Капо. Koszmarny upal, zmęczenie i kurz / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4

Item

Title
Капо. Koszmarny upal, zmęczenie i kurz / Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4
Description
Polska Sztuka Ludowa - Konteksty 1998 t.52 z.3-4, s.61-63
Creator
Miskowiec, Marta
Date
1998
Format
application/pdf
Identifier
oai:cyfrowaetnografia.pl:2504
Language
pol.
Publisher
Instytut Sztuki PAN
Relation
oai:cyfrowaetnografia.pl:publication:2693
Rights
Licencja PIA
Text
Капо
Koszmarny upal, zmęczenie i kurz
Marta Miskowiec
Pora roku, podczas której wybieramy się w podróż, odmie­
nia odczucia. Klimat potęguje wrażenia albo je zmienia. Tak jak
inny jest Kraków latem, a inny zimą, tak inne są i wszystkie
miasta podczas swoich deszczów, wiatrów i wielkich upałów.
W lecie nie myślimy o schronieniu się w jakimś muzeum
lub kawiarni, raczej wolimy krążyć bez planu, wysiadywać na
ławkach, co najwyżej szukając cienia. Zimą jest inaczej. Obli­
czamy najkrótszą drogę i szybko przebiegamy z jednego miej­
sca w drugie. Marzniemy i myślimy o powrocie do domu.
Ta dygresja wydaje mi się potrzebnym wstępem, by opis
miasta, leżącego w klimacie zmiennym, nie wprowadzał czy­
telnika w błąd. Bo cóż pocznie w lutym na Patriarszych Prudach wielbiciel Mistrza i Małgorzaty! Jak będzie wyglądać
ławka, przy której spotkali się Michał Aleksandrowicz Ber­
lioz i Iwan zwany Bezdomnym z Wolandem i jego piekielną
kompanią? Zapewne będzie skuta lodem i zasypana na do­
kładkę śniegiem. Nawet nie będzie mu się chciało pić. A co
dopiero, gdyby zechciał czekać, aż dowiozą piwo.
W Kano jest zawsze ciepło, ale nie zawsze jest zielono.
Krajobraz okolicy - można by rzec - nieciekawy, gdyby nie
jego dojmująca senność. W zależności od pory roku zastanie­
my tu morze zieleni albo morze ziemi. Morze zieleni to głów­
nie dzieło człowieka. Gdziekolwiek spojrzysz, rozciągają się
pola, poletka obsadzone prosem, jamem, kukurydzą. Pomiędzy
tym wszystkim można przejść wąskimi, krętymi ścieżkami,
które są jakby wykute w dwumetrowych zbożach. Dochodzi
się nimi, czasem trafiając na rzeczkę, do wiosek rolników.
W porze suchej wszystko to zamienia się w wielką przestrzeń
falujących wzgórz, pokrytych kikutami wyschniętych roślin.
Wioski budowane z gliniastej ziemi mają jej kolor, przez co
niezbyt się odcinają od otaczających je pól. Granice ścieżek
zostały zniwelowane przez pracowitych rolników, a rzeczki po

prostu wyschły, pozostawiając po sobie coraz głębsze, z roku
na rok, wąwozy. Jedynym zielonym wyjątkiem są drzewa man­
go, które nie wiadomo czemu nigdy nie pozbywają się liści.
Mamy więc miasto Kano, kawał ziemi zatłoczonej niski­
mi domami, z wielką skałą przylegającą po jego jednej stro­
nie. Można ominąć nie żałując, można zostać i utonąć w nim.
Godzinami się włóczyć, myląc kierunki, ulice, przesmyki.
Gdy wchodzisz w nie, miasto cię urabia. Gry świateł i cie­
ni. Trzeba przeskakiwać rowy przeciwdeszczowe, ocierać się
o mury, wdychać zapachy smażonego jamu, mielonej papry­
ki (sam zapach wypala oczy), rozlanego gdzieś oleju silniko­
wego. Będą szły za tobą całą chmarą dzieci, będą ci się przy­
glądać, nawet dotykać i wołać „Oybo pepe, how are you рере" ipepe to czerwona papryka, oybo znaczy człowiek - dla
nich jesteśmy czerwonoskórzy).
Czasem stajesz i tkwisz, nie wiadomo jak długo, w jakimś
miejscu, nie mogąc oderwać oczu od czyjejś twarzy, zabawki
dziecka, albo zziajany korzystasz z jakiegoś skrawka cienia.
Pot płynie strużkami po udach, głowa, ramiona i kark dawno
należą do słońca. Oślepiające światło południowej godziny
nie pozwala oglądać szczytów domów. Przez większość czasu
widzisz tylko drogę i własne, pokryte kurzem, stopy. Myślisz,
można się tu zgubić. No i stało się - nie wiesz, gdzie jesteś.
Ci, co są z tobą, też nie wiedzą. Teraz w którą stronę? A gdzie
my właściwie idziemy? W stronę pałacu emira, meczetu, do
centrum. Szukasz zdenerwowany kierunku i drogi, i wszystkie
bramy do błędnego koła stoją przed tobą otworem.
Gdy w końcu odnajdziesz wyjście, czujesz jedynie chęć
powrotu w te zagmatwane uliczki. Dlaczego chcesz tam
wrócić? To proste, zbyt dużo tam zostawiłeś.
Wysiłek poznawczy szanującego się turysty zostaje tu na­
turalnymi siłami sprowadzony do stanu, w którym nie my po-

Widok z Dali

Domy starego miasta

61

znajemy miejsce (czyli realizujemy plan z odczytanego
wczes'niej informatora), ale miejsce wchłania się w nas. Nie
da się powiedzieć „zwiedziłem Kano", w Kano się było albo
nie. Wszyscy wiedzą, jak zwiedzać Paryż bądź Wenecję. Wia­
domo, gdzie pójść, czym się zachwycić, co sfotografować.
Zdjęcia - świadectwa minionych podróży, cenne pamiątki,
dzięki którym mamy możność pochwalić się zdobytymi kra­
jobrazami - zrobione w tym mieście nie dadzą pożądanego
efektu. Niełatwo zaimponować fotografią glinianego domu
lub gromady obszarpanych dzieci próbujących zaglądnąć do
obiektywu. Aparat fotograficzny jest tu zbędnym ciężarem.
Magia tego miejsca (jeśli się jej szuka) nie tkwi w zabytkach,
jest ona w nim samym, w całym mieście. Kurz, gorąco, słoń­
ce i pragnienie to główne odczucia filtrujące wszelkie inne
wrażenia ze spacerów krętymi uliczkami. Jednak, gdy - mi­
mo wszystko - nie uciekniemy stąd od razu i pozwolimy, by
0 dalszym pobycie zadecydowały te marne widoki, nie odje­
dziemy bez wspomnień i bez chęci, by być tu znowu.
Miasta mają swoich przyjaciół i wrogów. Kolejne opisy
1 opowieści stają się powoli źródłem fascynacji i mitologii
tych miejsc, zwłaszcza gdy podróż do nich nie jest łatwa.
Czym byłyby Chiny bez Marco Polo albo krakowski Kazi­
mierz bez Żydów?
Z drugiej strony pustyni docierali do Kano arabscy handla­
rze niewolników i kupcy poszukujący złota i innych cennych
towarów, w jakie obfitowało miasto. Zarówno hausańscy nie­
wolnicy, jak i to, co oferował tutejszy rynek, było przez wiele
wieków, powodem wypraw przez Saharę. Tutaj kończył się je­
den z trzech największych szlaków karawanowych, jakie
przecinały pustynię. Jeden z nich to Taghaza - Timbuktu na
zachodzie, będący zawsze pod kontrolą Tuaregów, drugi Ghadames - Air - Hausa, przecinający wzdłuż dzisiejszą Algierię
i kończący się na rynkach miast-państw hausańskich,
z których największe było właśnie Kano. Trzeci Fezzan - Kawar do Bornu położonego przy brzegach jeziora Czad. Rela­
cje z tych wypraw dotyczyły zapewne głównie niebezpie­
czeństw podróży i nagrody w postaci bogactwa, jakie można
było osiągnąć po powrocie z niej. Było ich tak wiele, zwła­
szcza tych przekazywanych ustnie, że miasta takie jak Tim­
buktu, Agadez, Gao, Kano otoczyła aura niezwykłości.
Leo Africanus na trwałe zaznaczył Kano na mapie Afryki.
Od niego Europa dowiedziała się na początku X V I w. o istnie­
niu miasta: W środku tej prowincji [Kano] stoi miasto o tej sa­
mej nazwie, mury i domy zbudowane są w większości z rodzaju
kredy. Mieszkańcy są bogatymi kupcami i uprzejmymi ludźmi.
W połowie X V I w. raguzański kupiec Vincenzo Matteo,
mieszkający w Kano przez kilka lat, pisze: Cheuno, które in­
ni nazywają Kano, jest jednym z trzech miast Afryki - pozo­
stałe to Fez i Kair - o których Berberowie mówią, że nie ma
nic takiego na świecie, czego nie mogliby tam znaleźć. Two­
rzy ono wraz Z Kairem i Fezem trójkąt, będąc tak samo odda­
lone od nich obu; wszystkie je dzieli dwumiesięczna podróżWedług kupców podróżujących do Algieru jest ono większe
niż dawna Niniwa i większy jest tam handel pieprzem, kością
słoniową i złotem. Jest to jedyne miasto czarnych otoczone
murem; do jego budowy wykorzystano nawet największe gła­
zy, tak że żaden nie pozostał w okolicy. (...) Otoczone murem,
posiada osiemnaście bram...
Z tej relacji i z opowieści rozsiewanych przez kupców mia­
sto wydaje się Bagdadem Afryki, miejscem z baśni. Wielkość,
bogactwo i osiągalność tylko przy wielkim wysiłku (dwa mie­
siące na wielbłądzie przez pustynię) karmią wyobraźnię, ku­
szą do odbycia podróży lub zrobienia tam majątku.

62

Słynny podróżnik, porucznik Hugh Clapperton, przejęty
kwiecistymi opisami Kano, wszedł do niego, jak przystało na
przedstawiciela królowej Wiktorii, wystrojony w reprezenta­
cyjny mundur. Potem pisze - spodziewałem się ujrzeć miasto
o olśniewającym przepychu: zamiast tego ujrzałem domy od­
ległe prawie o ćwierć mili od murów, niekiedy w pojedyn­
czych grupach między dużymi sadzawkami stojącej wody. Ca­
ły trud tak starannego przygotowania stroju byl zmarnowany;
ani jeden człowiek nie obejrzał się za mną.
Oczy Araba widzą co innego niż oczy Anglika. Europej­
scy podróżnicy nie zachwycali się zbytnio miastami położo­
nymi na południe od Sahary, nie dostrzegali w nich źródła do­
brobytu i bogactwa, jakie widziały w nich pasterskie ple­
miona czerpiące korzyści z pracowitości i zaradności mie­
szkańców miast. Stąd też największą sławę Kano głosiły lu­
dy sąsiadujące z państwami hausańskimi. Fulanie, Tuaregowie, Jorubowie zawsze chętnie tu przybywali, by zaopatrzyć
się w wyroby miejscowych rzemieślników i sprzedać własne.
Niektórzy z nich osiedlali się tu na stałe, inni wracali do swo­
ich domów, gdzie rozprawiali o bogactwach, jakie zobaczyli.

Historia
Najważniejszym źródłem pisanym do dziejów miasta a za­
razem podstawowym dokumentem do dziejów Hausy jest Kro­
nika Władców Kano. Pierwsza jej wersja powstała w X V I w.
Wakar Bagauda (Pieśń o Bagaudzie) - najstarsze spisane
wersje pochodzą z początków XX w.
Kronika Wangarawa - Najwcześniej datowana praca od­
kryta w Hausie (1650/51).
Według legendy o Bajadżiddzie, synu władcy Bagdadu,
który miał przybyć do Hausy około X wieku, jego prawowi­
ci synowie mieli założyć siedem najdawniejszych miast Hau­
sy, w tym Kano. Coś w okolicy musiało jednak być, by wła­
śnie tu mógł powstać tak wielki i sławny gród. Być może tym
czymś było granitowe wzgórze Dala, pojawiające się znie­
nacka w sennym, monotonnym krajobrazie.

Dala
Widok z Dali daje poczucie panowania nad okolicą. Każ­
de zbliżające się niebezpieczeństwo mogło być i było rozpo­
znawane dość wcześnie, by mieszkańcy zdążyli zorganizo­
wać obronę. Ostatnią twierdzę stanowiło samo wzgórze.
Kiedyś na takich wzniesieniach czuwali strażnicy. Dla za­
bicia czasu grali w dara. Po tej grze i po strażnikach pozosta­
ły do dziś małe okrągłe wgłębienia wydrążone w czasie lat
pokoju. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to,
że jest to tak naprawdę najtrwalsza pamiątka z dziejów
państw hausańskich. Budowle stawiane z gliny szybko zni­
szczały, po ozdobach i innych przedmiotach ślad zaginął lub
tkwią jeszcze pod warstwami ziemi. Tutejsi muzułmanie nie­
chętnie patrzą na przedislamskie świadectwa przeszłości.
Stąd brak badań archeologicznych i - co za tym idzie - ich
owoców. W rozpadlinach opuszczonych wzgórz do dziś wa­
lają się skorupy naczyń, kamienne żarna, gliniane figurki pa­
miętające, być może, pogańską świetność Hausy. Skromnych
dołków wyżłobionych w twardej skale sam czas nie był
w stanie zatrzeć, a człowiek się nimi nie interesuje. Tkwią na
samej powierzchni tak, jakby dopiero co ktoś odszedł od gry.
Nazwa wzgórza wiąże się z jego legendarnym mieszkań­
cem czarnym mężczyzną o imieniu Dala. Ponoć był on tak

potężnej postury i posiadał taką siłę, że po zabiciu słonia swą
pałką potrafił nieść go na głowie przez dziewęć mil. Jego na­
stępcą był kapłan i czarownik Barbusze. Co roku przybywała
do niego okoliczna ludność na dwudniowe obrzędy. Wtedy
opuszczał swe wgzórze, u stóp którego, w świętym miejscu,
rosło drzewo zwane „Szamus". Drzewo było otoczone mu­
rem i nikt, z wyjątkiem Barbuszego, nie mógł przebywać
w jego obrębie. Po złożeniu ofiar ze zwierząt czarnej maści
bogu Tsumburburze kapłan przepowiadał zgromadzonym, co
wydarzy się przez najbliższy rok.
Według legendy przepowiedział on przybycie człowieka,
który zniszczy święte drzewo i zapanuje nad wszystkimi mie­
szkańcami. Wydarzenie to nastąpiło około 999 roku, nowym
władcą Kano, a właściwie jego założycielem był Bagauda.
Jego następcy wprowadzili Islam na dobre w drugiej połowie
XIV wieku.

Islam
Kronika Władców Kano notuje: Wangarawa przybyli z Ma­
li w liczbie czterdziestu, przynosząc islam. (...) Pod świętym
drzewem zbudowano prostokątny meczet zwrócony na wschód
i odmawiano tam modlitwy o pięciu wyznaczonych porach.

Opór
Lecz Sarkin Gazarzawa był przeciwny modlitwie i po tym,
jak muzułmanie pomodlili się i wrócili do swoich domów,
przybył ze swoimi zwolennikami i sprofanowali meczet, pokry­
wając go nieczystościami. Z tego powodu Dan Buzi został wy­
znaczony, aby trzymał wokół meczetu silnie uzbrojoną straż,
od zmroku do świtu, z ciągłym nawoływaniem się. Lecz nieste­
ty oszukano go i jego ludzi. Niektórzy [z nich] usłucliali namo­
wy pogan i odeszli; on i reszta ludzi odmówili. [Niewierni] nie
zaprzestali załatwiania się w meczecie, aż Sheshe powiedział
do Famoriego: „Nie ma na to innej rady prócz modłów",
a pozostali przystali na to. Potem, we wtorek, zebrali się w me­
czecie w porze wieczornej modlitwy i aż do wschodu słońca
modlili się z powodu niewiernych. Odeszli, gdy słońce było już
wysoko. Bóg wysłuchał ich modlitw. Oślepił przywódcę pogan
i oślepli również wszyscy, którzy brali udział w tym postępku
oraz ich kobiety. Po tym wszyscy poganie poczuli strach. Wte­
dy Yadżi usunął ich wodza ze stanowiska, mówiąc do niego:
„Bądź wodzem ślepych " (Sarkin Makafi). Takie oto było zwy­
cięstwo nad pogaństwem. Ci, którzy nie wierzą, są ślepcami,
który z chrześcijan nie zna tej metafory?

Historia cd.
Waleczność nigdy nie była dominującą cechą mieszkań­
ców miasta. Handel nie lubi wojennych niepokojów. Wielkie
mury otaczające gród (istniejące już w X I wieku i ciągle roz­
budowywane), częściej służyły odstraszeniu przeciwnika niż
faktycznej obronie. Gdy podbój był nieunikniony, najeźdźcy
często zastawali otwarte bramy.
Kiedy w Europie mówiło się tylko o Napoleonie w Afry­
ce Zachodniej, na południe od Sahary, fulański przywódca
Usman dan Fodio rozpoczął „świętą wojnę" o umocnienie is­
lamu i jego praw na obszarach położonych na zachód od je­
ziora Czad. Przyniosło to między innymi kres niezależnego
bytu hausańskich państw-miast. Miasta Hausy zostały zjed­
noczone w potężnym państwie Kalifacie Sakkwato, który
przetrwał do podboju angielskiego na początku XX wieku.

Historia miasta dla jego mieszkańców niewiele znaczy. Mury
obronne wyznaczające granice starej części, będąc nieprzy­
datne dla jej obrony, stały się źródłem budulca przy reperacji
jeszcze istniejących glinianych domów. Pamiątki przeszłości
zawadzają. Może gdyby wymyślono węższe samochody, uli­
ce i bramy mogłyby ocaleć i nie zostałyby stratowane przez
pojazdy napędzane czymś daleko innym od wody i trawy.

Tradycja
Pomimo to, wśród mieszkańców istnieje podział i hierar­
chia w zależności od miejsca, w którym się mieszka, na ko­
rzyść tych, którzy są ze starego miasta. Historia i tradycja od­
dzielają się tu od siebie. Miasto, które stało się jedynie porzu­
caną przez młodych dzielnicą, staje na straży tego, co odcho­
dzi w przeszłość. Zanikające zawody, stosunki rodzinne, oby­
czaje być może przetrwają tu najpierw jako anachronizm, po­
tem jako ostoja stabilizacji i porządku coraz bardziej amor­
ficznego rozrastającego się wielodzielnicowego molocha.
Dla mieszkańców starego miasta wszystko to, co znajdu­
je się poza jego granicami, skupia niepożądany element. Tam
mieszkają kryminaliści, prostytutki, pijacy i niewierni. Wszy­
stkie instytucje i jednostki negujące tradycyjne wartości mu­
szą znaleźć się w waje, czyli w świecie zewnętrznym. W po­
bliżu murów stoją domy ludności przybyłej z okolic kultural­
nie i religijnie związanych z mieszkańcami starego miasta, są
to głównie Hausańczycy. Ta strefa domów stanowi granicę
z Sabon Gari (Nowym Miastem), najmłodszą częścią miasta.
Tutaj osiedlili się przybysze z odległych, kulturowo obcych
plemion, głównie z południa: Jorubowie, Ibowie, Edowie.
Oprócz domów znajduje się tu wszystko, co wiąże się z no­
woczesnym miastem i jego architekturą: biura, banki, fa­
bryczki, supermarkety oraz rezydencje kontraktowych przy­
byszów z Europy lub Ameryki.
Wszystko to jest waje.
Birni (stare miasto, gród) zamieszkują stare rodziny od lat
związane z miastem, parające się z uporem zanikającymi już
zawodami. Są to rzemieślnicy, potomkowie rodów budowni­
czych, farbiarzy, kaletników, handlarze, mallamowie. Tutaj
właśnie jest źródło farbowanych w indygo ubrań i zawojów
sławnego a zarazem i osławionego koczowniczego ludu Tuaregów, zamieszkującego Saharę. Tutaj też produkuje się mie­
cze, noszone z dumą wojownika przez Tuaregów, Fu łanów
i Hausańczyków. Stąd pochodzą wyroby skórzane znane od
wieków nie tylko na południowych obrzeżach pustyni, ale
i w krajach Maghrebu. I jeszcze jedna rzecz charakterystycz­
na w tej dzielnicy: trudno tu spotkać starca lub staruszkę,
którzy by nie mieli zaczerwienionych ust i zębów od ciągłe­
go przeżuwania orzecha kola. Ten owoc o cierpkim, orze­
źwiającym smaku jest nam również trochę znany w dobro­
dziejstwie pepsi-coli i innych „coli".
Stare miasta afrykańskie nie są oazą przeszłości, wystar­
czy wejść do nowszych dzielnic, by pozbawić się złudzeń.
Nieczytelny dla obcych chaos na ulicach i osaczający z każ­
dej strony beton sprawiają, że chce się wyć... lub uciec stąd.
W przypadku Kano chęć ucieczki jest chęcią powrotu do Bir­
ni. Publiczne mityzowanie własnych przeżyć jest przyjemno­
ścią podobną do opowieści starych ludzi, konieczni są słucha­
cze, ale nieważne jest, czy ktokolwiek cię słucha. Co więcej,
opisanie na przykład miasta nie zawsze jest formą zaprosze­
nia. Mogło by to zostać odebrane jako wdzieranie się do cu­
dzych wspomnień. Krótko mówiąc, nie chciałabym, żeby
ktokolwiek je jeszcze widział. Bo to jest moje miasto.
6.?

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.