O fotografiach Roberta Mapplethorpa / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4

Item

Title
O fotografiach Roberta Mapplethorpa / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4
Description
Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4, s.156-157
Creator
Pilichowski-Ragno, Andrzej
Date
1998
Format
application/pdf
Identifier
oai:cyfrowaetnografia.pl:2525
Language
pol.
Publisher
Instytut Sztuki PAN
Relation
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2714
Rights
Licencja PIA
Text
O fotografiach
Roberta Mapplethorpa
Andrzej Pilichowski-Ragno

Akt - actus, to co się wydarza, proces. Języki polski i nie­
miecki przejęły ten termin z łaciny na określenie reprezenta­
cji ciała. W innych językach mówi się: nudo, the nude, nu.
Akt to także odsłona, jak w teatrze. Ale nie odsłona w sensie
odkrycia, zdjęcia ubrania, to raczej odsłona jako zaproszenie
do uczestnictwa, jako oczekiwanie na coś, co ma się wyda­
rzyć.
Nagość jest statyczna, jest cała przedmiotem swojego od­
niesienia, w pełni zawiera się jako desygnat w określającym
ją znaku, jest tym, czym jest. Akt jako pojęcie artystycznej re­
prezentacji nagości wychodzi poza samą ramę reprezentacji,
sytuuje się w kategoriach czasowych, w kategoriach dziania
się i doświadczenia. Sama nazwa staje się w akcie punktem
wyjścia interpretacji, jest wskazaniem na ten moment w sztu­
ce, w którym, jak powiada Adorno, określa ona siebie przez
stosunek do tego, czym nie jest, czyli mówiąc inaczej, akt ja­
ko proces i wydarzenie wskazuje na dialektykę tego, co dane
jako statyka (obraz, reprezentacja), i tego, co statykę repre­
zentacji przekracza - nieobecność.
Nieobecność, czyli specyficzny stosunek „tworzywa" ak­
tu, ciała, do tego, czym ciało nie jest, czy raczej czym prze­
staje być właśnie w akcie jego reprezentacji. Andre Rouille
w studium o XIX-wiecznej fotografii francuskiej rozróżnia
akt i portret (mowa także o portrecie osoby nagiej). Akt jest
jakby uprzedmiotowieniem portretu, stoi po stronie tego, co
przedmiotowe, portret jako jednostkowość i indywidualność
jest stricte podmiotowy. To jednak tylko część prawdy. Moż­
na się zgodzić, że reprezentacja odbiera ciału jego jednostko­
wość, jego istotowość i niepowtarzalność, tak jak reprezenta­
cja twarzy tylko tę istotowość i niepowtarzalność potwierdza,
tyle że artystyczna reprezentacja ciała (akt) poprzez rezygna­
cję z tego, co stanowiło dla niej swoje tworzywo - konkretne
ciało dane w jakimś tu i teraz, przenosi, odwrotnie niż portret,
swój przedmiot poza horyzont tradycyjnie pojętej mimesis.
Tak więc akt działa jakby dwustopniowo - po pierwsze
uprzedmiotawia, subiektywizuje rzeczywistość po to, by
z uzyskanego tą drogą obiektu uczynić punkt swojego wyj­
ścia. Zasadą i fundamentem portretu jest zaś pojęcie mimesis;
portret jest zawsze portretem kogoś. - Nawet wtedy, gdy
podobieństwo do tego kogoś zostało celowo zniesione (wyo­
braźmy sobie fotografię głowy od tyłu) sam fakt nazwania
zdjęcia portretem wskazuje na konkretny punkt odniesienia
(ta, a nie inna osoba) i intencjonalnie przynajmniej dokonuje
połączenia tego, co reprezentowane, z tym, co reprezentują­
ce. Pojęcie mimesis jest również fundamentem reprezentacji
pornograficznej - trzeciej kategorii reprezentacji postaci.
O ile jednak portret subiektywizuje, wskazując wyraźnie na
swój przedmiot, o tyle reprezentacja pornograficzna ucieka
156

od tego, co jednostkowe. Pokazuje to, co zuniformizowane,
zawsze takie samo, istniejące niejako poza czasem, bojąc się
dotknąć indywidualności i niepowtarzalności przedmiotu
swojego odniesienia, poddanego przecież prawom przemija­
nia, przywodzącego na myśl śmiertelność wszystkiego co
jednostkowe. W horyzoncie pornografii pojęcie czasu nie ist­
nieje (w portrecie jest fundamentalne) - ciało zastąpione zo­
stało przez rzecz, a ta przecież nie podlega procesom starze­
nia się i degradacji.
Różnica między aktem a reprezentacją pornograficzną ry­
suje się w innym miejscu. Przedmiot reprezentacji, który dla
aktu jest punktem wyjścia, w pornografii jest jej punktem
dojścia, stanowi cel i koniec przedstawienia, w chwili gdy akt
„dzieje się", dalej pornografia milczy, zaspokoiwszy swoje
pragnienie pokazania. Akt nie pokazuje niczego, raczej daje
się jako pewna ilość możliwych odczytań, rozwija się w cza­
sie jako dialektyka tego, co dane (ciało) i tego co do-dane
(kreacja).
Jak się wydaje, ciekawe może być spojrzenie właśnie pod
tym kątem na fotografie Roberta Mapplethorpa, pomijając
ich kontekst gejowski, a co za tym idzie, pomijając także
kwestię przekraczania tabu obyczajowego i estetycznego, at­
mosferę skandalu, w której fotografie te funkcjonują,
a w każdym razie funkcjonowały, zanim zostały anektowane
przez kulturę oficjalną. Poważny kłopot z fotografią Mapple­
thorpa polega na nieumiejętności opuszczenia tego wątku,
zajmującego zazwyczaj centralne miejsce w sposobie jej in­
terpretacji i opisu. Jest to jednak, jak się wydaje, specyficzne,
mówiąc słowami Eco, „użycie" tekstu, tj. wpisanie go w dys­
kurs wobec niego zewnętrzny: ideologiczny, polityczny, spo­
łeczny. Poza tym obszarem, o jasno określonych oczekiwa­
niach wobec dzieła sztuki, rozpościera się to, co w dziele nie­
powtarzalne.
Trzy wyróżnione kategorie - akt, portret, pornografia wy­
dają się tu współistnieć (jednocześnie się wykluczając) na au­
tonomicznej płaszczyźnie, tworząc swoisty, czwarty wymiar
interpretacji, której nie można już sprowadzić do żadnej „tra­
dycyjnej" postawy wobec ciała czy wobec postaci. Zerwana
bowiem została granica pomiędzy gatunkami, nawet jeżeli
sztucznie stworzonymi, to przecież tak mocno istniejącymi
w świadomości odbioru, że każde ich naruszenie powoduje
ten specyficzny stan, w którym interpretacja chciałaby pozo­
stać niema, bojąc się naruszyć delikatność swojego
przedmiotu. Mówienie o delikatności w przypadku Mapple­
thorpa może się wydawać paradoksem; tak jednak nie jest.
Delikatność, o której mowa, nie tkwi w przedmiocie przed­
stawienia, nie ma jej też w sposobie obrazowania - delikat­
ność to efekt zmiany paradygmatu interpretacji, która już nie

stara się (nie może) klasyfikować pozytywnie, tj. odnosić się
do tego, co jest jako gatunek, prąd, szkoła (akt, portret, po­
rnografia), ale określa obraz w kategoriach negatywnych,
odbierając mu koniecznos'c bycia czymś, czymś jednym, jak
powiedział Foucault w studium o fajce Magritte'a - „bycia
tym oto".
Tak więc pytając o Mapplethorpa, pytamy, czym nie jest
fotografia, a jej jedyne „znaczenie", jak się wydaje, jest wła­
śnie tym, co wynika z jej negatywnego opisu. Współbrzmi to
ze stwierdzeniem Lyotarda, dotyczącym sztuki postmoderni­
stycznej, według którego postmodernistyczne jest to, „co wy­
rzeka się pocieszenia podsuwanego przez poprawne formy,
odrzuca zgodę na smak, umożliwiający wspólne doświadcze­
nie nostalgii za nieosiągalnym; to, co poszukuje nowych
przedstawień, nie po to, by się nimi delektować, lecz po to, by
lepiej odczuć istnienie nieprzedstawialnego".
Pytanie jednak, czy nieprzedstawialne nie jest po prostu
grą wykraczającą daleko poza granice konwencji - jedynego
gwaranta przedstawialności, grą, która mieszając gatunki, nie
po to by stworzyć nowe, lecz po to, by oczyścić dokładnie po­
le z wszelkich zastałości, staje się samo konwencją, odsyłają­
cą jedynie do siebie; czymś, za czym nie stoi już nic, a nie­
przedstawialne zyskuje status bytu stricte negatywnego, tj.
stanowi tylko pustą negację tego, co jest.
Czy może raczej, a wydaje się to w przypadku Mapplethorpowskich fotografii bardziej trafne, nieprzedstawialne jest
nie rezygnacją z prawdy lecz, jak twierdzi Blanchot, uwidocz­
nieniem ciemności tego, co pierwotne, nie światłem (Heideg­
ger), lecz ciemnością, przywracającą naszemu zadomowieniu
istotę wygnania. Jest bowiem w tej hybrydycznej formie „porno-portreto-aktach" coś, co spaja te, jak pokazaliśmy wyżej,
nieprzystawalne do siebie kategorie. Coś, co stoi o wiele wy­
żej niż zdekonstruowane pojęcie konwencji czy reprezentacji.
Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że ukazanie
człowieka jako jednostkowości czy indywidualności (portret)
w połączeniu z jego zwierzęcością (pornografia) i jego zdol­
nością do jej przezwyciężenia przez piękno (akt) jest dąże­
niem do wyrażenia pełni, jakiegoś uniwersum etyczno-estetycznego, w którym reprezentacja taka byłaby odkryciem

prawdy o człowieku. Jest jednak owo „coś"', pewna nieokre­
ślona kategoria, nieprzedstawialne, które burzy optymistyczną
wizję człowieka jako całości, nawet jeżeli to będzie całość
dialektyczna. Tym czymś jest przenikające wszystkie fotogra­
fie doświadczenie śmierci. Nie da się jednak opisać owego do­
świadczenia w terminach obecności, nie wynika ono z połą­
czenia wspomnianych kategorii, raczej przez negację każdej
z nich rodzi swoistą aurę niewypowiadalnego, nieprzedsta­
wialnego, które wskazuje na to, co w ciele śmiertelne.
Ciało u Mapplethorpa jest ciałem par exellence - ma swo­
ją konsystencję, fakturę, ciężar, nie jest nim jednak, bo każdy
jego ruch jest przez obiektyw sprowadzony do zera - postać
w ruchu jest równie statyczna jak rzeźba, odlew. Jest piękne;
jest aktem, ale jego piękno ma w sobie skażenie utylitarnością, jest piękne, gdyż jest atrakcyjne. Jest pornograficzne,
gdyż chce się pokazywać, dawać do oglądania, jednocześnie
jego nagość służy kategorii formy i ekspresji. Jest jednostko­
we, indywidualne, jest „tą osobą", związaną z jej własną hi­
storią (tytuł fotografii to imię lub imię i nazwisko modela),
ale jednostkowa historia ulega przekroczeniu przez negację
czasowości, przez wyjęcie przedmiotu z uniwersum czasu,
nierozerwalnie związanego z tym, co indywidualne. Jest więc
ciało jakby nieobecne, bo każda próba jego nazwania spoty­
ka się z jej negacją, co sprawia, że będąc dane na fotografii,
tj. istniejąc materialnie za pomocą nośnika (naświetlony pa­
pier fotograficzny), nieustannie oddala się przy każdej próbie
jego uchwycenia, zatrzymania poprzez nazwanie. W tym sen­
sie jest skażone śmiertelnością, tym, co nie pozwala trwać
wiecznie. Oddala się, pozostawiając owo uczucie, które Hei­
degger nazwał przeboleniem, a Gianni Vattimo - pietas: „li­
tość i współczucie, jest miłością do istoty żyjącej i do jej śla­
dów - tych, które ona pozostawia, i tych, które niesie w sobie
jako otrzymane z przeszłości". Jest więc coś bardzo „niefotograficznego" w Mapplethorpowskich fotografiach - owo
odejście od momentalności, od „teraz" obrazu, zwrócenie się
ku śladom, ku temu, co było, ku temu, co będzie (śmierci),
pominięcie teraźniejszości - właśnie owa pietas, przebolenie.
I chyba żadne inne medium nie jest w stanie wyrazić tego tak
mocno jak fotografia.

757

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.