Pożegnania ; Wspomnienia ; Sprostowania / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1997 t.51 z.1-2

Item

Title
Pożegnania ; Wspomnienia ; Sprostowania / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1997 t.51 z.1-2
Description
Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1997 t.51 z.1-2, s.215-224
Creator
Jackowski, Aleksander; Kamieński, St. Zbigniew; Kutkowski, Jerzy; Sokól, Lech
Date
1997
Format
application/pdf
Identifier
oai:cyfrowaetnografia.pl:3481
Language
pol.
Publisher
Instytut Sztuki PAN
Relation
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3704
Text
POŻEGNANIA
WŁADYSŁAW RZĄB - B A Z Y L I A L B I C Z U K - L U D W I K WIĘCEK
BRONISŁAW K R A W C Z U K - HALINA DĄBROWSKA
MARIANNA WIŚNIOS

Przed dwoma laty w związku z przygotowywaniem do
druku Sztuki zwanej naiwną pisałem do wszystkich bohaterów
książki, aby w ten sposób dowiedzieć się, czy są, pracują,
chorują. Odchodzą bowiem tak cicho, jak i cicho żyją. Sami
nie zawiadamiają, że ich już nie ma, a rodzina po cóż miałaby
kogoś niepokoić. Dopiero teraz, w związku z promocją
książki, dowiedziałem się, iż w wieku 85 lat zmarł 13 sierpnia
1992 r. w Zgierzu WŁADYSŁAW RZĄB, człowiek wielkich
uczuć, serdeczny i bolesny, nie doceniony przez środowisko
łódzkie, choć jego wystawa w BWA (1988 r.) na pewno nie
była gorsza od dziesiątka innych. Tylko, że Rząb był poza
Związkiem, bez studiów plastycznych. Więc z założenia
gorszy. Do tego był niemodny. Nawet nie chciał zmienić swej
„osobowości", nie zamierzał zafundować sobie nowego nosa,
nie obwodził sznurkami przestrzeni, nie przykrywał domów
filcową narzutą. Malował ekspresyjnie, z dużym wyczuciem
koloru. Przedstawiał smutne, żałosne życie ludzi, nie upięk­
szone nadzieją czy fantazją. To nie przypadek, że grał na
skrzypcach, wyśpiewywał na
nich swoje zmartwienia, stany
duszy. W muzyce uczucie jest
naturalne, zwłaszcza gdy się je
wyraża długą frazą smyczkowe­
go instrumentu. Ale to uczucie
znajdziemy także w jego obra­
zach, domorosłego Van Gogha,
malarza, któremu świat rozdzie­
rał serce.

raz, nawet gdy mówił, że tylko podziwia, prosił - gdyby
mistrz kiedyś... Albiczuka ogarniał popłoch. Dawniej malo­
wał dla siebie, tak jak ptak śpiewa. To było jego myślenie,
odczuwanie, przeżycie świata. Nie śpieszył się, odstawiał na
rok zaczęte płótna, żył ze świadomością ich istnienia. Świat
w jego obrazach stawał się piękny, dostojny, jak Raj przedadamowy. Przyroda widziana jak przez kryształową szybę,
podpatrzona w swej harmonii i krasie, przeciwstawiona
ludzkim upadkom i podłościom.
Pamiętam ostatnią wizytę u Niego.
Pojechałem z bardzo mi drogą koleżanką, której chciałem
pokazać Albiczuka, wiedziałem, że zrobi na Niej wrażenie.
Nagrywała to, co mówił, fotografowała, a on rozbrojony jej
bezinteresowną serdecznością wyraźnie się cieszył z naszej
wizyty. Ale i wtedy użalił się, gdy wyszliśmy sami na dwór, że
nie umie sprostać zobowiązaniu. Młodzież pomogła mu
zbudować dom. Pieniądze, duże, dał Ludwig Zimmerer.
Czułem rozterkę Bazylego. Kochał tego Niemca za jego

Widziałem go ze trzy lata te­
mu. Cieszył się, że jego obrazy
pokazało Muzeum Okręgowe
w Radomiu, że kupują, interesują
się nim. Pożegnaliśmy się ser­
decznie, odprowadził mnie do
pociągu, długo machał dłonią.
Jak się okazało, na zawsze.

22 lipca 1995 r. zmarł mając
86 lat, drogi mi B A Z Y L I A L ­
BICZUK. Odchodził od ludzi,
męczyli go, męczyły prośby, na­
wet słowa zachwytu. Oczywiście
cieszyły, ale przede wszystkim
krępowały. Ty mi dajesz dobre
słowo, a co ja mogę dać tobie?
Każdy chciał od niego kupić ob-

Wtadysław R z ą b , Wkruchcie

dobroć, entuzjazm, serdeczność,
ale to go tylko zobowiązywało
- świadomość, że jeszcze i jemu
winien był namalować kilka ob­
razów, teraz już pani Karinie.
A już nie mógł, nie chciał. Daw­
na radość i ukojenie przerodziło
się niepostrzeżenie w przeciw­
ieństwo. Dręczyły go te obrazy
do namalowania, obrazy z obo­
wiązku. Bał się listów, długo ich
nie otwierał, niechętnie odpisy­
wał. Krótki list - a dzień, dwa
wyrzucone z życia. Trudno na­
wet to zrozumieć, ale tak było.
Silnie przeżywał każde napisane
zdanie. Jak je wyważyć? Jak
odmówić? Bardzo go to męczy­
ło.
Gdy wieczór nadchodził brał
do ręki skrzypce, grał. Nieraz,
gdy go nikt nie widział, grał
chodząc po polach, albo wśród
krzewów i kwiatów w swoim
ogrodzie. Kiedyś go pielęgno­
wał, sprowadzał byliny, hodował
kwiaty, ale później pozwolił mu
starzeć się, zarastać chwastami.
Starzeli się razem, ogród i on.

215

Ogród, który traktował jako swoistą prefigurację swego
stosunku do świata, do losu. Każde wyjście z kręgu, który
sobie stworzył, męczyło go. Ale dostawał nagrody, więc jechał
do miasta, a i miasto czasem przyjeżdżało do niego. Rozumiał,
że niczego nie ma za darmo, więc z bólem, ale rozstawał się
z najbardziej cenionymi obrazami, opowiadał mi z goryczą, że
któryś dał wydziałowi Kultury, ale zabrał go do swego domu
sekretarz partii. A może przewodniczący Rady Narodowej.
Starał się pozostać z dala, żyć we własnej, bogatej, wręcz
intensywnej samotności. Tyle w swoim życiu widział, że
świadomie wybrał samotność, żywot pustelnika.
Twarz miał subtelną, piękną porytą zmarszczkami dobra
i zadumy.
Spoczął, jak chciał, na miejscowym cmentarzu prawosław­
nym w Dąbrowicy.
28.05.1995 r. zmarł w szpitalu gorlickim L U D W I K WIĘ­
CEK. Kaleki, wiejski pastuch, o wielkiej ciekawości świata
i o wyobraźni dziecka. Malarz, ostatni już z tego kręgu
twórczości, który znaczą nazwiska Nikifora i Heródka.
Maleńki, słabowity, tylko oczy miał ogromne, błyszczały
z zadziwiającą intensywnością. Ciekawe świata, uważne na
wszystko, zwłaszcza na szczegół. W swych obrazach, lśnią­
cych lakierem, niewielkich, które mógł łatwo wzrokiem
ogarnąć przedstawiał świat widziany i swoje wersje obrazów
dawnych mistrzów. Zresztą i w jednym i w drugim przypadku
tak zwana rzeczywistość go nie krępowała. Sztafaż obrazów
wzbogacał bliskimi sobie elementami architektury, a przede
wszystkim wyobrażeniem ptaków. Te ptaki, ogromne, ciężkie
siedzą na pieńkach, gałęziach, a zwłaszcza na szczytach
górskich. Więcek umieszcza je gdzie może. Ptaki są wolne,
latają dokąd zechcą podejść je
trudno, a przy tym nie są tak
złośliwe jak psy, które nieraz
dziabnęły i oszczekały niezdar­
nego pastucha. Należą więc do
świata fantazji a nie do przyziem­
nej realności krów, świń czy gęsi.
Więcek uwielbiał reprodukcje
dawnego malarstwa. Jego „ko­
pie" zwłaszcza te, w których sta­
rał się pozostać wiernym orygi­
nałowi zachowują układ pierwo­
wzoru, ale tam, gdzie rozwiąza­
nie malarskie wydaje się zbyt
obce, czy trudne, Więcek rytmizuje drobne elementy, upraszcza
rysunek, zastępuje obcą bryłę bu­
dynku swojską, ale bezbłędnie
zachowuje równowagę obrazu,
harmonię elementów. Te kopie
mają dla nas wiele wdzięku, wła­
śnie dzięki autentycznej naiwno­
ści malarza. Na jego przykładzie
wyraźnie można dostrzec różnicę
między naiwnością a sztuką dzie­
cka, w obrazach Więcka trudno
dostrzec tak piękną u dzieci śmia­
łość rysunku, wigor koloru, roz­
mach, zabawę. Więcek jest sta-

216

ranny, poważny, nawet kiedy maluje coś, co go bawi. Ze
sztuką dzieci wiąże go fantazja, sposób myślenia, bycia. Nie
cierpiał pasania krów, był słaby, wątły, zaś zwierzaki ciężkie,
duże i rogate, wyrzucał więc gospodarzowi, że je hoduje. Twój
brat - tłumaczył - jest mądrzejszy, samochodem jedzie do
sklepu i kupuje mleko, a ty musisz trzymać te paskudne krowy.
A kiedyś, gdy zobaczył turystę z plecakiem też zapragnął
zostać turystą. Gospodyni, wielkiej dobroci kobieta, dała mu
plecak, zapakowała rzeczy, jedzenie, pomogła włożyć go na
plecy, no i Więcek wyruszył w podróż. Daleko nie uszedł, do
krzyża na skraju Wilczysk. Bo i dokąd miał iść? po co? Nie
łatwo być turystą, doszedł do wniosku Więcek, i wrócił do
swych gospodarzy.
Czy jeszcze będą się formowali tacy wiejscy odmieńcy jak
Nikifor, Heródek i Więcek? Czy telewizja, kontakt z cywiliza­
cją nie zabiją w nich świata naiwnej wyobraźni? Czy nie
narzucą łatwych wzorów na wyrażenie spraw dziwnych,
strasznych i tajemnych? Czy będą sami szukali środków na
wyrażenie radości, bólu czy strachu w malowanych postaciach
- mając proste wzory rysunkowych filmów czy reklam?
Oby wiam się, że Ludwik był już ostatnim z plejady wzruszają­
cych wiejskich artystów, samotnych w swym środowisku,
rozpiętych między ziemią, na której tak trudno żyć, a niebem,
które daje nadzieję szczęścia i ukojenia.
Zmarł otoczony opieką swych gospodarzy, państwa Krzysztoniów, którzy chorego, kalekiego malarza i pastucha
uszanowali i traktowali jak bliskiego członka rodziny.

BRONISŁAW KRAWCZUK (24.12.1935-2.10.1995 r.)
Mój drogi Bronek. Niszczał, tracił chęć życia, czuł się coraz
bardziej obcy - na Śląsku, w do­
mu, na tym świecie. Cierpiał,
zwłaszcza po śmierci Gienia, sy­
na, który był jego nadzieją i ra­
dością. Od kiedy go pamiętam
jeździł z nim, byli wszędzie
gdzie ogłaszano jakiś konkurs.
Wzdychano ciężko, kiedy się po­
jawiali - zawsze uśmiechnięci,
on krępy, szeroki, o okrągłej
twarzy, Gienio mały, krępy, nie
wyrośnięty. Taszczyli obrazy
i wiadomo było, że sprawa pier­
wszych nagród jest załatwiona.
Inni amatorzy sarkali, jurorzy
czuli się niezręcznie, to jak? póki
oni malują nikt już pierwszej
nagrody nie dostanie? Ale nie
przyznać też było trudno. Nie­
możliwe. Więc szukano wybie­
gów - im za całokształt pracy,
lub nagrodę specjalną. Byli
świetni. Zawsze razem. Później
Gienio przestał malować, zajął
się złotnictwem. Ale był... Dla
Bronka malowanie stało się po­
ciechą, tym, co go trzymało
w chwilach ciężkich, w życiu
Marianna Wiśnios. Chrystus
zmartwychwstały,
coraz okrutniej go doświadczatempera, papier

jącym. Nigdy nie czuł się pewnie na Śląsku, za późno
przywędrował ze Wschodu, z rodzinnego Podola. Zdradzał go
akcent, pięknie rozlewna mowa, zdradzała twarz, ciepła,
łagodna, szeroka i krągła jak słońce na dziecięcych obrazkach.
W zadymionym krajobrazie malował pejzaże lat dziecinnych,
wyrwany, wykorzeniony - jak miliony ludzi, których życie
pozbawiło po wojnie ziemi rodzinnej. Później przyszły
nowe uderzenia losu, starszy syn, w przededniu wyjścia
z wojska, zginął. Jak? Tego rodzicom nie chciano powiedzieć.
Zalutowaną, metalową trumnę żołnierze przywieźli na cmen­
tarz. Powiesił się, usłyszeli w jednostce. Nie mogli uwierzyć.
Był zaręczony, radosny, pod wieczór telefonował, by mu
zarezerwowali stolik na dancingu. A rano już nie żył. Co się
stało? Lepiej wiedzieć, niż tak lata borykać się z własną
wyobraźnią.
A potem córka związała się z narkomanem. Widział jak
w oczach się zmienia, niszczy. Odwykówka, Monar - i znów
kompot, w domu robiony. Zaczął więc pić. A kiedy pił
wylewał swe żale. Swoim, ale i sąsiadom. W końcu obcym,
inaczej czującym, reagującym. Może, gdyby pił ze swojakami
byłoby mu lżej, teraz zaczął coraz ostrzej odczuwać swoją
inność. Do tego wręcz demonstracyjnie angażował się po
stronie „Solidarności", malował ogromne obrazy z tłumem
demonstrujących ludzi, Polonez, As-dur Chopina, grany przez
Artura Rubinsteina na tle Placu Zamkowego w Warszawie,
tryptyk z Pomnikiem Poległych Stoczniowców w centrum,
przejmujące Ukrzyżowanie na tle falującego mrowia ludzi.
Przyszedł strach: internują, wsadzą do więzienia, zbiją
- więc tłumił ten strach pijąc. Coraz więcej. Zaczął wyM. Wiśnios. Ukrzyżowany

M. Wiśnios. Ukrzyżowany

przedawać kolekcję śląskiego malarstwa naiwnego, a miał
dobraną znakomicie. Tłumaczył - przeszkadza w malowaniu,
ale pewnie ważniejsze było gromadzenie pieniędzy na uspa­
kajający nałóg. Malował zresztą coraz mniej.
Śmierć ukochanego Gienia załamała go zupełnie. Zaczął
oddalać się od świata. Malował obrazy o głęboko przeżytych
treściach religijnych, wstrząsający i jakże mu bliski w bólu
tryptyk poświęcony ks. Jerzemu Popiełuszce, Syberię: ludzi,
jak pieńki drzew, zamarzniętych, pogrążonych w śniegu.
Dostał za te dwa obrazy I nagrodę na wystawie Talent - pasja
- intuicja w Katowicach. To było tak niedawno...
Nocowałem u niego, rozmawialiśmy do późna, wiedział,
czym była w moim życiu Syberia, więc chciał mi dać swój
obraz. To był odruch serca. Wzruszył mnie, ale obrazu nie
przyjąłem, chciałem, by został w jakimś muzeum.
Bronek zmienił się od czasu poprzedniego naszego spot­
kania. Miał brodę, obfity skudłacony zarost. Tylko oczy
błyszczały mu gorączkowo. Gdy pił, przypominał oszalałego
proroka. Czułem, że to koniec tej jego drogi przez mękę. Czy
się jeszcze zobaczymy? Uścisnął mnie na pożegnanie, długo
machał ręką na peronie. A jednak, kiedy się dowiedziałem, że
odszedł, boleśnie to odczułem, żałowałem, że mnie nie
powiadomiono. Chciałem być z nim w tej ostatniej chwili
ziemskiej wędrówki. Ale może lepiej, że nie byłem.
Oszczędzone mi zostało gorszące widowisko, miejscowy
ksiądz obrzucił Bronka wyzwiskami. Uznał - jego, uducho­
wionego, pięknego, naznaczonego stygmatem cierpienia, za
przykład zła, do którego prowadzi alkohol. Potraktował go jak
wyrzutka, przestrogę dla innych.

217

Jak pięknie, że ostatnim księdzem, z którym Bronek
obcował przez wiele dni, z czcią i pokorą go malując, był
ojciec Jerzy. Mądry, szlachetny, przepełniony chrześcijańską
miłością. Tą miłością, której tak był spragniony Bronek.
Pochowano go, jak chciał, tuż obok Gienia, na tym samym
gliwickim cmentarzu.

H A L I N A DĄBROWSKA (17.01.1925-20.10.1996). Więc
i ona... jeszcze jedna bohaterka mojej książki, świetna malar­
ka, piękny człowiek. Nie mogę zapomnieć słów księdza
Twardowskiego: „Spieszmy się kochać ludzi, tak prędko
odchodzą". Może coś przeczuwała, parę razy pisała, prosiła
bym przyjechał, przygotowała dla mnie obraz. Przyjęła mnie
serdecznie, otoczona zwierzętami, we wnętrzu zapełnionym
obrazami. Chciała mi dać taki, który lubiła, żebym miał po niej
pamiątkę. Wtedy tego nie zrozumiałem, zresztą obiecałem, że
wkrótce przyjadę na dłużej. Nie zdążyłem.
W ostatnich latach malowała niewiele, tkała, zajmowały ją
psy i koty, ogród, za którym rozpościerał się wyjątkowej urody
pejzaż, z widniejącym w oddali zarysem gór. Czuła się dobrze
w swojej samotni, mimo odcięcia od rodziny, przyjaciół,
krakowskich ulic, widoków Kazimierza. Łękawica, w której
osiadła przed 18 laty, stała się miejscem, w którym zapominała
o bolesnych doświadczeniach życia, które dawniej - w Krako­
wie - odreagowywała w swym malarstwie. Lekarz, humanista,
uformowana w kręgu prof. Antoniego Kępińskiego, a później
„Bebka" - doktora Jana Mitarskiego, uprawiała swój zawód
lekarza - psychiatry świadomie, z głębokim zaangażowaniem,
ale bez sentymentalizmu. Wrażliwa na krzywdę widzianych
codziennie chorych dzieci, a także starych ludzi i zwierząt, aby
zachować wewnętrzną równowagę musiała znaleźć sposób
rozładowania napięć. Zaczęła malować, początkowo dla
siebie, później - po namowach przyjaciół - oficjalnie, na
wystawy, konkursy. Przyjęto ją do Związku Polskich Artys­
tów Plastyków. Od razu mnie o tym powiadomiła (kartka z 17
czerwca 1976 r.) „Spieszę donieść o miłej dla mnie nie­
spodziance. Po raz pierwszy wystawiłam oficjalnie, jako
zawodowy plastyk, członek ZPAP na Konkursie „Kraków-76"

218

z 3 obrazami - i dostałam pierwszą nagrodę. Strasznie się
cieszę!"
W swych obrazach przedstawiała smutne, szare ulice,
odrapane ściany rozwalających się domów, starych, niezgrab­
nie poruszających się ludzi. Znajdowała w tym dystans wobec
cierpień, z którymi codziennie się stykała. Ale widząc dzieci
- malowała zawsze ludzi starych. Im współczuła przede
wszystkim: „Bardziej mi żal starych ludzi, pisała, niż dzieci,
nawet upośledzonych. Co starzy mogą mieć? Wiarę w życie
pozagrobowe? Nic, nic. (...) Ciągnie mnie realizm, malowanie
tego, co boli ludzi, stare zmurszałe mury Kazimierza, ślepca
z białą laską.
Malowanie to najcenniejszy dar, jaki mogłam otrzymać od
losu. Daje szczęście, nawet prymitywną możliwość odreago­
wania. Odchodzi wtedy zmęczenie, złość. Jako lekarz byłam
bezsilna - malując jestem wszechwładna."
Malowanie pochłaniało ją coraz bardziej, kupiła domek
w Łękawicy, przeniosła się tam z Krakowa. Mieszkała z dala
od rodziny i przyjaciół, z ukochanymi zwierzakami, zwłasz­
cza czarną, kudłatą Mikusią, którą często portretowała na tle
rzeki, widniejących w oddali gór, krzewów. Wyzwalała się
z presji stanów ducha, wnikliwie obserwując otaczającą
przyrodę, arabeskę gałęzi, strukturę kwiatu.
Zaczęła od realizmu, który zdawał się przypominać malars­
two naiwne. Pracowała nad sobą, uczyła się obserwując
przyrodę. „Nie przygnębia mnie, gdy robię coś źle, bo wiem,
że będę dalej malowała. Osiąga się cele etapowe. Świado­
mość, że się czegoś nauczyło, choć wie się, że do celu nigdy
nie dojdzie."
Ta postawa, te słowa wyraźniej, niż obrazy, pokazują
zasadniczą różnicę między artystą naiwnym, a świadomym.
Naiwny nie ma wątpliwości, nie wie, czego nie wie.
Dąbrowska: „Pogodziłam się już ze swoim stylem, ale
dłuższy czas nie mogłam się pogodzić. Próbowałam malować
szerszą plamą, ogólną, deformować, ale to było paskudne
i zniechęciłam się. Zazdroszczę naiwnym..."
Laikom wydaje się, że to artysta, i tylko on tworzy swoje
dzieła. Dąbrowska miała świadomość nie tylko ograniczeń,
ale i zdeterminowania - bywało, że obrazy ją zaskakiwały,

sama się z nich uczyła. Wizja malarska, tematyka, klimat prac
- to było jakby poza zasięgiem jej woli. Dane przez naturę,
osobowość.
Czym bardziej żyła pięknem Łękawicy, domową krzątani­
ną, zwierzętami, tym bardziej pogodne stawały się jej obrazy.
We wstępie do katalogu wystawy w krakowskiej DESIE (1974
r.) zauważyła: „...człowiek musi coś tworzyć. Coraz bardziej
w dodatku samotny w coraz* bardziej zatłoczonym, skłębio­
nym, przyśpieszonym świecie - znajduje czasem azyl, moż­
ność wypowiedzenia swego światopoglądu, odnajduje siebie,
odnajduje chyba coś zbliżonego do szczęścia - w twórczości
być może nikomu - poza nim samym - niepotrzebnej.
Ale i potrzeba kontaktu ze swoim gatunkiem jest w człowie­
ka wpisana. Dlatego próbuje swoim językiem, mową swojej
twórczości kontakt ten nawiązać. Dlatego pokazuje swoje
obrazy."
Dlaczego mi dała swój obraz? Czy tylko z wdzięczności za
przyjaźń, czy też i z nadzieją, iż człowiek nie odchodzi
całkiem, póki tli się pamięć o nim. Póki istnieją widome ślady
jego istnienia, pracy, talentu. Patrzę na jej obraz - para
staruszków powoli, spokojnie odchodzi w dal. Jeszcze ich
widzę.
Aleksander Jackowski

O MARIANNIE WISNIOS
24 października ubiegłego roku zmarła Marianna Wiśnios,
jedna z największych polskich współczesnych artystek ludo­
wych. W metryce zapisano, że urodziła się w 1909 r., ale sama
podawał często rok 1914 jako rok urodzin, mówiła, że przyszła
na świat w czasie wojny, w lesie, w huku armat. Przez całe
niemal życie mieszkała w rodzinnej chacie we wsi Rataje koło
Wąchocka, na skraju Puszczy Świętokrzyskiej. Opowiadała,
iż rysowanie pociągało ją od najmłodszych lat, rysowała
węglem na bielonych ścianach, na deskach chałup i stodół,
wspominała nawet o rysowaniu kijem na zroszonej o świcie
trawie.

Od dziecka pracowała w gospodarstwie rodziców, ukoń­
czyła tylko dwie klasy szkoły powszechnej, a po wyjściu
z domu rodzeństwa i tragicznej śmierci ojca, pomagała matce
- „byłam za chłopa" mówiła sama o swojej ciężkiej pracy.
Wtedy już nie rysowała, wyszła za mąż za fryzjera ze
Starachowic, którego poznała na odpuście w Ratajach. O za­
miłowaniu z lat dzieciństwa przypomniała sobie, pomagając
starszemu synowi w lekcjach z rysunku w szkole, pod koniec
lat 40-tych; wówczas zaczęła malować dla siebie, z przyjem­
ności i wewnętrznej potrzeby, kryjąc się z tym przed wsią
i mężem, nieakceptowana i wykpiwana, uchodząca w oczach
otoczenia za dziwaczkę. Dopiero po śmierci męża w 1966 r.
zaczęła więcej malować, robiła to po zakończeniu prac
gospodarskich wieczorami i nocami przy lampie naftowej, na
stojąco, aby lepiej ogarnąć wzrokiem płaszczyznę papieru.
Nigdy nie zostawiała obrazu niedokończonego, nie przerywa­
ła pracy, dopóki obraz nie był gotowy; malowała w skupieniu,
wtedy gdy nikt nie mógł już jej przeszkadzać i wówczas
zapominała niemal o świecie, pracowała w zapamiętaniu
i uniesieniu, jakby w transie. Zdarzyło się, że nie poznała
później fragmentu swojego obrazu, sądziła, że ktoś go
poprawił (z korzyścią dla dzieła).
Malowała akwarelami, plakatówkami, ale i wszystkimi
dostępnymi farbami, na pakowym papierze, na czystej stronie
tapet, później na kartonie; jeśli brakowało papieru, zamalo­
wywała arkusze gazet. Zamiast pędzli używała własnoręcznie
robionych tamponów z materiału, ze starego plastra na
reumatyzm. Wymogi technologiczne nie miały dla niej
żadnego znaczenia, aby uzyskać większe nasycenie barw
łączyła farby z kredkami i flamastrami, mieszała ze sobą farby
wodne z olejnymi. Nie zwracała uwagi na to, czy stół jest
czysty, obrazy mają często tłuste plamy, pozaginane rogi,
wystrzępione krawędzie. Malowała przeważnie tematy reli­
gijne, wśród nich głównie sceny pasyjne; temat Chrystusa
ukrzyżowanego i złożonego do grobu powtarzała setki razy.
Korzystała z gotowych wzorów ikonograficznych, którymi
były najczęściej tzw. „święte obrazki", na tej podstawie
wypracowała własny schemat przedstawienia, kalkę, którą
potem powielała, tworząc kolejne wersje tematu. Po latach

M. Wiśnios, 1974

219

owe kalki od częstego przerysowywania ulegały zniszczeniu,
rozpadały się, nieliczne, które ocalały można uznać, pomimo
ich oczywistego charakteru matrycy do kopiowania, za dzieła
pełne wyrazu i głębokiego przeżycia. Artystka powtarzała
wielokrotnie i inne tematy: upadek Chrystusa pod krzyżem,
modlitwę w Ogrodzie Oliwnym, Zwiastowanie, Matkę Boską
z dzieciątkiem, Trójcę Świętą, świętego Franciszka z ptasz­
kami i zwierzętami, świętego Rocha (kapliczka tego świętego
znajduje się koło Wąchocka), świętego Pawła (to imię nosi
starszy syn artystki), świętą Barbarę, świętą Zofię z córkami.
Nieco inna za każdym razem kolorystyka oraz niewielkie
zmiany i różnice formalne w kolejnych wersjach jednego
tematu powodują, że obrazy stają się niepowtarzalne, choć na
powtarzalności tych samych motywów oparta jest twórczość
Marianny Wiśnios.
Artystka malowała też obrazy świeckie, ulubionym i naj­
częściej powielanym tematem jest tzw. Legenda Gór Święto­
krzyskich; inspirowały ją pieśni żołnierskie, ludowe przyśpie­
wki, piosenki i rymowanki, których mnóstwo znała na pamięć,
nawet jeśli były długie i zawiłe. Zarówno w pracach o tematy­
ce sakralnej jak laickiej, w tle scen pojawiają się pejzaże,
wcześniej rozbudowane, bogatsze, z czasem proste i schema­
tyczne, a także swoiście przedstawiona architektura: mury,
ściany i fasady domów, zamki, pałace, kościoły ze znakomicie
przeprowadzonymi podziałami na proste formy geometrycz­
ne. Są to często rozwiązania niemal abstrakcyjne. W nie­
których pejzażach można dostrzec gwałtowne różnice terenu,
wzniesienia, wypiętrzenia i głębokie zapadliny; widoki niby
fantastyczne, wizyjne niemal, ale niedaleko domu Marianny
Wiśnios w Ratajach przebiega bardzo piękny i malowniczy
wąwóz, który artystka musiała przecież znać od dziecka. Ten
wąwóz kojarzy się z wieloma pejzażami na jej obrazach.
Bliskość pól, lasu, nieba musiała mieć wielki wpływ na
kształtowanie się artystycznej osobowości Marianny Wiśnios,
dla której natura była akademią sztuk pięknych rozbudzającą
jej wrażliwość na kształty i barwy, uczącą zestawień formal­
nych i kolorystycznych. Lubiła zwierzęta: krowy, psy, koty,
ptactwo domowe, bociany, szczególną sympatią darzyła ko­
nie, bolała nad ich ciężkim, często strasznym losem u chłopów
na wsi, wielokrotnie przedstawiała je na swoich obrazach
i mówiła o nich zawsze z miłością i współczuciem. Opowiada­
ła, że kiedy była kilkunastoletnią dziewczyną koń, na którym
jechała przestraszył się, skoczył i zrzucił ją, spadła pod jego
kopyta i od tamtego czasu miała złamany nos.
Wzruszającym świadectwem jej głębokiej religijności są
kartki papieru, na których zaznaczała odmówione różańcowe
zdrowaśki, tajemnice i części różańca, tworząc przy okazji
dziwne liczone kompozycje (i wyprzedzając w ten sposób
pomysły na twórczość sławnych dziś artystów). Dodawała
później do tych zapisków rysunek różańca, róż czy figury
Matki Bożej.
Talent Marianny Wiśnios pierwsza dostrzegła nauczycielka
z Wąchocka, pani Grotowska, dzięki niej obrazy artystki
zostały zaprezentowane na konkursie sztuki ludowej Ziemi
Kieleckiej w 1972 r., gdzie otrzymały pierwszą nagrodę. Od
tego momentu artystka zaczyna być znana w swoim regionie;
Muzeum Narodowe w Kielcach włącza do kolekcji sztuki
ludowej jej prace z lat 50-tych, a Barbara Erber (kustosz
muzeum) staje się wielbicielką i propagatorką talentu artystki,
odwiedzają w Ratajach, zapisując jej wypowiedzi. W 1976 r.

220

Marianna Wiśnios została przyjęta do Stowarzyszenia Twór­
ców Ludowych, w tym też roku odbyła się jej pierwsza
wystawa indywidualna w Muzeum Narodowym w Kielcach.
Aleksander Jackowski pisząc w 1977 r. w „Polskiej Sztuce
Ludowej" o współczesnym malarstwie ludowym i jego
pograniczach, poświęca spory fragment artystce z Ratajów.
Twórczością pani Wiśnios interesował się także niemal od
początku Ludwig Zimmerer, znawca i kolekcjoner ludowej
sztuki polskiej; w latach 1979-81 obrazy malarki były
pokazywane w miastach Republiki Federalnej Niemiec na
wystawie „999 eksponatów z kolekcji Ludwiga Zimmerera".
Zaczynają odwiedzać artystkę i inni kolekcjonerzy, wśród
nich Leszek Macak i Bolesław Nawrocki stają się dozgon­
nymi entuzjastami jej dzieła. W1981 i 82 r. Marianna Wiśnios
odbywa podróże (tak rzadkie w jej życiu) do Częstochowy na
Jasną Górę, zapraszona, jako jedyna artystka nieprofesjonal­
na, na ogólnopolskie plenery malarskie z okazji 600 lat
obecności obrazu Matki Bożej w życiu Narodu. Obrazy, które
tam namalowała - było ich kilkadziesiąt - podarowała
Muzeum Jasnogórskiemu. Za wybitne osiągnięcia w dziedzi­
nie sztuki sakralnej (za rok 1982) otrzymała nagrodę artys­
tyczną im. Brata Alberta, w 1983 r. przyznano jej również
nagrodę im. Jana Pocka. W rok później Hanna Kramarczuk
zrealizowała dla TVP flm pod tytułem Marianna Wiśnios ze
wsi Rataje.
Artystkę odwiedzają często dziennikarze, a letnią porą
zagląda do niej wielu turystów w drodze na Wykus - chata
pani Wiśnios stoi przy turystycznym szlaku. W 1988 r.
artystka otrzymała dyplom Ministra Kultury i Sztuki i nagrodę
artystyczną kieleckiego miesięcznika społeczno-kulturalnego
„Przemiany", a w roku 1991 Mazowieckie Towarzystwo
Kultury przyznało jej „w uznaniu zasług dla kultury ludowej"
nagrodę im. Oskara Kolberga.
W drugiej połowie 1993 r. artystka złamała nogę w stawie
biodrowym. Dzięki zaangażowaniu i pomocy radomskiego
lekarza Wojciecha Szafrańskiego została poddana operacji,
która uratowała jej życie. Musiała jednak opuścić rodzinną
chatę i zamieszkać w domu młodszego syna Norberta w Wą­
chocku. Muzeum Sztuki Współczesnej w Radomiu zor­
ganizowało w roku 1994 wielką, retrospektywną wystawę
malarstwa Marianny Wiśnios, pokazując prawie 300 prac
artystki, głównie z kolekcji Liny i Bolesława Nawrockich.
Artystka była obecna na otwarciu wystawy. Długo dochodziła
do zdrowia, ale wróciła do pracy twórczej, choć nie mogła już
stać przy rysowaniu i malowaniu - pracowała teraz na
siedząco. Tęskniła za swoją chatą i swoją samotnością i często
powtarzała, że wróci do domu w Ratajach. Było to jednak
niemożliwe ze względu na jej wiek i stan zdrowia a także
z powodu warunków mieszkaniowych w ratajskiej chacie na
skraju wsi. Marianna Wiśnios potrafiła jednak dostosować się
do nowych warunków, potrzeba tworzenia przezwyciężyła
wszystkie niedogodności, pokonała dawne przyzwyczajenia.
Pracowała teraz zawzięcie pod oknem w kuchni, nie zwraca­
jąc uwagi na gwar wokół niej. Powstały setki nowych
obrazów, z konieczności nie tak dużych jak dawniej, malowa­
nych jakby w pośpiechu, zdawałoby się niechlujnie i nie­
starannie, z nonszalanckim rysunkiem flamastra dla wydoby­
cia pewnych szczegółów, o kolorystyce drapieżnej i ostrej,
pozbawionej często harmonii, zgrzytliwej, niemal surowej.
Wiele z tych późnych prac to znakomite obrazy, młodzieńcze

w swojej świeżości, lekkości kreski, a jednocześnie o formie
mistrzowskiej, najprostrzej z możliwych, jedynej w swoim
rodzaju.
W roku 1995 ukazał się dawno oczekiwany album Aleksan­
dra Jackowskiego Sztuka zwana naiwną, Marianna Wiśnios
ma tam swoje miejsce. Wiosną tego roku Muzeum Regionalne
w Kozienicach zorganizowało dużą wystawę ostatnich religij­
nych prac artystki, pani Marianna była obecna na otwarciu
wystawy. W październiku Wojewódzki Ośrodek Kultury
w Krakowie pokazał w Gaferii Stowarzyszenia Historyków
Sztuki na Grodzkiej wystawę jej prac z kolekcji Wojewódz­
kiego Domu Kultury w Kielcach. Kiedy dobiegał końca
krakowski pokaz, artystka została przewieziona do szpitala
w Starachowicach, gdzie po kilku dniach zmarła.
Marianna Wiśnios bywa dziś nazywana współczesnym
polskim Giottem, jej ukrzyżowania porównywane są z wczes­
nymi dziełami Gauguina. Wielkie to, ale i zasłużone kom­
plementy pod adresem ludowej artystki. Na spotkaniu w domu
Norberta Wiśniosa po pogrzebie Marianny Wiśnios zastana­
wiano się, czy, kto i kiedy pokazał jej album z dziełami Giotta.
Sądzę, że dla artystki możliwość oglądania reprodukcji fres­
ków Giotta, czy innych dzieł malarstwa ubiegłych wieków
była bez znaczenia, ważniejsze były dla niej dewocyjne,
naturalistyczne przedstawienia Maryji, Chrystusa, świętych
noszone w książkach do nabożeństwa, stacje Męki Pańskiej
z kościoła, kiepskie reprodukcje nie najlepszej sztuki sakralnej
w religijnych wydawnictwach. Korzystała z tych wzorów
ożywiając je głęboką wiarą i talentem.
Była osobą skromną, swoją pracę artystyczną uważała za
coś zupełnie naturalnego. Ale miała własne zdanie w wielu
sprawach, którego umiała bronić i przy którym potrafiła się
upierać, nawet gdy nie pamiętała, dlaczego tak, a nie inaczej
uważa. W rozmowie broniąc swojej niezależności, potrafiła
być uroczo przekorna, wykazując duże poczucie humoru.
Miała świadomość własnej wielkości - wspominała słowa
akuszerki, powtarzane jej potem przez matkę, że „jak się kto
urodzi pod strzałami, to jest słynny".

połówki, czyli 50x70 cm, ale są też formaty pełne i wymiary
nietypowe. Grubość papieru jest zróżnicowana od zwykłego
pakowego, przez karton kreślarski do cienkiej tektury (na
pudełka do butów). Kolor: najczęściej biały, ale często czarny
(„źle się maluje, dużo farb trzeba, ale wszyscy chcą obrazów
na czarnym..."), szary, a nawet różowy, czy fioletowy.
Kiedy malarka stała się już znana, kolekcjonerzy zaczęli
dostarczać jej farby i papier. Czasem bardzo dobry, nawet
zagruntowany.
Na wystawie, czy na ścianie w domu, obraz na podłożu
papierowym eksponowany jest za szybą, tył ma zabez­
pieczony tekturą lub płytą pilśniową, niewidoczny. Tym­
czasem bywa, że jest on równie interesujący z obu stron. Prace
Marianny Wiśnios warto oglądać również z tyłu. Wśród
obejrzanych przeze mnie obrazów kilkanaście jest dwustron­
nych. Autorka albo powtarza temat po drugiej stronie, chcąc
to zrobić lepiej, zmienia kolory, kompozycję, albo maluje
zupełnie inny temat (np. scenę ukrzyżowania, uzupełnia
z drugiej strony profilem świętej). Podwójne obrazy są
wypadkową pasji tworzenia i chwilowych braków papieru.
Zdarzało się, że klienci pani Marianny długo nie przyjeżdżali
(szczególnie zimą), a ona malować przecież musiała. Kiedy
zamalowała kartony po obu stronach, robiła szybkie szkice
malarskie na skrawkach papieru, starych gazetach. Np.: na
„Gazecie Stołecznej" z 17-18 kwietnia 1993 namalowała
zieloną krowę podpisując z drugiej strony pędzlem, wielkimi
literami: „Muy Wąhock Paskuda".
Znacznie częściej odwrocie obrazu kryje zaczęty rysunek
„Najpierw muszę określić, wyrysować zwykłym ołówkiem,

St. Zbigniew Kamieński
MARIANNA WIŚNIOS
„Chciałabym malować całe dnie i noce
i wcale mi się nie nudzi, bo mam zamiłowanie do tego."
Marianna Wiśnios
Zawsze podziwiałem wielki talent artystki z Rataj koło
Wąchocka, ale jeszcze bardziej jej malarską aktywność, tę
ciągłą potrzebę tworzenia. Tak malarka wspomina dziecińst­
wo: „Dziewuszką byłam, już rysowałam, kreśliłam węglem po
bielonej ścianie w izbie, po piecu, po deskach, po stodołach,
gdzie ino mogłam dostać ręką. Gliną po polepie malowałam
i po kamieniach, nawet kijem po rosie..." Po wielu próbach
samodzielnie dochodzi do ulubionej techniki. Jest nią: ak­
warela, tempera, plakatówki na papierze. Używa również
kredek świecowych, pasteli, flamastrów, długopisów.
W trakcie pisania tego tekstu, obejrzałem ponad 350 prac
Marianny Wiśnios z lat 1992-96 malowanych, lub tylko
rysowanych na papierze. Format papieru wynika z podziału
typowego bristolu na pół, lub na ćwiartki. Najczęściej są to

Marianna Wiśnios

221

wszystko co ma być na obrazie. Potem dopiero pocieram
farbą." Rysunki przedstawiają postacie bez włosów, nóg,
przypominające fantomy, duchy, przybyszów z kosmosu,
jakby autorka nagle przerywała pracę i odwracała papier na
drugą stronę. Robiła tak z kilku powodów: albo nie od­
powiadała jej zbyt gładka powierzchnia, źle przyjmująca farbę
(wtedy gdy używa tekturki, z jednej strony białej i gładkiej,
z drugiej szarej, szorstkiej), albo była niezadowolona z rysun­
ku. Wtedy rezygnowała z rozpoczętego tematu (zaczynała
rysować Matkę Boską a praca skończona z drugiej strony
przedstawia Chrystusa). Zdarza się, że zmienia układ kom­
pozycyjny, z poziomego na pionowy.
Większość prac jest sygnowana z tyłu. Podpisując ukoń­
czony obraz Marianna Wiśnios wraca czasem do pierwszego
rysunku, poprawia go kredką, którą właśnie składa podpis,
chce aby był wyraźny. Jest dla niej ważny. Czasem coś
dorysowuje, twarze i dłonie rysowanych postaci pokrywa
farbą. Tył pięknego, bardzo bogatego obrazu, przedstawiają­
cego Chrystusa modlącego się z apostołami w ogrodzie
oliwnym, oprócz daty i dużego podpisu pędzlem, zawiera
wkomponowany weń wizerunek ptaka (dudka?). Nie ulega
wątpliwości, że rysunek tym razem powstał po ukończeniu
głównego dzieła. Takich prac jest więcej; widzimy rysunki
przedstawiające ptaki i zwierzęta (małe koniki, jelonki, psy,
osiołki). One również powstały przy okazji sygnowania.
Podpis autorki zawiera zwykle: imię, nazwisko i rok
(Marianna Wiśnios 1994), ale można spotkać podpis: Maria
Wiśnios, a gdzie indziej: Marianna Kowalczyk (nazwisko
panieńskie). Na odwrocie obrazu z 1995 roku przedstawiają­
cego Mojżesza autorka podpisała się 10 razy, różnymi
kolorami.
Bardzo często data jest dokładna i uzupełniona słowami
„obraz malowany" (np.: obraz malowany 8 września 1994
Marianna Wiśnios). Również rysunki wykonane ołówkiem
posiadają adnotację: obraz malowany. Data bywa uzupełniana
dniem tygodnia.
Pisanie sprawiało pani Mariannie sporo kłopotów, pewnie
dlatego niewiele obrazów zatytułowała własnoręcznie. Tytuły
pisze najczęściej jako jeden długi wyraz, czasem podzielony
pionowymi kreskami. Literę „h" pisze przeciągając pionową
linię w dół, co powoduje, że można ją czytać jak „p". Stąd
słowo „hrystus" wygląda jak „prystus" i staje się niezrozumia­
łe. Oto przykłady tytułów w oryginalnej pisowni:
Jehał Pan yaiowy Pzzes las Dodom Browy Inapotkał
Raspoiehał Pan gaiowy zrana nazalonce Pisałam 4 czerwiec
Cygany Graj Piękny cyganie Piosękę zpszedlat 23 Mai
Sięta truica malowany 2 czerwiec
Sfeta truica 1993 23mai
Obraz malowany Piąty Mai Nastarem zamku
Panna Młoda zroku 1966 M W 1993
Zpra
Zdziada
Jam
Cygan

222

Kś ędze Kapucyni
Juliian Julijanowicz iego 7 Rzona
Żołniesz Spoczynek Powoinie 1945
iamzdradzona Posrutmarzen
gdzeodieżdzasz Janku Drogi smutku Pozostai
Kaplica Sęteg Maceia
Sfęta Klara
Sfęta Barbara
Sfęt Basia
Kiedy zapytałem panią Mariannę dlaczego akurat tę na­
zwała świętą Basią, odpowiedziała, że ta jest nadwybornie
urodna.
Warunki w jakich powstawały obrazy (mały stół, ciasna
izba z dymiącą kuchnią), powodowały, że obrazy z tyłu są
brudne, poplamione różnymi kolorami farb. Czasem służą za
paletę lub do próbowania koloru i mocy flamastrów, pociąg­
nięć pędzla.
Małe prace na czarnym kartonie, po odwróceniu zaskakują
białymi kaligrafowanymi napisami wykonanymi wprawną
ręką lub przy pomocy letrasetu. Łatwo, nawet z daleka,
możemy przeczytać, po odwróceniu, Chrystusa na krzyżu:
Ignacy Jan Paderewski
Wariacje i Fuga a-mol
na temat własny op. 11",
z tyłu „konika przy studni" Z Moniką Jarecką
rozmawiała
Małgorzata Błach,
na odwrocie „świętej ze zwierzętami" Grała
Maria Korecka
- Szostakowska,
spod konika wyłania się napis „doc. Tadeusz Iwiński",
z drugiej strony drugi konik i napis „Mazurek a-mol op. 65 nr
2". Takich prac jest bardzo dużo. Przypadkowe zestawienia
tworzą zabawny kontekst.
Pytana o pochodzenie tych tajemniczych napisów, Marian­
na Wiśnios wyjaśniła, że to klienci z TV Łódź nazwozili jej
starych plansz do wykorzystania z drugiej strony.
Dwie strony obrazu. Najczęściej wiadomo, która jest
przeznaczona do eksponowania. Wątpliwości zaczynają się
gdy obie są skończonymi dziełami. Należałoby pokazywać
taki obraz z obu stron, bo nie wiemy, który był dla autorki
ważniejszy, który był pierwszy. Ale i te niedokończone
szkice, rysunki, zapiski ukryte po drugiej stronie są ważne.
Mówią o malarce czasem więcej, niż obrazy po tej ważniej­
szej stronie. Oglądając je możemy śledzić etapy powstawania
dzieła, warsztat, emocje temu towarzyszące.
Wypowiedzi Marianny Wiśnios cytuję z katalogu Malarst­
wo Marianny Wiśnios - Muzeum Sztuki Współczesnej
w Radomiu 1994. Zebrała je Barbara Erber z Muzeum
Narodowego w Kielcach.

*
Jerzy Kutkowski

Fotografie prac Marianny Wiśnios z kolekcji własnej
(ok. 400 obrazów) wykonał dr Bolesław Nawrocki

Wspomnienie

Jerzy
Łoziński
Pragnę dzisiaj pożegnać w imieniu dyrekcji i pracowników
Instytutu Sztuki Polskiej Akademii Nauk śp. Profesora Jerze­
go Łozińskiego, naszego drogiego kolegę i przyjaciela.
Urodzony w Warszawie 20 kwietnia 1926 roku, Profesor
Łoziński życie spędził głównie w rodzinnym mieście, ale
swoimi talentami i pracą służył całemu krajowi. Żył i pracow­
ał w czasach tragicznych bądź w czasach trudnych. Maturę
zdał w tajnym gimnazjum w 1943 r., rozpoczął studia na
tajnym Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej
w tymże samym roku, jednocześnie ukończył podchorążówkę
Armii Krajowej. W marcu 1944 roku został aresztowany przez
gestapo wraz z ojcem i osadzony na Pawiaku, a następnie
więziony w obozie koncentracyjnym Stutthof. Jego ojciec
umarł w obozie, a on, ewakuowany do Danii, kiedy zbliżał się
front, doczekał tam końca wojny.
Po wojnie studiował w Warszawie architekturę, w Krako­
wie historię sztuki i filozofię, by wrócić do Warszawy, gdzie
uzyskał tytuł magistra historii sztuki w 1951 roku u profesora
Stanisława Lorentza za pracę o kościele jezuickim w Piotr­
kowie Trybunalskim. Pracę doktorską obronił w 1969 r.,
również u prof. Lorentza. Docentem w Instytucie Sztuki został
w 1972 roku, a profesorem w 1990. Przez praktycznie całe
życie zawodowe (od 1952 r.) był związany z Instytutem.
W Instytucie rozwijał swoje badania, był jednym z jego
najwybitniejszych pracowników. Trudno jest przecenić obec­
ność i rolę Profesora Łozińskiego wśród nas.
Był czynny w Stowarzyszeniu Historyków Sztuki, był
przez lata członkiem, a także wiceprzewodniczącym Rady
Naukowej Instytutu, Komitetu Nauk o Sztuce, członkiem
Comité International d'Histoire de l'Art, International Council
of Monuments and Sites, Naukowego Warszawskiego i Aka­
demii Umiejętności. Współpracował bądź redagował „Biule­
tyn Historii Sztuki", „Rocznik Historii Sztuki", inne czasopis­
ma i publikacje. Za swoje wybitne osiągnięcia otrzymywał
nagrody i odznaczenia. Wykładał w Akademii Sztuk Pięknych
w Warszawie, Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i Uniwe­
rsytecie Toruńskim, ale najważniejszym Jego dziełem jest coś
innego.
U progu dojrzałego życia Profesor Łoziński widział śmierć
i ruinę, widział jak łatwo giną ludzie, miasta, zabytki sztuki.
Może dlatego z takim oddaniem i miłością, talentem i skut­
kiem pracował nad „Katalogiem Zabytków Sztuki w Polsce".
Poświęcił tej pracy 40 lat swojego życia, był jej zawsze wierny

Prof. Jerzy Łoziński

na przekór wszystkiemu. Zmieniały się układy polityczne,
rządy, ustrój państwa, a on w każdej sytuacji ze spokojem
kontynuował swoją pracę. „Katalog Zabytków Sztuki..." jest
Wielkim Testamentem Jego życia. Podkreśliłem już Jego
związki z Instytutem Sztuki: jest naszą powinnością ten Jego
testament wypełnić.
Cześć Jego pamięci! Niech odpoczywa w pokoju!
Lech Sokół

*

*

Profesora Łozińskiego poznałem w czasie odgruzowywa­
nia Miodowej. Budował się Instytut. Dosłownie i w przenośni.
Na placyku, obok wznoszonych ścian graliśmy w piłkę.
Oczywiście po pracy. Sil starczało na wszystko, byliśmy
młodzi. Jurek był wyższy ode mnie, a co gorsze - lepszy. Nie
tylko przy siatce. Dokładnie już wiedział, co go interesuje, ja
jeszcze nie. Jednak kiedy objąłem redakcję „Polskiej Sztuki
Ludowej" okazało się, że jest mi on bardzo potrzebny.
Chciałem rozszerzyć formułę pisma, wzmocnić etnografię
obszarem pogranicza ze sztuką „wysoką". Pozostawało poza
kręgiem zainteresowań zarówno etnografów, jak i historyków
sztuki. Jedni uważali, że to już nie sztuka ludowa, drudzy, że
jeszcze nie sztuka wysoka.
Ale Jerzy z wielką pieczołowitością pomógł mi zająć się
tym zjawiskiem. Interesowało go prowincjonalne malarstwo,
rzeźba, wystrój wiejskich kościółków, kapliczki. Nie pomija-

223

no więc ich w Katalogu Zabytków... - wielkim dziele
profesora Łozińskiego. A na styku naszych zainteresowań
ciągle pojawiały się znaki zapytania. Choćby z datowaniem
i ustalaniem przynależności „klasowej" rzeźb. Ludowa, czy
kościelna? Cechowa czy samorodna? Wichry, słota, mróz
i gorąco w ciągu kilkudziesięciu lat mogły do tego stopnia
zniszczyć rzeźbę w odsłoniętej kapliczce, że trudno było
powiedzieć: X V I czy X I X wiek? Ludowa, czy gotycka. Kiedy
nie umieliśmy dać sobie rady, zwracaliśmy się do kolegów
z Katalogu. Zwłaszcza do Jurka. Wiedział dużo, a przy tym,
chętnie i życzliwie pomagał. Twarz miał uśmiechniętą, oczy
dobre, ufne jak dziecka.
Żadnych fum, póz, nadymań, które już poznałem w kontak­
tach z niektórymi historykami sztuki. Jurek należał do tych,
którzy szanowali sztukę ludową, widzieli w niej wartości
godne uwagi. Nic więc dziwnego, że zaprosiliśmy go do
Komitetu Redakcyjnego pisma. Zwłaszcza, że czasy były
trudne, a Jurek znakomity we wszystkich sytuacjach. Wspo­
magał nas swym autorytetem, a miał go od początku swej
działalności. Wiedzę szczegółową gromadził w miarę pracy,
a 190 zeszytów Katalogu mówi samo za siebie. Dostrzegał
problemy, umysł miał precyzyjny, świetnie syntetyzujący.
Zaskakiwał przy tym dużą wrażliwością artystyczną i przygo­
towaniem filozoficznym. To był prawdziwy humanista, nie­
mal nigdy zresztą nie ukazujący swych różnorodnych talen­
tów.

Kiedyś zaskoczyła mnie celność jego ripost, argumentacji
kładącej przeciwnika na łopatki. Byłem wtedy sekretarzem
komórki partyjnej, więc wezwano mnie razem z dyrektorem
instytutu i Jurkiem na posiedzenie Kolegium Kierowniczego
Ministerstwa Kultury i Sztuki. Dyrektor Generalny resortu,
nadęty i ogromny jak wieloryb Jerzy Pański zaatakował
Katalog. Po co to wydawać? grzmiał.
To nie nasza sprawa. Jeśli kościół chce, to niech sobie sam
dokumentuje, ale nie za państwowe pieniądze.
Jurek pobladł, zdenerwował się, ale odparował atak z taką
logiką, z taką umiejętnością przywołania właściwych cytatów
z klasyków marksizmu, że sprawę wygrał. Zaimponował mi.
Kiedy się tego wyuczył? Raz jeszcze mogłem się przekonać,
że marksizm-leninizm najstaranniej przerabiano na KULu.
Dużo zawdzięczam Jurkowi, był okres, kiedy dość często
widywaliśmy się towarzysko. Tacy ludzie jak on, wyznaczają
miarę, zachowań i sprawności intelektualnych, a o tym, jak
było to ważne nie muszę mówić. Odejście Jurka, to strata
niepowetowana. Ludzie bywają absolutnie niezastąpieni.
W naszym życiu jednostkowym, i w instytucjach, nauce,
sztuce. Nie mam wątpliwości, że ranga profesora Łozińskiego
będzie rosła w naszej nauce. Jego dzieło jest fundamentalne
dla naszej kultury, świadectwo szczególnie ważne w czasie,
gdy nic nie jest ani pewne, ani trwałe.
Aleksander Jackowski

SPROST O WANI A
Harvard University

6 marca 1997

*

*

*

Ukrainian Research Institute
1583 Massachusetts Avenue
Cambridge, Massachusetts 02138

Szanowny Panie Redaktorze,
Dziękuję serdecznie za opublikowanie zapisu mego wy­
stąpienia na Konferencji w Fundacji im. Stefana Batorego.
Zapis nie może być lepszy od tego, czego jest właśnie
zapisem, i trzeba mi będzie nad nim trochę popracować przed
oficjalną publikacją, ale w jednym przypadku „transkrybent"
poszedł dalej niż ja. Na stronie 53 (druga kolumna) czytam:
„Pozwolę sobie wyrazić dosyć kontrowersyjne poglądy, ale
jak wiadomo pewien słynny Polak powiedział (cytuję z pa­
mięci): prawdziwa cnota krytykia (sic!) się nie boi."
Otóż, Panie Redaktorze, to nie było tak. Ja naprawdę
powiedziałem: PRAWDZIWY KRYTYK CNOTY SIĘ NIE
BOI ale udawałem - „cytuję z pamięci" to było udawanie, że
nie pamiętam jak to Xiążę Biskup Warmiński (o ile się nie
mylę) powiedział „w oryginale".
Ale jak widać próba powiedzieć coś dowcipnego mi się nie
udała i zostałem przywołany do porządku. Obiecuję w przy­
szłości się sprawować.
Łączę wyrazy poważania.
Roman Szporluk
Profesor historii Ukrainy Uniw. im. Harvarda

224

W tekście Henryka Wańka Sztuka jako świętość i grzesz­
ność na stronie 10 wkradł się przykry błąd. Z przytoczonego
poniżej w pełnym brzmieniu fragmentu wypadło ostatnie
zdanie a przedostatnie zostało znacznie zniekształcone:
„Typowy twórca współczesny nie bywa wikłany w konflikt
0 charakterze fundamentalnym, co zresztą nie wyklucza tego,
że trwa on i rozwija się w cieniu, poza progiem świadomości
1 okazjonalnie wyłania się na powierzchni, w takiej czy inne
postaci. Raz będzie to dominikańskie obrazobórstwo w rodza­
ju Savonaroli a innym razem abstrakcjonizm. Ale typowy,
czyli przeciętny twórca nie jest napiętnowany wyrokiem
wielkości, o którym wspomina Nowosielski."
Autorów i Czytelników bardzo przepraszamy za zaistniałe
przeinaczenia.

Redakcja

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.