Nauki bez właściwości. O śmietnisku kultury, powijakach kulturoznawstwa i badaniu zjawisk zwykłych/ Barbarzyńca 2012 nr 18

Item

Title
Nauki bez właściwości. O śmietnisku kultury, powijakach kulturoznawstwa i badaniu zjawisk zwykłych/ Barbarzyńca 2012 nr 18
Description
Barbarzyńca - pismo antropologiczne, 2012 nr 1 (18), s.3-12
Creator
Wróblewski, Filip
Date
2012
Format
application/pdf
Identifier
oai:cyfrowaetnografia.pl:5236
Language
pol
Publisher
Stowarzyszenie Antropologiczne „Archipelagi Kultury”
Relation
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5633
Rights
Licencja PIA
Text
Ylauki
O śmietnisku

hez
kultury,

właściwości
powijakach

kulturoznawstwa

i badaniu zjawisk

zwykłych

z Januszem
rozmawia

Filip Wróblewski: Spotkaliśmy się, aby porozma­
wiać o Pana najnowszej książce Etnologia i oko­
lice. Eseje antyperyferyjne. Aż korci, aby dopytać,
dlaczego „etnologia" w tytule? To słowo coraz rza­
dziej używane, zdaje się niemodne w czasach, gdy
każdy pragnie się mienić antropologiem, a tytuły
książek, przedmiotów,
nazwy dyscyplin okrasza
się „antropologią"
odmienianą
przez wszystkie
przypadki. Przykładem może być próba (na szcze­
blu Komisji Nauk Etnologicznych i Ministerstwa)
zastąpienia
tytułu zawodowego magistra etnologii
tytułem magistra antropologii. Zatem posłużenie się
tym terminem wymagało pewnej odwagi, ale czy nie
jest to cofanie się do czegoś przestarzałego?
Czy to
nie uwstecznienie w stosunku do dotychczasowych
osiągnięć? Może jednak lepiej mówić o antropolo­
gii, wszak od lat osiemdziesiątych
ubiegłego wieku
toczono niebywałe boje o to słowo?
Janusz Barański: Myślę, że tradycja polskiej
etnologii jest na wskroś kontynentalna. Proszę
popatrzeć na Francję czy kraje skandynawskie
— tam się uprawia „etnologię". Wielka Brytania,

1 (18)

PD1P

BARBARZYŃCA

Filip

Barańskim
Wróblewski

a z nią cały krąg anglosaski, to jednak inna linia,
związana bardziej z tradycją antropologiczną.
Zatem współczesne nazewnictwo jednostek uni­
wersyteckich w Polsce i w innych krajach bloku
wschodniego, wyrażające się dwoma terminami —
„etnologią" i „antropologią kulturową" — zdradza
głębokie rozdarcie wewnątrz samej dyscypliny.
EW: Można powiedzieć:

tęsknotę.

J.B.: Właśnie. Ten drugi człon — „antropolo­
gia kulturowa" — wskazuje, jaki mamy obecnie
stan tożsamości, również na trwający proces
autodefiniowania odnoszącego się do czegoś, co
u nas wciąż pozostaje w powijakach. Nie sposób
zaprzeczyć, że jest to także wypadkowa pewnego
etapu rozwoju dyscypliny wiedzy. Na domiar
tego, cechy natywistyczne wpływają na zróżni­
cowanie w przypadku poszczególnych ośrodków,
których profil przyjmuje inne postaci w Stanach
Zjednoczonych, Brazylii czy Polsce. Z drugiej
strony bogactwo nazewnicze, wyrażające zarazem
rozległość dyscypliny, pozwala przychylić się do

Wywiad

4

Janusz Barański
u r o d z o n y w 1960 r., e t n o l o g , a d i u n k t
w Instytucie Etnologii i A n t r o p o l o g i i K u l t u r o w e j
UJ. Z a j m u j e się teorią k u l t u r y , m u z e a l n i c t w a ,
kulturą materialną i współczesną. A u t o r

książek: Socjotechnika, między magią a analogią.
Szkice o masowej perswazji w PRL i III RP; Świat
rzeczy. Zarys antropologiczny o r a z Etnologia
i okolice. Eseje antyperyferyjne. Tłumacz prac
z zakresu e t n o l o g i i i studiów k u l t u r o w y c h .

Filip W r ó b l e w s k i

poglądu, iż etnologia była i wciąż pozostaje królo­
wą nauk o człowieku; nade wszystko jednak przez
to, że zajmuje się tym, co niezbywalne, kulturą
człowieka w jej pierwotności oraz eksploatowa­
niem jej zróżnicowania. Ten ostatni fakt wzmac­
nia jednak zwrotnie wspomniane natywistyczne,
lokalne odcienie. Trend ów uwidocznia choćby
nurt world anthropologies szczególnie ekspono­
wany w takich krajach, jak na przykład Meksyk
czy Brazylia, które odmawiają pierwszeństwa an­
tropologiom euroamerykańskim, odrzucają ich
swoistą hegemonię. W pewnym sensie i tradycja
polska wpisuje się w ten nurt — u nas nigdy nie
było „antropologii". Patrząc choćby od strony na­
zewnictwa, już za czasów Stanisława Ciszewskiego
uprawiano właśnie „etnologię". W dobie komu­
nizmu zwrócono się wzorem nauki radzieckiej
w kierunku „etnografii", co było podyktowane
względami politycznymi — potrzebą odróżnienia
się od nauki zachodniej. Natomiast dopiero lata
dziewięćdziesiąte przynoszą rozszerzenie nazwy.
Sporo jest mody w takim kreowaniu podejścia
do dyscypliny, mody na termin „antropologia".
Podejrzewam, że jest to z jednej strony reakcja
na pojawienie się alternatywnego, a przy tym
bardzo atrakcyjnego modelu uprawiania nauki,
pochodzącego „z tamtego świata", zaś z drugiej
— próba politycznego odreagowania wobec „et­
nografii", która była politycznie uwikłana. Nowe
nazewnictwo — co ważne, zaaprobowane przez
Komitet Nauk Etnologicznych — miało służyć od­
sunięciu wrażenia o jej politycznym charakterze,
a zarazem nawiązaniu do tradycji kontynentalnej,
z równoczesnym podkreśleniem faktu włączenia
się w nurt światowy. Wracając do etnologii takiej
jaka jest, należy wskazać zatem na lokalną specy­
fikę, wyrażaną również poprzez nazwę — nauki nie
da się wyabstrahować, jest uwikłana w lokalne,
również pozanaukowe konteksty.

u r o d z o n y w 1985 r., e t n o l o g .

EW: A zatem nie wolno tracić z oczu tradycji
określonej przez nazwy takie jak „etnografia"
czy

BARBARZVHCA

1 (18) PD1P

Nauki bez właściwości

„etnologia",
bo to odbija się na tożsamości
współ­
czesnych przedstawicieli dyscypliny, na ich związ­
ku z własnymi korzeniami. Oprócz wymienionych
pojęć, wskazuje Pan na niebagatelne znaczenie
badań terenowych jako istotnych dla
odrębności
etnologii. Wobec diagnozowanego zjawiska etnologizacji poza samą etnologią (to znaczy przesunięcia
uwagi z tekstualizmu na badania terenowe) oraz
wyczerpania paradygmatów
związanych z dawnym
rozumieniem etnografii, wypada spytać o to, czym
miałyby być obecnie źródła etnołogiczne
i gdzie ich
poszukiwać?
J.B.: O wszystkim przesądzają dane empirycz­
ne, to one mają niemały wpływ na status i stan
wiedzy, zarazem jednak nie sposób uprawiać na­
uki bez teorii, która stanowi ramy dla tej pierw­
szej. W przypadku etnologii pozyskiwanie danych
było wynikiem prowadzenia badań jakościowych.
Należałoby wskazać dwa filary metodologiczne
świadczące o wyjątkowości, odrębności, orygi­
nalności etnologii. Pierwszy to same badania
terenowe, fakt ich prowadzenia; drugi — ich ja­
kościowy charakter. Może okażę się staroświecki,
ale wzorem dla mnie jest ojciec Bronisław Mali­
nowski, on jest odniesieniem podstawowym, wy­
czerpującym te dwa kryteria, choć nie rezygnował
przy tym ze spekulacji teoretycznej — w końcu był
twórcą wpływowej teorii antropologicznej! W ło­
nie antropologii amerykańskiej nie sposób prze­
cenić Franza Boasa z jego koncepcją relatywizmu
kulturowego. W sposób dojrzały intelektualnie
przyczynił się do ukonstytuowania podstawowej
domeny epistemologicznej antropologii, co z ko­
lei przekłada się na rozumienie procesu poznaw­
czego. Relatywizm ugruntowuje również tradycję
badań międzykulturowych, potrzebę ich prowa­
dzenia, choćby przez wzgląd na eksponowanie
inności. Do pewnego stopnia rezultatem tego są
pojawiające się obecnie subdyscypliny antropo­
logii, jak antropologia zaangażowana czy stoso­
wana, których nie byłoby bez tego faktu, wraz

1 (18)

PD1P

BARBARZYŃCA

z odpowiednimi tego konsekwencjami epistemologicznymi i etycznymi. Wspominając o tym, nie
sposób pominąć pragmatyzmu, który skłania ku
logicznej konkluzji, iż to właśnie w zaangażowa­
niu widzieć należy przyszłość antropologii; z na­
ciskiem na zaangażowanie, a nie zastosowanie!
Chodzi przede wszystkim o rys moralny, w czym
niemałą rolę odgrywa tradycja pragmatyzmu czy
metodycznego sceptycyzmu. Jeśli bowiem mamy
różne światy i prawdy o świecie, domniemana
prawda absolutna nie jest zatem — w duchu kantowskim — dostępna, a prawdą naczelną okazuje
się ta, która może być najbardziej pomocna w da­
nej sprawie. Pociąga to automatycznie potrzebę
dialogicznego rozumienia rzeczywistości, nie tyl­
ko wobec inności kulturowej, lecz i kulturowej
swojskości — własnego dziedzictwa kulturowego.
EW:
Ostatnio podnoszą
się głosy
najmłodszego
pokolenia etnologów, przyszłych absolwentów,
że
oto etnologia jako nauka jest zdecydowanie nie­
praktyczna, odbiega od wymogów rynku, że winna
być przede wszystkim nauką praktyczną, dostarcza­
jącą „podręcznej
skrzyneczki z narzędziami".
Czy
powyższe roszczenia, wobec skostnienia programu
nauczania etnologii na polskich uczelniach, nie są
pozbawione racji?
J.B.: Tego rodzaju apele czy wyznania zdra­
dzają niski poziom wiedzy na temat tego, czym
jest edukacja akademicka, w naszym przypadku
humanistyczna. Ten rodzaj wykształcenia to nie
„skrzynka z narzędziami" — tę można otrzymać
w zasadniczej lub średniej szkole zawodowej;
uniwersytet to nie jest szkoła zawodowa, gdzie na
przykład uczy się zawodu zbrojarza-betoniarza.
Uniwersytet dostarcza — a przynajmniej winien
to dawać — wykształcenia najbardziej ogólnego,
zasobnika dla wszelkich możliwych praktycznych
aplikacji wiedzy. Podkreślał to kiedyś Ernest Gellner, kładąc nacisk na ogólny, a zarazem uniwersal­
ny charakter zachodniego wykształcenia. Stwarza

Wywiad

6

ono najszersze ramy, choć kosztem wiedzy prak­
tycznej — tę tworzy się w odniesieniu do konkret­
nego problemu, w trakcie badań czy miejscu pra­
cy Taki pogląd dominuje na przykład w akademii
amerykańskiej, w tym wśród tamtejszych studen­
tów: dyplom otwiera drogę zawodową i jest jakby
pierwszym i niezbędnym etapem zdobywania
wiedzy z danego zakresu. Z drugiej jednak strony
nasi studenci mają rację, przynajmniej w pewnym
aspekcie. Na przykład badania terenowe, które
mają dać podstawową kompetencję, jeśli trwają
dwa tygodnie, to są ledwie liźnięciem terenu.
Na rodzimym gruncie mamy mianowicie do
czynienia z nadmiarem teoretyzowania kosztem
praktyki. Jednak oczekiwanie dostarczenia jakie­
goś gotowego i uniwersalnego pakietu wiedzy
metodologicznej i teoretycznej, a także praktycz­
nej jest nieuprawnione; każdy problem wymaga
odrębnego podejścia. Tutaj zresztą pojawia się
wspomniana kwestia podziałów wewnętrznych
lub zjawiska interdyscyplinarności, co jeszcze
bardziej komplikuje sprawę; przykładowo zmusza
adeptów wiedzy antropologicznej do samodziel­
nego poszukiwania — kursów fakultatywnych,
literatury, specjalistów. Na przykład dziś aplikacją
wiedzy na temat antropologicznie rozumianego
człowieka zajmuje się u nas głównie animacja
kultury, bliska antropologii, czy pedagogika kul­
turowa. Zresztą cechuje je niedowład refleksji
teoretycznej lub brak zdystansowania wobec gło­
szonej zasady, jaką jest użyteczność wiedzy. Nie
bez przyczyny wspomniane orientacje badawcze
wykształciły się w naszym kraju stosunkowo
niedawno, dając tym asumpt etapowi rozwoju,
na jakim się obecnie znajdujemy, czemu z kolei
sprzyja swoisty stosunek do rzeczywistości, który
można śmiało nazwać technokratycznym. To wy­
raz najnowszej fali inżynierii społecznej (kulturo­
wej), wspomaganej ponadnarodowymi grantami.
Nasze społeczeństwo zmienia się dynamicznie, zaś
ustrój demokratyczny ciągle nie okrzepł, toteż nie
powinna dziwić zachłanność, z jaką przyswajamy

takie praktyki technokratyczne. Wydaje nam się
przy tym, że realizujemy zaniedbane wzorce świa­
towe. Rzecz jest jednak bardziej złożona, aniżeli
może się na pierwszy rzut oka wydawać.
F. W.: Jak refren powraca u Pana stwierdzenie Claude'a Lévi-Straussa
— „antropolog
był astronomem
nauk społecznych".
On sam w trakcie rozmowy
z Didierem Eribonem wyznaje, nie bez obaw, że
jako antropolodzy „byliśmy śmieciarzami
historii
i naszego majątku szukaliśmy w jej koszach". Jak
pogodzić tak dotkliwy rozziew?
J.B.: W tych kontradyktorycznych sformu­
łowaniach Lévi-Straussa ujawnia się znamienne
rozdarcie myśli antropologicznej: z jednej strony
przekonanie o owej astronomiczności dyscypliny,
supremacji pośród nauk o człowieku, z drugiej
— w istocie uprawiana marginalizacja na wła­
sne życzenie. Uważam, że powinniśmy się już
pożegnać z tym drugim przesłaniem, wtedy ta
sprzeczność zniknie; zresztą sam papież strukturalizmu mówił w trybie przeszłym. Prymarność
antropologii należy pojmować w rozumieniu
zakresu, a tutaj nie powinno być wątpliwości, że
jest on w tym przypadku najszerszy w obrębie ca­
łości nauk o człowieku. Podkreślałem to w książ­
ce wielokrotnie — chodzi o rozumienie kultury
bezprzymiotnikowe — ani ludowej, ani nieelitarnej, pierwotnej, peryferyjnej, marginesowej
itd. Przypomnijmy, iż do czasu Lévi-Straussa
etnologia zajmowała się tymi „śmieciami kultu­
ry", choć to określenie wydaje mi się oceniające
i jeszcze pozytywistyczne z ducha. Lévi-Strauss
nie wyszedł poza ten paradygmat, natomiast jego
dzieło w zasadzie polega na pierwszeństwie wska­
zania, iż w istocie historia kultury to jest właśnie
to śmietnisko, które winno się przeszukiwać.
Chociaż, z drugiej strony, odwołanie do śmieci,
odpadków, czegoś zbędnego, a co za tym idzie
nieistotnego, miało prowadzić do wskazania tych
elementów, jakie jednak okazują się niezmiernie

BARBARZVNCA

1 ( 1 8 ) PD1P

Nauki bez właściwości

ważne dla poznania człowieka. To także pod­
kreślenie szczególnej perspektywy, która przez
ogólność i zakres pozwala etnologom uprawia­
jącym swą dyscyplinę na przemieszczanie się po
różnych polach, zwyczajowo niedostępnych dla
innych, gdzie socjolodzy, literaturoznawcy czy
historycy sobie zwyczajnie nie radzą lub wcale
nie podejmują ich penetracji. Można powiedzieć,
że etnologia oznacza penetrowanie dna, poszuki­
wanie podstaw kultury, fundamentów gmachu,
którego wyższymi kondygnacjami zajmują się
specjaliści innych dziedzin. Oto nasz śmietnik,
oto wykopalisko!

7

versity) czy na polskiej wsi. To tam rządził raczej
obyczaj niż prawo, folklor niż sztuka, zwyczajo­
we stosunki etniczne niż zinstytucjonalizowane
stosunki narodowe. W rozumieniu zachodniego
centrum były to jednak peryferia. Nie znaczy to
jednak, że mamy tak powierzchownie rozumiany
historyczny wzorzec kontynuować. Chodzi o na­
wiązanie do wzorca pogłębionego, skrywającego
się za tym pierwotnym zakresem — można by
rzec — ilościowym. Chodzi bowiem o ów aspekt
jakościowy, istotnościowy — chodzi o kulturę
w wymiarze niezbywalności, której cechy znaj­
dziemy i wśród trobriandzkich rybaków, i wśród
„białych kołnierzyków" z Manhattanu. Wskazy­
wałem
w książce przykład obyczaju — jeśli rozu­
EW:
Rzeczone dno można kojarzyć z programo­
mianego
szeroko — jako kategorii dosyć dobrze
wym dla etnologu, jaka wyłoniła się na przełomie
lat osiemdziesiątych
i dziewięćdziesiątych,
bada­ oddającej zakres zainteresowań antropologii.
niem kulturowych marginaliów
czy obrzeży — jak Nie jest to przy tym jedyna kategoria; choćby
tego chcieli Wojciech Burszta, Krzysztof Piątkowski pokrewne: rytuał, habitus, moda, etos, styl ży­
i Czesław Robotycki — na co żywotnym
przykładem cia, których ważność dostrzegają dyscypliny są­
miały być pisane w tamtym okresie artykuły i książ­ siednie, nie wychodząc jednak zwykle poza etap
ki. Jakie przełożenie
na współczesny status badań teoretyzowania. Tymczasem takie rudymentarne
terenowych ma powyższe podejście,
zważywszy, że zjawiska w ciągle zmieniających się wcieleniach
na mocy programu będącego podstawą przewrotu dają się rozpoznać wyłącznie przez badania em­
symbolicznego stało się ono dominującym
w rodzi­ piryczne, przez wyjście w teren, podjęcie trudu
mej antropologii? Czy nie jest aby tak, że to, w czym ich bezpośredniego badania i konceptualizacji na
upatrywano atutu, stało się przyczyną zdeklasowa­ miarę współczesnej praktyki kulturowej i teorii
naukowej. Punkt ten pokazuje prawdziwe zna­
nia dyscypliny?
czenie przeciwstawienia peryferyjność—centralność, bynajmniej nie przez odniesienie jakiejś
J.B.: Nie uważam, że etnologia powinna zaj­
„Warszawki" do jakiejś „Koziej Wólki", a raczej
mować się badaniem jedynie marginaliów, tych
przez przywracające rozumienie centralności
Lévi-Straussowskich śmieci. Wspomniane dno
w sensie pierwotności, rdzenności, źródłowości.
to rozumienie kultury w kategoriach niesformaIdzie zatem o badanie obszarów, składających się
lizowanej struktury, lecz nie w sztywnym rozu­
na podstawę świata, w którym żyjemy, pokazywa­
mieniu strukturalizmu, ile raczej w refleksyjnym
nie tego, jak on funkcjonuje i dlaczego. Właśnie
rozumieniu Bourdieu — wielości struktur, które
to starał się pokazywać Clifford Geertz, chociaż
są zarazem nieustannie strukturowane. Pomoc­
były to tylko przymiarki na owych peryferiach,
na okazuje się tutaj znów tradycja uprawiania
eksponował przy tym tak istotny dla antropolo­
dyscypliny: zapewne łatwiej było znaleźć ten
gii rys dystrybutywnego rozumienia kultury, gdy
nieformalny wymiar naTrobriandach, czy wśród
pisał, że chodzi o poznanie różnych poglądów
Indian Crow, którymi zajmował się Lévi-Strauss
pasterzy w rozmaitych dolinach.
(zresztą z perspektywy biblioteki Columbia Uni-

1 (18)

PD1P

BARBARZYŃCA

Wywiad

8

EW:
Sporo miejsca poświęca Pan kulturoznawstwu
jako młodej, a jednocześnie
ekspansywnej dyscypli­
nie nauk społecznych. Jak układają się zależności
między tą dyscypliną a etnologią oraz czy jest ona
w stanie wyprzeć tę drugą?

funkcjonującym w formie dosyć eklektycznej.
Chociaż zdarzają się chlubne wyjątki, ot wspo­
mniana praca Halawy. Jednakże to, co najbardziej
wartościowe w tej pracy — etnograficzne badania
terenowe — zostało zaczerpnięte wprost z etnolo­
gii. Po trzecie, przez lata mieliśmy wprawdzie do
J.B.: Odnosząc się do kulturoznawstwa, wy­ czynienia z ciekawym nurtem kulturoznawstwa
pada w pierwszej kolejności rozszerzyć pojęcie 0 rodzimych korzeniach i specyfice. Chodzi o Je­
kultury (odmienności kulturowej) o wspomniane rzego Kmitę i ośrodek poznański, choć właściwie
znaczenie dystrybutywne. Dopiero to pozwala była to raczej szkoła z zakresu filozofii kultury.
patrzeć na kulturoznawstwo z różnych punktów Niestety w krajowym kulturoznawstwie znaj­
widzenia. Po pierwsze, mówiąc dosadnie, polskie dziemy jedynie odpryski proponowanych przez
kulturoznawstwo to — z nielicznymi wyjątkami — ten nurt koncepcji. Wreszcie, czymś innym jest
ni pies, ni wydra; to takie nie wiadomo co. Miarą kulturoznawstwo (studia kulturowe) na Zacho­
tego mogą być kursy oferowane w ramach tych dzie, które do pewnego stopnia dzieli się zakre­
studiów. Są tam rozmaite wstępy, zdarza się ani­ sem z antropologią. Ta wciąż funkcjonuje tam
macja kultury, a także strzępy jakichś specjalizacji zasadniczo według starego paradygmatu — to są
(film, media, literatura); to zlepek rozmaitych te Levi-Straussowskie śmieci, peryferia o cechach
przedmiotów bez odrębnej tożsamości, która da­ historycznych. Na peryferiach współczesnych
wałaby jakieś ujednolicone rozumienie kultury. skupiają się natomiast studia kulturowe, choć
To raczej ledwie orientacja, namiastka składająca wkraczają one i do nurtu głównego, posiłkując
się na rozumienie kultury w sposób humanistycz­ się przy tym często antropologicznie rozumianym
ny, a zatem zdecydowanie za wąski względem pojęciem kultury oraz etnograficznymi metoda­
tego, co ma do zaproponowania ujęcie antropo­ mi badań. Pewne przymiarki teoretyczne służące
logiczne. W polskim krajobrazie spełnia kulturo­ wyjściu poza owe peryferia kulturowe/historycz­
znawstwo rolę kompensującą w dwojakim sensie. ne znajdziemy wprawdzie u niektórych antro­
Z jednej strony etnologia nie wydobyła się jeszcze pologów, na przykład Paula Rabinowa w pracy
z dawniejszego paradygmatu skupienia na wspo­ Marking time. On the anthropology ofthe contemmnianych historycznie/kulturowo rozumianych porary (antropologię współczesności rozumie on
marginaliach, a jeśli już wykracza poza nie, to robi jednak inaczej, niż to ma miejsce w polskim jej
to w duchu tekstualistycznie, antyrelatywistycz- nurcie). Wyjątkiem może tutaj być Daniel Miller
nie i esencjalistycznie zorientowanej antropologii prowadzący systematyczne empiryczne badania
współczesności, nie wychodząc w teren, w żywą codzienności — konsumpcji, kultury materialnej,
kulturę; tutaj wchodzi kulturoznawstwo, choć multimediów — pamiętając zarazem o perspekty­
efektów jeszcze za bardzo nie widać (znanym mi wie kulturowej wielości. Wspomniawszy o nim,
wyjątkiem jest książka Mateusza Halawy o roli nie można przemilczeć świetnej pracy napisanej
telewizji w życiu codziennym). Z drugiej, to z Donem Slaterem The Internet. An ethnographic
odpowiedź na zapotrzebowanie, jakie przyniosły approach albo książki Toma Boellstorffa Corning
lata dziewięćdziesiąte z ich potrzebą ukultural- of age in Second Life. Wracając do zachodnich
niania. W naszych realiach kulturoznawstwo jest studiów kulturowych, stanowią one alternatywę
tworem pozostającym jeszcze w powijakach, pra­ dla historii sztuki, literaturoznawstwa, socjologii
cującym wprawdzie nad własną tożsamością, lecz
1 innych, ze względu na zaplecze teoretyczne oraz

BARBARZYŃCA

1 (18)

PD1P

Nauki bez właściwości

podejście powalające rozumieć kulturę na sposób
antropologiczny. Chodzi tutaj nade wszystko
o ujęcie podważające ów fundament centrum-peryferie, na którym wznoszą się również inne
dyscypliny humanistyki i nauk społecznych. O ile
jednak antropologia zajmowała się dotychczas
owymi kulturowymi/historycznymi peryferia­
mi z perspektywy centrum, to wspomnianych
sąsiadów interesowały centra właśnie, również
z perspektywy centrum. Subdyscypliny studiów
kulturowych (np. visual studies w miejsce historii
sztuki, czy literary studies w miejsce literaturo­
znawstwa) podważają te dawniejsze kolonizacyjne
podejścia centrum, eksponując znaczenie stosun­
ków władzy czy oglądowej wielości zdetermino­
wanej rozmaitymi tradycjami i punktami widze­
nia. W wymiarze politycznym perspektywa ta nie
jest jednak tym samym, co projekt antropologii
zaangażowanej, tak jak się on na chwilę obecną
przedstawia. Jeśli zatrzymalibyśmy się przy tym
krytycznym ostrzu, to studia kulturowe bardziej
zaabsorbowane są polityką kulturową {cultural
politics), antropologia natomiast polityką kul­
turalną {culturalpolicy). W krajach anglosaskich
studia kulturowe są znacznie bardziej dojrzałe,
zdążyły instytucjonalnie okrzepnąć, a zarazem
stały się zagrożeniem dla dalszego istnienia an­
tropologii, ponieważ z jednej strony wykorzystują
jej metody, a z drugiej ich zakresy przedmiotowe
zachodzą na siebie. Pomijając tematyczne zazębia­
nie się, studia kulturowe mają coś, czego wydaje
się pozbawiona antropologia — ich pazurem jest
krytyka polityczna, silne uwikłanie w wartościo­
wanie pola społecznego na zasadzie podobnej do
tego, jak to się czyni w krytyce postkolonialnej.
U nas dzieje się to w o wiele mniejszym zakresie,
mniejsze jest też zainteresowanie antropologicz­
nie rozumianą kulturą głównego nurtu. Polska
etnologia ma wciąż problem z wyjściem poza
opłotki przysiółków Nawet książka Tomasza Ra­
kowskiego, którą uważam za najważniejszą pracę
etnologiczną ostatnich lat z powodów tyleż teo­

1 (18)

PD1P

BARBARZYŃCA

9

retycznych, co metodologicznych, przedstawia
temat peryferyjny społecznie. Czy znajdzie się
ktoś, kto pójdzie dalej? Brakuje badań kultury
rozumianej jako sposób życia, powtarzam — bezprzymiotnikowo. Na razie dysponujemy tylko
obrazem, jakimś niejasnym przeświadczeniem,
jak to powinno wyglądać.
EW: Czy taki postulat, zresztą bardzo dobitnie
sformułowany,
nie jest przysłowiowym
porywaniem
się z motyką na słońce?
J.B.: Wydaje mi się, że nie, czego zresztą do­
wiódł Rakowski, prowadząc bardzo odważne jak
na obecne czasy badania. A przy tym zapropono­
wał dojrzały i osobiście przepracowany projekt
etnologii. Wciąż jednak zniewalają nas ciężkie
masy „tradycji": Łemkowie, zbieracze złomu, geje
i lesbijki — to wciąż marginesy! Proszę spojrzeć, co
stało się z pojęciem codzienności, które wydaje się
samorzutnie odpowiadać zagadnieniom antropo­
logii — zostało zagarnięte przez socjologów, którzy
wchodzą w puste miejsce. A przecież etnolodzy
powinni się bardziej interesować tym terminem,
gdyż współgra z naczelnym dla nich pojęciem
kultury rozumianej jako sposób życia. Skutkiem
tego mamy do czynienia z sytuacją, w której Piotr
Sztompka propaguje to pojęcie, przy zdradzanym
przez socjologów braku zarówno narzędzi, jak
i wrażliwości niezbędnych dla jego dobrego wy­
korzystania, co widać poprzez bezustanne teore­
tyzowanie na ten temat; przez to, że nie powąchali
terenu, a spoglądają jedynie zza biurka. Być może
pomocny byłby w tym jakiś odnowiony projekt
interdyscyplinarności, ale pozostanę sceptykiem
— to pomysł dotąd niezrealizowany. Sytuację
komplikują bowiem nie dające się zignorować po­
działy między dziedzinami, co jest dziedzictwem
zarówno teoretycznym, zakresowym, jak insty­
tucjonalnym. Na interdyscyplinarność można
sobie pozwolić, do pewnego stopnia, wyłącznie
na pograniczach. Antropologia mogłaby wiązać

Wywiad

10

się z tymi subdyscyplinami, które, podobnie do
niej, za dający się powiązać rdzenny nurt uznają
badania terenowe oraz wspominany wcześniej
sposób rozumienia kultury Ale to wciąż pieśń
przyszłości.
EW:
Wzmianka o gejach i lesbijkach wydaje się
sprzeczna z panującą poprawnością
polityczną?
J.B.: Zgadzam się, że w myśl najnowszego cho­
wu koncepcji postmodernistycznych należałoby
uznać naukę za element dyskursu politycznego.
Daleki jestem od negowania tego, choć filozo­
ficznego uprawomocnienia tego poglądu szukam
w bardziej klasycznych ujęciach, jak na przykład
w pragmatyzmie. Niemniej naukę obowiązuje jed­
nak wymóg poszukiwania ujęć rzeczywistości jak
najbardziej adekwatnych i prawomocnych, a nie
poddawanie się politycznym czy innym modom.
Po debatach w łonie nauk o człowieku i filozofii
można odnieść wrażenie, że jedyne ciekawe tematy
to właśnie te marginesowe, stąd i jeden z powodów
współczesnych wpływów antropologii — wszak to
ona marginesami zawsze się zajmowała. Ale nie ma
wątpliwości, że mniejszości seksualne, bezdomni,
subkultury to wciąż peryferia, chociaż — nie sposób
zaprzeczyć — na przykład kwestia odmienności sek­
sualnej jest ważka społecznie. Istnieją jednak waż­
niejsze problemy badawcze: co znaczy być dzisiaj heteroseksualistą/heteroseksualistką, co się składa na
jego/jej życie — chodzenie do kina, jedzenie kolacji
w restauracji, kontakty rodzinne, rozrywka, poglądy
polityczne; podobnie dotyczyć to będzie członków
klasy średniej czy subkulturowo niezrzeszonych.
Gdzie nie spojrzymy, tam mamy nade wszystko
reprezentantów takich właśnie grup ludzkich, świa­
topoglądów, aksjologii, słowem — sposobów życia.
Kiedyś Cezaria Jędrzejewiczowa nawoływała do
badania zjawisk zwykłych — pozostaje to w mocy.
Dopiero to przyniesie głębsze rozumienie tego, co
może znaczyć bycie gejem lub lesbijką, złomiarzem
i subkulturowcem. Zgoda, politycznie popraw­

ny projekt sprowadza się do angażowania jedynie
w takie marginalne tematy. Tak robią właśnie studia
kulturowe próbujące skupiać uwagę na zagadnie­
niach peryferyjnych, dowartościowując tym sposo­
bem pokrzywdzonych przez establishment. W tym
rozumieniu najlepiej by było, gdyby za przedmiot
badań obrać czarnoskórego bezrobotnego geja z kla­
sy robotniczej (i w naszym krajobrazie kulturowym
znajdziemy jego odpowiedników). Taki dopiero
miałby zdecydowane fory ze strony badacza.
EW:
Do tego powinien być żydem, który uciekł
z jakiegoś kraju Trzeciego Świata. Choć to przesa­
da, ale pokazuje ona preferencyjny sposób trakto­
wania nauki.
J.B.: Dokładnie tak! Według tego programu
należy znaleźć największą skrajność i dopiero ją
badać. To jest wyraz kapitulacji wobec programu
całościowego opisu życia ludzkiego, albo przynaj­
mniej jego istotnych domen. Biorąc za przykład
nasze podwórko, właściwie nie ma komu wska­
zywać wzorców, jak należy prowadzić badania,
ani czym winny one się zajmować; na domiar
tego starsi zostali wychowani w innym, już prze­
brzmiałym paradygmacie. Swoje robi również
rutyna intelektualna czy stagnacja powodowana
instytucjonalnym osadzeniem, zajmowaniem się
ciągle tym samym. Nie bez znaczenia jest również
upośledzenie finansowe środowiska akademickie­
go, które sprawia, że czas, który mógłby być po­
święcony na doskonalenie umiejętności i badania
spędza się na rozmaitych dodatkowych zajęciach
zarobkowych. Należałoby jednak iść dalej, ale
niestety prawdą jest również to, że w pewnym
wieku ludzie nie mają już takiego zapału, nie
ma już siły samemu robić badań, a robić je ręko­
ma studentów to marna sztuka. Studenci winni
w takim badaczu widzieć inspirujący wzorzec.
Sam nie jestem bez winy, weźmy za przykład
mój niegdysiejszy tekst na temat reklamy, który
mógłby być dobrym przykładem podnoszonych

BARBARZYŃCA

1 (18)

PD1P

Nauki bez właściwości

tutaj krytyk. Nie wyszedłem w nim poza takie
tekstualistyczno-esencjalistyczne podejście, któ­
re powinno być punktem wyjścia domagającym
się dekonstrukcji w zderzeniu z realną praktyką
życiową, a nie punktem dojścia. Z antropologicz­
nego punktu widzenia ważniejsze jest bowiem nie
tyle to, co znaczy reklama w jakiejś hermeneutycznej czy strukturalistycznej perspektywie, lecz
to, co znaczy ona w fenomenologicznej, indywi­
dualnie i zbiorowo percypowanej i przeżywanej
praktyce jej użytkowników. Tutaj ujawnia się
również zmienność owego kryterium centrum-peryferii, które — jeśli w ogóle się nim posługu­
jemy — ma charakter płynny. Niegdyś centrum
stanowił Chopin, dzisiaj będzie to zespół Boys czy
Doda, ale nie przeprogramowaliśmy się na takie
myślenie. Ważne, abyśmy jako badacze potrafili
dostrzegać takie zjawiska, jak choćby upowszech­
niające się ozdabianie domów w okresie Bożego
Narodzenia, co może odpowiadać zmianom po­
czucia estetyki, a co za tym idzie ciągłemu prze­
kształcaniu się wrażliwości potocznej. Spotkamy
się z tego typu praktykami zarówno w mieście
jak na wsi, co pokazuje, że dotychczasowe gra­
nice się zacierają, a kryteria ich wyznaczania
zamazują. Znakomicie pokazuje to niedawno
wydana, antropologiczna z ducha, książka Johna

1 (18)

PD1P

BARBARZYŃCA

11

Fiske Zrozumieć kulturę popularną.
Czas wreszcie
zrozumieć jak kruche i ulotne, a przez to przy­
godne są kategorie czy rozróżnienia, którymi się
posługujemy. A może jest tak, jak chce Przemy­
sław Czapliński, że oto wcale nie ma podziału na
peryferie i centrum? W swym założeniu starałem
się uwrażliwić czytelników na względność tych
i innych kategoryzacji, które wcale nie muszą być
takimi, za jakie zwykliśmy je brać.
F. W.: Podczas naszej rozmowy, jak też na kartach
książki Etnologia i okolice, często bije się Pan
w pierś, iż postulowany program do tej pory nie
znalazł choćby najmniejszej realizacji z Pana stro­
ny. To nieco schizofreniczne, ale spytajmy o plany
wyjścia z tego impasu. Czy można się
spodziewać
w czasie najbliższym
jakiegoś projektu
idącego
w sukurs rzeczonym postulatom potrzeby prowa­
dzenia badań terenowych?
J.B.: Myślę o tym intensywnie, niemniej wo­
lałbym nie uprzedzać biegu spraw. W pierwszej
kolejności muszę sam nadrobić sporo zaległości...

Styczeń

2011

Item sets
Barbarzyńca

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.