-
Title
-
Jak w Indiach - Królowa Japonii / Barbarzyńca 2008 nr 2(12)
-
Description
-
Barbarzyńca - pismo antropologiczne; s.10-12
-
Creator
-
Żukowski, Dariusz
-
Date
-
2008
-
Format
-
application/pdf
-
Identifier
-
oai:cyfrowaetnografia.pl:5181
-
Language
-
pol.
-
Publisher
-
Stowarzyszenie Antropologiczne „Archipelagi Kultury”
-
Relation
-
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5572
-
Rights
-
Licencja PIA
-
Text
-
Dariusz
Żukowski
Jak w Indiach Królowa Japonii
P
rzestrzeń muzeum otwiera długi lastry¬
kowy hol.
Szybki rzut oka wokół (osiemdziesiąte
remontowane w dziewięćdziesiątych). Po le¬
wej zasuszony człowiek za małym biureczkiem,
wysoka bryła maszyny Nescafe, kolorowy szum
dziecięcych ubranek, kakofoniczny atak spiętrzo¬
nych głosów. Potem szatnia, płaszcze, szatniarka,
bloczek, którego nie wolno zgubić („Można po¬
wiesić te dwa razem". „Panie, jasne, że dwa pójdą
na jeden, i tak miejsca nie ma"). We właściwą
część muzeum zanurzam się bez dalszej zwłoki,
z nagła, a podróż jest krótka, bo tylko kilka kro¬
ków za przeszklone gierkowskie drzwi.
Szary, chłodny półmrok. Przypadkowi zwie¬
dzający powoli dryfują zakosami. Stojące po
środku korytarza modele chłopskich domów,
ciężkie, długie i masywne, to centrum grawitacji,
ku któremu toczą się ludzie. Modele dominują
przestrzeń — cisną się wokół nich zwiedzający,
szeleszczą płaszcze, w opuszczonych oczach lśni
biały blask neonowych podświetleń. Dominują
też czas — „Wykonany w 1905 roku przez malarza
Antoniego Procajłowicza pod nadzorem Wło¬
dzimierza Tetmajera". Wyprzedzają prawdziwe
chłopskie domy jak Baudrillardowska mapa —
terytorium. Znad pomniejszonych strzech unosi
się kwaśny zapach kurzu i chemikaliów.
Jak bile do łuz ludzie zsuwają się z korytarza
w rozmieszczone w ścianach drzwi, jamy zre¬
konstruowanych ludowych wnętrz. W pierwszej
pełno (bo: [1] jest najbliżej wejścia, [2] leci z ta
śmy ludowa muzyka, [3] jest jasno i [4] koloro¬
wo). Atrakcja wyczerpuje jednak szybko swoją
moc, ludzkie bile wytaczają się na zewnątrz, j u ż
wolniej. Druga chata: siwa pani bardzo ładnie
opowiada i głos ma miły, na pewno jest czyjąś
babcią. Nie mogło być tam, na wsi, tak źle, skoro
miła pani tak o tym pięknie opowiada.
W olejarni:
Matka: — Wyjdź stąd!
BARBARZYŃCA
E(1E) PD08
Jak w Indiach - Królowa Japonii
Synek: — Ale dlaczego?
M . : — Wyjdź, wyjdź!
S.: — Zakazane?!
M . (po chwili wahania): — No dobrze, idź
szybciutko...
S.: — Mamo, dlaczego to muzeum jest takie
małe?
W foluszu gra napięć. Ludzie chodzą w gru¬
pach. Każdy chce być autorytetem chociaż przez
parę minut. Przecież nie chodzi o wiedzę, tylko
0 to, co się zrobi ze strzępkami informacji. De¬
tektywistyczna robota.
Dziecko: — Co to jest?
Ojciec: — To jest folusz.
D.: — Czyli?
O.: — Czyli nie wiem.
Matka wzrusza ramionami.
O. (po chwili): — Tu było na gorącą wodę.
1 te młoty tak cpyku—pyku. Kto tymi młotecz¬
kami ruszał?
Dziecko i matka wychodzą. Ojciec po chwili
także wychodzi, słychać zza drzwi:
O.: — Już wiem, jak to działało.
Wracają.
O. (demonstrując):
— Tutaj uderzało. I te mło¬
ty tak cpyk, a tam musiało być koło, gdzieś tam.
11
ustawionych naczyń, aksamitne draperie. To
pewnie coś ważnego. Przed dalszym docieka¬
niem chroni mnie ręcznie wymalowana strzałka
i j u ż idę schodami na górę.
Na górze dominuje s z y b a . Bardzo dłu¬
ga, piękna, gdzieniegdzie nierówno odlana, co
tylko przydaje jej masy i powagi (za nią jakieś
manekiny: długi, rytmiczny szereg zdrowych,
rumianych, amorficznych buź pozbawionych
rysów, postacie mają jednak kolorowe stroje).
Zasysa mnie ciąg kierunku zwiedzania. Zdję¬
cia. Przedmioty. O dziwo, nikt ze zwiedzających
nie komentuje ekspozycji weselnej z motywem
przewodnim „Wódka". W kolejnym pomiesz
czeniu środkiem grawitacji jest rzeźbiony ul
w kształcie wielkiego niedźwiedzia. Centrum
emocji: psia kolczatka (faktycznie, mocno od¬
działuje na wyobraźnię). W młodych głosach
brzmi oburzenie.
Starsza pani muzealniczka z troską na twarzy
i notesem w ręku przemierza pokoje w długich
cyklach.
Kobieta: — Patrz, Janusz, jakie piękne ule!
Janusz: — Mhm.
K.: — Patrz, jak dbano o takie rzeczy, zwykły
ul.
Młody człowiek A: — Co to, kurwa, młyn?
Młody człowiek B: — H m m . kuchnia.
A: — Co to jest, h m .
Młody człowiek C (z zewnątrz, czyta): — Słu¬
żyło do zbijania i rozbijania sukna.
B: — Czyli co?
A: — Chodźmy.
Dziewczyna A (w tle): — Jaka chuda krowa!
Dziewczyna B (w tle): — Jak w Indiach, nie?
K.: — Janusz, a to zdjęcie z 1988, całkiem nie¬
dawno! A wygląda, jakby ze sto lat miało.
J. (z przejęciem):
— No przecież ja w latach
siedemdziesiątych pasłem bydło!
K.: — Ty? Jakoś cię nie widzę z krową.
J.: — No, czasem, jak się pojechało na w i e ś . . .
Nie tak często znowu, parę razy może.
U zwieńczenia ciągu korytarza białe ściany
i nisza, krótka parafraza katakumby, czerwony
sznur odgradza wejście jak w Luwrze. Napis
głosi: „Skarbczyk". Czemu? Pięć przypadkowo
Po drugiej stronie ula odnajduję sidła na
jelenie. Mocna, stalowa pętla, dwa noże, w tle
czarno-biały wizerunek ślicznego jelonka. Kon¬
kretne zużyte ostrza zadają kłam papierowości
PD08
BARBARZYŃCA
12
narysowanego zwierzęcia. Trzy wymiary kontra
fotka przelicytowują fotkę: to się działo napraw¬
dę. Cięte tętnice, szamotanina, kwiki, wiadra
krwi stają w wyobraźni. Jak one mogły być tak
głupie, żeby wpychać łeb w niewielką przecież
pętlę?
Dzieciak: — To to dziadostwo tak hałasuje?
Ja: — Tak.
Stoimy przed koszem z ludowymi drobiazga
mi („Wózek dyngusowy, lata 1920"), w którym
dominuje kolorowy kogut z wybałuszonymi
paciorkami szklanych oczu.
D.: — Co mu trzeba zrobić?
Ja: — Klasnąć.
Klaszczę. Rozlega się mechaniczny skrzek
made in Taiwan. Przez chwilę klaszczemy obaj.
Dzieciak odchodzi.
Dariusz Żukowski
Potem schody w dół, wydostaję się z ciągu
zwiedzania i znów wpadam na stół bilardowy
korytarza. Na odchodnym jeszcze raz wnętrze
chaty, półmrok. Dawniej wisiała tam Matka Bo¬
ska Królowa Japonii (żart kolegi z niedostatków
formy), szukam jej wzrokiem, schowano.
Młody człowiek D : — Hulajnoga.
Młody człowiek E: — Nie.
D : — Hulajnoga, no. Bo nie masz pedałów.
E: — A z którego wieku to było?
D : — Nie wiem.
E: — Z X V I I czy XVIII?
D : — Nie wiem!
Między surowe postaci polskich kolędników
wciśnięty łeb czegoś w rodzaju chińskiego smoka
(artefakt z diablady boliwijskiej). Śmierć, król,
diabeł. Najgorszy jest turoń: wysoki, smukły,
szczupły, bury, przypomina m i Bukę z Muminków. W rogu pomieszczenia hałasuje telewizor
niczym instalacja wideo na wystawie w Bunkrze
Sztuki.
Napisów powyżej dwóch zdań nikt nie czyta.
Pewnie istnieje gdzieś dla nich czytelnik mo¬
delowy. Jest to człowiek zakurzony, spokojny,
powolny w ruchach i dociekliwy. Być może star¬
szy, zapewne miły w obejściu. Przyglądając się
w skupieniu etykiecie, wysuwa głowę w przód,
kciukiem i palcem w s k a z u j ą c y m gładzi ma¬
chinalnie brodę. Może kupiłby w szatni w dro¬
dze powrotnej glinianego ptaszka z gwizdkiem
za 4,50 zł, nie dlatego żeby w niego gwizdać
w domu — bo człowiek ten woli ciszę i spokój —
ale dlatego że sądzi, iż tak wypada.
Mama (do dziecka, wskazując manekiny ko¬
lędników): — . . . i przebierali się za króla (pokazu
jąc boliwijską maskę), za diabła, za śmierć, za...
jakiegoś. nie wiem.
Dziecko nie słucha.
Gwiżdżę lekko w ogonek kogutka. Fiuuu! —
a niech to, działa, taki zwykły kawałek gliny.
Zbliża się pani szatniarka, będzie myślała, że
chcę kupić tego ptaszka. Zapinam płaszcz i ucie¬
kam w deszcz, zanim presja oczekiwań będzie
zbyt wielka.
BARBARZYŃCA
ł[\ł) P D 0 8