-
Title
-
Malinowski on colour. Between Aesthetics and Anthropology=Malinowski o kolorach. Między estetyką a antropologią / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2000 t.54 z.1-4
-
Description
-
Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2000 t.54 z.1-4, s.384-397
-
Creator
-
Czaja, Dariusz
-
Date
-
2000
-
Format
-
application/pdf
-
Identifier
-
oai:cyfrowaetnografia.pl:2650
-
Language
-
pol., ang.
-
Publisher
-
Instytut Sztuki PAN
-
Relation
-
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2843
-
Text
-
. . c i i л ю i Mt I I C S A N D A N T H R O P O L O G Y
DARIUSZ CZAJA
Malinowski
on colour
Between Aesthetics
and Anthropology
"Blue mixed with warm, rosy hues,
small, violet-coloured clouds"
B. Malinowski, Dzienniki (Diaries) 1914-18
I.
A
nyone who has ever stumbled across someone's
intimate notes, writings meant for private eyes
only, knows this strange feeling when our
curiosity staunchly struggles against our reluctance,
fascination fighting revulsion. Caught in the trap of
ambivalence we are torn by the conflicting emotions
taking place within us simultaneously: the driving
temptation to embrace something that is evidently not
ours - and guarded by the cultural injunction, "do not
touch" - and the unpleasant embarrasment resulting
from out awareness of the fact. In a sense, howevet, this
curiosity, although sinful, has a simple explanation.
Despite everything we really do want to know "how it
really is" with others and what truths about themselves
they hide. Silently and as a matter of course we also
assume that our existence takes place on two planes public and private, open and hidden, "on stage" and
"backstage". A l l these contradictions materialise into
one basic antithesis of appearances and truth. We
assume - or, much rather, believe - that the "real truth"
about others is perforce hidden, concealed and that our
everyday image is per se a lie, a mere masquerade
behind which lurks the real " I " . Hence our conviction
that ripping these masks off, unmasking, is the only
sensible instrument of cognition and a guarantee of our
reaching the naked core of existence beyond which
there is - and can only be - nothing. A strip-tease to
end all epistemology.
It is therefore no wonder that Bronisław
Malinowski's, A Journal in the Strict Sense of the Term
(1967), an English translation of a personal diary
written mostly in Polish and clearly for its author's
private use, stirred up such a commotion in the
384
anthropological milieu when it appeared.
Anthropologists felt as if they were looking behind a
curtain, at long last touching the truth about a man and
his profession, usually hidden under a medley of
academic accessories. The trouble was that this truth
was for the most part unexpectedly "ugly", morally
ambiguous and cognitively depressing - if not downright
disheartening. So that's it! - they thought. Here's a
solemn anthropological authority, one of the discipline's
fathers, admitting that he sometimes can't stand wild
natives and has no wish to talk with them. A seemingly
well-organised, disciplined researcher turns out to be an
eternally insecure hypochondriac, a man with a Protean
identity. O n the surface a serious-minded intellectual
concentrated exclusively on his tesearch and holding
his emotions and desires successfully at bay, and here nothing but women in his brain.
Willy-nilly, anthropologists reading the journal found
themselves in the position of voyeurs, sharing with its
author a cognitive experience of doubtful value: the joy
of snooping on someone's intimate life. A t the same
time they frequently voiced their embarrassment at
their discoveries. Be that as it may, the truth of life
seemed to remain in permanent conflict with the truth
of the work. Putting it delicately, the Journal voiced
doubts as to the truthfulness and credibility of field
research and the conclusions it led to, uncovering the
researcher's tormented conscience.
Today, of course, our response to these writings is
different, the initial emotions having long-since
subsided. But this is not the only point. We also know
much more about the methodological difficulties
inherent in the perusal of diary texts, which we do not
consider naive any more. They are not any more seen as
mere mirrors reflecting fully-ctedible cultural realities
and their authors' personalities. We notice numerous
conscious and unconscious deformations, errors and
attempts at self-creation. Today we know for sure that
no one writes alone, even if reality appears to contradict
the fact.
The once so shocking disclosures are today seen in a
slightly different perspective. Scandal is becoming an
everyday, normal thing. A n d although - hypocrisy aside,
ladies and gentlemen - we are still deeply affected by
one of the Journal's figures, the lecher Bronio, who
strongly resembles a figure in one of Milosz's poems:
["He was pleased to turn up (...) the wenchs' skirts /
Running through the glade, his shaft hard" ], no one
really regards this in terms of unhealthy sensations. We
were forced to accept the fact that the culture
researcher image rooted in our academic imaginings (or,
rather, our not quite conscious desires), is inherently
false. Scientists are not made of bronze, are not merely
portions of analytical rein Vernunft haphazardly hooked
1
Darius? Czaja
• MALINOWSKI O K O L O R A C H
Błękit zmieszany z ciepłym różowym tonem,
małe fioletowe chmurki"
B. Malinowski, Dzienniki
D A R I U S Z
1914-1918
Malinowski
o kolorach
Między estetyką
a antropologią
l.
K
ażdy, kto natknął się kiedyś niespodziewanie na
czyjeś prywatne zapiski, intymne notatki przezna
czone wyraźnie „do użytku wewnętrznego", pa
mięta to dziwne uczucie. Zaciekawienie walczy wówczas
intensywnie z niechęcią, fascynacja z odrazą. Schwytani
w potrzask ambiwalencji, miotamy się więc między, odzy
wającymi się w nas równocześnie, sprzecznymi odrucha
mi, między dojmującą pokusą wejścia w bliski kontakt
z tym, co najwyraźniej nie moje, a zatem tym, co jest ob
warowane kulturowym zakazem: „nie dotykać", a wynika
jącym z wiedzy o tym, przykrym zażenowaniem. W jakimś
sensie jednak ta ciekawość, mimo że grzeszna, ma swoje
proste usprawiedliwienie. Mimo wszystko, chcemy przecież wiedzieć „ jak to jest naptawdę" z innymi, jaką to
prawdę o sobie skrywają. Milcząco zakładamy przy tym,
jako trzeźwą oczywistość, istnienie dwóch sfet egzysten
cji: publicznej i prywatnej, jawnej i ukrytej, „sceny" i „ku
lisów". Wszystkie te przeciwstawienia okazują się ukon
kretnieniem jednej podstawowej antytezy, odpowiednio:
pozoru i prawdy. Sądzimy, czy może raczej: wierzymy, że ta
„najprawdziwsza prawda" o innych, jest z natury rzeczy
ukryta, schowana, że nasz wizerunek codzienny jest z de
finicji skłamany, że jest ledwie grą masek, za którymi do
piero czai się prawdziwe „ja". Toteż, zdaje się nam, że zry
wanie owych masek, w sensie dosłownym: demaskacja, to
jedynie rozsądny insttument poznawczy, a przy tym solid
na gwarancja dotarcia do nagiej egzystencji, za którą już
nic nie ma, bo nic być nie może. Strip-tease jako kres epi
stemologii.
tualista, skupiony wyłącznie na pracy badawczej, kontro
lujący skutecznie swoje emocje i pragnienia a tu, nic tyl
ko baby mu w głowie.... Jako czytelnicy Diary, antropolo
dzy znaleźli się, chcąc nie chcąc, w sytuacji voyeura i wraz
z nim dzielili wątpliwy sukces poznawczy: tadość z podej
rzenia bliźniego w sytuacji intymnej; równocześnie jed
nak dawali też niejednokrotnie wyraz zażenowania z po
wodu tego odkrycia. W każdym razie, prawda życia zda
wała się pozostawać w trwałej kolizji z ptawdą dzieła.
Dziennik
poddawał w wątpliwość, mówiąc delikatnie,
wiarygodność badań terenowych i wyprowadzonych na
ich podstawie konkluzji, odsłaniał ptzejmująco nieczyste
sumienie badacza.
Trudno się tedy dziwić, że opublikowany w roku 1967
A Diary
in the Strict
Sense of the Term
C Z A J A
Bronisława Mali
nowskiego - angielskie tłumaczenie pisanego w dużej czę
ści po polsku i wyraźnie „dla siebie" dziennika intymnego
- wzbudził wówczas tak wielkie poruszenie w środowisku
antropologów. Poczuli oni, że zajrzeli za zasłonę, dotknęli
wreszcie jakiejś, skrywanej za uniwersytecko-scjentystycznym sztafażem, prawdy o człowieku i profesji przezeń
uprawianej. Kłopot w tym, że ta prawda okazała się
w znacznej części dość nieoczekiwana: „brzydka", dwu
znaczna moralnie, poznawczo deprymująca, o ile nie przy
gnębiająca. A więc to tak? Zdawało się: solenny etnogtaficzny autorytet, jeden z ojców-założycieli dyscypliny a tu,
przyznaje się, że czasami dzikich ma dość, że z „nativami"
gadać mu się nie chce. Zdawało się: wewnętrznie zorgani
zowany, zdyscyplinowany myślowo uczony a tu, okazuje
się, hipochondryk, wiecznie niepewny siebie, człowiek
o proteuszowej tożsamości. Zdawało się: poważny intelek-
385
Dzisiaj, oczywiście, reagujemy na te zapisy inaczej.
Pierwsze emocje dawno opadły. Ale nie tylko o to idzie.
Wiemy też znacznie więcej o kłopotach metodologicz
nych związanych z lekturą tekstów diarystycznych. Tych
ostatnich nie traktujemy już naiwnie. Nie jest to już dla
nas tylko i wyłącznie lustro, w którym odbija się w pełni
wiarygodnie kulturowa rzeczywistość jak i postać diarysty.
Dosttzegamy w nich liczne, świadome, jak i nieświadome,
deformacje, przekłamania i zabiegi autokreacyjne. Mimo
że rzeczywistość zdaje się temu przeczyć, wiemy na pew
no: nikt nie pisze w samotności.
Fakty, tak niegdyś bulwersujące, postrzegamy dziś
również w nieco innej perspektywie. Skandal uzwyczajnia
się i normalnieje. Chociaż wciąż - porzućmy hipokryzję
panie i panowie - mocno działa na nas, wyłaniający się
z Dziennika obraz lubieżnego Bronia, postaci łudząco
przypominającej pewnego bohatera z wiersza Miłosza
(„Spódnice dziewkom (...) zawijać raczył/ W gaju (...)
biegał z twardą pytą"'), to nikt już bodaj nie traktuje tej
okoliczności w kategotiach niezdrowej sensacji. Zmuszeni
byliśmy przyjąć do wiadomości, jak z gruntu fałszywy jest
obraz naukowca-badacza kultury z akademickich wyobra
żeń (czy raczej: z nie do końca uświadamianych pra
gnień). Uczony nie jest zrobiony ze spiżu; to nie jest po
prostu analityczny rein Vemunft zaczepiony przypadkiem
na bezwolnym ciele, to nie osobnik wyptany z emocji,
nieobciążony biograficzną przeszłością. W Dzienniku, Ma-
Dariusz Czaja
• MALINOWSKI ON C O L O U R : BETWEEN A E S T H E T I C S A N D A N T H R O P O L O G Y
onto inert bodies, are not personages totally deprived of
emotion and possessing no past. In his Journal
Malinowski descended from his pedestal, i n one sweep
taking with him a host of other scientists. Thus, i n
place of the universally-respected Professor, Scientist
and Researcher, petrified i n encyclopaedic entries
enumerating, with book-keeper precision, solely his
monumental achievements - in a word, a somewhat
unreal monolith - we receive a human being of flesh,
blood - and semen: insecure, spiritually weak, full of
inner chaos and contradictions. A man whose thoughts
are inseperably interlocked with physiology and who
evidently evokes more sympathy than his academic
copy (naturally, I can only speak for myself here).
Also important is the fact that we no longer tend to
compare the Journal's drastic entries with summaries of
Malinowski's ethnographic fieldwork. Publishing the
Journal together with The Argonauts of the Western
Pacific, James Clifford suggested that both texts should
be treated as parallel and complimentary to each other,
as two writing experiments, as in both the "truth" is
subject to some refraction. Clifford notes sharp-wittedly
that, "The Journal is an inventive, polyphonic text. For
the history of anthropology it is a breakthrough not
because it discloses the realities of ethnographic
experience but because it forces us to come to terms
with the complexity of such encounters and battles and
to treat all textual reports based on field research as
biased interpretations". Clifford Geertz adds: "The
Journal is unsettling, but not because of what it says
about Malinowski. Many of his revelations appear to be
neo-romantic banalities and - like a number of other
famous 'confessions' - do not reveal as much as one
could hope for. The Journal is unsettling because of
what its author says about "being there".' The Real
Truth about Malinowski is not simply contained in
whole in the Journal: if we insist to be able to rub
against it, it is rather to be found distributed among the
various texts, as if somewhere in between them at the
point where private meets public.
2
Thus, it is perhaps not worthwhile to seek the truth
about Malinowski in his private notes (besides the
Journal, which covers the period between 1914 and
1918,1 have in mind here also his earlier notes and
letters). Rather, we should search them for truths about
ethnography. Both Geertz and Clifford used the
Journal's text as a basis for several important comments
on this matter. Geertz portrayed Malinowski as the
pioneer of a specific discursive and journal-like style in
ethnographic writing, the author functioning as living
proof and confirmation of his ideas. Clifford, who draws
an interesting comparison between the Journal and The
Heart of Darkness, not only follows closely the troubles
the protagonists of both works encounter when their
linguistic and cultural identities clash against alien
surroundings, but - most of all - underscores the
creative, par excellence literary dimensions of the
ethnographical descriptions, demonstrating the
transformation of "raw" factual material into
ethnographic "fiction".
"A wonderful afternoon filled with a diversity of
light. Before me a huge, green wall soaked with the
golden sun sliding along and amongst the greenery and
shining bright on the chalk circles".
What particularly strikes one during the first reading
of Malinowski's notes is the fact that, for the most part,
it is a journal of optical experience. His sensuality and
lively, spontaneous feeling for colour and colour
combinations is frequently confirmed here. This, of
course, did not escape his reviewers' notice. O n the one
hand they stressed Malinowski's evident enthtalment
with nature, simultaneously feeling compelled to note
that it was by no means connected with his scientific
pursuits. "Unfortunately" - Jerschina complained - "we
discover that these interests were of a purely aesthetic
character. His observations were similar to those of a
painter fascinated by colout and form". O n the other,
those, who - like Terence Wright - undoubtedly valued
the power of Malinowski's visual awareness, attributed
it mainly to his achievements in ethnographic
photography. Could it be, therefore, that the many
descriptions of fascinating colours and forms were
nothing else but "pure aesthetics" - "pure" in this case
meaning at the most confirmation of the researcher's
artistic sensitiveness, regarded as only loosely connected
with his work and merely useful in photography? Let us,
however, pose one contrarious and naive question: don't
the descriptions of the sea's forms and colours i n
Malinowski's writings betray something essential about
our field? In other words - do a painter's eyes really
differ so much from the eyes of an anthropologist? Let
us find out.
4
5
6
The Journal contains a number of separate but
thematically related descriptions. Here are some of the
sky and the clouds:
" O n a white, murky sky looking as if filled out with a
muddy, dirty liquid - the violet pink of the sunset;
filling out everything, covering the sea with a moving
overlay of rose-coloured metal. For a moment I close
the world into some kind of a walled-in, strange spell of
illusory beauty".
" I n the West scarlet blotches on a dark, cloudy sky that is strangely gloomy, like the flushed cheeks of a
sickness-ridden, death-marked face (like the agonal
flushes on a sickness-ridden, dying face).
386
7
8
Dariusz Czaja • MALINOWSKI O K O L O R A C H
linowski schodzi z cokołu, a wraz z nim, za jednym pocią
gnięciem, cała plejada badaczy. W miejsce budzącego
zwyczajowy podziw i szacunek: profesora, badacza, uczo
nego, w miejsce osoby zastygłej w encyklopedyczne hasło,
które z precyzją buchalteta rejestruje jedynie litanię jego
pomnikowych osiągnięć, słowem, w miejsce trochę jed
nak nierealnego monolitu, pojawia się żywy człowiek
z krwi, kości i nasienia: niepewny siebie, psychicznie sła
by, rozchwiany wewnętrznie, pełen sprzeczności. Postać,
której myślenie splata się niepodzielnie z fizjologią.
I która, trudno ukryć - naturalnie, mogę mówić tylko za
siebie - wzbudza więcej sympatii niż jego akademicki so
bowtór.
Ważne jest i to jeszcze: nie przeciwstawiamy już dra
stycznie dziennikowych zapisów ustaleniom zawartym
w rozprawach podsumowujących etnograficzne prace
w terenie. James Clifford, umieszczając Dziennik i Argo
nautów Zachodniego Pacyfiku, proponuje, aby potraktować
te teksty równolegle, komplementarnie, jako dwa ekspe
rymenty pisatskie. I w jednym i w drugim „prawda" pod
lega przecież pewnej refrakcji. Clifford zauważa przyto
mnie: „Dziennik jest pomysłowym, polifonicznym te
kstem. Dla historii antropologii jest on tekstem przeło
mowym nie dlatego, że objawia rzeczywistość etnograficz
nego doświadczenia, ale ponieważ zmusza nas do boryka
nia się ze złożonością takich spotkań, potyczek oraz do
traktowania wszystkich tekstowych sprawozdań, opar
tych na badaniach terenowych, jako stronniczych intetpretacji". A Clifford Geertz dodaje: „Dziennik niepokoi,
ale nie z powodu tego, co mówi o Malinowskim. Wiele
z tych spraw stało się neoromantycznym komunałem i ,
jak część innych sławnych 'wyznań', nie wyjawia aż tak
wiele, jakby się mogło wydawać. Dziennik niepokoi z po
wodu tego, co mówi o 'Byciu Tam"'. „Cała Prawda"
o Malinowskim nie tkwi po prostu w Dzienniku; jeśli już
upieramy się, że można się o nią otrzeć, to rozpisana jest
raczej na wiele tekstów, mieści się gdzieś „pomiędzy", na
ptzecięciu prywatnego i publicznego.
2
,
Może więc nie warto szukać w zapisach intymnych
(mam tu na myśli, oprócz wspomnianego Dziennika obej
mującego lata 1914-1918, również wcześniejsze notatki,
także i prywatne listy) ptawdy o Malinowskim. Poszukaj
my w nich raczej prawdy o etnografii. I Geertz i Clifford,
posługując się tekstem Dziennika, rzucili już kilka waż
nych uwag w tej kwestii. Geertz pokazał Malinowskiego
jako prawodawcę szczególnego typu dyskursu, pisarstwa
etnograficznego, w którym wyeksponowana zostaje uwia
rygodniająca rola „zaświadczającego ja"; jako twórcę
dziennikopodobnego stylu narracji. Clifford, zestawiając
intrygująco Dziennik z jądrem ciemności, śledzi uważnie
nie tylko kłopoty z językową i kulturową tożsamością bo
haterów obydwu utworów w zderzeniu z obcością, ale ak
centuje nade wszystko kreacyjny, par excellence pisarski
wymiar opisu etnograficznego; demonstruje proces prze
chodzenia „surowego" materiału faktograficznego w et
nograficzne „fikcje".
2.
„Cudne popołudnie, przepełnione różnorodnymi
światłami. Przede mną olbrzymia ściana zielona przesyco
na złotem słońcem ślizgającem się i wciskającem wśród
zieleni, płonącem jasno na kredowych kołach".
Tym, co szczególnie uderza już w pierwszej lekturze
zapisków Malinowskiego, jest fakt, że w dużej części jest
to dziennik o k a . Jego sensualna wrażliwość, żywe i spo
ntaniczne odczucie kolorów, zestawień barwnych, daje
wielokrotnie znać o sobie. Oczywiście, nie uszło to uwa
dze komentatorów. Z jednej strony podkreślają oni wyra
źną fascynację Malinowskiego naturą, czując się przy tym
w obowiązku koniecznie zaznaczyć, że nie były to zainte
resowania naukowe: „Niestety - ubolewa Jetschina - od
krywamy, że zaintetesowanie to miało chatakter czysto
estetyczny - jego spostrzeżenia odpowiadały malarzowi
zafascynowanemu kolorem i formą". Z drugiej, ci, którzy
- jak Terence Wright - niewątpliwie doceniają siłę świa
domości wizualnej Malinowskiego, odnoszą ten fakt
przede wszystkim do jego osiągnięć na polu fotografii et
nograficznej. A więc: liczne zapisy olśnień światem barw
i form to po prostu tylko i wyłącznie „czysta estetyka"?
Czysta, to znaczy, zaświadczająca co najwyżej o wrażliwo
ści artystycznej naukowca, pozostająca jednak w luźnym
związku z jego pracą analityczną; co najwyżej użyteczna
w pracy fotogtaficznej. Zapytajmy jednak przekornie i na
iwnie: czy obecne u Malinowskiego opisy kształtu i kolo
ru morza czy chmur nie zdradzają, pośrednio, czegoś
istotnego o naszej dyscyplinie? Albo inaczej: czy oko ma
larza w istocie tak dalece różni się od oka antropologa?
Zobaczmy.
4
5
6
Z Dziennikowych zapisów można wykroić kilka osob
nych, tematycznie jednorodnych opowieści.
O niebie i chmurach:
„Na mlecznem, mętnem niebie - jakby wypełnione
zmąconą, brudną cieczą - fiolet różowy zachodu; przepeł
nia wszystko, pokrywa morze ruchomą powłoką różowego
metalu - zamykam na chwilę świat w jakimś zamurowa
nym, dziwnym zaklęciu urojonego piękna".
7
„Na Zachodzie szkarłatne plamy na ciemnem, zachmurzonem niebie - dziwnie ponure - jak wypieki na
schorowanej, śmiercią napiętnowanej twarzy (jak przed
śmiertne wypieki na schorowanej, dogorywającej twarzy)".
„Pod wieczór, niebo pokrywa się lekką mgłą znowuż,
urozmaiconą deseniami lekkich pióropuszy chmur, które
purpurowy blask zorzy zachodzącego słońca zapala i rysu
je w cudowne desenie".
„Ciemne chmury. Tylko nad Kojatabu fantastyczne
kumulusy w grupie wieńcem, a wewnątrz oświetlone jak
by jarzącym się płomieniem, like witches around a kettle
387
8
9
Dańusz Czaja •
MALINOWSKI O N COLOUR: BETWEEN AESTHETICS A N D ANTHROPOLOGY
"Towards evening the sky again covers over with a
light mist relieved by patterns formed by the light
feather-plumes of clouds, which the purple glare of the
setting sun lights up and pencils with wonderful
designs".
"Dark clouds. Only over Kojatabu fantastic cumuli
grouped into a wreath lit up from inside with as if a
glowing flame, like witches around a kettle in which
there glows some demonical fire".
About the sea:
"The sea, however, and the hills surrounding the bay
are wonderful. (...) In the morning all is covered by a
delicate mist. The hills, barely visible through it, are like
delicate, rose-coloured shadows projected onto a blue
screen. The slightly rippled sea shimmers with a
thousand hues, firmly set upon its ever-moving surface;
in the shallowet parts among turquoise green one can
see the warm-violet shapes of lichen-covered stones;
smooth spots unruffled by the wind reflect the sky and
earth in a scale from sapphire-green to the milky-pink
of the mist-shrouded hills. In places where the wind has
roughened its surface and stifled the sounds coming
from the depths, mountains and sky, the sea shines
with its own deep, green - and in places intense blue colour"."
opal shining up from a gleaming, steel surface. From the
hill, which stands before us, it moves down into the
valley, devours the high, strong grass and proceeds on
towards us in a crazy hurricane of glare, heat and
noise".
"We travel down a narrow valley. O n the left fields
of high, brown grass going into purples and violets bend
under the wind, rippling and shining in the sun like
velvet stroked by an invisible hand".
"Once more I circle; the beautiful, colour-crazy
sunset. ROGEA dark with green and blue, framed with
gold".
Sometimes one short passage contains descriptions
of mountains, sky and sea next to each other, offering
readers a unique "three in one":
"The mountains are sapphire-green; the clouds cumuli - snow-white among the dark, leaden shadows
[?]. The sea glitters emerald-green among these gloomy
colouts".
"Wind - we are sailing with speed (...). In the
meantime I delight in the sensation of being seaborne.
The restless, grey-blue sea - there is a touch of lavish
nonchalance about the dark blues and grays of a choppy
sea".
There is no need to quote further - the passages
above are ample proof that during his tropical journey
Malinowski was in a state of almost permanent visual
arousal, his eyes continuously attacked by intensive,
sensuous stimuli. His eyes cannot - and evidently don't
want to - free themselves from them. For Malinowski
they were a strong experience which he tried to transfer
to paper. What are these writings? Are they merely
exotic, postcard-like pictures from a tropical paradise?
Much seems to point that way. A l l we have are palms,
the rippling sea, and sunsets... a collection of images
usually found in travel brochures. A n d the style mannered, floridly ornate, its comparisons and
metaphors limited in stock. A l l those emeralds,
turquoises, sapphires and azures... Malinowski, however,
is a child of his times and his literary perception, fed on
modernist works, does not diverge much from the
established norm. It is evident, however, that he tried to
adapt his writing style to the realities around him. True
enough, the sea's "turquoise green" is not an
exaggeratingly affected expression, but water resembling
an "overlay of rose-coloured metal" does the job.
Occasionally - though rarely - there appear sentences
that fit their object with perfection. One hears it
clearly: "The clear, delicate line of the horizon breaks
up and diffuses as if someone had drawn over it with a
blunt pencil". A t such times true literature suddenly
shines through.
9
10
16
17
18
19
"Yesterday evening: the sky and sea are clear-blue
with a peaceful, full azure; the hills glimmer deep violet
and with an intense cobalt, like copper ore, above them
three or four towers of banked clouds burning with a
range of strong oranges, ochres and pinks".
12
"Then I sit on the veranda (...) and look out at the
wondrous, ink-dark sea, singed on one side by a bronze
fire (...)"."
About the landscape and plant life:
"Over the milky green of the water - the
turquoiselike, transparent, purple silhouettes of the
mountains, like shadows thrown upon a screen of mist.
Behind me, above the trees of the jungle covering the
flat shoreline, looms a lofty pytamid overgrown with
forest. In front of me a shining strip of yellow sand,
above it the silhouettes of palms, growing as if out of
the sea".
"But the mountains still burn in the scenic, warm
colours of forms shaped into fantastic beauty, bathed in
the azure of the sky and sea. Only in the afternoon does
the fog disappear completely, the shadows on the
mountains turning deep-sapphire; the mountains
acquire a strangely ghastly look, as if swamped by a
gloomy darkness that stands in sharp contrast to the
eternal brightness of the sea and s k y " .
14
b
"They light the fire in several places. A beautiful
sight. The ted, sometimes purple flame slithers down
the side of the hill in a thin ribbon; glowing through the
dark, blue or sapphire-coloured smoke like firy black
388
20
21
It is easy to ridicule Malinowski's style from the
Dariusz Czaja • MALINOWSKI O K O L O R A C H
1
"'N.
in which there glows some demonical fire [jak wiedźmy
wokół kotła, w którym jarzy się demoniczny ogień".
O morzu:
„Morze natomiast i pagórki otaczające zatokę cudow
ne. (...) Z rana wszystko powleczone delikatną mgłą. Pa
górki ledwo że przeglądają, jak delikatne cienie różowe,
rzucone na błękitny ekran. Morze, zlekka zmarszczone,
mieni się tysiącem odcieni, skrzepłych na wciąż ruchomej
powierzchni jego; na płytszych miejscach wśród turkuso
wych zieleni widać ciepło fioletowe ciała kamieni pokry
tych porostami; na miejscach gładkich, niezmarszczonych wiatrem, odbija się niebo i ziemia, gama od szafiru
do mlecznoróżowych cieni zamglonych pagórków. Tam,
gdzie wiatr pokrył ją chropowatą powierzchnią i zatarł od
dźwięki głębin, gór i nieba, morze lśni swą własną głębo
ką zieloną, miejscami intensywnie niebieską barwą".
10
11
„Wiatr, żeglujemy szybko (...). Równocześnie rozko
szuję się wrażeniami płynięcia. Niespokojne szare i nie
bieskie morze - there is a touch of lavish nonchalance
about the dark blues and grays of a choppy sea [ jest
odrobina hojnej nonszalancji w granatach i szarościach
burzliwego morza]".
„Potem siedzę na werandzie (...) i patrzę na bajeczne,
ciemnoatramentowe morze, przypalone brązowym
12
ogniem z jednej strony (...)"."
O krajobrazie i świecie roślinnym:
„Nad mleczną zielenią wody - niby-tutkus przezroczy
ste fioletowe sylwety gór, jakby cienie rzucone ekran
mgły. Za mną, nad drzewami dżungli pokrywającej plaski
brzeg wychyla się wyniosła piramida pokryta lasem.
Przede mną lśniący pas piasku żółtego, nad nim sylwety
palm jakby wyrosłych z morza".
„Góry jednak wciąż płoną w plenerowem, ciepłem ko
lorze ciał w kształtach fantastycznie pięknych, kąpią
cych się w lazurze nieba i morza. Dopiero po południu
mgła niknie zupełnie, cienie na górach stają się głębo
ko szafirowe; góry nabierają dziwnie upiornego wyra
zu, jak by skąpane w jakiejś ponurej nocy, kontrastu
jącej silnie z wieczną pogodą morza i nieba".
„Zapalają ogień w paru miejscach. Cudne widowisko.
Płomień czerwony, miejscami purpurowy pełza wąską
wstęgą po zboczach pagórka; poprzez ciemny, błękitny lub
szafirowy dym mieni się jak ognie czarnego opalu, prze
świecające przez połysk stalowy powietzchni. Ze wzgórza,
stojącego przed nami, schodzi w dolinę, chwyta wysoką,
silną trawę i szalonym huraganem blasku, żaru i huku su
nie wprost na nas".
„Zjeżdżamy w dół wąską dolinką. Na lewo pola wyso-
389
14
15
16
Darius? Czaja • MALINOWSKI ON C O L O U R : BETWEEN A E S T H E T I C S A N D A N T H R O P O L O G Y
perspective of a few-score years, much harder to explain
exactly what is so intriguing about these sensuous
narrations that the contemporary reader feels compelled
to pore over them despite all the reservations he might
harbour. True, they can be seen - as sometimes
suggested - as an escape from daily life, the
contemplation of nature acting as a soothing medicine
for Malinowski's recurring waves of apathy, depression
and gloominess. This was surely so and many of the
passages are clearly of a consolatory character - but this
only seems to be a part of the truth.
If we remove the numerous linguistic and
imaginative cliches - and plain banalities - from
Malinowski's writings, we will see behind the clumsy
facade an uninhibited desire to capture the passing
moment - precisely that one moment, taking place at
that very time in a unique, specific arrangement of
colour, outline, shape and values. To uncover and
salvage that one and only piece of the world that maybe
only I can see - this was the imperative governing
Malinowski's often epiphanic diary notes. If at times we
speak about his feel for painting, his aesthetic approach
to reality, we must give these statements more weight.
Putting i t bluntly, this is not only and not primarily a
case of recording the world's colours. What, then? The
painter Józef Czapski offers some valuable information.
In his Journal we come across the following passage:
22
"A moment ago inside a coffee-house: a woman's leg
and a piece of patterned skirt. The leg entwined around
the legs of a modern chair. The woman doesn't interest
me at all but I want to - I must - write about her
twisted leg and the chair. Waiting for the bus again: an
old, blackened house, grey-streaked where cracks had
been filled, on it a large poster in two shades of green
and a warm brown. The two visions - the leg and the
house - have nothing to do with ordinary observation.
Why then do such visions demand to be written down,
what makes them so completely different? Literary or
intellectual themes that arise around them are seldom
related to their focal point (although it sometimes
happens). What are they then? Pure abstraction? No.
My discovery of the world is based on revealing shapes
and arrangements that surround us but which we
usually don't see. Who ever looks at ugly legs tangled
up in the quaint metal piping of a modern chair and
which of the persons waiting at that tram stop ever
bothered to look at the house, neither ugly nor pretty,
merely dirty, as if covered by dust. For my part I am
enchanted by its deeply delicate greyness".
special kind of world outlook that lay at the foundation
of the anthropologist's and painter's diary notes and
underscore their need, their compulsion to note down
those moments in which the world's opaque matter
shines up with particular intensity. It is perhaps also
noteworthy that Malinowski's interest in the forms and
colours of his surroudings, the special attention he paid
to the "compositional" qualities of landscape, did not
evolve after his arrival in the Trobriands. Two examples:
in a lengthy letter-essay to Aniela Zagórska from
February, 1913, Malinowski describes his initial
impressions of the harbour in Ostend: "On the
shorefront a fish matket, lots of old women in black
dresses; trade halls, behind them the houses of the old
town: narrow, low tenements painted in all possible and
impossible hues, very colourful and beautiful in the
characteristic quaintness and lack of symmetry typical
for small port towns. The impression is strongly
enhanced by the rows of sailships with multi-coloured
sails berthed peacefully in the foreground and the fact
that the houses on the banks of the harbour docks
reflect in the water, disproportionately large against the
sometimes tiny docks and disproportionately small
against the huge sea, which one sees or senses. There is
in this impression a finite, closed-in contradiction
between emotion and imagination - one of those
contradictions that give certain objects their specific
inner charm". Approaching Dover Malinowski turns
his attention to the surrounding landscape's aesthetic
values: "Its view holds a certain charm, especially as a
first glimpse of England, a first impression of the English
landscape with all its charm, which lies primarily in the
fact that the air in England is incomparably more humid
than, for instance, ours (...). This anables an aerial
perspective and a number of artistic effects practically
unknown to us". '
24
2
Thus it is not true that Malinowski began to "see
clearly" only after arriving in the tropics. Much rather,
his earlier manifested predisposition to frame reality, see
it as a photographer and painter does, were intensified.
I leave students of influences with the probably
unsolvable question of whether Malinowski's gift was
"genetically" conditioned or brought out only under the
influence of his close relations with the Witkiewicz
family, particularly the years of his friendship with
Witkacy himself.
Fine - but what has all this in common with
anthropology?
:n
3.
Malinowski is certainly far from the painter's
precision and subtlety evident in Czapski's perception.
My aim, however, is not to draw forced comparisons merely to prove the relationship between the principles
and intentions of their perception, bring forth the
In his revealing studies on the poetry of
ethnographic texts Clifford Geertz notes that Tristes
Tropiques occupies a special place among Levi-Strauss's
390
Dariusz Czaja • MALINOWSKI O KOLORACH
kiej, brązowej trawy, przechodzącej w pąs i fiolet, uginają
się pod wiatrem, falując się i mieniąc w słońcu jakby aksa
mit głaskany niewidzialną ręką".
17
"Idę raz jeszcze naokoło; cudny przekolorowy Zachód.
ROGEA ciemna zielenią i granatem, obramowana w złoto".
Czasem, w jednym krótkim zapisie, tuż obok siebie,
mamy góry, niebo i morze; trzy w jednym:
„Góry ciemnoszafirowe; chmury, kumulusy śnieżno -białe wśród ciemnych ołowianych cieni [?]. Morze szkli
się szmaragdowo pośród ponurych tych barw".
„Wczoraj wieczór: niebo i morze wyraźnie niebieskie,
spokojnym, pełnym błękitem; pagórki mieniące się głębo
kimi fioletami i intenzywnym kobaltem rudy miedzianej,
a nad nimi dwie czy trzy baszty spiętrzone chmur płoną
cych skalą intenzywnych pomarańcz, okier i róż".
Wystarczy.
Nie ma potrzeby mnożenia dalszych cytatów. I te przy
toczone przed chwilą, zaświadczają dobitnie, że podczas
swojej podróży w tropiki trwał Malinowski w stanie, nie
mal permanentnej, wizualnej ekscytacji. Jego wzrok wciąż
atakowany jest przez intensywne zmysłowe bodźce. Oko
nie umie, ale też wyraźnie nie chce, uwolnić się od tych
obrazów. Malinowski głęboko je przeżywa i stara się
utrwalić w swoich zapisach. Czym są te zapisy? Czy to tyl
ko egzotyczne widoczki, oleodrukowe obrazki z tropikal
nych rajów? Wiele by na to wskazywało. Wciąż tylko pal
my, falujące morze, zachody słońca.... Zestaw konwencjo
nalnych elementów wypełniających katalogi biur tury
stycznych. W dodatku: język - manieryczny, kwieciście
rozlewny, z ograniczononym repertuarem porównań i me
tafor. Te wszystkie szmaragdy, turkusy, szafiry i lazury...
Malinowski jest jednak dzieckiem swojego czasu i jego
wyobraźnia literacka wykarmiona na lekturze moderni
stycznych utworów niewiele odbiega od przyswojonego
wzorca. Widać jednak jak stara się stylistycznie sprostać
widzialnej rzeczywistości. „Turkusowe zielenie" morza, to
ptawda, nie należą zapewne do obrazów przesadnie wy
szukanych, ale już przy wodzie przypominającej „powłokę
różowego metalu" można chyba przestać narzekać. Zda
rzają się, choć rzadko, zdania, które - słychać to wyraźnie
- niezawodnie trafiają w cel: „Wyraźna, subtelna linia ho
ryzontu łamie się i grzebie, jakby ktoś określił ją tępym
ołówkiem". W takich miejscach błyska niespodziewanie
literatuta.
Łatwo, z perspektywy kilkudziesięciu lat, ironizować
na temat stylu Malinowskiego, trudniej odpowiedzieć na
pytanie, co w tych zmysłowych opisach, mimo wszystkich
wątpliwości, jakie współczesny czytelnik może wobec
nich żywić, tak intryguje, co każe się nad nimi zatrzymać.
Owszem, można w nich widzieć, jak się to czasem sugeru
je, ucieczkę od kłopotów życia, zobaczyć w kontemplacji
natury kojące lekarstwo na powracające u Malinowskie
go falami stany apatii, depresji i przygnębienia. Z pew
18
19
20
21
22
nością. Wiele z tych zapisów ma wyraźnie konsolacyjny
charakter. Ale wydaje się, że to tylko część prawdy.
Jeśli wziąć w nawias pojawiające się w notatkach Ma
linowskiego liczne językowe sztance, wyobraźniowe klisze
i zwyczajne banały , to za tą ścianą niezręczności, można
dostrzec nieskrywane niczym pragnienie utrwalenia mija
jącej chwili. T e g o właśnie, zachodzącego w t у m tylko
momencie, niepowtatzalnego, szczególnego układu barw,
linii, konturów i walorów. Odsłonić i ocalić ten jeden, je
dyny kawałek świata, który być może tylko ja dostrzegam
- takiemu imperatywowi poddane są epifaniczne w wielu
miejscach dziennikowe zapisy Malinowskiego. Jeśli mówi
się czasem o jego zmyśle malarskim, o estetycznym po
strzeganiu rzeczywistości, to trzeba nadać tym sformuło
waniom większy ciężar. Mówiąc krótko: tu nie tylko i nie
przede wszystkim o prostą rejestrację kolorowego świata
chodzi. O co zatem? Ważnej wskazówki udziela w tej
kwestii malaiz Józef Czapski. W jego Dzienniku spotyka
my taki zapis: „jeszcze przed chwilą w kawiarni: noga ko
biety i kawałek spódnicy w deseń. Noga splątana z nóżka
mi modern krzesła. Ta kobieta wcale mnie nie interesu
je, ale tę pokręconą nogę razem z krzesłem, chcę,
m u s z ę notować. Czekając znów na autobus: dom stary,
czarny, z szarymi smugami zamalowanych pęknięć, z du
żym afiszem o dwóch zieleniach i ciepłym brązie. Te dwa
spojrzenia na nogę, na dom, któte są zupełnie oddzielone
od zwyczajnego patrzenia, dlaczego właśnie takie
ż ą d a j ą zanotowania i w czym są zupełnie inne? Temat
/literacki, umysłowy/ koło takiego widzenia może nara
stać, rzadko jest punktem wizji /choć bywa także/. Więc
co? Czysta abstrakcja? Nie. Moje o d k r y w a n i e
ś w i a t a (wszystkie podkr. DC), to odkrywanie form czy
układów, które nas otaczają i których przeważnie nie za
uważamy. Kto patrzy na brzydkie nogi, wplątane w brzydkie blaszane rury modern krzesła i kto patrzy na tym przy
stanku tramwajowym na dom ani brzydki, ani ładny, tyle
że brudny, jakby kurzem pokryty, gdzie mnie czaruje ta
wielka delikatność szarości".
23
Z pewnością daleko Malinowskiemu do precyzji i sub
telności malarskiego spojrzenia Czapskiego. Nie idzie mi
jednak o twotzenie na siłę fikcyjnych podobieństw, a je
dynie o wskazanie pokrewieństwa z a s a d y oraz
i n t e n c j i widzenia, o uwydatnienie szczególnego typu
światoodczucia, na którym wsparte są dziennikowe zapisy
antropologa i malarza. O podkreślenie konieczności,
przymusu odnotowywania tych momentów, w których
nieprzejrzysta materia świata wybłyska ze szczególną i n
tensywnością. Zauważyć może warto jeszcze i to, że zain
teresowanie Malinowskiego formą i barwą postrzeganej
rzeczywistości, szczególna uwaga poświęcana przezeń
„kompozycyjnym" walorom krajobrazu, nie zrodziły się
wraz z przyjazdem na Trobriandy. Dwa przykłady. W dłuż
szym liście-eseju, z lutego 1913 roku, pisanym dla Anieli
Zagórskiej, odnotowuje Malinowski pierwsze wrażenia
391
Dariusz Czaja • MALINOWSKI ON COLOUR: BETWEEN AESTHETICS AND ANTHROPOLOGY
grew smaller.
works, which are diverse both i n size and content.
According to Geertz this is his most complex
accomplishment. First of all, it is deeply auto-thematic,
forcing the reader to pay attention not only to the
"what" but also to the "how". Secondly, the book is like
a "cosmic egg", containing embryonic versions of all of
Levi-Strauss's remaining works - later and earlier.
Careful study of the inner construction of Tristes
Tropiques uncovers the presence of several, genetically
different texts. Thus we have here a travel book, an
ethnographical text, a philosophical treaty, a reformist
treaty and, finally, a piece of symbolic literature.
Cleverly analysing the literary and philosophical
contexts Levi-Strauss's book tangles with Geertz, who
nevertheless omits an extremely important fragment in my opinion one of the key parts of not just this book
but all of Levi-Strauss's writings. I am thinking here of
the several-page-long, famous 7th chapter of part two,
entitled "Sunset".
26
The fog formed countless patterns in the sky - they
seemed to extend in all directions: horizontally, diagonally,
even spirally. As they descended, the rays of the sun
illuminated them, one by one, with a medley of colours that
seemed the exclusive and individual property of each whisp
of mist, like a violin-bow lowered and raised over strings.
When they first appeared, each of the patterns possessed the
brightness, clarity and fragile rigidity of spun glass. Now
they were slowly dissolving; heated by the sky's flames, the
matter they were made of grew darker and less distinct,
dispersing and thinning out until it disappeared - disclosing a
new, freshly-woven web of patterns. In the end all that
remained were murky colours, blending together in the way
liquids of varying hues and densities mix in a glass vessel at first forming separate layers, then gradually diffusing into
each other despite appearances of compactness"}
1
One senses a master's hand. Now wonder. LeviStrauss always underscored his deference to painting.
After all, i n The Savage Mind he pays homage to Roger
van der Weyden. In conversations with Eribon he
admits, " I t is to him, as well as others, that I owe the
abilityto perceive reality more clearly than I would have
done by myself, the help received i n understanding
what (it is that) moves me in the world's spectacle and
the assistance given to my powers of feeling and
learning".
Let's experience it once more. Describing his sea
passage from Marseilles to Santos, which took place in
1934, Levi-Strauss unexpectedly brings into the text written, as we know, many years after the trip - an
observation he made at that time on board the ship.
Here I will quote only one lengthy fragment of the text
- almost all of which is quotable - preserving the
original's italics:
28
"There exist two, clearly distinct sunset phases. At the
outset the sun is an architect, later (when its rays do not
shine directly hut are only a reflection) it transforms into a
painter. The minute it disappears below the horizon the light
weakens, disclosing increasingly compounded planes. Full
light is an enemy of perspective but between day and night
there is some room for architecture that is equally fantastic
as it is transient. After darkness falls everything flattens
again like a colourful Japanese toy.
The first phase began at precisely 5.45 p. m. The sun
was already low but did not yet touch the horizon. When it
appeared from under an edifice of clouds it seemed to have
burst open like an egg-yolk, pouring light over forms it still
held onto. This profusion of light abated rapidly, the
surroundings dulled and in the emptiness spreading between
the oceans upper rim and the lower rim of the clouds one
saw a strip of fog, dazzling a moment before, now dark and
sharp, at first flattened and now growing thicker. Small
shapes, dark and lumpy, traversed lazily across the red shield
that rose slowly from the horizon into the sky, starting off a
phase of colours.
Gradually, the evening's profound patterns dissolved.
The mass that throughout the day had occupied the sky's
western side flattened out like a metal sheet, lit up from
behind by a fire at first gold, later orange, then cherry-red.
Already this fire was melting, scouring and whisking away
the twisted clouds in a whirlwind of particles that slowly
392
The effects are evident. I have quoted Levi-Strauss's
narration broadly but not, of course, to crush
Malinowski (which would not be too difficult), but in
order to return, in this roundabout manner, to the
latter's writings and throw more light onto the import
both narrations carry for the anthropological profession.
It is high time to leave the magic circle of aesthetics.
In 1908 Malinowski jotted down in his journal a
short remark about style: "Style should be an objective
reflection of what is happening". A n d well it should,
but, as he notes a little further on, "style, availing itself
of words, pretence and thoughts, must be an inadequate
form of expression". A n d little earlier he states sadly
that, "reality's ever-changing, ceaseless unreeling
cannot be expressed in words, directly".
29
Levi Strauss precedes his stylistic etude with a
number of remarks that are strikingly convergent with
Malinowski's concepts. Through them echos a longing
for clear-cut, adequate narration, an "objective
representation of what is happening". Most important
in our case, however, is that he establishes direct
symmetry between descriptions of the natural world and
those recording the anthropologist's personal
experiences: " W i t h the naivete of a debutante I stood on
the empty deck, keenly observing these super-natural
cataclisms whose birth, growth and death - all in a few
moments - took place each day at sunrise and sunset
D a n i o ? Czaja • MALINOWSKI O K O L O R A C H
i portu w Ostendzie: „Na brzegu targ ryb, dużo bab
w czarnych sukniach; hale targowe, z tylu domy starego
m i a s L C C z k a ; wąskie i nizkie kamieniczki pomalowane we
wszystkich możliwych i niemożliwych kolorach, bardzo
barwne i piękne w charakterystycznej dziwaczności i asymettji właściwej małym miasteczkom portowym. Podnosi
bardzo to wtażenie fakt, że na pierwszym planie stoją so
bie spokojnie rzędami żaglowce o różnokolorowych płót
nach; a także to, że domki ustawione nad brzegiem base
nów portowych przeglądają się w wodzie i są niepropor
cjonalnie duże w zestawieniu z maleńkim nieraz dockiem,
a nieproporcjonalnie małe w zestawieniu z olbrzymiem
morzem, które się albo widzi, albo przeczuwa. Jest w tern
wrażeniu jakaś zamknięta, uwięziona sprzeczność uczu
ciowo-wyobrażeniowa - jedna z tych, które nadają nie
którym rzeczom wewnętrzny urok". Wpływając do Do
ver zwraca Malinowski uwagę na estetyczne walory pejza
żu: „Widok jego ma pewien urok, zwłaszcza jako pierwsze
powitanie Anglii, pierwsze wrażenie krajobrazu angiel
skiego z całym jego charmem. Charm ten polega w pierw
szej linii na tern, że powietrze w Anglii jest bez porówna
nia bardziej przesycone wilgocią niz np. u nas (...) Z tego
powodu powstaje perspektywa powietrzna i szereg efek
tów malarskich zupełnie nam nieznanych". Nie jest
więc tak, że Malinowski „ptzejrzał na oczy" dopiero w tro
pikach. Ujawniana już wcześniej predylekcja do kadrowa
nia rzeczywistości, widzenia jej na sposób fotograficznomalarski, uległa tylko intensyfikacji. Miłośnikom wpływologii pozostawiam, nietozsttzygalną zapewne do końca
kwestię, czy dar ten posiadł Malinowski „genetycznie",
czy też narodził się w nim dopiero pod wpływem bliskich
kontaktów z rodziną Witkiewiczów, a w szczególności
dzięki wieloletniej przyjaźni z samym Witkacym.
24
25
No dobtze, ale co to wszystko ma wspólnego z antro
pologią?
ne, w które wplątuje się książka Levi-Straussa, pomija
jednak Geertz, niezwykle ważny fragment, w moim prze
konaniu jeden z kluczowych, nie tylko dla tej książki, ale
i dla całej twórczości Levi-Straussa. Mam na myśli kilkustronicowy, sławny V I I rozdział części I I , zatytułowany
„Zachód słońca".
Przeżyjmy to jeszcze taz. Levi-Strauss, opisując swoją
podróż statkiem z Marsylii do Santos, która miała miejsce
w roku 1934, wplata nieoczekiwanie w tekst książki, pisa
nej przecież po wielu latach od tego wydarzenia, zapis ob
serwacji poczynionej wówczas na statku. Z tekstu, który
niemal w całości nadawałby się do zacytowania, przyta
czam tylko jeden dłuższy fragment; zachowuję kursywę
oryginału:
„Istnieją dwie wyraźnie oddzielone fazy zachodu słońca.
Z początku słońce jest architektem, później (kiedy jego pro
mienie nie dochodzą bezpośrednio, lecz są już tylko odbiciem)
zmienia się w malarza. Z chwila gdy niknie za horyzontem,
światło słabnie i ukazuje plany coraz bardziej zespolone. Peł
ne światło jest nieprzyjacielem perspektywy, lecz pomiędzy
dniem i nocą jest miejsce na architekturę równie fantastyczną,
jak przemijającą. Po zapadnięciu ciemności wszystko spła
szcza się znowu jak kolorowa zabawka japońska.
Dokładnie o godzinie 17 minut 45 rozpoczęła się pierwsza
faza. Słońce było już nisko, lecz jeszcze nie dotykało horyzont.
Gdy uyłoniło się spod gmachu chmur, wydawało się, że pękło
jak żółtko jajka i oblało światłem kształty, do których było je
szcze uczepione. Ten zalew światła szybko ustąpił, otoczenie
zmatowiało i w pustce, rozpościerającej się pomiędzy górną
granicą oceanu a dolną granicą obłoków, widać było pas
mgieł przed chwilą jeszcze olśniewający, teraz ciemny i ostry,
Z początku plaski, teraz coraz grubszy. Drobne przedmioty,
ciemne i bryłowate, przesuwały się łeniwie przez czerwoną
tarczę, która - iruiugurując fazę kolorów - wznosiła się z wol
na z horyzontu w niebo.
3.
W swoich odkrywczych studiach z poetyki tekstu
etnograficznego, Clifforfd Geertz zauważa, że pośród róż
nych, tak co do gabarytów, jak i merytorycznej zawarto
ści, dzieł Levi-Straussa, Smutek tropików zajmuje miejsce
szczególne. To, wedle Geertza, najbardziej złożona z je
go prac. Po pierwsze, to dzieło wybitnie autotematyczne,
zmuszające czytelnika nie tylko do zwracania uwagi na
„co", ale i na „jak". Po drugie, to „książka-jajo kosmicz
ne", książka, w której embrionalnie istnieją wszystkie in
ne dzieła Levi-Straussa, zarówno te późniejsze, jak i te
wcześniejsze. Śledząc uważnie wewnętrzną organizację
Smutku tropików, ujawnia w niej obecność kilku zróżnico
wanych gatunkowo tekstów. Tak więc mamy tu: książkę
podróżniczą, tekst etnograficzny, rozprawę filozoficzną,
ttaktat reformatorski i wreszcie symboliczny tekst literac
ki. Błyskotliwie analizując konteksty literackie i filozoficz
26
393
Stopniowo rozwiązywały się głębokie konstrukcje wieczo
ru. Masa, która przez cały dzień zajmowała zachodnią stronę
nieba, była spłaszczona jak metalowy arkusz prześwietlony od
tylu przez ogień najprzód złoty, potem ceglasty, wreszcie wi
śniowy. Ten ogień już topił, czyścił i porywał w wirze cząste
czek skręcone obłoki, które stopniowo zanikały.
Niezliczone sieci mgieł powstały na niebie, wydawało się,
Że rozciągną się we wszystkich kierunkach; poziomo, ukośnie,
pionowo, a nawet w formie spirali. Promienie słońca, w mia
rę schyłku (jak smyczek schyłony lub podniesiony przy doty
kaniu różnych strun), oświetlały kolejno te sieci gamą kolo
rów, która wydawała się wyłączną i niezależną właściwością
każdej z nich. W chwili ukazania się każda sieć miała jasność,
wyrazistość i kruchą sztywność szklanej przędzy, lecz powoli
rozwiewała się, jak gdyby jej materia, rozgrzana pod płomie
niami nieba, ciemniejąc i tracąc swą odrębność, rozlewała się
i stawała coraz cieńsza, dopóki nie zniknęła, odsłaniając no
wą sieć, świeżo utkaną. W końcu pozostały tylko barwy męt
ne i zmieszam jak płyny różnego koloru i różnej gęstości
^zaja • MALINOWSKI O N C O L O U R : BETWEEN A E S T H E T I C S A N D A N T H R O P O L O G Y
within the huge horizon, encircling the tout quarters of
the globe in a way I had never seen before. It seemed to
me that if I could find the right words to record these
fleeting phenomena that are so resistent to a writer's
efforts, if I were capable of describing the phases and
connections inherent in one specific occurrence that
will never repeat itself in the same form, I would
simultaneously achieve a knowledge of all the secrets
of my profession. Then, in my ethnographical roamings
I would never again have to face strange or singular
experiences whose sense and deeper import I would not
be able to explain to everyone".
Even more striking analogies can be found in two
other statements by the eminent anthropologists. Let
us, this time, begin with Levi-Strauss. O n board a ship
ttavelling along the Brazilian coast, the researcher is
watching the passing scenery - without much interest:
"Nevertheless, ethnographical thinking was at the time
still so alien to me that I didn't even think about using
these opportunities. Later I learnt that first glimpses of
cities, landscapes and cultures provide good training for
the mind, allowing us at times - due to the intense
concentration needed in light of the brevity of available
time - to notice certain features of objects which in
30
other circumstances may have remained concealed for a
long time".
Recording a stay in Ceylon, Malinowski enriches
and develops Levi-Strauss's ideas - although he begins
by voicing his unequivocal disgust and disenchantement
with an alien world: "The first encounter with a
completely new culture, from which I'd expected God
knows what, the first impressions of a totally unknown
country, religion and landscape, are always full of such
disappointments. Only sometimes there occurs that rare
but lucky coincidence that the mind is fresh and rested
and the senses positively primed. Such happy
configurations allow us to gtasp the essence of a new
world and the beauty of new surroundings. In such
cases there arises a vision, a sudden and deep
understanding of awesome and beautiful (because true)
things - one of the most joyous experiences one can
have".'
51
2
What is the significance of all these discourses about
clouds, mist and sunsets? Malinowski and Levi-Strauss
leave no doubts about this - their knowledge all the
more valuable because it comes from scientists who, it
would seem, differ in everything. Let's say it bluntly: the
aesthetic experience is a part and a necessary condition
Dariusz Czaja • MALINOWSKI O K O L O R A C H
ц/ szklanym naczyniu, z początku ułożone warstwami,
i później stopniowo przenikające się wzajemnie pomimo pozo
rów stałości".
27
Znać rękę mistrza. Nic dziwnego. Levi-Strauss zawsze
podkreślał swoją atencję dla malarstwa. W Myśli nieoswojonej składa przecież hołd Rogerowi van der Weyden.
W rozmowach z Eribonem wyznaje: „Jemu, jak i innym,
zawdzięczam możliwość zobaczenia rzeczywistości lepiej,
niż mógłbym to sam uczynić, pomoc w zrozumieniu tego,
co porusza mnie w spektaklu świata, asystowanie moim
zdolnościom czucia i poznania". Efekty są widoczne.
Cytuję obszernie opis Levi-Straussa nie po to, naturalnie,
by pognębić Malinowskiego (nie byłoby to trudne), ale po
to, by tą okrężną drogą powrócić znów do zapisków tego
ostatniego i rzucić jeszcze nieco światła na znaczenie oby
dwu tych opisów dla profesji antropologa. Pora przekro
czyć wreszcie zaklęty krąg estetyki.
W zapisie dziennikowym z roku 1908, robi Malinow
ski krótką uwagę na temat stylu: „Styl powinien być objektywnym odmalowaniem tego co się dzieje". Powinien,
ale jak zauważa dalej: „Styl posługując się słowem, uda
niem i myślą musi być nieadekwatnym wyrażeniem".
A chwilę wcześniej konstatuje smutno: „Nieskończenie
zmiennego, ciągłego przewijania się rzeczywistości nie
można ująć słowem, bezpośrednio".
28
29
Levi-Strauss, poprzedza swoją wprawkę stylistyczną
kilkoma uwagami, które zaskakująco korespondują z my
ślami Malinowskiego. Pobrzmiewa w nich tęsknota, do
czystego, adekwatnego opisu, do „objektywnego odmalo
wania tego, co się dzieje". Ale co dla nas ważniejsze, usta
nawia on bezpośrednią symetrię pomiędzy opisem świata
natury a opisem doświadczeń będących udziałem antro
pologa: „Z naiwnością debiutanta obserwowałem namięt
nie, stojąc na pustym pokładzie, te nadnaturalne katakli
zmy, których w ciągu kilku chwil, powstanie, rozwój i ko
niec przedstawiały codzienne wschody i zachody słońca
wśród ogromnego horyzontu czterech stron świata, jakie
go dotychczas nie widziałem. Wydawało mi się, że gdy
bym znalazł słowa dla utrwalenia tych przemijających zja
wisk, tak opornych wobec wysiłków pisarza, gdybym był
zdolny przekazać fazy i powiązania tego jedynego wyda
rzenia, które nigdy nie powtarza się w tej samej formie,
osiągnąłbym od razu p o z n a n i e
wszyst
kich arkanów
mojego
z a w o d u , (podkr.
DC) Nie zdarzyłoby mi się już nigdy w moich poszukiwa
niach etnograficznych stanąć w obliczu dziwnych lub
szczególnych doświadczeń, których sensu i znaczenia nie
potrafiłbym każdemu wyjaśnić".
cy, że nie myślałem o wykorzystaniu tych okazji. Przeko
nałem się później, że pierwszy rzut oka na miasto, okoli
cę lub kulturę korzystnie ćwiczy uwagę i pozwala czasa
mi - wskutek intensywnego skupienia, koniecznego ze
względu na rozporządzanie tylko krótką chwilą - na
uchwycenie pewnych cech przedmiotu, które w innych
okolicznościach mogłyby pozostać długo u k r y t e " .
W zapisie z pobytu na Cejlonie Malinowski dopowiada
i rozwija jeszcze myśl Levi-Straussa. Co prawda, począt
kowo dochodzi tu do głosu jednoznaczny ton dysgustu
i rozczarowania obcym światem: „Pierwsze zetknięcie
z zupełnie nową kulturą, od której się człowiek bóg wie
nie co spodziewał, pierwsze wrażenie zupełnie nieznane
go kraju, religii, pejzażu są zawsze pełne takich rozczaro
wań. Czasem tylko, bardzo rzadko szczęśliwy zbieg oko
liczności: świeża, wypoczęta myśl, dobrze nastawiona
wrażliwość, szczęśliwe ustawienie warunków w danem
miejscu pozwala uchwycić od razu treść nowego świata,
wartość piękna w nowem otoczeniu. Następuje wówczas
jasnowidzenie, ujęcie nagłe i głębokie rzeczy niespodzia
nych i pięknych, bo prawdziwych - jeden z najszczęśliw
szych typów przeżyć".
Co wynika z tych rozważań o chmurkach, mgłach i za
chodach słońca? Wywody Malinowskiego i Levi-Straussa
nie pozostawiają wątpliwości. A wiedza ta jest o tyle cen
na, że pochodzi od badaczy, których zdawałoby się wszy
stko dzieli. Powiedzmy krótko: doświadczenie etnogra
ficzne zawiera w sobie, jako warunek konieczny, doświad
czenie estetyczne. Splatają się one ze sobą nierozdzielnie.
Wszelkie próby wyodrębniania jednego od drugiego nie
mają najmniejszego sensu, są zajęciem jałowym. Oko
i umysł pracują wspólnie. Linia demarkacyjna pomiędzy
sztuką i nauką zamazuje się nieustannie. I chociaż efekty
końcowe pracy artysty i antropologa różnią się od siebie,
wspólny jest zysk poznawczy, który przynoszą. Nie kopiu
ją oni, nie reprodukują wiernie rzeczywistości, ale twór
czym gestem stwarzają ją na nowo. Pozwalają widzieć rze
czy inaczej, jakby po raz pierwszy...
50
Jeszcze bardziej zaskakujące analogie zachodzą mię
dzy dwiema innymi wypowiedziami wybitnych antropo
logów. Zacznijmy tym razem od Levi-Straussa. Statek
płynie wzdłuż brazylijskiego wybrzeża, badacz spogląda
bez większego zainteresowania na przesuwające się wido
ki: „Jednakże zmysł etnograficzny był mi jeszcze tak ob
395
51
52
Można to ująć jeszcze inaczej: jakichkolwiek wymyśl
nych metodologii nie imałby się antropolog, jakichkol
wiek wymyślnych strategii interpretacyjnych by nie stoso
wał, antropologia pozostanie najpierw i przede wszystkim
sztuką i n t e l i g e n t n e g o w i d z e ń i'a. Naprawdę:
żeby wiedzieć, trzeba wcześniej widzieć. Łatwe? No to
proszę, spróbujmy... Jałowość rozmaitych współczesnych
konceptów czysto teoretycznego, mózgowego tylko upra
wiania antropologii, wskazuje wyraźnie, że nie tędy droga.
Antropologia bierze początek z olśnienia. I nie ma w tym
nic z sentymentalnych uniesień, po prostu: twarda ko
nieczność. Starzy mistrzowie, mimo przynależności do
odmiennych klubów metodologicznych, dobrze o tym
wiedzieli.
Dariusz Czaja
T
• MALINOWSKI ON C O L O U R : BETWEEN A E S T H E T I C S A N D A N T H R O P O L O G Y
of the ethnographical experience - both are inseparably
locked with each other A l l attempts to separate one
from the other are pointless and futile as the eye and
mind work together and the dividing line between att
and science is constantly overstepped. A n d although
the final effects of the artist's and anthropologist's work
differ, the cognitive advantages they bring are common
to both. Rather than copying, faithfully reproducing
reality, they employ their creativite talents to form it
anew, thus permitting a fresh view of things, which
appeat as i f seen for the first time.
There is still anothet way of expressing this:
whatever intricate methods the anthropologist may use,
whatevet sophisticated interpretative strategies he may
employ, anthropology will always remain first and
fotemost an att based on intelligent observation. The
truth is that i n order to know o n e m u s t fitst see.
Easy? So, let's try to do it...
The futility of many of today's purely theoretical and
mind-based anthropological concepts clearly shows that
this road is false. Anthropology takes its beginnings in
revelation - whereby this has nothing to do with
sentimental ecstasies, rather with plain necessity. The
old masters knews this despite their adherence to
different methodological schools.
В. Malinowski, Dzienniki 1914-18 Gournals: 1914-1918),
"Konteksty" N o . 1-2, 1999, pp. 209-10.
Quoted after: Т. Wright, Antropolog jako artysta: fotografie
Malinowskiego z Trobriandów ( T h e Anthropologist as Artist:
Malinowski's Photographs from the Trobriand Islands),
"Konteksty" N o . 1-2, 1997, p. 182.
Ibid, pp. 181-5.
B. Malinowski, Dzienniki 1914-1918 Qournals: 1914-18),
"Konteksty" N o . 1-2, 1999, p. 205.
Ibid, p. 205.
Ibid, p. 197.
B. Malinowski,
Dziennik w ścislem
znaczeniu
tego wyrazu
(A
Journal i n the Strict Sense of the Word), "Konteksty", N o .
3, 1999, p. 107.
B. Malinowski, Dzienniki 1914-1918 Qournals: 1914-18),
pp. 196-7.
B. Malinowski, Dziennik w
ścislem znaczeniu tego wyrazu
(A
Journal in the Strict Sense of the Word), p. 103.
Ibid, p. 104.
B. Malinowski, Dzienniki 1914-1918 Qournals: 1914-18), p.
205.
Ibid, p. 197.
Ibid, p. 196.
Ibid, p. 198.
B. Malinowski,
Dziennik w ścislem znaczeniu tego
leyrazu ( A
Journal in the Strict Sense of the Word), p. 102.
B. Malinowski, Dzienniki 1914-1918 Qournals: 1914-18), p.
214.
B. Malinowski,
Dziennik w s'cisiem znaczeniu tego wyrazu
(A
Journal i n the Strict Sense of the Word), p. 99.
Ibid, p. 107.
Cf. G . Kubica-Heller,
"A moment of low clouds before the moon goes up
Perfectly visible against the line of the sea:
The apricot brightness with its ashen rim
Darkens and dies, cooling into grey carmine".
Wstęp
(Introduction) to: Dzienniki
1914-1918 Qournals: 1914-18), p. 193.
J. Czapski,
Dzienniki. Wspomnienia. Relacje.,
Qournals,
Memoirs, Relationships), ed. b y j . Pollakówna, Oficyna
31
Literacka, Cracow, 1996, pp. 80-81.
B. Malinowski,
I sometimes wonder what it is in these four first lines
of Evening that so continuously enraptures and
fascinates me, an anthropologist. Why does the picture
they convey correlate so well with my understanding of
the sense of anthropology? After reading Malinowski's
diary notes and Levi-Strauss's comments I have the
feeling I may be closer to an answer.
Ogarnia mnie wówczas dziwny niepokój
(And
T h e n I Feel a Strange Unrest), "Konteksty", N o . 3-4, 1997,
p. 210.
Ibid, p. 212.
Geertz, op. cit., p. 51.
C . Levi-Strauss, Smutek tropików (Tristes Tropiques), transl.
by A . Steinsberg, foreword by L . Stomma, O P U S , Łódź
1992, pp. 58-9.
C . Levi-Strauss, D . Eribon, Z bliska i z oddali (From Near
and A f a r ) , transl. By K . Kocjan, O P U S , Łódź 1994, p. 203.
B. Malinowski, Dzienniki 1908-1913 Qournals: 1908-1913),
Notes
1
2
C z . Miłosz,
"Konteksty" N o . 2, 1998, p. 108.
Rozmowy na Wielkanoc 1620 roku
Levi-Strauss, Smutek tropików (Tristes Tropiques), transl. by
(Words for
Easter in the Year 1620) i n : Wiersze (Poems), vol. I I ,
A . Steinsberg, foreword by L . Stomma, O P U S , Łódź 1992,
Wydawnictwo Literackie, Wroclaw-Cracow 1984, p. 67.
pp. 54-5.
J. Clifford, Kbpoty z kulturą (Troubles with C u l t u r e ) , misc.
Ibid, p. 54.
B. Malinowski, Dziennik 1914 Qournal: 1914), "Konteksty"
transl., K R , Warsaw, 2000, p. 111.
C . Geertz,
Dzieło i życie. Antropolog jako autor
(Works and
N o . 3-4, 1998, p. 209.
Wieczór
C z . Miłosz,
and S. Sikora, K R , Warsaw, 2000, p. 108.
(Provinces), Znak, C r a c o w 1991, p. 7.
396
(Evening), in:
Dahze Okolice
Lives. T h e Anthropologist as A u t h o r ) , transl. by E . Dżurak
Dańusz Czaja • MALINOWSKI O KOLORACH
4.
„Moment niskich obłoków przed wzejściem księżyca
Doskonale nieruchomych na linii morza:
Świetlistość morelowa z obrzeżem popiołu
Ciemnieje, gaśnie, stygnie w szary karmin".'
Zastanawiam się czasem, co mnie tak wciąż po
rywa i fascynuje w tych czterech początkowych linijkach
Wieczoru. Mnie - antropologa. Dlaczego ten obraz tak
dobrze współgra z moim pojmowaniem sensu uprawiania
antropologii. Po lekturze notatek Malinowskiego, po
uwagach Levi-Straussa, mam wrażenie, że jestem bliżej
odpowiedzi.
11
Malinowski,
1 2
Malinowski,
1 3
Tamże, s. 197
1 6
Tamże, s. 196
1 7
Tamże, s. 198
1 8
Malinowski,
1 9
Malinowski,
2 0
Rozmowy rui Wielkanoc 1620 roku,
w:
Wiersze,
J. Clifford, Kłopoty z kulturą, tł. różni, K R , Warszawa 2000,
Dziennik w ścislem..., s. 102
Dzienniki 1914-1918, s. 214
Malinowski, Dziennik w ścislem..., s. 99
2 1
Tamże, s. 107
2 2
Por. G . Kubica-Heller, Wstęp, do: Dzienniki 1914-1918, s. 193
2 3
] . Czapski,
Dzienniki. Wspomnienia. Relacje,
opr. J. Pollaków-
na, O f i c y n a Literacka, Kraków 1996, s. 80-81
B.Malinowski,
Ogarnia mnie wówczas dziwny niepokój,
„Kon
2 5
Tamże, s. 212
2 6
Geertz, dz. cyt., s. 51
11
C. Levi-Strauss, Smutek tropików, przeł. A.Steinsberg, wstęp
1H
C. Levi-Strauss, D.Eribon, Z bliska i z oddali, przeł. K . K o
s. 111
L . Stomma, O P U S , Łódź 1992, s. 58-59
i życie. Antropolog jako autor,
'
C . Geertz, Dzieło
4
B. Malinowski, Dzienniki 1914-1918, "Konteksty" nr 1-2,
przeł. E . Dżu
rak, S. Sikora, K R , Warszawa 2000, s. 108
cjan, O P U S , Łódź 1994, s. 203
2 9
1999, s. 209-210
C y t . za:
s. 205
teksty", nr 3-4, 1997, s. 210
t. II, Wydawnictwo Literackie, Wrocław-Kraków 1984, s. 67
5
Dzienniki 1914-1918,
Malinowski,
1 5
Przypisy
2
Tamże, s. 104
1 4
2 4
C z . Miłosz,
w na
wiasach kwadtatowych G . Kubica-Heller
3
1
Dzienniki 1914-1918, s. 196-197
Dziennik w ścislem..., s. 103; tłumaczenia
B.Malinowski,
Dzienniki 1908-1913,
„Konteksty" n i 2:1998,
s. 108
T. Wright, Antropolog jako artysta: fotografie Mali
3 0
Levi-Strauss, Smutek..., s. 54-55; O wrażliwości wizualnej,
nowskiego z Trobrianddw, przeł. S. Sikora „Konteksty" nr 1-2,
o roli patrzenia w pracy antropologa wspomina Z . Benedyk
1997, s. 182
towicz w swoim wprowadzeniu do monograficznego numeru
6
Tamże, s. 181-185
7
B.Malinowski,
8
Tamże, s. 205
9
Tamże, s. 197
1 0
B. Malinowski,
Dzienniki 1914-1918,
„wizualnego", Widzieć więcej. Antropologia wizualna i wizualność w antropologii, „Konteksty" nr 3-4, 1997, s. 3-6
"Konteksty" nr 1-2,
1999, s. 205
"
Tamże, s. 54
52
B.Malinowski, Dziennik 1914, „Konteksty", nr 3-4, 1998, s.
209
Dziennik w ścislem znaczeniu tego wyrazu,
3 3
"Konteksty" nr 3, 1999, s. 107
C z . Miłosz, Wieczór, w: Dalsze okolice, Znak , Kraków 1991,
s. 7
397