http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/2154.pdf

Media

Part of Twórczość późnego wieku / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1991 t.45 z.2

extracted text
Aleksander Jackowski

T W Ó R C Z O Ś Ć PÓŹNEGO W I E K U
W sztuce profesjonalnej zjawisko to nie istnieje. Ciąg życia
i twórczości układa się w logiczną linię wiodącą od dzieciństwa
przez poszukiwania lat młodzieńczych, studia artystyczne, pasma
klęsk bądź sukcesów, wreszcie stabilizację swego image, stylu.
Ale w twórczości, którą nazywamy ludową, a także w malarstwie
i rzeźbie amatorów występuje fenomen nie znany w sztuce
„wielkiej" - otóż dopiero w podeszłym wieku, po przejściu na
rentę lub emeryturę, wypadnięciu z dotychczasowego rytmu
życia zaczyna się faza twórczości. Jakby niczym nie poprzedzona.
Od razu, od pierwszych prób dojrzała, określona w swoim stylu,
odrębności. Jest to niemal regułą, tak jak regułą jest, że w mło­
dych latach szuka się, próbuje, określa swój kierunek rozwoju,
który dopiero w toku tworzenia zyskuje kształt, pielęgnowany już
później i rozwijany przez artystę.
Starzy ludzie nie szukają. Oni znajdują. Oni już ten kształt mają
w sobie, nie wiedząc nawet o tym. Być może w przyszłości,
dysponując precyzyjnymi narzędziami poznania, będzie można
dostrzec ten proces formowania się ekspresji, dziś pisząc o niej,
skazani jesteśmy na intuicję. Co jednak możemy powiedzieć na
pewno? Że istnieje zależność między wykonywanym zawodem.

między uzyskaną sprawnością, zwłaszcza manualną a charak­
terem późniejszej twórczości; że istnieje wyraźna więź między
wspomnieniami, marzeniami, filozofią życia a tematyką i charak­
terem twórczości; że na formę wypowiedzi mogą (choć nie
muszą) wywierać wpływ obrazy, rzeźby czy ornamenty widziane
w latach młodości. Na starość bowiem wraca się zazwyczaj do
wspomnień, osobowość jest już ukształtowana na wzorach z lat,
gdy jeszcze wrażliwość była ostra, pamięć chłonna, nawyki nie
ukształtowane.
Ktoś, kto uprawiał stolarkę, był mechanikiem czy jubilerem
- skoro zacznie na stare lata rzeźbić lub malować, będzie miał
większą sprawność i co naturalne, raczej tendencję wypowiedzi
realistycznej. Natomiast ludzie nawykli do ciężkiej pracy fizycznej
- górnicy, rolnicy, drwale - mają ręce mniej sprawne. Instynktowanie wybierają formę wypowiedzi bardziej umowną, po­
sługując się znakiem, gestem. Mona Liza wyraża uśmiechem
wszystko, artysta o ograniczonych możliwościach warsztato­
wych musi szukać środków bardziej ekspresywnych. Więc nie
subtelna gra wyrazów twarzy, lecz gest - jak Skargi u Matejki, jak
Frasobliwy w sztuce ludowej.

II. 1. K. Nówek, Święta Rodzina

38

II. 2. К. Nówek, Golgota

Zrozumiałe, że hafciarka ma większe predyspozycje, by za­
czynając na stare lata przygodę ze sztuką, posłużyć się swym
zawodowym doświadczeniem niż amatorka ze środowiska in­
teligenckiego. Pierwsza, wychowana w kręgu estetyki wiejskiej,
ludowej, będzie miała inną intuicję artystyczną niż inteligentka,
której wyobraźnia estetyczna została ukształtowana na obrazach
Kossaka, Fałata, Wyspiańskiego.
Decyzja zostania artystą bywa często nieoczekiwana, wręcz
zaskakuje (Długosz, Hel Enri), czasem stanowi powrót do
młodzieńczych marzeń i zamiarów. Oczywiście zawsze istnieje
jakiś detonator, fakt, sytuacja, która wpływa na decyzję.
Motywy bywają różne, można jednak wskazać występujące
najczęściej. Są nimi:
- potrzeba zapełnienia pustki, która powstała na skutek przejścia
na emeryturę, inwalidztwo, śmierci najbliższych. Wiąże się to
z dążeniem psychiki do homeostatycznego pokonania stresu,
znalezienia zastępczej formy życia, nowego zainteresowania,
celu. Nowa czynność, nowa pasja pozwala nadal zachować
aktywność, a niekiedy nawet wręcz tę aktywność wyzwala
(Długosz);
- chęć zostawienia śladu po sobie, pamiątki bliskim. Chęć
sprawdzenia się w wieku, kiedy coraz mniej nadziei i szans;
- chęć powrotu do lat młodzieńczych, ówczesnych doznań,
zamierzeń, nadziei. Ucieczka od rzeczywistości we wspo­
mnienia, inny, lepszy świat;
- nadzieja zarobku, poprawienia swej sytuacji materialnej;
- chęć bycia kimś innym, artystą (motyw występujący wówczas,
gdy tę rolę ceni się wysoko, traktuje jako awans społeczny).
Twórczość, która się objawia w późnym okresie życia bywa jak
łuk, rozpięty między tym czasem a dzieciństwem, pozwala wrócić
do lat, gdy intensywnie przeżywało się świat, zapach łąk, szelest
traw, pierwszą miłość. Nagle człowiek sobie przypomina, że
kiedyś lubił malować, a jego obrazek Pani powiesiła na szkolnej
wystawie, że pasąc krowy - strugał z drewna i kory różne lalki,
samoloty, okręty. Życie zatacza krąg, wracamy do znaków dzie­

ciństwa, niczym stary Kane z filmu Orsona Wellesa, stajemy się
bardziej wrażliwi, spragnieni uczuć, bezbronni. Nasze córki
i synowie mawiają wówczas - zdziecinniał dziadzio. Zdziecinniał,
mówili sąsiedzi, gdy stary Ignacy Kamiński z Oraczewa zaczął
rzeźbić figurki z drewna, on, szanowany gospodarz, poseł na
Sejm, społecznik. Odbiło mu! - usłyszałem od sąsiadów Alfreda
Długosza, zdziwionych, że zamiast spokojnie siedzieć i nic nie
robić, rozwija wręcz niezwykłą aktywność artystyczną.
Można zadać pytanie dlaczego spośród setek ludzi w podobnej
sytuacji, tylko niektórzy decydują się na wybór artystycznych
form ekspresji. Sądzę, że na decyzję taką wpływa przede wszyst­
kim potrzeba aktywności, potrzeba działania. Realizuje się ona na
wiele sposobów: jedni coś klecą, inni hodują króliki, łowią ryby,
przez lata formują nową odmianę róż, propagują Pismo Święte,
działają w kółkach parafialnych, sektach, organizacjach społecz­
nych, niektórzy śpiewają w chórze kościelnym, grają w orkiestrze
dętej. Ci, którym z jakiegoś powodu bliższe są formy wypowiedzi
plastycznej, malują i rzeźbią. Sądzę, że wpływa na taki wybór nie
tylko dyspozycja, ale i świadomość, że jest to godna szacunku
forma ekspresji, wiążącej się z awansem kulturowym („być
artystą"!). Niekiedy wspomina się kogoś, kto kiedyś malował.
Maria Michałowska, znakomita malarka, jakby wróciła - za­
czynając malować - do lat młodzieńczych, kiedy to jako pielęg­
niarka zakochała się w rannym żołnierzu, malarzu i którego z woli
rodziców, straciła. Zaczęła malować, gdy tylko warunki życia na
to pozwoliły, gdy już nie była potrzebna dzieciom, rodzinie.
Wracała do punktu, w którym droga jej życia ukształtowała się
inaczej niż chciała.
Wybór formy ekspresji wiąże się przeważnie z przekonaniem, iż
jest ona adekwatna do posiadanych możliwości. W przypadku
twórców wiejskich, w rzeźbie mają oni wzorce: kapliczkowy
i „cepeliowski", które wydają się w zasięgu możliwości. Nikt nie
przymierza się do Donatella, Dunikowskiego czy Henri Moora,
a jeśli nawet, to nie rozumiejąc problemów artystycznych tego
rodzaju twórczości. Najbardziej ciekawe artystycznie, samodziel39

ne i jednolite w swej strukturze są obrazy i rzeźby ludzi, którzy nie
mieli wzorów, na których mogliby się oprzeć, którzy tworzą „jak
ptak śpiewa", poza konwencjami uznanymi przez środowisko
(np. Oleksy, Hołda, Słomiński, Sobota). Sztuka, o której piszę jest
samotna, jest głosem z oddali, z reguły nie rozumiana i nie ceniona
przez własne środowisko. Jeśli znajduje rezonans, to u ludzi
z innego środowiska, koneserów, artystów. Amatorzy-malarze,
zaczynający w późnym wieku, starają się na ogół o wypowiedź
podobną do sztuki znanej im z lat młodości. Zachętą dla nich jest
obserwacja innych amatorów. Obniża to znacznie poprzeczkę,
którą chcieliby sobie ustawić. Odczuwają radość, gdy uda im się
namalować obraz podobny do innych, widzianych przez nich.
Amatora bardziej cieszy, że udało mu się aż tak dobrze przed­
stawić temat, niż frasuje poczucie swej niedoskonałości. Często
w ogóle jej nie dostrzega. Wbrew bowiem temu, co się zazwyczaj
sądzi, amatorskie uprawianie sztuki samo przez się nie rozszerza
horyzontów, nie pogłębia widzenia problematyki artystycznej,
wiedzie natomiast do petryfikacji już osiągniętego sposobu
wypowiedzi.
Znajomość wzorów, konwencji, prądów artystycznych bynaj­
mniej nie sprzyja oryginalności i śmiałości dzieł. Śmiałość tę
i oryginalność ma się w dwóch, pozornie przeciwstawnych,
sytuacjach: p e ł n e j n i e w i e d z y , kiedy się jest zdanym tylko na
intuicję i wyobraźnię, samemu dochodzi do sposobu i formy
wypowiedzi - oraz wówczas, gdy się umie, w i e d z ą c w i e l e ,
wiedzę tę przekroczyć, odnaleźć siebie na najwyższym piętrze
twórczości. Wiedza może być bodźcem, ale też często onieśmiela,
ciąży na wyobraźni. Pewnie dlatego wśród malarzy i rzeźbiarzy
„późnego wieku" tak niewielu spotyka się świadomych tego,
czym może być sztuka. Ta ich nieświadomość bywa jednak
błogosławiona, zwłaszcza, gdy dodaje śmiałości, gdy wyzwala
intuicję twórczą.
Cztery sylwetki, które przedstawiam, nie naświetlają wszyst­
kich aspektów problemu, sądzę jednak, że wskazują na istotne
cechy twórczości późnego wieku, na jej kompensacyjny charak­
ter, pobudki działania i rolę w życiu człowieka.

raszplą, papierem ściernym. Rzeźbił, ponieważ zdawał sobie
sprawę, że jest to zajęcie dzisiaj godne, że w sąsiedniej wsi
niezbyt ceniony przez niego rzeźbiarz sporo zarabia, fabrykując
jedną po drugiej, podobną figurkę. Rzeźbił starannie, z powagą,
żadnej fuchy, jak solidny rzemieślnik. Bez pośpiechu, obmyślając
gest, wyraz twarzy, atrybuty. Potem malował olejno, żeby rzeźba
długie lata mogła istnieć. Żeby jego przeżyła, świadcząc o talencie
i umiejętnościach.
Cieszy go, że jego figurki kupują, że jak mówi - idą w świat.
Cieszy, że nawet ksiądz z Odrowąża chciał do kościoła dużą,
ponad metr liczącą rzeźbę Jana Pawła II. Ale jej nie sprzedał.
Zrobił ją, jak te figury świętych w kościele, starannie, z szacun­
kiem, prawie 2 lata pracował, skończył akurat na przyjazd Papieża
do Ojczyzny. Jak taką rzeźbę sprzedać? Papieża? Zostawił ją
w domu. Teraz, gdy już od kilku lat nie rzeźbi, bo zdrowie nie
pozwala, zostawił sobie tylko dwie figury - Ojca Świętego
i Generała Jaruzelskiego. Papieża on nie chciał sprzedać. Genera­
ła nikt nie chciał kupić. A też się przy tej rzeźbie napracowali
Wszystko jest jak należy, wężyki na czapce, guziki, ciemne
okulary. Generał jak w telewizji.

Ur. 16.02.1908 r. we wsi Świerczów, woj. kieleckie. Żadnych
cech artystyl Zmęczony stary człowiek, całe życie pracujący
w swym zawodzie. Kim jest? stolarzem - odpowiada. Rzeźba to
zajęcie w latach, gdy już nie starczało sił na ciężką pracę
w stolarni. Nie traktuje jej jako coś szczególnego, lepszego.
Rzeźbił, ponieważ umiał obchodzić się z drewnem, dłutem.

Nówek pochodzi z rodziny chłopskiej, całe życie mieszka
w Świerczowie, w pobliżu szosy łączącej Końskie z Suche­
dniowem. Rodzice przeznaczyli go, gdy dorósł do zawodu
stolarza. Po ukończeniu 5 klas podstawówki poszedł więc na
naukę do pana Wiśniewskiego w pobliskim Pardołowie. Po
4 latach rozpoczął terminowanie, zajmował się ciesiołką, wyro­
bem mebli. Założył rodzinę, wybudował dom, ale wojna znisz­
czyła wszystko. Niemcy spalili wieś. Nastąpiły trudne lata,
odbudowy domów, gospodarstw. Dopiero w 1967 r. zdołał
otworzyć własny zakład stolarski, który zapewniał byt rodzinie
(miał żonę, dwóch synów i córkę). Ale sił starczyło tylko na 10 lat.
Chorował, nie mógł już stawać przy maszynie, podnosić ciężkie
kloce drewna. Przeszedł więc na rentę. I wtedy pomyślał o rzeź­
bieniu. Dlatego, że łatwiejsze, ale - tłumaczy się - także dlatego,
że już jako dziecko lubił rysować i malować. Drażnił go też ten
Ule, w pobliskiej wsi. Skoro on może, to czemu nie ja, który lepiej
przecież znam się na stolarskiej robocie - myślał zapewne. Mając
74 lata zaczął więc nową życiową przygodę, został ludowym
rzeźbiarzem. Strugał figurki grajków weselnych, postacie wiejs­
kie, także podejmował tematy religijne, jak reprodukowane tu
kompozycje Święta Rodzina i Adam i Ewa. Zawsze rzeźbił
w drewnie lipowym a potem figurki starannie malował. Żeby było
ładniej, żeby było prawdziwiej i żeby dłużej mogły przetrwać.
Nawet w kapliczce, na wietrze, deszczu i zimnie. Wykonywał też.

II. 3. Konstanty Nówek

II. 4. Halina Walicka

Konstanty Nówek

40

II. 5. Halina Walicka, Lunatyczka, ol./pł. 60»75 cm

wykorzystując oprzyrządowanie warsztatu, lampy stojące, przy­
ozdobione małymi figurkami ludzi, zwierząt.
Teraz nie ma już sił nawet na rzeźbienie. Mieszka z najstarszym,
chorym synem. Odczuwa satysfakcję z tego, że jest rzeźbiarzem,
że jego prace kupiło Muzeum Etnograficzne w Krakowie, że
pisano o nim w gazetach. O stolarzu by przecież nie napisali,
a o rzeźbiarzu pisząl Nawet Instytut Sztuki w Warszawie się nim
interesuje ...
Halina Walicka
Urodziła się 28 grudnia 1901 roku w Warszawie.
Zaczęła malować późno, mając 65 lat. Przed tym nigdy o tym
nie myślała, nie było zresztą kiedy. Praca pochłaniała ją cał­
kowicie, nie zostawiając żadnego niedosytu, żadnej szczeliny dla
innych zainteresowań. Była pielęgniarką z wykształcenia i z po­
wołania. Lubiła swych pacjentów, serdeczna, życzliwa, uśmiech­
nięta. Codziennie przynosiła ze szpitala kwiaty. Po co więc było
malować?
Szokiem stało się dla niej przejście na emeryturę. Dotąd czynna,
potrzebna ludziom, witalna, teraz siedziała samotnie w pokoju.
Męczyła się, gasła w oczach. Do tego dołączył się następny cios,
śmierć ukochanej matki. Była załamana. Wtedy córka, psycholog,
poradziła matce, aby zaczęła malować. Co? Co chce, co pamięta,
co by chciała utrwalić w obrazie. Spróbowała. Jej obrazy, jak to
zawsze bywa u ludzi późno zaczynających tworzyć były „goto­
we" już od początku. Jej sprawność ręki, wrażliwość na kształt
i barwę zostały ukształtowane wcześniej, w innych życiowych
doświadczeniach. Nie musiała niczego szukać, od pierwszych
obrazów była sobą, opowiadała o tym, co było jej bliskie, co
chciała utrwalić i przekazać innym. Pojawiły się smętne, rozległe
pejzaże, bukiety kwiatów, sceny w eleganckich salonach. Dobro,
piękno, wykwint i... naiwność wynikająca właśnie z tej dobroci,
z sięgania po dawne wspomnienia, piękne, dalekie od brutalnych

realiów życia. W jej obrazach jest nastrój, zaduma. We wnętrzach,
pozornie pustych, czuje się obecność człowieka, światło naf­
towej lampy oświetla fotele, na których - wydaje się - ktoś przed
chwilą siedział. Za oknami jezioro, park, odległy horyzont, w salo­
nie fortepian, biedermeierowskie meble, kobiety jak z poematów
Lermontowa. Te wnętrza tak niedzisiejsze, wyrażają nostalgię za
czasem utraconym, za światem odchodzącym. Pejzaże są smutne,
rozświetlone blaskiem zachodzącego słońca, kwiaty wychylają
się ku światłu, płynącemu z okna, świece tajemniczym blaskiem
wydobywają kształt przedmiotów o nieoczekiwanie zmienionej
skali, jakby o innym, ukrytym sensie swej egzystencji. Właśnie
światło nadaje tym obrazom tajemniczy i nieomal symboliczny
charakter, odrealnia przedmioty, nasyca je szczególnym pięknem.
Dzieciństwo i młodość spędziła w Rosji oraz na Polesiu, gdzie
pracowała do wybuchu wojny. Bagna, uroczyska, ogromne
niebo, daleka smuga horyzontu najsilniej utrwaliły się w jej
pamięci. „Zawsze modliłam się do przyrody, do przestrzeni, do
kolorów i podziwiałam ludzi, którzy umieją malować". Nigdy nie
malowała gór. Było jej w nich za ciasno. „Muszę mieć horyzont...
Morza też nie maluję, jest groźne, nieprzyjazne. A pociąga mnie
spokój przyrody, dal, księżyc, okna przez które widać piękny
krajobraz". Malowanie stało się dla niej źródłem radości, nowym
sensem życia, ale - mówiła - lubię każdy obraz póki go maluję.
Potem nie wiem już jaki jest. Czasem zastanawiała się czy ma sens
to malowanie. Wątpliwości rozpraszała córka, najlepszy odbiorca
jej dzieł, oddana matce absolutnie. Organizowała wystawy,
czyniła wszystko co mogła, aby matka miała poczucie, iż jest
potrzebna i ceniona.
Obrazy Haliny Walickiej przedstawiają świat łagodny. Idylla
malowana przez kobietę mądrą i doświadczoną, której życie było
trudne, która straciła ojca, męża i trzech braci (w Oświęcimiu),
przeżyła rewolucję, lata okupacji, żyła w zrujnowanej Warszawie,
widziała rzeczy straszne, cierpienia i śmierć. Zmarła w Warszawie
15 lipca 1980 roku.
41

Alfred Długosz

Jak do tego doszło? Cofnijmy się do początku. Urodził się
2 czerwca 1877 roku w Krzeszowicach. Pochodził z rodziny
naftowców. Ojciec, naczelnik sądu, miał udziały w szybach, brat
dorobił się na nafcie, był w latach międzywojennych senatorem.
Alfred gimnazjum ukończył w Bochni, potem przeniósł się dp
Krakowa z zamiarem podjęcia studiów w Akademii Górniczej,
zdał nawet egzamin wiertniczy i odbył praktykę, ale gdy okazało
się, że ropa wywołuje u niego alergię zaczął studia prawnicze. Po
dyplomie, w 1900 roku podjął pracę jako urzędnik w Ministerst­
wie Finansów (w Wiedniu), a w latach międzywojennych był
między innymi kierownikiem wydziału w lwowskiej Izbie Skar­
bowej. Na emeryturę przeszedł w 1930 roku ponieważ miał
trudności z poruszaniem się. Tracił wzrok. Na skutek zaćmy
widział wszystko niewyraźnie i podwójnie. „Każdy przechodzień
miał swojego sobowtóra" - pisał. Trzy razy go operowano. „Gdy
wyłyżkowano soczewki z oczu widziałem nad sobą cudowny
błękit. Świat przedstawiał się bajecznie, kolorowo jak w kalejdo­
skopie. Trwało to jednak niedługo..." Widział tylko przez sztuczne
soczewki - okulary, ograniczoną przestrzeń, jak wtedy, gdy się
patrzy przez lornetkę.

Miał 81 lat, gdy rozpoczął drugi etap swojego życia. Twórczy.
Widział już źle, malował jednak i rzeźbił z niezwykłą pasją, jakby
chciał zaprzeczyć prawom natury, dogonić stracony czas. Swym
działaniem wypełniał lukę w życiu kulturalnym Gorlic, organizu­
jąc środowisko artystyczne, wystawiając, upowszechniając wie­
dzę o sztuce. „Pan jest chodzącym Domem Kultury i Biurem
Wystaw Artystycznych" napisałem do niego w liście. Odpowie­
dział z powagą, informując o tym, czego dokonał (a było to na
2 lata przed jego śmiercią). „Malarstwu poświęciłem co najmniej
30.000 godzin. Namalowałem 3.000 obrazów, rzeźb zrobiłem
kilkaset. Wystaw własnych miałem 23 a udział wziąłem w ponad
100. Do tego niech Pan doda 170 spotkań z młodzieżą i prelekcji
0 sztuce". Dużo przy tym pisał listów, rozważań o sztuce
1 własnym życiu. Jego energia zdumiewała. Nie załamał się nawet
wtedy, gdy ciężko chory, z ropiejącym guzem w mózgu, doznał
porażenia prawej strony ciała. „Będę musiał, jak się polepszy,
malować lewą ręką - donosił w liście napisanym pod jego
dyktando. Bez twórczości nie miałbym po co żyć". Kończył wtedy
95 lat. Po kilku tygodniach pisał już sam „Mam możność
w jaśniejszych momentach utrzymania pędzla, co daje ciekawe
efekty". Cierpiał jednak i zdawał sobie sprawę, że życie jego
osiąga kres. Poprosił wtedy, żebym przyjechał. Byłem przecież nie
tylko panem Jackowskim, ale przede wszystkim reprezentantem
Instytutu Sztuki Polskiej Akademii Nauk. Chciał przekazać swój
dorobek, wierzył, że może przydać się ludziom. „Niech Pan się
śpieszy" ponaglał. Niech Pan przyjedzie, on czekał prosili w in­
nym liście pensjonariusze Domu Rencisty, w którym przebywał.
Pojechałem. Spotkał mnie dyrektor. Martwił się: „Nie wiem, czy
Pana pozna, on by już nie żył, trzyma go tylko to czekania na
Pana". Wszedłem do separatki. Leżał z obandażowaną głową,
rysy miał wyostrzone, ciężki oddech. Na stoliku leżały przewiąza­
ne różową wstążką teczki z obrazkami, listami i dokumentacją.
Otworzył oczy, rozpromienił się, objął mnie, ucałował jak syna.
„Teraz mogę już umrzeć... powiedział niespodzianie głośno.
Paniel ja miałem szczęśliwe życie-ja byłem artystą, malarzeml".
42

W 1940 roku pozostawił cały dobytek i przeniósł się wraz
z żoną do Gorlic. Tam, po wojnie, podjął pracę w Urzędzie
Ziemskim, później w Prezydium Rady Narodowej a ostatnie 16 lat
przepracował malując wzory na ceramice w Zakładach „Keram".
W tym czasie zachorowała mu ciężko żona, nie mogła wstać
z łóżka i, jak pisze „Przez prawie 8 lat wracając z pracy do domu
zakładałem fartuch pielęgniarski i starałem się Jej ulżyć w cier­
pieniach". Gdy umarła ogarnęła go depresja, obowiązki spełniał
jak automat. Niczego już nie chciał, poza śmiercią. Przestał
pracować. Postanowił jednak pożegnać się z górami, które tak
kochał. „Tyle lat wracałem do nich, chodząc po perciach,
wspinając się na szczyty. Pojechałem więc do Zakopanego.
Pamiętam ten dzień, 30 marca 1958. Świeciło słońce, w górach
leżał śnieg. Wyszedłem na balkon. Przede mną roztaczało się
misterium Tatr. Wtedy poczułem nieodparte pragnienie malowa­
nia tego co widzę". Nie zwlekając kupił blok rysunkowy, ak­
warele i pędzel. Usiadł przy oknie i zaczął malować. Od tego czasu
malowanie stało się treścią jego życia.
Oczywiście w obrazach Długosza dostrzec można refleks
kierunków artystycznych końca ubiegłego i początku naszego
wieku. Był to okres jego młodości, urzeczenia teatrem, cyganerią
artystyczną. Przyjaźnił się wówczas z Karolem Fryczem, chodził
na wernisaże malarskie, podróżował po Europie, zwiedzając
muzea i galerie sztuki. Trochę szkicował, rysował, później - w la­
tach międzywojennych próbował nawet malować olejno, ale nie
miał do tych prób ani zbytniej ochoty, ani cierpliwości. Nie
chciało mu się „babrać olejami", roznosiła go energia, lubił
wesołe towarzystwo, jasnowłose panienki, kolegów, wyprawy
w góry, pikniki. Teraz po 60 latach wszystko wydało mu się
odległe i nie przydatne. Był stary, widział z trudem i to tylko
w okularach, w dodatku innych do dali a innych do patrzenia
z bliska. Nie mógł więc patrzeć i jednocześnie rysować. Musiał
malować z pamięci, nawet wtedy, gdy był na plenerze. Najpierw,
siedząc na stołeczku oglądał to, co chciał malować, a potem
w domu, zmieniwszy okulary - próbował przekazać na arkusze
brystolu zapamiętane wrażenie. Szukał dostępnych sobie sposo­
bów wypowiedzi, świadom tego, że nie ma już czasu i warunków
na studia anatomii, czy rysunek perspektywiczny. Malował im­
presyjne pejzaże i sceny, dużą wagę przywiązując do zróż­
nicowania faktury. Fascynowała go zależność między fizjologią
a widzeniem, którą doświadczył na sobie w okresie pooperacyj­
nym. „Osnułem sobie teorię, pisał, że my wszyscy źle widzimy, że
świat jest bajecznie kolorowy". Pokazywał notatki pisane po
odzyskaniu wzroku: „Kremowa bluzka paliła się żółcią. Cień

krzesła to był głęboki fiolet..." Niestety intensywność widzenia
świata zniknęła. Bardzo tego żałował, zaczął więc malować cykle
obrazów, w których wracał do tych różnych faz widzenia.
Zainteresował się impresjonizmem, zaczął czytać książki o sztuce,
o różnych prądach artystycznych. To co czytał interpretował
poprzez własne doświadczenia. Bliski mu był faszyzm a także
symbolizm. W jednej z książek przeczytał o metodzie wolnych
skojarzeń u Strindberga. Uznał, że właśnie o to mu chodzi. Istotne
było hasło, malował więc drzewa smagane wiatrem i deszczem
- i tytułował obraz Preludium Deszczowe Chopina. Wawel
kojarzył z wezbraną wodą Wisły. „Mam jednak wątpliwości,
przyznał się w jednym z listów, że w moich kompozycjach za dużo
myśli, nie ma zaś przypadkowości na której Strindbergowi tak
zależy".
Malował cykle: „Nasze Tatry", „Nasze kwiaty", „Ja bajki tak
lubię", „Kosmos"; niemal zawsze temperą, w identycznym for­
macie brystolu z bloku rysunkowego. Szkiców rysunkowych nie
robił. „Obraz opanowuje moją rękę" - wyjaśniał. Marzył o tym,
aby mieć halucynacje, wspaniałe doznanie, ale w tym, co
przedstawiał (nawet w serii scen z kosmosu) wyobraźnię miał
bardzo konkretną, nie wykraczającą poza świat bajek i legend.
Rzeźby formował ze sztucznych kamieni, nazywał je „Jaskinio­
wymi naciekami". Rzeczywiście przypominały stalaktyty lub
koralowe rafy.
Do tego co robił przywiązywał dużą wagę. Chciał zarażać ludzi
miłością do sztuki, chciał dawać im radość. I dawał. Zmarł
w Gorlicach 9 lutego 1972 roku. Na tle innych amatorów był
postacią wyjątkową, przykładem tego co może dać człowiekowi
twórcza pasja, umiłowanie sztuki.

II. 8. A. Długosz, Marsz żałobny

Z OSTATNICH LISTÓW ALFREDA DŁUGOSZA
Gorlice, 11 kwietnia 1971 r.
Dom Rencisty

II. 7. A. Długosz Pierwiosnka, z cyklu „Kolorowe pieśni", akwarela,
42» 30 cm; 1955

Drogi Panie Redaktorzeł Dziękuję za pozdrowienia przesłane
przez Panią Chojak. Obecnie moja głowa znajduje się w stadium
wyleczenia po dokonanej operacji raka, który usadowił się na
głowie. Ciężka operacja trwała ponad godzinę - bez znieczulenia
bardzo bolesna. (...) Wszystkie bolejące miejsca wypalono elekt­
rycznie - iskry sypiące się z tego trzaskotały tak, że słyszałem jakby
ktoś na głowie łamał patyki. Ustały moje wielomiesięczne cier­
pienia a to grunt. Ból wypłoszył z jakiejś komórki mózgowej moją
fantazję i kazał jej nieść ulgę w cierpieniu pobudzając moją pasję
naukową. Czytając Aleksandra Wojciechowskiego Z dziejów
malarstwa pejzażowego znalazłem rozdział „casus Strindberg
- sztuka swobodnych skojarzeń". (...) o genialnym szwedzkim
dramaturgu, malarzu i teoretyku sztuki. Pozycja jego w dziejach
współczesnego malarstwa opiera się głównie na intuicyjnym
odkryciu problematyki, dla której odpowiednią formę plastyczną
znajdzie dopiero sztuka naszego czasu.
Przede mną stanęły dwa dylematy - kontynuacja strindbergowskiego pejzażu, w którym odgrywają główną rolę swobodne
skojarzenia lub przyjęcie swobodnych skojarzeń jako twórczą
formę.
Aby kontynuować u nas pejzaż strindbergowski trzeba by
widzieć, jak to wygląda. Niestety moje poszukiwania za jakąś
ilustracją tego pejzażu pozostały bez skutku.
Odniosłem się do Ministerstwa Kultury i Sztuki - Biuro
Współpracy Kulturalnej z Zagranicą z prośbą o zwrócenie się do
Poselstwa Szwedzkiego w sprawie przysłania mi takiej ilustracji.
Na razie czekam. Maluję (...) Te moje swobodne skojarzenia nie
łączą się ze strindbergowskimi, lecz są tworem mojej fantazji. Czy
to kontynuować dalej, czy dać spokój? Chciałbym, aby Pan
43

ocenił i zadecydował, czy warto się tym bawić. Poślę Panu kilka
swych swobodnych skojarzeń. Wiem, że Pan ma moc pracy
i trudno przyjechać, ale tak bym chciał z Panem porozmawiać. Ja
już nie mam czasu - kończę 94 rok a życie moje liczę na godziny,
a może na dnie. Maluję inaczej niż dawniej. Czytam z trudnością,
ale malować nie przestanę do ostatniego tchu. Mocno i serdecz­
nie ściskam dłoń.
Oddany Alfred DŁUGOSZ
Proszę wybaczyć pismo ślepca

Gorlice, 21 październik 1971 r.
Drogi Panie Redaktorze!
Finita la comedial Przedwczoraj rzuciło mnie na ziemię w poko­
ju, odbierając władzę w prawej nodze i ręce. Przechodzący sąsiad
wszedł do pokoju, za chwilę leżałem na łóżku, obok pielęgniarka
i wszystko, co mi pozwoliła - siąść na łóżku i czytać Ligockiego
Trzy spotkania ze światem widzialnym.
Zbliżam się w szybkim tempie do nirwany, a mam jeszcze
załatwić kilka spraw. Sprawa strindbergowskiego pejzażu na
dobrej drodze. Redakcja pisma „Polska" obiecała dostarczyć
potrzebne mi ilustracje ze Szwecji. W miesiącu listopadzie będę
3 razy wystawiać, a to indywidualnie w Muzeum Krosno i Sanok,
wystawa konkursowa w ramach Festiwalu Kulturalnego Związ­
ków Zawodowych, w Przemyślu. Związki chcą bym przyjechał na
wernisaż. Wątpię jednak, czy konsylium zgodzi się na tę podróż,
a chciałbym być tam i powiedzieć parę słów pod adresem
Wojewódzkiego Domu Kultury, który nie raczy nawet odpowia­
dać na listy. Na propozycję indywidualnej wystawy nie powie­
dziano nawet słowa „nie". Przyczyna tego niewytłumaczalna.
Z mojej strony nie ma winy, chyba że maluję inaczej, jak brzydko
nazwani plastycy-amatorzy. (...) Na plener do Sanoka jechać nie
mogę, ale na wystawę posłałem 5 na dykcie malowanych ikon.
(...) W naszym Domu Dyrektor urządził wystawę moich rzeźb.
W Gorlicach czwarty raz. Jest odremontowany zabytkowy budy­
nek Zboru Arjańskiego - ładna salka wystawowa - tam miała być
moja wystawa, nawet termin był wyznaczony, ale mówią, że chcą
tam zrobić c z w a r t ą kawiarnięl
Za dwa-trzy dni do mnie po eksponaty przyjedzie ... (?)
Dyrektor Muzeum w Krośnie z p. Tokarzewskim (?) historykiem
sztuki. Cieszę się Jego sympatią. Tak idą ostatnie chwile mojej
wędrówki ziemskiej. Łączę moc pozdrowień i uścisk dłoni.
Alfred DŁUGOSZ

II. 9. A. Długosz, W górach

Odwiedziny Pana będą moim wspaniałym dniem i radością.
Jestem wzruszony Pana troskliwością i serdecznością, za co
jestem niewypowiedzianie wdzięczny. W Domu naszym mam
wszystko, co mi potrzeba, a przede wszystkim wyjątkową opiekę.
Łączę mocny i bardzo serdeczny uścisk dłoni, tylko nie taki
mocny, jak się nim popisywałem w szpitalu gorlickim, kiedy
byłem na obserwacji.
Alfred DŁUGOSZ

(Siostrzenica artysty, p. Maria Zaradzka dołączyła do listu - swój,
komentujący stan stryja)
Gorlice, 5.XII.1971
Wielce Szanowny i Drogi Panie Redaktorze!
Sam już nie mogę pisać, dlatego dyktuję. Pański list sprawił mi
niesłychaną radość, zaraz poczułem się mocniejszy i samopo­
czucie wzrosło. U mnie w pokoiku leży przeszło 500 obrazów, na
które składają się 2 serie noszące tytuł: „Te inne" i „Swobodne
skojarzenia". Z pierwszej serii ma Pan kilka u siebie w Instytucie,
„Swobodne skojarzenia", a będzie ich około 60 przeznaczam do
Pana dyspozycji. (...)
Mam u siebie dalszy ciąg eseju Testament, tylko muszę dać
gdzieś do przepisania na maszynie i prześlę go Panu. Zajmuję
wciąż pozycję leżącą, mam już projekt pejzażu w zupełnie
odrębnym stylu. Mam możność w jaśniejszych momentach
utrzymania pędzla, co daje ciekawe efekty.

44

(...) Byłoby Panu na pewno bardzo miło zobaczyć, ile wzrusze­
nia i radości sprawiły Stryjowi listy Pana do niego. Nie mogę
wyjść z podziwu, że ten bezsilnie leżący w łóżku biedaczek
potrafił jednym ciągiem podyktować mi ten tak obszerny list. (...)
Najgrosze, że ma duże trudności z czytaniem, zakłada aż potrójne
okulary. Ze zdrowiem nie jest dobrze! Po 8 dniach odesłano Go ze
szpitala, widocznie uznali, że więcej zrobić nie mogą. Ma lekkie
porażenie prawej strony, stąd niedowład ręki prawej. (...) Najbar­
dziej obawiam się u Stryja całkowitego załamania z chwilą, kiedy
by się przekonał, że nie będzie już mógł malować, bo to jest
jedynym celem i sensem jego życia. Widocznie myśli o tern, bo
wspomniał mi, że w końcu będzie malował lewą ręką. Im­
ponujący jest jego spokój i pogoda ducha. Niewypowiedzianie to
wszystko smutne. (...)

Hel Enri (Helena B e r l e w i )
Urodziła się w Warszawie, 20 marca 1873 roku. W młodości
miała znakomity głos i wróżono jej wielką karierę, lecz nauczyciel
śpiewu a zarazem przyjaciel rodziny nagle stwierdził, że nie może
jej dalej uczyć, bowiem we śnie pojawił mu się „dziadek
i powiedział, że nie życzy sobie za żadne skarby, żeby jego
wnuczka została operową śpiewaczką". Wolę dziadka uszano­
wano, ku jej rozpaczy. „Wtedy, mówiła, chcąc położyć kres mym
cierpieniom wydano mnie czym prędzej za mąż, jeszcze nim
ukończyłam siedemnasty rok życia". Została żoną, później matką,
przez lata prowadziła normalne, mieszczańskie życie, zajmując się
domem, a sztuką interesowała się tylko o tyle, o ile chodziło
0 ukochanego syna Henryka. Wierzyła w jego talent, mądrość,
zmysł handlowy, ale jego abstrakcyjne malarstwo, wynalazek
mechanofaktury, były jej obce.
Kiedy jednak Henryk postanowił na stałe zamieszkać w Paryżu
1 prosił matkę, by do niego przyjechała, zdecydowała się to
uczynić. Miała wówczas 55 lat. W Paryżu wiele czasu siedziała
w domu, czekając na syna. Wciąż traktowała go jak genialne, ale
przecież dziecko (kiedyś, gdy oboje byli w Warszawie nadeszła
depesza wzywająca go do Paryża na kilka dni. Wtedy pani Helena
wzięła mnie na bok i zapytała z całą powagą: jak Pan mi radzi,
panie Aleksandrze, czy mogę go tak samego puścić, czy polecieć
razem z nim? Synek miał wtedy 72 lata, ona 93). Otóż, jak
napisała w swych wspomnieniach: „Nauczyłam się czekać, ale
często wprost nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Artyzm jednak
w jakimś zakamarku mej duszy głęboko tkwił. I tak oto przyszedł
dzień 14 stycznia 1952 roku. Padał puszysty śnieg, a ja byłam
sama. Syn poszedł na konferencję, powiedział abym się położyła,
ponieważ późno wróci. Ale ja nie chciałam ani spać, ani czytać,
ani pisać. Pomyślałam, że czymś się przecież muszę zająć. I gdy
tak biję się z myślami, oglądam się na wszystkie strony, oczy moje
spoczywają dłużej na wazonie stojącym na stole z pięknymi,
żółtymi mimozami. Mówię do siebie - to byłby świetny model na
obraz. Ale bal Przecież ja nie umiem malować, nigdy się tego nie
uczyłam. Więc znów myślę, żeby tak spróbować, co to szkodzi,
uda się - to dobrze, a nie - to trudnol J a tu niczym nie ryzykuję.
Decyduję się. Szukam jakiegoś papieru, na którym mogłabym
położyć rysunek. I oto już znalazłam duży, gruby karton do
pakowania, w kolorze brązowym. Stawiam go na sztalugi (to
wszystko znajduje się w pracowni mego syna). Ze wszystkich
znajdujących się pędzli wybieram sobie najmniejszy, może naj­

gorszy, bo dobrego nie chcę psuć, ażeby nie zrobić szkody
Henrykowi. A co dalej? Kolory, farby, nic nie wiem. Po prostu
wezmę do tego ten niebieski atrament, co jest w kałamarzu na
stole. I tak zabieram się do pracy. Gdy tylko zaczęłam malować
tym małym pędzelkiem, cały świat znikł. Już o niczym nie
myślałam, zatopiona byłam w malarstwie całą duszą i jestestwem
moim, spoglądając na te kwiaty przenoszone na karton, ręka sama
prowadzi i nie wiem czy dobrze czy źle. Nie zdaję sobie absolutnie
sprawy z tego, a czas leci jak mgnienie oka. Jest pierwsza w nocy.
Przychodzi Henryk. Gdy tylko uchyla drzwi, oczy jego padają
prosto na obraz już skończony, stojący sobie na sztalugach.
Mówi: Widzę tu jakiś nowy obraz, mamusiu, kto go tu przyniósł?
(jest bowiem przyzwyczajony, że przynoszą mu do oceny obrazy,
jako do eksperta). Dolatuje szybko do obrazu, z zaciekawieniem
ogląda go i mówi jakby do siebie: Coś nowego, jakaś nowa
technika? Aleś mi jeszcze, mamusiu, nie powiedziała kto ten
obraz przyniósł? Istotnie. Nie odrzekłam mu nic na jego pierwsze
pytanie. Po prostu wstydziłam się. Byłam jakby zażenowana,
milczałam. Gdy spostrzegłam, że go ten obraz interesuje, na­
brałam odwagi i odpowiedziałam cichutko - to ja. Zaczął się
śmiać - mamusiu, żartujesz. Przecież nie mogłabyś takiego obrazu
tak namalować, nie uczyłaś się tego, nigdy nie miałaś pędzla
w ręku. J a odpowiadam na to: Wiesz dobrze mój kochany, że ja
nigdy nie kłamię, jeżeli ci mówię o tym, to szczera prawda.
I opowiadam mu cały przebieg wieczoru, po jego wyjściu z domu.
Wówczas on mi odpowiada - jeżeli tak, to możesz dalej kon­
tynuować i malarstwo będzie twoją karierą, i ja będę się tobą
w tym względzie opiekował i dostarczał ci do tego celu dobre
i odpowiednie przybory w najlepszych gatunkach. Ażeby zaś
nasze kariery prowadzone były oddzielnie, żeby jedno drugiemu
nie mąciło w niczym, musimy znaleźć dla ciebie, mamusiu, jakiś
odpowiedni pseudonim, który by z tobą licował i jednocześnie
uniezależnił cię całkowicie. Zaczęliśmy więc oboje myśleć o tej
kwestii tak dla mnie ważnej i po dłuższym zastanowieniu udało
nam się wynaleźć pseudonim Hel-Enri, to jest przez połączenie
Hel - od mego imienia Helena i Enri - od imienia mojego syna
Henri."
W dwa lata później miała pierwszą wystawę. Debiut w Galerii
Benezit stał się małą sensacją Paryża. Malarka miała wówczas 81
lat. Przyjął ją w Pałacu Elizejskim prezydent Rene Coty, władze
miasta zakupiły obraz do zbiorów. Prasa rozpisywała się, była

II. 10. Helena Berlewi z synem Henrykiem

45

х

II. 11. Hel Enri: W duchu Van Gogha, pisaki, akwarela, 20,5 22,5 cm, 1961
х

II. 12. Hel Enri: Kwiaty, pisaki, akwarela, 50 60 cm, 1971. Kolekcja dra Bolesława

Nawrockiego

przecież o rok starsza od Babci Moses. Zaczęły się wystawy,
jeździła na nie wraz z synem. Poznałam ją w Warszawie w 1966
roku. Przypadliśmy sobie do serca, zapraszała mnie co wieczór na
... kieliszek koniaku. Była pełna wigoru, tylko chodziła z trudem.
Twarz miała dobrą, mądrą, porytą siecią zmarszczek, a w niej jasne
chabrowe oczy.
W setną rocznicę urodzin otrzymała z rąk Prezydenta Legię
Honorową. Francja stała się jej drugą ojczyzną, ale wciąż mówiła,
myślała i pisała po polsku. Syn umarł wcześniej od niej i odtąd nie
mogła sobie znaleźć miejsca, chodziła po ulicach i płakała.
Próbowała malować, ale już bez dawnej radości, bez wewnętrz­
nej potrzeby. Umarła 18 grudnia 1976 roku mając 103 lata.
„O Hel Enri trudno mówić jako o malarce naiwnej-pisał Ignacy
Witz. Byłby to nonsens. Jej dzieło też ze względu na obfitość
i samą malarską wagę przekracza tę wątłą granicę amatorstwa
i czegoś, co jest „prawdziwe". W poszukiwaniu etykiety dla tej
starej czarodziejki kolorów myślę, że można ją nazwać malarką
instynktu. Nie wiem bowiem, co innego niż instynkt, zmysł, może
dyktować jej harmonie tak mistrzowskie, dysonanse tak dźwięcz­
ne, kapryśność zarysów, żywość konturu, płynność kompozycji
- tak doskonałe."
Malowała kwiaty, algi, wodorosty - pędzelkiem a także pentelami. W pracach dojrzałych tworzyła już nie tyle same kwiaty,
ale jakby materię kwiecistości, coraz bardziej odrealnioną, chcia­
łoby się powiedzieć - abstrakcyjną. Zapełniała niemal całą
powierzchnię kartonu gęstwiną linii jakby rozrastającą się gdzieś
od środka, od najmniejszej struktury. „Uderzenia pędzla miała
lekkie, na jakie może pozwolić sobie tylko bardzo doświadczona
ręka, układ dekoracyjny, harmonijny, zwiewny, ale bez non­
szalancji." (Władysława Jaworska).

FRAGMENTY Z PAMIĘTNIKA
Byli nierozłączni, rozmiłowani w sobie. Tylko on, z całej
rodziny, był jej tak bliski. Widziała w nim genialnego malarza,
opiekuna, a przy tym ukochane, bezbronne dziecko. Nie chciała
się pogodzić z jego śmiercią. Dzieci nie powinny umierać przed
rodzicami, prawda? wpatrywała się w moją twarz oczami, które
już nie miały łez. To niesprawiedliwe!
W dwa lata po śmierci Henryka, kiedy ją odwiedzałem, będąc
w Paryżu, on był nieustającym tematem naszych rozmów. Dlate­
go chciała bym przychodził. Miała 99 lat i bała się starości. Tej
samotnej, bezbronnej. Mówiła do pani Kernerowej, która się nią
opiekowała: Zrób jutro dobry obiad, bo zaprosiłam pana Jackow­
skiego. Kup szynkę, pamiętaj, bez tłuszczu. To niech mi Pani da
jeszcze 10 franków. Dziesięć? To będą 2 plasterki. Po co 2? On
tyle nie je. Jeden wystarczy.
Kiedy przychodziłem, zawsze miała na sobie inną suknię, twarz
„zrobioną", włosy uczesane. Chciała, bym powiedział „Pięknie
dziś Pani wyglądał". Uśmiechała się wtedy i żaliła, jak jej ciężko,
jak wciąż nie może się nauczyć być samotną. Pokazywała
przepisane na maszynie kartki z Pamiętnika. Dzieliła się swym
bólem, ale nie obojętne było dla niej, jak reaguję na te zapiski, na
ich formę. Nie sądzę, by świadomie odwoływała się do Kochano­
wskiego, choć znała przecież historię literatury polskiej. Kiedy
powiedziałem, że to są Treny na śmierć ukochanego syna,
poważnie skinęła głową, i ukryła twarz w dłoniach. Tak, po­
wtórzyła, to są Treny. Całe życie moje, to był on, mój Henio.
A teraz muszę żyć... sama.
Zaczęła pisać, aby zająć się czymś, nie myśleć wciąż, w dzień
i w nocy, o swojej rozpaczy. Ale pisząc, tylko jej dawała wyraz.
8 lutego 1970 r. zanotowała: „Tak mi Go brak, na każdym kroku!
Z tego pisania mego okazuje się, że nie jestem w stanie opisywać
moje codzienne przejścia życia. Gdy tylko zaczynam pisać - na­
tychmiast wpadam w wir rozmyślań tak smutnych, że nie mogę
wybrnąć z nich - i w ten sposób zapominam o faktach codzien­
nych, szalenie urozmaiconych.
W ten sposób mijam się w zupełności z celem mojego pisania,
który sobie założyłam."
A.J.
13.I.67 r. Kochanie moje. Tyś znikł ode mnie, jak najcudowniej­
szy świetlny meteor, przez który przechodziłam w ciągu przeszło
70 lat. I nagle, niespodziewanie w bardzo krótkim czasie -odeszłeś ze świata, jak ten meteor - zgasłeś!

Heniusiu mój drogi, Chaim-Schlojmeleben, (leben - to życie).
Ty żyjesz stale i wiecznie w moim sercu i pamięci, nigdy,
przenigdy Ciebie nie zapomnę. Te wspomnienia o Tobie wypeł­
niają całą moją duszę i moje istnienie. Wstaję z niemi - z Twoim
imieniem i kładę się spać tak samo i czasem całą noc rozmawiam
z Tobą, przypominając te szczęśliwe chwile, spędzone zawsze
i wszędzie razem - czy to nasze podróże po świecie, czy osiedlenie
czasowo gdzieś na stałe. Byle razem. Czuliśmy się szczęśliwi.
Podczas każdej, najkrótszej rozłąki - czuliśmy się osamotnienil
Jak ja się mogę teraz czuć, gdyś odszedł ode mnie na zawsze! na
wieki! Moja teraz prośba do Boga: aby zabrał Twoją świętą duszę
do siebie, do Raju z aniołami wśród największych Cadyków, do
najwyższych Niebios)
Teraz znów mogę zapłakać nad moim drogim dzieckiem
Heńkiem. Muszę ukrywać moje bolesne łzy. Moje najbliższe
otoczenie zabrania mi tych łez i tego mego bezgranicznego
smutku, a ja nie uznaję życia bez tych uczuć.
13.IX.67 r. Niedziela. Aż cztery dni nie pisałam do Ciebie, Ty
mój ukochany Heniusiu, ale w sercu moim jesteś stale, ani
sekundy w dzień i w nocy i we śnie. Znalazłam karteczkę ze
szpitala, gdzie w męczarniach Twoich, Twoją ręką i Twoim
wielkim uczuciem synowskim piszesz „Mamelejbn". Karteczkę tę
trzymam stale przy sobie, jako symbol Twojej wielkiej miłości do
mnie, jakiej w całym świecie się nie znajdzie. I to do ostatniego
Twojego tchnienia. U Ciebie ja zawsze byłam na pierwszym
planie, a Ty słodycz moja - na ostatnim; czy to do jedzenia, czy do
leczenia jakiegoś bólu - ja byłam największą troską. Zaś o Twoim
zdrowiu nigdy nie myślałeś. I to było wielkim błędem naszym, żeś
nie pilnował swego zdrowia, jak oka w głowie. Nie pomyślało się
co się stanie ze mną, jak Ty kochany mój odejdziesz ode mnie, jak
będziesz mi brakował na każdym kroku.
W jakich cierpieniach ja się zostanę bez Ciebiel
Jak mała bezradna łódeczka na wzburzonym morzu bez steru.
Jestem tu, jak biedne, malutkie jagniątko niezaradne, nieszczęś­
liwe, poddające się bezsilnie każdej woli. Każdemu i wszystkim
razem.
28.IX.67 r. Tej nocy obudziło mnie silne stukanie we drzwi
z ulicy i wyraźne wołanie: „Mama!" Zaczęłam w odpowiedzi
krzyczeć, budząc Lenę i dziś rano ona mi to potwierdziła. Okazuje
się, że stale i ciągle jestem z Tobą razem, czy to na jawie, czy we
śnie.
4.Х.67 r. (12-ta w nocy). Jestem teraz otoczona ludźmi,
ubolewającymi nad stratą tak wielkiego i szlachetnego Człowie­
ka, jakim Ty byłeś, Synusiu mój drogi. Opisują mi. żeś Ty był
„lumiere świata", po Twoim zgonie - świat stał się ciemniejszy
i zimniejszy. Ale cóż mi z tego? z tej chwały nad Tobą i podziwu?
kiedy Ciebie nie ma przy mnie. Jest mi smutno i tęskno za Tobą.
Nic mnie nie interesuje, nie zajmuje oprócz myśli i wspomnienia
0 Tobie, Syneczku mój ukochany. Jestem teraz sama, samotna,
wszyscy śpią, już jest 1-sza w nocy. Sen mnie zmorzył - położę
się.
Każda rzecz od najmniejszej do największej - przypomina mi
Ciebie. Kochanie Ty mojel Tyś mnie całe życie starał się wszelkimi
siłami, całą Twoją energią - wywyższyć, upiększyćl Nieraz nawet
z uszczerbkiem dla siebie. I dokonałeś Twego czynu, zostałam
uznana przez ludzi, przez świat. Tyś mnie ukoronował chwałą
1 miłością u ludzi. Tobie, Synusiu mój drogi mam do zawdzięcze­
nia to wszystko. Tym bardziej Cię kocham i tęsknię za Tobą. Tak
bardzo brak mi Twoich światłych rad, mądrych,.bez których ja się
teraz czuję, jak na rozdrożu bezradna ...
10.Х.67 r. Wtorek. 1-a w nocy. Nie mogę spać Synusiu mój
kochany, łzy mi się leją i leją. Chcąc ulżyć memu sercu - piszę do
Ciebie. Czuję się samotna i opuszczona gdy Ciebie tu nie ma ze
mną. Im więcej czas mnie oddala od Ciebie - czuję silniej swą
samotność. Nic na świecie nie jest w stanie wypełnić mi tej pustki.
Znajomi pocieszają mnie, że wszak mam jeszcze dwoje dzieci, ja
dziękuję Bogu za to, ale nie mogę wymagać od Mańka [drugi syn
47

- A.J.], aby on się mną zajmował tak bardzo, on ma swoje
interesy, swoich znajomych, przyjaciół, przyjaciółki, jednym sło­
wem - swoje życie ... Że się czasem ze mną widuje i dobrym
słowem obdarzy, czy też telefonuje, też jest dobrze. I na pewno
dużo myśli o mnie.
12.X.67 r. Siedzę na ławce, tuż koło mieszkania naszego. Mam
wolną chwilę, jestem sama bez ludzi, mogę się oddać kontemp­
lacjom. 0 kim? Naturalnie, że tylko o Tobie Heniusiu mój drogil
Ukochany słodki Syneczku mój! Pisanie do Ciebie rozrzewnia
mnie i od razu łzy się leją. Chcę wypłakać przed Tobą miłość do
Ciebie, mój smutek, moją tęsknotę za Tobą, moją samotność bez
Ciebie i tym samym moją bezradność, zwykłą, codzienną, ale
stokroć większą bez Ciebie, bez Twoich rad tak dobrych, kocha­
nych, bezinteresownych, serdecznych i szczerych. Nie można
nawet tego wszystkiego żądać od kogo innego, nawet od
najbliższych. Każdy ma swoje życie, swoich umiłowanych, swoje
dążenia, swoje interesy. To my tylko byliśmy jednością, jedno dla
drugiego, jak jedna całość. Żyliśmy jeden dla drugiego-wzajem­
nie. I to zostało rozdarte za życia na zawsze! Chyba w Niebiosach
nasze dusze znów się połączą. A tymczasem muszę żyć, ale
w cierpieniach, w smutku i tęsknocie.
18.VIII.69 r. Przechadzając się przed domem mego mieszkania
na powietrzu podparta z jednej strony parasolką (a nie kijem).
O błoga zalotności w moim wieku - urodziłam się w 1873 г.,
wiecznie trwająca, a z drugiej strony, trzymając się muru - głębo­
ko zatopiona w myślach - proszę Boga o przebaczenie mi moich
win, popełnionych może bezwiednie wobec Niego - Wszech­
mogącego!

NOTKA BIOGRAFICZNA
HEL ENRI
1873 20 marca rodzi się w Warszawie Helena Berlewi.
1928 Wyjazd na stałe do Paryża.
1952 Pierwszy obraz.
1954 Pierwsza indywidualna wystawa w Galerii Bśnezit w Pary­
żu. Malarka przybiera artystyczny pseudonim Hel Enri.
Audiencja u Prezydenta Republiki Francuskiej Rene Coty
w Pałacu Elizejskim w Paryżu.
Miasto Paryż nabywa jeden z obrazów.
1955 Udział w wystawie „Decouvrir" w Galerii Charpentier
w Paryżu.
1958 Udział w wystawie „Malarstwo Naiwne" w Galerii Aenne
Abels w Kolonii.
Salon Niezależnych w Paryżu.
1958 Indywidualna Wystawa w Warszawie w Kordegardzie, na
zaproszenie Ministerstwa Kultury i Sztuki.
Zakup trzech obrazów do Muzeum Narodowego w War­
szawie.

Druga wystawa indywidualana w Sopocie z okazji Fes­
tiwalu.
1959 Druga wystawa indywidualna w Galerii Bśnśzit w Paryżu.
Rząd Francuski nabywa jeden z obrazów.
Miasto Paryż również nabywa obraz.
Salon Niezależnych w Paryżu.
1960 Wystawa indywidualna w Galerii Suzanne Bollag w Zury­
chu.
Wystawa indywidualna w Galerii Suzanne Feigel w Bazy­
lei.
Salon Niezależnych w Paryżu.
Główna rola, jako malarki, w filmie Marianne Oswald,
Bouquet de Femmes (Bukiet kobiet), poświęcony twór­
czości malarek: Louise Moillon, Elisabeth-Louis Vigee-Lebrun, Berthe Morisot, Suzanne Valadon, Veronike
Filosof, Sonja Delaunay i Hel Enri. Film ukazał się w Tele­
wizji Francuskiej.
1961 Salon Niezależnych w Paryżu.
Udział w Wystawie Międzynarodowej „Laienmaler" (Ma­
larze amatorzy) w Gewerbemuseum w Bazylei oraz w wy­
stawie „La Peinture Naive" w Galerii Bettie Tommen
w Bazylei.
1962 Salon Niezależnych w Paryżu.
Udział w Wystawie „Peinture-leur Violon d'lngres", zor­
ganizowanej przez baronową Alis de Rothschild w Galerii
Charpentier w Paryżu.
Wystawa indywidualna w Klubie Artystycznym „Die Insel"
w Hamburgu.
Udział w drugiej wystawie „Peinture - leur Violon
d'lngres" w Galerii Charpentier w Paryżu.
Salon Niezależnych w Paryżu.
1963-1964
Wystawa indywidualna w „Haus am Liitzowplatz" w Ber­
linie.
1964 Udział w wystawie Sztuki Naiwnej w Salzburgu.
Udział w wystawie Galerii Neundorf w Hamburgu.
1965 Udział w wystawie „Peinture Naive" w Galerii „La Bośtie"
w Nowym Jorku.
Udział w trzeciej wystawie „Peinture-leur Violon d'lngres"
w Galerii Charpentier w Paryżu.
1966 Udział w Salonie „Club International Feminin" w Musśe
d'Art Modernę w Paryżu.
Udział w wystawie IV Pleneru Koszalińskiego w Osiekach.
1967 Udział w wystawie „Naive Kunst aus Polen" w Stuttgarcie
(18 prac)
Udział w wystawie „Art Naif Polonais", Musee des
Beaux-Arts w Neuchatel (27 prac).
1969 Wystawa w Buenos-Aires.
1970 Wystawa indywidualna w Galerie Verriere w Lionie
1976 18 grudnia, w wieku 103 lat Hel Enri umiera.

Fot.: Jan Świderski - il. 4, 7, 9, 10; Kadr z filmu Konstantego Gordona Kwiaty Hel Enri, 1967 - il. 8

48
i

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.