http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/1793.pdf
Media
Part of Sukces wśród najuboższych.Chicagowscy Indianie i ich elita / LUD 1987 t.71
- extracted text
-
Lud, t. 71, 1987
JANUSZ
MUCHA
Uniwersytet
Jagielloilski
SUKCES WŚROD NAJUBOŻSZYCH. CHICAGOWSCY INDIANIE I ICH
ELITA 1
Wstęp
Indianie amerykańscy to jedna z naj uboższych grup etnicznych 2
w Stanach Zjednoczonych. Istnieje wiele raportów dotyczących ich sytuacji. Niektóre wspominane były w literaturze polskiej 3. Przypomnijmy
kilka faktów odnoszących się do lat sześćdziesiątych. W 1967 roku 90%
mieszkań, w których żyli Indianie, znajdowało się ponieżj dopuszczalnej
w USA granicy standardu. Średni tygodniowy dochód rodziny indiańskiej wynoEiił 30 dolarów, podczas gdy dochód rodziny nie-indiańskiej
wynosił 130 dolarów. Bezrobocei w rezerwatach szacowano na 46% osób
zdolnych do pracy. Wskaźnik zachorowań na cukrzycę był wśród Indian
7 do 15 razy (w różnych rezerr'watach) wyższy, niż u nie-Indian. Indianie
dożywali średnio 64 roku życia, podczas gdy pozostali Amerykanie 71 lat 47. PCld koniec następnej dekady Indianie nadal należeli do najuboższych grup etnicznych Ameryki 5. Wielu Indianom, ale też wielu
na temat tej zbiorowości.
l Badanid,
których częściowe rezultdty publikowane są w tym tekście, sfinansJwane zastaly przez American Council of Learned Societies, któremu winien jes'_cm wdzięczność_ Przede wszystkim jednak podziękowania należą się tym wszystkim Indianom chicagowskim, z którymi rozmawiałem.
2 Terminu
"grupa etniczna" używam tu w szerokim znaczeniu, obejmującym
zarówno zbiorowości wyodrębniające
się od otoczenia społecznego swymi cechami
narodowymi, religijnymi, jak i "rasowymi". Por. na ten temat mój artykuł Prze-
obrażenia
społeczeństw
wieloetnicznych
pod wpływem
konfliktów
etnicznych,
w: Za-
pod redakcją Hieronima Kubiaka i Andrzeja K. Palucha,
Wrocław, Ossolineum 1'980_
3 Por. np. mój
artykuł Z prerii na ulicę. Przemiany
indiańskiej
społeczności
Chicago, "Lud", t. 69, 1985.
4 POI'. np. Gerard
Littman, Alcoholism,
Illness, and Social Pathology
among
American
Indians in Trans'tion,
w: American Journal of Public Health and the
Nation's Health" 60, 9, September 1970, s. 1771; Bruce A. Chadwick, The Inedible
Feast, w: Native
Americans
Today:
Sociolo[lical
Perspect;ves,
ed. by
Howard
M. Bahr, Bruce A. Chadwick and Robert C. Day, New York 1972, s. 13.2.
"Par.
Thomas Sowell, with the assistance of Lynn D. Collins (ed.), Essay.'
and Data on American
Ethnic Groups. The Urban Institute
1978, ss. 257 - 58.
łożenia
teorii
asymilacji,
134
Janusz Mucha
instytucjom rządowym, wydawało się, że wyjściem z dramatycznej sytuacji w rezerwatach byłaby emigracja zarobkowa do wielkich miast,
połączona z możliwie częstymi wizytami "w domu", to znaczy w rezerwacie.
Zróżnicowanie społeczne tradycyjnych społeczności plemiennych to
głównie podział według płci, wieku , podział na kasty, klany, grupy pokrewieństwa 6. W miejskich społecznościach zbiorowości genetycznie plemiennych utrzymać się mogły faktycznie tylko tradycyjne związki rodzinne. Włączenie się Indian do życia w ramach nowoczesnego podzi:llu
pracy spGwGdowało pojawienie się nowego, w przyp3dku tej grupy etnicznej, charakterystycznego dla miasta, zróżnicowania społecznego. Według
raportów z przeprowadzonych w latach 1~68 i 1969 badań indiallskiej
społeczności Chicago, podzielić można ją było na trzy podstawowe kategorie społeczno-ekonomiczne. Około 70% Indian miało należeć do mało
stabilnej społecznie zbiorowości osób zajmujących sif; dorywczą, niewykwalifikowaną pracą fizyczną (daily-pay
labor), około 20% do ustabilizowanej klasy robotniczej, a 10% do klasy średniej, rozproszonej wśród
klasy średniej całego miasta 7. W tym tekście interesować mnie będzie
głównie ta ostatnia grupa.
Jak wiadomo, w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie istnieją obecnie 173 indiańskie grupy kulturowe 8. Mimo tej różnorodności, wci'1ż
trwają, jak się wydaje, pewne cechy wspólne wszystkim grupom india/lskim, których szczególne natężenie pozwala odróżnić ich kulturę od kultur nie-indiańskich. Wymieilmy tylko kilka z nich: hojność i nacisk na
dzielenie się tym wszystkim, co się posiada; niechęć do antagonizowania
innych i do mieszania się w cudze sprawy; przykładanie wielkiej wagi
do systemu pokrewieilstwa, z czym wiąże się poczucie odpowiedzialności
przede wszystkim za krewnych, a także wychowywanie dzieci przez szeroko rozumianą rodzinę; traktowanie pracy jako czegoś, dającego przede
wszystkim satysfakcję, a dO'piero potem pieniądze; niechęć do współzawodniczenia z nie-Indianami; na okręgu, a nie na linii oparta koncepcja
Por. np. Raymond Firth, Spoleczności l1ldzkie. Wstęp do antropologii
społecz1965 (1'956), ss. 114 - 46; Harold E. Driver, Indians of North l1merica,
Chicago and London 1'9'75(1961), ss. 330 - 4-1, Abraham Rosman and Paula G. nubel,
The Tapestry
of Culture. An Introduction
to Cultural
Anthropology,
Nc's York
1985, ss. 49 - 9':1.
7 Par.
George D. Scott, John K. Whitc and Estelle Fuchs, Ind 'ans WId t heir
Education in Chicago, w: National
Study of American
Indian Education. Serics II,
NO.2. 1969, ss. 2 -7; Estelle Fuchs and Robert J. Havighurst, To Ure on lhis
Earth. American
Indian Education. Garden City, NY 1973, ss. 107 - 09.
s Par. Edward H. Spicer, The American Indians. Cambridge, Mass and London,
England 1982, s. 13.
5
nej, Warszawa
CHICAGOWSCY
INDIANIE
I ICH ELITA
135
czasu i przestrzeni, łącząca w jedno to co było, jest i będzie, to co jest
tu i to co jest tam 9. Te cechy kulturowe utrudniają Indianom skuteczne
współzawodniczenie z innymi grupami etnicznymi w nowoczesnym, wielkoprzemysłowym mieście.
W każdej grupie, nawet naj uboższej i naj gorszej przystosowanej do
życia w Jej społecznym otoczeniu, istnieć muszą i istnieją ludzie, którzy
w opinii własnej i opinii innych członków grupy odnieśli sukces. Celem
tet{0 tekstu jest przeanalizowanie wzorów sukcesu WŚTód amerykal'l.skich
indIan mieszkajqcych w wiekim mieście. Zimą roku 1982 i wiosną roku
l (;2:1 przeprowadziłem długie wywiady z 34 Indianami żyjącymi w Chicago, będącymi, wedle moich informacji, ludźmi sukcesu. Niektóre ich nazwiska znalazłem w rozdziale "Indiański biznes" w broszurze American
Indian Community Se'rvice Directory, wydawanej przez niewielką indiańską uczelnię chicagowską o nazwie NAES College (wydania z roku
1981 i 1982). Inne nazwiska podali mi sami Indianie. Zainteresowany byłem rozmowami tylko z tymi ludźmi, którzy zdaniem własnej społeczności odnieśli sukces w swej zawodowej działalności poza-indiańskiej, ale
równocześnie znani byli jako członkowie tej społeczności. Kilka osób nie
chciało ze mną rozmawiać, podając różne powody. Gdy pytałem o dalsze nazwiska, po odbyciu wspomnianych 34 wywiadów, okazywało się,
że otrzymywałem wciąż te same, znane mi już nazwiska. Z tego względu
przypuszczać można, że w liczącej 5 do 10 tysięcy osób społeczności indiańskiej w Chicago istnieje tylko kilkadziesiąt osób, o których wiadomo,
że w swej poza-indiańskiej działalności odnieśli sukces, nie asymilując
sie przy tym w pełni. Być może więc zbiór osób, z którymi rozmawiałem, jest reprezentatywną (choć nie dobieraną losowo) próbą interesującej mnie tu zbiorowości.
Gdy mamy do czynienia z tak małą liczbą osób jak trzydzieści cztery,
niemożliwe jest prowadzenie jakichkolwiek subtelnych analiz statystycznych. Nie chodzi mi zresztą o przedstawienie danych statystycznych.
Moim celem jest tylko analiza pewnych wzorów działalności, uważanej
za reprezentującą sukces przez członków bardzo biednej i słabo dostosowanej do nowoczesnego przemysłowego społeczeństwa zbiorowości etnicznej. Historię samej tej zbiorowości przedstawiłem w artykule cytowanym w przypisie trzecim. Podane są w nim też inne źródła informacji
Por. np. Richard G. Woods and Arthur M. Harkins, Indian Ameri~'a1}s in
Minneapolis 1968, s. '8; Wilcomb E. Washburn, The Indians in America,
New York et al. 1975. ss. 12 -21, Ill; Murray L. Wax and Rosalie H. Wax, Religion
among American Indians, w: .,The Annals of the American
Academy of Political
and Social Sciences", vol. 436, March 1978, ss. 28 - 30; Rosalie H. Wax and Robert
K. Thomas, American Indians and White People, "Phylon" XX, 4, Winter 1961,
ss. 306, 310 - 12.
9
Chicago.
Janusz Mucha
136
2. I n d i a ń s k i e
c h a rak
t e r y s t Yk i
badan ej
p rób y
Indianie, z którymi przeprowadzane były wywiady, reprezentują 17
plemion, ale ich większość pochodzi z czterech plemion. Mamy tu więc
siedmiu Chippewa, czterech Winnebago, trzech Sioux i trzech Cherokee.
Chippewa and Sioux to od lat jedne z największych "plemion chicagowskich" 10. Dwadzieścia pięć osób urodziło się w rezerwatach (dwie z nich
oświadczyły, że stało się to przez przypadek, ale oba te "przypadki" polegały na tym, że rodzice przybyli specjalnie do rezerwatu, aby dziecko
urodziło się "w domu" i rodzina spędziła tam później co najmniej sześć
miesięcy). Pięć innych osób urodziło się w małych wioskach indiańskich
ulokowanych poza rezerwatami. Tak więc tylko cztery osoby nie urodziły
się w społeczności indiańskiej. Trzydzieści jeden osób zarejestrowanych
było w swoich plemionach. Pozostałe trzy nie były zarejestrowane z powodów biurokratycznych. Dwadzieścia sześć osób oświadczyło, że są Indianami pełnej krwi, a pozostali mieli w sobie od jednej czwartej do
trzech czwartych krwi indiańskiej. Jedenaście osób zadeklarowało, że
mówiły one biegle w swoim języku plemielmym. Siedemnaście innych
osób było w stanie porozumiewać się w tym języku, choć z mniejszymi
lub większymi trudnościami, a sześć osób nie znało wogóle swego języka. Dwadzieścia osób było kiedyś, lub w ostatnim czasie, bardzo aktywnymi członkami chicagowskiej społeczności indiańskiej, podczas gdy pozostali to mniej lub bardziej bierni jej członkowie. Bierność oznaczała tu,
że uczestniczyli oni w pow-pow kilka razy w roku (tańce powo-wow odbywają się w Chicago około 15 razy w roku), bądż też, że uczestniczyli
rzadko w rutynowych imprezach indiańskich, ale na przykład wystawiali
swe prace na wystawach .organizowanych przez chicagowskie stowarzyszenie artystów indiańskich.
3. I n n e c h a rak
Indianie,
t e r y s t Y k i P rób y
z którymi
rozmawiałem,
to przede wszystkim
mężczyzll1
(23) w wieku od 40 do 50 lat. Sześć osób miało mniej niż 40 lat, a osiem
więcej niż 55 lat. Trzy osoby były już na emeryturze; trzy były czasowo bezrobotne (lata 1982 i 1983 to okres wielkiego bezrobocia \'1 stanie
Illinois, a zwłaszcza w Chicago), ale poprzednio pracowały stale i bez
10
POr. np. Woods i Harkins, op. cit., s. 20.
CHICAGOWSCY
INDIANIE
I ICH ELITA
137
kłopotów; szesc osób pracowało we własnych, mimo iż bardzo niewielkich, przedsiębiorstwach, a pozostali byli wysoko wykwalifikowanymi robotnikami bądź pracownikami umysłowymi.
Piętnaście osób przybyło do Chicago, gdy nie mieli jeszcze 20 lat,
a trzynaście osób między 21 a 30 rokiem życia. Tylko cztery osoby z tych
dwćch grup oświadczyły, że miały jakieś problemy z adaptacją do miejskiego życia w Chicago. Trzy osoby przyjechały do Chicago w ramach
organizowanej przez BuremJ of Indian Affairs akcji przesiedleń 11.
Siedemnaście osób było właścicielami domów lub mieszkań, w których żyły. Pozostali wynajmowali mieszkania o zupełnie przyzwoitym,
nawet jak na warunki amerykańskie, standarcie. Ponad jedna czwarta
próby (9 osób) miało co najmr:iej akademicki stopień bakałarza (B. A.
lub B. Sc.), a ponad jedna trzecia próby (12 osób) studiowała kiedyś na
wyższych uczelniach, ale nie uzyskała żadnego stopnia akademickiego.
Trzy osoby nie ukończyły nawet szkoły średniej (high-schooL), uważanej w Ameryce za szkołę niezbędną dla otrzymania jakiejkolwiek stałej
pracy. Pozostałe dziesięć osób ukończyło szkołę średnią oraz kursy zawodowe różnego typu i różnej długości trwania.
Niezbędne jest wspomnienie w tym miejscu problemu alkoholizmu,
do którego z konieczności trzeba będzie kilkakrotnie wracać. Nie pytałem moich rozmÓwców o nic na ten temat, ale dziesięć osób (ośmiu
mężczyzn i dwie kobiety) samych oświadczyło mi, że miało w swoim
życiu poważne problemy związane z nadużywaniem
alkoholu.
Pięć
z tych osób znalazło się w jakimś okresie w stanie nałogowego alkoholizmu i żyło na ulicy w społeczności alkoholików (skid row). Trzy z tych
pięciu osób są obecnie "niezależnymi biznesmenami". Sześciu mężczyzn
(z ośmiu) stwierdziło, że ich problemy alkoholowe narodziły się lub poważnie rozwinęły w czasie służby wojskowej.
4. P r z e s z k o d Y d o p o k o n a n i a
Jak wspomniałem w poprzedniej części tego tekstu, droga większości
indial'lskich ludzi sukcesu z Chicago do pozycji zajmowanych obecnie
nie była szczególnie zawikłana. Niektórzy z nich napotykali jednak trudności, które mogą być typowe dla innych Indian, tych, którzy nie osiągnęli w mieście sukcesu. Cztery osoby, z którymi rozmawiałem, wspominały o trudnościach z zaadaptowaniem się do miejskiego życia w Chica11
Na temat tej akcji piszę w pracy cytowanej
w przypisie nr 3.
138
Janusz Mucha
go. Trzy z nich uznały, że organizacja przestrzeni miejskiej, oparta na
zasadach innych niż te, do których wcześniej przywykły, przyczyniła
się do ich wstępnych niepowodzeń zawodowych i ogólnie - życiowych.
J eden z tych ludzi, dziś uznany indiański 8rtysta-malarz, podkreślił jednak inny czynnik jako znacznie istotniejszy. Przybył on do Chicago prosto z rezerwatu, korzystając z organizowanej przez BIA akcji przesiedleń, gdy miał 22 lata. Po raz pierwszy w swym życiu znalazł się tu
w środowisku prawie całkowicie pozbawionym Indian. Jak wspominał,
samotność była dla niego najwnżniejszym problemem. Nie było trudno
przezwyciężyć ją, ale trzeba było by w tym celu zacząć uczqszczć'..ć;do
"indiańskich barów". Na to jednak nie miał jeszcze wtedy ochoty. Inny
mężczyzna, obecnie projektant elektrowni, po uk0l1czeniu szkoły podstawowej w rezerwacie, poszedł do szkoły średniej umieszczonej poza.
jego granicami. Mówił wówczas przede wszystkim swym własnym, plemiennym językiem, a w niewielkim zakresie łamaną angielszczyzną. Porządne nauczenie się angielskiego zajęło mu ponad rok. W Chicago, dokąd przybył po ukończeniu szkoły średniej, w wieku 18 lat, nie mógł
przystosować się do "psiego świata" białych ludzi, którzy "szczekali na
siebie i gryźli się nawzajem". W końcu nauczył się pracować z nimi,
ale do dziś żyje w prawie zupełnej izolacji od nich. Ale nie było łatwo
nauczyć się nawet współpracować z białymi. "Biała" koncepcja czasu dopuszcza sytuację, w której ludzie rządzeni są przez swe zegarki. Koncepcji tej przybysz nie był w stanie zrozumieć. W końcu przyzwyczaił
się do "białego pojęcia czasu", a nawet doszedł do przekonania, iż jest
to jedyna trafna koncepcja wtedy, gdy współpracować ze sobą mają
duże grupy ludzi. (Do podobnego wniosku doszło po latach również paru
innych Indian, z którymi rozmawiałem). Przez około dziesięć lat był na
krawędzi wyrzucenia z pracy za stałe spóźnianie się. Uratować go miało
bardzo solidne wykonywanie obowiązków wtedy, gdy był w pracy.
Inną, bardzo ważną przeszkodą, którą wielu amerykańskich Indian
musiało przezwyciężyć, było pijaństwo. Według
Littmana, w latach
sześćdziesiątych, wśród Indian ,,44% śmierci osób dorosłych związane
było z użyciem alkoholu, a 3 (14%) spośród 22 śmierci dzieci było skutkiem nadużycia alkoholu przez rodziców" 12. Następna dekada nie zmieniła sytuacji. "Współczynnik śmiertelności Indian z powodu marskości
wątroby jest mniej więcej trzy razy wyższy niż taki współczynnik dla
całej ludności USA. Aresztowania wywołane nadużyciem alkoholu są
liczniejsze, a wywołane nadużyciem alkoholu śmiertelne wypadki drogowe są znacznie częstsze wśród Indian w porównaniu z innymi grupami.
Ponadto, współczynnik samobójstw wśród niektórych grup indiańskich
12
Por. cytowana praca tego autora, s. 1771.
CHICAGOWSCY
INDIANIE
I ICH ELITA
139
wydaje się być bezpośrednio powiązany z wysokim poziomem spożycia
alkoholu" 13.
Prawie jedna trzecia próby musiała stawić czoła wspomnianemu problemowi. Wszyscy oni zdołali go przezwyciężyć. Interesujące są ?arówno
drogi, które prowadziły Indian do alkoholi7.ri1u, jak i sposoby wydobywania siC;z niego. Wcześniej przedstawiłera pewne ogólne infarmncje na
temat tych osób, z którymi rozmawiałem, a które kiedyś piły. Obecnie
chciałbym skoncentrować się na wzorach picia i przezwyciężania alkoholizmu. Prezentowanie tych kwestii nie ma na celu podtrzymywania tradycyjnego w literaturze amerykailskiej obr2zu Indianina-pijo.ka, Jecz rna
wskazać pewne źródła problemu, a także możliiNości pozbycia się go.
Z grubsza biorąc, moglibyśmy mówić o "indiańskich" i "nie-indiańskich" początkach nadużywania alkoholu wśród badanych Indian. Moim
zdaniem do pierwszej grupy zaliczyć można cztery, a do drugiej sześć
osób.
Rozpocznijmy od tych powodów picia, które są w znacznej mierze,
choć nigdy jedynie, związane z faktem bycia Indianinem. Dwóch mężczyzn rozpoczęło nadużywanie alkoholu - choć, jak twierdzili, nie był
to jeszcze alkoholizm - w wojsku, a więc w środowisku nie-indiańskim. Pfźniej jednak znaleźli się w Chicago, nie mogli przyzwyczaić się
do życia miejskiego, do samodzielności, samotności, wywołanej brakiem
innych Indian. Tutaj dopiero różnice między obyczajami
indiańskimi
a obyczajami tkwiącymi w dominującej kulturze białego człowieka nabrały jaskrawego charakteru. Mężczyźni ci znaleźli sposób na rozwiązanie swoich kłopotów pijąc w czasie wolnym od pracy. Piątkowo-sobotnie intensywne picie ciągnęło się w ich przypadku przez ponad dziesięć
lat. Trzeci mężczyzna uczęszczał do średniej szkoły poza rezerwatem,
z białymi Amerykanami. Oni wiedzieli znacznie więcej niż on o tym
wszystkim, co się w szkole liczyło. Oni byli lepszymi uczniami, zachowywali się zawsze o wiele swobodniej niż on. Miał poczucie niższości.
Przezwyciężyć mógł je jedynie przy pomocy alkoholu. Tylko picie dawało mu odwagę, której potrzebował w kontaktach ze swymi kolegami.
Służba wojskowa umocniła tylko ten nawyk.
Jedna kobieta, należąca do tej grupy, wychowana była w swej kulturze plemiennej przez bardzo tradycyjną i autorytarną matkę. W jej
rodzinie, czy - szerzej mówiąc - w jej rezerwacie, dbano o dzieci
w sposób właśriwy, ale brakowało tam czułości i ciepła. Kobieta "-a potrzebowała jednak owego ciepła i czułości. Wychowanie spowodo\ 'ało,
że rozluźnić się nie mogła bez dodatkowego silnego bodżca. Gdy lJ liała
13
'1978,
Alan L. Sorkin,
s. 5Q.
The Urban
American
Indian,
Lexington,
Mass. and Toronto
140
Janusz Mucha
kilkanaście lat okazało się, że takim,' bardzo jej potrzebnym środkiem
może być alkohol. Później dorosła, wyszła za mąż za białego i przestała
pić. Żyła przez całe lata jako zamożna reprezentantka klasy średniej,
mieszkająca z mężem w eleganckiej dzielnicy. Po siedmiu latach pobytu
w Chicago natrafiła przypadkiem na plakat z2.cl:ęcający do udziału w
pow-wow. Zaczęła uczestniczyć w spotkaniach w instytucjach indiańskich i bardzo pragnęła zaprzyjaźnić się z Indianami. Ci jednak nie
chcieli jej zaakceptować z uwagi na jej pozycję klasową i miejsce zamieszkania. Zaczęła więc uczęszczać do "indiańskich barów", zapraszała
pijących i pijanych Indian do swego i swego męża eleganckiego mieszkania. Przyjaźni tym sposobem nie znalazła, wyrzucono ją natomiast za
pijaństwo z kierowniczego stanowiska w banku. W końcu jednak doszła
do siebie, znalazła nową, dobrą pracę w innym banku, a równocześnie
stała się szanowaną aktywistką kilku indiańskich organizacji.
"Nie-indiańskie" początki nadużywania alkoholu są częstsze w analizowanej tu próbie ludzi sukcesu. Podobnie jak w poprzedn:m przypadku, choć nieco inaczej, powiązane są one głównie ze służbą wojskową.
Trzech mężczyzn rozpoczęło picie w siłach zbrojnych nie dlatego, że
czuli się samotni bez innych Indian, lecz dlatego, iż picie uważane tam
było za jedyny, społecznie akceptowany, sposób spędzania wolnego czasu.
Jedna osoba zaczęła pić ze swym ojcem, Indianinem, który pracował
z białymi jako robotnik przy budowie kolei, a później ośrodków uniwersyteckich. Był on solidnym pracownikiem, ale podobnie jak jego koledzy, spędzał większość czasu z dala od domu i jedyną rozrywkę znajdowali oni wszyscy w piciu. Piąty mężczyzna, którego indiańska matka
także piła wiele, zaczął sam picie z białymi kolegami w szkole średniej.
Pił od tego czasu niemal bez przerwy przez ponad dwadzieścia pięć lat.
Jedyna kobieta należąca do tej kategorii piła dość dużo ze swymi białymi koleżankami przez około cztery lata, dopóki nie wyszła za mąż
i nie zaszła w ciążę.
Pięć osób (tylko mężczyźni) z mojej próby znajdowało siG kiedyś
w chicagowskim skid row, a więc w ulicznej społeczności nałogowych
alkoholików. Tylko jedna z tych osób należy do grupy o "indiańskich"
początkach i powodach alkoholizmu. Jednakże wszyscy oni spotkali na
ulicy innych alkoholików - Indian. Każdy z przypadków owych pięciu
osób jest bardzo interesujący, ale tu skoncentrujemy się na jednym
z nich. Jest to przypadek Indianina (nazwijmy go Johnem), będącego
obecnie uznanym artystą, pracującego we własnym studio. Jako młodzieniec mieszkał w dużym mieście w Teksasie, gdzie ukończył szkołę
średnią. Już w szkole pił z kolegami. Po zdobyciu dyplomu wyjechał do
Kalifornii i spędził tam osiem lat stale pijąc. W ogóle nie może sobie
CHICAGOWSCY
INDIANIE
I ICH ELITA
141
przypommec pierwszych trzech lat pobytu w tym stanie. Pamięta natomiast, że później pracował przez rok jako drukarz, upijając się co
tydzień. Po roku dostał płatny urlop, jedyny w życiu, ale nie mógł
sobie przypomnieć tego, co robił przez cały następny rok. Wrócił później do Teksasu, gdzie pracował dorywczo i pił codziennie. Pamięta on
też, że około dwadzieścia lat temu przyjechał ze stanu Kolorado do Chicago i tu kompletnie pijany wypadł z pociągu. Następnie dziesięć lat
spędził John na ulicy z innymi nałogowymi alhokolikami. Wiele razy
był aresztowany, wiele dni i nocy spędził w więzieniu. Był wówczas
zadowolony, gdyż było mu ciepło i nie był głodny. Często bywał zabierany do szpitali, gdyż alkohol zniszczył mu zdrowie fizyczne i psychiczne. Jedna z ulicznych społeczności nałogowych alkoholików znajduje się
na Wilson Avenue w dzielnicy Uptown, gdzie mieszka znaczna część
chicagowskich Indian. Tu również John dotarł. Po raz pierwszy cd czasu dzieciństwa spotkał Indian i wiele czasu spędzał pijąc między nimi
i z nimi. Razem z nimi otrzymywał też pomoc od indiańskich instytucji
i organizacji, jak na przykład American Indian Center czy S1. Augustine's
Center. Ich pracownicy socjalni próbowali wytłumaczyć mu, że czas
już na porzucenie picia i wzięcie się w garść. Ale on czuł się dobrze
pijąc na ulicy ze znajomymi. Kierując się radami wziął jednak udział
w kilku spotkaniach, jednego z paru w Uptown, klubu Anonimowych
Alkoholików (AA). Nie lubił jednak wówczas tych spotkań. Ostatni raz,
gdy po miesiącu spędzonym na oddziale psychiatrycznym jednego ze
szpitali w Uptown wyszedł na ulicę, zdał sobie sprawę z tego, że miał
już 45 lat, nie posiadał zupełnie nic, był ciężko chory, a ważył 25 kilogramów. Miejski wydział szkolenia zawodowego dał mu pomoc finansową i skierował go do ośrodka rehabilitacyjnego
prowadzonego przez
charytatywną organizację żydowską. Pracował w nim około jednego roku i to z trudnościami, gdyż z jednej strony ciągnęło go do picia, a z
drugiej zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństw, związanych z piciem wciąż był przecież poważnie chory, miał na przykład poważne problemy
z koordynacją pracy rąk. Przebywanie w ośrodku zobowiązywało go do
uczestnictwa w spotkaniach klubu AA. Dopiero po kilku latach doszedł
do wniosku, że spotkania te miały ogromne znaczenie dla jego powrotu
do równowagi psychicznej. Pracujący w ośrodku rehabilitacyjnym psycholog zorientował się, że ręce Johna są słabe i nie wyćwiczone, ale
zręczne i wysłał go na kurs artystycznego wiązania węzłów. Po ukończeniu szkolenia John zaczął wytwarzać sznurowe wieszaki na kwiaty,
sprzedawał je, kupował sznur, robił nowe wieszaki, itp. Ośrodek rehabilitacyjny wysłał też Johna do lokalnej dwuletniej uczelni, którą ukończył
w terminie. Przez cały ten czas żył z zasiłku dla bezrobotnych.
Po
142
Janusz Mucha
otrzymaniu dyplomu uczelni podziękował organizacjom charytatywnym,
które się nim opiekowały i zrezygno,wał z dalszej pomocy finansowej.
Na spotkaniach AA przekonano go bowiem, że powinien sam się utrzymywać, a nie obciążać sobą społeczeństwo. Nikt nie mógł go teraz zrozumieć - pracownicy socjalni zetknęli się po raz pierwszy z osobą,
która z własnej woli rezygnowała z zasiłku i chcieli wysłać go do psychoanalityka. Również i później niewiele osób mogło go zrozumieć.
Wszyscy patrzyli na niego jak na wariata, gdy po roku samodzielności
wypełnił dobrowolnie i uczciwie deklarację podatkową. Obecnie John
wynajmuje pracownię i sklep, zarabia wystarczająco, aby żyć dostatnio
i wygodnie, studiuje psychologię na jednym z chicagowskich uniwersytetów i zbliża się do otrzymania stopnia bakałarza. Jest też uważany za
jednego z najbardziej interesujących artystów indiańskich w mieście.
Cztery aspekty powyższej historii są charakterystyczne
dla tych
wszystkich Indian, którzy kiedyś przeszli przez "skid row", a później
osiągnęli sukces. Po pierwsze, nie znaleźli się tam dlatego, że byli Indianami. Po drugie, sami musieli podjąć decyzję o tym, że czas już rzucić
picie; jak to zwykle bywa, podjęcie decyzji było łatwiejsze niż cały proces jej realizacji. Po trzecie, ważnym czynnikiem pomagającym im w
powrocie do trzeźwego życia był program AA. Niektórzy z nich wciąż
uczestniczą w tym programie. Po czwarte, pozbycie się narogu byłoby
niemożliwe bądź poważnie utrudnione bez życzliwości instytucji opiekuńczych i ich pracowników socjalnych.
Ci członkowie mojej próby, którzy byli kiedyś alkoholikami, ale uniknęli "skid row", zawdzięczają pozbycie się nałogu z jednej strony swej
własnej "sile moralnej", a z drugiej zwierzchnikom, przyjaciołom i krewnym.
Powody, dla których tak szeroko przedstawiam tu problem alkoholizmu wśród Indian leży w jego "ideologicznym" znaczeniu. Zgodnie z powszechnymi, również wśród samych Indian, przekonaniami, (1) Indianie
są bardziej niż inne grupy etniczne podatni na działanie alkoholu, (2)
częściej niż przedstawiciele innych grup etnicznych spotkać ich można
w "skid row", i (3) w ich przypadku jest praktycznie rzeczą niemożliwą
wydostanie się ze wspomnianej, ulicżnej społeczności nałogowych alkoholików. Nie mam żadnych kwalifikacji dla podejmowania
dyskusji
w pierwszej sprawie, ale zdaniem cytowanego wcześniej Sorkina, "nie
istnieją dowody na jakąkolwiek nadzwyczajną fizjologiczną wrażliwość
na alkohol ze strony jakiejkolwiek grupy etnicznej, włączając w to Indian" 14. Zwrócić chciałbym też uwagę na to, że nic nie wskazuje jak
na razie na to, aby Indianie "czystej krwi" mieli większe problemy
14
Ibid., s. 57.
CHICAGOWSCY
INDIANIE
I ICH ELITA
143
z alhokolem, niż w pełni uważane za Indian osoby, mające znacznie
mniejszy ułamek krwi indiańskiej. Jeśli chodzi o drugie zagadnienie, to
nawet dobre antropologiczne studia nad "skid row" nie wyjaśniają go
w pełni 1G. Przedstawione powyżej przykłady pokazują natomiast, że trzecia teza nie jest prawdziwa. Wydostać się ze "skid row" jest bardzo
trudno, ale jest to możliwe. Dostanie się tam oraz wydostanie się stamtąd nie jest w żaden sposób związane z faktem przynależności do takiej
czy innej grupy etnicznej. Nawet jeśli ktoś dostał się na "skid row"
i jest Indianinem, może później zdobyć wyższe wykształcenie i osiągnąć
zawodowy i życiowy sukces.
Istnieje dość popularna opinia, w ostatnich latach jednak podważana 16, że dyskryminacja rasowa i etniczna może być istotnym powodem
niepowodzeń członków mniejszościowych grup etnicznych w przemysłowej Ameryce. Z tego względu konieczne jest w tym miejscu przyjrzenie
się tej kwestii na omawianym tu przykładzie indiańskich ludzi sukcesu.
Zdaniem Benny Bearskina, z którym wywiad przeprowadził Studs
Turkel17, tylko ci Indianie są w Ameryce dyskryminowani w pracy zawodowej, którzy sami aktywnie się do tego przyczyniają złym wykonywaniem obowiązków. Bearskin to kultywujący tradycyjne wartości Indianin Winnebago/Sioux, od dziesięcioleci aktywny przywódca chicagowskiej społeczności indiańskiej, a przy tym pracujący od lat jako spawacz
przy budowie wielkich kotłów. Indianie z St. Paul w stanie Iv1innesota,
badani przez Harkinsa i Woodsa, nie czuli się dyskryminowani (choć
ich przywódcy mieli w tej kwestii przeciwną opinię) 1$. Według Chadwicka i Bahra, "Hipoteza, mówiąca iż wysoki poziom bezrobocia Indian
amerykańskich w powiecie Umatilla był konsekwencją dyskryminacji ze
strony pracodawców, nie uzyskała żadnego poparcia. Zadna z trzech miar
dyskryminacji wymierzonej przeciw Indianom nie była znacząco skorelowana z którąkolwiek z miar bezrobocia" 19. Faktem jest równocześnie,
Por. np. Hugh Brody, Indians on Skid Row. The Role of Alcohol and CommuProcess of Indian Urban Migrants,
Ottawa 19'71; MerrU Singer, Family Comes First: An Examination
of the Social Networks of Skid Row
Men, w: Enman Organization
44, 2, Summer 19,85.
16 Par.
np. William Julius Wilson, The Declining Significance
of Race. Blacks
and Changing
American
Institutions.
Chicago <Ind London 1'980 (1978); Stanley
Lieberson, A Piece of the Pie. Blacks and the White Immigrants
Since 1880. Berkeley et al. 1980.
17 Par.
Studs Turkel, Division Street: America, New York 1967, 55. 1J4 - 42.
18 iArthur
M. Harkins and Richard G. Woods, Indian Americans
in St. Paul:
An Interim Report. Minneapolis 1970, s. 16.
19 Bruce A. Chadwick
and Howard M. Bahr, Factors Associated with Unemployment Among American
Indians in the Pacific NorthWest, w; "Phylon" XXXIX,
4, Winter 1978, s. 364.
15
nity
in the Adaptive
Janusz Mucha
144
iż w wielu miejscach, na przykład w okręgach wiejskich, w małych
miastach, a nawet w niektórych metropoliach, dyskryminacja ma miejsce 20.
Indianie, z którymi rozmiawiałem, podzielają wspommaną opImę
Bearskina. Dwudziestu jeden spośród nich (trzy piąte) oświadczyło, że
nigdy i nigdzie nie byli dyskryminowani z powodu swych cech etnicznych. Niektórzy wyraźnie stwierdzali, podobnie jak Bearskin, że autorami opinii a dyskryminacji Indian są sami ci Indianie, którzy z różnych
powodów nie byli w stanie pracować w sposób zadowalający. Byli oni
wyrzucani z pracy z powodu złego wykonywania swych zadań, ale interpretowali to jako dyskryminację etniczną. Inni ludzie, z którymi rozmawiałem, pamiętali różne rodzaje dyskryminacji wymierzonej przeciw
nim. Trzy osoby wspominały "żarty etniczne", ale nie podchodziły do
nich poważnie i same je opowiadały, nie uważając ich za dyskryminację. Osiem osób (jedną czwartą) dotknęła jednak prawdziwa dyskryminacja, ale poza Chicago, głównie w regionach Stanów Zjedncczonych zamieszkałych przez wielu Indian. Niektóre z tych ośmiu osób nie były
obsługiwane w barach i restauracjach właśnie dlatego, że były Indianami. Inne miały z tego powodu kłopoty ze znalezieniem pracy, albo
z odpowiednim dla stażu, doświadczenia i kwalifikacji awansem. Tylko
dwie osoby uznały, że dyskryminowano je w Chicago. Jedna z nich, mechanik, powiedział mi, że nawet gdy bardzo dobrze pracowału, niektórzy
majstrowie stale ją poprawiali po to, aby pokazać, że Indianie nie pracują tak, jak powinni. Osoba ta nie wiązała powyższych faktów z dyskryminacyjną atmosferą Chicago, lecz raczej z antagonizmem rniędzy
Indianami a białymi imigrantami z Appalachów (tzw. hillbillies),
stanowiącymi skądinąd bardzo interesującą grupę kulturową 21. Inny mężczyzna, spawacz kotłów, powiedział mi, że nie wie nic o jakiejkolwiek otwartej dyskryminacji, ale zaobserwował, że choć od lat bardzo dobrze pra-
20
Par.
np.
Howard
Discrimination
Against
Winter 19172, s. 4 - 11.
M. Bahr,
Urban
Bruce
Indians
m
A. Chadwick,
Seattle,
w:
and
The
Joseph
Indian
H. Strauss,
Historian
5. 4,
21 Na temat
tej grupy, zarówno jej imigracji do Chicago, jak i naturalnego
środowiska kulturowego pisał na przykład Clarus Backes w serii artykulów zatytułowanych:
Uptown:
The Promised
Land, w: "Chicago
Tribune
Magazine"
22 September 1968; Poor People's Power in Uptown, tamże, ,29 September 1963;
Appalachia:
The Source, tamże, 8 October 1968. O jej migracji do innych wielkich
miast informują na przykład prace: Phillipp Obermiller and Robert Oldendick,
Political
Activity
among Appalachian
Migrants,
w: "Social Science Quarterly" 65,
4, December 1984'; czy Martin N. Marger and Phillipp J. Obermiller, Urban Appa-
lachians
Ethnicity,
and
Canadian
Maritime
w: "International
Journal
Migrants:
A
Comparative
of Comparative
Study
of
Sociology, XXIV,
Emergent
3 - 4, 1983.
CHICAGOWSCY
INDIANIE
145
I ICH ELITA
cuje, nigdy nie został majstrem,
ani starszym
cechu. Te istotne w jego
zawodzie pozycje zajmowane
były zawsze przez białych.
Jak viidać z powyższego,
etniczna
dyskryminacja
przeciw Indianom
nie może być uznana za istotną barierę utrudniającą
im zawodowy sukces w Chicago.
5. I d e a ł
s u k c e s u
dowisku
u
a m e l' y kań
skich
I n d i a n
w
Ś l' 0-
miejskim
Uderzające
jest to, że gdy Indianie dyskutują
nad ideałem sukcesu,
są zarówno bardzo realistyczni,
jak i pozostają
pod wpływem
dominujących w Ameryce standardów.
Realizm i bardzo niski poziom aspiracji
materialnych
odzwierciedlone
są na przykład w takich deklilracjC1ch, jak
ta, iż rzeczywiście
liczy się nie tyle wykształcenie
i zamożność, co osobista uczciwość i poszanowanie
podstawowych
zasad moralnych.
Innym
przykładem
tej, kategorii jest pogląd, iż osiągnięcie sukcesu omacza możliwość utrzymania
siebie i swojej rodziny
oraz życie zgodne z własnymi zasadami, nawet jeśli ktoś utrzymuje
się dzięki niewykwalifikowanej pracy fizycznej.
Realizm, niski poziom aspiracji
materialnych,
ale
i wpływ dominujących
w Ameryce
standardów,
odzwierciedlane
są
i przez przeciwstawne
deklaracje:
sukces to stanie się niezależnym
biznesmenem,
ale Indianie wychowani
są w taki sposób, że nigdy nie staną
się bizne~menami.
Tak więc, przynajmniej
w tym pokoleniu,
nie osiągną sukcesu. Spotyka się wprawdzie
indiańskich
ludzi sukcesu - dobrze
wykształconych
i zamożnych
prawników
i hiznesmenów
- ule kompletnie się oni zasymilowali
i nie przyznają
się do swej indiańskości.
Najbardziej
charakterystyczne
dla mojej próby są jednak nieco inne
opinie. Zgodnie z jednym wzorem, jeśli chodzi o sukces, nie ma żadnych
różnic między Indianami
a nie-Indianami.
Dobre wykształcenie
i dążenie do uzyskania
osiągnięć są dla każdego człowieka gwarancją
sukcesu.
Gdy przeciętne
wykształcenie
Indian będzie w końcu znac7l1ie wyższe,
będą oni mogli dostać znacznie lepszą pracę, a równocześnie
będą oni
lepiej zdawać sobie sprawę z zakresu szans. Zgodnie z innym wzorem,
Indian obowiązują
inne wymogi odnoszące się do przynoszącego
sukces
życia w miastach
amerykańskich.
Indianin
powinien
oczywiście
być w
stanie utrzymać
siebie i swą rodzinę, mieć stałą pracę oraz unikać alkoholu. Musi jednak równocześnie
utrzymywać
plemienne
i ogólno-indiańskie wartości i sposoby życia, pomagać innym Indianom,
dzielić się pieniędzmi i czasem z innymi Indianami,
działać na rzecz swego plemienia
w rezerwacie
oraz na rzecz miejskiej społeczności indiańskiej.
Ten ostatni wymćg jest najbardziej
popularny
wśród osób, z którymi
rozmawiałem.
10 "Lud" -
t. 71
146
Janusz Mucha
Przedstawiony ostatnio wzór sukcesu jest moim zdaniem ogromnie
istotny i może służyć jako częściowe wyjaśnienie faktu, iż tak mało
jest indiańskich ludzi sukcesu, znanych i akceptowanych przez własną
społeczność. Po to, aby osiągnąć sukces w normalnym, amerykańskim
życiu, konieczne jest zainwestowanie znacznej ilości czasu i wysiłku.
Trudno tu nawet dzielić własny czas ze swą rodziną, a gdy pretensje
do czasu danej osoby zgłasza również bardzo wymagająca wspólnota
etniczna, sytuacja staje się bardzo trudna. Jak się jednak okaże, nie jest
ona beznadziejna.
Nacisk na wartości plemienne, a także ogólno-indial1skie, będący ważnym elementem ideału sukcesu Indian, nawet miejskich, ma niewątpliwe
pozytywne konsekwencje społeczne dla utrzymania społeczności indiańskich, a także dla kulturowej i społecznej tożsamości pnących się po
społecznej drabinie Indian. Niski poziom aspiracji, zarówno materialnych jak i związanych z formalnym wykształceniem, niesie jednak ze
sobą pewne niebezpieczeństwa. Jest on oczywiście nie tylko przekładem
na współczesny język niektórych tradycyjnych elementów kultur, ale
także reakcją obronną w sytuacji, w której Indianie stanowią ekonomiczne i społeczne dno społecznej hierarchii. Oznacza to jednak również, że
człowiekowi, który osiągnął sukces materialny, trudno pozostać człon-kiem społeczności etnicznej. Kilka osób, z którymi rozmawic\łem, kładło
nacisk na to, że biznesmeni indiańscy, czy szerzej Indianie należący do
amerykańskiej klasy średniej, nie są lubiani w American Indian Center
(zarówno przez personel, jak i przez osoby korzystające z jego usług)
i w innych instytucjach etnicznych. Kilku indiańskich
biznesmenów
zwróciło mi uwagę na to, że instytucje i organizacje indiańskie rzadko
zamawiają u nich jakieś usługi, choć mogłoby to być korzystne dla obu
stron.
Model Indianina, który po to, aby osiągnąć sukces życiowy, nie musi być ani bogaty, ani wykształcony, przekazywany jeE:t też przyszłym
pokoleniom indiańskich przywódców w Chicago. Gdy zwiedzałem średnią szkołę a nazwie Little Big Horn American Indian High-school, będąsą częścią składową jednej z normalnych średnich szkćł chicagowskiej
dzielnicy Uptown, byłem zdumiony częstą nieobecnością wielu Liczni6w
oraz tym, że ogromny ich procent zupełnie porzuca szkołę. Biała nauczycielka, bardzo życzliwa wobec swych uczniów i wobec kultur indiańskich, wyjaśniła mi, że szkoła nie chce upierać się przy star.dardach typowych dla klas średnich i że po to, aby być dobrym człowiekiem, nie
musi się być absolwentem szkoły średniej. Tego typu nadopiekuńczy
i pozornie liberalny sposób rozumowania i działania ma oczywiste ,m-
CHICAGOWSCY
INDIANIE
I ICH ELITA
147
tyliberalne czy nawet konserwatywne konsekwencje 22, utrzymując Indian na dnie społeczeństwa. W rezultacie takiej polityki szkoła nie kładzie silnego nacisku na poziom wykształcenia,
jaki zapewnia
swym
uczniom. Bardziej ambitni rodzice, nawet ci, którzy byli na przełomie lat
sześćdziesiątych i siedemdziesiątych radykalnymi bojownikami o prawa
Indian do odrębności kulturowej, wypisuJą dzieci z tej szkoły i przenoszą je do lepszych placówek oświatowych. Little Big Horn jest szkołą
coraz mniejszą, i jeśli nic się nie zmit.'ni na lepsze, zostanie ona zamknięta. Ilość instytucji indiańskich w mieście zmniejszy się.
Nie ma powodu sądzić, że chicagowscy Indianie są nieśwIadomi konsekwencji wspomnianego modelu aspiracji. Jednakże wykształcenie, rozumiane jako kanał awansu społecznego jednostki, nie jest dla nich,
a przynajmniej dla bardzo wielu spośród nich, wartością n2jwyżsZą. Są
przecież wartości co najmniej równie istotne, jak na przykład podtrzymywanie więzi społecznej w wielkiej grupie rodzinnej, wzajemna pomoc.
Indianie mogą być też świadomi faktu, iż wykształcenie nie gwarantuje
im wyższego statusu zawodowego. Na podstawie badań empirycznych,
Chadwick i Bahr stwierdzają, że "wzrost osiągnięć w dziedzinie wyc;:ształcenia wśród Indian w prowincji Alberta w Kanadzie nie był powiązany ze spadkiem bezrobocia i z redukcją wydatków na pomoc socjalllą, lecz te ostatnie rosły nadal". To samo dotyczyć miało Kaliforni
w USA 2:;. Do tej kwestii jeszcze wrócę.
6. W z o l' Y s u k c e s u
z a w od ow e g o
Wiedząc już, jakiego typu przeszkody musieli Indianie przezwyciężyć i jak wyobrażali sobie oni sukces człnków własnej grupy etnicznej,
możemy przeanalizować faktyczne wzory ich zawodowego sukcesu Emerytów rozważać będziemy w takich kategoriach zawodowych, do jakich
należeli przez znaczną część swego życia zawodowego. Otrzymamy w ten
sposób pięć grup: bezrobotni; robotnicy; technicy; pracownicy umysłowi
i osoby pracujące na własny rachunek ("niezależni biznesmeni").
Pierwsza grupa, Indian obecnie bezrobotnych, ale równocześnie uważanych za ludzi sukcesu, jest w mojej próbie bardzo mała, ale jest też
bardzo interesująca. Powstaje przede wszystkim pytanie, dlaczego inni
!la tcn temat np. Lewis Coser, Unanticipated
Conservative
Consequences
w: Social Problems 16, 3, D6'9.
'3 Erucc Chadwick
i Howard Bahr, cyt. praca,' s. 357; por. też Rosalie and
Murray Wax, Ind an Edue alien for iVhat?, w: The American
Indian
Today, ed.
hy Stuart Levine and Nancy Oestrich Lurie, Ealtimore 197'2 (l~N}5), ss. 257 - 67.
~, FOL
of Li'Jeral
10'
Thcoriz,'nr;,
148
Janusz Mucha
ludzie uważali te osoby za przykłady
sukcesu w swojej społeczności etnicznej (ci Indianie, którzy mnie do nich skierowali,
świadomi byli ich
ówczesnego
statusu).
Gdy popatrzymy
na indiańską
stronę działalności
tych bezrobotnych
okaże się, że mogą oni być dobrymi modelami osobowościowymi
dla swej społeczności. Jedna kobieta była przez kilka la t
prezesem zarządu American
Indian Center, Q i później znana była tarn
z silnego charakteru.
Kilka lat temu jej córka, obecnie studentka
prawa jednego z najlepszych
uniwersytetów
Wschodniego
Wybrzeża
Stanów, zdobyła tytuł Miss Indian Chicago. Jeden mężczyzna
uczy swego
języka plemiennego
w Newberry
Library
w Chicago i przygotowuje
przekład na język angielski opowieści i legend ze swego rezerwatu.
Inny
mężczyzna jest członkiem jednej z grup muzycznych
w American Indian
Center i wraz z nią gra na bębnie i śpiewa podczas k:,żdej );0:;'-7(;011'.
Wykształcenie
wspomnianych
trzech osób określić można jako ;")[ZCciętne w warunkach
amerykańskich.
Kobieta ukończyła
szkołę ~;rcdniił,
a później
kilka kursów
zawodovvych
i roczną szkołę dla sckret2i'ck.
Pierwszy
mężczyzna
studiował
przez kilka lat na jednym
z chicagowskich uniwersytetów,
którego nie ukończył
ze względów
finansowych.
Drugi mężczyzna po szkole średniej uczęszczał przez jeden rok do szkoły technicznej.
Przebieg pracy zawodowej tych osób również uznać można za dobry.
Kobieta pracowała w kilku różnych instytucjach,
a później była asystentem do spraw indiańskich
w odniesieniu
do trzech stanów Środkowego
Zachodu podczas spisu ludności w roku 1980. Z uwagi na bId, iż miała
już ponad 50 lat, trudno jej było po ukoI1.czeniu spisu znaleźć nową stałą pracę. Zastanawiała
się więc nad sprzedażą swego eleganckiego
i obszernego mieszkania
i nad przeprowadzeniem
się do swego rezerwatu,
gdzie spodziewała
się znaleźć dobrą pracę. Pierwszy mężczyzna pracował
kiedyś jako robotnik
budowlany,
technik
w laboratorium,
póżniej kierownik
laboratorium.
Przedsiębiorstwo,
w którym
pracował
do roku
1982, straciło zamówienia rządowe i zostało rozwiązane, a on wraz z wieloma innymi pracownikami
stracił pracę. Historia drugiego mężczyzny
była podobna.
Podsumowując
dominujący
w tej nielicznej kategorii wzÓr można powiedzieć, że niekorzystna
sytuacja
ekonomiczna
w Ameryce, a zwłaszcza w Chicago, na początku lat osiemdziesiątych
spowodowała,
że te osoby, aktywne
w życiu społeczności indiańskiej
i pracujące
wcześniej bez
kłopotów, nagle znalazły się bez pracy.
Następna
grupa to robotnicy.
Było ich w mojej próbie siedmioro.
Troje z nich nie ukończyło szkoły średniej, chociaż jedna uczyła się na
kursach, po których mogła uzyskać ekwiwalent
dyplomu szkoły średniej.
CHICAGOWSCY
INDIANIE
I ICH ELITA
149
Następne trzy miały średnie wykształcenie, a siódma osoba studiowała
kiedyś przez kilka semestrów w kilku uczelniach poza Chicago. Zawody
tych ludzi to: spawacz kotłów, robotnik budowlany, hydraulik, kierowca,
ślusarz. Więcej niż połowa tych osób była kiedyś lub obecnie bardzo
aktywnaw życiu chicagowskiej społeczności Indian.
Wzory kariery zawodowej tych robotników nie były szczególnie skomplikowane ani interesujące, z wyjątkiem dwóch osób. Jeden mężczyzna,
urodzony w rezerwacie w Kanadzie, przybył do Chicago gdy miał 20
lat. Szybko znalazł pracę w fabryce. Nie był jednak zadowolony z płacy, zmienił więc fabrykę i w tej drugiej pracuje przez ostatnie dwadzieścia pięć lat. Jego żona jest również Indianinem kanadyjskim i robotnikiem fabrycznym. Oboje zarabiają dobrze, nie mają dzieci i w interesujący sposób wydają oszczędności. Kupują domy w Chicago i z
dużym sukcesem grają na giełdzie. Równocześnie za własne pieniądze
prowadzą rekonstrukcję plemiennego cmentarza w Kanadzie, gdzie spędzają też wszystkie wakacje, pracując za darmo dla plemienia. Oboje
mają bardzo niskie wykształcenie (ani żona, ani mąż nie ukończyli szkoły średniej, ale obecnie na specjalnych kursach przygotowują się ~o egzaminu, dającego uprawnienia podobne do uprawnień uzyskiwanych po
szkole średniej). Prenumerują jednak gazety, których robotnicy chicagowscy, nawet ci ze średnim wykształceniem, w zasad,de nie czytają:"
"Chicago Tribune" oraz "Wall Street Journal".
Inny interesujący moim zdaniem przypadek dotyczy mężczyzny, który
tuż po ukończeniu szkoły średniej przybył do Chicago w roku 1923. Od
tego czasu stale tu pracował aż do emerytury w roku 1980. Podczas
prawie sześćdziesięciu lat swego życia zawodowego robił najróżniejsze
rzeczy. Był kowalem w fabryce, zawodowym graczem w baseball, sprzedawcą w sklepie sportowym, inspektorem do spraw mostów w komunalnym wydziale dróg i oczyszczania miasta, stanowym dyrektorem programu wypoczynku instytucji Work Progress Administration, dyrektorem programu wypoczynku w stoczni wojskowej na Jeziorze Michigan
podczas drugiej wojny światowej, a w końcu sprawaczem kotłów. Przez
całe swe życie był bardzo aktywnym członkiem chicagowskiej r::połeczności Indian. Pod koniec lat dwudziestych był jednym z organizatorów
pierwszego klubu indiańskiego w Chicago. W latach trzydziestych był
współorganizatorem stowarzyszenia Indian Service League i pierwszej
indiańskiej drużyny koszykówki. W latach czterdziestych był współtwórcą organizacji religijno-kulturalnej
pod nazwą Longhouse 2~. W latach
1953 i 1960 był jednym z chicagowskich delegatów na doroczne konfe2' Na temat
wszystkich tych organizacji
tyku:e cytowanym w przypisie nr 3.
więcej informacji
znaleźć można w ar-
150
Janu.sz Mucha
rencje wielkiej organizacji pod nazwą National Congress of American
Indians. W roku 1961 był jednym z indiańskich współorganizatorów konferencji Indian całej Ameryki, odbytej na Uniwersytecie Chicagowskim
pod patronatem wybitnego antropologa Sola Taxa. Później był członkiem
zarządu American Indian Center, a także kilku innych organizacji swej
społeczności etnicznej.
Następna grupa indiańskich "ludzi sukcesu" z Chicago to "technicy".
Składa się ona z pięciu osób - jednej kobiety i czterech mężczyzn, jest
więc mniejsza niż grupa robotników. Trzy z tych osób to technicy w laboratoriach elektronicznych
i szpitalnych, jeden to sierżant piechoty
morskiej, a kobieta jest dyplomowaną pielęgniarką. Wszyscy oni ukońcZyli szkołę średnią i tylko sierżant nie kształcił się dalej (był on jednak bardzo młody i zamierzał podjąć dalszą naukę). Pielęgniarka miała akC'.demicki stopień RSc. ze swej specjalności, jeden mężczyzna studiował kiedyś przez kilka semestrów inżynierię na jednym z chicagowskich
uniwersytetów, a później uczył się malarstwa w American Academy of
Arts. Inni również uzupełniali wykształcenie w szkołach zawodowych lub
uczelniach. Dwie o50by były kiedyś lub ostatnio bardzo aktywne w społeczności indiańskiej Chicago, reszta zaś uczestniczyła w różnych imprezach w mniej lub bardziej bierny sposób. Wszyscy przychodzili od
czasu do czasu na pow-pow, a dwóch dość biernych członków było znanymi indiailskimi artystami.
Najbardziej interesująca jest historia pielęgniarki. Nazwijmy ją Mary. Ukończyła ona w młodości Indian Haskell Institute, słynną uczelnię indiańską (wówczas szkołę średnią, dziś półwyższą), znajdująq
się
w Lawrence w stanie Kansas. Studiowała później przez trzy lata w pro,,,,,adzonej przez kościół luterahski uczelni dla pielęgniarek i po skończeniu jej została dyplomowaną pielęgniarką. W roku 197B, dwa lata przed
emeryturą, pojawiła się możliwość uzupełnienia wykształcenia i uzyskania stopnia bakałarza. Nikt jej do tego nie zmuszał. Z jej dotychczasowym wykształceniem i praktyką było to zupełnie zbyteczne. Chciała
jednak przekonać się, czy potrdi się jeszcze uczyć. Ukończyła kilka dodatkowych kursów i stopień uzyskała.
Pielęgniarka przybyła do Chicago w latach czterdziestych i od tego
czasu aż do emerytury była bardzo aktywna w społeczności indiańskiej.
Była członkiem plemiennego klubu Winnebago, przez jedenaście lat była .członkiem zarządu American Indian Center, przez kilka lat byb redaktorem miesięcznika "The V/arrior", wydavvanego przez Centrum.
Mary pracowała jako pielęgniarka w wielu instytucjach -- w Czerwonym Krzyżu, w fabrykach, w szpitalach, na plażach miejskich. W roku 1965 St. Augustine's Center for the American Indians otrzymał ftmdusze w ramach rządowego programu walki z nędzą i zatrudnił ją jako
CHICAGOWSCY
INDIANIE
I ICH ELITA
151
opiekuna społecznego. Pracowała tam przez siedem lat. Nie mogła jednak dłużej znieść sytuacji, na którą patrzyła z bliska. Była przygnębiona tym, że Indianie nie umieją i nie chcą sami wyrywać się z nędzy,
że są rodziny mieszkające od trzech pokoleń w Chicago i stale korzystające z pomocy socjalnej. Ludzie ci znajdowali setki powodów mających udowodnić absolutną niemożliwość wydostania się ze swej trudnej
sytuacji o własnych siłach. Mary zrezygnowała z tej pracy i kilka ostatnich lat przed emeryturą pracowała znowu jako pielęgniarka w szpitalu.
Zaraz po przejściu na emeryturę pojechała na trzy tygodnie na wycieczkę do Europy. Chciała oglądnąć wszystkie te zabytki, o jakich niedawno
uczyła się uzupełniając wykształcenie. Po powrocie z Europy udała :się
na dwa lata na wyspę Dominikę, gdzie pracowała jako ochotnik VI ramach rządowego programu Korpus Pokoju. Gdy wróciła do Chicago tuż
przed moją rozmową z nią, zaczęła ponownie rozglądać się za jakąś interesującą pracą. Znowu chciała robić coś dla chicagowskich Indian.
Czwartą grupą indiańskich ludzi sukcesu jest w mojej próbie zbiór
pracownikć,w umysłowych, obejmujący urzędników, kierowników, projektantów i asy'stentkę uniwersytecką. Zbiór ten jest dość duży. Składa
się z dwunastu osćb: 'Siedmiu kobiet i pięciu mężczyzn. Ludzie ci są, co
oczywiste, lepiej wykształceni, niż członkowie zbiorów omawionych poprzednio.Dwie
osoby mają stopień magisterski, cztery osoby stopień
bakałarza. Jedna osoba ukończyła Institute of Lettering and Design,
a także American Academy of Arts, dwie o'soby spędziły co najmniej
jeden rok w wyższej uczelni, a pozostałe trzy ukończyły tylko szkołę
średnią i kursy zawodowe. Prawie wszystkie te osoby były bardzo aktywne w społeczności indiallskiej. Tylko dwie osoby uznać można za
dość bierne, ale jedna z nich to artysta sale wystawiający swe prace n'1
wystawach sztuki indiańskiej, a druga pracowała bardzo aktywnie jako
ochotnik podczas wszystkich wakacji dla 'swego plemienia w Kanadzie.
Wśród osób szczególnie aktywnych było trzech byłych członków zarządu
American Indian Center, w tym dwóch byłych prezesów tego zarządu.
Inni byli również działaczami tego centrum, a także takich stowarzyszeń,
jak Native American Committee, czy Indian Council Fire. Co bardzo
interesujące, dziewięć spośród tych dwunastu osób pracowało kiedyś, na
którymś z etapów swej kariery zawodowej, albo dla swego własnego plemienia, albo w jednej z instytucji indiańskich w Chicago, jako płatni
funkcjonariusze. Wtedy jednakże, kiedy z nimi rozmawiałem, pracowali
zawodowo w rozmaitych prywatnych, stanowych lub federalnych instytucjach w Chicago.
Zbiór pracowników umysłowych jest dość duży i prawie równo podzielony między mężczyzn i kobiety, i dlatego przedstawię tu bliżej
jeden przypadek kariery kobiety i jeden przypadek kariery mężczyzny.
152
Janusz Mucha
Kobieta, którą nazwiemy Anną, spędziła prawie całe swe życie w Chicago i jego suburbiach. Stopieil bakałarza z socjologii uzyskała na jednym z najlepszych uniwersytetów miasta, a później została zatrudniona
przez sąd dla nieletnich jako opiekun osób mających wyrok z zawieszeniem. Pracowała tam dwa lata, po czym wyszła za mąż i przez 19
lat nie pracowała. W eleganckim przedmieściu Chicago wychowywała
dzieci. Po rozwodzie ukoilczyła studia magisterskie z filologii angielskiej
na jednym z uniwel'Sytetów i zaczęła uczyć angielskiego w lokalnej dwuletniej uczelni w miejscowości, w której posiadała dom. Przez jeden rok
pracowała później jako nauczycielka w indiailskim oddziale szkoły podstawowej w Uptown, a następnie uczyła znów w swej miejscowości. Po
pewnym czasie zaproponowano Annie pracę wykładowcy na uniwersytecie, a następnie została starszym asystentem na studiach magisterskich.
Przygotowuje równocześnie doktorat. Po jego obronieniu planuje zostać
profesorem w instytucie studiów indiailskich w którymś z uniwersytetów, gdziekolwiek otworzy się taka możliwość. Ona sama, a także jej
matka i dzieci, są bardzo aktywni w społeczności indiailskiej w Chicago.
Drugim przykładem z tej grupy jest mężczyzna, który urodził się
i wychował w indiailskiej wiosce w nie dalekim od Chicago stanie Michigan.Nazwijmy
go Adamem. Gy był uczniem szkoły średniej, musiał
równocześnie pracował jako pomywacz w restauracji, aby zarobić na
utrzymanie. Po ukoilczeniu szkoły przez kilka lat 'służył w marynarce
wojennej. Następnie pracował kilka lat w samochodowej firmie General
Motors i ukoilczył w tym czasie (ze stopniem Associate) instytut prowadzony przez to przedsiębiorstwo. W General Motors Adam rozpoczął
karierę jako kierowca na torze prób, a ukoilczył jako kierownik średniego szczebla. Następnie pracował na stanowiskach dyrektorskich w
kilku innych firmach produkujących różne maszyny. Był póżniej przez
jeden rok dyrektorem jednego z centrów indiailskich w stanie Michigan.Ośrodek ten Adam sam zorganizował na prośbę starszyzny swego
plemienia. Po roku przegrał konkurs na stanowisko, które zajmował
dotąd. Sam wprowadził zasadę, że formalne wykształcenie musi być ważnym kryterium doboru dyrektora, a zgłosił się jeden kandydat ze znacznie lepszymi formalnymi kwalifikacjami. Przez następne lata pracował
więc jako dyrektor kilku innych instytucji indiailskich w Waszyngtonie.
Był także w tym mieście, a później w Chicago, dyrektorem rządowych
agencji zajmujących się sprawami Indian. W Chicago nie jest on bardzo aktywny w życiu miejskiej społeczności indiailskiej, gdyż możliwy
byłby konflikt interesów między działalnością społeczną a działalnością
zawodową. Był jednakże jakiś czas (dopóki taki konflikt się nie ujawnił) członkiem zarządu American Indian Health Service. Ukoilczył in-
CHICAGOWSCY
INDIANIE
I ICH ELITA
153
diański NAES College ze stopniem bakałarza i działa w stowarzyszeniu
absolwentów tej uczelni.
Ostatni, wyróżniony przeze mniej zbiór indiańskich ludzi sukcesu, to
"niezależni biznesmeni", czy raczej osoby pracujące "na włalsny rachunek". Jest ich siedmioro: dwie kobiety i pięciu mężczyzn. Ich wykształcenie jest stosunkowo wysokie, choć niższe niż w poprzednio omówionej kategorii - dwie osoby miały stopień bakałarza, jedna kończyła
właśnie studia prowadzące do' tego stopnia, dwie osoby ukończyły dwuletnie uczelnie typu "business college" i tylko dwie szkołę średnią i kursy zawodowe. Zakłady, jakie osoby te prowadziły, miały bardzo różny
charakter. Wszystkie były jednak bardzo małe. W żadnym z nich liczba
pracowników nie przekraczała dziesięciu osób. Dwóch Indian było współwłaścicielami firmy zajmującej się handlem wysokogatunkową stalą, jeden był właścicielem firmy hydraulicznej, jedna osoba prowadziła własną restaurację, jedna kobieta, wraz z trojgiem przyjaciół, prowadziła
wspólną firmę produkującą filmy video, jedna miała zakład fryzjerski,
a jeden mężczyzna był artystą pracującym we własnym stud:o. Z wyjątkiem fryzjerki, wszystkie te osoby zaczęły działalność na własną rękę
stosunkowo późno, na ogół po dość długiej karierze jako soby na kierowniczych stanowiskach w przedsiębiorstwach tej samej branży.
Połowa grupy "biznesmenów" to ludzie w przeszłości bardzo aktywni w indiańskiej społeczności Chicago. Pozostali nie byli nigdy działaczami, ale nikt z nich nie był zupełnie bierny.
Przyjrzyjmy się nieco bliżej jednemu przykładowi. Mężczyzna, Bill,
urodził 'się w rezerwacie w Oklahomie. Po szkole średniej i "business college" spędził wiele czasu w marynarce wojennej, a później w ulicznej
społeczności nałogowych alkoholików w Chicago. Po szczęśliwym wyleczeniu się z nałogu, co zajęło mu również nieco czasu, bill został bardzo
znanym, choć równocześnie bardzo kontrowersyjnym przywódcą Indian
chicagowskich. Pracował na stanowiskach kierowniczych kolejno w kilku przedsiębiorstwach zajmujących się handlem różnymi gatunkami stali, wykorzystywanej w różny sposób i w różnym celu. Był szefem biura, specjalistą od spraw handlowych, a nawet członkiem zarządu jednego z nich. Gdy Bill nauczył się już wiele o przemyśle stalowym i o
handlu, zdecydował z przyjacielem-Indianinem,
pracującym w tej samej
branży, że czas otworzyć własną firmę. Przy pomocy państwowej instytucji SmalI Business Administration, a także niewielkiego stowarzyszenia American Indian Business Association, mając świetne rekomendacje
od poprzednich pracodawców, otrzymał pożyczkę bankową.
W końcu
otworzył z przyjacielem firmę, która powoli, ale sy'stematycznie rozwija
się. Początkowo działała ona w oparciu o specjalne przepisy ułatwiające
154
Janusz Mucha
funkcjonowanie
małych przedsiębiorstw
będących
własnością
przedstawicieli upośledzonych
mniejszości
etnicznych,
ale wkrótce
te przywileje przestały być potrzebne.
7. W n i o ski.
a problematyka
N a jn iższe
sukcesu
war
stw Y
I n di a n
m iej sk ich
Spośród trzydziestu
czterech osób, z którymi rozmawiałem,
dziewiętnaście (bądź dwadzieścia
jeden, jeśli dodamy dwie spośród trzech osób
bezrobotnych)
należą do indiańskiej
"klasy średniej",
to znaczy do kategorii pracowników
umysłowych
i "biznesmenów".
Stanowią
więc oni
ponad połowę mojej próby chicagowskich
Indian będących ludźmi sukcesu. Indiańska
klasa średnia
to zbiorowość,
która według wspomni8.nych na początku
tego tekstu badań z lat 1968 i 1969 stanowiła
około
lGo/~ całej społeczności
chicagowskich
Indian.
Dla autorów
raportćv.J
ze wspomnianych
badań bardzo interesującym
faktem
było to, że zarówno najlepiej
zasymilowani
Indianie, jak i najaktywniejsi
przywódcy
społeczności
etnicznej
rekrutowali
się właśnie
z tej nielicznej
grupy.
W moich badaniach
nie byłem zainteresowany
najbardziej
zasymilowanymi Indianami.
Jeśli więc ich z konieczności
pominiemy,
to i tu widać
fakt, iż ludzie mający wyższe pozycje społeczne i wyższe wykształcenie
znajdują
się częściej wśród przywódców
spoleczności
etnicznej,
niż inne
osoby.
Jak przypominałem
wcześniej,
według cytowanych
badań około 7G%
społeczności
chicagowskich
Indian to mało stabilna zbiorowość os6b zajmujących
się dorywczą,
niewykwalifikowaną
pr~cą fizyczną (doily-pay
l' bor). Nie wiadomo, jak wielka jest dziś ta zbiorowość, ale nie wydaje
mi się, aby w czasie recesji ekonomicznej
początku lat osiemdzie:-;iątych
była cna mniejsza. Analiza tej grupy ma ogromne znaczenie z uwagi na
jej wielkość, a badania wzorów sukcesu Indian mieszkających
w Chic~go
ma, moim zdaniem, sens głównie dlatego, że pokazuje drogi, jakimi również inni Indianie mogliby poprawić swą pozycję społeczną.
Indianie
migrują
wciąż z rezerwatów
do wielkich
miast. Same 1'ezerw~ty ulegają jednak ciągłym zmianom, a liczba przybyszów
jest teraz zriacznie mniejsza, niż była w trakcie trwania
rządowego
progromu
przesiedleń.
Ci, którzy przybywają
obecnie do wielkich miast, są przypu::zczalnie
lepiej przygotowani
do asymilacji
do życia miejskiego
(nie
mówię tu o procesie
tracenia
przez nich tożsamości
indiańskiej,
który
zresztą też zachodzi, ale jest inną sprawą), niż byli ludzie imigrujqcy
tu wielkimi falami przed dziesięcioleciami.
Można by więc postawić hipotezę, iż gdyby nie okresowe załamanie
gospodarcze
i trwalsze od nie··
CHICAGOWSCY
INDIANIE
I ICH ELITA
155
go duże bezrobocie, Indianom łatwiej byłoby obecnie o sukces w wielkim mieście.
Na początku tego artykułu wspomniałem o pewnych cechach, które
zdaniem amerykańskich antropologów są wspólne "kulturom indiańskim"
i które czynią Indian osobami, którym trudno współzawodniczyć z innymi grupami w nowoczesnych, miejskich i przemysłowych sytuacjach.
Popatrzmy jeszcze raz na te cechy w chwili, gdy znamy już pewne
wzory sukcesu u tych Indian, którzy w taki czy inny sposób podtrzymują swą indiańską tożsamość i w mniejszej lub większej mierze uczestniczą w życiu społecznym swej grupy etnicznej. Według antropologów,
oparta na kręgu koncepcja czasu i przestrzeni była ważną barierą kulturową przeszkadzającą Indianom w adaptacji do nowoczesnego życia
przemysłowego. Nie można lekceważyć tego rysu kulturowego, ale też
w świetle wyników prezentowanego tu sondażu wydaje się, że wspomniany wpływ jest obecnie mocno wyolbrzymiany.
"Przesadna" hojność i dzielenie się własnymi pieniędzmi i czasem
z innymi Indianami mogłoby być faktycznie istotnym proglemem w egoistycznym społeczeń'stwem. W opinii wielu tradycyjnych Indian, kt6rym udało się osiągnąć 'sukces w mieście, te idee hojności i dzielenia się
są żywe głównie jako idee, ale nie jako praktyka. (Moje własne doświadczenia z jednego z rezerwatów w stanie Wisconsin skłaniałyby
mnie do poglądu, że sytm:cja w rezerwatach je~t wciąż bliższa tradycji). Niechęć do współzawodnictwa z nie-Indianami wydaje się istotną
barierą psychologiczną, utrudniającą sukces w mieście, w którym Indianie to tylko bardzo drobna mniejszość. Pewne refleksy tej postawy
i ich konsekwencje widoczne były w przedstawionych powyżej przykładach. Z drugiej strony jednak, wydaje mi się, że postawa ta nie jest
dziś bardzo popularna wśród Indian. Wielu ich mówi raczej, że nie są niczym gorszym od białych. Ci, o których mówi ten artykuł, pr{bują to
udowodnić, inni znajdują liczne powody wyjaśniające to, że w kontaktach z białymi jednak przegrywają.
Fakt, iż tak wielu Indian zajmuje się dorywczą, ciężką, niewykwalifikowaną pracą fizyczną powoduje, że nie całkiem przekonuj a, mnie
tezy, iż praca dawać musi Indianom przede wszystkim zadowolenie, na
dalszy plan odsuwając gratyfikację finansową. Oczywiście, możemy interpretować pracę dorywczą jako ten rodzaj działalności, który nie jest
powiązany z jakimkolwiek dłuższym niż jeden dzień zobowiązaniem wobec pracodawcy i daje "pracownikowi" wolność udania się "do domu"
wtedy, gdy sobie tego życzy i do pracy tylko wtedy, gdy uzna to za niezbędne. Ci ludzie, którzy utrzymają taką postawę wobec pracy i uważać ją będą za jedną z istotnych cech tożsamości indiańskiej, nie będą
w stanie osiągnąć w mieście sukcesu. Jednakże, co istotne, wśród Indian,
156
Janusz Mucha
z którymi rozmawiałem, nie spotkałem wcale przykładu takiego interpretowania indiańskości. Co więcej, ludzi ci, uważając rodzinę za jedną
z naczelnych wartości (choć wskaźnik rozwodów był wśród nich ogromny) sądzili, że znacznie bardziej indiańską cechą jest 'Stałe dbanie o własną rodzinę, niż bardzo częste i nie planowane jeżdżenie tu czy tam,
nawet jeśli chodzić miało by o podróże między rezerwatem a miastem.
Według osób należących do mojej próby, to nie plemienne kultury indiańskie przeszkadzają Indianom w przynoszącym sukces współżawodnictwie z innymi grupami etnicznymi, lecz raczej zanik kultur plemiennych tak w miastach, jak i w wielu rezerwatach.
Wróćmy jednak raz jeszcze do Indian - ludzi sukcesu. Byli oni
zgodni w opinii, która może różnić ich poważnie od tradycyjnej samoidentyfikacji Indian, przeciwstawiających
swą kulturę kulturze grupy
dominującej. Wszyscy ci Indianie, którzy albo w przeszłości, albo obecnie, byli bardzo aktywnymi przywódcami swej społecznoścj, zapytani
byli przeze mnie o to, w jaki sposób udawało im się godzić solidną pracę w mniej lub bardziej "białym" świecie z równoczesnym aktywnym
uczestnictwem w życiu społeczności etnicznej. Wszyscy oni odpowiedzieli, że Indianami byli jedynie wiecz.orami i w ciągu weekendów. W biurze, laboratorium czy w fabryce byli pracownikami, a nie Indianami.
Tak więc, indiańskość to ich zdaniem tylko jeden z aspektów osoby
ludzkiej. Jest to aspekt ważny, ale i inne mają znaczenie. Ci ludzie,
z którymi rozmawiałem i którzy nie byli w stanie łączyć pracy zawodowej i pracy społecznej w środowisku indiańskim, redukowali tę drugą lub nawet rezygnowali z niej i koncentrowali się na pierwszej.
Tylko cztery 'osoby mogły być, w pewnym sensie i w pewnym zakresie, Indianami nawet w czasie pracy zawodowej. Ich przykład pokazuje
warunki, w jakich jest to możliwe. Osoby te były prezesami lub bardzo
ważnymi (głównie ze względu na swą pracę zawodową) członkami zarządu American Indian Center. Z tego względu uczestniczyć musieli
w wielu konferencjach odbywających się w czasie ich godzin pracy zawodowej. Było to możliwe, ale tylko dlatego, że równocześnie zajmowali oni względnie niezależne, kierownicze stanowiska w firmach, w których byli zatrudnieni. Dawało im to pewną elastyczność i możność dysponowania własnym czasem pracy. Wszyscy byli jednak również bardzo
dobrymi pracownikami i ich zwierzchnicy zdawali sobie >sprawę z tego,
że przedsiębiorstwo nic nie straci w wyniku ich chwilowej i niezbyt
częstej nieobecności. Ten sposób łączenia działalności społecznej i zawodowej jest oczywiście ograniczony do bardzo wąskiej grupy Indian.
Zdaniem niektórych z tej mniejszości, kierowanie sprawami indial1skimi i kierowane ludźmi w pracy zawodowej nie muszą utrudniać się
nawzajem, ale mogą się wspomagać, z uwagi na kumulację doświadczeń.
CHICAGOWSCY
INDIANIE
I ICH ELITA
157
Gdy Indianie, z którymi rozmawiałem, pytani byli a to, co mogło by
pomóc innym członkom ich zbiorowości etnicznej w osiągnięciu sukcesu,
podkreślali oni dwie naczelne wartości. Pierwsza to idea (w ich opinii
ogólno-indiańska) samowystarczalności, polegania w swym życiu tylko
na sobie i na swej własnej pracy, a nie na instytucjach opieki społecznej - państwowych lub nawet indiańskich. Drugą wartością jest wykształcenie. Indiańscy ludzie sukcesu byli bardzo krytyczni wobec chicagowskiego indiailskiego systemu edukacyjnego, który część z nich sama kiedyś budowała. Jakość wykształcenia i te dziedziny studiów, które najlJcłniej odpowiadają zapotrzebowaniu ze strony rynku pracy, powinny być ich zdaniem rozwijane w pierwszym rzędzie.
Nacisk na wykształcenie wydaje się tu bardzo istotny, choć optymizm
jest chyba przedwczesny wśród tych, którzy wiążą z nim wielkie nadzieje. Wspominałem już o tym wcześniej. Też niektóre najnowsze prace
z zakresu ::;Ludiówetnicznych sugerujel, że rozwiązanie sytuacji naj uboższych grup poprzez rozwój ich edukacji nie musi być ani proste, ani
oczywiste. Zdaniem Liebcrsona, który badał w szczególności sytuację
czarnych Amerykanów,
podnoszenie przez nich wykształcenia
często
ni~ gwarantuje lepiej płatnych posad 25. Zajmował się on przede wszystkim sytuacją panującą przed wprowadzeniem w Ameryce systemu
,.affirmative action" 26 i w czasie, gdy rasowa dyskryminacja była bardzo
silna. Obecna sytuacja Indian jest oczywiście inna. Dyskryminacja na
ynku pracy nie jest silna, ale rynek pracy się zmienil, a bezrobocie,
nawet wśród wykształconej młodzieży, jest wysokie. Inna sprawa jest
jf::!dnakw tym miejscu ważniejsza. Stephen Steinberg, interesujący się
między innymi żydowską i wIoską grupą etniczną w Ameryce, doszedł
do wniosku, że poziom wykształcenia danej grupy jest jedną z konsekwencji jej pozycj: ekonomicznej 27. Według danych, jakie przedstawił,
poprawa sytL:acji ekonomicznej jest koniecznym (choć nie wy'starczającym) wMunkiem wstępnego awansu edukacyjnego, który później ułatwia
dalszy awans ekonomiczny grupy.
Jeśli Steinberg ma rację, to Indianie amerykailscy, jako grupa etniczna, mogą osiągnąć sukces edukacyjny w skali masowej tylko wówczas, gdy ich ogromna najniższa warstwa robotników żyjących z dorywczej pracy oraz z zasiłków zostanie wyeliminowana. Ta indiailska
"underclass" to oczywiście tylko drobna część ogólnoamerykańskiej najI
Paf. cytowana praca Liebersona, zwłaszcza część druga, ss. 123 - 252.
System ten wymaga od instytucji państwowych i korzystających
z rządowych
zamówiel1 lub dotacji zatrudniania
przede wszystkim członków upośledzonych grup
mniejszościowych.
~7 Par.
jego pracę: The Ethn;·c Myth. Race, Ethnicity
and C!ass in America,
Easton 1381, ss. 1'28- 50.
2:;
20
158
Janusz Mucha
niższej warstwy ekonomiczno-społeczno, omawianej na przykład w cytowanej tu wcześniej książce Williama J. Willsona. Według tego autora,
po to, aby pomóc amerykańskim biednym grupom etnicznym (interesuje się on głównie Murzynami), nie trzeba podejmować żadnych specjalnie do nich adresowanych programów opieki społecznej. Konieczna
jest raczej odbudowa gospodarki i taki program szerokich reform ekonmicznych, który prowadziłby do pełnego zatrudnienia mieszkańców
gett i do dania im szansy utrzymania się na przyzwoitym poziomie.
Nawet jeśli wszyscy trzej wspomniani tu uczeni mają rację, nie musi to oznaczać, że miejskie społeczności indiańskie (tekst ten nic brał
pod uwagę Indian mieszkających w rezerwatach) będą musiały przez
całe dziesięciolecia czekać na to, aż ci ich przedstawiciele, którym udaje się osiągnąć sukces, będą stanowili większą ich proporcję. Zmiany
świadomościowe, jak na przykład odmowa akceptacji "kultury nędzy",
nacisk na wykształcenie, mają swoje znaczenie. Podobnie istotne wydają się być solidarność ogólnoindiańska i podjęcie działalności politycznej tak na lokalnym, jak i na ogólnokrajowym forum.
Janusz
Mucha
AMERICAN INDIAN SUCCESS IN THE URBAN SETTING
(summary)
This paper aims to present the patterns of American Indian success ill an
urban setting. American Indians are one of the poorest ethnic groups in America,
but like any other group, they have their own relatively successful membef"s.
In the Winter of 1982 and the Spring of 1983, the author interviewed thir~y four
persons who were considered by the Indian community in Chicago as successful
in their professional life and were also well known to this commun:ly. The charecteristics
of this sample group are presented in the paper. The obstacles that
Ind"ans had to overcome, including difficulties with adaptation to urban life, drinking and discrimination, are discussed. The ideal of the success of American Indians
in the city, presented by the intervieved persons, is discussed. The author attempts
to find out to what extent this ideal is reflected in actual occupational career
patterns of Indians. He divided his sample into five categories: recentiy unemployed persons, blue-collar workers, technicians, office workers, and independent
businessmen, and then presented some characteristics
of each group. as well as
examp:es. At the end of the paper. the problem of the success of the whole urban
Indian community, individually
and as a group. is discussed in relation to the
recent socia-economic situation.
tr. J. M.
