Widzieć więcej / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1997 t.51 z.3-4

Item

Title
Widzieć więcej / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1997 t.51 z.3-4
Description
Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1997 t.51 z.3-4, s.3-6
Creator
Benedyktowicz, Zbigniew
Date
1997
Format
application/pdf
Identifier
oai:cyfrowaetnografia.pl:2425
Language
pol.
Publisher
Instytut Sztuki PAN
Relation
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2610
Text
Widzieć więcej
Antropologia wizualna i wizualność w antropologii
(Wprowadzenie)

Zbigniew Benedyktowicz
Żyjemy w epoce znaczącego rozwoju technologii, jak to się
dziś powiada - nowej technologii. W epoce, którą być może
potomni określą, iż rozwijała się pod znakiem obrazu i istotnych
odkryć w dziedzinie jego tworzenia. Bo to już nie tylko
odziedziczone z poprzedniego wieku wynalazki - fotografia,
film, tak skutecznie rozwijające się w naszym XX stuleciu, ale
i XX-wieczna telewizja, video kamera i video kaseta, komputer
i grafika komputerowa, dyskietka, skanowanie, technika cyfrowa
dla zapisania, utrwalania dźwięku i obrazu, coraz doskonalsze
pod względem jakości metody zapisu, reprodukcji, kopiowania,
multiplikowania, tworzenia, przetwarzania i przesyłania obrazu
i informacji na odległość - telewizja i telekomunikacja satelitar­
na, internet, komputerowa poczta e-mail, czy też, poczciwy, być
może dla kogoś, w tej litanii wynalazków i instrumentów,
- „zwykły" fax, tak nieoceniony w pracy redakcji, lecz nie mniej
cudowny i niepojęty w swym działaniu dla piszącego te słowa od
starożytnego już zdawałoby się dzisiaj wynalazku pana Bella.
(Czy to obraz - rysunek, a można przecież przesłać przy jego
pomocy i хего fotografii, list więc, czy obraz listu (?) - biegną, jak
głosy w zwykłym telefonie po drucie, „gotowe do druku" by
zaraz, natychmiast, w tym samym czasie, jednocześnie objawić
się u kogoś, w maszynie, na biurku tysiące kilometrów dalej?!).
- Wszystkie te wynalazki (wymienione tu pobieżnie i w bez­
ładzie, wołającym o pomstę i wywołującym z pewnością niesmak
na twarzach znawców i systematyków przedmiotu i opisywaczy
nowego zjawiska), wszystkie więc te wynalazki związane i mogą­
ce się wiązać z obrazem, z naszym doświadczeniem obrazu we
współczesnej kulturze, do którego to doświadczenia należą - żeby
znów pobieżnie tylko wspomnieć - otaczające nas i atakujące
zewsząd obrazy: rejestrowane, tworzone i transmitowane we
wszechobecnej telewizji, obrazy spływające z reklam, plakatów,
gazet, książek, albumów, folderów, obrazy tworzące współczesną
ikonosferę miasta, obrazy stające się niemal „naturalnym" środo­
wiskiem człowieka XX wieku, i wreszcie na koniec, te tworzone
i tworzące w „machinach" i pracowniach współczesnych po­
szukiwaczy i badaczy obrazu - najnowszy współczesny wynala­
zek: - „virtual reality" - obrazy tworzące rzeczywistość wirtual­
ną, teoretycznie możliwą, mogącą zaistnieć (Kto to powiedział, że
etnologia powinna też polegać na badaniu światów możliwych?)
- wszystko to mogłoby być już wystarczającym wyjaśnieniem
dlaczego kolejny bieżący numer naszego pisma postanowiliśmy
poświęcić problematyce Antropologii Wizualnej. Problematyce
obrazu, wizualności w naszej nauce, w sztuce, w kulturze.
Widzieć więcej, szybciej, silniej, mocniej, skuteczniej to jakby
hasła nie tylko należące do owej „rzeczywistości wir­
tualnej" (w którym to pojęciu i nazwie słychać jak mieszają się
echa średniowiecznej i wcześniejszej łaciny - wrfWú - skutecz­
ny; Wrfwojw, wirtuozeria, mistrzostwo, uzdrawiająca wprawność, uczoność; męstwo, cnota, siła - Wrfwj).
Widzieć więcej, szybciej, mocniej, silniej, skuteczniej to także
jakby bardziej ogólna tendencja i przesłanie wynikające ze
współczesnych doświadczeń w dziedzinie obrazu i z obrazem,
jakie dają się obserwować w tej lawinie kolejnych wynalazków
nowej technologii: - Specyficzny, współczesny głód obrazu.
Głód obrazu, który na myśl musi przywieść natychmiast dwa

inne współczesne wynalazki tym razem z dziedziny medycyny,
a mianowicie każe myśleć o dopiero co odkrytych chorobach:
anoreksji i bulimii. Z jednej więc strony ów specyficzny,
współczesny głód obrazu. Z drugiej, zaś zmęczenie i przesyt
obrazem. Niechęć, wstręt, kompletny brak łaknienia. - „Zupełnie
nie mogę oglądać telewizji" - takie wyznanie i skargę usłyszałem
niedawno z ust wcale nieteciwego jeszcze historyka sztuki - i gdy
tak zżymał się i narzekał na nudę programów publicystycznych,
opisując swą niechęć i niemoc odstręczającą go od oglądania
wiadomości, padły zaraz dalsze znamienne słowa: „a już zupełnie
nie mogę oglądać ani reklam, ani tych zupełnie niemożliwych,
przeczących wszelkim prawom, logice i naszemu naturalnemu
postrzeganiu - obrazów połączonych z młodzieżową muzyką."
- Ciekawe, pomyślałem, gdy mówił właśnie o tych „niemoż­
liwych, przecież, w ogóle obrazach". - Który to video - clip,
z jakimi efektami specjalnymi, morfingami, zniekształceniami
i przekształceniami, rodem z rzeczywistości wirtualnej - teorety­
cznie możliwej, obrazów teoretycznie mogących zaistnieć musiał
go tak zrazić i zniechęcić, że przez chwilę odczuć musiałem i ja
pod wpływem jego wypowiedzi tę głęboką dwuznaczość słowa
„wirtualny": „możliwy - niemożliwy".
Ta wypowiedź zżytego przecież z historią obrazów i będącego
znawcą obrazów, „odbiorcy", rzuciła nagle, ale nie tak by
pozostała po tym jakaś trwalsza rysa, zaledwie, jakby cień
zwątpienia, kładącego się na znaczeniu słowa: „skuteczny"
w kontekście tego, co niesie w sobie współczesne, wspomniane
wyżej pojęcie: „wirtualności".
Tak niewątpliwie nasz wiek dobiega końca pod prymatem
obrazu. Żyjemy pod presją obrazów, czego przykładem może być
znaczenie jakie przypisywane jest dziś obrazowi, znane choćby
z doświadczeń i praktyki codziennych, potocznych już niemal
zabiegów współczesnej, socjotechniki, która zachęca nas do
budowania i dbałości o własny - czy to w przypadku jednostki,
czy firmy - „Image" (najczęściej, wymawiane obecnie po polsku,
w województwie warszawskim i Warszawie): 'wm'dz'). Dbałość
i troska o własny „Image" to więcej niż połowa sukcesu. Podobne
znaczenie przypisywane obrazowi śledzić możemy i obserwować
w życiu politycznym, w kampaniach wyborczych przypominają­
cych do złudzenia kampanie reklamowe, w których politycy
niewiele różnią się od gwiazd filmowych, czy modeli: wystarczy
i to jest tylko najważniejsze by z dobrze opanowanym uśmie­
chem, właściwą sobie „elegancją" i wytrenowaną odpowiednią
gestykulacją wciąż powtarzać to samo: dobre, chwytne, najprost­
sze, hasło na temat własnej skuteczności. Tak żyjemy pod
prymatem i presją obrazu, czego dowodem mogą być pełne troski
i lęku diagnozy dotyczące stanu współczesnej kultury. Lęk
o przyszłe losy książki i czytelnictwa, o wtórny analfabetyzm
młodych pokoleń pozostających pod władzą i dominacją współ­
czesnego pisma i języka obrazkowego, lęk o tych wszystkich
potencjalnych i rzeczywistych niewolników komputera, niewol­
ników telewizji, niewolników kultury masowej, w których tak
wiele obrazów pełnych gwałtu i przemocy, lęk przed obrazami,
lęk przed: „rzeczywistością" budowaną z iluzji, i iluzją budowaną
z cegiełek i fragmentów rzeczywistości. Lęk o przyszłość sztuki
oddanej na pastwę tych wynalazków. W końcu i wreszcie pełen

3

I

samego lęku i oburzenia lęk sam wobec tych tych wszystkich
wynalazków żywiony ze strony humanistów. Gdyby zwrócić im
uwagę, że te same wynalazki, kamera, ekran, światło lasera
pozwalają lekarzom dotrzeć tam, gdzie nie mogłaby uczynić tego
ludzka ręka uzbrojona w skalpel, gdyby zwrócić uwagę na
uzdrawiającą, skuteczną siłę obrazu we współczesnej sztuce
medycznej, na obecność kamery, ekranu telewizora na sali
operacyjnej, powiedzą: „I niech tak zostanie, tam ich właściwe
miejsce. Ale wara im od sztuki!"
Ale broń Boże, możemy już w tym miejscu uspokoić naszego
czytelnika: nie tym wszystkim wspomnianym „wynalazkom"
współczesnej (tele-audio-wizualnej) cywilizacji i kultury, wokół
których narosła zresztą już dość bogata i rozwijana wciąż przez jej
wnikliwych diagnostów literatura, poświęcony jest ten numer
„Kontekstów". Być może wobec tych żywo i żywiołowo roz­
wijających się wokół nas zjawisk potrzeba jeszcze trochę dystan­
su. Dlatego redakcja świadomie postanowiła wobec tych wszyst­
kich zjawisk zachować się nieco anachronicznie i skromnie.
Punktem wyjścia jest tu dla nas fotografia. Nie tylko jej obecność
w naszej nauce - etnografii, antropologii. Nie pierwszy raz już
zresztą zwracamy na tych łamach uwagę na bliskość i zbieżności
pomiędzy doświadczeniem fotografii i etnografii, na znaczenie
jakie miała, ma i może mieć dla naszej dziedziny fotografia
(Sławomir Sikora, Terence Wright). Jednakże zaczynając od
fotografii myśleliśmy przede wszystkim o tym, że jest to
szczególnie dogodny punkt wyjścia do tego by poddać głębszej
refleksji samo zjawisko obrazu, wizualności, zastanowić się nad
ich rolą i znaczeniem w kulturze, w naszym poznaniu, a co za tym
idzie i dalej: w budowaniu i kształtowaniu tego, co składałoby się
na specyfikę etnograficznego, antropologicznego spojrzenia.
Już sam język nauki i należące doń utrwalone frazy jakimi się
dość często posługujemy: „Z mojego (naszego) punktu widze­
nia...", „ujęcie", „spojrzenie" świadczyć mogą o obecności,
wadze i znaczeniu owego pierwiastka i wymiaru wizualnego,
„obrazowego". I chociaż źródła owych fraz moglibyśmy po­
szukiwać i odnajdywać we wcześniejszych traktatach z zakresu
teorii poznania, optyki czy estetyki i w dziełach filozoficznych
- „Nie umiałbym osądzić tej samej rzeczy ściśle jednako; nie
mogę sądzić o własnym dziele pracując nad nim, muszę czynić
tak, jak malarze, oddalić się od niego; ale nie nadto. Ile tedy?
Zgadnijcie." (Pascal) - to z pewnością odkrycie i doświadczenie
fotografii przyczynić się mogło do ich ugruntowania i upo­
wszechnienia w języku jakim posługuje się dziś nie tylko nauka.
Czyż nie właśnie z doświadczeniem fotografii należałoby wiązać
zbieżne z nią w czasie i z jej rozwojem, wprowadzone przez
amerykańskiego pisarza i teoretyka literatury Henry James'a do
słownika terminów literackich, pojęcie: „punkt widzenia".
Dlatego zrazu paradoksem w tym świetle może się wydawać
ów przesadny akcent kładziony ostatnio w autorefleksji etnografi­
cznej na znaczeniu słowa i pisania, podkreślanie iż etnografia jest
przede wszystkim pisaniem. „Patrzenie idzie przed słowami.
Dziecko patrzy, ogląda i rozpoznaje zanim nauczy się i potrafi
mówić." - pisze John Berger, autor cyklu telewizyjnych audycji
a potem napisanej na tej podstawie książki Spojoty widzenia
(Ждул о/Seeing).
Zebrane w tym numerze artykuły, wypowiedzi artystów,
historyków i interpretatorów sztuki na różny sposób podnosząc
kwestie odniesień fotografii (obrazu) do rzeczywistości, do teorii
percepcji, do sposobu postrzegania świata, do słowa, do języka,
do opowieści, do metafory, do historii, do czasu, do mitu, do
poezji, do rzeczywistości sacrum, i na różny sposób rozważając
problem realizmu, prawdy obrazu, jego „nieprzeźroczystości",
uwikłania w konwencje, czy niewysłowienia, niezależnie od
różnie udzielanych w tych kwestiach odpowiedzi i różnie roz­
kładanych akcentów w gruncie rzeczy łączą w sobie tę samą myśl
o niezwykłej sile, znaczeniu i mocy obrazu:
„Obraz fotograficzny sprawia, że zastanawiam się nad rzeczy­
wistością głębiej, niż gdybym na nią patrzył" (...)
„Rozmowa o obrazach jest zawsze beznadziejna - to tylko
rozmowa wokół obrazu ponieważ gdyby można było wytłuma­

4

czyć swój obraz, można by było wytłumaczyć swój instynkt."
(Francis Bacon - por. Dariusz Czaja, Nofafti przy Bacowie).
„Tam gdzie nie wychodzę od wyobrażeń, tam nic nie mogę
zdziałać....To, co buduję historycznie , nie jest rezultatem krytyki
i spekulacji, lecz fantazji, która chce wypełnić luki wyobrażenia.
Historia jest dla mnie zawsze jeszcze przeważnie poezją: jest dla
mnie szeregiem najpiękniejszych malarskich kompozycji." (Ja­
kub Burckhardt por. Ryszard Kasperowicz, Effefyczma faiWogiw
i prymaf fwzocznafci...).
„'Staraj się ograniczyć swoje dociekania do obrazów', pisze
Kuzańczyk w De coníecfwü, 'abyś pod przewodnictwem wraż­
liwości mógł zwrócić swoje domysły ku arkanom.'" (Edgar
Wind, Mijreriwm Bac/iiczne wedYwg MicWa Amio&z.)
Pomimo rozwijającej się Antropologii Wizualnej, pomimo
prób „pisania" etnografii przy pomocy obiektywu aparatu foto­
graficznego i kamery filmowej, pomimo pogłębionej refleksji nad
obrazem i jego znaczeniem w kulturze - fotografia, która ze
swoim zanurzeniem w rzeczywistości, swoim potencjalnym
naukowym obiektywizmem, realizmem z jednej strony, i ogrom­
nym potencjałem twórczym, subiektywnym, otwierającym się
w kierunku sztuki, fotografia która mogłaby stać się metaforą
i odbiciem sytuacji i statusu samej etnografii, tak jak sieją obecnie
częstokroć postrzega i przedstawia: jako znajdującą się „pomię­
dzy nauką i sztuką", niestety nadal bardzo często na naszym
gruncie traktowana jest instrumentalnie, ograniczana do „dokumentacyjno-inwentaryzacyjnej" funkcji, pełni rolę co najwyżej
ilustracji. Odbijając zgoła zupełnie inną bardziej rzeczywistą
sytuację naszej dziedziny, w której wciąż przypisuje się znacznie
większą wagę do „naukowego dyskursu" aniżeli do sfery obrazu,
metafory, symbolu. Nadal obecność i autorytet fotografii w etno­
grafii streszcza się - jak pisał o tym James Clifford - w potwier­
dzeniu autorytetu etnografa - „Możecie o tym wiedzieć, jesteście
tam, ponieważ JA TAM BYŁEM."
O sytuacji tej pisał, już prawie niedługo będzie, jak pół wieku
temu w swej niedościgłej książce o podróżach, dziwiąc się
samemu sobie, że przystępuje do pisania takiej - „Nienawidzę
podróży i podróżników" - i fenomenowi popularności literatury
podróżniczej oraz sile fotografii, Claude Lévi-Strauss w Smwftw
fropiWw (1955)4
„A jednak ten rodzaj opowieści spotyka się z życzliwym
przyjęciem, którego nie umiem sobie wytłumaczyć. Amazonia,
Tybet, Afryka zalewają księgarnie w formie książek podróż­
niczych, sprawozdań z ekspedycji, albumów fotograficznych,
w których troska o efekt jest tak dominująca, że czytelnik nie
może ocenić wartości przytoczonych obserwacji. Nie pobudzają
one jego zmysłu krytycznego; przeciwnie, żąda coraz więcej
strawy i pochłaniają w olbrzymich ilościach. Być podróżnikiem
to obecnie zawód, zawód, który polega nie na odkrywaniu po
latach uciążliwych badań - jak można by sądzić - faktów
dotychczas nieznanych, lecz na przebywaniu wielkiej ilości
kilometrów i gromadzeniu zdjęć fotograficznych lub filmowych,
i to najchętniej kolorowych. Dzięki temu można mieć przez kilka
dni salę zapełnioną tłumem słuchaczy, dla których frazesy
i banały przemienia się cudem w rewelacje z tego powodu, że ich
autor zamiast spisać je na miejscu uświęcił je przebywszy 20000
kilometrów.
Cóż słyszymy na tych prelekcjach i czytamy w tych książkach?
Szczegóły o zabranych skrzyniach, o figlach małego pieska na
pokładzie oraz pomieszane z anegdotami strzępy wyblakłych
informacji powtarzanych od stu lat na kartach podręczników,
a które pewna doza bezczelności odpowiadająca naiwności
i brakowi wiedzy konsumentów przedstawia jako obserwacje,
a nawet jako oryginalne odkrycia." - By zaraz dalej wywołać ów
obraz:
„Jakieś dwadzieścia lat temu nie podróżowano wcale, a opo­
wiadacie przygód nie byli pięcio- lub sześciokrotnie przyj­
mowani w przepełnionej sali Pleyela. Jedynym miejscem w Pary­
żu dla tego rodzaju manifestacji był mały, zimny i odrapany
amfiteatr w starym pawilonie w głębi ogrodu botanicznego.
Towarzystwo Przyjaciół Muzeum organizowało tam raz na

t y d z i e ń - m o ż e jeszcze organizuje dotychczas - odczyty przyrod­
nicze. Aparat projekcyjny o zbyt s ł a b y c h lampach rzucał na d u ż y
ekran n i e w y r a ź n e cienie, prelegent z nosem przylepionym do
ściany zaledwie r o z p o z n a w a ł kontury, a p u b l i c z n o ś ć nie o d r ó ż ­
niała ich od plam w i l g o c i na murach. Kwadrans po oznaczonej
godzinie zadawano sobie jeszcze niespokojne pytanie, czy z j a w i ą
się s ł u c h a c z e p r ó c z nielicznych stałych b y w a l c ó w , k t ó r y c h
pojedyncze s y l w e t k i w i d n i a ł y na stopniach. W c h w i l i , gdy j u ż
tracono w s z e l k ą n a d z i e j ę , sala z a p e ł n i a ł a się do p o ł o w y d z i e ć m i
pod o p i e k ą matek i bon; dzieci były spragnione bezpłatnej
r o z r y w k i , opiekunki z m ę c z o n e h a ł a s e m i kurzem ulicy. Przed tą
m i e s z a n i n ą figur w y d o b y t y c h z naftaliny i niecierpliwej dziecia­
rni korzystano z prawa w y ł a d o w a n i a skarbca w s p o m n i e ń , za­
m r o ż o n y c h j u ż na zawsze przez taki seans - n a j w y ż s z a nagroda za
tyle starań i t r u d ó w - i p r z e m a w i a j ą c w mroku c z u ł o się, j a k
wspomnienia, j e d n o za drugim, o d r y w a j ą się i spadają niby
k a m y k i w g ł ą b studni."
W i d z i e ć w i ę c e j , szybciej, mocniej, silniej, skuteczniej - temu
hasłu i tej tendencji, k t ó r a towarzyszy nam co najmniej od p o ł o w y
w i e k u , i k t ó r a niemal stała się znakiem czasu u schyłku naszego
stulecia, ich konsekwencjom w kulturze p r z y g l ą d a się John
Berger w eseju fo cóz pafrzec ла zwierzffa? z w r a c a j ą c n a s z ą
u w a g ę na to j a k m i ę d z y i n n y m i czynnikami w ł a ś n i e r o z w ó j
fotografii, doskonalone coraz bardziej instrumenty p r z y c z y n i ł y
się do przemienienia z w i e r z ą t w spektakl, do ich marginalizacji
i paradoksalnego znikania z naszego kulturowego i c y w i l i z a c y j ­
nego horyzontu. - „ Z w i e r z ę t a p r z e k s z t a ł c o n e w spektakl z n i k n ę ł y
w nieco inny s p o s ó b . Jedna trzecia w o l u m i n ó w wystawionych na
wystawach k s i ę g a r ń w czasie B o ż e g o Narodzenia to k s i ą ż k i
obrazkowe o z w i e r z ę t a c h . Czy b ę d ą to s o w i ą t k a czy żyrafy,
kamera c h w y t a j e w obszarze, który c h o ć c a ł k o w i c i e d o s t ę p n y dla
aparatu, nigdy nie m ó g ł b y b y ć d o s t ę p n y dla widza. Wszystkie
z w i e r z ę t a p o j a w i a j ą się tak, j a k b y o g l ą d a n o j e przez s z y b ę
w a k w a r i u m . P o w o d y tego są z a r ó w n o natury technicznej, j a k
i ideologicznej. Jeśli idzie o s t r o n ę t e c h n i c z n ą , u r z ą d z e n i a
wykorzystane, by o t r z y m a ć jeszcze bardziej frapujące wizerunki
- ukryte kamery, teleobiektywy, flesze, u r z ą d z e n i a do zdalnego
s t e r o w a n i a - ł ą c z ą w y s i ł k i w celu stworzenia o b r a z ó w , k t ó r e n i o s ą
w sobie liczne oznaki swojej normalnej лки/кбмкоУо. Obrazy
te istnieją j e d y n i e d z i ę k i istnieniu technologicznego jasnowidztwa. Ś w i e ż a , bardzo dobrze wydana k s i ą ż k a z fotografiami
z w i e r z ą t (¿a fgfe Sawage, F r é d é r i c a Rossifa) zapowiada
w przedmowie: ' K a ż d y z tych o b r a z ó w w r z e c z y w i s t o ś c i trwał
mniej niż j e d n ą t r z y s e t n ą c z ę ś ć sekundy i z n a c z ą c o przekracza
m o ż l i w o ś c i widzenia oka ludzkiego. T o , co tu w i d z i m y , to c o ś ,
czego nikt dotychczas nie w i d z i a ł , p o n i e w a ż jest to c a ł k o w i c i e
niewidoczne.'"
N a t y m tle z jeszcze w i ę k s z ą w y r a z i s t o ś c i ą w i d a ć , że kwestia
w i z u a l n o ś c i w antropologii nie musi b y ć z a l e ż n a i wcale nie
z a l e ż y od d o s k o n a ł o ś c i u ż y t y c h i n s t r u m e n t ó w . Najlepszym ś w i a ­
dectwem w tej sprawie m o g ą tu b y ć listy B r o n i s ł a w a M a l i n o w s ­
kiego, w t y m s z c z e g ó l n i e - publikowany tu po raz pierwszy, list,
n i e d o k o ń c z o n y esej pisany dla A n i e l i Z a g ó r s k i e j , opisujący
p o d r ó ż m o r z e m do A n g l i i , który jest zarazem opisem i w y ­
znaniem na temat z b l i ż a n i a się do , „ p r z e n i k a n i a " i wchodzenia
w g ł ą b obcej k u l t u r y . T o co b o w i e m charakterystyczne i uderzają­
ce w t y m pisarstwie to n i e z w y k ł a w r a ż l i w o ś ć na obrazy, stała
o b e c n o ś ć pierwiastka wizualnego, obrazowego, d o c h o d z ą c a do
głosu w drobiazgowych opisach k r a j o b r a z ó w i w y g l ą d ó w morza,
n i e z w y k ł a w r a ż l i w o ś ć plastyczna. A wszystko dzieje się tu
w z a s i ę g u i skali ludzkiego w z r o k u . I - co b r z m i e ć m o ż e
paradoksalnie w zestawieniu z refleksją i p r z y k ł a d a m i Bergera
- j e d y n y m n a r z ę d z i e m dla utrwalenia tych o b r a z ó w pozostaje

i jest nim słowo.
„...Pamiętam dokładnie, jakby to było wczoraj, ów dzień wiosenny,
pełen nastroju, wrażeń i nadziei, ów dzień, którego istota zawarta była
między blado zielonemi falami morza Północnego a mglistym
niebem, na którym słońce opalizowało spoza dziwnych, wpólprzezroczystych chmur szybko pędzących ku wschodowi, - d z i e ń w którym
po raz pierwszy przejeżdżałem przez kanat z kontynentu do Anglii.

Ten przejazd ma swoją treść, swój nastrój i poezję, które mniej więcej
silnie przeżywam za każdym razem, kiedy wyjeżdżam na Wielką
W y s p ę , ale które wryły mi się w duszę najsilniej m o ż e za tamtym
pierwszym razem. Jechałem wtedy przez Ostendę - Dover; i ta droga
pozostanie dla mnie na zawsze klasycznem dojazdem do A n g l i i . (...)
...W Ostendzie przyjeżdża się na sam brzeg przystani i wychodzi się
z dużego, ładnego banhofu wprost na statek, który zaraz odjeżdża. Po
lewej ręce leży miasteczko. Najprzód mijamy port stary, w którym
zwykle jest natłoczone m n ó s t w o łodzi rybackich i małych żaglow­
ców. Na brzegu targ ryb, dużo bab w czarnych sukniach; hale targowe,
z tyłu domy starego miasteczka; wąskie i niskie kamieniczki,
pomalowane we wszystkich m o ż l i w y c h i niemożliwych kolorach,
bardzo barwne i piękne w charakterystycznej dziwaczności i asymetrji właściwej m a ł y m miasteczkom portowym. Podnosi bardzo to
wrażenie fakt, że na pierwszym planie stoją sobie spokojnie rzędami
żaglowce o różnokolorowych płótnach; a także to, że domki ustawio­
ne nad brzegiem basenów portowych przeglądają się w wodzie i są
nieproporcjonalnie duże w zestawieniu z m a l e ń k i m nieraz dockiem
a nieproporcjonalnie małe w zestawieniu z olbrzymiem morzem,
które się albo widzi albo przeczuwa. Jest w tern wrażeniu j a k a ś
zamknięta, uwięziona sprzeczność u c z u c i o w o - w y o b r a ż e n i o w a - jed­
na z tych, które nadają niektórym rzeczom wewnętrzny urok. - Stare,
różnobarwne i bardzo malownicze miasteczko flamandzkie, usado­
wione nad portem, mija, w miarę jak się zbliżamy ku szerokiemu
morzu, nad którem rozłożyła się nowoczesna Ostenda, „Fashionable",
i wzdłuż którego rozciąga się wspaniała esplanada w i l l i i hotelów
0 najwykwintniejszej i najparszywszej elegancji. R ó ż n o b a r w n o ś ć
ustępuje jednostajnej szarzyźnie - nie od razu; zabawna jest powolna
dyfuzja tych dwu zupełnie niewspółmiernych stylów. Popaczone,
zielone, żółte i czerwone domki zwolna prostują się, przechodzą
najprzód w przyzwoitą cegłę, i ciemny kamień a potem dopiero
w kolor i gust białej sztukaterji. A l e z daleka, od morza, widok
długiego, jasnego szeregu w i l l i nie jest brzydki; powoli z a c h o d z ą one
m g ł ą i widać tylko długą smugę, linię płaskiego wybrzeża piasków
flamandzkich, o które w długich falach rozbija się zazwyczaj tu
niespokojne, morze Północne, zawsze zielone i mętne, zawsze pełne
subtelnych efektów pastelowych (...)
Zresztą nie tylko zależnie od tego, jakiem jest morze i niebo, zależy
widok pełnego morza. Zmienia się on istotnie w zależności od tego
z jakiego punktu na statku w y g l ą d a m y . Całkiem innem jest nastrój
morza z samego dzioba, tam gdzie naokoło nie widać nic tylko w o d ę
1 niebo; gdzie się zupełnie zapomina o tern, że się za sobą wlecze
ciężki kadłub statku, a myśl i dusza cała lotem bezcielesnym biegnie
w dal, przed siebie. Całemi godzinami przesiadywałem tam, wgnie­
ciony między dwa zbiegające się bale czy szyny żelazne. (...)
Dojazd morzem do jakiegoś nowego kontynentu ma w sobie
zawsze tę pierwotną, tajemniczą moc rzeczy nowych, które powoli
powstają, jakby stwarzane, ucieleśniane z nicości; powstają z sinej
dali i z głębi mglistego mroku i w oczach, nieznacznie rosną
i przybierają kształt, który odgadnąć się staramy zanim w swej pełni
stanie przed nami. (...)"
Czy wreszcie ten fragment z listu pisanego do Elsie Masson
w Sydney: „Gdybyś była tu ze mną... potrafilibyśmy docenić piękno
tego widoku! Szare niebo nad głową przechodzi w intensywny błękit
blisko horyzontu, gdzieniegdzie rozjaśniony niewielką ilością delikat­
nego różu - znany Ci efekt kopenhaskiej porcelany. Ocean jest także
szary; fale, które wyłaniają się i powoli zbliżają się do plaży, na chwilę
przed załamaniem stają się przezroczyste i butelkowo zielone. Jest tak
wiele życia, tak wiele dzieje się we wzburzonym morzu... natura
przestaje być tłem i przemawia bezpośrednio swoim własnym
językiem."
W i d z i e ć w i ę c e j . . . to problem w antropologii bardziej skom­
plikowany, z ł o ż o n y , dramatyczny i bolesny. „ R z e c z y znikają.
Trzeba ś p i e s z y ć się, j e ś l i chce się c o ś z o b a c z y ć . " T o zdanie
z C é z a n n e ' a m o g l o b y stać się mottem dla naszej skomplikowanej
sytuacji. Z a r ó w n o ono, j a k i przytoczone fragmenty z M a l i n o w s ­
kiego u k a z u j ą c e antropologa przy pracy, jego p r ó b y opisania
morza, zmaganie się ze zmianami z a c h o d z ą c y m i w obserwowa­
n y m obrazie p r z y w o d z ą natychmiast na m y ś l innego, cytowanego
j u ż klasyka antropologii, i j e g o p r ó b y o p i s ó w w s c h o d ó w i za­
c h o d ó w s ł o ń c a obserwowanych na p e ł n y m morzu, który tak
o tych czynionych przez siebie p r ó b a c h w y z n a w a ł : „ W y d a w a ł o

5

mi się, że gdybym znalazł słowa dla utrwalenia tych przemijają­
cych zjawisk, tak opornych wobec wysiłków pisarza, gdybym był
zdolny przekazać fazy i powiązania tego jedynego wydarzenia,
które nigdy nie powtarza się w tej samej formie, osiągnąłbym od
razu poznanie wszystkich arkanów mojego zawodu." - To
właśnie u Lévi-Straussa znaleźć możemy zapis nie tylko zdający
sprawę z wagi i znaczenia jakie może mieć widzenie w naszej
dziedzinie, ale także ukazujący zarazem cały dramat i bolesność
z jakimi łączy się kwestia widzenia w doświadczeniu antropo­
loga. Oto one - relacja z podróży do starożytnego legendarne­
go Lahoru: „Aleja długości kilometra prowadzi na plac podprefektury, skąd rozchodzą sie inne ulice z rzadkimi sklepami:
aptekarz, fotograf, księgarz, zegarmistrz. Uwięzionemu w tym nic
nie mówiącym otoczeniu, mój cel wydaje się nieosiągalny.
Gdzież jest to starożytne, to prawdziwe Lahaur? Ażeby do niego
dotrzeć poprzez to przedmieście, niezręcznie zbudowane i już
obracające się w ruderę, trzeba jeszcze przebyć kilometr bazaru,
gdzie tania biżuteria, wyrzynana mechaniczną piłą ze złotych
blaszek, sąsiaduje z kosmetykami, lekarstwami i importowanymi
wyrobami z plastyku. Czyż je odnajdę nareszcie w cienistych
uliczkach, gdzie muszę ustępować z drogi stadom baranów,
0 runie farbowanym na niebiesko i różowo, i bawołom - trzy razy
większym od krów - które ocierają się o mnie przyjaźnie?
Przecież jeszcze częściej muszę tu omijać auta ciężarowe. Może
przed tymi boazeriami walącymi się i zniszczonymi przez lata?
Mógłbym odgadnąć ich koronkową, delikatną rzeźbę, gdyby
zbliżenie nie było uniemożliwione przez metalową pajęczynę
instalacji elektrycznej rozpiętej na murach starego miasta. Jed­
nakże, od czasu do czasu, na kilka sekund, na przestrzeni niewielu
metrów, jakiś obraz, jakieś echo wyłania się z głębi wieków;
w uliczce, gdzie kuje się wyroby ze złota i srebra, spokojny
1 czysty dźwięk jakby ksylofonu uderzanego od niechcenia przez
bożka o tysiącu ramion. (...) Czuję się jak podróżnik, archeolog
przestrzeni, starający się na próżno odtworzyć egzotyzm przy
pomocy ułamków i szczątków.(...) Pragnąłbym żyć w epoce
p r a w d z i w y c h podróży, kiedy wizja rozpościerała się w ca­
łej wspaniałości, jeszcze nie zepsuta, nie skażona i nie prze­
klęta^...) Raz zaczęte rozważania snują się bez końca. Kiedy
trzeba było zwiedzać Indie? W jakiej epoce badania dzikich
w Brazylii mogły dać najczystszą satysfakcję poznania ich
w formie najmniej zmąconej? Czy byłoby lepiej przybyć do Rio
w XVIII wieku z Bougainville'em czy też w XVI z Léry'm
i Thevetem? Każde pięć lat wstecz pozwala mi uratować jakiś
zwyczaj, poznać jakieś święto, odnaleźć jeszcze jedno wierzenie.
Znam jednak zbyt dobrze teksty na to, by zdać sobie sprawę, że
ujmując sto lat wyrzekam się zarazem wiadomości i osobliwości,
które mogą wzbogacić moje rozważania. I oto mam przed sobą
zaklęty krąg: im mniej kultury ludzkie mogły się komunikować
między sobą a w ślad za tym korumpować się przez wzajemne
zetknięcie, tym mniej ich emisariusze byli zdolni do spostrzega­
nia bogactwa i znaczenia tej różnorodności. W rezultacie jestem
skazany na alternatywę: być podróżnikiem w dawnych czasach,
przed którym rozpościerał się niebywały widok, lecz prawie
wszystko było dla niego niedostrzegalne i, co gorsza, pobudzało
do kpin lub wstrętu, bądź też być podróżnikiem nowoczesnym
w pogoni za śladami minionej rzeczywistości. W obu przypad­
kach przegrywam, i to więcej, niż mi się wydaje, czyż bowiem
opłakując cienie nie jestem ślepy wobec prawdziwej wizji, która
kształtuje się w tej chwili, choć na moim szczeblu wiedzy
o ludzkości brak mi jeszcze zmysłu do jej zrozumienia? Za
kilkaset lat w tym samym miejscu inny podróżnik, tak samo
zrozpaczony jak ja, będzie opłakiwał zniknięcie tego, co ja
jeszcze mogłem widzieć, lecz czego nie potrafiłem dostrzec. Jak
ofiarę podwójnego kalectwa rani mnie wszystko, cokolwiek
widzę i ustawicznie wyrzucam sobie, że nie przyglądam się dosyć
uważnie."
...Przedziwny, niedokończony list-esej Malinowskiego kieru­
je naszą uwagę na jeszcze jeden wymiar antropologicznego
patrzenia, spojrzenia, widzenia, wymiar który przenika przez
wiele tu zgromadzonych tekstów. Zamiast zaprowadzić nas do

Londynu, wyprowadza nas najpierw na Morze Śródziemne,
i wiedzie nas do nadbrzeży Wenecji, by porzucić nas tam, na
Canal Grande, gdzie się urywa. Oto obraz morza, Morza
Północnego wywołuje wspomnienie wakacji spędzanych z Matką
(dla ratowania zdrowia) w Italii, czas przygotowań do matury,
czas czytanej nad słonecznym brzegiem śródziemnomorskim,
skandowanej po grecku CWyjei. Oto jak zmaganie z konkretnym
obrazem morza prowadzi nas w przestrzenie mitu i symbolu.
Konkretne współczesne przeżycie podróży wywołuje obraz bos­
kiego tułacza. Antropologiczna próba drobiazgowego opisu,
antropologiczne spojrzenie łączy w sobie te dwa wymiary.
Empiryczne doświadczenie obrazu przenosi nas w przestrzenie
mitycznej geografii. W geografię mitu i symbolu. „I wprost nie chciało mi się wierzyć że ta oto woda, nad którą
siedzę, która do stóp moich dobiega, to część tego samego
- morza, które tam dalej gubi się w mroku legendy, staje się
baśnią, ledwo dostępną wyobraźni." (Malinowski)
Widzieć więcej... - jak zwykle w przypadkach takich wstępów
nie sposób poświęcić tu wszystkim należytej uwagi - dlatego na
koniec chcielibyśmy zwrócić szczególną uwagę na te teksty,
w których dochodzi do głosu i ten wymiar tak ważny dla
antropologicznego, dla naszego widzenia. Zwłaszcza, w tym
numerze, który podobnie jak chaos otaczających nas zewsząd
obrazów, zdawać się może zrazu zgiełkliwym pomieszaniem
świata. A mianowicie na blok tekstów, w których uczyć możemy
się od wielkich artystów, że widzieć to także: mieć wizję (Bohdan
Pociej, o wielkiej muzycznej wizji Лл&лш Brom ./grozo/wny
Krzysztofa Pendereckiego, blok tekstów o Jerozolimie), na
utrwalone w filmie, w fotografii, w słowie wizerunek i wypowie­
dzi Zofii Rydet, która śpieszyła się by zaradzić biedzie znikania
rzeczy. I dla której robienie zdjęć było doniosłą chwilą („To jest
naprawdę doniosła chwila... Zdajesz sobie sprawę z tego, że to nie
jest zabawa, tylko jakaś wielka prawda."). A każda wykonana
fotografia elementem większej wizji. - „To co robię, to cały
szereg cykli, a nie poszczególne zdjęcia. To tak jakbym pisała,
potrzebuję mieć jakieś słowo i tego słowa nie mam, znajduję
słowo albo przecinek, albo nawet kropkę. Wszystkie rzeczy, jakie
zrobiłam są opowieściami o człowieku. Dla mnie fotografia jest
przede wszystkiem środkiem wyrazu, dlatego nigdy nie robię
w ten sposób, że chodzę, biegam i fotografuję. Przedtem wiem
czego ja szukam. To są pewne elementy, jakby litery, jakby słowa,
z których później składam całość. Tak było przy wszystkich
moich wystawach, że najpierw miałam ideę, a później szukałam...
I zawsze wydawało mi się, że język wizualny, język fotografii jest
tysiąc razy silniejszy i mocniejszy aniżeli słowa."
...Nie było tu i nie jest naszym zadaniem dawać recepty na
antropologiczne spojrzenie. Możemy jedynie żywić nadzieję, że
zebrane tu artykuły i refleksje pomogą czytelnikowi (etnografo­
wi) by widzieć więcej. Więcej...?! - To słowo tak potrzebne
zdawałby się, że już padło, że byliśmy blisko niego - „ustawicznie
wyrzucam sobie, że nie przyglądam się dosyć uważnie." - ale
etnografia, nauka, żeby wyłuskać to właściwe słowo, żeby móc
w swoim etnograficznym ogrodzie dostrzec jeszcze niejedno
zjawisko, musi się tu zwrócić o pomoc do poety:
„(...) Wejść tam nie można
ale jest na pewno.
Gdybyśmy lepiej i mądrzej patrzyli,
jeszcze kwiat nowy i gwiazdę niejedną
W ogrodzie świata byśmy zobaczyli. (...)"%

PRZYPISY
' Wszystkie cytaty ze Jmwftu (ropŃWw za: Claude Lévi-Strauss, Smufct
fropúWw, przeł. Aniela Steinsberg, Warszawa 1964 s. 15; 16; 57; 38-40
2 Fragment wiersza Czesława Miłosza AWzfg/a z cyklu Avmf (poema
«üiwngj, za: Czesław Miłosz, C/fworyPoffyctie, Poems, Ann Arbor, 1976,
s. 90

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.