Przyszła do mnie z wizytą sprzedaż bezpośrednia / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4

Item

Title
Przyszła do mnie z wizytą sprzedaż bezpośrednia / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4
Description
Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4, s.144-145
Creator
Radkowska, Magdalena
Date
1998
Format
application/pdf
Identifier
oai:cyfrowaetnografia.pl:2520
Language
pol.
Publisher
Instytut Sztuki PAN
Relation
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2709
Text
Przyszła do mnie z wizytą
sprzedaż bezpośrednia
Magdalena Radkowska

Piękny wiosenny poranek. Trzeba wstać. Szybko posprzą­
tam, potem się ładnie ubiorę i może pójdę na jakieś zakupy.
A tu tyle zmywania po wczorajszych urodzinach. Trudno, za­
biorę się do tego już teraz.
Dzwonek do drzwi. Kto to może być? Listonosz już był,
pan z gazowni i ten od prądu też... Goście?
Przede mną stoi elegancka młoda dama, jak się później
okazało o nienagannych manierach.
- Dzień dobry. Nazywam się Anna Strzałkowska-Johnson. Jestem przedstawicielką francuskiej firmy kosmetycznej
[nazwa jakaś krótka, bardzo zagraniczna, już teraz nie pamię­
tam]' działającej od 1923 roku.
Zaświadczając o swojej prawdziwości, podaje mi wizy­
tówkę. Szczęśliwa, że wiem, z kim mam do czynienia, wpu­
szczam ją do środka. Czuję się jakoś nieswojo, ta pani ma
nade mną przewagę. [No tak, przecież w tym momencie ona
była osobą z tożsamością, ja - bez. Wygrywała. Przez chwilę
byłam nikim. Po prostu jedną z wielu klientek pani Strzałkowskiej-Johnson. Nie dość, że zostałam przyłapana przy tak
skrajnie profanicznej czynności, jak sprzątanie, to jeszcze nie
miałam tożsamości.] Czuję się, jakbym była naga i brudna.
A do tego ona - cały czas tak niemożliwie miła i grzeczna.
- Przepraszam, że o tak nieodpowiedniej porze... (Boże!
Przecież jest już południe, o co jej do diabła chodzi, chce je­
szcze bardziej mnie pogrążyć? Nie dam się, pokażę jej, że ja
też potrafię być sympatyczna. I wcale nie jestem brudasem.)
Chciałabym chwilę z Panią porozmawiać. Przedstawić nasze
propozycje na sezon wiosenno-letni, może Pani sobie wybie­
rze coś z nowej kolekcji. Nasz komputer spośród wszystkich
klientów w tym miesiącu wylosował właśnie panią. (Naszych
klientów? Czy ja kiedyś, coś? Ach ta niespodzianka, którą
dawno temu zrobił mi Paul...) Dzięki czemu może Pani po
promocyjnej cenie zakupić naprawdę wyjątkowy zestaw.
Cóż, skoro komputer właśnie mnie wylosował... W końcu
i mnie się poszczęściło. [Naiwna ta nasza bohaterka. Myśli,
że została przyjęta do grona wybrańców. Przestrzeń do tej po­
ry dla niej niedostępna tym razem jest w zasięgu ręki. Odbyć
tylko całkiem niewinny rytuał inicjacji i już karta klubu pięk­
nych, młodych i bogatych będzie w jej rękach.] Czy można
odmówić losowi? Czy mogę odmówić komputerowi?
I w końcu, czy mogę odmówić tej zamiłej pani? Gość w dom
- Bóg w dom, zawsze powtarzała mi babcia.
- Proszę, niech pani wejdzie (dlaczego ja nie potrafię tak
efektownie mówić pani z dużej litery), przepraszam, że tu ta­
ki bałagan, ale pani rozumie... (za co ja ją przepraszam? Je­
stem na siebie wściekła, przecież to ona przyszła z nie zapo­
wiedzianą wizytą.) Proszę usiąść. Ja za chwileczkę wrócę.
Szybko odrzucając fartuch chwyciłam szczotkę do włosów,
zarzuciłam na siebie trochę bardziej elegancki strój i wróci­
łam do mojego gościa.
- Może pani się czegoś napije? [Po co ja jej to zapropo­
nowałam? Wtedy jeszcze jakoś do mnie nie mogło dotrzeć, że
to jej na mnie zależy i w zasadzie bez skrupułów mogłam ją
2

3

144

nawet wyrzucić z domu. Przecież ona jest tylko jakimś tam
usługodawcą... Ale wówczas jeszcze sobie z tego nie zdawa­
łam sprawy. Ona w swoim błyskotliwym entree nie zostawi­
ła mi miejsca na żadne racjonalne refleksje.]
- Nie, dziękuję, ja tylko na chwilę. Niech Pani w ogóle
mną się nie przejmuje.
Usiadłam obok niej przy stole. Otworzyła eleganckie pu­
dełko. Wszystko w nim było równo poukładane, oznaczone,
ładne i zapewne bardzo drogie. To ona była tą uporządkowa­
ną, nienaganną kulturą. Ja - zmywająca naczynia, nie uczesa­
na^ bałaganem w mieszkaniu - reprezentowałam, „co naj­
wyżej", naturę. Teraz ona mogła wprowadzić w moje życie
ład, podarować mi okruch doskonalszego ze światów.
- Do codziennej pielęgnacji skóry poleciłabym Pani ten
oto krem. Pani ma cerę mieszaną, jak sądzę? - nie czekając
na odpowiedź kontynuowała: - Jest naprawdę wyśmienity
i niedrogi. Jest produktem najnowszych badań naszego insty­
tutu posiada obok trio-profazyny naturalny składnik utrzymu­
jący naszą skórę w jak najlepszej kondycji. Teraz, wiosną, bę­
dzie chronił Pani cerę przed wiatrem, a latem przed szkodli­
wą działalnością promieni UV. (Wczoraj właśnie czytałam
w gazecie i nawet akurat w telewizorze mówili o tym, ile lu­
dzi w zeszłe lato umarło z powodu raka skóry...) My kobiety
wiemy, że kremów niestety trzeba używać codziennie. Ina­
czej już za parę lat nasza cera... - nie dokończyła, tylko po­
trząsnęła głową. (No tak, kto dzisiaj chciałby mieć starą ce­
rę? Któż nie marzy o zatrzymaniu destrukcyjnie działającego
czasu? ) Ale należy używać odpowiednich, bardzo często bo­
wiem się zdarza, że kobiety stosują całkiem nieadekwatne do
ich rodzaju cery specyfiki. Kilka dni temu byłam u klientki,
która, proszę sobie wyobrazić, używała kremu z emfazytami
do cery tłustej, natomiast maseczkę robiła z bławatka. [Jakże
bezkolizyjnie natura z kulturą połączone ostały w jednym ak­
cie codziennej pielęgnacji skóry... ] Na wieczór natomiast po­
leciłabym Pani dwufazowy krem z dodatkiem laicydów, przy­
gotowany specjalnie przez paryskie laboratorium dla osób do
trzydziestego piątego roku życia. Oczywiście oba kremy są
nieperfumowane, nie podrażniają skóry i nadają się nawet dla
osób skłonnych do alergii. Jeżeli Pani w tej chwili się nie zde­
cyduje, i tak w prezencie od naszej firmy dostanie pani prób­
kę obydwu - powiedziała wręczając mi malutkie opakowanie
z dwoma eliksirami młodości. Nie wiem, czemu ucieszyło
mnie to. Czułam się, jakbym za pośrednictwem tej eleganc­
kiej damy dostała prawdziwy prezent od francuskiej firmy.
4

5

6

Mój gość nie czekał zbyt długo na odpowiedź dotyczącą
kremów i zaczął przedstawiać kolejne kosmetyki:
- Pani reprezentuje typ urody: jesień. Dlatego najlepszym
będzie makijaż wymyślony specjalnie dla Jesieni [czytaj:
specjalnie dla ciebie] przez Stephana Corbien. Potrzebny bę­
dzie zatem Pani zestaw cieni w kolorach od kawy z mlekiem
po mahoń. Pięć różnych barw, których także można używać
jednocześnie. Do tego oczywiście szminka karminowa.
O, proszę popatrzeć pod światło: kolor dla pani idealny! I nie

muszę chyba dodawać, że nie zostawia s'ladow na męskich
kołnierzykach - dodała ściszonym głosem pani Anna. Tusze
do rzęs ja osobiście radziłabym wziąć dwa: czarny, zawsze
uniwersalny, i brązowy, aby dopełnić makijaż Corbien.
I oczywiście jeszcze puder. Trzynastka, tak - trzynastka bę­
dzie najlepsza. [Znowu ta wszechobecna taksonomia!] Od­
cień identyczny z odcieniem skóry. [Idealny makijaż na co
dzień to taki, który nie rzuca się w oczy. ]
- Róż? Tak, oczywiście możemy coś Pani polecić, cho­
ciaż muszę szczerze przyznać, że mamy mały wybór.
- A ten komplet cieni - czy może mi pani powiedzieć, ile
kosztuje?
- O, ten jest bardzo dobry - tutaj nastąpiła wymiana za­
let owego drogocennego zestawu - ale i bardzo drogi [czytaj:
nie stać cię na niego, dziecinko].
7

8

9

- Chyba właśnie go wezmę, tak, wydaje mi się, że ten jest
odpowiedni [czytaj: na złość tobie, mimo że mnie na to nie
stać].
Jeszcze chwilkę ta Bardzo Miła Pani poopowiadała mi
o produktach, które dzięki szczęśliwemu przypadkowi mo­
gą być moje. Następnie dopełniłyśmy pieniężnych formal­
ności i pani Anna, zamykając swoją „czarodziejską" waliz­
kę, wstała. Przed wyjściem podarowała mi jeszcze kilka
produktów-reklamówek i nakazała dzwonić, kiedy tylko na
coś jeszcze się zdecyduję. Nagle zniknął jej porządek, jej
ułożenie i usystematyzowanie. Znowu zostałam sam na sam
ze swoim bałaganem, brudem i nie pozmywanymi naczy­
niami. Dobrze, że po posprzątaniu będę mogła się ładnie
umalować i choć symbolicznie pouczestniczyć w Prawdzi­
wym Świecie.
10

PRZYPISY
1

Pani przybyła do mnie z wielkiego świata. Tak jak dawniej, autory­
tetem są podróżujący, ci, co widzieli i słyszeli więcej. Jednak już nie są
to żebracy, włóczędzy, księża czy żołnierze. Współczesny autorytet mu­
si być ładny, elegancki i elokwentny. Najlepiej, żeby pochodził z jedne­
go z zachodnich krajów arkadyjskiej pełni. W reklamach telewizyjnych
widzimy, że powinien reprezentować Naukę (stomatolog czy laborant
w białym kitlu), Karierę (kierowniczka sieci ekskluzywnych sklepów)
czy chociażby Przebojowość (rockowy muzyk). Tu nie ma lepszej lub
gorszej profesji, autorytet musi być doskonały w tym, co robi, być Spe­
cjalistą w swojej dziedzinie. Często wystarczą same atrybuty autorytetu
- właśnie biały kitel, elegancki garnitur, długie włosy. No i oczywiście
musi być zaświadczone na piśmie, że on to on: w praktyce sprowadza się
do suchego podpisu: „Anna Nowak - stomatolg". Jednak sama zasada
działania takiego autorytetu pozostaje niezmiennie ta sama: „Zwyczajo­
wą i najbardziej przekonywającą podstawą prawdziwości informacyjne­
go faktu w tej epoce [w średniowieczu - przyp. M.R.] było powoływanie
się na naocznego świadka, na kogoś, kto zaświadczył o tym, lub na
przedmiot, z którym związane było dane wydarzenie". (Guriewicz 1987,
335) Nowym, ale niezaprzeczalnym autorytetem jest współcześnie kom­
puter - o tym wzmianka we właściwym tekście.
„Aczasowość to jedna z cech rajskiej kondycji" (Barański 1995,
36). Reklama odwołuje się do nie-czasu nie tylko poprzez nawiązanie do
arkadyjskiego mitu, poprzez pokazanie, że produkt pochodzi z raju i do
raju prowadzi, ale także pokazanie, że sama jest „odwieczna" i trwała.
Data powstania firmy to znak, że jest ona niezmienna w świecie wiecz­
nej zmienności, (tamże, 35-36)
Wizytówka działa na zasadzie uprawomocnienia własnej tożsamości.
Nie sposób nie wierzyć w coś, co jest napisane. Skoro mamy napisane, że
my to my, to znaczy, że to naprawdę my. (patrz przypis 1. o autorytecie)
Banałem byłoby już chyba teraz pisać o ciele we współczesnej kul­
turze, które stało się kultem, zostało obdarzone nieskończoną ilością za­
biegów pielęgnacyjnych i upiększających po to, aby ani przez chwilę nie
przypominało nam o tym, że jesteśmy uwikłani także w biologiczny
czas. Więc na tym poprzestanę.
Tutaj oczywiście warto byłoby zrobić błyskotliwy wywód na temat
tego, jak współcześnie łączy się tę opozycję, jak, niczym Levi-Strauss,
reklama próbuje zniwelować tę sprzeczność. Dla ułatwienia odwołam się
jednak znowu do cytatu: „Rajska rzeczywistość to również harmonia
w rozumieniu braku podziału na to, co naturalne, i to, co społeczne, to,
co wytworzone, i to, co otrzymane (...) Opisuje ona [reklama] bowiem
wysiłki przezwyciężania dychotomii natury i kultury zarówno poprzez
«naturalizację działań ludzkich», jak i «uczłowieczenic praw natury»".
(Barański 1995, 36)
2

1

4

5

fi

W bardzo często praktykowanej formie reklamy - dawania
próbek, „aby klient spróbował i sam się przekonał, jak wyśmienity jest
produkt", zawiera się bardzo ciekawa antropologiczna zasada. Otóż
chodzi tu właśnie nie o spróbowanie produktu przez klienta, ale o zasa­
dę daru. Dar bowiem, jak uczył nas Marcel Mauss, wymaga przeciwdaru. I tę właściwość spece od marketingu świetnie zdają się znać. Nie
możemy inaczej odwzajemnić się firmie kosmetycznej za kosztowny
prezent, jakim nas obdarzyła, tylko kupując jej produkty, tym razem już
w większym wydaniu.
Wydaje się, że makijaż jest współczesną maską. Dziwna to maska:
nie dość, że zakłada sieją codziennie, to jeszcze ma udawać, że jej wca­
le nie ma. Oto maska doskonała: niewidoczna a zmieniająca. To może to
wcale nie jest dobre porównanie? Może należałoby szukać sposobu in­
terpretacji gdzie indziej. Makijaż niewątpliwie służy poprawianiu natury,
podkreślaniu swojej kulturowości, ale przede wszystkim „zamazywaniu"
biologiczności. Dzięki „doskonałemu" pudrowi nasz nos nie będzie się
świecił, czyli nie będzie pokazywał, że posiadamy jakiekolwiek wydzie­
liny. Dzięki dobremu korektorowi także znikną wszelkie zabarwienia
skóry (nie mówiąc już o pryszczach, fuj). Starannie dobrany cień spowo­
duje, że nasze oczy będą większe i bardziej regularne. Zaś róż uwydatni
kości policzkowe.
W sprawie autorytetu zbiorowego patrz: Eco, Semiologia życia co­
dziennego, s. 92-94
No właśnie - i tutaj zaczyna się problem. Dotąd nie było wątpliwo­
ści, że modelki reklamujące jakiś produkt były uosobieniem zdrowia,
młodości, doskonałości, harmonii itd., przypominały świeże owoce
i piękne kwiaty. Sobą, a także scenografią, na tle której były fotografo­
wane, nawiązywały do mitu raju, wiecznej szczęśliwości i młodości.
(O tym pisać już chyba nie trzeba. We wszystkich analizach reklam ten
wątek się pojawia, por. Barański, 1995 lub Czaja, 1994) Ostatnio zaczy­
na się to zmieniać (na razie widać to przede wszystkim przy reklamach
mody). Modelki są coraz chudsze, bledsze, mniej „żywe". (Czasem po
prostu nieżywe, por. Hall, 1998). Nazywa sieje heroinowymi dziewczy­
nami. Egzystują gdzieś w przestrzeni między życiem a śmiercią, w fazie
liminalnej. Nie ma już ich tu, ale jeszcze nie są tam. Pod koniec dwudzie­
stego wieku, kiedy człowiek na nowo odkrył swoją śmiertelność, stara
się ją pokonać w inny sposób, poprzez wprowadzenie jej do codzienno­
ści, zwerbalizowanie, przemieszanie z życiem. Ale to inny, moim zda­
niem bardzo ciekawy, problem.
Dorosły udając, że zwraca się do drugiego Dorosłego, w rzeczywi­
stości dobrze wyćwiczony i doświadczony, działa w ten sposób, aby od­
powiedź pochodziła od Dziecka. Oczywiście terminy te zaczerpnęłam od
Enca Berne'a(1987).
7

8

9

10

BIBLIOGRAFIA:
Barański, Janusz
1995 Czy metafora może być bajką? (w:) „Konteksty" nr 1-2
Berne, Erie
1987
W co grają ludzie ? Psychologia stosunków międzyludzkich, War­
szawa
Czaja, Dariusz
1994 Reklamowy smak raju: między archetypem a historią (w:) „Kon­
teksty" nr 1-2

Eco, Umberto
1996 Semiologia życia codziennego, Warszawa
Guriewicz, Aron
1987 Problemy średniowiecznej kultury ludowej. Warszawa
Hall, Dorota
1998 Śmierć jako przynęta, (w:) „Konteksty" nr 2
Mauss, Marcel
1973 Szkic o darze (w:) Socjologia i Antropologia, Warszawa

145

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.