Toskania. Trzy podróże / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4

Item

Title
Toskania. Trzy podróże / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4
Description
Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4, s.34-41
Creator
Czaja, Dariusz
Date
1998
Format
application/pdf
Identifier
oai:cyfrowaetnografia.pl:2501
Language
pol.
Publisher
Instytut Sztuki PAN
Relation
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2690
Text
... Śliczna niewiasta odziana w bogate szaty, w narzuconym na nie płaszczu Wielkiego Księ­
stwa z czerwonego aksamitu podbitego gronostajami. Na głowie ma koronę Wielkiego Księ­
cia, suknia pod płaszczem ma być podobna do białej tuniki z cieniutkiego lnu. Po jej lewej
stronie widoczny jest różnoraki oręż i rzeka Arno, tj. starzec brodaty i długowłosy, spoczy­
wający z łokciem wspartym na urnie, z której wylewa się woda. Wspomniana rzeka ma czo­
ło opasane wieńcem bukowym; obok niej leży lew. Po prawej widać starożytny ołtarz, na
którym płonie ogień, naokoło zaś ołtarza widać wyrzeźbione urces, paterę, lutnię i laskę auguralną. Pośrodku znajdują się rozmaite przybory kaplaiukie, stosownie do fałszywego
a pradawnego zwyczaju Pogan. W lewej dłoni figura wdzięcznie trzyma czerwoną lilię
i książkę.
... Maluje sieją urodziwą, gdyż Prowincja ta, niezwykłej szlachemości, jest klejnotem Italii,
wielce świetnym i prześlicznym, przez naturę bowiem i sztukę obdarzona jest wszystkim, cze­
go tylko można pragnąć. Posiada więc nadzwyczaj łagodne Niebo, zdrowe powietrze i żyzne
ziemie obfitujące w Morza, Mosty. Rzeki, Ogrody; pełna jest sławnych i wielkich Miast tu­
dzież okazałych budowli.
Alegoria Toskanii: Cesare Ripa,

Ikonołogia

Toskania. Trzy podróże
Dariusz Czaja
Jak umarł Puszkin, z jakiegoś powodu nie każdy w Polsce
wie, ale jaki dialog wywiązał się w pociągu relacji Moskwa Pietuszki, gdzieś między 65. a 85. kilometrem trasy, wie
u nas każde dziecko. Przypomnijmy więc tylko w skrócie:
kiedy pojazd opuścił już Nazariewo i skierował się w stronę
Driezny, padło to, na wskroś dramatyczne, pascalowskie
z ducha i nieuchronne jak kolejny stakan pytanie:
„ - Dużo pan widział, dużo podróżował, niech pan po­
wie, gdzie bardziej Rosjan cenią - po tej, czy po tamtej stro­
nie Pirenejów?
- Nie wiem, jak po tamtej, ale po tej zupełnie nie cenią.
Byłem na przykład we Włoszech, tam na Rosjanina nie zwra­
ca się najmniejszej uwagi. Oni sobie tylko śpiewają i rysują.
Jeden, powiedzmy, stoi i śpiewa, a drugi tuż obok siedzi i ry­
suje tego, co śpiewa, a trzeci nieopodal śpiewa o tym, który
rysuje. I tak smutno się od tego robi. Ale oni naszego smutku
nie rozumieją.
- Ba, Włosi! Czy oni w ogóle coś rozumieją? - poparł
mnie Czarnowąsy".
Dialog na temat rozległych walorów poznawczych
podróży toczy się dalej. Wieniczka opowiada o tym, jak był
w Wenecji i oglądał zawody gondolierów, potem, jak usiło­
wał zobaczyć Wezuwiusz, ale Wezuwiusz z niejasnych powo­
dów gdzieś przepadł, potem jeszcze trudna peregrynacja
z Herkulanum do Pompei i z powrotem, dalej już prosta dro­
ga na Paryż i Francję, kanał La Manche itd., itd... Ta pijacka
logorea jest tylko pozornie chaotyczna i niedorzeczna. W rze­
czywistości, delirycznymi skojarzeniami i obrazami rządzi tu
żelazna logika: logika powielanego przez pokolenia, wygła­
dzonego jak kamień, stereotypu. Jak Wenecja - to gondolie­
rzy, jak Pompeje - to Herkulanum, jak Paryż - to burdele
i wieża Eiffla. Slinotok zafiksowanych w kulturowej pamięci
mechanicznych i niemal bezwiednych asocjacji.
1

34

I

Wróćmy do początku tej krajoznawczej gawędy. Nie do
tego fragmentu, gdzie mowa o jedynym w swoim rodzaju ro­
syjskim smutku i tego smutku powszechnym nierozumieniu
(co mogłoby być przedmiotem osobnego studium, vide:
choćby nie tak dawny przypadek Andrieja Tarkowskiego
z okresu, gdy kręcił we Włoszech Nostalgię), ale do bardziej
ekscytującej nas poznawczo kwestii: zarysowanego tam
w śmiałym porywie wyobraźni wizerunku Włoch. U Jerofiejewa Włochy są krainą szczęścia, radości, permanentnego
nieróbstwa. Są miejscem nieskrywanego zadowolenia z życia
(„jeden, powiedzmy, stoi i śpiewa"), bezinteresownej kon­
templacji piękna („drugi siedzi i rysuje tego, co śpiewa"),
estetycznego nienasycenia („trzeci śpiewa o tym, który rysu­
je"). Są połączeniem nostalgicznych wyobrażeń o rajskiej
kondycji i niewygasłych rojeń o Schlarajfenlandzie. Grote­
skowa tonacja tego rodzajowego obrazka w niczym nie zmie­
nia faktu, że całkiem trafnie, choć w skrótowej i karykatural­
nej formie, oddaje on podstawowe intuicje, które co najmniej
od końca XVIII (gdy chodzi o podróżowanie na szerszą ska­
lę) po dzień dzisiejszy, składają się na potoczne wyobrażenie
Włoch. Niech jeszcze nad tą śpiewająco-rysującą ekipą za­
wiśnie słońce przyczepione do płachty nieskazitelnego błęki­
tu, niech za dalekie tło mają pasmo lazurowego morza - uzy­
skamy w ten sposób podstawowy zestaw elementów wypeł­
niających kanoniczną Pocztówkę-Z-Italii.
2

Od czasów Winckelmanna i Goethego, od Byrona,
Wordswortha i Shelleya rozwija się mityczna opowieść
o Włoszech. Ale czy mówienie o Włoszech jako całości, ja­
ko jednym spójnym organizmie ma sens? Nie mam, natural­
nie, na myśli faktu, że formalne zjednoczenie kraju miało
miejsce dopiero w roku 1861, a więc długo po największej
w XIX wieku fali italomanii, ani też wynikającego z histo­
rycznych powikłań czy geograficznej odmienności zróżni-

cowania prowincji wchodzących w jego skład. Rzecz jest
subtelniejszej natury. Dla przyjeżdżających bowiem do
Włoch geografia mityczna tego kraju rzadko pokrywała się
z nie znającą sentymentów kartografią. Znacznie częściej
nazwa „Włochy" skrywała wiele odmiennych doświadczeń
i idących za nimi wartościowań. Emocjonalna topografia
wiernie odzwierciedlała poszczególne, osobiste preferencje.
Czasem, to jedno jedyne, wybrane, szczególnie admirowane
miejsce funkcjonowało jako wyeksponowany reprezentant
całości, jako obrazowy skrót ogniskujący w sobie to, co naj­
ważniejsze w spotkaniu z Włochami, z Południem. Nietz­
sche, który znał przecież Włochy, którego pamięć zanoto­
wała z pewnością ważne jego pobyty w Sorrento, Turynie,
Rapallo, napisze w Ecce Homo całkiem jednoznacznie, nie
pozostawiając żadnych wątpliwości: „Jeśli mówię z tamtej
Alp strony, znajduję zawsze tylko słowo »Wenecja«". Sie­
dząc pisarskie rezultaty podróży do Włoch natrafiamy
w obrębie jednostkowego doświadczenia na powtarzające
się fascynacje: czasem równorzędne wobec innych, kiedy
indziej żądające wyłączności. Mamy więc osobną Wenecję
- Nietzschego, Wagnera, Brodskiego; wyjątkowy Rzym Gregoroviusa, Ibsena, Mandelsztama; niezwykłą Sycylię Goethego i Iwaszkiewicza.... „Prawdziwe" Włochy, „praw­
da" o Włoszech, „prawdziwa" lekcja włoskiej kultury jed­
nym objawić się może w Wenecji, Rzymie, na Sycylii,
w Rawennie, innym może na Capri, w Paestum albo jeszcze
gdzie indziej. Wszędzie możliwy jest błysk iluminacji. Na
przykład w Toskanii...
3

Przyjrzyjmy się bliżej trzem relacjom z podróży do Toska­
nii, opowieściom, które ofiarowują nam coś znacznie bardziej
pożywniejszego i wzbogacającego poznawczo od standardo­
wego obrazka z bedekera. Trzy odmienne spojrzenia na to
mitogenne miejsce, trzy zachowujące swoje indywidualne,
biograficzne piętno zapisy doświadczenia, trzy pisarskie wa­
riacje na ten sam temat. Spróbujmy, zwracając szczególną
uwagę na lekturę toskańskiego pejzażu, odnaleźć w tych te­
kstach miejsca o wyraźnej intensywności, zaznaczyć punkty
węzłowe, w których oko, wyobraźnia i intelekt zbiegają się
w jedno.

1.
Z licznych napisanych dotąd Italienischen Reisen, książka
Pawła Muratowa uchodzi, nie bez racji, za jedną z ważniej­
szych i piękniejszych, może najważniejszą i najpiękniejszą.
Nie są to kreślone na bieżąco impresyjne notatki z podróży.
Nie jest to też klasyczny przewodnik ani dzieło wypchane po­
nad miarę „historyczno-sztuczną" erudycją. Obrazy Włoch,
obok bez wątpienia zajmującej i wielostronnej lekcji historii
i pejzażu, sztuki i obyczaju, są w swojej warstwie głębokiej
książką o urzeczeniu. Mocniej: o miłosnej fascynacji. Nie
przypadkiem tak często mowa tu o sercu: „Było słychać, jak
bije serce, jak w nie wnika, aby już nigdy go nie opuścić,
umiłowanie Florencji", i trochę dalej: „Najbliższy Florencji
będzie ten, kto kocha. Dla pielgrzymów miłości jest to miej­
sce święte: tu, w tym świetlistym powietrzu, łatwiej i czyściej
płonie serce". W swoich opowieściach jest Muratów nade
wszystko miłośnikiem, kimś, kto jest bez reszty uwiedziony
i żadne, nawet najbardziej uczone i fachowe rozważania hi­
storyczne czy estetyczne, których w książce nie brak, nie są
w stanie tego faktu przesłonić.
4

Pośród licznych zauroczeń, olśnień i afektacji, które poro­
zrzucane są hojnie w wielu miejscach Obrazów Włoch, obok
słów małych, zwykłych, ale też i całkiem dużych, poświęco­
nych - a jest z czego wybierać - choćby letejskim wodom
Wenecji, widokowi spod San Miniato we Florencji czy szcze­
gólnemu zmysłowi Rzymu, najbliższe sercu Muratowa jest
wspomnienie Sieny. Ściślej: Sieny i rozciągających się wokół
niej okolic:
„Skupia się w nim to wszystko, co na dźwięk wyrazu
„Włochy" przyspiesza bicie naszego serca - święte piękno
antyku, kwitnąca sztuka, mowa Dantego w ustach ludu, uczu­
cie wypełnionej powietrzem, rozległej przestrzeni, tchnąca
delikatną mocą ziemia, która od wieków rodzi oliwki, sym­
bol pokoju, i winogrona, symbol upojnej wesołości".
Późna jesień, koniec listopada. Zebrano już ostatnie plony
z winnic i gajów oliwnych. Opustoszały pola. Życie wiejskie
schroniło się w domach. Lekka dwukółka wiezie Muratowa
drogą łączącą San Gimignano z Poggibonsi: „Byliśmy w ser­
cu Toskanii, na trakcie wiodącym z Florencji do Sieny. W ów
dzień listopadowy subtelność i surowa prostota toskańskich
krajobrazów zaznaczały się ze szczególna siłą. Jesień, wiej­
ska pora roku - a wokół nas ciągnęła się właśnie wiejska oko­
lica - kryje w swoim łonie głębię i czystość życia. Ale tutej­
sza wieś jest obdarzona delikatną duszą artysty. Gleba tu ma
nasyconą, bogatą barwę głębokiego brązu. I nie ma nic szla­
chetniejszego nad srebrzystą zieleń oliwek i brązowe cienie
na więdnących liściach winogradu. Nawet szare jesienne
obłoki lśniły perłowym blaskiem, a nieskończona dal wyda­
wała się przezroczysta niby drogie kamienie o barwie błęki­
tu. Horyzont Toskanii zawsze jest wyraźnie obwiedziony bie5

Ponęta Okolice Poggibonsi. fot. D. C/aja

55

„Tak powinien wyglądać horyzont w ojczyźnie wielkich
malarzy". Nie tylko horyzont, ale - dopowiedzmy myśl Mu­
ratowa - cały niemal pejzaż toskański, który istnieje jakby
wyłącznie po to, by go malować, wręcz malowanie wymusza.
Ale i coś więcej: sam jest przecież najczystszym malar­
stwem. „Droga nasza biegła na południe. Nagie cynamonowe
pagórki otaczające Sienę tchnęły smutkiem pod nisko wiszą­
cą nad nimi białą zasłoną zimowych chmur". Krajobraz To­
skanii, z jego swobodną i zmieniającą się grą światłocienia,
z geometrią winnic i krętą linią cyprysów, z subtelnością
przejść kolorystycznych między sąsiadującymi obok siebie
pasmami ziemi, z całym tym różnorodnym splotem form
i faktur, tworzy, nie obwiedziony ramą, nadnaturalnych roz­
miarów obraz malarski. Muratów robi wiele, by czytelnikowi
to jak najdobitniej uzmysłowić.
Już w poprzednim fragmencie, przywołującym otwarcie
pierwszy rozdział Genesis, ożywia Muratów rajską topikę.
Inny fragment potwierdza, że Toskania była term prima, i to
z niej właśnie, z tej pierwotnej gliny ulepiony został pierwszy
przedstawiciel gatunku ludzkiego: „A ziemia Sieny, brązowa
i czerwona, jak gdyby wciąż jeszcze kipiąca siłami twórczy­
mi, wydaje się innej, szlachetniejszej natury i można by po­
myśleć, że to z niej właśnie powstał pierwszy kształt mie­
szczący w sobie ducha człowieczego". Są więc widome, na­
leżące do empirycznego porządku dane, świadczące, że wła­
śnie tu, w tym podsieneriskim krajobrazie dokonało się dzie­
ło stworzenia.
Nie ma wątpliwości: Toskania jest ziemią wybraną i zie­
mią obiecaną. Jeśli całe dzieło Muratowa jest rozpisaną na
wiele stron laudacją na chwałę Włoch, kreowanych tu na kraj
harmonii i piękna, opisywanych jako miejsce całkowitego za­
domowienia, gdzie wszystko stworzone jest na ludzką miarę
i gdzie każdy, miejscowy czy przyjezdny, czuje się u siebie,
to z pewnością Toskania jest krainą, w której wszystkie te ele­
menty występują w stanie najczystszego skupienia: „Kiedy
jechaliśmy pod górę, na niebie nastąpiły zmiany - ołowiane
cienie spłynęły ku zachodowi i cienka opona chmur zalśniła
nagle, prześwietlona słonecznym blaskiem. Byliśmy już wy­
soko; dokoła jak okiem sięgnąć widniały pola i winnice To­
skanii, pociemniały lasy dębowe, obejścia, nad którymi uno­
sił się dym, lśniące czerwienią dachówek sioła ze skromną
wiejską dzwonnicą. Wokół nas ciągnęła się ziemia święta ojczyzna godnego i wzniosłego piękna, które stało się udzia­
łem człowieka".
Pisząc o krajobrazach toskańskich, Muratów opowiada
nam baśń o świecie c a ł k i e m i n n y m , o znanej nie zna­
nej od czasów dzieciństwa fantazmatycznej Dalekiej Zamor­
skiej Krainie. Jej paradoks polega wszakże na tym, iż nie
dość, że istnieje całkiem realnie, to jest także niedaleko, po­
zostaje w każdym razie w zasięgu naszych możliwości.
W narracje Muratowa wpisane są i mit genezyjski, i opowieść
o czasie odnalezionym, i hymn o perle...
8

9

Ilustracja г przewodnika Florencja i Toskania, Wiedza i Życie 1996

gnącymi, jedna za drugą, delikatnymi liniami niewysokich
wzgórz. Tak wlas'nie powinien wyglądać horyzont w ojczy­
źnie wielkich malarzy. Nie ma tu naszego nieokreślonego
smutku i niewypłakanej skargi naszych lasów i wąwozów
[ten rosyjski smutek... - przyp. DC]. Świat jest tu taki, jakim
go stworzył Bóg, który podarował ludziom obficie rodzące
drzewa, wino, oraz zboże i nie tylko zapowiedział im, że bę­
dą pracowali w pocie czoła, lecz dał im także mocne, jak je­
sienne powietrze, rubaszne uciechy oraz jasny subtelny ge­
niusz artystyczny".
Muratów pisze niezwykle sensualnie, starannie skompo­
nowane opisy krajobrazów pobudzają zmysły. Jego pisar­
stwo, dla niektórych może miejscami nazbyt koturnowe, nie­
znośnie podbite stylistycznie, przeestetyzowane, można na­
zwać po prostu: estetycznym, pamiętając przy tym o źródło­
wym (gr. aisthesis - zmysłowy) sensie słowa. Bowiem język
Muratowa pozwala opisywany świat nie tylko zobaczyć, ale
także usłyszeć, powąchać i posmakować, nieomal dotknąć.
Nie jest to pisarstwo o ambicjach imitacyjnych - raczej krea­
cyjnych. Muratów, na naszych oczach wskrzesza widzianą
przez siebie rzeczywistość i - podobny w tym do Johanna
Huizingi, innego historycznego wizjonera - sprawia, że po­
jawia się ona przed nami „jak żywa".
6

7

36

10

2.
O ile Muratów chciałby wraz z czytelnikiem prześnić
swój sen o krainie egzystencjalnego i estetycznego spełnie­
nia, i tym samym, łatwo może narazić się na zarzut, że
w miejsce trzeźwej obserwacji oddaje się ryzykownej grze
fantazji, o tyle David Herbert Lawrence podróżując po Toska­
nii twardo chodzi po ziemi. Dosłownie. Lawrence bowiem,
w swoich rozważaniach, łączy w sobie znajomość rzeczy
agronoma i kompetencję botanika. Uzupełnia je jeszcze o na-

miętność i pasję ogrodnika. Muratów rozpisał swoje uwagi
0 Toskanii na kilka rozdziałów, Lawrence zaznajamia z jej
osobliwościami w krótkim, kilkunastostronicowym artykule
Flowery Tuscany zamieszczonym siedemdziesiąt lat temu
w piśmie New Criterion. Zgodnie z tym, co podpowiada ty­
tuł, nie znajdziemy tu prób charakterystyki którejś ze szkół
malarskich czy profesjonalnych uwag o detalach architektu­
ry, żadnych ekskursów historyka w czas przeszły dokonany;
dowiemy się natomiast wiele o roślinnym świecie tej prowin­
cji. Lawrence oprowadza metodycznie po swoim ogrodzie
nie plewionym. Miesiąc po miesiącu, pozostając w zgodzie
z cyklem wegetacyjnym, prezentuje kolejne okazy.
Muratów przywoływał Toskanię jesienną, o barwach
przygaszonych i rozmytych konturach; u Lawrence'a kolor
nabiera intensywności, kształty wyraźnieją, nadchodzi eksta­
tyczne święto wiosny:
„Wiosna rozpoczyna się w lutym, wraz z zimowym ja­
skrem. Pewnego mroźnego dnia, kiedy wiatr schodzi w dół
z ośnieżonych szczytów, z początkiem lutego, dostrzeżesz na
skrawku ugoru, pod drzewami oliwnymi, bladozłote kulki,
zamknięte w sobie jak orzechy i spoczywające na krągłych
kryzach zieleni, tuż przy ziemi. To zjawił się niespodziewanie
zimowy jaskier.
Zimowy jaskier jest jednym z najbardziej zachwycających
kwiatów. Jak w przypadku całego wcześnie kwitnącego
kwiecia, kiedyś jego mały biały kwiat wyłoni się i będzie cał­
kiem nagi. Żadnego zamknięcia w niewielkim zielonym fute­
rale, jak to się dzieje ze stokrotką czy mleczem. Jego bańka
koszyczka, blada, z czystego złota, opiera się na okrągłym ża­
bocie zielonego kołnierza, i wraz z zimowym wiatrem próbu­
je zdmuchnąć go z siebie".
Kolejny miesiąc, kolejna botaniczna rewelacja:
„A teraz mamy marzec i przypływ kwiatów. (...) Nie znam
kwiatu bardziej fascynującego, wtedy gdy pojawia się po raz
pierwszy, od niebieskiego muszkatołowego hiacyntu. (...)
Pierwsze hiacynty muszkatołowe są kwiatami niebieskimi,
gęstymi, bogatymi i wyrastającymi ponad zeszłoroczną tra­
wę. Wyższe pączki są czysto niebieskie, zamknięte w sobie;
okrągłe kulki, czystego, doskonale ciepłego błękitu, błękitu,
błękitu; podczas gdy niższe dzwoneczki są ciemnawo niebie­
sko - purpurowe, z iskierką bieli u wylotu.(...)
Ale, od pierwszej chwili, masz przed sobą jedyną, zwartą
wieżę nocnego błękitu jaśniejącego w stronę brzasku, i nad­
zwyczajnie piękną. Gdybyśmy byli mali jak postacie z bajek
1 żyli tylko w lecie, jakże piękne wydawałyby się nam te
wielkie drzewa dzwonków, wieże niosące kule ciemnego i ja­
snego błękitu. Wyrastałyby nad nami grube i soczyste, a pur­
purowe klosze białymi iskrami zmarszczek wypychałyby te
błękitne do góry. I dostrzegalibyśmy w nich boga".
Wystarczy. Chociaż żal trochę, bo już niedługo kwiecień,
maj i można by pogawędzić nieco o szkarłatnych anemonach
(„nie można ich dostrzec, o ile nie patrzy się na nie w słoń­
cu), o żółtych tulipanach („wiotkie, kolczaste, trochę jak
Chińczycy"), o ciemnopurpurowym irysie („jest piękny, ale
ciężko go zauważyć")...
W każdym razie znać, że mówi fachowiec. Zachwycony,
ale fachowiec. Lawrence, dając rzeczowy komentarz do ro­
ślinnego świata, potrafi czasem odbić się od botanicznego
dyskursu w stronę porównania i metafory. I choć stara się dać
maksymalnie wierny ekwiwalent obserwowanej rzeczywisto­
ści, przybliżyć jej zmysłowy kształt we frazach nazbyt może
wyszukanych, nigdy przecież jego wypowiedź nie spada do
poziomu rzewnej egzaltacji bohaterek „włoskich" powieści
11

12

D H. Lawrence w Toskanii. 1927. il. z D.H. Lawrence. Etruscan
Nuova Immagine Editrice (Siena)

Places.

innego kulturalnego Anglika, Edwarda Morgana Forstera. Jak
choćby w tym kwietnym (kwiecistym?) fragmencie Pokoju
z widokiem: „Lucy dostrzegła rzekę, złocistą równinę i dalsze
wzgórza. (...) Z ust Lucy wyrwał się okrzyk zachwytu. Znaj­
dowała się na miniaturowej polance, pokrytej fiołkami. Oto­
czyły ją światło i piękno"." Hosanna in excelsis...
Zostawmy jednak Lucy i fiołki, porzućmy inne toskańskie
kwiatki. Lawrence, w swym tekście, dostarcza bowiem nie
tylko klucza do oznaczania roślin, ale próbuje i szerszego uo­
gólnienia, choć - jak dotąd - w dalszym ciągu trzyma się bli­
sko ziemi. Przypomina on i mocno eksponuje fakt, że Toska­
nia to przede wszystkim obszar rolniczy, miejsce w którym
wyraźne i nieusuwalne są ślady ingerencji ludzkiej w naturę.
„Dziwną jest rzeczą, że kraina tak doskonale uprawiana
jak Toskania, obszar gdzie zbiory z pięciu akrów ziemi mu­
szą wyżywić dziesięć żołądków, wciąż ma tak wiele miejsca
dla dzikich kwiatów i słowików. Od momentu gdy niewielkie
wzgórza nagle wypiętrzyły się i oddzieliły od siebie, czło­
wiek musi budować swój ogród i swoją winnicę, tym samym:
rzeźbić swój krajobraz. Mówi się o wiszących ogrodach Ba­
bilonu... Cała przecież Italia, wyjąwszy równiny, jest takim
wiszącym ogrodem. Przez stulecia człowiek cierpliwie mode­
lował powierzchnię krajów Śródziemnomorza, delikatnie wy­
równując wzgórza i formując na wielkich i małych zboczach
prawie niewidzialne poziomy terasów. (...) To dzieło wielu,
wielu stuleci. To jest ta delikatna, wrażliwa rzeźba każdego
krajobrazu. I tak właśnie zostało osiągnięte to szczególne
37

włoskie piękno, które jest tak cudownie naturalne, ponieważ
człowiek, czując wrażliwość na owoce ziemi, kształtował zie­
mię zgodnie ze swoimi potrzebami, ale nie używał wobec
niej przemocy.
Co pokazuje, że to m o ż n a zrobić. Człowiek może żyć
na ziemi i dzięki ziemi, nie szpecąc jej. To udało się tutaj, na
wszystkich tych rzeźbionych wzgórzach i miękko, wrażliwie
kształtowanych terasach".
Podobnie jak Muratów, Lawrence przywołuje tu aluzyj­
nie, acz nie sposób tego przeoczyć, księgę Genesis. Z opisów
pomieszczonych w Obrazach Wioch, wynika, że Toskanię
uformowała Ręka Stwórcy, a z jej prymordialnej ziemi ule­
piony został pierwszy człowiek. W tekście Lawrence'a - wy­
przedzającym skądinąd znacznie manifesty ekologiczne - do­
konane u Muratowa dzieło stworzenia, kontynuowane jest,
i to z dobroczynnymi skutkami, ludzką ręką. To tu właśnie,
w tej krainie, człowiek zrozumiał głębokie znaczenie zalece­
nia, aby czynić sobie ziemię poddaną. Wiszące ogrody Toska­
nii nie powstały mocą boskiego fiat, ale dzięki cierpliwej
i konsekwentnej - „dzieło wielu, wielu stuleci" - pracy rolni­
czych pokoleń. Człowiek nie działał tu przeciw naturze, ale
wraz z nią, wykorzystując twórczo powierzony mu pierwot­
nie „materiał".
Obserwując nadejście toskańskiej wiosny, nietrudno do­
strzec, że zmiana w przyrodzie następuje tu szybko i gwał­
townie. Pory roku tworzą osobne światy o czytelnie zaryso­
wanych granicach. Inaczej niż w Anglii, odnotowuje Lawren­
ce, gdzie lata miękko przechodzą w zimy (i odwrotnie), bez
wyraźniejszych dla oka oznak. Wszystko spowija permanent­
na szarość i ciemność. I równie permanentny chłód. Ale róż­
nica między Północą a Południem nie tkwi jedynie
w odmiennej kolorystyce, wykracza też poza klimatyczne akcydensy. Jest znacznie bardziej elementarna. Dotyczy pojmo­
wania natury słońca. Niespodziewanie okazuje się, że przyro­
doznawstwo łączy cienka nić z eschatologią.
„W krajach Północy człowiek ma tendencję, aby instynk­
townie wyobrażać sobie i sądzić, że słońce zapalone jest jak
świeca w wieczystej ciemności i że pewnego dnia świeca wy­
pali się, słońce wyczerpie się, a wieczysta ciemność odzyska
nieprzerwaną władzę. Stąd też dla człowieka Północy świat
zjawiskowy jest esencjalnie tragiczny, ponieważ jest czasowy
i musi przestać istnieć. Z samej jego istoty wynika, że prze­
stanie istnieć i to leży u źródeł poczucia tragedii.
Ale dla południowca, słońce jest tak dominujące, że gdy­
by cały zjawiskowy świat zniknął z uniwersum, nie pozosta­
łoby nic prócz jasnej światłości, słoneczności. Słoneczność
jest absolutem; a cień albo ciemność są najwyżej względne:
są rezultatem czegoś, co trwa między rzeczą a słońcem".
Takie jest właśnie, utrzymuje Lawrence, instynktowne od­
czucie człowieka Południa. Ktoś mógłby jednak oponować,
że słońce również jest rzeczywistością zjawiskową. Skoro
kiedyś pojawiło się, to i musi zniknąć. Ale jest to argument,
który ma za sobą racje czysto rozumowe. Sądzimy, że tak jak
zapalamy świecę w ciemności, a więc dajemy uchwytny po­
czątek światłu, tak też jakaś Pierwsza Przyczyna musiała za­
świecić słońce w nieogarnionych ciemnościach początku.
Jest to jednak argument dość kulawy, bo przecież nikt z nas
nie wie i wiedział nie będzie, czy słońce w ogóle kiedykol­
wiek pojawiło się w jakimś konkretnym momencie, rozpo­
częło istnienie od pewnego punktu czasowego. Cała nasza
wiedza o nim sprowadza się do tego, że wiemy jak powstaje
cień i czym jest: jest wynikiem umieszczenia czegoś mate­
rialnego między nami i słońcem, nie ma więc on bytu samo­
14

15

je

istnego, jego natura jest czasowa, przemijająca. Te obserwa­
cje są podstawą dalszego wywodu:
„Możemy myśleć o śmierci, jeśli chcemy, jako o czymś
stale mieszającym się między nas i słońce: a to jest podstawa
południowej, podziemnej idei śmierci. Ale to nie zmienia
słońca w ogóle. Jak dalece sięga doświadczenie gatunku
ludzkiego, jedyną rzeczą, która istnieje zawsze, jest świecące
słońce, a ciemny cień jest jakimś przypadkiem ingerencji.
Stąd też, po prostu, tragedia nie istnieje. We wszechświe­
cie nie ma tragedii, a człowiek jest tragiczny jedynie dlatego,
że obawia się śmierci. Co do mnie, sądzę, że jeśli słońce
świeci zawsze i zawsze będzie świecić, to pomimo milionów
posępnych słów, śmierć, jakimś sposobem, nie przynosi wie­
lu obaw. W blasku słońca nawet śmierć jest słoneczna. A sło­
neczny blask nie ma końca".
W prywatnej mitologii Lawrence'a jest Toskania jedną ze
śródziemnomorskich wersji wiszących ogrodów Semiramidy.
Wielobarwnym ogrodem. Żyzną krainą obfitości. Słonecz­
nym kosmosem. Jej najgłębsze egzystencjalne przesłanie za­
wiera się w solarnej epifanii. Lawrence, wyśpiewując swój
hymn o słońcu i do słońca, tym radykalnie antytragicznym
O sole mio unieważnia śmierć. W istocie: likwiduje ją. Bo
czymże jest „śmierć słoneczna" - wyrażenie, w którym przy­
miotnik skutecznie neutralizuje rzeczownik - jeśli nie rzeczy­
wistością ledwie zjawiskową, pozorem, epifenomenem... Na­
prawdę jest, w mocnym sensie słowa, tylko słońce. A to
oznacza, że życie, nieustające, wiecznie odradzające się życie
jest esencją naszego świata, w którym śmierć jest, owszem,
spodziewanym, ale całkiem nieistotnym epizodem. Obok
zmiennej, znikliwej natury form widzialnych istnieje jeszcze
trwała, choć bardziej eteryczna, bo ze świetlistej materii zro­
biona, rzeczywistość. Toteż miejsce cierpkiej, tragicznej wi­
zji świata, zająć musi słoneczny optymizm. Where are the
snows of yesteryear? - cytuje Lawrence pytanie Villona. Ale
sens tego refrenu ulega tu odwróceniu: nie wtrąca już w me­
lancholię, ale jest śmiałą zapowiedzią przyszłości. Tak, niegdysieysze śniegi już stopniały. Płatki wiosennych kwiatów
też co prawda opadły, ale - nie ma strachu - za rok pojawią
się znowu, jak gdyby naprzemienny rytm kwitnienia i wię­
dnięcia poddany został przedustawnemu prawu wiecznego
powrotu.
16

Taką lekcję wyciągnął Lawrence z obserwacji toskańskiej
przyrody. A wydawało się, że to tylko o kwiatki chodzi....

3.
Muratów - jak wielu przed nim i wielu po nim - rozpo­
czyna swoją podróż po Włoszech od Wenecji. I już na samym
wstępie książki dokonuje na użytek czytelnika znaczącej autoidentyfikacji: „Dla nas, ludzi Północy, którzy wstępują na
ziemię włoską przez złote wrota Wenecji, wody laguny są
w istocie wodami Lety". Wyraźna deklaracja kulturowej
przynależności. Muratów przybywa z dalekiej Północy i, jak
widzieliśmy, Lawrence także czuje się dzieckiem Północy.
(W geografii mitycznej, która bierze w nawias utrwalone
podziały, Rosja graniczy z Anglią.) Pierwszy zatem, zostawia
za sobą ziemię „nieokreślonego smutku i niewypłakanej skar­
gi lasów i wąwozów", drugi - pochmurną, zimną i pogrążo­
ną w wiecznym letargu wyspę. Toskania zdaje się im dosko­
nałym przeciwieństwem miejsc, które opuścili.
Albert Camus natomiast, ostatni z przywołanych tu
podróżników, zdecydowanie jest człowiekiem Południa.
Gdyby pojęcie to podlegało stopniowaniu, trzeba by powie­
17

dzieć, że jest reprezentantem południowego Południa. Całe
dzieciństwo i wczesną młodość spędził bowiem w Algierii.
A z mapy niezbicie wynika - krótka lekcja geograficznego
relatywizmu - że Algieria leży jeszcze bardziej na południe
od Włoch. Podobnie jak jego poprzednicy również nie jest
„stąd". Jak oni - jest obcy. Choć, trudno ukryć, obcy inaczej.
Miasta swojej młodos'ci opisał Camus w wydanym przed
wojną zbiorze esejów Zaślubiny, pisarskim debiucie. Bohate­
rami pierwszych trzech są Tipasa, Dżemila, Algier. W czwar­
tym eseju, Pustynia, nieoczekiwanie przeprawiamy się przez
morze do Włoch, jedziemy do Florencji, do Toskanii. Nazwa
„eseje" jest tu dość umowna. Są to bowiem utwory gatunko­
wo „nieczyste": po części jest to mocno zmetaforyzowany
opis pejzażu, po części medytacja, po części intymne wyzna­
nie, po części refleksja historyczna, po części wreszcie roz­
ważania antropologiczne - fragmenty, w których rozpoznaje­
my wątki i tematy rozwinięte później w Micie Syzyfa czy
Człowieku zbuntowanym.
Krajobrazy algierskiej młodości, miejsca dla Camusa
p i e r w s z e , zbudowane są z kilku powtarzających się pod­
stawowych elementów, choć przemieszanych w różnym po­
rządku i punktowanych z różną intensywnością. Wydobyć je
łatwo: morze, wiatr, słońce, zwłaszcza to ostatnie, z godzin
największego upału, ciężkie „czarne słońce". Z barw domi­
nują żółcień i błękit. Przypominam te elementarne fakty, bo
z perspektywy przybyszów z Północy, można by nie od rze­
czy zapytać, czego młody Camus szukał w Toskanii? Prze­
cież nie słonecznych promieni i intensywnych doznań zmy­
słowych, bo tych miał u siebie w nadmiarze. Sam tekst
wprost odpowiedzi nie udziela; dla nas istotniejsze jest nie to,
czego szukał, ale co rzeczywiście znalazł.
Introdukcja jest czysto malarska. Camus zauważa u mi­
strzów toskańskich - przywołuje z imienia Cimabue, Giotta,
Piero delia Francesca - szczególną własność: przenikliwą
zdolność widzenia życia ludzkiego w prawdzie. Bohaterowie
ich malarskich opowieści to ludzie z krwi i kości. Całkiem
dosłownie. Zrobieni są z ciała, przede wszystkim z ciała, tej
ulotnej materii, której jedyną prawdą jest rozpad i gnicie.
Nieśmiertelność duszy i nadzieja na życie wieczne są im nie­
dostępne. Malarstwo toskańskie jest syntezą tej ziemi, ale nie
w sensie, w jakim powiada się czasem, że pejzaże z obrazów
Piero delia Francesca są syntetycznym skrótem miejscowego
krajobrazu. Owszem, są, ale na znacznie głębszym, niż tylko
zewnętrznym, imitacyjnym poziomie:
„Nieraz twarz wskutek obojętności i nieczułości osiąga
kamienną wzniosłość krajobrazu. Jak niektórzy chłopi hi­
szpańscy upodabniają się do rodzimych oliwek, tak twarze
Giotta, odarte z żałosnych cieni ujawniających duszę, zrasta­
ją się w końcu z samą Toskanią w jedynej nauce, jakiej krai­
na ta szczodrze udziela: uprawianiu namiętności zamiast
wzruszenia, w mieszaninie ascezy i użycia, zestroju wspólne­
go ziemi i człowiekowi, przy którego pomocy człowiek, jak
ziemia, określa się w pół drogi między nędzą a miłością. Nie
za wiele jest prawd, o których serce byłoby przekonane. I do­
brze rozumiałem oczywistość tej prawdy pewnego wieczoru,
kiedy cień wielkim smutkiem zatapiał winnice i oliwki wsi
florenckiej. Ale smutek w tej krainie jest zawsze tylko ko­
mentarzem do piękna".
Od obrazów niedaleko do rzeczywistości. Ich wnikliwa
obserwacja prowadzi do zdobycia niekwestionowalnej wie­
dzy. To prawda, nie można wątpić: te pejzaże są widzialnym
ekstraktem piękna. Ale jest to piękno podszyte kruchością.
Więcej: nicością. Nad światem wykreowanym przez Murato18

Pocztówka z Toskanii. Fot. L . Betti

wa zawisła strzała Eleaty. Ziemia Toskanii była tam boskim
darem, a jej piękno emanacją wieczności. U Lawrence'a za­
kwitł wieczny powrót zdarzeń. Tu, z dojmującą bezwzględ­
nością, pojawiają się czas i ruch. Czas nicujący i ruch zstępu­
jący - zwiastuny śmierci.
„Mądrość pogrążona w pięknie żywi się nicością. Wobec
tych krajobrazów wielkich aż do skurczu w gardle każda z jej
myśli jest przekreśleniem człowieka. Wkrótce jednostka, za­
przeczona, osłonięta raz po raz, zaciemniona taką ilością przy­
tłaczających przekonań, staje się wobec świata jedynie tą nieforemną plamą, nie znającą innej prawdy niż bierna, albo jego
kolorem czy słońcem. Krajobrazy tak czyste wyjaławiają du­
szę, a ich piękno jest nie do zniesienia. Te ewangelie z kamie­
nia, nieba i wody mówią, że nic nie zmartwychwstaje".
Żadnych złudzeń. Komentujesz się słonecznym ciepłem zamienisz się w proch; zatapiasz wzrok w pięknie pejzażu zgnijesz; wypełnia cię słodycz winogron - zjedzą cię robaki.
Marzenia o nieśmiertelności zatrzaśnięte zostały w dziecin­
nym pokoju. Szczęście, jedynie możliwe szczęście, rodzi się
z braku nadziei, z mocnej świadomości, że ostatecznie umysł
znajduje swoją prawdę w ciele:
„Ale czy zawdzięczam tę naukę Italii, czy też wziąłem ją
z własnego serca? Niewątpliwie ukazała mi się tam. Ale rzecz
w tym, że Italia, jak inne uprzywilejowane miejsca, oferuje mi
widok piękna, gdzie mimo wszystko umierają ludzie. Nawet
tu prawda musi zgnić - i cóż może być wznioślejszego?". "
Przyjrzyjmy się jeszcze, jak Camus oglądał, „klasyczny"
krajobraz toskański, ze wzgórzami, cyprysami i rzędami
krzewów oliwnych. Wygląda to początkowo na zwykłe opiso­
we ćwiczenie, stylistyczną wprawkę. Przed naszymi oczami
rozwija się dekoracja teatralna. Scena jest obrotowa:
„Będąc we Florencji, w ogrodzie Boboli wszedłem na sa­
mą górę, na terasę, skąd odsłania się Monte Oliveto i pagórki
miasta aż do horyzontu. Na każdym z tych wzgórz rosły bla­
de oliwki jak mgiełki, a w spowijającym je lekkim oparze od­
cinały się twardsze piki cyprysów, bliskie - zielone, dalsze czarne. Na głębokim błękicie nieba kładły się plamy wielkich
obłoków. Z końcem popołudnia opadało srebrzyste światło,
w którym wszystko stawało się ciszą. Szczyt pagórków był
zrazu w obłokach. Ale zerwał się wiatr, czułem jego podmuch
na twarzy, i zaraz obłoki za wzgórzami się rozdzieliły jak roz­
suwana kurtyna. Jednocześnie cyprysy ze szczytu wytrysły
w nagle otwarty błękit. Wraz z nimi całe wzgórze z krajobra­
zem oliwek i kamieni powoli się uniosło. Napłynęły inne
obłoki. Kurtyna się zamknęła. I wzgórze wróciło na dół ze
swymi cyprysami i domami".
19

2

21

39

Chwilowy spokój. Cisza. Obraz zielonej oazy. Ale Camus
nie roztapia się w kontemplacji, uważnie czyta tekst krajobra­
zu. Estetyka ustępuje miejsca hermeneutyce. Konkluzja jest
wciąż ta sama:
„Miliony oczu, wiedziałem, oglądały przede mną ten pej­
zaż, ale dla mnie był on jak pierwszy uśmiech nieba. Porywał
mnie w najgłębszym sensie tego słowa. Upewniał mnie, że
bez mojej miłości i tego pięknego krzyku kamieni wszystko
jest bezcelowe. Świat jest piękny i nie ma zbawienia poza
nim. Uczył mnie cierpliwie wielkiej prawdy - że niczym jest
umysł, a nawet serce. I że kamień wygrzany słońcem lub cy­
prys powiększony na tle otwartego nieba są ramami jedynego
świata, gdzie pojęcie 'mieć słuszność' nabiera znaczenia na­
tury bez ludzi. A ten świat mnie unicestwia, niesie do kresu,
odrzuca bez gniewu".
Ruch w górę, ruch w dół. Duchowy poryw, mocno jednak
wczepiony w ziemię. Fascynację drąży wciąż robak zwątpie­
nia. Jedyna możliwa soteriologia ma wymiar świecki. Pięk­
no, owszem, nie jest złudzeniem. Ale nawet ta niepowątpiewalna realność w niczym nie zmienia faktu podstawowego:
że świat jest miejscem wygnania. Teksty rozmawiają ze sobą,
choć o tym nie wiedzą. Muratów obwieszczał, że w Toskanii
odnalazł miarę egzystencji, Camusa tego rodzaju myśl wpra­
wia w irytację. Świadectwem wykrzykniki:
„Mówią mi ciągle: Italia, Morze Śródziemne, starożytne
kraje - tam wszystko jest na miarę człowieka. Ale gdzie?
Wskażcie mi drogę! Pozwólcie mi otworzyć oczy, bym zna­
lazł moją miarę i moje zadowolenie!".
Muratów i, przy wszystkich różnicach, Lawrence, pozwa­
lają nam jednak na chwilowy powrót do Ogrodu, podczas gdy
dla Camusa ta myśl nosi wszelkie cechy urojenia. Więcej: po­
znawczego złudzenia, skutecznie zamazującego nieusuwalną
prawdę egzystencji, do której kluczem jest pojęcie tragiczno­
ści. To przekonanie nie jest, co prawda, wolne od wątpliwo­
ści:
„Może się mylę. W końcu byłem przecież szczęśliwy we
Florencji, i tylu innych ludzi przede mną. Ale czymże jest
szczęście, jeśli nie zwykłą zgodą między istotą i istnieniem?
I czy jest prawowitsza zgoda łącząca nas z życiem niż
podwójna świadomość naszej chęci trwania i naszego prze­
znaczenia - śmierci? Zawiera się w tym przynajmniej ta nau­
ka, żeby na nic nie liczyć i uważać teraźniejszość za jedyną
prawdę, która jest nam dana «ponadto»". 1 parę stron dalej,
w podobnym tonie: „Florencja! Jedno z nielicznych miejsc
w Europie, gdzie zrozumiałem, że w głębi mego buntu drze­
mało przyzwolenie. Od jej nieba, stopu łez i słońca, uczyłem
się zgody na ziemię, na spalanie się w ciemnym płomieniu jej
uciech". Ten koncyliacyjny zwrot w zakończeniu w niczym
jednak istotnym nie narusza podstawy ujawnionych wcze­
śniej przekonań.
W Toskanii Camusa słońce dalej świeci, piękno jaśnieje,
a świat odsłania jedną ze swych najbardziej urodziwych twa­
rzy. To prawda. Ale pierwotną akceptację przenika tu raz po
raz zasadnicza niezgoda. Wyraźne „tak" zawsze ma w tle ja­
kieś mocne „nie". To nie jest przestrzeń, jak u Muratowa, peł­
nego, nie zostawiającego miejsca na wątpliwości, zadomo­
wienia. Warunkowe przyzwolenie nie usuwa w żaden sposób
esencjalnego poczucia wydziedziczenia. Mimo wszystkie
swe piękności i delicje świat jest głuchy - taki sens po­
brzmiewa w łacińskim absurdus - i obojętny. Antynomie nie
znoszą się, sprzeczności nie zostają pogodzone. Pod słońcem
Toskanii śmierć nie umiera. Tym światem, odwrotnie niż
w heliocentrycznej teorii Lawrence'a, rządzi „tragizm solar22

23

24

25

40

ny", pojęcie które rozwinie Camus w jednym ze swoich
późniejszych esejów śródziemnomorskich. Albo inaczej: heliocentryzm z nieusuwalną geocentryczną skazą.

4.
Trzy teksty, trzy różne charakterystyki tej samej rzeczy­
wistości. W pierwszym rzędzie można widzieć je jako ko­
lejne próby przeniknięcia i opisania czegoś w rodzaju arche
Toskanii. Która z nich jest lepsza, prawdziwsza? W której
słowo jest najbliżej rzeczywistości? Kto zobaczył więcej?
Kto opisał trafniej? Pytania, choć psychologicznie zrozu­
miałe, pozbawione większego sensu, bo nie ma ponadhistorycznej, ponadkulturowej i ponadjednostkowej miary, do
której można by je przymierzyć. Co ma być tym wspólnym
mianownikiem? Encyklopedyczne hasło z jego pretensją do
naukowego (?!) obiektywizmu? Przewodniki powielające
myślowe i wizualne clichesl Teksty, zwane z czyjegoś nazewniczego kaprysu, f i k c j a m i literackimi? Inne świa­
dectwa podróżnicze - te wcześniejsze czy te późniejsze?
Nasze, czytelników (a więc i moje) głębokie przekonania
poparte sumienną wizją lokalną? Gdzie, oprócz prawd czą­
stkowych, jest ta najprawdziwsza prawda? I kto jest jej dys­
pozytorem?
Wobec braku sensownej odpowiedzi skonstatujmy raczej
to, co widać gołym okiem. Każdy z tych tekstów jest osten­
tacyjnie subiektywny. To z pewnością coś więcej niż rutyno­
we sprawozdania z podróży. Oprócz warstwy opisowej i in­
formacyjnej zawierają, mniej lub bardziej wyraźnie wyeksplikowany, własny projekt egzystencjalny. W każdym z nich
więc obraz Toskanii jest wypadkową spotkania tego projek­
tu z interpretacją miejscowego krajobrazu. Widzenie, nie
dość że zainfekowane biograficznie, przesłonięte jest rów­
nież filtrem kulturowym bądź filozoficznym. Rzeczywistość,
za każdym razem, załamuje się w oku pod innym kątem. Ca­
ła trójka zobaczyła w Toskanii nie to, co zobaczyła, ale to co
zobaczyć chciała. Toskania przyjechała z nimi. I w nich.
Opis przenikający się z prywatną wizją pełni przy tym w zależności od pierwotnego nastawienia - różne funkcje:
od kompensacyjnych (Muratów, Lawrence), po diagnostycz­
ne (Camus).
Te trzy kreacje pisarskie wywołują inne jeszcze, ważniej­
sze być może pytania. Ważniejsze, bo dotyczące i dotykające
nas bezpośrednio, tu i teraz.
Mimo odmienności jest jednak pewna okoliczność, która
- z dzisiejszej perspektywy - teksty te mogłaby łączyć: czas
powstania. Spójrzmy na daty: Muratów - 1914; Lawrence 1927/8; Camus - 1937. Niewiele ponad dwadzieścia lat róż­
nicy. Muratów już wie o strzałach w Sarajewie; Lawrence
i Camus piszą już po doświadczeniach I wojny. Ale wciąż, je­
śli trzymać się tradycyjnych historiograficznych podziałów,
jest to ta sama epoka. Cezura drugiej wojny jest tu o tyle waż­
na, że wyraźnie wyznacza granice dwóch światów. Tego co
„przed" i tego co „po". Starej i nowej wrażliwości między
którymi nie może być mediacji. Więcej: dla wielu jest to mo­
ment radykalnego zerwania cywilizacyjnej ciągłości, zakwe­
stionowania całej dotychczasowej tradycji europejskiej.
Zmierzch ideałów kultury śródziemnomorskiej. A więc tak­
że: ostateczny i nieodwołalny koniec mitu Włoch jako zreali­
zowanej Arkadii. I , dodajmy, Toskanii jako jej najbardziej
eksponowanego przyczółka.
Jednym z najbardziej agresywnych i konsekwentnych de­
struktorów tego mitu stał się Tadeusz Różewicz. Poemat Et

in Arcadia ego, powieść Śmierć w starych dekoracjach... Już
tytuły wystarczyłyby za konkluzję. Jego przypadek poprzez
swoją skrajność jest dość instruktywny. Różewicz chciał
sprawdzić trwałość i adekwatność zadawnionych wyobra­
żeń. Jego bohaterowie wyprawiają się do Włoch w nadziei
estetycznego olśnienia, duchowej przemiany. Nic z tego. Ita­
lia ze znanych obrazków nie istnieje. Rzeczywistość włoska
zamienia się w cmentarzysko, magazyn dekoracji, śmietnik,
kloakę, wydrążoną formę... „Próbowałem wrócić do raju" kończy swój poemat Różewicz. Ale raju już dawno nie ma.
W jego miejsce są jedynie gruzy cywilizacji, fałszywe war­
tości, idole z gliny, odmóżdżona ludzka masa, birth, copula­
tion and death. Słowem: monstrualne, zwielokrotnione, wie­
lokształtne Nic. Kłopot w tym, że jest to wizja mało przeko­
nująca, przede wszystkim epistemologicznie wadliwa. Róże­
wicz bierze cząstkowe fakty (jak najbardziej prawdziwe) za
całość i lepi z nich nihilistyczną kukłę. A nad tą łatwo się już
znęcać. Ponadto, pada ofiarą swoistego maksymalizmu. Rze­
czywistość przyjmuje u niego dwie skrajne postaci: albo raj­
ską albo apokaliptyczną - bez żadnych stopni pośrednich.
Różewicz, co dość paradoksalne, okazuje się osobliwym
utopistą: skoro współczesna rzeczywistość w żaden sposób
nie spełnia pokładanych w niej oczekiwań, to w odruchu ze­
msty przystawia jej lusterko, które ma tę właściwość, że tyl­
ko czarne barwy rejestruje. Różewicz, jak jego poprzednicy
we Włoszech, widzi tylko to, co widzieć chce. Zapomina też,
że destrukcja arkadyjskiego mitu Italii zapoczątkowana zo­
stała jeszcze przed wojenną traumą. Poważny jego demontaż
widzieliśmy w tekście Camusa. A jeszcze wcześniej był
Mann, romantycy....
Twarda lekcja, której udziela w swoich utworach Róże­
wicz, w naszym przypadku przekłada się na takie pytania:
czym jest Toskania dzisiaj? czy tylko złomowiskiem wyobra­
żeń o niej? dostarczycielką tandetnych złudzeń? czy można ją
jeszcze naprawdę z o b а с z у ć? po co jechać do Toskanii?

Całkiem niedawno, z początkiem sierpnia 1998, londyński
„The Times" donosił: „Państwo Blair oczarowani Toskanią".
Brytyjski premier po raz trzeci w ostatnim czasie spędzi tu
wakacje. Richard Owen skrupulatnie odnotowuje, że Blair
wraz z rodziną zamieszka w 50-pokojowej willi księcia Girolamo Strozzi, w Cusona niedaleko San Gimignano i że do je­
go dyspozycji będzie 1200 akrów książęcej posiadłości. Wie­
lu Włochów jest zachwyconych z tego powodu, inni dziwią
się temu przywiązaniu do jednego miejsca. Z zebranych przez
dziennikarza wypowiedzi stałych mieszkańców wynika, że
Toskania - odmiennie niż sugeruje to „północny" stereotyp jest duszna i pokryta kurzem, cierpi na niedobory wody, miej­
scowi robotnicy są niemili i agresywni, a spod traw wciąż wy­
pełzają jadowite pająki i węże... „Co jest tak atrakcyjnego
w Toskanii, że przyciąga Brytyjczyków" - pyta, cytowana
w artykule, włoska „La Republica". I sama sobie odpowiada:
„Po prostu dlatego, że pragną uciec od deszczowych wybrze­
ży Wysp Brytyjskich do radości i wina Chiantishire".
26

Czyżbyśmy już gdzieś tego nie czytali? Słoneczny mit To­
skanii ma się zupełnie dobrze.
Coś więc chyba jest w tej Toskanii, skoro premier Blair
z małżonką tam się rokrocznie udają. Coś, co syci pragnienia,
ale nie zaspokaja do końca. No tak, ale oni, podobnie jak re­
szta pospólstwa, padają ofiarą złudzenia. Szkoda. Państwo
Blair.... Tak, ci ludzie to byłoby jakieś rozwiązanie....
Ale może jest jeszcze inaczej. Może Toskania to nie jest
ani pojęcie geograficzne ani punkt na mapie. Może jest raczej
nazwą pragnienia. Imieniem tęsknoty. Zarysem formy, która
oczekuje na wypełnienie. I jak kiedyś: wszystko jest w oku
patrzącego. Dla jednych więc pozostanie Toskania kolorową
widokówką, arkadyjskim mirażem. Dla innych - ideałem po
przejściach. Ogrodem leżącym gdzieś „w pół drogi między
nędzą i miłością", między rozpaczą i nadzieją. W którym je­
dyna możliwa koniunkcja będzie zawsze hybrydą przeci­
wieństw. Anemon i popiół.
27

PRZYPISY
' W. Jerofiejew, Moskwa Pieluszki. Poemat, tl. N . Karsov, Sz. Szechter, Londyn 1986, s. 83
Por. wnikliwe i dobrze udokumentowane rozważania C.P. Brand,
Italy and the English Romantics. The Italianate Fashion in Early Ninete­
enth-Century England, Cambridge 1957
F. Nietzsche, Ecce homo, tł. L. Staff, Warszawa 1909, s. 40
P. Muratów, Obrazy Wioch, tł. P. Hertz, Warszawa 1972, t . I , s. 158
Tamże, s. 271
Tamże, s. 264
F. Ankersmit, Język a doświadczenie historyczne, tłum. S. Sikora,
„Konteksty", nr 1-2: 1997, s. 82-84
* Muratów, Obrazy..., s. 295
Tamże, s. 295
Tamże, s. 265
" D.H. Lawrence, Flowery Tuscany, w: Selected Essays, b.m.w.
1954, s. 141-142
Tamże, s. 145-146
E M . Forster, Pokój z widokiem, Л. A. Majchrzak, Warszawa 1992, s. 61
Lawrence, Flowery, s. 140
" T a m ż e , s. 153
Tamże, s. 154
Muratów, Obrazy..., s. 18
A. Camus, Zaślubiny. Lalo. przet. M . Leśniewska, Kraków 1981,
s. 39-40
Tamże, s. 45
Tamże, s. 48-49
Tamże, s. 46-47
2

3

4

5

6

2 2

Tamże, s. 47-48
Tamże, s. 46
Tamże, s. 46
Tamże, s. 50
R. Owen, Blairs beguiled by Tuscany, „The Times", 1 August
1998, s. 12
O trwałości i aktualności toskańskiego mitu wśród Brytyjczyków
pisałem w artykule Anglicy we Włoszech, w: Kino według Alicji, pod red.
W. Godzica i T. Lubelskiego, Kraków 1995, s. 213-221
2 3

2 4

и

2 6

2 7

7

9

10

i:

NŁWS

Blairs beguiled by Tuscany

12

13

14

16

1 7

19

2 0

21

Ilustracja z artykułu z ..Timesa"

41

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.