Na skróty / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2007 t.61 z.1

Item

Title
Na skróty / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2007 t.61 z.1
Description
Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2007 t.61 z.1 ; s.148-159
Creator
Jackowski, Aleksander
Date
2007
Format
application/pdf
Identifier
oai:cyfrowaetnografia.pl:5921
Language
pol
Publisher
Instytut Sztuki PAN
Relation
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:6346
Rights
Licencja PIA
Subject
Jackowski, Aleksander ( 1921- )
Type
czas.
Text
21_Jackowski.ps - 4/25/2007 2:15 PM

ALEKSANDER JACKOWSKI

Oto starymi uczyniłeś dni moje. Przemijają,
A jak się to dzieje, nie wiem...
(Św. Augustyn, Wyznania)

est rok 2007. Lata minęły, zmienił się kraj, ustrój,
moje życie. Zmienił jego rytm. Dawniej wydarzenia
następowały szybko po sobie, ciągle przeżywałem
coś innego, a teraz linia życia stała się ciągła, leni­
wa. Pewnie i ja jestem inny, no - trochę inny. Najważ­
niejsze - starszy. Od pasa w górę jeszcze wszystko jest
dobrze, ale nogi nie chcą funkcjonować, lekarz każe
jeździć na rowerku, mam teraz w domu taki, ale czy to
pomoże? Jestem sam. Guteńka zmarła dziewięć lat te­
mu i wciąż trudno mi się z tym pogodzić. Ostatnie la­
ta z nią były piękne, ważne. Stałem się jej potrzebny,
przestała chodzić, trzeba było ją umieścić w Domu
Opieki w Łomiankach. Odwiedzałem ją niemal co­
dziennie, to ją radowało, do innych pensjonariuszy
przyjeżdżano rzadko, a ja byłem zawsze do jej dyspozy­
cji. Kiedy tylko sobie czegoś życzyła, mogła mieć pew­
ność, że jej to następnego dnia przywiozę. Jadąc do
niej, cieszyłem się, że się zobaczymy. Byłem potrzebny
i spłacałem swą winę lat „osobnych”, kiedy to ja mia­
łem swoje zainteresowania, swoich przyjaciół, a ona
w „Mazowszu” swoich. Sam ją na to „Mazowsze” na­
mówiłem, wiedząc, że pomoże Tadeuszowi Sygietyńskiemu. Ale ja, choć zaangażowany w tworzenie Ze­
społu, byłem w istocie w Państwowym Instytucie
Sztuki. Tam znalazłem interesującą mnie pracę, przy­
jaciół, kolegów, historyków sztuki, krytyków, ona jed­
nak tkwiła bez reszty w „Mazowszu”.
O świcie wyjeżdżała do Karolina, wracała z Mirą Zimińską około północy. Do Zespołu przyszła dyrektoro­
wać promienna, młodziutka. Mira miała już wtedy ży­
cie za sobą, tysiące zmarszczek, ale gdy Guteńka się
zestarzała i zniszczona pracą odeszła, Mira była niemal
taka sama jak na początku. Fenomen. Bezlitosna dla
tych, których uznała za wrogów. Ja starałem się jej
i Tadeuszowi pomagać, ale dla Gusti „Mazowsze” to
było całe życie. Zapewne i kompensacja niedostatków
naszego związku. Nie ciekawiły jej problemy, którymi
żyło moje środowisko, źle się w nim czuła, mnie nato­
miast nie interesowały jej kłopoty. Żyliśmy obok siebie,
choć razem. Ale wiedziałem, że jest mi bezgranicznie
oddana, i za to byłem jej nieustannie wdzięczny. Mia­
łem oczywiście w życiu różne fascynacje, ale zawsze ze
świadomością, że ona jest najważniejsza, jedyna. Łączy­
ła nas też miłość do dziecka. Ja miałem Oleńkę wciąż
koło siebie. To było moje szczęście. Do dzisiaj. Jestem
od niej uzależniony, jest bowiem najpiękniejszą, naj­
bardziej atrakcyjną kobietą. Dla Guteńki była wszyst­
kim, sensem istnienia, radością. Podróżując po świecie
z „Mazowszem” wierzyła, że zapewni jej lepszą przy­
szłość. Ciągle o niej myślała, w czasie długich półrocz­
nych podróży; dla niej kupowała sukienki, lalki, pre­
zenty, rekompensując tym swą tęsknotę. Żyła z myślą

N a skróty. Posłowie*

J

0 niej, dla niej. Ale z daleka, ja natomiast byłem zawsze
z małą. Do chwili gdy stała się duża i pewnego dnia
oświadczyła z powagą: tato zakochałam się. On ci się
będzie podobał, jest taki dobry, niezaradny...
O Boże! zmartwiłem się, przecież wolałbym, by to
był ktoś, kto zapewni jej przyszłość. A czy historyk, ar­
chiwista, nawet rokujący wielkie nadzieje takim bę­
dzie? Okazało się, że tak, i nie tylko w kraju, ale i za
granicą. Zostałem sam. Ola, Marynia i Ania, urodzo­
na tuż przed odejściem Gusti, mieszkały kilka lat
w Budapeszcie, a obecnie są w Wiedniu. Leszek kieru­
je jakimś wydziałem i departamentem ONZ-owskiej
instytucji. Cudownie, ale czemu tak daleko? Marynia
zajmuje się filmem, jest w Londynie, na 3. roku stu­
diów w Westminster University. Jest mądra, śliczna,
1nie dziwię się Sławomirowi Idziakowi, że przyjął ją ja­
ko asystentkę przy kręceniu filmu o Harrym Potterze.
Ale ja jestem sam, to straszne, wszystko więc robię,
by się samotności nie poddać. Kiedy mogę, telefonuję
do Wiednia, jeżdżę, albo tu ich witam, kiedy Ola
z Anią przyjeżdżają, by uczestniczyć w jakiejś mojej
imprezie, wystawie czy promocji książki. Ciągle jednak
coś tracę, Ania tak szybko staje się panienką...
Od roku mieszkam w małym, ślicznym mieszkaniu,
wreszcie ciepłym, z kaloryferami, z cząstką książek, pa­
pierów, pamiątek. Przyjaciele dziwią się, że nie żałuję
tego, co zostawiłem. Z czterech pokoi są tylko dwa, do
tego rzeczy po kradzieży... Właśnie, po śmierci Guteńki pojechałem do Wiednia, a w tym czasie moje miesz­
kanie, a także Leszka i Oli, okradziono. To dziwne
wrażenie. Upokorzenie. Stos rzeczy, papierów, książek
rzuconych na podłogę, oblanych jakąś cieczą, by zmy­
lić węch psa. Zabrano najcenniejsze książki Leszka,
heraldyczne z XVII, a chyba i XVI wieku. Pokazywał
je chętnie gościom zebranym na posiedzeniu towarzy­
stwa heraldycznego, no i włamywacz wiedział co,
z której półki i szafy zabrać. Skradł także pamiątki po
Bolesławie Prusie, rzeźby mojego stryja Stanisława, za­
dziwiający obraz Raj Adama Herszafta, przyjaciela Oj­

148

* Posłowie przygotowane do drugiego wydania książki Aleksandra
Jackowskiego N a skróty

21_Jackowski.ps - 4/25/2007 2:15 PM

Aleksander Jackowski • NA SKRÓTY. POSŁOWIE

ca, jedno z najważniejszych dzieł sztuki żydowskiej.
Złodziej czytał moją książkę Sztuka zwana naiwną, za­
brał więc wszystkie obrazy i rzeźby reprodukowane
w książce, niestety z adnotacją, że to z moich zbiorów.
Skradł obrazy - podpisane przez darczyńców: Kobzdeja, Tadzia Brzozowskiego, Tadeusza Kantora. N a
szczęście ich nie podpisał! Jestem nerwusem, cholerykiem, ale w tej sytuacji udawałem nawet przed sobą,
że mnie to wcale nie załamuje.
Nawet spałem na tych zgliszczach, a w dzień pisa­
łem, jak zawsze. Ale to był spokój pozorny, w istocie
cios, który załamuje. Nie miałem siły, ochoty, by oba
mieszkania uporządkować, uciekłem w codzienną pra­
cę, na szczęście pokój, ten Guteńki, uporządkował
mój młody przyjaciel Alik Korulski. A ja, jak gdyby
nic, nawet nie przestałem się kłaniać moim sąsiadom,
którzy wszystko słyszeli, ale i policji, i mnie nie zawia­
domili. Sąsiadka, staruszka, bała się zatelefonować do
policji, ona jedna miała telefon i się bała. No, można
ją zrozumieć, ale sąsiadów z dołu? Tchórz, żyjący mi­
tem powstania warszawskiego, kłamiący nawet przed
sobą. Bał się. Panicznie...
Policja zajęła się szukaniem włamywaczy, „mój” in­
spektor był bardzo miły, zadzwonił kiedyś do mnie panie Aleksandrze! radosna nowina. No jaka? Coś się
znalazło? - Ach nie, nie, ale sam minister Borusewicz
dzwonił, pytając o sprawę. - I co, ucieszyłem się, to
pomoże? - Ale skąd! zasmucił się policjant. Przecież
wie pan, komputer mamy zepsuty, kserograf na trze­
cim piętrze, samochód - sam pan wie, jaki jest... No
i wkrótce zamknęli śledztwo.
Wkrótce przeprowadziłem się, właścicielka zwięk­
szyła komorne, a mieszkanie zimne - kaflowy piec w po­
koju, a hol, łazienka, kuchnia nieogrzewane. Szczęśli­
wie Oleńka zauważyła w Internecie anons - mieszkanie
2-pokojowe, w tej samej dzielnicy, ten sam przystanek,
sklep, na 3. piętrze, w domu 6-piętrowym. To dom,
w którym mieszkają moi rodzice - ucieszył się Leszek.
Zadzwonili, ojciec Leszka umówił mnie z panem, który
wyremontował lokal dla swej ciotki, która jednak wola­
ła zostać w Australii. Piękne! Zachwyciłem się, kiedy
zobaczyłem czyste, ładnie wymalowane mieszkanie. No
to właściciel podniósł cenę, o kilka tysięcy. Po co to po­
wiedziałeś, zrugała mnie Oleńka. Bo było piękne!
Przyjaciel pomógł, mam oszkloną bibliotekę. Ola
pracowała w dzień i w nocy, by przenieść z całego do­
bytku to, co ważne, co jest mi potrzebne. Ale wtedy
uświadomiłem sobie, że w istocie nic, niewiele mi trze­
ba. Papiery? Ponieważ mogą się przydać do pracy - ale
jakiej? Listy? Kto je przeczyta, znajdzie na to czas...
Guteńka miała cały dom, rzeczy przez lata gromadzo­
ne, nieodzowne, no iw ciągu jednego dnia znalazła się
w Domu Opieki. Szuflada w szafie, stolik przy łóżku
i fotografie Oleńki, Maryni, Ani. Tylko to było ważne.
Zostało z całego życia. Znam to. N a Syberii też miałem
tylko fotografie rodziców, jedną książkę - Ewangelię.

Leżę teraz na tapczanie, patrzę, tak tu pięknie. A co
mi do życia naprawdę potrzebne? Niewiele, w istocie
tylko pamięć. To, co ją uruchamia, listy, zdjęcia, kilka
książek. A więc powrót do przeszłości, do tego, co by­
ło, co zrobiłem dobrze, źle, przeoczyłem, zaniechałem.
O Boże! Mogłem być inny, stworzyć sobie inne życie.
Czy lepsze? Nie, chyba nie...
Walczę z tą swoją pamięcią, walczę o prawdę, ale
ona dawkuje mi ją jak lekarz - terapeuta. Chroni od
wspomnień złych, przykrych. Żadnych wyrzutów su­
mienia... Zmuszam się (!) by wydobywać z pamięci
sceny, gdy byłem niedobry dla Gusti, zostawiłem pła­
czącą Jovankę w Belgradzie, nie uratowałem Niemki,
jeszcze dziewczynki, przed bestialstwem sowieckich
żołnierzy, przejechałem psa, który wypadł na szosę.
A jak ocenić życie? Zobaczyć je z perspektywy cza­
su. Przecież przez lata zajmowałem się tym, czego nie
znałem. Najpierw robiłem, później uczyłem się. Taki
świat na opak. Role w życiu, jak w teatrze. Nie swoje.
N a Syberii, w wojsku, po wojnie. Dopiero w redakcji
byłem na swoim miejscu, przynajmniej tak sądzę.
Teraz, gdy to piszę, panuje moda na lustrację. Ale
jaką? Tylko z zewnątrz. To komuna d rebours. Nikt nie
może być spokojny, nikt nie wie, co się znajduje w ak­
tach, które gromadziła Służba Bezpieczeństwa. Prze­
cież te akta to kloaka, donosy, prawdziwe, ale i wymy­
ślone, w istocie nie do sprawdzenia. Wymagające
interpretacji. Choćby taka sytuacja: Ludwig Zimmerer
(o którym napiszę za chwilę), przyjmował do pracy
sprzątaczki, kucharki, kierowców. Każdy był wzywany
do Urzędu Bezpieczeństwa, musiał podpisać zobowią­
zanie, że będzie donosił. I co? Natychmiast mówili
o tym Zimmererowi, a on pocieszał, zapewniając, że bę­
dzie im pisał, kto był na koktajlu. A dzisiaj są to „tajni
współpracownicy”, „osobowe źródła informacji”.
Prawdziwa lustracja jest w nas. Teraz we mnie, gdy
przypominam sobie dawne lata. Więc zastanawiam się
- kim jestem? Osobowe źródło informacji? zły? dobry?
Do wczoraj żadnych skrupułów nie miałem, nie dono­
siłem, nie wyrządziłem nikomu krzywdy, ale okazuje
się, że źle walczyłem, nie w tym wojsku, w którym po­
winienem, nie na tym froncie, na jakim należało. N a­
wet nie w tej sprawie, co trzeba. Myślałem, że walczę
z Niemcami, o Polskę, a okazuje się, że chciałem zsowietyzować kraj. Order mam też podejrzany, od ko­
munistów. Może mi go odbiorą? Może odbiorą i tego
pułkownika, którym mnie przed kilkoma laty miano­
wano. Nawet bym się nie zdziwił, bo ta nominacja wy­
dała mi się humorystyczna. Sam pomysł mnożenia sta­
da kapitanów, majorów, pułkowników w stanie
przedzawałowym. Wręczenie wyglądało zabawnie. Do
budynku komendy uzupełnień zaproszono co naj­
mniej setkę osób. Starcy, kulawi, ledwie włóczący no­
gami w asyście małżonek, odświętnie ubrani - ci spod
Monte Cassino i ci spod Lenino - jeszcze przed lustra­
cją, wszyscy razem. Usiedliśmy w świetlicy, miejscowi

149

21_Jackowski.ps - 4/25/2007 2:15 PM

Aleksander Jackowski • N A SKRÓTY. POSŁOWIE

pułkownicy przebiegali co jakiś czas korytarzem,
wreszcie jeden z nich powiedział: przyjeżdża ekipa
kontrolna, proszę wyjść, świetlica jest potrzebna. Po­
wędrowaliśmy na schody, po jakimś czasie poprosiła
mnie siwa urzędniczka. Sprawdziła nazwisko, wpisała
do książeczki oficerskiej nominację, no, tak zostałem
pułkownikiem.
Pisanie wspomnień to też forma autolustracji, za­
stanowienie się, w co i dlaczego wierzyłem, w co się an­
gażowałem. Niestety, złudzeń nie cofnę, życia nie zmie­
nię, mogę je tylko opisać, bo nawet nie wytłumaczyć.
Czy jestem jednak dziś mądrzejszy, bardziej rozważny?
Pewnie tak, ponieważ mam mniej sił i ochoty na ryzy­
ko. Nie wiem jednak, czy doświadczenie życia otwiera
na nie oczy, czy też ogranicza zdolności poznawcze.
Mam przyjaciół. To bardzo ważne, dawnych i no­
wych. Ale przyjaciół się nie wybiera. Ich się dostaje.
Jak dar. Stajemy się sobie potrzebni, gotowi jesteśmy
na wyrzeczenia, coś się kształtuje - więź? uczucie? od­
powiedzialność? Jakiś podtekst seksualny?
Jadwigę Jarnuszkiewiczową poznałem w pociągu,
wracaliśmy z sesji naukowej, a z Krakowa jechało się
wówczas wiele godzin, wystarczająco, by się zaprzyjaź­
nić. Od tego czasu jej dom stał mi się szczególnie bliski,
tam spotykałem ciekawych ludzi, tam zaprzyjaźniłem
z fascynującym artystą, rzeźbiarzem, grafikiem, medalierem - jej mężem, Jerzym. Ciął znakomite ekslibrisy, wy­
rażające istotę modela, znak człowieka. Taka psycholo­
gia ilustrowana, ale jak! Rzeźby Jerzego mnie poruszały,
najciekawsze były Aliny Szapocznikow, ale on mnie pa­
rę razy zapraszał i prosił o wyrażenie swej opinii. Mnie?
To znaczy nikogo, przecież dopiero przy nim, przy Ja­
dwidze kształciłem swą wrażliwość. Zachwycał mnie
prymityw, rzeźby ludowe, eskimoskie, Cyklady, ale Jerzy
pytał, pokazując realistyczną kompozycję lepioną w gli­
nie, co o niej sądzę. A może tę rękę lepiej będzie pod­
nieść? Nie wiedziałem, ale by uczestniczyć w rozmowie,
powiedziałem - może. A on już oderwał ją i inaczej
ustawił. Zaklepał. Lepiej? Speszony coś bąknąłem, pło­
nąc ze wstydu. Cóż ja mu mogłem doradzić? Ale przy
nim, przy Jadwidze uczyłem się, rozszerzałem wyobraź­
nię, coraz lepiej poznając rzeźbę ludową. Zwłaszcza du­
żo mi dała współpraca z nią przy albumie Sztuka ludu
polskiego (1967). Jadwiga, by mi pomóc, została sekreta­
rzem redakcji „Polskiej Sztuki Ludowej”. Wykorzysty­
wałem to bezwstydnie, odciągając ją od zajmowania się
rzeźbą a przecież była najlepszym znawcą i jej teksty
przekonywały precyzją sądu, sformułowań. Ale ile za to
płaciła! Pisanie to było pasmo udręki, walka o doskona­
łość, precyzję sformułowań, okupione dziesiątkami pa­
pierosów, środków podniecających, nasennych. Obła­
skawiła doktora, dyktując mu, co powinien zapisać
(podobnie robiła to Guteńka). Skończyło się tragicznie,
marskość wątroby i śmierć. A dawała z siebie masę,
zwłaszcza studentom rzeźby i w galerii Repassage. Jej za­
wdzięczam piękno albumu. Komponowała ilustracje,

które jej dawałem. Trzy lata pracowaliśmy, dążąc do te­
go, by najlepiej pokazać obiekt. Zwłaszcza rzeźbę. Bywa­
ło, że ją fotografowaliśmy tak długo, aż osiągaliśmy po­
żądany efekt. Te czarno-białe zdjęcia są piękne,
ciekawsze niż barwne, w późniejszych moich książkach.
Niemal wszystkie są dziełem Jana Swiderskiego, foto­
grafa w Instytucie Sztuki.
Dzięki radom Jadwigi mądrze fotografował rzeźby.
Wiele razy prosiliśmy go o ponowne zdjęcie, inne usta­
wienie. Były rzeźby niepokorne, które nie chciały być
sfotografowane. Zbuntowane. Do Frasobliwego
w Rabce jeździło kilku fotografów, Janek trzy razy.
Kiedy wrócił, powiedział z zadowoleniem: „no teraz,
szefie, złego słowa nie powiesz” . Nie musiałem... Kie­
dy wyjmował film otworzył kasetę tak, że go prześwie­
tlił. W albumie znalazły się więc zdjęcia tej rzeźby zro­
bione przez Andrzeja Wróblewskiego. (Też się z nią
męczył).
Janek był zawodowym fotografem, ale o etnografii
wiedział więcej niż studenci, czytał, brał udział w eks­
pedycjach, dokumentujących sztukę ludową, a także
pomagał mnie. Powiedzieć o nim, że był „oddany” pro­
fesorowi Reinfussowi i mnie, to mało. On żył naszymi
sprawami, lojalny, pomocny. Wykonał ponad 100 tys.
zdjęć, nieraz w karkołomnych pozycjach, oczywiście
płacąc za to złamaniami. Niestety, Instytut nie miał
dźwigu, nawet drabiny. Między nami toczyła się gra, za­
wsze ta sama. Ja prosiłem - zrób to czy tamto. N a kie­
dy? N a jutro. Nie mogę, mam masę pracy, weź innego
fotografa. Udawałem zmartwienie. Mówiłem, no tak,
ale nikt mi tych rzeźb nie zrobi tak jak ty. Wzruszał ra­
mionami, że nic nie poradzi. Dobrze, godziłem się, to
kogo wziąć? Kaźmierskiego? Każdy dobrze ci zrobi...
No to go zaraz poproszę... Wtedy przerywał mi - po­
czekaj... zastanowię się. Wiedziałem, że sprawa jest za­
łatwiona, po kilkunastu minutach przychodził - no, to
ja to zrobię... Dziwiłem się, dziękowałem. I ta scena po­
wtarzała się raz za razem. Przez kilkanaście lat...
Jemu dawała satysfakcję, wiedział, że jest potrzeb­
ny, niezastąpiony. Przynajmniej dla mnie, dla nas
w redakcji. I był! On pierwszy czytał wydrukowany
numer, ja drżałem, on marszczył brew i szturchał pal­
cem tekst - błąd! Jak mogłeś. Kiedy umarł - czegoś
w redakcji zabrakło. Właściwie nie bardzo mi się już
chciało myśleć o piśmie...
Redakcja i Instytut pozwalały na zajmowanie się
różnymi aspektami twórczości nieprofesjonalnej, ludo­
wej, naiwnej, psychopatologicznej, surowej - art brut.
Patrzyłem jak socjolog kultury, trochę jak psycholog,
etnolog, a nawet filozof. Ale naprawdę przejmowała
mnie sztuka dawna, ta, od której życie mnie odsunęło.
Ona mnie formowała. Ona, dzięki której, podobnie jak
muzyce Mozarta i Bacha, przeżyłem Syberię. Pamięć,
reprodukcje, obcowanie z tą sztuką w muzeach stały się
dla mnie zarówno lekcją wrażliwości, jak i siłą napędo­
wą. Każdy może mieć w sztuce swój wybór, to tak jak

150

21_Jackowski.ps - 4/25/2007 2:15 PM

Aleksander Jackowski • NA SKRÓTY. POSŁOWIE

z urodą, jedno dzieło nie musi być od innego lepsze czy
gorsze. Ważne, że jest „moje”, jak Velasquez, Goya, El
Greco z Prado, Rembrandt z Ermitażu. Ile wzruszeń...
Ostatnio, w Wiedniu w Kunsthistorischemuseum
Oleńka woziła mnie inwalidzkim wózkiem! Wzrusze­
nie, drżenie serca. Jadę, wiem, że teraz, tam na lewo
będzie mój ukochany Vermeer. Siedzę, wpatruję się,
żyję tym obrazem. Tam jego autoportret, a w St. Pe­
tersburgu, w Ermitażu, wzrusza mnie Rembrandt Po­
wrót syna marnotrawnego. Jak to jest malowane! Jak
przedstawione! Są obrazy i rzeźby mistrzowskie, ale
ważne znaleźć coś, co nas z nimi połączy, taki nadda­
tek, duszę przedmiotu. Ale ta dusza bywa także w foto­
grafii. Nie zapomnę nigdy Chopina ze znanego dagerotypu - umęczonego, bolesnego, nie zapomnę
przerażającej kopalni złota - wielkiego mistrza fotogra­
fii Salgado. Obraz piekła ludzkiego!
Niestety, los inaczej pokierował mym życiem, że tyl­
ko tęsknota została za historią sztuki, teatrem, reżyse­
rią. Zostało zainteresowanie sztuką ludową i współcze­
sną. Ludową - ze 300 artykułów, ze współczesną
kilkanaście tekstów o rzeźbie, Józefie Czapskim, Marku
Żuławskim, o Jerzym Jarnuszkiewiczu. Sztuka ludowa
ciekawiła mnie jako fenomen socjologiczny, choć znaj­
dowałem w niej także rzeczy piękne, wzruszające, dają­
ce satysfakcję estetyczną. Myślę tu choćby o pięknie
form garnków, niezmiennej od wieków, o dawnych ha­
ftach walutowych, czy z Podegrodzia, strojach kobiet
z Biłgoraja, architekturze, a więc o sztuce związanej
z tradycją, doświadczeniem pokoleń. Z ludowej rzeźby
bliska jest mi dawna, kapliczkowa. Często niepokorna,
niezdarna, więcej mówiąca o twórcy niż o regionie. Ta
rzeźba, której profesor Frankowski nie chciał uznać za
ludową sztukę. Więcej w niej bowiem indywidualnej
inwencji, buntu niż tradycji. Ludowym artystom po­
święciłem wiele lat pracy. Jeździłem do nich, pomaga­
łem, kiedy mogłem. Szanowałem ich, i kiedy mogłem,
starałem się dać temu wyraz.
Kiedyś zadzwoniono do mnie z komisariatu policji,
zatrzymali człowieka z workiem drewnianych ptasz­
ków, powołuje się na mnie, twierdząc, iż jest artystą
ludowym. Potwierdzałem. Wtedy go wypuszczali. Dy­
plomy twórców ja podpisywałem, to też na mnie się
powoływali. Kiedyś przyszedł do Instytutu stary już
człowiek, speszony, widać było, że źle się czuł w tym
pałacowym wnętrzu. Pytam go, o co chodzi, w czym
mógłbym mu pomóc. A on, że musi ze mną w cztery
oczy porozmawiać. Siadamy w gabinecie, on nic nie
mówi i wkłada mi w stos pism na biurku kopertę. Co
pan! A on, że dwa razy mu pomogłem. To moja pra­
ca, tłumaczę, on się robi czerwony, coś majstruje
w kieszeni... wkłada drugą kopertę. Grubszą... Więc ja
mu znowu tłumaczę, żadnych „podziękowań”, to mo­
ja praca, on - że zaprasza na koniak, itd. W końcu pła­
cze, więcej już nie ma. Ściskam go, jest mi strasznie
przykro... na to on, z płaczem, siedemdziesiąt lat żyje

i zawsze musi miastowemu coś dać. Jezu! w jakim kra­
ju żyjemy... To bardziej bolesne niż afera Rywina.
Wielu tak zwanych twórców ludowych poznałem
dzięki Ludwigowi Zimmererowi. To była niezwykła po­
stać w naszej kulturze. Bardzo ważna. Dziwny Niemiec,
ciepły, serdeczny, uśmiechnięty, mówiący cicho, nie
jak to jego rodacy mieli w zwyczaju, hałaśliwie, bezczel­
nie. Wszyscy mieliśmy w tamtym czasie, po wojnie,
niechęć do Niemców. On go przełamywał.
W czasie wojny był sanitariuszem, potem wydawał
pismo pacyfistyczne, o religijnym podtekście, anarchi­
styczne. Pisał sam artykuły, składał, drukował i sprzeda­
wał na ulicach. Wstydził się swej niemieckości, miał po­
czucie winy i dlatego chciał przyjechać do Polski, która
tyle wycierpiała. Boże! Czemu ja się urodziłem Niem­
cem, bił głową o ścianę. W 1956 r. wypuszczono z wię­
zienia Gomułkę. Wiec przed Pałacem Kultury zgroma­
dził setki tysięcy ludzi. Wierzyli, że uchroni kraj przed
komunizmem. Zimmerer też uwierzył. Przyjechał na­
tychmiast, nie znając języka, jako korespondent „Die
Welt” i trzynastu rozgłośni radiowych. Zostawił nie­
miecką żonę i syna, wkrótce w Krakowie poznał, poko­
chał, poślubił Joannę Olczak. Wprowadziła go w krąg
krakowskiej cyganerii, Piwnicę pod Baranami, której by­
ła jedną z inicjatorek. Lepiej nie mógł trafić. Język po­
znawał szybko, zręcznie się nim posługując, często
z dowcipem. Twierdził, iż jeszcze wtedy miał jasną wizję
Polski. Ale tracił ją szybko, zdany na prasowe konferen­
cje w Interpressie i MSZ. Jaki był naprawdę ten kraj? Jak
przeżył okupację? Przypadek sprawił, że zobaczył w Ce­
pelii rzeźbę Pożegnanie z żoną przed pójściem do gazu. Po­
jechał do autora, Wacława Czerwińskiego. Odtąd wie­
dział, że od ludzi, rzeźbiarzy, artystów ludowych więcej
się dowie o Polsce niż na konferencjach. Zaczął do nich
jeździć. Wtedy go poznałem. Słuchał z niezwykłą uwagą,
zapatrzony w rozmówcę. Czułeś, że jesteś dla niego naj­
ważniejszy. To był dar wielkiego reportera, powiedziałeś
mu wszystko, więcej, niżbyś chciał. Rozwinęła się wów­
czas moda na rzeźby ludowe, kupowali zwłaszcza Niem­
cy, jako pamiątki. Ale jego interesowali ludzie, artyści.
Jeździł do nich po kraju, a wkrótce oni przyjeżdżali do
niego. Kolekcja powstawała szybko, płacił dobrze, wszak
otrzymywał pensję w dolarach, a te wymieniał na czar­
nym rynku. Początkowo ja jemu pomagałem, ale wkrót­
ce on mnie informował o ciekawych artystach. Kolekcja
po kilku latach liczyła 13 tys., zajęła cały dom, trzynaście
pokoi i garaż. Obrazy wisiały na suficie, na podłodze, pod
folią, na skrzydłach drzwi, w ubikacji. Umieszczał je
z fantazją Marcin Brykczyński, późniejszy autor książek
dla dzieci. W kolekcji pracowali etnograf, dwóch asy­
stentów... Dzięki niesamowitemu zbiorowi dom Zimmerera stał się znany. N a piątkowe koktajle zapraszał prze­
różnych ludzi, od wicepremiera poczynając, filmowców,
artystów, po nieznanego nikomu pana znakomicie opo­
wiadającego o bitwie pod Saragossą, właściciela stoiska
na bazarze Różyckiego.

151

21_Jackowski.ps - 4/25/2007 2:15 PM

Aleksander Jackowski • N A SKRÓTY. POSŁOWIE

O Polsce wiedział oczywiście więcej niż inni dzien­
nikarze, angażował się w dyskusje polityczne, walkę
0 uznanie granicy na Odrze i Nysie. Pisał koresponden­
cje dla rozgłośni radiowych, zawsze krótkie, kilkuminu­
towe. Celne, czasem trafiające w sedno problemu dow­
cipem. Pamiętam jedną, w czasie napięć między
Państwem a Kościołem, prymasem Wyszyńskim a Go­
mułką. Dwa wściekłe psy biegną po obu stronach siat­
ki, gotowe się rozszarpać. Nagle widzą w siatce dziurę,
chwila namysłu i znów wściekle ujadając biegną z po­
wrotem. Kolekcja stawała się pomnikiem do chwały.
Gdyby nie ona, Ludwig nie poznałby elity kulturalnej
kraju, nie stałby się postacią legendarną. Ale kolekcja
stawała się też kotwicą. Jak wyjechać do innego kraju?
Przecież kolekcja należy (to zawsze podkreślał) do Pola­
ków. Otrzymywał ciekawe propozycje - Meksyk, Para­
gwaj. Nic z tego, kolekcja wiązała go z Polską. Nastąpi­
ły lata trudne. Niepokoje, stresy, spowodowane
zarówno tym, co się działo w Polsce (stan wojenny), jak
1 w życiu osobistym. Joanna odeszła, nie wytrzymała
stresów, które przeżywał, zawiedziony tym, co widział
dokoła. Karina, którą poślubił, była ładna, efektowna,
ale po kilku latach stało się dla niego oczywiste, że nic
ich dobrego nie łączy. Postanowił przenieść kolekcję,
ofiarować - ale nikt w Warszawie nie chciał jej przyjąć.
Wyprowadził się z domu i zamieszkał pod Warszawą.
Tęsknił do Joanny, widywał się z nią coraz częściej. Per­
traktował z Muzeum Etnograficznym w Krakowie, któ­
re zapewniło, że da mu kamienicę na ul. Kanonicznej,
będzie rozwijało kolekcję, a on zostanie jej kustoszem.
Ale te projekty przerwała moja wizyta w Krakowie. Pro­
fesor Włodzimierz Hodys, spotkany na Rynku, powie­
dział, że byli u niego smutni panowie, pytali o Zimmerera, powiedzieli, że chce za ileś tam dziesiątków tysięcy
dolarów sprzedać swe zbiory... Zapytany przeze mnie
dyrektor Muzeum Edward Waligóra zmieszał się, przy­
znał, że kazano mu kolekcję przyjąć, a Niemca wyrzu­
cą... W czasie stanu wojennego Kasię, córkę Ludwiga,
aresztowano. N a domiar złego miał przyjechać wydaw­
ca, któremu Zimmerer obiecał książkę o Polsce. Oczy­
wiście jej nie miał, ciągle pisał kilkuminutowe teksty
i większa forma sprawiała mu ogromne trudności.
W nocy nastąpił udar. Leżał bez pomocy wiele go­
dzin, mieszkał bowiem z dala od żony, pod Warszawą,
u dr. Stankiewicza. Zabrano go do Niemiec, a gdy
wrócił po wielu miesiącach - to już odmieniony. Siwy
patriarcha o płomiennych oczach, skazany na pomoc
rehabilitantów. Zabrała go do siebie, tak jak chciał,
Joanna. Miał w sobie powagę śmierci, wyzbyty z wszel­
kiej próżności, wdzięku, kokieterii. Mądry. Przestała
go interesować kolekcja, bliscy mu z niej byli tylko Ro­
man Śledź i Józef Lurka. Poprosił Karinę o kilka ich
rzeźb. Odmówiła! Nieprawdopodobne! Stał mi się
wtedy jeszcze bliższy. Przyjechałem do niego, wychudł,
nogę miał bezwładną, z trudem mówił jeden, dwa wy­
razy. Pokazywał ikony w rozłożonych księgach, rysu­

nek postaci, różnice. Były tam też anioły średniowiecz­
ne i z kręgu kultury buddyjskiej. Zestawiał ilustracje ze
sobą, wierząc, że zrozumiem, o co mu chodzi. Unosił
palec do góry - widzisz? Byłem wstrząśnięty. Ktoś po­
wiedział - jego należałoby ubezwłasnowolnić... Jego?
Który już był w wyższym kręgu wtajemniczenia.
Umarł. Pogrzeb miał się odbyć w Krakowie. W ko­
ściele zebrał się tłum ludzi, przyjaciele, znajomi, my
z Warszawy i oto dowiedzieliśmy się, że Karina przysła­
ła w nocy samochód po ciało z nakazem prokurator­
skim wydania go prawowitej żonie. Kazała zedrzeć
ubranie (bo od Joanny) i założyć na trupa nowe, od
niej. Krakowski grób został pusty. Po kilku dniach po­
chowano Ludwiga w Warszawie. Zaczęły się targi
0 dom, o kolekcję. Dziś dostępu do niej nie ma. N a­
wet nie wiem gdzie i... co z niej zostało.
Kolekcja początkowo była tylko zbiorem rzeźb zwa­
nych ludowymi, później wzbogaciła się o obrazy naiw­
ne. Rosła nieprawdopodobnie szybko, przybywały rze­
czy świetne, muzealnej wartości, ale i takie, które
świadczyły nie o sztuce, lecz o człowieku. Nieudolne,
chociaż przejmujące, kicze ludowe, jarmarczne, obra­
zy perwersyjne, także obrzydliwe. Nigdy bym tego ob­
razu nie chciał mieć w domu, śmiał się Ludwig, ale
w kolekcji jest potrzebny. Kryteria estetyczne przesta­
ły obowiązywać, kolekcja stała się muzeum człowieka,
świadectwem tego, czym bywa twórczość dla człowie­
ka. Podkreślam - twórczość, więc swoisty znak tożsa­
mości, świadectwo przeżywanych koszmarów, wyzwa­
lania się ze strachu, przezwyciężanie kalectwa.
W „normalnym” muzeum słaby artystycznie obraz nie­
widomej kobiety nie miałby racji istnienia, ale tu sta­
wał się niezwykle ważny. Wiedzieliśmy o tym obaj,
dlatego w rozmowach często pojawiało się pytanie co dalej. Te tysiące obrazów i rzeźb stało się ważnym
dokumentem człowieczeństwa, tego, kim człowiek jest
1jak twórczość go zmienia, kształtuje. Jak oswaja z bó­
lem, cierpieniem; jak uwalnia z lęku, jak uspokaja,
czyni los znośnym. Każdy może stać się artystą, prze­
kroczyć próg swych możliwości. Bywa, że malując,
rzeźbiąc, czyni to podświadomie, angażując siły, o ist­
nieniu których nie wiemy, nie myślimy. Wspaniałe
w twórczości bywa przekraczanie możliwości, przez
trud, wysiłek, pracę. Zaufanie intuicji.
W twórczości amatorów widzę dwa kryteria, jedno
estetyczne - wzór, do którego się dąży, i drugie psy­
chologiczne - przekraczanie progu swych dotychcza­
sowych osiągnięć, możliwości. Dlatego buntuję się
przeciw tylko „artystycznym” ocenom dzieł, przeciw
konkursom i nagrodom dla amatorów.
Ludwig więcej wiedział o ludziach niż ja, lepiej
umiał ich słuchać. Poświęcał wiele czasu na rozmowy,
pamięć miał znakomitą, więc oczywiste było, że ja na­
piszę książkę o sztuce, a on o ludziach. Kiedy jednak
odszedł, musiałem także tę jego część wziąć na siebie.
I tak powstała książka Sztuka zwana naiwną (1995),

152

21_Jackowski.ps - 4/25/2007 2:15 PM

Aleksander Jackowski • NA SKRÓTY. POSŁOWIE

naprawdę ważna, coś dająca czytelnikowi. Powstała
z setek moich zapisków, rozmów, wspomnień. Nieste­
ty, drukowano ją w Hongkongu, tam zostały klisze,
a wydawnictwo upadło. O niektórych twórcach,
a także problemach sztuki piszę w obecnie wydawanej
książce Talent, pasja, intuicja. Ale nie jest to już opo­
wieść o ludzkich losach, jak w Sztuce..., o tajemnicy
życia, klęskach i wyzwoleniu, o sztuce, która przekra­
cza bariery niemożności, kalectwa. Piszę w niej o po­
trzebie sztuki, o tym, co może dać „zwykłemu” czło­
wiekowi, zwłaszcza temu wciąż sprawnemu, którego
los skazuje na emeryturę, a więc na samotność. Sa­
motność, do której nie jest przygotowany. Kiedy zosta­
je pustka. Coś więcej niż tylko brak środków do życia.
Zostaje pytanie - co robić? Jak zagospodarować czas,
energię. Odwołam się do bliskich mi przykładów. Mój
ojciec zmarł pół roku po zwolnieniu go z pracy. Miał
jeszcze wiele sił. A wuj? Władysław Kapon, dobry,
szlachetny i fajtłapowaty. Był potomkiem Garybaldczyków, którzy znaleźli w Polsce nową ojczyznę. Jedy­
ny, który w 40. rocznicę małżeństwa mych rodziców
ofiarował mojej mamie podarek. Z ciotką Emilią łatweg życia nie miał. Miał pasję, która jej nie cieszyła prenumerował gazety, do których dodawano zbroszurowane powieści, ale... nie czytał ani ich, ani gazet, ale
je miał. Zwały numerów, zakurzonych, podpierały
ściany. Kiedy we wrześniu bomba zniszczyła mieszka­
nie, pieczołowicie przenosił je do drugiej ciotki - Ma­
rysieńki - na ul. Śniadeckich. Po wojnie pracował ja­
ko księgowy, ale kiedy się zestarzał, podziękowano mu.
Nie umiał sobie poradzić z nową sytuacją, gazety mu
zabrano, nowych nie mógł zbierać. Najpierw chodził
do swojej firmy, ale przeszkadzał w pracy, więc brał
z domu stołek i siadał na nim pod oknem swego biura,
na chodniku. Zmarł po pół roku.
To ważne mieć cel, coś, o czym się myśli. Cokol­
wiek, malowanie, rzeźbienie, hodowanie gołębi, kwia­
tów, uprawianie działki, zbieranie kart pocztowych,
znaczków. Taki cel życia wtedy, gdy przychodzi stres
odejścia z pracy. Z racji swych zainteresowań stykałem
się często z amatorami, widziałem, ile im może dać sa­
tysfakcji to, co robią. Jaka to radość ulepić dzbanuszek
i dać sąsiadowi, namalować obrazek „jak żywy”. Cza­
sem obraz bądź rzeźba dają poczucie spełnienia. Myślę,
tu przede wszystkim o nieprawdopodobnych osiągnię­
ciach ludzi niepełnosprawnych, obrazach malowanych
pędzelkiem w ustach czy palcach stopy, rzeźbach le­
pionych przez ludzi niewidzących i niesłyszących. Każ­
dy zdaje się przekraczać próg swoich możliwości.
I wtedy jest wielki.
Jak trudno oceniać prace osób, których nie znamy,
a więc nie wiemy, z jakim wysiłkiem są stworzone, jak
wątpliwe wydają się w tej sytuacji nagrody, kryteria tyl­
ko estetyczne. Jak mogą być bolesne dla pominiętych...
Przed laty odrzuciłem z konkursu niewielką rzeźbkę
w drewnie przedstawiającą gen. Świerczewskiego. Było

to precyzyjnie rzeźbione, lakierowane, brzydkie. Zade­
cydowaliśmy - żadna sztuka! Rzemiosło. A po kilku la­
tach spotkałem za Gibami głuchoniemego we wsi nad­
granicznej, w zupełnej głuszy. Miał niezwykłe ręce,
rzeźbił ptaki, zwłaszcza wróble, stawiał je na podwórzu
i śmiał się, szczęśliwy, kiedy się na nie kot rzucał. To
był jego triumf. Domyśliłem się, że to on był autorem
odrzuconej przeze mnie z konkursu pracy. Zrobiło mi
się wstyd. Wspomnę też pierwszą moją przygodę z wy­
stawy amatorów, kiedy to z pogardą oceniłem obraz
namalowany przez kalekę. Jak to ważne - wiedzieć, kto
i dlaczego maluje i dopiero wtedy oceniać obrazy nie­
widomej pani Budzyn-Nowakowej, czy oceniać malar­
ski dorobek Alfreda Długosza, który umierając, ucało­
wał mnie i powiedział: „Panie, ja miałem szczęśliwe
życie. Byłem artystą!”. Miał wtedy 97 lat.
Ważna była lekcja Długosza, uświadomiła, jak wie­
le czynników składa się na emocjonalny odbiór sztuki.
Nauczyłem się cenić, podziwiać dzieła stworzone jak­
by na przekór dyspozycjom. Ale gdy patrzę na dzieła
sztuki, w muzeach, galeriach poruszają mnie doznania
estetyczne, interesują swą materią obrazy, a nie to, ko­
go przedstawiają, kim jest pan po lewej czy prawej
stronie, z jakiego rodu pochodzi księżniczka. Nie lubi­
łem komentarzy w muzeach, przeszkadzały mi, tworzy­
łem na własny użytek hierarchię wartości, swoje mu­
zeum wyobraźni. Ale zajmując się twórczością
nieprofesjonalną, natrafiłem na zjawisko fascynujące sztukę surową, nieokrzesaną, spontaniczną. Art Brut.
N a sztukę, którą poznałem w paryskiej kolekcji Jeana
Dubuffeta. Działającej swą formą, a przy tym związaną
z osobowością twórcy. Miałem szczęście, poznałem
w resorcie kultury Zofię Bisiak, która zajmowała się
animacją sztuki, ruchem amatorskim. Do dziś jest dla
mnie kimś bliskim, przyjacielem, kimś, kto czuje i my­
śli podobnie. Współpracuję z nią od lat. Zosia ma wiel­
ką wadę, nie oszczędza się, spala w pracy, robi to, co zdawałoby się - skazane jest na przegraną. Wymyśliła,
stworzyła Łucznicę, ośrodek niezwykły, w którym set­
ki ludzi poznało warsztat ceramiczny, witraż, wikliniarstwo, zabawkę. Ale to, co było tak ważne, zostało
przed paru laty zniszczone. Bezmyślnie? Nie, to by by­
ło za proste. Celowo, w imię nowoczesności, ale tak
naprawdę z zawiści. Z tej okropnej polskiej choroby.
Sam nie zrobię, więc zniszczę, co jest, co było. Tak
więc nowa pani dyrektor w resorcie kultury wyrzuciła
wszystkich pracowników Centrum Animacji Kultury,
w Węgorzewie pozbyto się dyrektor Barbary Chludzińskiej, która stworzyła regionalne muzeum o międzyna­
rodowej renomie, w Myślenicach - Jana Koczwary.
Ludzi, którym powinno się pomnik postawić. Wyrzu­
cono Trelińskiego, twórcę wielkich przedstawień, któ­
ry podobnie jak przed laty Bohdan Wodiczko nadał
operze warszawskiej światową rangę. Niech działa
wszędzie, byle nie tu. Wodiczkę zresztą też wyrzucono,
miernoty nie tolerują talentów. A dzieje się to w kra­

153

21_Jackowski.ps - 4/25/2007 2:15 PM

Aleksander Jackowski • N A SKRÓTY. POSŁOWIE

ju, w którym od lat niszczona jest inteligencja (Katyń,
okupacja niemiecka, Powstanie, sowietyzacja).
Ale wróćmy do współpracy z Zosią. Pomagałem jej
w organizacji Triennale Plastyki Nieprofesjonalnej, gi­
gantycznej imprezie, możliwej dzięki zaangażowaniu
wielu wspaniałych ludzi, instruktorów plastycznych.
Obejrzeliśmy przy każdej edycji Triennale ok. 20-25 ty­
sięcy prac. To był prawdziwy, solidny przegląd, a fina­
łowe wystawy mogły zadziwić najbardziej kompetent­
nych znawców sztuki. Dyrektorka galerii „Awangarda”
we Wrocławiu przypłaciła to dymisją. Środowisko pro­
fesjonalistów poczuło się zagrożone! Ale artyści przy­
chodzili w nocy oglądać podświetloną od środka wysta­
wę, ponieważ w dzień się krępowali. Taki to nasz świat.
Triennale było wydarzeniem. Zwracało uwagę na
ludzi, dawało im szansę, satysfakcję. Po nim zrobiłem
jeszcze kilka wystaw, ważona była jeszcze jedna w Rou­
en, we Francji. Organizatorzy zwrócili się do mnie pro­
sząc o przywiezienie ekspozycji twórców nieprofesjo­
nalnych. Miasto co rok przygotowuje wystawy, pokazy,
imprezy teatralne, na które przyjeżdża z Francji (ale też
i innych krajów) kilka tysięcy niepełnosprawnych. Uję­
ło mnie to, że jest to naprawdę impreza społeczna, or­
ganizowana przez miejscową inteligencję. Ordynator
szpitala był na przykład kierowcą ciężarówki, którą
przysłali po eksponaty, a kiedy w ciągu jednej nocy
montowałem wystawę, pomagali mi, przygotowując ra­
my do obrazów czy ustawiając rzeźby - lekarze, adwo­
kaci. Polska była honorowym gościem festiwalu, a więc
nasza wystawa odbyła się w najważniejszej sali, z której
okien widziałem słynną katedrę, tak często malowaną
przez Claude’a Moneta. Wszyscy w Polsce, gdy mówi­
łem o wystawie, wypożyczali chętnie najlepsze dzieła.
Leszek Macak, świetny człowiek, kolekcjoner i propa­
gator sztuki naiwnej, sam przywiózł eksponaty z Krako­
wa. Przyjechał dosłownie przywalony eksponatami,
które upchnął w samochodzie. A przecież taka jazda to
spory koszt... W niby-socjalistycznym kraju inicjatywa
obywatelska wydała mi się czymś pięknym, wyjątko­
wym. Rozumiało to wielu ludzi, tylko dyrektor war­
szawskiego muzeum etnograficznego p. Suliga zapytał a co ja będę z tego miał, wprowadzając w konsternację
organizatorów. Jednak go zaprosili. Zaimponowali mi,
miasto (prześliczne) żyło imprezami. Wózki z niepełno­
sprawnymi jeździły po chodnikach, ludzie się serdecz­
nie opiekowali gośćmi. Z szacunkiem, ciepłem.
Zosia miała ciekawe pomysły: zafundowała grupie
instruktorów plastycznych tygodniowe zajęcia z psy­
choterapeutami, a więc poszerzenie wiedzy nie tylko
o świecie, ale i sobie samych. Prowadzili je Wojciech
Eichelberger i Jacek Santorski, sami ucząc się wiele
w kontakcie z ludźmi szczególnie uwrażliwionymi na
sztukę. Ja też brałem udział w zajęciach i chyba nigdy
nie dowiedziałem się tylu rzeczy o sobie jak wówczas.
Przeżywałem w tym czasie gorzko starzenie się: nicze­
go nie zrobiłem, jestem na aucie, nikt mnie nie kocha,

siły już nie te itp. Od razu znalazłem w zespole prze­
ciwwagę - nauczyciel tańca z Akademii Teatralnej.
Pyszałkowaty, zarozumiały. Nie znosił mnie, więc
sprowokował do tego, że boksowaliśmy się, stojąc na
jednej nodze na belce podniesionej nad podłogę. No
i trzy razy go z tej belki zwaliłem, przy ogólnej radości.
Wszyscy mi kibicowali. Zresztą nie tylko wtedy okazy­
wali mi swą sympatię. Zbliżyliśmy się na zajęciach do
siebie, nawet po latach spotkana na lotnisku koleżan­
ka podbiegła, ucałowaliśmy się serdecznie, jakby złą­
czeni długą przyjaźnią.
W programie zajęć ważna była dla mnie, ale też dla
dziewczyny po ciężkich zabiegach leczniczych, walka.
Leżeliśmy na podłodze, sześć osób miało cię przytrzy­
mywać (ale nie za przeguby), a ty miałeś się oswobo­
dzić. Każdy, komu się wyrwałeś, odpadał. Kobieta,
która nie wiedziała, co jej jest, co grozi, bo nie umia­
no tego ustalić, walczyła nadzwyczajnie, na końcu
z asystentką, wysportowaną, silną. Po półgodzinie
Eichelberger przerwał walkę, uznał remis. Dla niej to
było zwycięstwo. Nigdy by nie przypuszczała, że ma ta­
ką siłę, taką moc. Ja też bym nie sądził, że się wyrwę,
pięć dziewczyn szybko zwaliłem, została asystentka,
dżudoczka. Nie wiem jak, raczej siłą woli niż mięśni
wstałem razem z nią, wczepioną we mnie, i rzuciłem ją
na podłogę. To była dla mnie lekcja tego, co można,
kiedy się myśli, że już nic nie można.
Ciekawe było krążenie po sali - idziesz, jak chcesz,
na gwizdek masz zatrzymać się w ułamku sekundy, za­
mrzeć w geście. A wtedy ciebie oceniano z zewnątrz
i sam analizowałeś swój wygląd, pozę, gest. Jak to, dzi­
wiłem się, to ja mam zawsze nerwowo zaciśnięte palce,
jeśli nie rąk, to nóg? Artyści studiują pozę modela, wy­
bierają u osoby portretowanej taką, a nie inną, by był
„sobą”, a tu się okazuje, że każdy gest jest twój, każdy
ciebie charakteryzuje! To ćwiczenie też mnie czegoś
nauczyło. Patrzenia. Widzenia. Zresztą inne też temu
służyły, pomagały zobaczyć czy usłyszeć to, czego się za­
zwyczaj nie widzi i nie słyszy. Leżysz w trawie, oczy za­
mknięte, cisza. Powoli zaczynasz w niej słyszeć szelest
trwa, szurania, ruchy, ujawnia się cały utajony świat łą­
ki. Z dala dochodzą dźwięki jadącego wozu, szczekanie
psów. Z każdą minutą słyszysz więcej, dalej...
Różne ćwiczenia były ważne, także krążenie po sali
z zamkniętymi oczami, kiedy chcesz zetknąć się z kimś,
kto cię zafrapował, kogo polubiłeś. Maria... pomyśla­
łem, i już po chwili czułem jej ręce, ciepło ciała. Maria,
cudowna, mądra, dobra. To też dar, który dostałem.
Teraz ma męża, nazywa się Grażyńska, ma z nim dwie
urocze córki.
Z Zosią zrobiliśmy ważną, piękną wystawę w Rado­
miu Talent, pasja, intuicja. Prace z niej znalazły się we
wspomnianej już przeze mnie książce Sztuka zwana na­
iwną. Po 20 latach muzeum w Radomiu wraz z war­
szawskim Muzeum Etnograficznym urządziło powtór­
kę wystawy z dodatkiem prac artystów odkrytych

154

21_Jackowski.ps - 4/25/2007 2:15 PM

Aleksander Jackowski • NA SKRÓTY. POSŁOWIE

później. Słowem jednak nie wspomniano kto, kiedy
„odkrywał” tę sztukę. N a szczęście powiedział o tym,
już po oficjalnym otwarciu, dyrektor radomskiego mu­
zeum Janusz Pulnar. Ważna postać w naszej kulturze,
człowiek, dzięki któremu w Radomiu pokazano kilka
fantastycznych wystaw ze zbiorów lwowskich.
W Instytucie Sztuki czuję się coraz bardziej obco.
Emeryt. Portier, kiedy przyszedłem, zapytał: a pan do
kogo? Do siebie, mruknąłem, ale to już nie było moje
miejsce. Coraz to nowi byli pracownicy, jeden nie znał
drugiego. Dawniej ideę Akademii Sztuk, związku dys­
cyplin, realizował w praktyce bufet. Tam, przy kawie
rozmawialiśmy ze sobą, ci od dawnej sztuki i ci z te­
atru, muzyki. Wiedziałem więc, co i gdzie robią. Ale
dyrekcja bufet zlikwidowała i w ten sposób idea A ka­
demii Sztuk - zakończyła swój żywot. Wspólny jest
tylko budynek. Po kilku latach dyrekcja postanowiła,
że wyrzuci archiwa z poddasza, no i dyrektor zlecił to
wicedyrektorowi, ten kierownikowi administracyjne­
mu, ten podwładnemu. Co tam papierki! - pomyślał,
wszystko co było w szafach, na stołach, wrzucono na
śmieciarkę, wywieziono na zwałkę. Przepadło całe ar­
chiwum Janusza Boguckiego, dokumentacja ważnego
epizodu powojennej kultury poszła do śmietnika.
Biedna Nina Smolarz, partnerka Janusza, przez
wiele dni grzęzła w śmieciach papierni w Jeziornie, wy­
patrując skrzyń, które nieopatrznie powierzyła Insty­
tutowi. Mnie ta akcja „uwolniła” od zbieranego przez
miesiące stosu dokumentów, wypisów, kserokopii,
przygotowywanych do książki Epizod zakopiański
w sztuce polskiej końca XIX i początku XX wieku. Cie­
szyłem się, że jak będę miał czas, napiszę o tym epizo­
dzie, sięgając do związanych z nim mitów. Właśnie
one mnie frapowały, to jak tworzono obraz górala greckiego herosa, i jak idealizacja góralszczyzny wiodła
do sytuacji znanych z podboju Indian przez Ameryka­
nów. Pióropusze i wódka. Ale już nie napiszę, wszyst­
ko zniszczono! Dobrze, że chociaż prof. Jacek Woźnia­
kowski, choć w części, to uczynił. A dlaczego ja przez
lata tego nie zrobiłem? Najłatwiej powiedzieć, nie czu­
łem się na siłach, inne sprawy wydawały się pilniejsze.
To prawda, ale zaważyła też na tym decyzja prof. Sta­
rzyńskiego, który podobny temat (tyle, że ograniczony
do architektury) dał Andrzejowi Olszewskiemu. No
i on to napisał, zresztą świetnie. Powtarzać? Straciłam
ochotę, a kiedy już ją odzyskałem materiału nie było...
Skandal? Pewnie...
Sporo czasu zajmowała mi redakcja. Przygotowywa­
łem numery przy dużej pomocy Zbyszka Benedyktowicza i ze świadomością tego, że powinienem mu pismo
przekazać. Wiedząc, że będzie inne. To było dotąd na­
prawdę moje pismo, takie, z którego mogłem być zado­
wolony, ale teraz kiedy po 48 latach mojego redagowa­
nia, Zbyszek je przejmuje, stało się wyrazem jego
ekspresji, jego upodobań. Ja chciałem mieć pismo żywe,
nieco publicystyczne, sygnalizujące nowe zjawiska, na­

tomiast Zbyszek tworzy pismo naukowe, w którym każ­
dy numer ma wyraźną tematykę. Są to w istocie książ­
ki, precyzyjnie zbudowane. Mądre, ciekawe. Jeśli łatwo
się rozstałem z redagowaniem to dzięki postawie Zbysz­
ka, redaktora i przyjaciela, człowieka wielkiej prawości,
lojalnego i serdecznego.
Przemiany w kraju następowały szybko, ale sam po
sobie widziałem, jak trudno jest wyzwolić się z pęt my­
ślenia, ukształtowanego przez propagandę. Byłem
pewny, że się jej nie dałem, tymczasem już rozmowy
z Janką Ludawską w Sztokholmie pokazały, że jednak
oddziałały na moje oceny. Bliskie mi się stało środowi­
sko KOR-u. Dzięki Ewie Korulskiej, mojej najserdecz­
niejszej współpracowniczce, poznałem Anielę Steinsbergową, osobę absolutnie niezwykłą, adwokatkę,
ledwie już chodzącą, która jeździła do Radomia na
procesy robotników. Starałem się pomóc Stefanowi
Starczewskiemu, którego znałem z resortu kultury.
Powierzył mi jakieś zadanie, sprawy edukacji plastycz­
nej, później, gdy powstał rząd Tadeusza Mazowieckie­
go, a on został wiceministrem kultury funkcję dorad­
cy. Stefan jest mi bardzo bliski i drogi, nie zmienia się,
uczciwy, mądry, bezkompromisowy. Ale to, co w nim
cenię, nie ułatwia życia. Zwłaszcza politycznego. Ideal­
ny minister edukacji, kultury..., ale tego koledzy z Unii
Wolności nie zauważyli.
W ministerstwie rządziła piękna i dumna caryca
Izabella Cywińska. Waliły się dawne struktury, łatwiej
było niszczyć, niż budować. Cywińska lansowała kon­
cepcję pomagania tym, którzy coś robili, a odebraniu
środków instytucjom zajmującym się kulturą z urzędu.
Reforma uderzyła w placówki kulturalne, nawet te,
które prowadziły także sensowne działania. Kultura
wymaga wsparcia, a tego zabrakło. Nie umiałem bro­
nić sieci doradztwa i animacji. Zniknęły domy kultury
w pasie polsko-niemieckim, pozbawione zostały
wsparcia placówki wiejskie, rozproszono znakomite
zespoły ludzi, fachowców. Kiedy Cywińska przestała
być ministrem stworzyła Fundację Kultury. Środki po­
chodziły z budżetu państwa. Fundacja miała szansę
działania dzięki pomocy kompetentnych ludzi. Z rado­
ścią przyjąłem propozycję współpracy. Fundacja ogło­
siła ogólnopolski konkurs na „Małe Ojczyzny”. Powo­
łano mnie do grona jurorów i odtąd przez jedenaście
lat (do 2005 r.) jeździliśmy po Polsce, oceniając nade­
słane projekty. Nazwę, „Małe Ojczyzny”, wylansowała
Cywińska, nie przypuszczając nawet jaką karierę zrobi
to pojęcie. Była wspaniała, z pomysłami, ideami. Ale
zrobiła błąd, sprawy finansowe powierzyła, zdawałoby
się najbardziej kompetentnym osobom. Ale okazało
się, że inwestycje są chybione, kapitał zakładowy top­
nieje. Katastrofa. Byłem członkiem Rady Fundacji
i wielbiąc Cywińską głosowałem wraz z kolegami prze­
ciw niej. Prezes ponosi bowiem konsekwencje podej­
mowanych decyzji. Jednak po jej odejściu nie była to
już ta sama Fundacja. Wycofałem się więc z niej. Ste­

155

21_Jackowski.ps - 4/25/2007 2:15 PM

Aleksander Jackowski • N A SKRÓTY. POSŁOWIE

fan Starczewski wprawdzie pozostał, ale prowadzone
przez niego projekty coraz bardziej ograniczono. Ostał
się jednak konkurs „Małych Ojczyzn”. Dla mnie zna­
komita szansa zobaczenia kraju. Co dwa lata jeździli­
śmy do różnych miejsc. Lubiłem te podróże, godziny
spędzone z ciekawymi, wybitnymi ludźmi. Każdy pre­
zentował inne stanowisko, jedni zwracali uwagę na
projekty ważne dla środowiska, inni na oryginalne,
śmiałe koncepcje. Wojciech Nocuń zachwycał mnie
sprawnością działania, Andrzej Kaleta konsekwencją
w ocenach. Artur Kostarczyk - wiedzą o „wszystkim”,
wyobraźnią, Michał Bogusławski, autor dokumentacji
filmowej konkursu i wielu filmów. Rzetelne były oce­
ny socjologa Barbary Weber. Ale szczególnie bliski
i drogi stał się dla mnie Ireneusz Szymczak, wysoki,
schorowany, chudy mężczyzna o promiennej twarzy
i oczach dziecka. Od razu się czuło, że to człowiek do­
bry, serdeczny, gotów pomagać innym. W kręgu jego
oddziaływania uformował się Marek Kotański.
Konkurs pozwolił mi poznać ciekawe miejsca, zna­
komitych ludzi. Polskę, do której wciąż przyjeżdżają
młodzi z całego świata. Miejsca, w których coś się dzie­
je, powstają cudowne rzeczy. Zaprzeczenie obrazu,
w którym nudzi nas telewizja. Już tworzą inne, normal­
ne. Nie te z telewizyjnych dzienników, napięte nienawi­
ścią, patologiczną złością. Dwie Polski, dwa światy. Mo­
je szczęście, że dzięki konkursowi mogłem zobaczyć to,
co jest w naszym kraju piękne. Dziwnych i cudownych
ludzi - jak pani Zofia Langowska z Rzepczyna, która sa­
ma (mówi, że z pomocą Matki Boskiej) odbudowała pa­
łac, stworzyła w nim szkołę artystyczną dla młodzieży;
jak fizyk (z wykształcenia) Tomasz Pietrusiewicz, który
z zespołem teatru N N zajął się w Lublinie pamięcią
umarłego miasta żydowskiego. Odbudował Bramę
Grodzką, a w niej urządził nowoczesne muzeum z ma­
kietą żydowskiej dzielnicy (40 proc. miasta), z tysiącem
fotografii, z nagraniami wspomnień ludzi, którzy ocale­
li. A Krzysztof Czyżewski, fantasta, który - jak go znam
- rzeczywiście wskrzesi w Krasnymstawie nad granicą li­
tewską dwór Miłosza. Czyżewski jest ważną postacią
Pogranicza, znany w Europie, zwłaszcza tej środkowej
i wschodniej. Dwór na Wysokiej - piękne miejsce, nie­
opodal Rabki. XVI-XVII-wieczny budynek odbudowali
państwo Pilchowie. On jest lutnistą, muzykiem. Stwo­
rzył ośrodek kultury dworskiej, muzyka renesansu, po­
wołał zespół lutnistów, chorału gregoriańskiego. W cu­
downym krajobrazie, z widokiem na Tatry powstało
miejsce niezwykłe, do którego przyjeżdżają zespoły z za­
granicy, muzykolodzy, młodzież. Ale wieś ma swoją kul­
turę, w strażackiej remizie. Dwa są tylko w Polsce miej­
sca styku kultury wysokiej i niskiej - dzieci, które Pilch
uczy muzyki, kościół, w którym czasem śpiewa młodzież
uczona w sztuce chorału. Kiedyś na Wysokiej (w latach
rabacji) chłopi rżnęli pana, teraz jest tylko dystans kul­
turowy, dwór ma swoją kulturę, a wieś swoją, popular­
ną, serialową.

Ale w Nadrzeczu k. Biłgoraja aktor Stefan Szmidt
stworzył ośrodek łączący w mądry sposób kulturę wy­
soką z niską. N a przedstawienia teatralne przychodzi
ludność z okolicznych wsi, w pawilonie wystawowym
można zobaczyć obrazy „czytelne” a zarazem piękne.
Występują wielcy aktorzy, z Norwidem - Teresa Budzisz-Krzyżanowska (wielki sukces), entuzjastycznie
przyjęty Wiesław Ochman. Szmidt, gdy przyjechał, za­
czął od zbudowania przy wlocie do wsi dużej, pięknej
kapliczki. Stał się swoim. Wieś czuje się związana z je­
go działalnością i tylko tam można to zauważyć tak
wyraziście. Dla mnie Nadrzecze to także najpiękniej­
sze, jakie znam, stroje ludowe - biłgorajskie.
„Małe Ojczyzny” to zastrzyk optymizmu, kontakt
ze wspaniałymi ludźmi, zobaczenie Polski od podszew­
ki. Wszędzie chciałem być dłużej, żegnałem się jak
z przyjaciółmi i kiedy mogę, wracam do nich. Oni
zmieniają kraj, tworzą enklawy, gdzie dzieje się wiele
dobrego. Ratują małe, wiejskie szkoły, tworzą lokalne
elity. Te elity przechowują tradycje, krzewią dobro, są
solą naszej ziemi. W nich widzę szansę rozwoju kultu­
ralnego kraju.
O Ojczyznach napisałem książkę, o programach,
które mi się wydały najciekawsze, ale też o nieuda­
nych, niespełnionych. Książka Miejsca i ludzie ukazała
się dzięki pomocy Macieja Formanowicza, z którym
wiele razy rozmawialiśmy o potrzebie prywatnego me­
cenatu. Nie tylko sponsoringu, czyli umowy „coś za
coś”, ale świadomego wspierania ważnych przedsię­
wzięć, tak jak to czyni choćby pan Janusz Palikot, or­
ganizator Roku Gombrowiczowskiego, opiekujący się
fundacją Kresy 2000. Promocję książki zorganizowali­
śmy więc w Klubie Biznesu. „Bogaczy” było sporo. Pa­
likot, Formanowicz mówili mądrze, wskazywali na
możliwości mecenatu. Ale odzewu nie było. To jeszcze
nie Stany Zjednoczone, gdzie wielkie szpitale, muzea,
opery istnieją dzięki mecenasowi. Formanowicz należy
do wyjątków, chciałbym więc powiedzieć, jak go po­
znałem, jak stał się moim przyjacielem. On i jego żona
Anna.
Miałem właśnie promocję książki Polska sztuka lu­
dowa. Do Pałacu Ujazdowskiego przyszło wiele osób,
ponad 300, zabrakło krzeseł. Z Wiednia przyjechała
Oleńka z Anią, która biegała dokoła sali, nie bardzo
wiedząc, co się dzieje. Popatrz, powiedziała Ola, jak
lubią twojego dziadka. Mała zastanowiła się - a co ty
robisz? Piszę książki. Drukujesz? Nie... Piszesz na kom­
puterze? Nie... Wymyślasz? Nie... Straciła zaintereso­
wanie, więc dodałem, że piszę to, czego uczę studen­
tów. Och! - ucieszyła się, to jesteś nauczycielem!
Odzyskałem odrobinę szacunku. Zabraliśmy do domu
część kwiatów, resztę przywieziono nazajutrz. Zaraz
potem znów zadźwięczał dzwonek. Zapomnieli czegoś,
pomyślałem, ale za drzwiami stała dama. Nie dziew­
czyna, nie kobieta - dama. Z pudłem w ręku. Dama
uśmiechnęła się jak gwiazda filmowa, tyle że natural­

156

21_Jackowski.ps - 4/25/2007 2:15 PM

Aleksander Jackowski • NA SKRÓTY. POSŁOWIE

nie. Byłem speszony. Postawiła pudło na stole, otwo­
rzyła - trzy rzeźby Śledzia! Jedynego żyjącego rzeźbia­
rza, którego lubię. Niech Pan jedną wybierze, powie­
działa, to zamiast kwiatów... O rzeźbach Śledzia
marzyłem, spoglądałem na nie, brałem do rąk, każda
była piękna... Dama opowiadała, że mają z mężem
fundację. Chcieliby wybudować koło skansenu, który
już postawili, dom spokojnej starości dla twórców lu­
dowych. Liczy, że im pomogę. Szlachetna istota, jak
z pozytywistycznej powieści... A ja patrzę na rzeźby
Śledzia - która najładniejsza? Wszystkie piękne. Tłu­
maczę, że na wsi, gdzie rodziny są trójpokoleniowe, lu­
dowi artyści przeważnie nie są sami, i szczęścia im nie
dadzą nawet komfortowe warunki z dala od ich środo­
wiska, krajobrazu. Skończyła się rozmowa. Dama wi­
dząc moją rozterkę, roześmiała się i zostawiła mi dwie
rzeźby. Tak się zaczęła przyjaźń, potem poznałem mę­
ża, dużego, zwalistego, pełnego uroku mężczyznę przedsiębiorcę.
Pomyślałem - fabrykant, czyli wyzyskiwacz. Czło­
wiek był ciekawy, wrażliwy, na moje naiwne i głupawe
pytania rozsądnie odpowiadał, wyjaśniając różnicę
między kimś, kto zdobywa miliony, korzystając z infor­
macji na styku biznesu i polityki, a przedsiębiorcą, któ­
ry tworzy, zdany tylko na siebie i ponoszący ryzyko
swych decyzji.
Pan Maciej Formanowicz, technolog drewna w fa­
bryce mebli, gdy fabryka zaczęła upadać, wykupił ją...
no i teraz ma fabryki w Polsce, na Ukrainie, w Rosji.
W domu, co mnie do końca zjednało, Formanowiczowie mają z ludowych rzeźb tylko Śledzia, obok obrazy
Boznańskiej, Ruszczyca, Fałata, Tetmajera, Beksiń­
skiego. Wybrane z kulturą, smakiem. No i piękny
ogród. A w miejscu rodzinnym Pani Domu, w Budlewie nieopodal Brańska, obok parterowej rezydencji
zbudowali prywatny skansen. Wzruszająca była jego
inauguracja, pamiętam ją - wicher rwał płachty wiel­
kiego namiotu, zapachy z grilla wirowały w powietrzu,
balowały przynajmniej trzy setki gości z Warszawy,
Ostrowi, Białegostoku, wielu w ludowych kostiumach
(wypożyczonych z teatrów), bądź w ich fragmentach,
kotylionach z kolorowymi wstążkami. Tylko miejsco­
wi gospodarze mieli na sobie czarne garnitury. Wzru­
szyło mnie, gdy ksiądz poświęcił stodołę, w której pa­
ni A nna zorganizowała wystawę lnu. Wstęgę
przecinała starowinka w chuście na głowie, matka Pa­
ni Domu, a obok stał ojciec gospodarza, Wielkopo­
lanin. Taki to był wyraz szacunku dla rodziców, dla
rodzinnych korzeni. Trafili mi się na stare lata przyja­
ciele. Rodzina, oni, córki, Magda i szczególnie mi bli­
ska Marysia, jeszcze dziewczynka, jak Marynia. Pani
Anna jest lekarzem. To taki anioł opiekuńczy. Mają
z mężem fundację, zajmują się w Ostrowi Mazowiec­
kiej młodzieżą, powołali grupę kilkudziesięciu stypen­
dystów, wspomaganych finansowo, uczestniczących
w spotkaniach z wybitnymi ludźmi, zwłaszcza z księż­

mi. Nigdy w życiu nie słyszałem tak mądrych homilii
jak księdza Romana Tkacza, tak pięknie powiedzia­
nych. Przed dwoma laty stypendyści w ramach progra­
mu Śladami Leonarda pojechali do Włoch. Papieżowi
zawieźli album z osobistymi zwierzeniami - jak się każ­
dy z nich podnosił z upadku. Teraz przygotowują się
do pielgrzymki w Santiago de Compostella. Sto sie­
demdziesiąt kilometrów samotnej wędrówki w cudow­
nym pejzażu, który, tak jak widoki z gór, wprowadza
w stan medytacyjny. Modlitwa, pejzaż, muzyka - two­
rzą to doświadczenie metafizyczne, które tak silnie od­
czuwamy w gotyckich katedrach.
Formanowicz jest mądry i szlachetny. N a jego przy­
kładzie widzę, jak ważne jest silne zaplecze wiary. Jak
chroni osobowość człowieka, trzyma ją w ryzach, ratu­
je przed upadkami.
Wiara... Dzieci wierzą ufnie, dorośli tę ufność za­
tracili. Mamy wątpliwości, to naturalne, zdumiewa
mnie, kiedy ktoś mówi, że ich nie ma. Zapytany mó­
wię, że nie wierzę, ale w trudnych życiowych chwilach,
zwłaszcza lęku o najbliższych, chciałbym, żeby ten Bóg
był. Ktoś, coś, nierozpoznawalne, w innym wymiarze.
Ksiądz Janusz Pasierb, którego bardzo lubiłem, żarto­
wał, że mam wrażliwość religijną. Naprawdę, nie wie­
rzysz? - dziwił się. Naprawdę. Ale chciałbym, by Pan
Bóg (jeśli jest) wierzył we mnie. To go trochę uspoko­
iło. Miał oczywiście rację, jestem przecież zakorzenio­
ny w duchowości chrześcijańskiej, zachowuję się jak
człowiek, któremu niedana jest łaska wiary. Zresztą,
tak jak wielu ludzi w relacjach z Niepojętym nie chcę
pośrednictwa księży, obrzędów. Ale gdyby mnie zno­
wu mieli wysłać na Syberię, i to z jedną książką, pew­
nie wziąłbym Ewangelię. Ważne są dla mnie stany
skupienia, modlitewne, w mroku kościoła, w górach,
wieczornych pejzażach, przy muzyce Bacha, Haydna,
Mozarta. Jeśli jest Bóg, to w fugach Bacha... także
w muzyce, w Mozarcie.
Zakorzeniony jestem w naszym języku, kulturze,
krajobrazie. Gdybym żył w Azji, Meksyku czy Indii,
nawet moja niewiara byłaby inna.
Moja mama była ateistką, ale przy trumnie mego
ojca prosiła, bym jej pomógł odmówić Ojcze Nasz. Bo­
ga wzywamy bowiem zwłaszcza w obliczu śmierci.
W naszej religii ważne jest przeświadczenie o opie­
kuńczości. Taka jest Matka Boska, takie modlitwy.
Bóg, nawet jeśli jest to tylko konstrukcja człowieka,
daje wiarę w życie pozagrobowe. Godzi z losem. Poma­
ga żyć.
Ja, nie wierząc, ulegam jednak utajonej wierze, nie­
raz toczę dialog z Bogiem. Podejrzewam, że mi pomaga.
Jak bowiem objaśnić odnalezienie w czasie wojny Gusti? Telepatia... fale? Być może, ale dziwne to było
i piękne. A strach, który miałem, widząc trzy katastro­
fy samolotów. Można zapewne znaleźć przesłanki tych
katastrof, ale po trzeciej bałem się patrzeć na samolot,
aby nie spadł.

157

21_Jackowski.ps - 4/25/2007 2:15 PM

Aleksander Jackowski • N A SKRÓTY. POSŁOWIE

Pierwszy zestrzeliła artyleria we wrześniu 39 roku,
drugi rozbił się w czasie wojny, trzeci w Karolinie. Latał
nad drzewami, w niedzielne popołudnie. Pilot chciał za­
imponować swej dziewczynie w „Mazowszu”. Hałaso­
wał. Coś pomyślałem źle. No i spadł. Czułem też swoją
winę kilka lat temu. Wracałem z Budapesztu. Do tecz­
ki włożyłem butelkę wody. Obok leżały dokumenty. No
i woda zmoczyła dowód osobisty, paszport. Katastrofa.
N a granicy miałem kłopoty. Przepuścili, ale trzeba było
wyrobić nowy dokument. Urzędniczka zażądała wpisu
z parafii, a tam okazało się, że był błąd. Kościelny wpi­
sał Bronisław zamiast Bolesław, a ja zawsze używałem
właśnie tego imienia. W domu mówiono - Bolek, jako
że ojciec też był Aleksandrem i nazywano go Olek. We
wszystkich dokumentach szkolnych, wojskowych, cy­
wilnych, stempel w książkach był Aleksander Bolesław,
ale urzędniczki to nie przekonało. Odesłała mnie do pa­
ni dyrektor w urzędzie miasta. Kilka razy z nią rozma­
wiałem, tłumaczyłem, że to błąd kościelnego, ale była
nieugięta. Mówiłem, że te imiona to wola Bolesława
Prusa... Wzruszyła ramionami. Wreszcie zgodziła się,
bym miał tylko jedno, pierwsze imię. Musiał to zatwier­
dzić prezydent Warszawy. Wściekły, umęczony, wes­
tchnąłem: Boże, że też na takie... nie ma kary. Po tygo­
dniu wróciłem po nowy dokument. Wchodzę do
gabinetu, a ona skulona, postarzała, biedna, do rany
przyłóż. Co się stało? Spojrzała na mnie ze smutkiem,
kiedy wróciła po naszej rozmowie do domu, okazało się,
że telewizor wybuchł, cały pokój zniszczony, osmalony
dymem. Zrobiło mi się jej żal. Boże - pomyślałem, chy­
ba tym razem przesadziłeś...
Sumuję teraz moje życie. Wspominam ludzi, ilu ich
przewinęło się w tym czasie, ile zdarzeń. Jak silne są
wczesne doznania. Wielkie, dramatyczne - zamordo­
wano prezydenta Narutowicza. To był dla dziecka
wstrząs. Jeśli dziś nienawidzę Giertycha, endecji - to
zapewne nie tylko w wyniku przemyśleń. Kiedyś sie­
działem w kawiarni Ujazdowska, kręcono film o Naru­
towiczu, Śmierć Prezydenta. Usłyszałem werble, aleja­
mi posuwał się kondukt. Wybiegłem, wsunąłem się
w tłum statystów, wzruszony, ze łzami w oczach, tak
jakby to była trumna z moim ojcem. Przeżycia z dzie­
ciństwa wróciły. Są we mnie ciągle i pewnie w moich
wyborach.
A więc niechęć do prawicy, w efekcie wstąpienia do
partii, PPR-u. A widok zrzucanej ze schodów skrwawio­
nej asystentki profesora Czarnowskiego, czy nie zaważył
na tym, że zdawałem maturę na ławkach „żydowskich”?
Bicie Żydów... Tłum studentów w „bratniackich” czap­
kach walący kijami w szyby żydowskich sklepów, przej­
mujące aj-waj! Płacz kobiet - czy to nie miało wpływu
na wybory emocjonalne, nawet na to, że wyprowadzi­
łem się z domu, by zamieszkać na Śliskiej, w dzielnicy
żydowskiej. Utożsamianie się z bitymi, krzywdzonymi,
„innymi” zaważyło na poglądach, wyborach, także inte­
lektualnych.

Dochodzenie do „prawdy” , rewizje wyjściowych,
emocjonalnych postaw to już etapy późniejszych do­
świadczeń życiowych wyborów. Także w ocenie naj­
bliższych, najdroższych mi ludzi, matki, ojca. Mama...
Od początku czułem jej ból, krzywdę. Była inna, Fran­
cuzka początkowo w ogóle niemówiąca po polsku, wy­
chowana w kulcie Oświecenia. Encyklopedystów,
w środowisku naukowym - jakże innym od tradycyj­
nej, szlacheckiej rodziny mego ojca. Do tego tracąca
wzrok, bezradna, nieszczęsna, zdana tylko na czułą
troskę ojca. Obca w rodzinie... obca. A więc i ta rodzi­
na była dla mnie obca. I ojciec mniej od niej kocha­
ny... To mnie teraz najmocniej boli, gdy myślę o cza­
sie minionym, nie dałem mu bowiem tego uczucia, tej
miłości, na jaką czekał. Był cudowny, naprawdę wspa­
niały, ale ja tego nie umiałem dostrzec; widząc krzyw­
dę matki, jej poświęcałem całą uwagę. Lekceważyłem
jego dobroć, śmiałem się z tego, że jest tak przez
wszystkich lubiany, że każdy, kto go spotyka, rozkłada
ręce, uśmiecha się - kochany Oleś! Kpiłem - głupia
dobroć! Do wszystkich. A teraz mi gorzko, tak bym
chciał mu dać to, czego nie dałem. Odkryłem go za
późno...
Bożenka Dudko, moja droga przyjaciółka, przywio­
zła mi z Ermitażu pocztówkę - Rembrandta Powrót sy­
na marnotrawnego. Postawiłem ją na biurku, obok
zdjęcia Oleńki, patrzę na tego Rembrandta i jest dla
mnie coraz bardziej ważny. Konieczny. Zawsze sądzi­
łem, że jest to obraz niezwykły, najważniejszy, jak
w muzyce IX Symfonia Beethovena, ale teraz patrzę
na niego jak na mój los. To ja wracam, syn marno­
trawny, ale już moich pleców nie obejmą dłonie ojca.
Stu rzeczy nie załatwiłem w życiu jak należy, ale ta cią­
ży mi szczególnie. Nie dałem ojcu miłości, na jaką za­
sługiwał, na którą czekał... Jemu, do którego - jak to
teraz widzę - staję się podobny... Jak to powiedział
ksiądz Twardowski? „Spieszmy się kochać ludzi, tak
szybko odchodzą...” A ja nie zdążyłem... już nie po­
wiem ojcu, jak mi się stał bliski. „Poczciwa dobroć” jakże głupi byłem, jak naiwny. A teraz już za późno...
Gorzko myśleć. Oceniać, co źle, nie tak. Pisanie
jest autoterapią. Spowiedzią niewierzącego. Spowie­
dzią, w której jestem słuchany, i to z uwagą. I pouczo­
ny - nie zawracaj głowy, twoje bóle, kłopoty, wspo­
mnienia nie mogą przesłonić prawdy najważniejszej jesteś w istocie człowiekiem szczęśliwym. Mogą mi za­
zdrościć. Przeżyć Syberię, wojnę, front - robić tylko to,
co sprawia przyjemność, z ludźmi, których lubię, ce­
nię, którzy wciąż są obok mnie. Szczęście... To pogod­
ny smuteczek. Szczęście to coś innego niż chwilowy
wybuch radości, w nim jest jakaś rozwaga, poczucie
czasu. A radość to chwila. Cudowna, ogarniająca zmy­
sły. Moje szczęście to brak nieszczęść. Wszyscy bliscy
zdrowi, Leszek ma dobrą pracę, Ola czuwa nad do­
mem, Marynia zajęta filmem, Ania - rośnie, dorośle­
je, wciąż pełna uroku. Ja jeżdżę, jak do pracy, do mo­

158

21_Jackowski.ps - 4/25/2007 2:15 PM

Aleksander Jackowski • NA SKRÓTY. POSŁOWIE

jej kawiarenki Astra w Domu Polonii na Krakowskim
Przedmieściu. Piszę „mojej”, ponieważ jest to w istocie
też mój dom, miejsce moich spotkań z ludźmi. Wiele
lat pracuję, piszę, redaguję w kawiarniach. Ile już ich
było? Ali Baba, U Literatów, Na Rozdrożu, Ujazdow­
ska, Bombonierka, Czarownica, teraz Astra.
Najładniejsza, najsympatyczniejsza. Są w niej ślicz­
ne dziewczyny i co najważniejsze Grażyna, którą jakby
na przekór jej delikatności nazwano Śmiałek. Rezer­
wuje mi stolik, muszę więc być punktualny. A na sto­
liku, gdy się pojawiam, leży już gazeta, a po chwili ca­
fé latte. Tak się dzień zaczyna. Przeglądam pocztę,
czytam - i piszę. Jest mi dobrze, to także małe szczę­
ście. N a 87. urodziny.
Źle się czuję. Tyle podłości, tyle obrzydliwych lu­
dzi. Już same twarze mówią o nich. Conrad miał rację
- po pięćdziesiątce odpowiadamy za swoją twarz. Ale
dlaczego „ludzie” tego nie widzą? Dlaczego wstrętnych
wybierają w czasie wyborów? Żartowałem kiedyś, że
należałoby zacząć wybory od selekcji fotografii kandy­
datów. Mądrzy, doświadczeni psychologowie od razu

by mogli ocenić - ten tak, drugi nie - zboczeniec, trze­
ci - nie, ile w nim zawiści itd. A tych, którzy by się
ostali, poprosiłbym do psychiatry. Znów część by od­
padła. A na pozostałych - proszę - głosujcie! Może by­
łoby lepiej... Czy na pewno?
Pierwszy sejm, który wirtualnie chciałem wysadzić
w powietrze, działał na początku lat 50. Wielu posłów
znałem. Sukinsyn, bydlę, zbrodniarz, łotr. No dobrze,
myślałem, wysadzamy gmach w powietrze. Ale na
miejsce ministra przyjdzie wiceminister, dyrektor, nie
mniejszy skurwysyn... Zmartwiło mnie to. A jak jest
dzisiaj? Czy drań nie wybiera drania na zastępcę?
Właśnie są wybory, do samorządów? Po raz pierwszy
w życiu nie głosowałem. Nie mogłem wyjść z domu, no­
gi bolą, starość to i bezradność. Martwi, że jestem tylko
obserwatorem. Widzę, jak kraj staje się ciemnogrodem.
Wraca pamięć lat przedwojennych, ONR-u, kultu siły.
Nie chcę takiego kraju, nie chcę. Gdybym był młody,
pewnie wyjechałbym z niego. Tyle tu zła. A patriotyzm?
Taki, że zło więcej boli w sobie, że to, co się dzieje, za­
wstydza mnie. A jestem bezradny. Co robić?

Aleksander Jackowski, W kawiarni „Astra”, Warszawa 2007. Fot. Tomasz Szerszeń

159

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.