http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/3428.pdf

Media

Part of Lem i trzy ewolucje / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.2

extracted text
Lem i trzy ewolucje
M a ł g o r z a t a Szpakowska
1. Wielokrotnie j u ż zauważano, że w poglądach Stanisława
Lema dwa pojęcia odgrywają rolę kluczową: pojęcia ewolucji
i przypadku. Pojawiają się właściwie wszędzie, tak w tekstach
literackich, jak dyskursywnych. Stanowią szkielet koncepcji
przyrody i koncepcji kultury. Interweniują w konstrukcję
fabularną utworów, zaprzątają uwagę bohaterów i stanowią
kanwę ich doznań osobistych. A przy tym - jak to pojęcia
0 bogatej konotacji - dalekie są od jednoznaczności.
Charakterystykę poglądów Lema na temat ewolucji życia na
Ziemi zacząć trzeba od stwierdzenia trywialnego: poglądy te
mają jednak inny status niż to, co Lem pisze o technoewolucji
1 ewolucji kultury. Czym innym bowiem jest snucie prognoz
i formułowanie hipotez w dziedzinach, które w zasadzie nie
podlegają empirycznej weryfikacji (taką dziedziną jest przy­
szłość, chyba że stanie się przeszłością, i taką dziedziną, choć
z innych powodów, jest w przeważającej części wiedza o kul­
turze), czym innym zaś - zajmowanie stanowiska wobec
zjawisk opisywanych wielekroć i szczegółowo przez dyscypliny
nauki z dawna ukonstytuowane, mające ustalone miejsce
w strukturze uniwersytetów i w programach szkolnych.
Chociaż czy na pewno? Z niezmiernie ciekawej książki
Antoniego Hoffmana Wokół ewolucji\
podsumowującej po­
glądy biologów i paleontologów formułowane gdzieś do począt­
ku lat osiemdziesiątych, wynika raczej, że o bioewolucji wiemy
coraz mniej i że jest to wiedza coraz mniej pewna. W tym
znaczeniu, że rozmaite sensy, które przypisywano ewolucji od
czasów Darwina, coraz mniej zasługują na zaufanie. Dobór
naturalny, swego czasu scedowany przez poszczególne organiz­
my na rzecz największej ekspansji genotypu (słynny „samolub­
ny gen" Dawkinsa), rozpływa się ostatecznie w stwierdzeniu, że
wśród błędów replikacji D N A decydujących o ewolucji zdarza­
ją się korzystne, zdarzają się niekorzystne, ale przede wszystkim
zdarzają się neutralne i tych - jak wskazuje rozkład statystyczny
- jest najwięcej. Niemożność dziedziczenia cech nabytych
- fundamentalna teza darwinizmu i podstawa jego opozycji
przeciw lamarkizmowi - też nie w każdym przypadku okazuje
się prawdziwa; obok mutacji i doboru naturalnego jednym
z czynników sprawczych ewolucji wydaje się również system
epigenetyczny. O żadnych łańcuchach bytów od mniej doskona­
łych do najdoskonalszych nie wypada j u ż nawet wspominać; ani
o starej zasadzie Ernsta Haeckla, że ontogeneza odzwierciedla
filogenezę. „Ewolucja prowadzi d o n i k ą d " - pisze Hoffman;
„historia biosfery to tylko suma chwilowych, przypadkowych
adaptacji" .1 ostatecznie: „ N a u k a nie wie nie tylko, dlaczego,
ale nawet jak zjawiliśmy się na ś w i e c i e " .
Dla laika - jak j a na przykład - najbardziej sugestywny
w książce Hoffmana pozostaje obraz ewolucji jako pagór­
kowatego krajobrazu, w którym gatunki pełzną w górę walcząc
o przetrwanie: jedne wymierają, zanim osiągną szczyt, inne
najwyższym wysiłkiem wdrapują się na samotny wierzchołek,
z którego nie da się przeskoczyć na żaden inny, najszczęśliwsze
zaś opanowują całe pasmo górskie i rozmnażają się tam
w niezliczone odmiany. Nie dlatego, by były w jakimkolwiek
sensie „lepsze" albo „lepiej przystosowane", lecz dlatego, że
sprzyjał i m los, przypadek, ślepy traf. Nie przypadkiem też
Hoffman w swojej książce przedstawia podstawowy chyba spór
2

5

4

* Z przygotowywanej książki Dyskusje ze Stanisławem Lemem.

co do sposobu traktowania ewolucji (jako ciągłej bądź nieciąg­
łej) jako starcie opcji daleko wykraczających poza obszar
doświadczenia: „oba modele ewolucji organicznej - pisze - to
nic innego jak dwie wizje świata ożywionego, dwa konkuren­
cyjne paradygmaty, zespoły przeświadczeń metafizycznych
narzucających interpretację e m p i r i i " .
Gdzie na tej mapie umieścić teraz Lema wraz z jego
potyczkami o ewolucję i z ewolucją? Sprawa o tyle przedstawia
trudność, że w samych jego tekstach mamy do czynienia
z pewną wieloznacznością, której pierwszym i chyba najgłębiej
sięgającym powodem jest - bodaj nie do końca zamierzone
- wahanie się samego autora między, nazwijmy to tak, ładem
zastawanym i ładem ustanawianym. T ę alternatywę można
zresztą wypowiedzieć trywialniej: jako pytanie, czy nasza
wiedza o świecie, wiedza odwołująca się do doświadczenia,
rzeczywiście opisuje świat takim, jakim on jest „ n a p r a w d ę " ,
czy też stanowi rezultat pewnej konwencji, pewnej obowiązują­
cej w danym czasie ćpistemć, paradygmatu, ideału poznania
naukowego.
Bardzo wiele j u ż napisano o przełomie, jaki dokonał się
w nauce w wieku dwudziestym; napisano zarówno w tonie
apologetycznym, j a k pogrzebowym. T u pozwolę sobie odwołać
się do zestawienia, jakiego dokonał Fritjof Capra w Punkcie
zwrotnym - zestawienia bardzo przejrzystego, choć cała książka
wydaje mi się mocno dyskusyjna. Capra opisuje mianowicie
„ d w a paradygmaty": kartezjańsko-newtonowski świat wiedzy
pewnej, z przestrzenią euklidesową, w której rozgrywają się
zjawiska fizyczne sprowadzające się ostatecznie do ruchu
cząstek materialnych , oraz świat „nowej f i z y k i " : „organiczny,
holistyczny i ekologiczny" , w którym nie istnieje determinizm,
lecz tylko prawdopodobieństwo, i w którym „ N a każde zdarze­
nie wywiera wpływ cały w s z e c h ś w i a t " . „ W mechanice klasy­
cznej - pisze C a p r a - własności i zachowania części determinują
cechy całości, natomiast w mechanice kwantowej sytuacja jest
odwrotna: to całość determinuje zachowania poszczególnych
c z ę ś c i . " Przytoczone formuły brzmią całkiem zgrabnie; w is­
tocie jednak ich sens daleko odbiega od świadectwa naszych
zmysłów. Sam Einstein, główny sprawca zmiany paradygmatu,
nie chciał, jak wiadomo, przystać na jej filozoficzne konsek­
wencje; jego znane powiedzenia o tym, że B ó g nie gra ze
światem w kości i że jest wyrafinowany, lecz nie perfidny,
dowodzą, zdaniem Capry, skrywanego kartezjanizmu i tęsknoty
za deterministycznym obrazem świata. Ta sama ambiwalencja,
która przypadła w udziale Einsteinowi, stanowi też do dziś żywy
problem w refleksji o nauce; opozycja między determinizmem
a holizmem trochę krzyżuje się, a trochę nakłada z inną
opozycją, też ważną: między pozytywizmem a konwencjonalizmem.
5

6

7

8

9

Nazwy te wprowadzam tutaj w możliwie najszerszym sensie
wykraczającym poza podręcznikową terminologię historii filo­
zofii. Po jednej stronie znajduje się więc cały zespół stanowisk
określanych jako empiryczne czy scjentystyczne, a także pewna
odmiana światopoglądu potocznego, którą można określić jako
pozytywizm kuchenny i która w naiwności swej znosi prob­
lematykę epistemologiczną, ponieważ głosi, że świat jest, jaki
jest; tu także ma swoje miejsce „newtonowski świat-maszyna"
Capry i - również wykarmiony przez mechanikę klasyczną
- „nowożytny ideał nauki" (termin Stefana Amsterdamskiego).

39

Po drugiej stronic natomiast zgrupują się rozmaite tendencje
wywodzące się z opozycji wobec pozytywizmu, a także filozo­
fowie nauki, jak Kuhn, Foucault czy Feycrabcnd, którzy
akcentują konwencjonalny z gruntu charakter wiedzy naukowej
jako nieuchronnie podporządkowanej jakiejś epistemć czy
jakiemuś paradygmatowi pochodzącym spoza obszaru „nauki
czystej".Ta zaś, jak podkreśla Amsterdamski, na różne sposoby
badający stosunki między nauką a porządkiem świata (tak brzmi
tytuł jednej z jego książek), nie jest najpewniej ani tak czysta,
jak wierzą radykalni empirycy, ani tak arbitralna, jak orzekają
konwencjonaliści. Z jednej bowiem strony „Najbardziej goły
takt nosi [...] na sobie zawsze jakiś przyodziewek teoretycz­
ny"'", z drugiej zaś żadna konstrukcja teoretyczna (choćby
dlatego, że wyrażona w języku naturalnym) nigdy nic jest
w stanic pozbyć się całkowicie bagażu wiedzy potocznej, która
dla nauki pozostaje „nieusuwalnym s z c z u d ł e m " " .
Jak zatem przedstawiają się poglądy Lema na lak szczególne
zagadnienie naukowe, jak rozwój życia na Ziemi? Jak się
wydaje, len nic jest szczególnie ortodoksyjnym darwinistą:
wykrywane regularności znacznie częściej wiąże z działaniem
przypadku i rozrzutem statystycznym niż z mutacjami i dobo­
rem naturalnym wymuszanym przez środowisko, a pojawiające
się czasem w jego tekstach akcenty finalistyczne (głównie jako
wyrazy podziwu dla doskonałości rozwiązań ewolucyjnych) to
raczej sprawa stylu niż przekonań co do natury bytu. Nic
sprzeciwiłby się więc zapewne słowom Władysława Kunickicgo-Goldfingera. który pisze, że „cały świat żywy nie ma
żadnego programu, rozwija się [...] pod naciskiem przypadku
i ograniczeń, nakładanych na niego przez odziedziczone po
przodkach struktury. Ewolucję można zatem porównać do
działań typu bricolagc" . W Paszkwilu na ewolucję (tekst ten,
wbrew tytułowi, nic jest w rzeczywistości ubolewaniem nad
spartolonym dziełem stworzenia, lecz pomyślany został przede
wszystkim jako zestaw „ b ł ę d ó w " , których należałoby uniknąć
w ewentualnym sterowaniu technocwolueją) Lem przedstawia
rozwój życia na Ziemi jako proces nader chaotyczny i zarazem
okrutny, który swoje wytwory pozostawia w pożałowania
godnym stanic, a swoje sukcesy zawdzięcza wyłącznie niepraw­
dopodobnym zbiegom okoliczności. Ewolucji dostaje się tu i za
informacyjne skąpstwo sprawiające, że przesyłana genotypowo
informacja utrzymywana jest na możliwie najniższym poziomic
(czego efektem jest powstawanie mnóstwa organizmów zdefek­
towanych oraz nierównomiernie zużywanie się organizmów
bardziej złożonych), i za informacyjną rozrzutność, która
powoduje, że na przykład w embriogenezic płód przybiera
kształt zamierzchłych faz rozwoju gatunku. A także dostaje jej
się za „oportunizm" i „krótkowzroczność", w wyniku których,
chwytając się pierwszego z brzegu rozwiązania, ewolucja
blokuje drogę rozwiązaniom innym, być może korzystniejszym
czy efektywniejszym. Dostaje się jej również za zróżnicowanie
biochemiczne organizmów, z których każdy produkuje sobie
trochę inne białko, co na przykład bardzo utrudnia dokonywanie
przeszczepów; a wynika to stąd. że poszczególne organizmy
kształtowały się oddzielnie, zmuszone polegać tylko na sobie.
1 za to. że wszystkie odkrycia ewolucji są czysto losowe. I tak
dalej. Paszkwil na ewolucję napisany zoslal językiem dyskursywnym, pod pewnymi względami jednak nieodległy jest od
obrazu, który Ijon Tiehy wyśnił podczas swej Podróży ósmej: że
mianowicie życie na Ziemi stworzyło dwóch opryszków. Bann
i Pugg, którzy przez czystą złośliwość wylali na nienadającą się
do zamieszkania planetę zjełczały klej żelatynowy, nadpsutą pas­
tę albuminową, sfermentowaną rybozę i zgliwiałe aminokwasy,
mieszając to łopatką do węgli i pogrzebaczem, oboma skręcony­
mi w lewo, wskutek czego wszystkie białka są lewoskrętne.
13

1 rzecz nic w t y m . oczywiście, że Lem w Paszkwilu na
ewolucję nie traktuje omawianych spraw serio: jest akurat

40

przeciwnie. Zarazem jednak dyskursywne teksty Lema odznaczają się z reguły niemal laką samą migotliwością stylistyce
ną, jak jego teksiy literackie; mnóslwo lu efektów inicrtekstual.
nych, cytatów, kryptocytatów, parodii i autoparodii, a takżj
wielokrotnych odbić zwierciadlanych. Janusz Sławiński w dys.
kusji nad Filozofią przypadku zorganizowanej przez redakcję
„Pamiętnika Literackiego" mówił o charakteryzującej u
książkę „kulistej" narracji; lecz jego obserwacje można, moim
zdaniem, odnieść do wszystkich rozpraw Lema traktowanych
jako pewna całość. Sławiński pisał: „Tę samą kwestię formułuje
Lem wielokrotnie w rozmaitych miejscach tekstu: iwierdzcnji
swoje buduje nawrotami, na raty, dając za każdym razem nieco
inną wersję, przy czym nic zawsze wersja później podana bywa
bogatsza czy trafniejsza od wcześniejszej. (...) W rezultacie
odnosi się wrażenie, że tekst nic posuwa się naprzód, lecz
rozrasta się przestrzennie na kształt kuli wokół pewnej formuły
ośrodkowej" .
11

M

Spróbujmy wobec lego przypomnieć, choćby tylko aby
znaleźć jakiś punkt wyjścia, jak sam Lem charakteryzował
własne stanowisko w Rozmowach z Bcrcsiem. Mówił tam: „2
pozytywizmem czy neopozytywizmem nie można moich po.
glądów utożsamiać, ponieważ, wiem i przyznaję, że empiria,
czyli wiedza wyprowadzana z teorii budowanych pod kontrola
falsyfikacyjnych eksperymentów, nie daje się zamknąć szczel­
nie. Znaczy to, że empiria przerasta w pozaempirię stopniowo.
Jeśli oglądać postępy fizyki, kosmologii, aby przy nich stanąć,
widać, że dla przyrodoznawczych dziedzin to już właściwie
metafizyka"". I zaiste, trudno o radykalny empiryzm pomawiać"
autora, który, relacjonując niezgodne z. neodarwinizmem po­
glądy Rupcrta Ricdla. potrafi napisać: „«Cechy nabyte dziedzi­
czą się» - takie twierdzenie nie jest prawdziwe; «cechy nabyte
się nic dziedziczą» - to również, nic jest cala prawda"". Nie jest
też wiernym spadkobiercą pozytywizmu ktoś, kto rozważają;
powody ludzkiej ciekawości świata oznajmia: „mnie osobiście
najbardziej odpowiadają repliki wyprowadzające nasz nienasy­
cony apetyt poznawczy z własności ośrodkowego układu
nerwowego tych wszystkich gatunków, które nas poprzedzi­
ł y " ; bo choć druga część cytowanego zdania jest niewątpliwi
ncocwolucjonistyczna, to równie niewątpliwie nic da się tego
powiedzieć o pierwszej. Zarazem jednak, polemizując w nowej
wersji Filozofii przypadku z twierdzeniem Leszka Kołakows­
kiego, jakoby filozofia i teoria ewolucji były równic niedowodli we empirycznie, Lem żarliwie protestuje: gdyby lak być miało,
powiada, to nasze myślenie o świecie musiałoby się rozpast
„pod patronatem logicznej dowolności"'*. 1 dalej pisze z cał*
kategorycznością: „Dziś jest więcej ewolucjonistów niż »
czasów Darwina nic dlatego, bo laka moda panuje, lecz dlatego,
bo odkrycia dokonane grubo po Darwinie - od ro/poznaniJ
jedyności kodu dziedzicznego po genetykę populacyjną i i *
żynierię genetyczną
wsparły
wiarygodność cwolucjpnizmu" . A jednocześnie wie przecież i stwierdza niejedn*
krotnic, że „Historia nauki wskazuje, że każdy kolejno sporZł
dzany przez nią obraz świata był uznany za ostateczny, a pole*
ulegał korektom, aby wreszcie rozpaść się jak w / ó r rozb#!
mozaiki, i robotę jego układania podejmowały od nowa nastCP
nc generacje" .
17

19

10

Orientacja pozytywistyczna czy konwencjonalislyc/.na?Q*
raz świata czy koncepcja świata? Odpowiedź może być W
wymijająca. Przedstawione niespójności u wypowiedzi''
Lema zdają przede wszystkim sprawę z trudności narracyjw
jaką stwarza relacjonowanie odkryć naukowych połącz*
z jednoczesnym zaznaczaniem ich konwcncjonalistyczflw
charakteru. Sądów pretendujących do opisu rzeczy wisiości**
s ą d o w o tych sądach nie udaje się na ogół zawrzeć w tym samy*
zdaniu. Lem, pisząc o ogólnej sytuacji nauki i statusie f
twierdzeń, znacznie łatwiej przystaje na ich relatywny *

uwarunkowany paradygmatem charakter, niż gdy przychodzi
mu same te twierdzenia relacjonować lub rozważać płynące
j h wnioski; otóż łatwość ta ma, jak się zdaje, wymiar nie tyle
metodologiczny, co stylistyczny. Po drugie zaś, ostatecznym
kryterium, do jakiego Lem się odwołuje oceniając wartość
ciągnięć nauki, jest jednak nie prawda, lecz praxis. „Nie
wymyślę tu nic mądrzejszego od orzeczenia Marksa, który
zresztą także nie powiedział tego pierwszy, że teoria sprawdza
lc praktyce" - tłumaczy Lem Beresiowi; o tym samym
Świadczą pojawiające się w Summie technologiae pomysły
n

C

21

s

w

czarnych skrzynek", „hiochipów" - urządzeń, których zasada
działania nic byłaby do końca znana, ale które mimo to
działałyby skutecznie. I na to samo wskazuje wiclckroć for­
mułowana przez Lema wiara w nieograniczone możliwości
technocwolucji - niezależnie j u ż od tego, czy są to możliwości
błogosławione, czy złowrogie.
2. Podstawowy pogląd Lema na tcchnoewolucję najzwięźlej
chyba sformułowany został w Filozofii przypadku. Czytamy
lam, co następuje: „wielkie procesy samoorganizacji, jak np.
ewolucja życia i ewolucja narzędzi technicznych lub środków
informacyjnych, mają w s p ó l n e n i e z m i e n n i k i d y ­
n a m i c z n e " . Znaczy to tyle przede wszystkim, że do
działalności technologicznej człowieka można stosować z grub­
sza te same kryteria, co do zachowań gatunków w biocenozie:
lulaj także rządzą mutacje i dobór, ale też - i to w ogromnym
zakresie - przypadek. Oznacza to również - i to wydaje się
szczególnie ważne - zasadnicze przekonanie Lema o c i ą g ­
ł o ś c i między zachowaniami człowieka jako istoty biologicz­
nej i jego poczynaniami technologicznymi zapośredniczonymi
przez świadome działanie. Oczywiście, nic chodzi tu o „eks­
trapolacyjną prostolinijność", z której Lem tłumaczył się
w przedmowie do drugiego wydania Dialogów",
o proste
interpretowanie ludzkiej wynalazczości technicznej w katego­
riach na przykład przystosowawczych (nawet jeśli omylnych
i prowadzących ostatecznie do samozguby). Chodzi raczej o to,
żc icchnocwolucja. aczkolwiek - jak i bioewolucja - podlegała
działaniu przypadku, nic jest jednak ani całkiem chaotyczna, ani
całkiem podporządkowana woli swych twórców.
2 2

Przyświecające Summie technologiae pytanie: ,,Klo powodu­
je kim? Technologia nami. czy też my n i ą ? ' " - jest więc
właściwie retoryczne. Technoewolucja z punktu widzenia po­
szczególnego podmiotu ludzkiego jest czymś równic zewnętrz­
nym, niezależnym i nieuchronnym, jak bioewolucja z punktu
widzenia pojedynczego organizmu, który co najwyżej może
sam dla siebie poszukiwać najlepszej taktyki w walce o prze­
trwanie. Z drugiej jednak strony cytowane pytanie potraktować
*olno również jako pewien program. Wkład ludzkiej myśli
* przebieg technoewolucji jest niezaprzeczalny; istnieje zatem
^ansa. że na kształt tych procesów moglibyśmy mieć wpływ, żc
jakiejś przynajmniej mierze moglibyśmy nad nimi zapano*ać. Zwłaszcza wiedząc to, co j u ż wiemy: żc niekontrolowany
rozwój rokuje perspektywy, jak to Lem nazywa, suicydalne.
24

w

Takie są przesłanki. Spróbujmy teraz - za Summa - krótko
Podstawić argumenty Lema za zbieżnością obu ewolucji.
Podobieństwo ich przebiegu prima facie widoczne jest j u ż
'yrn na przykład, że nowe urządzenie (jak nowy gatunek)
Początkowo zachowuje znaczne podobieństwo z fazą poprzczająeą;
y
j
pierwsze samoloty byłyby mutantami
sJawców. Również w bioewolucji, jak w ewolucji technicznej,
jo^wój prowadzi w zasadzie w stronę uniwersalności funkcji
j ' pominąć sprawę wszechuniwersalnej komórki; z tego
"rat punktu widzenia w ewolucji biologicznej działa, jak
ada Golem, „ujemny gradient perfekcji ustrojowych rozI ^ l n " ) . Zarazem zaś w obu ewolucjach organizmy żywe
'-a,dzcnia techniczne przechowują wiele cech, których nic da
w

l

s

1

W|

Z;

Ur

3,

l

m

s

c

n

s

e

się wytłumaczyć ich zaletami przystosowawczymi (jak grzebień
koguta i jak ozdoby na karoserii samochodu). Jedne też i drugie
ujawniają skłonność do mimikry.
Nie dość jednak na tym. „Obie ewolucje - pisze Lem
w Summie - są procesami materialnymi o prawic takiej samej
ilości stopni swobody i zbliżonych prawidłowościach dynami­
cznych. Procesy te zachodzą w układzie samoorganizującym
się, którym jest i cała biosfera ziemi, i całokształt technicznych
działań człowieka - a układowi takiemu jako całości właściwe
są zjawiska «postępu», to jest wzrostu sprawności homcostatycznej, która zmierza do ultrastabilnej równowagi jako do
celu b e z p o ś r e d n i e g o " . W obu przypadkach mamy więc do
czynienia z systemami, które rozwijają się same z siebie,
niezależnie od niczyjej woli czy intencji. Czy rzeczywiście
jednak jest to „ p o s t ę p " i w jakim sensie? Dziś Lem praw­
dopodobnie nie użyłby w ogóle tego słowa, nawet ujętego
w cudzysłów, sceptyczniej traktując kierunkowość ewolucji,
jednak w roku 1964, kiedy uzkazało się pierwsze wydanie
Summy technologiae, żywił (przynajmniej co do perspektywy
rozwoju technologicznego) znacznie więcej optymizmu.
2h

To jeśli idzie o tonację przytoczonego fragmentu. Dalszy
bowiem wywód Lema, co też warto podkreślić, w ogóle bierze
ten „postęp" w nawias. Jak wiadomo, zgodnie z zasadami
termodynamiki bieg zjawisk fizycznych prowadzi od większej
do coraz mniejszej złożoności, inaczej mówiąc, do wzrostu
entropii. Powstanie życia tymczasem było procesem odwrot­
nym, więc, przynajmniej z naszego, ludzkiego punktu widzenia,
energetycznie mało prawdopodobnym. Lem tłumaczy jednak,
żc w górę może wchodzić błąd perspektywy; my, ludzie, znamy
bowiem tylko dwa rodzaje systemów: niezwykle skomplikowa­
ne (Jak my sami) i niezwykle proste (Jak nasze, nawet najbar­
dziej wyszukane maszyny); we Wszechświecie natomiast pro­
cesy samoorganizacji materii mogą nic być czymś aż tak
niezwykłym.
27

To wyjaśnienie nic brzmi najbardziej przekonująco, sprawa
tymczasem warta jest uwagi. Cytowany tu już Fritjof Capra
pisze, że pojawienie się cwolucjonizmu (u Kanta i Laplacc'a
w astronomii, u Hegla i Engelsa w polityce, o Lamarcka
i Darwina w biologii) zaowocowało ostatecznie nie tylko
kresem „newtonowskiego ś w i a t a - m a s z y n y " . ale doprowadziło
również do podważenia jedności wiedzy. Ujawniła się zasad­
nicza przeciwbieżność zjawisk w fizyce, gdzie ewolucja,
zgodnie z prawami termodynamiki, prowadzi od ładu do chaosu
(wzrost entropii), i w biologii, gdzie zachodzi proces odwrotny
(od prostoty do coraz większej złożoności; Capra bowiem
przyjmuje jak się zdaje, taką kierunkowość bioewolucji za
dowiedzioną). Niezgodność obrazów świata dostarczanych
przez różne dziedziny nauki każe dziś podejrzewać, pisze
Capra, „żc absolutna prawda w nauce w ogóle nie istnieje" *. Co
więcej, twierdzi dalej autor Punktu zwrotnego, „w X X wieku po
raz pierwszy została postawiona pod znakiem zapytania zdol­
ność człowieka do zrozumienia wszechświata" ''. Bo i jak
mielibyśmy zrozumieć c o ś , co do czego uzyskiwane przez nas
dane są sprzeczne?
2

2

Tak radykalnych wniosków Lem nigdzie nie wyciąga, zdaje
się że z gruntu obca jest mu sama myśl. jakoby świat mógł się
okazać nie-do-zrozumienia. W o l i więc po prostu przedstawiać
proces ewolucji biologicznej jako termodynamicznie nader
nieprawdopodobny (o wielu zjawiskach, póki się nie zdarzą,
można przecież powiedzieć to samo). Ten nieprawdopodobny
proces przebiega przy tym dwufazowo: w pierwszym etapie od
materii martwej do żywej, o czym wiadomo bardzo niewiele,
a co kończy się powstaniem komórki - „budulca o nieporów­
nywalnej z niczym wszechstronności i p l a s t y c z n o ś c i " (z
zachwytów Lema nad doskonałością komórki i nad maksymal­
ną wynalazczością ewolucji na samym progu jej poczynań
50

41

można by ułożyć cały poemat). Dopiero druga fazę stanowi tu
ewolucja „właściwa", w wyniku której pojawia się „Człowiek,
syn matki Natury i ojca Przypadku"''. Otóż sprawność homeostalyczna człowieka bynajmniej nie jest większa od sprawności
homcostatycznej komórki, zatem o „postępie" w biocwolucji
nie ma mowy, przeciwnie, zachodzi tu regres, działa, jak
powiada Lem, „ujemny gradient". Rzeczywiście natomiast
można w kategoriach „postępu" ujmować ewolucję techniczna:
nic wytworzyła ona na początku żadnego cudownego budulca,
odpowiednika komórki, lecz od urządzeń wąsko wyspecjalizo­
wanych zmierzała ku coraz uniwcrsalnicjszym. I zmierza nadal.
Między ewolucją biologiczną a techniczną zachodzą też inne,
poważne różnice. Bioewolucja działa po omacku, metodą prób
i błędów, a raz podjęte w niej „decyzje" okazują się nie­
odwracalne. Technoewolucja leż czasem ucieka się do metody
prób i błędów, lecz stosuje ją w znacznie węższym zakresie;
i, jednej strony ze względu na udział świadomego czynnika
kreacyjnego, z drugiej - z powodów czysto praktycznych
(„można bowiem - zauważa przytomnie Lem - zbudować
metodą prób i błędów dynamomaszynę, ale nie - reaktor
atomowy"'"). I wreszcie w lechnoewolucji wytępuje czynnik,
klóry w biocwolucji był całkowicie nieobecny: wzgląd na
normy i wartości kultury. Krytycy technocwolucji przytaczają
wprawdzie tysiączne przykłady wskazujące, że udział tego
czynnika ciągle jest zbyt nikły, i jako argument przywołują
wszelkie możliwe zagrożenia, jakie człowiek własnymi silami
sobie zgotował - od bomby atomowej po demograficzną. Co nie
zmienia faktu, że „czynnik moralny".nawet niekonsekwentnie
uwzględniany, może wpływać zakłócająco na autonomię prze­
biegu ewolucji technicznej.
O rzeczywistej technocwolucji, zdaniem Lema. można zresz­
tą mówić dopiero od niedawna. Ani sławetny bambus, którym
małpa przyciąga sobie gałąź z bananami, ani wynalazek kola.
ani mnóstwo innych innowacji technicznych nic stanowi jeszcze
przekroczenia progu, za którym znaleźliśmy się obecnie. Pod
ten próg ..startu technologicznego" podchodziły w przeszłości
inne kultury, zatrzymując się jednak w pół drogi; tak było na
przykład ze starymi kulturami Chin lub Indii. Próg ó w zdołała
przekroczyć dopiero kultura europejska czy, jak mówią nie­
którzy, śródziemnomorska. Trudno nawet - kontynuuje Lem
- potwierdzić, dlaczego właśnie ona; jedni twierdzą, że pod­
stawowym mechanizmem napędowym były tu wyjątkowo
liczne wojny, inni, jak Lévi-Strauss, na którego Lem się
powołuje, opowiadają o kumulacji wiedzy, która w pewnym
momencie przekroczyła masę krytyczną.
Można by do tego wywodu dorzucić Lemowi jeszcze parę
hipotez, dlaczego to właśnie kultura basenu Morza Śródziem­
nego okazała się szczególnie płodna technologicznie: od pomy­
słów wywodzących szczególną ciekawość badawczą Zachodu
z tabu seksualnego (jak u Bettelheima) po własną Lema
koncepcję polisemantyczności kultury jako czynnika rozbijają­
cego jej tradycyjną jedność (ta koncepcja pojawia się w Filozofii
przypadku); wielokulturowość wybrzeży Morza Śródziemnego
stwarzać miała dla tej polisemantyczności wyjątkowo podatny
grunt. Mnie jednak osobiście najbardziej odpowiada tu inny
pomysł Lema, pochodący z Dzienników gwiazdowych. Otóż
podczas swej Podróży dwudziestej Ijon Tichy wyprawił się, nie
całkiem z własnej woli, w daleką przyszłość, by tam uczest­
niczyć w pracach nad Tclechroniczną Optymalizacją Historii
Powszechnej. Udoskonalanie dziejów powszechnych napotyka­
ło jednak liczne przeszkody z powodu niesubordynacji i kon­
fliktów między współpracownikami: wśród nich na przykład
pewien H . Yobb zrzucał pęczak Żydom wędrującym przez
pustynię, L . Nardcau dc Vincc manipulował przy wynalazkach
technicznych, a P. Lation, skłócony śmiertelnie z Harrym S.
Toltlcscm, podejrzewany był nawet o to, że „wyswatał niejaką

Schickclgrubcr, aby urodziło się wiadome dziecko"", hju
mogąc sobie dać rady z nieznośnymi uczestnikami programu
Tichy najbardziej niesfornych zaczął zsyłać w przeszłość; ^
ponieważ kto żyw ze skazanych prosił się na Lazurowe
Wybrzeże, uległem, moc osób posiadających wyższe wyksztaj.
cenie skoncentrowało się wokół Morza Śródziemnego, i ot. skąd
się wziął właśnie tam wschód cywilizacji Zachodu'" .
Tyle Ijon Tichy. Jego autor zaś, tym razem j u ż serio
w Summie technologiae pisze, że trudno tu mówić o działaniu
jakiegoś pojedynczego czynnika. Także ciąg zdarzeń jednorod.
nych, na przykład wynalazków technicznych, nic wystarczyłby
jeszcze do zapoczątkowania technologicznej cywilizacji Za­
chodu. Aby doszło do przekroczenia progu, do „startu techno,
logicznego", musiały się połączyć dwa ciągi zjawisk. Tei
pierwszy, technocwolucyjny i masowo-statystyczny, przeciąg
się musiał z drugim, spoleczno-świadomościowym. Innymi
słowy, nic tylko musiała nastąpić kumulacja wynalazków, lea
również musieli pojawić się ludzie, którzy świadomie dążyli do
dalszego rozwoju technologii.
Czy rozpoczęta tak tcchocwolucja jest ..dynamicznym proce­
sem t r w a ł y m " ? C z y eksplozja wynalazczości, do której doszło
na Zachodzie, będzie odtąd trwać j u ż wiecznie, a przynajmniej
przez długie wieki? Czy, mówiąc prościej, postęp nauki może
być nieograniczony? Istnieją co do tego poważne wątpliwości.
Inaczej jednak przedstawia jc Lem, inaczej widzą jc współcze­
śni naukoznawcy. U Lema nadciągający kryzys ma przede
wszystkim wymiar ilościowy. W Summie technologiae czytjmy. że wprawdzie trwa ciągle oszałamiające przyspieszenie, it
od siedemnastego wieku liczba czasopism naukowych wzrasta
wykładniczo i żc podobnie wzrasta liczba osób zajmujących się
nauką; wygląda jednak na to, że niebezpiecznie zbliżyliśmy sit
już do pułapu. Gdyby bowiem miało się utrzymać dotych­
czasowe tempo wzrostu, to za lat pięćdziesiąt cała ludnoíí
Ziemi składałaby się z uczonych; proces musi ulec spowol­
nieniu, bo inaczej ani ludzi, ani środków nie starczy. Spowol­
nienie zaś oznacza regres. Zahamowanie ludzkiej wynalazc»
ści związane będzie przede wszystkim z koniecznością przeprowadzenia selekcji wśród kierunków, w jakich prowadzisk
badania: a ponieważ, prawdziwe odkrycia są ex definitiew
nieprzewidywalne, może to zagrozić niebezpieczeństwem po­
rzucenia dróg, w których - o czym nic wiemy
kryją Ś
największe potencje. Dotychczas, powiada Lem. na wielki?
loterii nauki obstawiano wszystkie numery, zatem zaWB
któryś musiał wygrać. Natomiast przy obstawianiu selekty*
nym wygrane mogą się skończyć.
4

Wypada jednak zauważyć, że w refleksji nad rozwoje!
nauki moment krytyczny bywa przedstawiany również inafll
i nic aspekt ilościowy, leca jakościowy wysuwany icsi tam*
plan pierwszy. Fritjof Capra, jak pamiętamy, za punkt zwflfl
i świadectwo pojawienia się nowego par.nlvgmatu uw»
wyczerpanie się newtonowskiej koncepcji świata jako masz)*!
i narodziny nowej fizyki, a w konsekwencji - utratę kartezj
kicj pewności, której j u ż nikt w nauce mieć nie może
Amsterdamski z kolei w książce Między historią a inet
zasadniczą zmianę uważa zmierzch „nowożytnego idi
u k i " . Ó w „nowożytny ideał nauki " Amsterdamski widzi
szerzej niż Capra - „ ś w i a t - m a s z y n ę " , a przede
w szerszym kontekście społecznym.
Warunkiem ukształtowania się owego nowożytnego
nauki nie był empiryzm, lecz nowa ontologia i no*ł
tropología: zamiast wiary w wartość tradycji - wiara w po<
cze zdolności człowieka. Człowieka uczyniono autonoi
podmiotem poznania - a to zaowocowało koncepcją ai
nauki jako instytucji, postulatami jej uniezależnienia od
ła, ideologii, polityki i tak dalej. A ubocznie - •
oddzieleniem świata faktów od świata wartości. Jest c*

nisze Amsterdamski, że jeszcze rewolucja przemysłowa osiem­
nastego wieku dokonała się właściwie poza nauką, niezależnie
od niej- Ponowne sprzężenie nauki z rzeczywistością - tym
jazem j a ^ ° uwikłanym w życie społeczne rozwojem technologicznym - nastąpiło dopiero pod koniec dziewiętnastego
wieku. I właśnie razem z tym sprzężeniem zaczynają się
rysować początki kryzysu, który na dobre da o sobie znać
w naszym stuleciu.
Nowożytny ideał nauki zaczął bowiem ulegać szybkiej erozji.
Zmienił się adresat twórczości naukowej: międzynarodówkę
uczonych spragnionych prawdy zastąpiły instytucje, które
naukowcom płacą pensje i w zamian żądają rezultatów. Zmieni­
ły się też kryteria doboru analizowanych problemów: miejsce
osobistej ciekawości uczonego zajął narzucony odgórnie plan
badań. Kontrolę rezultatów przez kolegów zastąpił wyścig
konkurencyjny; stąd znaczna część wyników badań podlega
utajnieniu. Związek nauki z życiem narzucił jej kryteria
moralne: samo dążenie do prawdy przestało być wartością
oczywistą, pojawiło się pytanie, kto i w jaki sposób może
wykorzystać osiągnięte rezultaty. A jednocześnie kolejne od­
krycia fizyki rozbiły jednorodność wizji świata, której gwarantką była dotąd mechanika klasyczna. Prawa natury straciły
charakter deterministyczny, pojawiła się zasada nieoznaczonoś­
ci jako immanentna granica poznania, degradacji uległo pojęcie
„sejentyzmu". Nauka przestała być dobrem nieproblematycznym.
Amsterdamski punkt krytyczny widzi więc nic tylko w poja­
wieniu się „nowej fizyki", ale również, w zmianie społecznych
funkcji nauki, przede wszystkim w jej sprzężeniu z techniką
i poddaniu się wymaganiom rynku. Lem natomiast tego prob­
lemu zdaje się w ogóle nic dostrzegać. Tam, gdzie Amsterdam­
ski wskazuje konflikt i źródło zagrożeń, u Lema znajdujemy
ścisłą współpracę. Tak ścisłą, że nie wymaga nawet rozróżnień
terminologicznych („tcchnocwolucja" Lema obejmuje przecież
nic tylko ewolucję techniki w sensie ścisłym, ale również
ewolucję jej podstaw teoretycznych). Zważywszy ten fakt - a
także biorąc pod uwagę, że Lem uwzględnia przede wszystkim
ilościowy wymiar możliwego kryzysu wiedzy - czy mimo
•ttystko Lem nie zasługuje na tytuł sejentysty-optymisty?
Na ten tytuł zasługiwał z. pewnością pisząc Dialogi i pierwszą
edycję Summy. O pierwszej z tych książek powie po latach,
* przedmowie do wydania z 1972 roku: „Czas sprawił, że
Dialogii stały się świadectwem prawic bezgranicznego optymiz­
mu poznawczego, jaki nic tylko we mnie wzbudziło powstanie
cybernetyki"". Summe w kolejnych wydaniach będzie uzupeł­
niać o dodatkowe rozdziały, wstępy i posłowia, przyznając - na
Prcykład w posłowiu do wydania czwartego, zatytułowanym
"*adzieścia lar później - że rozwój cywilizacji wykazuje
eksze przyspieszenie, niż wcześniej przewidywał, że ujawają się iu coraz potężniejsze środki i coraz męlniejsze cele, i że
w,

n|

* *brew marzeniom o kontroli nad sytuacją - coraz bardziej
*ygląda na to, że o losach świata zdecyduje przypadek, na co
* każdym razie wskazuje stan uzbrojenia obu supermocarstw,
stokrotnie też. w najróżniejszych tekstach i przy najróżniejj ^ h okazjach, będzie podkreślać, że futurologia jako nauka
*alasię zupełnym niewypałem, ponieważ niemal żadne z jej
powiedni się nic ziściły. Jak widać nawet z tego zestawienia
można by je pewnie ciągnąć dłużej - czas utemperował
^
izm ' o r a Dialogów i Summy. Zasadniczej jednak jego
•ry w autonomiczną wartość nauki nie naruszył: te zapowicj^**yzysu. jakie Lem dostrzega, nadal mają charakter ilośw niczym nic podważają nicproblematyczncgo dobra.
a

au

C

1

C

n

a

u

k

c

s

a w

Wróćmy jednak do mechanizmów, które rządzą rozwojem
cywilizacji technicznej. Autonomia tego rozwoju, po prze­
kroczeniu pewnego progu, nie budzi, zdaniem Lema, wątpli­
wości; dobitnie formułuje to w Rozmowach: „kiedy cywilizacja
raz wstąpi na technologiczną drogę, technologia staje się
zmienną niezależną od woli jednostek. Każda faza osiągniętej
j u ż sprawności technicznej otwiera szansę dotarcia do następnej
fazy, a porządek, w jakim dokonuje się odkryć, nic zależy od
tego, czy ich owoce będą pożywne, czy z a b ó j c z e " * . Zatem to
właśnie autonomia rozwoju kryje w sobie potencjalnie najwięk­
sze zagrożenia; to ze względu na nią wszelkie restrykcje
i zakazy stawiane ludzkiej wynalazczości wypadają wręcz
humorystycznie. Humorystycznie też wypadają próby przewi­
dywania kolejności i charakteru przyszłych odkryć i wynalaz­
ków technicznych: bo to trochę tak. jakbyśmy chcieli przewi­
dzieć błąd w przekazywaniu kodu genetycznego - błąd, który
przyczyni się do powstania nowego gatunku.
Toteż, powiada Lem, przewidywać przyszłość łatwiej jest
pisarzowi niż uczonemu, który nie ma prawa uciekać się do
fantazji i intuicji. A Lem, co trzeba mu przyznać, istotnie
przewidział niemało. W wolnym od przesadnej skromności
artykule Trzydzieści lat później, opublikowanym w „Wiedzy
i Ż y c i u " " i złożonym chyba w dwóch trzecich z autocytatów
z Summy dowodzących jak, wymyślając niegdyś „('automaty­
k ę " , dokładnie przewidział dzisiejsze „rzeczywistości wirtual­
ne"; w tym więc artykule, zawierającym nadto bardzo gorzkie
wyrzuty pod adresem Kołakowskiego, że mu niegdyś, w recen­
zji z Summy, odmówił zdolności predykeyjnych, a kiedy
Lemowc przepowiednie się sprawdziły, nigdy tamtej opinii nie
sprostował; w tym artykule zatem Lem powiada, chyba rzeczy­
wiście trafiając w sedno, że bieg wydarzeń potwierdza jego
dawno sformułowane przekonanie, iż „życic w jego procesach
badanych przez nauki biologiczne stanie się kopalnią inwencyjną dla przyszłych konstruktorów". Jest to. zwracam uwagę,
inny już. rodzaj związku między bio- a technocwolucją niż ten,
który zakładał w obu wspólne niezmienniki dynamiczne. T y m
razem nie chodzi już o homologię strukturalną, lecz po prostu
o wykorzystanie w technologii - wiedzy o organizmach
żywych.
3. Traktowanie ewolucji kultury jako prostego przedłużenia
biologicznej ewolucji gatunku ludzkiego jest pomysłem starym,
szacownym i od dawna j u ż zarzuconym. A j u ż na pewno w tej
postaci, jaką można było spotkać u Spencera, Morgana, Tylora
czy nawet u Frazera. Toteż z takim ewolucjonizmem. który
zmierzałby do wykrycia naturalnych i deterministycznych praw
rządzących rozwojem społecznym, poglądy Lema istotnie nie
mają wiele wspólnego. Jak natomiast mają się do ewolucjonizmów nowszych* albo do teorii socjobiologów - przyjdzie się

s k , o n n

Ale'
y jest uznawać.
'"Przecież tylko jedna strona medalu. Bo w końcu nie kto
kiswa ^
' '
Lem, między innymi dzięki swoim talentom
tyjnym i literackim, od lat uświadamia ludziom za­
l a n

grożenia cywilizacyjne i uczula ich na możliwość zatrzaśnięcia
się pułapki technologicznej, to w końcu właśnie Lem prze­
strzega stale nasz gatunek przed coraz łatwiej osiągalną moż­
liwością samozagłady. Z takiej zaś perspektywy rysującym się
kryzysem nic jest j u ż . rzecz prosta, spowolnienie technocwolucji - lecz jej gwałtowny koniec, jaki niewątpliwie nastąpić
by musiał wraz z końcem ludzkości czy świata. Tutaj więc także
widać pęknięcie: jakby Lem, ubolewając nad tym, że przy
rosnących wciąż możliwościach technicznych ludzkość (a
przynajmniej jej część najbardziej technologicznie rozwinięta)
nic potrafi sobie stanowić wartościowych celów, nie był
w stanie ująć obu tych spraw w jednym horyzoncie, lecz
traktował je w gruncie rzeczy jako rozdzielne.

* Przegląd stanowisk współczesnego ncocwolucjonizmu w badaniu
kultury znaleźć można w książce Piotra Chmielewskiego Kultura
i ewolucja. Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1988

43

jeszcze zastanowić. Nie ulega bowiem wątpliwości, że jako
badacz kultury, Lem w znacznym stopniu pozostaje w kręgu
myśli ewolucjonistycznej.
Dobitnie daje temu wyraz, charakteryzując punkt wyjścia
swej najobszerniejszej jak dotąd książki o kulturze - Filozofii
przypadku. „Kategorią centralną - pisze - jest przypadek,
rozumiany nic podług tradycji jakiejś szkoły filozoficznej, lecz
wedle znaczenia nadanego mu przez empirię badającą procesy
stochastyczne i ergodyczne, czyli rozwojowy tor bardzo wiel­
kich i złożonych układów. Przypadek jest wczesnym zwłaszcza
zwrotnym czynnikiem wszelkiego procesu ewolucyjnego,
w którym układ, powstając, wytwarza jednocześnie własne,
systemowe prawa, jakich nic wykrywa się na ogól w tym, co go
wszczęło." I dalej, jeszcze wyraźniej: „chodzi o takie ewolucje,
w których przypadkowy, koincydenlalny stan wyjściowy prze­
radza się w trwałą cechę układu jako jego prawidłowość: rzecz
jest więc o tym, jak przypadek obraca się w sternika, losowość
- w los"-" . Jak poprzednio technika, tak teraz kultura okazuje się
więc „bardzo wielkim i złożonym u k ł a d e m " , który wykazuje
własną dynamikę niezależnie od woli uwikłanych w niego ludzi.
Układem, w którym zainicjowane losowo procesy zaczynają
polem wykazywać pewne regularności, tak właśnie, jak w ewo­
luującej biocenozie.
1

Podobieństwo kultury z biocenozą, twierdzi Lem. można
pociągnąć dalej. Kultura bowiem, tak samo jak biocenoza,
prowadzi z naturą grę o przetrwanie. Jest to gra c z ę ś c i o w o
pusta; gra. „której p e w n e r e g u ł y ustanowione są nie­
zmienniczo przez naturę i trzeba się ich, będąc jej partnerem,
albo domyślić, tj. wykryć jc i spełnić, albo zginąć""'. Lem pisze
lu sporo o „normie ewolucyjnej", o owym minimum przy­
stosowawczym, jakie musi być przez kulturę zachowane, aby
w ogóle mogła przetrwać; bardziej jednak zdaje się go inte­
resować to wszystko, co ponad minimum przystosowawcze
wyrasta. A więc właśnie to, co nic daje się wytłumaczyć
funkcjonalnie, co jest, innymi słowy, nadmiarowe. Bo dopiero
ta część nadmiarowa jest obszarem, w którym kulturę można
traktować jako system zdolny do samoorganizacji.
modele kultur - pisze Lem - powstają przez pokoleniowe
wzmocnienie sprzężeniem zwrotnym - losowego odchylenia od
stanu wyjściowego, [...] tym sposobem kulturowe formacje,
obejmujące całokształt reguł i norm etycznych, religijnych,
rodzinnych, matrymonialnych itp. stanowią «wytrząśnięte z kubka» rezultaty długotrwałej «gry w s p o ł e c z e ń s t w o ) . " " Roz­
woju kultury zatem, konkretnego kształtu, jaki dana kultura
przybierze, nie da się w odpowiedzialny sposób przepowiadać;
choć, oczywiście, im kultura jest bardziej złożona i roz­
budowana, tym liczba stopni swobody, jakimi dysponuje,
będzie mniejsza, a zatem kolejne jej etapy - mniej zaskakujące.
Złożoność jednak, jak wiadomo, nie jest miernikiem doskonało­
ści homeostatycznej; z lego, że brontozaur był stworzeniem
bardziej skomplikowanym niż wymoczek, nic dobrego dla
brontozaurów nic wynikło. „Niekontrolowana puchlina infor­
macyjna - pisze więc dalej Lem - razem z. technologiczną
clefantiazą niekoniecznie stanowią przeżywalnościowo najlep­
szą strategię. Kultura nasza trwa ledwie paręset lat, w trzonie ty­
powo technologicznym, a zatem jakieś dziesięć razy krócej niż
kultury mieszkańców różnych archipelagów wysp Oceanii, które
zresztą nie dlatego znikły, że j u ż nie były do dalszej egzystencji
zdolne, ale dlatego, ponieważ myśmy jc zniszczyli."
4

41

Mamy zatem do czynienia z kulturą, której dalszych losów
nie jesteśmy w stanie do końca przewidzieć, ani tym bardziej
kontrolować, a o której j u ż wiemy, że weszła na tory cokolwiek
niebezpieczne. Jest to diagnoza, którą w dość zbliżonym
brzmieniu Lem wystawia także technice. Pojawia się zatem
pytanie, jak się mają do siebie zakresy obu tych pojęć. Kiedy,
zdaniem Lema. pokrywają się, kiedy i w jakiej mierze pozostają

44

rozłączne? Na zdrowy rozum, technikę należałoby potraktow^
jako część kultury, być może, ze względu na szczególny sposfik
przyrastania odkryć i wynalazków, obdarzoną pewną auto.
nomią; jeśli nawet technika jest samoorganizującym się sy$.
ternem, którego dynamika wymyka się spod kontroli człowieka
(swego stwórcy), to pamiętajmy, że takim samym .systemem
samoorganizującym się jest i kultura. Ale wcale nic jestem
pewna, czy Lem sobie to dokładnie tak wyobraża. Bo zachodzą
tu również inne możliwości, na przykład taka, że kuliura jeg
„niszą ekologiczną" dla poszczególnych wynalazków technicznych (trochę lak. jak w Filozofii przypadku jest „niszą ckologj.
c z n ą " dla dzieł literackich); te zaś dopiero wyekstrahowane
z niej, przeniesione na inny poziom, układają się w nowy układ
homeostatyczny: właśnie w zaulonomizowaną technologie.
Albo możliwość taka, że technika (cywilizacja techniczna)jest
po prostu mianem jednej z wielu kultur: naszej mianowicie
(wtedy tożsamość niezmienników dynamicznych w ewolucji
kultury i tcchnoewolucji nie byłaby zaiste niczym dziwnym).
Teksty Lema i pod tym względem nic są całkiem jednoznaczne.
Pewne jest jednak, że kultura w jego rozumieniu nie daje się po
prostu podzielić na część techniczną i część symboliczną;
pewne jest też, że wymiar techniczny kultury nie daje sit
dokładnie utożsamiać z jej minimum przeżywalnościowym
(choć znowu mogłoby się zdawać, że w wynalazczości techno­
-1I1Wlogicznej człowieka aspekt stricte funkcjonalny odgrywa
większą niż, powiedzmy, w jego twórczości artystycznej]i role
Najwięcej argumentów przemawia za tym, że cywil
zaeja
techniczna stanowi po prostu jedną z ludzkich kultur, umiej­
scowioną w czasie i przestrzeni, a nadto wyposażoną w barda
szczególne parametry. Nie jest jednak pewne, kiórc sfor­
mułowania Lema należy traktować dosłownie, a kiórc metafo­
rycznie, gdy pisze on w Filozofii przypadku, że cywilizacji
przemysłowa, zrodzona jako wytwór pewnej kultury, wyzwoliła
się następnie spod jej wpływu i uzyskała samodzielność
Dokładnie tak: „Kultura ta, zainicjowawszy rozwój ortocwolucyjny technologii i nauki, j u ż nań nic wpływa, jak poucza otyn
obserwacja. Zdobył on sobie własne prawidłowości i ją - do
nich - nagina" . Związek naszej - bo przecież o nią chodzi
- kultury z jej wyalienowanym płodem wynika, zdaniem Lena,
z jej polisemantycznego charakteru. Kultury pierwotne, wywo­
dzi Lem, są. przynajmniej w teorii, monosemantyczne. to jest
takie, że każdy społecznie przyjęty stereotyp myślowy i z*
chowaniowy ma w nich tylko jedną wersję; nasza poliscmantyczna kultura stanowi zatem ich oczywiste przeciwieństw
Utrzymująca się zaś przez czas dłuższy poliscmnatycznoS
oznacza niestabilność historyczną; mówiąc grubo, kultin
niejednoznaczna bardziej jest narażona na rozkład od jedno­
znacznej. Nasza jednak nic rozpada się. a to dlatego, że ,JW
„j«~
stabilizator kulturowych s e n s ó w " występuje w niej, choć zrM
niejawnie, „sfera i n s t r u m e n t a l i z m ó w " ' .
43

4

Jest to sytuacja dosyć niezwykła. Na ogól bowiem, nisK
pi
Lem. kulturę rozpatrywać można w dwóch planach: ..w plan*
operacji, z jakich się składa, i w planie sensów, jakie t
konstytuują" . Nic są to plany od siebie niezależne, w zasad*
jednak nie są również tożsame (chyba że w bardzo wczes*
fazie rozwoju społecznego, kiedy czynności techniczne i saBf
ne nakładają się na siebie). We współczesnej kulturze anw
kańskiej wygląda tymczasem na to, że operacje zaczyW
zajmować miejsca sensów. Technologiom juz zastosowany*
trzeba ciągle przydawać nowe. które by likwidowały niekortf
tne skutki uboczne tych wcześniejszych i zaspokajały potrtf*
przez nie wywołane. Jest to proces, który od pewnego czasus»»
się napędza i przerwać go j u ż nie można, nawet gdyby wsZFJ
bardzo chcieli; ale też dzięki temu kultura zyskuje nowy
w miejsce tego, który z racji nadmiernej polisemanty
utraciła.
44

Mamy więc do c/.ynicnia z mechanizmem o znacznej
autonomii, który wylągł się wewnątrz naszej kultury, rozrósł się
jej obrębie i w końcu przejął nad nią kontrolę, jako cel
tjając przed nią swoją własną dynamikę rozwoju. „... jak
jgcosfcryczncgo systemu powstaje, rodząc się w jego wnętrzu,
biologiczny, jak w biologicznym wynika antropogencza i przez
most socjalizacji dochodzi do stanu - systemowego generatora
kultur, jak w kulturze wynika językowy uktad i jak, we
wszystkich wypadkach owych, układy powstające na prawach
samoorganizacji, mając w sobie wytłoczone cechy u k ł a d u
r o d z i c i e l s k i e g o jako s p r a w c z e g o ,
manifestują
równocześnie - p r a w a
s w o i s t e , lak jest podobnym,
autonomizującym się systemem w ruchu, technologiczna ewo­
lucja, własnymi prawidłowościami rozwoju opatrzona" * - czylamy w Fiozofii przypadku. Inaczej jednak, jeśli dobrze rozu­
miem, niż działo się to w poprzedzającym łańcuchu bytów,
między dzisiejszą technoewolucją a kulturą, która ją na świat
wydala, zaczyna funkcjonować sprzężenie zwrotne.
w

staVV

4

Łańcuch bytów zresztą - to może przesada; obraz nakreślony
|ir/e/ Lema bardziej j u ż przypomina rosyjskie baby w babach
j jarmarku: autonomiczne, ale zrobione z tego samego drewna.
W nowej wersji Filozofii przypadku, w rozdziale zatytułowa­
nym Grania wzrostu kultury mówi się o tym, że kultura jest
w gruncie rzeczy wynikiem występowania w przyrodzie zmian
nie podlegających algorytmizacji. Gdyby wszystko dało się
zalgorytmizować - żadna kultura nic byłaby potrzebna. „Ewo­
lucja jest dywergencją w rozwiązywaniu zadania przeżywalnosci" * - pisze Lem; aby przeżyć w nieprzewidywalnie zmien­
nych warunkach, ustroje żywe mogą uciekać się do różnych
strategii. Mogą do warunków przystosowywać się w sposób
doraźny, kulturowy, inaczej mówiąc, fenotypowo; mogą leż się
do nich przystosowywać w sposób trwały, czyli genotypowy
- jako gatunki. W rzeczywistości zaś praktykowany jest
kompromis: silna determinacja genotypowa połączona z pewną
plastycznością fenotypu. „Mózg jest owym kompromisem
-powiada Lem - bo, sam uwarunkowany genotypowo, potęguje
lenotypową a d a p t a c y j n o ś ć " . Toteż w antropogenezie zmiany
dokonują się nic w kodzie genetycznym i nie w indywidualnych
zachowaniach osobniczych, lecz w aulonomizująccj się kul­
turze. Ona bowiem czyni możliwym to, co niemożliwe jest
w bioewolucji: realizację strategii odwracalnych.
1

4

41

Poszczególne kultury - wywodzi Lem - początkowo po­
wstawać musiały polifilctycznie, jak gatunki, niezależnie od
siebie i w izolowanych obszarach. Były też z początku mono­
foniczne, wyposażone każda w swój własny, jedyny obraz
świata (tą monoikonicznością Lem w Granicach
wzrostu
kultury zastąpił, jak się zdaje, wcześniejszą monosemantycztość). Potem dopiero zaczynały się ścierać, zwalczać, kon­
kurować ze sobą - przez to wszystko zaś wzbogacać
aż.
"ajwiększąekspausywność i rozwojowe przyspieszenie zdobyła
kultura śródziemnomorska przez to, że wyznawane wiary dały
późnej fazie chrześcijaństwa zgodę, niebezoporną i nienatyniiastową, na powstanie technogennej empirii. T y m samym
Poczęry zyskiwać prym narzędzia, wyzbywając się stopniowo
jymboljc/.nego uzasadnienia i wsparcia, a zatem ponad- i pozaudzkiej sankcji transcendentalnej." * Powstała współczesna
y*ilizacja przemysłowa - no, i mamy to, co mamy.
Niemniej kultura w swej istocie, podkreśla Lem, pozostaje
" 'ądzenicni przcciwlosowym", przypadkowo powstałym za­
l e ż e n i e m przypadkowości świata. „W świecie losowym,
^>'i stworzonym przez nikogo, przeznaczonym dla nikogo,
fnym wobec nikogo" - wartości, oczywiście nie istnieją;
~ P ' ° kultura je ustanawia '. Chroniąc człowieka przed
'ucicm przypadkowości, co jest jej celem podstawowym.
stara się jednak przed swoimi uczestnikami tę swoją rolę
Wartości stanowione przez siebie stara się przedstawić
w

cn

4

c

Ur

er

U r a

l c

4

jako dane, jako po prostu odkrywane w świecie. Stąd paradosalnym walorem każdej ludzkiej kultury jest jej niepełna przejrzys­
tość dla uczestników. Dostrzegł to w swej mądrości Golem:
„Kultura jest instrumentem niezwykłym przez to, że stanowi
odkrycie, które, żeby działać, m u s i b y ć z a k r y t e przed
swoimi twórcami"*'.
A zatem, ciągnie Golem swój paradoksalny wywód, kultura
jest to „laki wynalazek, który urabia po swojemu własnych
wynalazców, a oni o tym nic wiedzą, kiedy zaś się dowiedzą,
traci absolutnie moc nad nimi, a oni dostrzegają próżnię, i la
właśnie sprzeczność jest opoką s p o ł e c z e ń s t w a " " . Żarły żar­
tami, ale to przecież jest nasza współczesna sytuacja. Konlyunuując myśl Lema, można dopowiedzieć, że stanowiony (to jest
relatywny) charakter wartości nie jest j u ż dla nikogo tajemnicą
(obszar wydzielony stanowiłyby chyba tylko wartości religijne
- i pochodne - dla ludzi wierzących), kultura rozpada się pod
naporem własnej poliikoniczności, miejsce sfery sensów (od­
wołuję się tu do poprzedniej części wywodu) zajęła dynamika
rozwoju technologicznego (której pochodną jest bezsensowny
wzrost konsumpcji). Słowem, nadmiar samowiedzy wcale nie
wyszedł nam na zdrowie.
A jak. zanim do tego doszło, kształtowały się wartości
w kulturze'? Czy można o tym procesie powiedzieć coś więcej
niż. to. co j u ż wiemy: że był losowy, nieuświadamiany i że nie
mógł szkodzić minimum przeżywalnościowcmu? Szczegółowy
opis rodzenia się wartości stanowi jedne z głównych wątków
Filozofii przypadku; w grę wchodzą tu jednak wartości dość
specyficzne, bo literackie - estetyczne i dodatkowo powiązane
z koniecznością odczytywania kodu symbolicznego. M i m o to
spróbujmy odtworzyć rozumowanie Lema, a potem zastanowić
się, jak szeroki może być zasięg jego stosowalności.
Filozofa przypadku jest, jak wiadomo, książką zdecydowa­
nie polemiczną, wymierzoną lak przeciw fenomenologicznej,
jak przeciw strukturalistycznej teorii dzieła literackiego. Obu
tym szkołom, a także paru innym, Lem przeciwstawia argument
następujący. Nic ma niczego takiego, jak dzieło literackie, nie
jest to żaden byt, żaden przedmiot, którego budowę można by
badać. Istnieje natomiast wielka mnogość poszczególnych,
indywidualnych odczytań tego samego dzieła - i tylko owymi
odczytaniami można się zajmować empirycznie. Dzieło literac­
kie bowiem s t a j e s i ę dopiero w odbiorze - i tym samym
podlega kolejnym relatywizacjom: do podmiotu czytającego, do
społeczeństwa, którego ów przedmiot jest członkiem, do histo­
rii, do polityki, co całości kultury. Ta różnorodność odczytań
jest przez teoretyków kultury traktowana często jako zakłóce­
nie, przeszkoda; co o tyle jest bezsensowne, powiada Lem. że
poza tą różnorodnością nic ma nic. A zatem nie jest to przecież
różnorodność nieograniczona ani całkiem dowolna; w końcu
dwie osoby są w stanic ustalić w rozmowie, że czytały tę samą
książkę, nie podając tytułu ani autora. Jakie więc są tu granice
rozrzutu?
Lem porównuje odbiór dzieła literackiego do embriogenezy.
Każde poszczególne odczytanie byłoby wówczas fenotypem,
genotyp zaś (nietożsamy przecież ani z zadrukowanymi strona­
mi, ani z rękopisem, ani z zamysłem autora, ani z tym co
„zawarte jest" w dziele niezależnie od odczytań) należałoby
dopiero z mnogich fenotypów zrekonstruować. Dokładnie lak,
jak to robi genetyka populacyjna. „Rozmiary pola fenotypowcgo, jako granice jego rozrzutu, wyznacza środowisko - bio­
logiczne bądź kulturowe [...] tekst, trafiając w różne odbiorcze
środowiska, realizuje je w różnych przedziałach z m i e n n o ś c i . " "
Nie dość na tym, genotyp w biologii, jak wiadomo, nie jest
niczym stałym: mutacje a także zmiany środowiska sprawiają,
że zmienia się w czasie. I podobnie jest z literaturą: budując
stochastyczny model dzieła, również i jego genotyp winniśmy
traktować jako zmienny. Ostateczny więc obraz rysuje się

45

następująco: rozmaite akty odbioru, z konieczności zakłócane
przez warunki i przez wydarzenia losowe, tworzą klasę fenoty­
pów, która stabilizuje się w pewnych granicach; jeśli jednak
zmienią się znacznie warunki środowiskowe i strategia odbioru
(na przykład - a to j u ż mój przykład - jeśli zaniknie cenzura,
a zatem i skłonność do odszyfrowywania ukrytych treści),
wówczas tak ustabilizowana klasa fenotypów ulega zmianie,
a więc i generujący ją genotyp okaże się również, inny.
Stochastyczny model dzieła literackiego, zaproponowany
w Filozofii przypadku, dotyczy w zasadzie kształtowania
znaczeń; w tym sensie jest właściwie modelem wszelkiej
wypowiedzi językowej, która w procesie komunikacji podlega
rozumiejącemu odbiorowi. Z drugiej jednak strony Lem pisze,
i słusznie, że „aksjologiczne pierwiastki od semantycznych
w odbiorze oddzielać się zasadniczo nie d a j ą " " . Jeśli więc,
w wyniku procesów masowo-statystycznych uwikłanych w sfe­
rę historii, kultury i języka, następuje w końcu względna
stabilizacja sensu dzieła, to następuje również względna stabili­
zacja jego wartości. Ze jest to prawdą - widać dokładnie, jeśli
się prześledzi losy utworów, które mozolnie i przez długie lata
musiały dobijać się rangi nickwestionowalnych arcydzieł; i tych
niegdyś nickwestionowalnych arcydzieł, o których dziś nikt już
nie pamięta. Ale dokładnie to samo, co o arcydziełach, można
przecież powiedzieć o zachowaniach i postawach ocenianych
jako wartościowe: pewne czyny, cokolwiek do siebie podobne,
lecz każdorazowo indywidualnie zabarwione przez osoby, które
ich dokonują, byłyby fenotypami odpowiadającego im geno­
typu, który w innej terminologii określany być może po pro­
stu jako norma (moralna lub obyczajowa). Taki właśnie charak­
ter mają różne „ s i ę " regulujące nasze postępowanie: nic
dowolne, lecz kształtowane losowo w procesach masowo-staty­
stycznych.
Mógłby ktoś wprawdzie zarzucić mi, że dokonałam zbyt
daleko idącej ekstrapolacji, na podstawie znaczeń wnioskując
0 wartościach literackich, a na podstawie wartości literackich
- o wartościach w ogóle. Usprawiedliwia mnie jednak fakt, że
podobne wnioski, jak ja na podstawie Filozofii przypadku, Lem
formułuje, nie odwołując się już do literatury, w artykule z 1966
roku zatytułowanym Etyka technologii i technologia etyki. Pisze
tam, że etyka to nic innego jak część gry w społeczeństwo, jako
że aspekt etyczny mogą mieć jedynie sytuacje międzyludzkie;
jaka część - to j u ż zależeć będzie od konkretnej kultury.
Różnice biologiczne między ludźmi i rasami ludzkimi w zasa­
dzie na kształt kultur nic wpływają; jeśli tytko realizowane jest
minimum przystosowawcze, to cała „ n a d m i a r o w a " reszta może
przybierać kształty dowolne. A czy będą one apollińskie, czy
dionizyjskie, czy okażą się stacjonamo-ruralne, czy dynamiczno-przemysłowc - o tym w gruncie rzeczy decyduje los.
Mówiąc krótko zatem: wartości sobie, biologia sobie. Czy na
pewno jednak? Pamiętamy przecież, że w kulturze musi
występować minimum przystosowawcze, elementarna zdolność
do współpracy, bez której żadne działanie zbiorowe nic mogło­
by się dopełnić; len warunek właśnie stanowi „normę ewolucyj­
n ą " . Pamiętajmy też. że Lem skłonny był obok minimum
kooperacyjnego za możliwe uznać także pewne minimum
altruistycznc. W Rozmowach wywodzi przecież, wprawdzie
trochę żartem, że „szlachetne odruchy ludzkie [...] są pro­
gramowane genetycznie", i twierdzi, że imperatyw kategorycz­
ny Kanta można wywieść z osnowy biologicznej* .1 tłumaczy to
tak: empiria wskazuje, że z dwóch gatunków istot społecznych,
z których jeden preferuje osobniczy egoizm, a drugi altruizm
4

- ten drugi ma znacznie większe szanse zbiorowej przeżywalności. Udowodniono dzięki symulacji komputerowej, ciągnie Lem
dalej, że taka jest właśnie norma ewolucyjna. Znane zachowania
delfinów i wielorybów, klórc rannego towarzysza wypychają na
powierzchnię, aby mógł zaczerpnąć tlenu, są w istocie „uwarun­
kowane genowo": „geny warunkujące ten typ behawioni
zostały w loku ewolucyjnym wyselekcjonowane i wprowadzo­
ne jako automatyczna odruchowość, będąca znamieniem normy

46

gatunkowej"^. W interesie zachowania gatunku w genotyp
wpisane zostało zatem pewne minimum dobroci.
„ N o r m a ewolucyjna" i genotypowy altruizm w niemałym
stopniu ograniczają więc autonomiczność kultury i jej losowy
charakter. Może więc, wbrew zastrzeżeniom Lema, w jeg
poglądzie na świat rozbrat między biologią a kulturą nie jesl lafc
zupełny? Być może zachodzi lu ciągłość w znacznie ściślejszym
sensie, niż by to wynikało z zaprezentowanego wcześntó
łańcucha bytów z Filozofii
przypadku.
Wypada jednak zapytać najpierw, czym właściwie miałby
być ów przyrodzony altruizm. Lem ma tu zapewne na myśjj
teorię tak zwanego doboru krewniaczego czy selekcji krewniaczej; teoria ta, jak pisze najkrócej Władysław KunickiGoldfinger. głosi, że „w selekcji faworyzowane są te rodzaje
postępowania, które zwiększają szansę pomnożenia własnego
genotypu""\ W społecznościach owadzich, takich jak mrówki
lub pszczoły, wszyscy pracują „ d l a " królowej, ponieważ to ona
bezpośrednio pomnaża genotyp. Antoni Hoffman, który [
sprawę omawia dość szczegółowo, przytacza z tej okazji
wyliczenia Scwalla Wrighta dotyczące „pokrewieństwa genety­
cznego" owadów; wynika z nich, że na przykład mrówki,
robotnice spokrewnione są bliżej ze sobą, niż byłyby z własnym
potomstwem, gdyby je mieć mogły; dlatego - z genetycznego
punktu widzenia - mrówkom bardziej „opłaca się" pielęgnować
larwy swoich sióstr-robotnic niż swoich (nieistniejących) dzie­
ci. Zdaniem socjobiologów, pisze Hoffman, „ g e n o t y p " , w któ­
rym nic ma dyrektywy działania zgodnej z wynikami rachunku
współczynników pokrewieństwa genetycznego, musi przegraj
w konkurencji wewnątrzgatunkowej z genotypem, który taką
dyrektywę zawiera"". Zatem być może rzeczywiście przyroda
premiuje „altruizm".
Tylko czy rzeczywiście zachowania na rzecz pomnożenia
własnego genotypu mają coś wspólnego z altruizmem w .sensit
etycznym, realizowanym przez człowieka w zachowaniach
kulturowych? Tu zdania będą co najmniej podzielone*. Cyto­
wany j u ż Kunicki-Goldfinger sądzi na przykład, że tropienie
udziału czynnika genetycznego w kształtowaniu ludzkich nomi
etycznych jest w gruncie rzeczy nadużyciem. U naczelnyca
bowiem powszechna jest rywalizacja seksualna i na tym tle
agresja wewnątrzgatunkowa, natomiast zasięg selekcji krew­
ni aczej - nikły (praktycznie ograniczony do własnej rodziny
z czym społeczeństwo jako całość musi walczyć). A przed*
wszystkim „człowiek jest istotą kulturową i przekazywanie ceń
zachowania się i postępowania poprzez przekaz pozagenctyczny, kulturowy ma [dla niego] ogromne znaczenie"-*. Nic jesl to
jednak, rzecz prosta, pogląd powszechnie obowiązujący. Wśród
uczonych, których opinie zestawia w swej książce Hoffman
sporo jest wprawdzie krytyków przenoszenia teorii selekcji
krewniaczej w obszar kultury ludzkiej, jednak w sprawi*
genetycznego przekazywania norm etycznych socjohiolog Ed­
ward Wilson i etolog Konrad Lorenz razem znajdą się w prze­
ciwnym obozie. Dla Wilsona, pisze Hoffman, ..program genel)"
czny człowieka wyznacza uniwersalia ludzkie i narzuca wl
turze, a właściwie kulturom, ograniczenia" : '' wśród t p l
uniwersaliów znajdują się między innymi niezrytualizo«*J|
agresja wewnątrzgatunkowa, psychologiczna odmienność
oraz potrzeba transcendencji. A można by do nich dopt*
warunkowaną przez dobór krewniaczy (czy, jak woli Lon*
grupowy), zdolność do kooperacji. Czyli podstawę żarów*
domniemanego altruizmu, jak wspominanej tu już wiclokrot*
„normy ewolucyjnej".
0

?

s

1

Lem wprawdzie zgodziłby się pewno z argumentami 5*
phena Goulda, który pisze, że - nawet przyjąwszy, że M \
* Wyczerpujący przegląd stanowisk socjobiologów w kwestii I
cznych i kulturowych konsekwencji genetycznego wyposażeni*
wieka znaleźć można w antologii Człowiek, zwierzę spulecS*
redakcją Barbary Szackiej i Jakuba Szackicgo, Czytelnik, W»"
1991; zwłaszcza w ickstach Rogera D. Maslersa, Richarda D. Ale*
oraz. Pierrc'a L . van den Berghe'a.

normy etyczne przekazywane są w genach - w praklycc
najczęściej nic da się ustalić, czy konkretna norma ma po­
chodzenie genetyczne, czy kulturowe. Jeśli jedno z plemion
eskimoskich ma zwyczaj, uciekając przed głodem, pozostawiać
w dawnej siedzibie starców, których w ten sposób skazuje się na
śmierć, lecz zarazem zwiększa szanse przeżycia pozostałych
_ to właściwie nic sposób orzec, czy jest to wpisana w geny
selekcja krewniacza, czy działanie normy przekazywanej w wy­
chowaniu. Lem podpisałby się też z pewnością pod pytaniem
stawianym przez Johna Mayarda Smitha: jeśli socjobiologia

uzasadnia istnienie tylko niektórych norm etycznych, to skąd się
wzięły wszystkie pozostałe? - bo w końcu to jest jeden
z głównych tematów jego twórczości. Upierałabym się jednak,
że stanowisko Lema jest socjobiologizmowi bliskie; zarówno ze
względu na altruizm przypisywany gatunkowi ludzkiemu
w Rozmowach, jak ze względu na założenie wspólnych nie­
zmienników dynamicznych, czyli ciągłości, jaką Lem dostrzega
w ewolucji życia i kultury. A także z powodu ciągłości, jaką
ustanawia między cielesnością a świadomością człowieka; tę
jednak sprawę odłożymy do innej okazji.

PRZYPISY
1

s U

1

Ant"" Hoffman. Wokół ewolucji. Państwowy InslyUI Wydawniczy. Warw a 1982
Tainze. s. 137
'Tamże. s. 149
' Tamże. s. 11.1
' Tamże. s. 133
!

"Por. Friljof Capra. Punki zwrotny. Nauka, społeczeństwa, nowa kultura
Przełożyła Ewa Woydyllo. Przedmowa opatrzyła Anna Wyka. Państwowy Instytut
Wydawniczy. Warszawa 1987. s. 88-89
Tamże. s. 113
'Tamże. s. 119
•Tamże. s. 124
'* Stefam Amsterdamski. Mi(dz\ historią a metodą. Państwowy Instytut
Wydawniczy. Warszawa 1983. s. 122
" Por. tamże. s. 159
|:

Francois Jacob. Gra możliwości. Exej ti różnorodności życia. Przełożył Marek

Kunicki-Goldfingcr Przedmowa opatrzył Władysław Kunicki-Goldfinger, Państ­
wowy Instylut Wydawniczy. Warszawa 1987. s. 7
"Filozofia przypadku, dyskusja. ..Pamiętnik Literacki" z. 1/1971
" Tamże, s 359
"Stanisław Bereś. Rozmowy ze Stanisławem Lemem, Wydawnictwo Literac­
kie, Kraków 1987. s. 170
"Filozofia przypadku. Wydawnictwo Literackie. Kraków 1988. I. 2. s. 138
" Tamże. l. 2. s. 50
"Tamże. I. 2. s. 12
"Tamże.
* Biblioteka XXI wieku. Wydawnictwo Literackie. Kraków 1987. s. 41-42
:l

Rozmowy, op. cii., s. 338

"Filozofia przypadku. Wydawnictwo Literackie. Kraków IS>68. s. 312.
podkreślenie moje
Dialogi. Wydawnictwo Literackie. Kraków 1972. s. 6
Summa lechnologiae. Wydawnictwo Literackie. Kraków 1969. s. 19
'Golem XIV. Wydawnictwo Literackie. Kraków 1981. s. 41
:1

51

* Summa lechnologiae. op. cii., s. 27
n

Capra, op. c i t . s. 88
Tamże. i . I I ]

*' Summa lechnologiae. op. cii., s. 33
Tamże. s. 31
Tamże. s. 37

Dzienniki gwiazdowe Ijona

Tichego. Czytelnik.

Warszawa

1976.

07
Tamże. s. 209

Dialogi, op. cit., s. 5

Kozmowy, op. cit., s. 285
Trzydzieści lal później. ..Wiedza i Ż y c i e " nr 6/1991

Filozofia przypadku, op. cit. (1968). s. 21
Tamże. s. 388
Tamże. s. 393
Tamże. s. 422
Tamże. s. 427
Por. tamże. s. 424
Tamże. s. 422
Tamże. s. 427-428

Filozofia przypadku, op cii. (1988). t. 2. s. IR
Tamże. t. 2. s. 22

Filozofia przypadku, op. cit. (1988), t. 2, s. 29
Por. lamze. I. 2. s. 31

Gotem XIV. op. cit.. s. 28
Tamże. s. 29

Filozofia przypadku, op. cit. (1968). s. 216
Tamże. s. 332

Por. Kozmowy, op. cit.. s. 382
Tainze. s. 383

Władysław KunickiGoldfinger. Genetyka, Wizje urzekające i groźne. Alla.
Warszawa 1987. s. 135
Hoffman, op. cii., s. 23
Kunicki-Cioldfinger. op. cii., s. 136
Hoffman, op. cii., s. 44

Tamże.

47

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.