"Oprzeć głowę o mury klasztorne".Kronika bezdomności Cypriana Norwida / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.1-2

Item

Title
"Oprzeć głowę o mury klasztorne".Kronika bezdomności Cypriana Norwida / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.1-2
Description
Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 2004 t.58 z.1-2; s.54-66
Creator
Melbechowska-Luty, Aleksandra
Date
2004
Format
application/pdf
Identifier
oai:cyfrowaetnografia.pl:4984
Language
pol
Publisher
Instytut Sztuki PAN
Relation
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5364
Rights
Licencja PIA
Text
ALEKSANDRA
MELBECHOWSKA^LUTY

riach ontologicznych i transcendentalnych, bo stara
budowla była dlań kształtem przemijania". Jej rzeczy¬
wisty lub imaginacyjny, przetworzony obraz stał się po¬
żywką dla jego poezji i sztuki.
2

I było cicho pośród ruiny ogromnej,

Oprzeć głowę
o mury klasztorne

Wkładającej na niebo profil wiekopomny,
Cały szczerby swoimi, jakby się o ramię
Boga oparło czołem miasto, gdy się złamie.

Kronika bezdomności Cypriana Norwida

3

Gdy duch nad czasów gruzem smętnie rozrzuconym
Jest, jak ten oto księżyc, w górze zawieszonym
Nad bez-harmonią ruin - i włóknem promieni
Nastraja ład i cierpi, że nie może siłą,

Dedykuję Uli Makowskiej i Jarkowi Lustychowi

Jak za życia, oburącz chwycić tych kamieni,
By złożyć je w świątynię —

4

Równocześnie, obok architektury zniszczonej przez
czas, poeta myślał i o takich mitycznych ruinach, któ¬
re powstały niejako mimowolnie, na skutek zaniecha¬
nia, jak np. Wieża Babel, porzucona w trakcie budo¬
wy, nieukończona przez „Pomięszanie wewnętrzne,
znaczeń słów przemianę".
Norwid często rysował i malował, m.in. w Albu¬
mach Orbis I i II, szczątki antycznych budowli, zetlałe
mury, portyki, kolumny Grecji, Karnaku i Rzymu. Do
Pompei, pokazanej już po wulkanicznym kataklizmie,
wprowadził postać z sennego „żywota cieniów" - zadu¬
manego starca opartego o stellę grobową, który mógł¬
by przemówić słowami norwidowego wiersza:
„W pompejańskim aż teatrze, /Z wysokości dziejów pa­
trzę/ Na rzecz ludzką.../ Jakie zlepki!!!... Niektóre pla¬
styczne kompozycje miały wyraźne podteksty symbo¬
liczne bądź alegoryczne. Na rysunku inspirowanym
Królem-Duchem Słowackiego, czytającą z głazów ko¬
bietę otaczają monumentalne „mury historii",
w akwaforcie Na cmentarzu (Alleluja) w pobliżu pot꿬
nej świątyni poruszonej wstrząsami ziemi powstaje
z grobu dziewczyna, która doczekała chwili Zmar¬
twychwstania. Samotna, znękana niewiasta z litografii
Solo-Melancholia, siedząca wśród instrumentów porzu¬
conych przez muzyków, jest alegorią rozpaczy nad
upadkiem, ruiną twórczych sił narodu, a Zrujnowany
kościółek na Litwie, symbolicznym obrazem terroru, ja­
ki dotknął ziemię wileńską w latach 1863-1865 za rzą­
dów Michaiła Murawjowa. Jednym z ważniejszych
dzieł Norwida, w którym występują symboliczne wątki
„ducha dziejów" (ale i tego, co nadejdzie), jest litogra­
fia Echo ruin — NEMESIS, wnosząca jakąś nutę nadziei
dla następnych pokoleń. W taki sposób poeta obrazo¬
wał swoją ideę wiecznej ciągłości. Bo mimo głębokie¬
go odczucia melancholii związanej z przemijaniem,
wszelkie „zwaliska" mogą też służyć „zmartwych-powstaniu", życiu i podtrzymaniu ducha, gdyż „Zapraw¬
dę - Ruina/Jest całością!.../I nową twórczość odpoczyna". Tak więc w myśli Norwida ruiny obrastały bogac¬
twem znaczeń i parabolicznych przekładni: bywały

N

orwid nigdy nie miał prawdziwego domu, nie
zaznał na dłużej spokoju i szczęścia gniazda ro­
dzinnego. Urodzony w 1821 roku, pierwsze
cztery lata życia spędził w dworku we wsi Laskowo-Głuchy, potem, osierocony przez matkę, wychowywał
się u krewnych, opiekunów, bywał oddawany na stan¬
cje, a na emigracji nieustannie zmieniał mieszkania,
pracownie, hotele, pensjonaty. Wiele podróżował, cią­
gle szukał nowych miejsc zdatnych do życia. W auto­
biograficznym poemacie napisał, że jest Wędrownym
Sztukmistrzem, dlatego można sądzić, że dom jawił
mu się jako miejsce mityczne, trwały „punkt" świata,
upragniony i nigdy nie doczekany, który u schyłku ży¬
cia został mu zamieniony na przytułek. Odczucie tego
braku wyraźnie zaznaczyło się w jego poezji i pracach
artystycznych. Czasem rysował osadzone w krajobrazie
ubogie chatki i domki, pozornie „malownicze", w rze¬
czywistości opuszczone i zaniedbane, z osuwającymi
się dachami i krzywiznami odrapanych ścian. W ta¬
kich wyobrażeniach miejsc przynależnych człowiekowi
prześwieca jakby poczucie nieszczęścia, wyrzucenia
poza nawias normalnego bytowania i w zamaskowany
sposób ujawnia to, co było dlań wyjątkowo dotkliwe,
co wykrzywiało i kaleczyło życie. Było to doświadcze­
nie ruiny życia, domu (ale także świątyni, cmentarzy,
antycznych budowli). Ów stale towarzyszący mu „głos
ruin", który przybierał różnorodne intelektualne
i emocjonalne konteksty, stał się jednym z kluczowych
pojęć w myśli Norwida i odcisnął się jak stygmat na
całej jego twórczości. Poeta pragnął rozwikłać tajem¬
nicę „złamków" i „zwalisk", jednak nie traktował ich
jako dekoracyjnego, sentymentalnego rekwizytu zdo¬
biącego przestrzeń natury czy miast i budzącego dresz¬
czyk emocji (co było tak częste w literaturze i malar­
stwie XIX wieku), nie ulegał romantycznemu urokowi
ani nastrojowi decorum ruiny, ale plasował ją w kręgu
filozofii historii i metafizycznych doznań, w katego-

5

1

6

7

42

Aleksandra Uelbechowska-Luty

• OPRZEĆ G Ł O W Ę O M U R Y K L A S Z T O R N E

krajobrazem czasu, pomnikiem przeszłości, przestrogą,
eschatologiczną refleksją, alegorią spraw ostatecz­
nych, świadectwem zagłady dawnych cywilizacji
i schyłku wielkich epok, a także „figurami" ludzkich
losów i własnej sytuacji życiowej, której sam nadawał
cechy autokreacji - mitu „poety wyklętego" i jego nie¬
docenionej, niespełnionej twórczości, zaprzepaszczo¬
nej przez nieszczęsne a niezawinione okoliczności
i trudne obroty życia. Tak osobista projekcja obrazu
ruin sprawiła, że Norwid w przejmujący sposób mógł
przemówić do swoich współczesnych:
A Wy? o! moi wy nieprzyjaciele,
Którzy, począwszy od pełności serca,
Aż do ziarn piasku pod stopami mymi...
Wszystko m i wzięliście, mówiąc: „Nie słyszy Nie wie - nie widzi - nie zna..." Wam ja, z góry
Samego siebie ruin, mówię tylko,
Ze z głębi serca błogosławić chciałbym Chciałbym... to tyle mogę... resztę nie ja,
Bo ja tam kończę się, gdzie możność moja.

8

*
Matka Norwida, Ludwika ze Zdzieborskich, zmarła
11 kwietnia 1825 roku. Pozostawiła czworo małych
dzieci: Ludwika, Paulinę, Cypriana i Ksawerego, który­
mi ojciec nie mógł lub nie chciał się zająć; mieszkał
i pracował w Warszawie, pod dwóch latach ponownie
się ożenił. Dzieci zostały oddane pod opiekę macierzy­
stej prababki Hilarii Sobieskiej (zmarłej w 1830 roku)
i wychowywały się w jej majątku Strachówka koło Sulejowa. Cały okres powstania listopadowego rodzina
Norwidów spędziła w Warszawie. Po śmierci ojca
w 1835 roku rodzeństwem zajęła się rada familijna,
której przewodniczył były stolnik bełski Ksawery Dy¬
bowski. Norwid już wcześniej parokrotnie spędzał wa¬
kacje w jego majątku Dembinki nad Bugiem; swoje
ówczesne przeżycia utrwalił w opowiadaniu Łaskawy
opiekun (1840), nie oszczędzając ani Michała Sobie¬
skiego (jednego z członków rady familijnej) ani suro¬
wego i chciwego Dybowskiego, który położył areszt na
jego spadkowym funduszu. Cyprian kształcił się w War¬
szawie między 1831 a 1842 rokiem. Początkowo uczył
się w gimnazjum przy ulicy Leszno 661, później studio­
wał rysunek i malarstwo u Aleksandra Kokulara i Jana
Klemensa Minasowicza. W latach szkolnych wraz
z bratem Ludwikiem przebywał „na pensji" prowadzo¬
nej przez Ferdynanda Sahlinga przy ulicy Orlej. We¬
dług relacji Aleksandra Niewiarowskiego obaj chłopcy
„nie wyglądali zbyt pokaźnie w ubogim mieszkaniu, ja¬
kie wraz z korepetytorem swoim zajmowali". Studia
artystyczne połączył z „honorowym" zajęciem - w 1840
roku podjął bezpłatną pracę aplikanta w Heroldii Kró¬
lestwa Polskiego.
W tym czasie Norwid objawił się w środowisku
warszawskim jako obiecujący poeta (pierwszy wiersz
Samotność
wydrukowała mu „Gazeta Poranna"
9

43

w kwietniu 1840 roku, wkrótce ukazało się jeszcze 21
innych utworów). Jego „gorąca" młodzieńcza twór¬
czość, znajomość języków, ujmujące zachowanie, ele¬
gancja i to, że do wszystkiego miał „niepomierną zdol¬
ność", sprawiły, że stał się ulubieńcem elit intelektual¬
nych i towarzyskich, uzyskał wstęp do salonów literacko-artystycznych i najlepszych domów. Wszelako, ten
pomyślny okres wczesnych sukcesów i satysfakcji przy¬
ćmiły dramatyczne wydarzenia związane z represyjną
polityką caratu - aresztowania kolegów, egzekucje,
wywózki na Sybir, męczeńska śmierć Karola Levittoux
w Cytadeli warszawskiej (o czym opowiadał później
Zygmuntowi Krasińskiemu). W sierpniu 1841 roku
wyruszył z Władysławem Wężykiem na trzymiesięczną
wyprawę krajoznawczą szlakiem ziemi lubelskiej, san¬
domierskiej, sieradzkiej i wieluńskiej, a w 1842 wystą¬
pił o zezwolenie na wyjazd za granicę dla „wydoskona¬
lenia się w sztuce rzeźbiarskiej" i paszport otrzymał
(z ważnością na trzy lata). Opuścił Warszawę 9 maja,
zatrzymał się jeszcze w Krakowie, a następnie udał się
dalej „drogą żelazną" przez Wrocław do Drezna. Nie
zamierzał wyjeżdżać na zawsze, ale fata nie pozwoliły
mu już powrócić do kraju. Pozostał emigrantem z wy¬
boru i konieczności, a jego moralny dramat, podsyca¬
ny wieloletnim buntem, został przypieczętowany uka¬
zem władz carskich z 1855 roku, nieodwołalnie uzna¬
jącym go za wygnańca. Poeta uważał emigrację za dzie¬
jowy fenomen dotykający „narodu, który umiera" i za
wielkie ludzkie nieszczęście, ale nigdy nie pozwolił so¬
bie ani innym na duchowe wyparcie z ojczyzny.
Przez wiele lat Norwid powracał do wspomnień
z wczesnego dzieciństwa. Kierowały nim jakby skrywa¬
ne uczucia, kiedy malował kobiety z dziećmi i gdy
o nich pisał. Wchodził do imaginacyjnych wnętrz do¬
mu, w którym żyje niewiasta i jej potomstwo, ale - co
charakterystyczne - nigdy nie pojawia się tam mężczy¬
zna, ów „nieobecny ojciec". W kilku akwarelach ujaw¬
nił swoje intuicyjne, działające „wstecz" odczucia, któ¬
re ukształtowały ledwo zapamiętane (lub znane z rela¬
cji) wyobrażenie o miejscach i zdarzeniach z dawnych
lat. W 1858 roku namalował Śpiące dziecko, leżące
z odrzuconymi do tyłu rączkami pod obrazem Matki
Boskiej; za kotarą rysuje się postać czuwającej matki.
Ludwika Norwidowa do ostatnich chwil życia trosz¬
czyła się o dzieci. W 1879 roku Norwid przywołał to
wspomnienie w wierszu dedykowanym Bronisławowi
Zaleskiemu: „tak, pomnę, że się bawiłem/Z wolą mat­
ki, przedzgonną obok złożonej chorobą!..." . W jej
ciemnej sypialni wisiał „stary obraz Boga Rodzicę
przedstawujący - wartości bardzo wątpliwej, a zupeł¬
nie to wrażenie zrobił był na mnie, dziecku, [jak] arcy¬
dzieła Mistrzów i freski florenckie we 20 lat później".
Przy małym Cyprianie znajdują się nadto dwa pamiąt¬
kowe przedmioty-zabawki: drewniany konik i szabelka; te wywołane z przeszłości rekwizyty powracają
w późniejszej akwareli Chłopiec z drewnianym koniem,
malowanej w latach sześćdziesiątych. Tam również,
10

11

Aleksandra Melbechowska-Luty

• OPRZEĆ G Ł O W Ę O M U R Y K L A S Z T O R N E

svogtei w Berlinie. Tam doświadczył wielu „agitują­
cych nerwy indagacji" i został zamknięty w pojedyn­
czej celi „na słomie i we wilgoci." Zachorował wów­
czas na zapalenie uszu, co spowodowało lub pogłębiło
narastającą z latami głuchotę. Po interwencji przyja­
ciół przeniesiono go do kliniki więziennej i w końcu
uwolniono 26 lipca 1846 roku. Wkrótce udał się do
Brukseli i Ostendy dla poratowania zdrowia; mieszkał
„w jednym domu z generałem Skrzyneckim, podziwia­
jąc gościnność i dobroć tej familii" i tam tłumaczył
fragmenty Boskiej Komedii.
Lata 1845-1849 były okresem największego uwiel­
bienia i miłości poety do Marii Kalergis. Gdy dowie­
dział się, że rezyduje w Rzymie, podążył za nią do
Wiecznego Miasta. W czasie drugiego pobytu w Italii
poznał m. in. Adama Mickiewicza i Zygmunta Krasiń­
skiego, studiował teksty źródłowe, zwiedzał świątynie,
katakumby i Koloseum. Roma - to było miejsce nie­
zwykłe w życiu Norwida - spędził tam swoje szczęśliwe
„dni-laurowe" (chociaż w 1848 roku dotkliwie przeżył
rewolucyjne rozruchy Wiosny Ludów). Sam się okre­
ślał jako „Polonus natus, civis Romanus", i pisał: „Sie¬
roce życie moje podpierałem przynajmniej fundamen¬
tami historii i gruzy Rzymu często m i familijne zastę¬
powały uczucia". W tym mieście zdobył główny zrąb
wiedzy o starożytności i doznał inspiracji, które okre¬
śliły jego późniejszą twórczość, napełnioną niemal do¬
tykalną antyczną „rzeczywistością" (tak dobrze wyczu­
walną w poemacie Quidam).
O rzymskim locum Norwida możemy dowiedzieć
się z relacji Krasińskiego, który odwiedził go w miesz¬
kaniu przy Via San Felice 123, w styczniu 1848 roku,
i naszkicował jego psychologiczny „portret we wnę¬
trzu" w listach do Delfiny Potockiej, pisząc z podzi¬
wem o wrażliwości, talencie, wdzięku i charyzmie mło¬
dego poety-malarza. „Na Sistina przez korytarze
i schody labiryntowe dostałem się do Norwida. Zapu¬
kałem. Drzwi się otwarły. Szeroka jakby pracownia.
Lampa zasłonięta, jakby iskra konająca jedna wśród
ciemności. Kilka ram. Płótno jedno wielkie [obraz Wi­
zja Nakolizejska, którego Norwid nie ukończył i znisz­
czył]. Dwie gipsowe głowy, a w tym zmierzchu czło­
wiek młody, pół Słowackiego, pół Jerzego [Lubomir¬
skiego]. Skarb ma wielki dan od Boga, byle go umiał
użyć. Co najtrudniejsze; kolory i światło to nic, ale tę¬
cza uwita, rozpostarta na niebie z nich, rytmiczna, ist¬
na przepaska niebios [...]. Fantazji ogrom - i tkliwości.
Nerwowa natura, zagmatwana, sama siebie niedo¬
kładnie pojmująca, ale prześliczna, nie tytańska, ale
prześliczna. Ogień w alabastrowym naczyniu [...].
Choroba, nędza, a wszystko to w tęczy! Uprzejmość,
grzeczność, wdzięczność i wdzięk [...]. Miły i uprzejmy
duch ten Norwidowy, ale zdaje m i się, że jeszcze sam
siebie nie stworzył! Nie wyrzekł w głębiach swych wła¬
snych fiat lux! ale przyjdzie ta chwila i stanie się on po­
tęgą!" W owej pracowni Norwid organizował na
przełomie 1847 i 1848 roku sobotnie dyskusje filozo-

obok śpiącego lub rozmarzonego chłopczyka, majaczą
w zjawiskowym wnętrzu takie same przedmioty. Oso­
bliwą wymowę ma fakt, że około 1868 roku ten zapa­
miętany konik przeobraził się na rysunku Norwida
w jego zdegradowanego Pegaza. Około 1870 roku po­
wstały dwie akwarele: Opowiadanie, przedstawiające
małą dziewczynkę i młodą kobietę (siostrę Paulinę
z matką?) oraz Dziewczynka podająca bukiet babce. Jan
Cybis napisał o tych pracach, że zrodziły się z niespeł­
nionych pragnień starszego, zawiedzionego człowieka,
z jego tęsknoty za dzieciństwem, rodziną, kobietą.
Wiosną 1842 roku, na kilka tygodni przed wyjaz­
dem z kraju, Norwid napisał wiersz, którym żegnał się
z dzieciństwem, domem, ziemią ojczystą.

14

15

12

Zegnam was, o lube ściany,
Skąd, dziecinne strzegąc łoże,
Chrystus Pan ukrzyżowany
Promieniami witał zorze.
A i dzisiaj, choć dokoła
Pasożytne pną się zioła,
Z ziół i pustek krzyż brązowy
Błogosławi m i na drogę.
Ostatni to sprzęt domowy,
Który jeszcze żegnać mogę Sprzęt domowy - i grobowy.

16

13

Za granicą Norwid zatrzymywał się kolejno
w Dreźnie i Marienbadzie (skąd wyprawił się do Pra­
gi), następnie zwiedził Norymbergę. Zimę 1842/1843
spędził w Monachium. Lata 1843-1845 upłynęły mu
pod znakiem podróży włoskich. Dłużej mieszkał we
Florencji (gdzie kontynuował studia na Akademii
Sztuk Pięknych), Wenecji i Rzymie, wyjeżdżał do Fer­
rary, Amalfi, Neapolu; wraz z Marią Kalergis i Marią
Trębicką odbył wycieczki do Sorrento, Herculanum,
Pompei i na Wezuwiusz (tę sentymentalną wyprawę
utrwalił w szkicu na bordiurze rysunku Ruiny świątyni
w Paestum). W 1844 roku przepłynął przez Adriatyk
do Dalmacji, rok później przebywał w Mikołowie na
Śląsku (u Władysława Wężyka). Na początku 1846 ro¬
ku wybierał się z odnowionym paszportem do Warsza¬
wy, ale te zamiary spełzły na niczym. Zatrzymał się na
terenie Wielkiego Księstwa Poznańskiego (w Pudliszkach?), do Kongresówki nie dotarł i przed 1 marca
przyjechał do Berlina (gdzie był już pięć miesięcy
wcześniej). W czerwcu nastąpiły dramatyczne wyda¬
rzenia: ambasada rosyjska oskarżyła Norwida o działal¬
ność konspiracyjną, udział w przygotowaniu powsta¬
nia w Polsce i nielegalne przekazanie starego paszpor¬
tu Maksymilianowi Jatowttowi. Sekretarz ambasady
Feliks Fonton bezskutecznie proponował mu współ¬
pracę z władzami carskimi, namawiał na wyjazd do Pe¬
tersburga i kusił błyskotliwą karierą. Poeta usiłował
schronić się w Wielkopolsce. Aresztowany przez Pru¬
saków, został odstawiony do więzienia śledczego Hau-

17

44

Aleksandra Melbechowska-Luty

• OPRZEĆ G Ł O W Ę O M U R Y K L A S Z T O R N E

sał poemat o 2 000 wierszy, z którego ani wiersza ani
on, ani nikt inny nie zrozumiał. Oczywiście drukowa­
ny nie będzie". Najwięcej zastrzeżeń wzbudził Promethidion, proroczy poemat, który po upływie pół wieku
tak zachwycił modernistów i wniósł tyle pożytków i in­
spiracji dla myśli o sztuce XX wieku. W latach 1850.
Norwid przeżywał frontalny atak koterii i prasy. Pisa¬
no, że Promethidion jest płodem poronionego, zwich¬
niętego geniuszu, szałem i głupstwem „oderwanym od
wszelkiej skończonej formy", ciemnym, zawiłym tek¬
stem „zacienionym gmatwaniną szumnych wyrazów
i tkanką ciemnych myśli". O Norwidowej teorii sztuki-pracy oraz o Czarnych i Białych kwiatach główny ad­
wersarz poety Julian Klaczko mówił, że te purchawki
i potworności „są wzorem wydymanej nicości, w któ¬
rej dziwolągom myśli odpowiadają dziwolągi języka,
a niesłychana zarozumiałość walczy o prym z jaskra­
wym nieuctwem" . Norwid nie doczekał się publika­
cji wielu swoich utworów; w szufladach pozostały lub
rozproszyły się setki wierszy, liczne dramaty, poematy,
pisma teoretyczne, filozoficzne i polityczne. Promethidion wydał własnym nakładem dzięki pomocy finanso­
wej Marii Dziekońskiej. W 1863 roku pewną pociechą
było dlań zbiorowe wydanie poezji z lat 1847-1862
przez lipską oficynę Brockhausa.
Po trzech latach pobytu w Paryżu, Norwid (mający
wówczas 31 lat) nie wytrzymywał już ciśnienia życia,
zapadł na depresję, zapragnął więc schronić się
w klasztorze. 11 kwietnia 1852 roku zgłosił chęć wstą¬
pienia do zgromadzenia zmartwychwstańców, ale nie
został przyjęty. „Zrażony światem, iż świat go nie po¬
znał, jest w stanie godnym politowania. Obok czegoś
niepospolitego, jak wiadomo, ma coś dziwacznego,
choć zawsze bardzo słodkiego. Zdrowie dość nędzne
i już dosyć głuchy" - pisał wówczas ksiądz Aleksander
Jełowicki do przełożonego zmartwychwstańców Józefa
Hubego, a ten rychło uzasadnił swoją odmowę: „Szko­
da go, ale wyraźnie zepsuł sobie głowę i nie myślę, że¬
by ją naprawił kiedyś, a przy tym zdrowia nie ma do
pracy". Po tym incydencie poeta zapragnął wyrwać
się z Paryża i przenieść do innego kraju. Władysław
Zamoyski obiecał ułatwić mu wyjazd do Stanów Zjed¬
noczonych i ta propozycja została chętnie przyjęta;
Norwida pociągał zapewne demokratyczny ustrój
Ameryki Północnej, wizja wolnego państwa, które da¬
wało każdemu równe szanse pracy i awansu. 3 grudnia
1852 roku wypłynął z Anglii w „burzliwą" podróż przez
Atlantyk na pokładzie żaglowca „Margaret Evans",
który na dwa miesiące stał się jego pływającym do¬
mem. Po przybyciu do Nowego Jorku zrazu zatrzymał
się w zajeździe, a potem w kwaterze poznanych na
statku ubogich imigrantów i , jak pisał, „ażeby być
w udziale ich prostoty szanownej, myłem posadzkę
i chodziłem boso, bawiąc się z ich dziećmi". Później
miał już własne skromne „atelier z widokiem na cmen¬
tarz - także mały ogródek w domu", a następnie prze¬
niósł się do „izdebki" na Manhattanie (przy N i n t h

ficzno-artystyczne z przyjaciółmi i te rozmowy powró­
ciły potem jako ideowa kanwa dla obu dialogów Promethidiona. Jednak w młodości nie potrafił na dłużej
osiąść w jednym miejscu i stale „był w drodze". Z Rzy­
mu wyjeżdżał do Tivoli, Albano, Gaetta Ferrata, Bagni d i Lucca. Raz jeszcze wyprawił się do zaboru pru­
skiego, gdzie gościł u Włodzimierza Łubieńskiego
w Pudliszkach i wkrótce potem odbył dłuższą podróż
morską z Neapolu do Palermo, a następnie przez Mo­
rze Śródziemne i Egejskie aż do Krety i w pobliże po­
łudniowych wybrzeży Grecji; do samej Grecji jednak
nie dotarł i nie zobaczył tej ukochanej i fascynującej
go ziemi.
Na początku 1849 roku Norwid niespodziewanie
opuścił Rzym i wyjechał do Paryża, gdzie obiecano mu
zamówienie na jakąś pracę artystyczną i gdzie przeby¬
wała Maria Kalergis (uczyła się u Chopina gry na for­
tepianie). Po stosunkowo pomyślnych latach wło¬
skich, już ten pierwszy okres paryski trwający od lute¬
go 1849 do końca listopada 1852 roku zapisał się w je¬
go życiu narastającą falą nieszczęść, ubóstwa, zgryzot
i konfliktów, które z biegiem lat kumulowały się, za¬
ostrzały i towarzyszyły mu do końca życia. We Francji
obracał się głównie w polskim środowisku emigracyj¬
nym - niespójnym, rozpolitykowanym, niszczącym ta¬
lenty, w którym nigdy nie zaistniał tak, jak np. Mickie¬
wicz czy Chopin. Miewał oddanych przyjaciół, ale
w zasadzie żył w duchowym odosobnieniu. Był czło¬
wiekiem prawym i niepodległym, nieustępliwym w po¬
szukiwaniu swojej Veritas; jego kategoryczne poglądy,
subiektywne racje, perswazyjne wskazania etyczne,
skłonność do profetycznych i dydaktycznych wystą¬
pień oraz niewzruszone pojęcia o ideale (przejawiają¬
cym się w życiu i sztuce), budziły opór i niechęć oto¬
czenia. Literackie dzieło Norwida, naznaczone moral¬
nym i filozoficznym przesłaniem, uważano za herme¬
tyczne, niezrozumiałe, dziwaczne bądź pretensjonalne,
(podobnie jak prace plastyczne o często zaszyfrowa¬
nych znaczeniach lub niedopowiedzianej formie), a je¬
go samego za człowieka o zachwianej równowadze
psychicznej. Bywał źle traktowany i odrzucany nie tyl¬
ko ze względu na trudną do przeniknięcia głębię myśli,
idei, nowatorskich koncepcji programowych. Ignoro¬
wano go i dyskredytowano także dlatego, że mówił
swoim współczesnym rzeczy niewygodne, że demasko¬
wał świat ich pozorów i złudzeń. Klęski życiowe spra¬
wiły, że rychło stał się nieszczęśliwym, zgorzkniałym
neurotykiem. Przez długie lata walczył o utrzymanie
się na powierzchni życia, rozpaczliwie zabiegał o środ¬
ki na utrzymanie, szukał wydawców i nabywców na
swoje obrazy, rysunki, ryciny, których nie chciano ku¬
pować. Wiele pisał i z reguły miał trudności z publika¬
cją tekstów. Korzystał z zasiłków przyjaciół - Zygmun¬
ta Krasińskiego i Augusta Cieszkowskiego, ale i oni
nie wierzyli do końca w sens tego, co tworzył. Po prze¬
czytaniu Quidam, autor Irydiona powiedział Andrzejo­
wi E. Koźmianowi: „Norwid zupełnie zwariował; napi­

18

19

20

21

45

Aleksandra Melbechowska-Luty

• OPRZEĆ G Ł O W Ę O M U R Y K L A S Z T O R N E

Street 367), którą ozdobił malowanym basreliefem.
Pracował i nieźle zarabiał przy wykonywaniu rysunków
do Almanachu Wystawy Światowej w Nowym Jorku
1853-1854. To zajęcie trwało od wiosny do jesieni
1853 roku. Kiedy Almanach został ukończony sytu­
acja materialna Norwida znacznie się pogorszyła. Zno­
wu dopadła go depresja; pisał do przyjaciół, że jest
chory, opuszczony i „zupełnie stargany". „Co mam czy­
nić - gdzie umrzeć?" W maju 1854 roku przeniósł się
do Brooklynu i zamieszkał tam wraz z księciem Marce­
lim Lubomirskim i jego rodziną (w zachowanym do
dziś domu przy Pacific Street 384). Z nimi to odpłynął
24 czerwca do Europy na nowoczesnym parowcu „Pa¬
cific". W lipcu zatrzymał się w Londynie, a w grudniu
dotarł do Paryża, gdzie mieszkał do śmierci.
Ze Stanów Zjednoczonych Norwid „wrócił pogru¬
chotany na resztę życia" (Folkierski). Zył w nędzy, wyprzedawał pamiątki, ratował się zapomogami od życz¬
liwych osób. W 1867 roku jego zamożny kuzyn Michał
Kleczkowski (sinolog, dyplomata w służbie francu¬
skiej, przez wiele lat pracujący w Chinach), odebrał
poecie skromną „prywatną" rentę (50 franków) wy¬
płacaną co miesiąc od 1865 roku, i wkrótce po raz
pierwszy zaproponował mu przeniesienie się do opie¬
kuńczego Zakładu św. Kazimierza. W tym okresie
Norwid często zmieniał mieszkania - według ustaleń
Juliusza W. Gomulickiego od 1855 roku można doli­
czyć się trzynastu jego adresów. O codziennym byto¬
waniu poety kilka uwag odnotowali znajomi. W 1858
roku Józef I . Kraszewski oglądał jego „skromną a jed¬
ną z najoryginalniejszych pracowni" przy rue Belle¬
fond 38. „W maleńkiej ubogiej izdebce znalazłem
biednego Cypriana, otoczonego przeróżnymi pamiąt¬
kami, studiami, rysunkami, obrazkami. Wszystko tu
odbijało charakter człowieka. Nad łóżkiem wisiał bia¬
ły krzyż z drzewa, bez Chrystusowego wizerunku, ale
z bardzo starannie odmalowanymi [...] znakami krwi,
kędy były przybite ręce, nogi i zraniona leżała głowa.
Nigdy podobnego nie widziałem krucyfiksu, a ten zro¬
bił dla mnie może większe wrażenie niż najpiękniejsza
figura [...]. Oprócz tego, ze swego Albumu rysunków,
artysta wkłada w ramy wiszące naprzeciw łóżka obra¬
zek, wspomnienie jakieś, którym się chce karmić, i zo¬
stawia go kilka tygodni, czasami dłużej, dopóki fanta¬
zja nie przyjdzie odmienić. W innych ramkach zeschłe
liście, szczątki jakieś życia". Na początku lat 1860.
Norwid sam uznał, że trzeba coś zmienić w swoim lo­
cum, zaprowadzić tam jakiś ład, mimo, że nigdy nie
zwracał zbytniej uwagi na zwykłe, „pospolite" rzeczy rekwizyty mieszczańskiego smaku. Tym razem był jed¬
nak zadowolony z nowych mebli i pochwalił się tą od¬
mianą Joannie Kuczyńskiej, której zamierzał nawet
przesłać rysunek „mieszkania mego wnętrze przedstawujący, [... ] z obrazem częstochowskim na korynckiej
konsoli bardzo poprawnego dłuta, tudzież fraszkami
mymi z podróży odległych, całość bardzo miłą czynią¬
cymi - że nie pominę krzeseł i fotelu zupełnie wygod-

nego". Wszelako, później wszystko wyglądało już zu¬
pełnie inaczej. Lata siedemdziesiąte były okresem po¬
głębiającego się upadku życiowej kondycji Norwida,
zaniedbania, utraty nadziei. W 1875 roku odwiedził
poetę Jan Rosen w jego ostatnim mieszkaniu przy rue
de Chaillot 49. W swych wspomnieniach zanotował
nieżyczliwe uwagi: „Niechętnie chodziłem do Cypria¬
na Norwida, którego poznałem tej zimy, a którego od¬
wiedzaliśmy z Henrykiem Piątkowskim. Mieszkanie je¬
go przedstawiało obraz nędzy i rozpaczy: brud i złe po¬
wietrze panowały tam niepodzielnie. Sam Norwid, sta¬
ry już wówczas i bezzębny, równie niechlujny na sobie,
jak wokoło siebie, gwizdał przeraźliwie mówiąc i ział
napojami wyskokowymi [...]. Mówił chętnie i obficie,
ale mglisto".
Norwid przyjaźnił się z wieloma kobietami. Szano¬
wał prawdziwe damy, oddane matki, ofiarne patriotki;
szczególnie lubił i cenił te, u których wyczuwał myśl
poważną, zdolność do przeżywania autentycznych
uczuć i powinowactwo duchowe - Marię Trębicką,
Marcelinę Czartoryską, Joannę Kuczyńską, Michalinę
Dziekońską-Zaleską, Jadwigę Łuszczewską (Deotymę). Poza niespełnioną miłością do Marii Kalergis sil¬
niejsze związki uczuciowe łączyły go w Paryżu z dwie¬
ma kobietami: Zofią Węgierską i Marią Sadowską. Nie
były to jednak stałe, rodzinne „związki domowe", lecz
krótkie, trwające niewiele ponad rok miłosne przyjaźnie. Przez wiele lat Norwida prześladowały natrętne
myśli o fizycznych i psychicznych cierpieniach ludzi
wyrzuconych poza nawias życia, odrzuconych, opusz¬
czonych, niewinnie skazanych i uwięzionych. Te swo¬
je obsesje - wywodzące się ze stałego poczucia zagro¬
żenia i doświadczenia więzienia berlińskiego - wyrażał
często w listach, poezji i pracach artystycznych.
O wielkich, poniżanych i krzywdzonych ludziach, ta¬
kich jak np. Sokrates, Dante Alighieri, Kolumb, Camoens, Kościuszko czy Mickiewicz (którzy byli dlań
prototypami „człowieka wiecznego") pisał w wierszach
Coś ty Atenom zrobił, Sokratesie i Marmur-biały.
24

22

25

26

Wdzięczna Grecjo! - a co się i z Fidiasem stało,
Który cię uczył kibić wyginać dostojnie
I stąpać jako bogi, duchem czując ciało? Czy on w więzieniu przepadł? Milcjad czy na wojnie?
Temistokles, Tucydyd, Cymon... czyż skazani?!
Grecjo! - a co się z słodkim Arystydem stało,

23

Który-ć przebaczać uczył, cierpiąc jak wygnani?
A stary Focjon, bitwę co wygrywa z chwałą,
N i m mu podawasz trucizn?... a Sokrat??...

27

Malował, rysował i rytował też kompozycje przepo¬
jone takimi treściami: Niewinność otoczona potwarzami, Parabola o perłach przed trzodą wieprzów, Niewolni­
cy żydowscy przy budowie, Muzyk niepotrzebny (metafo­
ryczny autoportret), Sforza w więzieniu, Chłopiec w lo­
chu, Więzień w celi, Strażnik, Cela, Sen więźnia, Więzień
przykuty do ściany, Kolumb patrzący na kajdany.
46

Aleksandra Melbechowska-Luty

• OPR

:: G Ł O W Ę O M U R Y K L A S Z T O R N E

W latach 1875-1876 chory na gruźlicę i pozbawio­
ny środków do życia poeta zwracał się parokrotnie
o pomoc do Michała Kleczkowskiego. Ten wykorzystał
nadarzającą się sposobność i w styczniu 1877 roku wy­
musił na nim zgodę na przeniesienie się do Zakładu
św. Kazimierza. Kleczkowski mieszkał wówczas w Pary¬
żu i zapewne przeszkadzały mu kontakty z ubogim
krewnym, który w znoszonym odzieniu pojawiał się
w jego eleganckim domu. Norwid, który sam uważał,
że jest już „radykalnie zrujnowany", a jego życie jest
„zupełną ruiną", sprzedał cały dobytek na pokrycie
długów, opuścił ostatnie mieszkanie przy rue de Chaillot i zatrzymał się przelotnie w pracowni Pantaleona
Szyndlera przy rue Fontaine St. Georges 42. 9 lutego
1877 roku przeprowadził się do przytułku dla wetera¬
nów prowadzonego przez Siostry Miłosierdzia św.
Wincentego ä Paulo w Ivry na peryferiach Paryża, przy
rue du Chevaleret 119 (dziś w granicach miasta). Idąc
„długim jak nicość korytarzem", dotarł do maleńkiego
pokoiku, celki na pierwszym piętrze położonego
w ogrodzie pawilonu. Przełożona, matka Teofila Miku¬
łowska, pisała wówczas do Kleczkowskiego, że Norwid
przyszedł do nich z miną „bardzo smutną i był trochę
zmartwiony, gdy jednak zobaczył swój schludnie urzą¬
dzony pokoik [...] wydał się zadowolony i nawet wie­
lokrotnie podziękował m i " . Ale w rzeczywistości wy­
glądało to nieco inaczej. „Ja po prostu coraz jaśniej wi­
dzę, że się gubię tu. Jestem z ciemnością dni, wilgocią,
bólem organu serca i bólem moralnym serca, [ale
przecież] oparłem głowę o mury klasztorne dla tanio¬
ści i ciszy [...]. Dom o ósmej wieczór zamknięty, ile¬
kroć obiaduję w mieście, tamże nocować muszę."
„Mam nawał ciężarów i kłopotów, które zaczynają
mnie spychać do dołu... Gdybym Ci wszystko odkrył,
zapłakał byś" - pisał do Bronisława Zaleskiego.
W 1882 roku przywykł już do tego miejsca i uznał, że
warunki Zakładu nie są tak fatalne jak na początku.
„Teraz jest tu lepiej - ale gdy przybyłem była tu Bota¬
ny-Bay" (to jest karna kolonia dla przestępców w A u stralii). Szczególnie boleśnie odczuwał odcięcie od
świata i bliskich osób. Został zmuszony do ogranicze¬
nia lub nawet zerwania dawnych „stosunków literac¬
kich, artystycznych i socjalnych". Wypady do miasta
z odległego Ivry nastręczały wielu kłopotów, choć za
zezwoleniem sióstr, odwiedzał znajomych i obejrzał na
przykład ekspozycję Salonu Paryskiego w 1881 roku.
Zakłady opieki, przytułki, schroniska - przeznaczo¬
ne dla ludzi niechcianych lub niesamodzielnych - są
egzystencjalnym i duchowym terytorium ubezwłasno¬
wolnienia, poddania się narzuconym normom, dyscy¬
plinie, totalnej organizacji życia ograniczającej wol¬
ność jednostki. Owe „społecznie dobroczynne" zastęp¬
cze domy, a w istocie instytucje mieszczące w sobie fa¬
talny syndrom „zamknięcia", są w pewnym stopniu
porównywalne z reżimem wojskowym, więzieniem,
szpitalem, a nawet sanatorium, a więc z miejscami,
w których funkcjonuje podobny system nakazów i ze-

spół objawów wymuszonych przez okoliczności czy ko­
nieczności, obywatelski obowiązek, winę i karę, nie­
szczęście czy chorobę. Tu na marginesie warto przypo­
mnieć, jak traumatycznym i wyjątkowym przeżyciem
bywały dla suchotników pobyty w szpitalach i sanato­
riach. Mówią o tym koleje życia wielu twórców, a tak­
że literatura i sztuka (na szczęście Chopinowi i Sło­
wackiemu zostały oszczędzone „zbiorowe" kuracje, od­
chodzili we własnych domach). Ludzie skazani na
przymus leczenia, np. Franz Kafka, Ludwik de Laveaux, Karol Szymanowski, przeżywali swój los w rozma­
ity sposób - walczyli lub poddawali się rezygnacji. Jed¬
ni czuli się jak w matni, inni akceptowali swój status,
oswajali cierpienie, spoufalali się ze śmiercią, a nawet
doznawali swoistej fascynacji poczuciem przemijania.
W takim wymiarze znalazł się w Davos Hans Castrop.
Tomasz Mann przywiódł go na Czarodziejską Górę,
która odmieniła jego tożsamość, odebrała dawną
„normalną" egzystencję, spowolniła czas i naznaczyła
tuberkulozą (którą bohater powieści przyjął niejako
z własnej woli i kontemplował przez siedem lat), ale
ofiarowała mu dar Epifanii - metafizycznego objawie¬
nia innego, nadzmysłowego świata, ludzi, siły przezna¬
czenia, radości i cierpienia, sensu życia i śmierci.
W realnym bytowaniu chory często dramatycznie do¬
świadczał „samego siebie" zarówno w sferze psychiki,
jak i własnego ciała, jego bólu i bezsilności. Pisał o tym
znakomity rzeźbiarz Henryk Wiciński, który w latach
1930. długo leczył się w zakopiańskim sanatorium.
„Beznadziejność do szczytu doprowadzona. Wszystko
rozłożone na element bezsiły. Czas posiekany na leżak,
jedzenie. Nie można myśleć, to ogólne ramy mego po¬
bytu". Lecz jednak myślał o życiu i sztuce. Pragnął da¬
lej tworzyć i w ostatnich dniach mówił z rozpaczą:
„w każdym załamaniu kołdry widzę formę. Przecież ja
dopiero zacząłem realizować".
Sytuacja Norwida, chorego na gruźlicę, spędzają¬
cego ostatnie lata życia w klasztornym przytułku, przy¬
pomina o ponadczasowej prawdzie, której zasadę wie¬
le lat później sformułował Jean-Paul Sartre, mówiąc,
że „piekło to inni". Jak w każdym zbiorowisku, w Za¬
kładzie św. Kazimierza przebywali różni ludzie. Miesz¬
kały tam osierocone dzieci, weterani powstań pol¬
skich, wojskowi i cywile. Wśród starych żołnierzy zna¬
lazło się wielu awanturników, krzykaczy, pieniaczy i ordynusów. Norwid nazywał ich „Scytami", czuł wstręt
i lęk wobec ich prostactwa. Tych, którzy byli spokojni,
taktowni i uczciwi, a także dobre siostry, miał za
„Świętych". Awantury wszczynane przez „Scytów" by¬
ły dlań szczególną udręką. Prosił, by pozwolono mu za¬
czynać posiłki później, kiedy wszyscy już zjedzą, a służ¬
ba zacznie sprzątać ze stołów. Pisała o tym matka M i ­
kułowska: „mamy [tu] niektórych ludzi złośliwych,
hałaburdników, napastujących drugich bez przyczyny
[...]. Z tymi panami trzeba obchodzić się jak z dziećmi,
a raczej wariatami [...]; piszę ten list na tym samym
papierze, na którym Norwid prosi, by mógł jeść osob-

2 8

30

29

31

47

Aleksandra Melbechowska-Luty

• OPRZEĆ G Ł O W Ę O M U R Y K L A S Z T O R N E

no z powodu tych niepokojów, bo choć nie słyszy, ale
widzi szamotania, że mało do bijatyki nie dochodzi".
Norwid był „genetycznie zakodowany" do działa¬
nia twórczego, musiał więc pisać i malować mimo naj¬
większych trudności. Nie miał pieniędzy, a kiedy bra¬
kowało mu materiałów, rysował zapałkami maczanymi
w herbacie. Tworzył sporo akwarel i obrazki olejne,
wykonał portret przyjaciela Tomasza Augusta Olizarowskiego (zmarłego w 1879 roku) i wiele rysunków
satyrycznych. Nieraz „po dziesięć godzin pracował
ciężko". Wśród różnych studiów z tego czasu znalazł
się też „reportażowy" rysunek przedstawiający smutne
karykatury dwóch „gości" Zakładu św. Kazimierza:
Stanisława Czyżkowskiego (emigranta z 1863 roku)
w rozmowie czy sprzeczce z jednym ze swoich sąsia¬
dów. I nie był to wcale szkic humorystyczny, ale bole¬
sne i pełne goryczy przedstawienie dwóch starych
mężczyzn - być może zapiekłych w złości - ale głębo¬
ko nieszczęśliwych pensjonariuszy przytułku, odartych
i wyzutych z godności i prywatności, odzianych w ja¬
kieś domowe czy nocne łachy, rozdeptane kapcie i nie¬
omal błazeńskie czapki. Między 1877 a 1882 rokiem
poeta narysował też trzy autoportrety: jeden zwany
„biblijnym", a drugi „sygnetowym", z głową ujętą w le¬
wym profilu i brodatym obliczem, przypominającym
twarze uduchowionych starców, mędrców, mistrzów,
proroków. Najwcześniejszy, pochodzący z 1877 roku
powstał w czasie, gdy przenosił się lub był już w zakła¬
dzie; wtedy narysował się en face, z „mojżeszową" gło¬
wą i niewidzącymi oczami zapatrzonymi „w głąb sie¬
bie". Wizerunek ten jest obrazem jakby przyspieszonej
starości steranego życiem pięćdziesięciosześcioletniego człowieka, odbiciem jego wewnętrznych rozterek,
świadectwem odchodzenia od świata. N a takie rozu¬
mienie owego autoportretu wskazuje też pewien zna¬
mienny szczegół: Norwid trzyma w zdeformowanej
dłoni wiotką gałązkę bluszczu. Bluszcz jest rośliną mo¬
gił, lecz jego symboliczne konotacje wiążą się z różny¬
mi pojęciami - z antycznym kultem Dionizosa, z ży¬
ciem i śmiercią, tęsknotą, wegetacją, bezradnością,
potrzebą opieki, smutkiem, zapomnieniem, ale też ze
zmartwychwstaniem i nieśmiertelnością. W potocz¬
nym odczuciu bluszcz uważany był za zły omen, za ro¬
ślinę pasożytniczą, zabijającą to, co żywe. Dla Norwi¬
da był to przede wszystkim „kwiat grobowy". Czy owa
gałązka, którą poeta w oczywisty sposób pokazuje
oczom widza, jest znakiem odejścia do przytułku - te¬
go miejsca, które może się stać grobem za życia, ale
także - później - przejściem do nieśmiertelności?
Pantaleon Szyndler, który był duchowym uczniem,
wielbicielem i powiernikiem Norwida, dwukrotnie go
malował w tych latach - raz ukradkiem, w czasie gdy
ten spał w jego pracowni (w roku 1879) i później,
w pierwszej połowie 1882 roku; stworzył wówczas oka­
zały, posągowo upozowany konterfekt autora Stygmatu, o spokojnym „klasycznym" wyrazie, z pewnością
wykonany według wskazówek poety, który miał wła32

48

sną wizję idealnego współczesnego portretu. W mnie¬
maniu Norwida, wizerunek wielkiego człowieka - po¬
winien mieć „zupełną grecką spokojność" i przedsta¬
wiać taką osobę w patetycznym geście, ponadczaso¬
wych szatach, z poważną twarzą i oczami „zapuszczo¬
nymi w czczość przestrzeni".
I tak właśnie Szyndler
zadośćuczynił pragnieniu swego mistrza - który chciał
po raz ostatni okazać się współczesnym i potomnym przedstawiając go w „idealnej" postaci natchnionego
poety, artysty, myśliciela, proroka.
W ostatnich miesiącach życia Norwid jakby „zapa¬
dał się" w sobie. Ostatnim wysiłkiem woli malował
jeszcze i pisał. N a początku 1883 roku stworzył trylo¬
gię włoską: Stygmat, „Ad leones!" i Tajemnicę lorda Sin­
gelworth oraz ciepłą, pełną zrozumienia dla zwierząt le­
gendę Ostatnia z bajek. Twórczość poetycką zamknął
wierszem Epizod, dedykowanym Juliuszowi Kossakowi.
Na parę dni przed śmiercią nie chciał już z nikim roz¬
mawiać, prosił tylko: „zostawcie mnie w spokoju".
Zmarł 23 maja 1883 roku o siódmej rano; miał nie¬
spełna 62 lata. Matka Mikułowska opisała ostatnie ty¬
godnie i dni poety: „opuszczony był i biedny Norwid,
który więcej ze smutku, tęsknoty i zapomnienia o N i m
wielu osób, które on w sercu nosił, przyprawiły go
o melancholię, która na koniec śmierć sprowadziła, do
czego przyczyniła się jeszcze wielce zupełna głuchota,
ta odosobniła Go jeszcze więcej od całego świata.
Ostatnie momenta jego były bardzo spokojne: raczej
zasnął niż umarł; często płakał, ale nigdy nie wynurzał
się przed nikim z uczuciami serca swego, i zdaje m i się,
że Go to dobiło". Pogrzeb odbył się 25 maja, po mszy
w Zakładzie św. Kazimierza. Na pochówek zebrano
składki do Michała Kleczkowskiego, marszałka Teo¬
dora Jełowickiego (który poetę uwielbiał) i rodziny
Dybowskich. Norwida pochowano na małym cmenta¬
rzu w Ivry, w osobnej mogile wykupionej na lat pięć do 25 maja 1888 roku. Po wygaśnięciu koncesji prze¬
niesiono jego szczątki do wspólnego grobu polskiego
w Montmorency (dywizja I I I , rząd 9), z opłatą opiewa­
jącą na lat piętnaście, do 26 listopada 1903 roku.
W roku 1904 ponownie zakłócono mu spokój: prochy
poety złożono w małej trumience, a według innej rela¬
cji w „zwykłym pudle", we wspólnym grobie domowni¬
ków Hôtel Lambert na tymże cmentarzu. Ostatni
grobowiec na powązkowskim cmentarzu komunalnym
w Warszawie, to już tylko puste miejsce, które w 1966
roku symbolicznie przypisano pamięci autora Vade¬
-mecum. W roku 2001, kiedy to obchodzono w kraju
180 rocznicę urodzin Norwida, złożono w krypcie na
Wawelu urnę z ziemią zebraną z jego trzeciej, zbioro¬
wej mogiły w Montmorency.
3

3

34

35

Więc mniejsza o to, w jakiej spoczniesz urnie,
Gdzie? kiedy? w jakim sensie i obliczu?
Bo grób Twój jeszcze odemkną powtórnie,
Inaczej będą głosić Twe zasługi
I łez wylanych dziś będą się wstydzić,

Aleksandra Melbechowska-Luty

• OPRZEĆ G Ł O W Ę O M U R Y K L A S Z T O R N E

A lać ci będą łzy potęgi drugiej

18

Ci, co człowiekiem nie mogli Cię widzieć...

O propozycji wydania Quidam, zob. List Norwida do Zygmunta
Krasińskiego z 3 I I I 1858, Pwsz., t. 8, 1971, s. 334-335; wypo­

36

wiedź Krasińskiego cytuję według komentarza J. W. Gomulickiego, tamże, s. 545.

W ostatnich dniach życia Norwida troskliwie czu¬
wał przy jego łożu, weteran powstania listopadowego,
Michał Zaleski. W piątek, 22 maja, chory musiał do¬
tkliwie odczuwać chłód, gdyż zwrócił się do Zaleskie¬
go słowami: „przykryjcie mnie lepiej". W tej prośbie
objawiła się jakaś niewytłumaczalna cząstka tajemne¬
go, metafizycznego przeczucia, że jego życie i twór¬
czość zostaną także „przykryte" lub, jeśli wolimy, „za¬
kryte" na długie lata.

19

Norwid. Z dziejów recepcji twórczości, op. cit., s. 44, 49, 53, 95,

2 0

Rozmowy [O Norwidzie], Pwsz., t. 11, 1976, s. 473-474 i 573

2 1

List do Józefa Bohdana Zaleskiego z sierpnia-września

99, 100, 103-105.
(komentarz J. W. Gomulickiego).
1854,

Pwsz., t. 8, 1971, s. 225.
2 2

O pobycie poety w Ameryce zob.: W. Folkierski, Norwidowe in¬
ferno amerykańskie,

[w:] Norwid żywy. Książka zbiorowa, Londyn

1962, s. 40-70; J. W. Gomulicki, Kalendarz biograficzny C. Nor­
wida, op. cit., s. 73-77; A . Melbechowska-Luty, Sztukmistrz...,
op. cit., s. 107-113.
2 3

J. I . Kraszewski, Kartki z podróży 1858-1864, t. 2., Warszawa

2 4

List do Joanny Kuczyńskiej z lutego-marca 1862, Pwsz., t. 9,

2 5

J. Rosen, Wspomnienia 1860-1925, spisała A n n a Leo, Warszawa

2 6

J. W. Gomulicki, Kalendarz biograficzny C. Norwida, op. cit., s.

1874, s. 316.
Przypisy:

1971, s. 17-18.
1

[Wędrowny Sztukmistrz], [w:] Cyprian Norwid, Pisma wszystkie,
zebrał tekst ustalił, wstępem i uwagami krytycznymi opatrzył Ju­

1933, s. 66-67.

liusz W. Gomulicki, t. 3, Warszawa 1971, s. 71-76. Dalej cytu­
2

ję: Pwsz, tom, rok.

111-116, 130-135; Tenże, Ostatni romans Norwida,

O pojęciu ruiny w twórczości Norwida zob.: T. Makowiecki,

1967, nr 17, s. 6.

Stygmat ruin w twórczości Norwida,

„Droga", 1933, s. 1146¬

2 7

1147; K. Wyka, Cyprian Norwid. Poeta i sztukmistrz, Kraków
1948, s. 102-106; S. Brzozowski, Próba, [w:] S. Brzozowski, Kul­

chowska-Luty, Sztukmistrz... , op. cit., s. 258-261.
2 8

wstępem opatrzył A . Walicki, Warszawa 1973, s. 149-165; J.

Cyt. za: J. W. Gomulicki, Między „Scytami" a „Świętymi". Na
marginesie nieznanego listu Norwida, „Poezja", 1970 nr 1, s. 12.

Trznadel, Czytanie Norwida, Próby, Warszawa 1978, s. 89-107;

2 9

Norwid.

Listy do Bronisława Zaleskiego, Mieczysława Geniusza, Augu¬
sta Cieszkowskiego i Leonarda Niedźwieckiego z lat

W setną rocznicę śmierci poety, materiały sesji, 27-29 X 1983, re­

1877,

1878, 1879 i 1882, Pwsz., t. 10, 1971, s. 109, 113, 118, 119,

dakcja naukowa i wstęp S. Burkot, Kraków 1991, s. 59-75; Taż

129, 180.

sama, Terytorium ruin. Ruina jako obraz i temat romantyczny, Kra­

3 0

ków 1993, s. 128-131; A . Melbechowska-Luty, Sztukmistrz.

Cyt. wg Wystawa rzeźby i rysunku Henryka Wicińskiego (1908¬
1945), „Zachęta", Warszawa 1962, wstęp i opracowanie katalo¬

Twórczość artystyczna i myśl o sztuce Cypriana Norwida, Warsza¬

gu M . Kosińska, s. nlb.; M . Jarema, Henryk Wiciński, „Głos Pla¬

wa 2001, s. 247-254.
3

Pwsz., t. 1, 1971, s. 100. O wątkach opuszczenia,

odrzucenia i uwięzienia w twórczości Norwida, zob. A . Melbe-

tura i życie. Zagadnienia sztuki i twórczości w walce o światopogląd,

G. Królikiewicz, Spojrzeć okiem artysty, [w:] Cyprian

Marmur-biały,

„Stolica",

styków", 1947, grudzień, s. 41-43.

Rzecz o wolności słowa, Pwsz., t. 3, 1971, s. 616.

3 1

List do siostry Bronisławy Studniarskiej z 1880 lub 1881 roku,

4

Pięć zarysów, Ruiny, Pwsz., t. 3, 1971, s. 489.

5

Rzecz o wolności słowa, op. cit., s. 602.

6

To rzecz ludzka!..., Pwsz., t. 1, 1971, s. 63.

7

Rzecz o wolności słowa, op. cit., s. 617.

8

[Pierwszy list, co mnie doszedł z Europy], Pwsz., t. 1, 1971, s. 219.

artysty, który miałby portretować niedawno zmarłego generała

9

Wszystkie dane życiorysowe i informacje o adresach Norwida

Władysława Zamoyskiego; zob. O portrecie i przeznaczeniu je¬

opieram na ustaleniach J. W. Gomulickiego zestawionych w:

go..., Pwsz., t. 6, 1971, s. 479-480 i t. 7, 1973, s. 593 (komen¬

Kalendarz biograficzny Cypriana Norwida i Itinerarium

Pwsz., t. 10, 1971, s. 152.
3 2

Cyt. za: J. W. Gomulicki, Między „Scytami" a „Świętymi", op. cit.,
s. 14.

3 3

W 1868 roku Norwid sformułował oryginalną „instrukcję" dla

tarz J. W. Gomulickiego).

Norwida,

Pwsz., t. 11, 1976, s. 7-197. Zob. też: J. W. Gomulicki, Norwid

3 4

List Teofili Mikułowskiej do Michaliny Zaleskiej z 7 V I 1883,

w Warszawie. Wybrane partie biograficzne, „Rocznik Warszaw­

cyt. za: Pwsz., t., 10, 1971, s. 284 (komentarz J. W. Gomulickie-

ski", 1990, s. 131-204.

go).

1 0

Do Bronisława Z., Pwsz., t. 2, 1971, s. 239.

11

Notatka Norwida na akwarelowej kopii obrazu M a t k i Boskiej

3 5

J. W. Gomulicki, Cztery groby Norwida, „Odra", 1983, nr 7-8, s.
47-56.

wklejonej do „Książki pamiątek" poety, wł. Biblioteka Narodo­

3 6

[Coś ty Atenom zrobił, Sokratesie], Pwsz., t. 1, 1971, s. 236 i t. 2,

wa, sygn. I 6296.

1971, s. 357 (komentarz J. W. Gomulickiego). Cytowany tu

12

J. Cybis, Norwid jako plastyk, mpis w Bibliotece Narodowej,

fragment wiersza poświęcony jest pamięci Adama Mickiewicza,

sygn. I V 6336, s. 6.

którego ciało przewieziono z Marsylii do Paryża 9 I 1856 roku

13

Pożegnanie, Pwsz., t. 1, 1971, s. 51.

na nabożeństwo żałobne do kościoła św. Magdaleny. Równocze¬

14

List do Adama Potockiego z 16 V I I 1870, Pwsz., t. 9, 1971, s.

śnie, w naszym dzisiejszym odczuciu, strofy te jawią się jako pro¬

459.

rocza wizja Norwida odnosząca się do jego własnych, pośmiert¬

15

List do Cezarego Platera z 1 IX 1846, Pwsz., t. 8, 1971, s. 41.

nych losów.

1 6

List do Marii Trębickiej z 21-23 lutego 1854, Pwsz., t. 8, 1971,

17

Listy Zygmunta Krasińskiego do Delfiny Potockiej z 8 i 25 stycz¬

s. 207.
nia 1848. Cyt. za: Norwid. Z dziejów recepcji twórczości, wybór
tekstów, opracowanie i wstęp M . Inglot, Warszawa 1983, s. 40¬
42.

49

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.