-
Title
-
Dusza / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2007 t.61 z.3-4
-
Description
-
Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2007 t.61 z.3-4 ; s.35
-
Creator
-
Baranowska, Małgorzata
-
Date
-
2007
-
Format
-
application/pdf
-
Identifier
-
oai:cyfrowaetnografia.pl:5965
-
Language
-
pol
-
Publisher
-
Instytut Sztuki PAN
-
Relation
-
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:6392
-
Rights
-
Licencja PIA
-
Subject
-
Leiris, Michel (1901-1990)
-
Type
-
czas.
-
Text
-
MICHEL LEIRIS
Michel Leiris
L’âge d’homme
Dusza
Pierwsze moje spotkanie z pojęciem nieskończono
ści zawdzięczam puszce holenderskiego kakao, pod
stawie mych śniadań. Jedną ze ścianek tej puszki zdo
bił obrazek rumianej i apetycznej chłopki
w koronkowym czepcu, okazującej z uśmiechem takąż
puszkę, zdobną tymże obrazkiem i trzymaną w lewym
ręku. Doznawałem zawrotu głowy, wyobrażając sobie
nieskończony ciąg obrazków przedstawiających niezli
czoną ilość razy wciąż tę samą Holenderkę, która
zmniejszając się coraz bardziej, ale - teoretycznie - ni
gdy nie mogąc zniknąć, przyglądała mi się kpiąco, po
kazując swą podobiznę na puszce kakao, takiej samej,
na jakiej była namalowana.
Nie jestem daleki od myśli, że w to pierwotne pojęcie
nieskończoności, nabyte w wieku lat około dziesięciu (?),
wmieszał się czynnik mętny nieco i podejrzany: było coś
oszałamiającego i wprost nieuchwytnego w tej młodej
Holenderce, powtarzanej w nieskończoność, jak pomno
żone być mogą w nieskończoność frywolne igraszki, od
bite przez przemyślnie ustawione lustra buduaru.
Okładka jednego z francuskich wydań Wieku męskiego.
Lucas Cranach Starszy Judyta i Holofernes,
Kunsthistorisches Museum, Wiedeń.
nie wzrasta, a wreszcie część masy oddziela się pod po
stacią pierścienia, jak to miało miejsce z Saturnem.
To upodobnienie duszy do paluszka czy też do na
leśnika na Gromniczną, również przekłutego przez
środek - polegało, jak mi się wydaje, na wierze w ist
nienie substancji mej duszy, której nie umiałem sobie
wyobrazić inaczej niż jako ciała stałego, zbudowanego
jednak z czegoś niezbyt gęstego, o dość nieregularnym
kształcie - ciała zagnieżdżonego może w zachyłku
czaszki, ale lotnego i nie-ważkiego jak ptaszki (palu
szek) lub nietoperze (naleśnik miękki i rozłożysty jak
skrzydła nietoperza, przewracany na patelni, w czerni
pieca, w gęstym dymie i sadzy, wydaje się niezdarnie
lecieć - tak jak polatują te przykre nocne ssaki).
Nieco później, gdy chodziłem już do szkoły i wie
działem coś niecoś o kosmografii, miałem o duszy na
stępujące wyobrażenie, o którym skądinąd wiedzia
łem, że było czystą fantazją. Było ono niemniej
nierozerwalnie związane z myślą o tym pojęciu: prze
kłute na wskroś długim drutem suche ciasteczko, ro
dzaj paluszka, które się wtyka między pręty klatki, aby
służyło za pokarm ptaszkom.
Jest bardziej niż prawdopodobne, że obrazu tego
dostarczyło mi doświadczenie, podane w pierwszej
książce do geografii, które przytaczam tu tak, jak je za
pamiętałem, nie troszcząc się zbytnio, czy cytuję do
kładnie, czy nie. W plamę oliwy, wlanej do płynu,
wbijamy igłę i wprawiamy ją w szybki ruch obrotowy;
wciągnięta weń kropla, najpierw niemal kulista, pod
dana działaniu siły odśrodkowej, ulega nieznacznemu
spłaszczeniu. Dzięki temu zjawisku możemy zrozu
mieć, że to samo stało się z ziemią, która nie jest cał
kiem kulista, ale nieco odkształcona, podobnie jak
kropla oliwy, pod działaniem obrotu wokół osi biegu
nów. Gdy ruch obrotowy igły wzmaga się, odkształce-
za: Wiek męski, przeł. Teresa i Jan Błońscy, PIW War
szawa 1972, s. 30-31
34
MAŁGORZATA
BARANOWSKA
11 V 1980
Niedawno w pałacu prawdziwym - nie wiadomo,
czy pałace wystawiane na zwiedzanie przez turystów
można nazwać prawdziwymi - w pałacu w stylu fran
cuskim, wersalskim, wymyślnie ogrodowym, letnim,
bourbońskim, w pałacu, który dopiero co opuściła py
cha Franco, w pałacu w La Granja przeżyłam znowu
to olśnienie dziecinne nieskończonością lustra. W do
datku to tylko sztuczka architekta. W długiej, ale zno
wu niezbyt imponująco długiej, amfiladzie pokojów
drzwi zostały przybrane firankami, tyle. A jednak to te
firanki są najważniejsze, zostały tak podwiązane i uło
żone, że tworzą tunel lustrzany, w dodatku mącąc zu
pełnie nasze przyzwyczajenia. W lustrze wszystko za
czyna się od nas i my przeważnie możemy zbliżyć się
tylko lub oddalić od tafli, jeśli nie jesteśmy Alicją, nie
wejdziemy w pociągające nas przestrzenie. A tutaj każdy pokój inny, bogaty, ubrany, zbiór zegarów, figur,
boazerii, kwiatów, waz, stołów, ach, i żyrandole, to
one rozświetlają nasze posuwanie się w oszałamiają
cym zimnie - pałac to letni, więc nie ogrzewany
w mrozy zimowe, żyrandole dopiero prześwietlając
podwiązane w drzwiach firanki, dają im życie ułudy.
W lustrze na końcu i na początku spotykamy tylko
nas, a tu w pierwszym skrzydle pałacu, w pierwszym
ciągu ułudy wzroku spostrzegam nagle, że biała W e
nus, którą widzieliśmy już od wejścia, zbliża się niepo
kojąco i lądujemy u jej stóp, ale mimo że przecięła nie
skończone perspektywy i skupiła je na swym pępku,
daje się ominąć. Dalej, zakręcając, wplątujemy się
w nowe dziwo, przekraczamy perspektywę.
„Zakręcając”, toż ja całe dzieciństwo, całe życie
marzyłam, żeby raz chociaż przekroczyć możliwość
i wejść, zakręcić w tunelu lustrzanym. Moja miłość do
obrazów Piranesiego i Eschera ma w tej tęsknocie nie
wątpliwe źródło.
Zakręcić i sprawdzić, doznać, przeżyć. Niech się
wyjawi, czy to tunele tęczy, czy grząskie przestrzenie,
w które wciąga Król Olch. Niech się zdecyduje za za
krętem, czy zwycięży nadzieja, a jeśli zobaczę czarne
słońce? Niech tak będzie, niech zobaczę, niech pozbę
dę się niepewności życia, to jest nie zaspokajanej ni
gdy tęsknoty poznania.
Król buduje sobie pałac z zakrętami w ułudnej
przestrzeni i w dodatku w głównym skrzydle per
spektywa „zaczyna”? „kończy się”? lustrem, tak, ar
chitekt na żołdzie króla Hiszpanii spełnił przed mym
urodzeniem moje najtajniejsze marzenie. I pomy
śleć, że zrobione to było niby tylko, żeby nadążyć za
pychą władzy, żeby ułudnie powiększyć pałac, żeby
bardziej był podobny do Wersalu, do tej pustej,
strasznej i imponującej landary. Tak. Jak nie wersal
ska sala lustrzana, to chociaż system firanek. A czy
dla architekta, może dla króla nawet, miały firanki
znaczenie tajemnicze, swoją alchemię przestrzeni?
Miały?
Dusza
14 V 1980
Toaletka, słoń, a teraz nawet kotek - przedmiot-mebel, przedmioty-zabawki. Najpierw odkrycie siebie-przedmiotu, potem odkrycie tajemnicy przedmiotu-nie-siebie. N a tym się zakończyło. Później nie
siebie do przedmiotów, lecz przedmioty do siebie
usiłowałam przyrównać. Opierały się, kanty miały,
nic nie mówiły, nawet lalka. Nie lubiłam jej specjal
nie za niemość, za zimną twarz, ładna była i głupia,
lepiej było się bawić kafelkami, cegłami, kocami,
maszynką elektryczną, najtrudniej było dotknąć
karbidówki, chowali, wieszali wysoko, mury były
ciekawe, wióry, deski sosnowe, klocki, ale już nie
było toaletki, i słoń przecież był cudzy. Chyba wtedy
dowiedziałam się o duszy.
Odtąd wplątałam się w nieskończone wzloty,
upadki, rojenia, skoki, wchodzenia po zgęszczonych,
rosnących schodach złudnych perspektyw. Miałam
trzy lata i nie wiedziałam, co z nią począć. Nie dawał
mi spokoju dualizm, a w nim najbardziej posiadanie.
Jeśli ciało ma duszę, to czy dusza ma ciało? Od począt
ku byłam przekonana o jej prymacie nad ciałem. Wy
obraziłam sobie, że coś ulotnego, tajemniczego, do
którego trzeba było aż trzech lat, żeby to odkryć, całe
go życia trzeba było, musi być ważne i pierwsze. W ła
ściwie dusza była jeszcze tylko pojawiającym się, intry
gującym pojęciem. Miałam ochotę jak najszybciej
pożreć je wszystkimi siłami intuicji i zmysłów, ale
opierało się.
za: Pamiętnik mistyczny, Gdańsk 1998, s. 8-10 i 13
35