-
Title
-
Z zapisków, notesów, listów / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.3-4
-
Description
-
Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.3-4 ; s.177-179
-
Creator
-
Strzelecki,Jan
-
Date
-
2004
-
Format
-
application/pdf
-
Identifier
-
oai:cyfrowaetnografia.pl:5034
-
Language
-
pol
-
Publisher
-
Instytut Sztuki PAN
-
Relation
-
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5416
-
Subject
-
Strzelecki, Jan (1919–1988)
-
Text
-
Moskwa 1
Rozmowy w Arctic ..Ugolline
Rezydencja ubogoszlachecka, przed nią, na ławecz
kach rozsiadli i wypoczywający górnicy z Barentsburga, oczekujący tu na załatwienie różnych swoich spraw
przed powrotem na Daleką Północ. Pokój Gusiewa
przytulny, najzupełniej nie "Dyrektorski", stara głębo
ka kanapa, mebelki odziedziczone po babuszce, fotografie osady górniczej nad fiordem, oprawne w domowe ramki.
Ale człowiek rozmawiający z nami to człowiek
miękki, rozprężony, życzliwy; sprawuje władzę nieograniczoną niemal- z naszego punktu widzenia - nad Republiką Barentsburską i jej murmańskim przyczół
kiem. Od jego postawy zależy powodzenie naszej wyprawy.
Jej główny plan - trawers zachodniego Spitsbergenu- wspiera się na założeniu, że możliwe będzie zorganizowanie transportu ludzi i rzeczy z Barentsburga na
północno-zachodni kraniec wyspy. Gusiew przypatruje
się nam życzliwie. Tłumaczy, że chce nam pomóc, ale
dotychczas nie wiedział jak. Teraz zaczyna mu się
wszystko rysować jaśniej. Dokonuje głośnego przeglądu
swego kopalnianego dobytku. Statkiem mógłby nas zawieźć na cypel, jeśli nie zrobią tego Norwegowie; helikopter mógłby nas zabrać z powrotem przez fiord, gdy
znajdziemy się już na południowym cyplu. Mówi wolno, łagodnie, wyraźnie cieszy się bogactwem środków,
które mógłby uruchomić. Jego przyjazna potęga rozstrzyga o sprawie. Bylebyśmy dojechali do Murmańska
i weszli w jej krąg- wszystko będzie możliwe.
Burza i po burzy,
czyli Murmańsk zakryty i odkryty
Na Wnukowo przyjeżdżamy po jeździe na światłach
przez całą Moskwę. Przypominało to przejazd szerokim
kanionem z poprzecznymi prześwitami. Brzegi kanionu
wysokie i równe wystrzeliwują od czasu do czasu wieża
mi wysokościowców typu Empire staliniene, wobec których potęgi i rogatej rozłożystości mijane od czasu do
czasu cerkiewki stają się niepomiernie małe i wylęknio
ne. Mimo swej nieparzystości i znaczącego braku proporcji pamiątki na lotnisku częściej, o wiele częściej,
zdobione są motywem cerkiewki niż niebo szturmowca. Cerkiewki i sceny z ludowych baśni - wydaje się, że
te oba elementy zlały się z sobą w jakąś całość baśnio
wej tradycji, będącej tutaj istotnym, żywym składni
kiem poczucia historycznej tożsamości.
Lot do Murmańska
Opalone kobiety, marynarze, inżynierowie. Lot
nad krajem wypełnionym rozmokłymi lasami. Linia
słońca znaczona nieustannie przerywanym odbły-
JAN STRZELECKI
Z zapisków,
notesów, listów
skiem w lustrach leśnych wód. Bezbrzeżne Polesie jeziorka, rozlewiska, młaki, rzeki- aż prawie do Murmańska, przed którym schodzimy nisko nad tundrę,
pagórzastą, zieleniejącą brzozami i bielejącą śniegiem.
Powietrze urzekająco przejrzyste, zieleń i niebieskość
krajobrazu w mocnym słońcu polarnym. Czeka nas
przedstawiciel Arctic-Ugol z autobusikiem zabierają
cym nas do Murmańska. Przyjeżdżali już raz na moskiewski wcześniejszy samolot - przyjechali teraz po
raz drugi.
Towarzysz Jugin z AU sprawia wrażenie wysłanni
ka wielkiego majątku zapraszającego nas w gościnę.
Jest w nim coś z wiejskiej gościnności. Polarnikiem jest
już od dwudziestu jeden lat.
Kilkadziesiąt kilometrów dzieli nas jeszcze od Murmańska. Pasek lotniska wynaleziono z trudem wśród
falistej tundry. Wąską drogą, wijącą się wśród jeziorek
i wzgórz, jedziemy do miasta. Niedaleko od skrzyżowa
nia szos, od zachodu, dobija droga do Szwecji i Norwegii - znak niemieckiej fali z lat wojny, która tutaj się
gnęła najdalej.
Miasto rozciągnięte nad brzegiem długiej, wąskiej
zatoki, nad fiordem, pełne szeregów nowych domów
uparcie jednostajnych, zróżnicowanych nieco kolorem. Ponad trzysta tysięcy marynarzy, portowców,
wojskowych. Stajemy w hoteliku Inturista, w którym
większość recepcyjnych obowiązków pełnią miłe
"ciocie". Z dala od turystycznych tłumów z zachodniego świata nie ulega się tu modzie na młode dziewczyny. "Ciocia" jest dużo właściwszą postacią na radzieckiej północy - co ma swoisty wdzięk i urok niepodległości wobec światowych obłędów. Poza tym,
jak się może zdawać, warstwa ochronna dodatkowego ciała ma swój poważny walor w tym obszarze. Hotel dorównuje "ciociom" w obojętności wobec zachodnich mód natarczywej nowoczesności: kanapki,
fotele, kwiatki i malowanie ścian jest domowe w takim samym sensie, jak domowe są skojarzenia wywoływane przez pojęcie "cioci". Żadnych nowoczesno-plastikowo-kolorystycznych szaleństw, żadnych uległości wobec prestiżu Zachodu, żadnej czołobitności,
żadnego współzawodnictwa.
Restauracyjka Siewier przy hotelu. Duży ład
w obsłudze, posłuszeństwo gości wobec kelnerek,
które nie posadzą nikogo, nie wysprzątawszy stołu po
poprzednikach. Przybywamy o północy, ale jeszcze,
jako goście dość specjalni, coś dostajemy, a Jurij
z Odessy, miły, samotny i lekko zawiany inżynier,
opowiada coś z sympatią o Polsce i stawia nam karafkę wódki. Jego flama, Wala, podaje ją z pewnym
ociąganiem, ale w końcu pijemy, wymieniamy adresy
i zapraszamy Jurija do odwiedzenia nas - jak tylko
będzie mógł. Niedługo ma być służbowo w Gdańsku.
Na statku Dnieprodzierżyńsk mamy być o szóstej.
Przedtem Arctic-Ugol podstawi nam autobus, który
zawiezie nas do samego portu, na nabrzeże węglowe.
Nabrzeże to jest obszarem operacji naszej wspaniałej
firmy. Czujemy się tu pod jej opieką. Jesteśmy jej partnerami. Arctic, uznając nasze racje, wyprawia nas
wszystkich razem, a nie w dwu rzutach, jak to było
w pierwszym projekcie. Nie jesteśmy żadnymi normalnymi turystami z zagranicy, którym trzeba zapewnić
komfort za odpowiednią opłatę. Arctic pomieści nas
w kajutach załogi i cenę skalkuluje bardzo nisko. Spod
opieki "cioć" wchodzimy w zakres opieki wujaszka.
Wujaszkawaty Jugin odwozi nas do burty i jego obecność czyni wszystko łatwym ...
Wejście
do Barentsburga
Patrząc
nie ku kopalni, lecz na przeciwną stronę
wąskiego fiordu, widzi się obraz podobny do widoku
znad Wielkiego Stawu ku Liptowskim Murom.
*
Wychodzimy w końcu Ewenkiem o 9 wieczorem.
Jest to mały holownik budowany w Finlandii, mocny
i wygodny. Buja solidnie. Za Greenfiordem wypływa
my na Istfiord. Fala długa, pełno mew i alek. Krajobraz
wspaniały, góry z dwu stron, mocniejsze w granacie
i bieli niż wczoraj w łagodnym słońcu.
Trochę mży, nad oceanem ciemne chmury przydające powagi całemu obrazowi.
Musimy wyjść na pełne morze, aby opłynąć Prins
Karls Forland - długą wyspę ciągnącą się ku półno
cy wzdłuż zachodnich brzegów Oscar II Land. Wyspa o szczytach wysokości do 1100 metrów spada
w ocean żlebami i filarami zmurszałej skały. Fenomen schodzących w morze lodowców zacznie się dla
nas dopiero wyżej - w Kong i Krossfiordzie. W ten
drugi wchodzimy z zamiarem założenia stacji żywno
ściowej . Po prawej stronie spadają w morze- a raczej
spływają - szerokie stoki lodów, załamując się nad
morzem błękitną barierą. W głębi odnogi zwanej
MoHerfiordem błękit staje się farbkowy i cieniowany, odbijając zarówno od stalowej szarości morza, jak
i od skał i śniegu. Wchodzimy w Liliehohfiorden.
Coraz więcej w nim kry.
*
Skrót listu 16 XI 58
Berkeley
Piszę
zaraz po otrzymaniu Twojego listu, który zapo powrocie z wielkiej dwudniowej wyprawy
w góry, doliny i wzgórza północnej Kalifornii. Wyprawa była bardzo piękna. Odbyłem ją w aucie pewnego
miłego Szwajcara, wraz z drugim miłym Szwajcarem
i jednym z naszych matematyków, którzy mogliby tu
założyć polsko-kalifornijską odmianę warszawskiej
szkoły matematycznej i filię Klubu Wysokogórskiego.
Jest ich tu czterech z profesorem Mostowskim, którego, tak jak i mnie, zjada tęsknica. Więc, żeby się pocieszyć, pojechaliśmy w piątek wieczorem w ciemną
nockę ku dalekiemu, jak mniej więcej Kraków od
Warszawy, wygasłemu wulkanowi. Wulkan wysoki na
3 tysiące metrów, widny jak śnieżny trójkąt nad pasmem wysokich zalesionych wzgórz, nazywa się Mount
Lassen. Jest oswojony jak Babia Góra. Ostatni raz
dmuchnął troszeczkę w 1916 roku i od tego czasu dał
sobie założyć obrożę narodowego parku i przyjmuje turystów...
Nocą łatwo tu jeździć, bo mały ruch na wielkich,
sześcio- lub czteropasmowych szosach... Wszystkie
skrzyżowania i rozgałęzienia oznaczone świetlną sygnalizacją - skrzyżowania mrugają automatycznie zielonym lub czerwonym okiem, niekiedy mrugną żół
tym, rozgałęzienia, mosty, zakręty jarzą się i rozbłysku
ją w światłach jadącego wozu. Ta nocna jazda po
prawie pustej drodze, na której grają sygnały, jarzą się
zawsze gotowe stacje benzynowe, migają reklamy moteli i stoiska used cars - to robi wrażenie, rzadkie jak
dla członka narodu kawalerzystów.
Wybacz te prowincjonalne spostrzeżenia, ale tu
nawet w nocy nie sposób zapomnieć, że Ameryka zaludniona jest głównie przez auta. Człowiek bez auta
jest bezradny, opuszczony, zagubiony. Jeśli nieco poza
miastem ośmieli się iść piechotą, wszyscy się za nim
oglądają a przejeżdżające w rodzinnych, długich jak
krokodyle autach dzieci pokazują go sobie palcami,
cieszą się, że będą miały co opowiadać w szkole: widziały chodzącego człowieka, kiedy teraz nie ma już ludzi, są tylko auto-ludzie. Ludzie istnieli dawniej, przed
erą Wielkiej Czwórki, której powstanie zmieniło naturę człowieka - wyrosły mu cztery koła, a właściwie
pięć, wliczając kierownicę . Odtąd wszystko służy auto-ludziom, a człowiek robi wrażenie zbiega z indiańskie
go rezerwatu, po którego niedługo nadjedzie, bucząc
głośno, auto-policjant i odwiezie go tam, gdzie przebywać powinien: w strzeżonych, ogrodzonych parkach,
razem z sarnami, sekwojami i Indianami, jako pewna
odmiana, wczesna i zanikająca.
Jechaliśmy w górę rozległej, nawodnionej kanałami
doliny rzeki Sakramento, głównej rzeki północnej Kalifornii. Nie większa od Pilicy tylko mniej senna i zebra-
178
stałem
Jan Strzelecki • Z ZAPISKÓW, NOTESÓW, LISTÓW
na w sobie a nie zagubiona w meandrach. Ujęta w wysokie tamy, silna nawet teraz, po półrocznej suszy. Taki
mały, wygładzony Nil. Żyzny. Wszystko nam się odsło
niło raniutko, gdyśmy się wygrzebywali z namiotu rozstawionego nad brzegiem przydrożnego ścierniska.
Piękna steinbeckowska dolina - pomyślałem, patrząc wokół przez oczyszczone przymrozkiem poranne
powietrze na dwa piękne pasma ciągnące się z północy
na południe, przyprószone śniegiem, pokryte w niższych
partiach nalotem ciemnozielonych drzewo-krzewów. Peak Lassen widać było nad powoli wzbierającymi wzgórzami, jak różowawy rąb nad dalekim horyzontem. Po
drugiej stronie doliny siwe, łagodne wierzchołki, a raczej
garby Cast Range, za którymi chowa się Pacyfik.
Ruszyliśmy, po kubku mleka z płatkami, ku Peak
Las sen.
Droga pochyłą wyżyną, przeciętą czasami skalistymi
jarami. Sucha, szaro-rudawa trawa, niskie, krzaczaste
drzewka. Pustka kilometrami. Czasami jakieś ranczo.
Czasami ślad porzuconej siedziby. Poza tym pustka, jaką trudno spotkać w Europie ... Tutaj pełno półstepo
wej, półgórskiej dziewiczości. Człowiek jest tu istotą
przechodnią, a raczej przejeżdżającą. I my przyjechaliśmy przez zaśnieżone już lasy Peak Lassen. W górze dużo śniegu i nieprzetarta droga, więc zjechaliśmy ku dolinie i na ostatnich, łagodnych już piętrach wzgórz, podobnych nieco do regli, tylko nie tak pięknie porośnię
tych, rozbiliśmy obóz, paląc wielkie indiańskie ognisko.
Taka noc przy ogniu i księżycu, w dalekim, nieznanym kraju, jest czymś tak pięknie pierwotnym, że rozumienie duszy dawnych, koczowniczych kultur zdaje
się tak proste, jak sięgnięcie ręką poza krąg światła.
Historia wydaje się czymś cienkim, współczesność
czymś pozornym, co zgasło razem z dniem. Jesteś sam
wobec ognia, w nocy - i określić cię może tylko to, co
kochasz i czemu jesteś wiemy.
Blisko jest z takiej nocy do starodawnych spraw mistyki i plemienności, blisko tak bardzo, że czujesz to
za plecami, jak cień odsuwany poza krąg ogniska, ale
czekający na swój czas i swoją godzinę.
Oglądam rano, na czym stanąłem wieczorem i boję się, że to brzmi nieco zbyt tajemniczo, zbyt literacko. Takeśmy się odzwyczaili, żyjąc w środku miast
i otoczeni znanymi rzeczami i ludźmi, od takich nocy
w nieznanym ... Mistyka - to słowo wywołuje skojarzenia niezbyt łaskawe zarówno wśród logików, jak
i wśród marksistów, a to są na ogół dwa intelektualne
środowiska, w których obracam się najczęściej. Ale Ty
to zrozumiesz- to nie oznacza bynajmniej czegoś leżą
cego poza kręgiem umysłowej rzetelności, czegoś, czemu ulega człowiek zmęczony trudną jasnością, odrzucający trudną dyscyplinę lub pragnący zanurzyć się
w podejrzanego pochodzenia przeżycie - to oznacza po
prostu ciche i uparte odczucie, że jest w świecie jakaś
struna nieobojętna miłości, struna, która brzmi smutno, gdy jesteśmy puści, struna, która brzmi jasno, gdy
zapuszczamy korzenie.
Tego się nie da udowodnić, to jest poza dowodem,
ale nie jest poza poezją, mocną dobrą poezją, która
sprzyja życiu i która nie jest tylko poezją kontemplacji,
ale jest poezją działania, choćby działaniem tym było
mycie podłogi, gdy jesteś zmęczona.
Ogromnie trudno pisać o takich sprawach, bo cią
gle napotyka się bardzo zużyte, bardzo mocne słowa,
a poza tym czuje się człowiek, jakby przystępował z tę
pą siekierą do cięcia drogi w ogromnym, bujnym lesie.
Więc to zostawiam, ale taka noc jest to noc przyjazna
najlepszym sprawom świata i nie przeczy dniowi, ale
go uzupełnia.
Szwajcarzy pletli przy ognisku o Ameryce. To nie
znaczy, że mówili od rzeczy. Naśladowali głosy radiowych reklam wychwalających wszystko, co się da, opowiadali, jak matrony tutejsze reagowały na wypuszczenie sputnika, uważając to za narodowy szoking. Ot
i tak sobie gadali o różnych rzeczach.
A następnego dnia widzieliśmy wiele piękności
i dzielnie zdobywaliśmy Peak Lassen, ale o tym już
Wam później napiszę ...
Całuję Was bardzo
Janek
Przypisy
1 Zapis pochodzi z notatek zrobionych w drodze na wyprawę polarną na Spitsbergen. Wyruszyła ona z Polski w lipcu 1973 roku,
z okazji Międzynarodowego Roku Kopernikańskiego. Założeniem jej
było dokonanie trawersu wyspy z zachodu na wschód i wejście na
znajdujący się tam szczyt Kopernika. Droga wiodła przez Moskwę
i Murmańsk do Barentsburga, leżącego przy zachodnim brzegu
Spitsbergenu. Zaraz po powrocie ze Spitsbergenu Jan Strzelecki
opublikował w "Literaturze" obszerne cztery artykuły-wspomnienia
z przebiegu wyprawy. (Ukazały się już w sierpniu i na początku września). Radio zaś rozpoczęło w grudniu nadawanie 10-ciu audycji
o Kopernikańskiej wyprawie, które miały formę rozmów z uczestnikami wyprawy.
W wyprawie Spitsbergeńskiej brali również udział przedstawiciele Kościoła, których zadaniem głównym było odprawienie mszy
na szczycie Kopernika. Tymi przedstawicielami Kościoła byli: ks.
Andrzej Woźnicki profesor filozofii na Unniwersytecie w San Franciska i ks. Władysław Dobroć duszpasterz ze Szczecina. Na zakoń
czenie wyprawy ks. Dobroć ofiarował Janowi Strzeleckiemu swój egzemplarz pisma Świętego Nowego Testamentu opatrzony następują
cą dedykacją:
"Coście
uczynili jednemu z tych braci moich najmniejszych
uczynili"
Niech słowa te będą nagrodą za Twój miły uśmiech, serdeczne
słowo, bratnią dłoń zawsze gotową do pomocy w czasie tych pięk
nych dni spędzonych wspólnie na Spitsbergrnie.
Murmańsk 73, Władek
mnieście
1'7()