http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/4738.pdf

Media

Part of Recenzje i noty recenzyjne/ LUD 2004 t.88

extracted text
Lud, t. 88, 2004

IV.

RECENZJE I NOTY RECENZYJNE

Benjamin L e e W h o r f, Język, myśl, rzeczywistość, przeł. Teresa Hołówka, KR, Warszawa 2002, ss. 364.
Benjamin Lee Whorfzajmuje poczesne miejsce w almanachach historii zarówno językoznawstwa, jak i zajmujących się człowiekiem i kulturą nauk humanistycznych. Nie zdobył on
jednak wyższych tytułów naukowych i nie był trwale związany z żadnym ośrodkiem akademickim. Pomimo tego, ten specjalista od zabezpieczeń przeciwpożarowych zasłynął jako znawca starożytnego pisma Majów i Azteków. Przede wszystkim jednak dał się poznać jako
współtwórca koncepcji relatywizmu językowego, znanej również pod nazwą hipotezy Sapira i Whorfa. Głosi ona, mówiąc w największym skrócie, że nasze postrzeganie rzeczywistości i obraz świata zależą od struktury naszego języka i zaznacza równocześnie, że wszystkie
języki są na równi racjonalne.
Tytuł recenzowanej pracy Język, myśl, rzeczywistość zaczerpnięty jest z książki, którą
Benjamin Lee Whorfzamierzał napisać i której krótki zarys odnaleziono w jego papierach.
Zamierzał dedykować ją dwóm osobom, które szczególnie wpłynęły na jego sposób myślenia: Edwardowi Sapirowi i Antoine'owi Fabre'owi d'Olivetowi - francuskiemu dramaturgowi, filologowi i mistykowi z początku XIX wieku, którego, niewiele znacząca z punktu
widzenia dzisiejszego językoznawstwa, koncepcja rdzenia-znaku, fascynowała Benjamina
Lee Whorfa w początkowych latach jego kariery naukowej. W zamierzeniu miał to być
podręcznik, w którym miały się również znajdować pytania kontrolne oraz krótki zarys na
temat języków, między innymi łaciny, greki, hebrajskiego, rosyjskiego i hopi.
Podobne poglądy jak Benjamin Lee Whorf,jakoby w każdym języku zawarty był pewien
określony pogląd na świat czy też obraz świata, głosił już w XIX wieku niemiecki filozof
Wilhelm von Humboldt. Trzeba jednak zaznaczyć, że Benjamin Lee Whorf nie znał pism tego
myśliciela. Na jego przekonania wpłynęły natomiast silnie etnolingwistyczne badania amerykańskiej szkoły antropologicznej Franza Boasa, a szczególnie prace Edwarda Sapira. To
właśnie autor Language sformułował ogólną tezę, że język jest "przewodnikiem po rzeczywistości społecznej" natomiast Benjamin Lee Whorf przeprowadził na jej podstawie konkretne badania nad językami Indian.
Po raz pierwszy Język, myśl, rzeczywistość została wydana w języku polskim w 1982 roku
nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego. Obecne wydanie różni się od poprzedniego jedynie tym, że pominięto w nim wstęp do polskiego wydania autorstwa Adama Schaffa, który analizował hipotezę Sapira-Whorfa z pozycji filozofii marksistowskiej.
Od prac Benjamina Lee Whorfa powinien rozpocząć studia każdy, kto zainteresowany
jest problemem związku języka z kulturą i sposobem myślenia. Kwestia ta nie jest przedmiotem analiz wyłącznie językoznawczych i lingwistycznych. Wiele uwagi poświęcająjej bowiem również inne dyscypliny, jak np.: socjologia, psychologia, antropologia czy niezwykle ostatnio modna interdyscyplinarna analiza dyskursu. Warto nadmienić w tym miejscu,
że dla Benjamina Lee Whorfajednym z istotnych celów jego badań było popularyzowanie
językoznawstwa i lingwistyki. Znajdował on zawsze czas, by wygłosić krótkie pogadanki
o językach starożytnych Majów i Azteków w bibliotekach, klubach i towarzystwach
historycznych, i uważał ponadto, że badania językoznawców powinny dotyczyć problemów

302

Recenzje i noty recenzyjne

bliskich każdemu człowiekowi. Jednym z takich zagadnień była, jego zdaniem, treść i sposób naszego myślenia.
Według Benjamina Lee Whorfa dokładniejsze przyjrzenie się zjawisku relatywizmu językowego stwarza nadzieję, że uświadamiając sobie, iż struktura języka wpłYwa na nasze postrzeganie świata, umożliwimy dialog między kulturami, realne staną się szanse na uniknięcie wielu konfliktów. Wierzył on również, że jego badania przyczynią się do rewizji mniemań
o rzekomej wyższości języków europejskich (a co za tym idzie zachodniego sposobu myślenia) nad innymi językami etnicznymi i do stworzenia "ogólnoludzkiego braterstwa myśli",
również dzięki uświadomieniu sobie własnych nawyków myślowych.
W recenzowanej książce czytelnik znajdzie osiemnaście artykułów autorstwa Benjamina
Lee Whorfa. Siedem z nich: Momentalny i odcinkowy aspekt czasowników w hopi, Niektóre kategorie czasownikowe w hopi, Model uniwersum Indian, Rozważania lingwistyczne nad myśleniem w spolecznościach pierwotnych, Czynniki językowe w terminologii architektonicznej u Hopi, Technika psychologii postaci w zalożeniach szawni oraz Związek
między nawykami myślenia i zachowaniem ajęzykiem dotyczy zasady relatywizmu językowego.
Koncepcję relatywizmu językowego Benjamin Lee Whorf sfonnułował podczas badań
nad językiem Indian Hopi prowadzonych od 1932 roku. Zauważył on wówczas istotne różnice pomiędzy językiem hopi a standardowymi językami europejskimi, które manifestują się
nie tylko w materiale słownikowym (leksyce), lecz również w strukturze gramatycznej (między innymi w czasach gramatycznych, aspektach czasowników, klasach rzeczowników).
W artykule Momentalny i odcinkowy aspekt czasowników w hopi np. pokazuje on, iżjęzyk hopi znacznie precyzyjniej nazywa zjawiska wibracyjne, co pociąga za sobą bardzo istotne
konsekwencje: "Opisane tu fakty językowe nie są tylko zwykłą ilustracją fonn aspektu gramatycznego. Ich sens jest znacznie szerszy. Pokazują one, jak język organizuje nasze doświadczenie (...). Widzieliśmy, jak język hopi wyznacza pewną dziedzinę, którą moglibyśmy
określić mianem pierwotnej fizyki, jak konsekwentnie i z naukową niemal precyzją klasyfikuje wszelkie rodzaje zjawisk wibracyjnych w przyrodzie poprzez powiązanie ich z elementarnymi typami procesów defonnacji. Taką analizę fragmentu rzeczywistości można dowolnie
rozbudowywać, a jest ona na tyle zbieżna ze współczesną fizyką, że dokonanie pewnej ekstrapolacji być może pozwoliłoby nam na trafne ujęcie rozmaitych zjawisk stanowiących
domenę współczesnej nauki i techniki, takich jak na przykład ruchy obserwowane w maszynach i mechanizmach, falowanie i wibracja, procesy chemiczne i elektryczne. Indianie Hopi
nic o nich nie wiedzą i nie potrafią sobie tego wyobrazić, nam zaś brakuje adekwatnej tenninologii" (s. 72-73). W artykule Model uniwersum Indian amerykański językoznawca analizuje natomiast język Indian Hopi pod kątem odmiennego sposobu postrzegania czasu
i przestrzeni niż ten rozpowszechniony w zachodnim świecie. Problem racjonalności języka
hopi i kształtowanego przezeń świata jest z kolei przedmiotem rozważań w jego tekście pod
tytułem Rozważania lingwistyczne nad myśleniem w społecznościach pierwotnych. Pisze
on tam: "Tak więc wiele społeczności niepiśmiennych ("pierwotnych"), nie znajdując się
bynajmniej w fazie irracjonalnej, potrafi wykazać się bardziej zracjonalizowanym i funkcjonującym na wyższym poziomie sposobem myślenia niż ludzie cywilizowani. Nie wiadomo,
czy rzeczywiście cywilizacja jest synonimem racjonalności. Wśród plemion pierwotnych
nie było filozofów; ich pojawienie się wiąże się z dobrobytem ekonomicznym, który w historii osiągnęło niewiele kultur. Być może zresztą zbytnia racjonalność gubi sama siebie albo
wytwarza silne czynniki kompensujące" (s. l 07-1 08).
Pozostałe artykuły zamieszczone w książce dotyczą bądż językoznawstwa ogólnego lub
też stanowią, jak np. tekst Inskrypcja środkowomeksykańska zawierająca znaki dni Meksykanów i Majów czy Odszyfrowanie fragmentów językowych w hieroglifach Majów, studia nad narzeczami środkowoamerykańskimi.
Dla czytelnika nic zaznajomionego

Recenzje i noty recenzyjne

303

z problematykąj«zykoznawstwa Benjamin Lee Whorfnapisał trzy artykuły popularnonaukowe, opublikowane w "Technology Review": Nauka ajęzykoznawstwo, Językoznawstwo
jako nauka ścisła oraz Języki a logika, a także artykuł zatytułowany Język, myśl, rzeczywistość, zamieszczony w hinduskim czasopiśmie teozoficznym "Theosophist". Te artykuły
również czytelnik odnajdzie w recenzowanej pracy.
Na koniec warto zaznaczyć, iż zasada relatywizmu j«zykowego nie została do tej pory ani
dostatecznie obalona, ani wystarczająco potwierdzona. Dlatego też słuszne wydaje się nazywanie jej hipotezą, mimo że sam Benjamin Lee Whorf określał ją mianem prawa. To
bowiem, że języki różnią si« w swej strukturze, nie ulega wątpliwości. Czy jednak te różnice
przyczyniają się do odmiennego sposobu postrzegania i pojmowania świata? Odpowiedź
na to pytanie nie jest już tak oczywista. Wynika to między innymi z faktu, że niewiele było
prób zweryfikowania tej hipotezy, szczególnie brakuje badań, które dodatkowo uwzgl«dniałyby możliwość występowania pozajęzykowych zachowań mogących wpływać na nasze postrzeganie świata. Analizując różnice językowe, nie należy ponadto ignorować problemu uniwersaliów językowych, czyli elementów wspólnych, pojawiających się we wszystkich językach. Które elementy, wspólne czy odmienne dla różnych języków, są bardziej
znaczące dla percepcji rzeczywistości, oto pytanie, na które jednoznacznej odpowiedzi jak
dotąd nie znaleziono.
Magdalena Parus-Jaskulowska

Jeremy R i fk i n, Wiek dostępu. Nowa kultura hiperkapitalizmu, w której placi się za
każdą chwilę życia. Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2003, ss. 280.
Ten niepokojąco brzmiący tytuł dosyć trafnie odzwierciedla ciągle kształtującą się, niejako na naszych oczach, nową sytuacj« ekonomiczno-kulturową. Autor w swojej książce
analizuje skomplikowane relacje, wzajemne powiązania i zależności pomiędzy sferą kultury
i ekonomii - jak ściśle są one ze sobą powiązane, udowadnia na kartach swojej pracy. Książka
została podzielona na dwie części. Część pierwszą autor zatytułował: "Następna granica
kapitalizmu". Omawia w niej mechanizmy powodujące zmiany podstawowego układu gospodarczego: konsument - rynek - stan posiadania, który ustępuje miejsca relacjom typu:
konsument - sieć dostępu - dzierżawca. Powodzenie ekonomiczne stopniowo przestaje
być zależne od rynków wymiany dóbr. Istotne stają się długoterminowe umowy, których
długość uzależniona jest od przydatności danej usługi szybko wypieranej i zastępowanej
nową - bardziej nowoczesną, prostszą w użytkowaniu i cz«sto tańszą. W związku z tym
długoterminowe posiadanie traci swojąracj« bytu, staje si« wręcz uciążliwe i powoduje wi«cej
strat niż korzyści. Niesamowicie szybkie tempo wszelkich innowacji tak oto skomentował
specjalista firmy Microsoft: "Nieważne jak dobry jest wasz produkt, za półtora roku b«dzie
już po nim". Dlatego tak ważny stał si« tani i szybki dost«p do danych usług, a czasy rządzące si« takimi regułami autor nazwał wiekiem dostępu. Rządzi się on całkiem nowymi zasadami. Rynek zostaje zastąpiony sieciami, sprzedawcy i nabywcy zamieniają si« w dostawców
określonych usług w obrębie danych sieci, a klienci w użytkowników, chwilowych odbiorców ich oferty. Nowy etap rozwoju ludzkości cechuje także zasada szybkiego obrotu posiadanymi zasobami, a nie zasada akumulacji. To z kolei przyczynia si« do łatwego dostępu do
wszelkich kredytów. Łatwa ich dostępność przyczynia się do przemiany ludności z osób
oszczędzających w dłużników mających do spłacenia pokaźne sumy zaciągni«tych długów.
Konkluzja pierwszej części książki sprowadza si« do stwierdzenia, że o ile w wieku dwudziestym starano się zapanować nad wymianą dóbr, o tyle w wieku dwudziestym pierwszym

304

Recenzje i noty recenzyjne

starania idą w kierunku zapanowania nad wymianą koncepcji, a przedmiotem sprzedaży są
wszelkie pomysły.
Część druga pracy otrzymała tytuł "Ogradzanie kulturowych pastwisk". Autor podejmuje w niej próbę wytłumaczenia tego, co dzieje się w sferze kultury, a przede wszystkim
mechanizmu jej "wyprzedaży" w masowej skali. Zamiast naturalnego poruszania się w obrębie wypracowanych przez wieki i przekazywanych z pokolenia na pokolenie wartości i tradycji - traktuje się kulturę na zasadzie konsumpcji. Autor dochodzi do następującego
wniosku: "kiedy wszelkie formy komunikacji stają się towarami rynkowymi, wtedy kultura
- materia komunikacji - też nieuchronnie staje się towarem". Dostęp do dóbr kultury przestaje być oparty na tradycji, stopniu pokrewieństwa czy prawie dziedziczenia, narodowości
bądź płci, lecz uzaleźniony jest od ceny rynkowej kształtowanej prawem popytu i podaźy.
Wiek dostępu nie oferuje stanu posiadania dóbr materialnych, lecz dostęp do przeźyć, coraz to nowych i coraz bardziej absurdalnych doświadczeń mijających się z sensem, ale nie
o to przecież chodzi. Chodzi o prześciganie się w zadziwianiu, zaskakiwaniu niedorzeczną
licytacją na ilość wrażeń - im bardziej intensywnych i nietypowych, tym lepiej. Wytwarzanie wyrobów zostaje zastępowane przez wytwarzanie wspomnień. Takie nastawienie przyczynia się do powstawania określonych rodzajów przemysłów kulturowych typu turystyka
- która dostępna jest dla tych, których stać na zapłacenie za przyjemność doświadczenia
czyjejś kultury. Etnolog nie może się powstrzymać przed dodaniem, że jest to dośwjadczenie zazwyczaj pozorne, pozbawione głębi i często wręcz zafałszowane - chociażby przedstawianiem swej kultury przez tubylców zgodne z wyobrażeniami o niej turystów. Kalkulacja jest prosta, należy sztucznie podtrzymywać tradycje, szczególnie te, których nigdy nie
było, które tak naprawdę z dziedzictwem kulturowym niewiele mają wspólnego, ale to nie jest
istotne -liczy się fakt, że takie działanie przynosi dochody - wcale niemałe i nie naraża niepotrzebnie podróżnych na rozczarowania. Stan zastany nie różni się od oczekiwanego.
Wszelkie kultury redukowane są do pojedynczych rekwizytów pozbawionych swego znaczenia poprzez wyjęcie ich z określonych kontekstów, a co za tym idzie, nadaje się im coraz to
nowe znaczenia, niejednokrotnie nie mające nic wspólnego z ich pierwotnymi sensami. Zjawisko to można zaobserwować chociażby w reklamie, obfitującej w pokaźną ilość skojarzeń nadających nowy wymiar poszczególnym fragmentom określonych kultur. Obecnie przestano
poszukiwać sensu. Szuka się raczej zabawy i rozrywki, którą można znaleźć zarówno
w cyberprzestrzeni,jak i centrach handlowych. Świat coraz bardziej przestaje być rzeczywisty,
a zaczyna być światem nieskończonej ilości rzeczywistości symulowanych. Sytuacja sprzyja
ciągłemu wcielaniu się w różne role, dostosowane do danej chwili. "Jesteś tym, kogo udajesz", oto zdanie odzwierciedlające istotę kondycji współczesnego człowieka.
Autor porusza też kwestie rosnącego, bardzo okrutnego dysonansu pomiędzy tymi,
którzy mają dostęp totalny do wszystkiego, czego zapragną - są ograniczeni jedynie możliwościami technicznymi, aktualnym stopniem ich rozwoju, i tych, którzy nic mają dostępu
nawet do podstawowych i wręcz zamierzchłych zdobyczy cywilizacji, takich jak elektryczność czy podstawowa edukacja. Jeremy Rifkin przedstawia dane dotyczące dochodów niewielkiej garstki wybrańców losu, które wystarczyłyby na zaspokojenie potrzeb milionów
ludzi. ,,385 miliarderów na świecie dysponuje łącznym majątkiem przekraczającym sumę rocznych dochodów prawie połowy ludności świata".
Zmiany ekonomiczne nie dzieją się w próżni. Zdecydowanie wpływają także na poważne
zmiany w kulturze. Nowe możliwości, jakie daje Internet, przyczyniają się do błyskawicznej
sprzedaży wytworów kultury: muzyki, filmów, programów telewizyjnych, usług turystycznych. Słowem: "Wszystko jest na sprzedaż", wszystko można- za mniejszą bądź większą
sumę gotówki kupić. W nowej sytuacji kulturowej nie tylko kupujemy dostęp do interesujących nas usług, ale, co jest dosyć przerażające - kupujemy także czas innych ludzi, pozyskujemy za pieniądze ich uczucia takie jak współczucie, miłość, przyjaźń; bez gotówki nie

Recenzje i noty recenzyjne

305

chcemy poświęcać im uwagi ijakiegokolwiek zainteresowania. Relacje międzyludzkie zaczynają przypominać coraz bardziej relacje rynkowe regulowane prawem podaży ipopytu.
Zależą one od stopnia atrakcyjności danej jednostki dla innych mierzonej parametrami typu:
modny i często młody wygląd, niezależny od metryki, odpowiednia zasobność portfela
i zapewne sprawa najważniejsza - zasobność potencjału, jakim ktoś dysponuje, czyli znajomość osobników wpływowych, tych, którzy decydują o ważnych sprawach, tych, którzy
dużo mogą.
Kondycja poszczególnych kultur zaczyna być zagrożona narzucanym przez wielkie firmy, choćby w dziedzinie tego, co jemy np. u McDonalds'a - ujednoliceniem. Wirtualna
edukacja nie stwarza najlepszych warunków do powstawania w sposób naturalny i spontaniczny więzi emocjonalnych pomiędzy rówieśnikami. Współczesna, mocno zagmatwana kultura rodzi wiele pytań i wątpliwości. Powinniśmy znależć na nie odpowiedzi, nim będzie za
póżno. Mam nadzieję, że przynajmniej na niektóre z nich czytelnik znajdzie propozycje rozwiązań zawarte w prezentowanej książce.
Anna Torobińska ODIE PTL - Łódź

Po co nam rzeczywistość? Ekran, mit, rzeczywistość, red. Wojciech Józef Burszta,
Wydawnictwo Książkowe "Twój Styl", Warszawa 2003, ss. 259.
Żyjemy i działamy w czasach zasadniczych zmian. Owe zmiany postawiły współczesnego człowieka w obliczu wielu wyborów idylematów. Książka pod redakcją Wojciecha Burszty
Po co nam rzeczywistość? Ekran, mit, rzeczywistość to kilkanaście szkiców i esejów traktujących o rzeczywistości i świecie, w którym przyszło nam żyć. Główny nurt dyskusji zawartej w tej publikacji dotyczy próby odpowiedzi na pytania: Na czym polega istota przemian
we współczesnym świecie? Kim w tym świecie jestemja? Gdzie jest moje miejsce w kalejdoskopie zdarzeń, przedmiotów i ludzi, którzy mnie otaczają? (s. 6).
W Zaproszeniu do lektury autor charakteryzuje cztery części książki. O pierwszej, zatytułowanej Kłopoty z tożsamo.~cią, mówi, że dotyczy niepewności, ,jaka towarzyszy naszemu dzisiejszemu życiu, życiu, w którym prawie wszystkie dotychczasowe pewniki kulturowe - tożsamość, ciało, piękno, płeć, edukacja, dzieciństwo, kultura, tolerancja - poddane
zostały swoistej wiwisekcji, a niekiedy wręcz zanegowane" (s. 8). Aby się przekonać o słuszności słów Wojciecha Burszty, musimy zatopić się w lekturę tej części.
Zbiór otwiera tekst Ewy Krzyżaniak Nie ma tożsamości darowanej, czyli poszukiwanie
siebie w Innych. Autorka niemal prosi - powiedz kim jesteś? Ale znalezienie odpowiedzi
na to pytanie nie jest wcale takie proste. "Niegdyś człowiek przychodził na świat jako członek określonego plemienia - opiekuńczy pasterz, zręczny myśliwy czy spolegliwy rolnik,
zachowując i pielęgnując tę rolę przez całe życie" (s. 14). Współczesność zjej wielowymiarowością i wirtualnościąpozwoliła na "przywdziewanie różnych masek". Tożsamość to rezultat identyfikacj iz wieloma zbiorowościami. Inni odgrywają doniosłą rolę w kształtowaniu obrazu nas samych.
Według Magdaleny Tomaszewskiej, autorki Melting pot proszę! "wszyscy ludzie są
twórcami lub posiadaczami jakiejś kultury, a rozmaite kultury kształtują odmiennych ludzi"
(s. 21). Ta myśl może służyć za motto analiz różnic kulturowych. Autorka poddaje logicznej
interpretacji relatywizm normatywny i etnocentryzm. Przychyla się do opinii, że rewolucja
informacyjna, a zwłaszcza rozwój Internetu, odcisnął piętno na kulturze.

Recenzje i noty recenzyjne

306

W trzecim tekście, zatytułowanym Dziecko, wychowanie iponowoczesność. Antropolog maluje obraz Tarzycjusz Buliński porusza zagadnienie pedagogiki konserwatywnej, liberalnej i radykalnej. W ciekawy sposób, posługując się "figurami symbolicznymi" Strażnika, Ogrodnika i Rewolucjonisty, kreśli historię i współczesność wychowania. Zastanawia
się nad sposobem pojmowania w różnych okresach dziejowych zwrotu "kochać swoje dziecko". Snuje refleksje nad dzieckiem w świecie ponowoczesnym.
Następne dwa teksty - pierwszy autorstwa Andrzeja P. Kowalskiego Archeologia ciała i drugi - Joanny Łagody Dworzec Glówny w Poznaniu, czyli niezobowiązujące refleksje na temat ciała koncentrują się na cielesności. "Ciało to temat kuszący" (s. 49) - tak
rozpoczyna Andrzej P. Kowalski swój esej. Wraz z autorem obserwujemy wpływ żywiołu
Erosa i Tanatosa na kształtowanie stosunku do ciała. Przenosimy się w zamierzchłe czasy,
kiedy człowiek przyjmował postawę wyprostowaną i oswajał ogień, poznajemy modelowe
ciało w klasycznej Grecji i groteskowe w kulturze archaicznej. Często na co dzień posługujemy się słowami: gorąca namiętność, płomienne uczucia, pocałunek, kosmetyka. Czy wiedzą Państwo, jakie one mają znaczenie? Jeśli nie, to koniecznie trzeba sięgnąć po tekst Andrzeja P. Kowalskiego.
Przebierająca się kobieta przed wejściem na Dworzec Główny w Poznaniu stała się inspiracją dla Joanny Łagody do rozważań na temat piękna i brzydoty ludzkiego ciała. "Szaleństwo piękna i brzydoty opanowuje nieszczęsnych uczestników naszej kultury, która ceni tylko ciała wzorcowe" (s. 65). W modzie są dziś wszelkiego rodzaju poradniki: jak być pięknym,
sławnym i bogatym, jak się kreować, aby odnieść sukces towarzyski i zawodowy. Pewno niebawem pojawią się anonse matrymonialne typu: "wyjątkowo brzydki, gruby, w dodatku prostak i cham poszukuje zjawiskowo pięknej i inteligentnej partnerki życiowej". Coś, co nie demonstruje piękna lub brzydoty, nie istnieje. Nie ma miejsca na nonnalność i przeciętność.
Część pierwszą publikacji kończy spacer po berlińskich zaułkach. Maciej 1. Dudziak
Wpejzażu berlińskim pokazuje nam życie industrialnego i wielokulturowego miasta. Bcrlin
jawi sięjako miasto bywalców, czyli ludzi bez mocnych korzeni, ale też nie czujących "nieznośnego fetoru człowieka znikąd" (s. 72), Love Parade, największej manifestacji ponowoczesnej żądzy wspólnoty" (s. 75), uniseksu, różnic między częścią wschodnią i zachodnią.
Oddajmy znowu na chwilę głos Wojciechowi Burszcie, który mówi, że "tytuł części II Rzeczywistość ekranu - wyjaśnia właściwie wszystko" (s. 8). I tak jest niewątpliwie, bo
przecież współczesny człowiekjest zawieszony między światem rzeczywistym i medialnym.
Ale co z tego wynika? Może schizobajka? Może doświadczenie simulacrum? Może zamiast
face-to-face pojawi się inter-face itp.?
Monika Łukasiewicz, posługując się przykładami Cher, Michaela Jacksona i Zsy Zsy Gabor, pokazuje ich stosunek do siebie i do innych ludzi. Jej bohaterowie ujawniają trendy epoki.
Lustro i zintemalizowane standardy wygl~du, chęć bycia kimś innym, potrzeba akceptacji przez
określoną grupę etniczną, religijną itp. skłaniają do zmian za pomocą skalpela chirurgicmego.
Nawet miłość ma charakter warunkowy "...można kogoś kochać ze względu na to, że..., lub nie
kochać z uwagi na brak pewnej cechy" (s. 90). Jeżeli ktoś nie jest sprawny - wysportowany
- szczupły - seksowny - zadbany - młody, to zrobi wszystko, by posiadać te walory cielesne, często nie licząc się z konsekwencjami zdrowotnymi czy finansowymi.
"Śmierć (...) stała się pornografią: tematem, którego się nie porusza w przyzwoitym, szanującym się towarzystwie"! - twierdzi Zygmunt Bauman w książce Razem osobno, jednak
nie dotyczy to mediów. Paweł Majchrzak w eseju Media w objęciach Tanatosa dowodzi, że
śmierć jest główną bohaterką programów infonnacyjnych, filmów, gier komputerowych.
Mówi się o niej w następstwie katastrof, klęsk żywiołowych, wypadków, wojen, zamachów
terrorystycznych, przestępstw. Tworzy się fabułę filmu wojennego, sensacyjnego czy horI

Z. Bauman, Razem osobno, Kraków 2003, s. 21.

Recenzje i noty recenzyjne

307

roru ukazującego różne jej oblicza. Śmierć w filmie ,jest magnesem przyciągającym przed
ekrany tłumy chętnych do obejrzenia jej kolejnego ekranowego oblicza" (s. 10 l). Śmierć
w mediach jest odrealniona i odległa, nie dotyka człowieka bezpośrednio, dlatego fascynuje i pociąga.
Piotr Zwierzchowski, w swojej pracy Bohater, który nie może umrzeć, analizuje tematykę śmierci w kontekście kina popularnego. Stwierdza, że "kino popularne kocha swoich bohate~ów i niechętnie się z nimi rozstaje, nie pozwala im więc umrzeć" (s. 118). Zorro, Obcy,
Superman, Rambo, Batman to bohaterowie, którzy ciągle stykają się ze śmiercią, sami giną,
ale pomysłowość scenarzystów przywraca ich do życia. Śmierć w tego typu filmach jest
czymś odwracalnym, widzowie mają do czynienia ze swego rodzaju zmartwychwstaniem czy
odradzaniem się herosów.
Dwa ostatnie teksty części drugiej opisują zagadnienia związane z reklamą. Adam Pomieciński zatytułował swój szkic Odczytać reklamę - zrozumieć kuiturę, co sugeruje, że
komunikaty reklamowe to ważny element kultury współczesnej. Autor zwraca uwagę na zależność między muzyką, sportem, reklamą i globalizacją. Omawia reklamy niektórych znanych produktów i pokazuje, jak motywy regionalne, głównie kultura podhalańska, funkcjonują w świecie reklamy. Waldemar Kuligowski w tekście Natura a reklama, czyli gepard
w trampkach snuje refleksje na temat roli zwierząt w reklamie. Pies, kot, lew, żubr, pingwin,
foka i inna menażeria jest złączona z wytworem człowieka. "Świat zwierząt przekształcony
został w spektakl, natura uległa zawłaszczeniu przez kulturę ..." (s. 152).
Trzecia część W sieci cyberprzestrzeni oscyluje wokół problematyki przestrzeni wirtualnej. Cytując słowa z Zaproszenia do lektury "... rzeczywistość wirtualna fascynuje i poddawanie się urokowi bycia on line, prowokuje do pytania o życie offline" (s. 8). Życie "przy
włączonym i wyłączonym komputerze" starają się pokazać Wojciech 1. Burszta, Remigiusz
Szczechowicz, Katarzyna Butkiewicz i Joanna Wołyńska.
Antropologiczne wyjaśnienie zaniku elementów społeczeństwa tradycyjnego i rodzenia
się nowej rzeczywistości znajdziemy w Internetowej polis w trzech krótkich odsłonach
Wojciecha Burszty. Te tytułowe trzy odsłony to po pierwsze, pokazanie nowych tendencji
w relacjach międzyludzkich. Rodzina, narodowość, religia nie wszystkim wystarczają do pełni
szczęścia, powstają "neoplemiona - a to miłośników fantasy, a to antyglobalistów, to znów
zwolenników tego i owego - są przykładem poszukiwania więzi z innymi, nawet jeśli są to
więzi nietrwałe, oparte na powierzchownej fascynacji, zmieniane zależnie od nastroju"
(s. 161). Po drugie, analiza wpływu innowacji technicznych na udział w życiu obywatelskim
i politycznym - mowa tu o demokracj i elektronicznej. I po trzecie, autor opisuje specyfikę
komunikowania internetowego i surfowanie w sieci. Hiperteksty, "linki", przeskoki, skróty,
żargon komputerowy to język wirtualnej rzeczywistości.
Remigiusz Szczechowicz w artykule Po drugiej stronie lustra, czyli w cyberprzestrzeni
wprowadza czytelnika w świat Globalnej Sieci Komputerowej. Stajemy się Alicją w krainie
wirtualnych czarów, wędrującą przez cyberprzestrzeń i oglądającą odbicie realnego świata
i fikcyjną rzeczywistość. DziC(kikamerom internetowym możemy " ...oglądać niebo nad Antarktydą, bezkresne pustkowia Doliny Śmierci, sprawdzać pogodę naMazurach lub upewnić siC(co do braku korków w centrum stolicy" (s. 179), na podstawie domen internetowych
identyfikować państwa. Możemy też oglądać nierealną rzeczywistość w grach on-line,
wyimaginowanych państwach, księstwach i miastach oraz delektować się sztuką net artu.
Esej Tożsamo~~ć.Halloween przez 365 dni w roku Katarzyny Butkiewicz moglibyśmy
streścić jednym zdaniem - narodziny człowieka w cyberprzestrzeni lub "czatoprzestrzeni".
Wchodząc do tego nowego świata, wybieramy nick, czyli swoje nowe imię. "lm ciekawszy
nick, tym więcej osób będzie chciało z nami rozmawiać" (s. 192). Po samoochrzczeniu zaczynamy "czatowe" życie. Odpowiadając na pytania: skąd jesteś?, kimjesteś?,jesteś kobietą
czy mężczyzną?, ile masz lat?, czym się zajmujesz?, co lubisz?, zaczynamy tworzyć swoją

308

Recenzje i noty recenzyjne

nową postać, mniej lub bardziej odbiegającą od rzeczywistości. Możemy mieć tyle tożsamości i osobowości, ile nasza wyobraźnia zdoła wykreować. Jesteśmy stworzycielami samych
siebie. Autorka zwraca uwagę na to, że anonimowość i brak wizualnych relacji neutralizuje
lęk przed konsekwencjami mówienia nieprawdy.
Część trzecią kończy tekst Joanny Wołyń skiej zatytułowany Baśnie, czyli o grachfabularnych. Któż z nas nie pamięta różnych bajek i baśni z dzieciństwa. Budziły one tyle emocji,
radości i wzruszeń. Ale nie o tym pisze autorka. W kręgu jej zainteresowań są gry fabularne,
czyli swoista ucieczka od rzeczywistości w świat fantazji. Gra fabularna to połączenie opowieści z przeżyciami. To bycie kimś innym, wcielanie się w inną postać i uczestnictwo
w wymyślonej fabule. Ten tekst jakby troszkę odbiega od poprzednich "cyberprzestrzeniowych" esejów.
Ostatnia część książki zatytułowana jest Codzienność mitu. Wojciech Burszta nie uważa, "że mit to coś typowego dla kultur archaicznych i prymitywnych. Mit i mitologiczna
wyobraźnia przenikają także świat początków XXI wieku; trzeba tylko trochę głębiej poszperać w naszej codzienności, aby się o tym fakcie przekonać" (s. 8).
Pierwszym "szperaczem w rzeczywistości" jest KrzysztofPiątkowski kierujący swą uwagę na Bałkany. Wokół mitu kosowskiego to spojrzenie na wydarzenia w Kosowie z perspektywy historycznej, politologicznej i etnograficznej. Ingerencja wojsk NATO w 1999 roku
w Jugosławii obudziła "stary panslawistyczny mit, będący nośnikiem idei jedności Słowian"
(s. 217), ale też zapatrzenie w świetlaną przeszłość historyczną Serbii. "Narodził się mit Wielkiej Serbii, który ... wypierał ze świadomości narodu poczucie przynależności do wspólnoty
jugosłowiańskiej. Jego miejsce zajął serbocentryzm" (s. 218). Autor serwuje nam krótką powtórkę z historii Serbów i Albańczyków w rejonie Kosowa oraz opis stereotypów narodowych. Zwraca uwagę, że bez mitów i pewnych idei drzemiących w świadomości ludzi nie
byłyby możliwe społeczne działania.
Esej Marcina Rychlewskiego intryguje czytelnika tytułem Sex, drugs & rock 'n 'roll. Wokół
mitu muzyka rockowego. Zastanawiamy się, który z muzyków jest dla autora mityczną
postacią. Szybko okazuje się, że żaden rockman nie jest apoteozowany. Padają nazwiska
ilustrujące w rocku "rozprzężenie wszystkich zmysłów" (s. 232), ale i "ekstraklasę" tego
gatunku. Cały tekst jest polemiką z Allanem Bloomem, który dostrzega tylko ciemne strony
kultury rockowej. A w rocku, jak w życiu, nie wszystko jest białe i czarne. Istnieje jeszcze
cała gama szarości.
W poszukiwaniu współczesnego mitu Ludwik Stomma "wybrał" się na Tour de France.
Przedstawia życie peletonu - zależności, relacje, mobilność, to tak samo jak w "strukturze
społecznej Republiki". "Po pierwsze hierarchia jest zdefiniowana i mobilność pionowa minimalna, sprowadzona właściwie do rotacji pokoleniowej" (s. 240). Mityczną sławę może zyskać kolarz, który przez chwilę zaistnieje, taki, co trochę "namiesza" w systemie. Tour, zdaniem Stommy, niewiele ma wspólnego z rywalizacją sportową, jest świętem Francji i jej systemu społecznego.
Książkę kończy artykuł Krzysztofa Jaskułowskiego i Magdaleny Parus-Jaskułowskiej
pt. Nie zginie naród, który w piłkę gra. Wszystkim kibicom futbolu, którzy przeczytają ten
tytuł, urośnie serce z dumy, że dzięki piłce są wielkimi patriotami. Autorzy uważają, że piłka
nożna jest przykładem manifestacji narodowych uczuć, różnic i gloryfikowaniem własnej
nacji. Relacje z zawodów dzięki mediom docierają do masowego odbiorcy, są tak prezentowane, żeby podkreślić nacjonalizm. Przejawy polonocentryzmu autorzy skrzętnie odnotowują w różnego rodzaju relacjach sportowych. ,,zadziwia łatwość, zjaką potrafimy się identyfikować z jedenastką mężczyzn, których głównym atutem są mięśnie czwórgłowe uda,
a następnie przenosić tę lojalność na «naród», i vice versa" (s. 258).
Książka pod redakcją Wojciecha Burszty stanowi zbiór niezwykle ciekawych obserwacji
i refleksji z zakresu tak zwanej "antropologii codzienności". Trudno jest uwydatnić najbar-

Recenzje i noty recenzyjne

309

dziej istotne zagadnienia podnoszone w tej publikacji. Każda z jej czterech części analizuje
problem ważny, dopełniający się z kolejnym i tworzący harmonijną oraz interesującą całość.
Oryginalność tego głęboko humanistycznego przedsięwzięcia polega na wykorzystaniu
różnych znanych tematów do snucia naukowych refleksji.
Współczesność niesie ze sobą przemiany we wszystkich dziedzinach życia. Metaforycznie
rzecz ujmując, tworzy się Wieża Babel, gdzie wszystko jest wymieszane. Po co nam rzeczywistość? Ekran, mit, rzeczywistość to pozycja pozwalająca na komunikację wewnątrzi międzykulturową. Kiedyś RalfDahrendorfnapisał: "Wspólny język, którym teraz mówimy,
to przecież nie jest język Zachodu przyjęty przez Wschód; to głęboko uniwersalny język,
który nie należy do nikogo, a tym samym jest własnością wszystkich"2. Teksty zawarte
w prezentowanym tomiku mają właśnie taki uniwersalny charakter. Odnoszą się do szeroko
rozumianej kultury. Poruszają ważką problematykę kondycji człowieka uwikłanego w wielość światów. Z jednej strony mamy do czynienia z nowoczesnymi urządzeniami komunikacji - telewizją, internetem, filmem, które przełamują bariery czasu i przestrzeni, a nawet barieręjęzyka. Tworzą globalną wioskę, w której porusza się człowiek. Skutkiem globalizacji
jest upodabnianie się kultur do siebie, czyli unifikacja zwana przez G. Ritzera mcdonaldyzacją3. Rzeczywistość nie jest dla człowieka obca, bo może spotkać w niej znane sobie z mediów przedmioty i tak samo je interpretować. Z drugiej strony pojawiają się problemy - czy
człowiek żyje on line, czy offline?, kimjest?,jakajestjego tożsamość?, jakie są mechanizmy
związków z innymi?, itp.
Autorzy szkiców i esejów zebranych przez Wojciecha Bursztę udowadniają czytelnikowi, że żyje w różnych światach. W tym rzeczywistym, w którym pracuje, spaceruje, kocha
i w tym medialno--wizualnym, gdzie nowoczesne mass media nadają prawdziwość i realność
wszelkim prezentowanym obrazom. Zacierają się wszelkie granice, pojawiają się dwuznaczności, a nawet wieloznaczności. Wiele "na pierwszy rzut oka" oczywistości wymaga ponownego zdefiniowania i nowej refleksji. Bywa też, że to, co przywdziewa ponowoczesny
strój, prezentuje w istocie idee i pytania towarzyszące ludzkości od setek lat. Autorzy artykułów zgrupowanych w tej pracy ukazują wątek nowego myślenia nad zagadnieniami cielesności, tożsamości, sposobów wychowania, śmierci, itp.
Na marginesie warto dodać, że w Ekranie, micie, rzeczywistości język mający pozór,
a może lepiej powiedzieć - wygląd języka potocznego ułatwia zrozumienie szkiców i esejów. Z analiz dokonanych przez autorów zbioru wyłania się współczesna rzeczywistość, zjej
wadami, zaletami i problemami. Książka trafia w sedno rozterek człowieka XXI wieku. Jest
zaledwie wierzchołkiem góry lodowej tekstów humanistów o życiu w postindustrialnym świecie. Możemy na koniec zadać pytanie: O co w tych wszystkich tekstach chodzi? Otrzymamy odpowiedż: O przyszłość!
Małgorzata Dziura

Marek Z a I e s k i, Formy pamięci, słow%braz,

terytoria, Gdańsk 2004, ss. 240.

Przedstawiania przeze mnie książka Marka Zaleskiego wpisuje się w niezwykle żywy
w humanistyce (zwłaszcza na przestrzeni ostatniej dekady) nurt zainteresowań pamięcią,
rozumianąjako szczególna kategoria psychologiczna, społeczna i kulturowa. W warstwie
treściowej nie jest to rzecz całkiem nowa, lecz zmieniona wersja pierwszego wydania tej pra2
3

R. Dahrendorf, Rozważania nad rewolucją w Europie, Warszawa 1991, s. 36.
G. Ritzer, Mcdonaldyzacja społeczeństwa, Warszawa 1997.

310

Recenzje i noty recenzyjne

cy (które ukazało się w 1996 roku nakładem Wydawnictwa Instytutu Badań Literackich PAN).
W stosunku do pierwowzoru autor wprowadził trzy znaczące modyfikacje. Przede wszystkim wyłączył z całości szkic Piosenki niewinności i doświadczenia, w którym analizował
wypowiedzi poetyckie stanowiące repetycję z "pamięci gatunkowej" wierszy-piosenek (esej
ten został zamieszczony pod nowym adresem, a mianowicie w książce Zaleskiego poświęconej twórczości Czesława Miłosza). Zaistniała na skutek tego przesunięcia luka została
wypełniona dwoma innymi tekstami: Ludzie ludziom ... ?, Ludzie Żydom ... ?, Świadectwo literatury? (zaprezentowanym na zorganizowanej w listopadzie 1999 roku przez Żydowski
Instytut Historyczny i Instytut Badań Literackich PAN konferencji naukowej "Literatura
polska wobec Zagłady" i mającym swój pierwodruk w "Res Publice Nowej" ze stycznia
i lutego 2000 roku), oraz - współbrzmiącą z podejmowaną w wielu miejscach pracy kwestią
powtórzenia - rozprawą Nuda powtórzeń? (wygłoszoną w marcu 1998 roku na sesji naukowej "Nuda w kulturze" na Uniwersytecie imienia Adama Mickiewicza w Poznaniu i opublikowaną w "Res Publice Nowej" z maja tegoż roku).
Powstała w ten sposób całość składa się z ośmiu odrębnych tekstów, spiętych klamrą
wspólnego tematu, którymjest pamięć - rządzące nią prawa, mechanizmy oraz właściwa jej
dynamika i różnorodne formy ekspresji. Kwestie te rozważa Zaleski z pozycji literaturoznawcy
(którym jest z zawodu). Obszarem, jaki penetruje w poszukiwaniu tytułowych form pamięci,
jest więc przede wszystkim (choć nie wyłącznie) teren narracji literackiej, dziedzina pisarstwa o ambicjach wysokoartystycznych.
W umieszczonym na początku zbioru eseju Świat powtórzony autor porusza temat nostalgii będącej jednym z możliwych sposobów przeżywania rzeczywistości - takim mianowicie, który za najwyższą wartość uznaje przeszłość, co z jednej strony prowadzi do nałogowego jej rozpamiętywania, z drugiej zaś - do idealizowania jej obrazu, jego upiększania
i uwznioślania. Historia literatury (zwłaszcza XX-wieczna) oferuje niezliczone bogactwo tekstów żywiących się wrażliwością nostalgiczną. Dolina Issy Miłosza, Dziura w niebie Tadeusza Konwickiego, Pamiętnik statecznej panienki Simone de Beauvoir, Posłaniec Leslie
P. Hartleya to tylko niektóre z nich. Jak pisze Zaleski (powołując się na innych badaczy tego
zagadnienia), zawrotna kariera myślenia i obrazowania nostalgicznego w pisarstwie ubiegłego wieku jest zapewne "następstwem porażki, jaką poniosła zbiorowa wiara w impuls
modernizacji. Stanowi też efekt zmęczenia upowszechnionym wzorem kulturowym, który zalecał, by «żyć na fali» i czuć się z tym jak w domu. Zmęczenia wzmagającego poczucie zamętu, w jaki wprowadzało zawrotne tempo zmian cywilizacyjnych i politycznych. Widoczna
gołym okiem różnica między tym, jak wyglądał świat w roku 1988 i w roku 1930,jest większa
aniżeli ta zakreślona datami 1938 i 1888. Nostalgiczne wycieczki w przeszłość były manifestacją tęsknoty za wartościami trwałymi, myśleniem, które nie uznawało zmiany za jedyny
trwały komponent rzeczywistości" (s. 19).
Na kartach literatury postawa nostalgiczna manifestuje się wielorako. Jej "wyrazicielkami" są m.in. pamięć epifanijna oraz ejdetyczna - jakją nazywa Frances A. Yates - "pamięć
widząca miejsca". Ta pierwsza swój najsłynniejszy wyraz artystyczny znalazła w cyklu powieściowym Marcela Prousta, gdzie smak umoczonej w herbacie magdalenki wywołuje
u bohatera utworu całą lawinę wspomnień, pozwalając mu na ponowne doświadczenie przeszłości. Ta druga natomiast związana jest ze specjalną strategią narracyjną, jakąjest "przywoływanie zdeponowanego w pamięci fragmentu rzeczywistości jako chwili powracającej
pod postacią przedmiotu, krajobrazu, sceny rodzajowej, fragmentu zapisanego w literackiej
stop-klatce, niczym na fotografii" (s. 34). Ten rodzaj przedstawiania upowszechnił się
w literaturze u progu XX wieku pod wpływem nagłego rozwoju technik służących reprodukcji i dokumentacji rzeczywistości. Nowolipie Józefa Hena czy Zagłada Piotra Szewca stanowią exempla dzieł, w których zastosowana została ta właśnie forma relacji o przeszłości.

Recenzje i noty recenzyjne

311

W następnym szkicu Niekończąca się opowieść: spowiedź dziecięcia wieku w literaturze ostatnich lat autor rozpatruje (gorąco dyskutowany obecnie w całej humanistyce)
problem referencyjności tekstów, w których dochodzi do głosu postawa autobiograficzna
- postawa intymisty, pamiętnikarza, świadka. Interesują go zwłaszcza wypowiedzi stanowiące syntezę doświadczeń biograficznych ich twórców, tym samym zaś tworzące świadectwa epoki, w której przyszło im żyć. Chodzi tu o takie m.in. utwory jak: Mój wiek Aleksandra
Wata, Dziennik myśliwego Miłosza czy Hańba domowa. Rozmowy z pisarzami Jacka Trznadla. Pogląd Zaleskiego na kwestię autentyczności (rozumianej jako pełna zgodność z faktami obiektywnymi) autobiografii jest zbieżna z założeniami - wywodzącej się z nurtu poststrukturalistycznego - teorii konstruktywizmu. Uważa on zatem, iż narracja autobiograficzna nie jest wiernym odwzorowaniem przeżyć osoby wspominającej, lecz jedynie
swobodną ekspresjąjej wyobrażeń na ten temat. Wynika to z jednej strony z naturalnych
właściwości ludzkiej pamięci Gej niekompletności i selektywności), a z drugiej - z naszej
wrodzonej predylekcji do literaturyzacji życia, "ubarwiania" składających się na nie zdarzeń
i epizodów. Ta druga okoliczność ma niewątpliwie związek z naturą języka, który nie jest
neutralnym medium poznania, odbijającym niczym zwierciadło rzutowane nań obrazy i sytuacje. Niewspółmierność porządku empirycznego i językowego powoduje wszak, iż żywe
zdarzenie oddziela zawsze odjego słownej reprezentacji dotkliwa i głęboka luka.
Od rozważań dotyczących pamięci autobiograficznej Zaleski przechodzi do analizy pamięci literatury - zakorzenionych w niej struktur, form i trybów komunikowania. Czyni to
w eseju zatytułowanym Czarna dziura, w którym przedstawia własną, oryginalną próbę
interpretacji powieści Pawła Huellego Weiser Dawidek. Powieść ta - będąca artystyczną
rekonstrukcją mitu dzieciństwa - zbudowana jest na powtórzeniach, naśladuje wzorce fabularne i gatunkowe odsyłające do bogatych pokładów tradycji literackiej, przywołuje zadomowione w niej na stałe tropy, metafory i symbole. Stąd też widoczne pokrewieństwo
WeiseraDawidka z takimi choćby tekstami jak: Blaszany bębenek, Kot i mysz Giintera Grassa
czy Mój prz)jaciel Meaulnes Alain-Fourniera.
Dalszym przedmiotem refleksji jest w książce pamięć historyczna. Autor poświęca jej trzy
kolejne rozprawy. W pierwszej z nich Zagubiona szansa tropi - warunkowane wpływami
polityki i ideologii - przemiany, jakim w ciągu ostatniego półwiecza podlegała pamięć jednego z naj donioślejszych wydarzeń w dziejach narodu, a mianowicie klęski wrześniowej
z 1939 roku. Zagadnienie to rozważa w dwóch planach: z punktu widzenia tradycji lokalnej,
polskocentrycznej oraz europejskiej, uniwersalnej. Dochodzi do wniosku, że jakkolwiek na
rodzimym gruncie pamięć Września udało się ocalić oraz oczyścić z - nawarstwionego na
nią przez okres komunizmu - nalotu kłamstw i przeinaczeń, to próba wpisania klęski 1939
roku w ponadnarodowy porządek symboliczny nie powiodła się. Dla Europy i świata pamięć o polskim Wrześniu jest wciąż pamięcią nieprzyswojoną, zapadłą w piasek niewiedzy
i milczenia.
Dwa następne studia Różnica oraz "Ludzie ludziom ... ? ", "Ludzie Żydom ... ?, Świadectwo literatury są polemiką, jaką Zaleski nawiązuje z Henrykiem Grynbergiem w kwestii Zagłady. Przedmiotem sporu jest tutaj teza Grynberga, iż nie można stawiać znaku równości
pomiędzy ofiarą poniesioną przez Żydów i nie-Żydów w czasie II wojny światowej, albowiem sytuacja tych pierwszych była ze wszech miar wyjątkowa i nieporównywalna z sytuacją żadnego innego narodu. "Sprzeciw Grynberga - pisze Zaleski - sprowadza się do
sprzeciwu wobec prób uniwersalizacji Holocaustu. (Zdaniem Grynberga, Nałkowska i Tadeusz Borowski w imię prawdy artystycznej dokonują uniwersalizacji Holocaustu, tymczasem od prawdy artystycznej ważniejsza jest «prawda nieartystyczna» i w imię ocalenia tej
prawdy Holocaustu uniwersalizować nie wolno). W swoich wcześniejszych ęsejach, jak
również w drukowanym na łamach «Res Publiki Nowej» eseju Nowoczesne wielkie zło,
polemizując z Zygmuntem Baumanem i innymi, Grynberg powiada, że Holocaustu nie moż-

312

Recenzje i noty recenzyjne

na sprowadzać do ludobójstwa, zbrodni przeciwko ludzkości, i nie wolno czynić go metaforą cierpienia ludzkości, gdyż takie stawianie sprawy «odbiera Holocaustowi jego unikalność i jego żydowskość». Holocaust «przydarzył się» Żydom dlatego, że byli Żydami"
(s. 141). Namysł, jaki autor Form pamięci podejmuje nad tym stwierdzeniem, prowadzi go
do zakwestionowania możliwości ostatecznej interpretacji Zagłady, albowiem jej unikatowość polega właśnie na tym, iż opiera się ona wszelkim wysiłkom intelektualnego opanowania i oceny, włączenia w określony porządek narracyjny. Każda próba jej racjonalizacji, wyrażenia za pomocąjęzyka dyskursywnego, jest z góry skazana na niepowodzenie. W obliczu złożoności i tragizmu tego wydarzenia okazuje się zawsze czymś nad wyraz nieudolnym
i ułomnym, niezdolnym do wyczerpania całości. Według Zaleskiego zasadnicza niewyrażalność doświadczenia Holocaustu swój najpełniejszy wyraz osiąga na polu literatury. Dzieje
się tak, gdyż "ontologia literackiego doświadczenia jest ontologią niemożności przedstawienia, ontologią nieobecności (przedmiotu przedstawienia, znaczenia, sensu). (oo.) z powodu właściwego dla literatury spóźnienia, w przedstawianiu czegoś, co się wydarzyło (pismo, literatura zawsze jest «po fakcie»), niemożliwe jest przedstawienie teraźniejszości i tym
samym niemożliwe jest znalezienie się w sercu rzeczywistości. Literatura stanowi domenę
aporii, paradoksu, jakim jest przedstawianie teraźniejszości (jako niemożliwe) - istnieje jako
wirtualna przestrzeń, w której zachodzi przedstawienie. Literatura w swej próbie odzyskania
tego, co niewyrażalne czy nieobecne, utrwala owo nieobecne (ale jako nieobecne właśnie),
tak że pozostajemy ze świadomościąjęzyka jako wcielenia czegoś, co jest pustką, miejscem
pustym" (s. 173). A zatem literatura nie jest żadnym świadectwem epoki Masowej Zagłady,
nie odsłania ona bowiem rzeczywistości, lecz jedynie ociera się o nią, nie dosięgając nigdy
jej istoty i sensu. Tym samym jak żadne inne medium uzmysławia wyjątkowość i jedyność
tamtego Zdarzenia, bolesną niemożność zamknięcia go i powtórzenia w słowie.
W przedostatnim rozdziale Naprzód w przeszłość uwaga autora koncentruje się na tekstach, które opowiadają o przeszłości z myślą o przyszłości. Zawarta w nich wizja historii
podlega w ten sposób swoistej funkcjonalizacji - staje się źródłem inspiracji i projektem
działania. W konsekwencji teksty te ustanawiają wzór ciągłości obowiązujący w kulturze,
usiłują one bowiem uchronić od zapomnienia to, co bezpowrotnie minione, z kształtu przeszłości pragną uczynić pożądany model dla przyszłości. Przykładami tego rodzaju wypowiedzi są m.in. utwory sytuujące się w kręgu tzw. literatury kresowej (pisane przcz Andrzcja
Kuśnicwicza, Józefa Wittlina, Stanisława Vincenza, Włodzimierza Paźniewskiego iwielu innych). wszystkie one kreują mityczny obraz Kresów jako baśniowej krainy, w której różne
narodowości i wyznania wiodą zgodny żywot na tle malowniczych pejzaży niczym z Mickiewiczowskiego opisu. Wizerunek ten odbiega dalece od prawdy historycznej, obfitujący
w konflikty i dramaty społeczne; materiał dziejowy w wielu miejscach poddawany jest tu
upiększającemu retuszowi i celowym przemilczeniom. Wynika to z faktu, iż przeszłość nie
jest w tym wypadku przedmiotem dokumentacji czy archiwizacji, lecz przedstawiana jest jako
wzór do naśladowania. Siłą rzeczy więc uwypukla się to, co w jej obrazie dobre i pozytywne,
pomijając ciążące nań rysy i skazy.
Zamykające zbiór rozważania Nuda powfórzel1 podejmują kwestię, przechowywanych
w pamięci kultury oraz nieprzerwanie aktualizowanych i uobecnianych przez nią, fonn i przedstawień. Zjawisko to jest szczególnie widoczne na gruncie literatury współczesnej, bezustannie powielającej znane tropy i figury językowe, uciekającej się do sprawdzonych po
wielekroć rozwiązań poetyckich i prozatorskich. Na pytanie, czy owa - utkana z powtórzeń
i cytatów przeszłości -literatura
zachowuje swą wartość, Zaleski odpowiada twierdząco.
Za Jacquesem Derridąpodważa on bowiem ten wzór myślenia, który deprecjonuje kopię
jako coś wtórnego i drugorzędnego względem oryginału. ,,(...) co powtórzone - piszezależne jest od wcześniej istniejącego oryginału - to wydaje się oczywiste, ale również da
się pomyśleć, że to, co oryginalne w równym stopniu zależy od siebie istniejącego w po-

Recenzje i noty recenzyjne

313

wtórzeniu. Jeśli warunkiem powtórzenia jest uprzednie istnienie czegoś, co skończone
i obecne, to równie dobrze można powiedzieć, że obecności oryginału nie można uchwycić,
dopóki nie zaistnieje on w powtórzeniu, jako kopia właśnie" (s. 194). Taki sposób rozumowania dowartościowuje kopię, przyznaje jej status równy oryginałowi.
Jeśli chodzi o literaturę, to Zaleski dodaje, iż - widoczna w jej obrębie - tendencja do
odtwarzania zastanych stylów, poetyk i konwencji językowych nie daje się sprowadzić
do pustego naśladownictwa. Działanie to nie wypływa bowiem z braku inwencji artystycznej, lecz jest przejawem w pełni świadomej gry intelektualnej, jakąjej twórcy nawiązują
z dziedzictwem przeszłości.
W podsumowaniu tego krótkiego przeglądu warto zaznaczyć, iż praca Marka Zaleskiego, choć pisana jest z perspektywy literaturoznawcy, mieści także wiele cennych uwag
i analiz z zakresu innych dziedzin wiedzy: psychologii, filozofii, historiozofii, antropologii
kultury. Autor nie ogranicza się w swej refleksji do warsztatu krytyka i historyka literatury,
lecz umiejętnie oraz konsekwentnie korzysta z dorobku poznawczego rozmaitych gałęzi
humanistyki. Taki tryb postępowania przynosi liczne pożytki: owocuje intelektualną głębią
i treściowym bogactwem konstruowanego wywodu, a także zapobiega ugrzężnięciu Form
pamięci w okowach jednej dyscypliny, czyniąc tę książkę interesującą i atrakcyjną nie tylko
dla filologów, lecz wszystkich tych, którzy w swej praktyce naukowej, w taki czy inny sposób, zajmują się problemem pamięci i zapomnienia w kulturze. Szczególną wartość pozycja
ta przedstawia dla tych spośród humanistów, którzy (podobnie jak ja) zgłębiają to zagadnienie w oparciu o materiał językowy: wspomnienia, pamiętniki, listy, opowieści "zwykłych"
ludzi. Bo choć - w przeciwieństwie do literatury - teksty te (niejako z założenia) mają
charakter niefikcjonalny, a także pozbawione są na ogół jakichkolwiek walorów i ambicji
artystycznych, to - jak przekonują badacze narratywiści - tworzone są w myśl tych samych co ona zasad i schematów konstrukcyjnych, przy użyciu jednakowych sposobów
i środków artykulacji sensu. Warto zatem w procesie analizy tych wypowiedzi sięgać do
lektur takich jak ta - po to, by czerpać z nich nowe idee i ożywcze pomysły interpretacyjne.
Aleksandra

Rzepkowska

Jarosław Rok i c k i, Kolor, pochodzenie, kultura. Rasa i grupa etniczna w społeczeństwie Stanów Zjednoczonych, Universitas, Kraków 2002 ss. 360.
W myśli socjologicznej i politologicznej pojawia się od paru dziesięcioleci prognoza stopniowego spadku znaczenia więzi o charakterze etnicznym, a także wagi kryteriów i podziałów rasowych w globalizującym i unifikującym się świecie. Wydarzenia tych samych ostatnich dziesięcioleci zarazem wskazują na coś przeciwnego - dowodzą, że emocje biorące za
początek więż etniczną czy rasową ciągle są ważnym żródłem tożsamości, nabierając niekiedy charakteru burzliwych wybuchów zbiorowej nienawiści owocującej zbrodniami czasem
o wielkiej skali. Etniczność i rasa - oczywiście rozumiane w kategoriach społecznych, a nie
biologicznych - nic tracą znaczenia w całym świecie. Dlatego ze wszech miar społecznie
ważny wydaje się temat rasowych i etnicznych podziałów społeczeństwa amerykańskiego
podjęty przez Jarosława Rokickiego w jego ostatniej książce.
O ile dotychczasowe opracowania autora dotyczyły przede wszystkim etnicznych problemów mniejszości polskiej w Stanach Zjednoczonych, o tyle Kolor, pochodzenie, kultura... zakres zainteresowania Rokickiego rozszerza na wszystkie grupy etniczne zamieszkują-

314

Recenzje i noty recenzyjne

ce Stany Zjednoczone. Tym razem autor wprowadza także problematykę społecznego sensu podziałów rasowych w Stanach Zjednoczonych. Pracę swą autor opiera przede wszystkim na bogatej literaturze, choć także odwołuje się do własnego badania empirycznego. Problematykę, którą autor się zajął, lokowałabym na pograniczu dwóch dyscyplin: socjologii
i antropologii społecznej.
Książka zawiera fragmenty zarówno teoretyczne, jak i empiryczne; składa się z ośmiu
rozdziałów, z których jeden ma charakter sprawozdania z empirycznych badań, przeprowadzonych w latach 1995-96 w Stanach Zjednoczonych, pozostałe rozdziały powstały woparciu o literaturę zastaną. Ta niespójność książki bynajmniej nie jest wadą, a rozdział empiryczny, do którego autor wydaje się przywiązywać stosunkowo niewielkie znaczenie, uznaję za wyjątkowo ciekawy i inspirujący, mimo że zgłaszam do niego sporo uwag
merytorycznych i metodologicznych. Osobiście byłabym za postawieniem tego rozdziału
bardziej w centrum opracowania i rozbudowaniem go.
Swoją refleksję nad książką 1. Rokickiego ujmę w kilku punktach:
l. Nikt nie ma wątpliwości, iż zjawiska więzi rasowej ietnicznej wykazują specyfikę lokalną i regionalną. Można by zatem stwierdzić - odrzucając oczywiście sens oceniający - że
etniczność etniczności nie równa, rasizm nie równy zaś rasizmowi. Jarosław Rokicki wybrał
- zgodnie ze swoją długoletnią linią rozwoju intelektualnego i doświadczeniami badawczymi - przypadek społeczeństwa amerykańskiego i kształtowania się kategorii etniczności i rasy w obrębie tego społeczeństwa. Przyjmując jako przedmiot badania problem etniczności w Stanach Zjednoczonych, siłą rzeczy ograniczył swoje zainteresowanie do pewnego
typu zjawisk etnicznych, które mogły się zdarzyć tylko w sytuacji społeczeństwa imigracyjnego. Zarazem omawiając różne teorie etniczności, korzysta on głównie z autorów amerykańskich, lecz również w kręgu jego zainteresowania pozostają teorie badaczy europejskich,
np. wybitnego norweskiego antropologa Fredrika (a nie Frederika) Baltha. Refleksja amerykańska nad etnicznością z natury rzeczy skupia się na innego typu zbiorowościach niż badania uczonych zajmujących się społecznościami nieimigranckimi. Wydaje się, że koncepcja Bartha, którą zresztą bardzo sobie cenię i traktuję jako inspiracj~ w różnych analizach
mojego materiału badawczego, jest stosunkowo mało przydatna do badania imigranckiego
społeczeństwa amerykańskiego. Dotyczy to również wielu innych rozważań teoretycznych,
które znajdujemy w pracy Jarosława Rokickiego. Rozważania te mają oczywiście walor informacyjny, pozwalają czytelnikowi nabrać rozeznania w szerszym kontekście problematyki
etnicznej, lecz nie pomagają zrozumieć struktury etnicznej tego społeczeństwa, które leży
w centrum zainteresowania autora książki.
Uwaga ta wymaga głębszego wyjaśnienia. Otóż skłonna byłabym wyróżniać trzy sposoby rozumienia grupy etnicznej:
I) jako zbiorowości opartej na poczuciu wspólnoty kultury, pochodzenia, historii, terytorium i czasem też typu osobowości (wchodzą w grę zatem ukształtowane narody,
jak i zbiorowości zorganizowane słabiej politycznie, czasem rozmiarami mniejsze, czasem cywilizacyjnie odbiegające od standardów zachodnich - zarówno np. Buriaci,
Jakuci, Nawahowie,jak i Polacy czy Anglicy);
2) jako autochtonicznej zbiorowości o nienarodowym charakterze, która ma poczucie
kulturowej odrębności i więcej niż regionalnego statusu, np. Łemkowie, którzy nie
optują za tożsamością ukraińską, czy Kaszubi;
3) jako grupy oderwane od własnych narodowych całości i daleko od nich bytujące
np. Polacy lub Grecy w Australii czy USA. W grubych zarysach te trzy sposoby
pojmowania grupy etnicznej wyczerpują spotykane w literaturze rodzaje ujęć tego
pojęcia. Wśród różnych sposobów rozumienia etniczności wydaje się, że tylko jeden (trzeci) ma zastosowanie do społeczeństwa amerykańskiego. Jarosław Rokicki
wydaje się ignorować to rozróżnienie.

Recenzje i noty recenzyjne

315

2. Polityczno-administracyjny punkt widzenia, który przyjmuje Jarosław Rokicki, narzuca stosowanie kategorii emicznych, czyli obowiązujących w społeczeństwie badanymw tym przypadku amerykańskim. Prowadzi to w konsekwencji do spojrzenia umożliwiającego niejako na jednej płaszczyżnie rozważanie zbiorowości traktowanych jako grupy tego
samego rzędu grup zasadniczo odmiennych: imigranckich społeczności Włochów, Polaków
czy Greków, Afro-Amerykanów,jak również rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej
- Indian i Innuitów (Eskimosów). Afro-Amerykanie to zbiorowość, której autor sam boi
się traktować jako grupę, zaś zbiorowość rdzennych Amerykanów stanowi jeszcze inny,
zupełnie swoisty przypadek. Ze zbiorowości plemiennych (nie wahałabym się nazwać ich
etnicznymi) tworzą w ostatnich dziesięcioleciach etniczność wyższego rzędu w postaci
wspólnotyogólnoindiańskiej .
Podziały rasowe czy etniczne w społeczeństwie amerykańskim, które dla zewnętrznego
obserwatora nie są oczywiste, Rokicki traktuje więc zarazem - chyba niezupełnie świadomie - jako przedmiot badania, jak ijako narzędzie analityczne.
Autor zdaje sobie sprawę, że niektóre używane przez niego pojęcia są w zastosowaniu
do społeczeństwa amerykańskiego w ogóle wątpliwe lub bardzo swoiste co do zakresu; nie
bez przyczyny pisze we wprowadzeniu: "Jeżeli więc w jakimś miejscu tej pracy pojawi się
pojęcie narodu amerykańskiego, to należy je rozumieć jedynie w znaczeniu politycznym (społeczeństwa zorganizowanego w formę państwa), a pojęcie procesu narodotwórczego oznaczać będzie proces przemian stosunków rasowych i etnicznych zachodzących w obrębie
tego państwa" (s. 17).
3. Kilka uwag bardziej szczegółowych nasuwa mi się w związku z problematykązbiorowości czarnych Amerykanów, którą zajmowałam się kiedyś bardzo intensywnie. Pisząc
o kulturowej odrębności ludności murzyńskiej, czyli A fro-Amerykanów, autor książki mówi
słusznie o całkowitym zerwaniu z afrykańską kulturą. Ciągłość w zasadzie została zerwana,
ale trzeba zarazem pamiętać, co Rokicki nietrafnie ignoruje, że ze strzępów afrykańskich kultur
plemiennych, elementów chrześcijaństwa i kultury białych powstała, przede wszystkim na
niewolniczym Południu, odrębna kultura murzyńska, która zawiera w sobie elementy afrykańskie, a która staje się symbolem w obrębie różnych ruchów społecznych - albo negatywnym albo pozytywnym, w zalcżności od orientacji polityczno-kulturowej ruchu czy ideologii.
Kategoryzowanie Murzynów czy raczej Afro-Amerykanów jako zbiorowości etnicznej
jest oczywiście nieporozumieniem z punktu widzenia analiz socjologicznych, ale taka kwalifikacja obecna jest w myśleniu amerykańskim, co mogłoby być interesującym przedmiotem zabiegów badawczych; zachęcałabym autora recenzowanej pracy do podjęcia w przyszłości tego tematu, a raczej tej perspektywy badawczej.
Sądzę, że autor mógłby się bardziej zagh;bić w niuanse podziałów rasowych w Stanach
Zjednoczonych, sięgające korzeniami do XIX wieku; sprawiają one, że możemy mówić
o rasowej obsesji w tym społeczeJlstwie. Podział nie dotyczył tylko "mieszańców" drugiego
pokolenia, czyli Mulatów, byli także kwarteroni i oktoroni, a zasada, która rozdzielała białych i Murzynów, to - zasada jednej kropli krwi.
Stosunek do odmicnności rasowej nie jest w USA zdumieniem, zaskoczeniem, podziwem dla nieznanego, z którym zetknąć się możemy w Europie Wschodniej, gdzie bliskich
kontaktów między osobami różnych ras praktycznie do niedawna nie było. Bliskość, styczności o określonym wymiarze społecznym, spowodowała w społeczeństwie amerykańskim
wytworzenie się fenomenu świadomościowego - nadania znaczenia niuansom pochodzenia rasowego. Natręctwo, zarówno szczegółowego niegdyś wnikania w rasowe pochodzenie, jak i obecnie całkowitego unikania tego rodzaju rozważań w duchu poprawności
politycznej, jest wyrazem tej swoistej obsesji. Nie jest też prawdą, że kategoria rasy została

316

Recenzje i noty recenzyjne

z dokumentów wycofana. Kiedy we wrześniu 1994 roku zapisywałam mojego syna do piątej
klasy Elementary Public School w Kencie, Ohio, otrzymałam długi formularz, w którym pojawiła się kategoria rasy mojego dziecka, zgodnie z klasyfikacją, którą autor recenzowanego
opracowania stosował we wcześniejszych rozważaniach. Poprawność polityczna jeszcze
tak głęboko nie sięgnęła.
Pisząc o zjawisku asymilacji Jarosław Rokicki wskazuje na odwrotny proces w przypadku amerykańskich Murzynów - tworzenia się świadomości wspólnoty rasowej w oparciu
o poczucie odrzucenia i wspólnoty interesów. Sądzę, że ten mechanizm można zauważyć
w przypadku wszystkich grup, które pochodzą z Europy, Azji czy Ameryki Łacińskiej; zaobserwować go można wszędzie tam, gdzie pojawiają się zjawiska wykluczania i dyskryminacji
oraz stopniowej integracji; powrót do dawnej tożsamości lub nawet budowanie jej od nowa
stanowi reakcję na różne formy społecznego wykluczenia.
4. Rozważania w wielu miejscach książki sąz konieczności powierzchowne, gdyż autor
zdecydował się na temat o ogromnym zasięgu. Pojawiło się też wiele drobnych nieścisłości,
których nie miejsce tu śledzić. Osobiście dotknęło mnie przypisywanie Tańcowi Duchów
roli prekursorskiej wobec Amerykańskiego Kościoła Tubylczego; wszak są to zupełnie odrębne ruchy religijne, które typologicznie zaliczyłam do osobnych kategorii; reprezentują
zarówno psychologicznie, jak i historycznie odrębne nurty myśli i obrzędowości indiańskiej. Pisałam o tym w książce Bunt i ucieczka. Zderzenie kultur a ruchy społeczne.
W ogóle historia Indian w pigułce wydaje mi się nazbyt skrótowa, schematyczna i chyba
niepotrzebna. Dobór faktów, które autor podaje, jest dość przypadkowy, bo nawet o termination policy - tak ważnej dla kształtowania się współczesnej etniczności indiańskiej w ogóle nie wspomina. Poza tym chętne przyznawanie się do pochodzenia indiańskiego
tłumaczone "modą na indiańskość" uznałabym za unik badawczy.
5. Rozdział empiryczny, poświęcony badaniu ważności kategorii etnicznej przynależności u osób identyfikujących własne pochodzenie, odebrałam jako bardzo ożywczy i interesujący. Narzucają się tu oczywiście pewne zastrzeżenia, z których do pewnego stopnia zdaje sobie sprawę autor badania.
- Przy bardzo skromnej próbie podział na kategorie wewnętrzne i ich krzyżowanie prowadzi do tak małych podzbiorowości, że posługiwanie się odsetkami wydaje się nieporozumieniem, dostarcza jedynie pewnej orientacji. Doradzałabym tego rodzaju materiał traktować jako bliższy jakościowemu; odsetki zaś podawane nawet z jednym miejscem po przecinku w takim ujęciu wydają się zbędne.
- Jeszcze jedno zastrzeżenie metodologiczne - identycznie, jak się zdaje, autor traktuje i "razem zlicza" wyniki pochodzące z badania techniką audytoryjną i wywiadu ankieterskiego. Jak wiadomo, kontakt bezpośredni twarzą w twarz z badanym bardzo poważnie
wpływa na odpowiedzi, zwłaszcza jeśli stosunek badacza do tematu jest nieobojętny w tym przypadku jest Polakiem z Polski. Nie mam wątpliwości, że na efekty mojego badania
jakościowego na Syberii, wśród Jakutów czy Buriatów, istotny wpływ miał fakt mojej narodowej przynależności. (Mógłby się też autor zdecydować na terminologię - pochodzenie
pojedyncze i wielokrotne czy złożone).
- Ponadto trochę naiwnie brzmią ciągłe zapewnienia, że sfera przekonań i poglądów należy do zjawisk subiektywnych. To chyba nawet wie nie nauczony socjologii czytelnik.
- Zarazem muszę też autora książki uspokoić, że nie tylko on jeden niechętnie reagował
na badanie dotyczące postaw etnicznych; mój kwestionariusz dotyczący dystansów społecznych o charakterze etnicznym i rasowym, przeprowadzany wśród młodzieży niemieckiej
w Bielefeldzie, został wielokrotnie określony przez moich badanych jako rasistowski.

Recenzje i noty recenzyjne

317

- Najciekawszy fragment rozdziału empirycznego relacjonuje część badania dotyczącą
zjawiska, które określiłam w jednej z publikacji jako "obcość odzwierciedloną", czyli przekonania o wyobrażeniach grupy obcej na nasz temat.
Mam przekonanie, że interesująca byłaby kontynuacja badań podjętych przez Jarosława Rokickiego i ich pogłębienie. Sądzę, że obok materiału ilościowego, który autor zebrał,
przydałyby się dane jakościowe, które poszłyby w głąb badanego problemu. Wywiady
pogłębione z wybranymi osobami z różnych grup etnicznych Uakkolwiek by tę etniczność
rozumieć) byłyby, w moim przekonaniu, właściwą drogą kontynuowania interesującej ścieżki
badań podjętych przez Rokickiego.
6. Zastosowana w rozdziale podsumowującym przez autora koncepcja kultury Mary
Douglas (której nazwiska zresztą nie znajdujemy w bibliografii) w tej formie jest wybrana
dość przypadkowo; w gruncie rzeczy obecna jest w różnych kierunkach antropologii współczesnej,jak i dość starej. Cała szkoła francuska z przyległościami, choćby polskimi, od Durkheima poprzez Huberta, Maussa, potem Levi-Straussa, a u nas Czarnowskiego, angażuje
się w analizę kultury pod kątem jej roli klasyfikacyjnej i porządkującej świat społeczny.
7. Książka dr. Rokickiego posiada pewną zaletę, która jest zarazem jej wadą; zawiera ogromną ilość syntetycznie i systematycznie podanych informacji, które mają spory walor dydaktyczny; nadaje to jednak książce charakter bardziej encyklopedyczny niż problemowy. Pytania badawcze, na które autor chciałby odpowiedzieć, czy też problemy, które chciałby
rozwiązać, gubią się często w dużej masie materiału sprawozdawczego. Sprawia to, że zaprezentowane podejście ma charakter raczej opisowy niż problemowy. Chwilami poetyka pisarska przybiera też postać publicystyki naukowej; autor nie stroni od wartościowania; czasem odwołuje się do poważnych ocen, np. kiedy pisze o obszarach skradzionych przez USA
Meksykowi. W sumie traktowałabym książkę Rokickiego bardziej jako głos w dyskusji nad
ważnymi społecznie i doniosłymi teoretycznie kwestiami niż jako ich rozwiązanie.
Książka: Kolor. pochodzenie, kultura zawiera obszerną bibliografię, która początkującemu studentowi może dostarczyć informacji i orientacji w temacie etniczności; dlatego recenzowana praca - w moim przekonaniu - będzie stanowiła cenną pomoc naukową przy
nauczaniu problematyki etnicznej oraz wszelkich przedmiotówamerykanistycznych.
Ewa Nowicka

Zbyszko M e los i k, Kryzys męskości w kulturze współczesnej, Wydawnictwo Wolumin, Poznań 2002, ss. 182.
Nie jest zaskoczeniem, że problematykę kondycji męskości w otaczającym nas świecie
podejmuje Zbyszko Melosik, od lat zajmujący się analizą kultury współczesnej w kontekście zmian, jakie wprowadza ona w obrębie tożsamości cielesnej i płciowej. Gender studies
to jednak nie jedyny obszar zainteresowań, w którym porusza się wspomniany autor. Będąc
kierownikiem Zakładu Socjologii Edukacji na Wydziale Studiów Edukacyjnych UAM, pracuje on na pograniczu różnych nauk - socjologii, politologii, filozofii, pedagogiki i antropologii. Interdyscyplinarny charakter ma zatem większość jego prac. Wśród najbardziej znanych można wymienić: Tożsamość, kultura, edukacja - migotanie znaczeń (napisana wspólnie z Tomaszem Szkudlarkiem), Postmodernistyczne kontrowersje wokól edukacji, czy Ciało
i zdrowie w społeczeństwie konsumpcji. Kryzys męskości w kulturze współczesnej jestjed-

318

Recenzje i noty recenzyjne

nak przede wszystkim kontynuacją rozważań autora z wydanej w 1998 roku książki Tożsamość, ciało i władza.
Główna teza omawianej pracy przeziera do czytelnika już z okładki książki. Umieszczony
na niej rysunek przedstawia kobiecą dłoń przesuwającą po szachownicy pionka - w tym
przypadku symboliczne wyobrażenie mężczyzny. Można się zastanawiać, czy za chwilę zostanie on usunięty z gry, czy jest jedynie marionetką w ręku kobiety; w każdym razie utracił
swą władzę. Widniejący pod spodem tytuł dopowiada - we współczesnej kulturze mamy
do czynienia z kryzysem męskości. Autor wyjaśnia we wstępie, że kryzys ów zawiera się
przede wszystkim w trudności odpowiedzenia na pytanie - co oznacza dziś bycie mężczyzną. Kolejne dziewięć rozdziałów stanowi próbę ukazania różnych kontekstów przejawiania
się tytułowego kryzysu i reakcji, jakie on wywołuje. Autor podkreśla, że jego "książka dotyczy codzienności, codziennych sytuacji, drobiazgów (które wyznaczają rytm naszego życia), poczucia naszej tożsamości płciowej, poczucia ciała, miejsca wśród innych, miejsca
w społeczeństwie" (s. 8). Nie jest to zatem wywód teoretyczny, lecz analiza konkretnych
zjawisk występujących w otaczającym nas świecie. Tekst dotyczy czterech grup zagadnień.
Pierwsza grupa to rozważania na temat współczesnej męskości w odniesieniu do kobiecości. Mowa tu zarówno o różnych obliczach kobiecej emancypacji i jej wpływu na poczucie męskiej tożsamości, jak też o feminizacji tejże w wielu przejawach. Jednym z przykładów
feminizacji mężczyzny jest przyjmowanie przez niego roli nieodpowiedzialnego konsumenta. Do tej pory, jak twierdzi autor, była to rola zarezerwowana dla kobiet, jednak współczesna, wszechogarniająca kultura konsumpcyjna zawładnęła również mężczyznami, nakazując im nieustanne poszukiwanie przyjemności i realizowanie chwilowych pragnień. Mężczyzna-konsument, nastawiony na maksymalizację wrażeń, traci swą dawną stabilność,
racjonalność i niezłomność, upodabniając się do labilnej emocjonalnie kobiety. Kolejny objaw
feminizacji to medykalizacja życia mężczyzn. Dawniej mężczyzna był symbolem siły, odporności i niewrażliwości na ból. Obecnie - w dobie rosnącego wpływu medycyny na naszą
codzienność, również ijego ciało Uak do tej pory ciało kobiety), okazuje się kruche i słabe.
Za główny znak owej przemiany autor uznaje fakt, że coraz więcej mężczyzn sięga po Prozak
- tabletkę szczęścia, dotychczas stosowaną przede wszystkim przez kobiety. Uzależnienie
własnego samopoczucia od chemii pozbawia mężczyznę samokontroli - jednego z głównych dotychczas wyznaczników jego tożsamości. Feminizacja tytułowego bohatera przebiega dalej na płaszczyźnie ciała, które upodabnia się do ciała kobiecego. Autor wiąże to
zjawisko z narastającą, ogólną tendencją do fascynacji ciałem i redukowania doń tożsamości. Wskazuje również, że emancypacja kobiet w sferze erotycznej sprawiła, że ciało męskie
stało się, jak nigdy dotąd, obiektem seksualnym. Mężczyzna, mniej lub bardziej uświadamiając sobie, że jego ciało jest poddawane ocenie, szuka sposobów na uatrakcyjnienie go.
Sięga zatem po chirurgię plastyczną i perfumy, jak kobieta - stroi się i depiluje. W ten oto
sposób, w obliczu ekspandującej feminizacji kultury współczesnej, zacierają się granice
wyznaczające męską tożsamość. Tyle mówią czytelnikowi pierwsze trzy rozdziały książki.
Kolejne cztery części pracy koncentrują się wokół zagadnień męskiej seksualności
i potencji jako głównych wyznaczników rozróżnienia płciowego, czyli wyodrębniania czegoś takiego jak męskość w ogóle. Pojawia się tu problematyka mniejszości seksualnych
i ich rosnącego znaczenia w kulturze, jak też związany z tym temat zacierania różnic płciowych, czyli upłynniania granicy pomiędzy byciem mężczyzną i byciem kobietą. Autor wykazuje, że heteroseksualność we współczesnym świecie przestaje być jcdyną obowiązującą
normą, a staje sięjedną z wielu możliwości budowania własnej tożsamości seksualnej. Pojawia się wręcz moda na "seksualny pluralizm" i "płciową ambiwalencję". Zdaniem autora
ten stan rzeczy sprawia, że współczesnemu mężczyźnie, dawniej hetcroseksualnemu i dominującemu z związku, coraz trudniej jest jasno określić własną tożsamość. Powraca tu kwestia wyzwolenia seksualnego kobiet. Tym razem rozważanajest w kontekście zanegowania

Recenzje i noty recenzyjne

319

schematu mężczyzny - dominującego zdobywcy i pasywnej, uległej niewiasty. Kobiety
świadome własnej seksualności i zdecydowane na osiąganie maksymalnej rozkoszy w ramach
tej sfery wysuwają coraz większe oczekiwania w stosunku do swoich partnerów. To sprawia,
że "w umysłach przerażonych mężczyzn pojawia się (...) obraz «seksualnie żarłocznej kobiety», która staje się «źródłem pełnej przeraźenia fascynacji». Jej nienasycenie kwestionuje
męskość każdego, kto «wpadnie w jej ręce»" (s. 57). Ponieważ potencja seksualna jest, jak
twierdzi autor, jednym z głównych kryteóów oceniania męskości, wśród panów daje się zaobserwować dwie skrajne postawy wobec zaistniałych w tej sferze kobiecych wymagań. Jedną
z nich jest wycofanie, czyli całkowita rezygnacja z życia seksualnego, które budzi niepokój.
Druga to próby maksymalizowania własnej potencji. W tym kontekście wiele stron autor poświęca tematowi Viagry. Jest ona, jego zdaniem, jednym z trzech głównych symbolów ,,kultury
instant", opisywanej skrótowo metaforą:jast JoodJast sexJast car. Viagra, choć z założenia
jest jedynie lekarstwem dla mężczyzn z problemami erekcji, w istocie stała się magiczną tabletką zapewniającą natychmiastową, skondensowaną przyjemność, stosowaną nie tylko przez
osoby chore, lecz - coraz częściej przez te, które poszukują silnych, szybkich wrażeń. Viagra
jest również spełnieniem mitu o wiecznej młodości oraz mitu American Dream. Pozwala bowiem zatuszować objawy starzenia się czy niedomagania organizmu i osiągać "sukces" na
zawołanie, niezależnie od naturalnych możliwości. Wszystko to sprawia, że zamierzone lekarstwo staje się w wielu przypadkach rodzajem narkotyku, a mężczyzna, chcący zapewnić sobie
sprawn,ośćseksualną, od której w znacznej mierze zależy jego poczucie własnej wartości, uzależnia się od "seksu w pigułce" - w znaczeniu dosłownym i przenośnym.
Kontynuacją rozważań nad męską potencją seksualnąjest rozdział ósmy książki, który
wyodrębniłabym jako trzecią grupę zagadnień - skoncentrowanych wokół problematyki
męskości "białej" i "czarnej". W tej części autor wykazuje, że o ile czarne kobiety starają się
za wszelką cenę upodobnić do białych, internalizując mit o dominującym pięknie białego
ciała, o tyle biali mężczyźni pragną mieć potencję czarnych mężczyzn i ich "czarnego fallusa". Pojawienie się tego typu pragnień było niejako nieuniknioną konsekwencją ideologii
rasizmu. Wywodząca się już z czasów niewolnictwa tendencja do postrzegania czarnego
mężczyzny jedynie w kategorii wydajnego ciała, sprawiła, że został on zredukowany do
własnej cielesności. Odmówiono mu inteligencji i duchowości, ograniczając jego wizerunek
do wyobrażenia istoty o niepohamowanych popędach, ale w związku z tym także o nieograniczonych możliwościach w sferze seksualnej. Tak skonstruowany obraz czarnego mężczyzny stał się przedmiotem odrazy, lecz jednocześnie fascynacji i zazdrości ze strony mężczyzny białego. Kultura konsumpcyjna znakomicie wykorzystuje ową fiksację na punkcie
czarnej potencji. W mediach wizerunki czarnych mężczyzn są maksymalnie seksualizowane,
a na ich bazie kreuje się image mężczyzny typu macho, władczego "twardziela" emanującego zwierzęcą siłą iseksualnością. I oto w dobie kryzysu męskości, czarny mężczyzna staje
się symbolem odrodzenia męskiej dominacji, heteroseksualizmu i nieograniczonej, naturalnej seksualnej potencji. Biały mężczyzna staje natomiast wobec paradoksalnego pragnienia
zachowania swego białego ciała - symbolu inteligencji i wyższości w człowieczeństwie,
pragnąc jednocześnie posiąść czarnego fallusa - symbol prawdziwej męskości.
Ostatni rozdział książki ukazuje dyskursy męskości dominującej, czyli sposoby współczesnych mężczyzn na przełamywanie dotykającego ich kryzysu. Z. Melosik omawia tu
między innymi stanowisko krytyków feminizmu i zwolenników "powrotu do tradycji", którzy propagują przywrócenie męskiej dominacji w kulturze. Dalej prezentuje próby "ocalenia" wizerunku męskości takie jak kreowanie image'u mężczyzny sukcesu czy mężczyzny
kulturysty, którego umięśnione ciało, tak jak ciało czarne, samo w sobie jest symbolem siły
i seksualności. Kolejne analizy dotyczą wzorów męskości typu Rambo, macha i playboy,
które, każdy na swój sposób, zakładają nadrzędność mężczyzny wobec kobiety i dążą do
uprzedmiotowienia płci pięknej. Innąpróbą przywrócenia męskości jej dawnego znaczenia

320

Recenzje i noty recenzyjne

jest seksturystyka, która białym mężczyznom pozwala na nowo odnajdywać w postaciach
Azjatek i Afrykanek ideał kobiety podporządkowanej i uległej. Ostatnim przykładem odzyskiwania przez mężczyzn pozycji dominującej jest dążenie do trywializacji i komercjalizacji
feminizmu. W wyniku takich działań przestaje on być traktowany jako krytyczna idea o istotnym znaczeniu, staje się zaś jedną z propozycji kultury konsumpcyjnej. Ta część książki
pokazuje zatem, że mężczyźni, świadomi, czy też nie, kryzysu, jaki ich dotyka, nie pozostają
biernymi jego ofiarami.
Po krótkiej prezentacji zawartości pracy, przejdę teraz do jej krytycznego omówienia.
Z. Melosik jest niewątpliwie znawcą gender studies i czuje się to, czytając jego książkę.
Zjednej strony Kryzys męskości zawiera bowiem wiele odwołań do innych, ważnych autorów z tej dziedziny, takich jak np. L. Luciano, T. Gmerek czy C. Lasch, z drugiej zaś strony
Melosik dzieli się z czytelnikiem szeregiem własnych, dojrzałych przemyśleń. Opierają się
one na analizie współczesnych reklam, zawartości stron internetowych lub popularnych
czasopism, co skłania czytelnika do refleksyjnego i zdystansowanego przyjrzenia się elementom otaczającej go kultury. Co więcej, odwołują się do badań autora nad postrzeganiem różnych zagadnień związanych z męskością i płciowością w ogóle. Niemal pół rozdziału poświęconego tematowi konsumpcji seksu i Viagry to prezentacja różnych sposobów postrzegania
przez osoby badane roli "niebieskiej tabletki" w budowaniu relacji pomiędzy mężczyznami
i kobietami. W rozdziale dotyczącym feminizacji ciała męskiego zapoznajemy się natomiast
z wynikami eksperymentu, testującego, w jaki sposób zapach wpływa na konstruowanie tożsamości płciowej. Tego typu odniesienia do doświadczeń i poglądów innych ludzi poszerzają
ogląd tematyki i czynią pracę ciekawszą. Ograniczający jest natomiast fakt, że autor bazuje
jedynie na ankietach wypełnionych przez studentów - grupy posiadającej niewątpliwie interesujący sposób postrzegania rzeczywistości, lecz niereprezentatywnej dla ogółu społeczeństwa. Wynik to zapewne wygodnictwa autora, dla którego, jako pracownika uczelni, najłatwiejszym sposobem zbierania danych było rozdanie ankiet swoim słuchaczom.
O ile nie mam podstaw przeczyć, że zjawiska opisywane przez Melosika, a dotykające
mężczyzn, rzeczywiście mają miejsce we współczesnej kulturze, o tyle uważam, że błędnie
zdiagnozował je on lub też przyjął do ich opisu nieadekwatną definicję. Kryzys, rozumiany
jako trudność odpowiedzi na pytanie "co oznacza dziś bycie mężczyzną", nie może bowiem,
moim zdaniem, dotykać tylko jednej z płci. Określanie każdej ze stron binarnego podziału
opiera się bowiem na odwołaniu do drugiej jego strony. Jeśli nie umiemy określić, czym jest
jasność, nie będziemy potrafili zdefiniować ciemności, jeśli rozmywa nam się granica między pięknem a brzydotą, trudno będzie nam opisać jakąkolwiek rzecz w tych kategoriach,
każda będzie niedookreślona. Jak zatem, nie mając pojęcia o tym, co oznacza dziś bycie
mężczyzną, można określić, co oznacza bycie kobietą. Gdy utraciliśmy jasne kategorie, niepokój definicyjny zapanował po obu stronach. Złudzenie, że kryzys dotyka jedynie mężczyzn, wynika moim zdaniem z faktu, że to oni znajdują się na pozycji defensywnej. Kobiety,
upomniawszy się o swoje prawa, zaczęły przejmować coraz więcej, dotychczas zastrzeżonych dla mężczyzn, ról i cech. Co więcej, o czym szeroko pisze Melosik, mężczyźni w wielu
sferach podlegają feminizacji, taki bowiem, feminizujący charakter, ma otaczająca nas wszystkich kultura konsumpcyjna. l w tym znaczeniu, w znaczeniu wypierania męskich wartości
z kultury, można mówić o kryzysie męskości. Jednak będące w ofensywie kobiety mają, moim
zdaniem, takie same problemy w określeniu standardów swej kobiecości, co strona przeciwna w przypadku męskości. Gdy zanikły jasne kategorie, każdy sam poszukuje odpowiedzi
na pytanie o kształt i tożsamość własnej płciowości. Czy bycie kobietą to bycie matką, businesswoman, wrażliwą i uległą niewiastą czy wampirem seksu? Czy bycie mężczyzną to
dominacja i niewzruszoność, a może więcej empatii i czułości? W społeczeństwie konsumpcyjnym, jak to zresztą doskonale opisał Melosik poprzez metaforę Kaczora Donalda, każdy
z nas może być tym wszystkim po trochu lub co jakiś czas zmieniać opcje. Społeczeństwo

Recenzje i noty recenzyjne

321

konsumpcyjne bowiem, cytując za autorem, "opiera się na zasadzie: żadnych zasad, jedynie
wybory, każdy może być każdym" (s. 15).
W takim kontekście zaproponowana przez autora definicja kryzysu męskości traci zasadność. W rzeczywistości książka Mełosika opowiada raczej o kryzysie płciowości jako
takiej, z intencją szerszego uwzględnienia problemów mężczyzn, jakie z owego kryzysu
wynikają. Sama struktura pracy wskazuje tymczasem, że z głównymi jego bohaterami nie
jest jeszcze najgorzej. Ponad 1/3 objętości książki to bowiem opis tzw. "dyskursów męskości dominującej", a dodać do tego można również przeszło 20 stron na temat dominacji czarnej męskości. Okazuje się zatem, że ci sami mężczyźni, którzy na początku lektury jawili nam
sięjako zniewieściali i pozostający w defensywie kulturowej, w końcowym wrażeniu stają
się "twardzielami", aktywnie dążącymi do dominacji i uprzedmiotowienia kobiet. Proporcje
tekstu podważają zatem niejako główną tezę autora.
Usilne udowadnianie, że to właśnie mężczyźni przeżywają kryzys w naszej kulturze, wydaje mi się wynikać z ogólnej tendencji autora do binarnego postrzegania rzeczywistości
i przypisywania symbolicznych znaczeń wyróżnionym przeciwnościom. Chociaż bowiem
omawiana książka prezentuje szerokie spojrzenie na problematykę płciowości, rozważaną
w różnych kontekstach i z wielu płaszczyzn (kulturowa, psychologiczna, pedagogiczna),
można zauważyć, że Melosik dąży do ścisłego rozgraniczania prezentowanych zjawisk, zawężając tym samym ich interpretację. Mamy zatem mężczyznę, który się feminizuje i kobietę
coraz bardziej wyzwoloną. Mamy czarną męskość jako bastion męskości esencjalnej i zakompleksionąmęskość białą. Gdzieś w tle analogicznie pojawia się czarna, zakompleksiona
kobiecość, będąca zastępczym obiektem fascynacji białych mężczyzn, szukających sposobów na wyzbycie się kompleksów, oraz biała kobiecość jako wzór esencjalnej kobiecości.
Obok tradycyjnego podziału na czarne i białe oraz na Wenusjanki i Marsjan, autor umieszcza bardziej wyszukane binaryzmy. Nawiązując do Freuda, odnajduje analogie pomiędzy
Viagrą a Erosem, popychającymi ludzkość do korzystania z uciech życia i usuwającymi strach
przed AIDS - Tanatosem. Takie symboliczne porównania czynią pracę niewątpliwie ciekawszą w odbiorze, dostarczają czytelnikowi obrazów, poprzez które łatwiej jest rozumieć
rzeczywistość. Sąjednak nacechowane uproszczoną, czarno-białą kategoryzacją, której
umyka różnorodność współczesnego świata.
Tematyka płciowości i seksualności, stosunkowo niedawno pozbawiona znamion tabu,
dopiero kształtuje własny język. Melosik w tym zakresie wykazuje tymczasem swoisty kunszt
i wysoce zindywidualizowany styl. Jego sfonnułowania, odważne, a jednocześnie nietuzinkowe,jak np. "ona zaprasza męskie oko do inwazji", czy "mężczyzna powraca do fallusa jako
ostatecznego insygnium męskości", ubarwiają lekturę książki i przykuwają uwagę do jej treści. Jest to niewątpliwie zaleta.
Kryzys męskości ... wywalczył już sobie w Polsce miano jednej ze sztandarowych pozycji
z zakresu geneder studies i tej nie zamierzam podważać. Bez wątpienia książka Melosika
pozwala przyjrzeć się bliżej zjawisku przemian dokonujących się w sferze płciowości
w naszych czasach, z uwzględnieniem różnorodnych jego kontekstów. Dodatkowo wspomniane przemiany są analizowane na szerszym tle problematyki współczesnej kultury konsumpcyjnej, której autor jest znawcą i fascynatem. Lektura zatem jest niezwykle inspirująca
do indywidualnych przemyśleń na temat chociażby własnej kondycji w świecie zacierających się granic i nieskończonych możliwości samokształtowania. Z zastrzeżeniem, że na
wstępie odrzucimy wszelkie szufladkujące koncepcje autora, z główną tezą książki włącznie,
i skupimy się na prezentowanych przez niego faktach i, potraktowanych z dystansem, przemyśleniach. W taki sposób czytana, książka Melosika staje się niezwykle ciekawą refleksją
nad kondycją współczesnego człowieka w kontekście jego tożsamości cielesnej i płciowej.
Aleksandra

Kosakowska

322

Recenzje i noty recenzyjne

Anna M a I e w s k a-S z a ł y g i n, Wiedza potoczna o sprawach publicznych. Rozmovry o władzy lokalnej w vrybranej gminie mazurskiej w latach 1994-1995, "Studia Ethnologica", Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego, Wydawnictwo DiG 2002, ss. 200.
Jednym z potocznych sądów dotyczących naszej współczesności jest stwierdzenie, wedle
którego wszyscy interesujemy sit( polityką: ona ma być pretekstem dla rozmów, powodem
spt(dzania długich godzin nad lekturą gazet czy śledzeniem telewizyjnych newsów, a także
zarzewiem gorących towarzyskich sporów. CZt(ść obserwatorów wspólnotowego życia
Polaków skoryguje ten jednoznaczny sąd, przekonując, że rozpolitykowanie ustąpiło obecnie miejsca desinteressement wobec kwestii politycznych, społecznej apatii bądź zaangażowaniu w niezwykle ekspansywną rzeczywistość kultury popularnej (to ikony tejże "nadają"
imiona tysiącom malutkich obywateli - a nie postaci znane z mównic sejmowych).
Anna Malewska-Szałygin wychodzi jednak z założenia, że "Wszyscy mówimy o polityce" (s. 9). Tak brzmi pierwsze zdanie jej książki Wiedza potoczna o sprawach publicznych.
Rozmowy o władzy lokalnej w wybranej gminie mazurskiej w latach 1994-1995.
Praca ta składa sit( z dwóch zasadniczych cZt(ści."Założenia i konteksty badania wiedzy
potocznej o sprawach publicznych" to najpierw analiza najistotniejszych dla całej pracy pojt(ć, dalej zaś zbiór podstawowych informacji na temat idei samorządności w Polsce oraz rodzimych społeczności wiejskich. W końcu nastt(puje prezentacja terenu badań, jakie przeprowadziła autorka, czytelnik dostaje także coś na kształt politycznego inwentarza tegoż terenu.
CZt(ść druga - trzykrotnie obszerniejsza - to "Wioskowe opowieści o władzy gminnej". Zapoznajemy sit( w jej ramach z owocami badań prowadzonych w dwóch mazurskich
gminach w latach 1993-1994 i 1995-1996. Spośród ponad trzech setek przeprowadzonych
w terenie rozmów ("nie był to klasyczny kwestionariusz ... używaliśmy dyspozycji do badań ... staraliśmy sit(jak najrzadziej przerywać naturalny tok relacji" - s. 57), autorka zdecydowała sit( na przedstawienie ośmiu z nich. W rezultacie mamy do czynienia z dążącym do
wierności zapisem pytań iodpowiedzi, których zasadniczym przedmiotem jest wiedza o strukturach i funkcjonowaniu władzy politycznej w jej lokalnym wydaniu. Każda z rozmów opatrzona została autorskim komentarzem, który podsumowuje jej wyniki i zwraca uwagt( na
najbardziej intrygujące wątki. Ostatnie strony Wiedzy potocznej o sprawach publicznych
zawierają wnioski autorki, jej diagnozt( kwestii zasygnalizowanych w tytule pracy.
Malewska-Szałygin proponuje zestawienie dwóch pojęć, a szerzej i poprawniej mówiąc,
dwóch zjawisk kulturowych, dwóch rodzajów nastawień, postaw. Z jednej zatem strony
autorkt( zajmuje to, co nazywa ona zamiennie "gminnym punktem widzenia", "wiedzą lokalną", "zdrowym rozsądkiem" lub "wiedzą podręczną". Są to określenia omawiające potoczne
rozumienie rzeczywistości, przekonania i oceny zwyczajnego mieszkańca codzienności.
Gdyby rzecz dotyczyła tradycyjnej społeczności wiejskiej, należałoby posługiwać sit(kategorią wiedzy ludowej, omawiana praca prezentuje jednak realia wsi współczesnej, stądoznajmia autorka - mówić należy o wiedzy nieprofesjonalnej.
Drugim kluczowym terminem dla omawianej pracy jest civility, element republikańskiej
refleksji nad funkcjonowaniem państwa. Najczt(ściej zwykło sit( rozumieć ten termin jako
cnott( obywatelską, pewien idealny wzorzec zainteresowania wspólnymi sprawami wraz
z imperatywem zaangażowania w służbę lokalnej społeczności. Malewska-Szałygin deklaruje wysoki stopień sympatii wobec ujęcia civility przez Edwarda Shilsa. W tym wariancie
jest to nade wszystko "zbiorowa samoświadomość", z którą związana jest "sieć instytucji,
działań i podzielanych przekonań" (s. 20). Ostatecznie przyjmuje ona, że będzie traktować
ów termin w kategoriach "zaangażowania obywatelskiego (...) wiążącego sit( bardziej ze sferą działań niż przekonań" (s. 23).

Recenzje i noty recenzyjne

323

Zapewne uzasadnionym działaniem, mającym zbliżyć autorkę do potocznego myślenia
o sprawach publicznych (politycznych), było zwrócenie się ku społeczności lokalnej, podjęcie rozmów z jej przedstawicielami, pochylenie się nad "małą" rzeczywistością ijej "małymi" wymiarami. Przekonuje o tym lektura rozmów, owych "wioskowych opowieści", które
snują: Wójt, Przewodniczący Komitetu Obywatelskiego, Zwolennik Wójta, Opozycjonista,
Radny-Stronnik Wójta, Nauczyciel, "Ukrainka" oraz Rolnik. Malewska-Szałygin kilkakrotnie wyjaśnia powody, dla których jej narracja rozgrywa się w ,jednej z mazurskich gmin"
(w rzeczywistości w dwóch gminach), dlaczego nazwy pobliskich miejscowości są starannie wykropkowane, ajej pierwszoplanowi bohaterowie skryci zostali za bezosobowymi maskami. "Wyrażenie zgody na rozmowę było dowodem zaufania, że nie wykorzystamy tych
materiałów, aby im zaszkodzić - czytamy. - Było to w znacznej mierze zaufanie do Uniwersytetu, jako instytucji niezaangażowanej w walkę polityczną" (s. 59). Dostajemy tym samym pierwszą ważką informację tyczącą lokalnego wymiaru myślenia o polityce: kto cicho
siedzi, ten jest roztropny. Afery, nadużycia i kolesiostwo na każdym kroku, wszyscy to wiedzą, ale - jak w wyśpiewanym refrenie przeboju ostatnich miesięcy o cudownie tautologicznym tytule - "Jest, jak jest". Tego należy się trzymać.
Jakie inne wnioski wyciąga autorka? Jej zdaniem civility jest w lokalnym środowisku
polskiej wsi tak naprawdę pieśnią odległej przyszłości. Brak odpowiedniej "infrastruktury
społecznej i kulturowej" (s. 190) powoduje, że większość członków lokalnej społeczności
nie angażuje się w sprawy publiczne. Tłumaczą to niedostatkiem własnych kompetencji, ale
także zawłaszczeniem tej sfery przez "nich", iluzorycznością wpływu na działania podejmowane przez władze. Wiele elementów civility jest co prawda realizowanych przez "stronnictwa Wójta", małą grupę osób aktywnych w przestrzeni publicznej, reszta społeczności
postrzegająjednakjako
środowisko hermetyczne, które świadomie separuje się od większości. Nadziei na zmianę tej niekorzystnej tendencji upatruje Malewska-Szałygin w rozwoju systemu wolnorynkowego i idącego za nim wzrostu poszanowania własności prywatnej.
Jeśli jednak, jak chce autorka, wiedza potoczna stanowi jeden z poziomów Braudelowskiej
struktury długiego trwania, to należy liczyć się, że "zmiany w niej zachodzą bardzo powoli
i wymagają dziesięcioleci, by stały się zauważalne" (s. 191).
Temat badawczy podjęty przez autorkę Wiedzy potocznej a sprawach publicznych zasługuje na uznanie. Niezbyt często przecież podejmuje się u nas kwestię świadomości politycznej i potocznych wyobrażeń tyczących państwa, jego organów i ich funkcjonowania.
Badacze pracujący w warunkach współczesnej wsi nadal zwyczajowo zajmują się powtarzalnym wachlarzem problemów: tożsamością, rudymentami świata ludowego, a ostatnio
także zjawiskiem biedy. W tym sensie omawiana książka stanowi interesujące urozmaicenie.
Na tym wszelako atrakcyjność tej pracy, w mojej opinii, się wyczerpuje. Niestety.
Skoro kluczowym - tak dla badań terenowych, jak i pracy pisarskiej - terminem, na
którym skupia się Malewska-Szałygin, jest wiedza potoczna, warto byłoby na pewno poświęcić jest więcej miejsca. Na dwóch stronach pracy dowiadujemy się zaledwie, że problem myślenia potocznego był przedmiotem studiów o wielowiekowej tradycji, ale zajmowali się nim głównie filozofowie (jako dowód otrzymujemy wyimki z prac Teresy Hołówki
i Józefa Niżnika; przyznajmy, że niezwykle skromne jest to pars pro toto). Wspomina się
ponadto nazwiska socjologa Durkheima i antropologa Geertza. A gdzież podziała się bogata tradycja socjologii wiedzy, etnometodologii, gdzie Lebenswelt Husseria, dlaczego pomija się Gadamera, Schutza, Diltheya - którego słowa mogłyby stanowić świetne motto dla
recenzowanej książki: "życie oznacza coś każdemu z nas najlepiej znanego, rzeczywistość
najintymniejszą, ale równocześnie i najciemniejszą (...). Najważniejsze pojęcia, z pomocą których pojmujemy świat, są kategoriami życia"l - z jakiego powodu zapomina się o tym, że
ku "folklorowi życia codziennego" zwracał się też jakże często Edward T. Hall?

324

Recenzje i noty recenzyjne

Autorka infonnuje czytelnika, że "zasadniczym problemem była fonna prezentacji zebranych materiałów" (s. 58). Poszukując jej, Malewska-Szałygin zwróciła się ku metodom stosowanym w badaniach nad dyskursem potocznym. Zaowocowało to przytoczeniem pełnej
treści wybranych rozmów, które zajmują lwią część książki. Nie jest to oczywiście żadna rewolucyjna nowość, ale nikt też nie zapowiadał, że staniemy w obliczu interesujących eksperymentów. Uderzające jest za to co irrnego: lektura ośmiu zamieszczonych rozmów okazuje
się monotonna. Wrażenia tego wcale nie wywołuje jednak forma, ale treść. Jakie bowiem
płyną z nich nauki? Ano takie, że społeczeństwo obywatelskie to idea nadal bardzo mglista,
że władza kojarzy się Polakom z nadużyciami, powracającym podziałem na "nas" i "nich",
wiecznym oczekiwaniem na lepsze czasy. Odktywcze nie są też wynurzenia przedstawicieli
władzy lokalnej, którzy po swojemu definiują samorządność, obowiązki poszczególnych
organów i instytucji, generalną kategorię demokratyczności.
Ciekawiej brzmią na tym tle wypowiedzi szeregowych mieszkańców gminy, więcej w nich
bowiem lokalnego kolorytu, opowieści barwnych, silniej ukrwionych. Dlaczego, na przykład, ludzie decydują się na kandydowanie na radnych? "Jedni może mają zaszczyt, że tam
idą na tą sesję ... na przykład nauczyciel- to on nie musi wtedy na lekcji być, bo on idzie na
sesję, on ma zapłacone lepiej niż tam w szkole, i co innego usłyszy, coś się dowie może"
(s. 163). Nauczyciele do samorządów!, chciałoby się zakrzyknąć. Jak wygląda kampania wyborcza na Mazurach? "W jednej wsi taki jeden gość, nie będę wymieniał nazwiska, zrobił
taką biesiadę ..." (s. 173). A jak należałoby poprawnie zdefiniować samorządność? "Sam
wszystko porobi, sam wypłaci się i sam wszystko utrzyma, trzy razy S" (s. 170).
Wiedza potoczna o sprawach publicznych wydana jest bardzo dobrze, praca edytorska
również zasługuje na pochwałę (brakuje jedynie w bibliografii cytowanego na stronie 192
Weitmana). Zasadne wydaje się wszelako pytanie o to, dlaczego praca ukazała się dopiero
po sześciu latach od zakończenia badań? Jak należy przypuszczać, decyzja w tej sprawie nie
leżała wyłącznie w gestii autorki, ale jednak warto wyrazić żal z tego powodu. W połowie lat
90. ubiegłego wieku książka mogła stanowić gorący zapis stanu potocznej świadomości,
dzisiaj jest wyrażnie spóźnionym dokumentem. Nie ulega bowiem dla rrrnie wątpliwości, że
książka nie przynosi czytelnikowi nowej, zaskakującej wiedzy, jest nieuchronnie przewidywalna. (Być może podskórnie zdawała sobie z tego sprawę także autorka, generalne wnioski
z badań pomieściła bowiem z powodzeniem na siedmiu stronach.) Doskonale zdaję sobie
sprawę z tego, że raczej żadnemu współczesnemu badaczowi kultury swojego społeczeństwa nie będzie dane mienić się pysznym tytułem odkrywcy, ale ta świadomość wcale nie
wyklucza oczekiwania na oryginalne ujęcia, zaskakujące perspektywy, interpretacje, które
"zmuszają do myślenia".
Czy rzeczywiście potrzeba było aż czterech intensywnych sezonów badawczych, by
potwierdzić powszechne intuicje, naszą - no właśnie - wiedzę potoczną? Do obiegowych
prawd należy wszak przekonanie o tym, że samorządność rodzi się w Polsce w bólach, że
często interes prywatny bierze górę nad publicznym, a w warunkach lokalnych wciąż doskonale mają się towarzyskie sitwy i załatwianie spraw "po znajomości". Skoro, powtórzmy,
"Wszyscy rozmawiamy o polityce", są to dla każdego truizmy czystej wody. Oponent może
zauważyć, że jeśli jednak ktoś nie interesuje się polityką, to omawiana pozycja może stanowić dla niego cerrne źródło wiedzy. Może to i racja, obawiam się jednak, że osoba taka po
książkę Malewskiej-Szałygin po prostu nie sięgnie.
Waldemar Kuligowski

'W. Dilthey, Rozumienie iżycie, w: Wokół rozumienia. Studia iszkice z hermeneutyki, wybrał
i przełożył G. Sowiński, Kraków 1993, s. 87.

Recenzje i noty recenzyjne

325

Izabella Bukraba-Rylska,
Edward Maj ewski, Krystyna Łap i ńska-Tyszka,
Barbara P e r e p e c z k o, Maria W i e r u s z e w s k a, Polska wieś w świadomości społecznej. Wiedza i opinie o kulturze ludowej, rolnikach i rolnictwie, Instytut Rozwoju Wsi
i Rolnictwa PAN, Warszawa 2004, ss. 215.
Obejmujący dwa ostatnie stulecia gwałtowny rozwój cywilizacyjny pociągnął za sobą
liczne przeobrażenia w obrazie polskiej wsi. Przede wszystkim stał się przyczyną rozpadu jej
tradycyjnej kultury, zwanej chłopską. Bezduszny materializm oraz zapatrzenie w przyszłość
napierającej cywilizacji technicznej okazały się wszak nie do pogodzenia z "duchem" tej
kultury: głęboko metafizycznej, przepojonej sacrum, za najwyższe autorytety mającej przeszłość i tradycję, osadzonej w słowie, a nie w piśmie. Postępujące za opisywanymi zmianami: stopniowe bogacenie się wsi, powojenna (podbudowana ideologicznie) reforma rolna,
kolektywizacja oraz masowe migracje jej rdzennych mieszkańców do miast spowodowały
zanik stanu chłopskiego, a co za tym idzie, nieuchronny kres wytworzonej przez tę formację
kultury - z jej specyficznym światopoglądem, aksjologią i kodem komunikacyjnym. Nie
znaczy to, rzecz jasna, iż ów świat starych chłopskich pojęć, wierzeń i wartości zaginął bez
śladu. Wiele z jego obfitego dziedzictwa przechowało się do dziś - w ramach tego, co zwykło się określać mianem kultury ludowej, powstałej w wyniku otwarcia się oraz emancypacji
wsi tradycyjnej. Wywołany przemianami kulturowymi fakt przełamania samotności i izolacji
tego obszaru sprawił bowiem, iż rozmaite jego wytwory (społeczne, materialne oraz duchowe) wydostały się z zamkniętego kręgu rodzimej wspólnoty i stały własnością całego społeczeństwa.
Zakodowana w świadomości współczesnych Polaków wiedza oraz poglądy na temat
środowiska wiejskiego Qego historii, kultury, mieszkańców, kondycji ekonomicznej, a także
kierunków i szans rozwoju) są głównym tematem przedstawianej przeze mnie pracy. Wybór
takiej, a nie innej problematyki badawczej miał - o czym przekonująjej autorzy - wielorakie uzasadnienia i motywacje. Pisze o tym we "Wstępie" Izabella Bukraba-Rylska: "Socjologowie i badacze kultury pozostają zgodni w swych diagnozach, kiedy określają społeczeństwo polskie jako społeczeństwo chłopskie, i to nie tylko ze względu na charakterystyki demograficzne czy ekonomiczne, ale przede wszystkim etosowe. Od początku lat 90. kwestia
wiejska zdecydowanie zyskała na aktualności, stając się poniekąd główną osią sporu o przyszłość Polski w zjednoczonej Europie. Temat wiejski zdominował także dyskurs publiczny
okresu transformacji, co przełożyło się - zjednej strony - na ilość wypowiedzi, a z drugiej
- na ich ton i ogólną temperaturę dyskusji. Wszystkie zasygnalizowane okoliczności czynią zasadnym pytanie o stosunek polskiego społeczeństwa do całego kompleksu spraw
kojarzonych ze wsią, a więc o samą wieś, jej kulturę, polskich rolników i rolnictwo" (s. 11).
Podstawowym zadaniem, jakie stawiają przed sobą twórcy publikacj i, jest zatem prezentacja
(wraz z próbą typologii) rozmaitych sposobów percepcji polskiej wsi, zbadanie: czym jest
ona dla współczesnych Polaków, jakją widzą ioceniają, skąd czerpią wiedzę o niej, a także
- co równie ważne - jakiego rodzaju czynniki i przyczyny wpływają na takie, a nie inne jej
postrzeganie. Innymi słowy, chodzi tu o ukazanie wymiaru świadomościowego zjawisk
odnoszących się do wiejskiego milieu (w jego rozmaitych kontekstach i uwarunkowaniach).
W każdym z (pięciu łącznie) zamieszczonych w książce tekstów problematyka ta ujmowana
jest przy tym z nieco innego punktu widzenia, podlega odmiennej konceptualizacji i teoretyczno-metodologicznemu naświetleniu.
W otwierającym tom rozdziale autorstwa Marii Wieruszewskiej przedmiotem uwagi są
wartości środowiskowe polskiej wsi, a więc takie, które w przekonaniu jej mieszkańców
"wyznaczają «pożądane, godne, słuszne cele działań»" (s. 38). Badaczka ta rozpatruje je
w kontekście sytuacji związanych z obrzędami rodzinnymi, dorocznymi oraz regułami etykiety i współdziałania, uznając, iż w sytuacjach tych manifestują się normy postępowania

326

Recenzje i noty recenzyjne

(szerzej wartości) regulujące sposoby zachowań charakterystyczne dla szczególnych, węzłowych momentów życia jednostkowego i zbiorowego. Z zagadnieniem tym autorka wiąże
też kwestię kompetencji w zakresie kultury ludowej, którą rozumie jako "umiejętność rozpoznania czy też skojarzenia przez osoby badane konkretnych sytuacji obrzędowych, zwyczajowych na podstawie proponowanych w ankiecie formuł słownych" (s. 23). Poziom owej
kompetencji mierzy w odniesieniu do zmiennych takichjak: miejsce zamieszkania, miejsce
wychowania, wykształcenie, płeć, wiek, poglądy polityczne oraz religijność. Rozważania swe
Maria Wieruszewska poszerza o analizę zabarwionych emocjonalnie wyobrażeń oraz asocjacji wywołanych u respondentów hasłami: "wieś", "kultura ludowa", "chłopi".
W następnym rozdziale Krystyna Łapińska- Tyszka podejmuje próbę zbadania współczesnego stereotypu rolnika w relacji do jego miejsca i pozycji społecznej oraz wybranych
cech zawodu. Refleksji tej towarzyszy namysł nad pochodzeniem oraz konsekwencjami owych
przekonań. Zastosowany tu został nader interesujący oraz oryginalny metodologicznie
pomysł rekonstrukcji zawartości poznawczej stereotypu poprzez analizę opinii, jakie uczestnicy badania wyrażali na temat aktualności przysłów i wyrażeń przysłowiowych, których
bohaterami są chłopi. Wykorzystane przysłowia (jak np. Chłop potęgąjest i basta; Chłopi
~ią i bronią itp.) należą do najbardziej znanych oraz najsilniej zakorzenionych w tradycji
językowej narodu.
Autorzy dwóch kolejnych rozdziałów, Edward Majewski i Barbara Perepeczko, poświęcili swe rozważania kwestii poglądów Polaków na temat rozległego kompleksu spraw związanych z wsią i rolnictwem. Komentowane przez nich opinie stanowią odpowiedzi respondentów na następujące pytania: "Komu żyje się teraz lepiej w naszym kraju (ludziom na wsi
czy ludziom w mieście?)"; "Jakie czynniki decydują o sile/słabości rodzimego rolnictwa?"
oraz "Jaki jest wpływ rolników na polską gospodarkę i politykę?". Na skutek wyraźnego
zróżnicowania oraz niekoherencji uzyskanych odpowiedzi w celu analizy "posłużono się
syntetycznymi wskaźnikami, określającymi zbiorowość na skali od protekcjonizmu do zwolenników gospodarki rynkowej oraz na oznaczeniu obciążenia tych poglądów rolniczymi
mitami i stereotypami" (s. 113).
W wieńczącym tom rozdziale Izabella Bukraba-Rylska stara się odtworzyć stan wiedzy
polskiego społeczeństwa w zakresie dziedzictwa kulturalnego wsi. Narzędziem służącym do
testowania owej wiedzy był dla niej kwestionariusz, w którym umieściła pytania o najważniejsze dla kanonu kultury ludowej elementy, m.in.: stroje, narzędzia pracy, formuły obrzędowe, pieśni i tańce. Jej wywód obejmuje też próbę wskazania czynników odpowiedzialnych za stopień kompetencji kulturalnej respondentów (w sygnalizowanej dziedzinie), a także
próbę oszacowania zależności zachodzących między ich sferą poznawczą a nastawieniami
emocjonalnymi wobec środowiska wiejskiego.
Z prezentowanych tekstów wynika, iż - wbrew formułowanym często tezom - kultura
ludowa nie jest wcale tworem martwym, nieistniejącym już (lub co najwyżej trwającym biernie w przestrzeni sal muzealnych czy skansenów) zbiorem kodów i artefaktów. Tworzące ją
treści i pierwiastki są nadal silnie obecne w świadomości współczesnych Polaków, konstytuując tym samym istotną część ich tożsamości (choć - przyznać trzeba - nie zawsze
podlegają one pełnej i wyczerpującej artykulacji, stanowiąc w wielu wypadkach składnik
tzw. "wiedzy cichej", niedyskursywnej).
Nieprawdąjest też, jak dowodzą autorzy tomu, iż rozpowszechniony w dzisiejszym społeczeństwie obraz wsi oraz jej typowych reprezentantów jest obrazem negatywnym, budzącym ujemne skojarzenia i emocje. Przeciwnie, jest to wizerunek pozytywny, a przy tym zaskakująco złożony i zniuansowany, przekraczający ramy klasycznie pojętego stereotypu.
Wszystkie te fakty świadczą o niezwykłej sile i żywotności kultury ludowej, która pomimo licznych prób anektowania i deprecjonowaniajej tradycyjnego dorobku (czy to przez
władzę socjalistyczną, czy to przez kulturę masową, zwłaszcza zaś folkloryzm), wciąż "ma się

Recenzje i noty recenzyjne

327

całkiem dobrze". Potwierdzają one również wartość oraz potrzebę publikacji takichjak taumożliwiających zbiorowe samopoznanie, a także pozwalających na obiektywną ocenę własnej sytuacji w obliczu różnorakich wyzwań i szans przyszłości.
Aleksandra

Rzepkowska

Kosznajderia - kraina i ludzie między Chojnicami a Tucholą (XV-XX w.), materiały
z międzynarodowej konferencji naukowej, Tuchola 5-6 września 2003, red. Włodzimierz
Jastrzębski, Bydgoszcz-Tuchola 2003, ss. 240.
Gdyby przeprowadzić wśród współczesnych etnografów krótką, "uliczną" sondę i zadać pytanie ,;Z czym kojarzy ci się Kosznajderia?", zapewne w większości przypadków otrzymalibyśmyodpowiedź "Z niczym", nieliczni miotaliby się pomiędzy skojarzeniem "koszerności" z ,,maszoperią", albo gorączkowo kartkowali w myśli strony z Geertza lub Levi-Straussa ... I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyż nazwa ta, odnosząc się do krainy mało raczej
znanej, niewielkiej terytorialnie, i co najważniejsze - krainy już w zasadzie nie istniejącej,
podpada bardziej pod zakres badań historyka aniżeli antropologa kultury. Kraina ta bowiem
- nie istniejący już "niemiecki region Polski" z okolic Chojnic i Tucholi o wielowiekowej,
splątanej historii pogranicza, odeszła wraz z nimi - kosznajderskimi uciekinierami!
Iwygnańcami czasów powojnia - w nieodwracalnąjuż, miIczącąprzeszłość. By temu milczeniu jakoś zaradzić, zarazem by przypomnieć ten niezwykle ciekawy wątek pomorskiej
kultury, zwołano przed rokiem w Tucholi konferencję naukową na temat "Kosznajderiakraina i ludzie między Chojnicami a Tucholą (XV-XX w.)". Jej pokłosiem jest warta odnotowania publikacja o tym samym co konferencja tytule, bodaj pierwsza na temat Kosznajderii
w języku polskim tychże rozmiarów i treści.
Całość składająca się z 15 wystąpień, poprzedzona słowem wstępnym Starosty Tucholskiego Andrzeja Wegnera oraz wstępem prof. Włodzimierza Jastrzębskiego, spiritus movens konferencji, została przedstawiona w dwóch częściach:
1. KosznajderialKosznajdrzy - dzieje - historia, oraz
II. KosznajderialKosznajdrzy w literaturze, edukacji i biografistyce.
W części pierwszej, zakreślającej szerzej dzieje tejże społeczności etnicznej, znalazły się
teksty ukazujące poszczególne etapy jej rozwoju, od genezy tejże po jej zanik, włącznie jednak z dniem dzisiejszym jej potomków. Są to: Józefa Borzyszkowskiego, Grupy etniczne
Pomorza, Sławomira Zonenberga, Powstanie i dzieje wsi kosznajderskich do 1466 roku,
Jacka Knopka, Znaczące osobowości Kosznajderii w XIX i I połowie XX wieku, Bogusława Brezy, Życie codzienne Polaków i Niemców na terenie Kosznajderii w okresie międzywojennym, Włodzimierza Jastrzębskiego, Kosznajdrzy i Kosznajderia w latach 1920-1945,
Witolda Stankowskiego, Pozbawieni swojej małej Ojczyzny - ucieczka, wysiedlenie/wypędzenie Kosznajdrów w latach 1945-1950, Jana Dorawy, Zarys dziejów trzech wiosek
kosznajderskich: Dąbrówki, Dużej Cerkwicy i Obkasu, Danuty Wróbel, Kosznajdrzy
w świetle spisu ludnościowego z 3 grudnia 1939 roku.
W części drugiej więcej jest tekstów studyjnych, odnoszących się do literatury, wątków
biograficznych i etymologicznych. Mamy tu więc: Edwarda Brezy, Nazwiska Kosznajdrów,
Lidii Łuniewskiej, Etymologia nazw wybranych wsi kosznajderskich, Jerzego Szwankowskiego, Obraz Kosznajderii w serii wydawniczej "Koschneiderbucher"
ks. dr. Josepha
Rinka, Marii Pająkowskiej-Kensik, Kosznajderia w twórczości Guntera Grassa, Aliny Kilian, Świadomość/tożsamość regionalna i czynniki ją kształtujące na przykładzie Kosz-

328

Recenzje i noty recenzyjne

najderii w .xx wieku, Marka Sassa, Kosznajderia a edukacja regionalna pogranicza pomorsko-krajeńskiego, oraz Barbary Rosentreter, Losy rodziny Rosentreter.
We wstępie Włodzimierz Jastrzębski pisze: "Historią Kosznajderii zajmowali się głównie
badacze niemieccy - ks. dr Joseph Rink [absolwent Pelplina, autor serii wydawniczej "Koschneiderbiicher", liczącej 30 pozycji, z bodaj najcenniejszą z nich Die Geschichte der Koschneiderei z roku 1932; przyp. RB.] i ks. dr Paul Panske, i to w odległej przeszłości, bo
w latach trzydziestych XX wieku. Wówczas Kosznajdrów traktowano jako mniejszość niemiecką zamieszkałą w II Rzeczypospolitej i mało kto zastanawiał się nad ich związkami
z polskością. Te ostatnie nie budzą żadnych wątpliwości, bowiem Kosznajdrzy żyli pod polskim panowaniem 300 lat w Rzeczypospolitej szlacheckiej i 20 lat w Polsce międzywojennej,
a przez cały okres zamieszkiwania na Pomorzu Gdańskim otoczeni byli zewsząd polskim
żywiołem. Stąd mieliśmy do czynienia z wzajemnym przenikaniem się kultur oraz wchodzeniem przez obie strony w związki małżeńskie. Obecnie, kiedy sytuacja sprzyja polsko-niemieckiemu pojednaniu, aktualne staje się pytanie stawiane przez wielu Polaków i Niemców
- czy i w jakiej mierze są oni potomkami Kosznajdrów?".
Pragnąc przybliżyć czytelnikowi tę "egzotyczną", pomorską grupę etnograficzną, pozwolę
sobie sięgnąć do swojego starego, spisanego przed niemal dwudziestu laty, szkicu Kosznajdrom poświęconego (na podstawie własnych badań terenowych i kwerendy archiwalnej, prowadzonych w roku 1985 wraz z Marianną Nawrocką [ob. Bąk]); szkicu, który sam
również "dorobił" się "historii". Zgłoszony jako propozycja na konferencję skansenologiczną
w Kielcach w 1986 roku, nie wszedł, bo jeszcze zapewne "nie mógł" wejść, do programu

Recenzje i noty recenzyjne

329

konferencji. Przedstawiony mimo to w wolnych głosach, wywołał wówczas pewne poruszenie (zwłaszcza w kontekście powstałej w Silnie "kaszubskiej izby regionalnej"). Nie znalazł
się jednak w materiałach pokonferencyjnych.
Pierwsze wzmianki o wsiach leżących pomiędzy Tucholą a Chojnicami pojawiają się
w dokumentach XIII-wiecznych. Były one własnością książąt pomorskich - księcia świeckiego Grzymisława, później gdańskich - Świętopełka, Warcisława i Mściwuja II. W 1294
roku przeszły wraz z całym Pomorzem Gdańskim w ręce księcia wielkopolskiego, króla Polski
przemysła II. Do tego czasu należały one bezpośrednio do kasztelanii w Raciążu (k. Tucholi), zaś wsie leżące bliżej Chojnic do kasztelanii w Szczytnie.
W 1309 roku, podobnie jak całe Pomorze Gdańskie, dostały się one w ręce Zakonu Krzyżackiego. Nastąpiły przy tym zmiany administracyjne: w miejsce kasztelanii powstały komturstwa, odpowiednio - Tuchola w miejsce Raciąża, Człuchów w miejsce Szczytna. Granice pozostały bez zmian. Już ok. 1319 roku Zakon sprowadził tutaj pierwszych osadników
z Niemiec. Zasiedlonych zostało wtedy niemieckimi kolonistami siedem wsi. Była to jedna z dwóch (obok Żuław) planowych, zwartych akcji osiedleńczych Zakonu. Że nie były to
nowe wsie, świadczą choćby - oprócz pomorskich dokumentów - ich nazwy, które nawet
w języku niemieckim pozostały bliskie brzmieniowo nazwom polskim. Były to: Sław«cin
(Schlagenthin), Ostrowite (Osterwick), Piastoszyn (Petztin), Ciechocin (Deutsch Zekzin),
Granowo (Granau), Lichnowy (Lichtnau) i Silno - o wyjątkowo inaczej brzmiącej nazwie
niemieckiej (Frankenhagen).
Proces stuletniego wtapiania się niemieckich imigrantów w podłoże słowiańskie przerwany został gwałtownie w 1433 roku przez najazd husytów, którzy spustoszyli wymienione
wsie. Wkrótce jednak, w latach 1434-38 przybyli tutaj nowi osadnicy z zachodnio-dolnoniemieckiego regionu j«zykowego, z okolic Osnabriick. Do nich naj prawdopodobniej odnosić silt może dopiero nazwa Kosznajder.
W 1454 roku Kosznajderia przeszła wraz z Pomorzem Gdańskim do Polski. W granicach
Rzeczypospolitej pozostała aż do pierwszego jej rozbioru w 1772 roku. W spisach z roku
1565 i 1664 owe siedem wsi -jako królewszczyzny otoczone zewsząd dobrami szlacheckimi
(wi«kszość), arcybiskupimi oraz miejskimi - tworzyło wyraźnie wyodr«bniającą silt wspólnol«, powi«kszoną o Obrowo (Abrau), a to wskutek zasiedlenia go przez rolników z Silna
i Lichnowych. Jeśli chodzi o administracj« kościelną, cała Kosznajderia znalazła silt w dekanacie tucholskim, archidiakonatu kamieńskiego, arcybiskupstwa gnieźnieńskiego. W 1772
roku region ten, wraz z innymi ziemiami Pomorza Nadwiślańskiego, przeszedł do Prus. Nadal
jednak stanowił klin niemieckoj«zyczny wciśni«ty w obszar mowy polskiej. Przy tym wsie
kosznajderskie od początku swego istnienia aż po rok 1945 nie były nigdy "czysto-niemieckie". Wyst«powały tutaj, podobnie jak na całym obszarze pogranicza, procesy mieszania
sięj«zyków i krwi, mieszania silt kultur. Dopiero wydarzenia z końca XVIII i I połowy XIX
wieku - rozbiory, wojny napoleońskie, powstanie listopadowe, wiosna ludów, coraz bardziej konsekwentna polityka narodowościowa Prus oraz budzące silt nacjonalizmy doprowadziły do pewnego rozgraniczenia na "my"-Kosznajdrzy i "oni"-Polacy (i także "oni"-Prusacy, gdyż nazywanie ich tym mianem uważali Kosznajdrzy za obraźliwe).
W 1830 roku w pracy N. Benwitza Die Komlureien Schlochau und Tuchel mieszkańców
wymienionych już ośmiu wsi nazywa silt - i tu uwaga - Koschenewen i Koschenewjen.
Nazwa Koschneider pojawia śi« dopiero w wydanej w 1854 roku pracy F. Schmitta Topographie des FIalower Kreises. Jak silt okazuje, jest to nazwa w pewnym sensie literacka,
tłumaczenie nazwy Koschenewjen z plattdeutsch, a wi«c dialektu, jakim silt Kosznajdrzy
posługiwali, na Koschneider w hochdeutsch. Joseph Rink przytacza różne próby wyjaśniania tej nazwy. Wywodzono jąjuż to od słów niemieckich Kuhschneider, Kopfschneider,
Koschmieder, już to z polskich tłumaczeń słów niemieckich: Korblrager (dosł. tragarz ko-

330

Recenzje i noty recenzyjne

szy), Sensentriiger (dosł. niosący kosę). Według Rinka najbliższa prawdy jest interpretacja
Panskego, który wywodził nazwę Koschnewjer od nazwiska starosty (czy raczej urzędnika
starostwa) tucholskiego - Koschnewskiego (Kośniewski, Kożniewski?). W 1484 roku zarządzał on bezpośrednio lub zajmował się niemieckimi osadnikami przybyłymi na te ziemie.
Odtąd mieszkańcy tychże wsi określani być mieli jako "ludzie Koschnewskiego", z czego
urobiła się nazwa Koschnewjer. Mianem tym nazwali ich prawdopodobnie mieszkańcy sąsiednich wsi; nie było to raczej przezwisko, dla Kosznajdrów bowiem miała ona wartość
pozytywną, wyróżniającą.
W II połowie XIX wieku za kosznajderskie uchodziły - oprócz ośmiu wymienionych już
- kolejne cztery wsie: Dąbrówka, Obkaz, Ogorzeliny i Cerkwica Wielka. Miało to uzasadnienie w silnym powiązaniu rodzinnym i językowym mieszkańców tych wsi. Na przełomie
XIX i XX wieku nazwa ta (w wersji Koschneiderei) zaczęła stawać się synonimem każdego
Niemca-katolika w okręgu Chojnice, Człuchów, Złotów. Można domyślać się w tym jednak
działania propagandy pruskiej, na tyle płytkiego, że już po 1920 roku owa "Pankosznajderia" umarła śmiercią naturalną. W lutym 1920 roku Kosznajderia wróciła do Polski. Mimo iż
pewna liczba "optantów" opuściła ten teren i na ich miejsce przyszli Polacy - z Borów,
Kaszub, Krajny czy Wielkopolski, to nadal przeważali tutaj Niemcy, będący głównie właścicielami gospodarstw. Polacy stanowili większość wśród robotników rolnych. W okresie
międzywojennym Kosznajderia obejmowała 19 wsi, przy czym nadal odróżniano stare wsie
"koschenewskie". Do 12już wymienionych doszło siedem dalszych: Jerzmionki, Zamarte,
Doręgowice, Moszczenica, Angowice, Cołdanki, Nowydwór. Granica polityczna (polskoniemiecka) stała się więc w pewnym sensie również granicą etnograficzną. Powyższe wsie
były także w przeważającej części niemieckie, katolickie (w odróżnieniu od pruskich wsi
protestanckich), o zbliżonym w brzmieniu dialekcie, miękkim, tak niezwykłym dla niemieckiego języka.
W latach 1945-46, uchodząc przed frontem lub przed ewentualnym odwetem, w końcu
zaś i na mocy wiadomych rozwiązań politycznych, niemal wszyscy Kosznajdrzy opuścili tę
ziemię. Ich miejsce zajęli przybysze pochodzący głównie ze wschodu (z Polesia, Wołynia,
Ukrainy), z Polski centralnej i południowej (Kieleckie, Tarnowskie, Sandomierskie), oraz
z najbliższych okolic - z Zaborszczyzny kaszubskiej i tucholskiej oraz z Krajny. Hans Beske pisał: "Ojczyzna nasza, która chcemy, aby naszą dalej pozostała, stała się teraz ojczyzną
innych ludzi, bez żadnej z ich strony złej woli i w wyniku twardej historycznej konieczności.
Ojczyzna dawniej nasza, teraz także ich ojczyzna, niechaj nie dzieli, ale łączy".
Ten cytat posłużył mi przed laty jako motto do wspomnianego szkicu Kosznajderia zapomniany region Polski. Szczęśliwie się stało, że dzięki tak cennej bydgosko-tucholskiej publikacji na temat Kosznajderii, którą przedstawiam i gorąco polecam, można dziś
o ileż pełniej zapoznać się zjej dziejami. Jeszcze jedna biała plama wydaje się powoli nabierać kolorów.
Roman Bąk

Zapomniane skarby. Stroje ludowe Polski i Ukrainy w rysunkach 1. Głogowskiego
i K. W Kielisińskiego, informator wystawy, koncepcja wystawy i katalogu, opracowanie Aleksander Błachowski, Towarzystwo Przyjaciół Muzeum Etnograficznego w Toruniu, Muzeum
Etnografii i Przemysłu Artystycznego we Lwowie, Lwów-Toruń 2002, ss. 48, ilustr. 101.
Kiedy ma się przed oczami ryciny Aleksandra Kotsisa, piewcy czy lepiej - kronikarza
XIX-wiecznej (II połowa) wsi galicyjskiej, a w szczególności wsi podhalańskiej, z całąjej

Recenzje i noty recenzyjne

331

KW. Kielisiński, Portret Jana Gwalberta
Pawlikowskiego.

Jerzy Głogowski, Autoportret.

K.w. Kielisiński, Autoportret.

332

Recenzje i noty recenzyjne

biedą, surowością, "sierocą dolą", by wspomnieć choćby jego najbardziej znane sceny rodzajowe: Ostatnią chudobę, Kuchareczkę, Matula umarli, Bez dachu, Starego bacę spod
Babiej Góry czy Kłusownika, trudno przypuścić, by obraz z nich się wyłaniający mógł być
nieprawdziwy. Nędznie odziane postaci, ich odzież wyzbyta zdobień, surowe wnętrza chat...
Wszystko, zda się, "takjak trzeba" - zaprzeczenie idyllicznych wizji romantyków, antypody barwnej XX-wiecznej cepeliady. Pełen realizm, czysta prawda. Bezsprzecznie.
Ajednak. ..
A jednak okazuje się, iż nie ujmując nic z wierności przedstawieniom Kotsisa, prawda
o dawnej wsi polskiej (z jej granic przedrozbiorowych, a więc etnicznie "bogatej") może być
nieco jeszcze inna, pełniejsza, szersza. Przekonuje nas o tym wspólna, lwowsko-toruńska
publikacja stu barwnych rysunków Jerzego Grzymały Głogowskiego (1777-1838) i Kajetana Wawrzyńca Kielisińskiego (1808-1849), a więc twórców wcześniejszych od Kotsisa
o jedno- dwa pokolenie, ukazujących w formie katalogu - bogactwo ludzkich typów, ich
strojów, form i wariacji w dawnej Rzeczpospolitej. Autorem katalogu i zarazem koncepcji
samej wystawy, a przede wszystkim "odkrywcą" Kielisińskiego, jest dr Aleksander Błachowski, znawca sztuki ludowej, wykładowca na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu,
od lat związany z toruńskim Muzeum Etnograficznym. Sprzymierzeńców dla swej idei znalazł zaś we Lwowie, w osobach Romana Czmełyka, dyrektora tamtejszego Muzeum Etnografii i Przemysłu Artystycznego, oraz Ludmiły Bułhakowej-Sytnyk, kustosza tegoż Muzeum.
Chociaż katalog ukazał się przed dwoma laty, wystawa przezeń zapowiedziana rozpoczęła swoją peregrynację dopiero w lipcu roku bieżącego, 2004, i to - na Ukrainie. Począwszy
od Lwowa, odwiedziła czy odwiedzi jeszcze Iwano-Frankowsk (Stanisławów), Kołomyję,
Czortków, Czerni owce i inne miejscowości. Do Polski zjedzie dopiero za kilka miesięcy,
w lutym 2005 roku, i będzie prezentowana m.in. w muzeach Przemyśla, Torunia i Krakowa.
Zanim to nastąpi, przyjrzyjmy sięjej zapowiedzi - katalogowi.
Na tę starannie wydaną (na papierze kredowym) książeczkę, prezentującą na 48 stronach
101 barwnych niewielkich ilustracji wspomnianych wyżej artystów, składają się dwa duże
teksty: Aleksandra Błachowskiego Jerzy Głogowski i Kajetan Wawrzyniec KielisŹliski romantyczni twórcy źródeł ikonograficznych kultury ludowej oraz Ludmiły Bułhakowej-Sytnyk Roła artystycznej schedy Jerzego Głogowskiego i Kajetana Wawrzyńca Kielisińskiego w badaniach ukrailiskich ludowych ubiorów (w tłumaczeniu A. Błachowskiego), poprzedzone wstępem Romana Czrnełyka Spojrzenie w przyszłość przez przeszłość. Ten
ostatni, omawiając kontakty polskich i ukraińskich (zwłaszcza lwowskich) ośrodków muzealnych, przypomniał historię badań nad dziełami obu twórców. Lojalnie przyznał się do błędu powielanego od lat przez badaczy ukraińskich, przypisujących cały wielki, bo liczący
półtora tysiąca zbiór drobnych rycin, akwarel, rysunków piórkiem i akwafort lwowskiemu
artyście Jerzemu Głogowskiemu. Dopiero bowiem wnikliwe badania i studia porównawcze
Aleksandra Błachowskiego, szczególnie na zbiorach Lwowskiej Naukowej Biblioteki im.
W. Stefanyka, ale i bibliotek i archiwów polskich (Ossolineum, Kraków, Kórnik) pozwoliły
sprostować ów błędny trop i przywróciły autorstwo wielu z nich krakowskiemu malarzowi
Kajetanowi W. Kielisińskiemu. To niewątpliwiejedno z większych w polskiej etnologii, a pewnie
i historii sztuki, naukowych odkryć ostatnich czasów. Dzięki niemu do świadomości powszechnej ma szansę trafić ta konstatacja, iż posiadamy wspaniały, unikatowy zbiór rycin zapoznanego dotąd artysty, manego jedynie wąskiemu gronu fachowców zajmujących się sztuką pierwszej połowy XIX wieku.
W swoim głównym tekście Aleksander Błachowski zaznajamia nas kolejno z tropami,
które doprowadziły go do zbiorów lwowskich, oraz z patriotyczną genezą pierwszych etnograficznych badań przełomu XVIII i XIX wieku i ich wybitnymi mecenasami: Hugonem
Kołłątajem, Józefem Maksymilianem Ossolińskim, Janem Gwalbertem Pawlikowskim i innymi; dalej ukazuje problem identyfikacji rycin obu malarzy, i wreszcie przedstawia odrębne

Recenzje i noty recenzyjne

333

"szkice do portretu" im poświęcone - pierwszy, Jerzego Grzymały Głogowskiego, drugi,
Kajetana Wawrzyńca (Laurentiusa) Kielisińskiego.
Nie przypadkiem pojawiły się tutaj nazwiska trzech wybitnych mecenasów polskiej kultury końca XVIII i początku XIX wieku. Bez nich, a także bez takich postaci jak James Macpherson, "zbieracz" Pieśni Osjana, Zorian Dołęga Chodakowski (Adam Czarnowski) czy
Ignacy Lubicz Czerwiński, którzy przetarli niejako szlaki swym następcom, zapewne nie byłoby
kolekcji Głogowskiego i Kielisińskiego. Kołłątaj, więziony przez Austriaków w czeskim Ołomuńcu, opracował rodzaj manifestu, który stał się ideowym i merytorycznym nakazem dla
pokoleń polskich ludoznawców. Program ten, będący wyrazem patriotycznej mobilizacji
społeczeństwa polskiego po klęsce 1795 roku, wpisywał się zarazem w rodzące się wówczas
w Europie, a wsparte przez oświeceniowe idee "obywatelskich" rewolucji, fascynacje ludem, folklorem, dawnością. Tekst memoriału ukazał się 15 lipca 1802 roku. Autor apelował
w nim m.in. o podjęcie badań i dokumentacji, które by objęły "wszystkie ludy tego kraju".
Zalecał wrt(cz: "...trzeba nam poznać obyczaje pospólstwa we wszystkich prowincjach,
województwach i powiatach. Osobliwie zaś: (...) różnicę w ubiorze nie tylko co do kroju, ale
nawet co do koloru, żadnego gatunku ich okrycia nie opuszczając ...". Kołłątaj domagał
się też, by wykonać "dobre rysunki tych wszystkich obiektów, które nie dość jest opisać,
ale trzeba je widzieć i czytelnikom w kopersztychach przedstawić".
Pośród światłych, ratujących "substancję narodową" osobowości pojawili się również
arystokraci, tworzący biblioteki, archiwa, zbiory polskich zabytków i dzieł sztuki. W 1817
roku we Lwowie ufundował bibliotekę Józef Maksymilian Ossoliński, do której w 1823 roku
dołączył swoje zbiory Henryk Lubomirski. W Medyce własną bibliotekę i zbiór grafik dawnych i współczesnych stworzył Jan Gwalbert Pawlikowski (1793-1852); to dla niej przez pit(ć
lat pracował Kielisiński, do tego zbioru też trafiły pośmiertnie wszystkie prace Głogowskiego. W Kórniku podobne zbiory kompletował Adam Tytus Działyński (1796-1861), także
i tu, tyle że przez dziesit(ć lat, pomagał mu w tym Kiclisiński. Na początku XX wieku
40-tysięczna kolekcja z Medyki, zgodnie z testamentem twórcy, została w 1921 roku oddana
w depozyt Zakładowi Narodowemu im. Ossolińskich we Lwowie przez wnuka, również Jana
Gwalberta Pawlikowskiego, zaś po wojnie, ocalona, trafiła do Lwowskiej Naukowej Biblioteki im. W. Stefanyka Akademii Nauk Ukrainy.
Aleksander Błachowski, idąc tropem medyckich zbiorów Pawlikowskich, odnalazł w tej
ostatniej z placówek zbiór około 600 akwarel, rysunków i akwafort (miedziorytów) Głogowskiego i Kielisińskiego. Niezależnie od tej kolekcji tekę 363 rysunków Kielisińskiego odnalazł
on w Lwowskiej Galerii Sztuki; pochodziły one ze zbiorów Włodzimierza Dzieduszyckiego
z Poturzycy, a zawierały m.in. ok. 50 rycin z Wielkopolski i Opolszczyzny. W sumie we Lwowie
znajduje się ponad 200 akwarel Jerzego Głogowskiego z lat 1802-1834 oraz około 700 prac
Kajetana Kielisińskiego z lat 1832-1842 tyczących się samych tylko strojów; cenne są ponadto akwaforty tego ostatniego przedstawiające krajobrazy oraz wiejską architekturę świecką
i sakralną. Inne jeszcze prace Kielisińskiego odnalazł A. Błachowski w Bibliotece Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu (notatnik terenowy z 94 szkicami ołówkiem typów
ludowych z Galicji wschodniej), w Bibliotece Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie
(93 kolorowe rysunki z ubiorami polskimi i ukraińskimi) oraz w Bibliotece Kórnickiej Polskiej
Akademii Nauk w Kórniku (17 akwarel i ok. 100 akwafort). Cała pochodząca z powyższych
kwerend dokumentacja, licząca ponad tysiąc fotografii i diapozytywów, znajduje się w Muzeum Etnograficznym w Toruniu (fotografie wykonał Stanisław Klimek).
Zamieszczone w niniejszym tomie "Ludu", za zgodą autora katalogu, ryciny pozwalają
wyrobić sobie o nich niejakie zdanie. Istotne wydaje sięjednak dopowiedzenie, iż w oryginale są one niewiele większe od tutaj zamieszczonych: Głogowski malował obrazki o rozmiarach średnio 1O x 22 cm, zaś Kiclisiński tworzył miniatury wielkości 6 x 9 cm, a bywało, iżjego
akwaforty nie przekraczały 1,5 x 3 cm, zadziwiając precyzją i maestrią. Ich wspólną cechąjest

334

Recenzje i noty recenzyjne

wierne rejestrowanie ubiorów z wszystkimi ważnymi detalami, jak zresztą chciał w swych
postulatach Kołłątaf "Obaj - pisze Błachowski - każdy stosując indywidualne środki
wyrazu - unikali pokusy popisywania się inwencją lub subiektywną interpretacją walorów
stroju. Rezygnowali świadomie z ambicji twórczych przez szacunek dla strojów ludu, które
uznawali za ważne fakty kultury polskiej. Ta dokumentalna wierność oryginałom stanowi
największą, wprost bezcenną wartość dzieł obu artystów", degradując ich zarazem właśnie
jako twórców ...
Jakkolwiek, mimo podobieństw, rysunki ich odróżnić można dość łatwo, do ostatnich
czasów ich identyfikacja stanowiła rzeczywisty problem. Zwłaszcza ukraińscy badacze ich
twórczości przypisywali uparcie większość prac Głogowskiemu (czy dlatego, że lwowiak?),
niemal nie zauważając istnienia Kielisińskiego. Dopiero studia porównawcze prowadzone
przez Aleksandra Błachowskiego we Lwowie, a później i we Wrocławiu, Krakowie czy Kórniku, dotarcie do szkicowników i notatek Kielisińskiego, dały podstawy do przypisania mu
autorstwa większej części (nie sygnowanych przez niego) rycin. Róźnicązasadnicząprac obu
twórców było choćby tło - Głogowski pozostawiał je czyste, białe lub kremowe, zaznaczając
jedynie fragment gruntu przy stopach. Kielisiński natomiast, co jest jednym z kolejnych bezcennych walorów jego rycin, odtwarzał również wiernie otoczenie przedstawianych postaci
- czy to krajobraz, czy architekturę, czy też przedmioty codziennego użytku.
Nie miejsce tu na omawianie zarejestrowanych przez nich strojów - uczyniła to w drugim z tekstów dla obszaru Ukrainy Ludmiła Bułhakowa-Sytnyk. Warto przecież przybliżyć
nieco sylwetki obu twórców.
Jerzy Grzymała Głogowski (1777-1838) urodził się i zmarł we Lwowie. Był architektem
i malarzem związanym z tamtejszą Galicyjską Dyrekcją Budownictwa. Jedynie w latach 1802-1809 był rządowym budowniczym w Krakowie, gdzie zajmował się konserwacją bram i baszt
średniowiecznych, a także, to już z własnej woli, zaczął rysować typy ludzkie z najbliższych
okolic. Jako inspektor rządowych prac budowlanych odbywał sporo podróży po całej Galicji, miał zatem okazję rysować ubiory z natury. Dzięki temu wiele fonn i wzorów przez niego
pokazanych nie występuje już nigdzie indziej, stanowią absolutne unikaty, tym cenniejsze,
że przedstawiają świat końca XVIII i początku wieku XIX.
Głogowski uczył się malarstwa we Lwowie u Eustachego Bielawskiego, artysty obeznanego ze sztuką włoską. Tworzył w stylu klasycystycznym, prostymi środkami malarskimi
oddawał kolorystyczne walory odzieży z uwzględnieniem rodzaju tkaniny. W 1834 roku zaczął
on przygotowania do stworzenia albumu strojów historycznych oraz współczesnych mu ubiorów chłopskich i pospólstwa miejskiego. Wzorem dla niego mogły być w tym względzie miedzioryty M. Stachowicza z 1810 roku oraz litografie z J.P. Norblina zamieszczone w albumie
z 1817 roku, z których przejął już to dynamiczne ujęcie postaci ludzkich będących w ruchu, już
to traktowanie profilów z manierą wyciągniętej ręki modela, etc. Głogowski kopiował też dla
potrzeb swojego albumu, w zamierzeniu - albumu "wszystkich ludów", ubiory zawarte
w pracach wymienionych wyżej artystów z terenów, do których sam nie dotarł (Mazowsze,
Podlasie, Białoruś czy Litwa). Wszystkie oryginalne prace Jerzy Głogowski wyraźnie sygnował, w odróżnieniu od Kielisińskiego.
Kajetan Wawrzyniec Kielisiński urodził się w roku 1808 w Mieronicach koło Jędrzejowa,
a zmarł w 1849 roku w Kórniku. Ukończył gimnazjum w Pińczowie w 1828 roku. W latach
1829-1830, do wybuchu Powstania Listopadowego, studiował w Warszawie geodezję i budownictwo, ucząc się rysunku u Jana Piwarskiego. Jako uczestnik Powstania, podporucznik krakowskiego pułku piechoty liniowej, uciekł przed rosyjskim poborcm do Krakowa.
Pracował tutaj jako kopista dokumentów i rysownik zabytków, numizmatów i picczęci, a wiele
z tych prac zlecał mu lub pomagał w ich zdobyciu Ambroży Grabowski, księgarz, kolekcjoner i historyk, należący do krakowskiej elity patriotycznej. Zapewne to poprzez niego trafił
Kielisiński do prac nad ubiorami. W tym celu wyprawiał się na odległe wędrówki po zachod-

Recenzje i noty recenzyjne

335

niej Małopolsce lub na Mazowsze (do zaboru rosyjskiego, co groziło mu 20-letnim wyrokiem) i wypełniał swoje szkicowniki scenami obrzędów, zwyczajów, życia chłopów i scenami
krajobrazowymi. Dzięki A. Grabowskiemu trafił Kielisiński do Medyki, do biblioteki Jana
Gwalberta Pawlikowskiego, gdzie od 1834 roku opracowywał i uzupełniał zbiory graficzne.
Odbywał też kolejne podróże po Galicji wschodniej po karpackie siedziby Bojków i Łemków. W Medyce artysta poznał technikę akwaforty (miedzioryt). W roku 1839 Kielisińskiego zaprosił do Kórnika Tytus Działyński, który odzyskał był właśnie bibliotekę oraz zbiory
obłożone sekwestrem za jego udział w Powstaniu Listopadowym. Artysta spędził tutaj ostatnie dziesięć lat życia. W 1848 roku wziął udział w Powstaniu Wielkopolskim jako kapitan,
trafił do więzienia do Poznania, skąd wrócił w sierpniu 1848 roku. Zmarł przedwcześnie.
"Pobieżne nawet porównanie ikonografii - pisze Aleksander Błachowski - stworzonej przez Kielisińskiego ze znanymi mateńałami (...) pozwala stwierdzić, że naszą dotychczasową wiedzę o polskich ubiorach należy poważnie zweryfikować. Przede wszystkim trzeba
podkreślić, iż tracą rację bytu wciąż powtarzane twierdzenia o prymitywizmie, ubóstwie,
szarości i monotonii ubiorów chłopów z okresu pańszczyźnianego. Również wydaje się nieuprawnione przekonanie, że stroje chłopskie nie odznaczały się żadnymi cechami oryginalnymi, i że były jedynie naśladownictwem szat "klas wyższych". (...) Równocześnie rysunki
Kielisińskiego i Głogowskiego przekonują, że nasze stroje ludowe w wielu regionach osiągnęły szczyt swego lokalnego stylu już na przełomie XVIII i XIX wieku, a więc przed zniesieniem pańszczyzny". .
Dokladniej,jakie to stroje, dowiedzieć się będzie można niebawem z samej wystawy. By do
jej obejrzenia zachęcić, zamieszczamy w niniejszym tomie "Ludu" niektóre z zaprezentowanych w katalogu ilustracji - tak smakowitych, i tak bogatych. Chwała Kajetanowi Wawrzyńcowi Kielisińskiemu i Jerzemu Głogowskiemu za pozostawiony nam dar! Chwała Aleksandrowi Błachowskiemu za wydobycie tego daru z zapomnienia.
Roman Bąk

Ewa C h m i e I e w s k a, Święci na polskich rozstajach - południowa Wielkopolska.
Część 1. Słup sakralny Pawła Brylińskiego w Chotowie, Latowice 2002, ss. 32, ilustr. 40.
Jest jakiś niewątpliwy urok w lokalnie wydawanych książeczkach, broszurach, drukach
ulotnych o niewielkim nakładzie, wydawanych częstokroć z pasją lub będących owocem
pasji, poświęconych tym - osobom lub miejscom, - dla których brakuje zwykle czcionki
w mediach zbliżonych do "centrum". Taki urok bezsprzecznie znajduję w wydanej prywatnie pracy Ewy Chmielewskiej, nauczycielki z Latowic spod Ostrowa Wielkopolskiego, poświęconej rzeźbie Pawła Brylińskiego, "bożego snycerza" z Masanowa, konkretnie - dziejom słupa z Chotowa jego autorstwa. Oczywiście, Brylińskiego trudno nazwać rzeźbiarzem
nieznanym - odkrył go (w 1935 roku) i wielekroć opisywał Stanisław Błaszczyk, znakomity
badacz i znawca sztuki ludowej Wielkopolski, stąd broszura tu omawiana nie stanowi jakiejś
odkrywczej rewelacji, nie powala też edytorsko ... Jedno wszak ważkie odkrycie trzeba zapisać na konto autorki - dotarła do ksiąg metrykalnych parafii Św. Ducha i Nawiedzenia N.M.P.
w Wieruszowie, gdzie 23 czerwca 1814 roku chrzczony był Paweł Bryliński, i odnalazła adnotacjęjemu poświęconą, z dokładną datą urodzin (21 czerwca 1814 r.), tym samym rozwiała
panujące w tej mierze wątpliwości.
Praca składa się z dwóch części i krótkiego wstępu, w dużej mierze poświęconego Stanisławowi Błaszczykowi. Część pierwsza przedstawia sylwetkę Pawła Brylińskiego oraz jego
warsztat rzeźbiarski i zasięg terytorialny działalności snycerza. Część druga skupia się nato-

336

Recenzje i noty recenzyjne

miast już tylko na prezentacji, wymowie
i dziejach jednego z jego dzieł - słupa
z Chotowa (dziś w Gostyczynie). Obie
części wzbogacone są sporą liczbą ilustracji.
Paweł Bryliński (1814-1890) to najwybitniejszy twórca ludowy, wędrowny snycerz Południowej Wielkopolski, a zapewne jeden z najlepszych spośród polskich
wiejskich rzeżbiarzy w ogóle. Terenem
jego działań twórczych były miejscowości (i rozdroża) leżące w dolinach Baryczy, Prosny i Ołoboku, okolice Odolanowa, Ostrowa iKrotoszyna.
"Mistrz
z Masanowa" urodził się w Wieruszowie.
Krótko po ślubie (1835) mieszkał z żoną
w Wielowsi Klasztornej, od 1837 roku był
już na pewno właścicielem 8-morgowego
gospodarstwa w Masanowie, w którym
to roku urodził mu się syn Stanisław. Snycerz mało bywał w domu. Wychodził za
zarobkiem na wiosnę, wracał jesienią. Pracował w danej miejscowości, gdzie miał
zlecenie; za warsztat służyła mu zwykle
stodoła. Za wykonanie jednego krzyża,
nad którym pracował przez całe lato,
.,J.'
otrzymywał ok. 30 talarów. Drobne rzeźby czy przedmioty codzielmego użytku,
Ryc. 1. Słup w Chotowie (1849 r.),
a także skrzypce wykonywał u siebie
fot. M. Kostrzewski.
w domu.
Zasłynął jako twórca monumentalnych krzyży czy słupów przydrożnych, rzeźbionych i płaskorzeźbionych, czt(sto wzbogaconych - co dla niego charakterystyczne - piętrzącymi sit( nad sobą figurami świQtych,
tworzących całe pasyjne kompozycje. Z 1840 roku pochodzi słup z Ołoboku z Chrystusem
Frasobliwym, zaś z 1885 roku monumentalny krzyź z Masanowa z Chrystusem Ukrzyżowanym. Pomiędzy tymi datami stworzył Bryliński w drewnie niezliczoną ilość ewangelicznych
opowieści. Jako że był człowiekiem dobrym i wesołym, twarze jego świętych bywają pogodne, pełne zadumy i czułości. Jego niezwykła pracowitość sprawiła, że "obsadził" świętymi
słupami, krzyżami i figurami świętych spory "łan" południowowielkopolskich rozstajów.
Sporo z nich dotrwało do naszych dni, w dużej części w muzeach, wiele jednak zniszczyła
wojna - wściekłość hitlerowskich sotni. Jednym z tych, które szczęśliwie przetrwały, jest
słup z Chotowa z 1849 roku.
Wykonany na zlecenie fundatora Wawrzyńca Olejnika, składa się z górującej figury
Chrystusa Frasobliwego i znajdujących się pod nim na konsolach, na czterech poziomach
dziesięciu rzeźb świętych: l. św. Rocha, M.B. Szkaplerznej i św. M. Magdaleny, 2. św. Benona, św. Józefa i św. Idziego, 3. św. Walentego, św. Wawrzyńca i św. Antoniego oraz 4. nieznanego świętego (kapłana w ornacie). W 1940 roku słup uniknął zagłady tylko dlatego, że
Niemiec Bremer, który przejął folwark chotowski z tymże słupem, był człowiekiem wierzącym; i odważnym - mimo iż groziły za to surowe kary, zlecił ukrycie słupa w wozowni na
folwarku, gdzie ten dotrwał do końca wojny. Na wiosnę 1945 roku słup wrócił na swoje dawne

Recenzje i noty recenzyjne

Ryc. 2. Paweł Bryliński, Św. Józefz Dzieciątkiem Jezus.

337

338

Recenzje i noty recenzyjne

miejsce. Później był kilkakrotnie konserwowany. Niestety, podczas jednej z konserwacji
z roku 1977 zniszczeniu uległa część rzeźb. Po ostatniej konserwacji z 200 l roku słup z rzeźbami trafił do Gostyczyny, pod zabytkowe zadaszenie kościoła św. Mikołaja.
Praca Ewy Chmielewskiej jest sygnowana jako część pierwsza opowieści o "świętych na
polskich rozstajach". To kaźe przypuszczać, źe doczekamy się części kolejnych - czy róWnieź o arcydziełach Pawła Brylińskiego?
Roman Bąk

Człowieczy Los. Dumki i wiersze Jana Raka, opacowanie, słowo wstępne, objaśnienia
i posłowie Józef Bar, Husów 2003, ss. 172.
Na rynku wydawniczym ukazała się skrupulatnie przygotowana praca, która winna zaciekawić nie tylko historyków literatury i zbieraczy dawnych utworów ludowych, ale równieź działaczy kulturalno-oświatowych. Wymieniona publikacja ukazała się w strojnej szacie graficznej i z ilustracjami. Szkoda tylko, że jedynie w 500 egzemplarzach. Mowa tutaj
o ksiąźce Człowieczy Los. Dumki i wiersze Jana Raka. Rzecz interesująca i na pewno potrzebna, zwaźywszy, jakim bogatym dorobkiem poetyckim moźe poszczycić si~ Jan Rak należący do naj starszych poetów chłopskich. Za kilka lat będziemy świętować sto lat dzielących nas od śmierci poety. Przed upływem wieku ukazuje się wybór tekstów, który zasługuje na miano summy jego poetyckiego dzieła.
Nieczęste to zjawisko - pióro w garści chłopa pańszczyźnianego spod Łańcuta. Pióro
w ogóle, zwyczajne, wiejskie gęsie pióro, niewielkim zabiegiem przemicniane w rodzaj magicznego instrumentu.
W skład zespołu redakcyjnego tej ksiąźki wchodziły następujące osoby: Janusz Babiarz,
Józef Bar, Andrzej Kisała i Eugeniusz Szal. Natomiast głównym pomysłodawcą tego dzieła
jest Józef Bar, który pracę przygotował do druku, napisał słowo wstępne, jak równieź przygotował objaśnienia i posłowie. Zaczynem dla podjętej przez Bara pracy jest zaangażowanie osobiste, wręcz fascynacja Husowem (wsią rodzinną). Gromadząc materiały do tej książki, dokonać musiał pracochłonnej kwerendy, zaś o wielkości związanego z tym trudu świadczy staranne zestawienie wykorzystanej literatury.
Czytając wiersze Jana Raka, wiemy, źe mamy do czynienia z osobą o dojrzałej świadomości kunsztu pisarskiego. Kaźda sztuka, w tym poezja, musi się realizować poprzez swoiście
zobiektywizowaną
logikę artystyczną, nacechowaną oryginalnością twórcy, który
w ten sposób objawia światu swą nietuzinkową, wyjątkową urodę stylu. Czy z czymś podobnym spotkaliśmy się w czasie lektury poetyckich tekstów Raka? Odpowiedź brzmi -tak. Dzieło literackie jest obiektywnie istniejącą rzeczywistością ijako rzeczywistość tekstowa podlega literaturoznawczemu opisaniu, by móc później podjąć próbę zobiektywizowanej odpowiedzi na pytanie, jaką ma wartość dla indywidualnego odbiorcy.
Poezja to także zachwyt, "małe ziarenka zachwytu, zmieniające smak świata" - jak powiedział w Obronie żarliwości Adam Zagajewski.
Jest ten zbiór aktem odwagi i swoistego wyzwania wobec tendencji panujących w literaturze
chłopskiej. Jest to prowokacja, znak sprzeciwu, czy - jak powiedział Miłosz - "próba buntu".
Głównie wobec wielkiej wyprzedaży rozpaczy w dzisiejszej sztuce (może zwłaszcza poe~i).
Przed zwięzłym omówieniem tej pracy najpierw parę zdań o Janie Raku oraz liczącym się
w nauce i kulturze artystycznej jego dorobku pisarskim.
Żył w latach 1830-1910; urodził się, całe życie przeżył i zmarł w rodzinnym Husowie (wieś
w pow. łańcuckim, gmina Markowa w woj. podkarpackim) zajmował się pisarstwem i rzeź-

Recenzje i noty recenzyjne

339

biarstwem ludowym. Chwytał się wszystkich możliwości zarobkowania. Po pańszczyźnie
był wolnym najmitą: orał, siał, rąbał lasy, młócił, gdzie się dało. Malował obrazy na szkle,
wyrabiał kapelusze oraz laski z drewna wiśniowego, jaworowego i szakłakowego. W późniejszych czasach był również oglądaczem bydła i oglądaczem zwłok.
Chłopski poeta z Husowa do szkoły nie uczęszczał, nie miał zatem wykształcenia szkolnego. Bardzo lubił czytać, był zamiłowanym bibliofilem, zbierał książki. Na podstawie tej
lektury zdobył szeroki zasób wiadomości. Dzięki czytelniczemu zamiłowaniu zdobył sporą
kulturę ogólną i literacką.
Długo, jak na stosunki wiejskie, pozostawał Rak w stanie bezżennym. Dopiero w 35 roku
życia ożenił się "bogato", wziąwszy za żoną kumą chatę i dwie morgi, w tymjednąnieużytków, na których rosły tylko krzaki. Zostawił wspomnienie'zapobiegliwego żywiciela rodziny. Ale życie rodzinne ułożyło mu się nieszczęśliwie: żona wpadła w obłąkanie, podobny
stan udzielił się również dzieciom.
Jan Rak pisał wiersze do późnej starości. Zachowany dorobek poetycki liczy ogółem sto
dwadzieścia utworów, których rękopisy (również rzeźby) są przechowywane w Archiwum
Muzeum Etnograficznego im. Seweryna Udzieli w Krakowie. Warto by otworzyć i zapoznać
się z zeszytem leżącym we wspomnianym muzeum, gdyż stanowi ciekawe, chłopskie silva rerum.
Utwory Raka ilustrują różne nurty twórczości tego poety. Pierwszy nurt reprezentują utwory odnoszące się tematycznie do "minionych czasów" w życiu poety. Drugi nurt twórczości
ludowego poety z Husowa reprezentują wiersze życzeniowe, związane z ludową tradycją,
z ludowością. Trzeci nurt twórczości poetyckiej Jana Raka obejmuje liryki miłosne. Kolejna
grupa to dumki (dumania), które powstały w kulminacyjnym okresie twórczości poetyckiej
Raka. Utwory tej grupy reprezentują tzw. "lirykę starczą", która jej autorowi ustaliła przydomek - "poeta starości". Warto jeszcze odnotować wiersze o charakterze satyrycznym.
Jan Rak w powszechnej opinii jest jednym z najwybitniejszych przedstawicieli samorodnej poezji chłopskiej. Jego wiersze są dziś cennym dokumentem ilustrującym poziom życia,
stan kultury środowiska husowskiego.
Wydaje się, że w poezji Raka zogniskowały się najważniejsze cechy pańszczyźnianej pieśni chłopskiej i poprzez jego twórczość - w pełni samorodną, indywidualną i oryginalnąotrzymały pełne oblicze literackie. "Poezja Jana Raka - pisała Anna Kamieńska - nawet
na tle współczesnej literatury jest rewelacją. Ten poeta świetny, a ościsty jak chleb razowy,
powinien znaleźć należne miejsce w historii polskiej literatury"'.
Prezentowana książka skomponowana jest w sposób logiczny i przemyślany. Cały materiał ujęty został w następujące części:
- wierszowane wspomnienia "minionych czasów" dzieciństwa i młodości,
- wiersze okolicznościowe,
- liryki miłosne,
- dumki (dumania) o starości i śmierci człowieka ("liryki starcze"),
- dumki (dumania) o różnej tematyce,
- wiersze o charakterze satyrycznym.
Przedstawię w skrócie niektóre części pracy, które znalazły u mnie szczególne uznanie:
Omawianą pracę rozpoczyna utwór pl. Wiersz, którego tematem są wspomnienia rodzinnej
chaty i czasów dzieciństwa Jana Raka. Autor, "nędzny chłopak z wioski", wspomina rodzinną "dymną chatę" ijej umeblowanie, potrawy spożywane w rodzinnym domu, muzykę i tańce w szynku. W zakończeniu utworu autor stwierdza:
Teraz wszystko już nie tak, lud zupełnie inny,
Zmienny na lepsze przemysł, w strojach nowe mody,
l A. Kamieńska,
Wiersze podróżnika książkowego (w:) Pragnąca literatura. Problemy pisarstwa
ludowego i nurtu ludowego poezji współczesnej. Warszawa 1964, s. 111.

Recenzje i noty recenzyjne

340

Ziemia tylko ta sama i te same wody.
zamieszczony jest wiersz Śpiewka, w którym poeta ze wzruszeniem wyznaje:

W lirykach miłosnych

Póki złota wiosna
Dla kochanki zbieraj kwiatki
Na dolinie zbieraj róże
Bzy tymianki
Splataj wieniec dla kochanki
Bo za późno splatać wianki ...
Tematem "liryk starczych" są cierpienia, osamotnienie
autora, rozpamiętywanie
zbliżającej się śmierci i przyszłych
-chrześcijanina.
Oto fragment wiersza pl. Pożegnanie:

przeżywającego
schyłek życia
pośmiertnych losów człowieka-

Żegnam się z tobą, wiosko rodzinna,
Dla mnie sędziwa, młodem dziecinna.
Żegnam się z wami ludzie wiekowi,
Starcy, staruszki, chorzy i zdrowi.
Żegnam się z wami lata minione,
Ósmy krzyżyku, chwile sprzykrzone.
Żegnam się z wami wiejskie zagrody,
Stare zwyczaje i nowe mody ....
"Nie na jednej strunie - pisał Stanisław Czernik - wyśpiewał swą pieśń o śmierci.
Najbardziej może prostym okazał się w odpowiedzi poetyckiej na wezwanie śmierci, które
w chłopskim języku brzmi - Pójdź Kuba, do wójta"2.
Jednym z wierszy okolicznościowych
jest Pamiątka stoletniej rocznicy Adama Mic-

kiewicza:
Królu poetów, wielki Mickiewiczu!
Ozdobo krain polskich, dzieł wielkich dziedzicu,
Natchniony twórco boży, pragnący pociechy,
By twe pisma prześliczne trafiły pod wieśniacze strzechy [...j
Wiekopomny poeto, rodaku nam drogi
Pamięcią ach, serdeczną czci cię lud ubogi.
części książki znajdujemy szkice: Józefa Bara, Jan Rak - poeta i rzeźbiarz
Szala, Z przeszłości Husowa. Pracę uzupełnia wkładka
z kolorowymi zdjęciami.
Po tej krótkiej refleksji dotyczącej dorobku poetyckiego Jana Raka można by rzec, że dla
tego poety pojawiła się możliwość powtórnych narodzin - co prawda verba volant (słowa
ulatują), ale revocare grave (odwołać trudno), a przy tym scripta manent (napisane pozostanie).
W końcowej

ludowy z Husowa i Eugeniusza

Tomasz Michalewski

2 S. Czemik, Chłopskie pisarstwo samorodne, Warszawa 1954, s. 84.

Recenzje i noty recenzyjne

341

Helena Kra s o w s k a, Bukowina. Mała ojczyzna - Pietrowce Dolne, Pruszków 2002,
ss. 225.
Wielkim wydarzeniem wśród Polonii Bukowiny Północnej stało się pojawienie książki
Heleny Krasowskiej - doktorantki w Instytucie Slawistyki PAN w Warszawie. Zainteresowania naukowo-badawcze autorki oscylują wokół problematyki regionu pogranicza kulturowego. H. Krasowska z racji swej profesji szczególnie bacznie śledzi aspekty językowe
badanych przez siebie zjawisk, nie stroniąc od typowo etnograficznych rejestracji. Regionem skupiającym uwagę badaczki jest Bukowina - kraina historyczno-geograficzna podzielona dziś rumuńsko-ukraińską granicą przebiegającą w poprzek niej. Autorka, która związana jest nie tylko naukowo, lecz również rodzinnie z Bukowiną Północną, z dużym zaangażowaniem podejmuje skomplikowaną tematykę tego regionu. Także jej wcześniejsze prace
dotyczą tych zagadnień I.
Książka powstawała przy okazji badań językoznawczych prowadzonych przez autorkę
w tym środowisku już od 1994 roku. Jednak nie tylko interesujące z naukowego punktu widzenia teksty gwarowe, zbierane przez Helenę Krasowską, zainspirowały Ją do napisania tej
książki; istotnym czynnikiem Uak sama przyznaje) była jej fascynacja Bukowiną, ludżmi tam
mieszkającymi, urokiem tamtejszej mowy, kultury i przyrody.
Lekturę warto rozpocząć od zamieszczonego zaraz po kartkach tytułowych wiersza autorstwa Heleny Krasowkiej. Czterostrofowy utwór Bukowina kraina, napisany w Warszawie w 200 I roku, przedstawia intencje autorki i kontekst powstania pracy. Wiersz oddaje
specyficzny charakter Bukowiny, nostalgię autorki za bukowińskimi krajobrazami przyrodniczymi i kulturowymi, za tamtejszym życiem społecznym. Przywołana tu też została idea
"misji" przypisywanej temu regionowi -fenomenowi"
wspólnoty w kulturze" (fragment
zaczerpnięty z wiersza) wzbogacającego narody, uczącego współżycia, szacunku i bycia.
Jednakże - jak stwierdza autorka - Bukowina nadal kryje wiele słodkich tajemnic. Książka ta, jak się zdaje, ma odsłaniać rąbek tajemnicy, przedstawijąc jeden ze współczesnych
mikroświatów bukowiańskich - tytułową małą ojczyznę - Pietrowce Dolne.
Jak pisze autorka we Wstępie, okazją dla przygotowania do druku zebranych materiałów
jest przypadająca w roku 2003 rocznica przybycia polskich górali na Bukowinę. "Rok 2003 dla
Górali zamieszkałych w Bukowinie będzie rokiem szczególnym i wyjątkowym, życzę więc, aby
to wydanie towarzyszyło im przez cały rok, przypominając o historii, kulturze, języku" (s. 17).
Książkę otwiera krótki tekst Z bukowiańskich kręgów (s. 11-15) napisany w języku
polskim, ukraińskim, rumuńskim i niemieckim przez Eugeniusza Kłoska i Zbigniewa Kowalskiego - znanych w środowisku bukowińskim etnografów zajmujących się zawodowo problematyką tego regionu.
W pierwszej części, zatytułowanej Bukowina - wspólnota kulturowa (s. 23-42), autorka
nakreśla obraz Bukowiny - jej wielonarodową i wielokulturową sylwetkę. Przedstawia krótko historię regionu i miejsce Polaków w jego kształtowaniu. Szczególne miejsce - osobny
podrozdział, Wędrówka Górali Czadeckich do" egzotycznej krainy" (s. 30-35) - pozostawia głównym bohaterom swej pracy - grupie górali przybyłych na początku XIX wieku na
Bukowinę z okręgu czadeckiego. Część z nich po 1945 roku opuściła Bukowinę, wyjeżdżając
do Polski. W rozdziale tym przedstawione zostało funkcjonowanie migrantów bukowińskich
J Wymienićmożna:Język polski na Bukowinie (praca magisterskanapisana pod kierunkiem prof.
dr. hab. L. Bednarczuka, Rzeszów 1996); Tekstyz Panki na Bukowinie, w: Studia nad polszczyzną
kresową, (red.) 1. Rieger, t. IX. Warszawa 1999; Teksty ze Starej Huty na Bukowinie Pólnocnej,
w: Czadecka Ojcowizna, (red.) K. Nowak, Lublin 2000; K. Feleszko, B~kowina - moja miłość,
Język polski na Bukowinie karpackiej do 1945 roku, (red.) A. Żor, (H. Krasowska - współpraca
redakcyjna), t. I, Warszawa 2002.

342

Recenzje i noty recenzyjne

w powojennej Polsce. Następny rozdział poświęcony został "Spotkaniom Bukowińskim"festiwalowi foIkIorystycznemu rewitalizującemu ideę dawnej muJtietnicznej i tolerancyjnej Bukowiny. Jastrowie - miejsce Spotkań jest również miejscem zamieszkania większej grupy
Bukowian, którzy rodzinnie i mentalnie wciąż powiązani są z Piotrowcami (tytułowe Pietrowce
Dolne to fonna gwarowa celowo używana w tekście, a należąca do ,językowego krajobrazu"
opisywanej małej ojczyzny). Itak autorka dochodzi do głównego tematu swej pracy.
Piotrowce Dolne i ich mieszkańcy przedstawione są w trzech rozdziałach zatytułowanych: Daleko od ojczyzny (s. 43-60), Dziedzictwo kulturowe (s. 61-90), Pieśni (91-172).
W pierwszym z nich scharakteryzowany został sposób zorganizowania polskiego życia
kulturalnego w Piotrowcach. Zamieszczony jest tu opis funkcjonowania polskich instytucji
fonnalnych i niefonnalnych oraz organizacji polonijnych (Kościoła katolickiego, Towarzystwa Kultury Polskiej im. Adama Mickiewicza, zespołu folklorystycznego" Wianeczek").
W rozdziale poświęconym dziedzictwu kulturalnemu omówiono różne aspekty zachowań kulturowych. Autorka zawarła tu opis języka, którym posługują się mieszkańcy Piotrowiec, stroju, cyklu obrzędowości dorocznej i rodzinnej. Zamieszczone są tu także przysłowia i porzekadła, które udało się zanotować autorce w trakcie prowadzenia badań.
Dużą część pracy zajmują Pieśni; jest to pierwsza próba zebrania tekstów śpiewanych
w Piotrowcach. Autorka pogrupowała je według tematyki i proweniencji. Zbiór zawiera przeszło 60 utworów zróżnicowanych tematycznie.
W tytule pracy zawarte jest "przejście" od regionu (Bukowiny) do społeczności lokalnej
(najmniejszej wymiarem ojczyzny usytuowanej geograficznie w Piotrowcach Dolnych). Autorka sygnalizuje tym samym, że praca ta traktuje nie tylko o miejscowości, w której prowadzone były bezpośrednio badania, lecz poprzez społeczność lokalną stara się przedstawić całą
krainę - Bukowinę. Jest to znane w socjologii działanie: społeczność lokalna potraktowana
jest jako soczewka, w której skupiają się trendy istniejące w szerszym społeczeństwie. Analiza
wybranej niewielkiej z reguły społeczności ma przynieść wówczas wiedzę na temat uwarunkowań pojawiania się pewnych faktów, czy kształtowania się pewnych procesów społecznych.
Element jest znaczący, ma mówić o całości; Piotrowce Dolne - o Bukowinie. Piotrowce pełnią
funkcję reprezentatywną. Czy ten wybór był słuszny? Oczywiście, trudno udzielić odpowiedzi, ale zdaje się, że były przesłanki do dokonania takiego właśnie wyboru: po pierwsze Piotrowce są umiejscowione na Bukowinie, ]'lodrugie są związane z Jastrowiem - a to jest miejsce ważne dla kształtowania się wspólnoty bukowińskiej w postaci jeszcze większego tworu
społeczno-kulturowego niż region bukowiński w sensie geograficznym. Bukowina w tym
szerszym wymiarze to nowoczesna wspólnota o charakterze transgranicznym. Jej członkowie
przebywają w rozproszeniu przestrzennym, nie są skupieni w sensie terytorialnym, a jedynie
odwołują się do pewnej przestrzeni geograficzno-kulturowej.
Czytelnik przyzwyczajony do lektury tekstów teoretycznych, ciężkiego, hermetycznego
stylu, może się łatwo przekonać, iż nie jest to praca problemowa, analityczna. Ale też nie
takie były intencje autorki. Książka ta w jej zamysłach ma stanowić "pierwszą próbę pokazania bogactwa kultury i tradycji Polaków w wybranej społeczności lokalnej północnej
Bukowiny" (s. 21). Jej charakter przybliża ją do monografii etnograficznej, mającej na celu
zebranie i usystematyzowanie w pewnym porządku materiałów pozyskanych w terenie.
Etnografowie i socjologowie zauważą, że książka odbiega jednak od klasycznej, tradycyjnej monografii terenowej; obejmuje tylko wybrane dziedziny kultury ijęzyka, pomijając
wiele podstawowych infonnacji o życiu codziennym Piotrowczan. Widać, że praca powstała "na marginesie" badań językoznawczych (a nie na podstawie intensywnych badań terenowych, mających doprowadzić do systematycznego opisu całokształtu wielowymiarowego życia społeczno-kulturowego społeczności lokalnej - na taką monografię współczesnej Bukowiny środowisko nadal czeka). Życie codzienne mogło wydawać się zbyt oczywiste
dla autorki ijako takie mogło zostać przez nią pominięte.

Recenzje i noty recenzyjne

343

Ważną cechą książki jest fakt, iżjest ona dwujęzyczna. Część pieIWszajest w języku polskim,
część druga w ukraińskim - są to dwa języki, które pojawiają się i często przeplatają
w codzienności piotrowieckiej. Dwujęzyczność książki stanowi odwołanie się do wielokulturowych tradycji Bukowiny, wpisuje książkę w multietniczny wymiar Bukowiny, sprawiając, że na zasadzie metonimii dzieło to przynależy do regionu, który opisuje. Tekst polskojęzyczny oddzielony jest od ukraińskiego materiałem pieśniarskim (pieśni w języku polskim)
oraz fotografiami oddającymi klimat życia toczącego się w opisywanej przez H. Krasowską
przestrzeni; zdjęcia te przedstawiają ludzi wykonujących swe codzienne prace, krajobrazy,
architekturę, miejsca ważne w sensie symbolicznym. Autorami 42 fotografii zamieszczonych
w pracy są Zbigniew Kowalski i Jakub Sucharski; zdjęcia wykonane sąz wielkim kunsztem,
jakość fotografii jest również dobrym świadectwem dla wydawcy - są one kolorowe i czytelne, co niezbyt często trafia się w książkach naukowych. Oprócz fotografii w tekście pojawiają się również mapki przedstawiające miejsca, o których książka traktuje.
Książka jest ważna z kilku powodów. Ukazanie sięjej jest istotne dla całego środowiska
bukowińskiego. Zdaje się ona otwierać cykl opracowań dotyczących poznawanych przez
polskich naukowców terenów Bukowiny Północnej (autorka zapowiada całą serię wydawnictw o polskich skupiskach na Bukowinie Północnej). Szczególnie doniosłe jest dla samych mieszkańców opisywanych przez autorkę Piotrowiec Dolnych oraz dla ludności stamtąd
się wywodzącej. Jednakowoż opracowanie jest również cennym zapisem dla zapełniania luki
w wiedzy na temat skupisk polskich na Wschodzie: ich sentymentów, sposobów wyrażania
swej tożsamości narodowej w nowych warunkach politycznych. Praca ta wpisuje się również w tematykę tzw. Ziem Odzyskanych - spina dwie społeczności: Piotrowce (stara ojczyzna na Bukowinie) i Jastrowie (nowa ojczyzna na "Ziemiach Odzyskanych"), które nawiązują ze sobą kontakty przyczyniające się do utrzymywania się w młodszych pokoleniach,
urodzonych i ukształtowanych już w Polsce, świadomości i wiedzy o małej ojczyźnie ich
dziadków.
Magdalena Pokrzyńska

Gieroj iIi zbojnik? Obraz rozbojnika w folk/orie Karpatskogo regiona / Heroes or
Bandits: Outlaw Traditions in the Carpathian Region, ed. by V. Gasparikova and
B.N. Putilov, European Folklore Institute, Budapest 2002, ss. 456.
"W każdym czasie istniały i będą istnieć grupy osób, które żyją poza granicami prawa
i społeczeństwa. Typowym reprezentantem takich społeczności w czasach nowożytnych
jest zbójnik, którego postać jest upamiętniona w całej Europie w bogatych zasobach tradycji ludowej. Poza ludowymi legendami, pieśniami, balladami, populamymi wierzeniami i przekazami folklorystycznymi, ogromna liczba prac z zakresu literatury, teatru, filmu i sztuk pięknych skupiała się na «wolnym» życiu prowadzonym poza granicami prawa, i na zbójniku,
który, co charakterystyczne, był równocześnie postrzegany jako społeczny, a nawet narodowy bohater walczący oprawa uciśnionych" (s. 443). W ten sposób Imola Kiillos (Węgry), współredaktor publikacji Bohater czy bandyta? Obraz zbójnika w folklorze regionu
Karpat. uzasadnia zainteresowanie międzynarodowego zespołu badaczy zbójnikami i motywuje podjęcie starań nad opracowaniem syntezy folkloru zbójnickiego.
Pomysł stworzenia monografii folkloru zbójnickiego narodził się w 1979 roku, gdy zespół
badawczy złożony z folklorystów i etnologów w ramach Międzynarodowej Komisji do Badania Kultury Ludowej w Karpatach i na Bałkanach (International Commission for the Study ofPopular Culture for the Carpathians and the Balkans - ICCB) postanowił zebrać mię-

344

Recenzje i noty recenzyjne

dzynarodowy materiał z tego obszaru, w którym zbójnik jest symbolem antyfeudalnych
i narodowych zmagań. Zespół specjalistów pracował pod przewodnictwem Borysa N. Putiłova (Rosja) we współpracy z Vierą Gasparikovą (Słowacja), a w jego skład wchodzili badacze z Czech, Moraw, Słowacji, Mołdawii, Węgier, Rosji, Ukrainy i Polski. Koordynatorem
prac ze strony polskiej była Dorota Simonides z Uniwersytetu Opolskiego (wówczas WSP),
a w pracach uczestniczyli również Teresa Smolińska, Zdzisław Piasecki, Ewa Bocek-0rzyszek.
Patronat nad tymi badaniami sprawował Instytut Archeologii i Etnologii PAN, Pracownia
w Krakowie oraz Komitet Nauk Etnologicznych PAN. W latach 80. powstałyjuż pierwsze wersje
naukowych opracowań, które następnie poddawano międzynarodowej konsultacji i synchronizacj i. Wspólne działania w ramach tak prowadzonych prac doprowadziły do przygotowania bibliografii przedmiotowej folkloru zbójnickiego wydanej w Brnie w 1984 roku w ramach
serii "Bibliographia Etnographica Carpatobalcanica".
Tradycja zbójnicka nie jest bynajmniej cechąjednego regionu ani zjawiskiem ograniczonym terytorialnie do regionu Karpat, a sam "temat" zbójnictwa nie jest jednolicie traktowany we wszystkich kręgach kulturowych. Cechą charakterystyczną polskiego folkloru zbójnickiego jest to, że odzwierciedla on nie tylko wyidealizowany obraz zbójnika, lecz ukazuje,
choć w mniejszym stopniu, także negatywne wymiary zjawiska i nie waha się nazwać go
"rozbojem". Wizerunek zbójnika jest uzależniony od gatunku folkloru i podporządkowany
jest strukturze, poetyce i funkcji konkretnego gatunku. Swoistą cechą polskiego folkloru
jest również to, że tradycyjne przekazy o tej tematyce nie wychodzą poza region Podhala
i Beskidów, gdy np. na Słowacji są charakterystyczne dla całego narodu. Świadomość narodowa w Polsce w tym zakresie jest ukształtowana pod wpływem sztuki wysokiej, czyli
filmu, literatury, muzyki, a więc za pośrednictwem przekazów o cechach innych niż folklor.
Aby więc odnaleźć powiązania i zależności interetniczne w tradycji zbójnickiej, należało przeprowadzić badania w wielu krajach i wyznaczyć ich wspólny mianownik. Międzynarodowa
Komisja do Badania Kultury Ludowej w Karpatach i na Bałkanach ustaliła, iż główne zagadnienia, wokół których będą koncentrowały się międzynarodowe poszukiwania badawcze,
to: rola i miejsce tradycji zbójnickiej w folklorze różnych krajów regionu Karpat i Bałkanów,
główne tematy i motywy folkloru zbójnickiego (cechy ogólne i analiza porównawcza), bohaterowie i charaktery, zagadnienia poetyki, analiza muzyczna i ewaluacja folkloru zbójnickiego,jego szczególne formy (np. dramat, sztuki mimetyczne, taniec), a także związki z rzeczywistością historyczną oraz wpływ folkloru zbójnickiego na kulturę narodową (literaturę,
teatr, film, sztuki piękne).
Synteza folkloru zbójnickiego została ukończona w 1988 roku (zamknięcie prac autorskiego kolektywu nastąpiło oficjalnie w Dolnej Krupie 27 października 1988 r.) i jako praca
zbiorowa miała zostać opublikowana najpierw przez Rosyjską Akademię Nauk w Sankt Petersburgu, a następnie przez Ukraińską Akademię Nauk. Ostatecznie jednak, po wielu perypetiach związanych z rozpadem Związku Radzieckiego, śmiercią B.N. Putiłova oraz problemami
finansowymi, Europejski Instytut Folkloru w Budapeszcie wydał tę monografię w 2002 roku.
Publikacja naukowa, która trafia do rąk zainteresowanego problematyką zbójnicką czytelnika, przedstawia szerokie spectrum ujęć tematu. Część historyczna dotyczy przyczyn
powstania zbójnictwa w regionie Karpat oraz jego narodowej specyfiki. Proces powstania
i rozwoju zbójnictwa w Polsce opracował Z. Piasecki. Część folklorystyczna dotyczy ogólnej
charakterystyki folkloru zbójnickiego na Ukrainie, w Czechach i na Słowacji, na Węgrzech,
w Mołdawii oraz Polsce. Zagadnienie tradycji zbójnickiej w polskiej kulturze ludowej oraz bohaterów zbójnickich w różnych gatunkach rodzimego folkloru opracowane zostało przez
D. Simonides, T. Smolińską. E. Bocek-orzyszek była współautorem części o pieśniach ludowych. Kolejny człon syntezy stanowią studia nad odzwierciedleniem "świata" zbójników w sztukach profesjonalnych, opracowania podjął się w gronie polskich badaczy Z. Piasecki. Znaczną część syntezy stanowi porównawczo-typologiczny przegląd tradycji narra-

Recenzje i noty recenzyjne

345

cyjnej związanej ze zbójnictwem, czyli legend, fabulatów, memoratów, wierzeń, opracowany
przez B.N. Putiłova oraz jego typologia poezji zbójnickiej.
Chociaż prace badawcze prowadzone były przez zespół międzynarodowy i poszczególne szkice opracowywane zostały w językach narodowych, to językiem publikacji jest
rosyjski, co wynika głównie z pierwotnego przygotowania do druku w krajach byłego Związku Radzieckiego. Monografię opatrzono wstępem i epilogiem w języku angielskim, bibliografią prac tematycznie związanych ze zbójnictwem, uporządkowaną według krajów, których reprezentanci współpracowali w ramach Komisji prowadzącej badania, a także indeksem nazwisk zbójników wymienionych w tomie.
Prace Międzynarodowej Komisji do Badania Kultury Ludowej w Karpatach i na
Bałkanach, chociaż zwieńczone zostały sukcesem w postaci wydania syntezy, na tym się
nie kończą. Spotkanie z okazji promocji książki, które odbyło się 19 czerwca 2003 roku
w Bratysławie, stało się okazją do zaplanowania prac kontynuujących przedsięwzięcie, m.in.
przetłumaczenia i wydania monografii w poszczególnych krajach. Akces opieki naukowej
i organizacyjnej w pracach nad przetłumaczeniem i wydaniem monografii w Polsce zgłosiła
T. Smolińska.
Katarzyna Marcol

Olga G o l d b e r g-M u l k i e w i c z, Stara j nowa ojczyzna. Ślady kultury Żydów
polskich, Polskie Towarzystwo Ludoznawcze, "Łódzkie Studia Etnograficzne" t. XLII, Łódź
2003, ss. 238.
Aleksander Hertz, wybitny socjolog, wywodzący się ze spolonizowanej rodziny żydowskiej, w swojej pracy Żydzi w kulturze polskiej, wydanej w latach 60., wyraził przekonanie,
iż nareszcie nadszedł czas, by podjąć pracę nad gruntownym i wszechstronnym zbadaniem
roli Żydów w kulturze polskiej. Niewielu naukowców podjęło się tego trudnego zadania,
z pewnością najlepiej wywiązała się z niego Olga Goldberg-Mulkiewicz, a dowodem na to
jest cały jej dorobek naukowy i prezentowana publikacja.
Obszarem zainteresowań Pani Profesor są Żydzi polscy i ich kultura. Zarówno ci Żydzi,
którzy tak licznie zamieszkiwali nasz kraj do wybuchu II wojny światowej, ci, którzy w różnych okolicznościach i czasie opuścili nasz kraj i zamieszkują w Izraelu,jak ici, którzy przeżyli Holocaust i tworzą niewielką społeczność żydowską w Polsce. Wśród licznych prac
poświęconych tzw. problematyce żydowskiej, z pogranicza historii czy polityki, z zakresu
dziejów judaizmu, specyfiki kultury żydowskiej, ciekawych, ale często pozbawionych szerszego kontekstu kulturowego, ta zdecydowanie wyróżnia się odmiennym ujęciem tematu.
Autorka postawiła sobie bowiem za główny cel badanie styku kulturowego, wzajemnych
powiązań i zapożyczeń pomiędzy ludową kulturą polską a żydowską, będących wynikiem
długotrwałych kontaktów kulturowych.
Książkajest wynikiem wieloletnich badań Pani Profesor, prowadzonych nad kontaktami
polsko-żydowskimi jeszcze w trakcie jej pracy w Instytucie Sztuki PAN w Krakowie w latach 1955-1961, następnie po objęciu asystentury w Katedrze Etnografii Uniwersytetu
Łódzkiego w latach 1961-1967, a wreszcie kontynuowanych w Katedrze Folkloru Żydów
na Uniwersytecie Hebrajskim. Jak pisze sama autorka, ważne było dla niej znalezienie choćby niewielkiej liczby tekstów, które powstały przed Zagładą Żydów (s. 12); podj«ła również
próbę przedstawienia szerszemu gronu materiałów, dotyczących tradycyjnej kultury Żydów
polskich, które do tej pory były mało znane, albo wr«cz nie odkryte dla literatury etnograficznej. Są to nie tylko teksty polskich i żydowskich autorów publikowane np. w przedwo-

346

Recenzje i noty recenzyjne

jennej prasie, ale jeszcze mniej znane polskim odbiorcom "Księgi pamięci", wydawane przez
ziomkostwa Żydów polskich w Izraelu.
Każdy rozdzial książki stanowi oddzielną, zamkniętą całość. Niektóre poruszająjakiś aspekt
kontaktów polsko-żydowskich, inne odnoszą się do sytuacji żydostwa polskiego w Izraelu
i ich postaw wobec swej duchowej i sentymentalnej ojczyzny, jaką pozostała dla nich Polska. Znalazło się tu również miejsce na tropienie śladów kultury żydowskiej we współczesnej przestrzeni polskich miast i miasteczek, a także na konstatacje na temat pewnych form
odradzania się pamięci o tradycyjnej kulturze żydowskiej w warunkach polskich. Niektóre
z wykorzystanych materiałów były już wcześniej publikowane na łamach różnych czasopism, m.in. w "Łódzkich Studiach Etnograficznych", "Polskiej Sztuce Ludowej" i "Etnografii
Polskiej".
Pierwszy z tekstów, "Stara ojczyzna w nowej ojczyŻllie... ", rozwija pojęcie ojczystego miejsca w tradycji Żydów polskich. Ustosunkowuje się do mitu Ziemi Obiecanej, jako ojczyzny
narodu wybranego i roli w nim Jerozolimy. Przeciwstawia mu życie w diasporze, naznaczone
uporczywym poczuciem wygnania i tymczasowości. Autorka proponuje, aby ze względu
na specyfikę pojęcia ojczyzny w tradycji Żydów polskich, w stosunku do Polski stosować
zamiast niego takie terminy, jak miejsce urodzenia, zamieszkania czy pochodzenia. Posługuje się tu hebrajskim słowem moledet, utworzonym od czasownika rodzić. Mimo ciągłej tęsknoty za Ziemią Izraela, Żydzi oswajali jednak zamieszkiwaną przez siebie przestrzeń, uwidaczniało się to m.in. w próbach powiązania losów własnych z lokalnymi dziejami, stąd np.
opowieści o romansie Kazimierza Wielkiego z Esterką. Autorka przedstawia, w jaki sposób
przejawia się sentyment Żydów z Izraela do swoich miejsc zamieszkania, jakie działania
podejmują, by ocalić od zapomnienia świat, który przestał istnieć, w jaki sposób realizuje się
jego mit, w końcu - jakie znaczenie mają dla nich powroty do miejsc dzieciństwa.
Kolejny ze szkiców, "Miejsce, którego nie ma", przeprowadza analizę "Ksiąg pamięci"
powstających w izraelskich ziomkostwach. Za pośrednictwem autorki zostajemy zabrani
w nie istniejący już świat żydowskich sztetl, odzwierciedlony na stronach ksiąg w formie
narracji ocalałych z Zagłady członków ich społeczności, wycinków map najbliższej okolicy,
na których umiejscowiono miasteczko, a wreszcie planów konkretnych miejscowości, odtworzonych z pamięci. Zwyczaj tworzenia takich itinerariów ma odległe tradycje. Plany takie
podzielić można na dwie grupy, jedna z nich prezentuje tylko obiekty należące do świata
żydowskiego, druga - uwzględnia istnienie obok świata nieżydowskiego, instytucje służące użyteczności obu społeczności: siedzibę gminy, pocztę czy dworzec, a czasem takie
obiekty, które stanowiły ważny punkt orientacyjny miasteczka, jak choćby kościół parafialny czy pomnik któregoś z polskich bohaterów narodowych. Charakterystyczne jest stosowanie znaków ikonicznych, np. gwiazdy Dawida na oznaczenie synagogi i cmentarza żydowskiego, menory - oznaczającej synagogę lub dom modlitwy czy płonącej świecy,
umieszczonej obok żydowskiej szkoły religijnej. Co ciekawe, kościoły i cmentarze chrześcijańskie zaznaczano krzyżem, mimo iż w kulturze żydowskiej unikano jego przedstawień. Jak
podkreśla autorka, istotnym elementem przekazywanego kodu miasteczka była nie tylko
przestrzeń, ale i czas, przedstawiający sztetl przed Zagładą, w jej trakcie oraz moment,
w którym gmina żydowska przestawała istnieć.
"Wzajemne wpływy i zapożyczenia" autorka rozpatruje na płaszczyżnie rzemiosła i sztuki ludowej oraz obrzędów. Stawia sobie pytanie o prawdziwość hipotezy sugerującej, że obie
społeczności żyły w całkowitej izolacji kulturowej. Podkreśla, iż wzajemne kontakty polsko-żydowskie były znacznie ograniczone, m.in. przez obowiązujące Żydów tabu jedzeniowe
i sprowadzały się w zasadzie do kontaktów zawodowych i przypadkowych spotkań. Nie
oznacza to jednak, iż kontakty takie w ogóle nie miały miejsca, a ich wynikiem są pewne
wpływy i zapożyczenia w polskiej kulturze ludowej, udokumentowane wieloma ciekawymi
przykładami przytoczonymi przez prof. Goldberg-Mulkiewicz.

Recenzje i noty recenzyjne

347

Rozdział "przetrwanie tradycyjnej żydowskiej sztuki w terenie i w polskich muzeach" jest
odpowiedzią na pytanie, czy rzeczywiście ślady obecności ludności żydowskiej ijej kultury
na ziemiach polskich zostały całkowicie zniszczone wraz z jej eksterminacją podczas II wojny światowej, czy zachowały się w pejzażu miast polskich? Autorka przeprowadza_analizę
artefaktów zachowanych jeszcze w powojennej polskiej rzeczywistości, zwracając uwagę
na ich aktualną funkcję. Wyjaśnia, w jaki sposób wartościowane są zachowane obiekty,
synagogi i cmentarze, przez dzisiejszych mieszkańców miast i miasteczek, często nie pamiętających żydowskiego świata, oraz jak wartościowane są one w tradycji żydowskiej. Zwraca uwagę na coraz liczniejsze inicjatywy młodzieży, fundacji i muzeów, mające na celu opiekę nad cmentarzami, ale także przygotowywanie ekspozycji, zapoznających z czasem przed
Zagładą·
Tekst "Odradzanie się pamięci o zgładzonej społeczności żydowskiej", na przykładzie
współczesnej rzeźby ludowej i wycinanki, dokumentuje proces pojawiania się tematyki żydowskiej u powojennych twórców polskich. W przypadku rzeźby autorka stara się odpowiedzieć na pytanie, jaka jest jej tematyka i funkcja, kto jest jej odbiorcą, a także jaka była
motywacja samych twórców, wybierających taki, a nie inny temat. Istotny jest również przekazywany przez nią stereotyp Żyda i to, jak zmieniał się kod wizualny Żyda na przestrzeni
kilkudziesięciu ostatnich lat. Rzeźba początkowo nie rozwijała się spontanicznie, nadzorowana była i promowana przez instytucje państwowe, takie jak muzea czy Cepelia, narzucające twórcom tematy, podporządkowane wymogom aktualnej ideologii. Postać Żyda pojawiała się zwykle podczas konkursów na temat tradycyjnego życia wsi, niektórzy twórcy sięgali
po nią, czując potrzebę sportretowania znanych sobie osób, sąsiadów. Nieliczni potraktowali taką możliwość wypowiedzi jako rozrachunek z trudną do zrozumienia przeszłością,
Zagładą Żydów. Obok grupy artystów sięgających do własnej pamięci i przeżyć, mniej więcej w latach 60. XX wieku pojawili się rzeźbiarze, którzy wiedzę na temat świata żydowskiego czerpali najczęściej ze źródeł pośrednich, literatury, fotografii, rodzinnych opowieści. Autorka zastanawia się, jak ten fakt wpłynął na zmianę obrazu Żyda, w jaki sposób realizował
się teraz stereotyp, jakie znaki ikoniczne charakterystyczne dla kultury żydowskiej stosowano. Osobną grupę artystów stanowią ci, którzy, pozbawieni łączności z kulturą żydowską, tworzą nie mając znajomości znaków ikonicznych oraz ci, którzy wiedzę na temat kultury żydowskiej czerpią ze środków masowego przekazu.
Prof. Olga Goldberg-Mulkiewicz śledzi również losy tradycyjnej wycinanki żydowskiej,
tworzenie której po wojnie kontynuowano zarówno w amerykańskich środowiskach Żydów polskich, jak i w Izraelu, a która odrodziła się także w Polsce, m.in. w twórczości Anny
Małeckiej-Beiersdorf, Marty Gołąb i Moniki Krajewskiej. Charakterystyczne, że wykonywaniem współczesnej wycinanki w Polsce zajmują się osoby spoza społeczności żydowskiej,
co jest ewenementem. W tradycyjnej społeczności była ona poza tym domeną mężczyzn. Interesującym zagadnieniem dla autorki jest motywacja towarzysząca wycinankarkom, a także
to, w jaki sposób współczesna wycinanka nawiązuje do tradycyjnej, czy zmienił się przekaz
żydowskiej tradycj i, stosowane motywy, jaka jest jej funkcja, kto jest jej odbiorcą?
Całości dopełniają ciekawe ilustracje, dobrane w sposób przemyślany do każdego z rozdziałów, przedstawiające m.in. plany żydowskich sztetl, zabytki żydowskiej sztuki kultowej,
powojennych rzeźb i wycinanek żydowskich. Mniej zorientowanym w tematyce żydowskiej
lekturę ułatwia słownik wybranych terminów żydowskich. Książka tajest niezwykle cenną
pozycją nie tylko dla etnologów, ale dla wszystkich, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś
więcej o Żydach polskich i ich roli w kulturze polskiej.
Ewa Banasiewicz-Ossowska

348

Recenzje i noty recenzyjne

Magdalena Ś n i a d e c k a- K o t a r s k a, Być kobietą w Ekwadorze, Studia i Materiały Centrum Studiów Latynoamerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego CESLA nr 25, Warszawa 2003, ss. 324, fotografie, mapy.
Cel pracy Być kobietą w Ekwadorze autorka przedstawiła we Wprowadzeniu. Jest nim
"próba określenia tożsamości kobiet metyskich i indiańskich w ważnym okresie zmian zachodzących w Ekwadorze na przełomie wieków" (s. 14). Do celu pracy szerzej powraca
w Podsumowaniu ijest nim tam mechanizm kształtowania się relacji płci w dwóch grupach
etnicznych Ekwadoru - Metysów i Indian oraz procesów formowania tożsamości kobiet
metyskich i indiańskich, uszczegółowiony poprzez szereg pytań: ,jakie były w przeszłości
i jakie są dzisiaj możliwości samorealizacji kobiet..."; "do jakiego stopnia różnice kulturowe
rzutowały w przeszłości na obecność kobiet w życiu społeczno-politycznym kraju oraz czy
i w jakim stopniu warunkują ich współczesne możliwości samorealizacji", wreszcie "czy różnice te zmieniają się i zacierają, czy i jakie elementy pozwalają na zbliżenie się kobiet z obu
grup, co zaś je oddala od siebie (s. 281)? Tożsamość, której określenie stało się ważnym
celem pracy, traktowana jest przez badaczkę nie tylko jako zespół wyobrażeń kobiet o sobie,
ale również jako zespół cech identyfikowanych z zewnątrz na podstawie ich zachowań znanych z obserwacji i literatury. Przedmiotem pracy natomiast uczyniła autorka kobiety metyskie i indiańskie z klasy średniej, zamieszkałe w mieście. Jako główną metodę gromadzenia
materiałów badaczka zastosowała wywiad biograficzny oraz własne obserwacje; sięga także do materiałów zastanych, uzyskanych z pomocą różnego rodzaju źródeł, zgromadzonych
także za pośrednictwem literatury. W trakcie analizy M. Śniadecka-Kotarska konfrontuje
z sobą róźne kategorie źródeł, te wywołane w trakcie badań własnych, szeroko wykorzystane głównie w rozdziałach Autoprezentacje Metysek i Autoprezentacje Indianek oraz Strategie adaptacyjne Metysek i Strategie adaptacyjne Indianek, stanowiących rdzeń pracy.
z zastanymi, uzyskując w ten sposób trwalsze podstawy wnioskowania. W ocenie sytuacji
kobiet autorka przyjmuje koncepcję praw człowieka ugruntowaną przez Deklarację Praw Człowieka i umowy międzynarodowe; czyni to konsekwentnie, odrzucając pokusy relatywizmu,
tak częste w myśleniu antropologicznym, znajdując dla swego stanowiska poparcie w postawach i zachowaniach społeczności indiańskiej. Zarówno wybór głównego zagadnienia
pracy, którym jest tożsamość indywidualna i grupowa oraz metody - metody biograficznej, powiązać moźna z socjologicznymi i etnologicznymi tradycjami ośrodka łódzkiego.
Autorka nie tylko potrafiła umiejętnie wykorzystać materiały i wnioski z przeprowadzonych
przed nią badań, ale również umieścić je na tle studiów innych badaczy i interesująco je
scharakteryzować, wskazując na dokonujące się w nich zmiany.
Do zalet pracy zaliczam: l. Umiejętność przedstawienia relacji między kobietami i mężczyznami i sytuacji kobiety nie w izolacji, a w szerokim kontekście społeczno-kulturowym:
obyczajowości, obejmującej także życie rodzinne zjego ideologiami, stosunków politycznych, w tym porządku prawnego, struktury etnicznej, działalności ekonomicznej, ruchów
społecznych, a również religijności z jej zróżnicowaniem. Analizę pogłębia i wzbogaca sięgnięcie do historii oddziałującej przecież na teraźniejszość ijednocześnie pomagającej w jej
wyjaśnianiu; 2. Dotarcie, dzięki zastosowanej metodzie biograficznej, wielokrotnym pobytom w Ekwadorze i umiejętności nawiązywania kontaktów oraz prowadzenia rozmowy, do
ważnych materiałów osobistych, pozwalających poznać nie tylko koleje życia kobiet, ale
również przyjmowany przez nie świat wartości. Badaczka jednocześnie nie jest naiwną słuchaczką opowieści biograficznych. Świadoma swoich ograniczeń (brak znajomości języka
kiczua, pochodzenie z innego kręgu kulturowego), cech stosowanej metody i natury ludzkiej, potrafi uniknąć niebezpieczeństw, m.in. celowej indywidualnej i zbiorowej dezinformacji; 3. Niekoncentrowanie się na krzywdach kobiet, tak częstym w pracach poświęconych

Recenzje i noty recenzyjne

349

tzw. kwestii kobiecej, krzywdach zresztą oczywistych, szczególnie w przypadku Indianek
(m. in. wstrząsająca opowieść matki o umierających na jej plecach dzieciach w czasie pracy
w polu). Autorka traktuje kobiety nie tylko jako podporządkowane mężczyznom i bierne, ale
również jako podmioty potrafiące zmieniać swoją sytuację, analizuje ich działania, w tym
społeczne ruchy kobiece, omawia przyjmowane przez kobiety strategie adaptacyjne, które
zresztą nie mają charakteru tylko przystosowawczego, ale zmieniają same kobiety i świat je
otaczający; 4. Odsłonięcie ważnych mechanizmów prowadzenia i społecznych skutków
różnych rządowych i pozarządowych programów pomocy i wartościowe propozycje działań, które pozwolą uniknąć ich negatywnych konsekwencji, cenne nie tylko w odniesieniu
do Ekwadoru i Ameryki Łacińskiej, ale również dla innych kontynentów. Takie i inne fragmenty pracy, skoncentrowane na rzeczywistych i dobrze rozpoznanych problemach społecznych, czynią z niej studium o dużych wartościach aplikacyjnych, wreszcie 5. Odkrycie,
że być Metyską z klasy średniej w Ekwadorze oznacza być kobietą zależną, tradycyjną,
pasywną, cierpiętniczą, natomiast być Indianką z tej samej klasy oznacza być kobietą silną,
samodzielną, nowoczesną. Autorka jest świadoma tego, że teza o tradycjonalizmie (lepiej
"tradycyjności" - Z. 1.) Metysek i nowoczesności Indianek "wydaje się niemal nieprawdopodobna" (s. 207). Przekonywająco jąjednak uzasadnia, nie tylko dzięki znajomości dawnych i obecnych warunków bytowania tych dwóch grup kobiet, w tym działalności gospodarczej Indianek i ich pozycji we wspólnotach, ale również dzięki wiedzy o przeszłości i terażniejszości ruchów kobiecych. Teza ta, w dostępnej literaturze dotąd z taką wyrazistością
nie sformułowana, jest bardzo poważnym osiągnięciem badawczym.
Pozytywna ocena pracy, dla której podstawę, obok cech wskazanych wyżej i realizacji
głównych przyjętych w niej celów, stanowi także jej klarowna konstrukcja, dołączony, pożyteczny słownik terminów z języka hiszpańskiego i kiczua oraz bogaty zestaw fotografii
wykonanych przez autorkę, o dużej wartości poznawczej, nie oznacza, że nie ma w niej ujęć
i sformułowań dyskusyjnych, a nawet wywołujących sprzeciw. Spośród postawionych
celów zbiorczego ujęcia nie doczekało się omówienie tego, co zbliża, a co oddala od siebie
Indianki i Metyski. Przeciwstawienie społeczności, rodziny, a także sytuacji i cech kobiet
metyskich i indiańskich tworzy opozycyjne modele, przejaskrawiające chyba negatywne
cechy pierwszych i pozytywne drugich. W pewnym sensie modele te korygowane są przez
informacje z wywiadów mówiące o przemocy wobec kobiet, rozwodach i pozostawieniu kobiet
bez opieki oraz kradzieżach w kręgach rodzinnych również wśród Indian. Badaczka nie zastanawia się nad konsekwencjami silnych więzi rodzinnych i wspólnotowych u Indian, które, obok skutków pozytywnych, w postaci nepotyzmu muszą mieć także negatywne skutki
w życiu społecznym. Klasa średnia, która tworzy platformę porównania Metysek i Indianek,
u tych ostatnich traktowana jest jako kategoria głównie ekonomiczna, bez zwrócenia uwagi
na różnice, wynikające m.in. stąd, że Indianie są nowymi jej członkami, z innym wyposażeniem kulturowym. Niejasno sformułowane i w gruncie rzeczy chyba niepotrzebne są ogólne
rozważania nad istotą i kategoriami ruchów społecznych. Co to znaczy, że pole poczynań
ofensywnych tych ruchów jest "wyznaczone przez przecięcie płaszczyzny ideologicznej
i poziomu społeczeństwa globalnego" ( s. 278)? Nieprzekonywające jest wyłączenie z tych
ruchów grup kobiet organizujących pomoc sąsiadom, a także licznych kobiecych organizacji metyskich, nawet jeżeli nie są skuteczne i często pozorują swoją działalność. Niekonsekwentnie stosowana jest terminologia etniczno-narodowa, sprawiająca zresztą kłopot wielu autorom: "grupa etniczna", "narodowość", "naród" a nawet "nacja". Nie jest jasne, czy
postawa i działanie, jakim jest "samorealizacja", ceniona przez autorkę, dotyczy wartości
przyjętych w badanych środowiskach, czy też została zaproponowana z zewnątrz. Podział
na religijność metyską - bliską modelowi iberyjskiemu i religijność ludową Indian sierry
(s. 23), wyłącza cechę ludowości z religijności Metysów. Bibliografia, zresztą niesłychanie

Recenzje i noty recenzyjne

350

cenna w swej części dotyczącej Ameryki Łacińskiej, jest chyba nadmiernie rozbudowana.
Znalazły się w niej prace, m.in. sześć tomów Młodego pokolenia chłopów Józefa Chałasińskiego czy Pisma zebrane Floriana Znanieckiego, w pracy nie cytowane.
Książka Magdaleny Śniadeckiej-Kotarskiej nie tylko odpowiada na tytułowe pytanie,
co to znaczy być kobietą, Metyską i Indianką, w Ekwadorze, ale ponadto przedstawia rozległąpanoramę stosunków społeczno-kulturowych i ich dynamiki w tym kraju. Przygotowana została na podstawie przeprowadzonych kilkakrotnie badań terenowych, zapoczątkowanych w latach 70. XX wieku, za pomocą właściwie dobranej metody i z wykorzystaniem
rozległej literatury przedmiotu. Jest wartościowa nie tylko poznawczo, ale wiele jej ustaleń
może zostać zastosowanych w praktyce życia społecznego. Książka ta wnosi wartościowy
wkład w rozwój badań, nie tylko zresztą w zakresie tzw. gender studies - badań kulturowych konstrukcji płci, a także studiów latynoamerykańskich, ale również przemian społeczno-kulturowych w krajach modernizujących się na różnych kontynentach, w przeszłości
kolonialnych, O przewadze gospodarki rolnej, wieloetnicznych i wielokulturowych.
Zbigniew Jasiewicz

Jocelyne B o n n e t, en collaboration avec Jose da S i I vaL i m a, Bronisława J a w o rs k a, Marcin P i o tro w s k i, Dimanche en Europe, Collection "En quete de recherche",
Editions du Signe, Strasbourg 2003, ss. 112, fot. 68, bibliogr.
Claude Madeleine
u d o t, Michele S i m o n s e n, Noel en Europe, Collection "En
quete de recherche", Edition du Signe, Strasbourg 2003, ss. 112, fot. 86, bibliogr.

°

Prezentowane książki są pierwszymi z antropologicznej serii "En quete de recherche",
redagowanej i opracowywanej przez członków francuskojęzycznego międzynarodowego
stowarzyszenia interdyscyplinarnego EE.R. EURETHNO*, działającego pod egidą Komisji
Europejskiej w Strasburgu.
Pozycje są wartościowe z tego względu, że po kilku latach poszukiwań wydawnictwa
przyjaznego (także pod względem finansowym) tego typu publikacjom, F.E.R. EURETHNO,
może nareszcie zaprezentować materiały przedstawiane przez swoich członków podczas
corocznych konferencji (w tym roku we wrześniu planowane jest kolejne, już osiemnaste,
spotkanie). Książki te nie mająjednak charakteru typowych publikacji pokonferencyjnych
- nie są zbiorem referatów czy komunikatów. Są to prace jednorodne, zredagowane przez
wybranych spośród członków stowarzyszenia autorów, którzy na bazie zgromadzonych
materiałów, konsultując się z pozostałymi kolegami, dokonali ich zbiorczego opracowania.
Celem jest popularyzacja wiedzy na temat współczesnej antropologii europejskiej i zagadnień,jakie ją interesują, na przykładzie wybranych zjawisk kulturowych (w tym przypadku
publikacje dotyczą obchodzenia świąt Bożego Narodzenia oraz niedzieli w Europie). Pomysłodawcy kolekcji zaznaczają także w słowie wstępnym, że interesuje ich zachowanie równowagi pomiędzy szukaniem i odkrywaniem znaczeń a ich analizą, wyjaśnianiem i interpretacją. Według nich ważne jest także, aby tyle samo miejsca pozostawić obserwacji, co świadectwu uzyskanemu w toku wywiadu, podczas badań empirycznych, nie tracąc z oczu
wartości, jaką niesie za sobą każda praca porównawcza, a niewątpliwie z takimi mamy do

* F.E.R. EURETHNO: Federation Europeenne des Reseaux de Cooperation aupres Reseau de
cooperation scientifique et technique en ethnologie et historiograhpie europeennes (Conseil
de l'Europe).

Recenzje i noty recenzyjne

351

czynienia w przypadku wyżej wymienionych pozycji. Poza tym, badania porównawcze, zarówno na poziomie diachronicznym, jak i synchronicznym w odniesieniu do wybranego
zjawiska, oddają przyjęty i akceptowany sposób szukania płaszczyzny porozumienia przez
badaczy i naukowców zrzeszonych w F.E.R. EURETHNO. Prezentują oni nie tylko perspektywę etnologiczną, ale historyczną i psychologiczną, które także różnią się między sobą.
Oczywiste jest również, że to samo zjawisko, które jest w określonym momencie wspólnym
punktem zainteresowania, przejawia się w odmiennych formach i może być obdarzane innymi kulturowymi treściami. Publikacje te zatem są dowodem, że istnieje możliwość naukowego kompromisu (szczególnie jeśli praca ma służyć popularyzacji wiedzy i jej uporządkowaniu), zachowując przy tym to, co jest wartością bezwzględną kultury europejskiej - jedność w różnorodności. Jest to idea przyświecająca zarówno spotkaniom naukowym, jak
i tym publikacjom, co wynika z głównego przedmiotu zainteresowań F.E.R. EURETHNO,
którym jest kultura europejska. Choć tematyka zainteresowań jest "tradycyjna" (najwięcej
miejsca poświęca się zagadnieniom potocznie uważanym za przypisane tzw. antropologii
symbolicznej bądż kulturowej, jak obrzędowość, rytuał czy religijność w rozmaitych kontekstach współczesnych), prace te zachowują godną podziwu równowagę w prezentowaniu materiału historycznego, w tym odnoszącego się do ludowych korzeni wybranych zjawisk. Każda z tych pozycji zawiera rozdział niezbędny do zrozumienia historii określonego
zagadnienia, ale zarazem pozostały materiał ułożony jest tak, aby czytelnik mógł prześledzić
przemiany, jakie przeszło ono do czasów współczesnych. A zatem, książka o Bożym Narodzeniu w Europie składa się z dwóch części. Pierwsza poświęcona jest świętom i kalendarzowi rytualnemu (tradycyjnemu -ludowemu i liturgicznemu), które wyznaczają rytm i charakter świętowania, począwszy od Adwentu po święto Oczyszczenia Najświętszej Marii
Panny. Druga część poświęcona jest specyficznym europejskim wierzeniom, praktykom,
tradycjom (w tym kulinarnym), znanym od dziś i kultywowanym, wiążącym się ściśle z legendami, magią, osobami, życzeniami, widowiskami itp. bożonarodzeniowymi. Z podobnym
układem mamy do czynienia w przypadku pracy o niedzieli w Europie. Na początku autorka
również odwołuje się do żródeł, które wpłynęły na wyjątkowy charakter tego dnia (zachowany do dziś, pomimo jego desakralizacji). Następnie prezentowane są materiały opisujące
sposoby świętowania i wykorzystywania czasu wolnego z okazji niedzieli w portugalskim
Alta Minho (materiały autorstwa prof. Jose da Silva Limy), począwszy od okresu międzywojennego, po czasy obecne. Jako drugi przykład posłużyły materiały z badań prof. Bronisławy Kopczyńskiej-Jaworskiej o spędzaniu niedzieli w mieście robotniczym - Łodzi. Został wybrany okres sprzed I wojny światowej, przez okres komunizmu, aż do epoki współczesnej, kiedy to charakter niedzieli zmienia się wraz ze zmianą charakteru miasta (w wyniku
transformacji gospodarczej i społecznej, jaką przeszło ono w tym czasie). Trzecia część książki
poświęcona jest swoistej kulturze "niedzielnej" i sposobom spędzania czasu wolnego (pomocą służył tutaj dr Marcin Piotrowski specjalizujący się w tych zagadnieniach).
Popularyzacji sprzyja niewielki format książek oraz bogata szata graficzna - reprodukcje licznych rycin, fotografii itp., spełniają ważną rolę dopełniającą tekst. Planowane są kolejne
tytuły z tej samej serii: "Piiques en Europe" i "Cloches et sonnailles" (które mają ukazać się
jeszcze w tym roku) oraz "Masques et rites nouveaux" i "L'Europe est-elle chretienne?"
(planowane na 2005 rok).
Inga Kuźma

352

Recenzje i noty recenzyjne

Aagot N o s s, Fra tradisjonell klesskikk til bunad i Vest-Telemark, Novus forlag,
Oslo 2003, ss. 262, ił. nlb. czamo-białe i kolorowe, mapki, rysunki, tabele statystyczne.
Urodzona w 1924 roku Aagot Noss, niezmordowana badaczka i autorka licznych opracowań na temat norweskich strojów ludowych i ich zdobnictwa, poza rozmaitymi artykułami, opublikowała ostatnio dziewiątą z kolei, wspaniale wydaną książkę'. Poświęciła ją strojom zachodniego Telemarku, tj. regionu w południowej części kraju, dokumentując szczegółowo całokształt zagadnień związanych z tą problematyką· Rozwija w oparciu o naj starsze
źródła pisane i ikonograficzne, pochodzące z połowy XVII wieku oraz muzealne kolekcje
i własne badania terenowe prowadzone w latach sześćdziesiątych, a zamyka na latach dwudziestych XX wieku. Używane wówczas stroje określa jako tradycyjnie klasyczne, aczkolwiek przeszły kilka zmian, np. od drobno fałdowanych spódnic (ok. 1600-1800), spódnic
marszczonych (1800-1880) do spódnic marszczono-kloszowych (po 1800) i innych. Natomiast, kiedy w latach 1910-1920 tradycyjny strój ludowy zarzucono, zastępując go ubiorem
mieszczańskim, rodzi się ogólny ruch społeczny powrotu do rodzimych tradycji. W zachodnim Telemarku zainteresowania w tym względzie zaczynają się przejawiać dopiero po 1920
roku. Jednak nowe formy stroju to już tzw. bunad, nawiązujące wprawdzie do tradycyjnych,
świątecznych, lecz bez uwzględniania specyficznych, okazjonalnych odmian, jakie były istotne w dotychczasowej obyczajowości. Pozostają wprawdzie podobne nakrycia głowy (nie
zawsze używane), staniki, pasy, spódnice, biżuteria oparte o pierwotne wzory, ale wzbogacone ornamentyką i urozmaicone kolorystyką, jak w haftach, bądź o zmodyfikowanym kroju, jak zapaski czy suknie. W zasadzie bunad uwzględnia wszystkie części tradycyjnego
stroju kobiecego (o męskim autorka nie pisze), do którego należały: nakrycie głowy noszone w domu i przy wyjściu, koszula, halka, spódnica ze stanikiem, czyli suknia, pas i zapaska
zakładane przy wyjściu do kościoła, chustka naramienna, obuwie oraz biżuteria, jak brosze,
klamerki, zapinki, guziki, naszyjniki. Wyjściowym, rzadko używanym okryciem, była wełniana chusta oraz rękawiczki i mitenki. Ubiór dzieci był podobny do dorosłych, lecz mniej kosztowny. Starsze formy strojów charakteryzowało używanie prostych, nie przykrawanych
tkanin, natomiast nowsze były mniej lub bardziej modelowane. Również zdobnictwo, początkowo znacznie ograniczone, w miarę upływu czasu wzbogaca się o nowe tkaniny, pod
względem kolorystycznym, haftów i pasamonów. Zgodnie z panującym obyczajem obowiązywało kilka zestawów odzienia, tj. ubiór codzienny, strój przeznaczony wyłącznie do kościoła, specjalny zaś na święta, jak Boże Narodzenie, Wielkanoc, Zielone Swięta oraz ślub
i chrzest, nadto ubiór niedzielny koło domu, strój wyjściowy z gorszego materiału i mniej
ozdobny, podobny w zimie i w lecie. Poza tym strój konfirmacyjny, oznaczający przejście
z lat dziecięcych w dorosłe, służył potem przez wiele lat aż do zamążpójścia, kiedy to panna
młoda ubierała się w strój specjalnie przysługujący jej na tę okazję. Ubiorem trumiennym był
zestaw biały, bieliźniany albo osobno uszyty. Wyróżniającym elementem mężatki od niezamęźnej, starszych i młodszych kobiet, panien i wdów, było nakrycie głowy. Właśnie nakrycie głowy i suknia (spódnica zeszyta ze stanikiem) stały się dla autorki podstawowym wyznacznikiem zmian, jakie zachodziły w tradycyjnym stroju na przestrzeni wieków. W najstarszych żródłach wzmiankowana jest przede wszystkim spódnica-suknia, rozmaicie nazywana,
przy czym stanik, zapewne też kaftan, wzmiankowane są też jako osobna część ubioru. Ich
szczegółowa analiza dotyczy ogólnego wyglądu, formy, kroju, zastosowanego materialu,
zdobnictwa ukazywanych w kolejnych przedziałach czasowych od 1665 roku. W podobny

I Recenzje niektórych poprzednich książek: B. Bazielich, "Etnografia Polska" 1975, XIX, z. 2,
ss. 265-267 i267-269; 1983, XXVII, z. 2, ss. 194-196 i 199-202; "Lud" t. 75, 1992, ss. 266-267;
t. 81,1997, ss. 287-299.

Recenzje i noty recenzyjne

353

sposób ujęte zostały pozostałe części odzieży. Niepoślednie przy tym miejsce zajmuje opis
biżuterii oraz zdobnictwa w postaci wyszyć i haftów. Początkowo były one białe mereżkowe, łańcuszkowe i krokiewkowe, z czasem coraz bardziej kolorowe, wykonane innymi jeszcze ściegami, co nasiliło się w strojach typu bunad. Współcześnie hafty te zastępuje się
rozmaitymi elementami,jak wstążki, pasmanteria. Przewaga czerwonego koloru wskazuje na
przejście stroju tradycyjnego w bun ad.
Omówiona praca ma wyraźnie charakter klasycznego dokumentu, w którym posłużono
się przede wszystkim metodą historyczną oraz statystyczną. Podstawą tutaj jest szczegółowy opis przeprowadzony według przyjętej przez autorkę systematyki. Brak natomiast danych dotyczących wytwórców i wykonawców, miejsc powstania lub pochodzenia, nade
wszystko zaś porównań chociażby tylko ze strojami najbliższych regionów, w których autorka również prowadziła badania. Sięgnąwszy do literatury przedmiotu innych jeszcze krajów europejskich, np. rosyjskiej2, a nie tylko skandynawskiej w samym zakończeniu, którego tutaj brak, można by się dopatrzeć wielu analogii oraz kierunku przenikania i wzajemnego
oddziaływania. Niemniej, praca jako wzorowa monografia godna jest uwagi, zwłaszcza autorów zajmujących się opracowaniem strojów określonego regionu. Dorobek autorki w tym
względzie został wysoko oceniony kilkoma nagrodami krajowymi, w tym królewskiej akademii Gustawa Adolfa, a w 2000 roku najwyższym odznaczeniem krajowym - Królewskim
Orderem Świętego Olafa.
Barbara Bazielich

"Okolice - Kwartalnik Etnologiczny", Koło Naukowe Studentów Etnologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2003-2004.
Niewiele jest w Polsce czasopism godzących problematykę naukową z popularnonaukową, ponadto tworzonych przez studentów z myślą o studentach. Do takich chlubnychjak się wydaje - wyjątków należy pismo "Okolice. Kwartalnik Etnologiczny", wydawane
od 2003 roku przez Koło Etnologów, działające przy Katedrze Etnologii UMK w Toruniu.
Inicjatorami tego ambitnego przedsięwzięcia, zapoczątkowanego w 2002 roku, byli trzej studenci III roku toruńskiej etnologii - Robert Piotrowski, Sebastian Dubiel i Rafał Iwański. Stworzyli oni koncepcję pisma otwartego w tym sensie, żejako redaktorzy nie stawiają autorom ograniczeń tematycznych i formalnych, poza oczywiście kryterium merytorycznym ijęzykowym.
Teksty, które chciano zamieszczać w czasopiśmie adresowanym głównie do studentów, miały
odznaczać się różnorodnością, odzwierciedlającą wielość poglądów, postaw i zainteresowań
poznających świat młodych ludzi. Plan został zrealizowany w pełni, o czym przekonują nas wydane dotychczas trzy numery czasopisma pod znaczącym tytułem "Okolice".
Swoisty program czasopisma, napisany przez głównego inicjatora przedsięwzięcia wspomnianego już Roberta Piotrowskiego, zamieszczono na wstępie pierwszego numeru
kwartalnika:
"Słowo od ...
Pierwsze słowo dla ... Oto otrzymujecie pierwszy numer studenckiego czasopisma etnologicznego «Okolice». Okolice znane z opowiadań, miejsca magiczne, zatopione w słowach
pejzaże codzienności. Okolice strachu i śmierci, podróży do kresu i na kresy ...

2 1.1.Bogusławskaja, Russkaja narodnaja l1Ysziwka, Moskwa 1972; G.S. Masłowa, Ornament
russkoj narodnoj wysziwki, Moskwa 1978.

354

Recenzje i noty recenzyjne

Czasopismo etnograficznych dociekań i zapis naszych spotkań z odmiennością i codziennością·
W «Okolicach» ukazywać się będą teksty z zakresu folklorystyki, problematyki etnicznej i narodowościowej, jak również z antropologii symbolicznej, antropologii codzienności,
a także opisy z podróży, eseje i felietony etnologiczne ..." ("Okolice", 2003, nr l, s. 3).
Zawartość dotychczas wydanych numerów pisma (dotąd, jak już wspomniano, ukazały
się trzy, w tym dwa są o podwójnej numeracji) przekonuje, że wyżej cytowany program konsekwentnie jest realizowany. Potwierdza to kompozycja poszczególnych numerów, w których układ działów tematycznych prezentowany jest w mniej lub bardziej zmienionej kolejności w stosunku do pierwowzoru. Na przykład pierwszy numer "Okolic" otwierał dział
Horyzonty etnologiczne, poświęcony etnologicznym fascynacjom studenckim, zaś w kolejnym "witały" czytelnika Torunalia, przedstawiające różne oblicza Torunia, natomiast trzeci
numer inicjował Folklor i okolice, dział zawierający teksty o tradycyjnym i współczesnym
folklorze oraz interesujące zjawiska folkloryzmu i folkloryzacji. Dalsza kolejność sekcji tematycznych, a przede wszystkim sam fakt ich pojawiania się w piśmie, uzależniony jest nie
tylko od woli redaktorów, ale przede wszystkim od materiałów dostarczonych przez studentów, którzy są współtwórcami całego przedsięwzięcia.
Obok wspomnianych działów, w "Okolicach" można znaleźć także części monograficzne
w pewnym sensie, poświęcone np. sztuce filmowej, internetowej i muzycznej (Obraz - dźwięk
- słowo), kwestiom etnicznym i narodowościowym (Problemy etniczne i narodowościowe), problematyce regionu i regionalizmu (Okolice małych ojczyzn) i wreszcie prezentujące,
z perspektywy studentów, sprawy dyskusyjne czy kontrowersyjne (Sądy i opinie). Dodać
wypada, że redaktorzy "Okolic", choć skupiają się w swej pracy przede wszystkim na aktualnych problemach związanych z szeroko pojętą etnologią, nie zaniedbują tradycji i przeszłości. Świadectwem tego faktu jest dział o charakterze wspomnieniowym (Zapamiętane).
Z kolei bieżące wydawnictwa omawiane są w części zawierającej wyłącznie recenzje lektur
etnologicznych (Recenzje). Oczywiście, w piśmie o takim charakterze, jak "Okolice", nie
może zabraknąć relacji z dalekich i całkiem bliskich wypraw (Podróże) oraz żartobliwych
felietonów (Felietony etnologiczne), które są często mimowolną prezentacją prawdziwych
talentów pisarskich.
Jak można wywnioskować z dotychczas proponowanego przez redaktorów "Okolic"
układu tematów, kolejne numery, które trafią do rąk Czytelnika, zawierać mogą działy nowe,
a stare zaczną przechodzić do historii. To wymaga całościowej wizji pisma ijasno określonej
roli, jaką ma spełniać nie tylko w życiu intelektualnym studentów Uniwersytetu Mikołaja
Kopernika w Toruniu. Redaktorzy mają nadzieję pozyskiwać czytelników z innych ośrodków akademickich w Polsce, a tym samym stać się periodykiem o ogólnokrajowym zasięgu.
"Okolice", powtórzmy, to pismo wyłącznie studenckie, a więc tworzone przez ludzi studiujących, którym bliskie są problemy etnologiczne. Niekiedy tylko, w wyjątkowych wypadkach, publikują specjalnie zaproszeni przez redaktorów goście, jak np. Augustyn Baran
- pisarz i dziennikarz związany z regionem podkarpackim. Ograniczenie dotyczące osób prezentujących teksty w "Okolicach" ma swoje dwojakie wytłumaczenie. Po pierwsze, wpływa
to w pewnym stopniu na ujednolicenie poziomu pisma, co jest ważne ze względu na studenckiego odbiorcę, który chętniej sięgnie po czasopismo tworzone przez jego rówieśników niż periodyk specjalistyczny i stricte naukowy. Po drugie, umożliwia druk osobom bez
tytułów naukowych, co pozwala młodym ludziom posiąść umiejętność dostrzegania i opisania problemu badawczego. Ponadto w związku z tym, że cała procedura selekcjonowania
tekstów dzieje się w "oswojonym" gronie etnologicznym, łatwiej o odwagę tych, którzy nie
mają pewności, co do wartości swych pomysłów i ich realizacji.
A jakiego typu teksty młodzi autorzy prezentują na łamach czasopisma? Odpowiedź
w zasadzie jest jedna - różnorodne, i w zakresie fonny, i treści. Bywają solidne teksty nauko-

Recenzje i noty recenzyjne

355

we, z przypisami, a obok nich klasyczne rozprawki i bardziej subiektywne w tonie wywiady,
felietony, wspomnienia, opisy czy recenzje, o wartościach bardziej literackich niż naukowych. Problematyka śmierci, kryzysów kulturowych, globalizacji (zob. "Okolice" 2004, nr 112)
przeplata się z wypowiedziami o literackich obliczach miasta (2003, nr 2/3) bądź pustelnictwa (2004, nr 1/2), o przesądach dotyczących osób rudowłosych (2004, nr 1/2) czy w końcu
o dawnych wierzeniach wpisanych w przekazy tradycyjnych bajek i podań ludowych (zob.
"Okolice" 2003, nr 112;2003, nr 2/3) sąsiadują z tematami "dalekimi", na swój sposób egzotycznymi,jak kultura Kurdów (2004, nr 113),codzienne życie na Kubie (2003, nr 2/3), tradycja tańców hinduskich (2004, nr 113)czy realia amerykańskiego więzienia (2003, nr 1). Wszystkie odzwierciedlają złożność świata, a przede wszystkim bogactwo studenckich przeżyć,
doświadczeń i przemyśleń. I taki właśnie szeroki zakres pisma pod szyldem etnologii będzie
nadal obowiązywał, nawet jeśli nastąpi zmiana redakcji, a co stanie się w najbliższym czasie
z racji wymiany pokoleniowej. Obecni jej członkowie, już tegoroczni absolwenci toruńskiej
etnologii, choć będą w pewnym stopniu patronować kolejnemu numerowi pisma, wdrążają
już do pracy swych następców, by pismo zachowało swój w pełni studencki charakter. To
przecież studenci pismo wymyślili, stworzyli, postarali się o uniwersyteckie dotacje, umożliwiające wydawanie "Okolic", a w końcu to oni zajęli się zbieraniem, selekcjonowaniem i redagowaniem artykułów, przechodzących także merytoryczną ijęzykową kontrolę rady redakcyjnej, w której skład wchodzą pracownicy UMK - dr Wojciech Olszewski (Katedra Etnologii)
i dr Violetta Wróblewska (Zakład Folklorystyki i Literatury Populamej ILP).
Kończąc tę krótką recenzję, warto dodać, że immanentną cechą tego studenckiego pisma etnologicznego, oryginalnego na polskim rynku wydawniczym, jest odkrywanie znaków codzienności. Piszą o tym redaktorzy w ostatnim numerze w sposób następujący:
"Po raz kolejny stajemy na rozdrożu - magicznym miejscu i momencie wędrówki. Etnologiczne dylematy i ścieżki prowadzące Donikąd. Drogi zaczynające się tuż za progiem i bez
końca ... Odpowiedzi rodzące nowe pytania i pytania bez odpowiedzi. Zatopieni w codzienności pielgrzymujemy do miejsc ciszy, do początku, by jeszcze raz odpowiedzieć sobie ...
(2004, nr 112, s. 4).
Violetta Wróblewska

,,(op.cit.,) maszyna interpretacyjna. Pismo kulturalno-społeczne" wydawane przez Stowarzyszenie Etnografów i Antropologów Kultury "Pasaż Antropologiczny" z siedzibą
w Warszawie, 2002-2004.
W naszym pogmatwaniu

tkwi nasza sila.
Clifford Geertz

Już w trakcie studiów większość z nas myślała o tym, że pewnie nie pójdziemy do żadnej
"normalnej", dobrze płatnej pracy. Już po studiach, gdy większość z nas całkiem poważnie
myślała o doktoratach, zaczęliśmy wydawać pismo. Pierwszy numer ukazał się w marcu 2002
roku. W ramach "Opcitu" każdy z nas znalazł przestrzeń dla swoich pasji i dla tego, co uważał za najważniejsze, a pismo stało się niezwykle różnorodne pod względem formy i treści.
Gdybyśmy mieli wydać wspólnie manifest - skończyłoby się to pewnie wielką awanturą.
Ale ta wielogłosowość stanowi, naszym zdaniem, a mówimy po dwóch ipół roku działalności, podstawowy atut pisma, nadaje mu wyjątkowy charakter. Zanim jednak przyjrzymy się
pismu ijego różnorodności, parę słów o kontekście: o redaktorach, naszych studiach, sytuacji, w której żyjemy.

356

Recenzje i noty recenzyjne

Prawie wszyscy studiowaliśmy w Instytucie, wtedy jeszcze Katedrze, Etnologii i Antropologii Kulturowej UW. To, czego nauczyliśmy się na studiach, w trakcie zajęć prowadzonych przez warszawskich profesorów oraz w trakcie stypendiów zagranicznych, na które
część z nas się wybrała, przekonało nas, że nasza przygoda z antropologią nie skończy się
na magisterce.
Jednocześnie to, czego się nauczyliśmy, staraliśmy się traktować krytycznie. Do serca
bierzemy sobie to, co w ostatnio udzielonym nam wywiadzie powiedziała Joanna Tokarska-Bakir: "Tylko młodzi, którzy nie oglądają się na nas, starych, biorą się do roboty, mogą coś
zmienić". Pismo jest próbą realizowania tego. Jest próbą innego niż tradycyjne w Polsce spojrzenia na etnologię/antropologię. Daje wyraz naszej potrzebie mówienia innym głosem. Przede
wszystkim ,,(op.cit.,)" wyrasta z potrzeby refleksji nad otaczającą nas rzeczywistością: miejską, globalizującą, wielo-lub monokulturową. Tradycyjna polska etnologia wydała nam się
tu niewystarczająca. Dlatego szukamy inspiracji też poza murami naszych uczelni, poza etnologią polską: za granicą i w ramach innych dyscyplin intelektualnych i artystycznych.
Część redakcji nie ma wykształcenia antropologicznego, para się literaturą, kulturą różnych części świata, teatrem i muzyką (w teorii i praktyce). Antropolog wiele może się nauczyć od absolwentki Ośrodka Praktyk Teatralnych Gardzienice. To nadaje pismu interdyscyplinarnego charakteru, powoduje, że różne rodzaje refleksji nad rzeczywistością przenikają się nawzajem, bawią się ze sobą. Zależy nam bowiem na nienaukowej formie wyrazu, co
związane jest również z innym naszym celem, jakim jest popularyzacja myślenia antropologicznego. Dlatego staramy się, aby ,,(op.cit.,)" można było kupić nie tylko w księgarniach
naukowych i w szkołach wyższych, ale też galeriach, salonach sieci Empik oraz modnych
ostatnio kawiarnio-księgarniach.
Większość z nas, jak wspominałyśmy, to absolwenci lEi AK (staramy się ciągle utrzymywać kontakty z Instytutem), dziś w większości na studiach doktoranckich (m.in. w Szkole
Nauk Społecznych przy IFiS PAN i w Instytucie Kultury Polskiej UW). Część osób pracę
naukową łączy z zaangażowaniem społecznym - współpracuje z sektorem pozarządowym
(Polska Akcja Humanitarna, Helsinska Fundacja Praw Człowieka, Wschodnioeuropejskie
Centrum Demokracji).
Staramy się też śledzić rozwój antropologii na Zachodzie. Ostatnio część naszej redakcji
uczestniczyła w zjeździe Europejskiego Stowarzyszenia Antropologów Społecznych. Pewne nurty współczesnej antropologii reprezentowane na kongresie dobrze ilustrują kręgi
naszych inspiracji. Niezwykle istotne dla nas są teź eksperymenty z zakresu antropologii
wizualnej. Coraz częściej antropologowie sięgają po inne środki wyrazu niż tekst, odchodząc jednocześnie od tradycyjnego filmu etnograficznego. Dlatego w "Opcicie" mówimy
nie tyLkotekstem, ale też zdjęciami i, bardziej ogólnie, opracowaniem graficznym, projektowanym i wykonywanym przez część redakcji - format A3, czem i biel dają duże moźliwości.
W tym miejscu warto zaznaczyć, że wszyscy pracujemy za darmo.
To wszystko kształtuje nas i ksztahuje ,,(op.cit.,)".
Oprócz redaktorów i autorów jest jeszcze jeden głos, a może raczej grupa głosów, które
przemawiają przez "Opcit". Są to głosy naszych rozmówców. W każdym numerze drukujemy
wywiad etnograficzny, "zatem nieautoryzowany, bez redakcyjnej ingerencji zapis żywej
mowy", jak głosił redakcyjny komentarz. Ale też bez interpretacji. Badany, ten "obcy", mówi
sam. Już nie my w jego imieniu, ale on/ona. I tak usłyszeliśmy konwertytę, tatuatora i kobietę,
która nie je. Usłyszeliśmy też ludzi, których omija bądź ominęła historia: graficiarzy; dziewczynę z Birmy, która przyjechała do Polski na dwa tygodnie i już nie mogła wrócić do domu,
i powstańca, który upił się w czasie walki i dzięki temu przeźył. Podstawowym załoźeniem "Opcitu", jak pisałyśmy, jest bowiem różnorodność. Widoczna jest ona zarówno na poziomic treści,
jak i formy. W zasadzie każdy temat może zostać poddany antropologicznej refleksji.

Recenzje i noty recenzyjne

357

Ogłoszenie na plocie: "Ocieplamy pustkę ... międzyścienną". Czy to znaczy, że pustka
była zimna? Czy po prostu chłodna? A więc pustka nie jest bez właściwości, może być ciepła, rozgrzana do białości albo wymrożona i oszroniona ... Ocieplamy pustkę, malujemy pustkę,
wykładamy płytkami, tynkujemy. Pustka jako pusty dom, przestrzeń do zagospodarowania, wypełnienia, wykorzystania, nadania sensu ... Słowa wyjęte z kontekstu, z ciepłych objęć
praxis bezwładnie unoszą się w pustkach semantycznych, są sierotami, brzydkimi kaczątkami. Tymi, co później mogą obrócić się w pięknego łabędzia. Mogą, nie muszą. ha
W piśmie przeważają te związane z kulturą miejską i współczesnym społeczeństwem,
co
wynika z kilku powodów. Przede wszystkim z tendencji dzisiejszej antropologii kultury, ponadto z zainteresowań
badawczych autorów, a także - trzeba przyznać - z dostępności
materiału. Większość naszych autorów to po prostu mieszkańcy dużych miast.
Rozwijające się miasto poszukuje coraz to nowych terenów dla ekskluzywnych osiedli mieszkalnych. Powstają więc: Eko-Park, Zielone zacisze, Winnica, Pod dębem. Oczywiście na
żadnym z nich nie uświadczysz ani dębu, ani winnej latorośli, tak jak na natolińskiej ulicy
Brzozowy lasek brzozy rosną co najwyżej w karłowatej formie gdzieś na dachach piętnastopiętrowych bloków. Park rzeczywiście był "eko", dopóki nie zainteresował się nim ekspansywny inwestor.
Czy to dziwne? Ależ skąd! Już osady zakładane w średniowieczu nosiły nazwy, które
upamiętniały bory wycięte pod zabudowę. Być może w ten sposób, zastępując naturę kulturą, człowiek podkreślał swój tryumf. Pytanie, czy dzisiaj wciąż chodzi właśnie o to, czy
raczej o dość fałszywy sposób przyciągnięcia klienta. A może to po prostu nostalgia? ck
Miasto jako temat pojawia się na łamach "Opcitu" cZęsto. W pierwszych numerach pisma miało swój osobny dział (architektura). Numer 6(13)/2003 niemal w całości poświęcony
był metropoliom (m.in. teksty: Jakprzeżyć w miejskiej dżungli, Sky is the Limit? - o Empire State Building, 4 strony palmy - o dziele Joanny Rajkowskiej, czy O spacerowaniu po
ulicy - o kobiecym odpowiedniku flaneura).
Autorami są więc przede wszystkim mieszkańcy miast, a zarazem konsumenci - w większym lub mniejszym stopniu - kultury popularnej. Dlatego też często tekstem kultury dla
naszych autorów są media. Opcitowa notka okazuje się świetnym miejscem do refleksji nad
często ignorowaną przez antropologów telewizją.
TVN, czerwiec, zapowiedź programu "Superwizjer".
"Ta historia zaczyna się jak Romeo
i Julia", niepokojącym głosem obwieszcza lektor. "Biznesmen z Sosnowca i jego żona próbują popełnić samobójstwo ... " Dotąd historię opowiedzianą przez Szekspira traktowaliśmy
jako uniwersalną opowieść miłosną. Dziś okazuje się, że jest to dla niektórych historia kryminalna, w której najważniejszy jest akt śmierci. Nieważne, że Romeo był nastolatkiem (wyobraźmy sobie najego miejscu typowego polskiego "biznesmena") i pochodził z romantycznego włoskiego miasteczka ... To, że niezbadane są ścieżki mitu, a mitotwórcza maszyna
przekształca na swój użytek historie w przeróżny sposób, jest niezaprzeczalne. W tym przypadku jednak mamy chyba do czynienia nie z przekształceniem mitu, lecz z gwałtem na nim.
Może to i dobry pomysł, niech stare historie w końcu zaczną nowe życie. Opowieść o Edypie niech będzie opowieścią o chuliganach wydłubujących oczy napotkanym nastolatkom,
a legenda o Wandzie, co nie chciała Niemca, zachętą do zapisywania się na basen. Przy odrobinie wysiłku Dzieje Apostolskie okażą się prefiguracją serialu Klan. mag

358

Recenzje i noty recenzyjne

Notki, jak nie trudno zauważyć, mają charakter lekki i niezobowiązujący.
Podobnie jakprzynajmniej
na pierwszy rzut okanasze pismo. Nie działa tu jednak zasada dekorum.
Tematy lekkie (piłka nożna, fast foody, święty Mikołaj czy rozpustny Heliogabal) poddawane są krytycznej analizie, a poważne problemy i trudniejsze skojarzenia mogą mieć swój wyraz
w formach krótkich i łatwych.
Gra Internetu polega między innymi na tym, że udawanie kogoś innego jest nie jej sensem, ale
warunkiem. Nigdy do końca nie wiadomo, kto kryje się za określoną intemetową tożsamością. Nigdy nie wiadomo, kto jest po drugiej stronie. Można się nigdy tego nie dowiedzieć.
Gorzej, jeśli wraz z demaskacją przychodzi tragedia. Fundacja Dzieci Niczyje w trosce
o dzieci nieświadome zasad kieruje do rodziców swoje przesłanie: ogłasza "pobite gary", obnaża sensy i warunki gry Internetu. Likwiduje tę grę. Na reklamie społecznej sygnowanej
przez fundację widzimy obleśnego, grubego faceta w podartym podkoszulku i gaciach odsłaniających dużą część tyłka. Ten człowiek, podszywając się pod 12-letniego Wojtka, zamierza zawrzeć przez Internet "przyjażń" z II-letnią Anią. Jego intencje sąjasne. Zbrodnicze.
Autorzy kampanii reklamowej wpadająjednak w pułapkę wyjaśniania. Niejasną tożsamość konkretyzują za pomocą stereotypu: zło jest brzydkie, seksualni zbrodniarze są obleśni. W ten sposób śmiertelnie niebezpieczni gracze zakazanych gier pozostają nierozpoznani, wciąż mogą udawać porządnych obywateli. Obok reklamy z obleśnym Wojtkiem widzimy w newsach ze świata zdjęcie Marca Dutroux. Inteligentna, spokojna, dość sympatyczna
twarz. Ten bezrobotny elektryk jest oskarżony o kilkanaście morderstw, porwania i gwałty
nieletnich. ck
Dzięki takiej formule unikamy uniwersyteckiego
żargonu i zamknięcia w naukowości.
Chcielibyśmy
docierać bowiem także do osób niezwiązanych
z antropologią,
do każdego
zainteresowanego
otaczającą go rzeczywistością,
bez względu na rodzaj i poziom wykształcenia. Wprawdzie pojawiają się tematy bezpośrednio związane z etnografią (np. w numerze
6-7( 19-20)/2004 zamieściliśmy
obszerny wywiad z prof. Joanną Tokarską-Bakir
na temat
sposobów i celów uprawiania antropologii,
recenzję książki Michała Buchowskiego
oraz
wsponmienia o zmarłych w tym roku ważnych etnografach: Jacku Olędzkim i Piotrze Szackim), nie jesteśmy i nie chcemy być pismem ~ranżowym.
Nie zwalnia nas to jednak z obowiązku tropienia przejawów ksenofobii czy nietolerancji:
Mój typ urody można uznać za semicki - o ile komuś wystarczy po temu skręt ciemnego
włosa i czerń oczu. Często wystarcza - i jest to dla mnie okazja to gromadzenia ciekawych
doświadczeń z pola ulicznych relacji międzyludzkich. Stoję oto niedawno na dworcu centralnym z parą przyjaciół. W dłoni dzierżę brazylijski instrument - berimbao - kij z metalową
struną, którą napina się lekko go wyginając. Nagle mijający nas starszy mężczyzna (wnioskując z garderoby - "tutejszy", dworcowy rezydent) zatrzymuje się i poczyna wpatrywać we
mnie, a na jego twarzy maluje się wysiłek. Po chwili przedłużającego się milczenia mówi
w końcu z niedowierzaniem: - Żydówka z łukiem??? - i kręcąc głową odchodzi. Oto poczciwy polski ksenofob porażony błahym, trzeba przyznać, dysonansem poznawczym odchodzi z opuszczonymi rękami, rozbrojony od wewnątrz - przez własny umysł. Być może
rysuje się tu przed nami nieoczekiwane rozwiązanie problemów wszystkich "obcych" zagubionych w naszym kraju. Recepta wygląda tak: bierzemy stereotypowy portret Murzyna,
Indianina, Żyda, Azjaty i każdemu dobieramy egzotyczny dla niego rekwizyt. Zabezpieczonego w ten sposób przedstawiciela innej kultury już bez obaw możemy wypuścić na miasto,
którego koloryt wzbogacą od tej pory pytające okrzyki: Japończyk z sankami? Murzynka
z wiertarką? Indianie z szafą (wersja dla wycieczek)??? az

Recenzje i noty recenzyjne

359

Nie zwalnia z podejmowania tematów niezmiernie ważnych dla etnologów współcześnie.
Numer 2(9)/2003 poświt'(cony był islamowi. Pokazaliśmy tt'(religit'( i kulturt'( z bardzo różnych
stron - była mowa o żuciu liści katu w Jemenie, o hidżabach projektowanych
specjalnie
z myślą o lekcjach wuefu, o muzyce RAI i isma'ilitach,
był też szkic miasta Harer z postacią Rimbauda w tle. Z kolei nr 3(16)/2004 to numer o religijności
- pojawiły sit'( tu
m.in. teksty prof. Zbigniewa Mikołejki i prof. Tokarskiej-Bakir.
Nie uciekamy też od spraw
ostatecznych:
l listopada. Wychodzimy z cmentarza. Został nam jeden znicz. Zapalmy go gdzieś. O! tutaj; biedactwa! nikt wam lampki nie postawił, wiązaneczki nie położył! (kuriozalna jednostka pamięci: zniczokwiat). Podpalamy. "Zaraz zaraz, oni jeszcze żyją". No tak: "Zbigniew Nowak 1932-__ "i"AnnaNowak
1939-__ ".
W popłochu gasimy. Dlaczego w popłochu? Bo gdy Zbigniew i Anna przyjdą z kwiatami
na swój grób i zobaczą znicz, to zmartwią się (a nie chcemy ich martwić), że rodzina ma ich
dość? Chyba nie o to chodzi. Bo czujemy się tak, jakbyśmy przyszli na imieniny do wujka
i chcieli wręczyć prezent cioci? Też nie. Bo nie lubimy kujonów? (z naostrzonymi ołóweczkami czekają na Egzamin ijeszcze gotowi naskarżyć na nas Panu). Nie.
Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo wierzymy w moc gestów. Pierwsza odpowiedź była dobra. Nie chcemy ich ZMARTWIĆ. jb
Staramy się jednak nie zapominać o tradycyjnej etnografii. Chodzi tu zarówno o podejmowanie tematów, mówiąc w uproszczeniu, ludowych, jak i korzystanie z osiągnięć ojców
założycieli do wytłumaczenia
zdarzeń napotkanych współcześnie:
Beskid Wyspowy. Czerwiec 2003. Z grupą studentów etnologii wybrałam się na badania.
Udaliśmy się do miejscowego baru. Wchodzę ostatnia.
- Piwo proszę.
- A dowodzik jest? - pyta pani z baru, wzbudzając powszechną wesołość - pewnie znowu
usłyszę, że już od roku ...
- Od dziesięciu lat - wyznaję.
- W imię Ojca i Syna ... - zaczyna modlić się sprzedawczyni i wykonuje znak krzyża.
"Według mniemania ludu, diabeł dopomaga człowiekowi do nadzwyczajnego powodzenia,
dostatku, jak i do wszelkiej umiejętności i wydoskonalenia" - pisał Kolberg. Cóż, widać
duszę diabłu sprzedałam za wieczną młodość. ag
Nie sposób oczywiście wymienić tu wszystkich tematów, jakie podjęliśmy w już dwudziestu numerach "Opcitu". Różnorodność tematyczna, co chciałybyśmy podkreślić szczególnie, idzie w parze z rożnorodnością formy i obrazu - grafika bowiem nie jest tylko dodatkiem, ozdobnikiem treści, lecz wchodzi z nią w dialog, dorzuca swoje trzy grosze tam, gdzie
słowa tracą moc. Nasza eksportowa i nowatorska forma, jaką są notki - okruchy rzeczywistości ubrane w refleksję, sondy sensu, drogowskazy
do głt'(bszego znaczenia - została
już zaprezentowana
dosyć obszernie. Wspomnijmy jeszcze, że notkom właśnie poświt'(cona
była wystawa w Pałacu Kazimierzowskim w lipcu ubiegłego roku, a ostatnio rozpoczt'(ły nowy
żywot w świecie wirtualnym. Już dawno zauważyliśmy bowiem, że opcitowe notki mają strukturę internetowego bloga. Dlatego właśnie na stronie www.opcit.blox.pl
można przeczytać
wiele z nich. Czytelnicy mogą więc na bieżąco komentować nasze spostrzeżenia.
"Opcit"
tym samym staje się gazetą interaktywną. Wzmocnieniu tej interaktywności
służyć ma także
opcitowe forum internetowe, które rozpocznie działanie w październiku tego roku.
Naszemu blogowi nadaliśmy nazwę "Życie seksualne dzikich". Tytuł książki Malinowskiego wykorzystujemy
także w akcji fotograficznej. To wizualny, a zarazem w pełni antro-

360

Recenzje i noty recenzyjne

pologiczny komentarz do współczesnej rzeczywistości: grupa młodzieży przy grillu jak żywcem wyjęta z obrazu Leonarda da Vinci Ostatnia wieczerza, sprzedawca w warzywniaku
podaje młodej kobiecie jabłko, drwiąc z biblijnej sceny kuszenia, współczesny Syzyf dżwiga
po schodach telewizor, a rozmawiający przez komórkę na moście świętokrzyskim mężczyzna
zastyga w obiektywie jak postać z Krzyku Muncha. Na razie zdjęcia z tego cyklu (wszystkie
autorstwa Artura Siennickiego ) prezentujemy na łamach "Opcitu" , kilka z nich można było
też oglądać na wystawie pt. CodzienNiecodziennie
zorganizowanej przez redakcję
w ramach Festiwalu Nauki w IEiAK UW. W przyszłości chcielibyśmy je zaprezentować szerszej publiczności - na wystawach w galeriach lub akcjach plenerowych, czy nawet na bilbordach. Tym sposobem zostanie zrealizowane jedno z podstawowych założeń "Opcitu":
wyjście z tematyką antropologiczną poza styl wysokoakademicki i krąg odbiorców literatury fachowej.
Temu służą też opcitówki, imprezy promujące kolejne numery pisma. Na naszej stronie
internetowej (www.opcit.jaaz.pl)rnożna przeczytać: "Organizowanymi przez nas imprezami
- OPCITÓWKAMI - tworzyliśmy most pomiędzy Uniwersytetem a Clubbingiem. Opcitówki nie były występami gadających głów, a raczej około naukowymi spektaklami. Nie
wykładami, a raczej wykłaDADAmi. Pokazywaliśmy slajdy, puszczaliśmy muzykę, karmiliśmy, poiliśmy, okadzaliśmy mongolskim kadzidłem, badaliśmy rozmiar głowy. Na Opcitówce
cielesnej tańczyły Długonogie Tancerki Wudu". Na jednej z opcitówek pokazaliśmy zrealizowany przez nas we współpracy ze studentem łódzkiej szkoły filmowej krótki film Naukowcy i kuglarze będący zarówno reklamówką samego pisma, jak i pastiszem etnografii jako
nauki. W filmie tym m.in. Bronisław Malinowski bawił się potajemnie konikami z chleba,
kucharz w czapce znalezionej na śmietniku w Brazylii po przejściu karnawałowych szkół
samby robił sałatkę z psa i tekstów z "Opcitu", a sobowtór Marii Janion czytała fragmenty
"Przeglądu prasy etnograficznej".
Skoro jużjesteśmy przy kolejnym eksportowym dziale "Opcitu" warto powiedzieć o nim
kilka słów. Oddajmy głos Jerzemu Rohozińskiemu, który w portalu www.witrynaczasopism.pl
pisał o przeglądzie prasy: "Zwłaszcza pozbawiony jakiegokolwiek komentarza, za to pomysłowo pogrupowany wybór cytatów z polskich periodyków etnograficznych zasługuje na uwagę i przykład. Oto naukowe spostrzeżenia jednego z tuzów polskiej antropologii kulturowej
zamieszczone na łamach «Etnografii Polskiej» w 1980 roku: «Informatorki wyraźnie wykazywały indywidualne preferencje, mówiąc, że wolą doić krowy niż owce, kobyły niż krowy»".
W piśmie swoje stałe miejsce ma też: komiks, publikowana była powieść w odcinkach,
jest krótka VIPowiedż, fotoreportaż "klisze" i "fatamorgana" - dziennik z podróży tajemniczego profesora Schwarzenfussa, który dzieli się z czytelnikami "Opcitu" spostrzeżenia na
temat nieodkrytych dotąd ludów o dziwnych nazwach: Godgabdibowie, Manemonenanenowie czy Faaowie.
I tymi właśnie sposobami próbujemy pokazać, jak fascynującą wiedzą (a może sztuką?)
może być antropologia kulturowa. I że może mieć cojones - o których pisał w numerze
3(16)12004 "Opcitu" Wojciech Burszta za Tomem Robbinsem.
Magdalena Radkowska
Agnieszka Kościańska

Recenzje i noty recenzyjne

361

Collectanea Eurasiatica Cracoviensia. Zrozumieć Eurazję. Od starożytności do czasów współczesnych, red. Jadwiga Pstrusińska, Piotr Stalmaszczyk, Księgarnia Akademicka,
Kraków 2003, ss. 422.
Skąd wzięła się nazwa "Europa", znajomość medycyny arabskiej na naszym kontynencie do XVII wieku, średniowieczne kontakty językowe ludów słowiańskich i tureckich, apokryficzna legenda o św. Tomaszu, naftowe kraje Orientu jako źródło awansu materialnego
dla polskich robotników i inżynierów - to tylko niektóre z tematów poruszanych w prezentowanej tu pracy zbiorowej. Wydawnictwo powstało na marginesie działalności Pracowni
Interdyscyplinarnych Badań Euroazjatyckich w Instytucie Filologii Orientalnej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Główną inicjatorką przedsięwzięcia była prof. Jadwiga
Pstrusińska, która od lat stara się grupować wokół swojego ośrodka pracowników naukowych z różnych pokrewnych dyscyplin humanistycznych. Obok naj liczniej rzecz jasna reprezentowanych filologów znaleźli się w tym gronie takźe historycy, literaturoznawcy, badacze kultury i etnolodzy.
Ci ostatni znajdą tu interesujący szkic obyczajowy Marka Tracza na temat zderzenia dwu
wizji Betlejem w oczach przybywających do Ziemi Świętej polskich pielgrzymów w XIX wieku.
Wyniesiony przez nich z lat dziecinnych jasełkowy obraz betlejemski nie przystawał do realiów ekologicznych, obyczajowych i politycznych, w jakich egzystowało w tym czasie owo
centrum pątnicze chrześcijaństwa. Dwa teksty Joanny Bar poruszają z kolei inną problematykę. W pierwszym autorka zwraca uwagę na dorobek Mateusza Gralewskiego, polskiego
zesłańca i zarazem badacza dziewiętnastowiecznego
Kaukazu. Pomijając naiwne
i kompilatorskie partie prac Gralewskiego, dotyczące odległych dziejów regionu, Joanna Bar
wskazuje na wartość jego rozważań w co najmniej czterech aspektach. Są nimi znane zesłańcowi z pierwszej ręki opisy metod, jakimi Rosja podbijała Kaukaz, natrafiając na opór górali,
informacje na temat kultury i życia codziennego miejscowych plemion, dane dotyczące przebywających w tej części carskiego imperium Polakach i ich roli cywilizacyjnej, wreszcie obraz
pracy duszpasterskiej polskich księży, sprawujących opiekę nad rodakami. Drugim tekstem
jest zawarta w dziale recenzyjnym obszerna prezentacja wywodów tureckiej etnolożki, Ayse
S. Caglar z Berlina, na temat prób zmiany popularnego obrazu Turka w Niemczech. Służyć
ma temu zmiana sztafażu reklamy i sprzedaży popularnego, orientalnego placka faszerowanego, zwanego Donerkebab. Zabawne, że w dobie rosnącej popularności egzotyki orientalnej producenci tureckiego przysmaku ulicznego zaczęli kamuflować jego bliskowschodniąproweniencję, zachwalając co najwyżej jego walory zdrowotne z reklamowego arsenału
"zdrowej żywności". W kręgu współczesności pozostaje też rozdział Leszka Dzięgla dotyczący aspektów obyczajowych prac polskich robotników i inżynierów na zbiorowych kontraktach w bliskowschodnich i północnoafrykańskich krajach naftowych. Autor uwzględnił w tych pobytach specyfikę prawną i polityczną epoki komunistycznej, w której zawierano kontrakty i werbowano kadry pracownicze.
Niektóre z rozdziałów omawianej pracy przetłumaczono na język angielski, a jeden z nich
wydrukowano w wersji niemieckiej. Teksty polskie uzupełniono angielskimi streszczeniami,
niestety na ogół bardzo krótkimi. Problematyka Eurazji jest tak rozległa i różnorodna, że trudno byłoby oczekiwać w tego typu wydawnictwie jakiejkolwiek próby syntezy czy podsumowania. Książka daje czytelnikowi co najwyżej wgląd w rozległość tematyki i zachęca do
refleksji nad różnymi aspektami kultur tych obszarów. Prezentuje przykłady zainteresowań
badawczych poszczególnych autorów. Szkoda, że redakcja nie zaopatrzyła całości w krótkie
informacje biograficzne osób biorących udział w przygotowywanym dziele.
Leszek Dzięgiel

o(<l!opod) :);)!h\OłZllf
'nul <J.lu<Jlplł1W 'P1S~!S!l;)!)I°hnl

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.