Ten, który wędruje / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4

Item

Title
Ten, który wędruje / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4
Description
Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4, s.148-150
Creator
Cibor, Krzysztof
Date
1998
Format
application/pdf
Identifier
oai:cyfrowaetnografia.pl:2522
Language
pol.
Publisher
Instytut Sztuki PAN
Relation
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2711
Text
Ten, który wędruje
historia pewnego przekaźnika,
teraźniejszość pewnego przekazu*
Krzysztof Cibor

Kilkanaście lat temu pojawił się po raz pierwszy. Począt­
kowo stanowił nie lada sensację, jak zresztą wszystko, co ist­
nieje początkowo. Dziś, kiedy jest wszędzie, kiedy spotkać
go można na ulicy, w supermarketach, czytelniach, autobu­
sach (zwłaszcza tam!), a nawet na uniwersyteckich wykła­
dach, nie budzi już takich emocji. Po prostu jest i , zgodnie ze
swoją nazwą, SPACERUJE... Walkman.'
Emocje wygasły, walkman przestał być status symbolem,
a stał się zwielokrotnioną i stechnologizowaną wersją Żyda
Wiecznego Tułacza, który błąka się po świecie, ukrywając
przed przypadkowym przechodniem swoją prawdziwą histo­
rię. Uważam, że od kiedy odtwarzacz spacerowy przestał
krzyczeć: „jestem zamożniejszy od ciebie!", jego przekaz
stał się o wiele bardziej wielowarstwowy i skomplikowany.
Zacznę od najprostszego pytania: dlaczego słucham walk­
mana?
Kiedy zadawałem to pytanie użytkownikom odtwarzacza
spacerowego, często pojawiała się odpowiedź: „aby zagłu­
szyć ulicę". Miasto ze swoim coraz częściej nieprzyjaznym,
zdehumanizowanym uniwersum dźwięków postrzegane jest
jako żywioł konieczny, ale obcy. Walkman w tej sytuacji sta­
je się dźwiękowym akwalungiem - pomaga zanurzyć się
w nieznaną głębię, czyniąc ją na pewnym poziomie swojską.
Akwalung ten nie jest jednak zupełnie szczelny. Ekspansyw­
ne miasto wlewa się w nas wszystkimi otworami ciała i nawet
najlepsze słuchawki nie zapewniają stuprocentowej izolacji
od jazgotu autobusów, budów czy bankowych konwojów.
W rezultacie to, co zagłuszamy walkmanem, to „dźwięki na­
tury". Nie może więc taka odpowiedź stanowić wystarczają­
cego wyjaśnienia postawionej na początku kwestii. Tym bar­
dziej że wytłumaczenie znacznie bardziej popularne i oczy­
wiste brzmi: „bo lubię słuchać muzyki".
2

Rzeczywiście stosunkowo łatwo mogę sobie wyobrazić
melomana, który, już to z braku czasu w domu, już to ze
względu na poważne uzależnienie, słucha swoich ulubionych
kawałków na ulicy. Tu jednak też muszą zrodzić się pewne
wątpliwości. Po pierwsze: poruszana już kwestia niezagłuszalnego zgiełku, który może popsuć całą przyjemność wiel-

* Praca ta została napisana w oparciu o rozmowy, jakie przeprowa­
dziłem ze znajomymi, oraz o moje własne doświadczenia. Siłą rzeczy nie
może więc mieć ambicji do formułowania prawd ogólnych. Jest raczej
opisem pewnej możliwości, i to możliwości wcale nie bezustannej
n a

bicielowi muzyki; po drugie: sprawa stosunkowo niskiej ja­
kości dźwięku odsłuchiwanego ze sprzętu przenośnego
(szczególnie w porównaniu z dźwiękiem wydobywanym
z wież Technicsa); po trzecie wreszcie: wielu moich rozmów­
ców podkreślało, że chodząc słucha się szczególnych rodza­
jów muzyki.
Trzecia wątpliwość rzuca nowe światło na sprawę, którą
się zajmuję. Jeżeli przynajmniej w tym samym stopniu co
walkman, specyficzna jest słuchana za jego pomocą muzyka,
należy przyjrzeć się jej tu bliżej. Problem polega na tym, że
rozsadziłoby to ramy mojej pracy, każdy bowiem ma swoje
własne idealne kawałki na miasto. To, jaki rodzaj muzyki
znajdzie się w przenośnym odtwarzaczu zależy oczywiście
od osobistych preferencji, które niewele odbiegają od tych
kształtujących muzyczne gusta danego słuchacza w ogóle.
Muzyka na spacer musi jednak według mnie odznaczać się
specyficzną sugestywnością, która niezbędna jest walkmano­
wi do jego magii. Chciałbym oto postawić hipotezę, że od­
twarzacz spacerowy czerpie swoją siłę z umiejętności de­
strukcji i rekonstrukcji światów.
Jak obronić to aż nazbyt śmiałe zdanie? Po pierwsze
przez odwołanie do wzmiankowanego już zagłuszenia. Ma­
jąc na uszach słuchawki, likwidujemy integralność komuni­
katu, jaki nadaje do nas Świat. Dostajemy obraz, ale już bez
dźwięku. Tak, jak potrawa, która nie pachnie, nie jest całą
potrawą, a kształt, który wyczuwamy tylko palcami, nie
w pełni staje się dotykanym przedmiotem, tak Świat, który
tylko widzimy, jest tylko pół-Światem. Nie jest to jednak
ofiara degradacji, a Świat w sytuacji liminalnej (już nie A,
jeszcze nie B), założenie słuchawek zaś to dopiero połowa
drogi. Kiedy dźwięki już do mnie nie docierają, włączam ich
własne, autonomiczne źródło, które, co bardzo ważne, zale­
ży w pełni od mojego wyboru. Ta druga, audytywna połowa
Świata może być zgodna z połową wizualną (kiedy jeżdżąc
rowerem po zdegradowanych ekologicznie terenach wokół
puławskich Azotów słucham tak zwanej muzyki industrial­
nej), skontrastowana z nią (kiedy w zatłoczonym autobusie,
w połowie mroźnego stycznia z mojego walkmana wydoby­
wają się pieśni malijskie), jak też dobrana na zupełnie in­
nych zasadach (пр.: Johann Sebastian Bach do nocnego bie­
gu przez las).
3

To, co wydaje mi się tu ważne, to fakt, że muzyka słu­
chana przez słuchawki nie jest po prostu muzyką ilustracyj­

ną. Świat, w którym nie ma dźwięków, jest tylko tym, co
widzę - i to jest pierwszy etap, dezintegracja. Świat, które­
mu nadaję wybrane przez siebie dźwięki, staje się Nowym
Światem, zreintegrowanym przez mnie. Kroki przecho­
dniów odbijają się echem basu czy perkusji, pasażerowie
autobusu mówią do siebie głosem irlandzkiej wokalistki,
ptaki krążą po szarym niebie poganiane ostrymi, gitarowy­
mi riffami. Pieśń, którą słyszę, opowiada o ulicy, którą wi­
dzę. Wizja i fonia dopełniają się we mnie, przez mój wybór
(to ja decyduję o tym, co usłyszę, i o tym, co zobaczę, to ja
decyduję o tym, w jaki Świat złożą mi się dwie niezależne
rzeczywistości).
Muszę wyjaśnić jeszcze jedną rzecz. Sformułowanie,
którego użyłem, owa dezintegracja może być rozumiana
dwojako. Pałac Kultury nie pasuje do żebrzącego Roma,
który nie pasuje do sklepu Estee Lauder. Świat nie układa
mi się w zgrabną całość, nie mogę go objąć, jest zdezinte­
growany. Chodzi mi tu jednak o inną dezintegrację, o roz­
pad postrzegania, o odcięcie obrazu od jego naturalnych
dźwięków. W tym sensie włączenie walkmana jest zlepie­
niem nie przystających do siebie obrazów jednorodną
Muzyką.
Do tak rozumianego tworzenia porzebne jest zagłuszenie.
Powiedziałem jednak już wcześniej, że całkowite odcięcie
od dźwięków naturalnych jest niemożliwe. Nie widzę tu nie­
ścisłości. Czym innym jest zagłuszenie dla zagłuszenia,
czym innym zagłuszenie dla tworzenia. Wycie psa, sygnał
karetki pogotowia czy wrzask dziecka miesza się z materią
dźwiękową płynącą z walkmana i daje nową jakość. Z dru­
giej strony naturalne dźwięki zdarzające się na taśmie potra­
fią wpełznąć w to, co widzimy. Te konfuzje podkreślają tyl­
ko zjednoczenie rzeczywistości z jednej i drugiej strony słu­
chawek. Zagłuszenie nie tyle likwiduje dźwięki naturalne, co
przytłumia je, a te, których nie udało się wystarczająco przy­
ciszyć, anektuje.
Igor Strawiński, w czasach, kiedy nie słyszano nawet
o magnetofonie, napisał: „Nigdy nie znosiłem słuchania mu­
zyki z zamkniętymi oczyma, bez uczestnictwa wzroku. Wi­
dzenie gestu i ruchu różnych części ciała, które biorą udział
w tworzeniu muzyki, jest zasadniczym warunkiem uchwyce­
nia jej w całości, gdyż wszelka muzyka tworzona czy kom­
ponowana wymaga jeszcze jakiegoś sposobu uzewnętrznie­
nia, aby słuchacz mógł ją odebrać (...). Brak przeszkód
wzrokowych stwarza im [słuchaczom - K.C.] sposobność do
oddania się marzeniom kołysanym dźwiękami muzyki i wła­
śnie to lubią o wiele bardziej niż samą muzykę" (Strawiński,
1974, 72). Strawiński zwraca uwagę na niepełność muzyki
bez obrazu. To, że jedynym dopełnieniem jest dla niego wi­
dok wykonawcy, jest jednak dzisiaj, gdy muzykę mogą wy­
konywać komputery, niezrozumiałe. Z kolei młodszy od
Strawinskiego o pokolenie amerykański kompozytor Harry
Partch, twórca nurtu zwanego korporalizmem, twierdził, że
muzyka to współgranie trzech warstw: dźwiękowej, wizual­
nej i rytualnej. Aby sprostać wymaganiom warstwy wizual­
nej, Partch skonstruował cały szereg nowych instrumentów
muzycznych, zadziwiających nie tylko brzmieniem, ale rów­
nież formą. Moim chromatodeonem jest komin Elektrocie­
płowni Żerań.
Idea związku muzyki z obrazem, żywa przynajmniej od
czasu pierwszych oper, a jako niezbywalna pomyślana przez

Strawinskiego i Partcha, apogeum swojej nośności osiągnęła
wraz z powstaniem MTV. Telewizja nadająca przez całą dobę
wideoklipy wpłynęła w sposób znaczący zarówno na postrze­
ganie muzyki, jak i na samą muzykę (Czubaj, 1995). Chciał­
bym tu podkreślić, że tak jak bez doświadczeń muzyki kon­
kretnej (która już dawno opuściła studia eksperymentalne pu­
blicznych radiofonii i wypłynęła na szerokie wody popu) szu­
my spoza taśmy postrzegane byłyby jako szkodliwe dla utwo­
ru, tak bez eksplozji wideoklipu walkman nie zdobyłby swo­
jej mocy kreatywnej.
Przeżycia związane ze słuchaniem muzyki na mieście po­
równywane są często przez moich rozmówców do tworzenia
teledysku. Mariusz Czubaj pisze o tym gatunku, raczej tele­
wizyjnym niż filmowym: „cięcia dopasowano do rytmu mu­
zycznego, do rzadkości należy pokazywanie całej postaci
wykonawcy, został on pokawałkowany, pocięty, przestał być
postacią, stał się śpiewającym, a przede wszystkim ruszają­
cym się ciałem. Osoby zastąpiono ich częściami, podobnie
fragmentaryczny, a nie całościowy charakter mają stosunki
międzyludzkie. Podstawowym zabiegiem rządzącym poety­
ką teledysku jest zatem metonimia" (Czubaj, 1995, 78).
W teledysku tworzonym za pomocą walkmana „szybkich
cięć dopasowanych do rytmu" dokonuję rzucając spojrzenia
to tu, to tam. W ten sam sposób wykluczam resztę pozawalkmanowej rzeczywistości (której ani widu, ani stychu). Idąc
ulicą ze słuchawkami na uszach, fragmentary żuję nie tylko
ludzi i stosunki między nimi, ale także świat, w którym się
oni poruszają. Dodatkowo poetyka uzupełniona jest o oksymorony, których część określana pochodzi z zupełnie innego
porządku niż część określająca - fragmentaryzuje po to, aby
scalić.
4

John Ellis w książce Visible Fictions zauważa, że widza
telewizyjnego różni od widza kinowego rozproszenie i brak
koncentracji (ewokowane przez samą gramatykę przekazu)
oraz patrzenie w, w przeciwieństwie do patrzenia na. Podkre­
śla on też, że słyszenie zaczyna dominować nad patrzeniem.
To dźwięk zapewnia ciągłość uwagi (Ellis, 1982). Widzę po­
ważne związki pomiędzy Ellisowską koncepcją a poetyką te­
ledysku i moim ujęciem słuchania walkmana.
Istotną różnicę między wideoklipem a słuchaniem muzy­
ki przez słuchawki dostrzec można, odwołując się raz je­
szcze do artykułu Czubaja, w którym czytamy: „teledysk do­
konuje uprzedmiotowienia dźwięku, daje muzyce bardziej
konkretny i uchwytny odpowiednik obrazowy" (Czubaj 1995,
78). Pseudoteledyski tworzone dzięki odtwarzaczowi space­
rowemu nie mogą być oczywiście uznane za konkretne
i uchwytne. Obraz, jaki wiążę z muzyką, jest nie do opowie­
dzenia, nie może funkcjonować jako dobro wspólne, podczas
gdy wizje rodem z MTV z powodzeniem karmią współczesną
masową ikonosferę.
5

Rozpad rzeczywistości, nadaktywne, choć rozproszone
postrzeganie, zaskakujące, niepowtarzalne skojarzenia
dźwięku z obrazem, wszystko to nasuwa na myśl jeszcze jed­
ną sprawę. Walkman jest według mnie środkiem psychotro­
powym. Bardzo delikatnym i raczej nie prowadzącym do uza­
leżnienia, ale zdolnym wywoływać pewne nadnaturalne sta­
ny psychiczne. Ta właściwość przenośnego odtwarzacza nie
jest tak oczywista jak jego umiejętność tworzenia wideoklipów. Nie wszyscy z moich rozmówców zwracali na nią uwa­
gę, byli jednak i tacy, którzy doświadczenia okołotransowe

149

(związane często z transowymi właściwościami samej muzy­
ki) stawiali na pierwszym miejscu.
Takie postawienie sprawy każe mi (nad)interpretować
tekst z instrukcji obsługi mojego walkmana. Stwierdzenie:
„zbyt głośne słuchanie muzyki może być szkodliwe" ma dla
mnie obecnie przynajmniej taki ciężar gatunkowy jak ostrze­
żenia Ministra Zdrowia na reklamach wyrobów tytonio­
wych. Również fragment pewego opowiadania dotyczący
niemożliwości słuchania muzyki na ulicy jest chyba czymś
więcej niż tylko opowieścią o nieuważnych przechodniach
i brawurowych kierowcach: „odcinając ją od wszystkich od­
głosów miasta, tych przeważnie złych, ale prawdziwych,
można by ją pewnie zabić (...). Nie trzeba nawet czelesty Be­
li Bartoka, wystarczyłoby rzewne mezzoforte Vivaldiego"
(Kosakowska, 1996).
Chcę teraz zwrócić uwagę na relacje między kulturą słu­
chania walkmana a współczesnymi subkulturami młodzieżo­
wymi. I tu, i tu ważna jest muzyka, jako coś więcej niż tylko
nośnik przyjemności czy doznań estetycznych; i tu, i tu nie
bez znaczenia jest możliwość zdobywania odmiennych sta­
nów świadomości, i tu, i tu wreszcie uczestnik eliminuje nieuczestników ze wspólnoty postrzegania (subkultury - ideolo­
gicznie, słuchacze walkmana - technologicznie). Ale właśnie
owa wspólnota postrzegania jest czymś, czego porównać nie
można. Słuchając muzyki przez słuchawki izoluję się, elimi­
nuję wszystkich, jestem jedynym uczestnikiem, pozostali zaś
są jedynie przedmiotami w moim własnym teledysku - „ja je­
stem Światem", jak powiedział jeden z rozmówców. Żeby to
zrozumieć, nie trzeba śledzić moich wydumanych spekulacji.
Prosty gest założenia słuchawek jest sygnałem, który znaczy:
„nie chce mi się z tobą gadać", jest trzaśnięciem drzwiami,

6

przerwaniem połączenia. Jeżeli walkmanowcy są subkulturą,
to jest to bodaj pierwsza absolutnie antygrupowa subkultura...
jest to subkultura samotnego tłumu, do której doskonale pa­
sują słowa Rauleta o interaktywności, która zastąpiła interak­
cje społeczne (Raulet, 1995).
Podsumowując, chciałbym poruszyć dwie kwestie. Po
pierwsze, bez względu na to, czy słuchacze odtwarzaczy spa­
cerowych tworzą subkulturę, nie może umknąć naszej uwagi
fakt, że we współczesnym społeczeństwie, uważanym po­
wszechnie za zatomizowaną zbiorowość ludzi samotnych, ale
pragnących złączenia przez unifikację, istnieją jednostki,
które dążą do jeszcze większej samotności, negując jednocze­
śnie uwspólnienie doznań i przeżyć. Być może jednak jest
tak, że nie jest to samotność, lecz wręcz przeciwnie - chęć jej
przezwyciężenia przez internalizację Świata. Czy Bóg może
być samotny?
7

Druga sprawa dotyczy związku technologii z kulturą. Za­
rysowałem przed chwilą historię urządzenia, które miało być
prostą kontynuacją magnetofonu. Jednak tak samo, jak telewi­
zja nie jest domowym kinem, gry wideo - animowaną wersją
gier planszowych, a Internet - ulepszoną siecią telefoniczną,
tak i różnica pomiędzy walkmanem a odtwarzaczem stacjo­
narnym jest różnicą jakościową. Walkman nie nadaje się do
słuchania muzyki, ponieważ jakość dźwięku jest zbyt niska
(aczkolwiek wciąż się poprawia), ale niedociągnięcia techno­
logiczne zostały załatane przez kulturę. Dzięki ogólnej do­
stępności estetyki wideoklipu, a także (w mniejszym stopniu)
muzyce konkretnej i rozpowszechnieniu narkotyków, to, co
w założeniu inżynierów było tylko mizernym ersatzem innego
ersatzu, stało się kolejnym władcą naszej wyobraźni. Niedo­
skonały przekaźnik stał się oszałamiającym przekazem.

PRZYPISY
1

Walkman jest nazwą zastrzeżoną dla produktów firmy Sony, czym
akurat nie przejęli się twórcy najnowszego Słownika współczesnej pol­
szczyzny. Jednak już handlowcy nie mogąc pozwolić sobie na stosowanie
tej nazwy, zgodnie z jej potocznym rozumieniem, do wszystkich typów
przenośnych, miniaturowych magnetofonów zaproponowali inne okre­
ślenia, jak na przykład odtwarzacz spacerowy, czym wpisali się na chlub­
ną listę współczesnych słowotwórców, pozostając jednak daleko w tyle
za autorami francuskiego, o wiele bardziej popularnego, baladeura, czy­
li po prostu spacerowicza.
2

Do personifikacji, którą obarczam to stosunkowo proste, masowo
produkowane urządzonko, upoważnia mnie jego nazwa z symptomatycz­
nym MAN na końcu (dokładnie tak samo jak w imionach innych bohate­
rów masowej kultury: Supermana czy Batmana!).
...oczywiście również czujemy i możemy go dotknąć, dla człowie­
ka przy pierwszym kontakcie najważniejsze są jednak zmysły wzroku
i słuchu.
3

4

Czubaj nie zwrócił uwagi na fakt, że teledysk jest nie tyle pokawał­
kowanym Światem, ile Nowym Światem sklejonym z fragmentów stare­
go.
Pomijam tutaj oczywiste różnice w kanałach komunikacyjnych
i relacjach nadawca - odbiorca. Muszę jednak zaznaczyć, że badaczy
mediów elektronicznych właśnie sprawy kodu, kanału komunikacyj­
nego i rzeczonych relacji interesują bardziej niż treść i poetyka prze­
kazu.
5

6

Leksykon Tony'ego Thorna Fads, Fashions & Cults (spolszczony
dumnie na Słownik pojęć kultury postmodernistycznej, jakby moda była
wyłączną domeną postmodernizmu) nie informuje o istnieniu takiej sub­
kultury ani nawet o kreującym ją artefakcie. Znaczy to, że nie wszyscy
podzielają moje zdanie o specyfice badanego przedmiotu.
7

Nie umyka mojej uwagi fakt pojawienia się na rynku rozgałęziaczy
do słuchawek, które umożliwiają wspólne słuchanie muzyki na ulicy.

BIBLIOGRAFIA
Czubaj, M .
1995 Teledyskowy obraz świata, „PSL. Konteksty" nr 2
Ellis, J.
1982 Visible Fictions. Cinema: Television: Video, London.
Grove
1980
The New Grove Dictionary of Music and Musicians,
Washington-Hong Kong.

150

London-

Kosakowska, J.
1996 Historia dwóch nitek [maszynopis].
Raulet, G.
1994 Nowa Utopia. Socjologiczne i filozoficzne konsekwencje nowych
technologii komunikowania, [w:] Po kinie?..., Kraków.
Strawiński, I.
1974 Kroniki mojego życia. Warszawa.

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.