"Tajemnicę czynić bliską..."/ Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2001 t.55 z.1-4

Item

Title
"Tajemnicę czynić bliską..."/ Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2001 t.55 z.1-4
Description
Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2001 t.55 z.1-4, s.6-11
Creator
Benedyktowicz, Zbigniew
Date
2001
Format
application/pdf
Identifier
oai:cyfrowaetnografia.pl:2826
Language
pol.
Publisher
Instytut Sztuki PAN
Relation
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3022
Text
..TAJEMNICĘ CZYNIĆ BUSKĄ..." ROZMOWA Z WŁODZIMIERZEM STANIEWSKIM

ZBIGNIEW

Włodzimierz S t a n i e w s k i : Nie... Kosmos to jest
przerzucanie mostu między przyszłymi a przeszłymi la­
ty, jak to jest pięknie u Mickiewicza powiedziane
„Pieśń ujdzie cało..."

BENEDYKTOWICZ

„Tajemnicę czynić
bliską..."*

Z b i g n i e w B e n e d y k t o w i c z : A co będzie dalej? Jaki
następny most po Metamorfozach! Następny przystanek?

Rozmowa z Włodzimierzem
Staniewskim

Włodzimierz S t a n i e w s k i : Ja mówię o Eurypidesie.
Chciałbym zająć się postacią Eurypidesa. Tak, jak
mnie fascynowała postać Apulejusza, tak teraz trzeba
tę całą sprawę grecką doprowadzić do końca, przeorać
tożsamość tym pytaniem z wykrzyknikiem o spuść iźnie,
o naszym europejskim, a więc śródziemnomorskim
dziedzictwie.

Z b i g n i e w B e n e d y k t o w i e * : Cieszę się, ze udało się
złożyć tak obszerny numer o „Gardzienicach", „raport
0 „Gardzienicach" roku 2000", szczególnie o Pana

Z b i g n i e w B e n e d y k t o w i c z : A Eurypides, co kon­
kretnie?

1 Pańskiego zespołu ostatnich działaniach - Metamor¬
Włodzimierz S t a n i e w s k i : Przede wszystkim Eury­
pides jako osoba. O n powinien być główną postacią
utworu..., następnego eseju teatralnego.

fozy, Festiwal Misteria, Inicjacje.
Nie wszystko udało się nam zgromadzić w tym nu­
merze tak, jak początkowo zamierzaliśmy. A l e tym bar­
dziej u końca tej drogi pragnąłbym Panu zadać parę py­
tań, bez których cała ta praca i całe to wydawnictwo
(bieżący, poczwórny numer „Kontekstów") mogłoby
się narazić na zarzuty, z jakimi spotykają się niekiedy
i inne próby opisania zjawiska jakim są „Gardzienice"
i Pańska droga twórcza. A mianowicie chciałbym
uchylić zarzut, że oto powstaje kolejne dzieło apologetyczne, entuzjastycznie nastawione, unikające kwestii
trudnych, akcentów krytycznych. Dla mnie akurat en­
tuzjazm wobec rzeczy wielkich i znaczących nie jest
czymś, czego trzeba by unikać bądź się wstydzić. N i e
poczytuję go za wadę. Ale wobec tworzącej się już nie­
mal legendy na temat „Gardzienic" i pewnych obsza­
rów pozostających w cieniu milczenia chciałbym także
i o nie zapytać w dalszej części naszej rozmowy.

Z b i g n i e w B e n e d y k t o w i c z : Dlaczego?...
Włodzimierz Staniewski: Bo on jest kwintesencją
tego, co w starożytności mogło być próbą łączenia tak
zwanej kultury wysokiej z kulturą niską. Człowiek nie­
zwykły. Nie tylko z powodu miejsca w historii, ale z po­
wodu - jakby to powiedzieć - dziwactwa. Jest autorem
największej ilości dramatów, jakie zostały nam po staro­
żytności, ale to odludek, chodzący swoimi wilczymi tro­
pami, stroniący od towarzystwa, z dala od establishmen­
tu, szukający schronienia w miejscu odosobnienia na
Salaminie. T o miejsce odosobnienia było pieczarą. Sie­
dział tam, zwrócony w stronę morza i medytował. W tej
pieczarze zgromadził wielką bibliotekę, zdaje się, że była
to pierwsza tego typu prywatna biblioteka w czasach sta­
rożytnych. Byl człowiekiem, który wałęsał się po wsiach,
pił - dzisiaj powiedzielibyśmy - z chłopstwem, słuchał
podań i legend. Nie zabiegał o względy w Atenach, dla­
tego tak długo musiał czekać, a właściwie nie doczekał
się w tychże Atenach na swoje pięć minut, na swój czas.

Najpierw jednak zacznijmy od końca: Go dalej przed
Panem i „Gardzienicami"? Jakie projekty w najbliższej
(i dalszej) przyszłości? - Co po Metamorfozach?...
Włodzimierz S t a n i e w s k i : ... „zostanie złom żela­

Pozostały po Eurypidesie ślady autorstwa muzyki
w Orestesie i Ifigemi w Aulidzie. Musiał mieć bardzo do­
bre otrzaskanie w muzyce. Ojciec dobrze go wykształ­
cił, choć współcześni śmiali się z jego pochodzenia, mó­
wili, że ojciec to sklepikarz, a matka straganiarka. By!
posłany do szkoły atletycznej. Startował zdaje się jako
bokser w zawodach, gdzie odnosił sukcesy. Usuwał się
z towarzystwa, nie był karierowiczem, to jest ważne, to
jest intrygujące w postaci.

zny... i głuchy, drwiący śmiech..."
Z b i g n i e w B e n e d y k t o w i c z : Ostatnio prezentowa­
ny Kosmos „Gardzienic" jest jakby budowaniem ciągło­
ści pomiędzy - nie wiem czy aż Gusłami, - ale na pew­
no pomiędzy Carmina Burana, Auwakumem, Metamor¬
fozami. Kosmos... to jest taka jakby repetycja... Nie
wiem, bo nie widziałem tego...

Zajmował się tym, co jest jedną z największych ta­
jemnic; istotą kobiecości. Zajmował się tajemnicą, na

* Tytuł pochodzi od redakcji. Jest to cytat z innej wypowiedzi
W . Staniewskiego Ipor. strona 2 1 8 ] .

6

„TAJEMNICE CZYNIĆ BUSKĄ..." ROZMOWA Z WŁODZIMIERZEM STANIEWSKIM

dzi z nią związanych. O n m i się jawi jak smok, który
pożera naturę. A sposób, w jaki przetwarzał kulturę n i ­
ską przysparzał mu wielu przeciwników. T o przecież o n
pierwszy wprowadził do dramatu postaci z ludu. Prze­
ciwstawił mądrość ludową mądrości agory, mądrości
establishmentu. Pierwszy wprowadził postaci charakte­
rystyczne, nie hieratyczne. Głęboko penetrował to, co
jest charakterem, typem człowieka. Trzeba zwrócić
uwagę, że to są chyba pierwsze postaci w dramacie an­
tycznym, które mają charakter ambiwalentny, są głę­
boko rozdarte. Klitajmestra, która jest złą, winną
wszelkim nieszczęściom, przewrotną, zdradliwą kobie­
tą, wypowiada w Elektra zdanie, którym zyskuje pełną
sympatię. Niech sięgnę po książkę,

temat której żartobliwie za Freudem powtarzam- „Zba­
dałem osiem tysięcy przypadków kobiet i nic z tego nie
rozumiem." Tajemnicą, którą językiem swojej epoki,
wpisał w postać: Klitajmestry, Elektry, Ifigenii, Medei.
Tych historii powinno się uczyć od najmniejszego, opo­
wiadając je, jako bajki i baśnie chłopcom i dziewczyn­
kom. Po to, żeby mogli coś o sobie wzajemnie wiedzieć.
Intryguje jego fascynacja tajemnicą pierwiastka żeń­
skiego i tym, że nie tylko ma on moc sprawczą, ale jest
przyczyną szczęścia i nieszczęścia. Z natury swojej, nie
z uczynków. Szalenie to ważne ponieważ świat dzisiaj
staje się światem żeńskim.
Z b i g n i e w B e n e d y k t o w i c z : Chciałbym Cię zapy­
tać: co jest ważniejsze dla Ciebie czy postać twórcy - to
tak, jak w Awwakumk ten heretyk, konserwatysta,
spalony na stosie, jego wielka namiętność, obrona swo­
jej wiary itd. - Później Apulejusz, teraz Eurypides - co
jest ważniejsze czy ta wspólność duchowa z autorami
po których sięgasz, czy temat? Teraz mówisz przy Eury­
pidesie o pierwiastku żeńskości. Co jest ważniejsze, czy
postać autora czy tematy, które podnoszą. Co Cię bar­
dziej motywuje do zajęcia się nimi?

„Lecz choć mnie wtedy ta krzywda spotkała
Ja się nie wściekłam, męża nie zabiłam
Lecz wrócił z dziewką szaloną, menadą
Łoże z nią dzielił i we dwie «małżonki»
Byłyśmy razem w t y m samym pałacu", i t d .
Ona tłumaczy się ze swojego czynu, ze swej postawy
życiowej, tak, że zyskuje sympatię. Agamemnon kala
i rujnuje wszelkie rodzinne świętości. Orestes szamoce
się, robi wrażenie nadwrażliwca, dla którego liczy się
prawda, sprawiedliwość, czystość uczuć, ale zabija mat­
kę z zimną krwią po wysłuchaniu w ukryciu jej spowie­
dzi, która wzruszyłaby kamień.

Włodzimierz Staniewski: Jedno z drugim pozostaje
w ścisłym związku. Doświadczenie osobiste pozostaje
w związku z wypowiedzią publiczną. Z Eurypidesem jest
to o tyle ciekawe, że do niego przylgnął przydomek dramaturg-filozof albo filozof sceny. „Filozof mógł być epi­
tetem, niekoniecznie pozytywnym. Jedyny dramaturg-filozof. Widzimy go jak chodzi po rogatkach A t e n . Cho­
dzi sam. Inaczej niż Sokrates (który darzył go atencją),
Platon, Alkibiades; całe to niebieskie, gwarne towarzy­
stwo. Nie bierze udziału w dysputach, które toczą się na
każdym placu, w każdym miejscu publicznym. Przysłu­
chuje się. T o jest też czas, gdy pojawiają się stoicy. T o
jest rewolucja w myśleniu. Rewolta, ponieważ dochodzi
do przewartościowania pojęć etycznych postaw obywa¬
telskich, praw społecznych, postaw osobistych. O n przysiuchujt* się temu i to wszystko jakoś zasysa. T o wszyst­
ko ma wpływ na jego wypowiedź artystyczną, w której
odbija się filozofowanie tamtego okresu. W jego drama­
tach co krok natrafiamy na sentencje, które brzmią jak
mądrości ludowe, wypowiedziane gdzieś
ulicy.
Eurypides łączył środki wyrazu muzycznego — był muzy­
kiem - z układaniem ruchu i z wypowiedzią słowną
K r lv
model budował osobno
składał
razem I ieżeli mówimy o choret o tvm co mnie tak bar
d^o interesuje DO d v t ™ b i e 'to trzeba sie zwrócić do
Eurypidesa i trzeba tam szukać, w jego twórczości, zależ
nośći między muzyką ruchem i słowem.

Eurypides bardzo przybliża sytuacje mityczne i czyni
je sytuacjami, na które trzeba spojrzeć z perspektywy:
człowiek - człowiek, z perspektywy bardzo osobistej.
Eurypides miał niezwykły dar, przez to, że egzystował
w różnych sferach, miał niezwykły dar patrzenia na
istotę ludzką z wielu stron. Orestes więc, jest postacią
bardzo ambiwalentną.
N i k t nie jest jednoznaczny, cała ta rozmowa o l u ­
dziach, która dzisiaj odbywamy... pokazuje nam, jak
bardzo skomplikowane i trudne w osądzie, jest życie
ludzkie, istota ludzka, natuta ludzka.
Eurypides przybliża nam postać ludzką bo poznał ży­
cie tak zwanych dołów, gdzie sprawy, które są sprawa­
mi wiecznymi, stykają się z tym, co jest przyziemne
i tutejsze.
Z b i g n i e w B e n e d y k t o w i c z : Nadal me jestem pe­
wien czy to wyczulenie na „doły", to śledzenie wątku
ludowego, niskiego, pierwotnego decyduje o tym czy
bardziej Cię pociąga autor czy temat. Czy to nie jest ta­
kie programowe założenie, teza przyświecająca Twojej
i „Gardzienic" twórczości. Bo kiedy mówisz o drama­
cie, Eurypidesie, wielostronności spojrzenia, wciąż
przebija jakby ta teza, że prawda leży po stronie kultu­
ry niskiej, ludowej, pierwotnej. T a m się przełamuje,
tam jest ten dostęp prawdziwy do tajemnicy namiętno­
ści, zbrodni, miłości, śmierci. Prawda nie leży po tej
oświeconej stronie, ale w tym bardzo pierwotnym śro-

Fascynuje mnie jego operowanie między kulturą es­
tablishmentu, kulturą wysoką, a tak zwaną kulturą n i ­
ską. Oczywiście bliska mu była przyroda, jak i życie l u ­
7

TAJEMNICĘ CZYNIĆ BUSKĄ..." ROZMOWA Z WŁODZIMIERZEM STANIEWSKIM

dowisku. Czy ta teza, ten wątek nie jest niejako waż­
niejszy aniżeli sam temat: namiętność, zbrodnia, m i ­
łość, śmierć? - Zapytam inaczej, czy ta podróż do Gre­
cji, „do źródeł" nie prowadziła Cię nigdy no, może ktoś powiedziałby - do wtórnych ujęć. Do tego drugie­
go bieguna, mam tu na myśli Rilkego Sonety do Orfe­
usza. Czy nie kusiło Cię, żeby sięgnąć do niego, do te­
go słowa, z wysokiej kultury, które pojawiło się u po­
czątków X X wieku, do poezji, z tego drugiego, bardzo
wyrafinowanego, bieguna?

ga: Teatr S T U Jasińskiego
własnego teatru...
Włodzimierz Staniewski:

Grotowski - Założenie

jest już wpół do

czwartej rano...
Zbigniew Benedyktowicz: ... nic nie pomoże...
W ł o d z i m i e r z S t a n i e w s k i : (po dłuższej chwili
milczenia i krzątaniu się.)... Niebagatelna sprawa.
Osobiste doświadczenie. Pierwsze było bardzo mocną
przygodą społeczną. Pamiętam jak wyjechaliśmy ze
Spadaniem zrobionym przez Krzysztofa Jasińskiego
i Edwarda Chudzińskiego do którejś ze stoczni
w 1971 zaraz po wyborze Gierka. Graliśmy w grudniu
1970 Spadanie w Łodzi. Decyzja jury pod przewodnic­
twem Puzyny o przyznaniu pierwszej nagrody została
podjęta, bo tego dnia o 20. Gierek wygłosił słynne te­
lewizyjne przemówienie. Jury nie miało wyboru
(śmiech). Spadanie na podstawie Różewicza. Miało to
silną nośność społeczną, nie mówiąc o tym, że była to
duża lekcja życia. Bo środowisko artystycznej alterna­
tywy po trosze było też politycznym podziemiem, śro­
dowisko kultury studenckiej mimo wszystkich konce­
sji, które robiło - dawało ostrogi postaw obywatel­
skich N o więc graliśmy w tej stoczni i pamiętam jak
w takim barze przystoczniowym," rano następnego
dnia, jadłem z kimś z zespołu śniadanie. Któryś z ro­
botników, którzy tam pracowali i wpadali na kawę
z mlekiem, podszedł i niezwykle poruszająco podzię­
kował za spektakl. Jak wyjeżdżaliśmy wcześniej do Ło­
dzi to ja się przebijałem na pociąg przez łapankę m i
licyjną. Krakowski rynek otoczony był z czterech
stron trafiłem w środek w ten kocioł Była łapanka
ganianie po bramach, gwizdy wrzaski .gestapo"
,A potem zaułltcirni Jo pociągu. Nie wiadomo było czy
oociae w oeóle wviedzie
Atmosfera na tvm festiwa
lu w Łodzi nie do ooisania

Włodzimierz Staniewski: Ale Eurypides to jest
bardzo wysoki i wyrafinowany biegun. Fascynujące jest
jego doświadczenie biograficzne. Musiały tam być
jakieś powinowactwa z Ikarią Tespisa, który stworzył
podwaliny teatru starożytnego. T o oczywiście trzeba by
jeszcze przebadać.
Jego doświadczenie biograficzne jest fascynujące,
tak samo, jak doświadczenie biograficzne Dantego,
który nie trzyma się dworu, nie wisi u płaszcza wielkich
- tak, jak doświadczenie Villona - że daje się uplatać
w życie, w życie z tego, co boli.
Oczywiście, jest coś takiego jak fascynacja postacią.
Człowiek szuka jakichś wzorów, odniesień, analogii do
swoich własnych wyborów, do swojej postawy. Sięgać
trzeba na wysoką półkę.
Rilke, tak, Rilke w swoich wierszach, które dla mnie
ważną rolę inicjacyjną odegrały:
Wracam ze swych
podniebnych dróg, gdziem zgubił się wśród lotu...".
Piękny wiersz. Mógłby być takim moim zawołaniem.
Przyłóżmy teraz to wyznanie do faktu, że Rilke wto­
czył się po rosyjskich wsiach, wiejskich chatach. Ten
subtelny Rilke.
A l e tu chodzi też o postać, która odgrywa jakąś rolę
społeczną, która wywołuje jakiś ferment społeczny,
której sprawy społeczne są nieobce. Przy pomocy i n ­
strumentów sztuki, talentów, którymi Bóg obdarzył,
próbuje powiedzieć coś, wzruszyć coś w strukturach
i układach społecznych. Awwakum był taką postacią,
Taliesin był taką postacią, był - trzeba to przypomnieć

A to drugie doświadczenie zupełnie odmienne; hermetyzm; izolacja, laboratoryjność, w przekonaniu, że
się chwyta pana Boga za nogi...

- natchnieniem w pracy nad Carmma Burana, taki cel­
tycki Orfeusz.

Zostały ręce wyciągnięte do góry, a Bóg... Przywo­
łam tutaj Dormana, założyciela Teatru Dzieci Zagłę­
bia. Gościłem go w Gardzienicach. Opowiadał jak po­
jechali do Francji do Nancy, gdzie odnieśli sukces,
a potem pojechali do Paryża. Jego ludzie-on też górali
miał w swoim zespole-chcieli iść do katedry Notre Da­
mę. Jeden z nich stanął w tej katedrze, podniósł ręce
do góry i woła: „Panie Janie! T o się łunosi i łunosi!" T a m w Brzezince zostały „ręce do góry".

Oczywiście Orfeusz też był taką postacią.
Interesuje mnie nie tylko autor utworu artystyczne­
go, ale interesuje mnie człowiek, który ma - to strasz¬
nie brzmi dzisiaj - wrażliwość i potrzebę działalności
społecznej. Ktoś, kto jest uwikłany w życie i dokonuje
wyboru w tym życiu. Ktoś, kto nie jest azylantem życiu
i dokonuje tych wyborów na dobre i na zle. Tak, jak
rozmawialiśmy: po co na tej przegranej już od lat redu­
cie tu trwać...

Zbigniew Benedyktowicz: Jesteś tak postrzegany
w plotkarskim świecie, że unikasz, czy nie chcesz mó­
wić o Grotowskim. Dlaczego milczysz o Grotowskim?

Zbigniew Benedyktowicz: N o dobrze, dobrze...
Teraz nie przepuszczę...- Twoje uwikłnia. Twoja dro­
8

„TAJEMNIC :E CZYNIĆ BLISKA-" ROZMOWA Z WŁODZIMIERZEM STANIEWSKIM

Włodzimierz Staniewski: N o cóż ja mogę mieć do
powiedzenia. Ja mogę mówić tylko o doświadczeniu
osobistym, które legendzie nie posłuży. Jak to się nie
daje przyłożyć do legendy, to o czym ja mogę mówić?...
Niech mówią ci, co pretendują do masy spadkowej po
Grotowskim. Ja uciekałem stamtąd gdzie pieprz rośnie
i gdzie diabeł mówi dobranoc. Położyłem całe swoje ży­
cie osobiste na szali. Mówiłem jasno i otwarcie, że to
jest w kontrze do niego. O n szanował tę kontrę, cho­
ciaż przez pierwsze lata był w popłochu. Nasyłał m i róż­
nych takich, grał na uczuciach i ambicjach członków
mojego otoczenia. Ja byłem fair wobec niego. Czy on
był wobec mnie?

o którym mówisz jest ważny element niepewności... czy
w środowisku Mistrza była pewność Mistrza?

Były to bardzo ekscytujące cztery lata, chociaż
z końcówką pytań, niepewności, rozgoryczeń.

Włodzimierz Staniewski: Wiele zawdzięczam...
na przykład pierwszą podróż do Ameryki. - T o dużo,
Ameryka jest mitem. Wtedy szczególnie była mitem.
Trochę ciekawych znajomości, które zresztą urywały
się po kolei, jak się okazało, że „Gardzienice" nie będą
epifrazą Grotowskiego.

Włodzimierz Staniewski: N o nie, brzmi to, jak
„szukanie haka" na Grotowskiego. A mnie to zupełnie
nie interesuje. Mnie w tej chwili interesuje ja i moi ko­
ledzy - Rodowicz, Gołaj i młodsi, i to traumatyczne do­
znanie przez jakie przechodzimy, które jest wiekiem
męskim, wiekiem klęski.
Zbigniew Benedyktowicz: Co zawdzięczasz Jerze­
mu Grotowskiemu?

Nie można mówić, że szuka się nieznanego, podczas
kiedy to nieznane wybiera z twego życia radość, ener­
gię, poświęcenie i to nieznane trwoni twoje życie...
Dlaczego ja miałbym mówić o Grotowskim?

Zbigniew Benedyktowicz: Wśród obserwatorów
zauważone zostało Wasze spotkanie w latach dziewięć­
dziesiątych. Mówi się, że doszło wtedy do pojednania.
0 czym Panowie wtedy rozmawiali?

Zbigniew Benedyktowicz: Jakie były elementy tej
kontry, tego sprzeciwu?
Włodzimierz Staniewsld: N o to wiadomo, tam
była sytuacja zamknięta, laboratoryjna, a tutaj jest sy­
tuacja otwarta, społeczna - ten rys społecznikowski.
T a m - rodzaj hermetyzmu i takiego „docisku", jak
w Kole Sprawy Bożej u Towiańskiego „Brat A d a m do­
cisnął brata. Juliusza...". A tutaj sytuacja wyjścia w l u ­
dzi, w przyrodę, w drogę, nie w sensie metafory, ale
w sensie dosłownym.

Włodzimierz Staniewski: Obserwatorów? Byłem
obserwowany?... Zupełnie mnie to czyni bezradnym.
Była więc to już pewnie sytuacja legendy, która - jak to
bywa w takich wypadkach - ociera się o mistyfikację.
Uczestniczenie w mistyfikacji jest sprawą niewdzięcz­
ną, jeżeli człowiek staje się ofiarą mistyfikacji. Legenda
1 środowisko legendy to jest wariatkowo. Weźmy na
przykład legendy PRL-u.
Eurypides mnie interesuje, bo on pokazywał, jakie
to jest wariatkowo i próbował przybliżyć wariatkowo
mitu i legendy, przełożyć to na język życia takim, ja­
kim ono jest.
Występujesz w roli bardzo niewdzięcznej, ponieważ
występujesz w roli prokuratora diabła, nie adwokata.
Jak kiedyś zwrócił m i uwagę pewien uczony: nie jest
prawdą, że był advocatus diaboli i procurator dei. O d ­
wrotnie. Występujesz w roli procurator diaboli, bo co­
kolwiek bym nie powiedział, to będzie działało na mo­
ją niekorzyść.

Tutaj też doświadczenie egzystencjalne, kiedy czło­
wiek musi znaleźć się w różnych środowiskach, nieko­
niecznie mu bliskich.
Szukanie swojego wśród obcych.
Szukanie swojej tożsamości poprzez innych ludzi.
Częstokroć skrajnie i krańcowo odległych od tego jak
ja i koledzy byliśmy uformowani. Stąd się wzięły Wy¬
prawy a w nich sytuacje, które przybierały nieraz formę
horroru, kiedy chciano nas riezat'. Innymi znów razy
doświadczaliśmy niezwykłej życzliwości i aprobaty, jak­
byśmy byli jakimś zastępem proroków, niosącym rado­
sną wieść.
Inne klimaty, inne zapachy...
Rozumiem, że mówimy o działalności kulturotwór­
czej i o ideach, nie o teatrze. W teatrze ja zacytowałem
parę jego „chwytów" w Auiwakumie. Demonstracyjnie,
jako dowód szacunku, ale to było już po Rabelais'ie
i Gusłach, które były z zupełnie innej planety. O n na­
tomiast próbował naśladować moje poszukiwania ze
śpiewem i Wyprawy. Nie poszedł jednak za daleko i nie
pokazywał Apocalypsis... na wsiach.
Zbigniew B e n e d y k t o w i c z :

W

Co mam powiedzieć?... że wypiliśmy butelkę ko­
niaku?
Zbigniew Benedyktowicz: Wypiliście butelkę ko­
niaku i o czym mówiliście?
Włodzimierz Staniewski: O Boże... o duszy i d u ­
chu. Jaka jest różnica między duszą a duchem. Nie mó­
wiliśmy o podziale terytoriów. Najpierw zjedliśmy
obiad w „Monopolu" o porze raczej późnej. W e dwój-

tym „wyjściu",
9

kę siedzieliśmy w zupełnie opustoszałej restauracji; był
tam bardzo zabawny kelner, z którym nawiązałem żywą
rozmowę. Nagle powiedziałem m u : „Wie Pan, Pan
przypomina m i postać z Worcella z Zaklętych rewirów.
Na to kelner cały pokraśniał i mówi: „A wie Pan, że ja
bardzo dobrze znałem się z Panem Worcellem. O n t u ­
taj przychodził często i pisał t u Zaklęte rewiry. A ten
kelner tam był wiecznym kelnerem od 30 lat, no i w Je­
rzym wezbrała straszna zazdrość. O n zawsze pytał „jak
ty to trafiasz?". A to jest po prostu intuicja...
(śmiech)... to się nazywa intuicja, wyczucie, podejście
do człowieka. Grota to ruszyło, bo kelner go tam
z wielką atencją obsługiwał i to był „jego kelner", a t u ­
taj nagle stal się „moim kelnerem". I to przypomina m i
sytuację z Nowego Jorku. Przychodzi Grot na „Mara­
t o n " do katedry St John the Divine i po przedstawie­
niu idziemy do takiej knajpy włoskiej na ro^u. bodaj
Cathedral Street i Broadway'u. D o odwiedzanej
mnie kafejki węgierskiej vis à vis katedry nie chciał iść
pod pretekstem że będą nam przeszkadzać Myślę somusi
być bardzo znany skoro w nierwszei len
szei knainie mora eo ludzie nachodzić Jesteśmy iuż DO
s ł o w i e z o b s W a i n a d e od sąsiedniego stolika Dodno
sza sie trzy czVczterv niewiasty nrzvnadaia do mnie
obrałowi.ia - widziały właśnie n a d s t a w i e n i e T o był
M a r a t o n " (AwwakL

- CuL

-

i L

/'smiecnj.
- M tTę raczę] poaowie Vao' ^Kantora mz ao u r o towsKiego aie to jest niestety szczera prawda, to tycn
„z^aklętycn rewiracn poszliśmy do niego do pokoju
z butelką koniaku, o n m o w i l , ze juz wiele nie może, ale
towarzyszył dzielnie. Obgadywaliśmy interes.
1

m

O

W

1

y

C

Z b i g n i e w B e n e d y k t o w i c z : Czy więc, w tym i tych
późniejszych spotkaniach z lat 90. były jakieś elementy
powrotu syna marnotrawnego?
W ł o d z i m i e r z S t a n i e w s k i : (śmiech) N o tak, frocw
rator diaboli... pogratulować. Nie widywaliśmy się. Roz­
mawialiśmy przez telefon. Wiesz, jest też inna formuła:
„Ojciec marnotrawny".
• .
Z b i g n i e w B e n e d y k t o w i c z : Czy wtedy było łatwiej,
czy teraz łatwiej, bo mówisz coraz częściej o trudach
obecnego czasu, który zaczął się teraz w demokracji, po
przemianach?
W ł o d z i m i e r z S t a n i e w s k i : Łatwiej jest być party­
zantem. Znacznie łatwiej jest pisać notatki z podzie­
mia, niż być strażnikiem wartości. Być strażnikiem nor­
matywów, które się samemu ukuło, jest potwornie
trudno. W a r u n k i się zmieniły. Zrobił się potworny kociokwik tej rzeczywistości, rozpraszający i rozbijający
stan skupienia. Przedtem człowiek był jak laser, jak do­
brze zogniskowana soczewka. Dawniej nie miałem żad­
nych wątpliwości, co do dokonywanych wyborów.

Inlrl*
i ł m ao
T t tej n
W
' ranie
P
Y '
przemawiałem
puoiicznoscL..
zacnwycają
6

wił: «Wie Pan, jak patrzę na Pana, to mam na myśli
jedno słowo: osioł-".
Z perspektywy egzegetów tej, było nie było, nietu­
zinkowej postaci, mam pewnie wiele do powiedzenia.
Ja tak nie uważam. Ja mogę powiedzieć za Stachurą:
„Ty i ja teatry to są dwa...*

f

Jestem pełnym życia, młodym
człowiekiem
(śmiech), który nie chce dać się przywalić tą całą ponowoczesnością, w której mamy socrealizm a rebour;
ekscytację tłumami, rynsztokowy epikureizm (słynne
„świetnie się bawię"), politykierstwo przeżerające śro­
dowiska kultury, ignorancja w stosunku do historii
a przez to owrzodzenie wstydliwych kart historii bli­
skiej.
:•-•>••

Z b i g n i e w B e n e d y k t o w i c z : Co to był za interes?
Jaka sprawa?
Włodzimierz S t a n i e w s k i : Powiedzmy, że coś mu
załatwiałem.

Z b i g n i e w B e n e d y k t o w i c z : Z „Gardzienic" wyszły
i wypromieniowaly takie grupy jak „Węgajty" Wacława
i Erdmute Sobaszków, Wolfganga Niklausa i Małgorza­
ty Dżygadlo, „Muzyka Kresów" Jana Bernarda, „Pogra­
nicze" Krzysztofa Czyżewskiego i Małgorzaty Sporek,
„Studium Teatralne" Piotra Borowskiego, „Tanto"
z Wiednia z JanemTabaką i Susanne Pillhofer, „Tragon" A n n y Zubrzyckiej i Grzegorza Brala, „Stella Pola¬
ris" Pera Borga z Norwegii i inne. W parę lat po twoich
„Gardzienicach" młodzi artyści zaczęli osiedlać się na
wsiach i brać nazwy od tych wsi. Czy, i c h odejście było
dla Ciebie dotkliwym doświadczeniem?

Z b i g n i e w B e n e d y k t o w i c z : Zaprosiłeś, zapraszałeś
go tutaj do Gardzienic?
Włodzimierz S t a n i e w s k i : Tak, on t u wpadł przed
laty, na początku działalności, ze swojej inicjatywy. Ja
się nawet opierałem, ale na jego upór nie było moc­
nych. Siedzieliśmy tam w czworakach, gdzie mieliśmy
swoje kwatery. Niedługo potem wyrzucono nas stam­
tąd na zbity pysk w stanie wojennym. Najpierw oku­
powaliśmy dwa tygodnie. Potem na chwilę rozjechali­
śmy się do rodzin. Jak wróciliśmy, nasze rzeczy wynie­
sione były na zewnątrz. „Oni cię tutaj kochają" - mó­
wił o ludziach z mojego otoczenia - „A ja, jak zaczyn
nalem, to do mnie aktor (nie powiem nazwiska) mó­

Włodzimierz S t a n i e w s k i : Z perspektywy czasu pa­
trzę na to z wielką satysfakcją. Mówię ludziom, na któ-

10

„TAJEMNICĘ CZYNIĆ BLISKĄ..." ROZMOWA Z WŁODZIMIERZEM STANIEWSKIM

rych się decyduję - a proces przyjmowania, to są długie
podejścia, zanim zdecyduję się zaprosić do współpracy
- mówię buńczucznie: „Wiesz - jedno masz pewne, że
jak przejdziesz przez to doświadczenie, to masz zagwa­
rantowane powodzenie w życiu. T o nieważne, czy na to
powodzenie sam sobie zapracujesz, czy los będzie nad
Tobą czuwał, ale tak jakoś wspaniale się stało, że wszy­
scy, którzy stąd wyszli są w życiu niezwykle dzielni".
Niezwykle dzielni.

EDWARD

STACHURA

Życie to nie teatr*

Nie mnie się wdawać w to, na ile i c h predyspozy­
cje osobiste są podstawą do t a k i c h osiągnięć, a na ile
doświadczenie, przez które t u przeszli. Może tak jest,
że trochę to i trochę to. A l e faktem jest, że wszyscy
oni robią rzeczy, co do których można mieć duże po­
czucie satysfakcji i taki rodzaj pewności, że się nie
poroniło. Że t u się nic nie poroni. Jak już się zaciąży­
ło, to wtedy jest pełny, wspaniały noworodek, który
pięknie rośnie. O !

Życie to nie teatr, mówisz ciągle, opowiadasz;
Maski coraz inne, coraz mylne się nakłada;
Wszystko to zabawa, wszystko to jest jedna gra
Przy otwartych i zamkniętych drzwiach.
T o jest gra!
Życie to nie teatr, ja ci na to odpowiadam;
Życie to nie tylko kolorowa maskarada;
Życie jest straszniejsze i piękniejsze jeszcze jest;
Wszystko przy n i m blednie, blednie nawet sama
'
śmierć!
T y i ja - teatry to są dwa.
T y i ja!

Ale oczywiście ja rozstania przeżywam bardzo cięż­
ko, potwornie ciężko. Właściwie z długo noszoną traumą. Aczkolwiek przyczyniam się do rozstań. Kiedy sta­
je się jasne, że doświadczenie wyczerpane i dalsza
współpraca będzie grzęźnięciem. Czy nie możemy po­
rozmawiać o czymś wdzięczniejszym?...

T y - ty prawdziwej nie uronisz łzy.
T y najwyżej w górę wznosisz brwi.
Nawet kiedy źle ci jest, to nie jest źle
Bo ty grasz!

(trzaski wyłączającego się magnetofonu)
Taśma się skończyła.
Gardzienice, lipiec 2001

Ja - duszę na ramieniu wiecznie mam.
Cały jestem zbudowany z ran.
Lecz kaleka nie ja jestem, tylko ty!

Dzisiaj bankiet u artystów, ty się tam wybierasz;
Gości będzie dużo, niedostępna tyraliera;
Flirt i alkohole, może tańce będą też,
Drzwi otwarte zamkną potem się.
N o i cześć!
Wpadnę tam na chwile zanim spuchnie atmosfera;
Wódki dwie wypiję, potem cicho się pozbieram;
Wyjdę na ulice, przy fontannie zmoczę łeb;
Wyjdę na przestworza, przecudowny stworzę wiersz.
T y i ja - teatry to są dwa.
T y i ja!
T y - ty prawdziwej nie uronisz łzy.
T y najwyżej w górę wznosisz brwi.
I nie zaraźliwy wcale jest twój śmiech.
Bo ty grasz!

Gardzienice, Włodzimierz Staniewski, Zbigniew Benedyktowicz,
Ireneusz Guszpit (odwrócony plecami). Fot. Przemek Sieraczyński

* Podajemy pełną wersję wiersza Edwarda Stachury przytoczo­

Ja - duszę na ramieniu wiecznie mam.
Cały jestem zbudowany z ran.
Lecz, gdy śmieje się, to w krąg się śmieje świat!

nego przez Włodzimierza Staniewskiego w rozmowie za: Edward
Stachura, Wiersze, poematy, piosenki, przekłady,

Czytelnik, Warsza­

wa 1987

11

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.