Kurt Vonnegut: Portret antropologiczny / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.3-4

Item

Title
Kurt Vonnegut: Portret antropologiczny / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.3-4
Description
Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1995 t.49 z.3-4, s.158-161
Creator
Burszta, Wojciech J.
Date
1995
Format
application/pdf
Identifier
oai:cyfrowaetnografia.pl:2347
Language
pol.
Publisher
Instytut Sztuki PAN
Relation
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2527
Text
Kurt Vonnegut
Portret antropologiczny
Wojciech J. Burszta
Krzysztofowi
Jeszcze stosunkowo niedawno wskazywanie na powinowac­
twa między antropologia kulturową, jakby nie było nauką
empiryczną, a fikcją literacką, kojarzoną ze sferą wyobraźni
i twórczej inwencji, przyjmowane było wśród badaczy kultury
z dużą rezerwą. I tak właściwie jest do dzisiaj, a racje
przeciwników jakże modnego obecnie tekstualizmu antropolo­
gicznego można zrozumieć. Nie po to wszak przez sto pięć­
dziesiąt z górą lat badacze obcych kultur pracowali nad
skomplikowanymi technikami badań terenowych, stworzyli
model antropologicznej teorii kultury i zdobyli zaufanie filozo­
fów co do wiarygodności własnych analiz, żeby teraz spokojnie
przyjąć do wiadomości, że ich działalność ma wiele wspólnego
z pisarstwem i jest równie subiektywnie nacechowana. Zdarzało
się wprawdzie wielekroć w przeszłości, że antropologowie
dawali upust swoim literackim pasjom, jak choćby Ruth
Benedict czy Edward Sapir, ale do głowy im nic przychodziło,
aby traktować je jako część zawodowej działalności. W po­
wszechnej świadomości metodologicznej naukowe badania nad
kulturą i literaturą piękną w zupełnie odmiennych sytuowały się
rejonach: te pierwsze, opierając się na terenowych ustaleniach
etnograficznych, zajmować się miały F A K T A M I , aby w rezul­
tacie docierać do P R A W D Y , podczas gdy druga tworzy fikcyjne
światy zaludnione równic fikcyjnymi postaciami i sytuacjami,
których źródłem jest fantazja i artystyczna inwencja. Świat
przedstawiony w literackich dziełach i rekonstrukcja obrazu
badanej przez antropologa kultury, zwykle obcej, odwołują się
do zasadniczo różnych strategii poznawczych. Przede wszyst­
kim to, co pisze o kulturze badacz daje się jakoby zawsze
zweryfikować, gdyż każdy taki opis posiada swoje przed­
miotowe odniesienie, podczas gdy fikcyjne sytuacje literackie
są kwestią samego dyskursu, a powieści nie roszczą sobie
przecież pretensji ani do prawdopodobieństwa (w zwykłym
sensie), ani do zestawiania ich z realnym światem, choćby
właśnie wybranej kultury opisanej onegdaj przez antropologię.
Antropologia odtwarza tedy różne kulturowe prawdy społe­
czeństw uwikłanych w partykularne formy życia, a literatura
kreuje właściwe dla siebie prawdy artystyczne. Jednakże zarów­
no jedna, jak druga pragną w rezultacie powiedzieć nam coś
istotnego i niebanalnego o człowieku i jego kulturze. Czynią to
jedynie we właściwym dla siebie trybie. A . Owen Aldridge
ujmuje to w taki oto sposób:
„Zarówno literatura, jak antropologia opowiadają o działal­
ności człowieka, podobnie jak czynią to historia i filozofia.
Przedmiotem antropologii jest człowiek jako taki, podczas gdy
literatura ucieleśnia pisanie o człowieku i stanowi przedmiot
historii literatury i krytyki literackiej. Antropologia usiłuje
w sposób naukowy sportretować gatunek ludzki, natomiast
literatura przedstawia ludzkie charaktery i działania poprzez
subiektywną perspektywę innego człowieka. Literatura egzys­
tuje jako residuum działalności kulturowej, podczas gdy ant­
ropologia jest metodologią, czy też procesem badawczym."
Zostawiając rozwinięcie tego niewątpliwie fascynującego
problemu na inną okazję , w niniejszych rozważaniach propo­
nuję coś o wiele skromniejszego: zajęcie się postacią Kurta
Vonneguta, znamienitego pisarza i wykształconego antropologa
w jednej osobie. Spróbujmy prześledzić na tym jednostkowym
1

2

Kubaczewskiemu

przykładzie, w jaki sposób refleksja antropologiczna przenika
nieustannie świat przedstawiony w powieściach Vonneguta i jak
formuje tak charaterystyczną dla tego pisarza moralizatorskoironiczną utopię społeczną, której dał on wyraz w trzech
autobiograficznych książkach, a której źródłem jest antropolo­
giczne zadziwienie nad światem.
Istnieją pisarze, którzy niesfornie wymykają się wszelkim
zakusom do jednoznacznego zaklasyfikowania. Należy do nich,
sędziwy j u ż obecnie, niegdysiejszy guru młodego pokolenia
przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, autor Kocie]
kołyski. Nalepek przydawanych jego twórczości oczywiście nie
brakuje i sam Vonnegut naigrawał się z nich niejednokrotnie,
zwłaszcza z zaszeregowania go przez Bruce'a Jay Friedmana do
grona american black humorists. Powszechnie twórczość jego
nadal bywa odbierana jako inteligentny rodzaj science-fiction,
taki mianowicie, który nie tyle epatuje czytelnika technologicz­
ną stroną przedstawionych wizji, ile pokazuje kulturowe i psy­
chologiczne ich konsekwencje. Krytycy przez lata bardzo
nieufnie odnosili się do Vonnegutowskich książek, widząc
w nich co najwyżej wyraz pisarstwa popularnego tworzonego
dla ludzi myślących. Rzeczywiście recepta pisarska Vonneguta
jest prosta: trzeba pisać zrozumiale, gdyż ogromna większość
ludzi ma trudności z czytaniem, tedy trzeba im to ułatwić
poprzez intrygę, krótkie zdania i odwołania do znanych nar­
racyjnych schematów. Ale książki Vonneguta wcale proste
i łatwe nie są, a ich ostateczny wydźwięk nie jest wcale
jednoznaczny, stąd dają się one odczytywać na różnych pozio­
mach interpretacyjnych. Słusznie powiada William Rodney
Allen, iż jego pisarstwo jest w istocie „metapowieściowe",
a postawa samego Vonneguta przypomina jako żywo postawę
antropologa: tak jak ten drugi implicite krytykuje swoją własną
kulturę badając inną, tak Vonnegut skupia naszą uwagę na
sztuczności i konwencjonalności tradycyjnej narracji powieś­
ciowej. Wydaje się jednak, że postawa owego klasycznego
„antropologicznego zwątpienia" przenika o wiele głębiej spo­
sób widzenia świata przez tego pisarza. T y m bardziej, że
Vonnegut ma za sobą studia uniwersyteckie na tym kierunku;
w latach czterdziestych był bowiem słuchaczem kursów an­
tropologii na uniwersytecie w Chicago, uważa się za ucznia
Roberta Redfielda, a w roku 1947 sformułował nawet projekt
pracy dyplomowej, wówczas odrzucony. Jej tytuł brzmiał
„Fluctuations Between Good and Evil in Simple Tales". Jak
dzisiaj się ocenia, można j ą potraktować jako pionierską próbę
powiązania teorii literatury i teorii antropologicznej. Niestety,
wyglądała ona dla ówczesnych autorytetów naukowych zbyt
niepoważnie (np. zestawienie mitu biblijnego z opowieścią
o Kopciuszku), a sam Vonnegut nie znalazł przekonywających
argumentów na obronę własnej koncepcji, poza stwierdzeniem,
że wykresy są równie obrazowe, jak garnki i przekłute włócznią
ludzkie czerepy. Ostatecznie jednak pisarz otrzymał M.A.
z antropologii w roku 1971 (!) za... powieść Kocia kołyska.
1

4

5

11

Kurta Vonneguta można nazwać najbardziej konsekwentny'
wyrazicielem tezy kulturowego relatywizmu na gruncie litera­
tury. Relatywizm ten, odnoszący się przecież do świata lud/kie.1
konwencjonalności poczytywanej przez różne społeczeństwa za
uniwersalizm, ma swój pierwowzór w fizycznej teorii wzgled'
ności. Wszechświat - powiada niejednokrotnie pisarz powstał na człowieczą miarę i nie było jego przeznaczeniem by
domem dla istot ludzkich - on istniał i będzie istniał niezależnie
1111

c

* Fragment k s i ą ż k i Czytanie Kultury.
wkrótce w wydawnictwie Opus, Ł ó d ź

158

Pięć Szkiców,

która u k a ż e s i ę

od naszych o nim wyobrażeń: pojęcia czasu i przestrzeni są
same w sobie względne. To jedynie ludzki punkt widzenia każe
nam traktować go w sposób kulturowy, przypisywać mu
intencjonalność i poszukiwać w nim nieustannie boskiej obe­
cności, a czas i przestrzeń traktować na modłę absolutystyczną.
W Palm Sunday Vonnegut wyraźnie zaznacza, iż. studia i lektury
antropologiczne ugruntowały jego wcześniejszy 'przyrodzony'
ateizm będący wynikiem zarówno tradycji rodzinnych, jak
i opowiedzenia się za klasyczną teorią względności. T y m razem
jednak argumenty były czysto kulturowej natury: konfrontacja
Z niebywałą odmiennością ludzkich sposobów na życie powo­
duje, iż rodzi się przekonanie o zasadniczej niemożności
wskazania którejś z istniejących kultur jako tej prawdziwej,
jedynej, najbardziej racjonalnej. W ten sposób antropologia
uczy właśnie nieufności w stosunku do wszelkich uniwersalistycznych roszczeń, a dla Vonneguta staje się wyrazem najbar­
dziej idealistycznego spojrzenia na świat, a wręcz 'jedyną
religią', do której wyznawania jest skłonny się przyznać. Jakże
charakterystycznie powiada o tej nauce pisarz: najpierw, w Wampeters, Foma and Granfalloons,
że jest to „poezja, która chce
być naukowa", a ostatnie) już. otwarcie zrównuje obie te twórcze
dziedziny:
„Otrzymałem stopień z antropologii na uniwersytecie w Chi­
cago. Studenci tej d z i e d z i n у p o e z j i (podkr. W.J.B.)
uczą się poszukiwać wyjaśnień dla ludzkiego zadowolenia lub
przykrości - z powodu wojen, obrażeń, spektakularnych chorób
i naturalnych katastrof - w kulturze, społeczeństwie i historii.
A ja właśnie pokazuję owe czarne charaktery w moich książ­
kach i one nigdy nie są jedostkami ludzkimi. Są to znowu:
kultura, społeczeństwo i historia."
Zycie człowieka jest dla Vonneguta życiem w podwójnej
iluzji: że wszechświat ma sens uwzględniający ludzką w nim
obecność oraz że możemy tu na ziemi żyć w „ p r a w d z i w e j "
kulturze, tej najświętszej, bo naszej. Jesteśmy przypadkiem
w świecie nie do pojęcia, a dodatkowo przypadkiem w morzu
przypadków społecznych form organizacji ludzkiego bytu. Jak
to podwójne uwarunkowanie ujrzeć? Oczywiście: przyjmując
pozycję zewnętrznego obserwatora, i to w najszerszym sensie
oraz patrząc na rzeczywistość poprzez pryzmat ironii. Bowiem
przeznaczeniem pisarza, podobnie jak zadaniem prawdziwego
antropologa, jest agitacja na rzecz zmiany społecznej, ale
specyficznie rozumianej, bo jest to zmiana poprzez przypomi­
nanie mnogości kulturowych tradycji i wskazywanie na ich
warunkowy charakter. W Wampeters, Foma and
Granfalloons
czytamy:
„Pierwszoklasista powinien zrozumieć, że jego kultura nie
jest racjonalnym wymysłem: że są tysiące innych kultur i one
działają całkiem dobrze: że wszystkie kultury opierają się raczej
na wierze niż prawdzie: żc istnieje wiele alternatyw dla naszego
społeczeństwa (...) Oczywiście, dzisiaj relatywizm kulturowy
jest modny i ma to prawdopodobnie związek z moją popularno­
ścią wśród młodych ludzi. Ale on jest więcej niż modny - on jest
usprawiedliwiony i atrakcyjny. Jest także źródłem nadziei.
Oznacza, że nie musimy iść tą drogą, która nam się nie
podoba.""
Kulturowy relatywizm w wydaniu Vonneguta staje się także
źródłem metody pisarskiej, prowadzi bowiem do konfron­
towania w jego poszczególnych powieściach różnych wizji
świata. Praktycznie we wszystkich z nich powtarza się analogi­
czny schemat. Oto widzimy różniące się formy kulturowego
życia, rzekomo uniwersalne i prawdziwe, w które wkracza jakaś
Postać „z z e w n ą t r z " po to tylko, aby odwrócić utrwalony
Porządek widzenia rzeczy. Takie osoby, śmiem twierdzić,
"ferują antropologiczną krytykę ludzkiej wiary poczytywaJ za racjonalność, a mogą nimi być zarówno tradycyjni
"goście z kosmosu", jak sławni Tralfamadorianie z Rzeźni
^ bunier pięć, albo z innej kultury, bądź. jednostki znajdujące się
S odmiennym stanie świadomości z powodu doświadczeń
. Wojennych lub kontaktu ze złem. Vonnegut powtarza dokładnie
I * sposób kongenialny) zdanie Claude'a Levi-Straussa, iż.
°bserwator z zewnątrz, albo znajdujący się na styku dwóch
*iatów, zawsze widzi więcej niż ten, który tkwi w centrum
ydarzeń. Tylko taki obserwator widzi naprawdę, iż wszystko
7

n e

s

w

4

jest względne. U Vonneguta wielu z. takich obserwatorówbohaterów pojawia się wielokrotnie w różnych powieściach.
Najważniejszym z nich jest Kilgore Trout, rozbitek życiowy,
pisarz science-fiction, którego fabuły opowiadań przywołuje
Vonnegut tylko po to, aby pokazać nam, iż antropocentryczny
sposób widzenia świata posiada istotne ograniczenia. Ale o tym
fakcie w sposób szczegółowy dowiemy się w jednej z później­
szych książek Vonneguta, Galapagos, w której pisarz wyraźnie
opowie się za biocentryzmem. a przeciwko destrukcyjnemu
antropomorfizmowi. Świadomi biochemiczno-antropologicznych uwarunkowań naszego bytowania są jednak tylko nieli­
czni, tacy właśnie jak Trout (alter ego wczesnego, niedocenia­
nego Vonneguta). Duch syna Trouta - Leon Trotski Trout, który
będzie narratorem Galapagos w A . D . 1.001.986. nie ma już
komu przekazać swojej opowieści. Pora jednak na bliższą
prezentację antropologicznej obecności w prozie Vonneguta.
Zacznijmy - a jakże - od Kociej
kołyski.
Dzisiaj zwykło się wspomnianą powieść odczytywać w mod­
nej formule postmodernistycznej, bo jest to zaiste klasyczna
pozycja tego typu literatury, jako że czytelnik nieustannie jest
uświadamiany, że forma jest sztuczna i wymyślona, następstwo
czasu nieistotne, a pojęcia prawdy i fałszu - oczywiście
- względne. Fałsz może być bowiem, w głębszym sensie,
najbardziej oszukańczą formą prawdy i o tym właśnie traktuje
Cat's Cradle. Jest to powieść o micie, którego podstawą jest
kłamstwo wymyślone przez niejakiego Lionela Boyd Johnsona
i propagowane przezeń na karaibskiej wyspie San Lorenzo pod
nazwą religii Bokokonizmu. Narrator powieści, patrząc z punk­
tu widzenia chronologii, cytuje z „Księgi Bokokona", wyjaś­
niając czytelnikowi kluczowe pojęcia i terminy tej religii,
a ponadto poucza go, że jeśli nie zrozumie on, jak użyteczna
może być religia oparta na kłamstwie, powinien książkę
odłożyć, gdyż nic z niej nie zrozumie. " W Bokokonizmie
istotną rolę odgrywają cztery po jęci a:/oma, karass. granfalloon
i wampeter. Pierwsze z nich oznacza użyteczne albo nieszkod­
liwe nieprawdy powodujące, iż ludzie czują się odważni, mili
i szczęśliwi. Przykład: „Powodzenie czeka na nas tuż za
rogiem".Karass i granfalloon oznaczają z kolei dwa sposoby
zorganizowania istot ludzkich w różnorodne wspólnoty idei
- pierwszy ich typ realizuje jakoby W o l ę Boga bez świadomo­
ści, co właściwie czyni, drugi jest karass fałszywym, czego
przykładami są partia komunistyczna, organizacje społeczne
w rodzaju Ligi Kobiet, sztucznie tworzone „zespoły pracow­
nicze",ale nade wszystko „każdy naród, zawsze i w s z ę d z i e . " " .
Wreszcie pojęcie wampeter albo sedno karass - obiekt, wokół
którego członkowie danej grupy obracają się „w majestatycz­
nym chaosie m g ł a w i c y " i który usensawnia ich byt oraz
powoduje, iż mają poczucie wspólnoty. Takim wampeter
narratora jest najnowszy produkt nauki „ L ó d - 9 " , wynaleziony
przez dra Feliksa Hoenekkera. On to właśnie ostatecznie
zniszczy życie na ziemi przy końcu powieści, bowiem jego
zdolności „ z a m r a ż a n i a " nie dają się pohamować.
Nie będziemy, oczywiście, streszczać znanej doskonale
książki, zwróćmy jedynie uwagę na jej aspekt antropologiczny.
Wyspa San Lorenzo jest w niej najwyraźniej metaforą Haiti,
włączając w to charakterystykę okrutnego dyktatora Papy
Monzano, alter ego rzeczywistego Papy Doc Duvaliera. Na tym
fikcyjno-realnym podłożu prezentuje Vonnegut, jak działa jego
idea kulturowego relatywizmu. Wyznawcy Bokokonizmu wie­
dzą, iż inne religie i inne narody popełniają ten błąd, iż uzurpują
sobie prawo do wyłączności w posiadaniu prawdy. Bokokonista
wie, że prawd jest wiele, a być może nie ma żadnej, stąd
„ p r a w d a " jest dlań prawdą tymczasową, zawsze możliwą do
podważenia. Jeśli Bokokonizm ofiaruje głębszą od innych
religii prawdę, to tylko dlatego, iż daje pełną możliwość
wymyślenia dowolnej jej postaci, co udo wodniają dwaj protagoniści - Johnson i McCabe, dopasowując j ą do zmieniających się
warunków życia na San Lorenzo. Prawda Bokokonizmu jest
użytecznym kłamstwem. Jak powiada sam Bokokon, ożywiony
przez Vonneguta w scenariuszu telewizyjnego przedstawienia:
„Jeśli prawda o twoim życiu jest zbyt okrutna, wówczas sama
prawda staje się twoim w r o g i e m " .
1

12

Nie jest jednak tak, że religia, w przeciwieństwie do nauki.

159

nawet w tak oświeconej postaci J a k Bokokonizm, jest zbawie­
niem dla świata. W Cat's Cradle zarówno jedna jak druga
prowadzą ostatecznie do upadku ludzkości. No, ale czytelnik
został już na wstępie poinformowany, iż „nic w tej książce nie
jest p r a w d ą " . To jeszcze jeden - już klasycznie ironiczny
- wymiar Vonnegutowskiego relatywizmu: pisarz jest przy tym
w pełni świadom logicznego paradoksu zawartego w tym
twierdzeniu. Jeśli nic w książce nie jest prawdą i powyższy sąd
znajduje się w niej, stanowi jej część, wtedy również on sam
prawdą nie jest, a stąd „ c o ś " w książce prawdą jest.
Pojęcie kulturowej względności nie jest jedynym antropolo­
gicznym tropem w twórczości Vonneguta. Można nawet powie­
dzieć, iż. pojawia się ono zwykle w kontekście dwóch innych,
którym pisarz przydaje mityczne wręcz znaczenie: The Folk
Society oraz rodziny rozszerzonej (extended family). Pierwsze
z nich jest autorstwa Roberta Redfielda, a było przedmiotem
szczególnie intensywnej analizy w antropologii chicagowskiej
pod koniec lat czterdziestych, czyli dokładnie za bytności tam
młodego Vonneguta. Dla Redfielda „folk society" stanowiło
typ idealny w sensie socjologicznym, pomocny w rozumieniu
rzeczywistości bytu i myśli społeczeństw nieliterackich. Jed­
nym z jego (przybliżonych) odpowiedników może być tradycyj­
na kultura chłopska, znana nam doskonale z opisów rodzimej
etnografii. Niezbywalnym składnikiem takiej społecznej or­
ganizacji były ujednolicone sposoby zachowania i wielka rola
więzi rodzinno-rodowych. w których - jak poucza nas z kolei
Maurice Godelier - zawarte były specyficzne wyznaczniki
gospodarki. Jednak nie taki pierwotny sens „folk society"
interesuje Vonneguta, pozbawia on bowiem to pojęcie jego
temporalnych i geograficznych uwarunkowań oraz nadaje mu
indywidualną wykładnię: jest ono dlań utopią pożądanej we­
wnętrznej jakości życia każdej wspólnoty ludzkiej opartej na
więzi społecznej różnego typu, z których każda jednakże
eliminuje w efekcie stan osamotnienia, tak charakterystyczny
dla współczesnej cywilizacji. „Folk society" może być wspól­
notą artystów, grupą sąsiedzką, typową grupą religijną, klasycz­
ną rodziną, związkiem korporacyjnym itd. „Folk society" to
ponadczasowy mit, do którego pisarz odnosi się z istnie religijną
atencją, co nie przeszkadza mu zachować jednocześnie ironicz­
ny dystans co do możliwości spełnienia się go w realnym życiu.
Jednakże Pierwszą Zasadą Życia jest: „Istoty ludzkie stają się
szczęśliwsze wówczas, gdy znajdą się w pierwotnych, braters­
kich warunkach folk society." Vonnegut uważa, że przekleńst­
wem Ameryki, a nie jest w tym sądzie odosobniony, jest
odpersonalizowanie i powierzchowność stosunków między­
ludzkich: nikt nikogo tak naprawdę nie zna i nie chce znać, nie
słucha i nie chce słuchać oraz nie zauważa, choć uśmiecha się
szeroko do wszystkich. Dlatego - pisze autor Hocus-pokus:
11

I4

„Jestem oczywiście wielkim admiratorcm Anonimowych
Alkoholików. Anonimowych Hazardzistów, Anonimowych
Kokainistów, Anonimowych Żarłoków i tak dalej i tak dalej.
Takie grupy sprawiają mi zadowolenie jako osobie, która
studiowała antropologię, ponieważ dają Amerykanom coś tak
istotnego dla zdrowia, jak witamina C, coś. czego wielu z nas
nie posiada w tej szczególnej cywilizacji: rozszerzoną rodzi­
nę."
Wypowiedzi na temat znaczenia „folk society" i rodziny
rozszerzonej w kulturze znajdziemy w książkach Vonneguta co
niemiara, a jedna z jego powieści, niezbyt zresztą udana
artystycznie, ma za główny swój przedmiot nie co innego, jak
właśnie mit pokrewieństwa i wspólnoty. Powieścią tą jest
Slapstick. Rzecz dzieje się w bliżej nieokreślonej przyszłości,
kiedy to za sprawą zminiaturyzowanych Chińczyków zachwia­
na została grawitacja ziemska, a ostatni prezydent Stanów
Zjednoczonych, niejaki Wilbur Daffodil-II Swain, zarazem
narrator, prezentuje swoją wizję właściwych stosunków mię­
dzyludzkich w Ameryce. Hasło jego wyborczej kampanii brzmi
..LONESOME NO M O R E " . b o w i e m właśnie samotność c y w i ­
lizacyjna przywiodła do zguby jego naród. Pomysł powiązania
wszystkich żyjących obywateli sztuczną siatką terminów po­
krewieństwa, tworzących w rezultacie z zatomizowanego społe­
czeństwa jedną wielką rozszerzoną rodzinę, jest bardzo prosty.
System opiera się, jak łatwo się domyślić, niemal dokładnie na
15

160

zinstytucjonalizowaniu chińskiej zasady nadawania imion włas­
nych, oczywiście w wymiarze karykaturalnym. Prezydent przy­
dziela rodakom „odgórnie, za pomocą komputera, dziesięć
tysięcy tzw. middle names, opartych na kombinacji przed­
miotów ożywionych i nieożywionych oraz liczb. Każda osoba
legitymująca się tym samym drugim imieniem należy automa­
tycznie do tej samej „ r o d z i n y " , co pociąga za sobą określone
obowiązki wobec innych jej członków. Ale przynosi także
ułatwienia, gdyż ktokolwiek podróżujący akurat po kraju może
błyskawicznie odnaleźć swoich krewniaków: wystarczy ot­
worzyć książkę telefoniczną i poszukać - powiedzmy - wszyst­
kich o imieniu „ D a f f o d i l " , a już ma się opiekę i towarzystwo
„ n a j b l i ż s z y c h " . j u ż działa zasada „nigdy więcej samotności"!
I znowu bardzo wyraźne widzimy tu wpływy antropologicznej
kompetencji Vonneguta, wszak wie on, że pojęcie „grupy
krewniaczej" opierać się może na zróżnicowanych zasadach,
z których większość nie ma nic wspólnego z biologicznym
pochodzeniem liczonym w ramach cywilizacji nowożytnej.
Pokrewieństwo jest mitem wspólnictwa i praktycznie można
sobie wyobrazić dowolną jego postać. Ludzie pragną być
świadomi więzi z innymi; prezydencka utopia zaczyna więc
rzeczywiście działać - rodzą się błyskawicznie klany rodzinne,
schemat powiązań, traktowany nieufnie na początku, honoro­
wany jest z całą powagą. Trudniej o wojny, bowiem wszyscy
postrzegają wszystkich wyłącznie na zasadzie przynależności
rodzinnej, a członkowie rodzin nie chcą się nawzajem zabijać.
Dotąd było tak - powiada narrator, że „narody nie traktowały
swoich wojen jako tragedii, ale dla rodzin one nie tylko mogą,
ale w istocie są tragedią"" . Rozszerzona rodzina eliminuje
także środki policyjnego „ładu i p o r z ą d k u " , jako żc reguła
stanowi jasno, że jeśli członek rodziny „ O r ł ó w " popełni
przestępstwo, ktokolwiek się o nim dowie powiadamia dziesię­
ciu innych „ O r ł ó w " o tym fakcie, a ci j u ż robią z nim porządek.
1

Najbardziej poruszająca i zastanawiająca część Slapsticku
opisuje „spotkanie rodzinne" Daffodiolow w Indianapolis, skąd
notabene wywodzą się zarówno fikcyjny „ ż o n k i l o w y " prezy­
dent, jak i sam Vonnegut. Toż to klasyczne spotkanie plemien­
nych przywódców, jakie znamy z etnograficznych opisów!
W książce rozwój ludzkości jakby na nowo się rozpoczynał,
gdyż na nowo uświadamia sobie ona potęgę krewniacznej więzi.
Opowiada dalej narrator: wprawdzie sama idea sztucznej
rodziny rozszerzonej nigdy całkowicie nie zamarła w Ameryce
(prawnicy garnęli się do prawników, politycy do polityków,
homoseksualiści do lesbijek itd.), ale były one źle pomyślane,
gdyż wykluczały dzieci, ludzi starych, gospodynie domowe
i tych wszystkich, którzy wymykają się jednoznacznej klasyfi­
kacji. Dopiero destrukcja cywilizacji stwarza warunki, by
zacząć dzieło od początku:
„Idealna rodzina rozszerzona winna oddawać proporcjonalna
reprezentację wszystkich rodzajów Amerykanów, zgodnie z ich
numeracją. Stworzenie dziesięciu tysięcy takich rodzin dostar­
czy Ameryce dziesięciu tysięcy parlamentów, które będą mogły
szczerze i fachowo dyskutować o tym, o czym dziś tylko
niewielu hipokrytów dyskutuje z pasją: o dobrobycie całej
ludzkości."
Jak to u Vonneguta bywa, także i wizja folk society opartego
na rodzinie rozszerzonej jest tyleż ironiczna, co sentymentalna
Z jednej bowiem strony mamy u niego tak typowy dla
amerykańskiego postmodernizmu ironiczny stosunek do świata,
polegający na mówieniu o nim w sposób niezobowiązującybyłoby świetnie gdyby Amerykanie byli mniej samotni, ale nie
jest to praktycznie wykonalne, więc cieszmy się z Anonim '
wych Alkoholików, którzy są namiastką prawdziwej rodziny
Z drugiej jednak strony, zwłaszcza w trzech przywoływanych
książkach autobiograficznych, Vonnegut uparcie nawraca do
tego tematu, traktując go bardzo osobiście. Miał on swego czas"
okazję zetknąć się z realiami afrykańskiej Biafry, przez kro№
czas niepodległości tego państwa, opatego na niebywałej wiC^
rodowej. W pięknym tekście-reportażu Biafra: a people be
raved *. Vonnegut portretuje ten naród (uważany przez rza.
Nigerii za plemię ledwie) głównie z punktu widzenia ro
budowanych związków rodzinnych, pozwalających danej os "
bie znać do trzech tysięcy innych członków rodziny. Nieuda .
0

1

0

literacko Slapstick pisany był już po doświadczeniach wojny
biafrańskiej, w szczególnym momencie życia Vonneguta, kiedy
to rozpadło się jego dotychczasowe życie rodzinne i odczuł on
- po raz kolejny - pustkę życia i własną samotność w świecie,
w którym z ledwością może wymienić kilku krewnych, ale na
których nie może jednocześnie liczyć. Stąd ,,lonesome no
more" staje się hasłem nostalgicznego powrotu do dzieciństwa
w Indianapolis, pobytów rodzinnych nad pobliskim jeziorem
- tylko ono pozostało niezmiennie takie samo, jak w tamtych
latach szczęśliwych, a Vonnegut - jak powiada - nie ma już
miejsca, gdzie jest łóżko zarezerwowane wyłącznie dla niego
i gdzie ktoś czeka zawsze gotów do rozmowy. Jest charakterys­
tyczne, że z biegiem lat ów osobisty wątek pojawia się
w rozważaniach Vonneguta coraz częściej, a antropologiczna
krytyka cywilizacji staje coraz bardziej przede wszystkim
krytyką społeczeństwa amerykańskiego. Może najdobitniej
widać to w Bluebeard, czyli Sinobrodym, powieści nazywanej
wręcz „feministyczną" (!), gdzie problem samotności człowie­
ka ukazany jest w kontekście życia artysty. Jest to książka
wskazująca na nieuchronny konflikt, w jaki popada każdy
twórca: to rozdarcie pomiędzy potrzebą akceptacji w ramach
rozszerzonej rodziny takich samych, jak on sam, a samotnością
procesu twórczego, dokonującego się zawsze poza tym krę­
giem. Nieco później, w Fates Worse than Death przytoczy
Vonnegut fragmenty okolicznościowego artykułu, jaki napisał
był o Jacksonie Pollocku i w którym pokazał jego znaczenie dla
kultury amerykańskiej. Jednakże - jak wiemy - życie tego
malarza, jakże tragiczne, było przykładem nierozwiązywalności konfliktu, o którym wspominałem. W twórczości wszystko
rozgrywa się pomiędzy twórcą a jego dziełem i każda ingerencja
osób trzecich, kimkolwiek by one nie były. jest już. gwałtem na
artyście (i dziele). Stąd na grohie Pollocka winno być napisane
jedynie: T R Z Y T O J U Ż T Ł U M . ' ' ' Niestety, kultura i cywilizacja
są bytami zbiorowymi, a stąd sztuka nigdy nie nadąży za
życiem. Jedyne zatem, co jest w stanie zrobić artysta, pisarz
w pierwszym rzędzie, to być ewolucyjną komórką w społeczeń­
stwie, być owym ..agentem zmiany" poprzez nieustannie
podejmowane przypominanie tradycji.
W jednym z licznych wywiadów Vonnegut powiedział, żc
jedyny sposób, w jaki pisarz może osiągnąć uniwersalność to
bycie prowincjonalnym. " Ten sąd daje się dokładnie przełożyć
na realia postawy antropologa, a ponadto idealnie oddaje
dzisiejszy klimat postmodernistycznego zanegowania rozdziału
świata na „ c e n t r u m " i „peryferie". W dyskursie filozofów
i antropologów przede wszystkim wyczytamy, że świat składa
się z wielu kulturowych monad, a każda z nich uważa się za
najważniejszą i położoną w centrum społecznego świata.
Tymczasem takie centrum obiektywnie nie istnieje, mamy
wyłącznie prowincje borykające się z podobnymi problemami,
niektórym można przypisać walor uniwersalności, innym nie.
Literatura i antropologia są może najlepszymi przykładami, jak
te dwa porządki: lokalność i uniwersalność, współbrzmią zc
2

sobą. Rodzaj pisarstwa i wizja świata proponowane przez Kurta
Vonneguta znajdowały zawsze wdzięcznego odbiorcę w Ame­
ryce, ale także gdziekolwiek tylko przetłumaczono jego książki
na lokalny język. W byłym Związku Radzieckim był on chyba
najpopularniejszym pisarzem zachodnim, choć ze zrozumiałych
względów funkcjonował tam jako twórca science-fiction.
Podobny sukces czytelniczy towarzyszył i towarzyszy mu nadal
w Polsce. Daje się on wytłumaczyć na sposób kulturowy przede
wszystkim. Uczynił on bowiem z wielkiej prowincji zwanej
Stany Zjednoczone Ameryki teren uniwersalnej refleksji nad
formami życia, gdyż ta prowincja zmuszona jest ciągle konfron­
tować swoją rzekomą oczywistość z wielością innych moż­
liwych form usytuowanych na ziemi, teraz lub dokładnie za lat
milion (Galapagos),
albo w kosmosie, ale zawsze jest to
konfrontacja obnażająca względność tego, co jakoby ostatecz­
ne.
21

Książki Vonneguta, podobnie jak mądrze czytane dzieła
antropologiczne, rodzą zawsze pytania o miejsce nas samych
w wielobarwnym świecie ludzkich możliwości. Koniecznością
jest nasze życie czy przypadkiem jedynie'.' K i m właściwie
jesteśmy? To ostatnie pytanie zostało postawione przez pisarza
w sposób najbardziej jaskrawy w najsławniejszej z jego książek.
Rzeźni numer pięć. Również i ona wyrasta z doświadczeń
- nazwijmy to teraz - wielokulturowości. Jej źródłem było
bowiem tragiczne bombardowanie przez lotnictwo alianckie
Drezna w dniu 13 lutego 1945 roku. w trakcie którego śmierć
poniosło przynajmniej 135 tysięcy ludzi, głównie cywilów.
Vonnegut przeżył je na zasadzie paradoksalnej: jako jeniec
wojenny został umieszczony w budynku starej rzeźni, który
wytrzymał naloty bez większych szkód. Był jednak Vonnegut
- o czym wiedział - jeńcem szczególnym, ze względu na swoje
niemieckie pochodzenie. Jako kto się zatem uratował - jako
żołnierz amerykański czy współziomek ofiar drezdeńskich?
Z kim czuć się solidarnym: z samolotami pilotowanymi przez
żolnierzy-Amerykanów czy ofiarami bombardowania, niewin­
nymi eywilami-Niemeami? Dylemat ten nie został przezeń
właściwie rozwiązany do dzisiaj, a miarą jego trudności może
być fakt, iż. Rzeźnia numer pięć ukazała się w roku 1969. wiele
lat po fakcie bombardowania, gdyż z wcześniejszych prób
„zmierzenia" się z problemem tożsamości, okrucieństwa i spra­
wiedliwości nic nie wyszło. Billy Pilgrim, bohater wspomnianej
powieści, zostaje zmuszony do przeniesienia się w inny wymiar
rozumienia czasu, aby „ z r o z u m i e ć " , c o wydarzyło się w Dreź­
nie feralnego dnia i jak widzieć sens życia, jeśli on w ogóle daje
się ustalić. Powtórzy zatem zaTralfamadorianami, że wszystkie
momenty z przeszłości, teraźniejszości i przyszłości istniały
zaw.sze i będą istnieć równocześnie. Ludzkie życie kieruje się
zasadą nieoznaczoności. Jedyne, co jest pewne na tym świecie,
to mity i szlachetna utopia, one również były, są i będą.
W Ameryce mitem stał się sam Vonnegut i jego życie.
Zadaniem pisarza jest ten fakt przypominać, a zadaniem
antropologa dodatkowo próbować zrozumieć. So it goes.

P R Z Y P I S Y
1

A Owen Aldridge. Literature and the study of man, (w:) Literature and
Anthropology, P A . Dennis and W Aycock ( e d s ) . Lubbock: Texas Tech
University Press 1989, s. 41
O / w i ą z k a c h literatury i badań nad kulturą, widzianych w postmodernis­
tycznej perspektywie dzisiejszej antropologii, p i s a ł e m w k s i ą ż c e Wymiary
WUropologicznego poznania kultury. Poznań: Wydawniclwo Naukowe
UAW 1992; zob. także W . J . Burszta, K . Piątkowski, O czym opowiada
""ropologicznu opowieść.
Warszawa: Instytut Kultury 1994
Owe trzy książki autobiograficzne to: Wampeters. Fonia and GranfalloJ«J. Dell Publishing: New York 1989 (I wyd. 1974), Palm Sunday. Dell
"Wishing: New York 1984 (1981) oraz najnowsza. Fates Worse than Death.
"ttkley Books: New York 1992. Żadna z nich, w p r z e c i w i e ń s t w i e do
p o w i e ś c i i z b i o r ó w o p o w i a d a ń , nie byta dotąd t ł u m a c z o n a na
teyk polski.
Np. J.D. Bellamy. Vonnegut for President, (in:) The Vonnegut StateI**". J Klinkowitz and J . Somer ( e d s ) . New York: Delacorte/Lawrence

J»73, s. 81

, W.R. Allen. Understanding
Kurt Vonnegut. Columbia: University of
^"th Carolina Press 1991. s. 8
, K. Vonnegut. Palm Sunday, s. 99
, K. Vonnegut. Fates Worse than Death, s. 31
k. Vonnegut. Wampeters. Fonia and Granfallooons (Opinions}, s, 276

' Conversations
with Kurt Vonnegut. W . R Allen ( e d ) , Jackson and
London: University Press of Mississippi 1988, s. 299. Z a u w a ż m y przy okazji,
iż Q u i n e ' o w s k i e o k r e ś l e n i e 'kosmicznego oddalenia' badacza od przedmiotu
analizy, ś w i e t n i e o d d a j ą c e sedno d z i a ł a l n o ś c i Levi-Straussa, uzyskuje
w p o w i e ś c i a c h Vonneguta literalne znaczenie.
"' K . Vonnegut, Cat's Cradle, New York: Delacorte/Lawrence 1971, s.
16. Pierwsze wydanie u k a z a ł o s i ę w roku 1963
" Ibidem, s. 82
K . Vonnegut, Between Time and Timbuktu or Promeleus-5. New York:
Delacorte/Lawrence 1972, s. 83
" Por. R. Redfield, 77ie Fidk Society, „ T h e American Journal of
Sociology'' 52:1947, ss. 293—308
Wampeters. Foma and Granfalloons.
s. 179
" Fates Worse than Death, s. 34
'* K . Vonnegut,Slapstick, New York: Dell Publishing 1989 (I wyd. 1976).
s. 214
Ibidem, s. 157
'* W ł o m i e Wampeters. Foma and Granfalloons.
ss. 139—158
" Fates Worse than Death, s. 48
" Conversations wall Kurt Vonnegut. op.cit.. s. 289
Por. J . Klinkowitz. D . L . L a w l e r (eds ). Vonnegut in America,
New
York: Delacorte/Lawrence 1977
12

14

17

:

: |

161

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.