-
Title
-
Antropolog i powojenna rzeczywistość współczesnej Afryki / LUD 2011 t.95
-
Description
-
LUD 2011 t.95 s.143-158
-
Creator
-
Kurcz, Maciej
-
Date
-
2011
-
Format
-
application/pdf
-
Identifier
-
oai:cyfrowaetnografia.pl:5781
-
Language
-
pol
-
Publisher
-
Polskie Towarzystwo Ludoznawcze
-
Relation
-
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:6197
-
Rights
-
Licencja PIA
-
Subject
-
Sudan - badania terenowe
-
Afryka - współczesność
-
Type
-
czas.
-
Text
-
Lud, t. 95,2011
MACIEJ KURCZ
Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej
Uniwersytet Śląski
Cieszyn
ANTROPOLOG I POW OJENNA RZECZY W ISTOŚĆ
W SPÓ ŁCZESN EJ AFRYKI.
REFLEK SJE N A TEMAT B A D A Ń TEREN O W Y CH
W PO ŁUD NIOW OSUDA ŃSKIEJ DŻUBIE
Jeszcze nie tak dawno Afryka pogrążona była w głębokim kryzysie. Dość
wspomnieć, iż jeszcze dziesięć lat temu znakiem rozpoznawczym kontynentu
były konflikty zbrojne, które wybuchały jeden za drugim, z przerażającą siłą:
w Kongo, Liberii, Mozambiku czy Sudanie, żeby wymienić tylko kilka. Choć
większość należy już do przeszłości, wciąż mamy do czynienia z ich skutka
mi i wiele krajów afrykańskich można zaliczyć do kategorii „powojennych”.
Wraz z porozumieniami pokojowymi zakończyły się działania zbrojne, jednak
na polu gospodarki czy interakcji międzyludzkich wciąż punktem odniesienia
jest czas wojny, a nie pokoju. Kontynent ten cechuje wielowymiarowa przejściowość - w wielu krajach dokonuje się przejście od wojny do pokoju, od kryzysu
do stabilizacji, od autorytaryzmu do demokracji, od gospodarki sterowanej (czy
„wojennej”) do wolnego rynku. Podstawowym problemem jest: jak rozumieć
zachodzące tam zjawiska, które nie należą ani do świata wojny i kryzysu, ani
pokoju i stabilizacji?
Wszystko to nie pozostaje bez konsekwencji dla pracy badacza w terenie,
rzutuje na problematykę badań i metodologię, wiąże się także z szeregiem pro
blemów etycznych. W ostatnich dekadach badania na kontynencie afrykańskim
stały się swego rodzaju „antropologią cierpienia” - nauką o społecznościach
doświadczonych przez różnego rodzaju kataklizmy: wojny, akty ludobójstwa,
czystki etniczne, terror polityczny, niedostatek materialny, epidemie i katastro
fy ekologiczne (Davis 1992). Rozbudziło to nowe zainteresowania badawcze.
Na plan pierwszy wysunęły się studia nad socjoekonomiczną stroną życia Afrykańczyka rozpatrywaną z perspektywy jego nierzadko traumatycznych przeżyć.
Wszystko ze względu na gardłową potrzebę szeroko pojętego rozwoju, stabili
144
Maciej Kurcz
zacji i rekoncyliacji. W centrum uwagi specjalistów znalazło się także miasto aktualnie najważniejszy z obszarów, z perspektywy realiów życia Afrykańczyka.
Jak wspomniałem, obecna sytuacja na kontynencie ma poważne konsekwencje
metodologiczne. Rodzą się pytania: jak prowadzić badania w terenie w sytuacji
zagrożenia, jak zachować postulat relatywizmu kulturowego wobec powszechnego
cierpienia? Zasadniczym problemem jest to, czy można w ogóle prowadzić eks
ploracje etnograficzne w sytuacji, gdy ludzie toczą walkę o życie, cierpią i umie
rają. Dobitniej: jak rozmawiać ze zgwałconą kobietą albo z młodym mężczyzną,
który jako dziecko zmuszany był do niewyobrażalnej wręcz przemocy, jak wresz
cie w obliczu takich historii skupiać się na powziętych zamierzeniach - nierzadko
mało istotnych z punktu widzenia samego rozmówcy? Mówiąc inaczej, praca w te
renie, jak nigdy wcześniej, zmusza badacza do wypracowania postaw etycznych
i nowych rozwiązań metodologicznych, które pozwoliłyby mu pozostać w zgodzie
ze swoim sumieniem. Na temat tych i innych dylematów prowadzenia badań w sy
tuacjach ekstremalnych istnieje już niemała literatura (m.in. Davis 1992; Nord
strom, Robben, eds., 1995; Stańko, Lee, eds., 2003; Cramer, Hammond, Pottier,
eds., 2011 ). W odniesieniu do postaw i procedur badawczych, które należy przyjmo
wać w powojennej rzeczywistości Afryki, zdania są podzielone. Francuski socjo
log Loïc Wacquant sugeruje porzucenie interpretacji na rzecz powrotu do bardziej
opisowej formy nauki, oddania głosu ludziom, których badamy (Rouse 2007: 1).
Inni przeciwnie, opowiadają się za jeszcze bardziej rozbudowanymi modelami in
terpretacyjnymi w badaniu „zdezorganizowanego” świata Afryki (np. Paul Farmer,
Philippe Bourgois, Nancy Scheper-Hughes). W artykule zaprezentuję garść wła
snych refleksji na temat badań powojennych społeczeństw Afryki. Czerpać będę
z moich doświadczeń zdobytych w czasie prac terenowych w południowosudańskiej Dżubie, w latach 2007 i 2008. Badania dotyczyły strategii przeżycia oraz
poprawiania jakości życia przez mieszkańców miasta. Działania te analizowa
łem zasadniczo przez pryzmat dwóch kategorii zjawisk: żywiołowych procesów
urbanizacyjnych oraz wielowymiarowej pograniczności1.
Powojenne miasto afrykańskie
Ośrodki miejskie to centra życia, ale i traumatycznych doświadczeń Afrykańczyków - niedawne miejsca opresji, teraz reintegracji i galopujących procesów
urbanizacyjnych. We współczesnych konfliktach (nie tylko w Afryce) miasta od
grywają szczególną rolę, ze względu na swoje polityczne i ekonomiczne znacze
nie. Ważny jest także ich mikroklimat kulturowy - generowany przez gigantycz
n ą populację, w większości zamieszkującą „dzikie suburbia” (wild suburbia). To
1
Badania te realizowane były w ramach projektu „Dżuba - ośrodek kultur i konfliktów”, a finanso
wane z grantu Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego.
Antropolog i powojenna rzeczywistość współczesnej Afryki
145
świat potencjalnych wywrotowców, rezerwuar rekrutów dla różnego rodzaju zbroj
nych milicji (Hill 2009: 5-11). W krajach globalnego Południa to przede wszyst
kim w miastach koncentruje się obecnie życie, mimo braku bezpieczeństwa i wielu
infrastrukturalnych problemów. Miejsca te nadająton życiu ekonomicznemu i spo
łeczno-kulturowemu całych regionów. Dlatego też ośrodki takie, jak Mogadiszu,
Monrowia czy Dżuba zostały szczególnie dotknięte działaniami zbrojnymi w cza
sie ostatnich wojen. Stały się arenami walk - strategicznymi punktami na mapie
działań wojennych. To tutaj dały o sobie znać „nowe wojny”, których aktorami
stały się różne grupy społeczeństwa (niekoniecznie państwo i jego aparat), a meto
dą nierzadko terroryzm. W wyniku wojen wiele miast afrykańskich uległo znisz
czeniu, a ich ludność rozproszeniu, żadne jednak nie przestało istnieć. Mimo po
zornego rozkładu, nigdzie nie zapanowała anarchia. Wraz z dekompozycją struktur
państwowych, deformalizacją życia, wytworzyła się swoista próżnia rodząca moż
liwości reorganizacji podstawowych instytucji społecznych i ekonomicznych. Dla
niektórych świat ten okazał się niezwykle atrakcyjny, oferując różnorakie szanse.
Dla innych okazał się pułapką, źródłem wykluczenia.
Niezależnie jednak od zalet i wad tego świata, powojenna Afryka to rzeczywi
stość miejska, gdzie różnice między miastem a w sią praktycznie uległy zatarciu.
Ludzie, bez względu na miejsce zamieszkania, w wielu dziedzinach przejmują
typowo miejski styl życia. Widać to na płaszczyźnie relacji społecznych, życia
ekonomicznego czy nawet w odniesieniu do sposobów spędzania wolnego czasu.
Dodam także, iż kontynent ten charakteryzuje się obecnie najwyższym tempem
urbanizacji. Żywiołowo rozwija się, a procesy te widoczne są najsilniej w ośrod
kach zurbanizowanych. Wojenna przeszłość, wraz z wielopłaszczyznowymi
zmianami modernizacyjnymi, odpowiadają za specyficzny, efemeryczny klimat
tych miejsc, w wymiarze znaczeniowym i procesualnym zbliżony do środkowej,
liminalnej fazy obrzędów przejścia w koncepcji Arnolda van Gennepa (2006).
Kategoria „liminalności”, moim zdaniem, to klucz do rozumienia wielu miast
Afryki, w tym także eksplorowanej przeze mnie południowosudańskiej Dżuby.
Dżuba - miasto w fazie tworzenia
W czasie niedawnej wojny domowej w Sudanie Południowym (1983-2005)
Dżuba była prowincjonalną mieściną, zamieszkaną przez kilkutysięczną gru
pę wynędzniałej ludności. Na zbuntowanym terenie stanowiła główny ośrodek
administracyjny i policyjny Chartumu. Teraz, niejako z dnia na dzień, staje się
wielkim miastem - stolicą niepodległego Sudanu Południowego. Od 2005 roku
do miasta płynie bowiem nieprzerwanie powódź imigrantów2. Są wśród nich
2
Od podpisania porozumień pokojowych w Naiwasza, w Kenii, 9.01.2005 r. Wydarzenie to wyzna
czyło oficjalny koniec tzw. drugiej wojny domowej w Sudanie (1983-2005).
146
Maciej Kurcz
urzędnicy tworzącej się właśnie administracji, ludzie drobnego biznesu, którzy
zwęszyli tutaj koniunkturę, czy też ludność wiejska wypchnięta do miasta przez
dramatycznie trudne warunki panujące na prowincji. Przede wszystkim jednak
m igrują tu byli uciekinierzy, przebywający w innych częściach Sudanu, jak
i w sąsiednich krajach afrykańskich. To oni są główną siłą m otoryczną przemian
zachodzących w Dżubie - gwałtownych procesów urbanizacyjnych. Zasadniczą
sprawą dla każdego imigranta jest zaadaptowanie się do nowego środowiska. Nie
jest to zadanie łatwe, w mieście panująbow iem skrajnie trudne warunki życiowe.
Brakuje wody i kanalizacji, o prądzie już nie wspominając. Na skutek niewy
obrażalnie ubogiej infrastruktury komunikacyjnej regionu, wzrastają drastycz
nie ceny. Dochodzi do tego wieloetniczność oraz wielokulturowość migrantów,
sprzężona z tradycjonalizmem i konserwatyzmem poszczególnych jednostek. To
mieszanka wywołująca u większości mieszkańców uczucie wyobcowania. Co
gorsza, nakłada się na to różnorodny bagaż traumatycznych doświadczeń wojen
nych. Z naszej perspektywy Dżuba jest miastem dysfunkcyjnym. Można by j ą
nazwać kolokwialnie pewnego rodzaju przechowalnią, miejscem, gdzie - przy
najmniej obecnie - istnieją największe szanse na przeżycie w powojennym Suda
nie Południowym. Przypomina tym samym bardziej obóz dla uchodźców aniżeli
miasto, powiększa się jednak niemal każdego dnia. Mimo swoich licznych bra
ków, dla większości stanowi szansę na normalne życie.
Dżuba a doświadczenie tymczasowości
Człowiek przybywający do Dżuby wkracza w świat odmiennej rzeczywisto
ści: swoistej kultury, moralności czy układów społecznych. Wszystko, co tu spo
tyka, kłóci się ze znanymi mu hierarchiami społecznymi oraz instytucjonalnymi
normami i ideami. Dla każdego oznacza to coś innego. Dla migranta wiejskiego
łączy się zasadniczo z dekompozycją tradycyjnej organizacji społecznej, nato
miast dla przybysza z globalnej Północy raczej z materialnymi niedostatkami
ludzkiej egzystencji oraz nagromadzeniem patologii, beznadzieją i cierpieniem
rdzennej ludności. Wspólna jest konieczność zmiany, przebudowania własne
go światopoglądu czy nawet moralności. To nieuniknione w świecie, który jest
krańcowo zmienny i nieprzyjazny człowiekowi zarazem. W takim środowisku
wszystko podporządkowane jest właściwie jednem u tylko celowi: przeżyciu.
Inne usuwane są na plan dalszy. Nie ma zasadniczo znaczenia, czy jest się wiej
skim migrantem, repatriantem czy pracownikiem organizacji dobroczynnej. Jak
sądzę, dobrym przykładem tego zjawiska są „biali” mieszkańcy Dżuby. To jedna
z grup, w której zachowaniu, sposobie bycia można dostrzec wpływ specyfiki
miejscowej rzeczywistości. Do zachowań takich zaliczyć można na przykład roz
wiązłość seksualną czy pijaństwo. Wszystko zrzuca się na karb stresującej pracy,
z dala od domu, w niewyobrażalnie ekstremalnych warunkach. Rzeczywistość
Antropolog i powojenna rzeczywistość współczesnej Afryki
147
powojennej Dżuby powoduje, iż przybysz z globalnej Północy zawiesza tutaj
swoją tożsamość, w zamian wypracowując nową, cechującą się swoistą „mo
ralnością” i obyczajowością. Zjawisko to, choć dotyczy przede wszystkim „bia
łych”, nieobce jest także innym grupom migrującym do miasta.
Miejscowa rzeczywistość jest jednocześnie także twórcza i przekształcająca.
Przerywa monotonię, prezentuje nieograniczone wręcz możliwości, może służyć
na przykład bogaceniu się. Dzięki utrzymującemu się mikroklimatowi kulturo
wemu miasto żyje, a nawet rozwija się. Przejawem tego jest choćby żywiołowy
rozkwit spontanicznej przedsiębiorczości czy masowy napływ cudzoziemców.
Niemniej, zdewastowany w ojną krajobraz, trauma wojenna oraz żywiołowe tem
po urbanizacyjnych przemian wywołują poczucie wyobcowania, braku zakorze
nienia. Pracownicy organizacji pomocowych cały czas m uszą się liczyć z ewa
kuacją. Obowiązujący ich regulamin nakazuje posiadanie specjalnego zestawu
przedmiotów pierwszej potrzeby - tak „na wszelki wypadek”. Paradoksalnie,
podobne jest podejście miejscowej ludności, którą także charakteryzuje poczucie
niepewności i tymczasowości. Nikt nie wie, co stanie się jutro, ludzie nie m y
ślą więc o następnym dniu. Przecież w każdej chwili może wydarzyć się jakaś
katastrofa i kraj znów pogrąży się w wojnie. W takiej sytuacji jednym z najpo
trzebniejszych przedmiotów jest karabin. Większość mieszkańców traktuje m ia
sto jako miejsce tymczasowego pobytu, nie wiąże z nim swojej przyszłości. Byli
uchodźcy planują powrót w rodzinne strony lub też wyjazd za granicę; migranci
wiejscy pragnąjedynie poprawić swoją sytuację życiową. Natomiast cudzoziem
cy zatrudnieni w organizacjach humanitarnych przebywają tutaj tylko w czasie
trwania projektów, prędzej czy później będą musieli opuścić to miejsce. Tymcza
sowość odczuwalna jest na każdym kroku, od zachowania ludzi, przez wystrój
domów, po stan miejskich dróg. Uderzające jest nieprzywiązywanie przez ludzi
wagi do wyglądu i wyposażenia swoich domostw. Dbano tylko o to, co niezbęd
nie potrzebne, a czasem i o tym zapominano. N a przykład, w ciągu dwóch lat,
w wielu odwiedzanych przeze mnie domach nie wybudowano nawet toalet!
Na specyficzny mikroklimat kulturowy Dżuby składa się także żywiołowy
i niekontrolowany napływ grup ludzkich o najróżniejszym zapleczu rasowym, et
nicznym czy społecznym. Miasto to ośrodek kultur, mimo iż jeszcze przed kilku
laty mało kto słyszał o jego istnieniu. Wielokulturowość Dżuby powoduje, iż jej
mieszkaniec stara się „ukryć” swoją etniczność - nie manifestuje jej w przestrze
ni publicznej. Jest ważna, żywa, silnie uświadomiona, ale nie pojawia się w sfe
rze publicznej, poza murami zagrody. „Ukrycie etniczności” w mieście to dowód
jej żywotności, a nie rozpadu. To swoista „strategia niewidzialności” mieszkańca
gwałtownie urbanizującego się ośrodka. Ludzie, w heterogenicznym środowisku
miejskim, obawiają się etniczności. Upatrują w niej siłę konfliktogenną. Miesz
kańcy Sudanu Południowego przekonali się o tym dobitnie w czasie niedawnej
wojny, która była przecież po części konfliktem etnicznym, lub też w czasie wy
chodźstwa.
148
Maciej Kurcz
Spajająca jest również bliskość granicy państwowej. Wywołuje ona u wszyst
kich te same, antagonistyczne uczucia: nadziei, ale i lęku przed nieznanym, obcym
światem, z którym niejako intuicyjnie kojarzy się wszelkie zło (np. HIV/AIDS).
To miejsce realnych możliwości, lecz także metafizycznego lęku. Wyrazem tego
ostatniego jest choćby utrzymująca się w mieście wiara w złowrogie, nadprzyro
dzone istoty będące na usługach czarowników-cudzoziemców. Wszystko to od
powiada za swoisty, „dekadencki” klimat miejscowej miejskiej kultury. Liczy się
tylko to, co tu i teraz; nikt nikogo nie zna - wszyscy są tutaj obcy. To ogromna
niedogodność, ale też czynnik budujący, zespalający, ułatwiający tworzenie się
związków społecznych. W swoich badaniach mogłem się o tym osobiście prze
konać. Specyficzne warunki w mieście uczyniły ze mnie do pewnego stopnia
jego typowego mieszkańca. Byłem człowiekiem marginalnym; moja nieokreślo
na sytuacja sprawiła, iż nieoczekiwanie stałem się członkiem badanego społe
czeństwa imigranckiego, w którym prawie każdy był mniej lub bardziej obcym.
W szyscy oni byli ludźmi z pogranicza, zawieszonymi między wieloma różnymi
światami, zdystansowanymi do rzeczywistości, w której przyszło im żyć. Ów
dystans stał się zaczynem specyficznego rodzaju interakcji. Ludzi wyłączonych
poza ramy swoich dotychczasowych wspólnot jednoczy dążenie do przetrwania
w silnie urbanizującym się mieście.
Z punktu widzenia rezydenta podrzędnego afrykańskiego hotelu
Dżuba jest, jak wynika z powyższego opisu, miejscem szczególnym. Jej
specyficzne realia nie pozostają bez wpływu na życie wszystkich przebywa
jących aktualnie w mieście ludzi, nie wyłączając mojej osoby - samodzielnie
prowadzącego badania antropologa. Przede wszystkim uświadomiłem sobie, iż
jestem integralną częścią badanej społeczności: „obcym” w miejscu pełnym ta
kich jak ja. Prawie każdy był tutaj „migrantem”. Prawie każdy deklarował, iż jest
tutaj tylko na chwilę. Mój status outsidera, człowieka z marginesu, nie utrudniał,
a ułatwiał życie w tym mieście. Był czynnikiem ułatwiającym integrację. Prze
konałem się o tym zaraz na początku moich badań w Dżubie, gdy stałem się
rezydentem podrzędnego miejskiego hotelu.
Z reguły badacze terenowi stająprzed następującym dylematem: czy zamiesz
kać w trudnych warunkach, ale wśród badanej społeczności, czy też skorzystać
z lepszej lokalizacji (np. w pobliskim miasteczku), godząc się jednak z pogłębie
niem statusu outsidera. W moim przypadku było inaczej. Najważniejsze w kwestii
znalezienia miejsca do pracy i odpoczynku były względy finansowe. Przyczyną
była skrajna, niewyobrażalna wręcz drożyzna panująca w mieście (nocleg w na
miotowym hotelu kosztował 180 dolarów za dobę i niełatwo było w nim o miej
sce!). Miasto afrykańskie cierpi dziś z powodu niezliczonych problemów. Do
naczelnych bez wątpienia należą wysokie koszty życia, nierzadko przewyższa
Antropolog i powojenna rzeczywistość współczesnej Afryki
149
jące te panujące w Europie. Problemem jest także niedostatek miejsca do życia,
ciasnota i chroniczny brak fizycznego dystansu między ludźmi oraz niezbędnej
infrastruktury. Dziś sytuacja ta daje się we znaki także przybyszowi z globalnej
Północy; to nie tylko problem tubylczej ludności, ale wszystkich mieszkańców
miasta bez wyjątku. Każdy musi się mierzyć z nieprzyjazną rzeczywistością, nie
rzadko pozostając wobec niej bezradnym.
I tak, w czasie pierwszego wyjazdu zmuszony byłem zamieszkać w hotelu.
Na szczęście, jakim ś zrządzeniem losu trafiłem na pole namiotowe prowadzone
przez przedsiębiorców z Ugandy, a przeznaczone dla afrykańskich biznesmenów
cudzoziemskiego pochodzenia. Tu ceny były zdecydowanie przystępniejsze.
Mimo ciężkich warunków (nocowanie w dwuosobowym, turystycznym namio
cie nieprzystosowanym do tropikalnych warunków klimatycznych), udało mi się
tam zebrać ciekawe informacje. Przede wszystkim, miałem okazję porozmawiać
z odwiedzającymi miasto cudzoziemcami (Arabami, Hindusami, Ugandyjczykami). Dzięki temu skonfrontowałem moje spostrzeżenia ze spostrzeżeniami innych
„obcych”. Co udało mi się ustalić? Otóż moje wrażenia „dziwaczności” i „obco
ści” okazały się nie tak odmienne od odczuć innych cudzoziemców. Wszyscy by
liśmy do pewnego stopnia outsiderami. Jak już pisałem, byłem obcym w mieście
pełnym takich jak ja. Zdecydowaną większość mieszkańców stanowili migranci.
Wyobcowanie, osamotnienie okazało się czynnikiem spajającym, ułatwiającym
zawiązywanie więzi. Każdy z nas był przedstawicielem odmiennej tradycji kul
turowej, ale jednocześnie każdy z nas dystansował się wobec zastanego świata,
tego, co doświadczaliśmy tu i teraz. Ustanowiło to między nami płaszczyznę dia
logu. Gwałtowne procesy migracyjne i towarzyszące im przeobrażenia kulturo
we sprzyjały podejmowanym przeze mnie krokom badawczym. W realny sposób
łagodziły dystans kulturowy dzielący mnie od badanej społeczności.
Przebywanie w podrzędnym afrykańskim hoteliku dało mi także możliwość
przyjrzenia się miejskim zachowaniom ludycznym, obserwowania, jak bawi się
mieszkaniec Dżuby. Dodam, iż miejskie zachowania ludyczne w powojennej
Dżubie to zjawiska, których znaczenia nie da się przecenić. Gra w bilard, pi
cie butelkowego piwa3 czy weekendowe potańcówki to kwintesencja miejskiego
stylu życia, ale także sposoby nawiązywania interakcji w wielokulturowym spo
łeczeństwie, wreszcie swoiste terapie w radzeniu sobie z traum ą wojennych prze
żyć i beznadzieją okresu transformacji. Wspomnę jeszcze, iż miejsce to okazało
się doskonałą przestrzenią do prowadzenia rozmów czy wywiadów. Pojawiali
się tam przedstawiciele różnych grup społecznych miasta. Był to swoisty obszar
neutralny, gdzie moja osoba w najmniejszym stopniu nie wzbudzała zdziwienia.
Niestety, równocześnie pozostawałem także wyobcowany. Rzeczywistość
Dżuby oddziaływała na mnie w podobny sposób, jak na innych jej mieszkańców
3
Picie piwa butelkowego kojarzone jest powszechnie z miastem, jako typowo miejski rodzaj kon
sumpcji.
150
Maciej Kurcz
- także u mnie miasto wzbudzało negatywne emocje: strachu, osamotnienia czy
odrazy. W żadnym wypadku nie byłem w stanie utożsamiać się z tym miejscem,
przeciwnie, każdy dzień był dla mnie dowodem na krańcową inność tego świa
ta. Miejscowy system był dla mnie, jak i dla innych mieszkańców do pewnego
stopnia odwróceniem normalności, a przekonanie to było tym silniejsze, że po
dzielała je niemalże większość rozmówców. Wreszcie, moje działania były pod
porządkowane temu samemu celowi: przeżyciu.
Na przekór stereotypom
W Afryce, której historia naznaczona jest silnie niewolnictwem i imperiali
zmem, kolor skóry ma nieporównywalnie większe niż gdzie indziej znaczenie.
Nie ma chyba drugiego takiego miejsca, gdzie biały byłby traktowany w tak
szczególny sposób. Mimo upływu czasu, to wciąż big man - „wielki człowiek”,
obdarzony przez los różnorodnymi dobrodziejstwami. Pogląd taki skutkuje nie
wyobrażalnym wręcz szacunkiem okazywanym ludziom białym. Dowody na to
odnaleźć można niemalże „na ulicy”, w każdym przejawie afrykańskiej kultury:
muzyce, stroju, diecie, ideach religijnych. Fenomen ten jest poniekąd kluczem
do rozumienia procesów westemizacyjnych i globalizacyjnych na południe od
Sahary. Nie oznacza to jednak, iż ów biały zawsze spotyka się z życzliwością
Przeciwnie, można go także oszukać, okraść czy nawet pozbawić życia.
W czasach permanentnego kryzysu doszło do wzmocnienia, a zarazem nie
znacznej modyfikacji wizerunku białego. Powodem takich modyfikacji stereo
typu był napływ do Afryki, od lat 80. XX wieku, różnego rodzaju organizacji
pomocowych4. Wraz z nimi pojawiła się nowa kategoria przedstawiciela global
nej Północy: pracownik pomocowy, człowiek dobroczynności. Nowy wizerunek
jest tym silniejszy, iż w iążą się z nim realne korzyści. Biały to człowiek z ka
tegorii czynnych. To potencjalny pracodawca lub osoba, która może rozwiązać
problemy tubylca. Może okazać się poszukiwanym patronem, który umożliwi
dobry start w mieście - wielu moich informatorów znalazło pracę dzięki zna
jomościom z obcokrajowcami. To nierzadko „pan życia i śmierci”, bowiem na
wielu obszarach jego obecność wiązała się z dystrybuowaniem pomocy. Z tego
między innymi powodu ludzi z Zachodu ceni się ponad wszystko. Uważani są
za tych, z którymi warto się zadawać - mieć wśród nich przyjaciół. W opinii tu
bylców, są to ludzie nieskorumpowani i niechciwi. Trzeba więc wkupić się w ich
łaski, pozyskać życzliwość i przyjaźń, do której m ogą skłonić opowieści tubylca
o osobistych tragediach z czasów niedawnej wojny. Wszystko to jest swego ro
4
Najważniejsze to wyspecjalizowane agendy ONZ, jak UNICEF, WFP, UNOCEIA, UNMIS. Inne,
to tzw. organizacje pozarządowe (non-government organizations, NGOs) - podmioty prywatne lub
prawne działające na rzecz wybranego interesu publicznego, niepobierające z tego tytułu żadnych sub
wencji (np. Amnesty International, Międzynarodowy Czerwony Krzyż) (Łatoszek, Proczek 2001: 38).
Antropolog i powojenna rzeczywistość współczesnej Afryki
151
dzaju korpusem wiedzy - zestawem stereotypów, umożliwiającym poruszanie
się w świecie, w którym znaczącą rolę pełnią organizacje dobroczynne. Palmę
pierwszeństwa dzierżą w tym względzie uchodźcy i wewnętrznie przesiedleni
(intemally displaced people) - główni klienci pracowników organizacji pom o
cowych.
W południowosudańskiej Dżubie nie byłem typowym przedstawicielem cy
wilizacji Zachodu. Także tam większość białych stanowili pracownicy różnego
rodzaju organizacji pomocowych, mieszkający w zamkniętych enklawach i po
ruszający się po mieście wyłącznie samochodami. W żadnym wypadku nie paso
wałem do tego schematu. Szybko zorientowałem się, jak jednoznaczny jest w i
zerunek białego w mieście, swoją obecnością bowiem naruszałem obowiązujący
schemat. Była to wada, nierzadko powód nieufności wobec mojej osoby, do tego
stopnia, że powątpiewano w m oją tożsamość. Nie podróżowałem samochodem,
pojawiałem się w miejscach nietypowych dla ludzi z mojego kręgu kulturowe
go, nie byłem pracownikiem żadnej organizacji, nikomu wreszcie nie chciałem
wybudować domu czy załatwić pracy. U wszystkich, przynajmniej z początku,
wywoływałem podejrzliwość. Zastanawiano się, czy aby nie skrywam pod fa
sadą europejskości jakiejś innej, prawdziwej tożsamości. Jakiej? Trudno mi jest
dzisiaj jednoznacznie powiedzieć. Nie było to więc chyba takie ważne. Zapewne
dla każdego środowiska silnie doświadczonego przez wojnę charakterystyczne
jest uczucie niepewności, tymczasowości. Także i tam punktem odniesienia był
czas wojny; obowiązywał swoisty dekalog, w którym naczelne miejsca zajmo
wały właśnie takie uczucia jak nieufność czy podejrzliwość. Tak też prezento
wał się świat większości moich rozmówców. Aktualna sytuacja w mieście nie
była postrzegana jako normalna. Przeciwnie, widziana była jako gra pozorów,
dzięki której trw ają zakamuflowane przygotowania do kolejnego konfliktu
zbrojnego.
Sposoby pozyskiwania informacji
Inne problemy badawcze również należy powiązać z wojennymi doświad
czeniami znakomitej większości mieszkańców miasta. Wojna była wciąż powra
cającym tematem. W wielu przypadkach wynikało to z działalności organizacji
pomocowych, w szczególności ze sposobu komunikacji, wspomnianej wyżej
strategii kontaktu. Tubylcy przyzwyczajeni byli mianowicie do przekazywania
„świadectw” swojego cierpienia i wojennej tułaczki. Fakt ten zmusił mnie do
poszerzenia procedury badawczej o elementy tak zwanego autobiograficznego
wywiadu narracyjnego - czyli, w zasadniczej części, swobodnej, nieskrępo
wanej wypowiedzi osoby badanej (narratora), która przedstawia jakąś historię
ze swojego życia i jej interpretację (Chase 2009: 17). W moim przypadku była
ona doskonałym wstępem do rozmowy - naturalnym, wychodzącym od samego
152
Maciej Kurcz
rozmówcy. Dostarczała mi jednocześnie wielu cennych wskazówek i informa
cji, dotyczących różnych aspektów ich życia (np. strategii migracji czy sytuacji
rodzinnej).
Rozpoczynałem od pytania o losy człowieka w czasie niedawnej wojny. N ie
rzadko badany rozszerzał opowieść o bardziej całościową biografię, od dzieciń
stwa po teraźniejszość, stąd też ten gatunek wywiadu sam ewoluował zatem do
formy nazywanej w literaturze jako life history lub life story (Chase 2009: 17).
Starałem się niczego nie wartościować ani nie sugerować. Koncentrowałem się
na zachęcaniu mojego respondenta do rozwijania poruszanych historii. Dopiero
po zakończeniu narracji prosiłem o rozwinięcie interesujących mnie kwestii lub
wyjaśnienie wątków, które nie zostały dostatecznie omówione. Rozmówcy za
skakująco chętnie dzielili się ze mną, nieraz bardzo intymnymi, historiami swo
jego życia. Niestety, jak sygnalizowałem, nauczeni byli eksponować tylko pewne
ich aspekty, ważne dla uzyskania materialnego wsparcia ze strony organizacji
dobroczynnej. W przypadku tej procedury zdawałem sobie także sprawę z innych
zagrożeń, choćby z tego, iż nie jestem w stanie zweryfikować uzyskiwanych in
formacji. Mimo wszystko jestem zdania, iż technika ta jest szczególnie pomocna
w eksploracjach empirycznych wśród różnego rodzaju przymusowych migran
tów i winna być włączona na stałe do badań terenowych nad współczesnymi
procesami migracyjnymi w Afryce.
Niezwykle sprzyjająca okazała się sytuacja językowa w mieście. Ku moje
mu wielkiemu zdziwieniu, większość mieszkańców Dżuby była anglojęzyczna
(w czasie moich wcześniejszych prac terenowych w Sudanie Północnym przy
datność tego języka do komunikacji z tubylcami okazała się minimalna). Po
nadto, prawie zawsze znaleźć można było kogoś, kto gotowy był tłumaczyć
z któregoś z lokalnych języków na angielski. Mało tego, próby komunikowania
się po arabsku - czyli w języku państwowym - najczęściej spełzały na niczym.
Tubylcy wymagali wręcz ode mnie posługiwania się językiem angielskim. Wiele
jest przyczyn tego fenomenu. Dla Afrykańczyków to język, którym posługują
się cudzoziemcy, język służący międzyetnicznej komunikacji. Przy tym, jest on
stosunkowo dobrze znany, a co najważniejsze - nie budzi negatywnych emo
cji. To język neutralny, co więcej, wyraża dobitnie reorientację kulturową Po
łudnia na interior afrykański oraz cywilizację amerykańsko-europejską. W tym
ostatnim aspekcie jego popularność należy uznać za jeden z przejawów globa
lizacji. Dlatego też nie tyle mogłem, co nawet musiałem posługiwać się nim
w kontaktach z tubylcami. Byłem przecież Europejczykiem, a moi rozmówcy
chcieli za wszelką cenę pokazać, iż są kosmopolityczni. Do popularyzowania
języka angielskiego przyczyniają się repatrianci z innych krajów afrykańskich,
którzy opanowali ten język będąc na wygnaniu. Spore zasługi w tym zakresie
m ają również Kościoły chrześcijańskie (zwłaszcza pentakostalne), dla których
od początku istnienia w Afryce jest to język liturgii czy, ogólnie, działalności
duszpasterskiej.
Antropolog i powojenna rzeczywistość współczesnej Afryki
153
Byli uchodźcy i kobiety - podstawowe kategorie moich rozmówców
Na miejscu musiałem zrewidować większość wypracowanych wcześniej
w Sudanie strategii badawczych. Przede wszystkim nie mogłem polegać na jed
nej, konkretnej procedurze. Podlegać musiały one nieustannym modyfikacjom.
Praca w mieście była także ciągłym poszukiwaniem odźwiernych, przełamywa
niem nieufności oraz pogonią za informatorami. Rozmówcy nie gwarantowali
nawiązania kontaktu z innymi, a nierzadko przeciwnie, uniemożliwiali zawar
cie kolejnych znajomości (tak było w przypadku kontaktów z przedstawicielami
diaspory muzułmańskiej)5. W pracach w terenie oparłem się na grupie stałych
informatorów. Reprezentowali różne środowiska etniczne, zamieszkiwali różne
części miasta. Łączyły ich zaś wspólne doświadczenia życiowe - status byłych
uchodźców i niedługi staż w mieście. Byli to przedstawiciele najliczniejszej gru
py wśród imigrantów. Informatorzy ci byli dla mnie odźwiernymi - umożliwili
mi kontakty ze swoimi środowiskami (pobratymcami etnicznymi, sąsiadami czy
przyjaciółmi). Wybór tej konkretnej grupy podyktowały realia. Ludzie ci byli
najłatwiej dostępni - jako niedawni azylanci byli przyzwyczajeni do kontaktów
z „białymi”. Mało tego, przeświadczeni byli o korzyściach płynących z tego ro
dzaju kontaktów. Wreszcie dysponowali swego rodzaju „strategią kontaktu” zestawem stereotypów na temat przedstawiciela globalnej Północy, służącym do
komunikowania się z nim. W rezultacie szybko udawało się pozyskać ich sympa
tię i zaufanie. Z powyższych względów spośród wszystkich grup miejskich prze
jaw iali oni największe zrozumienie dla mojej pracy w terenie i byli najbardziej
skorzy do rozmowy. Płaszczyzną porozumienia był także ich status. „Powraca
jący” to ludzie wyobcowani, marginalni, zawieszeni między różnymi światami.
Zapewne z tego powodu mieli tak wiele spostrzeżeń, nierzadko krytycznych,
wobec otaczającej rzeczywistości i - co równie ważne - chętnie się nimi ze m ną
dzielili. To dlatego mogłem włączyć ich do czynnego udziału w moich pracach,
a także nader często korzystać z ich wiedzy i doświadczeń. Oczywiście, miało
to ogromny wpływ na tempo badań oraz ich ostateczne rezultaty. Ze względu
na ograniczone możliwości pozyskiwania informatorów, skoncentrowałem się
w badaniach na kilku, reprezentujących różne sytuacje życiowe, bohaterach. Sy
tuacje z ich życia - jako elementy badań typu case study - uczyniłem paradygmatycznymi dla moich studiów.
W toku prowadzonych działań zainteresowałem się także problematyką genderową. Nie było to do końca zamierzone. Jako etnograf-mężczyzna uważałem,
że ta problematyka nie rokuje dużych perspektyw badawczych. Rzeczywistość
5
W mieście utrzymywały się silne antagonizmy między ludnością miejscową, w większości chrze
ścijańską a muzułmanami pochodzenia północnosudańskiego. Ich źródłem była wieloletnia wojna do
mowa między Sudanem Południowym i Północnym.
154
Maciej Kurcz
kulturowa jednak wymusiła na mnie zrewidowanie tego założenia. Okazało się
bowiem, że kobieta jest postacią kluczową dla większości interesujących mnie
zagadnień: migracji, dynamiki struktury społecznej, strategii ekonomicznych czy
życia religijnego. Mieszkanka Dżuby okazała się ponadto nadspodziewanie ła
two dostępna - chętnie występowała w roli informatorki. Kobieta afrykańska,
zwłaszcza mieszkająca w mieście, emancypuje się; jest niezwykle aktywna na
niwie społecznej czy ekonomicznej, świadoma swoich potrzeb. Dlatego też ko
biety stanowiły znaczną grupę wśród moich współpracowników. Z tego powodu
również nie należy już uważać ich za zmarginalizowane. Jeśli chodzi o obserwa
cje naukowe, dysponujemy obecnie niem ałą literaturą na ich temat - nieporów
nywalnie obszerniejszą aniżeli w przypadku mężczyzn. Pod tym względem to ci
ostatni zasługują dzisiaj na większe zainteresowanie.
Zakończenie - jak badać świat powojennej Afryki?
Dla przybysza z globalnej Północy rzeczywistość współczesnej Afryki jest
krańcowo obca, wręcz antystrukturalna. Jej zrozumienie wydaje się trudne czy
wręcz niemożliwe. Kwestionariusze i dyspozycje do obserwacji w ydają się tu
mało przydatne. Nie wiemy przecież, co jest m iarą normalności: świat dnia
wczorajszego czy jutrzejszego, a może to, co „tu i teraz”. Wiemy już, iż Afrykańczycy włączyli do swojej tożsamości bagaż trudnych doświadczeń, nauczyli
się z nim żyć i skutecznie go wykorzystywać. Słowem, nie są tak straumatyzowani, jak moglibyśmy przypuszczać. Ich życie dalekie jest jednak od harmonii
- przeciwnie, jest w alką o przeżycie, nieustannym narażaniem ciała i umysłu na
działalność skrajnych czynników.
Jak zatem powinniśmy badać takie światy? W moim odczuciu, rozwiązaniem
może okazać się autorefleksyjność, nastawienie w interpretacji na samego bada
cza, czy - powtarzając za słynnym socjologiem Pierrem Bourdieu (2010) - zwró
cenie się ku własnemu ja. To sposób na częściową choćby obiektywizację bada
nego podmiotu. Szczególnie ważne jest to w przypadku zetknięcia się ze skrajnie
trudnymi i wszechogarniającymi zjawiskami. W pewnych sytuacjach bowiem
ludzie, nawet wywodzący się z różnych środowisk kulturowych, zaskakująco
zbliżają się do siebie. Łączy ich, choć przejściowo, jakaś więź. Transformująca,
„odwrócona” rzeczywistość wywołuje u wszystkich podobne uczucia: obcości,
abnegacji czy dekadencji. Świat ten, mimo swych ułomności, integruje, sprzy
ja interakcji, może przyczynić się do dialogu i porozumienia. W tym przypad
ku nasuwają się skojarzenia z teorią rytuału liminalnego Victora Turnera (2005).
Dżuba, podobnie jak wiele innych współczesnych miast afrykańskich, to miejsce
tworzenia się efemerycznych, odwróconych i zmiennych struktur, czyli tego, co
Turner nazywał liminalnością. Miasto jest jed ną w ielką antystrukturą, generującą
swoistą więź czy światopogląd.
Antropolog i powojenna rzeczywistość współczesnej Afryki
155
Eksplorator powojennego miasta afrykańskiego musi zdawać sobie sprawę
i z innych uwarunkowań: czy chce, czy nie, jest członkiem badanej zbiorowości.
Rzeczywistość współczesnej Afiyki pozostawia głęboki i trwały ślad w każdym,
kto się z nią zetknie. Trudno mu jest zatem obserwować z zewnątrz, zachować
dystans. Nie jest panem sytuacji; w większym niż zazwyczaj stopniu musi być
gotowy do rewizji projektu badawczego. Praca nie jest jedynym zadaniem, nie
rzadko schodzi na plan dalszy. Ważniejsze jest - całkiem zwyczajnie - przetrwa
nie w zgoła nieprzyjaznej, na wskroś obcej rzeczywistości.
Caroline Nordstrom i Antonius Robben (1995:10-11 ), autorzy słynnej pracy Field
work under Fire, są zdania, iż antropolog powinien przemówić w imieniu pokrzyw
dzonych. Zgadzam się w pełni z tym postulatem. Głosu ludzi cierpiących zazwyczaj
przecież nie słychać. Tak jak w przeszłości antropolodzy tworzyli obrazy całych kul
tur czy nawet obdarowywali je historią tak i teraz powinni opisać cierpienie i prze
moc (writing violence). Ważne jest, aby, na ile to tylko możliwe, oddać głos same
mu badanemu, pozwolić mu mówić. Afiykańczycy, doświadczeni różnego rodzaju
krzywdami, zaskakująco chętnie dzielą się swoimi wspomnieniami z przybyszami
z globalnej Północy. To rezultat aktywności tych drugich na polu dobroczynności
w ostatnich dekadach. Dla Afiykańczyków z kolei, to swoista strategia poruszania się
w świecie zdominowanym przez różnego rodzaju organizacje pomocowe.
W takim środowisku, projektując badania etnograficzne, trzeba wziąć pod
uwagę wiele różnych metod badań jakościowych. Szczególnie przydatne jako
sposób wywoływania danych okazują się procedury narracyjne. Metody te słusz
nie należą do nader często wykorzystywanych w szeroko pojętych studiach nad
migracjami, pozwalają bowiem poznać złożoność motywów i strategii prze
mieszczających się ludzi (dodam, zjawiska najwyższej wagi dla współczesnej
Afiyki). Trzeba jednak zdawać sobie sprawę z wielu obciążeń takich procedur, od
niebezpieczeństwa konstruowania iluzorycznie zgodnych biografii6, po niewiel
k ą przydatność w analizowaniu większych, strukturalnych problemów. Mimo
wszystko uważam, iż są niezwykle ważne dla badacza, a także dla badanego.
Dzięki nim rozmówca konceptualizuje swoje życie: musi zinterpretować własną
kulturę czy, całkiem po ludzku, może uporać się z demonami własnej przeszłości.
Okazuje się to cenne w procesie powrotu do „normalnego” życia. Antropolog ma
ograniczone możliwości działania w kierunku poprawy życia Afiykańczyka, nie
jest zazwyczaj dystrybutorem pomocy materialnej. Może jednak zrobić pozytyw
ny użytek z badań terenowych, czyniąc z nich swego rodzaju terapię.
Słowa kluczowe: antropologia cierpienia, badania terenowe, metoda narracyjna, miasto,
Sudan Południowy, Dżuba
6
Chodzi o nieuchronne w tym przypadku koncentrowanie się jedynie na wybranych aspektach
życia ludzi. Pojawia się również problem po stronie rozmówców, którzy przyzwyczajeni są do prezen
towania swoich historii głównie z perspektywy traumatycznych przeżyć (w odpowiedzi na kwestiona
riusze organizacji pomocowych). Inne pomijają uznając je za nieistotne.
Maciej Kurcz
156
LITERATURA
Bourdieu R
2010
Chase S.E.
2009
Posłowie, w: P. Rabinów, Refleksje na temat badań terenowych w Afryce,
przeł. K. Dudek, S. Sikora, Kęty: Wydawnictwo Marek Derewiecki,
s. 136-138.
Wywiad narracyjny. Wielośćperspektyw, podejść, głosów, przeł. F. Schmidt,
w: N.K. Denzin, Y.S. Lincoln (red.), Metody badań jakościowych, t. 2,
Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN, s. 15-57.
Cramer Ch., Hammond L., Pottier J. (eds.)
2011
Researching Violence in Africa. Ethical and Methodological Challenges,
London: Brill.
Davis J.
1992
The Anthropology o f Suffering, „Journal ofRefugee Studies” 5: 2, 149-161.
Gennep van A.
2006
Obrzędy przejścia. Systematyczne studium ceremonii, przeł. S. Szymański,
Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy.
Hill A.
2009
Policing Post-Conflict Cities, London, New York: ZED Books.
Łatoszek E., Proczek M.
2001
Organizacje międzynarodowe. Założenia, cele, działalność. Podręcznik
akademicki, Warszawa: ELIPSA.
Nordstrom C., Robben A.C.G.M. (eds.)
1995
Fieldwork under Fire: Contemporary Studies o f Violence and Survival,
Los Angeles, London: University of California Press.
Rouse C.
2007
Stakeholders vs. Interlocutors: Translating Ethnographic Research into
Public Policy Speak, http://ceas.iscte.pt/ethnografeast/papers/carolyn_rouse.
pdf.
Stańko R.M, Lee E. (eds.)
2003
Researching Violence: Essays on Methodology and Measurement, London:
Routledge.
Turner V.
2005
Gry społeczne, pola i metafory. Symboliczne działanie w społeczeństwie,
przeł. W. Usakiewicz, Kraków: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagielloń
skiego.
Antropolog i powojenna rzeczywistość współczesnej Afryki
157
Maciej Kurcz
THE ANTHROPOLOGIST AND POST-WAR REALITY
OF CONTEMPORARY AFRICA.
REFLECTIONS ON THE FIELDWORK IN JUBA (SOUTH SUDAN)
(Summary)
As many long lasting conflicts in Africa have come to an end the continent is de
veloping very rapidly. These processes are mostly seen in urbanized post-war centres.
The war past and the modernisation changes are responsible for the specific ephemeral
climate of these places.
Juba is a „liminal” city, tom between crisis and stabilisation, war and peace, chaos and
order. This situation is intensified by spontaneous urbanization processes. Juba is a city in
the making; it is also a place where globalisation and trade exchange are very intensive.
This article describes the author’s reflections on the anthropological fieldwork in post
-war Juba. The liminality has profound impact on the life of the people in the city, inclu
ding the anthropologist during his fieldwork. The article shows how cultural phenomena
characteristic of post-war African cities impact on the anthropologist and his work.
Key words: anthropology of suffering, fieldwork, narrative method, city, South Sudan,
Juba