Pamięć : przestrzeń w której zdarzenia się powtarzają / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2003 t.57 z.3-4

Item

Title
Pamięć : przestrzeń w której zdarzenia się powtarzają / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2003 t.57 z.3-4
Description
Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2003 t.57 z.3-4; s.85-91
Creator
Sikora, Sławomir
Date
2003
Format
application/pdf
Identifier
oai:cyfrowaetnografia.pl:4946
Language
pol
Publisher
Instytut Sztuki PAN
Relation
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5325
Rights
Licencja PIA
Subject
pamięć - aspekt antropologiczny
Text
SŁAWOMIR SIKORA

eśli pom inąć cudowną anegdotę na tem at zważenia
dymu2 opowiedzianą przez pisarza Paula Benjam ina
(obowiązuje wymowa angielska), a mówiącą o tym,
jak Sir W alter Raleigh uporał się z owym niezwykłym
zadaniem, Dym zaczyna się od sceny, gdy pisarz w za­
myśleniu wkracza na jezdnię wprost pod koła pędzącej
ciężarówki. Zycie ratuje mu czarnoskóry chłopiec,
który jak się wkrótce okazuje, lubi zmieniać imiona
i opowiadać różne historie. Można by rzec, że historia
Benjam ina zostaje podjęta tam (choć tym razem dzie­
sięć lat później i w Nowym Jorku), gdzie kończy się hi­
storia życia Rolanda Barthes’a, który zmarł w wyniku
obrażeń odniesionych na skutek potrącenia przez fur­
gonetkę. Wypadek ów miał miejsce, gdy w zamyśleniu
przechodził przez rue des Écoles po w ykładach
w Collège de France (25 lutego 1980).3 A zdarzyło się
to kilka dni po wydaniu ostatniej książki Barthes’a L a
C ham bre claire. N ote sur la photographie (1980), którą
zadedykował on W yobrażeniu Jean -Pau l S a rtre’a.
Książka ta, będąc zbiorem wnikliwych refleksji na te­
m at fotografii, poszukiwaniem jej istoty, poświęcona
jest również niedawno zmarłej m atce, próbie odnale­
zienia prawdy o ukochanej osobie w Fotografii, reflek­
sji na tem at śmierci, śmierci w ł a ś n i e w epoce foto­
grafii.4 A książka, która brzmi jak testam ent, testa­

J

Pamięć: przestrzeń,
w której zdarzenia
się powtarzają
O fotografii1
szczegóły, najbłahszy cień, aż wszystkie te obrazy stały
się częścią mnie samego. Nie chciałem niczego utra­
cić.9 [...]
Odkrycie tych fotografii było dla mnie czymś waż­
nym, bo zdawało się potwierdzać fizyczną obecność o j­
ca w tym świecie, stwarzały wrażenie, że wciąż jeszcze
tu jest. Fakt, że wielu zdjęć nie widziałem nigdy przed­
tem, zwłaszcza tych z młodości, wzbudził we mnie
dziwne uczucie, że spotykam go po raz pierwszy, że
pewna jego cząstka dopiero teraz zaczyna istnieć. Stra­
ciłem ojca, ale jednocześnie także go odnalazłem. Gdy
tylko trzymałem te zdjęcia przed oczami, gdy tylko
przypatrywałem się im z największą uwagą, było tak,

mentem się staje.5 W nikliw i krytycy doszukiwali się
znaczenia nawet w tym, że składa się ona z 48 rozdziałów-paragrafów, a liczba ta miałaby być anagramem
lat, które przeżyła matka Barthes’a.6
Oczywiście, twierdzenia o zbieżności wspomnia­
nych „historii” nie opieram jedynie na fakcie podo­
bieństwa owych „wypadków drogowych”, choć - jak
sądzę - jest to szczegół znaczący. Nie będę także po­
szukiwał genetycznego związku obu historii (choć
mniemam, że Auster, który wydaje się całkiem nieźle
oczytany w literaturze filozoficzno-krytycznej,7 spę­
dzając kilka lat we Francji i podejm ując w istotny spo­
sób problematykę fotograficzną, musiał znać prace
Barthes’a na tem at fotografii), postaram się raczej
wskazać na pewne ideowe podobieństwo obu historii.
Owa „wspólnota ideowa” sięga zresztą poza Dym.
W 1979 roku Auster pisze silnie autobiograficzny esej-opowiadanie Portret człow ieka niewidzialnego8 (wyda­
ne w roku 1982), który jest podaną w pierwszej osobie
opowieścią o właśnie zmarłym (występującym pod rze­
czywistym nazwiskiem) ojcu. Pojawiają się w nim zna­
czące wątki fotograficzne. Porządkując dom po śmier­
ci ojca, narrator odkrywa kilkaset fotografii „ukrytych
w wyblakłych brązowych kopertach, przyklejonych do
czarnych kart przewilgłych albumów, rozrzuconych
bezładnie w szufladach. [...] wpatrywałem się w te
zdjęcia z fascynacją graniczącą z manią. Miały w sobie
jakąś nieodpartą moc, zdawały się drogocenne niczym
relikwie. Odnosiłem wrażenie, że mogły przekazać mi
coś, czego wcześniej nie wiedziałem, że ujawnią skry­
waną dotąd prawdę; wpatrywałem się w każdą foto­
grafię wytężając uwagę, w chłaniając najdrobniejsze

jak gdyby n a d a l ż y ł , n a w e t p o ś m i e r c i .
A nawet jeśli nie żył, to w każdym razie nie był mar­
twy. Czy raczej trwał w pewnym z a w i e s z e n i u , z a ­
m k n i ę t y w j a k i m ś k o s m o s i e , k t ó r y nie
m i a ł n i c w s p ó l n e g o ze ś m i e r c i ą , do którego
śmierć w ogóle nie miała wstępu”.10
W utworze tym można znaleźć jeszcze kilka innych
wątków fotograficznych11, choć jednocześnie odległe
są one od opisanego przez Barthes’a doświadczenia,
które można porównywać z doświadczeniem pamięci
mimowolnej u Prousta. Kontynuując, Auster stwier­
dza, że większość owych fotografii nie powiedziała mu
niczego nowego, choć „pomogła wypełnić luki, po­
twierdzić odczucia, d o s t a r c z y ć d o w o d ó w tam,
gdzie ich przedtem nie było”.12 Przy całej specyfice
i szczególności tego doświadczenia pozostaje ono bar­
dziej po stronie fotografii jako dowodu, świadectwa,
ukazania nieznanej prawdy o ojcu (czyli poznania),
przede wszystkim z czasów, kiedy narrator go jeszcze
nie znał...
Inaczej rzecz się przedstawia w filmie Dym.
W gruncie rzeczy pojawia się w nim niewiele odnie­
sień do fotografii, mogą się one przy tym wydawać
marginalne i przypadkowe, jednak, jak sądzę, tworzą
one niezbywalny rdzeń filmu. I to wcale nie dlatego, że
dostrzeżony przez Benjam ina aparat leżący na kontu­
arze w sklepiku W rena (prawie na początku filmu) sta­
je się ośrodkiem, wokół którego osnuta jest opowieść
wieńcząca film: Auggie Wren Christmas Story.

85

Sławomir Sikora ♦ PA M IĘĆ: PRZESTRZEŃ , W K T Ó R E J ZD ARZEN IA SIĘ PO W TA R Z A JĄ

Nim jednak podejmę obecny w Dymie „wątek foto­
graficzny”, chciałbym powrócić do mojej interpretacji
opisanego przez Barthes’a, w C am era lucida, „proustowskiego” doświadczenia fotografii.13 Przedstawio­

dobieństwo opisanego doświadczenia odnalezienia
matki w zdjęciach i opisanego przez Prousta doświad­
czenia pamięci mimowolnej. Zauważyć też trzeba, że
przeżyte przez Barthes’a „doświadczenie proustowskie”, jest opisane raczej enigmatycznie. Nie da się go
w pełni wypowiedzieć, ani też powtórzyć, bezpośred­
niość doświadczenia traumatycznego nie pozwala na
łatwe werbalizacje; staje się ono czasem, jak widać, nie
tyle nawet żywym, ile raczej martwym obrazem. O bra­

ny wówczas opis domaga się pewnego dookreślenia.
Można bowiem sądzić, że Barthes, starając się dosto­
sować opis do przeżytych doświadczeń, które pozosta­
ją wszak ambiwalentne i niespójne, ucieka się do
„fragmentów”, narracji niespójnej, dalekiej od logicz­
nego wywodu, albowiem tylko w ten sposób może
przekazać ową ambiwalentną prawdę doświadczenia
(Barthes czyni siebie odniesieniem dla każdej fotogra­

zem, wobec którego nie ma ruchu.19
Można rzeczywiście sądzić, że przy całej ambiwalen cji przeżytego doświadczenia, fotografia - „współ­
czesna zanikaniu obrzędów” [§ 38] - wchodząc na ich
m iejsce nie zastępuje ich, w tym znaczeniu, że nie po­
zwala na przemienienie „cierpienia w żałobę”.20 Żało­
ba, podobnie jak rytuał (w psychoanalizie mówi się
0 „pracy żałoby”), jest funkcją czasu. Fotografia czę­
sto, a u Barthes’a niem al zawsze, opiera się czasowi.
M ożna tu widzieć analogię i podobieństwo do teatru
Kantora, gdzie „klisze pam ięci” również ożywają tylko
na chwilę i „nie-do-końca”.21 Teatr Kantora nazywa­
ny jest „teatrem śm ierci”, Barthes pisze zaś, że foto­
grafia jest teatrem wynaturzonym, martwym teatrem
śm ierci.22

fii).14 Zauważając najpierw, że do odnalezienia prawdy
0 matce (prawdziwego obrazu matki) konieczne były
odczucia synestetyczne (§ 28), powiada dalej: „O to­
czony tymi fotografiami, nie mogłem znaleźć ukojenia
w wierszu Rilkego: ‘Słodkie jak wspomnienia, mimozy
nasycają sypialnię’. Fotografia niezdolna jest ‘nasycić’
sypialni; n i e m a z a p a c h u , n i e m a m u z y k i
- jest tylko wytrzeszczona rzecz. Fotografia jest brutal­
na: nie dlatego, że pokazuje rzeczy brutalne, ale dlate­
go, że za każdym razem przemocą napełnia wzrok i n i­
czego w niej nie można odrzucić ani przekształcić”.15
A nieco wcześniej, w tym samym rozdziale-paragrafie, pojawiają się jeszcze mocniejsze słowa ukazują­
ce ową szczególną „niemoc” fotografii (bądź niem oc
w obliczu fotografii): „Oto znów Fotografia z Ogrodu
Zimowego. Jestem sam na wprost niej, sam z nią. Ko­
ło zamyka się, nie ma wyjścia. Cierpię b ez r u c h u .
Okrutny, jałowy brak: nie mogę przekształcić mego bó­
lu, nie mogę zmienić kierunku mego spojrzenia; kultu­
ra nie przychodzi mi z pomocą, by w y p o w i e d z i e ć to
cierpienie, które przeżywam w całości jako b e z p o ­
ś r e d n i o wynikające ze skończoności obrazu (i dlate­
go, wbrew jego kodom, n ie m o g ę o d c z y t a ć z d j ę ­
c i a ) : Fotografia, moja Fotografia jest pozbawiona kul­
tury; kiedy sprawia ból, n ie m a w n i e j n i c , c o p o ­
z wo l i ł o b y p r z e k s z t a ł c i ć c i e r p i e n i e w ż a ł o b ę .
1 jeśli dialektyką nazywam tę myśl, która opanowuje
to, co ulega zniszczeniu i przemienia negację śmierci

W łaśnie w kontekście ambiwalencji, jak i swoiste­
go „niepowodzenia” opisywanego przez Barthes’a do­
świadczenia, warto przyjrzeć się uważnie filmowi D ym .
Historia - jak już wspomniałem - rozpoczyna się tam,
gdzie kończy się życie Barthes’a. Śmiertelny wypadek
przemienia się w wyratowanie spod kół. Można by
więc rzec, że Auster symbolicznie podejmuje wątek
1 opowiada historię raz jeszcze...
Kiedy pewnego dnia (a ma to miejsce również na
początku całej historii) pisarzowi zabraknie papiero­
sów, w ostatniej chwili przybiega do trafiki Auggie’ego
W rena. Pora zamknięcia minęła, lecz nikt się nigdzie
nie śpieszy: przyjaciele siadają przy piwie i papiero­
sach, zaś na stole pojawiają się albumy fotograficzne.
Auggie W ren - jak się okazuje - ma osobliwe hobby:
codziennie rano fotografuje ze swojego rogu, skrzyżo­

w siłę pracy, to Fotografia jest niedialektyczna: jest te­
atrem wynaturzonym, w którym śmierć nie może ‘być
kontemplowana’, odzwierciedlona i uwewnętrzniona,
lub jeszcze inaczej: martwym teatrem śmierci, wyklu­
czeniem Tragizmu; wyklucza ona wszelkie oczyszcze­
nie, uniemożliwia katharsis. [...] W Fotografii znieru­
chomienie Czasu przyjmuje zawsze formę przesadną,
monstrualną: Cz a s u l e g a z a s t o j o w i (stąd związek
z Żywym Obrazem, którego mitycznym prototypem
jest Śpiąca Królew na)”.16 Uwagi te zdają się podważać
to, co zostało wówczas powiedziane. Skrajnie metonimiczne odczucie realności zdjęcia (szczególnie w ta­
kim, jak ten opisany przez Barthes’a, przypadku)17 czę­
sto (najczęściej) nie pozwala na jego „uruchomienie”.
O tyle też zasadne jest twierdzenie Barthes’a, że foto­
grafia „jest bez przyszłości".18 Wskazywałem zresztą
wówczas nie tyle na tożsamość, ile na strukturalne po­

wania 3 Ulicy i 7 Alei, ten sam „fragment rzeczywisto­
ści”, codziennie o tej samej porze sporządza zapis tego
samego obramionego prostokąta, „swojej małej prze­
strzeni”, wypełniając „projekt”, dzieło własnego życia.
Ów szczególny rytuał zaowocował już ponad czterema
tysiącami zdjęć. Kartki albumu, każda wypełniona
czterema fotografiami, coraz szybciej przesuwają się
przed oczyma Paula, który wyznaje, że chyba nie bar­
dzo ów projekt rozumie. Wszak przed oczyma ma cały
czas „to samo zdjęcie”. Dopiero uwaga Auggie’ego - że
przegląda fotografie zbyt szybko, że ledwie patrzy na
zdjęcia, które są „takie same, a jednak każde jest in ­
n e”, jedne poranki są jasne, a inne ciemne, światło by­
wa letnie i zimowe, „czasem pojawiają się te same oso­
by, czasem inne, niekiedy te inne zaczynają być t[ymi]
sam[ymi], a tam te znikają” - sprawia, że spojrzenie
Benjam ina zatrzymuje się na każdym obrazie. Pole wi­

86

Sławomir Sikora ♦ PAM IĘĆ: PRZESTRZEŃ , W K T Ó R E J ZD ARZEN IA SIĘ PO W TA R Z A JĄ

dzenia (i ekran) wypełniają po kolei pojedyncze prze­
nikające się kadry, tym razem na dłużej. Wraz z pisa­
rzem zaczynamy dostrzegać, że jednak fotografie się
różnią, że każda z nich ukazuje inne postaci, inne
światło, że owa „tożsamość” jest w rzeczy samej bardzo
bogata i różnorodna. Jednak naprawdę „świat zatrzy­
muje się”, gwałtownie cofa do „owego czasu” dopiero
wówczas, gdy pisarz natrafia na p r z y p a d k o w o
uchwyconą na zdjęciu sylwetkę żony, która w jakiś
czas potem ginie wraz z noszonym w łonie dzieckiem
od p r z y p a d k o w e j kuli w trakcie bandyckiego na­
padu nieopodal sklepiku. Mimika twarzy pisarza odda­
je szok rozpoznania: „Jezu, patrz, to H elen... [...] To
H elen, spójrz na nią, spójrz na moje słodkie kocha­
nie...”23 Dalsze słowa więzną pisarzowi w gardle, kryje
twarz w dłoni, nie będąc w stanie powstrzymać emocji...
M ottem do Księgi Pamięci, drugiego autobiograficz­
nego eseju Austera pomieszczonego w tomie W ynaleźć
sam otność, są słowa z Przygód Pinokia Collodiego:
„—K i e d y u m a r ł y p ł a c z e , to znak, że wkrót­
ce o z d r o w i e j e —stwierdził z powagą Kruk.

Jedną z cech naszego świata jest, być może, to odwró­
cenie: że żyjemy według uogólnionego repertuaru
wyobrażeń”.27
Łzy (co w ciekawy sposób zauważają i Kruk, i So ­
wa) są oznaką em ocji, em ocje zaś są znakiem życia.
Cienie w Hadesie po spożyciu wody z rzeki Zapomnie­
nia błąkają się bez celu, podobnie rzecz się ma ze zmar­
łymi w Szeolu.28 Można by powiedzieć, że w zaświa­
tach nie ma em ocji, w swoisty sposób wiążą się to rów­
nież z niepam ięcią:29 Barthes powiada, że spotkał się
kiedyś z przyjaciółmi, którzy wspominali historie
z dzieciństwa, lecz on nie miał wspomnień, bowiem
poprzedniego dnia oglądał zdjęcia z dzieciństwa.30
W tym wyznaniu fotografie, podobnie jak w stwierdze­
niu Franza Kafki, służą nie tyle pamięci, ile raczej swo­
istemu zapomnieniu.31 O ile Barthes podkreśla, że je ­
go życie po śmierci m atki staje się, można by rzec, od­
wołując się do jego własnych porównań - pozbawione
jakości i em ocji, „płaskie” niczym fotografia (por.
przyp. 4 ), o tyle Auster konstatuje nieistnienie ojca,
jego przezroczystość, ale tym samym wskazuje na jego


Jakże mi przykro zaprzeczyć mojemu sławnemu brak, a jego uczucia wobec owego braku pozostają
przyjacielowi i znakomitemu koledze —wtrąciła się na
równie „płaskie”. W szczególny sposób oba te stany
to Sowa —lecz moim zdaniem p ł a c z n i e b o s z c z y k a
wyzbycia się em ocji (u Barthes’a i Austera) zbliżają ich
oznacza, że wcale n i e m a c h ę c i u m r z e ć ”.24
do siebie. Szczególna pustka zrównuje obu pisarzy
Barthes powiada, że nie płacze po m atce. „Mówi
w odczuciu b r a k u .
Powróćmy jednak do D ym u. Opisana powyżej sce­
się, że żałoba w swej postępującej pracy, powoli zacie­
na (szoku odkrycia fotografii żony) wydaje się punk­
ra ból; nie mogłem, nie mogę w to uwierzyć; ponie­
tem zwrotnym w historii Benjam ina: życie, które „za­
waż dla mnie Czas eliminuje uczucie utraty (nie pła­
trzymało się” na skutek związanego ze śmiercią żony
czę), to wszystko. Jeśli jednak chodzi o całą resztę,
wszystko t r wa bez zmiany. Ponieważ to, co utraci­
i dziecka traumatycznego przeżycia - zdolny pisarz,
łem, to nie Postać (M atka), lecz istota [être], a nawet
który całe dnie spędza przy maszynie do pisania, od
nie istota, lecz ja k o ść (dusza), nie niezbędna, lecz
kilku lat nic nie napisał (jak to ujął Auggie Wren:
niemożliwa do zastąpienia. M ogłem żyć bez M atki
„skończyło mu się szczęście”); teraz, kiedy „rana”32 zo­
(wszyscy to czynimy, wcześniej czy później), ale to ży­
staje ponownie dotknięta, „naocznie” doświadczona
w przeżyciu fotografii, sprowadza ból związany ze stra­
cie, które mi pozostało, będzie na pewno do końca
n ie-d o-p ojęcia [inqualifiable] (bez w artości)”.25 Ze
tą, zaś owo „zablokowane życie” wydaje się uwalniać.
zdziwieniem konstatuje to również A uster: „Zawsze
To właśnie doświadczenie „zamrożonego czasu”, po­
wyobrażałem sobie, że śmierć mnie ogłuszy, sparaliżu­
wtórny szok „dotknięcia” przeszłości (śmierci) staje się
punktem zwrotnym, uwalnia czas, który zaczyna po­
je rozpaczą. Lecz teraz, gdy już to się stało, nie uroni­
łem ani jednej łzy, n i e c z u ł e m , że z a w a l i ł s i ę
nownie płynąć (Barthes mówi o swoim stanie: „wszyst­
ś w i a t . W jakiś przedziwny sposób byłem całkowicie
ko t r w a bez zmiany”). Co ciekawe, i w tym przypad­
ku mamy do czynienia z dotknięciem przeszłości zna­
przygotowany na przyjście tej śmierci, pomimo jej
nagłości. N iepokoiło mnie coś innego, coś nie powią­
nej, ale jednocześnie jakby nieznanej (czyli można by
rzec - przypominając motyw „pamięci proustowskiej”
zanego ze śmiercią czy m oją reakcją: świadomość, że
o j c i e c n i e p o z o s t a w i ł ż a d n y c h ś l a d ó w ”.
A nieco dalej opisując ów dziwny fenom en n ieobec­
ności i „przezroczystości” o jca powiada: „Jadł, ch o ­
dził do pracy, m iał znajomych, lecz tak naprawdę był
nieobecny. W tym najgłębszym niewzruszonym sen­
sie był człowiekiem niewidzialnym”.26 Taki dziwny fe­
nom en „pozbawienia życia”, swoistej niem aterialności, t r w a n i a poza życiem i śmiercią zdaje się obser­
wować również Barthes, przywołując i kom entując
usłyszane niegdyś słowa: „Ktoś powiedział mi nie bez
racji o k lientach w kawiarni: ‘Proszę spojrzeć, jak są
przygaszeni, dzisiaj obrazy są bardziej żywe niż ludzie’.

- niejako zupełnie zapomnianej), fotografia, którą zo­
baczył pisarz nie była mu przecież wcześniej znana
(nieco podobnie - choć jednocześnie odmiennie rzecz się przedstawia z ową ostatnią-pierwszą fotogra­
fią matki Barthes’a). A mamy tu już do czynienia z zu­
pełnie innym doświadczeniem fotografii niż to, które
Auster opisał w autobiograficznym opowiadaniu Por­
tret człow ieka niewidzialnego (por. wyżej).
Niemniej można sądzić, że Auster sceptycznie od­
nosi się do tego, czy fotografia może pomóc w poradze­
niu sobie ze stratą bliskiej osoby; podobnie jest zresztą
z samym aktem pisania. W połowie eseju Portret czło­

87

Sławomir Sikora ♦ PA M IĘĆ: PRZESTRZEŃ , W K T Ó R E J ZD ARZEN IA SIĘ PO W TA R Z A JĄ

w ieka niewidzialnego wyznaje: „Zadana została rana
i teraz już wiem, że jest bardzo głęboka. Lecz akt pisa­
nia, zamiast podziałać, jak oczekiwałem, kojąco, moją
ranę tylko zaognił”.33
Pisząc o doświadczeniu patrzenia na fotografie
zmarłego ojca, Auster zauważa, że na zdjęciach „trwał
[on] w pewnym z a w i e s z e n i u , zamknięty w jakimś
kosmosie, który nie miał nic wspólnego ze śmiercią, do
którego śmierć w ogóle nie miała wstępu”.34 W kultu­
rach tradycyjnych sfera śmierci (zmarłych) i życia (ży­
wych) były ściśle rozdzielone. W określonych sytu­
acjach mogło dojść do połączenia obu sfer. Jedną z ta­
kich okoliczności była na przykład czyjaś śmierć, ale też
rytualny czas spotkania obu stron w trakcie obrzędów
zaduszkowych.35 Czas śmierci, pogrzebu i żałoby był
okresem szczególnym. Do czasu pogrzebu zatrzymywa­

syzyfowe powtarzanie, zanurzenie w stanie „nadziei że”
coś się napisze; zaś jednostajnie płynący, powtarzający
się czas sam staje się bezczasem.42
W Dymie to wyjście poza przestrzeń pracy-niepracy,
wyjście z pogrążenia w aczasowym trwaniu dokonuje się
poprzez rozpoznanie, powrót do „tego, co było”, szok
dotknięcia czasu przeszłego. Ale samo owo rozpoznanie
(„szok”) nie wystarcza. D otknięcie tego „co było”
(śmierci) powinno się przełożyć na uruchomienie czasu,
na czas otwarty na przyszłość. I w taki sposób postępu­
je w Dymie Auster. Opowiedziana w filmie historia zde­
cydowanie unika unilinearności, poszczególne wątki
odbijają się w sobie, tworząc pogmatwany i złożony
splot. Splot, który wykracza poza „fotograficzną przygo­
dę” i nie zostanie w związku z tym tutaj w pełni podjęty.43 Jednak dla większej jasności zarysuję tu syntetycz­
nie kilka wątków. Paul Benjam in dwukrotnie realnie
i raz metaforycznie, dotyka śmierci (wypadek, pojawie­
nie się gangsterów, rozpoznanie na fotografii zmarłej żo­
ny), lecz samo owo „dotknięcie” nie wystarcza. Kiedy
zostaje wyratowany spod kół ciężarówki, chciałby się od
razu odwzajemnić, bo tego wymaga nasza techniczna
cywilizacja, sprowadzając wzajemność do „tu i teraz”
(takie natychmiastowe odwzajemnienie się wiedzie
właśnie do „zamknięcia”, sugeruje relację kupiecką opuszczając sklep, nie mamy już żadnych zobowiązań).
Odmiennie wydaje się myśleć czarnoskóry chłopiec, ów
posłaniec z innego świata, który wprowadza do historii

no zegary - czas przestawał płynąć, podobnie żałoba
nie jest jeszcze czasem zwykłym. Można powiedzieć, że
zamknięcie zmarłego w fotografiach pozostawia go sta­
le w przestrzeni pośredniej, między światem żywych
a światem zmarłych, pozostają oni zamknięci w szcze­
gólnym kosmosie, do którego śmierć nie ma wstępu
(por. cytowane na początku słowa Austera). A le w tym
samym kosmosie trwania na granicy życia i śmierci mo­
gą zostać zatrzymani również żywi patrzący na fotogra­
fie zmarłych. „Koło zamyka się - pisze Barthes - nie ma
wyjścia. Cierpię bez ruchu. Okrutny, jałowy brak: nie
mogę przekształcić mego bólu, nie mogę zmienić kie­
runku mego spojrzenia; kultura nie przychodzi mi z po­
mocą, by wypowiedzieć to cierpienie, które przeżywam
w całości jako bezpośrednio wynikające ze skończoności obrazu (i dlatego, wbrew jego kodom, nie mogę od ­
czytać zdjęcia): Fotografia, moja Fotografia j e s t p o ­
z b a w i o n a k u l t u r y ; kiedy sprawia ból, nie ma
w niej nic, co pozwoliłoby przekształcić cierpienie w żałobę”.36 Patrząc na fotografie, w bezczasie37 zdaje się
również pogrążać Barthes; patrzenie na fotografie za­
myka przed nim przyszłość (fotografia jest bez przyszło­
ści), czyli także nadzieję: „mogłem już tylko oczekiwać
swojej totalnej, niedialektycznej śmierci”.38 „Między
doświadczeniem nadziei a doświadczeniem przestrzeni
życiowej człowieka zachodzą głębokie powiązania”39
- zauważa Józef Tischner. Nadzieja - pisze w Zarysie f e ­
nomenologii i metafizyki nadziei Gabriel M arcel - wiąże
się zawsze z projektem otwartym (w przeciwieństwie
do „nadziei że”). Nadzieja jest przeciwieństwem rozpaczy.40 A gdzie indziej zauważa: „Dusza istnieje tylko
dzięki nadziei; nadzieja, być może, stanowi sam ten
materiał, z którego uczyniona jest nasza dusza. [...]
U tracić nadzieję co do siebie samego, czyż nie znaczy
to antycypować własne samobójstwo?”.41
A po trosze podobnie dzieje się z Paulem B enjam i­
nem, który choć po śmierci żony i dziecka „zamyka się
w pracy”, to jest to szczególna praca, która nie niesie
żadnych efektów. Pracę, która nie przynosi żadnych
efektów, można by nazwać pracą-niepracą, a pogrąże­
nie w niej oznacza zamknięcie w sferze znamionującej

inny czas. Można powiedzieć, że wymiana staje się two­
rzącym kulturę rytuałem, gdzie tradycyjna zasada do ut
des nie sprowadza się już do natychmiastowej wymiany.44 Kiedy pisarz uznaje, że zrewanżował się już chłop­
cu za uratowanie życia i prosi go o wyprowadzenie się
z mieszkania, ten odwzajemnia się stwierdzeniem (i tu
znowu pojawia się projekt otwarty): że Benjam in jest
świetnym pisarzem. Czy można zatem czarnoskórego
chłopca nazwać „współczesnym Hermesem”, psychopomposem? Zauważmy, że Rashid vel Thomas vel Paul
dwukrotnie ratuje Benjaminowi życie, raz spod kół cię­
żarówki (Hermes jest również opiekunem podróżnych),
innym razem to on wzywa pomoc, policję, kiedy pisarza
nachodzi dwóch czarnych rzezimieszków, poszukują­
cych zresztą samego Rashida. Ciągle zmienia on też
imiona, opowiadając historie, które odbierane literalnie
można by nazwać kłamstwami, ale przecież wcale nie
jesteśmy skłonni ich tak klasyfikować (Hermes obiecu­
je nie kłamać, choć jednocześnie nie obiecuje mówić
prawdy45); chłopiec zamieszany jest w przywłaszczenie
pieniędzy, ale również i w tym przypadku wcale tego
faktu nie mamy ochoty nazwać kradzieżą (Hermes był
wszak opiekunem kupców i złodziei).
Dym utkany jest z materii doprawdy przedziwnej:
realistycznej i mitycznej zarazem. Opowiadane (oglą­
dane) zdarzenia potrącają struny chwili, lecz dźwięk
brzmi już w pudle rezonansowym czasu mitycznego,
w wieczności. Temu umitycznieniu sprzyja pewnie
fakt, że słyszymy kilka wersji „jednej” (w dużym cudzy­

88

Sławomir Sikora ♦ PAM IĘĆ: PRZESTRZEŃ , W K T Ó R E J ZD ARZEN IA SIĘ PO W TA R Z A JĄ

Barthes pisze, że jego Fotografia (Fotografia matki)
„jest pozbawiona kultury”.48 I ta ostatnia książka, jed ­
na z niewątpliwie najciekawszych prac, jakie powstały
0 fotografii, staje się właśnie jego ostatnią książką. Nie
ma wyjścia poza kulturę. Pozostaje literalna śmierć...

słowie) historii, „jednego tem atu”, tak na przykład po­
jawia się cały szereg „wariacji” na tem at poszukiwania
ojcostwa (a tym samym tożsamości): motyw ów, śle­
dzimy w wydaniu Rashida, ale wersjami tego tematu
odbitego w odległych zwierciadłach są historie niedo­
szłego ojcostw a pisarza, dom niem anego ojcostw a
Auggie’ego, żartobliwie odegranej synowskiej relacji
pisarza wobec czarnego chłopca. Rashid spotykając o j­
ca przybiera imię i nazwisko pisarza, a lustrzaną odbit­
ką nawiązywania relacji przez „nie rozpoznanego” R a­
shida jest historia Auggie’ego podszywającego się pod
wnuka starej niewidomej Murzynki. Zwieńczeniem zaś
może być niezwykła anegdota opowiedziana przez pi­
sarza o synu, który spożywając kanapkę na stoku w A l­
pach nagle (przez przypadek!) pod taflą lodu odkrywa
twarz ojca, który zginął niegdyś przysypany lawiną.
Odnaleziony o jciec jest „młodszy” niż syn. A z a m r o ż o n a p o d l o d e m t w a r z nie jest niczym in ­
nym ja k jeszcze jed ną m e t a f o r ą f o t o g r a f i i
(zresztą to już chyba ostatni fotograficzny wątek w tym
filmie). Wszystkie owe historie opowiedziane są z nie­
bywałym smakiem i najczęściej nie wprost. W zorco­
wym przykładem może być ta opowiedziana przez ojca
Thom asa czarnemu chłopcu (w którym nie rozpozna­
je syna). Opowieść wydaje się możliwa tylko dlatego,
że w całą historię wbudowany jest podwójny dystans:
słuchaczem jest „obcy”, zaś w narrację, jako sprawca
tragicznych wydarzeń, włączony jest Bóg. Opowieść
ma podwójny sens: znaczy co innego dla opowiadają­
cego (motywuje brak ręki) i co innego dla słuchające­
go (Rashid rozumie, dlaczego został porzucony przez
ojca). Słyszymy tylko jedną wersję, „część” opowieści.
Łączy się ona z inną „częścią”, którą tak chłopiec, jak
i my, znamy skądinąd. W tym znaczeniu opowieść ta
jest symboliczna. Na powrót łączy to, co wcześniej zo­
stało rozłączone. Symbol w swoim etymologicznym
znaczeniu to przedmiot rozłamany na dwie części, któ­
rych powtórne złożenie pozwala na rozpoznanie się ich
właścicielom. W ersja ojca składa się z wersją syna. Syn
rozpoznaje ojca, którego wcześniej nie znał, ale też
znać nie chciał. Prawda opowiedziana nie równa się
prawdzie usłyszanej. Opowieść zawiera, można by
rzec, nadwyżkę prawdy. Chłopcu, który dotychczas
skrywał się pod różnymi imionami i za wymyślonymi
fabułami, umożliwia odnalezienie ojca - zrozumienie
jego historii pozwala na odszukanie wewnętrznej z nim
wspólnoty, ale tym samym własnej tożsamości, osadze­
nie w określonej tradycji.
Wszystkie owe wariacje na tem at ojcostwa można
odbierać jako pochwałę kultury, jej wielości, jak też
faktu, że tylko ona potrafi stworzyć przestrzeń, w któ­
rej dzięki powtórzeniu i zmianie może przebiegać życie
ludzkie. Dodajmy, że mamy tu do czynienia nie tylko
z kulturą w wymiarze poziomym, lecz również wertykalnym.46 Taka jest przecież symbolika dymu, który łą­
czy świat ziemski ze światem górnym, czas ziemski
z niebiańskim.47

Przypisy
1

Zdanie tytułowe zaczerpnięte z: P Auster, Księga Pamięci, [w:]
Wynaleźć samotność, przeł. K. Zabłocki, Noir sur Blanc, Szwaj­
caria 1996, s. 78
Niniejszy tekst powstał na początku 2002 r. i stanowi (z niewiel­
kimi odstępstwami) ostatni rozdział rozprawy doktorskiej M ię­
dzy dokumentem a symbolem. O fotografii w kulturze, napisanej
pod kierunkiem Profesora dra hab. Wiesława Juszczaka. Może
też, jak sądzę, stanowić przyczynek do dyskusji wokół drukowa­
nego w numerze „Kontekstów” (3-4/2002) rewelatorskiego tek­
stu Dariusza Czai (Zycie, czyli nieprzejrzystość. Poza antropologię
—kultury). Sądzę bowiem, że Dariusz Czaja, krytykując „kultu­
rę” w dookreśleniu antropologii, nieco osobliwie ustawia sobie
i przeciwników (przede wszystkim semiotykę kultury), i poplecz­
ników. Jest znamienne, że zastanawiając się nad n i e o b e c n o ­
ś c i ą kategorii „życia” w etnologii/antropologii, poszukując po­
pleczników, sięga zrazu do poezji (Henryk Kwiatek, Świetlickiego). „Co antropolog kultury ma do powiedzenia o przytoczonym
[...] jednym ledwie fragmencie [idzie o wspomniany wiersz, ale
może i po trosze film Marcela Łozińskiego, Wszystko m oże się
przytrafić] zwyczajnej egzystencji?” —pyta, zapominając choćby
o przejmujących, analizowanych przez Jacka Olędzkiego zapi­
skach Teresy Trojanowskiej (Troski życiowe i kłopot z istnieniem
(Pacierze w zapiskach domowych Teresy Trojanowskiej 1957­
1968), „Polska Sztuka Ludowa” 4/1988), tekstach Jamesa Clifforda m.in. o Malinowskim i Leirisie (teksty odpowiednio
w „Kontekstach” 3-4/92, 1-2/99; tego ostatniego LAfrique
fantôm e), a także ważnym antropologicznym świadectwie Poza
antropologią Kirsten Hastrup (nr 2/98; od której jak rozumiem
zapożyczył częściowo tytuł) nie mówiąc już o N um ber O ur Days
Barbary Myerhoff. Otóż kategoria życia istnieje w etnologii od
dawna, warto ją sproblematyzować, ale żeby to zrobić, należy ją
tam najpierw dostrzec. Niniejszy tekst, choć traktuje o fotogra­
fii, pamięci i śmierci, to jednak, jak sądzę, jest również tekstem
w ła ś n ie o ż y c iu , także o banalnym wymiarze pewnych pod­
stawowych doświadczeń ludzkich.

2

Por. moją interpretację tegoż filmu Dym nad Brooklynem,

3

M. Starenko, Roland Barthes: herezja sentymentu, „Obscura” Biu­

„ResPublica Nowa” nr 3, 1997
letyn Federacji Amatorskich Stowarzyszeń Fotograficznych
w Polsce, nr 5, 1982, s. 6
Warto zauważyć, że niniejszy tekst należy traktować jako kon­
tynuację, ale także polemikę (i przewartościowanie) mojego
wcześniejszego tekstu dotyczącego Barthes’a i jego książki C a ­
m era lucida. W owym tekście (Cam era lucida. Pamięć i fotografia,
opublikowanym w: „Kwartalnik Filmowy” nr 29-30, wiosna-lato, 2000) starałem się zestawić opisane przez Barthes’a doświad­
czenie „spotkania” z Fotografią matki z Proustowskim doświad­
czeniem pamięci mimowolnej, a także pewnymi zagadkowo
brzmiącymi sformułowaniami w Małej historii fotografii Waltera
Benjamina.
4

Rozważania o związku śmierci z fotografią mogłyby stać się
podstawą odrębnego tekstu. O to jeden z istotnych fragmen­
tów, „próbka” tych ciekawych refleksji: „ze swej strony wolał­
bym, by zamiast umieszczać narodziny Fotografii w kontekście
społecznym i ekonomicznym, zastanowić się raczej nad antro­
pologicznym związkiem pomiędzy śmiercią a tym nowym obra­

89

Sławomir Sikora ♦ PA M IĘĆ: PRZESTRZEŃ , W K T Ó R E J ZD ARZEN IA SIĘ PO W TA R Z A JĄ

zem. Bowiem w każdym społeczeństwie śmierć musi gdzieś zna­

(choć miała miejsce dopiero w 1919 r.; Lesy „opowiada” o wy­

leźć swoje miejsce: jeśli nie jest nim (lub jest w mniejszym stop­

darzeniach z przełomu X IX i X X w. por. S. Sikora, Fotografia
schyłku...); P Auster, Portret człowieka niewidzialnego, s. 35-50

niu) religia, musi ono być gdzie indziej: może w tym właśnie
obrazie, który stwarza śmierć, pragnąc zachować życie. Współ­

12

czesna zanikaniu obrzędów, Fotografia odpowiada być może

13

S. Sikora, Cam era lucida. Pamięć i fotografia.

wtargnięciu w nasze współczesne społeczeństwo śmierci asym-

14

R. Barthes, Światło obrazu, § 35. W sprawie fragmentu i praw­

bolicznej, poza religią, poza obrzędem, nagłemu zanurzeniu się

dy opisu por. [R. Barthes], Roland Barthes by Roland Barthes

w Śmierć dosłowną. Zycie/Śmierć: paradygmat sprowadza się do

przeł. R. Howard, Milland Wang, New York 1977, s. 58 i 92-95.

zwykłego pstryknięcia, które dzieli wyjściową pozę od papiero­

Clifford Geertz, dyskutując o problemie spójności deskrypcji

wego końca.

kulturowej i prawdy, powiada m.in.: „nie ma nic bardziej spój­

Wraz z Fotografią wkraczamy w Śmierć płaską. Kiedyś po wykła­

nego niż iluzje paranoika i historie oszusta”, C. Geertz, Opis gę­

dzie ktoś powiedział mi z pogardą: ‘Tak płasko mówi pan

sty: w stronę interpretatywnej teorii kultury, przeł. S. Sikora, [w:]

o Śmierci’. - Jak gdyby zgroza śmierci nie zawierała się właśnie

Badanie kultury (w druku, Wydawnictwo PW N; pierwodruk

w jej banalności! Zgroza to właśnie to: nie mieć nic do powie­

1973).
15

dzenia o śmierci osoby, którą kochałem najbardziej, nic do po­
wiedzenia o jej zdjęciu, które kontempluję nie mogąc nigdy po­

nienie spacją dodane - S.S.).
16

Tamże (kursywa w oryginale, wyróżnienie spacją dodane - S.S.).

u kresu tej pierwszej śmierci wpisana jest moja własna śmierć;

17

Przypominam, że w swoim opisie odniesienia (referencji) w fo­
tografii Barthes przesuwa akcent z „rzeczowości” na czas, bar­

dynym wyjściem: mówić o tym, że nie mam nic do powiedze­

dziej akcentuje „to było” niż „co to było”.

nia.” R. Barthes, Cam era lucida, Refleksje o fotografii, tłum.

18

R. Barthes, C am era lucida, § 37

E. Modzelewska-Sikora, „Kino” nr 3, 1992, s. 38. Omawiana

19

Warto jednak pamiętać, na co już zwracałem uwagę, że książki

książka Barthes’a doczekała się już przekładu, niemniej będę ją

Barthes’a nie można czytać chronologicznie, m.in. w §§ 45 i 47

tu przytaczał w różnych tłumaczeniach, kiedy zaś mówię ogól­

francuski krytyk w istotny sposób ponownie odwołuje się do

nie o książce, będę korzystał z właściwego moim zdaniem tytu­

przeżycia odnalezienia matki na Fotografii.

łu, tj. właśnie C am era lucida.

20

Jane Campion), która nie tyle wieńczy ślub, ile go raczej zastę­

giej połowie lat osiemdziesiątych, nie zdawałem sobie jeszcze

puje. Warto zaznaczyć, że tak „zawarte” małżeństwo kończy się

sprawy, że jej autor nie żyje, że umarł w tak szczególny sposób

niepowodzeniem. Por. S. Sikora, Po co jechać na N ow ą Zelandię?:
„Fortepian”, „Kino” nr 11, 1994

wiałem się wówczas, jak można nadal pisać po książce tak „osta­

21

L. Caplan, T. Kantor, K. Rabińska, M etoda klisz, „Dialog” nr 12,

tecznej”, tak przepojonej medytacją nad śmiercią, śmiercią

1980; K. Pleśniarowicz, Teatr śmierci Tadeusza Kantora, V E R ­

(niedawno) zmarłej matki, ale także własną: „Mogłem już tylko

BA, Chotomów 1990, s. 43-53; T. Kantor, O fotografii z Tade­

oczekiwać swej totalnej, niedialektycznej śmierci” (R. Barthes,

uszem Kantorem . Rozmawia Andrzej Matynia, „Projekt” nr 3,

Światło obrazu. Uwagi o fotografii, przeł. J. Trznadel, Wydawnic­

1987, s. 17-18

two KR, Warszawa 1995, s. 29). Książka wydała mi się jedno­

22

znacznie testam entem . Dopiero później dowiedziałem się

23

R. Barthes, C am era lucida, § 37
Dialogi z filmu cytuję za wersją kasetową: Dym, Paula Austera

o śmierci Barthes’a.

i Wayne’a Wanga (1994), kaseta wideo, Gutek Film. Firmie

Czyli 84. Por. M. Jay, T he Cam era as Memento Mori: Barthes,

Gutek Film i Pani Katarzynie Sadowskiej dziękuję za udostęp­

Metz, and Cahier du Cinéma, [w:] tegoż, Downcast Eyes. T he D e­

7

Przypominam scenę „fotografii ślubnej” z filmu Fortepian (reż.

Kiedy po raz pierwszy czytałem C am era lucida, a było to w dru­

kilka dni po tym, jak książka ujrzała światło dzienne. Zastana­

6

R. Barthes, C am era lucida, § 37 (kursywa w oryginale, wyróż­

głębić, przekształcić. Jedyna ‘myśl’ jaka się pojawia, to ta, że
pomiędzy nimi pozostaje już tylko czekać; ta ironia jest moim je ­

5

Tamże, s. 18 (wyróżnienie spacją dodane - S.S.).

nienie mi kasety z filmem.

nigration o f Vision in Twentieth-Century French Thought, Univer­

24

I? Auster, Księga Pamięci, s. 71 (wyróżnienie spacją dodane - S.S.).

sity of California Press 1993, s. 451

25

R. Barthes, Światło obrazu, § 31 (tłum. zmodyfikowane, wyróż­

26

P Auster, Portret człowieka niewidzialnego, s. 10 (wyróżnienie

swojej nieopublikowanej książki (Brooklyn Boogie, reż. Paul Au­

27

R. Barthes, Światło obrazu, § 48, tłum. zmodyfikowane - S.S.

ster i Wayne Wang, 1995). Nie udało mi się odnaleźć śladu obec­

28

Por. np. przypisy do P Auster, Wynaleźć samotność, czy też właśnie

nienie spacją dodane - S.S.).

„literackie anegdoty”, np. o Michaile Bachtinie, który ulegając
nałogowi palenia w czasie II wojny światowej miał spalić rękopis

spacją dodane - S.S.).

ności Rolanda Barthes’a w twórczości Austera. Ale czy ta nie­

Por. np. T Zieliński, Homer - Wergliusz - Dante, [w:] tegoż, Po co
Homer?, W L, Kraków 1970; O. Hugolin Langkammer OFM, Słow­

obecność nie przypomina nieobecności Waltera Benjamina (obo­

nik biblijny, Księgarnia św. Jacka, Katowice 1982, hasło: Otchłań.

wiązuje wymowa niemiecka) w Cam era lucida Barthes’a? Czy na­

29

zwisko Paula Benjam ina może być aluzją do postaci Waltera

Por. S. Sikora, Cmentarz. Antropologia pamięci, „Polska Sztuka
Ludowa” nr 1-2, 1986

Benjam ina i osoby samego autora - Paula Austera?

30

8

Wchodzi on w skład książki Wynaleźć samotność.

31

9

W opisie tym można doszukać się podobnej fascynacji zdjęcia­

są pewnego rodzaju zamykaniem oczu.” G. Janouch, Rozmowy

mi do tej, którą odnajdujemy w albumie M ichaela Lesy (Wi­

z K afką. Notatki i wspomnienia, przeł. J. Borysiak i E. Dyczek,

R. Barthes, Światło obrazu, § 37
„Fotografuje się rzeczy, aby wypłoszyć je z umysłu. Moje historie

sconsin Death Trip, przedmowa W. Susman, Pantheon Books,

Czytelnik, Warszawa 1993, s. 52 (por. również s. 204-5). To pa­

New York 1973; por. także mój tekst: Fotografia schyłku wieku.

radoksalne zdanie dotyczące zdjęcia (pamięci zewnętrznej) Kaf­

Fotografia i mit, „Konteksty. Polska Sztuka Ludowa” nr 1-2,

ki można również interpretować jako ideowo bliskie ukazanej

10

1994).
P Auster, Portret człowieka niewidzialnego, s. 17-18 (wyróżnienie

wyobraźnia, „Konteksty. Polska Sztuka Ludowa” nr 3-4, 1992

11

Np. historia rozerwanej i sklejonej fotografii, z której został usu­

w Fajdrosie krytyce pisma. Por. S. Sikora, Fotografia - pam ięć -

spacją dodane - S. S.).

32

Odnośnie do etymologicznego związku rany, traumy i punctum
por. S. Sikora, C am era lucida. Pamięć i fotografia.

nięty dziadek narratora, Harry Auster, a historia, której ona do­

33

P Auster, Portret człowieka niewidzialnego, s. 34 (por. też przyto­

tyka, działa się w Kenoshy (Wisconsin) i mogłaby śmiało rów­

czone na początku niniejszego rozdziału cytaty dotyczące do­

nać się z tymi, które przytacza w swoim albumie M ichael Lesy

świadczenia oglądania zdjęć zmarłego ojca). Pisarskie próby Au-

90

Sławomir Sikora ♦ PAM IĘĆ: PRZESTRZEŃ , W K T Ó R E J ZD ARZEN IA SIĘ PO W TA R Z A JĄ

stera uporania się z traumą związaną ze śmiercią ojca (Portret...)

wie, Warszawa 1995; K. Lipka, Zycie dla muzyki, muzyka dla cie­

nie wydają się też w pełni (literacko) udane. Pod tym względem

ni... Wizja baroku w filmie „Wszystkie poranki świata” A laina C or­

M atka odchodzi Tadeusza Różewicza (Wydawnictwo Dolnoślą­

neau; S. Sikora, Święte pożegnanie, D. Czaja, Wariacje na tematy

skie, Wrocław 1999) jest pozycją zdecydowanie ciekawszą.

orfickie; trzy ostatnie teksty w: „Kwartalnik Filmowy” nr 6, lato

34

Tamże, s. 18

1994. Przypadek to tym ciekawszy w odniesieniu do tych tu

35

O ile zaświatom można przypisać niepamięć, o tyle czasem,

analizowanych, że Sainte Colombe zdaje się nie mieć „nadziei

w szczególnych okresach, zmarli (w tradycji ludowej) również

że” zmarła żona „powróci”... i dlatego właśnie przychodzi ona

byli obdarzeni pamięcią. O pamięciowym związku obu światów

na spotkanie z nim. O „nadziei że” Marcel pisze: „W tej mierze,

por. S. Sikora, Cmentarz. Antropologia pamięci, oraz Z. Benedyk-

w jakiej traktujemy rzeczywistość jako coś, co można zniewolić

towicz, Przestrzenie pamięci, [w:] Film i kontekst, pod red. D. Pal-

i oddać naszej dyspozycji, stajemy się nie tylko winni uzurpacji,

36
37

czewskiej i Z. Benedyktowicza, Wrocław-Warszawa-Kraków-

ale wbrew pozorom stajemy się obcy sami sobie”, G. Marcel, Za­

-Gdańsk-Łódź 1988, a także J. S. Wasilewski, Po śmierci wędro­

rys fenomenologii... , s. 61

wać. Szkic z zakresu etnologii świata znaczeń, „Teksty” nr 3 i 4,

43

1979. Odnośnie „dematerializacji zaświatów” porównaj świetny

44

Por. moją interpretację tego filmu: Dym nad Brooklynem.
Por. opis obrzędu kula B. Malinowski, Argonauci Zachodniego

esej Bolesława Micińskiego, Podróże do piekieł, [w:] tegoż, Pisma.

Pacyfiku, przeł. B. Olszewska-Dyoniziak i S. Szynkiewicz, [w:]

Eseje, artykuły, listy, Znak, Kraków 1970

tegoż, Dzieła, t. 3, PWN, Warszawa 1981; a także G. van der Le-

R. Barthes, Cam era lucida, § 37 (kursywa w oryginale, wyróż­

euw, Fenomenologia religii, przeł. J. Prokopiuk, KiW, Warszawa

nienie spacją dodane - S.S.).

1978, s. 398-408; M. Mauss, Szkic o darze. Forma i podstawa wy­

Por. K. Barańska, Bezczas fotografii, [w:] Czas w fotografii. Czas fo ­

miany w społeczeństwach archaicznych, przeł. K. Pomian, [w:] te­

tografii, katalog wystawy pod tym samym tytułem [kurator wysta­

goż, Socjologia i antropologia, PWN, Warszawa 1973. W tak poj­

wy i redaktor katalogu - Barbara Major], Miejska Galeria Sztuki

mowanej szerokiej perspektywie krążenia dóbr, spośród których

w Częstochowie, Częstochowa 18 grudnia 2001 - 3 lutego 2002

jednym z ważniejszych w tym filmie jest s ł o w o , o p o w i e ś ć ,

38

R. Barthes, Światło obrazu, § 29

starałem się ująć ten obraz w mojej jego interpretacji. Por. Dym

39

J. Tischner, Ludzie z kryjówek, [w:] tegoż, Myślenie według w ar­

nad Brooklynem.

40

„Rozpacz jest tu rodzajem z a c z a ro w a n ia albo, ściślej mówiąc,

szawa 1992, § 17; V. Crapanzano, H erm es’ Dilemma: T he M a­

u ro k u , złowrogiego aktu godzącego w to, co zgodziłbym się na­

king o f Subversion in Ethnographic Description, [w:] J. Clifford

zwać samą substancją mojego życia.” G. Marcel, Zarys fenom e­

i G.E. Marcus (red.), Writing Culture. T he Poetics and Politics o f

nologii i metafizyki nadziei, [w:] tegoż, H om o viator, przeł. P. Lu­

Ethnography, University of California Press, Berkeley, Los A n ­

tości, Znak, Kraków 1982, s. 415

41
42

45

Por. R. Graves, Mity greckie, przeł. H. Krzeczkowski, PIW, W ar­

bicz, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1984, s. 43 (wyróż­

geles, London 1986

nienie spacją dodane - S.S.), a szerzej, s. 29-70

W etnologii odnośnie do takiej szczególnej postaci obecnego

G. Marcel, Dziennik metafizyczny, [w:] tegoż, Być i mieć,

w m itach i obrzędach mediatora używa się często terminu trick­

przeł. P Lubicz, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1986, s. 68

ster. Por. np. K. Hastrup, Poza antropologią. Antropolog jako

To, że nie musi się tak stać, że samo zamknięcie (na skutek

przedmiot przedstawienia dramatycznego, przeł. G. Godlewski,

śmierci bliskiej osoby) nie zawsze musi prowadzić do „bezru­

„Konteksty. Polska Sztuka Ludowa” nr 2, 1998

chu”, znakomicie dowodzi przypadek Pana de Sainte Colom-

46

be’a opowiedziany przez Alaina Corneau we Wszystkich poran­

47

kach świata (1991). Por. W. Juszczak, Dlaczego?, [w:]tegoż, Frag­

J. St. Pasierb, Pionowy wymiar kultury, Znak, Kraków 1983
Por. np. P. Kowalski, Leksykon znaki świata. Omen, przesąd, zna­
czenie, PWN, Warszawa-Wrocław 1998, hasło: Dym, s. 105-109

menty. Szkice z teorii i filozofii sztuki, Zamek Królewski w Warsza­

48

R. Barthes, Cam era lucida, § 37

6. Afganistan. Bamjan. Widok na całą dolinę. Widoczne dwa kolosalne posągi Buddy i cele mnichów wykute w skale.
Fot. Anna Beata Bohdziewicz

91

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.