http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/4759.pdf

Media

Part of Etnografia Wielkopolski w planowaniu niemieckim / LUD 1946 t.37

extracted text
BOŻENA STELMACHOWSKA

ETNOGRAFIA

WIELKOPOLSKI W PLANOWANIU
NIEMIECKIM

Z lat okupacji przeszły do rąk naszych niektóre niemieckie
wydawnictwa, a m. in. część biblioteki «Volkspolitisches Institute
mieszczącego się przy niemieckim uniwersytecie w Poznaniu. I n ­
stytut ten posiadał specjalny oddział etnograficzny, czyli «Abteilung: deutsche Volkskunde».
Nie mając do dyspozycji wszystkich książek owej biblioteki,
ograniczymy się do omówienia niektórych, dotyczących w szcze­
gólności etnografii Wielkopolski.
Zadaniem Instytutu było nie tylko badanie kultury niemiec­
kiej, ale także, jak sama nazwa wskazuje, planowanie politycznonarodowościowe, które m. in. obejmowało również i etnograię. Re­
prezentantami jej byli w Poznaniu dwaj profesorowie niemieccy:
dr Edmund Mudrak, oraz prof, dr Lutz Mackensen.
Planowanie to opierało się na następujących założeniach:
Zamierzona inkorporacja Wielkopolski do Rzeszy niemiec­
kiej miała dokonać się na zasadzie integralnej germanizacji. Nie
chodziło już tylko o zniemczenie osiadłej ludności, ale o to, aby
na ziemi «niemieckiej» powstał i mógł rozwijać się nadal nowy
szczep «niemiecki». Elementami tego planowania były: ziemia
i człowiek, t j . jego kultura materialna i duchowa.
Dla sprawnego ujednolicenia programu działania ograniczono
go do pewnej zamkniętej przestrzeni, mianowicie do tzw. «Kraju
Warty». Wielkopolska, zaludniona przez polskie grupy etniczne,
przedstawiała już w samym mianowaniu swoim, oraz w granicach

237
terytorialnych pewną całość o charakterze etniczno-historycznym.
Z tej więc przyczyny trzeba było zmienić te granice i zmienić
tradycyjną nazwę obszaru. Termin «Wielkopolska» nie był zresztą
używany przez Niemców. Jeszcze przed I Wielką Wojną, a więc
z końcem w.XIX nauka niemiecka posługiwała się terminem: «Kraj
Poznański*. Określenie to podtrzymywane było przez ośrodki nie­
mieckie w Polsce jeszcze przed wybuchem I I w ojny światowej.
Z chwilą wkroczenia wojsk niemieckich w r. 1939 i dokona­
nia now ego podziału administracyjnego przez Niemców, pojawiła
się też i nowa nazwa, która kazała zapomnieć o samym Pozna­
niu. Był więc teraz «Region W arty» i «Kraj W arty», czyli miano­
wanie o charakterze geograficznym. Nazwa ta, wykluczająca oba
momenty historyczne, a więc i polskość i poznańskość, została bez
zastrzeżeń przyjęta przez naukę niemiecką. Kraj Warty obejmo­
wał również okręg Łodzi.
Ten nowy obszar w scłiodni należało przystosować do wy­
mogów chwdli. Czynniki urzędowe podjęły się zatem zadania usu­
nięcia z terenu ludności polskiej w kolejnych etapach ekstermina­
cyjnych, aż do absolutnej likwidacji, oraz zasiedlenie całej prze­
strzeni ludnością niemiecką. Czynniki naukowe miały akcję tę uza­
sadnić ideowo i faktycznie. Roli tej podjęły się m. in. historia i geo­
grafia. Chodziło tu o to, aby udowodnić, że ziemia ta z pochodze­
nia swego i charakteru krajobrazowego jest niemiecka.
Szczególne zadanie, jakie przypadło etnografii, polegało na
tym, aby naprzód wykryć relikty polskie, wskazać je i spowodo­
wać ich usunięcie, a równocześnie zasygnalizować zabytki nie­
mieckie, celem ich konserwacji w terenie. W tej pracy przycho­
dziła etnografii w pomoc także i historia sztuki.
Ważniejszą role jednakże miała etnografia do spełnienia
w stosunku do człowieka. Etnografów niemieckich zobowiązano
do współpracy w planowaniu przyszłościowym. Polecono im stwo­
rzenie nowego regionu. Tylko oni bowiem wiedzieli, jakie czynniki
składowe mogą region taki stworzyć. Należało więc «Kraj owi
Warty» dać własną, niemiecką kulturę ludową, materialną i du­
chową, podzielić go na poszczególne grupy ludowe i grupom tym
zapewnić żywotność.
r

r

r

?

r

238
Zadania tego podjęli się etnografowie niemieckiego Uniwer­
sytetu w Poznaniu.

*
Począwszy od jesieni r. 1939 dokonywało się w kilku kolej­
nych fazach wysiedlanie Polaków z miast, miasteczek i wiosek.
Równocześnie przeprowadzono akcję zasiedlenia pustoszejących
obszarów osadnikami niemieckimi. Na dwa lata przed końcem
wojny, t j . w r. 1943, nastąpił moment pierwszej, relatywnej stabi­
lizacji, — chwilowa przerwa, po której nastąpić miała dalsza dłu­
godystansowa akcja eksterminacyjna. Miało także dokonać się uzu­
pełnienie akcji osiedleńczej i to elementem pochodzącym z głębi
Rzeszy.
Równocześnie z przeprowadzaną zmianą oblicza demogra­
ficznego Wielkopolski przystąpiono też do wstępnej akcji dokona­
nia zmian w krajobrazie. Była to jednak sprawa już trudniejsza,
wymagająca nakładu czasu i kosztów. Na początek więc podjęto
się niszczenia w terenie etnograficznych reliktów polskich — usu­
nięto krzyże, kapliczki i figury przydrożne i to zaraz jesienią roku
1939, aby wieś wielkopolska zatraciła swój zewnętrzny, charak­
terystyczny wygląd rodzimy.
Czynnikom urzędowym zależało na tym, aby «Kraj Warty*
przedstawiał się jako ziemia niemiecka.
Naukowo uzasadnili tezę tę historycy i geografowie. Dr f i l .
Walter Geisler, profesor zwyczajny na katedrze geografii niemiec­
kiego Uniwersytetu w Poznaniu wydał w r. 1943 podręcznik nauki
o krajobrazie «Kraju Warty», dotyczący w szczególności gospo­
darki i osadnictwa.
Wybieramy z tej książki kilka charakterystycznych cytatów:
— «Możemy na t y m miejscu s t w i e r d z i ć , że tylko niemieckie ce­
chy w u k s z t a ł t o w a n i u się krajobrazu zdołały zlać się h a r m o n i j n i e z pej­
z a ż e m całego kraju, że byl to w y ł ą c z n i e duch niemiecki, k t ó r y s t w o r z y ł
w a r t o ś c i trwale dla Regionu W a r t y . Polak był cudzoziemcem na t y m
obszarze i nie zdołał w y c i s n ą ć na nam swego p i ę t n a . O ile osiedlił
się w t y m czysto niemieckim k r a j u , musiał posłużyć się niemieckimi
f o r m a m i osadnictwa i uprawy. B y l on przez wszystkie czasy niczym

239
więcej, j a k chyba tylko siłą fizyczną, podczas gdy siła k s z t a ł t u j ą c a po­
c h o d z i ł a w y ł ą c z n i e od Niemców*, (sir. fO).
— « F a k l e m jest, że Kraj W a r t y ma z,a sobą losy bardziej zmienne,
niż p ó ł n o c n e i p o ł u d n i o w e obszary, ale mimo tych wszystkich przeobra­
żeń n i e m i e c k o ś ć i tu t a k ż e p o t r a f i ł a się z a c h o w a ć . W a l k a narodowo­
ściowa w latach obcego panowania była twarda i ciężka, jednak w ł a ­
śnie w ciągu ubiegłego stulecia stawiali Niemcy jaknajostrzejszy o p ó r
przeciw wszelkiemu przemieszaniu z i n n y m i s k ł a d n i k a m i r a s o w y m i ,
.leżeli w p ó ź n i e j s z y c h czasach n a s t ą p i ł o potem zamazanie r ó ż n i c m i ę ­
dzy t y m , co nordyckie, a co wschodnie, m i ę d z y niemieckim i polskim,
to trzeba, aby z.a naszych czasów, za czasów rasowej s a m o ś w i a d o m o ś c i
w y o s t r z y ł się z n ó w punkt widzenia na te r o z r ó ż n i e n i a , aby n a s t ą p i ł a
oczyszczająca eliminacja. Nie m o ż e p o d l e g a ć ż a d n e j w ą p l i w o ś c i , że
Kraj W a r t y , t a k ż e po owej w s p a n i a ł e j akcji p r z e s i e d l e ń c z e j niemiec­
kich r o d a k ó w ze wschodu, otrzyma d o p ł y w istotny n o r d y c k o zdetermi­
nowanych N i e m c ó w , aby Kraj W a r t y w j a k n a j k r ó t s z y m czasie, stal sic
k r a j e m czysto niemieckim)) (str. 16 17).
— «W czasie panowania Polski p r ó b o w a n o w K r a j u W a r t y z po­
m o c ą ś r o d k ó w zupełnie n i e w y s t a r c z a j ą c y c h , r o z w i n ą ć l u d o w o ś ć pol­
ską. P o t e n c j a ł k u l t u r a l n y P o l a k ó w na to jednak nie w y s t a r c z a ł . Nie
u n i k n i ę t o tego, że polska agitacja, p o s ł u g u j ą c się niegodnymi ś r o d k a m i
s t a r a ł a s i ę r ó ż n o r o d n e grupy ludowe p r z y k u ć do siebie, albo je w y ­
plenić. Mamy tu na myśli ze słusznością przede wszystkim terror pow­
stały po u g r u n t o w a n i u się Republiki Polskiej w n a s t ę p s t w i e z a ł a m a n i a
się Rzeszy w r. 1918. Musimy jednak p a m i ę t a ć także, że w czasach przed
polskimi rozbiorami z lat 1772, 1793 i 1795 w sprzeczności z poczynio­
n y m i obietnicami podejmowane były p r ó b y polonizacyjne».
— ((Rezultat tych p o c z y n a ń to przemieszanie k r w i , k t ó r e doko­
nało się t y m ł a t w i e j , że niejeden Niemiec, k t ó r y osiedlił się w b y ł y m
P a ń s t w i e Polskim, zagubił s w ą n i e m i e c k o ś ć na skutek izolacji. Źe osrhy
te nie u ś w i a d a m i a j ą sobie w ogóle już swego niemieckiego pochodze­
nia tłumaczy się częściowo tym, że stara, niemiecka z w y e z a j o w o ś ć i czy­
sto niemiecka sztuka ludowa zostały po prostu p r z e j ę t e przez P o l a k ó w .
Polscy p r z y w ó d c y polityczni określili to, jako polskie dobro kulturalne
i pielęgnowali je, p o n i e w a ż w ł a ś n i e Polak niczym r ó w n o w a r t o ś c i o w y m
w y k a z a ć się nie mógl».
— «Do wyrafinowanych metod o d n i e m c z a j ą c y c h należą t a k ż e
przemianowywania osad i osób. B y w a często tak, że stare niemieckie
nazwy już tylko filologowie r o z p o z n a ć mogą». (str. 8).
— «W k a ż d y m razie w t a r g n i ę c i e P o l a k ó w do K r a j u W a r t y to
tylko epizod, k t ó r y obecnie najkompletniej u s u n i ę t y został p r a w e m
idei s p r a w i e d l i w o ś c i dziejowej. Polak w z i ą ł na siebie w i n ę wdarcia
się w n i e m i e c k ą p r z e s t r z e ń , nie m o ż e się więc dziwić, że wraz z umoc-

240
nieniem się niemieckośei przez rewolucję narodowo-socjalistyczną lud
niemiecki zabiera dla siebie obszar zwrócony mu mocą przeznaczenia)),
(str. 19).
— «Stoimy więc dziś u progu rozwoju nowej niemieckiej ludo­
wości w Kraju Warty. Tak jak ongiś rozwinął się odrębny szczep Po­
morzan i ślązaków, podobnie powstanie nowy z glebą zrośnięty nie
miecki szczep i to z ((Volksdeutschów», reemigrantów i Niemców z Rze­
szy. Ten szczep niemiecki równy będzie w swoich zasadniczych wła­
ściwościach wszystkim innym szczepom niemieckim)), (str. 28).
Cytaty te wystarczająco określają metody i cele badawcze
niemieckich «uczonych».
Celem przeprowadzenia dezyderatów natury politycznej,
a więc stworzenia niemieckiej ziemi zasiedlonej przez ludzi nie­
mieckich, należało Niemców zachęcić do przybywania w te strony.
W związku z tym ukazał się w r. 1943, już w drugim wydaniu
album graficzny pt. «Region Warty, krajobraz i osadnictwo w dzie­
łach malarzy niemieckich*.
Rzecz przygotowana została znacznie w cześniej przez «Towarzystwo popierania sztuki niemieckiej w Kraju Warty». I n i ­
cjatorem jego był Gauleiter, który w dniu rocznicy okupacji
r. 1941 sprowadził na wakacje letnie artystów z Rzeszy i urządził
dla nich wystawę w Muzeum Wielkopolskim, zwanym KaiserFriedrich-Muscum.
Z wystawą tą wiąże się wydawnictwo albumowe zawiera­
jące kilkadziesiąt reprodukcji obrazów, przedstawiających pejzaż
i budownictwo wielkopolskie.
Cel wydawnictwa tłumaczą słowa wstępne Gauhauptmanna
Roberta Schulza, prezesa Związku Regionalnego:
r

— ((Przyszłość naszego narodu oraz największe zadania państwa
narodowo-socjałistycznego mieszczą się na wschodzie. Trzonem tego
nowego, niemieckiego wschodu jest Region Warty. W Starej Rzeszy
zbyt mało wie się o nim. Zaledwie nazwy niektórych miast są w obiegu
Książkę poświęcono tym, którzy przychodzą, aby pomagać w budo­
waniu nowego kraju i ze swej strony przekształcić go na region nie­
miecki.
...Pokazujemy kraj len, takim jaki dziś jest i stwarzamy przez
to dokument, wykazujący wielkie zadania, nowego, niemieckiego
Wschodu, dokument, który kiedyś zaświadczy, co pokonać musieliśmy
r

241
Ceiem kompletnej, definitywnej
strzeni życiowej)).

jego i n k o r p o r a c j i do niemieckiej

prze­

Następuje przedmowa, która stanowi kompendium niemiec­
kich tez historycznych, daje je art. malarz dr Karol Ernst Koehne.
Mamy tu więc naprzód teorię pierwotnego zasiedlenia Wiel­
kopolski przez Gotów, Burgundów i Wandalów, dalej zjawia się
Normandczyk Dagoe, jako pierwszy twórca państwa nadwiślańsko-nadwarciańskiego. W średniowieczu dominują znów Germa­
nie, ale «niestety niemiecka niezgoda i słowiańska przemoc* unie­
możliwiły stworzenie jednolitego frontu od Rewala i Narwy do
Beskidów, ho
— ((zawsze z o d m ę t ó w Wschodu w y t a c z a ł się l e n i w y potop sło­
w i a ń s k i e g o życia i s ł o w i a ń s k i e j istoty i niszczył wszystko, co zapo­
biegliwość niemiecka ziemi tej w y d a r ł a i k r a j o w i złożyła w darze, jako
t r w a ł e dzieło kulturalne)).
— ((Napierający Słowianie, po k t ó r y c h nie pozostała
żadna
z imienia znana osada, gdyż nie posiadali zdolności t w ó r c z y c h , nie w y kazali się ż a d n y m pomnikiem k u l t u r a l n y m , pozwolili k r a j o w i temu
z a p a ś ć z p o w r o t e m w p u s t y n i ę bez oblicza. W wiekach ś r e d n i c h na
nowo musiała r o z p o c z ą ć p r a c ę niemiecka dzielność i r u c h l i w o ś ć . Ale
ta ofiarna działalność nie p r z y n i o s ł a o w o c ó w , p o n i e w a ż wciąż od nowa
fanatyczna n i e n a w i ś ć niezdolnych i m a l o w a r t o ś e i o w y c h P o l a k ó w w sto­
sunku do swych niemieckich m i s t r z ó w niszczyła rozpoczęte dzielo».
— ((Ostatnie dwa dziesięciolecia polskiego panowania w K r a j u
W a r t y d o w i o d ł y , z j a k ą szybkością n a s t ę p u j e demontowanie niemiec­
kiego dzieła w zasięgu elementu s l o w i a ń s k o - a z j a t y c k i e g o — jeżeli już
nie wspominamy o d ł u ż s z y m o d d z i a ł y w a n i u tego bezdusznego żywiołu
na wschodnich kresach dzisiejszego, naszego regionu. Prusko-niemiecka
administi acja p r a c o w a ł a celowo i z rozmachem p i e l ę g n u j ą c i p o d n o s z ą c
k r a j — ale polem rzeki zostały zapiaszczone, lasy znikły, wioski pod­
u p a d ł y , pola i łąki pustoszały, a drogi i budowle p o g r ą ż y ł y się w bez­
denne m o k r a d ł a . Prowadzono r a b u n k o w ą g o s p o d a r k ę z o w y m bogac­
t w e m , w y d a r t y m Niemcom T r a k t a t e m Wersalskim, nie u t r z y m u j ą c
tego dobra, ani t y m mniej d o d a j ą c cośkolwiek od siebie. Bezdrzewny,
azjatycki step wziął w posiadanie ową ziemię tak blisko leżącą granic
Kzeszy».
— <(Ale nie tylko step, jako krajobraz, d o t a r ł aż do brain owych,
ongi zupełnie niemieckich miast, jak P o z n a ń , czy T o r u ń , co k a ż d y
laik ł a t w o mógł z a u w a ż y ć , ale nadto step w sensie k u l t u r a l n y m w g r y z ł
się głęboko w niemiecką p r z e s t r z e ń życiową*.
I.uil. т.

XXXVII

16

242
Autor zaznacza, że wszelka architektura piękna Kraju Warty
to pomniki niemieckie, które przeciwstawiają się
— ((polskiemu brudowi i brzydocie,..))
I dr Koehne kończy słowami:
— ((odtąd nigdy już — step — ów wysłannik Azji nie opanuje
ani pejzażu, ani kultury tego regionu, — Potęga Rzeszy stworzy z niego
trzon prawdziwego, niemieckiego wschodu!))
Książka «Region Warty, krajobraz i osadnictwo...* w tysią­
cach egzemplarzy znajdowała się w r. 1945 w Poznaniu, we wszyst­
kich mieszkaniach poniemieckich, a oczywiście także i poza Po­
znaniem, być może, także i za granicą.
Album ilustracji otwiera Prausmiiller akwarelą, wyobraża­
jącą Ratusz poznański. Jest dalej katedra w Gnieźnie i tum oraz
gmach Województwa w Poznaniu, barokowy kościół pod żninem,
katedra we Włocławku, świątynia barokowa w Kole, kościoły
w Jarocinie i Krotoszynie prastary ratusz w Sulmierzycach, domy
podcieniowe w Rakoniewicach itp. Pomniki te należy zachować,
jako spuściznę po niemieckich przodkach(!). Czytelnik niemiecki,
a może i zagraniczny, miał odnieść wrażenie, że pokazuje się mu
niemieckie rzeczy piękne.
W przeciwieństwie do miast, wieś wielkopolska reprezento­
wana jest przez ubogie, zapadłe w ziemię chaty. Sugeruje się prze­
świadczenie, że łatwo będzie je zburzyć, a zastąpić typami domów
niemieckich.
Trzecia tematyka zbioru obrazów pomyślana została inaczej.
Chodziło lu o zademonstrowanie: stepu.
Gauhauptmann Schulz zaznaczył na wstępie:
r

—. ((Bezkresna dal, ukryte piękno tego kraju, oraz niewyzyskane bogactwa zna ten tylko, kto tu raz już zaczął pracować*.
Dr Koehne pisze:
— «Im bardziej kraj ten nam się ujawnia, tym bardziej widzimy
nie tylko jego piękno, ale i jego rozlegle przestrzenie. Można sobie
wyobrazić, ile miejsca znaleźć się może dla aktywnego ludu)).
Dlatego namalowane pola, pełne gęstych, wysokich zbóż, mędle i stogi, stawy i młyny, łąki i pastwiska. Nie jest to co prawda

243
«step», ale dobrze uprawna, urodzajna ziemia. Jednakże wszystko
to przedstawiono jako puste, słabo zaludnione, — a więc oczeku­
jące pilnych rąk niemieckiego człowieka.
Drugie, bliźniacze wydawnictwo albumowe o podobnym cha­
rakterze pt. «Oblicze Niemca w Kraju Warty*.
Dotyczyło ono drugiego punktu programu, mianowicie już
nie ziemi samej, ale człowieka, a w szczególności jego cech raso­
wych. Malarze starali się podpatrzyć cechy antropologiczne ludu
w Wielkopolsce. W albumie tym znalazły się oczywiście okazy ty­
pów germańskich, ale obok nich i takie, które wykazują duże prze­
mieszanie etniczne.
Trzecim w lej serii wydawnictwem, które było zapowiedziane,
a zdaje się nie zdołało wyjść drukiem, miała być książka pt. «Niemiecki kraj, niemieccy ludzie i niemieckie osiągnięcia*. Chodziło
więc o syntezę niemieckości ziemi i człowieka w Wielkopolsce.
r

Wszystkie te publikacje tylko pośrednio dotyczą
stanowiły niejako jej publicystyczną podbudowę.

etnografii,

*
Zadaniem etnografii w niemieckim kompleksie planowania
było stworzenie dla nowego regionu niemieckiego w Kraju Warty
regionalnej niemieckiej kultury materialnej i duchowej.
Nie mogli się oczywiście etnografowie Uniwersytetu Poznań­
skiego podjąć akcji przekształcenia pejzażu. Nie mogli usunąć z te­
renu zabytków rodzimego budownictwa — poza kapliczkami, co
było w związku z odebraniem Wielkopolsce charakteru katolic­
kiego. Ale mogli rozpocząć walkę z innymi dziedzinami material­
nej kultury ludowej w Wielkopolsce.
Zebrany przez nich materiał (notatki, rysunki, fotografie)
z zakresu kultury ludowej dotyczył przede wszystkim dwu dzia­
łów: slroju ludowego i narzędzi rolniczych oraz sprzętów'gospo­
darskich. Wstępne prace, które objęły całe terytorium Kraju Warty,
miały dostarczyć materiału faktycznego. Ekipy studenckie badały
zabytki w terenie, po czym zamierzano dokonać segregacji czy se16*

244
lekcji. Problem przedstawiał się dla Niemców dość prosto. Można
by go ująć w tezy następujące:
1) Wszędzie, gdzie mieszkają Niemcy, to kraj niemiecki.
2) Wszelkie przejawy kultury ludowej Niemców są zabyt­
kami kultury niemieckiej.
3) Kultury obce w otoczeniu Niemców to zapożyczenia z kul­
tury niemieckiej.
4) Niemcy nie wynaradawiają się nigdy — za to niemczą
obszary swej kolonizacji.
Interesujący jest dla nas fakt ustosunkowania się Niemców
do przejętego po Polakach materiału zabytkowego zbiorów po­
znańskich.
Muzeum Miejskie zostało rozproszone, Muzeum Wielkopol­
skie zdewastowane. M. in. zniszczono zupełnie bogate zbiory Ci­
chowiczów. Natomiast tradycyjną kulturę ludową konserwowano
tam tylko, gdzie istnieli Volksdeutsche w większym skupisku, czy
jakiś Nebenvolk, przyjaźnie usposobiony dla niemczyzny.
Czynnikom urzędowym zależało na tym, aby niczym nie dra­
żnić przybywających do Wielkopolski przesiedleńców. Starano się
wmówić im, że wszystko, co przynoszą ze sobą, co im jest miłe
i do czego przywykli, a więc m. in. i strój i sprzęt i narzędzia i wy­
twory sztuki ludowej to z pierwotnego pochodzenia swego relikty
niemieckie. Nie na darmo przecież teoretycy niemczyzny, jak wspo­
mniany wyżej geograf prof. Geisler, dowodzili, że Polacy nie są
zdolni do wytworzenia własnej kultury ludowej, że polonizowali
zabytki niemieckie. W podobny sposób nauka niemiecka ustosun­
kowywała się w ogóle do kultury słowiańskiej.
Wychodząc z tych założeń, można było już bez obawy przy­
stąpić do inwentaryzacji zabytków ludowych, polskich.
Wśród spuścizny po studentach, pracujących w Muzeum,
znajduje się interesująca notatka: «Według świadectwa pani Beck
istniały trzy tereny zasięgów polskiego stroju ludowego:
1) Obszar między Łodzią a Warszawą z punktem central­
nym wokół Łowicza. Cechy rozpoznawcze: pasiaste spód­
nice i fartuchy z naramiennikami.

245
2) Obszar wokół Wilmesau (Bielitz) z jedynym na terenach
byłej Polski strojem mieszczańskim w Saybusch. Orygi­
nalne chustki-welony.
Według wypowiedzi pani Beck strój ten był właściwie nie­
miecki. Nosili go jednakże Polacy, względnie spolonizowani
Niemcy. Pozostałe stroje czysto polskie. (Czy to dotyczy również
terenów wokół Wilna, należałoby zbadać)*.
Nie wiemy kim była pani Beck i jaki dla etnografii niemiec­
kiej przedstawiała autorytet. Niemcy szukając informacji, omijali
źródła polskie. Owe wychwycone w oderwaniu pasiaki, jako je­
dyny wykładnik stroju polskiego na całym tak bardzo zróżniczko­
wanym obszarze, dowodzą dużej dowolności i płytkości metody­
cznej. Nie uwzględniono ani poszczególnych grup ludowych, ani
kompletu ich strojów. Może było to nieuctwo, a może świadome
zlekceważenie.
Inwentaryzację podjęto ab ovo. Posiadamy z tego zakresu
blok rysunkowy z nagłówkiem «Szkice studentek z Sieradza*. Bru­
lion sprawozdania z wycieczki terenowej zaczyna się od słów:
«Polski strój ludowy w okolicy Sieradza według raportu Inge Pelcer w Charłupi Wielkiej, wsi kościelnej...*, po czym następuje
szczegółowy opis tego stroju, a więc chusty, spódnice, gorseciki,
fartuchy ilp. z podaniem pomiarów, gatunku materiałów, kolo­
rów itp.
Drugi notatnik pochodzi z Kalisza. Zeszyt zawiera bardzo
niedokładne rzuty poziome i zarysy budowli. Jako miejscowość
podano Bradtheim. Jest to więc jakiś najstarszy dom w osiedlu,
dalej stodoła, piec chlebowy, szkoła, oraz trzy rysunki krzyżów
cmentarnych. Widzimy tu również szafę kuchenną, należącą —
zdaje się — do miejscowego sołtysa, oraz inną szafę stuletną z do­
piskiem: Frau Schneider Maria, i z tym samym dopiskiem wzór
haftu, czy koronki. Poza tym kilka drobiazgów, m. in. dwie pry­
mitywne lampki oliwne. Na osobnej kartce jest rysunek koszuli
z nagłówkiem «deutsch-kalholische Pfiilzer. Obliska*. No'tatnik
len dotyczył więc prawdopodobnie środowiska Volksdeutschow.
Bardziej już staranne i przeważnie wykończone są prace za-

246
warte w teczce «Etnografie». Dotyczą one przeważnie ludowych
grup przesiedleńców niemieckich.
Pod precyzyjnie wykonanymi akwarelami i rysunkami znaj­
dują się podpisy:
Spódnica z własnej tkaniny. Własność: Frau Sophie Jaschka
Rotbuchen, 229 b. Luschwitz, pow. Leszno. Południowa Bessarabia.
Spódnica płócienna. Wołyń. Własność: Frau Daft Eckwege,
pow. Poznań.
Alma Bierrog, Poznań, dawniej Bessarabia...
Próbka tkaniny wełnianej, Sara Stickel, Bessarabia. Rotbu­
chen, pow. Leszno.
Koszula lniana jako bluza kobieca z ozdobami krzyżykowymi.
Własność: Amalie Stolercguk w Bruckdorf, pow. Grodzisk, Buko­
wina.
Bluzy Niemek z Dobrudży...
Spódnice Niemek z Dobrudży...
Fartuchy, koszule z Dobrudży...
Koszule Yolksdeutschów z Łodzi...
Koszule z Galicji...
Reszta nagromadzonego materiału obejmuje rysunki różnych
narzędzi gospodarskich i sprzętów, a więc: widły drewniane, ry­
dle, łopaty do wsuwania chlebów w piekarnik, czerpaki, dzbany
drewniane, sieczkarnia, plug, radio, wal, brona, sanie, żarna itp.
Na jednej kartce widnieje ława polska, malowana w tulipanki i róże. Stoją na niej piękne dwojaczki z motywem owocu
granatu i linią falistą. Jest obok misa głęboka, zdobiona na dnie
tulipanem, oraz typowy dzban o ciemnej polewie z wywiniętym
jasnym obrzeżeniem. Niemcy docenili doskonale wartość artysty­
czną tych okazów, więc też uznali je nie za sztukę ludową polską,
ale sztukę «chłopską Kraju Warty*.
Analogiczne określenia otrzymywały narzędzia, sprzęty,
a także stroje ludowe — obojętne z jakich pochodzące regionów
i z jakich przejęte kultur. Z chwilą, gdy wraz z przesiedleńcami
znalazły się w Kraju Warty, stawały się przejawami etnograficz­
nymi Regionu Warty, — stawały się zabytkami niemieckimi. Ta­
kie stanowisko zajmowali Niemcy także w stosunku do innych na-

247
rodów, czego dowodem jest wydawnictwo niemieckie z r. 1943,
drukowane w Pradze Czeskiej. Jest to album rozmiarów 40X55 cm,
zawierający 38 plansz-akwareli pędzla Fritzi Mally, pt. «Niemieckie stroje ludowe z kraju Sudetów», w którym stroje o charakterze
śląskim, słowackim i czeskim uznane zostały za niemieckie. Rów­
nież książka wwdana w r. 1943 «Deutsche Volkskunsl — Siebenburgen*, w której autor Mirsch Drend uznaje za pierwotnie nie­
mieckie wszystko, co obrazuje kulturę węgierską i rumuńską wraz
.z naleciałościami słowiańskimi.
W ten sposób dążono do mechanicznego ujednolicenia zano­
towanych treści kultury ludowej, aby stworzyć możliwie prędko
nowy wspólny szczep niemiecki o charakterze germańskim.
Zamierzenia niemieckie sięgały głębiej. Chodziło o to, aby ów
powstający nowy szczep niemiecko-wschodni ugruntować duchowo
w niemczyźnie, aby stworzyć dla niego podstawę uczuciową i my­
ślową oraz zespolić go więzią wspólnej ideologii.
Podejście do kultury duchowej mogło być rozmaite: od strony
obrzędowości rodzinnej czy dorocznej, od strony pieśni ludowej,
baśniarstwa itp. Obrzędowość nasuwała trudności ze względów
przede wszystkim kultowych.
Pieśń ludowa nie była problemem palącym, gdyż prymat
trzymała pieśń wojenna i pieśń partyjno-polityczna, i z nią na­
leżało zapoznać młodzież przesiedleńczą. Mimo to przygotowy­
wano m. in. wydawnictwo «Piosenki i rymy dziecięce Kraju War­
ty*. Zdecydowano się jednakże przede wszystkim na baśniarstwo.
Na pierwszy ogień poszły podania, poniew aż obaj etnogra­
fowie niemieckiego Uniwersytetu w Poznaniu zarówno dr Mudrak,
jak proł'. Liilz Mackensen byli specjalistami w tej dziedzinie i pu­
blikowali już dużo z zakresu podaniowości niemieckiej i baśniar­
stwa. Zarazem wyrażali przekonanie, że właśnie podaniowość (ger­
mańska saga) stanowi najlepszy, najbardziej charakterystyczny
wypowiednik kultury duchowej ludu niemieckiego.
W książce swojej «Cechy istotne baśni i podania* z r. 1944
zaznacza Edmund Mudrak w rozdziale końcowym:
r

— ((Ideologia, życiowo prawomocna, u w z g l ę d n i a j ą c a w p e w n y m
punkcie d e c y d u j ą c y m znaczenie rasy w życiu l u d ó w nie m o ż e być obo-

248
jętna dla tych mocy, które ongi wycisnęły swoje piętno na wyobraże­
niach i pojęciach, dotyczących bytu i przemijania, istoty świata i prze­
znaczenia. Obrazy te, niezależnie od ich formy przemijającej, a uwa­
runkowanej, w czasie, mają wartość wieczystą, jako wyraz światopo­
glądu opartego o pierwiastki krwi i to tak długo, jak długo trwa spo­
łeczność tradycyjna, która ją reprezentuje.
W tym sensie więc widzimy, że skarb naszych ludowych opo­
wieści w ukształtowaniu swoim manifestuje te siiy twórcze, które
w swoim zakresie powołane są do tego, aby współpracować w dziele
rozbudowy naszej przyszłości)).
Na podobnym do Mudraka stanowisku stoi również Konrad
Zucker, znany ze swoich prelekcji w Heidelbergu. W nrze 11 i 12
czasopisma «Volk u. Rasse» zamieścił rozprawę pt. «0 wartości
baśni i podania dla psychologii rasowej*. Stwierdza mianowicie:
— «udowodnić się dało, że można wykryć niezmienny rdzeń
istotny duszy rasy i to poprzez całokształt jej rozwoju i wszelakich
przemian..,)) i stąd dla psychologii rasy przedstawiają baśni i podania
tak wielką wartość.
Dlatego wydano drukiem zbiór podań, właściwych Niem­
com, zamieszkujących Kraj Warty. Wydawcą był dr Edmund Mudrak, działający z polecenia Zarządu Regionalnego Kraju Warty,
oraz ellniwersytetu Rzeszy, Poznań*. Książka należy do serii wy­
dawnictw Krajowej Stacji Badawczej i to szeregu VIII-go pt.
Etnografia. Samo dzieło jednakże opracował prof. Lutz Mackensen,
a ilustracje wykonał Bert Heller. Składała narodowo-socjalistyczna
drukarnia w Poznaniu.
Przedmowę Mackensena poprzedza słowo wstępne naczelnika
Okręgu, mianowicie Gauhauplmanna Roberta Schulza, który cel
wydawnictwa objaśnia m. in. tak:
((Książka przeznaczona jest w pierwszym rzędzie dla wycho­
wawców — ludoznawców, kierowników młodzieży. Z bogatej skarbnicy
żywej tradycji mogą oni dokonać odpowiedzialnego wyboru tych
wszystkich treści, które stosowane są dla obecnych czasów i dla na­
szego światopoglądu)).
W przedmowie stwierdza Mackensen, że chodziło mu o uzy­
skanie poglądu na powstający właśnie Obszar Wschodni. Zwraca
uwagę, że książka ta, podobnie jak wszystko, co dokonuje się w re-

249

gionie Kraju Warty, ma służyć do wyjaśnienia dokonującego się
rozwoju, ma dać asumpt do przewidywań na przyszłość.
Pod względem przedmiotowym książka składa się z podań
Niemców bałtyckich, galicyjskich, wołyńskich, bukowińskich,
bessarabskich, dalej Niemców reemigrantów z Chełmskiego i L u ­
belskiego oraz podań z dawna zakorzenionych w regionie. Autor
zastrzega się jednakże, że trudno przewidzieć, czy ta różnorodność
składników doprowadzi w przyszłości do wspólnoty, czy też przy­
będą znów nowe elementy, które takie ujednolicenie dalej odsuną.
Bardzo znamienna jest uwaga Mackensena odnośnie przesie­
dlanych do Wielkopolski Niemców ze Starej Rzeszy. W vkluczył
on ich dlatego ze zbioru, że «pochodzą przeważnie z ośrodków
miejskich, a więc przynależą do bardzo ubogiej w baśniarstwo
niemczyzny*. Zaznacza jednak, że jeśli osadnictwo chłopskie ze
Starej Rzeszy przyjmie w przyszłości większe rozmiary, lud ten
wprowadzi do Kraju W arty t a k i e treści, jakich mu dotąd nie
dostaje*.
T

T

Niemiecki profesor przyznał się tutaj do pewnego ubóstwa
podaniowego obszarów czysto niemieckich.
Swoje stanowisko naukowe tłumaczy tym. że jego publika­
cja stanowić ma dokumenlarny przyczynek do historii tworzenia
się nowego szczepu. Z melancholią zauważa, że burzliwe lata prze­
sunęły niejedną granicę, dotąd, zdawałoby się, niewzruszoną. Prze­
wartościowały różne treści, poderwały poczucie bezpieczeństwa.
Przy tym niejedno poszło w zapomnienie, bez czego przecież na
czas dłuższy obyć się nie można. Nawołuje lud niemiecki do za­
pomnienia tego wszystkiego, co kiedyś było, a zwrócenia się z od­
wagą ku przyszłości.
Na dalszych stronnicach swej rozprawy zaznacza Mackensen,
że z góry wykluczył wszystko, co zarówno reemigranci, jak i da­
wni koloniści niemieccy w Wielkopolsce przyjęli na własność od
swego obcego otoczenia, że uwzględnił wyłącznie niemieckie baśniarstwo. Stwierdza następnie, że pozorna różnorodność materiału
bynajmniej nie jest mniejsza, niż to można zaobserwować w ja­
kimkolwiek zbiorze podaniowym Niemiec centralnych.

250
Tu od razu budzi się zastrzeżenie. Posiadają przecież Niemcy
obszerne wydawnictwo jenajskie z lat 1926—30 pt. «Niemiecki
skarb podaniowy*, którego poszczególne łomy dotyczą poszczegól­
nych regionów Niemiec, jak np. Westfalii, Nadrenii, Szwabii,
Hessji-Nassawii, Czarnego Lasu itp., każdy tom po 200 kilkadzie­
siąt stron objętości. Uwydatniają się tam wyraźnie różnice re­
gionalne. Jeżeli więc istnieją tak znamienne rozróżnienia w obrę­
bie samego centrum Starej Rzeszy, muszą tym bardziej występo­
wać na kresach o ludności mieszanej.
Chęć uzasadnienia syntezy ogólno-niemieckiej w Kraju Warty
zawiera więc sprzeczność istotną, którą zresztą profesor sani za­
uważa. Koryguje więc swoją tezę zaznaczając, że nawet w przy­
szłości ujednolicenie takie wydaje się mało prawdopodobne.
Ponieważ jednak narzucił sobie z przyczyn pozanaukowych
konieczność udowodnienia owej syntezy ogólno-niemieckiej, więc
szuka dla niej argumentów.
Zwraca więc uwagę, że wielość grup ludowych w Kraju Warty
da się zredukować do kilku. Tłumaczy, że zasiedziali osadnicy
Wielkopolski, to z pochodzenia swego: Pomorzanie, Żulawianie
(Niederunger) i ślązacy. Tak samo reemigranci z Wołynia to także
znów Pomorzanie, żulawianie (Niederunger) i Ślązacy. Pocho­
dzenia dolno-niemieckiego są koloniści z Bessarabii. Niemcami
poludniowo-zachodnimi są przesiedleńcy z okręgu Lodzi, z Buko­
winy. Galicji, Bessarabii oraz starsi niemieccy osadnicy z krajów
nadbałtyckich, podczas gdy z Sudetów pochodzi część reemigran­
tów z Bukowiny i Galicji. W sumie wdęc mielibyśmy wcale nic
mniejszą, ale raczej większą liczbę grup ludowych z odmiennym
jedynie ich rozmieszczeniem. Na czym więc polega owo udawadniane zmniejszenie ilości grup ludowych?
Otóż redukcja zachodzi tu rzeczywiście, jeśli się wyciągnie
logiczny wniosek z rozumowania Mackensena i skreśli się nastę­
pujące pozycje: Pomorzanie, Żulawianie i Ślązacy, a zapewne
także i mieszkańcy Sudetów, gdyż i oni, jak tamci, mogą być po­
chodzenia słowiańskiego, albo też są to wtórni osadnicy z głębi
Niemiec. Zostają więc tylko dwie grupy: dolno-niemiecka i po­
łudnic wo-zachodnio-niemiecka.
1

251
Po takim wyjaśnieniu analiza etnograficzna_ niezmiernie się
upraszcza. Wystarczyłoby porównać podania ludowe kolonistów
niemieckich z Wielkopolski, Małopolski, Wołynia, krajów bałtyc­
kich, Rumunii itp. z podaniami dolno- i południowo-zachodnioniemieckimi, a otrzymałoby się materiał czysty, treść rzeczywiście
niemiecką.
Nawiasem trzeba jeszcze zauważyć, że jeśli Mackensen przy­
znaje, że zasiedziali w Kraju Warty Niemcy to Pomorzanie i Ślą­
zacy, tym samym obala teorie autochtonizmu Niemców w Wielko­
polsce, stwierdza sam, że nie mieszkali tu zaw sze. Równocześnie
rozszczepia na elementy składowe uznaną przez siebie za jedno­
litą grupę Niemców dawnych z Kraju W arty.
Interesujący jest stosunek liczbowy podań pochodzących od
różnych odmiennych grup ludowych. Zbiór składa się z następu­
jących pozycyj: 381 Niemców miejscowych, 192 galicyjskich, 162
wołyńskich, 32 bukowińskich, 20 bałtyckich, 7 bessarabskich, 61
z Chełmskiego i Lubelskiego. Przeważa więc materiał z Polski.
Na 855 w całości jest 796 z terenów polskich, a wśród tych znów
najwięcej z samej Wielkopolski.
W analizie wątków podaniowych Mackensen stara się udo­
wodnić, że wszystkie one mają źródło swoje w starych kronikach
germańskich, albo też są młodszego pochodzenia, ale powstały tak
samo z ducha niemieckiego.
Tematyka tych podań jest następująca: upostaciowania duszy
ludzkiej, śpiący zmarli w górach, dzikie łowy, białe i czarne zja\Vx,
wątek Lenorowy, upiory, dusze powracające, wilkołaki, zmory,
błędne ognie, gorejące skarby, olbrzymy, karzełki demony zbo­
żowe, leśne i wodne, demony zwierzęce, czarownice, diabły, walki
historyczne.
Z enumeracji tej wynika, że mamy do czynienia z iiljacjami wątków ogólno-europejskich, demonologią i magią.
Mackensen stara się udowodnić i propagować ideę wspólnoty
duchowej wszystkich, nawet rozproszonych na obczyźnie niemiec­
kich grup ludowych. Stwierdza więc, że ich treści duchowe nie wy­
kazują żadnych- zapożyczeń pozaniemieckich i to zarówno współ­
cześnie jak i w przeszłości,
r

T

252

Jakże jednak pogodzić te uogólnienia z tym, co pisze np.
o Niemcach bałtyckich (str. X X I X ) : «Nie należy się dziwić, że
w bałtoniemieckich podaniach, których liczba jest nikła z powodu
struktury narodowościowej lego najstarszego szczepu naszych emi­
grantów, uwydatnia się silnie podkreślanie związków rodowych.
Przetrwały u nich archaiczne wierzenia, mające częściowo piętno
germańskie. Podania te różnią się zupełnie od chłopskich opowie­
ści grup ludowych młodszych od nich, mianowicie z Galicji i Wo­
łynia*.
Okazuje się wiec, że niemieccy Bałtowie ulegli znacznemu
wynarodowieniu, że z podań mało co zapamiętali.
Dalsza grupa, a więc Niemcy z Bessarabii, zdaniem Mackensena, przyjęli bardzo wiele obcych właściwości z zasiedlonej przez
siebie nowej ojczyzny. Charakterystyczne są dla nich raczej hu­
moreski, niż podania.
Także i Niemcy z Bukowiny związali podania swoje ze sto­
sunkami przestrzennymi i ludnościowymi swego miejsca zamie­
szkania.
Gdy więc «uezony» niemiecki nie znajduje potrzebnych mu
dowodów w materiale etnograficznym, radzi sobie inaczej. Sięga
do argumentów naturv politycznej. Wysuwa ideologię poszczegól­
nych treści. Oto cytat:
«Z podań tych promienieje wciąż od nowa niemieckie, dumne
samopoczucie własnej wyższości. Lud ten byl jej świadom i cie­
szył się nią wśród nieustępliwej walki narodowościowej. Nie było
w tym względzie różnicy między Niemcem bessarabskim a wołyń­
skim. Pierwszy z nich np. według podania potrafił jako żołnierz
lepiej zagrać werbla na bębnie od Turka, drugi przewyższał w ca­
łokształcie poczynań Ukraińca. Niemiec umie czarować i posiada
7-ą księgę Mojżesza. Jeżeli bierze udział w sabacie czarownic, wów­
czas dla niego gotuje się specjalne potrawy, tak jak się to panu
ze słusznością należy. Zręczny krawczy i sprytny parobek pocho­
dzą oczywiście z Niemiec, jednakże czarownicami są Ukrainki
i Rumunki, żydów nienawidzi sie, bo to złodziejscy szalbierze,
a polski szlachcic podejrzany jest jako mason. — Nawet niemiecka
muzyka kościelna więcej jest warta od polskiej. — Podania pełne

253
są wojowniczego ducha — wyrażają samoświadomość własnej war­
tości. Mieści się więc w charakterze tych podań ich znaczenie po­
lityczne dla przyszłości, dla czasów, które nastąpią*.
Zaciekawia nas jeszcze stosunek owej przedmowy do samej
książki.
Przede wszystkim więc należałoby sądzić, że wydawca zgro­
madził te tylko podania, które zaczerpnął bezpośrednio z ust Niem­
ców, zamieszkujących w latach 1942/43 Wielkopolskę, zarówno ko­
lonistów dawnych, jak i przesiedleńców. Taki materiał, związany
czasem i przestrzenią oraz autentyzmem narratorów, miałby nie­
wątpliwie wartość naukową. Stanowiłby aktualny przekrój przez
zasób duchowych treści niemieckich mieszkańców Kraju Warty.
Tymczasem zdaje się, że etnografowie niemieckiego Uniwersytetu
poznańskiego nie oparli się wcale, albo też w ograniczonym stop­
niu, na badaniach terenowych, zadawalając się dla zyskania na
czasie materiałem pochodzącym z drugiej ręki .
1

Sam materiał baśniowy uległ jednak modyfikacji, został przez
Mackensena dla książki specjalnie przystosowany. Korekturę ję­
zykową przeprowadzono dlatego, że, jak objaśnia autor przedmo­
wy, «specjalna sytuacja językowa w Kraju Warty nie może być
opanowana bez świadomego kultywowania języka „niemieckiego"*.
Zmiany treściowe uzasadnia Mackensen w sposób następu­
jący: «W podaniach, które nie miały charakteru regionalnego, na­
leżało, w miarę możności, opuścić lokalizację, celem odważenia się
1

Mackensen korzysta! ze z b i o r ó w dr Langa z W r o c ł a w i a (poda­
nia b u k o w i ń s k i e ) , panny Koeberniek z Obersanden (podania z Wielko­
polski), panny Uhlemann z Monachium, dypl. inż. Ka.ras.ka-Lan.gera
z Wiednia, nadto ze z b i o r ó w Regionalnej Izby Literackiej (Gausehrifltumskammer), p o c h o d z ą c y c h z konkursu z nagrodami pt. « N a d w a r c i a nie opowiadają)). Do dyspozycji w y d a w c y stały nadto w y p r a c o w a n i a
u c z n i ó w szkól p o z n a ń s k i c h , użyczone m u przez U r z ą d K o m u n i k a c y j n y
(Yerkehrsamt) i Z a r z ą d Działu Wschodniego Z w i ą z k u Dziewcząt Nie­
mieckich (Osteinsatz B. D. M.).
Poza t y m wyzyskano zbiory drukowane, a w i ę c podania z Galicji
i W o ł y n i a Karaska, podania z C h e ł m s k i e g o i Lubelskiego, zebrane
przez Lucka, podania z Wielkopolski, zapisane przez Knoopa, a nadto
Bienemanna ((Księga p o d a ń inflandzkich».

254
na próbę, aby owo podanie zakorzeniło się w regionie. Gdzie tego
przeprowadzić nie było można, bez uszczerbku dla zrozumienia
treści, lam zachowano lokalizację, nawet gdy miejscowość znajdo­
wała się poza Krajem Warty. Szczególna sytuacja kultowo-polityczna tego regionu Rzeszy domagała się, aby wytrzebić z podań
wszelkie aluzje kościelne, jak modlitwy, inowacje itp.».
Mimo tego zastrzeżenia odnosi się jednak wrażenie, że doko­
nano lulaj pewnej subrepcji. Tytuł dzieła bowiem opiewa «Podania Niemców w Kraju Warty», tymczasem porównując tekst
z przypiskami końcowymi przekonujemy się, że w wielu wypad­
kach nie mamy wcale do czynienia z podaniami z Kraju Warty.
Odnosi się to prawdopodobnie do wszystkich treści wyjętych z dru­
kowanych zbiorów Karaska, Bienemanna i Lucka, których jest
w książce dominująca ilość. W ten sposób więc porównując teksty
z tezami przedmowy otrzymujemy następujący sylogizm.
N i e k t ó r z y Niemcy na obczyźnie zachowali
w p a m i ę c i niemieckie podania.
Niemcy z obczyzny zostali przesiedleni
do K r a j u W a r t y .
P r z e s i e d l e ń c y wnieśli niemieckie
podania do K r a j u W a r t y .

Wniosek opiera sic na hipotezie. W dopiskach nie ma dowodu na
to, że ci sami ludzie, którzy w latach 1897—1938 dostarczyli tek­
stów do wspomnianych wydawnictw rzeczywiście w latach 1942—
1943 mieszkali w Wielkopolsce.
Jeżeli dalej chodzi o podania wyjęte z pubłikaeyj Knoopa
oraz Musoli'a to jest to wprawdzie materiał wielkopolski; tak samo
jak i zapiski panny Koebernick, ale material ten pochodzi prze­
ważnie z lat 1893—1913 mniej więcej. Nie ma dowodu na to, że
zamieszczone podania te przetrwały do chwili wydania książki.
Lokalizacja terenowa jest więc wprawdzie zgodna z programem
wydawnictwa, ale lokalizacja czasowa budzi zastrzeżenia.
Opierając się więc na szczegółowej statystyce Mackensena,
wyciągniętej z dopisków, doliczyć się możemy na 837 zamieszczo-

255
nych w dziele tekstów mniej więcej około 171, czyli jakąś czwartą
część, co do której można by w przybliżeniu mieć pewność, że
podania te opowiadali naprawdę Niemcy, znajdujący się w latach
1942/43 na terenie Wielkopolski. Wszystkie inne podania mogły
istnieć, mogły zaginąć, albo też nie pojawiły się nigdy w tych
stronach.
Ponieważ książka została opublikowana pod auspicjami
czynników urzędowych, ponieważ nazwiska dostawców tekstów są
Niemcom dobrze znane, a prof. Mackensen cieszy się sławą wybit­
nego niemieckiego naukowca, dzieło to daje nam odpowiedź na
kardynalne zagadnienie: jakie treści myślowe, uczuciowe i for­
malne należy uznać dla Niemców za rodzinie. Właśnie książka ta
pragnie zadokumentować dominantę germańską, która powinna
ogarnąć Kraj Warty.
Należy więc przeprowadzić choćby pobieżną analizę szeregu
podań, aby dowiedzieć się, z jakich pierwiastków duchowych miał
powstać, rozwinąć się i ugruntować nowy, pograniczny szczep nie­
miecki w Wielkopolsce.
*

«Podania Niemców w Kraju Warty» to książka ponura. Na
jej charakter składają się w równej mierze tekst, jak i ilustracje.
Jest tu więc 6 winiet włączonych do tekstu oraz 20 plansz rysun­
kowych na kredowym papierze. Razem 26 rysunków. Pomijając
ich wartość artystyczną, trzy zaledwie mają charakter pogodny,
reszta, t j . 23, tchnie czadem chorobliwej wyobraźni, która lubuje
się w ponurej atmosferze.
W sumie więc ilustracje stwarzają atmosferę makabryczną.
Jeżeli nie występują już wprost wisielcy, kościotrupy i upiory to
zjawiają się postaci brutalne, spazmatycznie powyginane, po­
tworne, odrażające. Twarze są wszędzie ponure i złe, a najczę­
ściej ogromnie przerażone. Zwraca jednak uwagę, że ludzie na
obrazkach chętnie ukrywają swoje oblicze, odwracając się tyłem.
Wystrój graficzny książki pozbawiony jest uśmiechu, ilu­
stracje kwalifikują się jako materiał kliniczny dla psychopatologa.
Szukajmy wytłumaczenia tego niesamowitego zjawiska

256
w samej treści dzieła. Profesor Mackensen podzielił całość na trzy
części: A) Człowiek i śmierć, 13) Człowiek i moce nadludzkie,
C) Człowiek i historia.
Ponieważ książka miała przeznaczenie popularyzacyjne i za­
wierała tendencję manifestowania niemieckości w kulturze ludo­
wej, stąd i podział treści oraz ich zgrupowanie nie jest bez zna­
czenia.
Rzecz cała rozpoczyna się od tematyki śmierci, a tematyka
ta ciąży nad całą książką. O ile bowiem dział drugi, dotyczący de­
monologii i magii obejmuje 7 rozdziałów na 100 stronnicach,
a część końcowa z natury rzeczy, jako historyczna, jest najkrót­
sza, gdy ma tylko 30 stron, ujętych w jednym rozdziale, o tyle
część pierwsza, mianowicie Człowiek i Śmierć składa ślę z 15 roz­
działów na 200 stronnicach, a więc zajmuje połowę całej książki.
Pewne wytłumaczenie tego zjawiska znajdujemy u Mudraka
(«Сеепу istotne baśni i podania»). Na str. 20 pisze dr Mudrak:
— «Dalsza, istotna cecha k u l t u r y g e r m a ń s k i e j , sięgająca zresztą
i poza G e r m a n ó w , a w ł a ś c i w a ludom rasowo n o r d y c k i m , to stosunek
do śmierci i z m a r ł y c h . W pojęciu G e r m a n ó w społeczna w s p ó l n o t a nie
zostaje przez ś m i e r ć r o z w i ą z a n a . T y m samym społeczność ta obej­
muje z a r ó w n o ż y w y c h , jak i nieżyjących już członków tego samego po­
kolenia. Z tej przyczyny posiada jeszcze z m a r ł y swoje w ł a s n e upraw­
nienia.
W wielu zabytkach odzwierciedla się także myśl, że zmarli udzie­
lają ż y w y m pomocy swojej i poparcia.
V nordycko-rasowych l u d ó w stwierdzono istnienie w y o b r a ż e n i a
o p a ń s t w i e z m a r ł y c h , k t ó r e na gruncie g e r m a ń s k i m w y s t ę p u j e , jako
kraj «Helów», ale przyjęło już także i inne formy...»

Strona graficzna książki nie zawiera bynajmniej akcentów
mistycznego współżycia społeczności żywych i umarłych, ani sa­
kralnej ich jedności. Raczej budzi się przeświadczenie, że mamy
do czynienia z wypaczeniem ideologii kultowej, owej uświęconej
tradycją pamięci przodków, że występuje tutaj wynaturzenie pa­
tologiczne.
Ilustracje dowodzą, że zmarli przerażają żywych, że zjawiają
się z reguły w postaci budzącej lęk i zdziwienie, że są złośliwi,

257

mściwi, źli, towarzyszą im akcesoria niemiłe, nawet wstrętne. Są
lo naprawdę tylko umrzyki, wywołujące odrazę -.
Obrazki nie mówią nam o pięknie i szczęściu życia pozagro­
bowego, o poezji uczuć poza grób sięgających, nie ma w nich n i ­
gdzie baśniowego wystroju romantycznego, brak im uplastycznie­
nia serdecznej tęsknoty za tymi, którzy odeszli, a chciałoby się,
aby raz jeszcze powrócili.
W podaniach z Kraju Warty występuje śmierć w grozie swo­
jej i atawizmie, — jej ton dogłębny to zbrodnia, zemsta, kara, a jej
wydźwięk, to przerażenie.
*

Analiza tych podań prowadzi do interesujących wyników.
Stwierdza np. prof. Mackensen w przedmowie, że wątek zmarłych,
przebywających w górach, należy do starogermańskich wierzeń,
a klasycznym jego wykładnikiem jest tzw. wątek cesarski, czyli
tematyka karolińska. W rozdz. I I pod numerami 8, 9, 10, 11 zamie­
szczono trzy warianty lego podania wyjęte z książki «Podania
Niemców z Galicji* A. Karasek-Langner i E. Strzygowski, Plauen
19132. Narratorzy pochodzą z Kraju Sudetów. Miejscowość, gdzie
podanie lo zanotowano, zwie się u wydawców Felezienthał. N i ­
gdzie nie ma mowy o tym, aby opowiadacze ci przesiedlili się do
Wielkopolski. Jeżeli więc Mackensen włącza teksty do zbioru po­
dań Kraju Warty, widocznie uznaje potrzebę zaszczepienia ich na
terenie Wielkopolski.
W skrócie przedstawia się rzecz następująco:
- «Gdy Karol W i e l k i byl jeszcze cesarzem Niemiec, p r o w a d z i ł
w o j n ę z dziadkiem Napoleona Wielkiego, a gdy się nie chciał p o d d a ć ,
p o c h ł o n ę ł a go g ó r a Tabor, gdzie d o t ą d śpi ze swymi ż o ł n i e r z a m i . Z g ó r y
Tabor s p ł y w a j ą dziś jeszcze wydzieliny licznych, z n a j d u j ą c y c h się tam
koni. Góra C u d ó w znajduje się w Niemczech kolo Kolonii, nad Re9

Mackensen u w z g l ę d n i a n a s t ę p u j ą c e w ą t k i : rozmaite upostacio­
wania duszy ludzkiej, zmarli, p r z e b y w a j ą c y w g ó r a c h ; zmarli, jako
upiorni j e ź d ź c y ; zmarli, p o w r a c a j ą c y na ziemię; lokalizacja j a w i ą c y c h
się u p i o r ó w ; przeczucie ś m i e r c i ; zmarli jako b ł ę d n e ognie; s t r a s z ą c e
i p o k u t u j ą c e dusze; wreszcie — co chyba do m o t y w u ś m i e r c i nie na­
leży — rozszczepienie j a ź n i ludzkiej, a więc w i l k o ł a k i i zmory.
Lud.

т.

XXXVII

17

258
nem. Na g ó r z e stoi u s c h n i ę t e drzewo. Gdy drzewo to z n ó w zakwitnie
i o w o c o w a ć będzie po tysiącu latach, w ó w c z a s cesarz K a r o l powsta­
nie ze s w y m i ż o ł n i e r z a m i , aby Niemcom p r z y j ś ć z p o m o c ą . Bowiem
Niemcy b ę d ą wtedy tak pobici, że ich cesarz z cala a r m i ą będzie m ó g ł
z a s i ą ś ć do stołu pod j e d n ą g r u s z ą . W czasie posiłku nadbiegnie świnia,
zacznie r y ć ziemię i w y d o b ę d z i e bęben. Dobosz uderzy
bęben, wydo­
byty przez świnię, a na ten znak wyjdzie cesarz K a r o l i zwycięży
w ostatniej bitwie ś w i a t o w e j .
w

Do tego samego cyklu należą również podania Niemców wo­
łyńskich, wyjęte również z książki Karaska.
Pod nr. 18 jest wdęc mowa o rosyjskich, austriackich i nie­
mieckich żołnierzach z pierwszej wojny światowej, którzy razem
śpią we wnętrzu góry. Ich cechą charakterystyczną jest, że zarówno ludzie, jak i konie nio posiadają głowy.
Najważniejszy jednak wydaje się prof. Mackensenowi wątek
dzikich łowów. W przedmowie swojej (str. V) zaznaczył: «Niemcy
pograniczni oraz zamieszkali poza Marchią zachowali i wytwo­
rzyli ze szczególną akcentacją podania o dzikich łowach i tu prze­
jawia się najpiękniej wspólny dźwięk połączonych zmów w je­
dną całość głosów. Niezależnie od tego, czy dawne wierzenia, czy
też stare zwyczaje dały asumpt do powstania tego cyklu podanio­
wego — jedno jest pewne, że opowiadania te w sposób szczególny
wchłonęły w siebie i promieniują uświadomioną z dawna ludo­
wość*.
7

Już Knoop zanotował pewną ilość tych podań w Wielkopol­
sce — możemy więc przesądzać, że wprowadzili je tutaj rzeczy­
wiście koloniści niemieccy. Według relacji Mackensena wątek ten
znają wszystkie wymienione u niego grupy ludowe przesiedleńców .
Elementy tego podania są zawsze te same, występuje mia­
nowicie jeden lub więcej jeźdźców na czarnych koniach, goreją­
cych ogniem, a towarzyszy im sfora poszczekujących psów. Pędzą
przez powietrze wśród wycia wichrów, huku i szumu, najczęściej
ponad lasem. W razie spotkania z żywym człowiekiem dziki jeź­
dziec obdarowywuje go padliną końską lub ludzką, której odór
gnębił odtąd obdarowanego. Motyw padliny powtarza się w róż­
nych wariantach w większej części zamieszczonych w książce po­
dań (ma 22, 26, 43, 55, 58, 60, 61, 62, 79, 84, 85, 86, 87). Spotykamy
7

7

259

także motyW obciętej głowy, którą jeździec dźwiga pod swym ra­
mieniem (nra 89, 91—94, 96, 100, 101, 104).
Za to słabo uwzględnił motyw «białej damy», nie uważany
przecież na ogół za wątek polski. Również w nikły sposób repre­
zentowane są i czarne upiory. Rozdział V I nosi tytuł «Powracający,
zmarli żołnierze*. Jest to przeważnie materiał polski, pochodzenia
lokalnego. Interesuje nas wątek Lenorowy, który rozdział ten za­
myka.
Twierdzi więc prof, dr Mackensen (str. X), że «wątek Leno­
rowy w pieśni i podaniu rozprzestrzenił się z Niemiec szeroko
w świat obeoplemienny*. «Jest to stary, rodzimy skarb narracyjny,
nowocześnie przystosowany: ów kawalerzysta to brat młodszy Helgiego z Eddy, który narzeczoną swoją Sigrun zabiera sobie do
grobu, aby tam święcić z nią wesele*.
Są w zbiorze trzy wersje tego podania nra 137—139, a za­
wdzięczamy je znów Karaskowi. 1'abuła powszechnie znana z bal­
lady Burgera, również i refren wierszowany, jedynie ciekawe, że
w jednym z tych podań pochodzących z Wołynia upiorem jest
nie kochanek, lecz mąż, który padł w wojnie rosyjsko-japońskiej,
i który swoją żonę zawozi na cmentarz syberyjski.
W rozdziale V I I prof. Mackensen gromadzi podania doty­
czące zmarłych, którzy powracają na ziemię. Mamy tu m. in. bar­
dzo u Niemców, jak stwierdza wydawca — popularną historię zra­
bowanej wątroby. Brzmi opowieść ta (nr 150) w ten sposób:
— «Był raz m ą ż ' i żona. Kobieta chętnie j a d a ł a w ą t r ó b k ę . Pew­
nego dnia rzekła więc do m ę ż a : «Tu masz p i e n i ą d z e ! K u p m i w i ę c
w ą t r ó b k ę * . Mąż poszedł do karczmy i przepił p i e n i ą d z e . Gdy chciał j u ż
odejść, zapytał, czy nie m o ż n a b y gdzie z a k u p i ć w ą t r ó b k i . W ó w c z a s
p o w i e d z i a ł karczmarz: «Uam w a m d o b r ą r a d ę . Idźcie sobie na cmen­
tarz i wytnijcie w ą t r o b ę j a k i e m u ś z m a r ł e m u * . Człowiek p o d z i ę k o w a ł ,
u d a ł się na cmentarz i wyciął pewnemu nieboszczykowi w ą t r o b ę . Gdy
p r z y s z e d ł do domu, oddal w ą t r ó b k ę żonie. Ucieszyła się i usmarzyla ją
natychmiast. S m a k o w a ł a jej dobrze i zjadła wszystko. Potem poszli
oboje spać. Ale w ó w c z a s się zaczęło: «Któż to zjadł m o j ą wątróbkę?))
Kobieta r z e k ł a do m ę ż a : «Slyszysz? T a m jeden wola!» Chłop odpo­
w i e d z i a ł : «Ach! P o z w ó l m i space. Ale z n ó w szło dalej. «Kto zjadł m o j ą
w ą t r ó b k ę ? K t o zjadł m o j ą wątróbkę)) T o ś ty uczyniła!"

17"

260
Jako źródło podaje Mackensen Knoopa ł to książkę «Podania
z Marchii \vschodniej» nr 149 oraz Karaska z ' Polesia nr 151.
W obu wersjach rzecz kończy się gwałiowną śmiercią profanatorów zwłok. Do tej tematyki przynależy wspomniana wyżej ilu­
stracja z wisielcami na szubienicy.
Istnieje też cały szereg podań, w których człowiek co do­
piero zmarły ustosunkowuje się natychmiast wrogo do swego oto­
czenia. Podobnie jak w poprzednich nie ma tu poszanowania sa­
kralnej wspólnoty plemiennej, jedności sięgającej poza grób, ani
też nie ma tu mowy o przodkach, jako duchach opiekuńczych ca­
łego pokolenia.
Karasek i Luck przytaczają np. opowieść z Wołynia (178)
t\ ^ ^ ш и м в д - * и щ ч а д — b ; t ń ? ' * i r»n—ćminrci—r»iprwr,i?oi— ^rmv n o

)'f>7—Hrnrri

się ożenił. Natychmiast nocą zjawia się pierwsza małżonka i obija
dotkliwie śpiących. Ale nie koniec na tym. Odtąd zjawia się ciągle.
Gdy tamta doi kroww, upiór czyni to samo od drugiej strony, gdy
robi masło, przystępuje również do maślnicy, a gdy raz małżon­
kowie przywieźli towary z miasteczka, pierwsza żona poszarpała
im wszystko. Zjawiła się też kiedyś i wyciągnąwszy swoje suknie
ze skrzyni, ułożyła z nich stos na środku izby i spaliła. Wreszcie
ludzie nie mogąc dać rady z upartym umrzykiem, udali się na
cmentarz. Tam wbili w grób ostry pal, który przeniknął aż do
serca zmarłej. Odtąd nareszcie mieli spokój.
O wiele jednak gorsi od tych duchów, które tylko straszą, są
inne, pociągające za sobą śmierć całej rodziny. Niemcy określają ów typ umrzyka: «Neuntoter» czyli dziewięcioraki zabójca.
Mowa o nim w rozdz. V I I I .
Opierając się na świadectwie Karaska-Strzygowskiego (nr
202), Mackensen przytacza następujące przesądy Niemców wołyń­
skich, pochodzących ze Śląska i Pomorza:
— ((Istnieją ludzie, k t ó r z y , skoro u m r ą , z a b i e r a j ą ze sobą 9 innych
ludzi do grobu, albo z rodziny, albo s p o ś r ó d przyjaciół. Dopiero, gdy
d z i e w i ą t y z kolei po nich u m a r ł , mają s p o k ó j . Taki człowiek rodzi się
z zębem, czapeczką, albo koszulką. Jeżeli mu się nie da owego przedmiotu do t r u m n y staje się d z i e w i ę c i o r a k i m zabójcą. « N e u n t ó t e r » żyje
w grobie nadal i nie r o z k ł a d a się — jest po ł a t a c h zawsze jeszcze k w i t nący i świeży i ma czerwone policzki. — N a j p i e r w umiera najbliższa

-X-

.
[

;
^

j

f'
*^

j
*
?!
W

261
rodzina, potem dalsi krewni, — nieraz nawet więcej niż dziewięciu, —
cale pokolenia giną. Można temu zaradzić, jeśli się grób otworzy, głowę
nieboszczyka odrąbie i położy mu do stóp w trumnie. Albo też składa
się umarłemu worek z nasieniem lnu, sierp i książkę do trumny i mówi
się tak: — Gdy książkę przeczytasz, przelicz wszystkie ziarna, a potem
bierz sierp i utnij sobie szyję. Wówczas należy grób zamknąć.
Mamy tu może odmianę wątku lenorowego.
W rozdz. V I I I , a także w IX, gdzie Mackensen zajmuje się
lokalizacją przestrzenną zjaw pośmiertnych, znajdujemy obszerną
kolekcję straszydeł. Jest tu więc ulubiony przez Niemców jeździec
bezgłowy w towarzystwie czarnego psa (210), kawały świeżego
mięsa spadające nie wiadomo skąd na wóz (211), zjawa o nadludzkim wzroście (213Y krążąca w kółko świnia, pies lub ciele
(217), tysiące nietoperzy (222), kościotrupy w białych płaszczach
(21(S), snopek słomy, kawał drewna, pakiet, a w ogóle «coś», co jest
na poły człowiekiem, a na pół zwierzęciem czy rzeczą (223). Przy­
kładów można by namnożyć znacznie więcej w szerokiej skali od
człowieka i jego cienia do zwierzęcia, w odmianach różnych po­
tworów aż do przedmiotów martwych włącznie.
7

Tak charakterystyczny dla tradycji niemieckiej motyw wilko­
łaka bardzo słabo reprezentowany jest w antologii Mackensena —
mamy w rozdz. X I tylko 9 podań, zresztą o nalocie obcym.
Zamieszczone w rozdz. X I I I podania o błędnych ognikach
raczej łączą się z demonologią i z magią ognia. I tu również wy­
segregowanie materiału niemieckiego napotyka na duże trudno­
ści, ponieważ wierzenie, że błędny ognik lo dusza zmarłego bez
chrztu dziecka, jest u nas doskonale znane, podczas gdy Macken­
sen pomija szczegół chrztu.
Przedostatni rozdział dotyczy motywu śmierci, jako kary za
przewinę. Rewelacje otwiera podanie wyjęte z Knoopa, a zloka­
lizowane w okolicach Margonina. Fabuła rozgrywa się w czasie
Wojny 30-letniej — mowa jest o inwazji szwedzkiej. Sądzimy że
rzecz zbudowana jesl na popularnym dla podań polskich wątku
tzw . «szańców szwedzkich*. W skrócie rzecz przedstawia się na­
stępująco;
7

7

262
Otóż w ś r ó d S z w e d ó w znalazł się zdrajca, k t ó r y s p o w o d o w a ł ich
klęskę. A p o n i e w a ż z a p ł a t y za to nie o t r z y m a ł od w r o g ó w — chodzi tu
oczywiście o z w y c i ę s k i c h P o l a k ó w , k t ó r y c h się oczywiście nie wymie­
nia — zdrajca poszedł r a b o w a ć z m a r ł y c h na pobojowisku. T u wstrzy­
m a ł y go sępy. A choć miał kieszenie pełne łupu, p a d ł zemdlony, a ptaki
r o z d z i o b u j ą c m u twarz dobiły go. Pogrzebany został na odludziu 1 o d t ą d
straszy po nocach.

Tematem zadośćuczynienia po śmierci zajmuje się Luck. No­
tuje kilka podań o sporach granicznych między kolonistami nie­
mieckimi a szlachtą polską, gdzie np. Niemiec Lob-Schulz z grobu
wywołuje Polaka, aby go zmusić do oddania sobie pieniędzy (377).

Część druga książki, a więc od str. 223, czyli w swojej połowie, porzuca nareszcie tematykę śmierci, a zajmuje się demono­
logią.
Mamy tu np. wątki demonów zbożowych, a więc przede
wszystkim polskiej południcy. Mackensen w dopiskach na str. 421
zaznacza, że w podaniach nr 505, 506 i 507, które pochodzą z ust­
nych relacyj zebranych przez Karaska w okolicach Konina, zja­
wia się zamiast niemieckiej nazwy «Moin», «Kornmohn», termin:
«Wiglondaue». Wolno sądzić, że ta śmieszna nazwa powstała na
tle niezrozumiałego dla Mackensena wyrazu «wyglądała» i że owi
«niemcy», którzy rzecz opowiadali, posługiwali się częściowo przy­
najmniej językiem polskim, opisując jak «wyglądała» polska po­
łudnica, porywająca kobietom spieszącym na targ masło z kosza.
W rozdz. V występują czarownicy. Odnosi się wrażenie, że
Mackensenowi specjalnie zależało na pokreśleniu taktu, że Niemcy
już z natury swojej posiadają moc nadludzką, że czarostwo jest
ich przyrodzonym żywiołem. Czarownikami są najczęściej młyna­
rze, którzy odznaczają się też wielką złośliwością i mściwością.
W podaniach tych w ogóle dominuje motyw zemsty.
Charakterystyczne jest, że w: przytaczanych podaniach wy­
dawca opuszcza wszelkie zwroty kultowe; zamieszcza je jednakże
w dopiskach na końcu książki. I lak np. w podaniu nr 703 informatorki z miejscowości Theodorshot' w Małopolsce, a zamie­
szkałej w Topoli pow. Lentschtitz, mamy opis kobiety napasło-

263
wanej w moczarzystym lesie przez ścigającego ją diabła. Notatka
Mackensena brzmi:
— ((zaznaczono, że była to pobożna kobieta i że się modliła, ale
nie pomogło...».
Trudno zrozumieć, dlaczego zdanie to zostało opuszczone w tek­
ście właściwym.
Podanie nr 706 jest w sposób podobny zniekształcone. Opo­
wieść wyjęto z książki Karaska-Strzygowskiego «Galizien», miej­
scowość Brunndorf, Niemcy południowo-zachodni. Chodziło tu
o wierzenie w tzw. «Muhkalb», bo jeśli się je zobaczy, można na
całe życie zostać bogaczem. Rzecz przedstawia się tak:


Pewien

stary

Nipmipp

H^nncilm-

nćwiarlp7^t

rin

niinnpmii

w karczmie, że gotów duszę zapisać diabłu, byle tylko mógł ujrzeć owo
zjawiskowe cielę. Jego sąsiad więc przebrał się w pożyczony od Rusina
kożuch, ukrył się w żywopłocie nad drogą i pokazał się przechodzą­
cemu. Hampeder padł na kolana z przestrachu, a cielę znikło. Gdy póź­
niej oprzytomniał, powrócił kilkakrotnie w to samo miejsce, aby zapi­
sać się diabłu, ale «Muhkalb» już się nie pokazało. Żałował bardzo, że
był wówczas tak niemądrym.
W dopisku znajdujemy uwagę Mackensena:
— ((trzykrotnie rozpoczyna modlitwe».
Teraz oczywiście rozumiemy, czemu padł na kolana i dlaczego
później tego żałował: w swoim przekonaniu bowiem spłoszył mo­
dlitwą diabła. Ale bez tych kilku opuszczonych słów przebieg ca­
łego zdarzenia pozbawiony jest właściwego sensu.
W podobny sposób zniekształcone jest podanie, pochodzące
z artykułu Karaska w «Oberdeutsche Zeitschrift f. Volkskunde»
(relacja nr 713):
— «moja matka wracała raz w nocy i gdy mijała krzaki przy­
drożne, wówczas wyskoczyło stamtąd cielę «Iłuhkalb» i chciało dać susa
na jej plecy. Ale matka w swej trosce zaczęła się modlić, wówczas ciele
nie miało już mocy nad nią i znów musiało się oddalić».
W podaniu nr 730 jest: «Panie Jezu dopomóż», a Mackensen
poprawia na: «Boże dopomóż», a więc intencja ta sama, gdyż bo­
giem może być Wotan czy Baldur.

264
W podaniu nr 733, pochodzącym od Lucka z Chełmskiego,
opuszczono zdanie następujące:
«jeden z nich zaczyna się modlić, na to pierzchają wszystkie małe
diabły — diabeł nie może zabrać rubla, ponieważ znajduje się na nim
znak krzyża...)).
Przy tekście nr 738, wyjętym z Karaska, opuszczono:
— «gdy porzuca strzelbę wola: Boże Ojcze! Boże Synu! Boże Du­
chu Święty!...».
Wszystkie te podania pozbawiane są swojej magicznej pointy.
W obrębie całej książki znajdują się takie same zniekształ­
cenia, jeszcze w 21 podaniach (84, 85, 145, 148, 170, 191, 298, 332,
372, 400, 449, 486, 519, 545, 563, 569, 614, 642, 693, 785). Mackensen
unika przede wszystkim imienia"'""CTiFvTsTusa", ate poza iyni n>\\-~
nież wspomnienia kościoła, pastora, chorągwi, obrazów. Najskrupulatniej jednak wymazany jest wszędzie znak krzyża, nawet ko­
sztem zaciemnienia treści.
Część trzecia książki nosi piękny tytuł: Człowiek i Historia.
Ponieważ na ogół w podaniach ludowych wątek historyczny
w swoim faktycznym ujęciu słabo tylko dochodzi do znaczenia,
nie dziw więc, że i Mackensen zdołał zebrać zaledwie 54 podania,
co i tak jest dużo.
Podania, łączące się z nazwą miejscowości, mogą być w Wiel­
kopolsce tylko relatywnie ludowe. Nazwy niemieckie bowiem są
nowszego pochodzenia. I tak np. miasto Międzychód zwde się Birnbaum. Podanie nr 788 głosi, że powstało dlatego, że Niemcy po­
sadzili tam gruszę. Jednakże Małgorzata Natigall objaśnia inda­
gującego ją nauczyciela Arndta, że chodziło o «Kruschken-Baum».
W iększa trudność powstała, gdy niemieckie podania ludowe
starano się dokomponować do niezrozumiałej dla Niemców pol­
skiej nazwy miejscowej. Posłuchajmy wołyńskiego opowiadania
ze zbioru Strzygowskiego-Karaska nr 789:
r

— ((Książę Radziwiłł siedział raz — było to w polowie ubiegłego
stulecia — z kilku szlachcicami przy stole karcianym. — Gdy już prze­
grał do nich wszystkie swoje pieniądze, postawił na jedną kartę tę część
posiadłości, na której potem powstała niemiecka kolonia. Przegrał ją
do szlachcica... Nowy pan nie wiedział, coby miał lepszego uczynić z la-

265
sem, więc w y d z i e r ż a w i ł go niemieckim k a r c z ó w nikom, W ten s p o s ó b
p o w s t a ł a kolonia «Kart-tisch», tak jak pierwotnie m i a ł a b y b y ć nazwana,
Z tego mianowania zrobili Polacy n a z w ę «Kadyszcze».

Jednakże przykłady, jakimi w dużej mierze posługuje się
autor rozprawy, nie zawsze były wybrane szczęśliwie. Są więc
w rozprawie Mackensena stare, słowiańskie nazwy miejscowe, tłu­
maczące się bardzo wyraźnie i to zazwyczaj w sensie fizjogra­
ficznym. Jeżeli nie rozumiejący ich Niemcy wyjaśniali je sobie
błędnie, nie mamy wcale pewności, czy nie stało się to z racji
czynników politycznych.
Weźmy jako przykład wieś Rów w powiecie Słupskim na
Pomorzu Zachodnim. Mackensen pisze: «Rowe to Raub-Siedelung
dań pomorskich Knoopa nie znajdujemy tej nazwy. Co więcej,
w zestawieniu tekstów słowińskich Lorentza znajdujemy słowiń­
skie, lokalne podania ludowe, łączące się wyraźnie z nazwą «Rów»,
a nie «Rowe vel Raub-Siedelung». W podaniach tych mowa jest
o diabelskim moście właśnie ponad rowem, nad strugą płynącą
ku morzu.
Do dziwolągów Knoopa, bezkrytycznie spożytkowanych przez
Mackensena, należy m. in. na str. 16 jego rozprawy: «W obesde
powstało ze zwrotu: wo bisl du?, ponieważ wieś leży w takim
ukryciu». Niemiecka nazwa Wobesde, to Objazd, wymawiany po
kaszubsku «Wobiazda». Słuchajmy dalej: wyspa Uznam, po nie­
miecku Usedom, ma swoje źródło w powiedzeniu: «О so dummb,
podczas gdy Szczecin, to wynik okrzyku «Statt in», to znaczy, że
jakieś miasto jest w pobliżu.
Wszystkie te i podobne objaśnienia mogłyby mieć swoje źró­
dło w etymologii ludowej, mogłyby być wynikiem ludowych przcśmiewań sąsiedzkich. Są to raczej dowcipy mieszczańskie powstałe
późno, kiedyś przy szklance piwa, a spopularyzowane polem przez
gorliwych regionalistów niemieckich.
Obowiązkiem Mackensena było zwrócenie uwagi na źródlosłów słowiański.
Mackensen nie był jednakże wyjątkiem pod tym względem.
Niemcy już w ostatnich latach przed wojną rozbudowali bardzo
T

266
pracowicie swoją toponomastykę, szczególniej tzw. «FlurnamenKunde», interesując się m. in. terenem dzisiejszych Ziem Odzy­
skanych. Najpłodniejszym w tej dziedzinie był chyba Robert Holsten. Do tego tematu odnoszą się niektóre jego opracowania: «Jak
Pomorze slalo się krajem niemieckim* (1934), '(Toponomastyka
a badania nad podaniowością Pomorza* (1938), «Dziecko w topo­
nomastyce pomorskiej* (1938), «Germańska wiara w duchy w po­
morskiej toponomastyce* (1939), «Zwierzęta jako nazwy miejsco­
we na Pomorzu* (1939) itp. itp. Tytuły te wyjmujemy z katalogu
«Flurnamen-Kunde» wyd. u braci Hordler, Radeburg. Na str. 14
znajduje się pod nr. 78 wyciąg z rozprawy Holslena pt. «Das Kind
in pommerschen Flurnamen* czasopismo «Aus dem Lande Beleard* X V I I . 10 Ć3t. V. 38} S. 37:
— «Bocian «Kn.appentrager» czyli Klapperer przynosi dzieci z K i n dersoll. Podobne nazwy Kinnerdieok itp. Inne nazwy dziecięce przypo­
minają, co m o ż n a u d o w o d n i ć , lub p r z e s ą d z i ć — miejsca nieszczęśliwych
w y p a d k ó w , albo też łączą się z w i a r ą w b ł ę d n e ogniki, czyli dusze
m a ł y c h dzieci. Chrzest u w z g l ę d n i a j ą takie nazwy, j a k Patenknoten, Patenpfennig itp. — Nazwa « В а Ь у т о о г » jest naturalnie c a ł k i e m m ł o d e g o
pochodzenia. Z dawnych czasów istnieją jednak «Kindelbette» ..

Jest to mimowolna humoreska Holstena. Niemcy zamiast
«das Kind* mówią także «das Baby* — wyraz przejęty czy to
z francuskiego «bćbe», czy angielskiego «baby». A więc mokradło,
czyli «Моог», na Pomorzu, zdaniem Holstena, od owego «baby»
otrzymał swoją nazwę. Dla' nas sprawa jest niezmiernie prosta.
Wiadomo, że błota i mokradła w wierzeniach ludowych są sie­
dliskiem czarownic, a więc bab złośliwych, nie trudno więc o po­
wstanie archaicznej słowiańskiej nazwy opartej na tym pier­
wiastku. Dodajmy jeszcze wyraz «mńr» czyli pomór, zaraza,
a otrzymamy «Babimór» albo «Babimórz», a więc miejsce niezdro­
we, błotniste, w którym wylęgają się choroby, które lud może przy­
pisywać działaniu czarownic. Istnieją zresztą wszędzie i w Polsce
i na terenach posłowiańskich nazwy miejscowe do owego «ВаЬу­
тоог» podobne, jak Babimost lub Babidół itp. Nazwy te oczywi­
ście są stare i nie mają nic wspólnego z dzieckiem, nawet w podaniowości niemieckiej.

267
Dalsze dwa podania zamieszczone w zbiorze są już zupełnie
obcego pochodzenia, dotyczą kłopotów kolonistów niemieckich
w Cudżaku, w Bessarabii.
Osobny dział stanowią podania łączące się z pobytem Szwe­
dów w Polsce. Mackensen rozstrzelił je po różnych rozdziałach
swej książki, ale zamieścił kilka również w dziale historycznym.
Są to oczywiście podania polskie. Jeśli przeszły także na własność
późniejszych kolonistów, zostały przejęte od Polaków. Forma ich
jednak mogła ulec pewnym przekształceniom, co uzewnętrzniło się
np. w podaniu spod Margonina nr 365, zanotowanym przez
Knoopa.
Za to autentyczne niemieckie są podania frydrycjańskie i jóypfirtsVip

Maftcnton

47 п г т п Н т п ч п п

tMy^j^j

/'et.-

X X V I I I ) Г1"'1СГ

dza, że
— « u k o c h a n c postacie w o d z ó w : F r y d e r y k a Jedynego dla Prusa­
k ó w , a Józefa I I dla A u s t r i a k ó w w y r a ż a j ą d r z e m i ą c e poczucie histo­
ryczne, S t w a r z a j ą na rzecz niewypowiedzianej dumy narodowej war­
tościowe symbołe...».

Otóż bezpieczniej byłoby nie uderzać w ton tak bardzo wzniosły,
ponieważ wiadomo, że lud ma swój własny punkt widzenia na po­
staci historyczne i nie zawsze widzi w nich herosów na miarę i n ­
teligencką.
Zobaczmy więc jak przedstawiają się owe symbole. Według
podania nr 801 z okolic Ciechocinka:
Idzie cesarz Fryc na wędrówkę. Spotyka g ę s i a r k a , k a ż e mu za
p a r ę kopiejek k u p i ć sobie «Ра-pirossen», a sam zobowiązuje się pilno­
w a ć gęsi. C h ł o p a k wraca, zastaje gęsi w życie, w y m y ś l a cesarzowi i obija
go batem, tak że ten ucieka. F a b u ł a kończy się tym, że F r y c zabiera
go na s w ó j dwói' i wychowuje na g e n e r a ł a .

W innym podaniu z okolic Kola nr 802 «Stary Fryc* prze­
brany za żołnierza otrzymuje od pewnego kawalerzysty porządną
porcję batów, gdyż w czasie napadu rozbójników schował się byl
ze strachu pod łóżko.
Wśród kilku dalszych anegdot frydrycjańskich, klóre akcen­
tują popularność tego władcy, mamy jedną jeszcze z Chełmskiego:

268
Cesarz w czasie inspekcji po kraju odczul głód i k u p i ł od pewnej
kobiety m a ś l a n k ę . P o n i e w a ż mleko było stare, z a c h o r o w a ł na żołądek
i mszcząc się, gdyż dużą zapłacił cenę — zanieczyści] d o k ł a d n i e kierzynke i mówiąc. «Тегаг p o d p i s a ł e m p r o t o k ó l » spiesznie odjechał.

Podania powyższe w niewybrednej swojej formie mają cha­
rakter anegdot koszarowych.
Nieco inne akcenty wnoszą podania józefińskie. Tu również
cesarz wędruje incognito po swoim państwie osobiście, ingeru­
jąc w różnych sytuacjach. Chodzi tu o walkę z instytucjami ko­
ścielnymi.
Podanie nr 811, pochodzące od Karaska, rozgrywa się na
terenie pewnego klasztoru:
Cesarz Józef k a ż e wszvslkiniprzekonuje się, że z n a j d u j ą się m i ę d z y n i m i , zamaskowane habitami
kobiety, a w piwnicach starego gmachu o d k r y w a szkielety dziecięce.
Klasztor zostaje otoczony i spalony. F a b u ł a kończy się s ł o w a m i : ((du­
chowni byli mu bardzo przeciwni. Z p e w n o ś c i ą gdzieś go zdybali. Nie
u m a r ł on, ale został przez księży usunięty)).

W dwu innych wersjach tego cyklu podaniowego mowa jest
0 papieżu. Pod nr 812 mamy opis wizyty Józefa I I w Rzymie,
zakończonej wyrażonym przez cesarza nieprzystojnym życzeniem.
W podaniu nr 809 papież przesyła Józefowi zatrute gromnice, które
go o śmierć powolną przyprawić miały.
Dobór tych właśnie opowiadań w antologii Mackensena sta­
nowi korelat do sposobu ujmowania tematyki kultowej w rozpa­
li ywa.nych poprzednio podaniach, których tekst zoslał dowolnie
przekształcony.
Moment powrotu Wielkiej Armii z Rosji obrazuje następu­
jące podanie spod Kola, nr 824 u Karaska:
— «\Y czasie p o w r o t u F r a n c u z ó w wiedli oni Napoleona ze sobą
w trumnie. W len sposób przekradl się i nie został ubity. Tacy źli byli
nasi ludzie na niego, a tylko Polacy go o b ż a l o w y w a l i i bardzo byli zgnę­
bieni. Wiedzieli, że teraz nic już nie będzie z ich P a ń s t w a Polskiego
1 k r ó l a . Za to nasi ludzie bardzo się cieszyli)).

W sumie więc podania: frydrycjańskie, józefińskie i habsbur­
skie są to raczej anegdoty kolportowane przez żołnierzy, podczas
gdy tematyka szwedzka i napoleońska więcej ma charakteru po-

209
dań ludowych. Poszczególne teksly jednakże zdradzają nalecia­
łości pozaludowe, odnosi się więc wrażenie, że w wielu wypad­
kach wersja polska została przekształcona i przystosowana do po­
trzeb niemieckich, i niemieckich upodobań.
Ponieważ dział historyczny kończy całą antologię, pomyślaną
bądź co bądź nie jako dzieło naukowe a!e jako lektura dla ludu
niemieckiego pewne zdziwienie budzi brak na tym miejscu sil­
niejszych, suggeslywnych akcentów.
Nurt książki, mocno wezbrany w punkcie startu, wycieka po­
woli na ostatnich kartach, obrazy bledną i rozmnażają się, Mac­
kensen dociąga z trudem do mety. Brak silniejszej więzi, która by
łączyła materiał tendencyjnie ujętej i przeprowadzonej antologii.
*

Omówiliśmy obszernie książkę Mackensena, ponieważ sta­
nowi ona w zakresie etnografii najpoważniejszą pozycję biblioteki
«Volkspolitisches Institute niem. Uniwersytetu Poznańskiego, za­
równo pod względem nagromadzonego materiału etnograficznego,
jako też jego doboru ze stanowiska planowania kultury niemiec­
kiej.
Dalsze prace etnograficzne były w zamierzeniu. Przygoto­
wywano m. in. do druku obszerną publikację dotyczącą pszcze­
larstwa ludowego. Zachował się duży pakiet fotografij uli i pa­
siek.
Pracy tej nie zdążono już wydać drukiem.
Centralą specjalnych wydawnictw, które obejmowały rów­
nież tematykę etnograficzną, była przed wojną Piła. Wychodziły
tam miniaturowe monografie w postaci ilustrowanych broszurek
o 3—4 arkuszy druku, nakładem miejscowych «HeimalblalLer» lub
księgarni Komeniusa. Seria nosiła tytuł: <<Grenzmarkfuhrcr*, tzn.
przewodnik po marchii granicznej.
Jeszcze w r. 1939. ale już po wkroczeniu wojsk niemieckich
do Polski ukazała się drukiem książeczka «Życie ludu w marchii
granicznej — wierzenia i obrzędowość rodzinna*, autor Paul
Groth.

270
W przedmowie zaznacza on, że
— «przez oczyszczenie terenu wschodnich, pruskich p r o w i n c j i
zlikwidowana została r ó w n i e ż p r o w i n c j a Marchia Graniczna P o z n a ń —
Prusy Zachodnie (Provinz Grenzmark Posen — Westpreussen). Zacho­
w a ł a się nazwa, k t ó r a żyje nadal w nowo utworzonej Rejencji pomor­
skiej. — Zachowało się jednak także wspomnienie wielesetletniej wspól­
nej h i s t o r i i oraz w s p ó l n e j niedoli łat powojennych. Z tego p o w o d u w y ­
daje się uzasadnione, jeżeli przy w i ę k s z y m uprzywilejowaniu
północ­
nych p o w i a t ó w niniejsza r o z p r a w k a obejmie całokształt dawnej pro­
wincji.
Broszurka wydana na kredowym papierze z licznymi ilu­
stracjami ma charakter popularno-informacyjny, jest prosta
i łatwa w ujęciu, mogła być dla każdego Niemca przyjemną lek­
tura Ponieważ aulm- 7astr»u<ł . k i a г juu:v—ni*"—rtrcin wyiofnioń
etnograficznych o charakterze naukowym, stąd ułatwił sobie nie­
zmiernie zadanie. Mamy zarówno w fotografiach, jak i w tekście
szereg typowych reliktów polskich, a co ważniejsze lokalizację te­
matyki na obszarze tzw. Marchii Granicznej. Obrzędowość rodzinna
występuje tu jako jednolita całość kulturowa, ujmuje ją się po
prostu, jako przejaw ludowej kultury niemieckiej na szerokiej
przestrzeni od Międzyrzecza, Skwierzyny, Wielunia, Wschowy, Ko­
ronowa, Babimostu aż po Człuchów.
Pod względem metodycznym nie chodziło lu więc o to, aby
wysegregować materiał germański spośród słowiańskiego, aby od­
łączyć rzeczy polskie i niemieckie, ale przeciwnie, aby nagroma­
dzić jak najwięcej zabytków etnograficznych i nazwać je nie­
mieckimi.
Niemcy przyjmowali każdorazowo zasadę tworzenia niemiec­
kich regionów i starali się tym zamkniętym obszarom nadać cha­
rakter regionalny, obudzić w mieszkańcach świadomość regio­
nalną oraz sentyment dla owej ciaśniejszej ojczyzny, ów Paweł
Groth, autor wspomnianej tułaj broszurki, zaznacza w słowie
wstępnym:
r

r

7

— wchodzi tylko o to, aby r o z w i n ą ć przed oczyma u ś w i a d o m i o ­
nych regionalnie p o g r a n i c z n i k ó w (Grenzmarker), że istnieje często za­
poznane bogactwo życia ludowego i r ó ż n o r o d n e j b a r w n o ś c i w i e r z e ń
i o b r z ę d ó w Marchii Granicznej...».

271
Niemcy nie ograniczyli się do samego anektowania na rzecz
niemczyzny przejawów polskiej kultury ludowej. Z reguły nastę­
powała po tym mozolna praca naukowców, którzy poszczególne
zabytki brali z osobna na warsztat i starali się znaleźć argumenty
naukowe celem udowodnienia ich niemieckości. Ten punkt progra­
mu aktualny był zarówno w okresie przed- jak i powrześniowym.
• W czasopiśmie «Deutsche Wissenschaftliche Zeitschrift im
Warlheland» Z. 3/4 z r. 1941 zamieszcza Fryderyk Heidelck roz­
prawę pt. «Das ostgermanische Vorlaubenhaus im Warthegau»,
z 7 ilustracjami, gdzie stara się udowodnić, że dom podcieniowy
jest pochodzenia germańskiego. — Nie wchodząc na tym miejscu
w meritum sprawy, zwracamy jedynie uwagę na programowość
""'OgO i l t y l L U l i ; . ?!.^ 1,иш z . a l ^ a i u i m i\ n i , al»\ siworzve i udo w i
niemieckiemu poczucie rodzimości na zajmowanej przez niego
przestrzeni życiowej — należało więc wyeliminować jakąkolwiek
tradycję polską, czy słowiańską.
Ten sam punkt programu uwzględniał również Mackensen
w analizie podań. Na sir. V omawianej poprzednio książki spoty
kamy się nawet z polemiką. Otóż w r. 1915 ukazała się w Gryf ii
dysertacja filozoficzna, pt. «Podania o dzikim łowcy i śpiącym
wojsku w Prowincji Poznańskiej», której autorem był V. Schweda.
Stawia on tezę, że praforiną podania jest opowieść o wojsku świę­
tej Jadwigi. — Mackensen zżyma się bardzo na takie postawienie
problemu:
Ш

— «podan.ie to przeszło w końcu r ó w n i e ż na własność

Polaków

i stało się symbolem zamierzonego powstania, nieustannym zarzewiem
w z r a s t a j ą c e g o niepokoju ludności. Wojsko k r ó l o w e j J a d w i g i w g ó r a c h
pod Misiną m i a ł o s t a ć gotowe, aby w s p o m o g ł o p r z y g o t o w y w a n e pow­
stanie P o l a k ó w . Nie należy j e d n a k ż e mylić b i o r ą c e g o z d a j ą c y m . Polak
opowiada niemieckie podania w polskiej z a p a l c z y w o ś c i i w s w o i m ję­
zyku — nie jest to jednak p o w ó d , aby N i e m c o w i z a p r z e c z a ć własności,
lub mu p o r y w a ć w i e r n i e przechowane podanie, k t ó r e tamtemu jako
wzór posłużyłoś.
r

Tego rodzaju przykładów znajdziemy dużo w różnych pub­
likacjach niemieckich.
Czasopismo, w którym ukazała się rozprawka o domach pod­
cieniowych do r. 1919 nazywało się «Zeitschrift der Historischen

272
Gesellschaft fur die Provinz Posen», potem przez lal 30 nosiło
tytuł «Deutsche Wissenschaftliche Zeitschrift fur Polen», od r. 1939
otrzymało nagłówek: «Deutsche Wissenschaftliche Zeitschrift im
Wartbelantb. Pierwszy zeszyt, który ukazał się w r. 1940, zacho­
wał jeszcze dawny podtytuł, mianowicie: «Neue Folgę der Zeit­
schrift der Historischen Gesellschaft fur die Provinz Posen und
des Naturwissenschaftlichen Vereins zu Posen, sowie der
Deutschen WissenschafLlichen Zeitschrift fur Polen». Jako wy­
dawca figuruje dr Alfred Lattermann.
Czasopismo to, jako organ niemieckich towarzystw nauko­
wych zachowało pewną samodzielność poczynań, już choćby z tej
przyczyny, że nie było wprost uzależnione od niemieckiego Uniwersytetu w Poznaniu. Stąd więc zeszyt pierwszy, który ukazał
się już po zajęciu Wielkopolski przez wojska niemieckie zmienił
wprawdzie nagłówek, ale nie przekształcił się od razu pod wzglę­
dem treści. Znalazły się'w nim także recenzje z publikacyj pol­
skich; spotykamy je także i w dalszych zeszytach.
Czasopismo to należy więc melodycznie do starszego typu
niemieckich wydawnictw, które skrzętnie notowały bibliografię
polską, aby posiadać pogląd na rozwój nauki polskiej i móc sy­
stematycznie gromadzić kontrargumenty niemieckie przeciw do­
wodzeniom polskim. Metoda nowoczesna w planowaniu niemiec­
kim stosowała raczej przemilczanie. W prasie codziennej okresu
okupacyjnego wyraz «polskie» w ogóle nie był dopuszczalny, za­
stępowało go się w razie koniecznej potrzeby terminem «tutejsze» —
więc i w nauce przestano z czasem interesować się w ogóle ma­
teriałem polskim, aby tradycja nauki polskiej zanikła.
W zeszycie 2 ^Deutsche Wissenschaftliche Zeitschrift im
\Yartheland» z r. 1940, znajdujemy na str. 291/3 ankietę etnogra­
ficzną podpisaną przez: «Hislorische Gesellschaft im Waitheland».
Ankieta la wyraża to samo stanowisko, co omówione przez nas
poprzednie publikacje, czy to Geislera, czy Mackensena, czy albumy
malarzy niemieckich itp. Chodzi zarówno o zdobycie poglądu na
całokształt ludowej kultury niemieckiej Kraju Warty, jak i o kul­
tywowanie jej w jednolitym duchu odrodzonej niemieckości.

273
Ankieta ta nosi tytuł: «Wezwanie do współpracy nad ludoznawstwem Kraju Warty» — a zawiera następujące wprowadze­
nie w temat:
— «Od Wielu lat z a c h o w a l i ś c i e j a k o cenne dobro n i e m i e c k o ś ć
w a s z ą dzień za dniem i r o k za r o k i e m , z a r ó w n o w byłej Polsce, jak
r ó w n i e ż w k r a j u b a ł t y c k i m . Czynili tak nie t y l k o bojownicy polityczni
w ś r ó d was, ale także o w i ludzie cisi i skromni, gdy w domu i gospo­
darstwie, w c y k l u dorocznym i o b r z ę d o w o ś c i rodzinnej p i e l ę g n o w a l i
niemieckie zwyczaje i przekazywali je dalej m ł o d z i e ż y . Czynili tak, gdy
śpiewali niemieckie pieśni, opowiadali niemieckie b a ś n i e i humo­
reski, gdy p i e l ę g n o w a l i g w a r ę lub g w a r o w o zabarwiony język nie­
miecki, po prostu w k a ż d y m momencie swego ś w i a d o m e g o lub nawet
n i e u ś w i a d o m i o n e g o , a przecież niemieckością n a p i ę t n o w a n e g o życia.
— «Teraz więc żyją o w i oswobodzeni i p o w r a c a j ą c y Niemcy jako

3tj»ituŁi

siewie Ajtdiiuiiciji

we v\ bjjoinej |л асу sKieiowanej k u

temu samemu celowi w K r a j u W a r t y i w Prusach Zachodnich. Niem­
cami są wszyscy; w swoich szczepowych w ł a ś c i w o ś c i a c h j e d n a k ż e r ó ż n i ą
się m i ę d z y sobą.
— «Każdy wnosi cechy specjalne, k t ó r e s t a n o w i ą
wykładnik
szczepowego w y r ó ż n i e n i a . Wiemy, że w ł a ś n i e dopiero całokształt wszyst­
k i c h szczepów niemieckich, niezależnie od tego, czy m i e s z k a j ą i działają
na p o ł u d n i u 'lub p ó ł n o c y W i e l k i c h Niemiec s t a n o w i ć b ę d z i e w y k ł a d n i k
Niemca z jego z r ó ż n i c z k o w a n y m i w ł a ś c i w o ś c i a m i i bogactwem uzdol­
nień. Jeden u z u p e ł n i a drugiego dla dobra całości. Owo bogactwo istoty
niemieckiej r o z w i n i e się też na wschodnich terenach Niemiec, miano­
wicie gdy, p r ó c z reprezentowanych teraz już niemieckich s z c z e p ó w , po
u k o ń c z o n e j z w y c i ę s k o wojnie n a p ł y n ą na obszar wschodni nowe zastępy
niemieckich r o d a k ó w .
— «Chodzi o to, aby i teraz i w przyszłości ująć w czasie i prze­
strzeni r ó ż n o r o d n o ś ć niemieckiego człowieka, tak jak się on nam objawi
w typie nowego Niemca pogranicznego)).

Ankieta obejmuje cztery punkty, mianowicie: 1) wierzenia
i przesądy, 2) poezję i prozodię ludową z uwzględnieniem gwary,
,3) zwyczaje i obrzędy, wreszcie 4) zabawy. Odpowiedzi na kwe­
stionariusz z dokładnym podaniem personalii i lokalizacji miały
być kierowane do Poznania na adres profesora dra Oskara Masinga.
W zakończeniu dodano jeszcze objaśnienie:
— ((Zrośnięcie się N i e m c ó w w jeden silny blok na naszym terenie,
k t ó r y by u z n a w a ł na z e w n ą t r z i w e w n ą t r z swoje niemieckie zadanie,
Lud,

т.

X X X V I I

18

274
znajdzie swoje potwierdzenie w wynikach tej rozpoczętej właśnie, a sze­
roko zakrojonej pracy naukowej.
— ((Dopomóżcie nam, abyśmy poznać mogli, jakimi jesteśmy i ja­
kimi w zależności i współdziałaniu jednych z drugimi coraz bardziej
niemieckimi stawać się będziemy mogli».
Okazuje się z powyższego, że niemieckie towarzystwo histo­
ryczne zamierzało przeprowadzić szczegółowe badania terenowe
i to już w momencie, kiedy zaledwie pierwsze grupy przesiedleń­
ców napłynęły do Wielkopolski; mowa tu bowiem tylko o Bałtach.
W dalszych bowiem rocznikach wspomnianego czasopisma
nie ma wzmianki o losach lej ankiety. Przypuszczamy, że wynik
jej był negatywny. Prof. Mackensen nie wspomina o niej wcale
w swoim zbiorze podań.
W rezultacie więc trzeba było poniechać tej jedynie miaro­
dajnej metody uzyskania faktycznego materiału. Mackensen więc,
nie mogąc podejść do problemu od dołu, od strony ludu niemiec­
kiego, zdecydował się na przystąpienie do sprawy z góry, miano­
wicie narzucenie nowym mieszkańcom Kraju Warty nowej, we­
dług własnego uznania najwłaściwszej, najbardziej niemieckiej
kultury.

*
Reasumując wyniki przeprowadzonego tutaj ogólnikowego
przeglądu niemieckich poczynań w zakresie kultury ludowej za­
garniętych terenów Wielkopolski, wiemy, co czekało Wielkopolskę
pod władztwem niemieckich pionierów kultury.
Ziemię samą przedstawiono więc jako step bezludny, źle
rozplanowany gospodarczo i źle zagospodarowany, jako kraj pu­
sty, oczekujący napływu niemieckich osadników.
Grupy osiedleńcze, przybywające z odległych wschodnich
i północnych terenów, z nad Morza Czarnego, z Bessarabii, Do­
brudży, Cudżaku, Bukowiny z Estonii i Finlandii miały tu na
zachodzie Europy stanowić rzeszę nosicieli kultury materialnej
i duchowej.
Zróżniczkowana la ludność wespół z garstką starych kolo­
nistów niemieckich miała zrosnąć się w jeden wspólny szczep po-

275
graniczny, niemiecki i kultywować własną wspólną kulturę nie­
miecką.
Wykładnikiem tej kultury w zakresie materialnym miał być
zlepek najprzeróżniejszych odmian kultur obcych, naniesionych
z miejsc poprzedniego pobytu przesiedleńców. Wykładnikiem kul­
tury duchowej stawał się zrąb pojęć uczuć i wyobrażeń, które ze­
brał w całość Mackensen w swojej antologii.
Odtąd więc Kraj Warty winien był nasiąkać powoli atmosferą
ponurości. Germańskie treści, ujęte w formę wulgarnego pro­
stactwa, miały teroryzować psychikę mieszkańców Kraju Warty.
Jeżeli w publikacjach przedwojennych Niemcy dążyli do za­
garnięcia dla siebie wszystkich reliktów ludowej kultury polskiej
-4.~.vłfHwi
eVr i o i—tr» nruinmnr—',y"jy;*,' d".70H0—di? "'VCliminCV.'anla ich
lub radykalnego przekształcenia. Sięgano tym razem do najgłęb­
szych złoży germańskiego prymitywu, do prainstynktów, do przed­
chrześcijańskiej moralności i pojeciowości, do fatalizmu starej
sagi, do światopoglądu wyzbytego więzi kultowej.
Nowy szczep niemiecki na nowo zagarniętej ziemi miał być
nowym klanem wojowników, których pieśnią najmilszą jest
rapsod śmierci.
BIBLIOGRAFIA
«Sagcn der Deutschen i m \ Y a r t h e l a n d » . Prof. dr. Lutz Mackensen.
Posen 1913. Schriften der Landeskundlichen F o r s c h u n g s s t e l ł e des Reichsgaues Wartheland. Herausgeber Gauselbstverwaltung und Reichsuniwersitate, Posen Reihe VIII Volkskunde, i m Auftrage herausgegeben von
dr. E d m u n d Mudrak.
Karasek-Lurk, «Die deutschen Siedelungen in Wołyniem). Leip­
zig 1931.
Karasek-Strzygowski, «Sagen der Deutschen in Galizien. Plauen 1932.
Karasek-Strz\gowski, «Sagen der Deutschen in Wolynien u, Polesien». Posen 1938.
Schweda V., «Die Sagcn vom wilden Jager u. vom
lleer i n der Provinz Posen». Greifwald 1915.
«l)ie deutschen Siedelungen
K. Liick. Leipzig 1933.

im

Cholmer

u.

schlafenden

Lubliner L a n d e » .
18*

276
«Heimatliche Sagen u. Geechichten aus der Provinz Posen». A. Mussoli. Bromberg 1911.
«Das ostgermanische Vorlaubenhaus i m W a r t h e g a u » . Friedrich
Heidelck. Deutsche Wissenschaftliche Zeitschrift i m W a r t h e l a n d herausgegeben von d r . A l f r e d Latermannn, Posen 1941. Heft 3/4, str. 201/6.
rische

«Aufruf zur Mitarbeit an der Volkskunde i m W a r t h e l a n d » , HistoGessellschaft i m W a r t h e l a n d .

Deutsche Wissenschaftliche Zeitschrift im W a r t h e l a n d her. v o n
dr. Alfred Lattermann. Posen 1940, z. 2, str. 291/3.
aus den S u d e t e n l a n d e r n » Fritzi
Hanika. V o l k - u . Reichsverlag
sterdamm, W i e n , Berlin 1943.
((Deutsche Trachten

einer E i n f u h r u n g v o n Jozef

Mally mit
Prag. Am-

«Der W a r t h e g a u » , Landschaft u n d Siedelung i n W e r k e n deutscher
v o m Gauhauptmann i m Reichsgau W a r t h e l a n d .

Maler herausgegeben
Posen 1943.

"

«Das Antlitz des Deutschen

i m Wartheland)).

Veroffentlichungen des Fleimatsbundes W a r t h e l a n d . Posen 1943.
((Landschaftskunde des W a r t h e l a n d e s » D r . fit. W a l t e r Geisler, Po­
sen 1943.
Die Siedelungs-

u n d Wirtschaft-Landschaft.

Schriften der Landeskundlichen Forschungsstelle des Reichsgaues
Wartheland.
« M a r c h e n u n d Sagen in ihren Wesensziigen» E d m u n d M u d r a k ,
Wien u. B e r l i n 1944.
«£rber den W e r t von Marchen u n d Sagen fur die Rassenpsychologie» K o n r a d Zueker. — «Volk u n d Rasse» R. 1941. Zeszyt 11/12.
« N a m e u n d Mythos» Lutz Mackensen. Leipzig 1927.
«Sagen der Provinz Posem) Otto Knoop. Verlag Berlin—Friedenau 1913.
«Slovinzische Tekste» F r i e d r i c h Lorentz. Petersburg 1905.
((Polnische V o l k s m a r c h e n » d r J. Piprek. W i e n 1918.
« G r e n z m a r k i s c h e s Volksleben» Glaube u n d B r a u c h i m Lebenslauf»
Paul Groth Schneidemuhl 1939.
((Siebenburgen, Deutsche Volkskunst». Tekst u. Bilder-Sammlung
von Misch Drend. W i e m a r 1943.
«Die Hirtenspiele
dalem 1943.

des K a r p a t h e n r a u m e s »

«Das K i n d i n pommerschen

B r u n o Schier.

F l u r n a m e n » : Holsten Robeat.

«Aus dem L a n d e » , Belgard X V I I , 10, str. 37, r o k 1938.

Berlin-

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.