http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/4082.pdf

Media

Part of Erazm Szyszko - nestor polskich garncarzy ludowych / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1977 t.31 z.3

extracted text
Zofia Cieśla-Reinfussowa

ERAZM SZYSZKO
NESTOR POLSKICH GARNCARZY

LUDOWYCH

Tl. 1. Garncarz EiT.zm Szyszko

Garncarstwo ludowo na terenie Polski, szeroko rozpowszech­
nione w X I X w., jeHzczo na początku X X w. miało jako rzemiosło
ludowo doniosłe znaczenie. Garncarzy spotykało się prawie
wszędzie, a liczne ośrodki garncarskie, rozrzucone po miastach
miasteczkach i niejednokrotnie po wsiach, skupiały znaczno
ilości warsztatów. Zmiana warunków ekonomicznych, jaka
nastąpiła po I wojnie światowej i rozwijająca się coraz bardziej
produkcja przemysłowa przyczyniły się do tego, że rzemiosło
garncarskie zaczęło upadać.
Z ogromnej niegdyś plejady garncarzy pozostali już dzisiaj
tylko nieliczni. Jednym z nich jest Erazm Szyszko (il. 1), obcho­
dzący w roku ubiegłym 91 rok swego życia i 77-lecie pracy
w zawodzie garncarskim.
Urodził się w 1885 r. wo wsi Zapolin, w pow. Wilejka ówczes­
nej guberni wileńskiej (obecnie ZSRR). Pochodzi z rodziny
biedniackiej -— wyrobników, którzy wędrowali za pracą od
dworu do dworu. Gdy miał 6 lat, rodzice opuścili Zapolin, w któ­
rym ojciec dzierżawił folwark (zaścianek). Wygasł kontrakt
dzierżawny, a ,,ojciec zaniedbał odnowienia,, z czego skorzystał
ktoś z zewnątrz, dał łapówkę administratorowi majątku i ten
tak sprawą pokierował, że ojca wyrugowali". O dobrą dzierżawę
było wówczas trudno. Ojciec Erazma Szyszki wziął dzierżawę
w innej wsi, ale ,,arenda" (czynsz dzierżawny) okazała się za
wysoka, mnsial więc z tej dzierżawy zrezygnować i nie pozostało
mu już „nic innego jak iść na zapaszkę" .
Los zapaszników był marny, „byle jakieś nieporozumienie
z panem a socha i brona na wóz i jazda do drugiego pana".
Odtąd już pamięta Szyszko liczne miejscowości, w których
z ojcem przebywali, zawsze jednak w obrębie ролу. Wilejka .
O swoim ojcu AVincontym mówi, że „był rolnikiem bez
własności", tzw. dworzaninem . Rodzeństwa Erazm miał sporo.
„Było nas w domu dwanaścioro dzieci, z czego czworo umarło,
siedmioro po pierwszej matce (między innymi i on — Z.R.),
a pięcioro po drugiej". Wszyscy pracowali na roli u ojoa, który
dzierżawił grunt u „obszarników", względnie byli na służbie
1

2

3

wo dworze, ,,na, pańskim". Żadne z dzieci nie miało innego zajęcia
ani zawodu. W domu było nieraz bardzo ciężko, głodowano,
macocha okazała się złą gospodynią, a przy tym niezbyt dobrze
traktowała dzieci z pierwszego małżeństwa.
Już jako mały chłopak Erazm przcmyśliwal nad tym,
aby wyzwolić się z panującej biedy i zdobyć sobie lepszy kawałek
chleba, niż praca na cudzej roli. W czasie pobytu ojca w Paczkowicach (koło miasta Postawy), gdzie cala rodzina służyła we
dworze, Erazm, mający wówczas 14 lat, poznał garncarza Juliana
Podlipskiego, który przywędrował tu z odległego Iwieńca ,
będącego wówczas na AVileiiszczyznie jednym z większych
ośrodków garncarskich. Podlipski, który sam odziedziczył zawód
garncarski po ojcu, liczył wtedy około 25—30 lat, miał „garncaruię" w Paezkowicaeh. Erazm często biegał do Podlipskiego,
przyglądał się jego pracy, a „paliwoeznik" („palilocznik") —
tak nazywano tam garncarza toczącego na kole — chętnie
objaśniał mu, co i jak należy robić. Toczenie „miało dla mnie
nadzwyczajny urok", a „do gliny ciągio mnie coś od dziecka" —
mówi o sobie Szyszko. „Cala moja zabawa to glina. Nieraz
podpatrywałem, jak ko wal kul żelazo, a u mnie żelazo zastępowała
glina. Miałem kowadło gliniane, młoty i wykuwałem z gliny
różne rzeczy ." W końcu Erazm zapragnął terminować u Pod­
lipskiego. Ojciec początkowo nie chciał się zgodzić, uważając,
że na pracę u garncarza jest jeszcze za miody, ale po namowie
ustąpił.
4

5

Nauka szła Erazmowi szybko, tak, żc po dwóch miesiącach
umiał wytoczyć każdy przedmiot, nie miał jednak odpowiedniej
siły potrzebnej wytrwanemu garncarzowi. „Kiedy pierwszy raz
siadłem za kółkiem garncarskim, to zdawało mi się, że ja na
skrzydłach latam w powietrzu" — opowiada o swoich przeży­
ciach Szyszko. Pierwszym naczyniem, które samodzielnie wyto­
czył, był kubek do kawy.
Szyszko praktykował u Podlipskiego przez dwa lata. Toczył
takie same garnki jak majster, ale w mniejszych rozmiarach.
Czy ojciec dał coś za naukę syna, tego już Erazm nie pamięta,

167
I

1
о

żanie. Wyjechał więc w 1913 r. do Ameryki, gdzie przebywał
siedem lat. Ciężką pracą zarobił tam parę tysięcy dolarów i wy­
DZISNR
słał je do Polski w 1920 г., ale „prawie przepadły". Zamieniono
je na marki, i kiedy przyjechał, mógł za nie kupić tylko 22 ha
ziemi w majątku Hulidowo. Były to prawie same nieużytki,
moczary, a tylko 8 ha jako tako znośnego gruntu: „gołe pole,
m
trzeba było budować się i podatki płacić, które były dość wy­
SUIECIPlNX
5
sokie" .
Ożenił się w Jasioniewiczach, mając 36 lat. Za żonę wziął
„biedną sierotę". Wspólnie pracowali, on toczył garnki, ona
UILND
9
je sprzedawała. Dawał sobie radę i z pracą w polu, i przy kręgu.
9
О
Kiedy zaczynało im się już jako tako powodzić, przyszła I I wojna,
11
*
okupacja, a „fabrykę" zamknięto. W czasie okupacji chodził
DSZMIPiNF)
(Q) UILEJKF)
kilka dni w tygodniu do pracy w Dunilowiczach, odległych
0 20 km od domu, pozostawiając żonę z małymi dziećmi na
MObODECZNO
/
gospodarstwie. W Dunilowiczach bowiem Stefan Bombalski —
//
tamtejszy organista, który choć nie znal się na garncarstwie,
///
założył „fabrykę", zatrudniając Erazma Szyszkę i wyuczonego
przez
niego młodszego brata — Kazimierza jako instruktorów
iv
WIENIEC
kierujących pracą zatrudnionych robotników. Kazimierz miesz­
V
kał w „mieście" (Dunilowiczach), a Erazm musiał do pracy
dochodzić. Nie trwało to jednak zbyt długo, bo fabryka
I I . 2. Legenda: I — miasta woj. I I — miasta pow. I I I — wr,żne wkrótce spłonęła, a swój „warsztat" (koło) ledwie Erazm
ośrodki garncarskie. IV — miejsca pracy Szyszki.: 1 — Dzie- wydobył spod gruzów.
Szyszko, tak jak prawie wszyscy garncarze ludowi, nie
mioszki, 2 — Głębokie, 3 — Nowosiółki, 4 — Stary Dwór, 5 —•
zdawał żadnych egzaminów z zakresu swego rzemiosła. Miał
Postawy, 6 — Duniłowicze, 7 — Hnlidowo, 8 — Jasicnicwiczo,
kilku uczniów, toczył garnki, sprzedawał je gdzie chciał i dopiero
9 — Paczkowioe, 10 — Rudka, 11 — Łazimy, V — miejsce
„za Polski" musiał zrobić „patent" (egzamin mistrzowski),
urodzenia Szyszki.
gdyż władze wymagały tego od każdego, kto chciał nadal prowa­
dzić pracownię. Dyplom na mistrza garncarskiego otrzymał
w Wilnie w 1934 r. (il. 3). Cechmistrzem, a zarazem jednym
z członków komisji egzaminacyjnej, był wówczas Aleksander
Azarewicz, człowiek już w podeszłym wieku, mający po ojcu
wic natomiast, że Podlipski za jego późniejszą pracę dawał mu znaną i cenioną pracownię garncarską w Wilnie. W okresie
„stołowanie" (ubranie musiał mieć swoje), a czasem „to dał międzywojennym wykonywał przeważnie ceramikę artystyczną,
i miedziaka na obarzanka".
opartą częściowo na formach tradycyjnych, a częściowo wprowa­
Po dwóch latach pobytu u Podlipskiego postanowił Szyszko dzał nowe kształty i zdobnictwo, prawdopodobnie pod wpływem
usamodzielnić się, tym bardziej że rodzina przeniosła się z Pacz­ jakiegoś plastyka projektującego mu wzory .
kowie na inne miejsce, gdzie ojciec „dobrze żył z właścicielom",
Jak już wspomniano, Szyszko osiedlił się w 1946 r. na
który pozwolił zbudować obok mieszkania przydzielonego ro­
kolonii należącej do wsi Miłakowo (koło Morąga), gdzie otrzymał
dzinie Szyszków szopę a w niej piec garncarski . Zaczął więc
sporą gospodarkę rolną. Obok pracy na roli zajmował się garn­
Szyszko toczyć garnki, ale „ma się rozumieć musieliśmy coś
carstwem. Zapotrzebowanie na garnki gliniane było w tych
panu za to dawać". W pracy garncarskiej pomagała mu, według
stronach ogromne, jako że osiedliło się tam wiele rodzin zza Buga.
swoich możliwości, rodzina. Do niej należały przygotowawczo,
Pozbawieni w nowych warunkach naczyń glinianych, których
wstępne roboty, jak przywóz gliny, jej wyrabianie itd. Z rodziną
albo nie zabrali ze sobą, albo też wytłukły się im ono w czasie
też przenosił się z miejsca na miejsce, aż do całkowitego usamo­
drogi, poszukiwali ich wszędzie, nie mogąc się pozbyć dawnych
dzielnienia się, co nastąpiło po odsłużeniu czteroletniej służby
przyzwyczajeń (np. gotowania strawy czy przechowywania
wojskowej, czyli w roku 1910. Miał wtedy 25 lat.
1 kiszenia mleka w garnkach glinianych). „Miałem wtedy pełne
W ciągu swojego długiego życia kilkanaście razy „urządzał ręce roboty" — mówi Szyszko — „bo dziś już nikt nie daje
fabrykę", czyli garncarnię. Wędrował razem z ojcem od jodnego mleka do glinianych garnków".
„obszarnika" do drugiego i zakładał sobie czasową pracownię.
Kiedy dzieci dorosły i musiały się uczyć, Szyszko z całą
Nie umie już wyliczyć wszystkich etapów, ale wie, że pierwszą
rodziną
przeniósł się w 1955 r. z Miłakowa do Biskupca (woj.
własną garncarnię miał w Starym Dworze, wsi leżącej koło
Dunilowiez. Potem przyszły kolejno: Rudka, Łazuny, Jasienie- olsztyńskie). Na roli nikt nie chciał pracować, więc zostawił
wiczc (miejscowości leżące w pobliżu Wilejki), Dziemieszki, całe gospodarstwo i w Biskupcu zaczął początkowo pracować
Hnlidowo koło Głębokiego (niedaleko Dzisny), wreszcie miasteczko w kaflami. Po pewnym czasie rzucił tę robotę i zabrał się z po­
Duniłowicze i po I wojnie światowej znów Hulidowo (il. 2). wrotem do garncarstwa.
Stamtąd repatriował się w 1946 roku do Polski, gdzie pracow-ał
Erazm Szyszko to człowiek niezwykle ruchliwy, nie mogący
początkowo w Miłakowie koło Morąga, a później przeniósł się długo usiedzieć na jednym miejscu, a przy tym bardzo praco­
do Biskupca, gdzie toczy jeszcze garnki do dnia dzisiejszego. wity. I dziś, mająo przeszło 90 lat, marzy tylko o tym, aby móc
Po ukończeniu służby wojskowej i powrocie do domu Szyszko w lecie zasiąść za kółkiem, bo „zimową porą już siły nie pozwa­
postanowił założyć rodzinę. Okazało się jednak, że nie było to lają". Warunki do pracy ma trudne, tak się bowiem składa,
takie proste. Spodobała mu się jedna dziewczyna, ale odrzucono że budynek, w którym ma pracownię, oraz dom, gdzie mieszka
go, o czym tak opowiada: „Kiedyś tatuś jednej dziewczyny w Biskupcu, przeznaczone są do kapitalnego remontu. Decyzja
dowodził mi, żebym się starał o posadę konduktora na kolei, zapadła już dawno, ale miasto nie przystępuje, nie wiadomo
wtedy ja zrozumiałem, że mój zawód jest haniebny. W języku z jakich przyczyn, do remontu, pozostawiająo lokatorów w usta­
białoruskim brzmiał »harszczan« lub »hanczar«, a jak chciano wicznej niepewności. Szyszko dostał na czas remontu zastępcze
kogoś obrazić, to mówiono »harszkalep«, a to było bardzo mieszkanie w baraku, które jednak ze względu na wiek i zdrowie
brzydko." Postanowił zdobyć pieniądze, a tym samym powa­ jego oraz żony okazało się dla nich nieodpowiednie. „Dzieci mam
7

®

8

9

6

168

dobre, to mnie wzięiy do siebie", ale w „nieróbstwie" wytrzymać
może tylko zimą. Na lato wraca jak ptak do gniazda — do
rozwalającej się w Biskupcu budy, gdzie dach się wali i przecieka,
ściany są popękane, całość grozi zawaleniem, ale może tam
usiąść za ukochanym „kółkiem" i toczyć.
Listy jego najlepiej świadczą o wielkim umiłowaniu zawodu
który coraz mu trudniej wykonywać ze względu na wiok, stan
zdrowia — i brak zapotrzebowania. „To, co robię — żali się —
nie jest teraz nikomu potrzebne". Chciałby być użyteczny,
a nio czekać na nieubłagany koniec życia. Ale — jak pisze —
„ludzie nie mogą tego zrozumieć, żeby ktoś chciał pracować
wtedy, jak jemu wcalo nie potrzeba,, bo rentę main dostateczną,
a w ostatnim roku podwyższyli za to, że byłem twórcą ludowym
i renta na nasze potrzeby wystarcza...".
Ważnym wydarzeniem w życiu Erazma Szyszki była w r.I 971
uroczystość 50-lecia pożycia małżeńskiego, o czym donosi w nas­
tępujący sposób: ,,(...) jubileusz w kościele odbył się 6 czerwca,
w prezydium 15 października, dostaliśmy medale za długoletnie
pożycie małżeńskie i pochwałę za nasz trud, że dużo dzieci
wychowali i ułatwili im naukę tak, że wszyscy na stanowiskach
pracują i żyją. przykładnie cztery córki i dwueh synów w Polsce
a syn ksiondz wyjechał jako misjonarz do Brazylii".
Namowy na pisanie swoich wspomnień, a pamięć ma Szyszko
dobrą, nie dają rezultatu, bo jak twierdzi: „już oczy słabe i mogę
tyle jak dzień słoneczny, a jak pochmurny to nie", a po wtóre:
„nio będzie to dobre pisanie, bo w swoim życiu nie przestąpiłem
progu żadnej szkoły, uczyłem pisać tyle, ile z przepisywania".
Chętnie natomiast opowiada zwłaszcza o pobycie na Wileń­
szczyźnie, gdzie przeżył najbardziej liczący się okres swego życia.
W opowiadaniach i listach zwraca Szyszko wiele uwagi na zagad­
nienia, technologiczne. Są one dla nas szczególnie cenne, ponieważ
dają nam możność zapoznania się z pracą, polskich garncarzy na
Wileńszczyźnie.
Szyszko zawód garncarski uważa za najdawniejszy: glinę
nazywa „naszym złotem". Wszędzie ją można było znaleźć
na Wileńszczyźnie, toteż w każdej miejscowości dawało się
urządzić pracownię garncarską . A jeśli nawet w danej wsi
nie było odpowiedniej gliny albo były tylko nikle pokłady, to
zawsze w najbliższym sąsiedztwie znalazły się pola, gdzie można
było glinę wydobyć i przywieźć.
Nie każda jednak glina była w równym stopniu przydatna
do wyrobu garnków. Szyszko twierdzi, że toczył naczynia z każdej,
jaka była dla niego osiągalna. Zdarzały się więc gliny raz bardziej
szare, to znów bardziej czerwono-żelazisto, chude, mające większą
zawartość piasku, to znów tłuste, bardziej ilaste. Zależnie od
tego, jodno garnki po wypaleniu miały barwę czerwoną, inne
odcioń żółty lub szary, a same wyroby były mniej lub bardziej
wytrzymałe na gorąco i uderzenie. Jeśli glina miała w sobie
znaczno ilości piasku, „to niedobra, bo nie trzyma i garki pękali",
natomiast glina nawet najtluśeiejsza, zdaniem Szyszki, nic szkodzi
naczyniu. Glinę bowiem tłustą, można było schudzić przy pomocy
miałko tłuczonego kamienia. Było to tak zwano „żarstwo".
10

Aby przekonać się czy glina jest chuda czy tłusta, Szyszko
miał dwa sposoby. Pierwszy polegał na tym, że garncarz robił
z gliny wałek i trzymał w ręce. Gdy glina była tłusta, po chwili
wałek „schylał się", przy chudej „schylał się i łamał". Drugi
sposób — to branie do ust małego kawałeczka gliny i próbowanie
czy zawiera piasek, „tłusta w zębach nie trzeszczy".
Wydajność pokładów bywała różna. Trafiały się takie, że
„wykopiesz pól metra i już gliny nie masz". Najczęściej jednak
warstwy gliny były grube na ok. 1 metr.
Glinę przywożono furami do domu garncarza, który nie
płacił pieniędzmi, lecz towarem: „a to znów dasz kilka sztuk
naczynia i glinę dostaniesz". Surowiec składano do „jamy",
czyli głębokiego dołu obstawionego wewnątrz deskami. Dół ten
znajdował się w pracowni, a jego głębokość bywała różna. U Szysz­
ki miał wymiary ca 1,5 X 1 X 2 m. Przeważnie do takiego dołu
wchodziły 4 fury gliny. Ponieważ Szyszko robił garnki przez cały

" - t Surf*
DYPLOM
П

1
MISTRZOWSKI

W*U.*jli.« *tt>/\* Ц / iV.fi М Ч Н / * W J f i \.' " V *

) >' a
"•(fiGtt-iiL f *>

**»4,«.**fł*»»v
V

>/t} i'4U
i\»* K' ^
i'4U гЫ М Л ft/i < A i ' J I .L II P o L ^ / s / n\

I I . 3. Dyplom mistrzowski Erazma Szyszki

rok, przywożono mu glinę od wczesnej wiosny do późnej josiei i
w takiej ilości, żeby mieściła się w dole. Miesięcznie w locio wy­
rabiał ok. 2 fur gliny. Na zimę robił zapas gliny, składając ją
na polu „na kupie". Glina w czasie mrozów zamarzała. Kiedy
w czasie zimowych miesięcy potrzebował jej, wówczas odrąbywał
ze sterty kawał gliny, następnie zanosił go do domu, aby roztajala, a dla, przyspieszenia procesu polewał jeszcze gorącą
wodą.
Z zapasu gliny, zgromadzonej w izbie, bral garncarz tyle,
ile wiedział, że zużyje w ciągu dnia. Glinę rozciągał na klepisku
(„drewnianej podłogi nie było") i deptał ją bosymi nogami,
polewając od czasu do czasu wodą, tak dlngo, aż stalą się zu­
pełnie miękka i plastyczna. (Dziś czynność tę wykonują rękami).
Glina musiała mieć określoną konsystencję. Nie mogła być za
miękka, „boby się mogła nie trzymać, tylko by opadała" (przy­
toczeniu). Praca ta była, bardzo mozolna, garncarz musiał pra­
cować w zimnie, wilgoci. Na skutek tego właśnie, jak sądzi
Szyszko, ma dziś powykręcane ręce i nogi.
Wyrobioną, glinę brał garncarz kawałkami na deskę, aby ją
jeszcze dodatkowo wygnieść rękami, a równocześnie odpowiednio
„poszatkować", czyli poprzecinać grubym drutem na wszystkie
strony, i wyciągnąć z niej zanieczyszczenia w postaci trawy,
korzeni, slomy , kamieni itp. Na koniec gładził glinę lekko dłońmi,
wyczuwając pod palcami drobne kamyczki, które w poprzedniej
obróbce nie zostały usunięte. Glinę wyrabiano jak „ciasto na
dobre placki". Przygotowanie gliny zabierało mnóstwo czasu,
opłacało się jednak mieć dobrze spreparowaną masę, „bo potem
lepiej się robiło, im lepiej wyrobiona glina, tym szybsza robota
i więcej z niej dało się zrobić garków". Glinę trzeba było nieraz
kilkakrotnie mieszać, gdyż już po dwóch godzinach nie dało
się z niej toczyć, tak szybko wysychała.
r

Mniej więcej na 100 garnków litrowych wyrabiało się glinę
około dwu godzin. Oprócz wymienionego drutu do szatkowania
gliny, w pracowni garncarskiej Szyszki znajdowało się niewiele
narzędzi. Podstawowym sprzętem było naturalnie koło garn­
carskie, ława, do której za pomocą drewnianego uchwytu przy­
mocowana była na stale oś koła, żarna do mielenia glejty, długie
deski, tzw. tezy, do suszenia naczyń, nożyk garncarski, czyli
„szynal", drewniany nieduży przedmiot w kształcie trapezu
z dziurą w środku do formowania toczonego naczynia, drut do
odcinania od koła gotowego wyrobu, garnuszki na wodę potrzebną
do zwilżania rąk w czasie toczenia i do oblewania polewą oraz sito
do przesiewania proszku używanego na polewę.

169

1

i

II. 4. Rysunek pieca garncarskiego, wjk. przez Erazma Szyszkę.

Szyszko toczy naczynia na kole garncarskim bezsponowym,
które na Wileńszczyźnie nazywano „kruh" lub „warsztat".
Odkąd zapamiętał, zawsze miało ono taką samą formę jak
obecnie. Początkowo toczył na kole swego mistrza. Własne koło
sprawił sobie dopiero w 1904 r. i przywiózł je ze sobą zza Buga
na nowo miejsce zamieszkania. Miał je podczas wszystkich
wędrówek, ocalało w czasie pożaru domu w Dunilowiczach, aż
wreszcie w 1970 r. oddał je do Muzeum Etnograficznego w Kra­
kowie, aby „była po mnie jakaś pamiątka". Był wówczas prze­
konany, że „więcej to już robił nie bendzie". Nie potrafił jednak
porzucić zawodu i toczy nadal, ale na kole pożyczonym.

Dziennie wykonywał zazwyczaj 80—100 sztuk, zależało
to od wielkości poszczególnych naczyń. Gdy bvły to same garnki
litrowe, wyrabiał ich do 100. „Narobiwszy garków", stawiał
je Szyszko na deskach, tzw. tezach, „jak chleb w piekarni".
Tezy umieszczone były pod powałą pracowni, gdzie było cieplej.
W okresie letnim, w czasie pogody suszył je na zewnątrz, uło­
żone na tezach, żeby nie wilgotniały od ziemi i dla łatwiejszego
wynoszenia garnków z pracowni. Mniej więcej po tygodniu
naczynia nadawały się do wypału. Należało jednak uważać,
aby garnki nie znalazły się w pełnym słońcu, „boby się popsuły
i popękały". W zimie proces suszenia trwał znacznie dłużej,
nawet i dwa tygodnie, co opóźniało wypełnienie całego pieca
Kolo garncarskie Szyszki składa się z dwóch drewnianych
garncarskiego. Aby przyspieszyć suszenie, ustawiał garnli na
tarcz: górnej — o średnicy 25 cm, a grubości 4 cm i dolnej —
dużym piecu w izbie. „Tam schły najprędzej, bo tu palisz i go­
o średnicy 73 cm i grubości 8 cm, połączonych ze sobą metalową
tujesz, a tam na wierzchu garki schną".
osią wysokości 82 cm. W górnej części przechodzi ona przez
uchwyt trzymający ją w położeniu pionowym, dolnym końcem
Ucha do naczyń robił Szyszko z wałka gliny. Przyklejał jo
oparta jest na podkładce z kamienia. Przy toczeniu garncarz na drugi dzień po wytoczeniu, jak garnki już nieco przeschły:
siedzi na ławie obejmując oś koła okrakiem i porusza bosymi „na jeden dzień zrobisz, a na drugi jak podeschnic zrobisz ucha
nogami tarczę dolną. Tarcza na skutek wielu lat używania ma i przylepisz". W czasie przyklejania uch sprawdzał jeszcze
na swej powierzchni płytkie wyżłobienia.
czy na powierzchni naczynia nie ma jakiegoś nie zauważonego
Przystępując do toczenia, garncarz dzielił „na oko" przygo­ dotąd kamyczka, który szybko należało usunąć, aby przy wy­
towany uprzednio kawał gliny na wałki różnej wielkości, które palaniu nie rozsadził skorupy. Poprawiał również Szyszko
układał na desce „jak w piekarni". Wielkość wałka („kłos") kształt, jeśli naczynie się nieco skrzywiło. Potem stawiał ponownie
zależała od tego, co garncarz zamierzał z niego zrobić. Glinę garnki do suszenia.
przed rzuceniem na tarczę koła zwilżał nieco wodą, „aby przy­
Na Wileńszczyźnie Szyszko „nie miał pieca" (mowa natu­
stała". Do profilowania i gładzenia powierzchni toczonego ralnie o piecu garncarskim, zbudowanym z cegły, znajdującym
naczynia używał szynala.. Wykonany garnek odcinał od tarczy się w specjalnym pomieszczeniu, takim, jakie ma obecnie w Bis­
drutem, na końcach którego przymocowane były drewniano kupcu). „Horn", który tam posiadał, znajdował się w polu,
kołeczki do trzymania. Przeciętnie jeden garnek robił 3—4 poza pracownią garncarską. Był to dół wykopany w ziemi na
minuty, małe doniczki krócej, ok. 2,5 minut, a większe naczynia głębokość mniej więcej 1,5 m, nad którym wznosiło się skle­
5 minut i więcej. W czasie toczenia ruch koła musiał być jedna­ pienie w formie kopuły, wykonane ze starych skorup zespolonych
kowy, ani za szybki, ani za powolny. W pierwszym przypadku gliną i pokrytych darnią. Z jednej strony kopuły znajdował się
mogłoby nastąpić rozerwanie wyrabianego naczynia, w drugim — właz do ustawiania naczyń. Dla lepszego wyjaśnienia konstrukcji
trudne byłoby zachowanie równowagi.
pieca Szyszko przysłał mi własnoręcznie wykonano rysunki

170

z następującym komentarzem: „Pani interesowało moje piece
garncarskio a z tłumaczenia nie łatwo zrozumieć jak oni wyglą­
dali ja posyłam szkice może pani bendzie łatwiej ich poznać"
(il. 4, 5). Szkice nadesłane przez Szyszkę odnoszą się do pieca
w Biskupcu, jednak zasada obu pieców była taka sama. Różnica
polegała jedynie na obudowie zewnętrznej. Jak wynika z rysun­
ków, piece wileńskie były dwukomorowe, o pionowym ciągu
ognia . Dolna komora, znajdująca się pod powierzchnią ziemi,
pełniła rolę komory ogniowej, zaś górna, oddzielona od poprzed­
niej poziomą, prostokątną kratą, czyli „rusztem" — pomiesz­
czenie na naczynia. Otwór paleniskowy wiodący do komory
ogniowej umieszczony był w dole wykopanym przed piecem.
11

Piece na Wileńszczyźnie zawszo były „pod szopą", która
według relacji garncarza, podobnio jak i cało jej urządzenie,
przypominała raczej kurnik, ale chroniła od śniegów, co pozwa­
lało wypalać naczynia również w porzo zimowej.
Przez wspomniany właz w górnej komorze załadowywał
Szyszko garnki do wypału, ustawiając je na ruszcie dnem do
góry, w ten sposób, żeby „większy przykrywał mniejszy".
Jednocześnie wy-palał około 500 sztuk, zależało to od wielkości
przygotowanych naczyń. Kładąc garnek jeden na drugim,
należało uważać specjalnie przy naczyniach polewanych, trzeba
było przed położeniem wytrzeć im brzegi, aby uchronić je od
wzajemnego przyklejania się. Niejednokrotnie mimo zabezpie­
czenia garnki i tak sklejały się, a przy rozdzielaniu ulegały
rozbiciu. Po założeniu pieca Szyszko zakrywał właz starymi
гЛогирапи, przy czym nio zostawiał żadnego otworu do wglądu,
bo „z wierzchu i tak było widać ogień". Szyszko robił w ciągu
roku około 20 wypałów.
Podobnie jak i inni garncarze wileńscy, wypalał zawsze
w dzień. Zwykle zaczynał o 5-tej rano, a kończył wieczorom
około godziny 1!)—20. Najważniejszą czynnością, od której
wszystko zależy w procesie wykonywania naczyń glinianych,
jest — zdaniem Szyszki — dobry wypał. Nauka w rzemiośle
garncarskim „to nie samo toczenie", alo przede wszystkim należy­
te „prowadzenie ognia". Uczeń długo musiał zdobywać tę umie­
jętność pod fachowym okiem swogo mistrza.
Na dobry wypał składa się wiele czynników, najważniejsze
z nich to: 1 — racjonalne ułożenie naczyń w piecu; 2 — użycie
odpowiedniego gatunku drewna; 3 — właściwe prowadzenie
ognia, czyli dostosowanie należytej temperatury pieca w poszcze­
gólnych fazach wypału.
Według Szyszki najlepiej nadają się do wypału sosna i jodła,
niedobre jest zaś drewno drzew liściastych. „Olcha, buk czy
brzoza to jeszcze na małym ogniu mogą być prędzej, ale potem
nie, bo robi się z nich węgiel i źle wypala, tylko dobra sosna
albo jodła, bo ogień pędzi do góry". Im drewno suchsze, tym
ozas wypału krótszy. Na jeden wypał zużywał przeciętnie 1 m
drewna.
W pierwszej fazie wypału trzeba było stosować „mały
ogień". Naczynia chociaż były przez suszenie na powietrzu
pozbawione wody, z którą glina związana jest meohanicznie,
zawierały jednak wodę higroskopijną i związaną chemicznie.
We wstępnym stadium wypału należało tę wodę usunąć. Trzeba
więc było suszyć garnki powoli, gdyż duża temperatura spowo­
dowałaby zbyt szybkie parowanie wody, co rozsadziłoby ścianki.
W pierwszej fazie, która trwa około 7 godzin, ogień „aby tylko
się pali". Kiedy garnki „już dobrze przeschły", przystępował
Szyszko do stopniowego podnoszenia temperatury pieca przez
dodawanie drewna dla uzyskania „dużego ognia", który pod­
trzymywał mniej więcej 4—б godzin. Odpowiedni moment do
dania „dużego ognia" poznawał po tym, że woda pryśnięta na
skorupy pokrywające piec zaczynała kipieć. Wówczas należało
przystępować do podnoszenia temperatury ognia. W końcowej
fazie wypału garncarz kładł bierwiona drewna do komory dolnej
i zasklepia! otwór. Było to już wypalanie naczyń w nagrzanym
piecu. Garnki z pieca wyjmował na drugi dzień rano, czasem
później, gdy zupełnie wystygły. Odbijał wówczas właz i wyjmo3

II. 6. Rysunek pieca Erazma Szyszki, widok z góry.

wał naczynia gołymi rękami, zaś do przegrzebywania ognia
w piecu służył mu zakrzywiony drewniany kij, tzw. koczerga.
Szyszko wypalał garnki dwukrotnie, pierwszy raz bez
polewy, drugi raz z polewą. Pierwszy wypał trwał mniej więcej
10—12 godzin, a ze stygnięciem ponad 24 godziny, zaś drugi
był krótszy, gdyż pierwsza jogo faza, polegająca na powolnym
suszeniu, wymagała mniej czasu. Temperatury w dalszych fazach
drugiego wypału musiały być równie wysokie jak w pierwszym
i trzeba je było utrzymywać ponad б godzin, nie licząc czasu
stygnięcia pieca.
Polewę robił Szyszko: bezbarwną, zieloną łub brązową.
Aby mieć polewę „bezbarwną — szklistą", przepalał na proszek
różne przedmioty z ołowiu w jakimś garnku żelaznym. Podgrze­
wany ołów początkowo topił się, a następnie zmieniał na proszek
— tlenek ołowiu. Zieloną polewę uzyskiwał przez dodanie ,,sinego
kamienia" lub przepalonej miedzi, zaś polewę ciemnobrązową,
prawie czarną — z brausztynu. Ołów kupował Szyszko od Żydów,
którzy sprowadzali go specjalnie dla garncarzy. Po I wojnie
światowej chłopi wydobywali z ziemi kable z płaszczem ołowia­
nym i sprzedawali je garncarzom. Miedź na polewę bral Szyszko
od kotlarzy, robiących rondle miedziane w sąsiednim miasteczku
Dunilowiczach, zaś brausztyn, podobnie jak ołów kupowany
był „u Żydów".
Zarówno ołów, jak i miedź, siny kamień czy brausztyn
mieszało się pół na pół z piaskiem (czasem nawet dodając więcej
piasku), zalewało wodą i „po mokrym stanie" mełło w żarnach,
takich samych jak do mielenia zboża: z tą tylko różnicą, że
kamienie w żarnach garncarskich miały gładką powierzchnię.
Byda to męska рг'аса, bo „kobiecie tam trudno było wyrobić
taką farbę". W efekcie końcowym powstawała płynna zawie­
sina „jak najgęstsza śmietana", którą rozcieńczało się wodą
i nabierając kubkiem, oblewało nią garnek nad jakimś szerszym
naczyniem, do którego ściekał nadmiar płynu. Szyszko, jak to

171

I

'Htfr^eU^ixi
HUił^

*
JĄ/-

ff/ł'

vvl-t/>о tło
j^{

и

Mnt* -г******
К<У ł"

ъ1 zjo-ej^ij (-Ź

p

У/гъ* > л™.,*,
ъг> -ŁatlsseA

i У<< ^ a * » / v / ^

./#лУ

г Tint.

6?£*ь?-ъг*-}п
с/ и£с«*£**£«ох

e

л

е

9/yA*f*v'

*^-£/> •>

й

pona-ć;

Уе<

•'-

s

I I . G. Fragment listu E. Szyszki.

już wyżej było powiedziane, kładł polewę na naczynia już raz
wypalone. Przypomina sobie jednak, że byli garncarze, którzy
nie oblewali garnków polewą, ale wysuszone naczynia powlekali
klejom, zrobionym domowym sposobem, a następnie na ten klej
posypywali zmielony proszok na sucho i dopiero wypalali.
Szyszko togo nic stosował, gdyż jogo zdaniem ,,jest to szkodliwo
dla zdrowia".
Naczynia, jakie wykonywał Szyszko na Wileńszczyźnie,
miały charakter wyłącznie użytkowy. Dekoracyjnych nie wy­
rabiał: „bo i na co". Przypomina sobie jednak, że w Glębokicm,
kolo Dzisny, garncarze robili flakony, „ale nic udawały się, bo
nie mieli dobrej gliny, ludzie nie kupowali, więc skwitowali
fabrykę".
Najwięcej, jak twierdzi, toczył misek różnej wielkości
i kształtów, miały bowiem one w tym czasie szerokie zastoso­
wanie. Jadano na nich, przygotowywano pokarmy, zwłaszcza
mączne, wyrabiano w nich ciasto, robiono zakwasek do chleba,
a także przetrzymywano mleko lub ucierano mak. W zależności
od funkcji, jaką miała spełniać miska, nadawał jej garncarz
odpowiedni kształt. Miski posiadały różne nazwy, np. „miski",
„oiorly", „ciorliec", „makotry". Niejednokrotnio nosiły też
miano „latuszek". Miski służące do jedzenia były zwykle wy­
sokie na 6—8 cm, o średnicy dna ok. 8—10 cm, zaś stosunek
średnicy dna do średnicy wylewu miał się przeważnie jak 1 : 2',5.
Podobne proporcje, jak i kształt zachowane były również przy
łatuszkach o większych rozmiarach, jak np. przy miskach prze­
znaczonych do przechowywania większej ilości mleka. Wysokość
ich wahała się w granicach 12—20 cm, zaś średnica dna miała
mniej więcej 10—12 cm. Zdarzało się czasem, że na specjalne
życzenie robił Szyszko latuszki o jeszcze większych gabarytach.
W bardzo płytkich miskach smażono jajecznicę.
Oprócz misek robił Szyszko dość dużo dzbanków, które na
Wileńszczyźnie zwykle wyrabiane byty bez uch, czyli „rączek".
Miały je jedynie dzbany do noszenia wody lub kwasu pracującym
w polu. Dzbany, „zbany", „staulnmy", „mleczniaki", „hładysze" — to naczynia do przechowywania, pokarmów płynnych.
Zasadniczy ich kształt był jednakowy, różniły się jedynie wy­
sokością. Najsmuklejsze i najwyższe bywały staubuny („stołbuny") , osiągały niera,z i ponad 30 cm wysokości. Gospodynie
kisiły w nich mleko.
Części dzbanka to: „szyjka" (ułatwiająca, przelewanie
płynu do innego naczynia), „brzuch", „dno" i „bihari" (tak
nazywa Szyszko górne brzegi). Dzbanki do przenoszenia płynów
w pole miały czasem „dzióbek". „Hładysze", czyli „mleczniaki",
nie posiadały nigdy ani rączek, a,ni dzióbka, ale miały bihari,
to znaczy „wirzch". Staubuny pozbawione były nawet tych
ostatnich, były równe od brzuśca do wylewu.
W glinianych garnkach gotowano. Miały one kształt jajo­
waty, były niskie a szerokie, zwykle bez rączek, bez szyjki,
za to miały wyraźny „wirzch", czyli brzeg. Do wyrobu garnków
musiał garncarz używać specjalnie przygotowanej gliny, nic
mogła ona być zbyt tłusta, ponieważ garnki byłyby wtedy
niewytrzymałc na gorąco i szybko pękały.
Innym rodzajem garnków wyrabianych przez Szyszkę były
„ciorlice". Miały one jedno ucho, krótką szyjkę i wylew nieco
szerszy niż w dzbankach, węższy zaś od wylewów zwykłych
garnków. Ciorlice te, mające ok. 20 cm wysokości, kupowano
przeważnie w celu przechowywania, śmietany.
Oprócz tych najczęściej występujących form naczyń gli­
nianych robił Szyszko również i inne, np. „słoje", czyli duże
naczynia zasobowe, wysokie na 30 cm i więcej, w których prze­
chowywano miód, marynowane grzyby, przetwory z jagód,
kiszone ogórki itp. Miały one kształt cylindryczny albo beczułkowaty. Ponieważ samo naczynie było dość ciężkie, a do tego
dochodziła waga zawartości, miało ono na brzuścu dwa uchwyty,
umożliwiające zaczepienie palców od spodu i łatwiejsze ich
przonoszenie.
Z wyrobów, jakie wykonywał Szyszko w swej pracowni
na Wileńszczyźnie, należy jeszcze wymienić różne przedmioty,
12

13

11

-

ęt.TKuy

i W<J<vQ
V

П. 7. Wzory naczyń. Rys. E. Szyszko.

172

jak: kubki do picia, o kształcie zbliżonym do szklanki (zawsze
z ma,lym uchem), cukierniczki czy pokrywki do słojów. Były
też „hiaki" (,,ahlaki") z małą szyjką i uchem, w których trzy­
mano naftę lub samogon. Hlaki kupowali też Żydzi na herbatę
popijaną w czasie szabasu. Specjalnie dla Żydów robił Szyszko
tzw. ,,kugiolnico", służące do zapiekania potrawy zwanej kugiel.
Były to garnki z uchem, wysokie mniej więcej na 10 cm, o kształcie
odwróconego ściętego stożka.
Z innych obrzędowych naczyń należy wymienić duże 12—20
litrowe garnki, w których gotowano gołąbki na ucztę weselną.
Były też „rukomojki", wyrabiane przez Szyszkę dla starowieroów
(odłam prawosławnych), a używane przez nich do mycia twarzy,
której nie myli w tej samej wodzie co ręce. Miały one kształt
zbliżony do ciorlicy, z tym tylko, że posiadały dwa ucha, przez
które przewleczony był sznurek. Zawieszali je, jak mówił Szyszko,
„nad ceberkiem, jedną ręką pochylali i lali na drugą dłoń, i myli
twarz" (il. 7).
Wszystkie naczynia użytkowe, jak garnki, dzbanki, misy
miały różne wielkości. Najczęściej były to naczynia o pojemności
1—б litrów, jedynie staubuny były najmniej 3 litrowe. Słoje
jako naczynia zasobowe były znacznie większe — mniej więcej
8—10 litrowe. Największe miały 12 litrów. Kubki do kawy
miały 0,5 litra.
Jak zapamiętał Szyszko, na Wileńszczyźnie mierzono nie
na litry — tylko na kwarty i garnce. Z litrami zetknął się dopiero
w Polsce, po wojnie. Kwarta była nieco mniejsza od 1 litra.
Garnki były półgarncowe, garncowe, a nawet dwugarncowe.
Według przeliczenia na litry, półgarncowe miały około 3 1,
a garncowe б 1. Dwugarncowe garnki, o pojemności 10 1, zwano,
zdaniem Szyszki, „paktowe", zaś „śmietankowy" miał ok.
litra.
Naczynia zdobił Szyszko raczej skromnio. Na wysuszonym
czerepie, malował „pędzelkiem różne paski i wykrętaski białą,
kupowaną gliną". Robił też „grzebykiem zygzaki". Ważnym
elementem zdobniczym, było polowanie glazurą. Niektóre na­
czynia pozostawiał bez glazury, inne polewał zewnątrz lub tylko
wewnątrz. Były również takie, które miały polewę z obu stron.
Sposób umieszczania polewy uwarunkowany był przede wszyst­
kim funkcją naczynia, gdyż obok waloru estetycznego, mającego
raczej drugorzędne znaczenie, pokrywanie czerepu glazurą
miało na celu uzyskanie nieprzepuszczalnej powłoki, wygładza­
jącej porowatość gliny.
Naczynia pozbaw kmc „polewy" — to głównie garnki do
gotowania i doniczki, „bo lepszy dostęp powietrza". Od wewwnątrz polewane były dzbanki na mleko, ponieważ, jak twier­
dziły kobiety, „garnek polewany ma więcej śmietany", a także —
ponieważ łatwiejszy jest do mycia. Na zewnątrz nie dawano
polowy ze względów oszczędnościowych, wy chodziło mniej
„farby", a także dlatego, aby naczynia pozbawione uch nie
wymykały się z rąk. Obustronnie polowano były tylko dzbanki
mające uchwyty służące do noszonia napojów w pole. Szyszko
nie umie wytłumaczyć dlaczego tak robiono, „chyba, żeby lepiej
wyglądały". Obustronnie były toż polewane „słoje", aby czerep
nic wciągał miodu.
Pracując u obszarników, Szyszko sprzedawał swe wyroby
w swojej wsi i w najbliższej okolicy. Czasom z nadmiarem to­
waru jeździł do pobliskiego miasteczka, gdzie sprzedawał go na
targach i jarmarkach. Kiedy był jeszcze kawalerem, brali od
niego towar Żydzi — handlarze, czasem chłopi, którzy kupowali
„cały piec", a, potem sami już rozwozili naczynia po wsiach
i targach. Gdy się ożenił, sprzedażą jego wyrobów zajmowała się
żona. Okazało się to daleko intratniejszo dla wytwórcy. Przez
długi czas żona, sprzedawała wyroby Szyszki głównie na targach
i jarmarkach w pobliskich Dunilowiczach.
Za garnki dostawali pieniądze, często jednak, zwłaszcza
gdy sprzedaż odbywała się na miejscu, wymieniano je na zboże
w relacji „tyle zboża (żyta) za garnek, ile do niego weszło ziarna".
Niejednokrotnie żona jeździła też po innych wsiach, i garnki

NIL ND

Q

- I

% - II • - ///

I I . 8. Miejscowości na Wileńszczyźnie, w których sprzedawał
swe wyroby Bernard Podlipski: I — miasta woj., I I — miejsce
zamioszkania B. Podlipskiego., III—-punkty sprzedaży: 1 —
Molodoczno, 2 — Wilno, 3 — Wolożyn, 4 — Lida, 5 — Szczu­
czyn, 6 — Żoludek, 7 — Nowogródek, 8 — Baranowicza, 9 —
Derewno, 10 — Nieśwież, 11 — Stolpco, 12 — Rubieżewicze.
„mieniała na zboże". Gdy garnek miał ucho i był po wierzchu
polewany, wtedy za dwie sztuki dostawała 3 miary żyta.
Szyszko pamięta czasy, kiedy sprzedawano garnki „na
kopy". Za jedną kopę dostawało się rubla, dlatego nazywano
wówczas te garnki „rublowymi". Szyszko sprzedawał kopę za
półtora rubla,. Wolał jednak sprzedawać naczynia na sztuki.
„Do mojego horna (pieca)) — mówi — wchodziło najmniej
350 sztuk, czyli 6 kóp naczyń różnej wielkości, za co dostawałem
60 »załatycli «, ale to nie było dobre, bo ja chciałem, żeby
wiency brali garnków małych, a ten co kupował, żeby wioncy
dużych, to potom ustalili my za każdy garnek osobna cena".
„Dawniej to tylko na grosze liczyli" — dodaje Szyszko — i tak
np. litrowe naczynie kosztowało 4 grosze, większe 6, 8, 10, a nawet
20 groszy. Jak „nastały kopiejki", to np. za 5 litrową latuszkę
dostawało się 5 kopiejek, za dzbanek — 8, staubunę — 7, jak
przypomina sobie Szyszko, za „4 grosze można było kupić
2 pudełka zapałek, za 6 — śledzia, a za 10 — 5 jajek".
14

Popyt na różne typy naczyń kształtował się zależnie od
pory roku. I tak na wiosnę i w lecie najwięcej brano dzbanów,
łatuszok, staubunów, hladyszok (mleczniaki), a więc te wszystkie,
które służyły do przechowywania mleka. W lecie ponadto brano
dwojaki lub trojaki do noszonia, jedzenia w pole, zaś w jesieni,
według Szyszki, najlepiej „szły doniczki", których sprzedaż
w okresie międzywojennym dawała niezły dochód.
Siwaków Szyszko nigdy nie robił, nie widział nawet, jak
się je wykonuje. Od swego majstra, Juliana Podlipskiego, słyszał
tylko, że na Wileńszczyźnie były garncarskie ośrodki, które takie
naczynia wyrabiały, i że wypał ich polegał na tym, że w ostatnim
etapie garncarze nakrywali „piec z wierzchu, zasypywali go
i dawali pod spód smolaki".
Po przyjeździe w 1946 r. do Polski Szyszko nadal wyko­
nywał wszystkie znane mu formy naczyń, które były w dalszym
173

I

Oprócz drobnej rzeźby ceramicznej wyrabiał Szyszko od
czasu do czasu dawne formy naczyń glinianych, głównie na
zamówienia muzeów i na wystawy, rzadziej na doraźną sprzedaż.
Głównym jednak źródłem dochodu był dla niego nadal wyrób
doniczek.
Erazm Szyszko nie jest jedynym garncarzem, który przy­
wędrował po I I wojnie światowej z Wileńszczyzny do Polski.
Oprócz niego, jak wynika z przeprowadzonych wywiadów
i dostępnej literatury , przybyło jeszcze wielu innych: Bernard
i Michał Podlipscy, Aleksander Iwaszkiewicz, Władysław Ja­
worski, Rudolf i Jan Limonitowie, Jan Toman, Janina Szczur kowa, Franciszek i Józef Dudzewiczowie, Jan Siewruk, Wła­
dysław Kulwanowski, dwóch Kazimierzów Szyszko (syn i brat
Erazma), Bronisław Mieszkuć, Rajmund i Michał Burakowie,
Antoni Siudakiewicz i inni, których nie udało mi się odszukać.
Garncarze ci przybyli zaraz po zakończeniu wojny, z pierwszą
falą ludności zza Buga, którą władze polskie kierowały w różne
strony Polski. Początkowe punkty przydziału nie zawsze okazały
się stałym miejscem zamieszkania, i tak np. Erazm Szyszko
skierowany w okolice Morąga w końcu osiadł w Biskupcu. Alek­
sander Iwaszkiewicz przybył w 1945 r. do Kielc, następnie
przeniósł się do Olsztyna, a w 1947 r. do Giżycka, gdzie mieszkał
do śmierci, Jan i Rudolf Limonitowie dostali się do Torunia,
Jan przebywa nadal w tym mieście, zaś Rudolf przez Włocławek
dotarł do Lodzi i tu pracuje do dziś dnia. Byli jednak i tacy,
którzy pozostali na miejscu pierwotnego przydziału. Tak było
z garncarzami przybyłymi do Lubska czy Zielonej Góry. Tworzyli
oni najliczniejszą grupę (łącznie było ich w Zielonej Górze — 6,
w Lubsku — 3, a ponadto w Legnicy — 2. Garncarze osiedli
w Lubsku przybyli z Wilna, garncarze zaś zielonogórscy pocho­
dzili z Rakowa (dawny powiat Mołodeczno, w województwie
wileńskim), który był przed I I wojną silnym ośrodkiem garn­
carskim. Wspólna więź wpływała zapewne na to, że wszyscy
pozostali w Zielonej Górze i nie szukali szczęścia gdzie indziej.
Tylko Jan Toman z Wilna, po przyjeździe do Polski w 1946 г.,
wybrał sobie jako miejsce zamieszkania Nowogrodziec w woj.
jebniogjrskim, ze względu na istniejące w jego okolicy odpo­
wiednio pokłady gliny . Pracownia jego znajduje się w samym
środku miasta, podczas gdy inni gjjncarzo starali się raczej
urządzić na peryferiach, gdzie — jak mówi Michał Podlipski —
„łatwiej było znaleźć pomioszczenie na warsztat".
15

9

ciągu potrzebne ludności repatriowanej zza Buga. Z czasom
sytuacja zmieniła się, zmalało bowiem zapotrzebowanie na garnki
gliniane i garncarz z konieczności musiał przestawić się na inną
produkcję, w której czołowe miejsce zajęły wciąż poszukiwane
doniczki.
Z Miłakowa został Szyszko sprowadzony do Biskupca
Kiedy garncarze znaleźli się w nowych warunkach, przy­
przez repatriowanego z Wilna garncarza Antoniego Azarewicza.
Był on synem Aleksandra — uczestnika komisji egzaminacyjnej, stępowali do otwarcia udasnych warsztatów. Przyzwyczajeni do
która przyznała Szyszce w Wilnie (1934 r.) dyplom mistrzowski. swego zawodu, chcieli go nadal uprawiać. Wszyscy mieli upraw­
Azarewicz prowadził w Biskupcu kaflarnię. Obowiązywał w niej nienia zawodowe, byli czeladnikami, ale nie wszyscy mieli
8-godzinny dzień pracy. Po powrocie do domu, mając wolny dyplom mistrzowski. Na Wileńszczyźnie mimo, żo wymagano
czas, zaczął Szyszko z nudów lepić w glinie „różne rzeczy a przede egzaminu mistrzowskiego od tych, którzy chcieli prowadzić
wszystkim zwierzęta". Jeszcze w Dunilowiczach zabawiał się własną pracownię i mieć uczniów, to jednak wielu garncarzy
czasem robieniem z gliny „baranów", które potem razem z garn­ 0 to uprawnienia nie starało się. Stąd dopiero po I I wojnie świa­
kami pokrywał polewą i wypalał. Nie sprzedawał ich jednak, towej niektórzy garncarze uzupełnili brakujące im świadectwa.
„bo kto by tam chciał kupować takie byle co", lecz rozdawał 1 tak np. A. Iwaszkiewicz zdał egzamin mistrzowski w 1947 r.
w prezencie krewnym i znajomym dzieciom. Zrobionymi w Bis­ w Olsztynie, a Rudolf Limonit w 1967 r. w Łodzi.
kupcu glinianymi rzeźbami zainteresował się najpierw Azarewicz,
Początkowo w Zielonej Górze, gdzie było największe sku­
który sam biorąc udział w wystawach organizowanych przez pienie garncarzy, każdy zaczął pracować na własną rękę. Po­
Muzeum w Olsztynie, pokazał je w Muzeum. Pracownicy muzealni magali sobie jednak wzajemnie nie tylko radą, alo i w pracy.
zaczęli namawiać Szyszkę do wzięcia, udziału w konkursie pamiąt­ Pow stał nawet pomysł utworzenia spółdzielni garncarskiej.
karskim oraz w wystawie sztuki ludowej w Reszlu (woj. olsztyń­ Inicjatorom był Franciszek Dudzewicz, który znal się dosko­
skie). Garncarz wzbraniał się przed tym, ale, jak mówi, „przy­ nale na garncarstwie, a równocześnie miał już doświadczenie
chodzili z Muzeum w Olsztynie i przynieśli mi nawet wzory z zakresu spółdzielczości (założył przed wojną spółdzielnię
kafli mazurskich, kazali mi robić takio rzeźby do bajek, jak: w Rakowie). Spółdzielnia została założona w 1948 r. z siedzibą
Czerwony Kaptur-k, Wrona z serem i lis i inne". Wreszcie wykonał w Zielonej Górze. Niestety z powodu nieporadności organizacyj­
kilka rzeźb, dał je na wystawę i otrzymał nagrodę. Odtąd, od nych i finansowych istniała tylko jeden rok . Po jej zlikwido­
1955 г., lepi z gliny różno postacie, np. Adama i Ewę w Raju, waniu nie wszyscy wrócili do garncarstwa, np. Bernard Pod­
misie niosące koszyk czy miniaturę tzw. diabelskich skrzypiec lipski został murarzem, a z powrotem zasiadł przy kole dopiero
z Warmii. Wykonał też na 500-locie urodzin Kopernika kilka­ w 1958 i ' . , kiedy poważnie zachorował, gdyż zawód murarski
naście różnych rzoźb przedstawiających wielkiego astronoma. był dla niego za ciężki. Toczył już potom bez przerwy do 1970 г.,
Za swą działalność artystyczną otrzymał na konkursach i wysta­ kiedy to osiągnął wiek 65 lat i przeszedł na emeryturę. Pozostawił
wach liczne nagrody, a w 1974 r. został zweryfikowany jako sobie jednak pełne wyposażenie pracowni w nadziei, żo od czasu
twórca ludowy.
do czasu może będzie toczył.
16

r

17

174

Drugim licznym skupiskiem garncarzy wileńskich w Zielonogórakiem było Lubsko. Tam również czyniono próby wyrobu
naczyń według dawnej tradycji. Użyto jednak do tego celu
niewłaściwej gliny, takiej jak do produkcji kafli. Dawała ona
po wypaleniu czerep porowaty i przesiąkliwy. Po tym niepowo­
dzeniu zrczygnowano z wyrobu naczyń i ograniczono się do
wyrobu kafli i ceramiki budowlanej . Ostatnio, jak mnie po­
informowała dr Barbara Kołodziejska, dyrektor Muzeum Okrę­
gowego w Zielonej Górze, właściciel kaflami w Lubsku, który
dawniej współpracował z garncarzami wileńskimi — Mieszkuci чп
i Michałem Burakiem, będącymi już na emeryturze, postanowił
uruchomić wyrób ceramiki o charakterze pamiątkarskim i zamie­
rza oprzeć się na tych właśnie garncarzach. Jakie będą wytwa­
rzać formy — nie wiadomo.
Garncarze, którzy z Wileńszczyzny przybyli do Polski po
I I wojnie światowej, pochodzili na ogół z rodzin garncarskich,
a rzemiosłem swoim parali się w rodzinnych stronach od wielu
lat. Byli to ludzie dojrzali, liczący w~ówczas mniej więcej 30—40
lat (Bernard Podlipski — 41, Aleksander Iwaszkiewicz — 38,
Rudolf Limonit — 30). Jedynie Erazm Szyszko przybyd w wieku
60 lat. Uczyli się oni zawodu garncarskiego od młodości, zmuszeni
do tego ciężkimi warunkami domowymi.
Iwaszkiewicz, po śmierci matki, jako 9-letni chłopiec został
oddany na naukę do swego wuja, garncarza, u którego byd prz< z
6 lat. ,,W domu była straszna bieda, ojciec nie dawał sobie rady,
więc oddali mnie, bo nie było wyboru, do wuja. Musiałem tu
pomagać we wszystkich robotach garncarskich i domowych też.
Ale przy tym nauczydom się. Majster dawał mi utrzymanie,
a garncarstwo mi się chyba podobało, ale potem przyszło już
przyzwyczajenie". Podobnie było i z Bernardem Podlipskim,
z tą tylko różnicą, że garncarstwem interesował się od dziecka,
ale ojciec nie pozw alał małemu Bernardowi siadać za kółkiem.
Mieszkając w Iwieńcu, dużym ośrodku garncarskim, chłopiec
,,biegał po garncarzach" i pomagał im przy obróbce gliny i innych
wstępny-ch pracach, za co ,,czasem dostałem z niedopałku po­
ciągnąć dymu". Ojciec umarł, gdy syn miał 13 lat, i wówczas
Bernard zmuszony był szukać zawodu, aby poprawne byt rodzi­
nie. Wybór padł z konieczności na garncarstwo, ,,bo w Iwieńcu
nie było innego wyjścia, bo tam nie było żadnej innej roboty
prócz garncarstwa". Poszedł więc na naukę do blisko sześćdzie­
sięcioletniego Dyzia Kilczewskiego, który mial pracownię i za­
trudniał kilku czeladników. Robota szla mu sprawnie, tak, że
po blisko 4 miesiącach toczył już kubki do kawy, śmietanniki
(dzbanuszki do „wszelkiego użytku"), a nawet naczynia „kwartowe", tzn. miski do jedzenia, makotry, dzbanki i in. Przez cały
czas uczył go czeladnik, udzielając chłopcu rad i wskazówek,
a także, uwag, ale „jak mi nie szło, to nie obeszło się bez uderzenia
mnie po twarzy mokrą ręką z gliną".
Po wyuczeniu się zawodu garncarze usamodzielniali się, za­
kładali własno „fabryki" albo pracowali u innych, których
warsztaty rozsiane były na terenie Wileńszczyzny. Jedni osiedlali
się w wybranej miejscowości na stałe, inni wędrowali z miejsca
na miojsce, jak wspomniany już Podlipski, który jako wyzwolony
czeladnik (choć mial dopiero 15 lat), pojechał na dalszą naukę
do Wilna, do Aleksandra Azarewicza. Przebywał tam 3 łata
i uczył się, szczególnie „wyrabiania polewy i różnych sposobów
polewania". Jak twiordzi, w ciągu swojego życia pracował
w 13 miejscowościach, a w 4 zakładał własną „fabrykę".
Wyjątek wśród garncarzy przybyłych z Wileń *zezyznv
stanowi Jan Toman, z zawodu tokarz, który w Wilnie w czasie
okupacji nauczył się garncarstwa będąc już dojrzałymi męż­
czyzną. Porzucił poprzednią profesję i obecnie utrzymuje się
wyłącznio z garncarstwa i kaflarstwa .
Wszyscy przybyli z Wileńszczyzny garncarze byli „paliwocznikami", tzn. toczyli na kole, ale — poza Erazmem Szyszko
— nikt z nich nie przywiózł ze sobą „warsztatu" . Koła zrobiono
im na miejscu nowego osiedlenia.
Technika ich pracy, t j . przygotowanie gliny, obróbka,
toczenie, wypalanie, a także wyposażenie pracowni, formy
r

18

r

19

20

i
I I . 9. K. Szyszko, figurka ceramiczno,, polewana, wys. 18 cm.
II. 10—12. Wyroby ceramiczno E. Szyszki.

175

i zdobnictwo naczyń, nic różniły się zasadniczo od opisanych
przy omawianiu pracowni i wyrobów Szyszki.
Pewne różnice występują jedynie w nazewnictwie narzędzi
czy wyrobów, np. dól do składania gliny to u Szyszki ,,jaina",
a u Barnarda Podlipskiego ,,katuch", przy czym garncarz ten
gliny nie „szatkuje", lecz „tarkuje" przy pomocy tarki wyko­
nanej z podziurkowanej blachy. Kolo garncarskie, przy którym
wszyscy garncarze wileńscy siadają okrakiem, nazyw a się „war­
sztat" lub „krnh", a u Iwaszkiewicza — „toczek". Piec do
wypalania naczyń nazywa Szyszko „hornem", ale dla Iwaszkicwicza to po prostu piec (załadowany wyrobami). Aby naczynia
nie zlepiały się, Podlipski dawał „blaty gliniane", t j . płytki
chroniące naczynia w czasie wypału przed zlepianiem się.
Polewy wykonywali garncarze „systemem mokrym" (jak
Szyszko), tylko Rudolf Limonit czasem postępował inaczej,
a mianowicie wypalał ołów w kotle na tlenek ołowiu i tym prosz­
kiem posypywał czerep. Naczynia nie polewane wypalano raz,
a polewano dwukrotnie. Polowano je tak samo jak to robił
Szyszko. Jodynie Podlipski stosował nieco inną metodę. Wypa­
lony już raz garnek pokrywał rozwodnioną, „mulowatą" glinką,
niezbyt tłustą, żeby naczynie wykonano z tłustej gliny uzyskało
powierzchnię bardziej wsiąkliwą, w którą łatwiej wnika glazura.
T

Wszyscy garncarze wileńscy zgadzają się co do rodzaju
drewna używanego przy wypalaniu. Za najlepsze uważają
sosnę, świerk i jodłę, a Limonit jeszcze karpinę. Ocena wartości
jest jednak różna. Jeden z garncarzy uważa, żo najlepsza jest
sosna, inny świerk itd. Michał Podlipski szczególnie ceni sosnę,
którą pali się w pierwszej fazie wypału, w drugiej natomiast
używa już świerka, gdyż wtedy naczynie „dostaje szklistą,
piękną polewę".
Kształt, wielkość wyrobów i zdobnictwo analogiczne są
u wszystkich garncarzy wileńskich.
Ręcznym lepieniem naczyń nikt się z nich nie zajmował,
uważając to za coś ubliżającego („to taka babska robota").

Niektórzy z nich znali jednak mieszkających we wsiach „harkolepów" czy „hanczarów", którzy lepili naczynia, ręcznio i wypalali
w piecach chlebowych, a następnie po wypaleniu zanurzali
w rozwodnionym, zakwaszonym rozczyuio z żytniej mąki,
aby uzyskać nieprzepuszczalny czerep. Były to, jak twierdzą,
naczynia wytrzymałe na wysokie temperatury, dzięki czemu
doskone.le nadawały się do gotowania w nich jodzenia. '
Wyroby swe sprzedawali wileńscy garncarze, podobnie jak
Szyszko, po wsiach, na targach i jarmarkach. Zazwyczaj poma­
gały im w tym żony. Niektórzy jeździli z towarem również
w dalsze strony. Najlepiej widać to na przykładzie Bernarda
Podlipskiego (il. 8), który mieszkając w Iwieńcu, ośrodku liczącym
wiele „fabryk", rozprowadzał swój „towar" na dość znacznym
obszarze. Zdarzało się też, że garncarz sprzedawał swe wyroby
na miejscu pośrednikowi, bardzo często był nim Żyd, który
bral od razu „cały piec". To się jednak nie opłacało, bo przy
takiej transakcji daleko mniej zarabiano.
Liczba garncarzy przybyhych z Wileńszczyzny do Polski
wciąż się zmniejsza. Wielu już umaiło (Jaworski, Dudzewiczowie,
Kulwanowski, Iwaszkiewicz), kilku przeszło na emeryturę
(Bernard Podlipski, Jan Burak), ale toczą od czasu do czasu
trochę doniczek, a wyjątkowo dzbanek czy miskę. Naczynia
gliniane straciły w dużej mierzo swe dawne zastosowanie i jeśli
nawet są wyrabiane, to mają obecnie nowe przeznaczenie.
Kilku garncarzy pracuje dla „Cepelii" (m. in. Limonitowie),
niektórzy wyrabiają doniczki, ale już z form gipsowych (Kazi­
mierz Szyszko). Garncarze nie mają uczniów. Podobno dzięki
pomyślnej koniunkturze na garnki gliniane zaczął toczyć syn
Aleksandra Iwaszkiewicza. Garncarzom przybyło lat, a ubywa
sił do pracy, wraz z nimi zamiera tradycyjne garncarstwo wileń­
skie. Każdy z żyjących jeszcze garncarzy może powiedzieć
za Erazmem Szyszko:
r

„Mój dzień ma się już ku końcowi".

PRZYPISY
Zapaszką nazywano pewien rodzaj umowy z „pamieszczykiem" albo dzierżawcą, na mocy której zapasznik otrzymywał
od posiadacza ziemi kawał gruntu do obrabiania i „jakie takie
mieszkanie". Grunt ten musiakuprawiae. przy pomocy własnych
narzędzi (socha, brona itp), własnego konia i rodziny. Przy
końcu roku, po zbiorach i wy^młóconiu zboża następowała splata,
tzw. „piccioryk". Wszystkie plony dzielono na pięć części,
przy czym „pan" brał z tego trzy a zapasznik dwie części.
I tak jeden rok byli w Kolędzinie, cztery lata w Nowo­
siółkach, jeden rok w Kamionce itd.
Prawo carskie dzieliło ludzi na: „pamieszczyków" (zie­
mian), chłopów, mieszczan i „dworianów". Dworianin był to
człowiek, który z jakiegoś powodu (np. brania udziału w powsta­
niu) stracił łaskę carską. Nie wolno mu bydo nabywać własności
ziemskiej, mógł tydko ją dzierżawie od pamieszczyków, względnie
służyć „za ordymarię".
.1 ulian Podlipski opuścił Iwdeińeo dlatego, że „tam było
wielu garncarzy i byda duża konkurencja w sprzedaży^, trudno
było wyżyć".
° Erazm Szyszko, Moje życie, „Biuletyn Informacyjny
Stowarzyszenia Twórców Ludowych", Lublin 1972, nr 2, s. 17.
Garncarze, nie mając zazwyczaj sw'oich własnych gospo­
darstw, wędrowali z miejsca na miejsce, „gdzie się lepiej opłacało".
Dwory, przydzielając swoim najemnikom dom, niechętnie
widziały w nich garncarzy, uważając, że „od gliny psują się
domy".
E. Szyszko, Moje życie,... s. 17.
Na dyplomie omyłkowo podano rok urodzenia E. Szyszki:
„1985", winno być „1885".
Według pisemnej relacji J . Kudirka, pracującego obecnie
na Uniwersytecie w Wilnie; Wł, Hołubowicz, Garncarstwo
wiejskie zachodnich terenów Białorusi, Toruń 1950, fot. 27.
„...dużo natomiast mamy u nas surowca na wyroby
ceramiczne w postaci glin, a niektóre ily warwowe są wprost
1

2

3

4

6

T

7

8

9

1 0

doskonałym materiałem na cegłę". (R. Rydzcw'ski, Fizjografia
województwa wileńskiego [w:] Wilno i ziemia wileńska, Wilno
1930, t. I , s. 57).
R. Reinfuss, Garncarstwo ludowe, Warszawa 1955, s. 25.
Zgadza się to z badaniami Wł. Holubowicza, który
stwierdza, że na Wileńszczyźnie dzbanki tamtejsze były pozba­
wione uch za wyjątkiem samego Wilna, gdzie w pracowniach
garncarskich robiono dzbany z uchami. (Wl. Hołubowicz, Garn­
carstwo wiejskie..., s. 200).
Te naczynia, zdaniem Szyszki dlatego zwano staubunami,
że były wysokie i smukłe jak łodyga kwiatowo-nasienna marchwi
czy buraka, która na Wileńszczyźnie nosiła miano „staubun".
W okresie czasu, który pamięta Erazm Szyszko (lata
1890—1905), w użyciu bydy ruble i kopiejki (100 kop. — 1 rubel).
Ludzie jednak liczydi „po swojemu", o czym tak mówi Szyszko:
(...) ludzio mioli swój rachunek, bydy monety miedziane 1, 2, 3
i 5 kopiejki, srebrne — 10, 15, 20 i 50 kopiejek oraz rubel, reszta
papierki, ale ludzio miedziaki łiczydi na grosze. Jeżeli pudełko
zapałek była kopiejka, to mówili, żo to 2 grosze, a jak śledź
3 kopiejki — to było 6 groszy, a 5 kopiejek nazywali „dziesiątka",
10 kopiejek — „hrywnia", zaś 15 kopiojek to była „załatówka",
a 20 kopiejek — „sarakówka". Jeżeli pud żyta (16 kg) kosztował
75 kopiejek, to mówili 5 załatych, owsa — 1 rubel 80 kopiejek —
równało się 12 załatym, funt cukru (40 dkg) kosztował 15 ko­
piejek, czyli 1 załaty, itd".
B. Kołodziejska, Rzemiosło garncarskie w
Zielonogórskiem, Warszawa—Poznań 1973; B. Jankowska,
Współczesne
garncarstwo ludowe na Dolnym Śląsku [w:] Wieś
dolnośląska,
Wrocław 1970, s. 137—195.
B. Jankowska, Współczesne..., s. 140 i 141.
B. Kołodziejska, Rzemiosło.,., s. 143.
Jw., s. 139.
B. Jankowska, Współczesne..., s. 140.
B. Kołodziejska, Rzemiosło..., s. 152.
11

1 2

r

1 3

1 4

r

1 5

1 6
1 7

1 8

1 9

2 0

Fot.: D . Czubata -— il. 1; J . Kubiena — il. 10—12: M. Frzeżdzieeka il. 9.
Opr. rys. autor — il. 2, 8.

i

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.