Jezus chodzący po Jeziorze Genezaret / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1991 t.45 z.2

Item

Title
Jezus chodzący po Jeziorze Genezaret / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1991 t.45 z.2
Description
Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1991 t.45 z.2, s.9-17
Creator
Olędzki, Jacek
Date
1991
Format
application/pdf
Identifier
oai:cyfrowaetnografia.pl:2149
Language
pol.
Publisher
Polski Instytut Sztuki
Relation
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2317
Text
Jacek Olędzki

J E Z U S CHODZĄCY PO J E Z I O R Z E G E N E Z A R E T
(Zagadnienie czasu mitycznego i historycznego w kulturze chłopskiej)
Na jedynym zachowanym w Polsce egzemplarzu pierwszego
tłumaczenia z greki na polski Ewangelii św. Mateusza przez
Stanisława Murzynowskiego, karty z opisem cudownego zdarze­
nia — chodzenia Pana Jezusa po morzu — nie są ani pokreślone,
ani nie mają na marginesach żadnych uwag. Nieco dalej, na
kartach następnych roi się od uwag, pisanych po łacinie lub po
polsku, chyba czerwonym atramentem, dziś mającym barwę
sępi. W uwagach tych uderza przemożna powinność dania
świadectwa, że się analizowany przedmiot zna wyśmienicie. Jeśli
jedak krytykującym zadrżała ręka przy wypisywaniu swych uwag
w części poświęconej zdarzeniu nad Jeziorem Genezaret, mógł
— chociażby z tytułu miłości bliźniego swego — pozostawić
gdzieś znak podziwu, czy chociażby uznania. Nic takiego nie
uczynił. Przyjmijmy zatem, że nasz surowy krytyk, czytając kartę
LXVIII (recto i verso) oraz recto karty LXIX tylko spokorniał,
zamilkł. Czy dlatego, że tłumaczenie na polski tego fragmentu
pisma świętego jest arcydobre? Zapewne. Ale wówczas rodzi się
pytanie dla nas zasadnicze, dlaczego Murzynowski tak je wyróż­
nił. Co skłoniło młodego tłumacza do przejęcia się opisem
uciszenia wiatrów, burzy itd.? Może wchodziła w grę zaduma nad
samym cudem stąpania po powierzchni wód morza.
Zauważmy, że wśród cudów Jezusowych ten właśnie należy
do zupełnie wyjątkowych, jakby przedłużających ze Starego
Testamentu akty ujarzmiania żywiołów przez samego Boga
i wreszcie Mojżesza. Wszelkie inne cuda Jezusowe (za życia)
mają aspekt przeważnie uzdrowicielski, lub szerszy, wspomaga­
jący człowieka, charytatywny. Dopiero po śmierci i złożeniu do
grobu —wniebowstąpienie — zamyka cykl tych działań miłosier­
nych. Natomiast cudowne przemieszczania się w przestrzeni
ponad ziemią (z reguły mające charakter pokonywania raczej
odległości w poziomie, chociaż również w pionie, czy tylko
w pionie, casus Ы. Ładysława z Gielniowa)' odnajdujemy w do­
konaniach Buddy, Mahometa, średniowiecznych świętych
chrześcijańskich, doświadczających łaski lewitacji, a także w czy­
nach bohaterów mitów i legend o czarnoksiężnikach, czarow­
nicach i duchach. Natomiast chodzenie po wodzie, wydawałoby
się w stosunku do szybowania, jednakowo niezwykłe, w ogóle
nie należy do przesięwzięć podejmowanych przez wspomniane
istoty. Czy to dlatego, że jest to działanie w kategoriach ich
kratofanii „niemożliwe", bo tak łatwo sprawdzalne itd.?
Moje dotychczasowe spekulacje nie pozwalają jednak zro­
zumieć do końca stanu ducha tłumacza, jego wewnętrznych
motywacji, prowadzących do wyróżnienia ustępu o... małowierności, tak, „ludziach małej wiary".
Odsuńmy na chwilę na bok rozważania o spektakularnej
stronie zdarzenia nad Jeziorem Genezaret. Może właśnie ten
aspekt uniwersalny etycznie, o szerszym znaczeniu niż uzdrowie­
nia, pomnażanie jadła, aspekt zdecydowanie duchowy, odnoszą­
cy się do takich wartości ogólnoludzkich, jak ufność, zaufanie,
moc wewnętrznych przekonań, wiara i ostatecznie przyjaźń,
inspirował Murzynowskiego do starannego i w efekcie literacko
zachwycającego spolszczenia oryginału.
Pozostaje jeszcze jeden czynnik — nie wykluczone, że decydu­
jący — który spowodował nadanie opisowi w wersji polskiej
spotkania Jezusa z apostołami-rybakami szczególnych walorów
translatorskich. Wydaje się, że tym czynnikiem była, doświad­
czona na własnej skórze znajomość zagrożeń z jakimi spotykają
się prawdziwi rybacy, narażeni na plagę wiatru, który swą siłę
nagłą wzmaga nad wszelkimi większymi akwenami, wreszcie
spiętrza fale niespodziewanie. Ale to nie wszystko. Murzynowo
przytulone do prawego brzegu Wisły należało do wsi zawsze
bardziej rybackich niż rolniczych (ogrodniczo-sadowniczych).
1

2

3

względnie zajmujących się hodowlą.* Kto choć raz przespał
wietrzną noc na prawym (właśnie prawym, a nie lewym) brzegu
Wisły, w tym jej odcinku, gdzie płynie prawie w poprzek
najczęstszych i najdokuczliwszych w Polsce wiatrów południowo-zachodnich, będzie miał w miarę pełne odczucie interesują­
cych nas osobliwości środowiskowych. Niezłą ich charakterys­
tykę odnajdujemy w samej nazwie Murzynowo oraz w nazwach
wiatru, kujawa (synonim, wiatr z Węgier, rzadziej węgierka)
i części kraju, Kujawy: „Kujawy, nazwa dzielnicy wielkopolskiej
(...), jak Bielawy; 'wydma piaszczysta', od kui, 'wichru', cerk.
kujati, 'mruczeć'; jest i chujawa, chaja, o 'zawierusze' (...)"*.
Murzynowski spędzający dzieciństwo między Murzynowem
(dom babci i dziadka) a Suszycami (dom rodziców), w wieku
dojrzałym, szukający zapewne w tych miejscowościach na­
tchnienia i nastroju skupienia dla swej pracy, odwiedzający
kościół flisacki w Rokiciu, znał na pamięć realia tego co dziś
nazywamy frontem burzowym, układającym się nader często jak
bieg ze wschodu na północny-zachód Wisły. W Murzynowie,
położonym tuż tuż przy rzece, zjawisko nagłego zachmurzenia,
połączone z silnym i niespodziewanym wiatrem, mogło nie raz
porwać młodemu uczonemu kartki ze stołu, aby równie nagle
przeistoczyć się w upragnioną ciszę. Położenie dworku Murzynowskich na wysokim, nadwiślańskim tarasie, pozwalało postrze­
gać świat rozległy, hen po horyzont. Po każdej burzy z tego
wyjątkowego obserwatorium miało się wgląd w niezwykły cud
natury, przetarcie się nieba, zmieniającą się na oczach barwę toni
rzeki — rozpogodzenie. W tamtych, odległych latach, widok
raźno uwijających się na brzegu rybaków (jeszcze przed chwilą
walczących z żywiołem), szczęśliwych z udanego połowu i wy­
jścia cało z opresji, należał do stałego repertuaru, rozgrywającego
się tu od wieków spektaklu. Zapewne pobyt Murzynowskiego
w Wirtemberdze i we Włoszech, dalsze studia i praca w Królewcu
(mieście przedzielonym Pregołą), nieopodal prawdziwego mo­
rza, pogłębiły jego wrażenia wyniesione z rodzinnych stron.
Wracajmy do naszego, przerwanego wątku, gorliwej pracy
krytycznej Jana Małeckiego (Jana z Sącza, Sandeckiego). Tak
nazywał się właśnie ktoś, kto zapamiętale kreślił i przekreślał
stronice pierwszego, polskiego przekładu Ewangelii św. Mateu­
sza* Z powodu tych przekreśleń i uwag poczynionych na
marginesach, jedyny, ocalały egzemplarz Ewangelii, zaliczany
jest w dziale starodruków BUW do bezcennych cymeliów,
unikatów po dwakroć. Można bez żadnej przesady powiedzieć,
że Małecki na pierwszej karcie przekładu i kilku innych, po prostu
się pastwił. Kreślił je bowiem w kratę, liniami ukośnymi, na
przemian, z prawa na lewo i z lewa na prawo (5, 6 kresek).
W dalszych częściach przekładu, Małecki zrezygnował z tych
osobliwych przekreśleń (w paru miejscach jeszcze do nich
powracał), natomiast rozbudował spisywanie uwag krytycznych
na niezadrukowanych częściach karty. Nie było to działanie
łatwe, albowiem dbały o prawidłowy przekład Stanisław Murzy­
nowski, włączył do swego dzieła oprócz Ortografii Polskiej,
uszczegółowienia jej zasad, drukowane w wybranych miejscach
na marginesach (zarówno lewym, jak i prawym) każdej stronicy
Ewangelii.
Postępowanie Małeckiego można w jakiejś mierze rozumieć.
Przekład jaki oceniał posiadał cechy, które zaskakiwały — co
stwierdzają znawcy przedmiotu (Rosponda, Krzyżanowski, Pepłowski) — n o w o c z e s n o ś c i ą , kształtowaną przez opozycje:
rodzimość — obcość oraz literackość — potoczność.* Małecki
sam zabiegał u księcia Alberta o uzyskanie zezwolenia na
drukowanie własnego tłumaczenia Nowego Testamentu. Suro­
wo krytykując dzieło Murzynowskiego spowodował też wstrzy7

I
manie na krótko wydawania przekładu, firmowanego przez Jana
Seklucjana. Ponadto Murzynowski wplątany zostaje w spory
teologiczne prowadzone w Królewcu z niezwykłym zacietrzewie­
niem przez zwolenników Fryderyka Staphylusa z jednej strony
i z drugiej, zwolenników Andrzeja Osiandra (spór dotyczył
między innymi nauki o usprawiedliwieniu). „Morlin, przeciwnik
Osiandra, zaczął z kolei zwalczać przedsięwzięcie Seklucjana
i Murzynowskiego. Posunął się tak daleko, że wykluczył nawet
Murzynowskiego od komunii. Prace wydawnicze w drukarni
Aleksandra Augezdeckiego prowadzone były wówczas w tajem­
nicy. I ostatecznie w 1553 roku ukazuje się Testament Nowy
Zupełny' . Murzynowski mógł mieć poczucie całkowitego zwy­
cięstwa nad swym bezlitosnym oponentem — dodajmy — star­
szym aż o 36 lat, doświadczonym pisarzem, tłumaczem, wydawcą
i na koniec, pastorem. Czym sukces ten był ponadto? Otóż po
1553 roku nie ma już żadnego śladu — wcześniej niezwykle
żywej — działalności Stanisława Murzynowskiego... Ks. I. War­
miński na początku tego stulecia w swej nieprawdopodobnie
dociekliwej rekonstrukcji zdarzeń przed stuleciami w Królewcu,
uznał 1553 rok datą śmierci, mającego zaledwie 27 lat, autora
pierwszej Ortografii Polskiej i pierwszego przekładu Nowego
Testamentu.
W przeciwieństwie do swych ziomków — którym poświęciłem
pracę Murzynowo, znaki istnienia i tożsamości — żył krótko,
umarł gwałtownie..." Skromne Muzeum — Pracownia —jakim
opiekuję się w Murzynowie — poświęcone jest pamięci Stanis­
ława Murzynowskiego.
10

11

11

Jednym z najważniejszych eksponatów, stanowiących pod­
stawę ekspozycji murzynowskiego Muzeum, jest znacznych

rozmiarów obraz przedstawiający Jezusa w scenie udzielania
ratunku świętemu Piotrowi na Jeziorze Genezaret. A więc obraz
dotyczący tego miejsca w Ewangelii św. Mateusza w przekładzie
Murzynowskiego, które nie zostało opatrzone żadnymi uwagami
krytycznymi przez pastora Małeckiego. Obraz z Muzeum w Mu­
rzynowie to unikatowy zabytek w kulturze chłopskiej nie tylko
Polski, lecz — można mniemać — również katolickich Niemiec,
Włoch, Francji czy Hiszpanii. Pierwsze wrażenie przy oglądzie
malowidła rodzi skojarzenia z malarstwem kościelnym XVIII w.,
a może nawet wcześniejszym. Zbliżywszy się do obrazu, nie
trudno od razu spostrzec, że jest namalowany na dykcie. Powstał
w 1946 roku. Oto jego historia: W czasie wojny dwie rodziny
z Murzynowa (Szymczakowie i Świdniakowie) często gościły,
spokrewnionego z nimi przez małżeństwo, „króla szyprów"
z Płocka, Stanisława Małkowskiego. Kiedy Niemcy spalili mu
barkę, zbierał siły, aby przetrwać, nie w Płocku, lecz w Murzyno­
wie. Koniec jednak wojny witał w Gdańsku. Mimo bowiem
szykan ze strony okupanta, nie przestał być wodniakiem. Po
wojnie, razem z synem Zbigniewem, również zawołanym wod­
niakiem, i jak ojciec mającym żonę z Murzynowa (z rodu
Karasiewiczów) często z naszą wsią łączyli swoje losy, a poprzez
tę wieś z nieopodal położonym Rokiciem, parafią z romańskim
kościołem, posiadającym przez swe bliskie, bezpośrednie (nie
przedzielone zabudową wioskową) sąsiedztwo z Wisłą, miano
kościoła flisackiego, czy wodniackiego. Związek kościoła rokickiego z życiem wodniaków uznać niewątpliwie należy za pra­
stary. W czasie wojny kościół Niemcy zamknęli i zabronili
jakichkolwiek przy nim praktyk religijnych. Natomiast wielolet­
niego proboszcza ks. Władysława Bromirskiego zabito w osła­
wionym w tych stronach obozie w Działdowie.
Małkowscy, ojciec i syn, Stanisław i Zbigniew, z wielkim
14

19

II. 1. Fragment obrazu Jezus chodzący po Jeziorze Genezaret, 1946 r. Muzeum w Murzynowie

fS ł l

10

II. 2. Paul Bril, Jezus chodzący po Jeziorze Genezaret, pocz. XVII w. Kolekcja Porczyńskich

zaangażowaniem włączyli się w odbudowę podniszczonego
w czasie wojny kościoła. Między innymi zbierali surowiec (mo­
siądz i srebro) na dwa dzwony, które miały otrzymać w zamian za
ów akt darowizny imiona dwóch ofiarodawców. * Proboszczem
był wówczas ks. Wacław Gałęza. W niedalekim Brudzeniu
(siedziba urzędu gminnego) analogiczną opiekę nad tamtejszym
kościołem sprawował brat ks. Wacława, ks. Jan Gałęza. Stałym
łącznikiem między braćmi księżmi pozostawał ich ojciec, malarz.
Zaraz po wojnie poświęcił się on przyozdabianiu zniszczonych
kościołów. W kościołach brudzeńskim i duninowskim, dzieło
malarza Gałęzy istnieje do dzisiaj, w rokickim — w czasie
przywracania mu pierwotnego, zabytkowego wyglądu — zostało
usunięte." Malarz Gałęza, ojciec dwóch księży, stał się też
autorem interesującego nas obrazu, przechowywanego obecnie
w Muzeum w Murzynowie. Do powstania obrazu, według
żyjącego do dziś w Płocku Zbigniewa Małkowskiego, syna „króla
szyprów", Stanisława, doszło w sposób następujący: Stanisław
Małkowski zaangażował się nie tylko w gromadzenie surowca do
odlania dzwonów, ale również w namalowanie obrazu bliskiego
sercom wodniaków i rybaków do ołtarza, wystawianego trady­
cyjnie przez murzynowiaków w Rokiciu na Boże Ciało. W przeci­
wieństwie do pozostałych parafian (z wiosek Myśliborzyce,
Więsławice, Rębielin, Uniejewo i samo Rokicie), zadawalających
się jedynie przystrajaniem na Boże Ciało przydrożnego krzyża czy
kapliczki (figury), stale znajdującej się we wsi, murzynowiacy
montowali — należy użyć tego terminu — ołtarz: podobnego mu
nie sposób odnaleźć, korzystając na przykład z wiadomości
czerpanych z literatury przedmiotu, archiwum fotograficznego IS
PAN, przekazów ustnych itd. Otóż ołtarz ten ustawiano na dwóch
rybackich łodziach, specjalnie dowożonych z Murzynowa w po­
bliże kościoła, aby umieścić je przy brzegu (w zależności od roku)
wcześniej — Wisły, później — na jednym z trzech, znajdujących
się tam do niedawna stawków (kanaików). Sam ołtarz, stół
przykryty obrusem, przybrany czterema świecznikami i kwiatami
w wazonach, ustawiano na desce łączącej łodzie. Do boków
1

stołu przytwierdzano sieci rybackie, które rozpościerano, jak przy
łowieniu ryb, ukośnie, na lewo i prawo. W sieci wkładano deski
do krajania, mające zazwyczaj w tych stronach kształt ryby
pokaźnej, szerokiej, niczym karp lub leszcz. Dodatkowo jeszcze
majono te sieci — zatykając od góry — gałązki zerwane z poblis­
kich krzewów czy drzew. Ponad ołtarzem wyprowadzano, zawią­
zane na masztach łodzi, dwa żagle, dokładnie rozpostarte na
rozprzach. W poprzek zaś żagli umieszczano chorągwie (obecnie
dwie białoczerwone). Wreszcie po środku, ponad stołem, zawie­
szano obraz.
W 1946 roku Stanisław Małkowski sporządził do fundowane­
go przez siebie obrazu podkład z dykty, obramionej profilowaną
listwą. Podkład miał kształt wysłużonego w pionie prostokątu
u góry zwieńczonego półkolem o podstawie równej połowie
szerokości całości powierzchni. Tylko sam kształt tego podkładu
(owo półkole u góry) sugeruje związek naszego obrazu z daw­
nym malarstwem religijnym. Jak wiadomo, powierzchnia półkola
służyła często przedstawianiu sfery niebiańskiej, a pozostała,
ziemskiej. W półkolistej części murzynowskiego obrazu namalo­
wany został początek świetlistej smugi —stopniowo rozszerzają­
cej się — skierowanej na głowę Jezusa.
>
Gałęza zgodził się namalować Jezusa chodzącego po morzu
za... remont posiadanego kajaka. Małkowski kajak wyremon­
tował. I już w 1947 roku murzynowiacy mogli wystawić na Boże
Ciało nowy obraz imponujących rozmiarów. Wystawiano go
również (ale tylko zawieszając na północnej ścianie kościoła
w Rokiciu) w czasie trzech odpustów: w dniach świętych Piotra
i Pawła (patronów kościoła), św. Małgorzaty (patronki parafii)
oraz Przemienienia Pańskiego. Obraz spełniał swe zadania przez
ponad 30 lat. Pod koniec lat siedemdziesiątych — za czasów
nieocenionych zasług dla rokickiego kościoła proboszcza ks.
Jana Degowskiego — uznano, że obraz powinien zostać za­
stąpiony przez inny, całkiem nowy. Po latach, na moją uwagę, że
obraz Gałęzy nie był jeszcze stary i zniszczony, jedna z od-

powiedzi brzmiała: „To tak się mówi, ale on stał na chórze
w kościele, a tam, i mysz go nagryzła, i się kurzył..."
Kiedy pojawił się nowy obraz, o czym za chwilę, dzieło Gałęzy
powędrowało z chóru do przykościelnej, dawnej cmentarnianej
kaplicy, w której przechowywano różne rupiecie. I pewnie,
przywalony starymi, połamanymi ławkami sczezłby całkiem,
gdyby nie drzemiące — chociaż nikłe — pasje muzealnicze
piszącego te słowa.
Zamówienie wykonania kolejnego obrazu trafiło do nieżyjące­
go od 1987 roku Alojzego Piekarskiego, emerytowanego hutnika
szkła, zawołanego wędkarza, osoby o niezwykle bujnym życiory­
sie (wychowywał się na Mołdawance w Odessie) i żywiołowym
temperamencie. Nikt z mieszkańców wsi, ani też sam proboszcz,
nie brali przez chwilę pod uwagę faktu, że Piekarski był — jak
stwierdzał z rozmysłem, bezdyskusyjnie — wyłącznie pejzażystą.
Stanowczo też się wypierał, jakoby rozpoczynał od malowania
makatek, między innymi z Aniołem Stróżem, prowadzącym dwoje
dzieci ptzez kładkę nad rwącym potokiem. Kiedy otrzymał zamó­
wienie na obraz do ołtarza, należał już do grupy jeleniogórskich
amatorów, malarzy naiwnych. Do Murzynowa trafiał na wakacje,
i nad Wisłą, a potem Jeziorem Włocławskim, zdobywał na­
tchnienie do realizowania się według ustalonych , powtarzają­
cych się schematów malarza „pięknych widoków". Unikał jak
ognia portretowania, scen rodzajowych, szczególnie religijnych.
Może dlatego, że nie zapomniał swoich pierwszych kroków
zarobkowych w sztuce malowania, kiedy poświęcać się musiał
przedstawianiu owego Anioła Stróża i słodkiej pary dzieci. Dał się
jednak nakłonić do przyjęcia zamówienia-zlecenia za osławione
pół litra, jak mawiał, za bańkę. Ogląd dzieła Gałęzy w Rokiciu,
którego wcześniej nie próbował wcale poznać (nie chodził do
kościoła), przekonał go, że „apostołów wyglądających jak małpy,
należy przedstawić kształtniejszymi" (słowa wdowy po malarzu).
Co też uczynił, szybko, sprawnie, nim trafiły doń obiecywane
przez kościelnego, ś.p. Franciszka Torbickiego, jajka, niezbędne
do zagruntowania już nie dykty, lecz płyty pilśniowej twardej.
Obraz Piekarskiego, w żywych kolorach, z wyrazistą figuracją,
starannym ukazaniem twarzy nawet drugoplanowych postaci,
przyjęty został z wielkim uznaniem i do dzisiaj raz do roku pełni
swoje kuItowo-obrzędowe zadanie. Ołtarza już nie ustawia się na
łodziach przy jakimś stawku, lecz przy pobliskim w stosunku do
kościoła, solidnym słupie cementowym, podtrzymującym prze­
wody elektryczne. Spoza tego słupa (w kształcie odwróconego
V) rozpościera się widok na rozległą toń Jeziora Włocławskiego
— martwy zalew — dawną Wisłę. Ale nadal murzynowiacy, mimo
że przestali być wodnikami i rybkami (między innymi z powodu
przekształcenia rzeki w jezioro) przystrajają ołtarz na Boże Ciało
dwoma żaglami, a także sieciami, w których znajdują się sym­
boliczne przedstawienia ryb.
18

Jezus chodzący po Jeziorze Genezaret jest tematem w ikono­
grafii religijnej Polski nader rzadkim. Obrazy z Murzynowa I i II
(Gałęzy i Piekarskiego) stanowią — jak mi się wydaje — tego
tematu najbardziej kwintensencjonalne ujęcie, przy tym — co nie
jest bez znaczenia — ukazane w formacie znacznym ( 160x240
cm i 140^210 cm), ułatwiającym percepcję osobie nawet mało
zaznajomionej z opisywanymi przez trzy Ewangelie cudami
Jezusowymi. Korzystając z Archiwum IS PAN, stanowiącego
między innymi zbiór dosyć uszczegółowionych danych, po­
chodzących z systematycznej inwentaryzacji obiektów opraco­
wanych w „Katalogach Zabytków Sztuki w Polsce", odnalazłem
zaledwie dwa obrazy, w których występują aspekty zdarzenia
o jakim mówimy: w bydgoskiem w Koronowie (kościół pocysterski) aspekt samego uciszenia burzy i wiatrów i w Krośnie
w kościele parafialnym na obrazie z XVII w., zatytułowanym
Cudowne rozmnożenie ryb, aspekt małowierności św. Piotra,
tonącego w odmętach przed Jezusem, stojącym na brzegu (nie
na wodzie). Za plecami św. Piotra ukazana została łódź pod
zrefowanym żaglem, miotana falami, z sześcioma postaciami
49

12

w środku. Scena ta zajmuje tylko górną część, dokładnie do
połowy powierzchni 100*200 cm płótna, wydłużonego w pio­
nie. Natomiast w dolnej partii obrazu, na pierwszym planie,
siedzący Jezus w otoczeniu ośmiu postaci błogosławi gestem
pankratora małą rybę, leżącą na stole. To są oficjalne świadectwa,
udokumentowane w druku. Można mniemać, że jest ich w kraju
więcej — nie na tyle jednak, aby należało zmienić wypowiedziany
wcześniej sąd o sporadyczności występowania interesującego
nas tematu (słabego spopularyzowania go przez malarstwo).
Na koniec tych rozważań o naszej zasobności w sakralia
związane tematycznie z cudem Jezusowym nad Jeziorem Gene­
zaret pragnę powiedzieć, że w znanych mi krajowych ekspozyc­
jach (Muzea Narodowe w Warszawie, Krakowie, Poznaniu,
Diecezjalne w Płocku i Tarnowie), w ekspozycjach malarstwa
zachodnioeuropejskiego, bo i w nim należy poszukiwać obecno­
ści analizowanego tu wątku, nie spotkałem się z dziełem, które
bezpośrednio czy tylko pośrednio zaspokoiły oczekiwania bada­
cza. Dlatego z prawdziwą radością oglądałem w kolekcji Janiny
i Karola-Zbigniewa Porczyńskich dwa obrazy: malowany w po­
ziomie, pochodzący z galerii pałacowej, Holendra Paula Brila,
Rzym 1626 (73,5 x 101 cm); oraz malowany w pionie, półkoliście
zakończony, pochodzący z wystroju kościelnego, Włocha, Giovanniniego Battisty Pittoniego Młodszego, Wenecja 1767
(74,2x99,6 cm). Oba powstały u schyłku życia artystów. Tytuło­
wane są: Jezus chodzący po Jeziorze Genezaret. Pierwszy
ukazuje zdarzenie w rozległym pejzażu, rozluźniając dziejącą się
akcję, natomiast drugi przybliża ją i dramatyzuje. Pittoni zrezyg­
nował z realiów pejzażowych, a także takich detalii jak klepki
w łodzi, maszt, zrefowany żagiel itd. Łódź w jego obrazie
wypełnia dziesięć postaci — nie zastygłych w akcie podziwu,
zdumienia — lecz miotanych namiętnościami walki z żywiołem
i jakby mimochodem postrzegających św. Piotra wyciągającego
ramiona do Jezusa, który mówi „czemu zwątpiłeś małej wiary".
We wcześniejszym obrazie Brila, św. Piotr ukazany jest w znacz­
nym oddaleniu od Jezusa w pozycji unoszenia się nad wodą (jest
to moment, kiedy „Piotr wyszedł z łodzi" — na zawołanie Jezusa
— 'Przyjdź!' — „i kroczył po wodzie"). W obrazie włoskim,
późniejszym, św. Piotr ukazany jest blisko Jezusa, który „podaje
mu rękę" w dalszym momencie zdarzenia, kiedy „na widok
silnego wiatu uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: 'Panie ratuj
mnie'!" Zwracam uwagę na te szczegóły albowiem obraz
krośnieński ma swe powinowactwo z wzorcem występującym
w dziele Brila (nawet łodzie z podwiniętymi żaglami i charak­
terystycznymi masztami są bardzo podobne; ponadto w jednym
i drugim obrazie Jezus ma rozchylone ramiona w geście przywo­
ływania—witania). Natomiast obydwa obrazy murzynowskie, to
wyeksponowanie — jak w dziele Pittoniego — ostatniej fazy
zdarzenia, najbardziej dramatycznej, w której Jezus zbliża się do
św. Piotra. U Pittoniego prawą ręką podtrzymuje dłoń św. Piotra.
W obrazie Gałęzy św. Piotr chwyta się rękami Jezusa, a on
obejmuje go prawym ramieniem. Piekarski wymyślił całkiem
własne rozwiązanie. Jezus i św. Piotr trzymają się oburącz,
dwiema dłońmi, mocno zaciśniętymi i wyciągniętymi przed
siebie. W obrazach Brila, Pittoniego oraz krośnieńskim Jezus stoi
na powierzchni wody (w dwóch pierwszych) i brzegu (w
ostatnim), boso lub w sandałach (u Pittoniego). Na obrazie
Gałęzy widzimy Jezusa boso stąpającego po powierzchni wody,
a na obrazie Piekarskiego, śmiało kroczącego na boska, również
nie zanurzając w wodzie nóg. Zachowanie Jezusa kontrastuje
z zanurzonym po kolana w wodzie św. Piotrem.
Alojzy Piekarski, który umarł mając 74 lata, pragnął żyć jak
najdłużej, aby dożyć —jak zwykł mawiać — tej chwili, kiedy ten
świat „będzie się rozpierniczał". Mimo więc swoistego kata­
strofizmu, a nieraz wręcz nihilizmu, przedłużył w Murzynowie
pamięć o wydarzeniu wzniosłym, optymistycznym, mającym nie
tylko wymiar konfesyjny, lecz również uniwersalny, dotyczący
ufności, wiary, trwałości i nienaruszalności wewnętrznych sta­
nów ducha, przyjętych zobowiązań, żywionych przekonań.
Obrazy Brila i Pittoniego są dziełami mistrzów, przy których
obrazy: krośnieński, koronowski i obydwa murzynowskie — ja20

II. 3. Górna część obrazu Cudowny polów ryb, pot. XVII w. Krosno, kościół parafialny

wią się jako poczynania skromne, sprymitywizowane. Ksawery
Piwocki przypadki im podobne charakteryzował jako nierozłącznez nurtem rodzimym w rozwoju sztuki w Polsce. Nurt ten w swej
malarskiej, szczególnie religijnej, postaci wyróżnia się często
ekspresją dosyć sugestywną, lecz naiwną, nieraz intensywnym
klimatem, tchnącym wzruszającym prowincjonalizmem. Ale po­
nad tymi formalnymi cechami badacz dostrzega rzecz najistot­
niejszą, żywotność potrzeb powołujących, a nawet wymuszają­
cych w naszych czasach u artystów, bynajmniej nie spowitych
mistycyzmem katolickim, służenie mu z całym dobrodziejstwem
swego artystycznego inwentarza. Malarstwo kościelne — współ­
czesnych, głośnych malarzy — Przemysława Brykalskiego i J e ­
rzego Nowosielskiego oraz twórczość Stanisława Fijałkowskiego
— wydaje się — w pełni potwierdza tę sugestię.

Po tych przydługich i nu rżących szczegółami opisach, możemy
obecnie przejść do postawienia pytania o znaczeniu zasad­
niczym, ważnym dla rozumienia istotnych dla etnologii kategorii:
czasu, przemijania, pamięci, trwania, z jednej strony, i z drugiej,
rozumienia (wykorzystywania w pracach etnologicznych) faktu
historycznego, procesu przemian i ostatecznie świadomości
historycznej a świadomości mitycznej.
Pytanie tak by brzmiało:
Czy wyjątkowy (niepowtarzalny) charakter praktyki kultowoobrzędowej na Boże Ciało w Rokiciu, zgotowywanej przez
murzynowiaków co roku, praktyki, w której ważnym elementem
jest możliwość przemyśleń, tudzież doświadczenia krzepiących
emocji przed obrazem ukazującym Jezusa chodzącego po Jezio­

rze Genezaret, to zjawisko całkiem późnej proweniencji (związa­
ne z najnowszą historią), mające incydentalny charakter, jak ów
akt wykonania bezpośrednio po wojnie przez malarza Gałęzę
imponującego malowidła?
Czy też nie! Czy przypadkiem, a raczej dosyć niezwykłą,
chociaż naturalną koleją rzeczy, nie nastąpiło w 2 połowie XVI
wieku, względnie później, po śmierci Stanisława Murzynows­
kiego, autora pierwszego w kraju przekładu na język polski Pisma
świętego, sprowokowanie swego otoczenia przez bolejącą rodzi­
nę, może nawet rozpaczającą, ale też w najlepszym tego słowa
znaczeniu, dumną z dokonań swego reprezentanta. Czy nie było
to nakłonienie przez osoby z murzynowskiego dworu swych
poddanych, lecz też współparafian, do innego rodzaju kultu
Jezusowego, aniżeli ten, którego pospolicie doświadczamy do
dziś zarówno na wsi, jak i w mieście? Nakłonienie do aktu
pogłębionych rozmyślań, poważnego zastanawiania się, wręcz
kontemplacji i medytacji?
Styl, sposób potraktowania tematu w obrazie wykonanym
w 1946 roku przez Gałęzę, wskazuje że artysta mógł korzystać
z wzoru (innego obrazu) z XIX czy XVIII w., znajdującego się
w inwentarzu rokickiego kościoła, nawet z obrazu, z którego
korzystali kiedyś murzynowiacy przy wystawianiu swego orygi­
nalnego ołtarza na Boże Ciało. Swoista nonszalancja tej społe­
czności w podmienianiu obrazu obrazem, jeśli pierwszy uznany
został za nie spełniający już dostatecznie dekoracyjnej i reprezen­
tacyjnej roli, czyli podmienianie obrazu cenniejszego nie tak
cennym, lecz schlebiającym wyobrażeniom i gustom, nakazuje
dopuścić, że praktyka do jakiej się odwoływano między 1946
rokiem a końcem lat siedemdziesiątych należała do zwyczaju, że
posiadała tradycję. W przeszłości okresy między jedną a drugą
21

13

II. 4. Giovannini Battista Pitoni Młodszy, Jezus chodzący po jeziorze Genezaret, ok. 1767 r.
Kolekcja Porczyńskich

podmianą mogły być znacznie dłuższe, wszelako nawiązywały do
konkretnego, inicjacyjnego faktu historycznego w odległej prze­
szłości; faktu, który można nazwać, sprowokowaniem, nakłonie­
niem, zadysponowaniem. U samych zaś podstaw historycznego
zdarzenia mogła zaistnieć —jak to bywało w zwyczaj u — wotyw­
na fundacja obrazu dokonana na samym początku przez Murzynowskich.
Przedstawiłem — jak mi się wydaje — dosyć przekonywujący
wywód, wsparty o analizę konkretnych faktów historycznych,
próbą wyjaśnienia genezy i rozwoju osobliwego zwyczaju religij­
nego, korzystającego z doniosłej formuły ikonicznej, zawartej
w obrazie Jezusa chodzącego po morzu. Nie znalazłem jednak
potwierdzenia u moich licznych rozmówców faktu istnienia przed
1946 rokiem adoracji w ołtarzu ustawianym przez murzynowiaków na Boże Ciało obrazu, który przypominałby dzieło malarza
Gałęzy. Wypowiedzi jakie otrzymywałem były mniej więcej takie:
22

— Wystawialiśmy obraz j a k i k o l w i e k (moje podkreślenie
J O ) , jaki kto dał.
— A jakie dawali?
— Nie pamiętam.
To stwierdzenie „nie pamiętam" (chociaż dotyczy czasu nie­
zbyt odległego, okresu międzywojennego) powtarzane uparcie
i z silnym przekonaniem, nigdy nie stwarzało w rozmowie — przy
próbie rekonstruowania zwyczaju — rozstrzygnięć alternatyw­
nych, czyli dopuszczających wcześniejszą niż 1946 rok obecność
w analizowanym kulcie nie jakiejś formuły ikonicznej ogólnej,
lecz ścisłej, z konkretnym cudem Jezusowym związanej, a nawią­
14

zującej do etosu Kiełbików i Uklejek — mian (przezwisk-przydomków) posiadanych przez murzynowiaków z tytułu ich dawnych
zajęć rybackich i wodniackich. I tu wstępujemy w nurt interp­
retacji niezależnej zupełnie od historii, w nurt kształtowania się
świadomości mitycznej; rodzenia się mitu na naszych oczach,
lekcważącego (nie dopuszczającego do obecności w świadomo­
ści) nawet faktów łatwo sprawdzalnych z teraźniejszościl Proces
ten (mitotwórczy) u niektórych reprezentantów badanej grupy
Kiełbików i Uklejek, wykluczy nawet istnienie w kulcie na Boże
Ciało jakiegoś ważnego obrazu przed tym, który namalował
Alojzy Piekarski pod koniec lat siedemdziesiątych! Mniemanie
o swym wybraństwie (nie znajduję lepszego słowa na określenie
wysokiego stopnia świadomości o posiadaniu przez daną społe­
czność cech wyróżniających się w stosunku do cech swoich
sąsiadów), wzmacniają opinie mieszkańców Duninowa, Siecienia, Uniejewa oraz Rokicia. Oto wypowiedź Stanisława Gerwatowskiego z Uniejewa, ur. w 1910 г., brata zmarłego przed laty,
cieszącego się wielkim uznaniem księdza, proboszcza w Gos­
tyninie:
„Murzynowiacy są inteligentni, dobrzy i uczciwi. Mieli zawsze
synów dobrych, grzecznych i inteligentnych... Może tylko Fabi­
szewski (Konstanty, osoba o niepospolitych talentach, pomys­
łach i wyobraźni, wodniak zawołany o niebywale pogodnym
usposobieniu — przyp. JO) miał takie swoje kawałki, lubił
pomarudzić, pokiepkować (niezłośliwie pożartować — przyp.
JO)".
Opinia ta i liczne jej podobne, koresponduje z wyjaśnianiem

sobie — w kategoriach mitu — fenomenu murzynowskiego
ołtarza na Boże Ciało. Opinie te dopełnia i zarazem wyostrza
w istotnym kierunku sąd jednego z murzynowiaków — co jest
ważne — z pokolenia młodych. Mówi Mirosław Szatkowski:
— Murzynowiacy (w przeciwieństwie do współparafian,
uniejewiaków, myśliborzaków, więsławiaków, rębieliniaków, nie
mówiąc już o Dworusach-Orzykach, siecieniakach — przyp. JO)
UMIEJĄ SIĘ ZORGANIZOWAĆ.
A zatem posłuchajmy co — umiejący się zorganizować, in­
teligentni, dobrzy i uczciwi — mówią o swoim obrazie. Zdzisław
Caban, ur. w 1948 г., cieśla, stolarz, rolnik. Z tytułu stanu wciąż
wolnego, bezpośredniego usposobienia, świadczenia usług (na
samą wieś i okolicę), szczery gaduła, uznany być może za
pośrednika, czy łącznika wśród swych ziomków w tworzeniu
przez nich mitu. Ponadto, właśnie Zdzisław Caban, który dziedzi­
czył po ojcu umiejętności rzemieślnicze i warsztat stolarski,
sporządził podkład i ramę II obrazu, namalowanego przez Piekar­
skiego. Półkole na górze ramy przekształcił w łatwiejszy do
wykonania... trójkąt. Muzeum w Murzynowie odwiedzał setki
razy. Wielokrotnie przyjmowany był w nim przy stole, za którym
w odległości ok. 1,5 m wisi na ścianie obraz I, namalowany przez
Gałęzę:
— J a w Muzeum obrazu z Panem Jezusem nie widziałem
(stanowczo, bezdyskusyjnie).
— Wisi za stołem, przy którym nie raz siedziałeś.
— Możliwie, że tam wisi, ale nie widziałem. Ostatnie zdanie
wypowiedział nasz rozmówca z pokornym — dosyć mu charak­
terystycznym zawstydzeniem.
Matka Zdzisława, Klementyna, ur. w 1926 г.:
— Co jest na obrazie?
— Apostołowie.
— A pan Jezus?
— Pan Jezus jest z nimi.
— Gdzie?
— W łódce (niepewnie).
— I co oni tam robią?
— Jak to? Przecież łowią ryby.
Przyznasz szanowny Czytelniku, że to dosyć zaskakujące
wypowiedzi. Nie ulega kwestii, że słabo przylegają do wywołane­
go na wstępie opisu unikatowej i zarazem doniosłej postaci
adorowanego przez murzynowiaków na Boże Ciało ołtarza. Czy
wypowiedzi te mogą być uściśleniem pierwszej cechy, jaką
społeczność Murzynowa posiada w opinii sąsiadów? A może,
przytoczone wypowiedzi uznać należałoby za odosobnione?
Jan Wudarczyk, ur. w 1922 г., wieloletni robotnik stoczni
płockiej, rolnik, gospodarz najwyższego stopnia zapobiegliwości
i dbałości. Jedyny już we wsi, celebrujący systematycznie od­
ławianie, zbieranie i suszenie spławów na opał:
— Na tym obrazie, co go Piekarski namalował, to jest Pan
Jezus w łodzi.
— Co tam robi?
— Stoi i łapie ryby sieciąl
Krystyna Wudarczyk, ur. w 1926 г., żona Jana, matka trzech
wspaniałych córek i jednego syna. Kobieta wielkiej zacności
i dobroci, niebywale pracowita:
— Przed wojną to murzynowiacy ten obraz nad samą Wisłą na
dwóch łodziach wystawiali. Do obrazu samego się nie pod­
chodziło, bo był na wodzie.
— Na obrazie był przedstawiony Pan Jezus?
— Tak. Pan Jezus stał w łodzi i zarzucali te sieci.
— Z kim?
— Z apostołami. Bo to jest obraz rybacki, a Pan Jezus
i wszyscy apostołowie byli rybakami.
Państwo Wudarczykowie są najbliższymi (przez drogę) sąsia­
dami Muzeum. Pani Krystyna w 1989 r. dwukrotnie odwiedziła
Muzeum po odświeżeniu wnętrza i zmianie ekspozycji na zatytu­
łowaną: Muzeum Jednego Obrazu. Mogła więc przyjrzeć się
z bliska i dokładnie, co on przedstawia.
Franciszek Ziemiński, ur. w 1922 г., wieloletni sołtys, niezbyt
dbały gospodarz, również sąsiad Muzeum. Zawołany i jedyny
zarazem wędkarz we wsi. Odkąd trudno cokolwiek złowić na
wędkę, przerzucił się na łowienie ryb siecią. Z tego powodu,
codziennie od 3 lat, przychodzi w bezpośrednie sąsiedztwo

Muzeum, przy którym cumuje swą łódź. Przyznał z nieskrywaną
szczerością, że wzniosłego szyldu, przybitego do szczytowej
ściany (którą musi omijać) budynku muzealnego, nie czytał:
— Na obrazie jest św. Piotr na morzu.
— Co — panie sołtysie — robi?
— Siedzi w łódce, może ma sieci... Nie pamiętam.
— Z kim jest św. Piotr?
— Sam jest w łódce.
Jadwiga Ziemińska, ur. w 1930 г., żona sołtysa, prawdziwej
zacności kobieta, matka dwóch dzielnych córek i syna, lidera
zespołu muzycznego. Sama niegdyś często grająca na skrzyp­
cach. Wielkiej pogody ducha. Jedyna oratorka w majowych
śpiewach przed zrekonstruowaną przy Muzeum kapliczką:
— Na obrazie Piekarski namalował św. Piotra.
— Kogo jeszcze?
— Jeszcze może jakiegoś apostoła. Ale św. Piotra na pewno.
— I co on robi?
— Łowi ryby.
Szwagierka pani Jadwigi, Eugenia Karasiewicz, starsza o dwa
lata, mieszkająca na drugim końcu wsi, ma odmienną wizję
obrazu:
— Na obrazie jest łódka na morzu. W łódce siedzi Pan Jezus.
— Jest sam?
— Siedzi z kimś jeszcze, może ze św. Piotrem.
— Czy coś robią?
— Nie, nici
Siąsiadka Karasiewiczów, Józefa Torbicka, ur. w 1920 г.,
wdowa po kościelnym ś.p. Franciszku (Biskupie):
— Piekarski od męża nie chciał niczego. Bo to do kościoła
obraz.
— Co jest przedstawione na tym obrazie?
— Pan Jezus i św. Piotr. Siedzą sobie w łodzi.
— I co czynią?
— No, jak to co? Ryby przecież łapią.
Zatem często nie ma zgodności między bratem i siostrą, to
znów mężem i żoną, sąsiadami, kto jest w łodzi i co w niej robi.
Przeważa jednak zdecydowanie pogląd, że łowią ryby, św. Piotr,
apostołowie, nie wyłączając samego Jezusa. Czynią to siedząc,
w pozycji wygodnej, chciałoby się rzec, relaksowej („siedzą
sobie"). Ale interesująca nas redukacja zawiłości tematycznych
występujących w obrazie, może zostać rozszerzona na apos­
tołów, a nawet na św. Piotra. I wówczas relacjonująca treść
obrazu osoba, mówi tylko o jednej postaci.
Felicja Szymczakowa, najstarsza murzynowianka, ur. w 1908 r.
Od 1928 г., kiedy przybyła z Siecienia i wyszła za mąż za Józefa,
należy do stałych opiekunek ołtarza. Osoba niezwykłej żywotno­
ści i jasności umysłu, jak też pogody ducha. Nie dostrzega ona
różnicy — mimo osobistego zaangażowania przy ustawianiu
murzynowskiego ołtarza na Boże Ciało — między nim, a przy­
strajanymi figurami przydrożnymi przez rokiciaków i uniejewia­
ków. Dobiero przy pomocy uczestniczęcego w rozmowie wnuka
Mirosława Szatkowskiego (krzyczącego w jakimś momencie na
babcię, „czy babcia nie rozumie"?) udaje się jej uzmysłowić
różnicę między gorliwością jednych i drugich parafian:
— Na tym obrazie św. Piotr idzie po wodzie (pierwsza taka
wypowiedź!), a Pan Jezus — mnie się zdaje — stoi w łodzi...
— Czy to przypomina pani jakąś scenę z Pisma świętego?
— Nie, aleja codziennie czytam święte Pismo. Muszę codzien­
nie, nawet dwa razy dziennie chociażby kawałek przeczytać.
— No, no, no. (Wyrażam jak potrafię swój szczery podziw).
— Pan mi nie wierzy? (I na dowód przynosi Nowy Testament
wydany w Płocku w latach sześćdziesiątych. Stwierdza, że ma
nawet dwa Pisma święte).
Posłuchajmy obecnie rozmowy, w której po raz pierwszy
pojawi się stwierdzenie, że „Pan Jezus chodzi po wodzie". Zofia
Gurdzińska, ur. w 1918 г., wielkiej kultury osobistej, o bogatym
życiu wewnętrznym objętym pogłębioną refleksją. Matka dwóch
liczących się we wsi gospodarzy. Wdowa po Henryku, gos­
podarzu i szkutniku, osobie o najwyższym w grupie stopniu
świadomości jej dziejów. Oraz wnuczka Martyna, ur. w 1980 г.,
dziewczynka o dużej łatwości nawiązywania kontaktów. Roz­
mowa odbyła się w środku dnia w lecie po oderwaniu obydwu
osób od oglądania w telewizji Wichrów czasu:
15

— W tym roku nie byłam na Boże Ciało w Rokiciu i obrazu nie
oglądałem.
— To zapraszam do Muzeum.
— To pan go ma?
— Tak, ten co się zniszczył.
(...) Długie, wymowne milczenie bez wyrażenia chęci od­
wiedzenia Muzeum. Po czym mówi o samym obrazie.
— J a nie wiem co on przedstawia. Chyba apostołów. Chyba
płyną w łodzi. Nie przyglądam się temu (dosyć butnie).
— Czy z apostołami jest Pan Jezus?
— Chyba tak.
— A św. Piotr?
— Na pewno! Chyba są w łodzi.
— Wcale nie! (włącza się Martyna). Pan Jezus chodzi po
wodzie.
— Dlaczego, co to oznacza?
— A bo ja wiem (z właściwą sobie pewnością siebie).
Córka Konstantego Fabiszewskiego, owego lubiącego pomarudzić, klepkującego murzynowiaka, ur. w 1921 г., Halina Ru­
dzińska, matka dwóch synów (jeden jest wziętym gospodarzem)
i córki, inżyniera budownictwa, należy do dwóch osób, które w
całej społeczności murzynowskiej, mają prawie zgodną z rzeczy­
wistą wizję obrazu Jezusa chodzącego po morzu. Wyjaśnia tę
pełniejszą swą wiedzę o obrazie zasługami ojca, wodniaka. Miał on
w zwyczaju zabierać ją ze sobą na barkę — kiedy była dzieckiem
— płynąc do Warszawy. Prowadził ją tam do kin i teatru:
Tam (na obrazie) jest cud ukazany. Pan Jezus uciszył burzę na
morzu.
— Na obrazie namalowany jest tylko Pan Jezus?
— Nie. Także apostołowie, ale nie pamiętam ilu. Św. Piotr jest
na pewno, bo on się bał i dlatego Pan Jezus uciszył burzę.
— Jak to wygląda?
— Pan Jezus jest w wodzie, ucisza burzę i uspakaja Św. Piotra.
— Jak?
— Jak? Nie pamiętam... Może go do siebie przygarnia... Nie
pamiętam.
— A apostołowie?
— Oni są w łódce.
— Łowią ryby?
— Nie, bo była przecież burza.
Nasza wyjątkowa rozmówczyni ma Pismo święte i —jak mówi
— czasami je czyta. Drugą osobą wyróżniającą się w przed­
stawianiu treści obrazu jest Janina Świdniakowa, ur. w 1920 r.
Wdowa po sławnym studniarzu (budował pierwsze we wsi
studnie). Niezwykle skromna, żyjąca samotnie. U Świdniaków
zatrzymywał się —jak pamiętamy — Stanisław Małkowski, „król
szyprów". I może ten fakt miał swoje znaczenie w uzyskaniu przez
panią Świdniakowa pełniejszej wiedzy o obrazie. Mówi bez
specjalnych indagnacji, z jakimi mógł Czytelnik zetknąć się
wcześniej, mówi naturalnie, pełnymi zdaniami, przekazując taką
informację:
Obraz dawny i Piekarskiego ukazują uciszenie burzy przez Pana
Jezusa. Pan Jezus stoi na wodzie. Są też na obrazie namalowani
rybacy, apostołowie, św. Piotr, jak w Ewangelii, której nie
pamiętam. Ale wiem, że św. Piotr wołał do Pana Jezusa — ratuj I
Wszechogarniający racjonalizm przekonań. Wbrew pozorom,
świadomość dwóch ostatnich rozmówczyń jest również przypo­
rządkowana dosyć surowemu myśleniu racjonalnemu, racjonali­
zmowi wyznawanemu i głoszonemu przez inne we wsi osoby,
ogół murzynowiaków. Myślenie abstrakcyjne — przy którym
mógłby być postrzegany element moralizatorski i ostatecznie
mistyczny — zawarty w Chodzeniu Jezusa po morzu — nie
występuje w żadnym z uzyskanych sądów. Cudowność chodze­
nia po powierzchni wody przez Jezusa dostrzeżona zostaje
wyłącznie przez dzieci. Nikt z rozmówców nie wspomina — co
jest niezwykle charakterystyczne — o słowach Jezusa o małowierności. Jeśli przywołane zostaje słowo z Ewangelii, to tylko owo
„ratuj", łatwo urealniające się we własnych doświadczeniach.
Słuchając wypowiedzi mówiących, co obraz murzynowski
przedstawia, obcujemy z wizjami rozchwianymi, a przy ustalaniu
realiów sprzecznymi ze sobą. Sądzę jednak, że wykształca się mit
o dosyć jednoznacznym sensie. Kodyfikują go wrażenia i ostate­
cznie zdecydowanie autorytarne poglądy dwóch osób (jednej po
siedemdziesiątce, drugiej po czterdziestce), będących ukrytymi
autorytetami we wsi. Obydwie są wykpiwane, a nie otaczane
16

— jakby można oczekiwać — stosownym szacunkiem. Stąd
— wydaje się — ich sądy mają mocniejsze podstawy zyskania
popularności i ostatecznie uznania.
Adam Małkowski, ur. w 1916 r. (przydomki Adalcio i Gramo­
fon), zatwardziały wyznawca gospodarzenia wedle przez siebie
sprawdzonych zasad (z reguły bardzo tradycyjnych). Niezwykle
surowych wymagań wobec siebie i innych. Regularnie prak­
tykujący, gorliwy katolik:
TO J E S T OBRAZ WYŁĄCZNIE RYBACKI I NA NIM NIE MA
ŻADNEGO ŚWIĘTEGO!
I oto ostatni z naszych rozmówców-opiniotwórców, a można
by również ten tytuł uzupełnić o słowo — m i t o t w ó r c a .
Bohdan Wojciech Iwański, ur. 1942 r. (W lokalnej balladzie: „syn
Roztropnego, uczył g... rosyjskiego"). Aktywny działacz PRON.
Redaktor naczelny powstałego w ramach reformy prasy „Nowe­
go Tygodnika Płockiego". Autor scenariuszy filmowych, w tym
znakomitego filmu krótkiego o wyobrażeniach dzieci na temat
życia pozaziemskiego (prod. 1990 r.) Jedyny we wsi z zarostem
(broda do pasa). Miłośnik roślin:
— Kiedyś widziałem ten obraz, dawno temu. To nie był obraz
Piekarskiego.
— No i co pan może powiedzieć o przekazie ideowym zawar­
tym w tym obrazie? — W łodzi jest Pan Jezus z apostołami.
— Dużo ich jest?
— Trzech, albo czterech.
— Dobrze, ale jaki kryje się w tym sens?
— APOTEOZA PRACYI BO TO J E S T OBRAZ RYBACKI.

Widzimy to, co chcemy zobaczyć, a nie to, co istnieje rzeczywi­
ście. Kiedy to piszę — chcąc nie chcąc — przyjmuję emitowany
przez któreś z mediów w pokoju przekaz o fresku z Faras,
przedstawiającym krzyż. Uczony z Muzeum Narodowego ujmu­
jącym głosem objaśnia ów krzyż. Widzi drzewo życia w wątlutkich gałązkach u podstawy; nieokreślone zwierzątka а p о к а I i p t y c z n e w lwim, orlim, bawolim i anielskim — wydawałoby się
powszechnie wiadomym — symbolizmie czterech ewangelistów;
a w sznurach dzwoneczków, zwisających z ramion krzyża,
element adoracyjny. Gdyby komentator był etnografem, użyłby
jeszcze — w przypadku tych dzwoneczków — terminu apotropeiczne. Badając symbole i mity sami je tworzymy. I ja
— niezbyt ufny wobec świata — korzystający nieraz z pocieszeń
murzynowiaka, Tomasza Cabana, „bądź ufny", „ufaj" — po­
strzegam jednak w malarskim ujęciu zdarzenia nad Jeziorem
Genezaret apoteozę — mającą sens uniwersalistyczny — bynaj­
mniej nie pracy, rybackiej zapobiegliwości, lecz czegoś zupełnie
innego, UFNOŚCI, WIARY. I gdyby nie potwierdzające me
postrzeganie sądy dwóch, trzech osób oraz wizje kilkorga dzieci,
miałbym podstawy mniemać, że tkwię w urojeniu. Tymczasem
mogę sądzić z całym przekonaniem, że jedno urojenie spowija
mit, tworzący się na mych oczach wokół badanego obrazu.
Uczestniczą w nim osoby bez wykształcenia i z wykształceniem,
katolicy, jedni gorliwsi inni obojętniejsi. Każdy na swój sposób
przyczynia się do powstawania kunsztownej struktury współ­
cześnie (racjonalnie) rozumianego cudu.
Posłuchajmy na koniec, jak brzmi w przekładzie Stanisława
Murzynowskiego fragment dotyczący cudu na Jeziorze Geneza­
ret z 14 rozdziału Ewangelii św. Mateusza: Oto po nakarmieniu
pięciu tysięcy „mężów okrom niewiast i dzieci" pięcioma chleba­
mi i dwoma rybami:
„A Jesus natychmiast przymusił ucznie swoie aby wsiedli
włódź iiachali przed niem na drugą stronę asz by on odprawił
rzesze. A gdy odprawił rzesze wszedł na górę osobno modlić się.
A gdy wieczór przyszedł był tam sam jeden, a łódź jusz na śrzód
morza była, (dręczona od wałów). Gdzie rei tesz wały bardzo
cięszko czynili. Bo był wiatr przeciwny. A Jesus czwartyi straży
nocnei szedł do nich (chodząc) idąc po morzu (i) któregoto
uirzawszy uczniowie, a on pomorzu idzie wstrwożyli się, rzeknąc
iże (mara abo widziało) obłuda iest i od boiaźni krzyknęli. A Jesus
hnetże przemówił do nich rzeknąc, bądźcie dobrei nadzieie ia żęm
iest nie lekaicie się. A Piotr odpowiadaiąc mu, iest powiedział.
Panie, ieśli żeś ty iest, kaszmi przyść do siebie po wodach. Gdzie
tesz on rzekł, chodź. A Piotr wy stąpiwszy złodzi, szedł po wodach

chcąc przyść do Jesusa. A gdy baczył gwałtowny wiatr zlękł się
i począwszy się pogrążać krzyknął rzeknąc. Panie zachowai mie.
A Jesus natychmiast ściągnąwszy rękę zachfycił go i rzekł mu
małoufny czemuś (się zmyślą wodził) wątpił. A gdy oni wstąpili
włódź, ucichnął wiatr. Ci zaś którzy włodzi byli, przystąpiwszy,
dali mu chfałę rzeknąc, prawdziwieśsyn boży iest. I przewióswszy

sie przyszli do ziemie Genezareth. Gdzie tesz poznawszy go
mężowie mieśca onego, rozesłali po onemu wszystkiem okolicznem kraiu, i (przynieśli abo przyprowadzili) offiarowali mu
wszystki którzy się źle mieli, i prosili go żeby się aby tilko dotknęli
podołku odzienia iego. A którzy się kolwiek dotknęli a są
uzdrowieni" .
23

PRZYPISY
1

Evangelia Święta Pana lesusa Christusa Vedle Matthaeusza
Svietego z Greckiego ięzyka na Polski przełożona. W Królewcu
Pruskim 1551. Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego, Dział
Starodruków, Pałac Potockich, sygn. p. 22, mikrofilmy 6009
i 1098. Por. Stanisław Rospond, Kultura językowa w Polsce XVI
w. I. Polemika poprawnościowa J . Małeckiego z J . Seklucjanem,
„Język Polski", R. XXI1,1937, s. 45—52.11, tamże, R. XXIV, 1939,
ss. 115—121; tenże. Kultura językowa na Pomorzu Mazowieckim
wXV/w., „Komunikaty Instytutu Mazurskiego w Olsztynie", R. II,
1948, NR 3 (21); tenże, Studia. Rękopiśmienne poprawki J.
Małeckiego na egzemplarzach Katechizmu J. Seklucjana oraz na
przekładzie S. Murzynowskiego Ewangelii św. (...) wedle Mateu­
sza św. (w:) Wypowiedzi o języku i stylu w okresie staropolskim
(do polowy XVIII w.), t. 2: Słownik, oprać. J . Puzynina, pod red.
M. R. Mayenowej, Wrocław 1963; Krystyna Podlaszewska, hasło
Małecki (w:), Słownik pracowników książki polskiej, PWN,
Warszawa—Łódź 1972, ss. 556—557
Jan Murzynowski, ojciec Stanisława, posiadał dwie niewiel­
kie wioski: Suszyce (sześciu chłopów, trzy zagrody i karczma),
dziś północna część Włocławka, przylegająca do Wisły (ulica
Suszycka), oraz Ruzowska (v. Rusowska, v. Rudzowska, v.
Różowska), dzisiaj zwanego Rudusk, nad rzeką i jeziorem Ruziec,
par. ruska (wieś Ruże). Z tytułu tych własności zarówno ojciec,
jak i syn korzystali z nazwisk: Suszycki, Ruzowski. Ale o trwałych
więzach z Murzynowem może świadczyć to, że pozostali ostate­
cznie przy nazwisku rodowym, Murzynowski, lub — kiedy
korzystali z nazwiska Suszycki —zaznaczali, że pochodzą z Murzynowa (Stanisław Murzynowski, pisząc list z Rusowska
w 1549 r. do księcia Albrechta w Królewcu, podpisał się
„Stanisław Suszycki z Murzynowa, szlachcic polski" i wycisnął
pieczęć z herbem Ogończyk, mającą inicjały S. M.! (Por. Stanis­
ław Murzynowski, Historyja żałosna a straszliwa o Franciszku
Spierze oraz Ortografija Polska, opracowali Janusz Małłek i Fran­
ciszek Pepłowski, Pojezierze Olsztyn 1974 (wyd. drugie 1986), s.
XVIII, XX i 101; Antoni Biliński, Szlachta ziemi dobrzyńskiej za
ostatnich Jagiellonów. Studium historyczno-heraldyczne. War­
szawa 1932, s. 115—116 i 178; Adolf Pawiński, Polska XVI
wieku pod względem geograficzno-statystycznym, t. I, War­
szawa 1883, s. 285 (Źród/a dziejowe, 1.12—13); Zenon Guidon,
Jan Powierski, Podziały administracyjne Kujaw i Ziemi dobrzyńs­
kiej w X///-X/V wieku, Warszawa—Poznań 1974, ryc. 2; Z.
Guidon, Mapy ziemi dobrzyńskiej w drugiej polowie XVI wieku. I.
Podziały administracyjne, II. Rozmieszczenie własności ziems­
kiej, Toruń 1967, s. 66
W każdej z trzech rodzinnych miejscowości, Stanisław Murzy­
nowski miał okazję poznać społeczność rybacką. W Murzynowie
i Suszycach mógł też obserwować żywioł wiatru i burzy na dużej
wodzie. Śledząc zaś wątki twórczości Murzynowskiego (najsil­
niej ujawnione w Historji żałosnej a straszliwej) odnosimy
wrażenie, że autor należał do głęboko refleksyjnych, wrażliwych
osobowości, dla których pojęcie zaufania (rozumianego naj­
szerzej) oraz roli Opatrzności w życiu osoby, stanowiło jedno
z najistotniejszych zagadnień etyczno-religijnych. Cud na Jezio­
rze Genezaret dotyczy tych właśnie zagadnień.
Cud na Jeziorze Genezaret poprzedza: Uciszenie burzy, który
wykorzystuje Jezus do wypowiedzenia słów: „Czemu bojaźliwi
jesteście, małej wiary?" (Mat. 8,23—27 oraz Mk 4,35—41 i Łk 8,
22—25).
Por. Blaise Cendrars, Gwiezdna wieża Eiffla (Nowy patron
lotnictwa), PIW, Warszawa 1971
Sytuację tę (społeczno gospodarczą wsi) uściślają miana,
Kiełbiki i Uklejki, nadawane murzynowiakom przez sąsiadów.
Aleksander Bruckner, Słownik etymologiczny języka pol­
skiego. Wiedza Powszechna, Warszawa 1970, s. 280
K. Podlaszewska, op. cit., s. 556—557
S. Rospond, Kultura języka..., a także inne prace tego
uczonego wymienione w przypisie 1. Reprodukcja pierwszej
strony Evangelii... w przekładzie Stanisława Murzynowskiego
często jest wykorzystywana w specjalistycznych opracowaniach
bibliotekoznawczych. Por. Słownik pracowników książki pol­
skiej, op. cit.; Drukarze dawnej Polski od XV do XVIII wieku,
opracowały Alodia Kawecka-Gryczowa oraz Krystyna Korotojowa, tom 4, Pomorze, Wrocław—Warszawa—Kraków, Ossoli­
neum 1962
J . Małłek i F. Pepłowski, op. cit., s. XXXII i następne,
dotyczące fonetyki, słowotwórstwa, fleksji, składni, słownictwa
3

3

4

6

6

7
8

9

i frazeologii (s. XLIX) oraz samego tłumaczenia — warsztatu
językowego, z jakiego korzystał Murzynowski.
Tamże, s. XXVI i XXVIII—XXXI
Tamże, s. XXIV.
Posiadamy w Polsce tylko 4 egzemplarze Nowego Tes­
tamentu Zupełnego, dwa w Warszawie (w tym jeden niekomplet­
ny). Biblioteka Narodowa, Plac Krasińskich, sygn. XVI Qu 6471
i XVI Qu 218 (bez pierwszych kart), mikrofilm 4067. Pozostałe
dwa znajdują się w Krakowie w Bibliotekach Uniwersytetu
Jagiellońskiego i Czartoryskich.
Dzieło wyprzedzające dokonania Jakuba Wujka o 40 lat!
pozostawało do 1906 roku uznawane za pracę Jana Seklucjana,
protestanta, groźnego inowiercę itd. Stanowiło zaś rezultat
zdumiewającej do dziś aktywności twórczej młodego Stanisława
Murzynowskiego. Wiedzę tę zawdzięczymy nieprawdopodobnej
dociekliwości, ks. I Warmińskiego, autora księgi: Andrzej Samuel
i Jan Seklucjan, Poznań 1906
Robert Musil, Trzy kobiety. Przełożyła Walentyna Kwaśniakowa, Czytelnik 1963, s. 58, 92
Żadne ze znanych mi opracowań europejskiej sztuki ludowej
(religijnej) nie ujawnia podobnego kultu. Prace najbardziej
kompetentnych w tej dziedzinie autorów, Richarda Andree oraz
Rudolfa Krissa, Huberta Krissa-Heinricha (Retenbecka), nie
dostarczają danych, pozwalających na weryfikację przedstawio­
nego poglądu.
Por. Halina Horodyska-Sadowska, „Kobyli"Kościół w Roki­
ciu. Wędrówki dialektologiczne po Mazowszu, „Notatki Płockie",
1968, nr 5, s. 18—19; Artur K. F. Wołosz, Romański kościół p. w.
św. Małgorzaty w Rokiciu, „Notatki Płockie", 1989, nr 1, s. 17—24
Mimo ofiarowania przez Stanisława i Zbigniewa Małkows­
kich ponad 70 kg złomu, mosiądzu i srebra, dzwony otrzymały
imiona nie ofiarodawców, lecz patronów kościoła w Rokiciu,
świętych Piotra i Pawła, oraz (dzwon drugi) Wacława (imię
proboszcza, Gałęzy).
Usunięto również elementy barokowego i późniejszego
wystroju kościoła, ambonę, liczne feretrony oraz dwa boczne
ołtarze z XIX-wiecznymi obrazami na płótnie św. Małgorzaty
(obraz w ołtarzu północnym) i Przemienienia Pańskiego (obraz
w ołtarzu południowym). Pozostał — jako zasłona — w ołtarzu
głównym (wschodnim) obraz, przedstawiający Matkę Boską
z Dzieciątkiem, trzymającym różaniec. Eksponowany jest od ok.
10 lat — w jedynym ołtarzu, głównym — obraz-kopia. Matki
Boskiej Częstochowskiej!
Wypowiedź Józefy Torbickiej, wdowy po kościelnym, ś.p.
Kazimierzu.
Por. „Katalog Zabytków Sztuki w Polsce", t. XIII, z. 7, Pow.
krośnieński, Krosno, Dukla i okolice, opracowanie Ewa Snieżyńska-Stolotowa i Franciszek Stolot, Warszawa 1977, s. 76, il. 231;
tamże, t. XI, z. 3. Dawne województwo bydgoskie, Bydgoszcz
i okolice, opracowali Tadeusz Chrzanowski i Marian Kornecki,
Warszawa 1977, s. 52, il. 127
Mat 14, 30—31 według Pisma Świętego Starego i Nowego
Testamentu, Pallottinum Poznań—Warszawa 1980
Przypuszczenie to wspierają, znajdujące się na strychu
plebanii w Rokiciu liczne obrazy, które usunięto wkrótce po
wojnie z wystroju kościoła. Najbliższe stylistycznie obrazowi
Gałęzy jest Przemienienie Pańskie, obraz pochodzący z dawnego,
południowego ołtarza rokickiego kościoła.
Ostatnią osobą, pamiętającą istnienie w Murzynowie dwor­
ku Murzynowskich (skromnego, dwuizbowego z sienią, par­
terowego, budynku drewnianego) i tym samym, prastarego rodu
szlachty polskiej, był niedawno zmarły Henryk Gurdziński (ur.
1905 г.). Swą wiedzę o lokalizacji dworku, a nawet głębokiej,
cembrowanej studni, a także owczarni dworskiej (dziś Mazowie­
ckie Obserwatorium Geograficzne WGiSR UW oraz piekarnia
Zenona Żuka) zawdzięczał babce, chłopce pańszczyźnianej.
Według danych, pochodzących z Akt Osobowych, Archiwum
Rokickiego (obecnie Diecezjalnego w Płocku) — Księga urodzin,
zaślubin i zgonów, 1758—1783, Murzynowscy opuścili wieś,
kiedy przeszła ona na własność dworu w Siecieniu. Od tego
momentu postępował nieubłaganie proces zapominania we wsi
o dworze, o swych „panach", potomkach rycerzy, Piotrze i Pawle,
Ogonach.
Evangelia..., capitulum XIII, karta LXVIII, verso i LXIX recto.
W nawiasach umieściłem uściślenia, znajdujące się na mar­
ginesach tych kart.
10
11

13

13

14

15

16

17

18

19

2 0

31

2 2

3 3

Fot.: Autor - il. 1, Witalis Wolny - il. 2-4

17
1

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.