka, Walas, Wróbel, Zborowski.
N.

W e w si N i e s z k o w i c e .

Bielak, Birkowski, Budzyń, Ból, Duda, Dziurdzia, Fabiański, Flasza, Foszcz, Francuz, Gajek, Gałązka, Gałat, Górski, Ja ­
gła, Jawień, Klejdys, Kogut, Kostuch, Kosturek, Kruk, Kuchno,
Kufta, Kunecki, Łasieński, Łaszcz, Łokieć, Maciuszek, Mączka,
Michalczyk, Noga, Opach, Pilch, Rachwalski, Rzepka, Sechman,
Stokłosa, Swiętek, Swigost, Szwed, Tokarz, Walas, Więcław, Wój­
cik, Zagórski, Zawadzki.
0.

W e w si D ą b r o w i c a .

Bacik, Bajda, Batko, Bednarz, Ber, Boguta, Budyś, Budzyń,
Chojecki, Chrost, Cefal, Długosz, Dragon, Duda, Dziurdzia, Fabiańczyk, Filipczyk, F ołtyn, Fortuna, Gajek, Gałat, Gałązka,
Gawlik, Godula, Gondek, Grzyb, Górecki, Gwizd, Jarecki, Ja ­
wień, Kasprzyk, Kowalski, Koza, Kuchno, Kufta, Kukulski, Lech,
Lonka, Maciuszek, Majka, Marzec, Matusik, Mental, Michalczyk,
Michniak, Migdał, Mrowiński, Mróz, Musiał, Noszkowicz, Obrał,
Pach, Palczewski, Pater, Perzon, Piotrowicz, Piotrowski, Pyrc,
Rachwalski, Sechman, Skowronek, Słabosz, Sowa, Stokłosa, Swię­
tek, Stachnik, Swigost, Szczurek, Szostak, Tomera, Turek, Tynka,
Wawszczyk, Węglarz, Węgrzyn, Wieniec, Wojas, Woźniak, W ój­
cik, Zagoi, Zagórski, Zawadzki, Zdebski, Żurek,

[126]

ZW Y CZA JE

P

We

I DOJĘCIA

fR A W N E .

105

w si G i e r c z y c e .

Bielak, Boguta, Budyś, Budzyń, Chyl, Cieśla, Chwastek, Dra­
bik, D uda, Dziura, Dziurdzia, Flasza, Fołtyn, Gaik, Gałat, Ga­
łązka, Górecki, Grzyb, Jasiński, Jawień, Karpała, Kasprzyk,
Kuchnik, Kuchno, Kufta, Komoński, Kwiatek, Leśniewski, Łaszcz,
Maciuszek, Marzec, Michalczyk, Michniak, Migdał, Mrowieński,
Murzyn, Nowak, Pagacz, Piotrowicz, Rachwalski, Siatka, Siemieński, Skowronek, Strach, Świętek, Szczudło, Węgrzyn, Wiśniowski,
W y czesany, Zagórski, Zając, Zajd, Zawada, Zborowski, Zięba.
R.

W e w si Siedlec.

Bartosik, Baran, Budzyń, Cagiel, Chmielowski, Choinacki,
Chyl, Dębosz, Dziuba, Dziurdzia, Filipczyk, Flasza, Florek, Garbul, Hyrc, Indalin, Jagła, Jania, Jamrózek, Jankowicz, Kapłan,
Karpała, Korbut, Koziarski, Kreplowski, Kruk, Kuchno, Kuras,
Łach, Marzec, Michalczyk, Michniak, Migdał, Mucha, Nowak,
Pagacz, Pierzynowski, Pilch, Piotrowski, Ponisz, Radoń, Rybka,
Rzepka, Samek, Salach,^ Ścisło, Siatka, Siemieński, Słabosz, Sło­
nina, Smaga, Stachel, Swisula, Terlecki, Turek, Wiej, Włodek,
Wójcik, Zając, Zajd, Zborowski.
S. W e w s i C h e ł m .
Budyś, Duda, Dziuba, Dziurdzia, Filipczyk, Gorzula, Góroki,
Grzyb, Jach, Jachymczak, Kolik, Korbut, Kowal, Krupski, K u­
mor, Kut, Łach, Marzec, Michniak, Migdał, Pilch, Rybka, Rzepka,
Samek, Smaga, Sołtysek, Stanisz, Stokłosa, Szczepanik, Walasik,
Wójcik, Wróbel, Zagórski, Zborowski.
T.

W e w si

Moszczenica.

Bielak, Budzyń, Chudecki, Chyl, Ćwik, Dębosz, Dyga, Dyrliga, Dziuba, Flasza, Jawień, Jankowicz, Kapłan, Kluż, Kołodziej,
Korbut, Kozub, Kycia, Maj, Maras, Michalczyk, Migdał, Mleczko,
Moryc, Nikodem, Owsiak, Pacura, Pagacz, Piwowar, Rzegota,
Rzepka, Samek, Siatka, Smaga, Solarz, Sołtysek, Stanisz, Strach,
Studzieński, Szydlik, Tokarz, Włodarczyk, Wojas, Wróbel, Zając,
Zborowski.
U.

W e w si Ł a p c z y c a .

Anioł, Banaś, Batko, Biegun, Buczek, Budyś, Budzyń, B u­
gajski, Całka, Chlebek, Chmielek, Chwałkowski, Chyl, Cybura,
8

106

j.

ŚW lĘ T E lf.

[127]

Czekaj, Dębosz, Droździk, Dybczak, Dyga, Dygutowicz, Dziuba,
Firak, Florkiewiez, Gaik, Gajecki, Gajek, Gałązka, Gondek, Gó­
ral, Góralik, Górka, Gwizda, Hozer, Jachym, Jagła, Jankowicz,
Kaliciński, Kałucki, Kapitanek, Karczmarczyk, Karpała, Kasprzyk,
Kępa, Kicia, Kiliański, Klimek, Kluż, Kołodziej, Komór, Kowal­
ski, Kozub, Krzyk, Krzykowski, Kuchnik, Kufta, Kusło, Kwie­
cień, Lalik, Latosiński, Lech, Lisak, Liszka, Ładyga Łuczyński,
Maj, Majda, Małek, Marmulewicz, Marzec, Matko, Michalczyk,
Miękina, Migdał, Mleczko, Mól, Moryc, Nauka, Nowak, Nowa­
kowski, Olszowski, Oszust, Pagacz, Pawłowski, Pilch, Puścizna,
Rachwalski, Radwański, Ruczyński, Rzepa, Sarliński, Sasowski,
Selak, Seruga, Sędzimir, Sitko, Sito, Skóra, Skrawacz, Skwirczek,
Sieczek, Sobas, Solarczyk, Sowicki, Stachowicz, Stal, Stanisz,
Strzałka, Szafraniec, Szewczyk, Szkatuła, Szwed, Tokarz, Toma­
sik, Tylko, Tynek, Walasek, Wałasek, Waśniowski, Wawszczyk,
Wiater, Więcek, Włodarz, Wojas, Wróbel, Zając.
Wiele rodzin tutejszych mimo wspólnego pochodzenia i mimo
faktu, że nawet poczucie tej wspólności wśród nich się utrzymało,
nosi różne nazwiska. W każdej wsi spotyka się przynajmniej dwa
takie rody, których prawne nazwisko zastępuje u ludu wyłącznie
nazwisko rodowe innych rodzin, w większej liczbie w tej samej
wsi mieszkających.
Takiej samowolnej zmiany pierwotnego nazwiska na inne przez
niektóre rodziny obecnie się nie spotyka i ostaćby się ona nie
mogła wobec dzisiejszych urządzeń prawnych; za dawnych czasów
atoli, kiedy na lud zwracano mniejszą uwagę, taka przemiana możliwa
była nawet z urzędu, choć bez jego wiedzy. Zdarzyło mi się czy­
tać urzędową relacyę jednego z dawniejszych proboszczów w pa­
rafii chełmskiej, w której się skarży na niedbalstwo swego po­
przednika w prowadzeniu metryk, wskutek czego okazała się nie­
możliwość wyszukania potrzebnych dat urodzenia, chrztu, zawar­
cia małżeństwa i zejścia wielu z parafian. Wobec takiego stanu
rzeczy łatwa też była przemiana nazwiska rodowego na inne, czy
to przez samych jego przedstawicieli dla piękniejszego brzmienia,
czy to przez inne osoby, które pośrednio lub bezpośrednio miały
w tern interes albo które podczas aktów uroczystych, jak n. p.
chrzcin, ślubu, pogrzebu, powołane do podania nazwiska, nie znały
właściwego rodowego i zamiast niego podały powszechny jego
przydomek. Przemiana rodowego nazwiska na inne wypływała atoli
najczęściej z przydomków, jakie się zwykle nadaje ojcom jednej
rodziny dla odróżnienia ich od ojców drugiej rodziny z tern sa­
mem nazwiskiem. Skoro zaś przydomek lub nazwa skądinąd wzięta
raz zastąpiła prawnie nazwisko rodowe, trzeba już było starania,
ażeby to nazwisko napowrót odzyskać.

[i28]

ZWYCZAJfG I POJĘCIA PRAWNK.

107

W kilku wypadkach znowu według wersy i ludowej, rodziny
wspólnego pochodzenia stąd noszą różne nazwiska, że niegdyś je­
den z członków tego rodu pozostał przy nazwisku inacierzyńskiem
przez niedbalstwo ojca, który po późniejszern zawarciu małżeństwa
nie zgłosił w urzędzie parafialnym prawnego uznania swego dzie­
cka płci męskiej, zrodzonego w nieślubnym związku.
W przeszłości da się również odszukać parę wypadków,
w których dzieci płci męskiej innego rodu, wychowane przez chrze­
stnych rodziców lub obcych ludzi, z majątkiem tych wychowaw­
ców przybrały zarazem i ich nazwisko rodowe, zachowując wsze­
lako pamięć swego pochodzenia.
Nie brak też wskazówek, że pasierbowie w dawniejszych
czasach mogli przybierać nazwisko ojczyma. Przynajmniej dziś
dość często, choć zazwyczaj prywatnie, znany jest pasierb we wsi
i okolicy pod nazwiskiem ojczyma, zwłaszcza, jeżeli go ojciec osie­
rocił dzieckiem, a matka wkrótce po śmierci pierwszego męża za­
warła powtórny związek. Wśród takich warunków wychowanemu
pasierbowi nierzadko większa część wsi nadaje błędnie nazwisko
ojczyma, nawet długo jeszcze po jego dojściu do pełnoletneści
i objęciu na własną rękę odziedziczonego po ojcu gospodarstwa,
którem w czasie małoletności pasierba zarządzała matka wraz
z ojczymem.
Jeżeli zaś tak bywa jeszcze obecnie przy znacznem podnie­
sieniu się poziomu umysłowego wieśniaków, to dawno ubiegłe czasy
wobec ciemnoty ludu czynią możliwe omyłki nawet z urzędu, za
sprawą wszelako samych włościan. Szczególniej pasierb wtedy tra­
cił nazwisko swych stryjów, dziadków i innych krewnych ojczy­
stych, a natomiast mimowolnie dostawał nazwisko rodowe ojczyma,
gdy matka, sporządzając testament przed śmiercią, przekazywała
nim swój własny majątek wszystkim dzieciom, tak z pierwszego
jak i drugiego małżeństwa, pod jednem i tern samem nazwiskiem,
t. j. nazwiskiem rodowem dzieci z drugiego męża.
Kwestyę różnych nazwisk u rodzin tutejszych wspólnego pochodenia wyświeciłoby z pewnością dokładnie bliższe rozpatrzenie
się w dawnych aktach urzędowych i kościelnych ; potrzebaby je ­
dnak do tego przejrzenia archiwum miechowskiego klasztoru za­
konu Bożogrobców, który przez swoich księży, począwszy od r.
1161. aż do r. 1838. zarzadzał parafią chełmską. Na teraz ogra­
niczam się do powyższych uwag , opartych na poczynionych nad
Babą spostrzeżeniach, a dla przykładu podaję kilkadziesiąt nazwisk
rodowych, później przez pewne rodziny przyjętych, obok ich na­
zwisk pierwotnych, więcej dziś we wsi rozpowszechnionych, pod
któremi te rodziny w całej okolicy są znane:
Bacik, Batko; Baran, Wojtowicz; Bielec, Swiętek; Barchała,
Włodarczyk; Bzdyl, Włodarczyk; Ból, Kufta; Cieślak, Baj duch;
8*

j. ŚWIETKK.

108

[129]

Dygutowicz, D yga; Dziurdzia, Dziura; G ajecki, Gaik, Gajek;
Garścia, Garść; Góralik, Góral; Grobelny, W łodek; Kanarek,
Noskoski; K arpała, Korbut; Kmiecik, Kmieć; Kowal, Wojas;
Kowalski, Kowal; Krzykowski, K rzyk; Kucharski, Kucharczyk,
Kucharz; Kuchnik, Kuchno; Liszka, Liszak; Łysik, Szewczyk;
Migdał, Chyl; Miklas, Mikłas; Pilch, Stanisz; Sala, Sal; Sitko,
Sito; Skóra, Chudecki; Słabowski, Słabosz; Skrzypek, Swiętek;
Styczeń,, Pawełek; Wilczyński, Wilczyk, Wilkoński, W ilk; W oj­
tasik, Wojtas; Zieliński, Kosturek.

b)

Przezwiska.

Niektóre rody, a częściej rodziny, noszą oprócz nazwiska
rodowego tak zwane „przezwiska“, t. j. przydomki, które im na­
dają zwykle zzłośliwi sąsiedzi („podch(w)yciwszy ich) bądź od ich
przymiotów zewnętrznych i wewnętrznych, bądź od ich ulubionych
wykrzykników, przysłowi, łajań lab wyrażeń, bądź od miejsca
ich pochodzenia lub zamieszkania, od imion własnych, imion oj­
ców, dziadków i innych przodków, bądź też wreszcie od ich zaję­
cia lub jakiegoś szczególniejszego wypadku w życiu. Nadrabskie
przydomki uważają noszące je osoby raczej za obelgę. Bywają one
nawet często pobudką do kłótni, zatargowi bójek; prawie nigdy nie
przyjmuje się ich bez szemrania i z zupełnem poddaniem się na­
przód jednostkom, a potem wsi całej i okolicy. Są przydomki,
które do tego stopnia się utarty i przyczepiły do rodzin, że prze­
chodzą z pokolenia na pokolenie i są prawie jedynym drogowska­
zem do ich rozpoznania. Nazwisko rodowe wtedy prawie nie jest
znane szerszemu ogółowi. Szczególniej odnosi się to do tych przy­
domków, po których odróżnia się rodziny, należące do tego sa­
mego rodu i noszące to samo nazwisko rodowe. Są zatem przy­
domki mniej lub więcej znane, mniej lub więcej rozpowszechnione.
Jedne z nich, a mianowicie rzeczywiście obelżywe, znane są pra­
wie tylko we wsi własnej, drugie znowu walczą we wsi, a po­
niekąd i w okolicy o pierwszeństwo z rodowemi nazwiskami, inne
w końcu, przeważnie te, które wywodzą się z imion ojców, dziad­
ków lub innych przodków albo też, które wskazują czyto na
przymioty zewnętrzne czy wewnętrzne przezwanego, a zatem mniej
więcej niewinne, nabierają zwykle szerszego rozgłosu i zastępują
niemal zupełnie w życiu prywatnem nazwisko rodowe.
Dla przykładu zestawię tu obok podania pochodzenia wszyst­
kie prawie przydomki starszych włościan ze wsi Targowiska, gło­
śniejsze zaś tylko ze wsi: Książnic, Łężkowic, Stanisławie, Kłaja,
Moszczenicy i Łapczycy.

[130]

ZW yC Z A JR

I POJĘCIA

l’R AW N B.

109

a) Przydomki włościan ze wsi Targowiska.
Przydomek
(przezwisko)

Nazwisko
rodowe

Pochodzenie przydomku.

Ajzo

Chojnacki

Rozpoczynając jakąś czynność
w towarzystwie, zwykł wrzywać
do niej towarzyszy: „Ajzo (alsoniem.-więc, nuże, dalej !) chłopcy!
ajzo chłopcy!“

Alabe

Chwastek

Jako chłopiec długo pasał gęsi
i spędzał je na wodę, a na do­
miar tego jeszcze w dziesiątym
roku życia nie mógł nagiąć języka
do należytego wymawiania poje­
dynczych wyrazów i wołał na gęsi:
„A Labę, gąski, a Labę! zamiast:
na Rabę gąski, na R abę!“

Babecka

Swieboda

Szczególniejsze znajduje upo­
dobanie w pogadance z kobietami
(babami).

Barchała

Włodarczyk

Tak przezwali rówieśnicy je ­
dnego z dawnych przodków W ło­
darczyka dla „psich włosów“ („par­
chów“), które miał na głowie. (Dziś
ten przydomek zastępuje zupełnie
nazwisko Włodarczyków z tego
rodu).

Berdyga

Bielec

Ma zwyczaj klęcia: „ty berdygo“.

Bryka

Chudecki

Zwykł porównywać wszelkie
pojazdy do bryczki „bryki“, n. p.
„Sprawiułem wóz, jak brykę; pojedziewa jak na bryce; mk takie
kolca jak brykę; jechał pan, a miał
taką ładną brykę“ i t. d. Nadto
wszelki objaw wesołości nazywa
„brykaniem“. Mawia więc: „nie
brykaj!“ zamiast, jak inni: „nie
wojuj! nie dokazuj!“

110

J. ŚWJĘTEK.

[131]

Przydomek
(przezwisko).

Nazwisko
rodowe.

Pochodzenie przydomku

Brykaj ski.

Szczepanik

Ma gruby, ochrypły, donośny
głos, a gwałtowny charakter.

Brytan

Piwowar

Dla otyłości, a szczególniej dla
nabrzmiałej twarzy, tak go prze­
zwano w młodości.

Bucśk

Watorek

Chłop krępy, mocny i wytrwały,
zwykł w młodym wieku o sobie
mawiać: „Chociem mały, alem na­
bity i twardy, tak jak bueak(buk)“;
odgrażając się zaś komu, wołał:
„Jak weznę jakiego bucaka, to
ja ci tu dam !“.

Buda

Chudecki

Dziadek żyjącego komornika,
noszącego ten przydomek, zwykł
swą małą chałupę porównywać
z „budą na rzepie“.

Bujak

Włodarczyk

Przystosowawszy bijak do cep
z „odziomka“, chełpił się przed
każdym, kto się zatrzymał przed
stodołą, że ma „bijak z bujaka“.

Bujana

Kowalski

Czy to w polu, czy w karcz­
mie przed grajkami, zwykł w mło­
dym wieku nucić:
„Dana ino dana,
W kapuście bujana!“

Burmistrz

Korbut

Ojciec żyjącego gospodarza, wo­
dząc rej w zabawach wiejskich, nie
dawał się nikomu wyprzedzić, oświadczając, że on „tu jest bur­
mistrzem “.

Bury kab&t

Włodarczyk

Ubierał się przez czas dłuższy
w „bury kabat“ (kapotę).

Bzdura

Szewczyk

Ojciec żyjącego gospodarza
miał zwyczaj wszelkie drobnostki,

[132]

Przydomek
(przezwisko).

ZW Y CZA JE

Nazwisko
rodowe.

I POJĘCIA

PR A W NE.

111

Pochodzenie przydomku.

jak niemniej plotki, bajki, niedo­
rzeczności i ludzi niemi się zajmu­
jących nazywać „bzdurami“. Miał
n. p. takie przysłowie: „Nie pleć
bzdur ty bzduro“.
Cepak

Świętek

Chudy Ma­
ciek

Samek

Ciaćko

Tacik

Cimerman

Golarz

Ciopa

Włodarczyk

Wynajmował się do młocki
zamożnym gospodarzom. Mimoto,
gdy jeden z włościan nazwał go
w sprzeczce „cepakiem i majstrem“,
uczuł się mocno tern przezwiskiem
dotknięty i odparł je z oburze­
niem: „Ja nie cepak! ja nie maj­
ster ! Kudłać cepak! pies majster !“
Tern atoli zastrzeżeniem się popsuł
sobie sprawę, bo „podchwycone“
przejściowe przezwisko zamieniło
się na stały przydomek.
W młodym wieku służył za
parobka u gospodarza, który miał
brata tegoż samego imienia. Dla
uniknięcia więc pomyłki, nazywali
domownicy szczupłego parobka
„chudym Maćkiem“, brata zaś go­
spodarskiego „spaśnym Maćkiem“.
Wesoły, dowcipny, żartobliwy,
figlarz; zdałby się nawet po odpowiedniem wykształceniu go na
wytrawnego trefnisia.
Zna się na ciesielce. Pracował
też w młodym wieku jako cieśla
przy kolei i tu zyskał sobie przy­
domek: „cimermana“. Tak go bo­
wiem nazywał jego przedsiębiorca
Niemiec.
Gdy był jeszcze parobkiem,
zwykł był sobie nucić:
„Ciopa, ciopa po ciopinie,
Bedzie jarm ak w Zaklucynie !“ itd.

112

Przydomek
(przezwisko).

J.

Nazwisko
rodowe.

[133]

ŚW IĘT EK .

Pochodzenie przydomku.

Cyrán

Włodarczyk

Damas

Bielec

Od imienia ojca: Damazy (Damas). Tenże, gdy, podpiwszy so­
bie, wracał z karczmy, zwykł był
śpiewać:
„Danas moja, danas,
Przepiuł portki Damas,
A Damaska burkę,
Cym przykryją dziurkę“.

Dawidacuá

Choinacki

Na imię mu Wincenty (zdrob.
Wicuś),^a miał zwyczaj —jakto na­
wet w swoim czasie było w mo­
dzie nad Rabą — wtrącać w mo­
wie dla uczynienia jej mniej zro­
zumiałą dla ogółu w wyrazy po­
między pojedyncze zgłoski, zgłoski
„da“, n. p. Da-wi-da-cuś. Da-chojda-na-da-cki“ i t. d.

Dubelt

Samek

Ojciec teraźniejszego gospoda­
rza miał zwyczaj dla oznaczenia
wyrazu: dobrze, doskonale — po­
sługiwać się słowem: „dubelt“.
Przydomek „Dubelt“ atoli przy­
lepił się jemu i jego następcom
dopiero wtedy, gdy żonę swą po­
chwalił wobec najemników za
smaczne kluski: „Dubelt kluski
na oleju, K aśka!“

Dutka

Bielec

Ma chirurgicznie wprawioną
tutkę dla leczenia krtani.

Dym

Mikuła

Mieszkał najdłużej z włościan
tutejszych w „kurznej“ („dymnej“)
chałupie, rzadko się z niej rusza­
jąc między ludzi.

Dziekan

Słodki

Już z trądycyi wyraz „dziekan“
używa się porównawczo dla ozna-

Od imienia ojca: Cyryl (Cyran).

[134]

Przydomek
(przezwisko).

ZW YCZAJE

Nazwisko
rodowe.

T POJĘCIA

PR A W N E .

1*3

Pochodzenie przydomku.

czenia pojęcia obżartucha lub pieczeniarza „paskudnego“. Ponieważ
zaś jeden ze Słodkich, zmarły przed
czterdziestu laty, odznaczał się ob­
żarstwem, stąd jemu nadali sąsiedzi słusznie przydomek „dziekan“,
który wkrótce przejdzie już pra­
wem następstwa na czwarte po­
kolenie.
Gazda

Korbut

Ojciec ożenił się w osiemnastym
roku życia i objął na własną rękę
gospodarstwo. Przypadło mu więc
wcześnie miejsce między gospoda­
rzami, którzy, niechętnie widząc
takiego młodzika w swem gronie,
dla ironii przezwali go góralskim
charakterem „gazdy“. Zresztą on
sam brał to za dobrą monetę i czę­
sto „wychwalał się“ przed obcymi
ludźmi na jarmarkach i w dal­
szych okolicach, że on „juz jest
gazdą“.

Gęgać

Swiętek

Wielki gaduła, a mowę według
Targowian ma podobną do gęga­
nia gęsi.

Gieltak

Kuś

Kiedy wrócił do wsi z wojska,
mawiał często: „Przy wojsku było
mi dobrze, bom fasował gieltak“.

Grajcar
lub rzadziej
Seląg

Wontorek

Od ulubionej piosnki ojca:
„Świeci się Warszawa za moje
[piniązki,
Wcoram przepiuł graj cór, dzisiak
[dwa selązki“.

Hakuba

Solarz

„Zacina się w mowie i jąka
się“. Na imię mu zaś Jakób (Kuba).

114

Przydomek
(przezwisko).

J. ŚWIĘTFK.

Nazwisko
rodowe.

[135]

Pochodzenie przydomku.

Hohyn

Noszkpwski

Jako chłopiec udawał dosko­
nale pianie „młodego koguta —
holryna“ (niemiec. Hohhuhn).

Hudziadzia

Włodarczyk

Wyraz „hudziadzia“ nad Raba
oznacza właściwie starca (trzęsą­
cego się od starości). Włodarczyk
atoli stad swój otrzymał przydo­
mek, że w młodszym wieku, tań­
cząc w karczmie, w takt muzyki,
a dla dodania animuszu uwijają­
cym się w tańcu parom, narzuciw­
szy połę (trok) górnicy na prawe
ram ię, powtarzał wykrzyk: „Hudzia, hudzia! hudzia, hudzia! Hu­
dziadzia!“.

Iwon

Włodarczyk

Dla odróżnienia jednego Wło­
darczyka od drugiego z temże sa­
mem imieniem: Jan (Jasiek).

Izdebnik

Kar pała

Podchmieliwszy sobie, śpiewa
zwykle z powrotem do domu:
„Jedzies K&rpaliku,
Na siwym koniku;
Nie bedzies popasał,
Jaze w Izdebniku“.

Jadamek

Swiętek

Od imienia ojca: Adam (Jadam).

Janiołek

Słodki

Dla okazywania pokory, uniżoności, potulności, łagodnej wię­
cej pieszczotliwej mowy, a drob­
nego chodu.

Jantuś

Gondek

Od własnego chrzestnego imie­
nia : Antoni (zdrob Jantuś).

Japtykarz

Włodarczyk

Dla skąpstwa, a nader częstych
nawoływań dzieci i krewnych do
oszczędności.

[136]

Przydomek
(przezwisko).

ZW Y CZA JE

Nazwisko
rodowe.

r POJĘCIA

PR A W N E.

115

Pochodzenie przydomku.

Jędras

Wontorek

Drugi przydomek obok „Graj­
car“ od własnego chrzestnego imienia „Jędrzej“ dla odróżnienia
go od innych Grajcarów.

Kacmarz

Jach

W młodszym wieku trzymał
w.dzierżawie przez kilka lat karcz­
mę w Chełmie i szynkował.

Kanarek

Noskoski

Od śpiewnego głosu, porówny­
wanego ze śpiewem kanarka.

Kapelon

Chudecki

Nosił dawny, wysoki kapelusz
w kilka lat jeszcze potem, gdy
on wyszedł już zupełnie z mody.

Kępa,
Kępski.

Piwowar

Od kępy chrustu nad potoczkiem, na której, wyrąbawszy wi­
klinę, wzniósł dziadek żyjącego
gospodarza, zabudowania gospo­
darskie. Kępa ta miała stanowić
granicę pomiędzy otwartemi po­
lami w jedną stronę od rzeczułki,
a przedewsiem, zwanem „Zato­
kam i“.
Obok przydomku „Kępa“ nosi
dzisiejszy Piwowar, na tern miej­
scu mieszkający, także przydomek
„Gorący“, bo przekręciwszy brzmie­
nie znanej piosnki i popsuwszy
jej melodyę, zwykł był nucić:
„Ja ci powidał, ja ci powidał,
Nie koch&j wojaka;
Bo wojak gorący,
Oparzyłabyś sie!“

Łężkowicz

Od chrzestnego imienia ojca:
Klemens (Klimas).

(Gorący)

K li mas
Kołtonowaty

j Stokłosa

Nosi długie włosy, zwykle roz­
czochrane.

116
Przydomek
(przezwisko).

3.

Nazwisko
rodowe.

[137]

ŚWIĘTEK.

Pochodzenie przydomku.

Kowal

Kozub

Kubanek

Włodarczyk

Na imię mu Jakób (Kuba),
a ze swych nieczystych spraw wy­
kręcił się — ja k utrzymuje —
„kubanami“.

Kudłać

Rzepka
i Skrzypek

Od noszenia wąsów i brody.

Kulawy
dyaboł

Fortuna

Uniósłszy się gniewem, miał
zwyczaj „przezywania“ przeciwni­
ka „kulawym dy&błem“.

Kurdyś

Jach

Przyniósł z Węgier, gdzie słu­
żył przez długi czas przy wojsku,
kordelas, którym się często popi­
sując, mawiał: „Nima to jak mój
kurdyś“.

K...a Maciek

Grał

Gdy był kawalerem, zakradł
się raz w nocy do dziewki karcz­
marza. Wystraszył go atoli żyd,
a za uciekającym krzyczał z ca­
łego gardła: „Ty k...a Maciek!"

Kycia
(Mraus)

Słodki

Ojciec zwykł był śpiewać przed
grajkami w karczmie:
„Chociu k y c i u , w d...e sórek,
Całujcież mie bez papierek“.
Zwano go także „mrausem“,
bo podpiwszy sobie „mraucał (mru­
czał) jak kot“.

Leń

! Chudecki

Ojciec był bardzo leniwy do
pracy.

Łabiśk

Moryc

Łakomy

Rzepka

Od zajęcia — jest kowalem.

Rodem z Łapczycy.
Od ł a k o m s t w a i chciwości
dziadka.

[1381

Przydomek
(przezwisko).

Ż W Y Ć ŻA jR

Nazwisko
rodowe.

I POJĘCIA

P ttA W N ft.

i 17

Pochodzenie przydomku.

Lu kuś

Swiętek

Od imienia ojca: Łukasz (zdr.
Łukuś).

Łysik

Szewczyk

Wspólne pochodzenie obu tych
rodów.

Mekuba

Włodarczyk

Kiedy go oddano do wojska,
w czasie, zanim wstąpił do służby
czynnej, zwykł był narzekać w tych
słowach: „Me! Kuba zasiał, zao­
rał, a me! Kuba pódzie teraz na
ułana“. Jest to ten sam W łodar­
czyk, który nosi także przydomek
„Kubanka“.

Michałek

Jania

Od własnego chrzestnego
mienia.

Mól

Kozub

.Dziadek dzisiejszego gospoda­
rza szczególniejszy miał apetyt na
cudzy groch w polu, a gdy mu to
wyrzucano, tłómaczył się formułką
własnego pomysłu:
„Jedz molu,
Pókil jes w polu!“

Odelga

W łodarczyk

Ile razy przechodzi koło pra­
cujących w polu przy kośbie lub
żniwie, a zdaje mu się, że dzień
następny będzie słotny, nagania
im nieodpowiedni czas dla tej pracy
w słowach: „Hoho! sieccie, sieccie (źnijcie, źnijcie) — bedzie ju ­
tro odelga (słota, zmiana powie­
trza)".

Okrutny

Samek

Na oznaczenie przymiotników:
wielki, wysoki, gruby, obszerny
i t. p. używa zawsze wyrazu „okrutny“ na oznaczenie zaś przy­
słówków: bardzo, potężnie, silnie,
nader i t. p. wyrazu „okrutnie“.

i-

118

i.

Przydomek
(przezwisko),

j
j

0 tatuś!

j Sieczek

Paragraf
lub
Prorok.

Nazwisko
rodowe.

Dziedzic

ŚWIĘTEK.

[139|

Pochodzenie przydomku.

„Mały, gruby i bardzo gruba
ma mowę“.
„H adukat“ (adwokat) — szczyci
się znajomością prawa, wiele roz­
prawia o p a r a g r a f a c h , bawi
się w przepowiednie, które nie
spełniają się nigdy i ze swego wi­
dzimisię wysnuwa różne niedo­
rzeczne wróżby.

Pastuch

Chudecki

Do 30. roku życia pasał1 by­
dło, co nie jest zwyczajem wśród
Nadrabiam

Pietrusiak

j Świętek

Od imienia ojca: Piotr (Pietr,
Pietrek).

Piętak

Wontorek

W tańcu wyprawia dziwaczne
skoki w tył, dotykając się piętą
w pośladek.

Pluta

Jach

Ojciec dzisiejszego komornika
na oznaczenie słoty, zawieruchy
i zawiei używał jedynie wyrazu:
„pluta“. Nadto miał nie mawiać
tak, jak inni: „Nie pleć, plecięgo!“ — tylko: „Nie pleć, pluto“.

Powiedzieć

Włodarczyk

W toku mowy między jej po­
jedyncze wyrazy wtrąca bezmyśl­
nie z nałogu co chwilę słowo:
„powiedzieć“.

Przednówek

Golarz

Nędznie („bardzo biódnie“) wy­
gląda.

Przepiorą

Świętek

Chwyta przepiórki „na wabika“, a objawia szczególniejsze za­
miłowanie do tego rodzaju roz­
rywki , połączonej z pewną dla
niego korzyścią.

[140]

ZW Y CZA JE

I PO JĘCIA

PR A W N E .

119

Przydomek
(przezwisko).

Nazwisko
rodowe.

Pochodzenie przydomku.

Przewodnik

Łężkowicz
(Klimasiak)

Umie sobie „przewieść“ (ra­
dzić) w trudnem położeniu.

Psiakroł

Samek

W gniewie zwykł kląć: „Psia­
kroł“ (zamiast „psiakrew!“)

Radoś

Samek

W jednym roku udała mu się
koniczyna. Gdy ją w pełnym i buj­
nym rozkwicie z wiosną zobaczył
na polu, przybył czemprędzej ura­
dowany do domu i z daleka już
krzyczał do żony, która stała przed
stodołą:
„Radoś! Maryna,
Taka piękna konicyna!“

Rusin

Marcinek

Ma „przymówkę“ (przysłowie)
odnośnie do drugich, gdy coś nie
jest po jego myśli: „Tyś taki, jak
Rusin!“

Sakra

Solarz

Gdy wrócił z wojska do domu,
zwykł był kląć: „Sakra! — na
lewo!“

Sceponek

Gondek

Od własnego chrzestnego imienia.

Siajba

Mikuła

Jako chłopiec wystawił obna­
żoną tylną część ciała naprzeciw
rówieśników i wołał na nich, aby
mu „strzćlali do siajby“ bryłami.

Siuber

Golarz

W młodszym wieku był przesuwaczem wozów przy kolei że­
laznej (Schieber).

Siwielec

Golarz

Skójka

Bielec

Od siwych włosów.
Ojciec wymawia głoskę r jak
i\ w młodym zaś wieku, zabiera­
jąc się w karczmie do tańca, po-

12Ó

[iii]

j. ŚWJĘTEK.

Przydomek
(przezwisko).

Nazwisko
rodowe.

Pochodzenie przydomku.

dawał zwykle taka piosnkę mu­
zykantom do odegrania:
„Tiamta taditąm, tiamta taditąm,
Dawaj giajcńj : — bede tajcaj.
Skójka stworzy cia, skójka stwo[rzycią!“

i
i
Skrzypek

Swiętek

Prapradziadek dzisiejszego go­
spodarza miał być bardzo dobrym
grajkiem (skrzypkiem).

Sobcyk

Włodarczyk

Od chrzestnego imienia dziad­
ka: Sobestyan (Sobek).

Sodomska
Dusa

Korbut

Zwykł
duso“ !“

Srakoń

Słodki

Od wymyślania na bydło i lu­
dzi wśród gniewu: „ty srakoniu“ !

Sraka

Chojnacki

Zwykł wymyślać na bydło i lu­
dzi: „ty srako!“

Sroka

Korczyński

Ojciec dzisiejszego komornika
w młodym wieku śledził za gnia­
zdami sroczemi, psuł je i zabierał
młode. Sroki były ulubionym jego
przysmakiem.

Stanaś

Korbut

Miał kota, którego nazwał: „Stanasiem“.

Suchy

1 Slęczek

S wie tek

Bielec

i

kląć:

„ty

sodomska

Od szczupłej twarzy.
Wspólne pochodzenie obu ro­
dów. Wszyscy Bielcowie, czy maja
jaki inny przydomek czy nie, znani
są w Targowisku i okolicy jedy­
nie pod nazwiskiem: „Swiętek“,
wszystkie zaś rodziny Swiętków
znane są pod przydomkami, wy-

ŻW ^CŻAJEl I

Przydomek
(przezwisko).

Nazwisko
rodowe.

t>OJĘClA

iźi

PRAWNE).

Pochodzenie przydomku.

kazanymi tu w poszczególnych ru­
brykach.
Symbestyrek

Włodarczyk

Od chrzestnego imienia ojca:
Sylwester (Symbestyr).

Symcyk

Migdał

Dziadek obecnego gospodarza
„zacinał“ się w mowie, a przy tern
szeplenił. W wymowie jego było
słychać syczenie: „s-y-s-y-m“.

Syndyk

Moryc

Ojciec tutejszych Moryców —
„Syndyków“ — wygadany, prze­
biegły, wściubski — wtrącał się pro­
szony czy nieproszony do wszyst­
kiego i wszędzie, a zwłaszcza, gdzie
się „wypić co dało". Z szczegól­
niej szem zamiłowaniem omawiał
i rozbierał kwestye prawnej na­
tury, krytykował je i uzasadniał,
podawał rady, wskazówki i różne
wybiegi, rozwijał swe zapatrywania
i pojęcia prawne, a kłócił się i obru­
szał na wszystkich, którzy byli
innego od niego zdania, słowem
był „syndykiem“ — według wy­
rażania się Nadrabian o nim —
„jak się patrzy“. Pod tym też przy­
domkiem znany był prawie na całą
okolicę. Dla tej jego żyłki prawni­
czej zwano go także powszechnie
„hadukatem“.

Talian

Piwowar

Mówi bardzo prędko i niewy­
raźnie. Ponieważ go z tego powodu
trudno zrozumieć, zarzucają mu,
że „gada po taliańsku (po włosku)“,
czyli jest „Talianem“.

Trzeciak

Bielec

Jest trzecim z rzędu synem w tej
rodzinie, czyli jak sam często się
wyraża — jest „trzeciakiem“.
9

1ŚŚ

Przydomek
(przezwisko).

j.

Nazwisko
rodowe.

ŚWlĘTRK.

fl4Ś]

Pochodzenie przydomku.

Tyka

Chudecki

Jest szczupły, a wysoki „jak
ty k a “.

Usar

Włodarczyk

Zarówno ojciec, który swem
natręctwem zdobył to przezwisko,
jak i syn, który je odziedziczył,
są nadzwyczaj „sprzykrzeni“ dla
drugich, podobnież, ja k huzary
(„usary“), którzy stojąc dawniej
przez czas dłuższy na „kwaterach“
po wsiach nadrabskich, dali się do
tego stopnia we znaki ich miesz­
kańcom swem zdzierstwem i wy­
zyskiwaniem, że weszli w przy­
słowie: „Tyś taki, jak usar!“ albo:
„Usar przyjechał! — usar właz do
garków!“ (dla oznaczenia dotkli­
wego, głodnego przednówku).

Walusiak

Słodki

Ojcu było na im ię: Walenty.
Przezwano go atoli „Walusiem“
dla piosnki, którą miał stworzyć
i nucić często :
„Obiecał mi Waluś
Słomiany kapelus,
Stązecke na niego,
Żebym była jego“.
W spadku po ojcu odziedzi­
czył syn przydomek: „W alusiak“
(syn Walusia).

Werona
Wero ni ak

Stokłosa

Od chrzestnego imienia matki:
Weronika, która była przez długi
czas wdową i pod nazwą: „Weronka“ powszechnie była znaną.

Wiązała

Golarz

Ojciec dzisiejszego komornika,
znanego pod tern przezwiskiem,
uwiódł dziewkę i porzucił. Opusz­
czona, skarżąc się przed ludźmi
na uwodziciela, nazywała go „wią­
zała“, bo jej „świat zawiązał^.

[iU]
Przydomek
(przezwisko).

123

¿WYCZAJĘ 1 POJĘCIA PRAWNE.

Nazwisko
rodowe.

Pochodzenie przydomku.

Więc

Rzepka

Nadużywa wyrazu: „więc“,
wtrącając go co chwilę bez po­
trzeby pomiędzy pojedyncze słowa
w toku mowy lub też zaczynając
od niego zdania.

W ykręt

Mikuła

Zapobiegliwy, przedsiębiorczy,
ruchliwy— choć nie ma majątku,
„biedy se nie zapuści, bo umie
dobrze kręcić światem i zawdy
wykręci se jaki zarobek“.

Zacićra

J Sieczek

Zaręba

Zomenta

Przydomek ten dostał się Zomencie przez pomyłkę nadzorcy
kolejowego, który, zapisując robo­
tników zatrudnionych przy robo­
tach kolejowych, zamiast „Zomen­
ta“, wciągnął do swej listy „Za­
ręba“. Tak go też wołano „przy
wypłacie“, a towarzysze jego roz­
głosili to po wsi.

Zeniaty

Korbut

Ożenił się w 20. roku życia.
Nizkiego wzrostu i szczupły, mógł
jedynie wtedy wobec niewtajem­
niczonych uchodzić najwyżej za
„parobczaka“, a nie za żona­
tego mężczyznę. Tak też o nim
trzymano na jednym jarm arku,
na którym sprzedawał olej. Kto
tylko z obcych zbliżył się do niego,
pytał: „Po cemu to sprzedajes,
chłopce, ten olej?“ Gniewało to
Korbuta. Zamiast więc odpowiedzi,
dawał z pewnym akcentem obu­
rzenia nauki co do swej osoby
pytającym się: „Mnie nie mówcie:

Ojciec dzisiejszego zagrodnika
zwykł był wyręczać żonę w go­
towaniu strawy i „zacieraniu“ cia­
sta na „zacićrkę“.

9*

i2 4

Ś W lE T E k .

Przydomek
(przezwisko).

Nazwisko
rodowe.

[i4&]

Pochodzenie przydomku.

„chłopce", — ino „w y“, bo ja sie
juz ozeniuł—ja juz chłop zeniaty!“
Te nauki miały ten skutek, że
oleju nie sprzedał, a zyskał przy­
domek: „Zeniaty“, który mu po­
został na całe życie, zastąpił zu­
pełnie jego rodowe nazwisko i za­
pewne przejdzie bez ograniczenia
na jego potomstwo.
Ziobro lub
Krzywe Ra­
mie

Wontorek

Ma mieć jedno żebro (ziobro)
złamane, a jedno ramię ma wyż­
sze od drugiego.

Ziuziok

Swieboda

„Wciąż skurczony“ — wyglą­
da, jakby mu zawsze było zimno
(„ziuziu“ — po dziecinnemu).

Zwonnik

Swiętek

Ma poruczone d z w o n i e n i e
w dzwonek na chmury.

P) Przydomki włościan ze wsi Książnice.
Przydomek
(przezwisko).

Nazwisko
rodowe.

Pochodzenie przydomku.

Marzec

Ojciec dzisiejszego gospodarza,
kiedy jeszcze był pasterzem, szcze­
gólniejsze miał upodobanie do ba­
dyli , pod którymi szukał cienia
podczas spiekoty lata i całemi go­
dzinami wylegiwał się między rzę­
dami ziemniaków.

Ciocia

Lech

Ulubieniec ciotki, do której jako
chłopak zawsze uciekał z domu,
ile razy go rodzice pobili.

Horasa

Rzepka

Zwykł sobie nucić wśród tańca:
„Hosa, horasa!"

Bady lak
i

[UQ]

ZW Y CZA JE

Przydomek
(przezwisko).

Nazwisko
rodowe.

I PO JĘCIA

PR A W N E .

125

Pochodzenie przydomku.

Kajtasik

j Chwastek

Od chrzestnego imienia ojca:
Kajetan.

Kłacak

j Marzec

Od rzadkiego nierównego za­
rostu brody, którego nie golił.

Mary nie wcyk | Dy miała

Syn naturalny niejakiego Maryniewczyka.

1 Białota
1

Do niedawna był właścicielem
wodnego młyna.

Myk

Lech

W ś c i u b s k i , rączy, zwinny,
przedsiębiorczy, „wsedy nos wrazi
i wsedy go pełno: „fyk, myk i juz
go ani widnąc“.

Pawlak

Pilch

Syn Pawła.

Polak

Lech

Od ulubionej piosnki:
„Polak ci ja Polak,
Bom se chleba pojad,
Gorzśłecki napiuł,
Dziewcynę obłapiuł“.

Rachwał

Pilch

Od chrzestnego imienia dziadka:
Rafael („Rachwał“).

Swiab

Ens

Mynarz

't

Kolonista niemiecki.

y) Przydomki włościan ze wsi Łęzkowice.
Przydomek
(przezwisko).

Bobo

Nazwisko
rodowe.

Łach

Pochodzenie przydomku.

Maziarz — wypalał do nieda­
wna jeszcze maź; chodził więc bru­
dny i osmolony jak „bobo“.

Przydomek
(przezwisko).

[147]

J. ŚW1ĘTEK.

126

Nazwisko
rodowe.

Pochodzenie przydomku.

Buchac

Chwastek

Od złych skłonności do kradzie­
ży — „porwisiostwa - - buchania“.

Cioci mek

Łach

Od szeplenienia przezwanego,
a właściwie od pieszczotliwego wy­
mawiania n i e k t ó r y c h wyrazów
w młodym wieku.

Fak

Chwastek

W chłopięcym wieku przez długi
czas wymawiał zamiast „swak —
fak“.

Ferbaj

Studziński

Ojciec teraźniejszego gospoda­
rza, zasłyszawszy zapewne od żoł­
nierzy Niemców, stojących kwa­
tera we wsi, wyraz „herbei“, prze­
kręcił go mimo woli na „ferbai“
i stosował go potem do psa, woła­
jąc go: „Burek ferbaj!“

Grobelny

Włodek

Pochodzi z Włodków Szarow­
skich (wieś Szarów), którzy także
noszą przydomek „ G r o b e l n y “.
Przydomek ten datuje się z czasów
pańszczyzny, kiedy jeden z rodziny
Włodków miał poruczone utrzy­
manie grobli w należytym stanie.

Jamrozy

Łysik

Od własnego chrzestnego imie­
nia: Ambroży.

Nojberek

Budyś

Od własnego chrzestnego imie­
nia: Norbert („Nojber“).

Pipa

Jankowicz

Od częstego upijania się.

Sprzęźnik

Jankowicz

Dwóch braci mieszkających
w sąsiedztwie — jeden „na ojcyznie“, drugi „na babiźnie“ — dla
łatwiejszego obrobienia roli „sprzągają się“, t. j. mając tylko po je­
dnym koniu, łączą je w parę dla

[148]

ZW YCZAJE

Przydomek
(przezwisko).

Nazwisko
rodowe.

I POJĘCIA

PR A W N E .

127

Pochodzenie przydomku.

obopólnej potrzeby. Ponieważ zaś
głoszą obaj powszechnie, że są
„sprzęźnikami“, przyznano im ze
strony ogółu chętnie ten tytuł.
Wawrzecek

Wypych

Wojak

Łach

Od chrzestnego imienia ojca:
Wawrzeniec (Wawrzek).
Od ulubionej piosnki:
„ Wojak ci j 4, wojak,
Bom se chleba pojad,
Grorzśliny napiuł,
Dziewcyne obłapiuł".

X) Przydomki włościańskie ze wsi Kłaja.
Przydomek
(przezwisko).

Nazwisko
rodowe.

Pochodzenie przydomku.

Baran

Wojtowicz

Wspólne pochodzenie obu tych
rodzin.

Brandobór

Kosturek

Od ulubionej piosnki pradziadka:
„U świętego Jana góry
Taj co wali Brandobóry:
Brandobórka bez kosule,
A Brandobór wyskakuje“.

Dorociák

Solarz

Syn Doroty, znanej powszech­
nie z tego, że utrzymywała sto­
sunki z tutejszymi cyganami.

Faja

Wojas

Od ustawicznego niemal pale­
nia fajki, która swą wstrętną wo­
nią odpychała od jej właściciela.

Gárgara

Wróbel

Od częstego używania niemiec­
kiej formy zaprzeczenia, zasłysza­
nego od Niemców: „g4r a gar nic“.

128
Przydomek
(przezwisko')

J. ŚW1ETEK.

Nazwisko
rodowe

[1.49J

Pochodzenie przydomku.

Gawron

Amboszka

Od krzykliwego głosu, a nie­
wyraźnej prędkiej mowy, podobnej
zdaniem Nadrabian do „darcia sie“
gawronów.

Gąska

Gądór

Nie podoba mu się rodowe na­
zwisko; więcej przypada mu do
smaku „Gąska“ ; pod tę też nazwę
lubi się podszywać czasami.

K aj tan

Budzyń

Od chrzestnego imienia ojca:
Kajetan. Ojciec zaś dlatego dostał
ten przydomek, źe gniewał się o to,
gdy go wołano powszechnem tu
imieniem: „K altan“, a kazał się
nazywać „Kajtanem“.

Kowal

Wojas

Wspólne pochodzenie obu tych
rodów. Ród Kowalów wytworzył
się z rodu W o ja s ó w z biegiem
czasu stąd, źe jeden z Wojasów
był długo kowalem w Kłaju.

Kudłaś

Wróbel

Kucara

Konieczny

Dla małego wzrostu, porówny­
wanego powszechnie ze wzrostem
„kuca“ (rub. „kucara“).

Odór

Gądór

Od własnego chrzestnego imie­
nia: Teodor (Odór).

Olchawa

Proficz

Mieszka na przedewsiu „Gradowieć“ tuz obok parceli leśnej,
zwanej „Olchawa“. Z tą Olchawą
wiążą się jego najmilsze wspomnie­
nia z lat pasterskich; nad nią też
z szczególniejszem upodobaniem
unosi się wobec każdego, z kim
tylko uda mu się zawiązać choćby
krótką pogadankę.

Dla noszenia zarostu.

ZW YCZAJE

[150]

Przydomek
(przezwisko).

Nazwisko
rodowe.

I POJĘCIA

PR A W N E.

129

Pochodzenie przydomku

Rayduch

Cieślak

Wspólne pochodzenie obu tych
rodów.

Styczeń

Pawełek

Wspólne pochodzenie obu tych
rodów.

Zieliński

Kosturek

Wspólne pochodzenie obu tych
rodów.

§) Przydomki włościańskie ze wsi Stanisławice.
Przydomek
(przezwisko).

Nazwisko
rodowe.

Jantońcyk

Kasprzyk

Syn Antoniego, którego zwano
„Jantoń“.

Bambur

Strach

Jest kowalem, a zwykł dawniej
użalać się, ze „takie modzyle (od­
ciski) mu sie porobiły na rekach
od roboty, jak bambury“.
,

Bucka

Puścizna

W chłopięcym wieku znajdował
szczególniejsze upodobanie w grze
„w baka“, czyli, jak sam (odmien­
nie od innych) mawiał, „w bucka“.

Kowal

Góra

Od rodzaju zajęcia— jest ko­
walem.

Kozak

Krawiec

Od ulubionej piosnki:
„I jń Kozak i tyś Kozak,
Oboje my Kozacy:
J k malutki, tyś nieduża,
Obojemy jednacy!“

Ludwicak

Jawień

Syn Ludwika.

Majka

Kołodziej

Pochodzenie przydomku.

Przechrzta—używa przy pracy
lewej ręki (mańki) zamiast prawej.

130

[151]

J. ŚWIĘTEK.

Przydomek
(przezwisko).

Nazwisko
rodowe.

b
Pochodzenie przydomku.

Pawełek

Strach

Od własnego chrzestnego imienia.

Stefanik

Kasprzyk

Tabaś

Szewczyk

Od nałogowego zażywania ta­
baki.

Wigdur

Strach

Od chrzestnego imienia ojca:
Wiktor (Wigdur).

Syn Stefana.

e) Przydomki włościańskie ze wsi Moszczenicy.
Przydomek
(przezwisko).

Nazwisko
rodowe.

Pochodzenie przydomku.

Bieroń

Migdał

Pradziadek dzisiejszych Migda­
łów— „Bieroniów“, skąpy a chci­
wy — znalazł się wszędzie, gdzie
„mu sie dało brać, a nigdy go
nie było, jak trza było co dac“.
Napił się chętnie, „jak mu kto k a­
zał, ale sńm nikomu nie zapłaciuł
kieliska wódki“ . Nie gardził i obca
rzeczą, „jak mu sie dało wziąś“.
Słowem „był do brania, a nie do
dawania“. Gdy mu zaś wyrzucano
czasami jego łapczywość, tłomaczył
się: „Nie dziwujcie sie, — taki to
juz se mnie bieroń“.

Florczyk

Stanisz

Od chrzestnego imienia ojca:
Floryan (Florek).

Kaleba

Jawień

Wyrazu „kaleba“ używa się nad
Rabą w znaczeniu: stara krowa.
Do rodu Jawieniów przylepił się
przydomek „Kaleba“ stale jeszcze
przed kilkudziesięciu laty, kiedy
jeden z przodków handlował kro-

[162]
Przydomek
(przezwisko).

ZW Y CZA JE

Nazwisko
rodowe.

I POJĘCIA

PR A W N E .

131

Pochodzenie przydomku.

wami, które bez względu na swój
wiek miały u niego jedyną nazwę
„kaleb“, przed przejściem drogą
kupna na jego czasową własność.
Kowal

Kozub

Jest kowalem. Pochodzi z targowskich Kozubów.

Łakomy

Rzepka

Jeden ród z targowskimi Rzep­
kami , którzy noszą przydomek
„Łakomy“ od łakomstwa i chci­
wości dziadka.

Mynárz

Mleczko

Jest właścicielem wodnego
młyna.

Plecy

Samek

W młodszym wieku zwykł był
sobie nucić:
„Becy koza, becy,
Bo ją bolą plecy“.

Pókwaterek

Chyl

Pijak — zjawia się bardzo czę­
sto wśród dnia w karczmie i w tych
słowach żąda od żyda wódki:
„Dejcie mi ino jesce jeden pó(ł)k waterek!“

Mucha

Strach

Ociężały i wielki leniuch. Cho­
dził tak powoli, że wieśniacy mó­
wili o nim powszechnie: „łazi, jak
mucha w mazi“ i przezwali go też
„Muchą (w mazi)“. Trwonił czas
na próżniactwie, „wylegując się“
w cieniu drzew, a dla zaspokoje­
nia potrzeb swoich, zaciągał długi
w kasach publicznych, wskutek
czego mu później grunt sprzedano
na li cy tacy i.

Sadlárz

Korbut

Służąc za parobka u jednego
gospodarza w Targowisku, ukradł
mu sadło. Należał mu się więc

132
Przydomek
(przezwisko).

J.

Nazwisko
rodowe.

[153]

Ś W IĘ T E K .

Pochodzenie przydomku.

słusznie przydomek „Sadl&rz“, któ­
ry mu też rzeczywiście przyznano
w Targowisku i Moszczenicy, z któ­
rej jest rodem i do której powrócił
niebawem, aby rozpocząć rym ar­
skie rzemiosło. Odsyłając wszakże
z oburzeniem ludzi, którzy do nie­
go z dalszych stron zgłaszają się
z robotą pod adresem: „Sadlarza“,
od Korbuta do Sadlarza. („To idź­
cie do Sadl&rza, a nie do mnie,
bo ja się nazywam Korbut!“) nie
tylko nie ma powodzenia w tern
rzemiośle, ale także obok mimo­
wolnego rozpowszechniania zniena­
widzonego sobie przezwiska tym
sposobem na odległe okolice, roz­
głasza pośrednio i przyczynę jego
nadania, bo obcy, nie wtajemni­
czeni, przyjęci źle przez niego dla
adresu, skrzętnie wywiadują się
u tutejszych o pochodzenie przez­
wiska.
Sywała

Migdał

W młodszych latach był kraw­
cem, a komu tylko zrobił jaką
część z ubrania, oświadczał mu
zarazem przy oddaniu tej roboty:
„Bedzie dobrze zrobione, bo ja
sam skr&wał, a moja baba sy­
wała“.

Wicosek

Migdał

Od chrzestnego imienia ojca:
Wincenty (Wicek).

Woj tala

Samek

Od własnego chrzestnego imie­
nia: Wojciech (Wojtek). Wojtalą
nazwała go rodzina.

[164]

ZWYCZAJE

i

fcOJijdlA PRAWftft.

133

•>)) Przydomki włościańskie ze wsi Łapczyca.
Przydomek
(przezwisko).

Nazwisko
rodowe.

Pochodzenie przydomku.

Bieroó

Migdał

Z rodu Migdałów moszczenic­
kich, od których też przyniósł swój
przydomek.

Ból

Kufta

Od częstych skarg chorowitego
pradziadka, że „mu się ból (kołtun),
s p rz ę c i w iu ł44. U jednej rodziny
przezwisko „B ó l44 zamieniło się
na nazwisko rodowe.

Florek

Szkatuła

Od własnego chrzestnego imie­
nia Floryan (Florek).

Maciej

Karczmarczyk

Od własnego chrzestnego imienia.

Marcinek

Więcek

Krzysztof

Całka

Od własnego chrzestnego imienia.

Jachym

Prowadził przez dłuższy czas
handel owsem.

Papusta

Dziuba

Już był dużym chłopakiem,
a nie potrafił jeszcze wymówić sło­
wa: „kapusta44, tylko mówił: „pa­
pusta44.

Śliwka

Szafraniec

Jako chłopiec był „bardzo pa­
skudny" na śliwy. Zakradał się
też do cudzych sadów i zaspaka­
ja ł tam swa chciwość obficie. Gdy
go raz jednak właściciel przychwy­
cił na gorącym uczynku, nietylko
obił mu skórę „porząmnie44, ale tak­
że, gdziekolwiek go później zoba­
czył, krzyczał Już z daleka na
niego: „Hej! ty Śliwka, cekąjno!—
pódziesjesce na moje śliw y?44 lub:

Owsiak

j

Syn Marcina.

i. ŚWiETfik.

134
Przydomek
(przezwisko).

Nazwisko
rodowe.

[155]

Pochodzenie przydomku.

„A co! Śliwka, smakowały ci moje
śliwy?“ Ponieważ się to często zda­
rzało, nie mogło pozostać więc bez
wpływu na rówieśników młodego
Szafrańca, „a ja k se go juz raz
spopadli (wzięli za przedmiot swo­
ich szykan), tak mu juz nie daro­
wali, jaz został Śliwką na zawdy “.

2.

Różnice stanowe.

Dla należytego przedstawienia poglądów ludu na różnice sta­
nowe, podaję dosłowne opowiadanie starszego wiekiem gospodarza
z Targowiska, Błażeja Chojnackiego. Rozwinął on te poglądy na
usilną mą prośbę, „aby mi opowiedział, skąd się wzięli panowie,
szlachta, mieszczanie i urzędnicy“:
„Ja tam bardzo w to nie wierzę, co ato mówią różni pano­
wie, jakżeby chłopi pochodzili od jakiegosik Chama, syna Nohego,
co ato sam jeden ostał ze swojemi dzieciarni i zoną po potopie,
jak Pan Bóg wytopiuł wszyćkich ludzi na świecie za grzechy.
O tym w biblii1) pisą wyraźnie. Cytał ja to nie raz i nie dwa, ale
tam nima nikęj napisane, jakżeby stąd panowie i księdza, a zo­
wąd miescanie i chłopi sie wzieni. Panowie ato se ino tak umyśleli, izeby mogli chłopom pokazać, że to óni mają prawo nimi
rządzić. A jak óni to wykarkulowali! Zawdy chłop musi nagorzy
robić, a ślachta to ino dobrze. Cham, ze to z pijanego ojca No­
hego, jak leżał, sie wyśmiówał i nie przykrył go, za co go ociec
przekląn, jak sie obudziuł, juz zaraz u nich musiał wyś na chłopa,
a Sóm i Jafyt — cy jak óni sie tam zwali — to zaraz juz musą
być koniecnie panami i ślachtą, bo dobrze zrobili, kiej okryli ojca
płascem: jakżeby to panowie ino zawdy dobrze robili, a chłopi
to ino źle. Zawdy to jakosik tak sło i idzie na świecie, ze ino
co złego sie stanie abo zrobi, to zawdy chłop zrobiuł, a pan to
ino dobrze. Chłop sie ni może na to i bronić, bo głupi i nie wić,
co ma kej odpądzieć; a jakby co odpedział, to zaraz: „ty chamie!
stul pysk!“ A dawnij to i gęby nawet otworzyć ni móg za paj-*)

*) Częściej wymawiają: „bliblia“.

[156]

ZW Y CZA JE I

fO JEjC lA

PR A W N E .

1Ś5

scyzny, bo odrazu kładli na ław ę, abo na ziemi i bili pokłada­
nego, co ino sie śmieściło. I odzywajze sie tu! Pś-n, ślachcic i be­
le jaki płatek i ciarach był górą, a chłop — choćby nśporząmniejsy
i n&poćciwsy i namądrzejsy — zawdy był ino cham, głuptak,
stworzony ino na to, zęby na panów pracował, a óni ino jedli.
Ale Pan Bóg ulitował sie nad nami i cysarz zniós pajscyznę.
Chłopi opamiętali sie prawda trocha, ale i tak ślachta i terś,z jesce
górą. Gnietą óni i teraz jesce chłopa. Chłop podatki nawiekse
płaci, do lassa go nie puscą, ale wolą dać Prusakom, co ich pono
juz dobrze orzneli. Chłop nikęj sprawiedliwości z panem nima,
w sądzie nim poturają, w urzędach podatkowych i cećniejakich
rządach za drzwiami każą mu stać i jak pies warować, a jakby
sie co na to odezwał, to do dziury wpakują i krzyceć nawet nie
pozwolą. Zyd u panów dziesięć razy jes lepsy, jak porząmny
chłop. A lacego to tak idzie, to ja, com juz nie raz nad tym se
ozmyślał, wykarkulować ni mogę. Krew przecie panowie abo
i ślachta mają jednaką s nami, jak ato i wsyscy ludzie, a nawet
i całkem są do nas podobni, ino, co mondur ich od nas trocha
odmienia. Ale chłop mądry i do tego postawny, jak ma ato za
co, to nierazby i pana zakasował. Ni mogę se zbacyć, ale ja to
juz kęsik słysał, ize panowie i ślachta mają jakąsik insą krew od
nas, jakąsik siwą... Ale to są wsyćko próżne baje, bo przecie juz
ze samych panów widać, ze są takji krwie, jak i my chłopy. Zęby
juz mieli taką krew, tobym tam juz predzy uwierzuł, ize chłop
nie potrafi tak być m ądrym , jak óni. Ale kiej mają krew cerwoną i skórę taką samiusieńką, jak i my, to nie są óni nic od
nas lepsego, a majątku — to im i nie zazdrosce: bo jak sie nie­
jeden ozhula, to i majątek żydom puści i sam na służbę iś musi,
jak nima za co brykać. Kiej ano mają taką krew, jak i my, to
juści ni mogą óni pochodzić od Jafyta, a od Chama nie, ino tak,
jak i my, od obóch. O Sómie to juz nic nie powiem, bo od tego
to pono Zydy i Turki się wzieni.
Słysałem ja i to, jeźli mi sie w głowie nie pomiesało, a to
było kęsik pod Wielicką, ize ślachta nie ino od Jafyta pochodzi,
ale i od Jabla, co go to, jak to w biblii stoi, brat jego Kajn, cy
ja k ón sie tam zwał, zabiuł. To miało tak być: Jak ten Kajn
zamecuł swego brata Jabla w polu i do ziemie go schował, co ato
była skrawiona, to ziemia od ty krwie pocerniała i do dzisiak taka
wygląda. Jabel stał od tego casu wciąż na ocach Kajnowi i ón
se ni móg dać z tym rady. Ja k ni móg se dać rady, tak prosiuł
Pana Boga, zęby sie nad nim ulitował. Ano tak Pan Bóg weźrał
na niego i zlitował sie, ale za karę kazał mu ciężko pracować
w polu na siebie, na swoje dzieci i na dzieci, co po Jablu poostały.
Dzieci Jabla, co były piekne, jak i ón sam był piękny, na ozkdz
Pana Boga miały nic nie robić, ino ozkazować Kajnowi i jego

136

Í. ŚW lĘTEfc.

tl57Í

dzieciom, izeby ci robili, a oni zęby ino jedli. Tak sie ato wziena
z dzieci Jablowych ślachta i grubi panowie, a z dzieci Kajna wzieni
sie chłopi, co na nich mieli pracować.
Tak to já słysałem; ale jagem se ozmyśluł, tak powiedám,
ize to wszyćko próżne báje pajskie, izeby chłopów ćmie, ize to
oni maja prawo rządzić nad nimi. Pán Bóg, co jes taki dobry,
miłosierny i sprawiedliwy, ni móg za jednego złego cłeka káraó
tyła tysięcy i milionów ludzi, co żyją na świćcie i nie są ślachta.
Jakby Pán Bóg tak kazał, toby i ze ślachty nic do tego casu nie
ostało: bo w kozdy ich rodzinie od tyła tysięcy lat byli na pewno
ludzie, co tak wielgie grzechy, jak Kajn zrobili. Ale já se tak
myślę, ize ślachta, a chłopi, to byli za bardzo dawnych casów
jedno i to samo, bo jednakie i teraz wyglądanie mają.
Wszyscy oni uprawiali rolę i żyli jak braciá. Prawda, ize
który lepji zabiegał i gospodarzu!, a Pan Bóg dał mu wieksą fanielią, a ziemie była moc, ten i lepsi sie miał. Próżniak i leń ni
móg sie mieć dobrze i tak nim poturano, jak nieprzymierzając
pomietłem, co i dzisiák tak sie dzieje. Wszyscy ci dawni ludzie
miéskali po wsiach; a zęby jaki taki był porządek, obiérali se
wójta i radnych. Wójt i radni byli namądrzejsi ludzie. Jak był
spokój w kraju, to wszyćko siedziało w chałupie i robiło w polu.
Ale jak przysła wojna, trza sie było bronić. Król, co go także
wszyćkie wsie obićrały, wysłał kulę na wsie, izeby wszyscy wójciá i radni pośli na wojnę. Wójciá byli komendatami. Z gromady
móg tyz kozdy iś na wojnę, co sie nie bał i kciał. Ci, co we
wsi poostali, mieli pracować na siebie i na tych i ich fanielią, co
na wojnę pośli. Wojny nieraz były długie, bo sie na nich pał­
kami bili i zołmićrzy takich długo we wsi widać nie było. Jak
powrócili po wojnie, a wygrali, juści należało sie im to odwdziecyć. Ano tak pracowali wtedy za nich ci dalij, co na wojnie
nie byli. Była zgoda i jednoś miedzy wszyćkimi. Ale późnij, jak
ci, co na wojnach bywali, dośli do siły, ize mogli tych, co we
wsiach poostajali, za łeb chycić i przymusić ich, izeby na nich
robili, tak se tyz i postąpili, bo sie im robić nie kciało, bo sie
naucyli na wojnach próżnować. Tak oni ogłosili, ize są ino do
wojny, a ci, co w chałupie siedzą, do pługa, motyki i cep. Jaki
taki nie kciał może na to i przystać, ale rád nierád musiał usłu­
chać, bo wójt, jako komendat, stał za wojakami i nie zartowát
i tych, co nie kcieli na nich robić, ostro karał. Tak z tych wo­
jaków wzieną sie ślachta, a z tych, co w polu za nich i na siebie
rábiali, chłopi. Nie umiem duża po miemiecku, ale ja k byłem
przy wojsku1), tom słysał nieráz, ize bitwa nazywa sie „ślacht“.
’) Służył przez kilka lat w ułanach i przebywał w krajach niemieckich •
dosłużył się stopnia kaprala:

[158]

ZwycżaJE i {»oJęcia praw Ke .

137

Myślałem se casem nad tym słowem i wykarknlowałem se, ize ci
wojacy od tego słowa „ślacht“ ślachtą sie nazwali, bo bijali sie pono
cesto z Miemcami. Ano jak wtedy ślachta wziena chłopów pod
swoją moc, tak im odebrała i ich gospodarztwa, jak swoje własne
i kazała im obrabiać pajscyznę la siebie. Z pocątku i to pono
nie było jesce tak ciężko, ale coraz bardzji sie pogarzało, jak
chłopi ni mogli wytrzymać. Bo pomyśleć se ino to, ze chłop
musi&ł prawie wciąż robić na pajskiem, a la siebie ni móg nic
zrobić, a i rusyć sie nikęj ze wsi nie wolno mu było, zęby pan
0 tym nie wiedział. Tak chłopi długie casy cierpieli, byli nie wol­
nymi nidocego, musieli słuchać panów i ani sie nie odzywać.
Bióda wtedy była wielga; chłop był jak jakie ¿wiórze u pana;
jaz nareście Pan Bóg sie ulitował i natknuł cysarza, ize zniós
pajscyznę. Ślachcie za nase męki trochę sie oberwało. Winni byli
bo winni; ale chłopi nie powinni tak bardzo mścić sie na nich,
bo to strasny grzech: a jak jes, tak jes, to zawse panowie z ty
samy krwie pochodzą, co i my. Ludzie, a do tego swoi, nie po­
winni sie tak mordować.
Miescanie i miasta stąd sie zną wzieny: Ślachta bujała ino
ciągle po wojnach, a jak był spokój w kraju, to ino jadła, piła,
hulała, kłóciła sie i swarzyła miedzy sobą; chłopi zaś pod ji obu­
chem pracowali na chleb la ślachty i la siebie. Chłopi potrafili
la siebie postarać sie o odzianie, bo siali konopie i len, mocyli,
miądlili i przędli, robili płótno i ś niego kosule, górnice, a z baranów kożuchy, w doma zaś nie potrzebowali intsego nacynia jak
drewniane, abo skorupiane, co se tyz sami robili. Graty i nacynie do role robili im swoi rzemieśnicy, także chłopi. Ale ślachta,
co sie przyzwycaiła do lepsych rzecy, musiała je kupować, bo
sama nidocego intsego nie była zdatna i nidocego sie nie brała,
ino do wojny. Na sceście ich schodzili sie cećniejacy ludzie z da­
lekich krajów i ze wsiów ci, co potrafili uciec i budowali domy
w niektórych miejscach, co je nazwali miastami. W miastach tych
robili ci ludzie różne rzecy i te sprzedawali ślachcie i tym ludziom,
co potrzebowali. Ano tak w miastach powstał handel, bo do nich
wszyćko sie garnęło. Ludzie, co mieskali w miastach, nazwali sie
miescanami. Miescanie byli zawdy pośledniejsi od ślachty, bo
1 teraz są pośledniejsi. W miastach nawiecy namłozyło sie tyz
żydów, co ich król Kaźmierz wpuściuł duża do nasego kraju.
Miescanie tyz nie byli nic wielgiego, a deno to w gore i dzisiak
jesce dmie i chłopa nizaco ma, chociaż tam i chłop żywi miasto:
bo zęby nie chłop, toby w mieście co jeś ni mieli.
Miasta, jak sie tak wszyćko do nich garnęło, tak bogaciły
sie i rosły. Do miasta zjezdzali sie różni wieldzy panowie i tam
sie naradzali i baw ili, bo w mieście mieskał król i różni jego
urzedniki. W miastach tyz były różne urzędy i sądy, jak i dzisiak
10

138

ŚW IĘTEJ.

[159]

jes; stali tyz i zołmirrze i oficóry. Ale wszyćko to, tak panowie,
jak i urzedniki i miescanie byli la chłopa niezycliwi i zawdy ino
na niego! Jedni księża, co są jesce la chłopa nazycliwsi i radziby
nm nieba przychylić; ale ślachta, miescanie i urzedniki, to ino
patrzą, izeby chłopa wyśmiać i zedrzeć ze skóry. Z dziwa zęby
urzedniki co dobrego la chłopa zrobili, abo dobrze na niego po­
patrzyli. Jescebym nic nie gadał, zęby to t* ey byli ci nawyźsi
po rządach, ale ci są o wiela lepsi; ino, ci nam niej si, co to Boże
mie widzis! to nagorse stworzenia. Lada jaki pisarzyna abo taki
sehwestratór abo i woźny, co to i niewióla sie ucyło, bo sie temu
nie kciało, to juz nad chłopem wydziwia i jesce jak wydziwia!
Zęby to i słuśnie było, ale to i niesłuśnie zazwycaj bywa. I dzi­
wić sie tu dopiero, ze my — chłopi ni mozewa mieć dobrego serca
do tych wszyćkich stanów, co to sie wyzsymi nazywają, chociaż
to nieprawda, bo Pan Bóg wszyćkich ludzi na obraz i podobień­
stwo swoje stworzuł i kce, zęby wszyscy byli równi, bo tak ich
po śmierci sądziuł bedzie. Dej Boże, zęby sie to wszyćko zmióniło, bo teraz to jesce bardzo źle. Chłop w mieście, u ślachty
i wsedy — to ino cham i nic wiecy!“
Na tym zwrocie skończył swój wywód skory do „pogwarki“
włościanin; ja ze swej strony dodaję, źe w tutejszej okolicy
szlachta, a chłopi tworzą sprzeczne żywioły, które nie tak prędko
dadzą się pogodzić. Według mieszkańców wsi Targowiska był
tylko jeden „dobry pan“ w tej okolicy, który umierając miał od­
dać chłopom cały swój majątek ziemski, leżący na północnej stro­
nie Targowiska. „Ile chto kciał, tyła brał“. Nie kwapiono się
jednak bardzo do objęcia w posiadanie podarowanych gruntów,
„bo robić chto ni miał, casy były ciezkie: wciąż ino foszmany
i foszmany, a wojsko stało po kwaterach“. Zresztą lud nie ma
wcale zaufania do dworów i rzadko się o nich dobrze wyraża.
We wsiach, gdzie są dwory, nie widać wcale śladów dawniejszego
stosunku z nimi. Chłop tutejszy bardzo rzadko w potrzebie zwraca
się do dworu o radę i pomoc; dwór również nie jest skory „do
poratunku chłopa“. W takich warunkach nie dziw, że z jednej
i drugiej strony są uprzedzenia, skargi i żale. Chłop czuje^ że
jest przez dwór poniżany; dwór nie stara się zbliżyć do siebie
chłopa.
Właściciel większej posiadłości należy według ludowego za­
patrywania do tych wybrańców losu, którym dzieje się jak najle­
piej na świecie. „Gruntu ma moc, piniedzy kupę, wszyscy mu
służą, wszyscy sie kłaniają, a ón na wszystkich z góry patrzy.
Dawni mu było jesce lepi, kiej mu chłopi w polu za pąjscyznę
robili; ale i dziś nie wiela tam od roboty zapłaci, bo ludzi bie­
dnych dużo, co zyć chcą i latego belejakim zarobkem kontetowaó
sie musą. Ale chociaż tam i tak mało płacą, to są tacy dziedzice,

[160]

z w y c za je

i

p o j ę c ia

praw ne.

139

co jak se zacna pozwalać, ize nima pajscyzny, wyś na swoje ni
mogą i grunta sprzedają. Zęby to jesce komu godnemu sprzeda­
wali, toby nic jesce na to pedzieć ni ruozno; ale oni sprzedają
żydom, co dawnij za skórkami chodzili! Potrzebne to ato i tym
panom z Griercyc i Niskowic było, wpuscać żydów do swoich
dworów. Piekne grunta mieli, co jaz radoś, ino trza. było Boga
prosić, doglądać, a nie popuscać sobie bardzo. A tak właz zyd
do takich wielgich majętności i ozpiera sie, co jaz nas styd kato­
lików, jak na to patrzywa. Ni to sie do dworu zapędzić, ni co:
ty swoje, a zyd swoje; bo choć on taki na poziór wielgi pan, to
zawdy żydem śmierdzi, co Pana Jezusa ukrzyżował. Pan dziedzicny jak był, to choć na chłopa niedbał i patrzyć casem nie
kciał na niego, to jak padło na dobrą godzinę, to i bićdnemu
cłekowi dospomóg. Zawdy to był przecie katolik i do kościoła
chadzał i modluł sie; a taki Mosiek, choć w jupicy i w niebie nie
chadza i z zydkami pejsatymi sie nie zadaje, to inoby jesce kciał
biednego cłeka osukać i ochpić, a wielomoznym kciałby, izeby go
chłopi nazywali. Ja powiedńm, ize te zydziska, cy takie cy owa­
kie, zawdy piją krew katolicką i ze nie bedzie dobrze, pókil Pan
Bóg co ś nimi nie zrobi“.
Z powyższych często powtarzanych uwag widać, że z daleko
jeszcze większą nieufnością spotyka się żyd, mieszkający we dwo­
rze, niż Polak. Niemiec lub inny cudzoziemiec we dworze jest
dla ludu obojętny; może pozyskać jego sympatyę, byle nie uni­
kał z nim rozmowy, postępował uczciwie i był katolikiem. Wnosić
o tern można z zapatrywań wieśniaków na leśniczych rządowych
w zarządzie domen i lasów, najczęściej Niemców i Czechów.
Za szlachcica uważają Nadrabianie prawie każdego, kto jest
dostatnio w „pajskie suknie“ przybrany, byle nie był żyd lub
cudzoziemiec, nieumiejący po polsku. Lud nie zdaje sobie dokła­
dnie sprawy z warunków, jakie są do szlachectwa przywiązane.
Bezwzględnie za szlachcica uchodzi atoli właściciel większej po­
siadłości chrześcijanin. Nadają mu tytuł: „pńn dziedzic“ ; wyraża­
jąc się zaś o nim pogardliwie, mówią „ciarach“. Ten ostatni przy­
domek stosuje lud w takiem samem znaczeniu i do urzędników,
jak również i całej intelligencyi.
Podobnie jak szlachta, nie cieszą się i mieszczanie zbytnią
sympatyą i życzliwością ludu. Nazywają ich szyderczo: „lekie
duchy, kulńny, pajtasie, łatasie, płatasie, kulfony, płatki, dziargany, miastowe obrzynki, łyki i t. p.“. „Miescanie patrzą ino lekim zyć chlebem i wszyćko zbywać lechcyjką“. Nie przeczą je ­
dnak wieśniacy, że i między mieszczanami znajdą się porządni
ludzie, którzy „umieją cłeka usanować i dobrze mu doradzić“.
Ale takich ludzi ma być mało w mieście. Charakterystyka wszyst­
kich niemal mieszczan w ustach ludu znajduje swe określenie
10*

140

i. . ŚwiĘTtślt.

[161]

w powyższych przezwiskach. Że wieśniacy mają tak niekorzystne
wyobrażenie o mieszczanach, pochodzi to stąd, że stykają się oni
przeważnie z miejskimi rzemieślnikami, których wyroby sprzeda­
wane chłopu, nie odznaczają się doborem materyału i zbytnią
trwałością. W butach miasto dobrej podeszwy skórzanej znajduje
często korę brzozową (łubinę), w podkładach na konie zamiast
sierści siano i potraw, w miejsce zaś nowych kapeluszy i różnych
ubrań nabywa stare, odnawiane i t. d.
Nadto wieśniak natrafia w miastach na różnych pokątnych
pisarzy, którzy go dla własnego zarobku „buntują“ i namawiają
do prowadzenia procesu przeciw jego nawet najbliższym. Sprawa,
prowadzona pod wpływem płatnej „dorady“ takiego „płatka“, bez­
podstawna zresztą i niesłuszna, naraża zwykle wieśniaka na straty,
przegraną i zwrot kosztów procesu. Pokątny doradzca ulatnia się
tymczasem, dobrze się kryje, „by mu sie co od chłopa nie ober­
wało“, a chłop, nie mając na kim wywrzeć swej zemsty, wymyśla
na miasta i wywołuje w sąsiadach pewne dla nich rozgoryczenie.
O miastach wielkich ma lud jeszcze gorsze wyobrażenie. Są
one według niego gniazdem wszelkiego zepsucia. (Patrz „Lud nadrabeki“ str. 62).
Nie lepiej usposobieni są i mieszczanie dla wieśniaków. Uwa­
żając się za coś lepszego, dlatego, że z miasta pochodzą, patrzą
z góry na chłopa, obchodzą się z nim zuchwale i wyzywająco, nie
szczędzą mu grubych słów i docinków, a wrazie fizycznej prze­
wagi bywają skorzy do pobicia.
Nic dziwnego też, że wśród takich warunków pomiędzy ludźmi
stanu wiejskiego a miejskiego, podobnie jak i szlacheckiego, by­
wają bardzo rzadkie wypadki bliższych stosunków. Małżeństwa
między tymi stanami prawie się nie kojarzą; nader nieliczne też
bywają powinowactwa chrzestne. Można powiedzieć, że jedynie
wzajemne interesa materyalnej natury zbliżają na czas krótki oba
te stany do siebie.
Wobec takiego oddzielania się stanów od siebie patrzał lud
nadrabski w pierwszych początkach w ogóle z prawdziwą niechęcią
na tych włościan, którzy porzucali swój malowniczy strój wieśnia­
czy, a przebierali się po miejsku — „po pajsku“. Na każdym
kroku niemal dawał im to uczuć, wyśmiewał ich i dawał im ró­
żne nazwy i przydomki, ja k : „wyrznipała, płatek, łataś i t. p.“.
Gdy atoli mimoto takie przebieranie się zwłaszcza młodego
pokolenia wchodziło coraz więcej w modę, a dziś naśladowanie
tych pierwszych modnisiów do tego doszło stopnia, że chłopów
w dawnym wieśniaczym ubiorze prawie na palcach policzyćby
można, ustały wyrzekania, zniknęły nazwy i przydomki. W praw­
dzie jeszcze niekiedy odezwą się tu i tam w starszem pokoleniu

[162]

ZW Y CZA JE

I PO JĘCIA PR A W N E .

141

głosy niesmaku i niezadowolenia z nowego porządku; milkną one
jednak, zagłuszone przez glosy młodszych.
Dziś uznają prawie wszyscy włościanie większą praktycznośó ciemnego ubioru miejskiego, w porównaniu z chłopskiemi białemi sukmanami i górnicami, wymagającemi częstego prania, ja k ­
kolwiek pierwszym modnisiom do przebierania się „po pajsku“
przodowała jedynie próżność, połączona z chęcią wyróżnienia się
i „wyniesienia“ ponad swych współbraci.
Tak próżnych wieśniaków spotyka się jeszcze i obecnie w ka­
żdej wsi. Nie nikną też przykłady drapania się na wyższe stano­
wisko społeczne, a zwłaszcza życia nad stan, choć w skutkach
swych takie zapędy i takie postępowanie nie przynoszą wieśnia­
kom żadnej korzyści, ani materyalnej, ani moralnej, owszem nie­
powetowane straty.
Bawiący się ,,w pana“ chłop przebiera się zwykle „po paj­
sku“, jeździ często do miast, zapoznaje się tam z ludźmi bardzo
małej wartości moralnej, którzy go wyzyskują w różnym kierunku
pije z nimi na swój rachunek, nagina swój mazurski język w śmieszny
sposób do ich mowy, czyli, jak tu mówią— „czedzi bez żeby po
pajszku“, w domu nie bierze się do żadnej pracy, gospodarstwo
zaniedbuje, dla utrzymania się zaś na obranej drodze zaciąga
długi, sprzedaje g ru n t— „płóskę po płósce“ i doprowadza wresz­
cie do tego, że ambicyi, jeżeli jaką miał, nie zaspokoi, a majątek,
"choćby najpiękniejszy, zniszczy, strwoni i siebie i własne dzieci
po kilku już latach bawienia się „w pana“ przyprawi o nędzę.
Lud nadrabski też ostrzega włościan przed życiem ponad stan,
przytaczając często to przysłowie: „Kto sobie pozwoli, ucieknie
i z roli“.
Wogóle jednak marzenia i ambicya Nadrabian rzadko wybiegają poza sferę wioskowego życia; tylko cel tych marzeń u róż­
nych ludzi różny bywa. I tak jedni „zbijając pieniądze“ przez
ograniczenie się do najniezbędniejszych potrzeb życia, dążą do
przysporzenia sobie majątku gruntowego, drudzy chcą dojść do
porządnego i okazałego zabudowania się, inni znowu chcieliby
przewyższyć sąsiadów w chowie bydła, inni dzieci pożenić lub wy­
dać za mąż bogato, inni wreszcie dobić się majątku i znaczenia
przez grę loteryjną. Ale znaczna część Nadrabian dąży także do
pozyskania wpływu na tok spraw gminnych we wsi, do czego
wszakże godność radnego już jej wystarcza zupełnie. O pozyska­
nie szerszego znaczenia i rozgłosu w powiecie rzadko kto starał
się dotąd.
Nie zbywa też niektórym wieśniakom na dobrych chęciach,
aby swym synom przez naukę dać możność zajęcia wyższego sta­
nowiska społecznego. Niema wszakże licznych przykładów odda­
wania synów do szkół wyższych, głównie z powodu niedostatku.

142

J . ŚWIĘTEK.

[163]

Jeżeli zaś który gospodarz „potrafi sie przespomódz“ i syna wyszle do szkół w mieście, robi to w tym celu, by ten syn „wysed
na księdza" i „przyniós“ dla niego i całej rodziny „pochwałę, ize
takiego stopnia dostąpią!“. Główna atoli pobudka, która skłania
rodziców do wpływania na syna już w szkołach średnich, aby się
poświęcił stanowi duchownemu, znajduje swe uzasadnienie w przy­
słowiu: „Kto ma księdza w rodzie, temu bieda nie dobodzie“.
Liczą bowiem na to rodzice, że syn ich, zostawszy księdzem, bę­
dzie się starał odwdzięczyć się im za poczynione koszta na niego
w szkołach i zarówno ich, jak i całą rodzinę, będzie wspierał materyalnie. W każdym zaś innym stanie „zapomnie“ o nich, bo
„sie ożeni“ i przedewszystkiem musi się troszczyć o utrzymanie
żony i własnych swych dzieci. Zresztą „księdzu nalepij: piniedzy ma duża, zbawienie wiecne, służący Bogu, ma zapewnione
i za ojców sie pomodli i niebo im wyjedna; wszyćko co inne, to
docesne: nie wartń la tego dzieci do skół posyłać i na nie tyła
piniedzy wydawać“. Syn też, który wbrew nadziei i woli rodzi­
ców poświęcił się innemu zawodowi po skończeniu szkół, naraża
się na ich gniew; wieś zaś cała i okolica nagania mu ten krok,
wynajduje w nim różne przywary i nazywa go „zbijakem, nic
dobrego, beleco, bo osukał ojca i matkę“. Ja k dalece wieśniacy
nadrabscy wogóle uważają każdego wychowańca wyższych zakła­
dów naukowych, szczególnie gimnazyalnych, za przyszłego księdza,
wskazuje okoliczność, że, mówiąc o takim „śtudancie“ nie nazy­
wają go inaczej, jak n. p .: „kowalów ksiądz, starego wójta ksiądz,
Bartków ksiądz“, spostrzegłszy zaś idącego, mówią: „Ato idzie
kowalów ksiądz, starego wójta ksiądz, Bartków ksiądz i t. d.“ .
Zawiedzeni tedy w swych nadziejach mszczą się niejako na wychowańcach wyższych zakładów naukowych, nie uczęszczających
na teologię, obmawiając ich. Stąd da się wytłomaczyć także i to
uprzedzenie włościan do studentów krakowskich (akademików —
nieteologów), których zuchwalstwo znalazło swój wyraz w piosnce:
„Mówiłam ja tobie i powiadałam ci,
Ize cie zabiją w Krakowie śtudanci“.
Na księdza spogląda również lud z prawdziwym szacunkiem,
czcią i prawie z uwielbieniem. (Patrz „Lud nadrabski“ str. 63—64).
Organista cieszy się także z tytułu „osoby kościelnej, czy
duchownej (według niektórych)“ przychylnością ludu i między jego
doradzcami i przyjaciółmi zajmuje niepoślednie miejsce. „Organi­
ście dobrze sie dzieje“, bo nie pracując wiele żyje dostatnio.
Kościelny, który zarazem jest gróbarzem w parafiach nadrabskich, jest dla ludu zupełnie obojętny. O stanowisko kościel­
nego nie ubijają się wcale Nadrabianie; połączone z niem gróbarstwo jest im wstrętne.

[164]

ZW YCZAJ R 1 POJĘĆ JA PK A W N E.

143

Wieśniacy w okolicy nadrabskiej pod względem hierarchii
miejscowej dzieła się na: a) k m i e c i ; b) p ó(ł)r o 1 n i k ó w,
(p ó ł k m i e c i); c) z a g r o d n i k ó w ; d) c h a ł u p n i k ó w i e)
komorników:
a) Do kmieci należą gospodarze, właściciele dwudziestu lub
więcej morgów gruntu czyli podług tutejszych gruntowych pomia­
rów — trzydziestu lub więcej „k o r c y p o 1 a “.
b) Pó(ł)rolnikami (półkmięciami) nazywają tych, którzy po­
siadają 10 do 15 morgów gruntu (15 do 22 korcy).
c) Zagrodnikami są właściciele gruntu, wynoszącego mniej
niż dziesięć morgów (mniej niż 15 korcy).
d) Chałupnicy nie posiadają wcale własnego gruntu; chałupa
i ogródek przy niej jest ich całym majątkiem.
e) Komornicy nie mają ani własnego gruntu, ani własnej
chałupy; utrzymują się z „zarobku i wyrobku“, a mieszkanie
wynajmują u obcych, czyli „chodzą komorami“.
Podział ten ma szczególniej swe znaczenie przy wyborach
wójta i rady gminnej. Wójtem i radnymi mogą być obrani wszyscy,
którzy posiadają jakikolwiek majątet gruntowy. Przeważnie nawet
wójtami bywają gospodarze z półrolników i zagrodników.
Stosunek między bogatymi i uboższymi, więcej znaczącymi
i mniej znaczącymi, rzadko zależy od stosunków majątkowych.
Tak bogatszych, ja k i uboższych łączy wzajemność, a bliższe lub
dalsze powinowactwo albo pokrewieństwo ich jednoczy. Kmiecie
w życiu towarzyskiera rzadko uważają się za lepszych od półrol­
ników i zagrodników, półrolnicy i zagrodnicy rzadko za niższych
od kmieci. „Kozdy sobie rzepke skrobie“ — powiadają jedni
i drudzy. Kmiecie i półrolnicy „sprawiają orackę“ (orkę) zagro­
dnikom, którzy zwykle nie chowają koni; zagrodnicy płacą im za
to albo pieniędzmi albo odrabiają im tę przysługę pracą ręczną
w polu. W pożyciu również nie oddzielają się jedni od drugich.
„Sprawia“ wesele czy to kmieć, półrolnik czy zagrodnik dla córki,
nie zważa na uposażenie majątkowe sąsiadów bliższych lub dal­
szych, lecz wszystkich, których „ma ochotę“ i z którymi go ja ­
kiekolwiek stosunki łączą, zaprasza na tę uroczystość. Podczas
uroczystości nadto nie widać wyszczególniania lub wywyższania
się jednych nad drugich. Bogatszy czy biedniejszy równe tu ma
prawa.
Stanowisko i położenie chałupników i komorników natomiast
jest znacznie upośledzone. Jeszcze chałupnicy, którzy mają swe
„posiedzenie“, dzierżawią mórg lub więcej gruntu i mogą wycho­
wać jedną lub dwie krowy, które pasają na pastwiskach, drogach
i granicach gminnych, łatwiej utrzymają swą niezawisłość od go­
spodarzy gruntowych, ale los komorników jest zaiste przykry. Nie
posiadając żadnego ruchomego ani nie ruchomego majątku, są oni

144

J. ŚW1ĘTEK.

[165]

skazani jedynie na zarobek dzienny, szukanie przytułku w niezamieszkanych chałupach gospodarzy gruntowych lub też wspólne
mieszkanie z chałupnikami za pewnem wynagrodzeniem. Każdemu
muszą ustępować, każdemu schlebiać, nadskakiwać, na urazy
i obelgi nie pamiętać, jeżeli nie chcą sobie narazić tak rolnych
gospodarzy, jak i chałupników, a w następstwie otrzymać wypo­
wiedzenie komory i wyrobek stracić. Czują też komornicy to swe
położenie i oceniają należycie, Dlategoto, zaparłszy się zwykle
swego przekonania, usposobienia i charakteru, gonią za nowinkami
wiejskiemi lub je zmyślają i dzielą się niemi „na ucho“ z zamo­
żnymi gospodarzami, a zwłaszcza gospodyniami. Szczególniej spry­
tne i biegłe w pojmowaniu swego losu i zadania są komornice,
które zawsze są na nogach, ile razy przyjdzie kmiotkę nowostkami pocieszyć, pośrednictwem w zasiągnięciu języka przy koja­
rzeniu się małżeństw usłużyć, w słabości choremu leki „poraić“,
a po śmierci zmarłego ubrać i do pogrzebu „przypilnować“. Za te
przysługi „splezie sie“ im czy to kwarta mleka, czy łyżka masła,
garniec zboża, krup, jagieł, a niekiedy w uznaniu szczególniej­
szych zasług zagon „gotowy ziemniaków bez odrobku“. Takie ma­
newrowanie we własnym interesie odnosi się czasami i do niektó­
rych chałupników, a zwłaszcza chałupniczek.
Komorników w okolicy nadrabskiej jest z każdym rokiem
coraz m niej; ubywa też i chałupników, dzięki znaczniejszym spad­
kom czy w gruncie czy w pieniądzach, jakie umierający ojciec
przekazuje swym dzieciom. Córka zagrodnika, wchodząc w związki
małżeńskie z synem chałupnika, przynosi mu w wianie pół, korzec
lub dwa korce gruntu albo grosz odpowiedni; syn zagrodnika,
żeniąc się z córką chałupnika, wchodzi do jej domu z jednym
lub paru morgami gruntu.
Tym sposobem atoli rozdrabniają się gospodarstwa, znikają
role kmiece i półrole, a tworzą się coraz więcej zagrody. Wśród
takich warunków zleją się z czasem wszystkie znaczniejsze go­
spodarstwa w mniejsze lub większe zagrody.
Gospodarzy, pochodzących ze służby dworskiej, uwłaszczo­
nej na gruncie, niema nad Rabą. Majątki gruntowe tutejszych
włościan są albo dziedziczne, albo też nabyte. Dorobkiewiczów
w każdej wsi znajdzie się kilku, którzy pochodzą z chałupników,
bardzo rzadko z komorników.
Dorobkiewicze spotykają się albo z uznaniem społeczeństwa
wiejkiego albo też z jego nie przychylnością. Zależy to od sposo­
bów, jakimi doszli do majątku: jeżeli drogą uczciwą, t. j. własną
pracą, oszczędnością i rzetelną zapobiegliwością, lud żywi dla nich
szacunek i stawia ich za wzór swemu młodemu pokoleniu; jeżeli
przez lichwę, oszukaństwo i podstępne wyzyskiwanie cudzego
przykrego położenia — chłoszcze ich opinia ludowa, jak na to

[166J

ZW Y CZA JE

I POJĘCIA

PRAW NE.

145

zasługują. Ścigają ich na każdym kroku takie przezwiska, ja k :
„lichwiarz, złodziej, krćt, cygan, osukaniec, siajbierz, machlćrz“
i t. p. Nie majac zaufania ludu. nadarmo też się kusza o pozy­
skanie jego głosów podczas wyborów, aby wejść do rady gminnej.

3.

Służba.

U gospodarzy nadrabskich służba, powszechnie zowie się
„celadzią“.
Od rodzaju swego zajęcia otrzymują służący swoje nazwy:
Obowiązkiem służącego — p a r o b k a jest orać, siać, rolę
uprawiać, żąć i kopać w „przodku“ (jako przodownik), kosie,
zboże i siano zwozić, podawać na warstwę lub na warstwie ukła­
dać, młócić, wiać, młynkować, zboże do wozów zsypywać i do
spichlerza lub komory na plecach je znosić, drzewo z lasu spro­
wadzać, rąbać i w „siągi“ układać, rznąć sieczkę, gnój na pole
z obory wywozić i z osłon „swalać na kupki“, na zarobek jeździć,
i w ogólności służbodawcę zastępować w gospodarstwie.
Dz i e wk a ma obowiązek: prząść podczas zimy „na dwa ło­
kcie“ ; wody „nanieś“, naczynie umyć i izbę „poprzątać“ (w braku
pasterki), prać „chusty (chaby)“, w lecie płótno w czasie bielenia
wraz z najemnicami „warzyć i przepićrać, ziemniaki okopywać
i kopać, żąć w przodku“ (jako przodownica) lub za parobkiem,
konopie i len „wyrywać", moczyć i rosić, miądlić, czesać z paździerza, gnój ze stajen i chlewów wyrzucać na oborę, na wóz go
nakładać i po roli rozrzucać, a w ogólności załatwiać wszelkie
cięższe i trudniejsze roboty z zakresu domowego i pozadomowego
gospodarstwa kobiecego, niemniej też zastępować gospodynię w go­
towaniu w razie potrzeby. W Łapczycy, Gierczycach, Siedlcu,
Moszczenicy, Nieszkowicach i Książnicach bywają nadto dziewki
pociągane do młocki wespół z parobkami.
Służący w wieku od 15 do 20 lat nosi zwykle nazwę wo­
ź n i c y lub p a r o b c a k a . Porucza mu się staranie o konie, a mia­
nowicie ich czesanie i czyszczenie, wyrzucanie z pod nich gnoju
ze stajni na oborę, w czasie orki „poganianie“, „włockę“ (zawłó­
czenie roli), jeżdżenie i powożenie, paszenie, dalej składanie
i rozbieranie wozu, narzędzi i sprzętów rolniczych do wyjazdu
w pole, „zaprząganie“ koni do wozu, rozbieranie ich i „zaprowa­
dzanie“ do stajni, pojenie, dawanie im jeść (za drabinę siano, do
żłobu obrok), nadto, „nakładanie“ na wóz gnoju z obory i roz­
rzucanie go po roli, „usiekanie“ koniczyny na łanie lub trawy na
ogrodzie dla bydła, „urzynanie“ sieczki (gdy parobek nie ma czasu),
młócenie zboża, w ogólności zaś pomaganie przy wszelkich „chłop­
skich robotach“, do jakich jest zdolny.

146

J.

ŚW JĘTEK .

[167]

Powinnością służący cli: „ p a s t e r z a i p a s t ó r k i “ w wieku
od 10 do 15 lat jest paszenie bydła rogatego i trzody chlewnej,
„rwanie“ dla nich trawy po zbożach i ziemniakach dla krów —
do podoju, dla świń — na „krązalinę“, (na „krązalinę“ tę ma
sam pasterz „zerznąć“ w „skrzynce“ (sieczkarni) trawę uzbierana
lub koniczynę, „usieconą“ na łanie), słanie słomy pod bydło
i trzodę, znoszenie podczas zimy słomy i siana krowom za drabinę,
sieczki do żłobu i jej maszczenie, tłuczenie ziemniaków i oskrobin i maszczenie roztworzona tą „dziamką“ plew w korycie dla
świń; pojenie krów przy studni, w potoku, w stawie, w Rabie,
zaś świń pomyjami w korycie. Nadto pasterze i pasterki mają
załatwiać wszelkie lekkie i drobne czynności domowe i gospodar­
skie jako to: skrobanie ziemniaków, łuszczenie grochu, „odgarnowanie“ zboża „przy młynkowaniu“, tłoczenie siana i „dodawanie
snopów zboża“ na warstwie, wiązanie zboża w snopy, znoszenie
na kopy i mendle, kopanie ziemniaków i t. p.
Wreszcie dla nadzoru nad niemowlętami, bawienia ich, ko­
łysania, uspakajania i uśmierzania wśród płaczu, wodzenia przy
nauce chodzenia trzymają w służbie gospodarze nadrabscy dziew*
czątka w wieku od 6-ciu do 10 lat, które noszą nazwę: „ d z i a u c h
do d z i e c i “, a l b o „ p i a s t u n e k “.
Stosunek pomiędzy gospodarzem a czeladzią opiera się po
większej części na wzajemnej życzliwości i bywa prawie przyjajacielski. Gospodarz dla sługi raczej jest ojcem, niż nie wyrozu­
miałym panem; sługa wobec gospodarza raczej jego pomocnikiem,
niż powolnem narzędziem za zapłatę. Nie widać tu bezwzględnej
wyższości gospodarza nad czeladnikiem, niewolniczości czeladnika
wobec gospodarza. Bliżej w stosunki domowe nie wtajemniczonym
wydaje się nawet, że gospodarz i sługa zostają między sobą w blizkiem pokrewieństwie, choć ich nie wiąże, żaden rodzinny węzeł.
Pewna poufałość łączy obie strony, wspólność domowego
życia je jednoczy. Gospodarz, oceniając należycie dobrego sługę,
stawia go na równi ze sobą; sługa, wypełniający należycie swe
obowiązki, nie o wiele uważa się za niższego od gospodarza.
W życiu to warzyskiem wiejskiem: na weselach i zabawach, za­
równo rej wodzić może służący parobek albo i służąca dziewka,
jak i synowie lub córki zamożnych kmieci. Wydatnej różnicy
tu nie widać. Materyalne położenie gra nie wielką rolę wśród
takich okoliczności.
Gospodarz w domu i w polu chętnie i uprzejmie rozmawia
ze swym czeladnikiem, zwierza się nawet przed nim poniekąd ze
swymi zamiarami, myślami i uczuciami, ceni jego zdanie, a czę­
sto i posłucha, jeżeli przypadnie do jego przekonania. Sługa ze
swej strony okazuje winne uszanowanie chlebodawcy, a o dobro

[168]

ZW Y CZA JE

I POJĘCIA

PRAW NE.

147

jego po większej części tak prawie się stara, jakby o swoje wła­
sne, ale „własną mocą“, bez wskazówek gospodarza, czeladnik nic
nie stanowi, za wszelkie uchybienia zaś i błędy ma przeprosić
chlebodawcę.
Gospodarz nie skąpi żywności czeladnikowi, nie przeciąża
go pracą, uwzględnia jego słabość i nie „potrąca“ ze zasługi. O
religijne i moralne życie jego się troszczy i w każdą niedzielę
lub święto do kościoła posyła.
Ogólnie rzecz biorąc, nie można odmówić uznania zarówno
gospodarzowi, jak i czeladzi pod względem stosunków służbowych.
Swary, kłótnie i zatargi między chlebobawcami, a służbą, jeżeli
dawniej częściej się zdarzały, dziś wobec łatwego znalezienia za­
robku przez czeladnika po opuszczeniu służby, miarkują się przez
pewną, wyrozumiałą uległość gospodarza. Rzadkie też są wy­
padki pobicia czeladnika przez słuźbodawcę W stosunkach mię­
dzy służbodawcą, a służącym utrwala się z biegiem czasu ta za­
sada, że gospodarz i czeladnik, wymagając od siebie wzajem speł­
nienia przyjętych na się zobowiązań, winni są sobie także usza­
nowanie. Rozwiązanie stosunku służbowego ma się odbyć spo­
kojnie, w umówionym terminie; obydwie strony powinny „się ozyś
(rozejść)“ w zgodzie, bez jakiejkolwiek niechęci.
Niekiedy rozwiązanie stosunku służbowego między gospo­
darzem a czeladnikiem kończy się małżeństwem córki gospodarza
z jego parobkiem lub służącej dziewki ze synem gospodarskim.
(Por. „Lud nadrabski“ str. 63).
Służba mieszka w „izbie (piekarni)“ wraz z gospodarstwem.
W izbie też sypia, a zwłaszcza podczas zimy. Dziewka i pa­
sterka mają tu swe łóżka; parobek, woźnica i pasterz rozścielają
dla siebie na każdą noc po ociepce słomy na podłodze (ziemi).
W braku łóżek, dziewka i pasterka sypiają w kómorach na tak
zwanych „wyrkach“, t. j. tapczanach, złożonych na podłodze z de­
sek lub tarcic, a wypełnionych słomą.
Takie improwizowane
łóżka urządza sobie niekiedy i czeladź męzka na zimę w komór­
kach, które przylegają do stajen, a służą na chwilowe przecho­
wanie paszy dla bydła. Jeżeli w domu gospodarskim są trzy
izby oprócz komory, dziewka i pasterka mają podczas zimy swe
łóżka lub wyrka w komnacie, na lato przenoszą je do komory
lub kómorki. Wrazie zajęcia kómorki rugują one czeladź męzką
do stodoły, wozowni lub na strych chałupy na znajdującą się
tam słomę lub siano.
Przed dwudziestu jeszcze laty parobcy i woźnice urządzali
swe wyrka na zimę po stajniach końskich, pasterze po stajniach
krowich, wznosząc tu niejako rusztowania w połowie ściany, jakby
wielkie gniazda.

148

J.

ŚW1ĘLEK.

[169]

Dziś nie nocuje już służba po stajniach; również i wyrka
takie wyszły prawie zupełnie ze zwyczaju.
Czeladź winna jest dla słuźbodawcy wierność, uszanowanie,
otwartość i posłuszeństwo. Wszelkie zlecenia gospodarzy ma przyj­
mować bez szemrania, chociażby one i nie odpowiadały jej prze­
konaniu. „Choćby ci na służbie kazali drzwiami skrzy pac, toś
powinien“ — powiada stare gospodarskie przysłowie.
Czeladź obowiązana jest do uprzejmego obchodzenia się z do­
mownikami i dziećmi gospodarza, ma z nimi żyć w zgodzie, uni­
kać kłótni i nieporozumień, nie powinna im nadawać przezwisk,
a tern mniej rozsiewać o nich fałszywych wieści i zmyślać pk>
tek. Również nie ma obmawiać i całe] rodziny chlebodawcy.
Czeladź ma dalej przestrzegać porządku domowego podług
zarządzeń słuźbodawcy, a wszelkie jego napomnienia i nagany
przyjmować w dobrej myśli.
Sługa obowiązany jest do chętnego i punktualnego wypeł­
niania swych obowiązków. W miarę potrzeby i możności nie
może się uchylać i od innych czynności, które jakkolwiek do
niego nie należą, nie mogą przecież być spełnione przez inną
czeladź, bądź dla jej słabości, bądź dla innych przeszkód.
Nie może się też odwoływać na niedzielę lub święto, gdy
gospodarz zarządzi w tych dniach związanie zboża, „leżącego na
powrósłach“ i zwiezienie go do stodoły z obawy przed nastaniem
dżdżystej pory.
Bez pozwolenia słuźbodawcy nie może czeladź zdawać poruczonego jej zatrudnienia na inne osoby. Nie może też wyda­
lać się z domu „bez opowiedzenia się“ gospodarzowi, ani poza
domem dłużej bawić nad czas oznaczony. Tak poza domem zaś,
jak i w domu ma się zachować przyzwoicie i obyczajnie, nie da­
wać „zgorszenia“ i nie „burzyć“ przeciw gospodarzowi.
Obowiązana do przestrzegania całości mienia gospodarza na
każdym kroku, czeladź ma się obchodzić ostrożnie z ogniem, nie
palić fajek i cygar w stodołach i stajniach, ani też nie udawać
się tam ze światłem, palonem na wolnem powietrzu. W ogóle ma
się strzedz przed „zapusceniem" ognia w „osiedlu“ gospodarskiem.
Czeladź powinna o wszelkich sprzeniewierzeniach, kradzieżach
i oszukaństwach, dokonanych na mieniu słuźbodawcy przez osoby
trzecie, skoro tylko o nich się dowie, donieść natychmiast gospo­
darzowi pod utratą służby i odmówieniem zasługi. Sługa odpowiada również swą zasługą za wszelkie szkody wynikłe z jego
winy dla gospodarza, a w razie, gdyby się dopuścił sprzeniewie­
rzenia lub kradzieży, nietylko postrada służbę i zasługę, ale może
także być oddany sądowi do ukarania za przestępstwo.

tl70j

ZWYCZAJE I POJĘCIA i>RAWtti£.

149

Występując ze służby czeladź powinna oddać służbodawcy
wszystkie rzeczy, które są jego własnością, a z których ona ko­
rzystać miała tylko przez czas służby.
Mniejszego czeladnika, niepoprawnego mimo napomnień, k a­
rze gospodarz chłostą. I tak może oówiczyó rózgą pasterzy i pa­
sterki, którzy przypędzają głodne bydło z pola do domu, „wytrzy­
mawszy je na powrózkach przy drogach i gościńcach“, zabawiając
się tymczasem pogadanką z innymi pasterzami. Może im nawet
za to „nie dać“ śniadania lub wieczerzy, aby „się dowiedzieli;
jak to i gadzinie jeś sie kce“. Chłosta cielesna nie powinna
wszakże przekraczać granic umiarkowania.
Ale w ten sposób karzą gospodarze i własne dzieci, które
zwykle aż do 15 roku życia pasają bydło po polach. Każdy pa­
sterz bowiem, bez względu, czy nim jest własne dziecko gospo­
darza czy obcy wyrostek, ma o to się starać, aby krowy zawsze
„baniate do chałupy przy ganiał“, szkody nie robił w polu by­
dłem i trzodą i do ich zajęcia nie dopuszczał przez niedbalstwo,
nie bił zwierząt i nie narażał na kalectwo. Dlatego to powinien
uważać, aby „krowy sie nie bodły, nie gziły i po polach nie oślatow.ały, świnie sie nie żarły i nie kąsały, w gruncie nie ryły i nie
pyzały“. Szczególniejszą uwagę zaś ma zwracać pasterz na to,
aby „krów paskudnik nie pochyciuł (wzdęcie), aby rogów se nie
pozbijały i aby sie nie przebodły“, gdyż w razie zaniedbania tej
ostrożności czeka obcego pasterza oprócz chłosty także uszczuple­
nie zasługi, rozumie się w wyższym stopniu, niż to bywa wtedy,
gdy z jego winy zajęto bydło lub trzodę ze szkody.
Nie mniejsza odpowiedzialność cięży na pasterzu, dla któ­
rego niedbalstwa bydlę utonęło lub przez dzikie zwierzę zostało
pożarte.
Wynagrodzenie, jakie czeladź otrzymuje za swą służbę, na­
zywa się „zasługą“. Zasługa ta wynosi rocznie dla parobka od
20 do 30 reńskich, dla dziewki od 15 do 30 reńskich, dla wo­
źnicy od 15 do 25 reńskich, dla pasterza lub pasterki od 6 do
15 reńskich, dla dziewczyny do bawienia dzieci od 5 do 7 reń­
skich. Dawniej, t. j. jeszcze przed dwudziestu pięciu laty pobie­
rała wszystka czeladź, a więc: parobcy, dziewki, woźnice, paste­
rze, pasterki i dziewczęta do bawienia dzieci — zasługi w płó­
tnie konopnem i zgrzebnem; dziś tylko pasterz, pasterka i dziew­
czyna do dzieci otrzymują niekiedy zamiast wynagrodzenia pie­
niężnego zasługę w odzieży i obuwiu, służba zaś inna starsza wy­
nagrodzenie pieniężne. Pasterz i pasterka dostają mianowicie „p o
d w o j e , t r o j e , c w o r o , p i ę c i o r o w d z i a n i a , to znaczy, że
pasterz otrzymuje w zasłudze rocznej dwie, trzy, cztery, pięć ko­
szul konopnych, tyleż „portek“ (gaci) i górnic, a obok tego czapkę,
pas i buty, pasterka zaś dwie, trzy, cztery, pięć konopnych ko­

160

J.

Ś W lE T E lt.

[171]

szul (z „nadołkiem“), tyleż spodnie i zapasek, a nadto dwie małe
chusteczki na głowę, gorset, katankę i buty. Dziewczyna do
dzieci dostaje zwykle „po dwoje wdziania“, chusteczkę na głowę,
gorsecik, katankę i buciki. — Ponieważ zwykle pasterz lub pasterku, którzy się ugodzili na „cworo lub pięcioro wdzania“, tyle
odzieży nie spotrzebują, umawiają się w ciągu służby w ten spo­
sób z gospodarzem, że on w zamian za zbyteczne im „wdzianie“
kupuje dla pasterza „kamizelkę, kosulę niedzielną“, „portki pisiate“ (płócienkowe ciemno-kolorowe); dla pasterki zaś chustkę „do
odziania“, gorset na niedzielę, chusteczkę rypsową na głowę i „ko­
rale krawniki“ (krwawniki).
Jeżeli parobek lub dziewka pozostają bez przerwy kilka lat
w służbie u jednego gospodarza, gospodarz w uznaniu ich zasług
i wierności wynagradza ich niekiedy obok umówionej zasługi pie­
niężnej jednym lub dwu „gotowymi“ zagonami ziemniaków lub
zagonami zboża, albo też dwu lub trzema zagonami pod ziemniaki
lub tyluż zagonami pod zboże.
Prócz zwykłego terminu, omówionego w „Ludzie Nadrabskim“ (str. 100), jest jeszcze drugi nadzwyczajny termin przyjmo­
wania i odprawiania czeladzi. Jest nim dzień św. Jana Chrzciciela.
K o l e n d a , t. j. rodzaj zadatku, jaki dają gospodarze nadrabscy „zmówionemu do służby“ czeladnikowi, dochodzi do kwoty
jednego reńskiego i nie dolicza się wcale do zasługi.
Rozumie się, że czeladnik, skoro zerwie umowę o przyjęcie
służby, ma zwrócić gospodarzowi wziętą kolendę i to najdalej
w tydzień po zawarciu umowy lub na tydzień przed przyrzeczonem
wstąpieniem do służby. Dalszych skutków nie pociąga za sobą
takie niedotrzymanie zobowiązania, chyba, że czeladnik nie chce
zwrócić kolendy dobrowolnie.
Gospodarz, oddalając sługę przed terminem, wypłaca mu
cała zasługę bez uszczerbku za czas, jaki „przesłuzuł“ u niego.
Sprawdza tylko, czy nie ma jakiej materyalnej szkody ze strony
odprawionego czeladnika. Wobec poniesienia szkody, służbodawca
„potrąca“ sobie ze zasługi czeladnika kwotę, potrzebną na po­
krycie uszczerbku. Skoro szkoda gospodarza większa, niż zasługa
czeladnika, gospodarz może odmówić zupełnie wynagrodzenia cze­
ladnikowi za cały czas służby. O różnicę może zgłosić swą pretensyę do niego na drodze prawa • takie zdarzenia wszakże należą
do wyjątków.
Służbodawca odprawia służącego przed terminem z następujących przyczyn:
1) jeżeli służący nie jest zdatny do służby, do której się
ugodził.
2) jeżeli zleceń i rozkazów gospodarza stale („kieby sie
uwziąnu) nie wypełnia.

[172]

ZW Y CZA JE

l

PO JĘCIA

PR A W N E.

151

3) jeżeli słuźbodawcę obmawia i oczernia, obelźywemi sło­
wami bezcześci i obraża., wyzywająco występuję przeciw niemu
i inną czeladź podburza lub sam czynnie „porywa sie“ na niego.
4) jeżeli dopuszcza się kradzieży, sprzeniewierzenia, oszukaństwa lub namawia i nakłania inną czeladź do tego występku albo
też, wiedząc o takich występkach czeladzi, nie uwiadomi o tern
gospodarza.
5) jeżeli własność służbodawcy naraża na niebezpieczeństwo,
nie zachowując należytej ostrożności z ogniem.
6) jeżeli robi szkody tak w polu służbodawcy, jak i obcem
czy.to rozmyślnie czy też przez niedbalstwo.
7) jeżeli pieniądze lub inne wartościowe rzeczy dla siebie
pożycza na rachunek gospodarza.
8) jeżeli się oddaje pijaństwu z nałogu, rozwiozłe i niemo­
ralne życie prowadzi i do tego naprowadza lub namawia dzieci
lub krewnych służbodawcy.
9) jeżeli wałęsa się po nocach poza domem, i wreszcie
10) jeżeli dłużej nad miesiąc choruje.

4.

Najem.

Najem trwa zwykle dzień jeden albo i czas dłuższy bez
przerwy. Wynajmują się dó roboty przeważnie ubodzy wieśniacy:
komornicy i chałupnicy, tak mężczyźni jak i kobiety. Celem wynaj­
mowania się ich jest głównie zarobek dla utrzymania życia. Na­
jemnicy otrzymują zwykle prócz zapłaty i „jadło“ od wynajmu­
jącego gospodarza. Rzadko tutejszy najemnik ugadza się z pra­
codawcą za samą zapłatę bez strawy. Pożywienie w czasie najmu
i połowa płacy roboczej zwykłej w tych stronach już i dlatego
są bardziej pożądane dla robotników, niż cała jedynie dzienna za­
płata, ponieważ obok stosunkowo lepszej strawy, niż mają w domu,
nie potrzebują zatrudniać swej rodziny noszeniem im jadła na
pole. Gospodyni domu, do którego się wynajmują, stara się usil­
nie o to, by jej „nie obnieśli (obmówiono) po wsi cały, a i w ogranicy, ize najemnikom mało i kiepsko jeś daje“. Nadto jest tu
zwyczaj między najemnikami, że skoro mąż i żona (często nawet
sama żona) wynajmą się razem do roboty u jednego gospodarza,
przyprowadzają ze sobą i swoje dzieci do jego domu, aby im ta­
kże jeść dano.
W czasie żniw i kopania ziemniaków wynajmują się robo­
tnicy przeważnie „za zagony pod zimniaki lub kapustę“, rzadko
za pieniądze.
O te „zagony“ zgłaszają się chałupnicy i komornicy z po­
częstunkiem już podczas zapust do zamożniejszych gospodarzy

152

J. świiyfEtf.

im

(szczególnie dawniej, dziś mniej). Skoro gospodarz wypije z na­
jemnikiem jego wódkę lub piwo, znaczy to, „że przyjmuje jego
prośbę i wyznacza mu „zagon na odrobek podczas żniw lub
„w kopaniś,“. Za uprawiony zagon pod ziemniaki najemnik pra­
cuje podczas żniw sześć lub siedm (za dłuższy zagon) dni, za
krótki zagon pod kapustę trzy dni (w obu razach „przy jadle“).
Gdy gospodarz po zamówieniu zagona inaczej „sie ozmyślikt
i nie ma ochoty oddać temu lub owemu najemnikowi zagona na
odrobek, zwraca mu „stratę“, t. j. kwotę pieniężna, która on wy­
dał na poczęstunek (zwykle za kwartę wódki lub garniec piwa).
Najemnik, który ma zagon na odrobek, obowiązany jest podczas
żniw i „w kopaniń“ na każde wezwanie gospodarza zgłosić się
natychmiast u niego do roboty na umówiona liczbę dni z przer­
wami lub bez przerwy. W razie nieusprawiedliwionego zanied­
bania tej powinności za pierwszym razem, pracodawca ma prawo
odmówienia najemnikowi przyrzeczonego zagona. Skoro „odrobiuł trzy dni“, a na następne wezwania się nie zgłasza, gospodarz
„ma cekać, jak najemnik sam powić, kiej przydzie do roboty“.
Wysokość wynagrodzenia pieniężnego najemników za pracę
zawisła od pory roku, długości dnia i rodzaju pracy. Podczas
sianobrania i żniw robotnik stosunkowo jest najlepiej płatny, bo
obok „jadła“ dostaje 20 centów dziennie; podczas zaś zimy „od
młocki“ a w jesieni „od kopania“ ziemniaków prócz pożywienia
pobiera tylko 10 centów. Kosiarze obok stosunkowo lepszego
„w i c h t u“, niż inni robotnicy, (dostają bowiem „na południe“ klu­
ski ze serem lub pierogi, w razie zaś kośby na oddalonych łą­
kach n. p. za Niepołomicami lub w lesie, gdzie gospodarze z nie­
których wsi nadrabskich łąki wydzierżawiają — potężny kawał
chleba ze szpyrką, serem, masłem), obok poczęstunku (wódki)
i czterech centów „na tutoń“, otrzymują zwykle 50 centów dzien­
nego zarobku.
Płace powyższe otrzymują najemnicy dorośli (od 16 roku
życia począwszy). Robotnicy małoletni (do 15 roku życia) za
wszelkie prace, do jakich są zdolni, pobierają zwykle o pięć cen­
tów niższą zapłatę dzienną. Płaca dzienna, jak ą robotnik tutejszy
„na pajskiem“ zarabia („bez jadła“ naturalnie) tak się średnio
przedstawia:
na w i o s n ę ...............................20 do 25 centów;
na pierwszym przednówku
25 „ 30

podczas sianobrania . . .
25 „ 35

w czasie ż n iw ......................... 30 „ 40

podczas kopania ziemniaków 25 „ 30

w z im ie .................................... 15 „ 20

Najemnicy, którzy pracują przy budowie domów i inny cli
zabudowań gospodarskich, pobierają od majstrów, ugadzanych

[iii]

15Ś

ZWYCZAJE POJĘCIA 1 PRAWNE.

zwykle „hurtownie — na hurt“, dziennego zarobku średnio 50
centów „bez jadła". „Majstrowie“, nięugodzeni na „hurtowną
zapłatę“, pobierają za kierownictwo przy budowie obok pożywienia
i poczęstunku mniej więcej 90 eentów dziennie, ich zaś „pomo­
cnicy“ (robotnicy) „przy jadle“ 30 centów, „przez jadła“ 50 cent.
Robotnicy, którzy wynajmują się „przez jadła“, otrzymują
zwykle od gospodarzy nadrabskich o dwadzieścia centów wyższe
wynagrodzenie dzienne, niż zwykłe. W ogólności częstsze bywa wy­
nagrodzenie najemników w naturze. Przez wynagrodzenie to ro­
zumieć należy nie tylko zagony pod ziemniaki lub kapustę, ale
także płody natury n. p. wykopane ziemniaki, ziarno, mąkę, ka­
szę, krupy czy to „na odrobek“ podczas przednówku, czy po skoń­
czeniu pracy.
Nadto najemnicy, a raczej tak zwani wyrobnicy, którzy
z roku na rok stale „wyrabiają“ u jednego z gospodarzy, otrzy­
mują czasami jako zapłatę w naturze „gotowe“ zagony ziemnia­
ków, kapusty, rzepy, konopi lub zboża na pniu. Ten rodzaj za­
płaty w naturze, o ile dotyczy zboża, konopi lub lnu, bywa dziś
rzadszy, niż był przed dwudziestu laty. Zmniejszają się też z ka­
żdym rokiem i zapłaty w naturze w ogólności.
Najemnicy nadrabscy atoli, o ile od nich zależy, chętniej godzą
się na zapłaty w naturze, bo one są dla nich korzystniejsze, choćby
już z tego względu, że, biorąc płody w naturze lub ich wytwory,
mogą liczyć na zwykły „przycynek“ wśród podobnych okoliczno­
ści. Gospodarz tutejszy bowiem mniej sobie ceni w swych sto­
sunkach gospodarskich to, co ma w komorze lub na polu, niż
pieniądze.
Robotnicy wynajmują się do wszelkich robót polnych i go­
spodarskich, a mianowicie: do orania (rzadko), sadzenia, okopy­
wania ziemniaków, sieczenia i suszenia siana na łąkach, a koni­
czyny na łanach, „rwania i mocenia konopi“ do żniwa i wiąza­
nia zboża na snopy, wyrywania i zarosienia lnu, kopania ziemnia­
ków, miądlenia konopi i lnu, młocki, rznięcia sieczki, rąbania
drew i do pomocy przy wyrębie w lesie i zwożeniu drzewa; do
krajania torfowiska, do nakładania gnoju na wóz z obory i roz­
rzucania go po roli; do pomocy przy. budowie, do traczki, do sta­
wiania pieców; szycia bielizny, krawiecczyzny, wreszcie niekiedy
do przędzenia i paszenia bydła.
Oprócz tego wynajmują się ubożsi włościanie nadrabscy do
robót na kolejach żelaznych za dzienną zapłatę od 40 do 60 cen­
tów i do drenowania gruntów dworskich.
O najem układają się pracodawcy bądź z samymi robotni­
kami, bądź z ich rodzicami, zwłaszcza jeżeli najemnicy są mało­
letni. Ale i małoletnie osoby mogą same przez się przyjmować
najem i układać się o cenę roboczą za późniejszą zgodą rodziców
11

i &&

i.

¿W1EJTEK.

U **]

lub opieki. Tylko o najem osoby tak małoletnej jak i pełnoletnej, zostającej w słubżie, ma moc tylko układ z jej służbodawcą.
Co do stosunku najemnika do pracodawcy i na odwrót n a ­
leży podnieść, że stosunek ten podczas trwania najmu polega na
wzajemności, chociaż poza nim inaczej przedstawiają się stosunki
między bogatymi a kornórnikami lub chałupnikami. Najemnik
daje pracę, pracodawca płaci mu za nią.
Nawet u najzamożniejszych gospodarzy nie widać chęci gó­
rowania nad najemnikiem i okazywania mu swej wyższości. Obcho­
dzenie się pracodawcy z najemnikiem jest uprzejme w całem zna­
czeniu tego wyrazu. Ani jedna ani druga strona nie ma za zwy­
czaj powodu do jakichkolwiek skarg i żalów. Pracodawca, za’
strzegając sobie wolność w zarządzeniu roboty i jej pokierowaniu,
żąda od najemnika pilności, porządnej pracy i należytego wyko­
nywania wskazówek, zresztą jest z nim na zupełnie poufałej sto­
pie. Chętnie z nim rozmawia, dzieli z nim swe uwagi i spostrze­
żenia i nawzajem je od niego przyjmuje, wy wnętrza się czasem
przed nim nawet ze swemi uczuciami i nie gardzi wcale jego radą.
Odnosi się to szczególniej do starszych najemników lub równych
wiekiem gospodarzowi.
Po pracy zasiada najemnik do jednego stołu z pracodawcą
i je z nim ze wspólnej misy. Zauważyć trzeba, że przy jedzeniu
domownicy a nawet własne dzieci pracodawcy wobec najemnika
schodzą na plan drugi; najemnika uważa się niejako za gościa;
o jego należyte przyjęcie już za wczasu gospodyni się troszczy.
Najżywsza i najweselsza pogadanka toczy się właśnie przy obiedzie, do którego zasiadają najemnicy.
Nawet ponurzy i małomówni („niemo wni“) ludzie rozruszają
się wobec ich żartów.
Najemnicy, którzy mają „zagony na odrobek“, mogą z nich
korzystać przed rozpoczęciem tego odrobku. Pracodawca nie od­
mawia też nigdy prawie robotnikom, ugodzonym za zapłatę pie­
niężną, mniejszej zaliczki bądź w pieniądzach, bądź w naturze na
rachunek przyszłego odrobku, jeżeli go o to proszą. Taką zaliczkę
daje gospodarz najemnikowi i z własnej inicyatywy w razie „pil­
nej roboty“ dla zapewnienia sobie jego pomocy. Jest to ponie­
kąd rodzaj zadatku, jakkolwiek tego wyrazu rzadko używają w po­
dobnych wypadkach. Nazywa się to powszechnie „dawaniem za­
płaty naprzód trocha“ albo „całkem“.
Robotnik ma powierzoną mu czynność wykończyć należycie,
inaczej zatrzymuje mu pracodawca płacę dopóty, dopóki nie usu­
nie wadliwości. Jeżeli ten sam robotnik nie potrafi naprawić błę­
dów i usterek w swej pracy, może go w tern zastąpić inny. W tym

tl76J

Zwyczaje i pojęcia piia Wn e .

155

razie „wytraca“ pracodawca pierwszemu robotnikowi taka część
z umówionej zapłaty, jakiej żąda zastępca za wykończenie roboty.
Jeżeli nie można naprawić pracy robotnika, gospodarz ma
prawo odmówienia mu całej przyrzeczonej zapłaty.
Najemnik, który podczas pracy zachoruje, otrzymuje tylko
stosunkowa część zarobku dziennego, a więc do tej pory dnia,
w której ustępuje z roboty. Pracodawca nie może mu nic więcej
z tej części wytrącić, choćby zastępca chorego stosunkowo wyż­
szego wynagrodzenia żądał za wykończenie roboty.
Pracodawca może też odpowiednią część z umówionej płacy
wytrącić »najemnikowi, który narzędzie oddane mu do wykonania
roboty uszkodzi, zepsuje, a własnym kosztem go nie naprawi.
Najemnicy, którzy ugadzają się z pracodawcą o ryczałtową
zapłatę, mają obowiązek oddać robotę w pewnym oznaczonym ter­
minie. W razie przekroczenia terminu przez najemników i z ich
winy, pracodawcy mogą żądać od nich wynagrodzenia za szkodę,
jakąby wskutek tego ponieśli. Bardzo rzadko jednak uciekają się
do tego; najczęściej obniżają im wtedy zapłatę.
Najemnicy, którzy według umowy dla wykonania powierzo­
nej im roboty mają dostarczyć jakiego materyału, powinni go do­
starczyć w dobrym i trwałym stanie. Skoro zaś materyał okaże
się zły lub niestosowny po wykończeniu pracy, pracodawcy mogą
nie przyjąć roboty i najemnikom odmówić zapłaty wraz z wyna­
grodzeniem za materyał; przyjąwszy robotę, mogą najemnikom,
prócz niezapłacenia za dostarczony zły materyał, wytrącić i sto­
sowną część z umówionego zarobku.
Pracodawca ma prawo odprawienia najemnika przed ter­
minem :
1) jeżeli najemnik nie jest zdolny do roboty, do której się
ugodził;
2) jeżeli nie stosuje się do zarządzeń gospodarza i wypełnia
niedbale swe obowiązki;
3) jeżeli jest krnąbrny i daje powód do zatargów i kłótni;
4) jeżeli „sie leni przy pracy i robi kieby za pajscyznę,
bele go ta ino dzień zesed“;
5) jeżeli dla swej opieszałości lub ociężałości opóźnia i utru­
dnia robotę innym najemnikom;
6) jeżeli gadatliwością swą „zabawia“ i powstrzymuje innych
robotników w pracy;
7) jeżeli jest zuchwały i „burzy“ przeciw pracodawcy;
8) jeżeli rozmyślnie i ze złej woli uszkadza jego własność;
9) jeżeli samowolnie, odrywając się od roboty, powoduje jej
chwilowy zastój;
10) wreszcie, jeżeli w ciągu najmu żąda większej zapłaty nad
umowę;
11*

156

j. świfrrM.

[1 7 7 ]

Najemnik może znowu wcześniej, niż była umowa, opuście
pracodawcę:
1) jeżeli pracodawca daje złe lub niedostateczne pożywienie;
2) jeżeli każe pracować robotnikom ponad ich siły;
3) jeżeli odmawia zapłaty, oznaczonej podczas układu lub
usiłuje ją uszczuplić;
4) jeżeli się „krzywi“ na jakość roboty, którą uznają za
„dobrą“ obcy ludzie;
5) jeżeli obraca najemnika do innej pracy, niż była umowa;
6) jeżeli go pobije, zwymyśla i zbeszcześci;
7) jeżeli mu każe spełnić czynność, prawnie niedozwoloną
lub naruszyć obcą własność.
Najemnik, którego pracodawca oddala dla niedbalstwa, zu­
chwalstwa i samowolnego opuszczenia pracy, często traci zaufanie
i u innych gospodarzy we wsi i w „ogranicy“. Wogóle niechę­
tnie biorą go do roboty, mówiąc: „to lezuch, piecuch, zawadyak,
paliwoda, lomp“ i t. p.
Pracodawca, poniósłszy szkodę z winy oddalonego robotnika,
zazwyczaj uszczupla mu zapłatę w miarę wielkości szkody. Może
mu jej nawet zupełnie odmówić, skoro szkoda równa zapłacie albo
też większa. W tym ostatnim wypadku przyznaje lud praco­
dawcy prawo pozwania najemnika przed sąd o wyrównanie ró­
żnicy, „jeżeli jes go na cym patrzyć“.
Jeżeli pracodawca pobije najemnika, sprawa kończy się albo
w sposób prywatny, ugodowy między obu stronami albo też na­
jemnik zaskarża pracodawcę do sądu (dawniej do urzędu gromadz­
kiego), domagając się kary i „^zakładając“ sobie koszta leczenia
i strat, które poniósł wskutek niezdolności do pracy.
Lud przyznaje także najemnikowi prawo wymierzenia sobie
samemu sprawiedliwości, „jak sie ino cuje na siłach“. „Jak ino
najemnik da rade gospodarzowi, co go kijem wytnie abo i pięścią
w łeb palnie, abo i w pys, to może sie porwać na niego i porząmnie go po ziemi wytalać i ani włos z głowy za to mu nie spa­
dnie, chociażby tam i gospodarz do sądu skardzuł; powiedzą mu
tam: a po coś zacynał, kiej bić nie wolno? dobrze ci ta k !“
Zwyczajnym najemnikom pozostawia się przeważnie wolność
wykonania roboty, do której się ugodzili, albo osobiście albo też
przez zastępstwo. Zastępcami mogą być zarówno krewni naje­
mnika, jak i ludzie obcy. Ale jedni i drudzy muszą być nie
mniej od niego uzdolnieni do pracy. Ze zastępcami umawiają się
zwykle sami najemnicy o wynagrodzenie. Wynagrodzenie to
co do obcych zazwyczaj nie mniejsze bywa od płacy, za jaką go­
spodarz „zmówiuł“ najemnika.
Tylko choroba lub ważniejsze wypadki w rodzinie uwalniają
najemnika od dostarczenia zastępcy na swoje miejsce. W tym

[178]

ZW YCZAJE

I PO JĘCIA PR A W N E.

157

razie gospodarz wynajmuje zastępcę zazwyczaj na tych samych
warunkach, jakie miał właściwy najemnik. Rozumie się, że na­
jemnik nie otrzymuje zapłaty za czas bezrobocia.
Robotnicy, zmawiani przez pracodawcę do pewnych specyalnych robót, maja na czas uwolnienia się od pracy dać za siebie
zastępstwo odpowiednie. Zastępca nie mniej od nich powinien
być obznajomiony z robotami. W razie niedostarczenia takiego za­
stępcy, gospodarz zrywa układ z najemnikiem a na jego miejsce
przyjmuje nowego. Bywa to tylko w tym wypadku, gdy praca
nie cierpi zwłoki i na pewien czas zawiesić się nie da.
Najmy, o których dotąd była mowa, zazwyczaj nie ciągną
się długo, a przynajmniej nie zabierają robotnikowi więcej czasu
nad kilka tygodni na podstawie tej samej umowy.
Do najmów dłuższych zaliczyć należy: 1) wynajmowanie się
do paszenia bydła na lato, 2) wynajmowanie się do „zwonieniń
na chmury" i 3) do „przewożenia przez Rabę“.
Pastuchowie, którzy wynajmują się do paszenia bydła na
„lato“, t. j. od św. Wojciecha do św. Michała lub Nowego roku,
otrzymują obok pożywienia sześć do dziesięciu reńskich „zasługi“
za cały ten przeciąg czasu albo po „dwoje“ lub „troje wdzi&nia“,
mianowicie dwie lub trzy koszule, tyleż gaci i górnic. Jeżeli pa­
sterz zrzeka się jednego „wdziania“, gospodarz kupuje mu za to
buty, czapkę i pas. — Pasterki znowu otrzymują zamiast wyna­
grodzenia pieniężnego dwie lub trzy koszule, tyleż spodnie i za­
pasek, w razie zrzeczenia się jednego „wdziania" zaś — huty,
chusteczkę na głowę i gorset.
Pastuchowie, którzy wynajmują się do paszenia bydła na
czas 'większych robót polnych n. p. na czas żniw, otrzymują nie­
znaczne wynagrodzenie pieniężne albo pewną cześć z ubrania obok
„jadła“.
Oprócz zwyczajnych są jeszcze pasterze ogólni czyli „gro­
madzcy“. Pasają oni w niektórych wsiach nadrabskich „drobną
gadzinę“, t. j. cielęta i świnie na błoniach i pastwiskach gminnych
od św. Wojciecha do ukończenia żniw. Godzą ich gminy, a wszyscy
gospodarze, których bydło pasą, płacą im od sztuki.
Za cały czas paszenia bierze pasterz gromadzki od jałówek
i świń po 10 centów, od cieląt rocznych (jałóweczek) i prosiąt po
pięć centów zapłaty; „jadń“ zaś kolejno u wszystkich gospodarzy,
którym pasie bydło, przenosząc się codziennie z jednego domu do
drugiego.
Koło piątej godziny rano, po południu koło godziny drugiej
zajmuje pasterz gromadzki swe stanowisko w pewnem stale oznaczonem miejscu w środku wsi, a do niego spędzają pasterze i „pa­
sterki“ od gospodarzy bydło. Gdy mniej więcej wszystko bydło

158

J. ŚW1ĘTEK.

[179]

się zbierze, które pasa się na błoniu, „zgania“ je pasterz w stado
i „zenie na błonią“. Kto się spóźni, musi już sam „gnać swa
gadzinę do pasterza na błonia“.
Koło jedenastej godziny przed południem, a po siódmej wie­
czorem „ozpusca“ pasterz gromadzki „gadzinę do chałupy z błonie“.
Takie są przywileje i stanowisko pasterza gromadzkiego we
wsi Targowisku, który zapewne dlatego nosi tytuł „pana zgrze­
bnego,, i pod tym przydomkiem jest powszechnie znany. Paste­
rze gromadzcy w Stanisławicach i Cikowicach mają trąbę, w którą
dmąc podczas rannego i'popołudniowego pochodu z jednego końca
wsi na drugi, dają znać gospodarzom, źe g a d z i n ę zajmują
wprost z przed ich osiedla na błonie.
Jeżeli pasterz gromadzki w którym roku ma tyle bydła pod
swą opieką, źe „rady“ sobie sam dać nie może, przybiera do po­
mocy jakiego ochoczego podrostka, któremu z zapłaty z swej od­
stępuje centa od sztuki i dzieli się z nim swem pokaźnem śnia­
daniem (wielki skrawek razowego chleba z serem, masłem lub
szpyrką). Czasami znowu gospodarze, którzy większą ilość bydła
na gminnych pastwiskach chowają, dodają gromadzkiemu paste­
rzowi swych własnych pastuchów do pomocy.
Pasterz, oprócz zapłaty, nie może sobie rościć prawa do czę­
ści przychówku; nie otrzymuje też nigdy takiego wynagrodzenia.
Dzwonnika przyjmuje gromada. Jakie są jego obowiązki,
jakie pobiera wynagrodzenie za swe czynności, tudzież jaką wła­
dzę przypisuje lud dzwonkowi na „chmury“, podane w „Ludzie
Nadrabskim“ (str. 552). Tu wypada mi tylko podnieść odpowie­
dzialność, jaka na dzwonniku ciąży.
Skoro tylko gradobicie nawiedzi wieś, w której istnieje „zwonek na chmury“, zaraz dają się słyszeć krzyki i hałasy na dzwon­
nika, źe „służby swoji nie pilnuje, nie zwoni na cas, jak ino barany (chmury) pokażą sie na niebie, chociażby ta i daleko jesce
b y ły “. — Dzwonnik usprawiedliwia się, jak może i umie, nie
chcą mu jednak wierzyć, dopóki nie przekona gospodarzy argu­
mentem: „Chmura carna gradowń tak przysiadła zwonek, ze ja
nie byłem w stanie ciągnąć za lilie i kieby mi ją cosik z rąk
wyrywało; ocywiśnie to płanćtnicy tak sie na mnie uwzieni“.
Wobec takiego argumentu łagodzą się wzburzone umysły,
ale dzwonnik mimoto dostaje przestrogę od gospodarzy:
„Jakby sie ino raz pokńzało, izeście nie zwonili na cas, to
zwaliwa was zaraz ze zwonnika“.
Dzwonnik oprócz dzwonienia na chmury od św. Wojciecha
aż do ukończenia zbiorów polnych, ma jeszcze obowiązek dzwo­
nienia na pńcierze, inaczej „Janioł Pajski“ codziennie przez rok
cały rano, w południe i wieczorem.

[180]

ZW YCZAJE

I PO JĘCIA PR A W N E .

159

P r z e w o ź n i k a g r o m a d z k i e g o również zmawia gro­
mada. Powinnością jego jest przeprawianie przez Rabę do kościoła
i z kościoła (podczas świąt i niedziel), tudzież w razie potrzeby
i kiedyindziej wszystkich mieszkańców w si, do której należy
„łódź gromadzka“, sprawiona wspólnym ich kosztem. Jako wynagrodzonie za swe czynności pobiera przewoźnik „ornaryę“ i „śmigustrz“. Tak po „ornaryi“ ja k i po „śrnigustrzu“ musi atoli prze­
woźnik sam „chodzić“ po domach gospodarskich. Kmiecie dają
mu po miarce zboża: żyta, pszenicy lub jęczmienia, półrolnicy
i zagrodnicy po garncu. Wymiar „śmigustrzu“, zbieranego po
świętach Wielkanocnych, zależy od woli gospodarzy, a właściwie
gospodyń. W domach kmiecych dostaje zwykle przewoźnik od
20 do 30, w domach „półkmiecych“ i zagrodniczych od 10 do
25 jaj.
Prócz tego ma przewoźnik przywilej pobierania najmniej
centa od osoby za przewóz obcych ludzi. Z tego dochodu nie
rachuje się wcale przed gromada; stanowi on uboczny jego za­
robek.
Podobnie i dzwonnikowi nie wzbrania gromada chodzenia
za „ornaryą i śmigustrzem“ po wsiach sąsiednich, którym rze­
komo udziela się moc dzwonka na chmury.

5.

Spółki i roboty wspólne.

Włościanie tutejsi nie łączą się w spółki o charakterze pu­
blicznym; tylko od czasu do czasu w razie potrzeby lub konie­
czności zawierają prywatne związki, których celem jest bądź spekulacya przemysłowa lub handlowa na mniejszą skalę, bądź za­
robek, bądź też roboty wspólne. Ze związków tych jedne są
oparte na trwalszej podstawie i pewnej solidarności, inne skoja­
rzone pod naciskiem konieczności, a ograniczające się do krótszego
czasu, są pozbawione poniekąd tej łączności, która powinna być
cechą każdego stowarzyszenia.
Charakterystykę tych związków rozwinę w krótkości na na­
stępujących przykładach:
a) W Targowisku zawiązało prawnie dwóch gospodarzy
spółkę z równym udziałem. Jeden z nich nabył dwa morgi tor­
fowiska („łąk błotnych“) we wsi Szarowie, drugi znowu kupił ma­
szynę do krajania torfu. Robotnika płacą w równej mierze; obaj
też mają wspólny obowiązek naprawiania maszyny w razie jej
uszkodzenia lub zepsucia. Zyskiem, osiągniętym z rozsprzedaźy
torfu „pryzmami“ („furami“), dzielą się w równych częściach.
b) W Książnicach, Moszczenicy i Łapczycy, gdzie niektórzy
włościanie obok rolnictwa handlują bydłem na mniejszą skalę,

160

J. ŚW1ĘTEK.

[181]

zdarzają się wypadki, acz nader rzadkie, źe ci handlarze, czyli
tak zwani tu „przelówace“, celem zakupna znaczniejszej ilości
bydła na zamówienie, porozumiewają się w liczbie trzech, czterech
lub pięciu wzajemnie między sobą i łączą swe kapitały obrotowe
na rachunek przyszłych korzyści po odstawieniu bydła. Zyskiem
dzielą się w stosunku do udziałów, włożonych w tę improwizo­
waną spółkę.
c) W e wsiach nadrabskich, a zwłasza w Targowisku, gospo­
darze, którzy nie mają własnych łąk, zmuszeni są dla zaopatrzenia
się w dostateczną paszę dla bydła, szczególniej koni, wydzierża­
wiać łąki w okolicach pod tym względem bogatych. Jeżeli się
zatem nadarza dogodna sposobność wydzierżawienia („kupna“)
znaczniejszego obszaru łąki za stosunkowo niższą cenę dzierżawną,
płaconą ryczałtowo, łączy się kilku gospodarzy w spółkę z ró­
wnymi lub różnymi udziałami pieniężnymi i za tę wspólną kwrotę
nabywa jednorazowy zbiór siana z tej łąki. Potem uczestnicy
związku albo rozmierzają się obsżarem łąki, gdy trawa na niej
jednakowa na całej przestrzeni, i rozwiązują spółkę, albo też, je ­
żeli łąka w różnych miejscach różną ma trawę, zostają nadal
w związku, dopóki łąki nie skoszą i siana nie wysuszą wspólnem
staraniem. Po złożeniu siana w „kopki", dzielą się dopiero temi
kopkami, uwzględniając naturalnie jakość siana w stosunku do
wielkości udziału, jaki każdy ma w spółce.
Dla wydzierżawiania trawy w lesie rządowym na większym
jego obszarze za robotę łączą się też gospodarze w spółkę i w sto­
sunku do liczby dostarczonego robotnika do wykonania tej pracy,
dzielą się sianokosem lub sianożęciem „na kopki“, odstawiając
naturalnie przytem dwie trzecie części lub połowę kopek z ca­
łego tego zbioru dla leśniczego, odpowiednio do zawartej z nim
umowy.
d) Przed kilkunastu laty, kiedy dwór w sąsiednich Grodkowicach dawał chłopom wolność paszenia na swych koniczynach
„ścierzniankach“ za „odrobek“ poczas jesieni, łączyli się tak cha­
łupnicy, jak i gospodarze gruntowi razem i „odrabiali“ wspólnie,
pierwsi pracą ręczną, drudzy końmi umówioną z dworem liczbę
dni roboczych. W podziale wolności paszenia między uczestników
tego niejako związku brano na uwagę liczbę dni roboczych
w stosunku do ilości bydła, jakie paść miano na „pajskich ścierz­
niankach“.
e) W Chełmie i Siedlcu włościanie, którzy wydzierżawiają
prawo rybołówstwa w Rabie na pewnej przestrzeni, mają w spółce
we dwóch, trzech lub czterech swe własne łódki, z których poła­
wiają wspólnie ryby za pomocą siatki, wędki lub saka. Mają też
i wspólne włoki, które przy połowde ryb ciągną wspólnemi siłami
przeciw prądowi wody z obu brzegów rzeki. Gdy odbywają połów

[182]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

161

w nocy, dostarczają nadto wspólnie „scćp“ (łuczywa) dla utrzy­
mania światła w „kagańcu“ (wielki garnek).
Każdy związek tutejszych rybaków sprzedaje połowione ryby,
a pieniądzmi stad uzyskanemi dzielą się jego członkowie w ró­
wnym stopniu. Do ponoszenia kosztów naprawy łódek w razie
uszkodzenia są też obowiązani w równej mierze członkowie
związku. Co do czasu połowu ryb mają się spólnicy porozumie­
wać wzajemnie. Z zasady też poławiają ryby w pełnym związku.
Może atoli i każdy ze związkowych, skoro innym przeszkadza
jakie zajęcie, zastawiać sieci ze wspólnej łódki na własną rękę,
byleby tę pracę wykonywał własnemi siłami i w przyszłości nie
powstawał przeciwko temu, gdyby który z pozostałych spólników
kiedyindziej w ten sam sposób dla siebie łowił ryby.
f ) Bywają również przykłady, że chłopi nadrabscy w spółce
czterech lub więcej wydzierżawiają prawo polowania na pewien
dłuższy przeciąg czasu. Tak było n. p. przed dwudziestu laty we
wsi Targowisku. Ubitą zwierzyną nie dzielą się atoli tacy spól­
nicy; każdy zatrzymuje sobie, co mu strzał przyniesie w udziale1).
g) W spółce biorą także niekiedy w dzierżawę chałupnicy
i zagrodnicy kilka morgów gruntu od jednego właściciela real­
ności. Jeden ze spólników umawia się z właścicielem ó czynsz
dzierżawny, przyjmuje na siebie wszystkie obowiązki dzierżawcy
i figuruje nawet sam jeden na pisemnie zawartym układzie dzier­
żawnym. Sam też odpłaca w oznaczonym czasie czynsz dzierża­
wny, ale zaraz po zawarciu układu z właścicielem, wydziela każdemu
ze spólników zamówioną część z wydzierżawionego gruntu i po­
biera należny czynsz dzierżawny. W spółkę taką wiążą się szcze­
gólniej wtedy ubożsi włościanie, gdy właściciel objawi chęć wy­
dzierżawienia gruntu tylko jednemu dzierżawcy. Główny dzieżźawca atoli, choć daje firmę, nie ma w spółce większych korzyści;
wymaga tylko od spólników, ażeby mu wręczali w oznaczonym
terminie czynsz dzierżawny, przypadający na ich części.
h) Przed kilkunastu laty łączyli się gospodarze w niektórych
wsiach nadrabskich dla skupowania słomy, którą na zamówienie
odstawiali do Wadowic do papierni. Zyskiem stąd osiągniętym
dzielili się w stosunku do włożonych udziałów pieniężnych w cza­
sową tę spółkę lub w stosunku do odstawionej ilości cetnarów
słomy.
i) Podczas szutrowania gościńców rządowych gospodarze
nadrabscy, mający swe własne konie, utworzywszy między sobą

b Spółki bartnicze, zdaje się, w okolicy nadrabskiej nie istniały nigdy;
przynajmniej niema tu zwyczajów, któreby uprawniały do podobnego przy­
puszczenia.

162

J. ŚWIĘTEK.

[183]

związki w liczbie po dwóch, trzech, czterech lub więcej, podej­
mują od głównego przedsiębiorcy robót wywożenie szutru na pe­
wne powierzchnie tych gościliców (n. p. związek trzech na 2 k i­
lometry) za umówioną ogólną zapłatę za tę pracę. „Zarobkiem“
dzielą się w stosunku do ilości „wywiezionych kupek“ szutru
(kamieni) przez członków związku. „Kupka“ kamieni daje zarobku
zwykle od I reńsk. 50 cent. do 5 reńskich, stosownie do tego,
w jakiej odległości złożono ją na gościńcu od szutrowiska.
j)
Chłopi ze wsi Łapczycy, odwożąc cegłę z tamtejszej ce­
gielni do Bochni, biorą za to ryczałtowe wynagrodzenie, którem
się dzielą potem w miarę odstawionych „setek“ cegły przez
każdego.
h) W Targowisku, Pierzchowie i Kłaju, łączą się „olejarze“
dla wspólnej roboty przy pędzeniu oleju. Porozumiawszy się na­
przód, ile każdy z nich mieć będzie makuchów, dostarczają odpo­
wiednią do tego liczbę robotnika, a właściwie dni roboczych, do
wytłaczania tych makuchów z oleju.
I) Muzykanci ( s k r z y p k o wi e ) , jako to; „ s k r z y p e k , b a ­
s i s t a , k l a r n e c i a r z , s e k o n d a (akompaniujący) i t r ą b a “,
trzymają się także w „spółce“, już to w tym pełnym składzie,
jak to jest w Nieźkowicach, gdzie nawet są trzy związki muzy­
kantów, już też w zmniejszonym, jak to znowu po innych wsiach
w okolicy. Stosownie też do tego, czy ich zamawiają w komple­
cie, czy w części („skrzypek, basista, klarneciarz“) na wesela lub
inne zabawy (w karczmie), wynajmują się muzykanci prawie je ­
dynie we własnej spółce. Nie umawiając się o ogólną zapłatę za
swe usługi, podług uświęconego między ludem zwyczaju są ska­
zani na dobrowolne datki, które wynoszą 10 centów i wyżej,
i płacą je „tańczący w przodku" za każde „przegranie“. Kwota
tym sposobem zebrana w basach stanowi obok „picia i jedzenia“
(na weselu) jedyny „zarobek" muzykantów nadrabskich.
Zarobkiem tym dzielą się grajkowie w ten sposób, że w peł­
nym swym składzie „skrzypek, klarneciarz i trąba“ biorą po trzy
razy tyle, co „basista i sekonda“, w mniejszym zaś skrzypek
i klarneciarz trzy razy tyle, co basista. Jeżeli więc muzykanci
„zarobią“ na weselu 33 reńskie, to dzielą tę kwotę w pierwszym
wypadku na 11 części, z których po trzy, t. j. po 9 reńskich za­
trzymują sobie skrzypek, klarneciarz i trąba, a pozostałe dwie
części, t. j. po 3 reńskie, dają basiście i sekondzie; w drugim
wypadku — jeżeli zarobią n. p. 20 reńskich, dzielą tę kwotę na
7 części i tym sposobem biorą, skrzypek i klarneciarz po 8 reńsk.
50 cent., basista zaś dostaje zaokrąglone 3 reńskie. Jeżeli znowu
na jakiem „pobiedniejsóm“ weselu znajdą się tylko skrzypek i ba­
sista, to z zarobionych n. p. 12 reńskich 70 centów skrzypek
odliczą sobie 9 reńskich^ a basiście oddaje resztę 3 reńsk. 70 cent.

[184]

ZWYCZAJE T POJĘCIA PRAWNE.

163

W związku muzykantów atoli maja tylko „głowni“ muzy­
kanci, t. j. skrzypek, klarnećiarz i trębacz, równy udział zape­
wniony. Udział basisty i akompaniującego (sekondy) zależy po
większej części od dobrej woli tamtych, a szczególniej skrzypka.
Stąd tez wywiązują się niekiedy narzekania, nieporozumienia i za­
targi w spółce muzykantów. Zdarza się bowiem, ze basista i „sekonda“ lub sam basista wymagają wdększego udziału w zarobku
nad jedenastą albo siódmą jego część; z drugiej strony znowu
„głowni“ grajkowie, zwłaszcza wobec większego zarobku, nie chcą
przyznać „pośledniejsym“ muzykantom zwyczajnych ich udziałów
albo też odmawiają im udziału w nadwyżce. Ostatecznie jednak
pośledniejsi muzykanci, mimo swych skarg i żalów wobec obcych,
muszą się zgodzić na wyzysk ze strony rozkazującego skrzypka
z obawy, aby ich na przyszłość nie wyłączył ze związku.
ł) Wiele jeszcze innych bywa przykładów łączenia się wło­
ścian nadrabskich w celach zarobkowych (n. p. przy robotach ko­
lejowych, przy wyrębie w lasach rządowych i stawianiu sagów,
cieselce przy budowie domów i aby jednak nie rozwodzić się za­
nadto, poruszę tylko dość głośne związki drenarzy „dryniarzy“
ze wsi Targowiska. Jest ich dwa, z których jeden atoli, dawniej
pod przewodem Wincentego Stokłosy, a dziś Grzegorza Korbuta,
doszedł do większego znaczenia i uzyskał nawet dla swego „przo­
downika“ stałą miesięczną zapomogę ze strony Wydziału Krajo­
wego. Związki drenarzy w Targowisku łączą się w razie potrzeby
w jeden.
Każdy związek dzieli się na tak zwane „party“. Tych part
jest zwykle cztery, a może ich być i więcej, stosownie do potrzeby.
Party pod kierunkiem swego „przodownika“, inaczej „majstra“,
wynajmują się do dworów bliższych lub dalszych, które ich usług
potrzebują przy drenowaniu gruntów. Dość często się zdarza, że
drenarze tutejsi nawet w okolice Warszawy zapuszczają się na
wezwanie. W skład każdej party wchodzi czterech „chłopów“,
których czynność zasadza się na kapaniu rowu drenowego; do
jednej zaś lub dwu part, odpowiednio do trudności wykonania
pracy, przeznaczony jest tak zwany „zawalać“, który po wyło­
żeniu rowu drenowego przez przodownika drenami („rułkami“),
zasypuje ten rów ziemią.
Po skończeniu pracy dzielą się drenarze „zarobkiem“ w ten
sposób, że, gdy parta bierze n. p. po 14 centów od sążnia rowu,
to z tych pieniędzy przypada po 3 centy na biorących rowy,
a cent na zawalacza. Pozostały cent dostaje się przodownikowi,
który w związku drenarzy ma największe korzyści, bo oprócz tego
udziału we wszystkich partach otrzymuje jeszcze dzienną zapłatę
od dworu w kwocie jednego reńskiego i pożywienie.

164

J. ŚWIATEK.

[185]

m) Rozpatrzywszy się dokładniej w życiu społecznem Nadrabian, ma się to przekonanie, że wielce oni cenią spółki i związki
we wszystkich swych stosunkach roboczych. Skupiają oni swe siły
w ogólności prawie zawsze tam, gdzie wspólność interesów; wza­
jemne obowiązki i stosunki sąsiedzkie tego wymagają. I tak łączą
się gospodarze nadrabscy z własnego popędu w większej liczbie
w spółkę dla wywożenia stawarki ze stawów i sadzawek gmin­
nych na swe własne grunta, łączą się w liczbie dwóch, trzech lub
czterech dla naprawiania i szutrowania dróg dojazdowych, kopią
i podbierają studnie zwykle w tej samej liczbie, w jakiej czerpią
wodę, „grodzą“ wspólnem staraniem i wspólnemi siłami płoty gra­
niczne, pomagają sobie wzajemnie przy zwożeniu drzewa budul­
cowego, „przyprzągają sobie“ wzajemnie konie przy wywożeniu
większych ciężarów pod górę lub w celu przejazdu przez miejsca,
trudne do przebycia, dodają sobie koni przy wywożeniu gnoju
w pole lub zwożeniu siana do gumna, łączą się dla wspólnego
bicia tam w Rabie, a wreszcie skupiają swe siły w celach zarob­
kowych przy większych pracach, nie. cierpiących zwłoki.
Przedewszystkiem podnieść wypada tak zwane „sprząganie
się“, dość częste w tej okolicy. Jest to pewien rodzaj spółki mię­
dzy dwu zagrodnikami, z których każdy ma po jednym koniu.
Ci więc gospodarze, aby mogli swą rolę należycie obrobić, bez
obcej pomocy lub najmu, „sprzągają się", t. j. łączą swe konie
w parę dla robót rolnych i zwożenia większych ciężarów w każdej
porze roku. Ze względu na równy udział w spółce, „sprzęźnicy“
muszą też przestrzegać proporcyonalnej liczby dni roboczych po­
łączonej pary koni. Skoro zaś który z nich ma mniej dni robo­
czych w swej roli, może wynająć się z parą dla własnego zarobku
do obcych robót, byle równą ilość dni zachował ze swym spólnikiem. Wogólności mogą sprzęźnicy wynajmować swe konie
w parze do obcych robót, dzieląc się zarobkiem w równym
stopniu.
Powszechny też jest zwyczaj zbierania się młodzieży w celu
obchodzenia domów „po kolendzie“. Widzimy tam dwa rodzaje
kolendników: „starsych i młodsych“. W skład starszych kolendników, którzy obchodzą domy w nocy ze święta św. Szczepana
na dzień św. Jana Ewangelisty i kolendują poza oknami dla go­
spodarzy, dziewek i dzieci, wchodzą parobcy i żonaci, komornicy
i chałupnicy; w skład kolendników młodszych wchodzą chłopcy
i parobczaki od 15. do 20. roku życia. Ci ostatni obchodzą domy
po kolendzie, począwszy od Bożego Narodzenia do Trzech Króli.
Pierwsi nazywają się „kolendnikami głównymi, starymi“ — i za­
rabiają najwięcej, bo każdy gospodarz już z samej zasady przyjąć
ich musi i, jak zwyczaj każe, obdarzyć „kolendą, jak sie patrzy“;
drudzy, jakkolwiek swe „stuki“ zarówno przed domem, jak i w izbie

[186]

ZWYCZAJE t POJĘCIA PÈAWftË.

i65

„pokazować“ mogą, odchodzą często już z przed okien z próżnemi
rękami. Pierwszych czynność ograniczą się do „obkolendowania“
gospodarza, dziewek i dzieci przed oknami domu przy „przy­
grywce“ muzyki, bo do izby nie wchodzą, nie przedstawiając
symbolicznie jasełek; — drudzy zaś „kolędnicy z sopką, toroniem
i gwiazdą“ śpiewają naprzód przed oknami domu kolendy z kantyczek, a na życzenie gospodarza i „kolendy gospodarskie, dziecińskie i dla dziewek“, poczem, „pusconi“ do izby, przedstawiają
wydarzenia, które miały rzekomo miejsce przy Narodzeniu Chry­
stusa Pana. — Kolendnicy główni otrzymują za kolendy gospo­
darskie dary w naturze, zwykle miarkę żyta lub jęczmienia, za
kolendy dziecińskie i dla dziewek wynagrodzenie pieniężne od 10
do 50 centów, które wrzucają im do basów „obkolendowane“
osoby. Zauważyć trzeba, że dziewki poczytują sobie niemal za
obowiązek, dać znaczniejszą kolendę kolendnikom, żeby je podczas
swej zabawy „wyhulali porząmnie“. — Kolendnicy młodsi dostają
przeważnie za swe „śtuki“ zapłatę w naturze, zapewne z tego
względu, że gospodarz ich wynagradza osobiście.
Kolendnicy wogólności dzielą się na „przodowych i tyl­
nych“. Do tych ostatnich zaliczają się i „worc&rze“. „Przodowy­
mi“ nazywają się kolendnicy, którzy, ustawiwszy się przed oknami
domu, witają gospodarza i śpiewają pierwsze zwrotki kolendy;
„tylnymi“, którzy, za przodowymi stojąc, przekolendowane zwrotki
od nich odbierają i powtarzają. „Worcarze“ rekrutują się z fry­
ców, t. j. tych, którzy pierwszy raz znajdują się na kolendzie.
Powinni oni mieć „plecy sórokie“. Jeżeli żaden z fryców nie ma
szerokich piec, urząd „worcarza“ obejmuje jeden ze starszych kolendników, silnie zbudowany, byle nim nie był przodowy. Obo­
wiązkiem worcarza jest dźwigać na plecach worki z uzbieranem
ziarnem i nosić bochenki chleba, sery i kiełbasy.
Gromadą kolendników tak głównych, jak i młodszych kie­
rują „przodownicy“.
Po skończonej kolendzie kolendnicy sprzedają dary w natu­
rze i dzielą się stąd uzyskanymi i gotowymi pieniądzmi w tym
stosunku, że przodowi i skrzypek, którym przyznaje się najwię­
kszy udział z kolendy, biorą po 2 reńskie, tylni i „basista“ zaś
wraz z worcarzami otrzymują po 1 złr. 50 centów. Jakkolwiek
frycom dostaje się równy udział z tylnymi, winni oni wszakże,
zanim dostaną się do grona kolendników, opłacić tak zwane „fry­
cowe“, t. j. w ciągu nauki przygotowawczej podczas Adwentu
„postawić“ kolendnikom kilka flaszek wódki lub kilka garncy
piwa. (Zresztą por. „Lud nadrabski“ str. 69—100).
Po skończonej kolendzie zbierają się kolendnicy w domu,
w którym odbywali podczas Adwentu próby („naukę kolendowania“)? a odłożywszy 1 reński 20 centów na mszę św. na intencyę

i6i>

J . Ś W lĘ T E t.

1189]

tych gospodarzy, którzy ich obdarzyli kolenda, odliczywszy nadto
kwotę, jaką mają zapłacić za wypity w karczmie trunek, i po­
dzieliwszy się pozostałą kolenda, robią potem składkę na urządze­
nie wspólnej zabawy w najbliższą niedzielę. Zbieraniem tej składki
zajmuje się jeden z przodowników, którego obowiązkiem jest po­
czynić potrzebne przygotowania do zabawy.
Chłopcy, którzy chodzą we dwóch „po śmiguście“ podczas
świąt Wielkanocnych „z pasyjką“ i śpiewają po domach pieśni
wielkanocne mają równe obowiązki i prawa; dzielą się też w ró­
wnej mierze uzbieranemi jajkam i; kiełbasą, słoniną, kołaczami
i t. p.
Jakie składki robią Nadrabianie podczas uroczystości wesel­
nych — jest o tern mowa w „Ludzie Nadrabskim“ (patrz „W e­
sele“, str. 134—164). Należy wszelako dodać, że na „poprawiny“
wesela składają się starostowie i drużbowie w tym stosunku, że,
jeżeli pierwsi dają po reńskiemu, to drudzy po 50 centów (obecnie
po „koronie“).
W Stanisławicach i Łapczycy bywają także zwyczajne składki
„na poprawiny chrzcin". Poprawiny te odbywają się zaraz w dzień
następny po chrzcinach, a biorą w nich udział wszyscy, „co byli
na chrzcinach“, a więc tak kumowie, jak i zaproszeni goście. —
Każdy z nich, „bogaty, cy biedny“ ma przynieść ze sobą kwartę
(dziś już mówią: „litrę“) wódki lub araku. „Jadło“ daje już go­
spodarz.
Ten zwyczaj był powszechny we wszystkich wsiach nadrabskich jeszcze przed dwudziestu laty. Bywały też i częstsze wspólne
składkowe zabawy. Urządzano je w domach prywatnych, w któ­
rych były dziewki na wydaniu, lub w nowych, niezamieszkanych
chałupach. Dziś pozostało po nich tylko wspomnienie, pod wpły­
wem którego zdarzy się jeszcze, że w drugi dzień Zielonych
Świątek po sobótce lub w niedzielę po odpuście zbiorą się „pa­
robcy“ (kawalerowie) i, zaprosiwszy dziewki, urządzają sobie
wspólną składkową zabawę. Tern urządzeniem zajmuje się głównie
jeden ze starszych parobczaków, najsprytniejszy i najruchliwszy.
Składki bywają równe.
Zamiast składek pieniężnych na urządzenie zabawy, dają
również jadło lub napitek w naturze, n. p. jedną lub dwie flaszki
(kwarty) wódki, tyleż garncy piwa, lub dostarczają chleba, koła­
cza, masła, słoniny i t. p. Datki te są jednak nader rzadkie, już
z tego samego względu, że wspólną składkową zabawę młodzieży
wypełniają zwykle tańce i napitek bez przekąski.
Wzięcie na siebie jakiejś roboty lub obowiązku przed lub
podczas składkowej zabawy nie uwalnia wcale od składki. Nawet
przewodniczący zabawy do składki przyczynić się musi równym
datkiem.

LiŚŚj

ź Wy c z a ję

i

ro jĘ d iA i*RAWNii,

16?

Nie żąda też i nie otrzymuje żadnej zapłaty gospodarz,
w którego domu odbywa się składkowa zabawa. Ale młodzież,
biorąca w tej zabawie udział, powinna go „ucestować“ wraz z ro­
dziną, przytem odpowiada własną kieszenią za wszelkie poczynione
przez siebie szkody, zwłaszcza większe i rozmyślne.
„Prządki“ nie są obecnie wśród Nadrabian znane. Za daw­
nych czasów musiały się jednak praktykować pod nazwą: „wiecornic“, bo jeszcze przed kilkunastu laty, kiedy uprawą lnu i ko­
nopi zajmowano się więcej, niż dzisiaj, i kiedy wyłącznem prawie
zatrudnieniem dziewek podczas zimy była przędza, zgromadzały
się „prządki“ z kilku sąsiednich chałup wieczorami w obcym domu,
aby wspólnie z kobietami z tego domu prząść swą własną kądziel.
Wspólnych wieczerzy atoli nie urządzano na wieczornicach; wy­
pełniała je tylko pogadanka przy robocie. — Scepy (łuczywo),
które palono na kominku dla światła, należały do właściciela
domu.
Prócz pomienionych składek na urządzenie wspólnych zabaw,
są równie powszechne składki na pogorzelców, nawiedzonych po­
wodzią i innemi klęskami elementarnemi. Są one nawet dość liczne,
zwłaszcza, jeżeli ksiądz proboszcz ogłosi je z ambony.
Dbając o chwałę Bożą i należyte utrzymanie „przybytku
Pańskiego“, lud tutejszy robi też chętnie składki na chorągwie,
obrazy, posągi, sprzęty i aparaty kościelne.
Podobnie nie żałują Nadrabianie grosza, „skoro ksiądz pro­
boszcz zarządzi składkę na Świętopietrze.
Gdzie się tworzą kompanie w celu pielgrzymki do miejsc
odpustowych i do których miejsc przede wszy stkiem, była o tern
mowa w „Ludzie Nadrabskim“ (str. 547—548).
Zbieraniem składek na odpustach kalwaryjskich zajmuje się
„przewodnik“. Ograniczają się one do monety zdawkowej, a są
przeznaczone na zakupno mszy świętej, jednej za dusze zmarłych
wogóle, drugiej za dusze zmarłych krewnych pielgrzymów. Spory
pomiędzy członkami kompanii, jeżeli się jakie zdarzą, rozsądza
przewodnik, którym dla każdej parafii, w każdym roku i na
wszystkie kalwaryjskie odpusty bywa ten sam włościanin, ruty­
nowany w swym niejako zawodzie i obeznany dokładnie z pie­
śniami, jakie śpiewa jego kompania podczas pochodu, przejmując
brzmienie zwrotek, które on „przepowiada".
Jest zwyczajem nad R a b ą , że nowicyusze w niektórych ro­
botach, zwłaszcza dla zarobku n. p. przy drenowaniu gruntu, przy
kolei żelaznej, mają się starszym robotnikom „okupić“, bądź to
wódką, bądź piwem. Taki okup nazywa się powszechnie „frycowem“ i jedna dla nowicyusza życzliwość współpracowników, ich
wskazówki przy robocie i pomoc w razie potrzeby.

168

j.

ŚW iĘ T B K .

[189]

Jaki okup powinien gospodarz swym robotnikom pod koniec
żniwa, tudzież za co i jakie sprawia „obzynki", jest o tem mowa
w „Ludzie Nadrabskim“ (str. 119— 120). Tu zaznaczam, że od
widzów nie wymaga się opłaty przy pracy, chyba że nim jest
człowiek wyższego stanu. — Przy mówki słownej wprawdzie nie
usłyszy, związanie go atoli powrósłem podczas żniw ma zastąpić
słowa.
Co do „obzynków“ winienem dodać, że parobcy i dziewki,
którzy mają ochotę wziąć udział w nocnem żniwie, wybierają mię­
dzy sobą „ p r z o d o w n i k a “ i wysyłają go do gospodarza, ogła­
szającego obźynek jednego, dwu lub więcej „stajonek“ pola, w celu
ułożenia się z nim, „wićla kwart wódki i garcy piwa postawi“ za
wyświadczoną mu przysługę.
Dopiero po zawarciu tej umowy następuje „obzynek“ (żniwo
za poczęstunek) w najbliższą noc pogodną i jasną.
Zabawę obżynkową, także powszechnie „obzynkiem“ zwaną,
urządzają gospodarze dopiero wtedy w niedzielę po żniwach, kiedy
gospodyni „napiece kołacy“ z nowej pszenicy.
Podczas obżynku koszta muzyki ponoszą „obzyncarz^“, tań­
czący „w przodku“, podobnie jak wśród innych zabaw.
„Obzyncarze“ posługują się przy robocie jedynie własnemi
narzędziami. „Chto ni ma sierpa, nie powinien iś na obzynek, bo
nik mu go nie pozycy.“
Kośby za poczęstunek niema w zwyczaju. Podobnie i obźynki z każdym rokiem coraz więcej wychodzą z użycia. — Nie
miały one i dawniej wielu zwolenników między gospodarzami, bo
„po obzyncarzach" przedstawia się ściernisko niejednokrotnie tak,
jakby grad połamał źdźbła zboża: pełno wśród niego „poprzetrącanych“ i podeptanych kłosów, a całe brózdy jeżą się drobnem
żytem lub pszenicą. Brak robotnika na dzień, a w jednym czasie
dojrzałe zboże na kilku łanach, zmusza tylko w ostateczności go­
spodarza do „dania na obzynek" łanu.
Wzajemna bezinteresowna pomoc sąsiadów w robotach pol­
nych w ich zwyczajnych codziennych stosunkach nie jest tradycyonalna. Do takiej pomocy roszczą sobie tylko poniekąd pretensye
krewni, powinowaci, tudzież kumowie. Natomiast sąsiedzi spieszą
chętnie i bezinteresownie z pomocą sąsiadowi, który „sie buduje“
lub nawiedzony pogorzelą walczy z niedostatkiem. Zwożą mu bez
wynagrodzenia drzewo z lasu, dopomagają przy dźwiganiu cięża­
rów, a dla usunięcia .śladów klęski, dostarczają mu słomy na po­
szycie strzechy bezpłatnie, wspierają zbożem na żywność i zasiew,
pożyczają chętnie sprzętów i narzędzi rolniczych, w razie potrzeby
żywią go nawet wraz z rodziną przez czas niejaki i utrzymują
w swoim domu.

[ i9 0 ]

ZWYCZAJE 1 POJĘCIA PKAWNE.

169

Pomoc taka nazywają Nadrabianie »wygodzeniem, porato­
waniem, dospomozeniem, spórką“ i t. p. Korzystanie z tej bezin­
teresownej pomocy w razach kieski lub nieszczęścia wiąże tylko
moralnie sąsiada do odwdzięczenia się w przyszłości w podobny
sposób po podźwignięciu się z „biedy“. Sąsiedzi dają też „poratunek“ pogorzelcowi jedynie za „dobre słowo“, choć w gruncie
rzeczy przewodniczy im myśl, że także oni na wypadek nieszczę­
ścia podobnej pomocy potrzebować mogą.
„Dospomoźenie“ sąsiadowi, którego nie spotkało nieszczęście,
przy zwożeniu drzewa z lasu na budowę domu, zobowiązuje mo­
ralnie do poczęstunku. Do takiego poczęstunku, lubo pod warun­
kiem zwrotu rzeczy, o którą chodzi, zobowiązują również „pora­
towanego“ chwilowo sąsiada: „wygodzenie z pozyceniem piniedzy“,
„wygodzenie“ lub „poratowanie, jak ni miał cym siać pola, jak
ni miał cym sadzić, jak ni miał co dawać gadzinie jeś“ i wreszcie
„dospomozenie, jak był w biedzie i źle ś nim było, ni miał co
jeś i cym sie okryć“.
„Danie folaitru“ (przyprzęg koni — Vorreiteij jest zupełnie
bezinteresowne i to bez względu na znajomą lub nieznajomą osobę,
która, jadąc, ugrzęźnie na drodze w błocie lub nie może wyje­
chać pod górę. Jest to moralny obowiązek wszystkich włościan,
w pobliżu się znajdujących, skoro coś podobnego spostrzegą, po­
śpieszyć natychmiast z pomocą powstrzymanemu w jeździe przez
przyprząg własnych koni, a skoro ich niema na pogotowiu, przez
własnoręczne „popchniecie wozu“.
„Wygodzenie przy pilny robocie“, a zwłaszcza w polu, zo­
bowiązuje sąsiada do wzajemnej takiej lub podobnej przysługi
w razie potrzeby. Do pomocy tego rodzaju najczęściej uciekają
się włościanie w Łapczycy, gdzie grunta są górzyste. Z wiosną
i w jesieni „przyprzągają“ (dopożyczają) sobie sąsiedzi konie wza­
jemnie i kolejno dla nawożenia roli.
W innych wsiach pomaganie sobie wzajemne po kolei pra­
ktykuje się tylko w niektórych rodzinach i to podczas żniw, kiedy
na łanach jednego gospodarza z tej rodziny zboże dojrzewa wcze­
śniej, na łanach drugiego później. A skoro na kolejną pracę się
zgodzono, to choćby już następni mieli równie pilną robotę, muszą
się zgodzić na porządek, wskazany przez tego z rodu, który
w nim rej wodzi i uchodzi za najmędrszego.
Ale to spostrzeżenie odnosi się tylko do kmieci, półkmieci
i zagrodników. Inna rzecz z komornikami i chałupnikami, którzy
„bierą zagony na odrobek“, a obok tego dzierżawią jeszcze kilka
zagonów. Ci zazwyczaj łączą się w kilku i pomagają sobie wza­
jemnie i kolejno, zwłaszcza przy kopaniu ziemniaków, tak wła­
snych, jak i gospodarzy gruntowych. Jest w tern pewna dogodność
i dlą nich i dla gospodarzy. Wyrobnicy w spółce nic potrzebują
12

170

Í. ŚWhĘTRit.

I 'l9 i]

się odrywać wśród pracy od kopania własnych ziemniaków, a iść
na pole gospodarza, bo w połączeniu wykończają ja wśród jednego
dnia u jednego, dwóch lub trzech spólników; gospodarz zaś, roz­
porządzając znaczniejszą liczbą połączonych sił roboczych, w paru
dniach upora się z kopaniem ziemniaków, a to właśnie jest mu
na rękę.
Ale w takich czasowych związkach chałupników i komorni­
ków gra ważniejszą rolę nieprzerywanie sobie pracy na własnym
zagonie, niż skracanie sobie czasu odrobku u gospodarzy. Widać
to z tego, że podczas żniw rzadziej spotyka się komorników i cha­
łupników przy „odrobkach zagonów“ w takiem połączeniu, chociaż
wtedy nie mają zajęcia przy własnem żniwie, bo prawie wyłącznie
sądzą same ziemniaki, a odrobki za zagony właśnie podczas żniw
mają najszersze zastosowanie.

6. Życie prywatne.
a) P o j ę c i e w ł a s n o ś c i

a posiadania,

Lud, skazany za czasów pańszczyźnianych na wieczystą
dzierżawę, która za zgodą dziedzica zazwyczaj przechodziła pra­
wem posiadania z ojca na syna, zanim się oswoił po zniesieniu
pańszczyzny z nowymi stosunkami, nie widział długo różnicy po­
między prawnem pojęciem własności, a posiadania. — Przed dwu­
dziestu laty jeszcze często można było słyszeć nad Rabą na ozna­
czenie pojęcia własności wyraz „posesya“, a spadkobiercy ojcow­
skiego mienia częściej w codziennem życiu nazywali się „posesórami“, niż właścicielami. Z postępem czasu atoli, w miarę zacierania
się żywego wspomnienia ubiegłych czasów i dawnych stosunków,
rozszerzało się pojęcie różnicy między własnością, a posiadaniem.
Obecnie lud nadrabski tę różnicę już należycie rozumie i określa;
rzadko się też trafia, aby dojrzały mężczyzna pojęcia swe o wła­
sności oddawał wyrazem „posesyja“ i na odwrót oznaczał prawne
pujęcie posiadania tytułem własności. Według dzisiejszych pojęć
w tern słowie „wł&sność“, ujęte jest niemal bez ograniczeń prawo
posiadania, ale w posiadaniu w ścisłern tego słowa znaczeniu rzadko
mieści się bezwzględnie prawo własności.
Różnice pomiędzy pojęciami własności a posiadania, zupełnie
w myśl zapatrywań nadrabskiego ogółu, rozwinął Szymon Moryc
z Targowiska w następujący sposób: „Powiedam, ize własnoś
a posiadanie nie jes wsyćko jedno. Ano tak ja wykarkulował, ize
to, co posiadawa, nie musi być juz akuratnie naso. Naso jes to,
co jes naso własne, co my abo po ojcach wiecyście mawa, abo
my i kupili na wiecne casy, abo my tyz dostali od kogo, co jego

im

2 W ¥ c z A J ti i

roJięciA

l/i

f k a W. ne !.

własne było, bo miał po ojcach, abo i kupiuł i wracać mu nie potrzebujewa. Ano tak to, co jes nasą własnością — s tym mozewa
se postąpić, jak sie nam ino żywnie podoba. Mozewa to sprzedać
na wieki, mozewa komu oddać, jak sie nam tak podoba, mozewa
zmamić i przepić, jakby chto miał takuśką naturę, mozewa to spo­
żytkować, jak kcewa, a komu intsemu od tego wara — nikomu
nic do tego. Jak zną co posiadawa, to juści to nie jes to, co naso
własne. Prawda i to, ize i posiadanie posiadaniu nie jest zarówno.
Bo mozewa anoli posiadać taką rzec, co juz nam ji nik nigdy
nie odbierze i nie weźnie, ale mozewa tyz i posiadać co takiego,
co na nas nieraz porząmnie skóra cierpnie, iie chto o to sie upora­
nie i nam odbierze, a może i za to nas do kaciapy x) wsadzi. Ale
to tyz zną nie jes tak samo ze siebie. — Jak ato chto przysed do
takji posesye, co nią skrzy wdziuł drugiego, to i ty posesye nie jes
pewny, bo jak to gadają: na złodzieju capka góry. Ano bo i zło­
dziej juści jes posesórem tego, co ukrad, a nik mu nie odebrał,
bo go nie złapali. Ale ón nie jes zną tak, izeby sie wciąż nie
bał, ze mu odbiera to, co posiad. Abo i osiust, co na kim głupim
wycyganili! piniądze abo majątek abo i intsą jakąsik rzec, to ón
sie boi nawet i swojego cienia, ize mu odbierą to, co na kim wychpiuł, a i wsedy mu ocy zaplusną. A przecie ón to posiada, co wycyganiuł. — Ale co z tego, kiej posiada nieprawnie, po cygajsku
i nie jes to jego własnoś; bo przecie za własną rzec nik bać sie
nimś, co, chyba jaki głupi. Abo i taki gospodarz — jak sie to
nieraz przytrafia na wsiach między sąmsiadami — co woruje sie
w cudze pola abo w drogi abo i w granice i ten grunt, co zaorze,
sobie przywłasca, to ón i tak nie jest właścicielem, ino jacy po­
sesórem tego, co zaorał. A z posesórstwa takiego sleś łacwo może
i musi nawet i kosta jesce do tego zapłacić, jak dojdzie skarga
do sądu, konwisya wyjedzie i lizimir odmierzy, co jego, a co
cudze — oddej. A to cesto trafia sie u nas. Z własności nik tak
nikogo wyrzucić ni może, chociażby sie tam i na głowie postawiuł, bo właściciel zawdy sie oprze na swoim. — Niechzeby tyz
tak chto przysed i do mnie i powiedział m i: „oddej mi te dwie
połówki gruntu, co lecą od „hąsnowskij“ do „grodkoskij“ drogi
w „Zapomietlu“, bo to moje, tobym mu ocy na to wy drapał, bo
to jes moja własnoś z dziada pradziada, a zapisane mi bez nieboscyka ojca na wieki. — A jakby ja te połówki miał wycyga­
nione abo jacy tak wyłgane za psie piniądze, a zaintabulowane
na mnie nie były, to chociaż je ato posiadam zdawien zdawna,
toby skóra na mnie zadrgała, bobym sie ni miał na cym oprzóć.
Abo i to, jakbym miał jaki kawałek gruntu, chociażby tam i nie-

') Areszt, więzienie.

12*

172

i.

Ś w i ę t e )ic*

im

duży, zaorany, abo z granice, abo tyz z jakiego paświska, abo
i błonie, co do gromady należą, abo do rządu, to chociaż mi nik
tego nie zaprzecał i ja ten grunt zbierał i posiadał oddawna, to
ón i tak nie byłby moja własnością i ni mógbym ś nim zrobić,
co mi sie podoba: abo sprzedać abo co intsćgo zrobić, bobym sie
nie cuł na mocy, bo to nie byłoby moje własne, ino zabrane, zahapione, chociaż tam i w moim posiadaniu. :Takie posiadanie, to
byłoby jacy docesne, a prawoby tu nie grało. Prawo to ino za
własnością cłekowi przysłużą, chociaż to gńdają, ize ja k sie co
posiada trzydzieści roków, to to i staje sie la tego, co to trzyma,
własnością. Ale grzesi tam nadali z taką własnością, co słuśnie
sie nie należy. A nie należy nazywać i to swoją własnością, co
cłek komu w pole sie worze, kawałek mu gruntu, abo ogroda
urwie i posiedzie i płotem sie ogrodzi abo miedzę, jak sie chto nie
przypilnuje, w jego pole popchnie dalij, a to, co pod miedzą było,
la siebie zabierze; — bo chociażby tam to i w posiadaniu nasym
było, to to odebrać nam mogą i nikomu tego ani zapisać, ani
sprzedać nie możno. — Abo i to, co to tak cesto sie trafia, ize
niechtóre dzieci mają grunt od ojca wiecyście zapisany, a drugie
ino do śmierci zbierać m ają, a potym oddać gospodarzowi po
śmierci: to te, co jacy do śmierci grunt zbierają, to óne tyz po­
siadają go i pozytkują, ale z tym gruntem nic zrobić ni mogą:
ni mogą go sprzedać, ni dzieciom swoim zapisać, są niewolni do
nićgo, chociaż tam i niewolny, jak óni posiadają, jes i gospodarz,
co do niego po ich śmierci ten grunt przydzie. Po śmierci posesóra tego będzie ón wolny właściciel, ale przede śmiercią nie śmie
napastować tego posesóra i gruntu tego sprzedać ni może, chochiazby tam i najbardzij kcińł. — Ano tak nie zawdy jes ten
właściciel, co gruntu używa: jes ón posesórem, a posesórstwo to
zną nie własnoś. — Abo i ociec, jak spuści synowi, jak sie żeni,
kawałek gruntu i w drugji izbie w chałupie każe mu z babą sie­
dzieć, ale mu tego gruntu nie zapise, to syn jes ino posesórem
tego gruntu, izby i chałupy, co mu ociec tak opuściuł, bo ni może
go sprzedać, ani s tym zrobić, co mu sie żywnie podoba. Ja k mu
ociec zapise na wieki, odezdń, a ón sie na ten grunt zaintabuluje,
to wtćdy dopiero grunt ten bedzie jego własnością, co może ś nim
robić, co kce. Abo i rzec taka: Ociec da zeniatemu synowi konia,
żeby sie nim dorabiał, ale mu tego konia nie zapise jesce, to ten
koń bedzie ino w posiadaniu syna, ale własnością ojca: ociec be­
dzie móg go odebrać synowi, kiej bedzie kcińł, chociaż tam ten
syn jes w posiadaniu tego konia. Abo i rzec — jak sie casem
trafi — ize gospodarz namawia parobka abo dziewkę i powieda
jacy, ize tyła, a tyła za rok dostaną. Ten parobek abo ta dziewka
sie na to zgodzili i przystali, ale ni mają ani ubrania, jak potrza,
abo i piniędzy na cejco potrzebują i prosa gospodarza, izeby ich

\m ]

zwyczaje i pojęcia praw ne .

173

spomóg. Tak ten gospodarz kupuje abo oddaje im jaka przyodziewę abo tyz piniedzy daje i powiedź, ize mu tego nie będą
oddawali, jak tyła, a tyła wysłużą; jak nie wysłużą, to i oddać
musą. — Ano tak ta przyodziówa abo te piniądze nie są jesce
wł&snością parobka abo dziówki. chociaż go oni posiadają, pókil
tego nie odrobią; a jakby nie odrobili, to oddać musą. Abo i to:
Jes jakie stare kozusysko u gospodarza,, co ino parobcy w nim
chodzą i pod nim sipiają i przy od ziewają sie. Tak ten kożuch
jes ino w posiadaniu parobków, jak służą, a własnością zawdy
gospodarza, bo ino gospodarz może ś nim zrobić, co mu sie po­
doba. Abo i to: Do kościoła należy tyła gruntu, takie i takie pobudynki i plebania: to wsyćko jes w posiadaniu każdego probosa.
co ino nastanie, a nie jes jego własnością, bo ón s tym ni może
zrobić, co mu sie podoba; jak jeden probos pódzie abo umrze,
to drugi, co przydzie po nim, weźnie to samo w posiadanie,
a grunta i pobudynki zawdy będą własnością kościoła. — Jak
z probosami, tak samo jes i z kacmarzami i naucycielami. Wsyćkie
grunta i pobudynki, co do karćmy i skoły patrzą, są własnością abo
pana abo rządu abo gminy, chociaż kacmarze i naucyciele trzy­
mają je w posesyi, dokąd w tym miejscu siedzą.“
Własność bywa albo dziedziczna albo nabyta. Za własność
dziedziczną uważa się mienie spadkowe; każde inne jest nabyte.
I tak nabywa się własność przez: darowizny, wiano żony, doro­
bek, zarobek, przychówek z „gadziny“, kupno, wygranie na loteryi, odkrycie skarbu w ziemi, „śpekulacyę i zńsługę“. Drogą
nieuczciwą nabywa się własność, a raczej według Nadrabian tylko
posiadanie przez: „nślezienie cyji zguby, a nieoddanie, wydarcie,
wycyganienie, osiustwo, kradziestwo (złodziejstwo)“ i t. p.
Mienie nieruchome dziedziczne nosi nazwę: „ojcyzny“, rzadko:
„ojcowizny“, nabyte zaś zwykle „zakupizny“, wobec tego, że
wszystkie rodzaje nabywania własności kończą się wreszcie na
kupnie nieruchomego majątku. Ale wyraz „zakupizna“ ma ogólne
znaczenie *)
Robi się też pewną różnicę między mieniem odziedziczonem,
a nabytem. I tak mienie odziedziczone przeznacza się prawie
zawsze temu z dzieci, które jest następcą po ojcu na gospodar­
stwie i pozostaje w domu rodzicielskim; nabyte zaś dostają inni
potomkowie.

l) Skoro mowa o nabytem mieniu nieruchomem, słyszy się w niej brzmie­
nie nazwiska człowieka, od którego je nabyto, I tak; „Kaltankówkau (od „Kaltan, Kaltanek“ — Kajetan), Wojtkówka, Samkówka (Samek), Ponisówka (Ponisz),
Watorkówka (Wątorek), Kanarkówka, Molowo (Mól), Babino lub Zonino (baba—
żona) i t. p.

174

J. ŚWIĘTEK.

[195]

Prócz rzeczy odziedziczonych i nabytych, są jeszcze rzeczy,
które poczytuje się za nienaleźące do nikogo. Z tych rzeczy każdy
może korzystać i przywłaszczać je sobie. Przeciw zakazom, tyczą­
cym się ich zbierania, lud sarka, utrzymując, że „to być nie po­
winno“.
Za takie rzeczy uważa się: jagody, grzyby, owoce dzikie,
żołędzie, liście i mech w lesie, trawę przy drogach gminnych, go­
ścińcach, granicach, perz w polach, drzewo przyniesione przez
wodę, dzikie zwierzęta i ptaki w powietrzu, ryby w rzekach, glinę
przy granicach, piasek po brzegach, szuter, kamienie, błoto po
drogach, stawarkę po stawach i sadzawkach gminnych i wreszcie
odpadki zwierzęce po polach.
Są także miejsca, które według Nadrabian nie należą do
nikogo. Do takich miejsc zaliczają trawniki przy drogach, drożyny
polne, piaski nadbrzeżne, moczary i t. p. Nie należy atoli zajmo­
wać tych miejsc na własność, chociaż dość liczne przykłady sąi
sprzeczne z owem pojęciem. Ale skoro miejsca, nie należące do
nikogo, służą do przejazdu lub tworzą granice, osoby interesowane
lub urząd gminny występują dziś dość często przeciw przy właszczycielowi i zmuszają go do ustąpienia z zajętych miejsc, aby je
utrzymać w pierwotnym stanie. Nawet zaorawszy takie miejsca,
obsiawszy zbożem lub obsadziwszy ziemniakami, może przywłasz­
czy ciel narazić się na straty, bo według ludowego zapatrywania,
„pola takie mogą ludzie, chociaż tam są i zasiane, tak udeptać
i utarasić, zęby juz na nich nic nie urosło“. Tak też często bywa.
Ale nie podnosi się czynnego protestu przeciw zajęciu miejsc, nienależących do nikogo, skoro sąsiedzi w tern interesu nie mają;
zawsze atoli dają się słyszeć szemrania: „A to chytry cłek, ni
może sie ty święty ziemie najeś, bo ino kej mu sie co da, to
zaraz zachapi“.
b) P o j ę c i e m a j ą t k u r u c h o m e g o i n i e r u c h o m e g o .
Co do prawnego podziału rzeczy na ruchome i nieruchome,
lud w znacznej swej części, a zwłaszcza jego męska połowa, zdaje
sobie dziś prawie dokładnie sprawę.
Różnicę między majątkiem ruchomym a nieruchomym okre­
ślił mi Szymon Wontorek z Targowiska, gdym go raz o to wy­
raźnie zagadnął, spotykając się z nim często. Wywody jego zga­
dzają się zupełnie z zapatrywaniami nadrabskiego ogółu. „Ruchomoś to jes taka rzec, co sie porusa, a nieruchomoś, co sie nie
rusa. To jes tak: Rusa sie wszystko, co abo samo chodzi o własny
mocy, abo tyz, co o swój i mocy sie nie rusa, ale co przenieś,
przewieś i oderwać możno cudzą mocą. Na ten przykład wszystka
gadzina, drobna i ’gruba, piniądze, drzewo ściete abo porąbane,

[196)

ZWYCZAJE 1 POJĘCIA

PRAWNE.

175

deski, stery (sprzęty), nacynie i wszystko to, co nie jes przybite,
do ziemie wkopane, to wszystko jes majątek ruchomy, bo abo
sie, jak gadzina, samo porusa, abo tyz to, jak to drzewo, piniadze
abo zboze zezete, przenićś możno. Zboże zna niezezete, to jes
na pniaku, jes nieruchomoś. — Majątkem nieruchomym jes ato
grunt, pobudynki, chałupa, stodoła, chlewy i wszystkie rzecy, co
do tych pobudynków należą i są przybite, na ten przykład: skubie,
zapory, klamki, rafy przy stajni końskji, żłoby do ściany przy­
bite, studnie, drzewa, co rosną i owoce na nich. To wszystko jest
nieruchomoś, bo sie ani o własny mocy nie rusa, ani tyz tego
porusyć ni możno tak od razu. A i konie, co do uprawy role są
koniecnie potrzebne, abo i takie graty, co sie obyś bez nich przy
gospodarztwie ni możno — jak mi zną mówiuł jeden pisarz —
należą do majątku nieruchomego. Trawa na łące, jak nieskosona,
jes także nieruchomością, a skosona na pokosach ruchomością. —
Pono i gołębię w gołębniku — ja k ten sam pisarz mówiuł —
i pcoły w ulach, ryby w stawie, gnój na oborze, są majątkem
nieruchomym, a same ato gołębię i pcoły bez ułów abo gnój, co
niepotrzebny jest do role i sprzedać go możno, są majątkiem ru­
chomym. Drzewa zną są tak długo majątkem nieruchomym, pókil
rosną i nie są ściete, ale jak sie je ino zetnie, to juz należą do
rzecy ruchomych. Nieruchomemi rzeeami są tyz i owoce na drze­
wach, pókil ś nich nie opadną, abo ich ludzie nie oberwią i nie
otrzesą. — I tak wiela jest jesce rzecy takich, co po sądach je
uważają za ruchome i nieruchome, a pomiędzy ludźmi, chociaż je
tak nie wiela nazyw ają, to sie jakosik tak dziwnie składa, ize
ruchome rzecy nie chodzą jedną drogą z nieruchomemi rzeeami.
Tak n. p. dajmy na to, chłop zawdy sprzedaje rzecy ruchome,
a nieruchome ostawia i juz to jes ostatnie, zęby kto sprzedawał
zboze na pniaku. Z bydła sprzedaje ino tyła, ila mu nie potrzeba
przy gospodarztwie, inwentarz ostawia se zawdy, bo ón należy do
majątku nieruchomego. — Konie trzyma do roboty kole gruntu,
a sprzedaje ino te, co mu nie są potrzebne, to jes niby rzecy
ruchome. Ojcowie, jak żenią córkę, to ją wianują majątkem ru­
chomym i tego se casem i nie rachują, a jak ji juz zapisą jaki
grunt abo jakie pobudynki, to óna sie juz musi podpisać, ize to
wziena i tym sie kontetuje i z gospodarztwa u ojca juz sie wiecy
upominać nie bedzie. Piniadze jesce, jak jakie bierze, to bierze
je także za grunt, coby sie ji, jako córce należał, i podpisować
sie musi, ze tak kieby nieruchomy majątek brała. Syn tyz, jak
sie żeni, a ino ruchomy majątek od ojców dostanie, to tak, kieby
nic nie wziąn. Na ruchomoś nik nic nie kce dać; wsedy patrzą
na grunt i na chałupę i na pobudynki wiecy, jak na piekne abo
duża bydło abo tyz i piniedzy. Bo tyz i prawda: ruchomy ma­
jątek sie oźlatuje, a nieruchoma rzec zawdy ostaje na miejscu.

176

J.

ŚWIĘTEK.

ri9?i

Na ruchomy majątek i w kasîe piniedzy nie pozycą, a gospodarz
zawdy da predzy za chłopa córkę, co ma grunt duży i pobudynki,
jak za tego, co ino ma piniądze abo zarobkem sie trudni, cho­
ciażby tam i nabardzij zabiegał. — Gospodarz, jak sie ma zmarnić, to to zmarnienie od rzecy ruchomych zacynâ. Ano sprzedaje
naprzód bydło i ostawia se to ino, co mu nabardzij potrzebne,
a jak tamtego braknie, to bierze sie i do tego drugiégo. Gratów
nowych nie sprawia, a starych nie naprawîâ, a casem je potłuce
abo porąbie, jak nie ma cym pâlie, i spali. Drzewa i wiérzby wywyrebuje i pâli, kole owocowych drzew nie chodzi, a jak co na
nich urośnie, to niech tam ociapią i obcy; ón o to nie dba i nie
stoi. O siano sie nie turbuje, a jak md jaką łacynę, to ji na. cas
nie zesiece : siano sie zgnoi na stojącku i bydła cym chować ni
ma; ano wiec sie ś niego wysprzedaje. Zboże na pniâku sprzedaje
i bierze za to mało, abo tyz, co ino zeźnie, młóci, do miasta wy­
wozi i sprzedaje. A jak mu tego juz wszystkiego zabraknie, nąze
do grubségo majątku nieruchomego; sprzedaje go, jaz nareście
wyjdzie na dziada. — Jak zaś sprzedâ cały majątek nieruchomy,
to ino chyba to może se zabrać, co jesce w chałupie nie było
przybite abo przypasowane, a wszystko intse musi dać temu, co
kupiuł. Ż bydła, jak jesce co ostało, to tyz go se bierze, bo takie
bydło — to pono nie należy do majątku nieruchomego. — Ale
jak opiekun ma dotrzymować na dzieci majątek, to ma dotrzymować i gadzinę i sprzęty, co do gospodarztwa nâleza, bo taki
majątek jes nieruchomy, a ruchomy to może iś na sprzedaj. Ociec
zną, jak umiérâ, a zapise, ize jeden syn ma ostać na gospodarztwie, to mu cały nieruchomy majątek odda. Ano oddaje mu grunt,
pobudynki, konie, krowy, graty, drzewo w ogrodzie, wiérzby
i wszystko, co do gospodarztwa potrzebne, bo to wszystko nieru­
chome. Na ruchome rzecy nie wiela patrzy i ociec przy śmierci
rzadko niémi ozporządza, co chtóremu dziecku mâ sie dostać; nâcęścij każe im sie podzielić abo i nic nie gâdâ. — Jak zaś co
gospodarz wypusca w harende. to wypuscâ ino grunt, jako ze jes
majątek nieruchomy; a przy dworach — dajmy na to w Łeskowicach — to klastór staniątecki ma temu, co tym majątkiem
rządzi, oddać konie, bydło, grâty i nâcynie, co do gospodarztwa
są potrzebne, a ón, jak kce, to majątek ruchomy mâ se sam przynióś abo sprawić.
Tak to wszystko sie składa na tym bożym świecie, aby do­
brze było. Każdemu wolno robić ze swym majatkem ruchomym
i nieruchomym, co mu sie żywnie podoba. Chto ma ziemie na
własnoś, to może ją, jak kce uprawiać, kopać w nij, przewracać,
a co sie ś nij dorobi abo co na nij urośnie, to jes jego. Majątek
nieruchomy — to nie niscy sie i nie psuje: ino zawdy ostaje je­
dnaki. Majątek zną ruchomy — to sie i oźleci i zepsuje i ino

[198]

177

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

tyła ś niége, ze jes docesny prefikt. Gruski atp na grusce, jak
ino opadną , to abo zaráz gniją abo je trzeba zaráz áwiéze jeś
abo i susyc, a potym jeś. Trawa, jak rośnie na polu, abo i zboze,
to jaz radoś zbiéra ciek ą, ale jak ino sie zesiece abo zeźnie
i zwiezie do stodoły, to juz idzie to na pożytek; ino sama łąka
abo pole, jako majątek nieruchomy, ostaje. Pcoły w ulu miód
robią, ale jak sie ino oźlecą, co komu ś nich przydzie? — Juz
to nálepsy, já powiedám, jes majątek nieruchomy, a ruchomy, to
zawdy pośledniejsy, bo ón ino od ruchomego pochodzi. Jakby nie
było nieruchomego majątku na świecie, toby i nie było rucho­
mego, bo skadby sie wziąn ?
Niech tam mówi, chto jak kce, a ja zawdy powiem każdemu,
ize ci nálepsi sie m ają, co maja majątek nieruchomy, a kmiece
syny nieraz, co ino majątek ruchomy dostali od ojców, wychodzą
na dziady“.
c) L a s y ,

pastwiska,

wolność

paszenia.

Według pojęć ludu lasy wywierają zbawienny wpływ na
zasiewy polne, ściągając na siebie z otwartych pól burze i nawał­
nice. Gdyby lasów nie było, „uléwy“ i grady dawałyby się dot­
kliwie uczuć na gruntach uprawnych. Dlatego to pojęcie ludowe
sprzeciwia się niszczeniu lasów. — Ale lasy należy często czyścić
z krzaków, zarośli, tudzież z nieudatnych drzewek i uschłych ga­
łęzi, aby ułatwić porost drzew i ujednostajnić. — Nadrabianie są
również za tern, aby trawy i liście opadłe w lesip nie gniły, ale
były zbierane, pierwsze jako pasza dla bydła, drugie jako ściółka.
Niemniej uważają za rzecz pożyteczną pasanie krów w lesie pod­
czas letnich miesięcy, byle niemi młodych drzew nie uszkadzać.
Administracya lasów rządowych powinna przyznać tę korzyść wło­
ścianom, skoro im już nie chce wydawać drzewa darmo na opał
i budulec. „Lassu nik nie sieje, ino sám Pán Bóg i nie .wiedzieć,
lácego to panowie, co lassem rządzą, nie dadzą sie chłopom do
niego zapędzić, kiej óni kc.ą i mają potrzebę“.
Potrzeba pastwisk gminnych w każdej wsi jest powszechnie
uznana. Na pastwiskach (inaczej „błoniach“) tych bowiem wolno
paść wszystkim mieszkańcom wsi dowolną ilość bydła, koni, trzody
i gęsi bez względu na wysokość opłacanego podatku. Korzystają
więc z pastwisk zarówno gospodarze gruntowi, jak i bezrolni cha­
łupnicy bez ograniczenia.
Ale równą wolność paszenia mają wszyscy wieśniacy i na
granicach, szerszych porzeczach, na drogach polnych i w „fosach“
przy gościńcu, tudzież na obcych ścierniskach, „wypasionych“
naprzód przez właściciela, i na pokładach, skoro na nich „puści
się trawa“,

178

J.

[199]

ŚW1ĘTEK.

Paszenie wszakże na obcych ścierniskach („ścierzniach“) jest
poniekąd ograniczone. I tak, skoro właściciel ścierniska jest po­
wszechnemu paszeniu „przeciwny", „zatyka wichę“ (pomiotło na
żerdzi) w środku zagona. Wiecha jest właśnie znakiem, że pasze­
nie „na ścierzni“ wzbronione. Taka wiecha nie pozwala również
na zbieranie („rwanie trawy“) trawy dla bydła wśród cudzego
zboża na pniu, skoro wystaje z pośród łanu w górę, zwłaszcza
wtedy, kiedy koniczyna wśród zboża posiana. — Zresztą zbieranie
trawy „po zbozach“ cudzych jest uświęcone zwyczajem i prakty­
kuje się powszechnie. Przez zatknięcie wiechy na łanie właściciel
o tyle nabiera prawa do ukarania pasterzy, którzy rwiąc trawę
„żyto (pszenicę, jęczmień, owies) mu tłamsa" (depczą, łamią, także
„tarasą“), że przychwyciwszy ich, może im „zabrać“ (naturalnie
na niejaki czas) wierzchnie części odzieży (górnicę, pas, kamizelkę,
katankę, gorset, zapaskę), czapkę, chusteczkę, koszyki lub „łochtuse“ (płachty) wraz z trawą, albo ich też ochłostaó, „a za to nik
mu nic nie powić“ :
Na „ścierzniance“ (ściernisku, wśród którego rośnie koniczyna),
obcym paść nie wolno, choćby nawet wiecha nie była zatknięta.
Do wolności paszenia na ścierzniance i konicznisku (koniczyna po
pokosie) obcem nabywa się dopiero prawa po świętym Michale,
a z wiosną do św. Wojciecha. Przysłowie ludowe wprawdzie idzie
dalej, bo pozwala po św. Michale paść bydło nawet na nieskoszonej łące:
„Po świętym Michale
Wolno paś i w potrawie!“
Ale to przysłowie, przeważnie pasterskie, znosi inne, które
najczęściej pojawia się na ustach właścicieli łąk:
„Po świętym Michale
Wolno paś dopióro na wale!“
Po św. Jadwidze (15 paźdz.) wolno już bydło wypędzać na
samopas w pola :
„Po święty Jadwidze
Wyżej bydło i przyj dze!“
(Zam. wyzeń — wygoń bydło w pole i przyjdź do domu).
d) W y s e p k i ,

porzecza,

n a rn u 1 i s k a.

Wysepki, które się tworzą wśród rzeki, nazywają Nadra­
biane „ k ę p a m i “. Kępy te należą albo do właścicieli obydwu
brzegów do połowy, jeżeli wznoszą się w środku rzeki, albo do
właściciela najbliższego brzegu, jeżeli pas wody po tej stronie rzeki

[2 0 0 ]

zwyczaje i pojęcia praw ne .

179

wraz z wysepką nie jest szerszy od pasu, wijącego się obok brzegu
przeciwnego. Ale bywa to tylko w tycb miejscach, w których
rzeka nie rozszerza się wskutek utworzenia się wysepki lub, wrzy­
nając się w brzegi, nie narusza jednego brzegu więcej od dru­
giego. Skoro zaś Raba podczas wezbrania wód zrywa pokłady
jednego brzegu z korzyścią dla właściciela przeciwnego porzecza,
nowoutworzona wśród niej wysepka należy w każdym razie do
właściciela tego brzegu, w którego gruncie rzeka obrała sobie
nowe koryto.
N. p. między Chełmem a Targowiskiem Raba z każdym
rokiem prawie przy wyższym stanie wody „targa kawałkami“
targowskie niwy gruntowe (zwane „Rędzinami“) i w miarę jak
uszczupla porzecze targowskie, żłobiąc sobie w niem nowe koryto,
wzbogaca porzecze chełmskie, zwane „Piaskami“ swem starem łoży­
skiem. Tym sposobem przeszło trzydzieści morgów ornego gruntu
przeszło w posiadanie Chełmian w ciągu lat dwudziestu pięciu.—
To porzecze według Targowian powinno do nich należeć, jako
pochodzące z ich „Rabiska“, chociaż po przeciwnej stronie rzeki
się znajduje. Przyznają im to nawet poniekąd sami Chełmianie,
skoro nie stawiają im żadnych przeszkód w „grabieniu“ kamieni
i wywożeniu szutru z tej strony rzeki. A kiedy na Rabie utworzy
się wysepka, choćby tuż przy brzegu chełmskim, korzystają już
z niej niepodzielnie właściciele przeciwległych brzegów targowskich. Dodać należy, że nie obeszłoby się bez zawikłań i zatargów
między Targowianami a Chełmianami o posiadanie „Piasków“,
gdyby z nich większą korzyść mieli Chełmianie: „A tak to nima
o co sie handrecyć i kostów łożyć, bo to ino same piaski i nic
tam nie rośnie i chrustu nima“. Ale niezależnie od tego czynią
Targowianie starania u właściwych władz, aby im wolno było
wykonać przekop dla sprowadzenia Raby w pierwotne łożysko.
Dalej należy podnieść, że, gdy Raba po rozdzieleniu się na
dwie roztoki, utworzy wysepkę, korzystają z tej wysepki właści­
ciele choćby i dalszego brzegu, jeżeli z ich gruntów powstało po­
rzecze, w którem odnoga Raby wyżłobiła sobie koryto lub przy­
najmniej na którem oparła się wysepka.
Co do gruntów, powstałych przez namulenie na porzeczu
Raby, należy zauważyć, że z nich zawsze korzystają właściciele
najbliższego brzegu, bez względu na zmianę łożyska rzeki. Do
miejsc, zachodzących w formie półwyspu w łożysko rzeki, lub do
miejsc, powstałych na starem jej łożysku wtedy, tylko przyznaje
się słuszne prawa właścicielom przeciwległych brzegów, jeżeli te
miejsca znajdowały się dawniej po drugiej stronie rzeki, a zer­
wała je Raba „kawałkami“, tworząc sobie nowe koryto podczas
wezbrania wód.

1.80

J. ŚWIĘTEK.

[2011

Grunty, powstałe na zamulonych stawach i sadzawkach, na­
leżą bezwarunkowo do tych ludzi, których własnością były owe
stawy i sadzawki.
e) Z d o b y c z e

rzeczne

i zwierzęce.

Rzecz, wyrzuconą przez wodę na brzeg, zatrzymuje właści­
ciel brzegu. Własnością jego staje się ta rzecz dopiero wtedy, gdy
po nią przynajmniej w ciągu roku nikt się nie zgłosi i swych
praw do niej nie udowodni. Za zgłoszeniem się, a po sprawdzeniu
tożsamości, właściciel brzegu ma rzecz taką zwrócić jej właścicie­
lowi za umiarkowanem wynagrodzeniem, jeżeli go żąda. Właści­
cielowi brzegu przyznaje się na własność tylko takie rzeczy, n. p.
odwieczne dęby (tak zwane „przedpotowe“), które Raba wydo­
bywa z ziemi na wierzch, zrywając przy wyższym stanie wody
wysokie brzegi i grunta włościańskie. Ale „przedpotowe dęby“
przywłaszczają sobie wbrew ludowemu pojęciu i ci gospodarze,
pod których brzeg uniesie je prąd wody, z cudzego pola pod­
mywszy.
Rzecz, zaniesioną przez wiatr na cudze terytoryum, zwraca
się zwykle właścicielowi bez wynagrodzenia. Wrazie niezgłoszenia
się właściciela, rzecz taka pozostaje w rękach posiadacza tery­
toryum.
Zabłąkane zwierzęta, gęsi, kury, kaczki, indyki, roje pszczół
należą do tego z gospodarzy, w którego obejściu się zatrzymały
lub na czyjem drzewie osiadły, nat iralnie, jeżeli właściciel po nie
się nie zgłasza, mimo ogłoszenia przez urząd gminny lub przez
usta kapłana z ambony. Co do gołębi nie robią nawet ogłoszeń
na szerszą okolicę. Jeżeli nie są własnością kogoś ze wsi lub kto
z obcych „o nie sie nie wywiaduje“, pozostają własnością gospo­
darza, w którego obejście przyleciały.
Wolno też jest zabijać cudze gołębie, żerujące na świeżo zasianem polu; zabite odrzucić wszakże należy w obejście gospodar­
skie ich właściciela, jeżeli znany. Wrazie nieznajomości właściciela,
można spożytkować z nich mięso.
Zabite zwierzę przez dwie osoby należy niepodzielnie do tej,
która pierwsza przyczyniła się do wyśledzenia zwierzęcia i pierwszy
mu cios zadała. Zwierzę, spostrzeżone naprzód przez jedną z dwu
osób, lecz równocześnie przez obie strzałem lub innym pociskiem
ugodzone, jak i zwierzę równocześnie przez obie osoby zoczone
i zabite przyznaje się obu osobom w równej części. Taką samą
część dostaje i ta z dwu osób, która, choć pierwsza zwierzę wy­
śledziła, dała się jednak wyprzedzić w wymierzeniu nań śmiertel­
nego pocisku przez drugą osobę, lub która przy pierwszym poci­
sku chybiła celu, a zwierzę padło od ciosu drugiej osoby. Zwierzę,

1202]

fcW VCzAJŚi 1 POJĘCIA

P ilA W N P .

181

wytropione równocześnie przez obie osoby, lecz padłe od pocisku
jednej, wobec chybionego pocisku drugiej, przyznaje się niepo­
dzielnie tej osobie, od której ciosu ono zginęło.
f) W y k o p a l i s k a .
Wnętrze ziemi według ludowego pojęcia należy zawsze do
właściciela jej powierzchni. — Wszelkie więc skarby, pieniądze,
kruszce, jakie w niem odkryje, są jego własnością. Dlatego krusz­
ców bezwarunkowo nie wolno poszukiwać na cudzym grucie. —
Każdy też „spekulant — letki chleb“, coby na obcej ziemi za
skarbem kopał bez pozwolenia gospodarza, po odkryciu nie tylko
traci ten skarb na rzecz właściciela gruntu, ale także powinien
być pociągnięty do odpowiedzialności sądowej o naruszenie cudzej
własności.
Skarb, znaleziony przypadkowo na cudzym gruncie, należy
w dwóch trzecich częściach do znalazcy, w jednej trzeciej zaś do
właściciela tego gruntu. — Natomiast skarb, znaleziony w cudzej
ziemi, za pozwoleniem właściciela na poszukiwanie, należy tylko
w jednej trzeciej części do znalazcy, w dwóch trzecich zaś do
właściciela gruntu.
Robotnicy, najęci przez właściciela gruntu dla wyszukania
skarbu, mają jedynie poprzestać na umówionej płacy najemniczej,
a do znalezionego skarbu nie mogą sobie rościć prawa, chyba, że
w umowie zastrzegli sobie pewien procent na ten wypadek.
g) Z n a l e z i e n i a i z n a l e ź n e .
Rzecz znaleziona nie należy wTpojęciu ludowem do znalazcy.
Rzecz taką przyznaje się znalazcy na własność dopiero po upływłe dłuższego czasu, skoro rzeczywisty właściciel po nią się nie
zgłasza mimo publicznego ogłoszenia.
Znalazca bądź zatrzymuje rzecz znalezioną u siebie, bądź ją
powierza księdzu proboszczowi lub (co rzadziej) wójtowi w celu
odszukania właściciela, a jeżeli taki wypadek zdarzy się w mieście,
magistratowi („majestr&towi“). Ksiądz proboszcz ogłasza publicznie
(„kublikuje“) „zgubę“ z ambony, wójt przez „kulę" gromadzką
lub przysięźnego, „majestrat każe wy bębnić po mieście, cy chto
takij a taki rzecy nie zgubiuł“.
Znalazca, zatrzymując rzecz znalezioną przy sobie, dochodzi
na własną rękę jej właściciela. Bywa to szczególniej wtedy, gdy
znalazca z powierzchownych oznak „zguby“ lub jej właściwości
domyśla się, do kogo ona należała lub kto jej mógł potrzebować;
gdy podobną rzecz zauważył już poprzednio u jakiejś osoby; gdy
ją znalazł na drodze, którą domniemany właściciel przechodził,

182

J.

Ś W IĘ T E # .

1203]

i wreszcie gdy ja znalazł na czyimś gruncie lub w czyjemś obej­
ściu gospodarskiem. Znalazca, poszukując właściciela „zguby“,
zapytuje bądź pośrednio, bądź bezpośrednio domniemanego „zgubiciela, cy cego nie zgubiuł“. — Po przyznaniu się jakiegoś czło­
wieka do zgubienia podobnej rzeczy, tożsamość jego osoby spraw­
dza znalazca w ten sposób, że „zgubiciel ma wydać ramotę (opi­
sać), jak jego zguba wyglądała abo co w nij było“.
Rzecz znalezioną mniejszej wartości zwraca się właścicielowi
zazwyczaj bezinteresownie, za rzeczy cenniejsze lub większej wagi
można żądać wynagrodzenia, które nad Rabą zowie się „na­
leż nem“.
Wysokość „należnego“ w stosunku do wartości znalezionego
przedmiotu nie da się ściśle oznaczyć. Jest ono przeważnie do­
wolne. — Wielka część Nadrabian utrzymuje, że „należne“ po­
winno wynosić przynajmniej dziesiątą część wrartości „ z g u b y —
„Należnego“ żąda się od właściciela przed zwróceniem zgubionej
rzeczy. Jeżeli się zaniedba tej przezorności, a przynajmniej niezastrzeże w tym kierunku wobec świadków, „zgubiciel“ po odebra­
niu „zguby“ może odmówić znaleźnego znalazcy, bo wcale go nie
wiąże potem ten obowdązek. Wrazie zastrzeżenia się znalazcy co
do znaleźnego, właściciel musi mu je dać po odebraniu zgubionego
przedmiotu, bo znalazca może dochodzić swych praw o to wyna­
grodzenie na drodze sądowrej.
Skoro właściciel zgubionej rzeczy przed jej zwrotem odma­
wia „należnego“ znalazcy, może on zatrzymać dopóty przedmiot
znaleziony przy sobie, dopóki tym sposobem nie zmusi właściciela
do zaspokojenia jego słusznego żądania. — „Zgubiciel może nawet
skardzyó naleziciela do sądu — nic na to nie skóra“.
Jeżeli nie udało się odnaleźć właściciela rzeczy znalezionej,
zostaje ona w posiadaniu znalazcy; własnością jego staje się do­
piero po upływie roku i to własnością względną, bo gdy i po tym
czasie zgłosi się właściciel zgubionej rzeczy, znalazca, policzywszy
sobie koszta i „należne“, ma mu ją zwrócić.
Dopiero po upływie trzech lat zostaje znalazca nieograniczo­
nym właścicielem znalezionej rzeczy.
Ale tak długi termin stosuje się tylko do takich rzeczy,
które odznaczają się trwałością. Rzeczy znalezione, podlegające
rychłemu zepsuciu i rozkładowi, znalazca może zużytkować już
w dwóch dniach, a nawet i wcześniej, skoro po nie nie zgłasza
się natychmiast właściciel.
Wobec zarzutów właściciela, że rzecz zgubioną (n. p. pie­
niądze) powrócono mu uszczuploną, żąda znalazca przedewszystkiem na to dowodów dla wyświecenia prawdy. — Właściciel ma
nietylko wobec proboszcza lub zwierzchności gminnej oznaczyć
uszczuplenie rzeczy zgubionej, ale zarazem i stwierdzić jej tożsa­

[204]

ZWYCZAJK

I POJĘCIA P R A W n E.

183

mość wobec nasuwających się wątpliwości, czy rzecz ta jest jego.
Skoro się okaże słuszność zarzutów właściciela, a wina w uszczu­
pleniu po stronie znalazcy, bądź dla jego sprzecznych zeznań
i wikłania się w odpowiedziach, bądź wskutek ukrywania znale­
zionej rzeczy przez czas niejaki, znalazca nie tylko traci „nale­
żne“ na rzecz właściciela, ale także ma wyrównać różnicę z wła­
snej kieszeni. Wobec wykazania niesłuszności zarzutów właściciela,
nie tylko przyznaje się znalazcy znaleźne, ale zarazem zostawia
mu się wolność pociągnięcia właściciela „za ocernienie“ do odpo­
wiedzialności sądowej. — Znalazca nie traci prawa do znaleźnego
nawet wtedy, gdy uszczuplenie zgubionej rzeczy właściciel udo­
wodnił, lecz tego uszczuplenia nie dopuścił się znalazca. Możliwe
bowiem jest przypuszczenie, że „zguba“ mogła już przejść przez
inne ręce, zanim znalazca podniósł ją ostatecznie i oddał wła­
ścicielowi.
Kilku znalazców ma równy udział w znaleźnem. Ale i w tym
razie jeden z nich może brać połowę znaleźnego, inni zaś poprze­
stać muszą na drugiej połowie z równym lub różnym udziałem,
stosownie do tego, o ile wszyscy lub każdy z nich z osobna zdołał
określić swą zasługę w znalezieniu rzeczy. Taka procedura wtedy
szczególniej się zdarza, jeżeli „zgubą“ są pieniądze, po drodze roz­
rzucone. W miarę podniesienia kwot pieniężnych przez każdego
ze znalazców, przyznaje się im i znaleźne; który z nich zaś odda
właścicielowi woreczek lub pugilares przynajmniej z połową zgu­
bionych pieniędzy, ten bierze zazwyczaj połowę znaleźnego. Rów­
nież połowę znaleźnego otrzymuje jeden z kilku znalazców, który
pierwszy rzecz zgubioną podniósł, chociaż tę rzecz równocześnie
spostrzegli wszyscy. Pozostali mają równy udział w drugiej poło­
wie znaleźnego. Kto pierwszy rzecz zgubioną spostrzegł, ale jej
nie podniósł, lecz zwrócił na nią uwagę innych swych towarzyszy,
którzy ją podjęli, ma tylko prawo do równego udziału w znaleź­
nem z towarzyszami. Za znalazców nie uważa się tych, co byli
obecni przy znalezieniu jakiegoś przedmiotu przez jedną lub więcej
osób, ale nie zwrócili na niego uwagi. Jeżeli w tym wypadku
jest znalazczynią jedna tylko osoba, ona bierze całe znaleźne.
Jeżeli się właściciel nie zgłasza, rzecz znaleziona przez kilka
osób bywa między niemi przedmiotem podziału w tym stosunku,
w jakim w innym razie przypadłoby im znaleźne.
Ilość znalazców nie wpływa bynajmniej na wyższy wymiar
wynagrodzenia ze strony właściciela zgubionej rzeczy.
h) D a r o w i z n y .

Przedmiotem darowizny mogą być wszystkie rzeczy, tak ru ­
chome, jak i nieruchome; ale nie należy robić darów osobom obcym

184

i. ŚWi ĘteJR.

[ŻOo]

(nie dzieciom) z wszelkich upominków, pamiątek i z ubrań ślub­
nych, aż dopiero przed śmiercią. Niestosujący się do tego prawi­
dła traci własne szczęście na korzyść obdarowanych osób.
Dary czyni się „z własny ochoty“ i obowiązku. Wszelkie
dary, czynione przez pana młodego i drużynę weselną podczas
uroczystości weselnych, a kumów podczas chrzcin, są obowiązkowe.
Do takich zalicza się też dary, które się daje księdzu wikaremu,
organiście i gróbaizowi, kiedy chodzą „po kolendzie i petecie“.
W innych wypadkach daje się dary za wyświadczone przysługi
lub dla odwzajemnienia się.
Dawranie darów urzędnikom nie zgadza się z pojęciem ludowem, lubo w rzeczywistości rzecz przedstawia się inaczej, Skoro
Nadrabianin ma sprawę w sądzie, proces prowadzi, lub w urzę­
dach administracyjnych ma jakiś prawny interes do załatwienia,
myśli już o „poćcie“ (podarunkach) dla urzędników, aby „to jakosik gładzij posło“. Na „poetę“ tę składają się zazwyczaj jajka
(od 30 szt. do kopy i więcej), tudzież masło (najmniej kwarta).
Oddaje ją w kuchni urzędnika, a potem opowiada swą sprawę
pani domu, prosząc o jej poparcie wobec męża. Nadrabianie dają
też urzędnikom datki pieniężne, o których mają przeświadczenie,
że nimi nie gardzą. W gruncie rzeczy atoli nie mają syrnpatyi do
urzędników, którzy „poety“ biorą, a zwłaszcza pieniężne i nie
wierzą w ich sprawiedliwość: „Bo kejby tam awo taki sędzia, co
poetę bierze, sądziuł tak, jak sie patrzy. Ten, co zawali, to u niógo
gra, chociaż ma i niesłuśnie, a ten, co poety nie dał, chociażby
miał słuśnoś, nie wiela skóra, a casem to go i do dziury wsadzą,
jak drugi porząmnie zasmaruje. A to tak wsedy we wsyćkich
urzędach urzedniki i panowie na poety patrzą, z dziwa tam, co
chtory nie weźnie, a jak ón nie weźnie, to weźnie ona i ón zrobi
to, co óna kce. Nawet taki wyrobnik, jak do roboty do koleje
kce sie dostać za marne kilka szóstek na dzień, to musi banauzyrowi (Bahnaufseher) dać poetę abo i piniądze do garzci, bo nie
kce przez tego do ciebie gadać. Za poety to skóra sie wsedy, nie
przymierzając jak awo to koło, ze jak ino go posmaruj es, to ono
zaraz sie lepsi i lechcy obraca. A przecie to tak nie powinno być,
bo po sądach i rządach latego panowie penksye grube bierą,
izeby po sprawiedliwości robili, a na poety nie patrzali. Ale po­
radzi s to co na to, kiej to juz tak jes“.
Tylko kapłanom i nauczycielom lud dość chętnie i szczerze
daje dary, wychodząc z zapatrywania, że ludzie z tych stanów
prawdziwie na nie zasługują dla swej pracy nad zbawieniem duszy
człowieka, nad jego umoralnieniem i wychowaniem.
Nauczyciele, przyjąwszy dary, obowiązani są zwracać wię­
kszą uwagę na dzieci ofiarodawców, uczęszczające do szkoły, mają
je „przypilnować“ w nauce, a w razie potrzeby lub w czasie

[206]

ZW Y CZA JE

I

PO JĘCIA

185

PR A W N E .

większych robót gospodarskich uwzględnić okoliczność, jeżeli uczeń
pozostanie w domu „do jakij spórki“.
Wogóle obdarowani winni wdzięczność ofiarodawcy i popar­
cie, jeżeli go potrzebuje w tej lub owej sprawie.
Krewni i osoby prywatne obce, przyjawszy znaczniejsze dary,
mają się czasem „pomodlić“ za zdrowie i szczęście dobrodziejów
za życia, po śmierci zaś „dawać na mse świete“ za ich dusze.
Znajomi i przyjaciele zasobni, przyjmując dary, powinni się
poczuwać do wywzajemnienia się przy sposobności.
Cofnięcie darowizny lub odbieranie rzeczy podarowanej, we­
dług ludowego pojęcia wogóle, nie powinno mieć zastosowania. —
„Kto daje, a odbićra, temu d. . . obióra“ — powiada nadrabskie
przysłowie. Przysłowie to wskazuje na jakiś chorobliwy stan umy­
słowy ofiarodawcy, wśród którego zapomina on nawet o słowności,
dopominając się zwrotu rzeczy, która według ogólnego zdania już
przestała być jego własnością. Ze darowiznę uważać należy za
przepadła, określa tę zasadę Nadrabianin tern przysłowiem: „Co
wilckowi juz raz za zęby wpadło, tego mu nie odbierzes“. Obda­
rowany raczej sam według ludowych zapatrywań powinien poczu­
wać się do zwrotu rzeczy podarowanej, jeżeli nie może odpowie­
dzieć wymaganiom ofiarodawcy. Na cofnięcie darowizny zaś lub
odbieranie rzeczy podarowanej bez ważniejszych pobudek patrzy
lud krzywem okiem, a o tego rodzaju dobrodziejach wyraża się
zwykle z przekąsem. Przyznaje wszelako ofiarodawcom prawo ko­
niecznego cofnięcia darowizny i odebrania rzeczy darowanych,
jeżeli obdarowani nietylko żadnej wdzięczności dla nich nie oka­
zują, ale, co gorsza, robią im krzywdę, obmawiają, oczerniają,
szydzą i dopuszczają się wobec nich czynnej zniewagi.
i) Z a m i a n y .
Nadrabianie zamieniają między sobą tak rzeczy ruchome, jak
i nieruchome; pierwsze częściej, drugie bardzo rzadko. I tak za­
mieniają najczęściej płody rolne, różne drobniejsze rzeczy, jaja
i drób, mniej zaś sprzęty gospodarskie i bydło (zwykle za do­
płatą), a najrzadziej grunta i budynki (także za dopłatą).
Zamieniający się pomni na przysłowie, że „nie dobrze jest
kupować kota we worku“, zazwyczaj oglądają dokładnie przedmiot,'
który w zamian za swoje rzeczy dają lub biorą. Ale znajdują się
także tacy „lekomyśnicy“, którzy, nie oglądając przedmiotu, robią
zamiany na „chybiuł trafiuł“.
Przysłowie „kupiuł kota we worku“ wzięło swój początek
od zdarzenia, jakie miał „mądry Maciuś na jarm aku“. — Przez
długi czas nabycie krowy pochłaniało wszystkie myśli i marzenia
Maciusia. Skutkiem tych marzeń była jego podróż do miasta
IB

186

J.

ŚW IĘTEft.

[207]

z wałkiem płótna na sprzedaż. Oddał go mieszczuchowi za cielę,
zawiązane we worku dla „płochliwości“. To tez nie dochował się
Maciuś upragnionej krowy z owego cielęcia. Cieliczka bowiem po
przyniesieniu jej do domu, wypadając z worka na świat, zamie­
niła się w kota.
Podobnego rozczarowania doznał jeden żyd, który nabył od
chłopa psa za lisa we worku. Chłop zatarł ślad za sobą, podawszy
żydowi fałszywie swoje nazwisko, tudzież nazwisko wsi, z której
miał pochodzić. Żyd odkrył chłopski podstęp dopiero po przybyciu
do domu. Nie mogąc przeboleć straty, wybrał się w następny
czwartek do Bochni, a poszukując pomysłowego wieśniaka, pytał
ludzi na rynku stojących:
„Cy nie widzieliście tu chłopa z Cisa,
Co go sprzedał psa za lisa?
Nazywa ón sie Kowiorek;
Powiedzcież mu: niekze se przydzie po worek“.
Zamianę można cofnąć: jeżeli jest nierzetelna i nieuczciwa;
jeżeli osoba, uważająca się za pokrzywdzoną, zrobiła ją w stanie
nietrzeźwym; jeżeli zamianę zrobiły dzieci lub osoby umysłowo
upośledzone, a rodzice lub opiekunowie nie godzą się wcale na nią.
Po zamianie cenniejszych przedmiotów następuje zazwyczaj napitek.
Płaci go ten, kto do zamiany dał pochop.
Zamiana w gospodarstwie rolnem ma ważne znaczenie. Za­
mianie zboża na siew, tudzież zamianie bydła, drobiu, jaj pod
kwokę lub gęś, czasami też i gruntu towarzyszy szczęście: „Pola
dobrze obradzają, ja k zboze zamiónione (wymarcone), gadzina sie
darzy, kury, gęsi i kacki sie nie pśnią, grunta sie poprawiają".
Szczególniej szczęści się tym, co dają pobudkę do zamiany. Ale
zadowoleni ze swego zboża, którego inni pożądają, nie dadzą pier­
wej nakłonić się do zamiany, dopóki swych gruntów nie obsieją;
inaczej „urodzaje sie popśnią“.
Nadrabianie, objawiając chęć zamiany, przystępują do rzeczy
wprost. Zamianę zamyka ostatecznie wzajemne „przybicie reki“.
Szczególniejsze zwyczaje nie łączą się z umową o zamianę. Pośred­
nictwo przy zamianie jest niezwyczajne.
j) K u p n a i sprzedaże.
Częstsze od zamian bywają kupna i sprzedaże we wzajem­
nych stosunkach. Przedmiotem kupna i sprzedaży nie mogą i nie
powinny być: koty, psy, tak starsze, jak i szczenięta, dalej woda
ze studzien i stawów do picia i pojenia bydła, ogień rozżarzony,
stawarka, z.e stawów i sadzawek, gnojówka, sadze, popiół, kamie­
nie i szuter z porzecza Raby, błoto z dróg i ulic, liście z drzew

[208j

zw y c za je

i

p o j ę c ia

187

Pr a w n e .

opadłe na wsiach, przydrożne pokrzywy i oset na „krązalinę“ dla
trzody, chwasty po zbożach i pokładach rolnych i wreszcie od­
chody ludzkie w ogólności, a bydlęce z pola. Nadto nie należy
sprzedawać wszelkich pamiątkowych podarków, pierścionków i szpi­
lek ślubnych, ubrania ślubnego, tudzież godeł religijnych, jak
obrazków, medalików, szkaplerzy i różańców, które się nabywa
od przekupni jedynie dla własnej potrzeby i użytku.
Kupna i sprzedaże we wsi własnej są rzadkie. Z drobiem,
nabiałem, a zwłaszcza z masłem i serem, spieszy zwykle wieśnia­
czka do miasta. Jajka sprzedaje we wsi przekupniom i „przekup­
kom“. Zboże wywozi się na targ, a jeżeli sprzedaje się je w domu,
to zazwyczaj tylko ćwierciami lub miarkami, po cenie z ostatniego
targu lub jarmarku. Kupując masło i ser we wsi, trzeba za nie
zwykle więcej płacić, niż na targu w mieście i to jeszcze gospo­
dyni, jeżeli wogóle zechce sprzedać, ma potem pewne skrupuły,
czy „za mało nie wziena“. Bydło, trzodę i konie, z wyrobów wła­
snych zaś płótno, sprzedają tylko po miastach, a jeżeli kiedy sprze­
dadzą je i kupią wprost z domu, to przedtem nieodzowne jest
„przetargowanie“ na jarmarku. We wsi własnej sprzedają tylko
bez najmniejszej trudności i obaw olej podczas Adwentu i Wiel­
kiego Postu (olejarze). Rozumie się, że niema tu mowy o przed­
miotach, które z natury rzeczy (jak grunt, budowle) muszą być
sprzedawane i kupowane na miejscu.
Sprzedaże i kupna, nie połączone z „wymową“, nie mogą
być odwołane. Ale bywają też przykłady sprzedaży z prawem
odkupu. Szczególniej odnoszą się one do rzeczy ruchomych, bar­
dzo rzadko do nieruchomych. I tak n. p. gospodarze gruntowi
sprzedają z początkiem zimy (przed Adwentem) siemię „konopne“
lub lniane („lane“) „olejarzom“ (chałupnikom, trudniącym się pę­
dzeniem oleju na sprzedaż) pod tym warunkiem, że oni za nadej­
ściem wiosny, kupiwszy siemię na jarm arku, odsprzedadzą je go­
spodarzom w tej samej ilości, gatunku i po tej samej cenie.
W sprzedażach drobnych rzeczy wogóle prawo odkupu ma
dość obszerne zastosowanie. Grdy chodzi o rzeczy większej war­
tości, trudniejsza jest zgoda na odkup. Jeżeli n. p. stawia który
z gospodarzy budynek, a podczas budowy zabraknie mu jakiego
odpowiedniejszego drzewa, które jednak posiada jego sąsiad, udaje
się więc do niego z prośbą o odstąpienie potrzebnego drzewa za
stosowną zapłatą. Sąsiad odmawia atoli, oświadczając, że jemu to
drzewo będzie w krótkim czasie potrzebne. Potrzebujący nie daje
za wygraną i zaleca sąsiadowi przyjęcie prawa odkupu. Nie na­
stępuje tak łatwo zgoda, ale skoro sąsiad przy świadkach otrzyma
zapewnienie, że „na piórse zawołanie“ będzie miał „swoje“ drzewo
w tym samym gatunku i po tej samej cenie lub niższej, godzi
się wreszcie po „poczęsnej“ na prawo odkupu i drzewo sprzedaje.
13*

188

J. ŚWJĘTER.

[209]

Sprzedawca, który zastrzega sobie prawo odkupu, zobowią­
zuje się do zwrotu kwoty pieniężnej, otrzymanej za rzecz sprze­
daną, natychmiast po odebraniu tej rzeczy w nieuszczuplonym
i nieuszkodzonym stanie, lub w zamian za nią innej tej samej
jakości i wartości. Kupujący, przyjmując prawo odkupu na zawo­
łanie lub w umówionym terminie, ma „stawić się w słowie“ na
czas wyznaczony, inaczej odpowiada przed sądem za złamanie
umowy. Skoro sprzedawca nie korzysta z prawa odkupu we właści­
wym terminie, kupujący nabywa pełne prawo do kupionej rzeczy.
Przy kupnie radzą Nadrabianie zachować przezorność i roz­
wagę, a to tern większą, jeżeli „ma sie do cynienia“ z handlarzami-źydami. Rzecz, którą ktoś nabywa, powinien naprzód dobrze
obejrzeć, wartość jej ocenić, a potem dopiero zapytać sprzedają­
cego, co żąda za towar. Pierwszej ceny nie należy uznawać, ale
się targować. Targowanie według ludowego pojęcia we wszystkich
okolicznościach kupna i sprzedaży jest konieczne, aby się „nie
osukać“. Gdy sprzedający zachwala przedmiot, który pozbywa,
kupujący wytyka jego ujemne strony. Sprzedający opuszcza z pierw­
szej ceny, kupujący obstaje przy swej pierwszej „obiecance“.
Sprzedający usuwa przedmiot na bok, kupujący „dokłada“. Sprzedający podaje wtedy ostatnią cenę towaru, kupujący oświadcza,
że „tyła dać ni może“, co sprzedający „zacyniuł“ i albo „dobija
targu“ albo też wychodzi z handlu lub odsuwa się od towaru. —
Sprzedający zaprasza go napowrót, kupujący wraca z udaną nie­
chęcią. Sprzedający obniża stopniowo cenę towaru, lecz widząc
wreszcie, że kupujący stale obstaje przy swej cenie kupna, a więc
że nic więcej od niego „nie wyciągnie“, godzi się wreszcie na
podaną przez niego kwotę i sprzedaje.
Takie targowanie się jest u Nadrabian pospolite, zwłaszcza
w stosunkach z żydami przy kupnie materyi na ubrania lub „go­
towych“ ubrań. Żydzi cenią towar niekiedy trzy razy wyżej nad
ostatnią cenę, za którą go wieśniak nabywa. Nadrabianin dziesięć
razy będzie wychodził z handlu, dziesięć razy do niego się wracał,
w przeświadczeniu, że tym sposobem da mu się najwięcej wytar­
gować na handlarzu-źydzie. Nadrabianie również i między wło­
ścianami istotę kupna i sprzedaży widzą w targowaniu się; rzadko
wszakże podają w tym razie pierwszą cenę towaru w nadwyżce
ponad trzecią część jego wartości. Sprzedają zresztą zwykle płody
ziemne i swe własne wyroby w zakresie gospodarstwa włościań­
skiego, a zatem nie mogą się zbyt „drożyć“ ponad zwykłą tar­
gową cenę.
Podobnie i przy kupnie i sprzedaży gruntu targowanie się
jest nieodzowne, choć w tym przypadku mający chęć nabycia
muszą się liczyć i ze współubiegajacymi się o toż samo kupno;
wskutek czego cena kupna i sprzedaży wychodzi niekiedy ponad

[810]

ZW YCZAJE

I POJĘCIA

PR A W N E,

189

wartość ziemi. Z tego powodu bywają przykłady w niektórych
wsiach nadrabskich, źe za mórg gruntu dosyć lichego płaci się
i po 700 reńskich bez oglądania się na czysty dochód, jaki może
być z tego gruntu; nabywcy kierują się wszakże tą przewodnia
myślą, „ze przecie i taka zakupizna kiej kiej sie opłaci“.
Oszukanie tak kupującego, jak i sprzedającego jest grze­
chem. Na pieniądzach przy sprzedaży nabytych przez oszukaństwo,
jak niemniej i na rzeczy z krzywdą sprzedającego kupionej „cłek
sie nie zbogaci; jak przysło, tak i pódzie marnie“.
Człowieka, który korzystając z położenia sprzedającego przez
swe targowanie się do upadłego „wylezy abo wychpi na kim
towar“, to jest nabędzie go za cenę niższą od jego wartości, za
półdarmo, oszuka — nazywają Nadrabianie „wychpigrosem, osiustem, cyganem". — Tanie kupno mienią dobrem kupnem; musi
jednak i rzecz nabyta przedstawiać stosowną wartość. Tanie k u ­
pno jest szczególniej możliwe wtedy, gdy brak kupujących, na­
bywca jest „wygńdany“ (rub. „wyscekany“) , a sprzedający po­
trzebuje natychmiast pieniędzy.
Ale i tanie kupno powinno być rzetelne. Wszelki wyzysk
krytycznego położenia sprzedającego jest grzeszny i karygodny.
Kupna za bezcen wtedy tylko nie uważają za grzech, jeżeli sprze­
dający jest „pijak i lekomyśnik“. Taki człowiek bowiem, nie zna­
lazłszy kupca między katolikami, zwróciłby się do żydów i sprze­
dałby im swe mienie „za psie piniądze“.
Sprzedający, godząc się na ostatnią cenę kupna, ofiarowaną
przez kupującego, uderza otwartą dłonią w dłoń nabywcy. Symbol
ten, oznaczający dopełnienie sprzedaży, nazywa się „ p r z y b i ­
c i e m t a r g u “. — Po odebraniu pieniędzy za rzecz sprzedana,
sprzedający rzuca kilka centów do kapelusza nabywcy „na
sceście“.
Zwróciłem już uwagę na przesądne praktyki przy sprzedaży
bydlęcia w „Ludzie Nadrabskim“ (str. 562); tu muszę jeszcze
zauważyć, źe niektórzy „cieleciarze“, nabywszy cielę na rzeź, w y­
rywają z niego nie do „piątego“, ale do „szóstego raza“ po szczyp­
cie sierści, (rwąc na każdą szczyptę po trzykroć), a za każdym
razem wymawiają te słowa: „Na ser! na masło! zęby sie krówka
dobrze pasła! zęby nie rycała! zęby duża mleka dawała! zęby
sie polowała!"
Każde dobre kupno lub każda dobra sprzedaż rzeczy wię­
kszej wartości zobowiązuje do „pocesnej“. N. p, kto grunt dobrze
sprzedał lub dobrze kupił, ma „ucestować“ kupiciela lub sprze­
dawcę, tudzież wszystkich, którzy przy zawarciu kontraktu kupna
i sprzedaży są świadkami.
Koniecznym dodatkiem do rzeczy sprzedanej jest uździenica
do koni; powróz do krowy, kozy; powrózek do świni. Dodatek

190

J. ŚWIĘTEK.

PU]

ten wnosi poniekąd szczęście dla dobytku w dom nabywcy; brak
tęgo dodatku naraża na straty w stajni, a przynajmniej na to, że
kupione bydlę lub trzoda „jeś nie bedzie kciało“. (Zresztą por.
„Lud Nadrabski“ str. 562).
Nadrabianie za rzeczy mniejszej wartości, nabywane we wła­
snej wsi lub we wsiach sąsiednich, płacą albo pieniędzmi albo
płodami w naturze. Zależy to od umowy między sprzedającym,
a kupującym. — Góralom, którzy w tutejszych wsiach (szczegól­
niej dawniej) rozwożą naczynia kuchenne i rozprzedają, płacą
Nadrabianie za miski i garnki gliniane przeważnie zbożem. Górale
żądają zwykle za miskę lub garnek tyle ziarna: żyta albo psze­
nicy, ile tego zboża zmieści się w sprzedawanem naczyciu.
Nadrabianie spłacają też niekiedy część umówionej kwoty
za nabyty grunt odpowiednią ilością zboża.
Podbijanie ceny uważa lud za potrzebne, bo gdzie niema
współzawodnictwa, tam trudno o sprzedaż równą wartości przed­
miotu. Złą wolą zresztą nie może się kierować „podkupiciel“, który
rzeczywiście nabywa rzecz, jako przedmiot kupna i sprzedaży.
Podbijając jej cenę wobec innych, musi mieć przeświadczenie
o jej wartości, bo jego własny jest w tern interes. Podbijanie ceny
gani się tylko temu, co nie ma zamiaru nabycia przedmiotu sprze­
daży, a podnosi jego cenę, aby od kupujących „jak nawiecy wy­
ciągnąć, a nagnać do kieseni* sprzedającemu.
Przed otrzymaniem pieniędzy nie godzi się odbierać rzeczy
już sprzedanej, chyba, gdy się przekonano, że kupujący podstępnie
wywołał nizką cenę sprzedaży, lub, gdy nabywca narzęka na złe
kupno, a sprzedawca ma o tern przeciwne zdanie.
Stargowawszy jakąś rzecz, której nie zabiera się ze sobą
zaraz, a tern samem i nie płaci, daje się „ z a d a t e k “ sprzedawcy.
.Zadatek ma być rękojmią dla sprzedającego, że kupujący nie zrobi
mu zawodu przez zaniechanie kupna. N. p. starguje kto siano na
łące jeszcze „niezesiecone“, koniczynę na zagonie lub kawałek
gruntu, daje sprzedającemu po zawarciu umowy zadatek na pe­
wność, że od kupna nie odstąpi w stosownym lub oznaczonym
czasie; sprzedający nie może też potem o stargowaną własność
wchodzić z kim innym w układy.
Skoro kupujący nie zgłasza się do kupna stargowanej rzeczy
lub nie może w oznaczonym terminie zapłacić umówionej kwoty,
zadatek jego przepada. Gdy zaś umowę zerwie właściciel stargo­
wanej rzeczy, kupujący żąda zwrotu podwojonego zadatku. —
Dlatego właśnie po stargowaniu rzeczy większej wartości n. p.
gruntu, zazwyczaj obie strony składają zadatek w ręce osoby obcej
celem pewności w dotrzymaniu umowy. Ta też osoba rozporządza
podwójnym zadatkiem według powyższego prawidła, skoro jedna
ze stron zerwie układ kupna i sprzedaży.

[212J

ZW YCZAJE

I POJĘCIA

PR A W N E .

191

Ale jak w innych, tak i w tym wypadku są różne zastrze­
żenia po zadatkowaniu rzeczy stargowanej. Sprzedający n. p., bio­
rąc zadatek, „wymawió se“, że wtedy kupujący może żądać od
niego zwrotu podwojonego zadatku, gdyby stargowaną własność
sprzedał komu innemu; skoro zaś zatrzyma ją dla siebie, kupu­
jący ma zadowolić się zwrotem własnych pieniędzy zadatkowych,
tudzież kosztów poczęstunku, jeżeli je poczynił. Niekiedy znowu
przez zwrot zadatku przynajmniej w dwóch dniach po stargowaniu
rzeczy uważa się sprawę za załatwioną i niebyłą. Bywa to zwła­
szcza wtedy, gdy sprzedaż zależna jest od osoby trzeciej.
Zadatki daje się też rzemieślnikom, u których zamawia się
pewne roboty. Dają one im zapewnienie, że zamówioną rzecz na­
będzie się po wy konaniu. Toż samo odnosi się i do gospodarzy,
u których targuje się zboże „na pniaku“. Zadatek daje im gwarancyę, że zboże to kupi się od nich zaraz po omłocie i to po
umówionej cenie.
W obu tych razach zwraca „zadatkowany“ natychmiast za­
datek, skoro nie może dotrzymać umowy. Podwajanie zadatku
nie jest w zwyczaju wśród podobnych okoliczności.
Wobec późniejszego spostrzeżenia braków i wad w rzeczy
sprzedanej, nabywca albo zwraca ją sprzedawcy, żądając zwrotu
ceny kupna, albo też, zatrzymując rzecz, domaga się od sprze­
dawcy, aby własnym kosztem usunął jej braki i wady lub odpo­
wiednio go wynagrodził. Ale załatwienie tej sprawy w podobny
sposób tylko wtedy nie natrafia na większy opór sprzedawcy,
jeżeli nabywca przed przybiciem targu poczynił pewne zastrzeże­
nia („wymówiuł se“).
W braku takiej „wymowy“ zależy to już od woli sprze­
dawcy, czy zechce przyjąć rzecz wadliwą za zwrotem ceny sprze­
daży lub odszkodować odpowiednio nabywcę za wady i braki. —
Obowiązany bowiem do tego nie jest, a „kozdy powinien se do­
brze wy miarkować, co kupuje i jak kupuje“.
Tą zasadą się kierując, zastrzegają sobie niektórzy przy
większym kupnie, już po zapłaceniu znaczniejszej części z umó­
wionej kwoty, spłacanie reszty na rozpłaty („na raty“). Tym spo­
sobem „trzymają za rękaw“ sprzedawcę, jeśliby później spostrzegli
braki i wady w rzeczy nabytej; mogą mu tedy ukrócić rozpłaty
lub w miarę strat ograniczyć albo też po odebraniu uiszczonych
rozpłat zwrócić mu rzecz kupioną.
Sprzedaże na rozpłaty („raty“) dochodzą do skutku i w tym
wypadku, gdy nabywca nie może zapłacić całej kwoty kupna
i sprzedaży po zawarciu umowy.
Sprzedaże rzeczy nieruchomych, szczególniej wspólności ma­
jątkowej małżonków, czy to przez męża czy przez żonę, zależne
są zazwyczaj od zgody drugiego małżonka. — Część sierocióskiego

192

J . ŚWIATEK.

[213]

majątku wtedy tylko sprzedana być może przez matkę i opiekunkę
małoletnich, a administratorkę tego rnajatku, dla zaspokojenia cią­
żącego na masie spadkowej długu, gdy współopiekun i władza
opiekuńcza udzielą jej na to swego pozwolenia.
Sprzedaże rzeczy ruchomych z reguły nie wymagają zgody
osoby trzeciej. Pojęcie ludowe każe obu stronom małżeństwa iść
ręka w rękę przy sprzedaży rzeczy ruchomych większej wartości,
jak n. p. koni, krowy, trzody lub większej ilości zboża.
Rzecz, która się podzielić nie da, można sprzedać tylko
jednej osobie. Rzadkie też są wypadki sprzedaży tej samej rzeczy
kilku osobom. Pierwszeństwo do takiej rzeczy przyznaje się pier­
wszemu nabywcy, późniejszym ma sprzedawca zwrócić cenę sprze­
daży, a nadto powinien taki „osiust, cygan i machlórz“ odpowia­
dać przed sądem za przestęstwo. Inna sprawa, gdy do tej samej
rzeczy rości sobie pretensyę kilka osób i każda sprzedaje ją komu
innemu. Wówczas zatrzymuje rzecz ten, kto ją nabył od praw­
nego właściciela. W ypadki te zdarzają się wśród zatargów rodzin­
nych o spadek. Nieprawni sprzedawcy zwracają cenę sprzedaży
nabywcom, skoro nie mogą oddać im stargowanej i naprzód za­
płaconej rzeczy.
Od osób, podejrzanych o kradzież, nie należy nic kupować.
Któ świadomie kupi skradzioną rzecz, musi ją oddać właścicielowi
bez odszkodowania, skoro wykryje się przestępstwo. Bywa nawet
uważany za spólnika złodzieja. Ale i mimowolny nabywca skra­
dzionej rzeczy nie może się za jej zwrotem domagać odszkodo­
wania od prawnego właściciela, skoro sprawcę kradzieży ujęto. —
O tę stratę ma się upominać złodziejowi na drodze sądowej. —
Jeżeli sprawcy kradzieży nie wykryto, ponoszą szkodę do połowy
właściciel i mimowolny nabywca skradzionej rzeczy. Jest to kara
dla nabywcy, który, kupując rzecz za bezcen, jakto zazwyczaj
bywa w takich razach, powinien nabrać przekonania, że kupuje
ją od złodzieja.
Nawet dla wykupienia rzeczy skradzonej z rąk osoby trze­
ciej w równej mierze przyczyniają się mimowolny nabywca i prawny
właściciel, skoro złodziej nie wykryty.
Nadrabianie zalecają trzeźwość podczas kupna i sprzedaży.
Mimoto ma swoją" ważność sprzedaż rzeczy ruchomych, zrobiona
po pijanemu na targach i jarmarkach. — W tym stanie jedynie
.sprzedaż majątku nieruchomego może być zakwestyonowana na
drodze prawa i uzyskać uznanie nieważności. Dla stwierdzenia
stanu pijanego sprzedawcy jest wszakże niezbędne świadectwo
osób trzecich, które nadto mają wykazać, że sprzedany po pija­
nemu dom, grunt lub inwentarz żywy, należący ściśle do gospo­
darstwa, daleko wyższą wartość przedstawia, niż cena sprzedaży.
Również potrzebny jest ze strony sprzedawcy dowód, że nigdy

[214]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

193

przedtem nie układał się z nabywca o kupno i sprzedaż zakwestyonowanego mienia, a jeżeli wogóle miał zamiar sprzedaży, to
w każdym razie pod korzystniejszymi warunkami.
Za moment wejścia w posiadanie uważa się zawarcie umowy,
a właściwie chwilę zapłacenia umówionej ceny na rzecz nabyta
bądź w całości, bądź częściowo.
W okolicy tej nie było dotąd przykładu kupna większej
własności ziemskiej wskutek parcelacyi.
Sprzedając zaś znaczniejszy obszar gruntów włościańskich,
Nadrabianie bardzo rzadko znajdują jednego nabywcę na cały ten
obszar. Zazwyczaj wysprzedają go kilku nabywcom „płóskami“
(niwami), „stajonkami“ (2/3 morgi) lub „połówkami" (1/3 morga),
tudzież morgami albo „korcami“ (2/3 morga), umawiając się za
każdą taką część własności z osobna.
Uważam za stosowne podanie formy targowania się wśród
ludu, jako przykładu przejętego mniej więcej dosłownie od targu­
jących się Nadrabian na jarm arku w Bochni z r. 1892.
Przy kupnie i sprzedaży zboża:
„Co to macie na sprzedaj? — mówi mający chęć nabycia,
zbliżając się do gospodarza, który stał przy odkrytych dwóch
workach żyta na rynku.
— Nie widzicie to, co mam... Przecie widzicie.
— A widzę — żytko to, widzę, żytko... Ale jakieś to mikłe —
mówi kupujący, nabierając w garść ziarna — ni to na jadło, ni
na sianie... A co to kcecie, gospodarzu, za korzec takiego ziarna?...
— Dziewięć ryjskich dwie szóstki — odpowiada z uśmiechem
na ustach sprzedający.
— E... to dużo... (potrząsa głową kupujący) — a nie udaje
mi sie... Mozebyście tak wzieni osiem ryjskich...
— Nic to z tego! Mnie juz dawali osiem ryjskich i pięć
szóstek, a ja nie kciał... z bożą pomocą to może lepij sprzedam
jesce...
— Ano, to wielazbyście wy kcieli na prńwde ? — powiedźcie.
— No, powiedziałem wam przecie... i nie myślę wam opuścić...
— Ale kęjbyście tam ni mieli puścić, gospodarzu, jak nik
wiecy nie da... Wińcie co — weźcie osiem ryjskich dwie szóstki —
przecie tyła. bedzie doś — żyto cienkie...
— Ale gadam w&m, ze nie pusce od tego, com wyrzek..,
Zyto jest grube dosić, jądrzne, skórkę mń cienką, bo z dobrego
gruntu, na chleb darne... Nie stracicie... powiedam wam.
— To i wielazbyście wy naprawdę kcieli? Dziewięć ryjskich
dwóch szóstek nie dam...
— A wielazby? — dziewięć ryjskich i weście se żyto...

194

J. ŚWIĘTEK.

[215]

— Nie pletlibyście, nie pletli... tyła wam nik nie dd... Jak
kcecie, weśeie osiem ryjskich piec szóstek — bo mi sie i spiesy,
baba kazała, mi sie na jedny nodze do chałupy wracać, bedzie
swarzyć, jak nierychło przyde... a wy sie zgodzić nie kcecie..
(uśmiecha się ciągle).
— Ja do zgody, jak ryba do wody, ale nie trza być takim
sknórą, jageście wy, choć ato i na to nie wyglądacie. Dejcie tyła,
co zadam i niek juz raz bedzie zgoda miedzy nami.
— Jak tak bedziecie wciąż gadać, to skoda i dłuży stać
przy was... Cynicie duża, a ja tyła dać ni mogę, bo i nie wńrta.
Dzisiak nie takie drogie żyta, to może i kejindzij kupie.
— Cha! jak kupicie, to kupicie; ja was tam i nie przyniewolam. Zyto moje jes ładne — to może sie intsy kupiec znajdzie,
co da tyła, co ja kceu.
Kupujący odchodzi kilka kroków, przystaje, namyśla się
nieco, a potem zrobiwszy pół obrotu w stronę sprzedającego, woła:
— „A co! bedzie tyła, co daje?
— Nie bedzie!
— A osiem ryjskich sześć szóstek nie bedzie?!
— No, wróćcie sie ino! Mozę sie jako i pogodziwa“...
Kupujący wraca; sprzedający jednak i nadal obstaje przy
dziewięciu reńskich; po chwili dopiero targowania się „spusca“ na
ośm reńskich dziewięć szóstek:
— „A od tego ani rus — nie pusce“.
Mimoto, gdy kupujący zabiera się znowu do odejścia, sprze­
dający obniża cenę na ośm reńskich ośm szóstek, zachwalając po­
nownie gatunek i wartość żyta.
— „Weśeie osiem pósiodmy szóstki; — wiecy nie dam —
mówi kupujący stanowczo. — Bedzie?! nie? — niek juz raz od
was odydę abo kupie...
— Ano to idźcie z Bogem, bo za te piniądze nie sprzedam...
Ale jesce wam pusce naostatek... Jak kcecie, to bierzcie, a nie,
to nie... Dacie osiem póosmy szóstki ?...
— Nie dam... Jak kcecie, to wam dam osiem pósiodmy
szóstki...
— Dejciez juz równe osiem i siedem szóstek i weśeie se żyto.
Nie dam, bom se juz tak umyśluł, ze osiem pósiodmy szóstki
ostatnie słowo... Jak kcecie, to bierzcie, co daje... Zyto mikłe —
nie warta nawet tyła.
— Co nie warta? W arta ono i wiecy, bo jądrzne i dobre,
ale co mam s wami robić... Weśeie go juz za te osiem pósiodmy
szóstki, bo stoję i stoję — a rano mi wiecy dawali"...
Kupujący uderza w dłoń sprzedającego, dobywa z kieszeni
pieniądze i płaci za jeden worek żyta, po który w pół godziny
potem wozem zajeżdża.

1216J

ZWYCZAJE 1 POJĘCIA PRAWNE.

195

Przy kupnie i sprzedaży konia:
„Cyjaz to ta śkapa? — zapytuje wieśniak z Łapczycy go­
spodarza z Kłaja, trzymającego na uździenicy konia na sprzedaż
na „końskim rynku“.
— Naprzód boska, a potym moja -- odpowiada Kłajak.
— Na sprzedaj ją macie, sąmsiedzie, na sprzedaj?... Ale to
widać jakaś starowina — nie wielga ś nij bedzie pociecha. (Przy­
patruje się z uwagą, pochyliwszy się ku nogom konia). Łogawa,
widzę, łogawa... Mozę schwaciła nogę, abo była odgnieciona... —
Widać ona sie i zacina... Bieda to jakaś... Zęby to choć zryć
kciało...“
Widocznie te uwagi Łabiaka dotknęły właściciela konia, bo
urażony odezwał się:
— Jak macie kupować, to kupujcie, a nie wygadujcie, bo
to sie na nic nie przyda. — Kobyła jak sie patrzy, mocną, robi
w polu dobrze, nie psuje... Żebym ja miał cym tyła koni chować,
co ich mam w chałupie, jak ni mam cym, nie postałaby tu moja
noga na jarm aku s tak dobrym koniem, nie postała — nie sprze­
dawałby ja ji, nie sprzedawał. Ale co robić, jak siana zacyna
brakować i słomy na sieckę niewiela...
— A jakże wam na imię gospodarzu?
— Jan... A wńm jak ?
— Ano mnie tak, jak Wojtkowi. — A co kcecie za te wasą
wychwaloną kobyłkę, Janie ?
— Nie duża, W ojciechu, nie duża, bo ino sześdziesiąt
ryjskich...
— Ale, co gadacie, Janie?! Sześdziesiąt ryjskich?! Cyście
sie opili, cy co, cy tyz se mnie chpicie?! Chtoby wam tyz dał
tyła za taką starowinę? Jako żywo niodkogo nie dostaniecie tyła,
chyba ze mnie włosy tu ato na dłoni urosną... Ale ja kupie tego
wasego konia, Janie, gadajcie ino inacy.
— A cóbyście wy dali ?
— Ja (namyśla się)... dńłbym, Janie, kupa piniędzy, bo jaze
śtórdzieści papierków. No, jakże bedzie tyła dosić...
— O nie dosić... (uśmiecha się). Musicie, Wojciechu, jesce
sporo dołożyć. — J a wam, prawda, trocha spusce, ale nie wiela...
Jak kcecie, to wńm d£m te kobyłkę za piejdziesiąt osiem, a inacy
to ani sie nie zapądzajcie. Kobyłka, prawda, starsa, bo starsa, ale
co juz do roboty, to jedyna... Nie psuje i dobrze w polu robi...
Jak ją kupicie, to bedziecie mi za nią jesce kiej pieknie dzię­
kowali.
— Dobrze wam sie tak gńda, Janie, ale duża kcecie... Ja
piejdziesiąt osiem nie dam, boby i baba na mnie swarzyła i kobyła
nie wartń ty ła ... Jak kcecie za nią śterdzieści piec, to niekze
i bedzie.

196

J.

ŚWIĘTEK.

[217]

— Śtórdzieści pięć nie bedzie — to ani mi nie gadajcie...
Jesce wam jednego papićrka pusce, ale juz od piejdziesieciuf
siedmich nie ustąpię... Kcecie, to bierzcie, a nie, to nie...
— Ale cobyście tam, Jńnie, g a d a li... Tacyście^ drodzy...
(Ująwszy dłoń sprzedającego, uderza w nią własną). Sterdzieści
sześ ryjskich bedzie?!
Właściciel konia, potrząsając głową, daje nieme zaprzecze­
nie. — Rozpoczyna się dobijanie targu; kupujący coraz natarczy­
wiej uderza w dłoń sprzedającego.
— Sterdzieści siedem bedzie?! Nie?
— Nie bedzie...
— A wićlaz?
— Piejdziesiąt siedem...
— Ale puście, Janie! — Sterdzieści osićm!
— Nie bedzie i tyła...
— No, a wiólaz?! — Sterdzieści dziewięć?
— I to nie.,.
— Piejdziesiąt równe? Wiecy nie dam .. Bedzie? Nie be­
dzie? — bo ide...
— Ano to idźcie; ja was nie trzymam. Kobyły wńm nie
dam za mnij, jak za piejdziesiąt sześ... Patrzcie, jaka óna ładna —
wygląda kieby ulana, chociaż tam trochę i w latach...
— To tyz i piejdziesiąt ryjskich ładne... A co bedzie piej­
dziesiąt? jak daje. — Nie?
— Ale nie bedzie, mówię wam, Wojciechu, darmo waso
gadanie...
— To wićlaz? — powiedźcie rńz...
— Ady przecie wam gadam: piejdziesiąt sześ...
— Ależ nie bądźcie, tatusiu, kamióniem! Zgódźcie sie...
Piejdziesiąt?
— Nie... Ale dejcie juz piejdziesiąt pięć, kieście juz tacy
uparci...
— Nie dam i tyła... Piejdziesiąt nie kcecie, to. se śkape
i dalej chowajcie; póde kejindzij lepsego sceścia sukać...
— Ano to idźcie z.BogemL. Mozę i na moją kobyłę lepsy,
jak wy, zn&jdzie sie kupiec...
Kupujący odchodzi; gdy go jednak sprzedający nie woła
napowrót, wraca się i pyta:
— No, nie bedzie piejdziesiąt?
— Mówiułem wam przecie, ize nie — odpowiada zagadnięty
z pewnym odcieniem niechęci. — Po co sie wracacie?...
— To może piejdziesiąt i piec szóstek nałożę.
— Ale dejciez mi juz spokój i nie przewracajcie mi w gło­
wie... I tak wam juz duża puściułem.
— No to weście piejdziesiąt jeden...

[218]

ZWYCZAJE POJĘCIA I PRAWNE.

197

K łajak daje głowa znak zaprzeczenia.
— A piejdziesiąt i dwa?
— I to nie!...
— A wielaz?...
— Piejdziesiąt i piec.
— I to o te trzy ryjskie tak wam chodzi, ize sie se mną
tak handrecycie? .. Sknera s was, widać, jaze wam w garzci piscy... Wy nie stracicie, bo na swoim, a ja płace, ale nie wiem,
za co...
— O trzy ryjskie mi nie chodzi, ale kobyła warta.
— W arta, nie warta — piejdziesiąt trzy bedzie?
— Nie bedzie...
— No, jesce jedno, a jak nie, to ide... Piejdziesiąt śtóry
bedzie ?
— Nie, nie wezne.
— Ano, kiej nie weźniecie, to se ją wiedźcie do chałupy:
bo wiecy wam nik nie da, a j& nie kupie, kiej i o ten głupi
ryjski nie kcecie sie zgodzić.
Zabiera się do odejścia; powstrzymuje go wszakże po chwili
namysłu sprzedający:
— No, to juz wam ją sprzedam za te piejdziesiąt śtóry ryjskich: dejcie rękę, niek dobijewa targu i wiedźcie, ize nie będzie­
cie żałowali, żeście od Kłajaka kobyłę kupili“.
Zwarły się zatem dłonie kupującego i sprzedającego na znak
zgody, poczem nabywca dosiadł klacz i „przejeżdżał sie“ na niej
po drodze przez kilka minut, do wozu ją „zakładał“, a wreszcie,
przekonawszy się, że „dobra“, przystąpił do sprzedawcy i oświad­
czył: „Co bedzie, to bedzie, na wolą boską płace“.
Po odliczeniu ugodzonej kwoty, nabywca, trzymając na
uździenicy kupioną kobyłę, zażądał od sprzedawcy, aby mu „wyrzuciuł na sceście na wsyćkie śtóry nogi“.
Sprzedawca wszakże wzbraniał się, czy droczył chwilowo,
aby temu żądaniu zadość uczynić w całości, dając naprzód tylko „na
jedne nogę", potem na dwie, trzy, cztery stopniowo po dwa centy,
wreszcie jednak, gdy nabywca konia obstawał stanowczo przy
swojem, „wyrzuciuł mu na wsyćkie śtóry nogi po śtóry centy“.
W godzinę potem wyszedł nabywca konia ze sprzedawcą
z szynku, gdzie „oblewał“ kupno.
Podobna forma targowania się jest zwyczajna i przy sprze­
daży bydła rogatego i trzody.
Przy kupnie i sprzedaży gruntu sprawa postępuje czasami
lepiej, czasami gorzej. Zależy to i od usposobienia interesowanych
i od liczby zgłaszających się do kupna. Targowanie między wła­
ścicielem gruntu, a mającym chęć nabycia, rozpoczyna się zwykle
od napitku kosztem kupującego. Gdy „kupców“ jest więcej, ku­

198

J. ŚWIATEK.

[219]

pujący może być pewny, że znaczniejszą kwotę musi wydać na
kupno gruntu, niż wśród odmiennych okoliczności. Sprzedający
bowiem ufny w to, zwykle z każdym dniem przez czas. wysta­
wienia swej ziemi na sprzedaż „podnosi sie w górę“. Kupujący
starają się dobrze dla siebie usposobić sprzedającego jużto czę­
stym poczęstunkiem, dogadzaniem jego życzeniom i przyzwyczaje­
niom, zachciankom nawet, już też darami w naturze, a okazywa­
niem mu życzliwości i przyjaźni na każdym kroku, rozumie się,
udanej. Tym sposobem ułatwiają sobie kupiciele zadanie, bo wobec
wielu gospodarzy, zgłaszających się do tego samego kupna za te
samą cenę, ci odnoszą zwycięstwo, którzy pochlebstwem i darami
potrafili sobie ująć właściciela. Ale i w braku innych nabywców,
właściciel gruntu, ujęty uprzedzającą grzecznością kupującego,
chętniej daje się nakłonić do zgody, łatwiej „opusca“ z ceny
i dobija targu, choćby nawet przez czas niejaki nie przystawał
na kwotę ofiarowaną i z dnia na dzień sprzedaż odwlekał, podając,
że ktoś inny „wiecy mu daje“.
W przecięciu cena ofiarowana wynosi 8O°/0 ceny żądanej. —
Przez kupno ze szczęśliwej ręki rozumie lud to, z którem
ma wchodzić szczęście do domu nabywcy. Zwierzęta, kupione ze
szczęśliwej ręki, „dobrze sie chowają“, zboża, ziemniaki i różne
jarzyny dają smaczne pożywienie, zasiane zaś lub zasadzone przy­
noszą obfity plon nabywcy.
Największej wziętości wśród Nadrabian zażywają targi w Bo­
chni, odbywające się w każdy tydzień we czwartek. Co do zna­
czenia następują potem targi w Niepołomicach (w każdy wtorek
tygodnia), a wreszcie targi w Gdowie (co trzeci wtorek).
Na targi wywożą wieśniacy nadrabscy zboże i wszelkie płody
polne na sprzedaż; tam je też kupują. Kobiety sprzedają nabiał,
drób, jajka, płótno, a natomiast nabywają różne materye i pło­
ci enka na ubrania. Prócz tego kupują na targach różne sprzęty
domowe i gospodarskie, naczynia kuchenne, narzędzia rolnicze,
różne materye na ubrania i gotowe ubrania, obuwie, okrycia na
głowę, chustki i tT p.
Lud nadrabski rozróżnia targi „dobreu i targi „kiepskie“.
Przez targi k i e p s k i e rozumie te, na których wskutek przypa­
dających świąt żydowskich brak żydów, a stąd sprzedaż i kupno
towarów wywożonych do miasta postępuje żółwim krokiem. Na
targach kiepskich mało się też ludu znajduje. Wieśniak wybiera
się na nie prawie tylko pod naciskiem koniecznej potrzeby sprze­
daży lub kupna zboża. Za to targi „dobre“ są nader ożywione;
nie brak bowiem na nich żydów, w których rękach spoczywa
prawie cały ruch handlowy.
Podobnie jak targi, są i jarmarki najsilniejsze w Bochni. —
Z wyjątkiem jednego nie ciągną się one wszakże dłużej nad dzień

[220]

zwyczaje

i Pojęcia Praw ne .

199

jeden. Na wszystkich sprzedaje się bydło i konie; również i w Nie­
połomicach ; w Niegowicach zaś tylko bydło i trzodę. We Gdowie
jarmarków nie bywa.
Jarm arki te przypadają:
a) w Bochni: *2. stycznia w poniedziałek po niedzieli mięsopustnej ;
w poniedziałek po 3. niedzieli postu na konie i bydło aż do piątku ; potem jar­
mark w każdy czwartek tygodnia aż do piątku po Wniebowstąpieniu Pańskiem;
w piątek po Bożem Ciele: 22. i 30. czerwca; 22. lipca; 10. sierpnia; w ponie­
działek po Podwyższeniu św. Krzyża; w poniedziałek po św. Różańcu; 11. i 25.
listopada. Jeżeli który jarmark przypadnie na sobotę, niedzielę lub dzień świą­
teczny. odkłada się na następny poniedziałek lub dzień powszedni.
b ) w Niepołomicach: 7. stycznia; 24. lutego; 4. marca; w poniedziałki:
przed środą popielcową; po niedzieli Palmowej; po św. Trójcy; 24. czerwca;
26. lipca; 24. września; 4. i 13. listopada.
c) w Niegowicach : co czwartą środę w miesiącu.

Jarm ark na „środopoście“ w Bochni nazywają Nadrabianie
„nastarsym“ i zalecają tak małym, jak i dużym iść na niego „do
zapisu“.
Dawniej był w okolicy nadrabskiej dość silnie rozpowszech­
niony zwyczaj jar markowania, t. j. chodzenia na jarm ark bez po­
trzeby i celu lub też niekiedy dla przetargowania bydlęcia. Dziś
ten zwyczaj (w miarę utrwalania się wstrzemięźliwości od gorących
napojów) coraz więcej znika. Lud, nauczony doświadczeniem, czę­
ściej się już liczy ze stratą czasu i ze stratą pieniędzy, jaką za
sobą pociągają jarm arki i targi, i przeważnie wybiera się wozem
do miasta wtedy, gdy ma znaczniejszy zapas zboża sprzedać lub
załatwić pilne, a większe kupno.
Drobną sprzedaż i drobne kupno n. p. nabiału, drobiu, chu­
steczki, kapelusza, płócienka, czapki, garnka, a czasem nawet
i cięższych rzeczy, załatwiają już członkowie rodziny, udając się
„na piechty“ na jarm ark, mimo, że w domu nie brak koni.
Na targach i jarmarkach stykają się bliżsi i dalsi ze sobą,
zawierają między sobą znajomości, porozumiewają się w różnych
sprawach osobistych i gospodarskich, wymieniają między sobą
wzajemnie swe myśli i zapatrywania, a śledząc poniekąd i ruch
na polu gospodarstwa i uprawy roli, jak niemniej i na polu wy­
doskonalenia narzędzi rolniczych, czerpią stąd wzory, pouczają się,
a zatem odnoszą pewne moralne i materyalne korzyści. Stosują
bowiem i z miejsc targowych wyniesioną naukę w gospodarstwie.
Na jarmarkach i targach skupia się cały ruch handlowy wieśnia­
czy. Tu zbywa rolnik swe polne płody, tu sprzedaje swój dorobek
bydlęcy, tu za pieniądze ze sprzedaży uzyskane nabywa rzeczy,
w domu i gospodarstwie mu potrzebne. Na jarmarkach i targach
wieśniak ubogi za grosz zarobiony załatwia kupno artykułów spo­
żywczych, a, schodząc się z ludźmi z różnych stron, dowiaduje się

200

J. ŚWlĘTKK.

[221]

nawet dość często o możności zarobku w dalszych lub bliższych
okolicach.
Takie to korzyści przeważnie odnosi dziś lud nadrabski
z targów i jarm arków; a trzeba mu oddać tę sprawiedliwość, że
obecnie bez porównania więcej wyzyskuje ich dobrą stronę, niż
ujemną. Grdy dawniej liczne gromady Nadrabian spotykało się
w czasie jarmarków i targów po miejskich szynkowniach, tracące
czas i grosz ciężko zapracowany na pijatyce, a poza szynkiem
w mieście i po drogach widziano chłopów i kobiety, zawracają­
cych się pod wpływem alkoholu i zawodzących niedorzeczne pieśni,
dziś po większej części trzeźwi i przed wieczorem wracają wie­
śniacy z targów i jarmarków do domu. Dawniej zdarzało się nie­
jednokrotnie, że Nadrabianin, któremu w mieście trafiła się „dobra
kompania“ albo „okazya“, przepił i ostatni grosz ze znaczniejszej
kwoty, uzyskanej na jarmarku za sprzedaż zboża lub bydła
i z gołemi rękami „pijany, jak nie boskie stworzenie“ wracał do
domu, wnosząc doń swar, kłótnie i bójki; dziś nawet z większej
sumy pieniężnej czasami nie uroni na jarm arku i centa „po pró­
żnicy“, ale, porobiwszy niezbędne sprawunki, śpieszy czemprędzej
do svroich, aby wspólnie z nimi jąć się daiszej pracy na zagonie.
Dawniej za jarmarkowaniem szły majątki gospodarskie na sprze­
daż lub w zastaw za nizkie ceny, dziś nawet na jarm arku pra­
cuje wieśniak myślą nad uczciwym sposobem przysporzenia mienia.
Dawniej jarm arki i targi wytwarzały opilstwo, niezgody domowe,
bójki, kłótnie, zatargi sąsiedzkie, tudzież zepsucie obyczajów, dziś
wieśniak, pokazując się na jarm arku lub targu, więcej z potrzeby
niż dla rozrywki, wraca zazwyczaj trzeźwy i spokojny do domu.
i) S t o s u n k i

sąsiedzkie.

Symbolami, oznaczającymi granice cudzej własności, są
m i e d z e , p ą d o r k i (wąskie miedze), k o p c e , k a m i e n i e ,
d o ł k i , p a l e , p ł o t y , p a r h a n y i d r o g i Miedza jest za­
zwyczaj wspólną własnością sąsiadów, którzy też mają równe pra­
wo pasania na niej bydła i żęcia trawy. Rzadko uprawia się trawę
na miedzach dla siana; dlatego to przestrzega się tylko pewnych
reguł co do pasania bydła na wspólnej miedzy. Którego sąsiada
pasterz w z e n i e (na powrózku) pierwszy na miedzę, ten ma pier­
wszeństwo w paszeniu na jeden popas. Niektórzy sąsiedzi tak się
umawiają, że jeden pasie w jednym dniu swe bydło na wspólnej
miedzy „wprzódy“, drugi zaś w drugim dniu.
Dawniej, gdy niwy gruntowe nie były tak rozkawałkowane,
jak dzisiaj, jeden z sąsiadów pasł krowy jakby na własnej miedzy.
N. p. na miedzy wspólnej gospodarzy A i B pasł tylko A; na
miedzy, należącej do gospodarzy B i C, pasł B; na miedzy, której

[222]

ZWYCZAJE! I pojęcia prawne .

201

współwłaścicielami byli C i D, pasł tylko C; gospodarz D zaś
pasł krowy przy drodze polnej, z która jego grunt graniczył.
Zwyczaju tego przestrzegają i dziś ci gospodarze, którzy po­
siadają dłuższe niwy gruntowe, odgraniczone wspólną miedzą.
Przy oznaczaniu miedzy niema wcale symbolicznych obrzę­
dów. Co do kopców utrzymuje się tradycya, że podczas ich sy­
pania chwytano chłopców i bito ich na nasypie, kładąc im w uszy
te słowa: „A pamiętaj chłopce, kiej stawiali kopce“.
Sąsiedzi powinni utrzymywać między sobą dobre stosunki.
Nie powinno być między nimi sprzeczek, kłótni, swarów, zatargów
i bójek. Wszelkie nieporozumienia mają między sobą załagadzać
z zupełnym spokojem, umiarkowaniem i bez namiętności. Każdy
z sąsiadów powinien uważać, aby nie przekraczał granic swej wła­
sności, nie zaorywał miedzy, nie wdzierał się w posiadłość swego
sąsiada i granicę utrzymywał w dobrym stanie. Gdy znaki gra­
niczne zaczynają się zacierać, sąsiedzi mają je odświeżyć wspólnem staraniem; gdyby zaś zaginęły z jakiejkolwiek przyczyny bez
śladu, sąsiedzi mają wspólnym kosztem sprowadzić mierniczego
w celu ponownego oznaczenia granic i wytyczenia linij granicznych;
jeżeli naturalnie te granice nie dadzą się ściśle oznaczyć przez
sąsiadów lub na podstawie zeznania świadków. Wspólne płoty,
parkany, mają sąsiedzi wspólnem staraniem utrzymywać w do­
brym stanie, gdy się zaś psują, wspólnym kosztem je naprawić,
zupełnie zniszczone świeżo „zagrodzić“ ; w tym ostatnim razie
powinni „bić“ kołki w te same „dziury“, w których były stare.
Budując dom lub wznosząc inne zabudowania gospodarskie,
sąsiad ma uważać, aby ściana graniczna tak sama, jak i „przyciesiami“, „pogródką“, okapami, krokwiami, łatami i podstrzeszem
nie zachodziła na własność sąsiada. Sąsiedzi powinni dalej uważać,
aby budynków swych nie narażać na niebezpieczeństwo poźaiu;
na swych polach zaś, przekopując „przetnice“ dla spustu wody
i osuszenia gruntu, mają je poprowadzić w ten sposób, aby woda
nie rozlewała się po gruntach sąsiednich. Gdy we własnych pło­
tach, parkanach i lasach zrobi się otwór, należy go naprawić na­
tychmiast, aby bydło i trzoda nie przechodziła przez nie na są­
siednie grunty i nie zrządzała szkody.
Sąsiedzi poddają się też pewnym wzajemnym ograniczeniom,
jeden na rzecz drugiego, skoro chcą utrzymać dobre stosunki
sąsiedzkie.
I tak sąsiad Wojciech nie robi trudności i nie stawia prze­
szkód sąsiadowi Marcinowi, który musi wyprowadzać okap swego
domu na jego grunt. Marcin nie szemrze i nie użala się , że ze
strzechy domu Wojciecha ścieka woda na jego podwórzec; Woj­
ciech pozwala znowu, aby ze stodoły lub wozowni Marcina wysterczał dyszel od wozu otworem wrót na jego „osiedle“ i t. p.
U

202

j.

ś w iEt e k .

[2 2 3 1

Sąsiad Jakób nie stawia budynku przed oknami domu sąsiada
Jędrzeja, aby mu widoku nie zasłaniać. Jędrzej nie urządza obory
w pobliżu studni Jakóba, ażeby gnojówka do niej nie uchodziła
i wody nie zatruwała i t. d.
Sąsiedzi nie wzbraniają sobie wzajemnie i nie utrudniają
przechodu, przejazdu i przepędzania bydła przez drogi i ścieżki,
które przez ich grunta prowadzą; pozwalają sobie nawet w razach
potrzeby lub konieczności na dojazdy do gruntów przez swe role,
a zwłaszcza z wiosną i po żniwach, kiedy plony polne nie wiele
na tem ucierpią lub są zebrane.
Sąsiad nie wzbrania sąsiadowi pojenia bydła w swoim stawie
lub w żłobie przy swej studni. Nie odmawia mu prawa obcinania
i zabierania gałęzi i konarów, które z drzew tego sąsiada zacho­
dzą na jego terytoryum. Niemniej pozwala sąsiad Bartłomiej są­
siadowi Piotrowi na zbieranie suchych liści, gałęzi i owoców, które
z drzew Piotra opadają na obejście gospodarskie Bartłomieja.
Skoro sąsiad w dobrej wierze postawi na cudzym gruncie
budowlę, zrobi zasiew lub posadzi drzewo, naprawia ten błąd na­
tychmiast po jego spostrzeżeniu. Porozumiawszy się z właścicielem
gruntu, miejsce pod budowlę bądź kupuje, bądź oddaje za nie
stosowny obszar swego gruntu, a drzewo i zasiew odstępuje wła­
ścicielowi ziemi za wynagrodzeniem ich wartości.
Jeżeli sprawy w ten lub inny sposób nie załagodzą, nie jest
to już błąd przywłaszcżyciela, ale czyn rozmyślny („naumyśnie“),
a w tym wypadku przyznaje się właścicielowi gruntu prawo wyr­
wania i wyrzucenia drzewa, zaorania zasiewu, tudzież zburzenia
budowli.
Wogóle nie żyją w zgodzie sąsiedzi, którzy powyższych
ograniczeń wzajemnych względem siebie nie uznają. —- Częste by­
wają między nimi kłótnie, zatargi, spory i procesy sądowe. Trzeba
jednak przyznać na pochwałę Nadrabian, że nieliczne są tego
u nich przykłady i stosunkowo rzadziej się dziś trafiają, niż np.
przed dwudziestu pięciu laty.
I) S ł u ż e b n o ś c i .
Ludzie, którzy mają prawo przechodu i przejazdu przez cudze
terytoryum, korzystają z tego prawa nietylko sami osobiście, ale
i wszyscy ci, których łączy z nimi stosunek służbowy, naturalnie,
jeżeli w ich imieniu spełniają pewne czynności. Kto używa prawa
przechodu lub przejazdu przez obce terytoryum, przyczynia się
wspólnie z właścicielem do należytego utrzymania ścieżek, dróg,
mostów, a to w miarę korzyści, jaką ma z tej służebności.
Wobec uszkodzenia takich dróg, ścieżek i mostów wskutek
powodzi lub innego nadzwyczajnego wypadku, tak żeby przecho­

[224]

zwyczaje i pojęcia pra WNR

203

dzenie lub przejazd były wręcz niemożliwe, właściciel stara się
0 tymczasową drogę, zanim włościanie, mający prawo przechodu
1 przejazdu, wspólnie z nim nie usuną przeszkód z drogi słu­
żebnej.
W razie odmowy takiej pomocy właściciel może zupełnie
prawnie wzbronić nadal przejazdu i przechodu przez własne terytoryum.
Obcym z dalszych okolic, czyli tak zwanym „przechodnim“,
przyznaje się bezwzględnie prawo pojenia bydła w cudzym stawie
lub czerpania wody w cudzej studni. — Obcym, ale „wsiowym“
przyznaje się prawo pojenia bydła tylko w takim cudzym stawie,
który znajduje się w otwartem polu lub w „nńwsiu“ i nie jest
ogrodzony płotem. W stawie „ogrodzonym“, a zwłaszcza znajdu­
jącym się w obejściu gospodarskiem albo wśród gruntu, obcy
mogą poić stale bydło jedynie za pozwoleniem właściciela.
Prawo czerpania wody w cudzej studni przysługuje tylko
tym osobom stale i bezwarunkowo, które choć niewielkim udzia­
łem lub pracą przyczyniły się do wybudowania tej studni i nadal
dbają o jej należyte utrzymanie. Ale pojęcie ludowe grozi wogóle
karą Bożą po śmierci właścicielowi, który zabraniał obcym czer­
pania wody w swej studni: „Ten, co żałuje ludziom wody za życia,
bedzie ji miał pełno po śmierci w trunnie“.
Dlatego to wszyscy ludzie, którzy choć nieznaczny udział
wspólnie z właścicielem biorą w kosztach naprawy studni, czerpią
już w niej wodę bez ograniczenia. Wystarczy przyczynienie się
kilkudziesięciu centami do składki na sprawienie nowych przy bo­
rów do czerpania, gdy stare uszkodzone, aby uzyskać to prawo ;
wystarczy też „danie pomocy“ podczas „odlewania i podbierania
studnie“ w wilię św. Jana Chrzciciela.
„Błoto ze studnie powinni podbiórać i wodę ś ni wylewać
chłopy mocne i porząnne, nie żadne gizdonie, zęby woda była
twarda i dobra do picia i zęby chrobaków w ni nie było“.
Pastwiska i stawy wspólne przylegają zwykle do niw grun­
towych kilku gospodarzy i bywają wspólną ich własnością. Każdy
z nich zarządza tą częścią, która do jego gruntu przylega. Wogóle
stawy, potoki, strumienie, rzeki, jeziora poczytuje się za własność
tych gospodarzy, w których gruncie się znajdują lub przez któ­
rych grunt przepływają, a mianowicie w tym stosunku, w jakim
co do rozmiaru stykają się ich niwy gruntowe z brzegami wód
owych.
Mimoto pojęcie ludowe nie ogranicza wolności połowu ryb
w wodach płynących, przyznając ją niepodzielnie wszystkim mie­
szkańcom wsi. Ale już prawo wycinania w wodzie wikliny, szu­
waru i t. p. przysługuje tylko właścicielom brzegów rzeki lub
potoku.
U*

204

3. ŚwiĘTSSK.

[225]

Drzewa, które rosną na miedzach wspólnych, bywają zazwy­
czaj wspólną własnością sąsiadów. Ale drzewo, posadzone w jednej
połowie miedzy, należy tylko do jej gospodarza, skoro zachodzi
całym pniem na jego własność. — Sąsiad nie może rościć sobie
prawa do tej części korzeni, konarów i gałęzi, które od tego drzewa
zastają na jego terytoryum; ale może samowolnie obciąć gałęzie
i konary, które z drzew sąsiada wogóle przechodzą na jego osiedle
lub grunt i bądź działają szkodliwie na porost roślin, bądź utru­
dniają mu przejazd. Obcięte ma wszakże zwrócić właścicielowi,
uzasadniając pobudkę tego czynu.
Co do zbierania owoców z gałęzi drzewa, które zastają na
obce terytoryum, rozróżnia się dwa wypadki. Jeżeli drzewa rosną
w otwartem polu, sąsiad może korzystać z ich liści i owoców,
które opadają na jego terytoryum; jeżeli w ogrodzie lub wogóle
w obejściu gospodarskiem — przyznaje się owoce tylko właści­
cielowi.
Nadrabianie, „wybierając p r z e t n i c e “ w swym gruncie,
starają się sprowadzić wodę z „ m o k r a d ł a “ do rowów („fos“)
wzdłuż gościńców lub na niższe drogi polne. Skoro taki spust
wody bez naruszenia obcej własności okazuje się niemożliwy, czy
to wskutek położenia mokradła, czy też wskutek znacznej odle­
głości jego od miejsc zbiornikowych, wzywają właścicieli sąsie­
dnich terytoryów, aby dla „spuscenia wody“ przekopali przetnicę
przez swoją rolę albo już istniejącą, lecz nieco „zawaloną, po­
debrali.“
Wobec zaniechania tego obowiązku lub odmowy wezwanych,
sąsiedzi, dla spuszczenia wody z własnych gruntów, mają pełne
prawo przekopania przetnicy przez cudze terytoryum. — Mają
wszakże tak tę pracę wykonać, aby woda miała dostateczny od­
pływ przetnicą do miejsc zbiornikowych, a nie „oźlewała sie“ po
bruzdach sąsiednich gruntów.
Ale jest to już ostateczność, do której rzadko kiedy przy­
chodzi. Sąsiedzi idą sobie^w tych razach wzajem na rękę, bo im
chodzi o wspólną sprawę.
Częstsze bywają nieporozumienia i zawikłania między sąsia­
dami w kwestyi „grodzenia" wspólnych płotów, odgraniczających
ich terytorya. Pobudkę do tych nieporozumień daje zwykle jeden
z sąsiadów, który, dla uchylenia się od ponoszenia wspólnych ko­
sztów granicznego płotu, bądź oświadcza, że mu taki płot wcale
niepotrzebny, bądź wymawia się obowiązkiem grodzenia drugiego
płotu obok dojazdowej drogi. Wobec ludowego pojęcia takie tłómaczenie się sąsiedzkie jest bezzasadne; mimoto sąsiad, któremu
zależy na oddzieleniu swego terytoryum, nie może zmusić sąsiada
wbrew jego woli do ponoszenia z nim kosztów granicznego płotu,
bo granicę mogą oznaczyć pale lub rowki. To też ów sąsiad bez dal­

[226]

ZWYCZAJE 1 POJĘCIA PRAWNE.

205

szych zachodów grodzi płot graniczny własnym kosztem i utrzy­
muje go nadal własnem staraniem.
Z toku rzeczy wypadałoby teraz określić warunki, na jakich
można oprzeć budynek o ścianę obcego budynku. — Pomijam
jednak tę kwestyę, bo nad Raba niema podobnego przykładu. —
Natomiast poruszę inna sprawę.
Dość liczne bywają przykłady, że dwie rodziny, bliższe lub
dalsze, korzystają z jednego wspólnego domu, chociaż żyją od­
dzielnie i prowadzą osobne gospodarstwa. Jedna mieszka po jednej
stronie domu, druga po drugiej i albo obie mają prawo własności,
każda na swej połowie domu, albo też jednej tylko jest cały dom
własnością, a druga korzysta z prawa służebności.
W obu tych wypadkach obydwie rodziny utrzymują swe
części domu w dobrym stanie własnem staraniem, obydwie pono­
szą koszta naprawy lub ulepszenia. Ale jeżeli dom jest ich wspólną
własnością, to każda z nich może „se postąpić“ ze swą częścią,
którą zamieszkuje, jak się jej „żywnie podoba.“ Może ją od bu­
dynku oderwać i „przestawić“, może ją sprzedać lub odstąpić,
wydzierżawić i podarować, nie narażając się na zarzuty drugiej
strony.
Skoro zaś jedna strona ma służebność na części domu, to
może ją tylko wydzierżawić na czas krótki i to poniekąd za po­
zwoleniem właściciela domu. Służebność taka bowiem kończy się
zazwyczaj ze śmiercią posiadacza i nie przechodzi na jego spad­
kobierców. Ale zanim to nastąpi, właściciel nie .ma prawa rozrzą­
dzania całym swoim domem bez ograniczenia.
Musi się oglądać na posiadacza i na wszelkie zmiany po­
trzebuje jego pozwolenia. Na sprzedaż lub darowiznę takiego domu
wtedy tylko daje pozwolenie posiadacz jego części, skoro właści­
ciel zupełnie po jego myśli zapewni mu prawnie dożywotnie po­
mieszkanie w innym domu lub wynagrodzi go odpowiednio albo
też nabywca wreszcie przyjmie na siebie bez ograniczenia wszyst­
kie obowiązki, jakie miał sprzedawca wobec posiadacza.
Kto ma służebność na obcym domu do pewnego oznaczonego
czasu, to choćby umarł przed upływem tego terminu, służebność
nie ustaje z jego śmiercią, ale spada na jego najbliższych spad­
kobierców aż do owego terminu.
Skoro dom upada dla starości, właściciel ma go podźwignąć,
a mający na nim służebność mają mu dopomódz w pracy, ale do
ponoszenia jakichkolwiek kosztów nie są obowiązani.
Podobnie ma się rzecz i z gruntem, który bądź w całości,
bądź w części do kogo innego należy jako własność, . a kto inny
go posiada do pewnego czasu.

206

J. ŚWIĘTEK.

[227]

Z zasady jedynie za pozwoleniem właściciela używa się ob­
cego konia i wozu na czas jakiś. Ale w nagłych wypadkach można
się obejść bez tego pozwolenia, a mianowicie :
1) podczas wybuchu pożaru w celu sprowadzenia wody ze
stawów, rzek, sadzawek i studzien dla gaszenia ognia;
2) w razie nagłego zasłabnięcia lub silnego uszkodzenia cie­
lesnego, zagrażającego człowiekowi rychłą śmiercią — dla spro­
wadzenia kapłana ze świętymi Sakramentami. (Mogą to uczynić
nietylko domownicy chorego, ale każdy bez wyjątku, skoro zau­
waży groźne objawy);
3) w razie nagłego, a niespodziewanego wezbrania wód na
Rabie — w celu wywożenia mienia z nadbrzeżnych domostw na
miejsca wyższe, skoro niebezpieczeństwo ich zalania jest widoczne;
4) wogóle wobec każdego większego niebezpieczeństwa, które
przez rychłe użycie konia i wozu można zażegnać lub przynaj­
mniej zmniejszyć jego skutki;
5) wobec zabłąkania się obcego konia lub wołu, skoro wła­
ściciel nie zgłasza się po niego w przeciągu dnia. (Jest to wyna­
grodzenie za żywienie konia); wreszcie
6) skoro podczas jazdy ugrzęźnie się z wozem w błocie na
drodze, a przez przyprząg obcego konia można się wydobyć z tego
trudnego położenia. Ten ostatni przypadek zasadza się raczej na
wzajemnem wspieraniu się gospodarzy w potrzebie.
Z naszych spostrzeżeń o słuźebnościach, z których korzystają
włościanie nadrabscy, widać, że są one gruntowe i osobiste. Wypada
nam jeszcze zaznaczyć, że za szczególną służebność wolnego wy­
rębu i paszenia bydła w lasach rządowych, które zniesiono, otrzy­
mały niektóre wsie, jak Kłaj, Stanisławice, Książnice po kawałku
lasu na własność. Zamieniły go one na grunta orne, inne wsie
zaś, jak Targowisko, zrzekły się dobrowolnie swych praw ze
względu na znaczną swą odległość od łąk i lasów, z których im
podobno zamierzano wydzielić pewien obszar za odebraną słu­
żebność.
Nad przedawnieniem („zadawnienie“), praktykowanem w słu­
źebnościach, zastanawiać się nie będziemy, gdyż określają je obo­
wiązujące ustawy państwowe. Nie możemy jednak powstrzymać
się od zaznaczenia, że Nadrabianie uważają ustawowe przedaw­
nienie wogóle za zbyt wczesne. Gdyby to od nich zależało, posta­
wiliby na miejsce trzech miesięcy, po upływie których według
ustaw następuje przedawnienie, jeden rok, na miejsce trzech lat
sześć, względnie nawet trzydzieści, a na miejsce trzydziestu lat
pięćdziesiąt.

[228]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE,

207

i) U m o w y .
Umowy bywają albo pisano albo ustne. Umowy pisane na­
zywają się „dobrowolnymi ugodami“ lub „kontrachtami“. Przed­
miotem kontraktów są: darowizny, pożyczki, pełnomocnictwa,
kupna i sprzedaże, dzierżawy i czynsze, zamiany, zarobek, układy
przedślubne i wreszcie sprzedaże spadku. Według tego noszą też
kontrakty stosowne nazwy.
Układem umów zajmowali się dawniej prawie wyłącznie pi­
sarze gromadzcy; dziś kontrakty większej wagi sporządzają nota­
riusze, mniej ważne, jak dzierżawy, zarobku, — pisarze gminni.
Pisarze za swą „fatygę“ biorą dary w naturze, nieznaczną kwotę
pieniężną lub poprzestają na samej „pocesnej“, która zazwyczaj
towarzyszy zawieraniu umowy. Symbolem, oznaczającym zawarcie
umowy jest podanie ręki lub „przybicie“, jej dopełnieniem zaś
„napitek“.
Koszta tego napitku ponosi jedna lub druga strona, a prze­
ważnie ta, której najwięcej zależało na zawarciu umowy. Skoro
obydwie strony są ze siebie wzajemnie zadowolone, „oblewają“
też obydwie umowę „po kolei“, t. j. „jak jeden każe garniec piwa
abo kwartę wódki, to drugi zną, ja k sie to picie skońcy, kazuje
abo pośle po drugi garniec“.
Nazwa „litkup“ nie jest nad Rabą znana. Dla pewności do­
trzymania umowy daje się niekiedy zadatek. Wysokość jego nie
da się oznaczyć pewnym stałym stosunkiem do wartości przed­
miotu, o który chodzi, a warunki do niego przywiązane są te
same we wszystkich rodzajach umów, co w umowach kupna
i sprzedaży. — Ale zamiast zadatku pieniężnego daje się nawet
częściej zastawy dla pewności dotrzymania umowy lub naznacza
się niekiedy kary pieniężne, które pospolicie nazywają „śtrofem“.
Strof płaci ta strona na rzecz strony drugiej, która zrywa umowę
lub jej nie chce wykonać. Prócz tego dotyka i kara moralna ze
strony społeczeństwa osobę, która bez ważniejszej przyczyny nie
dotrzyma umowy. Nazywają ją „cyganem“ i nie wierzą w jej
zapewnienia, krzyżują też jej plany, skoro z kimś obcym próbuje
jakich układów w przyszłości.
Przy zawieraniu ważniejszych umów . powinno być przynaj­
mniej dwóch świadków pełnoletnich, „stałych gospodarzy“, ludzi
znanych z trzeźwości i porządnego prowadzenia się.
Wszelkie umowy powinny być ściśle dotrzymane według lu­
dowego pojęcia. Dlatego każdy, kto zamierza zawrzeć jakąś umowę,
powinien się naprzód dobrze zastanowić, czy potrafi Wywiązać się
należycie ze wszystkich zobowiązań, jakie na siebie przyjmie z za­
warciem umowy. „Potym juz zapóźno; jageś se zrobluł, tak mas“.

208

J.

Ś W IĘ T EK .

[229]

Kto zawiera umowę z człowiekiem nierzetelnym, uważaj a go za
„głuptaka“.
Dzieci i osoby, nie mające spełna rozumu, nie mogą zawierać
ważniejszych umów. Ale osoby niepełnoletnie, które z dzieciństwa
już wyszły, mogą się umawiać w sprawach, zapewniających im
odpowiednie korzyści. Pozwalają im na to wogóle nietylko rodzice,
ale i opiekunowie, Wobec takich umów, z któremi łączą się pewne
ciężary, osoby niepełnoletnie potrzebują koniecznie poprzedniej
zgody rodziców lub opieki.
To też skoro osoby niepełnoletnie lub upośledzone na umyśle
zawrą samowolnie niekorzystne umowy, rodzice, opiekunowie lub
kuratorowie przeszkadzają ich wykonaniu.
a) Poręczenia i pożyczki.
Formy poręczeń bywają albo ustne albo pisemne. Wieśniacy
w ich wzajemnych stosunkach znają tylko ustne, jeżeli wogóle
uważa się je za potrzebne wobec dłużników, których „nima na
cym patrzyć“. Gospodarzom zamożniejszym pożycza wieśniak pie­
niędzy na słowo, najwyżej chyba wobec świadków, gdy chodzi
o kwotę ponad 20 złr.
Poręczeń piśmiennych używają wobec publicznych kas za­
liczkowych, tudzież wobec osób obcych, pożyczających pieniędzy
na weksel. Długi publiczne niewekslowe obciążają zazwyczaj hi­
potekę dłużnika.
Gospodarz, poręczając za dłużnika, odpowiada wobec jego
wierzyciela swym majątkiem za punktualne umarzanie długu. —
Skoro dłużnik nie może spłacać lub odpłacać w terminie pożyczki,
poręczyciel go w tern zastępuje, a potem domaga się od niego
zwrotu spłaconego długu. Ale zdarza się niekiedy, że poręczyciel
musi „skodować“, skoro dłużnik nie jest w stanie zwrócić mu
kwoty, którą on wierzycielowi musiał zapłacić. Na pokrycie swych
strat nie może zabierać dłużnikowi dochodów, które zaledwie wy­
starczają na jego utrzymanie. Ma tylko prawo do nadwyżki, po­
chodzącej z dorobku, ze spadku lub darowizny.
Gdy dłużnik umiera, nie spłaciwszy długu, poręczyciel, aby
nie był zmuszony za niego płacić, zgłasza pretensyę wierzyciela
do sądu. Skoro po zmarłym pozostał majątek, spadkobiercy spła­
cają dług; gdy go niema lub nieznaczny, poręczyciel musi całą
poręczoną kwotę lub część, której nie pokrywa spadek, wyrównać
z własnych zasobów. W zamian za to już nie może „fantować“
dorobku dzieci zmarłego, ani też ich mienia, skoro to mienie nie
opiera się na spuściźnie po nieboszczyku.
Ale wierzyciele prywatni robią pewne ulgi poręczycielom,
którzy muszą płacić dług cudzy. Nie żądają od nich bezwłocznego

\m ]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

209

spłacenia rat zaległych lub umorzenia całego niezapłaconego długu,
ale rozkładają zaległości na pożądane raty, które mogą być nawet
mniejsze, niż przyznane dłużnikowi. Skoro dług miał być umo­
rzony ryczałtem w pewnym oznaczonym terminie, wierzyciele pry­
watni przystają zazwyczaj na wolę ręczycieli: odroczenia lub spła­
cania ratami. Wobec oświadczenia poręczycieli, że chcą natych­
miast zapłacić dług cudzy, wierzyciele zniżają im zwykle zaległe
procenty w miarę możności.
Odsetek za zwłokę poręczyciele nie płacą w każdym razie;
przyznaje im się też i w innych wypadkach zmniejszenie procentu
wogóle, skoro dają rękojmie, że zaległości dłużnika regularnie
spłacać będą w stałych terminach, które tu przypadają zwykle
„na św. Michał“ (29. września), rzadziej „na św. Wojciech“ (23.
kwietnia) lub „na św. J a n “ (24. czerwca).
Wśród sprzyjających okoliczności, za poparciem zwierzchności
gminnej lub znanych ze rzetelności włościan tutejszych, robią też
i publiczne kasy zaliczkowe pewne ulgi poręczycielom, zmuszonym
do płacenia cudzego długu. — Ulgi te bywają mniej lub więcej
znaczne, a to w miarę uchwał, powziętych przez te stowarzyszenia.
Poręczyciela zjednywa się zwykle poczęstunkiem. Ale znane
mi są także przykłady, że poręczyciele brali od dłużnika pewne
wynagrodzenie pieniężne za „fatygę“. W stosunku do wysokości
zaciągniętego długu nie było ono wszakże znaczne (od 1—3 złr.
najwyżej). Mniej zamożni zagrodnicy jednają sobie poręczyciela
pomocą w pracach rolnych.
Długi prywatne, zaciągane u wieśniaków zamożnych, odpła­
cają Nadrabianie za jednym zachodem („hąrtem“). Długi wekslowe,
pobierane w kasach zaliczkowych, spłacają w ratach kwartalnych,
a długi, zaciągnione na skrypt dłużny, obecnie najwięcej rozpo­
wszechnione, w ratach półrocznych. Ale wieśniak nadrabski prze­
kłada zaciąganie długów u włościan „na kwity“ lub przy świad­
kach nad długi w kasach publicznych, mimo, że wierzycielom
wiejskim musi dać wyższy procent. Ma to w tern swą przyczynę,
że włościańscy wierzyciele nie liczą się tak z terminem, jak kasy
publiczne i jeżeli dłużnik na czas płacić nie może, to „mu pockają“, nie licząc sobie zwykle ani odsetek za zwłokę, ani też pro­
centu od kapitału za czas pozaterminowy, choćby i do trzech mie­
sięcy. Zresztą wierzyciele włościańcy zazwyczaj nie biorą procentu
z góry, ale dopiero z końcem rocznego terminu, a, jak wiadomo,
w kasach publicznych bywa przeciwnie. Dlatego to konieczność
tylko zaciągnięcia większej pożyczki zmusza obecnie Nadrabianina
do szukania pomocy w kasach publicznych zaliczkowych. Ale jest
jeszcze inny powód tej niechęci włościan do zaciągania długu
z kas oszczędności, a natomiast większej sympatyi do pożyczek
u zamożnych gospodarzy (nie żydów). Nie znając ważności zobo­

210

J. ŚWIRTRK.

[231]

wiązań względem kas zaliczkowych publicznych w chwili ich po­
wstawania. stosunkowo dość znaczna liczba Nadrabian, nawet bez
potrzeby, rzuciła się do nich skwapliwie o pożyczki (od 200 do
500 złr.). Skoro wszakże niemal wszyscy ci ludzie, nie spłacając
wyznaczonych rat, po kilku latach popadli w niebezpieczeństwo
utracenia roli wskutek podwojenia się kapitału, wówczas nietylko
sami nabrali przekonania, że „z kasami nima żartów“, ale także,
ratując się z owej toni, zostawili swym potomkom „pamiątkę“, że
„juz to ostatnie zamiósać kasę“.
Do miejscowych kas gminnych zaliczkowo - pożyczkowych,
które powstały we wsiach z funduszu zbożowego, zamienionego na
fundusz pieniężny, większe jest nawet zaufanie ludu, niż do pry­
watnych wiejskich wierzycieli, bo one nie są tak wymagające. —
W tern tylko cała „bieda“, że one bardzo rzadko rozporządzają
większą gotówką.
Z żydami niechętnie wchodzą w układy pożyczkowo-pienięźne.
„Lepsa juz dziesięć razy kasa w mieście“.
Procenty, pobierane przez wiejskich wierzycieli (chłopów),
dochodzą do 12°/0 (począwszy od rzadkich 6°/o)- Zamiast procentu
w pieniądzach dają też dłużnicy wierzycielom odpowiednie obszary
gruntu z „obsićwkem (gotowiznę)“ lub bez niego w używanie aż
do spłacenia długów. Zwykle od pożyczki 100 złr. dają wierzy­
cielom „za precent“ 1/3 morga obsianego gruntu. Również zda­
rzają się przykłady odpłacania procentu robotą lub płodami
w naturze.
Ludzi takich, którzyby poczytywali sobie za grzech branie
procentu wogóle, niema w okolicy nadrabskiej. W ypada mi atoli
zaznaczyć, że od pożyczek mniejszych (do 20 złr.) zwłaszcza na
krótki termin (do 3 miesięcy), procentu nie pobierają. Bywają też
dość lic/.ne przykłady, że wierzyciele nie biorą procentu od tych
ludzi, dla których żywią pewną wdzięczność lub uczucie przyjaźni
albo z którymi są połączeni węzłem pokrewieństwa lub powino­
wactwa. Utrzymują, żeby im „taki precent na marne wysed“. —
Są to zwykle pożyczki nie na dłuższy termin (najdalej do roku),
ani też nie przechodzą kwoty 100 złr. Zresztą, co w każdym z po­
wyższych wypadków traci wierzyciel, zrzekając się procentu, to
zyskuje od dłużnika w innej formie, n. p. przez pomoc w pracy
rolnej, w darach natury i t. d.
Dług większy (od 50 złr.) spłaca się niemal wyłącznie pie­
niędzmi. Tylko co do długu mniejszego (do 50 złr.), bywają nawet
dość częste przykłady oddawania go robotą, płodami w naturze
lub przez odstąpienie gruntu na czasowy użytek. Dłużnicy dla
tego nie kwapią się do tego rodzaju umarzania większych poży­
czek prywatnych, że po pierwsze nigdy nie mają tak wielkich
zapasów zbożowych, aby nimi bez narażenia równowagi w gospo­

[2 8 2 ]

ZWYCZAJE I POJĘCIA

PRAWNE.

211

darstwie mogli pokryć znaczniejszy dług prywatny (który, jak
była już wzmianka, odpłacają zwykle za jednym zachodem) —
a powtóre oddanie większego obszaru gruntu wierzycielowi na cza­
sowy użytek pozbawiłoby ich środków utrzymania gospodarstwa
w należytym stanie. Zbierając cały grunt zaś, chowają liczniejszy
dobytek bydlęcy (konie, krowy, trzodę), a z jego przychówku
przychodzą do pieniędzy, które obracają na umarzanie długów.
Inna rzecz z odpłacaniem samego procentu, bo to nie wy­
maga od gospodarza tak znacznych ofiar i w robociźnie i w pło­
dach natury i gruncie.
Osoby prywatne miejscowe rzadko udzielają pożyczek na
dłuższy przeciąg czasu, niż na rok jeden, bo też inny cel mają
pieniądze u wieśniaka, niż ich procentowanie przez pożyczki. Kto
ma kilkaset reńskich kapitału, myśli przy pierwszej nadarzającej
się sposobności kupić za nie albo kawałek gruntu, albo budynek
wystawić, skoro go nie ma lub stary chyli się ku upadkowi. Po­
życza wprawdzie za zgłoszeniem się potrzebującym, ale zarazem
zastrzega sobie zwrot pieniędzy „na pierse zawołanie". I tak n. p.
oświadcza dłużnikowi: „Ja wam tych piniedzy pozyce i bę­
dziecie je mogli mieć u siebie i rok i dwa i trzy roki jaz do świę­
tego Michała (św. Wojciecha lub św. Jana), ale jakby mi sie ato
trafiło kupić jaki kawałek pola (jaką chałupine kej w górach), to
tedysicki musicie mi te piniądze oddać na pierse zawołanie“.
Rozumie się, że, skoro dłużnik oddaje wierzycielowi dług
przed terminem, płaci mu tylko stosowny do czasu procent.
Skoro dłużnik zapiera się długu (rzadkie to wypadki), który
zaciągnął na słowo i bez świadków, wierzyciel zapozywa go przez
sąd powiatowy. Sąd rozpatruje sprawę, przeprowadza śledztwo,
zmusza dłużnika na podstawie przysięgi wierzyciela do zapłacenia
długu i skazuje go na areszt za sprzeniewierzenie („osiuslwo“ po­
dług Nadrabian), skoro i w sądzie nie przyznaje się do pożyczki,
a nadto na poniesienie kosztów postępowania sądowego. Rozumie
się, że dłużnik taki po powrocie do wsi traci zupełnie zaufanie
u włościan.
Czasami, skoro chodzi o niewielką kwotę, wierzyciel zostawia
swój dług „na sumieniu“ dłużnikowi albo też zabiera mu w jego
oczach jakąś wartościową rzecz z osiedla, przyrzekając zwrócić
mu ją po oddaniu długu. Pojęcie ludowe pochwala ton czyn wie­
rzyciela. Nie uznaje wszelako samowolnego zajęcia ruchomości na
rzecz długu, skoro się go nie zapiera dłużnik. „Od tego juz są
sądy — powiada Nadrabianin — izeby tego, co długu sam do­
browolnie oddać nie kce, do tego przymusiły, a nik ni ma prawa
sam swoją mocą sechwestrować“.
Nadrabianie, mimo wysokiego procentu, jaki od pożyczek
pieniężnych pobierają, nie pochwalają nigdy wyzysku. Stąd w ich

212

J. ŚWIĘTEK.

[233]

wzajemnych stosunkach lichwa jest prawie nieznana. „Lichwa jes
to rzec zydoskń“ — powiadają. Można też wśród nich zebrać
ciekawe szczegóły co do wyzysku żydowskiego. Były czasy, że
żydzi w niektórych wsiach od pożyczki 5 złr. brali procentu 10
centów tygodniowo (104°/0), a od pożyczki 50 złr. 5 złr. miesię­
cznie (120°/0). Znane również są i takie przykłady, że żyd kazał
sobie płacić od jednego reńskiego długu centa procentu dziennie
(365%).
Po ukróceniu wyzysku lichwiarskiego przez ustaw ę, radzą
sobie dziś żydzi, aby nie wejść w kolizyę z prawem, w ten spo­
sób, że, wypożyczając komu np. 5 reńskich, każą mu sobie oddać
po roku tytułem kapitału 7 reńskich, a procentu 50 centów. —
Szczęście dla Nadrabiali, dzięki ich wstrzemięźliwości, że obecnie
jedynie w najgwałtowniejszej potrzebie zwracają się o pożyczkę
do żydów, gdy żaden z sąsiadów nie ma pieniędzy do pożyczenia.
Zrobiwszy taki d łu g , starają się też jak najrychlej uwolnić się
od niego, nawet przed terminem. Dlatego to nie słychać, aby ktoś
w ostatnich dziesiątkach lat „zmarniał“ wskutek żydowskiego wy­
zysku lichwiarskiego.
Prócz pieniędzy, przedmiotem pożyczki bywają także rzeczy
ruchome. Pożyczki rzeczowe, zwłaszcza mniejszej wartości, są
zwykle bezinteresowne, ale należy je zwrócić w tym samym ga­
tunku, jakości, ilości i nieuszkodzone. Za wypożyczenie rzeczy
kosztowniej szych, które przez częste używanie się psują, n. p.
sieczkarni, pobierają tylko niektórzy gospodarze pewne wynagro­
dzenie pieniężne lub w naturze. Ale odszkodowanie to nie prze­
kracza nigdy 112 °/q wartości wypożyczonej rzeczy.
Są też rzeczy, których wypożyczenie nie podlega obowią­
zkowi zwrotu. Do takich należą: zapałki, gwoździe, szpilki, igły,
wogóle rzeczy, których wartość nie wyższa od centa. Nawet przy­
słowie ludowe powiada: „Chto pozyca igły, nie odbiera nigdy“.
Pożyczki rzeczowe bywają zazwyczaj terminowe. Właściciel
ma atoli prawo odebrania ich w każdej chwili, a skoro ich nie
odbiera, należy mu je odwieźć lub odnieść w oznaczonym czasie.
Termin tylko wtedy obowiązuje ściśle właściciela, jeżeli za wypo­
życzenie bierze wynagrodzenie.
Zwierząt domowych, narzędzi rolniczych i sprzętów gospo­
darskich pożyczają sobie wzajemnie Nadrabianie na czas. pilnych
robót w polu na równych obu stron warunkach. Na zwrot wza­
jemnych pożyczek zboża do siewu naznaczają sobie gospodarze
termin „po zbiórkach“, Zwrot ten może tylko pochodzić z płodów
zboża tego samego gatunku.
Wzajemne pożyczanie sobie zboża dlatego uważa się za po­
trzebne, choćby nawet w domu własne było piękne, bo wypoży­
czone „zawdy lepij obradza“.

[2U\

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

213

Inne zboże, nie do siewu, zwraca się bądź „po zbiórkach“,
jeżeli się je pożycza na przednówku, bądź po orałocie, jeżeli przed
pożyczeniem niema „namłóconego“ w domu, bądź wreszcie po zakupnie w mieście, jeżeli pożyczający nie może własnego sprzedać.
Chleba pożycza się w całych bochenkach, pó(ł)bochenkach
i „skrawkach“, a oddaje się go z najbliższego własnego pieczywa.
Jakie ograniczenia czyni się co do czasu pożyczania — jest
o tern wzmianka w „Ludzie Nadrabskim“ (str. 561 i 635). Tu
dodać to tylko należy, że cielę, jeżeli w dniu jego „umłozenia“
pożyczono cos z domu, nawet wtedy „pomrukować“ nie przestaje,
kiedy już zostanie krową.
Z a s t a w y daje się stosunkowo najczęściej dla zabezpie­
czenia długu wobec wierzyciela. Dają je tylko ci ludzie, którzy
nie cieszą się zaufaniem wiejskiego społeczeństwa lub którzy nie
posiadają nieruchomego majątku. Zastaw co do wartości nie o wiele
przewyższa wysokość pożyczki. Między zastawami pierwsze miej­
sce wogóle zajmują „korale prawdziwe“, a potem dopiero kosztow­
niejsze nowe ubiory, pierzyny, poduszki, płótna „swojskie“, in­
wentarz żywy, sprzęty gospodarskie, narzędzia rolnicze i grunt.
Mam tu na myśli tylko długi prywatne, zaciągane u włościan, nie
tykając wcale publicznych kas zaliczkowych i zakładów zastaw­
niczych, z których pierwsze na zastaw udzielonej pożyczki na
podstawie skryptu dłużnego biorą zwykle majątek nieruchomy
Nadrabian. drugie zaś korale, chustki „do odziania“ i płótna.
Skoro krowę dano na zastaw długu, dłużnik nie płaci zwykle
procentu od pożyczki, bo wierzyciel, mając korzyść z bydlęcia,
jest już dostatecznie za procent wynagrodzony. Zastawy trzody,
konia, drobiu, ograniczają się tylko do kilku dni, skoro wierzyciel
się obawia, że dłużnik nie zwróci mu pożyczki w tak krótkim
czasie. Bywa więc taka umowa między dłużnikiem, a wierzycie­
lem w tym wypadku: „Jak ja wam nie oddam na ten cas piniedzy, to sprzedejcie se świnie (konia, gęsi, kury) i weście se
swoje piniądze, a co ostanie, to mi oddacie“. To też w tych ra­
zach, skoro Świnia lub klacz da przypłodek, należy on do jej
właściciela. Przypłodek krowy zaś, zastawionej za dług na czas
dłuższy, przyznaje się jedynie wierzycielowi, chyba że inna była
między nim, a dłużnikiem umowa.
Co do gruntu, oddanego na zastaw długu, właściciel jego
zgadza się, aby korzystał z niego wierzyciel prywatny tytułem
procentu od pożyczki, a skoro w oznaczonym terminie n. p. po
15 latach nie otrzyma „swoich piniedzy“, aby go zatrzymał na
własność. — Ale taka bezwzględna umowa między wierzycielem,
a dłużnikiem, ma tylko w tych warunkach zastosowanie, gdy dług
jest wyższy od połowy wartości gruntu; skoro jednak jest nieco

214

J.

Ś W lĘ T E K .

[235]

mniejszy lub równy połowie, dłużnik może sobie roście prawo
przynajmniej do dwóch trzecich części nadwyżki.
Z innych rzeczy, oddanych na zastaw długu, n. p. korali,
pościeli, ubrań, chustek, płótna, sprzętów gospodarskich i narzędzi
rolniczych, wierzyciel nie korzysta. Jeżeli mu zaś wyjątkowo na
to dłużnik pozwala, zada zarazem, „zęby to było za precent“. —
Ale tym procentem w podobnych wypadkach bardzo rzadko by­
wają pieniądze; jest nim zwykle „odrobek“. — Ty™ odrobkiem
często nawet cały taki dług się odpłaca i rozumie się, zastaw się
odbiera. — Wiele rzeczy mniej cennych przepada na zastawach.
Ten los wszakże bardzo rzadko trafia korale, „bo juz co, to co,
ale korale prawdziwe to juz trza wykupić koniecnie“.
Za całość i należyte utrzymanie rzeczy pożyczonej odpowiada
tylko pożyczający. Skoro zaginie, zniszczy się lub uszkodzi, poży­
czający ma nową odkupić tej samej wartości lub wyższej i zwró­
cić ją właścicielowi. — Nie są wprawdzie niemożliwe „napr&wki“
rzeczy pożyczonej, ale mają być tak wykonane, żeby właściciel
„nie skód ował“.
Odpowiedzialność ta ciąży i wówczas na pożyczającym, gdy
zgubienie, zniszczenie lub uszkodzenie rzeczy nie pochodzi z jego
winy, ale osoby trzeciej. Skoro pożyczający do tego obowiązku
się nie poczuwa, właściciel przypomina mu go na drodze sądowej,
a jeżeliby miał zastaw, to go zatrzymuje bezwzględnie.
U zagrodników, nie mających własnych bydląt roboczych,
jest powszechne wynajmowanie koni od zamożniejszych gospoda*
rzy w celu uskutecznienia robót rolnych i zwożenia ciężarów.
Do pierwszych robót należą: orka, włóczenie, oborywanie
ziemniaków „w grządki“, zwożenie płodów rolnych do gum na; do
drugich: — sprowadzanie z lasu drzewa na budowę i opał, torfu
na opał i t. p.
Wynagrodzenie za najem koni „do roboty“ zależy od ro­
dzaju i wielkuści ich pracy, od liczby dni roboczych i ich długości
w poszczególnych porach roku. Zwykle atoli wynajmuje się konie
„na dniówkę“. Za dzień dwukonnej rolnej pracy płacą Nadrabia­
nie z wiosną obok „j&dła la koni“ 2 złr. 50 ct., od wywozu gnoju
zwykle 3 złr.; w lecie 3 złr., podczas jesieni (pod koniec wrześ­
nia) 2 złr., za inną dwukonną pracę zaś „na krótkim dniu pod
samą zimę“ lub podczas zimy półtora reńskiego.
Inne zwierzęta domowe, głównie zaś krowy, choćby „niedojne, jałowiące“, wynajmuje się na pewien przeciąg czasu, zwła­
szcza na zimę, dla nawozu — „ s k r ó ć g n o j u “, nie płacąc
i nie żądając od właściciela za przezimowanie żadnego wynagro­
dzenia. Wynajmują je ci wieśniacy, którzy mają znaczniejszy zapas
paszy, a bydła niewiele, „coby gnój robiło“, albo też żadnego.

[2 3 6 |

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

215

Gospodarze znowu, którzy nie maja dostatecznej paszy dla
swego dobytku na zimę, zwracają się z prośbą do chałupników
lub zagrodników, aby, nie mając własnych bydląt, przyjęli ich
krowę lub jałówkę „na wychowek“. Podstawa układu, jaki zwy­
kle zawierają, jest następująca: Ile miesięcy chowa się krowę pod­
czas zimy, tyle miesięcy zatrzymuje się ją przez lato „z mleka“.
„Zimowani“ lub „na wychowku“ będąca jałówka dopóty znowu
jako krowa ma pozostawać u swego czasowego gospodarza, aż ten
czas wyrówna się z chowaniem jej przed ocieleniem.
Skoro właściciel wynajmie „dojną“ krowę na czas dłuższy
n. p. na rok, dwa lata lub więcej, pobiera już za wynajem wy­
nagrodzenie pieniężne (8— 10 reńskich), rzadziej w naturze (8—10
zagonów obsianego gruntu).
Przypłodek z bydlęcia, wynajętego dla nawozu, należy do
jego właściciela, ale wziętego na zimowanie czyli w^ychowek,
tudzież wynajętego „z mleka“, należy już do żywiciela.
Gospodynie, które dość często wypożyczają kwok dla 'wy­
siadywania cudzych jaj, przyjmują za nie kury „nieśliwe“ (nio­
sące jaja) albo godzą się na warunek, że jedną lub więcej koko­
szek dostaną „z tego wysiedzenia“. Zależy on bowiem od większej
lub mniejszej ilości kurcząt, jaką wypożyczona kwoka „wywiedzie“.
I tak na 12 kokoszek przyrzeka się właścicielce kwoki dwie,
ponad 15 trzy, niżej zaś 12 jedną. Co do wieku mają być ko­
koszki z tego czasu, kiedy już kwoka kurczęta „wywodzi i od
nich odydzie“. Kura nieśliwa znowu ma przez taki czas nieść
jaja dla właścicielki kwoki, przez jaki ta kwoka wysiadywała
cudze jaja i kurczęta „wodziła“.
W podobny sposób jednak nie wypożyczają gęsi i kaczek.
Gospodynie, którym gęś lub kaczka naniesie więcej jaj, niż może
wysiedzieć, oddają nadwyżkę tych jaj pod obcą gęś lub kaczkę
niepłodną. — Właścicielka gęsi lub kaczki, wysiadujących obok
swoich i cudze jaja, nie wymaga za to innego wynagrodzenia,
prócz „dobrego słowa“. Ale nie jest jej życzeniem, aby się jaja
z pod jej własnej gęsi lub kaczki pomieszały z cudzemi, a tern
samem, aby po wy leżeniu („wylągnieciu“) nie mogła rozróżnić
własnych gąsiąt lub kacząt od obcych. Dlatego „znacy wąglem“
(węglem) cudze jaja, a po wykłuciu się z nich młodych, przez
„postrzyganie scaków“ (piórek) lub częściej przestrzyganie blonek
nożnych gąsięta lub kaczęta, dopóki ich właścicielka „nie przyłący do swoich starych“,
¡3) Dzierżawy.
Najzwyczajniejszym terminem wydzierżawiania własności
gruntowej jest czas „po zbiórkach“, t. j. „od Matki Boski Siewny“

216

J.

Ś W il i T E K .

[287J

(8. września) „do Wszyćkich Świętych“ (1. listopada). „Od Wszyćkich Świętych“ przez zimę „do świętego Wojciecha“ (23. kwietn.).
Z wiosną nawiązane dzierżawy należą do rzadkich.
Skoro gospodarz ma zamiar „wypuścić w dzierzawe“ (nie­
kiedy mówią: „w karende“) swą własność nieruchomą lub opiekun
mienie pupilów, ogłasza to po wsi całej sam i przez usta sąsiadów.
Często posługuje się także w tym celu tak zwaną „ k u l ą “, t. j.
małym rozszczepionym na jednym końcu patykiem, w który za­
tknięty jest skrawek papieru, zapisany zaproszeniem do wzięcia
udziału w układach dzierżawnych. Na tę odezwę, podawaną przez
sąsiadów z domu do domu, lub ustną, zbierają się ludzie, mający
chęć wydzierżawienia, o oznaczonym czasie i w oznaczonem miej­
scu, wychodzą na pole, o które chodzi, oglądają je, a potem oma­
wiają z właścicielem warunki dzierżawy (niekiedy tylko „przy
napitku)“. Rozumie się, że otrzymują dzierżawę ci, którzy ofiarują
największy stosunkowo czynsz dzierżawny i zobowiązują się do
płacenia z góry na rok. Skoro umowa ustna zawarta, przenosi ją
na papier jeden z obecnych lub umyślnie w tym celu zaproszony
pisarz gminny, zwłaszcza, jeżeli dzierżawców jest kilku. Przy wy­
dzierżawieniu bowiem większego obszaru gruntu, począwszy już
od 2/3 morga, rzadko bywa jeden tylko dzierżawca. Na dwa morgi
może być ich i sześciu, zwłaszcza komorników i chałupników,
z których każdy „na własną rękę chyta po połówce“ (1/3 morga)
z gruntu wydzierżawianego. Podczas pisania aktu („achtu“) dzier­
żawnego, dzierżawcy bądź płacą umówiony cały czynsz dzierżawny
z góry na rok, bądź tylko jego część, skoro na razie więcej pie­
niędzy nie m ają, a resztę zobowiązują się płacić w oznaczonym
terminie, bądź też wreszcie dają jedynie zadatek, przyjmując
względem pozostałości zobowiązania drugich.
Nadrabianie wydzierżawiają własność gruntową zwykle na
lat trzy, t. j. na przeciąg czasu, w którym dzierżawca może wy­
zyskać rolę, znawoziwszy ją w pierwszym roku. Po upływie trzech
lat dzierżawca zawiera ponowną umowę z właścicielem, skoro życzy
sobie zatrzymać nadal dzierżawę, naturalnie, jeżeli to jest wolą
właściciela.
Dom „wypuscają w dzierzawe“ zwykle na rok jeden za
czynszem, płatnym z dołu co pół roku. Rzadkie bywają wypadki
wydzierżawiania całych domów lub ich połowy, bo Nadrabianie
chałup dla czynszu nie budują, a każdy „bićdak“ nawet „stara
sie, zęby miał jaką taką budzine“. Komornicy pomieszczają się
prawie wyłącznie po domach chałupników i zwykle' w jednej
z nimi izbie za nieznacznem wynagrodzeniem. Obcy z innych sfer,
których los na jakiś czas do niektórych wsi tutejszych przykuje,
mają też sporo kłopotu, zanim potrafią wyszukać i wytargować
jakiś porządniejszy dom („próżny“) lub jego połowę na mieszkanie.

[238]

217

YCZAJE I POJĘCIA PRAWNfi.

głównie zaś z tego względu, że kmieć nadrabski, choć obszernie
i starannie się buduje, ma przecież dla każdego kącika osobne
przeznaczenie.
Umowa o wynajem domu jest tylko ustna. Skoro dom stoi
„próżny“, t. j. niezamieszkany, „wsiowi" mogą go nawet wynająć
za cenę podatku, jaki od tego domu przypada.
Zwyczajnym czynszem dzierżawnym, płatnym z góry, jest
kwota 24 złr. od morga gruntu, od połówki zaś 8 złr. — Czynsz
ten w miarę żyzności gleby i różnych okoliczności bywa wyższy
lub niższy, nie przekracza wszakże nigdy kwoty 12 złr. i nie jest
niższy od 5 złr. za „połowkę“ gruntu. I tak rola 1. klasy lub
ogród przynosi rocznego czynszu 12 złr.; rola 5. lub 6. klasy
5 złr.
Kto potrzebuje większej kwoty pieniężnej, a „nima sie skąd
wziąś“, zniża zwyczajny czynsz dzierżawny z 8 złr. na 6 złr.,
a natomiast żąda od dzierżawcy, żeby mu z góry zapłacił za lat
trzy. Nazywa się to „spuscaniem z harendy“. To spuszczanie może
zejść i na 5 złr., skoro dzierżawca wypłaci naprzód właścicielowi
w nagłej potrzebie czynsz dzierżawny za lat sześć.
Wydzierżawienie większego obszaru gruntu jednemu czło­
wiekowi nie wpływa bynajmniej na zniżenie czynszu dzierżawnego,
skoro się go płaci tylko na rok jeden, bo zawsze znajdą się ludzie,
którzy „połówkami“ i kilka morgów gruntu „wezną w harende“
od tego samego właściciela. Co do zniżenia czynszu dzierżawnego
decyduje tylko czas i potrzeba pieniędzy, wobec której znowu
znaczniejszy obszar gruntu dopiero wtedy nabiera znaczenia, gdy
brak większej liczby dzierżawców, coby zapłacili czynsz na kilka
lat naprzód. Jeden dzierżawca lub dwóch n. p. ośmiu morgów
gruntu może uzyskać zniżenie zwyczajnego czynszu dzierżawnego
na 10 złr. za korzec (2/3 morga), płacąc go ryczałtem za lat sześć

z góryJeżeli
* właściciel wydzierżawia grunt na dłuższy przeciąg
czasu, niż na trzy lata, wymaga od dzierżawców rocznego czynszu;
niekiedy nawet ten warunek sobie zastrzega, że dżierżawcy będą
musieli przyjąć podwyższenie czynszu dzierżawnego pod utratą
dzierżawy, gdy przed upływem terminu „harendy (czynsze) pódą
w górę“.
Czynsz dzierżawny z majątku sierocińskiego płaci się w ro­
cznych lub półrocznych terminach na ręce opiekuna, który go
składa w kasie sierocińskiej na korzyść pupilów lub obraca go na
ich potrzeby.
Prócz pieniężnych, znane są nad Rabą jeszcze inne czynsze
dzierżawne. Do tych należą: 1) część dochodu z dzierżawionej
własności; 2) poprzednia materyalna pomoc w razie niedostatku
właściciela; 3) nawożenie roli; 4) „odrobek“.
15

218

i. ŚW i ETEK.

[239]

Pierwszy przypadek ma zastosowanie jedynie u tych właści­
cieli, którzy nie mieszkają we wsi, a przekładają dochód w naturze
ze swej roli nad pieniężny czynsz dzierżawnyStosunkowo częstsze bywają przykłady wydzierżawiania wła­
sności nieruchomej za odpowiednią ilość zboża, pobranego naprzód.
I tak zagrodnik, przyciśnięty niedostatkiem „na przednówku, ize co
jeś ni m a“, zwraca się do zasobnego gospodarza z prośbą „o pora­
towanie go w biedzie“ i ofiaruje mu za udzielenie pomocy w pło­
dach roJnych na żywność odpowiedni obszar gruntu w dzierżawę.
Charakterystyczny jest następujący przykład wydzierżawienia
gruntu, zaczerpnięty z czasów dawniejszych :
„Był tu u nas jeden taki chłop, co bez cały rok napijał
gorzałkę w karcmie u żyda, brał tutuń i paluł, a nic nigdy nie
płaciuł; jaz Nowy Bok przysed, wtćdy sie oba ze żydem racho­
wali. Jak rachowali, tak rachowali, jaz tyła narachowali, ize chłop
puściuł za to żydowi dwa korce gruntu ( i y 3 morga) w harende,
izeby se bez trzy lata za to zbierał“. — (Targowisko).
Dzierżawy „z gnoju“ trafiają się dość często. Skoro gospo­
darz nie ma dostatecznego nawozu dla uprawienia jednego lub
więcej „wyjałowionych stąjonek“ gruntu, oddaje je w dzierżawę
„z gnoju“ chałupnikom lub zagrodnikom, którzy zobowiązują się
„doprawić“ je należycie „nawozem“ na rok dzierżawmy. Po roku
dzierżawcy ustępują z roli, a właściciel, zamiast z czynszu dzier­
żawnego, korzysta z ich uprawy gruntu przez dalsze dwa lata.
Podobnie nierzadkie bywają przykłady dzierżaw „na odro­
bek“. — Zagrodnicy, którzy mają piękny łan koniczyny, czy to
„ścierznianki“, czy „starej“ (dwurocznej), a nie mają koni, oddają
ten łan dla paszenia bydła tym z gospodarzy, którzy się zobo­
wiążą, robić im za to „w gruncie" końmi liczbę dni stosowną.
Dzierżawca może zrzec się dzierżawy lub odstąpić ją komu
innemu w następujących wypadkach:
1) skoro ze wsi, w której grunt dzierżawi, przenosi się na
stałe mieszkanie w dalsze strony;
2) skoro dzierżawa dla nieurodzajności gleby lub innych
przyczyn nie przynosi mu i na przyszłość nie wróży mu takich
korzyści, jakie mu właściciel zapewniał;
3) skoro właściciel w ciągu trzechlecia dzierżawy podwyższa
czynsz dzierżawny i wreszcie
4) skoro dzierżawca podczas uprawy roli i zbiorów polnych
natrafia na różne przeszkody, trudności i wyrzuty, czynione bądź
ze strony sąsiadów, bądź właściciela.
Zrzekając się dzierżawy, uwiadamia o tem dzierżawca wła­
ściciela przynajmniej na dwa tygodnie przed rozpoczęciem jesien­
nych lub wiosennych „siewek“. Wypowiedzenie wcześniejsze uważa
sie za zbyteczne po roku lub dwóch latach dzierżawy, gdyż wła­

[240]

219

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

ściciel łatwo znajdzie nowego dzierżawcę na grunt, jeszcze „niewyjałowiony“. Skoro dzierżawca zrzeka się dzierżawy, z której
jeszcze nie korzystał i nie uprawił, powinien o tera przynajmniej
na miesiąc przed zasiewami uwiadomić właściciela lub wynaleźć
nowego dzierżawcę. Gdy tego obowiązku zaniecha, właściciel może
żądać odszkodowania za straty, jeżeliby je poniósł, nie znalazłszy
już nowego dzierżawcy.
W każdym razie dzierżawca traci zadatek lub czwartą część
czynszu dzierżawnego, skoro nie daje za siebie zastępcy, zrzekając
się dzierżawy.
Właściciel znowu odbiera grunt wydzierżawiony:
1) jeżeli dzierżawca zaniedbuje uprawy roli, „zapusca ją
chwastami“, kopie w niej głębokie doły lub wywozi z niej ziemię
i w ogólności, skoro „ze skodą“ gleby gospodarzy;
2) jeżeli mimo upomnień „zalega z harendą“ (czynszem dzier­
żawnym) lub nie przyjmuje jej podwyższenia, chociaż właściciel
zastrzegł sobie ten ostatni warunek w umowie na wypadek ogól­
nego podniesienia się czynszów dzierżawnych;
S)
jeżeli grunt się sprzedaje, rodzinie zapisuje lub wydzier­
żawia za wyższy czynsz, a zastrzeżenie to było przedmiotem ukła­
dów dzierżawnych.
Dwa ostatnie zobowiązania łączą się także z dzierżawą domu.
Nadto dzierżawca ustępuje z dzierżawionego domu, skoro właści­
ciel ma go odbudować lub zburzyć.
Właściciel, odbierając wydzierżawioną rzecz przed terminem
dla własnych celów, wynagradza dzierżawcy szkody, jakie ponosi
wskutek utraty dzierżawy przed czasem. I tak właściciel płaci
dzierżawcy koszta nawozu ziemi (według zwykłej jego ceny we
wsi) w stosunku do czasu, jaki niedostaje do „wyzbiórania“
gruntu. Po roku dzierżawy płaci n. p. właściciel 2/3 wartości na­
wozu, użytego na uprawę roli z chwi ą objęcia jej w dzierżawę.
Dzierżawę odbiera się zwykle „po zbiórkach“; jeżeli zaś od­
biera się ją przed zbiorami, potrzeba zgody dzierżawcy, a właści­
ciel prócz zwrotu kosztów nawozu, wynagradza go jeszcze odpo­
wiednio za obrobienie gruntu i płody rolne na tej dzierżawie.
Rozumie się, że w każdym z powyższych wypadków zwraca
się czynsz dzierżawny, zapłacony z góry. — Ale dzierżawca traci
prawo odszkodowania za zna wożenie roli, skoro dał do tego powród,
że mu odebrano dzierżawę.
Właściciele opłacają ze swojej kieszeni wszelkie daniny pu­
bliczne i podatki, jakie na dzierżawę przypadają. Utrzymują też
budynki w dobrym stanie własnem staraniem, a do dzierżawców
roszczą sobie dopiero wtedy pretensyę, jeżeli z ich winy pochodzą
uszkodzenia i braki dzierżawy lub najmu.
15*

22o

j. ŚWIATEK.

t^ l]

Między właścicielem, a dzierżawcą utrzymują się przeważnie
dobre stosunki. — Zgoda i pewna wyrozumiałość zazwyczaj nie
opuszcza obu stron przez cały czas dzierżawy. Właściciel, którego
gwałtowna pieniężna potrzeba nie usposobi inaczej, czeka nieraz
i kilka, miesięcy, a nawet rok cały i dłużej na czynsz dzierżawny
bez szemrania, mimo, że dzierżawca obowiązany jest z góry opła­
cić dzierżawę. Dzierżawca, który w swym czasie postara się o zna­
czniejszy zapas pieniężny, spieszy z pomocą potrzebującemu wła­
ścicielowi zupełnie bezinteresownie, nie odmawiając mu zaliczki
na rachunek następnego dzierżawnego czynszu.
W razie nieszczęść osobistych właściciele nawet z własnej
inicyatywy odraczają dzierżawcom płacenie czynszu dzierżawnego;
w razie klęsk elementarnych, jak posuchy, mokrego roku, grado­
bicia i powodzi — „kiej na harendowanym polu niewiela się uro­
dzi“ — bywają znowu czasami do tego stopnia wyrozumiali, że
tylko tyle każą sobie płacić z dzierżawy, ile wynoszą od niej da­
niny publiczne. Zdarza się także, że właściciel i od tego ostatniego
żądania odstąpi, skoro dzierżawcy „na cym patrzyć nima, a w polu
zgółecki nic sie nie urodziło“.
Pospolicie robią „ludzcy“ właściciele dzierżawcom tyle ulgi
wobec klęsk przyrodzonych, że im opuszczają czwartą część czyn­
szu dzierżawnego. Mimoto wszystko nie można powiedzieć, żeby
nie zdarzały się spory i zatargi między właścicielem, a dzierżawcą.
Winni temu po większej części dzierżawcy. Trafiają się bowiem
tacy, co nie tylko zalegają z czynszem dzierżawnym poza umó­
wiony termin, nie tylko usiłują go uszczuplić dla rzekomej nieurodzajności gleby, ale i nie chcą płacić z dzierżawy, której zrzekają
się przed czasem, podając za przyczynę, że z niej nie mieli „ża­
dnego pożytku“, gdy tymczasem rola wskutek ich niedbalstwa
nieuprawiona, nieznawożona, należycie nieobrobiona i obsiana, za­
rosła chwastami i „wyjałowiła sie“. —- Stąd też wywiązują się
spory i zatargi między właścicielem, a dzierżawcą, które bywają
przedmiotem rozprawy sądowej.
Wogóle nie są i dzierżawcy wolni od zarzutu; bywają bo­
wiem tacy, którzy ograniczają wolę dzierżawców w uprawie dzier­
żawionej roli i jej wyzyskaniu i co wbrew umowie usiłują pod­
wyższyć czynsz dzierżawny lub bezpodstawnie dzierżawę odebrać
przed upływem terminu.
y) Przechowanie.

Chałupnicy i komornicy, którzy nie mają ani stodoły, ani
szopy na przechowanie przed omłotem zboża z dzierżawionego
zwykle gruntu, zwracają się z prośbą do zamożniejszych, a zna­
nych z uczciwości gospodarzy o przechowanie im tego zboża

[242]

ZWYCZAJE POJĘCIA

1 PRAWNE.

221

w swych stodołach do czasu omłotu. — Gospodarze, przyjmując
cudze zbiory polne do własnych gumien, juz tem samem zobowią­
zują się uchronić je od wszelkiej szkody, rozumie się, aż do chwili,
kiedy właściciel omłócone, „zwiane“ i wyczyszczone zabierze do
swej komory. Za takie „wygodzenie“ przechowywacz nie żąda po
większej części od właściciela wynagrodzenia pieniężnego — sam
właściciel poczuwa się zwykle do obowiązku „dopomozenia" przechowywaczowi w „kopaniu“ albo „przy młocce“ przez dzień, dwa
lub więcej dni.
Podobnie zwyczajne jest przechowywanie cudzych pieniędzy
lub innych rzeczy wartościowych i dokumentów. Każdy bez wy­
jątku, kto tylko nie ma bezpiecznej na nie kryjówki, a obawia
się kradzieży, powierza je do przechowania krewnym, powinowa­
tym, często nawet i obcym „stałym gospodarzom“, wogóle lu­
dziom, dla których żywi pełne zaufanie.
Przechowywanie bywa zazwyczaj bezinteresowne; z pieniędzy
wszakże może korzystać przechowywacz, byle je zwrócił natych­
miast na żądanie właściciela. — Z innych rzeczy wartościowych,
n. p. korali, poduszek, korzysta przechowywacz jedynie na wy­
raźne pozwolenie właściciela.
Pewność zwrócenia powierzonej rzeczy zabezpiecza zupełnie
zaufanie, jakie się ma dla przechowywacza. Świadków umyślnych
przy oddaniu nie bywa, inaczej czułaby się obrażoną osoba, którą
prosi się o przechowanie, i nie przyjęłaby na siebie tego obo­
wiązku.
Przechowywacz odpowiada bowiem za uszkodzenie i uszczer­
bek powierzonej rzeczy, jeżeli jest ono następstwem jego niedbal­
stwa. Nie odpowiada tylko za jej szkody podczas pożaru, powodzi
i innych nadzwyczajnych wypadków. Śkoro przechowywacz pod­
czas tych groźnych wypadków ocali rzecz powierzoną, zwłaszcza
ze szkodą własną lub z narażeniem się na niebezpieczeństwo, może
sobie rościć pretensyę do właściciela o stosowne wynagrodzenie.
Utraciwszy rzecz, powierzoną do przechowania, należy powe­
tować stratę właścicielowi albo przez kupno nowej rzeczy tej samej
jakości i wartości albo przez odpowiednie odszkowanie pieniężne.
Przechowywacz nawet wtedy odpowiada za całość powierzo­
nej rzeczy, skoro, nie mogąc jej sam zatrzymać, oddaje ją dla
przechowania osobom trzecim.
S)

Pełnomocnictwa .

Nadrabianie załatwiają różne swroje sprawy i interesy prawne
bądź sami osobiście, bądź przez zastępstwo. Skoro je załatwiają
przez zastępstwo, dają swym krewnym lub obcym zaufanym lu­
dziom do tego upoważnienie. Upoważnienie to nazywają zwykle

222

J.

ŚW JĘTEK.

[243]

„plepotencyą“ (plenipotencyą), rzadko pełnomocnictwem, a bywa
ono ustne lub pisemne. Pisemne bywa wtedy, gdy jest potrzeba
zastąpienia interesowanego bądź w sądzie, bądź w innych urzę­
dach i zakładach publicznych w sprawach większej wagi i praw­
nej natury.
Pełnomocnictwa osobiste bywają zazwyczaj szczególne; ogólne
daje tylko sąd, jako władza opiekuńcza kuratorowi i opiekunom.
W sprawach sądowych Nadrabianin wtedy daje pełnomocnictwo
zaufanym osobom, gdy sam albo wskutek słabości albo innych
ważnych przeszkód nie może udać się do sądu lub się obawia,
że wskutek nieznajomości ustaw albo lichej wymowy nie potrafi
korzystnie bronić swojej sprawy.
Pełnomocnictwa szczególne bywają albo ograniczone albo nie­
ograniczone. Pełnomocnik bądź trzyma się granic, które mu mo­
codawca zakreśla, bądź też działa według własnego przekonania
i sumienia.
Zakres pełnomocnictwa znajduje na papierze bliższe okre­
ślenie, a skoro daje się je ustnie, to zwykle wobec dwóch wiary­
godnych świadków.
Pełnomocnictwa szczególne dają najczęściej Nadrabianie dla
prowadzenia procesów, we wszystkich umowach zaś i układach,
w których chodzi w grę zrzeczenie się lub przyjęcie jakichś praw,
załatwiają zwykle swą sprawę osobiście.
Prywatne pełnomocnictwa ustne i bez świadków są, rozumie
się, pospolite.
Parobek na zlecenie gospodarza załatwia różne jego dość
nawet ważne interesy; krewny, powinowaty lub dobry przyjaciel
kupuje nie dla siebie i nie za własne pieniądze, choć we własnem
imieniu, rzeczy większej wartości, n. p. grunt, korale, dom, które
zaraz oddaje mocodawcy po załatwieniu sprawy.
Pełnomocnik, upoważniony pisemnie czy ustnie, ma dbać
o sprawę mu poruczoną, jakby o swą własną, powinien się starać
o osiągnienie jak największej korzyści na rzecz mocodawcy, a to
zapomocą wszelkich uczciwych środków, jakie uzna za stosowne.
Pełnomocnik, który załatwia sprawę prawną, rzadko spełnia
swój obowiązek bezinteresownie. Mocodawca wynagradza go zwy­
kle za trudy, „mitręgę“ czasu, a nadto zwraca mu wszelkie ko­
szta i straty. Prócz tego należy się pełnomocnikowi „dobra pocesna“
po pomyślnem załatwieniu sprawy.
Pełnomocnik prywatny ma poniekąd te same korzyści, skoro
przedmiotem jego pełnomocnictwa jest ważny interes.

[2U ]

ZWYCZAJU I POJĘCJA PRAWNU

223

ł

7. Zycie publiczne.
a) W ł a d z a p a ń s t w o w a , w ł a d z e a u t o n o m i c z n e ,
dążenia ludu, wybory, władze gminne, gospo­
d a r k a gminna.
Państwo według przeważnej części dzisiejszych Nadrabian,
jest to skład kilku krajów, które podlegają jednej najwyższej
„głowie“. Ta głową jest cesarz; rezydujący w Wiedniu. Cesarz
dzierży w swym ręku najwyższą władzę ziemską. Władza ta jest
niezawisłą, nieograniczoną, nieodpowiedzialną, wszechmocną i nigdy
nieustającą. Pojęcie władzy państwowej jest więc identyczne z po­
jęciem woli i potęgi cesarskiej. Jak przed cesarzem i jego wolą,
tak i przed władzą państwową, rozlewającą się od tronu na całe
państwo, korzyć się muszą wszyscy i podlegają jej wszyscy. Gdyby
władzy państwowej nie było, niebyłoby i w kraju dobrze: „panowieby sie ino swarzyli i s chłopami, coby kcieli, toby robili, a nimiałby ich chto skrócić. Chtoby był mocniejsy, ten i wsedy byłby
lepsy“. Władza państwowa „wsedy robi porządeku. Ona stanowi
prawa, czuwa nad ich wykonaniem, nakłada i ściąga podatki, na­
kazuje pobór rekruta, utrzymuje wojsko, zaprowadza nową broń,
wypowiada wojny, zawiera pokój, ściga zbrodnie i występki i za­
rządza wszystkiemi sprawami monarchii.
Ale cesarz, jako przedstawiciel władzy państwowej, nie może
sam zajmować się wszystkiemi atrybucyami tej władzy. „Choć
wsyćkich swoich poddanych ma zarówno, to o nich wsyćkich ni
może wiedzićć, bo jes tego duża milionów. Latego trzyma se ozmaitych ministrów, różnych panów i ceóniejakich przystawców, co
im płaci, zęby za nićgo rządzili, jak ón im każe. Nazywa sie to
rząd. Tak rządem są te ministry we Widniu, namieśnictwo we
Lwowie, a tym zną są podległe starostwa i jesce sądy, ale sądy
to pono pod nńmieśnictwo nie podpadają, ale mają intse n&wyzse
sądy, co od nich zalezą. — Jesce są intse przy tym urzędy, co to
niby są także rządem, ale nie takim, jak prawdziwy rząd, ino
tak la kraju, a miónią sie wydziałem krajowym we Lwowie i wy­
działami powiatowymi w kozdym powiecie, jaz nareście końcy sie
to wsyćko na wójcie abo na zwierzchności gminny. — Rząd to
ino to ma robić, co mu prawa każą, a prawa zną to uchwalają
różni posłowie, co i my ich chłopi wybiórawa do Rady. Nawieksa
taka Rada jes przy cysarzu we Widniu, a nazywa sie óna Rada
pajstwa, a druga taka Rada, co juz jes mniejsa, jes we Lwowie
przy Wydziale krajowym i mieni sie Sejmem. Jaki to Najaśniejsy
Pńn jes sprawiedliwy, co nie kce nam sam praw dawać, jakie mu
sie ino żywnie podobają, bo ma taką moc, ino kce, zęby ludzie

224

J.

ŚW IA TEK .

[245]

sami se posłów obierali, coby prawa uchwalali, bo Najaśniejsy Pćn
tak se myśli : „Na co ja mam wam takie prawa pisać, kiej wy
sami nalepij wiecie, co wam potrza, to radźcież sami o sobie“. —
I byłoby tak bardzo dobrze, jak Pan Cysarz kce, ale cy to głupie
chłopy umią sie na tym poznać? Zamias zęby do Rady Pajstwa
i do Sejmu i nawet do Rady powiatowy ino swoich ludzi mądrych
obiórali abo takich, co im dobrze zycą, to óni, jak im ino pano­
wie uśklą bakę, naleją im w garło i kiołbasy dadzą przed wy­
borami, to sie zarazicki sprzedadzą z ciałem i dusą i ni im to
w głowie, ze to wsyćko na chłopskij skórze sie odbije. Bo kej by
ta chtory pón ślachcic kciół 1k chłopa dobrze zrobić. Coraz tyz
gorzy nam idzie, coraz to wiekse podatki i różne ciężary na nas
pakują, a skąd tu na to brać, kiej nima s cego, juz cłek ledwie
dycbó, na wsi, a tu płać i płać. Coraz to gorzy. Co dawnij go­
spodarz płaciuł dwadzieścia ryjskich podatku, to teróz musi płacić
namnij siedemdziesiąt. W urzędach podatkowych nie pytają, cy
sie co w polu urodziło, cy nie, cy mas co jeś lub nie: zapłać, boś
powinien. A jak chto odrazu nie jes w stanie zapłacić, to zar&z
zekucya abo sechwestracya i zabiera ci ostatnią krowine, konie
wywiedą i sprzedadzą, a terćz jedz, co kces i rób, cym kces —
co ich to obchodzi? Abo ci, jak to dawnij cesto było, dadzą ci
jednego, dwóch abo i trzech zołmićrzy na zekucyą x) i każą im jeś
dawać pótyl, pókil nie zapłacis. — Oj! oj! ja myślę, ze jakby sie
cysarz przypatrzuł ty wielgij nasy chłopskij bićdzie, toby ón nam
pewnicki tak wielgich podatków płacić nie kazał. ’— Ale cysarz
o tym wsyćkim nie wić, co sie tu miedzy nami chłopami dzieje,
bo chtóby mu to pędział. Panowie przecie, co ich posłami obiórawa, mu tego nie powiedzą, bo im o chłopów tyła chodzi, co psu
o piątą nogę; óni ino o siebie dbają i za sobą obst&wają, zęby
im dobrze było. Zęby to byli posłowie prawdziwi chłopscy, toby
to inacy było; óniby tam do cysarza trafili i wsyćko mu ozpedzieli, a cysarzby ta juz na to poradziuł, bo u nićgo wsyćko je ­
dno, cy chłop, cy pan, a widać to juz s tego, ze jak tam jego
panowie ministry se za dużo pozwalają i cysarz widzi, ze źle rzą­
dzą, to ón sie ta wićla nie pyta, ino ich zaraz odzenie, a intsych
śe lepsych wybierze i intsy tyz rząd nastaje. — Ale i z nowym
rządem nie wiela sie polepsa, bo jak nima chłopskich posłów, coby
nas chłopów bronili i prawa la nas lepse uchwalili, to zawdy to
nie dobrze idzie. — Ale dziekiści Panu Jezusowi, ze teraz chłopi
zacynają cor&z bardzij mądrzeć i rusają sie, to może panów na *)
*) Żołnierze — „zekuc^rze" dają się dotkliwie uczuć wieśniakowi, skoro
nawet weszli w przysłowie: „Tyś gorsy, jak ten zekucarz!“ — Przymówka ta
odnosi się szczególniej do domowników, którzy zrzędzą i grymaszą nad podanem
im jadłem.

|246]

ZWYCZAJE 1 POJĘCIA PRAWNE.

225

posłów do Widnia i do Lwowa wybierać nie będą, ino swoich,
to i la nas chłopów lepsi nastanie. Ale zawdy to jesce nie bedzie
dobrze, bo chociażby i we wsyćkich powiatach nasego kraju chłopi
byli chłopskimi posłami, to pono i tak wiecy jesce panów bedzie
w Radzie Pajstwa i na Sejmie. La nńs to aśnie byłoby nó lepsi,
jakbyśwa mieli prawdziwych chłopskich posłów wiecy, jak pano­
wie, zęby i w Radzie powiatowy było wiecy chłopów jak panów
i zęby po rządach i sądach nas nizaco ni mieli, jak nas terńz
mają“.
Są to myśli starszego wiekiem wieśniaka, Antoniego Jacha
z Targowiska, który wszakże dzisiejszym ruchem ludowym ponie­
kąd się interesuje. Rówieśnicy jego po większej części nie zdają
sobie dokładnie sprawy z obecnych stosunków i urządzeń polity­
cznych; stąd też wśród nich panuje dziwna mieszanina pojęć
z czasów absolutyzmu a życia, konstytucyjnego. Młodsze pokolenie
w wieku od 25 do 45 lat w przeważnej części więcej idzie za
prądem czasu; dąży do postępu, a stad interesuje się żywo wszelkiemi urządzeniami publicznemu i nabiera o nich jasnego pojęcia.
Wobec tego byłoby też zbyteczną rzeczą rozwijać jego poglądy
w tym kierunku w niniejszej pracy, gdyż, jak powiedziałem, nie
wiele one pod względem treści odbiegają od myśli, zawartych
w obecnych ustawach. W ypada mi to tylko zaznaczyć, że od kil­
kunastu, a szczególniej od trzech lat ostatnich objawia się dość
silny ruch wśród młodszych włościan tutejszych, zmierzający do
tego, aby przez posłów, których chcą wybierać ze swego łona,
uzyskać równomierne rozłożenie ciężarów publicznych na wszyst­
kie klasy posiadające, tudzież różne ulgi dla rolnictwa.
Aby zapobiedz przekupstwu, praktykującemu się podczas
wyborów poselskich, tudzież wyrugować wpływ tak zw. „kiełbasy
wyborczej“, Nadrabianie, idąc za ogólnym prądem ludowym, dążą
do zmiany sejmowej ordynacyi wyborczej ; życzą sobie miano­
wicie, aby rozszerzono prawo wyborcze i aby głosowanie odbywało
się bezpośrednio i tajnie. Sądzą, że wobec takiego systemu wy­
borczego będą wychodzili z wyborów mniejszej posiadłości tylko
sami włościanie lub ludzie, oddani im szczerze, a za sprawą takich
posłów polepszenie doli wieśniaczej ma być tylko kwestyą czasu.
Polepszenie to nastąpi:
1) skoro wszystkie stany ponosić będą ciężary publiczne
w równej mierze z dochodów, jakie mają;
2) skoro rzeki i potoki będą uregulowane;
3) skoro w rozłożeniu kosztów budowy i utrzymania dróg
będzie miarą stopa podatkowa, a myta będą zniesione;
4) skoro ustawy ubiezpieczą drobny przemysł wobec wielkich
przedsiębiorstw fabrycznych, a od przemysłu domowego nie będzie
trzeba opłacać podatku ;

226

J. ŚWIĘTEK.

[247]

5) skoro wszelkich potrzeb dla wojska i zakładów publicz­
nych bezpośrednio dostarczać będą krajowi katolicy, a do otrzy­
mania publicznego przedsiębiorstwa (n. p. dostawy szutru na drogi)
pierwszeństwo będą mieli wieśniacy;
6) skoro kraj ułatwi włościanom nabywanie dowolne grun­
tów przy parcelacyi większych dóbr, wystawionych na sprzedaż,
a zapobiegnie wyzyskowi spekulantów.
7) skoro lud będzie miał zapewniony dogodny kredyt;
8) skoro kaćdy będzie miał wolność polowania na swym
gruncie i łowienia ryb po rzekach;
9) skoro władze rządowe i autonomiczne będą się starały
0 to, aby wyrobnicy i wogóle ludzie biedni mogli w każdym czasie
1 w każdej porze znaleźć odpowiednie zajęcie i zarobki.
10) skoro notaryaty będą zniesione, umiarkowane, a nieprze­
kraczalne taksy za czynności adwokackie ustawami określone,
sądownictwo w sprawach spornych i niespornych uproszczone,
a wymiar sprawiedliwości wolny od dotychczasowych uciążliwych
opłat;
11) skoro obszary dworskie będą połączone z gminami;
12) skoro wójtom będzie przyznane wynagrodzenie ze skarbu
państwa za sprawowanie poruczonego zakresu działania;
18) skoro obowiązywać będzie ogólne ubezpieczenie krajowe
od ognia i zabezpieczenie inwentarza;
14) skoro sól będzie tańsza, a słoną wodę dla bydła będą
otrzymywali włościanie bezpłatnie;
15) skoro w lasach rządowych będą mieli wieśniacy wolność
zbierania gałęzi, „grabienia“ suchych liści, sieczenia i żęcia trawy
i w ogólności korzystania z lasu i tych jego produktów, które
„przez żadnego pożytku marnieją“ dla rządowego skarbu, a nadto,
skoro będą mieli ułatwione nabywanie drzewa na budulec po niż­
szych cenach;
16) skoro lichwa będzie zupełnie wytępiona, a przeciw wy­
zyskowi żydowskiemu ustawy zapobiegną skutecznie;
17) wreszcie skoro rewizorowie bydła będą usunięci.
Są to na razie najważniejsze pragnienia ludu, które według
Nadrabian już dawno byłyby się urzeczywistniły, gdyby posłowie,
wybierani przez włościan do Sejmu i do Rady Państwa, dbali
w istocie o dobro ludu, a nie kierowali się tylko osobistymi wi­
dokami i nie działali ze szkodą włościąństwa na korzyść klasy
społecznej, do której sami należą.
To też lud nadrabski wespół ż ludnością całego bocheńskiego
powiatu już przynajmniej od lat szesnastu zaczyna się coraz więcej
skupiać, zastanawiać się nad sobą i łączyć się w celu wybierania
posła ze swego łona. Od tego czasu szczególniej już na parę mie­
sięcy przed wyborami czyto do Rady Państwa, czy do Sejmu,

[248]

ZWYCZAJE 1 POJĘCIA PRAWNE.

227

ożywiał się zawsze ruch wśród wieśniaków, a głównym tematem
ich rozmów była przeważnie osoba przyszłego posła. Chcieliby,
aby był im podobny, lecz uczciwy, mądry i roztropny, aby umiał
i chciał się ująć za wieśniakami wszędzie, gdzie zachodzi tego po­
trzeba. Mimoto raz tylko przed dwunastu laty udało im się wybrać
włościanina posłem do Rady Państwa (Orzechowski z Łazów). —
Zawsze bowiem z nadmiaru ostrożności, podobnie, jak i inne po­
wiaty, popadali w nieporadność, którą potrafili wyzyskać dla swoich
celów wysyłani agitatorowie. Ci to agitatorowie właśnie, za pomocą
środków pieniężnych i „kiełbasy wyborczej“, zamącając zdrowy
chłopski rozum tysiącznemi obietnicami, jakich naturalnie posłowie
dotrzymać nie mogą, doprowadzali do tego, że z wyboru nie wy­
chodził „swój“, lecz kandydat obozu konserwatywnego, który we­
dług Nadrabian nie jest wcale dla włościan przychylny. Niemniej
ważną przeszkodą, dla której wybory z mniejszej własności nie
zawsze wypadały dotąd według istotnego życzenia ludu, był nacisk
ze strony administracyjnych władz rządowych, a z temi szczegól­
niej bardzo wiele się liczą naczelnicy gmin 1).
Ale, od trzech lat począwszy, biorą włościanie tutejsi coraz
liczniejszy udział w zgromadzeniach i wiecach ludowych, coraz
głośniej zaznaczają swe skargi na krzywdę, jaka rzekomo płynie
dla nich z niektórych obowiązujących ustaw, coraz wyraźniej ob­
jawiają swą niechęć i żal do swych reprezentantów w ciałach pra­
wodawczych, a natomiast dążą z pewną konsekwencyą do wypeł­
niania wszystkich ustawą wyborczą przyznanych im miejsc przez
własne siły tak w Radzie Państwa i w Sejmie krajowym, jak
i w Radzie powiatowej.
Rada powiatowa bowiem również dawała dotąd powody wło­
ścianom do skarg i żalów wskutek rzekomego forytowania wła­
ścicieli dóbr większych ze szkodą mniejszej posiadłości. Między
innemi zarzucali jej n. p., że nie uwzględnia w preliminarzu dro­
gowym dróg, któremi włościanie koniecznie jeździć muszą, a. na­
tomiast naprawia wszystkie drogi kosztem powiatu, któremi prawie
wyłącznie obszar dworski przejeżdża, mimo, iż do prestacyi dro­
gowej w równej mierze przyczynia się największy nawet obszar
dworski z najuboższym zagrodnikiem, mającym tylko jednego „li­
chego“ konia. „Izeli chłopie kces mieć dobrą dróge bez wieś, co
nią koniecnie musis jeździć, bo intsy nimas, to se ją sam napraw,
chociaż tam tak samo musis wywieś śtery pryzmy siustru od luJ) Podczas ostatnich wyborów posła do Rady Państwa (16. marca 1897)
kandydat ludowy upadł dlatego, ponieważ nie miał należnego moralnego poparcia
ze wsi rodzinnej i najbliższej okolicy, a wskutek podeszłego wieku nie dawał
ogółowi wyborców dostatecznej rękojmi odpowiedniego zastępstwa interesów wło­
ściańskich,

228

J. ŚW1ĘTEK.

[249]

mera na drógi, co należą do prestacye, jak i nawieksy pan dzie­
dziczny; a jak se tego nie zrobis, to sio utop ty sarn i twojń ga­
dzina z tobą razem, co to prestacyą obchodzi? Oni ino w W y­
dziale dbają, zęby panu było dobrze jeździć, chtoredy ón kce;
a jak ci wielga woda zbierze mos na rzćce, a pan tedy juz nie
kce jeździć, to sie zaraz ten mos i całą dróge wyrzucń z preluminarza drogowego“.
Aby przynajmniej tę ostatnią „niesprawieliwoś“ usunąć, już
z wiosną 1896 r. zorganizowali się włościanie bocheńskiego po­
wiatu dość silnie i postanowili usilnie starać się o to, aby ani
jeden mandat (z dwunastu na 26) do Rady powiatowej nie dostał
się w ręce klas innych. Że im to się udało, dowodem są wybory,
dokonane w jesieni. Nadto zamierzają w przyszłości zjawiać się
jako słuchacze na posiedzeniach Rady, które są jawne, czego do­
tychczas zaniedbywali.
Uchwała poprzedniego Sejmu krajowego, który przyznał
subwencyę na budowę nowego teatru we Lwowie, wywołała wiel­
kie wzburzenie wśród ludności tutejszej: „Na tryjatr — krzyczano—to Sejm ma wielgie piniądze, ale zęby z rzćkami co zrobić, co
nam wszyćkie grunta kcą potargać, to ni ma. Panowie, ja k kcą
sie bawić, to niek sie bawią za swoje piniądze, a nie za nase, co
krwawo na nie musiwa pracować. My do tryjatru nie pódziewa,
bo jeś ni mawa co, ale tyz nie kcewa, zęby nase piniądze, co je
składawa przy podatkach, sły na to, na co sie panom podoba“.
Była także dość znaczna liczba takich, którzyby raczej po­
święcili kwotę, uchwaloną przez Sejm na budowę teatru we Lwo­
wie, na polepszenie doli nauczycieli ludowych, „bo to i oni doś
wielgie biedaki“.
W ogólności trzeba powiedzieć na podstawie poczynionych
spostrzeżeń, ze lud tutejszy, jakkolwiek autonomię uważa za wiel­
kie dobrodziejstwo, ma jednak sporo skarg i żalów przeciw ciałom
prawodawczym w obecnym ich składzie.
Nie mniejszy żal żywi też lud do notaryatów. Notaryusze
wymagają za swe czynności zbyt wygórowanych opłat, które dla
włościaństwa, zwłaszcza uboższego, są bardzo uciążliwe. Dla za­
pobieżenia temu lud nie widzi innej rady, jak dążenie do znie­
sienia notaryatów. Czynności ich może zupełnie skutecznie spełniać
sąd powiatowy. Spadkobiercy wraz z wójtem i taksatorami, zamiast
zgłaszać się u notaryusza w celu spisania aktów spadkowych, sta­
waliby od razu przed urzędnikiem sądowym, któryby spisywał
z nimi protokół spadkowy i inwentarza, t. j. załatwiał czynność,
którą obecnie notaryusz sprawuje. Sąd wymierzałby za to spadko­
biercom umiarkowaną naleźytość, którą także w stemplach możnaby
uiszczać.

[250]

ZWYCZAJR I POJĘCIA PRAWNE.

229

Przez zniesienie notaryatów lud wieleby zyskał, boby obok
należytości spadkowej, ściąganej od spadkobierców przez urząd
podatkowy, nie potrzebował płacić nadmiernej kwoty notaryuszom
za przeprowadzenie pertraktacyi spadkowej.
Potrzebę innych instytucyj publicznych uznaje lud w całej
pełni; one bowiem utrzymują porządek w kraju. — Narzekania,
jakie pod ich adresem słyszeć się dają, zasadzają się zwykle na
tern doświadczeniu, że „w rządach i sądach chłopa mają nizaco,
z góry na niógo patrzą, pan, a nawet zyd jes tam lepsy od chłopa
i lepsi jego sprawa tam gra, ja k chłopa, chocińzby tam i słusnoś
m iał“, a nadto, źe starostwo wbrew ustawie pod błahymi pozo­
rami nie dopuszcza czasami zgromadzania się w celu „narady" nad
sprawami ludowemi. Szczególniej ta ostatnia okoliczność wywołuje
rozgoryczenie wśród włościan.
Śledząc ruch ludu przed wyborami posła do Rady Państwa
lub Sejmu, możnaby przypuszczać, ze podobnie i wybory do Rady
i Zwierzchności gminnej nie są pozbawione pewnego większego
ożywienia. Tymczasem tak nie jest. — Przed tymi wyborami nie
widać rozwiniętej agitacyi tak na rzecz przyszłych radnych, jak
i wójta. Sprawa odbywa się niemal zupełnie spokojnie. Stronni­
czości nie widać; wyborcy mają jedynie na oku dobro gminy. —
Choć nawet która familia we wsi, więcej ambitna, zapragnie wójta
z pośród siebie „la honoru“ i choć rzeczywiście odniesie zwycię­
stwo podczas wyborów, nie jest to zwycięstwo skutkiem agitacyi
wśród obcych lub nawet wśród dalszych krewnych, ale raczej wy­
nikiem tego, źe sama w sobie rozporządza dość znaczną ilością gło­
sów. Na kogo zaś choćby i ze strony krewnych pada większa ilość
głosów na początku wyborów, ku temu skłaniają się i obcy w dal­
szym ciągu. Kandydatury na radnych, potem wójta nikt nie zgłasza
wprost, ani też nie namawia wyborców, aby mu swe głosy oddali.
Stąd to pochodzi, że gospodarz wójtem *) obrany niekiedy
rzeczywiście nie chce przyjąć tej najwyższej godności w gminie,
ofiarowanej mu przez wolny wybór. Daje się prosić, a znane też
są przykłady, źe nowo obrany wójt zrzekał się formalnie swego
urzędu albo też dla uwolnienia się od „wójtostwa“ zastrzegał
sobie w razie jego przyjęcia takie warunki, na które nie mogła
się zgodzić gromada i, zwalniając niedoszłego wójta od przewo­
dzenia sobie, wybierała nowego. Stanowisko wójtowskie bowiem,
jakkolwiek nie bez znaczenia, nie jest już dlatego pożądane dla
wieśniaków, źe pociąga za sobą różne kłopoty i ciężary wskutek
znacznej odpowiedzialności wobec władz wyższych tak autonomi*) „Lud Nadrabski“ str. 124.

230

J.

a w iij T t i it .

[2611

czńych jak i rządowych, a także i wobec wsi własnej. — Częste
przejażdżki zaś do starostwa, zwoływanie rady i ściąganie podat­
ków odrywają wójta nie tylko od gospodarstwa, ale narażają
go i na pewne koszta. Jeżeli kto „ubija sie“ podczas wyborów,
aby dojść do władzy wójtowskiej, to już chyba „stary wójt“, który
obeznany dobrze z tym urzędem, świadomy różnych krętych ścieszek, a przy tern mający pewne jeszcze rachunki z przeszłości
i przyzwyczajony nadto do więcej swobodnego życia, chciałby
i nadal utrzymać się na tej wyżynie. To jednak rzadko mu się
udaje, bo gromada, niezadowolona z jego rządów, nie myśli wcale
0 zatrzymaniu go na wójtostwie, a często nawet nie wybiera go
1 na radnego. Bez porównania więcej pożądana bywa dla Nadrabian godność radnego, niż naczelne stanowisko w gminie. —
Pierwsza bowiem nie jest połączona z żadnymi kłopotami, a bez­
sprzecznie przynosi i „honor“ i daje pewne prerogatywy. Agitacyi
przedwyborczej przed wyborami gminnymi nie bywa.
Podczas wyboru wójta rada gminna według życzenia gro­
mady uważa więcej na przymioty osobiste i charakter wybiera­
nego, niż na jego stan majątkowy, stosunki osobiste lub pewien
rozgłos w okolicy. Wymaga od przyszłego wójta, aby był czło­
wiekiem uczciwym, trzeźwym, rządnym i gospodarnym, wyrozu­
miałym i rozsądnym, a przy tern śmiałym, odważnym i zaradnym:
„zęby sie nie dał i jak potrza, zęby sie umiał postawić w staro­
stwie i wsedy“. Co do stanu majątkowego powinien żyć w uregulo­
wanych stosunkach, a posiadać przynamniej parę morgów gruntu,
„zęby go było na cym patrzyć“ na wypadek nadużycia dobra
gminnego. We wsi nadrabskiej może więc być wójtem z irówno
zagrodnik, jak i kmieć, byle tylko był „stałym gospodarzem“.
Mimo tych wymagań gromady, stawianych przyszłemu zwierz­
chnikowi, z wyboru wychodzi dość często wójt, który już czasem
w pierwszym roku swego urzędowania zawodzi oczekiwania gminy,
a przynajmniej znacznej jej części.
Objaw tego niezadowolenia tern się tłomaczy, że niektórzy
„wójcia“ bądź pod wpływem zawiązanych stosunków na nowem
stanowisku, a częstej sposobności, rozpijają się i „bawią sie w pa­
nów“ kosztem gminy, której spraw zaniedbują, bądź w spółce
z pisarzami gminnymi, a w porozumieniu z nieuczciwymi radnymi
dopuszczają się różnych nadużyć i niesprawiedliwości dla przyspo­
rzenia sobie m ajątku, bądź też fory tują swych krewnych i przy­
jaciół, pomijają ich przy podziale robót publicznych gminnych
(n. p. dostarczania podwód — „foszmanów“, naprawy dróg itp.),
a natomiast obciążają temi robotami obojętnych sobie gospodarzy.
Dlatego to właśnie dają się dość często słyszeć podobne
skargi nad Rabą, jak ta, którą z ust Michała Jani z Targowiska
przed sześciu laty zapisałem:

[252]

ZWYCZAJE 1 POJĘCIA PRAWNE).

231

„Wsyćko to idzie w gminie po wójcie i radnych, jacy óni
są. A z dziwa tam teraz, zęby óni byli tacy, jak sie patrzy. Wójt,
jak go obiórają, to zdaje sie, ize lepsego nad niego nima. Ale jak
ino go obiera, to tak, jakby co do niego wlazło, bo o gminę wićla
nie stoi, beleby ino ónemu było dobrze i bele ino na wójtostwie
majątek zbinł i w garło se nalał jak nawiecy. — Abo go radni
i pisarz na swoje stronę przeciągną abo ón radnych i piją wsyscy
i jedzą za gminne, co ino im sie smieści, a o sprawiedliwoś, zęby
jaka we wsi była, nie stoją. A nagorsy to juz zawdy pisarz bywa
wsedy, bo choćby wójt i used, to ón go i radnych popsuje. —
Ten, co casem i nie wiela warta, ja k ino z wójtem dobry, to
wsyćko skóra, co ino kce, a intsy, co to casem i nasłuśnij ma,
nic nie poradzi, ino go tak belecym zbedą i bijze sie ś nimi...—
Abo i z placami pod chałupy — co óni tu nie wyrabiają? Ten,
choćby tam był jaki i obieżyświat abo przybłęda s całego świata,
jak ino beckę piwa postawi i moskali faskę abo kiołbas kilka
i cygarów packę da, to nalepsy plac pod chałupę dostanie; a ten,
co nic nie da abo ino wióla z tyła i to, co sie należy za plac, to
mu tam wydadzą ten plac kej na jakim urwisku i ón wziąś musi,
bo co ma robić? — Abo i z fundusu zbożowego co sie to stało?
Powinna być s tego juz jaka wieksa kasa, a tu słychać, ze sie
nic nie podnosi, a piniądze to se sami radni poozbierali. — Abo
i z foszmanami jak to idzie? Jeden nikej nie jedzie abo mało kej,
bo s przysieznym i wójtem dobry, a drugi musi za siebie i za
intsych jechać. A i stróża gromadzka — lacego to radni na nią
nie chodzą? Nima, ja powiedam, sprawiedliwości wsedy po nasych
gminach. Co kcą, to robią i có im za to zrobis? A jak to ładnie,
jak w chtory gminie wójt i radni porząmni. Jes tam i porządek
i ludzie sie nie skardzą na wójta i radnych i majątek gmina jaki
taki ma; sprawiedliwoś kozdy znajdzie i dobrze sie tam wsyćko
dzieje“.
Te i tym podobne utyskiwania na władze gminne są częścią
słuszne, częścią wynikiem pewnego uprzedzenia do osób, które
sprawują zarząd gminy. Należy wszakże podnieść, że z biegiem
czasu coraz mniej słyszy się skarg i żalów na zwierzchności i rady
gminne. Widać, że stosunki zaczynają się tu poprawiać. N. p.
z dzisiejszego wójta wieś Targowisko jest zupełnie zadowolona.
Wspomnienia z początku tego wieku rzucają jeszcze o wiele
jaskrawsze światło na ówczesne nadużycia wójtowskie. Opowiadają
najstarsi gospodarze ze wsi, na podstawie doświadczenia ojców
i dziadków, że dawny wójt miał wielką władzę nad mieszkańcami
gminy. Nietylko bowiem znęcał się bez miłosierdzia nad tymi, co
mu się nie podobali lub w czem mu się sprzeciwili, ale po prostu
wydzierał nawet gospodarzom grunta i nadawał je swej rodzinie.

232

3. ŚWtĘTER.

[253]

Prawie pańszczyznę kazał sobie robić chłopom, a tych smagał
batem, co się do roboty spóźnili lub wymawiali się pilną pracą
w swym gruncie. „Zdarzyło sie nierńz — jak opowiedali mój nieboscyk ociec — ze jak ino wróciło sie na wiecór s pola od roboty,
ize ino cłek sie oglądnuł, a tu just wójt przyjechał na osiedle na
koniu, trzasnuł raz i drugi batem i zaraz nakazał, izeby kilkoro
ludzi naraz z chałupy przysło do niógo na drugi dziej rano do
żniwa za ceski *) od jednego. Nik nie śmiał na to ani gęby otwo­
rzyć i odpedzieć: nie pode!... bo wójt, jak sie ozzar, to nieprzymierzając kieby jaki kiernoz, krzycał i dar sie na całe garło,
a biuł batem, kogo ino kej dopad. A co to dopióro było, jak kogo,
co go wójt nie lubiuł, oskardzuł chto do niógo. — Dwadzieścia
kijów dostać na ławce pokładanego, co jaz sie ziemie gryzło, to
było jesce nic wielgiego. A co to ludzi posło bez takiego wójta
ze swoich gruntów, to ino trza popatrzyć (tu wyliczał opowiadający
tych, którym wójt wydarł grunta dla swej rodziny). A teraz to
wsyćko zry jego rodzina, chociaż ta ś nji wiela just pokąpało!
A co to ludzi bez niego wytyrało sie na wojnach, jak jesce była
łapanka! Kryło sie to bo kryło po zbozach, po lassach, ale jak
sie wójt na kogo uwziąn, a jesce na takiego, co miał jaki grunt,
co ón kciał la swoich dzieci zabrać, to tak gonili za nim, kieby
za jakim psem A jak złapali, to bili, a potym do Bochnie od­
wieźli, głowę ostrzygli, ze swoimi ludziami just widzieć ani sie nie
dali i pognali het w dćilekie kraje. Tak, tak — wójt dawny to
nie był ato to, co awo teraz: wys warzy s sie ś nim, z wyży was go,
to jesce nic; ale wtedy toby cie móg i zabić na miejscu i włos
nie spadby mu z głowy. A jak sie taki wójt ospierał, jak sądziuł,
to trza było widzieć— jakto mój nieboscyk tatuś gadali — kozdy,
co stał przed nim, to sie jaz trząś jak osika ze strachu, bo to
nie żart, ale scera prawda, ize ón móg zrobić z cłekem, co mu
sie ino żywnie podobało! A ni możno było takiego wójta swalić
z wójtostwa, bo go nie wybierała pono gromada tak jak teraz,
ino go robiła wójtem kamera abo dominia“. (Opowiadanie z Tar­
gowiska w r. 1883).
Dawna zwierzchność gminna, mianowana we wsiach kame­
ralnych z ramienia rządu, nazywała się „ u r z e d e m g r o m a d z ­
k i m “, a składała się z wójta i dwu lub trzech „przysieznych“.
Urząd gromadzki zwano także „s t a r s y z n ą “ lub „ s t a r s ą
g r o m a d ą " , zapewne pod wpływem wspomnień jeszcze z prze­
szłego wieku. „ G r o m a d ę “ właściwą tworzyli wszyscy gospo­
darze gruntowi i nazywali się z urzędu „ s ą m s i a d a m i " . —
Sąsiedzi zgromadzali się zwykle w domu wójtowskim i tu na przed­
*) pieniądz.

[254]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

233

stawienie i pod przewodnictwem wójta roztrząsali i załatwiali różne
bieżące sprawy gminne.
W sprawach karno-sądowych decydowała tylko starszyzna,
a właściwie sam wójt; sąsiedzi uczestniczyli wtedy w gromadzie
zwykle tylko z głosem doradczym. Przysiężni, przydani do boku
wójta jako pierwszego gromadzkiego sędziego, mieli zapewne
wszyscy razem równoważyć jego władzę sądowa. Zdaje się, że
byli oni tylko narzędziem w jego ręku i zupełnie od niego zawiśli.
Przynajmniej nie słychać w starych podaniach i wspomnieniach,
ażeby kiedy przysiężni oparli się zarządzeniom wójtowskim, choćby
były jak najniesłuszniejsze. Jakby ich wcale nie było, wszystkie
nadużycia i niesprawiedliwości gromadzkie z dawniejszych czasów,
których ofiarą padła niejedna rodzina, przypisują wyłącznie ów­
czesnemu wójtowi, o którym wskutek tego ze zgrozą wspominają,
a nigdy sąsiadom w połączeniu z wójtem i przysiężnymi lub przysięźnym w połączeniu z wójtem.
Przysiężni sprawowali policyę miejscową i wykonywali wy­
roki na skazanych przez sąd gromadzki, a właściwie przez samego
wójta.
Faktycznie więc władza wójtowska była w gromadzie większa,
niż wszystkich czynników gromadzkich wogóle. Nawet podczas
grasującej epidemii, kiedy urząd gromadzki znacznie się powię­
kszał przez przybranie do swego składu tak zwanych „ d z i e s i ą t n i k ó w “, wójt sam stanowił o wszystkiem.
Dziesiętnicy, powoływani do urzędu gromadzkiego z każdej
dziesiątej chajupy we wsi kolejno, mieli mieć zapewniony stanow­
czy wpływ w obradach zwierzchności gromadzkiej nad zarządze­
niami na czas cholery lub innej zarazy morowej; rzeczywiście
atoli przestrzegali oni tylko porządku, który wójt zaprowadził na
ten czas i z góry im zachować nakazał. Przyzwyczaiwszy się do
bezwzględnego spełniania zleceń wójtowskich, nie wiele też sobie
z tego robili, gdy ich wspólny wniosek co do ulepszeń sanitarnych
nie uzyskał potwierdzenia zwierzchnika. Każdy z nich obchodził
co rano wszystkie dziewięć chałup, które jego opiece były powie­
rzone, dowiadywał się o stanie zdrowia ich mieszkańców, kazał
natychmiast wywozić umarłych na cmentarz „cholerny“, a potem
udawał się do wójta dla zdania sprawy z upłynionej doby i dla
odebrania od niego dalszych rozkazów i napomnień.
Wobec dawnego wójta byli pozbawieni samodzielności tak
przysiężni i dziesiętnicy, jak i sąsiedzi. Pierwsi nie byli niczem
innem, jak tylko służbą, przydaną wójtowi do pomocy, drudzy,
zamiast tworzyć radę przyboczną, byli prawie poddanymi, skoro
nawet ich jednomyślność w tej lub owej sprawie nie wiele zna­
czyła u niego. Uznanie jej lub nieuznanie zależało jedynie od jego
kaprysu.
16

234

j.

ŚW1ĘTEK.

[255]

Rozpatrzmy się teraz bliżej w dzisiejszej gospodarce gminnej:
Na czele gminy stoi „źwiórzchnoś gminna“. Składa ona się
z wójta, inaczej „nadcelnika“, tudzież trzech „asesorów“ czyli
„przysieznych“. Najstarszy z asesorów, t. j. ten, który podczas
wyborów największa ilość głosów po wójcie otrzymał, jest zastępcą
naczelnika, czyli inaczej „podwójcim“. Zwierzchność gminna jest
organem zarządzającym i wykonawczym, a wychodzi ona z łona
„radnych“. — Organem obradującym i uchwalającym jest „rada
gminna“. W skład jej wchodzi we włościach nad rabskich dwu­
nastu radnych, w Kłaju jest ich osiemnastu. Wszyscy są wybrani
przez „gromadę“. Przez „gromadę“ rozumie się członków gminy,
uprawnionych do wyboru. — W razie opróżnienia posady wójta,
podwójciego lub którego z asesorów, rada gminna donosi o tem
natychmiast starostwu, które zarządza wybór na to miejsce. Zaj­
muje je zwykle ten z radnych, który największą ilość głosów otrzy­
mał w tem samem ciele wyborczem
Rada gminna, tudzież podwójci i asesorowie nie pobierają
za swe urzędowe czynności żadnego wynagrodzenia. Asesorowie
rzadko znani są we wsi pod nazwą „przysieznych“. Ten tytuł
nosi zwykle urzędowy posłaniec gminny, a zarazem policyant, nienależący do Rady. On to otrzymuje zwykle jako wynagrodzenie
roczne za swe czynności „piątkę na buty“ („Lud Nadrabski“
str. 125).
Pensya („penksya“) wójtowska w różnych gminach różną
bywa. Poczyna się od trzydziestu reńskich rocznie, a kończy się
na stutrzydziestu. W Targowisku wynosi ona obecnie 115 reń­
skich. Z tej kwoty ma opędzać wójt także koszta podróży. Przed
dziesięciu laty wójt w Targowisku pobierał tytułem rocznej płacy
tylko 70 reńskich, ale natomiast za każdy wyjazd w sprawie urzę­
dowej mógł sobie liczyć 40 centów dziennie. Podobno lepiej mu
się to opłacało, niż dzisiejsza nadwyżka; naturalnie za każdy
„kawałek“ pisemny urzędowy, który miał oddać w starostwie,
liczył sobie tę „tahsę“.
„Pisarz" bez względu na zmiany wójtów pozostaje zwykle
ten sam, mimo skarg, jakie przeciw niemu dają się słyszeć we wsi.
Z reguły urzęduje „pisarz gminny“, inaczej „gromadzki“ tylko
w niedzielę po południu. Za swe czynności pobiera roczną płacę
od 30 do 60 reńskich.
Jak dawniej w ogólności, tak dziś w ważniejszych sprawach
zwołuje wójt „gromadę“ przez obsyłanie od domu do domu tak
zwanej „ k u l i " , t j. malutkiego drewnianego słupka, w którego
rozszczepienie od wierzchu zatknięty jest mały skrawek papieru.
Radę gminną zwołuje zwierzchność gminna przez przysiężnego. Radni jawią się zwykle w komplecie na posiedzenia. Nięma
też przykładu, aby rada rozchodziła się dla braku przepisanej

,[¿56]

Zw yczaje

i

pojęcta

235

praw ne.

liczby swych członków, a wójt korzystał z przysługującego mu
prawa karania radnych za nieprzybycie na posiedzenie.
Posiedzenia rady gminnej są zwykle jawne ; przysłuchują się
też dość licznie obradom wieśniacy nienaleźący do rady.
Na posiedzeniach rady, które się zwykle odbywają w domu
wójtowskim w niedzielę po południu, rzadko w dni powszednie,
obrady toczą się według przepisów ustawy gminnej. Gdy przed­
miotem obrad i uchwały jest sprawa którego członka zwierzchności
lub rady gminnej albo też sprawa osób z nim spokrewnionych
bądź spowinowaconych, członek ten wstrzymuje się od obrad i gło­
sowania; nie wydala się jednak z izby, gdy sprawa jego kre­
wnych. — Uchwały, zapadłe na posiedzeniach, zapisuje pisarz
gminny do księgi uchwał. Stwierdzają je swym podpisem wójt,
wszyscy radni bez wyjątku i pisarz. Oprócz księgi uchwał pro­
wadzi zwierzność gminna księgę inwentarza majątku gminnego,
którą się sprawdza „przy rachunkach“ z końcem roku i przed­
kłada się z niej odpis do wydziału powiatowego. W grudniu składa
wójt rachunki z przychodów i wydatków gminnych wobec rady
gminnej, a z nią razem zestawia budżet na rok następny. Sprawę
załatwia się zwykle za jednym zachodem w paru dniach, rzadziej
przeciąga się ona na rok następny i to tylko w tych gminach,
w których wójt w ciągu roku nie wiele sobie robił skrupułów
z własnością gminy i o pokrycie niedostatku musi się postarać.
Do wysłuchania rachunków gminnych zwołuje wójt niekiedy także
gromadę, zwłaszcza, gdy chodzi o wytłumaczenie nadzwyczajnych
wydatków. Podatki i inne opłaty, przypadające na majątek gminny,
płacą ci, którzy z tego majątku korzystają. Skoro z dobra gmin­
nego n. p. pastwisk („błonie“)- korzystają wszyscy mieszkańcy
wsi, to oni płacą podatki i wszelkie daniny według stopy podat­
kowej, w niektórych wsiach w miarę korzyści, jaką z tej własno­
ści gminnej mają. W ydatki na cele gminne po największej części
pokrywa się z dodatków do podatków bezpośrednich, czyli, jak
tu mówią, od „stałego ryjskiego“ wszystkich członków gminy,
obowiązanych do ponoszenia ciężarów publicznych. Również w ten
sam sposób wyrównywa się także niedobór. — Dodatki gminne,
wstawione w budżet, uiszczają obowiązani w urzędzie podatkowym
przy płaceniu podatków. Wszelkie inne należytości pieniężne, które
rada gminna na cele gminne uchwala, jak niemniej i kary płaci
się do rąk wójta. Wrazie zwlekania odpłaty takich należytości,
wójt ściąga je przez egzekucyę na ruchomości.
Kasą gminną i majątkiem gminnym zarządza więc zwykle
wójt; bardzo rzadko przybiera sobie do pomocy „kasira“ z grona
radnych.
Wszelkie gminne posługi i robocizny, jak naprawianie mo­
stów, dróg i gościńców, o ile one są uwzględnione w preliminarzu
16*

J.

ŚW IĘTEK*

[2b1]

prestacyi drogowej-, szlamowanie stawów i sadzawek, tudzież do­
starczanie pod wód („forszpan — foszman") załatwiają wszyscy go­
spodarze gruntowi, prócz członków zwierzchności gminnej.
Co do należytego wypełniania pierwszych dwóch powinności,
w zastosowaniu do członków gminy, nie wielką dbałość okazują
wójtowie nadrabscy. Ale wina na nich cięży tylko o tyle, że litują
się nad gospodarzami, dźwigającymi według nich i bez tego wiel­
kie ciężary i posługi publiczne, i nie pociągają ich do naprawy
dróg. Obawiają się też krzyków i hałasów, jakie wywołują wśród
całej wsi podobne zarządzenia wójtowskie. Wogóle trzeba odwagi
i znacznej energii ze strony zwierzchności gminnej, aby się tych
krzyków nie nastraszyć, i opuściwszy ręce, nie zawołać: „Róbcie
se, co kcecie, a mnie dejcie spokój“. Tym sposobem upadały nie­
raz najpiękniejsze i bardzo korzystne projekta wójtowskie, lubo,
że rada gminna prawie w całym składzie nie podnosiła przeciw
nim zarzutów i za dobre je uważała.
Wobec takiego stanu rzeczy nie dziw też, że niektóre drogi
gminne obfitują w wyboje i w przepaściste kałuże, które zwłasz­
cza z początkiem wiosny lub w późnej jesieni są prawie nie do
przebycia; nie dziw, że stawy i sadzawki, zamiast nieść jaką ko­
rzyść, wypełnione są błotem i służą jedynie za schronienie żabom;
nie dziw wreszcie, że po kilkadziesiąt morgów w błoniach gmin­
nych leży prawie odłogiem, „boby kej ciejąt i świni wyganiać nie
było“ i to tylko dla „przewietrzenia“, gdyż wracają one stamtąd
zazwyczaj głodne do domu.
Policyę połową pełni w gminie tak zwany „oganiać połowy“,
nie należący do rady gminnej. Oganiacz połowy ma czuwać nad
tem, aby pasterze w polu bydłem i trzodą nie robili szkody, nie
paśli na obcych łąkach i koniczynach, a podczas żniw na cudzem
ściernisku pomiędzy snopami „na powrósłach“, nie wyciągali kło­
sów ze snopów lub całych snopów nie unosili. Dalej ma uważać,
aby nie „rwano“ wśród cudzego zboża trawy, zwłaszcza, w którem
posiana koniczyna, zbierając zaś trawę, nie łamano źdźbeł i kło­
sów zbożowych, tudzież aby zamiast trawy nie zbierano i nie „psu­
to" zboża i badyli ziemniaków przed okwitnięciem. Główną pieczę
atoli ma oganiacz nad majątkiem polnym gminy, a mianowicie
ma doglądać, aby świnie nie „ryły“ na pastwiskach gromadzkich,
aby nie „opłozono“ wałów nad przydrożnymi rowami („fosami“),
młodych wierzb nie „ochwiewano“ i wogóle nie uszkadzano dobra
gminnego.
Ale o wypełnianie tych obowiązków nie wiele troszczy się
oganiacz połowy; gmina mu też ich nie przypomina z obawy, aby
się ich natychmiast nie zrzekł, skoro tylko za nie pobiera od 3
do 5 reńskich tytułem rocznego wynagrodzenia.

[258]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

237

Dla oszacowania szkód, zrządzonych w cudzem polu, czyto
wskutek zaorania roli, czy też wskutek „zapuscenia“ bydła, trzody
lub drobiu w obce zboże, ziemniaki, kapustę i t. p. istniał daw­
niej tak zwany „ u r z ą d o d s k o d y “, złożony z dwu „sąmsiadów“. Dziś te czynności urzędowe wypełniają tak zwani „t a c hs a t ó r y “ przysięgli, których jest trzech w gminie.
Policyę zdrowia sprawuje wójt i czterech radnych. Składają
oni tak zwaną „ k o n w i s y ę z d r o w o t n ą “. Komisya ta nie
grzeszy zbytnią troskliwością o zdrowie publiczne, ale nie w każ­
dej wsi w równym stopniu. Są włości, którym pod tym względem
nie wiele zarzucić można.
„Oglądać zwłok“, jak i „oglądać bydła“ nie zawsze zaliczają
się do rady gminnej. Pobierają oni za swe czynności od 5 do 10
reńskich rocznie.
Policyę nad czeladzią i wyrobnikami, policyę ogniową, policyę budownictwa, tudzież policyjny nadzór nad obyczajnością
publiczną wykonuje sam wójt bez pomocy radnych. Wójt więc
wystawia książki służbowe i załatwia spory między czeladnikiem,
a chlebodawcą, wójt podczas pożaru napędza wszystkich zdolnych
do gaszenia ognia, wójt rozstrzyga, czy w jakim domu mieszkać
można, i pozwala na wznoszenie budowli, wójt wreszcie wystawia
świadectwa moralności i czuwa nad tern, aby nie było zbiegowisk,
nie wyprawiano awantur i aby nie było publicznego zgorszenia.
„Place pod chałupy“ na gruncie gminnym wyznacza („wy­
daje“) rada gminna z wójtem na czele. Interesowane osoby płacą
za takie place od sążnia ziemi. Pomiar ten uskutecznia się w obec­
ności radnych i wójta, którzy po naradzeniu się w domu wójtow­
skim „idą wydawać plac“ na miejscu. — Za niektórych wójtów,
którzy nie grzeszą zbytnią wstrzemięźliwością, praktykuje się
brzydki zwyczaj „pocestunku“ inaczej „pocesnej“ ze strony sta­
rających się przed oznaczeniem placu; stąd to właśnie urosło owo
powszechne przekonanie, że „chto wiecy wójtowi i radnym piwa
i wódki postawi i packę cygarów da, ten w lepsym miejscu plac
dostanie“.
Nad bezpieczeństwem osób i ich mienia czuwa zwierzchność
gminna w porze nocnej przez „stróżów“. „Na stróża gromadzką
idą“ kolejno wszyscy gospodarze, mający własny numer („lumer“)
domu, prócz wójta i radnych. Stróżów nocnych bywa po dwóch,
a są nimi bądź sami gospodarze osobiście, bądź częściej ich pa­
robcy albo synowie. Godłem stróżów jest gruba „pała“ dębowa
lub bukowa, zwana „kulą" i „trąba“. Po odbyciu straży albo od­
dają kulę i pałę najbliższym sąsiadom, na których kolej straży
przypada w noc następną, albo odnoszą je do wójta, aby sąsiedzi
zgłosili się po nie osobiście więczorem przed udaniem się „na
strózą“.

238

J.

ŚW IĘT E K.

[259]

Zarząd majątkiem gminnym pozostawia wiele do życzenia.
Majątek gminny, jeżeli nie maleje, nie powiększa się wcale. Wiele
dobra gminnego nie ma należytego wyzyskania. Szczególnie dość
znaczne obszary „nawsia“ i błonia są bądź wypełnione moczarami,
bądź zasiane kretówkami, o których zniesienie niema wcale sta­
rania. Rosną na nich osty, wśród których ryje trzoda chlewna lub
„drobna gadzina“ się ugania, spędzana tu przez pasterza gromadz­
kiego. Ale to zaniedbanie jest raczej winą całej gromady, która
dla osobistych korzyści nie pozwala na nowatorstwa, a z jej krzy­
kiem, jak już podniosłem, liczy się zarówno zwierzchność, jak
i rada gminna.
Mimoto trzeba zrobić zarzut tutejszym zwierzchnościom i ra ­
dom gminnym, a zwłaszcza dawniejszym, że ich gospodarka fun­
duszami gromadzkimi jest zła. Kiedy istniały śpichlerze gromadz­
kie, wypożyczano z nich zboże gospodarzom gruntowym za roczny
procent dwóch garncy tego samego zboża od korca. — Z chwilą
obrócenia funduszu zbożowego na fundusz pieniężny okazało się,
że zapas wcale się nie powiększył, ale nawet w niektórych wsiach
był niedobór. To samo także działo się do pewnego czasu z fun­
duszem pieniężnym, który wypożyczano zwykle na 6°/0. Przyczyną
tego było, że jak z funduszu zbożowego, tak i z funduszu pie­
niężnego korzystali najwięcej wójtowie, radni i ich krewni, a nie­
którzy z nich nie tylko nie poczuwali się do obowiązku płacenia
procentu, ale nawet do zwrotu kapitału. Skoro „przysło do obra­
chunku“, nie można było odszukać wszystkich dłużników, gdyż
albo brakowało potrzebnych zapisków albo też karty z księgi in­
wentarza były wyrwane. — Tu też należy szukać źródła owych
narzekań i skarg wieśniaków tutejszych na „niesprawiedliwe rządy“
wójta i radnych i na ich wyzysk dobra gminnego.
Wójt zastępuje gminę we wszystkich sprawach tak wewnętrz­
nych, jak i zewnętrznych. Prowadzi też w jej imieniu procesy,
gdy tego zachodzi potrzeba. W razie zatargów gminy z prywat­
nymi gospodarzami o służebności, wójt zawsze bierze jej sprawę
w swoje ręce za zgodą rady gminnej i prowadzi ją energicznie,
nie zaniedbując niczego, co przemawia za słusznem prawem gminy.
Przynajmniej tak pouczają przykłady. Gospodarze, którzy przy­
właszczali sobie „wygony la bydła“, tudzież „pasieki“, przytyka­
jące do ich gruntów, zawsze przegrywali proces.
Z obszarem dworskim, gdzie on istnieje, tylko wójt się po­
rozumiewa w sprawach wspólnych. Zresztą rada gminna nie znosi
się wcale z obszarem dworskim i jego zdania nie zasięga, zwłasz­
cza, że połowa tutejszych obszarów dworskich znajduje się w rę­
kach żydów.
Starozakonni dzierżawią także prawo propinacyi.

[260]

ZWYCZAJ E 1 POJECTA PRAWNE.

239

b) W ł a d z a d u c h o w n a .
Władza duchowna wywiera największy wpływ nietylko na
parafian, ale także na zwierzchności i rady gminne. Z nią bardzo
często styka się wójt i ze zupełnem prawie poddaniem się, a rze­
czywistą pokorą słucha jej zleceń. Niema prawie przykładu, aby
wójt wbrew zakazowi księdza proboszcza „pozwoluł na granie
w karcmie“ lub ażeby rada gminna, oparła się stanowczo jakim
zarządzeniom władzy duchownej, choć wiele jest spraw tego ro­
dzaju, od których lud radby się uchylił. Należy tu przedewszystkiem konkurencya kościelna. Na ten ciężar częste bywają narze­
kania wśród Nadrabiam Mimoto nie sarkają przeciw władzy du­
chownej, „bo ksiądz probos tego nie postanowiuł, ino tak było
i je s“. Utrzymują też parafianie własnym kosztem budynki go­
spodarskie plebańskie zawsze w dobrym stanie, a trupiarnia mu­
rowana przy cmentarzu jest urządzona według wszelkich wymagań
sanitarnych.
Koszta na stawianie i utrzymanie budynków plebańskich,
tudzież kościoła i trupiarni, ponoszą parafianie według stopy pro­
centowej.
Lud pragnąc, aby księża proboszczowie sami sobie budynki
plebańskie stawiali i naprawiali z dochodów majątku parafialnego,
wychodzi z zapatrywania, że „przecie księdzu piniądze nie są po­
trzebne, bo niezeniaty i nima dzieci, nima na co wydawać, przy
śmierci nima komu godnemu odezdać nazbijanego majątku, weźnie
ten majątek chto taki, co tego nie warta, i jesce przytym kłótnie,
złodziejstwa i obraza Pana Boga“.
Tern zapatrywaniem kieruje się też lud, skoro niekiedy na­
rzeka na wygórowane taksy od pogrzebów i ślubów. Ale wszystkie
te żale nie obniżają wcale powagi i świętości władzy duchownej.
„Co intsego jes, co ksiądz probos bierze i co za co bierze, a co
intsego zna, co ón ludzi w kościele uey, co im każe robić i w cym
óni go słuchać powinni. To wsyćko jes Boskie i od Boga pocho­
dzi, a cłek mizerny ma ciężki grzech, jak ksiedzy nie sanuje. —
Chociażby ato ksiądz i co złego zrobiuł, to ón zawdy ksiądz i wie,
jak za to ma Pana Boga przeprosić. —' Cłek prosty głupi na to
i latego ma ón ino na to patrzyć, co ksiądz każe robić, a nie na
to, ze ón tam casem nie zrobi tak, jak być powinno. Prawda, ze
to niejeden, jak co złego zrobi, mówi tak : „Przecie to i ksiądz
tak robi, a ja mam być lepsy od niógo? Ady ksiądz jes przecie
na to, zęby dobrze robiuł“. Ale ja mówię tak, ze na to sie wyłygać ni możno, bo ksiądz zawdy księdzem i choć zgrzesy, to wnet
z Panem Bogiem sie pojedna, a głupiemu cłekowi to daleko od
tego“. (Targowisko).

240

J.

ŚW IETK K .

[261]

Wogóle władza duchowna ma zupełne zaufanie wśród ludu.
Prowadzi ona nietylko metryki urodzenia, chrztu, ślubu i śmierci,
zarządza dobrem kościoła, stara się o jego należyte utrzymanie
i upiększenie, nietylko wgląda w religijno-moralne życie ludu,
ale przyznaje się jej także prawo wglądania w różne sprawy i sto­
sunki prywatne parafian.
Władza duchowna nietylko naprowadza złych na dobrą drogę
przez nauki, przestrogi i napomnienia, a niepoprawnych pociąga
do odpowiedzialności i karci ich publicznie z ambony („kublikuje“ — publikuje), ale jedna także powaśnionych, zaźegnuje
kłótnie i wszelkie nieporozumienia między parafianami, a niekiedy
też rozstrzyga między nimi spory prawnej natury.
Uprawniona do wyrokowania o złem i cnotliwem życiu pa­
rafian i do oceniania ich „postępków“, władza duchowna tylko
może stanowić, czy zmarły bez przyjęcia ostatnich św. Sakramen­
tów zasługuje na pogrzeb chrześcijański i pochowanie na cmenta­
rzu; ona też tylko powinna wydawać świadectwa moralności.
Władza duchowna sprawdza, czy wszyscy parafianie odpra­
wili spowiedź wielkanocną. Tych, którzy ten obowiązek religijny
spełnili, wykreśla ze swych notat, a niedbałych wymienia niekiedy
z ambony. Bez dyspenzy władzy duchownej nie poważy się żaden
parafianin jeść mięsa, a nawet nabiału podczas dni Wielkiego Po­
stu. Według rozumienia Nadrabian pozwolenie na zawarcie mał­
żeństwa powinno zależeć tylko od władzy duchownej; ona też,
dając śluby, powinna mieć wyłączne prawo ich rozwiązania bez
mieszania się władz świeckich w sprawy tego rodzaju.
Wobec władzy duchownej należy zachować uległość i pokorę,
słuchać jej rad, napomnień i przestróg, a zwłaszcza w kwestyach
religijnych i obyczajowych. — Do niej należy się zwracać z całą
ufnością we wszystkich kłopotach i strapieniach, jej też donosić
natychmiast o wszelkich gorszących czynach współparafian, aby
mogła zapobiedz w sam czas rozszerzaniu się złego.
Parafianie nie powinni odmawiać danin duchowieństwu, cho­
ciażby się im nawet zdawało, że są niesłuszne. — Daniny te są:
taksy za pogrzeby, podzwonne, wygłoszenie zapowiedzi z ambony,
msze święte, „zaduski“, „wypominki“. Ksiądz wikary, który nie
ma dochodów z gruntów plebańskich, ale tylko niewielki udział
w pogrzebowem (skoro odprawia ceremonie pogrzebowe), chodzi
po „kolendzie i petecie“. „Po, kolendzie“ darzą go parafianie bądź
nieznaczną kwotą pieniężną (od 5 do 50 centów, bardzo rzadko
więcej), bądź darami w naturze, n. p. kiełbasą, kawałkiem słoniny,
„wilkami konopi“ i t. p. „Po petecie“ dają mu po kilka snopów
zboża, a zwłaszcza pszenicy.
Za pobłogosławienie „święconego“ otrzymuje ksiądz wikary
tak zw. „śmigustrz“, t. j. po dwa jajka od każdego koszyka „ze

[2 6 2 ]

ZWYCZAJE I POJT^CfA PRAWNE.

241

świeceniem". „Ze świeceniem“ schodzą się dzieci od wszystkich
gospodarzy ze wsi do jednego domu, do którego ksiądz wikary
przyjeżdża „na świecenie“.
Inne szczególne daniny dla proboszcza i księdza wikarego
nie są tu w zwyczaju.
Równocześnie z księdzem wikarym obchodzą domy parafian
„po kolendzie i petecie“ organista i kościelny (gróbirz). Daniny,
jakie oni otrzymują, są po większej części tego samego rodzaju,
ja k i księdza wikarego; co do wymiaru jednak zachowuje się pe­
wien stosunek, odpowiadający ich kościelnemu stanowisku. I tak,
jeżeli ksiądz wikary dostanie od gospodarza „na petetę" 6 snop­
ków zboża, organista tego samego zboża otrzyma 2 snopki, ko­
ścielny zaś 1 snopek; jeżeli ksiądz wikary dostanie kolendy 30
centów, organista otrzyma 8 centów, kościelny zaś 3 centy albo
kwartę zboża lub kromkę chleba.
Nie od rzeczy tu może będzie określić zwyczaj, jaki się prak­
tykuje podczas obchodu księdza po kolendzie w parafiach nadrabskich.
Na kilka godzin, czasami na pół dnia, a nawet i dzień cały,
obchodzi domy „po kolendzie“ kościelny i zapowiada tem samem
parafianom zbliżanie się księdza wikarego. Potem na kilka domów
przed księdzem naprzód idzie chłopiec, a dzwoniąc za przestąpie­
niem progu, uwiadamia, że ksiądz już jest niedaleko. Chłopiec
dostaje za to od gospodarza centa lub dwa centy. — Nadchodzą
wreszcie ksiądz wikary i organista i zastają w każdym domu na
stole talerz lub miseczkę z święconą wodą, obok kropidło, dalej
pieniądze lub inne rzeczy, jako dary „za kolende“.
Prócz tego chodzą jeszcze organista i kościelny „z opłatka­
mi“ podczas Adwentu, a „za spiśnem" (t. j. dla spisania tych pa­
rafian, którzy są obowiązani do odprawienia spowiedzi wielkano­
cnej w bieżącym roku) z końcem Mięsopostu lub z początkiem
Wielkiego Postu. Roznosząc opłatki, organista dostaje w domach
parafian po dwie, trzy, cztery kwarty zboża, najczęściej pszenicy
lub po kilka centów (od 5 do 20), kościelny zaś kwartę zboża
lub kromkę chleba.
Podobnie „od spiśnego" otrzymuje w darze organista bądź
po kilka kwart zboża, bądź po kilka centów lub po kilka ja j;
kościelny zaś kromkę chleba lub kwartę zboża.
Organista pobiera nadto za wydawanie kartek do spowiedzi
centa od osoby.
Organista ma też zapewniony udział w dochodach księży od
pogrzebów i od mszy świętych. Udział ten w niektórych parafiach
jest większy, w innych znowu mniejszy. W parafii chełmskiej
organista dostaje podobno od księdza „za graną“ mszę świętą 10
centów, od pogrzebu (za 10 złr.) 1 reński 20 centów.

242

J.

[2631

ŚW IĘTK K .

Podczas wesela płaci najbliższy drużba organiście za „ode­
granie w e n i k r a t u “ (Veni Creator!) od 30—40 centów.
Kościelny, którego proboszcz przyjmuje, bywa w parafiach
nadrabskich zarazem gróbarzem. — Kościelny obowiązany jest za
„kolendę“, „petetę“ i dary, zbierane wśród parafian podczas swego
obchodu wraz z organista „z opłatkami“ (pod koniec Adwentu)
i „za spiśnem“ (w czasie Wielkiego Postu) do utrzymania porządku
w kościele, jak zamiatania, ścierania i strzepywania kurzu, do za­
palania świec i gaszenia, dzwonienia w dzwonek kościeluy dla
zwoływania wiernych na nabożeństwo, do „zwabiania chłopów“
w celu dzwonienia „we wielgie zwony“, do „doglądania“ kościoła
i dzwonicy, zamykania ich i odmykania, a wreszcie do wszelkich
posług kościelnych. Jako gróbarz obowiązany jest kościelny do
kopania grobów i do utrzymania porządku na cmentarzu. Za wy­
kopanie grobu pobiera podczas zimy i reński 20 centów, podczas
lata 1 reński.
c) S z k o ł y w i e j s k i e .

Nauczyciel.

Lud nadrabski sprzeciwiał się przez dość długi czas zakła­
daniu szkół wiejskich publicznych, lubo już od dawna uznawał
potrzebę i pożytek nauki. Sprowadzał bowiem do wsi nauczyciela
prywatnego, ugadzał się z nim o wynagrodzenie od ucznia i po­
syłał dość licznie swe dzieci do niego, zwłaszcza podczas zimo­
wych miesięcy. Izbą szkolną była zazwyczaj izdebka, wynajmo­
wana od jednego z gospodarzy przez gminę, a służyła ona także
za mieszkanie nauczyciela.
Za naukę od 5 do 6 miesięcy w ciągu roku, t. j. od listo­
pada do marca lub kwietnia, pobierał żonaty nauczyciel od dziecka
wynagrodzenie w naturze: ćwierć ziemniaków, garniec mąki i gar­
niec kaszy, a nadto po 20 centów miesięcznie. Skoro nauczyciel
był kawalerem, za wynagrodzenie w naturze dostawał kolejno „jeś“
u gospodarzy, którzy do niego posyłali swe dzieci.
Poziom wykształcenia tych nauczycieli bywał różny. Jedni
zaledwie czytać i pisać „jako tako“ umieli, ale częściej trafiali się
tacy, co mogli zupełnie dobrze przygotować ucznia do egzaminu
wstępnego do szkół średnich.
Nadrabianie okazywali zawsze zamiłowanie i chęć do nauki.
Stąd pochodzi, że prawie we wszystkich wsiach tej okolicy z młod­
szego pokolenia do 40. roku życia przynajmniej trzy czwarte części
wieśniaków umie czytać, a połowa także pisać. Pierwszeństwo pod
tym względem mają mężczyźni*, kobiety nie okazywały wtedy wiel­
kiej ochoty do pisania albo raczej ich rodzice nie chcieli mieć
z nich „pisarek“, ale wykształcenie naukowe córek przeważnie
ograniczali do tego, aby „na lamentarzu (elementarzu) sie nau-

[264]

ZW Y CZA JE

I

POJĘCIA

PR A W N E .

243

cyły, bliblią przesły i na książce kościelny dobrze poznały“. —
Wobec tego „chodziły do skoły“ dziewczęta najwyżej trzy zimy,
gdy tymczasem chłopcy nierzadko sześć zim spędzali na nauce
szkolnej. Co do wykształcenia chłopców było ideałem rodziców,
a zwłaszcza ojców, aby „po miemiec-ku jako tako ozeznali, bo to
z miemiecką mową predzy se wsedy i przy wojsku rade dać
możno“. Prócz tego przywiązywano znaczną wagę do „poznania
sie na rachunkach“, a to w zakresie czterech działań rachun­
kowych.
Z kobiet, które jako dziewczęta uczęszczały do dawnych
prywatnych szkółek wiejskich, zaledwie mniejsza część umie pisać.
Z takich szkółek byli Nadrabianie zupełnie zadowoleni; zakładali
też żywy protest przeciw wprowadzeniu publicznych, z obawy
przed wielkimi na nie wydatkami. Ale skoro wreszcie je otwarto,
zniknęła powoli do nich niechęć i dziś Nadrabianie nie tylko prze­
ciw nim nie sarkają, ale otaczają je zaufaniem i bez szemrania
przyjmują powiększenie sił nauczycielskich i obowiązek rozszerze­
nia budynku szkolnego. W mniejszych wsiach, które dotąd nie
mają osobnej szkoły, nie brak nawet starań o jej zorganizowanie.
Nabywa też i nauczyciel publiczny z każdym dniem coraz wię­
kszego znaczenia wśród włościan i cieszy się już ich zaufaniem,
mimo, że przy otwarciu szkoły publicznej ludowej powitali go
z pewnym odcieniem niechęci.
Dziś zwracają się wieśniacy do nauczyciela „o doradę“ w ró­
żnych sprawach, rozbierają z nim chętnie kwestye społeczne i go­
spodarskie, dzielą się z nim swymi poglądami i wzajem cenią jego
zapatrywania.
Nauczyciel bywa sekretarzem Rady szkolnej miejscowej.
Jej przewodniczącym jest zazwyczaj jeden z inteligentniejszych
włościan, nie koniecznie z łona Rady lub Zwierzchności gminnej.
d) S t o w a r z y s z e n i a ś w i e c k i e .
Ze stowarzyszeń świeckich o charakterze publicznym istnieją
we wsiach nadrabskich tylko „Czytelnie ludowe“ i „Kółka rolni­
cze“, a mianowicie pierwsze we wsiach : Książnice, Targowisko,
Kłaj, Cikowice, Siedlec, Gierczyce i Łapczyca; drugie we wsiach:
Targowisko, Kłaj, Siedlec i Gierczyce. Organizacya tych stowa­
rzyszeń jest powszechnie znana; należy więc poruszyć tu jedynie
ich rozwój. Powstały one głównie za inicyatywą duchowieństwa
i nauczycieli. Do czytelń ludowych rzucili się z początku wieśniacy
skwapliwie. W krótkim czasie przeczytali wszystkie książeczki,
przysłane czytelniom przez Towarzystwo oświaty ludowej. Czytano
je pilnie wieczorami i w wolnej chwili od zajęć gospodarskich. —
Zawarta w nich treść służyła im często za temat do rozmowy

244

J.

Ś W IĘ T K K .

[2651

i różnych komentarzy. Ale nie wszystko przypadało do ich uspo­
sobienia. Szczególniej nie mogli się oswoić z ta mysią, aby „pa­
nowie po miastach lepsi sie znali“ od nich na urządzeniu porząd­
nej gospodarki rolnej. Mimoto miałyby czytelnie ludowe zapew­
niony rozwój wśród Nadrabiam gdyby książeczki nadesłane przez
Towarzystwo oświaty ludowej poruszały wszystkie strony życia
ludowego, a nie miały wyraźnej formy mentorskiej poniekąd nawet
z tendencyjnem zabarwieniem, obcem pojęciu wieśniaka. Nieraz
zdarzyło mi się słyszeć te i tym podobne uwagi włościan: „Pano­
wie ino myślą, ze to chłop taki głupi, ze mu wciąż ino trza pałką
w łeb, bo inacy nie zrozumie. Ale i my przecież sie na cym znawa
i to lepsi, jak niejeden pan, co na wsi nie był, a kciałby nas ucyć
rozumu“.
Nie zasmakowano więc bardzo w książeczkach Towarzystwa
oświaty ludowej, a wobec tego nie dziw, ze i nie odczuto potrzeby
kupowania książeczek dla ludu i nie starano się o powiększenie
biblioteczki czytelnianej. Zabrakło przytem w czytelniach i kółkach
rolniczych silniejszego bodźca w formie żywego słowa i prawdziwej
przykładnej zachęty ze strony wykształceń szych ludzi, mających
zaufanie u włościan.
Niezawodnie dla czytelń ludowych i kółek rolniczych mo­
głoby zdziałać najwięcej duchowieństwo. Niestety okolica nadrabska jest i ubogo wyposażona co do liczby duchowieństwa i ma
stosunkowo za szczupłą liczbę parafij na swym obszarze. W pa­
rafiach zaś, w których skład wchodzi i po dziewięć gmin, ducho­
wieństwo, choćby nawet było ożywione najlepszemi chęciami, nie
może podołać rozlicznym swym obowiązkom. Zarząd kółek rolni­
czych skupia się tedy w rękach jednostek, które, same obarczone
uciążliwą i żmudną pracą (jak nauczyciele), nie mogą dosyć czasu
poświęcać tej instytucyi, bądź w rękach osób, które nieświadome
posłannictwa i zadań kółek rolniczych, nie potrafią wpływać do­
datnio na ich rozwój, bądź też wreszcie w rękach ludzi samolub­
nych, którzy pod firmą kółka rolniczego mają jedynie własny in­
teres na oku, a o dobro ludu nie troszczą się wcale. Bardzo mało
jest też członków w kółkach rolniczych, a ci, co do nich należą,
nieraz głośno narzekają na zarządy.
Czytelniami ludowemi zarządza zazwyczaj nauczyciel. W tym
zarządzie nie brak mu dobrych chęci, ale brak mu czasu, a stąd
działalność jego ogranicza się do wypożyczania książeczek z czy­
telni, skoro kto po nie się zgłosi.
e) B r a c t w a r e l i g i j n e .
Zycie religijne ujawnia sięi na zewnątrz przez bractwa reli­
gijne. Jest ich dwa : „Bractwo Żywego Różańca“ i „Arcybractwo
Serca Pana Jezusa“,

[266]

ŻWYCŻAJK I POJĘCIA PRAWNE.

245

Bractwo Żywego Różańca dzieli się na cztery „kółka“ : a)'
mężczyzn, b) młodzieńców, c) kobiet i d) dziewcząt. Do każdego
z tych kółek należy 15 osób. Do zarządów kółek mężczyzn i mło­
dzieńców wchodzą: jeden przewodniczący, pierwszy starszy i drugi
starszy, zarząd kółek kobiet i dziewcząt składają: jedna przewod­
nicząca, pierwsza starsza i druga starsza.
Wrazie przeszkody przewodniczącego lub przewodniczącej
w którem z kółek n. p. choroby, przewodnictwo obejmuje pierwszy
starszy lub pierwsza starsza; wrazie znowu przeszkody i tych osób,
przewodnictwo dostaje się w ręce drugiego starszego lub drugiej
starszej.
Skoro w kółkach młodzieńców i dziewcząt przewodniczący
żeni się lub przewodnicząca wychodzi za mąż, zajmuje ich miejsce
pierwszy starszy lub pierwsza starsza, a oni sami w charakterze
członków bractwa przenoszą się, on do kółka mężczyzn, ona do
kółka kobiet.
Rozumie się, że wszelki ubytek członków w zarządzie i kół­
kach uzupełnia się przez przybranie nowych członków.
W pierwszą niedzielę każdego miesiąca odbywa się losowanie
„tajemnic“ pomiędzy członkami.
Każdy członek Różańca Żywego obowiązany jest prowadzić
życie religijne, moralne i uczciwe, odmawiać codziennie po 10
Ojcze nasz i 10 Zdrowaś Marya!, rozmyślać nad tajemnicą, która
mu losem przypadła, a nadto pościć we środy, piątki i soboty „od
wsyćkiego“, t. j. od mięsnych potraw i od nabiału.
Przewodniczący i starsi Kółek Różańca Żywego mają przy­
świecać przykładem reszcie członków, przewodniczą na wszystkich
zebraniach kółek, zażegnują nieporozumienia między członkami,
uśmierzają kłótnie i zatargi i czynią stosowne zarządzenia w kółku.
Korzyści i obowiązki, jakie płyną z należenia do Arcybra­
ctwa Serca Pana Jezusa, mieszczą się na „Karcie wpisowej do
Apostolstwa i razem też do Arcybractwa Najświętszego Serca Pana
Jezusa“.
f)

Narody.

Lud nadrabski przyznaje się do narodowości polskiej, a do
przynależności do państwa austriackiego. Przeważna jego część ze
starszego pokolenia nie zdaje sobie atoli dokładnie sprawy z prze­
obrażenia stosunków, jakie przed wiekiem zaszło w narodzie polskim.
Niektórzy wiedzą tylko tyle, że Polska była wielka, ciągnęła się
od morza do morza, miała swoich królów, rządziła się własnemi
prawami, ale, że „panowie w niej duża dokazowali, to ją prze­
paśli nareście“ do Rosyi, Prus i Austryi. Odtąd też Galicya zo­
staje pod panowaniem austryackiem. — „W Austryi (opowiadanie

246

J. ŚW1RTETC.

[267]

Franciszka Korbuta, wiuścianiiui starszej dćity z Targowiska) mieśkają Miemce kole Widnia, Cechy, Slązaki i Morawce na północ
i zachód. Na południu od nasego kraju mićskają Taliany, co żaby
jedzą, na zachód Prusaki, a na północ i schód Rusy. Także jes
i Turek kęsik tam poza morzami, jes i Bośnia i Hercegowina,
co pod Turka należała i nasemu (cesarzowi) poddać sie nie kciała
i latego nasi o nie sie bili. Turek to ino po wodzie jeździ i nasym wodą zabiega, jak jes ś nim wojna. A. jacysik tam Swędy,
co tyła sie tu dawno u nas nadokazowali, ize matkom piersi odrzynali, a dzieci pruli i zabijali, to oni pono, jak sie zebzdzą, toby
cłek umar od tego smrodu. — A są ludzie kęsik tam w gorących
krajach — Murzyny, co jedno oko na cole mają, a są i Samojedy, co ludzi zjadają. Są i ludzie Melodyny, co są pół cłeka, a pół
ryby, a śpiewają tak głośno na morzu, ize cłowieka zagłusą, a jak
nasi na dansifach jadą, to musą z harmat do nich strzelać, boby
ich zagłusyli.
Nas cysarz — mówił dalej Franciszek Korbut — był z Ru­
sem bardzo dobry, bo Mosk&le pomogli mu na Węgrów, na Pru­
szków był zły, bo sie ś nimi nasi bili w sześdziesiątym szóstym
roku. Jak tam teraz idzie pomiędzy nimi, chtoby sie tam o tym
dowiedział abo pomiarkował... Z Prusakami nie powinno być do­
brze, bo oni nasych duża wyzabijali, a duża ty z ludzi polskich
wygnał z kraju i ten Bisurmak, cy jak ón sie tam nazywał, co
go potym pruski cysarz wygnał, cy tyz straciuł, ize sie tak nad
nasymi ludziami pastwiuł. Prusaki okropnie dmią w górę, jak ino
Francuza pobili, ale pono słychać, ize Francuzy teraz jesce lepsi
stoją, jak Prusaki. Bedziewa widzieli, jak to dalij jesce to wszyćko
pódzie. Moskale, jak śli na Węgry, to pono byli bardzo dobrzy
ludzie, bo nikomu nic nie mówili, a jak sie jechało ś nimi na
foszman, to i piniedzy i jeś dali, co ino cłek kciał. Prówda, ize
óni pono gotowali w takich wielgich kotłach, jak nieprzymierzając
ato wielga beka jaka — i to wsyćko razem : mięso, kapusta,
groch, zimniaki; ale to pono ino tak na wojnie robią“.
Największą niechęć i pogardę żywią Nadrabianie do Szwe­
dów, którzy z czasów swych najazdów na Polskę, gospodarząc
przez długi czas w okolicach Krakowa, pozostawili po sobie grozą
przejmujące wspomnienia.
Młodsze pokolenie w przeważnej swej części do 40. roku ży­
cia ma daleko dokładniejsze wiadomości, niż starsze, tak z historyi
polskiej, jak i z geografii powszechnej.
Z przysłów o obcych narodach znane są tylko nad Rabą:
o Szwedach: „zebździał sie, jak Swed!“ — o Rosyanach : „upartyś, jak Moskal!" — o Turkach: „tyś taki, jak T urek!“ (dla scha­
rakteryzowania człowieka, który świąt i postów nie utrzymuje).

[268]

ŻWYCZAJK t pojęcia prawne .

247

Rosyanina nazywają nadto „burym“ dlatego, że żołnierze rosyjscy
noszą grube „bure“ płaszcze.
Z obcych narodów tylko o Niemcach krążą wśród ludu nadrabskiego anegdotki. Jedną z nich przytaczam :
„Dziur“
(opowiedział Wojciech Jach z Targowiska).
„Miemce, to juz taki naród, ize, zęby nie wiedzieć co, po
nasemu nigdy dobrze się nie naucą. Miemiec to ino umie swiajdrać, jak ato i ten zyd, kręcić jakosik tym jezykem, ze ani go
zrozumićs, ani spenetrujes, co ón kce. A chociażby ón tu był
miedzy nasymi i duża lat, to zawdy ón po swojemu bedzie gadał,
a po nasemu z dziwa, zęby sie choć trocha dobrze przyucuł. Jak
ato i ten Miemiec, co tu skądsik z daleka przysed do nasego
kraju, a ize mu sie jeś kciało, to se stąpiuł do jednego gospoda­
rza i prosiuł gospodynie, zęby go cym posiliła. Baba nagotowała
łasnie kisonego żuru i dała Miemcowi. Miemiec posmakował se
dobrze żuru, bo był i na spyrce, i wypytował sie gospodynie, jak
sie taka zupa nazywa: bo ónby tyz rad był, jak przydzie do
doma, do swego kraju, i swoij babie kazać se taką zupę gotować.
Gospodyni sie oześmiała i powiedziała mu, jak ato i prawda było,
ize ta zupa nazywa sie: zur. Ale Miemcysko, jak Miemcysko, ni
móg tego słowa wymówić, a ino wciaz mówiuł: „dziur, dziur“.
Gospodyni sie i śmiała i Miemca, jak trza, ucyła, ale ón tak kieby
sie uwziąn, wciąż ino swego: „dziur“ sie trzymał, jak ato ten pi­
jany płotu. I pojechał se Miemiec dalij i po drodze wciąż ino do
siebie m rucał: „dziur! dziur! dziur!" Mozeby se jako był i za­
pamiętał, ale go niesceście spotkało. — Bo jak se tak Miemcysko
jedzie i wciąż se „dziur“ ozpamietuje, wyleciał zając ze zboza
i prost przed Miemcem przeleciał. Koń sie zdryg, co na nim je­
chał, ale ón jesce bardzij, bo i „dziur“ zgubiuł. Ano przecie trza
było go znalćś, bo jakżeby nibezcego tak jechał. Tak ci zacąn
sukać zguby w tym miejscu, kej zginęła, a tak dobrze sukńł, ize
w tym miejscu na drodze zrobiuł jaze bajoro, bo to było po descu,
a na óny drodze pełno błota bywało. Ale choć bajoro było, to
„dziuru“ ni móg znałeś. Ale Miemcyska widać mają sceście, bo
jak tak po tym błocie ón ze swym koniem tańcy, jedzie jakisik
chłop, a jak uźrał Miemca i bajoro, co ón zrobiuł, oześmiał sie
i wyrzek: „Tageście to błoto ukmesali, jak nieprzymierzając jaki
zur“. — „To, to, to, dziur! dziur! dziur!“ — wołał ściesony Miemiee i pojechał se dalij, a wciąż do siebie ino „dziur! dziur!
dziur!“ gńdńł. — Ale cy przywióz ten swój „dziur“ do Miemców
i kej zna go nie zgubiuł, to juz nie wriem, ale sie zdaje, ize nie,
bo Miemce pono takiego żuru gotować nie potrafią, jak to u nńs“.

U

ś

S W ltjT E k .

t Ś 6 flj

Nic od rz<*czy może będzie zaznaczyć na tern miejscu i nie­
które sposoby przedrzeźniania, skierowane przez Nadrabian prze­
ciw Niemcom i Żydom:
1)

Miemiec! Miemiec! — s..ł na krzemieniec...

2)

Świajder, majder, świajder siust!
Pośli Miemce na odpust!
A co uśli, to siedli
I co mieli, to zjedli,
Jaze za trzy mile s..ć biegli!

3)

Posed Swiab do Swiabki
Pozycać kuciabki:
Idź ty głupi Swiabie,
Co ci po kuciabie!

4)

Na krakoskim zamku bili sie tam bogi,
Nas Poniezus miemieckiemu powybijał nogi!

5)

Zydoski Poniezus malućki, nieduży,
Siedzi na przypiecku, fajecke se kurzy!

6)

Zbywał sie chłop ze żydem, cktóra wiara lepsń. Zyd
mówiuł, ze jego, bo jes przecie starsa. Chłop na to odpowie­
d ział: „Ano to dobrze, kiej starsa: widział ja nieraz, jak
stara krowa liże młodemu cielęciu d..e, to liżcież i wy nam “.

7)

Miemce ludzie, Miemce ludzie, a Polacy bydło b
Jak sie bydło ozigrało, wszyćkich Miemców przysr.ło.
9) W o j n a .

Wojna według pojęcia Nadrabian ma jedynie stronę ujemną.
Wszystko wyniszczy i ludzi wytępi. Nieprzyjaciel bowiem, wpadłszy
do kraju, nie szczędzi mienia i życia spokojnych nawet mieszkań­
ców. Obcy żołnierze mordują i zabijają ludzi bez litości, zabierają
i rabują, co tylko im „wpadnie w oko“, a potem palą całe wsie
i miasta. Zwiastunem wojny jest gwiazda, „co jak mietła“ świeci
na jakiś czas przed wybuchem każdej „zruski“ (wojny, ruchawki)
na niebie (kometa). Za wojną idzie głód i mór i „ludzie padają
jak muchy, co na wojnie nie zginęli abo przed woj&kami sie kej
skryli“.
Mimo swej ujemnej strony wojna przecież ma swoje znacze­
nie; choć mogłoby się bez niej obejść, gdyby sąsiednie państwa
i narody żyły między sobą w zgodzie i „na cudze nie patrzały“.
Zaczepione powinny się bronić i nie pozwolić, aby je obce narody
wzięły pod swoją moc lub kawał ziemi od nich oderwały.

III.

PR ZESTĘPSTW A .
1

Pojęcie przestępstwa w ogóle.

Wyrazu „przestępstwo“ Nadrabianie prawie nie używają;
zastępują go zwyczajnie wyrazem: „zawinienie, wina, wykrocenie,
przeskrobanie, zaskórzenie, przemycenie, zbrojenie“ i t. p. Prze­
stępcę nazywają „winowajcą“.
Na oznaczenie zbrodni i zbrodniarza używają wyrazów: „zbe­
rezeństwo, zberęźnik“. Pojęcie zberezeństwa zbliża się najwięcej
do pojęcia „grzóchu“ ; więcej też w iiiem uwydatnia się narusze­
nie zasady religijnej. W pojęciu ludu każdy zły czyn uważa się
za grzech. Ale Nadrabianin nigdy nie użyje wyrazu: „zberezeń­
stwo“, kiedy jaki czyn, piętnowany w ustawie karnej jako zbro­
dnia, nie mieści się w religii między ciężkimi grzechami, zżyma
się zaś na państwową ustawę karną, jeżeli w niej nie znajduje
wymiaru kary dla człowieka, który według jego pojęcia popełnił
przestępstwo. Nie mogąc temu zaradzić, przynajmniej daje folgę
swym zapatrywaniom: „To ino tak ludzie zrobili, ze za takie rzecy
w sądach nie karzą; inacy jes óno tam zapisane w niebie, bo jak
tego cłeka nie skarżę Pan Bóg na ty ziemi docesną kńrą, to ona
go z pewnością nie minie po śmierci w piekle abo i w cyscu“.
|Ja oznaczenie przestępstwa w ogóle rzadko używają Nadrabranie w poważniejszej mowie wyrazów: „przemycenie, przeskro­
banie, zaskórzenie, zbrojenie“. W wyrazach tych czuć obojętność,
często lekceważenie, przeważnie zaś szyderstwo i najgrawanie się
z przestępcy.
Jak grzechy według pojęć religijnych, a nauk kościelnych
dzielą się na grzechy: „mniejse“ czyli „posednie“, „wielgie i ś m ie r­
telne“, tak i przestępstwa rozróżnia się: „mniójse“ lub „wykrocenia, zawinienia“, „ciezse“ czyli „winy“ i „naciezse“ czyli „zbere­
zeństwa“ lub zbrodnie.
Na ocenę przestępstw wpływają głównie pobudki religijne,
obawa przed dopustem Bożym za grzechy jednostek, t. j. klęskami
elementarnemi i epidemiami, a wreszcie stan majątkowy, wiek,
stan i charakter osób pokrzywdzonych.
17

250

J.

2.

ŚW IA TEK .

[271]

Przestępstwa przeciwko religii.

Przestępstwa tego rodzaju bardzo rzadkie są przykłady.
Przez „bluźnierstwo“ rozumie lud miotanie obelg przeciw
Bogu, Panu Jezusowi, Matce Boskiej i Świętym Pańskim, wyszy­
dzanie rzeczy świętych, wyśmiewanie i zohydzanie obrzędów reli­
gijnych, tudzież szerzenie pogardy przeciw religii. Przestępca tego
rodzaju nazywa się „blużniercą“. Przez bluźnierstwo wyrzeka się
człowiek Boga i zaprzecza Jego istnienia; nie wart też, aby żył na
świecie, skoro daje zgorszenie nierozumnym ludziom. Bluźnierstw
nie należy słuchać, ani osłaniać bluźniercy. Kto to czyni, popełnia
grzech śmiertelny i uważany bywa na równi z bluźniercą. Dla­
tego to Nadrabianie na bluźnierstwa zatykają sobie uszy i ucho­
dzą czemprędzej z miejsca tego niezwykłego wypadku, a , jeżeli
„sie cują na mocy“, dają doraźną nauczkę „mądralom“, rozpę­
dzając ich za pomocą kija.
Z bluźnierstwem łączy lud pojęcie „bezbożności“. „Chto bluźni, ni ma Boga w sćrcu, jes bezbożnik“. Za bezbożnika uważają
też człowieka, co zaniedbuje lub lekceważy przepisy religijne.
I ta k , bezbożnik, mimo że jest katolikiem, nie uczęszcza do ko­
ścioła i spowiedzi, nie zachowuje postów, lekceważy sobie nauki
kapłańskie, nie szanuje niedziel i świąt, przepędzając je „w karcmie u żyda na pijatyce“. „Bezbożnik — powiadają — to gorsy
jak pies, bo pies rozumu ni mń, ale cłek, zęby ni miał Boga
w sercu, co go stworzuł i odkupiuł, i myślał, ize Boga ni ma na
niebie i wsedy — to juz nic gorsego być ni może“.
Ale co do ścisłego przestrzegania postów jest dziś lud o wiele
wyrozumialszy, niż był jeszcze przed dwudziestu laty. Za mych
lat dziecinnych zachowywano w ogóle tak ściśle posty, że n. p.
podczas całego Wielkiego Postu nikt, począwszy już od lat dzie­
sięciu, a nawet siedmiu wieku, nie śmiał tknąć ani nabiału; pod­
czas Adwentu zaś spożywanie nabiału było tylko dozwolone w nie­
dziele, poniedziałki, wtorki i czwartki. Konieczność nieprzerwa­
nego poszczenia w dni postne uzasadniają Nadrabianie potrzebą
zatrzymania całej sukni, w której ma człowiek stanąć przed Pa­
nem Bogiem po śmierci. Kto choćby w jeden dzień postny spo­
żywa mięsne potrawy, a w czasie Wielkiego Postu i Adwentu na­
wet nabiał, ten już dziurawi ową suknię. Śuknia może się obrócić
i w „strzępy“, skoro niezachowanie postów stanie się u człowieka
regułą.
Stosownie do nauk kościoła lud nadrabski przestrzega ściśle
święcenia; świąt i niedziel. Wszelkie zajęcia rolne, gospodarskie,
rękodzielnicze, a poniekąd i domowe, uważa w te dni za grzeszne.
W yjątek stanowią: czyszczenie koni, paszenie bydła i trzody, za­

[2 7 2 ]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

251

miatanie izby, posłanie łóżek i gotowanie strawy. Zamiatanie izby
nie jest dozwolone tylko w Boże Narodzenie. W święta i niedziele
nie wolno zbierać trawy po zbożach, ani też jej „usiókać“ z tra­
wników i koniczyn.
Jak karze Pan Bóg ludzi, którzy pracują w dni świąteczne,
opowiemy później; tu zaznaczymy jedynie, że tylko wobec „zanosenia. się na burzę“ albo dłuższą „psotę“, wiązanie zboża „lezą­
cego na powrósłach“, grabienie i składanie siana w kopki i zwo­
żenie do stodoły, uważa się za grzech niewielki w niedziele i święto.
Ale w dzień apostołów św. Piotra i Pawła należy i od takiej pracy
bezwzględnie się wstrzymać, gdyż jest ona w tym dniu niemniej
grzeszna od „niepilnych ro b ó tp o d c z a s innych świąt.
Niedziele i święta przeznacza lud jedynie „na chwałę Bożą
i na wypocynek, bo Pan Bóg sześ dni świat stwarzał, a "siódmego
dnia odpocąn“. Jest też kościół zawsze pełny ludzi w tych dniach
tak „na ranny Msy, Sumie“, ja k i „na Niesporach“. Kto zaś w ko­
ściele być nie może, modli się w domu lub na polu, odmawiając
pacierze albo czytając „na książce kościelny“. Postępują podczas
nabożeństwa przedpołudniowego tak samo ci, co z rannej Mszy
wrócili do domu. Śmiertelny grzech popełnia też ten, kto podczas
„Sumy“ śpi w domu, skuszony do „spania“ przez czyhającego dyabła. Dyabeł to sprowadza ten sen na człowieka, ścieląc mu i na
twardej ziemi puchowe poduszki i pierzyny, ażeby mu „jak namiekcy i nalepsi spać było“.
Sprawą dyabelską również^ bywają „pijatyki i bijatyki po
karcmach“, które, zwłaszcza dawniej, dość powszechne były w dni
niedzielne i świąteczne po nieszporach aż do „białego rana“ dnia
następnego, a które dziś dzięki wpływom duchowieństwa znikają
już zupełnie z widowni. Obecnie, jeżeli się odbywają zabawy
w niedziele i święta, to okolicznościowe (n. p. chrzciny), a odby­
wają się wyłącznie w domu gospodarskim, w którym wiele dbają
o to, aby nie było hałasów i awantur.
Lud nadrabski uważa kościół za miejsce święte, na. chwałę
Bożą przeznaczone, i dlatego przestrzega w nim kornego i przy­
zwoitego zachowania się, uważnie słucha nauk kapłana z ambony,
klęczy i modli się przez całą mszę świętą (z wyjątkiem Ewangelii),
nie ogląda się poza siebie i troskliwie unika wszelkich „pokus do
grzechu“. Kto do tego porządku się nie stosuje, nie jest uważany
za dobrego katolika, a Nadrabianie patrzą na niego z pewną nie­
chęcią, którą przy pierwszej sposobności mu okazują. Nierzadko
się-zdarza, że już w kościele wyrzucają takiemu człowiekowi jego
niewłaściwe zachowanie się i wzywają go do porządku. Niesły­
chaną też jest rzeczą w tutejszych kościołach, aby kogo podczas
nabożeństwa okradziono. Kradzież taka uchodzi za świętokradztwo,
wobec którego lud się wzdryga i żywi największą ohydę. Za naj17*

252

J. ŚW lĘT^K.

[273]

•cięższy grzech wszakże i za największe przestępstwo uważa lud
kradzież z kościoła. Aby mógł dojść świetokradzców i oddać ich
w ręce sprawiedliwości lub sam przykładnie ukarać, wytężyłby
wszystkie siły. To też panowało wielkie wzburzenie umysłów,
kiedy przed kilkunastu laty rozeszła się wieść po okolicy, że zra­
bowano kościół w Łapczycy, a przed pięciu laty, że w tym sa­
mym kościele skradziono szkatułkę ze składkowymi pieniądzmi.
Siedzenie za zbrodniarzami było powszechne, choć niestety dare­
mne. Według przypuszczenia Nadrabian, zbrodniarze nie mieli po­
chodzić z tutejszej okolicy; w czasie śledzenia za nimi była na­
prężona ogólna uwaga, jakaby im karę sad wymierzył za tak
straszna zbrodnię po ujęciu, a w oczekiwaniu tego wyroku bar­
dzo wielu włościan komentowało na swój sposób rodzaj kary dla
świetokradzców.
Inne wypadki kradzieży kościelnej w tutejszej okolicy nie
są mi znane.
Podobnie, o ile pamięć moja sięga, nie mam do zanotowania
z nad Raby przykładu świętokradztwa wskutek przesądu, ale o takiem zjawisku z okolicy Niepołomic, opowiadał mi jeden włościa­
nin ze wsi K łaja:
„Niedawno temu, jak na „Wężowy Górze“ mióskał jeden
gospodarz, co sie nazywał Sarek. Ten gospodarz miał wielgą moc
ułów, a w nich było pełno pcół, co i duża miodu robiły, tyła,
ze jaz sie ludzie dziwowali, co to w tym być może. Ale choć ten
Sarek mi&ł tyła miodu , to mu sie dzieci nie kciały chować. Co
ino mu sie jakie urodziło, umićrało niezadługo. A ze Sarek wy­
glądał zawdy ponury, tak jak jaki zbój, abo ten, co dziesięć wsi
spaluł, to ludzie wzieni se go na oko i zaceni go podglądać i śpekulować za nim. I tak spenetrowali, ize ón ce4o do Komunie
święty chodziuł, a do spowiedzi bardzo rzadko. Ano jak go tak spatrzyli, tak dali znać księdzu probosowi w Niepołomicach. A wtedy
temu Sarkowi zną zachorowało dziecko i juz juz co ino nie umarło.
Ale jak sie ksiądz probos o tym wszyókiem dowiedział, tak z niedobacku zased do chałupy Sarka i wziąn go porząnnie na spo­
wiedź. Przy ty spowiedzi dowiedział sie od niego ksiądz, ze ón
święty Komunie nigdy nie spożywa, ino ją do ula pomiędzy plażdry kładzie. Tak zaraz ksiądz probos przyjechał niezadługo do
Sarka na nowo i z ułów te świete Komunie zabrał z wielgim
usanowaniem i do kościoła odwióz, a Sarkowi jakąsik ciężką po­
kutę zadał. Po tym wszyćkim na drugi dzień rano dziecko Sar­
kowi wyzdrowiało, ale w ulach wszyćkich jego nie uświacyło sie
ani jedny żywy pcoły. Połowa tych pcół uciekła, a połowa może
leżała nieżywa w ulach".
Za dawnych czasów zdarzały się podobno wypadki profano­
wania grobów w celu zażegnania upiora. Wydobywano przy asy-

[274]

ZW YCZAJE

I PO JĘCIA

PR A W N E .

253

stencyi księdza nieboszczyków z grobu, na których padło podej­
rzenie, że są strzygoniami, z powodu, źe nie bierzmowali się za
życia, a zatem mieli jednego ducha nieochrzczonego (strzygonia),
wkładano im do ust kartkę z napisem: „Imię Jezus“, obracano
następnie w trumnie na dół twarzą i chowano ponownie do grobu
wśród wszystkich zwykłych ceremonij pogrzebowych. Miano także
domniemanym strzygoniorn po wydobyciu ich z grobu, obcinać
głowę, wkładać im ją pod pachę lub między nogi, a wywróciwszy
ich na dół twarzą w trumnie, chować do grobu, jak świeżo zmar­
łych. („Lud Nadrabski“ str. 493—504).

3.

Przestępstwa przeciwko czci i sławie bliźniego.

Ł ajania, wymyślania, swary, sprzeczki i kłótnie, zwłaszcza
w życiu domowem, są pospolite. Przodują w tern szczególniej ko­
biety. Często za najmniejsze uchybienie matka „swarzy“ na dzie­
cko, gospodyni na dziewkę. Dla czeladzi męskiej służbodawczyni
jest względniejsza ; rzadziej ona spotyka się z jej gromami.
Nie należą także zwady między małżeństwem do wyjątków,
ale nie przywięzuje się wielkiego znaczenia do takich rozterek
małżeńskich: „Poswarzą się, poprzemawiają i zna między nimi do­
brze; zwycajnie jak chłop i baba“. Nawet bójki między małżeń­
stwem nie pociągają za sobą znaczniejszych następstw. Rozdwojeni
małżonkowie najwyżej parę dni nie mówią do siebie.
Poza domem między sąsiadami wymyślania i wzajemne obelgi
słowne są dziś wprawdzie nie tak częste jak dawniej; nie można
wszakże powiedzieć, żeby to rzadkie były objawy. Miejscem szer­
mierek językowych, zwanych „swarami“, są pola, osiedla i karcz­
my. Wśród takich swarów „wywołują na siebie“ strony, co „ino
wiedzą o sobie nagorsego'*, często nawet to, „co im ślina na jeżyk
przyniesie“.
Jak w domu, tak i wśród utarczek słownych sąsiedzkich są
mężczyźni mniej zaciekli, niż kobiety. Skoro kobiety zaczynają
się „wadzić“, można się spodziewać zbiegowiska sąsiadów bez
różnicy płci i w ieku, którzy chciwie przysłuchują się sprzeczce
i czynią różne uwagi za jedną lub drugą stroną. Często szermierka
językowa przekracza granice wszelkiej przyzwoitości; kończy ją
zwykle wzajemne i prawie równoczesne nawoływanie się do uca­
łowania pewnej części ciała.
Mężczyźni mniej zapalczywi w szermierce językowej, tern
skorsi są do bójek, zwłaszcza, skoro stoją w polu sami naprzeciw
siebie, a żony ich nie mają sposobności wmieszania się do zatar­
gów. Wobec żon zapaśników ich utarczka schodzi na plan drugi,
a natomiast występują żony w językowe zapasy. Skoro zaś mąż

254

J.

ŚW IĘ T E K .

[275]

rzuca się na przeciwnika, rzadko się zdarza, aby mu żona nie
pospieszyła natychmiast z pomocą. „Pazury“ żony przechylają za­
zwyczaj zwycięztwo na stronę męża, kiedy przeciwnik ograniczony
do sił własnych. Skoro żony zapaśników na placu potyczki, każda
z nich podtrzymuje stronę swego „chłopa“, a same prawie nigdy
nie potykają się oddzielnie między sobą.
Wśród swarów sąsiedzkich na osiedlach bardzo rzadko przy­
chodzi do rozpraw ręcznych; za to w karczmie, szczególniej .da­
wniej, każdy niemal zatarg kończył się „bitką“. „Od słowa do
słowa — jaz nareście jak zacnie jeden do drugiego przyskakować,
a intsi zną dotusaó (zachęcać), tak ten tego w pys, a tamten zną
ónego w pys, i tak zaraz była bitka, jaz sie pokrawili i pokalicyli“.
Ale takie bójki rzadko dawniej pociągały za sobą skargi
sądowe. Z pobicia nie wiele sobie robiono; „oddawano" je bowiem
przy najbliższej sposobności, skoro przeciwnik nie miał pomocni­
ków lub skoro własne siły wzmocniono przez przybranie silniej­
szych sprzymierzeńców. Zresztą dawniej rzadko posługiwano się
w bójkach zapaśniczych nożem lub kijem, „nie odbierali se ci, co
sie bili, tak zdrowia, jak teraz, co ino w nóz wierzą, jak się kej
awo jaka bitka przytrafi“. Dlatego to właśnie dziś częściej napły­
wają skargi do sądów o pobicie, jakkolwiek bójki po karczmach
wydarzają się bez porównania rzadziej. Częściej bywają też obelgi
słowne przedmiotem rozpraw sądowych, gdyż pokrzywdzeni wsku­
tek zupełnego upadku zabaw karczemnych, nie mają dogodnego
miejsca i sposobności, aby za pomocą siły pięści wymierzyć sobie
samym sprawiedliwość. A już jest dostateczna pobudka do skargi
o obelgi słowne, gdy jeden z kłócących się nie potrafił „sie tak
odjeść drugiemu, jak sie patrzy“, bo jest mniej od niego „wy-'
scekany“.
Spraw o wzajemne obelgi słowne mało sądy roztrząsają,
bo przeciwnicy albo jeszcze przed rozprawą się godzą albo też
już „na terminie“ na samo wezwanie sędziego: „Pogódźcie się!“.
Pobudza ich do zgody obawa, aby się obaj „nie dostali do kozy“.
Słownik wyrazów obelżywych, przezwisk, wymyślań i prze­
kleństw jest dość obszerny.
Słownik, dodany do „Ludu Nadrabskiego“ (str. 687—725),
podaje dość znaczną liczbę wyrazów obelżywych i określa ich zna­
czenie. W tym spisie ła ja ń , wymyślań i wyrazów obelżywych
przytoczymy tylko tych znaczenie, których niema w „Słowniku
Ludu Nadrabskiego“, a tam pomieszczone jedynie ugrupujemy
stosownie. I tak Nadrabianie używają następujących ł a j a ń , w y ­
r a z ó w o b e l ż y w y c h , w y m y ś l a ń , p r z e z w i s k i p rze ­
kleństw:

[276]

ZW Y CZA JE

a) w ś r ó d ł a j a n i a ,

I PO JĘCIA

PR A W N E .

255

dla p r z y g a n y i w obmowie.

Bąkalista, baryła, basałyga (rozlazły, nieporadny), bela, bestyń (często z dod. „psia“), bocoń (gniewliwy), bocula (gniewliwa),
brodziarz (noszący zarost), brzydak (kto popełnił jakąś niewłaści­
wość), brzydula, bździoch, chlistac, chudziarz, chwalna dziura (albo
„dupa“) (chełpliwy, próżny), ciaćko (figlarz, źartowniś), ciapcia
(nieporadny), cieluch, ciemięga, ciómra, ciemrak, ciepciucb, ciółak
(ociężały, niezgraby), ciołek (ciężki, niedołęga), ciura, cop (ocię­
żały), cudak, cuj (lubiący podsłuchiwać, wietrzący za przechowywanem pożywieniem), cycoó, cycuś, cygan (kłamca, człowiek
o smagłej cerze), delikatka, dłubać, drumla, dziaba, dziama, dziamoń, gajda, galus (próżniak, włóczęga, dziewczarz), gamoń, gap,
gawędziarz, gązwa (nudziarz), gdyra, gizda, gizdoń, gizdula, gmórac, gnój, gram a, gramuła, guzdrac, gwazdac, hamac, hasawół,
hołodryga, hukać, hukała, indor (napuszony, gniewliwy), jscoch,
kidoń, kidula, kindybał, kiska (szczupły, smukły, cienki), klekot,
kół (niezgrabny), kosmać (z rozczochranym włosem), kozak , kozdrój, krzywa dupa (skory do płaczu), kuzim, leguś, lezuch, lomp,
łajdak, łazęga, łupierz, łygoń, łyk, magoń, malowany (niezręczny,
niezgrabny), mamląc, mamrac, mamrula, marchwiany, margośka,
marniciel, m arudziarz, maślega, mazgoń , mełsak , młyn wietrzny
(człowiek prędko mówiący, a niezrozumiale), mustrownik (strojniś),
mustrownica, myjak, myzia, niedojda, niedołęga, nieruchała, niezgóła, niezgrabijak, nurac, imracka, ojcosek, opacniak, ozdęt, paja,
pałuba, papezioł, parskoń, paskuda, paskudnik, pijak, pitracha,
pleciega, pleciuga, płacek, płacka, płatek, popadjak, powicher,
powsinoga, prym nica, prymnik, przeklętnik; (klątwy): psiakrew
(największa u mężczyzn), psiadusa (największa u kobiet), psia berdya, psia bestya, psia dupa, psiajucha, psiakręć, psia kryminalska,
psia kryminał, psia kryśna, psia krzóś, psia mać, psia noga, psia
para, psia sieró," psia wiara,^psi pysk; psuj, ruła (nieporadny), samojednik, sietniak, skrobipiórko, słapak, smark, smarkula, smarowóz, sowiźrał, śpik, śpikac, śpi kula, śturmak, suchlęta, świscypał,
tłómok, twórz (puszczczający wiatry), tyran, tyranka, usar, uwziątek, wańtuch, wartogłów, waryak, wietrznica, włócykij, wydernica,
wydernik, wygwarnica, wynośnik, zdechlak, zegleń, złozoń, zmarzlak, zmierzieniec.
b) d l a z a c z e p k i .
Błazen, błyscńk, błysc (wytrzeszczający oczy), bucyfał, chły­
stek, chuchrak, chuchro, duda, dyndać, dziadyga, dziad, dziargan,
dzidoń, dzidula, dźystoń, fafuła, fidur, fuła, furdygała, gałgan?

256

J.

S W JĘTEK.

[277]

garbać, garbula, garlac, gnat, gnyb (stary człowiek), grubacha,
grundal, gryzmoła, grzyb (stary człowiek), guwniarz, haciak, haciega, harchała, hardabus, hasaługa, heciak, hudziadzia, hycel, hynak, kaciała, kalika, kaśtan (żyd, człowiek z kasztanowatymi wło­
sami), kielcoch, klaptoń , kłak, kłapać, kłapciak, kłapcoń, kłyk,
kociuba, konwisarz (komisarz, lubiący innym rozkazywać), ko
śtyga, krzywy pysk, kuc, kujon, kulon, kulfon, kurdupel, kuter­
noga (kulejący, mający jedna nogę krótszą), loter, łapserdak, łataś, łyś, łysieć (łysy), łysina, łyssula, meches, miciuda, mizerak,
mruk, muc (niedołęga, malec), munia, nekal, nosae, nosula, obetkała, odludek, ojscywegieł, pajtaś, pedrók, pezioł, pies, pierdzioch,
pitulejta, płachetka, płataś, potaki (niedołężny starzec lub niedo­
łężna staruszka, niedowiarek), poturak, potworak, potwora, przewójca (sarkast. — przewódzca), przypołudniak, puca, rabiórz, raciak, raciega, rajfur, rajfurka (stręczycielka — sarkazm), rycerz,
rykac, ry k ała, sceciarz, scecina, sewinoga, sietniak (chorowity),
ślóp, smaciarz, smalerz, smatłak, smatłega, smród (niedorosły), srać,
srajduła, sraw ula, suka (złośnica), świniarz (niedorosły, niegospodarz), Świnia (nieobyczajnie się zachowujący, puszczający wiatry),
taki, trzescak (wielkie oczy mający), trzop, turm an, wisielec, wisieluch, zasrany pan, zasraniec, zbój, zdeb, zebac, zebula, złodzićj,
zyd (niedowiarek, bezbożny), żydowski kumoter (przestający z ży­
dami, filosemita).
c) W ś r ó d s p r z e c z e k , k ł ó t n i i z a t a r g ó w .
Babskji dupy brat (kobieciarz), baba (niezdecydowany, bojaźliwy), baciarz, baganei&rz, baja, bandałacha, bandzioch, baniac,
basiórniak, bąk, bełkot, bijak, bodzioch (żarłok, opasły, z wielkim
brzuchem), bodejeś rece i nogi połartfał!, bodejeś oślep!, bodejeś
okulał!, bodejeś sie ściók!, bodej cie mysy zjadły!, brzuchac,
bułoń, burek (przezwisko od złodzieja Burka z dawniejszych cza­
sów — pomawiany o kradzież), byjór, byk, carownik, carownica,
carnoksieźnik, carnoksieźnica (poboźnisia, dewotka), chropac (ze­
szpecony przez ospę), chytroś, ciarach, ciarasysko, ciórlica (kłótnica, gadatliwa kobieta), ciuóka, dr&b, drabka, dracha, drania,
dranć, drapacha, drygać (mający nierówny chód, podskakujący),
durak, duroń, dupa, dupak, duzia, dycha, farmazon, farzeus (obłu­
dny), flondra, gona, gonicha (rozwiozła kobieta), goniąc (uganiający
za kobietami), h ad ra, hajdam ak, halam a, hołdownik, hołota, hu­
kać (krzykacz), japtykarz, judas (zdrajca), kaleba, kandyba, kandzioch (częściej — bandzioch, żarłok), kapcoń, kat (okrutny), kier­
noz, klapa, kłótnica, kołton, kołtonica, kopa, koślac, kot (podstę­
pny, zdradliwy), kotlarz, krowa (ociężała kobieta, leniwa lub lu­
bieżna), krupiarz, krupnik, ksantypa, kuciaba, kurw a, kurwiarz,

[278]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

257

labieda, laptac, leja, lejoń, licykrupa, lizoń, lizidupa, lizus, lofer,
luba, łupa, machlerz, macykura, memracysko, memrak, mlaskać,
mrugać, mrugacka, mysiarz, niezdara, oberwaniec (włóczęga), obesraniec (niedorosły), obdartus, obsarpaniec, oówiara, odmieniec
(nieprzyjemny, odrażającej powierzchowności), osiust (oszust), osukaniec, parch (żyd), parsywiec (żyd), parzyłatka, pudło (stara ko­
bieta), sarga, sargula, sepóła, sćrcarz, siajbićrz, siubienicnik, skrobigarcek, skuk, skurcarz, smalarz, smalńra, śmierdziuch, smolawa,
smoleń, smotrucha, smyk, śtabryna, tłuk, torba (niezgrabna, nie­
poradna, głupia kobieta), trajkotka, turkot, turocha, urwipołec,
utrzydupski, wargac, wargula, wera, wiarównica, wiarownik, wióscyca (złośliwa, uszczypliwa i podstępna kobieta), włóka, wydrwigros, wymoklórz, wypuklćrz, wyscernik, wy włoka, zawady ak, za­
walidroga, zawłoka, zbereźnik, zbytnik, ździńra, zęby cie Trszyscy
djabli po piekle tłukli!, żebyś z piekła nie wyłaz!, zęby cie djabli
wzieni!, zęby cie siak trafiuł!, żebyś jutrzejszego dnia nie docek a ł!, żebyś zdeóh!, zęby wszyckie bebechy z ciebie wylazły!,
zęby cie psy z jad ły ! zęby cie drobne wsy zjadły!, żebyś nie sko­
nał!, zęby cie pierun trzas!, zęby cie siarcysty ogień spaluł!,
zęby cie świnie zjadły!, żebyś zdech jak pies pod płotem!, zęby
sie święta ziemia pod tobą zapadła!, żebyś sie nigdy nicego nie
dorobiuł za moje krzywdę!, zęby cie świetń ziemia nie przyjena!,
zurowniak.
Za najcięższe obelgr uważa się te obelgi słowne, w których
znaczeniu widoczne są znamiona lub zarzuty cięższych przestępstw,
karanych na podstawie prawa. Zarzuty takie bowiem, choćby zmy­
ślone i nieuzasadnione, szkodzą często wobec opinii publicznej nie
tylko dobrej sławie zelżonego, ale mogą dać nawet powód do do­
chodzeń sądowych. Miotanie obelg tego rodzaju na człowieka na­
zywa lud zwykle: „s k a 1 6 n i e mw lub „s p s o c e n i e m w.
Pojęcie „skalónia i spsocenia“ w tern rozumieniu odpowiada
poniekąd prawnemu pojęciu jawnej, niezaocznej pot warzy.
Pozaoczne spotwarzanie osób określają Nadrabianie przez
wyrażenie „c e m i e n i e , o c e r n i a n i e lub s e n c e r o w a n i e “. Pobudką „cernienia lub sóncerowania“ jest chęć zohydzenia
przeciwnika i zniesławienia go wobec opinii publicznej. Skoro wie­
śniak się skarży: „Awo ten gałg&n chodzi po wsi, cerni mie i sencerujea, znaczy to, że jego wróg osobisty rozsiewa o nim w gminie
fałszywe i zmyślone wieści, jakoby się kiedy dopuścił jakiego ka­
rygodnego przestępstwa lub brzydkiego czynu. . „Sencerowanie“
zazwyczaj nie uchodzi bezkarnie. „ S e n c e r z “ odpowiada za nie
przed sądem, zwłaszcza, skoro na tej podstawie szerzą się podej­
rzenia przeciw spotwarzonemu.

258

J. ŚW1ĘTEK.

[279]

-Ale zniesławienie kogoś, oparte na faktach rzeczywistych
i dowiedzionych, lubo nieznanych, nie uchodzi w oczach ludu ani
za „sćncerowanie, ani cernienie“. Owszem w podobnem demasko­
waniu i zniesławianiu złych ludzi upatrują Nadrabianie bardzo
piękny postępek, wychodząc z zasady, źe człowiek, który kiedy,
choćby w obcej miejscowości, popełnił proste przestępstwo, nie
powinien zażywać dobrej sławy na równi z uczciwymi ludźmi. —
Nie pochwalają wszakże ciągłego zniesławiania człowieka, który
za powszechnie znany zły czyn poniósł już zasłużoną karę.
Dla zniesławienia człowieka służą jeszcze „ b a j k i , b á j e “.
Bajka, podobnie jak sencerowanie i czernienie, nie ma nic wspól­
nego z prawdą. „Bajki“ lub „baje" na kogo zrobić albo „zwić“,
znaczy przedstawić charakter, działanie i postępowanie człowieka
w jaskrawem, niekorzystnem, a fałszywem świetle.
Wogóle celem bajki jest pozbawienie człowieka dobrego imie­
nia i zaszkodzenia mu zarówno moralnie, jak i materyalnie. Po­
budką do „robienia bajek“ jest zemsta za doznane urazy, odepchnię­
cie, porzucenie lub bezczelna zawiść i zazdrość.
Poza bajkami rozróżnia jeszcze lud „ p l o t k i , p l o t y , o m ó ­
wi s k a, o m o w y , o b m o w y “. Plotek (plot) są cztery rodzaje.
Do jednego z nich nie przykłada się wcale wagi. Niedorzeczności
i zmyślenia biją w tych plotkach wrprost w oczy. Dlatego nikt „im
nie daje wiary“ ; raczej sam „ p l o t k a r z “ naraża się na śmiesz­
ność, nie osięgnąwszy zamierzonego celu znieważenia człowieka.
Źródłem drugiego rodzaju plotek są „bajki“. Ponieważ jednak,
podawane z ust do ust z pewnymi przyczynkami i przekręceniami,
tracą cechę prawdopodobieństwa, stąd także chybiają celu. Zawsze
się bowiem w końcu ktoś znajdzie, co dostrzeże w nich sprzeczności,
ośmieszy je, a ratując tym sposobem dobre imię człowieka, przeciw
któremu pocisk przez „uwicie nań bajki“ wymierzono, zwraca za­
razem niekiedy jego uwagę o krążących o nim plotkach. „Po kłęb­
k u “ snującej się plotki dochodzi człowiek, który był jej przedmio­
tem, „bájcárza“ i, rozumie się, nie puszcza mu obelg bezkarnie.
W dochodzeniu nie ma on trudnego zadania. Ułatwiają mu
je ci sami ludzie, przez których bajka rosła w plotkę. — Żaden
z nich nie chce wziąć na siebie za nią odpowiedzialności, a naj­
mniej ten, przy którym plotka stanęła, wstrzymana zdrowem ro­
zumowaniem roztropnego wieśniaka. Wieśniak ten zgromił zresztą
łatwowiernego, dającego posłuch niedorzecznościom: „Juzbym sie
nie dziwiuł komu intsemu, ale wám to sie naprawdę dziwie, boście
juz cłek niedzisiéjsy, a w takie próżne báje i ploty wierzycie. —
Ato temu, co wám to pedział, naplujcie w żywe ocy, bo to wszyćko
nieprawda!“
Wobec otwartości wieśniaków względem siebie i nieukrywatiia ściśle tajemnicy, a „długiego jeżyka“, zwłaszcza u kobiet,

[280]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

259

rzadkie to wypadki, aby plotka, wynikła z bajek, osiągnęła cel
zamierzony.
Trzeci rodzaj plotek jest zupełnie nieszkodliwy. Zarodkiem
ich niewinne zmyślenie, przekręcenie lub przedstawienie jakiegoś
wypadku; a dojrzałym owocem powiększenie tego wypadku do
ogromnych rozmiarów. N. p. ktoś z wieśniaków upada i nadwe­
ręża sobie nogę. Sąsiedzi zaraz dodadzą, że nogę sobie złamał,
a na drugim końcu wsi, niekiedy i „w ogranicy“ już na drugi
dzień krążą wieści, że „ten a ten spad z wysoka i zabiuł sie na
miejscu“, lub że „niewiela juz mu do życia“ ; każdy zaś z opo­
wiadających opisuje fakt ze szczegółami i utrzymuje, że „to jes
ocywiśna (oczywista) prawda“, „wiń o tym, jak zęby tam był“.
Plotek takich, jako nieszkodliwych, nie dochodzi się wcale.
Czwarty rodzaj plotek wytwarza się w ogólnej opinii. Do­
tyczą one różnych ważnych wypadków i wydarzeń, które w dal­
szym świecie się stały lub stać się miały. Plotki te rosną niekiedy
do zastraszających rozmiarów, a budzą one w ludzie i popłoch,
skoro przedmiotem ich wojna., potyczki wojenne, rozboje, środki
zaradcze rządu przeciw zawleczeniu zarazy i t. p.
„O m ó w i s k o“ (omowa, obmowa) jest po większej części
wypływem zemsty lub zazdrości. Obmawiający jednak nie mają
zamiaru zohydzenia lub zniesławienia człowieka w istotnem tych
słów znaczeniu. — Rzadko też uciekają się do fałszów, kłam-stw
i zmyślań. Omówisko jest poniekąd rodzajem surowej krytyki lu­
dowej, nacechowanej atoli dążeniem udaremnienia zabiegów i za­
chodów człowieka, przeciw któremu się ją zwraca, a stąd nie­
rzadko osiągnięcia własnej korzyści. „O m ś w i a 6“ znaczy kry­
tykować czyją powierzchowność i charakter, zwracać uwagę na
czyje życie domowe i stan majątkowy, wytykać czyje wady, błędy,
ułomności fizyczne i umysłowe, nie mijając się jednak wiele ze
swem osobistem, rzetelnem przekonaniem i nie zmyślając okoli­
czności, którychby nie można było usprawiedliwić w danym wy­
padku,
1
Wogóle „omówiskami, bajkami i plotkami trudnią sie nawiecy baby“. Z tych ich przysług korzystają nawet gospodarze
za zapłatę w naturze, skoro im chodzi n. p. o „odciągniecie“ syna
od małżeństwa lub o „wybicie z głowy“ córce zamęścia albo też
dalej o „odbicie“ jakiegoś młodzieńca od obcej dziewczyny,
a „przyciągniecie“ go do swojej córki lub o „odciągniecie“ jakiejś
dziewczyny od narzeczonego, a pozyskanie jej dla swojego syna.
„Omową“ nie gardzi także i sama młodzież męska i żeńska.
Kawaler, chcąc skłonić ku sobie serce jakiejś dziewczyny, która
mu wpadła w oko, „a ma juz intsego“, bądź sam, bądź za
pośrednictwem wynajętej w tym celu baby „omawia“ przed wy­
braną rywala, siebie zaś „zachwala“, jak może i umie. Podobnie

260

J. ŚWIĘTUJE.

[281]

postępują i dziewki, skoro dążą do małżeństwa z „parobkiem“,
który „se juz intsą upodobał“.
Kawaler, porzuciwszy dziewczynę, usprawiedliwia się z tego
kroku, przez jej „omawianie“, porzucona przez kochanka dla
innej mści się i na nim i na niej przez „omówiska“. Omówiska
pociągają niekiedy przykre następstwa, zwłaszcza dla dziewek. —
„Omówiony“ uraża się i policzkuje ^omawiackę“, skoro nikt za
nią się nie ujmie. Ale też w takich wypadkach obmowa w zasto­
sowaniu do fizycznych wad i ułomności wychodzi poza swe gra­
nice i nieraz stwarza z osób karykatury.
Za podobne omówiska, zarówno jak za bajki, plotki i obelgi
słowne, słuszną karą według ludu bywa s p o 1 i c z k o w a n i e.
„Pys sceka, to pys trza bić“ — tłómaczą się dotyczące osoby,
skoro kto z krewnych wyrzuca im pobicie podrostka lub dziew­
czyny.
Policzek zresztą jest w domu u Nadrabian rzeczą zwykłą,
a poza domem odpowiada się wymierzeniem policzka na zaczepki,
szyderstwa i najgrawania. Każda bójka prawie rozpoczyna się od
policzka. „Chlaśnięty w pys“ oddaje zaraz policzek, jeżeli tylko
może lub jeżeli się to godzi, poczem następują zapasy. Kto „wy­
cięty“ (uderzony) w twarz, policzka nie odda, naraża się na „pośmiechowisko“ wieśniaków i docinki. Nazywają go „chuchrakem,
kiej sie nie porwał na tego, co mu dńł w papę".
Policzek jest więc wprawdzie czynną zniewagą, wymierzony
przez osobę obcą, ale tylko dla tego, kto go zaraz nie odda. Za­
niesienie skargi do sądu o sam policzek, co zresztą bardzo rzadko
się zdarza, nie maże tej zniewagi.
Prócz pomienionych sposobów znieważania uciekają się jeszcze
niektórzy ludzie, a zwłaszcza młodsi, do znaków symbolicznych
w podobnym celu. Krytykując zachowanie się znienawidzonego
człowieka, naśladują jego ruchy, chód, gesty kułacy ę rąk, „wy­
krzywiaj ą “ usta, twarz, przedrzeźniają mowę, przedstawiają jego
postawę podczas zabierania się do pracy lub jakiej innej czynno­
ści, przyodziewają na siebie odzież według jego zwyczaju, często
nawet przez dziwaczne mimiki karykaturują jego osobę w różnych
niezwyczajnych pozach, a niekiedy węglem, gliną lub kredą ma­
lują niby jego postać na drzwiach, ścianach domu albo wrotach
stodoły, wozowni i śpichlerzy, podpisując jego nazwisko.
Ale te symboliczne znaki znieważania są bez następstw i dla
jednej i dla drugiej strony.
Zato w dość licznych przypadkach samo obejście poczytuje
się za obelżywe lub przynoszące ujmę, a mianowicie:
1)
Gdy młodzi ludzie podczas zabawy n. p. na weselu bez
zaproszenia lub zachęty przy starszych siadają albo im miejsce
za stołem zabierają i bez oglądania się na nich piją trunki;

[282]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

26 i

2) gdy na „przypicie“ rodziców, starszych krewnych i po­
winowatych, podeszłych wiekiem gospodarzy i gospodyń nie po­
całują w rę k ę , nie uścisną za kolana lub „nie skłonią“ im się
do nóg;
3) gdy na weselach i chrzcinach goście „dopominają się“
0 trunek lub przekąskę, których zabrakło na stole;
4) gdy młodzi mieszają się bez potrzeby do rozmowy star­
szych, a zwłaszcza, gdy ich „przemądrzają“, t. j. swe zapatrywa­
nia i poglądy starają się im narzucić lub dają im nauki i wska­
zówki ;
5) gdy przerywają im mowę lub w ich obecności wszczy­
nają kłótnię i sprzeczkę;
6) gdy ich napomnienia, przestrogi i nauki przyjmują z lek­
ceważeniem lub dla „postawienia na swoim“ używają podniesio­
nego głosu, „ciskają sie“, t. j. posługują się różnymi ruchami
1 pięścią w stół uderzają;
7) gdy wdają się z nimi w formalną sprzeczkę i kłócą się
„ząb za ząb“ ;
8) gdy domownicy lub najbliższa rodzina wszczyna kłótnie,
awantury lub bójki wobec obcych;
9) gdy na weselach, chrzcinach i różnych zabawach pier­
wszeństwo daje się swoim, zamiast gościom;
10) gdy wobec starszych gani się czasy dawne, a zachwala
się nowsze;
H ) gdy w obecności starszych, zwłaszcza, jeżeli oni dymu
nie znoszą, pali się fajkę, żartuje się z nich, prawi się im niedo­
rzeczności lub różne figle płata;
12) gdy wyśmiewa się starszych, w różny sposób im się do­
kucza lub naśladuje ich ruchy;
13) gdy starszym się nie ustąpi z drogi;
14) gdy na wesela, chrzciny nie zaprasza się niektórych
ludzi podług uroczystego, wiekami uświęconego zwyczaju;
15) gdy. zaprosiwszy znaczniejszą liczbę gości na wesele lub
chrzciny, nie można ich przyjąć i uraczyć należycie;
16) gdy o zaproszonych na wesele lub chrzciny się nie dba
lub nie wiele zwraca się na nich uwagi;
17) gdy, wchodząc do obcego domu, nie pozdrowi się za
przestąpieniem progu słowem Boźem gospodarstwa i domowników:
„Niech bedzie pochwalony Jezus Chrystus!";
18) gdy przechodząc koło kogo, nie powie się: „Niech bedzie
pochwalony...!“ lub przynajmniej choćby nic nie znaczącemi sło­
wami do niego się nie zagada;
19) gdy przechodząc koło pracujących w polu, nie życzy się
im szczęścia i wreszcie
20) gdy nadużywa się cudzej gościnności lub dobroci.

262

J. SWIĘTEK.

[283]

Wogóle prawideł powyższych dość ściśle przestrzega się nad
Raba. Kto ich nie zachowuje, uważaj a go powszechnie za „grundáiaa (nieokrzesanego) lub „mądralę“ (mędrka). Zapomnienie się
usprawiedliwia tylko stan podniecony. W tym też stanie na róż­
nych zabawach wszczyna się awantury i inne nieprawidłowe
wybryki.
Zobelżenia i znieważania bez porównania częstsze są między
rówieśnikami, niż między ludźmi, którzy znacznie co do wieku
między sobą się różnią. Osoby, zażywające powszechnego szacunku,
tudzież starcy, rzadko są narażeni na obelżywe napaści. Poczucie
wdzięczności dla dobrodziejów również ma swoje znaczenie. Zelże­
nia i spotwarzenia kapłanów niema przykładu. Utarczki i obelgi
słowne między dziećmi a rodzicami trafiają się, ále spotwarzania
i zniesławiania, między nimi należą do nader nielicznych wyjątków.
O takich wyjątkach nie można mówić, rozpatrując się w stosun­
kach między braćmi i siostrami, którzy już wyszli z domu rodzi­
cielskiego. Wśród zatargów, zwłaszcza spadkowych, nie wiele zwa­
żają oni na węzły rodzinne.
Kobiety znieważają się dość często między sobą i obsypują
się obelgami, wogóle zaś częściej, niż mężczyźni między sobą. Ale
zobelżeniu i znieważeniu uczciwej kobiety nadaje się większe zna­
czenie, niż porządnego mężczyzny. W obronie czci kobiet wystę­
pują mężowie^ ojcowie, bracia i synowie, mszcząc się czynnie na
winnym.

4. Pijaństwo i zakłócenie spokoju publicznego.
Lud nadrabsk.i potępia pijaństwo i uważa je za jedną z naj­
główniejszych przyczyn złego na świecie To też dzisiaj wr poró­
wnaniu z dawnymi czasy, znacznie mniej napotyka się nałogowych
pijaków. Oto uwagi Piotra Swiętka, starszego włościanina z Tar­
gowiska, przy nadarzonej sposobności w tym przedmiocie wypo­
wiedziane:
„O tym nima co dwa razy gadać — ize, co dawniej było,
teraz o tym ani słychu. Niek tam Pan Bóg da zdrowie tym ksiedzom, có chłopów tak od gorzałki odzwycaili. Bo ino pomyśleć,
coby to awo teraz było, jakby sie ato tak ludzie napijali, jak
dawnij. Dawnij to byli wieldzy gospodarze, kmiecie, jak sie pa­
trzy, a chociaż tam i nieduże podatki płacili i w polu sie rodziło,
to i tak niechtorzy tak bez te wódecke nareście pokąpali, ize pola
sprzedawali, a jak nie, to narobili tyła długów, jak ano jesce te
kasę pozyckowe zaceny sie pokazować, ize dzieciom ich jaze w garle
to stoi, jak teraz musą te wsyćkie długi odpłacać i ani konia porząmnego, ani kro winy jakij długo uchować ni mogą i ani se świ­

[284]

ZWYCZAJE I P O Ł C IA PRAWNE.

263

nie w niesopusty (mięsopost) zabić la swego pożytku, bo to wsyćko
zje kasa. A cy im to tego wsyćkiego potrzeba było! Trza ino im
było Boga chwalić i w gruncie robić, po karcmach i po jarmakach nie chodzić i nie pijać, a dzieci by ich błogosławiły, ize im
nie zmarnowali majątku. Ale kej by tam d&wnij tak wsyscy o tym
myśleli! W karcmie muzyki bywały co niedziela, z jarm aku po
drodze co karcma, to stój, bo jakżeby sie bez tego obesło.... Ży­
dom rosły brzuchy ja k niecki abo opały, a chłop niejeden pasa
dobrze przyciągał, ale piuł. Przysła niedziela, a juzt o śródwiecerz wsyćko waliło do karćmy, jak nieprzymierzając na odpus, bo
tam juz grali i taj co wali. Jaki taki nieraz posed śie ino na mu­
zykę popatrzyć, ale wnet go tam intsi zeźreli i przyciągnęli do
synkwasu, a potym i do drugij izby, kej juz starsi gospodarze
porząmnie napijali, a przy nich stały flachy gorzały. Cłek sie ni
móg i wymówić i tak wsyćko piło do kompanie. A jak se juzt
dobrze podpili, tak kole pónocka abo i późnij — ten o tym, hawten o haw tym , a kozdemu jeżyk inacy chodziuł, jaz zaceni sie
przekomarzać i kłócić. Od słowa do słowa, przysło nieraz i do
bitki. Pokrawili sie, potargali na sobie kosule i górnice i odebrali
se zdrowie. A chto temu był winien, izeli nie ta przeklęta śmierdziucha! Zęby sie nie poopijali, toby była i zgoda miedzy nimi
i nie byłoby bitki i obrazę Pana Boga. Bo juzt co prawda, to
prawda, ale to pijajstwo to zawdy ludziom do zdrowia nie pomaga
i majątek bez to marnieje i obraza Boskś, i cećniejakie zberezeń­
stwa. Teraz ato to i po chałupach miedzy baba a chłopem spokój,
a dawnij jak sie chłop ino spiuł i przysed do chałupy pijany, to
i babę popr&ł i dzieci wyterebiuł i garki potłuk i ozinajte dziwy
wyrńbiał. Potym, ja k sie przetrzeźwiuł, to tego, co prawda, żało­
wał, ale jak ino mu sie trafiło, to sie zną opiuł i swoje jak piór wy
robiuł. Nieraz z tego pijajstwa wyglądoł juzt jak śledź wymokły,
ale sie nie poprawiał, bo go zawdy ta gorzałecka abo dyńboł ciągnuł do karćmy. Bo to pono te gorzśłkę to ino dyaboł wymyśluł, bo zęby ji ludzie nie zażywali, toby ón ich tak. kusić ni
móg i tyła worków grzechów do piekłaby nie znosiuł, ani bes
dziesiątą cęś. Bez pijajstwo to ino klęcia, bitki, cudzołóstwa, mar­
nienie majątku la żyda i odbieranie se zdrowia. Wiela to ludzi,
jak sie napije, to ino oddaje to na ziemie zaraz, co u żyda napijć.
Malinoski ich bije (womitują) za ich ciężką pracą, a przecie im to
nic nie pomaga, bo ino piją i piniądze marnią na darmosa.
Chwała Bogu, ize to teraz coraz rzadzij tak sie dzieje i mu­
zyk po karcmach nie bywń i ludzie jakosik tak gorzałki nie pi­
jają, jak to ¿Ulwnij było. — Duża zną ludzi ślubowało od wódki
i trzymają się strzemieźliwie. Dawnij, jak wiecie, to takie pijaki
były główne, ize, jak pośli na spowiódź i ksiądz kńzał im ślubo­
wać, to ślubowali, ale potym to abo pili za niedługośko abo ty z

264

i. ś w i n e k .

[285]

kcieli Pana Boga osukać: jak nie pili gorzałki, ino harak abo
asencyą. Powiedali, ize od haraku nie ślubowali, ino od gorzałki;
a to przecie, wiócie; nieprawda, bo jak sie ślubuje, to sie ślubuje
od wsyćkich ozpalających trunków. Dobre to ślubowanie było, co
prawda, w tych casach, bo ludzie sie jakosik poskromili. I dziś
óno nie zawadzi, ale tak juz bardzo nie jes potrzebne, bo, jak
wiecie, to cały rok boży przejdzie, a w karcmie nie grają i mało
kto tam idzie na pókwaterek. A zną, ja k sie trafi jaka okazy a,
dejwa na t o : zaprosą cłeka kej na wesele abo na chrzciny, to
i napić sie możno, zęby ino miarki nie przebrać i gorzałki se
duża nie pozwalać; bo lepse przecie piwo. Ona i wódka nie zaskodzi; dobrze casetn wypić i kielisek abo i dwa, ja k sie jes
w drodze w zimie, to sie cłek nią ozgrzeje. Abo jak sie przydzie
od ciezkij prńce, to kielisek gorzałki dobry z pieprzem, ozydzie
sie jakosik po kościach i cłekowi sie ulży. Ja bo zawdy gadam,
ize wselaki trunek cłekowi nie zaskodzi, bele sie ino nie opić, bo
to bardzo brzyćko. — U nas to teraz rzadko sie kej zdarzy, ale
pamiętam dawnij, co to było hałasu po wsi, swaru i obrazę Pana
Boga, jak sie hałastra popiła: śpiówania, krzykania, brzyćkich
mów — jaze styd cłeka! Niejeden pijak leżał pod ławą u żyda
abo sie talał w błocie, jak nieprzymiórzając jakie nieboskie stwo­
rzenie — Świnia abo co — zerzygany, zaciarany — pfuu!... jaze
obrzydzenie cłeka zbiera! Bo to gorzałka, jak wiócie, nie kozdemu
polubuje i ten, co duża nie pije, to mu sie i głowa zawróci i rznie
siecke porząmnie (wymiotuje). Abo to i zydzi dadzą co dobrego
cłekowi, ino jakie pomyje! Gńdają przecie i to, ize zydy kąpią
sie w gorzałce abo i w piwie i ludziom dają to potym pić....
Ady i to wiócie, ize cłek, jak sie opije, to dyaboł ma juz do niógo
swoją moc i kusi go do cećniejakich grzechów wielgich, coby ón
tego za trzeźwa nie zrobiuł. Niejeden w pijajstwie, dejwa na to,
da sie napowieś i do cudzołóstwa i do przekleństwa i do bitki
i do różnego zberezeństwa. — A co sie dyaboł i nie nawydziwia
z pijanym cłekem! Dzisi&k ato tego nie słychać, bo takich głównych
pijaków nima, ale dawnij jak dyaboł na pijaka wsiad, to go wo­
dzi uł i po błotach i po ostach, krzakach, pokrzywach i po wodzie
go toplał, a jak słychać nieraz było, to i utopiuł i duse jego za^brńł wnetesicki do piekła. Pijajstwo to nigdy nidocego dobrego
nie doprowadzi. Cy to na weselu, cy to przy intsy jakij okazyi
wypić, powiedam, nie zaskodzi, bele się ino nie opijać. Opicie sie
zawdy jes grzechem, bo cłek jes wtódy, jakby jakie bydle i nie
robi tak, jak Pan Bóg przykazuje. Powiedają, ize pijakowi po
śmierci w piekle leją ato tak djabli ogień z gorzałki do gęby, co
tak sie pali, jak nieprzymierzając my gorzałkę paliwa.
Gadali dawnij ludzie, ize opić sie jes dobrze, jak cłek ma
jakie strapienie, bo o tem zabacy. Zabacy ón, co prńwda, bo za-

[286J

zwyczaje

i pojęcia praw ne .

266

bacy, bo mu gorzałka rozum i pamięć odbierze, ale ze se tym nie
pomoże na swe strapienie, nima o tym co dwa razy gadać. Jak
miał jedno to strapienie, to bez gorzałkę bedzie miał jesce wiecy
tych strapień, bo piniadze straci i majątek po trochu zmarni i na
dziada wyjdzie. I niek mi tu jesce chto gada, ize upicie sie jes
dobre i pasami potrzebne. Ja mu plunę w ocy i powiem, ize nie­
prawda, bo pijaki nikej nic dobrego jesce nie dokazali. Dzisiak
tyz o tym kozdy wie i ludzie juzt nie piją, głównych pijaków nima
a jak se chto głowę zawierusy przy jakij okazyi, to grzech ma,
bo gorzałka, to zawdy óna wymys dyabelski i do piekła cłeka
ciągnie. Od gorzałki i od picia, jak chto kce, to zawdy sie wy­
mówić może i nik mu tego nie pogani, a ludzie jesce od niego
strzemieźliwości i trzeźwości sie naucą. Niek Pan Bóg da zdrowie
wsyćkim trzeźwym ludziom, a pijaki, kej jesce jakie są, niekze
se wezną Boga do serca i ustatkują sie“.
Z podobnern potępianiem pijaństwa można się obecnie bardzo
często spotkać nad R ab ą, chociaż ono dawniej uchodziło niemal
za rzecz niewinną, a wśród pewnych okoliczności nawet konieczną.
Wesela, chrzciny i inne zabawy, zwłaszcza niedzielne i pojarmarczne, zaznaczały się pijaństwem. Licha to była zabawa, na której
upicie się nie zwaliło z nóg człowieka. — Pito prawie wyłącznie
wódkę prostą, tak z w. „gorzałkę“, którą wstrzemięźliwi ochrzcili
nazwą „śmierdziuchy“. Piwa nie używano wiele. Hałasów, bójek,
nocnych awantur, „brzydkich mów“ i nieprzyzwoitych śpiewów
było „co niemiara“. Pili zarówno mężczyźni, jak i kobiety; ko­
biety wprawdzie mniej, bo im to nawet wówczas więcej za złe brano,
niż mężczyznom, ale przynajmniej czwarta część mężatek nie grze­
szyła zbytnią wstrzemięźliwością.
Jeszcze przed dwudziestu pięciu laty nawet małe dzieci ko­
sztowały wódki. Skoro nie „kciały sipiać“, napawały je nią nie­
które matki „na spanie“, a przeciw glistom u dzieci ważnym środ­
kiem leczniczym była gorzałka. Dziś rzadko się słyszy o podobnem lekarstwie dla dzieci na bezsenność.
Dzisiejsza młodzież obojga płci zaleca się więcej trzeźwością;
w piętnastym roku życia rzadko spotyka się parobczaków i dzie­
wczęta z żyłką pijacką. W opinii ludowej budzą tacy małoletni
pijacy niesmak i przyganę. Mówią o nich: „To bedzie nicpotniak,
łajdak, pijak i nic dobrego, kiej se juz tak pocyna“. Dawniej
do „napijania sie“ w tym wieku nie przywiązywano wielkiej wagi,
a dziś nawet dość często młodzieńcy i dziewczęta ślubują1ód roz­
palających trunków i ślubu tego dotrzymują ściśle.
I dziś nie wszystkie wsi tej okolicy zalecają się równą trze­
źwością. Trzeźwość i wstrzemięźliwość od gorących napojów naj­
więcej są utrwalone we wsiach parafii chełmskiej. Wpływ ducho­
wieństwa zarysował się tu najwyraźniej w tym kierunku. Było
18

266

J. ŚWIĘTEK.

[287]

kilka księży wikarych, którzy wraz z proboszczem bardzo gorli­
wie szerzyli wstrzemięźliwość, nawołując do niej parafian, a wy­
kazując zgubne skutki pijaństwa.
W Marszowicach, Nieznanowicach, Pierzchowie, Pierzchowcu,
Książnicach, w Stanisławicaoh, w Stradomce i w Łapczycy upija­
nie się wódką „przy okazyi“ jest jeszcze zawsze rzeczą powszednią,
chociaż i w’ tych wsiach większość mieszkańców uważa trzeźwość
za obowiązek i szerzy ją nie tylko przykładem, ale i słowem.
W miarę, jak się z biegiem czasu utrwalała wstrzemięźli­
wość wśród włościan, traciła i karczma swe znaczenie.
Po skupieniu się ruchu handlowego na kolejach, karczmy
tutejsze przydrożne straciły podróżnych, przejezdnych i przepędza­
jących tędy bydło i barany, a „swoi“ pozbyli się wobec nich pociągu
i skłonności. — Zabawy ogólne wysunęły się z karczem, narady
gminne toczą się li w domu wójtowskim, a nawet drużyna weselna
bardzo rzadko dziś wstępuje do karczem „na składkę“, ale wprost
z kościoła zdąża do domu rodzicielskiego pani młodej. Dziś za­
ledwie na jaki taki odbyt wódki lub piwa mogą liczyć karczmy
tylko w dnie niedzielne wieczorem i to zwykle po żniwach, w je ­
sieni i podczas karnawału. — Na człowieka, który „przesiaduje“
w karczmie, patrzy lud przeważnie z niechęcią, a nawet z pewną
pogardą. Nazywają go „pijakem i zydoskim kumotrem“, mają go
„za nic dobrego, bo woli słuchać żyda, co mu skli i zeświadca,
izeby go ino osukać, jak księdza, co nie każe chodzić do karćmy
i na żydów robić. Chto zacnie w karcmie przesiadować — mówią,
to juz s pewnością ś niego nic nie bedzie i wyjdzie na dziady.
Bo ten, co ino w żyda wierzy, to to juz taki wywłoka, ni ma ón
Boga w sórcu i w polu mu sie nie kce robić i do pracy nijakij
sie nie da; a ja k sie tak zapuści, to wsyćko ze stodoły i z cha­
łupy bedzie do karćmy wynosiuł, sprzeda casem i gadzinę, a ży­
dowi za to za lada śmierdziuche dobre portki sprawi. W chałupie
bieda jaz kwicy, ale ón ta na to nie dba“.
Dzisiejsi Nadrabianie, nie smakując już w karczmach, jak
dawniejsi, zachowują się też odpornie przeciw wszelkim zmowom,
godzącym na cudze mienie i czyją szkodę. Po trzeźwemu nie da­
dzą się tak łatwo bałamucić różnym ajentom, faktorom i wysłan­
nikom różnych spekulantów; dobrze rozważają, „co to za jedni“,
a wrazie uzasadnionych podejrzeń skłonni są nawet do czynnego
odparcia wyzyskiwaczy, którzy tumanią lud w szkodliwych i sa­
molubnych celach.
Podobnie nieliczne są dzisiaj wypadki zakłócania spokoju
publicznego przez awantury nocne, hałasy i bójki, chociaż bez
nich nie obeszło się dawniej niemal w każdym tygodniu, a zwłasz­
cza z niedzieli na poniedziałek podczas zabaw i po zabawach kar­

[288]

267

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

czemnych. Rzadkie też bywa tendencyjne rozpuszczanie pogłosek
w zamiarach nieuczciwych i występnych; nie znajdują również
takie pogłoski wobec podniesienia się oświaty wśród ludu tak
łatwej u niego wiary, jak znajdywały ja dawniej, kiedy często
w „lada“ niedorzeczność, puszczona w obieg, święcie wierzono,
nie zdając sobie z niej sprawy. Dawniej krążyły wśród ludu różne
brednie, przyniesione do wsi przez „piórsego lepsego przybłędę“
i mało było takich, coby w ich wiarogodność powątpiewali; dziś
na takie brednie mężczyźni wzruszają po większej części ramionami
i puszczają je mimo uszu.

5o Zabójstwo i uszkodzenie na zdrowiu.
a)'Zabójstwa i kalectwa.
Lud rozróżnia dwa główne rodzaje zabójstw: rozmyślne („namyśne“) i przypadkowe („nienamyśne“).
Za najciężsżą zbrodnię zabójstwa uchodzi tak zwane „mor­
derstwo“. Wyrazów „morderstwo, mordować“ używają Nadrabianie
wtedy, gdy zabicie poprzedza znęcanie się i pastwienie nad nie­
winną ofiarą. I tak mordercą według ludu jest zbrodniarz, który
nie zabija człowieka natychmiast, ale rozmyślnie zadaje mu różne
męczarnie, zanim go ugodzi śmiertelnie, n. p. utnie mu rękę, nogę,
nacina ciało lub o inne ciężkie boleści go przyprawia w zamiarze
sprowadzenia nań powolnego konania.
Kto zabije człowieka od razu, choćby nawet w sposób zdra­
dziecki i podstępny, bądź przez otrucie go, uderzenie znienacka
siekierą lub innem ostrem narzędziem albo ciężkim przedmiotem,
ten według ludu nie jest mordercą, ale zabójcą. Takie zdradzieckie
zabójstwo atoli nie o wiele jest mniejszą zbrodnią od morderstwa.
Pojęcie wielkości tej zbrodni zależy od pobudek, jakie towarzyszą
jej spełnieniu. Za najcięższą uchodzi naturalnie zabójstwo, popeł­
nione dla osobistych celów i widoków, z błahych powodów, za
namową lub za zapłatę.
Zabicia człowieka,’' znanego ze zbrodniczych czynów, cho­
ciażby dla pomszczenia osobistej krzywdy i w sposób podstępny,
nie zaliczają Nadrabianie do ciężkich przestępstw.
Wobec spełnienia zabójstwa w imię ogólnego dobra lud nie
tylko uniewinnia zupełnie zabójcę, ale owszem czyn jego uważa
za bardzo piękny.
Przypadkowe, nierozmyślne zabójstwo poczytują za mniej
lub więcej karygodne czyny. Zależy to od okoliczności, wśród ja ­
kich je popełniono. Przytoczymy ich kilka:
18 '

268

J.

Ś W IĘ T E R .

[289]

1) kto schwytany na gorącym uczynku kradzieży, rabunku
lub innego przestępstwa dla uwolnienia się z ujęcia uciecze się do
środków, za pomocą których przyprawi o śmierć zapaśnika;
2) kto z zemsty wśród obopólnej walki tak uszkodzi ciele­
śnie przeciwnika, że on wskutek tego umrze w krótkim czasie;
3) kto wśród bójki, zapasów i szamotania się zada potyka­
jącemu się z nim cios śmiertelny;
4) kto, uniósłszy się zapamiętałym gniewem podczas wymie­
rzania doraźnej kary, przez swe nieopatrzne razy pozbawi życia
winowajcę;
5) kto wśród sprzeczki, wywołanej odmiennemi zapatrywa­
niami, nie licząc się w uniesieniu z następstwami, uderzy jakim
ciężkim przedmiotem lub narzędziem swego towarzysza, do którego
zresztą nie żywi niechęci, tak „zradliwie“, że ugodzony padnie
trupem na ziemię;
6) kto w obronie własnego życia lub swych krewnych albo
też własności, odpierając gwałt napastnika lub złoczyńcy, przypra­
wia go o śmierć;
7) kto, ścigając wreszcie zbrodniarza, zabija go czy to w od­
dali wystrzałem z fuzyi, czy też dopędzając go, ostrem narzędziem
lub ciężkim przedmiotem.
We wsiach nadrabskich od ostatnich wielu lat nie było wy­
padku rozmyślnego zabójstwa, a wogóle w ciągu ostatnich czter­
dziestu lat zdarzyły się tylko dwa zabójstwa rozmyślne, pięć zaś
przypadkowych.
Morderstw za mej pamięci nie było nad Rabą ani w pojęciu
prawnem ani w ludowem.
Z początkiem tego stulecia miały się częściej wydarzać mor­
derstwa i zabójstwa. Pobudką do nich była głównie zemsta. Lecz
rzadko zdołano wykryć zbrodniarzy, a to z tego powodu, że po
sprawdzeniu faktu morderstwa lub zabójstwa, podejrzenie padało
zazwyczaj na rozbójników, którzy z dalszych okolic zapuszczali
się nad Rabę.
Z nowszych czasów dwa charakterystyczne wypadki zabój­
stwa zwracają na siebie uwagę. Jeden z nich odnosi się do zabicia
żony przez męża w Łezko wicach i o tym już była powyżej mowa
(w rozdziale I. str. 328); drugi zdarzył się w Targowisku przed
dwudziestu laty:
Żył tu żyd, imieniem „Lajbuś“, znany też pod tern imieniem
we wsi i okolicy. Lajbuś uchodził za złodzieja, podpalacza, truci­
ciela koni i bydła, „nikogo sie nie bał i co kciał, to robiuł“. —
Z obawy przed nim ustępowali mu wieśniacy i nie pociągali go
do odpowiedzialności sądowej za różne jego zbrodnie, chociaż
o nich wiedziano powszechnie, a nawet schwytano go niejedno­
krotnie na gorącym uczynku.

[290]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

269

Jego zbrodnicze sprawki uchodziły mu bezkarnie przez lat
kilka, aż wreszcie znaleźli się dwaj młodzi ludzie (parobcy), którzy
częścią z osobistej zemsty, częścią w imię ogólnego dobra posta­
nowili zgładzić Lajbusia ze światu. Zamiaru swego dokonali wie­
czorem w święto Matki Boskiej Zielnej w jego własnej szynkowni.
Lajbuś mimo zakazu urzędu gminnego „ozpocąn granie w tak
wielgie święto“ i siedział właśnie na stole między grajkami a szynk-*
wasem, kiedy przystąpił do niego jeden z zapaśników, i, przypom­
niawszy mu swą krzywdę, uderzył go w twarz pięścią. Lajbuś
nachylił się w ty ł; ale już miał się zrywać z siedzenia i zamie­
rzał oddać policzek, skoro „przyskocuł“ drugi z zapaśników i z po­
mocą pierwszego ściągnął go za włosy ze stołu i powalił na po­
dłogę. Rozpoczęło się „kolankowanie, kopanie obcasami i deptanie“.
Powstało wielkie zamieszanie w karczmie, a wśród niego zagasił
ktoś lampę w izbie. Wśród ciemności miało się rzucić więcej chło­
pów na Lajbusia i nożami go pokaleczyć. Za chwilę dobrze jnź
zbitego wywleczono za włosy z izby karczemnej na pole, a tu
wielu z obecnych uważało za swój obowiązek przynajmniej przez
jedno uderzenie kołka przyczynić się do zgładzenia znienawidzo­
nego złoczyńcy, przypominając mu zarazem jego zbrodnie: ¿Mas,
psiakrew zbóju, za nase krzyw dy!“ Powiadają, że Lajbuś tym
sposobem do stu koło w otrzymał już po śmierci, a nadto miał
głowę „podziurawioną“, chociaż uznani za zabójców parobcy nie
mieli się posługiwać nożami. Ale nie można tego uważać za pa­
stwienie się nad trupem, bo cała wieś wówczas opowiadała sobie,
że Lajbuś tylko dlatego tak liczne razy po śmierci odniósł, ponie­
waż obawiano się, aby „sie nie zatajuł" (udał nieżywego).
Z zabójstw przypadkowych dwa były wynikiem granicznych
sporów sąsiedzkich. Sąsiad uderza kołkiem sąsiada i zabija, w yr­
wawszy ten kołek z płotu, który zabity rzekomo w jego gruncie
„grodził“. Najświeższy wypadek tego rodzaju zaszedł w przeszłym
roku w Marszowicach. — Z innych wypadków zabójstwa jeden
w Kłaju przed 20 laty był następstwem silnego ciosu wśród bójki,
drugi skutkiem nieporozumień między dwu krewnymi z Targowi­
ska, trzeci skutkiem zapalczywości wśród uniesienia się gniewem.
Drugi ten wypadek zdarzył się podczas drenowania dworskich
gruntów w okolicy Krakowa; między krewnymi wywiązała się
sprzeczka o sposób przeprowadzenia pewnej czynności. Obaj ob­
stawali uporczywie przy swojem zdaniu ; zapalczywsży wszakże
uniósł się zapamiętałym gniewem i wśród niego uderzył towarzy­
sza tak „zradliwie“ w głowę łopatą, że się już nie podniósł
z ziemi.
Ojcobójstwo, a jeszcze więcej matkobójstwo uważa lud za
jedną z najstraszniejszych zbrodni i odczuwa ze zgrozą całą jej
ohydę, skoro z dalszych ękolic dojdzie go wieść o podobnym wy­

270

J. ŚW1ĘTEK.

[291]

padku. We włościach nadrabskich nie było przykładu zabicia ojca
lub matki; bardzo rzadko też słychać o ich pobiciu przez dzieci.
Podobnie nie zdarzyło się za mej pamięci, aby ręka rodzi­
cielska pozbawiła życia dziecko. Ale uszkodzenia cielesne dzieci
przez rodziców wśród uniesienia się gniewem, wskutek których
następuje śmierć po upływie krótszego lub dłuższego czasu, nie
należą do bardzo rzadkich wypadków. Nie bywają one wszakże
przedmiotem dochodzeń sądowych. Obcy bowiem nie podnoszą ich
z zasady, aby nie naruszać praw ojcowskich; zresztą śmierć dziecka
uważa się za naturalną, skoro ona nie następuje bezpośrednio po
pobiciu, ale po dłuższej słabości, która jest jego następstwem. —
Sąsiedzi tylko wtedy nie puściliby bezkarnie rodzicom zabicia
dziecka, gdyby ono od razów z ich ręki natychmiast zakończyło
życie. W tym wypadku bowiem stawia lud zabicie dziecka na
równi z zabójstwem, popełnionem wśród uniesienia się zapalczy­
wym gniewem.
Jak ciężkie i częste są kalectwa, o które rodzice dzieci przy­
prawiają, jak nieopatrzne są razy, które oni nawet z błahych po­
wodów między nie rozdzielają, wystarczy choćby zagadnąć jednego
i drugiego włościanina, który ma pewne wady fizyczne lub umy­
słowe, odkąd datują się te jego wady, a usłyszy się od niego na­
rzekania na „tatusia, co go okulawili, ize teraz ukrymuje na nogę,
bo go porazili pałą, jak uciekał, ize sie bał, zęby go nie pobili
za to, ize puściuł w konicyne krowy“ ; — lub „na matusie, ze mu
utrącili reke, jak im kij kcińł wydrzyć, izeby go nie bili za to,
ze krów nie napaś“, albo że go „w krzyżach strzyka zawdy, jak
sie ino schyli, od tego casu, jak go matusia w złości wycieni zarnówką“. Utyskuje też niejeden na tatusia lub matusię, „ize go
raz tak po łbie zwalili, ize ón teraz pamięci ni ma i zabacuje se
i w głowie mu sie casem jaze mąci“.
Tych i tym podobnych wad i ułomności cielesnych lub umy­
słowych spotyka się nad Rabą wiele, średnio niemal co dwudziesty
dom we wsi, a wyłącznie prawie są one skutkiem nieumiarkowanego lub nieopatrznego rodzicielskiego karania. A niema prócz
przygany ogółu innych środków na poskromienie tego zła; zale­
dwie parę jednostek we wsi wyraża swe oburzenie wobec faktów
tego rodzaju; one tylko radeby położyć pewien hamulec w kara­
niu dzieci względem rodziców i pociągać ich do odpowiedzialności
za przyprawienie potomstwa o większe kalectwa.
Mimo tak nieopatrznego karania dzieci wśród ludu, nie na­
leży przecież wysnuwać wniosków, jakoby rodzice nie żałowali
swej popędliwości i nie odczuwali, choć po niewczasie, groźnych
następstw ich zapomnienia się, skoro „otuchną“ (ochłoną) z gniewni.
Znane są przykłady, że rodzice po śmierci dziecka, o którą je
sami przyprawili przez swe nierozważne silne uderzenie lub ciężką

[292]

ZWYCZAJE T POJĘCIA PRAWNE.

271

chłostę, nie zaznali już nigdy spokoju w życiu i z żalu za niem,
tudzież ze zgryzoty w niedługim czasie schodzili ze świąta.
Mniej kalectw, niż z ręki rodzicielskiej, pociągają za sobą
bójki między obcymi. Chociaż bowiem bójki wydarzały się daw­
niej dość często, to jednak następstwa ich nie bywały zawsze
groźne, gdyż zapaśnicy byli to ludzie fizycznie rozwinięci. Sińce,
guzy, obrażenia cielesne, rzekome „ubicia“ ręki lub nogi, a nawet
„podziurawienia“ głowy goiły się rychło i zwykle po sobie nie
pozostawiały śladów, zwłaszcza, skoro się przeciwnicy „pogodzili
i przeprosili“ lub skoro za pobiciem szła podobna „odpłata“ przy
najbliższej sposobności. Już sam „honor“ nie pozwalał na narze­
kania, chociażby w istocie z bójki wyniesiono niepozorne kalectwo
fizyczne lub umysłowe. Tyle wogóle do bójek.
W szczególności atoli należy zauważyć, że uszkodzenia we­
wnętrzne, wynoszone z „bitek“, miewały niekiedy smutne następ­
stwa, a nawet bywały powodem śmierci w niedługim czasie. —
Zwłaszcza tak zwane „kolankowania, kopania obcasami, talania
i włócenia po ziemi, bicia kołkem“ miewały niejednokrotnie ten
skutek, że „pobici mieli cosik odbite na wnątrzu i wnet umiórali".
Podobnie w każdej wsi można znaleźć przynajmniej paru
ludzi, którym się od tego czasu „w głowie mąci i juz ni mają
tego rozumu, co d&wnij, jak ino im Wałek (Kuba i t. p.) w bitce
podziurawiuł głowę nożem“ albo „kołkem zwaluł po głowie“.
Ale przykłady nieuleczalnego „okulawienia, złamania ręki,
wybicia oka, odcięcia lub „odgryzienia paliców, usów, nosa“ itd.,
trafiają sie nader rzadko wśród bójek. W ciągu trzydziestu lat
miałbym w każdej wsi najwyżej po jednym z takich wypadków
do zanotowania.
Skoro Nadrabianie wynoszą z bójek jakie obrażenia cielesne,
to po największej części takie, których następstwem jest kilku­
dniowa niezdolność do pracy. Uszkodzenia te jednak są o wiele
częstsze między obcymi, niż między krewnymi, bliższymi i dal­
szymi. Bracia i siostry rzadko też szukają sprawiedliwości („osądk u “) na drodze sądowej po pobiciu. Zazwyczaj godzą się między
sobą za sprawą starszych krewnych lub powinowatych.
O wypadkach pobicia kapłanów nad Rabą nie słychać. —
„Strasny to grzech pobicie księdza“, przed którym wzdryga się
uczucie ludowe. Przed trzydziestu przeszło laty „porwał się" jeden
gospodarz z grabiami na księdza, a choć go nawet nie uderzył
i choć włościanin miał podobno słuszność za sobą (chodziło o spra­
wę prywatną), to jednak lud dotąd wspomina o tern zdarzeniu
z pewmym odcieniem oburzenia.
Pobicie starszych wiekiem nie należy do nadzwyczajnych
wypadków. Nie przywiązuje też lud do takiego pobicia wielkiej
wagi, chociaż je zwykle gani.

272

J. ŚW IĘ TE J.

[293]

Za przypadkowe przyprawienie kogo o kalectwo lud piętnuje
tylko nieuwagę i nieostrożność sprawcy i skazałby go na niezbyt
dotkliwa chłostę. Przykładów nierozmyślnego przyprawienia o ka­
lectwo jest niewiele nad Rabą. W Targowisku znane są tylko
dwa, a są z tego względu charakterystyczne, że występuje w nich
jako sprawczyni ta sama dziewczyna, od lat piętnastu już zamężna
kobieta. W dziecinnych latach, bawiąc się „wbijaniem kołecków
w ziemię“ wraz ze swym rówieśnikiem, synem sąsiada, „wyźgała“
mu oko lewe jednym kołeczkiem, w lat kilkanaście znowu już
jako dziewka na wydaniu „wybiła“ również lewe oko zębem od
wideł dorosłemu młodzieńcowi podczas „roboty na pajskini“.
^ b) D z i e c i o b ó j s t w o .
Na równi z rozmyślnem zabójstwem stawia lud dzieciobój­
stwo. Uważa je za grzech wielki i straszną zbrodnię. Wobec
tego Nadrabianie nie oszczędzają i nie ukrywają dzieciobójczyń,
ani ich też nie karają samowolnie. Nawet na rodzone siostry
i krewnych nie mogą one liczyć.
Jak częste bywały i bywają wypadki dzieciobójstwa 'i jakie
powody na nie się składały, była już o tem mowa powyżej (w roz­
dziale I. str. 302). Urodzenia nieżywych dzieci są daleko liczniej­
sze. Przeważnie są to płody poronione u matek ślubnych wsku­
tek ich ciężkiej pracy lub nioostrożnych skoków w stanie brze­
miennym; u matek nieślubnych— przeskoczek — wskutek rozmyśl­
nego przechylania się i przewieszania przez płoty, brzegi i k ra­
wędzie sąsieków, skrzyń, beczek lub wskutek dźwigania ciężarów
ponad siły. Bywały zdarzenia, że przeskoczki poronione dzieci
starały się ukryć przed okiem ludzkiem i chowały je potajemnie
bądź na cmentarzu, bądź w polu, aby zakryć swój upadek; wy­
śledzone wszakże w sam czas przez sąsiadów lub domowników
popadały nadto w podejrzenie uduszenia żywego dziecka. Ale
oględziny lekarskie, zarządzone z ramienia sądu, stwierdzały za­
wsze na odgrzebanem dziecku płód poroniony lub nieżywy, acz
donoszony.
Gubienie płodu w zarodzie uważają Nadrabianie także za
wielkie przestępstwo i ciężki grzech, nie wiele mniejszy od dzie­
ciobójstwa, a równy z rozmyślnem przyprawieniem się ó poronie­
nie; dlatego właśnie rzadkie są wypadki gubifenia płodu. W praw­
dzie przypisują znajomość sposobów gubienia płodu niektórym ko­
bietom, które posądzają o czary; zarzut ten jednak okazuje się
zwykle z czasem bezpodstawny wobec faktu, że ich własne córki
i blizkie krewne zostają przeskoczkami.
Wewnętrzne środki poronne, (o których wspominałem w „Lu­
dzie Nadrabskim“ str. 599), bardzo szczupłe, zdaje się, mają

[294;]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

273

zastosowanie, a wogóle nieczęsto „przebąkują“ ludzie o tej lub
owej dziewce, która przestaje ze swym kochankiem, „ize se musi
co radzie, kiej nie chyciła“ lub „kiej sie jesce przychówku nie
docekała“.
c) R o z b ó j n i c t w o.
Jeszcze przed trzydziestu laty nie bez obawy puszczał się
tutejszy wieśniak w dalsza podróż. Drogi były pełne niebezpie­
czeństw, zwłaszcza w nocy wśród wąwozów, lasów i pól otwartych
z dala od mieszkań ludzkich. „Pod strachem Boga — mówią
starsi Nadrabianie — było jechać w nocy bez takie miejsca, bo
aniś sie spostrzeg, jak z jakij dziury abo z za krzaka, z za drzewa
abo z za słupa na moście wysed do ciebie zbój, uwaluł cie z niedobacku drągem abo i źgnuł nożem i zabrał ci konie, wóz i wsyćko,
coś ino miał przy sobie. Mogeś Bogu dziękować, izeliś uciek, ze
cie całkem nie zabiuł. Ale wiela ludzi posło wtencas bez zbói ze
świata, jak ino nimieli sie na postrozności i nie jechała ich wielga
gromada“.
Ale w naszej okolicy rozbójnictwo się nie rekrutowało, ani
nie organizowało. Pobrzeżę Raby od Gdowa po Bochnię stano­
wiło wobec rozbójnictwa zazwyczaj żywioł bierny. Trafiały się
wprawdzie i tu indywidua, które brały iidział w wyprawach band
rozbójniczych; lecz indywidua te uważane były za zakałę tutej­
szego społeczeństwa, a pochodziły zazwyczaj ze wsi Marszowic,
Nieznanowic, Pierzchowa i Krakuszowic. Inne wsi nadrabskie
rzadko kiedy wydawały ze siebie rozbójnika.
Rozbójnicy rodzili się szczególniej w okolicach Wieliczki z je­
dnej i drugiej strony; tu też się organizowali i najwięcej rozbijali.
Sławne były z nich: lasek „na W innicy“, las kokotowski, Sułko­
wski i karczma „na Zbóju“. Kto z nad Raby przejechał szczę­
śliwie te miejsca w drodze do Krakowa lub z Krakowa, „dziękował
Bogu, ze go zbóje nie opadli“.
Tak odpornie zachowała się okolica nadrabska względem rze­
miosła rozbójniczego, dowodem choćby to, że w ogromnej Puszczy
Niepołomskiej według wspomnień ludowych jedynie dwa wypadki
zabójstwa dla rabunku przytrafiły się wciągu lat pięćdziesięciu
(zresztą patrz „Lud Nadrabski“ str. 394— 395), podczas gdy w oko­
licach Wieliczki takie wypadki często się zdarzały.
Ale od lat przeszło piętnastu nie słychać o rozbojach w tych
okolicach. Zawdzięczać to należy częścią powiększeniu środków
bezpieczeństwa publicznego, częścią zaś podniesieniu się poziomu
moralnego u tamtejszej ludności. Najwięcej wszakże do wytę­
piania rozbójnictwa przyczynili się żandarmi, którzy, ująwszy zbro­
dniarzy, wcale ich nie oszczędzali i na własną rękę wymierzali

274

J. ŚW1ĘTEK.

[295]

im srogie doraźne kary przed oddaniem w ręce władz sądo­
wych. Lud nadrabski zawsze miał do rozbójnictwa odrazę; nie wi­
dzi też ani nigdy nie widział w rozbójniku pewnego rodzaju bo­
hatera. Człowiek, który miał być niegdyś rozbójnikiem, nie może
w nim obudzić zaufania. Nadrabianie tracą za zawsze do niego
wiarę i nie przypuszczają w nim nigdy poprawy, „bo chto był
raz wilkem, ten na zawdy wilkem ostanie“.
d) S a m o b ó j s t w o .
Jak w ogóle wśród ludu, tak też nad Rabą samobójstwo
uważa się za wielką zbrodnię i straszny grzech. Utrzymują, że
samobójca „nigdy jasności boskij oglądał nie bedzie“, bo sam
dobrowolnie oddaje dyabłu duszę. We wszystkich wsiach nadrabskich w ciągu lat czterdziestu były tylko trzy wypadki samobój­
stwa: jeden wskutek powieszenia się, drugi wskutek otrucia, a
trzeci przez utopienie się. Pobudką do pierwszego była niezgoda
domowa, do drugich zawód w miłości. Jakie wierzenia łączy lud
z samobójstwem przez powieszenie się, wykazałem w „Ludzie Nadrabskim“ str. 539—541.

6. Przestępstwa przeciwko czystości obyczajów.
Wszelkie naruszenie czystości obyczajów uważają Nadrabia­
nie za grzech brzydki. Pojęcie wielkości tego przestępstwa zależy
wszakże od jego rodzaju, od osoby, z która się je popełnia, od
sposobów uczynku, a wreszcie od skutków, jakie pociąga za sobą.
Choć lud w ogóle wszelkie stosunki płciowe między osobami na­
zywa cudzołóstwem, to jednak obcowanie cielesne wolnego męż­
czyzny z kobietą niezamężną i nie krewną, jest tylko grzechem,
który się gładzi przez zawarcie ślubów małżeńskich i spowiedź;
natomiast spółkowanie wolnego mężczyzny z mężatką i na odwrót,
poczytuje się za ciężkie przestępstwo nie tylko przeciw szóstemu
przykazaniu boskiemu, ale i przeciw cudzej własności.
Wielkość tego grzechu określa lud karą pozagrobową, która
znalazła swój wyraz w piosnce:
Parobecku gładki nie chodź do mężatkiI
Bedzies w piekle gorzał po same łopatki —
Po same łopatki, po same ramiona,
Bedzies Jasiu wiedział, co to cudza zona!
W spełnieniu takiego grzechu widzi lud nietylko złamanie
wiary małżeńskiej i Sakramentu małżeństwa, ale także krzywdę

[296]

ZWYCZAJE 1 POJĘCIA PRAWNE.

275

małżonka, który w swej nieświadomości przyjmuje za swoje dzie­
cię, spłodzone przez żonę w cudzołóstwie, i stara się o jego utrzy­
manie. W cudzołóstwie obu stron widzi lud jeszcze cięższy grzech
i przestępstwo. Spotykają się bowiem tutaj dwie niewiary, łamią
się dwa śluby i spełniają się dwa „osukaństwa“.
Za najcięższe przestępstwo przeciwko czystości obyczajów
uważają wszelako Nadrabianie „kazirodztwo“, t. j. nierząd między
braćmi a siostrami, między rodzicami a dziećmi, między blizkimi
krewnym i, tudzież między pasierbem a macochą lub ojczymem
a pasierbicą.
Na równi z tern przestępstwem stoi „utrzymowanie“ (utrzy­
mywanie stosunków) z osobami religii mojżeszowej; koroną zaś
wszystkich największych i najbrzydszych grzechów nieczystości
jest łączenie się ze zwierzętami.
Pojęcia ludu w tym względzie są szczepione przez naukę
religii i obyczajów i są też z etyką katolicką identyczne.
Lud dlatego nazywa przestępstwa przeciwko czystości oby­
czajów grzechami brzydkimi, że przez nie człowiek staje się po­
dobny do nieczystego zwierzęcia, t. j. świni.
Mimo tych surowych zapatrywań ludu na przestępstwa prze­
ciwko czystości obyczajów, nie można powiedzieć, aby w praktyce
ta surowość była ściśle zachowana. Choć bowiem rodzice, a nawet
krewni wiele dbają o to, aby dziewczęta były niewinne przed
wstąpieniem w związki małżeńskie, choć przeważna część matek
śledzi bacznie każdy krok córek, napomina je i przestrzega, żeby
się z parobkami nie „zadawały“, z nimi się sam na sam nie scho­
dziły i nie „wystajały“ wieczorami i po nocach, to przecież około
20% dziewek (od 16—30 lat), a 60% parobków (od 18—30 lat)
kosztuje zakazanego owocu przed zawarciem ślubów małżeńskich.
Takie przynajmniej spostrzeżenia zrobiłem przed 14 laty na pod­
stawie wskazówek znanych bałamutów wiejskich. Dodać wszakże
należy, że na owe 20% dziewek przypada koło 3% przeskoczek,
z których niekiedy dwie, trzy, a'naw et cztery zawdzięcza swe
macierzyństwo „przed casem“ temu samemu parobkowi, rozumie
się, w ciągu paru lat. W ten procent zaliczam także i te dziewki,
które ulegały chwilowej pokusie, w przystępie roznamiętnienia po
zabawach karczemnych i weselnych; zresztą czujnie przez matki
strzeżone nie „puscały sie na złe rzecy“. Przestępstwu temu
oddawało się stale najwyżej 6% dziewek, a między niemi te zwy­
kle „docekowały sie przychówku“, co miały po jednym kochanku,
ine „nie przebierały i chto sie trafiuł, ten był dobry, tego na noc
do siebie przypuscały“. Z 3% przeskoczek połowa przypadała
na dziewczęta, które pod wpływem chwilowego upojenia miłosnego
uwodzić się dały.

276

J. ŚW1ETEK.

[297]

Według dzisiejszych mych spostrzeżeń poziom moralny spo­
łeczeństwa nadrabskiego znacznie podniósł się w górę. Mniej jest
przeskoczek, mniej upadłych dziewcząt, mniej też u obojga płci
rozluźnienia obyczajów, któreby biło w oczy. O „zgwałceniach“
dziewcząt, tudzież o uwodzeniu ich do nierządu przed piętnastym
rokiem życia prawie nie słychać, chociaż podobne przykłady i da­
wniej należały do wyjątków, a przynajmniej nie wiele z nich było
przedmiotem dochodzeń sądowych.
Obecnie zmniejszyła się także liczba cudzołostw, wprawdzie
nie u mężczyzn żonatych, ale u mężatek. Przed dwudziestu laty
średnio biorąc dwie kobiety zamężne na sto korzystały z nadarzonej sposobności i „puscały sie na 'psy“ z parobkam i, rzadko z żo­
natymi mężczyznami; dziś ani jeden procent na takie kobiety nie
przypada. Z żonatych mężczyzn, „co nie gardzą, jak im co pod
rękę wpadnie abo co i sami napasną dziewkę“, tak przed dwu­
dziestu laty jak i dzisiaj, wykazują me spostrzeżenia dwóch na
stu, bardzo rzadko jednak w stosunku do zamężnych kobiet, lecz
zazwyczaj w stosunku do swych służących dziewek lub dawnych
swych niezamężnych jeszcze kochanek. Służące dziewki wycho­
dzą niekiedy z takiego stosunku przeskoczkami.
W jednym jeszcze wypadku nie nastąpił zwrot ku lepszemu,
a bodaj czy się nie pogorszyło. Dawniej na piec przeskoczek
przynajmniej cztery zawierały związek małżeński ze swymi uwo­
dzicielami; dziś trudno się dopatrzeć tej proporcyi. W znanych
mi wypadkach zaledwie połowa przeskoczek wyszła za mąż za
sprawców swego sromu; z drugiej połowy jedne „ostały na lodzie“,
inne poślubiły obcych sobie przedtem parobków. Powodem tego
było ich ubóstwo, z którem nie liczyli się dawniejsi mężczyźni,
skoro uwiedli dziewczynę.
Mimo niezbyt surowej czystości obyczajów nie znaną jest nad
Rabą .prostytucya. Niema też kobiet, któreby się mogły nią zajmo­
wać, Jak i niewiele jest dziewek, któreby odważyły się na branie
pieniędzy za rozpustę. Nawet „latawice“ lub tak zwane z pogardą
„gonichy“, które „kozdy, chto ino kce, to m a“, nie wymagają i nie
biorą datków. O prostytutkach dowiadują się Nadrabianie za po­
średnictwem urlopników, wracających „od wojska“ z Krakowa,
i patrzą na nie z ohydą, a, stawiając je niżej zwierząt, dziwią się
w ogóle, że kobieta może sobie obierać tak podły „zarobek“.
Przypisują to próżniactwu i złemu wychowaniu rodziców.
Od lat dwudziestu nie słychać też wcale nad Rabą o choro­
bach syfilitycznych, zwanych tu „frajca“.
Przed tym czasem zdarzyło się kilka wypadków zakażenia,
a przynieśli go z wojska urlopnicy; leczyli się zaś z niego w szpi­
talu publicznym. Ludność sama nie zna środków w celu powścią­
gnięcia chorób syfi li tycznych, które uważa za najobrzydliwsze,

[298]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

277

chociaż w danych wypadkach wobec dotkniętych temi chorobami
zachowała się dość obojętnie, unikając ich tylko.
O onanii ani sodomii nad Rabą nie słychać. O obcowanie
cielesne z żydami lub żydówkami podejrzywano we wszystkich
wsiach nadrabskich w ciągu trzydziestolecia według mych spostrze­
żeń tylko dziewięć osób religii katolickiej. O kazirodcze stosunki
z córkami posądzano dwu ojców w ciągu trzydziestu lat w. całej
okolicy; wśród dochodzeń sądowych zabrakło wszakże dowodów
w tej sprawie. Podobnie skończyło się na niczem wdrożone śledz­
two przeciw jednemu zdzieciniałemu starcowi, któremu zarzucano
obcowanie ze świnią; w innym wypadku znowu podejrzywąno pe­
wnego parobka o zamiar obcowania z krową, gdyby mu nie uda’
remniono zabiegu przed samym aktem.
(Zresztą patrz: Rozdział I, str. 331—335).

7. Przestępstwa przeciw własności i w yzysk.
a) Z ł o d z i e j e ,

kradzieże.

Złodziei rozróżnia lud dwa rodzaje: złodziei „głównych“ lub,
jak się w yraża,, „hop- (Haupt-) złodziei i porwisiów“.
Złodzieje główni uprawiają kradzież jako rzemiosło; porwisie
„patrzą, kejby ino co zerwać“, ale trudnią się zwykle „wyrobkiem“. Z niektórych porwisiów wyrabiali się z czasem zawodowi
złodzieje; przeważnie porwisie atoli okazywali skłonności do kra­
dzieży i, skoro się nadarzyła dogodna sposobność, nie oszczędzali
cudzej własności. Ale była to kradzież drobna; grubszej kradzieży
się nie dopuszczali.
Złodzieje zawodowi wprawiali się do swego rzemiosła już od
lat najmłodszych i pod okiem starszych brali udział w wyprawach
złodziejskich.
Okolicą nadrabska nie wytworzyła wszakże sama szkoły zło­
dziejskiej. Bywali tylko w każdej włości „porwisie“ w mniejszej
lub większej ilości, z których niektórzy „przystajali“ (przystawali,
przyłączali się) do band złodziejskich okolic sąsiednich. Szczegól­
niejszej sławy „wsi złodziei“ zażywały jeszcze przed trzydziestu
laty wsi okoliczne: Krakuszowice, Szczytniki, Zborczyce, Chorą gwica, Kawki, Łazany, Trąbki i kilka innych. Opowiadają n. p.
że w Krakuszowicach nie było prawie człowieka, coby cudzem
bydłem nie handlował. Ze wsi nadrabskich, które wchodzą w za­
kres mych spostrzeżeń, „porwisiostwo“ najpowszechniejsze było
w Marszowicach, Nieznanowicach i Pierzchowie. Z tych wsi też
najwięcej porwisiów przyłączało się do postronnych szajek złodziej­
skich i wyrabiało się na zawodowych złodziei. W innych wsiach

27 8

J. ŚW1ĘTEK.

[299]

nadrabskich porwisie bywali zazwyczaj odosobieni, ogół ludności
wcale ich nie osłaniał ani oszczędzał; stad nietrudne też było ich
ujęcie przez żandarmeryę i wybicie im z głowy złodziejstwa jesz­
cze przed oddaniem w ręce sadu. „A dziandary bili porzamnie
porwisiów, ninaco nie pytali, jak ino ich zagnali kej do padołów,
do lassa abo kej w krzaki“. Tym sposobem wyleczał się nieje­
den „leguś“ z nad Raby z pociągu do rzemiosła złodziejskiego,
skoro wrócił zdrów z więzienia. Wielu też porwisiów schodziło
w krótkim czasie marnie ze świata“ po „grzmoceniacli“, jakich
im zarówno sąd gromadzki, jak i społeczeństwo gminne nie szczę­
dziło. A nie mogli tacy „złodziejscy partace“ liczyć na jakie względy
miejscowych, więcej wpływowych gospodarzy, bo nie należeli do
ich klasy, ja k to często bywało we wsiach, z nanychz nieposzanowania siódmego przykazania Boskiego.
Złodzieje zbierali się najczęściej i najliczniej przy sposobno­
ści jarmarków i odpustów; po nich też najczęstsze bywały wy­
padki nocnej kradzieży.
Do jakich środków czarodziejskich uciekają się złodzieje,
aby ich podczas wypraw złodziejskich nie schwytano i aby uła­
twić sobie kradzież, była o nich mowa w „Ludzie Nadrabskim“
(str. 535—537). Tu dodam tylko jeden szczegół, który tam po­
minąłem :
Złodziej pozyska szczęście w swych wyprawach dla kradzieży,
skoro będzie nosił przy sobie włosy z wisielucha lub też kość
z „umrzyka", uniesioną z cmentarza o północy z koła, zakreślo­
nego kredą „trzechkrólową“.
Skoro złodziej ukradnie gospodarzowi bicz, „nie bedzie mu
sie“ koniami więdło: „będą chorowały, parsywiały i zdychały“.
Nie od rzeczy może będzie, wspomnieć na tóm miejscu, od
jakiego czasu i z jakiego źródła wyprowadza lud powstanie zło­
dziei:
Przed Narodzeniem Chrystusa Pana nie było złodziei na świę­
cie. Pierwszy złodziej pojawił się dopiero wtedy, kiedy żydzi mieli
ukrzyżować Pana Jezusa. On to ukradł jeden z czterech gwoździ,
które były przeznaczone do przybicia na Krzyżu Zbawcy świata.
Wskutek tego Pan Jezus tylko trzema gwoździami jest przybity
do Krzyża, „a od tego złodzieja, co go dopiero wtedy Pan Bóg
stworzuł, pochodzą intsi złodzieje“.
Porwisie i złodzieje nadrabsey co do poziomu umysłowego
nie byli szczególnie przez naturę wyposażeni; okazywali tylko pe­
wien spryt w kierunku im właściwym, a skłonni byli do opilstwa.
Jak złodziei, tak i kradzieże dzieli lud na : 1) „grube lub
strasne złodziejstwa“ ; 2) „porwisiostwa, raniejse złodziejstwa“, nie­
kiedy „mniejse kradziestwa"; 3) kradzieże niewinne — „kradzie-

[300]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

279

stwa, co za nie nie grzech“, inaczej: „zerwania, zrywania, spę­
dzenia“ ; 4) „paskudztwa“.
W ludowych pojęciach grubszej kradzieży przebija się na­
stępujące stopniowanie:
1.

kradzież świętokradzka, t. j. kradzież w kościele, w kapli­
cach i z figur, poświęconych czci Bożej;
2. a) kradzież całego mienia ubogich;
b) kradzież przez włamanie się, odbicie, wydarcie i odmykanie
zamków i zapór; podkopanie się pod przyciesie domów, spi­
chlerzy, komór i stajen; przez ułatwianie sobie dostępu za
pomocą drabiny, wytrychów, piłek lub innych narzędzi; od­
bijanie skrzyń, sąsieków, pak i t. p. lub po zabiciu psa;
c) kradzieże podczas pożaru, powodzi, śmiertelnej choroby i in­
nych nieszczęść;
d) kradzieże z miejsc otwartych przez złodzieja, uzbrojonego
w broń palną lub ostre narzędzia dla uniemożliwienia prze­
szkód i pogoni;
3.
kradzież koni z zaprzęgu;
4. a) kradzież bydła i koni, które na polu wolno się pasą;
b) kradzież pszczół;
5.
większe kradzieże czeladzi na niekorzyść chlebodawców —
wieśniaków;
6.
większe kradzieże najemników i wyrobników na niekorzyść
pracodawcy;
7.
zżynanie i uwożenie zboża, tudzież sadowin z obcych łanów;
u wożenie lub unoszenie już zeżętego zboża, bądź „z powrosół“, bądź z „kopek“ albo mendli; także uwożenie wykopa­
nych ziemniaków z „kupek“ — w większej ilości i w nocy;
8.
kradzież narzędzi i sprzętów rolniczych z pola;
9.
wszelkie większe kradzieże z własności dworskiej.
1.
2.
3.
4.

Przez „ p o r w i s i o s t w o “ rozumie lu d :
kradzieże (inaczej „ściąganie“) po targach i jarmarkach ze
sklepów i kramów;
drobne kradzieże czeladzi, najemników i wyrobników na nie­
korzyść chlebodawcy;
kradzieże (także „ściąganie“) serów z kojców, tudzież kur,
gęsi i kaczek pojedynczo;
sieczenie trawy i unoszenie jej albo też suchej paszy z łąk
i koniczyn dworskich, jak niemniej wyrąb w lasach dwor­
skich.

Za kradzieże prawie niewinne uważa się tak zwane „ z e r w a n i a
lub z r y w a n i a “ :

280

1.
2.
3.

1.
2.
3.
4.

J. SW1ĘTEK.

[H01]

wyrąb w lasach rządowych na paliwo i budulec, wyłącznie
dla własnego użytku;
zbieranie owoców, grzybów i trawy w tych lasach;
unoszenie przez robotników pracujących „napajskińm “ podczas
żniw i kopania, zboża w wiązkach, a ziemniaków w koszykach.
Do „ p a s k u d z t w" należą:
kopanie cudzych ziemniaków przez pasterzy i parobków dla
pieczenia ich na polu, tudzież łamanie suchych gałęzi z ob­
cych drzew na ogniska polne;
kradzież owoców z drzew w cudzym sadzie;
rwanie strączków cudzego grochu w polu; wyrywanie obcej
marchwi i rzep dla zjedzenia ich natychmiast;
zbieranie jagód, grzybów i dzikich owoców w cudzym lesie.

Grubsze kradzieże bywają dziś dość rzadkie. Dawniej po­
między ich sprawcami nie wielu było Nadrabiam
Obecnie nie znane też są tak wielkie środki ostrożności,
jakie stosowano jeszcze przed dwudziestu laty dla zabezpieczenia
się przed najściem złodziei. — Dziś w celu obrony od kradzieży
nie zawsze nawet zamykają gospodarze drzwi spichlerzy i ko­
mór na zamki, stajni i chlewów na zapory żelazne lub dre­
wniane, stajen krówskich na „rafy“, wrota stodół i wozowni na
kłódki „trzciate“, a „drzwicki lochów“ (piwnic) na kłódki zwy­
czajne. Przed dwudziestu laty o wszystkich tych środkach bezpie­
czeństwa nie tylko bezwzględnie pamiętano w każdym domu, ale
nawet je podwajano. I tak gospodarze zamykali wtedy na noc
drzwi spichlerzy i komór obok zamków na kłódki „trzciate“ lub
zwykłe, drzwi stajen i chlewów obok zapór na proste kłódki lub
„trzciate“, zwłaszcza w okołach otwartych, drzwi stajen końskich
obok „raf“ na kłódki trzciate, zwyczajne lub zapory, a wrota
stodół i wozowni obok kłódek trzciatych na zapory żelazne lub
drewniane. Wrota „obory okolistej“ bywały zamykane z wewnątrz
na kłódki lub „poręcze“, furtka do obory zaś na silne żelazne,
dębowe lub grabowe zapory, a często prócz nich także na kłódki.
Konie, które się pasły podczas nocy na jesiennych koniczy­
nach w polu, skuwali w żelazne „pęta“ poniżej „pecin“. Prócz
tego niezbędny był dla strzeżenia koni pies, którego woźnica, pa­
robek lub sam gospodarz, „zenąc“ (wypędzając) konie na paszę,
wywoływał w pole. „Pies dobry“ był też dlatego bardzo ceniony,
a musiał on się znajdować w każdym gospodarskim domu, aby
ujadaniem swem z „budy“ (z tarcic na oborze) uwiadamiał wśród
nocy domowników o zbliżaniu się „dobrych ludzi“.
Dziś nie przywiązuje się tego znaczenia ani do „pętania
koni“ wśród nocnej paszy, ani też do posiadania „dobrego psa“.

[302]

¿Wyczaję i pojęcia, praw ne .

Ś8i

O kradzieżach koni i bydła bowiem prawie nie słychać obe­
cnie, a teroryzowały one niemal ludność tutejsza przed trzydziestu
laty, zwłaszcza podczas jesieni i zimy. „Tani kupcy na gadzinę
i konie“, z dalszych lub sąsiednich okolic, w zorganizowanych na­
leżycie szajkach (organizacya ta pozostała dla mnie tajemnica)
robili liczne wyprawy na wsi tutejsze. Prawie w każdym tygodniu
podczas zimy można było słyszeć, że do stajen i chlewów tego
lub owego gospodarza „dobywali sie złodzieje“, kopiąc jamę pod
przyciesiami, ale gospodarz, w sam czas obudzony przez ujadanie
psa, wraz z domownikami „odgoniuł ptasków“; tu znowu złodzieje
zabili lub otruli psa, odbili rafy, zamki i zapory i uprowadzili
z obory okolistej bydło lub konie. „Robiuł sie ozgruch“ po wsi
i ruszano w pogoń za sprawcami kradzieży. W lecie ginęły nawet
„w biały dzień“ konie i krowy z pastwisk, dokąd je samopas
wypędzano.
Podczas jesieni najżywiej krzątali się koniokradzi, zwani tu
sarkastycznie „kupcami na konie“. Dość często nie minął i tydzień,
aby woźnica, parobek lub gospodarz, przyjeżdżając z paszy nocnej,
nie donosił, że tylko zawdzięcza rychłemu przebudzeniu się wsku­
tek ujadania psa, że mu koni nie skradziono, bo już pęta zaczęli
złodzieje piłować. Nie obeszło '-się też bez „odbijania“ uprowadzo­
nych koni, a wogóle rzadko się zdarzało, aby w której jesieni
nie ukradziono koni przynajmniej jednemu gospodarzowi we wsi.
Zdaje się, że ówczesne koniokradztwo tutejsze stało w pew­
nym związku z koniokradztwem, grasującem po Królestwie Poskiem. Krążyły bowiem wieści, że konie, kradzione w naszej okolicy,
przemycano „poza Wisłę pod Niepołomicami“.
Złodzieje okoliczni, uprowadziwszy bydło, zapędzali je zwykle
do lasów i tam przetrzymywali je w gęstwinie przynajmniej dwa
dni, poczem „gnali“ je na odleglejsze jarmarki i sprzedawali „jak
swe własne“. Podobno mieli też stałych „odbiorców“ („fachtórów“),
którzy ułatwiali im zbycie towaru. Szczególnie szynkarze-źydzi,
zwłaszcza po przydrożnych karczmach, którzy skupywaniem i in­
nych rzeczy skradzionych się zajmowali, robili na tern dobre inte­
resy. Włościanie nadrabscy zawsze mieli skrupuły w nabywaniu
rzeczy skradzionych, jak również nie słychać, aby się kiedy opła­
cali koniokradom lub innym złodziejom albo też wykupywali od
nich skradzione rzeczy.
Ze dziś kradzieże koni i bydła prawie się nie trafiają, jest
to głównie skutkiem zaprowadzenia przymusu paszportowego na
bydło, wiedzione na sprzedaż. Dawniej, kiedy sprzedający nie po­
trzebował na jarm arku legi ty macy i dla swego dobytku, złodzieje
łatwo mogli uchodzić za rzeczywistych właścicieli bydła, które
sprzedawali; ale obecnie jużby im to nie uszło, bo urzędy gminne
prowadzą dokładną ewidencyę inwentarza żywego u każdego z go19

282

J.

św ie t e k .

[303]

spodarzy, a sprzedaż bydlęcia bez paszportu, jaki te urzędy wy­
stawiają, jest niemożliwa.
Nadto podniesienie się poziomu moralnego wśród ludu wpływa
głównie na to, że także inne grubsze kradzieże rzadko się wyda­
rzają. Dziś prawie nie słychać o kradzieżach „gotowego“ zboża
ze spichlerzy i komór, tudzież w większej ilości w, naturze z pola,
a te kradzieże jeszcze przed dwudziestu pięciu laty nie należały
do niezwyczajnych wypadków.
Podobnie nie liczne są dziś kradzieże domowe. Większe kra­
dzieże tego rodzaju n. p. zboża w znaczniejszej ilości, korali, po­
kaźniejszej kwoty pieniężnej i t. p. trafiają się nie częściej, jak
w ciągu lat kilku.
Drobniejszych kradzieży domowych dopuszczają się bądź
własne dzieci gospodarza, bądź jego czeladnicy i najemnicy. Dzieci
i czeladź wynoszą z domu zboże, drób, jaja, nabiał i inne arty­
kuły spożywcze i sprzedają je dla zdobycia pieniędzy; najemnicy,
a raczej tak zwani „wyrobnicy“ (stali) obracają skradzione arty­
kuły w naturze na własny użytek. Kradzieże zboża, które popeł­
niają dorośli synowie gospodarscy i służący parobcy przy sposob­
ności „młocki“ w stodole, nazywają Nadrabnie „ r o b i e n i e m
mi c h a ł a“. Przez wyraz „michał“ rozumie się worek lub torbę,
które domowi porwisie, napełniwszy potajemnie ziarnem, wynoszą
w stosownej chwili z ukrycia w stodole „do karćmy do żyda“ lub
do chałupników, aby za ich sprzedaż (naturalnie „tanią“) „przyś
do piniedzy na gorzałkę abo piwo i tutoń“. Na ten sam cel idą
także wszelkie drobniejsze kwoty pieniężne, „ściągnięte" ukradkiem
przez dorosłe dzieci gospodarza.
Lud, mając pewną wyrozumiałość dla potrzeb młodego po­
kolenia, których zwykle nie uwzględniają rodzice, nie widzi w tem
większych zdroźności, jeżeli synowie i córki „pomagają se“ przez
kradzieże domowe zboża ze stodół lub komór ojcowskich, rozumie
się w mniejszej ilości i stosownie do zasobów domowych. Lud
potępia bezwzględnie tylko te drobniejsze kradzieże domowe, które
popełniają niedorosłe własne dzieci lub służba. Takie zapatrywania
mieszczą uwagi jednego z gospodarzy targowskich:
„Dzieci ato wielgie, co zawdy juz mają jakie ozchody, a oj­
cowie im na to nie dają — to juźci ono lepsi, ize swoim ojcom
zrobią michała w stodole abo co intsego wezną s komory, na ten
przykład miarkę zboza, jak zęby mieli być jak jacy głupi, kiej
sie trafi im jaka okazya i zęby na intsych patrzali. — Ale dzieci
małe, co jesce nic nie potrzebują, jak kradną ojców, to bardzo
wielgie są nicpotniaki. Jak zacną wynosić, zawcasu z chałupy, to
będą wnet ś nich porwisie, co do cudzego sie wezną. Od łycka
do rzómycka, od rzćmycka do kozicka, od kozicka do konicka,
od konicka na siubienice. Celadź, ize jes płatna — to óna jesce

[m ]

283

fcwYCŹAJE 1 POJĘCIA PRAWNE.

jak okrada gospodarza, to ta juz nie wiela warta. S takiego pa­
robka abo i dziewki, to ino złodziej: z mała do wióla, a potym
to dobrze krad bedzie. Jabym ta juz takiego parobka abo dziewki
nie trzymał, coby ino raz długie palice pokazał, chociażby tam
i bele głupstwo, bo to pr&wda, co gadają, ize domowego złodzieja
nikej sie cłek nie ustrzeże“.
Kradzież psa uważa się za większe lub mniejsze przestępstwo,
w miarę pobudek, z jakich ją popełniono. Stoi ona na równi z po­
jęciem większej kradzieży, skoro popełniono ją dla ułatwienia sobie
dostępu do domu w celach nieuczciwych; uważa się ją za „porwisiostwo“, kiedy dopuszczają się jej cyganie i oprawcy dla mięsa,
a chłopi z obcej wsi dla czujności („dobrości“) psa. Pierwsze przy­
padki dziś się prawie nie trafiają. Kradzieże psów przez cyga­
nów natomiast wydarzają się dziś stosunkowo częściej, niż w prze­
szłości.
Kradzieże drobiu, jak kur, gęsi i kaczek z pola, popełniają
zazwyczaj kobiety; dawniej dopuszczali się ich także „paskudni“
parobcy, unosząc kury „z grzędy“ dla pieczenia ich podczas paszy
nocnej na polu. Przed dwudziestu pięciu laty powszechne były
kradzieże serów przez „niegospodarzkich“ parobków i młodych
chałupników. W jasny dzień w nieobecności domowników suszące
się w kojcach sery „ściągali“ oni z pod „chyzów“ chałupy; pod­
czas nocy zakradali się na strzechy domów i wyciągali je z koj­
ców przez dymniki lub dostawali się po nie na strychy przez
drzwiczki „sorów“, gdzie takie sory były. Zdarzało się także, że
dla serów przechodzono przez strzechy. — Dziś kradzieże serów
trafiają się rzadko, ale jeszcze przed 20 laty nie było domu go­
spodarskiego we wsi, w którymby nie „spędzono“ przynajmniej
jednego sera w ciągu lata.
Kradzieże ptaków z klatki lub oswojonych stoją na równi
z kradzieżami drobiu, ale są stosunkowo nieliczne.
Na porwisiostwa, tudzież na tak zwane „ z e r w a n i a , lub
z r y w a n i a , s p ę d z a n i a “ najwięcej i najczęściej są narażone
obszary dworskie i własność rządowa. Ukradkowe unoszenie dwor­
skiego siana i koniczyny z pokosów lub nawet z „kopek“ na pa­
szę dla bydła jest niemal zwyczajne. — Szczególniejszą skłonność
do tego rodzaju kradzieży okazują wsi, w których jest obszar
dworski. Ale i we wsiach kameralnych bywa po kilku „pobiedniejsych“ mieszkańców, co pod wieczór zakradają się z „łochtusami“ na pańską koniczynę lub siano „na pokosach“, zwłaszcza
skoro dworskie łany z ową paszą graniczą z ich wsią rodzinną.
Unoszą też snopy zboża „z pajskiego“ podczas żniw, a ziemniaki
„w kopania". Bywa to w porze nocnej; kradzież ta jednak zwy­
kle jest nieznaczna, a już do nadzwyczajnych wypadków należy
wynoszenie „zesieconej“ koniczyny lub skoszonego siana z pobli->
19*

284

J. ŚWISTEK*

[305]

zkich łąk dworskich na miejsca bliższe domu, aby stad potem tę
paszę uwieść do własnego obejścia.
Najpowszechniejsze „spędzania (zwedzania, ściągania) na pajskiem“ odbywają się pod wieczór podczas polnych robót, zwła­
szcza „w kopaniń“ ziemniaków, mniej „we żniwa“. Komornicy
i chałupnicy, pracujący na pańskiem, skoro tylko połowy zwróci
się w inną ^stronę, „spędzają co piekniejse zimniaki“ do dołków,
które nakrywają warstwą ziemi. Wieczorem odszukują dołki, wy­
bierają z nich potajemnie ziemniaki przechowane i unoszą w ko­
szykach pod płachtą do domu.
Podczas żniw znowu bądź „wykrusają“ z kłosów „zezetego
zbozń“ ziarna, bądź też z kłosów, oddzielonych od źdźbła, robią
większe „kiście“. Tylko bowiem tym sposobem „da im się“ wie­
czorem unieść podobną zdobycz z pańskiego, rozumie się, w płach­
cie starannie ukrytą.
Kradzież ta „na parskiem “ uchodzi za rzecz zupełnie natu­
ralną w oczach „pobiedniejsych“ Nadrabian, „bo pan nie wiela
płaci od roboty“. Takie „spędzenia“ równoważą poniekąd Wyso­
kość pożądanej płacy przez robotnika. Poza niemi tutejszy robo­
tnik zwykle nie wymaga więcej od pana za pracę. To też rzadko
się zdarza, aby który z robotników „penetrował“ podczas dnia
łatwość nocnego dostępu „na pajskie“ w celu popełnienia tu wię­
kszej kradzieży. Zresztą lud potępia wszelkie większe kradzieże
nocne „s pajskiego“ tak podczas żniw, ja k i „w kopania“. Po­
tępiał je nawet przed trzydziestu laty, kiedy ich przykłady były
0 wiele częstsze. Ukradkiem zźynano dworskie zboże „s pniaka“
1 unoszono je w dziesiątkach snopów do domu lub zabierano „go­
towe“ już snopy z mendli. Toż samo należy powiedzieć o ziem­
niakach. „Porwisie“ przywłaszczali je sobie z „kupek i kopców“
dworskich; rzadziej chcieli pracować nad ich wydobyciem z grzą­
dek i rzędów. „Woleli przyś od razu do gotowizny“, za którą prze­
mawiała i ta okoliczność, że kopanie ziemniaków w nocy zawsze
groziło niebezpieczeństwem ujęcia, a łup sam nie mógł być tak
obfity, jak brany wprost z zapasów.
Nie gardzili także porwisie polną własnością chłopską przed
trzydziestu laty. Wprawdzie rzadko się wydarzało, aby w nocy
zżynano zboża z chłopskich łanów, ale dość częste bywały przy­
kłady unoszenia go snopami z mendli, kopek i powróseł, a ziem­
niaków z „kupek“ na polu.
Z obawy przed taką kradzieżą „pilnowali“ też gospodarze
w nocy zeźętego zboża podczas żniw, a wykopanych ziemniaków
podczas jesieni, skoro ich z braku koni nie mogli zwieźć wśród
dnia do domu. Dziś bardzo mało jest wypadków podobnej kra­
dzieży; dlatego to „pilnowanie (lub „stróżowanie“), zboza“ lub
„zimniaków w nocy na polu" wychodzi ze zwyczaju.

[306]

ZWYCZAJE T .POJĘCIA PRAWNE.

285

K r a d z i e ż e l e ś n e nad Rabą są tradycyonalne. Co do
kradzieży z lasów rządowych nie robi sobie lud prawie najmniej­
szego skrupułu, chociaż znacznie się one przerzedziły w ostatnich
czasach wskutek surowych kar za przestępstwa lasowe. Ciekawe
są uwagi, jakie robią niektórzy starsi włościanie tutejsi na temat
pożądanej swobody korzystania z lasów państwowych: „Powiedają,
ize my chłopi jezdeśwa cysarzcy, bo płaciwa podatki, ęlajewa foszmany i musiwa dawać synów do wojska cysarzowi. A jak cy­
sarz sie nie pyta ojca i matki, na cym sie ten syn wychował, ino
bierze go swoją mocą do wojska i grzóchu za to ni ma, to i nam
chłopom powinno być wolno do cysarzkiego lassa, jak kcewa
mieć drzewo ś niego na chałupy i opal, a ize panowie teraz na
to nie kcą pozwolić, to ta i cłek grzóchu nie ma, jak z cysarz­
kiego lassa ukradnie,, bo cysarz bez to nie zubożeje, a my sie
pokrzepiwa. Cysarz samby nam kazał dać drzewa ze swego lassa
na nasą potrzeb, jakby mu panowie pedzieli, ze tu u nas taka
bieda“.
1' Od paru starych kobiet słyszałem znowu to zdanie, o które J
już na innem miejscu potrąciłem: „Lassa nik nie siał i nie sadziuł,
ino tak sam ze siebie rośnie mocą Boską; to lacego to pany za­
kazują, zęby do lassa na drwa nie chodzić i nie wziąś se ś niego
drzewa, jak awo potrza“.
Na takie zapatrywania starszych włościan wpłynęło głównie
przyzwyczajenie. Za czasów pańszczyźnianych i kamery chłop
dostawał z lasów rządowych drzewo na opał i budulec; nawet kil­
kanaście lat potem miał pniaki, gałęzie i choinę na opał za nie­
wielką robociznę. Mężczyźni całą zimę byli zajęci pracą w po­
rębach leśnych i niemal zupełnie swobodnie uwozili drzewo bu­
dulcowe z lasu. Nic też dziwnego, że wieśniak, porównując ową
dawną swobodę w lasach rządowych z dzisiejszym stanem rzeczy,
nie może się pogodzie z zaszłą zmianą, upatruje w niej niespra­
wiedliwość i wyrzeka na rządy „panów, co woleją sprzedawać
lassy żydom pruskim, co drzewo do Prusów wywożą za beleco,
a chłopom nie kcą sprzedać, coby o wióla lepsi zapłacili, kiej juz
płaca być musi“.
Z tego powodu panuje i dziś wśród Nadrabian z wsi poblizkich puszczy niepołomskiej wielkie rozgoryczenie; opowiadają
dość często, że nawet „za drogie pieniądze“ nie mogą dostać
drzewa na budulec z lasów' rządowych i muszą je nabywać w ra­
zie potrzeby „jaz w górach“. Rozgoryczenie to powiększa prze­
konanie, że włościanie powinni mieć prawie za darmo drzewo „na
swą potrzeb, a ze go nie dostają, to kraść w lessie nie jes żaden
grzech“.
Zupełnie inne pojęcie ma lud co do kradzieży z lasów pry­
watnych, a nawet dworskich. Tu kradzież leśna już nie uchodzi

286

J. ŚW1ĘTEK.

[307]

za czyn niewinny, bo „las ten, chociażby tam był i bogaca, to
chłopi la niego nic nie robią teraz“. To też ukarany za kradzież
w lesie rządowym, co często się zdarza, obudzą w wieśniakach
współczucie („pozałunek, — żałują go“), a skazany za kradzież
w lach prywatnych w oczach tych samych ludzi ponosi słuszną
karę: „Dobrze mu tak, niech nie kradnie z pajskiego lassa“.
Jedynie zbieranie owoców i grzybów w lesie prywatnym
uważa się za czyn niewinny. Owszem „ten, co broni zbierać jagodów, grzybów, orzechów i cećniejakich intsych dzikich owoców
w swoim lessie, ma sam za to grzćch, bo ja k ich sam nie spo­
żytkuje, to ino sie one zmamią na darmosa“.
W pewnem pokrewieństwie z kradzieżami są według pojęć
ludowych „zabijania i okalicania cudzych bydląt“ w skodzie“ lub
dla zaspokojenia uczucia zemsty, zawiści i zazdrości, podobnie też
„spasaniń“ bydłem cudzych łąk, koniczyn, zbóż, oraz „puscania“
bydła i trzody w szkodę.
Pojęcie wielkości tych przestępstw zależy od pobudek ich
popełnienia. Naturalnie za najcięższe uchodzą „zabijania“ zwierząt
z zemsty, zawiści lub zazdrości. Stoją one prawie na równi z wię­
kszą kradzieżą. Nie zdarzają się atoli często; statystyka roczna
nie zapisałaby w całej okolicy więcej nad dwa podobne wypadki.
W ypadki te znaczą się przez „zadanie cegosik bydlęciu“, za czem
śmierć jego następuje w paru dniach, rzadziej przez „zradliwe
ozbicie mu krzyzów“. Sprawca pozostaje zwykle nie wyśledzony;
wykryty odpowiada przed sądem i musi wynagrodzić stosownie
właściciela.
Zabijania bydląt „w skodzie“ należą do nadzwyczajnych wy­
darzeń; ale zwykle nie bywają przedmiotem procesu sądowego,
bo sprawca dobrowolnie zaspokaja właściciela bydlęcia.
Częstsze bywają przykłady kaleczenia, okulawiania bydląt
w ogólności, a „obcinania ogonów koniom“ w szczególności. Są
one jednak bez ważniejszych następstw, najwyżej pociągają za
sobą^ osobisty odwet; rzadko dają powód do procesu, bo i w tych
wypadkach trudno jest wykryć winnego i trzeba poprzestać na
podejrzeniu.
Zabijania drobiu w szkodzie są prawie powszechne, a skut­
kiem ich osobista uraza („złoś“), póki nie nadarzy sie sposobność
odwetu. O to nie bywa nawet skarg do urzędu gminnego, gdyż
koszta „wyprowadzenia do skody“ nie byłyby mniejsze od straty.’
Tu należy zauważyć, że właściciel „przerzuca“ zabite zwierzę „za
płot“ sprawcy w jego oczach z wezwaniem: „Kiejeś go (ją) zabiuł
(często: „sprawiuł“), to se go (ją) i zezryj“ !
Inna rzecz, gdy zabicie lub okaleczenie zwierzęcia jest przy­
padkowe. Zabicie wynagradza się wówczas bądź przez oddanie
własnego bydlęcia tego samego gatunku i jakości, bądź przez za­

[308]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

287

płacenie jego wartości. Zależy to od obopólnej umowy intereso­
wanych. W pierwszym wypadku bierze zabite winny, w drugim
winny lub właściciel. Rozumie się, że właściciel, zatrzymując
mięso zabitego zwierzęcia, z ręki winnego otrzymuje tylko różnicę
między wartością żywego, a jego mięsem. Ale częściej się zdarza,
że winny zachowuje dla siebie mięso i skórę zabitego przypadkowo
zwierzęcia, a jego cenę wynagradza całkiem poszkodowanemu.
Przypadkowe okaleczenie cudzego zwierzęcia wynagradzają
Nadrabianie bądź pieniądzmi, bądź płodami w naturze. Wynagro­
dzenie to odpowiada wysokości straty, jakąby poniósł właściciel
wskutek okaleczenia zwierzęcia, wyprowadziwszy je na sprzedaż.
Ale bywa to tylko wtedy, gdy właściciel nie obawia się o utratę
okaleczonego. Skoro ma tę obawę, żąda wynagrodzenia jakby
za zabite, zrzekając się uszkodzonego.
Skoro wskutek okaleczenia nie grozi zwierzęciu ani oszpece­
nie, kończy się sprawa na „przemówce i przeprosinach“.
Rozmyślne s p a s a n i a cudzych łąk, łanów koniczyny i p u ­
ś ć a n i a bydła, trzody i drobiu w szkodę są dość liczne; szkody
jednak nie wielkie. Najwięcej na nocne spasania przez konie są
narażone dworskie łąki i koniczyny graniczne, które znowu wśród
dnia pasterze, a czasem i starsi „opasają krowami“, nie zapuszcza­
jąc się w ich „środek“. Ale „ o p a s a n i a “ łąk i koniczyn, podo­
bnie jak zbóż granicznych i przydrożnych, są bez porównania
częstsze na gruntach chłopskich, niż na obszarach dworskich. Przed
takiemi trudniej się ustrzedz chłopu, niż właścicielowi większych
posiadłości, który, zająwszy przez polowych bydło włościańskie
ze szkody, każe sobie „słono“ płacić za jego „wypuscenie“. Zwy­
kle też skrajne „składy“ łanów dworskich bywają nienaruszone
przez szkodników, a przydrożne i graniczne zagony chłopskie są
„opasione“ do połowy. Podobnie wyglądają zagony zboża z je­
dnej i drugiej strony miedzy. Ale te szkody robią sobie prawie
wyłącznie sami sąsiedzi.
Trafiają się również tacy szkodnicy między wieśniakami,
a to nietylko między pasterzami, ale i starszymi, co „wganiają
gadzinę w brózdy rzńdkiego żyta i trdwe w nich wypasają“.
Najpowszechniejsze wszakże są przykłady puszczania bydła
w szkodę i robienia szkody w cudzych zbożach przez „rwanie“
ich z trawą podczas wiosny i lata aż do żniw. Po żniwach licz­
niejsze zdarzają się „ w y p a s a n i a “ cudzych koniczyn — „ścierznianek i ściórzni“, za to rzadkie są wtedy wypadki rozmyślnego
puszczania trzody lub bydła w cudze ziemniaki, kapustę i inne
jesienne zbiory polne.
Również rządkiem bywa rozmyślne napędzanie k u r , gęsi
i kaczek do cudzych zbóż i pros w stosunku do szkody, jaką
w ogóle drób zrządza w cudzych polach z braku należytej baczno-

288

J. ŚW1ĘTEK.

[309]

ści na niego. Urządzają je niemal wyłącznie komornice i chałupniczki.
Spasając obce łąki i koniczyny, opasając obce zboża, tudzież
puszczając bydło rozmyślnie lub nierozmyślnie w szkodę, pasterze
rozglądają się na wszystkie strony dla zabezpieczenia się przed
właścicielem.
Skoro właściciel „zajdzie z niedobacku pasterzom, nie żałuje
na nich k ija“, a często zajmuje także bydło. Zajęte bydło „wypusca“ poszkodowany za wynagrodzeniem, które odpowiada wiel­
kości szkody. Skoro właściciel bydła nie chce płacie, „co se poskodowany zakłada“, „wypuscenie gadziny“ następuje po oszaco­
waniu szkody przez „urząd do skody“.
Pojęcie ludowe nie pochwala „odbijania“ zajętego bydła prze­
mocą. Mimoto dość liczne bywają podobne wypadki. Wśród nich
wywiązują się niekiedy nawet formalne bójki. Najzacieklęjsze
utarczki zdarzają się wszakże „przy odbijaniu“ zajętego bydła
z rąk dworskich polowych. Szkodnikom spieszą z pomocą nawet
obcy chłopi, którzy znajdują się w pobliżu. To też w pomyślnym
razie odbicie się udaje, a „poturbowani“ połowi czasem nie mogą
się nawet dowiedzieć, czyje było bydło i jak się nazywają obrońcy
pasterza, zwłaszcza, skoro pochodzą z wsi obcej. Pobudką do za­
ciekłości w odbieraniu bydła, które dwór zajmuje ze szkody, jest
właśnie jego żądanie wygórowanych opłat za „wypuscenie“.
Kradzieże, znane pod nazwą p a s k u d z t w , są niemal
powszechne i niema starań w celu ich powciągnięcia. Przeciw nim
nie występuje stanowczo ani urząd gminny, ani ogólna opinia. Są
uświęcone zwyczajem i nie uchodzą za grzech, lecz za czyny brzyd­
k ie , chociaż nie wskazuje na to wyraz „paskudny“, który nad
Rabą tyle znaczy, co „chciwy, łapczywy“.
/
Obmyślenie środków ochronnych przeciw paskudztwom po­
zostawia się właścicielowi sadów i pól z rzepą, marchwią, gro­
chem i bobem. Środki te bywają nawet dotkliwe dla „paskudniaków“ i społeczeństwo wiejskie je uznaje, byleby ich następstwa
nie były groźne.
Najskuteczniej powstrzymuje „paskudniaków“ od cudzych
sadów pies, wiązany w nich u drzewa owocowego na długim łań­
cuchu, mniej skutecznie „cierznińki“, w płot nasadzone. „Na rze­
pie i na marchwi buda“ napędza obawy „paskudniakom“, czy się
w niej nie zasadza gospodarz, który w razie ich ujęcia i chłoszcze
i zabiera odzież. Podobna kara czeka „paskudniaków“ cudzego
grochu i bobu. Wszakże przy tych płodach polnych zasadzki
gospodarza są dość rzadkie wobec nieznacznych szkód, jakie zrzą­
dzają paskudniacy, a to z tego powodu, że groch jest „nie tak
pochetny“, a uprawia go prawie każdy kmieć i zagrodnik.

[3 1 0 ]

ZW Y CZA JE

T PO JĘCIA P R A W N E .

289

Na rwanie strączków najwięcej są narażone grochy przy dro­
gach i ścieżkach, a widać to już w przysłowiowej odpowiedzi wie­
śniaków na pytanie: „Jak sie mas"? Brzmi ona: „Mam sie jak
groch przy drodze; chto przechodzi, ten mie skubnie“.
Właściciel grochu ma największy żal do tych „paskudniaków“, którzy mają „niezrecną reke“.
W skutek niezręcznego rwania strączków groch ma się psuć,
a zasiew z niego w następnym roku „nie obradza“.
Od „paskudniaków“ najwięcej i najczęściej cierpią sady, ale
nie w każdej ze wsi nadrabskich w równym stopniu. We wsiach,
w których owoce się udają, niema ani w połowie tyle „paskudztw“,
ile ich jest we wsiach, w których pielęgnowanie sadów jest za­
niedbane, rzekomo dla złej gleby pod drzewa owocowe. W Tar­
gowisku n. p. gdzie mała dbałość o sady, ukradkowe „chodzenie
na cudze jabka, gruski i śliwy“ spotyka się powszechnie. Rzadko
u którego gospodarza „dostoją“ (dojrzeją) owoce na drzewie. Zer­
wie je lub otrzęsie bądź sam właściciel przed czasem, zanim „za­
płoną“, z obawy przed „paskudniakami“, bądź wyręczą go w tern
„paskudni“. W yrostki z sąsiednich chałup już zawczasu „spatrują
i spekulują“, w czyim ogrodzie najładniej kwitną drzewa, a skoro
się tylko „psinki pokażą, robią se na nie smak i hojze na cudze
jabka, gruski abo śliwy, ani zapłonieć im nie dadzą“. Robią to
pod nieobecność gospodarza i czeladzi w domu, przeskakując przez
płoty do sadów, wspinając się na drzewa owocowe, łamiąc gałęzie,
„ciapiąc“ kijami i kamieniami, napychając potem kieszenie i „zamadrza“ zdobyczą.
Podczas żniw znowu, jeżeli ręka podrostków oszczędziła choć '
w części cudze sady, nachodzą je parobczaki w porze nocnej.
Wobec tego w Targowisku „docekają się doźrałości“ tylko
zupełnie „niedobre 41 (dzikie) owoce, „zimowe jab k a “ (które pod
samą zimę się zrywa), tudzież te, które są nadzwyczaj pilnie
strzeżone.
Ale takie pilnowanie nie jest tradycyonalne, bo lud tutejszy
nie liczy wcale na korzyści ze sadów i prawie nie uwzględnia ich
w swym bilansie. Owoce „są — dobrze, nima ich. drugie dobrze“.
Nie wiele one nawet znaczą jako dodatek lub przyprawa do po­
traw. Spożywanie ich przed obiadem i wieczerzą, choćby w naj­
większej ilości, nie wpływa bynajmniej na wielkość dań podczas
pór obiadowych.
Z tego powodu też patrzą włościanie obojętnie na kradzieże
i rabunek owoców po cudzych sadach. Gospodarz ze wsi, w któ­
rych hodowanie drzew owocowych nie jest powszechne, wtedy „na­
prawdę“ gniewa się na „paskudniaków“, gdy tak niezręcznie „obciapią“ te drzewa, że one wskutek tego „nie obrodzą“ lub uschną
w roku następnym.

290

J. ŚW1ĘTEK.

[311]

Kradzież suszonych owoców z cudzej suszarni, komory lub
strychów uważa się w każdym razie za „porwisiostwo“.
Podobnie, jak z ukradkowem chodzeniem na cudze owoce,
ma się rzecz i ze rwaniem strączków cudzego grochu, „zrywaniem
pałek“ maku z obcego zagona, z kopaniem cudzej marchwi i kar­
pieli dla zjedzenia ich natychmiast, a z kopaniem obcych ziemnia­
ków „na piecenie w polu“. — Tego rodzaju wolność do obcych
płodów w polu uświęcił lud nawet przysłowiem: „Jódz molu, pókil
jes w polu“. Przysłowie to uzupełniają nadto niektórzy dodatkiem:
„bo jak juz w chałupie, to juz jad nie bedzies — olia! juz to prze­
padło“. — Należy wszakże zaznaczyć, że lud robi pewną różnicę
między paskudztwami polnemi, a sadowemi. Na pierwsze prawie
nie zwraca uwagi, co do drugich objawia przynajmniej niezado­
wolenie, szemrząc: „IV być nie powinno!“
b) O s z u s t w o .
Chytre i podstępne wyzyskiwania noszą u ludu nadrabskiego
różne nazwy, jak : „osiustwo, osukowanie, fałsórztwo, siajbierztwo,
siachrajstwo, wyłyganie, machlerztwo, machlowanie, wychpiwanie,
cyganienie, zarywanie“ i t. p. Według tego noszą też przestępcy
stosowne nazwy, i tak „osiust, osukaniec, siajbierz, siachraj, fałśerz, wyłygac, machlórz, wychpigros, kret, cygan, zarwaniec“ itp.
Oszustwo stoi na równi z większą kradzieżą. Za nieco mniej­
sze przestępstwo uchodzi oszuka ństwo. Zajmuje miejsce pośrednie
między większą kradzieżą, a „porwisiostwem“, chociaż wyrazu tego
używa się także na oznaczenie mniejszych oszukańczych praktyk.
Oszustwo i oszukaństwo są to główne terminy prawne w gwarze
i pojęciu ludowem, inne, tu przytoczone, są ich odcieniami. —
Oszustw nieliczne są przykłady. Do charakterystyczniej szych na­
leży zaliczyć oszustwa, których ofiarą padła kasa oszczędności
w Bochni przed kilkunastu laty. Było dwu czy trzech takich ludzi
w okolicy, co, korzystając z dobrej wiary dyrektora kasy, porę­
czali za innych wieśniaków, a ci bądź pod fałszywem nazwiskiem
się przedstawiali, bądź pod rzeczy wistem, ale na równi z poręczy­
cielami faktycznie nie mogli dać rękojmi spłacania długu. Poży­
czka wekslowa, którą się spólnicy „fńłserztwa“ podzielili, przepa­
dła naturalnie bezpowrotnie dla kasy.
Wobec zarządzenia pewnych środków ostrożności po wykry­
ciu oszustwa, kilku znowu włościańskich oszustów „wzieno sie na
inne sposoby, pókil sie stuka udała“. Kasa wymagała od dłużni­
ków wykazów majątkowych z urzędu dla prowadzenia ksiąg grun­
towych i dopiero na tej podstawie udzielała pożyczek wekslowych
w miarę uznania. Oszuści upatrywali wówczas ofiary między za­
możniejszymi, ale mniej znanymi gospodarzami, zwykle z obcych

[312]

ZW Y CZA JE

I POJĘCIA

PR A W N E .

291

wsi, na ich nazwisko „wyrabiali sę“ wykazy hipoteczne i tym
sposobem dostawali łatwo pożyczkę z kasy oszczędności. O oszu­
stwie dowiedziała się kasa również wśród procesu, jaki wytoczyła
włościanom o niepłacenie długu, na których nazwisko była wzięta
podstępnie pożyczka.
Dziś podobne oszustwa są niemożliwe, ponieważ kasa oszczęd­
ności udziela od owego czasu tylko tym pożyczek, których toż­
samość osoby stwierdzi zwierzchność gminna. Tu zauważyć należy,
że skoro się rozeszła wieść o popełnionych oszustwach na szkodę
kasy oszczędności bocheńskiej, dały się wśród włościan słyszeć
takie uwagi: „Dobry osiust-chłop-to i nąmądrzejsego pana osuka,
jak awo było i w kasie w Bochni. — Bo to dobrego osiusta, to
z dziwa sie cłek ustrzćze. Jak zacnie cłekowi zeświacać, śklić,
cyganić, obiecowaó, sycić sie (szczycić się) i chwalić, a do tego
jesce sumitować, to mu cłek uwierzy i zrobi, co ón kce. A potym
cłek ja k sie upamieta i ónego napaśnie, to ón bedzie tak kreciuł,
cyganiuł i zwodziuł i jakosik zawdy sie wyłgń. A jak zną przydzie co do cego, to w żywe ocy ci się zaprze, ize niocym nie wie.
Cłek sie nagniówa, nawy dziwią, ale co, mu s tego przydzie. Lepsi
zęby złodziej ukrad, jak osiust osukał, bo choć cłek wić, co jes
i chociazta pożałuje i posuka, to naostatek zabacy“.
Lud łączy też często pojęcie oszustwa z pojęciem kradzieży,
a nieuzasadnione przezwisko „osiust“ jest zarówno ciężka obelgą
i obrazą, ja k przezwisko „złodzićj“.
Inne wypadki oszustw nie budziły takiego zainteresowania
się wśród ludu, chociaż w ciągu ostatnich lat trzydziestu było ich
przynajmniej dziesięć w całej okolicy. Szczególniej zniesławiało
się w nich imię opiekunów małoletnich. Mając dotrzymać na sie­
roty majątek nieruchomy, „podrabiali“ (fałszowali), niszczyli i cho­
wali dokumenty, a mienie pupilów przekazywali swoim dzieciom
„zapisem“ lub nawet testamentem. Pupilowie, doszedłszy do pełnoletności, domagali się „oddania własnego majątku“, ale napróźno,
bo spadkobiercy opiekunów powoływali się „na ozporządek ojcoskia, na podstawie którego majątek odziedziczyli. — Trzeba było
przeprowadzić kosztowny proces, a że na niego „nie było stać“
sieroty bez obcej pomocy, mienie ich ojca pozostało w rękach dzieci
uzurpatora. Takie oszustwo nazywają Nadrabianie „ w y d a r c i e m
c u d z e g o“.
Takich wydarć było trzy, o ile mi wiadomo, w ciągu lat
trzydziestu. Obok nich zajmują najbliższe miejsce oszustwa na
niekorzyść wierzycieli i poręczycieli, W jednym wypadku oddał
dłużnik swą własność rodzinie, skoro prywatny wierzyciel domagał
się zwrotu pożyczki; w drugim wieśniak zaciągnął większy pry­
watny dług na majątek, który przedtem zapisał potajemnie swojej
żonie; w dwu wypadkach znowu płacili poręczyciele za cudzy

292

J. ŚWIĘTEK.

[313]

dług wekslowy. Z owych dwu dłużników jeden zapewniał porę­
czycieli we właściwym czasie, że nie ma długu hipotecznego na
swym majątku, chociaż ten majątek w krótkim czasie za długi
sprzedano na publicznej licytacyi, drugi „podsed“ ręczycieli, po­
wołując się na znaczny swój majątek, który już nie był jego, bo
go zapisał potajemnie żonie i dzieciom.
Trzy przykłady tajemnego, acz prawnego zrzeczenia się ma­
jątku na rzecz rodziny, dla uchylenia się od odpowiedzialności
materyalnej za nadużycia, odnoszą się do osób, które zajmowały
odpowiedzialne stanowiska w gminie. Takie indywidua podawały
zazwyczaj i rachowały większe wydatki, niż one były rzeczywiście,
a przy każdej sposobności sprzeniewierzały w sposób oszukańczy
grosz gminny. Skoro owe nadużycia wyszły na jaw, oszustów „nie
było na cym patrzyć, bo sami nic ni mieli“ ; niedobory w kasie
gminnej musieli zatem pokryć gospodarze całej wsi.
• Z przed trzydziestu lat znane mi są cztery przykłady zajęcia
cudzej własności wskutek niesprawiedliwego procesu. — Odegrały
w nich główna rolę fałszywe zeznania świadków, „podrobione“
dokumenty, a w dwu wypadkach podobno krzywoprzysięstwo. —
I dziś daje się słyszeć niekiedy, że świadkowie obu stron spor­
nych sprzeczne między sobą zeznania składają w sądzie pod przy­
sięgą; nie doszło atoli do mych uszu, aby świadków której strony
skazano za krzywoprzysięstwo. Trudno też jest sprawdzić, o ile
czasami winna jest oszustwa jedna ze stron spornych, której za­
rzucają przeciwnicy, że na podstawie fałszywej przysięgi wygrała
proces i zagarnęła część lub cząstkę cudzego mienia. — Podobne
szemrania bowiem powtarzają się od czasu do czasu nad Rabą.
Wspomnieć mi jeszcze wypada o silnych poszlakach, jakie
zwracały się w ostatnich dwudziestu latach przeciw czterem wło­
ścianom o podpalenie własnego domu w celu wzięcia sumy ubez­
pieczonej. Przez kilka miesięcy znajdowali się oni nawet w wię­
zieniu śledczem w Krakowie; że jednak ze swym czynem, jeżeli
go w istocie popełnili, nie zwierzyli się przed nikim (nawet przed
żonami), stąd zabrakło dowodów ich winy w ciągu dochodzenia
i wypuszczono ich na wolność. Włościanie mają wszakże dotąd
głębokie przekonanie, że oni rzeczywiście popełnili tę zbrodnię.
Wspomnienia z pierwszej połowy tego stulecia wskazują, że
„wydarcia“ cudzego majątku w owych czasach nie należały do
rzadkich wypadków. Ofiarą ich padały nie tylko sieroty, ale także
osiadli gospodarze. Stosunki ówczesne nadawały się bardzo dobrze
do oszukańczych operacyj tego rodzaju.
W nich również „pokazali swoje“ nieuczciwi opiekunowie
i wszechwładni wtedy wrójtowie. — Wobec „łapanki“ do wojska
przedstawiał „niejeden“ opiekun dorastającemu pupilowi potrzebę
chwilowego wydalenia się poza granice okręgu pod zmienionem

[BU]

Zw y c z a j e ! i p o j ę c i a

p r a W n E.

203

nazwiskiem. Młody parobek-sierota często wierzył w życzliwość
opiekuna, a „chociaż i nie wierzuł“, to już z samej obawy, aby
go „nie ostrzygli do wojska i nie pognali na długie casy w da­
lekie k raje“, chronił się na parę lat w Krakowskie lub w gra­
nice Królestwa Polskiego. Skoro wrócił w rodzinne strony, aby
zacząć gospodarkę na ojcowiźnie, nie mógł już odebrać zabranego
majątku, bo „na nim siedziały“ dzieci opiekuna.
Opiekunowie znowu, którzy powątpiewali, aby się im udał
podobny podstęp, porozumiewali się z wójtami, a ci w danej chwili
„urządzali łapankę do wojska“ — Skoro młodzieniec nie potrafił
uciec na zawsze, dostawał się naturalnie w szeregi armii czynnej
i ¿5W dalekich krajach“ biadał przez lat kilkanaście nad swą nie­
dolą i złością ludzką; z powrotem zaś na ojcowiznę, widział ją
w rękach obcych bez nadziei odzyskania. Choć nawet proces roz­
począł, nie mógł go wygrać wskutek niedostatku, bo przywłaszczyciele „zawalili sędziów piniądzami“ (przekupili).
Pamięć wójtów z tych czasów jest jeszcze smutniejsza. Prze­
ciw nim zwraca się głównie ostrze ludowej opinii za owe krzywdy,
których ofiarą padło nie tylko po kilka jednostek, ale i po kilka
rodzin w każdej wsi w przeciągu dłuższego lub krótszego czasu.
Jeżeli wójtowie chcieli zagarnąć cudzy majątek bądź dla siebie,
bądź dla swej rodziny, „łapali do wojska“ nieżonatych, a osia­
dłych gospodarzy, choćby obarczonych familią, oczerniali wobec
władz, że zaniedbują uprawy roli, nie chcą wypełniać obowiązków
gromadzkich i uchylają się od ponoszenia ciężarów publicznych:
zatem należy odebrać im gospodarstwo i oddać komu innemu. —
Motywa, przytoczone przez wójtów w podaniu, wystarczały zupeł­
nie, aby stało się podług ich woli. Ściślejszych dochodzeń według
wersyi ludowej nie było; „na to wójcia mieli juz rade“. Za ich
oszczerczem pisemnem doniesieniem szło wyzucie z posiadłości czę­
sto niewinnie oskarżonego przez prefektury kameralne lub mandataryaty dworskie.
Przed dwudziestu laty miałem sposobność czytania dwu ta­
kich relacyj wójta z Targowiska. Znajdowały się one w rękach
potomków przywłaszczycieli. Nie umiejąc czytać i pisać, prosili
mię, abym im „przeźrał papiery“. Kiedym, przebiegłszy oczyma
owe relacye w cichości, zaczął je głośno odczytywać, właściciele
odebrali mi je z rąk pod pozorem, że „nie tych papierów sukają“ :
Potem mimo starania nie udało mi się już dostać ich w swe ręce,
aby zrobić z nich odpis. Podobno mają być spalone. Tak przy­
najmniej wyrazili się spadkobiercy w kilka lat po śmierci tych
gospodarzy przy sposobności czytania pozostałych po nich papierów.
Jak wypadki oszustw nie są liczne, tak nie są zwyczajne
i oszukaństwa w życiu powszedniem. — Częstsze są one w tych

m

i.

Ś w i ę t e Et.

[8 1 6 ]

wsiach, w których rzemiosło złodziejskie miało grunt podatniejszy.
We wsiach, w których mieszkańcy nie okazywali skłonności do
kradzieży,, oszukaństwa znane są głównie ze skutków, jakie im
się udzielają za sprawa przestępców tego rodzaju z dalszych okolic
i miast najbliższych.
Na targach i jarmarkach przy sprzedaży bydła najwięcej
oszukaństw dopuszczają się tak zwani „przelewace“, t. j. handlarze
bydła, którzy jedynie w tym celu skupują krowy, konie i trzodę
na jednym jarm arku, aby je ze znacznym zyskiem odsprzedać na
drugim jarmarku.
I tak przelewacze „wypalają zęby“ starym koniom, aby się
na jarm arku wydawały młode; konie „dychawicne“ zaś „zaprawiaja wapnem“ gaszonem, aby je sprzedać za zupełnie zdrowe.
Dla obudzenia w koniach żywości i rączości, napawają je wódką,
a dla nadania im pięknej odsady ogona, sypią do ich odchodowej
kiszki pieprz tłuczony lub napychają kawałki m ydła; bezpośrednio
zaś przed wyprowadzeniem na targowicę nie szczędzą koniom
batów.
Mając sprzedać krowę, przelewacze „parzą“ zazwyczaj jej
wymię pokrzywami. Wymię nabrzmiewa wskutek tego, a kupu­
jący, wnosząc z jego wielkości, sądzi, że „krowa daje duża mlóka“.
Podobnie przy sprzedaży trzody padaja często Nadrabianie
ofiarą przelewaczy. Przelewacze przewracają świnie, badają, a po
zbadaniu oświadczają zwykle, że Świnia wągrowata, że zatem nie
warta ani czwartej części tyle, ile żąda za nią wieśniak. Zastra­
szony chłop czeka jeszcze z towarem czas niejaki; skoro atoli
i drugi „świniarz“, który „jes w zmowie“ z pierwszym, to samo
przekonanie wypowiada po zbadaniu świni, oszukany chłop wdaje
się wreszcie z nim w układy, godzi się na stratę i oddaje mu
przedmiot kupna i sprzedaży co najwyżej za połowę jego wartości.
Prócz tego przelewacze, których najwięcej znajduje się
w miastach i miasteczkach, a po wsiach niewielu, sprzedając by­
dlę, zaklinają się zazwyczaj „na wszyćkie świętości“ i „klną sie
na ciało i duse“, że zwierzę jest „swojego chowaniń“ (własnego),
a nieświadomi ich „śtucek“ włościanie dają się brać na lep i ku­
pują bydlę ponad jego wartość.
Do tego rodzaju oszukańczych manipulacyj Nadrabianie sami
w sobie mają wstręt. Przy sprzedaży „zatajają“ oni najwyżej wady
bydlęcia, a natomiast zachwalają jego przymioty i zalety; aby zaś
krowa wydała się dobra, t. j. dająca „dużo mieka“, nie doją jej
przed wyprowadzeniem na sprzedaż przez jeden lub dwa podoje.
Ale wieśniak nie zawsze postępuje drogą uczciwą, gdy ma
chore bydlę. Stara się je pozbyć czemprędzej, troskliwie ukrywa­
jąc jego chorobę. Podobnie nie robi sobie wiele skrupułu ze sprze­
dażą bydląt, skoro zacznie się szerzyć zaraza na bydło we wsi,

[316]

ZW YCZAJE

I PO JĘCIA

PR A W N E .

295

0 której niewiadomo jeszcze w dalszej okolicy, a więc zanim rząd
zarządzi środki zapobiegawcze przeciw zawleczeniu zarazy. Także
nie wydaje się wieśniakowi rzeczą zdrożną, sprzedawać mięso
z chorego bydlęcia, które „dobija“ wśród choroby.
Nieco częstsze wśród Nadrabian bywają wypadki oszukaństwa przy sprzedaży artykułów spożywczych. Na stu gospodarzy
przynajmniej dwu je praktykuje z większym lub mniejszym zy­
skiem. Sposoby, jakich używają, zasługują tu na wzmankę. Do
zwykłej szych oszukaństw tego rodzaju należy posługiwanie się fał­
szywą miarą; wszystkie inne są bardzo rzadkie.
Nasypując zboże do worów, które mają wywieźć na sprze­
daż do miasta, sypią na spód tych worów zboże najlepszego ga­
tunku, taki sam dają także „na wierzk“, a średnie warstwy wo­
rów wypełniają zbożem nikłem, stęehłem lub mieszaniną pośledniego
1 lepszego gatunku. Po sprzedaży zboża na targu lub jarm arku
za cenę zboża, znajdującego się w górnych warstwach worów,
uważają dobrze „przy przesypowaniu“ do worów nabywcy, aby
się oszukaństwo nie wydało. Przesypują mianowicie pospiesznie
bez jakichkolwiek . przestanków wśród owej czynności. Nabywca
dopiero w domu spostrzega oszukaństwo.
Zauważyć tu należy, że Nadrabianie, wybierając się na targ
lub jarmark celem kupna zboża, biorą na nie zazwyczaj własne
worki. Kto kupuje zboże wraz z workiem, bywa pożądanym
„kupcem“. Łatwo go oszukać. Sprzedający zachwalają bowiem
bez skrupułu najlepszy gatunek zboża, który znajduje się w wierz­
chnich warstwach w oru, pewni, że kupujący „tego nie dojdzie“
aż dopiero w domu. Naturalnie nie uda się to względem żydów,
którym włościanie sprzedane w workach zboże odwożą do składów
i tam je „przesypują“.
W ogóle Nadrabianie, sprzedając zboże stęchłe lub „nikłe“,
zalecają je jako „dość piekne“, t. j. takie, które zajmuje najwyż­
szą warstwę woru.
Bywają także, acz bardzo rzadkie przykłady podsuwania po­
śledniego zboża w miejsce pięknego wytargowanego i zapłaconego,
skoro nabywca oddali się na chwilę po własne wory.
W innych stosunkach życia częstsze są ęszukaństwa wśród
Nadrabian. Ucieka się do nich przynajmniej trzech włościan na
stu. Tajemne przenoszenia i usuwania polnych znaków granicznych
dla częściowego zajęcia cudzej własności bywają w każdym roku
i w każdej wsi przedmiotem zatargów i sporów sąsiedzkich. W pry­
watnych spółkach z równym udziałem pracy lub nakładu podział
zysku nie zawsze w równej mierze przypada spólnikom. Spryt­
niejsi, zwłaszcza ci, którzy w imieniu wszystkich układają się
o ryczałtową cenę dostawy, zazwyczaj przywłaszczają sobie „przy
wypłacie“ większy udział pieniężny bez wiedzy innych spólników.

m

3. ŚW itóTEft*

131?]

Cudza nieporadność i łatwowierność nie obchodzi się zwykle bez
ofiar materyalnych. Wyzyskanie tych obcych cech charakteru,
to cel niemal wszystkich chłopskich spekulantów. Nabywanie
rzeczy większej wartości za bezcen, w sposób oszukańczy („wycy­
ganienie, wyłyganie, wyćmienie“ — wyłudzanie), lubo w opinii lu­
dowej zle widziane, nie natrafia w wieśniakach na skrupuły, skoro
właścicielowi nie otworzy nikt oczu na ich nieuczciwe zabiegi,
a tym wieśniakom nadarza się dogodna sposobność wyzyskania
cudzego trudnego położenia materyalnego; cudzych wad umysło­
wych, złych skłonności lub nieobliczalnych chwilowych porywów.
Podobnie ma się rzecz z zamianą. Nieoględnośó w tych wy­
padkach odpokutował niejeden włościanin stratą. „Wziąn rzec
złą, ale wychwaloną, za swoję dobrą“, której wszakże cenić nie
umiał lub „dał sie tak zamotać“.
Podczas układów majątkowych przed ożenieniem syna lub
wydaniem za mąż córki rodzice uważają dobrze, aby ich druga
strona „nie wy więdła w. pole“. Nie tylko bowiem znane mi są
takie przykłady, że rodzice jednej strony nie dają jej majątku
po zawarciu małżeństwa, który przyrzekli poprzednio prywatnie,
ale także i takie, że na majątku, który rodzice zapisali prawnie
narzeczonym, „po ślubie“ wychodziły na jaw znaczne długi, cho­
ciaż według solennych zapewnień „przed ślubem“ nie miało być
ich wcale.
Co do wad fizycznych i umysłowych narzeczonych rozumie
się, że tak oni sami, jak również ich rodzice bardzo starannie je
ukrywają („tają“) przed drugą stroną, a skoro one są znane, przed­
stawiają je jako nieznaczne.
W ciągu trzydziestu ostatnich lat zdarzyły się także dwa
wypadki zamęścia dziewek wskutek oszukaństwa. Swego stanu
brzemiennego ze stosunku z innymi mężczyznami nie zdradziły
one przed narzeczonymi, którzy, pojąwszy je w dobrej wierze,
dopierp po ślubie ten stan sprawdzili.
Świadectwa i dokumenty, które wystawiają dzisiejsze zwierz­
chności gminne, zazwyczaj są rzetelne i wiarogodne w sprawach
większej doniosłości, na wezwanie sądów państwowych i starostw.
Tą cechą nie zawsze zalecają się świadectwa moralności i ubóstwa.
Urzędy gminne, wystawiając takie świadectwa, mijają się niekiedy
z rzeczywistością, bo przemawiają w nich zwykle na korzyść in­
teresowanych. Dopuszczają się też oszukaństw niektóre osoby,
które zajmują naczelne stanowisko w gminie lub które mają łatwy
dostęp do aktów urzędowych. Dla usunięcia dowodów, że pobrały
pożyczkę z dobra gminnego lub dla zatarcia nadużyć i sprzenie­
wierzeń, wydzierają one karty z ksiąg administracyjnych, a osobne
dokumenty niszczą lub palą.

[313]

ZW YCZAJE

I POJĘCIA

297

PR A W N E .

Co do stosunków między słuźbodawcami a czeladzią należy
zauważyć, że trafiają się tacy gospodarze, który wyrzekają na
niedostatek w domu, aby usprawiedliwić podawanie skąpej i lichej
strawy czeladzi, kiedy sami „pokryjomu porząmnie se dokładają“.
Tacy gospodarze „urywają“ też z „zasług i płace“ pewne kwoty
czeladzi i najemnikom, zmyślając różne powody dla osłonięcia swej
nieuczciwości, albo „zapierają“ im pewnych części zasług, utrzy­
mując, że „ino ich za tyła zgodzili“.
W życiu gospodarskiem trafiają się też „zaparcia“ pożyczek
pieniężnych lub pożyczek w naturze, zwłaszcza, skoro niema świad­
ków. Przypadki to jednak rzadkie; na głośniejsze w jednej wsi
składają się niemal lat dziesiątki.
Liczniejsze bywają tak zwane „zarywania“ oszukańcze przy
wypłatach pieniężnych wskutek rozmyślnego, a fałszywego zesta­
wiania rachunku należytości, niedopełniania drobnemi pieniądzmi
jednostek walutowych, podsuwania pieniędzy fałszywych, z obiegu
wycofanych lub niższej wartości w miejsce „dobrych“, a wreszcie
wskutek przekręcania umów i naciągania ich dla własnych korzy­
ści ze szkodą drugich osób.
Bywają też przykłady fałszowania masła na sprzedaż wsku­
tek „zaprawiania“ go tłuczonymi ziemniakami. Ale do tych prak­
tyk ucieka się atoli najwyżej jedna kobieta na 150 sprzedających,
które zresztą wynoszą do miasta nabiał czysty. Przez to wszakże
nie należy rozumieć „mlecarek“ z poblizkich wsi i miast, które
mieszkańcom tych miast dostarczają regularnie mleka. „Niejedna“
z nich bowiem „krzci mlćko wodą“ i takie dopiero oddaje „za
zbićrane“ „pajstwu“.
Do rzędu oszukaństw zaliczają Nadrabianie także przemyca­
nie towarów. Nikt atoli z nich nie zajmuje się przemytnictwem
w ścisłem tego słowa znaczeniu. Zarobek tego rodzaju nie mógłby
być dla nich korzystny wobec nadto odległej granicy państw
ościennych. Skoro jednak Nadrabianie wywożą lub wynoszą do
Krakowa płody rolne lub artykuły spożywcze, obmyślają sposoby
„przedostania sie“ przez rogatki akcyzowe bez uiszczenia opłaty.
Ukrywają więc towary, podlegające opłacie akcyzowej, pod towa­
rami, wolnymi od tej opłaty lub przy sobie albo też dla omylenia
czujności strażników przyspieszają kroku we właściwem miejscu.
Podobnie nie mają Nadrabianie skrupułu przejeżdżania prędko
przez rogatki, nie zapłaciwszy myta, kiedy „ślabant otwarty na
drodze“.
6) P o d p a l e n i e .
Podpalanie w celu szkodzenia bliźniemu było dawniej bez
porównania częstsze, niż obecnie. W ciągu ostatnich ośmiu lat
20

298

i.

ŚW IĘ T B K .

[319]

zdarzył się tylko jeden wypadek tego rodzaju w całej okolicy,
a przedtem było pięć takich wypadków w ciągu lat dziesięciu.
Ale przed dwudziestu pięciu laty każdy rok zaznaczał się jednym,
dwu lub więcej pożarami wskutek podpalenia. Najgorszej sławy
pod tym względem zażywała zawsze wieś K ła j: „Kej się nie pali,
to sie nie pali, ale w Kłaju raz abo dwa razy na rok koniecnie
sie palić musi! Zawdy tam ktosik kogo podpali, bo jakżeby było!“
Taki okrzyk obiegał prawie zawsze wieś Targowisko przed dwu­
dziestu pięciu laty, ile razy zauważono wybuch pożaru w Kłaju.
Pobudką do zbrodni podpalenia bywała zazwyczaj i bywa
zemsta za doznaną krzywdę, rzadko zawiść lub zazdrość.
Zarzewiem innych pożarów*, których wypadki mniej liczne,
był „zapuscony ogień“ od palenia fajek, cygar i „chodzenia ze
światłem“ po miejscach osiedla lub ubikacyach domów, w których
był nagromadzony materyał palny. Powodem wybuchu pożarów
bywało także „zajecie sie lnu lub konopi, które suszono w pie­
cach chlebowych „po wypaleniu“.
Z pożarów wszelkich czwarta część zaledwie należy do tych,
których powodem nieostrożność z ogniem, a z tej części palenie
fajek rzadko bywało przyczyną klęski.
Z tego względu też niema starań w celu powściągnięcia
i ograniczenia palenia.
d) Z d z i e r s t w a .
Włościanin nadrabski jest zazwyczaj umiarkowany w swych
żądaniach za oddane usługi. Mało ludzi znajduje się nad Rabą,
coby, korzystając z cudzego trudnego położenia lub z cudzej gwał­
townej potrzeby, wymagali wyższego wynagrodzenia nad zwy­
czajne.
Lichwą się nie trudnią, a procenty, jakie czasem od poży­
czek pobierają w pieniądzach lub naturze, nie przechodzą 14°/0.
Ale sprzedać grunt za wyższą, a kupić za niższą cenę od zwy­
czajnej na miejscu, nie uważają za rzecz zdrożną, skoro nabywa­
jący niezbędnie potrzebuje tego gruntu dla jego dogodnego poło­
żenia, a sprzedającego przyciska nieodparta konieczność. Taką
sposobność pochwytują Nadrabianie skwapliwie, „bo sie tak rzadko
zdarza, iżeby możno zrobić taki dobry interes“.
Ale wogóle ździerstwo lud potępia, chociaż nie wiele okazuje
współczucia człowiekowi, który z własnej winy popadł w ręce li­
chwiarskie i przez lichwę stracił majątek. Lichwę uważa wszakże
za jedno z większych przestępstw.
e) G r a b i e ż e .

O wypadkach większych grabieży nie słychać nad Rabą ani
z dawniejszych, ani dzisiejszych czasów. „Zagrabieniem“ nazy-

[320]

¡ZWYCZAJE I

PO JĘCIA

299

PRAW NE.

wają Nadrabianie potajemne zajęcie pługiem miejsc, nie należących
do nikogo, gruntu gminnego, własności państwowej, dworskiej,
miejsc przydrożnych, części granic, miedz i t. p. Z takiem zagra­
bieniem nie wiele robią sobie skrupułu.
Podobnie nie są obce Nadrabianom grabieże ze spornego ka­
wałka gruntu; najczęściej wszakże trafiają się wypadki drobnej
grabieży między rodzeństwem, którego dwu lub więcej członków
rości sobie pretensyę do tych samych części lub cząstek spadko­
wych. Bywa to szczególniej podczas-żniw i „w kopania zimniaków“.
Zasiane lub obsadzone przez jednego z braci pole źnie lub kopie
drugi, bądź potajemnie bądź przemocą.
W podobnych wypadkach zachowuje się lud dość obojętnie,
a w swych uwagach bierze jedną lub drugą stronę w obronę, za­
zwyczaj jednak zgodnie z ostatnią wolą testatora albo stronę słab­
szego materyalnie.
f) N i e u p r a w n i o n e

leczenie.

Lud nadrabski większą ma wiarę w skuteczność leczenia
„dochtorów-carowników“, inaczej „owćarzy“ (znachorów) i „dochtorów chłopów", niż lekarzy z zawodu, choć dziś już mniejszą,
niż dawnymi czasy. Powodem tego jest ta okoliczność, że „dochtorzy-owcarze i dochtorzy-chłopi lepsi sie poznają na chorobie, jak
dochtorzy miastowi i predzy cłeka wylecą i uzdrowią s takij jesce
choroby, co o nij dochtorzy z miasta ani nie słyseli abo w nią
nie wierzą, a nie żądają ani bez dziesiątą ceś tyła zapłaty, jak ci
z miasta, kiej awo przyjadą na wieś do cłeka“: Wśród Nadrabian utrzymuje się powszechnie takie n. p. zdanie, że nawet naj­
lepszy lekarz z zawodu nie potrafi tak dobrze „słozyć“ złamanej
nogi lub ręki, jak „chłop“, a „kole smarowania to już dochtór
z miasta nidocego“. Kiedy raz w mojej obecności radzono pewnej
kobiecie, aby do chorego męża kazała przywieźć lekarza z miasta,
odpowiedziała: „ D o c h tó r..... a ćó ta i ten dochtór z m iasta___
Ni on cłeka wysmaruje, ni co... Powić ón tam to abo owo, nic
nie poradzi, a piniedzy każe se duża zapłacić za darm osa.......
Nalepsś ato bedzie jaka dobra smarowiarka, bo ón sie musiał
przerwać, abo strząś___ Ale gadajcież tam ś nim, kiej ón se nie
da o tym ani pisnąć".
Z podobnerai zapatrywaniami ludu można się nawet dziś spot­
kać dość często.
Ale w okolicy nadrabskiej nie wielu jest ludzi, którzy specyalnie zajmują się leczeniem. Przed pięciu laty miały tylko trzy
osoby głośniejszą sławę na tern polu. Jedna z nich w Kłaju,
która już obecnie nie żyje, uważała się za „dochtora“ do wszyst­
kich chorób; druga, także w Kłaju; „naprawić, i składa nawieru20*

3o0

J. ŚWIĘTEK.

[3 2 1 ]

sonę abo złamane nogi i reće, trzecia w Pierzchowie, znana pod
przydomkiem „krwiarz“, zajmuje się „puscaniem krwie“. Ci sa­
mozwańczy lekarze pobierają za udzielenie rady i pomocy „dochtorskiej“ drobne wynagrodzenie pieniężne, przeważnie od 2 0 do
50 centów za wizytę (obok „pocęsnej“, niekiedy darów w naturze
w domu chorego).
Inni, mniej znani lekarze tutejsi, maja „doradę“ na poszcze­
gólne choroby, czterech „zna sie na zazegnowaniu i zamawianiu
żaby“, a wścieklizny u ludzi i zwierząt.
W każdej wsi jest po dwie, trzy lub cztery „babki (aku­
szerki), co odbierają od położnic dzieci“, ale tylko trzy z nich
w okolicy mają większy rozgłos. Babki trzymają także w swym
ręku sztukę „smarowania“ w razie „utrącenia, przerwania i otrzę­
sienia“. Takich „chłopów, co rwią zęby“, jest przynajmniej dwu­
dziestu we wszystkich wsiach nadrabskich, lecz największe zaufa­
nie u włościan ma tylko dwu, jeden w Kłaju, znany pod właściwem nazwiskiem, drugi wspomniany „krwiarz“ w Pierzchowie.
„Rwią zęby luwarkem“.
„Zażegnywacy i zamawiacy“, tudzież „rwaców zębów“ wy­
nagradzają Nadrabianie pieniądzmi od pięciu do dwudziestu cen­
tów, „babki“ za usługi, oddane położnicy, i pieniądzmi (najwyżej
1 złr. 50 ct.) i darami w naturze (miarką mąki, jagieł, masłem),
za „wysmarowanie“ prawie wyłącznie datkami w naturze.
„Odcynanie uroków“ jest bezinteresowne; sztukę tę znają
prawie wszystkie dorosłe kobiety. Podobnie „za dobre słowo“
„zźynają paskudnika z oka krowy, jak ją pochyci“ i radzą w róż­
nych chorobach bydlęcych owi nieliczni gospodarze, którym prak­
tyczna wiedza lekarska tego rodzaju nie jest obca.
Wszyscy samorodni nadrabscy lekarze i „lekarki", jacy oni
są, dokonywują leczenia w dobrej wierze i bez świadomości szarlataństwa. Zaźegnywacze „odmawiają“ siedm pacierzy do Pana
Jezusa przed i po zachodzie słońca, skoro kto z włościan zgłosi
się do nich z dzieckiem lub bydlęciem, które „ma żabę“ lub które
„pies ściekły pokąsał". Zauważyć należy, że zażegnywacz żaby
nie może „zazegnować“ wścieklizny, bo równocześnie straciłby
„swą moc na żabę i moc na ścieklizne“. Dlatego to właśnie są
osobni zaźegnywacze żab, a osobni wścieklizny, chociaż obaj sto­
sują te same środki zapobiegawcze.
Na poparcie swej wiary w skuteczność zażegnywań przyta­
cza lud w parafii chełmskiej tę okoliczność, że uwierzył w nie
wreszcie jeden z byłych księży proboszczów, który występował
przeciw nim z ambony przez lat kilka, skoro zawezwany przez
niego zażegnywacz swemi modłami wyleczył jego psy z wścieklizny.
Lekarze samozwańczy odpowiadają jedynie własną opinią
wobec ludu za skuteczne leczenie chorych. Skoro chory, któremu

[322]

ZW Y CZA JE I PO JĘCIA

PR A W N E .

301

udzielili pomocy, „po ich lakach wyzdrowieje“, rozgłasza się ich
imię; skoro umrze lub zapadnie w większą chorobę, cierpi na tern
wiele ich sława. Krewni bowiem zmarłego lub chorego wyrzekają
na nieumiejętne leczenie „dochtora“, głoszą, że „ten dochtór nie
zna sie ninacym, ino ludzi cygani i zwodzi“. Ale nie było w y­
padku nad Rabą, aby lud samozwańczym lekarzom wymierzał do­
raźną karę lub pociągał ićh przed kratki sądowe.
Najobszerniejszą i najskuteczniejszą wiedzę lekarską przypi­
sują Nadrabianie „dochtorom-owcarzom i dochtorom-carownikom“,
osiadłym „w górach“ w okolicach Limanowy (Laskowa), Nowego
Targu, Nowego Sącza i Myślenic. Do nich też zwracają się w osta­
tecznym razie z moczem lub koszulą chorego „o lekarzką radę,
zamówienie choroby i uzdrowienie". Lecz chociaż lud tutejszy
korzysta z ich praktyk w dobrej wierze, to jednak są mu one
„jako niecyste“ wstrętne, bo wszystkich „dochtorów-owcarzy i dochtorów-carowników“ podejrzywa o stosunki z dyabłem.
O tych samozwańczych lekarzach jest mowa w „Ludzie Nadrabskim“, (str. 530 - 533); tu wypada mi tylko zaznaczyć, że po­
bierają oni za udzielenie rady i pomocy lekarskiej od 30 ct. do
2 złr. i więcej w miarę stanu majątkowego chorego, który według
ludowej wersyi już naprzód ma być znany owym czarownikom.
Podobnie zbyteczną rzeczą byłoby tu wspominać ó innych
czarownikach, którzy niekiedy za nieznaczne krzywdy lub urazy
(odmówienie wsparcia, rzucanie kamieniami) mszczą się na tutej­
szych mieszkańcach przez rzucanie nań czarów, uroków i przez
„ucynienia“, ujawniające się dożywotniem kalectwem, upośledze­
niem umysłowem, wprowadzaniem licznego stada szczurów do do­
mostw i t. p .; pominę także różne rodzaje czarów i praktyki cza­
rownic, bo o tern wszystkiem znajdują się obszerne opisy w „Lu­
dzie Nadrabskim“ (str. 523—539). Nie mogę się wszakże po­
wstrzymać od dodania tu wspomnienia, jakie wyniósł z wojska
Szymon Wontorek, dziś już starszy wiekiem włościanin z Targo­
wiska. Dowodząc przechodzenia władzy czarodziejskiej, tak zwa­
nego „talantu“ z ojca na syna, w braku potomstwa zaś na „upa­
trzonego“ spadkobiercę, opowiada:
„Kiejem słuzuł pł*zy wojsku, był tam jeden zołmierz-carownik,
co go się wszyscy bali, bo jak ino chto ś nim zadar, to mu za­
raz co na złoś zrobiuł. Ale na tego zołmierza przysła jakasik
choroba, ize musiał umićrać. Ale umrzćć nimóg, pókil talantu
swojego komu nie odezdał. Upatrzuł se jednego, a to dobrego
i z bogaty fanielije kadeta i ónemu ten talant odezdał, chociaż
ón o tym nie wiedział. Ano jak zołmierz ten umar, to kadćta
zaceny trapić ozmajte złe duchy i dyabli, jak akurat tego zołmićrza. Te duchy donosiły mu wszyćko, co chto o nim gadał i co
chto kej zrobiuł; chociaż ón tego kciał, to duchy i dyabli nie

30 2

J. ŚW1ĘTEK.

[323]

kcieli go odyś (odejść). Zacąn sie modlić bardzo i stał sie bardzo
nabożny, ale i to nic nie pomagało. Gryz sie nieborak bardzo,
martwiuł sie, nedziuł, usech jak scepa, a chodziuł tak jak jaki
głupi. Wszyscy sie dziwowali, co mu sie stało. Pragnuł jaz śmierci,
ale ni móg umrzćć, . bo mu złe duchy nie dały; jaze nareście oddał
ten talant jakiemu ik zołmiórzowi z intsy kompanie i dopióro
wtedy um ar“.
g) Ż e b r a c t w o .
Nad Rabą znani są żebracy pod nazwą „dziadów i dziadówek“. W dni powszednie „chodzą po jałmużnie", w dni niedzielne
i świąteczne „prosą“ pod kościołem. W większej liczbie groma­
dzą się żebracy przy sposobności odpustów, znacznie mniej przy
sposobności jarmarków.
Dziś ani połowy niema tylu dziadów, ilu ich było jeszcze
przed dwudziestu laty. Ustawa przeciw włóczęgostwu i żebraninie
położyła poniekąd kres krążeniu żebraków po obcych wsiach —
a żandarmi „oducyli niejednego dziadka od prosalnego chleba“.
Dzisiejsi żebracy, którzy „chodzą po dziadach“ we wsi wła­
snej, są to ludzie rzeczywiście ubodzy, opuszczeni starcy, a z mło­
dych kalecy lub niezdolni do pracy. — Tacy do obcych wsi „na
dziady“ (inaczej „na zebry") się nie puszczają, a do żebrania
zmusza ich konieczność. Przed starczą niedolą byli wcale porząd­
nymi wyrobnikami. Obce wsi nawiedzają prawie wyłącznie nie­
dobitki dawnych żebraków. Jest ich niewielu, a skoro zawitają
do wsi cudzej, rozglądają się bacznie i wywiadują, aby się nie
spotkać z żandarmami. „Bo te dziandary psiajuchy — to strasne
skaranie la obcego dziadka. Jak chycą, to biją, mordują, cudują,
nic nie pytają, nie pożałują biedaka-jałmuźiiika“.
Żandarmom też zawdzięczają najwięcej Nadrabianie, że dziś
ich wsi nie wspierają ani czwartej części tylu wyzyskiwaczy mię­
dzy żebrakami, jakto było dawniej. „Swojego dziada“ wszyscy
miejscowi znają. Nie może udawać kaleki, gdy nim ,nie jest, aby
wzbudzić współczucie; nie może wymawiać się na niezdolność do
pracy, gdy silny i zdrowy; nie może utrzymywać, że cierpi nędzę,
skoro jego materyalne położenie zna wieś cała; zresztą sam wstyd
powstrzymuje miejscowych od żebraniny między „swojemi“. Obcy
dziad, zwłaszcza, żebrząc w dalszych stronach od miejsca urodzenia,
„łze, cygani udaje kalike, zmyśla se choroby, a ludzie m yślą, ze
to prawda, i litują sie nad nim“.
Niektórzy dawniejsi żebracy dochodzili nawet do dobrobytu
i do znaczniejszego majątku, jak na stosunki wiejskie. Trafiają
się też gospodarze nad Rabą, o których krążą wieści, że „dobrze
sie sparli po śmierci“ znanych żebraków przed trzydziestu laty.

[324]

ZW YCZAJE

I PO JĘCIA

PR A W N E .

303

Są to krewni tych żebraków, a skoro' są ich synami, córkami
lub wnukami, to dziedzicząc całe ich mienie, kupili sobie w parę
lat potem i po dwa morgi gruntu obok postawienia sobie domu.
W całej okolicy znane są cztery takie wypadki. Przeważna liczba
żebraków schodziła ze światu bez majątku. „Co uprosili, to prze­
pili abo to zabrały ozmajte hadry“.
Jeszcze przed dwudziestu pięciu laty porozumiewali się znani
żebracy wzajemnie między sobą co do kolei, podług której prze­
chodzili „po jałmużnie“ naprzemian różne grupy wsi. Pobudką do
tego było unikanie zarzutów, jakie zwykle spotykająr obcych że­
braków, skoro zbyt często nawiedzają jedną okolicę. Zdaje się,
nad Rabą nie było spółek i stowarzyszeń żebraczych.
Lud nadrabski, uważając dawanie jałmużny za obowiązek
każdego chrześcijanina, nie odmawia jej 1) wogóle wszystkim że­
brakom. Ale jednym daje jałmużnę chętnie, drugim z wyrzutem,
innym wreszcie z obawy. W żebrakach starych, niezdolnych do
pracy i kalekach widzi osoby godne litości i ma dla nich współ­
czucie ; w innych upatruje wyzyskiwaczy.
Wyrzutem: „Mógbyś iś służyć (na służbę)!“ lub: „Mógbyś
robie, boś młody i zdrowy jak koń“ ! — witają Nadrabianie że­
braków młodych lub w pełni i sile wieku; nie wypuszczają ich
wszakże z domu bez jałmużny, bo poniekąd wierzą ich tłómaczeniu się, że są chorzy, mają pewne ułomności albo że roboty do­
stać nie mogą.
Trzecia kategorya żebraków, przeważnie nieznana z pocho­
dzenia, przedstawia się zwykle jako „podróżni“ (dawniej często
jako „postańcy“), występuje butnie, rzuca wyzywająco oczyma na
wszystkie strony izby i śmiało domaga się wsparcia, budząc tą
bezczelnością przestrach w domownikach.
Takich żebraków starają się Nadrabianie co rychlej pozbyć
z domu i dlatego wspierają ich zazwyczaj większym datkiem, niż
innych, często nawet pieniężnym, niepraktykowanym względem
miejscowych lub więcej znanych żebraków. Obawiają się bowiem,
aby zawzięci „dziadkowie“ w razie odmówienia jałmużny „nie zro­
bili im co na złoś abo nie spalili“. — Już mniej liczą się nawet
z cyganami, którzy ze swej siedziby w puszczy Niepołomskiej na­
chodzą dość często okolicę tutejszą i „kradną, co sie ino kej da“.
Cyganie tutejsi, a zwłaszcza cyganki, trudnią się obok że­
braniny wróżeniem z dłoni za osobnem wynagrodzeniem, z cyganów-mężczyzn zaś zajmują się niektórzy oprawianiem psów i koni.
W tym ostatnim kunszcie odznaczają się również dwaj zawodowi
kłajowscy żebracy; mają oni nawet większą wziętość od cyganów,*)
*) Patrz „Lud Nadrabski“ str. 59.

304

J. ŚW1ĘTEK.

[325-|

chociaż wyższego wynagrodzenia wymagają za oprawienie ( 1 złr.
od konia; cyganie 50 et.).
Między dawnymi żebrakami bywali też „dziadzi“, co „cho­
dzili z oskarbem i siekali młynki (kamienie Żarnowe)“, naturalnie
za osobną zapłatą.
Sztuka lekarska jest żebrakom obca; nie zajmowali się nią
nigdy za mej pamięci. — Żebraczki mają atoli „w głowie“ spory
zasób środków lekarskich i „rają“ je „bez prosenia na pocekaniu“,
skoro natrafią chorego w domu, do którego „stąpią po jał­
mużnie“.
Dziadom, których posądzają o czary, dają taką jałmużnę,
o jaką oni sami się „dopominają" ; nie korzystają wszakże z ich
wiedzy czarodziejskich dla swych celów.
Najwięcej uprzedzenia do żebraków wynoszą Nadrabianie
z odpustów kalwaryjskieh. „Na tym świętym miejscu dziadkowie
takie strasności wyprawiają, ze jaze cłekowi włosy na głowie stają,
jak to widzi abo słysy“.
Opowiadają n. p., że żebracy na kalwaryjskieh odpustach
pi^zywiązują sobie „końskie ścierwo“ do nóg i udają kaleki. Por­
wanym dzieciom wydłubują oczy i „na nie“ proszą o jałmużnę.
Jeden żebrak, ukradłszy czteroletnie dziecko, połamał mu
ręce i nogi na odpuście kalwaryjskim i błagał pielgrzymów o litość
dla niego. Przypadek zrządził, że tą drogą przechodziła własna
matka dziecka, które ją poznało w chwili, kiedy mu dawała ja ł­
mużnę. Nie zwróciwszy nań baczniejszej uwagi, matka już zabrała
się do odejścia, gdy w tern słyszy: „Matusiu, a kej wy idziecie?
Nie weźniecie mie to ze sobą?“ Wtedy dopiero matce „otworzyły
sie ocy“, poznała swoje dziecko i zażądała jego oddania. Żebrak
zaprzeczał jednak stanowczo jej własności. Nadeszli przecież żan­
darmi, zbadali sprawę i zmusili zbrodniarza, że dziecko oddał. —
Matka wzięła je na ręce, a tymczasem żebrak, - pojmany przez
żandarmów „do kaciapy“, srożył się na swą połowicę, która mu
towarzyszyć była zmuszona: „A nie mówiułem ci, zęby mu wy­
dłubać ocy... a tyś nie kciała, to ter&z m as!...“
O żebrakach opowiedział mi z pewnem oburzeniem Jan
Jach, gospodarz z Targowiska, następujące zdarzenie, które do­
słownie przytaczam:
„Posed raz jeden chłop do miasta i opiuł sie bardzo, a jak
wracał do chałupy, tak lćgnuł se we fosie na śniegu i odmroziuł
se rece i nogi po kolana.
Baba go odesła za to i ón sie zwąchał z jakąsik intsą, co
ś nim siedziała na wiarę. To ta wiarownica woziła go po jarmakach i odpustach na wózku i ón prosiuł na to, ize jes tak wielgim kaliką.

[326]

ZW Y CZA JE

I PO JĘCIA

PR A W N E .

305

Rńz jakasik baba gnała krowę na jarm ak na sprzedaj i jak
ón prosiuł o jałm użnę, siedzący we fosie przy gościńcu, tak ona
mu pedziała, ize mu dń te jałmużnę, jak krowę sprzeda na jarmaku i bedzie wracała: ale niech Boga prosi, zęby dobrze sprze­
dała, a teraz duża nim a, to ino mu centa daje. — Ano tak ta
baba pognała krowę na jarm ak dalij. — A jak ją sprzedała i sła
do chałupy, to ten dziad siedział jesce we fosie i prosiuł. Tak ona
sie nachyliła z gościńca do tego dziada i daje mu tę jałmużnę,
co mu przyobiecała, jak gnała krowę na jarmak. — Ale ón ją
schyciuł pod garło temi rekami, co mińł jesce po łokcie, i udusiuł.
Jak ją udusiuł, to ji piniądze zabrał, co miała i s tą babą, co
ś nią na wiarę siedział, powędrowali na wsie. I na wiecór przyśli
do jedny chałupy i prosili o noclóg. Dzieci, co ino samy były
w ty chałupie, nie kciały tych dziadów nocować i wymawiały sie,
ize nikogo w chałupie nima, bo matusia jesce nie wrócili z jarmaku. Ale jak sie dziady zaceny upierać, tak ich przyjeny nareście. — I pośli wszyscy spać. Dzieci, co młodse były, usnęły,
ino nastarsń dziewcyna nic nie spała i myślała se, co sie z matką
dzieje, ze ji tak długo nie widać z jarmaku. — Tak ona słucha
i słysy, jak dziad gadń do baby: ize oni przyśli aśnie do ty cha­
łupy, co ś nij matkę od tych dzieci zabili. — Jak to ta nństarsa
córka usłysała, tak po cichuśku bez kómore skokła mazlij do drugij chałupy i wsyćko opedziała u sąmsiada.
Przyśli zaraz chłopi i dziandarów, co u wójta byli, zawołali.
Dziandary natenmiast wzieni dziada do sądu. W sądzie zeznał sie
dziad do wszyćkiego i na śmierć go osądzili. We wózku dziada
znaleźli cosik kole piejcset ryjskich, a baba kęsik uciekła i stra­
ciła sie, jakby kamień w wodę wpad“.

IV .
P R O C E S .

1. Proces.
Proces w gwarze ludowej nazywa się „ p r a w e m “, rzadko
„ p r e c e s e m“ ; procesowanie się : „ p r a w o w a n i e m “. Wyto­
czyć proces znaczy: „z a ł o z y c p r a w o“, „ d a ć s i e d o p r a ­
w a “, o z p o c ą ć p r a w o“, „ z d a ć s i e n a p a n ó w “ lub
wreszcie „ z d a ć s i e n a s ą d y “.
Ale skoro lud używa wyrazów: „prawowanie sie“, „prawować“ lub „precesowanie sie“, ma zwykle na myśli dłużej trwający proces w sprawach cywilnych.
Wniesienie skargi lub pozwu do sądu nazywają Nadrabianie
„ s k a r d z e n i e m “, a postępowanie sądowe w sprawach karnych
i drobiazgowych „ s ą d z e n i e m “. „Bedziewa sie sądzili“, znaczy
tyle, co „oddamy naszą sprawę do sądu“.
Gdy przedmiotem procesu karnego ma być większe prze­
stępstwo, lud mówi: „Pachnie to kryminałem“ ; skoro zaś sprawa
karna kwalifikuje się przed sąd przysięgłych, w yrajają się Nad­
rabianie: „To juz Kraków bedzie sądziuł...“
. Różnica między spravraini cywilnemi, a karnemi przeważnie
nie jest im obca. Często nawet bez namysłu wyrokują zupełnie
trafnie, czy sprawa „pódzie przed adyjonta“ (adjunkta sądowego —
sprawy karne), czy „przed sędzię“ (sprawy cywilne). Wątpliwości
mają tylko wtedy, gdy cywilna sprawa sporna łączy się także
z przestępstwem.
Rzadko się zdarza, aby wieśniak sam sobie pisał skargę lub
pozew do sądu, chociaż przeznaczenie sprawy jest mu jasne i choć
nawet „niezgorzy pisę“. Wyręczają go w tern pisarze gminni lub
pokątni za wynagrodzeniem kilkudziesięciu centów (najczęściej 50
centów). W sprawach drobnych, tak karnych, jak i cywilnych,
„bronią sie“ strony zazwyczaj osobiście wobec sądu. Adwokatom
powierzają zwykle obronę spraw ważniejszych cywilnych; w spra­
wach karnych większej wagi korzysta z pomocy adwokackiej
głównie strona oskarżona.

1328]

ZW Y CZA JE

I PO JĘCIA

PRAW NE.

307

Przed rozpoczęciem procesu zwracają się często włościanie
„po doradę" do ludzi, znanych we wsi z większego obeznania się
prawniczego, tak zwanych z przekąsem „hadukatów", zwykle zaś
„radzą sie“ starszych krewnych lub powinowatych. — Korzystają
również z „dorady“ pisarzy gminnych, pisarzy pokątnych, a zwłasz­
cza dyurnistów sądowych, którym bądź dają datki pieniężne, bądź
przynoszą „poetę“ z jaj, masła i t. d. Niekiedy zasięgają także
rady samego sędziego, trafiając do niego za pośrednictwem pani
„sędziny“, której „poetę oddają“. (Takie przykłady znane mi są
z przed dwudziestu laty).
Skoro wieśniak przewiduje dłuższy proces, zwłaszcza w spra­
wach spadkowych, lub oskarżony jest o większe przestępstwo,
wówczas nie szczędzi grosza i radzi się wprost adwokata lub notaryusza. Notaryusze podejmują się bowiem niekiedy czynności
adwokackich, zwłaszcza w sprawach cywilnych, chociaż do tego
nie są uprawnieni.
Oskarżeni lub pozwani Nadrabianie korzystają także z in­
nych usług pisarzy sądowych za stosownem wynagrodzeniem.
Skoro się dowiedzą o wniesieniu przeciw nim skargi lub po­
zwu do sądu, zanoszą i oni niekiedy natychmiast słuszną lub mniej
słuszną skargę przeciw pozywającemu (powodowi), a za pomocą
datków pieniężnych wpływają na pisarzy sądowych, aby „óni tak
zrobili, izeby ozprawa sądowa na ich skargę wceśnij sie odbyła“,
niż na skargę przeciwnika lub „zęby przynamnij obie skargi na
jeden dzień sie zesły“. Przez podobne zabiegi zdążają oskarżeni
do tego, aby ich „skarga wziena gore nad skargą“ przeciwnika
lub żeby cała sprawa upadła.
Przedmiotem takich spraw karnych bywają szczególniej bójki
i obelgi słowne.
Rozumie s ię , że w dłuższym procesie nie zasypiają także
przeciwnicy sprawy i dla jej skutecznego poparcia chodzą często
krętemi ścieżkami i drogami, korzystając szczególnie z różnych
opłaconych „śtucek“ pisarzy sądowych.
Mimoto nie można powiedzieć, aby pieniactwo miało nad
Rabą grunt podatny. Nałogowych pieniaczy, których tu nazywają
„ p r a w n i k a m i “ lub „prawnicami“, moźnaby znaleźć w całej
okolicy najwyżej dziesięciu. Lud nadrabski nabiera też coraz wię­
cej przekonania, że następstwem procesów są zwykle straty, a zy­
sków niewiele. Pogląd ten znajduje nawet swój wyraz w przysło­
wiu: „Chto miał krowę, jak zacąn prawo, nie bedzie miał i cie­
lęcia, jak to prawo skońcy“- — Licząc się więc z temi stratami,
Nadrabianie przeważnie wtedy dopiero wytaczają proces, gdy rze­
czywiście mają większą krzywdę, a nie mogą uzyskać jej wyna­
grodzenia na drodze ugodowej.

308

J. ŚW1ĘTEK.

[329]

Procesy cywilne powstają najczęściej między rodzeństwem
o spadek, rzadziej między obcymi o wdarcie się w granice cudzej
własności.
Sprawy drobiazgowe są wprawdzie częstsze, ale choć się koń­
czą zazwyczaj na jednym sądowym terminie, a najdalej na uzna­
niu lub odrzuceniu „rekusów“ (rekursów), a zatem są mniej ko­
sztowne, rzadko się przecież zdarza, aby ten sam włościanin miał
kilkanaście takich procesów w ciągu swego życia.
Przed dwudziestu laty było pod tym względem o wiele gorzej.
W każdej wsi większej (od 400—800 mieszkańców) można było
spotkać przynajmniej dwu nałogowych pieniaczy; skoro atoli „zmar­
nieli bez prawo“, pozostała po nich nauczka, że „juz to ostatnie
zachodzić w prawa“.
Głównymi podżegaczami pieniaczy bywali wtedy pisarze pokątni, niekiedy także dyurniśei sądowi, którzy z pieniactwa wło­
ścian ciągnęli zyski.

2. Sędziowie. Sądy.
Mimo pewnych uprzedzeń, jakie lud okazuje do niektórych
sędziów, ma przecież największe zaufanie do sądów i nadaje im
wyjątkowe stanowisko pośród wszystkich władz i urzędów cywil­
nych. Potrzebę sądów uznaje powszechnie i ma to przekonanie,
że „cłek nie powinien se sam robić sprawiedliwości, bo od tego
są sądy, zęby sądziły i robiły porządek".
Przyznając atoli sądom w swych pojęciach władzę stanowie­
nia o mieniu, wolności i życiu obywateli, żąda równocześnie od
sędziów jak najściślejszej bezstronności, głębokiego poczucia spra­
wiedliwości, niezmiennego przestrzegania ustaw, gruntownego ba­
dania i rozpoznawania spraw, a przytem uwzględniania różnych
okoliczności, które zwiększają lub pomniejszają winę. W pojęciu
ludowem nie wolno sędziemu kierować się jakimi osobistymi wzglę­
dami lub widokami: „Slachcic, pan, chłop, zyd cy cygan, wsyćko
sędziemu powinno być jedno, wsyscy mają być za jednacy w są­
dzie, bo tak sprawiedliwoś każe. Sędziowie nie powinni forytować
jednej strony nad drugą, „jak to teraz jesce zawdy bywa, ze jak
pan przydzie do sądu, to go tam zaraz obsadzają, a chłopu to
każą stać za drzwiami i zawdy na niógo z góry. Tak być nie
powinno, bo sędzi ino wtódy może osądzić sprawiedliwie, ja k ninakogo nie patrzy, cym ón jes, ino na to, co ón zrobiuł i po co do
sądu przysed. A latego sędzię nie powinni brać niodkogo poety
(podarunku) i nie powinni wtedy, jak jakiego pana rzec mają są­
dzić, ani sie ś nim schodzić, ani pić, bo jak ino to zrobią, to juz
z dziwa, zęby óni sprawiedliwie osądzili. Zawdy ich ta cosik cią­

[330]

ZW YCZAJE

1 POJĘCIA

PRAW NE.

309

gnie, ze, ten jes lepsy, co sie zna na rzecach, a nie ten, co sie
ś nim nie znają, chociażby ón tam i nślepsy był i słusnoś miał.
Sędzi, jak sądzi, to nie powinien sie dać bałamucić i nie za prędko
robić i nie gniewać sie ani złościć, ale ma wysłuchać jednego
i drugiego uważnie, przesłuchać świadków i kozdego rzec dobrze
ozwazyc, cy winny abo niewinny i lacego to zrobiuł, cy to pier sy
raz, cy wiecy, cy prawdziwie żałuje tego abo nie, cy biedny abo
bogaty i jak sie dawnij sprawował, a potym dopióro ma wydać
taki wyrok, jak tam w prawach ma zapisane. A latego sędzi ma
być tak postrozny, izeby kej nie popełnić jakij chybki, bo to wielg&
rzec, kogo zasądzić niewinnie abo za. bardzo skarać, a winnego
uwolnić! A przy sądzeniu, to sędzi nie powinien na to uważać,
jak tam ten, co go sądzi, wygląda na mondorze, cy dobrze ubrany
abo nie, cy zeświaca i prosi, cy tyz ino po prostu tak, jak umió,
gad&. Kozdy ma być u niego jednaki, kozdemu ma oddać jego
słusnoś, a jak winny, to cy to jes pan cy chłop cy mieścan cy
tam jesce jaki intsy, to powinien go tak osądzić, jak prawo każe,
ino na bićdaków abo jakich intsych niesceśliwych ludzi to powi­
nien mieć trocha zglądu“. — (Uwagi Karola Rybki z Targowiska,
zgodne z zapatrywaniami nadrabskiego ogółu).
Sędzia, który według tych pojęć ludowych nie postępuje,
nie ma dobrego imienia wśród Nadrabiam Powiadają o nim, że
„po śmierci pódzie do piekła nadstawiać podłogę“.
Powyższe pojęcia odnoszą się do wszystkich sędziów wogóle
bez względu na to, czy sprawy cywilne czy karne mają roz­
strzygać.
O ustroju sądów powiatowych ma lud najjaśniejsze pojęcie
i o nich myśląc rozwija zazwyczaj swe poglądy.
Sądy krajowe karne, tak zwykłe jak i sądy przysięgłych,
nazywa lud „ k r y m i n a l n y m i“. Przed tymi to sądami mają
Nadrabianie pewną obawę, chociaż niektórzy, co zrobili z nimi
znajomość, utrzymują, że „tu prawda predzy na wierzk wyjdzie",
niż w sądach powiatowych. Sądom krajowym dla spraw cywil­
nych nie nadają Nadrabianie wcale nazwy. — Skoro do nich się
zwracają, a zwracają się stosunkowo dość często, przegrawszy
sprawę w sądzie powiatowym, mówią: „Załozułem rekus do Kra­
kowa“ lub „Jesce to nic, co tu panowie w Niepołomicach (albo
w Bochni) osądzili, bedziewa widzieć, co Kraków na to powie, cy
Kraków na to zestanie“.
O ustroju krajowych sądów wyższych, tudzież najwyższego
trybunału sprawiedliwości nie mają Nadrabianie wyobrażenia, cho­
ciaż odwołują się do nich niekiedy za przyczyną adwokatów, głó­
wnie wszakże w sprawach cywilnych, bo w sprawach karnych
poprzestają na wyroku sądów krajowych.

315

J.

SW 1ĘTEK .

t331]

Instytucyę sądów przysięgłych uważa lud za prawdziwe do­
brodziejstwo dla ludności, wychodząc z zasady, że ten sąd, zło­
żony z 1 2 obywateli, o wiele lepiej może rozpoznać sprawę i oce­
nić winę oskarżonego, niż sędziowie jednostki w sądach zwykłych,
którzy działają z pośpiechem lub niekiedy pod wpływem uprze­
dzeń i chwilowych porywów.
Uznając potrzebę wszystkich sądów, jakie dziś istnieją, pra­
gnie przecież lud, aby urzędy gminne miały obszerniejszą władzę
sądowniczą. Według jego zdania wszystkie sprawy drobniejsze,
tak cywilne, jak i karnej powinny należeć do atrybucyi urzędów
gminnych. Sąd gminny powinno składać przynajmniej trzech rad­
nych i wójt. Pragnienie to uzasadniają Nadrabianie skargami i ża­
lami na zbyt uciążliwą państwową procedurę sądową, według której
wymiar sprawiedliwości jest za kosztowny. W tych też stratach
należy upatrywać źródła niezadowolenia włościan, które na zewnątrz
okazują n. p. w podobnych narzekaniach: „Wsyćko to zjadło pra­
wo“ ; „wszyćko to zjedli hadukacia“ (lub panowie); w grancie
rzeczy zaś jest takie powszechne przekonanie, że „o prawdę, cho­
ciażby óna i na wierzku była, trza sie nieraz prawować i kiela
lat, a jak wygras, to namnij śtery razy tyła stracis, cójeś zyskał,
a co sie cłek nama. strapienia, to Pan Bóg jeden wić“. — To też
wobec podobnych stosunków wieśniak czuje się szczęśliwy, skoro
drobną sprawę ukończy na jednym terminie sądowym, chociaż
i wtedy odczuwa stratę, jaką ponosi wskutek procesu: „Chwała
Bogu — mówi — ze sie to skońcyło tak łacwo, ale i tagem straciuł po próżnicy jeden dzień, zapłaciułem za napisanie skargi,
świadkom za mitręgę i parę szóstek na pocesną, a cy mi to chto
wróci?“
Dalszym powodem dążenia ludu do rozszerzenia zakresu są­
downictwa gminnego jest okoliczność, że bardzo wielu włościan
uboższych nie może dochodzić swych praw lub krzywdy na drodze
sądowej. Brak im bowiem środków na prowadzenie procesu. Wielu
obawia się także, że tylko dlatego może przegrać słuszny zresztą
proces, że zabraknie im pieniędzy na potrzebną obronę lub że
w razie wygranej koszta procesu przewyższą wartość spornego
przedmiotu.
Natomiast sądzą Nadrabianie, że wszyscy włościanie, tak ubo­
dzy, jak i zamożniejsi, znaleźliby sprawiedliwość na miejscu bez
kosztów, zachodów i straty czasu, gdyby urzędy gminne miały
pełną władzę rozstrzygania spraw drobniejszych i zapozywania
stron przed siebie, Według ludu każda sprawa sporna, jakiego­
kolwiek jest ona rodzaju, najlepiej jest znana w gminie wraz ze
wszystkiemi okolicznościami, które jej towarzyszą. Stąd nie trudnoby tu było uniknąć omyłek w jej rozsądzeniu, a to nie jest
do tego stopnia możliwe w sądach powiatowych, które zazwyczaj

[332]

ZW Y CZA JE

I PO JĘCIA

P tlA W N E .

B ii

nie znają stron spornych i nie mają świadomości, jak zapatruje
się na rzecz wiejski ogół. Muszą jedynie polegać na zeznaniach
świadków, często tendencyjnie usposobionych i przesłuchaniu stron,
aby wydać wyrok. — Zresztą sądy powiatowe, dla nagromadzenia
wielkiej ilości spraw, „ni mają na tyła casu“, aby się w każdej
z nich rozpatrzyć dokładnie, a wskutek tego ich wyroki nie zaw­
sze są słuszne. „Na rekuse nie kozdego stać, nie kozdy tyz kce
sie dalij prawować i jes tak odważny; latego woli dać se spokój
i przyjmie tak, jak go osądzili w sądzie“.
Ale lud pragnąc, aby wszystkie sprawy drobniejsze rozstrzy­
gały sądy gminne, bynajmniej nie pożąda, aby się wróciły dawne
wójtowskie rządy i sądy, zwłaszcza z czasów kamery i mandataryatów, inaczej „dominie“. Czasy te bowiem, jak to już na innych
miejscach podniesiono, zapisały się bardzo smutno w pamięci ludu
nadrabskiego.
W edług trądycyi ludowej dawniejszy sąd gromadzki tak
w sprawach cywilnych, jak i karnych miał nader obszerny zakres
działania, a wyroki swe wykonywał doraźnie, nie pozostawiając
obwinionemu prawa odwołania się do wyższych Avładz sądowych,
0 których zresztą poza urzędami kameralnymi i mandataryatami
bodaj czy kilku ludzi we wsi miało wówczas jakie bliższe wia­
domości.
Niektóre podania, a zwłaszcza podanie o traceniu przestępcy
za kradzież pszczół, niemal przemawiają za tern, że dawny sąd
gromadzki czy wójtowski dzierżył w swym ręku prawo życia
1 śmierci.
Z postępem czasu, a w miarę zmian w ustawodawstwie ma­
lała władza sądowa urzędów gminnych. Jeszcze przed trzydziestu
laty, o ile pamiętam, rozstrzygały urzędy gminne wszelkie spory
drobniejsze między sąsiadami i karały za wykroczenia przeciw
obyczajności; ale od czasu, jak weszła w życie ustawa gminna
z dnia 1 2 . sierpnia 1866 r., urzędy gminne mogą tylko wtedy
interweniować, gdy chodzi o oznaczenie i wynagrodzenie szkody
w polu, odoranie świeżo zaoranej miedzy przez jednego z sąsia­
dów, a wreszcie skarcenie chłopców, śpiewających nieprzyzwoite
pieśni po polach i zabawiających się w „brzyćkie mowy“. Inne
sprawy drobne, tak cywilne, ja k i karne, nie należą już do za­
kresu urzędów gminnych.
O dążności włościan do rozszerzenia atrybucyj sądowniczych
urzędów gminnych, świadczą prywatne sądy, niejako p o l u b o w n e ,
czyli tak zwane tu taj: „ z d a w a n i e s i e n a i n t s y c h “ lub
„ s t a r s y c h “.
Skoro niekiedy wywiąże się spór o sprawę mniejszej wagi,
z którą nie chcą się zwracać na drogę sądową, a sami nie mogą
się pogodzić, mówi jeden do drugiego: „Na co mawa sie handrecyć,

3 l2

J. światek .

[333]

gniewać, wlóoyć sie po sądach i panów paś, lepsi zdejwa sie na
intsych abo na starsych, niech óni nas osadza“.
Wobec obustronnej zgody udają się obaj do jednego lub
kilku mężczyzn, zwykle starszych, a przedstawiwszy irn swa „rzec“
sporną, proszą równocześnie, aby ich „po sprawiedliwości osądzili“ .
Nierzadko też, zwłaszcza we wsiach, poblizkich kościoła, zdają
się Nadrabianie w sprawach spornych na sąd proboszcza. Niekiedy
bywa rozjemcą także nauczyciel, który posiada zaufanie włościan.
Ale do urzędników rządowych i autonomicznych z wydziału powiato­
wego nie zwraca się wieśniak prawie nigdy o „pogodzenie“ go
z przeciwnikiem w sposób prywatny.
Najczęściej w prywatnem jednaniu stron pośredniczą człon­
kowie zwierzchności gminnej; ich też wyrok nie mniejsze ma u ludu
znaczenie, jak wyroki księży. Ale członkowie zwierzchności gmin­
nej, występując w charakterze sędziów polubownych, nie mogą
rościć sobie z tytułu swego stanowiska w gminie większych pretensyj od innych ludzi, aby ich wyrok uznały sporne strony.
W sądzie polubownym żaden z jego członków nie ma wię­
kszej prerogatywy, a na ich wybór muszą się zgodzić obie strony.
W rozsądzeniu sprawy rozstrzyga większość głosów sędziów. W ra­
zie równej lic/.by głosów na jedną lub drugą stronę, wyrok roz­
jemczy nie ma znaczenia i przeciwnicy bądź „dają się do prawa“
bądź czynią sobie wzajemne ustępstwa, idąc za radą sędziów po­
lubownych. Zdarza się to szczególniej wtedy, gdy przeciwnicy są
ubodzy i „niestać ich“ na prowadzenie kosztownego procesu.
Na sędziów polubownych wybierają sobie Nadrabianie takich
ludzi z pośród starszych włościan, którzy znani są ze swej roztro­
pności, rozsądku i bezinteresowności, a dla swego charakteru cie­
szą się powszechnym szacunkiem. Mogą to nawet być krewni,
starsi „fanielanci“, byle w sprawie spornej nie mieli interesu i ani
względem jednej, ani względem drugiej strony nie mieli jakich
zobowiązań. Wypadki te trafiają się zwłaszcza wśród rodzeństwa
i powinowatych, którzy zazwyczaj dopiero wtedy „zdają sie na
obcych“, gdy we własnej rodzinie nie znajdują ani jednego sę­
dziego, posiadającego zaufanie stron obu.
Wartość wyroku sądu polubownego zależy od przyjęcia go
przez strony. Nieuznany przynajmniej przez jedną nie ma zna­
czenia. Sędziowie polubowni, nie żądając koniecznie posłuchu dla
swej decyzyi, nie biorą też na siebie odpowiedzialności wobec prze­
ciwników, którzy się zdali na ich sąd. „Kces sie zgodzić, ja k ci
mówiwa, to się zgódź — to twoja dobra wola, a jak sie nie kces
zgodzić, to zdej sie na panów (załóz prawo, dej sie do prawa), to
bedzies widział, co ci tam powiedzą“. Strony, nie przyjąwszy
wyroku sądu polubownego, nie mogą się także powoływać na ten
wyrok w sądzie zwykłym, skoro mu oddadzą swą sprawę sporną

[3 8 4 ]

ZW Y CZA JE

I

PO JĘCIA

PR A W N E .

313

do rozstrzygnięcia. Sędziowie polubowni atoli są przekonani o słuszności wyroku, który jednomyślnie wydadzą; nie puszczają też
łatwo w niepamięć tej sprawy i śledzą bacznie jej przebieg w są­
dach publicznych. Niejednokrotnie nie odmawiają nawet pomocy
stronie pozwanej, a w oczach ich pokrzywdzonej. Wspierają ją
radą lub złożeniem świadectwa w razie potrzeby.
W porównaniu z sądami prywatnymi, które między obcymi
w ogóle dość rzadko przychodzą do skutku, większe znaczenie
mają sądy gminne. Tym sądom poddają się też częściej włościa­
nie, niż sądom polubownym, choćby sprawa wychodziła poza ramy
zakresu sądowniczego urzędów gminnych. Urzędy gminne bowiem
mają w swym ręku pewną władzę wykonawczą i mogą poniekąd
zmusić strony do szanowania swych zarządzeń.
S ą d y g m i n n e składają się z wójta, jako przewodniczą­
cego i zwykle z dwu asesorów. Zbierają się one w razie potrzeby
w kancelaryi gminnej, t. j. w domu wójtowskim. Wójt zazwy­
czaj sam przesłuchuje strony i sam stawia pytania, ale i asesoro­
wie mogą wtrącać się do rozprawy, o ile to uważają za stosowne.
Inni radni, tudzież „sąmsiedzi“ , obecni podczas rozprawy, przysłu­
chują się jedynie tokowi dochodzenia, a zabierają głos za pozwo­
leniem wójtowskiem lub raczej, skoro wójt zasięga ich zdania w tej
sprawie.
Na dorywczych zebraniach lub liczniejszych schadzkach skła­
dają niekiedy Nadrabianie sądy doraźne. W rozsądzeniu sprawy
karnej biorą udział zazwyczaj wszyscy uczestnicy zebrania, a wy­
rok zapada jednomyślnie. Sądy doraźne bowiem są możliwe wśród
wzburzenia umysłów większej lub mniejszej gromady ludzi, a kto
nie godzi się na doraźny wymiar kary dla przestępcy, bądź ucho­
dzi z miejsca wypadku, bądź ustępuje na bok, aby protestem nie
narazić się na zemstę rozjątrzonych sędziów.
Sądy doraźne nazywają „z m ó w i s k i e m l u d z i “ lub
„ z m a w i a n i e m s i e“. „Zmówwa sie na nich“ (lub „na niego“)
jest zwyczajna odezwa inicyatora do towarzyszy przed rozpoczę­
ciem omawiania przestępstwa lub przekroczenia, a następnie kary
doraźnej za jego popełnienie. Gdy rodzaj kary, proponowany przez
inicyatora, nie zgadza się z przekonaniem uczestników sądu, każdy
z nich może podać swój własny sposób doraźnego ukarania prze­
stępcy. Za najlepszy uważa się ten, który najtrafniej i najdosa­
dniej uzmysławia istotę czynu.
Podczas doraźnego sądzenia obwinionych zwykle nie prze­
słuchują. Schwytani na gorącym uczynku, przytrzymywani silną
ręką jednego lub dwu uczestników sądu, bywają podczas rozprawy
przedmiotem szyderstw wszystkich ludzi, którzy należą do doraź­
nego sądu. Protesty, wymówki, tłomaczenia się i zaprzeczenia
obwinionych nie mają znaczenia; nikt ichnie słucha. Wszystko,
21

Si 4

J.

Ś W JE T E it.

[335]

cokolwiek przytaczają na swoją obronę, uważa się za „wykręt“
za „wykręcanie sie sianem“, chociażby zabierali głos na zapytanie,
którego z sędziów: „Pocoś tam posed? Chto ci tam kazał iś ?
Cegoś to ukrad? Pocoś tak gśdał? i t. p.“. Ich wina jest już
osądzona przed rozpoczęciem doraźnego sądzenia, a wobec tego są
daremne wszelkie ich zabiegi celem uchronienia się przed karą.
Sędziowie doraźni nie ogłaszają nawet wyroku obwinionemu po
osądzeniu go, a jeżeli go ogłaszają, to bezpośrednio przed wymie­
rzeniem kary doraźnej. Częściej atoti dowiaduje się przestępca
0 wymiarze kary sądu doraźnego dopiero wśród egzekucyi lub po
jej ukończeniu. Wykonaniem wyroku sądu doraźnego zajmują
,się bądź ochotnicy z gromady, bądź cała gromada, bądź li tylko
pokrzywdzeni, którzy, oskarżając, podają zwykle równocześnie spo­
sób ukarania winnego.
Nierównie częściej wymierzają kary doraźne bez poprzedniego
wyroku nawet w większej grupie osób.
Kary doraźne częściej też są samowolne. Jednostki, karząc
doraźnie, są także więcej popędliwe pod wpływem gniewu, rozją­
trzenia lub zemsty; brak im zupełnie tego umiarkowania w doraźnem karaniu, którego przestrzega pewna grupa ludzi w innych
razach przynajmniej w nieznacznej mierze. Zdarza się wszakże
1 w większej gromadzie osób, że więcej porywczy ludzie, zwłasz­
cza pokrzywdzeni, nie czekają na złożenie się sądu doraźnego
i jego ocenę winy przestępcy, ale z własnego popędu rzucają się
na winowajcę i samowolnie wymierzają mu doraźną karę.
W razie fizycznej przewagi przestępcy, spieszą z pomocą
karzącemu inni z gromady i to zwykle na wezwanie człowieka,
który ma największy wpływ na gromadę. Taki człowiek najczę­
ściej też daje inicyatywę do doraźnego sądzenia, on także łagodzi
wzburzone umysły, a podnieca obojętne wobec przestępstwa, on
w danej chwili jest najczęściej regulatorem kary doraźnej; on za­
kreśla jej granice przez nawoływanie, skoro ta kara nie j est na­
stępstwem doraźnego wyroku, a zapaleńcy w jej samowolnym
wymiarze bądź za daleko się posuwają, bądź przedwcześnie ostygają w zapale wśród karania: „Dej mu spokój!“ lub „dejcie mu
spokój, juz ma doś tegol“ — są to zwykłe jego nawoływania, gdy
kara takiemu „przewójcy“ wydaje się dostateczna. — „Jesce tro­
chę l jesce parę razy! a nąze go jesce!“ — gdy wymierzona już
kara doraźna nie równoważy według jego mniemania wielkości
winy przestępcy.
Nad wszystkimi sądami ziemskimi stoją s ą d y B o s k i e .
„Pńn Bóg jes nasprawiedliwsym Sędzią. Przed Panem Bogem
nikej sie cłek nie skryje, chociażby tam nie wiedzieć jak kciśł,
bo Pdn Bóg jes wsedy i wsycko wie i widzi. Pan Bóg nie po­
trzebuje nijakich świadków i hadukaciń nicym są u Pana Boga,

[336]

ZWYCZAJU i pojęcia prawn Ę.

315

óni tara grzćśnika bronili nie beda i sami tyz przed Panem Bogem se nie poradzą, bo chociażby tak ato kręcić kcieli, jak na
tym świćcie kręcą, to nic nie wykręca, ino piekło. Chociażby tu
chto na tym świćcie miał nawieksa i nie wiedzieć jaka krzywdę,
to mu Panjezus te krzywdę wynadgrodzi, jak nie na tym to na
tamtym świecie. Bo sady tu na ziómi, to ino docesne, to óne nic
nie znacą przy tym, jak tam w niebie osadza. Tu mogą cłeka
osądzić i zadrecyć, a tam w niebie jes zapisane, cy słuśnie cy nie
słuśnie. Jak go tu słuśnie ukdrzą, to Panjezus w niebie temu
cłekowi nie pamięta winy, jak ino scórze żałuje i wyspeda sie, ale
jak sie ino wykręci, a jes winny, to niekze bedzie ato pewny, ize
mu tam w niebie nie przepuscą i nie darują, chyba ino, ze żałuje,
ze sie wyspeda i odprawi scórze pokute. Jak na tym swiócie
sędzię źle i niesprawiedliwie osadzą, to musą oni za to zdać w nie­
bie porachunek i pódą na potępienie. Pan Bóg wsyćkim grześnikom długo cierpi, ale jak juz ni może ścierpieć, to abo na ty
ziemi skarżę cłeka jakim niesceściem, izeby sie upamietał i poprawiuł, abo spuści na niógo nagłą śmierć, a jak go wezwe przed
Siebie po śmierci, to on sie tam juz z nicego nie wymówi, cho­
ciażby ato nie wiedzieć jak kcidł.
A na tym świecie są jesce takie grzechy, co jak je zrobi
jeden, to Pan Bóg karze za niego całą wieś i ogranice, a robi to
latego tak, izeby wsyscy ludzie na takie grzechy uważali, a jak
je chto zrobi, zęby go zaraz karali. Takie grzechy to s ą : cho­
wanie zabitego małego i niekrzconego dziecka w niepoświącany
ziemi, spółkowanie ze żydami i ze Żydowicami abo i z gadziną,
abo bluźniórztwo — to za takie grzechy k&rze Pan Bóg pieru­
nami, gradami i cećniejakiemi niesceściami całą wieś“.
(Targowisko).
O życiu człowieka świadczą wobec Boga jego Anioł Stróż
i Gwiazda opiekuńcza. Anioł Stróż pilnuje ustawicznie człowieka,
ostrzega go przed złymi czynami, odwodzi go od grzechu, a o całem jego postępowaniu w życiu prowadzi dokładną ewidencyę
w księdze „janielskij“. Gwiazda opiekuńcza, śledząc czyny czło­
wieka, blednie, gdy grzeszy; świeci jasno, kiedy życie jego jest
przykładne, a szczególniejszego blasku nabiera wobec każdego
lepszego jego czynu. Ze śmiercią człowieka gaśnie, spadając na
ziemię („Lud Nadrabski“ str. 543).
Wszelkie objawy gwiazd opiekuńczych zapisują Aniołowie,
do tego przez Pana Boga wyznaczeni, w księdze niebieskiej, która
ma być niejako księgą główną wszystkich czynów ludzkich. Z po­
jęć, ludowych wynika, że zapiski z księgi niebieskiej dają matęryał porównawczo dowodowy czynów każdego człowieka z zapi­
skami, czynionemi przez Aniołów Stróżów. Kiedy Pan Bóg ma
skazać człowieka karą doczesną lub śmiercią za grzechy, zapozywa
21*

316

j.

ŚW
IĘTE*.

[337]

jego Anioła Stróża przed Swój Tron i zada od niego relacyi o po­
stępowaniu tego człowieka. Równocześnie przynoszą przed oblicze
Boskie Aniołowie księgę niebieską i na podstawie zapisanych tu
spostrzeżeń z gwiazdy opiekuńczej sprawdzają zgodność świadec­
twa Anioła Stróża, przedstawiając wyniki Panu Bogu. Anioł Stróż
wstawia się wtedy do Pana Boga za swym człowiekiem, f błaga
0 darowanie mu winy; często przychodzą mu też z pomocą Święci,
do których grześnik się kiedy modlił. Bez względu, czy Pan Bóg
daruje człowiekowi winy, czy też go za nie ukaże, Aniołowie wszel­
kie postanowienia Sądu Boskiego zapisują w księgach. Czynią to
wszakże nie dla Pana Boga, który wszystko pamięta, ale dla swej
własnej wiadomości, głównie zaś w tym celu, aby mieć dowody
w rękach w walce z dyabłem o duszę człowieka po jego śmierci.
Pan Bóg nie dopuszcza bowiem przed Swoje Oblicze dyabła, któ­
rego piekło nasyła każdemu człowiekowi dla udaremnienia pracy
Anioła Stróża.
O duszę człowieka rozgrywa się walka w przedsionku nie­
bieskim. Jest tam ustawiona waga, której jedną szalę wypełnia
Anioł Stróż dobrymi czynami zmarłego człowieka, drugą dyabeł
jego grzechami.
Dyabeł dla obciążenia szali „złego“ nie gardzi kłamstwem,
zmyśla różne złe czyny człowieka, mniejsze jego zdrożności potę­
guje i przedstawia jako ciężkie grzechy; Anioł Stróż znowu, bro­
niąc zmarłego, zachwala jego cnoty, podnosi jego dobre postępki,
jego przymioty i zalety, a główny nacisk kładzie na jego pokorę
1 opieranie się pokusom dyabelskim.
Naturalnie Anioł Stróż mówi tylko szczerą prawdę na pod­
stawie własnych zapisków, które Aniołowie porównują równocześ­
nie z zapiskami księgi niebieskiej. Skoro szala „dobrego“ prze­
waża, Pan Bóg zapozywa człowieka przed Swój tron, każe mu się
tłomaczyć z grzechów i wydaje na niego wyrok: „do nieba abo
do piekła“. W tym wypadku Pan Bóg skazuje wtedy człowieka
do piekła, gdy dla uniewinnienia się ucieka się do kłamstwa
i zwala niesłusznie winę na innych ludzi, żyjących lub nieżyją­
cych. Skoro zmarły „na Sądzie Boskim“ wyznaje „bez ogródki“
szczerą prawdę, przyznaje się do winy i uważa ją za karygodną,
a prócz tego żałuje za grzechy, jedna sobie łaskę Boską i litość.
Pan Bóg umniejsza mu karę czyścową, a nawet go od niej uwal­
nia i do nieba przeznacza, kiedy szala „złego“ jest nieznacznie
obciążona. Wobec przeważającej szali „złego“, dyabeł „bierze jak
swego“ zmarłego człowieka do piekła już z niebieskiego przed­
sionka. Pan Bóg nie dopuszcza takiego grzesznika przed Swoje
Oblicze, „bo nie kce go widzieć“, oddalonego zaś z przed Swego
Oblicza, który „na Sądzie Boskim kciał osukać Pana Boga“, każe
Wszechmocny Aniołom wypchnąć poza niebo, gdzie czeka dyabeł

[338]

ZW Y CZA JE

I PO JĘCIA PR A W N E .

317

na wyrok Boski i duszę potępieńca, nie mogąc pozostać w przed­
sionku niebieskim po odważeniu czynów zmarłego.
Gdy człowiek umiera, którego Pan Bóg dla strasznego grze­
chu jeszcze za życia kazał opuścić Aniołowi Stróżowi, to jego dusza
po śmierci nie dostaje się wcale do przedsionka niebieskiego; wyrywają ją dyabli wprost z ciała umierającego i unoszą do piekła
„na wiecne potępienie“. Czynów jego nie ważą w niebie. Ale
Pan Bóg, odwołując Anioła Stróża od grzesznika w ciągu życia,
bynajmniej nie pozbawia tego grzesznika sił duchowych. Skoro
„wł&sną mocą“ oprze się potem pokusom dyabelskim, „upamięta
się“ poprawi szczerze żałuje, wyspowiada się, „wykomunikuje“
i odprawi twardą pokutę, Pan Bóg przywraca mu Anioła Stróża
przed śmiercią i pozwala aniołom, aby o jego duszę stoczyli walkę
z dyabłem w przedsionku niebieskim przy wadze.
Co do „ostatecznego sądu Boskiego“ lud nie ma innych wy­
obrażeń i pojęć, prócz tych, które słyszy w kościele z ambony
i których biblia go naucza.

3. Procedura karna.
a) O c e n a

przestępstw.

W stręt i ohydę względem przestępstwa budzą w ludzie głó­
wnie pobudki religijne. Pierwiastek religijny przebija się w każ­
dym sądzie wieśniaka o złym lub dobrym czynie.
Straty ekonomiczne odczuwają Nadrabianie wobec przestępstw
kradzieży, oszustwa i wyzysku różnego rodzaju, tudzież wobec
rzekomych skutków grzechów, za które Pan Bóg karze wsi i oko­
lice klęskami elementarnemu To też uczucie budzi w pierwszej
chwili wstręt do przestępstw naruszenia cudzego mienia, oszustw
i różnych wyzyskiwań, lecz skoro pierwsze wrażenie przeminie,
Nadrabianin zaraz daje folgę swym pojęciom religijnym w skargach,
żalach i wyrzekaniach na złych i bezbożnych ludzi, a dopiero osta­
tecznie współczuciu dla pokrzywdzonego. U wielu włościan krzy­
żują się wszystkie te trzy uczucia równocześnie i wszystkie są
przyczynami wstrętu do przestępstwa. Dlatego to w pogoni za
przestępcami biorą udział nie tylko krewni i „dobrzy sąsiedzi“
pokrzywdzonego, ale często także tacy ludzie, co na niezbyt przy­
jaznej stopie względem niego pozostają. Współczucie dla pokrzyw­
dzonego zaznacza się wyraźniej tylko między krew nym i, powino­
watymi i bliższymi przyjaciółmi.
Szczególniej na współczucie obcych ludzi bardzo rzadko li­
czą pokrzywdzę ui na czci i sławie, pobici wśród bójki, shańbiona
lub uwiedziona dziewczyna. W stręt do przestępstw tego rodzaju

31.8

J. ŚWIETKK.

[339]

tkwi tylko w pobudkach religijnych, a przychylne komentarze dla
pokrzywdzonego zależą od jego charakteru, usposobienia i zacho­
wania się. Skoro zelżony, pobity, a nawet zabity jest „złym cło—
wiekiem“, lud go wcale nie żałuje, a o dziewce, która jest znana
z . niemoralnego prowadzenia się, wyrażaj a się: „dobrze ji ta k ! ...“
skoro upadnie lub ją kochanek porzuci. Do przestępstw, popeł­
nionych według przekonania ogółu w imię powszechnego dobra,
lud nie ma bynajmniej wstrętu, owszem uważa je za czyny dobre
i usprawiedliwia je zupełnie także z pobudek religijnych.
Na ocenę przestępstw tego rodzaju wpływa głównie uczucie
wdzięczności lub uznania dla przestępcy, który sam naraża się na
odpowiedzialność, aby dobro ogólne uchronić lub wystąpić w obro­
nie usiłowań, pojęć, zapatrywań i dążeń społeczeństwa.
Skoro ofiarą przestępstwa; popełnionego rzekomo w imię ogól­
nego dobra, pada zły człowiek, przedstawiciel władzy, stróż majątku
państwowego lub wreszcie dzierżawca myta, to naturalnie przeciw
niemu zwraca się ostrze opinii publicznej. Jego czyny i zacho­
wanie piętnują i to ze stanowiska pobudek religijnych, strat eko­
nomicznych, a poniekąd także współczucia dla krzywdzonych.
Na ocenę przestępstw przeciwko religii, opilstwa, samobój­
stwa, dzieciobójstwa, spędzania płodu, zabójstw ludzi nieznanych
i obojętnych, dalej przestępstw przeciwko czystości obyczajów
wpływają prawie wyłącznie pobudki religijne. Wielkość grzechu,
za przestępstwa mierzy się bądź klęskami elementarnemi, jakie
Pan Bóg zsyła za nie na rodzaj ludzki, bądź też karami, jakie
Wszechmocny człowiekowi wymierza po śmierci. Należy zaś za­
uważyć, że Nadrabianie wiele czynów uważają za karygodne prze­
stępstwa, które według obowiązujących ustaw karnych nie podle­
gają karze. Do takich czynów należy: bezbożność, lekceważenie
i zaniedbywanie przepisów religijnych, naruszanie postów, prace
w dnie świąteczne, niemoralne prowadzenie s ię , klątwy („klęcia“),
nieszanowanie starszych i t. p. Są to grzechy, które jednak prawo
karać powinno według pojęć ludowych, aby się „złe“ nie szerzyło.
W wyobrażeniach ludu o karach Boskich pośmiertnych i „docesnych'* przebija się wyraźnie ocena różnych przestępstw. Zdaje
się także, że na podstawie tych wyobrażeń wymierzał lud w da­
wnych czasach kary za przestępstwa i grzechy. Przynajmniej
wskazują na to stare podania i wspomnienia, a poniekąd też pra­
gnienia niektórych starszych włościan dzisiejszych, aby wznowiono
kary dawne za te przekroczenia, których obecne prawo nie karze.
Przytoczymy tu te wyobrażenia ludu o karach boskich po­
śmiertnych i doczesnych za różne grzechy: I tak „bluźniercom
i bezbożnikom Pan Bóg długo nie ściórpi, bo abo zginą nagle
marnie abo tyz będą bardzo ciężko chorowali, ciało ich abo ka­
wałkami od kości odlatować bedzie abo ich jesce przed śmiercią

[340]

ZW YCZAJE

I PO JĘCIA

PR A W N E .

319

chrobaki tocyć beda, a wrzody śmierdzące ich obsiedą. Janioł Stróż
ich opuści, a Pan Bóg ich do chwały Swoji nie przyjmie i odda
dyabłom do piekła. Jak żyli, tak i umrą, nieprzymićrzając jak
pies: przez spowiedzi i przez księdza, bo chociaż ksiądz do nich
p rz y je d ź , to sie s nim nie zgadają, bo nie będą mogli juz mó­
wić. Jak um rą, to dyabły po ich duse sie ślecą i gwałtem ją
wyrwią z garła i do piekła zabiera“. Podobny koniec czeka także
tych, co przysłuchują się bluźnierstwu i przytakują bluźniercy,
„a jak sie im Pan Bóg pozwoli upamietać“, to skarżę ich ciężkiemi klęskami elementarnemu
W piekle palą się bluźniercy, bezbożni i „przekletnicy“ w siar­
czystym ogniu, a dyabli naciągają im widłami języki i dziurawią.
Nie mniejszym grzechem śmiertelnym jest krzywoprzysięztwo.
Na świecie uchodzi ono za najcięższą zbrodnię. Pan Bóg zaraz
opuszcza człowieka po złożeniu fałszywej przysięgi, Anioł Stróż
już się nim nie opiekuje. Krzywoprzysięzca, jeżeli nie poniesie
wkrótce na tym świecie zasłużonej kary i nie oczyści się z niej
przez skruchę i spowiedź, nie zmaźe już swego grzechu w chwili
śmierci nawet przez największy żal, chociażby zresztą całe jego
życie było zupełnie uczciwe.
W rok i sześć niedziel po krzywoprzysięztwie umrze z pe­
wnością, a umrze bez spowiedzi, bo z księdzem nie będzie się. mógł
„zmówić“, toczony przez „obrzydłe robactwo“ lub obsypany Smro­
dliwymi wrzodami na ciele, albo też śmiercią nagłą i niespo­
dziewaną.
Zgon krzywo przy sięzcó w w ogóle straszny i ciężki. Wiją
się w okropnych boleściach i przed zamknięciem powiek widzą
i czują, jak „źli ślatują się“ po ich dusze i wydzierają ją pazu­
rami przez gardło wśród przeraźliwego krakania kruków na poblizkich drzewach. Dyabli, uniósłszy duszę krzywoprzysięzcy do pie­
kła, palą ją w siarczystym ogniu, często dają na Madejowe łoże,
a do ust leją jej ustawicznie palącą się siarkę i smołę.
Krzywoprzysięzca, powołując się wśród przysięgi na Boga
dla poparcia niesprawiedliwości, odpycha tern samem Pana Boga
od siebie, wyrzeka się Go dobrowolnie i nie chce Go znać, odda­
jąc się natomiast pod opiekę dyabła. Dlatego też lud nie ma dla
krzywoprzysięztwa żadnej wyrozumiałości i nie uznaje żadnych
okoliczności łagodzących. Wielkości zbrodni krzywoprzysięztwa
nie osłabia nawet powszechne przekonanie, że popełniono ją pod
przymusem lub w imię ogólnego dobra albo też dla zakrycia ta­
kich przestępstw, które, karane na mocy prawa, uważane są przez
lud za czyny niewinne. W edług pojęć Nadrabian należy raczej
ponieść śmierć, niż dla ratowania siebie lub kogo złożyć fałszywą
przysięgę.

320

J. SWIĘTEK.

[341]

Krzywoprzysięztwo jest więc straszną zniewagą Imienia Bo­
skiego; to też nad nie niema większej zbrodni i cięższego grzechu.
Także zwykła formuła przysięgi, złożonej prywatnie dla po­
krycia fałszu i kłamstwa uchodzi za grzech śmiertelny i grzech
wielki. Człowiek, który w niesłusznej sprawie uderza się w piersi,
mówiąc: „Sumiennie!“ lub „Jak Boga kocham!“, albo też sam
siebie lub drugich przeklina, zabija swoje sumienie i oddaje się
dobrowolnie w opiekę dyabelską.
Jakie to są przekleństwa i jakie bywają ich skutki, jest
o tern mowa w „Ludzie Nadrabskim“ str. 549, tudzież powyżej
w rozdziale III.
Wszystkie fałszywe przysięgi, klątwy i przekleństwa zapi­
suje „zły“ w swojej księdze z wołowej skóry i na podstawie tych
zapisków rości sobie prawo i moc do grzesznika.
Niemal na równi z krzywoprzysięztwem stawiają Nadrabianie
świętokradztwo. Świętokradzcy nie umierają śmiercią naturalną,
a jeżeli umierają, to taką samą, jak bluźniercy lub krzywoprzysięzcy. Przeważnie giną oni pożarci lub rozszarpani przez dzikie
zwierzęta, jak dzikie świnie w lesie lub w polu, albo też dosięga
ich Ręka Boska wśród świętokradztwa, „jak im dłuży Pan Bóg
ściórpiec ni może“. Według tutejszych legend i podań jeden ze
świętokradzców, zakradłszy się do kościoła w nocy, nie mógł ręki
wydostać z ćyboryum, sięgając nią po kielich. Tak go też rano
przychwycono, a po odcięciu ręki spalono żywcem. Drugi świętokradzca, zakradając się w nocy do kościoła oknem, spadł na po­
sadzkę kościelną i zabił się na miejscu. Inny znowu, w chwili,
kiedy zamierzał rozbić skradzioną skarbonkę z kościoła, aby za­
brać z niej pieniądze, skamieniał na drodze. (Gdzie zaszedł ten
wypadek, milczy podanie ludowe).
Po śmierci palą się świętokradzcy w siarczystym ogniu w pie­
kle, często wyciągają ich dyabli na Madejowem łożu, a ręce kłują
im ustawicznie widłami.
Ludzie, którzy do spowiedzi nie chodzą („Lud Nadrabski“
str. 546) i umierają bez Świętych Sakramentów, smażą się w piekle
w smole w kotłach wielkich, a różne plugawe piekielne gady (sym­
bole grzechów) kąsają ich bez ustanku.
Za prace w dni niedzielne lub świąteczne są też osobne kary
piekielne lub czyścowe.
Kto zbiera trawę podczas świąt i niedziel po zbożach, siecze
(„usieka“) siano lub koniczynę dla bydła, a robi to tylko czasami,
ten w czyścu ma ręce okryte „brzyćkimi, palącymi“ wrzodami
kto robi to stale, ten idzie do piekła, palić się w smole. Kto bieli
izbę lub całą chałupę w Wielki Piątek, zalepia rany Chrystusa
Pana. Za ten grzech pali się w czyścu w wapnie i ma otwarte
rany na ciele. Kto zamiata izbę w Święto Bożego Narodzenia,

[342]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

321

przebywa w czyśccu wśród rozżarzonych żelaznych mioteł. Kto
szyje w niedziele lub w dni świąteczne, musi ten grzech odpoku­
tować w czyśccu na igłach. Szyjąc bowiem w te dni, „przekłuwa“
rany Pana Jezusa.
Wogóle każda praca w dni niedzielne lub świąteczne nie
uchodzi bezkarnie wobec praw Boskich czy to po śmierci czło­
wieka, czy też za jego życia. „Pan Bóg pracował sześ dni, a sió­
dmy odpocywał, to i ludzie tak powinni robić“.
Kary Boskie na tym świecie, tak zwane „docesne“, za prace
w dni niedzielne lub świąteczne polegają głównie na stratach ma*
teryalnych.
Kto pracuje w polu w dni niedzielne lub świąteczne, prze­
powiadają mu, „ze mu ta robota wyjdzie na marne“. Zboże, siane
w niedzielę lub święto, „nie urodzi sie“, wypali je słońce; ziem­
niaki, sadzone w te dni, „zjedzą niedźwiadki (podgryzą turkucie).
Ktoby się zaś poważył składać w kopki siano w dzień św. Piotra
w okowach, spali mu je piorun, spuszczony z nieba. — Jednemu
dziedzicowi znowu, który swym ludziom polecił zeźąć rzepak
w święto św. Piotra, „przybiuł grad ten rzepak do ziemi, chrobaki go przysiadły i ni możno go było zebrać i zgniuł na polu“.
Zgon oszczerców i potwarców ciężki i długi. W piekle smażą
się w smole, a dyabli naciągają im rozpalonymi kleszczami języki
i dziurawią szpilkami.
Nałogowym pijakom, palącym się w piekle w otwartym
ogniu, leją czarci do ust gorący dziegieć lub gorącą smołę.
Zbóje, mordercy, zabójcy i dzieciobójczynie palą się w piekle
w siarczystym ogniu; dostają się też w miarę popełnionych zbrodni
za życia częściej lub rzadziej na „Madejowe łozę“, wysłane rozźarzonemi ostremi brzytwami, nożami i szpilkami. Nadto od czasu
do czasu rozpruwają im dyabli wnętrzności. Ojcobójcy i matkobójcy ponoszą kary piekielne tylko na Madejowem łożu, a wnętrz­
ności ich, ustawicznie przez dyabłów „plugactwem piekielnym“ napychane, wydają smród zgniły.
Zabójcy, rozbójnicy i mordercy, jeżeli nie spotka ich na
świecie zasłużona kara, mają wogóle zgon ciężki: czepiają się ich
różne wrzody lub przez parę dni nie mogą skonać. O dzieciach,
które rodziców nie szanują i kłócą się z nimi, mówią, że nigdy
„jasności Boży oglądać nie będą".
Dusze rozpustników i cudzołożników szarpią dyabli widłami
i wyprawiają z niemi obrzydliwe orgie, uganiając się za niemi po
piekle. Ci rozpustnicy też, którzy za grzechy nieczystości dostają
się do piekła, umierają wskutek śmierdzących wrzodów, toczących
ich „wnątrze“.
Złodzieje i rabusie, których wogóle zgon ciężki i długi,
smażą się po śmierci w wielkich kotłach piekielnych, wypełnio­

322

J.

Ś W IĘ T E K .

[348]

nych wrząca smołą, a dyabli napychają ich gęby zapomocą roz­
palonych wideł rzeczami, kradzionemi za życia.
Wisielcy wiszą na hakach w piekle pod siarczystym ogniem,
a dyabli „źgają“ ich bez przestanku widłami. Samobójcy przez
utopienie pływają po stawie piekielnym we wrzącej smole, przez
otrucie — w siarce.
Krzywdzicielom biednych, wyzyskiwaczom i oszustom leją
czarci do ust palącą się siarkę bez ustanku, a urzędnicy i sędzio­
wie sprzedajni, niesprawiedliwi i nadużywający władzy, jak nie­
mniej źli księża i panowie, którzy gnębią lud, tworzą w piekle
podłogę. — Oszustów', wyzyskiwaczy, złych urzędników, sędziów
i księży zgon ciężki •, krzywda ludzka nie pozwala im umrzeć
lekko.
Podpalacze palą się w siarce, a nadto leją im dyabli gorący
olej do rozprutych wnętrzności. Za jak straszny grzech uważa lud •
podpalenie, dowód w tem, że według pojęć Nadrabian głowa pod­
palacza jeszcze za jego życia „goró“ w piekle. Dlatego też każdy
podpalacz nie ma za życia „cienia od głowy“.
Czarownica pali się po śmierci w piekle w siarczystym ogniu,
a prócz tego robi bezustannie masło „jaz do dnia sądnego“. Cza­
rownica według ludu nie zasługuje na pogrzeb chrześcijański.
Skoro bluźnierstwa szerzą się bezkarnie, grzechy nieczystości
zanadto się zakorzenią, podejrzeń o kazirodcze stosunki, cudzołoztwo, sodomię i wszeteczeństwo się nie dochodzi i nie karze,
skoro dzieciobójstw' nie wyśledziono i nie pociągnięto do odpowie­
dzialności sądowej, Pan Bóg nawiedza wsi i nawet całe okolice
ciężkiemi klęskami elementarnemi, jak gradami, powodzią, pioru­
nami, pożarami, wojnami, tudzież chorobami epidemicznemi. —
Podczas każdej burzy pioruny uganiają się za „latawcami“, t. j.
duszami nieprawych dzieci, które nieochrzczone wyrodne matki za­
mordowały i pochowały w „niepoświącany ziemi“. Latawce nigdzie
nie mają spokoju, tułają się ciągle po święcie, kryjąc się, gdzrie
mogą, przed pociskami piorunów. („Lud Nadrabski“ str. 512). —
Dlatego to lud jest zwykle dla dzieciobójczyń nieubłagany.
Powyższe kary Boskie pośmiertne odnoszą się do tych grze­
szników, którzy za życia nie odebrali zasłużonej kary, a ukarani
nie oczyścili się przez spowiedź, skruchę i nie poprawili się przed
śmiercią.
Kary na tamtym świecie są więc poniekąd odbiciem kar
ziemskich. Lecz kary ziemskie mają być zastosowane do wielkości
winy, jeżeli przestępcy mają być wolni od kary Bożej po śmierci.
Gdy czyny grzeszne nie są karane na mocy prawa, grzesznik
oczyszcza się z nich za życia przez skruchę, spowiedź i pokutę.
Dzisiejsze środki karne za niektóre z przestępstw uchodzą
w oczach ludu za łagodne i dlatego Pan Bóg dla uzupełnienia

[344]

ZWYCZAJE 1 POJĘCIA PRAWNE.

323

tych kar naznacza grzesznikowi większe lub mniejsze kary w czyścu w miarę tego, jak grzesznik przyjmuje kary świeckie. Kary
świeckie bowiem, znoszone cierpliwie, z zupełnem poddaniem się,
głównie zaś z uznaniem ich słuszności, mażą grzechy, zwłaszcza,
skoro im towarzyszy szczery żal i spowiedź.
Ale także pokuta równoważy kary świeckie, skoro łączy się
ze szczerą skruchą. Bez skruchy nie ma nawet najostrzejsza do­
browolna pokuta znaczenia oczyszczającego, jak nie mają go naj­
cięższe kary świeckie, nieuznane przez winowajcę, jako dopust
Boży za grzechy i przestępstwa. Takiej pokuty nie uważa się bo­
wiem za szczerą i prawdziwą. Lecz tak dobrowolna pokuta, po­
łączona ze skruchą, ja k kary świeckie, znoszone z rezygnacyą
i z uznaniem, nie mażą winy, skoro nie opierają się na spowiedzi.
Oparte na spowiedzi nie mają wreszcie znaczenia oczyszczającego
wobec przyszłej niepoprawności przestępcy. Sama skrucha w połą­
czeniu z dobrowolną pokutą lub karą świecką, przyjętą z uzna­
niem, ma tylko wtedy moc oczyszczającą, skoro człowiek nie ma
możności odprawienia spowiedzi, a rzeczywiście jej pragnie szcze­
rze i poprawia się w przyszłości.
Podług wyobrażeń ludu należałoby za niektóre występki
i zbrodnie karać o wiele surowiej; wt tych karach znać często
chęć wznowienia dawnych sposobów karania lub wprowadzenia
kar nowych.
I tak n. p. bluźniercy powinni być karani śmiercią przez
ukamienowanie, według niektórych przez spalenie, a przedtem na­
leżałoby im wyciąć język. Na świętokradzców i krzywoprzysięźców
naznaczyłby lud karę śmierci przez palenie ich żywcem, oblanych
smołą, a przed śmiercią trzymałby tych zbrodniarzy w ciemnej
„dziurze“, zakutych w ciężkie kajdauy lub dyby. Oszczercom
i potwarcom wycinaliby języki; ojcobójców i matkobójców ska­
zywaliby na śmierć przez darcie z nich ciała obcęgami, a morder­
ców, trucicieli i rozbójników przez rozszarpanie końmi, i t. p.
W pojęciach Nadrabian starszej generacyi utrzymała się też
poniekąd pierwotna zasada karania za nabawienie kogo kalectwa:
„oko za oko, ząb za ząb“. Według nich ten, kto przyprawił kogo
rozmyślnie o kalectwo, powinien odpokutować to przestępstwo karą
tego samego kalectwa. Skoro wśród bójki lub napaści uderza prze­
ciwnika rozmyślnie w oko i „wybija“ mu je, ma być skazany na
utratę oka; skoro przeciwnika „okulawia“, sam także powinien
być przyprawiony o okulawienie; skoro komu „wyrwał“ rękę
i jemu samemu należy ją „wyrwać“ ; skoro „złamał“ komu żebro,
należy także jemu „ziobro złamać“. — W tych środkach karania
przebija się współczucie ludu dla pokrzywdzonego. Kaleka przez
całe życie jest najnieszczęśliwszy z ludzi: „jes mizernym zebrakem,
a takie życie, a żadne — to jedno i to, samo“.

324

J. ŚWIETEK.

[3*45]

Oceniając przestępstwa lud stośuje względem niektórych różne
okoliczności łagodzące lub obciążające.
Popełnione grzechy i przestępstwa wskutek niedostatku, pod
wpływem szału, uniesienia, wskutek doznanej krzywdy i pod
wpływem złego wychowania, uchodzą tak w obliczu Boga za grze­
chy mniejsze, jak i w pojęciach ludu za lżejsze przestępstwa, niż
popełnione z dojrzałym namysłem, ze złą wolą i zupełnie przy
zdrowych zmysłach, a w pomyślnych materyalnych warunkach.
Za okoliczności łagodzące przyjmuje się w stosunku do ma­
łoletnich : złe wychowanie, zły przykład, niedoświadczenie, brak
wyrobionego poglądu na to, co wolno, a co niewolno; — w sto­
sunku do starszych wiekiem: niedołęstwo lub upośledzenie umy­
słowe, nizki poziom umysłowy (nieoświecenie), a stąd brak jasnego
poglądu na czyny dozwolone, a niedozwolone, poczucie doznanej
krzywdy i nienaganną przeszłość.
W szczególności wobec przestępstwa czasowego niezachowa­
nia dni świątecznych dla robót w polu uważają Nadrabianie za
okoliczności łagodzące: niebezpieczeństwo strat materyalnych; wo­
bec przestępstwa potwarzy i oszczerstwa, zakłócenia spokoju pu­
blicznego, przyprawienia kogo o kalectwo, tudzież naruszenia czy­
stości obyczajów— stan nietrzeźwy; wobec przestępstwa kradzieży
i oszukanstwa: ubóstwo, nizkie wynagrodzenie za pracę i wresz­
cie sposobność.
Poniekąd także zły charakter pokrzywdzonego przyczynia się
bądź do częściowego, bądź zupełnego usprawiedliwienia przestępcy.
Przestępca prawie zawsze znajduje obronę w społeczeństwie
wiejskiem, skoro przed spełnieniem przestępstwa uchodzi za uczci­
wego, porządnego i spokojnego człowieka, a karygodnego czynu
dopuści się wobec osoby, znanej ze złego charakteru dla pomszcze­
nia własnej krzywdy lub w imię ogólnego dobra.
Kiedy n. p. przed dwudziestu laty sprawa zabójstwa Lajbusia z Targowiska była przedmiotem sądowego procesu karnego,
około 30 gmin okolicznych wysłało podania do Sądu krajowego
w Krakowie w obronie zabójców, a przeciw Lajbusiowi. W tych
podaniach, stwierdzonych przez urzędy parafialne, przedstawiały
zwierzchności gminne zabójców, jako ludzi spokojnych i ze wszech
miar uczciwych, którzy zbrodni dopuścili się jedynie pod wpływem
rozbudzonego powszechnie oburzenia przeciw zabitemu wskutek
popłochu, jaki szerzył w okolicy przez kradzieże, rabunki i trucie
bydła.
Mimo, iż lud usprawiedliwia zemstę i popuszcza dość często
wodze swej mściwości, to jednak zakreśla zemście pewne granice
i nie uznaje obowiązku pomsty rodowej lub rodzinnej. Większa
zbrodnia, jak zabójstwo lub podpalenie dla osobistej zemsty spo­

[346]

ZWYCZAjK I POJĘCIA PRAWŃIŚ.

325

tyka się z powszechnem potępieniem i nie da się usprawiedliwić
pobudkami, jakie ożywiały jej sprawców, zwłaszcza, skoro ofiara
zbrodni nie zalicza się do rzędu znienawidzonych ludzi.
„Pobić swojego krzywdziciela, chociażby sie ta trocha i przeezał na to, zrobić mu co na złoś, zęby to popamiętał — to możno
, casem jes potrzebne, ale zęby mu całkem odebrać zdrowie abo
i zabić abo tyz zmamić go na majątku, izeby i co do gęby wło­
żyć ni miał — to grzóch ciężki i Pan Bóg za to kńrze“.
Ojciec rodziny nie tylko przebacza na śmiertelnej pościeli
swym przeciwnikom krzywdy i urazy, ale także zaleca swym dzie­
ciom, aby „poniechały“ (zaniechały) zemsty, chociażby nawet przez
długi czas odgrażał „pomścić sie kiedy“. Dlatego to nad Raba
nie wiele znajdzie się przykładów pomsty rodzinnej, przekazanej
synowi przez ojca.
Rozkaz lub namowa do popełnienia przestępstwa znacznie
osłabia winę przestępcy. Ale ta okoliczność łagodząca ma tylko
znaczenie względem mniejszego przestępstwa, a przestępca jest
w stosunku zależności od rozkazującego lub namawiającego, od­
mowa zaś mogłaby go narazić na utratę środków do życia. Nie­
zależni ludzie, którzy dadzą się namówić do przestępstwa, zasłu­
gują w oczach społeczeństwa wiejskiego na taką samą karę, ja k ­
by się dopuścili przestępstwa z dojrzałym namysłem lub ze złą
wolą. Ludzie, którzy do przestępstwa namawiają, nakłaniają, za­
chęcają, podżegają, a zwłaszcza zmuszają i dostarczają narzędzi,
potrzebnych do jego spełnienia, są większymi winowajcami, niż
osobniki, których użyli za narzędzie. Na cięższą też od nich za­
sługują karę.
Ukrywanie przestępstwa, tudzież popieranie przestępców bądź
radą, bądź czynną pomocą, stawiają Nadrabianie na równi z po­
pełnieniem przestępstwa. Ukrywającego lub popierającego przestęp­
stwo nazywają spólnikiem przestępcy. Okoliczność łagodząca wzglę­
dem niego stosuje się tylko wobec uzasadnionego powodu obawy
przed przestępcą.
Kto jednak osłania lub ukrywa przestępcę, którego kary­
godny czyn uważa lud za czyn niewinny lub dobry, ten pozyskuje
uznanie włościan. I tak Nadrabianie nie potępiliby człowieka, któ­
ryby ukrywał lub ochraniał zabójcę znanego złoczyńcy, któryby
dopomagał przestępcy w przechowaniu skradzionego drzewa z lasu
rządowego lub któryby podczas dochodzenia nie „wydał“ sprawcy
tajemnego zamachu na znienawidzonego przedstawiciela władzy.
Owszem, kto zdradzi podobnego przestępcę, wywołuje ku sobie
wielkie oburzenie wśród włościan i może być przygotowany na
zemstę. Wszyscy okazują mu swą pogardę, mijają go bez pozdro­
wienia, a piętnują nazwą: „Judasa, z(d)rajcy, lizidupy“. Przy spo­

Ś26

i.

ŚWIĘtETt.

[347]

sobności wyrzucają mu, że „posed panom maśnicke wylizać, Pana
Boga sprzedałby za grajcar“ i t. p.
Wogóle każdy skryty donosiciel, który dla zaskarbienia sobie
czyich względów zdradza drobne przestępstwa chłopów, spotyka
się z podobnym wstrętem i „przymówkami“.
W pewnych warunkach i okolicznościach uważają także usi­
łowanie popełnienia przestępstwa za równe z jego wykonaniem
i pociągaliby niedoszłych przestępców do takiej odpowiedzialności,
jaka ciąży na istocie czynu, a to dlatego, „zęby sie i dziesiąty
karał“. Z tego powodu także nie puszczaliby płazem groźby po­
pełnienia przestępstwa, chociaż w pojęciu ludowem groźba nie jest
jeszcze dowodem, że za nią nastąpi zły czyn.
Ale człowiek nie popełnia przestępstwa i nie zasługuje na
karę, skoro zabije napastnika w obronie własnego życia. Ponieważ
atoli „samemu se robić sprawiedliwości nie wolno“, przeto każdy,
kto ubezwładni napastnika, powinien już poprzestać tern, a ubezwładnionego oddać w ręce sprawiedliwości. Kto ubezwładniwszy
napastnika lub złoczyńcę zabija go lub przyprawia o śmiertelne
obrażenia cielesne, ten popełnia karygodne przestępstwo. Przestęp­
stwo to jest tern cięższe, im mniej groźny jest napastnik i im
lepszy jest jego charakter; tern zaś mniejsze, im wobec niego jest
trudniej utrzymać się w granicach umiarkowania i im więcej są
uzasadnione pozory, że napastnik w razie fizycznej przewagi tar­
gnąłby się na życie przeciwnika.
Za okoliczności obciążające uważają Nadrabianie popełnienie
przestępstwa „w biały dzień", w trzeźwym stanie, z zupełną świa­
domością czynu, podług planu, naprzód obmyślanego, w wyrafi­
nowany sposób, względem ubogich i osób, cieszących się powszech­
nym szacunkiem, w obcej miejscowości, wobec dzieci i wreszcie
bez powodu lub ważniejszych pobudek.
Wskutek przestępstw różnego rodzaju, popełnianych nawet
przez jednostki w obcych miejscowościach, czuje się cała wieś
dotknięta, bo spada na nią zarzut, „ze w cały ty wsi wszyscy są
tacy“. Dlatego to n. p. kradzież, popełniona we wsi obcej, uchodzi
za cięższe przestępstwo, niż podobna kradzież we wsi rodzinnej.
Kto zresztą puszcza się na kradzieże do obcych miejscowości, uwa­
żany bywa za skończonego złodzieja.
W stosunku do osób pobicie, przyprawienie o kalectwo,
zbezczeszczenia, obraza czci i sławy, oszczerstwa, potwarze, popeł­
niane względem duchownych, starszych, krewnych (starszych) i ludzi,
cieszących się powszechnym szacunkiem lub zajmujących pewne
stanowisko w gminie, uważa się za cięższe przestępstwo, niż po­
pełnione względem rówieśników, jednostek obojętnych/ a zwłaszcza
znienawidzonych.

[348]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PilAW NE.

327

Przestępstwo przeciw czystości obyczajów poczytuje się za
cięższe, popełnione z osobami niewinnemi, małoletniemi, krewnemi,
powinowatemi i pupilkami, tudzież z ubogiemi dziewczętami, niż
popełnione z dziewkami i kobietami obcemi, które zwłaszcza dają
do tego powód. Więcej karygodne jest naruszanie czystości oby­
czajów przez ludzi starych, zajmujących pewne stanowisko w spo­
łeczeństwie, kapłanów, nauczycieli, niż przez ludzi młodych i nie­
doświadczonych. Większe przestępstwo popełniają ci, którzy utrzy­
mują stosunki płciowe z osobami innej wiary, n. p. mojźeszowej,
niż z osobami tego samego wyznania i mniej więcej równego
wieku.
Uwiedzionej do nierządu osobie, która nie skończyła jeszcze
przynajmniej piętnastego roku życia, odbiera się niewinność, wpro­
wadza się ją na drogę moralnego zepsucia, a nadto pozbawia się
zdrowia fizycznie nierozwiniętą i naraża się ją na rychłą śmierć.
Zgwałcenie osoby niewinnej uważają Nadrabianie wprost za rozbój,
dokonany na niewinności. Przez kazirodcze stosunki znowu popeł­
nia się ciężką zbrodnię przeciw naturze, gdyż przez nie „kazi sie“
krew; owoc tych stosunków zaś przychodzi na świat niezdrowy
i przez całe życie nieszczęśliwy. Opiekun, który uwiedzie pupilkę
do nierządu, zasługuje prawie na takie potępienie, jakby własną
córkę popchnął na drogę rozpusty. Podobnie smaga opinia publi­
czna ludzi starszych, duchownych, wójtów i radnych, którzy do­
puszczają się naruszenia czystości obyczajów. Ci ludzie bowiem
mają obowiązek szerzenia moralności wśród podwładnych sobie
włościan w pierwszej linii. Więcej wszakże potępienia godni są
cudzołożący małżonkowie, którzy mają własne potomstwo. Cudzo­
łóstwo rodziców bowiem rzadko się ukryje wobec dzieci, które,
mając zły przykład z domu i nie wychowane w dobrych obycza­
jach, już zawczasu się psują, łatwo ulegają pokusie i „puscają sie
na złe rzecy“. Lud, uniewinniając poniekąd niemoralne prowadze­
nie się tak wychowanych dzieci, obciąża natomiast bezwzględnie
charakter ich rodziców.
Najwięcej wzburzona jest opinia publiczna pod wrażeniem
faktu obcowania cielesnego (zwanego w tym wypadku: „parchaniem sie“) katolika lub katoliczki z osobami religii mojźeszowej;
lud nie uwzględnia w tym wypadku żadnych łagodzących okolicz­
ności, choćby nawet do tych stosunków przyszło po pijanemu.
Surowiej także ocenia lud obcowanie cielesne wiejskich dzie­
wek z mężczyznami z innych sfer społecznych, niż z parobkami
z tej samej wsi. Kiedy dziewka upadnie wskutek stosunku z miesz­
czaninem, szlachcicem lub z kimś z inteligencyi, dokuczają jej
więcej, niż w innych razach. Szydząc z niej wołają: „Oho! pani.,,
co za pana iś kciała, wysoko patrzała, ale nisko usiadła“.

328

i,

ŚWIĘTEK.

[349]

Jak dalece robi lud różnicę, kto był współ winowajcą upadku
przeskoczki, dowód w tern, że jest ona na większe szyderstwa na­
rażoną, skoro jej uwodzicielem jest parobek „z ogranicy“, a na
mniejsze, gdy nim jest nieżonaty mężczyzna „wsiowy".
Największą zbrodnię przeciw czystości obyczajów, t. j. sodomstwo, obciąża w oczach społeczeństwa wiejskiego głównie ta
okoliczność obok pojęcia brzydoty samego czynu, że płodem ta­
kiego stosunku jest „jakisik dziwoląg — ni to cłek ni zwierze“.
Pijacy, którzy mają dzieci, a trwonią zupełnie majątek w kar­
czmie, nie mogą liczyć na względy społeczeństwa, zwłaszcza, skoro
wydają ostatni grosz ną wódkę. Społeczeństwo zarzuca im, że nie
tylko nie pamiętają o przyszłości dzieci, „co o nie sie postarali“,
ale pozbawiają je także dobrego imienia, uczą niegospodarności
i „złych postępków“, dając im zły przykład i zgorszenie ze siebie.
Pijaństwo ojca rodziny spotyka się z tern silniejszem potępieniem
ogółu, skoro jego łupem pada zarobiony grosz dzieci.
Za jedno z największych przestępstw kradzieży i za grzech
o pomstę do nieba wołający uważają Nadrabianie naruszenie mie­
nia ubogiego komornika.
Ubóstwo pokrzywdzonego więc bardzo obciąża przestępstwo
kradzieży, jak na odwrót znowu kradzież, popełniona przez ubogą
osobę na mieniu zamożnej, ma za sobą okoliczność łagodzącą. —
Wielka część gospodarzy nadrabskich atoli, wychodząc z zapatry­
wania, że „chłop nigdy ni ma za wióla i nigdy nie zbedzie mu
la złodzieja“, co do włościan wogóle mierzy kradzież zazwyczaj
równą miarką. Z tego punktu widzenia oceniają także kradzieże
gminnego dobra, bo choć takie kradzieże nie dotykają bezpośre­
dnio wieśniaków, odbijają się one przecież na nich w różnych ich
daninach na cele gminne, któreby znalazły zupełne lub częściowe
pokrycie w ubytku, o jaki złodziej przyprawił gminę.
Wogóle we wszystkich tych okolicznościach patrzą z mniej­
szą wyrozumiałością na przestępstwo kradzieży, w których wcho­
dzą w grę ich własne materyalne straty. Dlatego to okradzenie
kmiecia choćby zamożnego spotyka się ze silniejszem potępieniem,
niż okradzenie dworu, dlatego uważają okradzenie publicznych
kas miejskich za mniejsze przestępstwo, niż okradzenie kasy gmin­
nej. W każdym poszczególnym wypadku robią wszakże różnicę
co do stopnia kradzieży. Większem tedy przestępstwem jest kra­
dzież względem ubogiego dworu, niż bogatego, większem narusze­
nie własności mniej zasobnych instytucyj publicznych, niż boga­
tych. Większe oburzenie wywołuje przeciw zbrodniarzowi kradzież
całego mienia choćby zamożniejszego człowieka i zamożnych in­
stytucyj, niż częściowa kradzież uboższego włościanina i uboższych
publicznych zakładów. W owych zapatrywaniach na przestępstwo

[3 5 0 ]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNIŚ.

329

kradzieży kierują się Nadrabianie tymi motywami, że łatwiej jest
podźwignąć się po nieszczęściu ubogiemu, który tylko część mienia
stracił, niż bogatemu, którego cały majątek padł łupem złodziei.
Prócz tego uważają Nadrabianie kradzież za przestępstwo cięższe,
skoro ona dotyka człowieka porządnego i uczciwego; za mniejsze,
skoro jej ofiarą pada marnotrawca, człowiek chytry, podstępny,
skąpiec lub wyzyskiwacz.
Drobne kradzieże „z pajskiego“ wogóle uchodzą za małe
grzechy i przestępstwa. Lecz jedna i ta sama kradzież spotyka
się z różną oceną. Na tę ocenę wpływa zazwyczaj wzgląd na
osoby, które kradzież popełniają „na pajskim“. — Jeżeli kradną
„z pajskiego“ lub wypasają dworskie łąki i łany zamożniejsi
chłopi, opinia ludowa przynajmniej w „docinkach“ nie oszczędza
ich wcale (nazywają ich „bardzo paskudnymi i chytrymi chciw­
cami“), jeżeli naruszają mienie dworskie chłopi ubodzy, opinia
ludowa miarkuje ich potrzeby i biedę i oszczędza „porwisiów“ do
pewnych granic.
Nadto człowiek ubogi, który nie ma środków do życia i nie
może dostać zarobku, popełnia w oczach ludu tylko niewinne prze­
stępstwo, gdy dla ratowania się przed śmiercią głodową naruszy
w cząstce własność zamożniejszego gospodarza.
Każdy „porwiś“, schwytany na gorącym uczynku, nie może
się wzbraniać przed oddaniem rzeczy skradzionych; powinien też
z pokorą przyjąć chłostę , gdyby mu ją wymierzył właściciel. —
Skoro ujęty „porwiś“ rzuca się na właściciela, uchodzi za zuchwa­
łego przestępcę i nie zasługuje w oczach ogółu gminnego na ja ­
kiekolwiek względy, choćby nawet był zupełnie ubogi i jego kra­
dzież była nieznaczna. — Podobnie patrzą się Nadrabianie na pa­
sterza, który opiera się gwałtownie zajęciu bydła ze szkody. Wina
pasterza powiększa się, skoro, używszy przemocy, „odbija“ bydło
z zajęcia.
W edług zbliżonej miary do kradzieży oceniają Nadrabianie
oszustwa i różne wyzyski.
Oszustwo uchodzi za cięższe przestępstwo, skoro oszukującymi
i oszukanymi są chłopi, zwłaszcza ubodzy. Oszukanie handlarzy
(„przelewaców") i żydów budzi poniekąd w ludzie podziw dla prze­
stępcy.
Przy oszustwie względem kas zaliczkowych i kas oszczędności
lud podziwia wprawdzie spryt, zdolność i bezczelne zuchwalstwo
oszusta-chłopa, nie szczędzi wszakże dla niego wyrazów oburzenia,
potępienia, a nawet gróźb, zwłaszcza, skoro oszust podszył się pod
cudze nazwisko i naraził niewinnych, a porządnych gospodarzy
na nieprzyjemności, zmartwienia i dotkliwe straty materyalne.
22

330

J. ŚW lETEtf.

[351]

Zajęcie cudzego mienia w sposób oszukańczy, przez złoże­
nie fałszywego świadectwa, sfałszowanie dokumentów, wskutek
niesprawiedliwego procesu lub przemocy tak silnie oddziaływa na
opinię publiczna, że pamięć o podobnych przestępstwach utrwala
jsię na długie czasy i w najdalsze pokolenia. Ocena oszustwa zaeży od okoliczności, czy oszust wskutek przestępstwa zajął całe
mienie lub tylko część jego. Decydują więc tu tak okoliczności
łagodzące, jak i obciążające.
Większe oszustwo, popełnione względem małoletnich, niepo­
radnych, niedoświadczonych na umyśle, wywołuje oburzenie nie
tylko w gronie ich najbliższych osób, ale także w całej wsi. Oszust
traci bezpowrotnie dobre imię wśród sąsiadów, bez względu, czy
odpowiada za oszustwo wobec sądu lub nie. Oszustwo względem
przedsiębiorczego i wytrawnego człowieka spotyka się z potępie­
niem, ale i z podziwem ludu.
Podobnie jak w ocenie oszustwa decydują także te same
okoliczności łagodzące i obciążające w ocenie ździerstwa, grabieży
i lichwy.
Wyzyskiwanie ofiarności społeczeństwa przez żebraków, zdol­
nych do pracy, szczególniej dlatego zasługuje na bezwzględne ka­
ranie, że cierpią na tern prawdziwi nędzarze, niezdolni do zarob­
kowania.
Między przestępstwami, ściganemi i karanemi na mocy prawa,
jest wiele czynów, które Nadrabianie uważają za zupełnie niewinne
i nawet mają dla nich pewną sympatyę. Do takich czynów na­
leżą: kontrabanda, wyrąb w lesie rządowym, niepłacenie myta
w przejeździe przez rogatki, choćby w połączeniu z pobiciem „żyda
ślabanciarza“ (żyda, dzierżawiącego myta), bezpłatne „śwarcowanie
się“ na kolejach, dalej połów ryb w rzekach i cudzych stawach,
polowanie na zwierzynę, zbieranie jagód, grzybów i dzikich owo­
ców w cudzym lesie, tudzież inne naruszenia cudzej własności,
wymienione w rozdziale III pod tytułem : „ p a s k u d z t w a “.
Nadto do czynów niewinnych zalicza się także opór przeciw
władzy w razie jej zarządzeń, nieodpowiadających ludowym po­
glądom, n. p. sanitarnych podczas epidemii, środków ostrożności
podczas wyborów.
Pochwala też lud i podnosi takiego „zucha“, który z kijem
w ręku „porwie sie na sechwestratóra“, zwłaszcza, skoro włościa­
nie nie darzą go swą przychylnością. Taki zuch wyrasta w oczach
ludu niemal na bohatera.
Nawzajem wiele czynów znowu, które same przez się są nie­
winne, poczytują Nadrabianie za grzechy, a poniekąd nawet za
karygodne przestępstwa. Należą tu nadmierne pieszczenie dzieci
i dogadzanie ich zachciankom, wynoszenie się po nad stan, nie­

[352]

Ż^YCŹAjk I POJĘCIA PRAWNE).

331

zwyczajne strojenie się, wyrachowany chód, służenie u żyda, zby­
tnia śmiałość i poufalenie się względem starszych.
Większą liczbę czynów, niewinnych przez się, uważają Nad­
rabianie za grzech przez zabobon, a w pewnych razach za prze­
stępstwo *1234).
Jak z jednej strony lud pragnie, aby kary świeckie były cięż­
sze od dzisiejszych za pewne przestępstwa, tak znowu kary wojs­
kowe w ogóle wydają mu się za zbyt surowe. W oczach ludu subordynacya („supernacya“) jest nieznacznem przestępstwem; mimo
to dowiaduje się przez synów, służących w wojsku, że za nią bar­
dzo ciężka kara spotyka żołnierza. Dlatego lud radby zmienić
dzisiejszą procedurę wojskową na łagodniejszą, uznając wszelako,
że dla utrzymania karności w wojsku wiele czynów musi podlegać
karze, na które w stanie cywilnym nie zwraca się uwagi.
Nadrabianie uważają każdy zły czyn i grzech za sprawę
złego ducha. Dlatego też obwinieni składają zazwyczaj na niego
winę, starając się usprawiedliwić z zarzutów przestępstwa. Nawet
w życiu codziennem „posądzanyu o jaki niewłaściwy lub zaka­
zany czyn, za który spotyka go nagana innych osób, wtrąca w swe
usprawiedliwianie się takie zwroty: „Jakby mie cosik zasapło;
jak zęby mie cosik zaślepiło; jakby sie cosik na mnie uwzieno;
jakby mie ciort zamamiuł; jakby mi cosik reke popchło;, jak b y
mie ciórnoscy gnali w to niescesne miejsce; ze tyz tam dyabli
nadali; ze mnie tyz tam ciórnoscy ponieśli — bo cłek i zgrzćsy —
zem tam posed“ i t. p.
Ale powoływanie się przestępcy na złego ducha nie wpływa
bynajmniej na ocenę przestępstwa, bo choć lud wszystkie złe
sprawy przypisuje jego działaniu, to nie zapomina także, że Anioł

*) Czyny te znajdują się wyłuszczone w „Ludzie Nadrabskim“, a miano­
wicie na stronnicy: 554 (1, 2); 555 (1, 2, 3, 4, 5, 6); dalej na tejże stronicy
w ust. 6 : (3, 4, 5, 6, 7, 8); 556 (9, 10, 11, 12, 14, 16, 17, 18, 19, 20);
557 (21, 22, 24, 25, 27, 29, 30, 31); 558 (32, 33, 34, 35, 37, 38, 39, 40, 41,
42); 559 (43, 44, 45, 46, 47, 49, 51, 52, 53); 56) (55, 57, 59, 61,-62); 561
(68, 69, 70, 71, 74, 75, 76, 77, 80, 81, 82, 83); 562 (84, 86, 88, 89, 92, 93,
94); 563 (103, 104, 108, 109); 564 (111, 112, 113, 115); 565 (11); 566 (11,
13, 14, 15, 16); 567 (23, 30, 31, 33); 568 (3); 585 (1 alin. 3): 586 (7); 589
(16 alin. 4 i 17); 591 (4); 592 (alin. 2); 593 (4 5); 594 (6); 599 (1, 2, 3, 4,
5); 600 (6—17,; 604 (3 -1 7 ); 605 (18, 19, 21—29, 31 32); 606 (3 3 -4 0 ); 607
( 1 - 1 1 ) ; 608 (12); 634 b) 1 alin. 2); 635 (alin. 5); 637 (7 alin. 1); 638 (12);
640 (21); 641 (25). Dodam tu jeszcze kilka szczegółów:
1. Nie wolno gasić wodą pożaru, który wybucha wskutek uderzenia pioruna,
ale pomyjami.
2. Grzechem jest „przełazić okrakem dziecko“, bo roś nie bedzie“.
3. Nie wolno bić miotłą człowieka, „boby usech“.
4. Ciężkim grzechem wreszcie jest moczenie do wody w kąpieli lub z brzegu
yzeki. Za ten grzech czeka rychła śmierć ojca lub matkę.

22*

Ś32

J.

Ś W IĘ T E K .

[353]

Stróż użycza równocześnie człowiekowi poparcia w walce z poku­
sami. Rzeczą człowieka jest oprzeć się namowom dyabła, a iść
za przeciwnym głosem Anioła. Sił mu na to nie zabraknie, byle
tylko miał „dobra wolę“. Potęga dyabelska nigdy nie jest większa
od potęgi anielskiej; lecz o zwycięstwie anioła lub dyabła roztrzyga
sam charakter człowieka. Grdy ma charakter zły, dyabeł zawsze
„bierze górę" nad aniołem, gdy dobry i energiczny, anioł bez
trudu ma u niego bezwzględny posłuch i wszelkie zabiegi dyabła
bywają daremne. Wyrobienie w sobie dobrego charakteru zależy
od woli i rozumu człowieka. Dlategoto złe wychowanie i zły
przykład poty tylko są okolicznościami łagodzącemi względem prze­
stępstwa, „pókil cłek nie przydzie do dobrego rozumu“ ; ten rozum
zaś nabywa człowiek po dojściu do pełnoletności.
Taka zasada kierują się też Nadrabianie w ocenie przestęp­
stwa, którego spełnienie przypisuje winowajca działaniu złego du­
cha, naturalnie winowajca pełnoletni i „zdrowy na umyśle“. Po­
woływanie się na pokusy dyabelskie w tych warunkach poziomu
fizycznego i moralnego pogarsza nawet czasem sprawę. '
Na „p r z e z n a c e n i e“ nie powołują się nigdy winowajcy
po spełnieniu przestępstwa, przekonani o tern z góry, że podobne
usprawiedliwianie nie znalazłoby nawet oddźwięku w pojęciach
społeczeństwa wiejskiego. Przeznaczenie bowiem jest zrządzeniem
Bożem, które lud stosuje jedynie do losu życia człowieka, szczę­
śliwego lub nieszczęśliwego.
Człowiek wszakże w każdem położeniu „ma pełnić przyka­
zania Boże“, a więc tak w dobrem, jak i przykrem. Jeżeli ich
nie pełni, dowód to zwycięskiej emulacyi dyabła nad Aniołem
Stróżem.
Pan Bóg, szląc człowieka na świat, przeznacza mu krótsze
lub dłuższe życie; czy zaś człowiek dojdzie do przeznaczonego mu
przez Opatrzność kresu, to już od niego samego zależy. W yjąt­
kiem są tylko nadzwyczajne wypadki, nie pojmowane jako kara
Boża za grzechy. Wśród takich wypadków, jeżeli człowiek traci
życie, „to juz mu było tak przeznacone“.
b) D o c h o d z e n i e

przestępców.

Kary samowolne i doraźne.
Przysięgę, złożoną przez podejrzanego o winę, uważa się
w ogóle za dowód jego niewinności. Kto atoli „sumituje sie“ albo
przysięga przed obrazami Świętych lub znakiem Krzyża, dla zrzu­
cenia z siebie podejrzenia, albo też się przeklina, a życie jego nie
jest zupełnie wolne od zarzutów, to opinia ludowa tylko na razie

[354]

ZW Y CZA JE

I PO JĘCIA

PR A W N E .

333

przyjmuje tę jego przysięgę na dowód niewinności, a z drugiej
strony nie przestaje śledzić jego kroków obok okoliczności, towa­
rzyszących spełnieniu czynu, który mu zarzuca. Skoro się pokaże
krzywoprzysięstwo, to nietylko interesowani, ale i społeczeństwo
nie przepuszcza mu tej winy. Na przyszłość „nie daj a mu juz
wiary“ i dają mu to uczuć przy każdej sposobności, a gdy idzie
o cokolwiek większe przestępstwo, to interesowani, parci głosem
ogółu, bezwzględnie wnoszą skargę do sądu, czegoby nie zrobili,
gdyby przestępca nie usiłował przedtem pokryć swej winy przez
„przysiąganie sie“.
Drugim środkiem dochodzenia przestępcy jest świadectwo
wiarogodnych osób. Za bezwzględnie wiarogodne osoby uchodzą
wszyscy ludzie, znani ze swej uczciwości, nawet krewni i powino­
waci. Aby jednak w ważniejszych sprawach karnych nie wysta­
wiać na próbę uczuć rodzinnych, Nadrabianie nie są za świadcze­
niem ojca, matki, braci, sióstr i „dobrych przyjacieli“.
Nie należy jednak usuwać od świadczenia i tych osób, skoro
tego życzą sobie same. „Prńwda zawdy na wierzk wyjdzie“, bo,
skoro sędzia dopatrzy się w zeznaniach blizkich krewnych sprze­
czności lub przeciwna strona złoży zupełnie odmienne świadectwo,
w tym razie krewni zawezwani do stwierdzenia swych zeznań
„pod przysięgą“, ostatecznie fałszywe świadectwo cofną, a wyznają
szczerą prawdę 1).
Od świadczenia według ludu powinny być wyłączone osoby,
które prowadzą życie niereligijne i bezbożne, notoryczni złodzieje,
oszuści, marnotrawcy, nałogowi pijacy, umysłowo chorzy i wresz­
cie ci, którzy, stanąwszy przed sądem dla złożenia świadectwa,
znajdują się w stanie niepoczytalnym.
Nadrabianie, występując w sądzie w charakterze świadków,
opowiadają zwykle ze szczegółami cały przebieg sprawy, która
jest przedmiotem rozprawy karnej, nie pomijając bynajmniej oko­
liczności, towarzyszących spełnieniu przestępstwa. Wtedy tylko
są skąpi w słowach lub nie pamiętają epizodów i szczegółów prze­
stępstwa, gdy starają się osłonić przestępcę albo udaremnić skargę
pokrzywdzonego. Czasami znowu, aby ratować oskarżonego, wtrą­
cają podczas zeznania wiele szczegółów uniewinniających lub prze­
mawiających za jego dobrym charakterem. Jeżeli zaś kiedy świad­
kowie dokładają starań, aby sąd uznał niewinność oskarżonego,*
to wtedy szczególniej, gdy oskarżonym jest dobroczyńca lub ojciec
albo matka „skardzyciela“. Takie skargi potępia bowiem nie tylko

A) Krzywoprzysięstwa bardzo rzadkie są przykłady; w ciągu trzydziestu
lat było ich cztery w całej okolicy, o ile me spostrzeżenia sięgają. Zresztą patrz
„Lud Nadrabski“ str. 548—549.

334

J.

ŚW 1ĘTEK .

wieś c a ła , ale i okolica. To też, gdyby od nadrabskiego społe­
czeństwa zależało oznaczenie prawideł procesowych, nie pozwoliłoby
ono pozywać do sadu bezwarunkowo rodziców i prawdziwych oso­
bistych dobrodziejów, do pewnych granic zaś żon, własnych dzieci
i kapłanów.
Pierwszym zabiegiem wobec spełnionego przestępstwa jest
wykrycie przestępców, a w pewnych razach tropienie ich śladów.
Gdy dojdzie do uszu „stałych gospodarzy,“ że na pewnem zebra­
niu młodzieży ktoś blużnił przeciw Bogu, klął, szerzył zgorszenie,
„wygadował na wieś“ i t. p., starają się oni jak najrychlej do­
wiedzieć, kto jest tym winowajcą, aby go pociągnąć do urzędu
gminnego dla ukarania lub ukarać go doraźni^..
Dawniej, kiedy kradzieże bydła, a szczególniej koni i krów
zdarzały się dość często w danej okolicy, na pierwszą wieść o po­
dobnym wypadku całe niemal sąsiedztwo bliższe i dalsze, złożone
z silnych chłopów, uzbrajało się czemprędzej w potężne „pały“
(kije, kostury), drągi i kołki i uważało za swój obowiązek wziąć
żywy udział w pogoni za złodziejami. Zbierali się natychmiast
w obejściu gospodarskiem okradzionego, a odbywszy prędko na­
radę w kompanii, tworzyli mniejsze oddziały i w nich wyruszali
na koniach lub pieszo w różne strony za sprawcami. Ślady po
śniegu lub błocie, tudzież wskazówki spotkanych ludzi, znaczyły
im drogę.
Skoro udało się któremu oddziałowi wpaść na istotny trop
przestępców, nie dał się tak łatwo z niego zepchnąć, chociażby
nawet trzeba było uganiać się po zaroślach i gąszczach leśnych,
w których niejednokrotnie znajdowano skradzione bydło, u drzewa
uwiązane.
Pomocy żandarmeryi wzywała także pogoń potajemnie, kiedy
dla widocznej przewagi wyśledzonych złoczyńców nie mogła się
kusić o odbicie im łupu.
Ale zdarzało się niekiedy, że trudno było wyśledzić przestęp­
ców, chociaż miano już w rękach skradzione bydło. Złodzieje
bowiem, skoro zauważyli, że pogoń jest na pewnym tropie, a zwła­
szcza zbliża się do ich mieszkań, pozbywali się dobrowolnie zdo­
byczy i bydło wypędzali z obory lub stajen w pole. W takich
warunkach uczestnicy pogoni albo zaprzestawali zupełnie poszuki­
wania przestępców albo też ich wyśledzenie powierzali żandarmeryi,
podając jej swe domysły, spostrzeżenia lub tajemne wskazówki
uczciwych sąsiadów zbrodniarzy.
W podobny sposób jak złodziei bydła lub koni śledzono
także złodziei zboża.
Niektórzy Nadrabianie uciekają się do pomocy wróżów, zwłasz­
cza cyganek, aby wykryć złodzieja. Ale na czem polegają
praktyki wróżów, pozostało to dla mnie tajemnicą. Dud nadrab-

[353]

ZW YCZAJE

I POJĘCIA PR A W N E .

335

ski zna tylko sposoby szkodzenia złodziejowi. O jednym z tych
sposobów była mowa w „Ludzie Nadrabskim“ str. 537; tu przy­
toczę te sposoby, których zastosowanie sprowadza rychłą karę Bo­
ską na złodzieja. I tak złodziej „skąpie i umrze“, skoro się da
na mszę świętą resztę pieniędzy, którą zostawił lub porzucił, po­
pełniwszy większą kradzież pieniężną. Taki sam skutek sprawia
msza święta, odprawiona za pieniądze, uzyskane ze sprzedaży rze­
czy, których złodziej wraz z innymi przedmiotami nie uniósł ze
sobą lub porzucił, chociaż one znajdowały się w jednem miejscu.
W obu razach atoli trzeba leżeć krzyżem na posadzce kościelnej
podczas słuchania mszy świętej.
Podobna kara Boska dosięga rychło złodzieja, gdy pozosta­
wioną przez niego resztę ze skradzionych przedmiotów zaniesie się
do kostnicy.
Umieszczenie' w kościele świec, zakupionych za pieniądze,
uzyskane ze sprzedaży rzeczy, pozostałych po kradzieży, świec
jednakże naprzód połamanych, a następnie sklejonych, przyprawia
znowu złodzieja „o łamanie w kościach“.
Ale ze wszystkich tych czterech środków zemsty na złodzieju
nie radzą korzystać Nadrabianie, aby przypadkiem nie natrafić na
własne dzieci. Dla przykładu przytaczają takie wypadki, które
się zdarzyć miały.
Z podobnych pobudek nie radzą Nadrabianie korzystać z nie­
zawodnych środków czarodziejskich, (wymienionych w „Ludzie
Nadrabskim“ str. 537) w celu ściągnięcia śmierci na podpalacza.
Znane są bowiem przykłady, że ofiarą zemsty gospodarza padały
bądź jego własne dzieci, bądź nawet on sam.
Nadrabianie utrzym ują, że podpalacz, podłożywszy ogień,
nie może uciekać prędko mimo wysiłku z miejsca zbrodni. Już
zarzewie ognia przyciąga go ku sobie, a pierwszy płomień pochło­
nąłby go niezawodnie, gdyby wybuchnął natychmiast. Nawet w pół
godziny po podłożeniu ognia zbrodniarz znajduje się niedaleko od
palącego się budynku. Moźnaby go też łatwo ująć, gdyby w da­
nej chwili myślano o ściganiu przestępcy. Ale myśl nieszczęśli­
wego i zbiegających się na ratunek ludzi zwraca się naprzód ku
gaszeniu ognia, a stąd podpalacze zazwyczaj uchodzą przed doraźną
karą. W ciągu ostatnich trzydziestu lat niema nawet przykładu
tej kary. Dawniejsze podania opowiadają, że ujętego podpalacza
wrzucano w ogień palącego się domu, w którym też zginął.
Innym środkiem dochodzenia przestępców jest „rewizya“,
która bywa samowolna lub urzędowa.
W razie wykrycia skradzionych rzeczy, uwiadamiają wójta
lub odnoszą się wprost do źandarmeryi, a tymczasem pilnują zwią­
zanego przestępcę, aby nie uciekł. „Nie żałują też na niego pięści,
kija i kolankowania“. Alę znane są także przykłady, że pokrzyw­

336

J. ŚWIĘTKK.

[357]

dzeni poprzestawali na doraźnej karze nawet względem większych
przestępców, wykrytych podczas samowolnej rewizyi. Naturalnie
kara ta niekiedy była tak ciężka, że wskutek niej przestępca
w krótkim czasie schodził ze świata.
Przed trzydziestu laty jeszcze włościanie nadrabscy uzbrajali
się należycie przeciw nocnemu najściu złodziei. Siekiera, drąg,
nawet sztaba żelazna były to narzędzia, które „na podorędziu“ przy­
gotowane służyły gospodarzom do obrony i odparcia złoczyńców.
Jeżeli mimoto złodzieje potrafili zakraść się do obejścia go­
spodarskiego i z niego bądź uprowadzić bydło, bądź unieść zboże,
pieniądze lub inne przedmioty, a uczestnicy pogoni przynajmniej
jednego z nich zdołali ująć albo rozpoznać, to natychmiast robili
u niego rewizyę domową. Choćby rewizya na razie była bezowo­
cna, bili poty obwinionego, dopóki nie zdradził spólników kradzieży
i „nie wydńł“, gdzie są ukryte skradzione przedmioty. Wśród
bicia w przerwach zapewniali przestępcę, że skoro poczyni pożą­
dane zeznania, zaniechają plag „i nic mu juz potym nie bedzie“.
Bywały także przykłady, że podczas rewizyi przywiązywano uję­
tego przestępcę lub podejrzanego do drzewa i w tej pozycyi go
bijąc, kopiąc, szturkając, dusząc i grożąc śmiercią, wymuszano na
nim potrzebne zeznania. Gdy potrafiono ubezwładnić wszystkich
złodziei, wskazanych przez ujętego, wiązano im ręce w tyle i pro­
wadzono przed sobą do wójta, zabrawszy skradzione przedmioty.
Gdy nie można się było o to kusić dla przewidywanego groźnego
oporu złoczyńców, oddawano tylko ujętego w ręce wójta, który go
zakuwał w kajdany, a rewizyę u innych złodziei przeprowadzała
już żandarmerya, zarządzając ostatecznie, co było potrzeba. Z prze­
szłości znane mi są także dwa wypadki, w których pokrzywdzeni
schwytanego złodzieja przywiązali powrozem do rosnącego drzewa
w polu z dala od jego domu, pobiwszy go przedtem silnie i ode­
brawszy mu skradzione przedmioty, wykryte podczas rewizyi.
Na śledztwa, dochodzenia i rewizye po każdej większej kra­
dzieży są narażeni we wsi ludzie, którzy nie mają dobrej reputacyi co do szanowania siódmego przykazania Boskiego. Porząd­
nych gospodarzy prawie nigdy nie zaskoczy samowolna rewizya.
Przed rewizyą interesowani zwykle „zachodzą z góry“ na podej­
rzanych, zarzucając im kradzież. Gdy podejrzani sami zalecają
rew izyt, znak to, że na nich nie cięży wina kradzieży; gdy zu­
chwale występują, zaklinają się lub odgrażają, dowód w tern, że
popełnili kradzież. Ale w jednym i drugim wypadku nie zanied­
bują Nadrabianie rewizyi, chociaż w pierwszym bywa ona zwykle
bezowocna. Wobec większej liczby podejrzanych lub wobec licz­
niejszej rodziny podejrzanego pokrzywdzony z małą gromadką
pomocników nie kusi się zwykle na samowolną rewizyę. Odwodzi
go od niej obawa przed fizyczną przewagą domniemanych prze­

[358]

ZW YCZAJE

]

POJĘCIA

PRAW NE.

337

stępców. W tym razie śledzi on tylko poruszenia w domu podej­
rzanych i wywiad uje się potajemnie o ich zachowaniu się w ostat­
nich dniach^ a prócz tego stara się o interwencyę żandarmeryi lub
miejscowego wójta dla przeprowadzenia rewizyi z urzędu.
W ogóle jednym z najważniejszych czynników w dochodze­
niu przestępstwa są kije. Względem ludzi małej wartości moral­
nej zastosowałoby je społeczeństwo wiejskie we wszystkich sądach
śledczych.
Lecz wobec czeladzi i najemników uważają Nadrabianie za
lepszy środek dla dojścia przestępcy groźbę odmówienia zasługi,
niż chłostę. To też kiedy pada podejrzenie kradzieży na domo­
wników, gospodarz grozi tylko wszystkim dzieciom chłostą, a cze­
ladzi i najemnikom natomiast utratą całej zasługi i zarobku, rzadko
oddaniem do sądu. Groźba taka ma zwykle ten skutek, że nie­
winni dokładają wszelkich starań, aby wykryć domowego złodzieja.
Zwykle go też wykrywają. Jeżeli prócz podobnej groźby grożą
czeladzi także chłostą, to tylko tej, która nie skończyła jeszcze
piętnastego roku życia. Do tego wieku poczytuje się karę do­
mową za dostateczną za wszystkie przewinienia, którą jest ^właśnie
chłosta cielesna, wymierzana pięścią, kijem, harapem, postronkiem
lub rózgą, rzadziej przez odmówienie śniadania, obiadu, wieczerzy,
klęczenie, a najrzadziej przez zamknięcie w komorze na parę
godzin.
Wobec spełnionej kradzieży w kościele, tudzież wobec zna­
lezienia lub wykrycia zabitego dziecka, a także wobec zbrodni
skrytobójczego morderstwa nie tylko wieś, ale i cała okolica czyni
zabiegi, aby wyśledzić zbrodniarza. Po wyśledzeniu oddają go
w ręce sądu, unikając wszakże zbiegowiska tłumu, któryby go
rozszarpał.
Ważnym środkiem w dochodzeniu przestępców jest śledzenie
po jarmarkach i targach w bliższych lub dalszych miastach za
skradzionymi przedmiotami. Zoczone i rozpoznane dają powód
właścicielowi do napaści na sprzedającego: „Skądeś to wziąn ? 1
Cyje to jes?! Keś to kupiuł? ! Chto ci to dał?! Keś po to
chodziuł?! Komuś to ukrad? ! — gadaj zaraz“ — krzyczy. Bez
względu na odpowiedź właściciel wymierza silny policzek sprzeda­
jącemu, przytrzymuje go, wywołuje hałas, a zatem idzie zbiego­
wisko tłumu i zjawienie się żandarmeryi. Żandarmerya po wstęp­
nych badaniach zabiera podejrzanego o kradzież do więzienia
śledczego, a sprawdza własność i tożsamość skradzionych przed­
miotów na podstawie zeznań pokrzywdzonego. Dalsza procedura
należy już do władz sądowych.
Niemniej ważnym czynnikiem w dochodzeniu przestępców
jest czatowanie na nich lub „pilnowanie“ własności. Gdy k ra­

388

j.

ŚW IĘTK K .

[359]

dzieże się szerzą i szkody w polu się wzmagają, gospodarze nadrabscy czynią zasadzki w celu ujęcia winowajców.
Pod względem dochodzenia przestępców na własną rękę t. j.
z zasadzek opowiadają Nadrabianie wiele przygód, a zwłaszcza
z czasów dawniejszych.
I tak „sórcarze“, t. j. parobcy „paskudni“ i wyrobnicy, któ­
rzy zdradzali szczególniejszy pociąg do cudzych serów, nieraz do­
znawali tej niespodzianki, że bywali z wnętrza strychu lub komory
przychwyceni w pętlicę za rękę i silnie przywiązani do jakiego
stałego przedmiotu w chwili, kiedy zakradając się po ser cudzy
usiłowali bądź ze strzechy „kojec“ z nim podciągnąć pod dymnik,
bądź z pod ściany komory pod jej „okienko“. W tej przykrej
postawie pozostawali oni niekiedy i parę godzin, ubezwładnieni
nadto na drugą rękę, skrępowaną następnie przy pasie. Wczas
rano, gdy się rozeszła wieść między włościanami o tym wypadku,
zbiegali się oni i uchwalali obić „sórcarza“ przed domem „pokła­
danego".
Zdarzało się także, że schwytanego w ucieczce „sórcarza“
przywiązywano za ręce do drzewa, a na jego barkach, jako sym­
bol „porwisia serów“, zawieszano mu aż do czasu publicznej chło­
sty kojec ze serami, które chciał sobie przywłaszczyć.
Dziś podobne przykłady są wprawdzie rzadkie, bo porwisiów
tego rodzaju mało, ale jeszcze przed dwudziestu pięciu laty nie
była to kara niezwyczajna.
Nadto zdarzało się, że złodziejowi ubezwładnionemu, schwy­
tanemu na kradzieży zboża lub innych rzeczy z komory, spichle­
rza lub stodoły, „przywierali głowę“ we drzwiach lub wrotach
i po tylnej części ciała „tyła bili powrozami abo chabinami, co
ino wlazło, jaze krew sikała“.
Wiele z powyższych kar doraźnych wymierzano na podsta­
wie wyroku prywatnego sądu doraźnego, który składali zwykle
sami egzekwenci.
Z zasadzek chwytają także gospodarze pasterzy, którzy ro­
bią bydłem lub trzodą szkody w ich polu albo którzy „rwą trawę
w ich zbożach, zrywają strączki z grochu, chodzą na ich rzepe,
marchew, m ak“ albo wreszcie zakradają się do ich sadów. Schwy­
tawszy, karzą ich według zwyczaju doraźnie bądź chłostą, bądź
zabierają im na czas niejaki wierzchnią odzież, a za szkody by­
dłem w polu zajmują bydło. Jeżeli nie mogą ująć szkodników,
a poznają ich, „wyprowadzają urząd do skody“ lub domagają się
za pośrednictwem zwierzchności gminnej ukarania winnych, bądź
też wpadają z gniewem do domu gospodarza pasterzy z żądaniem
zastosowania względem nich kary domowej.
Z różnych form samowolnego doraźnego karania złodziei
zasługuje jeszcze na szczególniejszą wzmiankę bicie aż do śmierci.

[360]

ZW Y CZA JE

I PO JĘCIA PR A W N E .

339

które, kiedy koniokradztwo grasowało w tutejszej okolicy; nie było
podobno nadzwyczajne, teraz wszakże znajduje tylko oddźwięk
we wspomnieniach ludowych.
Nadrabianie, pilnując „zezetego“ zboża na polu podczas żniw,
a ziemniaków „na kupce w kopania“, zazwyczaj nie płoszą zbli­
żającego się „porwisia“ przez wołanie lub ukazanie się. Dopierokiedy złodziej „nabierze na siebie snopków“ albo „zimniaków, zry­
wają, sie z leżenia (z za kopki, z za mendla, z zagona, s pod ba­
dyli)“, napadają nań i „grzmocą kijem, kej ino dopadną“. Na tej
karze też poprzestają, wypadek tylko rozgłaszają po wsi, stawiając
zarazem nazwisko złodzieja pod pręgierz opinii publicznej. Grdy
złodziej ucieknie lub „ni możno ś nim żacy nać“ dla fizycznej siły,
a poznają go, „zdają go przed dziandarami“, dawniej zaś pocią­
gali go do odpowiedzialności przed sąd gromadzki.
Najczęstsze wypadki doraźnego sądzenia i karania przez lu­
dzi prywatnych zdarzały się i zdarzają wśród następujących oko­
liczności:
Rówieśnicy — „parobcaki“ lub „parobcy, co razem kompanią“,
wymagają wzajem od siebie otwartości, uprzejmości, zaufania, wspo­
magania się w razie zatargów w stosunku do obcych, a nadto utrzy­
mania tajemnicy w niektórych sprawach. Skoro który z „kom­
panów“ złamie solidarność, „sprzeniewierzy sie“ i, odłączywszy się
od tego towarzystwa niejako lub nawet nie odłączając się, zdradza
tajemnice, obmawia towarzyszy, „scuje na nich przed intsćmi“,
wtedy całe grono „zmawia sie na niego“ i porozumiewa się co do
wymierzenia mu kary, którą też wykonuje bezwłocznie po ogło­
szeniu mu winy. Karą tą są plagi, których liczba nie zawsze jest
w wyroku oznaczona.
Starsi pasterze, korzystając z fizycznej przewagi, polecają
dość często młodszym paść za siebie bydło, czyli — jak tu mó­
w ią— „nawracać“ od szkody, a sami spędzają czas na pogadance.
Skoro który z tych młodszych pasterzy nie usłucha podobnego
zlecenia, a zwłaszcza okaże krnąbność, starsi składają natychmiast
na niego sąd doraźny, a, ująwszy go, skazują n. p. na karę pięciu
rózeg „pokładanego na zagonie“.
Podobnie postępują z chłopcami parobcy lub starsze osoby,
którzy „nieprzypusconi do kompanie starsych“, podsłuchują z ukry­
cia ich pogadanek lub wszystkim im złorzeczą.
Trafiają się także zmowy między kilku „stałymi gospodarzami“
przeciw chłopcom, którzy śpiewają nieprzyzwoite pieśni po polach
lub prowadzą gorsząęe pogadanki. Przed wykonaniem doraźnego
wyroku zaznaczają wyraźnie ich winę.
Nie brak również przykładów doraźnego sądzenia i. karania
bluźnierców, awanturników, oszczerców, potwarców, oszustów i róż­
nych wyzyskiwaczy.

340

J. SW1ĘTEK.

[361]

Wyroki na nich bywaj a obmyślane na zebraniu przynajmniej
kilku osób, a wykonują je bądź ochotnicy z łona zebrania, bądź
jego wysłannicy.
Nawet zdradzeni kochankowie mszczą się niekiedy na nie­
wiernych kochankach i nowych wybrańcach ich serca za sprawą
i według wskazówek kilku towarzyszy, a poniekąd i z ich pomocą.
Namówieni' przez nich lub w porozumieniu z nimi albo też z wła­
snej inicyatywy policzkują niewierną przy pierwszem spotkaniu,
a narzeczonym, wracającym z ich domu, zastępują drogę i „kołkem walą“. W tym razie częściej robią to skrycie, wymierzając
cios z nienacka, z zasadzki podczas nocy.
Kiedy „idą zapowiedzi w kościele“, porzuceni kochankowie,
niekiedy na podstawie tajnego wyroku towarzyszy, bądź osobiście,
bądź nawet przez nich „wybijają okna“ w domu rodziców „zdrajcyni“ podczas nocy. Znanych mi jest także kilka przykładów
skrytego uprowadzenia koni ze stajni ojca niewiernej i obcięcia
im grzyw i ogonów, tudzież „stłucenia“ sprzętów" rolniczych, n. p.
sieczkarni, pługa, uwiezionych potajemnie z wozowni w pole pod­
czas nocy. Podejrzenie o te czyny zawsze padało na zdradzonego
kochanka w spółce z oddanymi mu towarzyszami, a że ono nie
mijało się z prawdą, mogliby z pewnością udowodnić pokrzyw­
dzeni, gdyby z różnych względów „sprawek“ tego rodzaju nie pu­
szczali „płazem“.
W ogólności tajne sądzenie i karanie nie jest nad Rabą rząd­
kiem zjawiskiem. „Przekletników“, awanturników i burzycieli
spokoju publicznego nieraz wśród nocy „udar ktosik kijem z za
płotu“ lub wierzby, „ze ani sie spotrzeg, skąd mu sie to wzieno“.
Bywały także przykłady, że takim ludziom lub tym, którzy dla
nabawienia strachu mieszkańców puszczali fałszywe pogłoski, za­
rzucano „z zasobku“ poły górnicy lub kapoty, a następnie sieczono
ich rózgami po tylnej części ciała. Oszczercom, potwarcom , tu­
dzież „omownikom“ wybijano potajemnie okna, a jeżeli domu nie
mieli, wiązano im z zasadzki oczy chustką, wywracano na ziemię
i policzkowano. Częściej atoli na podstawie tajnego wyroku wię­
kszej lub mniejszej gromady wysadzano cierniskami ścieżki, któremi przestępcy chodzili. Przechodząc w nocy,^ „kalicyli sie na
cierzniakach“. Krępowano także przestępców do drzewa, powrozem
i z zawiązanemi oczyma zostawiano ich aż do rana, dopóki ich
kto nie odwiązał.
Ciekawy był sposób doraźnego karania nałogowego pijaka
na podstawie tajemnej zmowy krewnych. Dziwacznie przybrani
w kożuchy z wywróconym na wierzch włosem, z poczernioną twa­
rzą, zasadzali się na pijaka przy drodze, a za jego nadejściem
wypadali z ukrycia i „łojąc“ batem uciekającego, pędzili za nim
aż pod dom, gdzie, popchnąwszy go przez próg, „ze jaz koziołka

[362]

ZW Y CZA JE

I

POJĘCIA

PR A W N Ę .

341

magnuł", /rzucili mu zmienionym grubym głosem te słowa na po­
żegnanie: „A to mas pijaku, nie włóc się po nocach! pilnuj se
chałupy i gospodarztwa“ !
Przykłady takie nie były jednak częste, a stosowali je
zwykle szwagrowie pijaka, namówieni przez jego żonę. Ukarany
w ten sposób nigdy się nie dowiedział: „co to było, cy dobre cy
złe duchy“, ale społeczeństwo bynajmniej nie upatrywało w podo­
bnych przygodach działania złego lub dobrego ducha.
Jeżeli nie wymierzają kary doraźnej, karzą nieraz przestęp­
ców moralnie. I tak kto w dni świąteczne pracuje bez koniecz­
nej potrzeby, uważany bywa za bezbożnika, z którym nie można
zawierać bliższych stosunków i znajomości.
Człowiek, który nie chodzi do spowiedzi, nie uczęszcza do
kościoła, „nie utrzymuje“ postów, przeklina się lub „wciąż klnie“,
kłamie, nie szanuje rodziców i starszych, lekceważy ich zdanie,
obmawia i oczernia, już za życia uważany bywa za „piekielnika“,
a od takiego „stronic“ i nie wdawać się z nim, jest obowiązkiem
każdego porządnego człowieka.
O karach moralnych za inne przestępstwa, niekarane na pod­
stawie prawa, była już poprzednio mowa.
c) D o b r o w o l n e

ugody.

Każdy „porwiś“, schwytany na gorącym uczynku kradzieży
lub przekonany o kradzież, choćby nawet pobity poprzednio, rzuca
się do nóg właściciela i prosi go, aby mu darował w inę, „nie skardzuł go i nie wydawał przed nikim we wsi“. W zamian za to
przyrzeka, że „nigdy juz krad nie bedzie“, a zarazem stara się
wytłomaczyć, że go „ino bieda przywiędła do tego“. Niekiedy
obiecuje nawet pomoc w pracy rolnej. Gospodarz, pobiwszy porwisia po ujęciu go, daruje mu zwykle winę, nie chce jednak ko­
rzystać z jego jakichkolwiek przystug i nie zobowiązuje się nigdy
do zachowania tajemnicy.
Jeżeli później wykryją skradzione przedmioty, tak por wiś,
jak i jego żona błagają właściciela o przebaczenie. Jeżeli są to
kradzieże drobne, a porwisiem komornik lub ubogi chałupnik,
a przytem nie ma złej we wsi reputacyi, właściciel ulega zwykle
prośbom i nie pociąga przestępcy do dalszej odpowiedzialności.
Zelżony bez powodu lub pobity niesłusznie zazwyczaj skarży
przeciwnika do sądu powiatowego i nie robi z tej skargi tajem­
nicy, choćby się nawet nie odgrażał. Przeciwnik, rychło uwiado­
miony o tern przez usłużnych mu ludzi, stara się niekiedy, prze­
ważnie ?a sprawą krewnych, powinowatych lub żony, „przejednać“
pokrzywdzonego jeszcze przed terminem sądowym. Ponieważ po­
krzywdzony zazwyczaj unika przeciwnika przed rozprawą sądową.

B 42

j.

śwj^TEić.

[368]

przeto przeciwnik, który się nosi z myślą przeproszenia, używa
pośrednictwa. Tym pośrednikiem bywa albo wyrobnica, znana ze
swych przysług względem gospodarzy za datki w naturze, albo też
ktoś z krewnych, powinowatych lub sąsiadów, który nie żyje na
złej stopie z pokrzywdzonym. Wyrobnica, wcisnąwszy się do domu
pokrzywdzonego, potrafi za pomocą różnych przedstawień pokonać
wszelkie trudności i przyprowadzić do skutku zejście się obu przeciwników, już nie tak źle usposobionych względem siebie, a wtedy
jest rzeczą winnego, załatwić sprawę ugodowo przez dary w na­
turze, przyrzeczenie pomocy w roli, a zwrot pieniężnych kosztów
skargi.
Gdy mężczyzna pośredniczy w załagodzeniu winy, ¿żuka on
rychłej sposobności spotkania się z pokrzywdzonym bądź nd^ ja r­
marku, bądź w pobliżu swego domu lub karczmy. Zetknąwszy
się z nim, wita go bardzo uprzejmie, wszczyna rozmowę, a choć
zaczyna od rzeczy zupełnie obojętnych, przechodzi jednak stopniowo
na stosunki osobiste, w niepowodzeniach wyraża mu swe współ­
czucie, dodaje mu otuchy na przyszłość, a tak kieruje jego kro­
kami, że wreszcie znajdą się obaj bądź przed jego domem, bądź
przed „synkownią“.
Po przestąpieniu progów izby, gospodarz posyła natychmiast
do karczmy po wódkę lub piwo, w karczmie zaś każe sobie je
podać.
„Przy pocesny“ nawiązuje się znowu „pogwarka“, ale juz
teraz pośrednik zaczyna powoli kierować ją na osobę tego, który
go posłał, ubolewając, że „ś nich (nićgo) taki raptus, co jak sie
ozłosca (i), to sami nie wiedzą, co robią“.
Jeżeli po skierowaniu mowy na drażliwy przedmiot pokrzyw­
dzony nie zabiera się wkrótce do domu, powołując się na pilne
w nim interesa, i nie uchodzi z karczmy, choćby powstrzymany
przez pośrednika, znak to, że się skłania powoli do zgody, chodzi
mu tylko, aby go sam przeciwnik przeprosił i przyrzekł wyna­
grodzenie. Niedługo na to czeka. Przeciwnik niby przypadkowo,
rzeczywiście jednak uprzedzony przybywa niebawem do szynkowni lub domu pośrednika, pozdrawia uprzejmie pokrzywdzonego,
a, przysiadłszy tuż przy nim w pobliżu, „pije do niego“ i przeprasza.
Potem już łatwo postępuje sprawa. Kończy się ona zwykle
na tem, że zelżony lub pobity odstępuje od' skargi, a winny wy­
nagradza go płodami w naturze, jak zbożem lub robocizną w roli,
zwracając mu także koszta skargi.
Przykłady osobistego przeproszenia obrażonych lub zelżonych
bez użycia pośrednictwa są rzadsze, a zdarzają się prawie wyłącz­
nie na weselach lub chrzcinach, na których zaproszeni już z sa­
mej konieczności do siebie przemawiać muszą choćby „od niekcejuń“ ; kiedy jednak przy napitku „przydzie do wymówki“, a winny

[364]

ZW YCZAJR

ł

PO JĘCIA

PRAWîÎBÎ.

343

„uda sie w pokoro“, pokrzywdzony „mieknie i da sie przeprosić“
za same nawet przyrzeczenie drobnej przysługi lub też i bez niej.
Najczęściej winny obrazy honoru lub pobicia załagadza po­
krzywdzonego w karczmie przydrożnej lub w szynku miejskim
bezpośrednio przed samym terminem, głównie za sprawa świad­
ków, zawezwanych do rozprawy sadowej. Naturalnie nie obejdzie
się w tym wypadku bez obfitego „pocestunku“, przyrzeczenia,
zwrotu kosztów skargi, a nadto darów w” naturze lub przysługi
bezpłatnej w zâoraniu gruntu.
Zresztą przeciwnicy, z których ani jeden ani drugi nie jest
zupełnie wolny od zarzutów, godzą się w sądzie na wezwanie
sędziego'.
Pobita dziewka przez kochanka jedna się z nim niekiedy
w drodze na termin sądowy, kiedy „ładnie do nij przemówi, uśkli,
zeświacy i poprosi, zęby mu tego nie pamiętała“. Nawet w wy­
padkach „zgwałcenia“ parobek uchyla się od odpowiedzialności
karnej wobec sądu, skoro pokrzywdzonej przyrzeknie „ożenienie“.
• Kto z prostej złośliwości lub zemsty dopuści się przestępstwa
uszkodzenia cudzej własności n. p. powyrywa z ziemi szczepy
owocowe, pościna gałęzie z drzew, ściągnie korę, „poochwiéwa
wiérzbecki“ lub powyrzuca, „powydzióra“ snopki ze strzechy, „poozwâlâ“ zboże w mendlach lub kopach albo „poozrzuca“ siano
i koniczynę z brodeł i kóp, spuści wodę na czyj g ru n t, „powybijâ“ okna lub inną większą psotę wyrządzi, — ten tylko wtedy
może uniknąć skargi karnej, jeżeli obok poczęstunku i „przepro­
sin“ wynagrodzi go za szkodę płodami w naturze lub pieniędzmi
ponad wartość szkody.
W dobrowolnem wynagrodzeniu kradzieży działa obawa przed
spowiedzią, a niekiedy także obawa przed wyśledzeniem przestęp­
stwa. Złodziej nie oddaje jednak skradzionych przedmiotów wprost
właścicielowi, ale je podrzuca ; jeżeli zaś tych przedmiotów już nie
ma, kupuje podobne i zanosi je potajemnie na to miejsce, gdzie
były skradzione.
Częściej podrzucają złodzieje rzeczy skradzione po spowiedzi
na zlecenie, kapłana, a kiedyindziej pod wpływem pogróżek cięż­
kiej kary po wykryciu kradzieży.
'Należy tu jeszcze zauważyć, że niekiedy obcy ludzie lub
wójt & własnej inicyatywy nakłaniają winnego uszkodzenia ciele­
snego,^ aby wynagrodził pokrzywdzonego bądź płodami w naturze,
bądź pieniędzmi dla uniknięcia skargi sądowej, grożąc, że w prze­
ciwnym razie sami do tej skargi przyłożą rękę. Bywa to wtedy,
gdy pokrzywdzonym jest zupełnie ubogi człowiek (kobieta lub
mężczyzna), który właśnie dla swego ubóistwa nie może się zdobyć
na wytoczenie karnego procesu .sądowego...

344

i. ŚWIBTKK.

[365]

d) W y r o k .
Przed wyrokiem sadowym tak skarżących, jak i oskarżonych
przejmuje zwykle uczucie bojaźni. Głównie też dla tej obawy
godzą się dość łatwo pokrzywdzeni z przeciwnikami na wezwanie
sędziego „Pogódźcie sie“, chociaż mają słuszność za sobą. Dla tej
obawy także zastrzegają się skarżący i oskarżeni wobec świadków
przed rozprawą sądową, aby „nie gnali za bardzo na nich góry“ .
Wyrok, wydany przez sąd powiatowy, przyjmują strony albo
z poddaniem się i rezygnacyą albo odwołują się do wyższych władz
sądowych, t. j. „zakładają rekus“. W yrok potępiający wtedy os­
karżeni przyjmują z uznaniem jego słuszności, gdy we własnem
przekonaniu zasłużyli na karę. Kara budzi w nich wszakże niepokój.
Wyrok uniewinniający przyjmuje oskarżony z prawdziwą
radością, „wychwala“ sprawiedliwość sędziego, a wyśmiewa skar­
żącego, który znowu nie jest zadowolony z takiego wyniku sprawy.
Skoro sąd wskutek wzajemnych skarg skazuje obie strony,
przeciwnik, który pierwszy podał skargę do sądu, sroży się i od-,
graźa przeciw pozwanemu, a „rekusuje“ przeciw wymiarowi kary
do wyższej instancyi.
Podobnie postępuje oskarżony, któremu kara za jego winę
wydaje się za wysoka lub który, uważając się za niewinnego, nie
spodziewał się potępiającego wyroku.
Ale niektórych skazanych nie tyle dotyka sama kara aresztu,
co raczej jej skutki. Dotkliwiej odczuwają obowiązek płacenia
kosztów procesu i pieniężnego wynagrodzenia przeciwnika.
Wogóle Nadrabianie nigdy nie godzą się i nie proszą o za­
mianę kary aresztu na karę pieniężną, a pokrzywdzeni czekają
zazwyczaj dość długo, zanim skazani zwrócą im koszta skargi
i zapłacą odszkodowanie, przyznane im na podstawie sądowego
wyroku. Czasami realizują tę pretensyę dopiero na drodze egze­
kucyjnego zajęcia ruchomości skazanych. Skazani nie szczędzą
także niekiedy zabiegów i próśb, aby im skarżący „darowali"
koszta sądowe i pieniężne wynagrodzenie bądź zupełnie bezintere­
sownie, bądź za pewne przysługi w polu lub gumnie.
Przykłady odrabiania kosztów procesu nie należą do wy­
jątków.
W yrok sądowy nie zawsze kończy sprawę wobec społeczeń­
stwa, zwłaszcza, skoro obwiniony został uwolniony. Zależy to od
tego, jakie było przestępstwo i kto był skarżącym. Uwolnionemu
z braku dowodów za kradzież, oszustwo, zbezczeszczenie lub pobicie
rodziców (jednak w przekonaniu ogółu winnemu) zastępują nawet
niekiedy pokrzywdzeni lub „przyjaciele“ pokrzywdzonych drogę
i zaznajamiają ich z siłą swej pięści lub kołka, w który uzbrajają

[366]

ZWYCZAJE i POJĘCIA PRAWNE.

345

się na zasadzkę. Z drugiej strony znowu uznaje społeczeństwo
miejscowe taka karę za słuszną, a prócz tego nie szczędzi uwolnionym^przy sposobności udręczeń moralnych i „ugryzków“.
Podobnie postępują niekiedy pokrzywdzeni i społeczeństwo
z tymi, których w stosunku do ich winy sąd za łagodnie ukarał
lub uwolnił od odpowiedzialności, nie uznając ich czynu za kary­
godne przestępstwo.
e)

Więzienie.

Pobyt w więzieniu wywiera na lud w ogóle wpływ przygnę­
biający. Jedynie złodzieje niższej kategoryi t. j. „porwisie“ i włó­
częgi, a więc ludzie obrani z wszelkiej ambicyi, czci i wiary, uwa­
żają siedzenie w więzieniu za ulgę w swym bycie.
Siedzenia w więzieniu nie uważa lud bezwzględnie za rzecz
hańbiącą. Rodzaj przestępstwa, za jaki się kto do więzienia do­
staje, jest też miarą w ocenie siedzenia w więzieniu. Wobec tego
więzień budzi w ludzie wstręt lub współczucie.
Zbrodniarz zwykły, jak złodziej, rabuś, oszust, podpalacz,
prosty zabójca, morderca, krzywoprzysięzca, blużnierca i t. p.,
spotykają się po powrocie z więzienia z powszechną pogardą.
Skazani na więzienie za zabicie złoczyńcy, siejącego postrach
w okolicy, zą szkody w lasach rządowych, za opór przeciw wła­
dzy i jej obrazę w duchu przekonań ludowych, tudzież za sprawy
polityczne w imię dobra włościan, budzą ku sobie współczucie
w społeczeństwie, ich rodzina zaś i oni sami po „odsiedzeniu k ary“
często doznają od niego materyalnego poparcia.
Według Nadrabian dzisiejsze więzienia nie mogą iść w po­
równanie z temi, które pozostały w ich wspomnieniach.
Więzienia znane są wśród ludu albo pod tą samą nazwą
albo pod nazwami: „ „ h a r e ś t , h e r e ś t , d z i u r a , k a c i a p a ,
k u c a k , m ł y n , c i e ń “. Najpospolitsze są jednak trzy pierw­
sze nazwy.
Więzienia przy sądach okręgowych i zakłady karne w W i­
śniczu i we Lwowie nazywają k r y m i n a ł e m , rzadziej „wie­
zieniem“. O przestępcy, który dostanie się za karę do krakow­
skiego więzienia u św. Michała, powiadają, że „posed świętemu
Michałowi buty pucować“.
Według podań ludowych więzienia za dawnych czasów były
to „lochy“ podziemne, zamieszkane przez szczury, myszy, ropu­
chy, jaszczurki i różne „plugawe gady“ albo też takie „dziury“,
w których ani stać, ani leżeć, ani siedzieć nie można było: „trza
było kuceć“ (stąd zapewne wyraz: „kucak“).
Kajdany były bardzo ciężkie: na obie ręce i nogi. Ręce
skuwano z tyłu, a kajdany na nich naciągano grubym łańcuchem,
spojonym na drugim końcu z kajdanami, nałożonymi na nogi.
23

346

j. ŚWIĘTEK.

[367]

Dyby były dwojakie: drewniane lub żelazne. Drewniane były
to kłody, a żelazne tak zwane „peta“. Tak w kłody, jak i pęta
zamykano obie nogi przestępcy; aby się zaś schylić nie mógł,
dyby były połączone z tyłu zapomocą ogniwa odpowiednio krót­
kim łańcuchem ż pasem żelaznym, skutym na biodrach. ^

/)

Procedura karna sadu
i gromadzkiego.

gminnego

Przedmiotem skarg, zanoszonych przed sąd gminny są: obraza
honoru, t. j. bezczeszczenie, lżenie, uwłaczające przezwiska, pobi­
cie i uszkodzenie cielesne bądź skarżących, bądź ich dzieci i do­
mowników, drobne kradzieże, oszukaństwa, złośliwe uszkadzanie
cudzej własności, rozmyślne zabijanie cudzych zwierząt, naruszanie
spokoju i t. p.
Sąd gminny, a właściwie wójt, wysłuchawszy skargi, posyła
po „asesórów“ jako członków sądu i zapozywa do kancelaryi gmin­
nej obwinionego i wskazanych świadków. Skoro się wszyscy wez­
wani zbiorą, wójt przedstawia im przyczynę zwołania, a bezpo­
średnio potem poleca skarżącemu, aby powtórzył swoje zażalenie.
Kiedy skończy, wójt zapytuje go natychmiast: „A co wy za to
kcecie?“ („Co wy se za to zakładacie?“ „Co wy za to żądacie?"
„Cobyście wy za to kcieli?“) to znaczy, jakiego wynagrodzenia lub
odszkodowania żąda pokrzywdzony. Po oświadczeniu tego żądania
przez skarżącego, zwraca się wójt do obwinionego: „A co wy (ty)
na to wszyćko powiecie (powieś)“ ?
Gdy oskarżony zaprzecza, usiłuje skargę osłabić, przedsta­
wić sprawę w korzystnem świetle dla siebie, „swala“ (zrzuca) winę
na innych, zapiera wielu szczegółów lub oskarża skarżącego („ón
jes prawdziwie winien, a ja nidzem nie winien, bom sie ino broniuł“, lub: „ón winien, bo ón zacąn“ ; „ón ino tak cygani, zęby
sie na mnie zemścić“ i t. p.), wtedy wójt dla wyświecenia prawdy
zarządza przesłuchanie świadków.
Świadkowie na wezwanie wójtowskie, aby „sumiennie, tak
jak na spowiedzi", bez oglądania się na osoby, zeznali wszystko,
„co ino o tym wiedzą“, mogą rozwodzić się dowolnie nad sprawą,
zapuszczać się w najdrobniejsze szczegóły, nie pomijając nawet
własnych zapatrywań, uwag i uzasadnień. Wogóle okoliczności,
które towarzyszą sprawie, określają świadkowie z całą dokładno*
ścią, a pomaga im w tern wójt i asesorowie, pytając o różne
szczegóły, jakie im wśród badania na myśl się nasuuą.
Podczas przesłuchania świadków wolno obu stronom pozostać
w izbie sądowej, a świadkom podczas słuchania stron. Wolno też
tak jednym jak i drugim zabierać głos wśród toku rozprawy.

[368]



ZWYCZAJE I ROJijClA PRAWNE.

U

l

W edług zapatrywania ludu bowiem jest najłatwiej tym sposobem
wykryć prawdę, bo pod wpływem zaprzeczenia lub zarzutów tak
przeciwnicy, jak i świadkowie dla poparcia swego zeznania przy­
pominają sobie wiele okoliczności i szczegółów, które w jasnem
świetle przedstawiają sprawę. Ścieranie się stron i świadków pod­
czas rozprawy uważają więc Nadrabianie za korzystne. Wśród
odosobnionego dochodzenia badani pomijają mimowoli lub zapomi­
nają wielu rzeczy, od których dość często zależy należyty wy­
miar sprawiedliwości.
W sądach gminnych może „wygrać“ sprawę nietylko oskar­
żający, ale i oskarżony. Gdy z toku dochodzenia się pokaże, że
zawiniły obydwie strony, sąd gminny zarówno skazuje na karę
oskarżonego, jak oskarżającego. Bywały nawet przykłady, że sąd
gminny zupełnie uniewinniał i uwalniał od zarzutów oskarżonego,
a oskarżającego „zasądzał“ na karę.
Rozumie się, że strony, nie uznając wyroku sądu gminnego,
mogą się zwrócić na drogę procesu w sądach wyższych. Ale
dawniej to nie uchodziło, bo sąd gminny zaraz po rozprawie za­
rządzał wykonanie wyroku.
Podczas dochodzenia o pobicie lub uszkodzenie cielesne po­
krzywdzeni poddają się oględzinom sędziów gminnych, pokazując im
sińce, guzy lub rany, a podczas dochodzenia innych przestępstw,
rozpoznawanych przez sądy gminne, wystarcza określenie sposobu
popełnienia przestępstwa, tudzież istotne przedstawienie poniesionej
szkody. W obu razach atoli wiarogodność zeznania stron muszą
stwierdzić świadkowie, chyba, że oskarżający i oskarżony jedna­
kie poczynią oświadczenia.
Sąd gminny, zbadawszy sprawę, wydala z kancelaryi strony
i świadków i zastanawia się nad wydaniem wyroku. Po porozu­
mieniu się co do wymiaru sprawiedliwości, wzywa znowu strony
do izby i ogłasza im wyrok. Nabrawszy przekonania, że na oskar­
żającym nie cięży żadna wina, skazuje sąd gminny oskarżonego
na odszkodowanie pokrzywdzonego, jakie „se załozuł“ (gdy za
wysokie, zmniejsza je), a nadto dziś na karę 2—5 reńskich na
ubogich, szkołę lub kościół, dawniej zaś przed zniesieniem śpichlerzy gromadzkich — często obok kary pieniężnej i odszkodowania
na dwa, trzy lub cztery dni aresztu w spichlerzu.
W razie zarządzonego dochodzenia z urzędu n. p. o naruszenie
spokoju publicznego przez wyprawianie „nocnych bijatyk“, o sze­
rzenie zgorszenia przez nieobyczajne pieśni i rozmowy, zwierzchność
gminna dla wyśledzenia winnych, jeżeli ich nie mogą wskazać
stróźe nocni, bądź zapozwawszy do swej kancelaryi najwięcej podej­
rzanego „w takich rzecach“ parobbzaka, bądź postarawszy się
o rychłe z nim spotkanie w drodze niby przypadkiem, „z góry
obces na niego powsiada“ : „Cózeście to za wesele mieli w no23*

348

J.

SW1ĘTEK.

[369]

cy?“ — Zapozwany lub zaczepiony zaczyna się mieszać, tłuma­
czyć, zwalać winy na swoich rówieśników: „To nie ja, ino Jadam
Kub&sków (n. p.) i Wojtek Łaciak-, (n. p.)“ . . . I tym sposobem
ma już wójt „ptasków“. Nachodzi też wójt na tego lub owego,
kogo z młodszego pokolenia spotka, „niby od niekcenia“ z uśmie­
chem: „A cóz to, juz dzisiak sie nie radujes? A ja myślał, ze
macie jakie wesele, bo tyła śpiewania i uciechy mieliście w nocy,
ze jaz mi zal było, zem taki stary... A któż ta jesce wiecy był
s tobą, bo was tam było wiecy...“
Jeżeli zagadnięty brał udział w hałasach nocnych, widząc
dobrą minę wójta, przyznaje się oczywiście i wymienia uczestni­
ków, choć co do siebie zastrzega się na wypadek zarzutu: „By­
łem ta, co prawda, i ja między nimi, ale jagem Avidział, ze Kuba,
Jantek i Scepan zacynają wyprawiać krzyki i wrzaski, tagem sie
zabrał do chałupy“*
Niekiedy sam wójt osobiście poznaje w nocy awanturników,
zwłaszcza, jeżeli zanadto zbliżą się do jego domu. Przebudzony
wrzawą, ubiera się czemprędzej, wychyla się ze swego obejścia
i „z boku zachodzi“ ku parobczakom, aż ich wszystkich pozna.
Potem aby położyć kres nocnym hałasom, napada niespodzianie
na jednego i drugiego i bądź laską go „po grzbiecie przeorze“,
bądź też „po pysku wy trzaska“. Inni, spostrzegłszy wójta, rozbie­
gną się na wszystkie strony, za nimi zaś ci, „co juz oberwali za
swoje.“
Zwierzchność gminna, wyśledziwszy tym sposobem nocnych
awanturników, „ściąga“ ich do kancelaryi gminnej przez „przysieznego“ (posłańca gminnego, policyanta) i dochodzi najwięcej
winnych, a skoro skończy dochodzenie, nagania w ostrych słowach
zachowanie się parobczaków i wymyśla ich ostatniemi słowy, ale
już dziś nie karze aresztem, bo takiego brak w gminie, ostrzega
tylko, że w razie powtórzenia podobnych awantur, odda wszyst­
kich winnych sądowi powiatowemu do ukarania. Groźbę tę speł­
nia też w istocie po powtórnem wyśledzeniu tych samych sprawców,
bądź sama, bądź też za pośrednictwem żandarmów. Zauważyć na­
leży, że z awanturnikiem nocnym, który podczas dochodzenia „za
bardzo się stawia“ (wyzywająco się zachowuje i zuchwale odpo­
wiada na pytania), wójt nie robi sobie wiele skrupułu, ale „porząmnie go po pysku wychlasta“. Jeszcze przed 40 laty za podobne
sprawki sądzono w gminie 25 kijów „pokładanego, jaz ziemie
gryz“, potem zaś, dopóki spichlerz gromadzki istniał, skazywano
na karę aresztu w śpichlerzu od 3 do 7 dni.
Dziś na chłostę w kancelaryi gminnej skazuje tylko nie­
kiedy sąd gminny podrostków, którzy przy paszeniu bydła śpie­
wają nieobyczajne pieśni i „gadają brzyćkie mowy“. Ale i to
dzieje się za zgodą rodziców, którzy nawet sami mają wykonać

[370]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

349

wyrok urzędu gminnego w jego obecności na swych dzieciach.
Jeżeli rodzice „tak nie zestaną“ (nie zgodzą się, nie przystaną),
bywają skazani za winę dzieci na karę pieniężna od 2—5 reń­
skich na kościół.
O tego rodzaju przestępstwach podrostków dowiaduje się
urząd gminny za pośrednictwem starszych ludzi; ci ludzie bywają
też świadkami podczas dochodzenia sądu gminnego z małoletnimi.
Często nawet sam wójt lub który z asesorów zasadza się po polach
i śledzi, czy pasterze i pasterki nie śpiewają nieprzyzwoitych pie­
śni, nie zapuszczają się w sprośne pogadanki lub czyny. Wyśle­
dziwszy coś- podobnego, zasadzający się wypada z ukrycia i roz­
dziela winnym dotkliwe plagi rózgą, harapem lub batem, gdziekol­
wiek którego „dopadnie“, a swoją drogą wzywa po powrocie do
urzędu gminnego ich rodziców i poleca'im, aby „dzieciom swoim
przykazali, bo jak nie przykażą, to doniesie to do księdza i odda
te rzec do sądu abo śtrof za dzieci będą płacić“. Tę groźbę spełnia
też w istocie w razie, jeżeli napomnienie nie skutkowało. Dawniej
małoletni „brali w skore“ za tego rodzaju przewinienia z ręki
przysiężnego wobec gromadzkiego urzędu. Taką samą karę otrzy­
mywali chłopcy w urzędzie gromadzkim za palenie fajki, a policya, rozumie się,’ prywatna była wtedy tak czujna, że, ja k opo­
wiadają starzy, „jesce chłopak nie przygnał z pola, a juz wójt
po niego posyłał, zęby przysed do gromady, jak ino fajkę tam
kej zapńluł“.
Przed trzydziestu laty jeszcze „sąmsiedzi“ z wójtem na czele,
z wielkiej dbałości o moralność w swej gminie, robili nawet dość
często formalne prawie obławy nocne na parobków i dziewki,
na których padało podejrzenie, że utrzymują zakazane stosunki
miłosne. Wytropiwszy taką parę i przywitawszy ją powrozem lub
harapem, pędziły ją następnie przed sobą do urzędu gminnego,
gdzie czekała naprzód dziewkę, a potem parobka chłosta cielesna
„pokładanego“. Jeżeli' na razie zaniechali tej procedury, to w każ­
dym razie zabierali dziewce pierzynę, która jej dopiero wtedy wy­
dano, gdy, zgłosiwszy się po nią do wójta, otrzymała sądzone jej
plagi. Skoro po upływie dłuższego czasu „wyłapana“ dziewka nie
zgłaszała się po pierzynę, sprowadzał ją na zlecenie wójtowskie
przysiężny do urzędu gromadzkiego, aby jej własność zwrócić po
wymierzeniu publicznej chłosty.
Względem kobiet niezamężnych, których upadek był udo­
wodniony, postępowanie karne dawnego urzędu gromadzkiego było
jeszcze surowsze. Sądząc z dzisiejszych zapatrywań ludowych, po­
dług których dopiero przeszkoczka uchodzi powszechnie za „osromocona“, należałoby wnosić, że procedura, stosowana przez dawne
urzędy gromadzkie wobec dziewek, zawiązujących niedozwolone

350

J. ŚWIĘTKK.

[371]

stosunki miłosne, była raczej surowa publiczna przestroga przed
sromotna kara, która następowała po dowiedzionym upadku.
Opowiadają starzy ludzie, że na mocy wyroku dawnego
sądu gromadzkiego golono głowy dziewkom, które „sie skozacyły“
(przeskoczki), i wśród urągań i szyderstw pospólstwa prowadzono
je w niedzielę przed kościół na powróśle. Przez całą drogę przy­
grywał im grajek na skrzypcach, postępując zwolna przed niemi
naprzód. Przed Kościołem wystawiano je na cmentarzu tuż przy
drzwiach wchodowych do „babińca“ , a przechodnie plwali im
w twarz.
Później oprowadzano przeskoczki z ogoloną poprzednio gło­
wą po wsi całej i chłostano je powrozami w miejscach najliczniej
uczęszczanych, tudzież pod figurami na ławkach, które musiały
przenosić same na swoich barkach/
Taka sama kara spotykała także cudzołożników i cudzoło­
żnice. Najstarsi ludzie we wsi pamiętają jeszcze kilka takich wy­
padków. Ostatni z nich — jak mi opowiadał jeden ze starszych
gospodarzy, naoczny świadek — zaszedł mniej więcej przed czter­
dziestu laty z chłopem żonatym, który utrzymywał stosunki mi­
łosne z kobietą zamężną: „Wodzili ich oboje po wsi cały — mó­
wił — a co uśli kaw&łek, to kładli ich na ławce, naprzód ónę,
a potóm ónego, i bili powrozem, co jaz oddawało, a nabardzij pod
figurami“.
Na tych, ćo grzeszyli z ludźmi z obcej wiary, była jeszcze
cięższa i sromotniejsza kara. Jeżeli katoliczkę wyśledzono na go­
rącym uczynku z żydem lub przychwycono katolika „w spółce“
z żydówką, wymierzano im naprzód dotkliwą chłostę publiczną
powrozem w różnych miejscach wsi, a następnie na rozkaz wój­
towski krępowano oboje powrozami do słupa lub drzewa przy
drodze naprzeciw siebie, a wszyscy przechodnie plwali im w twarz.
Jeszcze przed kilku laty, jak mię wieści doszły, miał doznać po­
dobnej przygody jeden młody żyd w Gierczycach, który, upaja­
jąc matkę, zapuszczał się w konkury do jej córki. Ujęty przez
chłopów, podobno na zlecenie wójtowskie, ze skrępowanemi powro­
zem czy łańcuchem rękami i przywiązany do słupa tuż przy domu,
miał tak stać przez parę godzin przed chałupą swej ulubionej,
która wszakże nie podzielała miłej przygody kochanka.
W ogóle dawny sąd gromadzki z większy surowością i bez­
względnością wykonywał swą władzę, niż późniejsze zwierzchności
gminne. Wszelkie jego zarządzenia i wyroki miały też wśród ludu
większe znaczenie i poszanowanie.
Dawna gromada, mając sądzić przestępcę,, miała zawsze na
oku, aby jego kara, jak i rodzaj przestępstwa, doszły do wiado­
mości jak najszerszego ogółu. Dlategoto wójt, rozsyłając na wieś
„kulę“ w celu wezwania „sąmsiadów“ n a s ą d y , polecał podobno

[372]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

351

podawać z ust do ust, od domu do domu: „ze ten a ten bedzie
sadzony za to i za to“. Rozgłaszanie sprawy karnej i kary za
nią wymierzonej miało cel odstraszenia innych od popełniania po­
dobnych przestępstw czyli— jak się lud wyraża — „miał sie i dzie­
siąty bez to karać“.
Nie należy jednak rozumieć, jakoby sąsiedzi, wezwani przez
wójta na sady ze wsi całej, mieli brać nieograniczony udział w osa­
dzeniu przestępstwa. Wzywano ich więcej dla widowiska i dla
nadania sprawie rozgłosu — bo jak podania z dawnych czasów
głoszą — „co wójt powiedział, było świete, tak jak amen w pa­
cierzu“. jeżeli zdarzyło się kiedy, że wójt zmieniał ostatnie słowo
co do wymiaru kary na wniosek sąsiadów, bywało to podobno
wtedy, gdy sąsiedzi żądali surowszego ukarania przestępcy.
Zwoływanie sąsiadów na sądy było podobno także z tego
względu potrzebne, że na winowajcę mógł zapaść taki wyrok, aby
każdy z sąsiadów, obecnych na rozprawie, wymierzył mu kolejno
oznaczoną liczbę plag. Takie wyroki miała bowiem starsza gro­
mada wydawać niekiedy na niepoprawnego przestępcę lub więk­
szego zbrodniarza.
Jeszcze przed trzydziestu laty za jedno z największych prze­
stępstw uważano zabijanie pszczół. Kogo na podobnym występku
schwytano lub komu podobny czyn udowodniono, karał go sąd
gromadzki publicznie licznemi plagami w różnych miejscach wsi
i pod figurami lub rozdzielała mu kolejno razy gromada na osie­
dlu wójtowskiem. Wymierzając taką karę, sąd gromadzki uzasa­
dniał swój wyrok tym argumentem, że ,,cłek, co zabija chrobacka,
co robi wos(k) na świece do kościoła, straśnie grzósy i latego go­
dny jes wielgi k&ry“Lecz kara za zabijanie pszczół schodzi na plan drugi w po­
równaniu z okrutną karą za kradzież pszczół. Kara ta , wymie­
rzana z podobnych pobudek, była, zdaje się, także wynikiem wy­
roku sądu gromadzkiego, jeżeli nie z bieżącego, to z przeszłego
stulecia. Przemawiają za tern przypuszczeniem stare podania lu­
dowe: „Złodziejowi, co pcoły ukrad, obkrawali kole pępka, wią­
zali go za tein pepek na powrózek i pótyl go wodzili prędko kole
ula, pókil ś niego kiski nie wysły. I tak umierał złodziej w wielgich mękach“ (Targowisko).
Na wieść, że „carownica bedzie sądzonś,“, zbiegały się da­
wniej licznie kobiety do *urzędu gromadzkiego, a każda z nich
uważała za stosowne, naprzód plunąć w twarz obwinionej, nastę­
pnie zaś zarzucić jej „zcarowanie“ krów i różne praktyki, przypi­
sywane czarownicom.
Każda widziała ją, jak zbierała ziółka po miedzach i past­
wiskach, słyszała, jak wymawiała czarodziejskie zaklęcia, uważała,
jak z różnych przedmiotów doiła mleko, robiła masło, wreszcie

352

J.

Ś W IĘ T E K .

[373]

sprowadziła ja zawsze przed swój dom , ile razy, mając krowę
oczarowana, uciekła się do środków, praktykowanych przez wie­
śniaczki dla wyśledzenia szkodnicy.
Co było gadan, wymyślać, natrząsać, szyderstw i obelg ze
strony bab wiejskich z nieszczęśliwej kobiety, ten może mieć o tern
pojęcie, kto miał sposobność przynajmniej przed dwudziestu pięciu
laty słyszeć „swary babskie“ na wsi. A gromada słuchała tych
swarów z uwagą, notując sobie dobrze w głowie wszelkie zarzuty,
czynione rzekomej czarownicy, ażeby ją o nie indagować po wez­
waniu oskarżycielek do uciszenia się.
Rozumie się, że oskarżona nie chciała się przyznać do winy.
Sąd gromadzki przekonany jednak, że jest czarownicą, chciał ją
zmusić do tego zeznania. Rozpoczęła się więc egzekucya śledcza.
Kładziono kobietę na ławę, przytrzymywano za nogi i ramiona
i bito w przestankach po pięć lub dziesięć postronków, pytając
się za każdym przestankiem: „Przyznńs się, cy nie“ ? niekiedy
z dodatkiem: „Przyznaj sie, a nic ci nie bedzie“.
Pod tymi razami przyznawała się wreszcie kobieta, bo za­
zwyczaj nawet miała pewne praktyki na sumieniu, a wtedy znowu
rozpoczynała się indagacya względem środków, jakich do czaro­
wania używała, na czem jeździła na „granice“ pól, z czego doiła
mleko, robiła masło i wreszcie, czyje krowy zczarowała.
Naturalnie kobieta z obawy przed ponowną chłostą śledczą,
opowiadała ze szczegółami swe urojone przygody podczas przejaż­
dżek na oźogu lub łopacie, przyznawała się do krzywd, wyrzą­
dzanych sąsiadom, a skoro skończyła, „chytała za nogi“ sędziów
gromadzkich, prosząc, aby jej darowali winę.
Sąd uznawał winę za wielką i dlatego oświadczał, że daro­
wać zupełnie nie może, ale skoro kobieta „odprzysiegnie sie na
zawdy“ czarów, wymierzy jej dość łagodną karę. Klękała więc,
„zakładała palec na palec“, wyrzekała się „spółki z dyabłem“ i swej
sztuki, a wtedy sąd gromadzki, po pewnej naradzie, wydawał wy­
rok, skazujący kobietę n. p. na 30 postronków na środku wsi lub
pod figurami.
Procedura ta według wersyi ludowej była stosowana z po­
czątkiem tego stulecia. W porównaniu do formalnej inkwizycyi
z ubiegłych wieków, a jak głoszą podania ludowe, była ona je ­
szcze dość łagodna. „W dawnych casach — powiadają — to jak
carównica nie kciała sie zeznać, to ji przypalali do ciała ogniem,
jaz sie przyznała,, a potym to ją i casami palili abo tyła ś nią
dokazowali, ze jaz ją uśmiercili“.
Dziś na skargi tego rodzaju wójt uśmiecha się ironicznie,
mówi: „to wszycko babskie gusła“ i odsyła skarżących z nicżem.
Pozostała więc na czarownice tylko kara morolna, którą im też
wymierzają sąsiadki, stronięc od nich, nie zawięzując z niemi ża­

[374]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRa WNE.

353

dnych stosunków, a w razie nieuniknionego starcia się z kobietami
poclejrzanemi o czary, obsypując je gradem przezwisk, wymyślań,
przekleństw i obelg. Skoro zaś chłop da się przekonać żonie, że
jego krowa „zcarowana bez te carownice“, podejrzywana kobieta
rzadko uchroni się od pobicia przy pierwszej nadarzonej sposo­
bności.
O karach na czarowników w ostatniem stuleciu nie słychać.
Przedtem miał ich także pociągać sąd gromadzki do odpowiedzial­
ności. Najgłośniejsze jest wszakże imię czarownika Mikusia i naj­
głośniejsza kara, jaką mu za czary wymierzono. Kara ta weszła
nawet w przysłowie „skakać mikusia“ na oznaczenie przebierania
nogami przy braniu chłosty cielesnej. Mikuś bowiem, skazany na
spalenie za czary i przywiązany łańcuchem do słupa, przy którym
płonął ogień, parzony wił się z bólu i dziwne ruchy wyprawiał
nogami i całem ciałem. Przysłowia „skakać mikusia“ używają
najczęściej rodzice i gospodarze, grożąc dzieciom i młodszej czela­
dzi: „Pockaj ino; ino mi to jesce raz zrobis, to jak cie chyce, to
tak bedzies skakał mikusia, jaze hej!“
Podobnie surowe dochodzenia jak z czarownicami prowadził
dawny sąd gromadzki z podejrzanymi o kradzież. Wójt z przysięźnymi i kilku sąsiadami robił niemal formalną obławę na „po­
debranych“, a skoro którego „dostał w swoje rece“, bez względu,
czy go w domu przydybał, czy w drodze, na zabawie czy też
w pogoni, witał go odrazu przez silne kilkakrotne uderzenie pię­
ścią w twarz, aż go krew oblała, a równocześnie rzucał mu pytanie:
„Keś podział, złodzieju to, cojeś ukrad“ !? Jeżeli podejrzany pod
tymi razami nie upadł na ziemię, podrywał mu nogi jeden z przysiężnych lub który z sąsiadów, a inni dopomagali do „obalenia“,
przestępcy, to kopiąc obcasami, to „kolankując“. Wywróconemu
zakładano kajdany, wspierając się przy tej czynności kolanami na
jego nogach, rękach, a nawet na brzuchu. Procedurę tę stoso­
wano zaraz na miejscu ujęcia podejrzanego.
Jeżeli ten domniemany przestępca nie przyznał się natych­
miast do winy i nie wskazał miejsca ukrycia przedmiotu skradzio­
nego, a schwytano go w domu, przystępowano zaraz do dokonania
rewizyi w jego mieszkaniu, jeżeli zaś poza domem, dopiero po
sprowadzeniu. Przeszukiwano komory, stajnie, chlewy, strychy,
lochy wszystkie, zabudowania gospodarskie, śledzono za świeżo
poruszoną ziemią, „brano na słowa i podrywki“ dzieci, domowni­
ków, wypytywano o przychodni i różne podejrzane osoby.
Skoro odnaleziono skradzione rzeczy, kładziono je na zło­
dzieja, o ile to możliwe było, i wśród bicia, popychań, kopań i szturchańców, a wśród szyderstw i naigrawań pospólstwa, prowadzono
go przez wieś całą do domu wójtowskiego dla dokończenia śledz­
twa i wydania wyroku. I tu śledztwo prowadził sąd gromadzki

354

J.

ŚWJĘTEK.

[375]

z całą^ bezwzględnością, nie szczędząc winnemu razów dotkliwych,
dopóki nie zeznał wszystkich szczegółów, towarzyszących spełnie­
niu przestępstwa. Gdy z toku dochodzenia okazało się, że ujęty
miał spólników, sąd gromadzki starał się ich czemprędzej pochwy­
cie, aby na wszystkich równocześnie mógł wykonaó wyrok.
Złodziei skazywano na plagi mniej więcej do połowy tego
stulecia, które w miarę wielkości przestępstwa, niekiedy nawet po­
nad sto postronków lub kijów, odliczano na gołe ciało.
Miejscem egzekucyi był środek wsi lub przystanki pod figu­
rami i kapliczkami wiejskiemi, wykonywano zaś ją na ławie,
którą przestępca sam nieść musiał. Naturalnie bezpośrednio przed
pochodem uwalniano go z k a jd a n , a natomiast, aby nie uciekł,
opasywano go postronkiem, którego koniec trzymał jeden z sąsia­
dów, wyznaczonych do egzekucyi. Jeżeli rzeczy skradzione były
tego rodzaju, że mogły wpadać w oczy pospólstwu, a nieśó je mógł
oprócz ławki przestępca, n. p. pierzynę, zawieszano je na jego
barki. Gdy byli spólnicy, to oni brali corpus delicti, idąc w je ­
dnym rzędzie z głównym winowajcą.
W yrok wykonywał sąd gromadzki bezpośrednio po jego wy­
daniu, a więc w tym samym dniu, w którym przeprowadził śledz­
two z przestępcą. Jeżeli śledztwo nie skończyło się w ciągu dnia
lub skończyło się aż dopiero w nocy, zamykano przestępcę aż do
ogłoszenia wyroku w lochu lub ciemnej komórce, skutego w kaj­
dany.
Zauważyć należy, że środki, stosowane przez dawny sąd gro­
madzki podczas dochodzenia dla wydobycia zeznania, a nawet
mimo zeznania w czasie przed wykonaniem wyroku, były tak
gwałtowne, że przestępca właściwie wskutek nich, a nie wskutek
plag, które jako karę otrzymał, często schodził w krótkim czasie
ze świata.
Złodziej, przychwycony na gorącym uczynku przez właści­
ciela i oddany sądowi gromadzkiemu w celu ukarania, nie uszedł
także wójtowskiego „wytrzaskania po pysku“ przed wymiarem
kary na podstawie wyroku. Jeżeli przypuszczano, że miał spólników lub popełnił inne kradzieże, których sprawcy jeszcze nie wy­
śledzono, sąd gromadzki przeprowadzał z nim tak surowe docho­
dzenie, jak z podejrzanymi o kradzież.
W ogóle wszyscy przestępcy, których oddawały prywatne
osoby dawnemu sądowi gromadzkiemu do ukarania, udawadniając
zarazem ich winę, brali nie tylko cielesne plagi, sądzone im wy­
rokiem w miarę oceny ich występku, naturalnie obok wynagro­
dzenia zrządzonej szkody, ale zaznajamiali się także z siłą ręki
wójtowskiej przed wyrokiem. W tym względzie jedynym prawie
wyjątkiem byli oskarżeni o rozmyślne zaoranie cudzego gruntu,
których sąd gromadzki skazywał tylko na kije i „odoranie“.

[376]

ZWYCZAJE I POJĘCIA PRAWNE.

355

4. Procedura cywilna.
a)

Sądy

rozjemcze.

Sądów rozjemczych w ogóle nie liczne są przykłady, a jeżeli
wieśniak tutejszy podejmie się pośredniczenia w pogodzeniu osób,
które się między sobą spierają o sprawy z dziedziny prawa rze­
czowego, zna zazwyczaj dokładnie przedmiot i istotę sporu. Bez
tej znajomości nie przyjmie Nadrabianin propozycyi rozstrzygania
sprawy cywilnej w sposób polubowny. Wobec tego rozjemcy chłopi,
zwłaszcza, jeżeli jest ich kilku, nie potrzebują zeznań świadków,
aby rozpatrzeć się należycie w przedmiocie sporu. Słuchają tylko
stron, nie usuwając wszakże od świadczenia ludzi, którzy zgłaszają
się sami lub na których obydwie strony się powołują.
Świadectwo osób trzecich, a niekiedy także przejrzenie do­
kumentów prawnych, jest tylko wtedy pożądane, jeżeli rozjemcą
sprawy cywilnej jest ksiądz proboszcz lub inna osoba, mająca za­
ufanie u ludu, ale nie obeznana z miejscowymi stosunkami. Lecz
i w tym wypadku świadectwo obcych osób jest zbyteczne wobec
zgodnych zeznań stron obu co do samej sprawy.
Sędziowie polubowni, przesłuchawszy obydwie strony, starają
się załagodzić między niemi spór na podstawie ich własnych ze­
znań, swego przeświadczenia, przekonania i rozumowania.
Gdy obydwie strony poniekąd „mają słuśnie", rozjemcy na­
kłaniają je do wzajemnych ustępstw, których granice określają.
Wobec „słusności“ jednej strony tylko, sędziowie polubowni orze­
kają to wprawdzie, lecz przygotowani równocześnie na wypadek,
że ich wyrok może być bez znaczenia, zaraz dodają: „Wojciech
(n. p.) mają (ma) prńwde za sobą, Jakób kcą ich krzywdy. Po
sprawiedliwości Jakób powinni odezdać (zapłacić, ustąpić, odoraó,
wrócić skodę) Wojciechowi to, co jes ich, a jak nie kcecie po dobrości, a Wojciech zaskardzą was do sondu (częściej „sądu“), to
wy, Jakóbie, jak sie wdacie w prawo, to nie ino musicie odezdać
to wsyóko na koniec, ale jesce bardzo duża musicie stracić na
prawa. Potrzeba wam to bedzie tego, Jakóbie“ ?
Po taktem oświadczeniu sędziów polubownych Jakób się na­
myśla i zazwyczaj nabiera przekonania, że „mu sie śtuka nie uda“ ;
to też porozumiewa się już sam z Wojciechem i ugadza.
Zauważyć należy, że na sąd polubowny godzą się tylko lu­
dzie spokojni, którzy „nie kcą sie włócyć po sądach“, a mają pe­
wne wątpliwości co do swych pretensyj. Ludzie z żyłką pieniacką
chcą zawsze „postawić na swoim“ i dlatego „znają ino dróge do
sądów“ państwowych. Propozycyę załatwienia sprawy spornej
przez „intsych“ lub w gminie odrzucają z oburzeniem; „Có mi tam

356

J.

ŚWIEJTEK.

[377]

gadacie o tym; tu we wsi to nie jes żaden sąd. Tam pode, kej
potrza. Niek nas osądzą panowie w Niepołomicach (lub w Bochni)“.
Sędziowie polubowni, pośrednicząc między osobami w spra­
wach cywilnych, roztrząsają zwykle spory o służebności, zatargi
o miedze i granice, przynależności drzew w granicy i innych rze­
czy, nieporozumienia między spólnikami i wreszcie różne zatargi,
wynikłe z niejasnych układów lub pewnych czynności.
Orzeczenia swoje wydają sędziowie polubowni na podstawie
prawa zwyczajowego ludu, które powyżej podano.
b) S ą d y

gminne

i gromadzkie.

Większą wartość i znaczenie w kwestyach prawa cywilnego
mają orzeczenia sądów gminnych, a dawniej gromadzkich. Sądy
gromadzkie rozstrzygały spory nawet w ważniejszych sprawach,
i jak w sprawach karnych, tak i cywilnych zmuszały strony do
bezwzględnego posłuchu. „Nie zrobić to, co wójt kcińł i gromada,
to tyła znacyło, ze trza było to odcierpieć u wójta, jak ino cłeka
tam ściągli“.
Sądy gromadzkie, łącząc sprawy cywilne ze sprawami karnemi, załatwiały obydwie te sprawy za jednym zachodem. Oskar­
żonego n. p. o zaoranie miedzy, o wyrzucenie cudzego drzewa
z ziemi, zabicie cudzego zwierzęcia, o uszkodzenie cudzej własno­
ści i t. p. „ściągał“ wójt pod różnymi pozorami przez przysiężnego
do swego domu i tu naprzód odbierał oskarżony sądzoną mu karę
cielesną za przestępstwo, a potem dopiero otrzymywał nakaz ry ­
chłego wynagrodzenia szkody lub zaspokojenia w inny sposób po­
krzywdzonego. Naturalnie przed wymierzeniem kary sąd gromadzki
badał winę oskarżonego i, jeżeli chodziło o szkody połowę, zaora­
nie miedzy lub gruntu, wysyłał na miejsce wypadku „urząd do
skody“ dla oszacowania tych szkód. Oskarżony zostawał na ten
czas albo w domu wójtowskim albo szedł razem z „tahsatórami“
na pole, w obu razach jednak pod bacznem okiem wójta lub przy­
siężnego, aby nie uciekł.
Sądząc sprawę z dziedziny prawa rzeczowego, badał ją sąd
gromadzki przez świadków, których przesłuchiwał, i na podstawie
„skargi“ pozywającego, a zeznań pozwanego.
Dzisiejsze sądy gminne stanowią z urzędu tylko o wynagro­
dzeniu za szkody w polu. Wójt wysyła na miejsce szkody tak
zwany „urząd od skody“, który się składa z dwu „tahsatórów“.
„Urząd do skody wyprowadza“ także sam szkodnik, a raczej wła­
ściciel zajętego bydła, skoro poszkodowany nie chce mu go „wy­
puścić“ lub żąda wysokiego odszkodowania. W tym wypadku
poleca wójt poszkodowanemu, aby bydło wypuścił z zajęcia.

[378]

ZWYCZAJE T POJĘCIA PRAWNE.

357

Taksatorowie, oceniwszy szkodę, donoszą o tem wójtowi,
który, zawezwawszy właściciela bydła, koni, trzody lub drobiu,
poleca mu wynagrodzić poszkodowanego bądź pieniędzmi, bądź
płodami w naturze stosownie do oceny „urzędu od szkody“. Nadto
płaci szkodnik na rzecz taksatorów po 50 ct., w razie większych
szkód 1 złr. „na ubogich“ a w razie „odbicia“ lub usiłowania
„odbicia“ zajętego bydła 2 złr. Wobec zaorania miedzy lub
gruntu, które także urząd szkody sprawdza na miejscu, nakazuje
zwierzchność gminna sprawcy „odorać“.
W razie nierozmyślnego uszkodzenia cudzej własności sąd
gromadzki skazuje pozwanego tylko na stosowne odszkodowanie,
a w razie rozmyślnego uszkodzenia n. p. sprzętów rolniczych, wozu,
zwierzęcia, podobnie jak i zabicia zwierzęcia, prócz wynagrodzenia
szkody także ną karę pieniężną od 2—5 złr. na szkołę, kościół
lub ubogich.
W sprawach czysto cywilnych zwierzchność gminna dziś wtedy
tylko wydaje swe orzeczenia, jeżeli obydwie strony godzą się na
to, aby je „we wsi sądzili“ lub jeżeli pozwany przed urząd
gminny nie sprzeciwia się, aby z nim przeprowadzono dochodzenie.
Przedmiot sprawy może być nawet donioślejszego znaczenia.
Strony, które po wzajemnem porozumieniu „zdają sie“ bez
zastrzeżeń na sądy gminne, zazwyczaj godzą się w zasadzie na
obopólne ustępstwa; chodzi im jedynie, aby zwierzchność gminna
oznaczyła granice tych ustępstw. Jeżeli zaś orzeczenie sądu gmin­
nego ma przechylić się stanowczo na jedną stronę, to uważają
one obydwie za rzecz potrzebną, aby w tej mierze decydował tylko
urząd gminny.
Rozumie się , że z takieini stronami łatwiej jest sądowi gmin­
nemu przeprowadzić dochodzenie i zbadać należycie sprawę, niż
wrśród odmiennych warunków i okoliczności.
Strony, stanąwszy przed sądem gminnym, motywują każda
na swój sposób słuszność swej sprawy. Zwierzchności gminne
„znają“ wprawdzie „swoich ludzi“, nie jest im też obca sprawa,
o której mają stanowić; aby jednak stało się zadość formie, gdyby
trzeba było przyjąć na siebie odpowiedzialność za przeprowadzenie
dochodzenia, nie poprzestają już one na przesłuchaniu stron, ale
indagują ściśle takźć świadków, na których strony się powołują,
tudzież czytają dokumenta, jeżeli jakie są w związku ze sporną
sprawą. Szczególniej uważają to wtedy sądy gminne za rzecz bar­
dzo pożądaną, gdy objawia się sprzeczność w zeznaniach stron obu:
gdy jedna strona zaprzecza tem u, co druga przytacza na swą
obronę i w ogóle gdy z przedstawienia sprawy przez strony i świad­
ków trudniej jest wywnioskować coś pozytywnego.
Po przesłuchaniu świadków, zwierzchność gminna wydala
z izby sądowej strony i wszystkie osoby tak do rozprawy powołane,

358

J. ŚWiĘTEK.

[379]

jak i podczas rozprawy przytomne (z wyjątkiem radnych, niekrewnych stron) i zastanawia się nad załatwieniem spornej sprawy.
Naradziwszy się, wzywa sad gminny strony do izby i objawia im
zgodne swe orzeczenie w danej sprawie, napominając zarazem, aby
się według tego porozumiały i pogodziły. Zazwyczaj też następuje
zgoda między stronami bądź wskutek wzajemnych ustępstw, bądź
wskutek zaspokojenia usprawiedliwionych roszczeń jednej strony
przez drugą. W razie nieporozumienia zaleca sąd gminny stronom,
aby „sie dały do prawa“; ostrzega wszakże stronę „niezgodliwą“ ,
że jej „i prawo co intsego nie przysądzi“, a narazi ją na koszta
procesu, bo wobec przysięgi, do jakiej nie omieszka ją sąd pocią­
gnąć, „musi wszycko tak pedzieć, jako jes prawda“.

W*

Treść
„ Z w y c z a jó w

i

p o ję ć p r a w n y c h “ .

Strona:

Wiadomości w stęp n e...................................... . . - . . ..........................
I. R O D Z I N A ................................................................ ;Si \
. . . .
1. Pojęcie rodziny i rodu (7 —13).
2. Stosunki rodzinne we wzajemnem pożyciu (13—M6).
3* Stosunki między rodzicami a dziećmi (16—42)'.
4. Małżeństwo (42—77).
5. Ostatnia wola i testament (77—85).
6. Zwyczaje spadkowe (85—91).
7. Opieka (91—97).
II. SPOŁECZEŃSTWO................................................................................
1. Rody (98—134).
2. Różnice stanowe (134— 145).
3- Służba (145—151).
4. Najem (151— 159).
5. Spółki i roboty wspólne (159—170).
6. Zycie prywatne (171—223).
7. Życie publiczne (223—248).
III. PRZESTĘPSTWA
.............................................................Y
.
1. Pojęcie przestępstwa w ogóle (249).
2. Przestępstwa przeciwko religii (250—253).
3. Przestępstwa przeciwko czci i sławie bliźniego (253—262).
4. Pijaństwo i zakłócenie spokoju publicznego (262—267),
5. Zabójstwo i uszkodzenie na zdrowiu (267—274).
6. Przestępstwa przeciwko czystości obyczajów (274—277).
7. Przestępstwa przeciwko własności i wyzysk (277—305).
IV. P R O C E S ................................................................................................
1. Proces (306-308 ),
2. Sędziowie. Sądy (308—317).
3. Procedura karna (317—354).
4. Procedura cywilna (354—358).

1—7.
7 -9 7 .

9 8 -2 4 8 .

249—305.

306—358.

/

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.