Etnolog w podróży (5). Śladami wymyślonej ucieczki / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.3-4

Item

Title
Etnolog w podróży (5). Śladami wymyślonej ucieczki / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.3-4
Description
Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.3-4 ; s.65-74
Creator
Wasilewski, Jerzy S.
Date
2004
Format
application/pdf
Identifier
oai:cyfrowaetnografia.pl:5022
Language
pol
Publisher
Instytut Sztuki PAN
Relation
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5404
Rights
Licencja PIA
Subject
podróże - aspekt antropologiczny
Text
l.
Nie mam dla niej dobrej nazwy, ale wierzę, że w antropologii/etnologii powinna powstać specjalność, w ramach której gromadzono by i analizowano materiały na
temat ucieczek i wszelkich przypadków wyswobadzania
się człowieka z niewoli, więzienia, zesłania. Taka nauka
(może eskapologia? chyba lepiej z grecka: eleuterystyka)
musiałaby zbierać opisy uwolnień, by na tej podstawie
budować strategie ratowania się, przezwyciężania przeszkód naturalnych i sztucznych, pokonywania ludzi wrogich i przekonywania obojętnych. Mogłaby nanosić na
mapę ich trasy, tworząc siatkę linii oplatających cały
glob. Wynikłyby z tego jakieś nowe modele i schematy
("liminalna faza anty-obrzędu przejścia od Niewoli do
Wolności"), ale też praktyczny pożytek dla przyszłych
uciekających - katalog typowych błędów, wskazanie na
momenty newralgiczne i podstawowe zagrożenia.
Etnologia ma tu dobre prawo pierwszeństwa. Może się powołać ma przypadek markiza Condorceta,
który w jej historii zajmuje poczesne miejsce jako autor Szkicu postępu ducha ludzkiego poprzez dzieje. Po wybuchu rewolucji francuskiej ten liberał i aktywny wróg
terroru miał powody obawiać się o swą głowę i zaszył
się w paryskim ukryciu. Po pewnym czasie, by nie narażać osób udzielających mu schronienia, opuścił miasto, a po kilku dniach prowadzony głodem trafił do
podparyskiego Clamart, gdzie w jakiejś oberży zamówił
omlet. Oberżysta spytał go, z ilu ma być jajek. Światły
encyklopedysta wiedział bardzo wiele, ale nigdy nie zadał sobie trudu dowiedzenia się, ile jaj potrzeba do zrobienia omletu -odpalił więc na chybił-trafił, że z dwunastu. Wzbudziło to w karczmarzu podejrzenie, że nie
ma do czynienia z prostym człowiekiem. Cichcem powiadomił kogo trzeba i nasz uciekinier został zatrzymany, a w parę dni później zapłacił życiem za swoją
niewiedzę.

Historię tę poznałem dzięki innemu klasykowi etnologowi, Jamesowi George'owi Frazerowi. 1 Pewnie
była ona swego czasu dobrze znana, nie wymagała objaśnień. Aluzja do niej pojawia się przecież bez dalszego tłumaczenia w powieściowej scenie - w Józefie Balsamo Aleksandra Dumas - w której podczas kolacji
w arystokratycznym towarzystwie obdarzony nadnaturalnymi zdolnościami Balsamo-Cagliostro przepowiada zgromadzonym, co będzie przyczyną ich śmierci;
pod adresem Condorceta pada wtedy budząca wesołość przepowiednia, że umrze on od ... jajka.
Nie czytając Frazera, nie zrozumiałbym dowcipu,
tak jak nie rozumiał go najwyraźniej redaktor współcze­
snego wydania, skoro nie dał tu żadnego komentarza,
wyjaśniającego zapomnianą dziś historyjkę, a niegdyś
znaną anegdotę o oczywistym dla czytelnika sensie.

2.
Przyszła

nauka o ucieczkach dokona ich klasyfikacji,
podzieli je na udane i nieudane, znane i nieznane, praw-

ETNOLOG W PODRÓŻY (5)

JER ZY S. WASILEWSKI
~

Siadami

wymyślonej

ucieczki
dziwe i nieprawdziwe. W relacjach z nich poszuka toposów, konwencji, chwytów. Wskaże te wiarygodne, fałszy­
we i przesadzone. Takie kwalifikacje nie będą absolutne,
muszą ulegać zmianie wraz z zapominaniem jakiegoś motywu łub odwrotnie - z rozwojem badań. Oto np. relacja
Maurycego Beniowskiego z jego morskiej ucieczki z kamczackiego zesłania była od dawna przedmiotem debaty,
w której oskarżano autora o konfabulację; sąd ten trzeba
chyba zmienić w wyniku niedawnych prac zasłużonego
dla polskiej orientalistyki Edmunda Kajdańskiego, który
przez drobiazgową analizę tekstu i kompetentne porównanie go ze źródłami marynistycznymi dowiódł, że ten
awanturnik naprawdę otarł się o brzegi Alaski. z
Długi marsz - relacja zmarłego przed kiłkoma miesiącami w Anglii Sławomira Rawicza, wrześniowego
kawalerzysty z Fińska rodem, który aresztowany przez
Rosjan i skazany w wieku dwudziestu pięciu łat na tyle samo łat syberyjskiego obozu ucieka przez Mongolię, Tybet i Himalaje do brytyjskich Indii, by w końcu
znaleźć się w polskich siłach zbrojnych na Zachodzie dopiero w ostatnich łatach robi światową karierę) Czekała na nią ponad czterdzieści łat, licząc od daty pierwszego, niepozornego angielskiego wydania.
Dziś jej łączny nakład w różnych językach dojdzie niebawem do miliona, ostatnią edycję opatruje przedmową sam Nicolas Bouvier, papież podróżników, recenzują ją największe światowe czasopisma, BBC zrobiła
film telewizyjny, a Hollywood zakupił prawa do wielkiej ekranizacji kinowej. Wykorzystują ją jako źródło
znani autorzy książek poważnych: a to Anne Applebaum, pisząca o Gułagu (nagroda Fullitzera 2003),
a to himalaista Reinhold Messner, który przytacza Rawiczowy opis spotkania z yeti w swojej niedawnej
książce, gdzie krytycznie analizuje przekazy na temat
himalajskiego "człowieka śniegu". Globtroterskie sła­
wy, takie jak francuski autor-filmowiec Sylvain Tesson
z towarzyszem, rozpoczęły już przejście tą samą trasą.4
Tamto stare wydanie The Long Walk wpadło mi
w ręce po raz pierwszy na początku lat osiemdziesią­
tych, a dowiedziałem się o nim z pewnej amerykań­
skiej bibliografii książek zawierających doniesienia
o spotkaniu z yeti. Nie była to wtedy pozycja znana,
ale w bibliotece dobrego amerykańskiego uniwersytetu okazała się łatwa do odnalezienia. Biednie wydana

)erz::j .). WasileWSIU • ;)Lf\U!"\JVll W I NI I ;)LVI'4CJ

mą,

ale już zmienioną scenerię, porównywać widoki
z opisami. Podróżujący po Tybecie u schyłku XIX wieku rosyjski badacz Pozdniejew spotkał (a nawet korzystał z usług) tego samego przewodnika, o którym pisali wcześniejsi o pół wieku pionierzy europejskiej eksploracji, francuscy misjonarze Huc i Gabet.
Poruszając się w ciągu kilkunastu lat po różnych
partiach tych samych bezdroży, przez które jakoby
przeszedł "Slav" i jego towarzysze, zadawałem sobie
często pytanie: jak naprawdę musiałaby przebiegać taka ucieczka, gdyby rzeczywiście miała miejsce? Jak powinien wyglądać opis tych krain, gdyby autor widział
je naprawdę? Co mogłoby i musiało zdarzyć się po drodze, a nie ma o tym w relacji, bo autor zmyślił ją, nie
znając tamtejszych realiów? Co powinno było znaleźć
się w opisie, bym mógł uwierzyć w jego prawdziwość?
Na syberyjskie rzeki, na tajgę z jej moczarami i gę­
stwiną, na mongolskie i tybetańskie bezludzia patrzyłem pytając: czy tędy dałoby się przejść i dojść do obranego celu - bez mapy, kompasu, bez dobrych butów
i odzieży, bez broni, lekarstw i środków zdobywania pożywienia, bez elementarnej znajomości języków i realiów geograficzno-politycznych? Czy można było
przeżyć, mając przez cały czas za wrogów zarówno
przyrodę, a więc brak ludzi, jak i ich obecność? Albo- ·
wiem przez ponad połowę trasy, w granicach stalinowskiego systemu, każdy jego syberyjski czy mongolski
poddany musiał być chcąc - nie chcąc prześladowcą
uciekinierów; natomiast w drugiej połowie trzeba było
iść przez tereny ogarniętych wojennym rozgardiaszem
Chin północnych i plątaninę pasm górskich wschodniego Tybetu, gdzie grasowały bandy niepłaconych
żołnierzy i rabusiów, w tym zwłaszcza z plemion Khampów i Goloków, którzy napadanie na przejezdnych
traktowali jak sport.
Dopiero niedawno, będąc w Jakucji, zaznajomiłem
się z chronologicznie pierwszym, a dotąd mi nieznanym, odcinkiem Rawiczowego szlaku; tam przeczytałem książkę po polsku - z tymi samymi uczuciami
zmieszania i zażenowania, co kiedyś. Jak można traktować ją jako autentyk i stawiać autorowi pomnik?
Przecież to okraszona gołosłownymi zapewnieniami
o prawdziwości powieść przygodowa, która co najwyżej w swej początkowej partii (aresztowanie, obóz) relacjonuje czyjeś autentyczne losy. W tej części, która
zapewniła jej popularność, nie jest dokumentem, ale
właśnie powieścią młodzieżową, zawierająca tak wiele
naiwnych wyobrażeń, prostodusznych lapsusów i pomysłów z kalendarza, że zwłaszcza ktoś, kto był w tych
miejscach, musi zakwestionować prawdziwość opisów
- ubogich w konkrety, a bogatych w błędy i groteskowe zmyślenia.
Chwalący tę książkę nie zauważyli, że autor miesza
ze sobą elementy dwóch konwencji- wspomnieniowej
i fabularnej. Zapewnienia, iż naprawdę przebył tę niewiarygodną peregrynację, formułuje w pierwszej, ale
"dowodów" dostarcza, niestety, tylko w konwencji

- szary, byle jaki papier, amatorskie szkicowe rysunki,
zapewne niewielki nakład.
Najbardziej mnie interesująca część azjatycka okazała się zaskakująco uboga w konkrety. Po jej przeczytaniu wzruszyłem ramionami, i to wcale nie ze względu
na krótki opis widzianej z oddali pary ni to ludzi, ni to
zwierząt. Znając część opisanej trasy z autopsji, nie
miałem wątpliwości- ta książka to oczywista fikcja, naiwna i rażąco nieprawdziwa, przynajmniej od połowy,
kiedy młody narrator we wzorowo międzynarodowym
towarzystwie (typowym dla młodzieżowej literatury
przygodowo-podróżniczej) wyswobadza się zza drutów
jakuckiego łagru i dzielnie przewodząc towarzyszom
niedoli pokonuje na piechotę kilka tysięcy kilometrów.
Załączona mapka śmiałą kreską zaznacza szlak przecinający rzeki Lenę i Witim, pasma Gór Jabłonowych,
Czerskiego, Borszczawocznych i parę mniejszych, prowadzący dalej wschodnim brzegiem Bajkału, przez
mongolski Chentej, step, pustynię Gobi, tybetański
płaskowyż, by gdzieś na zachód od Lhasy przekroczyć
grzbiet Himalajów i zakończyć się w nienazwanej miejscowości we wschodnich Indiach. Co do wcześniej­
szych indywidualnych perypetii bohatera, to nie wątpi­
łem w ich prawdziwość, bo aresztowanie przez Rosjan
po wrześniu 1939 roku, Łubianka i inne więzienia, droga na Syberię, łagry - to oczywiste elementy losu niejednego, zwłaszcza kresowego Polaka tamtych czasów.
Po lekturze wzruszyłem zatem ramionami i nie dokonywałem dalszych sądów krytycznych. Rozumiałem,
że opublikowanie doniesienia o sowieckich łagrach
w powojennej Europie, gdzie nikt nie chciał słyszeć
prawdy o zbrodniach niedawnego sojusznika (przed
Sołżenicynem przecież nawet Herling nie był w stanie
przebić się przez ten mur), było możliwe jedynie pod
warunkiem ubrania relacji w kostium przygodowy
i dodanie orientalizującego sztafażu.
Powoli zapominałem szczegóły książki, która jednak - na przekór wszelkim spodziewaniom - wydostała się ze zbiorowej mogiły. Po roku 1989 mogło już
ukazać się jej wydanie polskie, na którego podstawie
zrobiono filmik telewizyjny (z tymi samymi biednymi
rysunkami w roli materiału ilustracyjnego), pojawiały
się jakieś wzmianki w prasie, potem w Internecie i wszystkie pochlebne. Zatrąbiła narodowa trąbka:
"któż inny jak nie Polak mógł być inicjatorem takiego
przedsięwzięcia", "drugi Rufin Piotrowski" (XIX-wieczny zesłaniec-uciekinier), domagano się dla autora orderu Polonia Restituta.s
Chyba dość nagle wybuchła też światowa kariera
Długiego marszu. Czułem się coraz dziwniej: czy tylko
ja widzę, że król jest nagi? A może się mylę, może zapomniałem lub przeoczyłem jakąś wartość tej książki
w trakcie dawnej, anglojęzycznej lektury?

3.
Etnolog

jadący

śladami jakiegoś

U~IC~l.l'>l

w teren ma czasem okazję kroczyć
sławnego poprzednika, oglądać tę sa-

66

]ertJ S. Wasilewski • ŚLADAMI WYMYŚLONEJ UCIECZKI

Konno przez Sajany
Jerzy S. Wasilewski

przygodowej. Nie daje żadnych poważnych świadectw
nie stara się przekonać ewentualnych
sceptyków. Wrażenie prawdziwości stara się stworzyć
na dwa równie sprytnie naiwne sposoby: albo tłuma­
czy się niepamięcią w odniesieniu do spraw zasadniczych, albo serwuje pozornie konkretne szczegóły, które nie mają żadnej wartości dokumentalnej. Z jednej
strony są zatem częste tłumaczenia, że "nie potrafię sobie przypomnieć, jak kolejno zmieniała się topografia"
(s. 124); z drugiej- kompensująca to zmyślona szczegółowość, pozorująca realność wydarzeń, takich jak
dokładne podawanie nic nieznaczących szczegółów,
np. że wspinaczka trwała pół godziny. Kiedy autor pisze, że ogrodzenie tybetańskiego domu miało około
metra wysokości, to niewiele ryzykuje, zmyślając (bo
ile mogło mieć - przecież nie pół metra ani nie pięć);
jednak nie podaje już informacji, czy było ono z drewna, kamienia, cegły, gliny czy krowiego nawozu - bo to
wiarygodności,

musiałby naprawdę wiedzieć.

Popatrzmy, co jest w tekście i jak to się ma do realiów znanych etnografowi. Zignorujmy całą tę paplaninę - infantylne dialogi włożone w usta wymyślo­
nych, wyciętych z papieru postaci: dziarskiego rotmistrza, jowialnego siłacza, milczącego Amerykanina
Smitha (który nie ma nawet imienia) i paru innych
oraz dodanego na okrasę tej męskiej monokultury polskiego dziewczęcia, Krystyny, znalezionej przypadkiem
w tajdze (sztuczne to jak przedwojenna kinematografia). Nie chodzi o krytykę literacką, ale o weryfikację
autentyczności zdarzeń, które miały jakoby leżeć u jej
podstaw. Jeśli rzeczywiście grupa więźniów łagru doszła aż do Indii, to kwestią zasadniczą nie były ich rozmówki, chętnie serwowane przez autora, ale sposoby
pokonywania przeszkód terenowych i zdobywania pożywienia oraz rozumna obserwacja tego, co ich otacza-

ło-

a to wypada w tekście wręcz fatalnie. Zadajmy zatem trzy podstawowe pytania: jak szli bohaterowie, co
widzieli i czym się odżywiali?

4.
Zacznijmy od ucieczki, a więc od połowy książki,
kiedy to w kwietniu 1941 roku siedmiu mężczyzn wydostało się nocą przez druty obozu nr 303, położonego
gdzieś niedaleko Jakuckai-mając w oczach mapę, widzianą przez Rawicza u komendanta obozu - skierowało się prosto ku Indiom.
Dla dzielnych wędrowców znalezienie drogi nie
było żadnym problemem - wystarczyło, że najpierw
będą szli na południe, w dowolnym miejscu przekroczą zamarznięta Lenę i skierują się ogólnie na połu­
dniowy zachód. Nawet pościgu nie bali się zbyt dłu­
go, bo ślady zasypywał śnieg. Wszystko szło zatem jak
z płatka. Przeszedłszy rzekę, "napiliśmy się jeszcze
zimnej, czystej wody z Leny, wspięliśmy się na wysoki brzeg i ruszyliśmy naprzód, w kierunku jeziora Bajkał, następnego etapu naszej wędrówki" (s. 122).
Pięknie powiedziane, ale nawet z wysokiego brzegu
nie było przecież widać oddalonego o tysiąc kilometrów w linii prostej jeziora, wąskiego jak igła (w syberyjskich proporcjach) i oddzielonego niezliczonymi
górami. Jak zatem określili kierunek marszu, że już
po paru tygodniach znaleźli się dokładnie nad jego
świętymi wodami? Ale dajmy spokój fikcji przygodowo-powieściowego myślenia - w realiach górskich
nie ma przecież możliwości marszu po najkrótszej linii. Należałoby raczej spytać, którędy musieliby naprawdę iść uciekinierzy, po czym opisać, jak wygląda
taka droga i porównać to z wersją książkową, by
wskazać, że nie ma tam tego, co być powinno, a jest
to, czego być nie mogło.

Przez obszary bezleśne przepływają często podskórne cieki wodne, powodujące zabagnienia na długości
kilkudziesięciu kilometrów, które trzeba całymi dniami
obchodzić, gubiąc się i myląc zasadniczy kierunek. Po
majowych roztopach na miejscu zamarzniętego i dają­
cego się przejść gruntu pojawią się grzęzawiska; zaraz
wylęgną się tu chmary meszek i komarów, które przez
całe lato nie dadzą spokojnie przejść przez tajgę; będzie
je wspominał każdy, kto tam był - poza autorem.
Można by dalej pytać, dlaczego nie zaobserwował
takich szczegółów, jak odczuwalne w czerwcu "białe noce", nie skomentował obfitości kwiatów, pojawiających
się wraz z falą wiosny, która w błyskawicznym tempie zalewa tajgę (zwłaszcza jeśli idzie się na południe), nie podał kolejności dojrzewania latem jagód, którymi powinien się po drodze żywić (najwcześniej poziomki, potem
czarne i czerwone porzeczki, czarne jagody, na końcu
brusznice), nie zwrócił uwagi na mnóstwo jadalnych
pieczarek w stepie (za to wymyślił tam rydze) itd.
Wraz z wkroczeniem na tereny tajgi górskiej musiałoby się zacząć ustawiczne, mozolne wchodzenie
i schodzenie, które szybko zaowocowałoby zwątpie­
niem: czy przedzierać się prosto na przełaj, czy raczej
korzystać z myśliwskich ścieżek i kuszących dolinek; ła­
twiej byłoby nimi iść, ale za to wiodły one w bok, niebezpiecznie blisko ludzkich siedzib, skądinąd również
pociągających dla wygłodniałych zbiegów. Zaczęłoby
się ciągłe błądzenie, powroty na to samo miejsce po całych dniach wyczerpującego marszu w koło, okresy
apatii, gdy chmury i deszcz uniemożliwiały orientację .
Nawet miejscowi gubią się na całe tygodnie w bezludnej tajdze (donoszą o tym co lato jakuckie gazety),
strzelba - której uciekinierzy nie mieli - jest zasadniczym warunkiem przetrwania. Korzystanie ze znają­
cych wszystkie przejścia lokalnych przewodników było
i jest kolejnym nieodzownym elementem podróżowa­
nia po górzystych partiach Syberii; piszą o tym dawni
kupcy i eksploratorzy. Opis próby samodzielnego
przejścia małego kawałka tej drogi, właśnie wschodnim brzegiem Bajkału, zostawił nam Konstanty Rengarten, który w ostatnich latach XIX wieku szedł pieszo do Chin (i tak zatytułował swoją opowieść, pełną
krajoznawczych szczegółów). Męczamię bezowocnego
przedzierania się na własną rękę przez zarośla, stromizny i żleby, kwituje słowami: "Las dziewiczy dał mi dobrą nauczkę, żeby nigdy nie zwiedzać go bez przewodnika". A przecież ten nieprzemyślany epizod trwał tylko jeden dzień!6
Ale nasz autor potrafi sobie poradzić, a jak nie wie,
to zmyśli. "Trzeciego dnia, gdy oddaliliśmy się od jeziora, doszedłem do wniosku, że osiągnęliśmy punkt,
w którym należało skręcić na południe, by trafić na
szlak wiodący w odległości kilkudziesięciu kilometrów
od brzegów jeziora" (s. 142). A wolno spytać, w oparciu o co dochodzi się właśnie trzeciego dnia do takiego wniosku? I co to za szlak, i skąd o nim można się
dowiedzieć, i jak go w tajdze znaleźć? Tak pisać może

O tej porze roku prawdziwą drogą pieszej ucieczki
tylko Lena, zamarznięta zawsze do maja,
kiedy to zaczyna się ledochod, a w późniejszych miesią­
cach idący wzdłuż niej trakt Irkuck- Jakuck. Ten trakt,
podstawowa linia komunikacji lądowej między połu­
dniową Syberią a Jakucją, liczył zawsze 2761 km i ani
jednego kilometra mniej. Poruszanie się nim- tak jak
i samą Leną- groziło może niepożądanymi spotkaniami,
ale był to przynajmniej wytyczony szlak, przetarty i równy; na zamarzniętej rzece jed)rną przeszkodą, a i to niewielką, mogły być wypiętrzone zwały lodowe - torosy.
Musiało to skusić każdego uciekiniera. Bo przecież wszę­
dzie dookoła jest tylko gęsta tajga, w maju może już nie
bardzo zaśnieżona (zresztą zarówno Jakucja, jak i dalsze
obszary stepowe to kraina kontynentalnego klimatu, bez
obfitych opadów zimą; jednak w wyższych górach śnieg
byłby prawdziwą przeszkodą). Jej pokonywanie oznaczałoby ciągłe przedzieranie się przez suche, czarne gałęzie
modrzewi, przekraczanie zwalonych pni, obchodzenie
błot i grzęzawisk, mordercze brnięcie w górach.
Tajga to teren niełatwy do chodzenia, zwłaszcza na
wprost. To wcale nie potężne okazy drzew, wśród których przechadzka byłaby przyjemnością - to gęsty las
modrzewi, sosen, brzóz, wprawdzie wysokich, ale niezbyt dorodnych. Obecność lodowej zmarzliny tuż pod
powierzchnią uniemożliwia im głębokie zakorzenienie,
co sprawia, że cięższe wywracają się, tarasując przejścia, i tak zarośnięte gęstymi krzakami. Do ich przecinania służyły Jakutom krótkie żelazne maczety na
trzonku, tzw. palmy.
Nie rozpoznaję tego wszystkiego w takich oto
opisach: "pagórkowate tereny z rzadka porośnięte
karłowatymi drzewami i krzakami", "teren zarośnię­
ty karłowatymi drzewami, krzakami i kępami traw"
(s. 122, 124).
Oczywiście, niecały obszar, który mieliby do pokonania nasi uciekinierzy stanowiła tajga (ale też na
pewno nie byłaby to tundra z opisu powyżej). Począt­
kowe równinne obszary centralne, z brzozami i olchami, powinny przypomnieć autorowi rodzime Polesie
(czego nie dostrzega). Częstym elementem jakuckiego
pejzażu, na który musieliby się natknąć wśród lasów,
są kilkukilometrowe "polany", tzw. alasy. Zarodek alasu stanowi powiększające się latami jeziorko z wytopionej zmarzliny, wokół którego rosną trawy, dobre do
wypasu i sianokosów. Stoi tam zwykle jeden lub kilka
balaganów - domów z bali, o ukośnych ścianach, obmazanych krowim nawozem i takie same zabudowania
gospodarcze, a na skraju - parę starych krzyży rodzinnego cmentarzyka. Ta typowa forma odosobnionego
letniego bytowania Jakutów sprzed kolektywizacji była w czasach stalinowskich zastępowana standardowymi domami w kołchozowych wioskach, ale przetrwała
do lat 60., kiedy to padła ostatecznie ofiarą polityki
ukrupnienia (przesiedlania ludzi do większych wsi) . Do
dziś jeżdżąc po ułusach centralnej Jakucji spotyka się
takie opuszczone chutory.
mogłaby być

68

jerzY S. Wasilewski • ŚLADAMI WYMYŚLONEJ UCIECZKI

Jak przejść przez taką rzekę - Jangcy w górnym biegu. Fot. Jerzy S. Wasilewski

Ulica modlitewnych młynków. Fot. Jerzy S. Wasilewski

Pora deszczowa we wschodnim Tybecie.

Z młynkiem modlitewnym w ręku.

Fot. j erzy S. Wasilewski

Tybetańczyk

Fot. j erzy S. Wasilewski

70

z Syczuanu.

Fot. jerzy S. Wasilewski

Jerzy S. Wasilewski • ŚLADAMI WYMYŚLONEJ UCIECZKI

tylko ktoś, kto przed oczami ma pustą kartkę papieru,
a nie rzeczywiste doświadczenia, i pomaga sobie wodząc palcem po mapie.
Ta dziwna droga prowadzi nas do jeszcze dziwniejszej krainy. Ledwie uciekinierzy wyszli znad Bajkału,
a już znaleźli się "w krainie sadów, kwitnących wiśni
i moreli" (s. 145). Jako żywo, zdziwiliby się mieszkań­
cy Zabajkala, dowiadując się, że mieszkają wśród sadów! Kolejne absolutne zmyślenie z zakresu flory: bawełna. Oto czekający na dogodny moment, by przekroczyć tory kolei transsyberyjskiej (ten prozaiczny
fakt jest rozwinięty w nie lada jaki thriller) widzą
"przechodzącą w oddali karawanę wielbłądów obłado­
wanych bawełną" (s. 152). Te ustawiczne południowe
motywy u autora, który był jakoby w łagrze na północ­
nej Syberii, muszą dawać do myślenia ...
Pora w końcu zapytać, co też jedli nasi bohaterowie. Otóż okazuje się, że całkiem spory zapas pożywie­
nia można było odłożyć z głodowych obozowych porcji (i to już po krótkim tam pobycie), a zresztą tajga
wprost sama dostarcza żywności, nawet tym, co nie
mają strzelby. Pomysłowości nie powstydziłby się baron Munchhausen. "Jeden szczęśliwy rzut kijem, trochę szamotania, pył wzbitego w górę śniegu - i świet­
na kolacja z syberyjskiego zająca dla wszystkich" (s.
123); potem jest jeszcze weselej: na drodze uciekinierów znalazł się jeleń, zaplątany rogami w korzenie zwalonego drzewa, który dostarczył siedmiu mężczyznom
takiej ilości mięsa, że nie ·byli w stanie dźwigać go ze
sobą; na rewelacje owocowe przyjdzie jeszcze czas.
Pisarz jest wobec swego czytelnika w dużo bardziej
komfortowej sytuacji, niż uciekinier wobec swego żo­
łądka. Może z łatwością powiedzieć słuchaczowi, że
"minęło kilka tygodni" (s. 128) i okrasić to jednym polowaniem na jelenia, a czytelnik nie będzie wymagał
codziennego opisywania, jak udało się zdobyć żywność.
Inaczej żołądek; ten domaga się jedzenia co dzień, a do
jakiego stanu potrafi doprowadzić psychikę, kiedy jest
pusty - o tym pisali ci, którzy naprawdę przeszli przez
obozy i nie zrobili z tego wesołkowatej przygody.

"odziany w charakterystyczny stożkowy kapelusz" pozdrawia ich z uśmiechem (s. 161), zaś na lądzie mongolskie powitania brzmią "oby twoje nogi służyły ci jak
najlepiej w drodze" (s. 163; byłby to dobry przykład do
studium nad zmyślonymi konwersacjami prowadzonymi przez Europejczyków z literackimi tubylcami, typu
"ile odmieniło się księżyców, odkąd szlachetny pan raczył opuścić progi swego pałacu?"). Z Mongołami zamieszkującymi "wioski o płaskich dachach" (nie jest to
chyba najdokładniejszy opis obozowiska białych, wojłokowych jurt) rozmawia autor po rosyjsku (którego
nieksiążkowi Mongołowie absolutnie nie znają) o ich
osłach i mułach (których tam nie ma), oni zaś częstu­
ją go figami i orzechami (jak wyżej). A nawet tym,
którzy nie rozumieją rosyjskiego, wystarczy powiedzieć
słowo "Lhasa", by "wywołać w odpowiedzi gest ręki,
wskazujący kierunek" (s. 158). Zapewne w Azji
wszystkie drogi prowadzą do Lhasy, co bardzo ułatwia
wymyśloną wędrówkę.

Skądinąd owe melony, które nasi uciekinierzy dostali od wdzięcznego starego Chińczyka za pomoc
w ściągnięciu dżonki z mielizny, rozwiązały najwyraź­
niej (autorowi) problem zdobywania żywności- wszyscy, łącznie z czytelnikiem, objedli się nimi tak, że nie
trzeba było wracać do tej przyziemnej kwestii aż do
końca pobytu w Mongolii. No, gdzieś jeszcze pojawi
się jednozdaniowe zapewnienie, że "nieraz trzeba było
zatrzymać się na kilka godzin, by [... ] po prostu zarobić na żywność" (s. 169). Nie wiadomo wprawdzie, jaka to była żywność i jak na nią zarabiano, ale na pewno "po prostu".
Jakże rozczarowany byłby prawdziwy uciekinier,
który zamiast tych serdeczności i smakołyków musiał­
by się zetknąć z prawdziwym obliczem stalinowskiej
(czojbałsanowskiej) Mongolii. Bez dżonek i melonów,
w biedzie wyłącznie pasterskiej gospodarki, za to z obsesją szpiegów i agentów, świeżą jeszcze po ledwie co
wygasłych walkach z Japończykami nad Chałchyn gol.
Bo ten pasterz owiec, zdziwiony wizytą w jurcie gromady cudzoziemców, bełkoczących coś rozpaczliwie już by on wiedział, tak samo jak ów oberżysta z Ciamart, kogo i gdzie trzeba powiadomić. Nie później niż
nazajutrz podjechałby pod jurtę gazik, z którego wysiadłoby dwóch niemających ochoty na żarty panów,
w czarnych kapeluszach i tegoż koloru długich, skórzanych płaszczach (sam takich widziałem, bo ta między­
narodowa moda utrzymywała się w Mongolii jeszcze
w latach siedemdziesiątych), a zaraz potem dojechała­
by ciężarówka, na którą pod lufami zapakowano by
naszych bohaterów i zawieziono na nieprzesadnie dłu­
gie śledztwo z wiadomym zakończeniem.
Im dalej w głąb Mongolii, tym częściej pojawiają
się w tekście duby smalone. "W drugim miesiącu podróży przez Mongolię trafiliśmy do wioski złożonej
z ubogich domostw. Dla Europejczyka uderzający był
brak płotów i w ogóle brak jakichkolwiek granic mię­
dzy obejściami. Wieś prowadziła pewnie wspólną go-

5.
Wejście

na teren Mongolii rozpoczyna autor od
opisu, który jest wystarczającym dowodem, że nigdy
w życiu, ani przez chwilę tam nie był. Oto wśród "terenów uprawnych" przepływają "liczne rzeki, którymi
płynęły wyładowane sampany. Łodzie musiały płynąć
do Urgi, miasta leżącego u zbiegu trzech rzek" (s. 159).
Śmiać się czy płakać, czytając o tych terenach uprawnych i wyładowanych sampanach, których jako żywo
nigdy tam być nie mogło, bo pływają dopiero po rzekach południowych Chin? A gdy jeszcze okaże się niebawem, czym są one wyładowane ... Otóż "melonami
wielkości piłki futbolowej"! (s. 168). Nasz Munchhausen śmiało raczy nas zapewnieniami: "widzieliśmy póź­
niej wiele dżonek na innych rzekach Mongolii Zewnętrznej" (s. 162). Na niejednej z nich Chińczyk

71

spodarkę

i płoty były zbędne. Podeszliśmy do zbudowanego z kamienia domu o płaskim dachu. Na twardo ubitym klepisku przed domem stał słup, wokół którego chodził powoli wół [... ]-młócił żyto" (s. 169).
To już chyba rekord! Ani jeden z użytych w tym
opisie rzeczowników (wioska, wspólna gospodarka,
domostwo, kamień, płaski dach, klepisko, słup, wół,
żyto) nie ma przecież w Mongolii takiego odniesienia
przedmiotowego! Za to, jak na ironię, istnieje to, co
autor neguje - szczelne, wysokie płoty z desek często
oddzielają poszczególne podwórza w miejskich i osadowych jurtowiskach. Późniejsze obrazy również zasłu­
gują na ulokowanie w światowej księdze etnograficznych nonsensów: woły ciągnące wozy wyładowane
snopkami, studnie do nawadniania pól, gdzie w kieracie chodzą kobiety, mongolskie modły odczytywane jakoby z jedwabnej taśmy, wyciąganej z cylindra (jakieś
echo młynka modlitewnego? ale z niego nic się nie wyciąga!), owce pieczone na rożnie (Mongołowie wy-

nistracji, w imieniu której odpisywał na prośby o wizy, składane w Indiach przez ludzi Zachodu. Wśród
starających się byli chorzy na płuca, którzy upatrywali ratunku w wysokogórskiej krainie dalaj-lamy, ale
decyzje były wyłącznie odmowne.
Nasz autor nie przedstawi ani jednej próbki takiej
gęstej prawdy historycznej czy realiów etnograficznych, a przecież mógłby opisać choćby jednego lamę,
przydrożne miejsce ofiarne - czortem, wygląd namiotu albo klasztoru. Co najwyżej opowie bajeczkę, jak to
konwersował sobie, znów po rosyjsku, z... Czerkiesem,
który nie wyjaśnił mu jednak, jak i dlaczego przeniósł
się tam spod Kaukazu. To ów góral wskazał jakoby
uciekinierom właściwą drogę, a objaśnienia tego starczyło na cały Tybet. Kiedy więc bohaterowie na drodze
do Lhasy (którą nie wiedzieć dlaczego ominą - cóż,
w tym bogatym w szczegóły mieście autorowi groziła­
by dekonspiracja ... przez czytelnika), spotykają misjonarza, i to ni mniej, ni więcej, tylko niemieckiego, to
w porywie uczuć patriotycznych nie chcą z nim rozmawiać. Najwidoczniej nie potrzebują żadnych wskazówek; nie rozumiem tylko, dlaczego przynajmniej Mr.
Smith nie był przytomniejszy.
Szło się im pewnie jak po maśle. "Gdy trzeba było,
przepływaliśmy spienione rzeki [a żadnemu z wycień­
czonych zbiegów nie zdarzyło się od początku trasy
choćby dostać od tego kataru; w rzeczywistości w takich
przeprawach tonęły nawet konie - JSW]. Forsowaliśmy
góry, które [... ] z bliska okazywały się dziwnie łatwe do
przebycia" (s. 227). Na tym tle opis spotkania z parą yeti
brzmi, muszę przyznać, zupełnie realistycznie. Pośpieszę
z nieładnym podejrzeniem, że stworzył go zapisujący
książkę ze słów Rawicza Ronald Downing, o którym
wiem, że interesował się ta problematyką.
Czary mojej irytacji dopełnił za to sposób, wymyślo­
ny przez autora, by wspiąć się na wyjątkowo stromą, zaśnieżoną przełęcz. Oto do niesionego od dawna kawał­
ka drutu przywiązuje on ciężki kamień, przerzuca go na
drugą stronę przełęczy i po tym drucie się na nią wcią­
ga! To istne Himalaje groteski. Ale jak inaczej chłopak
z Fińska, który pewnie nie był nawet w Zakopanem,
mógł wyobrażać sobie pokonywanie tych gór w latach,
kiedy na dobrą sprawę dopiero zaczynano je zdobywać?
Nie muszę mówić, że autor jest konsekwentny i do
końca i nie podaje ani nazwy miejscowości w Indiach,
do której trafia, ani żadnych szczegółów na temat tamtejszej jednostki wojskowej czy jej oficerów - anonimowi ludzie bez narodowości, nazwisk, stopni. Podobnie też rozpłyną się w niebycie pozostali przy życiu bohaterowie książki - najwidoczniej zbyt papierowi
i ulotni, by dało się odnaleźć ich po wojnie.

łącznie gotują mięso).

Opis przekraczania pustyni Gobi przekracza granice tolerancji i właściwie odbiera recenzentowi wiarę
w sensowność jego krytyki. Autor niestety zupełnie
nie wiedział, że jest to ogromna i geologicznie zróżni­
cowana strefa, gdzie dziesiątkami kilometrów ciągną
się najpierw partie skaliste i żwirowe (Czarna Gobi,
Czerwona, Szara, Fiaskowa i in.). W opisie Rawicza
zostaje ona przedstawiona jak pustynia z obrazka: nic
tylko piaszczyste wydmy, a po tygodniu chodzenia po
nich wprost przed naszymi wędrowcami pojawia się ratująca od śmierci z pragnienia oaza, i to z palmami (ale
za to bez ludzi, bo konwersacja byłaby zbyt trudna).
A żeby nie wszyscy bohaterowie zmarli z głodu, po
drodze aż roi się od wielkich węży, które dostarczają
pożywienia przez cały rozdział (nie muszę mówić, że
nic o nich nie wie mongolska herpetologia).

6.
Niech łaskawy Czytelnik sam sobie czyta dalsze
banialuki. Zapewniam, że nie ma w nich ani jednej
poważnej obserwacji, jaka mogłaby uprawdopodobnić
przejście przez Sinkiang, Kansu, Tybet czy Himalaje.
Chętnie dowiedziałbym się, jak wyglądała wówczas
sytuacja w północnej części tego buntującego się obszaru: czy jeszcze trwają ruchawki lat 30., na fali których pojawiają się lokalni watażkowie i ich zbiry, ści­
nający głowy na prawo i lewo? Z kolei w południowo­
-wschodnim Tybecie, wzdłuż Himalajów- za przyczyną wojny trudne do wyobrażenia ożywienie: masowy
ruch towarów, zarówno przemycanych z Indii do
Chin, jak i dostarczanych tędy przez aliantów dla oddziałów Czang Kaj-szeka walczących z Japończykami.
A jednocześnie teokratyczna biurokracja lamów, ści­
śle kontrolująca swoich, skrajnie nieufna wobec obcych i bardzo skutecznie broniąca im wstępu. Wiedział coś o tym Heinrich Harrer, który - kiedy już
sforsował ten mur - pracował dla tybetańskiej admi-

7.
Ktoś,

kto nie czytał książki, może spytać, czy na
pewno nie ma w niej takiej oto furtki: że autor rozpoczął ją jako opowieść o prawdziwych przeżyciach wię­
zienno-łagrowych, a w pewnym momencie zaczął rela-

72

cjonować swe obozowe marzenie. Przecież, leżąc na
obozowej pryczy, często uciekał na wolność - w myślach. Wyobrażał sobie krok po kroku drogę do Indii;
snuł tę słodką myśl, konkretyzował ją, nadawał obrazom postać literacką. A potem, zapisując ją już w Anglii, tylko zrezygnował z wyraźnej granicy, zacierając
przejście między jawą i marzeniem.
Nic w tekście nie wskazuje, by taka była geneza
książki, a jej jednolicie prostoduszny styl wyklucza taką dwupoziomową interpretację. Zresztą przyjrzenie
się pierwszej części, tej zupełnie prawdopodobnej, może zaowocować generalną wątpliwością, czy Sławomir
Rawicz był w ogóle na dalekiej Syberii.
Zwróćmy uwagę na dwa epizody. Pierwszy to opis
drogi konwoju więźniów z Irkucka nad Lenę, owe dwa
i pół tysiąca kilometrów, przebyte pieszo, przez śnieg,
na wspólnym łańcuchu. Otóż "tak naprawdę", to taki
konwój nie szedłby z Irkucka. Zawieziono by więźniów
koleją transsyberyjską jeszcze dalej na wschód, do stacji Niewier. To właśnie stamtąd szły transporty towarów do Jakucji. Stalin polecił zbudowanie drogi-magistrali od Niewieru przez Tompo, Ałdan, Ojmiakon do
Magadanu dopiero w czasie wojny, ale przedtem też
biegł tam szlak. Było stąd do Jakucka o półtora tysią­
ca kilometrów bliżej niż z Irkucka, co obniżało straty
i koszty logistyczne. Jak pisze sam Rawicz, nawet
eskorcie zależało na doprowadzeniu na miejsce jak
największej liczby żywych robotników.
Szczegół drugi - lapsus etnograficzny zdradzający
zmyślenie. Podczas marszu w konwoju pomysł później­
szej ucieczki podsuwa bohaterowi pewien napotkany
w drodze stary... Ostiak, który jest tam akurat ze swym
synem, saniami, reniferami i peroruje na temat wolności. Widocznie Ostiakom, tak jak Czerkiesom w Tybecie, parę tysięcy kilometrów odległości w lokalizacji
nie robiło różnicy. Jak jednak znalazł się on w Jakucji,
zważywszy że jego rodacy żyją nad dolnym Obem chyba, że jako stalinowski więzień, co nie było niemożliwe, ale nie obejmowało reniferów.
Trzeba też powiedzieć - jakkolwiek dziwnie to zabrzmi- że Jakucja nie była krainą obozów. Osławiona
Kołyma i królestwo Dalstroju to był odległy, inny
świat. Wprawdzie kwestie te nie są jeszcze dobrze
przebadane, ale jakuccy badacze doliczyli się "tylko"
104 obozów, przy czym akurat w środkowej Jakucji
(a właśnie tu miałby być Rawiczowy numer 303) ła­
grów nie było w ogóle!7 Nic zatem dziwnego, że wspomniany Sylvain Tesson rozpoczął swój marsz śladami
Rawicza od jakiegoś starego łagru nad Ojmiakonem,
a więc znacznie dalej na południowy wschód, a do tego na drugim brzegu Leny; notabene, późniejsze doniesienia internetowe na jego temat, pochodzące z Irkucka mówią, że przesiadł się już na rower.
Jak sugerowałem, podejrzanie często lapsusy Rawicza zdradzają, że jeśli miał on przed oczami jakieś obrazy (stereotypowe czy autentyczne), to pochodzą one
raczej z południowych republik ZSRR: wszystkie te

frukty, osły i karawany wielbłądów z bawełną są na Syberii zupełnie nie na miejscu. Parokrotnie powtarza się
też idiotyczna myśl, by uciekać do Afganistanu, na
który to pomysł nie wpadłby żaden więzień łagru nad
Leną, a prędzej już ktoś, kto przebywał w środkowo­
azjatyckiej części Gułagu. Może zatem autor przeszedł
w rzeczywistości inną, bardziej typową drogę polskiego
żołnierza-zesłańca: z łagru gdzieś za Uralem (tam mógł
usłyszeć o Ostiakach) przez południe ZSRR do armii
Andersa? Może to wspomniany Downing namówił go
na przesunięcie scenerii ku Tybetowi, w czym miał
swój interes ze względu na zainteresowanie dla tematu yeti? A skoro już punktem dojścia miała zostać kraina śniegów i Indie, to naturalniej było rozpocząć literacką ucieczkę gdzieś na wschodniej Syberii (im bardziej oddalonej na północ, tym dzielniej, no i ciekawiej dla czytelnika).

Uruchomiliśmy już

8.

mechanizm sceptycyzmu, zaostrzmy więc podejrzliwość i spytajmy wprost: czy Rawicz był w ogóle w jakimkolwiek łagrze? Przecież opis
przygotowań do ucieczki nie grzeszy prawdopodobień­
stwem (doradza ją nie tylko "stary Ostiak", ale też żo­
na komendanta obozu, która pomaga w jej przygotowaniu). Przemilczane są za to okrutnie rzeczywiste
w łagrach kwestie kar za ucieczkę, losu złapanych,
a także udziału tubylczych ludów Syberii w polowaniach na zbiegów, dezerterów z armii, "agentów wroga" itp. Patrząc na to chłodnym okiem, trzeba powiedzieć, że grupa nowicjuszy nie miała w tajdze żadnych
szans w konfrontacji z jakuckimi czy ewenkijskimi myśliwymi, którzy motywowani nagrodą- 50 lub 100 rubli, butelka spirytusu - dostarczali władzom obozów
obcięte głowy lub ręce.
Można więc podejrzewać, że przy takich uwarunkowaniach pisać o ucieczce przez całą Syberię w konwencji przygodowej mógł tylko człowiek, który nigdy
w łagrze nie był. Na dodatek obraz życia obozowego,
jaki rysuje Rawicz, nie jest rozbudowany, a przecież
wiemy, jak bogaty i różnorodny był to świat - pod
względem ludzkim, przedmiotowym i językowym.
Wszystkie te urki, zeki, wory w zakonie, zona, kawecze u Rawicza jest takiej etnografii bardzo mało. No tak,
nie każdy musi być Sołżenicynem, Herlingiem czy Sza-

Jedno nie ulega wątpliwości: Sławomir Rawicz istniał rzeczywiście, bowiem naprawdę zmarł - 5 kwietnia 2004 r., w swym domu pod Nottingham, pozostawiając kilkanaścioro dzieci i wnuków. W miesiąc póź­
niej ukazało się w Guardianie wspomnienie pośmiert­
ne pióra jego angielskiego znajomego, z którym ten
pracował po wojnie jako technik ceramik. Nie podaje
ono żadnego szczegółu, który uzupełniałby tekst książ­
kowy - nekrologowa biografia rekapituluje pokrótce
książkowe zmyślenie . Podkreślona jest skromność Slava jako człowieka, jego religijność i umiłowanie wolności. Nie ma mowy o jednym choćby przedmiocie gwoździu, pasku, kawałku druta - który autor wyniósł­
by i pokazywał jako pamiątkę tamtych lat.
Nie dowiemy się już zatem, co odczuwał skromny,
przyzwoity człowiek, którego świat nagrodził uznaniem i pieniędzmi za dokonania nieprawdziwe. Co
myślał, kiedy musiał odpowiadać na pytania czytelników - a z obituarium wiadomo, że odpisywał z żoną
na wiele listów, zwłaszcza od młodzieży. Jak ów miło­
śnik wolności znosił dożywotnie uwięzienie we wła­
snej fikcji, jak się czuł, będąc - także przed najbliższą
rodziną - zakładnikiem swego dawnego zmyślenia,
od którego w miarę napływu propozycji kolejnych
wydań, przekładów i spotkań z czytelnikami nie było
już odwrotu?
I najgorsze - co czuł, gdy przypominał sobie (albo
dowiadywał się) o losach tych więźniów łagru, którzy
naprawdę, a nie w książkowej banialuce, spróbowali
ucieczki. Takich jak ten szesnastoletni chłopak, którego złapano zimą po kilku godzinach, przetrzymano gołego przez dobę w karcerze, a potem na placu apelowym posadzono na klęczkach, związanego, z wbitym
w ziemię zaostrzonym palem między pośladkami, w taki sposób, by wraz z postępującą utratą sił sam się nań
coraz głębiej nabijał; po dwóch dniach dowódca obozu dobił go strzałem z rewolweru w potylicę ... 10
Pewnie to o takich momentach wspomniał
w przedmowie spisujący słowa Rawicza Downing:
"Nie był zbyt emocjonalnym narratorem, pamiętam
jednak, że przynajmniej trzy razy puściły mu nerwy
i płakał" (s. 14).
Nie dowiem się nawet, jak Sławomir Rawicz wyglądał. Ani w pośmiertnym wspomnieniu, ani w książ­
kach nie ma jego zdjęcia. li

łamowem.8

Są jednak w jego opisie nieliczne, ale zaskakująco
autentyczne szczegóły; to może śmieszne, ale takim
dotknięciem autentyku wydaje mi się opis towarzyszą­
cej konwojowi specjalnie przerobionej ciężarówki na
gaz drzewny.
Wprawdzie nie jest to żaden dowód, ale rosyjski
badacz problematyki łagrowej Wieniamin Ioffe z zasłużonej w tych sprawach organizacji Memoriał nie
znalazł w archiwach Gułagu żadnych dokumentów na
jego nazwisko; jest on też bardzo sceptyczny w kwestii
jego ucieczki. 9 Zdobądźmy się zatem na pytanie najbardziej podejrzliwe, najbezczelniejsze: czy Rawicz
w ogóle przeszedł aresztowanie, więzienia, transport?
Ile koloryzował, co usłyszał od innych, od dziesiątków
Polaków, niemających pretensji literackich? Pytam, bo
krytyczna lektura powieści rodzi wątpliwości już od samego jej początku. Oto bardzo młody człowiek traktowany jest przez machinę NKWD, jakby był kimś bardzo ważnym - jego proces trwa długo i odbywa się na
Łubiance, w samej Moskwie; autor nie ujawnia, czym
zasłużył na takie zaszczytne traktowanie. Dalej, opisy
zaliczanych więzień są bardzo schematyczne i znów
tylko powieściowe- bez wymieniania prawdziwych ludzi, znanych postaci, dających się sprawdzić nazwisk
współwięźniów, realistycznie przytoczonych rozmów
na aktualne tematy.
Parniętam jednak, że to półliteracka konwencja
mogła pociągnąć za sobą zafałszowania czy uproszczenia, które nie muszą być dowodem nieprawdziwości
faktu aresztowania.

9.
Oczywiście także niewątpliwy

uczestnik wydarzeń
może po latach to i owo zapomnieć, jak ten weteran
napoleoński, który pytany przez wnuki o odwrót spod
Moskwy pamiętał tylko, że były wtedy straszne upały.
Autor ma też prawo to i tamto zmyślić, a dobre zmyśle­
nie nie podważa przekonania czytelnika o autentyczności reportażu jako całości. W jednym z syberyjskich
rozdziałów swej podróży po Imperium Ryszard Kapuściński (skądinąd również pińszczanin) opowiada fa-

74

Jerzy S. Wasilewski • ŚLADAMI WYMYŚLONEJ UCIECZKI

scynującą historię, jak to zimą na Dalekiej Północy idą­
ce rano do szkoły dziecko wyczuwa przed sobą korytarz
odrobinę cieplejszego powietrza - wtedy wie, że przed
nim szedł już inny, nieco wyższy uczeń. Będąc w Jakucji w okolicach, gdzie temperatura minus 50 stopni jest
zimą na porządku dziennym, pytałem, czy możliwe jest
takie wyczuwanie ciepła; wszyscy zgodnie odpowiadali
(a rozmawiałem także z wytrawnymi myśliwymi, uczulonymi na niuanse stanu natury), że to wykluczone.
Jeśli etnologia podjęłaby się roli nauki o ucieczkach, to tym bardziej mogłaby się zająć zmyśleniami.
Ma już swoich słynnych fantastów, jak Carlos Castaneda, który rewelacjami o nadzwyczajnych mocach
meksykańskiego czarownika najpierw zasłużył sobie na
doktorat na UCLA, a potem na jego odebranie (a mimo to wydawnictwo tego uniwersytetu do dziś wydaje
jego bestsellery). Nasza nauka zajęła się już takimi facecjami, choć były to raczej miłe przyczynki.
Oksfordzki etnolog Rodney Needham przedstawił parę barwnych przypadków, w tym niejakiego George'a Psalmanaazara, który w Europie pierwszych lat
XVII wieku zasłynął jako przybysz z Formozy i jej
znawca (wtedy jeszcze Tajwan był praktycznie nieznany); zaprezentował on pochodzącą li tylko z jego wła­
snej wyobraźni całościową konstrukcję tamtejszej kultury, społeczeństwa, historii, religii, pisma, języka etc.,
zyskując uznanie kręgów naukowych i towarzyskich. 12
Nie był zatem Rawicz pierwszy, nie będzie i ostatni. Im ryzykowniejszy przedmiot fałszywej identyfikacji, tym większa pokusa sławy, ale też większe ryzyko
kompromitacji. Pod obozy, wojnę, Holocaust też już
się podszywano. Było zmyślone dzieciństwo w Oświę­
cimiu - zdemaskowane "pamiętniki" Bruchstucke
Binjamina Wilkomirskiego, który, jak się okazało, jeśli widział Auschwitz i Majdanek, to tylko jako turysta. Parniętamy kontrowersje wokół Malowanego ptaka Jerzego Kosińskiego, perwersyjnego zmyślenia zaprezentowanego jako świadectwo okupacyjnej dziecięcej tułaczki.

Bo też czytelnik nie chce delektować się jawną fiknabywca, domagający się najbardziej niewiarygodnych historii wewnątrz książki, żąda, by na obwolucie
zapewniała go ona o swej absolutnej prawdziwości.
Blaga będzie bestsellerem pod warunkiem, że przytrzyma nas w dwoistym poczuciu obcowania z tym, co niewiarygodne, ale prawdziwe. Rozszyfrowane kody Leonarda, literatura spisku i odkrycia wieczystej tajemnicy
zawsze są opatrzone klauzulami prawdziwości. Czy nie
taka jest zresztą charakterystyka mitów, które nie zdarzyły się nigdy, ale są prawdziwe zawsze?
Może zresztą wytaczam zbyt potężne armaty, a tu
raczej trzeba westchnąć "sancta simplicitas" i pogodzić
się z prawami literatury naiwnej i piśmiennictwa amatorskiego? Tak przynajmniej twierdzi mój rosyjski przyjaciel, folklorysta Sasza Gura, który uznaje za ciekawą
cechę mentalności autora "skłonność do marzycielstwa, romantycznych fantazji o dalekich podróżach,
cją;

charakterystyczną dla przedstawiciela polskiej kultury
prowincjonalnej".
Tacy zmyślacze, jakie ich czasy. Nie pytajmy autora, dlaczego jest naiwnym fantastą; pytajmy, jak mógł
mu uwierzyć czytelnik. W przypadku Długiego marszu
rysują się trzy domeny, w obrębie których można szukać odpowiedzi na to pytanie.
Pierwsza z nich to styl samego dzieła. Jest w nim
trudny do odparcia - bo niby-prostoduszny - swoisty
emocjonalny szantaż: prostolinijnością, ułańską szlachetnością, patriotyzmem, wiarą w opatrzność, umiarkowaną boleściwością, łagodzoną siermiężnym humorem. Potraktowany wstępną martyrologią czytelnik
przechodzi na odbiór emocjonalny - wyłącza krytycyzm, nie waży się nawet sam przed sobą kwestionować szlachetności autora-ofiary, zawierza narratorowi.
Jak chyba w każdym przypadku "wierzenia w coś",
działa tu zarówno czynnik zewnętrznego przymusu
(autorytet, doxa, przekonanie ogółu), jak i wewnętrz­
nego pragnienia odbiorcy, by to była prawda - by dobro zwyciężało ze złem, a życie ze śmiercią.
Drugi obszar to kulturowa (nie)kompetencja czytelników, w tym także osób, które wzięły się do recenzowania książki: brak etnograficznej wiedzy o Wschodzie, o realiach obyczajowych i językowych, o praktycznym wymiarze uwarunkowań środowiska naturalnego. Autor, piszący zaraz po wojnie o Syberii, Mongolii czy Tybecie (a też o łagrach), mógł mieć poczucie
bezkarności - dość słusznie uważał, że zwykły czytelnik też nic o nich nie wie, a co najwyżej ma schematyczne wyobrażenie, które wystarczy powielić.
Dziś wprawdzie wiemy więcej, ale za to silniej działają okoliczności trzeciej płaszczyzny - mechanizmów przekazu medialnego, w strumieniu którego funkcjonuje także i ta książka.
Bardziej niż w czasach jej debiutu zatarta jest obecnie granica
między wirtualnym a realnym. Poczekajmy jeszcze trochę,
a zobaczymy, że kreacja George'a Clooneya (bo to on kupił
prawa do ekranizacji Długiego ma1Szu) w połączeniu z hollywoodzką reklamą filmu jako historii autentycznej ustalą na zawsze kwestię jego prawdziwości w masowym odbiorze. W czasach, w których za rzeczywistość uchodzi telewizyjne realit:y,
wszystkim nam coraz mniej zależy na tym, by wiedzieć naprawdę, czy coś jest faktem historycznym, czy medialną kreacją - czy e vero, czy tylko bene trovato.

10.
W prawdziwym świecie, aby wyjść żywym z opresji
- a też by napisać wiarygodną o tym relację, a nawet by
odróżnić prawdziwą opowieść od fałszywej -warto wiedzieć, ile jajek potrzeba do zrobienia omletu.

P rzypisy
J.G. Frazer, Gorgona's Head and Other Literary Pieces, London
1927, s. 370-372
E. Kajdański, Tajemnica Beniowskiego. Odkrycia, intrygi, fałszer­
stwa, Warszawa 1994. Tytułowe intrygi i fałszerstwa to rosyjskie
działania - poczynając od kontrofensywy ambasady w Paryżu mające zdezawuować zesłańca, który skompromitował imperium carycy Katarzyny w oczach świata. Nic też dziwnego, że
i dziś rosyjscy uczeni są sceptyczni w kwestii prawdziwości tej
relacji - patrz: D. Griffiths, Maurice August Benyowsky. A Military Adventurer in Revolutionary America, "Mir lstorii. Rossijskij
Elektronnyj Żurnal", nr 4/2002, przyp. 7 (www. historia. ru /2002/04/
griffiths. htm).
S. Rawicz, The Long Walk, London 1956; wyd. polskie: Długi
marsz, Gdańsk 2001 wydawnictwo Gord (dalsze cytaty z podaniem tylko numeru strony według tej edycji). Wydanie polskie
podaje jako oryginał tytuł angielski- byłoby to zatem tłumacze­
nie, dlaczego jednak anonimowe? Czy Rawicz sam napisał tekst
polski?
A. Applebaum, Der Gułag, Berlin 2002, s. 426, 671; R. Messner, Yeti, Warszawa 2002. Rosyjskie głosy o książce i doniesienia o wyprawie Tessona:
http:l(if.russ.ru/tssue/6!20010816_ knigi.htrnl; www.gazetayakutia.ru
l re a d. a s p? i d = 3 O l O3- l 3 & d a t e s= 5 l 6/2 OO3;
http:l/lib.ru/PRIKL!SHKLYARSKIJ1tomek04.txt
h ttp: l Iw ww. bgtrk . ru l ru l mod u l e. php? na me=
news&go=dat&fid=2747
http:llwww. vgtrk.comlrnews.html?sid = 22&id = 14248&date = 04-07-2003
T. Lisiecki, Sławomira Rawicza ucieczka z lagru 303, "Prace
Uczestników Studium Doktoranckiego" [UŚ), t. l, Opole
2002, s. 134; C. Chlebowski, Ciernisra droga Długiego marszu,
"Tygodnik Solidarność", nr 912002, s. 14
K. Rengarten, Pieszo do Chin. Wrażenia z podróży, Warszawa
1899, s. 46
E. Alekseev, Priznaju vinovnym. Slużba bezopasnosti Respubliki
Sacha Uakutija), Moskva 1996, s. 92
Warto by też sprawdzić, jak relacja Rawicza prezentuje się na tle
całościowego obrazu łagru, wyłaniającego się z dziesiątków nieliterackich zapisów; materiał do takiego porównania zestawia
np. l. Sariusz-Skąpska, Polscy świadkowie GUŁagu. Literatura lagrowa 1939-1989, Kraków 2002
Opinię tę przywołuje Applebaum, ale nie odważa się dyskredytować dzieła Rawicza, które raz i drugi cytuje jako dokument.
IO
S. Waydenfeld, Droga lodowa, Lublin 2002, s. 123
II
Już po napisaniu tego tekstu natrafiłem na wcześniejsze polskie
wydanie (1993, Londyn-Warszawa, wydawnictwo Unicorn)
z podobizną autora, a także bogoojczyźnianymi wstępami jego
oraz Ryszarda Reiffa. Nie ma w nich ani słowa uwiarygodniają­
cego ucieczkę, lecz jedynie martyrologia, Katyń i Jałta. Oba te
teksty znikły z następnych wydań - szkoda tylko, że wraz ze

Buddyjskie stupy. For. Jerzy S. Wasilew>ki

zdjęciem.
Il

13

Miejsce ofiarne u podnóża świętej góry. Fot. Jerzy S. Wasilewski

76

R. Needham, Exemplars, Berkeley 1985, s. 75-116
Janusz Głowacki, pisząc o zakończonej samobójstwem ucieczce
Kosińskiego od własnej mistyfikacji, przypomina słowa Audena,
że "jak się raz zacznie uciekać, to potem nie ma już ucieczki od
ucieczki", J. Głowacki, Z glowy, Warszawa 2004, s. 261

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.