-
Title
-
Moje spojrznie na etnografię / LUD 2004 t.88
-
Description
-
LUD 2004 t.88, s.187-202
-
Creator
-
Sikora, Sławomir
-
Date
-
2004
-
Format
-
application/pdf
-
Identifier
-
oai:cyfrowaetnografia.pl:4730
-
Language
-
pol
-
Publisher
-
Polskie Towarzystwo Ludoznawcze
-
Relation
-
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:5098
-
Rights
-
Licencja PIA
-
Subject
-
etnografia
-
Text
-
Lud, t. 88, 2004
SŁAWOMIR SIKORA
Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej
Uniwersytet Warszawski
MOJE SPOJRZENIE
NA ETNOGRAFIĘ*
Przyjmując zaproszenie Waldemara Kuligowskiego nie bardzo zdawałem sobie
sprawę, jak poważnym jest ono wyzwaniem. Skoro jednak uczyniłem ten krok,
postaram się powiedzieć o paru kwestiach, mając nadzieję, że przynajmniej niektóre z nich wydadzą się interesujące. Moje uwagi będą zapewne pozbawione unilineamości. Podobnie jak w przypadku ankiety opublikowanej przed laty w ,,Polskiej
Sztuce Ludowej", gdy część respondentów odpowiadała nie wprost na zadane
pytania, nie podawała pozytywnych definicji etnologii, etnografii, antropologii, tak
ija chciałbym uniknąć czasem bezpośrednich odpowiedzi na pytania. Mam jednak
nadzieję, że niektóre z podjętych kwestii zostaną częściowo lub pośrednio zdefmiowane, a przynajmniej zobrazowane, nawet jeśli będzie to obraz odbity w lustrze
i nie zawsze wyraźny.
Na moją optykę widzenia etnografii niewątpliwie wpłynęła długoletnia praca
w "Kontekstach". U:vi-Strauss zauważył niegdyś, że etnografia jest tak misją, jak
i azylem. Pracy w "Kontekstach" nie traktowałem zapewne jako misji, lecz z pewnością była ona przez czas jakiś szczególną fonną azylu. Sprzyjała też obcowaniu
z określoną odmianą tekstów.
Nie da się ukryć, że koniec lat 70. i początek 80. był w antropologii polskiej
znaczący i niósł ze sobą zmiany. Czuję się też po trosze "potomkiem" owych zmian,
przynajmniej do pewnego stopnia dane mi było skorzystać z powstałego wtedy
fennentu. Wiązało się to m.in. z dyskusjami na temat zmiany fonnuły i zakresu
studiów. W warszawskiej Katedrze nie doszło wówczas do radykalnych zmian
(w sensie fonnalnym), jednak czas ów zaowocował m.in. pewnymi studenckimi
kontaktami przede wszystkim ze środowiskiem krakowskim (i np. ciekawym cyklem studenckich sesji naukowych w Skawicy). W Katedrze Etnografii, a raczej
już Etnologii i Antropologii Kulturowej, gościnne zajęcia prowadził Zbigniew Benedyktowicz. W ramach owych zajęć pojawiały się różnorodne tematy od kultury
średniowiecza (np. Le Goft), klasycznych już dziś rozważań o obcości, aż po świeżo wydany Ikonostas Florenskiego. Owe uniwersyteckie spotkania przerodziły
*Prezentowany tekst jest efektem spotkań z cyklu "Antropologia kultury w Polsce - następne
pokolenie", które odbywały się wiosną2004 w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM
w Poznaniu.
188
Sławomir Sikora
się następnie w prywatne,jeśli można się tak wyrazić, seminaria, w ramach których rozwijaliśmy różne "prywatne" tematy: poza bardziej tradycyjnymi etnograficznymi kwestiami pojawiły się tam tak "osobliwe" etnograficzne lektury,jak ,,rozmowy" Mandelsztama z Dantem, Mann, Proust, Rilke, Ricoeur, "twarz Levinasa". To w związku z owymi doświadczeniami antropologia zawsze miała dla mnie
szeroką postać próby zrozumienia Człowieka, "człowieka w ogóle". Sądzę, że przynajmniej dla kilku osób ze środowiska warszawskiego były to ciekawe i ważne
doświadczenia odbiegające znacząco od tego, co istniało w murach uniwersytetu.
Moje doświadczenie etnograficzne na początku zostało więc "skażone" literaturą
i hermeneutyką, symbolem, który dawał do myślenia, i nawet jeśli myślenie owo
było często naiwne, to zawsze miało pewien komponent egzystencjalny. Nigdy też
nie miałem specjalnej predylekcji do "twardych" metod nauki (mam tu przede
wszystkim na myśli nie tyle swoisty rygor i logikę postępowania, ile raczej pewność rezultatów). Choć pewnie nie brzmi to nazbyt pozytywnie, to powtórzę tu
również definicję (to z pewnością za mocne słowo) etnografii, którą na jednych ze
swych zajęć przywołała profesor Anna Zadrożyńska. Porównała wówczas etnologa do dyletanta, oczywiście w dawnym, pozytywnym rozumieniu tego słowanie specjalisty, lecz amatora, amatora, którego wiedza wykracza poza jakąś określoną dziedzinę, osoby osadzonej w szerokim kontekście kulturowym. Taką opcję
można też wyśledzić np. w ówczesnej odpowiedzi Benedyktowicza na ankietę
"Polskiej Sztuki Ludowej". Zauważył on, że antropologia, ta antropologia, do której
ma szczególną atencję, jest dziedziną pogranicza i tematów z marginesu. A myśl ta
nieobca jest też różnym autorom dnia dzisiejszego. Sądzę, że przy wszelkich zmianach, jakie zaszły w antropologii, pozostaje ona dziedziną pogranicza i otwarcia na
wielość (taką próbę rozumienia antropologii można np. odnaleźć w nie tak dawnym zbiorze tekstów Rethinking Visual Anthropology pod red. Marcusa Banksa
i Howarda Morphy' ego, 1997).
Jakiś czas temu uderzyła mnie przytaczana przez Jamesa Clifforda (2000) opinia na temat sposobu, w jaki Marcel Mauss prowadził wykłady. Clifford przywołał
zdanie Andre Leroi-Gourhana, który powiada, że wraz z DeborąLifchitz próbowali dociec, na czym polegał fenomen wykładów Maussa. W tym celu postanowili
niezależnie prowadzić szczegółowe notatki. Kiedy je skonfrontowali, okazało się,
że zapiski owe diametralnie się od siebie różniły. Opublikowane później notatki
innych studentów mówiły jeszcze coś innego. Leroi-Gourhan zauważa, że to, co
było najbardziej frapujące w wykładach Maussa, to jego milczenie i sposób, w jaki
konstruował zdania. Zdania owe miały konstrukcję otwartą, i nie tyle wyjawiały,
oznajmiały jakąś konkluzywnąprawdę, ile raczej zapraszały do myślenia. Same
w sobie stanowiły formę otwartą. Taką otwartość myślenia odnajduję też w prozie
Rolanda Barthesa.
Dawniej powtarzałem sobie, że antropologia jest sposobem (powiada sięsztuką) rozumienia rzeczywistości; obecnie już tego nie powtarzam, lecz pewnie
nadal tak po trosze myślę. Może jest to sztuka interpretacji - jak powiadają nie-
Moje spojrzenie
na etnografie<
189
którzy, m.in. Benedyktowicz. Pytanie, jak rozumieć tu rzeczywistość, czy sprowadza się ona do kultury. Czym jest owa kultura, który to termin obecnie czasem się
podważa (przede wszystkim wtedy, gdy zaczyna przybierać postać koherentnej
całości, za pomocą której próbuje się opisać, oddać rzeczywistość jakiejś grupy
ludzi; por. np. tytuły Adieu, Culture, Anthropology Beyond Culture czy niedawna propozycja Dariusza Czai). Być może antropologię można by zdefiniować jako
próbę, sztukę nieperswazyjnego rozumienia i interpretowania rzeczywistości, odwołującą się do różnych metod, czy też formę praktycznej filozofii (Hastrup, za
Buchowski,2004).
To, co widać dziś "gołym okiem", to znaczne rozszerzenie i rozmycie granic
dyscypliny. Znaczącym pytaniem pozostaje, jak sobie z tym radzić, jak radzić sobie
z tymi, którzy dawniej lub całkiem niedawno zaczęli korzystać z terminów antropolog, antropologia, nie mając jednocześnie "profesjonalnego, akademickiego wykształcenia antropologicznego". Z tego terminu korzystał niegdyś profesor Aleksander Jackiewicz, obecnie zaś np. Maryla Hopfmger, Barbara Fatyga czy Leszek
Kolankiewicz. To ciekawy i,jak sądzę, nobilitujący antropologię fakt. Ale warto
zastanowić się, jakie są granice dziedziny, jakie kryteria trzeba spełnić, żeby nazwać się antropologiem. Czy wystarczą same antropologiczne lektury, czy wiąże
się to ze sposobem podejścia do zagadnienia, poruszanymi zagadnieniami, czy
w końcu - to również bywa uznawane za kryterium - badania terenowe. (Karl
Heider zdefiniował niegdyś [1976] film etnograficzny jako taki film, który został
zrobiony przez antropologa, bądź w ścisłej z nim współpracy; taką opcję wyznawał
również np. Jay Ruby - postać znacząca w antropologii wizualnej - i powtórzył
ją też w niedawno wydanej książce [2000), co nie przeszkadza mu jednocześnie
uznawać za niemal niedościgniony przykład filmu etnograficznego Nanooka z Północy [1922] Roberta Flaherty'ego, który wszak etnografem nie był).
Ciekawe jest to, że w swoim podsumowaniu książki Antropologia kultury
w Polsce - projekt urzeczywistniony Czesław Robotycki (1995) nie wymienia
prac postaci (zob. bibliografia), które wywodzą się spoza trzonu tradycyjnie pojmowanej akademickiej etnografii-antropologii. Myślę tu np. o tak ważnych postaciach, jak Roch Sulima czy, by pójść dalej, Piotr Kowalski, Leszek Kolankiewicz
i inne osoby "spoza" (?) dyscypliny. (Oczywiście to ograniczenie u Robotyckiego
w znacznym stopniu jest umotywowane tematem i zakresem jego wypowiedzi).
W ciekawej książce Dariusza Czai Sygnatura ifragment. Narracje antropologiczne (2004), mamy zaś do czynienia z sytuacją odwrotną. Zebrane w niej
teksty pochodzą prawie wyłącznie z "Kontekstów", gdzie były publikowane przez
ostatnie piętnaście lat (są oczywiście nieco zmienione i ukoherentnione), ale choć
nikt (nikt to może zbyt kategoryczne stwierdzenie) nie wątpi w to, że Dariusz
Czaja jest antropologiem, to trudno tam znaleźć przypisy do innych antropologów,
poza nielicznymi chlubnymi wyjątkami Levi-Straussa, Geertza, Clifforda, Malinowskiego, no i Ludwika Stommy (chyba nikogo nie pominąłem; prace dwóch
ostatnich stały się punktem wyjścia do dalszych rozważań). Zdecydowanie częst-
190
Sławomir Sikora
sze są przypisy odwołujące się do filozofów, ludzi literatury (zarówno 1iteratów,jak
i ludzi piszących o literaturze), historyków sztuki itd. To ciekawe również dlatego,
że można sądzić, iż to właśnie teksty tworzą, bądź przynajmniej aktywnie współtworzą dziedzinę, którą się zajmujemy (poza, oczywiście, nauczaniem); teksty są
przecież szczególnymi wypowiedziami prowadzonymi w obrębie dziedziny (lub,
oczywiście, poza nią). Przywołując bliższych i dalszych kolegów w tekście prowadzimy z nimi rozmowę, w pewnych sprawach się z nimi zgadzając, w innych zaś
nie, owa rozmowa zaś wiąże się z wytyczaniem obszaru, po którym się poruszamy.
Czy należy zatem sądzić, że Czaja wędruje zupełnie odrębnymi ścieżkami? Poza
innymi sprawami, przykład ten dobitnie wskazuje na to, że dziś antropologia nie ma
łatwego do wytyczenia, koherentnego pola działania (vide też np. szerokie spektrum tekstów publikowanych w "Kontekstach").
Kolejna kwestia - ulubieni autorzy - jest tylko pozornie łatwa. Ograniczę się
do kilku nazwisk. Z pewnością blisko początku tej listy znalazłby się Roland Barthes. I choć przede wszystkim lubięjego późną "twórczość" - Camera lucida
(polskie tłumaczenie, Światło obrazu [1995], gubi, niestety, ukryte w tytule,
a związane zjej "podwójnością", odwołanie do istoty fotografii) stała się jedną
z ważnych książek dla mojego doktoratu - to cenię nadal również jego wcześniejsze teksty. W późnej twórczości Barthes "wychodzi" poza naukę, rozumianąjako
tworzenie spójnego, restrykcyjnego systemu rozumienia, jako dążenia do uzyskania uniwersalizujących wzorów. To, co u Barthesa zapewne szczególnie cenne, to
głębokie wyczulenie na język, na różne języki "rzeczywistości". I ta wrażliwość na
odmienność winna, jak sądzę, wzbudzić zainteresowanie antropologów. Kolejną
kwestiąjest szczególna samoświadomość i refleksyjność Barthesa. To też cechy,
na które antropolog powinien mieć baczenie (Roland Barthes par lui meme).
Barthes opowiedział się za literaturyzacją nauki, ale także - co warte tu szczególnego podkreślenia - do niego należą słowa, że "spośród wszystkich uczonych
dyskursów, ten należący do etnologii najbliższy jest Fikcji". Uwrażliwienie na językową stronę rzeczywistości widać wyraźnie już w Mitologiach, ale ze szczególną
siłąpojawia się ono w późnej twórczości. We wczesnym eseju pisał: "Nauka jest
pospolita, życie jest subtelne, i aby skorygować ten rozstęp, potrzebna jest nam
literatura" (1986). W drugiej połowie lat 70., w mowie wygłoszonej z racji przyjęcia do College de France, stwierdził zaś: ,język jest porządkowaniem, a porządkowanie jest opresywne: ordo znaczy zarazem rozdział i zastraszanie". Tę próbę
ominięcia opresywności języka, jego uwikłania w dyskurs siły (vide m.in. Foucault
i całe upolitycznienie dyskursu) Barthes dostrzegał m.in. w próbie ucieczki przed
dążeniem do ujęć całościowych, uogólnieniem, we fragmentacji: "przekonuję się
coraz bardziej, czy to pisząc, czy to nauczając, że podstawową operacją metody
udaremniania jest, gdy się pisze, fragmentacja, gdy się wykłada, dygresja, albo, by
ująć to w jednym, cudownie dwuznacznym słowie: wycieczka. Chciałbym więc,
by mowa i słuchanie, które będą się tu splatały, podobne były odejściom i powrotom bawiącego się wokół matki dziecka, które oddala się i za chwilę wraca, by
Moje spojrzenie na etnografi