http://zbiory.cyfrowaetnografia.pl/public/5162.pdf

Media

Part of Mąka w kościele, grzyby w powietrzu i ciuchy z drugiej ręki / Barbarzyńca 2008 nr 1 (11)

extracted text
Przemysław

I

O w c z a r e k

Ur. w I 9 7 5 r., antropolog kultur/, d o k t o r nauk humanistycznych. O d p o w i a d a z a
Dział Kultur Miejskich w M u z e u m A r c h e o l o g i c z n y m i Etnograficznym w Łodzi. Jest
wykładowcą. A u t o r książki o kulcie Jana Pawta II na Podhalu Karol
Paweł II. Podhalańska

opowieść o świętym.

Wojtyta-Jan

Artykuły naukowe i krytyczne publikował

w „Tyglu Kultur/", „Literaturze Ludowej", „Zeszytach Wiejskich", „Magazynie
Sztuki", „Formacie" i w y d a w n i c t w a c h pokonferencyjnych. A u t o r nagradzanych
u t w o r ó w poetyckich (m.in. nagroda im. J. Bieriezina w 2 0 0 6 r ) . Interesuje się sztuką
współczesną.

Mąka w kościele, grzyby
w powietrzu i ciuchy
z drugiej ręki
(Na g r a n i c y r e p o r t a ż u i eseju f o t o g r a f i c z n e g o )

Cóż na tym świecie, jakaż powieść mogłaby dorównać epickiej rozległości albumu z fotografiami?
Oby Pan Bóg, który niczym pilny amator, który co niedziela fotografuje nas z góry, a więc
w okropnym skrócie, i lepiej czy gorzej eksponowanych wkleja do swojego albumu, oby więc
Pan Bóg zechciał poprowadzić mnie pewną ręką - udaremniając wszelką nader rozkoszną, lecz
niestosownie długą zwłokę - przez ten album me podsycając zamiłowania [...] do labiryntowych
wędrówek. I miałbym ogromną ochotę uzupełnić te fotografie oryginałami .
1

(G. Grass, Blaszany bębenek)
Prawdopodobnie ze wszystkich naszych uczuć jedynym me naszym jest nadzieja. Nadzieja
należy do życia, nadzieja to samo życie, które się brom .
2

(J. Cortázar, Gra w klasy)

1

2

G. Grass, Blaszany bębenek. Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1991, s. 39.
J. Cortázar, Gra w klasy, Wydawnictwo Literackie, Kraków-Wrocław 1985, s. 154.

B A R B A R Z E AC ft 1(111 ? 0 D B

Mąka w kościele, grzyby w oowietrzu i ciuchy z drugiej ręki

O

statnie pięć dni sierpnia 2001 roku spę­
dziłem j ako wolontariusz we wsi Orliska
(kilka kilometrów od Sandomierza). Po­
magałem wtedy w porządkowaniu i wydawaniu
darów dla powodzian. Parę tygodni wcześniej
wzburzone wody Wisły zalały okoliczne wsie,
między innymi Sokolniki i Zalesie. Woda wdarła
się również do Orlisk. Sztab przeciwpowodzio­
wy postanowił uratować Sandomierz i mieszczą­
cą się tam hutę. Obawiano się katastrofy o wiele
groźniejszej w skutkach - eksplozji hutniczego
pieca. Ewakuowano ludzi i wysadzono wał (to
wersja wydarzeń opowiedziana przez mieszkań­
ców Orlisk). Niejednemu gospodarzowi powódź
zniszczyła dorobek całego życia. Kiedy woda
opadła, z kraju ruszyły transporty z darami.
3

W u r z ę d z i e gminy w Gorzycach wraz
z czwórką przyjaciół otrzymałem przydział do
obsługi magazynu darów we wsi Sokolniki.
Dojechaliśmy tam nyską dowożącą chleb i zupę
dla wolontariuszy - w większości harcerzy ZHP.
Chaos organizacyjny, jaki tam napotkałem, we­
sołe hulanki młodzieży po stertach darów, prze­
ważnie używanej odzieży, oraz zabawne sytua­
cje, które kreowali „przebierańcy" - wszystko to
sprawiało wrażenie, jakby zagościł tu karnawał.
Szefowa wolontariuszy zaproponowała mnie
i moim znajomym pracę przy dystrybucji darów
W Orliskach. Polegać ona. miała na gospoda­
rowaniu przestrzenią kościoła, zamienioną na
m a £ra z vn Wraz z czwórką przyjaciół mieliśmy
tam dotrzeć następnego dnia Pierwszy wieczór
i nocleg wyznaczono nam w Sokolnikach.
Rozejrzałem się po terenie. W przydomo­
wych ogródkach stały jeszcze kałuże cuchnącej
wody. Na wiejskim asfalcie buty ślizgały się na
cienkiej warstwie grzyba i środków dezynsekcyjnych. Mocniejsze podmuchy wiatru przynosiły
Niniejszy tekst powstał w 2004 roku, ma formę w znacznej
mierze literacką. Klęska powodzi, zwłaszcza tej z 1997 roku,
doczekała się już opracowań opartych na badaniach antro­
pologicznych i obserwacjach. Zob. J. Hajduk-Nijakowska,

3

U l i ) nm

BARBARZYŃCA

31

z pól zapach szamba i zgnilizny. Domy, które
oglądałem, nosiły ślady powodzi. Dopiero na
wysokości mniej więcej dwóch metrów zaczy­
nała się sucha cegła lub tynk.
Noc spędziliśmy, śpiąc w śpiworach na stop­
niach pobliskiej szkoły. Powietrze śmierdziało
stęchlizną. Myliśmy się wodą mineralną z trans­
portów, ponieważ bieżącej nie mogliśmy uzyskać.
Przed chłodem nocy ratowała nas ciepła herbata.
Wodę gotowaliśmy na małym turystycznym pal­
niku. Rankiem u miejscowej gospodyni dostali­
śmy śniadanie i skorzystaliśmy z naprawionego
prysznica. Wtedy po raz pierwszy zacząłem spo­
rządzać opisy sytuacji i wydarzeń, które zastałem
w podsandomierskich wsiach. Chciałem przede
wszystkim pomagać ludziom. Ale z drugiej stro­
ny kusiła mnie rola badacza. W konsekwencji
przez cały czas pobytu na terenach popowo"
dziowych towarzyszyło m i poczucie swoistego
dysonansu miedzy dwiema rolami których sie
podiałem Miałem meiasne a potem coraz bar
dziej' wyraźne wątpliwości natury etvcznei Czv
w takiej sytuacji wolno m i zadawać niektóre
pytania? Czy nie drażniłbym ran które ieszcze
sienie zagoiły? Rola wolontariusza była na tvle
wwodna ze ułatwiała ohserwarie i nie zdradza
ł / n k r v t v ' r h intenrii 7
m J L m nnnwieść
a n a

ukrytycn intencji, z a p a m i ę t a ł e m opowieść
gospodyni, snutą przy śniadaniu, po cudow­
nym prysznicu, Który zmyt
mnie intensywny
i drażniący zapach zgnilizny upowiadala, jak
to chłopy w sokolnikach pobity się o skarpetki,
bo ludzie gdy d w a n o dary, skakali sobie do
oczu i z bardziej błahych powodów . 1 odobne
lenomeny domagały się zapisu.
Następnego dnia dotarliśmy do Orlisk. W j e ż ­
dżając do wsi, zauważyłem stertę porzuconych
kanap, łóżek, foteli i innych sprzętów domowych,
które tworzyły rodzaj wału. Na łąkach po drugiej
r o z

a

Kulturowy kontekst oswajania przestrzeni zdegradowanej
kataklizmem, [w:] „Lud" 2004, t. LXXXVIII, Polskie
Towarzystwo Ludoznawcze, s. 13-41.

32
stronie słońce odbijało się w popowodziowym
bagnisku. Minęliśmy pierwsze chałupy i wje­
chaliśmy na obszerny plac. Przecinał go kanał,
w którym stała zielonkawa woda. Obok piętrzy­
ła się sterta cegieł. Jak się późnej dowiedziałem
- budulec na przyszłą remizę Ochotniczej Straży
Pożarnej, wielkie marzenie Prezesa strażaków
(o tej postaci czytelnik niebawem dowie się
więcej). Od placu drogi się rozwidlały. Pierwsza
z prawej strony, przy której stały domostwa, pro­
wadziła w stronę wałów przeciwpowodziowych,
druga na lewo, w kierunku wsi, której nazwy j u ż
nie pamiętam. Przy niej znajdował się kościół.
Sceny z rzeczywistości domagały się udoku­
mentowania. Nie miałem jednak aparatu foto­
graficznego, którym mógłbym zarejestrować,
ująć w swoistym „niebycie" fotografii obraz
najbardziej istotnych dla mnie zdarzeń. Brak
naukowej czujności usprawiedliwiałem w my­
ślach pierwotną intencją, z powodu której po­
jawiłem się w Orliskach. Uparte narzucanie się
antropologicznych słów kluczy porządkujących
obrazy i zdarzenia wedle naukowych schematów
było czymś nieznośnym, a zarazem pożądanym
i oczekiwanym. Oczywiście gra między tkwią­
cymi w umyśle antropologicznymi kategoriami
i zewnętrznym światem fundowała myślenie,
które nie mieściło się w ramach odpowiedzial­
nej roli wolontariusza. Tym silniej odczuwałem
irytację związaną z brakiem aparatu fotogra­
ficznego.
Sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy jeden
z wolontariuszy wyjął z plecaka starego zenita. Na
kliszy było jeszcze parę wolnych klatek. Kierow­
ca nyski dowożącej zupę zadeklarował, że kupi
nam następną kliszę. Wtedy obiecałem sobie, że
postaram się wszystko uwiecznić na zdjęciach, za­
wrzeć w notatkach, gdy tylko będzie czas. A czasu
zabrakło - nie tyle z lenistwa czy nadmiaru pracy,
lecz z powodu natłoku wrażeń.

4

5

Zob.Caillois,Zy^/^,PI^Warszawal973,s.l60il83.
P. Ricoeur, Symbol daje do myślenia, [w:] M. Philibert,

Przemysław Owczarek

W tym miejscu przerwę swą opowieść o Or­
liskach. Sposób przybliżania tamtych doświad­
czeń poprzez fotografię wymaga uzasadnienia.
Zanim jednak tego dokonam, warto podjąć
próbę zrekonstruowania kontekstu, w jakim te
antropologiczne doświadczenia zaistniały. Od­
powiedzi wymaga następujące pytanie: czym
jest powódź? Jakiego rodzaju jest to zdarzenie
i jakie niesie ze sobą znaczenia? Postaram się je
wyłowić, brodząc po pozostałościach żywiołu,
który nagle zaatakował lokalną kulturę.
Sądzę, że klęska żywiołowa pod względem
siły mobilizującej społeczność ludzką jest pa­
roksyzmem podobnym do święta i wojny . Po­
wódź nie jest jednak eksplozją ludzkiej energii,
która oznacza wtargnięcie sacrum w niezwy­
kłym czasie święta, ani zawierającym pokrew­
ne znaczenia paroksyzmem wojny. Powódź to
wybuch żywiołu, niemniej stanowi słup milowy
ludzkiej pamięci. W opozycji do wojny i święta
współcześnie atak natury nie powołuje zacho­
wań rytualnych, nie domaga się mitycznej wa­
loryzacji. To czysty atak żywiołu, który zabu­
rza dychotomię sacrum - profanum, zawiesza
pierwszą z tych kategorii i spycha poza horyzont
zdarzeń. To profanum przemieszcza się w sferę
SUCYU771. Jedynym nadmiarem - niej ako kompen¬
sacją - staje się dzisiaj rozdawanie darów. O ile
dawniej powódź mogłaby powołać wszelkie
rytualne zachowania, które na nowo ustaliłyby
porządek świata, granicę między sacrum i profa­
num - „potop jest bowiem powrotem do stanu
niezróżnicowania" - o tyle obecnie u lilii iy do
czynienia raczej z profanum „rozbitym" przez
chaos żywiołu.
4

5

W czasach archaicznych (jak powiedział­
by M . Eliade) potop, epidemie, wszelkie klę­
ski żywiołowe tłumaczono wyrokami bogów.
Współcześnie, w odczarowanym świecie, szuka
Paul Ricoeur, czyli wolność na miarę nadziei, PAX, Warsza­
wa 1976, s. 157.

B A RB AR Z!/SC A

1(111 ? 0 D B

Mąka w kościele, grzyby w bowietrzu i ciuchy z drugiej ręki

33

się innych przyczyn nagłego kryzysu, jaki wywo­
łuje atak natury Wini się pogodę, zmieniający
się przez zanieczyszczenia klimat lub urzędni­
ków i ludzi władzy (zwłaszcza gdy zaniedbane
zostały wszelkie systemy zabezpieczeń). „Słynne
trzęsienie ziemi z roku 1755 - zauważa L. Dupre
- które zniszczyło centrum Lizbony i wstrząsnę­
ło niemal deistycznymi przekonaniami Woltera,
dziś nie wywarłoby żadnego wrażenia. Nikt nie
oczekuje, że wiara dostarczy rozwiązania takich
problemów. Tymi rzeczami ma się zajmować
nauka" .
Ktoś zawsze poniesie odpowiedzialność za
zlekceważenie żywiołu. W i n ę należy udowod­
nić, zwłaszcza jeśli ma spaść na głowę polityka.
„Ścinają" ją częściej media niż gremia politycz­
ne. W dzisiejszej Europie żadnemu człowieko­
wi, który ponosi odpowiedzialność za brak za­
bezpieczeń przed żywiołem, nie grożą mityczne
sankcje. Nikt nie złamał tabu, świat nie chwiał
się w posadach, powódź nie objawiła głębokie­
go kryzysu kultury. Wszelkie sacrum raczej się
„skurczyło", tak jakby klęska żywiołu przestała
być znakiem boskiego gniewu.
W Orliskach p o w ó d ź zaburzyła sakral­
ną przestrzeń kościoła, czyniąc z niego ob­
szar sprofanowany przedmiotami codziennego
użytku. Również przestrzeń domostw, swojska
i zamieszkana, została zaburzona lub zupełnie
zniszczona. Powrót do normalności to powrót
przez odbudowę, uporządkowanie. Stąd biorą
się zabiegi jak najszybszego wyremontowania
domostw i oczyszczenia kościoła z darów (nie
tylko z powodów czysto ekonomicznych). Te
zabiegi, zwłaszcza jeśli chodzi o kościół, inicjo­
wał Prezes OSP w Orliskach, człowiek, którego
cechowała siła i mądrość nieformalnego lidera
społeczności wioskowej i strażnika jej tożsamo­

ści. Warto przywołać w tym miejscu rozważania
E.Wolickiej:
„Kiedy realna przestrzeń utożsamień ulega
drastycznemu ograniczeniu lub zostaje zburzo­
na, człowiek buduje sobie imaginatywne obsza­
ry swojskości. Radykalna bezdomność jest dla
osoby ludzkiej głębokim okaleczeniem, a utrata
domu - egzystencjalną katastrofą. »Człowiek
jest, o ile mieszka« - powiada Martin Heidegger.
Miejsce zamieszkania - w szerokim tego słowa
znaczeniu, od własnego domostwa po środowi­
sko naturalne - »opowiada« historię mieszkańca,
stanowi w a ż n y element jego tożsamości oraz
związków z innymi" .
Imaginatywnym obszarem swojskości stał
się dla mieszkańców Orlisk plac przykościelny.
Tutaj zachodziły szczególne interakcje. Tutaj
społeczność wioskowa odnajdywała zbiorową
tożsamość pomimo sporadycznych dysonansów
i konfliktów, które odzwierciedlały ludzką nie­
moc wobec skutków powodzi. W przeciwień­
stwie do społeczności Sokolnik ludzie z Orlisk
byli na tyle zdyscyplinowani, że chętnie udzielali
pomocy wolontariuszom, między innymi w pra­
cach porządkowych i dystrybucji darów. Choć
- jak powiedział jeden z mieszkańców - „już
nigdy nie będzie tak samo". Wiele wioskowych
przyjaźni legło w gruzach, po tym jak ogłoszo­
no sposób udzielania rekompensat finansowych
stosownie do rozmiarów szkód.
Fotografie wykonane przeze mnie w Orli­
skach stanowią swoisty dokument zarysowanych
powyżej wydarzeń. Służą jako medium i za­
razem rodzaj dowodu, którego status wymaga
krótkiego uzasadnienia.

L. Duprć, Życie duchowe i przetrwanie chrześcijaństwa
w świeckiej kulturze. Refleksje na koniec tysiąclecia, [w:]
Człowiek
g">
- > Nomos, Kraków
1999, s. 67.

E. Wolicka, Osobowa tożsamości odrębność w perspek­
tywie hermeneutyki dialogicznej, [w:] Tożsamość, od­
mienność, tolerancja a kultura pokoju, red. J. Kłoczowski
i S. Łukasiewicz, IESW, Lublin 1998, s. 46.

6

6

w

mi)

o

b

nu

e

c

reli

r e d

K

M e c h

BARBARZYŃCA

7

W swojej książce Fotografia jakp zjawisko

estetyczne Jan Kurowicki zauważa, że z jednej

7

34

Przemysław Owczarek

strony fotografia dematerializuje obiekt, jaki
się na niej znajduje - czyni go i jego kontekst
czymś nieobecnym, a z drugiej strony sprawia,
że obiekty znajdujące się na zdjęciu wydają się
czymś rzeczywistym . Aby je rozpoznać, inter­
pretujący powinien w y k a z a ć się znajomością
kontekstu, w jakim owe zdjęcia powstały. A to
z kolei zakłada swoistą grę między zdjęciem
a obrazami zachowanymi w pamięci lub moż­
liwymi interpretacjami wtedy, gdy kontekst nie
należy do pamięci oglądającego zdjęcia.
Fotografia zawsze jest nierozerwalnie zwią­
zana ze swoim obiektem, odsyła nas do orygi­
nału . Możemy więc mówić tylko o określonych
zdjęciach. Pierwsze spojrzenie na fotografię
sprawia, że widzimy pewien wycinek rzeczywi­
stości, bo sama fotografia pozostaje jakby niewi­
doczna. Dopiero akt refleksji umożliwia spojrze­
nie na fotografię jako na zdjęcie, medium, które
nie jest odniesieniem rzeczywistym (referencją),
lecz tym, co semiotyka nazywa znaczącym. Pró­
ba oddzielenia fotografii od jej odniesienia rze­
czywistego powoduje jej „zniszczenie" .
Fotografia-medium może zaistnieć w formie
dokumentu. Ów swoisty dokument potraktować
można jako punkt wyjścia do snucia opowie­
ści, ukazywania znaczeń. W tym sensie zdjęcia
mogą się stać momentem procesu poznawczego.
Jednak we wszelkim poznaniu podstawową rolę
odgrywa teoria. Dane doświadczenia, zmysłowe
i dokumentarne, są względem fotografii niesamoistne. Perspektywę poznawczą buduje się
niejako „od góry", przyjmując za punkt wyjścia
założenia orzekające o tym, jaka jest natura
tego, co badamy, a także co w badanym wycinku
świata jest istotne (hierarchia ważności). Groma8

9

10

J. Kurowicki, Fotografia jako zjawisko estetyczne, Wy­
dawnictwo Adam Marszałek, Toruń 1999, s. 37.
M. Zalewski, Formy pamięci, IBL, Warszawa 1996, s. 42.
S. Sikora, Fotografia - pamięćwyobraźnia, PSL
Konteksty, 1992, nr 3/42, s. 108.
8

9

10

dzenie danych zakłada, że wiemy, czego dotyczą.
Jednocześnie nie traktujemy ich wszystkich tak
samo . Zdjęcie możemy więc uznać za swoisty
„przystanek w rozkładzie jazdy", za medium
dokumentujące trasę perspektywy poznawczej.
Zastępuje ono lub uzupełnia obraz wzrokowy,
potwierdza lub podważa przyjęte założenia po­
znawczej perspektywy .
O tym, że zdjęcie-dokument może być rów­
nież przedmiotem manipulacji, świadczy nie
tylko technika fotomontażu. Wystarczy wykonać
fotografię osoby, która zmarła, i przedstawić jej
ciało w taki sposób, aby oglądający mógł odnieść
wrażenie, iż obcuje z obrazem żyjącego człowie­
ka . Pojawia się tutaj problem autorytetu twórcy
zdjęć. Ów autorytet może się oprzeć tylko na ak­
cie wiary, że rzeczywistość sfotografowana niesie
ze sobą właśnie ta\ie, a nie inne znaczenia. I że
właśnie ta\ było - choć to właśnie może być tylko
próbą interpretacji.
R. Barthes zauważa, że noemat fotografii to ra­
czej proste i banalne to-co-było. Fenomenologicz­
nie rzecz ujmując, obraz jest nicością przedmiotu.
Fotografia ukazuje jednak nie tylko nieobecność
przedmiotu, ale jednocześnie fakt, że ten przed­
miot naprawdę istniał. Dla Barthesa fotografia
staje się dziwacznym medium, niejako formą
halucynacji - fałszywą na poziomie postrzegania,
prawdziwą na poziomie czasu . Zatem to było
odnosi się do porządku czasu, podczas gdy ta\
było odsyła do porządku znaczeń.
Barthes wyróżnia dwa sposoby oglądu zdjęć:
11

12

13

14

studium i punctum. Studium należy do porząd­

ku kultury: „To za pośrednictwem studium in­
teresuję się wieloma zdjęciami, bądź odbierając
je jako świadectwa polityczne, bądź smakując
J. Kurowicki, op.cit., s. 113-114.
Ibid., s. 114.
Ibid., s. 117.
R. Barthes, Światło obrazu. Uwagi o fotografii, Wydaw­
nictwo KR, Warszawa 1996, s. 194.
11

12

13

14

BARBARZYŃCA

1(111 ? 0 D B

Mąka w kościele, grzyby w bowietrzu i ciuchy z drugiej ręki

je jak dobre obrazy historyczne. Gdyż to właś­
nie poprzez kulturę (to znaczenie jest obec­
ne w studium) uczestniczę w wyrazie twarzy,
gestach, realiach działania" . Punctum zaś to
element przełamujący studium, wybiegający ku
oglądającemu, mieszczący się w porządku ta­
kich znaczeń, jak rana, kropka, użądlenie, małe
przecięcie, ale również rzut kości. To nie my je
znajdujemy, lecz ono nas znajduje, wystrzeliwu­
je ku nam przeszywa, świadomość, która tkwiła
15

do tej pory w polu studium . Punctum odnosi się

35

przecież dążyć do zrozumienia jego intencji,
za którą kryje się jawna pretensja, by traktować
serio zaświadczające „ja".
Najważniejsze pytanie, które mnie osobiście
nurtowało, gdy pracowałem w kościele, spacero­
wałem po wsi lub obserwowałem mieszkańców,
brzmiało: czy w zdesakralizowanej przestrzeni
kościoła i wsi dostrzec można zjawiska, które
w jakiś sposób mieszczą się w porządku sactum r

16

do porządku przeżyć i emocji, jest spoza kultury
- ostatecznie studium zawsze przechodzi przez
kod punctum nie jest kodowane" — z a u w a ż a
Barthes.
17

Punctum to kategoria, którą włada idiosynkrazja. Dogodniejszym sposobem opisu fotogra­
fii z Orlisk (to było) oraz wspomnień, które ukła¬
dają się niejako wokół nich, jest raczej studium
u m o ż l i w i a j ą c e z m i a n ę porządku czasowego
w porządek znaczeń (ta{ było), traktowane jako
własna próba interpretacji. Ważną rolę odgrywa
w niej perspektywa poznawcza ufundowana na
konkretnych założeniach dotyczących nie tylko
zabiegów interpretacyjnych wokół paroksyzmu,
jakim jest powódź. Znane antropologii poję­
cia i kategorie odgrywają przecież istotną rolę
w podejmowanych ujęciach interpretowanego
później materiału i powodują że ruch obiek­
tywu podażą w określona stronę - wycina"
z rzeczywistości konkretny obraz zdarzeń lu
dzi i przedmiotów. Można powiedzieć
jest
to jakby pierwotna selekcja treści rzeczywisto¬
ści Wtórna selekcia owych treści byłaby próba
odczytania danego zdiecia i e
interpretacia
1 tutai właśnie noiawia ieaiitorytet antropologa'
któremu można zawierzw hadź nie 7 którvm
można dyskutować nie zgadzać się z nim ale
TO

15

16

Ibid., s. 46.
Ibid., s. 47.

m i ) im mminn

Kościół
Nie sądziłem, że kiedykolwiek w życiu będę
pił kilka razy dziennie gorące kubki z Winiar,
herbatę i kawę, siedząc przy ołtarzu, dwa metry
od Najświętszego Sakramentu. Nie spodziewa­
łem się również, że oprócz drobniaków dzwo­
niących na kościelnej tacy i ryżu rzucanego na
ślubną parę u drzwi kościoła usłyszę kiedykol­
wiek syk rozsypującej się po podłodze kaszy.
Pamiętam pierwsze wrażenie, jakiego dozna­
łem, gdy zajrzałem do wnętrza kościoła w Orliskach. Chaos. Pomyślałem wtedy, że podobnie
mogły wyglądać cerkwie i kościoły zamienione
przez czerwonoarmistów na magazyny. Dwa
dni minęły zanim ułożyliśmy towary według
przeznaczenia i przestaliśmy sie potykać o różne
przedmioty na przykład c i ą d e walający sie za
ołtarzem akordeon ofiarowany przez i a k i L o ś
współczui acego "powodzianom wiejskiego mu
zyka ledyna fotografia iaka udało sie wykonać
w kościele f b r a k 1 a m ń v , ukazuie przestrzeń
noarazona w mroku rozświetlana n,kłvm hla
k

k

• 1

łt
' • •

\

h k'

'

d

• t

k

h'
1

• tł


d •

tk

żywności i przedmiotów codziennego uzytKu.
tonęliśmy w używanych rzeczach: ubraniach,
' Ibid., s. 89.

36

FOT. 1 . PRZEMYSŁAW OWCZAREK

pralkach, szafach. Wszędzie piętrzyły się ster­
ty makaronów, toreb z cukrem, ryżem, kaszą
i płatkami. Zamiast dyskretnego aromatu ka­
dzidła otaczał nas zewsząd silny zapach środków
czystości - proszków, mydeł, płynów do prania
i mycia naczyń - który mieszał się z wonią
(to najbardziej neutralne określenie) używanej
odzieży (fot. 1).
Często zaglądał do kościoła Prezes, który był
nie tylko strażakiem, ale też ważną osobą w ra­
dzie parafialnej. Uzgadnialiśmy z nim sposób
i kolejność wydawania darów. Jego silne ręce
wskazywały nam zadania i łatwo można było
odgadnąć, że celem Prezesa jest jak najszyb­
sze przywrócenie kościołowi jego pierwotnej
funkcji. Szefowa wolontariuszy ceniła sobie tę
współpracę. Reszta załogi też, bo Prezes uroz­
maicał pracę dowcipem, a wieczorem zdarzało
mu się przynieść kilka piw. A piwo? Po przerzu­
ceniu sterty ubrań i uporządkowaniu darów, po
kolejnych transportach smakowało wyśmienicie
i wypełniało gardła prawdziwa rozkoszą przy
której kompletnie nieistotna wydawała się obiet¬
nica raju symbolizowana przez święte wizerunki

Przemysław Owczarek

umieszczone w prezbi­
terium. Prezesa słucha­
liśmy, wioskowi też. Soł­
tys, którego kowbojska
grzywka
zazwyczaj
smętnie sterczała w stro­
nę interesantów, miał
zdecydowanie mniej¬
szy posłuch. Trudno
mu było się dogadać
z ludźmi odbierającymi
na placu przykościel¬
nym ziemniaki i zboże.
W przeciwieństwie do
mego Prezes wkraczał
między ludzi zdecydo
wanie i łatwo odczyintencje
Mozę nomarała
I
w tvm opinia dzielnego strażaka i determinacia
okazywana w ciaałvch zabiegach hv zbudować
w Orhskach remizę•OSP.
'
W ciągu pięciu dni kościół prawie opusto­
szał, przestały go zagracać kolejne transporty.
Posprzątaliśmy ołtarz. Zdążyliśmy to zrobić,
ale proboszcz i tak załamywał ręce. Moje wspo­
mnienia ukazują przestrzeń kościoła w Orli­
skach jako kompletnie zdesakralizowaną. W i ­
sząca na krzyżu figura Chrystusa przywodziła
na myśl absurdalne skojarzenia, chociaż wiem,
że absurd roztaczał się raczej wokół mnie, mię­
dzy stertą dziecięcych odżywek i worków mąki,
które wobec sacrum wygnanego z kościoła mogły
wydawać się bluźnierstwem. Bluźnierstwem?
A może jedyną „ofiarą", jaką mogło z siebie
złożyć SCI CYU TYl W miejscu' pozbawionym aur v
i symbolicznej mocy.
Swoisty stan zawieszenia powoli mijał. Czu­
łem, że pewnego dnia wszystko wróci do normy
i magazyn znów przemieni się w kościół i że
trochę nieśmiałe „alleluja" odda to miejsce Bogu,
ustanowi na nowo wspólną modlitwą zachwiany
przez żywioł porządek.

BnUBAHZMCIL

1(111 P B D B

Mąka w kościele, grzyby w bowietrzu i ciuchy z drugiej ręki

37

Na g r a n i c y wsi

Między kompensacją a rytuałem

Pierwsze wspomnienie-obraz z Orlisk. Ster­
ty łóżek, szaf, foteli i krzeseł - wał przy drodze
wjazdowej do wsi. Przedmioty, które umarły,
wchłonąwszy w siebie zgniliznę i grzyby. Stra­
ciły swoją poręczność. Zaskakująca ilustracja

Wydawanie żywności i środków higienicz­
nych było zadaniem, z którym wolontariusze
radzili sobie bez większych problemów. Przy
bocznym okienku kościoła codziennie około
południa ustawiała się kolejka kobiet z dziećmi.
Do worków, które ze sobą przynosiły, wkładali­
śmy proszki, mydła, szampony, pasty do zębów,
szczoteczki i inne rzeczy.
Po południu pod przykościelnym krzyżem
wyrastała sterta używanych ubrań i czasem no­
wych ciuchów. Jak tylko owa sterta zaczynała
rosnąć, rosła też grupka kobiet siedzących na
pobliskiej ławce i wypatrujących łakomie wszyst­
kiego, co w przybliżeniu mogło odpowiadać
rozmiarom ich ciał. Co dwa dni wydawaliśmy
ciuszki dzieciom. To była przyjemna praca. Na­
tomiast niezwykle trudno było upilnować ludzi,
by nie wdarli się na stertę ubrań przed wyznaczo­
nym czasem. Codziennie miała być to godzina

granicy m i ę d z y orbis interior i orbis exterior.

Antropologiczny zachwyt zmieszał się we mnie
ze współczuciem. Coś żyło jeszcze w tych rze¬
czach. Ulatujące wspomnienie ciepła ludzkich
ciał, domowej, swojskiej przestrzeni. A przecież
mocniej tchnęło od tych gratów śmiercią, utratą
użytkowej funkcji. Czekały na wywóz w niebyt,
na którego granicy j u ż się znalazły. Gdy dosta­
łem aparat natychmiast do nich przybiegłem
Zachwycił mnie fotel obsypany stęchłą słomą
i zdechła kanapa leżąca tuż za nim. Bez nich
dom tracił swa moc także dotykał eranicv nie­
bytu Całe Orhska walczyły o to by tę granicę
odsunąć jak najdalej (fot 2).

U l i ) ?D0a

BARBARZYŃCA

38

siedemnasta. Ale nigdy nie zdarzyło się tak, aby
rozgadany tłumek kobiet wytrzymał do wyzna­
czonej pory. Któraś z nich - starsza czy młodsza
- zawsze się wyrywała. Pozostałe ruszały, po­
mimo krzyków wolontariuszy, i rozpoczynał się
dynamiczny spektakl, którego nie jest w stanie
ukazać żadne zdjęcie (fot. 3).
Najpierw miałem opory, czy to fotografować,
czy wioskowe kobiety nie poczują się urażone.
Potem zauważyłem, że nie ma to dla nich żad­
nego znaczenia. Były całkowicie pochłonięte
grzebaniem w ciuchach. W końcu wdrapałem
się na słupek przy kościelnej furtce i zrobiłem
pierwsze zdjęcie. Zauważył to Prezes i powie­
dział: „Tak, rób zdjęcia, fotografuj ludzką głupo­
tę". Był w nim jakiś rodzaj pogardy wyzierającej
poprzez ludzką godność. Zresztą, jak niemal
wszyscy mężczyźni we wsi (choć zdarzały się
wyjątki), trzymał się od tego z daleka. Mężczyź­
ni podchodzili tylko do kościelnego ogrodzenia,
w obrębie którego odbywało się wielkie grzeba­

Przemysław Owczarek

nie w ciuchach, i odbierali z rąk kobiet wybrane
przez nie rzeczy. Może na wzięcie w tym udziału
nie pozwalała im wioskowa duma, a może nie
była to sfera męskiej aktywności (fot. 4).
Z dnia na dzień owo grzebanie przybierało
na sile. Pamiętam, jak chodząca o kulach babcia
znalazła w tym bałaganie zapakowaną, nową
kurtkę. Zawiesiła ją sobie na przykościelnym
płotku. C h w i l ę później kurtki j u ż nie było.
Z trudem znosiłem jej rozpacz. Chciała przecież
ciepłe zimowe okrycie, a ktoś je ukradł. Był to
jedyny moment, gdy gwałtowne emocje odebrały
mi chęć do pracy.
Grzebanie zamieniło się w codzienny rytuał,
babskie święto przypominające bardziej zabawę,
w której coraz częściej zaczynały brać udział dzie­
ci. Nadmiar ubrań był najpierw swego rodzaju
kompensacją, przesytem, wypełniającym pustkę
po tym, co porwała woda. Później wdzierającą
się znikąd zabawą, która stała się jednym z za­
uważalnych znaków powrotu do normalności,

BARBARZYŃCA

1(111 ?0DB

Mąka w kościele, grzyby w bowietrzu i ciuchy z drugiej ręki

stanu poczucia bezpieczeństwa. Po kilku dniach
ubrania, przebrane powtórnie w domach, wracały
pod drzwi kościoła. Lud się nasycił. Inaczej było
z żywnością. Tu decydowała praktyka. Nadmiar
kaszy i ziemniaków zjedzą kury i świnie.
Owo babskie święto, zadziwiające codzien­
ną powtarzalnością, miało swój istotny związek
z oswajaniem rzeczywistości po powodzi. Jego
rytm zaspokajał podstawową potrzebę zamiesz­
kiwania w świecie. Trwania pomimo niedawnej
jeszcze groźby utraty domu i dobytku. „Trwa­
nie jest od początku i z istoty swej rytmem" .
Urządzać się w świecie (w tym wypadku czynić
to niemalże od początku) to ustanawiać sieć
schematów działania, nawyków i umiejętności
mających ułatwić działanie w powtarzalnych
strukturach. Dzięki temu rzeczy nabierają swoj­
skiego charakteru .
18

19

F. Chirpaz, Ciało, Wydawnictwo IFiS Pan, Warszawa
1998, s. 38.

18

U l i ) ?D0a

BARBARZYŃCA

39

Kobiety z Orlisk wracały do swych zawilgoco­
nych i pozbawionych sprzętów domostw, dźwi­
gając worki ubrań. Wracały zadowolone. Jak za­
u w a ż a F. Chirpaz: „[...] doświadczenie dobrego
samopoczucia jest doświadczaniem rzeczy" .
Rzeczy pomyślanych jako przedmioty wraz z ich
życiem w przestrzeni, w której porusza się czło­
wiek. Przymierzanie ubrań, dotykanie ich może
rodzić przyjemność kompensującą brak trwałe­
go porządku. Bo przecież świat tych ludzi parę
tygodni wcześniej chwiał się w posadach.
W Heideggerowskiej fenomenologii ludzkie­
go domostwa rzeczy stanowią sposób zachowy­
wania czworokąta - przestrzeni, którą zamiesz­
kuje człowiek:
„Zamieszkiwanie, jako czworakie zachowanie
czworokąta, dokonuje się właśnie w ratowaniu
Ziemi, w zgodzie na niebo, w oczekiwaniu Istot
20

19

20

Ibid., s. 44.
Ibid., s. 35.

Przemysław Owczarek

40
Boskich, w posłuszeństwie Istocie Śmiertelnych.
Zachowywać znaczy chronić czworokąt w jego
istocie. To, co wzięte w ochronę, musi być ukry­
te. Zamieszkiwanie, tzn. zachowywanie czwo­
rokąta - chroniąc jego istotę - przechowuje ją
tedy. Gdzie? Jak mieszkają Śmiertelni, skoro
zamieszkiwanie jest owym zachowywaniem?
Śmiertelni nigdy nie zdołaliby tak mieszkać, gdy­
by zamieszkiwanie było tylko pobytem na Ziemi,
pod Niebem, w Obliczu Istot Boskich, wespół ze
Śmiertelnymi. Ale nie jest tym tylko - jest raczej
zawsze j u ż pobytem przy rzeczach przy któ­
rych przebywają Śmiertelni, zamieszkiwanie jako
przechowywanie przechowuje czworokąt" .
21

Od gromadzenia rzeczy zaczęła się w Orliskach mozolna odbudowa czworokąta, w którym
egzystują ludzkie jestestwa. Ów ruch prowadził
ku Ziemi, Niebu, Istotom Boskim i Śmiertelnym.
Rzecz - ubranie czy inny przedmiot - może stać
się jednym z fundamentów ludzkiego trwania,
znakiem nadziei, że życie ponownie może biec
normalnym torem.
Warto w tym miejscu przytoczyć obszerny, ale
niewątpliwie trafiający w istotę rzeczy fragment
powieści Ernesta Sabato. Jeden z bohaterów
- Bruno - wypowiada długą kwestię o bezsilno­
ści rozumu wobec odradzającej się wciąż w lu­
dziach nadziei.
„Ot, zaledwie ustało trzęsienie ziemi, które
spustoszyło rozległe obszary Japonii lub Chile,
zaledwie cofnęła się powódź, która pochłonęła
tysiące dzieci znad Żółtej Rzeki, zaledwie minęła
krwawa i dla większości ofiar pozbawiona sensu
wojna, jak na przykład wojna trzydziestoletnia,
która obróciła w perzynę miasta i osiedla, przy­
niosła męki i zagładę kobietom i dzieciom, a j u ż
ci, co pozostali przy życiu, bezsilni świadkowie
straszliwego wyroku losu lub człowieka, ci sami,
CO w chwilach rozpaczy sądzili, że nigdy j u ż nie

M. Heidegger, Budować, mieszkać, myśleć
ne, Czytelnik, Warszawa 1977, s. 323.
21

Eseje wybra­

nabiorą ochoty do życia, że nie zdołają go od­
budować, chociażby nawet nie chcieli, ci sami
mężczyźni i te same kobiety (kobiety zwłaszcza,
kobieta bowiem jest życiem, jest matką-ziemią,
jest tą, która nigdy nie traci nadziei), te same kru­
che istoty zaczynają od nowa, jak nierozumne
a bohaterskie mrówki, wznosić swój mały świat
dni powszednich: świat niewielki, to prawda,
lecz tym bardziej wzruszający. Toteż nie myśl
ocala świat, nie intelekt ani rozum lecz coś
wręcz przeciwnego: owa nierozumna nadzieja
człowieka, jego wytrwała chęć pozostania przy
życiu żądza oddychania jak długo to możliwe
jego małe, uparte i śmieszne bohaterstwo co­
dzienne w obliczu niedoli. Jeżeli więc rozpacz
odnowiada Nicości ieśli iest ona newnego ro
dzaju dowodem onkologicznym Nicości to czyż
nadzieja nie jest dowodem Ukrytego Sensu Ist¬
nienia czegoś o co warto walczyć? A Donieważ
nadzieia noteźnieisza iest niz roznacz fiako ze
zawsze odnosi nad nia tnmmf advhv tak nie
lwio

wszvscv n o n e ł n i l i h v ś v ' s L o h ó i s t w o )
m

czvz'ów T Tkrvtv Sens Istnienia nie iest może har
dziej prawdziwy niz owo słynne nic?" .
22

Śmierć i bezsens są oznaką wdzierającej się
nicości. Było w podsandomierskich wsiach kilku
potencjalnych samobójców (jak wynika z opo­
wieści szefowej wolontariuszy). Chęć przejścia
na tamtą stronę mijała jednak wówczas, gdy
zdesperowani ludzie chwytali za kilofy i łopaty.
Trzymane w dłoni narzędzie stawało się zna­
kiem woli przetrwania, odwracało od śmierci
ku życiu. Rytm pracy jest przecież jednocześnie
rytmem życia.
Ludzie
W przykościelnej przestrzeni można było
zauważyć, że społeczność Orlisk dzieli się na

E. Sabato, O bohaterach i grobach, Wydawnictwo Litera­
ckie, Kraków 1977, s. 181-182.
22

BARBARZYŃCA

1(111 ? 0 D B

Mąka w kościele, grzyby w bowietrzu i ciuchy z drugiej ręki

41

łatwe do wyodrębnienia grupy
Kryterium tego podziału stano­
wiły wiek i płeć. Kobiety trzymały
się w grupach wiekowych, mężat­
ki razem, starsze kobiety razem.
Młode mężatki i dojrzałe dziew­
częta również tworzyły przy koś­
ciele łatwo dającą się wyodrębnić
w przestrzeni grupkę. Dla nich
wolontariusze płci męskiej stano­
wili stały obiekt zainteresowania.
O ile w przypadku niezamężnych
dziewcząt było to dla mnie cał­
kiem zrozumiałe o tyle w przv—
padku młodych mężatek budziło
rodzaj miłej konsternacji.
Pewnego dnia wraz ze współ­
towarzyszem mojej wolontariackiej doli zostaliśmy zaproszeni
przez młode mężatki na piwo.
Rzecz wyjaśniła się w rozmowie,
w której partnerami dialogu kie­
rowały zapewne różne, może cał­
kiem rozbieżne intencje. Gdzie
byli mężowie? Pracowali w Gre­
cji. Nie chodzi tutaj bynajmniej
o to, że skryty antropolog mógł
stać się obiektem adoracji, lecz
o fakt że samotność opuszczonej
kobiety była na tyle przytłaczają¬
ca iż właśnie obcy niópł łatwiej
znieść iei ciężar bez ponoszenia
konsekwencji ze strony miesz­
kańców wsi Mój towarzysz orzvtłoczonv
' a.t~m o
sfera osamotnienia zrezygnował z następnych
zaproszeń.
'
23

Ciekawość mogła zwodzić na manowce, ale
mogła też przynieść zrozumienie. Wydaje mi
się, że zrozumiałem, ile wysiłku przynosi walPodobne opisy doświadczeń odnaleźć można w pracy
K. Zawistowicz-Adamskiej Społeczność wiejska. Doświadcze­
nia i rozważania z badań terenowych w Zaborowie wydanej
23

m i ) enoe

BARBARZYŃCA

ka za pomocą kilofa, toczona z zagrzybionym
tynkiem i zniszczoną podłogą, zwłaszcza gdy
narzędzie nie spoczywa dłoniach mężczyzny. Że
samotność gna Bożenę na leśne drogi, na których
swoją czerwoną toyotą zakreśla półkoliste smu­
gi wiraży. Że tęsknota za bezpieczną bliskością
przez Polski Instytut Służby Społecznej w Łodzi w 1948
roku.

42

Przemysław Owczarek

Najstarszy, pięćdziesięciolatek,
był czołgistą. Kiedyś to było woj­
sko. Jadąc w czołgu przez mia­
sto, oparł się o dźwignię obrotu
wieżyczki. LufaT-55 kompletnie
zniszczyła kiosk Ruchu. Trzy­
dziestolatek pijany wrócił do jed­
nostki. Dyżurny złapał go w ja­
dalni z beretem założonym tył na
przód. Dwudziestolatek siedział
cicho. Może dlatego, że jego
wieści były zbyt świeże.

ukochanego mężczyzny, pełna rezygnacji i ne­
gatywnych emocji, może się wyrażać w drgającej
wskazówce prędkościomierza.
Nie mam żadnej fotografii Bożeny, bo in­
stynktownie czułem, że trzask migawki zepsułby
atmosferę intymności, w której wyłaniały się jej
pełne bólu opowieści o losie osamotnionej ko­
biety i matki.
Mężczyźni. Zdarzyło m i się spotkać z przed­
stawicielami trzech pokoleń na wspólnym piwie.
Chłopi z Orlisk opowiadali o służbie woj skowej.

Nigdy nie spotkałem ich przy
kościele. Jeśli jakiś m ę ż c z y z n a
wchodził do środka, to był to Pre­
zes lub sołtys. Czasami przycho­
dził wiejski pijaczyna, dla które­
go było obojętne, czy znajduje się
za płotem kościoła, czy wewnątrz
niego.
Szczególnie interesujące było
dla mnie obserwowanie dzie­
ci. Może dlatego, że zachwycała
mnie ich prostota. Słowo, które
kojarzy się z dziećmi, to zabawa.
Spontaniczna i całkiem pochła­
niająca zabawa z rzeczywistością.
Miała ona miejsce, kiedy używa­
ne ubrania stawały się powodem
wesołych igraszek. I wtedy, gdy
rozbawione oczy tańczyły w kręgu
„graniastego kółka". Była w tych
oczach szczera naiwność, która niejednokrotnie
zmuszała wolontariuszy do bardziej efektywnych
poszukiwań cukierków i chrupek (fot. 5, 6).
Tragiczne o b l i c z e w i o s k o w e g o błazna
W Orliskach osobą, którą postrzegałem jako
wioskowy autorytet, był Prezes. Społeczność Or­
lisk miała także swojego błazna. Nie był to męż­
czyzna. Nie pamiętam jej imienia. Nie pamiętam
jej nazwiska. Pamiętam, że każde jej pojawienie

BHBARZT&CI

1(111 P O D B

Mąka w kościele, grzyby w powietrzu i ciuchy z drugiej ręki

się mogło przynieść kłopoty lub kompletnie roz­
ładować atmosferę.
Była to osoba, która czuła się najbardziej
pokrzywdzona i zmaltretowana przez żywioł
powodzi. I tę „krzywdę" niejednokrotnie widzia­
łem, gdy kobieta kładła się na workach ziemnia­
ków, które należały się innej rodzinie. Czasami
opowiadała, że straciła niemal wszystko, choć
miała jeszcze dużo. W tej steatralizowanej for­
mie zachowań tkwił swego rodzaju wzorzec
wspólnej niedoli, który z powodu nieszczęść,
jakie przeżyła, może właśnie jej łatwiej było
wyrazić.
Straciła syna, który kilka lat wcześniej, wra­
cając z wiejskiej potańcówki, wjechał maluchem
w koryto rzeki. Nie uratował się ani on, ani
dwóch jego kolegów. Dla wsi był to straszliwy
cios. Bo w Orliskach niemal każdy z każdym jest
spokrewniony. Bożena straciła w tym wypadku
brata, a jej ciotka poczucie rzeczywistości. Odtąd
ciotce zdarzało się nader często mówić do ludzi
słowami, które układały się w wartki potok trud­

m i ) enoe

BARBARZYŃCA

43

no zrozumiałej mowy. Słowo goniło za słowem.
Z trudem łączyłem je w zdania - mieszkańcom
przychodziło to z łatwością.
Po Orliskach krążyły barwne opowieści. Ich
kanwą były przeróżne perypetie, jakich doświad­
czała ta starsza j u ż kobieta. Kiedyś przegnała
urzędnika, który przyszedł po zapłatę za abo­
nament telewizyjny. Zadarła na niego spódnicę,
krzycząc, że chce ją zgwałcić. Po urzędniku
pozostała teczka, świadcząca o nader gwałtow­
nej ucieczce. Innym razem z podwórka przy
zagrodzie zerwał się byk, który nadziawszy na
rogi suszące się na sznurku pieluchy wnuczki,
pognał przez wieś, stając się chwilową, ale nie­
zapomnianą sensacją.
Jej opowieści porywały słuchaczy jak wartki
potok. Wywoływały śmiech i uspokajały emocje
zgromadzonych. Jej ciało współgrało z opowieś­
cią, tworząc rodzaj pełnego dowcipu przedsta­
wienia. Ale wszyscy obawialiśmy się żałosnego
końca owych eksplozji, w którym przeradzały
się one w roszczeniowe postulaty. Powodzian

44
miał niebawem odwiedzić naczelny prezes OSP
i były premier Waldemar Pawlak. M i e l i ś m y
próbkę podobnych emocji, zaciekłego upomi­
nania się o swoje, gdy wieś wizytował proboszcz
zaprzyjaźnionej parafii z Wielkopolski. Nasza
bohaterka opętała go siecią prawdziwych i urojo­
nych krzywd. Ksiądz nie tylko załamał ręce nad
kościołem i jego „zdewastowaną" przestrzenią.
Załamał ręce również nad naszą bohaterką,
pragnąc bardziej się od niej uwolnić, n i ż ją wy¬
słuchać. Jej cierpienie było dla niego przykładem
popowodziowej traumy, nie zaś przypadkiem
szczególnym. Na szczęście Waldemar Pawlak
nie dotarł.
Barwna postać tej kobiety budziła i budzi we
mnie wielką sympatię. Pamiętam, jak pozowała
do zdjęcia. Jej twarz, jeszcze przed chwilą wykrzy­
wiona awanturą z Prezesem, nagle złagodniała.
Czy to przez ową przemianę wyszła nieostra foto­
grafia, której jakość nie pozwala na zamieszczenie
pod niniejszym tekstem? Na innym zdjęciu moja
bohaterka znalazła się w grupie kobiet siedzących
na schodach kościoła. Zastygła w pozie ze sple­
cionymi ramionami, obok pustego wózka. W jej
towarzystwie dziecięcy wózek wydaje się przed­
miotem, któremu można nadać więcej n i ż jedno
zwykłe proste znaczenie (fot 7) Pamiętam jak
całowała mnie w łokieć, kiedy niosąc zgrzewkę wody mineralnej usiłowałem uciec przed
wylewnością Dziękowała za stare kapcie które
odłożyłem dla niej ze sterty ciuchów
Zakończenie

Przemysław Owczarek

nym nastrojeniu na rzeczywistość. Współtworzą
narrację zakotwiczoną w poznawczej perspekty­
wie. Wsparte komentarzem i osobistym doświad­
czeniem, mogą w istotny sposób wesprzeć wysi­
łek zrozumienia fenomenu Orlisk - fenomenu
wciąż otwartego na nowe pytania.
Jedno z tych pytań wciąż dopomina się od­
powiedzi. W co wcieliło się przegnane z kościo­
ła w Orliskach sacrum} Czy wsiąkło w rzeczy
i produkty, które w tak istotny sposób miały uła­
twić ponowne zamieszkiwanie, czy może tkwiło
w powietrzu, w emocjach popowodziowej trau­
my, podobne do rany - niczympunctum.?
Z Orlisk wyjeżdżałem w niedzielę. Rozważa­
łem w myślach słynną frazę z Listu jasnowidza
Artura Rimbaud -Ja to \tośinny \ Moją świa­
domość wypełniły nowe doświadczenia, towa­
rzyszył im namysł nad własną osobą. Wolonta­
riusze, którzy pozostali na swoich posterunkach,
poszli pod kościół. Obładowany plecakiem też
ruszyłem w tym kierunku. Proboszcz odprawiał
właśnie mszę. Wioskowi z Orlisk modlili się
wspólnie na przykościelnym placu. Powracające
ominęło wnętrze kościoła. Objawiło się
we wspólnej modlitwie, obok murów, w miej¬
scu gdzie jeszcze wczoraj piętrzyła się sterta
odzieży Skręciłem w boczną uliczkę, sto metrów
od kościoła. Marzyła mi się wanna i znajoma
przestrzeń domu Wyjeżdżałem z przeświad
czemem że wszystko zostanie umiejscowione
w uniwersalnym porządku. Że kościół w końcu
stanie sie kościołem a wieś wsia I nie myślałem
o tym c z y iest to nówrót do rzeczywistości i iei
i snvrh nodziałów r z v t o r a r z e antronoloairzna
2

fl

Wykonane przeze mnie fotografie, których
jakość pozostawia wiele do życzenia, są tutaj
swoistym punktem wyjścia, m a j ą c y m źródło
i uzasadnienie w postulowanym antropologicz­

1

luzia Pozostaw z a ś nadzie,a ze w lei wędrówce
n r z e z f n r n a r a f i r z n v a l h n m nndnhnie a k h n h a t e r
KJa^nJnhohml

c h o ć n r L moment d n t k n .

Blaszanego acaenąa, cnoc przez moment aoiKną-

Zob. A. Rimbaud, List jasnowidza, [w:] Rimbaud, Apollinaire i inni. Wybór przekładów, red. A. Międzyrzecki, Czytel­
nik, Warszawa 1988, s. 73.

24

BARBARZYŃCA

1(111 F-ODB

New Tags

I agree with terms of use and I accept to free my contribution under the licence CC BY-SA.