Tradycja i współczesność. Aktor / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2001 t.55 z.1-4

Item

Title
Tradycja i współczesność. Aktor / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2001 t.55 z.1-4
Description
Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2001 t.55 z.1-4, s.413-417
Creator
Michera, Wojciech
Date
2001
Format
application/pdf
Identifier
oai:cyfrowaetnografia.pl:2876
Language
pol.
Publisher
Instytut Sztuki PAN
Relation
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:3072
Text
Wojciech Michera • TRADYCJA I WSPÓŁCZESNOŚĆ. AKTOR

W

Prologu Ajschylosowego Agamemnona, na
nocnym niebie, nad pałacem Atrydów, po¬
jawią się dziwny blask. T o od dawna wycze­
kiwany znak, przeznaczony dla Klitajmestry: Troja
upadła. Radosną nowiną (euangelos) królowa dzieli się
nazajutrz z Przodownikiem Chóru: „Niechże dzień ten
z nocy-matki narodzony / wierny będzie tej wieści, któ­
rą noc przyniosła!". Rozmówca jednak niedowierza:
„Maszli jasne dowody, pani, że to prawda?"; „Czy to
senne marzenie dało ci tę wiarę?". Usłyszawszy zaś, że
gród Priama wzięto ostatniej nocy, pyta: „Jakiż goniec
tak szybki wieść tę przynieść zdołał?". Klitajmestra
więc odpowiada:
Hefajst, pan ognia! Znak nam śłe ze szczytów Idy
płomienny. Znak ten chwyta i podaje dalej
ognisko za ogniskiem... Ida Hermesowej
na Lemnos go przesyła skale; zapaloną
na wyspie wielką żagiew przejmuje Atosu
Zeusowy szczyt. Wysoko - aż się poprzez morze
wesołym blask przerzucił mostem [...]
[291n., tł. Stefan Srebrny]
Dalej następuje szczegółowy opis trasy, wzdłuż któ­
rej rozpięty został ten ogniowy telegraf. Kończąc, K l i ­
tajmestra mówi:

WOJCIECH

MICHERA

Tradycja
i współczesność.
Aktor*
Podobnie tradycja - chociaż jej najgłębszym sensem
jest wierne trwanie, zawsze niesie w sobie też zalążek
zdrady. W modelu wziętym z tragedii Ajschylosa jej f i guracją wydaje się Klitajmestra - ostatnie, najważniej­
sze ogniwo ogniowego łańcucha. Gdy więc na koniec
pierwszego epeisodionu schodzi ona ze sceny (zapewne
po to, by w pałacu szykować się na ptzybycie męża) chór
komentuje dotychczasowe jej grzeszne poczynania:
Zwycięża szept zgubnej, złej pokusy [peitho],
opętań, złud, ciemnych pragnień córy...
Na wszelki lek - za późno! Darmo kryjesz
występek! Widzą! Strasznym płonie światłem grzech!
Wytarty, niby pieniądz zły
w wędrówce długiej z rąk do rąk,
fałszywy jużeś stracił blask,
już otoś cały czarny - patrz!

Taki to był ów wyścig, tak z ręki do ręki
wędrowała pochodnia - jeno że w tym biegu
i pierwszy, i ostatni jednako zwycięża.
Przywołuję tę scenę nie po to, by poddawać ją filolo­
gicznej albo historycznej interpretacji. Przedstawiony
w niej opis niezwykłej i z rozmachem pomyślanej tech­
niki komunikacyjnej wydaje m i się znakomitą ilustra­
cją, poglądowym modelem pojęcia „tradycji", rozumia­
nej jako proces dziedziczenia kultury (lub też proces,
który z kulwrą można utożsamić). „Z ręki do ręki" po­
dawać - chwytać i przekazywać dalej - taki sens zawie­
ra się w łacińskim słowie traditio, pochodzącym od cza­
sownika trado, będącego złożeniem trans („za", „po
tamtej stronie") i do („daję"). Tak właśnie, jak to jest
u Ajschylosa (nawet jeśli, trzeba przyznać, zbieżność
sformułowań zwiększa się nieco w wykorzystanym tu
tłumaczeniu Stefana Srebrnego).
Zarazem, w tej obrazowej metaforze, nie bez zna­
czenia jest ponury kontekst całej tragedii. Przecież
początkiem sztafety niosącej ogniową wieść jest - nie­
jako na drugim poziomie metaforyzacji - łuna płoną­
cej Troi. Przede wszystkim zaś, zauważmy, biegnąca
chyżo spod murów Ilionu „radosna nowina" na ko­
niec sama rozpala zbrodnię (miasma): nie tylko zwia­
stuje rychły powrót króla Agamemnona, ale i przygo­
towuje jego śmierć.

413

Tradycja to złożony w depozycie skarb, ale także (dzi­
siaj!) strzegący go i czuwający nad n i m strażnik, conse­
rvator, custos, wierny piastun i miłośnik, choć z koniecz­
ności również interpres: tłumacz i pośrednik. Tymczasem
w Klitajmestrze wierność właśnie się sprzeniewierza,
prawda zamienia w złudzenie, a skarb (do którego prze­
cież ona sama należy, jest jego częścią) marnieje tracąc
blask. Czy jednak straszliwa interpretacja, jakiej Klitaj­
mestra poddała otrzymaną wieść, ma zupełnie jedno¬
znaczną
wymowę? Czyż w zbrodni tej, będącej przecież
zemstą (za śmierć córki, Ifigenii, złożonej przez Agamemnona w ofierze, gdy z wojskiem płynął pod Troję),
nie należy widzieć też świadectwa innej wierności?
Ta niebezpieczna ambiwalencja jest wpisana w sa­
mo pojęcie tradycji. Traditor po łacinie to zarazem
mistrz, nauczyciel, ale i zdrajca, wróg; powiedzieliby­
śmy - „Judasz".






* Wcześniejsza wersja tekstu została wygłoszona w ramach festi­
walu teatralnego Kontakt 2001 w T o r u n i u .

Wojciech Michera * TRADYCJA I WSPÓŁCZESNOŚĆ. AKTOR

A może (glos mają raz jeszcze ci pierwsi) właśnie nie­
rozumne reformy są przyczyną nieszczęścia i należy
uczynić wszystko, by je cofnąć, przywracając stan
sprzed ich wprowadzenia? O k i m zatem można powie­
dzieć, że jest strażnikiem tradycji?
fc

Reformy podejmowane w imię „poprawiania", „przy­
wracania", „odnawiania", „odświeżania" (kalendarza,
ksiąg liturgicznych, samej liturgii, sztuki) - wzbudzają­
ce oczywiście natychmiastową, niekiedy gwałtowną,
niekiedy długotrwałą re-akcję - składają się też na tra­
dycję chrześcijańską. Skutki zresztą takich reform są
trudne do przewidzenia, a nawet post factum nie tak
wcale łatwo ocenić konsekwencje, jakie przyniosły. Po- i
stanowienia, na przykład, Soboru Watykańskiego II,
w wielu kwestiach teologicznych odwołujące się do na­
u k i starożytnych Ojców Kościoła, spowodowały przy
okazji nieodwracalne szkody w sferze kościelnej muzy''
ki (estetyka piosenek festiwalowo-tutystycznych wy- i
pierająca tradycję chorałową).

Gusła. Fot. Krzysztof Furmanek

To, co minione, w praktyce artystycznej będącej dla
nas współczesnością, uobecnia się na różne sposoby.
Zazwyczaj mówi się o dwóch pozostających w sporze
postawach twórczych: zachowawczym tradycjonali­
zmie, wierzącym w sens pielęgnowania uznanej spo­
łecznie normy, i nowatorstwie, skłonnym by indywidu­
alnie, w poszukiwaniu prawdy, poza tę notmę wykra­
czać. W istocie problem jest bardziej skomplikowany,
choćby z tego powodu, że rewolucje wybuchają często
właśnie w imię wierności wobec ttadycji - tyle, że tej
„prawdziwej", ostatnio zaś „zapomnianej", „zagubio­
nej" lub „przekłamanej".
Klasyczna postać tego zagadnienia ujawnia się naj­
wyraźniej w historii religii. Przyczyną sporów w tej dzie­
dzinie dość często bywały zresztą nie tylko kwestie ści­
śle doktrynalne, ale i liturgiczne, a zatem - także arty­
styczne. Dzieje każdej niemal religii to gwałtowny
splot, niekończące się walki „tradycjonalistów" z „re­
formatorami": spory o to, kto lepiej strzeże depozytu
wiary; lub też: komu w istocie został on powietzony.
Czy jest tak - o czym zapewniają pierwsi - że owa
„prawda" ma się dobrze, gdyż dzięki pilności i czujności
udało się nam ją przechować? Czy też - zgodnie z opi­
nią drugich - przeciwnie: gnuśni i zurzędniczali kusto­
sze skarbu zamknęli go w pustych formułach, ukryli
przed ludźmi, sprawiając, że nikt już (łącznie z n i m i sa­
mymi) nie pamięta jego ptawdziwych barw i blasku?

Zarazem jednak wiele wątpliwości budzi dzisiaj wśród
fachowców także dzieło, jakie w X I X wieku podjęli!
mnisi z opactwa w Solesmes, polegające mianowicie na
„odświeżeniu" (w najlepszej wierze i zgodnie z najlepszą
ówczesną wiedzą) chorału gregoriańskiego. Jak pisze
Marcin Bornus-Szczyciński: „Bezgraniczna wiara końca i|
X I X wieku w doskonałość notacji muzycznej kazała
wielkiemu reformatorowi chorału, francuskiemu bene­
dyktynowi D o m Moąuerau z opactwa w Solesmes od¬
rzucić istniejącą wówczas żywą tradycję, jako ponoć
skażoną, i zastąpić ją interpretacyjnymi spekulacjami,;
dokonanymi na podstawie analizy najstatszych manu-1
skryptów muzycznych z X - X I I I w. W efekcie powstał;
nowy nigdy przedtem nie istniejący chorał, który I
w 1903 r., po burzliwej dyskusji, został uznany przez p3'
pieża Piusa X za powszechnie obowiązujący w Kościele
rzymskim" Zdaniem Marcela Peresa' Mnisi solesmeńscy widzieli śpiew liturgiczny tylko w dwu aspek­
tach melodii i tekstu Zapomnieli o najważniejszym'
o sDOSobie śpiewania
iaka
przybierać śpiewak i jak powinien się zachowywać
1

-

Warto zauważyć, że i Peres, i Bornus-Szczycińskiobaj znakomici znawcy i wykonawcy muzyki dawnej sami podejmują wysiłki rekonstruowania zerwanej mu­
zycznej tradycji liturgicznej. W miarę możliwości od­
wołują się do tradycji „żywej" (Peres na przykład do tej,
która przetrwała na Korsyce albo w Grecji). Korzystają]
jednak także - a może przede wszystkim - z rękopi­
śmiennych zabytków (Szczyciński w tegoroczną Nie-f
dzielę Palmową przygotował dla Braci Mniejszych:
w Bratysławie liturgię, opierając się na najstarszym pol­
skim graduale franciszkańskim, z 1257 roku, przecho¬
wywanym przez ss Klaryski w Krakowie).
Podobnie robi Schola T e a t m Wiejskiego Węgajty
Wolfganga Niklausa: poszukując „utraconego kontak-

414

Wojciech Michera • TRADYCJA I WSPÓŁCZESNOŚĆ. AKTOR

tu z archetypicznym, sakralnym językiem ruchu i ge­
stu" wystawia (rekonstruuje) średniowieczne dramaty
liturgiczne w sposób możliwie najwierniejszy, co jednak
znaczy: zgodny z tym, co da się wydobyć ze średnio­
wiecznych materiałów ikonograficznych, co wiedzą na
ten temat filologowie, a także - w sferze muzyki współpracujący z Węgajtami Szczyciński, Peres lub Damien Poisblaud.
3

Takie odtwarzanie pierwotnej maniery wykonaw­
czej - muzycznej albo teatralnej - przypomina prace
konserwatorskie nad starym, sczerniałym obrazem. Ta­
ki zabieg - gdy obraz całkiem już zniknął, zniszczony
lub przykryty warstwą brudu - jest niezbędny. Zarazem
jednak odnowa „zagubionej tradycji" niesie zawsze nie­
bezpieczeństwo (przed którym przestrzegają wspomnia­
ni twórcy) zatarcia tego, co mimo trudności, i nie za­
wsze w poprawnej postaci, jednak przetrwało; albo co
- niczym rysy na starym filmie - stało się (już) częścią
obtazu. Gdy w państwie Karola Wielkiego, dzięki filo­
logicznej pracy mnichów irlandzkich, przywrócono
w szkołach klasztornych klasyczną postać języka łaciń­
skiego, podniósł się wprawdzie poziom nauczania, stracii jednak swoją przydatność, używany na co dzień dia­
lekt łacińsko-galijski.
(Niebezpieczeństwo rekonstrukcji artystycznej,
zwłaszcza teatralnej, wiąże się też z pokusą „historycz­
nego iluzjonizmu" - złudnym pragnieniem prostego
ptzeniesienia się w czasie - „tam". Ta sprawa jednak,
ze względu na złożoność, wymagałaby osobnego omó­
wienia.)
Z innej jeszcze strony, warto dodać, gdy rzecz doty­
czy sztuki, owo sięgnięcie w przeszłość, „ponad głowa­
mi" żyjących, przynosi niekiedy zupełnie niespodziewa­
ne pożytki. Procedura ta jest bowiem także po prostu
figurą pewnego typu artystycznych poszukiwań, wpisa­
ną w mit „powrotu do źródeł". W X V I w. na przykład:
„Około roku 1600 dokonał się jeden z najbardziej radykalnycbf przewrotów w historii muzyki. Uświęcony
tradycją porządek muzyki europejskiej został nagle za­
kwestionowany przez osobliwy krąg wpływowych bada­
czy starożytności czy - ściślej mówiąc - rzekomych jej
wskrzesicieli." - pisze Nikolaus Harnoncourt . Wpraw­
dzie sztuka, której ścisłe reguły z dogmatyczną precyzją
wówczas określono, niewiele miała wspólnego z an­
tycznym dramatem greckim (choć o tym właśnie prze­
konani byli jej twórcy) to dzięki błyskotliwemu talen­
towi Claudio Monteverdiego rozpoczęła się w ten spo¬
sób historia teatru operowego
4

Czy warto zatem w ogóle przywoływać takie pojęcia
jak „tradycja", „wierność", „depozyt"? Otóż - tak.
W istocie ów nieunikniony moment „zdrady" określa
sytuację człowieka (artysty, także odbiorcy) jako hermeneutyczną. Wypatmjemy znaku, by go - jak Klitajmestra - na własną odpowiedzialność zinterpretować.

415

A l e też (tym razem wzorując się na Orestesie) - swoje
powołanie możemy rozpoznać w zemście, zaleconej
przez wyrocznię i mającej przywrócić ład, zakłócony
przez matczyną zbrodnię („Tej pomsty żąda bóstwa
głos! / Tej pomsty moja pragnie dłoń / Zabiję ją!...");
pamiętając wszakże, że i ten nasz straszliwy czyn wyma­
gać będzie od nas później oczyszczenia.
Tradycja to paradoksalny wysiłek rozpoznawania.
„Wysiłek" - bowiem tożsamość tego, kogo spotykamy,
nie jest oczywista. (Częsty temat antycznych opowieści
- trudne po latach spotkanie bliskiej osoby, które ptzebiega w trzech kolejnych podejściach: (i) wątpienie
0 tożsamości spotkanego; (ii) podejrzliwe badanie;
wreszcie (iii) rozpoznanie - anagnorismos. Tak było
z Penelopą i Odyseuszem, tak było również z Elektra
1 Orestesem w Ofiamicach Ajschylosa.) Wysiłek to
„paradoksalny", bo przecież „roz-poznanie" dotyczy te­
go, kogo/co już przecież znamy (jak pisze Gadamer:
„Rozpoznanie, tak jak rozumie je Arystoteles, zakłada
istnienie wiążącej tradycji, w której ramach wszyscy się
rozumieją i spotykają sami ze sobą" ).
5

W praktyce kluczową sptawą jest obecność tzw. „ży­
wej tradycji". Gdy jej brak - nikt nie potwierdzi na­
szych przypuszczeń. Jesteśmy tym razem trochę jak Kasandra, branka przywiedziona z T r o i - „obca" w Argos,
i wprawdzie wiele widząca (Przodownik Chóru: „Psi
węch ma ta niewiasta: już-ci jest na tropie"), ale też po­
zostająca w odrębnym, niezrozumiałym dla innych
świecie ("Biegłego, widzę, trzeba tej obcej tłuma­
cza..."). A jednak, nawet jeśli nie sposób zweryfikować
podjętego przez nas wysiłku „rozpoznania", wysiłek ten
nie traci sensu. Nie jest dla nas sprawą obojętną, co
i jak rozumiemy, na przykład ze sztuki Ajschylosa. To,
co minione (tradycja, choć już „martwa") nie jest zale­
dwie pretekstem dla naszych niezależnych działań
twórczych. Nasze działania - nie są prostą rekonstruk­
cją tego co minione Zawsze chodzi o spotkanie" —
w n i m potwierdza się tożsamość każdej ze stron Ale
potwierdza się między innymi w zawieszeniu własnej
pewności w poszukiwaniu możliwości wyjścia poza go£ Q ^ y uwewnętrzniony wzorzec naszego myślenia
(uwewnętrzniony na przykład w języku)
W pewnym sensie - na tym polega zadanie aktora
w teatrze, zawsze stojącego wobec obcości gtanej ptzez
siebie postaci. W nieco szerszym znaczeniu - na tym po­
lega każde działanie twórcze. W ujęciu najszerszym - tak
można rozumieć sens wszelkiego ludzkiego działania.






„Działać, w najogólniejszym sensie, znaczy przedsię­
brać coś nowego, rozpoczynać (jak wskazuje greckie
słowo archein, «rozpoczynać», «prowadzić», wreszcie
rządzić), wprawiać coś w ruch (co jest pierwotnym zna-

Wojciech Michera • TRADYCJA I WSPÓŁCZESNOŚĆ. AKTOR

czeniem łacińskiego agere). Ludzie są initium, nowymi
przybyszami, którzy dają czemuś początek na mocy sa­
mych swoich narodzin, dlatego podejmują się czegoś
nowego i skłonni są do działania" - pisze Hannah
Arendt w Kondycji Ludzkiej .

pretację zaproponowaną przez A r e n d t (która z kolei
odwołuje się do słów Dantego z De monarchia) można
chyba uznać za niejawną próbę nadania pojęciu „aktu¬
alizacji" - niejako wbrew niemu - greckiego raczej niż j|
łacińskiego sensu.

Nie miejsce t u , by szczegółowo rozważać podobień­
stwa i - zwłaszcza - różnice między greckim archein
i łacińskim agere. Zatrzymajmy się chwilę przy tym
ostatnim, ze względu na rolę, jaką odegrało w kształto­
waniu się europejskiej wyobraźni. Czasownik - któtego
podstawowe formy słownikowe brzmią ago, agere, egi,
actum - rzeczywiście znaczy „wprawiać coś w ruch".
Pierwotnie jednak stosowany był w bardzo konkretnej
sytuacji, chodziło mianowicie o „wprawianie w r u c h "
stada bydła, poganianego przez pasterzy. Okoliczność
ta pozostawiła istotny ślad na wszystkich pojęciach wy­
wiedzionych z tego słowa - ślad nadający i m specyficz­
ny odcień przymusu, a przez to czyniący z nich swoisty
„ekran", modyfikujący każdy oglądany przezeń obraz.
' Pojęć tych (opartych zwłaszcza na gtamatycznej for­
mie supinum: actum) jest wiele: agent, akt, akcja, ak­
tywność, aktualność, wreszcie też -aktor. Co najważ­
niejsze, tak szeroko rozumiane.agere w niezwykły spo­
sób zbliżyło się znaczeniem do czasownika esse, być.
W tradycji języka łacińskiego realnie wydaje się istnieć
tylko to, co nie ustaje w działaniu (jest actualis). I to
w działaniu skutecznym - jest skuteczną przyczyną do­
konujących się zmian (causa efficiens). Jak pisał To­
masz: Esse est actualitas omnis formae . Dlatego też an­
gielskie actuality, lub francuskie actualité, tłumaczy się
po prostu jako „rzeczywistość".

Łacińskie ago ma ścisły odpowiednik etymologiczny
w greckim czasowniku ago. Jednak w klasycznych tłumaczeniach z greki na łacinę jako actus oddaje się inne
greckie słowo - energeia . Wielowiekowa tradycja
translatorska mogłaby świadczyć, że przekład ten jest
właściwy: jak przecież o energeia pisał w Metafizyce
Arystoteles - z niej właśnie bierze się ruch, kinesis. Co
to jednak znaczy? Jak się wydaje stajemy tu właśnie
wobec przykładu niezrozumienia, wynikającego z „ze­
rwania tradycji", jakie dokonało się na granicy między
światem języka greckiego i łaciny. O t o - pisze Jean
Beaufret - usiłując zrozumieć sens słowa źródłowego
(energeia), czytamy Arystotelesa, „wychodząc nie od
greki, takiej, jaką mówił, lecz greki zromanizowanej" .1
Greckie znaczenie energeia nie ma bowiem - zdaniem
francuskiego filozofa, podążającego t u śladem Heideg­
gera - nic wspólnego z jakimkolwiek „popychaniem"
i skutecznością" M a sens raczej epifaniczny"' ujaw¬
nia — ukryte możliwości Dzięki swojej energeia ogień
na przykład' oświetla grzeje a później pozwala też ugo­
tować na n i m zupę

6

1

Rzeczywistość taka - utożsamiona z „aktualnością",
określona przez działanie pojmowane jako „przyczyna"
i „bodziec" - jest przede wszystkim otwarta na to, co
nowe (initium). Trudniej jednak w niej dostrzec goto­
wość na „spotkanie" z tym, co nas poprzedza, i co nam
zostało przekazane (chyba, że jako spotkanie potraktu­
jemy imperialne narzucenie własnej pax romand).
Próbę wykroczenia poza taki „skuteczno-sprawczy"
sens „aktualności" podejmuje w swojej książce Arendt,
pisząc między innymi: „Ludzkie poczucie rzeczywistości
wymaga, by ludzie aktualizowali czysty dar własnego
bycia, nie po to, aby je zmieniać, ale by wyartykułować
i powołać do pełnego istnienia to, co w przeciwnym ra­
zie musieliby, tak czy owak, biernie znosić" [s. 228]. T o
ważne słowa: „nie po to, aby zmieniać, ale by wyarty­
kułować i powołać do pełnego istnienia...". Wydaje się
jednak, że podstawową przeszkodą dla myśli zawartej
w tych słowach jest, przede wszystkim, źródłowy sens
wpisany w samo słowo agere - actus. Hannah Arendt
wielokrotnie w swojej książce podkreśla istnienie
ru, jaki pojawia się przy próbie tłumaczenia niektórych
pojęć gteckich na łacińskie. Sądzę, że również w tym
wypadku podobny opór należy wziąć pod uwagę. Inter­

!

8

9

T e n problem przekładu (powiedziałbym: nie tyle
traduttore - tradittore, ile: traditio - traductio [transductío], przy przetłumaczeniu tego ostatniego słowa jako
„przeprowadzka") ma ogromne znaczenie także dla to-1
zumienia istoty praktyki artystycznej i dzieła sztuki. I
Otóż w rozumieniu „łacińskim" tworzenie jest zawsze!
sprawą siły i władzy (vis atąue potestas), skutecznego!
(efficiens, od efficere - ex + faceré) oddziaływania za pol
mocą narzędzi, w którego efekcie (effectum, też odejj-i
cere) artysta z kamienia na przykład robi (faceré) rzeźl
bę. Tymczasem greckie poiein - tłumaczone zazwyczaj |
właśnie jako robić, wytwarzać, sporządzać - nie mai
z taką skutecznością wiele wspólnego. Należy je raczej
rozumieć w znaczeniu: „sprawić, pozwolić, by się uka­
zało", co znajduje świetny wyraz we francuskiej formu­
le: laisser apparaître .
10

W t y m sensie również pojęcie ludzkiego „działa¬
nia", w najszerszym znaczeniu - jeśli uwolnić je od
przymusu „aktywnego" i skutecznego od-działywania
- nabiera owego sensu hermeneutycznego, który
wcześniej skojarzyłem z wysiłkiem „spotkania" i „roz­
poznania". Rozpoznania tego, co minione, co przeka- I
zane jako tradycja, i co zawiera w sobie z konieczno­
ści moment obcości.

416

T e n spór w szczególny sposób kondensuje się na sce­
nie teatralnej. W pojęciu „aktora" bowiem zbierają się
te wszystkie znaczenia, które w szerszym wymiarze
ludzkiego działania rozsiewa cała rodzina słów wywo-

Wojciech Michera » TRADYCJA I WSPÓŁCZESNOŚĆ. AKTOR

dzących się od agere. Dość podobnie jak w wypadku
greckiego poiein, słowa, którego sens w szczególny spo­
sób skupia się w działaniu poety. W ścisłym znaczeniu
„aktot" jest tym, który inicjuje, działanie - inicjuje dys­
ponując odpowiednią (skuteczną) siłą i władzą, które
pozwalają mu stworzyć (facere) graną postać.
Hannah Arendt problem „aktora" - jako tego, któi ry działa (agere) - łączy jednak z zagadnieniem mowy.
Pisze: „Działanie i mowa są tak ściśle ze sobą związane,
! ponieważ początkowy i specyficznie ludzki akt musi
jednocześnie zawierać odpowiedź na pytanie zadawane
każdemu nowemu przybyszowi: «Kim jesteś?». O w o
odsłonięcie tego, k i m ktoś jest, kryje się tak w jego sło­
wach, jak i czynach; oczywiście nadal mowa i ujawnia­
nie siebie są ze sobą spokrewnione o wiele bliżej niż
działanie i ujawnianie, tak samo jak między działaniem
i rozpoczynaniem istnieje bliższe pokrewieństwo niż
I między mową i rozpoczynaniem".
:

„Działanie" (jako agere) łączy się zatem blisko - co
już ztesztą wiemy - z „rozpoczynaniem". „Ujawnianie"
zaś raczej z „mową". K i m więc jest „aktor"? W ścisłym
znaczeniu tego słowa: tym, który przede wszystkim „działa" i „rozpoczyna". Lecz przecież dobrze wiemy, że
nie tylko. Niejako wbrew swej nazwie - „aktor"
(zwłaszcza w teatrze) także „ujawnia", „odsłania" toż­
samość owego „nowego przybysza", który przecież przy­
bywa być może z przeszłości, na przykład jako grana na
scenie postać z tragedii Ajschylosa, albo średniowiecz­
nego dramatu liturgicznego.
Jak już mówiłem, zadanie aktorskie zawiera się
w wysiłku „rozpoznania" (anagnońsmos). I taki też sens
dosttzec można w słowie hupokrites, jakim w Atenach
okteślano teatralnego aktora: jest on tym, który (mó-

I wiąc) tłumaczy, objaśnia, interpretuje (krinein) to, co
| „spod spodu", co „ukryte".
i Posłuchajmy, raz jeszcze, fragmentu z Kondycji ludzUej: „bez towarzyszącej m u mowy działanie nie tylko

utraciłoby swój charakter ujawniający, ale też, odpo­
wiednio, utraciłoby jak gdyby swój przedmiot; to nie
działający ludzie, lecz wykonujące roboty dokonywały­
by czegoś, co, ujmując rzecz po ludzku, pozostawałoby
niepojmowalne. Działanie pozbawione mowy nie było­
by już działaniem, ponieważ nie byłoby już tego, kto
działa, aktora, a ten, kto działa, sprawca czynów, jest
możliwy tylko wtedy, gdy jest jednocześnie mówcą wy­
powiadającym słowa".
Jeśli nawet Hannah Arendt nie wspiera się tu grec­
k i m słowem hupokrites (słowo „aktor" w cytowanym
tekście użyte jest w szerokim, nie tylko teatralnym zna­
czeniu), to jednak i tu widać wyraźnie jej staranie, by
poszerzyć ścisłe znaczenie łacińskiego terminu. I to po­
szerzyć - nawet wbrew niemu - na sposób niejako
„grecki". Można rzec, że w ten sposób autorka ta sama
„działa" jak aktor-hupokrites, albo jak Klitajmestra:
zdradza - w podwójnym znaczeniu tego słowa. Zaprze­
cza temu, co wydaje się oczywiste, ujawniając przez to
tradycję, o której już mało kto pamięta.

Przypisy
1

M a r c i n Bornus-Szczyciński, Dlaczego Kościół przestaje

śpiewać,

„Więź" 3/1999, s. 20
2

Piwo z mistrzem, z Marcelem Peresem rozmawia Jacek Kowal­

3

Misterium

ski, „Czas K u l t u r y " 6/1998, s. 60
Wcielenia.

Z Wolfgangiem Niklausem rozmawia Ja­

cek Borkowicz, W i ę ź " 3/1999, s. 50
4

Nikolaus H a r n o n c o u r t , Dialog muzyczny. Rozważania
verdim, Bachu i Mozarcie,

5

o Monte-

t l . M . Czajka, Warszawa 1999, s. 28

H . G . Gadamer, Sztuka i naśladownictwo,

t l . M . Łukasiewicz, w:

Rozum, słowo, dzieje, Warszawa 2000, s. 152
6

H . A r e n d t , Kondycja

Ludzka,

t l . A n n a Łagodzka, Warszawa

2000, s. 195
7

Summa. Cytuję za: J. Beaufret, E N E R G E I A et A C T U S , w te­
goż: Diałogue avec Heidegger. Philosophie grecque, Paris 1975, s.
134

8

Por. A r e n d t , s. 225

9

Beaufret, s. 128

1 0

Tamże, s. 125

417

T
v

'

'

- ..
y

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.