-
extracted text
-
MI CHEL LEIRIS
przynajmniej w większości. Może jednak zmieniłem je tyl
ko i zastąpiłem innymi, których jeszcze nie rozpoznałem?
Jakkolwiek byłbym wprawny w obserwowaniu samego
siebie, jakkolwiek natrętna i maniacka byłaby skłonność
do tej gorzkiej kontemplacji, istnieją niewątpliwie sprawy,
które umykają mojej uwadze; zapewne też należą one do
najbardziej widocznych, ponieważ decyduje perspektywa
i moja podobizna, namalowana wedle mej własnej per
spektywy, pozostawia na pewno w cieniu wiele szczegó
łów, które innym muszą najbardziej rzucać się w oczy.
Głównym polem mojej działalności jest literatura,
określenie dziś m ocno ośmieszone. Używam go jednak
bez wahania, ponieważ oznacza fakt: jest się literatem,
tak jak botanikiem, filozofem, astronomem, fizykiem,
lekarzem. Daremnie wymyślać nowe określenia, nowe
preteksty, które by usprawiedliwiały zamiłowanie do
pisania: literatem jest każdy, kto lubi myśleć z piórem
w ręku. Parę książek, które ogłosiłem, nie przyniosło
mi żadnego rozgłosu. A n i się tym martwię, ani skarżę,
ponieważ czuję jednakowy wstręt do stylu „bożyszcze
publiczności” , jak do stylu „poeta niedoceniony”.
N ie będąc podróżnikiem we właściwym znaczeniu,
zwiedziłem jednak niemało krajów: we wczesnej mło
dości Szwajcarię, Belgię, Holandię, W ielką Brytanię;
później N adrenię, Egipt, Grecję, W łochy i Hiszpanię;
ostatnio zaś tropikalną Afrykę. Nie władam jednak
przyzwoicie żadnym obcym językiem i to, dodane do
wielu innych słabości, budzi we mnie wrażenie niedo
łęstwa oraz izolacji.
Chociaż muszę pracować (w dziedzinie niezbyt przy
krej, ponieważ zawód etnografa odpowiada właściwie
moim gustom), żyję w niejakim komforcie; cieszę się dość
dobrym zdrowiem; nie brak mi, przynajmniej porównaw
czo, wolności i powinienem, pod wieloma względami, za
liczyć się do ludzi, których przyjęto nazywać „szczęścia
rzami”. Mało było jednak w moim życiu zdarzeń, które
mógłbym rozpamiętywać z zadowoleniem i doznaję coraz
wyraźniej uczucia, że miotam się w pułapce i że - mówię
bez literackiej przesady - coś mnie stopniowo zżera. (...)
Jak wielu innych zszedłem do piekieł i jak niejeden
zdołałem z piekieł (lepiej czy gorzej) powrócić. Przed
tem zaś było moje wczesne dzieciństwo... dzieciństwo,
ku któremu zwracam się od kilku lat w przeświadcze
niu, że to jedyny okres mego życia, kiedy byłem szczęśli
wy, aczkolwiek zawierało ono już w sobie zalążki wła
snego rozkładu i wszystkie rysy, które - pogłębiwszy się
w zmarszczki - nadają podobieństwo portretowi.
Zanim spróbuję odsłonić kilka linii, które okazały się
trwałe w tym upadku absolutu, w stopniowym rozkładzie,
do którego - moim zdaniem - sprowadza się w znacznej
mierze przejście od młodości do wieku dojrzałego, chciał
bym zapisać w kilku słowach to, co jestem w stanie zgro
madzić z resztek metafizyki mego dzieciństwa.
Nazywam się Michel
Leiris, skończyłem
właśnie trzydzieści
cztery lata
S
kończyłem właśnie trzydzieści cztery lata, poło
wę życia. Fizycznie jestem wzrostu średniego,
może mniej niż średniego. Włosy mam ciemne,
strzyżone krótko, aby nie falowały, a także po to, aby
zapobiec grożącej już łysinie. Jeśli mogę sam wyroko
wać, znamiennymi rysami mojej fizjonomii są: prosty
zupełnie tył głowy, spadający pionowo jak mur czy
brzeg morski, typowe (jeśli wierzyć astrologom) znamię
osób zrodzonych pod znakiem Byka; wydatne i nieco
guzowate czoło z nadmiernie splątanymi i nabrzmiały
mi żyłami na skroniach. W ielkość czoła, jak mniemają
astrologowie, pozostaje w związku ze znakiem Barana:
istotnie, urodziłem się 20 kwietnia, na granicy obu zna
ków, Barana i Byka. Oczy mam czarne, zaczerwieniony
zwykle rąbek powiek; cerę żywą; wstydzę się przykrej
skłonności do rumieńców i lśnienia skóry. Ręce mam
chude, dość włochate, z bardzo wyraźnymi żyłami. M o
je palce środkowe, zgięte u końca, zdają się zdradzać
coś słabego albo chwiejnego w charakterze.
Głowę mam w stosunku do tułowia raczej wielką;
nogi nieco za krótkie w porównaniu z całością, ramio
na zaś za wąskie, względem bioder. Chodzę pochylony
do przodu; kiedy siedzę, garbię się zazwyczaj; pierś
mam niezbyt szeroką i nie jestem szczególnie umię
śniony. Lubię ubierać się z największą elegancją; jed
nakże wady budowy, które przed chwilą wymieniłem,
oraz środki, jakim i rozporządzam (mocno ograniczone,
aczkolwiek nie mogę się uznać za biedaka), sprawiają,
że uważam się zwykle za rozpaczliwie nieeleganckiego.
Kiedy znienacka zobaczę siebie w lustrze, ogarnia
mnie wstręt: nie przygotowawszy się zawczasu do wła
snego widoku, znajduję, że jestem poniżająco brzydki.
Miałem - lub mam - kilka natrętnych gestów: obwą
chuję sobie wierzch dłoni; obgryzam paznokcie niemal do
krwi; skłaniam lekko głowę w bok; zaciskam wargi i ścią
gam nozdrza ze zdecydowaną miną; uderzam nagle czoło
wierzchem dłoni, jak ktoś, komu przychodzi do głowy na
gła myśl (dawniej w podobnych okolicznościach obmacy
wałem sobie potylicę); zasłaniam palcami oczy, kiedy mu
szę odpowiedzieć tak lub nie na kłopotliwe pytanie albo
podjąć decyzję; kiedy jestem sam, drapię się w okolicę od
bytu itd. Gestów tych pozbyłem się jednego po drugim
Za: Wiek męski, PIW W arszawa 1972, s. 21-25
Przełożyli Teresa i Jan Błońscy
26
Kiedy znienacka zobaczę siebie w lustrze, ogarnia mnie wstręt: nie przygotowawszy się zawczasu do
własnego widoku, znajduję, że jestem poniżająco brzydki.” Michel Leiris w Etiopii, Misja Dakar-Dżibuti. Fragment fotografii. Za: M. Leiris Miroir de l'Afrique, Gallimard 1996, ed. Jean Jamin.